więzieniu.
„
Przywilejów", którymi się cieszył, nie opłacali współczujący krewni, nie finansował ich z własnego majątku. Miały oneuspokoić sumienie kobiety, która go tu umieściła, zamknęła niczym wściekłą bestię, jak go nazwała. Powiedziała to surowym głosem, bez cienia strachu.Fakt, że się go nie bała, stanowił jeden z powodów, dla których chciał ją zabić. Co za pech, że mu się nie udało.
-
Powinieneś iść do więzienia!
-
krzyczała, gdy służący powalił go na ziemię. Leżał z twarzą wciśniętą w miękki, puszysty dywan u jej stóp.
-
Ale nie pozwolę, abyś okrył hańbą nazwisko mojej wnuczki.Odmówiła wniesienia oskarżenia, ale, jako że stanowił zagrożenie dla społeczeństwa, umieściła go w zakładzie zamkniętym.Jej przyjaciele, znani lekarze, pospiesznie przybyli na wezwanie. Jednogłośnie uznali, że jest niebezpieczny, że zabijanie ma we krwi.
„
To wariat, wystarczy spojrzeć mu w oczy". Natychmiast podpisali dokumenty, za sprawą których znalazł się tutaj
-
na zawsze.Zdaniem Bucka Duveena przyzwoite ubrania, pizza i butelka wódki
-
którą pił nie dlatego, że ją lubił, a dlatego że najmniejśmierdział po niej oddech
-
nie były wystarczającym zadośćuczynieniem za zmarnowane życie. Nie był nim również pokój ookratowanych oknach i strażnik na każdym piętrze. Buckowi brakowało restauracji, barów, alkoholu i kobiet. I poczucia mocy. Niedoznał go od dwudziestu lat, a pragnął jak dziecko cukierka.Pewnego pochmurnego kwietniowego ranka wyprowadzili go z pokoju. Szedł z dwoma uzbrojonymi strażnikami długim zielonymkorytarzem bez okien. Skuli mu ręce kajdankami, bo miał opinię agresywnego pacjenta. Zabrali go do gabinetu dyrektora.Hal Morrow siedział za biurkiem zawalonym papierami. Poczuł zapach miętowych pastylek Duveena, zanim podniósł wzrok. Wmilczeniu przyglądał mu się przez dłuższą chwilę. Dobrze wygląda, przemknęło mu przez głowę. Zerknął do papierów
-
Buck Duveen miał teraz czterdzieści dwa lata. Był wysoki, szczupły, miał rudą czuprynę, pociągłą twarz z bladą cerą więźnia i silne ręcewieśniaka.Morrow zamknął teczkę. Właśnie tymi rękami Duveen usiłował udusić kobietę, która go tu umieściła, i prawdopodobnie dwie prostytutki. Nie znaleziono żadnych dowodów łączących go z zabójstwami, nigdy też nie był za nie sądzony, podobnie jak w przypadku starszej kobiety, ale to jej wybór. Zdaniem Morrowa nie chciała procesu, bo obawiała się, że Duveen wyjdzie znajsurowszego więzienia za dobre sprawowanie.Buck Duveen był psychopatą: przystojnym, czarującym, pozbawionym uczuć, bezlitosnym psychopatą. I przebiegłym. Nowistrażnicy w Hudson zawsze powtarzali, że rzadko się spotyka równie miłych ludzi; uprzejmych, inteligentnych, wygadanych. Sam sięnauczył greki i łaciny, czytał Platona i Wergiliusza w oryginale. Starannie uprawiał swój ogródek, skrawek ziemi w olbrzymim parku.Hodował tylko kwiaty. Piękne, wypieszczone kwiaty, na których nigdy nie było owadów, bo natychmiast je zabijał. Jego róże zawsze przyciągały wzrok. Uprawiał kwiaty kwitnące latem, jesienią i wiosną. Zimą śnieg zakrywał ziemię na długie miesiące.Buck Duveen wydawał się wspaniałym kumplem. Nietrudno było polubić jego towarzystwo. Wkrótce rozmówca zaczynał sięzastanawiać, co taki uroczy człowiek robi w takim miejscu. Buck Duveen tylko na to czekał.Mało brakowało, a udusiłby strażnika, który traktował go raczej jak przyjaciela niż pacjenta. Rzucił się na niego, zacisnął ręce na szyiz taką siłą, że trzeba było trzech mężczyzn, by go okiełznać. Nawet kiedy stracił przytomność, siłą musieli odrywać jego palce od szyistrażnika.Ilekroć miał atak szału, nakładali mu kaftan bezpieczeństwa, zamykali w celi bez okien, stawiali pod drzwiami straż i słuchali, jak wyje i miota przekleństwa na nich i na kobietę, która go tu umieściła.Po kilku dniach milkł.
-
Czy moglibyście mnie stąd wypuścić?
-
prosił uprzejmie. I robili to, tylko że nakładali mu kajdanki i łańcuchy na nogi. Prowadziligo do pokoju, zamykali i obserwowali przez judasza w drzwiach. Zazwyczaj siedział przy biurku, czytał poezję łacińską albo przeglądał jeden z magazynów ogrodniczych, które prenumerował. Znowu był wzorowym pacjentem.Buck Duveen obserwował Morrowa z pozornie obojętną miną. We własnym mniemaniu był mądrzejszy i sprytniejszy od psychiatry, zktórym spotykał się raz w tygodniu. Wodził doktorka za nos, mówiąc mu to, co tamten spodziewał się usłyszeć: brednie o snacherotycznych, fantazjach, wizjach. Czuł na sobie wzrok psychiatry, widział, jak tamten z zadumą kiwa głową, i w głębi duszy skręcałsię ze śmiechu, że z taką łatwością udało mu się ich oszukać. Niestety, nie był na tyle sprytny, by stąd uciec, chociaż próbował nieraz. Ta świadomość nie dawała mu spokoju. Musi się zemścić naCharlotte Parrish, która go tu umieściła. Pożądał wszystkiego, co miała. Wszystko należało się jemu.Rozmyślał o tym noc w noc, podczas mroźnych zim, gdy wiatr wył za oknem jak wściekli pacjenci za ścianą, i w upalne, parne letnie popołudnia, gdy nagi krążył po pokoju, uwięziony jak zwierzę w klatce.Pewnego dnia ją dopadnie. Wtedy zostanie tylko jedna przeszkoda. Nie wiedział, co się stało z dzieckiem, Ellie Parrish Duveen. Terazto już dorosła kobieta. Młoda i apetyczna.Tysiące razy wyobrażał ją sobie, wysoką i rudowłosą. I tysiące razy rozkoszował się wizją tego, co jej zrobi, kiedy w końcu dorwie ją w swoje ręce.
ś
miał się wtedy i wył jak szaleniec, a strażnicy na korytarzu zatrzymywali się w pół kroku i nasłuchiwali z głowami przechylonymi na bok.
-
Buck Duveen znowu zaczyna
-
mówili.
-
Mamy pełnię księżyca.
-
Odchodzili pospiesznie i zostawiali go samego z jego śmiechem,wyciem i marzeniami.Hal Morrow studiował dokumenty i po raz kolejny zastanawiał się, czy nie ma innego wyjścia niż to, co zaraz zrobi. Ośrodek Hudson był instytucją prywatną. Koszty utrzymania pacjentów pokrywali krewni, którzy chcieli trzymać ich jak najdalej od siebie. Jeśli nagle przestawano płacić, jak w przypadku Bucka Duveena, nie miał wyjścia.Spojrzał mu w oczy.
-
Panie Duveen, dzisiaj opuści pan nasz ośrodek. Jest pan wolny. Duveen gwałtownie uniósł głowę, w zazwyczaj martwym wzroku błysnęło życie. Dlaczego go wypuszczają? Dokąd pójdzie? Co ma robić? Błyskawicznie podjął decyzję: nie zapyta. Darowanemukoniowi nie zagląda się w zęby. Na jego nadal przystojnej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
-
Najwyższy czas, pieprzony gnojku
-
warknął. Pijany wolnością odwrócił się na pięcie w drodze do drzwi.
-
Chwileczkę!
-
krzyknął Morrow. Dureen się zatrzymał, ale nadal stał do niego plecami.
-
Otrzymaliśmy informację, że nie ma jużfunduszy na dalsze finansowanie pańskiego pobytu w ośrodku. Pieniądze, które ostatnio wpłynęły na pana konto, trzysta dwadzieścia pięć dolarów, wypłacimy gotówką. Niedługo dostanie pan dokumenty i rzeczy osobiste. Strażnik odwiezie pana na stacje kolejową.
Leave a Comment