zabawki olbrzymów ciśnięte tu niedbale lub zapomniane po skończonej zabawie. Niektóregłazy leżały w wodzie jeziora, czerniały pod przeźroczystą taflą. Niektóre wystawały nadpowierzchnię, omywane falką wyglądały jak grzbiety lewiatanów. Ale najwięcej głazówleżało na brzegu, od plaży aż po las. Część zagrzebana była w piasku, wystając częściowotylko, pozostawiając domysłom, jak wielkie są w całości.Śpiew, który rycerz słyszał, dochodził właśnie zza tych przybrzeżnych. Adziewczyna, która śpiewała była niewidoczna. Pociągnął konia, trzymając go za munsztuk ichrapy, tak by nie rżał i nie prychał.Odzienie dziewczyny spoczywało na jednym z głazów leżących w wodzie, płaskimniczym stół. Ona sama, naga, zanużona do pasa, myła się, pluskając i podśpiewując przytym. Rycerz nie rozpoznawał słów.I nie dziwota.Dziewczyna, głowę stawiłby w zakład, nie była człowiekiem z krwi i kości.Świadczyło o tym szczupłe ciało, dziwny kolor włosów, głos. Był pewien, że gdyby sięodwróciła, zobaczyłby wielkie oczy o kształcie migdałów. A gdyby odgarnęła popielatewłosy, dostrzegłby jak nic szpiczasto zakończone małżowiny uszne.To była mieszkanka Faërie. Wróżka. Jedna z Tylwyth Teg. Jedna z tych, którePiktowie i Irlandczycy nazywali Daoine Sidhe, Ludkiem Wzgórz. Jedna z tych, które Sasinazywali elfami.Dziewczyna przestała na chwilę śpiewać, zanurzyła się po szyję, zaprychała i nadwyraz pospolicie zaklęła. Rycerz to jednak nie zmyliło. Wróżki, jak powszechnie byłowiadomo, umiały kląć po ludzku. Niejednokrotnie plugawiej niż stajenni. A bardzo częstobyła klątwa wstępem do jakiegoś złośliwego figla, z zamiłowania do których wróżkisłynęły - na przykład zwiększenia komuś nosa do rozmiarów nasiennego ogórka albozmniejszenia komuś męskości do rozmiarów ziarenka bobu.Rycerza nie pociągała ni pierwsza, ni druga ewentualność. Już, już sposobił siędo dyskretnego odwrotu, gdy nagle zdradził go koń. Nie, nie jego własny wierzchowiec,który trzymany za chrapy był spokojny i cichutki jak myszka. Zdradził go koń wróżki,kara klacz, której rycerz początkowo nie dostrzegł między głazami. Teraz smoliścieczarna kobyłka grzebnęła kopytem żwir i zarżała powitalnie. Ogier rycerza targnął łbem iodpowiedział grzecznie. Aż echo poszło po wodzie.Wróżka wyprysnęła z wody, przez moment prezentując się rycerzowi w całej miłejdla oka okazałości. Rzuciła się ku skale, na której leżała odzierz. Ale miast chwycićjakie giezło i okryć się skromnie, elfka porwała miecz i z sykiem wydobyła go z pochwy,obracając żelazem nad podziw zręcznie. Trwało to jeden krótki moment, po którym wróżkaukucnęła lub uklękła, kryjąc się w wodzie aż po nos i wystawiając nad powierzchnięwyprostowaną rekę z mieczem.Rycerz otrząsnął się z osłupienia, puścił wodze i zgiął kolano, klękając namokrym piasku. Od razu pojął bowiem, kogóż to ma przed sobą.- Bądź pozdrowiona - zabełkotał, wyciągając ręce. - Wielki to honor dla mnie...Wielki zaszczyt, o, Pani Jeziora. Miecz ten przyjmę...- Może byś tak wstał z kolan i odwrócił się? - wróżka wystawiła usta nad wodę. -Może by się tak przestał gapić? I pozwolił mi się ubrać?Usłuchał.Słyszał, jak chlupie, wychodząc z wody, jak szeleści odzieniem, jak klnie zcicha, wyciągając je na mokre ciało. Przyglądał się karej klaczy o sierści gładkiej ilśniącej jak krecie futerko. Był to niezawodnie koń wielkiej krwi, niezawodniezaczarowany. Niechybnie również mieszkaniec Ferie, jak i jego właścicielka.- Możesz się odwrócić.- Pani Jeziora...- I przedstawić.- Jestem Galahad, z Caer Benic. Rycerz króla Artura, pana zamku Kamelot, władcyLetniego Kraju, a także Dumnonii, Dyfneint, Powys, Dyfed...- A Temeria? - przerwała. - Redania, Rivia, Aedirn? Nilfgaard? Te nazwy mówią cicoś?- Nie. Nigdym nie słyszał.Wzruszyła ramionami. W ręku, oprócz miecza, trzymała buty i koszulę, wypraną iwyżętą.- Tak myślałam. A jaki dziś mamy dzień roku?- Jest - otworzył usta, zdziwiony do granic - druga pełnia po Beltane... Pani...- Ciri - powiedziała machinalnie, kręcąc ramionami, by lepiej ułożyć odzienie na
Leave a Comment