w bezruchu, oddalone od siebie o jakąśstopę. Zapatrzony, dodał odruchowo: -Wiatr możei gwiżdże, ale nigdy nie śpiewa. - W tymmomencie uświadomił sobie, że topowiedzonko wujka Willa, i po plecachprzebiegł mu dreszcz.Dźwięk rozległ się ponownie. Wiatrznad jeziora Crystal uderzył w dach izamarłw rynnie. Pół tuzina szczelinprzepuszczało do środka zimne,październikowe powietrze, które owiałotwarz Hala. Boże, to miejsce tak bardzoprzypominało tylny składzik w domu wHartford, że poczuł się, jakby cofnął sięw czasie o 30 lat.Nie będę o tym myślał.Lecz oczywiście teraz mógł myślećwyłącznie o tym.W tylnym składziku, tam właśnie znalazłemtę przeklętą małpę. W tym samym pudle.Terry odeszła, aby zbadać zawartośćdrewnianej skrzyni, wypełnionejprzeróżnymi rupieciami. Musiała sięschylić, bo w tym miejscu dach opadałnisko.- Nie podoba mi się - oznajmił Petey izaczął macać w poszukiwaniu ręki ojca. -Dennis może ją sobie wziąć, jeśli chce.Tatusiu, chodźmy już.- Boisz się duchów, tchórzu? - spytałDennis.- Dennis, przestań! - rzuciła zroztargnieniem Terry i wyjęła ze skrzynicieniutką filiżankę, ozdobioną chińskimwzorem. - Ładna, naprawdę...Hal ujrzał, że Dennis znalazł kluczyk naplecach małpy. Groza w jego sercurozwinęła czarne skrzydła.- Nie rób tego!Zabrzmiało to ostrzej niż planował: zanimzorientował się, co robi, wyrwał małpęz rąk Dennisa. Syn spojrzał na niego zezdumieniem. Terry także obejrzała sięprzez ramię,a Petey uniósł wzrok. Przez chwilę wszyscymilczeli. Wiatr znów zagwizdał, tym razembardzo cicho. Zabrzmiało to jaknieprzyjemne zaproszenie.- To znaczy, pewnie jest zepsuta -wyjaśnił Hal.I była zepsuta. Chyba, że akuratchciała działać.- Ale nie musiałeś tak szarpać -zaprotestował syn.- Dennis, zamknij się!
Leave a Comment