• Embed Doc
  • Readcast
  • Collections
  • CommentGo Back
Download
Karol Wojty\u0142a
Brat naszego Boga Sonety Magnificat Brat naszego Boga

Wst\u0119p
B\u0119dzie to pr\u00f3ba przenikni\u0119cia cz\u0142owieka. Sama posta\u0107 jest \u015bci\u015ble historyczna. Niemniej
pomi\u0119dzy sam\u0105 postaci\u0105 a pr\u00f3b\u0105 jej przenikni\u0119cia przebiega pasmo dla historii niedost\u0119pne.
W og\u00f3le bowiem cz\u0142owiek ma to do siebie, \u017ce niepodobna go wyczerpa\u0107 historycznie.
Pierwiastek poza historyczny w nim tkwi, owszem, le\u017cy u \u017ar\u00f3de\u0142 jego cz\u0142owiecze\u0144stwa. Pr\u00f3ba
za\u015b przenikni\u0119cia cz\u0142owieka \u0142\u0105czy si\u0119 z si\u0119ganiem do tych \u017ar\u00f3de\u0142. Przypuszczam, \u017ce to
si\u0119ganie, o ile ma si\u0119 \u0142\u0105czy\u0107 z pewnym uwolnieniem od szczeg\u00f3\u0142\u00f3w historycznych, pozostawi
niejedno do \u017cyczenia. Zawsze bowiem uwag\u0119 nasz\u0105 musi przyku\u0107 fakt. Fakt cz\u0142owiecze\u0144stwa
- i to konkretnego cz\u0142owiecze\u0144stwa; za\u0142o\u017cyli\u015bmy, \u017ce taki fakt nie jest ju\u017c wy\u0142\u0105cznie
historyczny. W tym fakcie osadza si\u0119 niniejsze studium. Nad nim pochyla si\u0119 z troskliw\u0105
wnikliwo\u015bci\u0105. Mo\u017ce jednak mimo tego si\u0119 myli? - Bardzo mo\u017cliwe. Wychodz\u0105c bowiem z
powy\u017cej wskazanych za\u0142o\u017ce\u0144, nie spodziewa si\u0119, aby dotar\u0142o dalej ni\u017c do pewnej postaci
prawdopodobie\u0144stwa. Prawdopodobie\u0144stwo jednak jest zawsze wyrazem prawdy
poszukiwanej; chodzi jedynie o to, jak wiele zawiera w sobie prawdy rzeczywistej. To za\u015b
zale\u017cy od nat\u0119\u017cenia i uczciwo\u015bci poszukiwa\u0144. W tym te\u017c w\u0142a\u015bnie miejscu znajdujemy si\u0119 w
bezpo\u015bredniej blisko\u015bci naszego bohatera. Posta\u0107 jego opiera si\u0119 w \u015bwiadomo\u015bci ka\u017cdego z
nas o bogate t\u0142o, w pe\u0142ni nasycone wielorak\u0105 rzeczywisto\u015bci\u0105. Tej to w\u0142a\u015bnie kr\u0119giem
rzeczywisto\u015bci \u0142\u0105czy si\u0119 ona z nami, przez ni\u0105 staje si\u0119 nam bliski i potrzebny. To te\u017c nakazuje
si\u0119gn\u0105\u0107 do konkretnych zasob\u00f3w jego cz\u0142owiecze\u0144stwa, aby odnale\u017a\u0107 w nich ten szczeg\u00f3lny
b\u0142ysk na ciemnym tle tej rzeczywisto\u015bci, przez kt\u00f3r\u0105 \u0142\u0105czy si\u0119 on z nami. O ile zdo\u0142amy
ods\u0142oni\u0107 ten b\u0142ysk, utrwalaj\u0105c go r\u00f3wnocze\u015bnie w dost\u0119pnych surowcach wyrazu? - S\u0105dz\u0119, \u017ce
o tyle, o ile umiemy uczestniczy\u0107 w tej samej wielorakiej rzeczywisto\u015bci, w kt\u00f3rej on
uczestniczy\u0142 - i w spos\u00f3b do niego zbli\u017cony. I. Pracownia przeznacze\u0144 W dalszym ci\u0105gu
oka\u017ce si\u0119 po\u0142o\u017cenie i rozmiar tego miejsca. Ludzie, kt\u00f3rzy przez nie si\u0119 przesun\u0105, stanowi\u0105
mimo wszystko zesp\u00f3\u0142 zapami\u0119tany z historii. Najwa\u017cniejsze jednak s\u0105 ich przeznaczenia.
Rozw\u00f3j ich przeznacze\u0144. Ci dwaj, kt\u00f3rzy w tej chwili prowadz\u0105 rozmow\u0119, utrzymuj\u0105 si\u0119
ci\u0105gle raczej w bli\u017cszej i lepiej o\u015bwietlonej cz\u0119\u015bci pracowni. Maks. Dzienniki pisz\u0105 ju\u017c o
twojej wystawie, Stanis\u0142aw. W\u0142a\u015bnie, widzia\u0142em dzi\u015b rano. - Na m\u00f3j rozum powinni ci\u0119 \u015bci\u0105\u0107.
- Spodziewam si\u0119... - Idziesz zbyt na przek\u00f3r wszystkim. Tak nie mo\u017cna. - Czy zastanawia\u0142e\u015b
si\u0119 kiedy, Maks, \u017ce to, co my przeobra\u017camy poza sob\u0105, jest znikome, jest \u015bmiesznie ma\u0142e.
W\u0142a\u015bciwie tylko staramy si\u0119 uchwyci\u0107, czy te\u017c raczej podchwyci\u0107 (no, rozumiesz) i
przerzuci\u0107 poza siebie jakie\u015b nieoczekiwane widzenie w\u0142asnego "ja", przeobra\u017canego powoli i
z nag\u0142a \u015bwiadomego swoich przeobra\u017ce\u0144. Potem ludzie przychodz\u0105, zajmuj\u0105 si\u0119 dzie\u0142em
sztuki, w\u0142a\u015bciwie poprzez nie bawi\u0105 si\u0119 cz\u0142owiekiem, kt\u00f3ry tak potrafi zmieni\u0107 sw\u0105 sk\u00f3r\u0119, jak
kameleon. Jest im to potrzebne. Oznacza to dla nich: wyj\u015b\u0107 poza siebie. Kosztuje ich to
zreszt\u0105 wcale niewiele. - Raczej zazdroszcz\u0119 ci takiego punktu widzenia. Masz wcale wysokie
poj\u0119cie o swoich widzach. Przyznam si\u0119, \u017ce mnie by\u0142oby do\u015b\u0107 trudno zdoby\u0107 si\u0119 na co\u015b
podobnego. - Chcesz mo\u017ce zapyta\u0107, na co w og\u00f3le tworz\u0119. No, w ka\u017cdym razie nie dla
widz\u00f3w. - Nie odwa\u017cy\u0142bym si\u0119 a\u017c tak wymierzy\u0107 pytania. A jednak pozostaje mimo wszystko
pewien stosunek, pewne odniesienie, pewne pos\u0142annictwo spo\u0142eczne. - To rozpu\u015b\u0107 na palecie,
poci\u0105gnij olejem i zalep plastrem. Mo\u017ce jeszcze s\u0142\u00f3wko o odpowiedzialno\u015bci... - A my\u015bl\u0119 - \u017ce
owszem. - Przepraszam - o jak wysokiej odpowiedzialno\u015bci? - O jak wysokiej?... Na to ci nie
odpowiem, Maks. S\u0105dz\u0119, \u017ce to sprawa zbyt osobista. Pr\u00f3cz tego znamy si\u0119 zbyt dobrze i nie
my\u015bl\u0119 stroi\u0107 przed tob\u0105 \u017cadnych p\u00f3z. - A wi\u0119c - o jak szerokiej? - Na to pytanie ci odpowiem.
Tak jest. Jestem przekonany o pos\u0142annictwie sztuki. - I c\u00f3\u017c za pos\u0142annictwo? Od oczu do
p\u0119dzla. Nie chc\u0119 jej przez to por\u00f3wna\u0107 z jakimkolwiek rzemios\u0142em. O nie. Bezwzgl\u0119dnie. Ale
nie trzeba przesadza\u0107. Warta tyle, \u017ce mnie pobudza, daje mi ten rozp\u0119d, ku kt\u00f3remu si\u0119

sk\u0142ania moje w\u0142a\u015bciwe "ja". A dzi\u0119ki temu jest mi sprawdzianem, ile jeszcze mo\u017cna z niego
wydoby\u0107. Przecie\u017c to jest w ko\u0144cu w\u015bciekle ciekawe, jak to w\u0142asne czyje\u015b "ja" przebiega,
narasta i opada. Ale na tym koniec. Koniec. Czeg\u00f3\u017c chcesz wi\u0119cej? I to ju\u017c ma swoje
wystarczaj\u0105ce znaczenie. Wok\u00f3\u0142 mnie, w innych?... - Umniejszasz, umniejszasz, Maks. Bo w
rzeczywisto\u015bci wok\u00f3\u0142 ciebie wyrasta powoli co\u015b, narasta, rozszerza si\u0119. Oczywi\u015bcie ty,
chocia\u017c masz w tym sw\u00f3j udzia\u0142, nie jeste\u015b jednak wy\u0142\u0105cznym sprawc\u0105 tej tajemnicy. To
jasne. - Mylisz si\u0119 Stach. B\u0142\u0105d tw\u00f3j zaczyna si\u0119 w najbli\u017cszym s\u0105siedztwie twojej sztuki. Czy
s\u0105dzisz, \u017ce wok\u00f3\u0142 niej wyrasta co\u015b wi\u0119cej ponad kr\u0105g b\u0142\u0119dnych i sprzecznych skojarze\u0144? - Nie
m\u00f3wimy oczywi\u015bcie o kokieterii. - Ale\u017c nie m\u00f3wimy o kokieterii, nie m\u00f3wimy o snobach.
M\u00f3wimy o najuczciwszym w \u015bwiecie widzu, s\u0142uchaczu... Czy s\u0105dzisz, \u017ce ten obywatel ze
Szewskiej lub Nadwi\u015bla\u0144skiej, kt\u00f3ry warzy piwo lub klepie buty, lub nawet psuje oczy w
folia\u0142ach z XIII wieku - \u017ce on zdo\u0142a odtworzy\u0107 w sobie ca\u0142\u0105 prawd\u0119 twoich skojarze\u0144, twego
widzenia, twoich napi\u0119\u0107? - Niezale\u017cnie od tego. - Co - niezale\u017cnie od tego? Je\u015bli ju\u017c
niezale\u017cnie, to tamto wszystko nie wchodzi w gr\u0119. - Ale\u017c, czepiasz si\u0119 wyraz\u00f3w. - Do
pewnego stopnia - s\u0142usznie. Jest mi to zreszt\u0105 jedynie potrzebne do przeprowadzenia mojego
dowodu. Stanis\u0142aw, (chce przerwa\u0107) Czekaj. Niech sko\u0144cz\u0119. Ot\u00f3\u017c widzisz: jest sobie
zbiorowisko, po prostu zbiorowisko atom\u00f3w, kt\u00f3re kr\u0105\u017c\u0105, ka\u017cdy w swojej p\u0142aszczy\u017anie i w
swoim profilu. Koniec. Co to kogo obchodzi? Zdaje mi si\u0119, \u017ce zmarnia\u0142bym, gdyby si\u0119
przysz\u0142o w\u015br\u00f3d tego zawrotnego ruchu mego "ja" wci\u0105\u017c liczy\u0107 z oddzia\u0142ywaniem, z
wp\u0142ywami lub jeszcze z odpowiedzialno\u015bci\u0105. - A jednak robisz wystawy. - Zwyczaj. A pr\u00f3cz
tego niejaka cz\u0119\u015b\u0107 naszego "ja" domaga si\u0119 poklasku. - Kt\u00f3ry r\u00f3wnocze\u015bnie lekcewa\u017cysz? - O
tak. W ka\u017cdym z nas tkwi cz\u0142owiek wymienny jak pieni\u0105dz i cz\u0142owiek niewymienny,
najg\u0142\u0119bszy, wiadomy tylko sobie samemu. - A c\u00f3\u017c robisz z owym wymiennym? Przecie\u017c nie
zbijasz mu fortuny? - Oczywi\u015bcie. Niemniej nie zamierzam z nim walczy\u0107. Wystarczy mi
prosta \u015bwiadomo\u015b\u0107 tamtego, kt\u00f3ry jest niewymienny, i pewna przegroda mi\u0119dzy jednym a
drugim, kt\u00f3r\u0105 w sobie nosz\u0119. Inaczej \u017cycie sta\u0142oby si\u0119 poziome i g\u0142upie. - A gdyby\u015b jednak
walczy\u0142 z tamtym wymiennym? - To by\u0142oby niezno\u015bne. Wystarczy posiada\u0107 go przez
\u015bwiadomo\u015b\u0107. I przez \u015bwiadomo\u015b\u0107 oddziela\u0107 go od siebie. - Ciekawe. Chyba nie zdziwi ci\u0119 to,
Maks, gdy powiem ci, \u017ce od tej rozmowy stajesz si\u0119 dla mnie du\u017co mniej tajemniczy? -
Bynajmniej. Przez uchylone w g\u0142\u0119bi drzwi pracowni wesz\u0142a ju\u017c od chwili Pani Helena z
M\u0119\u017cem. Bardzo cicho przesuwali si\u0119, nie zauwa\u017ceni, od obrazu do obrazu, chwilami
przystaj\u0105c obok stalug. Zwierzali sobie co\u015b p\u00f3\u0142g\u0142osem. Wida\u0107, \u017ce w pracowni tej nie czuj\u0105 si\u0119
obco. R\u00f3wnocze\u015bnie rozmowa skupi\u0142a Maksa wraz ze Stanis\u0142awem w przeciwleg\u0142ym,
najbli\u017cszym rogu pracowni, tak \u017ce zupe\u0142nie na razie nie zauwa\u017cyli go\u015bci. Pracownia przy tym
jest do\u015b\u0107 g\u0142\u0119boka i o tej godzinie raczej mroczna. Pani Helena. (od chwili da\u0142a si\u0119 ju\u017c
wci\u0105gn\u0105\u0107 w rozmow\u0119. Ci\u0105gle jednak niezauwa\u017cona. Niespodziewanie:) - My\u015bl\u0119 jednak, \u017ce
pan si\u0119 myli, Maks. Od razu przepraszam i - dzie\u0144 dobry panom. (Zaskoczeni). Maks. Dzie\u0144
dobry. Pa\u0144stwo tutaj? (Nie ma przywita\u0144) Pozwoli pani - nasz przyjaciel. Przyjecha\u0142 wczoraj
wieczorem z Monachium na swoj\u0105 wystaw\u0119. (Wymiana uk\u0142on\u00f3w g\u0142ow\u0105) M\u0105\u017c pani Heleny. A,
to pa\u0144ska wystawa. Widzia\u0142em ju\u017c dzi\u015b rano w dziennikach. Stanis\u0142aw. (ponowny uk\u0142on
g\u0142ow\u0105) Maks. (opanowuj\u0105c niejasne po\u0142o\u017cenie) Jak pa\u0144stwo widzicie lub raczej s\u0142yszycie -
Stach przywi\u00f3z\u0142 z sob\u0105 w serduszku ogromnie wiele idea\u0142u, a tymczasem ja, stary wyga i
zaprzeniec, zawzi\u0105\u0142em si\u0119, aby wyrwa\u0107 to z niego z korzeniami. Ale mo\u017ce pa\u0144stwo nie
s\u0142yszeli\u015bcie naszej rozmowy?... - I owszem, s\u0142ysza\u0142am. I my\u015bl\u0119, \u017ce pan si\u0119 myli, Maks. - Pani,
w takim wypadku nie wolno mi kruszy\u0107 kopii. Mam do czynienia z osob\u0105 uprzywilejowan\u0105,
nietykaln\u0105. Od razu og\u0142aszam sw\u0105 pora\u017ck\u0119. - Nie dlatego. Dla czego innego. Po prostu nie jest
tak, jak pan twierdzi. - Daruje pani, ale rzecz jest niezmiernie trudna do uj\u0119cia. - To, co pan
wyznaje, co pan g\u0142osi, to raczej oznacza oddalanie si\u0119 od sztuki. Stanowczo. - A cho\u0107by
nawet. Czy\u017c nie mam prawa do takich do\u015bwiadcze\u0144? - Oczywi\u015bcie. Ale trudno ju\u017c
przekonywa\u0107 i dowodzi\u0107, gdy do\u015bwiadczenia nie dope\u0142ni\u0142o si\u0119 dot\u0105d. - Wolno pani tak s\u0105dzi\u0107.

- O tak. Jestem o tym przekonana jak najg\u0142\u0119biej. Pan mo\u017ce nie zdaje sobie z tego sprawy,
Maks. A tutaj w gr\u0119 wchodzi naprawd\u0119 jaka\u015b tajemna wymiana, jakie\u015b wzajemne
uczestnictwo. Stanis\u0142aw. (wtr\u0105ca) Maks zechce pani od razu przytoczy\u0107, co s\u0105dzi o tak zwanej
wymianie, a mo\u017ce lepiej: o cz\u0142owieku wymiennym. Maks. O\u015bmiel\u0119 si\u0119 dorzuci\u0107, \u017ce wchodzi
w gr\u0119 ponadto jeszcze pewna odpowiedzialno\u015b\u0107! Pani Helena. Pan \u017cartuje. - Ale\u017c nie. W linii
rozumowania pani musi w\u0142a\u015bnie tak by\u0107. - A zatem nie by\u0142a to z\u0142o\u015bliwo\u015b\u0107. Dzi\u0119kuj\u0119 panu.
Podziwiam, jak bardzo umie pan w\u0142\u0105cza\u0107 si\u0119 w bieg my\u015bli cudzych (\u015bmiej\u0105c si\u0119) i pan - i pan
r\u00f3wnocze\u015bnie przeczy temu uczestnictwu, do kt\u00f3rego dopuszcza pan innych przez sw\u0105
tw\u00f3rczo\u015b\u0107, temu wp\u0142ywowi, kt\u00f3ry wywiera pan na ich \u017cycie. - I ja - i ja r\u00f3wnocze\u015bnie przecz\u0119
temu wp\u0142ywowi i temu uczestnictwu, i tej wymianie, pani Heleno. - A jednak pan tak \u015bwietnie
umie w\u0142\u0105cza\u0107 si\u0119 i uczestniczy\u0107 w sposobie my\u015blenia i czucia bli\u017anich. I z tak\u0105 uczciwo\u015bci\u0105...
- Prosta technika obcowania. A pr\u00f3cz tego musi pani wiedzie\u0107, \u017ce czyni to cz\u0142owiek
wymienny. Ten za\u015b nie jest ani najg\u0142\u0119bszy, ani najciekawszy. Najciekawszy jest cz\u0142owiek
niewymienny. Stanis\u0142aw. (przerywa) Ot\u00f3\u017c i wyk\u0142ad gotowy. M\u00f3wi\u0142em pa\u0144stwu. (Drzwi
otwarto po\u015bpiesznie. Wchodz\u0105 Lucjan i Jerzy:) - Dzie\u0144 dobry pa\u0144stwu. Pani Heleno. - Czy nie
zastali\u015bmy Adama? Pani Helena. A w\u0142a\u015bnie i ja chcia\u0142am zapyta\u0107 o Adama. Maks. Adama w
samej rzeczy nie ma w domu. Lucjan. A kiedy wr\u00f3ci? Maks. Na dobr\u0105 spraw\u0119 powinien tu
by\u0107 ju\u017c od godziny. Ja r\u00f3wnie\u017c czekam na niego. Poniewa\u017c jednak jestem z zawodu
nierobem, dlatego wykorzystuj\u0119 ten czas oczekiwania na bezp\u0142odne rozstrz\u0105sania o cz\u0142owieku
wymiennym i niewymiennym. Jerzy. Jakim - przepraszam...? Maks. ...niewymiennym... M\u0105\u017c
pani Heleny. (przerywa) Skoro jednak pan Adam nie nadchodzi, my mo\u017ce wst\u0105pimy tu za
jak\u0105\u015b gadzin\u0119. Pani Helena. Uwa\u017cam, \u017ce s\u0142usznie. Spodziewam si\u0119, \u017ce pan Adam zjawi si\u0119 w
ci\u0105gu tego czasu, a panowie b\u0119d\u0105 mieli sposobno\u015b\u0107 odr\u00f3\u017cni\u0107 ostatecznie cz\u0142owieka (nie)
wymiennego od podmiotu \u017cywio\u0142owych przemian. Maks. Nie jest to bynajmniej wykluczone.
I owszem, sam \u00f3w podmiot zjawi si\u0119 zapewne lada chwila w stanie bezwzgl\u0119dnej
niewymienno\u015bci, nieprzyst\u0119pny \u017cywio\u0142om. Wtedy osadzimy go na miejscu, zobowi\u0105zuj\u0105c
oczekiwa\u0107 pa\u0144stwa. M\u0105\u017c pani Heleny. Dzi\u0119kuj\u0119. (Wychodz\u0105) Lucjan. Panowie w ko\u0144cu
\u017cartujecie... Maks. Bynajmniej. Lucjan. A mnie rzeczywi\u015bcie do\u015b\u0107 trudno odnale\u017a\u0107 Adama.
Stanis\u0142aw. Powiedz, Maks, czy Adam ma talent? Maks. Jestem g\u0142\u0119boko przekonany. Jerzy.
Hm... to nie jest znowu tak bardzo oczywiste. To co\u015b innego. Poj\u0119cie "talent" nie wyra\u017ca tego,
o co chodzi u Adama. Stanis\u0142aw. Wi\u0119c co? Lucjan. Okre\u015bli\u0142bym to w taki spos\u00f3b: Adam
ogromnie wiele spraw przetwarza sob\u0105, a potem skutki tego zaznacza na p\u0142\u00f3tnie. Uwa\u017cacie,
panowie? Moim zdaniem - to nie jest typowy malarz. Zechciejcie zrozumie\u0107 t\u0119 r\u00f3\u017cnic\u0119.
Ka\u017cdy z was w\u0142a\u015bciwie doszukuje si\u0119 na p\u0142\u00f3tnie r\u00f3\u017cnych mo\u017cliwych i kolejnych rozwi\u0105za\u0144
swego \u017cycia; wasze \u017cycie rozgrywa si\u0119, toczy si\u0119 na p\u0142\u00f3tnie. I dlatego wy nie mo\u017cecie
pojmowa\u0107 \u017cycia inaczej; wy jeste\u015bcie zwi\u0105zani z p\u0142\u00f3tnem, uzale\u017cnieni od palety. - Adam
inaczej. U niego potrzeba p\u0142\u00f3tna i farb wlecze si\u0119 z daleka za jego najg\u0142\u0119bszym \u017cywio\u0142em.
Zwraca si\u0119 do nich niemal z niech\u0119ci\u0105, niemal z lekcewa\u017ceniem, bo mimo wszystko pojmuje
je jako \u015brodki i jako takie s\u0105 mu potrzebne. Ale to wszystko. Stosunek jego do rzemios\u0142a jest
daleko lu\u017aniejszy. Jest daleko bardziej niezale\u017cny. Zasadniczo \u017cyje w sobie, rozwija si\u0119 i
kurczy w sobie, nie na p\u0142\u00f3tnie. Nie, nie. To nie jest typowy malarz. Jerzy. Ciekawe...
Stanis\u0142aw. A zatem - kto? Lucjan. To jest raczej typowy poszukiwacz. I to nie szperacz
centusiowy. Poszukiwacz z rozmachem, bodaj\u017ce poszukiwacz zawadiacki. Jerzy. Jakkolwiek
b\u0105d\u017a, wszyscy godzimy si\u0119 na to, \u017ce ostatnimi czasy bardzo a bardzo si\u0119 zmieni\u0142. Maks.
Opowiem wam zdarzenie. By\u0142o to mo\u017ce tydzie\u0144 temu. Przyszed\u0142 tutaj Lubacki, no wiecie, ten
gruby kupiec, krezus w tutejszym stylu. Chodzi\u0142o o portret. Adam zacz\u0105\u0142 mu wyk\u0142ada\u0107 swoje
nowe teorie o wzajemnej odpowiedzialno\u015bci. Jednym s\u0142owem, otworzy\u0142 wszystkie grube
sakwy naszego bogacza i stara\u0142 si\u0119 przekona\u0107 go, \u017ce wszyscy n\u0119dzarze ze Zwierzy\u0144ca i z
Krakowskiej maj\u0105 prawo do jego zasob\u00f3w. Tamten stara\u0142 si\u0119 spraw\u0119 pokrywa\u0107 \u017cartem, potem
uprzejmo\u015bci\u0105, wreszcie innymi wybiegami. Ale Adam by\u0142 nieub\u0142agany. Oczywi\u015bcie to

of 00

Leave a Comment

You must be to leave a comment.
Submit
Characters: ...
You must be to leave a comment.
Submit
Characters: ...