Ewa Tomczak
UŻYCIE CUDZYCH FOTOGRAFII WE WŁASNEJ TWÓRCZOŚCI – NA PRZYKŁADZIETWÓRCZOŚCI JERZEGO LEWCZYŃSKIEGOJest piękny, ciepły i wilgotny od deszczu czerwcowy dzień. Umawiam się na spotkanie wparku, w dzisiejsze burzowe popołudnie. Dochodzę do skweru, na którym mamy się spotkać.Właśnie kończy się ulewa. Mokre ławki, jestem sama. Mimo padającego jeszcze przedchwilą deszczu jest ciepło i sympatycznie. Piękne kwiaty i soczysta zieleń. Pojawiają sięnieśmiałe, ale mocne promienie słońca, typowe po czerwcowej burzy. Mimo wiszących jeszcze nad głową czarnych chmur jest miło i przyjemnie. Może będzie tęcza? Byłabypiękna. Nie patrzę już jednak w niebo, ponieważ zauważam na ławkach i w trawie białemokre ruloniki. Podnoszę, chodzę po mokrej trawie, przemaczając buty i zbieram kolejne.Rozwijam, oglądam. Są to zdjęcia. Zabieram wszystkie ze sobą. W domu wkładam międzykartki pergaminu i suszę. Czekam, oglądam – niesamowite przeżycie.Gdybym nie spotkała Jerzego Lewczyńskiego, czy te zdjęcia teraz leżałyby pieczołowicieosuszone obok mnie? Obawiam się, że nie. To, że do tej pory nie posiadałam żadnegoznalezionego zdjęcia wynika z tego, że nigdy żadnego nie znalazłam, czy z tego, że nigdynie zwracałam uwagi na papierowe zguby? Nie wiem. Wiem za to na pewno, że te dzisiajznalezione leżą obok mnie dzięki spotkaniu z Jerzym Lewczyńskim.Wycieram je delikatnie kolejny raz, a one ciągle płaczą kroplami deszczu jak zagubioneburzowe dzieci. Na zdjęciach widzę młodych ludzi. Jest wieczór, patrzę na obcych mi ludzi izastanawiam się kim są i czy nie spróbować ich odnaleźć, tak jak robił to Jerzy Lewczyński.Nie przypuszczałam, że takie zdarzenie jak znalezienie cudzych zdjęć może być takekscytujące. Teraz, wpatrując się w twarze, wydaje się – coraz mniej obcych mi ludzi, corazbardziej rozumiem Jerzego Lewczyńskiego i jego dylematy. Czy można cudze zdjęciabezkarnie dotykać wzrokiem, zagłębiać się w ich tajemnicę, w przedstawioną sytuację, wprzeżycia ludzi na nich przedstawionych? Przecież to nie tylko ruloniki, ale aż ludzkie życie,czyjeś wizerunki, czyjeś przeżycia, uczucia – to co najgłębsze. To, co tylko obraz i aż obrazmoże zgłębić. „Wystarczyło zwolnić migawkę”.Po przeczytaniu krótkich podpisów na rewersach zdjęć domyślam się nieśmiało, że byłyrobione przez osobę zakochaną. Chyba w dziewczynie, której wizerunek powtarza się nazdjęciach. W swoich domysłach posuwam się dalej, zastanawiając się nad sytuacją w czasiektórej zdjęcia zostały zagubione. Wyobrażam sobie osoby siedzące na skwerze, szczęśliwe,zakochane. Zaczyna padać deszcz. Wystraszone ulewą zarzucają kurtki na głowy(zakochani nie myślą o takich prozaicznych sprawach jak zabranie ze sobą parasoli) iszybko, ze śmiechem uciekają ze skąpanego w deszczu skweru, porzucając przez nieuwagęzdjęcia.Czy naprawdę tak było ? Może tak, może nie. Kto by pomyślał ile przeżyć mogą przynieśćznalezione zdjęcia. Na temat swoich zdjęć na ogół wiemy wszystko i wyobraźnia nie jestnam potrzebna do ich oglądania. Czy Jerzy Lewczyński tak samo przeżywał swojeznaleziska? W początkowej fazie pewnie tak, ale posuwał się zdecydowanie dalej.Odnajdował osoby ze zdjęć albo ich potomków, przekonując się, czy to, co podsuwaławyobraźnia mogło być rzeczywistością.
Commenting has been disabled.