Brudna rzeka. Jak cholera.Krzna. Rzeka tak brudna, że pretenduje do miana ścieku. Brązowa,nieprzejrzysta maź, niegodna określania mianem wody przelewa się leniwie przezrównie brudne brzegi. Wiosną i latem śmierdzi, jak otwarte szambo. Nad rzeką leży miasto. Miasto bez przyszłości, perspektyw i porządnego kina.Łuków – bo o nim właśnie mowa – rozwija się jednak na podobieństwo pięknejróży rosnącej na stosie gnoju. Gnój śmierdzi, a róża pachnie. I jakoś to wszystkosię wyrównuje. Krzna śmierdzi. Łuków też, ale to jednak inny smród. Przyjazny.Podoba mi się ten smród. Po pewnym czasie człowiek przyzwyczaja się dowszystkiego. Po pewnym czasie nie może już bez tego żyć.***- Co tu tak jedzie? - Grucha zabawnie poruszył nozdrzami. Wzruszyłramionami i zaciągnął się dzierżonym w dłoniach petem. Oparłem się o drzewo.Smukły rozejrzał się wokół i szybkim ruchem wyciągnął z tornistra puszkę z piwem. Ponownie zlustrował otoczenie, otworzył puszkę i pospiesznie wytrąbiłzawartość.- Byś się podzielił – rzucił ponuro Grucha. Wyciągnął rękę w moją stronę – Filozof, chcesz się sztachnąć?- Nie palę – powiedziałem niechętnie. Grucha roześmiał się chrapliwie.- No tak, zapomniałem. Tu, kurwa, prawiczek jesteś – nie palisz, nie pijesz...- Odpierdol się – rzuciłem znudzonym głosem. podwinąłem rękaw, popatrzyłem na zegarek – Za dwie minuty koniec przerwy. Pospiesz się lepiej.- Pieprzę to – oznajmił.Zadzwonił dzwonek.Grucha palił.*** Na moim osiedlu nazywają mnie Filozof. Nie dręczą mnie, bo znaleźliśmywspólny język. To moje ziomy z mojego osiedla. Razem wąchamy ten sam smród,żyjemy w tym samym ujebanym syfie. Mimo, ze dzieli nas tak wiele, to i tak zGruchą czy Siwym, dogadam się lepiej, niż jakimś przemądrzałym pedałem zdobrej rodziny i ekskluzywnej szkoły. Nie jestem debilem – czytałem wielemądrych książek i w ogóle – wiem wiele rzeczy, dlatego nazywają mnie Filozofem.Znam słowa, których nie znają ziomy z osiedla, więc udało mi się wzbudzić ichciekawość. Normalnie to by mnie skopali gdzieś w jakimś ciemnym zaułku, alboco, ale... Jestem z tego samego osiedla, więc jestem swój, choćby nie wiem jak inny. To jest w gruncie rzeczy wspaniałe. Jesteśmy tacy sami – tyle, że Grucha makreatynę, a ja Orwella, Kuczoka i Masłowską. Ale to szczegóły, niewartewspomnienia. Bo nie ma to przecież najmniejszego znaczenia. Na osiedlu wszyscysą równi.
3