You are on page 1of 157

Dwudziestu corby zgromadzio si na szerokim odcinku pomostu, gdzie sta drow.

Kolejny tuzin lea martwy u stp Drizzta, a ich krew spywaa z krawdzi i wpadaa do jeziora kwasu z rytmicznymi sykniciami. Belwar nie obawia si jednak przewagi liczebnej, poniewa precyzyjnymi ruchami i wykalkulowanymi pchniciami Drizzt niewtpliwie wygrywa. Jednake wysoko nad drowem zacz spada kolejny samobjczy corby i jego kamie. Corby zaatakowa Drizzta. Wraz z byskiem sejmitarw drowa ramiona napastnika odpady od barkw. Kontynuujc ten sam oszaamiajco szybki ruch, Drizzt wsun zakrwawione sejmitary do pochew i rzuci si na krawd pomostu. Dotar do skraju i skoczy w stron Belwara w tej samej chwili, gdy samobjczy, ujedajcy gaz corby uderzy w przesmyk, zabierajc go wraz z dwudziestk swych pobratymcw do zbiornika z kwasem. Belwar cisn swe pozbawione dzioba trofeum w patrzcych na niego corby i pad na kolana,wycigajc rami z kilofem, by pomc przyjacielowi. Drizzt chwyci rk nadzorcy kopaczy oraz krawd, uderzajc twarz w ska. Sia uderzenia rozdara jednak piwafwi drowa i Belwar patrzy bezradnie jak onyksowa figurka wypada i leci w stron kwasu. _____________________________________________ ___________________

FORGOTTEN

REALMS

WYGNANIE
R.A Salvatore

Tumaczenie: Piotr Kucharski Tytu oryginau: EXILE

Dla Diane z ca mioci

Preludium
Potwr bka si po cichych korytarzach Podmroku, a jego apy pokryte usk szuray o kamie. Nie wzdryga si syszc te dwiki, ktre mogyby go ujawni. Nie szuka rwnie schronienia, spodziewajc si ataku innego drapienika. Byo tak, poniewa nawet w penym niebezpieczestw Podmroku stworzenie to znao jedynie bezpieczestwo, byo wiadome swojej zdolnoci pokonania kadego przeciwnika. Jego oddech by ciki od zabjczej trucizny, twarde krawdzie szponw pozostawiay gbokie rysy w litej skale, za rzdy podobnych do grotw wczni zbw okalay paskudn paszcz, ktra mogaby przegry najgrubsz skr. Najgorszy by jednak wzrok potwora, wzrok bazyliszka, ktry by w stanie zmieni w lity kamie kad yw istot, na ktrej spocz. Stworzenie to, wielkie i przeraajce, naleao do najwikszych ze swego rodzaju. Nie znao strachu. owca obserwowa przejcie bazyliszka, podobnie jak robi to wczeniej tego samego dnia. Omionogi potwr by tu intruzem, wszed do domeny owcy. Widzia, jak bazyliszek zabi kilka z jego rothw - maych, krowopodobnych stworze, ktre wzbogacay jego posiki - za pomoc swego zatrutego oddechu, za reszta stada ucieka na olep bezkresnymi korytarzami, by zosta tam na zawsze. owca by wcieky. Spoglda, jak potwr wtacza si w wski tunel, przewidzia, e wanie t drog wybierze. Wysun bro z pochew, zyskujc pewno siebie. Zawsze tak byo, gdy czu ich doskona rwnowag. owca posiada je od dziecistwa, a po niemal trzech dekadach bezustannego uycia zdradzay jedynie najmniejsze lady zniszczenia. Teraz znw miay by poddane prbie. owca schowa bro i czeka na dwik, ktry pobudzi go do dziaania. Gardowy warkot zatrzyma bazyliszka w miejscu. Potwr spojrza z ciekawoci przed siebie, cho jego sabe oczy nie widziay dalej ni na kilka krokw. Znw zabrzmia warkot, a bazyliszek przyczai si, czekajc a napastnik, jego kolejna ofiara, pojawi si i zginie. owca wyszed ze swej wnki i rzuci si do bardzo szybkiego biegu ponad drobnymi szczelinami i nierwnociami na cianach korytarza. W swoim magicznym paszczu, piwafwi, by niewidzialny na tle kamieni, za dziki zrcznoci i wywiczonym ruchom by rwnie niesyszalny. Pojawi si niewiarygodnie cicho, niewiarygodnie szybko. Przed bazyliszkiem znw rozleg si warkot, nie zblia si jednak. Niecierpliwy potwr przesun si naprzd, pragnc krwi. Gdy bazyliszek przeszed pod niskim hakiem, jego gow otoczya nieprzenikniona sfera ciemnoci. Potwr zatrzyma si nagle i cofn o krok, co owca przewidzia, bo skoczy ze ciany korytarza, wykonujc trzy oddzielne czynnoci, zanim jeszcze dotar do celu. Najpierw rzuci prosty czar, ktry obramowa gow bazyliszka blaskiem bkitnych i purpurowych pomieni. Pniej nacign na twarz kaptur, poniewa w walce nie potrzebowa oczu, za wzrok bazyliszka mg mu tylko przynie zgub. Nastpnie, wycigajc swoje zabjcze sejmitary, wyldowa na grzbiecie potwora i po jego uskach ruszy w stron gowy. Bazyliszek gwatownie zareagowa, gdy taczce pomienie otoczyy mu gow. Nie paliy, lecz ich obrys czyni potwora atwym celem. Bazyliszek obrci si, zanim jednak jego gowa zdoaa wykona p obrotu, w jednym z jego oczu zatopi si pierwszy sejmitar. Stwr rykn i zacz si miota, starajc si dosta owc. Zion swym trujcym oddechem i zarzuci gow. owca by szybszy. Trzyma si za paszcz, z dala od mierci. Jego drugie ostrze trafio w nastpne oko. Bazyliszek by intruzem, zabi jego rothy! Na opancerzon gow potwora spada jeden brutalny cios za drugim. Ostrza, rozupujc uski, wnikay w znajdujce si pod nimi ciao. Bazyliszek rozumia swoje niepowodzenie, wci jednak sdzi, e moe jeszcze wygra.

Gdyby tylko mg zion swoim zatrutym oddechem na rozwcieczonego owc. Wtedy wypad na niego drugi nieprzyjaciel, warczcy koci przeciwnik, ktry bez obaw skoczy na otoczon pomieniami paszcz. Wielki kot nie przejmowa si trujcymi oparami, poniewa by magiczn istot, odporn na takie ataki. Pazury pantery wyryy gbokie rysy na dzisach bazyliszka, dajc mu skosztowa jego wasnej krwi. Za wielk gow owca uderza raz za razem, sto razy i jeszcze wicej. Zacieke sejmitary przebijay uskowy pancerz, trafiajc w ciao oraz w czaszk, pograjc bazyliszka w mroku mierci. Uderzenia zakrwawionej broni zwolniy tempa dopiero na dugo po tym, jak potwr znieruchomia. owca cign kaptur, po czym spojrza na sponiewierane cierwo u swoich stp oraz ciepe plamy krwi na ostrzach. Unis okrwawione sejmitary w gr i obwieci swoje zwycistwo okrzykiem przepenionym pierwotn radoci. By owc, a to by jego dom! Wszelako gdy wyrzuci z siebie w tym okrzyku ca wcieko, owca spojrza na swoj towarzyszk i zawstydzi si. Okrge oczy pantery oceniay go, nawet jeli kocica o tym nie wiedziaa. Pantera bya jedynym ogniwem czcym owc z przeszoci, z cywilizowan egzystencj, ktr kiedy wid. - Chod, Guenhwyvar - wyszepta wsuwajc sejmitary z powrotem do pochew. Wzdrygn si na dwik wypowiadanych przez siebie sw. By to jedyny gos, jaki sysza od dziesiciu lat. Za kadym razem gdy mwi, sowa wydaway mu si bardziej obce i przychodziy do niego z trudnoci. Czy t zdolno rwnie utraci, jak straci inne aspekty swej dawnej egzystencji? Bardzo si tego obawia, poniewa bez gosu nie bdzie mg przyzywa pantery. Wtedy bdzie naprawd sam. owca i kocica szli cichymi korytarzami Podmroku, nie wydajc adnego dwiku, nie poruszajc nawet kamyczka. Razem poznali niebezpieczestwa tego cichego wiata. Razem nauczyli si sztuki przetrwania. Pomimo odniesionego zwycistwa owca nie mia jednak dzisiaj na twarzy umiechu. Nie obawia si wrogw, lecz nie by ju pewien, czyjego odwaga pochodzi z pewnoci siebie, czy te z obojtnoci wobec ycia. By moe sztuka przetrwania nie bya najwaniejsza.

Cz l owca
Wyranie pamitam dzie, w ktrym odszedem z miasta moich narodzin, miasta mojego ludu. Lealprzede mn cafy Podmrok, ycie pene przygd i podniecenia, z moliwociami, dziki ktrym roso mi serce. Waniejsze jednak byo to, e opuszczaem Menzoberranzan z uczuciem ulgi, i teraz bd mg y w zgodzie z wasnymi zasadami. Miaem u boku Guenhwyvar, za na biodrach sejmitary. Do mnie naleao okrelenie przyszoci. Jednake drow, miody Drizzt Do 'Urden, ktry opuci tego pamitnego dnia Menzoberranzan, dopiero rozpoczwszy czwart dekad ycia, nie by jeszcze wtedy w stanie zrozumie prawdy na temat czasu, ktry wydawa si tak bardzo zwalnia w chwilach, gdy nie dzielio si go z innymi. W swojej modzieczej zapalczywoci spogldaem w przyszo na kilka stuleci ycia. Jak jednak mierzy stulecia, jeeli jedna godzina wydaje si dniem, za jeden dzie rokiem? Poza miastami Podmroku mona znale poywienie, jeli wiadomo gdzie go szuka, mona te znale bezpieczestwo, jeli wiadomo gdzie si ukrywa. Najwicej jednak jest tam samotnoci. Gdy stawaem si stworzeniem pustych tuneli, uczyem si sztuki przetrwania jednoczenie atwiej i trudniej. Zyskaem fizyczne umiejtnoci oraz dowiadczenie, konieczne by przetrwa. Byem w stanie pokona niemal wszystko, co zabkao si na wybrany przeze mnie teren, za przed t garstk potworw, ktrych nie mgbym zwyciy, mogem z pewnoci uciec lub si schowa. Niewiele jednak mino czasu, zanim odkryem t jedn nemezis, ktrej nie mogem ani pokona, ani jej uciec. Podaa za mn wszdzie tam, gdzie poszedem - tak naprawd im dalej si udawaem, tym bardziej si do mnie zbliaa. Mojprzeciwniczk bya samotno, nie koczca si, nieznona cisza pustych korytarzy. Wiele lat pniej, spogldajc wstecz, zdumiewam si i zatrwaam mylc o zmianach, jakich doznaem w czasie takiej egzystencji. Tosamo kadej rozumnej istoty jest okrelana przez jzyk, komunikacj pomidzy t istot a innymi, ktre j otaczaj. Bez tej wizi byem zgubiony. Gdy opuciem Men-zoberranzan, zdecydowaem, e moje ycie bdzie oparte na zasadach, moja sia bdzie pochodzi ze sztywnych przekona. Wszelako po kilku miesicach spdzonych w Podmroku, jedynym powodem moim przetrwania byo moje przetrwanie. Staem si stworzeniem instynktw, wyrachowanym i sprytnym, lecz nie mylcym, nie wykorzystujcym umysu do niczego innego, poza nakierowaniem si na nastpn zdobycz. Uwaam, e ocalia mnie Guenhwyvar. Ta sama towarzyszka, ktra nie dopucia do mojej pewnej mierci w szponach niezliczonych potworw, uratowaa mnie przed mierci wywoan pustk - by moe mniej dramatyczn, ale rwnie ostateczn. W chwilach gdy bya przy moim boku, czuem, e yj. Miaem wtedy inne yjce stworzenie, ktre mogo sucha moich coraz bardziej niepewnych sw. Oprcz wszystkich innych zalet Gue-nhwyvar bya rwnie moim zegarem, poniewa wiedziaem, e kocica moe przybywa z Planu Astralnego na p dnia co drugi dzie. Dopiero gdy skoczya si moja cika prba, zdaem sobie spraw, jak krytyczna bya ta czwarta cz mojego ycia. Bez Guenhwyvar nie zdecydowabym si go kontynuowa. Nigdy nie odnalazbym w sobie siy, by przetrwa. Nawet gdy Guenhwyvar staa u mego boku, zauwaaem, e z coraz wiksz obojtnoci podchodz do walki. ywiem cich nadziej, e jaki mieszkaniec Podmroku okae si silniejszy ni ja. Czy bl wywoany zbem lub pazurem mg by silniejszy ni pustka i cisza. Nie sdz. - Drizzt Do'Urden

l Prezent z okazji rocznicy


Opiekunka Malice Do'Urden poruszya si niespokojnie na kamiennym tronie w maym i zaciemnionym przedsionku do wielkiej kaplicy Domu Do'Urden. Dla mrocznych elfw, ktre mierz upyw czasu w dekadach, by to zaledwie dzie do zaznaczenia w kronikach domu Malice, dziesita rocznica przecigajcego si skrytego konfliktu pomidzy rodzin Do'Urden a Domem Hun'ett. Opiekunka Malice, nigdy nie przegapiajca uroczystoci, przygotowaa dla swych nieprzyjaci specjalny prezent. Briza Do'Urden, najstarsza crka Malice, wysoka i potna drowka, przesza z niepokojeni przez pomieszczenie, jak zwyka to czsto czyni. - To powinno si ju skoczy -mrukna, kopic stoek na trzech nogach. Zakoysa si i przewrci, w wyniku czego ukruszy si kawaek siedziska z trzonka grzyba. - Cierpliwoci, moja crko - odpara z lekkim wyrzutem Malice, cho podzielaa odczucia Brizy. - Jarlaxle jest ostrony. - Briza odwrcia si syszc imi bezczelnego najemnika i podesza do rzebionych drzwi. Malice zrozumiaa znaczenie zachowania swojej crki. - Nie popierasz Jarlaxle i jego oddziau - stwierdzia stanowczo matka opiekunka. - S otrami bez domu - wycedzia w odpowiedzi Briza, wci nie odwracajc si do matki. W Menzoberranzan nie ma miejsca dla otrw bez domu. Zakcaj naturalny porzdek naszego spoeczestwa. I s mczyznami! - Dobrze nam su- przypomniaa jej Malice. Briza chciaa spiera si o niezwykle wysoki koszt wynajmowania oddziau najemnikw, lecz roztropnie ugryza si w jzyk. Ona i Malice spieray si niemal bez przerwy od chwili rozpoczcia wojny Do'Urden z Hun'ett. - Bez Bregan D'aerthe nie moglibymy podejmowa dziaa przeciwko naszym przeciwnikom - cigna Malice. - Korzystanie z najemnikw, otrw bez domu jak ich nazwaa, pozwala nam toczy wojn bez ujawniania naszego domu jako napastnika. - A wic dlaczego z tym nie skoczymy? - spytaa Briza, obracajc si z powrotem w stron tronu. - Zabijamy kilku onierzy Hun'ett, oni zabijaj kilku naszych. Przez cay czas za obydwa domy poszukuj uzupenie. To si nie skoczy! Jedynymi zwycizcami w tym konflikcie s najemnicy Bregan D'aerthe oraz oddziau, ktry wynaja Opiekunka SiNafay Hun'ett, czerpicy z kufrw obydwu domw! - Uwaaj na swj ton, moja crko - warkna Malice przypominajce. - Zwracasz si do matki opiekunki. Briza znw si odwrcia. - Powinnimy natychmiast zaatakowa Dom Hun'ett w nocy, kiedy zosta powicony Zakna-fein - omielia si powiedzie. - Zapominasz, co twj najmodszy brat zrobi tej nocy -odpowiedziaa pewnym gosem Malice. Matka opiekunka mylia si jednak. Nawet gdyby Briza ya tysic lat duej, nigdy nie zapomniaaby, co Drizzt zrobi tej nocy, gdy porzuci swoj rodzin. Wytrenowany przez Zaknafeina, ulubionego kochanka Malice i szanowanego, najlepszego w caym Menzoberranzan fechmistrza, Drizzt osign w walce biego wykraczajc poza normy droww. Jednak ak da Drizztowi rwnie kopotliwe i bluniercze nastawienie, jakiego nie moga tolerowa Lloth, Pajcza Krlowa, bogini mrocznych elfw. Heretyckie zachowanie Drizzta wywoao w kocu gniew Pajczej Krlowej, ktra zadaa jego mierci. Opiekunka Malice, bdc pod wraeniem potencjau Drizzta jako wojownika, postpia odwanie i jako pokut za jego grzechy daa Lloth serce Zaknafeina. Przebaczya Drizztowi w nadziei, e pozbawiony wpywu Zaknafeina porzuci zgubne zwyczaje i zastpi martwego fechmistrza. Jednak w zamian za to niewdziczny Drizzt zdradzi ich wszystkich, uciek do Podmroku czyn ten nie tylko pozbawi Dom Do'Urden jedynego potencjalnego fechmistrza, lecz rwnie odar Opiekunk Malice i reszt rodziny Do'Urden z aski Lloth. Jako nieszczliwe zwieczenie

wypadkw Dom Do'Urden utraci swego gwnego fechmistrza, ask Lloth oraz spodziewanego fechmistrza. Nie by to dobry dzie. Na szczcie Dom Hun'ett ponis tego samego dnia podobne straty, zosta pozbawiony obydwu swoich czarodzieji, ktrym nie udao si zabi Drizzta. Gdy obydwa domy stay si osabione i straciy ask Lloth, oczekiwana wojna zmienia si w wyrachowany szereg tajnych wypraw. Briza nigdy nie zapomni. Stuknicie w drzwi wytrcio Briz i jej matk z prywatnych przemyle o tych nieszczsnych chwilach. Drzwi otworzyy si i wszed Dinin, starszy chopiec domu. - Witaj, Opiekunko Malice - powiedzia w odpowiedni sposb i pochyli si w gbokim ukonie. Dinin chcia, by jego wiadomoci byy niespodziank, lecz umiech, ktry pojawi si na jego twarzy, wszystko zdradza. - Jarlaxle wrci! - ucieszya si Malice. Dinin odwrci si do otwartych drzwi, a najemnik, czekajcy cierpliwie w korytarzu, wmaszerowa do rodka. Briza, wiecznie zdumiona niezwykymi manierami otra, potrzsna gow, gdy Jar-laxle przechodzi obok niej. Niemal kady mroczny elf w Menzoberranzan ubiera si w sposb konwencjonalny, w szaty ozdobione symbolami Pajczej Krlowej lub prost zbroj kolcz, ukryt pod fadami magicznego i kamuflujcego paszcza piwafwi. Arogancki i obcesowy Jarlaxle nie stosowa si do zbyt wielu zwyczajw mieszkacw Menzoberranzan. Z ca pewnoci nie by norm spoeczestwa droww i otwarcie, nic sobie z tego nie robic, nosi si ze swoj odrbnoci. Nie mia na sobie paszcza ani szaty, lecz lnic peleryn, ktra ukazywaa kady kolor spektrum zarwno w blasku wiata, jak i w podczerwieni widocznej dla czuych na wiato oczu. Natur magii peleryny mona byo tylko zgadywa, jednak ci, ktrzy byli najbliej przywdcy najemnikw wskazywali, e istotnie bya niezwykle wartociowa. Jarlaxle nosi rwnie kamizelk, wycit tak wysoko, e wida byo jego szczupy i uminiony odek. Na jednym oku mia opask, cho spostrzegawczy obserwatorzy wiedzieli, i jest ona jedynie ozdob, poniewa Jarlaxle czsto przesuwa j z jednego oka na drugie. - Moja droga Brizo - Jarlaxle powiedzia przez rami, zauwaajc pogardliwe zainteresowanie wysokiej kapanki jego wygldem. Obrci si i ukoni nisko, wymachujc kapeluszem o szerokim rondzie - kolejne dziwactwo powikszone faktem, e byo nadmiernie ozdobione ogromnymi pirami diatrymy, wielkiego ptaka z Podmroku - gdy si pochyla. Briza parskna i odwrcia wzrok od obniajcej si gowy najemnika. Elfy drowy uwaay gst grzyw biaych wosw za oznak statusu, fryzura kadego bya przycita tak, by zdradza rang i przynaleno do domu. otr Jarlaxle w ogle nie mia wosw, za z punktu, w ktrym staa Briza, jego gadko ogolona gowa wygldaa jak kula onyksu. Jarlaxle zamia si cicho, widzc trwajc dezaprobat ze strony najstarszej crki Do'Urden i odwrci si do Opiekunki Malice, przy kadym kroku dzwonic sw obfit biuteri i stukajc byszczcymi butami. Briza zauwaya rwnie, e owe buty i biuteria wydaway z siebie dwiki tylko wtedy, gdy tego chcia najemnik. - Zrobione? - spytaa Opiekunka Malice, zanim najemnik zdoa wypowiedzie odpowiednie przywitanie. - Moja droga Opiekunko Malice - odpowiedzia Jarlaxle ze zbolaym wyrazem twarzy, wiedzc, e w wietle swoich wanych wiadomoci nie moe pozby si formalnoci. - Czy we mnie wtpisz? Jestem dotkliwie zraniony. Malice zeskoczya ze swego tronu, zaciskajc zwycisko pi. - Dipree Hun'ett nie yje! obwiecia. - Pierwsza szlachecka ofiara wojny! - Zapominasz o Masoju Hun'ett - zauwaya Briza - zabitym przez Drizzta dziesi lat temu. I o Zaknafeinie Do'Urden - musiaa doda Briza, przeciwko wasnemu osdowi - zabitego twoj wasn rk. - Zaknafein nie by szlachcicem z urodzenia - Malice umiechna si szyderczo do swojej

impertynenckiej crki. Mimo to sowa Brizy zraniy Malice. Zdecydowaa si powici Zaknafeina zamiast Drizzta wbrew radom Brizy. Jarlaxle chrzkn, by zlikwidowa narastajce napicie. Najemnik wiedzia, e musi zakoczy swoje sprawy i opuci Dom Do'Urden. Wiedzia ju - cho Do'Urden nie byli tego wiadomi - e zbliaa si wyznaczona godzina. - Jest jeszcze kwestia mojej zapaty - przypomnia Malice. - Dinin zajmie si tym - odpowiedziaa Malice machajc rk i nie spuszczajc wzroku ze zoliwych oczu swej crki. - Bd si zbiera - powiedzia Jarlaxle, kiwajc gow w stron starszego chopca. Zanim najemnik zdy wykona pierwszy krok do drzwi, wpada do komnaty Yiema, druga crka Malice. Jej twarz, ogrzana widocznym podnieceniem, lnia jasno w spektrum podczerwieni. - Niech to - wyszepta pod nosem Jarlaxle. - Co si stao? - spytaa Opiekunka Malice. - Dom Hun'ett! - krzykna Yierna. - onierze na dziedzicu! Zostalimy zaatakowani! *** Na podwrzu, za kompleksem jaskiniowym, niemal piciuset onierzy Domu Hun'ett - cae sto wicej ni wedug doniesie - przeszo tu za byskawic przez adamantytowe bramy Domu Do'Urden. Trzystu pidziesiciu onierzy domostwa Do'Urden wylao si zza stalagmitw sucych za ich koszary, by przyj atak. Postawione wobec przewagi liczebnej, lecz wyszkolone przez Zaknafeina, oddziay ustawiy si w odpowiednich formacjach obronnych, osaniajc swoich czarodziejw i kapanki, by ci mogli rzuca czary. Caa kompania onierzy Hun'ett zakltych czarem latania, spyna w d skalnej ciany, ktra miecia w sobie krlewskie komnaty Domu Do'Urden. Brzkny mae kusze i przerzedziy szeregi si powietrznych mierciononymi, zatrutymi betami. Atak z powietrza by jednak zaskoczeniem i oddziay Do'Urden szybko znalazy si w niekorzystnym pooeniu. *** - Hun'ett nie dysponuj ask Lloth! - wrzasna Malice. -Nie omieliliby si na otwarty atak! Wzdrygna si syszc kolejny odgos uderzajcej byskawicy, a po nim nastpny. - Tak? - wypalia Briza. Malice zmierzya crk gronym wzrokiem, nie miaa jednak czasu na kontynuowanie ktni. Zwyczajowa metoda ataku, jak stosowa dom droww, polegaa na szturmie onierzy poczonym z mentaln barier najwyszych rang kapanek domu. Malice nie poczua jednak mentalnego ataku, ktry powiedziaby jej ponad wszelk wtpliwo, e to rzeczywicie Dom HurTett przyby do jej bram. Kapanki Hun'ett, nie posiadajce aski Pajczej Krlowej, najwidoczniej nie mogy wykorzysta zsyanych przez Lloth mocy, by przypuci mentalny szturm. Gdyby tak byo, Malice i jej crki, rwnie stojce poza wzgldami Pajczej Krlowej, nie miayby szans na skontrowanie go. - Dlaczego omielili si zaatakowa? - zastanawiaa si gono Malice. Briza zrozumiaa tok mylenia matki. - Rzeczywicie s miali - powiedziaa. - Maj nadziej, e ich onierze wyeliminuj kadego czonka naszego domu. - Kady w pomieszczeniu, kady drow w Menzoberranzan zna brutaln i cakowit kar, jak wymierzano domowi, ktremu nie powiodo si wyeliminowanie innego domu. Nie wysuwano konsekwencji za same ataki, ale robiono to, jeli przyapano kogo na gorcym uczynku. Do pomieszczenia z ponur min wszed Rizzen, obecny opiekun Domu Do'Urden. Przewyszaj nas liczb i maj lepsze pozycje - rzek. - Obawiam si, e szybko polegniemy. Malice nie przyjmowaa do wiadomoci takich informacji. Wymierzya w Rizzena cios, po ktrym przelecia przez p komnaty, po czym obrcia si do Jarlaxle. - Musisz wezwa swoj

grup! - Malice krzykna do najemnika. - Szybko! - Opiekunko - wyjka Jarlaxle, najwyraniej zbity z tropu. - Bregan D'aerthe s sekretn grup. Nie angaujemy si w otwart walk. Mogoby to wywoa gniew rady rzdzcej! - Dam ci cokolwiek zechcesz - obiecaa zdesperowana matka opiekunka. - Lecz koszt... - Cokolwiek zechcesz! - warkna ponownie Malice. - Taki czyn... - zacz Jarlaxle. Malice znw nie daa mu dokoczy argumentu. - Ocal mj dom, najemniku - zagrzmiaa. Osigniesz wielkie korzyci, lecz ostrzegam ci, e koszt twojej poraki bdzie znacznie wikszy! Jarlaxle nie przepada za grobami, zwaszcza w wykonaniu kulawej opiekunki, ktrej cay wiat pada wanie w gruzy. Wszelako w uszach najemnika sowo korzyci" tysickrotnie przewyszao zagroenie. Po dziesiciu latach hojnych wynagrodze za konflikt Do'Urden z Hun'ett Jarlaxle nie poddawa w wtpliwo chci Malice lub jej wypacalno, nie wtpi rwnie, e ten ukad okae si bardziej lukratywny ni porozumienie, jakie zawar na pocztku tygodnia z Opiekunk SiNafay Hun'ett. - Jak sobie yczysz - powiedzia do Opiekunki Malice, wykonujc ukon oraz zamach swym szerokim kapeluszem. - Zobacz, co mog zrobi. - Wychodzc z komnaty mrugn do Dinina, ktry pody za nim. Gdy dotarli na balkon, wychodzcy na kompleks Do'Urden ujrzeli, e sytuacja jest jeszcze gorsza, ni opisa to Rizzen. onierze Domu Do'Urden - ci wci ywi - zostali przyparci do jednego z ogromnych stalagmitw, utrzymujcych frontow bram. Jeden z latajcych onierzy Hun'ett opad na taras, widzc szlachcica Do'Urden, lecz Dinin pozby si intruza pojedynczym, rozmytym ciciem. - Dobra robota - skomentowa Jarlaxle, wyraajc pochwa skinieniem gowy. Podszed, by klepn starszego chopca po ramieniu, lecz Dinin odsun si. - Mamy co innego do zrobienia - stanowczo przypomnia. - Wezwij swoje oddziay i to szybko, bo obawiam si, e inaczej to Dom Hun'ett zwyciy. - Spokojnie, mj przyjacielu Dininie - zamia si Jarlaxle. Wycign zza konierza may gwizdek i dmuchn w niego. Dinin nie usysza dwiku, poniewa instrument by magicznie dostrojony wycznie do uszu czonkw Bregan D'aerthe. Starszy chopiec Do'Urden spoglda ze zdumieniem, jak Jarlaxle wydmuchuje bezgonie okrelon melodi, po czym z jeszcze wikszym zdziwieniem ujrza, jak ponad setka onierzy Domu Hun'ett obraca si przeciwko swoim towarzyszom. Bregan D'aerthe winni byli lojalno jedynie Bregan D'aerthe. *** - Nie mogli nas zaatakowa - twierdzia uparcie Malice, przechadzajc si po pomieszczeniu. Pajcza Krlowa nie pomogaby im w wyprawie. - Wygrywajbez pomocy Pajczej Krlowej - przypomnia jej Rizzen, roztropnie chowajc si w najdalszy kt komnaty, gdy wypowiada niepodane sowa. - Powiedziaa, e nigdy nie zaatakuj - Briza warkna na matk - gdy wyjaniaa, dlaczego my nigdy nie omielimy si napa na nich! - Briza wyranie przypomniaa sobie rozmow, poniewa to ona zasugerowaa otwarty atak na Dom Hun'ett. Malice zajaa j szorstko i publicznie, a teraz Briza zamierzaa odwzajemni upokorzenie. Kade sowo, ktre kierowaa do matki, ociekao nabrzmiaym zoci sarkazmem. - Czy to moliwe, e Opiekunka Malice Do'Urden pomylia si? Odpowied Malice nadesza w postaci wzroku, ktry wyraa sob co pomidzy wciekoci a przeraeniem. Briza bez wahania odwzajemnia spojrzenie i nagle matka opiekunka Domu Do'Urden nie czua si ju taka niepokonana i pewna swych czynw. Chwil pniej, gdy Maya, najmodsza z crek Do'Urden wesza do pomieszczenia, ruszya nerwowo przed siebie. - Dotarli do domu! - krzykna Briza, zakadajc najgorsze. Chwycia za swj wowy bicz. -

A my nie przygotowalimy si jeszcze do obrony! - Nie! - szybko sprostowaa Maya. - aden wrg nie przeszed przez taras. Bitwa odwrcia si przeciwko Domowi Hun'ett! - Wiedziaam, e tak si stanie - stwierdzia Malice prostujc si i mwic bezporednio do Brizy. - Gupot jest atak bez aski Lloth! - Pomimo swojego owiadczenia Malice zgadywaa, e na podwrzu w gr wchodzio jednak co wicej ni tylko osd Pajczej Krlowej. Jej rozumowanie prowadzio prosto do Jarlaxle i jego niegodnej zaufania bandzie otrw. *** Jarlaxle zszed z balkonu, wykorzystujc swe wrodzone zdolnoci lewitacji. Nie widzc potrzeby angaowania si w walk, ktra w oczywisty sposb wydawaa si by pod kontrol, Dinin opar si o barierk, spogldajc na idcego najemnika i rozwaajc wszystko, co wanie si stao. Jarlaxle skierowa jedn stron przeciwko drugiej i kolejny raz prawdziwymi zwycizcami byli najemnik i jego banda. Bregan D'aerthe byli bez wtpienia pozbawieni skrupuw, lecz, co musia przyzna Di-nin, byli niezwykle skuteczni. Dinin zauway, e lubi renegata. *** - Czy oskarenie zostao w odpowiedni sposb dostarczone Opiekunce Baenre? - Malice spytaa Briz gdy wiato Narbondel, magicznie ogrzewanej kolumny skalnej, sucej za zegar Menzoberranzan, zaczo pi si w gr, wskazujc na pocztek nowego dnia. - Dom rzdzcy oczekuje wizyty - odpowiedziaa z umiechem Briza. - Cae miasto mwi o ataku i o tym, jak Dom Do'Urden odpar najedcw z Domu Hun'ett. Malice bezowocnie staraa si ukry niky umieszek. Lubia uwag, jak jej powicano oraz chwa, jaka niechybnie spadnie na jej dom. - Tego dnia zbierze si rada rzdzca - cigna Briza. -Bez wtpienia po to, by potpi Opiekunk SiNafay Hun'ett oraz jej dzieci. Malice skina potwierdzajco gow. Zniszczenie wrogiego domu byo powszechnie akceptowan praktyk wrd droww z Menzoberranzan. Wszelako niepowodzenie, pozostawienie cho jednego wiadka o szlacheckiej krwi, ktry mgby wysun oskarenie, prowadzio do wyroku rady rzdzcej, do gniewu, ktry prowadzi za sob cakowite unicestwienie. Stuknicie obrcio je obie w stron rzebionych drzwi. - Zostaa wezwana, Opiekunko - powiedzia Rizzen wchodzc. - Opiekunka Baenre wysaa po ciebie rydwan. Malice i Briza wymieniy pene nadziei, lecz zaniepokojone spojrzenia. Gdy na Dom Hun'ett spadnie kara, Dom Do'Urden przesunie si na sme miejsce w miejskiej hierarchii, na bardziej podan pozycj. Jedynie opiekunki z pierwszych omiu domw mogy zasiada w radzie rzdzcej miasta. - Ju? - Briza spytaa matk. Malice wzruszya w odpowiedzi ramionami, po czym wysza za Rizzenem z komnaty i posza w stron balkonu. Rizzen poda jej pomocn do, lecz stanowczo i uparcie odtrcia j. Z dum widoczn w kadym kroku, Malice przesza przez balustrad i opada na dziedziniec, gdzie zebrali si ocalali onierze. Tu za roztrzaskan adamantytow bram siedziby Do'Urden unosi si mienicy bkitem dysk, noszcy insygnia Domu Baenre. Malice przesza dumnie przez zgromadzony tum, a mroczne elfy paday na siebie, starajc si zej jej z drogi. Uznaa, e to jest jej dzie, dzie, w ktrym uzyska miejsce w radzie rzdzcej, pozycj, ktrej tak bardzo podaa. - Matko Opiekunko, bd ci towarzyszy w drodze przez miasto - zaproponowa Dinin, stojc przy bramie.

- Pozostaniesz tutaj z reszt rodziny - zaoponowaa Malice. - Tylko ja zostaam wezwana. - Skd wiesz? - spyta Dinin, lecz gdy tylko sowa wyszy z jego ust, zda sobie spraw, e przekroczy swoja rang. W chwili gdy Malice skierowaa na niego peen nagany wzrok, znikn ju w gromadzie onierzy. - Odpowiedni szacunek - mrukna pod nosem Malice i polecia najbliszym onierzom, by usunli fragment pogitej bramy. Rzuciwszy swoim poddanym ostatnie, zwyciskie spojrzenie, Malice wesza na unoszcy si w powietrzu dysk. Nie by to pierwszy raz, gdy Malice przyjmowaa takie zaproszenie od Opiekunki Baenre, nie bya wic ani troch zaskoczona, gdy z cieni wyonio si kilka jej kapanek, ktre otoczyy dysk ochronnym kordonem. Gdy Malice odbywaa t podr ostatnim razem, bya pena wahania, nie rozumiaa do koca powodw, dla ktrych wzywaa j Baenre. Tym razem jednak Malice skrzyowaa wadczo ramiona na piersi, by zaciekawieni gapie ogldali j w caym powabie jej zwycistwa. Malice z dum przyjmowaa spojrzenia, czujc si wywyszona. Naw^t gdy dysk dotar do osawionego, przypominajcego pajczynNQgrodzenia Domu Baenre z jego tysicem maszerujcych stranikw oraz wzniosymi budowlami ze stalagmitw i stalaktytw, duma Malice nie osaba. Naleaa teraz do rady rzdzcej, albo te wkrtce bdzie nalee. Nigdy nie bdzie si ju czu w miecie zastraszana. A przynajmniej tak sdzia. - Jeste proszona o obecno w kaplicy - powiedziaa do niej jedna z kapanek Baenre, gdy dysk dotar do podstawy szerokich schodw, prowadzcych do nakrytego kopu budynku. Malice zesza z dysku i wspia si po wypolerowanych schodach. Zaraz gdy wesza, zauwaya sylwetk siedzc na jednym ze schodw wzniesionego centralnego otarza. Siedzca osoba, jedyna widoczna w kaplicy posta, najwidoczniej nie zauwaya wchodzcej Malice. Usiada wygodnie, spogldajc jak iluzyjny wizerunek pod kopu zmienia ksztat, najpierw wygldajc jak ogromny pajk, nastpnie jak pikna drowka. Gdy Malice podesza bliej, rozpoznaa szaty matki opiekunki, uznaa wic, e czeka na ni sama Opiekunka Baenre, najpotniejsza osoba w caym Menzoberranzan. Malice dosza do schodw otarza, za siedzc drowka. Nie czekajc na zaproszenie, miao zbliya si, by powita drug matk opiekunk. Na podwyszeniu kaplicy Baenre Malice Do'Urden nie spotkaa jednak starej i wyniszczonej sylwetki Opiekunki Baenre. Siedzca matka opiekunka nie zestarzaa si jeszcze powyej zwyczajowego wieku droww i nie bya wysuszona oraz powykrzywiana jak wyssane z krwi zwoki. W rzeczy samej drowka nie bya starsza ni Malice i cakiem drobniutka. Malice rozpoznaa j bardzo szybko. - SiNafay! - krzykna, niemal przewracajc si. - Malice - odpowiedziaa spokojnie druga. Przez umys Malice przetoczyy si setki wieszczcych kopoty ewentualnoci. SiNafay Hun'ett powinna trz si ze strachu w swoim skazanym na zagad domu, czekajc na unicestwienie swojej rodziny. Mimo to SiNafay siedziaa tutaj, wygodnie, w przestronnej kaplicy najwaniejszej rodziny w Menzoberranzan! - Nie powinna by w tym miejscu! - zaprotestowaa Malice, zaciskajc szczupe donie w pici. Rozwaya skutki, jakie mogoby przynie zaatakowanie tutaj i teraz rywalki, zaduszenia SiNafay wasnymi rkoma. - Uspokj si, Malice - stwierdzia niedbale SiNafay. - Jestem tutaj na zaproszenie Opiekunki Baenre, podobnie jak ty. Napomknicie o Opiekunce Baenre i wspomnienie, gdzie si znajduj, mocno uspokoio Malice. Nie mona byo zachowywa si w nieodpowiedni sposb w kaplicy Domu Baenre! Malice podesza do przeciwlegego kraca okrgego podwyszenia i usiada, nie spuszczajc ani na chwil wzroku ze szczupej, umiechnitej twarzy SiNafay Hun'ett.

Po kilku nie koczcych si chwilach ciszy Malice uznaa, e musi wypowiedzie swoje myli. - To Dom Hun'ett zaatakowa moj rodzin podczas ostatniego mroku Narbondel powiedziaa. - Mam wielu wiadkw tego wydarzenia. Nie mona mie wtpliwoci! - adnych - odpara SiNafay, zbijajc Malice z tropu. - Przyznajesz si do tego? - wybekotaa. - Istotnie - powiedziaa SiNafay. - Nigdy temu nie zaprzeczaam. - Mimo to yjesz - rzeka szyderczo Malice. - Prawo Men-zoberranzan nakazuje wymierzy sprawiedliwo tobie i twemu domowi. - Sprawiedliwo? - zamiaa si z tego absurdalnego pomysu SiNafay. Sprawiedliwo nigdy nie bya niczym wicej, ni tylko fasad oraz sposobem utrzymania pozorw porzdku w chaotycznym Menzoberranzan. - Zachowaam si tak, jak tego zadaa ode mnie Pajcza Krlowa. - Jeli Pajcza Krlowa pochwalaaby twoje metody, powinna bya odnie zwycistwo stwierdzia Malice. - Nie cakiem - wtrci si inny gos. Malice i SiNafay odwrciy si, by ujrze pojawiajc si magicznie Opiekunk Baenre, ktra siedziaa wygodnie w fotelu na najdalszym skraju podwyszenia. . Malice chciaa wrzasn na wyniszczonlmatk opiekunk, zarwno za podsuchiwanie ich rozmowy, jac i za oddalenie jej roszcze przeciwko SiNafay. Malice zdoaa jednak przetrwa przez piset lat niebezpieczestwa Menzoberranzan i znaa skutki pynce z rozgniewania kogo takiego jak Opiekunka Baenre. - Roszcz sobie prawo do oskarenia Domu Hurfett - powiedziaa spokojnie. - Przyjam - odpowiedziaa Opiekunka Baenre. - Jak powiedziaa, a SiNafay potwierdzia, nie mona mie wtpliwoci. Malice odwrcia si triumfujco do SiNafay, lecz matka opiekunka Domu Hun'ett wci siedziaa spokojnie i bez obaw. - Dlaczego wic ona tu jest? - krzykna Malice gosem na skraju wybuchu. - SiNafay jest poza prawem. Ona... - Nie sprzeciwiamy si twoim sowom - przerwaa Opiekunka Baenre. - Dom Hun'ett zaatakowa i przegra. Kara za taki czyn jest powszechnie znana i nikt jej nie neguje, za tego dnia zbierze si rada rzdzca, by dopilnowa, aby zostaa wykonana. - Dlaczego wic SiNafay jest tutaj? - spytaa Malice. - Czy wtpisz w mdro mojego ataku? - SiNafay zapytaa Malice, starajc si powstrzyma chichot. - Zostaa pokonana - niedbale przypomniaa jej Malice. - To powinno ci wystarczy za odpowied. - Lloth zadaa ataku - powiedziaa Opiekunka Baenre. - Dlaczego wic Dom Hun'ett zosta pokonany? - spytaa uparcie Malice. - Jeli Pajcza Krlowa... - Nie powiedziaam, e Pajcza Krlowa naoya swoje bogosawiestwo na Dom Hun'ett przerwaa do opryskliwie Opiekunka Baenre. Malice poruszya si niespokojnie, przypominajc sobie o swojej pozycji i kopotach. - Powiedziaam jedynie, e Lloth zadaa ataku - cigna Opiekunka Baenre. - Przez dziesi lat Menzoberranzan cierpiao z powodu waszej osobistej wojny. Intrygi i podniecenie dawno ju miny, zapewniam was obie. Trzeba byo zdecydowa. -1 tak si stao - oznajmia Malice wstajc. - Dom Do'Urden okaza si zwyciski i roszcz sobie prawo do wysunicia oskarenia przeciwko SiNafay Hun'ett i jej rodzinie! - Usid, Malice - powiedziaa SiNafay. - Jest co wicej ni tylko twoje prawo do oskarenia. Malice spojrzaa na Opiekunk Baenre szukajc potwierdzenia, cho, rozwaywszy aktualn sytuacj, nie moga wtpi w sowa SiNafay. - Ju si stao - rzeka do niej Opiekunka Baenre. - Dom Do'Urden wygra, a Dom Hun'ett przestanie istnie.

Malice upada z powrotem na fotel, umiechajc si z pewn siebie min do SiNafay. Opiekunka Domu Hun'ett nie wydawaa si jednak ani troch zatroskana. - Z wielk przyjemnoci bd patrze na unicestwienie twego domu - Malice zapewnia sw rywalk. Odwrcia si do Baenre. - Kiedy zostanie wymierzona kara? - Ju zostaa wymierzona - odpowiedziaa tajemniczo Opiekunka Baenre. - SiNafay yje! - krzykna Malice. - Nie - sprostowaa wyniszczona opiekunka. - yje ta, ktra kiedy bya SiNafay Hun'ett. Malice zaczynaa rozumie. Dom Baenre zawsze cechowa si oportunizmem. Czy mogo by tak, e Opiekunka Baenre wykrada wysokie kapanki Domu Hun'ett, by doda je do wasnej kolekcji? - Bdziesz j osania? - omielia si zapyta Malice. - Nie - odpara pewnym gosem Opiekunka Baenre. - To zadanie przypadnie tobie. Oczy Malice powikszyy si. Ze wszystkich obowizkw, jakie musiaa wykona suc jako wysoka kapanka Lloth, adne nie byo chyba bardziej odstrczajce. - Ona jest moim wrogiem! Prosisz mnie, bym daa jej oson? - Ona jest twoj crk- odwarkna Opiekunka Baenre. Nastpnie jej ton zela, a na wskich wargach zagoci paskudny umieszek. - Twj najstarsz crk, ktra powrcia z podry do Ched Nasad lub innego miasta naszych pobratymcw. - Dlaczego to robisz? - spytaa Malice. - To jest bezprecedensowe! - Niezupenie - odpowiedziaa Opiekunka Baenre. Splota przed sob palce i zatopia si w mylach, przypominajc sobie niektre dziwne konsekwencje nie koczcych si walk w miecie droww. - Z pozoru twoje obserwacje s suszne - cigna, kierujc wyjanienia do Malice. - Z pewnoci jeste jednak na tyle rozsdna, by wiedzie, e wiele dzieje si za fasad Menzoberranzan. Dom Hun'ett musi zosta zniszczony - tego nie da si zmieni -za caa jego szlachta musi zosta zabita. Jest to w kocu cywilizowany sposb zaatwienia sprawy. - Przerwaa na chwil, by upewni si, e Malice w peni zrozumie znaczenie ostatniego stwierdzenia. - A przynajmniej musi wyglda na to, e zostaa zabita. - A ty to zaaranujesz? - spytaa Malice. - Ju to zrobiam - zapewnia j Opiekunka Baenre. - Ale w jakim celu? - Gdy Dom Hun'ett rozpocz na was atak, czy wezwaa Pajcz Krlow, by pomoga wam w zmaganiach? - spytaa bezceremonialnie Opiekunka Baenre. Pytanie zaskoczyo Malice, za oczekiwana odpowied wytrcia j mocno z rwnowagi. - A gdy Dom Hun'ett zosta odparty - cigna chodno Opiekunka Baenre - czy zaniosa podzikowania do Pajczej Krlowej? Czy wezwaa sug Lloth w chwili zwycistwa, Malice Do'Urden? - Czy jestem tu na procesie? - krzykna Malice. - Znasz odpowied Opiekunko Baenre. Odpowiadajc spojrzaa niespokojnie na SiNafay, obawiajc si, e moga zdradzi jakie cenne informacje. - Jeste wiadoma mojej sytuacji, jeli chodzi o Pajcz Krlow. Nie omieliabym si wezwa yochlola, dopki/ie otrzymaabym jakiego znaku, e odzyskaam ask Lloth/ -1 nie widziaa adnego takiego znaku - zauwaya SiNafay. - A poraka mojej przeciwniczki? - odwarkna Malice. - To nie by znak od Pajczej Krlowej - zapewnia je obie Opiekunka Baenre. - Lloth nie ingerowaa w wasze zmagania. Zadaa tylko, by si skoczyy. - Czy jest zadowolona z wyniku? - spytaa bezceremonialnie Malice. - Naley to jeszcze okreli - odpara Opiekunka Baenre. -Wiele lat temu Lloth wyranie przedstawia swoje pragnienie, i chce, by Malice Do'Urden zasiadaa w radzie rzdzcej. Bdzie tak, poczynajc od nastpnego wiata Narbondel. Malice uniosa z dum podbrdek. - Zrozum jednak swj dylemat - zgania j Opiekunka Baenre, wstajc z fotela. Malice natychmiast zgarbia si.

- Stracia wicej ni poow swoich onierzy - wyjania Baenre. - Nie masz za duej rodziny, ktra mogaby ci wesprze. Wadasz smym domem miasta, wszyscy jednak wiedz, e nie cieszysz si ask Lloth. Jak dugo wedug ciebie Dom Do'Urden zachowa sw pozycj? Twoje miejsce w radzie rzdzcej bdzie zagroone, zanim jeszcze na nim zasidziesz! Malice nie moga nie zgodzi si ze sposobem rozumowania starej opiekunki. Obydwie znay zwyczaje Menzoberran-zan. Gdy Dom Do'Urden by w tak widoczny sposb okaleczony, jaki pomniejszy dom wkrtce wykorzystaby sposobno do poprawienia swojej pozycji. Napa ze strony Domu Hun'ett nie byaby ostatni bitw, jaka rozegraaby si na dziedzicu Do'Urden. - Daj ci wic SiNafay Hun'ett... Shi'nayne Do'Urden... now crk, now wysok kapank... - powiedziaa Opiekunka Baenre. Odwrcia si do SiNafay, by cign wyjanienia, lecz Malice zauwaya nagle, e rozprasza jej si uwaga, a jaki gos przekazuje jej w mylach telepatyczn wiadomo. - Trzymaj j tylko tak dlugo, jak bdziesz jej potrzebowa, Malice Do 'Urden - rzek. Malice rozejrzaa si, odgadujc rdo wypowiedzi. W czasie poprzedniej wizyty w Domu Ba-enre spotkaa upiec umysu Opiekunki Baenre, telepatyczn besti. Stworzenia nie byo wida w polu wzroku, lecz przecie Opiekunka Baenre rwnie bya niewidoczna, gdy Malice wesza do kaplicy. Malice spojrzaa na pozostae puste fotele na podwyszeniu, lecz kamienne meble nie wykazyway adnego ladu, e kto na nich siedzi. Druga telepatyczna wiadomo pozbawia j wtpliwoci. - Bdziesz wiedzie, kiedy nadejdzie czas. - ... oraz pozostaych pidziesiciu onierzy Hun'ett -mwia Opiekunka Baenre. - Czy zgadzasz si, Opiekunko Malice? Malice spojrzaa na SiNafay z min, ktra moga by akceptacj gorzkiej ironii. - Owszem odpowiedziaa. - Id wic, Shi'nayne Do'Urden - Opiekunka Baenre polecia SiNafay. - Docz do swoich ocalaych onierzy na podwrzu. Moi czarodzieje doprowadz was w tajemnicy do Domu Do'Urden. SiNafay rzucia podejrzliwe spojrzenie w stron Malice, po czym wysza z kaplicy. - Rozumiem - Malice powiedziaa do swojej gospodyni, gdy SiNafay znikna. - Nic nie rozumiesz! - wrzasna na ni Opiekunka Baenre wpadajc nagle we wcieko. Zrobiam dla ciebie wszystko, co mogam, Malice Do'Urden! yczeniem Lloth byo, aby zasiada w radzie rzdzcej, za ja, wielkim osobistym kosztem, zaaranowaam, aby tak si stao. Malice wiedziaa ju, bez cienia wtpliwoci, e to Dom Baenre popchn Dom Hun'ett do dziaania. Malice zastanawiaa si, jak daleko siga wpyw Opiekunki Baenre. By moe wyniszczona matka opiekunka przewidziaa rwnie, i najprawdopodobniej zaaranowaa, posunicia Jarlaxle oraz onierzy Bregan D'aerthe, czynnika, ktry zdecydowa o rezultacie bitwy. Malice obiecaa sobie, e bdzie musiaa dowiedzie si wicej na ten temat. Jarlaxle zanurzy swoje chciwe paluchy do gboko w jej sakw. - To ju si skoczyo - cigna Opiekunka Baenre. - Teraz zostajesz pozostawiona sama sobie. Musisz odzyska ask Lloth i tylko dziki temu ty, oraz Dom Do'Urden, moecie przetrwa! Malice tak mocno cisna doni porcz fotela, i sdzia, e kamie roztrzaska si pod jej uchwytem. Miaa nadziej, e wraz z pokonaniem Domu Hun'ett pozostawia za sobblunier-cze czyny swego najmodszego syna. - Wiesz, co naley zrobi - powiedziaa Opiekunka Baenre. - Napraw niepowodzenia, Malice. Stanam po twojej stronie. Nie bd tolerowa poraki! *** - Zostay nam wyjanione postanowienia, Matko Opiekunko - powiedzia Dinin do Malice, gdy wrcia do adamantytowej bramy Domu Do'Urden. Przeszed za Malice przez dziedziniec, po

czym wzlecia obok niej na taras wychodzcy z komnat szlacheckiej czci domu. - Caa rodzina zebraa si w przedsionku - cign Dinin. -Nawet najnowsza czonkini - doda z mrugniciem. Malice nie odpowiedziaa na niemia oznak humoru swego syna. Szorstko odepchna Dinina i pospieszya gwnym korytarzem, jednym sowem mocy nakazujc, by otworzyy si drzwi przedsionka. Rodzina usuwaa jej si z drogi, gdy sza w stron tronu po przeciwlegej stronie stou w ksztacie pajka. Oczekiwali dugiego spotkania, na ktrym mogliby pozna swj now sytuacj oraz wyzwania, j akim musz stawi czoa. Zamiast tego otrzymali krtki przebysk wciekoci poncej we wntrzu Opiekunki Malice. Zmierzya kadego z osobna wzrokiem, nie pozostawiajc cienia wtpliwoci, e nie zaakceptuje niczego mniej ni zada. Chrapliwym gosem, jakby jej usta byy wypenione kamykami, warkna - Znajdcie Drizz-ta i przyprowadcie go do mnie! Briza zacza protestowa, lecz Malice skierowaa na ni tak lodowate i grone spojrzenie, e ta stracia mow. Najstarsza crka, rwnie uparta jak jej matka i zawsze chtna do ktni, odwrcia wzrok. Za nikt w pomieszczeniu, cho wszyscy podzielali nie wypowiedzian przez Briz trosk, nie wykona najmniejszego ruchu w stron sporu. Nastpnie Malice pozostawia ich, by uzgodnili, w jaki sposb wykonaj zadanie. Nie obchodziy jej szczegy. Jedyn rol, jak chciaa odegra w tym wszystkim, byo wbicie ceremonialnego sztyletu w pier jej najmodszego syna.

2 Gosy w ciemnoci
Drizzt strzsn z siebie znuenie i zmusi si, by wsta. Wysiek zwizany z walk z bazyliszkiem poprzedniej nocy, cakowite przejcie do pierwotnego stanu koniecznego, by

przey, wyczerpay go zupenie. Mimo to Drizzt wiedzia, e nie moe pozwoli sobie na wicej odpoczynku. Jego stado rothw, pewne rdo poywienia, rozproszyo si po pltaninie tuneli i naleao je zebra z powrotem. Drizzt szybko rozejrza si po maej i nie wyrniajcej si jaskini, ktra suya mu za dom, upewniajc si, e wszystko jest tak, jak powinno by. Jego oczy spoczy na onyksowej figurce pantery. Niezwykle tskni za towarzystwem Guenhwyvar. Podczas zasadzki na bazyliszka Drizzt trzyma panter u swego boku przez dugi okres czasu -niemal ca noc - i Guenhwyvar musiaa odpocz na Planie Astralnym. Musi min ponad dzie, zanim Drizzt bdzie mg znw przyzwa wypoczt Guenhwyvar, za prba wczeniejszego uycia figurki, jeli nie bdzie mu grozi niezwyke niebezpieczestwo, bdzie zwyk gupot. Wzruszywszy ze zrezygnowaniem ramionami, Drizzt wrzuci statuetk do kieszeni i bezowocnie stara si otrzsn z samotnoci. Po szybkim sprawdzeniu kamiennej barykady, blokujcej wejcie do gwnego korytarza, Drizzt przeszed do mniejszego, nadajcego si tylko do czogania tunelu w tylnej czci jaskini. Zauway na cianie obok tunelu zadrapania, znaki, ktre wykonywa, by znaczy upyw dni. Drizzt z roztargnieniem wyry kolejn kresk, lecz zda sobie spraw, e nie ma to znaczenia. Jak wiele razy zapomnia to zrobi? Jak wiele dni przeszo obok niego nie zauwaonych pomidzy setkami zadrapa na cianie!? Jednak, z jakiego powodu, nie znaczyo to ju zbyt wiele. Dzie i noc byy jednoci, wszystkie dni byy jednoci w yciu owcy. Drizzt wszed do tunelu i czoga si przez wiele minut w kierunku przymionego rda wiata na drugim kocu. Wprawdzie obecno wiata, owoc blasku niezwykego rodzaju grzybw, nie bya zazwyczaj przyjemna dla oczu mrocznych elfw, Drizzt poczu bezpieczestwo, wychodzc z wskiego korytarza do dugiej groty. Jej podoga bya podzielona na dwa poziomy. Niszy by poros mchem paszczyzn przecit maym strumieniem, za na wyszym znajdowaa si kpa wysokich grzybw. Drizzt skierowa si w stron kpy, cho zazwyczaj nie by tam mile widziany. Wiedzia, e mykonidy, grzyboludzie, dziwna krzywka pomidzy humanoidem a muchomorem, obserwoway go z niepokojem. Bazyliszek zawita tutaj, gdy pojawi si w okolicy i mykonidy odniosy wielkie straty. Bez wtpienia byy wystraszone i niebezpieczne, lecz Drizzt podejrzewa, i wiedziay, kto zabi potwora. Mykonidy nie byy gupimi istotami i jeeli Drizzt bdzie trzyma bro w pochwach i nie bdzie wykonywa nieoczekiwanych ruchw, grzyboludzie najprawdopodobniej pozwol mu przej przez sw zadban kp. ciana prowadzca na wyszy poziom miaa ponad trzy metry wysokoci i bya niemal gadka, lecz Drizzt wspi si po niej z tak atwoci i szybkoci, jakby wchodzi po szerokich i niskich schodach. Gdy dotar na szczyt, zgromadzia si wok niego grupa mykonidw, niektre miay jedynie poow wzrostu Drizzta, lecz wikszo bya dwa razy wysza ni drow. Drizzt skrzyowa ramiona na piersi w uznawanym powszechnie w Podmroku gecie pokoju. Grzyboludzie uwaali wygld Drizzta za rwnie wstrtny, jak on ich, jednak istotnie wiedzieli, e to drow zniszczy bazyliszka. Od wielu lat mykonidy yy obok wygnanego drowa, chronic wsplnie wypenion yciem grot, ktra suya im za sanktuarium. Taka oaza, z jadalnymi rolinami, strumieniem penym ryb oraz stadem rothw, nie zdarzaa si czsto w niegocinnych i pustych, kamiennych jaskiniach Podmroku, za drapieniki, ktre wasay si zewntrznymi tunelami, czsto odnajdyway drog do niej. W zwizku z tym do grzyboludzi i Drizzta naleaa obrona ich domeny. Najwyszy z mykonidw wyszed do przodu i stan przed mrocznym elfem. Drizzt nie poruszy si, rozumiejc powag, jak nioso za sob ustanowienie porozumienia pomidzy nim a nowym krlem kolonii grzyboludzi. Mimo to Drizzt napi minie, przygotowujc si do odskoczenia w bok, gdyby sprawy nie potoczyy si pomylnie. Mykonid zion chmur zarodnikw. Drizzt spojrza na nie przez uamek sekundy, jaki zabrao im opadnicie na niego, wiedzia bowiem, e mykonidy mogy emitowa wiele rodzajw zarodnikw, niektre cakiem niebezpieczne. Drizzt rozpozna jednak ten obok i przyj go spokojnie na siebie. - Krl nie yje. Ja krl - dobiegy myli mykonida poprzez telepatyczn wi wywoan przez

chmur zarodnikw. - Ty jeste krlem - odpowiedzia mentalnie Drizzt. Jake chcia, by te istoty potrafiy mwi na gos! - Tak jak byo? - Dno dla mrocznego elfa, kpa dla mykonidw - odpar grzyboczek. - Zgoda. - Kpa dla mykonidw! - pomyla ponownie grzyboczek, tym razem silniej . Drizzt w ciszy zeskoczy z pki. Zakoczy spraw z mykonidami, za ani on, ani nowy krl, nie mieli chci kontynuowa spotkania. Biegnc Drizzt przeskoczy ptorametrowy strumie i opad na gsty mech. Jaskinia bya dusza ni szersza i cigna si przez wiele metrw, zakrcajc lekko przed wikszym wyjciem do labiryntu korytarzy Podmroku. Okrywszy w zaom Drizzt spojrza znw na zniszczenia spowodowane przez bazyliszka. Na ziemi leao kilka do poowy zjedzonych rothw - Drizzt bdzie musia pozby si ich cia, zanim smrd przycignie innych niepodanych goci - za pozostae rothy stay cakowicie nieruchomo, zamienione w kamie przez spojrzenie przeraajcego potwora. Bezporednio przed wejciem do groty sta poprzedni krl mykonidw, szeciometrowy gigant, teraz bdcy jedynie ozdobn rzeb. Drizzt przystan, by na niego spojrze. Nigdy nie pozna imienia grzyboczeka i nigdy nie da mu wasnego, podejrzewa jednak, e istota ta bya przynajmniej jego sprzymierzecem, moe nawet przyjacielem. yli rami w rami przez kilka lat i cho rzadko si widywali, obydwaj cieszyli si nieco wikszym bezpieczestwem z powodu obecnoci tego drugiego. Drizzt nie czu jednak wyrzutw sumienia na widok skamieniaego sprzymierzeca. W Podmroku przeywali jedynie najsilniejsi, a tym razem krl mykonidw nie okaza si wystarczajco silny. W dzikim Podmroku poraka nie umoliwiaa jeszcze jednej szansy. Gdy Drizzt znalaz si znw w tunelach, poczu, jak ponownie narasta w nim wcieko. Przywita j ochoczo. Skupi myli na pobojowisku w jego domenie i przyj gniew jako sprzymierzeca w dziczy. Przeszed przez szereg tuneli i skrci w ten, w ktrym poprzedniej nocy umieci czar ciemnoci, gdzie przyczaia si Guenhwyvar, gotowa do skoku na bazyliszka. Czar dawno ju si skoczy i uywajc infrawizji, Drizzt by w stanie dostrzec kilka lnicych ciepem sylwetek przemieszczajcych si po stygncej stercie, ktra, jak wiedzia Drizzt, musiaa by martwym potworem. Widok tych istot powikszy tylko wcieko owcy. Instynktownie chwyci za rkoje jednego z sejmitarw. Jakby poruszajc si z wasnej woli bro wyonia si, gdy Drizzt przechodzi obok gowy i uderzya z nieprzyjemnym odgosem w odsonity mzg. Kilka lepych szczurw jaskiniowych ucieko syszc ten dwik, za Drizzt, znw bez zastanowienia, wykona pchnicie drugim ostrzem, przygwadajc jednego do skay. Nie zwalniajc tempa ruchu podnis szczura i wrzuci go do sakwy. Odnalezienie rothw moe zaj sporo czasu, a owca musia je. Przez pozosta cz dnia oraz poow nastpnego owca oddala si od swej domeny. Jaskiniowy szczur nie by najwspanialszym posikiem, poywi jednak Drizzta, pozwalajc mu i dalej, pozwalajc mu przetrwa. Dla owcy w Podmroku nie liczyo si nic wicej. Pod koniec drugiego dnia owca wiedzia, e zblia si do grupy swoich zagubionych zwierzt. Przyzwa Guenhwyvar do swego boku i z pomoc pantery nie mia wikszych trudnoci z odnalezieniem rothw. Drizzt ywi nadziej, e cae stado bdzie razem, znalaz jednak w tej okolicy zaledwie p tuzina. Sze byo jednak czym lepszym ni nic i Drizzt puci Guenhwyvar w drog, by pomoga mu odprowadzi rothy z powrotem do zaronitej mchem jaskini. Drow narzuci brutalne tempo, wiedzia bowiem, e zadanie bdzie znacznie atwiejsze i bezpieczniejsze, gdy Guenhwyyar bdzie przy jego boku. Do chwili gdy pantera zmczya si i musiaa wrci do ojczystego planu, rothy pasy si ju wygodnie przy znajomym strumieniu. Drow natychmiast wyruszy, tym razem zabierajc na drog dwa szczury. Wezwa Guenhwyvar, gdy tylko mg to zrobi i odprawi j, gdy musia, po czym jeszcze raz, a dni mijay nie ujawniajc wicej ladw. owca nie rezygnowa jednak z poszukiwa. Wystraszone rothy mogy przeby niewiarygodnie wielkie odlegoci, za zwaywszy na pltanin tuneli, w ktrej si

znajdowa, owca wiedzia, e duo dni moe upyn, zanim dotrze do zwierzt. Drizzt znajdywa poywienie, gdzie tylko mg, strcajc nietoperza idealnie cinitym sztyletem - po wyrzuceniu oszukaczej bariery z kamieni - i upuszczajc gaz na grzbiet gigantycznego kraba z Podmroku. W kocu Drizzt znuy si poszukiwaniami i zatskni za bezpieczestwem swej maej jaskini. Wtpic by rothy, uciekajce na lepo, mogy przetrwa tak dugo w tunelach, tak daleko od wody i poywienia, zaakceptowa strat stada i zdecydowa si wrci do domu drog, ktra miaa sprowadzi go w okolice poronitej mchem groty z innej strony. Drizzt uzna, e jedynie wyrane tropy zaginionego stada mog go sprowadzi z wytyczonego kursu, gdy jednak dotar do poowy drogi, jego uwag przycign dziwny dwik. Drizzt przycisn donie do skay i poczu delikatne, rytmiczne wibracje. Niedaleko std co uderzao miarowo w cian. Wyliczone stuknicia motem. owca wycign swoje sejmitary i zacz si skrada, podajc przez krte korytarze za miarowymi wibracjami. Migoczce wiato ognia zmusio go do przyczajenia si, nie uciek jednak, przycigany wiedz, e w pobliu jest jaka inteligentna istota. Cakiem moliwe, e obcy moe okaza si zagroeniem, lecz w zaciszu swego umysu mia nadziej, e bdzie to co wicej . Wtedy Drizzt ich zobaczy, dwch uderzajcych w ska kilofami, inny zbierajcy gruz do taczek, za kolejnych dwch stojcych na stray. owca wiedzia od razu, e w pobliu jest wicej stranikw. Najprawdopodobniej przenikn przez ich osony nawet nie widzc ich. Drizzt przyzwa jedn ze zdolnoci wypywajcych z jego dziedzictwa i unis si powoli w powietrze, sterujc kierunkiem lewitacji za pomoc rk odpychajcych go od skay. Na szczcie tunel by w tym miejscu wysoki, tak wic owca mg wzgldnie bezpiecznie obserwowa stworzenia. Byy nisze ni Drizzt i bezwose, z potnymi i uminionymi torsami, doskonale dostosowanymi do grnictwa - ich yciowego powoania. Drizzt napotka ju wczeniej t ras i nauczy si o niej sporo podczas lat spdzonych w Akademii w Menzoberranzan. Byy to svirfnebli, gbinowe gnomy, najbardziej znienawidzeni wrogowie wszystkich droww z Podmroku. Kiedy, dawno temu, Drizzt poprowadzi patrol droww do walki z grup svirfnebli i osobicie pokona ywioaka ziemi, ktrego przywoa przywdca gbinowych gnomw. Drizzt przypomnia sobie teraz tamto wydarzenie, ktre, jak wszystkie wspomnienia, przeszyo go blem. Zosta schwytany przez gbinowe gnomy i silnie zwizany, po czym trzymano go jako winia w sekretnej komnacie. Svirfnebli nie traktowali go le, cho przypuszczali - i powiedzieli to Drizztowi - e w kocu bd musieli go zabi. Przywdca grupy obieca Drizztowi tyle litoci, na ile pozwoli sytuacja. Wszelako towarzysze Drizzta, prowadzeni przez Dinina, jego wasnego brata, wpadli do rodka, w ogle nie okazujc gbinowym gnomom litoci. Drizzt zdoa przekona brata, by oszczdzi ycie przywdcy svirfnebli, lecz Dinin, okazujc typowe dla droww okruciestwo, kaza obci gbinowemu gnomowi donie, zanim pozwoli mu uciec do ojczyzny. Drizzt otrzsn si z niespokojnych wspomnie i zmusi swoje myli do powrotu do aktualnej sytuacji. Przypomnia sobie, e gbinowe gnomy mogy by powanymi przeciwnikami i z pewnoci nie powitaj zbyt ciepo drowa krccego si obok ich wyrobku. Musia zachowa czujno. Grnicy najwyraniej trafili na bogat y, poniewa zaczli rozmawia podekscytowanymi gosami. Drizzt ucieszy si syszc brzmienie tych sw, cho nie by w stanie zrozumie dziwnego gnomiego jzyka. Po raz pierwszy od lat na wargach Drizzta zagoci umiech nie wywoany zwycistwem, gdy patrzy, jak svirfnebli gromadz si obok skay, wrzucajc spore odamki na taczki i woajc towarzyszy, by przyczyli si do ich wesooci. Jak Drizzt podejrzewa, z rnych kierunkw nadszed ponad tuzin niewidocznych wczeniej svirfnebli. Drizzt odnalaz wysoko na cianie pk skaln i mg obserwowa grnikw na dugo po tym, jak zakoczy si czar lewitacji. Gdy ostatnie taczki zostay zaadowane, gbinowe gnomy uformoway kolumn i ruszyy. Drizzt zda sobie spraw, e rozsdnie byoby pozwoli im odej

daleko, po czym wrci do domu. Wszelako, pomimo logice nakazujcej przetrwanie, Drizzt zauway, e nie jest w stanie tak atwo porzuci gosw. Zszed w d z wysokiej pki i ruszy za karawan svirfnebli, zastanawiajc si, gdzie dojdzie. Drizzt poda za gbinowymi gnomami przez wiele dni. Powstrzymywa pragnienie wezwania Guenhwyvar, wiedzc, e pantera moe cieszy si wyduonym odpoczynkiem i zadowala si odlegym wprawdzie, lecz wci obecnym towarzystwem gosw gbinowych gnomw. Kady zmys ostrzega owc przed kontynuowaniem wdrwki, lecz po raz pierwszy od bardzo dawna Drizzt przemg instynkty swego bardziej pierwotnego ja. Czu wiksz potrzeb suchania gnomich gosw, ni przeycia. Korytarze wok Drizzta stay si bardziej wyrwnane, mniej naturalne, wiedzia, e zblia si do ojczyzny svirfhebli. Ponownie zamajaczyy przed nim potencjalne niebezpieczestwa i znw odrzuci je jako nieistotne. Przyspieszy kroku, by zachowa karawan grnikw w polu widzenia, podejrzewa bowiem, e na drodze svirfnebli mogli zastawi jakie przemylne puapki. Gbinowe gnomy szy teraz uwanie, baczc, by omija pewne miejsca. Drizzt pieczoowicie naladowa ich ruchy i skin z uznaniem gow, zauwaajc tu obluzowane kamienie, tam za rozwieszony nisko drut. Grupa grnikw dotara do dugich i szerokich schodw, wznoszcych si pomidzy dwoma cianami z prostej i pozbawionej wszelkich pkni skay. Obok schodw znajdowa si otwr, szeroki i wysoki akurat na tyle, by zmieciy si w nich taczki. Drizzt spoglda ze szczerym podziwem, jak gbinowe gnomy przesuwaj wzki do otworu i mocuj pierwszy z nich do acucha. Seria stukni w ska posaa sygna do niewidocznego operatora i acuch zgrzytn, wcigajc taczki do otworu. Wzki znikay jeden za drugim, za grupa svirfnebli rwnie si zmniejszya. Gdy gnomy pozbyway si adunku, zaczynay wchodzi na schody. Gdy dwa ostatnie gnomy przymocoway swoj taczk do acucha i wystukay sygna, Drizzt zdecydowa si na ryzykowny krok podyktowany desperacj. Poczeka, a gbinowe gnomy odwrc si i pospieszy do wzka, chwytajc si go, gdy znika w niskim tunelu. Drizzt zrozumia gbi swojej gupoty, gdy ostatni gnom, wci najwyraniej niewiadomy jego obecnoci, zakry doln cz tunelu kamieniem, blokujc moliw drog ucieczki. acuch nacign si i wzek ruszy w gr pod ktem odpowiadajcym biegncym obok niego schodom. Drizzt nie widzia nic przed sob, poniewa taczki, zaprojektowane tak, by doskonale pasoway, zajmoway ca szeroko i wysoko tunelu. Drizzt zauway, e taczki maj rwnie mae kka po bokach, ktre uatwiay im ruch. Tak przyjemnie byo znajdowa si znw w pobliu inteligentnych istot, lecz Drizzt nie mg lekceway otaczajcego go niebezpieczestwa. Svirfnebli nie potraktowaliby zbyt dobrze drowa intruza. Najprawdopodobniej zaatakowaliby, nie zadajc pyta. Po kilku minutach korytarz wyprostowa si i poszerzy. Znajdowa si tam jeden svifrnebli, bez wysiku krcc korb, ktra wcigaa taczki. Zajty swoim zadaniem gbinowy gnom nie zauway ciemnej sylwetki Drizzta, wychylajcej si zza wzka i bezgonie przelizgujcej si przez boczne drzwi. Zaraz gdy Drizzt otworzy drzwi, usysza gosy. Wci szed naprzd, poniewa jednak nie mia gdzie i, pad na brzuch na wskiej pce skalnej. Pod nim znajdoway si gbinowe gnomy, grnicy i stranicy, rozmawiajce ze sob na platformie u szczytu szerokich schodw. Staa ich tam teraz przynajmniej dwudziestka, a grnicy przytaczali opowieci o bogatych znaleziskach. Za tyln czci platformy, poprzez ogromne, czciowo otwarte, okute metalem kamienne wrota Drizzt ujrza fragment miasta svirfnebli. Ze swej pozycji na pce skalnej drow widzia jedynie fragment tego miejsca, i to niezbyt dobrze, zgadywa jednak, e jaskinia, ktra znajdowaa si za tymi masywnymi drzwiami, nie dorwnywaa wielkoci grocie mieszczcej w sobie Menzoberranzan. Drizzt chcia tam wej! Chcia zeskoczy i przebiec przez te wrota, odda si gbinowym gnomom oraz sprawiedliwoci, jak uznaj za stosown. By moe zaakceptowaliby go, by moe

ujrzeliby Drizzta Do'Urdena takim, jakim naprawd by. Svirfhebli na podecie, miejc si i gawdzc, kieroway si w stron miasta. Drizzt chcia ju i, chcia zeskoczy i pj za nimi przez te masywne drzwi. Wszelako owca, istota ktra przetrwaa dekad w dziczy Podmroku, nie moga si ruszy z pki. owca, istota ktra pokonaa bazyliszka i inne niezliczone niebezpieczne potwory, nie moga odda si w nadziei na cywilizowan lito. owca nie rozumia takich poj. Masywne, kamienne wrota zamkny si i wraz z ich dwicznym hukiem w sercu Drizzta zgasa palca si tam migoczca iskierka. Po dugiej i wypenionej cierpieniem chwili Drizzt Do'Urden stoczy si z pki skalnej i spad na platform u szczytu schodw. Gdy szed w d, drog oddalajc go od kwitncego za wrotami ycia, zamglio mu si nagle pole widzenia i tylko pierwotne instynkty owcy wyczuy obecno nastpnych stranikw svirfnebli. owca wyskoczy ponad zaskoczonymi gbinowymi gnomami i pospieszy w stron wolnoci oferowanej przez otwarte korytarze dzikiego Podmroku. Gdy Drizzt zostawi miasto svirfnebli daleko za sob, sign do kieszeni i wycign statuetk, przyzywajc jego jedyn towarzyszk. Chwil pniej wsun jednak figurk z powrotem, nie woajc kocicy, wymierzajc sobie kar za chwil saboci na pce skalnej. Gdyby okaza si tam silniejszy, mgby pooy kres cierpieniu, w ten czy inny sposb. Instynkty owcy walczyy o kontrol nad Drizztem, gdy szed korytarzami prowadzcymi do pokrytej mchem groty. Gdy Podmrok oraz presja niewtpliwego niebezpieczestwa zaciskay si coraz mocniej wok niego, te pierwotne, czujne instynkty bray gr, odrzucajc rozpraszajce uwag myli o svirfnebli i ich miecie. Owe pierwotne instynkty byy zbawieniem i przeklestwem Drizzta Do'Urdena.

1 We i miecze
- Ile tygodni ju mino? - Dinin zasygnalizowa do Brizy w jzyku migowym droww. - Od jak wielu tygodni cigamy w tych tunelach naszego zbuntowanego brata? Gdy Dinin ukazywa swoje myli, na jego twarzy widnia sarkazm. Briza spojrzaa na niego gronie i nie odpowiedziaa. w nucy obowizek jeszcze mniej j obchodzi ni jego. Bya wysok kapank Lloth oraz najstarsz crk, co dawao jej wysoki szacunek w rodzinnej hierarchii. Nigdy wczeniej Briza nie zostaaby wysana na takie owy. Teraz jednak, z jakiego niewyjanionego powodu, do rodziny doczya SiNafay Hun'ett, przesuwajc Briz na nisz pozycj. - Pi? - cign Dinin, a jego gniew narasta z kadym prostowanym gwatownie palcem. -

Sze? Od jak dawna, siostro? - naciska. - Od jak dawna SiNaf... Shi'nayna... siedzi u boku Opiekunki Malice? Briza wycigna zza pasa swj wowy bicz i obrcia si gniewnie w stron brata. Zdajc sobie spraw, e posun si za daleko ze swoim sarkazmem, Dinin defensywnie wycign swj miecz i stara si uchyli. Cios Brizy by szybszy, z atwoci przeama aosne parowanie Dinina i trzy z szeciu gw trafiy bezporednio w starszego chopca Do'Urden. Po ciele Dinina rozla si chodny bl, wywoujcy drtwot mini. Opuci rk z mieczem i zachwia si do przodu. Potna do Brizy chwycia go za gardo i podniosa nad ziemi. Nastpnie, rozejrzawszy si czy ktry z pozostaych piciu czonkw grupy nie zamierza ruszy Dininowi z pomoc, rzucia go na kamienn cian. Pochylia si nad Dininem, wci trzymajc go za gardo. - Rozsdny mczyzna bardziej uwaa na swoje gesty -warkna gono Briza, cho zostaa wraz z pozostaymi poinstruowana przez Opiekunk Malice, by nie komunikowali si w inny sposb ni jzykiem migowym, gdy tylko znajd si poza granicami Menzoberranzan. Spor chwil zajo Dininowi pene docenienie swojej sytuacji. Gdy odrtwienie zelao, zda sobie spraw, e nie jest w stanie oddycha, a cho dalej trzyma w rku miecz, Briza, przewyszajca go ciarem, przyciskaa mu j silnie do boku. Jeszcze bardziej niepokojcy by fakt trzymania przez ni w wolnej doni przeraajcego bicza. W przeciwiestwie do zwyczajnych biczw ten zowrogi przedmiot nie potrzebowa wiele miejsca, by si nim zamachn. Ruchome, wowe gowy mogy si zwija i uderza z bliskiego zasigu jako rozszerzenie woli osoby je dziercej. - Opiekunce Malice nie przeszkadzaaby twoja mier - wyszeptaa ostro Briza. - Synowie zawsze sprawiali jej kopoty! Dinin spojrza ponad ramieniem swej drczycielki na onierzy z patrolu. - wiadkowie? - zamiaa si Briza, odgadujc jego myli. - Czy naprawd sdzisz, e zeznjprzeciwko wysokiej kapance tylko dla dobra zwykego mczyzny? - Briza zmruya oczy i przysuna twarz bliej Dinina. - Zwok zwykego mczyzny? - Znw zarechotaa i nagle pucia Dinina, ktry pad na kolana, starajc si zapa oddech. - Chodcie - zasygnalizowaa Briza reszcie patrolu. - Wyczuwam, e mojego najmodszego brata nie ma w tej okolicy. Musimy wrci do miasta i uzupeni zapasy. Dinin spoglda na plecy swojej siostry, robicej przygotowania do wymarszu. Niczego nie pragn bardziej, ni moliwoci zatopienia miecza midzy jej opatkami. Dinin by jednak zbyt sprytny, by sprbowa takiego ruchu. Briza bya wysok kapank Pajczej Krlowej od ponad trzech stuleci i cieszya si teraz ask Lloth, cho nie bya ni obdarzona Malice ani reszta Domu Do'Urden. Nawet jednak gdyby nie strzega jej za bogini, Briza byaby gron przeciwniczk, biega w rzucaniu czarw i z wiecznie gotowym do uycia biczem u boku. - Moja siostro - zawoa do niej Dinin, gdy zacza odchodzi. Briza obrcia si, zdumiona, e mia odezwa si do niej na gos. - Przyjmij moje przeprosiny - powiedzia Dinin. Pokaza pozostaym onierzom, by maszerowali dalej, po czym powrci do stosowania jzyka znakw, by nie znali dalszego przebiegu konwersacji pomidzy nimi. - Nie jestem zadowolony z doczenia SiNafay Hun'ett do rodziny - wyjani Dinin. Wargi Brizy wygiy si w jednym z jej typowych dwuznacznych umiechw. Dinin nie by pewien, czy zgadza si z nim, czy te kpi z niego. - Uwaasz, e jeste na tyle mdry, by kwestionowa decyzje Opiekunki Malice? - zapytay jej palce. -Nie! - zasygnalizowa dobitnie Dinin. - Opiekunka Malice robi to, co musi, i zawsze dla dobra Domu Do'Urden. Nie ufam jednak zdegradowanej Hun'ett. SiNafay obserwowaa, jak jej dom rozpada si w gruzy na mocy postanowienia rady rzdzcej. Wszystkie jej drogie dzieci zostay zabite, podobnie jak wikszo zwykych poddanych. Czy naprawd moe by lojalna wobec Domu Do'Urden po takiej stracie? - Gupi mczyzna - zasygnalizowaa w odpowiedzi Briza. - Kapanki wiedz, e lojalno naley si wycznie Lloth. Nie ma ju domu SiNafay, tak wic nie ma ju samej SiNafay. Jest ona teraz Shi'nayne Do'Urden i, na mocy rozkazu Pajczej Krlowej, zaakceptowaa wszelkie

obowizki, jakie niesie za sob to nazwisko. - Nie ufam jej - odpar Dinin. - Nie czuj te zadowolenia, widzc jak moje siostry, prawdziwe Do'Urden, przesuny si w d w hierarchii, by zrobi dla niej miejsce. Shi'nayna powinna zosta umieszczona za May albo wrd ludu. Briza zmarszczya brwi, cho caym sercem si z nim zgadzaa. - Ranga Shi'nayne w rodzinie nie powinna ci obchodzi. Dziki kolejnej wysokiej kapance Dom Do'Urden jest silniejszy. To wszystko, czym powinien przejmowa si mczyzna! Dinin przytakn, akceptujc jej sposb rozumowania i roztropnie schowa miecz, zanim wsta z klczek. Briza rwnie wsuna bicz za pas, wci jednak obserwowaa ktem oka swego brata. Dinin bdzie teraz zachowywa wiksz ostrono wobec Brizy. Wiedzia, e kwestia jego przetrwania zalena jest od umiejtnoci zachowania si przy siostrze, poniewa na kolejne patrole Malice wci bdzie wysya Briz wraz z nim. Briza bya najsilniejsza z crek Do'Urden i miaa najwiksze szans na odnalezienie i schwytanie Drizzta. Dinin za, suc przez ponad dekad jako dowdca miejskiego patrolu, by najbardziej z caego domu obznajomiony z tunelami, ktre rozcigay si za Menzoberranzan. Dinin wzruszy ramionami, mylc o swym niewartym pozazdroszczenia szczciu i ruszy za siostr tunelem prowadzcym do miasta. Krtka chwila wytchnienia, nie wicej ni dzie, i znw wymaszeruj w pogoni za swoim nieuchwytnym i niebezpiecznym bratem, ktrego Dinin szczerze nie mia zamiaru odnale. *** Guenhwyyar obrcia raptownie gow i zastyga w cakowitym bezruchu, z podniesion ap, gotowa do skoku. - Te to syszaa - wyszepta Drizzt, podchodzc bliej pantery. - Chod, moja przyjaciko. Zobaczymy, jaki to nowy wrg wkroczy do naszej domeny. Pospieszyli razem, w cakowitej ciszy, tak dobrze im znanymi korytarzami. Drizzt zatrzyma si nagle, podobnie jak Gu-enhwyvar, syszc echo wiru. Drizzt wiedzia, e wywoa je but, nie za jaki typw;/ dla Podmroku potwr. Wskaza na stert kamieni, za ktr rozcigaa si rozlega i podzielona na wiele poziomw jaskinia. Guenhwyyar poprowadzia go tam, gdzie mogli zaj korzystniejsz pozycj. Kilka chwil pniej w polu widzenia pojawi si patrol dro-ww, grupa zoona z siedmiu, cho byli zbyt daleko, by Drizzt by w stanie kogo odrni. Drizzt by zdumiony, e z tak atwoci ich usysza, pamita bowiem czasy, gdy zajmowa pozycj na przedzie takich patroli. Jake samotnie czu si wtedy, gdy prowadzi ponad tuzin mrocznych elfw, poniewa ich wywiczone ruchy nie wywoyway najlejszego nawet szmeru i trzymali si cieni na cianach tak dobrze, e nie mogy ich wykry nawet bystre oczy Drizzta. Teraz jednak w owca, ktrym sta si Drizzt, to pierwotne, instynktowne ja, z atwoci wykryo grup. *** Briza zatrzymaa si nagle i zamkna oczy, koncentrujc si na czarze wyszukiwania. - Co si dzieje? - spytay j palce Dinina, gdy znw skierowaa na niego wzrok. Jej poruszona i najwyraniej podekscytowana mina duo ujawniaa. - Drizzt? - wydysza na gos Dinin, ledwo mogc uwierzy. - Cisza! - krzykny na niego rce Brizy. Rozejrzaa si po okolicy, po czym zasygnalizowaa patrolowi, by pody za ni w cienie na cianach ogromnej i odkrytej jaskini. Nastpnie Briza kiwna Dininowi potwierdzajco gow, przekonana, e ich misja dobiegnie nareszcie koca. - Jeste pewna, e to Drizzt? - spytay palce Dinina. W swoim podnieceniu ledwo mg porusza palcami w sposb odpowiedni do przekazywania myli. - Moe jaki drapienik...

- Wiemy, e nasz brat yje - pokazaa szybko gestami Briza. - Opiekunka Malice nie znajdowaaby si ju poza ask Lloth, gdyby byo inaczej. A jeli Drizzt yje, moemy przyj, e posiada przedmiot! *** Nage przejcie patrolu w ukrycie zaskoczyo Drizzta. Grupa nie bya w stanie dostrzec go pod oson kamieni, poza tym ufa w bezszelestno swoich butw oraz ap Guenhwyvar. Mimo to Drizzt by pewien, e to przed nim ukrywa si patrol. Co nie pasowao mu w tym caym spotkaniu. Mrocznych elfw nie widywao si tak daleko od Menzoberranzan. By moe nie byo to nic wicej ni tylko paranoja, konieczna do przetrwania w dziczy Podmroku, mwi sobie Drizzt. Podejrzewa jednak, e co wicej ni tylko przypadek sprowadzio grup do jego domeny. - Id, Guenhwyvar - wyszepta do kocicy. - Przyjrzyj si naszym gociom i wr do mnie. Pantera wbiega w cienie otaczajce wielk grot. Drizzt schowa si za gazami, nasuchujc i oczekujc. Guenhwyvar wrcia do niego zaledwie minut pniej, cho okres ten wydawa si Drizztowi wiecznoci. - Znasz ich? - spyta Drizzt. Kocica przejechaa ap po kamieniu. - S z naszego starego patrolu? - zastanawia si gono Drizzt. - Wojownicy, u boku ktrych maszerowalimy? Guenhwyvar wydawaa si niepewna i nie wykonywaa adnych okrelonych ruchw. - A wic Hun'ett - powiedzia Drizzt, uwaajc, e rozwiza amigwk. Dom Hun'ett przyby w kocu po niego, by zapaci za mier Altona i Masoja, dwch czarodziejw HurTett, ktrzy prbowali zabi Drizzta. Moliwe te byo, e Hun'ett szukaj Guenhwyvar, magicznego przedmiotu, ktry niegdy posiada Masoj. Gdy Drizzt oderwa si na moment od rozmyla, by przyjrze si reakcji Guenhwyvar, zda sobie spraw, e jego przypuszczenia s mylne. Pantera cofna si o krok i wydawaa si wzburzona jego strumieniem podejrze. - Kto wic? - spyta Drizzt. Guenhwyyar wspia si na tylnych apach i opara si o rami Drizzta, jedn wielk ap stukajc w zawieszon na szyi drowa sakiewk. Nie rozumiejc Drizzt zdj przedmiot z szyi i wysypa zawarto na do, ujawniajc kilka zotych monet, may klejnot oraz emblemat swego domu, srebrne insygnia ozdobione znakiem DaermonN'a'shez-baernon, Domu Do'Urden. Drizzt natychmiast zda sobie spraw, co sugeruje Guenhwyvar. - Moja rodzina - wyszepta chrapliwie. Guenhwyvar znw si od niego cofna, ponownie pocierajc z podnieceniem ap o kamie. W tej chwili Drizzta zalay wspomnienia, lecz wszystkie z nich, zarwno dobre, jak i ze, w nieunikniony sposb prowadziy do jednej moliwoci: Opiekunka Malice nie zapomniaa, ani nie przebaczya mu czynw, jakich dokona tego pamitnego dnia. Drizzt porzuci j oraz ciek Pajczej Krlowej, a wiedzia wystarczajco wiele o zwyczajach Lloth, by zdawa sobie spraw, e to, co zrobi, nie pozostawio jego matki w zbyt dobrej pozycji. Drizzt spojrza znw w mrok rozlegej jaskini. - Chod -wydysza do Guenhwyvar i pobieg z powrotem do tunelu. Podjta przez niego decyzja o opuszczeniu Menzoberranzan bya bolesna, a teraz Drizzt nie mia zamiaru spotyka swoich krewnych i przypomina sobie wtpliwoci oraz obawy. Biegli wraz z Guenhwyyar przez ponad godzin, zbaczajc w sekretne korytarze i przemykajc przez najniebezpieczniejsze fragmenty tuneli. Drizzt doskonale zna okolic i by pewien, e bez wikszego wysiku moe pozostawi patrol za sob. Kiedy jednak zatrzyma si, by zapa oddech, wyczu -i wystarczyo, by spojrza na Guenhwyvar, by potwierdziy si jego przypuszczenia - e patrol znw by na jego tropie, by moe nawet bliej ni by wczeniej. Drizzt wiedzia, e jest ledzony za pomoc magii, nie istniao adne inne wyjanienie. - Ale jak? - spyta panter. - Mao jest we mnie drowa, ktrego uwaali za brata, w wygldzie i w myli.

Co mog wyczuwa takiego, e trzymaj si tego ich magiczne zaklcia? - Drizzt szybko zbada wzrokiem swoj sylwetk, a jego oczy z pocztku pady na bro. Sejmitary byy naprawd wspaniae, lecz taka bya wikszo uzbrojenia uywanego przez drowy z Menzoberranzan. Te ostrza nie byy za nawet stworzone w Domu Do'Urden, oprcz tego nie naleay do rodzaju szczeglnie ulubionego przez rodzin Drizzta. Moe wic paszcz? Piwfwi byo symbolem jego domu, miao na sobie wzory i znaki rodziny. Byo jednak znoszone i podarte w stopniu uniemoliwiajcym rozpoznanie i trudno mu byo uwierzy, e czar wyszukiwania uznaby je za nalece do Domu Do'Urden. - Nalece do Domu Do'Urden - wyszepta na gos Drizzt. Spojrza na Guenhwyvar i pokiwa w milczeniu gow. Znw zdj sakiewk i wycign insygnia, emblemat Daermon N'a'shezbaernon. By on stworzony za pomoc magii i zawiera w sobie wasn magi, dweomer wystpujcy tylko w jednym domu. Mogli go nosi jedynie szlachcice z Domu Do'Urden. Drizzt rozmyla przez chwil, po czym schowa symbol i zawiesi sakiewk na szyi Guenhwyvar. - Nadszed czas, by zwierzyna staa si owc- wycedzi do wielkiej kocicy. *** - On wie, e jest ledzony - rce Dinina oznajmiy Brizie. Briza nie potwierdzia owego stwierdzenia odpowiedzi. To jasne, e Drizzt wiedzia o pocigu, byo oczywiste, e stara si umkn. Briza nie przejmowaa si tym. Emblemat Drizzta pon w jej wzmocnionych magi mylach niczym odlega latarnia morska. Kiedy jednak oddzia dotar do rozwidlenia korytarza, Briza zatrzymaa si. Sygna dochodzi z przodu, lecz z adnej okrelonej strony. - W lewo - Briza zasygnalizowaa do trzech onierzy. W prawo - pokazaa nastpnie gestami dwm pozostaym. Przytrzymaa swego brata, przekazujc znakami, e ona i Dinin zostan na rozwidleniu, suc jako rezerwa dla obydwu grup. Wysoko ponad rozpraszajcym si patrolem, dryfujc w cieniach utkanego stalaktytami stropu, Drizzt umiechn si, zadowolony ze swej przebiegoci. Oddzia mg dotrzymaj mu kroku, lecz nie mia szans docign Guenhwyvar. Plan zosta wykonany co do ostatniego szczegu, poniewa Drizzt chcia tylko, by patrol wyszed z jego domeny i zmczy si bezowocnym poszukiwaniem. Gdy jednak Drizzt si tam unosi, spogldajc na swego brata i najstarsz siostr, stwierdzi, e tskni za czym wicej. Mino kilka chwil, a Drizzt by pewien, e rozdzieleni onierze znajduj si ju do daleko. Wycign swe sejmitary z myl, e spotkanie z rodzestwem moe nie by w kocu takie ze. - Oddala si - Briza powiedziaa do Dinina, nie obawiajc si dwiku swego gosu, poniewa bya pewna, e jej brat jest daleko std. - Z du prdkoci. - Drizzt zawsze dobrze zna Podmrok - odpar Dinin, przytakujc. - Trudno go bdzie zapa. Briza parskna. - Zmczy si na dugo przed tym, jak wyganie mj czar. Znajdziemy go wyczerpanego w jakiej ciemnej dziurze. - Chwil pniej jednak szydercza mina Brizy zmienia si w cakowite zdumienie, poniewa pomidzy ni a Dinina opada ciemna sylwetka. Dinin rwnie ledwo zdoa to wszystko zobaczy. Widzia Drizzta zaledwie przez uamek sekundy, po czym zamgliy mu si oczy, poniewa dosta opadajc ukiem rkojeci sejmita-ra. Pad ciko na ziemi, z policzkiem przycinitym do gadkiego kamienia, cho tego nie by ju wiadom. Jedn rk rozprawiajc si z Dininem, Drizzt skierowa czubek drugiego ostrza w stron garda Brizy, pragnc zmusi j do poddania si. Briza nie bya jednak tak zaskoczona jak Dinin, a poza tym zawsze trzymaa do w pobliu bicza. Uchylia si przed atakiem Drizzta i w powietrze wystrzelio sze wowych gw, wijc si i szukajc przerwy w osonie. Drizzt obrci si, by stan z ni twarz w twarz i wykonujc sejmitarami zawie ruchy, majce utrzyma ksajce gady w bezpiecznej odlegoci. Przypomnia sobie ugryzienie takiego przeraajcego bicza, ktre, jak kady drow mczyzna, dobrze pozna w dziecistwie. - Bracie Drizzcie - powiedziaa gono Briza, majc nadziej, e patrol j usyszy i zrozumie potrzeb powrotu. - Opu bro. To nie jest konieczne.

Drizzt zosta przytoczony dwikiem znajomych sw mowy droww. Jak dobrze byo znw je sysze, przypomina sobie, e kiedy by kim wicej, ni tylko skupionym na jednym celu owc, e jego ycie polegao na czym wicej ni tylko przetrwaniu. - Opu bro - powtrzya Briza bardziej stanowczo. - Dla... dlaczego tu jestecie? - wyjka Drizzt. - Po ciebie oczywicie, mj bracie - odpowiedziaa Briza zbyt miym gosem. - Wojna z Hun'ett nareszcie dobiega koca. Nadszed czas, aby wrci do domu. Cz Drizzta chciaa jej wierzy, chciaa zapomnie o tych aspektach ycia droww, ktre zmusiy go do opuszczenia miasta jego narodzin. Cz Drizzta chciaa upuci bro na ziemi i powrci pod oson - i do towarzystwa - poprzedniego ycia. Umiech Brizy by taki zapraszajcy. Briza zauwaya, e jego opr sabnie. - Chod do domu, drogi Drizzcie - wycedzia, umieszczajc w sowach ogniwa drobnego zaklcia. - Jeste potrzebny. Jeste teraz fechmistrzem Domu Do'Urden. Naga zmiana wyrazu twarzy Drizzta powiedziaa Brizie, e si pomylia. Fechmistrzem Domu Do'Urden by Zaknafein, mentor Drizzta i jego najwikszy przyjaciel, a on zosta zoony w ofierze Pajczej Krlowej. Drizzt nigdy o tym nie zapomni. W tej chwili Drizzt przypomnia sobie znacznie wicej ni tylko domowe wygody. Znacznie wyraniej pamita teraz ze uczynki z poprzedniego ycia, niegodziwo, ktrej jego zasady nie mogy tolerowa. - Nie powinnicie byli tu przychodzi - rzek Drizzt, a jego gos brzmia niczym warkot. Niech wasza noga nigdy wicej tu nie stanie! - Drogi bracie - odpowiedziaa Briza, bardziej by zyska na czasie, ni by naprawi poprzedni bd. Staa spokojnie, a jej twarz zastyga w typowym dla niej wieloznacznym umiechu. Drizzt przyjrza si wargom Brizy, ktre jak na standardy droww byy szerokie i pene. Kapanka nic nie mwia, lecz Drizzt widzia wyranie, e za tym przyklejonym umiechem jej usta si poruszaj. Czar! Briza zawsze bya dobra w takich sztuczkach. - Wracaj do domu! - krzykn do niej Drizzt, wykonujc atak. Briza z atwoci uchylia si przed ciosem, poniewa nie mia on trafi, a jedynie zakci zaklcie. - A niech ci, ty przeklty otrze - wycedzia, nie udajc ju przyjani. - Natychmiast opu bro, albo twoja mier bdzie bolesna! - oznajmia wycigajc bicz. Drizzt rozstawi szeroko stopy. W jego lawendowych oczach zapony ognie oznaczajce, e owca zamierza podj wyzwanie. Briza zawahaa si, zaskoczona wciekoci przelewajc si w jej bracie. Ni miaa wtpliwoci, e nie stoi przed ni zwyczajny drow wojownik. Drizzt sta si czym wicej, czym, z czym bardziej trzeba si byo liczy. Briza bya jednak wysok kapank Lloth, znajdowaa si w pobliu szczytu hierarchii droww. Nie wystraszy j byle mczyzna. - Poddaj si! - zadaa. Drizzt nie by w stanie zrozumie jej sw, poniewa stojcy przed ni owca nie by ju Drizztem Do'Urden. Dziki, pierwotny wojownik, ktrego powoay do ycia wspomnienia o Zaknafeinie, nie dopuszcza do siebie sw i kamstw. Rka Brizy wystrzelia do przodu i sze mijowych gw bicza, wykrcajc si niezalenie od siebie, starao si uderzy w jak najlepsze miejsce. Odpowied sejmitarw owcy nadesza w formie nie dajcej si przenikn wzrokiem mgy. Briza nie bya w stanie ledzi wzrokiem szybkich jak byskawice ruchw, za gdy si zakoczyy, wiedziaa, e nie tylko adna z wowych gw nie trafia w cel, lecz rwnie w biczu pozostao ich jedynie pi. Wpadszy w sza niemal dorwnujcy przeciwnikowi, Briza natara, zamachujc si sw uszkodzon broni. We, sejmitary oraz szczupe rce droww rozpoczy taniec mierci.

Gowa wgryza si w nog owcy, przesyajc przez jego arterie strumie chodnego blu. Ostrze rozszczepio gow na p, tu za kami. Nastpny w wbi si w owc. Nastpna gowa upada na kamienie. Walczcy rozdzielili si, spogldajc na siebie. Po kilku szaleczych minutach Briza oddychaa ciko, lecz pier owcy poruszaa si swobodnie i rytmicznie. Briza nie ucierpiaa, ale Drizzt zosta dwukrotnie trafiony. owca ju dawno nauczy si ignorowa bl, za Briza, z ktrej bicza wychodziy ju tylko trzy gowy, uparcie na niego nacieraa. Zawahaa si na uamek sekundy, gdy ujrzaa, e Dinin wci jest rozcignity na pododze, lecz najwyraniej powrciy mu zmysy. Czy brat wstanie i jej pomoe? Dinin poruszy si niespokojnie i sprbowa wsta, lecz nie znalaz w nogach wystarczajco wiele siy, by si podnie. - Niech ci! - zagrzmiaa Briza, kierujc swj jad zarwno do Dinina, jak i do Drizzta. Przyzywajc potg swej pajczej bogini wysoka kapanka Lloth zamachna si z caej siy. Trzy wowe gowy upady na ziemi, zetknwszy si z ostrzami owcy. - Niech ci! - wrzasna ponownie Briza, tym razem zdecydowanie do Drizzta. Wycigna zza paska buzdygan i zamachna si w gow swego zbuntowanego brata. Skrzyowane sejmitary przechwyciy niezdarny cios na dugo przed tym, jak trafi w cel, po czym owca podnis nog i kopn ni raz, drugi i trzeci w twarz Brizy, zanim postawi j z powrotem na ziemi. Briza zatoczya si do tyu. Poprzez zamglone ciepo wasnej krwi dostrzega kontur swego brata i przystpia do desperackiego, szerokiego zamachu. owca nadstawi jeden z sejmitarw do parowania, obracajc go tak, by trzymajca buzdygan do przejechaa po jego okrutnym ostrzu. Briza wrzasna z blu i upucia bro. Buzdygan upad na ziemi tu obok dwch jej palcw. Wtedy, za plecami Drizzta, wsta Dinin, trzymajc w rku miecz. Briza utkwia wzrok w Drizzcie, przycigajc jego uwag. Gdyby moga go zdezorientowa na wystarczajco dug chwil. owca wyczu niebezpieczestwo i obrci si do Dinina. Jedynym, co Dinin widzia w lawendowych oczach brata, bya mier. Upuci miecz na ziemi i skrzyowa rce na piersi w gecie poddania. owca wyda z siebie warkliwe polecenie, niemoliwe do rozpoznania, lecz Dinin zrozumia jego znaczenie, rzuci si bowiem do ucieczki tak szybko, jak tylko mogy go nie nogi. Briza zacza si obraca, zamierzajc pody za Dininem, lecz powstrzymao j ostrze sejmitara, tkwice pod jej brod i zadzierajce jej gow w gr pod takim ktem, e widziaa jedynie ciemny strop. W czonkach owcy zapon bl, bl zadany przez ni i jej przesiknity zem bicz. owca zamierza pooy teraz kres blowi i zagroeniu. To bya jego domena! Czujc, jak ostra krawd sejmitara zaczyna ci, Briza wypowiedziaa ostatni modlitw do Lloth. Nagle jednak widok przesonia jej czarna mga i znw bya wolna. Skierowaa wzrok w d i ujrzaa, e Drizzt zosta przygwodony do ziemi przez wielk, czarn panter. Nie tracc czasu na zadawanie pyta, Briza pospieszya w gb tunelu za Dininem. owca wyczoga si spod Guenhwyvar i wsta. - Guenh-wyvar! - krzykn. - Za ni! Zabij...! Guenhwyvar odpowiedziaa przechodzc do pozycji siedzcej oraz wydajc z siebie donone ziewnicie. Leniwym ruchem pantera wsuna ap pod zawieszon na szyi sakiewk i zrzucia j na ziemi. owca zapon wciekoci. - Co ty robisz? - wrzasn, chwytajc sakw. Czy Guenhwyvar obrcia si przeciwko niemu? Drizzt cofn si o krok, z wahaniem wycigajc sejmitary pomidzy siebie a panter. Guenhwyvar nie wykonaa adnego ruchu, po prostu wpatrywaa si w Drizzta. Chwil pniej brzk kuszy uwiadomi Drizztowi absurdalno jego sposobu rozumowania. Bet bez wtpienia trafiby w niego, lecz Guenhwyvar wyskoczya nagle i przechwycia go w

locie. Trucizny droww nie wywieray efektu na magicznego kota. Z jednej z odng wyonio si trzech droww wojownikw, za z drugiej para nastpnych. Drizzta opuciy wtedy wszystkie myli zwizane z zemst na Brizie i ruszy za Guenhwyvar do ucieczki krtymi korytarzami. Bez przewodnictwa wysokiej kapanki oraz jej magii zwyczajni onierze nawet nie podjli prby pocigu. Dug chwil pniej Drizzt i Guenhwyvar skrcili w boczny tunel i zatrzymali si, nasuchujc odgosw pocigu. - Chod - poleci Drizzt i zacz powoli odchodzi, pewien, e zagroenie ze strony Dinina i Brizy zostao pomylnie odparte. Guenhwyvar znw przesza do pozycji siedzcej. Drizzt spojrza z zaciekawieniem na panter. - Powiedziaem, eby sza - warkn. Guenhwyvar utkwia w nim spojrzenie, ktre napenio go poczuciem winy. Wtedy kocica wstaa i podesza powoli do swego pana. Drizzt skin twierdzco gow, uwaajc, e Guenhwyvar zamierza ju by posuszna. Odwrci si i ponownie zacz odchodzi, lecz pantera zacza go omija, wic zatrzyma si. - Co robisz? - zapyta Drizzt. Guenhwyvar nie zwolnia. - Nie odprawiem ci! - wrzasn Drizzt widzc, jak materialna forma pantery zaczyna si rozpuszcza. Drizzt obrci si gwatownie, starajc si j zapa. - Nie odprawiem ci! - krzykn ponownie z brakiem nadziei w gosie. Guenhwyvar znikna. Powrt Drizzta do jaskini trwa bardzo dugo. Na kadym kroku poda za nim ostatni obraz Guenhwyvar, okrgych oczu pantery wpatrzonych w jego plecy. Ponad wszelk wtpliwo zda sobie spraw, e Guenhwyvar go osdzia. W lepym szale Drizzt niemal zabi sw siostr, a z pewnoci zrobiby to, gdyby Guenhwyvar go nie powstrzymaa. W kocu Drizzt wczoga si do maej niszy skalnej, ktra suya mu za sypialni. Wraz za nim wczogay si tam te rozmylania. Dziesi lat wczeniej Drizzt zabi Masoja Hun'etta i przysig wtedy, e nigdy wicej nie zabije drowa. Dla Drizzta sowo byo podstaw zasad, tych samych zasad, dla ktrych tak wiele powici. Gdyby nie Guenhwyvar, Drizzt z pewnoci zapomniaby o swoich sowach. Czy byby wtedy lepszy od tych mrocznych elfw, ktrych pozostawi za sob? Drizzt z atwoci zwyciy w spotkaniu z rodzestwem i by przekonany, e jest w stanie ukrywa si przed Briz - i wszystkimi innymi przeciwnikami, ktrych nale na niego Opiekunka Malice. Siedzc samotnie w maej jaskini, Drizzt zda sobie jednak spraw z czego, co go gboko zaniepokoio. Nie mg si ukry przed samym sob.

4 Ucieczka od owcy
Drizzt nie powici ani chwili na zastanawianie si nad swymi czynami podczas codziennych obowizkw przez nastpne kilka dni. Wiedzia, e przetrwa. owca nie mia innego wyjcia. Wzrastajca cena przetrwania poruszya jednak grub i nie dostrojon strun w sercu Drizzta. Codzienne czynnoci nie dopuszczay blu, jednak pod koniec dnia Drizzt stawa si pozbawiony ochrony. Spotkanie z rodzestwem przeladowao go, odywao w mylach tak wyranie, jakby dziao si od nowa co noc. Za kadym razem Drizzt budzi si przeraony i samotny, otoczony potworami ze swoich snw. Zdawa sobie spraw - a wiedza ta tylko powikszaa jego bezradno - e adna bro ich nie pokona. Drizzt nie obawia si, e jego matka bdzie ponawia prby schwytania go i ukarania, cho nie mia wtpliwoci, e z pewnoci tak wanie zrobi. By to jego wiat, cakowicie odmienny od krtych alejek Menzoberranzan, rzdzcy si zwyczajami, ktrych drowy z miasta nie byy w stanie zrozumie. Przebywajc w dziczy Drizzt by pewien, e przetrwa, niezalenie od tego, jak nemezis Opiekunka Malice wyle jego tropem. Drizzt zdoa rwnie uwolni si od wszechogarniajcego poczucia winy, zwizanego z dziaaniami, jakie podj przeciwko Brizie. Uzna, e to jego rodzestwo sprowokowao

niebezpieczne spotkanie, a Briza, prbujc rzuci czar, zacza walk. Mimo to Drizzt zdawa sobie spraw, e spdzi wiele dni, szukajc odpowiedzi na pytania, jakie jego czyny postawiy w kwestii natury jego charakteru. Czy sta si tym dzikim i bezlitosnym owc z powodu trudnych warunkw, jakie na niego naoono? Czy te owca by wyrazem istoty, ktr Drizzt by od zawsze? Nie byy to pytania, na ktre Drizzt mg atwo odpowiedzie, jednak, w tym momencie, nie zajmoway czoowego miejsca w jego mylach. Rzecz, o ktrej Drizzt nie mg zapomnie w zwizku ze spotkaniem z rodzestwem, by dwik ich gosw, melodia wymawianych sw, ktre mg zrozumie i odpowiedzie na nie. We wszystkich wspomnieniach tych kilku chwil, ktre spdzi z Briz i Dininem, to sowa, nie ciosy, byy najwyraniej-sze. Drizzt trzyma si ich z desperacj, przesuchiwa je bez koca w umyle, przeraony perspektyw dnia, w ktrym zanikn. Wtedy, cho bdzie je pamita, ju nie bdzie mg sucha. Znw bdzie sam. Po raz pierwszy odkd Guenhwyvar go opucia, Drizzt wyj z kieszeni onyksow figurk. Postawi j na kamieniu przed sob i spojrza na zadrapania na cianie, by okreli, ile czasu mino, odkd ostatni raz przyzywa panter. Drizzt natychmiast zda sobie spraw z jaowoci takiego podejcia. Kiedy ostatni raz drapa cian? Zreszt na co mogy si przyda rysy? Skd Drizzt mg by pewien susznoci swoich oblicze, nawet jeli obi rys za kadym razem, gdy obudzi si ze snu? - Czas jest czym z innego wiata.- wymamrota Drizzt, a w jego gosie brzmiaa ao. Unis sztylet do ciany, jakby zaprzeczajc wasnemu stwierdzeniu. - Czy to co znaczy? - spyta retorycznie Drizzt i upuci sztylet na ziemi. Brzk, jaki wyda uderzajc o kamie, wywoa na grzbiecie Drizzta ciarki, niczym dzwon obwieszczajcy jego klsk. Trudno mu byo oddycha. Na jego ciemnej brwi skropli si pot i nagle zaczo mu by zimno w rce. Wszystko dookoa, ciany jego jaskini, skay, ktre ochraniay go przez lata przed bezustannymi niebezpieczestwami Podmroku, teraz naciskao na niego. W szczelinach cian wyobraa sobie wyszczerzone szyderczo twarze. Kpiy i miay si z niego, pomniejszajc jego upart dum. Odwrci si, by uciec, lecz potkn si o kamie i upad na ziemi. Podrapa sobie kolano i wydar kolejn dziur w swym znoszonym piwafwi. Drizzt nie przejmowa si jednak kolanem czy paszczem, bowiem gdy spojrza na zdradliwy kamie, uderzy go kolejny fakt, wprawiajc go w cakowite zakopotanie. owca si przewrci. Po raz pierwszy od ponad dziesiciu lat owca si przewrci. - Guenhwyvar! - krzykn z desperacj Drizzt. - Chod do mnie! Och, prosz, moja Guenhwyvar! Nie wiedzia, czy pantera odpowie. Po ich mniej ni przyjacielskim rozstaniu Drizzt nie mg by pewien, czy pantera bdzie kiedykolwiek znw kroczy u jego boku. Drizzt przeczo-ga si do figurki, a kady krok wymaga mozolnej walki, pokonania saboci. Pojawia si wirujca mga. Pantera nie opuci swego pana, nie bdzie wiecznie ocenia drowa, ktry by jej przyjacielem. Drizzt uspokoi si, gdy mga zacza nabiera ksztatu. Korzysta z jej widoku, by odepchn od siebie przepenione zem halucynacje ska. Po chwili Guenwyvar siedziaa obok niego, niedbale lic ap. Drizzt spojrza panterze w okrge oczy i nie ujrza w nich osdu. Bya tam jedynie Guenhwyvar, jego przyjacika i zbawicielka. Drizzt skuli nogi, wyskoczy w stron kocicy i obj muskularny kark w ciasnym i desperackim ucisku. Guenhwyvar nie zareagowaa na uchwyt, zmienia pozycj tylko na tyle, by mc dalej liza ap. Jeli kocica, za pomoc swojej nieziemskiej inteligencji, rozumiaa znaczenie tego ucisku, nie dawaa jednak tego po sobie pozna. ***

Nastpne dni Drizzta charakteryzoway si brakiem odpoczynku. Wci by w ruchu, przemierza tunele wok swego sanktuarium. Opiekunka Malice go cigaa, jak wci sobie przypomina. Nie mg sobie pozwoli na adne luki w osonie. Gboko w sobie, poza obrbem racjonalnego mylenia, Drizzt zna prawd kryjc si za tymi ruchami. Mg sobie zaproponowa wymwk, jak byo patrolowanie, jednak, tak naprawd, ucieka. Oddala si od gosw i cian swej maej jaskini. Oddala si od Drizzta do'Urden i zblia znw do owcy. Zacz zatacza stopniowo coraz szersze uki, czsto pozostajc przez wiele dni poza jaskini. W sekrecie Drizzt liczy na spotkanie z potnym przeciwnikiem. Potrzebowa czego namacalnego, co przypomniaoby mu o j ego pierwotnym istnieniu, pragn walki z jakim przeraajcym potworem, ktry ukierunkowaby go na przetrwanie. Zamiast tego, pewnego dnia Drizzt wyczu wibracj wywoan stukaniem w cian, rytmiczne, wyliczone uderzenia grniczego kilofa. Drizzt opar si o cian i zacz starannie obmyla nastpny ruch. Wiedzia, gdzie zaprowadzi go dwik - by w tych samych tunelach, do ktrych zawdrowa w poszukiwaniu zaginionych rothw, w tych samych tunelach, w ktrych kilka tygodni temu napotka grnicz wypraw svirfnebli. Drizzt nie by w stanie przyzna si przed sob do tego, lecz nie znalaz si w tej okolicy w wyniku zbiegu okolicznoci. Sprowadzia go tutaj podwiadomo, pragnca usysze uderzania motw svirf-nebli, a take, w wikszym stopniu, miech i rozmowy gbinowych gnomw. W tej chwili Drizzt, opierajcy si o cian, by naprawd rozdarty. Wiedzia, e szpiegowanie grnikw svirfhebli sprowadzi na niego tylko wicej cierpienia, e syszc ich gosy stanie si jeszcze bardziej wraliwy na szpony samotnoci. Gbinowe gnomy z pewnoci wrc do swego miasta, a Drizzt znw zostanie pusty i samotny. Drizzt przyszed tutaj jednak, by usysze stukanie, ktre wibrowao w skale, przywoywao go zbyt silnie, by mg je zignorowa. Jego rozsdek walczy z pragnieniem, ktre cigno go w stron dwiku, lecz decyzja zostaa podjta, jeszcze zanim wkroczy w t okolic. Zaja si za bezmylno i potrzsn przeczco gow. Na przekr wiadomemu rozumowaniu jego nogi same si poruszay, niosy go w stron rytmicznych odgosw uderzajcych kilofw. Czujne instynkty owcy kciy si z przebywaniem w pobliu grnikw, nawet gdy Drizzt spoglda na svirfhebli z wysokiej pki skalnej. Drow nie wycofa si jednak. Przez kilka dni, z tego co by w stanie wyliczy, przebywa w okolicy gbinowych gnomw, chwytajc strzpki ich rozmw, obserwujc je przy pracy i przy zabawie. Gdy nadszed w kocu ten nieunikniony dzie i grnicy zaczli pakowa swoje wzki, Drizzt zrozumia gbi swego szalestwa. Okaza sabo, przychodzc do gbinowych gnomw, zaprzeczy brutalnej prawdzie egzystencji. Teraz musi wraca do swojej ciemnej i pustej dziury, jeszcze bardziej samotny z powodu wspomnie z ostatnich kilku dni. Wzki znikny z pola widzenia, pchane w stron miasta svirfnebli. Drizzt wykona pierwszy krok w kierunku swego sanktuarium, poronitej mchem jaskini z pyncym wartko strumieniem i pielgnowanym przez mykonidy zagajnikiem grzybw. Przez wszystkie stulecia, jakie mu jeszcze pozostay, Drizzt Do'Urden nigdy ju nie spojrzy na to miejsce. Nie pamita, kiedy zmieni kierunek marszu, nie bya to wiadoma decyzja. Co go przycigao - by moe tsknota za wypenionymi rud wzkami - i dopiero gdy usysza trzask wielkich zewntrznych wrt Blingdenstone, zda sobie spraw, co zamierza zrobi. - Guenhwyvar - Drizzt wyszepta do figurki i wzdrygn si zaniepokojony si swojego gosu. Stojcy na szerokich schodach stranicy svirfhebli byli jednak zajci wasn rozmow i Drizzt by do bezpieczny. Wok statuetki zawirowaa szara mga i pantera przybya na wezwanie swego pana. Guenhwyvar pooya po sobie pasko uszy i zacza wszy, starajc si pozna nieznajomy teren. Drizzt wzi gboki oddech i zmusi wargi do wypowiadania sw. - Chciaem si z tob

poegna, moja przyjaciko -wyszepta. Guenhwyvar postawia uszy, za renice byszczcych, tych oczu kocicy rozszerzyy si, po czym znw zwziy, gdy Guenhwyvar przygldaa si Drizztowi. - Gdyby... - cign Drizzt. - Nie mog ju tam y, Guenhwyvar. Boj si, e trac wszystko, co nadaje yciu znaczenie. Boj si, e trac samego siebie. - Zerkn przez rami na schody wznoszce si do Blingdenstone. - A to jest dla mnie cenniejsze ni ycie. Czy rozumiesz, Guenhwyvar? Potrzebuj wicej, wicej ni tylko przetrwanie. Potrzebuj ycia okrelonego czym wicej ni tylko dzikimi instynktami stworzenia, ktrym si staem. Drizzt pad na kamienn cian korytarza. Jego sowa wydaway si tak logiczne i proste, a mimo to wiedzia, e kady stopie do miasta gbinowych gnomw bdzie sprawdzianem jego odwagi i przekona. Przypomnia sobie dzie, w ktrym sta na pce skalnej za wielkimi wrotami Blingdenstone. Cho niezwykle tego pragn, nie mg si zmusi, by wej za gbinowymi gnomami do rodka. Znajdowa si w szponach niezwykle rzeczywistego paraliu, ktry przytrzymywa go, gdy pomyla o przejciu przez bram do miasta gbinowych gnomw. - Rzadko mnie oceniaa, moja przyjaciko - Drizzt rzek do pantery. - A wtedy zawsze robia to sprawiedliwie. Czy rozumiesz, Guenhwyvar? Za kilka chwil moemy straci si nawzajem na zawsze. Czy rozumiesz, dlaczego musz to zrobi? Guenhwyvar przytulia si do boku Drizzta i szturchna sw wielk koci gow ebra drowa. - Moja przyjaciko - Drizzt wyszepta kocicy do ucha. -Wr teraz, zanim strac sw odwag. Wr do swego domu z nadziej, e znw si spotkamy. Guenhwyvar posusznie obrcia si i ruszya w stron figurki. Nastpia przemiana, ktra wydaa si tym razem Drizz-towi zbyt szybka, po czym zostaa jedynie statuetka. Drizzt podnis j i zacz rozmyla. Jeszcze raz rozwaa lece przed nim niebezpieczestwo. Nastpnie, popychany t sam podwiadom potrzeb, ktra doprowadzia go a tak daleko, podszed do schodw i zacz si wspina. Na grze gbinowe gnomy przerway rozmow; najwidoczniej stranicy wyczuli, e kto lub co si zblia. Mimo to stranicy svirfhebli byli niezwykle zaskoczeni, gdy na szczyt schodw wspi si drow i zacz i platform prowadzc do wrt ich miasta. Drizzt skrzyowa rce na piersi w gecie, jaki drowy uwaay za oznak zaufania. Drizzt mg tylko ywi nadziej, e svirfhebli byli zaznajomieni z tym ruchem, poniewa sam jego wygld zaniepokoi stranikw. Wpadali na siebie i miotali si po maej platformie, niektrzy spieszyli do obrony bramy do miasta, inni otaczali Drizzta piercieniem sztychw broni, pozostali za pospieszyli w stron schodw i zeszli kilka stopni w d, by sprawdzi, czy mroczny elf nie by awangard caego oddziau droww. Jeden ze svirfhebli, przywdca posterunku stray, skierowa w stron. Drizzta szereg stanowczych pyta. Drizzt wzruszy bezradnie ramionami i p tuzina gbinowych gnomw odskoczyo od niego o krok, widzc jego nieszkodliwy ruch. Svirfhebli przemwi ponownie, goniej, po czym wymierzy w stron Drizzta czubek swej elaznej wczni. Drizzt nie by w stanie zrozumie ani odpowiedzie na obcy je_zyk. Bardzo powoli, cay czas na widoku, przesun jedn do wzdu brzucha do klamry pasa. Przywdca gbinowych gnomw chwyci silniej drzewce, obserwujc kady ruch mrocznego elfa. Obrt nadgarstka zwolni klamr i sejmitary uderzyy z brzkiem o kamienn podog. Svirfhebli podskoczyli jednoczenie, po czym szybko otrzsnli si i przypadli do niego. Na jedno sowo przywdcy grupy dwaj stranicy upucili sw bro i zaczli dokadn i niezbyt uprzejm rewizj intruza. Drizzt wzdrygn si, gdy znaleli sztylet, ktry trzyma w bucie. Uzna si za gupca; jak mg zapomnie o broni i nie wycign jej otwarcie. Chwil pniej, gdy jeden ze svirfnebli sign do najgbszej kieszeni piwafwi Drizzta i wycign onyksow figurk, Drizzt wzdrygn si jeszcze bardziej. Instynktownie Drizzt sign po panter z bagalnym wyrazem twarzy. Za swoje wysiki dosta tpym kocem wczni w plecy. Gbinowe gnomy nie byy z ras, lecz nie przepaday za mrocznymi elfami. Svirfhebli przetrwali w Podmroku niezliczone stulecia, nie dysponujc zbyt wieloma sprzymierzecami, za to posiadajc wielu wrogw, za mroczne elfy

znajdoway si na szczycie listy tych ostatnich. Od zaoenia pradawnego miasta Blingdenstone wikszo z licznych svirfnebli, ktrzy zginli w dziczy, pada pod ciosami broni droww. Teraz, nie wiadomo dlaczego, jeden z tych samych mrocznych elfw podchodzi do wrt ich miasta i dobrowolnie oddaje bro. Gbinowe gnomy zwizay Drizztowi mocno rce na plecach, a czterech stranikw trzymao tu przy nim czubki swych broni, gotowi wbi je przy najmniejszym zagroeniu ze strony Drizzta. Pozostali stranicy wrcili z poszukiwa na schodach, nie dostrzegszy adnych innych droww w okolicy. Przywdca zachowa jednak podejrzliwo i rozmieci strae na strategicznych pozycjach, po czym skin dwm gbinowym gnomom stojcym przy bramie. Masywne wrota rozstpiy si i Drizzt zosta wprowadzony. W tej chwili penej obaw i podniecenia mg tylko ywi nadziej, e pozostawi owc w dzikim Podmroku.

5 Sprzymierzemiec
Nie majc ochoty na przyspieszenie chwili spotkania ze swoj rozgniewan matk, Dinin szed powoli w stron przedsionka kaplicy Domu Do'Urden. Wezwaa go Opiekunka Malice i nie mg odmwi. W korytarzu przy ozdobnych drzwiach spotka Yiern i May, targane podobnymi uczuciami. - O co chodzi? - Dinin spyta siostry bezszelestn mow znakw. - Opiekunka Malice cay dzie siedzi z Briz i Shi'nayne -odpowiedziaa Yierna za pomoc rk. - Planuj kolejn ekspedycj w poszukiwaniu Drizzta - zauway bez przekonania Dinin, poniewa nie mia wtpliwoci, e przydzielono mu miejsce w owych planach. Obydwie kobiety nie przegapiy niechtnej miny brata. - Czy byo a tak strasznie? - spytaa Maya. - Briza nie powiedziaa zbyt wiele. > - Sporo mwi jej odcite palce i zniszczony bicz - wtrcia Yierna umiechajc si paskudnie. Podobnie jak kady z rodzestwa Domu Do'Urden, rwnie ona nie przepadaa zbytnio za najstarsz siostr. Gdy Dinin przypomina sobie spotkanie z Drizztem, na jego twarzy nie pojawi si umiech potwierdzajcy pogldy Yier-ny. - Widziaa mstwo naszego brata, gdy y pord nas -odpar Dinin gestykulujc. - Podczas lat spdzonych poza miastem jego umiejtnoci zwikszyy si dziesiciokrotnie. - Ale jaki on jest? - spytaa Yierna, wyranie zaciekawiona zdolnoci przetrwania Drizzta.

Odkd patrol powrci z wiadomoci, e Drizzt wci yje, Yierna marzya w sekrecie, e bdzie moga znw si z nim zobaczy. Mwiono, e mieli wsplnego ojca, a Yierna czua do Drizzta wicej sympatii, ni to byo wskazane, zwaywszy na uczucia, jakie ywia do niego Malice. Zauwaywszy jej podekscytowan min oraz przypomniawszy sobie upokorzenie, jakiego dozna z rk Drizzta, Dinin skierowa w jej stron peen dezaprobaty grymas. - Nie obawiaj si, droga siostro - powiedzia szybko. - Jeli tym razem Malice wyle w dzicz ciebie, co jak podejrzewam si stanie, zobaczysz w Drizzcie wszystko to, czego oczekujesz, oraz duo wicej! Koczc to stwierdzenie, Dinin klasn domi, by podkreli swj punkt widzenia, po czym przeszed pomidzy obydwiema kobietami, wchodzc przez drzwi do przedsionka. - Wasz brat zapomnia, w jaki sposb si puka - Opiekunka Malice rzeka do Brizy i ShPnayne, ktre stay bo jej bokach. Klczcy przed tronem Rizzen spojrza przez rami na Di-nina. - Nie pozwoliam ci podnie wzroku! - Malice wrzasna na opiekuna. Uderzya pici w porcz wielkiego tronu, a wystraszony Rizzen pad na brzuch. Kolejne sowa Malice niosy w sobie potg czaru. - Czogaj si! - rozkazaa i Rizzen przyczoga si do jej stp. Malice wycigna rk w stron mczyzny, przez cay czas spogldajc na Dinina. Starszy chopiec zauway, o co chodzio jego matce. - Cauj - powiedziaa do Rizzena, ktry pospiesznie zacz skada pocaunki na jej doni. Wsta - Malice wydaa trzeci rozkaz. Rizzen podnis si ju do poowy, gdy opiekunka uderzya go prosto w twarz, wskutek czego znw opad na kamienn posadzk. - Jeli si poruszysz, zabij ci - obiecaa Malice, a Rizzen lea cakowicie nieruchomo, ani troch nie wtpic w jej sowa. Dinin wiedzia, e to przedstawienie byo bardziej przeznaczone dla niego ni dla Rizzena. Nawet nie mrugnwszy, Malice zmierzya go wzrokiem. - Zawiode mnie - rzeka w kocu. Dinin przyj nagan bez sowa, nie mia nawet odetchn, dopki Malice nie odwrcia si raptownie do Brizy. - Ty te! - krzykna Malice. - Byo przy tobie szeciu wyszkolonych wojownikw, a ty, wysoka kapanka, nie moga sprowadzi Drizzta z powrotem do mnie. Briza zacisna i rozlunia osabione palce, ktre za pomoc magii przy wrcia j ej Malice. - Siedmioro przeciwko jednemu - stwierdzia z przeksem Malice - a wy wracacie tu biegiem, przynoszc opowieci o zagadzie! - Ja go dostan, Matko Opiekunko - obiecaa Maya, zajmujc miejsce obok Shi'nayna. Malice spojrzaa na Yiern, lecz druga crka bardziej si wahaa przed wziciem na siebie takiego zadania. - Mwisz odwanie - Dinin rzek do Mayi. Natychmiast spocz na nim niedowierzajcy wzrok Malice, przypominajc mu, e nie do niego naley gos. Briza jednak szybko dokoczya myl Dinina. - Zbyt odwanie - warkna. Malice skierowaa na ni spojrzenie, lecz Briza bya wysok kapank cieszc si ask Lloth i miaa prawo mwi. Nic nie wiesz o naszym modszym bracie -cigna Briza, kierujc sowa w rwnym stopniu do Malice, jak do Mayi. - On jest tylko mczyzn - odwarkna Maya. - Ja bym... - Byaby martwa! - wrzasna Briza. - Wstrzymaj swoje gupie sowa i puste obietnice, najmodsza siostro. W tunelach poza Menzoberranzan Drizzt zabiby ci bez wikszego wysiku. Malice suchaa z uwag. Syszaa ju kilkakrotnie sprawozdanie Brizy ze spotkania z Drizztem i na tyle dobrze znaa odwag i moce swej najstarszej crki, by wiedzie, e Briza mwi prawd. Maya wycofaa si z rozmowy, nie zamierzajc wszczyna zacieklejszego sporu z Briza. - Czy mogaby go pokona? - Malice spytaa Briz. - Teraz, gdy ju lepiej rozumiesz, czym si sta? W odpowiedzi Briza znw rozcigna rann do. Minie kilka tygodni, zanim bdzie moga

znw w peni korzysta z palcw. - A ty? - Malice zapytaa Dinina, biorc gest Brizy za odpowied. Dinin poruszy si niespokojnie, nie wiedzc jak odpowiedzie swej gronej matce. Prawda moga pogorszy jego sytuacj u Malice, lecz gdy skamie, z pewnoci wylduje znw w tunelach, by szuka brata. - Bd ze mn szczery! - rykna Malice. - Czy yczysz sobie kolejnego pocigu za Drizztem, aby mg odzyska moj ask? - Ja... - wyjka Dinin, po czym opuci bezradnie oczy. Zda sobie spraw, e Malice naoya na jego odpowied czar wykrycia. Pozna, jeli bdzie chcia j okama. - Nie - rzek beznamitnie. - Nawet jeli bdzie mnie to kosztowa tw ask, Matko Opiekunko, nie chc znw szuka Drizzta. Maya i Yierna - a nawet Shi'nayne - spojrzay na niego zaskoczone szczeroci odpowiedzi, wierzc, e nic nie moe by gorsze od gniewu matki opiekunki. Briza jednak skina twierdzco gow, poniewa ona rwnie widziaa Drizzta. Malice nie przegapia gestu swej crki. - Prosz o wybaczenie, Matko Opiekunko - cign Dinin, z desperacj starajc si zaagodzi wzbudzone przez siebie ze odczucia. - Widziaem Drizzta w walce. Obezwadni mnie zbyt atwo, w sposb, ktry dotd wydawa mi si niemoliwy. Uczciwie pokona Briz, a nigdy nie widziaem jej poraki! Nie chc znw ciga mojego brata, poniewa obawiam si, e w rezultacie sprowadz jeszcze wikszy gniew na ciebie oraz Dom Do'Urden. - Boisz si? - spytaa chytrze Malice. Dinin przytakn. - Wiem rwnie, e tylko bym ci ponownie rozczarowa, Matko Opiekunko. W tunelach, ktre obra za swj dom, Drizzt jest poza moimi umiejtnociami. Nie jestem w stanie go pokona. - Mog przyj takie tchrzostwo w mczynie - powiedziaa chodno Malice. Dinin nie odpowiedzia, przyj obraz ze stoickim spokojem. - Ale ty jeste wysok kapank Lloth! - Malice wymylaa Brizie. - Z pewnoci zbuntowany mczyzna nie znajduje si poza zasigiem mocy, jakie daa ci Pajcza Krlowa! - Pamitaj o sowach Dinina, moja opiekunko - odpara Briza. - Lloth jest z tob! - krzykna Shi'nayne. - Lecz Drizzt jest poza zasigiem Pajczej Krlowej -odwarkna Briza. - Obawiam si, e Dinin mwi prawd -i dotyczy to nas wszystkich. Nie jestemy w stanie schwyta tam Drizzta. Dzicz Podmroku jest jego domen, a my jestemy tam jedynie obcymi. - Co wic mamy zrobi? - mrukna Maya. Malice wycigna si na tronie i chwycia doni swj spiczasty podbrdek. Uwiadomia Dininowi powag zagroenia, a on mimo to owiadcza, e nie pjdzie dobrowolnie za Drizz-tem. Briza natomiast, ambitna i potna Briza, cieszca si ask Lloth, wrcia bez swego cennego bicza oraz palcw jednej doni. - Jarlaxle i jego banda otrw? - zaproponowaa Yierna, dostrzegajc dylematy swej matki. Bregan D'aerthe przydajnam si od wielu lat. - Przywdca najemnikw nie zgodzi si - odpowiedziaa Malice, poniewa przed laty prbowaa go przekona do tego zadania. - Kady czonek Bregan D'aerthe wykonuje polecenia Jarlaxle, a jego nie skusi nawet cae posiadane przez nas bogactwo. Podejrzewam, e Jarlaxle wykonuje rozkazy Opiekunki Baenre. Drizzt jest naszym problemem i nam Pajcza Krlowa nakazaa rozwiza w problem. - Jeli polecisz mi i, pjd - odezwa si Dinin. - Obawiam si jednak, e ci rozczaruj, Matko Opiekunko. Nie boj si ostrzy Drizzta, ani te samej mierci, jeli j spotkam suc tobie. - Dinin czyta mroczny nastrj swej matki na tyle dobrze, by wiedzie, e nie ma zamiaru wysya go za Drizztem i uzna za rozsdne zaproponowanie czego, co i tak go nic nie kosztowao. - Dzikuj ci, mj synu - umiechna si do niego Malice. Dinin musia powstrzyma wasny umieszek, widzc spogldajce na niego trzy siostry. - Teraz nas opu - cigna protekcjonalnie Malice, kradnc Dininowi chwil szczcia. -Mamy sprawy, ktre nie powinny obchodzi mczyzn.

Dinin ukoni si nisko i ruszy w stron drzwi. Jego siostry zauwayy, z j ak atwoci Malice zabraa mu powd do dumy. - Zapamitam twoje sowa - powiedziaa ze skrzywion min Malice, rozkoszujc si swoj wadz i milczcym aplauzem. Dinin zatrzyma si z doni na klamce ozdobnych drzwi. Pewnego dnia dowiedziesz swej lojalnoci wobec mnie, nie mam co do tego wtpliwoci. Gdy Dinin wychodzi z pomieszczenia, wszystkie pi wysokich kapanek miao si za jego plecami. Lecy na pododze Rizzen znalaz si w do niebezpiecznym dylemacie. Malice odesaa Dinina, mwic wyranie, e mczyni nie majprawa pozosta w komnacie. Mimo to Rizzen nie dosta od Malice pozwolenia, by si poruszy. Opar stopy i palce o kamie, gotw natychmiast si podnie. - Jeszcze tu jeste? - wrzasna na niego Malice. Rizzen rzuci si do drzwi. - Stj! - krzykna Malice, a jej sowa znw byy wzmocnione magicznym zaklciem. Rizzen zatrzyma si raptownie, nie bdc w stanie oprze si czarowi Opiekunki Malice. - Nie pozwoliam ci si ruszy! - krzykna za jego plecami Malice. - Ale... - zacz oponowa Rizzen. - Zabra go! - rozkazaa Malice swym dwm najmodszym crkom, a Yierna i Maya podbiegy i brutalnie chwyciy Rizze-na. - Wtrcie go do celi w lochu - polecia im Malice. - Utrzymajcie go ywym. Przyda si pniej. Yierna i Maya wytaszczyy trzscego si mczyzn z przedsionka. Rizzen nie mia stawia jakiegokolwiek oporu. - Masz plan - powiedziaa Shi'nayne do Malice. Jako Si-Nafay, matka opiekunka Domu Hun'ett, najnowsza Do'Urden nauczya si widzie cel w kadym czynie. Dobrze znaa obowizki matki opiekunki i rozumiaa, e wybuch Malice skierowany na Rizzena, ktry tak naprawd nie zrobi nic zego, by bardziej wyrachowanym zamiarem ni wciekoci. - Zgadzam si z twoim stwierdzeniem - powiedziaa Malice do Brizy. - Drizzt wyszed poza nasz zasig. - Jednake, zgodnie ze sowami samej Opiekunki Baenre, nie moemy zawie - Briza przypomniaa matce. - Twoje miejsce w radzie rzdzcej musi zosta za wszelk cen wzmocnione. -Nie zawiedziemy - Shi'nayne odezwaa si do Brizy, przez cay czas spogldajc na Malice. Gdy Shi'nayne podja wtek, na twarzy Malice pojawi si kolejny, peen przeksu umieszek. Podczas dziesiciu lat wojny z Domem Do'Urden - rzeka - zrozumiaam metody Opiekunki Malice. Twoja matka znajdzie sposb, by schwyta Drizzta. - Przerwaa, dostrzegajc poszerzajcy si umiech swej matki". - Albo te moe ju znalaza sposb? - Zobaczymy - wycedzia Malice, ktrej pewno siebie powikszyo wyznanie szacunku jej dawnej przeciwniczki. - Zobaczymy. *** W wielkiej kaplicy Domu Do'Urden kbio si ponad dwustu szeregowych czonkw rodziny, wymieniajcych pomidzy sob z podekscytowaniem plotki o nadchodzcych wydarzeniach. Ludowi rzadko pozwalano wchodzi do tego witego miejsca, jedynie w czasie najwyszych wit Lloth lub te podczas wsplnej modlitwy przed walk. Teraz jednak nie spodziewali si adnej wojny, a w kalendarzu droww nie przypadaa adna uroczysto. Przez tum szed Dinin Do'Urden, rwnie niespokojny i podekscytowany, usadawiajc mroczne elfy w rzdach siedze otaczajcych koem centralne podwyszenie. Bdc jedynie mczyzn, Dinin nie wemie udziau w ceremonii przy otarzu, a Opiekunka Malice nie zdradzia mu nawet czci swych planw. Z instrukcji, jakie otrzyma, Dinin wnioskowa, e rezultaty dzisiejszych wydarze oka si krytyczne dla przyszoci jego rodziny. By przywdc chru i jego zadaniem bdzie bezustanne chodzenie wrd zgromadzonych, kiedy to bdzie prowadzi lud

w wersach odpowiednich dla Pajczej Krlowej. Dinin czsto odgrywa ju t rol, jednak tym razem Opiekunka Malice ostrzega go, e jeli rozlegnie si cho jeden nieprawidowy gos, ycie Dinina ulegnie zagadzie. Starszego chopca Domu Do'Urden niepokoi jednak jeszcze inny fakt. Zazwyczaj w obowizkach w kaplicy pomaga mu inny szlachcic domu, obecny towarzysz Malice. Rizzena nie widziano od czasu, gdy caa rodzina zebraa si w przedsionku. Dinin podejrzewa, e wadza Rizzena jako opiekuna niebawem dobiegnie tragicznego koca. Nie byo tajemnic, e Opiekunka Malice oddawaa poprzednich towarzyszy Lloth. Gdy wszyscy ju usiedli, w pomieszczeniu rozbyso delikatne czerwone wiato. Iluminacja zwikszaa stopniowo natenie, pozwalajc zgromadzonym mrocznym elfom zmieni sposb widzenia z podczerwieni na zwyczajne wiato. Spod siedzisk zaczy wypywa mgliste opary, zacielajce posadzk i unoszce si w skbionych obokach. Dinin wprowadzi tum w niski pomruk, przyzywajcy Opiekunk Malice. Malice pojawia si u szczytu sklepionego stropu. Miaa rozoone ramiona, a fady jej ozdobionej pajkami czarnej szaty powieway w zakltej bryzie. Opadaa powoli, wykonujc pene obroty, by przyjrze si zgromadzeniu - i pozwoli mu podziwia splendor, jakim bya otoczona ich matka opiekunka. Gdy Malice stana na centralnym podium, pod sufitem pojawiy si Briza i Shi'nayne, opadajce w podobny sposb na d. Wyldoway i zajy swe miejsca: Briza przy pokrytej suknem szafce z boku ofiarnego stou w ksztacie pajka, za Shi'nayne za Opiekunk Malice. Malice klasna domi i pomruk zamar raptownie. Do ycia zbudzio si osiem piecykw otaczajcych rodkowe podwyszenie, a jasno ich pomieni bya mniej bolesna dla czuych oczu droww, gdy byy otoczone oparami czerwonej mgy. - Wejdcie moje crki! - krzykna Malice i wszystkie gowy obrciy si w stron gwnego wejcia do kaplicy. Weszy przez nie Yiema i Maya, cignc pomidzy sob otumanionego, najwyraniej oszoomionego narkotykami Rizzena, za w powietrzu przed nimi unosia si trumna. Dinin, podobnie jak inni, uzna to za do dziwny ukad. Podejrzewa, e Rizzen zostanie powicony, nigdy jednak nie sysza o tym, e na ceremoni przynoszono trumn. Modsze crki Do'Urden podeszy do centralnego podwyszenia i szybko przywizay Rizzena do ofiarnego stou. Shi'nayne przeja dryfujc trumn i poprowadzia j na miejsce znajdujce si po przeciwlegej stronie wzgldem Brizy. - Wezwijcie sug! - krzykna Malice i Dinin natychmiast naprowadzi zgromadzonych na odpowiedni pie. Piece zapony silniej, za Malice i pozostae wysokie kapanki wspieray tum magicznie wzmocnionym gosem, wykrzykujc kluczowe sowa przyzwania. Wtem pojawi si magiczny wiatr, ktry porwa mg w szalony taniec. Ognie omiu piecw wystrzeliy w wysokie supy nad Malice i pozostaymi, czc si ponad centrum okrgej platformy. Piecyki poczyy si we wsplnej eksplozji, wyrzucajc ostatnie pomienie w przyzwanie, po czym wypaliy si, za linie ognia zczyy si w kolumn ognia. Tum westchn, lecz podj zapiew, gdy kolumna przybieraa po kolei wszystkie barwy spektrum, ochadzajc si stopniowo pozbawiona ju pomieni. Na jej miejscu stao obdarzone mackami stworzenie, wysze ni elf drow i przypominajce stopion do poowy wiec z wyduonymi, rozmytymi rysami twarzy. Wszyscy zgromadzeni rozpoznali t istot, cho ledwie garstka z nich widziaa j ju wczeniej, nie liczc ilustracji w kapaskich ksigach. Znali ju powag tego zgromadzenia, poniewa aden drow nie mg zlekceway obecnoci yochlo-la, osobistego sugi Lloth. - Witaj, Sugo - powiedziaa gono Malice. - Twoja obecno sprowadza bogosawiestwo na Daermon N'a'shezbaernon. Yochlol obserwowa przez dug chwil zgromadzonych, zaskoczony, e Dom Do'Urden wystosowa wezwanie. Opiekunka Malice nie cieszya si ask Lloth. Jedynie wysokie kapanki poczuy telepatyczne pytanie. -Dlaczego omieliycie si mnie wezwa? - Aby naprawi nasze uczynki! - wykrzykna gono Malice, wywoujc u wszystkich

zgromadzonych napicie. - Aby odzyska ask twojej Pani, ask, ktra jest jedynym celem naszego istnienia! - Malice spojrzaa wymownie na Dinina, ktry zacz odpowiedni pie, pean najbardziej chwalcy Pajcz Krlow. -Jestem uradowany tym, co mi pokazaa, Opiekunko Malice - dobiegy myli yochlola, tym razem skierowane wycznie do Malice. - Wiesz jednak, e to zgromadzenie nie poprawia twojej niekorzystnej sytuacji! - To zaledwie pocztek - odpowiedziaa mentalnie Malice, przekonana, e suga jest w stanie czyta kad jej myl. Opiekunka pokrzepia si t wiedz, poniewa wierzya, i jej pragnienie odzyskania aski Lloth byo szczere. - Mj najmodszy syn rozgniewa Pajcz Krlow. Musi zapaci za swoje uczynki. Pozostae wysokie kapanki, wyczone z telepatycznej konwersacji, przyczyy si do pieni do Lloth. - Drizzt Do 'Urden yje - yochlol przypomnia Malice. -I nie znajduje si w twojej niewoli. - To si wkrtce zmieni - obiecaa Malice. - Czego ode mnie chcesz? - Zin-carla! - krzykna dononie Malice. Yochlol zachwia si do tyu, oszoomiony przez chwil miaoci tej proby. Malice staa pewnie, przekonana, e jej plan nie zawiedzie. Zgromadzone wok niej kapanki wstrzymay oddech, w peni zdajc sobie spraw, e moe je czeka teraz zwycistwo lub tragedia. - To nasz najwikszy dar - dobiegy myli yochlola - dawany tylko opiekunkom cieszcym si lask Lloth. Ty za, ktra nie radujesz Lloth, omielasz si prosi o Zin-carla? - Tak jest slusznie - odpara Malice. Nastpnie gono, potrzebujc wsparcia swej rodziny, krzykna - Niech mj najmodszy syn pozna niestosowno swych czynw oraz potg przeciwnikw, jakich sobie stworzy. Niech mj syn dowiadczy przeraajcej chway odsonitej Lloth, tak aby pad na kolana i baga o przebaczenie! - Malice powrcia do komunikacji telepatycznej. - Dopiero wtedy duch-widmo wbije mu miecz w serce! Oczy yochlola stay si matowe, gdy stworzenie zagbio si w sobie, szukajc porady na swym ojczystym planie egzystencji. Wiele minut - bolesnych minut dla Opiekunki Malice i milczcego tumu - mino, zanim myli yochlola powrciy. - Czy masz ciao? Malice skina w stron Mayi i Yierny, ktre podeszy do trumny i zdjy kamienne wieko. Dinin zrozumia, e skrzynia nie zostaa przyniesiona dla Rizzena, bya ju zajta. Wyszed z niej oywiony trup i chwiejc si stan u boku Malice. Znajdowa si w stanie gbokiego rozkadu i jego rysy cakowicie ju znikny, jednake Dinin i wikszo zgromadzonych w kaplicy osb rozpoznao go natychmiast: by to Zaknafein Do'Urden, legendarny fechmistrz. - Czy Zin-carla - spyta yochlol - ma polega na tym, e fechmistrz ktrego ofiarowaa Pajczej Krlowej, naprawi przewinienia twego najmodszego syna? - Tak bdzie w porzdku - odpara Malice. Wyczuwaa, e yochlol jest zadowolony, tak jak si spodziewaa. Zaknafein, nauczyciel Drizzta, pomg wzbudzi bluniercze nawyki, ktre zniszczyy Drizzta. Lloth, krlowa chaosu, uwielbiaa ironi, tak wic bez wtpienia ucieszy j fakt, i ten sam Zaknafein posuy za kata. - Zin-carla wymaga wielkiej ofiary - dobiego danie yochlola. Stworzenie spojrzao na st w ksztacie pajka, gdzie lea niewiadomy swej sytuacji Rizzen. Gdyby yo-chlol by w stanie to zrobi, z pewnoci zmarszczyby brwi na widok tak aosnej ofiary. Stworzenie odwrcio si nastpnie z powrotem do Opiekunki Maice i odczytao jej myli. - Kontynuuj - poleci yochlol, stajc si nagle bardzo zainteresowany. Maice uniosa rce, zaczynajc kolejn pie do Lloth. Skina Shi'nayne, ktra podesza do szafki i wzia ceremonialny sztylet, najcenniejsz bro, jaka znajdowaa si w posiadaniu Domu Do'Urden. Briza poruszya si niespokojnie widzc, jak jej najnowsza siostra" chwyta przedmiot, ktrego rkoje bya w ksztacie pajka, z ktrego wyrastao osiem ostrzy w ksztacie ng. Od stuleci do Brizy naleao wbijanie ceremonialnego sztyletu w serca darw dla Pajczej Krlowej. Shi'nayne bysna umiechem do najstarszej crki i odesza, wyczuwajc wcieko Brizy. Doczya do Maice stojcej przy stole obok Rizzena i umiecia sztylet nad sercem skazanego na

zgub opiekuna. Malice chwyciajza rce, by j zatrzyma. - Tym razem ja musz to zrobi - wyjania, ku niedowierzaniu Shi'nayne. Shi'nayne spojrzaa przez rami i ujrzaa Briz odwzajemniajc umiech z dziesiciokrotnie wiksz si. Maice zaczekaa, a pie si skoczy, a zgromadzeni ucichn cakowicie, gdy opiekunka rozpocznie odpowiedni zapiew. - Takken Bres duis bres - zacza, zaciskajc obydwie donie na rkojeci mierciononego przedmiotu. Chwil pniej Maice niemal zakoczya pie i uniosa sztylet w gr. Cay dom zamar w napiciu, oczekujc na moment ekstazy, na ofiar dla przesiknitej zem Pajczej Krlowej. Sztylet opad w d, lecz Malice skrcia nim raptownie w bok i skierowaa w serce Shi'nayne, Opiekunki SiNafay Hun'ett, swej najbardziej znienawidzonej rywalki. - Nie! - westchna SiNafay, lecz byo ju za pno. Osiem ostrzy-ng zatopio si w jej sercu. SiNafay prbowaa mwi, rzuci na siebie czar leczenia lub kltw na Malice, lecz z jej ust wydobya si jedynie krew. Chwytajc ostatnie yki powietrza pada na Rizzena. Cay dom wybuch wrzaskami zdziwienia i radoci, gdy Malice wyrwaa z SiNafay Hun'ett sztylet, a wraz z nim serce swej przeciwniczki. - Podstp! - wrzasna ponad rozgardiaszem Briza, poniewa nawet ona nie znaa planw Malice. Briza znw bya najstarsz crk Domu Do'Urden, znw cieszya si szacunkiem, za ktrym tak tsknia. - Podstp! - powtrzy w mylach Malice yochlol. - Wiedz, e jestemy zadowoleni! Obok przeraajcej sceny oywiony trup pad bezwadnie na posadzk. Malice spojrzaa na sug i zrozumiaa. - Pocie Zaknafeina na stole! Szybko! - polecia najmodszym crkom. Spiesznie zdjy Rizzena oraz SiNafay i pooyy ciao Zaknafeina. Malice spojrzaa na yochlola. - Zin-carla? - spytaa gono. - Nie odzyskaa aski Lloth! - dobiega telepatyczna odpowied, tak potna, e Malice pada na kolana. Chwycia si za gow, ktra niemal pkaa z powodu narastajcego cinienia. Bl stopniowo osab. - Wszelako zadowolia dzisiaj Pajcz Krlow, Malice Do 'Urden wyjani yochlol. - Zostao uznane, e twoje plany wzgldem blunierczego syna s suszne. Zincarla zostaa ci dana, wiedz jednak, e to twoja ostatnia szansa, Opiekuna Malice Do'Urden! W najwikszych koszmarach nie moesz sobie wyobrazi konsekwencji poraki! Yochlol znikn w wybuchu ognia, ktry zatrzs ca kaplic Domu Do'Urden. Zgromadzeni wpadli w jeszcze wikszy sza wywoany moc zej bogini, a Dinin poprowadzi ich w pieni chwalcej Lloth. - Dziesi tygodni! - dobieg ostatni krzyk sugi, gos tak potny, e nawet pomniejsze drowy zakryy uszy i pady na posadzk. Tak wic przez dziesi tygodni, przez siedemdziesit cykli Narbondel, wszyscy czonkowie Domu Do'Urden zbierali si w wielkiej kaplicy. Dinin i Rizzen prowadzili tum w pieniach ku Pajczej Krlowej, za Malice i jej crki pracoway nad zwokami Zaknafeina za pomoc magicznych maci oraz potnych czarw. Oywienie ciaa byo prostym czarem, lecz Zin-carla wykraczaa dalece ponad to. Duchwidmo, jak bdzie si nazywa niemartwy rezultat zaklcia, to bdzie zombie nasczony umiejtnociami z poprzedniego ycia i kontrolowany przez matk opiekunk wskazan przez Lloth. By to najcenniejszy z darw Lloth, o ktry rzadko si prosio, a jeszcze rzadziej otrzymywao, poniewa Zin-carla - powrt duszy do ciaa - bya niezwykle ryzykowna. Jedynie za pomoc siy woli rzucajcej zaklcie kapanki mona byo oddzieli podane umiejtnoci niemartwej istoty od niechcianych wspomnie i uczu. Granica pomidzy wiadomoci a kontrol bya niezwykle cienka, nawet zwaywszy na umysow dyscyplin wymagan od wysokiej kapanki. Co wicej, Lloth udzielaa Zin-carli tylko na potrzeby okrelonego zadania, a zejcie z tej cienkiej cieki dyscypliny nieuchronnie prowadzio do poraki. Lloth nie bya litociwa dla tych, ktrzy ponieli porak.

6 Blingdenstone
Blingdenstone rnio si od wszystkiego, co Drizzt kiedykolwiek widzia. Gdy stranicy svirfnebli przeprowadzili go przez ogromne kamienno-elazne wrota, oczekiwa widoku przypominaj cego Menzoberranzan, cho na mniejsz skal. Jego wyobraenia nie mogy by dalsze od prawdy. Podczas gdy Menzoberranzan rozcigao si w pojedynczej, ogromnej grocie, Blindenstone skadao si z szeregu jaski poczonych niskimi tunelami. Najwiksza jaskinia kompleksu, tu poza elaznymi drzwiami, bya pierwsz czci, do ktrej wszed Drizzt. Stacjonoway tu strae miejskie, za cae pomieszczenie zostao uksztatowane i zaprojektowane wycznie dla celw obronnych. Tuzin kondygnacji poczony by ze sob dwa razy wiksz liczb wskich schodw, tak wic cho napastnik mg si znajdowa zaledwie kilka krokw od obrocy, musia zej kilka poziomw niej i znw si wdrapa, by mc uderzy. cieki obramowane byy niskimi ciankami ze znakomicie dopasowanych kamieni oraz splatay si z wyszymi, grubszymi cianami, ktre mogy przez niezwykle dugi okres czasu zatrzyma atakujc armi w odkrytych czciach pomieszczenia. Dziesitki svirfnebli rzuciy si ze swoich posterunkw, by potwierdzi zasyszane plotki o elfie drowie, ktry zosta przeprowadzony przez drzwi. Spogldali na Drizzta z kadego zaktka i nie mg by pewien, czy ich twarze wyraay ciekawo, czy te zo. W kadym razie, gbinowe gnomy byy z pewnoci przygotowane na wszystko, co mg zrobi - kady z nich ciska ostrza do rzucania lub cik kusz, zaadowan do strzau. Svirfnebli poprowadzili Drizzta przez jaskini, w rwnym stopniu pod gr, jak i w d, zawsze wytyczonymi ciekami oraz w pobliu innych stranikw. Szlak zakrca i opada, wznosi si raptownie i zawraca wielokrotnie, a Drizzt mg utrzymywa wyczucie kierunku jedynie spogldajc na strop, ktry by widoczny nawet z najniszych czci pomieszczenia. Drow rozweseli si, cho nie mia pokaza umiechu, pomyla bowiem, e nawet gdyby nie byo tu

onierzy gbinowych gnomw, najedcza armia spdziaby dugie godziny, starajc si odnale drog przez t jedn grot. Doszedszy do koca niskiego i wskiego korytarza, gdzie gbinowe gnomy musiay i gsiego, za Drizzt schyla si przy kadym kroku, grupa wesza do waciwego miasta. Pomieszczenie to byo szersze od pierwszej komnaty, lecz ani troch nie dorwnywao mu dugoci, byo ono rwnie podzielone na kilka kondygnacji. ciany po obydwu stronach byy usiane tuzinami wej do jaski, a w kilku miejscach pon ogie, co byo rzadkim widokiem w Podmroku, poniewa nieatwo byo znale drewno. Blingdenstone byo jasne i ciepe jak na standardy Podmroku, lecz to nie pozbawiao je przytulnoci. Drizzt uspokoi si troch, pomimo swojej w oczywisty sposb niekorzystnej sytuacji, gdy ujrza, jak znajdujcy si wok niego svirfhebli zajmuj si swymi zwykymi sprawami. Paday na niego zaciekawione spojrzenia, lecz nie zostaway na dugo, poniewa gbinowe gnomy z Blingdenstone byy zbyt zapracowane, by mc sobie pozwoli na bezczynne obserwowanie. Drizzt by znw prowadzony wyranie wytyczonymi ciekami. W samym miecie nie byy ju one takie krte i uciliwe jak w jaskini przy wejciu. Cigny si gadko i prosto, prowadzc najwyraniej do wielkiego, pooonego na rodku kamiennego budynku. Przywdca eskortujcej Drizzta grupy wyszed do przodu, by porozmawia z dwoma dziercymi kilofy stranikami, stojcymi przy owej budowli. Jeden ze stranikw znikn w rodku, za drugi przytrzyma elazne drzwi, gdy wchodzi przez nie patrol wraz z winiem. Po raz pierwszy, odkd weszli do miasta, svirfnebli poruszali si z popiechem, poprowadzili Drizzta poprzez szereg krtych korytarzy, koczcych si w okrgej komnacie o rednicy nie wikszej ni dwa i p metra oraz z nieprzyjemnie niskim stropem. Pomieszczenie byo puste, nie liczc kamiennego fotela. Drizzt zrozumia jego natur, gdy zosta na nim umieszczony. Wbudowano w nie elazne kajdany, tak wic Drizzt zosta do niego dokadnie przymocowany. Svirfhebli nie byli zbyt uprzejmi, lecz gdy Drizzt poruszy si niespokojnie, poniewa acuch wok jego talii ciska go zbyt mocno, jeden z gbinowych gnomw szybko go rozluni i znw zablokowa. Zostawili Drizzta samego w ciemnym i pustym pomieszczeniu. Kamienne drzwi zamkny si z guchym, ostatecznym hukiem, a Drizzt nie by w stanie dosysze adnego dochodzcego zza nich dwiku. Godziny mijay. Drizzt napi minie, szukajc sabego ogniwa w ciasnych kajdanach. Dopiero bl wywoany elazem wbijajcym mu si w nadgarstek uwiadomi mu, co robi. Znw stawa si owc, robi wszystko, by przetrwa, pragn jedynie ucieczki. - Nie! - wrzasn Drizzt. Napi wszystkie minie i zmusi je do ulegoci wobec racjonalnego mylenia. Czy owca ju tak wiele zyska? Drizzt przyszed tu dobrowolnie, a jak na razie powitanie przebiegao lepiej ni oczekiwa. Nie bya to chwila na dziaania podyktowane desperacj, lecz czy owca by na tyle silny, by przeama nawet racjonalne decyzje Drizzta? Drizzt nie mia czasu, by odpowiedzie na te pytania, poniewa sekund, pniej kamienne wrota otworzyy si z hukiem i do rodka wesza grupa siedmiu starszych svirfhebli - sdzc po niezwykej liczbie zmarszczek przecinajcych ich twarze -ktrzy nastpnie stanli wachlarzem wok kamiennego fotela. Drizzt zauway, e czonkowie tej grupy musz by wanymi osobnikami, bowiem stranicy byli odziani w skrzane kurtki pokryte piercieniami z mithrilu, za ci nosili szaty z doskonaego materiau. Zaczli przyglda si bliej Drizztowi i rozmawia w swym niezrozumiaym jzyku. Jeden ze svirfhebli podnis insygnia domu Drizzta, ktre zostay wycignite z sakwy, i spyta - Menzoberranzan? Drizzt przytakn w stopniu, na jaki pozwalaa mu obrcz na szyi, pragnc uzyska jak ni porozumienia z przybyszami. Gbinowe gnomy miay jednak inne zamiary. Powrciy do prywatnej - a teraz prowadzonej w jeszcze bardziej podekscytowany sposb - rozmowy. Trwaa ona przez wiele minut i z tonu gosu Drizzt by w stanie wywnioskowa, e niektrzy ze svirfhebli nie byli zbyt zadowoleni, majc za winia mrocznego elfa z miasta swoich najbliszych i najbardziej znienawidzonych wrogw. Syszc ich gniewn intonacj, Drizzt niemal

oczekiwa, a j eden z nich obrci si w pewnym momencie i podernie mu gardo. Oczywicie nie stao si tak, poniewa gbinowe gnomy nie byy ani popdliwymi, ani okrutnymi stworzeniami. Jeden z nich odwrci si od pozostaych i spojrza Drizztowi prosto w twarz. Odezwa si urywanym, lecz niewtpliwie drowim jzykiem - Na kamienie, mroczny elfie, dlaczego przyszede? Drizzt nie wiedzia, jak odpowiedzie na to proste pytanie. Jak mg wyjani sw samotno w Podmroku? Lub te decyzje o porzuceniu swego przesiknitego zem ludu i ycia zgodnie z wasnymi zasadami? - Przyjaciel - odrzek, po czym poruszy si niespokojnie, uwaajc sw odpowied za absurdaln i nieodpowiedni. Svirfhebli najwyraniej pomyla jednak inaczej. Podrapa si w bezwosy podbrdek i gboko zastanowi si nad odpowiedzi. - Ty... ty przyszede do nas z Menzoberranzan? - spyta, a jego orli nos marszczy si z kadym wypowiadanym sowem. - Tak - odpar Drizzt, nabierajc pewnoci siebie. Gbinowy gnom zakoysa gow, czekajc a Drizzt rozwinie myl. - Opuciem Menzoberranzan wiele lat temu - prbowa wyjani Drizzt. Wpatrywa si w przeszo, przypominajc sobie ycie, ktre opuci. - Nigdy nie byo moim domem. - Ach, ale ty kamiesz, mroczny elfie! - wrzasn svirfnebli, trzymajc emblemat domu Do'Urden, nie dostrzegszy osobistego znaczenia sw Drizzta. - yem przez wiele lat w miecie droww - odpowiedzia drow szybko. - Jestem Drizzt Do'Urden, niegdy drugi chopiec Domu Do'Urden. - Spojrza na trzymany emblemat, ozdobiony insygniami jego rodziny, i sprbowa wyjani - Daer-mon N'a'shezbaernon. Gbinowy gnom odwrci si do swych towarzyszy, ktrzy zaczli mwi jednoczenie. Jeden z nich kiwa z podnieceniem gow, najwyraniej rozpoznajc pradawn nazw domu droww, co zdumiao Drizzta. Gbinowy gnom, ktry wypytywa Drizzta, zacz uderza palcami w pomarszczone wargi, wywoujc w ten sposb dranice dwiki, rozmylajc jednoczenie nad dalszym kierunkiem przesuchania. - Wedug naszych informacji Dom Do'Urden wci trwa - zauway niedbale, obserwujc reakcj Drizzta. Gdy ten nie odpowiedzia od razu, gnom warkn oskarajce - Nie jeste renegatem! Skd svirfnebli mg to wiedzie? - Jestem renegatem z wyboru... - zacz wyjania Drizzt. - Ach, mroczny elfie - odpar gbinowy gnom, wracajc do spokojnego tonu. - Jeste tutaj z wyboru, w to mog uwierzy. Jednak renegat? Na kamienie, mroczny elfie - twarz gnoma wykrzywia si nagle w przeraajcy sposb -jeste szpiegiem! - Nastpnie twarz jego znw si uspokoia. Drizzt spojrza na niego badawczo. Czy ten svirfhebli by wyszkolony w tak gwatownych zmianach zachowania, majcych winia zbija z tropu? Czy te taka nieprzewidywalno bya normalna dla jego rasy? Drizzt walczy przez chwil z t myl, prbujc przypomnie sobie poprzednie spotkanie z gbinowymi gnomami. Wtedy jednak gnom sign do niemoliwie gbokiej kieszeni swej obszernej szaty i wycign znajom figurk. - Powiedz mi, powiedz mi prawd mroczny elfie, i oszczd sobie wielkiego cierpienia. Co to jest? - spyta cicho gbinowy gnom. Drizzt poczu, jak jego minie znw si napinaj. owca chcia przyzwa Guenhwyvar, sprowadzi panter, by moga rozedrze tych starych, pomarszczonych svirfhebli na strzpy. Jeden z nich mg mie klucz do acuchw Drizzta - wtedy byby wolny... Drizzt odrzuci od siebie te myli i wygna owc z umysu. Wiedzia, w jak trudnej sytuacji si znajduje, zdawa sobie z tego spraw od chwili, kiedy zdecydowa si przyj do Blingdenstone. Jeli svirfnebli naprawd uwaaliby go za szpiega, z pewnoci ju by si go pozbyli. Nawet gdyby nie byli do koca przekonani o jego zamiarach, czy odwayliby si trzyma go przy yciu? - Gupot byo tu przychodzi - wyszepta pod nosem Drizzt, zdajc sobie spraw z dylematu, jaki naoy na siebie i na gbinowe gnomy. owca stara si wrci do jego myli. Jedno sowo i pantera si pojawi.

-Nie! - krzykn drugi raz tego dnia Drizzt, odrzucajc swoj mroczniejsz cz. Gbinowe gnomy odskoczyy do tyu, obawiajc si, e drow rzuca czar. O pier Drizzta musna strzaka, wyzwalajc w momencie uderzenia obok gazu. Drizzt omdla, gdy opary wypeniy mu nozdrza. Sysza jak svirfhebli krztaj si wok niego, rozwaajc nad jego losem w swym dziwnym, obcym jzyku. Ujrza jak sylwetka jednego z nich, zaledwie cie, zblia si do niego i chwyta go za palce, sprawdzajc donie w poszukiwaniu magicznych komponentw. Gdy myli i pole widzenia Drizzta w kocu si rozjaniy, wszystko byo tak jak przedtem. Przed jego oczyma pojawia si onyksowa figurka. - Co to jest? - spyta go znw ten sam gbinowy gnom, tym razem bardziej stanowczo. - Przyjacika - wyszepta Drizzt. - Moja jedyna przyjacika. - Przez nastpn chwil Drizzt rozmyla nad kolejnymi krokami. Naprawd nie mg wini svirfnebli za to, e mogli go zabi, a Guenhwyvar byaby tylko statuetk ozdabiajc ubir jakiego niewiadomego gnoma. - Nazywa si Guenhwyvar - Drizzt wyjani gnomowi. -Wezwij panter i ona przybdzie, jako sojuszniczka i przyjacika. Pilnuj tej figurki, jest bardzo cenna i potna. Svirfhebli spojrza na statuetk, a nastpnie z powrotem na Drizzta, z zaciekawieniem i ostronoci. Poda figurk jednemu ze swoich towarzyszy, po czym odprawi go wraz z ni z pomieszczenia, nie ufajc drowowi. Jeli mroczny elf mwi prawd, a gbinowy gnom w to nie wtpi, Drizzt ujawni im wanie sekrety niezwykle cennego magicznego przedmiotu. Jeszcze dziwniejsze byo to, e jeli Drizzt mwi szczerze, odrzuci wanie jedyn szans ucieczki. Svirfhebli y od niemal dwch stuleci i zna zwyczaje mrocznych elfw tak dobrze, jak wasnego ludu. Gdy drow zachowywa si w sposb nieprzewidywalny, jak robi to ten, bardzo niepokoio to svirfhebli. Mroczne elfy zasuyy sobie na reputacj okrutnych i zych, wic gdy jaki drow postpowa w zgodzie z owym wzorcem, mona byo potraktowa go w sposb skuteczny i bez wyrzutw sumienia. Co jednak miay zrobi gbinowe gnomy z drowem, ktry okazywa zupenie nieoczekiwane zasady moralne? Svirfhebli powrcili do swej prywatnej rozmowy, cakowicie ignorujc Drizzta. Nastpnie wyszli, oprcz tego, ktry wada mow mrocznych elfw. - Co zrobicie? - omieli si spyta Drizzt. - Wyrok naley tylko do krla - odpowiedzia trzewo gbinowy gnom. - Rozstrzygnie twj los najpewniej za kilka dni, w oparciu o spostrzeenia swego ciaa doradczego, grupy ktr poznae. - Gnom skoni si nisko, po czym podnoszc si spojrza Drizztowi prosto w oczy i rzek bezceremonialnie - Podejrzewam, mroczny elfie, e zostaniesz stracony. Drizzt przytakn, godzc si z rozumowaniem, ktre doprowadzi do jego mierci. - Sdz jednak, e jeste inny, mroczny elfie - cign gbinowy gnom. - Podejrzewam rwnie, e zasugeruj agodno, a przynajmniej lito w egzekucji. - Wzruszywszy szybko swymi szerokimi ramionami, svirfnebli obrci si i skierowa do drzwi. Ton gosu gbinowego gnoma obudzi w Drizzcie znajom nut. Inny svirfnebli mwi do Drizzta w podobny sposb, uderzajco podobnymi sowy, wiele lat wczeniej. - Zaczekaj - zawoa Drizzt. Svirfnebli zatrzyma si i obrci, a Drizzt walczy z mylami, starajc si przypomnie sobie imi gbinowego gnoma, ktrego wtedy ocali. - O co chodzi? - spyta svirfnebli, stajc si niecierpliwy. - Gbinowy gnom - wyjka Drizzt. - Z twojego miasta, jak przypuszczam. Tak, na pewno. - Znasz jednego z mojego ludu, mroczny elfie? - naciska svirfnebli, podszedszy z powrotem do kamiennego fotela. -Nazwij go. - Nie wiem - odpowiedzia Drizzt. - Wiele lat temu, moe dziesi, byem czonkiem wyprawy owieckiej. Walczylimy z grup svirfnebli, ktra zapucia si na nasz teren. -Wzdrygn si widzc, jak gbinowy gnom marszczy brwi, lecz cign dalej, wiedzc e jedyny svirfnebli, jaki ocala z tego spotkania, moe by jego ostatni nadziej. - Jeden z gbinowych gnomw przey, jak przypuszczam, i wrci do Blingdenstone. - Jak si nazywa ten ocalay? - spyta ze zoci svirfhebli, krzyujc ramiona na piersi i tupic cikim buciorem w kamienn podog.

- Nie pamitam - przyzna Drizzt. - Dlaczego mi o tym mwisz? - warkn svirfhebli. - Sdziem, e jeste inny ni... - Straci donie w bitwie - cign uparcie Drizzt. - Prosz, musisz go zna. - Belwar? - odpar niemal natychmiast svirfhebli. Imi to wywoao w Drizzcie jeszcze wicej wspomnie. - Belwar Dissengulp - wyrzuci z siebie Drizzt. - A wic on yje! Moe pamita... - Nigdy nie zapomni o tym strasznym dniu, mroczny elfie -oznajmi przez zacinite zby svirmebli, a jego gos balansowa na skraju zoci. - Nikt z Blingdenstone nigdy nie zapomni o tym strasznym dniu! - Przyprowad go. Przyprowad Belwara Dissengulpa - baga Drizzt. Gbinowy gnom wyszed z pomieszczenia, potrzsajc gow nad kolejnym nietypowym zachowaniem mrocznego elfa. Kamienne drzwi zamkny si z hukiem, pozostawiajc Drizzta samego, by rozmyla nad swoj miertelnoci i odpycha na bok nadzieje, w ktre nie mia wierzy. *** - Mylae, e pozwol ci ode mnie odej? - Malice mwia wanie do Rizzena, gdy Dinin wszed do przedsionka kaplicy. - To by podstp majcy upi podejrzenia SiNafay Hun'ett. - Dzikuj ci, Matko Opiekunko - odpowiedzia ze szczer ulg Rizzen. Pochylajc si w ukonie przy kadym kroku, odszed od tronu Malice. Malice rozejrzaa si po zgromadzonej rodzinie. - Okres mozou si zakoczy - obwiecia. Zin-carla jest zakoczona! Dinin zacisn rce w oczekiwaniu. Jedynie kobiety z rodziny widziay owoc swojej pracy. Na dany przez Malice znak Yierna podesza do zasony z boku pomieszczenia i cigna j. Sta tam Zaknafein, fechmistrz, nie by ju jednak gnijcym trupem, okazywa po sobie witalno, jak posiada za ycia. Dinin zakoysa si na pitach, gdy fechmistrz wystpi do przodu, by stan przed Malice. - Jeste rwnie przystojny jak zawsze, mj drogi Zaknafei-nie - Malice wycedzia do duchawidma. Niemartwa istota nie odpowiedziaa. - I bardziej posuszny - dodaa Briza, wywoujc chichot u wszystkich kobiet. - To... on... pjdzie za Drizztem? - omieli si spyta Dinin, cho doskonale wiedzia, e nie mia prawa gosu. Malice i pozostae kapanki byy jednak zbyt zaabsorbowane widokiem Zaknafeina, by kara starszego chopca za nieposuszestwo. - Zaknafein wymierzy kar, ktrej twj brat tak bardzo pragnie - obiecaa Malice, a oczy rozjaniy jej si na t myl. - Poczekajcie jednak - odezwaa si niemiao Malice, przenoszc wzrok z ducha-widma na Rizzena. - Jest zbyt adny, by wzbudzi strach w moim bezczelnym synu. - Pozostali wymienili zmieszane spojrzenia, zastanawiajc si, czy Malice chce jeszcze bardziej przeprosi Rizzena za trudy, przez jakie musia przej. - Chod, mj mu - Malice rzeka do Rizzena. - We swoje ostrze i oznacz nim twarz twego martwego rywala. Poczujesz si lepiej, a Drizzt odczuje strach, gdy spojrzy na swego starego nauczyciela! Rizzen z pocztku porusza si z wahaniem, potem jednak nabra pewnoci siebie, zbliajc si do ducha-widma. Zakna-fein sta cakowicie nieruchomo, nie oddychajc i nie mrugajc, wydawa si niewiadomy swego otoczenia. Rizzen pooy do na mieczu, spogldajc na Malice, by uzyska ostateczne potwierdzenie. Malice przytakna. Rizzen z umiechem wycign miecz z pochwy i wymierzy nim w twarz Zaknafeina. Nie trafi jednak. Szybciej ni mona byo nady wzrokiem, duch-widmo rzuci si do dziaania. Pojawiy si dwa miecze, ktre z doskona precyzj zaczy opada i krzyowa si. Z rki Rizzena wypada

bro i zanim jeszcze zgubiony opiekun Domu Do'Urden zdoa zaprotestowa, jeden z mieczy Zaknafeina przeci mu gardo, a drugi wbi si w serce. Rizzen by martwy, zanim upad na podog, lecz duch-widmo nie skoczy z nim tak szybko i czysto. Bro Zaknafeina kontynuowaa szturm, wbijajc si w ciao Rizzena tuzin razy, zanim w kocu Malice, zadowolona z widoku, kazaa mu skoczy. - Znudzi mi si - Malice wyjania niedowierzajcym spojrzeniom dzieci. - Wybraam ju spord ludu innego opiekuna. Jednake to nie mier Rizzena wywoaa podziw dzieci Malice - nie dbali o adnego z mczyzn, ktrych ich matka wybieraa na opiekuna domu, poniewa byo to zawsze tymczasowe stanowisko. Stracili oddech widzc szybko i umiejtnoci ducha-widma. - Rwnie dobry jak za ycia - zauway Dinin. - Lepszy! - odpara Malice. - Zaknafein jest tym wszystkim, czym by jako wojownik, a teraz umiejtnoci walki zajmuj kad jego myl. Nie dostrzega nic, co mogoby go sprowadzi z wybranej drogi. Spjrzcie na niego, moje dzieci, to Zin-carla, dar Lloth. - Odwrcia si w stron Dinina i paskudnie si umiechna. - Nie zbli si do tej istoty - wydysza Dinin, przypuszczajc, e jego makabryczna matka pragnie drugiego przedstawienia. Malice zamiaa si z niego. - Nie obawiaj si, starszy chopcze. Nie mam powodw, by ci skrzywdzi. Dinin nie rozluni si zbytnio, syszc te sowa. Malice nie potrzebowaa dowodw, a pocite ciao Rizzena dobitnie potwierdzao ten fakt. - Wyprowadzisz ducha-widmo na zewntrz - powiedziaa Malice. - Na zewntrz? - powtrzy z wahaniem Dinin. - W region gdzie napotkalicie swego brata - wyjania Malice. - Mam zosta przy tej istocie? - wysapa Dinin. - Wyprowad go i zostaw - odpowiedziaa Malice. - Zaknafein wie, co jest jego zwierzyn. Zosta nasczony czarami, ktre pomog mu w polowaniu. Stojca z boku Briza wygldaa na zatroskan. - O co chodzi? - spytaa Malice, widzc jej zmarszczone brwi. - Nie kwestionuj potgi ducha-widma ani magii, jak w nim umiecia - zacza z wahaniem Briza, wiedzc, e Malice nie przyjmie do wiadomoci niczego, co wie si z tjake wan kwesti. - Wci obawiasz si swego najmodszego brata? - spytaa j Malice. Briza nie wiedziaa, jak odpowiedzie. - Porzu swoje obawy, niewane za jak istotne je uwaasz -powiedziaa spokojnie Malice. Posuchajcie wszyscy. Zaknafein jest darem naszej krlowej. Nic w Podmroku go nie powstrzyma! - Spojrzaa na niemartwego potwora. - Nie zawiedziesz mnie, prawda mj fechmistrzu? Zaknafein sta beznamitnie, schowawszy zakrwawione miecze do pochew i wycignwszy rce wzdu bokw. Rzeba, jak mogoby si wydawa, nieywa. Kady jednak, kto uwaa Zaknafeina za nie oywionego, musia tylko skierowa wzrok pod stopy ducha-widma, na rozsiekan stert, ktra kiedy bya opiekunem Domu Do'Urden.

Cz 2 Belwar
Przyja: sowo to ma niezwykle rne znaczenie wrd rozmaitych ras i kultur, zarwno w Podmroku, jak i na powierzchni Krain. W Menzoberranzan przyja rodzi si zazwyczaj w wyniku wsplnych korzyci. Jeli obydwie strony s za podtrzymywaniem takiego ukadu, pozostaje on bezpieczny. Lojalno nie jest jednak osi, wok ktrej obraca si ycie dro-ww, tak wic w chwili, gdy jeden z przyjaci uznaje, e zdobdzie wicej bez drugiego, wtedy ukad - i najczciej rwnie ycie tego drugiego - szybko dobiega koca. Niewielu miaem przyjaci w yciu i podejrzewam, e nawet gdybym y tysic lat, tak by pozostao. Nie ma si jednak co uala nad tym faktem, poniewa ci, ktrzy nazywali mnie przyjacielem, byli zawsze osobami obdarzonymi wspaniaym charakterem i wzbogacali moje ycie, dajc mu warto. Pierwszym by Zaknafein, mj ojciec i nauczyciel, ktry pokaza mi, e nie jestem sam, e mam racj, trzymajc si swoich przekona. Zaknafein mnie ocali, zarwno przed ostrzem, jak i przez chaotyczn, z, fanatyczn religi, ktra jest przeklestwem mego ludu. Mimo to byem nie mniej zagubiony, gdy w moje ycie wkroczy pozbawiony rk gnom, svirfnebli ktrego ocaliem przed pewn mierci, wiele lat wczeniej, ktra miaa nadej z bezlitosnego ostrza mego brata Dinina. Mj uczynek zosta w peni spacony, poniewa gdy svirfnebli i ja znw si spotkalimy, tym razem w otoczeniu jego ludu, zostabym zabity -a naprawd wtedy wolabym mier - gdyby nie Belwar Dissengulp. Okres spdzony w Blingdenstone, miecie gbinowych gnomw, by krtki w odniesieniu do moich lat, jednak dobrze pamitam Belwara i jego lud i zawsze bd o nich pamita. Byo to pierwsze poznane przeze mnie spoeczestwo, ktre opierao si na potdze wsplnoty, nie za na paranoi samolubnego indywidualizmu. Gbinowe gnomy wsplnie walcz z niebezpieczestwami nieprzyjaznego Podmroku, pracuj w swoim nie koczcym si grniczym wysiku i bawi si w gry, ktre trudno oddzieli od wszystkich pozostaych aspektw ich bogatego ycia. Zaprawd wiksze s przyjemnoci, ktre mona dzieli. - Drizzt Do 'Urden

7 Wielce szanowny nadzorca kopaczy


- Dzikujemy, e przybye, Wielce Szanowany Nadzorco Kopaczy - powiedzia jeden z gbokich gnomw zgromadzonych przed maym pomieszczeniem, w ktrym trzymano winia. Caa grupa starszyzny svirfnebli skonia si nisko, widzc nadchodzcego nadzorc kopaczy. Belwar Dissengulp wzdrygn si, widzc powitanie. Nigdy nie przyzwyczai si do licznych zaszczytw, jakimi obsypa go jego lud po tym okropnym dniu ponad dziesi lat temu, kiedy to mroczne elfy odkryy jego grnicz grup w korytarzach na wschd od Blingdenstone, w pobliu Menzoberranzan. Straszliwie okaleczony i niemal nieprzytomny z powodu upywu krwi Belwar doczoga si do Blingdenstone jako jedyny ocalay z ekspedycji. Zgromadzeni svirfhebli rozstpili si, dajc Belwarowi widok na pomieszczenie i drowa. Dla przymocowanych do fotela winiw okrg komnata wydawaa si jedynie solidnym, nie wyrniajcym si niczym szczeglnym kamieniem, z jedynym otworem w postaci cikich, okutych elazem wrt. W pomieszczeniu znajdowao si jednak okno, osonite iluzjami widoku i dwiku, ktre pozwalao svirfnebli obserwowa przez cay czas schwytanego. Belwar obserwowa Drizzta przez kilka chwil. - Jest dro-wem - prychn nadzorca kopaczy swym dwicznym gosem, wydajc si lekko wzburzony. Belwar wci nie rozumia, dlaczego zosta wezwany. - Wyglda jak kady inny drow. - Wizie twierdzi, e spotka ci w Podmroku - powiedzia do Belwara stary svirfhebli. Jego gos by zaledwie szeptem, a skoczywszy myl opuci wzrok na podog. - W dniu wielkiej straty. Belwar znw si wzdrygn na wspomnienie tego dnia. Jak wiele razy bdzie musia go jeszcze przeywa? - Moliwe - rzek Belwar wzruszywszy wymijajco ramionami. - Nie potrafi zbyt dobrze odrnia droww, zreszt nie bardzo chc to robi! - Racja - powiedzia drugi. - Wszyscy s podobni. Gdy gbinowy gnom mwi, Drizzt obrci twarz w bok i spojrza prosto na nich, cho nie mg dostrzec ani usysze niczego, co znajdowao si za iluzj kamienia. - By moe pamitasz jego imi, Nadzorco Kopaczy - zaproponowa kolejny svirfnebli. Mwca przerwa, widzc nage zainteresowanie Belwara drowem. Okrge pomieszczenie byo pozbawione wiata, a w takich warunkach oczy stworze widzcych w podczerwieni jasno si wieciy. Zazwyczaj oczy te wyglday jak kropki czerwonego wiata, lecz nie byo tak w przypadku Drizzta Do'Urden. Nawet w podczerwieni oczy

drowa byszczay lawendowe. Belwar przypomnia sobie te oczy. - Magga camarra - sapn Belwar. - Drizzt - wymamrota w odpowiedzi do drugiego gbinowego gnoma. - Znasz go! - krzykno razem kilku svirfnebli. Belwar podnis pozbawione doni kikuty rk, jeden z nich zakoczony by mithrilowym ostrzem kilofa, drugi za motem. - Ten drow, ten Drizzt - wyjka, starajc si wyjani - to on jest odpowiedzialny za mj stan! Niektrzy zaczli mamrota modlitwy za drowa, uwaajc, e nadzorca kopaczy rozgniewa si z powodu wspomnie. - A wic decyzja Krla Schnickticka pozostaje w mocy - powiedzia jeden z nich. - Drow zostanie natychmiast stracony. - Ale on, ten Drizzt, on ocali mi ycie - wtrci si gono Belwar. Pozostali spojrzeli na niego z niedowierzaniem. - Drizzt nigdy nie podj decyzji o odciciu mi doni - cign nadzorca kopaczy. - To dziki niemu pozwolono mi wrci do Blingdenstone. Jako przykad" powiedzia ten Drizzt, jednak ju wtedy zrozumiaem, e wypowiedzia te sowa tylko po to, by udobrucha swych okrutnych pobratymcw. Znaem prawd kryjc si za tymi sowami, a prawd t bya lito! *** Godzin pniej do winia przyszed jeden z doradcw, ten, ktry rozmawia z nim wczeniej. - Krl podj decyzj, e masz zosta stracony - rzek bezceremonialnie, podchodzc do kamiennego fotela. - Rozumiem - odpowiedzia Drizzt tak spokojnie, jak tylko mg. - Nie bd stawia oporu i poddam si waszemu wyrokowi. - Drizzt przyglda si przez chwil swym kajdanom. - Cho nie mam wikszego wyboru. Svirfnebli zatrzyma si i spojrza badawczo na nieprzewidywalnego winia, w peni wierzc w szczero Drizzta. Zanim podj wtek, zamierzajc rozwin wypadki, ktre miay miejsce tego dnia, Drizzt dokoczy sw myl. - Prosz tylko o jedn przysug - powiedzia Drizzt. Svirf-nebli pozwoli mu dokoczy, ciekaw sposobu rozumowania zagadkowego drowa. - Pantera - cign Drizzt. - Odkryjecie, e Guenhwyvar jest cenn towarzyszk i drog przyjacik. Gdy ju mnie nie bdzie, dopilnuj, by pantera zostaa oddana komu, kto na to zasuguje - moe Belwarowi Dissengulpowi. Obiecaj mi to, dobry gnomie, bagam. Svirfnebli potrzsn sw bezwos gow, nie po to, by odrzuci prob Drizzta, lecz ze zwykego niedowierzania. - Krl mia ogromne wyrzuty sumienia, nie mg sobie jednak pozwoli na to, by utrzyma ci przy yciu - rzek spokojnie. Usta gbinowego gnoma wygiy si w umiechu, gdy szybko doda - Jednak sytuacja si zmienia! Drizzt przekrzywi gow, ledwo omielajc si ywi nadziej. - Nadzorca kopaczy pamita ci, mroczny elfie - obwieci svirfhebli. - Wielce Szanowany Nadzorca Kopaczy Belwar Dis-sengulp powiadczy za ciebie i wemie na siebie odpowiedzialno zwizan z trzymaniem ci! -Wic... nie zgin? - Nie, jeli sam nie sprowadzisz na siebie mierci. Drizzt ledwo by w stanie wypowiada sowa. - I pozwolicie mi mieszka wrd waszego ludu? W Blingdenstone? - To zostanie dopiero ustalone - odpar svirfnebli. - Belwar Dissengulp powiadczy za ciebie, a to bardzo wiele. Bdziesz mieszka z nim. Czy tak bdzie dalej, czy te twoja sytuacja zostanie zmieniona... - zawiesi w tym momencie wypowied, koczc j wzruszeniem ramion. Po uwolnieniu podr przez jaskinie Blingdenstone bya prawdziwym dowiadczeniem dla oszoomionego drowa. Drizzt postrzega kady element miasta gbinowych gnomw jako kontrast dla Menzoberranzan. Mroczne elfy uczyniy z ogromnej jaskini, w ktrej znajdowao si ich miasto, dzieo sztuki, niewtpliwie pikne. Miasto gbinowych gnomw rwnie byo pikne, lecz jego elementy zachowyway naturalne cechy kamieni . Podczas gdy drowy uznay j askini za

swj wasn, przy-krawajc j do swych projektw i gustw, svirfnebli dopasowali si do pierwotnych ksztatw kompleksu. Menzoberranzan miecio w sobie ogrom budowli, pod stropem znajdujcym si poza zasigiem wzroku, ktrym Blingdenstone nie byo w stanie dorwna. Miasto droww skadao si z szeregu poszczeglnych rodzinnych zamkw, kady z nich by zamknit fortec i domem samym w sobie. W miecie gbinowych gnomw istniao oglne pojcie domu, jakby cay kompleks za ogromnymi kamienno-metalowymi wrotami by jednolit struktur, wspln oson przed wiecznie obecnymi niebezpieczestwami Podmroku. Odmienne byy rwnie kty w miecie svirfnebli. Podobnie jak rysy niskiej rasy, podpory i kondygnacje Blingdenstone byy zaokrglone, gadkie i zgrabnie zakrzywione. Menzober-ranzan natomiast byo miejscem penym ktw, rwnie ostrych jak czubek stalaktytu, z mnstwem alejek i tarasw widokowych. Dla Drizzta te dwa miasta byy rwnie odmienne, jak zamieszkujce je rasy, ostre i delikatne jak rysy - i serca, jak mia sobie wyobraa Drizzt - ich mieszkacw. Siedziba Belwara miecia si w odlegym kcie jednej z zewntrznych grot. Bya to maa budowla z kamienia, zbudowana wok wejcia do jeszcze mniejszej jaskini. W przeciwiestwie do otwartych domw sfirfnebli, mieszkanie Belwara zaopatrzone byo w drzwi. Jeden z piciu stranikw eskortujcych Drizzta stukn w drzwi drzewcem swego buzdyganu. - Witaj, Wielce Szanowany Nadzorco Kopaczy! - zawoa. - Zgodnie z rozkazem Krla Schnickticka przyprowadzilimy drowa. Drizzt zauway szacunek w gosie stranika. Od tego dnia sprzed ponad dekady obawia si o Belwara i zastanawia si, czy obcicie przez Dinina doni gbinowemu gnomowi nie byo bardziej okrutne ni zwyke zabicie nieszczsnego stworzenia. Kalekom nie powodzio si zbyt dobrze w dzikim Podmroku. Kamienne drzwi stany otworem i Belwar powita swych goci. Jego wzrok natychmiast spotka si ze wzrokiem Drizzta. Drizzt ujrza smutek w oczach nadzorcy kopaczy, lecz jego duma pozostaa, cho lekko nadwtlona. Drizzt nie chcia patrze na kalectwo svirfnebli, poniewa zbyt wiele nieprzyjemnych wspomnie wizao si z tym wydarzeniem sprzed lat. Jednake wzrok drowa nieuchronnie kierowa si. w d, wzdu przypominajcego baryk torsu Belwara, a do kocw jego rk, ktre zwisay po bokach. Pogrony w obawach Drizzt rozszerzy z podziwu oczy, gdy spojrza na donie" Belwara. Z prawej strony, cudownie przymocowana do kikuta rki, znajdowaa si gownia mota wykutego z mithrilu i ozdobionego zawiymi, wspaniaymi runami i rytami przedstawiajcymi ywioaka ziemi oraz inne stworzenia, ktrych Drizzt nie zna. Lewa koczyna Belwara robia nie mniejsze wraenie. Gbinowy gnom mia tam podwjny kilof, rwnie z mithrilu, pokryty runami i rytami, z ktrych najwikszy przedstawia smoka leccego poprzez pask powierzchni szerszego koca narzdzia. Drizzt wyczuwa obecn w doniach Belwara magi i zda sobie spraw, e wielu innych svirfnebli, zarwno rzemielnikw jak i adeptw magii, odegrao rol w doskonaleniu tych przedmiotw. - Przydatne - zauway Belwar, pozwalajc Drizztowi obserwowa przez kilka chwil jego mithrilowe donie. - Pikne - wyszepta w odpowiedzi Drizzt, a myla o czym wicej ni tylko mocie i kilofie. Same donie byy w istocie wspaniae, lecz dla Drizzta waniejsze byy implikacje pynce z ich stworzenia. Jeli mroczny elf, zwaszcza mczyzna, do-czogaby si z powrotem do Menzoberranzan w tak okaleczonym stanie, zostaby odrzucony i wydalony ze swej rodziny, by bka si jako pozbawiony domu renegat, zanim jaki niewolnik lub inny drow pooyby w kocu kres jego ndzy. W kulturze droww nie byo miejsca na widoczne saboci. Tutaj najwyraniej svirfnebli zaakceptowali Belwara i dbali o niego najlepiej, jak potrafili. Drizzt uprzejmie skierowa wzrok z powrotem na oczy nadzorcy kopaczy. - Pamitae o mnie - powiedzia. - Obawiaem si... - Porozmawiamy pniej, Drizzcie Do'Urden - przerwa Belwar. Uywajc jzyka svirfhebli, ktrego Drizzt nie rozumia, nadzorca kopaczy odezwa si do stranikw - Jeli wykonalicie ju

swoje obowizki, moecie odej. - Jestemy na twoje rozkazy, Wielce Szanowany Nadzorco Kopaczy - odpar jeden ze stranikw. Drizzt zauway u Bel-wara lekkie wzruszenie ramion, gdy usysza w tytu. - Krl wysa nas jako eskort, abymy pozostali u twego boku, dopki nie zostanie ujawniona prawda o drowie. - Odejdcie wic - odpowiedzia Belwar, a w jego dononym gosie zabrzmia wyranie gniew. Koczc spoglda prosto na Drizzta - Ju znam prawd o nim. Nie jestem w niebezpieczestwie. - Prosimy o wybaczenie, Wielce Szano... - Wybaczam wam - rzek raptownie Belwar, widzc, e stranik zamierza si spiera. Odejdcie. Powiadczyem za niego. Opiekuj si nim i wcale si go nie obawiam. Stranicy svirfhebli skonili si nisko i powoli odeszli. Belwar zaprosi Drizzta do rodka, po czym odwrci go, by z chytr min pokaza mu, jak dwch ze stranikw zajmuje pozycje w pobliu okolicznych budynkw. - Za bardzo si o mnie martwi - zauway sucho w jzyku droww. - Powiniene by wdziczny za tak opiek - odpar Drizzt. - Nie jestem niewdziczny! - odwarkn Belwar, a na twarz napyn mu gniewny rumieniec. Drizzt odczyta prawd kryjc si za tymi sowami. Belwar nie by niewdziczny, to si zgadzao, lecz nadzorca kopaczy nie sdzi, e zasuguje na tyle uwagi. Drizzt zachowa swe podejrzenia dla siebie, nie chcc bardziej zawstydza dumnego svirfnebli. Wntrze domu Belwara byo oszczdnie umeblowane kamiennym stoem i jednym taboretem, kilkoma pkami z garnkami i sojami oraz kominkiem z elaznym rusztem. Za z grubsza wykutym wejciem do drugiego pokoju znajdowaa si sypialnia gbinowego gnoma, pusta, nie liczc hamaka rozcignitego pomidzy cianami. Kolejny hamak, wieo przyniesiony dla Drizzta, lea w bezadnej stercie na pododze, za na tylnej cianie wisiaa skrzana, naszywana mithrilowymi piercieniami kurtka, a pod ni pitrzyy si worki i sakiewki. - Powiesimy go w pokoju wejciowym- powiedzia Belwar, pokazujc swdoni-motem na drugi hamak. Drizzt ruszy si, by podnie przedmiot, lecz Belwar chwyci go kilofem i obrci. - Pniej - wyjani svirfnebli. - Najpierw musisz mi powiedzie, dlaczego tu przyszede. Spojrza na znoszone ubrania Drizzta oraz podrapan i brudn twarz. Byo oczywiste, e drow przebywa od jakiego czasu w dziczy. - Powiedz mi te, musisz, skd przyszede. Drizzt opad na kamienn podog i opar si o cian. - Przyszedem, poniewa nie miaem gdzie i - odpowiedzia szczerze. - Jak dugo bye poza swoim miastem, Drizzcie Do'Urden? - spyta go spokojnym gosem Belwar. Nawet gdy gbinowy gnom mwi cicho, jego gos dudni z czystoci dobrze dostrojonego dzwonu. Drizzta zdumia jego adunek emocjonalny i sposb, w jaki mg wzbudza wspczucie lub strach za pomoc subtelnej zmiany natenia. Drizzt wzruszy ramionami i odchyli gow tak, e wpatrywa si w strop. Jego pami sigaa w tej chwili w przeszo. - Lata... straciem rachub czasu. - Skierowa wzrok z powrotem na svirfnebli. - Czas nie ma wikszego znaczenia w korytarzach Podmroku. Zwaywszy na poszarpane odzienie Drizzta, Belwar nie mg wtpi w prawdziwo jego sw, lecz gbinowy gnom by mimo to zdumiony. Podszed do stou na rodku pokoju i usiad na taborecie. Belwar widzia Drizzta w walce, widzia jak drow pokonuje ywioaka ziemi - co nie byo atwym zadaniem! Jeli jednak Drizzt naprawd mwi prawd, jeli przetrwa sam w dziczy Podmroku, to szacunek, jaki nadzorca kopaczy ywi wobec niego, by znacznie wikszy. - O swoich przygodach musisz mi opowiedzie, Drizzcie Do'Urden - nalega Belwar. - Chc wiedzie wszystko o tobie, aby lepiej zrozumie cel, jaki miae przychodzc do miasta nieprzyjaci swojej rasy. Drizzt milcza przez dug chwil, zastanawiajc si jak zacz. Ufa Belwarowi -jaki inny mia wybr? - nie by jednak pewien, czy svirfnebli zdoa zrozumie dylematy, jakie wypdziy go z zacisza Menzoberranzan. Czy Belwar, yjc we wsplnocie tak oczywistej przyjani i

wsppracy, zrozumie tragedi Menzoberranzan? Drizzt wtpi w to, jednak jaki inny mia wybr? Drizzt cichym gosem opowiedzia Belwarowi o ostatniej dekadzie swego ycia; o wojnie wiszcej na wosku pomidzy Domem Do'Urden a Domem Hun'ett; o swoim spotkaniu z Masojem i Altonem, kiedy to zdoby Guenhwyyar; o powiceniu Zaknafeina, nauczyciela Drizzta, ojca i przyjaciela; o wynikajcej z tego decyzji porzucenia swych pobratymcw i ich zej bogini, Lloth. Belwar zda sobie spraw, e Drizzt mwi 0 mrocznej bogini gbinowych gnomw zwanej Lolth, lecz nie dyskutowa o regionalizmach. Jeli Belwar, nie znajc prawdziwych zamiarw Drizzta, tego dnia przed laty, kiedy to si poznali, mia jakie podejrzenia, teraz nabra pewnoci, e jego domysy na temat drowa byy suszne. Nadzorca kopaczy zauway, e dry suchajc jak Drizzt opowiada mu o yciu w Podmroku, o swoim spotkaniu z bazyliszkiem oraz o walce z bratem i siostr. Zanim Drizzt napomkn w ogle o powodach, dla ktrego szuka svirfnebli - blu wywoanym samotnoci i obawie, e straci wasn tosamo na rzecz dzikoci koniecznej do przetrwania - Belwar je odgad. Kiedy Drizzt doszed do ostatnich dni ycia poza Blingdenstone, dobiera starannie sowa. Drizzt nie doszed jeszcze do adu ze swoimi odczuciami i obawami na temat tego, kim tak naprawd by, a nie by jeszcze gotowy, by zagbia si we wasne myli, niezalenie od tego, jak mocno ufa swemu nowemu towarzyszowi. Kiedy drow skoczy sw opowie, nadzorca kopaczy siedzia w milczeniu, spogldajc tylko na Drizzta. Belwar rozumia bl zwizany ze wspominaniem. Nie naciska o wicej informacji ani nie pyta o szczegy osobistej udrki, ktrymi Drizzt nie chcia si dzieli. - Magga camarra - wyszepta spokojnie gbinowy gnom. Drizzt przekrzywi gow. - Na kamienie - wyjani Belwar. - Magga camarra. - Istotnie, na kamienie - zgodzi si Drizzt. Nastpia duga i niezrczna cisza. - To bya dobra opowie - rzek cicho Belwar. Klepn Drizzta w rami, po czym wszed do pokoju-jaskini, by wzi drugi hamak. Zanim Drizzt zdoa w ogle wsta, by mu pomc, Belwar zawiesi hamak na hakach wbitych w cian. - pij w spokoju, Drizzcie Do'Urden - powiedzia Belwar odwracajc si. - adnych wrogw tu nie masz. adne potwory nie czaj si za kamieniem moich drzwi. Nastpnie Belwar znikn w swoim pokoju i Drizzt zosta pozostawiony sam sobie w niezrozumiaym gszczu swych myli i uczu. Pozostawa niespokojny, lecz wracaa mu nadzieja.

8 Obcy
Drizzt spoglda zza otwartych drzwi Belwara na codzienne ycie w miecie svirfhebli, robi to codziennie przez ostatnich kilka tygodni. Czu si, jakby przebywa w bezruchu, jakby wszystko wok niego si zatrzymao. Odkd przyby do domu Belwara, nie widzia Guenhwyvar ani nie sysza o niej, nie oczekiwa rwnie tego, by w najbliszej przyszoci mia odzyska swj piwajwi i bro. Drizzt przyj to wszystko ze stoickim spokojem, uznawszy, e jemu i Guenhwyvar powodzi si teraz lepiej ni w cigu ostatnich lat i przekonawszy si, e svirfhebli nie zniszcz statuetki ani adnego z jego przedmiotw. Drow siedzia i obserwowa, pozwala wydarzeniom toczy si swoim rytmem. Belwar wyszed tego dnia, bya to jedna z rzadkich okazji, kiedy to samotny nadzorca kopaczy opuszcza swj dom. Pomimo faktu, e gbinowy gnom i Drizzt rzadko rozmawiali -Belwar nie nalea do osb, ktre mwi tylko po to, by sysze swj gos - Drizzt zauway, e brakuje mu nadzorcy kopaczy. Ich przyja rosa, nawet jeli nie byo tak w przypadku iloci ich rozmw. Obok przesza grupa modych svirfhebli, wykrzykujc kilka szybkich sw do znajdujcego si wewntrz drowa. Stao si tak ju wiele razy wczeniej, zwaszcza w pierwszych dniach po przybyciu Drizzta do miasta. Przy tych poprzednich okazjach Drizzt zastanawia si, czy by witany, czy te obraany. Tym razem jednak Drizzt zrozumia zasadnicze, przyjazne znaczenie sw, poniewa Belwar powici troch czasu na zapoznanie go z podstawami jzyka svirfhebli. Nadzorca kopaczy powrci kilka godzin pniej i natkn si na Drizzta siedzcego na kamiennym taborecie, przygldajcego si przemijajcemu wiatu. - Powiedz mi, mroczny elfie - spyta gbinowy gnom swym serdecznym, melodyjnym gosem - co widzisz, gdy na nas patrzysz? Czy jestemy dla ciebie bardzo obcy? - Widz nadziej - odpowiedzia Drizzt. -1 widz smutek. Belwar zrozumia. Wiedzia, e spoeczestwo svirfnebli byo lepiej dopasowane do zasad drowa, jednak spogldanie na krztanin Blingdenstone z dala mogo tylko wywoywa bolesne wspomnienia w jego nowym przyjacielu. - Krl Schnicktick i ja spotkalimy si tego dnia - rzek nadzorca kopaczy. - Powiem ci szczerze, e jest tob bardzo zainteresowany. - Zaciekawiony wydaje mi si lepszym sowem - odpar Drizzt, lecz umiechn si, a Belwar zastanawia si, jak wiele blu kryje si za tym umiechem. Nadzorca kopaczy pochyli si w krtkim, przepraszajcym ukonie, poddajc si bezceremonialnej szczeroci Drizzta. -Zaciekawiony, jeli tak sobie yczysz. Musisz wiedzie, e nie jeste taki, jakimi nauczylimy si postrzega elfy drowy. Prosz, aby nie wzi tego za obraz.

- Ale nie - odpowiedzia szczerze Drizzt. - Ty i twj lud dalicie mi znacznie wicej, ni odwayem si oczekiwa. Gdybym zosta zgadzony pierwszego dnia, zaakceptowabym ten los, nie winic svirfnebli. Belwar pody za wzrokiem Drizzta przez jaskini na grup modziecw. - Powiniene i do nich - zaproponowa. Drizzt spojrza na niego ze zdumieniem. Przez cay okres, jaki spdzi w domu Belwara, svirrhebli nigdy nie zasugerowa czego takiego. Drizzt przyj, e ma pozosta gociem nadzorcy kopaczy, a na Belwara zostaa naoona osobista odpowiedzialno za pilnowanie jego ruchw. Belwar skin gow w stron drzwi, w milczeniu ponawiajc propozycj. Drizzt znw tam spojrza. Za jaskini grupa modych svirfhebli, liczca okoo tuzina, rozpocza rywalizacj polegajc na ciskaniu do duych gazw na podobizn bazyliszka, stworzon w rzeczywistej skali z kamieni i starych elementw zbroi. Svirmebli byli wyszkoleni w magicznej sztuce iluzji i jeden z takich iluzjonistw umieci na podobinie drobne zaklcie, by wygadzi nierwnoci i sprawi, by wygldaa na bardziej podobn do oryginau. - Mroczny elfie, musisz kiedy wyj - stwierdzi Belwar. -Na jak dugo wystarcz ci ciany mojego domu? - Tobie wystarczaj - odpar Drizzt troch ostrzej, ni zamierza. Belwar przytakn i odwrci si powoli, by rozejrze si po pokoju. - Istotnie - powiedzia cicho, a Drizzt wyranie widzia jego wielki bl. Gdy Belwar odwrci si z powrotem do drowa, jego okrga twarz wyraaa sob niewtpliw rezygnacj. - Magga camarra, mroczny elfie. Niech to bdzie dla ciebie lekcj. - Dlaczego? - spyta go Drizzt. - Dlaczego Belwar Dissen-gulp, Wielce Szanowany Nadzorca Kopaczy - Belwar wzdrygn si syszc w tytu - pozostaje w cieniu swych wasnych drzwi? Belwar zacisn zby i zwzi swe ciemne oczy. - Id na zewntrz - odezwa si dwicznym warkotem. - Mody jeste, mroczny elfie, a cay wiat jest przed tob. Ja stary jestem. Moje dni dawno przeminy. - Nie taki stary - chcia si spiera Drizzt, tym razem zdecydowany naciska nadzorc, by ten zdradzi, co go tak niepokoi. Belwar jednak tylko odwrci si i wszed w milczeniu do pokojujaskini, zacigajc za sob koc sucy za drzwi. Drizzt potrzsn gow i z frustracji uderzy pici w otwart do. Belwar tak wiele dla niego zrobi, najpierw ratujc go przed wyrokiem krla svirfhebli, nastpnie zaprzyjaniajc si z nim i uczc jzyka svirfhebli oraz zwyczajw gbinowych gnomw. Drizzt nie by w stanie odwzajemni przysug, cho widzia wyranie, e Belwar dwiga ogromny ciar. Drizzt chcia si teraz przedrze przez koc, i do nadzorcy kopaczy i przekona go, by wypowiedzia swe ponure myli. Drizzt nie mg jednak jeszcze postpi tak miao ze swym nowym przyjacielem. Przysig sobie, e w odpowiednim czasie odnajdzie klucz do blu nadzorcy kopaczy, teraz jednak musia sobie poradzi z wasnym dylematem. Belwar udzieli mu pozwolenia na wyjcie do Blingdenstone! Drizzt wrci wzrokiem do grupy poza jaskini. Trzej z nich stali cakowicie nieruchomo przed stworem, jakby zamienieni w kamie. Drizzt podszed do drzwi i, zanim zda sobie spraw, co robi, znalaz si na zewntrz i zacz zblia si do gbinowych gnomw. Gra zakoczya si, gdy drow podszed bliej, poniewa svirfhebli byli bardziej zainteresowani poznaniem mrocznego elfa, o ktrym syszeli plotki od tak wielu tygodni. Pospieszyli do Drizzta i otoczyli go, szepczc do siebie z przejciem. Gdy svirfhebli krcili si wok niego, Drizzt poczu, jak odruchowo napinaj mu si minie. Pierwotne instynkty owcy wyczuy sabo, ktrej nie mogy tolerowa. Drizzt walczy, by podporzdkowa sobie swe alter ego, milczco lecz stanowczo przypominajc sobie, e svirfhebli nie byli jego nieprzyjacimi. - Witaj drowie, przyjacielu Belwara Dissengulpa - odezwa si jeden z modziecw. - Jestem Seldig, za trzy lata stan si grnikiem ekspedycyjnym. Dug chwil zajo Drizztowi zrozumienie szybkiej wymowy gnoma. Nie rozumia znaczenia

przyszego zajcia Seldiga, jednak z tego, co Belwar powiedzia mu o grnikach ekspedycyjnych, ci svirfnebli, ktrzy wychodzili w Podmrok w poszukiwaniu cennych mineraw oraz klejnotw, znajdowali si na najwyszych szczeblach drabiny spoecznej miasta. - Witaj, Seldigu - odpowiedzia w kocu Drizzt. - Jestem Drizzt Do'Urden. - Nie wiedzc, co powinien teraz zrobi, Drizzt skrzyowa ramiona na piersi. U mrocznych elfw by to symbol pokoju, cho Drizzt nie by pewien, czy ten gest by szeroko uznawany w Podmroku. Svirfnebli spojrzeli na siebie, odwzajemnili gest, po czym umiechnli si wszyscy razem na wydany przez Drizzta odgos ulgi. - Bye w Podmroku, tak mwi - cign Seldig, pokazujc Drizztowi, by poszed za nim na teren gry. - Przez wiele lat - odpar Drizzt, podajc za modym svirf-nebli. Ego owcy byo niespokojne, wyczuwajc blisko gbinowych gnomw, lecz Drizzt w peni kontrolowa sw paranoj. Gdy grupa dosza do boku sztucznego bazyliszka, Seldig usiad na kamieniu i poprosi Drizzta, by opowiedzia jakie historie o swoich przygodach. Drizzt zawaha si, wtpic czyjego znajomo jzyka svirfnebli okae si wystarczajca do takiego zadania, jednak Seldig i pozostali naciskali na niego. W kocu Drizzt kiwn gow i wsta. Spdzi dug chwil na rozmylaniach, prbujc przypomnie sobie jak opowie, ktra zainteresowaaby modziecw. Jego wzrok niewiadomie bka si po jaskini, szukajc jakiej wskazwki. Pad i zatrzyma si na wzmocnionej iluzj podobinie bazyliszka. - Bazyliszek - wyjani Seldig. - Wiem - odpowiedzia Drizzt. - Spotkaem takie stworzenie. - Odwrci si niedbale z powrotem w stron grupy i zdumia go wygld gnomw. Seldig i jego towarzysze zakoysali si do przodu, otwierajc usta w mieszaninie sensacji, przeraenia i podziwu. - Mroczny elfie! Widziae bazyliszka? - spyta z niedowierzaniem jeden z nich. Prawdziwego, ywego bazyliszka? Drizzt umiechn si, odgadnwszy powd ich zdumienia. Svirfnebli, w przeciwiestwie do mrocznych elfw, chronili modych czonkw swej spoecznoci. Wprawdzie te gbinowe gnomy byy najprawdopodobniej w wieku Drizzta, rzadko, jeli w ogle, wychodziy z Blingdenstone. Osignwszy ich lata, elfy drowy miay ju za sob lata spdzone na patrolowaniu korytarzy poza Menzoberranzan. Gdyby tak byo w przypadku gnomw, napomknicie o bazyliszku nie byoby dla nich tak niewiarygodne, cho te grone potwory spotykao si rzadko nawet w Podmroku. -Mwie, e bazyliszki nie s prawdziwe! -jeden ze svirf-nebli krzykn do drugiego, po czym pchn go mocno w rami. - Wcale nie! - zaprotestowa drugi, odwzajemniajc cios. - Mj wujek kiedy widzia jednego - pochwali si inny. - Twj wujek to widzia tylko zadrapania na skale! - zamia si Seldig. - Wedug niego byy to lady bazyliszka. Umiech Drizzta poszerzy si. Bazyliszki byy magicznymi stworzeniami, czciej spotykanymi na innych planach egzystencji. Wprawdzie drowy, zwaszcza wysokie kapanki, czsto otwieray bramy do takich miejsc, jednak takie potwory najwyraniej znajdoway si poza normami ycia svirfnebli. Niewielu gbinowych gnomw kiedykolwiek spojrzao na bazyliszka. Drizzt chrzkn gono. Jeszcze mniej, bez cienia wtpliwoci, byo takich, ktrzy pniej wrcili, by opowiedzie, co zobaczyli! - Jeli twj wujek poszedby za ladem i natkn si na potwora - cign Seldig - siedziaby do dzisiaj w korytarzu jako kupka kamieni! Gazy nie opowiadaj takich rzeczy! Zajany gnom rozejrza si wok, szukajc wytumaczenia. - Drizzt Do'Urden widzia jednego! - zaprotestowa. - On chyba nie jest kupk kamieni! Wszystkie spojrzenia pady z powrotem na Drizzta. - Rzeczywicie go widziae, mroczny elfie? - spyta Sel-dig. - Powiedz, tylko prawd, prosz ci. - Widziaem - odpar Drizzt. - I umkne przed nim, zanim skierowa na ciebie swj wzrok? - Seldig zada pytanie, ktre

on i pozostali svirfnebli uwaali za retoryczne. - Uniknem? - Drizzt powtrzy sowo gnomw, nie bdc pewny jego znaczenia. - Umk... ehem... ucieke - wyjani Seldig. Spojrza na jednego z pozostaych svirfnebli, ktry natychmiast przybra min wyraajc ogromne przeraenie, po czym potkn si i odbieg szybko kilka krokw dalej. Reszta gbinowych gnomw nagrodzia wystp oklaskami, a Drizzt przyczy si do ich miechu. - Ucieke przed bazyliszkiem, zanim skierowa na ciebie swj wzrok - stwierdzi Seldig. Drizzt wzruszy ramionami, lekko zawstydzony, a Seldig odgad, e co jest nie tak. - Nie ucieke? -Nie mogem... umkn - wyjani Drizzt. - Bazyliszek napad na mj dom i zabi wiele moich rothw. Domy... - przerwa, szukajc odpowiedniego sowa svirfhebli. - Sanktuaria -wyjani w kocu - nie zdarzaj si czsto w dzikim Podmroku. Jeli si takie odnajdzie i zabezpieczy, naley go broni za wszelk cen. - Walczye z nim? - dobieg anonimowy krzyk z tylnych rzdw grupy svirmebli. - Za pomoc kamieni rzucanych z daleka? - spyta Seldig. - To przyjta metoda. Drizzt spojrza na stert gazw, ktrymi gbinowe gnomy ciskay w podobizn, po czym zamyli si nad swoj szczup sylwetk. - Moje ramiona nie uniosyby takiego ciaru. - Zamia si. - Wic jak? - spyta Seldig. - Musisz nam powiedzie. Drizzt mia ju opowie. Milcza przez kilka chwil, zbierajc myli. Zda sobie spraw, e jego ograniczona umiejtno posugiwania si nowym jzykiem nie pozwoli mu na utkanie szczegowej opowieci, postanowi wic ilustrowa dwa sowa. Znalaz dwa kijki, przedstawi je jako sejmitary, po czym sprawdzi konstrukcj modelu, by upewni si, czy utrzyma jego ciar. Mode gbinowe gnomy wierciy si z niepokojem, gdy Drizzt aranowa sceneri, opisujc czar ciemnoci - i umieszczajc go w rzeczywistoci tu za gow bazyliszka - oraz ustawiajc Guenhwyyar, sw koci towarzyszk. Wizerunek wydawa si nabiera w ich mylach ycia, sta si przyczajonym potworem, za Drizzt, obcy w ich wiecie, kry si w ciemnociach tu za nim. Przedstawienie toczyo si dalej i nadszed czas, by Drizzt odegra swoje posunicia w walce. Usysza jak svirfnebli westchnli zgodnie, gdy wskoczy lekko na grzbiet bazyliszka, pieczoowicie dobierajc kroki w stron gowy istoty. Drizzta ogarno ich podniecenie, a to tylko wzmocnio wspomnienia. Wszystko stao si tak rzeczywiste. Gbinowe gnomy podeszy bliej, podziwiajc wspaniay pokaz szermierki wykonywany przez niezwykego drowa, ktry przyszed do nich z dzikiego Podmroku. Wtedy stao si co strasznego. W jednej chwili Drizzt by aktorem, zabawiajcym swych nowych przyjaci opowieci o odwadze i broni. W nastpnej chwili, gdy drow unis jeden z kijkw, by uderzy nim w faszywego potwora, nie by ju Drizztem. Na bazyliszku sta owca, zupenie tak jak w tym dniu z przeszoci, w tunelach w pobliu porosej mchem jaskini. Kijki wbijay si w oczy potwora, to uderzay zaciekle w kamienn gow. Svirfnebli cofnli si, jedni ze strachu, inni za ze zwykej rozwagi. owca uderzy, a kamie zacz pka. Gaz, ktry suy potworowi za gow, odama si i spad, a mroczny elf potoczy si za nim. owca zgrabnie przekoziokowa i wsta, po czym wrci do ataku, uderzajc z furi kijkami. Drewniana bro popkaa, a rce Drizzta krwawiy, lecz jemu - owcy to nie wystarczyo. Silne donie gnomw chwyciy drowa za ramiona, starajc si go uspokoi. owca obrci si w stron nowych przeciwnikw. Byli od niego silniejsi i trzymali go mocno, lecz kilka zrcznych obrotw pozbawio ich rwnowagi. owca kopn ich w kolana i sam pad na klczki, obracajc si i posyajc obydwu svirfnebli twarzami na ziemi. owca wsta natychmiast, szykujc sejmitary, kiedy zbliy si do niego pojedynczy wrg. Belwar nie okaza strachu, trzyma ramiona rozoone szeroko. - Drizzcie! - woa raz za razem. - Drizzcie Do'Ur-den!

owca spojrza na mot oraz kilof svirfnebli i widok mithri-lowych doni wywoa kojce wspomnienia. Nagle znw by Drizztem. Oszoomiony i zawstydzony upuci kijki i popatrzy na wasne podrapane donie. Belwar chwyci chwiejcego si drowa, wzi go w ramiona i zanis do hamaka. *** Sen Drizzta nawiedzany by przez koszmary, wspomnienia Podmroku i tego drugiego, mroczniejszego ja, przed ktrym nie mg uciec. - Jak mog wyjani? - spyta Belwara, gdy nadzorca kopaczy znalaz go pno w nocy siedzcego na krawdzi kamiennego taboretu. - W jaki sposb mog przeprosi? - Nie musisz - rzek do niego Belwar. Drizzt spojrza na niego z niedowierzaniem. - Nie rozumiesz - zacz, zastanawiajc si, co moe uczyni, by nadzorca kopaczy poj gbi tego, co go spowio. - Wiele lat ye w Podmroku - powiedzia Belwar. - Przetrwae tam, gdzie inni nie mogli. - Ale czy przetrwaem? - zastanawia si gono Drizzt. Belwar stukn drowa lekko w rami sw doni-motem, po czym usiad przy nim na stole. Pozostali tam przez ca noc. Drizzt nie powiedzia nic wicej, a Belwar nie naciska na niego. Nadzorca kopaczy zna rol, jaka przypada mu na t noc: milczcego wsparcia. aden z nich nie wiedzia, ile godzin mino, gdy zza drzwi dobieg gos Seldiga. - Chod, Drizzcie Do'Urden - zawoa mody gbinowy gnom. - Chod i opowiedz nam wicej o Podmroku. Drizzt spojrza na Belwara z zaciekawieniem, zastanawiajc si, czy proba nie bya czci jakiej diabelskiej sztuczki albo ironicznego artu. Umiech Belwara rozproszy te myli. - Magga camarra, mroczny elfie - zachichota gbinowy gnom. - Nie dadz ci si ukry. - Odelij ich - nalega Drizzt. - Tak bardzo chcesz si podda? - spyta Belwar, a w jego zazwyczaj agodnym gosie pojawia si ostra nuta. - Ty, ktry przetrwae w dziczy? - Zbyt niebezpieczne - wyjania zdesperowany Drizzt, szukajc sw. - Nie mog kontrolowa... nie mog pozby si... - Id z nimi, mroczny elfie - powiedzia Belwar. - Tym razem bd ostroniejsi. - Ta... bestia... poda za mn - prbowa wyjani Drizzt. - Moe przez chwil - odpowiedzia niedbale nadzorca kopaczy. - Magga camarra, Drizzcie Do'Urden! Pi tygodni to niedugi czas, nic w porwnaniu z niebezpieczestwami, jakim stawiae czoa przez ostatnie dziesi lat. Uwolnisz si od tej... bestii. Lawendowe oczy Drizzta odnalazy w ciemnoszarym spojrzeniu Belwara Dissengulpa jedynie pewno. - Jednak tylko wtedy, jeli bdziesz jej poszukiwa - dokoczy nadzorca kopaczy. - Wyjd Drizzcie Do'Urden - zawoa ponownie Seldig zza kamiennych drzwi. Tym razem, i za kadym razem, jaki mia miejsce w nastpnych dniach, Drizzt odpowiedzia na wezwanie. *** Krl mykonidw obserwowa, jak mroczny elf idzie przez poronity mchem dolny poziom jaskini. Grzyboczowiek wiedzia, e to nie ten sam drow, ktry by tu wczeniej, jednak Drizzt, sprzymierzeniec, by jak dotd jedynym kontaktem krla z mrocznymi elfami. Nie pomylawszy o niebezpieczestwie, trzyipmetrowy gigant zszed na d, by stan na drodze obcemu. Duch-widmo Zaknafeina nawet nie prbowa ucieka lub kry si, gdy oywiony

grzyboczowiek zblia si do niego. Miecze leay Zaknafeinowi wygodnie w doniach. Krl mykonidw wyrzuci z siebie obok zarodnikw, szukajc telepatycznego porozumienia z nowoprzybyym. Niemartwe potwory istniay jednak na dwch odmiennych planach i ich umysy byy odporne na takie prby. Przed myko-nidem stao materialne ciao Zaknafeina, lecz umys ducha-wid-ma by znacznie dalej, poczony ze sw cielesn form za pomoc woli Opiekunki Malice. Duch-widmo pokona ostatnie kilka krokw dzielcych go od przeciwnika. Mykonid wyrzuci kolejn chmur, tym razem zarodnikw majcych pokona wroga, lecz prba ta bya rwnie bezowocna. Duch-widmo podchodzi miarowym krokiem, za gigant unis swe potne ramiona, by wymierzy cios. Zaknafein zablokowa zamachy szybkimi ciciami swych ostrych jak brzytwy mieczy, obcinajc mykonidowi donie. Ruchami zbyt szybkimi, by dao si za nimi nady wzrokiem, bro ducha-widma rozcia grzybopodobny tors krla i wyrya gbokie rany, wskutek ktrych mykonid zachwia si do tyu i upad na ziemi. Z grnego poziomu tuziny starszych i silniejszych mykoni-dw zeszy pospiesznie w d, by pomc swemu rannemu krlowi. Duch-widmo zauway, e si zbliaj, nie wiedzia jednak co to strach. Zaknafein zakoczy sprawy z gigantem, po czym odwrci si, by przyj na siebie szturm. Grzyboludzie rzucili si na niego, wydzielajc z siebie rnorodne zarodniki. Zaknafein zignorowa oboki, z ktrych aden nie mg mu zaszkodzi, i skoncentrowa si cakowicie na uderzajcych ramionach. Mykonidy nacieray na niego ze wszystkich stron. I ze wszystkich stron giny. Od niezliczonych stuleci zajmoway si swym zagajnikiem, yjc w pokoju i zajmujc si wasnymi sprawami. Kiedy jednak duch-widmo wyczoga si z niskiego tunelu, ktry prowadzi do opuszczonej maej jaskini, sucej kiedy Drizztowi za dom, furia aka nie tolerowaa ani ladu pokoju. Zaknafein wdar si po cianie do zagajnika grzybw, niszczc wszystko, co znalazo si na jego drodze. Wielkie grzyby paday jak cite drzewa. Na dole mae stado rothw, pochliwych z natury, rzucio si do szalonego galopu i ucieko w tunele otwartego Podmroku. Garstka pozostaych grzyboludzi, dowiadczywszy potgi mrocznego elfa, schodzio z jego drogi. Mykonidy nie byy jednak zbyt szybkimi stworzeniami i Zaknafein ciga je bez chwili wytchnienia. Ich panowanie w poronitej mchem jaskini, zagajnik grzybw, ktrym si od tak dawna zajmoway, dobiego do gwatownego i ostatecznego koca.

9 Szepty w tunelach
Patrol svirfnebli przedziera si wok zaomw poszarpanego i krtego tunelu, trzymajc w pogotowiu moty i kilofy. Gbinowe gnomy nie byy daleko od Blingdenstone -mniej ni dzie drogi - przeszy jednak do wywiczonego szyku bitewnego, zarezerwowanego dla gbokiego Podmroku. Tunel zalatywa mierci. Idcy na czele gnom, wiedzc e niedaleko znajduje si pole bitwy, ostronie zerkn zza gazu. - Gobliny! - krzykny jego zmysy do towarzyszy czystym gosem rasowej empatii svirfnebli. Gdy gbinowe gnomy zbliay si do niebezpieczestwa, rzadko odzyway si na gos, przechodzc na wspln empatyczn wi, ktra moga przenosi podstawowe myli. Pozostali svirfhebli mocniej cisnli bro i z podekscytowanego harmideru mentalnej komunikacji zaczli odcyfrowywa plan walki. Przywdca, wci jako jedyny wygldajcy zza gazu, zatrzyma ich gestem. - Martwe gobliny! Przeszli za nim wok gazu i ujrzeli ponur sceneri. Przed nimi leay dziesitki pocitych i porozrywanych goblinw. - Drowy - wyszepta jeden z grupy svirfnebli, zauwaywszy precyzj ran i oczywist atwo, z jak ostrza przedary si przez nieszczsne stworzenia. Z ras Podmroku jedynie drowy nosiy tak wsk i ostr bro. - Za blisko - odpar empatycznie inny gbinowy gnom, stukajc mwc w rami. - S martwe dzie, moe duej - odezwa si gono kolejny, nie zwaajc na ostrono pozostaych. - Mroczne elfy nie czekayby w okolicy. To nie naley do ich zwyczajw. - Do ich zwyczajw nie naley rwnie wyrzynanie bandy goblinw - odpowiedzia ten, ktry nalega na cich komunikacj. - Nie, jeli mona wzi jecw. - Bior jecw tylko wtedy, jeli zamierzaj wrci bezporednio do Menzoberranzan zauway pierwszy. Odwrci si do przywdcy. - Nadzorco Kopaczy Kriegerze, musimy natychmiast wrci do Blingdenstone i donie o masakrze! - Nie bdzie to zbyt powany raport - odpar Krieger. Martwe gobliny w tunelach? To niezbyt dziwny widok - Nie jest to pierwszy znak dziaalnoci droww w tym regionie - zauway drugi. Nadzorca kopaczy nie mg zaprzeczy ani prawdzie kryjcej si w sowach jego towarzysza, ani mdroci sugestii. Dwa pozostae patrole wrciy niedawno do Blingdenstone z opowieciami o martwych potworach - najprawdopodobniej zabitych przez drowy - lecych w korytarzach Podmroku. - Spjrzcie - cign drugi gbinowy gnom, nachylajc si, by podnie sakiewk jednego z goblinw. Otworzy j i wysypa gar zotych oraz srebrnych monet. -Ktry mroczny elf byby tak niecierpliwy, by pozostawi taki up? - Czy moemy by pewni, e to sprawka droww? - spyta Krieger, cho sam nie wtpi w ten fakt. - Moe jakie inne stworzenie przybyo w nasze okolice. Albo te jaki mniejszy przeciwnik, goblin albo ork, znalaz bro droww. - Drowy! - odezway si natychmiast zgodne myli kilku innych. - Cicia byy szybkie i dokadne - powiedzia jeden. - 1 nie widz u goblinw adnych innych ran. Kto poza mrocznymi elfami byby wydajniejszy w zabijaniu? Nadzorca Kopaczy odszed kawaek dalej korytarzem, ogldajc kamienie w poszukiwaniu

jakiego wyjanienia zagadki. Gbinowe gnomy posiaday wi z kamieniami, przekraczajc zdolnoci wikszoci istot, jednak ciany tunelu nic nie powiedziay nadzorcy kopaczy. Gobliny zostay zabite przez bro, nie przez pazury potworw, jednak nie zupiono ich cia. Wszystkie ofiary znajdoway si na maym obszarze, co wskazywao, e nieszczsne gobliny nie miay nawet czasu na ucieczk. Dwadziecia citych tak szybko goblinw wskazywao na spory patrol droww, a nawet gdyby mrocznych elfw bya tylko garstka, przynajmniej jeden z nich zupiby ciaa. - Gdzie powinnimy i, Nadzorco Kopaczy? - jeden z gbinowych gnomw zapyta Kriegera. - Czy mamy dalej ledzi odkryt y mineraw, czy te powrci do Blingden-stone i zoy o tym raport? Krieger by przebiegym, starym svirfhebli, ktry sdzi, e zna kad sztuczk Podmroku. Nie przepada za zagadkami, jednak przypatrujc si tej scenie, drapa si w ys gow w poszukiwaniu wskazwki. - Wracamy - przekaza pozostaym, wracajc do empatycznej metody komunikacji. aden z pobratymcw nie spiera si z nim, poniewa gbinowe gnomy zawsze zwaay na to, by unika droww, jeli to tylko byo moliwe. Patrol szybko uformowa zwarty szyk obronny i zacz podr do domu. Lewitujc z boku, ukryty w cieniach usianego stalaktytami stropu, duch-widmo obserwowa ich marsz i zapamitywa tras. *** Krl Schnicktick pochyli si na swym kamiennym tronie i zastanawia si nad sowami nadzorcy kopaczy. Siedzcy wok Schnickticka doradcy byli rwnie zaciekawieni i zaniepokojeni, poniewa ten raport potwierdza tylko poprzednie opowieci o dziaalnoci droww we wschodnich tunelach. - Dlaczego Menzoberranzan miaoby wchodzi w nasze granice? - spyta jeden z doradcw gdy Krieger skoczy. - Nasi agenci nie wspomnieli nic o planach wojny. Z pewnoci otrzymalibymy jakie doniesienia, gdyby rada rzdzca Menzoberranzan miaa na myli co dramatycznego. - Istotnie - zgodzi si Krl Schnicktick, by uciszy nerwowe pogawdki, ktre rozbrzmiay po ponurych sowach doradcy. - Wszystkim wam przypominam, e nie wiemy, czy sprawcy tych zabjstw byli w ogle elfami drowami. - Prosz o wybaczenie, mj Krlu - zacz z wahaniem Krieger. - Tak, Nadzorco Kopaczy - odpar natychmiast Schnicktick, powoli wymachujc krp doni przed sw chropowat twarz, by uciszy dalsze protesty. - Jeste do pewien swoich spostrzee. Za ja znam ci na tyle dobrze, by zaufa twemu osdowi. Dopki jednak nie zauwaymy tego patrolu droww, nie moemy nic zakada. - A wic moemy si zgodzi tylko co do tego, e co niebezpiecznego znajduje si w naszym regionie - wtrci inny z doradcw. - Tak - odpowiedzia krl svirfhebli. - Musimy odkry prawd w tej kwestii. Wschodnie tunele s od tej pory zamknite dla ekspedycji grniczych. - Schnicktick znw zamacha rkoma, by uspokoi narastajce szepty. - Wiem, e doniesiono o kilku obiecujcych yach rudy - zajmiemy si nimi tak szybko, jak bdzie to moliwe. Na razie jednak regiony wschodni, pnoc-nowschodni i poudniowo-wschodni s ustanowione jako teren nadajcy si tylko dla patroli wojennych. Patrole zostan podwojone, zarwno w liczbie, jak i w rozmiarze, za ich zasig zostanie rozszerzony, by ogarn cay region w obrbie trzech dni marszu od Blingdenstone. Musimy szybko rozwika t zagadk. - Co z naszymi agentami w miecie droww? - spyta doradca. - Powinnimy nawiza kontakt? Schnicktick unis donie. - Zachowajmy spokj - powiedzia. - Bdziemy nadstawia uszu, nie informujmy jednak naszych przeciwnikw, e obserwujemy ich posunicia. - Krl svirfnebli nie musia wyraa swej troski, e nie mona byo cakowicie polega na agentach z

Menzoberranzan. Informatorzy z chci przyjmowali klejnoty svirfnebli w zamian za drobne wiadomoci, jeli jednak wadze Menzoberranzan planoway co drastycznego, co byo wymierzone w stron Blingdenstone, agenci najprawdopodobniej bd dziaa na obydwie strony. - Jeli usyszymy jakie niezwyke doniesienia z Menzoberranzan - cign krl - lub te jeli odkryjemy, e intruzi istotnie sdrowami, wtedy rozszerzymy dziaalno naszej sieci. Na razie niech patrole dowiedz si wszystkiego, czego mog. Krl odprawi nastpnie rad, wolc pozosta sam w sali tronowej, by mc zastanowi si nad ponurymi wiadomociami. Na pocztku tygodnia krl sysza o dzikim ataku Drizzta na podobizn bazyliszka. Ostatnio, jak si wydawao, Krl Schnicktick z Blingdenstone sysza zbyt wiele o wyczynach mrocznych elfw. *** Zwiadowcze patrole svirfnebli posuway si coraz dalej wschodnimi tunelami. Nawet te grupy, ktre nic nie znalazy, wracay do miasta pene podejrze, poniewa wyczuway w Pod-mroku bezruch wykraczajcy poza zwyczajne normy. aden ze svirfnebli nie odnis jak na razie obrae, nikt jednak nie cieszy si z wychodzenia na patrol. Gnomy wiedziay instynktownie, e w tunelach byo co zego, co, co zabijao bez pytania i bez litoci. Jeden z patroli natkn si na poros mchem jaskini, ktra niegdy suya Drizztowi za sanktuarium. Krl Schnicktick zasmuci si syszc, e miujce pokj mykonidy i ich zadbany grzybowy zagajnik zostay zniszczone. Pomimo jednak niezliczonych godzin, jakie svirfhebli spdzili na bkaniu si tunelami, nie natknli si na przeciwnika. Parli dalej z przekonaniem, e w spraw byy zaangaowane tajemnicze i brutalne mroczne elfy. - A w naszym miecie yje drow - doradca przypomnia krlowi podczas jednej z ich codziennych sesji. - Czy sprawi jakie kopoty? - spyta Schnicktick. - Drobne - odpar doradca. - Za Belwar Dissengulp, Wielce Szanowany Nadzorca Kopaczy, wci za nim wiadczy i trzyma go w swym domu jako gocia, nie winia. Nadzorca Kopaczy Dissengulp nie pozwoli, by wok drowa znajdowali si stranicy. - Niech drow bdzie obserwowany - powiedzia krl po chwili zastanowienia. - Jednak z oddali. Jeli jest przyjacielem, jak wyranie uwaa Mistrz Dissengulp, to nie powinien ucierpie z naszego powodu. - A co z patrolami? - zapyta inny doradca, reprezentant wejciowej jaskini, w ktrej stacjonowaa stra miejska. - Moi onierze staj si zmczeni. Nie widzieli nic oprcz kilku miejsc walki, nie syszeli nic poza szuraniem wasnych znuonych stp. - Musimy by czujni - przypomnia mu Krl Schnicktick. -Jeli mroczne elfy si grupuj... - Nie robi tego - odpowiedzia stanowczo doradca. - Nie odkrylimy obozu ani nawet ladu obozu. Ten patrol z Menzoberranzan, jeli jest to patrol, atakuje i wycofuje si do jakiego sanktuarium, ktrego nie moemy zlokalizowa, najprawdopodobniej osonitego magi. - Ajeli mroczne elfy naprawd zamierzaj zaatakowa Blingdenstone - doda kolejny - czy zostawiayby tak wiele ladw swej aktywnoci? Pierwsza masakra, gobliny znalezione przez ekspedycj Nadzorcy Kopaczy Kriegera, miaa miejsce niemal tydzie temu, za tragedia mykonidw wydarzya si jaki czas wczeniej. Nigdy nie syszaem o mrocznych elfach bkajcych si w pobliu wrogiego miasta i pozostawiajcych takie lady jak zabite gobliny na wiele dni przed rozpoczciem penego szturmu. Myli krla od pewnego czasu poday wzdu tych samych cieek. Kadego poranka, gdy si budzi, zastawa Blingdenstone nietknite, za groba wojny z Menzoberranzan stawaa si odleglejsza. Jednake cho Schnicktick czu zadowolenie, syszc podobne rozumowanie ze strony swego doradcy, nie mg lekceway przeraajcych scen, jakie jego onierze odkryli we wschodnich tunelach. Co, najprawdopodobniej dro-wy, czaio si tam, zbyt blisko jak na jego

gust. - Przyjmijmy, e tym razem Menzoberranzan nie planuje wojny z nami - zaproponowa Schnicktick. - Dlaczego wic drowy s tak blisko naszych wrt? Dlaczego drowy nawiedzaj wschodnie tunele Blingdenstone, tak daleko od swego domu? - Ekspansja? - wyrazi przypuszczenie jeden z doradcw. - Zbuntowani upiecy? - spyta inny. adna z moliwoci nie brzmiaa zbyt prawdopodobnie. Wtedy trzeci doradca wyrazi sugesti tak prost, e zbia pozostaych z tropu. - Szukaj czego. Krl svirfhebli opar ciko swj pomarszczony podbrdek na doniach, uwaajc, e znalaz moliwe rozwizanie zagadki i obwiniajc si, e nie pomyla o tym wczeniej. - Czego jednak? - zapyta jeden z doradcw, najwidoczniej odczuwajc to samo. - Mroczne elfy rzadko zajmuj si grnictwem - a musz doda, e gdy si za to bior, nie wychodzi im zbyt dobrze - i nie oddalaliby si tak daleko od Menzoberranzan, by zdoby cenne mineray. Czego, co znajduje si tak blisko Blingdenstone, mog szuka mroczne elfy? - Czego, co stracili - odpar krl. Jego myli natychmiast podyy w stron drowa, ktry postanowi y wrd jego ludu. Wszystko to wydawao si zbyt duym zbiegiem okolicznoci, by mona byo to zlekceway. - Albo kogo - doda Schnick-tick, a pozostali dostrzegli, o co mu chodzi. - By moe powinnimy zaprosi naszego gocia drowa, by zasiad z nami w radzie? - Nie - odpowiedzia krl. - By moe jednak nasze obserwowanie tego Drizzta z oddali nie jest wystarczajce. Dostarczcie Belwarowi Dissengulpowi rozkaz, e drow ma by pilnowany w kadej chwili - powiedzia do siedzcego najbliej niego doradcy. - W zwizku z tym, i doszlimy do wniosku, e nie grozi nam w najbliszej przyszoci wojna z mrocznymi elfami, wpraw w ruch sie szpiegowsk. Dostarcz mi informacje z Menzoberranzan i zrb to szybko, poniewa nie podoba mi si perspektywa droww przechadzajcych mi si pod naszymi drzwiami. To troch zawa ssiedztwo. Doradca Firble, szef tajnej suby Blingdenstone, przytakn twierdzco gow, cho nie by zbyt zadowolony z proby. Wieci z Menzoberranzan nie zdobywao si tanio, za rwnie czsto okazyway si prawd, jak wyrachowanym oszustwem. Firble nie lubi kontaktw z kimkolwiek lub czymkolwiek, co mogo go przechytrzy, a mroczne elfy znajdoway si na pierwszym miejscu listy takich istot. *** Duch-widmo obserwowa, jak kolejny patrol svirfnebli posuwa si krtym tunelem. Taktyczna mdro istoty, ktra kiedy bya najlepszym fechmistrzem w caym Menzoberranzan, powstrzymywaa niemartwego potwora i jego niecierpliwie trzymajc miecz do przez kilka ostatnich dni. Zaknafein nie rozumia tak naprawd znaczenia wzmoonej liczby patroli gbinowych gnomw, lecz czu, e jego misja zostanie zagroona, jeli zaatakuje ktry z nich. W kocu atak na tak zorganizowanego przeciwnika wywoaby alarm w korytarzach, alarm ktry z pewnoci usyszaby ukrywajcy si Drizzt. Duch-widmo powstrzyma rwnie swe brutalne dze wobec innych yjcych istot i od kilku dni nie pozostawia nic, co patrole svirfnebli mogyby znale, celowo unikajc kontaktw z licznymi mieszkacami tego regionu. Za wola Opiekunki Malice Do'Urden ledzia kady ruch Zaknafei-na, naciskajc bez wytchnienia najego myli, nakaniajc go do wielkiej zemsty. Kade zabjstwo nasycao na jaki czas t wol, jednak taktyczna mdro panowaa nad dzikim zewem. Dziki sabej iskierce, ktra pozostaa, wiedzia, e odnajdzie spokj dopiero wtedy, gdy Drizzt poczy si z nim w wiecznym nie. Duch-widmo trzyma miecze w pochwach, obserwujc przechodzce gbinowe gnomy. Nagle, gdy kolejna grupa zmczonych svirfhebli wracaa na zachd, wewntrz ducha-widma rozwietlia si nastpna iskierka zrozumienia. Jeli te gbinowe gnomy byy tak czsto w okolicy, wydawao si prawdopodobne, e Drizzt Do'Urden je napotka.

Tym razem Zaknafein nie pozwoli gbinowym gnomom znikn z pola widzenia. Spyn w d z ukrycia pod usianym stalaktytami stropem i dotrzymywa kroku patrolowi. Na skraju wiadomoci bkaa mu si nazwa Blingdenstone, wspomnienie z dawnego ycia. - Blingdenstone - prbowa powiedzie na gos duch-wid-mo, pierwsze sowo, jakie stara si wymwi niemartwy potwr Opiekunki Malice. Wydoby z siebie jednak tylko niezrozumiay warkot.

10 Wina Belwara
W trakcie mijajcych dni Drizzt wiele razy spotyka si z Seldigiem i reszt nowych przyjaci. Mode gbinowe gnomy, za rad Belwara, spdzay czas z drowem na spokojnych zabawach i nie naciskay ju na wspomnienia ekscytujcych walk, jakie stoczy w dziczy. Podczas pierwszych kilku razy, kiedy Drizzt wychodzi, Bel-war obserwowa go sprzed drzwi. Nadzorca kopaczy ufa Drizz-towi, rozumia jednak, przez co przeszed. Nieatwo byo mu odrzuci ycie, ktre dotd zna, pene dzikoci i brutalnoci. Wkrtce jednak stao si dla Belwara, a take dla innych, ktrzy obserwowali Drizzta, oczywiste, e drow zadomowi si w rytmie ycia modych gbinowych gnomw i nie stwarza zagroenia dla adnego svirfnebli z Blingdenstone. Nawet Krl Schnicktick, martwicy si wydarzeniami spoza granic miasta, uzna, e Drizztowi mona zaufa. - Masz gocia - Belwar powiedzia do Drizzta pewnego poranka. Drizzt podszed za nadzorc kopaczy do kamiennych drzwi, mylc, e Seldig zaprasza go na zewntrz. Kiedy jednak Belwar otworzy drzwi, Drizzt niemal przewrci si ze zdziwienia, poniewa to nie svirfnebli wpad do kamiennej budowli. Bya to wielka i czarna kocia sylwetka. - Guenhwyyar! - krzykn Drizzt pochylajc si, by chwyci nadcigajc panter. Guenhwyyar przetoczya si po nim, przyjacielsko uderzajc wielk ap. Kiedy Drizzt zdoa w kocu wydosta si spod pantery i usi, Belwar podszed do niego i poda onyksow figurk. -Z pewnoci doradca, na ktrego naoono obowizek sprawdzenia pantery by zmartwiony, rozstajc si z ni- rzek nadzorca kopaczy. - Guenhwyvar jest jednak przede wszystkim twoj przyjacik. Drizzt nie znajdowa sw, ktrymi mgby odpowiedzie. Jeszcze przed powrotem pantery gbinowe gnomy z Blingden-stone traktoway go lepiej ni zasugiwa, a przynajmniej tak sdzi. Teraz jednak to, e syirfnebli zwrcili mu tak potny magiczny przedmiot, gboko go poruszyo. Okazali mu tym cakowite zaufanie. - W wolnej chwili moesz wrci do rodkowego Domu, budynku, w ktrym bye trzymany, gdy przybye do miasta -cign Belwar - i odebra swoj bro oraz zbroj. Drizzt zawaha si syszc to, poniewa przypomnia sobie incydent z imitacj bazyliszka. Jakie szkody mgby wyrzdzi tego dnia, gdyby by uzbrojony nie w kijki, lecz w sejmitary droww? - Przechowamy je, tutaj bd bezpieczne - powiedzia Belwar zauwaajc nagy niepokj swego przyjaciela. - Jeli bdziesz ich potrzebowa, dostaniesz je. - Jestem twoim dunikiem - odpar Drizzt. - Dunikiem caego Blingdenstone. - Nie uwaamy przyjani za dug - odpowiedzia nadzorca kopaczy mrugajc okiem. Opuci Drizzta oraz Guenhwy-var i wrci do swego pokoju, dajc im chwil na prywatne powitanie. Seldig i inne mode gbinowe gnomy mogy by w sporym niebezpieczestwie, gdy Drizzt doczy do nich z Guenhwyvar u boku. Widzc jak kocica bawi si ze svirfhebli, Drizzt nie mg nie pamita o tym tragicznym dniu, gdy Masoj zmusza Guenhwyvar, by cigaa ostatnich z uciekajcych grnikw Belwara. Najwyraniej Guenhwyvar pozbya si cakowicie tych wspomnie, poniewa pantera i mode gbinowe gnomy figlowali razem przez cay dzie. Drizzt aowa, e nie moe si tak atwo pozby bdw z przeszoci. ***

- Wielce Szanowany Nadzorco Kopaczy - dobiego wezwanie kilka dni pniej, gdy Belwar i Drizzt raczyli si porannym posikiem. Belwar przerwa i usiad cakowicie nieruchomo, a Drizzt nie przegapi nieoczekiwanego wyrazu blu, ktry przemkn przez jego szerokie rysy. Drizzt pozna ju bardzo dobrze svirfnebli i gdy dugi, orli nos Belwara wygina si w odpowiedni stron, sygnalizowao to cierpienie nadzorcy kopaczy. - Krl otworzy na nowo wschodnie tunele - kontynuowa gos. - Kr plotki o szerokiej yle rudy jedynie o dzie marszu. Zaszczytem dla mojej ekspedycji byoby, gdyby Belwar Dissengulp uda si z nami. Na twarzy Drizzta pojawi si szeroki umiech, nie dlatego, e myla o wyjciu na zewntrz, lecz poniewa zauway, e Belwar wydawa si niezwykle skryty w otwartej spoecznoci svirfnebli. - Nadzorca Kopaczy Brickers - Belwar ponuro wyjani Drizztowi, w najmniejszym stopniu nie podzielajc entuzjazmu drowa. - Jeden z tych, ktrzy przed kad ekspedycj przychodz pod moje drzwi, proszc bym si do nich przyczy. - A ty nigdy nie idziesz - stwierdzi Drizzt. Belwar wzruszy ramionami. - To proba tylko z grzecznoci, nic wicej - powiedzia poruszajc nosem i zagryzajc zby. - Nie jeste wart tego, by maszerowa u ich boku - doda Drizzt gosem, ktry ocieka sarkazmem. Uzna, e w kocu odnalaz rdo frustracji swego przyjaciela. Belwar znw wzruszy ramionami. Drizzt skrzywi si. - Widziaem, jak pracujesz swymi mi-thrilowymi domi - rzek. -Nie przynisby ujmy wyprawie! Wrcz przeciwnie! Czy uwaasz si za kalek, cho inni sdz inaczej? Belwar uderzy doni-motem w st, wskutek czego na kamieniu pojawio si dugie pknicie. - Mog wycina ska szybciej ni wikszo z nich! - warkn z arem nadzorca kopaczy. - A gdyby zaatakoway nas potwory... - zamacha gronie kilofem, a Drizzt nie wtpi, e gnom, o piersi jak beczuka, odpowiednio wykorzystaby instrument. - Miego dnia, Wielce Szanowany Nadzorco Kopaczy - dobieg zza drzwi ostatni krzyk. - Jak zawsze uszanujemy twoj decyzj, lecz, rwnie jak zawsze, bdziemy ubolewa nad twoj nieobecnoci. Drizzt wpatrywa si z zaciekawieniem w Belwara. - Dlaczego wic? - spyta w kocu. - Jeli jeste tak sprawny, jak wszyscy - rwnie ty - uwaaj, dlaczego pozostajesz z tyu? Wiem, jakim uczuciem svirfnebli darz takie ekspedycje, a mimo to ty nie jeste zainteresowany. Nigdy te nie mwisz o swoich wasnych przygodach poza Blingdenstone. Czy to moja obecno trzyma ci w domu? Czy jeste tu, by mnie obserwowa? - Nie - odpowiedzia Belwar, a jego grzmicy gos odbi si kilka razy w czuych uszach Drizzta. - Odzyskae swoj bro, mroczny elfie. Nie wtp w nasze zaufanie. - Ale... - zacz Drizzt, lecz przerwa nagle, zdajc sobie spraw z powodu niechci gbinowego gnoma. - Walka - powiedzia spokojnie, niemal przepraszajco - ten straszny dzie ponad dekad temu... Nos Belwara niemal zwin si w p i gnom szybko si odwrci. - Winisz si za mier swych pobratymcw! - cign Drizzt, zwikszajc natenie gosu, gdy coraz bardziej utwierdza si w swym przekonaniu. Mimo to drow ledwo by w stanie uwierzy w wypowiadane przez siebie sowa. Kiedy jednak Belwar znw skierowa si. w jego stron, oczy nadzorcy kopaczy byszczay wilgoci i Drizzt wiedzia, e jego sowa trafiy w odpowiedni punkt. Drizzt przejecha doni po swych gstych, biaych wosach, nie wiedzc zbytnio, co poradzi na dylemat Belwara. Drizzt osobicie prowadzi oddzia droww przeciwko wyprawie grniczej svirfnebli i wiedzia, e winy za katastrof w aden sposb nie mona byo zoy na gbinowe gnomy. Mimo to w jaki sposb mg to wyjani Belwarowi? - Pamitam ten dzie - zacz z wahaniem Drizzt. - ywo go pamitam, jakby ten straszny

moment zastyg w moich mylach na wieki. - Nie bardziej ni w moich - wyszepta nadzorca kopaczy. Drizzt przytakn twierdzco. - A wic jednakowo -powiedzia - bowiem ja znajduj si w tej samej pajczynie winy, ktra wizi ciebie. Belwar spojrza na niego z zaciekawieniem, nie do koca rozumiejc. - To ja prowadziem patrol droww - wyjani Drizzt. - Ja znalazem twoj grup, bdnie wierzc, e chcecie napa na Menzoberranzan. - Gdyby to nie by ty, to kto inny - odpar Belwar. - Nikt jednak nie poprowadziby ich tak dobrze jak ja - powiedzia Drizzt. - Tam - zerkn na drzwi - w dziczy, byem jak w domu. To bya moja domena. Belwar sucha teraz kadego sowa, jak oczekiwa Drizzt. - I to ja pokonaem ywioaka ziemi - cign Drizzt, mwic rzetelnie, a nie chepliwie. Gdyby nie moja obecno, walka byaby rwnorzdna. Przeyoby wicej svirfhebli, ktrzy wrciliby do Blingdenstone. Belwar nie mg ukry umiechu. W sowach Drizzta bya prawda, poniewa istotnie by on istotnym czynnikiem przemawiajcym na korzy droww. Belwar widzia jednak dokonywane przez Drizzta prby zagodzenia jego winy jako lekkie naciganie prawdy. - Nie rozumiem, jak moesz si wini - rzek Drizzt umiechajc si i majc nadziej, e ta swoboda uspokoi troch jego przyjaciela. - Gdy Drizzt Do'Urden sta na czele grupy droww, nie mielicie adnych szans. - Magga camarra! To zbyt bolesny temat, by z niego artowa - odpowiedzia Belwar, cho jeszcze mwic te sowa, krztusi si ze miechu. - Istotnie - powiedzia Drizzt, zmieniajc nagle ton na powany. - Odrzucanie tragedii w arcie nie jest jednak mieszniej-sze ni spowijanie si win za incydent, w ktrym si nie zawinio. Nie, jest inaczej - szybko poprawi si Drizzt. - Wina ley na barkach Menzoberranzan i jego mieszkacw. To zwyczaje droww spowodoway tragedi. To ich przeklta egzystencja, jak wiod kadego dnia, skazaa na zagad spokojnych grnikw z twojej ekspedycji. -Na nadzorcy kopaczy ley odpowiedzialno za jego grup - sprzeciwi si Belwar. - Tylko nadzorca kopaczy moe zwoa ekspedycj. Nastpnie musi przyj odpowiedzialno za swe decyzje. - Czy ty postanowie poprowadzi gbinowe gnomy tak blisko Menzoberranzan? - spyta Drizzt. -Ja. - Z wasnej woli? - naciska Drizzt. Sdzi, e pozna ju zwyczaje gnomw na tyle dobrze, by wiedzie, e wikszo, jeli nie wszystkie z ich najwaniejszych decyzji, bya podejmowana demokratycznie. - Czy bez sowa Belwara Dissen-gulpa wyprawa grnicza nigdy nie pojawiaby si w tym regionie? - Wiedzielimy o znalezisku - wyjani Belwar. - O bogatej rudzie. Zdecydowano w radzie, e powinnimy zaryzykowa zblienie do Menzoberranzan. Przewodziem wyznaczonej wyprawie. - Gdyby to nie by ty, to kto inny - odezwa si wymownie Drizzt, naladujc wczeniejsze sowa Belwara. - Nadzorca kopaczy musi przyj na siebie odpowie... - zacz Belwar odsuwajc wzrok. - Oni ci nie wini - powiedzia Drizzt, podajc oczyma za pustym spojrzeniem Belwara w stron gadkich, kamiennych drzwi. - Szanuj ci i opiekuj si tob. - To z litoci! - warkn Belwar. - Czy potrzebujesz ich litoci?! - krzykn Drizzt. - Czy jeste kim mniej wartociowym ni oni? Bezradnym kalek? - Nigdy taki nie byem! - Wic id z nimi! - wrzasn na niego Drizzt. - Sprawd, czy naprawd czuj do ciebie lito. Nie sdz, by w ogle tak byo, lecz jeli twoje przypuszczenia oka si prawdziwe, jeli twj lud istotnie czuje tylko lito wobec swego Wielce Szanowanego Nadzorcy Kopaczy", to poka im prawd o Belwa-rze Dissengulpie! Jeli twoi towarzysze nie nakadaj na ciebie ani litoci, ani

winy, to nie trzymaj tych uczu na swych barkach! Belwar spoglda przez dug chwil na swego przyjaciela, jednak nie odpowiedzia. - Wszyscy towarzyszcy ci grnicy znali ryzyko zwizane z podchodzeniem tak blisko Menzoberranzan - przypomnia mu Drizzt umiechajc si szerzej. - aden z nich, w tym i ty, nie wiedzia, e waszych przeciwnikw bdzie prowadzi Drizzt Do'Urden. Gdyby tak byo, z pewnoci zostalibycie w domu. - Magga camarra - wymamrota Belwar. Potrzsn z niedowierzaniem gow, zarwno z artobliwego nastawienia Drizzta, jak i z faktu, e po raz pierwszy od ponad dekady czu si lepiej w kwestii tych tragicznych wspomnie. Wsta z kamiennego stou, umiechn si do Drizzta i skierowa do wewntrznego pokoju. - Gdzie idziesz? - spyta Drizzt - Odpocz - odpowiedzia nadzorca kopaczy. - Zmczyy mnie ju wydarzenia dzisiejszego dnia. - Ekspedycja grnicza wyruszy bez ciebie. Belwar odwrci si i skierowa na Drizzta niedowierzajce spojrzenie. Czy ten drow naprawd oczekiwa, e Belwar tak atwo zapomni o latach winy i wymaszeruje z grnikami? - Sdziem, e Belwar Dissengulp ma w sobie wicej odwagi - powiedzia do niego Drizzt. Grymas, ktry przemkn przez twarz nadzorcy kopaczy, nie by udawany i Drizzt stwierdzi, e odnalaz saby punkt w pancerzu samolitoci Belwara. - miao mwisz - warkn Belwar. - miao do tchrza - odpar Drizzt. Svirfnebli z mithrilo-wymi domi podszed bliej, a oddech wydobywa si z jego silnie uminionej piersi cikimi haustami. - Jeli nie podoba ci si ten tytu, to go odrzu! - warkn mu prosto w twarz Drizzt. - Id z grnikami. Pokaz im prawd o Belwarze Dissengulpie, i sam j poznaj! Belwar stukn o siebie domi. - Biegnij wic i przynie sw bro! - rozkaza. Drizzt zawaha si. Czy zosta wanie wyzwany? Czy zabrn zbyt daleko w prbie wyrwania nadzorcy kopaczy z wizw winy? - Przynie sw bro, Drizzcie Do'Urden! - warkn ponownie Belwar. - Jeli mam i z grnikami, to ty te! Uradowany Drizzt chwyci gow gbinowego gnoma swymi dugimi, szczupymi rkoma i stukn lekko swym czoem w gow Belwara, po czym obydwaj wymienili spojrzenia nasycone podziwem i przywizaniem. Chwil pniej Drizzt wybieg, spieszc do rodkowego Domu po swoj pieczoowicie wykonan kolczug, piwafwi oraz sejmitary. Belwar z niedowierzania stukn si tylko doni w gow, niemal zwalajc si z ng, po czym obserwowa, jak Drizzt wypada przez drzwi. Zapowiadao si na interesujc wycieczk. *** Nadzorca Kopaczy Brickers z chci przyj Belwara i Drizzta, cho spojrza z zaciekawieniem na Belwara, gdy Drizzt si odwrci. Nawet wtpicy nadzorca kopaczy nie mg zaprzeczy przydatnoci elfa drowa w dzikim Podmroku, zwaszcza jeli pogoski o dziaalnoci droww we wschodnich tunelach okazayby si prawdziwe. Kiedy jednak patrol dotar w region okrelony przez zwiadowcw, nie zobaczy ani ladu dziaalnoci czy masakry. Plotki o grubej yle rudy nie byy ani troch przesadzone i dwudziestu piciu grnikw ekspedycyjnych zabrao si do pracy z gorliwoci przekraczajc wszystko, czego drow dotd by wiadkiem. Drizzt by szczeglnie zadowolony z Belwara, poniewa mot i kilof nadzorcy kopaczy odupyway kamie z precyzj i si, jakim nikt nie mg dorwna. Niedugo zajo Belwarowi zdanie sobie sprawy, e w aden sposb nie jest obiektem litoci towarzyszy. By czonkiem ekspedycji -szanowanym czonkiem i w adnym przypadku zawadktry napenia wzki wiksz iloci rudy ni ktokolwiek z pozostaych. Podczas dni spdzonych w krtych tunelach Drizzt i Guenhwyvar, kiedy oczywicie kocica

moga, trzymali czujn wart w pobliu obozu. Po pierwszym dniu kopania Nadzorca Kopaczy Brickers wyznaczy trzeciego towarzysza do warty dla drowa oraz pantery i Drizzt susznie podejrzewa, e w svirfnebli mia w rwnym stopniu pilnowa jego, co wypatrywa niebezpieczestwa z zewntrz. Wraz z biegiem czasu grupa svirfnebli przyzwyczaia si jednak do swego mahoniowoskrego towarzysza i Drizzt mg chodzi tam, gdzie chcia. Bya to uboga w wydarzenia i przynoszca zysk podr, wanie taka, jakie lubili svirfhebli, i wkrtce, nie napotkawszy nawet jednego potwora, napenili wzki cennymi mineraami. Klepic si nawzajem po plecach - Belwar uwaa, by nie uderza zbyt mocno - zebrali sprzt, uformowali wzki w lini i wyruszyli do domu, w drog, ktra zwaywszy na ciar wagonikw, miaa im zaj dwa dni. Po zaledwie kilku godzinach marszu wrci z ponur twarz jeden ze zwiadowcw, idcych przed karawan. - O co chodzi? - spyta Nadzorca Kopaczy Brickers, podejrzewajc, e ich dobra passa si skoczya. - Plemi goblinw - odpowiedzia zwiadowca. - Przynajmniej cztery dziesitki. Zebray si w maej grocie z przodu -na wschd i w gr stromego korytarza. Nadzorca Kopaczy Brickers uderzy pici w wzek. Nie wtpi w to, e grnicy poradz sobie z band goblinw, nie chcia jednak kopotw. Mimo to, w zwizku z tym e zaadowane wzki byy haaliwe, ominicie goblinw nie bdzie proste. - Przekacie do tyu, e siedzimy cicho - zdecydowa w kocu. - Jeli ma by walka, niech gobliny przyjd do nas. - W czym jest problem? - Drizzt spyta Belwara, gdy ten przyszed na koniec karawany. Odkd grupa rozbia obz, trzyma tyln stra. - Banda goblinw - odpar Belwar. - Brickers mwi, e zostajemy tu w dole z nadziej, e nas min. - A jeli nie? - nie mg si powstrzyma Drizzt. Belwar stukn o siebie domi. - To tylko gobliny - mrukn pospnie. - Jednak ja i wszyscy moi pobratymcy chcemy, by cieka pozostaa czysta. Ucieszyo Drizzta, e jego nowi towarzysze nie garnli si zbytnio do walki, nawet jeli by to przeciwnik, ktrego mogli z atwoci pokona. Gdyby Drizzt podrowa z grup droww, najprawdopodobniej cae plemi goblinw byoby martwe lub wtrcone w niewol. - Chod ze mn - Drizzt powiedzia do Belwara. - Chc, aby pomg Nadzorcy Kopaczy Brickersowi zrozumie mnie. Mam plan, lecz obawiam si, e moje ograniczone umiejtnoci posugiwania si waszym jzykiem nie pozwol mi na przedstawienie szczegw. Betwar wysun kilof w stron Drizzta i obrci szczupego drowa ostrzej, ni zamierza. - Nie chcemy konfliktw - wyjani. - Lepiej niech gobliny pjd swoj drog. - Nie chc walczy - zapewni go Drizzt mrugajc okiem. Usatysfakcjonowany gbinowy gnom ruszy za elfem. Brickers umiechn si szeroko, gdy Belwar przetumaczy plan Drizzta. - Warto bdzie zobaczy miny goblinw - Brickers powiedzia ze miechem do Drizzta. - Sam chciabym ci towarzyszy! - Lepiej zostaw to mnie - rzek Belwar. - Znam zarwno jzyk goblinw, jak i droww, a ty masz tutaj swoje obowizki, w przypadku gdyby sprawy nie potoczyy si tak, jak chcemy. - Ja rwnie znam jzyk goblinw - odpar Brickers. -I wystarczajco dobrze rozumiem naszego towarzysza - mrocznego elfa. Jeli chodzi o moje obowizki przy karawanie, nie s one tak wielkie jak sdzisz, bo towarzyszy mi dzisiaj inny nadzorca kopaczy. - Ktry nie widzia dzikiego Podmroku od wielu lat - przypomnia mu Belwar. - Ach, ale by najlepszy w swoim rzemiole - odrzek Brickers. - Karawana przechodzi pod twoje rozkazy, Nadzorco Kopaczy Belwarze. Postanowiem i wraz z drowem i spotka si z goblinami. Drizzt zrozumia wystarczajco wiele, by ogarn oglny plan dziaania. Zanim Belwar zdy zaprotestowa, Drizzt pooy mu rk na ramieniu i skin gow. - Jeli nie oszukamy goblinw i bdziemy ci potrzebowa, przybd szybko i nie przebieraj w rodkach - powiedzia.

Nastpnie Brickers zdj swj ekwipunek i bro, a Drizzt odprowadzi go. Belwar odwrci si ostronie do pozostaych, nie wiedzc, jak bd reagowa na jego decyzje. Jedno spojrzenie na karawan grnikw powiedziao mu, e stoj pewnie za nim, co do jednego, czekajc na rozkazy. Nadzorca Kopaczy Brickers nie by ani troch rozczarowany minami, jakie pojawiy si na powykrcanych i najeonych kami twarzach goblinw, gdy wraz z Drizztem weszli w ich rodek. Jeden z goblinw wyda z siebie wrzask i unis wczni do rzutu, lecz Drizzt, wykorzystujc swe wrodzone umiejtnoci, opuci na jego gow kul ciemnoci, cakowicie go olepiajc. Wcznia i tak poleciaa, a Drizzt wycign sejmitar i przeci j w powietrzu, gdy przemykaa obok. Brickers ze zwizanymi domi, poniewa udawa w tej farsie winia, otworzy usta, widzc szybko i atwo, z jakimi drow trafi w lecc wczni. Svirfnebli spojrza nastpnie na band goblinw i ujrza, e zrobio to na nich podobne wraenie. - Jeden krok dalej i oni zgin - obieca Drizzt w mowie goblinw, gardowym jzyku powarkiwa i skamle. Brickers zrozumia, o co mu chodzi chwil pniej, gdy usysza szalecze szuranie butw i skowyt z tyu. Odwrciwszy si, gbinowy gnom spostrzeg dwch goblinw, otoczonych ogniem faerie drowa, uciekajcych tak szybko, jak ich plaskate stopy mogy, ich nie. Svirfhebli znw spojrza na Drizzta z podziwem. Skd wiedzia, e te podstpne gobliny tam si czaiy? Brickers nie wiedzia oczywicie o owcy, tym drugim ja Drizzta Do'Urden, ktre dawao drowowi powan przewag w tego typu spotkaniach. Nadzorca kopaczy nie wiedzia rwnie, e w tym momencie Drizzt pogrony by w innej walce, o kontrol nad tym niebezpiecznym alter ego. Drizzt spojrza na sejmitar w doni, a nastpnie znw na tum goblinw. Przynajmniej trzy tuziny stay w gotowoci, a mimo to owca nakania Drizzta do ataku, do wgryzienia si w te tchrzliwe potworki, by rzuciy si do ucieczki kadym wychodzcym z pomieszczenia korytarzem. Jedno spojrzenie na towarzysza svirfhebli przypomniao jednak Drizztowi o jego planie przyjcia tutaj i pozwolio odepchn od siebie postaw owcy. - Kto jest dowdc? - spyta w gardowym gobliskim. Wdz goblinw nie by zbyt chtny do ukazania si drowowi, lecz tuzin jego podwadnych, prezentujc typow dla goblinw odwag i lojalno, odwrcio si na pitach i wycigno skate paluchy w jego stron. Nie majc innego wyboru, wdz wypi pier, wyprostowa kociste ramiona i podszed w kierunku drowa. - Bruck! - okreli si wdz, uderzajc pici w tors. - Dlaczego tu jestecie? - Drizzt umiechn si paskudnie. Bruck po prostu nie zna odpowiedzi na to pytanie. Nigdy wczeniej goblin nie myla o pozwoleniu na przemieszczanie plemienia. - Ten region naley do droww! - warkn Drizzt. - To nie wasze miejsce! - Do miasta droww wiele cieek - poskary si Bruck, pokazujc palcem nad gow Drizzta i lokujc Menzoberranzan w zym kierunku, jak zauway Drizzt, lecz zignorowa pomyk. Kraina svirfhebli. - Na razie - odpowiedzia Drizzt, szturchajc Brickersa rkojeci sejmitara. - Jednak mj lud zdecydowa, e zagarnie ten teren. - W lawendowych oczach Drizzta rozgorza may pomie, a na jego twarzy wykwit diabelski umiech. - Czy Bruck i plemi goblinw nam si sprzeciwi? Bruck wycign bezradnie swe donie z dugimi palcami. - Odejdcie! - nakaza Drizzt. - Nie potrzebujemy teraz niewolnikw, nie chcemy te, eby w tunelach rozbrzmiao echo walki. Uwaaj si za szczciarza, Bruck. Twoje plemi ucieknie i przeyje... tym razem! Bruck odwrci si do pozostaych, szukajc jakiego wsparcia. Sta przed nimi tylko jeden drow, a ponad trzy tuziny goblinw trzymao bro w pogotowiu. Przewaga bya obiecujca, eby nie powiedzie przytaczajca. - Odejdcie! - rozkaza Drizzt, wskazujc sejmitarem boczny tunel. - Uciekajcie, dopki wasze stopy bd zbyt zmczone, by was nie! Wdz goblinw buntowniczo zatkn palce za kawaek sznurka, ktry podtrzymywa jego

przepask biodrow. Wtedy wszdzie wok maej groty rozlegy si kakofonicz-ne dwiki, brzmice niczym rytmiczne bbnienie w ska. Bruck i pozostae gobliny rozejrzeli si nerwowo, a Drizzt nie przegapi okazji. - miecie si nam przeciwstawia? - krzykn drow, otaczajc Brucka purpurowymi pomieniami. - Niech wic gupi Bruck zginie jako pierwszy! Zanim Drizzt zdoa dokoczy wypowied, wdz goblinw ju znikn, uciekajc ze wszystkich si wskazanym przez Drizzta korytarzem. Usprawiedliwiajc ucieczk lojalnoci wobec swego wodza, cae plemi goblinw rzucio si w pocig. Najszybsi nawet przegonili Brucka. Kilka chwil pniej w pozostaych wejciach pojawili si Belwar i inni grnicy. - Uznaem, e moecie potrzebowa troch wsparcia - wyjani mithrilorki nadzorca kopaczy, stukajc motem w ska. - Doskonae byo twoje wyliczenie czasu oraz osd, Wielce Szanowany Nadzorco Kopaczy Brickers powiedzia do niego, gdy zdoa powstrzyma miech. - Doskonae, jak wszystko, czego zwyklimy oczekiwa od Belwara Dissengulpa! Krtk chwil pniej karawana svirfnebli znw wyruszya w drog, a caa grupa bya podniecona i szczliwa z powodu wydarze ostatnich kilku dni. Gbinowe gnomy uznay si za bardzo przebiege - za sposb, w jaki unikny kopotw. Wesoo przesza w pene przyjcie, gdy w kocu wrcili do Bling-denstone - a svirfnebli, cho zazwyczaj s powanym, nastawionym na prac ludem, urzdzaj przyjcia rwnie dobrze, jak ktrakolwiek rasa z Krain. Pomimo fizycznych rnic ze svirfnebli Drizzt Do'Urden czu si tutaj swobodniej i bardziej jak w domu ni kiedykolwiek we wszystkich czterech dekadach swego ycia. Za Belwar Dissengulp nie wzdryga si ju, gdy inny svirfnebli zwraca si do niego Wielce Szanowany Nadzorco Kopaczy". *** Duch-widmo by zakopotany. Wanie gdy Zaknafein zacz wierzy, e jego zdobycz znajduje si w miecie svirfhe-bli, magiczne zaklcia, ktre naoya na niego Malice, wykryy obecno Drizzta w korytarzach. Na szczcie dla Drizzta i grnikw svirfnebli duch-widmo by daleko od nich, gdy odkry zapach. Zaknafein przedziera si z powrotem przez korytarze, unikajc patroli gbinowych gnomw. Kade potencjalne spotkanie, przed ktrym umyka, okazywao si niezwykle trudne dla Zaknafeina, poniewa siedzca na swoim tronie w Menzoberranzan Malice stawaa si coraz bardziej niecierpliwa i coraz mocniej go podjudzaa. Malice chciaa smaku krwi, lecz Zaknafein trzyma si swego celu, zbliajc si do Drizzta. Wtedy jednak, nagle, zapach znikn. * ** Bruck jkn, gdy nastpnego dnia do jego obozu wszed kolejny samotny mroczny elf. Tym razem nikt nie unis wczni i nie prbowa si ukrywa za plecami nowoprzybyego. - Poszlimy tak, jak rozkazalicie! - poskary si Bruck, wychodzc przed grup, zanim zosta wywoany. Wdz gobli-nw wiedzia, e jego podwadni i tak by go wskazali. Jeli duch-widmo zrozumia nawet jego sowa, w aden sposb nie da tego po sobie pozna. Zaknafein szed prosto w stron wodza, trzymajc w doniach miecze. - Ale my... - zacz Bruck, lecz reszta wypowiedzi zostaa zduszona strumieniem krwi. Zaknafein wyszarpn miecz z garda goblina i natar na reszt grupy. Gobliny rozproszyy si we wszystkich kierunkach. Kilku z nich, uwizionych pomidzy oszalaym drowem a kamienn cian, unioso defensywnie prymitywne wcznie. Duch-widmo przedar si przez nie, przy kadym uderzeniu odtrcajc bro i odcinajc koczyny. Jeden z goblinw przedosta si przez wirujce miecze i wbi grot wczni gboko w biodro Za-knafeina. Niemartwy potwr nawet nie drgn. ak odwrci si do goblina i zasypa go seri szybkich jak byskawica, perfekcyjnie wymierzonych ciosw, ktre odciy mu gow i ramiona.

Ostatecznie w grocie leao pitnacie martwych goblinw, a reszta plemienia rozproszya si i uciekaa kadym moliwym korytarzem. Duch-widmo, pokryty krwi swych przeciwnikw, wyszed z jaskini przejciem lecym naprzeciw tego, ktrym wszed, kontynuujc swe zacieke poszukiwania nieuchwytnego Drizzta Do'Urden. *** W Menzoberranzan, w przedsionku kaplicy Domu Do'Urden, Opiekunka Malice rozlunia si, cakowicie wyczerpana i chwilowo nasycona. Odczuwaa kade dokonane przez Zaknafeina zabjstwo, czua strumie ekstazy za kadym razem, gdy miecz ducha-widma wbija si w kolejn ofiar. Malice odepchna frustracje i niecierpliwo, a jej pewno siebie wzrosa dziki przyjemnoci odczuwanej z okrutnych mordw Zaknafeina. Jake wielka bdzie ekstaza Malice, gdy duch-widmo napotka w kocu jej zdradzieckiego syna!

11

Informator
Doradca Firble z Blingdenstone wszed niepewnie do maej jaskini o poszarpanych cianach, miejsca wyznaczonego na spotkanie. Armia svirfhebli, w tym kilku gbinowych gnomw zaklinaczy trzymajcy kamienie, ktrymi mogli przyzwa na pomoc ywioaki ziemi, przesuna si na obronne pozycje wzdu korytarzy na zachd od pomieszczenia. Pomimo tego Firble by niespokojny. Spojrza we wschodni tunel zastanawiajc si, jakie wieci bdzie mia dla niego informator i martwic si, ile bd one kosztowa. Wtedy drow wykona efektowne wejcie, stukajc gono swymi wysokimi butami o kamienn podog. Rozejrza si, by upewni si, e Firble jest jedynym svirfnebli w pomieszczeniu zgodnie z ich zwyczajow umow - po czym podszed do doradcy i ukoni si nisko. - Witaj may przyjacielu z wielk sakiewk - powiedzia ze miechem drow. Jego znajomo jzyka svirfnebli i doskonaa intonacja, zawsze zdumiewaa Firble. - Moge podj jakie rodki ostronoci - odpar Firble, znw rozgldajc si niespokojnie. - Ba - parskn drow, stukajc obcasami butw. - Masz za sob armi gbinowych gnomw wojownikw i czarodziejw, za ja... no c, powiedzmy, e te jestem chroniony. - Jest to fakt, w ktry nie wtpi, Jarlaxle - odpowiedzia Firble. - Mimo to wolabym, aby nasze sprawy, te prywatne, zostay tajemnic. - Wszystkie sprawy Bregan D'aerthe s prywatne, mj drogi Firble - odrzek Jarlaxle i ponownie ukoni si nisko, zataczajc swym kapeluszem o szerokim rondzie zamaszysty i peen gracji uk. - Wystarczy - powiedzia Firble. - Skoczmy nasze sprawy, abym mg wrci do domu. - Pytaj wic - rzek Jarlaxle. - W pobliu Blingdenstone nastpio wzmoenie aktywnoci droww - wyjani gbinowy gnom. - Istotnie? - spyta Jarlaxle, wygldajc na zdumionego. Umieszek drowa zdradza jednak jego prawdziwe uczucia. Bdzie to dla Jarlaxle atwy zysk, poniewa w niepokoje Blingdenstone bya zaangaowana ta sama matka opiekunka z Menzoberranzan, ktra go niedawno wynaja. Jarlaxle lubi zbiegi okolicznoci, dziki ktrym zyski mogy by wiksze. Firble zbyt dobrze zna udawane zdumienie elfa. - Istotnie - stwierdzi stanowczo. - A ty chciaby wiedzie dlaczego? - wywnioskowa Jarla-xle, wci utrzymujc fasad ignorancji. - Z naszego punktu widzenia wydaje si to roztropne - fuk-n doradca, znuony wieczn gr Jarlaxle. Firble nie mia cienia wtpliwoci, e Jarlaxle wiedzia o dziaalnoci droww w pobliu Blingdenstone i o kryjcym si za ni celu. Jarlaxle by otrem nie posiadajcym domu, co zazwyczaj nie byo w wiecie mrocznych elfw zbyt korzystn pozycj. Mimo to w zamony najemnik przetrwa - a nawet odnis spore korzyci - bdc renegatem. W tym wszystkim najwiksz przewag Jarlaxle bya wiedza - wiedza o wszystkim, co si dziao w Menzoberranzan oraz w okolicach miasta. - Ile czasu bdziesz potrzebowa? - zapyta Firble. - Mj krl yczy sobie zakoczy t spraw tak szybko, jak to moliwe. - Masz moj zapat? - spyta drow wycigajc do. - Zapata bdzie, kiedy dostarczysz informacje - zaprotestowa Firble. - Zawsze tak si umawialimy. - Istotnie - zgodzi si Jarlaxle. - Tym razem jednak nie potrzebuj czasu na zbieranie informacji. Jeli masz moje klejnoty, moemy ju teraz zaatwi sprawy. Firble odczepi z pasa sakiewk z klejnotami i rzuci j dro-wowi. - Pidziesit agatw, dobrze oszlifowanych - warkn, jak zawsze niezadowolony z ceny. Mia nadziej, e uda mu si unikn tym razem korzystania z usug Jarlaxle, poniewa Firble, jak kady gnom, nie rozstawa si atwo z takimi sumami. Jarlaxle szybko zerkn do sakiewki, po czym wrzuci j do gbokiej kieszeni. - Bd

spokojny, may gbinowy gnomie -zacz - poniewa moce Menzoberranzan nie planuj adnych dziaa przeciwko twemu miastu. Regionem tym interesuje si tylko jeden dom droww, nic wicej. - Dlaczego? - spyta Firble po dugiej chwili ciszy. Svirfne-bli nienawidzi pyta, poniewa zna nieuniknione konsekwencje. Jarlaxle wycign do. Przeszo do niej dziesi kolejnych doskonale oszlifowanych agatw. - Dom szuka jednego ze swoich szeregw - wyjani Jarla-xle. - Renegata, ktry poprzez swoje czyny pozbawi sw rodzin aski Pajczej Krlowej. Znowu mino kilka przecigajcych si w nieskoczono chwil ciszy. Firble mgby z atwoci odgadn tosamo tego ciganego drowa, lecz gdyby si nie upewni, Krl Schnicktick grzmiaby, a nie zapadby si sufit. Wycign z sakiewki przy pasie nastpne dziesi klejnotw. - Nazwij dom - rzek. - Daermon N'a'shezbaernon - odpar Jarlaxle, niedbale wrzucajc kamienie do kieszeni. Firble skrzyowa ramiona na piersi i skrzywi si. Pozbawiony skrupuw drow znw go przechytrzy. - Nie pradawn nazw! - zagrzmia doradca, niechtnie wycigajc kolejne dziesi klejnotw. - Naprawd, Firble - odezwa si przymilnie Jarlaxle. - Musisz si nauczy zadawa dokadniejsze pytania. Takie pomyki drogo ci kosztuj! - Nazwij dom w taki sposb, ebym zrozumia - poleci Firble. - 1 nazwij renegata. Nie zapac ci ju nic wicej, Jarlaxle. Jarlaxle podnis do i umiechn si, by uciszy gbinowego gnoma. - Zgoda - zamia si zadowolony ze swej zdobyczy. - Dom Do'Urden, smy Dom Menzoberranzan, szuka swego drugiego chopca. - Najemnik zauway w twarzy Firble cie zrozumienia. Czy to drobne spotkanie mogo zapewni Jarlaxle informacje, ktre bdzie mg zamieni na jeszcze wiksze korzyci z kufrw Opiekunki Malice? - Nazywa si Drizzt - cign drow, pieczoowicie obserwujc reakcj svirfnebli. Nastpnie doda przebiegym tonem -Informacje o miejscu jego pobytu przyniosyby w Menzoberranzan spory zysk. Firble spoglda dugo na obcesowego drowa. Czy zdradzi sob zbyt wiele, gdy zostaa ujawniona tosamo renegata? Jeli Jarlaxle odgad, e Drizzt jest w miecie gbinowych gnomw, konsekwencje mog by ponure. Firble by w kopotliwym pooeniu. Czy powinien przyzna si do pomyki i sprbowa j naprawi? Ile jednak kosztowaoby zapewnienie sobie milczenia Jarlaxle? Niezalenie za od wielkoci zapaty, czy Firble mg zaufa pozbawionemu skrupuw najemnikowi? - Nasze sprawy si zakoczyy - obwieci Firble, decydujc si na przekonanie, e Jarlaxle nie odgad wystarczajco wiele, by ubi interes z Domem Do'Urden. Doradca obrci si na picie i ruszy w stron wyjcia z pomieszczenia. Jarlaxle w myli pochwali decyzj Firble. Zawsze uwaa doradc svirfnebli za przeciwnika, z ktrym warto byo si targowa i teraz nie by rozczarowany. Firble ujawni niewiele informacji, zbyt mao, by zanie je Opiekunce Malice, za jeli gbinowy gnom dysponowa czym wicej, jego decyzja o nagym zakoczeniu spotkania bya rozsdna. Jarlaxle musia przyzna, e wrcz lubi Firble. - May gnomie - zawoa za odchodzc sylwetk. - Dam ci ostrzeenie. Firble obrci si, zasaniajc defensywnie rk zamknit sakiewk. - Bez opaty - powiedzia ze miechem Jarlaxle i potrzsn ys gow. Nagle jednak twarz najemnika staa si powana, wrcz pospna. - Jeli wiesz co o Drizzcie Do'Urden - kontynuowa Jarlaxle - zapomnij o tym. Sama Lloth zadaa od Opiekunki Malice Do'Urden jego mierci, a Malice zrobi wszystko, by wypeni to zadanie. Nawet jeli Malice si to nie uda, polowanie podejm inni, wiedzc, e mier Do'Urdena przyniesie Pajczej Krlowej ogromn przyjemno. Jest zgubiony, Firble, a w rwnym stopniu bd zgubieni ci, ktrzy s na tyle gupi, by sta u jego boku. - Niepotrzebne ostrzeenie - odpowiedzia Firble, prbujc zachowa spokojny wyraz twarzy. - Poniewa nikt w Blingdenstone nie wie nic o tym zbuntowanym mrocznym elfie ani si nim nie przejmuje. Ani te, zapewniam ci, nikt w Blingdenstone nie ma najmniejszego zamiaru

zagwarantowania sobie aski Pajczej Krlowej mrocznych elfw! Jarlaxle umiechn si syszc blef svirfhebli. - Oczywicie - odpar, po czym zamachn si wielkim kapeluszem, wykonujc kolejny niski ukon. Firble sta przez chwil, rozmylajc nad sowami i ukonem, zastanawiajc si znw, czy powinien kupi milczenie najemnika. Zanim podj jednak jak decyzj, Jarlaxle ju znikn, stukajc gono o kamienie swymi podbitymi butami. Biedny Firble zacz si martwi. Nie musia. Jarlaxle istotnie lubi maego Firble, jak przyzna w mylach, nie przekae wic swych podejrze o miejscu pobytu Drizzta Opiekunce Malice. Chyba e, oczywicie, oferta bdzie zbyt kuszca. Firble sta tylko i spoglda przez wiele minut na puste pomieszczenie, zastanawiajc si i martwic, co przyniesie przyszo. *** Dla Drizzta dni byy wypenione przyjani i zabaw. Wrd grnikw svirfnebli, ktrzy byli z nim w tunelach, sta si kim w rodzaju bohatera, a opowie o sprytnym oszukaniu plemienia goblinw rosa przy kadym przekazywaniu. Drizzt i Belwar czsto wychodzili teraz na zewntrz, a za kadym razem gdy zaszli do tawerny lub domu spotka, byli witani radosnymi okrzykami oraz propozycjami darmowych posikw i napitkw. Obydwaj przyjaciele byli szczliwi, poniewa razem odnaleli swoje miejsce i spokj. Nadzorca Kopaczy Brickers oraz Belwar byli zajci planowaniem kolejnej ekspedycji grniczej. Najwaniejszym zadaniem byo ograniczenie listy ochotnikw, poniewa kontaktowali si z nimi svirfhebli z kadej czci miasta, chcc znale si u boku mrocznego elfa oraz wielce szanowanego nadzorcy kopaczy. Gdy pewnego poranka za drzwiami Belwara rozlego si donone i natarczywe pukanie, Drizzt i gbinowy gnom uznali, e to kolejni rekruci poszukujcy miejsca w ekspedycji. Byli bardzo zdziwieni, widzc czekajcych na nich stranikw miejskich, proszcych Drizzta, i popierajcych prob tuzinem wczni, o udanie si z nimi na audiencj z krlem. Belwar nie wyglda na zatroskanego. - rodki ostronoci - zapewni Drizzta odsuwajc talerz z grzybami i sosem z mchu. Belwar podszed do ciany, by wzi swj paszcz, ale jeli Drizzt, skupiony na wczniach, zauwayby urywane i niepewne ruchy gnoma, nie byby tego pewny. Podr przez miasto gbinowych gnomw bya niezwykle szybka, poniewa niecierpliwi stranicy ponaglali drowa i nadzorc kopaczy. Belwar na kadym kroku nazywa wci ca spraw rodkami ostronoci" i tak naprawd wykonywa dobr robot, zachowujc spokj w gosie. Drizzt nie wnis jednak ze sob do komnat krlewskich iluzji. Caa jego ycie wypenione byo katastrofalnymi kocami po obiecujcych pocztkach. Krl Schnicktick siedzia niespokojnie na swym kamiennym tronie, a jego doradcy rwnie niepewnie stali dookoa. Nie podoba mu si obowizek, jaki spad mu na ramiona - svirfnebli uwaali si za lojalnych przyjaci -jednak w wietle przyniesionych przez Firble wiadomoci, nie mona byo lekceway zagroenia dla Blingdenstone. Zwaszcza, jeli chodzio o mroczne elfy. Drizzt i Belwar stanli przed krlem, Drizzt zaciekawiony, cho gotw zaakceptowa wszystko, co mogo wynikn, lecz Belwar na granicy wciekoci. - Dzikuj wam za szybkie przybycie - powita ich Kr Schnicktick, po czym chrzkn i rozejrza si po swoich doradcach w poszukiwaniu poparcia. - Wcznie potrafi przekona do popiechu - warkn sarkastycznie Belwar. Krl svirfnebli znowu chrzkn z wyran niepewnoci, po czym poprawi si na tronie. Moja stra za bardzo si tym przeja - przerosi. - Prosz, abycie nie byli uraeni. - Nie jestemy - zapewni go Drizzt. - Czy podoba ci si pobyt w naszym miecie? - spyta Schnicktick, zmuszajc si do lekkiego

umiechu. Drizzt przytakn. - Wasz lud jest askawszy, ni mgbym prosi lub oczekiwa odpowiedzia. - Za ty okazae si wartociowym przyjacielem, Drizzcie Do'Urden - powiedzia Schnicktick. - Nasze ycie zostao wielce wzbogacone twoj obecnoci. Drizzt ukoni si nisko, peen wdzicznoci za mie sowa krla svirfhebli. Belwar przymruy jednak swe ciemnoszare oczy i zmarszczy zadarty nos, zaczynajc rozumie, do czego zmierza krl. - Niestety - zacz Krl Schnicktick, spogldajc bagalnie na swych doradcw, a nie bezporednio na Drizzta - zostalimy postawieni wobec sytuacji... - Magga camarra! - krzykn Belwar, zwracajc na siebie uwag wszystkich obecnych. -Nie! Krl Schnicktick i Drizzt spojrzeli na nadzorc z niedowierzaniem. - Chcecie go wyrzuci - Belwar warkn oskarajce w stron Schnickticka. - Belwar'. - zaprotestowa Drizzt. - Wielce Szanowany Nadzorco Kopaczy - rzek stanowczo krl. - Nie do ciebie naley prawo przerywania, za jeli jeszcze raz tak uczynisz, bd zmuszony usun ci z tej komnaty. - A wic to prawda - jkn cicho Belwar i odwrci wzrok. Drizzt przenis spojrzenie z krla na Belwara i z powrotem, nie rozumiejc celu tego caego spotkania. - Syszae o domniemanej dziaalnoci droww w tunelach w pobliu naszych wschodnich granic? - krl spyta Drizzta. Drizzt przytakn. - Poznalimy cel tej dziaalnoci - wyjani Schnicktick. W czasie przerwy, kiedy to krl kolejny raz spojrza na swych doradcw, po grzbiecie Drizzta przeszy ciarki. Nie mia wtpliwoci, co si stanie dalej, lecz sowa, mimo to, gboko go zraniy. - Ty, Drizzcie Do'Urden, jeste tym celem. - Moja matka mnie szuka - odpar beznamitnie Drizzt. - Ale ci nie znajdzie - warkn buntowniczo Belwar, kierujc te sowa do Schnickticka i tej nieznanej matki jego nowego przyjaciela. - Nie, jeli pozostaniesz gociem gbinowych gnomw z Blingdenstone! - Belwarze, wstrzymaj si! - zbeszta go Krl Schnicktick. Spojrza znw na Drizzta i mina mu zagodniaa. - Prosz, przyjacielu Drizzcie, musisz zrozumie. Nie mog ryzykowa wojny z Menzoberranzan. - Rozumiem - zapewni go szczerze Drizzt. - Wezm moje rzeczy. - Nie! - zaprotestowa Belwar podchodzc do tronu. - Jestemy svirfhebli. Nie wystawiamy naszych przyjaci na niebezpieczestwo! -Nadzorca kopaczy biega od jednego doradcy do drugiego, bagajc o sprawiedliwo. - Drizzt Do'Urden okaza nam tylko przyja, a my chcemy go wygna! Magga camarra! Jeli nasza lojalno jest tak krucha, czy jestemy lepsi od droww z Menzoberranzan? - Do, Wielce Szanowany Nadzorco Kopaczy! - krzykn Krl Schnicktick gosem, w ktrej rozbrzmiewaa niemoliwa do zignorowania, nawet przez upartego Belwara, ostateczno. - Ta decyzja nie przysza nam atwo, lecz nie podlega zmianie! Nie nara Blingdenstone na niebezpieczestwo dla dobra mrocznego elfa, niezalenie od tego, e okaza si przyjacielem. Schnicktick spojrza na Drizzta. - Naprawd mi przykro. - Niech nie bdzie - odpar Drizzt. - Robisz tylko to, co musisz, jak ja zrobiem dawno temu, kiedy zdecydowaem si porzuci mj lud. Sam dokonaem tej decyzji i nigdy nikogo nie prosiem o poparcie lub pomoc. Ty, dobry krlu svirfhebli, oraz twj lud, dalicie mi z powrotem tak wiele z tego, co straciem. Uwierzcie, e nie mam zamiaru wywoywa gniewu Menzoberranzan wobec Blingdenstone. Nigdy bym sobie nie wybaczy, gdybym odegra jak rol w takiej tragedii. Odejd z waszego wspaniaego miasta w przecigu godziny. Odchodzc za, czuj jedynie wdziczno. Krl svirfhebli wzruszy si tymi sowami, lecz jego stanowisko pozostao nieugite. Wskaza swym stranikom, by towarzyszyli Drizztowi, ktry przyj uzbrojon eskort ze zrezy-

gnowanym westchnieniem. Zerkn na Belwara, stojcego bezradnie przy doradcach, po czym opuci komnaty krlewskie. *** Stu gbinowych gnomw, w tym Nadzorca Kopaczy Krieger oraz inni grnicy z ekspedycji, w ktrej wzi udzia Drizzt, egnao si z drowem, gdy przechodzi przez wielkie wrota Blingdenstone. Podejrzana bya nieobecno Belwara Dissengulpa. Drizzt nie widzia nadzorcy kopaczy przez ca godzin, jaka mina od wyjcia przez niego z sali tronowej. Mimo to Drizzt by wdziczny za poegnanie, jakie dali mu ci svirfnebli. Ich mie sowa ukoiy go i day mu si, o ktrej wiedzia, e bdzie mu potrzebna w nadchodzcych latach. Ze wszystkich wspomnie, jakie Drizzt wynosi z Blingdenstone, przysig szczeglnie silnie trzyma si tych sw poegnania. Mimo to gdy Drizzt oddali si od tumu, przeszed przez ma platform i zszed szerokimi schodami, sysza jedynie echo zatrzaskujcych si za nim ogromnych wrt. Drizzt wzdrygn si, spogldajc w tunele Podmroku. Zastanawia si, w jaki sposb przetrwa tym razem. Blingdenstone byo zbawieniem od owcy; ile czasu zajmie tej mroczniejszej poowie powstanie i przejcie jego tosamoci? Jaki jednak wybr mia Drizzt? Opuszczenie Menzoberran-zan byo jego decyzj, suszn decyzj. Teraz jednak, znajc ju konsekwencje wyboru, Drizzt zastanawia si. Gdyby mia moliwo zrobienia tego wszystkiego od nowa, czy znalazby w sobie si, by odej od ycia wrd swego ludu? Mia nadziej, e znalazby. Uwag Drizzta przyku szmer z boku. Przykucn i wycign sejmitary, sdzc, e Opiekunka Malice wysaa agentw, ktrzy czekali, a zostanie wydalony z Blingdenstone. Chwil pniej poruszy si cie, lecz to nie drow zabjca szed w stron Drizzta. - Belwar! - krzykn z ulg. - Baem si, e nie poegnasz si ze mn. -1 nie poegnam si - odpar svirfnebli. Drizzt przyjrza si nadzorcy kopaczy i zauway wypchany plecak. - Nie, Belwarze. Nie mog pozwoli... - Nie pamitam, abym pyta ci o pozwolenie - przerwa gbinowy gnom. - Szukaem czego ekscytujcego w yciu. Uznaem, e mog zobaczy, co szeroki wiat moe mi zaproponowa. - Nie jest tak wielki, jak oczekujesz - odpowiedzia ponuro Drizzt. - Masz swj lud, Belwarze. Akceptuj ci i dbaj o ciebie. Jest to wikszy dar, ni wszystko co mona sobie wymarzy. - Zgadzam si - odpar nadzorca kopaczy. - Za ty, Drizz-cie Do'Urden, masz swojego przyjaciela, ktry ci akceptuje i dba o ciebie. I stoi przy tobie. Zamierzasz wyruszy w drog, czy te bdziesz sta tu i czeka, a ta twoja paskudna matka przyjdzie tu i nas powiartuje? - Nawet nie jeste w stanie wyobrazi sobie niebezpieczestwa - ostrzeg Drizzt, lecz Belwar zauway, e opr drowa sabnie. Belwar stukn o siebie mithrilowymi domi. - Za ty, mroczny elfie, nawet nie jeste w stanie wyobrazi sobie metod, jakie stosuje wobec takich niebezpieczestw! Nie pozwol ci i samemu w dzicz. Zrozum to - magga camarra - i moemy si zbiera. Drizzt wzruszy bezradnie ramionami, spojrza jeszcze raz na upart determinacj, malujc si wyranie na twarzy Bel-wara, po czym ruszy do tunelu, a gbinowy gnom dotrzymywa mu kroku. Tym razem Drizzt mia przynajmniej towarzysza, z ktrym mg rozmawia, bro przeciwko podstpom owcy. Wsun do do kieszeni i pogadzi palcem onyksow figurk Guenhwyvar. By moe, jak omiela si mie nadziej Drizzt, ich troje bdzie w stanie odnale w Podmroku co wicej, ni tylko zwyke przetrwanie. Przez dugi czas Drizzt zastanawia si, czy nie uczyni samolubnie poddajc si tak atwo Belwarowi. Odczuwanej winy nie mona byo jednak w aden sposb porwna z ogromn ulg, jak Drizzt czu, spogldajc w bok na koyszc si, ys gow wielce szanowanego nadzorcy kopaczy.

Cz 3 Przyjaciele i wrogowie
y czy przetrwa? A do znalezienia si po raz drugi w dzikim Podmroku, po pobycie w Blingdenstone, nigdy nie rozumiaem znaczenia tak prostego pytania. Gdy pierwszy raz opuciem Menzoberranzan, uznaem, e wystarczy przetrwa. Uwaaem, e mog zagbi si w sobie, w swoich zasadach, i by usatysfakcjonowany, e podam jedyn ciek, jaka jest dla mnie otwarta. Alternatyw bya ponura rzeczywisto Menzoberranzan i

podporzdkowanie si zym zwyczajom, wedug ktrych postpowa mj lud. Sdziem, e jeli to miao by ycie, to wystarczy zwyke przetrwanie. To zwyke przetrwanie''niemalmnie jednakzabio. Cogor-sza, niemal skrado wszystko, co byo mi drogie. Svirfnebli z Blingdenstone ukazali mi inn drog. Spoeczestwo svirfnebli, uksztatowane w zgodzie ze wsplnymi wartociami i jednoci, okazao si by wszystkim tym, czym chciabym, eby byo Menzoberranzan. Svirfnebli robili znacznie wicej ni tylko przetrwanie. yli, miali si i pracowali, za korzyci byy dzielone przez wsplnot, podobnie jak bl spowodowany stratami, jakie musieli nieuchronnie ponosi we wrogim podziemnym wiecie. Rado nabiera wikszej wartoci, gdy dzieli si j z przyjacimi, lecz al zmniejsza si, gdy mona si nim podzieli. Takie jest ycie. Tak wic, kiedy odchodziem z Blingdenstone z powrotem do pustych jaski Podmroku, szedem z nadziej. U mojego boku byl Belwar, nowy przyjaciel, za w kieszeni znajdowaa si magiczna figurka, za pomoc ktrej mogem przyzwa Guenhwy-var, moj sprawdzon przyjacik. Podczas krtkiego pobytu u gbinowych gnomw dowiadczyem ycia, o jakim zawsze marzyem - i nie mogem powrci do zwykego przetrwania. Majc przyjaci u boku, omielaem si wierzy, e nie bd musia. - Drizzt Do 'Urden

12 Dzicz, dzicz, dzicz


- Czy wszystko ustawie? - Drizzt spyta Belwara, gdy nadzorca kopaczy wrci do krtego przejcia. - Zgasiem ogie - odpar Belwar, stukajc o siebie triumfalnie, cho nie za gono, mithrilowymi domi. - Rozoyem dodatkowe posanie w rogu. Poszuraem butami o podog, i pooyem twoj sakiewk w miejscu, gdzie bdzie mona j atwo znale. Pod kocem pooyem

nawet kilka srebrnych monet - przypuszczam, e i tak nie bd ich zbyt szybko potrzebowa. Belwar wyda z siebie chichot, lecz pomimo owej deklaracji Drizzt widzia, e svirfnebli nie rozstawa si zbyt atwo z kosztownociami. - Sprytne oszustwo - stwierdzi Drizzt, by osabi bl straty. - A co z tob, mroczny elfie? - zapyta Belwar. - Widziae co albo syszae? - Nie - odpowiedzia Drizzt. Wskaza na boczny korytarz. -Posaem szerokim ukiem Guenhwyvar. Jeli kto jest w pobliu, wkrtce bdziemy o tym wiedzie. Belwar przytakn. - Dobry plan - zauway. - Rozoenie faszywego obozu tak daleko od Blingdenstone powinno utrzyma twoj kopotliw matk z dala od moich krewniakw. - I by moe doprowadzi moj rodzin do przekonania, e wci jestem w okolicy i chc tu pozosta - doda z nadziej Drizzt. - Mylae o tym, gdzie powinnimy si uda? - Wszystkie drogi s rwnie dobre - stwierdzi Belwar, rozkadajc szeroko rce. - Nigdzie w pobliu nie ma adnych miast, poza naszymi wasnymi. Przynajmniej z tego co wiem. - A wic zachd - zaproponowa Drizzt. - Dookoa Bling-denstone i w dzicz, jak najdalej od Menzoberranzan. - Wyglda to na rozsdny kierunek - zgodzi si nadzorca kopaczy. Zamkn oczy i dostroi swoje myli do wibracji ska. Podobnie jak wiele ras Podmroku, gbinowe gnomy dysponoway zdolnoci rozpoznawania magnetycznych waciwoci kamieni, ktra to umiejtno pozwalaa im okrela kierunek rwnie dokadnie, jak mieszkaniec powierzchni mgby poda ladem soca. Chwil pniej Belwar kiwn gow i wskaza odpowiedni tunel. - Zachd - rzek Belwar. -1 to szybko. Im bardziej oddalimy si od tej twojej matki, tym bdziemy bezpieczniejsi. - Przerwa, by przyjrze si przez dusz chwil Drizztowi, zastanawiajc si, czy nie zabrnie zbyt daleko, zadajc nastpne pytanie. - O co chodzi? - spyta go Drizzt, zauwaajc wahanie. Belwar zdecydowa si zaryzykowa po to, by zobaczy, jak bliscy si sobie stali. - Kiedy pierwszy raz dowiedziae si o obecnoci droww we wschodnich tunelach - zacz otwarcie gbinowy gnom - wydawae si traci grunt pod nogami, jeli wiesz o co mi chodzi. To twoja rodzina, mroczny elfie. Czy s a tak straszni? Chichot Drizzta uspokoi Belwara, powiedzia gbinowemu gnomowi, e nie trafi zbyt mocno. - Chod - powiedzia Drizzt widzc, e Guenhwyyar wraca ze zwiadu. - Jeli ju skoczylimy rozkada faszywy obz, to wykonajmy pierwsze kroki w nowe ycie. Nasza droga powinna by wystarczajco duga na opowieci o moim domu i rodzinie. - Poczekaj - rzek Belwar. Sign do sakwy i wycign ma skrzyneczk. - Dar od Krla Schnickticka - wyjani otwierajc wieko i wycigajc lnic brosz, ktrej blask zala ca okolic. Drizzt spoglda na nadzorc kopaczy z niedowierzaniem. - Bdzie ci wida jak na doni stwierdzi drow. Belwar poprawi go. - Bdzie nas wida jak na doni - powiedzia z lekk kpin. - Nie obawiaj si jednak, mroczny elfie. wiato powstrzyma wicej wrogw, ni przycignie. Nie przepadam za potykaniem si o dziury w pododze. - Jak dugo to bdzie si arzy? - spyta Drizzt, a Belwar wywnioskowa z jego tonu, i drow mia nadziej, e krtko. - Wieczny jest dweomer - odpar Belwar z szerokim umiechem. - Chyba e przeciwstawi mu si jaki kapan bd czarodziej. Przesta si martwi. Jakie stworzenie z Podmroku wejdzie dobrowolnie w owietlony teren? Drizzt wzruszy ramionami i zaufa osdowi dowiadczonego nadzorcy kopaczy. - Dobrze powiedzia potrzsajc bezradnie bia czupryn. - Zajmijmy si wic drog. - Drog i opowieciami - odrzek Belwar zrwnujc si w marszu z Drizztem, poruszajc szybko swymi krtkimi nkami, by dotrzyma tempa dugim i penym gracji krokom drowa. Szli przez wiele godzin, zatrzymywali si na posiek, po czym szli jeszcze duej. Czasami Belwar uywa swej wieccej broszy, niekiedy za przyjaciele kroczyli w ciemnoci, zalenie od tego, czy uwaali region za niebezpieczny. Guenhwyvar krcia si w pobliu, lecz rzadko mona

j byo zobaczy, pantera chtnie wykonywaa wyznaczone jej obowizki zwiadu. Przez cay tydzie towarzysze zatrzymywali si tylko wtedy, gdy zmczenie lub gd zmuszay ich do przerwy w marszu, poniewa pragnli oddali si od Blingdenstone - i tych, ktrzy cigali Drizzta - tak daleko, jak to byo moliwe. Mimo to, dopiero po kolejnym tygodniu wkroczyli w tunele nieznane Bel-warowi. Gbinowy gnom by nadzorc kopaczy przez niemal pidziesit lat i prowadzi wiele z najdalszych ekspedycji grniczych. - To miejsce jest mi znane - Belwar czsto stwierdza, gdy wchodzili do jaskini. - Wziem std wagon elaza - mwi, albo mithrilu, czy te czego z gamy drogocennych mineraw, o ktrych Drizzt nigdy nie sysza. Mimo za tego, e dugie opowieci nadzorcy kopaczy o tych grniczych ekspedycjach zazwyczaj szy w tym samym kierunku - w kocu na ile sposobw gbinowe gnomy mog rozupywa ska? - Drizzt zawsze sucha uwanie, wchaniajc kade sowo. Zna alternatyw. W ramach swoich obowizkw narracyjnych Drizzt opowiedzia o swoich przygodach w Akademii w Menzoberranzan oraz ciepych wspomnieniach o Zaknafeinie i jego sali gimnastycznej. Pokaza Belwarowi podwjne niskie pchnicie I odkryty przez ucznia sposb na skontrowanie ataku, ku zdziwieniu i blowi jego nauczyciela. Drizzt ujawni zawie kombinacje jzyka migowego droww, na ktry skaday si kombinacje wyrazw twarzy i gestw domi, lecz krtko cieszy si ide nauczenia Belwara tego jzyka. Gbinowy gnom szybko wybuch dononym miechem. Spojrza swymi ciemnymi oczyma z niedowierzaniem na Drizzta, po czym poprowadzi wzrok w d, ku zakoczeniom swoich rk. Majc zamiast doni mot i kilof, svirfnebli nie by w stanie opanowa wystarczajco wiele gestw, by okazao si to warte wysiku. Mimo to Belwar docenia, e Drizzt zaproponowa mu nauczenie jzyka znakw. Absurdalno tego pomysu wywoaa u obu serdeczny miech. Guenhwyvar rwnie zaprzyjania si z gbinowym gnomem w czasie tych pierwszych kilku tygodni na szlaku. Belwar czsto zapada w gboki sen i budzio go mrowienie w nogach, ktre szybko drtwiay pod trzystoma kilogramami pantery. Belwar zawsze pomrukiwa i uderza Guenhwyyar w zad doni-motem - to stao si zabaw dla nich obojga - lecz Belwarowi tak naprawd nie przeszkadzaa blisko pantery. Prawd mwic, sama obecno Guenhwyvar czynia sen - ktry zawsze w dziczy wystawia na niebezpieczestwo - znacznie atwiejszym i spokojniejszym. - Rozumiesz? - Drizzt wyszepta pewnego dnia do Guenhwyvar. Kawaek dalej Belwar spa, lec pasko na skale, z kamieniem w roli poduszki. Drizzt potrzsn gow ze zdumienia, gdy obserwowa ma sylwetk. Zaczyna podejrzewa, e gbinowe gnomy troch przesadzay z przywizaniem do ziemi. - Id do niego - poleci kocicy. Guenhwyvar podesza i uoya si nadzorcy kopaczy na nogach. Drizzt przesun si w oson wejcia do tunelu, by obserwowa. Zaledwie kilka minut pniej Belwar obudzi si z parskniciem. - Magga camarra, pantero! zagrzmia gbinowy gnom. - Dlaczego musisz zawsze ka si na mnie, zamiast obok mnie? - Guenhwyvar poruszya si lekko, lecz w odpowiedzi wydaa z siebie tylko gbokie westchnienie. - Magga camarra, kocico! - rykn znw Belwar. Zawierz-ga zaciekle palcami u ng, chcc zachowa krenie i pozby si mrowienia, ktre ju si pojawio. - Zmykaj! - Nadzorca kopaczy opar si na jednym okciu i machn motem w bok Guenhwyvar. Pantera odskoczya w udawanej ucieczce, szybszej ni cios Belwara. Kiedy jednak nadzorca kopaczy si rozluni, pantera wrcia po swoich ladach, obrcia si i wskoczya na Belwara, przykrywajc go i przyciskajc mocno do podogi. Dopiero po kilku minutach zmaga Belwar zdoa wydosta twarz spod uminionej klatki piersiowej Guenhwyyar. - Zejd ze mnie albo poniesiesz konsekwencje! - rykn gbinowy gnom, jednak groba bya

w oczywisty sposb goosowna. Guenhwyvar przesuna si, sadowic si wygodniej na swojej erdzi. - Mroczny elfie! - Belwar zawoa tak gono, jak tylko si omieli. - Mroczny elfie, zabierz swoj panter. Mroczny elfie! - Witajcie - odpowiedzia Drizzt, wychodzc z tunelu, jakby wanie dopiero wrci. - Znowu si bawicie? Uznaem, e moja warta zblia si ku kocowi. - Twj czas min - odpowiedzia Belwar, jednak sowa svirfhebli zostay stumione przez gst, czarn sier, poniewa Guenhwyvar znw si przesuna. Drizzt widzia jednak zmarszczony z irytacji dugi, zadarty nos Belwara. - Och, nie, nie - powiedzia Drizzt. - Nie jestem taki zmczony. Nie mgbym przerwa wam zabawy. Wiem, e obydwoje tak bardzo j lubicie. - Podszed i klepn Guenhwyvar pochwalnie w gow, za pniej mrugn do niej okiem. - Mroczny elfie! - Belwar mrukn do odchodzcych plecw Drizzta. Drow szed jednak dalej, a Guenhwyvar, obdarzona cichym bogosawiestwem drowa, szybko zasna. *** Drizzt pochyli si i znieruchomia pozwalajc, by oczy przeszy z dramatycznej zmiany z infrawizji - postrzegania ciepa przedmiotw w spektrum podczerwieni - do normalnego widzenia wiata. Zanim jeszcze transformacja si zakoczya, Drizzt mg powiedzie, e jego przypuszczenia byy suszne. Przed nimi, za niskim naturalnym ukiem, bi czerwony blask. Drow utrzyma pozycj, uznajc, e lepiej eby Belwar dobi do niego, zanim sprawdzi, o co chodzi. Zaledwie chwil pniej w polu widzenia pojawio si przymione lnienie zakltej broszy gbinowego gnoma. - Zga wiato - wyszepta Drizzt i blask broszy znikn. Belwar pezn wzdu tunelu, by doczy do swego towarzysza. On rwnie zauway czerwone wiato za ukiem i rozumia ostrono Drizzta. - Moesz przyzwa panter? - spyta cicho. Drizzt potrzsn gow. - Magia jest ograniczona czasowo. Chodzenie po materialnym planie mczy Guenhwyvar. Pantera potrzebuje odpoczynku. - Moemy wrci drog, ktr przyszlimy - zasugerowa Belwar. - Moe istnieje inny okrny tunel. - Osiem kilometrw - odpar Drizzt, zastanawiajc si nad dugoci czystego korytarza za nimi. - Za daleko. - A wic zobaczmy, co jest przed nami - stwierdzi nadzorca kopaczy i miao ruszy naprzd. Drizztowi spodobao si bezporednie nastawienie Belwara i szybko do niego doczy. Za ukiem, pod ktrym Drizzt musia schyli si niemal w p, by go pokona, znajdowaa si szeroka i wysoka jaskinia, ktrej podoga i ciany byy pokryte podobnymi do mchu rolinami, wydzielajcymi czerwone wiato. Drizzt zatrzyma si zagubiony, lecz Belwar szybko rozpozna, co to jest. - Purchawki! - wypali nadzorca kopaczy, chichoczc. Odwrci si do Drizzta i, nie widzc w nim adnej reakcji na swj miech, wyjani - Karmazynowe plujki, mroczny elfie. Od dziesicioleci nie widziaem tak duej kpy. S do rzadkim widokiem. Wci zagubiony Drizzt pozby si napicia z mini i wzruszy ramionami, po czym ruszy przed siebie. Belwar wsun mu kilof pod rami i pocign gwatownie. - Karmazynowe plujki - powtrzy nadzorca kopaczy, podkrelajc te sowa. - Magga camarra, mroczny elfie, jak ty sobie radzie przez te wszystkie lata? Belwar odwrci si w bok i uderzy swym motem w cian uku, odamujc spory kawaek skay. Pooy go na pasko na kilofie i cisn w boczn cz jaskini. Gaz trafi z mikkim plaskiem w lnicy czerwono grzyb i wtedy w powietrze wznis si obok dymu i zarodnikw. - Pluj - wyjani Belwar - a ich zarodniki mog zadusi ci na mier. Jeli zamierzasz tdy przej, krocz lekko, mj odwany, gupi przyjacielu. Drizzt potar zaniedbane biae loki i rozway sytuacj. Nie mia zamiaru wraca omiu

kilometrw tunelem, lecz nie chcia te zanurzy si w tym polu czerwonej mierci. Sta pod ukiem i rozglda si w poszukiwaniu jakiego rozwizania. Wrd purchawek wznosio si kilka gazw, ewentualna cieka, za za nimi znajdowaa si pusta skaa, szeroka na jakie trzy metry i idca prostopadle do uku w poprzek jaskini. - Poradzimy sobie - powiedzia Bel warowi. - Jest dogodna cieka. - Zawsze jest taka na polu purchawek - odpar pod nosem nadzorca kopaczy. Czue uszy Drizzta wychwyciy komentarz. - Co masz na myli? - zapyta, wskakujc zwinnie na pierwszy z wystajcych kamieni. - W pobliu jest grubber - wyjani gbinowy gnom. - Albo by. - Grubber? - Drizzt roztropnie wrci do nadzorcy kopaczy. - Wielka gsienica - wyjani Belwar. - Grubbery uwielbiaj purchawki. S chyba jedynymi istotami, na jakie nie dziaaj karmazyno we plujki. - Jak wielka? - Jak szeroka bya pusta cieka? - spyta go Belwar. - Okoo trzech metrw - odpowiedzia Drizzt, wskakujc z powrotem na pierwszy kamie, by lepiej si przyjrze. Belwar rozwaa przez chwil odpowied. - Jedno przejcie duego grubbera, dwa przecitnego. Drizzt przeskoczy znw do nadzorcy kopaczy i spojrza uwanie przez rami. - Dua gsienica - stwierdzi. - Ale z maym pyskiem - wyjani Belwar. Grubbery jedz tylko mech i ple - oraz purchawki, jeli je oczywicie znajd. S do pokojowymi stworzeniami. Drizzt wskoczy trzeci raz na kamie. - Czy powinienem jeszcze co wiedzie, zanim pjd dalej? - spyta ironicznie. Belwar potrzsn gow. Drizzt wskazywa drog po kamieniach i wkrtce obydwaj towarzysze stali na rodku trzymetrowej cieki. Przecinaa jaskini i koczya si po obu stronach wejciami do tuneli. Drizzt pokaza gestem obydwa kierunki, zastanawiajc si, ktry wybierze Belwar. Gbinowy gnom ruszy w lewo, lecz zatrzyma si nagle i wyty wzrok. Drizzt rozumia wahanie Belwara, poniewa on rwnie czu pod stopami wibracje skay. - Grubber - powiedzia Belwar. - Stj spokojnie i obserwuj, mj przyjacielu. To niezwyky widok. Drizzt, dny rozrywki, umiechn si szeroko i przykucn. Kiedy jednak usysza za sob szuranie, zacz podejrzewa, e co jest nie w porzdku. - Gdzie... - zacz zadawa pytanie, kiedy ujrza Belwara biegncego z caych si do drugiego wyjcia. Drizzt'przerwa raptownie, gdy z drugiej strony rozleg si wybuch, z tej strony, ktr wczeniej obserwowa. - Niezwyky widok! - usysza krzyk Belwara i gdy grubber si pojawi, nie mg zaprzeczy prawdziwoci sw gbinowego gnoma. By wielki - wikszy ni zabity przez Drizzta bazyliszeki wyglda jak gigantyczny jasnoszary robak, oprcz tego, e pod jego masywnym torsem znajdowao si mrowie maych nek. Drizzt zobaczy, e Belwar nie skama, poniewa stworzenie nie miao paszczy ani te szponw czy innej widocznej broni. Gigant par jednak teraz prosto na Drizzta z pragnieniem zemsty, a Drizzt nie mg wyrzuci z wyobrani spaszczonego mrocznego elfa, rozcigajcego si od jednego koca jaskini do drugiego. Sign po sejmitary, po czym zda sobie spraw z absurdalnoci tego planu. Gdzie miaby trafi to co? Rozkadajc bezradnie rce, Drizzt obrci si na picie i rzuci si za uciekajcym nadzorc kopaczy. Ziemia zatrzsa si Drizztowi pod nogami tak gwatownie, i zacz si zastanawia, czy nie przewrci si na bok i nie zostanie wysadzony w powietrze przez purchawki. Wejcie do tunelu byo jednak tu obok i Drizzt widzia may boczny korytarz, zbyt may dla grubbera, tu za jaskini purchawek. Przebieg pospiesznie kilka ostatnich krokw, po czym rzuci si w may tunel, zwijajc si w locie w kbek, by wytraci pd. Mimo to odbi si mocno od ciany, za

chwil pniej z tyu uderzy grubber, roztrzaskujc wejcie do korytarza i rozrzucajc wszdzie wok odamki skay. Gdy opad w kocu py, grubber pozosta za przejciem, wydajc z siebie niskie, zawodzce jki i raz za razem uderzajc gow w ska. Belwar sta zaledwie kilka krokw dalej ni Drizzt, mia rce zaoone na piersi i umiecha si. - Do pokojowe? - spyta go Drizzt, wstajc i otrzepujc si z pyu. - Rzeczywicie takie s- odpar Belwar przytakujc. - Grub-bery uwielbiaj jednak swoje purchawki i nie maj ochoty si nimi dzieli! - Przez ciebie omal nie zostaem zmiadony! - warkn Drizzt. Belwar znowu przytakn. - Zapamitaj to dobrze, mroczny elfie, poniewa nastpnym razem, gdy kaesz swojej panterze spa na mnie, z pewnoci zrobi co gorszego! Drizzt stara si ukry umiech. Jego serce bio szaleczo napdzane adrenalin, nie odczuwa jednak gniewu wobec towarzysza. Wrci myl do spotka, jakie miay miejsce zaledwie kilka miesicy wczeniej, gdy przebywa sam w dziczy. Jake inne byo ycie z Belwarem Dissengulpem przy boku! Jake przyjemniejsze! Drizzt zerkn przez rami na wciekego i upartego grubbera. I jake bardziej interesujce! - Chod - odezwa si zadowolony z siebie svirfnebli, ruszajc tunelem. - Tylko zocimy jeszcze bardziej grubbera, gdy pozostajemy w jego polu wzroku. Korytarz zwzi si i zakrca ostro kilka krokw dalej. Za zaomem towarzysze znaleli si w jeszcze wikszych kopotach, poniewa tunel koczy si lepo kamienn cian. Bel-war podszed, by j zbada i tym razem Drizzt skrzyowa ramiona i umiechn si. - Przez ciebie weszlimy w niebezpieczne miejsce, may przyjacielu - powiedzia drow. Wcieky grubber wizi nas w zamknitym korytarzu! Przyciskajc ucho do skay, Belwar machn doni-motem w stron Drizzta. - To tylko drobny problem - zapewni go gbinowy gnom. - Dalej jest nastpny tunel - nie wicej ni dwa metry. - Dwa metry skay - przypomnia mu Drizzt. Belwar nie wyglda jednak na zmartwionego. - Dzie - rzek. - Moe dwa. - Rozoy rce i rozpocz pie gosem zbyt niskim, by drow mg sysze j wyranie, jednak drow zdawa sobie spraw, e Belwar pochonity by jakim rodzajem magii. - Bivrip! - krzykn Belwar. Nic si nie stao. Nadzorca kopaczy odwrci si z powrotem w stron Drizzta i nie wyglda na rozczarowanego. - Dzie - oznajmi ponownie. - Co zrobie? - spyta go Drizzt. - Wywoaem w moich doniach brzczenie - odpar gbinowy gnom. Widzc cakowite zakopotanie Drizzta, Belwar odwrci si na picie i uderzy motem w cian. Wski tunel zosta rozwietlony eksplozj iskier, olepiajcych Drizzta. W chwili gdy oczy drowa przyzwyczaiy si ju do iskier wywoywanych przez uderzenia Belwara, ujrza, e jego towarzysz svirfnebli zmieni ju kilkanacie centymetrw skay w drobny py lecy u jego stp. - Magga camarra, mroczny elfie - krzykn Belwar, mrugajc jednym okiem. - Nie sdzie chyba, e mj lud zadaby sobie tyle trudu ze stworzeniem tak wspaniaych doni dla mnie, nie wkadajc w nie odrobiny magii, prawda? Drizzt odsun si i usiad pod cian. - Jeste peen niespodzianek, may przyjacielu odpowiedzia wydajc z siebie zrezygnowane westchnienie. - Istotnie, jestem! - rykn Belwar i znw uderzy w ska, posyajc w kadym kierunku iskry. Dzie pniej, tak jak obieca Belwar, wydostali si ze lepego korytarza i znw ruszyli w drog, podrujc teraz - wedug szacunkw gbinowego gnoma - zasadniczo na pomoc. Jak do tej pory towarzyszyo im szczcie i obydwaj byli tego wiadomi, poniewa spdzili dwa tygodnie w dziczy i nie spotkali nic bardziej nieprzyjaznego od grubbera bronicego swych purchawek. Kilka dni pniej ich los si odwrci. - Przyzwij panter - Belwar poprosi Drizzta, gdy przyczaili si w szerokim tunelu, ktrym

podrowali. Drizzt nie spiera si z propozycj nadzorcy kopaczy, poniewa bijcy z naprzeciwka zielony blask podoba mu si nie bardziej ni Bel-warowi. Chwil pniej pojawia si czarna mga i nabraa ksztatu, stajc si Guenhwyvar. - Pjd pierwszy - powiedzia Drizzt. - Wy idcie razem, dwadziecia krokw dalej. - Belwar przytakn, a Drizzt odwrci si i ruszy. Drizzt spodziewa si tego, e svirfnebli chwyci go swym kilofem i obrci do siebie. Istotnie tak si stao. - Bd ostrony - rzek Belwar. Drizzt jedynie umiechn si w odpowiedzi, wzruszony szczeroci w gosie przyjaciela i zastanawiajc si, jake lepiej byo mie towarzysza przy boku. Nastpnie Drizzt odsun od siebie te myli i odszed, pozwalajc by prowadziy go instynkty i dowiadczenie. Odkry, e blask emanuje z otworu w pododze korytarza. Za ni tunel szed dalej, lecz zakrca ostro, niemal zawracajc. Drizzt pooy si na brzuchu i zajrza do dziury. Jakie trzy metry niej bieg kolejny korytarz, prostopady do tego, w ktrym byli, kawaek dalej otwierajc si w co, co wygldao na spor jaskini. - Co to jest? - wyszepta Belwar pojawiajc si z tyu. - Nastpny korytarz do groty - odpowiedzia Drizzt. - Blask pochodzi stamtd. - Unis gow i spojrza w ciemno grnego tunelu. - Nasz korytarz idzie dalej - stwierdzi. - Moemy przej obok. Belwar popatrzy na tunel, ktrym podrowali i zauway zakrt. - Zawraca - stwierdzi. -1 najprawdopodobniej wychodzi tym bocznym przejciem, obok ktrego przeszlimy godzin temu. - Gbinowy gnom przyklkn i zajrza do dziury. - Co moe wydziela taki blask? - spyta Drizzt zgadujc, e ciekawo Belwara bya nie mniejsza ni jego. - Jaki rodzaj mchu? - aden, jaki znam - odpowiedzia Belwar. - Chcemy si dowiedzie? Belwar umiechn si do niego, po czym zaczepi kilofem o krawd i opuci si do rodka, opadajc do niszego tunelu. Drizzt i Guenhwyvar bezszelestnie podyli za nim, nastpnie drow, z sejmitarami w doniach, znw stan na czele, gdy szli w stron blasku. Weszli do rozlegej i wysokiej jaskini, ktrej strop znajdowa si poza zasigiem wzroku, za poniej bulgotao i syczao jezioro pene wieccej cieczy o nieprzyjemnym zapachu. Ponad nimi przecinay si tuziny poczonych ze sob wskich skalnych pomostw, mierzcych od trzydziestu centymetrw do trzech metrw szerokoci, za wikszo z nich koczya si wejciami do bocznych korytarzy. - Magga camarra - wyszepta oszoomiony svirfhebli, za Drizzt podziela jego odczucia. - Wyglda to tak, jakby podoga zostaa wysadzona - zauway Drizzt, gdy by ju w stanie mwi. - Stopiona - odpar Belwar, rozpoznajc natur cieczy. Urwa kawaek skay i klepic Drizzta, by zwrci jego uwag, wrzuci go do zielonego jeziora. Ciecz gniewnie sykna, gdy trafi w ni kamie i poara go, zanim jeszcze znikn z pola widzenia. - Kwas - wyjani Belwar. Drizzt spojrza na niego z zaciekawieniem. Zna kwas z czasw treningu w Akademii u czarodziejw z Sorcere. Magowie czsto destylowali takie grone ciecze, celem wykorzystania ich w magicznych eksperymentach, lecz Drizzt nigdy by nie pomyla, e kwas moe wystpowa w sposb naturalny, zwaszcza w takiej iloci. - Przypuszczam, e to sprawka jakiego czarodzieja - powiedzia Belwar. - Eksperyment, ktry wydosta si spod kontroli. Prawdopodobnie jest tutaj od setek lat, poera podog, zagbiajc si centymetr za centymetrem. - Jednak to, co pozostao z podogi, wyglda na wystarczajco bezpieczne - zauway Drizzt, wskazujc na pomosty. -Za my mamy dziesitki tuneli do wyboru. - A wic zacznijmy jak najszybciej - rzek Belwar. - Nie podoba mi si to miejsce. Jestemy wystawieni w tym wietle, a nie chciabym zosta zmuszony do uciekania tymi wskimi pomostami - nie, gdy pode mn znajduje si jezioro kwasu! Drizzt zgodzi si i stan ostronie na pomocie, lecz Gue-nhwyvar szybko przesza obok

niego. Drizzt zrozumia sposb rozumowania pantery i popar go caym sercem. - Guenhwyvar nas poprowadzi - wyjani Belwarowi. - Pantera jest najcisza i na tyle szybka, by przeskoczy, jeli skaa zacznie si kruszy. Nadzorca kopaczy nie by w peni usatysfakcjonowany. -A co si stanie, jeli Guenhwyvar si nie uda? - spyta z widoczn trosk. - Co kwas zrobi magicznemu stworzeniu? Drizzt nie by pewien odpowiedzi. - Guenhwyvar powinna by bezpieczna - uzna wycigajc onyksow figurk z kieszeni. - Trzymam bram do jej ojczystego wymiaru. Guenhwyvar przesza ju tuzin krokw - pomost wydawa si wystarczajco krzepki - i Drizzt ruszy za ni. - Magga ca-marra, modl si, eby mia racj - usysza za sob mamrotanie Belwara, gdy wykonywa pierwsze kroki. Grota bya ogromna, do najbliszego wyjcia byo ponad dwiecie metrw. Towarzysze doszli do rodka, a nawet go przeszli, gdy usyszeli dziwny piewny odgos. Zatrzymali si i rozejrzeli dookoa, szukajc jego rda. Z jednego z licznych bocznych przej wyszo dziwacznie wygldajce stworzenie. Byo dwunone i miao czarn skr, z opatrzon dziobem ptasi gow i torsem czowieka, pozbawione pir i skrzyde. Jego potnie wygldajce ramiona koczyy si jednak zakrzywionymi, paskudnymi szponami, za nogi trjpalczastymi stopami. Za nim pojawi si nastpny stwr, a potem kolejny. - Krewni? - Belwar spyta Drizzta, poniewa stworzenia rzeczywicie przypominay dziwaczn krzywk pomidzy mrocznym elfem a ptakiem. - Nie bardzo - odpowiedzia Drizzt. - Nigdy w yciu nie syszaem o takich istotach. - Zguba! Zguba! - dochodzi cigle piew, a przyjaciele ujrzeli wicej ptakoludzi wychodzcych z innych przej. Byy to straszne corby, pradawna rasa powszechniejsza na poudniowych rubieach Podmroku - cho nawet tam rzadka - i niemal nieznana w tej czci wiata. Corby nie byy nigdy przedmiotem wikszego zainteresowania jakiejkolwiek z ras Podmroku, poniewa ich zwyczaje byy prymitywne, a szeregi nieliczne. Dla przechodzcej grupy owcw przygd stado dzikich corby mogo jednak oznacza powane kopoty. - Ja rwnie nigdy nie napotkaem takich stworze - zgodzi si Belwar. - Nie sdz jednak, e s zadowolone widzc nas. Pie przesza w seri przeraajcych wrzaskw, a corby zaczy powoli, potem coraz szybciej rozprasza si po pomostach. - Jeste w bdzie, mj may przyjacielu - stwierdzi Drizzt. - Przypuszczam, e s cakiem zadowolone widzc, e przyszed do nich obiad. Belwar rozejrza si bezradnie. Niemal wszystkie drogi ucieczki zostay ju odcite i nie mogli mie nadziei na wydostanie si bez walki. - Mroczny elfie, mgbym wyobrazi sobie tysic innych miejsc, w ktrych wolabym toczy walk -rzek nadzorca kopaczy wzruszywszy z rezygnacj ramionami i spogldajc kolejny raz na jezioro kwasu. Wziwszy gboki oddech, by si uspokoi, Belwar rozpocz rytua zaklinajcy jego magiczne donie. - Id, gdy piewasz - poinstruowa go Drizzt prowadzc go. - Dostamy si tak blisko wyjcia, jak to moliwe, zanim zacznie si walka. Jedna z grup corby zbliaa si szybko z boku, lecz Guenh-wyvar potnym skokiem, ktrym przebya dwa pomosty, odcia dwch ptakoludzi. - Bivrip! - krzykn Belwar, koczc czar i odwrci si w stron toczcej si walki. - Guenhwyvar zaj mi si tamt grup-zapewni go Drizzt, spieszc w stron najbliszej ciany. Belwar zrozumia, o co chodzi drowowi, jednak z wyjcia, do ktrego zmierzali, wyonia si. kolejna grupa nieprzyjaci. Pd skoku Guenhwyvar zanis panter prosto w watah cor-by, strcajc dwch z nich z pomostu. Ptakoludzie wrzeszczeli przeraliwie, lecc na spotkanie mierci, lecz ich pozostali towarzysze nie wygldali na przejtych strat. linic si i piewajc Zguba! Zguba!", rzucili si na Guenhwyvar ze swymi ostrymi pazurami. Pantera miaa wasn potn bro. Kade machnicie wielk ap wydzierao ywot z corby lub strcao je z pomostu w jezioro kwasu. Kiedy jednak kocica przerzedzaa szeregi ptako-ludzi,

pozbawione strachu nie poddaway si i wicej z nich ruszyo do walki. Druga grupa nadesza z przeciwlegego kierunku i otoczya Guenhwyvar. *** Belwar stan na wskim kawaku pomostu i pozwoli, by corby zbliay si do niego gsiego. Drizzt, ktry stan na rwnolegym przesmyku pi metrw od swego przyjaciela, zrobi podobnie, wycigajc z wahaniem bro. Drow czu, jak dzikie instynkty owcy kotuj si w nim, gdy walka bya coraz bliej. Walczy z caej siy, by zdusi te dzikie dze. By Drizztem Do'Urden, zakoczy bycie owc i stawi czoa przeciwnikom, kontrolujc w peni kady swj ruch. Corby rzuciy si na niego, wrzeszczc sw szalon pie. W pierwszych sekundach Drizzt nie robi nic poza parowaniem i pazy jego broni robiy cuda, by odbija kady wymierzony atak. Sejmitary obracay si i wiroway, lecz drow, nie pozwalajc by wyzwoli si w nim zabjca, nie czyni wikszego postpu w walce. Po kilku minutach wci mia przed sob pierwszego przeciwnika, ktry na niego natar. Belwar si tak nie powstrzymywa. Corby rzucay si na niego jedynie po to, by zgin od nagego uderzenia wybuchowej doni-mota nadzorcy kopaczy. Wyadowanie elektryczne oraz sama sia ciosu czsto wystarczay, by je pokona, lecz Belwar nigdy nie czeka na tyle dugo, by si. o tym przekona. Po kadym uderzeniu mota ukiem opada kilof, zmiatajc ostatni ofiar z pomostu. Svirfnebli zrzuci p tuzina ptakoludzi, zanim mia okazj spojrze na Drizzta. Od razu zauway toczon przez drowa wewntrzn walk. - Magga camarra! - wrzasn Belwar. - Walcz z nimi mroczny elfie i wygraj! Nie oka ci litoci! Nie bdzie rozej-mu! Zabij ich, albo oni zabij ciebie! Drizzt ledwo sysza sowa Belwara. zy pyny mu z lawendowych oczu, cho nawet widzc jak przez mg, nie zwalnia niemal magicznego rytmu swych ostrzy. Pozbawi przeciwnika rwnowagi i odwrci pd ciosu, trafiajc ptakoczeka w gow rkojeci sejmitara. Corby pad jak kamie i spadby z pomostu, lecz Drizzt przeszed nad nim i przytrzyma go. Belwar potrzsn gow i uderzy nastpnego adwersarza. Corby zatoczy si w ty z dymic piersi, spopielony ciosem zakltego mota. Corby spojrza na Belwara z bezrozumnym niedowierzaniem, nie wyda jednak z siebie adnego dwiku, nie poruszy si, gdy opada mot, trafiajc go w rami i wyrzucajc w jezioro kwasu. *** Guenhwyvar niepokoia arocznych napastnikw. Gdy corby zbliyli si do pantery od tyu, zamierzajc j zabi, Guenhwyvar przykucna i skoczya. Pantera pokonaa zielony otwr, jakby wzbia si do lotu, i wyldowaa na innym pomocie, dziesi metrw dalej. lizgajc si na gadkiej skale, Guenhwyvar ledwo zdoaa zatrzyma si, by nie spa z krawdzi do zbiornika z kwasem. Corby spojrzeli zdumieni, lecz ich oszoomienie trwao jedynie chwil, poniewa zaraz wznowili wrzaski i ruszyli po pomostach w pocig. Jeden z corby, znajdujcy si w pobliu miejsca, gdzie wyldowaa kocica, podbieg odwanie, by walczy z Guenhwyvar. Zby pantery natychmiast odnalazy jego kark i wycisny z niego ycie. Kiedy jednak kocica bya zajta walk, jeden corby, bdcy wysoko pod stropem, zauway, e ofiara znalaza si wreszcie w odpowiednim miejscu. Ptakoczowiek chwyci ogromny, lecy obok niego na pce skalnej gaz i zepchn go, spadajc wraz z nim. W ostatniej chwili Guenhwyyar ujrzaa opadajcego potwora i zesza mu z drogi. Ogarnity samobjcz ekstaz corby nawet si tym nie przej. Uderzy w pomost, a pd cikiego gazu roztrzaska wski przesmyk. Wielka pantera chciaa znowu wyskoczy, lecz skaa pod jej apami rozpada si

zbyt szybko, by moga to zrobi. Drapic bezowocnie pazurami o zapadajcy si pomost, Guenhwyvar podya za corby i jego gazem do kwasowego jeziora. Syszc za sob radosne wrzaski ptakoludzi Belwar odwrci si akurat w dobr por, by ujrze upadek Guenhwyvar. Drizzt, zbyt zajty w tym czasie - poniewa rzuci si wanie na niego kolejny corby, za ten ktrego powali wczeniej odzyskiwa wanie u jego stp przytomno - nie widzia, co si dzieje. Nie musia jednak widzie. Figurka w kieszeni Drizzta rozgrzaa si nagle, za spod paszcza piwafwi Drizzta zaczy si wydobywa zowrbne kby dymu. Drizzt mg odgadn, co si stao z jego drog Guenhwyvar. Drow przymruy oczy, a rozgorzay w nich nagle ogie wysuszy zy. Powita owc. Corby walczyy z furi. Najwyszym dla nich zaszczytem bya mier w walce. Ci, ktrzy znajdowali si najbliej Drizzta, zdali sobie szybko spraw, e nadesza dla nich chwila najwyszego zaszczytu. Drow pchn obydwoma sejmitarami prosto przed siebie, a kady z nich trafi w oko walczcego z nim corby. owca wycign ostrza, obrci je w doniach i zatopi w ptakoczowieku u swoich stp. Natychmiast poderwa bro do gry i znw opuci, odnajdujc ponur przyjemno w wydawanym przez nie podczas cicia jku. Nastpnie drow rzuci si na znajdujce si przed nim cor-by, uderzajc w nich sejmitarami pod kadym moliwym ktem. Trafiony tuzin razy zanim sam zdoa uderzy cho raz, pierwszy corby by martwy. Nastpnie drugi, pniej trzeci. Drizzt wycofa si do szerszego fragmentu pomostu. Ruszyo na niego trzech wrogw i wszyscy trzej zginli jednoczenie. - Bierz ich, mroczny elfie! - wymamrota Belwar widzc, e jego przyjaciel rzuci si w wir akcji. Atakujcy nadzorc kopaczy corby odwrci gow, by zobaczy, co przycigno wzrok Belwara. Gdy obrci si z powrotem, zosta trafiony prosto w twarz motem gbinowego gnoma. Na wszystkie strony poleciay kawaki dzioba, a w nieszczsny corby by pierwszym ze swego gatunku, ktry wzbi si do lotu. Jego krtka podr powietrzna odepchna jego towarzyszy od gbinowego gnoma, a corby wyldowa martwy daleko od Belwara. Jednak wcieky gbinowy gnom nie skoczy z nim jeszcze. Ruszy naprzd, spychajc jednego corby, ktry zdoa wrci, by go zatrzyma. Gdy Belwar dotar w kocu do pozbawionej dzioba ofiary, zatopi kilof gboko w jego piersi, po czym jedn, silnie uminion rk unis martwego stwora w powietrze i sam wyda z siebie przeraajcy wrzask. Pozostali corby zawahali si. Belwar spojrza na Drizzta i wpad w przeraenie. Dwudziestu corby zgromadzio si na szerokim odcinku pomostu, gdzie sta drow. Kolejny tuzin lea martwy u stp Drizzta, a ich krew spywaa z krawdzi i wpadaa do jeziora kwasu z rytmicznymi sykniciami. Belwar nie obawia si jednak przewagi liczebnej, poniewa ze swymi precyzyjnymi ruchami i wykalkulowanymi pchniciami Drizzt niewtpliwie wygrywa. Jednake wysoko ponad drowem zacz spada kolejny samobjczy corby i jego kamie. Belwar sdzi, e ycie Drizzta dobiegnie tragicznego koca. owca wyczu jednak niebezpieczestwo. Corby zaatakowa Drizzta. Wraz z byskiem sejmitarw dro-wa, obydwa ramiona napastnika odpady od barkw. Kontynuujc ten sam oszaamiajco szybki ruch, Drizzt wsun zakrwawione sejmitary do pochew i rzuci si na krawd pomostu. Dotar do skraju i skoczy w stron Belwara w tej samej chwili, gdy samobjczy, ujedajcy gaz corby uderzy w przesmyk, zabierajc go wraz z dwudziestk swych pobratymcw do zbiornika kwasu. Belwar cisn swe pozbawione dzioba trofeum w patrzcych na niego corby i pad na kolana, wycigajc rami z kilofem, by pomc przyjacielowi. Drizzt chwyci rk nadzorcy kopaczy oraz krawd, w tej samej chwili uderzajc twarz w ska. Sia uderzenia rozdara jednak piwafwi drowa i Belwar patrzy bezradnie jak onyksowa figurka wypada i leci w stron kwasu. Drizzt zapa j pomidzy stopy. Belwar niemal rozemia si w gos z bezowocnoci i beznadziejnoci tego wszystkiego.

Zerkn przez rami i zobaczy, e corby wznawiaj szturm. - Mroczny elfie, to z pewnoci byo zabawne - svirfnebli rzek z rezygnacj do Drizzta, lecz odpowied drowa w rwnym stopniu pozbawia Belwara przygnbienia, jak krwi z twarzy. - Rozbujaj mnie! - Drizzt zagrzmia tak potnie, e Belwar podporzdkowa si, zanim jeszcze zda sobie spraw z tego, co robi. Drizzt oddali si i zacz wraca w stron pomostu, a gdy uderzy w ska, kady misie jego ciaa napi si gwatownie, by wspomc pd. Przetoczy si pod spodem pomostu, wymachujc rkoma i nogami, by odnale uchwyt za klczcym gbinowym gnomem. W chwili gdy Belwar zrozumia, co zrobi Drizzt i pomyla o obrceniu si, drow wycign ju swe sejmitary i rozcina nimi pierwszego z nadcigajcych corby. - Trzymaj to! - Drizzt poprosi swego przyjaciela i poda mu stop onyksow figurk. Belwar chwyci statuetk pomidzy swe mithrilowe donie i wsun j do kieszeni. Nastpnie gbinowy gnom sta i obserwowa, suc za tyln stra, podczas gdy Drizzt wycina ciek do najbliszego wyjcia. Pi minut pniej, ku absolutnemu zdumieniu Belwara, uciekali ciemnym tunelem, a rozgniewane wrzaski Zguba! Zguba!" szybko zamieray za ich plecami.

13 Mae miejsce, ktre mona naswa domem


- Do. Do! - nadzorca kopaczy wydysza do Drizzta, prbujc zatrzyma swego towarzysza. - Magga camarra, mroczny elfie. Zostawilimy ich daleko z tyu. Drizzt obrci si do nadzorcy kopaczy z gniewnym ogniem wci poncym w lawendowych oczach, trzymajc w rkach gotowe do uycia ostrza. Belwar cofn si, szybko i ostronie. - Uspokj si, mj przyjacielu - powiedzia cicho svirfhe-bli, jednak mimo wszystko wysun przed siebie defensywnie swe mithrilowe donie. - Niebezpieczestwo si skoczyo. Drizzt odetchn gboko, by si uspokoi, a nastpnie, zdawszy sobie spraw, e nie odoy sejmitarw, szybko wsun je do pochew. - Wszystko w porzdku? - spyta Belwar, podchodzc do Drizzta. Krew pokrywaa twarz

drowa w miejscu, ktrym uderzy o pomost. Drizzt przytakn. - To bya walka - stara si wyjani. -Podniecenie. Musiaem wyzwoli... - Nie musisz nic tumaczy - przerwa mu Belwar. - Postpie susznie, mroczny elfie. Lepiej ni susznie. Gdyby nie ty, my wszyscy, caa trjka, z pewnoci bymy spadli. - To do mnie wrcio -jkn Drizzt szukajc sw, ktrymi mgby wyjani. - Mroczniejsza cz mnie. Sdziem, e odesza. - Bo tak jest - rzek nadzorca kopaczy. - Nie - sprzeciwi si Drizzt. - Ta okrutna bestia, ktr si staem, optaa mnie cakowicie podczas walki z tymi ptako-ludmi. Kierowaa moimi ostrzami, dziko i bezlitonie. - Sam kierowae swymi ostrzami - zapewni go Belwar. - Ale sza - odpar Drizzt. - Bezmylny sza. Chciaem ich tylko zabija i zrzuca. - Gdyby to bya prawda, wci by tam przebywa - stwierdzi svirfnebli. - Dziki tobie ucieklimy. Zostao tam jeszcze wiele ptakoludzi do zabicia, jednak wydostae si z jaskini. Sza? By moe, lecz na pewno nie bezmylny. Zrobie to, co musiae zrobi i zrobie to dobrze, mroczny elfie. Lepiej ni ktokolwiek, kogo kiedykolwiek widziaem. Nie przepraszaj ani mnie, ani siebie! Drizzt opar si o cian, by przemyle te sowa. Uspokoi go troch sposb rozumowania gbinowego gnoma i docenia wysiki Belwara. Mimo to wci nawiedzay go ponce ognie szau, jaki poczu, gdy Guenhwyvar wpada do jeziora z kwasem, a uczucie to ogarniao go w takim stopniu, e Drizzt jeszcze do niego nie przywyk. Zastanawia si, czy kiedykolwiek przywyknie. Pomimo swego niepokoju Drizzt by zadowolony z obecnoci przyjaciela svirfnebli. Pamita inne spotkania z ostatnich kilku lat, walki, ktre musia toczy samotnie. Wtedy, jak i teraz, wzbiera w nim owca, wydostawa si na wierzch i kierowa mierciononymi uderzeniami ostrzy. Tym razem istniaa jednak rnica, ktrej Drizzt nie mg zaprzeczy. Wczeniej, gdy by sam, owca nie odchodzi tak atwo. Teraz, gdy u jego boku by Belwar, Drizzt znw si w peni kontrolowa. Drizzt potrzsn sw gst, bia czupryn, starajc si pozby ostatnich ladw owcy. Za bezmylne uwaa teraz metody, jakie stosowa na pocztku walki z ptakoludmi, kiedy uderza pazami ostrzy. On i Belwar mogliby wci znajdowa si w jaskini, gdyby na wierzch nie wysza instynktowna strona Drizzta, gdyby nie dowiedzia si o upadku Guenhwyvar. Spojrza nagle na Belwara, przypominajc sobie, co byo inspiracj dla jego gniewu. Statuetka! - krzykn. - Ty j masz. Belwar wycign przedmiot z kieszeni. - Magga camarra! - odezwa si przejtym gosem Belwar, a jego ton zahacza o panik. - Czy pantera moe by ranna? Jaki efekt mg mie kwas na Guenhwyvar? Czy pantera ucieka na Plan Astralny? Drizzt wzi figurk i sprawdzi j drcymi domi, uspokajajc si troch faktem, e nie bya w aden sposb uszkodzona. Drizzt sdzi, e powinien poczeka, zanim przyzwie Guenhwyvar, poniewa jeli pantera jest ranna, z pewnoci szybciej si wyleczy, odpoczywajc na ojczystym planie egzystencji. Nie by jednak w stanie czeka, by pozna los Guenh-wyvar. Pooy figurk na ziemi i zawoa cicho. Zarwno drow, jak i svirfhebli westchnli, gdy wok onyksowej figurki zacza wirowa mga. Belwar wycign sw zaklt brosz, by lepiej przyjrze si kocicy. Oczekiwa na nich przeraajcy widok. Posuszna i wierna Guenhwyvar przysza na wezwanie Drizzta, jednak w chwili, gdy drow zobaczy panter, wiedzia, e powinien pozostawi j sam, by moga wyliza si z ran. Jedwabiste czarne futro Guenhwyvar byo spalone i poprzetykane wielkimi patami zniszczonej skry. Niegdy napite minie byy teraz poszarpane, odchodziy od koci, za jedno oko byo zamknite i jtrzyo. Guenhwyvar zachwiaa si, prbujc doj do Drizzta. Zamiast tego on ruszy do niej, pad na kolana i obj j delikatnie za szyj. - Guen - mrukn. - Czy wyzdrowieje? - spyta cicho Belwar lekko amicym si gosem. Drizzt potrzsn gow. Mwic szczerze, nie wiedzia zbyt wiele o panterze poza jej

zdolnociami suenia za towarzyszk. Widzia j wczeniej rann, jednak nigdy powanie. Teraz mg mie jedynie nadzieje, e magiczne waciwoci pozwol Guenhwyvar w peni wydobrze. - Wr do domu - powiedzia Drizzt. - Odpocznij i wydobrzyj, moja przyjaciko. Wezw ci za kilka dni. - Moe moglibymy jej jako teraz pomc - zaproponowa Belwar. Drizzt zdawa sobie spraw z jaowoci tej sugestii. - Gue-nhwyvar bdzie atwiej si leczy, gdy bdzie odpoczywa - wyjani, gdy kocica znw rozpyna si we mgle. - Nie moemy zrobi nic, co zabraaby ze sob do tego drugiego planu. Pobyt tutaj wymaga od niej penej siy. Kada minuta zbiera swe niwo. Guenhwyvar znikna i pozostaa jedynie figurka. Drizzt podnis j i oglda przez dug chwil, zanim zdoa wsun j z powrotem do kieszeni. *** Miecz podnis posanie w gr, po czym rozcina je wraz ze swym bliniaczym ostrzem, dopki koc nie sta si jedynie poszarpan szmat. Zaknafein zerkn na srebrne monety na pododze. Byo to niezwykle oczywiste oszustwo, jednak szansa, e Drizzt tu wrci, utrzymyway Zannafeina w bezczynnoci przez kilka dni ! Drizzt Do'Urden znikn i podj ogromne starania, by obwieci swoje wyjcie z Blingdenstone. Duch-widmo przystan, by rozway ten najwieszy skrawek informacji, a konieczno mylenia, uchwycenia si racjonalnej istoty, ktr Zaknafein kiedy by, doprowadzia do nieuniknionego konfliktu pomidzy niemartwym stworzeniem a dusz istoty, ktra je wizia. *** Znajdujca si w swoim przedsionku Opiekunka Malice Do'Urden poczua walk w swoim dziele. W Zin-carla kontrola nad duchem-widmem naleaa do matki opiekunki, ktr Pajcz Krlowa zaszczycia darem. Malice musiaa ciko pracowa przy wyznaczonym zadaniu, musiaa posuwa si do szeregu pieni i pieww, by utrzyma si pomidzy procesem mylowym duchawidma oraz emocjami i dusz Zaknafeina Do'Urden. *** Duch-widmo zakoysa si, czujc napr potnej woli Malice. Nie doszo do adnej rywalizacji; po zaledwie sekundzie duch-widmo przeglda ma grot, ktr Drizzt i jaka inna istota, prawdopodobnie gbinowy gnom, ucharakteryzowali na obozowisko. Odeszli tygodnie temu i bez wtpienia oddalali si od Blingdenstone najszybciej jak mogli. Najpewniej, jak wywnioskowa duch-widmo, oddalali si rwnie od Menzoberranzan. Zaknafein wyszed z groty do gwnego tunelu. Zacz wszy w jedn stron, prowadzc na wschd, do Menzoberranzan, po czym obrci si, przykucn i znw zacz szuka woni. Czary wyszukujce, jakie Malice naoya na Zaknafeina, nie mogy pokry takiego dystansu, jednak odczucia jakie duch-widmo uzyska z owej pobienej inspekcji, potwierdziy jego przypuszczenia. Drizzt uda si na zachd. Zaknafein ruszy w drog tunelem, nawet nie kulejc z powodu rany otrzymanej wczni goblina, rany, ktra okulawiaby istot ludzk. By ponad tydzie za Drizztem, moe nawet dwa, lecz nie przejmowa si tym. Jego zwierzyna musiaa spa, odpoczywa i je. Jego zwierzyna bya cielesna i miertelna - oraz saba. *** - Co to za istota? - Drizzt wyszepta do Belwara, gdy obserwowali zagadkowe dwunone

stworzenie, napeniajce wiadra w wartkim strumieniu. Cay region tuneli by owietlony za pomoc magii, lecz Drizzt i Belwar czuli si wystarczajco bezpieczni w cieniu skalistej formacji, kilkadziesit metrw od nachylonej postaci. - Mczyzna - odpowiedzia Belwar. - Czowiek z powierzchni. - Jest daleko od domu - zauway Drizzt. - Mimo to wyglda na to, e czuje si swobodnie w tym otoczeniu. Nie uwierzybym, e mieszkaniec powierzchni przeyje w Podmroku. To jest niezgodne z naukami, jakie otrzymaem w Akademii. - Najprawdopodobniej czarodziej - stwierdzi Belwar. - To tumaczyoby wiato w okolicy. Oraz jego obecno tutaj. Drizzt spojrza z zaciekawieniem na svirfhebli. - Dziwni s czarodzieje - wyjani Belwar, jakby prawda bya oczywista. - Za ludzcy czarodzieje s jeszcze dziwniejsi ni inni, a przynajmniej tak syszaem. Czarodzieje droww ksztac si dla potgi. Czarodzieje svirfhebli ksztac sw sztuk, by lepiej pozna kamienie. Jednak ludzcy czarodzieje - cign gbinowy gnom ze syszaln wyranie w gosie odraz -magga camarra, mroczny elfie, ludzcy czarodzieje s zupenie inni! - Dlaczego ludzcy czarodzieje w ogle uprawiaj sztuk magii? - zapyta Drizzt. Belwar potrzsn gow. - Nie sdz, by jaki uczony odkry ten powd - odpar szczerze. Niebezpiecznie nieprzewidywaln ras s ludzie i lepiej ich zostawi samym sobie. - Spotkae jakiego? - Kilku - wzdrygn si Belwar, jakby wspomnienia nie naleay do najprzyjemniejszych. Kupcw z powierzchni. Paskudne i aroganckie istoty. Wedug nich cay wiat jest ich wasnoci. Dwiczny gos zabrzmia troch goniej, ni Belwar zamierza i odziana w szat posta przy strumieniu obrcia gow w stron towarzyszy. - Wyacie, mae szkodniki - czowiek zawoa w jzyku, ktrego przyjaciele nie byli w stanie zrozumie. Czarodziej powtrzy prob w innej mowie, pniej w jzyku droww oraz w dwch innych nieznanych, nastpnie w svirfhebli. Czyni tak przez wiele minut, a Drizzt i Belwar spogldali na siebie z niedowierzaniem. - Jest wyksztacony - Drizzt wyszepta do gbinowego gnoma. - Pewnie szczury - mrukn do siebie czowiek. Rozejrza si, szukajc jakiego sposobu, by wyposzy niewidoczne, czynice haas istoty, poniewa sdzi, e nadadz si na porzdny posiek. - Dowiedzmy si, czy jest przyjacielem, czy wrogiem - wyszepta Drizzt i zacz wychodzi z kryjwki. Belwar zatrzyma go i spojrza na niego wtpico, nagle jednak, bez adnego powodu, poza dziaaniem wasnego instynktu, wzruszy ramionami i puci Drizzta. - Witaj, czowieku tak daleko od domu - rzek Drizzt w swoim ojczystym jzyku, wychodzc zza ska. Oczy czowieka stay si histerycznie szerokie i pocign si mocno za posklejan, bia brod. - Ty nie jezde szczur! -wrzasn w dziwnym, lecz zrozumiaym jzyku droww. - Nie - odpowiedzia Drizzt. Spojrza na Belwara, ktry wyania si i szed w jego stron. - Zodzieje! - krzykn czowiek. - Przyszliszcie, by skra mj dom, czysz nie? - Nie - powtrzy Drizzt. - Odejdcie - wrzasn czowiek, wymachujc rkoma niczym chop zaganiajcy kurczaki. Idcie. Szybko, no jusz! Drizzt i Belwar wymienili zaciekawione spojrzenia. - Nie - trzeci raz powiedzia Drizzt. - To jezd mj dom, ty gupi, mroczny elfie! - wycedzi czowiek. - Czy prosiem was, ebyszcie tu przyszli? Czy wysza-em wam list zapraszajoncy was do mojego domu? Albo moe ty i twj bszydki, may pszyjaciel uwaacie za sfj obowionzek pszywitanie mnie w okolicy! - Ostronie - wyszepta Belwar, gdy czowiek narzeka. - On z pewnoci jest czarodziejem i to na dodatek do roztrzsionym, nawet jak na ludzkie standardy. - Albo tesz moe rasy droww i gembokich gnomw bojom si mnie? - powiedzia w zadumie czowiek, bardziej do siebie ni do intruzw. - Tak, oczywiszcie. Syszeli, e ja, Bri-ster

Fendlestick, postanowiem zagarnon korytarze Podmroku i poonczyy siy, by ochroni si przede mnom! Tak, tak, to wszysztko wydaje mi si teraz tak jasne i tak aosne! - Walczyem wczeniej z czarodziejami - Drizzt odezwa si pod nosem do Belwara. - Miejmy nadziej, e zaatwimy do bez potrzeby wymiany ciosw. Cokolwiek si jednak stanie, wiedz, e nie mam zamiaru wraca drog, ktr przyszlimy. - Belwar przytakn wyraajc pospn zgod, gdy Drizzt odwraca si z powrotem do czowieka. - Moe uda nam si go przekona, by po prostu pozwoli nam przej - wyszepta Drizzt. Czowiek by na skraju wybuchu. - Dobsze! - wrzasn nagle. - Wienc nie odchocie! - Drizzt ujrza bd w swoim przekonaniu, e mona z nim rozsdnie rozmawia. Drow ruszy naprzd, zamierzajc zbliy si, zanim czarodziej rozpocznie atak. Czowiek nauczy si jednak, jak przetrwa w Podmroku i jego obrona bya gotowa na dugo przed tym, jak Drizzt i Belwar wyonili si zza formacji skalnej. Zamacha rkoma i wypowiedzia pojedyncze sowo, ktrego towarzysze nie mogli zrozumie. Piercie na jego palcu zalni jasno i maa kula ognia pojawia si w powietrzu pomidzy nim a intruzami. - Witajcie wienc w moim domu - wrzasn triumfalnie czarodziej. - Pobawcie si tym! Strzeli palcami i znikn. Drizzt i Belwar czuli, jak wok wieccej kuli zbiera si wybuchowa energia. - Biegnij! - krzykn nadzorca kopaczy i odwrci si do ucieczki. W Blingdenstone wikszo magii bya iluzoryczna, przeznaczona do obrony. W Menzoberranzan jednak, gdzie Drizzt poznawa magi, czary byy bez wtpienia ofensywne. Drizzt zna metod ataku czarodzieja i wiedzia, e w tych wskich i niskich korytarzach ucieczka nie wchodzia w gr. - Nie! - krzykn, po czym chwyci Belwara za po jego skrzanej kurtki i pocign gbinowego gnoma za sob, prosto do wieccej kuli. Bel war wiedzia, e moe zaufa Drizztowi, odwrci si wic i dobrowolnie bieg u boku przyjaciela. Nadzorca kopaczy zrozumia plan drowa zaraz po tym, jak pozby si ez wywoanych widokiem kuli. Drizzt chcia dotrze do strumienia. Przyjaciele rzucili si do wody, ranic si o kamienie, wanie w chwili, gdy kula ognia wybucha. Chwil pniej wstali z parujcej wody, za z ich plecw, ktre nie byy zanurzone, unosiy si kby dymu. Kaszleli i parskali, poniewa pomienie wessay powietrze z jaskini, a gorco bijce z rozgrzanych kamieni niemal pozbawio ich przytomnoci. - Ludzie - mrukn ponuro Belwar. Wydosta si z wody i otrzsn energicznie. Drizzt wyszed za nim i nie mg powstrzyma si od miechu. Gbinowy gnom nie widzia jednak nic wesoego w ich sytuacji. - Czarodziej - przypomnia wymownie Drizztowi. Drow przykucn i rozejrza si nerwowo. Wyruszyli natychmiast. *** - Dom! - Belwar oznajmi kilka dni pniej. Dwaj przyjaciele z wskiej pki skalnej spogldali w d na szerok i wysok jaskini, mieszczc w sobie podziemne jezioro. Za nimi bya trzykomorowa grota z jednym maym wejciem, atwa do obrony. Drizzt wspi si jakie trzy metry, by stan obok przyjaciela na najwyszej pce. - Moliwe - zgodzi si z wahaniem - cho pozostawilimy czarodzieja zaledwie kilka dni marszu std. - Zapomnij o czowieku - warkn Belwar, spogldajc na spalone miejsca na swojej ukochanej kurtce. - Nie chciabym mie tak wielkiego zbiornika o kilka krokw od drzwi - cign Drizzt. - Jest peen ryb! - sprzeciwi si nadzorca kopaczy. - Poza tym s tu mchy i roliny, ktrymi bdziemy mogli napeni brzuchy, a woda wyglda na wystarczajco czyst! - Jednak taka oaza bdzie przyciga goci - stwierdzi Drizzt. - Obawiam si, e nie bdziemy w stanie odpocz. Belwar spojrza w d gadkiej ciany na podog wielkiej jaskini. - To nie problem -

powiedzia z umiechem. - Wiksze tu nie wejd, a niniejsze... no c, widziaem ciosy twoich ostrzy, a ty widziae si moich doni. O mniejsze bym si nie martwi! Drizztowi podobaa si pewno siebie svirfhebli i musia si zgodzi, e nie znaleli adnego innego miejsca odpowiedniego do zamieszkania. Woda, trudna do znalezienia i zazwyczaj nie nadajca si do picia, bya cennym zjawiskiem w suchym Podmroku. Majc jezioro i roliny, Drizzt i Belwar nie bd musieli chodzi daleko, by znale posiek. Drow chcia si zgodzi, lecz nagle ich uwag zwrci ruch w wodzie. - 1 kraby! - wypali svirfnebli, najwyraniej reagujc na ten widok zupenie inaczej ni drow. Magga camarra, mroczny elfie! Kraby! Najlepsze jedzenie, jakie mona znale! Istotnie, krab wyszed z jeziora, gigantyczny, czterometro-wy potwr z kleszczami, ktrymi mgby przeci czowieka, elfa albo gnoma na poow. Drizzt spojrza na Belwara z niedowierzaniem. - Jedzenie? - spyta. Umiech Belwara otoczy jego zadarty nos, gdy stuka o siebie motem i kilofem. Jedli kraba dzi i dzie pniej, i nastpnego wieczora, i jeszcze kolejnego, i Drizzt wkrtce zgodzi si, e ta trzykomorowa grota nad podziemnym jeziorem moga by niezym domem. *** Duch-widmo przystan, by zastanowi si nad wieccym czerwono obszarem. Za ycia Zaknafein Do'Urden unikaby takich miejsc, szanujc nieodczne niebezpieczestwo zwizane z dziwnie jarzcymi si pomieszczeniami i luminescencyj-nym mchem. Dla ducha-widma szlak by jednak prosty - Drizzt tdy przechodzi. Duch-widmo przedziera si, ignorujc szkodliwe wybuchy mierciononych zarodnikw, ktre strzelay w niego przy kadym kroku, krztuszce zarodniki, ktre wypeniay puca nieszczsnych stworze. Zaknafein nie musia jednak oddycha. Nastpnie pojawi si omot, gdy grubber spieszy, by chroni swej domeny. Zaknafein przyczai si defensywnie, a instynkty istoty, ktr kiedy by, wyczuway niebezpieczestwo. Grubber przetoczy si przez wiecce mchy, lecz nie zauway adnego intruza, ktrego musiaby ciga. Mimo to par dalej, uwaajc, e posiek z purchawek jest do dobrym pomysem. Gdy grubber dotar na rodek jaskini, duch-widmo rozproszy swj czar lewitacji. Zaknafein wyldowa potworowi na grzbiecie, zaciskajc nogi. Grubber miota si i szala po grocie, lecz Zaknafein nie traci rwnowagi. Skra grubbera bya gruba i twarda, zdolna powstrzyma wszystko, poza najdoskonalsz broni, ktra bya w posiadaniu Zaknafeina. *** - Co to byo? - Belwar spyta pewnego dnia, przerywajc prac przy nowych drzwiach, zasaniajcych wejcie do ich groty. Na dole, przy jeziorze, Drizzt najwidoczniej rwnie usysza odgos, poniewa upuci hem, ktrego uywa do przynoszenia wody i wycign obydwa sejmitary. Unis do, by nakaza nadzorcy kopaczy milczenie, po czym podszed pod pk skaln, by mogli odby cich rozmow. Znw dobieg dwik, gone trzaskanie. - Znasz to, mroczny elfie? - wyszepta Belwar. Drizzt przytakn. - Hakowe poczwary - odpar - posiadajce najczulszy such w caym Podmroku. - Drizzt zachowa wspomnienia dla siebie ze swego jedynego spotkania z tym rodzajem potworw. Miao ono miejsce w czasie patrolu, kiedy to Drizzt przewodzi swojej klasie z Akademii w tunelach poza Menzo-berranzan. Oddzia wpad na grup ogromnych, dwunonych stworze z pancerzami twardymi jak metalowa zbroja pytowa oraz potnymi dziobami i pazurami. Patrol droww wygra tamtego dnia, gwnie dziki Drizztowi, jednak tym, co Drizzt pamita najlepiej, by fakt, i spotkanie byo wiczeniem zaplanowanym przez mistrzw z

Akademii, i e powicili niewinne dro-witko, by nada hakowym poczwarom realizmu. - Znajdmy je - powiedzia cicho, lecz pospnie Drizzt. Belwar zatrzyma si, by chwyci oddech, gdy ujrza niebezpieczny bysk w lawendowych oczach drowa. - Hakowe poczwary s niebezpiecznymi przeciwnikami -wyjani Drizzt zauwaajc wahanie gbinowego gnoma. - Nie moemy pozwoli im bka si po okolicy. Podajc za trzaskami, Drizzt nie mia wikszych problemw ze zblianiem si. Bezszelestnie okra wanie ostatni zaom, a u jego boku szed Belwar. W szerszym odcinku korytarza staa pojedyncza hakowa poczwara, uderzajca rytmicznie swymi cikimi pazurami o ska tak, jak svirfhebli uywaj kilofw. Drizzt wstrzyma Belwara, pokazujc mu, e moe szybko unieszkodliwi potwora, jeli tylko zdoa podkra si nie zauwaony. Belwar zgodzi si, by doczy do walki, jeli zajdzie taka potrzeba, lecz nadal zachowa czujno. Hakowa poczwara, wyranie pochonita skaln cian, nie syszaa ani nie widziaa podkradajcego si drowa. Drizzt pojawi si tu przy potworze, szukajc najatwiejszej i najszybszej metody unieszkodliwienia go. Widzia tylko jedn luk w pancerzu, szpar pomidzy napiernikiem stwora a jego szerok szyj. Wsunicie tam ostrza mogo by jednak sporym problemem, poniewa hakowa poczwara miaa niemal trzy metry wysokoci. owca znalaz jednak rozwizanie. Znalaz si szybko przy kolanie hakowej poczwary i pchn obydwoma ostrzami w krocze stwora. Potworowi ugiy si nogi i przetoczy si po drowie. Zwinny jak kot Drizzt odtoczy si i wskoczy na lecego stwora, kierujc obydwa sejmitary w otwr w pancerzu. Mg natychmiast zakoczy spraw z hakow poczwar, poniewa jego bro z atwoci przebiaby si przez kostn oson. Drizzt ujrza jednak co - przeraenie? - w twarzy potwora, co, czego nie powinno tam by. Zmusi owc do wycofania si, przej kontrol nad ostrzami, wahajc si przez sekund - wystarczajco dugo by hakowa poczwara, ku absolutnemu zdumieniu Drizzta, odezwaa si wyranie w jzyku droww - Prosz... nie... zabijaj... mnie!

14 Clacker
Sejmitary powoli odsuny si od szyi hakowej poczwary. - Nie... taki... jak... wy... wygldam - stara si wyjani swym urywanym gosem potwr. Z kadym wypowiadanym sowem hakowa poczwara wydawaa si czu swobodniej. - Ja jestem... pecz. - Pecz? - zakrztusi si Belwar podchodzc do Drizzta. Svirfnebli spojrza na schwytanego potwora z niezrozumiaym zdziwieniem. - Jeste troch za duy jak na pecza - zauway. Drizzt przenis wzrok ze stwora na Belwara, szukajc jakiego wyjanienia. Drow nigdy wczeniej nie sysza tego sowa. - Dzieci kamieni - wytumaczy mu Belwar. - Dziwne, mae stworzenia. Twarde jak kamie, a ich jedynym yciowym celem jest praca nad nim. - Brzmi jak svirfnebli - odpar Drizzt. Belwar przerwa na chwil, by zastanowi si, czy zosta uraczony komplementem, czy obraony. Nie mogc tego okreli, nadzorca kopaczy cign z pewn ostronoci. - Nie ma zbyt wielu peczy, a j eszcze mniej wyglda j ak ten tutaj! - Zerkn ze zwtpieniem na hakow poczwar, po czym skierowa na Drizzta spojrzenie mwice drowowi, by trzyma ostrza w gotowoci.

- Pecz... j... ju nie - wyjkaa hakowa poczwara, a w jej gardowym gosie wyranie zabrzmia al. - Pecz ju nie. - Jak si nazywasz? - spyta Drizzt, majc nadziej na odkrycie jakich wskazwek, ktre doprowadz go do prawdy. Hakowa poczwara rozmylaa przez chwil, po czym bezradnie potrzsna sw wielk gow. - Pecz... j... ju nie - powtrzy potwr i wiadomie odchyli sw zaopatrzon w dzib gow w ty, odsaniajc otwr w swym pancerzu i pozwalajc Drizztowi dokoczy cios. - Nie pamitasz swego imienia? - zapyta Drizzt, nie spieszc si tak bardzo do zabicia stwora. Hakowa poczwara nie poruszya si ani nie odpowiedziaa. Drizzt spojrza na Belwa-ra, szukajc porady, lecz nadzorca kopaczy jedynie bezradnie wzruszy ramionami. - Co si stao? - Drizzt naciska na potwora. - Musisz mi powiedzie, co ci si stao. - Cza... - hakowa poczwara walczya z odpowiedzi. - Cza... cza... czarodziej. Zy cza... czarodziej. Wyszkolony w pewnym stopniu w zasadach magii oraz wiadomy wykorzystywania jej w pozbawiony skrupuw sposb, Drizzt zacz si domyla, co mogo si sta i uzna, e wierzy temu dziwnemu stworzeniu. - Czarodziej ci zmieni? - zapyta, znajc ju odpowied. Wraz z Belwarem wymienili zdumione spojrzenia. - Syszaem o takich czarach. - Podobnie jak ja - zgodzi si nadzorca kopaczy. - Magga camarra, mroczny elfie, widziaem jak czarodzieje z Blingden-stone stosujpodobnmagi, gdy musielimy wlizgn si do... gbinowy gnom przerwa nagle, przypomniawszy sobie pochodzenie elfa, do ktrego si zwraca. - Menzoberranzan - dokoczy chichoczc Drizzt. Belwar chrzkn, lekko zawstydzony, po czym odwrci si do potwora. - Mwisz, e kiedy bye peczem - rzek, chcc wyrazi cae wyjanienie w jednej czystej myli - a jaki czarodziej zmieni ci w hakow poczwar. - Prawda - odpowiedzia potwr. - Pecz ju nie. - Gdzie s twoi towarzysze? - spyta svirfhebli. - Jeli to, co syszaem o twoim ludzie, jest prawd, pecze nieczsto podruj same. - M... m... martwi - powiedzia potwr. - Zy cza... cza... - Ludzki czarodziej? - odezwa si Drizzt. Wielki dzib zacz kiwa z podnieceniem. - Tak, cz... cz... czowiek. - A pniej czarodziej zostawi ci jako hakow poczwar - rzek Belwar. Wraz z Drizztem spogldali dugo na siebie, po czym drow odsun si, pozwalajc hakowej poczwarze wsta. - W... wolabym, ebycie mnie za... zabili - powiedzia nastpnie potwr, przechodzc do pozycji siedzcej. Spojrza z widocznym obrzydzeniem na swe opazurzone apy. - K... kamie, kamie... jest dla mnie stracony. Belwar podnis w odpowiedzi swe wasne donie. - Te tak kiedy sadziem - rzek. - yjesz i nie jeste ju sam. Chod z nami nad jezioro, gdzie bdziemy mogli duej porozmawia. Hakowa poczwara zgodzia si i, ze sporym wysikiem, zacza podnosi swe wiertonowe cielsko z podogi. W szuraniu i zgrzytaniu, wywoywanym przez twardy pancerz stwora, Belwar roztropnie wyszepta do Drizzta - Trzymaj swe ostrza w gotowoci! Hakowa poczwara wstaa w kocu, wznoszc si na swoje imponujce trzy metry, a drow nie mg si spiera z rozumowaniem Belwara. Przez wiele godzin hakowa poczwara opowiadaa dwm przyjacioom swoje przygody. Rwnie interesujce jak opowieci, byo rosnce obycie stworzenia z mow. Ten fakt oraz opis dawnej egzystencji - trzymania si ycia i ksztatowanie kamienia z niemal uwicon czcijeszcze bardziej przekonay Belwara i Drizzta o prawdziwoci tej niezwykej historii. - Tak d... dobrze jest znw mwi, cho to nie mj jzyk -powiedzia po chwili stwr. - Czuj si tak, jakbym znw z... znalaz cz tego, czym kiedy b... byem. Majc za sob podobne dowiadczenia, Drizzt cakowicie go rozumia. - Od jak dawna taki jeste? - spyta Belwar. Hakowa poczwara wzruszya ramionami, a jego wielki tors i rce zagrzechotay przy tym ruchu. - Tygodnie, mi... miesice - rzeka. - Nie pamitam. Straciem czas.

Drizzt uj twarz w donie i wyda z siebie gbokie westchnienie, pene wspczucia i sympatii do tego nieszczsnego stworzenia. Drizzt rwnie czu si tak zagubiony i samotny w dziczy. On te zna ponur rzeczywisto takiego losu. Belwar poklepa drowa lekko sw donimotem. - A gdzie teraz idziesz? - nadzorca kopaczy spyta hakow poczwar. - Albo skd idziesz? - cigam cza... cza... cza... - odpowiedziaa hakowa poczwara, jkajc bezradnie ostatnie sowo, jakby samo wspomnienie zego czarodzieja sprawiao jej wielki bl. - Jednak tak wiele jest dla mnie stra... stracone. Znalazbym go b... bez wysiku, gdybym cigle by pe... peczem. Kamienie powiedziayby mi gdzie pa... patrze. Nie mog ju je...jednak z nimi rozmawia. Potwr wsta z kamienia. - Pjd - powiedzia z determinacj. - Nie jestecie bezpieczni, gdy jestem w pobliu. - Zostaniesz - rzek nagle Drizzt, a w jego gosie zabrzmiaa niezaprzeczalna stanowczo. - Ja nie mog k... kontrolowa... - prbowaa wyjani hakowa poczwara. - Nie musisz si martwi - powiedzia Belwar. Wskaza na drzwi do groty znajdujce si na pce skalnej. - Nasz dom jest tam na grze, a drzwi s zbyt mae, by mg si przedosta. Tutaj na dole moesz odpoczywa, dopki nie zdecydujemy, co jest dla ciebie najlepsze. Hakowa poczwara bya wyczerpana, a rozumowanie svirf-nebli brzmiao wystarczajco rozsdnie. Potwr opad ciko na kamie i zwin si tak mocno, jak pozwalao mu niezgrabne ciao. Drizzt i Belwar odeszli, przy kadym kroku zerkajc na swego nowego, dziwnego towarzysza. - Clacker - powiedzia nagle Belwar, zatrzymujc Drizzta. Z wielkim wysikiem hakowa poczwara obrcia si, by rozway, co powiedzia gbinowy gnom, rozumiejc, e Belwar wypowiedzia to sowo w jej kierunku. - Tak bdziemy ci nazywa, jeli nie masz nic przeciwko -svirfnebli wyjani stworzeniu i Drizztowi. - Clacker! - Pasujce imi - zauway Drizzt. - To do... dobre imi - zgodzia si hakowa poczwara, lecz w duchu aowaa, e nie pamita swego imienia z czasw, gdy bya peczem, imienia, ktre toczyo si niczym okrgy kamie w pochyym korytarzu i wypowiadao modlitwy do kamieni kad swoj dudnic sylab. - Poszerzymy drzwi - rzek Drizzt, gdy wraz z Bel warem wszed do ich kompleksu grot. Aby Clacker mg tu wchodzi i bezpiecznie odpoczywa. - Nie, mroczny elfie - sprzeciwi si nadzorca kopaczy. -Tego nie zrobimy. - Nie jest bezpieczny tam nad wod- odpar Drizzt. - Mog go znale potwory. - Jest wystarczajco bezpieczny! - odezwa si Belwar. - Jaki potwr zaatakowaby dobrowolnie hakow poczwar? - Belwar rozumia trosk Drizzta, lecz zdawa sobie rwnie spraw z niebezpieczestwa kryjcego si za propozycj drowa. - Byem wiadkiem takich czarw - svirfnebli powiedzia trzewo. - S nazywane polimorfami. Zmiana ciaa przychodzi natychmiast, lecz zmiana umysu moe dugo potrwa. - O czym ty mwisz? - gos Drizzta by na skraju paniki. - Clacker wci jest peczem - odpar Belwar - uwizionym w ciele hakowej poczwary. Wkrtce jednak, obawiam si, nie bdzie ju peczem. Stanie si hakow poczwar, na umyle i ciele, i jakkolwiek przyjacielski by nie by, zacznie myle o nas tylko w charakterze kolejnego posiku. Drizzt zaczai si sprzeciwia, lecz Belwar uciszy go otrzewiajc myl. - Czy cieszyby si zabijajc go, mroczny elfie? Drizzt odwrci si. - Jego opowie jest mi znajoma. - Nie w takim stopniu, jak ci si wydaje - odpowiedzia Belwar. - Ja rwnie byem zagubiony - Drizzt przypomnia nadzorcy kopaczy. - Tak przypuszczasz - odpar Belwar. - Jednak to, co byo tak naprawd Drizztem Do'Urden, pozostao w tobie, mj przyjacielu. Bye taki, jaki musiae by, poniewa zmusiy ci do tego okolicznoci. To natomiast jest czym innym. Nie tylko ciao, lecz rwnie sama istota Clackera stanie si hakow poczwar. Jego myli bd mylami hakowej poczwary i, magga camar-ra, nie

odwzajemni ci litoci, gdy to ty znajdziesz si na ziemi. Drizzt nie by zadowolony, jednak nie mg odrzuci bezceremonialnego rozumowania gbinowego gnoma. Przeszed do lewej komnaty kompleksu, z ktrej zrobi sobie sypialni, i pad na hamak. - Niestety dla ciebie, Drizzcie Do'Urden - wymamrota Belwar pod nosem, obserwujc ociae ruchy drowa, wywoane smutkiem. - I niestety dla naszego zgubionego przyjaciela pe-cza. - Nadzorca kopaczy wszed do swej wasnej sypialni i wczoga si na hamak, czujc si paskudnie wzgldem caej tej sytuacji, lecz zdecydowany kierowa si logik i pragmatyzmem, niezalenie od blu, jaki mogo to przynie. Belwar rozumia bowiem, e Drizzt czu pokrewiestwo z tym nieszczsnym stworzeniem, bya to potencjalnie tragiczna w skutkach wi oparta na wspczuciu wobec utraty przez Clackera wasnej tosamoci. Tej samej nocy Drizzt podekscytowany szarpaniem wyrwa svirfnebli ze snu. - Musimy mu pomc - Drizzt wyszepta z przejciem. Belwar przetar przedramieniem twarz i prbowa doj do siebie. Mia niepewny sen, w ktrym krzycza Bivrip!" niemoliwie gono, a nastpnie przechodzi do pozbawiania ycia swego najnowszego towarzysza. - Musimy mu pomc! - powtrzy Drizzt z jeszcze wiksz stanowczoci. Z wygldu drowa Belwar mg wywnioskowa, e Drizzt nie spa tej nocy. - Nie jestem czarodziejem - powiedzia nadzorca kopaczy. - Podobnie jak... - Wic go znajdziemy - warkn Drizzt. - Znajdziemy czowieka, ktry przekl Clackera, i zmusimy go do odwrcenia czaru! Widzielimy go przy strumieniu zaledwie kilka dni temu. Nie moe by daleko! - Mag zdolny do czynienia takiej magii nie bdzie atwym przeciwnikiem - szybko odpowiedzia Belwar. - Czy ju zapomniae o ognistej kuli? - Belwar zerkn na cian, gdzie wisiaa jego nadpalona skrzana kurtka, jakby utwierdzajc si w swoich przekonaniach. Obawiam si, e czarodziej jest poza naszymi moliwociami - wymamrota Belwar, lecz Drizzt dostrzega brak pewnoci w minie wymawiajcego te sowa nadzorcy kopaczy. - Czy tak ci si spieszy, by skaza Clackera na zagad? -spyta bezceremonialnie Drizzt. Na twarzy drowa zacz rozkwita szeroki umiech, gdy ujrza, e svirfhebli sabnie. - Czy to ten sam Belwar Dissengulp, ktry przygarn zagubionego drowa? Wielce Szanowany Nadzorca Kopaczy, ktry nie porzuci nadziei wobec mrocznego elfa, przez wszystkich uwaanego za niebezpiecznego? - Id spa, mroczny elfie - odrzek Belwar, odpychajc Drizzta sw doni-motem. - Dobra rada, mj przyjacielu - powiedzia Drizzt. - Ty rwnie pij dobrze. Mamy przed sob dug drog. - Magga camarra - prychn maomwny svirfhebli, uparcie utrzymujc fasad opryskliwej praktycznoci. Odwrci si od Drizzta i wkrtce zacz chrapa. Drizzt zauway, e chrapanie Belwara rozbrzmiewao teraz z otchani gbokiego i spokojnego snu. *** Clacker uderza o cian swymi opazurzonymi apami. - Nie, znowu - zdenerwowany Belwar wyszepta do Drizzta.-Nie tutaj. Drizzt pospieszy krtym korytarzem, kierujc si w stron monotonnego dwiku. - Clacker! - zawoa cicho, gdy hakowa poczwara znalaza si w polu widzenia. Hakowa poczwara obrcia si w stron zbliajcego si dro-wa, rozkadajc szeroko apy i wydajc z wielkiego dzioba przecige syczenie. Chwil pniej Clacker zda sobie spraw, co robi i raptownie przesta. Dlaczego musisz wci stuka? - spyta go Drizzt, prbujc udawa, nawet przed sob, e nie widzia wojowniczej postawy Clackera. - Jestemy w dziczy, mj przyjacielu. Takie dwiki mog kogo przycign.

Wielki potwr opuci gow. - Nie powinnicie b... byli i ze mn - rzek Clacker. - Ja n... nie mog, zbyt wiele rzeczy m... moe si sta, ktrych n... nie bd mg k... kontrolowa. Drizzt wycign rk i pooy j uspokajajco na kocistym okciu Clackera. - To moja wina - powiedzia drow, rozumiejc o co chodzi hakowej poczwarze. Clacker przeprosi za postaw skierowan wobec Drizzta. - Nie powinnimy byli i w rnych kierunkach - cign Drizzt - a ja nie powinienem zblia si do ciebie tak szybko i bez ostrzeenia. Zostaniemy wszyscy razem, cho nasze poszukiwania mog si wyduy, za Belwar i ja pomoemy ci zachowa kontrol. Pysk Clackera rozjani si. - Czuj si t... tak dobrze, stukajc w k... kamie - oznajmi i waln ap w ska, jakby pobudza swoj pami. Jego gos i wzrok znikay, gdy myla o dawnym yciu. Wszystkie dni jako pecz spdzi stukajc w kamienie, ksztatujc kamienie, rozmawiajc z nimi. - Znw bdziesz peczem - obieca Drizzt. Wychodzcy z tunelu Belwar usysza sowa drowa i nie by co do nich taki pewien. Byli w korytarzach od ponad tygodnia i nie znaleli adnego ladu czarodzieja. Nadzorca kopaczy uspokoi si troch faktem, e Clacker wydawa si odzyskiwa cz siebie z tego potwornego stanu, wydawa si osiga na nowo tosamo pecza. Belwar kilka tygodni wczeniej obserwowa t sam transformacj u Drizzta i pod nastawionymi na przetrwanie ograniczeniami owcy, ktrym sta si drow, Belwar odkry swego najbliszego przyjaciela. Nadzorca kopaczy mia jednak baczenie, by nie zakada takich samych rezultatw u Clackera. Stan hakowej poczwary by rezultatem potnej magii i adna ilo przyjani nie moga odwrci dziaania czaru. Znajdujc Drizzta i Belwara, Clacker osign tymczasowe - i tylko tymczasowe - odpuszczenie ndznego i niezaprzeczalnego losu. Szli tunelami Podmroku jeszcze przez kilka dni, niczego nie znajdujc. Osobowo Clackera wci nie podlegaa zanikowi, lecz nawet Drizzt, ktry opuci grot nad jeziorem peen nadziei, zacz odczuwa ciar rzeczywistoci. Kiedy Drizzt i Belwar zaczli rozwaa powrt do domu, grupa dotara do sporej jaskini zasanej gruzem z obsunitego niedawno stropu. - On tu by! - krzykn Clacker, po czym bez wysiku podnis wielki gaz i rzuci go w przeciwleg cian, gdzie roztrzaska si na kolejne odamki. - On tu by! - Hakowa poczwara ruszya naprzd, miadc kamienie i rzucajc gazami ze wzrastajc, wybuchow wciekoci. - Skd wiesz? - zapyta Belwar, prbujc powstrzyma swego gigantycznego przyjaciela. Clacker wskaza na strop. - On to z... zrobi. Cza... cza... cza... on to zrobi! Drizzt i Belwar wymienili zatroskane spojrzenia. Strop groty, ktry znajdowa si na wysokoci piciu metrw, by podziurawiony i roztrzaskany, za w jego centrum majaczy ogromny otwr, ktry siga dwa razy wyej ni dawna wysoko sklepienia. Jeli zniszczenia te spowodowaa magia, bya to niezwykle potna magia! - Czarodziej to zrobi? - powtrzy Belwar. Rzuci w stron Drizzta kolejne z tych swoich wywiczonych, praktycznych spojrze. - Jego w... w... wiea - odpar Clacker i zacz chodzi po jaskini, by sprawdzi, ktrym wyjciem poszed czarodziej. Drizzt i Belwar byli w tej chwili kompletnie zagubieni, za Clacker, ktry w kocu na nich spojrza, dostrzeg ich zdumienia. -Cza... cza... cza... - Czarodziej - wtrci niecierpliwie Belwar. Clacker nie obrazi si, pomoc go nawet ucieszya. - Cza... czarodziej ma w... wie-prbowa wyjani podekscytowanym gosem. - W... wielk, elazn w... wie, ktr zabiera ze sob i ustawia wszdzie tam, gdzie mu p... pasuje. - Clacker spojrza na zniszczony strop. - Nawet jeli nie zawsze jest miejsce. - Nosi ze sob wie? - zapyta Belwar, a jego dugi nos zacz si zakrca. Clacker przytakn z przejciem, lecz nie wyjani nic wicej, poniewa odnalaz lad czarodzieja, wyrany odcisk buta w mchu, prowadzcy do jednego z korytarzy. Drizzt i Belwar musieli si zadowoli niepenym wyjanieniem swojego przyjaciela, poniewa

naleao podj pocig. Drizzt obj prowadzenie i wykorzystywa wszystkie zdolnoci, jakich nauczy si w Akademii droww oraz podczas dekady spdzonej samotnie w Podmroku. Belwar, wraz z charakterystycznym dla swojej rasy zrozumieniem Podmroku oraz magicznie wiecc brosz, zapamitywa kierunek marszu, za Clacker, w tych chwilach, kiedy to wraca bardziej do swego dawnego ja, pyta kamienie o drog. Przeszli przez nastpn zniszczon jaskini oraz kolejn, w ktrej wida byo wyrane lady obecnoci wiey, cho jej strop by na tyle wysoki, by pomieci budowl. Kilka dni pniej trzej towarzysze wkroczyli do rozlegej i wysokiej jaskini, za daleko od nich, za wartkim strumieniem, majaczy dom czarodzieja. Drizzt i Belwar znw popatrzyli na siebie bezradnie, poniewa wiea miaa pene dziesi metrw wysokoci i sze rednicy, a jej gadkie metaliczne ciany kpiy z ich planw. Doszli oddzielnymi i ostronymi drogami do budowli i na miejscu jeszcze bardziej si zdumieli, poniewa ciany zrobione byy z adamantytu, najtwardszego metalu na wiecie. Znaleli drzwi, mae i ledwo ukazujce swj obrys na tle wspaniale wykonanej wiey. Nie musieli sprawdza, czy s zabezpieczone przed niechcianymi gomi. - Cza... cza... cza... on tam jest - warkn Clacker, przejedajc w desperacji szponami po drzwiach. - A wic bdzie musia wyj - stwierdzi Drizzt. - Za gdy to zrobi, bdziemy na niego czeka. Plan ten nie zadowoli pecza. Z dononym rykiem, ktry rozbrzmia w caej okolicy, Clacker rzuci si swym wielkim ciaem na drzwi wiey, po czym odskoczy i znw uderzy. Drzwi nawet nie drgny pod jego naporem i wkrtce stao si oczywiste dla drowa i gbinowego gnoma, e ciao Clackera z pewnoci przegra walk. Drizzt bezowocnie stara si uspokoi swego ogromnego przyjaciela, za Belwar odszed na bok i zacz znajom pie. Clacker upad w kocu na ziemi, tworzc bezksztatn stert i szlochajc z wyczerpania, blu oraz bezradnej wciekoci. Nastpnie do akcji wkroczy Belwar, a gdzie dotkny si jego mithrilowe donie, tam leciay iskry. - Odsun si! - zada nadzorca kopaczy. - Zabrnem zbyt daleko, by powstrzymay mnie jedne drzwi! - Belwar stan dokadnie naprzeciwko maego wejcia i uderzy w nie z caej siy swym zakltym motem. We wszystkie strony poleciaa ulewa olepiajcych iskier. Uminione ramiona gbinowego gnoma pracoway zaarcie, drapic i uderzajc, lecz gdy Belwar skoczy, na drzwiach wiey widniay jedynie delikatne zadrapania. Belwar stukn o siebie domi, zasypujc si niegronymi iskrami, a Clacker z caego serca zgodzi si z jego frustracj. Drizzt jednak by bardziej zagniewany i zatroskany ni jego przyjaciele. Nie tylko powstrzymywaa ich wiea czarodzieja, lecz rwnie obecny wewntrz czarodziej bez wtpienia wiedzia o ich obecnoci. Drizzt ostronie obszed budowl, zauwaajc liczne wskie szpary. Przykucnwszy pod jedn z nich, usysza cichy piew i cho nie mg zrozumie sw czarodzieja, z atwoci mg odgadn jego zamiary. - Biegiem! - wrzasn do swoich towarzyszy, po czym w czystej desperacji, podnis lecy kamie i cisn nim w otwr. Szczcie dopisao drowowi, poniewa czarodziej dokoczy czar wanie w chwili, kiedy kamie trafi w dziur. Na zewntrz wydostaa si byskawica, ktra roztrzaskaa pocisk i uniosa Drizzta w powietrze, lecz cofna si do wiey. - Przeklestwo! Przeklestwo! - dobieg pisk. - Nienawidz, jak si tak dzieje! Belwar i Clacker pospieszyli z pomoc lecemu przyjacielowi. Drow by jedynie oszoomiony i wsta, zanim do niego doszli. - Och, drogo zapacisz mi za to, tak bendzie! - dobieg ze rodka krzyk. - Biegnijcie! - krzykn nadzorca kopaczy i nawet wcieka hakowa poczwara w peni si z nim zgadzaa. Kiedy jednak Belwar spojrza w lawendowe oczy drowa, wiedzia, e Drizzt nie ucieknie. Clacker rwnie cofn si o krok od pomieni rozgorzaych w Drizzcie Do'Urden. -Magga camarra, mroczny elfie, nie moemy dosta si do rodka - svirfnebli roztropnie przypomnia Drizztowi.

Drizzt wycign onyksow figurk i przyoy j do otworu. - Zobaczymy - warkn, po czym wezwa Guenh-wyvar. Pojawia si czarna mga i znalaza tylko jedn woln drog- Zabij was wszysztkich! - krzycza niewidoczny czarodziej. Nastpnym dwikiem, jaki dobieg z wntrza wiey, byo niskie warknicie pantery, po czym znw rozleg si krzyk czarodzieja. - Mogem by w blendzie! - Otwrz drzwi! - wrzasn Drizzt. - Albo stracisz ycie, czarodzieju! - Nigdy! Guenhwyvar znw rykna, po czym czarodziej krzykn i drzwi stany otworem. Drizzt prowadzi. Weszli do okrgego pomieszczenia, dolnego poziomu wiey. Z jego rodka biega do znajdujcego si w stropie wazu elazna drabina, droga ucieczki czarodzieja. Czowiek nie zdoa jej jednak wykorzysta, bowiem wisia do gry nogami po tylnej stronie drabiny, z jedn nog w kolanie zaczepion na stopniu. Guenhwyvar, wygldajca na w peni wyleczon z ran odniesionych w kwasowym jeziorze, przycupna po drugiej stronie drabiny i niedbale trzymaa w pysku stop, czarodzieja. - Wejdcie! - krzykn czarodziej rozkadajc rce, po czym skadajc je z powrotem, by odgarn opadajc mu na twarz szat. Z poszarpanych resztek zniszczonego byskawic odzienia unosiy si kby dymu. - Jezdem Brister Fendlestick. Witajcie w moim domu! Belwar trzyma Clackera przy drzwiach, blokujc niebezpiecznego przyjaciela doni-motem, podczas gdy Drizzt podchodzi do winia. Drow przystan na wystarczajco dug chwil, by przyjrze si swej kociej przyjacice, poniewa nie przyzywa Guenhwyvar od tego dnia, kiedy odesa j, by wyzdrowiaa. - Mwisz jzykiem droww - stwierdzi Drizzt, chwytajc czarodzieja za konierz i zrcznie stawiajc go na nogi. Drizzt zmierzy czowieka podejrzliwym wzrokiem, poniewa nigdy nie widzia czowieka przed spotkaniem przy strumieniu. Drow nie by pod zbyt duym wraeniem. - Wiele jenzykw jezd mi znanych - odpar czarodziej. Nastpnie, jakby to obwieszczenie nioso za sob jakie ogromne znaczenie, doda - Jezdem Brister Fendlestick! - Czy mowa peczy zalicza si do twoich jzykw? - zagrzmia spod drzwi Belwar. - Peczy? - powtrzy czarodziej, wymawiajc to sowo z widocznym obrzydzeniem. - Peczy - warkn Drizzt, podkrelajc sw wypowied zatrzymaniem ostrza sejmitara dwa centymetry od szyi czarodzieja. Clacker wystpi krok do przodu, z atwoci przesuwajc svirfhebli po gadkiej pododze. - Mj duy przyjaciel by kiedy peczem - wyjani Drizzt. - Chyba o tym wiesz. - Pecze - wycedzi czarodziej. - Bezuyteczne mae istoty, ktre zawsze wchodz w drog. Clacker wykona kolejny, dugi krok. - Do rzeczy, drowie - poprosi Belwar, bezowocnie powstrzymujc hakow poczwar. - Oddaj mu jego tosamo - zada Drizzt. - Uczy naszego przyjaciela ponownie peczem. I pospiesz si. - Ba! - parskn czarodziej. - Lepiej mu jezd teraz! - odpowiedzia nieprzewidywalny czowiek. - Dlaczego ktokolwiek miaby chcie pozosta peczem? Oddech Clackera przeszed w gone dyszenie. Sia trzeciego kroku odsuna Belwara na bok. - Ju, czarodzieju - ostrzeg Drizzt. Siedzca na drabinie Guenhwyvar wydaa z siebie niski i wygodniay warkot. - No dobrze, dobrze! - rzek czarodziej, podnoszc z niesmakiem rce. - Paskudny pecz! Wycign wielk ksig z kieszeni zbyt maej, by j zmieci. Drizzt i Belwar umiechnli si do siebie uwaajc, e maj zwycistwo w rku. Wtedy jednak czarodziej popeni straszny bd. - Powinienem by go zabi tak jak pozostaych - wymamrota pod nosem, zbyt cicho, by nawet Drizzt, stojcy tu obok, dosysza sowa. Hakowe poczwary majjednak najczulszy snach ze wszystkich stworze Podmroku. Machnicie ogromnej apy Clackera przerzucio Belwara przez pokj, Drizzt, odwracajcy si na dwik cikich krokw, zosta odrzucony przez szarujcego giganta, a sejmitary wyleciay drowowi z rk. Czarodziej za, gupi czarodziej, zosta przygnieciony przez Clackera do elaznej

drabiny tak silnie, e drabina si wygia, a siedzca po drugiej jej stronie Guenhwyyar spada. Kwestia, czy uderzenie wiertonowego cielska hakowej poczwary zabio od razu czarodzieja, staa si akademicka w chwili, gdy Drizzt i Belwar otrzsnli si na tyle, by zawoa swego przyjaciela. Pazury i dzib Clackera niezmordowanie uderzay i rozryway. Co chwila wida byo nagy bysk oraz kby dymu, gdy zniszczeniu ulega kolejny z noszonych przez czarodzieja magicznych przedmiotw. Kiedy za hakowa poczwara wyczerpaa sw wcieko i spojrzaa na troje towarzyszy, otaczajcych j w gotowych do walki pozach, zwoki u stp Clackera nie daway si ju rozpozna. Belwar chcia zauway, e czarodziej zgodzi si odczarowa Clackera, uzna jednak, e to nie ma sensu. Clacker pad na kolana i schowa twarz w apach, nie mogc uwierzy w to, co zrobi. - Odejdmy z tego miejsca - powiedzia Drizzt, chowajc sejmitary do pochew. - Przeszukajmy je - zasugerowa Belwar, uwaajc e mona tu znale wspaniae skarby. Drizzt nie mg tu jednak pozosta choby przez chwil. Widzia zbyt duo siebie w niepohamowanym szale swego towarzysza, a zapach zakrwawionych zwok wypeni go frustracjami i obawami, ktrych nie mg znie. Z Guenhwyvar u boku opuci wie. Belwar pomg Clackerowi wsta, po czym wyprowadzi trzscego si giganta z budowli. Uparcie praktyczny nadzorca kopaczy przekona jednak towarzyszy, by poczekali, kiedy on bdzie przeglda wie, szukajc przedmiotw, ktre mogyby im pomc, lub te polecenia, ktre pozwolioby im zabra wie ze sob. Albo jednak czarodziej by ubogi - w co Belwar wtpi albo te schowa swoje skarby w jakim innym miejscu, moe nawet na innym planie egzystencji, poniewa svirfnebli nie znalaz nic poza zwyczajnym bukakiem na wod oraz par znoszonych butw. Jeli za wspaniaa adamantytowa wiea bya kierowana jakim poleceniem, poszo ono do grobu wraz z czarodziejem. Podr do domu bya cicha, pogrona w osobistych troskach, wyrzutach sumienia i wspomnieniach. Drizzt i Belwar nie musieli wysawia swych obaw. W swoich rozmowach z Clackerem obydwaj dowiedzieli si wystarczajco wiele o zazwyczaj pokojowej rasie peczy, by wiedzie, e jego morderczy sza by zdecydowanie daleki od stworzenia, jakim niegdy by. Gbinowy gnom i drow musieli jednak przyzna, e dziaania Clackera nie byy zbyt dalekie od stworzenia, jakim wkrtce mia si sta.

15 Wyrane przypomnienie
- Co wiesz? - Opiekunka Malice zapytaa Jarlaxle idcego u jej boku przez siedzib Do'Urden. Malice zazwyczaj nie pokazywaa si jawnie z okrytym nie najlepsz saw najemnikiem, lecz bya zmartwiona i niecierpliwa. Doniesienia o poruszeniu wrd rzdzcych rodzin Menzoberranzan nie wryy dobrze Domowi Do'Urden. - Wiem? - powtrzy Jarlaxle udajc zdziwienie. Malice skrzywia si, podobnie jak Briza, idca po drugiej stronie obcesowego najemnika. Jarlaxle chrzkn, cho zabrzmiao to bardziej jak miech. Nie mg dostarczy Malice szczegw poruszenia, poniewa nie by na tyle gupi, by zdradzi potniejsze domy. Jarlaxle mg jednak uspokoi Malice prostym, logicznym stwierdzeniem, ktre jedynie potwierdzao to, czego ju si domylia. -Zin-carla, duch-widmo, istnieje ju bardzo dugo. Malice walczya ze sob, by zachowa spokojny oddech. Zdaa sobie spraw, e Jarlaxle wie wicej, ni mwi, za fakt, i wyrachowany najemnik by tak opanowany mwi jej, e jej obawy byy uzasadnione. Duch-widmo Zaknafein istotnie ju bardzo dugo szuka Drizzta. Malice nie trzeba byo powtarza, e cierpliwo nie bya mocn stron Pajczej Krlowej. - Masz mi co jeszcze do powiedzenia? - spytaa Malice. Jarlaxle wzruszy niedbale ramionami. - Odejd wic z mego domu - warkna matka opiekunka. Jarlaxle zawaha si przez chwil, zastanawiajc si, czy powinien zada zapaty za dostarczon drobn informacj. Nastpnie pochyli si w jednym ze swoich dobrze znanych ukonw i skierowa si do bramy. Wkrtce otrzyma zapat. Godzin pniej Opiekunka Malice usadowia si wygodnie na swoim tronie w przedsionku

domowej kaplicy i przeniosa mylami do krtych tuneli dzikiego Podmroku. Jej wi telepatyczna z duchem-widmem bya ograniczona, zazwyczaj moga przenosi tylko silne emocje, nic wicej. Jednake z tych wewntrznych zmaga Zaknafeina, ktry by ojcem Drizzta i jego najbliszym przyjacielem za ycia, a teraz najwikszym wrogiem, Malice moga si sporo dowiedzie o postpach jej du-cha-widma. Niepokj spowodowany przez wewntrzn walk Zaknafeina niewtpliwie zwikszy si, gdy duch-widmo zbliy si do Drizzta. Teraz, po nieprzyjemnym spotkaniu z Jarlaxle, Malice musiaa pozna postpy Zaknafeina. Krtk chwil pniej jej wysiki zostay nagrodzone. *** - Opiekunka Malice twierdzi, e duch-widmo uda si na zachd, za miasto svirfhebli Jarlaxle wyjani Opiekunce Baenre. Najemnik prosto z Domu Do'Urden uda si do zagajnika grzybw na poudniowym kracu Menzoberranzan, gdzie znajdoway si siedziby najwikszych rodzin droww. - Duch-widmo trzyma si szlaku - powiedziaa w zadumie Opiekunka Baenre, bardziej do siebie ni swego informatora. - To dobrze. - Jednak Opiekunka Malice wierzy, e Drizzt ma przewag wielu dni, a nawet tygodni cign Jarlaxle. - Powiedziaa ci to? - spytaa z niedowierzaniem Opiekunka Baenre, zdumiona, e Malice wyjawiaby tak szkodliw wiadomo. - Niektre informacje mona zdoby bez sw - odpar przebiegle najemnik. - Ton Opiekunki Malice zdradza wiele rzeczy, ktrych nie chciaaby mi powiedzie. Opiekunka Baenre, zmczona tym wszystkim, przytakna i zamkna swe pomarszczone powieki. Odegraa spor rol we wprowadzeniu Opiekunki Malice do rady rzdzcej, jednak teraz moga tylko czeka i obserwowa, czy Malice w niej pozostanie. - Musimy zaufa Opiekunce Malice - rzeka w kocu Opiekunka Baenre. Po przeciwlegej stronie pomieszczenia El-viddinvelp, upieca umysu Opiekunki Baenre, odwrci swe myli od rozmowy. Najemnik drow zoy doniesienie, e Drizzt uda si na zachd, daleko za Blingdenstone, za wiadomo ta niosa za sob znaczenie, ktrego nie mona byo zlekceway. upieca umysu skierowa swe myli daleko na zachd, wysa wyrane ostrzeenie korytarzami, ktre nie byy tak puste, na jakie wyglday. *** W chwili gdy Zaknafein spojrza na spokojne jezioro, wiedzia, e dopad sw ofiar. Pochyli si za gazami wzdu ciany rozlegej jaskini i szed tamtdy. Nastpnie znalaz nienaturalne drzwi i znajdujcy si za nimi kompleks grot. W duchu-widmie zakotoway si stare uczucia, uczucia pokrewiestwa, jakie ywi kiedy wobec Drizzta. Teraz jednak szybko zostay pochonite przez nowe, dzikie emocje, poniewa Opiekunka Malice wtargna z dzik furi w umys Zaknafeina. Duch-widmo wdar si przez drzwi i przemkn przez kompleks. Koc wznis si w powietrze i spad w kilku czciach, gdy miecze Zaknafeina rozciy go tuzin razy. Kiedy potworowi Opiekunki Malice wyczerpaa si wcieko, przykucn, by zanalizowa sytuacj. Drizzta nie byo w domu. Zaledwie krtk chwile, zajo polujcemu duchowi okrelenie, e Drizzt i jego towarzysz, a moe nawet dwch, opucili jaskini kilka dni wczeniej. Taktyczny instynkt Zaknafei-na powiedzia mu, by zaczeka, poniewa to z pewnoci nie by faszywy obz, jak w pobliu miasta gbinowych gnomw. Zwierzyna Zaknafeina miaa zamiar wrci. Duch-widmo wyczu jednak, e siedzca na swym tronie Opiekunka Malice nie zniesie

dalszych opnie. Czas bieg na jej niekorzy - poniewa niebezpieczne szepty nasilay si z kadym dniem - a obawy i niecierpliwo Malice drogo j kosztoway. *** Zaledwie kilka godzin po tym, jak Malice posaa ducha-widmo w pocig tunelami za jej zbuntowanym synem, Drizzt, Belwar i Clacker wrcili do jaskini inn drog. Drizzt od razu wyczu, e co jest nie w porzdku. Wycign bro i wdar si na pk skaln, dopadajc drzwi do kompleksu, zanim Belwar i Clacker zdyli go zapyta, co robi. Gdy weszli do jaskini, zrozumieli niepokj Drizzta. Wszystko byo zniszczone, hamaki i koce podarte, naczynia i maa skrzynka, w ktrej trzymali zebran ywno roztrzaskane i porozrzucane po wszystkich ktach. Clacker, ktry nie mieci si wewntrz, odsun si od drzwi, by sprawdzi, czy aden wrg nie czai si gdzie w wielkiej jaskini. - Magga camarra! - rykn Belwar. - Co za potwr to zrobi? Drizzt podnis koc i pokaza na czyste rozcicia. Belwar wiedzia, co drow ma na myli. - Ostrza - powiedzia ponuro nadzorca kopaczy. - Doskonale wykute ostrza. - Ostrza droww - dokoczy za niego Drizzt. - Jestemy daleko od Menzoberranzan - przypomnia mu Belwar. - Daleko w dziczy, poza zasigiem twoich pobratymcw. Drizzt wiedzia zbyt wiele, by zgodzi si z tym przypuszczeniem. Przez wikszo swego modego ycia by wiadkiem fanatyzmu, ktry rzdzi yciem przesiknitych zem kapanek Lloth. On sam podrowa przez wiele kilometrw w czasie wyprawy na powierzchni Krain, wyprawy nie sucej adnemu lepszemu celowi, ni podarowanie Pajczej Krlowej sodkiego smaku krwi elfw z powierzchni. - Nie powiniene nie docenia Opiekunki Malice - odezwa si ponuro. - Jeli to rzeczywicie twoja matka przybya na wezwanie -warkn Belwar, stukajc o siebie domi - dowiemy si wicej, ni oczekiwaa, czekajc na ni. Poczekamy - obieca svirfnebli wszyscy trzej. - Nie powiniene nie docenia Opiekunki Malice - powtrzy Drizzt. - To spotkanie nie byo zbiegiem okolicznoci, a Opiekunka Malice bdzie przygotowana na wszystko, co moemy zaproponowa. - Nie moesz tego wiedzie - stwierdzi Belwar, kiedy jednak nadzorca kopaczy zauway szczere przeraenie w lawendowych oczach drowa, z jego gosu umkna caa pewno siebie. Zebrali wszystkie uyteczne przedmioty, jakie pozostay i nieco pniej wyruszyli, znw idc na zachd, by jeszcze bardziej zwikszy odlego pomidzy sob a Menzoberranzan. Clacker szed na czele, poniewa niewiele potworw stanoby dobrowolnie na drodze hakowej poczwary. Belwar maszerowa w rodku jako solidna kotwica grupy, natomiast Drizzt przemyka bezszelestnie daleko z tyu, biorc na siebie obowizek ochrony przyjaci, gdyby dopadli ich wysannicy jego matki. Belwar doszed do wniosku, e mog mie spor przewag nad tym, kto zniszczy im dom. Jeli intruz wyruszy w pocig z kompleksu grot i poda ich ladem a do wiey martwego czarodzieja, wiele dni minie, zanim wrg w ogle wrci do jaskini nad jeziorem. Drizzt nie by taki pewny sposobu rozumowania nadzorcy kopaczy. Zbyt dobrze zna sw matk. Po kilku cigncych si w nieskoczono dniach grupa wesza w rejon popkanych podg, poszarpanych cian oraz stropw usianych stalaktytami, ktre spoglday na nich niczym przyczajone potwory. Zacienili szeregi, poniewa odczuwali potrzeb towarzystwa. Pomimo tego e mogo to przycign czyj uwag, Belwar wycign sw wiecc magicznie brosz i przypi j do swej skrzanej kurtki. Nawet w jej blasku cienie rzucane przez ostre stalaktyty zapowiaday jedynie niebezpieczestwo. Okolica wydawaa si cichsza ni zwyczajowy spokj Podm-roku. Rzadko podrnicy w podziemnym wiecie Krain syszeli odgosy innych stworze, lecz tutaj cisza wydawaa si wyra-

niejsza, jakby kto skrad z tego miejsca cae ycie. Cikie kroki Clackera oraz szuranie butw Belwara odbijay si niepokojcym echem od licznych kamieni. Belwar pierwszy wyczu zbliajce si niebezpieczestwo. Subtelne wibracje ska powiedziay svirfhebli, e on i jego przyjaciele nie s sami. Zatrzyma Clackera sw doni-kilofem, po czym zerkn na Drizzta, by sprawdzi, czy drow podziela jego niespokojne odczucia. Drizzt pokaza na strop, po czym unis si w ciemno, szukajc zasadzki wrd licznych stalaktytw. Wznoszc si drow wycign jeden ze swoich sejmitarw, za drug do pooy na znajdujcej si w kieszeni onyksowej figurce. Belwar i Clacker przycupnli za skaln krawdzi, a gbinowy gnom mamrota formu, ktra uwolni magi jego mithrilowych doni. Obydwaj czuli si lepiej ze wiadomoci, e nad nimi znajduje si drow wojownik, ktry ich pilnuje. Drizzt nie by jednak jedynym, ktry uzna stalaktyty za dobre miejsce na zasadzk. W chwili gdy znalaz si w obszarze poszarpanych, przypominajcych groty wczni ska, drow wiedzia, e nie jest sam. Zza pobliskiego stalaktytu wyonia si sylwetka, troch, wiksza ni Drizzt, lecz wyranie humanoidalna. Drizzt kopn stalaktyt, by si od niego odepchn i jednoczenie wycign drugi sejmitar. Chwil pniej pozna groce mu niebezpieczestwo, poniewa jego wrg przypomina omiornic z czterema mackami. Drizzt nigdy wczeniej nie widzia takiego stworzenia, wiedzia jednak czym byo: ilithid, upieca umysu, najbardziej zy i najgroniejszy potwr w caym Podmroku. upieca umysu uderzy pierwszy, na dugo przed tym, jak Drizzt dosta go w zasig swych sejmitarw. Potwr poruszy gwatownie mackami i Drizzta zalaa fala mentalnej energii. Drow ca swoj si woli walczy z ogarniajc go ciemnoci. Prbowa skoncentrowa si na swoim celu, stara si skupi swj gniew, jednak ilithid znw zaatakowa. Pojawi si kolejny upieca umysu i ugodzi Drizzta z boku sw oszaamiajc moc. Belwar i Clacker nie widzieli spotkania, poniewa Drizzt znajdowa si poza promieniem wiata bijcego z broszy gbinowego gnoma. Obydwaj wyczuli jednak, e co si nad nimi dzieje, a nadzorca kopaczy zaryzykowa zawoanie szeptem swego przyjaciela. - Drizzt? Odpowied dotara do niego zaledwie chwil pniej, gdy o kamienie zadzwoniy dwa sejmitary. Belwar i Clacker ruszyli zdumieni w stron odgosw, po czym nagle cofnli si. Powietrze przed nimi zamigotao i zafalowao, jakby otwieray si wanie niewidzialne drzwi do jakiego innego planu egzystencji. Przeszed przez nie ilithid, pojawiajc si tu przy zaskoczonych przyjacioach i wyzwalajc w nich swe mentalne uderzenia, zanim nawet zdoali krzykn. Belwar zachwia si i pad na ziemi, lecz Clacker, w ktrego umyle rozgrywa si ju konflikt pomidzy hakow poczwar a peczem, nie zosta tak mocno ugodzony. upieca umysu znw wyzwoli sw moc, lecz hakowa poczwara przesza przez obszar dziaania oszaamiajcej siy i zmiadya ilithida jednym uderzeniem swej ogromnej, opazurzonej apy. Clacker rozejrza si dokoa, a pniej spojrza w gr. Ze stropu zlatywali nastpni upiecy umysu, dwch z nich trzymao Drizzta za kostki. Otworzyo si wicej niewidzialnych drzwi. W jednej chwili uderzenia trafiy wClackera z kadej strony, za ochrona, jak dawa mu zamt rozdwojonej osobowoci, zacza szybko zanika. Desperacja i wcieko przejy kontrol nad dziaaniami Clackera. Clacker by w tej chwili tylko hakow poczwar, postpowa zgodnie z instynktownym szaem tej potwornej rasy. Jednak nawet twarda skorupa hakowej poczwary nie okazaa si wystarczajc obron przeciwko cigym podstpnym ciosom upiecw umysu. Clacker rzuci si na tych, ktrzy trzymali Drizzta. Ciemno pochwycia go w poowie drogi. Klcza na kamieniach - wiedzia tylko tyle. Clacker czoga si, odmawia poddania,

odmawia wyzwolenia z siebie czystego gniewu. Chwil pniej lea na pododze, bez adnych myli o Drizzcie, Belwarze czy wciekoci. Bya jedynie ciemno.

Cz 4 Bezradny
Wiele razy w yciu czuem si bezradny. Jest to chyba najbardziej dotkliwy bl, jaki mona odczuwa, majcy swe rdo we frustracji i skumulowanej wciekoci. Zadranicie mieczem na rce walczcego onierza nie da si porwna do cierpienia, jakie wizie czuje pod uderzeniem bicza. Nawet jeli bicz nie trafia w ciao bezradnego winia, z pewnoci wrzyna si gboko w jego dusz. Wszyscy jestemy w tym czy innym momencie naszego ycia winiami, wzgldem siebie lub wzgldem wymaga tych, ktrzy nas otaczaj. Jest to brzemi, ktrego wszyscy dowiadczaj, ktrym wszyscy pogardzaj i przed ktrym niewielu nauczyo si ucieka. Uwaam si za szczliwca w tym wzgldzie, poniewa przez cale ycie podrowaem do prost ciek rozwoju. Zaczem j w Menzoberranzan, pod sta kontrol wysokich kapanek zej Pajczej Krlowej i przypuszczam, e moja sytuacja moga si tylko poprawi. W modoci wierzyem, e mog sobie poradzi sam, e jestem na tyle silny, by pokonywa wrogw mieczem i zasadami. Arogancja przekonaa mnie, e za pomoc determinacji nie jestem w stanie pokona bezradnoci. Musz przyzna, e byem uparty i gupi, poniewa teraz, gdy spogldam na te lata z perspektywy czasu, widz do wyranie, e rzadko byem sam i rzadko musiaem by sam. Zawsze byli przyjaciele, prawdziwi i szczerzy, ktrzy uyczali mi swego wsparcia nawet wtedy, gdy uwaaem, e go nie potrzebuj, oraz wtedy, gdy nie zdawaem sobie sprawy, e to robi. Zaknafein, Belwar, Clacker, Mooshie, Bruenor, Regis, Cat-ti-brie, Wufgar i, oczywicie, Guenhwyvar, droga Guenhwyvar. Byli towarzyszami, ktrzy szanowali moje zasady, ktrzy dawali mi si, by kontynuowa walk z wrogami, prawdziwymi czy powstaymi w wyobrani. Byli towarzyszami, ktrzy walczyli z bezradnoci, wciekoci i frustracj.

Byli przyjacimi, ktrzy dali mi ycie. - Drizzt Do 'Urden

16 Podstpne acuchy
Clacker spojrza na przeciwlegy koniec dugiej i wskiej jaskini, na zwieczon licznymi wieami budowl, suc spoecznoci ilithidw za zamek. Cho wzrok hakowej poczwary by saby, moga ona odrni zgarbione sylwetki chodzce wok skalnego zamku i wyranie syszaa brzk ich narzdzi. Clacker wiedzia, e to niewolnicy - duergarowie, gobliny, gbinowe gnomy i kilka innych, nieznanych Clackerowi ras - suce swym panom ilithidom umiejtnociami obrbki kamieni i pomagajce modyfikowa ksztat wielkiej sterty gazw, ktr upiecy umysu uwaay za swj dom. By moe Belwar, w tak oczywisty sposb przeznaczony do takich zada, pracowa ju przy ogromnej budowli. Myli te uleciay z umysu Clackera i zostay szybko zastpione instynktami hakowej poczwary. Oszaamiajce uderzenia upiecw umysu osabiy mentaln odporno Clackera i polimorficzny czar dziaa coraz szybciej, w takim stopniu, e nie zdawa sobie ju sprawy z upywu czasu. Teraz jego bliniacze tosamoci walczyy ze sob przez cay czas, wywoujc w biednym Clackerze stan cigego zdumienia. Gdyby rozumia swj dylemat i zna los przyjaci, mgby uwaa si za szczliwca. upiecy umysu podejrzewali, e Clacker jest czym wicej, ni wskazuje na to jego ciao hakowej poczwary. Przetrwanie spoecznoci ilithidw byo oparte na wiedzy oraz czytaniu myli, i cho nie mogli przenikn zamtu, jakim by umys Clac-kera, widzieli wyranie, e proces mylowy wewntrz jego pancerza by zdecydowanie inny, ni mona by si spodziewa po zwykym potworze z Podmroku. upiecy umysu nie byli gupimi wadcami, oni rwnie rozumieli niebezpieczestwo zwizane z prbami rozszyfrowania i kontrolowania uzbrojonego i opancerzonego wiertonowego potwora. Clacker by po prostu zbyt niebezpieczny i nieprzewidywalny, by mona go trzyma w zamkniciu. W niewolniczym spoeczestwie ilithidw byo jednak miejsce dla

kadego. Clacker sta na kamiennej wyspie, skrawku skay maji moe z pidziesit metrw rednicy, otoczonej przez gbok i szerok przepa. Wraz z nim umieszczono tu inne stworzenia, w tym mae stadko rothw oraz kilku wyniszczonych duer-garw, ktre najwyraniej spdziy zbyt wiele czasu pod wpywem mentalnych zdolnoci ilithidw. Szare krasnoludy siedziay bd stay z beznamitnymi twarzami, wpatrujc si w nico i czekajc nie wiadomo na co. Clacker odkry wkrtce na co -na swoj kolej. Mieli by kolacj dla swych okrutnych panw. Clacker przemierza obwd wyspy, szukajc jakiej drogi ucieczki, cho jego tosamo pecza zdawaa sobie spraw z bezowocnoci tych wysikw. Rozpadlin przecina tylko jeden most, magiczno-mechaniczne urzdzenie, ktre zwijao si do przeciwlegego brzegu, gdy nie byo uywane. Grupa upiecw umysu wraz z krzepkim niewolnikiem ogrem zbliya si do dwigni, ktra sterowaa mostem. Clacker zosta natychmiast poddany szturmowi ich telepatycznych sugestii. Poprzez zamt jego myli przedar si jeden kierunek dziaania i w tej chwili zda sobie spraw z charakteru swego pobytu na wyspie. Mia by pasterzem stada nalecego do upiecw umysu. Chcieli szarego krasnoluda i rotha, za niewolniczy pasterz posusznie zabra si do pracy. adna z ofiar nie stawiaa oporu. Clacker delikatnie skrci krasnoludowi kark, po czym, ju nie tak delikatnie, zmiady rothowi czaszk. Wygldao na to, e ilithidzi byli zadowoleni, a na myl o tym poczu przyjemne emocje, z ktrych najsilniejsza bya satysfakcja. Podnisszy obydwa stworzenia, Clacker podszed do przepaci naprzeciwko grupy ilithidw. Ilithid pocign za sigajc mu do pasa dwigni. Clacker zauway, e dwignia zostaa przesunita w stron przeciwleg do niego. By to wany fakt, cho w tej chwili hakowa poczwara nie do koca rozumiaa dlaczego. Kamienno-metalowy most wystrzeli z klifu naprzeciwko Clackera. Rozwija si w stron wyspy, dopki nie zetkn si ze ska u stp Clackera. - Chod do mnie - dobiego polecenie jednego z ilithidw. Clacker mgby sprbowa przeciwstawi si rozkazowi, gdyby widzia w tym jaki sens. Wszed na most, ktry zaskrzypia pod jego ciarem. - Stj! Po ciaa - nadesza nastpna sugestia, gdy hakowa poczwara znajdowaa si w poowie drogi. - Po ciaa] -krzykn znw telepatyczny gos. - I wracaj na swoj wysp! Clacker rozway moliwoci. Pulsowaa w nim wcieko hakowej poczwary, a myli pecza, rozgniewanego przez strat przyjaci, cakowicie si z ni zgadzay. Kilka krokw wicej i znajdzie si przy wrogach. Na rozkaz upiecw umysu ogr podszed na skraj mostu. By troch wyszy ni Clacker i niemal tak szeroki, nie mia jednak broni i nie by w stanie go powstrzyma. Z boku krpego stranika Clacker zauway jednak powaniejsz obron. Ilithid, ktry pocign za dwigni by uruchomi most, wci przy niej sta, trzymajc na niej czteropalczastkoczyn, zaciskajc j i rozluniajc. Clacker nie dostanie si na drugi brzeg i nie przejdzie obok blokujcego drog ogra, zanim nie zwinie si przed nim most, zrzucajc go w gbin rozpadliny. Hakowa poczwara z wahaniem pooya ciaa na mocie i wycofaa si na kamienn wysp. Ogr natychmiast podszed, by wzi martwego kra-snoluda i rotha dla swych panw. Nastpnie ilithid pocign za dwigni i w mgnieniu oka magiczny most zwin si znad rozpadliny, kolejny raz zdumiewajc Clackera. - Jedz - poleci jeden z ilithidw. Gdy rozkaz przedziera si do myli hakowej poczwary, przechodzi obok niej pechowy roth, a Clacker bez zastanowienia opuci mu sw cik ap na gow. Gdy upiecy umysw odchodzili, Clacker zabra si za posiek, zatapiajc si w smaku krwi i misa. Tosamo hakowej poczwary cakowicie zapanowaa nad nim w czasie owej uczty, jednak za kadym razem, gdy Clacker spoglda ponad rozpadlin i wzdu wskiej jaskini na zamek ilithidw, delikatny gosik pecza martwi si o svirfnebli i drowa.

*** Ze wszystkich niewolnikw schwytanych ostatnio w tunelach, poza zamkiem ilithidw, Belwar Dissengulp by najcenniejszy. Pomijajc zainteresowanie, jakie wzbudzay jego mithrilowe donie, Belwar by wrcz stworzony do dwch czynnoci podanych u niewolnika ilithidw: obrbki kamienia oraz walki na arenie gladiatorw. Aukcja niewolnikw oywia si, gdy do przodu wyszed gbinowy gnom. Stawiano na niego zoto, magiczne przedmioty, osobiste czary oraz tomy z wiedz. W kocu nadzorca kopaczy zosta sprzedany grupie trzech upiecw umysu, dowodzcych wypraw, ktra go schwytaa. Belwar nie by oczywicie wiadomy owej transakcji, poniewa przed jej zakoczeniem gbinowy gnom zosta poprowadzony ciemnym i wskim tunelem oraz umieszczony w maym, nie wyrniajcym si niczym szczeglnym pomieszczeniu. Krtk chwil pniej w jego umyle odezway si trzy gosy, trzy zgodne telepatyczne gosy, ktre gbinowy gnom zrozumia i zapamita - gosy jego nowych panw. Przed Belwarem pojawi si elazny portyk, za ktrym znajdowaa si dobrze owietlona, okrga sala z wysokimi cianami i umieszczonymi w nich loami. - Wyjd - poprosi go jeden z panw i nadzorca kopaczy, w peni pragnc zadowoli swego wadc, nie waha si ani chwili. Gdy wyszed z krtkiego korytarza, ujrza, e kilka tuzinw upiecw umysu zgromadzio si na kamiennych awach. Z kadej strony wskazyway na niego dziwne, czteropalczaste donie, za ktrymi wida byo podobne, przypominajce omiornice twarze. Podajc za telepatyczn wizi, Belwar nie mia jednak kopotw ze zlokalizowaniem w tumie swego pana, zajtego wykcaniem si z jak ma grup. Niedaleko otworzy si podobny portyk i wyszed z niego wielki ogr. Oczy stworzenia skieroway si natychmiast w gr, szukajc pana, jego jedynego powodu do istnienia. - Ta za bestia, ogr, grozia mi, mj odwany bohaterze svirfnebli - dobiega krtk chwil pniej telepatyczna zachta od pana Belwara, kiedy ju zakoczono zakady. - Zniszcz j dla mnie. Belwar nie potrzebowa kolejnej zachty, podobnie jak ogr, ktry otrzyma od swego pana podobn wiadomo. Gladiatorzy natarli na siebie z furi, podczas jednak gdy ogr by mody i do gupi, Belwar by dowiadczonym weteranem. Zwolni w ostatniej chwili i odtoczy si na bok. Ogr, prbujc desperacko go kopn, gdy koczy szar, potkn si na chwil. Zbyt dug. Do-mot Belwara uderzya w kolano ogra z trzaskiem, ktry zabrzmia tak potnie, jak wystrzelona przez czarodzieja byskawica. Ogr pochyli si do przodu, zginajc si niemal w p, za Belwar wbi swj kilof w misisty grzbiet przeciwnika. Gdy wielki potwr traci rwnowag, przechylajc si na bok, Belwar rzuci si na jego stopy, przewracajc go na ziemi. Nadzorca kopaczy wskoczy natychmiast na lecego giganta i pobieg prosto w stron jego gowy. Ogr otrzsn si na tyle szybko, by chwyci svirfnebli za przd kurtki, jednak gdy potwr zamierza rzuci swym paskudnym maym przeciwnikiem, Belwar wbi mu kilof gboko w pier. Wyjc ze wciekoci i blu, gupi ogr kontynuowa zamach i Belwar zosta mocno szarpnity. Ostry koniec kilofa trzyma mocno i gbinowy gnom rozo-ra szerok szram w piersi ogra. Potwr zacz si miota i w kocu uwolni si od okrutnej mithrilowej doni. Wielkie kolano trafio Belwara w siedzenie, posyajc go wiele metrw dalej. Nadzorca kopaczy wsta, odbiwszy si kilka razy od posadzki, oszoomiony i posiniaczony, lecz wci nie pragnc niczego poza uszczliwieniem swego pana. Sysza cichy aplauz oraz telepatyczne krzyki wszystkich obecnych w pomieszczeniu ilithidw, lecz jeden gos wybija si wyranie ponad mentalny harmider. - Zabij gol - rozkaza pan Belwara. Belwar nie waha si. Ogr, wci lec pasko na ziemi, trzyma si za pier, bezskutecznie prbujc zatamowa upyw krwi. Otrzymane rany najprawdopodobniej okazayby si miertelne, jednak Belwar by daleki od zadowolenia. Ta nikczemna istota grozia jego panu! Nadzorca

kopaczy ruszy prosto na gow ogra, trzymajc przed sob mot. Trzy szybkie ciosy zmiadyy potworowi czaszk, a pniej kilof zada ostateczne uderzenie. Ogr miota si szaleczo w ostatnich spazmach ycia, lecz Belwar nie czu litoci. Uszczliwi swego pana, a w tej chwili nic innego nie liczyo si dla nadzorcy kopaczy. W swojej loy dumny waciciel bohatera svirfhebli zbiera sw dol zota oraz buteleczek z eliksirami. Zadowolony, e dobrze zrobi, wybierajc wanie tego niewolnika, ilithid spojrza na Belwara, ktry wci zadawa ciosy trupowi. Wprawdzie upiecy umysu podobao si obserwowanie dzikiej zabawy swego nowego gladiatora, szybko wysa mu wiadomo, eby przesta. Martwy ogr by w kocu rwnie czci zakadu. Nie byo sensu niszczy kolacji. *** W centrum zamku ilithidw staa wielka wiea, gigantyczny stalagmit wydrony i uksztatowany w taki sposb, by mg mieci w sobie najwaniejszych czonkw tej dziwnej wsplnoty. Wntrze ogromnej kamiennej struktury byo oplecione tarasami i spiralnymi klatkami schodowymi, a na kadym poziomie zamieszkiwao kilku upiecw umysu. To jednak najnisza komnata, nie ozdobiona i okrga, miecia w sobie najwaniejsz istot ze wszystkich, centralny mzg. Ta mierzca sze metrw rednicy mikka sterta pulsujcej tkanki czya upiecw umysu w telepatycznej wsplnocie. Centralny mzg by tworem ich wiedzy, mentalnym okiem, ktre strzego zewntrznych jaski i ktre usyszao ostrzegawcze krzyki ilithida z miasta droww, znajdujcego si wiele kilometrw na wschd. Dla ilithidw ze wsplnoty centralny mzg by koordynatorem caej ich egzystencji, wrcz bogiem. Tak wic jedynie garstce niewolnikw pozwalano wchodzi do tej niezwykej wiey, winiom z czuymi i delikatnymi palcami, ktre mogy masowa bstwo i wygadza je delikatnymi szczotkami oraz ciepymi pynami. Drizzt Do'Urden zalicza si do tej grupy. Drow przyklkn na szerokim podecie otaczajcym pomieszczenie i wycign rk, by dotkn amorficznej masy, wyczuwa jej przyjemnoci i niechci. Kiedy mzg wpada w gniew, Drizzt czu gwatowne mrowienie i napicie ylastych tkanek. Wtedy masowa z wiksz si, uspokajajc swego ukochanego pana. Kiedy mzg by zadowolony, Drizzt by zadowolony. Nic innego si nie liczyo, zbuntowany drow odnalaz swj yciowy cel. Drizzt Do'Urden odnalaz dom. *** - Wielce cenna zdobycz - powiedzia upieca umysu wilgotnym, nieziemskim gosem. Stworzenie trzymao eliksiry, ktre wygrao na arenie. Pozostali dwa ilithidzi zamachali swymi czteropalczastymi domi, wskazujc, e si zgadzaj. - Bohater areny - zauway telepatycznie jeden z nich. - I obdarzony narzdziami do kopania - doda na gos trzeci. W jego umyle, a wic take w mylach pozostaych, pojawia si idea. - Moe do rzebienia! - Trzej ilithidzi spojrzeli na przeciwleg stron komnaty, gdzie zacza si praca nad now wnk. Pierwszy ilithid zgi palce i zabulgota - W odpowiednim czasie svirfhebli przejdzie do takich zada. Na razie musi wygra dla mnie wicej eliksirw, wicej zota. Wielce cenna zdobycz! - Jak wszyscy schwytani w czasie zasadzki - rzek drugi. - Hakowa poczwara doglda stada - wyjani trzeci. - A drow zajmuje si mzgiem - zabulgota pierwszy. - Widziaem go, gdy wchodziem do naszej komnaty. Zapewni on skuteczny masa, ku przyjemnoci mzgu i nas wszystkich. - Jest jeszcze to - powiedzia drugi, pukajc trzeciego jedn ze swych macek. Trzeci ilithid wycign onyksow figurk.

- Magia? - zastanawia si pierwszy. - Istotnie - odpowiedzia mentalnie drugi. - Poczona z Astralnym Planem. Przypuszczam, e to kamie istoty. - Wzywalicie to? - spyta na gos pierwszy. Pozostali ilithidzi zacisnli donie, co byo mentalnym sygnaem oznaczajcym nie". - To moe by niebezpieczny przeciwnik - wyjani trzeci. - Uznalimy, e roztropniej bdzie dokona obserwacji bestii na jej planie, zanim j przyzwiemy. - Rozsdny wybr - zgodzi si pierwszy. - Kiedy idziecie? - Natychmiast - odpar drugi. - Bdziesz nam towarzyszy? Pierwszy ilithid zacisn pici, po czym podnis buteleczk z eliksirem. - Mam zyski do wygrania - wyjani. Pozostali dwaj zatrzepotali z podnieceniem palcami. Nastpnie, gdy ich towarzysz wyszed do innego pokoju, by podliczy sw wygran, usiedli w wygodnych, wielkich fotelach i przygotowali si do podry. Wznieli si razem, porzucajc swe cielesne ciaa na fotelach. Unosili si wzdu wizi czcej figurk z Planem Astralnym, widocznej dla nich w tym stanie jako srebrna ni. Byli teraz poza jaskini swych towarzyszy, poza skaami i haasami Planu Materialnego, lecc w bezgraniczny spokj wiata astralnego. Nie sycha tu byo innych dwikw poza bezustannym piewem astralnego wiatru. Nie byo tu rwnie niczego solidnego - nie w kategoriach wiata materialnego - materia bya definiowana stopniem wiata. Ilithidzi oddalili si od srebrnej nici, gdy zaczli opada. Przybd w pobliu istoty wielkiej pantery, lecz nie tak blisko, by powiadomi j o swej obecnoci. Ilithidzi nie byli zazwyczaj mile widzianymi gomi, gardzio nimi niemal kade stworzenie na kadym planie, ktry odwiedzili. Przeszli w form astraln bez kopotw i do atwo przyszo im zlokalizowanie istoty reprezentowanej przez figurk. Guenhwyvar przedzieraa si przez las gwiezdnego wiata w pogoni za istot osia, kontynuujc nieskoczony cykl. o, nie mniej wspaniay ni pantera, skaka z doskonaa rwnowag i niewtpliwym wdzikiem. On i Guenhwyvar rozgrywali ten scenariusz milion razy i odegraj go jeszcze milion milionw wicej. By to porzdek i harmonia, ktre kieroway egzystencj pantery, ktre waday planami w caym wszechwiecie. Jednak niektre stworzenia, jak mieszkacy niszych planw oraz upiecy umysu, ktrzy teraz z dala obserwowali panter, nie akceptowali prostej doskonaoci tej harmonii i nie dostrzegali pikna wiecznych oww. Gdy obserwowali wspania panter w jej yciowej zabawie, myleli jedynie o tym, jak najlepiej wykorzysta panter do wasnych korzyci.

17 Delikatna rwnowaga
Belwar obserwowa badawczo ostatniego przeciwnika, wyczuwajc co znajomego w wygldzie opancerzonej bestii. Zastanawia si, czy przyjani si kiedy z takim stworzeniem. Jakiekolwiek jednak wtpliwoci mgby mie gladiator svirf-nebli, nie mogy si one przedrze do wiadomoci gbinowego gnoma, poniewa pan Belwara zasypywa go nieprzerwanym strumieniem telepatycznych oszustw. - Zabij go, mj odwany bohaterze - ilithid prosi ze swej loy. - Jest twoim wrogiem i przyniesie mi nieszczcie, jeli go nie zabijesz! Hakowa poczwara, znacznie wiksza ni stracony przez Belwara przyjaciel, natara na svirfhebli, nie majc oporw wobec uczynienia sobie z gbinowego gnoma posiku. Belwar przykucn na swych krzywych nogach i czeka na waciwy moment. Gdy hakowa poczwara zbliya si do niego, rozkadajc szeroko opazurzone apy, by nie pozwoli gnomowi umkn w bok, Belwar podskoczy w gr, kierujc sw do-mot w pier potwora. Od samej siy ciosu po pancerzu hakowej poczwary rozeszy si pknicia, a potwr zachwia si. Lot Belwara zosta gwatownie zawrcony, poniewa waga i pd hakowej poczwary byy znacznie wiksze ni w przypadku svirfnebli. Poczu jak jego bark wyskakuje ze stawu i rwnie niemal zemdla z powodu nagego blu. Znowu jednak umys pana zwyciy nad jego mylami, a nawet nad blem. Gladiatorzy padli na ziemi w bezadnej stercie, a Belwar zosta przygnieciony cielskiem potwora. Ogromne rozmiary hakowej poczwary nie pozwalay jej dosign nadzorcy kopaczy apami, miaa jednak inn bro. W stron Belwara skierowa si zowieszczy dzib. Gbinowy gnom zdoa ustawi na jego drodze kilof, jednak mimo to ogromna gowa dalej naciskaa, wykrcajc rk Belwara w ty. Wygodniay dzib zatrzasn si kilka centymetrw od twarzy nadzorcy kopaczy. We wszystkich loach ilithidzi miotali si i rozmawiali z przejciem, zarwno w sposb telepatyczny, jak i swoimi bulgoczcymi, wilgotnymi gosami. Palce poruszay si obok zacinitych pici, gdy upiecy umysu starali si zawczasu zbiera zakady. Pan Belwara, obawiajc si utraty swego bohatera, odezwa si do pana hakowej poczwary. Ustpujesz? - spyta, starajc si, by jego myli wskazyway na pewno siebie. Drugi ilithid odwrci si zwinnie i odci telepatyczn wi. Pan Belwara mg jedynie

obserwowa. Hakowa poczwara nie moga podsun si bliej - rka svirfnebli opieraa si okciem o kamie, a mithrilowy kilof silnie powstrzymywa przeraajcy dzib potwora. Hakowa poczwara zmienia taktyk, uwolnia gow nagym, ostrym ruchem. Instynkt wojownika ocali Belwara, gdy hakowa poczwara obrcia si nagle i zacza opuszcza miercionony dzib. Normaln reakcj i spodziewanym sposobem obrony byoby odepchnicie gowy potwora na bok za pomoc kilofa. Hakowa poczwara przewidziaa to, a Belwar domyli si, e tak si stao. Belwar wyrzuci przed siebie rami, lecz skrci jego zasig tak, e kilof przeszed daleko przed opadajcym dziobem hakowej poczwary. Potwr przypuszczajc, e Belwar zamierza wyprowadzi cios, zatrzyma opadanie dokadnie tak, jak zaplanowa. Mithrilowy kilof zmieni jednak kierunek znacznie szybciej, ni potwr si spodziewa. Cios Belwara trafi hakow poczwar tu za dziobem i obrci jej gow w bok. Nastpnie, ignorujc palcy bl, ktry promieniowa ze zranionego barku, Belwar wygi drug rk w okciu i wyprowadzi cios. Nie krya si za nim sia, jednak w tym momencie hakowa poczwara omina kilof i otworzya dzib, by ugodzi gbinowego gnoma w odsonit twarz. Akurat w odpowiedniej chwili, by chwyci zamiast twarzy mithrilowy mot. Belwar wbi rk gboko w pysk hakowej poczwary, rozwierajc dzib bardziej, ni byo to moliwe. Potwr poruszy si gwatownie, starajc si uwolni, a kady nagy obrt posya wzdu rannej rki nadzorcy kopaczy fal blu. Belwar odpowiedzia z rwn furi, uderzajc raz za razem w gow poczwary woln rk. Gdy kilof si wbija, po ogromnym dziobie spywaa krew. - Ustpujesz? - krzykn teraz pan Belwara swym wodnistym gosem, kierujc si do pana hakowej poczwary. Pytanie znw byo jednak przedwczesne, poniewa na dole, na arenie, opancerzona hakowa poczwara bya jeszcze daleko od poraki. Wykorzystaa kolejn bro - sw wag. Potwr wbi sw pier w lecego gbinowego gnoma, starajc si wycisn z niego ycie. - Ustpujesz? - odgryz si pan hakowej poczwary, widzc nieoczekiwany zwrot wypadkw. Kilof Belwara trafi hakow poczwar w oko i potwr zawy z blu. Ilithidzi podskakiwali i pokazywali palcami, zaciskajc i otwierajc pici. Obydwaj panowie gladiatorw rozumieli, jak wiele maj do stracenia. Czy ktrykolwiek z uczestnikw bdzie jeszcze w stanie kiedy walczy, jeli pozwol cign potyczk? - Moe powinnimy rozway remis? - zaproponowa tele-patycznie pan Belwara. Drugi ilithid zgodzi si z chci. Obydwaj wysali wiadomoci do swych bohaterw. Mino kilka brutalnych chwil, dopki nie wygasy ognie wciekoci i nie zakoczya si walka, jednak w kocu polecenia ilithidw przewayy nad dzikimi instynktami przetrwania gladiatorw. Nagle zarwno gbinowy gnom, jak i hakowa poczwara poczuli do siebie sympati i gdy hakowa poczwara wstaa, wycigna do svirmebli ap, by pomc mu si podnie. Krtk chwil pniej Belwar siedzia na kamiennej awie w maej, surowej celi. Zakoczona motem do bya cakowicie zdrtwiaa, a bark pokryty by paskudnym, fioletowo-niebieskim siniakiem. Minie wiele dni, zanim Belwar bdzie w stanie znw wej na aren i martwio go bardzo to, e nie uszczliwi swego pana. Ilithid przyszed do niego, by sprawdzi rany. Mia eliksiry, ktre mogy pomc wyczy obraenia, lecz byo oczywiste, e nawet z magiczn pomoc Belwar musia odpocz. upieca umysu widzia jednak dla svirfnebli inne zastosowanie. Naleao skoczy wnk w jego prywatnych kwaterach. - Chod - ilithid poprosi Belwara, za nadzorca kopaczy zerwa si na nogi i wyszed z klitki, podajc za swoim uwielbianym panem. Gdy upieca umysu przeprowadza go przez dolny poziom centralnej wiey, uwag Belwara przyku klczcy drow. Jake wielkie szczcie spado na tego mrocznego elfa, ktry mg dotyka i dawa przyjemno gwnemu mzgowi spoecznoci! Belwar przesta jednak o tym myle, gdy wchodzili na trzeci poziom budowli, do pokoi dzielonych przez jego panw.

Pozostali dwaj ilithidzi siedzieli w fotelach bez ruchu oraz jakichkolwiek oznak ycia. Pan Belwara nie zwrci wikszej uwagi na ten widok, poniewa wiedzia, e jego towarzysze zabrnli daleko w astralnej podry, a ich ciaa byy do bezpieczne. upieca umysu zastanawia si jednak przez chwil, jak jego towarzyszom powodzio si na tym odlegym planie. Jak wszyscy ilithidzi, pan Belwara uwielbia astraln podr, lecz pragmatyzm, nieodczna cecha ilithidw, utrzymaa myli stwora przy aktualnych sprawach. Dokona sporej inwestycji, kupujc Belwara, i nie chcia, aby posza na marne. upieca umysu zaprowadzi Belwara do tylnego pomieszczenia i posadzi go na niewyrniajcym si niczym szczeglnym kamiennym stole. Nastpnie, nagle zacz bombardowa gnoma telepatycznymi sugestiami i pytaniami, w tym samym czasie niezbyt delikatnie nastawiajc uszkodzony bark i zakadajc opatrunki. upiecy umysu mogli zaatakowa czyje myli ju przy pierwszym kontakcie, czy to za pomoc oszaamiajcego ciosu, czy te telepatycznej komunikacji, jednak mogy min tygodnie, a nawet miesice, zanim ilithid mg zdominowa cakowicie swego niewolnika. Kade spotkanie coraz bardziej przeamywao naturaln odporno ofiary na mentalne bodce ilithi-da, odsaniao wicej jej wspomnie i uczu. Pan Belwara pragn pozna wszystko, co tylko byo mona o tym zagadkowym svirfhebli, o jego dziwnych, sztucznych doniach oraz niezwykym towarzystwie, jakie sobie wybra. Tym razem w czasie telepatycznej wymiany ilithid skoncentrowa si na mithrilowych doniach, poniewa wyczuwa, e Belwar nie wykorzystuje w peni swoich moliwoci. Myli ilithida sondoway i dryy, a w pewnym momencie trafiy w daleki zaktek umysu Belwara i poznay zagadkowy zapiew. - Bivrip? - zapyta Belwara. Dziaajc instynktownie, nadzorca kopaczy uderzy o siebie domi, po czym skrzywi si z blu. Palce i macki ilithida zatrzepotay ochoczo. Wiedzia, e trafi na co wanego, co co uczyni jego bohatera silniejszym. Gdyby jednak upieca umysu pozwoli Belwarowi zapamitac zapiew, oddaby svirfiiebli cz jego tosamoci, wiadome wspomnienie z czasw przed niewol. Ilithid poda Belwarowi kolejny eliksir leczcy, po czym rozejrza si, by przejrze swe wartociowe przedmioty. Jeli Bel-war mia wci by gladiatorem, bdzie musia znw stawi czoa hakowej poczwarze na arenie. Zgodnie z zasadami ilithi-dw po remisie wymagana bya nastpna walka. Pan Belwara wtpi, czy svirfhebli przeyje kolejn potyczk z tym opancerzonym bohaterem. Chyba e... *** Dinin Do'Urden zmusi swego jaszczura do szybszego tempa jazdy przez obszar pomniejszych domw Menzoberranzan, najgciej zaludnion cz miasta. Opuci nisko kaptur swego piwafwi, by zasania mu twarz, i nie mia na wierzchu adnych insygniw zdradzajcych go jako szlachcica z rzdzcego domu. Poufno bya sprzymierzecem Dinina, zarwno wobec oczu spogldajcych na niego z tej niebezpiecznej dzielnicy, jak i spojrze jego matki i sistr. Dinin y ju wystarczajco dugo, by zna niebezpieczestwa pynce z samouwielbienia. Egzystowa w stanie zahaczajcym o paranoj, poniewa nigdy nie mg by pewien, czy Malice lub Briza go nie obserwuj. Z drogi jaszczura odsuna si grupka niedwieukw. Niedbae maniery niewolnikw wywoay w dumnym starszym chopcu Domu Do'Urden furi. Instynktownie przesun do do zawieszonego przy pasie bicza. Dinin poskromi jednak swj sza, przypomniawszy sobie o konsekwencjach, jakie mogy mu grozi w przypadku ujawnienia. Objecha kolejny z ostrych zakrtw i znalaz si pomidzy szeregami stalaktytowych pagrkw. - A wic mnie znalaze - dobieg z tyu znajomy gos. Zaskoczony i wystraszony Dinin zatrzyma wierzchowca i zastyg w siodle. Wiedzia, e jest w niego wycelowany przynajmniej

tuzin maych kusz. Dinin powoli odwrci gow, by spojrze na zbliajcego si Jarlaxle. Tutaj, w cieniach, najemnik wydawa si znacznie rni od nadmiernie grzecznego i usunego dro-wa, ktrego Dinin pozna w Domu Do'Urden. Mogo to by rwnie wywoane obecnoci dwch trzymajcych miecze stranikw, ktrzy stali po bokach Jarlaxle, oraz wiadomoci Dinina, e nie ma tu Opiekunki Malice, ktra mogaby go ochroni. - Naley pyta o zgod przed wejciem do czyjego domu -Jarlaxle powiedzia spokojnym tonem, lecz zawierajcym grone nuty. - Zwyczajna grzeczno. - Jestem na otwartej ulicy - przypomnia mu Dinin. Umiech Jarlaxle zaprzeczy jego sposobowi rozumowania. - W moim domu. Dinin przypomnia sobie o swojej pozycji i myl ta wzbudzia w nim troch odwagi. - Czy szlachcic z rzdzcego domu powinien wic prosi Jarlaxle o pozwolenie, zanim przekroczy sw frontow bram? - warkn starszy chopiec. - A co z Opiekunk Baenre, ktra nie weszaby do najpoledniejszych domw Menzoberranzan, nie szukajc zezwolenia u odpowiedniej matki opiekunki? Czy Opiekunka Baenre rwnie powinna prosi o pozwolenie Jarlaxle, otra bez domu? - Dinin zda sobie spraw, e mg si za daleko posun z obelgami, jednak jego duma domagaa si tych sw. Jarlaxle uspokoi si wyranie, a umiech, jaki pojawi mu si na twarzy, wyglda niemal szczerze. - A wic mnie znalaze - powtrzy, tym razem wykonujc swj zwyczajowy ukon. - Powiedz, co ci sprowadza i zaatwmy spraw. Dinin skrzyowa buczucznie rce na piersi, zyskujc pewno siebie w wyniku zachowania najemnika. - Czy jeste taki pewien, e szukaem ciebie? Jarlaxle wymieni umiechy z dwoma stranikami. Parsknicia niewidocznych onierzy w cieniach skrady spor cz narastajcej pewnoci Dinina. - Powiedz, co ci sprowadza, starszy chopcze - rzek bardziej stanowczo Jarlaxle - i zaatwmy spraw. Dinin by wicej ni chtny, by zakoczy to spotkanie tak szybko, jak byo to moliwe. Potrzebuj wiadomoci na temat Zin-carla - powiedzia otwarcie. - Duch-widmo Zaknafeina przemierza Podmrok od wielu dni. By moe zbyt wielu. Jarlaxle zmruy oczy, podajc za tokiem rozumowania starszego chopca. - Opiekunka Malice wysaa ci do mnie? -w rwnym stopniu stwierdzi, jak zapyta. Dinin potrzsn gow, a Jarlaxle nie wtpi w jego szczero. - Jeste rwnie rozsdny, jak biegy w mieczu - stwierdzi z wdzikiem najemnik, wykonujc drugi ukon, ktry wydawa si lekko dwuznaczny tutaj, w mrocznym wiecie Jarlaxle. - Przyszedem z wasnej inicjatywy - rzek stanowczo Dinin. - Musz zdoby kilka odpowiedzi. - Czy jeste wystraszony, starszy chopcze? - Zatroskany - odpowiedzia szczerze Dinin, ignorujc ironiczny ton najemnika. - Nigdy nie popeniam bdu nie doceniania moich przeciwnikw, albo sprzymierzecw. Jarlaxle skierowa na niego zdumione spojrzenie. - Wiem, czym sta si mj brat - wyjani Dinin. -1 wiem, kim kiedy by Zaknafein. - Zaknafein jest teraz duchem-widmem - odpar Jarlaxle. -Pod kontrol Opiekunki Malice. - Wiele dni -powiedzia cicho Dinin, uwaajc, e wnioski pynce z jego sw s wystarczajco wyrane. - Twoja matka poprosia o Zin-carla - odpowiedzia do ostro Jarlaxle. - To najwikszy dar Lloth, dawany tylko wtedy, gdy Pajcza Krlowa ma nadziej na oddanie go. Opiekunka Malice znaa niebezpieczestwo, gdy prosia o Zin-carla. Z pewnoci rozumiesz, starszy chopcze, e duchy-widma s dawane w celu wykonania okrelonych zada. - A jakie s konsekwencje niepowodzenia? - zapyta otwarcie Dinin, dorwnujc Jarlaxle obcesowoci. Niedowierzajce spojrzenie najemnika wystarczyo Dinino-wi za odpowied. - Ile czasu ma

Zaknafein? - spyta. Jarlaxle wzruszy wymijajco ramionami i odpowiedzia wasnym pytaniem - Kt zna plany Lloth? Pajcza Krlowa potrafi by cierpliwa, jeli spodziewane korzyci s tak due, by zrwnoway okres oczekiwania. Czy Drizzt jest tak cenny? - najemnik znw wzruszy ramionami. - Decyzja w tym wzgldzie naley do Lloth i tylko do Lloth. Dinin przyglda si przez dug chwi l Jarlaxle, dopki nie nabra pewnoci, e najemnik nie ma mu ju nic do zaoferowania. Wtedy odwrci si z powrotem do swego jaszczurczego wierzchowca i nacign kaptur piwafwi. Znalazszy si z powrotem w siodle, Dinin zawrci, mylc o wypowiedzeniu ostatniego komentarza, lecz nigdzie nie byo ju wida najemnika i jego stranikw. *** - Bivrip! - krzykn Belwar koczc czar. Nadzorca kopaczy znw stukn o siebie domi, lecz tym razem nie wzdrygn si, poniewa bl nie by tak intensywny. Gdy mithrilowe koczyny zetkny si ze sob, poleciay z nich iskry, za pan Belwara klasn swymi czteropalczastymi domi w absolutnym zachwycie. Ilithid musia teraz ujrze swego gladiatora w akcji. Rozejrza si w poszukiwaniu odpowiedniego celu i zauway czciowo wyciosan wnk. Do umysu nadzorcy kopaczy wdar si szereg telepatycznych instrukcji, opisujcych podane przez ilithida wygld oraz gboko wnki. Belwar ruszy do dziaania. Nie bdc pewny siy swego zranionego ramienia, tego ktre trzymao mot, zacz kilofem. Kamie zmieni si w py pod ciosem zakltej doni, a ilithid zala myli Belwara wiadomoci o odczuwanej przez siebie przyjemnoci. Nawet pancerz hakowej poczwary nie wytrzyma takiego uderzenia! Pan Belwara wzmocni instrukcje, ktre da gbinowemu gnomowi, po czym uda si do przylegego pomieszczenia. Zostawszy sam ze swoj prac, tak podobn do zada, jakie wykonywa przez cae stulecie swego ycia, Belwar zauway, e si zastanawia. Nic szczeglnego nie zmcio kilku spjnych myli nadzorcy kopaczy - potrzeba zadowolenia jego pana bya najwaniejszym czynnikiem kierujcym jego ruchami. Po raz pierwszy jednak od czasu uwizienia Belwar si zastanawia. Tosamo? Cel? Czar-pie jego mithrilowych doni znw przebieg mu przez umys, sta si punktem skupienia podwiadomej determinacji przebicia si przez mg mentalnego wpywu jego pana. Bi-vripl - wymamrota ponownie, a sowo to przywoao wiesze wspomnienie, wizerunek mrocznego elfa, klczcego i masujcego bstwo wsplnoty ilithidw. - Drizzt? - mrukn pod nosem Belwar, lecz zapomnia to imi wraz z nastpnym uderzeniem swego kilofa, ktry by napdzany pragnieniem uszczliwienia swego pana. Wnka musiaa by doskonaa. *** Skrawek tkanki zafalowa pod ciemnoskr doni i przez Drizzta przepyn impuls niepokoju, wzbudzony przez centralny mzg spoecznoci upiecw umysu. Jedyn emocjonaln odpowiedzi drowa by smutek, poniewa nie mg znie wiadomoci, e mzg jest zatroskany. Szczupe palce ugniatay i pocieray. Drizzt podnis mis z ciep wod i wyla j powoli na mzg. Wtedy sta si szczliwy, poniewa tkanka wygadzia si pod jego wywiczonym dotykiem, a niespokojne uczucia mzgu zostay wkrtce zastpione kojc wdzicznoci. Za klczcym drowem, po drugiej stronie szerokiego chodnika, dwaj obserwujcy wszystko ilithidzi przytaknli z aprobat. Elfy drowy zawsze byy dobre do takich zada, a ich ostatni wizie by jak na razie najlepszy. Ilithidzi zamachali energicznie palcami, zastanawiajc si nad moliwymi rezultatami tej

wspodczuwanej myli. Centralny mzg wykry kolejnego intruza drowa w sieci ilithidw, ktra pokrywaa tunele lece poza dug i wsk jaskini -kolejny niewolnik do masowania i pielgnowania. Tak sdzi centralny mzg. Czterej ilithidzi wyszli z jaskini, kierowani obrazami wysyanymi przez centralny mzg. Pojedynczy drow wszed na ich teren i bdzie atwym upem. Tak sdzili upiecy umysw.

18 Element zaskoczenia
Duch-widmo przedziera si w milczeniu przez poszarpane i krte korytarze, idc rozwanymi i wywiczonymi krokami dowiadczonego wojownika drowa. Mimo to upiecy umysu, kierowani przez centralny mzg, doskonale przewidzieli tras Zaknafeina i czekali na niego. Gdy Zaknafein pojawi si przy tej samej pce skalnej, gdzie zostali pokonani Belwar i Clacker, ilithid wyskoczy na niego i zaatakowa sw oszaamiajc energi. Z tak bliskiego zasigu niewiele stworze mogo przetrzyma tak silny cios, jednak Zaknafein by nieumar istot, nie pochodzc z tego wiata. Blisko jego umysu, poczonego z innym planem egzystencji, nie moga by mierzona w krokach. Odporny na tego typu mentalne ataki duch-widmo pchn swymi mieczami i kady z nich wbi si ilithidowi w zaskoczone, mleczne, pozbawione tczwki oko. Wtedy spynli na Zaknafeina pozostali trzej upiecy, po drodze wyzwalajc swoje oszaamiajce uderzenia. Trzymajc w doniach miecze, Zaknafein czeka na nich pewnie, jednak upiecy umysu dalej opadali. Nigdy wczeniej mentalne ataki ich nie zawiody i nie mogli uwierzy, e ich energia okazuje si teraz bezskuteczna. Ilithidzi zaatakowali tuzin razy, lecz duch-widmo wydawa si tego nie zauwaa. Zaczynajcy si martwi ilithidzi, sprbowali sign do wntrza myli Zaknafeina, by zrozumie, w jaki sposb unika ich efektw. Odnaleli jedynie barier przekraczajc ich zdolnoci przenikania, barier., ktra wykraczaa poza ten plan egzystencji. Widzieli potyczk Zaknafeina z ich nieszczsnym towarzyszem i nie mieli zamiaru angaowa si z nim w walk wrcz. Telepatycznie uzgodnili, e zmieniaj kierunek. Opadli jednak zbyt nisko. Zaknafein nie przejmowa si ilithidami i odszedby zadowolony swoj drog. Jednak na nieszczcie ilithidw instynkty ducha-widma, a take dawna wiedza Zaknafeina o upiecach umysu, doprowadziy go do prostego wniosku. Jeli Drizzt podrowa t drog - a Zaknafein wiedzia, e tak byo - to najprawdopodobniej napotka te istoty. Nieumare stworzenie mogo je pokona, lecz miertelny drow, nawet Drizzt, znalazby si w wyjtkowo niekorzystnej sytuacji. Zaknafein schowa jeden z mieczy i wskoczy na skaln pk. W rozmytym drugim skoku duch-widmo chwyci jednego ze wznoszcych si ilithidw za kostk. Stworzenie znw uderzyo, lecz byo zgubione, nie mogo si obroni przed ciosami miecza Zaknafeina. Z niewiarygodn si duch-widmo podcign si, trzymajc przed sob bro. Ili-thid bezskutecznie prbowa odtrci ostrze, lecz jego nagie donie nie mogy pokona miecza. Ostrze

wbio si upiecy umysu w brzuch, a pniej w jego serce i puca. Dyszc i trzymajc si za ogromn ran, ilithid mg tylko bezradnie patrze, jak Zaknafein, uzyskawszy oparcie, stawia mu stop na piersi i wyszarpuje miecz. Umierajcy ilithid od-toczy si kawaek dalej i uderzy o cian, po czym zawis groteskowo w powietrzu, a na podog pod nim sczya si krew. Wyskoczywszy Zaknafein dopad kolejnego dryfujcego w powietrzu ilithida, a pd posa ich na ostatniego z grupy. Ramiona i macki zamachay szaleczo, prbujc uchwyci si ciaa drowa. Ostrze byo jednak skuteczniejsze i chwil pniej duch-widmo uwolni si od dwch swoich ostatnich ofiar, wyzwoli swj wasny czar lewitacji i opad lekko na kamienn podog. Zaknafein odszed w milczeniu, zostawiajc za sob trzech wiszcych w powietrzu ilithidw, ktrzy mieli trwa w takiej pozycji do chwili zakoczenia ich zakl lewitacji, a take czwartego, zwinitego na ziemi. Duch-widmo nie otar mieczy z krwi. Zdawa sobie spraw, e wkrtce czekaj go kolejne zabjstwa. *** Dwaj upiecy umysu wci obserwowali istot pantery. Nie wiedzieli o tym, lecz Guenhwyvar bya wiadoma ich obecnoci. Na Astralnym Planie, gdzie materialne zmysy, jak wch czy smak, nie miay znaczenia, pantera zastpowaa je innymi, subtelniejszymi. Guenhwyvar polowaa tutaj dziki zmysowi, ktry przetwarza emanacje energii na wyrane mentalne obrazy, wic pantera moga z atwoci odrni aur osia i krlika, nie majc potrzeby widzie stworzenia. Ilithidy nie byy niezwyke na Planie Astralnym i Guenhwyvar rozpoznaa ich emanacje. Pantera nie zdecydowaa jeszcze, czy ich obecno bya zwykym zbiegiem okolicznoci, czy te czya si w jaki sposb z faktem, e Drizzt nie przywoywa jej od wielu dni. Wyrane zainteresowanie, jakie upiecy umysu ywili wobec Guenh-wyvar, sugerowao t drug moliwo, co wielce niepokoio panter. Mimo to Guenhwyvar nie chciaa wykonywa pierwszego kroku przeciwko tak niebezpiecznemu przeciwnikowi. Pantera zajmowaa si swymi zwykymi, codziennymi czynnociami, majc baczenie na niepodan publiczno. Guenhwyvar zauwaya zmian w emanacjach upiecw umysu, wywoan ich nagym rozpoczciem powrotu na Plan Materialny. Pantera nie moga duej czeka. Skaczc po gwiazdach, Guenhwyvar natara na nich. Zajci drog powrotn ilithidzi nie reagowali do chwili, kiedy byo ju za pno. Pantera wskoczya pod jednego z nich i w mgnieniu oka chwycia zbami jego srebrn ni. Guenhwyvar wykrcia szyj, a ni pka. Bezradny stwr zaczai odpywa - rozbitek na Planie Astralnym. Drugi upieca umysu, bardziej przejmujc si ocaleniem ycia, zlekceway szalecze bagania swego towarzysza i opada dalej planarnym tunelem, ktrym mg wrci do swego materialnego ciaa. Ilithid niemal wymkn si Guenhwyvar z zasigu, jednak pazury pantery uchwyciy si go silnie, gdy wpywa do tunelu. Guenhwyvar mu towarzyszya. *** Ze swej maej kamiennej wyspy Clacker widzia zamieszanie w caej dugiej i wskiej jaskini. Wszdzie miotali si upiecy umysw, telepatycznie ustawiajc niewolnikw w formacje obronne. Przez kade wejcie przeszli zwiadowcy, za pozostali upiecy umysu wznieli si w powietrze, by uzyska ogln wizj sytuacji. Clacker zrozumia, e na spoeczno spad jaki kryzys, a do jego myli przedaro si jedno przypuszczenie: jeli upiecy umysu byli zajci jakim nowym wrogiem, to moe by jego szansa ucieczki. Kiedy Clacker obra to sobie za cel, jego tosamo pecza stana na pewnym

gruncie. Najwikszym problemem bya rozpadlina, poniewa z pewnoci nie by w stanie przez ni przeskoczy. Uzna, e moe na t odlego przerzuci szarego krasnoluda albo rotha, lecz w ten sposb niezbyt pomoe wasnej ucieczce. Wzrok Clackera pad na most, a nastpnie z powrotem na jego towarzyszy na kamiennej wyspie. Most by cofnity, za dwignia skierowana w stron wyspy. Dobrze wymierzony pocisk mgby j przesun. Clacker stukn o siebie wielkimi apami - czynno ta przypomniaa mu o Belwarze - i cisn szarego krasnoluda w powietrze. Nieszczsne stworzenie leciao w stron dwigni, lecz rzut by zbyt krtki, wpado wic w rozpadlin i roztrzaskao si. Clacker tupn gniewnie i odwrci si w poszukiwaniu innego pocisku. Nie mia pojcia, jak dostanie si do Drizzta i Belwara, lecz w tym momencie nie zastanawia si nad tym. W tej chwili jego najwikszym problemem bya ucieczka z wizienia na wyspie. Tym razem w powietrze wzbi si mody roth. *** W wejciu Zaknafeina nie byo ani subtelnoci, ani dyskrecji. Nie obawiajc si podstawowej metody ataku upiecw umysu, duch-widmo wszed prosto do dugiej i wskiej jaskini. Natychmiast opada na niego grupa trzech ilithidw, wyzwalajc swe oszaamiajce uderzenia. Duch-widmo znw wyszed bez szwanku i trzy stwory spotka ten sam los co czwrk, ktra zaatakowaa Zaknafeina w tunelach. Nastpnie ruszyli niewolnicy. Gobliny, szare krasnoludy, orki, a nawet kilka ogrw, kierowani jedynie pragnieniem uszczliwienia swych panw, rzucili si na drowa intruza. Niektrzy mieli bro, lecz wikszo polegaa jedynie na swych rkach i zbach, zamierzajc przygnie samotnego drowa przewag liczebn. Miecze i stopy Zaknafeina byy zbyt szybkie, aby dao si zastosowa tak bezporedni taktyk. Duch-widmo taczy i ci, kierowa si w jedn stron i nagle gwatownie zawraca, uderzajc na najbliszych przeciwnikw. Nie uczestniczcy w walce ilithidzi po przemyleniu taktyki uformowali swe wasne linie defensywne. Ich macki machay szaleczo, gdy nawizywali komunikacj, starajc si dowiedzie prawdy o tym nieoczekiwanym rozwoju wypadkw. Nie ufali swym niewolnikom na tyle, by da im wszystkim bro, lecz gdy jeden za drugim ginli, zaczli aowa ogromnych strat. Mimo to upiecy umysw wci wierzyli, e mog wygra. Za nimi prowadzono nastpn grup niewolnikw, ktra miaa doczy do walki. Samotny intruz zmczy si, jego ruchy si spowolni, a horda go zmiady. upiecy umysu nie znali prawdy na temat Zaknafeina. Nie wiedzieli, e jest nieumar istot, magicznie oywionym stworzeniem, ktre ani si nie zmczy, ani nie spowolni. *** Belwar i jego pan obserwowali spazmatyczne drgawki ciaa jednego z pozostaych ilithidw, znak, e zamieszkujca je dusza powracaa z podry astralnej. Belwar nie rozumia implikacji pyncych z tych konwulsyjnych ruchw, wyczuwa jednak, e jego pan jest zadowolony, za to z kolei cieszyo jego. Pan Belwara byjednak rwnie lekko zatroskany, e wraca tylko jeden z jego towarzyszy, poniewa wezwanie centralnego mzgu miao najwyszy priorytet i nie mona go by zignorowa. upieca umysu patrzy, jak spazmy nabieraj pewnego wzoru, po czym wpad w jeszcze wiksze zdumienie, poniewa wok ciaa pojawia si czarna mga. W tej samej chwili gdy ilithid wrci do Planu Materialnego, pan Belwara telepatycznie wspodczu jego bl i przeraenie. Zanim pan Belwara zdy jednak zareagowa, Guenh-wyvar zmaterializowaa si na siedzcym ilithidzie i zacza rozszarpywa jego ciao. Belwar zastyg w bezruchu, gdy przesza przez niego iskra zrozumienia. - Bivripl - wyszepta pod nosem, a nastpnie -Drizzt? - i w jego umyle pojawi si wyranie obraz klczcego drowa.

- Zabij j, mj odwany bohaterze! Zabij j! - da pan Belwara, lecz dla jego nieszczsnego towarzysza ilithida byo ju za pno. Siedzcy upieca umysu miota si gwatownie, a jego macki, poruszajc si gwatownie, przylgny do kocicy, prbujc dosta si do jej mzgu. Guenhwyvar machna potn ap, a cios ten zerwa ilithidowi jego, przypominajc omiornic, gow z barkw. Wci majc donie zaklte do pracy przy wnce, Belwar powoli zblia si do pantery, a jego kroki spowalnia nie strach, lecz zdziwienie. Nadzorca kopaczy odwrci si do swego pana i spyta - Guenhwyvar? upieca umysu wiedzia, e odda svirfhebli zbyt duo. Przypomnienie zaklinajcego czaru wzbudzio rwnie w niewolniku inne, niebezpieczniejsze wspomnienia. Na Belwarze nie mona ju byo polega. Guenhwyvar wyczua zamiary upiecy umysw i wzbia si w powietrze na chwil przed tym, jak pozostay stwr zaatakowa Belwara. Guenhwyvar trafia dokadnie w nadzorc kopaczy i przewrcia go na ziemi. Kocie minie rozluniy si i napiy, gdy pantera ldowaa, obracajc j w stron wyjcia z pomieszczenia. Atak upiecy umysu musn przewracajcego si Belwara, lecz zdziwienie gbinowego gnoma i jego wzrastajca wcieko powstrzymaa podstpny atak. Przez t jedn chwil Belwar by wolny, postrzega ilithida jako przesiknit zem istot, ktr by w istocie. - Id, Guenhwyvar! - krzykn nadzorca kopaczy, a kocica nie potrzebowaa dalszej zachty. Jako istota astralna Guenh-wyvar wiedziaa duo o spoeczestwie ilithidw i znaa klucz do kadej bitwy wytoczonej siedzibie tych stworze. Pantera rzucia si caym ciarem na drzwi, wpadajc na balkon ponad komnat, w ktrej mieci si centralny mzg. Pan Belwara, bojc si o swoje bstwo, prbowa pj za ni, lecz sia gbinowego gnoma zostaa wzmocniona dziesiciokrotnie przez gniew i nie czu nawet najmniejszego blu w zranionej rce, gdy wbija swj zaklty mot w mikk tkank gowy ilithida. Poleciay iskry, ktre spaliy stworowi twarz. upieca pad na cian, a jego mleczne, pozbawione tczwek oczy wpatryway si w Belwara z niedowierzaniem. Nastpnie osun si powoli na podog, osun si w ciemno mierci. Kilkanacie metrw niej klczcy drow wyczu strach i wcieko swego uwielbianego pana i podnis wzrok akurat w chwili, gdy czarna pantera wzbia si w powietrze. Drizzt nie rozpozna w Guenhwyvar swej dawnej towarzyszki i najdroszej przyjaciki, widzia w tej chwili jedynie zagroenie dla ukochanej istoty. Drizzt i inni masujcy niewolnicy mogli jednak tylko bezradnie obserwowa jak potna pantera, z obnaonymi zbami i rozstawionymi szeroko apami, spada na rodek mikkiej masy poprzetykanej yami tkanki, ktre wadao spoecznoci ilithidw.

19 Ble gowy
W skalnym zamku, w dugiej i wskiej jaskini rezydowao okoo stu dwudziestu ilithidw, a kady z nich poczu ten sam palcy bl gowy, gdy Guenhwyvar wdara si w centralny mzg spoecznoci. Guenhwyvar przedzieraa si przez bezbronn mas, wielkie apy kocicy wyszarpyway drog przez tkane. Centralny mzg wysya uczucie absolutnego przeraenia, prbujc wpyn na swoje sugi. Zrozumiawszy, e pomoc nie nadejdzie zbyt szybko, istota zwrcia si do pantery. Pierwotna dziko Guenhwyvar nie pozwalaa jednak na adne mentalne ataki. Pantera zagrzebywaa si zawzicie i coraz bardziej pokrywaa lepkim luzem. Drizzt krzykn ze wciekoci i zacz obiega chodnik, prbujc odnale jak drog do pantery. Drow wyranie czu niepokj swojego ukochanego pana i jego proby, by kto ktokolwiek - co zrobi. Inni niewolnicy skakali i krzyczeli, za upiecy umysu miotali si w szale, lecz Guenhwyvar bya daleko, na rodku wielkiej masy, poza zasigiem jakiejkolwiek broni, ktr mogli uy upiecy. Kilka chwil pniej Drizzt przesta miota si i krzycze. Zastanawia si, gdzie i kim jest, i czym na Dziewi Piekie moe by ta wielka wstrtna sterta przed nim. Rozejrza si po chodniku i zauway podobne, zdziwione miny na twarzach kilku krasnoludw duergarw, innego mrocznego elfa, dwch goblinw oraz wysokiego i strasznie poznaczonego bliznami niedwieuka. upiecy umysu wci miotali si po okolicy, szukajc jakiego sposobu zaatakowania pantery, ich gwnego zagroenia, i nie zwracali uwagi na zdumionych niewolnikw. Guenhwyvar wyonia si nagle z fad mzgu. Kocica wyjrzaa na zaledwie chwil ponad krawdzi otworu, po czym znw znikna wewntrz. Kilku upiecw umysu skierowao swe mentalne uderzenia w uciekajcy cel, jednak Guenhwyvar zbyt szybko znikna z pola widzenia, by ich energia zdoaa trafi - jednak nie na tyle szybko, by Drizzt nie zdoa jej zauway. - Guenhwyvar?! - krzykn drow, gdy do jego umysu napyn potok myli. Ostatni rzecz jak pamita, byo wznoszenie si w powietrze wrd stalaktytw w poszarpanym korytarzu, w gr, gdzie czaiy si inne zowieszcze ksztaty. W pobliu drowa pojawi si ilithid, zbyt skupiony na mzgu, by zauway, e Drizzt nie jest ju niewolnikiem. Drow nie mia adnej innej broni poza wasnym ciaem, jednak niewiele go to obchodzio w tej chwili czystej wciekoci. Skoczy w gr za niczego si nie spodziewajcym potworem i wbi stop w ty jego omiornicowej gowy. Stwr wpad do centralnego mzgu i odbi si kilka razy od elastycznych fad, zanim zdoa si chwyci jednej z nich. Na caym chodniku niewolnicy zdali sobie spraw, e s wolni. Szare krasnoludy natychmiast zebray si razem i powaliy dwch ilithidw w dzikiej szary, przewracajc stwory i tratujc je swymi cikimi buciorami. Z boku nadeszo uderzenie i odwrciwszy si Drizzt zobaczy, e drugi mroczny elf chwieje

si pod wpywem oszaamiajcego ciosu. upieca umysu ruszy w stron drowa i chwyci go w ciasnym ucisku. Cztery macki przylgny do twarzy mrocznego elfa, szukajc drogi do mzgu. Drizzt chcia i drowowi na pomoc, lecz pomidzy nimi pojawi si biorcy go na cel drugi ilithid. Drizzt rzuci si w bok, gdy rozleg si odgos nastpnego ataku. Zacz biec, desperacko starajc si zwikszy dystans pomidzy sob a napastnikiem. Krzyk drugiego drowa wstrzyma go jednak na moment i Drizzt zerkn przez rami. Twarz drowa przecinay groteskowe, nabrzmiae linie, a wyraaa ona wicej blu, ni Drizzt kiedykolwiek wczeniej widzia. Do'Urden ujrza jak ilithid nagle wstrzsa gow, a jego macki, zanurzone pod skr drowa i sigajce do jego mzgu, zaczy pulsowa. Drow wrzasn raz jeszcze, po czym pad ilithidowi w ramiona, za stwr zakoczy sw potworn uczt. Poznaczony szramami niedwieuk niewiadomie ocali Drizzta przed podobnym losem. Uciekajc, to ponad dwumetrowe stworzenie znalazo si dokadnie pomidzy Drizztem a cigajcym go upiec umysu, gdy stwr znowu zaatakowa. Uderzenie oszoomio niedwieuka na chwil, ktra bya potrzebna ilithidowi, by si zbliy. Kiedy upieca umysu sign do swojej rzekomo bezbronnej ofiary, niedwieuk zamachn si wielk ap i powali przeladowc na ziemi. Z balkonw wychodzcych na okrg komnat wyonili si kolejni upiecy umysu. Drizzt nie mia pojcia, gdzie mog by jego przyjaciele ani te ktrdy moe uciec, jednak pojedyncze drzwi, jakie dostrzeg z boku chodnika, wyglday na jego jedyn szans. Rzuci si w ich stron, lecz otworzyy si gwatownie, zanim do nich dotar. Drizzt wpad prosto w oczekujce ramiona kolejnego ilithida. *** Jeli we wntrzu skalnego zamku panowao zdumienie, na zewntrz by chaos. adni niewolnicy nie nacierali ju na Zaknafeina. Zranienie centralnego mzgu wyzwolio ich spod wpywu upiecw umysu i teraz gobliny, szare krasnoludy i inni byli bardziej zajci wasn ucieczk. Ci, ktrzy byli najbliej wej do jaskini, rzucili siew ich stron. Pozostali zaczli si szaleczo miota, prbujc pozosta poza zasigiem cigych serii umysowych uderze ilithidw. Nie zastanawiajc si zbytnio nad swoimi dziaaniami, Za-knafein zamachn si mieczem, powalajc przebiegajcego obok goblina. Nastpnie duch-widmo zbliy si do stwora, ktry ciga goblina. Przechodzc przez obszar kolejnego oszaamiajcego uderzenia, Zaknafein zlikwidowa upiec umysu. W skalnym zamku Drizzt odzyska sw tosamo, a magiczne zaklcia, jakie zostay naoone na ducha-widmo, zetkny si z wzorcem mylowym ofiary. Wydajc z siebie gardowy warkot, Zaknafein obra najkrtszy kurs do zamku, pozostawiajc na swoim szlaku szeregi martwych i rannych niewolnikw ilithidw. *** Kolejny roth zabecza ze zdziwienia, gdy szybowa w powietrzu. Trzy bestie przeleciay na drug stron, czwarta podya za duergarem na dno rozpadliny. Tym razem jednak Clackerowi udao si dobrze wymierzy i mae, podobne do krowy stworzenie wpado na dwigni, odchylajc j do tyu. Zaklty most natychmiast si rozwin i zatrzyma Clackerowi u stp. Hakowa poczwara podniosa nastpnego szarego kra-snoluda, po prostu na szczcie, i ruszya przez most. Dotara niemal do poowy, gdy pojawi si pierwszy upieca umysu, spieszc w stron dwigni. Clacker wiedzia, e nie pokona reszty drogi, zanim stwr zwinie most. Mia tylko jeden strza. Szary krasnolud, niewiadomy tego, co si wok niego dzieje, wznis si wysoko w powietrze, ponad gow hakowej poczwary. Clacker ruszy dalej, pozwalajc ilithidowi zbliy si do celu. Kiedy upieca umysu pooy czteropalczast do na dwigni, duergar trafi go w pier, przewracajc na ziemi.

Clacker bieg z caych si. Ilithid doszed do siebie i pchn dwigni do przodu. Most cofn si, odsaniajc gbok rozpadlin. Ostatni skok, w chwili gdy metalowo-kamienny most wysuwa mu si spod stp, zanis Clackera na krawd rozpadliny, w ktr energicznie uderzy. Mia ramiona i barki ponad krawdzi, ale zachowa na tyle przytomno umysu, by szybko wdrapa si na gr. upieca umysw pocign za dwigni i most znw si wysun, uderzajc Clackera. Hakowa poczwara zdoaa jednak przesun si wystarczajco daleko w bok i jej uchwyt by wystarczajco silny, by udao jej si utrzyma, gdy rozwijajcy si most przejecha jej po opancerzonej piersi. Ilithid zakl i znw pchn dwigni, po czym ruszy w stron hakowej poczwary. Zmczony i ranny Clacker nie zacz jeszcze si podciga, gdy pojawi si stwr. Zalay go fale oszaamiajcej energii. Pochyli gow i opuci si kilkanacie centymetrw, zanim jego pazury zdoay znw si uchwyci. Chciwo upiecy umysu sporo go kosztowaa. Zamiast po postu zepchn Clackera z krawdzi, uzna, e moe zrobi sobie szybki posiek z mzgu bezbronnej hakowej poczwary. Przyklkn przed Clackerem, a jego cztery macki pospieszyy ochoczo, by znale otwr w pancerzu twarzy. Podwjna tosamo Clackera opara si atakom ilithidw w tunelach i teraz oszaamiajca mentalna energia miaa minimalny efekt. Kiedy omiornicowa gowa ilithida pojawia mu si przed twarz, CIackerowi wrcia wiadomo. Uderzenie dziobem odcio dwie z wysunitych macek, nastpnie za desperacki zamach ap trafi ilithida w kolano. Pod potnym ciosem koci zmieniy si w py i upieca umysw wrzasn z blu, zarwno telepatycznie, jak i swym wodnistym, nieziemskim gosem. Chwil pniej jego krzyki zaniky, gdy spada do gbokiej rozpadliny. Czar lewitacji mgby ocali ilithida, jednak wymaga koncentracji, za bl rozdartej twarzy oraz zmiadonego kolana nazbyt opnia takie czynnoci. Ilithid pomyla o lewitacji w chwili, gdy czubek stalagmitu wbija mu si w krgosup. *** Rka z motem uderzya w wieko kolejnej kamiennej skrzyni. - Cholera! - wycedzi Belwar widzc, e ta rwnie nie zawiera nic oprcz ubra ilithidw. Nadzorca kopaczy by pewien, e ekwipunek jest gdzie w pobliu, lecz poowa komnat ich byych panw leaa w ruinie, a nic jeszcze nie nagrodzio jego wysikw. Belwar przeszed z powrotem do gwnego pomieszczenia i skierowa si do kamiennych foteli. Pomidzy dwoma z nich zauway figurk pantery. Wrzuci j do sakiewki, a nastpnie, niemal bez zastanowienia, zmiady kilofem gow ostatniego ilithida, astralnego rozbitka. Belwar zrzuci ciao, ktre uformowao na pododze bezksztatn stert. - Magga camarra - mrukn svirfnebli, gdy znw spojrza na kamienny fotel i w miejscu, gdzie siedzia stwr, ujrza obrys ukrytych drzwiczek. Nigdy nie przedkadajc finezji nad efektywno, Belwar szybko rozbi drzwiczki w gruz i dostrzeg znajome ksztaty plecakw. Belwar wzruszy ramionami i postpi zgodnie z logik, zrzucajc drugiego ilithida, tego ktrego Guenhwyvar pozbawia gowy. Ukazay si nastpne drzwiczki. - Drowowi moe si to przyda - stwierdzi Belwar, gdy odgarn gruz i wycign pas, na ktrym wisiay w pochwach dwa sejmitary. Skierowa si do wyjcia i w drzwiach zetkn si z ilithidem. Dokadniej rzecz ujmujc, mot Belwara zetkn si z klatk piersiow upiecy umysw. Potwr polecia do tyu i wypad za metalow barierk balkonu. Belwar wyskoczy na zewntrz i skierowa si w bok, nie majc czasu na sprawdzenie, czy ilithid nie zdy w jaki sposb si zapa. Sysza z dou rozgardiasz, mentalne ataki i wrzaski, a take cigy warkot pantery, ktry w uszach nadzorcy kopaczy brzmia jak muzyka.

*** Z rkoma przycinitymi do bokw przez nieoczekiwanie potny chwyt ilithida, Drizzt mg tylko obrci gow, by ujrze postpujce coraz dalej macki, ktre zaczy zagbia si pod mahoniow skr drowa. Drizzt nie wiedzia zbyt wiele o anatomii upiecw umysu, byli oni jednak stworzeniami dwunonymi, mg wic sobie pozwoli na pewne przypuszczenia. Zdoawszy przesun si troch w bok, by nie sta dokadnie przed paskudn istot, podnis kolano, miadc stworowi pachwin. Na podstawie nagego rozlunienia uchwytu przez ilithida oraz sposobu, w jaki jego mleczne oczy wydaway si powikszy, Drizzt uzna, e jego zaoenia byy suszne. Znw podnis kolano, a pniej trzeci raz. Drizzt zapar si z caej siy i uwolni z osabionego uchwytu ilithida. Uparte macki wci wspinay si jednak po bokach twarzy Drizzta, szukajc jego mzgu. Drizztem wstrzsn atak palcego blu i niemal zemdla, pochylajc bezwadnie gow. Jednak owca nie mia zamiaru si podda. Kiedy Drizzt znw podnis wzrok, ogie w jego lawendowych oczach pad na ilithida niczym kltwa. owca chwyci macki i oderwa je energicznie, pocigajc prosto w d, by stwr pochyli gow. Potwr wyzwoli swoje mentalne uderzenie, lecz pod zym ktem i energia nie zdoaa spowolni owcy. Jedn doni trzyma silnie macki, drug za uderza z furi krasnoludzkiego mota w mikk gow stwora. Na misistej skrze pojawiy si niebiesko-czarne siniaki, a jedno pozbawione tczwki oko zazawio i zamkno si. Macka wbia si drowowi w nadgarstek, a oszalay ilithid uderza na olep piciami, lecz owca tego nie zauwaa. Uderzy stwora w gow, posyajc go na kamienn podog. Drizzt wyrwa rk z uchwytu macki, a pniej raz za razem trafia ilithida obydwoma piciami pomidzy oczy, dopki nie zamkny si na zawsze. Brzk metalu spowodowa, e drow si obrci. Kilka krokw dalej ujrza na ziemi znajomy i przyjemny widok. *** Zadowolony, e sejmitary wyldoway blisko przyjaciela, Belwar pospieszy w d kamienn klatk schodow w stron najbliszego ilithida. Potwr obrci si i wyzwoli uderzenie. Belwar odpowiedzia wrzaskiem czystej wciekoci - wrzaskiem, ktry czciowo zablokowa oszaamiajcy efekt - i rzuci si w stron przeciwnika, wpadajc prosto w fale energii. Wprawdzie gbinowy gnom by oszoomiony po mentalnym ataku, jednak wpad na ilithida i razem trafili w drugiego potwora, ktry spieszy na pomoc. Belwar nie za bardzo wiedzia, co si wok niego dzieje, rozumia jednak doskonale, e otaczajca go pltanina rk i ng nie naley do przyjaci. Mi-thrilowe donie rozcinay i miadyy, po czym odczoga si wzdu drugiego balkonu w poszukiwaniu nastpnych schodw. W chwili gdy dwaj ranni upiecy umysw otrzsnli si na tyle, by mc zareagowa, dziki svirfnebli ju dawno znikn. > Belwar zaskoczy kolejnego ilithida, rozbijajc jego mikk gow o cian. Po balkonie bka si jednak tuzin innych upiecw umysu, a wikszo z nich strzega dwch klatek schodowych, ktre prowadziy na najnisz kondygnacj wiey. Belwar znikn szybko z ich zasigu, wskakujc na metalow barierk, a nastpnie opadajc pi metrw na podog. *** Gdy Drizzt siga po bro, zalaa go fala oszaamiajcej energii. owca zdoa j jednak przezwyciy, poniewa jego myli byy zbyt prymitywne na tak wyszukan form ataku. Pojedynczym ruchem, zbyt szybkim by jego ostatni przeciwnik zdoa na niego odpowiedzie, wyrwa jeden z sejmitarw z pochwy i obrci si, tnc ostrzem pod nachylonym do gry ktem.

Sej-mitar wbi si do poowy w gow upiecy umysu. owca wiedzia, e potwr jest ju martwy, wyrwa jednak sejmitar i dgn jeszcze raz upadajcego ilithida, bez adnego szczeglnego powodu. Nastpnie drow zacz biec, trzymajc dwa wycignite ostrza, jedne ociekajce krwi ilithida, za drugie dne jej wicej. Drizzt powinien by szuka drogi ucieczki - ta cz, ktra bya Drizztem Do'Urden,powinna bya szuka - jednak owca chcia wicej. Jego tosamo owcy daa zemsty na tej stercie mzgu, ktra go zniewolia. Ocali wtedy drowa jeden krzyk, ktry wyprowadzi go z krtych gbin lepego, instynktownego szau. - Drizzt! - krzykn Belwar, kutykajc do swego przyjaciela. - Pom mi, mroczny elfie! Skrciem przy upadku kostk! - Wszystkie myli o zemcie nagle wyparoway i Drizzt Do'Urden pospieszy do swego towarzysza svirfhebli. Rami w rami dwaj przyjaciele opucili okrge pomieszczenie. Chwil pniej Guenhwyvar, mokra od krwi i luzu centralnego mzgu, wdrapaa si na gr, by do nich doczy. - Wyprowad nas - Drizzt poprosi panter i Guenhwyvar stana na czele. Uciekali krtymi, zaledwie z grubsza wyciosanymi korytarzami. - Nie zrobi tego aden svirfnebli - szybko zaznaczy Belwar, puszczajc do przyjaciela oko. - Sdz, e jednak zrobi - odpar swobodnie Drizzt, rwnie mrugajc. - Chodzi mi o to, e pod wpywem upiecy umysu - szybko doda. - Nigdy! - nalega Belwar. - To nigdy nie mogaby by robota svirfhebli, nawet jeli jego umys by si rozpuci! - Pomimo grocego im niebezpieczestwa gbinowy gnom rozemia si serdecznie, a Drizzt do niego doczy. Odgosy walki rozbrzmieway z bocznych korytarzy na kadym rozwidleniu, ktre mijali. Czue zmysy Guenhwyvar utrzymyway ich na najlepszej drodze, cho pantera nie moga wiedzie, ktrdy i do wyjcia. Mimo to kady kierunek by lepszy od tego, ktry pozostawili za sob. Kiedy Guenhwyvar mina rozwidlenie, do ich korytarza wskoczy upieca umysu. Stwr nie widzia pantery i stan przed Drizztem oraz Belwarem. Drizzt rzuci svirfhebli na ziemi i pochylony natar na przeciwnika, oczekujc mentalnego uderzenia, zanim zdoa si zbliy. Kiedy jednak drow podnis wzrok, wyda z siebie donony odgos ulgi. upieca umysu lea twarz w d na pododze, a Guenhwyvar staa mu na grzbiecie. Kiedy Guennhwyvar niedbale dokoczya swoje ponure obowizki, Drizzt podszed do swej kociej towarzyszki, a Belwar zaraz do nich doczy. - Gniew, mroczny elfie - stwierdzi svirfnebli. Drizzt spojrza na niego z zaciekawieniem. - Uwaam, e gniew moe dziaa przeciwko ich atakom -wyjani Belwar. - Jeden z nich dorwa mnie na schodach, byem jednak tak wcieky, e ledwo to zauwayem. Moe jestem w bdzie, ale... - Nie - przerwa Drizzt, przypominajc sobie, w jak niewielkim stopniu na niego podziaa atak, nawet z bliskiego zasigu, kiedy podnosi sejmitary. By wtedy w szponach swego alter ego, tej mroczniejszej, maniakalnej strony, ktr z tak desperacj stara si zostawi za sob. Mentalny szturm ilithida by bezuyteczny wobec owcy. - Nie jeste w bdzie - Drizzt zapewni przyjaciela. - Gniew moe dziaa przeciwko nim, a przynajmniej spowolni efekty atakw. - A wic wcieknijmy si! - warkn Belwar wskazujc Gu-enhwyvar, aby sza dalej. Drizzt zarzuci rk pod rami nadzorcy kopaczy i przytakn twierdzco. Drow zdawa sobie jednak spraw, e lepy sza, o ktrym mwi Belwar, nie mg by wywoany w sposb wiadomy. Instynktowny strach i gniew mogy pokona ilithidw, jednak Drizzt, z dowiadcze ze swoim alter ego wiedzia, e emocje te mogy by wywoane jedynie przez desperacj i panik. Minli jeszcze kilka korytarzy, przeszli przez wiksze, puste pomieszczenie, po czym ruszyli nastpnym tunelem. Spowalniani przez kulejcego svirfnebli wkrtce usyszeli z tyu zbliajce si cikie kroki. - Zbyt cikie jak na ilithidw - stwierdzi spogldajc przez rami Drizzt.

- Niewolnicy - wywnioskowa Belwar. Za nimi rozlega si odgos ataku mentalnego, a po nim nastpne. Zaraz pniej dobiegy do nich uderzenia i jki. - Znw niewolnicy - powiedzia ponuro Drizzt. Znw rozlegy si cigajce ich kroki, tym razem brzmic bardziej jak lekkie szuranie. - Szybciej! - krzykn Drizzt, a Belwara nie trzeba byo popdza. Biegli, dzikujc za kady zakrt, poniewa obawiali si, e ilithidzi s zaledwie kilka krokw z tyu. Wpadli do wielkiej i wysokiej sali. W polu widzenia byo kilka ewentualnych wyj, lecz jedno z nich, wielkie elazne wrota, szczeglnie przykuy ich uwag. Pomidzy nimi a drzwiami znajdowaa si elazna klatka schodowa, a niezbyt wysoko, na balkonie, majaczy upieca umysu. - Odetnie nas! - stwierdzi Belwar. Kroki z tyu stay si goniejsze. Belwar zamierza znw spojrze na czekajcego ilithida, kiedy ujrza na twarzy drowa paskudny umiech. Gbinowy gnom rwnie si umiechn. Guenhwyvar pokonaa spiralne schody trzema potnymi skokami. Ilithid rozsdnie umkn z balkonu i skierowa si w cie ssiadujcego z ni korytarza. Pantera nie cigaa go, lecz trzymaa stra nad Drizztem i Belwarem. Drow i svirfhebli pogratulowali sobie, lecz ich rado nagle wyparowaa, kiedy doszli do drzwi. Drizzt napar mocno, lecz wrota nie chciay si otworzy. - Zamknite! - krzykn. - Nie na dugo! - zagrzmia Belwar. Zaklcie w doniach gbinowego gnoma wyczerpao si, lecz mimo to zacz uderza sw doni-motem w metal. Drizzt stan za gbinowym gnomem, trzymajc tyln stra i spodziewajc si, e ilithidzi mog wej do sali w kadej chwili. - Pospiesz si Belwarze - poprosi. Obydwie mithrilowe donie pracoway z furi przy wrotach. Zamek zacz stopniowo puszcza i w kocu drzwi otworzyy si, jednak tylko na kilka centymetrw. - Magga camarra, mroczny elfie! - krzykn nadzorca kopaczy. - Trzyma je sztaba! Z drugiej strony! - Cholera! - wycedzi Drizzt, a do sali wesza grupa kilku upiecw umysu. Belwar nie poddawa si. Jego do-mot uderzaa raz za razem w drzwi. Ilithidzi minli klatk schodow i Guenhwyvar wskoczya w ich rodek, przewracajc ca gromad. W tej strasznej chwili Drizzt zda sobie spraw, e nie ma onyksowej figurki. Do-mot bbnia miarowo w metal, poszerzajc otwr pomidzy wrotami. Belwar przepchn przez niego swj kilof i zadar go do gry, unoszc w ten sposb sztab z mocujcych j uchwytw. Drzwi otworzyy si szeroko. - Chod szybko! - gbinowy gnom wrzasn do Drizzta. Wsun kilof pod rami drowa, by go obrci, lecz Drizzt odtrci go. - Guenhwyvar! - krzykn Drizzt. Ze sterty cia doszed kilkakrotnie odgos wyzwalanego mentalnego uderzenia. Odpowied Guenhwyyar nie nadesza w formie warkotu, lecz bezradnego skowytu. Lawendowe oczy Drizzta zapony wciekoci. Wykona jeden krok w stron klatki schodowej, zanim Belwar zrozumia, co naley zrobi. - Czekaj! - zawoa svirfnebli i odczu szczer ulg, gdy Drizzt naprawd odwrci si, by go posucha. Belwar wystawi w stron drowa swoje biodro i otworzy sakw przy pasie. -Uyj tego! Drizzt wycign onyksow figurk i rzuci j pod stopy. -Odejd, Guenhwyyar! - krzykn. Wr do domu! Drizzt i Belwar nie byli w stanie dostrzec pantery w stercie ilithidw, wyczuli jednak nagy niepokj upiecw umysu, jeszcze zanim wok onyksowej figurki pojawia si wiele mwica czarna mga. Caa grupa ilithidw obrcia si w ich kierunku i ruszya. - Zamknij drugie wrota! - krzykn Belwar. Drizzt chwyci figurk i rzuci si w odpowiedni stron. elazne wrota zamkny si i Drizzt zakada z powrotem elazn sztab. Kilka klamer po drugiej stronie odpado wskutek zaciekego szturmu nadzorcy kopaczy, a sama sztaba bya

wygita, lecz Drizzt zdoa j przytwierdzi wystarczajco mocno, by przynajmniej spowolni ilithidw. - Pozostali niewolnicy s w potrzasku - zauway Drizzt. - Gwnie gobliny i szare krasnoludy - odpar Belwar. -AClacker? Belwar rozoy bezradnie ramiona. - al mi ich wszystkich -jkn Drizzt, szczerze przeraony t perspektyw. - Nic na wiecie nie zadaje wikszych tortur ni mentalne szpony upiecw umysu. - Tak, mroczny elfie - wyszepta Belwar. Ilithidzi naparli na drzwi, a Drizzt pchn je z powrotem, mocniej zabezpieczajc zamek. - Gdzie idziemy? - spyta za jego plecami Belwar, za gdy Drizzt obrci si i rozejrza po dugiej i wskiej jaskini, zrozumia powd zmieszania nadzorcy kopaczy. Widzieli przynajmniej tuzin wyj, lecz w kadym z nich kbi si tum przeraonych niewolnikw lub grupa ilithidw. Za nimi rozlego si kolejne uderzenie, a pomidzy wrotami pojawia si kilkunastocentymetrowa szpara. - Po prostu id! - wrzasn Drizzt, odpychajc Belwara. Zbiegli w d szerok klatk schodow, po czym ruszyli przez popkane podoe, wybierajc drog, ktra jak najbardziej oddalaa ich od skalnego zamku. - Jestemy zagroeni ze wszystkich stron! - krzykn Belwar. - Przez niewolnikw i upiecw! - Niech maj si na bacznoci! - odpar Drizzt wycigajc sejmitary. Uderzy rkojeci jednego z nich goblina, ktry wszed mu w drog, za chwil pniej odci macki ilithidowi, ktry zacz wysysa mzg ze schwytanego duergarona. Wtedy przed Drizztem pojawi si kolejny byy niewolnik, tym razem wikszy. Drow natar na niego, lecz tym razem wstrzyma sejmitary. - Clacker! - Belwar zagrzmia za plecami Drizzta. -T...t... tylna... cz...jaskini-wyjkaa hakowa poczwara, a jej sowa byy ledwo zrozumiae. N... n... najlepsze wyjcie. - Prowad - odpowiedzia podekscytowany Belwar, do ktrego zacza powraca nadzieja. Nic nie stanie im na drodze, kiedy znowu s wszyscy razem. Kiedy jednak nadzorca kopaczy ruszy za swym ogromnym przyjacielem, zauway, e Drizzt nie poda za nimi. Z pocztku Belwar obawia si, e drow zosta trafiony umysowym uderzeniem, kiedy jednak doszed do Drizzta, zda sobie spraw, e jest inaczej. Na szczycie jednych z wielu schodw, ktre byy porozrzucane po caej jaskini, pojedyncza szczupa posta przedzieraa si przez grup niewolnikw i ilithidw. - Na bogw - mrukn z niedowierzaniem Belwar, poniewa siejce zniszczenie ruchy tej jednej osoby szczerze przeraziy gbinowego gnoma. Precyzyjne cicia i nage obroty bliniaczych mieczy nie budziy najmniejszego przeraenia w Drizzcie Do'Urden. Tak naprawd wzbudzay w modym mrocznym elfie znajome wspomnienia, ktre wywoay w sercu dawny bl. Spojrza na Bel-wara beznamitnym wzrokiem i wypowiedzia imi jedynego wojownika, ktry by w stanie wykonywa te manewry, jedyne imi, ktre mogo towarzyszy tak wspaniaej szermierce. - Zaknafein.

20 Ojciec, mj ojciec
Jak wiele kamstw powiedziaa mu Opiekunka Malice? Jak prawd mg Drizzt kiedykolwiek znale w pajczynie oszustwa, ktr spowite byo spoeczestwo droww? Jego ojciec nie zosta powicony Pajczej Krlowej! Zaknafein by tutaj, walczy na jego oczach, trzyma swe miecze rwnie biegle jak zawsze. - Co to jest? - zapyta Belwar. - Drow wojownik - ledwo zdoa wyszepta Drizzt. - Z twojego miasta, mroczny elfie? - spyta Belwar. - Wysany za tob? - Z Menzoberranzan - odpowiedzia Drizzt. Belwar czeka na wicej informacji, lecz Drizzt by zbyt zauroczony widokiem aka, by wdawa si w szczegy. - Musimy i - rzek w kocu nadzorca kopaczy. - Szybko - zgodzi si Clacker, wracajc do przyjaci. Gos hakowej poczwary brzmia teraz w sposb bardziej kontrolowany, jakby sama obecno towarzyszy Clackera pomagaa jego tosamoci pecza w cigej wewntrznej walce. - upiecy umysu organizuj obron. Wielu niewolnikw pado. Drizzt odsun si z zasigu kilofa Belwara. - Nie - powiedzia stanowczo. - Nie zostawi go! - Magga camarra, mroczny elfie! - wrzasn na niego Belwar. - Kto to jest? - Zaknafein Do'Urden! - odkrzykn Drizzt z wiksz zoci ni nadzorca kopaczy. Drizzt jednak ciszej dokoczy myl, poniewa sowa ledwo przechodziy mu przez cinite gardo. Mj ojciec. W chwili gdy Belwar i Clacker wymienili niedowierzajce spojrzenia, Drizzta ju nie byo, bieg w stron szerokich schodw. Na ich szczycie duch-widmo sta pord sterty ofiar, zarwno upiecw umysu, jak i niewolnikw, ktrzy mieli nieszczcie wej mu w drog. Kawaek dalej kilku ilithidw uciekao przed nieumarym potworem. Zaknafein zacz ich ciga, poniewa podali w kierunku skalnego zamku, drog, na ktr duch-widmo by zdecydowany od pocztku. Wewntrz ducha-widma rozbrzmiao jednak tysic magicznych alarmw, odwrci si wic gwatownie w stron schodw. Zblia si Drizzt. Nadesza w kocu chwila spenienia Zin-carla, cel oywienia Zaknafeina! - Fechmistrzu! - krzykn Drizzt, wbiegajc lekko na gr, by stan u boku ojca. Modszy drow kipia radoci, nie zdajc sobie sprawy, e stoi przed nim potwr. Kiedy jednak Drizzt zbliy si do aka, wyczu, e co jest nie w porzdku. By moe to dziwne wiato w oczach ducha-widma spowolnio popiech Drizzta. By moe fakt, e Zaknafein nie odpowiedzia na jego radosne zawoanie. Chwil pniej nadeszo wymierzone od dou cicie mieczem. Drizzt w jaki sposb zdoa na czas poderwa blokujcy sejmitar w gr. Pomimo zdumienia wci wierzy, e Zaknafein po prostu go nie rozpozna. - Ojcze! - krzykn. - To ja, Drizzt! Jeden miecz zanurkowa naprzd, za drugi zacz szeroki hak, po czym skierowa si nagle w stron boku Drizzta. Dorwnujc duchowi-widmie szybkoci, Drizzt opuci jeden sejmitar, by sparowa pierwszy atak, po czym zamachn si pozostaym, by odbi drugi. - Kim jeste? - Drizzt zapyta z desperacj i furi. Zasypaa go ulewa ciosw. Drizzt stara si zawzicie, by pozosta poza ich zasigiem, jednak wtedy Zaknafein uderzy od siebie i zdoa odepchn obydwa ostrza Drizzta na jedn stron. Zaraz potem poda drugi miecz ducha-widma z pchniciem wymierzonym prosto w serce Drizzta, pchniciem, ktrego Drizzt nie by w stanie zablokowa.

Na dole, u podstawy schodw, Belwar i Clacker krzyknli jednoczenie, sdzc, e ich przyjaciela czeka zguba. Zaknafein nie mg jednak cieszy si zwycistwem, poniewa skrad mu j instynkt owcy. Drizzt rzuci si na zbliajce ostrze, po czym obrci si i uchyli przed mierciononym ciosem Zaknafeina. Miecz musn go pod uchw, zostawiajc bolesn szram. Kiedy Drizzt zakoczy manewr i odzyska rwnowag pomimo nierwnoci schodw, nie okaza adnego znaku, e jest wiadomy rany. Gdy znw stan twarz w twarz z ojcem, w jego lawendowych oczach gorzay ognie. Zrczno Drizzta zdumiaa nawet jego przyjaci, ktrzy widzieli go wczeniej w walce. Po zakoczeniu ataku Zaknafein niemal natychmiast znw natar, lecz Drizzt by gotowy, zanim duch-widmo go dopad. - Kim jeste? - zapyta ponownie Drizzt. Tym razem jego gos by miertelnie powany. - Czym jeste? Duch-widmo parskn i rzuci si do ataku. Wierzc ponad wszelk wtpliwo, e to nie Zaknafein, Drizzt nie przegapi nadarzajcej si okazji. Cofn si do pierwotnej pozycji, odtrci miecz na bok i mijajc szarujcego przeciwnika, wykona pchnicie sejmitarem. Ostrze Drizzta przebio doskona kolczug i wbio si gboko w puco Zaknafeina, powodujc ran, ktra powstrzymaaby kadego miertelnego adwersarza. Zaknafein si jednak nie zatrzyma. Duch-widmo nie oddycha i nie czu blu. ak odwrci si do Drizzta i bysn do niego umiechem tak paskudnym, e nawet Opiekunka Malice wstaaby i zacza bi brawo. Wrciwszy na ostatni stopie schodw, Drizzt rozszerzy szeroko oczy ze zdziwienia. Widzia straszn ran, a Zaknafein, wbrew wszelkiej logice, wci na niego naciera, nawet nie mrugnwszy okiem. - Uciekaj! - Belwar krzykn z podstawy schodw. Na gbinowego gnoma rzuci si ogr, lecz na jego drodze stan Clac-ker i natychmiast zmiady mu gow ap. - Musimy i - Clacker powiedzia do Belwara, a czysto jego gosu zwrcia uwag nadzorcy kopaczy. Belwar widzia to wyranie w oczach hakowej poczwary - w tym krytycznym momencie Clacker by w wikszym stopniu peczem ni przed przemian przez czar polimorficzny czarodzieja. - Kamienie powiedziay mi o ilithidach zbierajcych si w zamku - wyjani Clacker, a gbinowy gnom nie by zdumiony faktem, e Clacker syszy gosy kamieni. - upiecy umysw wkrtce wyjd - cign Clacker - ku pewnej zgubie kadego niewolnika, ktry pozostanie w jaskini. Belwar nie wtpi w nawet jedno sowo, lecz dla svirfhebli lojalno bya waniejsza ni osobiste bezpieczestwo. - Nie moemy zostawi drowa - odpowiedzia przez zacinite zby. Clacker przytakn, zgadzajc si w peni i ruszy, by przegoni grup szarych krasnoludw, ktrzy podeszli zbyt blisko. - Uciekaj, mroczny elfie! - krzykn Belwar. - Nie mamy czasu! Drizzt nie sysza swego przyjaciela svirfhebli. Skoncentrowa si na zbliajcym fechmistrzu, potworze uosabiajcym jego ojca, w rwnym stopniu, jak Zaknafein koncentrowa si na nim. Ze wszystkich licznych zych uczynkw popenionych przez Opiekunk Malice aden, wedug Drizzta, nie by wikszy ni to obrzydlistwo. Malice w jaki sposb wypaczya t jedyn rzecz w wiecie Drizzta, ktra dawaa mu przyjemno. Drizzt wierzy, e Zaknafein nie yje, a ta myl bya wystarczajco bolesna. A teraz to. Byo to wicej, ni mody drow by w stanie znie. Caym sercem pragn walczy z tym potworem, za duch-widmo, nie stworzony do adnego innego celu ni ta walka, w peni si z nim zgadza. aden z nich nie zauway, e z rozcigajcej si powyej ciemnoci za plecami Zaknafeina opuszcza si ilithid. - Chod, potworze Opiekunki Malice - warkn Drizzt, ocierajc o siebie ostrza. - Chod i

poczuj moj bro. Zaknafein zatrzyma si zaledwie kilka krokw dalej i znw bysn swym paskudnym umiechem. Miecze poszy w gr, a duch-widmo wykona nastpny krok. Uderzenie ilithida przetoczyo si po nich obydwu. Na Zaknafeina nie podziaao, lecz Drizzt przyj na siebie ca si. Otoczya go ciemno, a powieki opaday mu cignite w d przez ogromny ciar. Usysza, jak jego sejmitary upadaj na kamienie, lecz by poza wszelkim innym zrozumieniem. Zaknafein parskn zwycisko, stukn o siebie mieczami i podszed do mdlejcego drowa. Belwar krzykn, lecz to potworny wrzask protestu Clacke-ra zabrzmia goniej, wznoszc si ponad harmider wypenionej walkjaskini. Wszystko to, co Clacker zna jako pecz, wrcio do niego, gdy ujrza, e drowa, ktry si z nim zaprzyjani, czeka zguba. Tosamo pecza staa si moe nawet silniejsza ni kiedykolwiek wczeniej. Zaknafein wykona pchnicie widzc, e jego bezbronna ofiara jest ju w odpowiedniej odlegoci, lecz uderzy twarz w kamienn cian, ktra pojawia si znikd. Duch-widmo cofn si, rozszerzajc szeroko oczy we frustracji. Rzuci si na cian i zacz w ni uderza piciami, lecz bya cakiem prawdziwa i solidna. Kamie cakowicie oddziela Zaknafeina od schodw i zamierzonej ofiary. U podstawy schodw Belwar skierowa oszoomione spojrzenie na Clackera. Svirfnebli sysza, e pecze mog przywoywa takie kamienne ciany. - Czy ty...? - wydysza nadzorca kopaczy. Pecz w ciele hakowej poczwary nie czeka wystarczajco dugo, by odpowiedzie. Clacker wbieg na gr, przeskakujc po cztery stopnie i delikatnie wzi Drizzta w swe wielkie ramiona. Pomyla nawet o podniesieniu sejmitarw drowa, po czym zbieg na d. - Biegnij! - Clacker nakaza nadzorcy kopaczy. - Na wszystko co ci mie, biegnij, Belwarze Dissengulpie! Gbinowy gnom rzeczywicie bieg, drapic si w gow kilofem. Clacker oczyci szerok ciek do tylnego wyjcia z jaskini - nikt nie mia stan na drodze jego wciekoci -i nadzorca kopaczy, ze swymi krtkimi nogami, z ktrych jedna bya nadwerona, mia trudnoci z nadeniem. Znajdujcy si za cian Zaknafein mg tylko przypuszcza, e unoszcy si w powietrzu ilithid, ten sam ktry powali Drizzta, zablokowa jego atak. Zaknafein obrci si do potwora i wrzasn powodowany czyst nienawici. Nadeszo kolejne uderzenie. Zaknafein podskoczy i jednym ciciem obci ilithidowi obydwie stopy. upieca umysu wznis si wyej, wysyajc do swych towarzyszy mentalne krzyki blu i zaniepokojenia. Zaknafein nie mg go dosign, a zwaywszy na innych ili-thidw, ktre nadcigay ze wszystkich stron, duch-widmo nie mia czasu, by uaktywni swj wasny czar lewitacji. Zaknafein wini tego stwora za swoj porak i nie mia zamiaru da mu uciec. Cisn mieczem rwnie precyzyjnie, jak wczni. Ilithid spojrza z niedowierzaniem na Zaknafeina, a nastpnie na wbite a do rkojeci w jego pier ostrze. Wiedzia, e jego ycie dobiego koca. upiecy umysu rzucili si na Zaknafeina, wyzwalajc swe oszaamiajce uderzenia. Duchowi-widmie pozosta tylko jeden miecz, jednak mimo to powala przeciwnikw na ziemi, dajc upust swojej frustracji w cinaniu ich omiornicowych gw. Drizzt uciek... na razie.

21 Stracony i odnaleziony
- Chwalcie Lloth! - wyjkaa Opiekunka Malice, wyczuwajc odleg rado ducha-widma. Ma Drizzta! - Matka opiekunka spojrzaa w jedn stron, pniej w drug, a jej trzy crki a si cofny, widzc potg emocji, ktre maloway si na jej twarzy. - Zaknafein znalaz waszego brata! Maya i Yierna umiechny si do siebie, zadowolone, e caa ta sprawa moe si w kocu wyjani. Od chwili rozpoczcia Zin-carla zwyczajowe i konieczne czynnoci Domu Do'Urden zostay praktycznie zawieszone i kadego dnia ich znerwicowana matka zapadaa si coraz bardziej w sobie, zaabsorbowana polowaniem ducha-widma. Po drugiej stronie pomieszczenia umiech Brizy ukazaby si w zupenie innym wietle kademu, kto by mu si przyjrza. Przedstawiaby niemal rozczarowanie. Na szczcie dla pierworodnej crki Opiekunka Malice bya zbyt zajta odlegymi wydarzeniami, by zwrci na to uwag. Matka opiekunka wpada gbiej w stan medytacji, w ktrym smakowaa czstk wciekoci. Miaa wiadomo, e jej blu-nierczy syn by tym, ktry otrzymywa w gniew. Malice oddychaa urywanymi sapniciami, gdy Zaknafein i Drizzt rozgrywali sw walk, a nagle matka opiekunka niemal cakowicie stracia dech. Co zatrzymao Zaknafeina. - Nie! - wrzasna Malice, zrywajc si ze swego ozdobnego tronu. Rozejrzaa si, szukajc kogo, kogo mona by uderzy lub czego, czym mona by rzuci. - Nie! - krzykna ponownie. To niemoliwe! - Drizzt uciek? - spytaa Briza, starajc si nie przekaza w swym gosie zadowolenia. Wzrok Malice powiedzia Brizie, e jej ton mg ujawni zbyt wiele jej myli. - Czy duch-widmo zosta zniszczony? - krzykna szczerze zaniepokojona Maya. - Nie zniszczony - odpara Malice, a w jej zwykle pewnym gosie sycha byo drenie. Jednak po raz kolejny wasz brat jest wolny! - Zin-carla jeszcze nie zawioda - stwierdzia Yierna, prbujc pocieszy poruszon matk. - Duch-widmo jest bardzo blisko - dodaa Maya, podejmujc pomys Yierny. Malice opada z powrotem na tron i otara z oczu pot. - Zostawcie mnie - nakazaa crkom, nie chcc, by oglday j w tak aosnym stanie. Malice wiedziaa, e Zin-carla pozbawiaa j ycia, poniewa kada myl, kada nadzieja, jej egzystencja zaleaa od sukcesu ducha-widma. Kiedy odeszy, Malice zapalia wiec i wzia mae, drogocenne lustro. Jake paskudn istot staa si przez tych kilka ostatnich tygodni. Niewiele jada, a jej dawniej gadkjak szko, mahoniow skr poprzecinay gbokie zmarszczki. Przez te kilka tygodni Opiekunka Malice postarzaa si bardziej ni przez cae poprzednie stulecie. - Stan si taka jak Opiekunka Baenre - wyszeptaa z odraz. - Wyniszczona i brzydka. Chyba po raz pierwszy w swoim dugim yciu Malice zacza si zastanawia nad sensem jej cigego poszukiwania potgi oraz aski bezlitosnej Pajczej Krlowej. Myli te znikny jednak rwnie szybko, jak si pojawiy. Opiekunka Malice zabrna zbyt daleko, by pozwala sobie na tak gupie wyrzuty. Dziki swej sile i powiceniu Malice zdobya dla swego domu status rodziny rzdzcej i zabezpieczya dla siebie miejsce w prestiowej radzie rzdzcej. Znalaza si jednak na skraju desperacji, niemal zamao j cige napicie ostatnich lat. Ponownie otara z oczu pot i spojrzaa w lusterko. Jake paskudn istot si staa. Drizzt jej to zrobi - powiedziaa sobie. To uczynki jej najmodszego syna rozgnieway Pajcz Krlow, jego blunier-stwo doprowadzio Malice na skraj zguby. - Dosta go, mj duchu - wyszeptaa Malice. W tej gniewnej chwili niezbyt dbaa o

przyszo, jak przygotuje dla niej Pajcza Krlowa. Bardziej ni czegokolwiek na wiecie Opiekunka Malice Do'Urden pragna mierci Drizzta. *** Biegli na lepo przez krte tunele, ywic nadziej, e nie pojawi si nagle przed nimi potwory. Majc tak blisko za sob niebezpieczestwo, trzej towarzysze nie mogli sobie pozwoli na zwyczajow ostrono. Mijay godziny, a oni wci biegli. Belwar, starszy ni jego przyjaciele i zmuszony do pokonywania dwch krokw na odcinku, gdzie Drizztowi potrzebny by jeden, zmczy si pierwszy, lecz nie spowalnia grupy. Clacker wzi nadzorc kopaczy na rami i ruszyli dalej. Kiedy w kocu zatrzymali si na pierwszy odpoczynek, nie mieli pojcia, jak wiele kilometrw pokonali. Zachowujcy przez cay czas podry milczenie i pogrony w melancholii Drizzt obj wart przy wejciu do maej jaskini, w ktrej rozbili tymczasowy obz. Dostrzegajc gboki bl przyjaciela, Belwar przybliy si do niego, by zaproponowa wsparcie. - Nie to, czego oczekiwae, mroczny elfie? - zapyta cicho nadzorca kopaczy. Nie usyszawszy odpowiedzi, Belwar naciska dalej - No wiesz, drow w jaskini. Czy powiedziae, e to twj ojciec? Drizzt zmierzy svirfhebli gniewnym spojrzeniem, lecz jego mina zelaa, gdy zda sobie spraw z troski Belwara. - Zaknafein - wyjani Drizzt. - Zaknafein Do'Urden, mj ojciec i nauczyciel. To on nauczy mnie walczy i instruowa przez cae ycie. Zaknafein by moim jedynym przyjacielem w Menzoberranzan, jedynym znanym mi kiedykolwiek drowem, ktry dzieli moje pogldy. - Chcia ci zabi - stwierdzi beznamitnie Belwar. Drizzt skrzywi si, a nadzorca kopaczy szybko zaoferowa mu troch nadziei - Moe ci nie rozpozna? - By moim ojcem - powtrzy Drizzt. - Moim najbliszym towarzyszem przez dwie dekady. - A wic dlaczego, mroczny elfie? - To nie by Zaknafein - odpowiedzia Drizzt. - Zaknafein nie yje, powicony przez moj matk Pajczej Krlowej. - Magga camarra - wyszepta Belwar przeraony tym wyznaniem zwizanym z rodzicami Drizzta. Otwarto z jak Drizzt mwi o tym potwornym uczynku doprowadzia nadzorc kopaczy do przekonania, e owa ofiara nie bya niczym niezwykym w miecie droww. Po grzbiecie Belwara przebieg dreszcz, dla dobra cierpicego przyjaciela zdusi jednak swoje odruchy. -Nie wiem jeszcze, jakiego potwora Opiekunka Malice podstawia za Zaknafeina - cign Drizzt, nie zauwaajc niepokoju Belwara. - Gronego przeciwnika, czymkolwiek jest - zauway gbinowy gnom. Wanie to byo przedmiotem troski Drizzta. Wojownik, z ktrym walczy w jaskini ilithidw, porusza si z precyzj i niewtpliwym stylem Zaknafeina Do'Urden. Racjonalna strona Drizzta zaprzeczaa, e Zaknafein mgby si obrci przeciwko niemu, jednak serce mwio mu, e potwr, z ktrym skrzyowa miecze, istotnie by jego ojcem. - Jak to si skoczyo? - Drizzt spyta po dugiej pauzie. Belwar spojrza na niego z zaciekawieniem. - Walka - wyjani Drizzt. - Pamitam ilithida, lecz nic wicej. Belwar wzruszy ramionami i popatrzy na Clackera. - Zapytaj jego - odpar. - Pomidzy tob a twoimi przeciwnikami pojawia si kamienna ciana, lecz mog tylko zgadywa, skd si tam wzia. Clacker usysza rozmow i przysun si do swoich przyjaci. - Jaja tam postawiem powiedzia wci doskonale czystym gosem. - Moce pecza? - spyta Belwar. Gbinowy gnom sysza o zwizanych z kamieniami zdolnociach peczy, jednak nie rozumia dokadnie, co zrobi Clacker.

- Jestemy pokojow ras- zacz Clacker zdajc sobie spraw, e moe to by jego jedyna szansa opowiedzenia przyjacioom o swoim ludzie. Byo w nim wci wicej pecza ni wczeniej po polimorfii, czu jednak ju zakradajce si dze hakowej poczwary. - Pragniemy jedynie obrabia kamie. To nasze powoanie i zamiowanie. Wraz z symbioz z ziemi przychodzi natomiast miara potgi. Kamienie mwi do nas i pomagaj nam. Drizzt spojrza z chytr min na Belwara. - Jak z ywioa-kiem ziemi, ktrego kiedy postawie przeciwko mnie. Belwar parskn zawstydzonym miechem. - Nie - rzek trzewo Clacker, nie dajc si zbi z tropu. -Gbinowe gnomy rwnie mog przyzywa moce ziemi, jednak jest to inny zwizek. Mio svirfhebli do kamieni jest tylko jedn z ich rnorodnych definicji szczcia. - Clacker odwrci wzrok od towarzyszy i spojrza na kamienn cian. - Pecze s brami ziemi. Ona pomaga nam, a my jej, bez powodu. - Mwisz o ziemi tak, jakby bya wiadom istot - zauway Drizzt bez sarkazmu, po prostu z ciekawoci. - Tak jest, mroczny elfie - odpar Belwar, wyobraajc sobie, jak Clacker musia wyglda przed spotkaniem z czarodziejem. - Dla tych, ktrzy potrafi j sysze. Wielka, dziobata gowa Clackera przytakna. - Svirfhebli sysz odleg pie ziemi - rzek. Pecze mog mwi bezporednio do niej. Drizzt nie potrafi tego zrozumie. Wierzy w szczero sw swych towarzyszy, jednak drowy nie byy tak zwizane ze skaami Podmroku jak svirfhebli i pecze. Mimo to, jeli potrzebowa jakiego dowodu na to, o czym wspominali Belwar i Clacker, musia jedynie przypomnie sobie dawn walk z y-wioakiem ziemi Belwara lub te wyobrazi sobie cian, ktra pojawia si znikd, by odgrodzi jego przeciwnikw w jaskini ilithidw. - Co kamienie mwi ci teraz? - Drizzt spyta Clackera. -Czy oddalilimy si od naszych wrogw? Clacker przesun si i przyoy ucho do ciany. - Sowa s teraz niewyrane - powiedzia z wyranym smutkiem. Jego towarzysze zrozumieli powd. Ziemia nie mwia mniej wyranie, to such Clackera, zakcany przez powrt hakowej poczwary, zacz zanika. - Nie sysz pocigu - cign Clacker. - Jednak nie jestem pewny, czy mog ufa swoim uszom. - Parskn nagle, odwrci si i odszed na przeciwlegy koniec groty. Drizzt i Belwar wymienili zatroskane spojrzenia, po czym podeszli do niego. - O co chodzi? - nadzorca kopaczy omieli si zapyta hakow poczwar, chocia mg to odgadn. - Upadam - odpowiedzia Clacker, a pogorszenie si jego gosu jedynie akcentowao to stwierdzenie. - W jaskini ilithi-dw byem peczem w wikszym stopniu ni kiedykolwiek przedtem. Byem peczem w wskim rozumieniu. Byem ziemi. Belwar i Drizzt wydawali si nie rozumie. - cia... ciana - prbowa wyjani Clacker. - Wzniesienie takiej ciany jest zadaniem, ktre moe wykona tylko g... g... grupa starszych peczy, przeprowadzajc razem skomplikowane rytuay. - Clacker przerwa i potrzsn gwatownie gow, jakby prbowa pozby si swej potwornej czci. Uderzy cik ap w cian i zmusi si do kontynuacji. - Mimo to udao mi si to zrobi. Staem si kamieniem i jedynie lekko poruszyem rk, by zatrzyma wrogw Drizzta! -A teraz to odchodzi - powiedzia cicho Drizzt. - Pecz znw ci umyka, pogrzebany pod instynktami hakowej poczwary. Clacker odwrci wzrok i w odpowiedzi znw uderzy ap w cian. Co go w tym cieszyo, wic uderzy jeszcze raz, i znw... stuka rytmicznie, jakby prbowa utrzyma sw dawn tosamo. Drizzt i Belwar wyszli z groty do korytarza, by zapewni swemu wielkiemu przyjacielowi odrobin prywatnoci. Krtk chwil pniej zauwayli, e dudnienie skoczyo si, a Clacker wystawi sw ogromn gow na zewntrz. Jego wielkie, ptasie oczy pene byy smutku. Wyjkane przez niego sowa wywoay dreszcze na grzbietach jego przyjaci, odkryli bowiem, e nie mog zaprzeczy ani jego sposobowi rozumowania, ani jego pragnieniu. - P... prosz, z... z... zabijcie mnie.

Cz 5 DUSZA
Dusza. Nie mona jej zama ani skra. Pogrona w desperacji ofiara moe sdzi inaczej i z pewnocijej pan " chce, by w to wierzya. Tak naprawd jednak dusza pozostaje. Czasami zostaje zagrzebana, tcz nigdy nie zanika w peni. Jest to faszywe przewiadczenie o Zin-carla oraz niebezpieczestwie, jakie pociga za sob wiadome oywienie. Doszedem do przekonania, e kapanki uwaaj to za najwyszy dar Pajczej Krlowej, ktra wada drowami. Nie sdz. Lepiej nazywa Zin-carla najwikszym kamstwem Lloth. Fizyczne moce ciaa nie mog zosta oddzielone od racjonalnego rozumowania oraz emocji pyncych z serca. S jednym i tym samym, tworz razem pojedyncz istot. To w harmonii tych trzech rzeczy - ciaa, umysu i serca - odnajdujemy dusz. Jak wielu tyranw prbowao? Jak wielu wadcw pragno zredukowa swoich poddanych do prostych, bezmylnych instrumentw, sucych do osigania zysku i korzyci? Kradli swemu ludowi mio i religi, prbowali ukra dusz. Ich poraka jest nieunikniona. Musz w to wierzy. Jeli pomie wiecy duszy zostanie zgaszony, pozostaje jedynie mier i tyran nie osignie korzyci z krlestwa zasanego zwokami. Ten pomie duszy jest jednak elastyczny, nieposkromiony i wiecznie walczy. Przynajmniej w niektrych jest w stanie przetrwa, ku niezadowoleniu tyrana. Gdzie wic by Zaknafein, mj ojciec, kiedy stara si mnie zniszczy? Gdzie byem ja podczas lat spdzonych w dziczy, kiedy w owca, ktrym si staem, zalepia moje serce i czsto kierowa moj trzymajc miecz do przeciwko moim wiadomym yczeniom? Doszedem do wniosku, e obydwaj bylimy tam przez cay czas, pogrzebani, lecz jednak cigle obecni. Dusza. W kadym jzyku w Krainach, na powierzchni i w Podmroku, w kadym czasie i miejscu, w sowie tym sycha si i determinacj. Jest to sil bohatera, pogodno matki oraz pancerz biedaka. Nie mona jej zama i nie mona jej zabra. Musz w to wierzy. - Drizzt Do 'Urden

22 Bez kierunku
Cicie mieczem byo zbyt szybkie, by goblin niewolnik zdy nawet krzykn z przeraenia. By ju martwy, jeszcze zanim dotkn podogi. Zaknafein przeszed przez jego grzbiet i szed dalej. Droga do tylnego wyjcia z wskiej jaskini staa otworem przed duchem-widmem, zaledwie dziesi metrw dalej. W chwili gdy nieumary wojownik odchodzi od swej ostatniej ofiary, przed nim pojawia si wkraczajca wanie do jaskini grupa ilithidw. Zaknafein parskn i nie odwrci si, ani nawet nie zwolni. Jego rozumowanie i kroki byy proste - Drizzt wyszed tdy, a on pjdzie za nim. Wszystko co znajdzie si na jego drodze, padnie od miecza. - Pozwlcie mu przej! - dobieg telepatyczny krzyk z kilku czci jaskini, pochodzcy od innych upiecw umysu, ktrzy widzieli Zaknafeina w akcji. - Nie moecie go pokona! Niech drow wyjdzie! - upiecy umysu ju do si naogldali mierciononych ostrzy ducha-widma, ponad tuzin z ich grona pado ju z rki Zaknafeina. Nowa grupa stojca przed Zaknafeinem nie zlekcewaya powagi telepatycznych prb. Najszybciej jak mogli rozstpili si na boki - oprcz jednego. Rasa ilithidw opieraa swoje istnienie na pragmatyzmie odnajdywanym w wielkich tomach oglnej wiedzy. upiecy umysu uwaali podstawowe emocje, jak duma, za sabe punkty. W tym przypadku znowu okazao si to prawd. Pojedynczy ilithid zaatakowa ducha-widmo zdecydowany, e nikomu nie mona pozwoli uciec. Chwil pniej, po czasie potrzebnym na jedno precyzyjne zamachnicie si mieczem, Zaknafein stan na piersi lecego stwora, po czym ruszy dalej w dzicz Podmroku. aden inny ilithid nie wykona ruchu, by go powstrzyma. Zaknafein przykucn i zacz si zastanawia nad tras. Drizzt podrowa tym tunelem, zapach by wiey i wyrany. Mimo to, zmuszony do prowadzenia dokadnego pocigu, Zaknafein, ktry musia czsto przystawa i sprawdza trop, nie mg porusza si tak szybko, jak jego zamierzona ofiara. Jednak, w przeciwiestwie do Zaknafeina, Drizzt musia odpoczywa. *** - Stjcie! - ton rozkazu Belwara nie pozostawia miejsca na spory. Drizzt i Clacker zastygli w bezruchu, zastanawiajc si, co tak nagle zaniepokoio nadzorc kopaczy. Belwar podszed do ciany i przyoy do niej ucho. - Buty - wyszepta, wskazujc na kamie. - Rwnolegy tunel. Drizzt rwnie doszed do ciany i nasuchiwa uwanie, jednak cho jego zmysy byy ostrzejsze ni u niemal kadego mrocznego elfa, nie by w stanie dorwna gbinowemu gnomowi, ktry odczytywa wibracje ska. - Ilu? - spyta. - Kilku - odpowiedzia Belwar, lecz wzruszenie przez niego ramionami powiedziao Drizztowi, e to tylko przybliony szacunek. - Siedmiu - powiedzia stojcy kilka krokw dalej przy cianie Clacker - duergarowie, szare krasnoludy uciekajce przed ilithidami, tak jak my. - Skd moesz... - zacz Drizzt, lecz przerwa, przypominajc sobie, co Clacker powiedzia mu na temat mocy peczy. - Czy tunele si przecinaj? - Belwar zapyta hakow poczwar. - Czy moemy unikn spotkania z duergarami? Clacker odwrci si do skay, poszukujc odpowiedzi. -Tunele cz si niedaleko std -

odpar - a pniej id jako jeden. - A wic jeli tu zostaniemy, szare krasnoludy najprawdopodobniej pjd dalej wywnioskowa Belwar. Drizzt nie by tak pewny rozumowania gbinowego gnoma. - My i duergarowie mamy wsplnego wroga - zauway Drizzt, po czym nagle rozszerzy oczy, wpadajc nagle na pomys. - Sprzymierzecy? - Wprawdzie duergarowie i drowy czsto podruj razem, szare krasnoludy zwykle nie sprzymierzaj si ze svirfnebli -przypomnia mu Belwar. - Albo z hakowymi poczwarami, jak przypuszczam! - Ta sytuacja jest daleka od zwykej - szybko odpar Drizzt. - Jeli duergarowie uciekaj przed upiecami umysu, to najprawdopodobniej nie s dobrze wyekwipowani i nie maj broni. Mog zechcie takiego sojuszu dla dobra obydwu grup. - Nie sdz, eby byli tak przyjacielscy, jak zakadasz - odpowiedzia Belwar z sarkastycznym umieszkiem. - Zgadzam si jednak, e ten wski tunel nie jest zbyt dobrym miejscem do obrony, poniewa bardziej odpowiada wzrostowi duergara ni dugim ostrzom drowa i jeszcze duszym rkom hakowej poczwary. - Jeli duergar zawrc na rozwidleniu i skieruj si w nasz stron, bd mie przewag. - Dojdmy wic do rozwidlenia - powiedzia Drizzt. -I zobaczmy, co si stanie. Trzej towarzysze weszli wkrtce do maego, owalnego pomieszczenia. Kolejny tunel, ten ktrym podrowali duergarowie, wchodzi do groty tu przy tunelu towarzyszy, za po drugiej stronie wychodzi trzeci korytarz. Przyjaciele weszli w cie tego najdalszego tunelu, a w ich uszach rozbrzmiewao szuranie butw. Chwil pniej do owalnego pomieszczenia weszo siedmiu duergarw. Byli obszarpani, jak przypuszcza Drizzt, lecz nie bezbronni. Trzech trzymao paki, jeden mia sztylet, dwch miecze, za ostatni dwa due kamienie. Drizzt zatrzyma swych przyjaci i wyszed naprzd, by powita obcych. Wprawdzie drowy i duergarowie nie przepadali za sob, obydwie rasy czsto formoway wzajemne sojusze. Drizzt przypuszcza, e szans na zawizanie pokojowego przymierza bd wiksze, jeli wyjdzie sam. Jego nage pojawienie si zaskoczyo znuone szare krasno-ludy. Zaczli si szamota, prbujc uformowa jaki szyk obronny. Wznieli w gr miecze i paki, za krasnolud trzymajcy kamienie cofn rami do rzutu. - Witajcie, duergarowie - rzek Drizzt z nadziej, e szare krasnoludy zrozumiej jego jzyk. Opar donie na rkojeciach tkwicych w pochwach sejmitarw i wiedzia, e jeeli zajdzie taka potrzeba, bdzie w stanie szybko je wycign. - Kim moesz by? -jeden z trzymajcych miecze szarych krasnoludw spyta urywanym, lecz zrozumiaym jzykiem dro-ww. - Uciekinierem, jak wy - odpowiedzia Drizzt. - Umykajcym przed niewol okrutnych upiecw umysu. - Wic wiesz, e si spieszymy - warkn duergar. - Zejd nam z drogi! - Oferuj wam sojusz - powiedzia Drizzt. - Z pewnoci wiksza liczba tylko nam pomoe, gdy przyjd ilithidzi. - Siedmiu to rwnie dobrze jak omiu - odpar uparcie duergar. Stojcy za mwc miotacz kamieni gronie macha rk. - Ale nie tak dobrze jak dziesiciu - stwierdzi spokojnie Drizzt. - Masz przyjaci? - zapyta duergar, zmieniajc zauwaalnie ton. Rozejrza si nerwowo, szukajc ladw zasadzki. -Wicej droww? - Niezupenie - odpowiedzia Drizzt. - Ja go widziaem! - krzykn inny z grupy, rwnie w jzyku droww, zanim Drizzt mg zacz wyjania. - Ucieka z dziobatym potworem i svirfhebli. - Gbinowy gnom! - przywdca duergar splun Drizztowi pod nogi. - To nie jest przyjaciel duergarw ani droww! Drizzt chtnie pozwoliby w tym momencie, by propozycja ulega zapomnieniu, by on i jego

przyjaciele poszli swoj drog, szare krasnoludy swoj. Zasuona reputacja duergarw nie okrelaa ich jednak jako szczeglnie pokojowo nastawionych czy nadmiernie inteligentnych. Majc niedaleko za plecami ilithidw, banda szarych krasnoludw nie potrzebowaa nowych wrogw. Kamie polecia w stron gowy Drizzta, lecz sejmitar odbi pocisk na bok. - Bivrip! - dobieg z tunelu krzyk nadzorcy kopaczy. Pojawili si Belwar i Clacker, ani troch nie zaskoczeni rozwojem wypadkw. W Akademii droww Drizzt, jak wszystkie mroczne elfy, spdzi cae miesice poznajc zwyczaje i sztuczki szarych krasnoludw. Ten trening go teraz ocali, poniewa mg pierwszy uderzy, otaczajc wszystkich siedmiu niewysokich przeciwnikw nieszkodliwymi purpurowymi pomieniami ognia faerie. Niemal w tej samej chwili trzech duergarw znikno z pola widzenia, stosujc swj wrodzony talent niewidzialnoci. Purpurowe ognie jednak pozostay, wyranie obrysowujc niewidoczne krasnoludy. Kolejny kamie przelecia przez powietrze, by uderzy Clackera w pier. Opancerzony potwr umiechnby si na tak aosn form ataku, gdyby tylko dzib mg si umiecha, tak wic Clacker dalej kierowa si w rodek krasnoludw. Miotacz kamieni i trzymajcy n uciekli hakowej poczwarze z drogi, poniewa nie mieli broni, ktra byaby w stanie zrani opancerzonego giganta. Majc dostp do innych przeciwnikw, Clacker pozwoli im odej. Okryli pomieszczenie, idc prosto na Belwara, bowiem uwaali svirfhebli za najatwiejszego do pokonania. Zamachnicie kilofem powstrzymao gwatownie ich natarcie. Nieuzbrojony duergar rzuci si naprzd, prbujc chwyci rk. Belwar przewidzia jego zamiary i wysun rk z motem, uderzajc go prosto w twarz. Poleciay iskry, roztrzaskay si koci, a szara skra spalia si i zuszczya. Duergar uciek w ty i miota si szaleczo, trzymajc za zranion twarz. Ten ze sztyletem nie by ju taki pewny siebie. Na Drizzta rzucio si dwch niewidzialnych duergarw. Dziki obrysowi sylwetek Drizzt mg mniej wicej widzie ich ruchy i szybko uzna, i s to ci z mieczami. Drizzt by jednak w zdecydowanie niekorzystnej sytuacji, nie by bowiem w stanie odrni subtelnych pchni i ci. Cofn si zwikszajc dystans pomidzy sob a swymi towarzyszami. Wyczu atak i wysun sejmitar do parowania, umiechajc si ze swego szczcia, gdy usysza brzk broni. Szary krasnolud pojawi si na krciutk chwil tylko po to, by bysn do Drizzta paskudnym umiechem, po czym znw szybko si rozpyn. - Jak wiele razy bdziesz w stanie zablokowa? - spyta pewnym siebie gosem drugi niewidzialny duergar. - Wicej ni sdzisz - odpowiedzia Drizzt i teraz nadesza chwila, by drow si umiechn. Wyczarowana przez niego kula absolutnej ciemnoci spowia wszystkich trzech walczcych, pozbawiajc duergar przewagi. W szalonym popiechu bitwy dzikie instynkty hakowej poczwary w peni przejy kontrol nad dziaaniami Clackera. Gigant nie rozumia znaczenia pustych purpurowych pomieni, ktre otaczay trzeciego niewidzialnego duergara i zamiast tego, rzuci si na dwch pozostaych szarych krasnoludw, trzymajcych paki. Zanim hakowa poczwara zdya si tam dosta, w jego kolano uderzya paka, a niewidzialny duergar zachichota radonie. Pozostali dwaj zaczli znika z pola widzenia, lecz Clac-ker nie zwraca ju na nich uwagi. Niewidoczna paka znw trafia, tym razem w ydk hakowej poczwary. Optany przez instynkty rasy, ktra nigdy nie troszczya si o finezj, Clacker zawy i upad przed siebie, grzebic pod swoj masywn piersi purpurowe pomienie. Hakowa poczwara podskoczya i opada kilka razy, dopki nie usatysfakcjonowao jej, e niewidzialny przeciwnik zosta ostatecznie zmiadony. Wtedy jednak na ty gowy hakowej poczwary spad deszcz uderze pakami. Trzymajcy sztylet duergar nie by nowicjuszem w walce. Jego ataki miay posta

wymierzonych pchni, co zmuszao Belwara, dziercego cisz bro, do brania inicjatywy. Gbinowe gnomy nienawidziy duergar rwnie silnie, jak duergar nienawidzili gbinowych gnomw, jednak Belwar nie by gupcem. Wymachiwa kilofem tylko po to, by utrzyma wroga w bezpiecznej odlegoci, podczas gdy do-mot pozostawaa w gotowoci. Tak wic ci dwaj walczyli przez kilka chwil nie uzyskujc korzyci, obydwaj pozwalali, by to ten drugi zrobi pierwszy bd. Kiedy hakowa poczwara krzykna z blu, a Drizzt znikn z pola widzenia, Belwar zosta zmuszony do dziaania. Zachwia si do przodu, udajc potknicie, po czym, gdy jego kilof opada w d, wymierzy motem przed siebie. Duergar zauway podstp, nie mg jednak zlekceway oczywistej luki w obronie svirfnebli. Sztylet przeszed ponad kilofem, kierujc si prosto w gardo Belwara. Nadzorca kopaczy rzuci si rwnie szybko w ty i unis jednoczenie nog, trafiajc duergara w podbrdek. Szary kra-snolud wci jednak par do przodu, a czubek sztyletu wyznacza mu drog. Belwar podnis kilof zaledwie na uamek sekundy przed tym, jak zbkowana bro dotara do jego garda. Nadzorca kopaczy zdoa odepchn rami duergara, lecz jego spora waga cisna ich ze sob, a ich twarze znalazy si zaledwie kilka centymetrw od siebie. - Mam ci! - krzykn duergar. - Masz to! - warkn w odpowiedzi Belwar i w wystarczajcym stopniu uwolni sw domot, by wprawdzie z krtkiego zamachu, lecz silnie uderzy duergara w ebra. Krasnolud uderzy Belwara czoem w twarz, za Belwar w odpowiedzi ugryz go w nos. Potoczyli si razem na ziemi, plujc i walczc, stosujc kad bro, jak mogli znale. Kierujc si jedynie brzkiem ostrzy, jaki dochodzi z wewntrz kuli ciemnoci Drizzta, obserwator mgby stwierdzi, e walczy tam tuzin wojownikw. Szalone tempo uderze byo wyczn zasug Drizzta Do'Urden. W takiej sytuacji, walczc na lepo, drow zdawa sobie spraw, e najlepszym wyjciem bdzie utrzymywa wszystkie ostrza jak najdalej od wasnego ciaa. Jego sejmitary uderzay niezmordowanie w doskonaej harmonii, wci spychajc szare krasnoludy w ty. Kada z rk walczya ze swoim przeciwnikiem, utrzymujc szare krasnoludy dokadnie przed Drizztem. Drow wiedzia, e jeli jeden a nich zdoa przej w bok, on sam znajdzie si w powanych kopotach. Kady zamach sejmitarem wywoywa brzk metalu, a kada mijajca sekunda dawaa Drizztowi wiksze zrozumienie zdolnoci przeciwnikw oraz ich strategii ataku. yjc w Podmroku Drizzt wielokrotnie walczy na lepo, a w przypadku bazyliszka mia nawet nacignity na twarz kaptur. Przytoczeni sam szybkoci atakw drowa duergarowie mogli jedynie cofa i wysuwa swoje miecze w nadziei, e sejmitary si nie przelizgn przez ich zason. Ostrza dzwoniy, gdy dwaj duergarowie zawzicie parowali i unikali. Nagle pojawi si dwik, ktrego Drizzt oczekiwa: odgos sejmitara wbijajcego si w ciao. Chwil pniej jeden z mieczy brzkn o ziemi, a jego waciciel popeni fataln pomyk i krzykn z blu. W tej chwili na powierzchni wyoni si owca, ktry skoncentrowa si na tym krzyku, a jego sejmitar wystrzeli prosto do przodu, rozbijajc zby krasnoluda i wychodzc mu tyem gowy. owca odwrci si w furii do drugiego duergara. Jego ostrza wiroway w rozmytych, pkolistych ruchach, dookoa i dookoa, nagle jeden z nich wystrzeli do przodu w pchniciu zbyt szybkim, by mona je byo zablokowa. Trafi duergara w rami, powodujc gbok ran. - Daruj! Daruj! - krzykn szary krasnolud, nie chcc skoczy tak samo jak jego towarzysz. Drizzt usysza, jak nastpny miecz upada na ziemi. - Prosz, mroczny elfie! Na te sowa drow zagrzeba swe instynktowne dze. - Akceptuj twoje poddanie si - odpar Drizzt i zbliy si do przeciwnika, przykadajc do piersi szarego krasnoluda czubek sejmitara, Razem wyszli z obszaru zaciemnionego czarem Drizzta. Gow Clackera zala palcy bl, kady cios wysya fal cierpienia. Hakowa poczwara wydaa z siebie zwierzcy warkot i rzucia si szaleczo do dziaania, podnoszc si ze

zmiadonego duergara i obracajc si w stron wrogw. Paka duergara znw trafia, lecz Clacker by w tej chwili poza uczuciem blu. Cika apa trafia w purpurowy obrys, w czaszk niewidzialnego duergara. Szary krasnolud natychmiast pojawi si na widoku, poniewa koncentracja niezbdna do utrzymania stanu niewidzialnoci zostaa skradziona przez mier, najgorszego ze wszystkich zodziei. Pozostay duergar odwrci si do ucieczki, lecz wcieka hakowa poczwara poruszaa si szybciej. Clacker chwyci ap szarego krasnoluda i podnis go w gr. Skrzeczc niczym szalony ptak, hakowa poczwara cisna niewidzialnym przeciwnikiem o cian. Duergar znw sta si widoczny, lea poamany u podstawy kamiennej ciany. Przed hakow poczwar nie byo adnego z wrogw, lecz dziki gd Clackera by jeszcze daleki od zaspokojenia. Wtedy z ciemnoci wyoni si Drizzt wraz z rannym duergarem i poczwara potoczya si w ich stron. Przygldajc si walczcemu Belwarowi, Drizzt nie zdawa sobie sprawy z zamiarw Clackera, dopki wizie duergar nie wrzasn przeraony. Wtedy jednak byo ju za pno. Drizzt obserwowa, jak gowa winia wlatuje z powrotem w kul ciemnoci. - Clacker! - wrzasn w protecie drow. Nastpnie Drizzt musia uchyli si i cofn, ratujc wasne ycie, poniewa w jego stron zmierzaa druga wielka apa. Wyczuwajc w pobliu now zdobycz, hakowa poczwara nie rzucia si za drowem w ciemno. Belwar i trzymajcy sztylet duergar byli zbyt pochonici wasnymi zmaganiami, by zauway zbliajcego si szalonego olbrzyma. Clacker pochyli si nisko, chwyci walczcych w swe wielkie ramiona i cisn ich obu w gr. Na swoje nieszczcie duergar spada w d pierwszy, a Clacker szybko uderzy go w locie, posyajc na drug stron jaskini. Belwar dowiadczyby podobnego losu, lecz nastpny cios hakowej poczwary powstrzymay skrzyowane sejmitary. Sia giganta spowodowaa, e Drizzt cofn si o kilka krokw, lecz parowanie osabio cios na tyle, by Belwar spad obok. Mimo to nadzorca kopaczy uderzy ciko o ziemi i przez dug chwil by zbyt oszoomiony, by zareagowa. - Clacker! - krzykn znw Drizzt, gdy gigant podnis nog, wyranie zamierzajc zmiady Belwara na placek. Wykorzystujc ca sw szybko i zrczno, Drizzt rzuci si za plecy hakowej poczwary, pad na ziemi i uderzy Clackera w kolano, jak w ich pierwszym spotkaniu. Prbujc stan na lecym svirnebli, Clacker by ju troch pozbawiony rwnowagi, wic Drizzt z atwoci przewrci go na ziemi. W mgnieniu oka drow wskoczy potworowi na pier i wsun czubek sejmitara pomidzy fady pancerza. Drizzt uchyli si przed niezdarnym zamachem, wci prbujcego walczy Clackera. Drow nienawidzi tego, co musia zrobi, lecz nagle hakowa poczwara uspokoia si i spojrzaa na niego ze szczerym zrozumieniem. - Z... z... zrb to - rozlega si znieksztacona proba. Przeraony Drizzt zerkn na Bel wara, szukajc wsparcia. Podnisszy si nadzorca tylko odwrci wzrok. - Clacker? - Drizzt spyta hakow poczwar. - Czy znw jeste Clackerem? Potwr zawaha si, po czym skin lekko dziobat gow. Drizzt zeskoczy z niego i rozejrza si po pobojowisku. -Chodmy - powiedzia. Clacker lea jeszcze przez chwil, rozmylajc nad ponurymi konsekwencjami, jakie mogo przynie darowanie mu ycia. Podczas walki tosamo hakowej poczwary w peni przeja kontrol nad wiadomoci Clackera. Wiedzia, e te dzikie instynkty czaj si tu pod powierzchni, czekajc na nastpn okazj, by znale pewne zaczepienie. Jak wiele razy jego tosamo pecza bdzie w stanie zwalczy te instynkty? Clacker uderzy w ska, a ten potny cios spowodowa, e na pododze jaskini pojawiy si pknicia. Z wielkim wysikiem znuony gigant wsta. Pogrony we wstydzie Clacker nie spoglda na swych towarzyszy, lecz tylko znikn w tunelu, a kady jego donony krok uderza niczym mot w gwd tkwicy w sercu Drizzta Do'Urden. - Moe powiniene by to zakoczy, mroczny elfie - zasugerowa Belwar, podchodzc do

niego. - Ocali mi ycie w jaskini ilithidw - odpar ostro Drizzt. -I by lojalnym przyjacielem. - Prbowa mnie zabi, ciebie te - powiedzia ponuro gbinowy gnom. - Magga camarra. - Jestem jego przyjacielem! - warkn Drizzt, chwytajc svirfhebli za rami. - Prosisz, ebym go zabi? - Prosz, aby zachowa si jak jego przyjaciel - odrzek Belwar, po czym oswobodzi si z ucisku i ruszy za Clacker rem do tunelu. Drizzt znowu zapa nadzorc kopaczy i szorstko go obrci. - Bdzie jeszcze gorzej, mroczny elfie - powiedzia spokojnie Belwar, widzc grymas Drizzta. - Z kadym mijajcym dniem czar trzyma go coraz mocniej. Clacker znw sprbuje nas zabi, za jeli mu si uda, wiadomo tego, co uczyni, zniszczy go w wikszym stopniu, ni zrobiyby to twoje ostrza! - Nie mog go zabi - powiedzia Drizzt pozbywszy si ju gniewu. - Ani ty. - Wic musimy go zostawi - odpowiedzia gbinowy gnom. - Musimy pozwoli Clackerowi odej swobodnie do Podmroku, by y jako hakowa poczwara. Tym si z pewnoci stanie, ciaem i dusz. - Nie - rzek Drizzt. - Nie moemy go zostawi. Jestemy jego jedyn szans. Musimy mu pomc. - Czarodziej nie yje - przypomnia mu Belwar, po czym odwrci si i znw ruszy za Clackerem. - S inni czarodzieje - odpar pod nosem Drizzt, tym razem nie prbujc zatrzymywa nadzorcy kopaczy. Drow przymruy oczy i schowa sejmitary do pochew. Drizzt wiedzia, co musi zrobi, jaka bdzie cena jego przyjani z Clackerem, lecz myl ta zbyt go niepokoia, by mg j zaakceptowa. Istotnie w Podmroku byli inni czarodzieje, lecz szans ich spotkania byy mniej ni mizerne, za magw zdolnych odwrci polimorfi byy jeszcze mniejsze. Drizzt wiedzia jednak, gdzie mona znale takich czarodziejw. Myl o powrocie do ojczyzny nawiedzaa Drizzta przy kadym kroku, ktry on i jego towarzysze przebyli tego dnia. Znajc konsekwencje swojej decyzji o opuszczeniu Menzoberranzan, Drizzt nie chcia ju nigdy wicej zobaczy tego miejsca, nie chcia znw spoglda na ten mroczny wiat, ktry go w takim stopniu przekl. Drizzt wiedzia jednak, e jeli teraz nie zdecyduje si na powrt, wkrtce bdzie wiadkiem jeszcze gorszego widoku ni Menzoberranzan. Bdzie obserwowa jak Clacker, przyjaciel, ktry ocali go od pewnej mierci, cakowicie zmienia si w hakow poczwar. Belwar sugerowa, eby porzuci Clacke-ra, a ta ewentualno wydawaa si znacznie lepsza ni perspektywa walki, jak Drizzt i gbinowy gnom z pewnoci bd musieli stoczy, jeli bd w pobliu, gdy degeneracja Clacke-ra dobiegnie koca. Nawet jednak gdy Clacker bdzie daleko, Drizzt wiedzia, e bdzie wiadkiemjego degeneracji. Pozostan przy nim jego myli i przez reszt ycia bd kolejnym blem dla targanego udrkami drowa. Ze wszystkiego na wiecie Drizzt nie by w stanie wymyli niczego, czego mniej by pragn, ni ujrze ponownie wiata Menzoberranzan lub rozmawia z czonkiem swej dawnej spoecznoci. Jeli dawano by mu szans wyboru, wolaby mier, ni powrt do miasta droww, lecz wybr nie by taki prosty. Zalea od czego wicej, ni tylko osobistych pragnie Drizzta. Opar swoje ycie na zasadach i teraz owe zasad wymagay lojalnoci. Wymagay, by przedoy potrzeby Clackera ponad wasne pragnienia, poniewa Clacker si z nim zaprzyjani i z powodu tego, e idea prawdziwej przyjani przewaaa nad osobistymi pragnieniami. Pniej, kiedy przyjaciele rozoyli obz, by chwil odpocz, Belwar zauway, e Drizzt jest pochonity jak wewntrzn walk. Zostawiwszy Clackera, ktry znw bbni w kamienn cian, svirfhebli podszed ostronie do drowa. Belwar przekrzywi z zaciekawieniem gow. - O czym mylisz, mroczy elfie? Zbyt pochonity swymi emocjonalnymi turbulencjami Drizzt nie podnis wzroku. - W mojej

ojczynie znajduje si szkoa czarodziejstwa - odpowiedzia z determinacj. Z pocztku nadzorca kopaczy nie zrozumia, o co chodzi Drizztowi, lecz gdy drow zerkn na Clackera, Belwar zda sobie spraw z konsekwencji tego prostego stwierdzenia. - Menzoberranzan?! - krzykn svirfnebli. - Wrcisz tam w nadziei, e jaki mroczny elf czarodziej okae lito naszemu przyjacielowi peczowi? - Wrc tam, poniewa Clacker nie ma innej szansy - odpar ze zoci Drizzt. - A wic Clacker nie ma adnej szansy! - zagrzmia Belwar. - Magga camarra, mroczny elfie. Menzoberranzan nie powita ci zbyt dobrze! - By moe twj pesymizm okae si istotny - powiedzia Drizzt. - Zgadzam si, mroczne elfy nie wzruszaj si litoci, lecz s jeszcze inne moliwoci. -Jeste cigany - rzek Belwar. Jego ton wskazywa, e mia nadziej, i te proste sowa wzbudz troch rozsdku w jego towarzyszu drowie. - Przez Opiekunk Malice - odpar Drizzt. - Menzoberranzan jest wielkie, mj may przyjacielu, a lojalno wobec mojej matki nie bdzie miaa znaczenia w kontaktach poza moj rodzin. Zapewniam ci, e nie mam zamiaru spotyka si z nikim z moich krewnych! - C wic, mroczny elfie, moemy zaoferowa w zamian za zdjcie z Clackera kltwy? spyta sarkastycznie Belwar. -C takiego moemy zaoferowa, co ceni sobie wszyscy czarodziej w Menzoberranzan? Odpowied Drizzta zacza si od rozmytego cicia sejmi-tarem, zostaa wzmocniona znajomym ogniem w lawendowych oczach drowa i zakoczya si prostym stwierdzeniem, ktremu nie mg zaprzeczy nawet uparty Belwar. - ycie czarodzieja.

23 Zmarszczki
Opiekunka Baenre dugo i dokadnie przygldaa si Malice Do'Urden, oceniajc jak mocno wysiek Zin-carla zaway na matce opiekunce. Niegdy gadk twarz Malice przecinay gbokie zmarszczki, za jej sztywne biae wosy, bdce obiektem podziwu caego jej pokolenia, byy teraz, po raz pierwszy od piciu wiekw, potargane i zaniedbane. Najbardziej uderzajce byy jednak oczy Malice, niegdy byszczce i czujne, teraz ciemne od zmczenia i zapadnite. - Zaknafein niemal go dosta - wyjania Malice lekko jkliwym gosem. - Mia Drizzta w garci, a jednak w jaki sposb mj syn zdoa uciec! - Jednak duch-widmo znw jest na jego tropie - szybko dodaa Malice, widzc peen dezaprobaty grymas Opiekunki Baenre. Oprcz tego, e bya najpotniejsz osob w caym Menzoberranzan, wyniszczona matka opiekunka Domu Baenre uwaana bya rwnie za osobist przedstawicielk Lloth w miecie. Poparcie Opiekunki Baenre byo poparciem Lloth, a co za tym idzie, dezaprobata Opiekunki Baenre najczciej zsyaa na dom katastrof. - Zin-carla wymaga cierpliwoci, Opiekunko Malice - powiedziaa cicho Opiekunka Baenre. Nie trwa jeszcze dugo. Malice uspokoia si troch, jednak zmienio si to, gdy si rozejrzaa. Nienawidzia kaplicy Domu Baenre, bya tak wielka i przytaczajca. Cay kompleks Do'Urden zmieciby si w tym jednym pomieszczeniu, a nawet gdyby rodzina i onierze Ma-lice byli dziesi razy liczniejsi, wci nie zapeniliby wszystkich aw. Dokadnie nad centralnym otarzem, dokadnie nad Opiekunk Malice wisia iluzyjny wizerunek ogromnego pajka, zmieniajcego si w pikn drowk, a nastpnie z powrotem w arachnida. Siedzc tutaj sama z Opiekunk Baenre, pod tym przytaczajcym obrazem, Malice czua si jeszcze bardziej pozbawiona znaczenia. Opiekunka Baenre wyczua niepokj swego gocia i podesza, by j uspokoi. - Otrzymaa wielki dar - rzeka szczerze. - Pajcza Krlowa nie daje Zin-carla byle komu i nie przyjaby ofiary SiNafay Hun'ett, matki opiekunki, gdyby nie pochwalaa twoich metod i twoich zamiarw. - To prba - odpara bez zastanowienia Malice. - Prba, w ktrej nie moesz zawie! - stwierdzia Opiekunka Baenre. - A pniej poznasz co to chwaa, Malice Do'Urden! Kiedy duch-widmo tego, ktrym by Zaknafein, zakoczy swoje zadanie i twj zbuntowany syn bdzie martwy, zasidziesz z caymi honorami w radzie rzdzcej. Obiecuj ci, e minie wiele lat, zanim ktrykolwiek dom odway si zagrozi Domowi Do'Urden. Pajcza Krlowa obdarzy ci swoj ask za prawidowe wykonanie Zin-carla. Bdzie sobie ceni twj dom i broni ci przed rywalami. - A co si stanie, jeli Zin-carla zawiedzie? - omielia si zapyta Malice. - Przypumy... zawiesia gos, gdy oczy opiekunki Baenre rozszerzyy si z szoku. - Nie wymawiaj takich sw! - zagrzmiaa Baenre. - Nawet nie myl o takiej moliwoci! Twoj uwag rozprasza strach, a to moe doprowadzi ci do zagady. Zin-carla jest wiczeniem na si woli i prb twojego powicenia dla Pajczej Krlowej. Duch-widmo jest rozwiniciem twojej wiary i siy. Jeli stracisz wiar, to duch-widmo Zaknafeina zawiedzie w swoim zadaniu. - Nie strac wiary! - krzykna Malice, zaciskajc donie na porczach fotela. - Przyjmuj odpowiedzialno za blunier-stwo mojego syna i z pomoc oraz bogosawiestwem Lloth wymierz Drizztowi odpowiedni kar. Opiekunka Baenre opara si wygodnie i skina aprobujco gow. Musiaa wspiera Malice w jej staraniach, taki by rozkaz Lloth, a wiedziaa wystarczajc wiele o Zin-car-la, by rozumie, e pewno siebie i determinacja byy jednymi z najwaniejszych skadnikw sukcesu. Zaangaowana w Zin-carla matka opiekunka musiaa czsto i szczerze ogasza swoj wiar w Lloth oraz pragnienie uszczliwienia jej. Teraz jednak Malice miaa inny problem, przeszkod, ktrej nie moga omin. Przybya do Domu Baenre z wasnej woli, szukajc pomocy. - Zajmijmy si wic t inn spraw - zaproponowaa Opiekunka Baenre, mczc si

spotkaniem. - Jestem osabiona - wyjania Malice. - Zin-carla kradnie mi energi i uwag. Obawiam si, e inny dom moe wykorzysta okazj. - aden dom nie zaatakowa nigdy matki opiekunki zaangaowanej w Zin-carla - powiedziaa Opiekunka Baenre, a Malice zdaa sobie spraw, e wyniszczona stara drowka mwi na podstawie wasnych dowiadcze. - Zin-carla jest rzadkim darem - odpara Malice - dawany potnym opiekunkom z potnych domw, ktre niemal zawsze ciesz si najwysz ask Pajczej Krlowej. Kto zaatakowaby w takich okolicznociach? Dom Do'Urden jest jednak znacznie inny. Wanie ponielimy konsekwencje wojny. Nawet po doczeniu niektrych onierzy Hun'ett jestemy okaleczeni. Dobrze wiadomo, e nie odzyskaam jeszcze aski Lloth, a mj dom jest smy w miecie, co umieszcza mnie w radzie rzdzcej, na wielce podanej pozycji. - Twoje obawy s nieuzasadnione - zapewnia j Opiekunka Baenre, lecz Malice wzdrygna si z frustracji pomimo jej sw. Opiekunka Baenre potrzsna bezradnie gow. - Widz, e moje sowa nie mog ci ukoi. Musisz skupi swoj uwag na Zin-carla. Zrozum to, Malice Do'Urden. Nie masz czasu na takie bahe troski. - Ale one istniej- rzeka Malice. - Wic ja je zakocz - zaproponowaa Opiekunka Baenre. - Wr teraz do swojego domu w towarzystwie dwustu onierzy Baenre. Ich szeregi zabezpiecz twoj siedzib, a moi onierze bd nosi emblemat Domu Baenre. Nikt w miecie nie omieli si zaatakowa kogo z takimi sojusznikami. Na twarzy Malice pojawi si szeroki umiech, ktry zlikwidowa kilka zmarszczek. Przyja hojny dar Opiekunki Baenre jako sygna, e by moe Lloth wci otacza Dom Do'Urden ask. - Wr do swego domu i skoncentruj si na aktualnych sprawach - cigna Opiekunka Baenre. - Zaknafein musi znw odnale Drizzta i go zabi. To wanie zaoferowaa Pajczej Krlowej. Nie obawiaj si jednak poraki ducha-widma albo straconego czasu. Kilka dni czy tygodni, to niewiele w oczach Lloth. Liczy si tylko prawidowe wypenienie Zin-carla. - Kto dostarczy mi eskort? - spytaa Malice wstajc z fotela. - Ju czekaj- zapewnia j Opiekunka Baenre. Malice zesza z centralnego podwyszenia i przesza wzdu licznych rzdw aw ogromnej kaplicy. Pomieszczenie byo sabo owietlone, wic wychodzc Malice ledwo dostrzega inn posta podchodzc do centralnego podwyszenia z przeciwnej strony. Uznaa, e musi to by ilithid Opiekunki Baenre, czsto spotykany w kaplicy. Gdyby tylko Malice wiedziaa, e w upieca umysu opuci miasto z powodu jakich prywatnych spraw na zachodzie, moe zwrciaby wicej uwagi na wchodzc posta. Jej zmarszczki powikszyyby si dziesiciokrotnie. - aosne - stwierdzi Jarlaxle, siadajc obok Opiekunki Ba-enre. - To nie jest ta sama Opiekunka Malice Do'Urden, ktr znaem zaledwie kilka miesicy temu. - Zin-carla ma swoj cen - odpara Opiekunka Baenre. - Jest ona wielka - zgodzi si Jarlaxle. Spojrza prosto na Opiekunk Baenre, odczytujc w jej oczach nadchodzc odpowied. - Czy zawiedzie? Opiekunka Baenre zamiaa si gono i chrapliwie. - Nawet Pajcza Krlowa moe tylko zgadywa odpowied. Moi -nasi - onierze powinni zapewni opiekunce Malice wystarczajc ilo spokoju, by wypenia zadanie. Tak przynajmniej mam nadziej. Malice Do'Urden cieszya si niegdy najwysz ask Lloth. To Pajcza Krlowa zadaa dla niej miejsca w radzie rzdzcej. - Wyglda na to, e wydarzenia prowadz do wypenienia woli Lloth - zakpi Jarlaxle, przypominajc sobie ostatni bitw pomidzy Domem Do'Urden a Domem Hun'ett, w czasie ktrej Bregan D'aerthe odegrali rol jzyczka u wagi. Konsekwencje tego zwycistwa, czyli eliminacja Domu Hun'ett, wyniosy Dom Do'Urden na sm pozycj w miecie, a co za tym idzie, umieciy Opiekunk Malice w radzie rzdzcej. - Los umiecha si do obdarzonych ask- zauwaya Opiekunka Baenre.

Umiech Jarlaxle zosta nagle zastpiony przez powan min. - A czy Malice... Opiekunka Malice - szybko si poprawi, widzc jak Baenre spoglda na niego krzywo -jest teraz w asce u Lloth? Czy los umiecha si do Domu Do'Urden? - Dar Zin-carla zdj zarwno ask, jak i nieask, jak przypuszczam - wyjania Opiekunka Baenre. - Los Opiekunki Malice ley w rkach jej oraz ducha-widma. - Albo te w rkach jej syna, niesawnego Drizzta Do'Urden, jeli zostanie zniszczony uzupeni Jarlaxle. - Czy ten mody wojownik jest tak potny? Dlaczego Lloth go po prostu nie zmiady? - Porzuci Pajcz Krlow - odpowiedziaa Baenre - cakowicie i z caego serca. Lloth nie ma wadzy nad Drizztem i uznaa go za problem Opiekunki Malice. - Wyglda na to, e do spory problem - zachichota Jarla-xle, potrzsajc sw ys gow. Najemnik zauway natychmiast, e Opiekunka Baenre nie podziela jego nastroju. - Istotnie - odpara powanie i zawiesia gos, pograjc si w jakich prywatnych mylach. Lepiej ni ktokolwiek w miecie znaa niebezpieczestwa i korzyci pynce z Zin-carla. Dwukrotnie wczeniej Opiekunka Baenre prosia o najwikszy dar Pajczej Krlowej i dwukrotnie doprowadzia go pomylnie do koca. Widzc wszdzie wok siebie oznaki wielkoci Domu Baenre, Opiekunka Baenre nie moga zapomnie, co mona uzyska w przypadku sukcesu. Za kadym jednak razem, gdy widziaa swoje wyniszczone odbicie w sadzawce lub lustrze, wyranie sobie rwnie przypominaa ogromn cen. Jarlaxle nie przeszkadza matce opiekunce w rozmylaniach. W tej chwili najemnik zakoczy swoje wasne. W chwilach takich jak ta, w czasie prby i zamieszania, umiejtny oportuni-sta mg tylko zyska. Wedug szacunkw Jarlaxle Bregan D'aerthe mogli tylko skorzysta na podarowaniu Opiekunce Malice Zin-carla. Jeli Malice si powiedzie i wzmocni sw pozycj w radzie rzdzcej, Jarlaxle bdzie mia w miecie kolejnego potnego sojusznika. Jeli za duch widmo zawiedzie, ku zgubie Domu Do'Urden, cena wyznaczona za gow modego Drizzta osignie tak cen, e bdzie moga skusi band najemnikw. *** W drodze powrotnej z pierwszego domu w miecie Malice wyobraaa sobie zazdrosne spojrzenia podajce za ni przez krte ulice Menzoberranzan. Opiekunka Baenre bya cakiem hojna i uprzejma. Przyjmujc zaoenie, e wyniszczona stara opiekunka jest rzeczywicie gosem Lloth w miecie, Malice ledwo moga powstrzyma umiech. Niewtpliwie jednak obawy pozostay. Jak ochoczo Opiekunka Baenre pospieszyaby Malice z pomoc, gdyby Drizzt wci wymyka si Zaknafeinowi, gdyby Zin-carla w kocu zawioda? Pozycja Malice w radzie rzdzcej byaby wtedy napita - podobnie jak dalsze istnienie Domu Do'Urden. Karawana mijaa Dom Fey-Branche, dziewity dom w miecie i najprawdopodobniej najwiksze zagroenie dla osabionego Domu Do'Urden. Opiekunka Halavin Fey-Branche bez wtpienia obserwowaa procesj przechodzc pod jej adaman-tytow bram, spogldaa na matk opiekunk, ktra zajmowaa sme miejsce w radzie rzdzcej. Malice zerkna na Dinina i dziesiciu onierzy Domu Do'Urden, idcych u jej boku. Nastpnie jej wzrok pody ku dwm setkom onierzy, wojownikom otwarcie noszcym dumny emblemat Domu Baenre, maszerujcym prnie za jej grup. Zastanawiaa si, co moga myle teraz Opiekunka Hala-vin Fey-Branche. Malice nie moga powstrzyma umiechu. - Nasze najwiksze zwycistwo wkrtce nastpi - Malice zapewnia swego syna wojownika. Dinin przytakn i odwzajemni szeroki umiech, roztropnie nie omielajc si pozbawia swej nerwowej matki radoci. Prywatnie jednak Dinin nie mg lekceway niepokojcego podejrzenia, e wielu z onierzy Baenre, wojownikw ktrych nie mia wczeniej okazji pozna, wygldao dziwnie znajomo. Jeden z nich mrugn nawet do starszego chopca Domu Do'Urden.

W umyle Dinina pojawi si wyranie magiczny gwizdek, w ktry Jarlaxle dmucha na balkonie Domu Do'Urden.

24 Wiara

Drizzt i Belwar nie musieli sobie przypomina, co znaczy zielony poblask, ktry pojawi si daleko przed nimi. Przyspieszyli kroku, by dogoni i ostrzec Clackera, ktry zblia si w tempie przyspieszonym ciekawoci. Hakowa poczwara zawsze sza teraz na czele grupy - Clacker sta si po prostu zbyt niebezpieczny dla Drizzta i Belwara, by mona mu pozwoli i z tyu. Clacker obrci si gwatownie, gdy si do niego nagle zbliyli, zamacha gronie ap i sykn. - Pecz - wyszepta Belwar, wymawiajc sowa, ktrego uywa do wzbudzania wspomnie w zanikajcej szybko wiadomoci przyjaciela. Gdy Drizzt zdoa przekona nadzorc kopaczy o swoim zdeterminowaniu, jeli chodzi o pomoc Clackero-wi, grupa skierowaa si z powrotem na wschd, w stron Men-zoberranzan. Nie majc wyboru, Belwar zgodzi si w kocu, e plan drowa jest jedyn nadziej dla Clackera, jednak, cho zawrcili natychmiast i maszerowali szybko, obydwaj obawiali si, e nie przybd na czas. Transformacja w Clackerze przybraa dramatyczny obrt od czasu konfrontacji z duergar. Hakowa poczwara ledwo moga mwi i czsto odwracaa si gronie do swych przyjaci. - Pecz - powtrzy Belwar, gdy wraz z Drizztem zbliali si do zaniepokojonego potwora. Hakowa poczwara, zmieszana, znieruchomiaa. - Pecz! - warkn trzeci raz Belwar i stukn motem o kamienn cian. Jakby w zamcie, ktrym bya jego wiadomo, zapono nagle wiateko zrozumienia. Clacker uspokoi si i opuci potne apy. Drizzt i Belwar spojrzeli obok hakowej poczwary na zielony poblask i wymienili zatroskane spojrzenia. Cakowicie si powicili i nie mieli teraz wikszego wyboru. - W tamtej komnacie yj corby - zacz cicho Drizzt, wymawiajc kade sowo powoli i wyranie, by upewni si, e Clacker rozumie. - Musimy przej przez ni szybko, poniewa jeli chcemy unikn walki, nie mamy czasu na opnienia. Uwaaj na swoje kroki, pomosty s wskie i podstpne, - C... C... Cla - wyjkaa bezskutecznie hakowa poczwara. - Clacker - pomg Belwar. - P... p... p... - Clacker przerwa nagle i machn ap w kierunku wieccej zieleni jaskini. - Clacker prowadzi? - powiedzia Drizzt, nie mogc znie mki hakowej poczwary. - Clacker prowadzi - powtrzy Drizzt, widzc jak wielka gowa potakuje twierdzco. Belwar nie wydawa si taki pewny co do mdroci tej sugestii. - Walczylimy wczeniej z ptakoludmi i widzielimy ich sztuczki - stwierdzi svirfnebli. - A Clacker nie. - Sama wielko hakowej poczwary powinna ich zniechci - sprzeciwi si Drizzt. Obecno Clackera moe nam pozwoli unikn cakowicie walki. - Nie z corby, mroczny elfie - powiedzia nadzorca kopaczy. - Atakuj wszystko bez strachu. Widziae ich sza, brak troski o wasne ycie. Nawet twoja pantera ich nie odstraszya. - Moe masz racj - zgodzi si Drizzt - lecz nawet jeli corby zaatakuj, czy posiadaj bro, ktra jest w stanie przebi pancerz hakowej poczwary? Jak ochron mog zaproponowa ptakoludzie przeciwko wielkim apom Clackera? Nasz wielki przyjaciel odrzuci ich na bok. - Zapominasz o jedcach kamieni - dobitnie przypomnia mu nadzorca kopaczy. - Potrafi szybko zdruzgota pomost i zabra Clackera ze sob! Clacker odwrci si od rozmowy i popatrzy na kamienie cian w bezowocnej prbie odzyskania czstki swojej dawnej tosamoci. Poczu lekkie pragnienie bbnienia w cian, lecz nie byo ono wiksze ni ch przejechania pazurami po twarzy svirfnebli lub drowa. - Zajm si corby czekajcymi na grze - odpowiedzia Drizzt. - Ty po prostu id za Clackerem. Tuzin krokw z tyu. Belwar rozejrza si i zobaczy wzrastajce napicie hakowej poczwary. Nadzorca kopaczy zda sobie spraw, e nie mog sobie pozwoli na dalszy przestj, wzruszy wic ramionami i ponagli Clackera, pokazujc mu zielony blask. Clacker zacz i, a Drizzt i Belwar podali za nim.

- Pantera? - Belwar wyszepta do Drizza, gdy okrali ostatni zaom w tunelu. Drizzt potrzsn gwatownie gow, a Belwar, przypomniawszy sobie ostatni bolesny epizod Guenhwyvar w jaskini corby, nie zadawa dalszych pyta. Drizzt klepn gbinowego gnoma w rami na szczcie, po czym min Clackera i pierwszy wszed do cichej groty. Kilkoma prostymi ruchami drow uaktywni czar lewitacji i w ciszy wznis si w gr. Clacker, zdumiony tym dziwnym miejscem ze wieccym jeziorem, ledwo dostrzega co robi Drizzt. Hakowa poczwara staa cakowicie nieruchomo, rozgldajc si po pomieszczeniu i uywajc swego czujnego suchu, by zlokalizowa ewentualnych przeciwnikw. - Id - wyszepta za nim Belwar. - Opnienie spowoduje katastrof! Clacker ruszy z wahaniem, po czym przyspieszy, gdy uwierzy w solidno wskich, niezabezpieczonych pomostw. Obj najprostsz tras, jak mg wyrni, cho nawet ona wiele razy zakrcaa, zanim docieraa do wyjcia po drugiej stronie. - Widzisz co, mroczny elfie? - Belwar zawoa tak gono, jak tylko si omieli. Clacker bez przeszkd min rodek komnaty, a nadzorca kopaczy nie mg znie narastajcego w nim niepokoju. Nie wida byo adnych corby, nie sycha byo adnego dwiku poza cikim dudnieniem stp Clackera i szuraniem znoszonych butw Belwara. Drizzt opad z powrotem na pomost, daleko za swymi towarzyszami. - Nic - odpowiedzia. Drow podziela przypuszczenia Belwara, e w pobliu nie byo corby. Cisza w wypenionej kwasem jaskini bya absolutna i niepokojca. Drizzt pobieg na rodek jaskini, po czym znw wznis si w gr, prbujc lepiej si przyjrze wszystkim cianom. - Co widzisz? - spyta go chwil pniej Belwar. Drizzt spojrza w d na nadzorc kopaczy i wzruszy ramionami. - Zupenie nic. - Magga camarra - mrukn Belwar, niemal pragnc, by pojawi si jaki corby i zaatakowa. Do tego czasu Clacker prawie dotar do wybranego wyjcia, jednak Belwar, pogrony w rozmowie z Drizztem, pozosta z tyu, w okolicach rodka wielkiego pomieszczenia. Kiedy nadzorca kopaczy odwrci si w kocu w stron cieki, hakowa poczwara znikna za ukiem wyjcia. - Nic? - Belwar zawoa do obydwu towarzyszy. Drizzt potrzsn gow i wznis si jeszcze wyej. Powoli si obrci, obserwujc ciany i nie mogc uwierzy, e aden corby nie czai si w zasadzce. Belwar znw spojrza na wyjcie. - Musielimy je wyposzy - mrukn do siebie, jednak pomimo tych sw nadzorca kopaczy mia na ten temat inne zdanie. Kiedy on i Drizzt uciekali std kilka tygodni temu, zostawili za sob kilka tuzinw ptakoludzi. Z pewnoci kilka martwych corby nie wyposzyaby reszty ich pozbawionego strachu klanu. Z jakiego nieznanego powodu corby nie pojawiy si, by stan przeciwko nim. Belwar przyspieszy, sdzc, e lepiej nie kwestionowa dobrego losu. Ju mia zawoa Clackera, by upewni si, e hakowa poczwara rzeczywicie jest bezpieczna, kiedy z wyjcia dobieg gwatowny, przepeniony przeraeniem pisk, za pniej cikie uderzenie. Chwil pniej Belwar i Drizzt znali ju odpowied. Pod ukiem przeszed duch-widmo Zaknafeina Do'Urden, po czym wkroczy na pomost. - Mroczny elfie! - zawoa ostro nadzorca kopaczy. Drizzt dostrzeg ju ducha-widmo i najszybciej jak mg opada na pomost w okolicach rodka komnaty. - Clacker! - zawoa Belwar, lecz nie oczekiwa odpowiedzi, i nie otrzyma adnej z cienia za wyjciem. Duch-widmo stopniowo si zblia. - Ty mordercza bestio! - zakl nadzorca kopaczy, rozstawiajc szeroko nogi i uderzajc o siebie mithrilowymi domi. - Chod tu i we, co ci si naley! - Belwar zacz pie zaklinajc jego donie, lecz Drizzt mu przeszkodzi. - Nie! - krzykn z gry drow. - Zaknafein jest tu po mnie, nie po ciebie. Zejd mu z drogi! - Czy by tu po Clackera? - odkrzykn Belwar. - Jest mordercz besti i mam z nim porachunki do zaatwienia! - Nie znasz go - odpar Drizzt, opadajc tak szybko, jak tylko si odway, by przegoni

pozbawionego strachu nadzorc kopaczy. Drizzt wiedzia, e Zaknafein dopadnie najpierw Belwara i z atwoci mg odgadn ponure konsekwencje. - Zaufaj mi, bagam - prosi Drizzt. - Ten wojownik daleko wykracza poza twoje zdolnoci. Belwar stukn o siebie domi, jednak nie mg odmwi sensu sowom Drizzta. Belwar widzia Zaknafeina w walce tylko ten jeden raz w jaskini ilithidw, jednak rozmyte ruchy potwora pozbawiy go tchu. Gbinowy gnom cofn si kilka krokw i skrci na boczny pomost, szukajc innej drogi do wyjcia, by mc pozna los Clackera. Widzc Drizzta, duch-widmo nie zwraca uwagi na maego svirfhebli. Zaknafein przemkn obok bocznego pomostu, skupiony na wypenieniu celu swojej egzystencji. Belwar pomyla o pocigu za dziwnym drowem, chcia podej go od tyu i pomc Drizztowi w walce, jednak spod uku dobieg kolejny krzyk, tak aosny i przepeniony blem, e nadzorca kopaczy nie mg go zignorowa. Zatrzyma si zaraz, gdy wrci na gwny pomost, po czym rozejrza w obydwie strony, rozdarty pomidzy lojalnoci wobec obydwu przyjaci. - Id! - wrzasn na niego Drizzt. - Zajmij si Clackerem. To jest Zaknafein, mj ojciec. Drizzt dostrzeg lekkie zawahanie w ruchach ducha-widma, gdy wypowiedzia te sowa, zawahanie, ktre rozpalio w Drizzcie iskr zrozumienia. - Twj ojciec? Magga camarra, mroczny elfie! - zaprotestowa Belwar. - W jaskini ilithidw... - Jestem wystarczajco bezpieczny - przerwa mu Drizzt. Belwar nie sdzi, by Drizzt by cho troch bezpieczny, jednak wbrew swojej upartej dumie nadzorca kopaczy zda sobie spraw, e majca nastpi walka znacznie wykraczaa poza jego zdolnoci. Nie przydaby si zbytnio temu potnemu wojownikowi drowowi, a jego obecno mogaby okaza si zgubna w skutkach dla przyjaciela. Drizzt i tak bdzie mia spore kopoty bez martwienia si o bezpieczestwo Belwara. Sfrustrowany Belwar stukn o siebie swymi mithrilowymi domi i pospieszy w stron uku, skd dochodziy cige jki jego towarzysza. * ** Opiekunka Malice rozszerzya oczy i wydaa z siebie odgos tak pierwotny, e jej crki, zgromadzone u jej boku w przedsionku, od razu wiedziay, e duch-widmo odnalaz Drizzta. Briza zerkna na modsze kapanki Do'Urden i odprawia je. Maya natychmiast posuchaa, lecz Yierna wahaa si. - Id - warkna Briza, opuszczajc do na wowy bicz przy pasku. - Ju. Yierna spojrzaa na sw matk opiekunk w poszukiwaniu wsparcia, lecz Malice pogrona bya w odlegych wydarzeniach. Bya to chwila triumfu dla Zin-carla i Opiekunki Malice Do'Urden, jej uwaga nie moga by rozpraszana przez bahe sprawki jej podwadnych. Briza zostaa sama z matk, stojc przy tronie i obserwujc Malice rwnie intensywnie, jak Malice obserwowaa Zaknafeina. *** W chwili gdy Belwar wszed do maej groty za ukiem wiedzia ju, e Clacker nie yje, albo te wkrtce zginie. Na pododze leao ogromne ciao hakowej poczwary, krwawice z pojedynczej, lecz przeraajco precyzyjnie zadanej rany na szyi. Belwar zacz si odwraca, lecz zda sobie spraw, e jest swemu przyjacielowi winien przynajmniej pociech. Przyklkn na jedno kolano i zmusi si do patrzenia, jak Clacke-rem wstrzsa seria gwatownych konwulsji. mier przerwaa czar polimorfii i Clacker stopniowo wraca do swej pierwotnej postaci. Wielkie, opazurzone apy zadray i skurczyy si w drugie, szczupe i toskre ramiona pecza. Spomidzy popkanego pancerza na gowie Clackera wyrosy wosy, a wielki dzib rozszczepi si i znikn. Masywna pier rwnie si zapada i cae ciao skurczyo si z nieprzyjemnym odgosem, ktry wywoa dreszcze nawet na grzbiecie wytrzymaego nadzorcy kopaczy. Nie byo ju hakowej poczwary i po mierci Clacker by taki, jak niegdy. By odrobin

wyszy ni Belwar, cho zdecydowanie szczuplejszy, a rysy jego twarzy byy szerokie i dziwne, mia pozbawione renic oczy oraz spaszczony nos. - Jak si nazywae, mj przyjacielu? - wyszepta nadzorca kopaczy, cho wiedzia, e Clacker nie odpowie. Uklkn i wzi gow pecza w ramiona, odnajdujc pociech w spokoju, jaki w kocu pojawi si na twarzy udrczonego stworzenia. *** - Kim jeste ty, ktry przybrae wygld mojego ojca? -Drizzt spyta, gdy duch-widmo pokonywa ostatnie kilka krokw. Parsknicie Zaknafeina nie dawao si zrozumie, a jego odpowied nadesza wyraniej w zgrzycie ocierajcych si o siebie mieczy. Drizzt sparowa atak i odskoczy. - Kim jeste? - zada ponownie. - Nie jeste moim ojcem! Na twarzy ducha-widma wykwit szeroki umiech. - Nie - Zaknafein odpowiedzia drcym gosem, a odpowied pochodzia z przedsionka znajdujcego si wiele kilometrw dalej. - Jestem... twoj matk! - Miecze znw natary w olepiajcym szale. Zaskoczony Drizzt przyj szar z rwn dzikoci, a liczne trafienia miecza w sejmitar zlay si w jeden brzk. *** Briza obserwowaa kady ruch swojej matki. Pot la si Malice z brwi, a jej zacinite pici uderzay w porcze kamiennego fotela, nawet gdy zaczy krwawi. Malice miaa nadziej, e tak bdzie, e ostateczna chwila jej triumfu zalni wyranie w jej mylach mimo ogromnej odlegoci. Syszaa kade sowo Drizzta i niezwykle mocno odczuwaa jego cierpienie. Nigdy wczeniej Malice nie czua takiej przyjemnoci! Nastpnie poczua lekkie szarpnicie, gdy wiadomo Zaknafeina walczya z jej kontrol. Malice odepchna Zaknafeina na bok, wydajc z siebie gardowy warkot -jego oywione ciao byo jej zabawk! *** Drizzt wiedzia ponad wszelk wtpliwo, e to nie Zakna-fein Do'Urden przed nim sta, jednak nie mg zaprzeczy wyjtkowemu stylowi walki jego dawnego mentora. Zaknafein by tam - i Drizzt musia do niego dotrze, jeli chcia uzyska jakie odpowiedzi. Walka szybko nabraa wygodnego, wymierzonego rytmu, obydwaj przeciwnicy wykonywali ostrone manewry ataku i uwaali bacznie na sw pozycj na wskim pomocie. Wtedy wszed do jaskini Belwar, niosc ciao Clackera. -Zabij go, Drizzcie! - krzykn nadzorca kopaczy. - Magga... - Belwar przerwa przeraony ogldan potyczk. Drizzt i Zaknafein wydawali si przeplata, ich bro wirowaa i uderzaa tylko po to, by zosta sparowana. Wydawali si by jednoci, te dwa mroczne elfy, ktre Belwar uwaa za cakowicie odmienne, a ta myl mocno niepokoia gbinowego gnoma. Kiedy nadesza nastpna przerwa w walce, Drizzt zerkn na nadzorc kopaczy i jego wzrok pad na martwego pecza. -Niech ci! - splun i znw natar, mcc sejmitarami potwora, ktry zamordowa Clackera. Duch-widmo z atwoci sparowa gupi atak i zmusi Drizzta do uniesienia broni, tak e mody drow musia balansowa na pitach. To rwnie wydao si Drizztowi znajome, poniewa takiego podejcia uywa przeciwko niemu wielokrotnie Zaknafein, gdy rozgrywali walki sparingowe w Menzoberranzan. Zaknafein zmusza Drizzta do podniesienia, po czym uderza nagle nisko obydwoma mieczami. Podczas wczesnych walk Zaknafein czsto pokonywa Drizzta tym manewrem, podwjnym dolnym pchniciem, lecz w ich ostatniej potyczce w miecie droww Drizzt odkry

odpowiednie parowanie i skierowa atak przeciwko swemu mentorowi. Teraz Drizzt zastanawia si, czy ten przeciwnik wykona spodziewany manewr i rozmyla rwnie, jak Zaknafein zareagowaby na jego kontr. Czy w potworze, ktremu stawia teraz czoa, byy jakie wspomnienia Zaknafeina? Duch-widmo wci utrzymywa ostrza Drizzta w grze. Nagle Zaknafein wykona szybki krok do tyu i uderzy nisko obydwoma ostrzami. Drizzt opuci swe sejmitary w dolny krzy, odpowiednie parowanie, ktre blokowao atakujce ostrza. Drizzt unis stop nad rkojeciami swojej broni i kopn ni przeciwnika w twarz. Duch-widmo w jaki sposb przewidzia kontratak i cofn si, zanim but zdy go trafi. Drizzt uzna, e zna odpowied, poniewa mg to wiedzie tylko Zaknafein Do'Urden. -Jeste Zaknafeinem! - krzykn Drizzt. - Co Malice z tob zrobia? Donie ducha-widma zadray wyranie, a jego usta wykrzywiy si, jakby prbowa co powiedzie. *** - Nie! - wrzasna Malice walczc z kontrol nad swym potworem, kroczc delikatn i niebezpieczn lini pomidzy fizycznymi umiejtnociami Zaknafeina a wiadomoci istoty, ktr kiedy by. - Jeste mj, duchu! - zagrzmiaa Malice. - I dziki woli Lloth wypenisz zadanie! Drizzt dostrzeg nag zmian w morderczym duchu-widmie. Donie Zaknafeina ju si nie trzsy, a usta znw uformoway si w wsk, zdeterminowan lini. - Co to jest, mroczny elfie? - zapyta Belwar, zdumiony dziwnym spotkaniem. Drizzt zauway, e gbinowy gnom pooy ciao Clackera na pomocie i powoli si zblia. Za kadym razem, gdy mithrilowe donie Belwara zetkny si ze sob, leciay z nich iskry. - Odsu si! - krzykn do niego Drizzt. Obecno nieznanego przeciwnika moga zrujnowa plany, ktre ju zaczy si formowa w umyle modego drowa. - To jest Zaknafein - prbowa wyjani Belwarowi. - A przynajmniej jego cz nim jest! Gosem zbyt cichym by nadzorca kopaczy mg usysze, Drizzt doda - A ja sdz, e wiem, jak dosta si do tej czci. - Drizzt natar seri wymierzonych atakw, o ktrych wiedzia, e Zaknafein je z atwoci odbije. Nie chcia niszczy swego przeciwnika, pragn raczej wzbudzi w nim inne wspomnienia na temat manewrw walki, ktre wydadz si Zaknafeinowi znajome. Przeprowadzi Zaknafeina przez etapy typowej sesji treningowej, mwic przez cay czas w sposb, w jaki on i fechmistrz odzywali si do siebie w Menzoberranzan. Duch-wid-mo Malice skontrowa prby wywoania przez Drizzta znajomych wspomnie dzikoci, za na jego przyjazne sowa odpowiada zwierzcymi warkniciami. Jeli Drizztowi wydawao si, e moe ukoi swego przeciwnika przyjani, mocno si pomyli. Miecze natary na Drizzta z wewntrz i zewntrz, szukajc luki w jego doskonaej obronie. Sejmitary dorwnyway im szybkoci oraz precyzj, przechwytujc i zatrzymujc kade zamaszyste cicie oraz odbijajc na bok kade bezporednie pchnicie. Miecz zdoa si przedosta i drasn Drizzta w ebra. Jego kolczuga zatrzymaa ostr jak brzytwa krawd broni, jednak sama sia ciosu pozostawia spory siniak. Kiwajc si na pitach, Drizzt zauway, e jego planu nie da si tak atwo wprowadzi w ycie. - Jeste moim ojcem! - krzykn do potwora. - Twoim wrogiem jest Opiekunka Malice, nie ja! Duch-widmo zakpi z tych sw zowieszczym miechem i natar szaleczo. Od samego pocztku walki Drizzt obawia si tego momentu, lecz teraz zacz sobie uparcie przypomina, e to nie ojciec przed nim stoi. Niedbaa szara Zaknafeina pozostawia w jego obronie luki i Drizzt je odkry, raz i drugi, swymi sejmitarami. Jedno z ostrzy wyrwao dziur w brzuchu ducha-widma, drugie za wbio si gboko w bok szyi. Zaknafein tylko si znowu zamia, goniej, po czym zaatakowa.

Drizzt walczy w czystej panice, jego pewno siebie saba. Zaknafein by mu niemal rwny, a ostrza Drizzta ledwo go zraniy! Wkrtce inny problem sta si rwnie oczywisty - czas dziaa na niekorzy Drizzta. Nie wiedzia dokadnie co przed nim stoi, podejrzewa jednak, e si nie mczy. Drizzt naciska wszystkimi swymi umiejtnociami i ca szybkoci. Desperacja zaprowadzia go na nowe wyyny sztuki szermierczej. Belwar znw ruszy, by si przyczy, lecz chwil pniej si zatrzyma, oszoomiony tym, co widzi. Drizzt trafi Zaknafeina kolejnych kilka razy, lecz duch-widmo wydawa si tego nie zauwaa, za gdy Drizzt przyspieszy tempo, czstotliwo atakw ducha-widma si z nim zrwnaa. Drizzt ledwo mg uwierzy, e to nie Zaknafein Do'Urden z nim walczy, poniewa tak wyranie poznawa ruchy swego ojca i dawnego nauczyciela. Nikt inny nie mgby porusza tym doskonale uminionym ciaem z tak precyzj i biegoci. Drizzt znw si cofa, oddajc pola i czekajc cierpliwie na okazj. Bez koca przypomina sobie, e nie walczy z Zakna-feinem, lecz jakim potworem stworzonym przez Opiekunk Malice w celu zniszczenia go. Drizzt musia mie si na bacznoci, jego jedyn szans na przetrwanie tego spotkania byo zepchnicie przeciwnika z pomostu. Z tak wspaniale walczcym duchem-widmem szans te wydaway si jednak do odlege. Pomost zakrca lekko wok nieznacznego zaomu i Drizzt wyczuwa ostronie jedn stop drog, przesuwajc j wzdu pomostu. Nagle pod Drizztem oderwa si z boku pomostu kamie. Drizzt zachwia si, a jego noga, a do kolana, zelizgna si wzdu krawdzi. Zaknafein pospieszy w jego stron. - Drizzt! - wrzasn bezradnie Belwar. Gbinowy gnom zerwa si, lecz nie by w stanie przyby na czas ani te pokona zabjcy Drizzta. - Drizzt! By moe by to odgos imienia Drizzta, moe po prostu moment zabjstwa, jednak w tej chwili do ycia zbudzia si dawna wiadomo Zaknafeina i rka z mieczem, gotowa do zabjczego pchnicia, ktrego Drizzt nie mgby odbi, zawahaa si. Drizzt nie czeka na wyjanienia. Uderzy rkojeci sejmi-tara, pniej drug. Obydwie trafiy Zaknafeina w uchw i spowodoway, e duch-widmo cofn si o krok. Drizzt znw by na grze, masujc skrcon kotk. - Zaknafein - zdumiony i sfrustrowany tym wahaniem Drizzt wrzasn na przeciwnika. - Driz... - prboway odpowiedzie usta ducha-widma. Nagle potwr Malice znw natar zamachujc si mieczem. Drizzt odbi atak i znw si odsun. Czu obecno swego ojca, wiedzia, e prawdziwy Zaknafein jest przyczajony tu pod powierzchni tego stwora, jak jednak mg uwolni t dusz? Nie by w stanie cign jeszcze dugo tej walki. - To ty - wyszepta Drizzt. - Nikt inny nie mgby tak walczy. Zaknafein tam jest, a Zaknafein mnie nie zabije. - Wtedy w umyle Drizzta pojawia si kolejna myl, w ktr musia uwierzy. Znw przekonania Drizzta miay sta si przedmiotem prby. Drizzt schowa sejmitary z powrotem do pochew. Duch-widmo parskn, a jego miecze zataczyy w powietrzu, lecz Zaknafein nie podchodzi. *** -Zabij go! -pisna zachwycona Malice, sdzc, e jej chwila zwycistwa jest w zasigu rki. Obraz bitwy opuci j jednak nagle, pozostaa jedynie ciemno. Zbyt wiele oddaa Zaknafeinowi, gdy Drizzt przyspieszy tempo wymiany ciosw. Zostaa zmuszona wprowadzi wicej wiadomoci Zaka, potrzebowaa wszystkich jego umiejtnoci walki, by pokona swego syna wojownika. Teraz Malice pozostaa z ciemnoci oraz z ciarem wiszcej jej niebezpiecznie nad gow zagady. Zerkna na swoj zbyt ciekawsk crk, po czym znw pogrya si w transie, starajc si odzyska kontrol

*** - Drizzt - powiedzia Zaknafein. Czu si niezwykle dobrze, mogc je wypowiedzie. Schowa miecze do pochew, cho na kadym centymetrze drogi jego donie musiay walczy z pragnieniami Opiekunki Malice. Drizzt ruszy w jego stron, nie mylc o niczym innym poza chci uciskania swego ojca i najdroszego przyjaciela, lecz Zaknafein unis do, by go powstrzyma. - Nie - wyjani duch-widmo. - Nie wiem, jak dugo mog si opiera. Obawiam si, e ciao naley do niej. Drizzt z pocztku nie zrozumia. - A wic jeste... - Jestem martwy - stwierdzi bezceremonialnie Zaknafein. - Malice naprawia moje ciao dla swych paskudnych celw. - Alej pokonae - powiedzia z nadziej Drizzt. - Znw jestemy razem. - To tylko chwila, nic wicej. - Jakby akcentujc to stwierdzenie, do Zaknafeina sama podya do rkojeci miecza. Skrzywi si i warkn walczc uparcie, a w kocu zdoa rozluni uchwyt. - Ona wraca, mj synu. To zawsze wraca. - Nie znios twojej ponownej straty - rzek Drizzt. - Kiedy ci zobaczyem w jaskini ilithidw... - To nie mnie zobaczye - stara si wyjani Zaknafein. -To by trup oywiony z wol Malice. Odszedem, mj synu. Odszedem wiele lat temu. - Ale jeste tutaj - stwierdzi Drizzt. - Dziki woli Malice, nie... mojej. - Zaknafein warkn, a jego twarz wykrzywia si, gdy prbowa jeszcze przez chwil powstrzyma Malice. Odzyskawszy kontrol, Zaknafein spojrza na wojownika, ktrym sta si jego syn. - Dobrze walczysz - zauway. - Lepiej ni mgbym sobie wyobrazi. To dobrze, dobrze, e miae odwag uciec... - twarz Zaknafeina znw si wykrzywia, przerywajc sowa. Tym razem obydwie donie podyy do mieczy i wycigny je. - Nie! - baga Drizzt, gdy mga pokrya jego lawendowe oczy. - Walcz z ni. - Nie... mog - odpowiedzia duch-widmo. - Uciekaj z tego miejsca, Drizzcie. Uciekaj na sam... koniec wiata! Malice nigdy nie przebaczy. Nic... jej nie pows... Duch-widmo rzuci si przed siebie, a Drizzt nie mia wyboru, musia wycign bro. Zaknafein wzdrygn si jednak nagle, zanim zbliy si do Drizzta. - Za nas! - ak krzykn zaskakujco wyranie, a wezwanie to zabrzmiao niczym fanfary zwycistwa nad zalan zielonym wiatem jaskini oraz odbio si echem wiele kilometrw dalej w sercu Opiekunki Malice niczym ostatnie uderzenie bbna zwiastujcego zagad. Na zaledwie ulotn chwil Zaknafein znw odzyska kontrol, a to wystarczyo, by duch-widmo rzuci si z pomostu.

25 Konsekwencje
Opiekunka Malice nie bya nawet w stanie wykrzycze swego protestu. Tysic eksplozji rozlego si w jej umyle, gdy Zaknafein wpad do jeziora kwasu, tysic wizji zbliajcej si i nieuniknionej katastrofy. Zeskoczya ze swego kamiennego tronu i zacza chwyta swymi szczupymi domi powietrze, jakby prbowaa zapa co namacalnego, co, czego tam nie byo. Oddychaa cikimi haustami, a z jej ust wydostaway si pozbawione sw parsknicia. Po chwili, w czasie ktrej nie bya w stanie si uspokoi, Malice usyszaa jeden dwik wyraniej ni

wydawane przez ni sam odgosy. Zza jej plecw dobieg cichy syk maych, zowieszczych wowych gw bicza wysokiej kapanki. Malice obrcia si. Staa tam Briza. Miaa ponur i zdeterminowan twarz, a sze ywych gw wy z jej bicza wio si w powietrzu. - Miaam nadziej, e mj czas wstpienia nadejdzie wiele lat pniej - powiedziaa cicho najstarsza crka. - Jednak ty jeste saba, Malice, zbyt saba, by utrzyma Dom Do'Urden w caoci podczas prb, ktre nadejd po naszej - twojej - porace. Malice chciaa rozemia si w twarz swojej gupiej crce. Wowe bicze byy osobistymi podarunkami od Pajczej Krlowej i nie mona ich byo uy przeciwko matce opiekunce. Z jakiego jednak powodu Malice nie moga znale w sobie odwagi czy przekonania, eby zaprzeczy w tym momencie crce. Patrzya jak urzeczona na cofajc si powoli rk Brizy, i nastpnie wylatujc do przodu. Sze wowych gw rozwijao si w stron Malice. To byo niemoliwe! Zaprzeczao prawidom doktryny Lloth! Uzbione gowy wbiy si ochoczo w ciao Malice, wraz z ca stojc za nimi furi Pajczej Krlowej. Malice poczua rozdzierajcy bl, wstrzsajcy ni ca i pozostawiajcy po przejciu lodowate odrtwienie. Malice balansowaa na skraju wiadomoci, prbowaa sprzeciwi si swojej crce, prbowaa ukaza Brizie bezowocno i gupot dalszych atakw. Wowy bicz znw uderzy i podoga podniosa si, by pokn Malice. Briza co mamrotaa, jak kltw lub pie do Pajczej Krlowej. Rozlego si trzecie uderzenie i Malice nie wiedziaa ju nic wicej. Bya martwa przed pitym ciosem, lecz Briza biczowaa j przez wiele minut, wyzwalajc sw furi, by zapewni Pajcz Krlow, e Dom Do'Urden naprawd porzuci sw nieudoln matk opiekunk. W chwili gdy Dinin, nieoczekiwanie i niezapowiedzianie, wpad do pomieszczenia, Briza siedziaa wygodnie na kamiennym tronie. Starszy chopiec zerkn na sponiewierane ciao swej matki, nastpnie z powrotem na Briz, potrzsn z niedowierzaniem gow, po czym na jego twarzy wykwit szeroki umiech. - Co zrobia, sios... Opiekunko Brizo? - spyta Dinin, gryzc si w jzyk, zanim Briza zdya zareagowa. - Zin-carla si nie powioda - warkna Briza, patrzc na niego. - Lloth nie akceptowaa ju Malice. miech Dinina, ktry wydawa si mie korzenie w sarkazmie, przeszy Briz do szpiku koci. Zmruya oczy i pozwolia, by Dinin widzia wyranie, jak jej do poda do rkojeci wowego bicza. - Wybraa doskona chwil na wzniesienie - wyjani spokojnie starszy chopiec, najwyraniej nie martwic si tym, e Briza go ukarze. - Zostalimy zaatakowani. - Fey-Branche? - krzykna podekscytowana Briza, zeskakujc z fotela. Pi minut na tronie jako matka opiekunka i ju stana przed pierwsz prb. Dowiedzie swojej wartoci przed Pajcz Krlow i zmyje z Domu Do'Urden hab spowodowan przez poraki Malice. - Nie siostro - rzek szybko Dinin, bez ladu pretensji. -Nie Dom Fey-Branche. Chodna odpowied brata spowodowaa, e Briza opada na tron, a jej radosny umiech zmieni si w grymas czystego przeraenia. - Baenre - Dinin rwnie si ju nie umiecha. *** Viema i Maya wyglday z balkonu Domu Do'Urden na wojska zbliajce si do adamantytowej bramy. W przeciwiestwie do Dinina siostry nie znay nieprzyjaciela, jednak z samej liczby oddziaw wnioskoway, e musi by w to zaangaowany jaki wielki dom. Mimo to w Domu Do'Urden wci stacjonowao dwustu pidziesiciu onierzy, z ktrych wielu wyszkoli sam Zaknafein. Liczc jeszcze dwustu wypoyczonych od Opiekunki Baenre Yierna i Maya uznay, e ich szans nie s wcale takie sabe. Szybko uzgodniy strategi obrony i Maya

przerzucia jdn nog przez balustrad balkonu, zamierzajc opa na dziedziniec i przekaza plany kapitanom. Oczywicie w chwili gdy ona i Yierna zday sobie nagle spraw, e dwustu nieprzyjaci jest ju za bram - nieprzyjaci wypoyczonych od Opiekunki Baenre - ich plany niewiele ju znaczyy. Maya wci siedziaa na balustradzie, kiedy pierwsi onierze Baenre pojawili si na balkonie. Yierna wycigna swj bicz i krzykna do Mayi, by zrobia to samo. Maya si jednak nie poruszaa i Yierna po bliszej inspekcji zauwaya kilka maych strzaek wystajcych z ciaa jej siostry. Wtedy wowy bicz Yierny skierowa si przeciwko niej, jego zby rozdary jej delikatn twarz. Yierna zrozumiaa od razu, e upadek Domu Do'Urden zosta postanowiony przez sam Lloth. - Zin-carla - wymamrotaa Yierna, odgadujc powd katastrofy. Krew zalaa jej oczy i ogarna j fala zawrotw gowy, gdy zamykaa si wok niej ciemno. *** - To niemoliwe! - krzyczaa Briza. - Dom Baenre zaatakowa? Lloth nie daa mi... - Mielimy nasz szans! - wrzasn na ni Dinin. - Zakna-fein by nasz szans... - Dinin spojrza na poszarpane ciao matki - i widmo zawiodo, jak przypuszczam. Briza warkna i uderzya biczem. Dinin spodziewa si jednak ciosu - tak dobrze zna Briz i cofn si poza zasig broni. Briza podesza krok w jego stron. - Czy twj gniew potrzebuje wicej wrogw? - spyta Dinin trzymajc w rku miecz. - Id na balkon, droga siostro, gdzie cay tysic na ciebie oczekuje! Briza krzykna z frustracji, lecz odwrcia si od Dinina i wypada z pokoju, majc nadziej ocali co przed t straszn katastrof. Dinin nie poszed za ni. Przeszed nad Opiekunk Malice i ostatni raz spojrza w oczy tyrance, ktra wadaa caym jego yciem. Malice bya potn, pewn siebie osob i bya za, lecz jake kruche okazay si jej rzdy, zamane przez dawne czyny zbuntowanego dziecka. Dinin usysza harmider w korytarzu, a nastpnie drzwi do przedsionku stany otworem. Starszy chopiec nie musia patrze, by wiedzie, e w pomieszczeniu s wrogowie. Wci wpatrywa si w martw matk, wiedzc, e wkrtce podzieli jej los. Oczekiwany cios nie pad jednak i kilka bolesnych chwil pniej Dinin odway si zerkn przez rami. Na kamiennym tronie rozpar si wygodnie Jarlaxle. - Nie jeste zdziwiony? - spyta najemnik, zauwaajc, e nie zmieni si wyraz twarzy Dinina. - Bregan D'aerthe byli wrd Baenre, moe we wszystkich oddziaach Baenre - powiedzia niedbale Dinin. Ukradkiem spojrza na tuzin onierzy, ktrzy weszli za Jarlaxle. Gdyby tylko zdy dosta przywdc najemnikw, zanim by go zabili! Ogldanie mierci podstpnego Jarlaxle mogoby da mu troch satysfakcji z tej caej katastrofy. - Spostrzegawczy - rzek do niego Jarlaxle. - Trzymam si moich przypuszcze, e cay czas wiedziae, i twj dom jest zgubiony. - Jeli Zin-carla zawiedzie - odpar Dinin. - Wiedziae, e tak si stanie? - zapyta niemal retorycznie najemnik. Dinin przytakn. - Dziesi lat temu - zacz, zastanawiajc si, dlaczego mwi to wszystko Jarlaxle - patrzyem jak Za-knafein zostaje powicony Pajczej Krlowej. Rzadko ktry dom Menzoberranzan widzi tak wielk strat. - Fechmistrz Domu Do'Urden mia wspania reputacj -wtrci si najemnik. - Bez wtpienia zasuon - odpar Dinin. - Nastpnie Drizzt, mj brat... - Kolejny potny wojownik. Dinin znw przytakn. - Drizzt nas opuci, kiedy u naszych bram bya wojna. Nie mona byo lekceway bdnych kalkulacji Opiekunki Malice. Ju wtedy wiedziaem, e Dom Do'Urden jest zgubiony.

- Wasz dom pokona Dom Hun'ett, a to niemay wyczyn -stwierdzi Jarlaxle. - Tylko dziki pomocy Bregan D'aerthe - poprawi Dinin. - Przez wiksz cz mojego ycia obserwowaem, jak Dom Do'Urden, pod wywaonym przewodnictwem Opiekunki Ma-lice, pnie si w gr miejskiej hierarchii. Kadego roku nasza potga i wpywy rosy. Ale obserwowaem te, jak fundamenty Domu Do'Urden si sypi. To musiao si tak skoczy. - Jeste rwnie rozsdny, jak biegy w mieczu - zauway najemnik. - Ju wczeniej powiedziaem to o Dininie Do'Urden, a teraz wyglda na to, e znw miaem racj. - Jeli zrobiem ci tak przyjemno, prosz o jedn przysug - rzek Dinin, wstajc. - Zabi ci szybko i bezbolenie? - spyta przez powikszajcy si umiech Jarlaxle. Dinin trzeci raz przytakn. - Nie - odpowiedzia najemnik. Nie rozumiejc, Dinin podnis miecz, szykujc si do walki. - W ogle ci nie zabij - wyjani Jarlaxle. Dinin trzyma miecz w grze i obserwowa twarz najemnika, szukajc czego, co zdradzioby jego zamiary. - Jestem szlachcicem domu - powiedzia Dinin. - wiadkiem ataku. adna eliminacja domu nie jest kompletna, jeli jego szlachta zachowuje ycie. - wiadek? - rozemia si Jarlaxle. - Przeciwko Domowi Baenre? Co by na tym zyska? Dinin opuci miecz - Jaki wic bdzie mj los - spyta. - Czy wemie mnie Opiekunka Baenre? - ton gosu Dinina zdradza, e nie jest zachwycony tak moliwoci. - Opiekunka Baenre nie ma zbyt duego poytku z mczyzn - odpowiedzia Jarlaxle. - Jeli ktra z twoich sistr przeyje - a przypuszczam, e stanie si tak z t, ktra nazywa si Vier-na - to moe si znale w kaplicy Opiekunki Baenre. Obawiam si jednak, e wyniszczona stara matka z Domu Baenre nigdy nie dostrzegaby wartoci takiego mczyzny jak Dinin. - Wic co? - zapyta Dinin. - Ja znam twoj warto - stwierdzi niedbale Jarlaxle. Poprowadzi wzrok Dinina po umiechach jego onierzy. - Bregan D'aerthe? - wypali Dinin. - Ja, szlachcic, miabym sta si otrem? Szybciej ni Dinin mg nady wzrokiem, Jarlaxle cisn sztylet w ciao lece u jego stp. Ostrze wbio si a po rkoje w plecy Malice. - otrem czy trupem? - niedbale spyta Jarlaxle. Wybr nie by taki trudny. *** Kilka dni pniej Jarlaxle i Dinin spogldali na zniszczon adamantytow bram Domu Do'Urden. Niegdy staa dumna i silna, ze szczegowymi wizerunkami pajkw oraz dwoma sporymi stalaktytowymi kolumnami, ktre suyy za wiee stranicze. - Jak szybko si wszystko zmienio - stwierdzi Dinin. -Widz przed sob cae poprzednie ycie, a mimo to ono odeszo. - Zapomnij, co si dziao wczeniej - zaproponowa Jarla-xle. Chytry umieszek najemnika powiedzia Dininowi, e ma na myli co specyficznego, gdy koczy myl. - Poza tym, co moe ci pomc w przyszoci? Dinin dokona szybkiej wizualnej inspekcji siebie i ruin. -Mj sprzt do walki? - spyta, starajc si odkry zamiary Jar-laxle. - Mj trening? - Twj brat. - Drizzt? - znowu to przeklte imi, ktre wzbudzao w Dini-nie wcieko. - Wyglda na to, e kwestia Drizzta Do'Urden wci jest do rozwaenia - wyjani Jarlaxle. Ma wysok warto w oczach Pajczej Krlowej. - Drizzt? - spyta ponownie Dinin, nie mogc uwierzy w sowa Jarlaxle. - Dlaczego jeste tak zaskoczony? - zapyta Jarlaxle. - Twj brat wci yje, inaczej dlaczego

Opiekunka Malice miaaby zosta zniszczona? - Jaki dom moe si nim interesowa? - spyta otwarcie Dinin. - Kolejna misja dla Opiekunki Baenre? Jarlaxle rozemia si. - Bregan D'aerthe mog dziaa bez przewodnictwa - albo sakiewki uznanego domu. - Zamierzasz ciga mojego brata? - To moe by doskonaa okazja, by Dinin okaza sw warto dla mojej maej rodziny odezwa si Jarlaxle. - Kto byby lepszy do schwytania renegata, przez ktrego pad Dom Do'Urden? Warto twojego brata wzrosa wielokrotnie po porace Zin-carla. - Widziaam, czym sta si Drizzt - powiedzia Dinin. - Cena bdzie wysoka. - Moje zasoby s nieograniczone - odpar zadowolonym gosem Jarlaxle - a adna cena nie jest zbyt wysoka, jeli zysk jest wikszy. - Ekscentryczny najemnik milcza przez krtk chwil, pozwalajc Dininowi bdzi wzrokiem po ruinach jego niegdy dumnego domu. - Nie - rzek nagle Dinin. Jarlaxle spojrza na niego bacznie. - Nie pjd za Drizztem - wyjani Dinin. - Suysz Jarlaxle, mistrzowi Bregan D'aerthe - przypomnia mu spokojnie najemnik. - Jak kiedy suyem Malice, opiekunce Domu Do'Urden - odpowiedzia z rwnym spokojem Dinin. - Nie wyruszybym ponownie za Drizztem dla mojej matki - spojrza na Jarlaxle, nie obawiajc si konsekwencji - i nie zrobi tego dla ciebie. Jarlaxle powici dug chwil na przygldanie si swemu towarzyszowi. Zazwyczaj przywdca najemnikw nie tolerowaby tak jawnej niesubordynacji, jednak Dinin by ponad wszelk wtpliwo szczery i nieugity. Jarlaxle przyj Dinina do Bregan D'aerthe, poniewa ceni dowiadczenie i umiejtnoci drugiego chopca. Nie mg w tej chwili tak atwo odrzuci pogldw Dinina. - Mgbym podda ci powolnej mierci - odpar Jarlaxle, bardziej by zobaczy reakcj Dinina, ni eby co obiecywa. Nie mia zamiaru zabija kogo tak cennego jak Dinin. - Z rk Drizzta nie otrzymam nic gorszego ni mier i haba - odpar spokojnie Dinin. Mina kolejna duga chwila, w trakcie ktrej Jarlaxle rozwaa implikacje pynce ze sw Dinina. By moe Bregan D'aerthe powinni przemyle plany poszukiwania renegata, moe cena okae si zbyt wysoka. - Chod, mj onierzu - rzek w kocu Jarlaxle. - Wrmy do domu, na ulic, gdzie moemy si dowiedzie, jakie przygody kryje w sobie przyszo.

26 wiata na stropie
Belwar bieg po pomocie, by dosta si do swego przyjaciela. Drizzt nie patrzy na zbliajcego si svirfhebli. Przyklkn na wskim pomocie i wpatrywa w spieniony obszar zielonego jeziora, gdzie spad Zaknafein. Kwas pryska i kipia, w polu widzenia pojawia si na chwil spalona rkoje miecza, po czym znikna pod zielon pian. - By tam przez cay czas - Drizzt wyszepta do Belwara. - Mj ojciec. - Na wiele si odwaye, mroczny elfie - odpar nadzorca kopaczy. - Magga camarra! Kiedy odoye bro, mylaem, e z pewnoci ci zabije. - By tam przez cay czas - powtrzy Drizzt. Spojrza na swego przyjaciela svirfnebli. - Ty mi

to pokazae. Belwar zacz si drapa w twarz w zakopotaniu. - Duszy nie mona oddzieli od ciaa - prbowa wyjani Drizzt. - Nie za ycia. - Spojrza na zmarszczki na jeziorze kwasu. - I nie za nieycia. W czasie spdzonym samotnie w dziczy straciem siebie, tak sdziem. Pokazae mi jednak prawd. Serce Drizzta nigdy nie opucio jego ciaa, wiedziaem wic, e tak musi te by z Zaknafeinem. - Tym razem w spraw byy wmieszane inne siy - zauway Belwar. - Nie bybym taki pewien. - Nie znae Zaknafeina - odpar Drizzt. Wsta, a wilgo w jego lawendowych'oczach zostaa zastpiona przez umiech, ktry zakwit mu na twarzy. - Ja znaem. Dusza, nie minie, kieruje ostrzami wojownika, a tylko ten, kto naprawd by Zaknafeinem, mg si porusza z tak gracj. Chwila kryzysu daa Zaknafeinowi si, by przeciwstawi si woli mojej matki. - Ty mu dae t chwil kryzysu - stwierdzi Belwar. - Pokonaj Opiekunk Malice albo zabij wasnego syna. - Belwar potrzsn ys gow i zmarszczy nos. - Magga camarra, ale ty jeste odwany, mroczny elfie - mrugn do Drizzta. - Albo gupi. - Nic z tych rzeczy - odpar Drizzt. - Ja tylko ufaem Zaknafeinowi. - Znw spojrza na jezioro kwasu i zamilk. Belwar rwnie milcza.i czeka cierpliwie, a Drizzt skoczy sw prywatn przemow pochwaln. Kiedy Drizzt odwrci w kocu wzrok od jeziora, Belwar wskaza mu, by szed za nim, i ruszy pomostem. - Chod - powiedzia przez rami nadzorca kopaczy. - Poznaj prawd o naszym zabitym przyjacielu. Drizzt uzna pecza za istot, ktrej pikno byo wywoane przez spokojny umiech, ktry w kocu odnalaz drog do umczonej twarzy ich przyjaciela. Wraz z Belwarem powiedzieli kilka sw, wymamrotali kilka ycze do bogw, ktrzy akurat suchali, po czym oddali Clackera kwasowemu jezioru, uwaajc to za lepszy los, ni gdyby mia spocz w odkach padlinoercw, ktrzy bkali si korytarzami Podmroku. Drizzt i Belwar znw szli sami, jak wtedy, gdy opucili miasto svirfnebli, i kilka dni pniej przybyli do Blingdenstone. Stranicy przy ogromnych wrotach, cho wyranie poruszeni, wydawali si zdziwieni ich powrotem. Pozwolili dwm towarzyszom wej, wymgszy na nadzorcy kopaczy obietnic, e natychmiast poinformuje o tym Krla Schnickticka. - Tym razem pozwoli ci zosta, mroczny elfie - Belwar powiedzia do Drizzta. - Pokonae potwora. - Zostawi Drizzta w swoim domu i obieca, e wkrtce wrci z radosnymi wieciami. Drizzt nie by tego taki pewien. W ostatnich sowach Za-knafein ostrzeg, e Opiekunka Malice nigdy nie porzuci swoich oww i sowa te pozostay Drizztowi wyranie w pamici. Wiele si stao podczas tygodni, kiedy on i Belwar byli poza Blingdenstone, lecz z tego co wiedzia Drizzt, nic z tych wydarze nie zmniejszao bardzo rzeczywistego zagroenia dla miasta svirfnebli. Drizzt zgodzi si towarzyszy Belwarwi z powrotem do Blingdenstone tylko dlatego, e wydawao si to odpowiednim pierwszym krokiem planu, na ktry si zdecydowa. - Jak dugo bdziemy walczy, Opiekunko Malice? - Drizzt spyta kamie, gdy nadzorca kopaczy znikn. Potrzebowa sysze swoje myli, by przekona si ponad wszelk wtpliwo, e jego decyzja jest rozsdna. - adne z nas nic nie zyskuje w konflikcie, lecz przecie takie s zwyczaje droww, czy nie? - Drizzt opad na jeden z taboretw przy maym stole i zastanawia si nad prawdziwoci swoich sw. - Bdziesz mnie ciga, do twojego lub mojego koca, zalepiona nienawici, ktra rzdzi twym yciem. W Menzober-ranzan nie ma przebaczenia. To sprzeciwiaoby si postanowieniom twojej zej Pajczej Krlowej. - A to jest Podmrok, twj wiat cieni i mroku, lecz to nie cay wiat, Opiekunko Malice i przekonam si, jak daleko potrafi sign twoje ze rce! Drizzt siedzia dugo w milczeniu, przypominajc sobie pierwsze lekcje w Akademii droww. Prbowa znale jakie wskazwki, ktre doprowadziyby go do przekonania, e opowieci o zewntrznym wiecie nie byy niczym wicej jak tylko kamstwami. garstwa w Akademii byy

doskonalone przez stulecia. Drizzt szybko doszed do wniosku, e po prostu bdzie musia zaufa swoim uczuciom. Kiedy kilka godzin pniej wrci z ponur twarz Belwar, Drizzt podj ju silne postanowienie. - Uparte orcze by... - wycedzi nadzorca kopaczy, przechodzc przez kamienne drzwi. Drizzt zatrzyma go serdecznym miechem. - Nie chc sysze o tym, aby zosta! - wrzasn Belwar, prbujc pozbawi go wesooci. - Czy naprawd spodziewae si czego innego? - spyta go Drizzt. - Moja walka si nie zakoczya, drogi Belwarze. Czy sdzisz, e tak atwo pokona moj rodzin? - Znw wyruszymy - warkn Belwar, siadajc obok Drizz-ta. - Mj hojny - to sowo ociekao sarkazmem - krl zgodzi si, aby pozosta w miecie przez tydzie. Jeden tydzie! - Kiedy odejd, odejd sam - przerwa Drizzt. Wycign z sakiewki onyksow figurk i jeszcze raz przemyla swoje sowa. - Prawie sam. - Rozmawialimy ju kiedy o tym, mroczny elfie - przypomnia mu Belwar. - Wtedy byo inaczej. - Czyby? Czy lepiej przeyjesz sam w dziczy Podmroku, ni robie to wczeniej? Czy zapomniae o ciarze samotnoci? - Nie bd w Podmroku - odpar Drizzt. - Zamierzasz wrci do swojej ojczyzny? - krzykn Belwar, wstajc gwatownie, tak e jego taboret przewrci si na podog. - Nie, nigdy! - zamia si Drizzt. - Nigdy nie wrc do Men-zoberranzan, chyba e na kocu acucha Opiekunki Malice. Nadzorca kopaczy poprawi stoek i zaciekawiony zasiad na nim. - Jak rwnie nie zostan w Podmroku - wyjani Drizzt. -To jest wiat Malice, bardziej pasujcy do mrocznych serc droww. Belwar zaczyna rozumie, lecz nie mg uwierzy w to, co syszy. - O czym ty mwisz? zapyta. - Gdzie zamierzasz si uda? - Na powierzchni - odpowiedzia pewnym gosem Drizzt. Belwar znw si zerwa, a jego taboret polecia tym razem jeszcze dalej. - Byem tam raz - cign Drizzt, nie zraony jego reakcj. Uspokoi gnoma penym determinacji spojrzeniem. - Braem udzia w masakrze. Jedynie czyny moich towarzyszy wniosy bl do moich wspomnie z tej podry. Zapachy otwartego wiata i chodny powiew wiatru nie trwo mego serca. - Powierzchnia - mrukn Belwar, opuciwszy gow. Jego gos brzmia niemal jak jk. Magga camarra. Nigdy nie planowaem tam podrowa - to nie jest miejsce dla svirfhebli. -Belwar uderzy nagle w st i podnis wzrok, a na jego twarzy pojawi si peen determinacji umiech. - Jeli jednak Drizzt tam pjdzie, Belwar bdzie przy jego boku! - Drizzt pjdzie sam - odpar drow. - Jak sam powiedziae, powierzchnia nie jest miejscem dla svirfhebli. - Ani droww - doda wymownie gbinowy gnom. - Nie pasuj do zwyczajowych wyobrae o drowach - rzek Drizzt. - Moje serce nie jest ich sercem, a ich dom nie jest moim. Jake daleko musz i nie koczcymi si tunelami, by uwolni si od nienawici mojej rodziny? A jeli uciekajc przed Menzoberranzan, natkn si na inne wielkie miasto mrocznych elfw, Ched Nasad lub inne podobne miejsce, czy te drowy rwnie podejm za mn pocig, pragnc wypeni pragnienie Pajczej Krlowej, ktra chce mojej mierci? Nie, Belwarze, nie odnajd spokoju pod niskim stropem tego wiata. Obawiam si, e ty nigdy nie byby szczliwy, gdyby zabra ci daleko od kamieni Podmroku. Twoje miejsce jest tutaj, miejsce zasuonego szacunku wrd twojego ludu. Belwar siedzia w milczeniu przez dug chwil, przetrawiajc wszystko, co powiedzia Drizzt. Poszedby dobrowolnie z Drizztem, jeli drow by tego chcia, jednak naprawd nie mia zamiaru opuszcza Podmroku. Belwar nie mg wystawi adnych argumentw przeciwko pragnieniu odejcia Drizzta. Wiedzia, e mrocznego elfa czekaj cikie prby na powierzchni,

czy jednak przewysz one cierpienie, jakiego Drizzt zawsze dowiadcza w Podmroku? Belwar sign do swej gbokiej kieszeni i wycign wia-todajn brosz. - We to, mroczny elfie - powiedzia cicho, podajc j Drizztowi - i nie zapomnij o mnie. - Ani na chwil przez wszystkie stulecia mojego ycia - obieca Drizzt. - Ani przez chwil. *** Tydzie min zbyt szybko dla Belwara, ktry nie chcia, by jego przyjaciel odchodzi. Nadzorca kopaczy wiedzia, e nigdy ju nie zobaczy Drizzta, wiedzia jednak rwnie, e decyzja Drizzta bya suszna. Jako przyjaciel Belwar wzi na siebie dopilnowanie, czy Drizzt ma maksymaln szans na sukces. Zabra droww do najlepszych dostawcw w caym Blingden-stone i zapaci za zapasy z wasnej kieszeni. Nastpnie Belwar zdoby dla Drizzta jeszcze wikszy dar. Gbinowe gnomy podroway czasami na powierzchni i Krl Schnicktick posiada kilka egzemplarzy orientacyjnych map, ukazujcych wyjcia z tuneli Podmroku. - Podr zajmie ci wiele dni - powiedzia Belwar do Drizzta, podajc mu zwinity pergamin. Obawiam si jednak, e bez tego nigdy nie odnajdziesz drogi. Drizztowi trzsy si rce, gdy rozwija map. Dopiero teraz omieli si wierzy, e to prawda. Rzeczywicie udawa si na powierzchni. Chcia w tym momencie powiedzie Belwarowi, by poszed razem z nim. Jak mg si egna z tak drogim przyjacielem? Jak dotd jednak w podrach prowadziy Drizzta zasady. Tym razem wymagay one, aby nie by samolubny. Opuci Blingdenstone nastpnego dnia, obiecujc Belwa-rowi, e jeli kiedykolwiek bdzie w pobliu, zajrzy z wizyt. Obydwaj wiedzieli, e nigdy nie wrci. *** Kilometry i dni mijay bez przeszkd. Czasami Drizzt trzyma wysoko magiczn brosz, ktr podarowa mu Bel war, czasami szed w cichej ciemnoci. Nie wiedzia, czy by to zbieg okolicznoci, czy te umiech losu, jednak nie napotka adnych potworw na trasie wytyczonej przez map. Niewiele zmieniao si w Podmroku i cho pergamin by stary, a nawet bardzo stary, atwo byo poda szlakiem. Krtko po rozbiciu obozu trzydziestego trzeciego dnia marszu od Blingdenstone, Drizzt poczu orzewienie powietrza, uczucie chodnego wiatru, ktre tak dobrze pamita. Wycign z sakiewki onyksow figurk i wezwa Guenh-wyvar do swego boku. Szli razem niecierpliwie, spodziewajc si, e strop moe znikn za kadym zakrtem. Weszli do maej jaskini, a ciemno za odlegym wejciem nie bya ani troch tak mroczna, jak ciemno za nimi. Drizzt wstrzyma oddech i wyprowadzi Guenhwyvar na zewntrz. Gwiazdy migotay pomidzy poszarpanymi chmurami nocnego nieba, srebrne wiato ksiyca lnio przymionym blaskiem za duym obokiem, a wiatr zawodzi pie gr. Drizzt znajdowa si wysoko w Krainach, sta na zboczu ogromnej gry, w rodku potnego acucha grskiego. Nie przejmowa si wcale ukszeniami wiatru, lecz sta nieruchomo przez dugi czas i obserwowa, jak chmury mijaj go w swojej powolnej, podniebnej podry do ksiyca. Guenhwyvar staa obok niego nie osdzajc, i Drizzt wiedzia, e zawsze tak bdzie.