Enjoy millions of ebooks, audiobooks, magazines, and more, with a free trial

Only $11.99/month after trial. Cancel anytime.

Mroczne dusze
Mroczne dusze
Mroczne dusze
Ebook207 pages2 hours

Mroczne dusze

Rating: 0 out of 5 stars

()

Read preview

About this ebook

Mity zostały obalone. Skończył się kalendarz Majów. Na Słońcu dochodzi do gigantycznych wybuchów, upadają legendy sportu (mistrz kolarstwa, niepełnosprawny lekkoatleta), abdykuje Papież, na Ziemię spada deszcz meteorów. „Mroczne dusze” to opowieść o ojcu i jego córce, którym udało się przeżyć wielką tragedię. Kiedy większość ludzi od dawna już nie żyła, oni cudem trafili do piwnic wielkiego rządowego budynku, gdzie w piekielnych ciemnościach stoczą morderczy bój o przetrwanie. Jest to książka o walce z ludzkimi słabościami, o wielkiej miłości ojca do córki, o nigdy niegasnącej nadziei, i wierze, która czasami w nas gaśnie, by po jakimś czasie odrodzić się na nowo. To książka o człowieczeństwie, o życiu i śmierci, ale nade wszystko o prawdziwej miłości. „Mroczne dusze” wzbogacone są wyrażeniami zaczerpniętymi ze Słownika Staropolskiego. W tekście występuje wiele biblijnych akcentów i cytatów oraz odwołań do literatury. Powieść zamyka trylogię z gatunki fantastyki postapokaliptycznej i prozy egzystencjalnej („Droga ślepców”, „Szklane miasto”, „Mroczne dusze”). Każda z tych opowieści jest odrębną historią, ale można się w nich także doszukiwać wspólnych akcentów. Tam, gdzie wzrok nic nie znaczy, a inne zmysły pozwalają przeżyć, toczy się zaciekła walka o życie. Tam, gdzie człowiek staje się zwierzyną, nic nieznaczącym kawałkiem mięsa, wszelkie reguły tracą ważność. To miejsce pozbawione świętości. Bo w ciemności czai się zło, okrutny, niemy prześladowca. Najwyższy już czas, by stawić mu czoła.
LanguageJęzyk polski
Publishere-bookowo.pl
Release dateMay 20, 2013
ISBN9788378591511
Mroczne dusze
Read preview

Read more from Marek Dryjer

Related to Mroczne dusze

Related categories

Reviews for Mroczne dusze

Rating: 0 out of 5 stars
0 ratings

0 ratings0 reviews

What did you think?

Tap to rate

Review must be at least 10 words

    Book preview

    Mroczne dusze - Marek Dryjer

    syna…

    I PIECZĘĆ

    Leżeli na obdartej posadzce z głowami przytulonymi do siebie, było zimno i mokro, zapach stęchlizny unosił się w powietrzu. Ile czasu upłynęło zanim to się wydarzyło, nie wiedzieli, nie pamiętali, nie chcieli tego pamiętać, bo pamięć bolała, a oni nie lubili bólu. Nie wiedzieli, czy ktoś jeszcze ocalał. Zasłaniali usta, zatykali nosy, niewiele pomagało. Mężczyzna przytulił do siebie drżące dziecko, zanucił jakąś znajomą melodię.

    Poobdzierane ściany, których wygląd jeszcze pamiętał, teraz były niewidoczne. Echo jego ochrypłego głosu rozeszło się w eterze, pochłaniając błyskawicznie całe otoczenie. Postanowili powstać, dotąd powstrzymywał ich przed tym strach, okryci brudną plandeką po kartoflach nadal nie mogli jednak przełamać swojego oporu.

    Mężczyzna nieznacznie się podczołgał, było mu bardzo ciężko. Cały czas wspierał swoje płaczące dziecko, holując je uważnie, jak na prawdziwego ojca przystało. Dziewczynka łkała, próbował ją uspokoić, ale nie potrafił. Gdyby tutaj była twoja matka, pomyślał. Tak, przy niej zawsze zasypiałaś beztrosko, a teraz… problemów mamy aż nadto. Gdzie ona jest, czy jeszcze w ogóle żyje, czy ktoś poza nami także ocalał? Pogładził dziecko po zapylonej głowie. Przeczesał palcami jej posklejane włosy, które były jednocześnie delikatne i kruche; takie jak ich nędzne życie, pomyślał. Chciał spojrzeć jej w oczy, ale nie mógł, antracytowa ciemność pochłonęła wszystko, stając się gęstą i nieprzeniknioną barierą dla zanikającego wzroku.

    Oczy zawodziły, pozostawał jeszcze słuch. Odgłosy głuchego kapania wody docierały do jego wyczulonych na dźwięki uszu. Krople padały z wysoka, równo i rytmicznie, były niczym łzy unicestwianego świata, zdewastowanej do granic możliwości planety. Uspokajało go to. Skoro ją słyszał znaczyło, że wciąż tam z nim była, a to dodawało mu skrzydeł i dawało nadzieję. Było w tej chwili dla niego dosłownie wszystkim. Od dawana niczego nie pili, nie zwilżyli nawet ust. Nie pamiętali o tym przez chwilę, teraz powróciło to ze zdwojoną siłą. Ile można przeżyć bez wody, zastanawiał się mężczyzna. Dzień, dwa, może tydzień? Nie, tyle na pewno nie, niemożliwe by coś tutaj wytrzymało aż tyle. Dlaczego w ogóle jeszcze żyli?

    Zabolały go potłuczone kolana, starał się je rozmasować, nie mógł jednak do nich dosięgnąć. Ciężko mu było zmienić niewygodną pozycję. Bał się o dziecko, podciągnął je ciut wyżej i położył na swoim twardym ramieniu, a potem delikatnie do siebie przytulił. Sprawdził powieki dziewczynki, były zamknięte. Chyba spała, nareszcie, pomyślał. Nie mogli dotąd zasnąć. Złowroga cisza i przerażająca ciemność przeszkadzały im w tym okropnie; wytrącały z sennego letargu, w który co chwilę na nowo wpadali. Paradoksalnym było, że to, co do usypiania było najważniejsze, ich całkowicie wybudzało. Bali się spać. Bali się, że się więcej nie obudzą, nie chcieli też śnić. Teraz ona nareszcie spała, wyczuwał jej nierówny oddech; serduszko, które delikatnie tętniło życiem. Odpocznie, pomyślał. Powinna była zrobić to już dawno temu. Tatusiu, powiedziała przez sen. Już dobrze, cichutko, zagadnął do niej. Usłuchała. Wtulona w niego, nic więcej już nie powiedziała. On także w końcu zmrużył oczy i zapomniał o bólu i o niewygodzie. Powoli ogarniał go senny spokój. Sen, który dotychczas nie przychodził, teraz nareszcie zastukał i do jego drzwi, usłyszał jeszcze szelest, potem kolejny, ale już się więcej nie poruszył.

    – Tato, jesteś tu? – cicho spytała.

    – Tak, jestem – odparł, próbując zasłonić jej usta.

    – Boję się, wiesz? – cała dygotała z zimna i ze strachu.

    – Wiem, dziecko. Ja też się boję.

    – Naprawdę tato… a ciemności też?

    – Tak, jej najbardziej – odparł po chwili.

    Usłyszeli szelest i pomruk w oddali.

    – Tato, co się z nami stanie?

    – Nie wiem, dziecko. Nikt tego nie wie.

    – Umrzemy, prawda?

    Mężczyzna nabrał powietrza do płuc i wypuścił.

    – Tak dziecko, ale jeszcze nie teraz.

    – A kiedy, tato? – nachalnie się dopytywała.

    – Nie wiem, po prostu kiedyś.

    – A kiedy będzie kiedyś? – nie potrafiła zaprzestać mówić. Jej głos był przy tym jednostajnie monotonny, jakby przepełniony żalem.

    – Nie wiem, nikt tego nie wie, dziecko – powtórzył po raz kolejny.

    – Nie rozumiem tego, tatusiu. Wytłumaczysz mi? Proszę.

    – To będzie wtedy, jak Bóg nas do siebie wezwie – odezwał się prawie natychmiast, a przepastny dźwięk wydobywający się z jego niewielkich ust zabrzmiał niczym najpiękniejsza z melodii. Przemówił do niej głosem Pana, pomyślała.

    – Boje się, bardzo się boję, a teraz to nawet jeszcze bardziej, wiesz tatusiu?

    – Wiem kochanie, ja też się boję. Już ci to przecież mówiłem.

    Otarła nasadą dłoni nos.

    – Ale bardzo, tato? Tak bardzo, jak ja?

    – Tak, najbardziej na świecie – westchnął.

    – Co zatem zrobimy? – zapytała, i choć doskonale wiedziała, co zaraz usłyszy, nie poprzestała na tym, nadal pragnąc słuchać jego wyjątkowego głosu. – Powiedz mi, proszę.

    – Nie wiem, nie potrafię nam pomóc.

    Umilkła. Mężczyźnie wydawało się, że dziewczynka bezdźwięcznie poruszała swoimi małymi ustami.

    – Boję się tato, a ty? – odezwała się ledwie słyszalnym głosem.

    – Wiem dziecko, ja też się boję.

    Dziewczynka obudziła się tak samo szybko, jak wcześniej zasnęła. Była mokra od potu i mocno wystraszona. Mężczyzna nie spał już od dłuższego czasu. Chciała krzyknąć, nie pozwolił jej jednak na to; próbowała wyrywać się z jego mocnych objęć, szarpiąc się, nie puścił jej. Wtulił się w nią całym swoim ciałem, czule ucałował, pokłuła się wtedy jego brodą. Odepchnęła go, ale on jej nie puścił. Pomyślała, że źle zrobiła. Co jeszcze mogli uczynić? Niewiele, może nawet nic, dobrze zdawała sobie z tego sprawę. To, że leżeli przytuleni do ziemi, niczego im nie gwarantowało. Nie byli tam sami. Z czym mieli do czynienia? Dziewczynka lekko się uniosła i odsunęła zatęchłe nakrycie, świeże powietrze połechtało ją po buzi. Jej migocące w szarości wąskie źrenice, ledwo były przy tym widoczne, niczym kot przemierzający otchłań piwniczną, penetrowała tępym wzrokiem najbliższą okolicę. Ciemność nadal nie ustępowała.

    Nic się nie poruszyło i nic nie zaskrzypiało – znowu cisza, pomyśleli. Bełkot nic nieznaczących myśli, umierających za życia ludzi. Cisza była najgorszą z form komunikacji, doskonale to rozumieli, najokropniejszą ze wszystkich, bo swoim głośnym szumem zwiastowała tylko niemiłe niespodzianki, tak samo, jak cisza przed burzą. Ile jeszcze wytrzymają, czy przeżyją, starała się o tym nie myśleć, było to jednak od niej silniejsze. Pogłaskała ojca po głowie; dotknęła jego zakurzonych włosów, poczuła pył, który dostał się do jej ust. Zakaszlała. Usłyszał to doskonale. Zmąciła tym harmonię ciszy, wprowadziła chaos. Ten przeraźliwy dźwięk do niczego przecież nie pasował, pomyślał, ale czy teraz cokolwiek jeszcze do czegokolwiek mogło pasować? Oni, leżący w brudzie na zimnym i chropowatym podłożu, otuleni ciemnością i pogrążeni we własnych myślach. Nieznane podziemia, w których się schronili. Resztka zepsutego pożywienia i słodkawa woda skapująca z rur. Kiedyś ludzie nie szanowali niczego, teraz, jeśli w ogóle jeszcze żyli, na pewno błogosławili choćby mały okruch czerstwego chleba, kroplę spływającej po ścianie życiodajnej wilgoci. Każdy gram pożywienia, był w tej chwili bezcenny. Jakaś straszna tragedia dopadła ich wtedy, gdy się tego najmniej spodziewali. Była to zemsta samego Boga, jak powtarzał mężczyzna. Dziewczynka się z nim nie zgadzała, przecząc mu całkowicie. Bóg nie jest mściwy, powtarzała. Modliła się w duchu, powtarzając słowa „Ojcze Nasz", jak nauczyła ją matka.

    – Tatusiu? – zagadnęła.

    – Tak? – jego głos załamywał się niczym spróchniała kładka pod butami, zawieszona ponad leśnym potokiem.

    – Kochasz mnie?

    – Przecież wiesz…

    – Wiem, tato, ale mi to powiedz. Chcę usłyszeć to jeszcze raz.

    Odetchnął głęboko.

    – Kocham cię – odrzekł pewnym głosem. – Choć boję się tej miłości. Boję się o nas.

    – Wiem, tato – zapłakała. – Ja też się o nas obawiam, ale już mi lepiej.

    Ucieszył się.

    – To dobrze, to naprawdę dobra wiadomość, dziecko.

    – Tatusiu? – przerwała mu.

    – Tak?

    – A czym jest kochanie?

    – Miłość? – zaskoczyła go tym pytaniem.

    – Tak, tato. Czym ona jest?

    Zastanawiał się przez dłuższą chwilę, po czym rzekł:

    – Jest poświęceniem, tożsamą drogą, przeżywanymi razem porażkami i osiąganymi wspólnie sukcesami.

    Dziewczynka słuchała jego słów z zapartym tchem.

    – Czy to oznacza, że skoro mnie kochasz, to zrobisz dla mnie wszystko?

    – Tak, to właśnie oznacza – odrzekł ze łzami w oczach.

    – A ja, czy i ja także kocham ciebie?

    Wstrzymał na chwilę oddech.

    – Nie wiem, ale myślę, że tak – nareszcie się przy tym uśmiechnął i choć nie było jej dane tego zobaczyć, wiedziała, że był to najpiękniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek zagościł na jego twarzy.

    – Tak, a dlaczego tak myślisz, tatko? – wyczuwała tę jego subtelną radość w głosie.

    – Nie wiem, tak mi się po prostu wydaje, wyczuwam… to.

    – Acha… – odparła, a jej policzki zaszły gorącym rumieńcem, czego nie mógł, niestety, zobaczyć.

    Niewiele mogła z tego wszystkiego zrozumieć, nic tylko zbitka myśli zapętlonych w pustej głowie. On myślał podobnie. Nie wiedział, czy jak powstaną, to wszystko od razu nie zniknie, choć wszystko w ich sytuacji, to nic, więc nie powinien się chyba o nic martwić. Ale nie o to przecież mu chodziło, nie o siebie, przynajmniej. Nie chciał żeby stało się jej coś złego. Nie chciał na to patrzeć po raz drugi, nie zniósłby tego. Ciemność nie pozwalała na zbyt wiele, może i dobrze, pomyślał, bo nie wiedział, czy zwyczajnie by się nie przeląkł, gdyby ją teraz zobaczył, czy i jej także nie wystraszyłby swym marnym widokiem. Słyszeli się przecież, wyczuwali ciepło wzajemnego dotyku. Musieli zaryzykować, wszak nie mieli wyboru, może świat tam na górze jeszcze istniał, może to on coś opacznie zrozumiał, a może wreszcie ten obraz z telewizji, który błysnął mu niczym migawka aparatu fotograficznego, był wtedy nieprawdziwy?

    *

    Słoneczny poranek obudził go jak zwykle o siódmej, tuż przed budzikiem, zdążył nawet otworzyć oczy, zanim rozdzwonił się na dobre. Szybko go wyłączył, żeby nie obudził śpiących dzieci. Do pobudki miały jeszcze dobre pół godziny, a on po kwadransie robił im śniadanie. Świeżo zaparzona kawa cudownie pachniała, jej pobudzający do życia aromat ciągnął za sobą niewidoczną smugę palonych ziaren. Rozkosz zagościła pod jego dachem, pomyślał i uśmiechnął się niebanalnie. Nalał do dzbanka soku z wyciśniętych pomarańczy, pachnących świeżością gaju cytrusowego i zamieszał długą barmańską łyżką, skąd przelał go dwoma chlustami do wysokich szklanek. Będzie dla nich idealny, pomyślał. Zabrał się od razu za smażenie jajek. Rozbił wszystkie skorupki, z których odrobinę uronił na stół. Syn wolał płynną jajecznicę, córka zaś ściętą, podzielał w tym jej zdanie, czym tylko irytował chłopaka. Często spierał się z nim o to, która z zaproponowanych form jest lepsza, a która zdrowsza. Włożył dwie grzanki do białego opiekacza, zaciągnął rączkę od włącznika i nastawił czasomierz. Podszedł do okna, w którym od razu dostrzegł białe słońce, cudownie wznoszące się na pofałdowanym horyzoncie. Chciał zobaczyć jego świetliste, półprzeźroczyste promienie, ale został nimi boleśnie porażony. Opuścił wzrok i zamknął na chwilę powieki. Zobaczył potężnego lwa, który w półmroku żałośnie ryczał. Było to raczej skomleniem niźli donośny ryk króla zwierząt, mężczyzna śmiertelnie się tego wystraszył.

    Dzieci zdążyły już wstać, ociągały się nieznośnie, a ich markotne miny zniknęły dopiero przy nakrytym stole, gdzie radośnie pałaszowały pierwsze śniadanie. Mężczyzna uwielbiał ten poranny widok, który był dla niego dosłownie wszystkim – tak bardzo kochał swoje dzieci. Odruchowo włączył radio. Przez chwilę zastanawiał się nad tym, co teraz robiła jego ukochana żona, która zawsze pomagała mu przy śniadaniu, przy którym radośnie gawędzili. Dzisiaj jej z nimi jednak nie było. Pojechała do swojej matki, która zaniemogła, na drugi koniec miasta. Niedługo się z nią zobaczy, powtarzał to sobie w duchu. Nie lubił jak się rozstawali, zawsze przy tym mocno za nią tęsknił.

    Poruszył pokrętłem od radioodbiornika. Po chwili kręcił nim już na dobre na wszystkie możliwe strony. Chciał ustawić jakąś stację, niestety, żadna nie odbierała. Panowała złowroga cisza, po chwili usłyszał jeszcze jakieś zanikające szumy. Wydawało mu się, że słyszy przebijające się przez nie ludzkie okrzyki. Mocno go to zastanowiło. Znowu zapanowała cisza, tym razem absolutna. Zadziwiło go to, mocno także zatrwożyło, nijak nie zareagował jednak, niczego w sobie nie zmienił, pozostał taki sam. Świat w jednej sekundzie uległ całkowitemu rozproszeniu.

    Wyciągnął z barku talerze, położył je na stole, przez nieuwagę jeden lekko obił, wyrzucił odprysk do zlewu i nałożył dzieciom jajka. Wyjął aromatyczne grzanki z opiekacza. Zerknął od niechcenia w kierunku zlewozmywaka, zatrzymał wzrok na małym paprochu porcelany, który za nic nie chciał spłynąć wraz z wodą do rur. Opierał się jej, choć był o wiele słabszy, pomyślał mężczyzna. Walczył, choć wydawało się, że jest skazany na porażkę. Ojciec dzieci zobaczył coś niezwykłego, ten niewielki fragment płynął pod prąd. Napierał na wodę, nic nie robiąc sobie z ciśnienia, które było miażdżące. Przeczył naturze, jej boskim prawom. Pogrążał patrzącego na to człowieka w coraz to większej rozpaczy. Dziewczynka usiadła przy stole i zakosztowała soku. Uśmiechnęła się do ojca, a on odwzajemnił jej swoją radość, po czym włączył telewizor. Zaczęli jeść. Mozolnie pochłaniali smaczne kęsy, czekając na chłopca, który gdzieś zniknął. Mężczyzna zajął się regulacją telewizora, obrazu nadal nie było. Może antena się popsuła, zastanawiał się. Sprawdził i to, nie była to jej wina. Zaczął przerzucać programy. Nadal nic, pomyślał, tylko ciągłe szumy i brak sygnału. Zaniepokoiło go to poważnie. Radio nie działało, telewizja także. Co się działo? Powoli łączył wszystkie sygnały w jeden przerażający obraz. Dziewczynka smarowała swoją grzankę masłem czekoladowym. Robiła to z wielką uwagą. Z gracją sunęła posmarowanym nożem po szeleszczącym podłożu, lubiła smakować chrupkie pieczywo na słodko. Lubiła takie kulinarne zamieszanie, jak je nazywała. Nie mógł na to patrzeć. Jajka i grzanki z masłem czekoladowym… nie potrafił tego zrozumieć. A gdzie miejsce na sól, pytał, ale ona tylko się uśmiechała. Tato, po co mi sól? Jestem taka słodka… nie słona. Kiedy tak mu odpowiadała, wzruszał tylko ramionami.

    Instynktownie odwrócił się do tyłu i zamarł w bezruchu. Obawiał się czegoś niedobrego, nic takiego nie miało jednak miejsca. Coś nim wtedy mocno wstrząsnęło, jakieś dziwne przeczucie, które za nic nie chciało odejść. Kłębiły się w nim samobójcze myśli, ciarki przeszywały starzejącą się skórę. Wystraszył się na śmierć. Po chwili wszystko zniknęło, jak ręką odjął. Spojrzał przez okno i popatrzył na podwórze. Słońce mocno świeciło, zapowiadając piękny dzień. Panowała niesamowita cisza. Zobaczył syna spuszczającego psa ze smyczy. Kremowy Labrador łakomie połykał w biegu suche powietrze. Skakał po trawie, która błyszczała zielenią. Hasał, radośnie merdając ogonem. Pognał gdzieś, jak szalony, po chwili zatrzymał się i nastawił uszu. Zaczął ujadać, potem zamilkł na dobre. Uniósł łeb, ciągle wpatrując się w górę, sierść zjeżyła mu się na grzbiecie.

    Mężczyzna nie ustawał w poszukiwaniach nadających stacji, naciskając guziki pilota. Ugryzł twardą grzankę. Skrzywił się w grymasie bólu, zagryzając boleśnie język. Popił kawą, która nie złagodziła cierpienia. Przymknął oczy, zobaczył coś strasznego. Coś, co nieuchronnie nadciągnęło ze wschodu, zakrywając niebo, niczym potężna macka z tysiącem palców. Rozwarł powieki. Dogłębnie wstrząśnięty wpatrywał się w nijaki obraz napływający z odbiornika. Niczego nie rozumiał. Obraz, który do niego docierał, był ludzką trwogą przesiąknięty. Najpierw karcił go swoistym morderczym nasyceniem, wymierzając kolejne surowe ciosy w oczy, po czym o tak zwyczajnie zniknął. Przełączył na następny kanał, a potem na jeszcze inne, które podobnie do tamtego, bezsprzecznie zanikały. Był już prawie pewien, że

    Enjoying the preview?
    Page 1 of 1