„Człowiek jest naprawdę królemdzikich bestii, gdyż jego brutalność przewyższa ich brutalność. Żyjemy ześmierci innych. Jesteśmycmentarzyskami!”Leonardo da Vinci
Rozdział I
Słońce prażyło jak oszalałe, a ptaki padały w locie. Tylko niektóre staruszkii wszystkie bez wyjątku udręczone upałem dzieci wykazywały imponującą żywotność.Kamienice niczym piece hutnicze dyszały gorącem. Rozpalone płyty chodnikowe parzyły stopy przez cienkie, letnie sandałki, a topiący się w oczach asfalt przypominałrzekę lawy płynącą przez betonowy labirynt miasta. Bogdan, uwięziony wraz z tłumemzziajanych i spoconych bliźnich w rozklekotanym tramwaju nr 10, marzył właśnie otym, by jakiś napakowany sterydami młodzieniec – ponieważ nikt, kto nie przypominałz postury goryla, nie byłby w stanie tego zrobić – otworzył zardzewiałe okienko iwpuścił do wnętrza pojazdu odrobinę ożywczych spalin. Rozpoczęła się falaczerwcowych upałów. „Wszystko przez to ocieplenie klimatu” – pomyślał mętnie, przysięgając sobie w duchu, że od tej pory będzie sumiennie segregować śmieci i jużnigdy, pod żadnym pozorem nie kupi niczego w sprayu, tylko niech ta temperaturaspadnie poniżej 40 stopni do cholery, bo inaczej to on dostanie bzika. Jednak zamiastśniegu złośliwa opatrzność zesłała mu sms'a. Pięć minut później Bogdan nie musiałwyobrażać sobie, co powiedziałyby ściśnięte w puszce sardynki, gdyby jedna z nichzechciała wyjąć z kieszeni telefon komórkowy – on to doskonale wiedział. „Hej!Spakowany? Pociag 18:40 Plaszow, bilety kupilem” Osiemnasta czterdzieści?!Dwie godziny później Bogdan przytupywał nerwowo w luksusowym tramwajunr 6, robiąc w myślach przegląd plecaka. „Gacie są, koszule są, skarpetki są, sztormiak jest, choć to byłaby prawdziwa ironia losu, gdyby na Mazurach miało padać, przyborydo golenia wziąłem, szczoteczkę do zębów też, spakowałem mydło? Trudno, Krzysiek mi pożyczy...”.Krzysiek, przystojny, dobrze zbudowany student AWFu z prawdziwą przyjemnością patrzył, jak jego cherlawy kolega zapiernicza sprintem zgięty w pół pod
Add a Comment