Nie dziw więc, że o osobowości głucho w literaturze przed-nowoczes-nej; nie była przecież w tamtych czasach osobowość „zadaniem". Z wyjąt-kiem żeglarzy, kupców, mnichów wędrownych czy żołnierzy, mało ktozapuszczał się wówczas poza rogatki miasteczka czy graniczne miedze wsi, w jakich upływało życie od urodzenia do śmierci - zawsze na widoku tychsamych ludzi i z tymi samymi ludźmi w zasięgu wzroku. Dla większościludzi ich miejsce w świecie było określone na tyle dokładnie, że niewpadało im do głowy, by mogli je własnym sumptem zmienić - tym bardziej, że nikt i nic nie wymagało, by czynili je przedmiotem swychzabiegów.Wszystko to zmieniło się gruntownie wraz z zamieszaniem spowodowanym przez raptowny wzrost ruchliwości i „anonimowość" bytu w konglo-meratach miejskich, w jakich (by użyć terminów Durkheima) „gęstośćmoralna" nie towarzyszyła „gęstości fizycznej". Obcy obracali się tuwśród obcych; w tłumie, jak wiadomo, łatwo się ukryć, ale też trudno
znaleźć
swoje miejsce - przez wszystkich uznane, nie podawane w wątpli-wość, zapewnione na przyszłość. Człowiek jawił się drugim ludziom tylkofragmentem własnej osoby, tylko fragmenty owych drugich znając z oglądu; cogorsza, od zdarzenia do zdarzenia jedni „drudzy" zastępowali innych„drugich", tak że każda aprobata, jakkolwiek cząstkowa, była ograniczonamiejscem i czasem, być może wiążąca dla jednych „drugich", ale bynajmniejnie dla innych. Wreszcie anonimowość sprzyja oszustwu - a już w każdymwypadku pozbawia pewności, że się ofiarą oszustwa nie padło: gdy spot-kania są ulotne, łatwo „stroić się w cudze piórka", udawać że się jest kimśinnym niż się jest naprawdę; i jak wtedy odróżnić prawdę od udawania? Ico to w ogóle znaczy, że się „jest kimś naprawdę"?Stąd iście nowoczesne rozróżnienie „powierzchni" i „głębi", „zjawiska" i„istoty", „wrażenia" i „prawdy". Między jednym a drugim członem każdej ztych opozycji była teraz pustka, nad jaką człowiek poszukujący zaufaniagodnej orientacji w świecie musiał przerzucić most własnymi siłami. Aleteż nie tylko o zgadywanie cudzych tajemnic chodziło. Wszędobylska obe-cność obcych była nieustannie powtarzaną lekcją poglądową ulotności własnejosobowości. Jeśli tak łatwo o pozory i o pomylenie pozorów zrzeczywistością, jeśli pozory zmieniać się mogą od jednej sytuacji do drugiej- jak odpowiedzieć na pytanie „kim jestem ja sam"? Pytanie to, zauważmy, jest także na wskroś nowoczesne. Nie miałoby ono sensu w warunkach,gdy „jest się kim się jest" bezproblemowo, w sposób oczywisty iniepodwarzalny, bez potrzeby - a i możliwości - wyboru. Pytamy się tu/ó tożsamość, a pojęcie „tożsamości" ma sens o tyle tylko, o ile tożsamość'może być inna niż jest, i o ile jej bycie taką jaką jest - jest kwestią starań idowodu. Pytanie o tożsamość wyrasta z odczucia chybotliwości istnienia, jego„manipulowalności", „niedookreślenia", niepewności i nieostateczno-ściwszelkich form, jakie przybrało. Wynika ono także z doznania, że w tychwarunkach wybór jest koniecznością, a wolność jest losem człowieka.Tożsamości nie dostaje się ani w prezencie, ani z wyroku bezapelacyjnego; jestona czymś, co się konstruuje, i co można (przynajmniej w zasadzie)konstruować na różne sposoby, i co nie zaistnieje w ogóle, jeśli się jej naktóryś ze sposobów nie skonstruuje. Tożsamość jest zatem zadaniem dowykonania, i zadaniem przed jakim nie ma ucieczki.Jak zauważył Paul Ricoeur, kwestia tożsamości
(l'identite)
zawiera dwaściśle związane problemy:
1'ipseite
(odrębność własnej osoby od innych, jejcechy wyjątkowe, które tę odrębność konstytuują), i
la memete
(ciągłośćosoby, trwanie jej cech charakterystycznych mimo upływu czasu i na przekór zmiennym okolicznościom życia). Oba problemy stały się przedmiotemnieustającej troski człowieka nowoczesnego, przejawianie tej troski stało sięnieodzownym warunkiem życia w świecie nowoczesnym, zaś powodzenie lub porażka poczynań tą troską pobudzonych urosło do rangi głównegomiernika życia pomyślnego. Jak wyjaśnił Georg Simmel, w powodzi zwiew-nych doznań zwraca się człowiek ku sobie samemu w nadziei znalezieniatrwałego punktu oparcia - jaźń jest ostatnią szansą przystani. Nie dziw, żestała się tożsamość ogniskiem niepokoju, a schizofrenia - owa patologicznaradykalizacja „normalnej" tożsamościowej niepewności - zajęła pierwszemiejsce wśród dolegliwości psychicznych uznanych za plagę życianowoczesnego.Refleksje filozoficzne nad sytuacją jednostki ludzkiej zmuszonej do po-szukiwania własnej tożsamości oscylowały między dwoma poglądami.Wczesne ich odmiany, reprezentowane przez Kartezjusza, Kanta, czy filo-zofów francuskiego Oświecenia, przedstawiły tożsamość jako coś co wypadaczłowiekowi p_d k r_yjćj istnieje „istota człowieka", co do której większośćludzi, mylona złudnymi pozorami bytu, pozostaje w błędzie. Trzeba się doowej istoty przedrzeć przez gąszcz złudnych doznań codziennychwiodących na fałszywe tropy. Rozum jest jedynym godnym zaufania prze-wodnikiem przez knieję; jeśli mu pomóc w wyciszeniu pasji, owych prze-wodników samozwańczych - podstępnych i spychających na manowce-okaże się, że wbrew wszelkim pozorom „istota człowieka" wspólna jestwszystkim ludziom, że pod powłoką różnorodności kryje się „człowiek jako
Leave a Comment