Enjoy millions of ebooks, audiobooks, magazines, and more, with a free trial

Only $11.99/month after trial. Cancel anytime.

Humus
Humus
Humus
Ebook260 pages3 hours

Humus

Rating: 0 out of 5 stars

()

Read preview

About this ebook

Treścią tej książki są trudne relacje między starymi, schorowanymi rodzicami, a opiekującymi się nimi dziećmi. Temat trudny i dotykający wielu z nas. Jak pogodzić własne interesy i uczucia z potrzebami osób starszych? Czy opieka wynika z miłości, czy też z obowiązku i nierzadko z wyrachowania? Na ile relacje te wpływają na nasze życie i plany? Jak zmienia się w tym procesie nasz charakter - w jakim stopniu in minus, a w jakim in plus?

To wszystko zawarte jest w tej smutnej opowieści.


„Humus” jest siódmą publikacją Autora. Wcześniej ukazały się powieści „Rok”, „Złość”, „Epizod”, ‘Kac”, „Mile morskie” oraz tomik wierszy „Inne”.

Wojciech T. Pyszkowski

Byłem instruktorem na "Darze Pomorza", oficerem pokładowym Polskiej Marynarki Handlowej, nawigatorem na samolotach pasażerskich Polskich Linii Lotniczych LOT. Debiutowałem w 1965 r. wierszem w "Almanachu Młodych". W latach 1965-1972 publikowałem swoje reportaże i felietony w miesięczniku "Morze", w "Dzienniku Bałtyckim", w audycjach radiowych "Popołudnie z Młodością" i "Dla tych, co na morzu".

www.szukajwojtka.blogspot.com

www.wojtektpyszkowski.pl
LanguageJęzyk polski
Publishere-bookowo.pl
Release dateAug 28, 2013
ISBN9788378592082
Humus
Read preview

Read more from Wojciech T. Pyszkowski

Related to Humus

Related ebooks

Related categories

Reviews for Humus

Rating: 0 out of 5 stars
0 ratings

0 ratings0 reviews

What did you think?

Tap to rate

Review must be at least 10 words

    Book preview

    Humus - Wojciech T. Pyszkowski

    kocham

    TERAZ...

    Jest dzisiaj jakiś dzień... Codziennie są jakieś dni. Przynajmniej z tego zdaję sobie jeszcze sprawę. W zasadzie jest mi wszystko jedno, jaki to jest miesiąc i która godzina...

    Wczoraj... a może dzisiaj?... Nie ma to specjalnego znaczenia, a więc wczoraj, albo dzisiaj przyszła jakaś pani, pochyliła się nade mną i coś powiedziała. Akurat siedziałem wygodnie w fotelu i patrzyłem w okno. Oczy miałem otwarte... chociaż, może półprzymknięte?... W każdym razie, powtórzyła coś parę razy i potem potrząsnęła moim ramieniem, jakby usiłując mnie obudzić. Zdenerwowało mnie to, bo przecież nie spałem. Spojrzałem na nią ostro i krzyknąłem, gdyż nie chciałem, żeby ktokolwiek mnie dotykał. Odskoczyła i podbiegła do drzwi. Zawołała kogoś, kto po chwili wszedł do pokoju. I teraz obie te osoby pochyliły się nade mną.

    Zorientowałem się, że coś do mnie mówią. Wyglądały jak duże, zmartwione czymś marionetki. Nie chcąc robić im przykrości, wytężyłem umysł.

    – Panie Krzysztofie, czy pan nas słyszy? – Zrozumiałem wreszcie. – Panie Krzysztofie, jak się pan czuje?

    Przecież to oczywiste, że dobrze się czuję. Skinąłem powoli głową.

    – Dobrze, że chociaż reaguje – powiedziała jedna do drugiej.

    – Proszę spróbować jeszcze raz – poradziła ta druga.

    – No, panie Krzysztofie, niech pan nam powie, czy dzisiaj boli pana głowa?

    Dzisiaj?... A może wczoraj?... A może kiedykolwiek?

    – Nie – wycedziłem przez zaciśnięte zęby.

    Spojrzały na siebie z ulgą.

    – Czy zjadł pan wszystko? – spytała ta pierwsza.

    Jadłem coś oczywiście, ale nie pamiętam, czy to było rano, czy trochę później.

    – Śniadanie? – spytałem powoli.

    – Tak, tak, śniadanie – ucieszyły się obie.

    – No i co z tego? – wysylabizowałem, czując satysfakcję, że jeszcze stać mnie na świadomą złośliwość.

    – Pan Krzysztof jak zwykle udaje, że nie wie, o co chodzi – powiedziała jedna do drugiej. – A przecież doskonale we wszystkim się orientuje. Prawda?

    To „prawda?" skierowane było znowu do mnie.

    – Cholera – powiedziałem bardzo spokojnie.

    – No widzi pan, panie doktorze, to się zdarza coraz częściej.

    Aha, a więc ta druga osoba, to pan doktor... A ta pierwsza? Właściwie nie ma to dla mnie specjalnego znaczenia. Niech będzie sobie na przykład bu... bu... bufetową. Tak, bufetową! Tylko skąd znam to dziwnie określenie?...

    – To normalne, siostro. Wie pani, o co mi chodzi? Nie mam na myśli ogólnego stanu naszego pacjenta. W tym stadium choroby tego rodzaju reakcje będą zdarzały się coraz częściej. Ważne jest, aby go nie denerwować.

    No, to wszystko jasne. Nie bufetowa, tylko jakaś siostra. Siostra? Czy ja mam siostrę?

    Wyciągnąłem rękę, wskazując ją palcem i spytałem z nadzieją:

    – Siostra?

    – Tak, tak – odpowiedział uspokajająco doktor.

    – Moja?

    – Niech będzie pana.

    Ten cwaniak próbuje wyprowadzić mnie w pole, ale to nic nie szkodzi. Ja i tak wiem swoje.

    – Gówno – stwierdziłem stanowczo.

    Ten, co podawał się za doktora, uśmiechnął się wyrozumiale.

    – Siostro – powiedział. – Lekarstwa w dalszym ciągu te same. W przypadku powtarzającej się nadpobudliwości, podamy to, co zawsze.

    – Na razie nie jest agresywny.

    – Tomografię komputerową i badania neuropsychologiczne przeprowadzimy za dwa tygodnie.

    Ta, co udawała siostrę (moją siostrę?), przekartkowała coś, co wyjęła z kieszeni czegoś białego, w co była ubrana.

    – We czwartek? – spytała.

    – Może być we czwartek.

    Pomyślałem, że powinni już wyjść i pozwolić mi znowu patrzeć w okno. Prawdopodobnie w tym czasie, kiedy zawracają mi głowę, sporo już tam się wydarzyło, a wiele rzeczy mogło się wydarzyć bezpowrotnie.

    – Panie Krzysztofie...

    – Mam to w...

    – Panie Krzysztofie – nie pozwoliła mi skończyć. – To są pastylki, które teraz powinien pan połknąć.

    Posłusznie otworzyłem usta, żeby jak najszybciej jej się pozbyć.

    – Bardzo ładnie – ucieszyła się i wcisnęła mi do ręki coś przezroczystego z wodą. A potem, patrząc na mnie uważnie, aby przekonać się, co robię z włożonymi do ust proszkami, dodała: – Mam dla pana niespodziankę, panie Krzysztofie.

    – Tak? – zdziwiłem się bełkotliwie.

    – Ktoś ma do pana przyjść w odwiedziny.

    Cholera, nikogo tutaj nie potrzebuję. Znowu ktoś przyjdzie, będzie zadawał kłopotliwe pytania.

    Odwróciłem głowę w kierunku okna, ale tak, żeby kątem oka obserwować, czy tych dwoje w końcu sobie wychodzi.

    Wyszli. Najpierw ten niby doktor, a potem ta fałszywa siostra.

    Wyplułem wszystkie pastylki i wrzuciłem pod dywan...

    RETROSPEKCJA…

    – Krzysiek?

    – Tak.

    – Krzysiu, nie mogę włożyć tego... no wiesz, czego...

    – Czego nie możesz włożyć?

    – No, tego do wody, co się... filtruje.

    – Tato, powiedz jeszcze raz, co chcesz zrobić.

    Chwila milczenia. – Filtr, trzeba zmienić, filtr do wody.

    – No to zmień, robiłeś to tyle razy.

    – Tak, ale nie ma, no wiesz, nie ma tego w co się wkłada.

    – Tato, jak zdejmiesz pokrywkę, to zobaczysz, że w środku jest specjalny otwór, w który ten filtr się wkłada.

    – Tam nic nie ma.

    – Jak to, nie ma?

    – Tam tylko są takie... do prądu.

    Myślę przez chwilę, co to może być. – Tato, powiedz, czy ty masz przed sobą pojemnik do filtrowania wody?

    – Tak.

    – No to przecież można tam włożyć ten filtr.

    – Nie można.

    Znowu się zastanawiam i... nagłe olśnienie: –Tato, czy w tym pojemniku są spirale do podgrzewania wody?

    Krótkie wahanie. –Tak, to chyba są spirale.

    – No więc nic dziwnego, że nie można wymienić filtra. Masz przed sobą elektryczny czajnik do gotowania wody.

    – A tak, masz rację, to jest czajnik.

    – Tato, na parapecie pod oknem stoi pojemnik do filtrowania wody, to do niego trzeba włożyć nowy filtr.

    – Aaaa.... miałem jakieś zaćmienie umysłu. Masz rację, przecież czajnik to nie filtr.

    – Nie przejmuj się, każdemu może się to zdarzyć.

    – Krzysiu, przyjdź jednak i sam wymień ten filtr.

    – Dobrze. Będę u was jutro i to zrobię.

    Ojciec bez słowa odkłada słuchawkę.

    – Kto dzwonił? – pyta Halina.

    – Ojciec. Pomylił czajnik do gotowania wody z pojemnikiem do filtrowania. Muszę do nich jutro wpaść i wymienić ten filtr.

    – Tyle razy to robił i nie potrafi?

    – Nie potrafi. – Staję przed oknem i bezradnie myślę, że coś trzeba będzie z tym zrobić.

    – Tato, czy bierzesz pastylki, które przepisał ci lekarz?

    – Biorę.

    – Niewiele ci pomagają.

    – Mówił, że są dobre. Sam to bierze.

    Stoję przed zlewem i myję zapuszczony pojemnik do filtrowania wody. Z maksymalnie otwartego kranu cieknie słaby strumyczek.

    – Coś nie dobrze z tą wodą. Za małe ciśnienie – mówię.

    – Co?

    – Woda słabo leci!

    – Woda? – Ojciec staje tuż za mną i sprawdza, co robię. – Po co to robisz, przecież ja mógłbym to zrobić. Niepotrzebnie się męczysz. Chodź, usiądź, porozmawiamy. Tak rzadko do nas przychodzisz.

    – Tato, zaraz to skończę i porozmawiamy. – Ojciec odsuwa się i słyszę, że włącza czajnik. – Zostaw ten czajnik, przed chwilą go włączałeś.

    – Ale woda musi być gorąca. Napijesz się herbaty?

    – Napiję się. Zaczekaj jeszcze.

    Ojciec znowu staje za mną. – Jak ja mogłem to zrobić?

    – Co, tato?

    – Pomylić ten, no wiesz...

    – Co pomyliłeś? – pytam cierpliwie, żeby zmusić go do myślenia.

    – Te dwie rzeczy... Miałem jakieś zaćmienie.

    – Mnie też czasem coś się myli. Następnym razem poradzisz sobie.

    Do kuchni zagląda matka. – Co wy tak długo tu robicie?

    – Mamo, zmieniam wam filtr.

    – To już trzeba?

    – Tak.

    – Dobrze, synku, że to robisz, bo ON już o tym nie myśli.

    – Mamo, idź do pokoju, zaraz tam przyjdziemy.

    Matka stoi przez chwilę, oparta o framugę, i odchodzi, trzymając się ściany.

    Odstawiam wymyty pojemnik na stół. – Popatrz, tato, teraz biorę filtr i wkładam go tutaj... Widzisz?

    Ale ojciec patrzy za matką i mówi: – Ona bardzo źle się czuje. Czy nic na to nie można poradzić? Wiesz, boli ją ten, no...ten i nie może oddychać. Czy nie można jej zaprowadzić do jakiegoś lekarza?

    – Była już u lekarza. Bierze lekarstwa.

    – Ale ona tak kaszle i ta... ta...

    – Tato, ona będzie kaszleć i mieć flegmę. Na tym polega ta choroba.

    – No właśnie, ma flegmę – stwierdza ojciec z ulgą. – Ale czy to tak cały czas będzie?

    – Niestety tak. To jest choroba nieuleczalna. Można tylko załagodzić objawy i opóźnić jej rozwój.

    Ojciec kiwa smutno głową. – Jak jest chora, to jest nieznośna. I ciągle płacze. Porozmawiaj z nią.

    – Dobrze, porozmawiam. – Z rezygnacją chowam pod okno napełniony przefiltrowaną wodą pojemnik i jest mi wszystko jedno, że ojciec znowu włącza czajnik.

    - Byłaś u rodziców?

    – Byłam. Wczoraj.

    Siostra krząta się po kuchni. Widzę ją przez duży otwór w ścianie pokoju. – Jak się czują?

    – Mama jak zwykle, chora.

    – A ojciec?

    – Jak zwykle. Dobrze się czuje.

    – On tak zawsze mówi.

    Siedzę na niewygodnym fotelu. Zachodzące słońce barwi złotawymi refleksami wiszące szafki. – Zauważyłaś, że on ma ostatnio większe kłopoty z pamięcią?

    – Może ma. Ale przecież się leczy.

    – Leczy się, ale to mu niewiele pomaga. Ten lekarz, co mu przepisał lekarstwa, też jest stary.

    Oczy siostry robią się okrągłe ze zdziwienia. – Stary?

    – Przecież wiesz. Z tej przychodni po jakimś czasie uciekają wszyscy młodzi lekarze. Kiedy po reformie można było wybierać lekarza, to rodzice zapisali się do jedynego doświadczonego. No i tym jedynym doświadczonym okazał się właśnie on.

    – To dobrze. – Siostra łagodnie zgadza się ze wszystkim. Ma właściwe podejście do życia. Przyjmuje wszystko za dobrą monetę i właściwie niczym się nie denerwuje. – Zjesz coś?

    – Mogę.

    – Herbata jak zwykle zielona? – Siostra uśmiecha się wyrozumiale. – W dalszym ciągu nic innego nie pijesz?

    – Nie przesadzaj. Trochę alkoholu też.

    – Mam czerwone wino.

    – Dobrze. – Siadam przy parapecie zamontowanym w otworze w ścianie, imitującym stół. Siostra stawia czajnik z herbatą, półmisek z kanapkami i napełnia kieliszki. – Nie wiem co robić – mówię.

    – Nie martw się, braciszku. Za bardzo się denerwujesz. To nic poważnego. Dziadek ma już osiemdziesiąt osiem lat i ma prawo zapominać. Ja też zapominam.

    – Ale nie myli ci się przeznaczenie przedmiotów. Wiesz, on...

    – Słyszałam.

    – No właśnie.

    Na parapet wskakuje kot. Łazi między talerzami i wącha wino. – Rudy, idź stąd! – Siostra usiłuje odgonić go, ale on podbiega do niej i ociera się o jej rękę. – Popatrz, jaki jest uparty i mądry. Kiedy wracam do domu, to zachowuje się jak pies. Czeka na mnie przy drzwiach, zagląda do toreb z zakupami.

    – Może jeszcze szczeka?

    Siostra uśmiecha się i gładzi pręgowane futerko.

    – Muszę ojca wysłać na badania – mówię.

    W tramwaju jest tłok. Ludzie, ubrani w szare kurtki i płaszcze, pocą się i śmierdzą.

    – Duszno tu – zauważam.

    – Zawsze tak jest o tej porze dnia i roku – stwierdza Halina. – Dlaczego ci ludzie nie używają dezodorantów?

    Pytanie retoryczne. Odsuwam się nieco na bok i robię miejsce energicznie przepychającej się staruszce. – Patrz, po ulicy ledwo chodzi, a tutaj zaciekle walczy o miejsce. – Staruszka zawisa nad młodą dziewczyną, oglądającą z ogromnym zainteresowaniem to, co się dzieje za brudnymi szybami. Zastanawiam się, czy gdybym był na jej miejscu, wstałbym i powiedział staruszce: „proszę, niech pani usiądzie". Nie jestem tego pewien. Gdy człowiek dorwie się w końcu do siedzącego miejsca w tramwaju, czy w autobusie, zaczyna odczuwać coś w rodzaju atawistycznego poczucia własności. Walczyłby do końca o ten skrawek plastiku czy dermy.

    – To jakie mamy plany? – pytam.

    – Przecież mówiłam ci.

    – Mówiłaś, ale nie bardzo pamiętam.

    Halina patrzy na mnie z odrobiną zniecierpliwienia. – Nie słuchasz mnie, gdy do ciebie mówię. Najpierw pójdziemy do apteki, a potem pojedziemy do mojej mamy. Muszę jej zanieść lekarstwa.

    Może jej nie słucham, a może to coś innego...

    Tramwaj wypluwa nas na Centralnym. Jest już ciemno. Na ulicach ruch. Wszyscy jak w amoku pędzą przed siebie, zatrzymują się przed wystawami, znikają w sklepach. Brniemy w tłumie, mijając również i tych, którzy stojąc pod ścianami, usiłują wykrzesać z przechodzących postaci odruch miłosierdzia.

    W aptece umiarkowanie tłoczno.

    – Stań w jednej kolejce, a ja stanę w drugiej – mówię.

    Posuwam się do przodu, przeglądając reklamy lekarstw. Dużo jest tego tutaj. Leczą wszystko. Wystarczy przyjść, wysupłać pieniądze i... tylko przed użyciem przeczytać ulotkę.

    Halina dociera do okienka pierwsza.

    Kiedy opuszczam miejsce w swojej kolejce, dostrzegam niewielki skrawek papieru, wciśnięty między kolorowe foldery. To dziwne, że zauważam właśnie to.

    Gdy odwiedzam moich rodziców, mam mieszane uczucia. W ich mieszkaniu kumuluje się wszystko, co się składa na chorobę i starość. Boję się tego. Także i teraz, stojąc przed bramą, oddycham głęboko, zanim dwukrotnie nacisnę przycisk domofonu.

    Słyszę, jak ktoś podnosi słuchawkę, bez słowa oddzwania i mocuje się z nią, zanim z powrotem odwiesi.

    Wchodzę na piętro. W otwartych drzwiach stoi ojciec. – Ach, to ty – cieszy się.

    Z głębi mieszkania dobiega głos matki: – Kto to przyszedł?

    – Krzysio!

    – Kto?

    Otwarty na cały regulator telewizor zagłusza wszystko. Widzę matkę, siedząca na niewygodnym krześle i usiłującą dostrzec, co się dzieje w przedpokoju. Ojciec ma niewyraźną minę.

    – Cześć, tato – mówię i krzyczę do matki: – To ja!

    – Widzę. Dobrze, że przyszedłeś.

    – Co się dzieje?– pytam ojca.

    – A, jak zwykle... – Ojciec macha ręką i uparcie stara się zdjąć ze mnie kurtkę

    – Sam zdejmę, tato.

    – Kapcie masz?

    – Przecież są u was na stałe. Zostawiam je w szafie.

    – Ach tak. – Ojciec wyjmuje kapcie i z trudem pochyla się, kładąc je przede mną na chodniku.

    – Tato, zostaw!

    Spogląda na mnie oczami skarconego dziecka. Całuję go na powitanie. Ocieram się o jego wychudłą twarz, delikatnie klepię po lekko pochylonych plecach i czuję ukłucie w sercu.

    – Dziękuję – mruczy bez związku.

    W pokoju matka ogląda telewizję.

    – Dzień dobry, mamo – mówię i usiłuje pocałować ją w policzek.

    – Nie całuj, boję się infekcji

    Muskam więc ją ostrożnie po dłoni. – Jak się czujesz?

    – Bardzo dobrze – odpowiada. To „bardzo dobrze" brzmi jakby zaraz miała umrzeć.

    – Cieszę się – rzucam złośliwie.

    – Co mówisz?

    – Mówię, że ładnie wyglądasz.

    – Nic nie słyszę. Ten telewizor wszystko zagłusza. Ojciec zawsze nastawia go tak głośno. Kaziu! Ścisz ten telewizor! Kaziu!

    Ojciec wpada do pokoju i rozgląda się nieprzytomnie.

    – Daj mu spokój, mamo – mówię. – Sam to zrobię.

    – O co chodzi? – pyta ojciec.

    – O, znowu nie wie o co chodzi. Ja już nie mam do niego siły. – Matka z grymasem bólu poprawia się na krześle.

    – Zaraz, co ja miałem zrobić? – Ojciec podchodzi do kredensu, potem do szafy.

    – Miałeś dać mi herbatę – wymyślam na poczekaniu.

    – No właśnie, herbatę.

    – Daj mu herbatę – wtrąca matka. – I coś do jedzenia.

    – Nie jestem głodny, mamo.

    – Mam bitki w sosie i kapustę

    – Przecież wiesz, mamo, że nie jem mięsa.

    – Jak wy się odżywiacie... – Matka krzywi się z niesmakiem. – Kaziu, daj mu chociaż trochę ciasta.

    Ojciec, nie reagując, wyciąga z szuflady serwetę. Rozkłada ją na stole. Patrzę na jego niezdarne, zreumatyzowane palce. – Tato, tylko herbatę i ciasto.

    – Dobrze, zaraz ci dam – odpowiada niecierpliwie.

    – Pomóc ci?

    – Nie, nie.

    Pozwalam mu iść do kuchni, bo wiem, że sobie z tym poradzi. Przecież musi coś robić, żeby jakoś funkcjonować. Zastanawiam się, jak mam mu powiedzieć o czym postanowiłem.

    Odczekuję, aż ojciec mozolnie poustawia na stole wszystko to, co kolejno poprzynosił i zaczynam: – Wiesz, tato, że ostatnio masz trudności z pamięcią?

    – Ja? Doskonale wszystko pamiętam.

    – To tylko mu się tak wydaje – wtrąca matka. – O wszystkim zapomina. Trzeba mu sto razy powtarzać jedno i to samo.

    – Nieprawda – oponuje ojciec.

    – Dajcie spokój. Nie kłóćcie się. Tato, posłuchaj, bez względu na to, co myślisz o swojej pamięci, powinniśmy ją sprawdzić.

    – Jak ją sprawdzić?

    – Znalazłem w aptece informację o bezpłatnych badaniach osób w twoim wieku. Uważam, że należy z tej okazji skorzystać.

    – Zastanowię się – stwierdza ojciec.

    Stoję na przystanku niedaleko Placu Zamkowego i nerwowo patrzę na zegarek.

    – Która godzina?– słyszę.

    – Dochodzi dziesiąta.

    – Dziękuję. – Uprzejmy przechodzeń uśmiecha się i uśmiech ten na tyle mnie rozprasza, że nie zauważam ojca, wychodzącego z autobusu.

    – Długo czekasz? – pyta.

    – Cześć, tato, niecałe pięć minut.

    Nie przyznaję się, że przyszedłem tu już pół godziny temu. Ojciec ma na sobie swoją ulubioną koszulę, kurtkę i ciemne okulary.– Dobrze wyglądasz – zauważam.

    – Staram się

    – Nie ubrałeś się za ciepło? Spocisz się.

    – W razie czego zdejmę kurtkę.

    Chyba dzisiaj jest w formie. Nie szuka słów. Reaguje sprawnie i szybko. Przez chwilę mam wątpliwości, czy rzeczywiście potrzebne mu są te badania. – Gdzie to jest? – pyta.

    – Tutaj zaraz, na Miodowej.

    – To musimy przejść przez ulicę.

    Znowu właściwa reakcja.

    Biorę go pod rękę i przeprowadzam na drugą stronę. Idzie drobnym krokiem, szurając, pochylony lekko do przodu. Kiedy wchodzimy na chodnik, z ulgą uwalnia się z mojego uchwytu. Potem przystaje i nerwowo grzebie w przewieszonej przez ramię torbie.

    – Czego szukasz?

    – Szukam... no wiesz... tego do ucha.

    – Aparatu?

    – Tak.

    – Zawsze chowasz go do tej kieszonki, zamykanej na zamek błyskawiczny.

    – Aha. – Wyjmuje małe pudełeczko, otwiera je, sprawdza, czy aparat jest w środku, zamyka i chowa z powrotem. – Bo wiesz, bez tego nie będę słyszał, kiedy będą mnie o coś pytać.

    – Tato, pamiętaj, że aparat trzymasz w tej właśnie kieszonce. No, chodź, bo

    Enjoying the preview?
    Page 1 of 1