Find your next favorite book

Become a member today and read free for 30 days
Bo mój ojciec

Bo mój ojciec

Read preview

Bo mój ojciec

Length:
148 pages
2 hours
Publisher:
Released:
Oct 1, 2014
ISBN:
9788378593959
Format:
Book

Description

„Bo mój ojciec“ to historia opowiedziana oczami dziecka, syna głównego bohatera książki „Bo moje siostry“.

Syn Romka już od najmłodszych lat wyrasta w strachu i biedzie. Każdego dnia przygląda się pijanym gębom krążącym po domu. Dorota, matka chłopca, robi wszystko, aby ustrzec dzieci przed przemocą. Niestety, nie jest to łatwe zadanie, wszędzie bowiem czyha alkohol i promieniujące zło. Ciotki oraz jego babcia nieustannie atakują matkę chłopca, zaś druga babcia pije i nie zamierza w żaden sposób polepszyć ich sytuacji.

Pewnego dnia mały chłopiec widzi płaczącą matkę. To właśnie wtedy kończy się jego dzieciństwo i świat nabiera innych barw.

To jego matka musi dokonać czynu ponad własne siły, aby wreszcie przerwać zło niszczące rodzinę i pozwolić dzieciom normalnie żyć.

Czy uda mu się zapomnieć o wyrządzonej w dzieciństwie krzywdzie? Czy pokocha go kiedyś ojciec i czy chociaż raz spełni on swoje obietnice, jakimi karmił syna przez długie lata? Czy syn wybaczy ojcu brak miłości?
Publisher:
Released:
Oct 1, 2014
ISBN:
9788378593959
Format:
Book

About the author


Book Preview

Bo mój ojciec - Andrzej F. Paczkowski

Bo mój ojciec

Andrzej F. Paczkowski

© Copyright by Andrzej Paczkowski & e-bookowo

Zdjęcie na okładce: sxc.hu

Projekt okładki: e-bookowo

ISBN 978-83-7859-395-9

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2014

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Dedykuję wszystkim zdradzonym i oszukanym

przez życie...

Zło niewątpliwie jest tylko jedno: krzywda bliźniego. Człowiek – jest to rzecz święta,

której krzywdzić nikomu nie wolno.

Stefan Żeromski

Przebudziłem się ciemną nocą. Z drugiego pokoju dochodził płacz dziecka. To płakał mój brat. Odwróciłem głowę w stronę siostry, z którą spałem w jednym łóżku. Patrzyła na mnie para świecących, wystraszonych oczu. Coś się działo.

– Dorota!

W oknie, w świetle padającym z pobliskiej latarni widzieliśmy unoszącą się ciemną rękę. Strach podchodził mi do gardła. Łóżko znajdowało się tuż pod oknem, więc doskonale widzieliśmy rękę z całych sił uderzającą w szybę.

– Kurwa, Dorota! Otwórz!

Słyszałem, jak mama ucisza małego brata. Jego płacz potęgował we mnie strach, więc i ja zacząłem płakać. Miałem dopiero kilka lat.

– Dorota! – kolejne walenie w okno.

Mama, słysząc mój płacz, przyszła do pokoju. Po ciemku. Podeszła z Floriankiem na rękach i usiadła na łóżku tuż obok.

– Cicho, nie płacz, mama już jest z wami. Nic złego się wam nie stanie.

– Otwórz drzwi, do chuja pana! – rozlega się wołanie z dworu.

Jest niespokojna noc, zanosi się na burzę. Jabłonie kołyszą się w ogrodzie, gdzie stoi zły człowiek. Szum liści słychać nawet w domu.

– Mamo? – pyta siostra niepewnie.

– Ciii... – matka przykłada palec wskazujący do ust, nakazujący milczenie. – Nie teraz, musimy być cicho.

– Ale nie wpuścimy go? Bo ja się boję – głos jej drży.

– Nie wpuścimy. Ciii... – uspokaja mama.

– Dorota! – ciemna zła ręka uderza znowu. – Otwórz, kurwa, drzwi. Wiem, że tam jesteś!

Matka przytula mocniej Florka i przyciska palec do ust. Mamy być cicho. Nie reagować.

– Ty kurwo pierdolona!

Walenie ustaje. Pijak odchodzi spod okna. Następuje cisza przerywana co chwila kwileniem brata. Jesteśmy porządnie wystraszeni, bo chociaż to nie pierwszy raz zdarza się coś takiego, to jednak jesteśmy dziećmi i reagujemy strachem.

Kim był ten mężczyzna? To kumpel naszego wujka, z którym pił niemalże każdej nocy. Takich kumpli było tu więcej, schodzili się z całej wsi. Ciągnęli za alkoholem jak psy za suką. Non stop pijani, śmierdzący, obszczani. Margines społeczny wsi, w której mieszkaliśmy. Nocni markowie i luje zataczający się we wszystkie strony jak błędne ogniki.

Nieprzespane noce.

Płacz.

Strach.

Matka uciszająca nas, kołysząca do snu wśród krzyków.

Takie pamiętam dzieciństwo.

*

Tamtego dnia odwiedziła nas babcia Stefa. Ta druga. Ta od strony ojca, którego nie znaliśmy. Trzeźwa. Ubrana w futro z fretek (prawdopodobnie kradzione), z taką samą brzydką czapką na głowie z wystającym dziwacznym piórem niepasującym do całości. Z torbą koloru rdzawych liści, z której wyciągnęła garść lizaków czy cukierków i rzuciła nam jak psom pod nogi. Nie zdarzało się, by ktoś nam cokolwiek dawał, tym bardziej słodycze! Byliśmy dziećmi, uwielbialiśmy je. Ta stojąca przed nami pani była taka mała, szczupła z przymrużonymi oczami i wysuniętymi, a jednocześnie ściśniętymi w białą kreskę ustami. Patrzyła na nas z wymuszonym uśmiechem i pogardą, której nie potrafiła ukryć.

– Przecież to widać gołym okiem, że to nie jego dzieci!

Mama wpatrywała się w nią, nic nie rozumiejąc. Była jednak pewna, że ma to związek z podaniem ojca do sądu o alimenty.

Doszło do tego tak. Była sama i miała nas na karku. Środki finansowe na nasze wychowanie otrzymywała z opieki społecznej. Ale było tego mało – za to nie dało się wyżyć, a my rośliśmy. Co zrobić? Na odpowiedź mama nie czekała długo.

Pewnego dnia odwiedziła nas jej koleżanka z naprzeciwka. Doskonale znała całą historię naszej rodziny. Kiedy mama rozpłakała się i powiedziała, że już nie ma z czego żyć, bo dzieci potrzebują coraz więcej, usłyszała:

– Musisz podać tego skurwysyna do sądu o alimenta. Po prostu. Zrobił dzieci, to niech je teraz, kurwa, żywi.

– Do sądu? – mama się przeraziła. Była dobrze wychowana, z sądami nigdy nie miała nic wspólnego, nawet nie wiedziała, że takie sytuacje wyjaśnia się w sądzie. Była głupia? Nie, była naiwna i dobra.

– No pewnie, Dorota! Na jakim świecie ty żyjesz? Jak potrafił skurwysyn z chujem latać, to powinien też wiedzieć, że musi ponieść za to konsekwencje. Przecież dzieci sama sobie nie narobiłaś.

– No nie, ale...

– Ale?

– Nie wiem za bardzo, jak to zrobić.

– Pojedziesz do miasta, pójdziesz do sądu, złożysz pozew i poczekasz na rozpatrzenie, na sprawę. Jóźce tak przyznali pieniądze na dziecko. Dlaczego nie mieliby przyznać i tobie?

– Nie wiem, czy sobie poradzę z papierami i...

– Mam w mieście znajomą, spotkasz się z nią i załatwione. Pójdzie tam z tobą, pokaże co i jak, pomoże. Dasz radę. Inaczej zgnijesz w tym chlewie.

I stało się. Mama złożyła pozew o alimenty, a w odpowiedzi na to u nas w domu po raz pierwszy pojawiła się nasza „babcia". Pojawiła się właściwie znikąd. Bo trzeba tu wspomnieć, że do tego czasu nie mieliśmy pojęcia, że mamy jeszcze jakąś drugą babcię.

Stała w tym swoim futrze barwą przypominającym szczyny zdechłego psa, z szeroko rozstawionymi pałąkowatymi nogami i wygrażała kościstą pięścią. Na jej palcu jaśniał wielki pierścionek z żywicy.

– Ty chcesz mi syna wykończyć, kurwo jedna! Okraść, oskalpować, zabrać mu wszystko, choć i tak niczego dzięki tobie nie ma! Ty łajdaczko, ty!

Mama cofnęła się odruchowo, próbując zagnać nas do domu.

– Nikogo nie zamierzam okradać. Chcę tylko to, co mi się prawnie należy. Po pierwsze sprawiedliwości, a po drugie pieniędzy. Jak mam inaczej wychować dzieci? Nie mamy co jeść!

Obca kobieta oburzyła się na te słowa i spurpurowiała na twarzy. Zrobiła parę kroków do przodu, jakby zamierzała rzucić się na mamę z pazurami.

– Ależ to nie nasza sprawa! Jak latałaś z dupą i się puszczałaś, to nie można się teraz dziwić, że pokutujesz za swoje postępowanie. Ale nie wiem czemu, Dorota, czemu ty chcesz jemu życie zniszczyć? Dlaczego jesteś tak okrutna? Czy ty nie zdajesz sobie sprawy, jak on cierpi? Ty wiesz, co ty z niego zrobiłaś? Wrak człowieka!

Zła kobieta wepchnęła się do domu, rozglądając się swymi oczami na wszystkie strony.

– Nie! Nie ja z niego zrobiłam wraka, sam sobie za to może!

Babcia wyrzucała z siebie słowa z takim zapamiętaniem, że opluwała przy tym jak mamę, tak i siebie.

– Jak sam sobie? Jak? Przecież to ty go pić nauczyłaś! On zawsze był dobrym człowiekiem. Zawsze! Nikomu krzywdy by nie zrobił. Boże kochany, taki to był dobry chłopak! Ale potem spotkał ciebie, zamieniłaś jego życie w piekło. A teraz jeszcze po sądach go będziesz smykała. Ty materialistko jedna, ty!

– Wyjdź! – głos mamy drżał. Widziałem, jak zaciskała drżące pięści.

– Nie wyjdę, dopóki nie załatwię tego, po co przyszłam. On ci żadnych pieniędzy, powtarzam: ŻADNYCH PIERDOLONYCH PIENIĘDZY, nie będzie dawał, choćby chuj na chuju stanął. Dopóki ja żyję, nie pozwolę, by ktoś taki jak ty rujnował życie memu dziecku! Nie pozwolę!

Oczy mamy błyszczały od powstrzymywanych łez.

– Przychodzisz do mojego domu. Wdzierasz się tu niemalże. I zamiast spojrzeć na swoje wnuki, pobyć z nimi, przytulić jak na babcię przystało, to ty robisz mi wymówki? Wynoś się, ty stara... Miarka się przebrała! Nie będę wysłuchiwała tych ubogich złośliwości od kogoś takiego jak ty. Wynocha!

Mama pokazała jej palcem drzwi. Potem chwyciła ją za futro i zaczęła ciągnąc w stronę wyjścia.

– Nigdzie nie pójdę!

Wreszcie pękła tama. Matka wybuchnęła jak wulkan.

– Tobie między innymi zawdzięczam zniszczenie mojego życia. Zawsze się wpieprzałaś w nasze sprawy, zawsze to ja byłam gorsza. Za wszystko mogłam tylko ja. Ale skończyło się! Wiedz, że zrobię wszystko, by te pieniądze wysądzić. Za moją krzywdę, za krzywdę dzieci. I żeby tobie, ty stara kurwo, zrobić na złość!

– Zawsze wiedziałam, że ty masz w głowie nasrane, Dorota! Przestrzegałam Romka, by się zastanowił, by cię nie brał, bo takie jak ty zawsze...

– Zawsze co? Zawsze co?

– Niszczą małżeństwa zawarte przed Bogiem. Niszczą dobrych ludzi i sprowadzają na złą drogę.

Florek płakał gdzieś w pokoju, siostra pobiegła go uciszyć. Ja zaś przypatrywałem się całej scenie. Czar, jakiemu ulegliśmy po otrzymaniu słodyczy, dawno prysnął. Chciałem, by ta okropna kobieta odeszła stąd, przestała krzyczeć na naszą matkę i dała nam święty spokój.

Nagle wzrok babci padł na mnie. Wyciągnęła w moją stronę palec.

– Te przeklęte bachory nie są jego! Powtarzam, jeżeli nie odwołasz sądu, to ja ci nie dam żyć. Ja cię, kurwa mać, zniszczę, jak ty zniszczyłaś życie mojemu synowi!

– Niczego nie odwołam! – powiedziała matka hardo.

– To będziemy rozmawiać inaczej. Ja znam ludzi, ja tu sprowadzę takich, którzy pokażą ci, gdzie raki zimują. Ty mnie jeszcze popamiętasz. Lepiej nie igraj z ogniem, Dorota. Bo ogień parzy!

– Wyjdź z tego domu. Więcej cię tu nie chcę widzieć!

Matka wypchnęła babcię na siłę za drzwi. Szamotały się przez chwilę. Chuda kobieta zapierała się rękami i nogami, ale wreszcie mama okazała się silniejsza i babcia musiała ustąpić.

– Jeżeli jeszcze raz cię tu zobaczę, to zadzwonię po milicję, a jeszcze wcześniej, to cię zrzucę ze schodów! Zobaczymy, kto kogo popamięta.

– My jeszcze nie skończyłyśmy. Ja ci dopiero pokażę! Jak będzie trzeba, to ja..., to ja cię nawet zabiję!

Matka zatrzasnęła drzwi. Potem oparła się o nie plecami i rozpłakała się. Kiedy mama płakała, płakałem i ja. Musiała więc mnie uspokajać, a za chwilę jeszcze i siostrę, bo chociaż była starsza ode mnie o parę lat, to krzyki i nasz płacz, nie był jej obojętny.

W sądzie okazało się, że ojcostwo taty zostało podważone oskarżeniami babci, która wystosowała odpowiednie pismo. Przyszła na salę rozpraw, żeby potwierdzić swoje przypuszczenia. Siedziała na sali rozpraw napuszona jak paw a jej wzrok bazyliszka niemalże zabijał. Starala się pokazać klasę, której nie miała, co od razu rzucało się w oczy. Sędzina od razu wiedziała z kim ma do czynienia, jednak musiała wysłuchać każdej strony.

– Mój syn nie jest ojcem tych dzieci.

– Dlaczego pani tak sądzi? – zapytała sędzina.

– Ponieważ jest bezpłodny! – wyrzuciła z siebie z zadowoleniem.

Babcia patrzyła tryumfująco na mamę. „A masz! – zdawały się mówić jej szatańskie oczy. „Dopiero teraz zobaczysz z kim zadarłaś!

Na matkę spadł kolejny cios. Alimenty nie zostały przyznane. Na szczęście nie zgodziła się z tym i na prośbę sądu poddała nas badaniom. Nastał taki moment, że chcąc nie chcąc nie mogła się już poddać czy

You've reached the end of this preview. Sign up to read more!
Page 1 of 1

Reviews

What people think about Bo mój ojciec

0
0 ratings / 0 Reviews
What did you think?
Rating: 0 out of 5 stars

Reader reviews