W New Sharon truskawkowa wiosna zaczęła się szesnastego marcatysiąc dziewięćset sześćdziesiątego ósmego roku. Tego właśnie dnianastąpił przełom w najostrzejszej od dwudziestu lat zimie. Padał deszcz,a powietrze przesycał zapach odległego o trzydzieści kilometrów morza.Śnieg, którego napadało na wysokość prawie dziewięćdziesięciucentymetrów, zaczął gwałtownie topnieć i cały kampus tonął w grząskimbłocku. Rzeźby ze śniegu - pozostałość zimowego karnawału - któreprzez dwa miesiące trwały nietknięte w minusowych temperaturach,przekrzywiały się i przygarbiały. Ulepiona przed budynkiem bractwa Tepkarykatura Lyndona Johnsona płakała rzewnymi łzami odwilży. Gołąbwidniejący przed Prashner Hall stracił wszystkie pióra i miejscami widać już było jego żałosny, wykonany ze sklejki szkielet.W nocy nadeszła mgła i spowiła nieprzeniknioną białą opończą i ciszą wąskie alejki college'u oraz wszystkie drogi dojazdowe. Okalającepromenadę sosny sterczały niczym wyciągnięte do liczenia palce, amleczny opar, jak dym z papierosów, snuł się leniwie pod niewielkimmostkiem, otulając armaty pochodzące jeszcze z czasów wojnydomowej. Mgła odbierała pejzażowi spoistość, wszystko wydawało sięobce i magiczne. Ktoś, kto niebacznie opuścił dudniące muzyką z szafygrającej, jaskrawo oświetlone, zgiełkliwe wnętrze klubu Grinder,spodziewając się widoku wypełnionego gwiazdami zimowego nieba,trafiał nagle w pogrążony w ogłuszającej ciszy świat dryfującej, białejmgły; w ciszę, którą mącił jedynie dźwięk jego własnych kroków i pluskwody kapiącej ze staroświeckich rynien. Człowiek niemal spodziewał sięnapotkać idącego śpiesznie Golluma, Frodo, Sama albo odwróciwszy sięskonstatować, że Grinder zniknął, a jego miejsce zajęła mglistapanorama wrzosowisk, cisów, druidzkich kręgów lub pryskającychiskrami zaczarowanych pierścieni.Tego roku szafa grająca odtwarzała Love is Blue. Bez przerwydochodziły tony Hey, Jude. Dźwięki Scarborough Fair.Tamtego wieczoru, dziesięć po jedenastej, student pierwszego roku,John Dancey, wracając do akademika, zaczął w tej mgle wrzeszczeć.Cisnął na ziemię książki i darł się, wpatrzony w rozrzucone szeroko nogileżącej na śniegu w mrocznym narożniku na parkingu przylegającym doAnimal Sciences martwej dziewczyny, która miała gardło rozerżnięte oducha do ucha. Jej rozwarte oczy zdawały się ciskać skry radości, jakbyzrobiła najlepszy dowcip w życiu - Dancey, student pedagogiki, lepszy wnauce niż w gębie, wrzeszczał, wrzeszczał i wrzeszczał.Ranek wstał posępny i pochmurny, a my szliśmy na sale wykładowe zcisnącymi się na usta pytaniami: Kto? Dlaczego? Jak myślisz, czy gozłapią? I ostatnie, budzące największy dreszcz emocji: Znałeś ją? Znałaś ją?
Leave a Comment