Welcome to Scribd, the world's digital library. Read, publish, and share books and documents. See more
Download
Standard view
Full view
of .
Save to My Library
Look up keyword
Like this
3Activity
0 of .
Results for:
No results containing your search query
P. 1
Slonimski Antoni, Tuwim Julian - W Oparach Absurdu

Slonimski Antoni, Tuwim Julian - W Oparach Absurdu

Ratings: (0)|Views: 4,058 |Likes:
Published by Oskar Mieczkowski
Niesamowita, bardzo zabawna karykatura rzeczywistosci.
Niesamowita, bardzo zabawna karykatura rzeczywistosci.

More info:

Published by: Oskar Mieczkowski on Sep 15, 2011
Copyright:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

04/12/2013

pdf

text

original

 
A. S
ŁONIMSKII
J. T
UWIM
W
OPARACH
 
ABSURDU
1958
 
Zebrane tu nonsensy pisywaliśmy z Tuwimem przez wiele lat. Od pierwszych dodatków primaaprilisowych
 Kuriera Porannego
do ostatniej naszej wspólnej wyprawy w krainę bzdury i absurdu minęło bez mała lat piętnaście. Nie była to więc sporadyczna zabawa, araczej stała potrzeba, dla której odchodziliśmy co pewien czas na stronę, przerywającnormalną pracę literacką.Miała, być może, ta działalność nasza pewien aspekt społeczno–wychowawczy. Uczyliśmyczytelnika, że te sarnę czcionki jego codziennej gazety, odbite na tym samym papierze,czernione tą samą farbą drukarską, mogą pewnego dnia oszaleć i głosić oczywiste brednie.Uczyło to krytycyzmu, zarażało podejrzliwością i zwalczało to, co G. H. Wells nazywa„powszechną skłonnością ludzkich umysłów do przyjmowania poglądów utartych”.Trzeba to jednak powiedzieć otwarcie, że nie ten wzgląd dydaktyczny skłaniał nas do pisania bredni i nonsensów. Istota rzeczy polegała na tym prostym fakcie, że nas pisanieabsurdów bawiło i dawało radość nie mniejszą od pisania wierszy, artykułów czy sztuk teatralnych. Śmieszyliśmy nie tylko siebie, ale i czytelników. Istnieje co prawda wiele ludziniewrażliwych na tego rodzaju humor, w większości wypadków żarty nasze znajdowały jednak chętnych odbiorców. Podobnie nie każdy, najdowcipniejszy nawet humorysta umie posługiwsię konwencją absurdu. Łączyło mnie z Tuwimem pełne zrozumienie tejkonwencji. Nie popadaliśmy w grzech satyry aktualnej, a elementy parodystycznetraktowaliśmy bardzo ostrożnie. Nie udawały nam się próby współpracy z innymi kolegami, aznakomity dowcip Lechonia, tak wybijający się w naszych szopkach politycznych, zawodziłw dziedzinie czystego absurdu. Współpraca z Witkacym ograniczyła się tylko do wiersza„Hipon”, który drukowałem w jego jednodniówce
 Papierek lakmusowy
… Różnica miedzynami polegała, wydaje mi się, na tym, że u Witkacego absurd był jednym z elementówświadomie rozprowadzonych w jego pisarstwie, podczas gdy u mnie był on chemicznie, a uTuwima alchemicznie wydzielony i oddestylowany od całej reszty twórczości.Rzetelny absurd uwarunkowany jest bezlitosnym kryterium śmieszności. Jeśli żartabsurdalny nie ma W sobie siły komicznej, nie próbujmy bronić się dziwnością istnienia izasłaniać głębią metafizyczną, ale uczciwie przyznajmy się do porażki. Zebrane w tym tomieutwory nie wszystkie stoją na tym samym poziomie, są 1u żarty słabsze i lepsze, ale zaletą ichniewątpliwą jest to, że nie udają czegoś, czym nie są, nie bałamucą i nie mistyfikują.
 ANTONI SŁONIMSKI 
 
W
OPARACH
 
ABSURDU
*1
Przeciętny ranek roku 1935. Jeszcze nie ma dziewiątej. Dzwoni telefon. Pierwszy dziśtelefon. Odzywa się mój przyjaciel — wielkiego talentu poeta, recenzent teatralny poważnegodziennika stołecznego, człowiek przeszło czterdziestoletni; dużej klasy inteligencja. Odzywasię tak (o dziewiątej rano, bez żadnych wstępów i przygotowań): — Więc był u mnie Cedergren. Okazuje się, że tym cegłom przyprawiono skrzydełka i żew ten sposób cały gmach będzie przeniesiony. Przefrunie. Oczywiście, że z boków trzeba będzie wygładzić, ewentualnie podlać jakimś sosem. Co o tym sądzisz? Nie mrugnąwszy powieką, o nic nie pytając, odpowiadam: — Jeżeli Cymborski się zgodzi, to dobrze. Ale nie jest wykluczone, że generał Łapidenkodo niego nie telegrafował, i wtedy trzeba będzie obie szprotki ogolić.Przyjaciel zaznacza, że nie należy chwytać się środków tak radykalnych, bo wystarczyzwykłe przepłukanie gazomierza, ja replikuję, że wtedy Amfibrachy się obrażą, a Cymborski jest (kuzynem starego Amfibracha i ta swobodna, rzeczowym tonem prowadzonarozmowa trwa dobrych kilka minut. Dopiero potem przechodzi się do spraw mniej ważnych iciekawych, tj. normalnych, np.: co czytasz? co piszesz? jak ci się podobała wczorajsza premiera? co dzisz o tym czy innym artykule? itd. Ale wimy już bez śwtegonatchnienia, bez przekonania, raczej ospale. Cedergren zaś, generał Łapidenko, golenieszprotek i przepłukiwanie gazomierza budziły w nas żar, patos, żywioł… Dlaczego? Po prostu dlatego, że te nie istniejące sprawy i postacie przywiał nagle gorący wicher z pustyniabsurdu i mogliśmy przez krótką chwilę pławić się i tarzać w nagłym, nowym świecie,urągając wszystkiemu, co nas otacza…Malarz i teoretyk nowej sztuki, filozof i powieściopisarz, wychowany wśród gór tatrzańskich, wydaje w Zakopanem w r. 1921 ulotkę pt.
 Papierek lakmusowy
z manifestem„piurblagizmu” i czystego nonsensu. Czytamy tam m. in. następujące utwory: „Rumbor zgwajdlił Parblichenkę. Chibczycie kwoblizdy najgnarpiejsze i chemblacie kierpozanygrdląc tak gweporczył Hapsio krwipakac na Rumbora. Rumbor krwipnął — ochompzdęknął i krwamtapkę rozgnapypnął w machejdrucgi oblawontrzone” itd. Albo:Para pocina i pługie pilczenie pfa pasze piwnic popylone pienieI pylko Peplo pepopnie przenikaPopyśledzona pesteś pak puzyka.Tutaj absurd nie ograniczył się do zdeformowania sytuacji, lecz sięgnął jednocześnie w„bebechy” mowy i „wygwajdlił” sobie glossolaliczny słownik. Ale piurblagizm zakopiański przemawiał też normalnym językiem, nic jednak prócz nonsensu nie bełkocąc:„Wezwałem adwokata: krótka z nim rozmowa, parę wzajemnych uderzeń w pysk — wyjechem do Paryża. John sprzedfabrykę. W pięknym zadku nic po kwiatku.Spenetrowem dekę fortepianu nic. Wypiłem kieliszek wermutu nic. Uwiodłemwszystkie córki (siedemnaście) hrabiego Ruster de Kisbatolla — nic, absolutnie nic. Co udiabła, myślę sobie, czyż nie ma już u nas prawdziwych oreoalkadow, nie machotreodynastów. Poczekajcie, ja wam pokażę. Wołać matrosów. Admirał won. A,sukinsyny! Kreuzdonnerbrand! Zapomniałem! Zapomniałem, że wazy w South KensingtonMuseum są w złote figurki” itd.
1
*
Essej niniejszy stanowi rozdział książki J. Tuwima pt.
 Pegaz dęba
. Drukujemy go z pominięciemobszernych cytatów, dublujących treść niniejszej książki.

Activity (3)

You've already reviewed this. Edit your review.
1 hundred reads
1 thousand reads

You're Reading a Free Preview

Download
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->