Welcome to Scribd. Sign in or start your free trial to enjoy unlimited e-books, audiobooks & documents.Find out more
Download
Standard view
Full view
of .
Look up keyword
24Activity
0 of .
Results for:
No results containing your search query
P. 1
Led-Zeppelin - Tajemnice i Ciekawostki

Led-Zeppelin - Tajemnice i Ciekawostki

Views: 6,911|Likes:
Published by VanQuatro
To było jak wołanie o pomoc, jak krzyk w czeluści. Nigdy więcej nie nagramy już takiej płyty. Musiałem wszystko nagrywać na wózku inwalidzkim. Byłem zdruzgotany i sfrustrowany. A do tego wściekły, że nie mogę wrócić do żony i dzieci. Coraz częściej zadawałem sobie pytanie: czy ten cały rock and roll jest tego wart?
-Robert Plant
To było jak wołanie o pomoc, jak krzyk w czeluści. Nigdy więcej nie nagramy już takiej płyty. Musiałem wszystko nagrywać na wózku inwalidzkim. Byłem zdruzgotany i sfrustrowany. A do tego wściekły, że nie mogę wrócić do żony i dzieci. Coraz częściej zadawałem sobie pytanie: czy ten cały rock and roll jest tego wart?
-Robert Plant

More info:

Categories:Topics, Art & Design
Published by: VanQuatro on Mar 24, 2013
Copyright:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
Visibility:Private
See more
See less

08/26/2013

pdf

text

original

 
ROZDZIAŁ I
 
GORYCZ MŁODOŚCI
 
Mieścina o tej porze świeciła pustkami. Wiatr rozwiewał śmieci po brukowanych uliczkach. Jedną znich uciekał pewien młody chłopak. W dłoni trzymał torbę ze zrabowanym jedzeniem, które wykradł przedchwilą z magazynów. Miał na
 
sobie potarganą koszulę wiązaną przy szyi i obtarte spodnie. Długie włosyopadały mu na ramiona. Goniło go dwóch grubych osiłków.
 
odzieniec
przemknął zwinnie między
budynkami
do karczmy „Kufel Bartiego”. W środku byłotłoczno. Ściągnął z wieszaka cudzy
 
płaszcz, zarzucił go na siebie,
 
zaciągnął kaptur na głowę,
 
a potem wtopiłsię w towarzystwo.
 
Usiadł
przy ladzie naprzeciwko karczmarza.-
Czym stary Barti może służyć? –
 
zapytał wycierając ręce o fartuch.
 -
Duży kufel piwa, jeśli łaska.
 W tym momencie do
środka
 
wpadł jeden z osiłków. Łysy i zasapany, podszedł do lady. Zerknął nachłopaka, który stwarzał niewinne pozory, czekając
spokojnie na piwo
. Między udami
 
trzymał to co ukradł.Serce przyspieszyło mu rytmu. Po czole zaczęły spływać krople potu
. Prze
tarł je rękawem.
 -
Co podać? –
 
karczmarz odezwał się do gościa.
 -
Eee… nic. Był tutaj chłopak? Taki niewysoki, z długimi włosami
, w brudnym ubraniu?-
Przychodzą tu
 
różni ludzie.
 -
Ehh…
 
 –
 
burknął pod nosem,
 
rozejrzsię jeszcze i wyszedł
.
Chłopak zsunął kaptur, chwycił za kufel, biorąc duży łyk piwa. Było wyborne, idealnie gorzkie ichłodne. Przetarł usta.
 -
Hej. Czy to nie ciebie szukał? –
 
karczmarz zwrócił mu uwagę.
 -
Całkiem możliwe.
 -
Nie wiem coś przeskrobał, ale na tych zbirów lepiej uważać.
O tej porze miasto jest niebezpieczne,
szczególnie dla takich młodzieńców
jak ty. Nie wiadomo co czyha za rogiem.-
Też tak myślę –
 
odpowiadał zdawkowo. Nie był skory do rozmów.
 
Dokończył piwo
,
zapłacił ostatnim temerem
 
i opuścił karczmę, będącą jedynym
 
żyjącym miejscem wokolicy. Wszędzie wokół panowała cisza. Było już grubo po północy. Młodzieniec pobiegł domu stryja, zktórym mieszkał. Drzwi były zamknięte. Wdrapał się po rynnie na piętro, i wskoczył do swojego pokojuprzez uchylone okno. Płaszcz i zrabowane jedzenie rzucił na stolik.
 
Potem padł na łóżko. Pościel niepranaod dłuższego czasu, wydawała okropną woń. Ale był tak zmęczony, że zaczął przysypiać momentalnie. Nagranicy jawy i snu, usłyszał kroki. Ktoś wchodził po schodach. To pewnie stryj –
p
omyślał wstając. Przekręcił
 klucz w zamku.- Rimuel, otwieraj!
 –
 
krzyknął chrapliwym głosem
stryj.
 –
 
Gdzieś
 
był tyle czasu
?-
Nagle się mną interesujesz?
 
zapytał szyderczym tonem.
 -
Nie igraj ze mną! Otwieraj! –
 
powtórzył, bardziej stanowczo, waląc pięścią w drzwi.
 
Chłopak postanowił milczeć. Myślał co rozsądnego zrobić. Z domu nie było sensu uciekać, bowcześniej czy później by wrócił, a to pogorszyłoby sprawę. Jeśli otworzyłby, zapewne czekałaby go niemiłakłótnia, której chciał uniknąć.
 -
Proszę cię
, Rimuel
 –
 
stryj zszedł z tonu, jakby zabrakło mu energii. A był zmęczonym człowiekiem.Jego przeszłość była smutna. Zmęczyło go życie, którego gorycz przelewał każdego dnia na Rimuela. Duszęmiał dobrą, ale zbudował wokoło niej niewidzialny mur. Nie miał przyjaciół, i tym samym nie miał miłości.Wszyscy sąsiedzi woleli go unikać.
 
Chłopak uległ. Uchylił drzwi. Popatrzył chwilę w oczy wyczerpanego staruszka. Czuć było od niegowoń alkoholu
-
 jak zwykle. Trzymał rękę na zgarbionym, obolałym kręgosłupie. Twarz
 
miał pomarszczoną.
 
Kępka nierówno przystrzyżonych
 
siwych włosów, sterczała
mu
na głowie. Z trudem dowlókł się do stołka.Usiadł na nim, a potem zapalił świeczkę stojącą na stoliku.
 -
Skąd to masz? Ukradłeś? –
 
popatrzył na worek z jedzeniem.
 -
Może –
odpar
ł krótko, siadając na łóżku.
- Rodzice nie byliby z ciebie dumni.- Z ciebie pewnie te
ż. Znowu śmierdzisz gorzałą –
 
zarzucił mu, patrząc prosto w oczy.
 
 
-
Piję bo muszę. Jakbyś trzympod dachem takiego darmozjada jak ty, też byś pił.
 
Wtedy w chłopaku coś pękło.
 - Darmozjada? Kto tutaj jest darmoz
 jadem? Ciągle siedzisz na dupie
 
i pijesz…
-
uniósł się.
 -
Słuchaj gówniarzu…
 -
Zamknij się teraz
 
wrzasnął, wstając z łóżka. –Sam muszę o siebie dbać. W twoim domu spędzamtylko noce, bo niestety muszę.
A d
om wciąż nieposprzątany. Jestem pewien, że w kuchni nadal
panujeburdel. T
woje rupiecie walają się wszędzie, odór alkoholu zawsze ci towarzyszy. Siedzisz na dupie, nawetnie znajdziesz sobie roboty. I ty mi mówisz, że jestem darmozjadem? Że rodzice nie
byliby ze mnie dumni?
 –
 
krzyczał wymachując rękoma jak opętany. Po jego polikach spływały strumienie łez. –
 
Sam jesteś sobie
winien. Dobrze to wiesz.
Stryj spuścił wzrok.
 
Nic już nie mówił, był podpity.
 
Popatrzył na podłogę. Nie wiadomo jakie uczucia
w ni
m siedziały. Może była to złość, a może zrozumienie dla słów Rimuela. Ale najprawdopodobniej, tozwykła ludzka niemoc. Dotyka ona tych co zrozumieli, że okłamywali siebie samych. Stryj taki był.Wszystkimi porażkami obarczał Rimuela, aż ten mu to wygarnął.
 
Zapłakany chłopak usiadł w kącie. Objął kolana, wciąż roniąc łzy. Niedomknięte okno postukiwało,świerszcze dawały koncert
, a
kot miałczał na parapecie. Jak się tam znalazł? Pewnie słysząc kłótnię,
 
przyszedł sprawdzić co się dzieje. Zeskoczył na podłogę, zbliżył się do Rimuela, smagnął go kilka ra
zy
ogonem, a następnie wskoczył
mu na ramiona.-
Co mały? Też jesteś sam?
 
wyszeptał, głaszcząc zwierzaka, ale ten tylko ułożył się wygodnie.
-
Muszę się stąd wyrwać
-
wymamrotał pod nosem.
 ***
Ze stołu spadła
 
trącona przez kota, wypalona świeczka. Dźwięk był na tyle głośny aby zbudzićchłopaka, który nie wiedzieć kiedy zasnął.
P
rzetarł ociężałe powieki, podszedł do okna
 
i oparł się o parapet.Słońce świeciło nad dachami domostw. Ludzie wlekli się wąskimi ulicz
kami. Nie
byli to zwykli mieszkańcyCarvii. Dzielnica Przyportowa opiewała złą sławą. Mieszkały tam najgorsze zbiry w całym mieście –
 
 jeśli niebrać pod uwagę Dzielnicy Portowej. Carvia była miastem portowym. Codziennie cumowały tam statki
. Port
był j
edyny
m źródłem
 
gdzie dostarczano towary z zewnątrz, bo samo miasto leżało odizolowane od reszty
kraju. Nie mia
ło nawet własnych pól uprawnych. Ze strony zachodniej otaczał je ocean, a wschodniej, gęsty
las.
Rimuela wciąż dręczyły emocje. Uczucie gniewu
 
krępowało duszę. Nienawidził stryja, nienawidziłtego miejsca, a co najgorsze nienawidził siebie. Chciał z tym skończyć. Do głowy przychodziły mu różne,nawet najgorsze rozwiązania. Dobrym wyjściem byłoby stąd uciec, pomyślał. Wyruszyć przez góry do
Bladebergu. Zwykle
gdy uciekał, wracał po jakimś czasie. Ale teraz był zdeterminowany. Nie chodziło o
op
uszczenie stryja na tydzień, tylko
 
na zawsze. Mimo wątpliwości, postawił wszystko na jedną kartę,zaryzykował, a wiele do stracenia nie miał –
 
przynajmniej tak myślał. Złapał za torbę
.
Włożył do niej koc,bochenek chleba i wędzonego dorsza. Ubrał płaszcz zabrany z gospody.
 
Zbiegłszy po schodach, zobaczyłstryja siedzącego na taborecie w kuchni.
 -A ty, gdzie?!
 –
 
zapytał stanowczo.
-Nic ci do tego!
 –
 
trzasnął drzwiami na pożegnanie, wychodząc
 
na zewnątrz.Stryj wyskoczył z domu
 
i wykrzyczał, by nie wracał. Ale przecież
 
Rimuel nie miał zamiaru
 
wracać.Prześladowała go jedynie myśl, że teraz jest zdany
tylko na siebie. A
może zawsze
 
był? Kroczył
ulicamimiasta. Przypomi
nało mu ono najgorsze chwile z przeszłości, ale czuł do niego przywiązanie. Po
raz ostatni
pożegnał staruszkę
sprzed
ającą kwiaty. Gdy był dzieckiem, dostawał od niej darmowe babeczki. Zajrzał też
do przystani, aby poob
serwować zacumowane statki. Ich żagle powiewały jak niebiańskie chorągwie.Jaskółki przelatywały zwinnie między nimi. Na niebie widniały kłębiaste chmury, które od czasu, do czasuprzykrywały słońce. Wtedy ciobejmował całą okolicę. Robiło się chłodno i
przyjemnie. Ale zaraz potem,
znów wyglądało
 
słońce, i swym blaskiem oświetlało powierzchnię wody –
 
od przystani, aż po horyzont.Rimuel siedział na drewnianej ławce,
 
rozmyślając co jest za nim. Wyobrażał sobie kraniec ziemi,którego przekroczenie, groziło spadkiem w nieskończoną otchłań. Słyszał wiele opowieści o żeglarzach,którzy tam wypływali i słuch o nich ginął. A jeśli wracali, to prawdopodobnie nie zdołali dopłynąć do krańca

Activity (24)

You've already reviewed this. Edit your review.
1 hundred reads
1 thousand reads
VanQuatro liked this
VanQuatro liked this
VanQuatro liked this
VanQuatro liked this
VanQuatro liked this
VanQuatro liked this
VanQuatro liked this
VanQuatro liked this

You're Reading a Free Preview

Download
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->