Welcome to Scribd, the world's digital library. Read, publish, and share books and documents. See more
Download
Standard view
Full view
of .
Save to My Library
Look up keyword
Like this
1Activity
0 of .
Results for:
No results containing your search query
P. 1
Kerouac Jack - W Drodze

Kerouac Jack - W Drodze

Ratings: (0)|Views: 68 |Likes:
Published by Sylwia Adamczuk

More info:

Published by: Sylwia Adamczuk on Jan 10, 2013
Copyright:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

04/01/2013

pdf

text

original

 
Jack KerouacW drodze
Przełożyła Anna Kołyszko
 
Państwowy Instytut Wydawniczy
 
Tytuł oryginału On the Road
 
Konsultacja jazzowa Tomasz Stańko
 
Opracowanie graficzne Waldemar Świerzy
 
Układ typograficzny Mieczysław Bancerowski
 
Posłowie Anna Kofyszko
 Copyright
© the Estate of Jack Kerouac, 1955,1957
 
© Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1993
 PRINTED IN POLAND
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1993 r.
 Wydanie pierwszeark. wyd. 18,4 ark. druk. 23,75
Skład i diapozytywy wykonała Sp. z o.o. BIS
-PRESS
Druk wykonała Wojskowa Drukarnia w Gdyni
 ISBN 83-06-02302-1***
Część pierwsza
 1
Deana poznałem w niedługim czasie po rozstaniu z żoną. Wyszedłem właśnie z ciężkiejchoroby, o której nie chce mi się nawet wspominać poza tym, że w pewnym stopniu złożyłosię na nią potwornie męczące rozejście się z żoną i moje poczucie, że wszystko skończone.Wraz z przyjazdem Deana Moriarty'ego zaczął się nowy rozdział mojego życia, który można by nazwać życiem w drodze. Od dawna już marzyłem o wyjeździe na Zachód, żeby zobaczyćkawałek Stanów, ale zawsze kończyło się na mglistych planach i podróż nigdy nie doszła doskutku. Dean jest facetem stworzonym wprost do wędrownego życia, bo właściwie urodził się 
w drodze, kiedy jego rodzice w
1926 roku jechali starym gruchotem przez Salt Lakę City doLos Angeles. Pierwsze wieści o Deanie miałem od Chada Kinga, który pokazał mi kilka jegolistów pisanych z poprawczaka w Nowym Meksyku. Listy ogromnie mnie zaintrygowały, bo
Dean tak mile i naiwnie
 prosił w nich Chada, żeby ten powiedział mu wszystko, co wie o Nietzschem i rozmaitych wspaniałościach intelektualnych, na których się zna Pamiętamrozmowę z Carlem o tych listach
-
zastanawialiśmy się wtedy, czy kiedyś będziemy mieliokazję poznać tego d
ziwnego Deana Moriarty'ego. Ale to dawne czasy, kiedy Dean wcale nie
 był tym co dzisiaj, kiedy był jeszcze młodym krymina
-5
listą otoczonym mgiełką tajemniczości. Potem doszły nas słuchy, że Dean wyszedł z poprawczaka i po raz pierwszy w życiu ma przyjechać do Nowego Jorku; mówiło się też, żewłaśnie się ożenił z dziewczyną imieniem Marylou.
 
Pewnego dnia, włócząc się po miasteczku uniwersyteckim, dowiedziałem się od Chada iTima Graya, że Dean mieszka w jakiejś obskurnej norze we wschodniej części Harlemu,
w
Harlemie Hiszpańskim. Poprzedniego wieczoru przyjechał po raz pierwszy do Nowego Jorku
 
ze swoją śliczną i bystrą Marylou; wysiedli z autobusu dalekobieżnego Greyhound przyPięćdziesiątej Ulicy, skręcili za róg rozglądając się, gdzie by można coś zjeść,
i poszli prosto
do Hectora; odtąd knajpka Hec
-tora jest dla Deana wielkim symbolem Nowego Jorku.
Zafundowali sobie wspaniałe lukrowane ciastka i ptysie z kremem.
 
Dean wciąż powtarzał Marylou:
-
Moje kochanie, jesteśmy już w Nowym Jorku i chociaż nie
powied
ziałem ci właściwie wszystkiego, co myślałem, kiedy przejeżdżaliśmy przez Missouri,a zwłaszcza kiedy mijaliśmy poprawczak w Booneville, który przypomniał mi pobyt zakratkami, musimy teraz bezwzględnie odłożyć na później wszelkie sprawy miłosne i
natychmi
ast zacząć obmyślać dokładne i rzeczowe plany na przyszłość...
- i tak dalej, jak jo
miał wówczas w zwyczaju.
 
Poszedłem z chłopakami do jego nory; Dean otworzył nam w samych spodenkach. Marylouzeskakiwała właśnie z łóżka; Dean posłał gospodarza mieszkania
do kuchni, przypuszczalnie
 po to, żeby zaparzył kawy, a sam zaczął się rozwodzić nad sprawą miłości, bo dla niego seks był jedyną świętą i istotną wartością, chociaż dobrze się musiał napocić i nakląć, żeby zarobićna życie. Widać to było po tym, jak stał
 
i kiwał głową, ze wzrokiem wbitym w ziemię, potakując niczym młody bokser uwagom trenera, aby sprawić wrażenie, że wsłu
-6
chuje się w każde słowo, powtarzając bez przerwy swoje „Tak" i „Dobrze mówisz". Na pierwszy rzut oka wydał mi się bardzo podobny do Gene'a Autry'ego za młodu
- regularne
rysy, wąskie biodra, błękitne oczy, baki i akcent prosto z Oklahomy
- prawdziwy bohater
ośnieżonego Zachodu. Zresztą pracował rzeczywiście na ranczo, u Eda Walla w Kolorado,zanim ożenił się z Marylou i przyjechał na Wschód. Marylou była to ładna blondynka o bujnych kędzierzawych włosach jak złote morze; siedziała ze zwieszonymi rękami na brzeżkukanapy, niebieskie, przydymione oczy miała szeroko otwarte, bo znalazła się w jakiejś ponurej, wstrętnej melinie nowojorskiej,
 
 jednej z tych, o których słyszała jeszcze naZachodzie, i zastygła tu w oczekiwaniu niby chuda, wydłużona, surrealistyczna kobieta
Modiglianie-
go na tle surowego pokoju. Ale mimo że śliczna i miła, była przy tym głupia jak 
but i zdolna do najgorszych rzec
zy. Owej nocy piliśmy piwo, braliśmy się na rękę i gadaliśmyaż do świtu, a rano, kiedy siedzieliśmy w szarym świetle ponurego dnia, paląc w milczeniu pety z popielniczek, Dean zerwał się nerwowo, przemierzył w zamyśleniu pokój i oświadczył,że dobrze by było, gdyby Marylou zrobiła śniadanie i zamiotła podłogę.
 -
Innymi słowy, kochanie, musimy dobrze się zastanowić nad tym, co mówię, bo wszystko się rozchwieje i nie uda się nam dokonać oceny sytuacji ani skrystalizować planów.
 
Po tych jego słowach wyszedłem
.
Kilka dni później Dean zwierzył się Chadowi Kingo
-
wi, że musi się koniecznie nauczyć odniego pisać; Chad powiedział mu, że to ja jestem pisarzem i że po wszelkie rady powinien się zgłaszać do mnie. Tymczasem Dean dostał robotę na parkingu, pobił się z M
arylou w ichnowym mieszkaniu na Hoboken -
diabli wiedzą, po co się tam przenieśli
-
co doprowadziło ją do takiej wściekłości, że chcąc się zemścić, wniosła na policję jakąś histe
-7
ryczną, całkowicie wyssaną z palca skargę i Dean musiał wiać z Hoboken. Został więc bezdachu nad głową. Przyjechał prosto do Paterson w New Jersey, gdzie mieszkałem z ciotką, i pewnego wieczoru, kiedy ślęczałem nad książkami, rozległo się pukanie do drzwi, a po chwiliw mrocznym korytarzu ukazał się Dean, cały w ukłonach, niepewnie przestępując z nogi nanogę, i wyrzucił z siebie:
 -
Cześć, przypominasz sobie? Jestem Dean Moriarty. Przyjechałem z prośbą, żebyś mnienauczył, jak się pisze książki.
 - A gdzie Marylou? -
spytałem. W odpowiedzi usłyszałem, że podobno zarobiła dupą ki
lka
dolarów i wróciła do Denver 
-
,,ta dziwka!" Zatem wyszliśmy do baru na piwo, bo niemoglibyśmy rozmawiać jak należy przy ciotce, która siedziała w bawialni z nosem w gazecie.Rzuciła tylko jedno spojrzenie na Deana i raz na zawsze uznała go za wariata.
 
 
W barze zacząłem go wypytywać:
-
Słuchaj, stary, dobrze wiem, że nie zjawiłeś się u mnietylko dlatego, że chciałbyś zostać pisarzem, a zresztą i tak gówno się na tym znam, trzeba wtym siedzieć z zapałem nałogowca, i tyle.
- A on na to: - Jasne, wiem, co chcesz przez to
 powiedzieć, i zdaję sobie sprawę ze wszystkich trudności, ale konkretnie chodzi mi ouświadomienie sobie pewnych czynników, bo gdyby, się polegało na dychotomiiSchopenhauera w wypadku każdego wewnętrznie uświadomionego...
- i dalej w tym stylu,
czego ani w ząb nie rozumiałem, podobnie zresztą jak on. W o
-wym czasie Dean sam nie
rozumiał tego, co mówi; był młodym chłopakiem, niedawnym więźniem, którego u
-
rzekłacudowna możliwość, że może zostać prawdziwym intelektualistą, dlatego uwielbiał mówićtakim tonem i używać mądrych słów, zasłyszanych u „prawdziwych intelektualistów", choć wrzeczywistości plótł bzdury, ale trzeba wam wiedzieć, że poza tym nie był wcale naiwny iwystarczyło mu parę miesięcy z Carlo
 
Магхет, żeby mieć w małym palcu cały żargon wraz ze wszystkimi terminami. Niemniej jednak rozumieliśmy się na innych płaszczyznach szaleństwa, zgodziłem się więc, żeby umnie został, dopóki nie znajdzie pracy, a w dodatku ustaliliśmy, że kiedyś wybierzemy się razem na Zachód. Było to w zimi
e 1947 roku.
Pewnego wieczoru, kiedy stukałem jak wariat na maszynie, Dean wstał od kolacji
-
 pracował już wówczas na parkingu w Nowym Jorku
-
 pochylił się nade mną i powiedział:
 -
Chodź już, stary, dziewczyny nie będą czekać, pośpiesz się.
 - Poczekaj seku
ndę 
-
odparłem
-
 już idę, tylko skończę rozdział
-
i był to jeden z najlepszychrozdziałów w całej książce.
 
Ubrałem się i ruszyliśmy do Nowego Jorku na spotkanie z dziewczynami. Jadąc autobusem przez fosforyzującą niezwykłym światłem próżnię Tunelu Lincolna
, nachyleni ku sobie,
wymachiwaliśmy rękami, krzyczeliśmy i rozmawialiśmy z wielkim ożywieniem, aż czułem,że dostaję takiego samego bzika jak Dean. Był po prostu młodym chłopakiem niesamowicierozentuzjazmowanym życiem i chociaż był blagierem, blagował tylko dlatego, że tak bardzochciał żyć pełnią życia i poznawać ludzi, którzy inaczej nie zwróciliby na niego uwagi. Mnieteż naciągał (na mieszkanie, jedzenie i „co zrobić, żeby pisać"), ale wiedziałem o tym i onwiedział, że ja wiem (co poniekąd stanowiło podstawę naszych stosunków), więc się nie przejmowałem i świetnie się dogadywaliśmy
-
 bez żadnych awantur, ale i bez cackania się zesobą; chodziliśmy wokół siebie na palcach jak dwóch świeżo upieczonych serdecznych przyjaciół, liczyłem się od niego pewno nie mniej, niż on się uczył ode mnie. O mojej pracymówił tak:
- Wszystko, co piszesz, jest genialne, tylko tak dalej. -
Kiedy pisałem o
-
 powiadania, zaglądał mi przez ramię wykrzykując:
-Jasne! Bomba! O rany, stary! - i - No, no!-
i ocierał
 
chustką twarz.
-
Kurczę, stary, jest tyle rzeczy do zrobienia, tyle do napisania! Ale jak tuzacząć spisywać to wszystko bez zahamowań i bez obawy przed literackimi konwencjami i błędami gramatycznymi...
 -
Jasne, chłopie, teraz gadasz do rzeczy.
-
1 widziałem coś w rodzaju świętej błyskawicy, którą rozpalał jego entuzjazm i wizje opisywane przez niego w takim zapamiętaniu, że pasażerowieautobusów odwracali głowy, chcąc zobaczyć tego „rozgorączkowanego pomyleńca". NaZachodzie jedną trzecią czasu spędzał na bilardzie, jedną trzecią w więzieniu, a resztę w bibliotece publicznej. Widywano go, jak pędzi zimowymi ulicami na bilard, z gołą głową, zksiążkami pod pachą, albo jak wspina się na drzewa, żeby się dostać na poddasze do któregośz kumpli, gdzie przesiadywał po całych dniach czytając lub też kryjąc się przed władzami.
 
Dotarliśmy do Nowego Jorku
-
nie bardzo już pamiętam, bodajże chodziło o dwie czarnedziewczyny, otóż nie było ich; miały się spotkać z Deanem w jakiejś knajpce, ale się nie pokazały. Udaliśmy się na jego parking, gdzie musiał zrobić parę rzeczy
-
 przebrać się wkomórce na zapleczu i doprowadzić do porządku przed popękanym lustrem
- i dopiero wtedy
ruszyliśmy na miasto. Tego wieczoru Dean poznał Carlo Магха. І wówczas zdarzyło się coś

You're Reading a Free Preview

Download
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->