nie byłoby lepiej, gdyby nie żył, ale po małym gościu pozostał już tylkochyboczący i malejący cień na ścianie. Cień zachybotał się raz jeszcze izniknął zupełnie. Garrish wspiął się na piąte piętro i ruszał korytarzem wstronę swojego pokoju. Prosiak wyjechał już dwa dni temu. Cztery końcoweegzaminy w trzy dni systemem zakuć
-zda
ć
-zapomnie
ć
, trzaska-prask i dochaty. Prosiak umia
ł się urządzić
. Pozosta
ło po nim jedynie kilka rozebranychbabek przypiętych do ściany, dwie brudne skarpetki frote', każda z innejpary, i fajansowa karykatura Rodinowskiego "Myśliciela" siedzącego wzadumie na klozecie.
Garrish w
łożył klucze do dziurki i przekręcił.
- Curt! Hej, Curt!Rollins, ten skretynia
ły gospodarz piętra, przez którego Jimmy Brodyznalazł sie na dywaniku u dziekana za pijaństwo, zbliżał się właśniekorytarzem, machając do Garrisha ręką. Wysoki, dobrze zbudowany,krótko ostrzyżony, symetryczny. Sprawiał wrażenie wypolerowanego nawysoki połysk.
- Zda
łeś już wszystko? - zapytał Rollins.
- Aha.- Nie zapomnij zamie
ść
pod
łogi w pokoju i wypełnij protokół jego zdania,dobrze?
- Aha.- Wsun
ąłem ci formularz pod drzwi w zeszły czwartek, prawda?
- Aha.- Je
śli nie będzie mnie w pokoju, to wsuń wypełniony protokół pod mojedrzwi razem z kluczem.
- Dobra.Rollins u
ścisnął mu dłoń i energicznie nią potrząsnął. Dłoń Rollins byłasucha, pokryta szorstką skórą. Ściskając ją, można było odnieść
wra
żenie,że nabrało się pełną garść
soli.-
Życzę ci miłych wakacji.
- Dzi
ęki.
- Tylko si
ę nie przepracowywuj.
- Nie ma obaw.- Pou
żywaj sobie, ale nie nadużywaj.
- Z ch
ęcią i broń Boże.
Przez chwil
ę Rollins stał zmieszany, nic nie rozumiejąc, ale zaraz potemwybuchnął śmiechem.
- No, to trzymaj si
ę. - Poklepał Garrisha po ramieniu, a następnie odszedłkorytarzem, zatrzymując się tylko raz, aby upomnieć
Rona Frane,a, by
ściszyć
magnetofon. Garrish by
ł w stanie wyobrazić
sobie Rollinsa martwego wprzydro
żnym rowie z larwami much wyżerającymi mu oczy. Albo mypożremy świat, albo świat pożre nas. Niezależnie
od tego, kto kogo, wszystko jest w najlepszym porzadku.Garrish sta
ł zamyślony, patrząc w ślady za Rollinsem, dopóki ten niezniknął z pola widzenia, a następnie wszedł do swojego pokoju.
Teraz, kiedy wszystkie klamoty Prosiaka- na ogó
ł rozwłóczone w straszliwymnieładzie jak po przejściu tornadozniknąłe wraz ze swoim właścicielem,pokój wydawał się ogołocony i sterylny. Na łóżku współlokatora poskołtunionym barłogu ze zmiętej i pokręconej pościeli pozostał jedyniegoły i czysty materac, jeśli nie liczyć
kilku plam po nocnych polucjach. Nad
łóżkiem dwa kociaki na rozkładówkach z "Playboya" spoglądały zalotnie,unieruchomione w kuszących dwuwymiarowych pozach.
W cz
ęści pokuj należący do Garrisha, zazwyczaj bijącej w oczykoszarowym porządkiem, nie widać
by
ło większych zmian. Gdyby spuścićć
wier
ć
dolarow
ą monetę na równiutko naciągnięty koc przykrywający
Leave a Comment