• Embed Doc
  • Readcast
  • Collections
  • CommentGo Back
Download
 
Andrzej SapkowskiPani Jeziora
I jechali dalej, aż przybyli nad jezioro o wodach rozlanych szeroko i pięknie. Apośrodku samym onego jeziora zobaczył Artur ramię w biały atłas przyodziane, mieczcudnej roboty dzierżące. Potem zasię ujrzeli pannę, śmiele stąpającą po wód zwierciadle.- Cóż to za panna tak czarowna? - spytał Artur.- Zwą ją Panią Jeziora - odrzekł Merlin.Thomas Malory, Le Morte DarthurRozdział pierwszyJezioro było zaczarowane. Nie było co do tego żadnych wątpliwości.Po pierwsze, leżało tuż obok gardzieli zaklętej doliny Cwm Pwcca, dolinytajemniczej, wiecznie otulonej mgłą, słynącej z czarów i zjawisk magicznych.Po drugie wystarczyło popatrzeć.Tafla wody była głęboko, soczyście i niezmącenie niebieska, iście niczymwyszlifowany szafir. Była gładziutka jak zwierciadło, do tego stopnia, że przeglądającesię w niej szczyty masywu Y Wyddfa wyglądały piękniej jako odbicie niż w rzeczywistości.Od jeziora wiało zimnym ożywczym powiewem, a dostojnej ciszy nie zmącało nic, nawetplusk ryby czy krzyk wodnego ptaka.Rycerz otrząsnął się z wrażenia. Ale miast kontynuować jazdę grzbietem wzgórza,skierował konia w dół, ku jezioru. Zupełnie jakby przyciągany magiczną mocą czarudrzemiącego tam, w dole, na dnie, w otchłani wód. Koń stąpał płochliwie wśródpokruszonych skał, cichym pochrapywaniem dając znać, że i on wyczuwa magiczną aurę.Zjechawszy na sam dół, na plażę, rycerz zsiadł. Ciągnąc rumaka za tręzle, zbliżyłsię do skraju wód, gdzie drobna fala igrała wśród kolorowych otoczaków.Klęknął, chrzęszcząc kolczugą. Płosząc narybek, rybki malutkie i żywe jakigiełki, nabrał wody w złączone dłonie. Pił ostrożnie i powoli, lodowato zimna wodadrętwiła wargi i język, kłuła zęby.Gdy zaczerpywał ponownie, doleciał go dźwięk niesiony po powierzchni jeziora.Uniósł głowę. Koń chrapnął, jak gdyby potwierdzając, że i on słyszał.Nadstawił uszu. Nie, to nie było złudzenie. To, co słyszał, to był śpiew.Śpiewała kobieta. Może raczej dziewczyna.Rycerz, jak wszyscy rycerze, wychował się na powieściach bardów i opowieściachrycerskich. W tych zaś w dziewięciu przypadkach na dziesięć dziewczęce pienia lubzawodzenia były przynętą, idący za ich głosem rycerze regularnie wpadali w pułapki.Nierzadko śmiertelne.Ale ciekawość przemogła. Rycerz, końcem końców, miał dopiero dziewiętnaście lat.Był bardzo odważny i bardzo nierozsądny. Słynął z jednego, znany był z drogiego.Sprawdził, czy miecz dobrze chodzi w pochwie, po czym podciągnął konia i ruszyłplażą w kierunku, z którego dobiegał śpiew. Nie musiał iść daleko.Brzeg zalegały wielkie głazy narzutowe, ciemne, wyślizgane do połysku, rzekłbyś,
 
zabawki olbrzymów ciśnięte tu niedbale lub zapomniane po skończonej zabawie. Niektóregłazy leżały w wodzie jeziora, czerniały pod przeźroczystą taflą. Niektóre wystawały nadpowierzchnię, omywane falką wyglądały jak grzbiety lewiatanów. Ale najwięcej głazówleżało na brzegu, od plaży aż po las. Część zagrzebana była w piasku, wystając częściowotylko, pozostawiając domysłom, jak wielkie są w całości.Śpiew, który rycerz słyszał, dochodził właśnie zza tych przybrzeżnych. Adziewczyna, która śpiewała była niewidoczna. Pociągnął konia, trzymając go za munsztuk ichrapy, tak by nie rżał i nie prychał.Odzienie dziewczyny spoczywało na jednym z głazów leżących w wodzie, płaskimniczym stół. Ona sama, naga, zanużona do pasa, myła się, pluskając i podśpiewując przytym. Rycerz nie rozpoznawał słów.I nie dziwota.Dziewczyna, głowę stawiłby w zakład, nie była człowiekiem z krwi i kości.Świadczyło o tym szczupłe ciało, dziwny kolor włosów, głos. Był pewien, że gdyby sięodwróciła, zobaczyłby wielkie oczy o kształcie migdałów. A gdyby odgarnęła popielatewłosy, dostrzegłby jak nic szpiczasto zakończone małżowiny uszne.To była mieszkanka Faërie. Wróżka. Jedna z Tylwyth Teg. Jedna z tych, którePiktowie i Irlandczycy nazywali Daoine Sidhe, Ludkiem Wzgórz. Jedna z tych, które Sasinazywali elfami.Dziewczyna przestała na chwilę śpiewać, zanurzyła się po szyję, zaprychała i nadwyraz pospolicie zaklęła. Rycerz to jednak nie zmyliło. Wróżki, jak powszechnie byłowiadomo, umiały kląć po ludzku. Niejednokrotnie plugawiej niż stajenni. A bardzo częstobyła klątwa wstępem do jakiegoś złośliwego figla, z zamiłowania do których wróżkisłynęły - na przykład zwiększenia komuś nosa do rozmiarów nasiennego ogórka albozmniejszenia komuś męskości do rozmiarów ziarenka bobu.Rycerza nie pociągała ni pierwsza, ni druga ewentualność. Już, już sposobił siędo dyskretnego odwrotu, gdy nagle zdradził go koń. Nie, nie jego własny wierzchowiec,który trzymany za chrapy był spokojny i cichutki jak myszka. Zdradził go koń wróżki,kara klacz, której rycerz początkowo nie dostrzegł między głazami. Teraz smoliścieczarna kobyłka grzebnęła kopytem żwir i zarżała powitalnie. Ogier rycerza targnął łbem iodpowiedział grzecznie. Aż echo poszło po wodzie.Wróżka wyprysnęła z wody, przez moment prezentując się rycerzowi w całej miłejdla oka okazałości. Rzuciła się ku skale, na której leżała odzierz. Ale miast chwycićjakie giezło i okryć się skromnie, elfka porwała miecz i z sykiem wydobyła go z pochwy,obracając żelazem nad podziw zręcznie. Trwało to jeden krótki moment, po którym wróżkaukucnęła lub uklękła, kryjąc się w wodzie aż po nos i wystawiając nad powierzchnięwyprostowaną rekę z mieczem.Rycerz otrząsnął się z osłupienia, puścił wodze i zgiął kolano, klękając namokrym piasku. Od razu pojął bowiem, kogóż to ma przed sobą.- Bądź pozdrowiona - zabełkotał, wyciągając ręce. - Wielki to honor dla mnie...Wielki zaszczyt, o, Pani Jeziora. Miecz ten przyjmę...- Może byś tak wstał z kolan i odwrócił się? - wróżka wystawiła usta nad wodę. -Może by się tak przestał gapić? I pozwolił mi się ubrać?Usłuchał.Słyszał, jak chlupie, wychodząc z wody, jak szeleści odzieniem, jak klnie zcicha, wyciągając je na mokre ciało. Przyglądał się karej klaczy o sierści gładkiej ilśniącej jak krecie futerko. Był to niezawodnie koń wielkiej krwi, niezawodniezaczarowany. Niechybnie również mieszkaniec Ferie, jak i jego właścicielka.- Możesz się odwrócić.- Pani Jeziora...- I przedstawić.- Jestem Galahad, z Caer Benic. Rycerz króla Artura, pana zamku Kamelot, władcyLetniego Kraju, a także Dumnonii, Dyfneint, Powys, Dyfed...- A Temeria? - przerwała. - Redania, Rivia, Aedirn? Nilfgaard? Te nazwy mówią cicoś?- Nie. Nigdym nie słyszał.Wzruszyła ramionami. W ręku, oprócz miecza, trzymała buty i koszulę, wypraną iwyżętą.- Tak myślałam. A jaki dziś mamy dzień roku?- Jest - otworzył usta, zdziwiony do granic - druga pełnia po Beltane... Pani...- Ciri - powiedziała machinalnie, kręcąc ramionami, by lepiej ułożyć odzienie na
 
schnącej skórze. Mówiła dziwnie, oczy miała zielone i wielkie.Odruchowo odgarnęła zmoczone włosy, a rycerz westchnął mimowolnie. Nie tylkodlatego, że jej ucho było zwyczajne, ludzkie, żadną miarą elfie. Policzek miałazdeformowany dużą brzydką blizną. Zraniono ją. Ale czy wróżkę można zranić?Zauważyła spojrzenie, zmrużyła oczy i zmarszczyła nos.- Szrama, tak jest! - powtórzyła ze swym zaskakującym akcentem. - Czemu masz takiwystraszony wzrok? Aż tak dziwna to rzecz dla rycerz, blizna? Czy też aż tak szpetna?Wolno, oburącz zdjął kaptur kolczy, odgarnął włosy.- Rzecz iście nie dziwna dla rycerza - rzekł nie bez młodzieńczej dumy,demonstrując własną ledwo zagojoną szramę, biegnącą od skroni po żuchwę. - A szpetne sąjeno blizny na honorze. Jestem Galahad, syn Lancelota du Lac i Elaine, córki królaPellesa, pana na Caer Benic. Ranę tę zadał mi Breunis Bezlitosny, niegodziwyciemiężyciel panien, nimem go powalił w uczciwym pojedynku. Zaprawdę, godzien jestem zrąk twych przyjąć ten miecz, o Pani Jeziora...- Słucham?- Miecz. Jestem gotów go przyjąć.- To mój miecz. Nie pozwalam go nikomu dotykać.- Ale...- Ale co?- Pani Jeziora zawsze... Zawsze przecie wynurza się z wód i darowuje miecz.Milczała jakiś czas.- Rozumiem - powiedziała wreszcie. - Cóż, co kraj, to obyczaj. Przykro mi,Galahadzie, czy jak ci tam, ale najwidoczniej trafiłeś nie na tę Panią, co trzeba. Janiczego nie rozdaję. I nie pozwalam sobie odebrać. Żeby wszystko było jasne.- Ale przecie - odważył się - przybywacie z Faërie, Pani, czyż tak?- Przybywam - powiedziała po chwili, a jej zielone oczy, wydawało się, patrzą wotchłań przestrzeni i czasu. - Przybywam z Rivii, z miasta o tej samej nazwie, Znadjeziora Loc Eskalott. Przypłynęłam tutaj łodzią. Była mgła. Nie widziałam brzegów.Słyszałam tylko rżenie. Kelpie... Mojej klaczy, która biegła za mną w ślad.Rozpostarła mokrą koszulę na kamieniu. A rycerz westchnął znowu. Koszula byławyprana, ale niedokładnie. Wciąż znać było zacieki krwi.- Przyniósł mnie tu nurt rzeki - podjęła dziewczyna, albo nie widząc, cospostrzegł, albo udając, że nie widzi. - Nurt rzeki i czar jednorożca... Jak nazywa sięto jezioro?- Nie wiem - przyznał. - Tyle tu jezior w Gwynedd...- W Gwynedd?- Przecie. Tamte góry to Y Wyddfa. Gdy je mieć po lewej ręce i jechać lasami, podwóch dniach dotrze się do Dinas Dinlleu, a dalej do Caer Dathal. A rzeka... Najbliższarzeka to...- Nieważne, jak nazywa się najbliższa rzeka. Masz coś do jedzenia, Galahadzie?Umieram wprost z głodu.- Czemu mi się tak przyglądasz? Boisz się, że zniknę? Ze ulecę w przestworzarazem z twoim sucharem i jałowcową kiełbasą? Nie bój się. W moim własnym świecienabroiłam nieco i zamieszałam w przeznaczeniu, więc chwilowo nie powinnam się tampokazywać. Pobędę jakiś czas w twoim. W świecie, w którym nocą próżno szukać na niebieSmoka albo Siedmiu Kóz. W którym właśnie jest druga pełnia po Belleteyn, a Belleteynwymawia się Beltane. Czemu się tak we mnie wpatrujesz, pytam?- Nie wiedziałem, że wróżki jedzą.- Wróżki, czarodziejki i elfki. Wszystkie jedzą. Piją. I tak dalej.- Słucham?- Nieważne.Im baczniej się jej przyglądał, tym bardziej zatracała uroczą aurę, tym bardziejrobiła się ludzka i zwyczajna, pospolita wręcz. Wiedział jednak, że taka nie jest, niemoże być. Nie spotyka się pospolitych dziewczyn u podnóża Y Wydda, w okolicach CwmPwcca, kąpiących się nago w górskich jeziorach i piorących zakrwawione koszule.Nieważne, jak ta dziewczyna wygląda, istotą ziemską być nie mogła. Mimo to Galahad jużcałkiem swobodnie i bez nabożnego lęku patrzył na jej mysie włosy, które teraz, gdywyschły, ku jego zdumieniu lśniły pasemkami siwizny. Na jej szczupłe ręce, mały nosek iblade usta, na jej męski strój trochę dziwacznego kroju, uszyty z delikatnej tkaniny oniebywale gęstym splocie. Na jej miecz, dziwny w konstrukcji i ornamencie, alebynajmniej nie wyglądający na paradną ozdóbkę. Na jej bose stopy, oblepione zeschłym
of 00

Leave a Comment

You must be to leave a comment.
Submit
Characters: ...
You must be to leave a comment.
Submit
Characters: ...