You are on page 1of 166

- Uciekaj, Eleni! - krzykn Connor Thistledown, wymachujc mieczem i idc w stron drowa. - To mroczny elf! Drow!

Uciekaj, jeli ci ycie mie! Ze wszystkiego, co krzycza Connor, Drizzt zrozumia tylko sowo "drow". Zachowania i zamiarw modego mczyzny nie mona byo jednak z niczym pomyli, poniewa Connor kierowa si dokadnie pomidzy Drizzta i Eleni, mierzc czubkiem miecza w stron drowa. Eleni zdoaa wsta za swym bratem, lecz nie uciekaa, jak jej poleci. Ona rwnie syszaa o zych mrocznych elfach i nie miaa zamiaru zostawi Connora sam na sam z jednym z nich. - Odejd, mroczny elfie - warkn Connor. - Jestem dowiadczonym szermierzem, znacznie silniejszym od ciebie. Drizzt rozoy bezradnie rce, nie rozumiejc ani sowa. - Odejd! - wrzasn Connor. Kierujc si impulsem, Drizzt prbowa odpowiedzie w jzyku migowym droww, skomplikowanym systemie znakw doni i twarzy. - On rzuca czar! - krzykna Eleni wskakujc w jagody. Connor wrzasn i zaatakowa. Zanim Connor dostrzeg kontratak, Drizzt chwyci go za przedrami, wykorzysta drug do, by wykrci nadgarstek chopca i wyrwa mu miecz, machn toporn broni trzykrotnie nad gowConnora, obrci j w swej szczupej doni, po czym odda mu j, rkojecido przodu. Drizzt rozoy szeroko ramiona i umiechn si. Wedug zwyczajw droww taki pokaz wyszoci bez zranienia przeciwnika nieodmiennie sygnalizowa pragnienie przyjani. U najstarszego syna rolnika, Bartomieja Thistledown, olepiajcy spektakl drowa wzbudzi jedynie wywoane zachwytem przeraenie. Connor przez dug chwil sta z otwartymi ustami. Miecz wypad mu z rki, lecz tego nie zauway. Mokre spodnie kleiy mu si do ud, tego te nie zauway. Gdzie z wntrza Connora rozleg si wrzask. Chwyci Eleni, ktra przyczya si do krzyku, po czym uciekli w stron zagajnika, by zabra pozostaych. Biegli bez przerwy, dopki nie przestpili progu swojego domu. Drizzt pozosta, jego umiech szybko znika, a rce wci mia rozoone. Sta samotnie obok kpy jagd.

_____________________________________________ ___________________

FORGOTTEN

REALMS

NOWY DOM
R. A. Salvatore

Tumaczenie: Piotr Kucharski Tytu oryginau: SOJOURN

Preludium
Mroczny elf usiad na nagim zboczu gry, obserwujc pojawiajc si nad wschodnim horyzontem czerwon lini. To bdzie chyba jego setny wit, na ktry patrzy, i wiedzia doskonale, e palce wiato przyniesie bl jego lawendowym oczom -oczom, ktre przez ponad cztery dziesiciolecia znay jedynie ciemno Podmroku. Kiedy jednak grna krawd poncego soca wyonia si ponad horyzontem, drow nie odwrci si. Przyj wiato jako swoje oczyszczenie, bl konieczny do podania wybran ciek, do stania si istot z powierzchni. Przed ciemnoskr twarz drowa pojawiy si kby szarego dymu. Bez spogldania wiedzia, co to znaczy. Jegopiwa/wi, stworzony przy pomocy magii paszcz droww, ktry w Podmroku tak wiele razy osania go przed niepodanymi spojrzeniami, podda si w kocu wiatu dnia. Magia w paszczu zacza sabn ju przed tygodniami, a sam materia po prostu si topi. W miejscach, gdzie tkanina si rozpadaa, pojawiay si spore dziury i drow zacisn kurczowo ramiona, by ocali tak wiele, jak tylko si dao. Wiedzia, e nic to nie zmieni, poniewa paszcz by skazany na zagad w wiecie tak odmiennym od tego, w ktrym zosta stworzony. Drow uchwyci si z desperacj tej myli, widzc w niej pewn analogi do swojego wasnego losu. Soce wspio si wyej i z przymruonych, lawendowych oczu drowa polay si zy. Nie widzia ju dymu, nie widzia ju nic poza olepiajcym blaskiem tej strasznej kuli ognia. Mimo to, siedzia i patrzy prosto na wit. Aby przetrwa, musia si zaadaptowa. Uderzy bolenie stop o krawd kamienia i odwrci sw uwag od zawrotw gowy, ktre zaczy go ogarnia. Rozmyla o tym, czym stay si jego starannie uszyte buty. Wiedzia, e one rwnie wkrtce rozpadn si w nico. A pniej jego sejmitary? Czy ta wspaniaa bro droww, ktra umoliwia mu przejcie tak wielu niebezpieczestw, rwnie zniknie? Jaki los czeka Guenhwyvar, jego magiczn panter? Niewiadomie drow wsun do do sakiewki, by dotkn cudownej figurki tak doskonaej w kadym detalu, za pomoc ktrej przywoywa kocic. Jej nie naruszona forma wzmocnia go w tej chwili zwtpienia, lecz jeli ona rwnie zostaa stworzona przez mroczne elfy, nasczona magi tak wyjtkow dla ich wiata, czy Guenhwyvar rwnie ulegnie wkrtce zagadzie? - Jake aosnym stworzeniem si staem - skary si drow w swym ojczystym jzyku. Zastanawia si, nie po raz pierwszy i z pewnoci nie ostatni, nad susznoci swej decyzji o opuszczeniu Podmroku, porzuceniu wiata jego zego ludu. Zaciya mu gowa, a na oczy pola si pot. Jego bl wzmg si jeszcze bardziej. Soce kontynuowao sw wdrwk, a drow nie mg ju tego znie. Wsta i odwrci si w stron maej jaskini, ktr obra sobie za dom, po czym znw pooy niewiadomie do na figurce pantery. Piwafwi powiewa wok niego w strzpach, nie by ju najlepsz ochron przed mronymi podmuchami grskiego wiatru. W Podmroku nie byo wiatru, nie liczc lekkich podmuchw, unoszcych si znad zbiornikw magmy, oraz nie byo mrozu, nie liczc lodowatego dotyku nieumarych potworw. wiat powierzchni, ktry drow zna od kilku miesicy, ukaza mu wiele rnic, wiele odmiennoci - zbyt wiele, jak czsto sdzi. Drizzt Do'Urden si nie podda. Podmrok by wiatem jego pobratymcw, jego rodziny, a w tej ciemnoci nie odnajdzie spokoju. Postpujc zgodnie ze swymi zasadami, sprzeciwi si Lloth, Pajczej Krlowej, zej bogini, ktr jego lud wielbi ponad ycie. Mroczne elfy, rodzina Drizzta, nie przebaczaniu tego blunierstwa, a w Podmroku nie byo jam na tyle gbokich, by mg uciec przed ich dugimi rkoma. Nawet jeli Drizzt wierzy, e soce go spali, jak spalao jego buty i drogocenny piwafwi, nawet jeli stanie si jedynie niematerialnym, szarym dymem, niesionym mronym, grskim wiatrem, zachowa swoje zasady i godno, te elementy, ktre czyniy ycie wartociowym.

Drizzt zerwa resztki swego paszcza i cisn je w gbok przepa. Mrony wiatr musn jego zlan potem skro, lecz drow szed prostym i dumnym krokiem, trzymajc swe lawendowe oczy szeroko otwarte. By to los, ktry wybra. *** Na zboczu innej gry, niedaleko, inne stworzenie obserwowao wschodzce soce. Ulgulu rwnie opuci sw ojczyzn, brudne, dymice rozpadliny przecinajce plan Gehenny, lecz potwr nie odszed stamtd z wasnej woli. By to los Ulgulu, jego pokuta, by dorasta w tym wiecie, dopki nie zdobdzie wystarczajcej potgi, by wrci do domu. Zajciem Ulgulu byo zabijanie, karmienie si si yciow otaczajcych go miertelnikw. By ju blisko osignicia dojrzaoci, ogromny, silny i straszliwy. Kade zabjstwo czynio go silniejszym.

Cz 1 Wschd soca
Palio moje oczy i wywoywao bl w kadej czci mego ciaa. Zniszczyo mipiwafwi i buty, skrado magi ze zbroi oraz osabio moje zaufane sejmitary. Mimo to, kadego dnia, bez wyjtku, siedziaem na swojej grani, mojej lawie oskaronych, by oczekiwa nadejcia soca. Przychodzio do mnie kadego dnia w paradoksalny sposb. Nie mogem nie czu blu, jednak nie mogem rwnie nie dostrzega pikna tego widoku. Kolory, jakie powstaway tu przed pojawieniem si soca, chwytay mnie za dusz w sposb, do jakiego nie byyby zdolne emanacje ciepa w Podmroku. Z pocztku sdziem, e to zauroczenie powstaje w zwizku z niezwykoci caej sceny, jednak nawet teraz, wiele lat pniej, czuj poruszenie w sercu w chwili, gdy delikatny poblask obwieszcza wit. Wiem teraz, e czas spdzany przeze mnie w socu - moje dzienne oczyszczenie - byo czym wicej ni tylko zwykym pragnieniem dostosowania si do zwyczajw wiata powierzchni. Soce stao si symbolem rnicy pomidzy Podmrokiem a moim nowym domem. Spoeczestwo od ktrego uciekem, wiat tajemnych konszachtw i podstpnych spiskw nie mgby istnie na otwartej przestrzeni pod wiatlem dnia. To soce, z caym fizycznym blem, jaki mi zadawao, odzwierciedlao dla mnie zaprzeczenie tego drugiego, mrocz-niejszego wiata. Te promienie odsaniajcego wiat blasku wzmacniay moje zasady z rwn si, jak osabiay stworzone przez drowy magiczne przedmioty. W wietle soca piwajwi, ochronny paszcz, ktry osania przed niepodanymi spojrzeniami, ubir zodziei i zabjcw, sta si jedynie bezuyteczn szmat. -DrizztDo'Urden

Surowe lekcje
Drizzt przedar si przez oson krzakw, a pniej przemkn przez obszar paskiej i nagiej skay, ktry prowadzi do sucej mu teraz za dom jaskini. Wiedzia, e co przeszo tdy niedawno - bardzo niedawno. Nie byo adnych widocznych ladw, lecz pozosta silny zapach. Guenhwyyar okraa ukiem gazy powyej pooonej na zboczu jaskini. Widok pantery da drowowi odrobin spokoju. Drizzt ufa panterze bez adnych zastrzee i wiedzia, e kocica wyposzyaby kadego wroga, ktry kryby si w zasadzce. Drizzt znikn w ciemnym otworze i umiechn si syszc, jak pantera schodzi za nim na d, pilnujc go. Drizzt przystan za gazem tu przy wej ciu, pozwalaj c swym oczom dostosowa si do mroku. Soce wci byo jasne, cho szybko zdao na zachodnie niebo, lecz grota bya ciemniejsza -wystarczajco ciemna, by Drizzt mg przestawi wzrok na spektrum podczerwieni. Kiedy tylko przemiana si zakoczya, Drizzt zlokalizowa intruza. Wyrane ciepo, oznaczajce yjce stworzenie, emanowao zza kolejnego gazu, lecego gbiej w jedynym pomieszczeniu jaskini. Drizzt uspokoi si. Guenhwyyar bya zaledwie kilka krokw z tyu, a zwaywszy na wielko kamienia, intruz nie mg by du istot. Jednak Drizzt wychowa si w Podmroku, gdzie kade yjce stworzenie, niezalenie od swych rozmiarw, byo szanowane i uwaane za niebezpieczne. Gestem wskaza Guenhwyvar, by pozostaa w pobliu wyjcia i skierowa si w bok, by spojrze na intruza. Drizzt nigdy wczeniej nie widzia takiego zwierzcia. Wygldao niemal jak kot, lecz miao znacznie mniejsz i ostro zakoczon gow. Nie mogo way wicej ni dwa, trzy kilogramy. Fakt ten, oraz bujny ogon i gsta sier wskazyway, e stworzenie to byo bardziej rolinoercni drapienikiem. Przetrzsao teraz zapasy ywnoci, najwyraniej niewiadome obecnoci drowa. - Uspokj si, Guenhwyvar - Drizzt zawoa cicho, chowajc sejmitary do pochew. Podszed o krok bliej do intruza, aby lepiej mu si przyjrze, lecz wci utrzymywa bezpieczn odlego, eby go nie sposzy, poniewa uwaa, e znalaz kolejnego towarzysza. Gdyby tylko udao mu si zdoby zaufanie zwierzcia... Mae stworzenie odwrcio si gwatownie na gos Drizzta i szybko oparo swe krtkie, przednie apki o cian. - Spokojnie - powiedzia cicho Drizzt, tym razem do intruza. - Nie chc ci skrzywdzi. Drizzt zrobi nastpny krok, a stworzenie sykno i postawio przednie apki na kamienn podog. Drizzt niemal rozemia si gono, uwaajc, e stworzenie zamierza przedrze si przez tyln cian jaskini. Guenhwyvar wpada pomidzy nich, a niepokj pantery skrad rado z twarzy drowa. Zwierz podnioso wysoko w gr ogon, a Drizzt zauway w nikym wietle, e stworzenie ma na grzbiecie wyrane prgi. Guenhwyvar wzdrygna si i rzucia do ucieczki, lecz byo ju za pno... Niemal godzin pniej Drizzt i Guenhwyvar szli wzdu dolnych szlakw, u podna gry, w poszukiwaniu nowego domu. Ocalili to, co mogli, lecz nie byo tego wiele. Guenhwyvar zachowywaa spor odlego od Drizzta. Im bliej, tym smrd by gorszy. Drizzt przeszed nad tym do porzdku, lecz odr jego wasnego ciaa uczyni lekcj surowsz, ni by mu to odpowiadao. Nie zna oczywicie nazwy maego zwierztka, lecz dobrze zapamita jego wygld. Bdzie si mia na bacznoci, gdy nastpnym razem napotka skunksa. - Co z moimi innymi towarzyszami w tym dziwnym wiecie? - Drizzt wyszepta do siebie. Nie by to pierwszy raz, gdy drow wygasza takie obawy. Wiedzia bardzo mao o powierzchni, a jeszcze mniej o yjcych tu stworzeniach. Ostatnie miesice spdzi wewntrz i w pobliu jaskini, tylko czasami zapuszcza si w nisze, bardziej zamieszkane tereny. Podczas tych wypraw widzia par zwierzt, zazwyczaj z oddali, a take zaobserwowa kilku ludzi. Nie znalaz jednakjeszcze odwagi, by wyj z ukrycia, poniewa obawia si ewentualnego odrzucenia i wiedzia, e nie ma dokd uciec. Odgos pyncej wody doprowadzi cuchncego drowa oraz panter do wartkiego potoku. Drizzt natychmiast znalaz ukryte, ocienione miejsce i zacz zdziera z siebie zbroj oraz ubranie,

za Guenhwyyar ruszya w d strumienia, by sprbowa zowi ryb. Odgosy wydawane przez baraszkujc w wodzie panter wywoay umiech na powanych rysach drowa. Bd dobrze je tego wieczora. Drizzt delikatnie odpi klamr paska i uoy sw doskona bro obok plecionej kolczugi. Czu si niezwykle odsonity bez pancerza i broni - w Podmroku nigdy nie odoyby ich tak daleko od siebie - lecz mino wiele miesicy, odkd Drizzt ich potrzebowa. Spojrza na swe sejmitary i zalay go jednoczenie mie i gorzkie wspomnienia ostatnich chwil, kiedy musia ich uy. Walczy wtedy z Zaknafeinem, swym ojcem, mentorem i najdroszym przyjacielem. Tylko Drizzt przetrwa to spotkanie. Legendarny fechmistrz odszed, lecz zwycistwo w tej walce naleao w rwnym stopniu do aka, jak i do Drizzta, poniewa tak naprawd to nie Zaknafein dopad Drizzta na pomocie w wypenionej kwasem jaskini. Byo to widmo Zaknafeina, kontrolowane przez zmatk Drizzta, Opiekunk Malice. Pragna zemsty na Drizzcie za porzucenie przez niego Lloth oraz caego chaotycznego spoeczestwa droww. Drizzt spdzi ponad trzydzieci lat w Menzoberranzan, lecz nigdy nie zaakceptowa podstpnych i okrutnych zwyczajw, ktre w miecie droww byy norm. Pomimo swoich ogromnych umiejtnoci w walce przynosi nieustanny wstyd Domowi Do 'Urden. Kiedy uciek z miasta, by wie ycie wygnaca w dziczy Podmroku, pozbawi swoj matk, wysok kapank, aski Lloth. Tak wic Opiekunka Malice Do'Urden przywoaa ducha Zaknafeina, fechmistrza, ktrego zoya w ofierze Lloth, i wysaa nieumaristot za swym synem. Malice le oceniajednak sytuacj, poniewa w ciele aka pozostao wystarczajco wiele duszy, by powstrzyma atak na Drizzta. W chwili gdy ak zdoa wydrze Malice kontrol, zakrzykn zwycisko i wskoczy do jeziora kwasu. - Mj ojcze - wyszepta Drizzt, czerpic si z tych prostych sw. Zwyciy tam, gdzie Zaknafeinowi si nie powiodo. Porzuci ze zwyczaje droww, w ktrych ak by wiziony przez stulecia, suc jako marionetka w walkach Opiekunki Malice o wadz. W porace Zaknafeina i przekazanych mu przez niego cechach Drizzt odnalaz si. W zwycistwie aka w kwasowej jaskini odnalaz determinacj. Drizzt zignorowa pajczyn kamstw, ktr prbowali go owin dawni nauczyciele z Akademii w Menzoberranzan, i wyszed na powierzchni, by rozpocz nowe ycie. Drizzt wzdrygn si, wchodzc do lodowatego strumienia. W Podmroku zna wzgldnie sta temperatur i niezmienn ciemno. Tutaj jednak wiat zaskakiwa go w kadej chwili. Zauway ju, e okresy wiata i ciemnoci nie s stae; soce kadego dnia zachodzio wczeniej, a temperatura -jak si wydawao, zmieniajca si z godziny na godzin - miarowo opadaa w cigu ostatnich kilku tygodni. Nawet w ramach tych okresw wiata i mroku mona byo zauway niestaoci. Niektre noce byy nawiedzane przez byszczc srebrem kul, za niektre dni nakryte byy szarym oparem, a nie kopu byszczcego bkitu. Niezalenie od tego wszystkiego Drizzt zazwyczaj pochwala swj decyzj przyjcia do tego nieznanego wiata. Spogldajc teraz na swoj bro i zbroj, lece w cieniu cztery metry od niego, Drizzt musia przyzna, e pomimo swojej dziwaczno-ci powierzchnia oferowaa wicej spokoju ni jakiekolwiek miejsce w Podmroku. Pomimo swego spokoju Drizzt by teraz w dziczy. Spdzi cztery miesice na powierzchni i wci by sam, nie liczc chwil, kiedy mg przyzywa sw magiczn koci towarzyszk. Teraz, kiedy poza obszarpanymi spodniami by nagi, a oczy pieky go od wydzieliny skunksa, jego zmys wchu zagubi si w ostrym zapachu, za czuy zmys suchu zosta przytumiony przez szmer pyncej wody, czu si naprawd odsonity. - Jake nieporzdnie musz wyglda - mrukn Drizzt, przejedajc palcami po gszczu swych gstych, biaych wosw. Kiedy jednak znw zerkn na swj ekwipunek, myl ta szybko wyparowaa z jego umysu. Pi zwalistych sylwetek przetrzsao jego wasno i najwyraniej niewiele dbao o obszarpany wygld mrocznego elfa. Drizzt zastanowi si nad szaraw skr i ciemnymi pyskami mierzcych ponad dwa metry humanoidw o psich twarzach, jednak wiksz uwag zwrci na wcznie i miecze, ktre teraz

pochylili w jego stron. Zna ten rodzaj potworw, poniewa widywa podobne stworzenia suce w Menzoberranzan za niewolnikw. W tej jednak sytuacji gnolle wyglday inaczej, bardziej zowieszczo. Przez krtk chwil myla o przedarciu si do swych sejmi-tarw, odrzuci jednak ten pomys, wiedzia bowiem, e zanim zdoa si zbliy, zostanie przebity wczni. Najwikszy z bandy gnolli, prawie dwuipmetrowy olbrzym z uderzajco czerwonymi wosami, spoglda przez dusz chwil na Drizzta, pniej na ekwipunek drowa, a nastpnie znw na niego. - Co ty sobie mylisz? - Drizzt mrukn pod nosem. Wiedzia bardzo niewiele o gnollach. W Akademii Menzoberranzan zosta nauczony, e gnolle pochodziy z rasy goblinoidw, byy nieprzewidywalne i do niebezpieczne. Mwiono mu jednak rwnie o elfach z powierzchni i ludziach - i, jak zda sobie teraz spraw, o kadej rasie, ktra nie bya drowami. Pomimo swego nieprzyjemnego pooenia Drizzt niemal si rozemia. Ironi byo, e ras, ktra najbardziej zasugiwaa na miano zej i nieprzewidywalnej, byy same drowy! Gnolle nie ruszay si i nic nie mwiy. Drizzt rozumia ich wahanie na widok mrocznego elfa i wiedzia, e jeli ma mie w ogle jak szans, musi wykorzysta ten naturalny strach. Przyzywajc nalene mu z racji magicznego dziedzictwa wrodzone zdolnoci, Drizzt machn sw ciemn doni i otoczy pi gnolli nieszkodliwymi, purpurowymi pomieniami. Jedna z bestii pada natychmiast na ziemi, jak Drizzt oczekiwa, lecz pozostae zatrzymay si na sygna dany przez wycignit do ich bardziej dowiadczonego przywdcy. Rozgldali si dookoa nerwowo, najwyraniej zastanawiajc si nad sensem przecigania tego spotkani a. Wdz gnolli widzia ju jednak wczeniej nieszkodliwy ogie faerie, w walce z pozbawionym szczcia a teraz ju martwym - tropicielem, i wiedzia, czym on by. Drizzt napi minie w oczekiwaniu i stara si okreli swj nastpny ruch. Wdz gnolli zerkn na swych towarzyszy, j akby badaj c stopie, w jaki byli otoczeni taczcymi pomieniami. Sdzc po dokadnoci zaklcia, w strumieniu nie sta zwyczajny drow wieniak - a przynajmniej Drizzt mia nadziej, e wdz tak myli. Drizzt rozluni si troch, gdy przywdca opuci wczni i gestem nakaza pozostaym, by zrobili podobnie. Nastpnie gnoll wyszczeka szereg sw, ktre dla drowa brzmiay jak bekot. Widzc wyrane zdziwienie Drizzta, gnoll zawoa co w gardowym jzyku goblinw. Drizzt rozumia mow goblinw, lecz dialekt gnolla by tak dziwny, e zdoa odszyfrowa zaledwie kilka sw, midzy innymi przyjaciel" i przywdca". Drizzt ostronie wykona krok w stron brzegu. Gnolle rozstpiy si, dajc mu drog do jego ekwipunku. Drizzt znw postpi niepewnie do przodu, po czym uspokoi si jeszcze bardziej, gdy zauway kawaek dalej przy czaj ona w krzakach czarn, koci sylwetk. Na jego rozkaz Guenhwyvar, jednym potnym skokiem, wpadaby na band gnolli. - Wy i ja i razem? - Drizzt spyta przywdc gnolli, korzystajc z jzyka goblinw i starajc si naladowa dialekt stwora. Gnoll odpowiedzia szybkim krzykiem i jedyn rzecz, jak Drizzt zdoa zrozumie, byo ostatnie sowo pytania -... sprzymierzeniec? Drizzt przytakn powoli w nadziei, e zrozumia, o co chodzi stworowi. - Sprzymierzeniec! - zakraka gnoll, a wszyscy jego towarzysze umiechnli si z ulg, po czym zaczli klepa si po plecach. Drizzt sign wtedy po swj ekwipunek i natychmiast przypi sejmitary. Widzc, e uwaga gnolli jest rozproszona, drow zerkn na Guenhwyvar i gow wskaza gsty zagajnik, lecy dalej przy szlaku. Szybko i bezszelestnie Guenhwyvar zaja now pozycj. Drizzt uzna, e nie ma potrzeby zdradza wszystkich swoich sekretw, nie, dopki nie zrozumie w peni zamiarw swych nowych towarzyszy. Drizzt zszed wraz z gnollami na nisze, krte szlaki. Gnolle trzymay si daleko po bokach drowa, cho Drizzt nie wiedzia, czy robi tak z szacunku dla niego i reputacji jego rasy, czy te z innego powodu. Najprawdopodobniej, jak Drizzt podejrzewa, utrzymyway dystans po prostu z powodu jego odoru, ktrego kpiel nie zdoaa zbytnio stumi. Przywdca gnolli czsto zwraca si do Drizzta, akcentujc swe podekscytowane sowa przebiegym mrugniciem lub nagym potarciem wielkich, skrzastych doni. Drizzt nie mia

pojcia, o czym mwi gnoll, jednak widzc, e stwr ochoczo oblizuje wargi, uzna, e prowadzi go na jaka uczt. Drizzt wkrtce odgad cel, do ktrego zdaa banda, poniewa z poszarpanych szczytw w wysokich grach obserwowa czsto marolniczosad w dolinie. Drizzt mg jedynie podejrzewa zwizek pomidzy gnollami a ludzkimi rolnikami, wyczuwa jednak, e nie jest przyjazna. Kiedy zbliyli si do wioski, gnolle przeszy do pozycji obronnej, przemykay si wzdu krzakw i trzymay si cieni, gdy tylko byo to moliwe. Gdy grupa otaczaa wiosk, by dosta si do oddzielonego gospodarstwa od strony zachodniej, zacz szybko zapada zmierzch. Wdz gnolli wyszepta do Drizzta, powoli wymawiajc kade sowo, by drow mg zrozumie - Jedna rodzina - zakraka. -Trzy mczyzny, dwie kobiety... - Jedna moda kobieta - doda ochoczo inny. Przywdca gnolli warkn. - I trzy mode mczyzny - zakoczy. Drizzt uzna, e zna ju cel wyprawy, a jego zdumiona i pytajca mina popchna gnolla do usuwajcego wszelkie wtpliwoci potwierdzenia. - Wrogowie - oznajmi przywdca. Nie wiedzc nic o obydwu rasach, Drizzt znalaz si w dylemacie. Gnolle byy upiecami - to byo jasne - i zamierzay napa na gospodarstwo, gdy tylko zniknostatnie promienie soca. Drizzt nie mia zamiaru przycza si do ich walki, dopki nie zdobdzie wicej informacji dotyczcych natury ich konfliktu. - Wrogowie? - spyta. Przywdca gnolli zmarszczy brew w widocznej konsternacji. Wyrzuci z siebie bekotliw wypowied, w ktrej Drizztowi wydawao si, e usysza; czowiek... sabeusz... niewolnik". Wszystkie gnolle wyczuy nag niepewno drowa, zaczy maca sw bro i spoglda na siebie nerwowo. - Trzej mczyni - powiedzia Drizzt. Gnoll dgn wczni energicznie ziemi. - Zabi najstarszy! Zapa dwa! - Kobiety? Zowieszczy umiech, ktry rozkwit na twarzy gnolla, odpowiedzia na pytanie, nie pozostawiajc cienia wtpliwoci i Drizzt zacz rozumie, gdzie znajduje si jego miejsce w tym konflikcie. - Co z dziemi? - patrzy prosto na przywdc gnolli i wymawia wyranie kade sowo. Nie mogo by nieporozumie. Ostatnie pytanie potwierdzao wszystko, poniewa cho Drizzt mg zaakceptowa typow dziko, jeli chodzio o ludzkich przeciwnikw, nie mg zapomnie jedynego razu, kiedy bra udzia w takiej wyprawie. Ocali tamtego dnia elfie dziecko, ukry dziewczynk pod ciaem jej matki, by uchroni j przed szaem jego towarzyszy droww. Ze wszystkich niezliczonych niegodziwoci, ktrych Drizzt by wiadkiem, mordowanie dzieci byo najgorsze. Gnoll uderzy wczni w ziemi, a jego psia twarz wykrzywia si w paskudnym umiechu. - Nie sdz - powiedzia krtko Drizzt, a w jego lawendowych oczach rozgorza ogie. W jaki sposb, jak zauwayy gnolle, w jego doni ach pojawiy si sejmitary. Pysk gnolla znw si skrzywi, tym razem ze zdziwienia. Prbowa podnie wczni, nie wiedzc co ten dziwny drow zamierza teraz zrobi, jednak byo na to za pno. Drizzt by zbyt szybki. Zanim czubek wczni gnolla w ogle si poruszy, drow rzuci si w jego stron, trzymajc przed sob sejmitary. Pozostae cztery gnolle patrzyy z podziwem, jak ostrza Drizzta uderzaj dwukrotnie, rozdzierajc gardo ich potnego przywdcy. Gnom pad w milczeniu na grzbiet, chwytajc si bezskutecznie za szyj. Gnoll z boku zareagowa jako pierwszy, opuszczajc wczni i szarujc na Drizzta. Zwinny drow z atwoci uchyli si przed prostym atakiem, lecz celowo nie spowolni pdu gnolla. Kiedy wielki stwr przemyka obok, Drizzt przetoczy si wok niego i kopn go w kostki. Pozbawiony rwnowagi gnoll zachwia si, wbijajc sw wczni gboko w pier zaskoczonego towarzysza. Gnoll szarpn bro, lecz zakleszczya si mocno, zadziory na ostrzu owiny si wok krgosupa drugiego stwora. Gnoll nie przejmowa si umierajcym towarzyszem, wszystkim

czego chcia, bya bro. Cign, krci, kl i plu w wykrzywionblem twarz kompana, dopki w jego czaszk nie wbi si sejmitar. Kolejny gnoll, widzc e drow ma rozproszon uwag i uwaajc, e rozsdniej jest atakowa z dystansu, unis wczni do rzutu. Podnis wysoko rk, lecz zanim bro ruszya naprzd, wpada na niego Guenhwyvar i gnoll wraz z panter odto-czyli si na bok. Gnoll wymierza silne ciosy w uminiony bok pantery, lecz rozdzierajce pazury Guenhwyvar byy jak na razie skuteczniejsze. W uamku sekundy, jaki zajo Drizztowi odwrcenie si od trzech lecych u jego stp martwych gnolli, czwarty czonek bandy zgin pod wielk panter. Pity rzuci si do ucieczki. Guenhwyvar wyrwaa si z upartego uchwytu martwego gnolla. Minie kocicy zafaloway niespokojnie, gdy czekaa na spodziewan komend. Drizzt spojrza na pobojowisko przed sob, krew na swych sejmitarach oraz przeraajce grymasy zastyge na twarzach trupw. Chcia to zakoczy, poniewa zdawa sobie spraw, e zabm w sytuacj przekraczajc j ego dowiadczenie, przeci drog dwch ras, o ktrych wiedzia bardzo mao. Jednake po chwili zastanowienia jedyn myl, jaka pozostaa w umyle drowa, bya radosna obietnica przywdcy gnolli, obiecujca mier ludzkim dzieciom. Zbyt wiele wisiao na wosku. Drizzt odwrci si do Guenhwyvar, a w jego gosie zabrzmiao wicej determinacji ni zrezygnowania. - Bierz go! *** Gnoll przedziera si szlakiem, a jego oczy szamotay si w ty i przd, jakby wyobraa sobie za kadym drzewem czy kamieniem ciemne sylwetki. - Drow! - chrypia raz za razem, uywajc tego sowa jako zachty do ucieczki. - Drow! Drow! Sapic i dyszc Gnoll dotar do kpy drzew rozcigajcych si pomidzy dwoma stromymi skalnymi cianami. Potkn si o lec kod, przewrci i przejecha ebrami po nachylonej krawdzi poronitego mchem gazu. Drobny bl nie mg jednak spowolni przeraonego stwora, nawet w najmniejszym stopniu. Gnoll wiedzia, e jest cigany, na skraju swego pola widzenia dostrzega sylwetk wychylajc si i znikajcw cieniach. Gdy zbliy si do koca zagajnika, a wieczorny mrok zgstnia jeszcze bardziej, gnoll zauway spogldajc na niego par byszczcych to oczu. Gnoll widzia, jak jego towarzysz zosta pokonany przez panter i by w stanie odgadn, co blokowao mu teraz drog. Gnolle byy tchrzliwymi potworami, jednak gdy byy zapdzone w kozi rg, mogy walczy ze zdumiewajc wytrwaoci. Tak byo teraz. Zdajc sobie spraw, e nie ma wyjcia -z pewnoci nie mg wrci w stron mrocznego elfa - gnoll warkn i cisn sw cik wczni. Usysza szelest, uderzenia i pisk blu, gdy wcznia trafia w cel. te oczy znikny na chwil, po czym sylwetka rzucia si w stron drzewa. Poruszaa si przy ziemi niemal jak kot, j ed-nak gnoll zda sobie spraw, e jego celem nie bya pantera. Kiedy ranne zwierz dotaro do drzewa, obrcio si w jego stron i gnoll rozpozna je z atwoci. - Szop - wybekota gnoll i zamia si. - Uciekam przed szopem! - Gnoll potrzsn gow i w gbokim odetchniciu przekaza ca swoj rado. Widok szopa da mu pewn ulg, lecz gnoll nie mg zapomnie, co stao si na dole. Musia teraz wrci do legowiska, zoy Ulgulu, swemu wielkiemu gobliskiemu panu, swemu bstwu, doniesienie o drowie. Podszed, aby podnie wczni, po czym zatrzyma si nagle, wyczuwajc za sob ruch. Gnoll powoli odwrci gow. Widzia swoje wasne rami oraz poronity mchem gaz. Gnoll zastyg w bezruchu. Nic tam si nie poruszao, z adnego miejsca w zagajniku nie wydobywa si aden dwik, lecz bestia wiedziaa, e co tam byo. Oddech wydobywa si z gobli-noida w urywanych sapniciach, a zwisajce po bokach donie otwieray si i zamykay. Gnoll obrci si szybko i rykn, lecz okrzyk wciekoci sta si wrzaskiem przeraenia, gdy trzystukilowa pantera skoczya na niego z niskiej gazi. Si uderzenia przewrcia gnolla, nie by jednak sabym stworem. Ignorujc bl wywoany

przez okrutne szpony pantery, gnoll chwyci pochylon gow Guenhwyvar i trzyma j desperacko, starajc si nie dopuci, by miercionone szczki wbiy si w jego szyj. Gnoll walczy niemal przez minut, a ramiona dray mu pod naciskiem potnych mini szyi pantery. Nastpnie gowa opada i Guenhwyvar chwycia. Wielkie zby wgryzy si w szyj gnolla i pozbawiy go oddechu. Gnoll wi si i miota szaleczo, w jaki sposb zdoa obrci si tak, e znalaz si nad panter. Guenhwyvar jednak si tym nie przeja. Jej szczki trzymay mocno. Po paru minutach miotanie si zakoczyo.

2 Pytania sumienia

Drizzt pozwoli, by jego wzrok przeszed na spektrum podczerwieni, by mg widzie rnice ciepa rwnie wyranie, jak dostrzega przedmioty w wietle. Dla jego oczu sejmitary byszczay teraz jasno ciepem wieej krwi, a rozszarpane ciaa gnolli wyleway swe ciepo w ot wart przestrze. Drizzt prbowa odwrci wzrok, prbowa obserwowa szlak, ktrym Guenhwyvar udaa si w pocigu za pitym gnollem, jednak za kadym razem jego spojrzenie powracao do martwych gnolli oraz pokrytych krwi ostrzy. - Co ja zrobiem? - zastanawia si gono Drizzt. Szczerze mwic, nie wiedzia. Gnolle mwiy o zabijaniu dzieci, a myl ta wyzwalaa w Drizzcie wcieko, c jednak drow wiedzia o konflikcie pomidzy gnollami a ludmi z wioski? Moe ludzie, a nawet ludzkie dzieci, byli potworami? Moe najedali wiosk gnolli i zabijali bez litoci? Moe gnolle chciay kontratakowa, poniewa nie miay innego wyboru, poniewa musiay si broni? Drizzt odbieg od straszliwego pobojowiska w poszukiwaniu Guenhwyvar, ywic nadziej, e dotrze do pantery, zanim pity gnoll zginie. Gdyby znalaz gnolla i schwyta go, mgby pozna niektre z odpowiedzi, ktrych tak desperacko potrzebowa. Porusza si szybkimi i penymi gracji krokami, ledwo wywoujc szmer, gdy przemyka obok rosncych wzdu szlaku krzakw. Z atwoci odnajdywa lady przejcia gnolla i ujrza rwnie, ku swej obawie, e Guenhwyvar te odkrya trop. Gdy dotar w kocu do wskiego zagajnika, spodziewa si cakowicie, e jego poszukiwania dobiegy koca. Mimo to, serce podskoczyo mu do garda, gdy ujrza kocic, wycignit obok swej ostatniej ofiary. Guenhwyvar zerkna z ciekawoci na zbliajcego si wyranie podenerwowanym krokiem Drizzta. - Co zrobia, Guenhwyvar? - wyszepta Drizzt. Pantera przekrzywia gow, jakby nie rozumiaa. - Kime ja jestem, by wydawa taki wyrok? - cign Drizzt, mwic bardziej do siebie ni do kocicy. Odwrci si od Guenh-wyvar oraz martwego gnolla i podszed do liciastego krzaka, gdzie mg otrze krew z broni. - Gnolle mnie nie zaatakoway, cho miay mj los w garci, gdy spotkalimy si przy potoku. A ja odpaciem si im, przelewajc ich krew! Mwic to Drizzt odwrci si z powrotem do Guenhwyvar, jakby oczekiwa, a nawet ywi nadziej, e pantera w jaki sposb go zgani, w jaki sposb potpi i osdzi jego win. Guenhwyvar nie poruszya si nawet o centymetr, za okrge oczy pantery, byszczce w nocy zielonkaw ci, nie wpatryway si w Drizzta, w aden sposb nie oskaray jego czynw. Drizzt chcia zaprotestowa, chcia zagbi si w swej winie, lecz nie mg otrzsn si z cichej akceptacji Guenhwyvar. Kiedy Drizzt y sam w dziczy Podmroku, kiedy zagubi si w dzikich dzach, ktre wymagay zabijania, Guenhwyvar czasami mu si sprzeciwiaa, a raz nawet wrcia sama na Plan Astralny, zanim zostaa odesana. Teraz jednak pantera nie okazywaa adnej chci odejcia albo uczucia rozczarowania. Guenhwyvar wstaa, otrzsna ze swej byszczcej, czarnej sierci piach i gazki, po czym podesza do Drizzta. Stopniowo Drizzt rozluni si. Wytar jeszcze raz swe sejmi-tary, tym razem w gst traw, po czym wsun je z powrotem do pochew, a nastpnie pooy dzikczynnie rk na wielkiej gowie Guenhwyvar. - Ich sowa znaczyy, e s li - wyszepta drow, by si upewni. - Ich zamiary zmusiy mnie do dziaania. - W jego sowach brakowao przekonania, jednak Drizzt musia im w tej chwili zawierzy. Wzi gboki oddech, by si uspokoi i zajrza w gb siebie, by odnale potrzebn mu teraz si. Zdawszy sobie spraw, e Guenhwyvar bya u jego boku przez duszy czas i musiaa wrci na Plan Astralny, by odpocz, sign do maej sakiewki. Zanim jednak Drizzt zdoa wycign onyksow figurk, pantera podniosa ap i wytracia j. Drizzt spojrza z zaciekawieniem na Guenhwyyar, a kocica opara si ciko o niego, niemal go przewracajc. - Moja lojalna przyjaciko - rzek Drizzt, zdajc sobie spraw, e pantera zamierzaa zosta przy nim. Wycign do z sakwy i przyklkn na jedno kolano, obejmujc mocno Guenhwyyar. Drizzt nie spa w ogle tej nocy, obserwowa gwiazdy i rozmyla. Guenhwyyar wyczuwaa jego

niepokj i pozostaa blisko przez wschd i zachd soca, za gdy Drizzt wsta, by powita nowy wit, Guenhwyvar, cho wyczerpana i zmczona, sza u jego boku. Odnaleli u podstawy wzgrza skaliste wyniesienie i zasiedli tam, by obserwowa nadchodzce widowisko. Przed nimi ostatnie wiata znikny z okien wioski. Wschodnie niebo przeszo w r, a pniej w karmazyn, jednak Drizzt zauway, e ma rozproszon uwag. Jego wzrok bka si po lecych w dole zabudowaniach, za umys prbowa odgadn zwyczaje tej nieznanej spoecznoci oraz odnale jakie usprawiedliwienie dla wydarze poprzedniego dnia. Ludzie byli rolnikami, tyle Drizzt wiedzia, byli take pilni i pracowici, poniewa wielu z nich zajmowao si ju swymi polami. Wprawdzie fakty te byy obiecujce, jednak Drizzt nie by jeszcze w stanie odgadn oglnych cech caej ludzkiej rasy. Wtedy gdy blask dnia rozlewa si coraz szerzej, owietlajc drewniane budynki wioski oraz rozlege pola, Drizzt podj decyzj. - Musz dowiedzie si wicej, Guenhwyvar powiedzia cicho. - Jeli mam... jeli mamy pozosta w tym wiecie, musimy zrozumie zwyczaje naszych ssiadw. Drizzt skin gow, rozwaajc swoje sowa. Zostao ju dowiedzione, bolenie dowiedzione, e nie mg pozosta neutralnym obserwatorem wydarze majcych miejsce w wiecie powierzchni. Drizzt by czsto pobudzany do dziaania przez swoje sumienie, z si, ktrej nie by w stanie si przeciwstawi. Teraz jednak, gdy jego wiedza o zasiedlajcych ten region rasach bya tak niewielka, jego sumienie mogo z atwoci zaprowadzi go w zym kierunku. Mg wyrzdzi szkody niewinnym, amic w ten sposb zasady, ktrymi si szczyci. Drizzt przymruy oczy, spogldajc na odleg wiosk w poszukiwaniu jakich wskazwek. Pjd tam - powiedzia panterze. - Pjd tam, by obserwowa i uczy si. Guenhwyvar przez cay czas siedziaa w milczeniu. Drizzt nie by w stanie stwierdzi, czy pantera zgadzaa si z nim, czy nie, a nawet czy w ogle rozumiaa jego zamiary. Tym razem jednak Guenhwyyar nie sprzeciwiaa si, gdy Drizzt sign po onyksow figurk. Kilka chwil pniej pantera biega planarnym tunelem do swego astralnego domu, za Drizzt szed szlakiem prowadzcym do ludzkiej wioski i... odpowiedzi. Zatrzyma si tylko raz, przy ciele samotnego gnolla, by zabra paszcz stwora. Drizzt wzdrygn si, uwaaj c to za kradzie, lecz chodna noc przypomniaa mu, e strata piwafwi moe okaza si powana. Do tej chwili wiedza Drizzta o ludziach i ich spoeczestwie bya powanie ograniczona. Gboko w trzewiach Podmroku mroczne elfy nie miay zbyt duego kontaktu, ani nie interesoway si zbytnio wiatem powierzchni. Jedyny raz, kiedy Drizzt sysza cokolwiek o ludziach, mia miejsce w Akademii Menzoberranzan podczas szeciu miesicy, jakie spdzi w Sorcere, szkole czarodziejw. Mistrzowie ostrzegali swych studentw przed uywaniem magii w sposb, w jaki mgby to zrobi czowiek", sugerujc niebezpieczn beztrosk zazwyczaj kojarzonz yjc krcej ras. - Ludzcy czarodzieje - mwili mistrzowie - maj nie mniejsze ambicje ni czarodzieje droww, jednak podczas gdy drow moe powici pi wiekw na osiganie tych celw, czowiek ma na to zaledwie kilka krtkich dekad. Przez dwadziecia lat Drizzt nosi w sobie wnioski pynce z tego stwierdzenia, a nasiliy si one znacznie podczas ostatnich kilku miesicy, odkd niemal codziennie spoglda na ludzk wiosk. Jeli wszyscy ludzie, nie tylko czarodzieje, byli rwnie ambitni j ak tak wielu droww fanatykw, ktrzy mogli spdzi znaczn cz tysiclecia na osiganiu swych celw - czy nie zostaliby pochonici przez to denie, ktre zahacza o histeri? Albo te, jak Drizzt mia nadziej, opowieci o ludziach, jakie sysza w Akademii, byy po prostu kolejnymi typowymi kamstwami, jakie owijay jego spoeczestwo sieci intryg i paranoi. Moe ludzie ustawiali swe cele na rozsdniej szych poziomach i znajdywali rado oraz satysfakcj w maych przyjemnociach, jakie dawao krtkie ycie. W czasie swych podry przez Podmrok Drizzt tylko raz spotka czowieka. Mczyzna w, czarodziej, zachowywa si irracjonalnie, nieprzewidywalnie i niezwykle niebezpiecznie. Przemieni przyjaciela Drizzta z pecza, nieszkodliwego, maego, hu-manoidalnego stworzenia, w przeraajcego potwora. Kiedy Drizzt i jego towarzysze przybyli do wiey czarodzieja, by

przywrci wszystko do normy, zostali powitani potnym uderzeniem byskawicy. Czowiek w kocu zgin, a przyjaciel Drizzta, Clacker, pozosta w swym cierpieniu. Drizztowi pozostaa gorzka pustka, przykad czowieka, ktry wydawa si potwierdza prawd ostrzee droww. Tak wic teraz Drizzt ostronymi krokami zblia si do ludzkiej osady, spowalniaa go rosnca obawa, e pomyli si zabijajc gnolle. Drizzt postano wi obserwowa to samo oddzielone gospodarstwo na zachodnim skraju wioski, ktre gnolle postanowiy napa. Bya to duga i niska budowla z bali z jednymi drzwiami i kilkoma oknami, ktre byy zasonite okiennicami. Przez ca dugo ciany frontowej biega otwarta, nakryta dachem weranda. Obok staa stodoa, wysoka na dwie kondygnacje, z szerokimi i wysokimi wrotami, w ktrych mg si zmieci duy wz. Podwrze podzielone byo na rozmaitego ksztatu zagrody, w wielu z nich znajdoway si kury i winie, w jednej pasa si koza, za w innych wida byo rzdy liciastych rolin, ktrych Drizzt nie zna. Podwrze z trzech stron stykao si z polami, lecz ty domu znajdowa si w pobliu rosncych na zboczu grskim gstych krzakw i gazw. Drizzt usadowi si pod niskimi gaziami pinii, z boku tylnego rogu budynku, co pozwalao mu widzie wiksz cz podwrza. Trzej doroli mczyni - trzy pokolenia, co Drizzt odgadn po ich wygldzie - pracowali w polu, zbyt daleko od drzew, by drow mg dostrzec wicej szczegw. Jednak bliej domu czwrka dzieci, crka wanie wchodzca w kobieco oraz trzech modszych chopcw, zajmowao si swymi obowizkami, pielgnujc kury i winie, a take pielc chwasty w ogrodzie z warzywami. Przez wikszo poranka pracowali oddzielnie przy prawie cakowitym braku kontaktu z pozostaymi, a Drizzt zdoa w tym czasie sporo si dowiedzie o ich koneksjach rodzinnych. Kiedy na werand wysza krpa kobieta o tym samym, somianym kolorze wosw co dzieci, i zadzwonia wielkim dzwonkiem, wygldao na to, e duch, ktry przyczai si w pracujcych, wydosta si spod kontroli. Z pohukiwaniem i pokrzykiwaniem trzej chopcy pobiegli do domu, przystajc na chwil, by rzuci zgniymi warzywami w sw starsz siostr. Z pocztku Drizzt sdzi, e bdzie to preludium do wikszego konfliktu, jednak kiedy moda kobieta oddaa salw, caa czwrka wybucha miechem i drow zauway, e to zabawa. Chwil pniej najmodszy z mczyzn, najprawdopodobniej starszy brat, wpad na podwrze krzyczc i wymachujc elazn motyk. Moda kobieta krzykna zachcajco do nowego sprzymierzeca i trzej chopcy rzucili si w stron werandy. Mczyzna by jednak szybszy, chwyci silnrkjedno z dzieci i wrzuci je do wiskiego koryta. Przez cay ten czas kobieta z dzwonkiem potrzsaa bezradnie gowi bez przerwy wylewaa z siebie potok narzeka. Starsza kobieta, siwa i chuda jak patyk, stana obok niej, wymachujc zowieszczo drewnian yk. Wyranie zadowolony mody mczyzna otoczy rk ramiona modej kobiety, po czym za dwoma pierwszymi chopcami weszli do domu. Ostatni dzieciak wygrzeba si z brudnej wody i ruszy za nimi, lecz powstrzymaa go drewniana yka. Drizzt nie mg oczywicie zrozumie ani sowa z rozmowy, stwierdzi jednak, e kobieta nie wpuci maego do rodka, dopki ten si nie wysuszy. Niesforny modzik wymamrota co do plecw tej z yk, gdy wchodzia do domu, lecz nie spieszy si zbytnio. Pozostali dwaj mczyni, jeden obdarzony gst, siw brod, za drugi gadko ogolony, wrcili z pola i wlizgnli si za narzekajcego chopca. Unis si on znowu w powietrze i z chlupotem wrci do koryta. Gratulujc sobie serdecznie, mczyni ku uciesze pozostaych weszli do rodka domu. Ociekajcy wod chopiec tylko jkn i chlapn wod w pysk maciory, ktra przysza sprawdzi, co si dzieje. Drizzt obserwowa to wszystko z rosncym podziwem. Nie widzia niczego przekonujcego, jednak zabawowe zwyczaje rodziny oraz zrezygnowana akceptacja tego, ktry przegra, day mu odwag. Drizzt wyczu w tej grupie wsplnego ducha, wszyscy jej czonkowie zmierzali do wsplnego celu. Jeli to gospodarstwo okazaoby si odzwierciedleniem caej wioski, to miejsce to z pewnocibardziej przypominao Blingdenstone, miasto gbinowych gnomw ni Menzoberranzan. Popoudnie przebiego w podobny sposb jak ranek, z widoczn w caym gospodarstwie

mieszanin pracy i zabawy. Rodzina wrcia wczenie, zapalajc lampy tu po zachodzie soca, a Drizzt wlizgn si gbiej w zarola u podna gry, by rozway swoje obserwacje. Wci nie mg by niczego pewien, jednak tej nocy spa spokojniej, nie niepokoiy go ju nieprzyjemne wtpliwoci, zwizane z martwymi gnollami. *** Drow przez trzy dni czai si w cieniach za gospodarstwem, obserwujc rodzin przy pracy i zabawie. Blisko grupy stawaa si coraz bardziej oczywista, za za kadym razem, gdy pomidzy dziemi wybuchaa prawdziwa walka, natychmiast podchodzi najbliszy dorosy i przywraca j do granic rozsdku. Po krtkiej chwili niedawni przeciwnicy znw si ze sob bawili. Drizzta opuciy wszelkie wtpliwoci. - Strzecie si moich ostrzy, otry - wyszepta pewnej nocy w stron cichych gr. Mody drow renegat uzna, e jeli jakiekolwiek gnolle czy gobliny -albo stwory z ktrej inne rasy - postanowi napa na t okrelon rodzin, to najpierw bd mie do czynienia z wirujcymi sejmitarami Drizzta Do'Urden. Drow rozumia ryzyko, jakie bra na siebie, obserwujc rodzin rolnikw. Jeli ludzie zauwayliby go - co nie byo zbyt prawdopodobne - z pewnoci wpadliby w panik. W tym momencie swego ycia Drizzt chcia jednak wzi na siebie to ryzyko. Cz jego nawet chciaa, by zosta odkryty. Wczesnego poranka czwartego dnia, zanim soce pojawio si na wschodnim niebie, Drizzt wyruszy na swj codzienny patrol, sprawdzajc wzgrza i zagajniki otaczajce samotne gospodarstwo. W chwili gdy drow wrci na swoje stanowisko, praca bya ju w penym rozkwicie. Drizzt usiad wygodnie na kpie mchu i spoglda z cieni na jasno bezchmurnego dnia. Mniej ni godzin pniej samotna posta wysza z domu i ruszya w stron Drizzta. Byo to najmodsze z dzieci, chopiec o wosach w kolorze piasku, ktry wydawa si spdza rwnie wiele czasu w korycie jak poza nim, zazwyczaj nie z wasnej woli. Drizzt schowa si za pniem pobliskiego drzewa, niepewny co do zamiarw chopca. Szybko zda sobie spraw, e dzieciak go nie widzi, poniewa wlizgn si w gszcz, parskn przez rami, w stron domu, po czym skierowa si na zalesione wzgrza, przez cay czas gwidc. Drizzt zrozumia wtedy, e chopiec ucieka przed swymi obowizkami i niemal pochwali jego swobodne zachowanie. Nie by jednak przekonany, czy dzieciak robi rozsdnie, oddalajc si od domu w tak niebezpiecznym terenie. Chopiec nie mg mie wicej ni dziesi lat, wyglda na szczupego i delikatnego, a spod bursztynowych lokw wyglday niewinne, bkitne oczy. Drizzt poczeka kilka chwil, by chopiec zdoa si oddali, sprawdzi czy kto za nim nie idzie, po czym ruszy jego szlakiem, kierujc si gwizdaniem. Chopiec oddala si nieprzerwanie od domu, idc w gry, za Drizzt trzyma si sto krokw za nim, zdecydowany chroni go przed niebezpieczestwem. W ciemnych tunelach Podmroku Drizzt mgby si skrada tu za chopcem - lub goblinem czy praktycznie kadym innym - i klepn go w plecy, zanim zostaby odkryty. Po jednak mniej wicej pgodzinie tego pocigu i gwatownych zmianach kierunku oraz prdkoci, poczonych z faktem, e gwizdanie ucicho, Drizzt doszed do wniosku, e dzieciak wie, i jest ledzony. Zastanawiajc si, czy chopiec wyczuje trzeci stron, Drizzt przyzwa z onyksowej figurki Guenhwyvar i wysa jaz poleceniem zajcia z flanki. Drizzt znw wyruszy przed siebie w ostronym tempie. Chwil pniej, gdy rozleg si krzyk dziecka, drow wycign sejmitary i porzuci wszelkostrono. Drizzt nie rozumia sw chopca, jednak desperacja w jego gosie mwia wystarczajco wiele. - Guenhwyvar! - zawoa drow, prbujc przywoa znajdujc si w oddali panter z powrotem. Drizzt nie mg sta i czeka na kocic, ruszy wic dalej. Szlak wdziera si po stromym podejciu, wyania si nagle z drzew i koczy krawdzi

szerokiej rozpadliny, mierzcej ponad sze metrw. Przepa bya przecita zaledwie jedn belk, za po obydwu jej stronach zwisa chopiec. Jego oczy powikszyy si znacznie na widok mahoniowoskrego elfa z sejmitarami w doniach. Wyjka kilka sw, ktrych Drizzt nie by w stanie rozszyfrowa. Obraz znajdujcego si w niebezpieczestwie chopca zala Drizzta fal winy. Dzieciak znalaz si w tej sytuacji tylko z powodu pocigu. Rozpadlina bya zaledwie tak gboka, jak szeroka, lecz na dnie znajdoway si poszarpane gazy i kujce krzaki. Zbity z tropu nagym spotkaniem i wynikajcymi z niego nieuniknionymi skutkami, z pocztku Drizzt si zawaha, jednak szybko odepchn na bok te myli. Wsun sejmitary w pochwy i, skadajc ramiona na piersi w gecie pokoju droww, postawi jedn stop na belce. Chopiec wpad na inny pomys. Zaraz gdy otrzsn si z szoku, jaki wywoa w nim widok dziwnego elfa, skoczy na pk skaln pod przeciwleg krawdzi rozpadliny i zepchn belk z jej mocowania. Drizzty szybko cofn si ze spadajcej kody. Drow rozumia, e dzieciak nie znajdowa si w prawdziwym niebezpieczestwie, lecz udawa przeraenie, by oszuka przeladowc. Poza tym, jak doszed do wniosku drow, gdyby takjak chopiec przypuszcza, przeladowc okaza si kto z rodziny, niebezpieczestwo oddalioby jakiekolwiek myli o karze. Teraz Drizzt znajdowa si w niekorzystnej sytuacji. Zosta odkryty. Stara si obmyli jaki sposb porozumienia z chopcem, by wyjani mu sw obecno i stumi panik. Dzieciak nie czeka jednak na wyjanienia. Z rozszerzonymi strachem oczyma wdrapa si na przeciwlegy brzeg - drog, ktr najwyraniej dobrze zna - i znikn w krzakach. Drizzt rozejrza si bezradnie. - Zaczekaj! - krzykn w jzyku droww, cho rozumia, e chopiec nie zrozumie i nie zatrzyma si nawet, gdyby chcia. Obok drowa przemkna i wzbia si w powietrze czarna kocia sylwetk, z atwoci pokonujc rozpadlin. Guenhwyvar wyldowaa lekko po drugiej stronie i znikna w gszczu. - Guenhwyvar! - krzykn Drizzt, prbujc zatrzyma panter. Drow nie mia pojcia jak Guenhwyvar zareaguje na dzieciaka. Z tego co wiedzia Drizzt, pantera spotkaa dotd zaledwie jednego czowieka, czarodzieja, ktrego nastpnie zabili towarzysze Drizzta. Drow rozejrza siew poszukiwaniu jakiej drogi, ktr mgby za nimi i. Mg zej na d, pokona dno rozpadliny i wspi si z powrotem, lecz to trwaoby zbyt dugo. Drizzt cofn si kila krokw, po czym ruszy w stronnrozpadliny i wzbi si w powietrze, przyzywajc swe wrodzone moce lewitacji. Odczu szczer ulg, gdy jego ciao oderwao si od siy grawitacji. Nie korzysta z lewitacji, odkd wyszed na powierzchni. Czar by bezcelowy dla drowa ukrywajcego si pod otwartym niebem. Pocztkowy pd Drizzta przenis go w poblie drugiego brzegu. Zacz si koncentrowa na opadniciu w d na skay, lecz nagle czar skoczy si gwatownie i Drizzt spad. Zignorowa siniaki na kolanie oraz pytanie, dlaczego czar go zawid, i rzuci si biegiem, krzyczc w desperacji do Guenhwyvar, by si zatrzymaa. Drizzt odczu ulg, gdy znalaz kocic. Guenhwyyar siedziaa spokojnie na polance, jedn ap przy ciskajc niedbale chopca twarz do ziemi. Dzieciak znw krzycza - o pomoc, jak stwierdzi Drizzt - lecz nie wyglda na zranionego. - Chod Guenhwyvar - powiedzia cicho Drizzt. - Zostaw dziecko. - Guenhwyvar ziewna leniwie i usuchaa, idc przez polank, by stan u boku swego pana. Chopiec przez dusz chwil pozosta w pozycji lecej. Nagle, przyzwawszy sw odwag, poruszy si raptownie, podnoszc si i obracajc w stron mrocznego elfa i pantery. Jego oczy wci byy rozszerzone, wyglday karykaturalnie, spogldajc z tej brudnej twarzy. - Czym jeste? - chopiec zapyta wsplnym ludzkim jzykiem. Drizzt rozoy rce po bokach, by pokaza, e nie rozumie. Kierowany impulsem wymierzy palec w swojpier i powiedzia - Drizzt Do'Urden. - Zauway, e dzieciak poruszy si lekko, stawiajc jedn stop za drug. Drizzt nie zdziwi si - i tym razem upewni si, by Guenhwyvar pozostaa przy nim - gdy chopiec odwrci si na picie i uciek, wrzeszczc na cae gardo -Pomocy! To drizzit! Drizzt spojrza na Guenhwyvar i wzruszy ramionami. Wydawao mu si, e kocica zrobia to samo.

3 Szczeniaki
Nathak, goblin o ramionach jak patyki, wspina si powoli po stromym, kamienistym podejciu, a kady jego krok by obciony przeraeniem. Goblin musia donie o swoim znalezisku -nie mona byo zlekceway piciu martwych gnolli -jednak nieszczsne stworzenie

szczerze wtpio, czy Ulgulu lub Kemp-fana z radoci przyj m wieci. Jednak jaki Nathak mia wybr? Mg uciec wzdu drugiego zbocza gry i dalej, w dzicz. Wydawao si to jednak gorsz ewentualnoci, zwaywszy na zamiowanie Ulgulu do zemsty. Wielki purpurowoskry pan mg goymi rkoma wyrwa drzewo z ziemi, mg garciami wyrywa kamienie ze ciany jaskini, a take z atwoci mg rozerwa gardo goblina dezertera. Kady krok wywoywa dreszcze, gdy Nathak wychyn spod osony krzakw i wszed do maego pomieszczenia w kompleksie jaski jego pana. - Na czas e wrcie - parskn jeden z dwch obecnych wewntrz goblinw. - Dwa dni ci nie byo! Nathak tylko przytakn i wzi gboki oddech. - Czego si strachasz? - spyta trzeci goblin. - Znalaze e gnolle? Nathak zblad i nawet najgbszy oddech nie mg osabi przeraenia, jakie naszo goblina. Ulgulu jest? - zapyta piskliwie. Dwaj stranicy spojrzeli na siebie z zaciekawieniem, po czym znw skierowali wzrok na Nathaka. - On znalaz gnolle - stwierdzi jeden z nich, odgadujc natur problemu. - Martwe gnolle. - Ulgulu nie bdzie szczliwy - wtrci si drugi, po czym odsunli si, a jeden unis cik zason, ktra oddzielaa przedsionek od sali audiencyjnej. Nathak zawaha si i zacz oglda w ty, jakby rozwaajc wszystko od pocztku. Uzna, e ucieczka byaby chyba lepsza. Stranicy chwycili swego chudego towarzysza i szorstko wrzucili go do komnaty audiencyjnej, krzyujc za Nathakiem wcznie, by nie pozwoli mu umkn. Nathak zdoa troch doj do siebie, gdy ujrza, e to Kemp-fana, nie Ulgulu, siedzi w wielkim fotelu po drugiej stronie pomieszczenia. Kempfana zdoby wrd szeregw goblinw reputacj spokojniejszego z rzdzcych braci, cho on rwnie poar wystarczajco wielu swoich poddanych, by zdoby sobie ich szacunek. Kempfana ledwo zauway wejcie goblina, poniewa by zajty rozmow z Piwobrzuchem, tustym gigantem wzgrzowym, do ktrego wczeniej nalea kompleks jaski. Nathak szurajc szed przez komnat, przycigajc spojrzenia giganta wzgrzowego oraz wielkiego - niemal tak duego j ak gigant - szkaratnoskrego goblinoida. - Tak, Nathaku - zachci Kempfana, uciszaj c nadchodzcy protest giganta wzgrzowego prostym machniciem doni. - Co chcesz powiedzie? - Ja... ja - wyjka Nathak. Wielkie oczy Kempfany bysny nagle pomaraczowo, co byo wyranym sygnaem niebezpiecznego podniecenia. - Ja em znalaz gnolle! - wypali Nathak. - Martwe. Pomordowane. Piwobrzuch wyda z siebie niski i grony warkot, lecz Kempfana chwyci mocno rk giganta, przypominajc mu, kto tu rzdzi. - Martwe? - spyta cicho szkarlatnoskry goblin. Nathak przytakn. Kempfana aowa straty tak godnych zaufania niewolnikw, lecz w tej chwili myli modego barghesta byy bardziej skoncentrowane na jego bracie i jego nieuchronnej gwatownej reakcji na te wiadomoci. Kempfana nie musia dugo czeka. - Martwe! - dobieg ryk, ktry niemal rozszczepia kamienie. Wsizystkie trzy obecne w pomieszczeniu potwory instynktownie pochyliy si i odsuny, akurat w por, by ujrze jak wielki gaz, prymitywne drzwi do kolejnej komnaty, wylatuje z hukiem i leci w bok. - Ulgulu! - pisn Nathak, po czym pad twarz na ziemi, nie wac si podnie wzroku. Wielki, purpurowoskry goblinoid wpad do sali audiencyj-nej, a jego oczy pony pomaraczowym szaem. Trzy wielkie kroki doprowadziy Ulgulu do Piwobrzucha i gigant zacz nagle wyglda na niezwykle maego i kruchego. - Martwe! - zarycza ponownie z wciekoci Ulgulu. Gdy jego plemi goblinw si zmniejszao, czy to zabijane przez ludzi z wioski albo inne potwory, czy te zjadane przez Ulgulu podczas jego czstych napadw szau, to maa banda gnolli stawaa si gwn si owieck legowiska.

Kempfana spojrza ze zocina swego wikszego brata. Razem przybyli na Plan Materialny jako dwa barghesty szczeniaki, by je i rosn. Ulgulu szybko zacz dominowa, poera najsilniejsze ofiary i w ten sposb stawa si wikszy oraz potniejszy. Z koloru skry Ulgulu a take jego rozmiaru mona byo wnioskowa, e wkrtce bdzie mg wrci do cuchncych dolin Gehenny. Kempfana mia nadziej, e ten dzie nadejdzie wkrtce. Kiedy Ulgulu odejdzie, on bdzie rzdzi, bdzie jad i rs w si. Nastpnie Kempfana rwnie zakoczy swj szczenicy okres na tym przekltym planie i bdzie mg wrci, by wraz z innymi barghestami walczy o pozycj na swoim prawomocnym planie istnienia. - Martwe - warkn znw Ulgulu. - Wstawaj, ndzny goblinie, i powiedz mi, jak to si stao! Kto zrobi to moim gnollom! Nathak jcza jeszcze przez chwil, po czym zdoa wsta na kolana. - Ja nie wiem wymamrota. - Gnolle martwe, pocite i rozszarpane. Ulgulu zakoysa si na pitach swych plaskatych, przeronitych stp. Gnolle miay napa na gospodarstwo, a pniej wrci z rolnikiem i jego najstarszym synem. Te dwa spore ludzkie posiki powanie wzmocniyby wielkiego barghesta, by moe nawet wprowadziyby Ulgulu na poziom dojrzaoci, ktrego potrzebowa, aby wrci do Gehenny. Teraz, w wietle raportu Nathaka, Ulgulu bdzie musia wysa Piwobrzucha albo nawet i sam, a widok giganta lub potwora o purpurowej skrze moe popchn ludzk osad do niebezpiecznego, zorganizowanego dziaania. - Tephanis! - Ulgulu rykn nagle. Od ciany, lecej naprzeciwko tej, z ktrej z hukiem wyszed Ulgulu, odczepi si may kamyk i zacz spada. Musia pokona jedynie okoo dwch metrw, lecz w chwili gdy kamie uderzy w podog, z maej wnki, sucej mu za sypialni, wyoni si smuky skrzat, po czym przeszed kilka metrw i wbieg po boku Ulgulu, by zasi wygodnie na ogromnym ramieniu barghesta. - Wzywae-mnie, tak-rzeczywicie-tak-byo, mj-panie - zabzycza zbyt szybko Tephanis. Pozostali nawet nie zdali sobie sprawy, e pmetrowy skrzat pojawi si w komnacie. Kempfana odwrci si, potrzsajc ze zdumieniem gow. Ulgulu rykn miechem; tak uwielbia widok Tephanisa, swego najcenniejszego sugi. Tephanis by szybcioszkiem, drobniutkim skrzatem, ktry wykracza poza zwyczajne postrzeganie czasu. Posiadajc nieograniczon energi i zrczno, ktra zawstydziaby najbieglejszego nizioka zodzieja, szybcioszki mogy wykonywa wiele zada, do ktrych adna inna rasa nie mogaby nawet si zabra. Ulgulu zaprzyjani si z Tephanisem na pocztku swej niewoli na Planie Materialnym - Tephanis by jedynym czonkiem rnorodnej populacji legowiska, nad ktrym barghest nie zada wadzy - i wi ta daa modemu szczeniakowi powan przewag nad bratem. Dysponujc Tephanisem, ktry mg wyledzi potencjalne ofiary, Ulgulu wiedzia dokadnie, ktre pore, a ktre zostawi Kempfanie, wiedzia rwnie, jak zwyciy z tymi poszukiwaczami przygd, ktrzy byli od niego silniejsi. - Drogi Tephanisie - Ulgulu wycedzi dziwnym, chrapliwym gosem. - Nathak, biedny Nathak - goblin nie przegapi konsekwencji, jakie najprawdopodobniej przyniesie to odwoanie si do niego - poinformowa mnie, e moje gnolle spotkaa katastrofa. -A-ty-chcesz-ebym-poszed-i-zobaczy-co-si-z-nimi-stao-mj-mistrzu - odpar Tephanis. Ulgulu potrzebowa chwili, by poj ten niemal niezrozumiay potok sw, po czym skin ochoczo gow. - Ju-si-robi, mj-panie. Wrc-wkrtce. Ulgulu poczu lekkie drenie na ramieniu, lecz do chwili gdy ktokolwiek zda sobie spraw, co powiedzia Tephanis, cika zasona oddzielajca komnat od przedsionka powracaa ju do wiszcej pozycji. Jeden z goblinw wsun na chwil gow do rodka, by sprawdzi czy Kempfana lub Ulgulu go nie wzywali, po czym wrci na posterunek, uwaajc ruch zasony za sztuczk wiatru. Ulgulu znw wybuchn miechem. Kempfana zerkn na niego z niesmakiem. Kempfana

nienawidzi skrzata i zabiby go ju dawno temu, jednak nie mg zlekceway potencjalnych korzyci, poniewa Tephanis mg pracowa dla niego, gdy Ulgulu wrci ju do Gehenny. Nathak cofn jedn stop za drug, zamierzajc cicho wymkn si z pomieszczenia. Ulgulu zatrzyma goblina spojrzeniem. - Twj raport dobrze mi si przysuy - zacz barghest. Nathak uspokoi si, lecz jedynie na chwil, jakiej Ulgulu potrzebowa, by wycign wielk do, chwyci goblina za gardo i podnie go z podogi. - Jednak przysuyby si lepiej, gdyby powici troch czasu, eby sprawdzi, co stao si moim gnollom! Nathak niemal zemdla, za w chwili, gdy poowa jego ciaa bya ju wcinita w arocznpaszcz Ulgulu, chudy goblin aowa, e tak si nie stao. *** - Bl agodzi w ty drapanie, lecz po ciosie znw powstanie. Bl agodzi w ty drapanie, lecz po ciosie znw powstanie - powtarza raz za razem Liam Thistledown, litania ta miaa odwrci jego uwag od blu promieniujcego spod spodni, litania, ktr psotny Liam zna a za dobrze. Tym razem byo jednak inaczej, poniewa po chwili Liam przyzna przed sob, e naprawd uciek od swoich obowizkw. - Ale drizzit by prawdziwy - warkn butnie Liam. Jakby w odpowiedzi na to stwierdzenie drzwi do szopy na drewno uchyliy si odrobin i do rodka wlizgnli si Shawno, drugi najmodszy po Liamie, oraz Eleni, jedyna siostra. - Niele si wpakowae tym razem - Eleni strofowaa go swoim wypracowanym gosem starszej siostry. - Wystarczajco le, e ucieke, gdy bya robota, ale jeszcze wracasz do domu z takimi opowieciami! - Drizzit by prawdziwy - zaprotestowa Liam, ktremu nie podobao si to, e Eleni bawi si w matk. Liam pakowa si w wystarczajce kopoty, gdy strofowali go sami rodzice, nie potrzebowa wiecznie ostrego jzyka Eleni. - Czarny jak kowado Connora i z rwnie czarnym lwem! - Cisza, wy dwoje - ostrzeg Shawno. - Jeli tata dowie si, e opowiadamy tu takie rzeczy, zleje nas wszystkich. - Drizzit - prychna ze zwtpieniem Eleni. - Prawda! - Liam zaprotestowa zbyt gono, wskutek czego otrzyma bolesny policzek od Shawno. Caa trjka spogldaa ze zbielaymi twarzami na otwierajce si wrota. - Wa tu! - wyszeptaa ostro Eleni, chwytajc Flanny'ego, ktry by troch starszy ni Shawno, lecz trzy lata modszy od niej, za konierz i wcigajc go do szopy na drewno. Shawno, zawsze najbardziej si przejmujcy z caej grupy, szybko wystawi gow na zewntrz, by sprawdzi, czy nikt nie patrzy, po czym delikatnie zamkn drzwi. - Nie powiniene nas szpiegowa! - zaprotestowaa Eleni. - Skd miaem wiedzie, e tu jestecie? - odpar Flanny. - Przyszedem tylko po to, by pobawi si z maym. - Spojrza na Liama, wykrzywi usta i pomacha gronie palcami. - Strze si, strze - zakraka Flanny. - Jestem drizzit, przyszedem, by pore maych chopcw! Liam odwrci si, lecz na Shawno nie zrobio to wraenia. -Och, zamknij si! - warkn na Flanny'ego, akcentujc swoje stwierdzenie uderzeniem brata w ty gowy. Flanny zamierza odda, lecz pomidzy nich wesza Eleni. - Przestacie! - krzykna tak gono, e wszystkie dzieci Thistledownw przyoyy palec do warg i wysyczay - ! - Drizzit by prawdziwy - znw zaprotestowa Liam. - Mog tego dowie -jeli si nie boicie! Trjka rodzestwa Liama spojrzaa na niego z zaciekawieniem. By notorycznym kamczuchem, tyle wiedzieli, lecz co chcia na tym zyska? Ich ojciec nigdy nie wierzy Liamowi, a tylko to si liczyo, jeli chodzio o kar. Mimo to Liam by nieugity, a jego ton mwi pozostaym, e za tym owiadczeniem kryje si co rzeczywistego.

- Jak moesz dowie istnienia drizzita? - spyta Flanny. - Jutro nie mamy obowizkw - odpowiedzia Liam. - Pjdziemy zbiera jagody w grach. - Mama i tata nas nie puszcz- wtrcia Eleni. - Puszcz, jeli zabierzemy ze sob Connora - rzek Liam, mylc o ich najstarszym bracie. - Connor ci nie uwierzy - spieraa si Eleni. - Ale uwierzy tobie! - odpar ostro Liam, wywoujc kolejne wsplne - . - Nie wierz ci - odrzeka cicho Eleni. - Zawsze wszystko mieszasz, zawsze robisz kopoty, a potem kamiesz, by si z nich wydosta! Liam skrzyowa mae rce na piersi i tupn niecierpliwie nog, suchaj c wywodu swej siostry. -Ale mi uwierzysz - warkn Liam -jeli przekonasz Connora, by poszed! - Och, zrb to - Flanny poprosi Eleni, cho Shawno, mylc o ewentualnych konsekwencjach, potrzsn gow. -A wic idziemy w gry - Eleni powiedziaa do Liama, nakaniajc go, by kontynuowa i w ten sposb zdradzajc sw zgod. Liam umiechn si szeroko i przyklkn na jedno kolano, zbierajc kupk trocin, na ktrych mg naszkicowa map okolicy, w ktrej spotyka drizzita. Jego plan by prosty: wykorzystanie Eleni, zbierajcej jagody, jako przynty. Czterej bracia pjd za ni w tajemnicy i bd obserwowa, jak Eleni udaje, e skrcia kostk. Ju wczeniej drizzita sprowadzi niepokj, a z pewnoci powrci, jeli przynt bdzie tak liczna dziewczyna. Eleni obruszya si na ten pomys, nie podobao jej si to, e bdzie uyta jak robak na haczyku. -Ale ty mi i tak nie wierzysz - szybko stwierdzi Liam. Jego umiech, uzupeniony szczerb w miejscu, gdzie wybito mu zb, pokazywa, e pada ofiar wasnej upartoci. - No dobrze, zrobi to! - prychna Eleni. - I nie wierz w twojego drizzita, Liamie Thistledown! Jeli jednak lew jest prawdziwy, i mnie ugryzie, wygarbuj ci skr! - Z tymi sowy Eleni odwrcia si i wypada z szopy. Liam i Flanny splunli w donie, po czym spojrzeli omielajce na Shawno, dopki ten nie przezwyciy swych obaw. Nastpnie bracia stuknli o siebie domi z triumfalnym, wilgotnym trzaskiem. Jakiekolwiek spory pomidzy nimi zawsze wydaway si znika, jeli tylko jeden z nich znalaz sposb na pognbienie Eleni. adne z nich nie powiedziao Connorowi o planowanych owach na drizzita. Zamiast tego Eleni przypomniaa mu o licznych przysugach, j akie by j ej winien i obiecaa, e uzna dug za w peni spacony - jednak dopiero wtedy, gdy Liam zgodzi si wzi na siebie przysugi Connora, w przypadku gdyby nie znaleli drizzita - jeli Connor zabierze j i chopcw na zbieranie jagd. Connor narzeka i mamrota, skarc si, e ma co do zrobienia z jedn z koby, lecz nigdy nie mg si oprze bkitnym oczom swej siostry, a jej szeroki, jasny umiech oraz obietnica wymazania znacznego dugu przypiecztoway spraw. Z bogosawiestwem rodzicw Connor poprowadzi dzieci Thistledownw w gry. Dzieci w rkach trzymay wiadra, za u pasa najstarszego wisia topornie wykonany miecz. *** Drizzt odgad podstp na dugo przedtem, jak moda crka rolnika wesza sama w kp jagd. Widzia rwnie czterech chopcw, przyczajonych w cieniu pobliskiej kpy klonw. Connor niezbyt zrcznie trzyma prymitywny miecz. Drow wiedzia, e przyprowadzi ich tu najmodszy dzieciak. Dzie wczeniej Drizzt by wiadkiem, jak chopiec jest wcigany do szopy na drewno. Po kadym ciosie rozlegay si krzyki drizzit!", przynajmniej na pocztku. Teraz uparty dzieciak chcia dowie prawdziwoci swej opowieci. Zbieraczka jagd zadraa nagle, po czym upada na ziemi i krzykna. Drizzt rozpozna Pomocy!"jako ten sam wyraz niepokoju, ktrego uy jasnowosy chopiec, a najego ciemnej twarzy wykwit szeroki umiech. Po zabawnym sposobie, w jaki upada dziewczyna, Drizzt

pozna, e to gra. Nie bya ranna, po prostu woaa drizzita. Potrzsnwszy z niedowierzaniem sw bia czupryn, Drizzt chcia odej, lecz nagle chwyci go impuls. Znw spojrza na kpjagd, gdzie siedzca dziewczyna pocieraa kostk, po czym zerkn na jej ukrytych braci. Co zagrao w tym momencie na strunach w sercu Drizzta, pragnienie, ktrego nie mg powstrzyma. Od jak dawna by sam, wdrujc bez towarzystwa? Tskni w tej chwili za Belwarem, svirfnebli, ktry towarzyszy mu w licznych niebezpieczestwach w dziczy Podmroku. Tskni za Zaknafeinem, swoim ojcem i przyjacielem. Obserwowanie wizi pomidzy rodzestwem byo czym wicej, ni Drizzt Do'Urden mg znie. Nadszed czas, by Drizzt pozna swoich ssiadw. Drizzt nacign na gow kaptur paszcza gnolla, cho achman ten niewiele pomg w ukryciu prawdy o jego naturze, po czym skierowa si w stron polanki. Mia nadziej, e jeli w jaki sposb zdoa zagodzi pocztkow reakcj dziewczyny, moe znale z nini porozumienia. Nadzieja ta bya co najmniej nacigana. - Drizzit! - sapna pod nosem Eleni, gdy zobaczya, e idzie. Chciaa gono krzycze, lecz nie moga oddycha, chciaa ucieka, lecz strach trzyma jaw miejscu. Z kpy drzew odezwa si Liam - Drizzit! - krzykn chopiec. - Mwiem ci! Mwiem ci! Gdy spojrza na swoich braci, Flanny i Shawno mieli spodziewane, podekscytowane miny. Twarz Connora bya jednak wykrzywiona takim przeraeniem, e widok ten pozbawi Liama caej radoci. - Na bogw - wymamrota najstarszy syn Thistledownw. Connor zosta przez swojego ojca wywiczony w rozpoznawaniu wrogw. Spojrza teraz na swoich trzech zdumionych braci i mrukn jedno sowo, ktre nic nie wyjaniao niedowiadczonym chopcom - Drow. Drizzt zatrzyma si tuzin krokw od wystraszonej dziewczyny, pierwszej ludzkiej kobiety jak widzia z bliska, i obserwowa j. Eleni bya adna wedug standardw kadej z ras, miaa due, spokojne oczy, doki w policzkach oraz gadk, zocist skr. Drizzt wiedzia, e nie bdzie tu walki. Umiechn si do Eleni i skrzyowa delikatnie ramiona na piersi. - Drizzt- poprawi j, wskazujc na swoj pier. Poruszenie z boku odwrcio jego uwag od dziewczyny. - Uciekaj, Eleni! - krzykn Connor Thistledown, wymachujc mieczem i idc w stron drowa. - To mroczny elf! Drow! Uciekaj, jeli ci ycie mie! Ze wszystkiego, co krzycza Connor, Drizzt zrozumia tylko sowo drow". Zachowania i zamiarw modego mczyzny nie mona byo jednak z niczym pomyli, poniewa Connor kierowa si dokadnie pomidzy Drizzta i Eleni, mierzc czubkiem miecza w stron drowa. Eleni zdoaa wsta za swym bratem, lecz nie uciekaa, jak jej poleci. Ona rwnie syszaa o zych mrocznych elfach i nie miaa zamiaru zostawi Connora sam na sam z jednym z nich. - Odejd, mroczny elfie - warkn Connor. - Jestem dowiadczonym szermierzem, znacznie silniejszym od ciebie. Drizzt rozoy bezradnie rce, nie rozumiejc ani sowa. - Odejd! - wrzasn Connor. Kierujc si impulsem, Drizzt prbowa odpowiedzie w jzyku migowym droww, skomplikowanym systemie znakw doni i twarzy. -On rzuca czar! -krzykna Eleni wskakujc w jagody. Connor wrzasn i zaatakowa. Zanim Connor dostrzeg kontratak, Drizzt chwyci go za przedrami, wykorzysta drug do, by wykrci nadgarstek chopca i wyrwa mu miecz, machn toporn broni trzykrotnie nad gow Connora, obrci jaw swej szczupej doni, po czym odda j, rkojeci do przodu. Drizzt rozoy szeroko ramiona i umiechn si. Wedug zwyczajw droww taki pokaz wyszoci bez zranienia przeciwnika nieodmiennie sygnalizowa pragnienie przyjani. U najstarszego syna rolnika Bartomieja Thistledown olepiajcy spektakl drowa wzbudzi jedynie wywoane zachwytem przeraenie. Coonor przez dug chwil sta z otwartymi ustami. Miecz wypad mu z rki, lecz tego nie zauway. Mokre spodnie kleiy mu si do ud, tego te nie zauway. Gdzie z wntrza Connora rozleg si wrzask. Chwyci Eleni, ktra przyczya si do krzyku,

po czym uciekli w stron zagajnika, by zabra pozostaych. Biegli bez przerwy, dopki nie przestpili progu swojego domu. Drizzt pozosta, jego umiech szybko znika, a rce wci mia rozoone. Sta samotnie obok kpy jagd. *** Para nieustannie poruszajcych si oczu obserwowaa spotkanie w jagodach z czym wicej ni tylko niedbaym zainteresowaniem. Nieoczekiwane pojawienie si mrocznego elfa, zwaszcza noszcego paszcz gnolla, odpowiedziao Tephanisowi na wiele pyta. Szybcioszek zbada ju ciaa gnolli, lecz nie mg powiza ich miertelnych ran z prymitywn broni, zazwyczaj stosowan przez prostych rolnikw z wioski. Widzc wspaniae bliniacze sejmitary, niedbale przypite do bioder mrocznego elfa, oraz atwo, z jakdrow rozbroi chopca, Tephanis odgad prawd. Kby kurzu pozostawione przez szybcioszka zadziwiyby nawet najlepszych tropicieli w Krainach. Tephanis, ktry nigdy nie wybiera prostych drg, miga po grskich szlakach, zatacza krgi wok niektrych drzew, wbiega i zbiega po pniach innych, i oglnie podwaja, a nawet potraja przebyt drog. Odlego nigdy nie bya dla Tephanisa powodem do zmartwie -stan przed purporowoskrym szczeniakiem barghestem, zanim jeszcze Drizzt, rozwaajcy konsekwencje wynikajce z tego strasznego spotkania, opuci kp jagd.

4 Zmartwienia
Rolnik Bartomiej Thistledown zmieni znacznie swj punkt widzenia, gdy Connor, jego najstarszy syn, przemianowa drizzita" Liama na mrocznego elfa. Thistledown spdzi wszystkie czterdzieci pi lat swego ycia w Maldobar, wiosce lecej nad Rzek Martwego Orka, osiemdziesit kilometrw na pnoc od Sundabar. y tu ojciec Bartomieja, a prze d nim oj ciec jego ojca. Przez cay ten czas jedynymi wieciami, jakie rolnik Thistledown sysza o mrocznych elfach, by domniemany najazd droww na maosad dzikich elfw, sto pidziesit kilometrw na pnoc, w Chodnym Lesie. w najazd, nawet jeli zosta przeprowadzony przez drowy, mia

miejsce ponad dekad temu. Brak osobistych dowiadcze z ras droww nie zmniejszy obaw rolnika Thistledowna, gdy usysza opowieci swych dzieci o spotkaniu przy kpie jagd. Connor i Eleni, dwa zaufane rda wystarczajco dojrzae, by zachowa rozsdek w kryzysowych sytuacjach, widziay elfa z bliska i nie miay wtpliwoci w kwestii koloru j ego skry. - Jedyn rzecz, ktrej nie mog odgadn jest - Bartomiej powiedzia Bensonowi Desmo, grubemu i jowialnemu sotysowi Maldobar, a take kilku innym rolnikom zgromadzonym tej nocy wjego domu - dlaczego drow pozwoli dzieciom odej. Nie jestem ekspertem, jeli chodzi o zwyczaje mrocznych elfw, jednak syszaem o nich wystarczajco wiele, by spodziewa si innego postpowania. - Moe Connorowi powiodo si lepiej w ataku, ni sam przypuszcza - wtrci si taktownie Delmo. Wszyscy syszeli opowie o rozbrojeniu Connora. Liam i pozostae dzieci Thistledownw, oprcz oczywicie biednego Connora, szczeglnie upodobali sobie powtarzanie tej czci przygody. Connor docenia pokadane w nim przez sotysa zaufanie, jednak potrzsn energicznie gow, syszc t sugesti. - Pokona mnie - przyzna Connor. - Moe byem zbyt zaskoczony na jego widok, ale mnie pokona - czysto. - A to nieatwy wyczyn - wtrci si Bartomiej, powstrzymujc ewentualne umieszki zgromadzonych rolnikw. - Wszyscy widzielimy Connora w walce. Tylko ostatniej zimy pokona trzy gobliny oraz wilki, na ktrych jechay. - Spokojnie, drogi Thistledown - odezwa si sotys. - Nie wtpimy w dzielno twojego syna. - Mam wtpliwoci w kwestii prawdy o przeciwniku! - rzek Roddy McGristle, wielki jak niedwied i owosiony jak niedwied mczyzna, najbardziej dowiadczony w walce z caej grupy. Roddy spdzi wicej czasu w grach ni na zajmowaniu si gospodarstwem, za czym nie przepada, za gdy tylko kto oferowa nagrod za uszy orka, Roddy zawsze zabiera z kufra naj wikszcz, czsto wiksz ni reszta wioski razem wzita. - Po wosy na karku - Roddy powiedzia do Connora, gdy chopak zacz wstawa, chcc ostro zaprotestowa. - Wiem, e mwisz, co widziae i wierz, e widziae to, co mwisz. Nazwae to jednak drowem, a ta nazwa niesie w sobie wicej, ni sobie wyobraasz. Gdyby natkn si na drowa, przypuszczam, e ty i twoi krewni leelibycie teraz martwi w tych jagodach. Nie, nie drow wedug mnie, lecz w grach s inne istoty, ktre mogy zrobi to, o czym mwisz. - Wymie je - powiedzia opryskliwie Bartomiej, ktremu nie podobay si wtpliwoci, jakie Roddy rzuci na opowie jego syna. Bartomiej nie przepada zbytnio za Roddym. Rolnik Thistledown mia szanowan rodzin i za kadym razem, gdy prymitywny i haaliwy Roddy McGristle przychodzi z wizyt, Bartomiej i jego ona musieli powici wiele dni, by przypomnie dzieciom, zwaszcza Liamowi, o odpowiednim zachowaniu. Roddy tylko wzruszy ramionami, nie obraony tonem Bartomieja. - Goblin, troll, moe leny elf, ktry widzia za duo soca. - Jego miech, ktry rozleg si po tym ostatnim stwierdzeniu, przetoczy si nastpnie przez cagrup, pozbawiajc j powagi. - A wic jak moemy by pewni? - spyta Delmo. - Dowiemy si, odnajdujc to - zaproponowa Roddy. - Jutro rano - wskaza gestem kadego mczyzn siedzcego przy stole Bartomieja - udamy si zobaczy, co to jest. - Uznawszy zaimprowizowane spotkanie za zakoczone, Roddy pooy gwatownie donie na stole i wsta. Obejrza si jednak za siebie, zanim dotar do drzwi chaupy, po czym mrugn przesadnie i umiechn si niemal bezzbnie do grupy. - Jeszcze jedno, chopcy - powiedzia. -Nie zapomnijcie zabra broni! Rechot Roddy'ego dwicza w uszach grupy dugo po tym, jak nieokrzesany traper wyszed. - Moglibymy wezwa tropiciela - zaproponowa z nadziej jeden z rolnikw, gdy grupa zacza si rozchodzi. - Syszaem, e jeden jest w Sundabar, jedna z sistr Pani Alustriel. - Troch na to za wczenie - odpowiedzia sotys Delmo, likwidujc w zarodku optymistyczne umiechy.

- Czy zawsze jest za wczenie, jeli chodzi o drowy? - szybko wtrci Bartomiej. Sotys wzruszy ramionami. - Chodmy z McGristlem - odpar. - Jeli kto potrafi co odnale w grach, jest to on. - Taktownie odwrci si do Connora. - Wierz w twoj opowie, Connorze. Naprawd. Musimy si jednak upewni, zanim wezwiemy tak szacown pomoc jak siostra pani z Silverymoon. Sotys i reszta rolnikw odeszli, zostawiajc Bartomieja, jego ojca Markhe i Connora samych w kuchni Thistledownw. - To nie by goblin ani leny elf- powiedzia Connor niskim gosem, w ktrym brzmia zarwno gniew, jak i wstyd. Bartomiej klepn syna w plecy. Nigdy w niego nie wtpi. *** Wysoko w grskiej jaskini Ulgulu i Kempfana rwnie spdzili noc, martwic si pojawieniem mrocznego elfa. - Jeli to drow, to jest dowiadczonym awanturnikiem - Kempfana powiedzia do wikszego brata. - Moe wystarczajco dowiadczonym, by da Ulgulu dojrzao. - I powrt do Gehenny - Ulgulu dokoczy za wspierajcego go brata. - Tak mocno pragniesz, abym odszed. - Ty rwnie czekasz na dzie, w ktrym bdziesz mg wrci do dymicych rozpadlin przypomnia mu Kempfana. Ulgulu parskn i nie odpowiedzia. Pojawienie si mrocznego elfa mogo oznacza wicej rozmyla i obaw ni proste logiczne stwierdzenie Kempfany. Barghesty, jak v szystkie inteligentne stworzenia na niemal kadym planie egzystencji, wiedziay o drowach i ywiy spory szacunek dla tej rasy. Wprawdzie jeden drow mg nie by duym problemem, jednak wyprawa wojenna mrocznych elfw, a moe nawet caa armia, moga okaza si katastrofalna w skutkach. Szczeniaki nie byy niezniszczalne. Ludzka wioska dostarczaa atwej zdobyczy barghestom i mogoby tak dzia si dalej, jeli Ulgulu i Kempfana ostronie planowaliby swoje ataki. Jeli jednak pokazaaby si banda mrocznych elfw, te atwe ofiary mogy do nagle znikn. - Trzeba zaatwi spraw z drowem - stwierdzi Kempfana. - Jeli jest zwiadowc, to nie moemy mu pozwoli wrci. Ulgulu zmierzy brata chodnym spojrzeniem, po czym zawoa swego szybcioszka. Tephanis! - krzykn, a skrzat znalaz si na jego ramieniu, zanim zdoa skoczy jego imi. - Chcesz, ebym-poszed-i-zabi-drowa-mj-panie - rzeki szybcioszek. - Rozumiem-cochcesz, ebym-zrobi. - Nie! - wrzasn natychmiast Ulgulu, wyczuwajc, e szybcioszek zamierza wyj. Tephanis by w poowie drogi do drzwi, gdy Ulgulu koczy sylab, lecz wrci na jego rami, zanim przebrzmiaa ostatnia nuta krzyku. - Nie - powtrzy spokojniej Ulgulu. - Moemy zyska na pojawieniu si drowa. Kempfana zauway zowieszczy umieszek Ulgulu i odgad zamiary brata. - Nowy wrg dla wieniakw - stwierdzi modszy szczeniak. - Nowy wrg, na ktrego spadn zabj stwa Ulgulu? Wszystko mona obrci na wasn korzy - odpowiedzia przebiegle wielki, purpurowoskry barghest - nawet pojawienie si mrocznego elfa. - Ulgulu odwrci si z powrotem do Tephanisa. - Chcesz-dowiedzie-si-wicej-o-drowie, mj-panie - wypali z siebie podekscytowany Tephanis. - Czy jest sam? - spyta Ulgulu. - Czy jest zwiadowc wikszej grupy, jak si obawiamy, czy te samotnym wojownikiem? Jakie s j ego zamiary wzgldem wieniakw? - Mg-zabi-dzieci - zauway Tephanis. - Przypuszczam, e-on-pragnie-przyj ani. - Wiem - parskn Ulgulu. - Mwie to ju wczeniej. Id ju i dowiedz si wicej. Potrzebuj wicej ni twoje przypuszczenia, Tephanisie, za dziaania droww rzadko ujawniajich prawdziwe zamiary!

Tephanis zeskoczy z barku Ulgulu i przystan, oczekujc dalszych instrukcji. - W rzeczy samej, drogi Tephanisie - wycedzi Ulgulu. -Sprawd, czy moesz mi przynie jedn z broni drowa. Moe si okaza przydat... - Ulgulu przerwa, gdy zauway powiewanie cikiej kurtyny, ktra zasaniaa drzwi. - Pobudliwy may skrzat - zauway Kempfana. - Ale przydatny - odpar Ulgulu, a Kempfana musia przytakn twierdzco. *** Ju z odlegoci ponad kilometra Drizzt widzia, e nadchodz. Dziesiciu uzbrojonych rolnikw podao za modym mczyzn, ktrego pozna w kpie jagd poprzedniego dnia. Cho rozmawiali i artowali, ich krok by zdecydowany, a bro znajdowaa si na widoku, w oczywisty sposb gotowa do uycia. Jeszcze gorszy by idcy z boku gwnej grupy ponury mczyzna o potnej piersi, odziany w grube skry, trzymajcy dobrze wykuty topr i prowadzcy dwa wielkie, warczce te psy na grubych acuchach. Drizzt chcia dalszego kontaktu z wieniakami, chcia kontynuowa wydarzenia, ktre wprawi w ruch poprzedniego dnia i dowiedzie si, czy zdoa w kocu odnale miejsce, ktre bdzie mg nazwa domem, jednak zda sobie spraw, e nadcigajce spotkanie nie zapowiadao realizacji jego pragnie. Jeli rolnicy znajd go, z pewnoci wynikn z tego kopoty, i cho Drizzt nie martwi si zbytnio swym bezpieczestwem wobec tej obszarpanej bandy, nawet zwaywszy na ponurego wojownika, obawia si, e ktry z rolnikw moe zosta ranny. Drizzt uzna, e jego dzisiejsze zadanie bdzie polega na wymykaniu si grupie i unikaniu jej ciekawoci. Drow zna doskonay podstp, za pomoc ktrego mg osign te cele. Pooy na ziemi przed sob onyksow figurk i wezwa Guenhwyvar. Bzyczcy odgos z boku, po ktrym nastpi nagy szmer lici, odwrci na chwil uwag Drizzta, gdy wok figurki zacza si kbi zwyczajowa mga. Drizzt nie dostrzeg jednak, by zbliao si co zowieszczego, wic szybko si uspokoi. Uzna, e ma waniejsze problemy. Gdy Guenhwyyar si pojawia, Drizzt i pantera przemknli w d szlaku za kp jagd, gdzie wedug drowa rolnicy mieli zacz polowanie. Jego plan by prosty: pozwoli rolnikom pokrci si troch po okolicy, a tymczasem syn rolnika znw przytoczy swoj opowie o spotkaniu. Nastpnie na skraju kpy pojawi si Guenhwyvar i pocignie za sob grup w bezskutecznym pocigu. Pantera o czarnym futrze moe rzuci pewne wtpliwoci na relacj chopca, by moe starsi mczyni przyjm, e dzieci napotkay nie mrocznego elfa, lecz wielkiego kota, a ich wyobrania dodaa reszt szczegw. Drizzt wiedzia, e ryzykuje w ten sposb, lecz w najgorszym przypadku Guenhwyvar rzuci wtpliwoci na istnienie mrocznego elfa i odcignie na chwil od Drizzta t grup owieck. Rolnicy przybyli do kpy jagd zgodnie z planem. Cz z nich miaa ponure twarze i bya gotowa do walki, lecz wikszo grupy toczya swobodne rozmowy wypenione miechem. Znaleli lecy miecz i Drizzt obserwowa, przytakujc gow, jak syn rolnika opisuje wypadki wczorajszego dnia. Drizzt zauway rwnie, e wielki mczyzna z toporem, bez przekonania przysuchujcy si opowieci, otacza grup wraz ze swymi psami, wskazujc na rne miejsca w kpie i nakazujc psom wszy. Drizzt nie mia praktycznych dowiadcze z psami, wiedzia jednak, e wiele stworze ma silne zmysy i mona j e wykorzysta w polowaniu. - Id, Guenhwyvar - wyszepta drow, nie czekajc, a psy zapiwyrany trop. Wielka pantera podya bezszelestnie szlakiem i zaja pozycj na jednym z drzew w tym samym zagajniku, gdzie poprzedniego dnia ukryli si chopcy. Nagy ryk Guenhwyvar w jednej chwili uciszy narastajce w grupie rozmowy, wszystkie gowy obrciy si w stron drzew. Pantera wskoczya w jagody, przemkna obok oszoomionych ludzi i rzucia si w kierunku gazw zacielajcych zbocze gry. Rolnicy krzyknli i podjli pocig, wzywajc mczyzn z psami, by obj prowadzenie. Wkrtce caa grupa, z ujadajcymi dziko psami, oddalia si, a Drizzt wszed do zagajnika w pobliu kpy jagd, by przemyle wydarzenia dnia i obra najlepszy kurs dziaania.

Uzna, e ten bzyczcy odgos go ledzi, jednak zignorowa go, biorc za insekta. *** Obserwujc dziwne zachowanie psw, Roddy McGristle szybko odkry, e pantera nie jest tym samym stworzeniem, ktre pozostawio zapach w kpie jagd. Co wicej, Roddy zda sobie spraw, e jego obszarpani towarzysze, zwaszcza opasy sotys, nawet z jego pomoc nie maj zbyt duych szans na zapanie wielkiego kota, bowiem pantera moga przeskakiwa parowy, ktrych obejcie zajmowao rolnikom wiele minut. - Idcie! - Roddy powiedzia reszcie grupy. - cigajcie t istot dalej tym szlakiem. Ja wezm moje psy, skrc w bok i odetn jej drog, zawracajc j do was! - Rolnicy krzyknli twierdzco i oddalili si, a Roddy cign acuchy i poprowadzi psy w bok. Wytrenowane do polowania psy chciay i dalej, jednak ich panu co innego chodzio po gowie. W tej chwili mczyo go kilka myli. Mieszka w tych grach od trzydziestu lat, lecz nigdy nie widzia ani nawet nie sysza o takim kocie. Poza tym, cho pantera z atwocimoga umkn przeladowcom, zawsze znajdowaa si na otwartej przestrzeni niedaleko od nich, jakby prowadzia rolnikw. Roddy odgad podstp i mia swoje przypuszczenia, gdzie moe kry si intruz. Zaoy psom kagace, by je uciszy, po czym skierowa si w stron, z ktrej przyszed, z powrotem do kpy jagd. *** Drizzt opar si o drzewo w cieniu rzadkiego zagajnika i zastanawia, jak moe si bardziej ujawni rolnikom, nie wywoujc w nich wicej paniki. Podczas dni spdzonych na obserwacji rodziny, Drizzt doszed do przekonania, e mgby sobie znale miejsce wrd ludzi, w tym czy innym osiedlu. Gdyby tylko zdoa im udowodni, e jego zamiary nie s niebezpieczne. Bzyczenie z lewej strony wyrwao nagle Drizzta z rozmyla. Wycign szybko sejmitary, po czym co po nim przemkno, zbyt szybko by zdoa zareagowa. Krzykn czujc nagy bl w nadgarstku, a jego sejmitar zosta mu wyrwany z doni. Zdziwiony Drizzt spojrza na ran, spodziewajc si ujrze strza lub bet wbity gboko w rk. Rana bya czysta i pusta. Piskliwy miech obrci Drizzta w prawo. Sta tam skrzat, z sejmitarem Drizzta przerzuconym niedbale przez rami, niemal dotykajcym ziemi za niewielkim stworzeniem, oraz z ociekajcym krwi sztyletem. Drizzt sta bardzo spokojnie, starajc si odgadn nastpny ruch istoty. Nigdy wczeniej nie widzia szybcioszka ani nie sysza o tych niezwykych stworzeniach, zdawa sobie ju jednak spraw z posiadanej przez niego przewagi prdkoci. Zanim jednak drow zdy uksztatowa jaki plan pokonania szybcioszka, pokazaa si kolejna nemezis. Zaraz gdy Drizzt usysza wycie, doszed do wniosku, e ujawni go okrzyk blu. Pierwszy z warczcych ogarw Roddy'ego McGristle przedar si przez krzaki, nacierajc na drowa. Drugi, biegncy kilka krokw za pierwszym, wyskoczy w stron garda Drizzta. Tym razem jednak to Drizzt by szybszy. Wykona cicie pozostaym mu sejmitarem, rozcinajc pierwszemu psu gow i uderzajc w czaszk. Bez chwili wahania drow rzuci si w ty, odwracajc uchwyt na broni i unoszc j przed twarz, na linii skaczcego psa. Rkoje sejmitara opieraa si mocno o pie drzewa i pies, nie bdc w stanie zmieni w locie kierunku, wpad z caej siy na wystajcy drugi kraniec broni, nabijajc si na niego gardem i klatk piersiow. Sia uderzenia wyrwaa sejmitar z doni Drizzta i pies wraz z ostrzem odtoczyli si w krzaki obok drzewa. Drizzt ledwo zdy doj do siebie, gdy wpad Roddy Mc-Gristle. - Zabie moje psy! - rykn wielki traper, kierujc Bro-czyciela, swj wielki, podniszczony w walce topr, w gow Drizzta. Cios by podstpnie szybki, lecz drow zdoa uchyli si na bok. Drizzt nie mg zrozumie ani sowa z nieustannych okrzykw McGristle'a i wiedzia, e ogromny

mczyzna nie zrozumiaby rwnie adnych wyjanie, jakie drow mg zaoferowa. Ranny i bezbronny Drizzt mg tylko unika ciosw. Kolejny zamach niemal go trafi, rozcinajc paszcz gnolla, lecz drow wcign brzuch i topr zaledwie drasn jego wspania kolczug. Drizzt przemkn w bok, w stron cianiejszej kpy drzew, gdzie jak uwaa, wiksza zrczno da mu pewn przewag. Musia sprbowa zmczy rozwcieczonego czowieka, a przynajmniej zmusi go do ponownego przemylenia brutalnego ataku. Gniew McGristle'a jednak nie zmniejsza si. Naciera tu za Drizztem, warczc i wymachujc toporem przy kadym kroku. Drizzt dostrzeg niedocignicia swego planu. Mg wprawdzie utrzyma si z dala od zwalistego mczyzny pomidzy ciasno rosncymi drzewami, jednak topr McGristle'amg si do sprawnie przedziera pomidzy nimi. Potna bro nadcigaa z boku na poziomie ramienia. Kierowany desperacj Drizzt pad pasko na ziemi, ledwo unikajc mierci. McGristle nie zdoa na czas spowolni zamachu i cika, dobrze naostrzona bro wbia si w dziesiciocentymetrowy pie modego klonu, powalajc drzewo. Topr tkwi silnie w drzewie. Roddy warkn i stara si oswobodzi bro, lecz do ostatniej chwili nie zdawa sobie sprawy z niebezpieczestwa. Zdoa odskoczy spod upadajcego pnia, lecz zosta pogrzebany pod koron drzewa. Gazie podrapay mu twarz i boki gowy, tworzc wok niego sie i przyciskajc go silnie do ziemi. - Niech ci cholera, drowie! - rykn McGri-stle, miotajc si bezskutecznie w swym naturalnym wizieniu. Drizzt odczoga si na bok, wci trzymajc si za ranny nadgarstek. Znalaz pozostay mu sejmitar, tkwicy a po rkoje w nieszczsnym psie. Widok ten przeszy Drizzta blem, poniewa zna warto zwierzcych towarzyszy. Kilka nieprzyjemnych chwil zajo mu oswobodzenie ostrza, a ruchy te czyni bardziej dramatycznymi drugi pies, ktry zaledwie oguszony, znw zacz si porusza. - Niech ci cholera, drowie! -rykn ponownie McGristle. Drizzt zrozumia odniesienie do swego pochodzenia, a reszt mg odgadn. Chcia pomc lecemu mczynie, uwaajc, e mogoby to otworzy mu drog do bardziej cywilizowanej formy komunikacji. Nie sdzi jednak, by budzcy si pies mia wiksz ochot na podanie mu apy. Rozejrzawszy si jeszcze w poszukiwaniu skrzata, ktry zacz ca afer, Drizzt wyszed z zagajnika i uciek w gry. *** - Moglimy go dosta! - pomrukiwa Bartomiej Thistledown, gdy grupa wracaa do kpy jagd. - Gdyby McGristle poszed tam, gdzie powiedzia, e bdzie, z pewnoci dostalibymy kota! A tak w ogle, gdzie jest ten przywdca watahy? Nieprzerwany ryk - Drow! Drow! - dobiegajcy z dbowego zagajnika odpowiedzia na pytanie Bartomieja. Rolnicy znaleli Roddy'ego wci lecego pod przewrconym klonem. - Cholerny drow! - grzmia Roddy. - Zabi mojego psa! Cholerny drow! - Gdy uwolniono mu rk, sign ni do lewego ucha, odkry jednak, e ju go nie ma. - Cholerny drow! -rykn ponownie. Connor Thistledown pozwoli, by wszyscy ujrzeli powrt jego dumy, wywoany potwierdzeniem wtpliwej opowieci, lecz by jedynym zadowolonym z niespodziewanego owiadczenia Rod-dy'ego. Pozostali rolnicy byli starsi od Connora i zdawali sobie spraw, jakie konsekwencje moe przynie nawiedzajcy okolic mroczny elf. Benson Delmo, ocierajc pot z czoa, nie robi wikszej tajemnicy ze swojej reakcji na najwiesz wiadomo. Odwrci si natychmiast do stojcego przy nim rolnika, modszego mczyzny, znanego ze swoich zdolnoci pielgnacji i jedenia na koniach. - Jed do Sundabar! rozkaza sotys. -Natychmiast znajd tropiciela! Po kilku minutach Roddy by wolny. Do tego czasu doczy do niego ranny pies, lecz wiadomo, e jedno z jego cennych zwierzt prze trwao, nie uspokoio zbytnio nieokrzesanego

mczyzny. - Cholerny drow! - rykn chyba po raz tysiczny Roddy, ocierajc krew z policzka. - Zaatwi tego cholernego drowa! -Zaakcentowa swoje zamiary, uderzajc Broczycielem w pie kolejnego pobliskiego klonu, ktry take niemal si przewrci.

5 Widmo zagady
Gobliscy stranicy czmychnli na bok, gdy potny Ulgulu rozdar zason i wyszed z kompleksu jaski. Rzekie powietrze mronych gr cieszyo barghesta, a poczu si jeszcze lepiej, gdy pomyla o stojcym przed nim zadaniu. Spojrza na przyniesiony przez Tephanisa sejmitar, wspania bro, wygldajc na niezwykle ma w wielkiej, ciemnoskrej doni Ulgulu. Ulgulu niewiadomie upuci bro na ziemi. Nie chcia jej uywa tej nocy, pragn wykorzysta sw wasn miercionon bro - ky i pazury - by smakowa swoje ofiary i poera ich esencj yciow, eby stawa si silniejszym. Ulgulu by jednak istot inteligentni jego racjonalne mylenie szybko przezwyciyo pierwotne instynkty, ktre tak poday smaku krwi. W oczekujcym na niego nocnym zadaniu by cel, metoda obiecujca wiksze korzyci, a take eliminacja bardzo rzeczywistego zagroenia, jakie stwarzao nieoczekiwane pojawienie si mrocznego elfa. Wydawszy z siebie gardowy pomruk, drobny protest pierwotnych dz, barghest znw chwyci sejmitar i popdzi w d zbocza, pokonujc z kadym krokiem ogromne odlegoci.

Bestia zatrzymaa si na skraju parowu, gdzie wski szlak wi si wzdu prostej ciany klifu. Sporo czasu zajmie mu schodzenie t niebezpieczn ciek. Jednak Ulgulu by godny. wiadomo Ulgulu zapada si w sobie, skupiajc na swojej istocie, ktra promieniowaa magiczn energi. Nie by stworzeniem z Planu Materialnego, a pozaplanarne istoty mogy przenosi ze sob moce, ktre wydaway si magiczne stworzeniom z goszczcego je planu. Oczy Ulgulu byszczay pomaraczowo z podniecenia, gdy kilka minut pniej wyoni si z transu. Spojrza w d klifu, wyobraajc sobie punkt na paskim gruncie poniej, okoo czterystu metrw w d. Przed Ulgulu pojawiy si migoczce, wielokolorowe drzwi, wiszce w powietrzu ponad krawdzirozpadliny. Ze miechem brzmicym bardziej jak ryk, Ulgulu pchniciem otworzy wrota i tu za progiem dostrzeg miejsce, ktre sobie wanie wyobrazi. Przeszed, pokonujc materialn odlego do dna przepaci jednym ponadwymiarowym krokiem. Uglulu bieg w d zbocza, w stron ludzkiej wioski, bieg ochoczo, by ujrze, jak obracaj si tryby jego okrutnego planu. Gdy barghest dotar do podna gry, znw odnalaz magiczny zaktek swego umysu. Jego kroki zwolniy, po czym cakowicie si zatrzymay. Stwora chwyciy spazmy i zacz niezrozumiale bekota. Koci przesuway si gono, skra pkaa i zrastaa, ciemniejc niemal do czerni. Gdy Ulgulu znw ruszy w drog, jego kroki - kroki mrocznego elfa - nie byy ju takie dugie. *** Bartomiej Thistledown siedzia tego wieczora wraz ze swoim ojcem, Markhe, oraz najstarszym synem w kuchni samotnego gospodarstwa na zachodnich obrzeach Maldobar. ona i matka Bartomiej a poszy do stodoy, by przygotowa zwierzta do snu, za czwrka najmodszych dzieci leaa bezpiecznie w swych kach w maym pokoju za kuchni. Podczas zwyczajnej nocy reszta rodziny Thistledownw, wszystkie trzy pokolenia, rwnie chrapaaby w swoich kach, jednak Bartomiej obawia si, e minie wiele nocy, zanim do cichego gospodarstwa wrci cho odrobina zwyczajnoci. W okolicy widziano mrocznego elfa, i cho Bartomiej nie by przekonany, by ten obcy chcia szkody - drow mg z atwoci zabi Connora i pozostae dzieci - wiedzia, e pojawienie si drowa wprowadzi na jaki czas zamt w Maldobar. - Moglibymy wrci do samej wioski - zaproponowa Con-nor. - Znaleliby dla nas miejsce i wtedy staoby za nami cae Maldobar. - Staoby za nami? - odpar z sarkazmem Bartomiej. -A czy kadego dnia opuszczaliby swoje gospodarstwa, by przychodzi tu i pomaga nam w pracy? Kto z nich, wedug ciebie, przyjedaby tu co noc, by zajmowa si zwierztami? Connor opuci gow, syszc nagan ojca. Pooy do na rkojeci miecza, przypominajc sobie, e nie jest dzieckiem. Mimo to, Connor podzikowa w myli, gdy jego dziadek niedbale poklepa go po ramieniu. - Musisz pomyle, chopcze, zanim wystosujesz takie wezwanie - cign Bartomiej, a jego ton zagodnia, gdy zda sobie spraw z efektu, jaki jego sowa wywary na synu. - Gospodarstwo j est twj krwi, j edyn rzecz, j aka si liczy. - Moglibymy odesa malcw - wtrci Markhe. - Chopak ma prawo si ba, gdy w pobliu jest mroczny elf. Bartomiej odwrci si i zrezygnowany opuci brod na zoone rce. Nienawidzi myli o dzieleniu rodziny. Rodzina bya ich rdem siy, tak jak przez pi pokole Thistledownw i wczeniej. Mimo to, Bartomiej zaja Connora, nawetjeli chopcu chodzio o dobro rodziny. - Powinienem by pomyle, tato - usysza szept Connora i wiedzia, e jego wasna duma nie zniesie blu odczuwanego przez syna. - Przepraszam.

- Nie musisz - odpowiedzia Bartomiej, odwracajc si do pozostaych. -To ja powinienem przeprosi. Wszyscy s niespokojni, gdy ten mroczny elf jest w pobliu. Masz racj, Connorze. Jestemy zbyt daleko, aby by bezpieczni. Jakby w odpowiedzi zza domu, z kierunku stodoy, dobieg gwatowny trzask amanego drewna i stumiony krzyk. W tej jednej przeraajcej chwili Bartomiej Thistledown zda sobie spraw, e powinien by wczeniej podj t decyzj, kiedy to wiato dnia dawao jeszcze jego rodzinie jaki stopie ochrony. Connor zareagowa pierwszy, podbieg do drzwi i otworzy je gwatownie. Podwrze byo miertelnie ciche, nawet muzyka wierszcza nie zakcaa tej surrealistycznej scenerii. Nisko na niebie majaczy milczcy ksiyc, rzucajc dugie i diabelskie cienie z kadej sztachety i drzewa. Connor patrzy, nie wac si odetchn, przez sekund, ktra wydawaa si godzin. Wrota do stodoy zatrzeszczay i zakoysay si na zawiasach. Na podwrze wyszed mroczny elf. Connor zatrzasn drzwi i opar si o nie, potrzebujc materialnego wsparcia. - Mama wydysza do zaskoczonych twarzy ojca i dziadka. - Drow. Starsi Thistledownowie zawahali si, a w ich umysach zawiroway tysice przeraajcych moliwoci. Rwnoczenie wstali ze swoich stokw, Bartomiej poszed po bro, a Markhe ruszy w stron Connora i drzwi. Ich nage dziaanie oswobodzio Connora z paraliu. Wycign miecz i otworzy drzwi, zamierzajc wybiec i stawi czoa intruzowi. Ulgulu skierowa potny skok prosto pod drzwi chaupy. Connor ruszy przez prg i wpad na stwora - ktry tylko wyglda jak szczupy drow - i odbi si od niego, oszoomiony, wpadajc z powrotem do kuchni. Zanim ktrykolwiek z mczyzn zdy zareagowa, na czubek gowy Connora opad sejmitar, z caposiadanprzez barghesta si, niemal rozszczepiajc modzieca na p. Nie kryjc si, Ulgulu wszed do kuchni. Dostrzeg jak starzec - sabszy pozostay wrg rusza w jego stron i wezwa sw magiczn natur, by odbi atak. Po Markhe Thistledownie przetoczya si fala skoncentrowanego uczucia, fala desperacji i przeraenia tak silnego, e nie mg z ni walczy. Jego pomarszczone usta otworzyy si w bezgonym krzyku i zachwia si do tyu, wpadajc na cian i trzymajc si bezradnie za pier. Atak Bartomieja nis za sob cay ciar wyzwolonej wciekoci. Rolnik warcza i wydawa z siebie nieartykuowane dwiki, gdy opuszcza swoje widy i kierowa je w intruza, ktry zabi mu syna. Szczupa, przybrana sylwetka, w ktrej tkwi barghest, nie zmniejszya gigantycznej siy Ulgulu. Gdy czubki wide pokonyway ostatnie centymetry dzielce je od piersi stwora, Ulgulu waln doni w drzewce broni. Bartomiej zatrzyma si nagle, a tpy koniec drga wbi mu si mocno w brzuch, pozbawiajc go tchu. Ulgulu podnis szybko rk, podnoszc Bartomieja z atwoci z podogi i uderzajc gow rolnika w strop wystarczajco mocno, by zama mu kark. Barghest niedbale cisn Bartomiejem i jego aosn broni przez kuchni i ruszy w stron starca. By moe Markhe zobaczy, e si zblia, by moe starzec by zbyt rozdarty blem i wciekoci, by rejestrowa to, co dziao si w pomieszczeniu. Ulgulu podszed do niego i otworzy szeroko usta. Chcia pore mczyzn, ucztowa na jego sile yciowej, tak jak to zrobi z modsz kobiet w stodole. Kiedy jednak ekstaza wywoana zabjstwem osaba, Ulgulu aowa swoich czynw w stodole. Znw racjonalizm barghesta zwyciy nad jego dzami. Wydawszy z siebie pene frustracji warknicie, Ulgulu wbi sejmitar w pier Markhe, koczc cierpienie starca. Ulgulu spojrza na swoje przeraajce dzieo, aujc e nie poywi si silnymi modymi mczyznami, lecz przypomnia sobie o wikszych zyskach, jakie moe mu przynie ta noc. Zdumiony krzyk zaprowadzi go do bocznego pokoju, gdzie spay dzieci. ***

Drizzt z wahaniem zszed nastpnego dnia z gr. Jego nadgarstek pulsowa blem w miejscu, gdzie dgn go skrzat, jednak rana bya czysta i Drizzt by przekonany, e si zaleczy. Przykucn w krzakach na zboczu wzgrza za gospodarstwem Thistledownw, gotw sprbowa kolejnego spotkania z dziemi. Drizzt zbyt dugo przyglda si ludzkiej spoecznoci i za wiele czasu spdzi sam, aby si podda. Wanie tu zamierza stworzy sobie dom, jeli tylko zdoa przeama oczywiste bariery uprzedze, uosabiane najsilniej przez wielkiego mczyzn z warczcymi psami. Ze swojej pozycji Drizzt nie mg widzie roztrzaskanych drzwi i gospodarstwo wygldao tak jak zawsze przed witem. Rolnicy nie wyszli jednak wraz ze socem, a pojawiali si zawsze nie pniej ni ono. Kury wdroway, a kilka zwierzt bkao si obok szopy, lecz dom pozostawa cichy. Drizzt wiedzia, e jest to niezwyke, uzna jednak, e wczorajsze spotkanie w grach zmusio rolnikw do ukrywania si. By moe rodzina zupenie opucia gospodarstwo, szukajc schronienia w wikszym zbiorowisku domw w samej wiosce. Myl ta ciya mocno Drizztowi, poniewa znw zakci ycie otaczajcych go osb, gdy tylko pokaza sw twarz. Pamita Blingdenstone, miasto gnomw svirfhebli, oraz zamt i potencjalne niebezpieczestwo, jakie na nich sprowadzi. Soneczny dzie stawa si coraz janiejszy, lecz z gr d mrony wiatr. Mimo to, na podwrzu ani w domu nie krztaa si adna osoba, przynajmniej z tego, co widzia Drizz. Z kad mijajc sekund martwi si coraz bardziej. Znajome bzyczenie wyrwao Drizzta z rozmyla. Wycign swj samotny sejmitar i rozejrza si. aowa, e nie moe wezwa Guenhwyvar, lecz nie upyno jeszcze wystarczajco wiele czasu od ostatniej wizyty kocicy. Pantera musiaajeszcze przez dzie odpoczywa w swym astralnym domu, zanim bdzie wystarczajce silna, by znw znale si u boku Drizzta. Nie widzc nic w najbliszej okolicy, Drizzt przemkn pomidzy pnie dwch duych drzew, na lepsz pozycj obronnprzeciwko oszaamiajcej prdkoci skrzata. Bzyczenie ucicho chwil pniej i nigdzie nie byo wida skrzata. Drizzt spdzi reszt dnia krztajc si pord krzakw, zastawiajc sida i kopic pytkie doki. Jeli mia znw walczy ze skrzatem, zamierza zmieni rezultat potyczki. Wyduajce si cienie i karmazynowa barwa zachodniego nieba znw skieroway uwag Drizzta na gospodarstwo Thistle-downw. W domu nie zapalono adnych wiec, by odpdzi pogbiajcy si mrok. Drizzt coraz bardziej si niepokoi. Powrt paskudnego skrzata przypomnia mu o niebezpieczestwach kryjcych si w okolicy, a cigy brak dziaania na podwrzu zasia w nim strach, ktry wkrtce si spotgowa i zmieni w przeraenie. Zmierzch ciemnia w noc. Wsta ksiyc i zacz si miarowo wspina na wschodnie niebo. Mimo to, w domu nie pona adna wieca, aden dwik nie dochodzi zza ciemnych okien. Drizzt wylizgn si z krzakow i przemkn przez mae, znajdujce si z tyu poletko. Nie mia zamiaru zblia si do domu, po prostu chcia sprawdzi, czego moe si dowiedzie. By moe znikny rwnie konie i may wz rolnika, co dowiodoby susznoci wczeniejszych podejrze Drizzta o tym, e rolnicy uciekli do wioski. Gdy drow obszed stodo i ujrza wyamane drzwi, wiedzia instynktownie, e nie o to chodzi. Spojrza przez wrota do stodoy i nie by zdumiony widzc, e na rodku stoi wz, a w zagrodach jest peno koni. Obok wozu leaa jednak starsza kobieta, skulona i pokryta wasn zakrzep krwi. Drizzt podszed do niej i od razu pozna e nie yje, zabita jak ostr broni. Jego myli natychmiast podyy ku zemu skrzatowi i skradzionemu sejmitarowi. Kiedy za wozem znalaz drugie zwoki, wiedzia ju, e w gr wchodzi jaki inny potwr, co bardziej wystpnego i potniejszego. Drizzt nie mg nawet okreli tosamoci tego poartego do poowy ciaa. Drizzt pobieg ze stodoy do domu, pozbywajc si wszelkiej ostronoci. W kuchni znalaz ciaa mczyzn Thistledownw, w sypialni za, ku jego absolutnemu przeraeniu spostrzeg dzieci, ktre leay zbyt spokojnie. Sowo drizzit" zabrzmiao bolenie w jego mylach na widok jasnowosego chopca.

Zgiek panujcy w uczuciach Drizzta sta si nie do zniesienia. Zakry uszy, by nie sysze tego przekltego sowa drizzit!", lecz bez koca odbijao si echem, przeladujc go, przypominajc mu. Nie mogc zapa oddechu, Drizzt wybieg z domu. Gdyby dokadniej przeszuka pomieszczenie, znalazby na pododze pod kiem swj wasny zaginiony sejmitar, pknity na p i zostawiony dla wieniakw.

Cz 2 Tropiciel
Czy cokolwiek na wiecie moe bardziej obcia ni wina? Czsto czuj to brzemi, niosem je wielokrotnie, dugimi drogami. Wina przypomina mi miecz o dwch ostrzach. Z jednej strony tnie dla sprawiedliwoci, zaszczepia praktyczn moralno w tych, ktrzy si go obawiaj. Wina, wynikajca z sumienia, jest tym, co oddziela dobre osoby od zych. Jeli wzi pod uwag sytuacj, ktra obiecuje zyski, wikszo droww zabije si nawzajem, niewane czy s krewniakami, czy te nie, i odejdzie nie czujc adnego emocjonalnego brzemienia. Drow zabjca moe obawia si odwetu, lecz nie uroni nawet zy za swoj ofiar. Dla ludzi - oraz elfw z powierzchni, a take innych dobrych ras - cierpienie wywoywane przez sumienie znacznie przekracza jakiekolwiek zewntrzne zagroenia. Niektrzy twierdz, e wina - sumienie - jest podstawow rnic pomidzy rozmaitymi rasami Krain. W tym sensie wina musi by uwaana za pozytywn si. Jest jednak jeszcze jedna strona tego obciajcego uczucia. Sumienie nie zawsze przychyla si do racjonalnego osdu. Wina jest zawsze brzemieniem, ktre kady sam na siebie nakada, lecz nie zawsze jest naoona susznie. Tak byo w moim przypadku na drodze z Menzoberranzan do Doliny Lodowego Wichru. Z Menzoberranzan wyniosem win za Zaknafeina, mojego ojca,

powiconego w moim imieniu. Z Blingdenstone wyniosem win za Belwara Dissengulpa, svirfnebli, ktrego okaleczy mj brat. Na licznych drogach natknlem si na wiele innych ciarw: Clacker, zabity przez potwora, ktry polowa na mnie; gnolle, zabite z mojej wasnej rki; oraz rolnicy -najbardziej bolesne brzemi-zwyka rodzina, zabita przez barghesta szczeniaka. Racjonalnie uwaam, e nie mam si za co wini, e te wydarzenia pozostaway poza moim wpywem lub te w niektrych przypadkach, jak przy okazji gnolli, e uczyniem prawidowo. Racjonalno nie jest jednak najlepsz ochron przed ciarem winy. Po jakim czasie, wzmocniony przez zaufanych przyjaci, zrzuciem z siebie wiele tych brzemion. Inne pozostay i na zawsze pozostan. Akceptuj je jako nieuniknione i wykorzystuj ich ciar, by kierowa swoimi przyszymi krokami. To, jak sdz, jest prawdziwym celem sumienia. - Drizzt Do'Urden

6 Sundabar
- Och, ju do, Frecie - wysoka kobieta powiedziaa do odzianego w bia szat krasnoluda z t brod, odpychajcjego rce. Przejechaa palcami po swych gstych, brzowych wosach, targajc je. - Tsk, tsk - odpowiedzia krasnolud, natychmiast przesuwajc donie z powrotem do brudnej plamy na paszczu kobiety. Szorowa energicznie, lecz bezustanne wiercenie si tropicielki nie pozwalao mu wiele osign. - Dlaczego, Pani Falconhand, wierz, e przydaoby ci si przeczyta kilka ksiek na temat dobrego zachowania. - Wanie przyjechaam z Silverymoon - odpara z oburzeniem Dove Falconhand, mrugajc do Gabriela, drugiego wojownika w pomieszczeniu, wysokiego mczyzny o niewzruszonej twarzy. Na drodze mona si troch zakurzy. - Niemal tydzie temu! - zaprotestowa krasnolud. - Uczestniczya zeszego wieczora w bankiecie w tym samym paszczu! -nastpnie krasnolud zauway, e zajmujc si paszczem Dove poplami swoj wasn jedwabn szat, a ta katastrofa odwrcia jego uwag od tropicielki. - Drogi Frecie - cigna Dove, lic palec i niedbale szorujc nim plam na swym paszczu. Jeste najniezwyklejszym ze sucych. Twarz krasnoluda staa si czerwona jak burak i tupn byszczcym pantoflem w posadzk. Sucym? - prychn. - Powinienem by powiedzie...

- Wic zrb to! - zamiaa si Dove. - Jestem najbardziej... jednym z najbardziej dowiadczonych mdrcw na pnocy! Moje tezy zwizane z odpowiedni etykiet na rasowych bankietach... - Albo brakiem odpowiedniej etykiety... - nie mg si powstrzyma przed przerwaniem Gabriel. Krasnolud obrci si do niego z kwan min. - ...przynajmniej jeli chodzi o krasnoludy - dokoczy wojownik niewinnie wzruszajc ramionami. Krasnolud trzs si wyranie, a jego pantofle wygryway szybki rytm na twardej posadzce. - Och, drogi Frecie - odezwaa si Dove, kadc uspokajajco do na ramieniu krasnoluda i przejedajc ni po caej dugoci jego doskonale przystrzyonej, tej brody. - Fred! - odrzek ostro krasnolud, odpychajc rk tropiciel-ki. - Fredegar! Dove i Gabriel spogldali na siebie przez krtk, pen zrozumienia chwil, po czym w wybuchu miechu wykrzyknli nazwisko krasnoluda - Rockcrusher! - Bardziej pasowaoby Fredegar Quilldipper! - doda Gabriel. Jedno spojrzenie na nadsanego krasnoluda powiedziao mczynie, e nadszed ju na niego czas, podnis wic swj plecak i wymkn si z pokoju, przystajc jedynie na chwilk, by ostatni raz mrugn do Dove. - Chciaem tylko pomc. - Krasnolud wsun rce w niewiarygodnie gbokie kieszenie i opuci nisko gow. - I tak si stao! - krzykna Dove, by go pocieszy. - Chodzi mi o to, e masz audiencj u Helma Przyjaciela Kra-snoludw - cign Fret, odzyskujc sw dum. - Naley si odpowiednio zachowywa przy Panu Sundabar. - Istotnie, naley - zgodzia si Dove. - Mimo to wszystko co mog na siebie woy, widzisz przed sob, drogi Frecie, brudne i zakurzone od drogi. Obawiam si, e nie oka si adn wspaniaosobistoci w oczach pana Sundabar. On i moja siostra tak si zaprzyjanili. - Tym razem nadesza kolej Dove, by uda zasmucon, i cho jej miecz zmieni wielu gigantw wjado dla spw, silna tropicielka potrafia rozgrywa t gr lepiej ni wielu innych. - Co powinnam zrobi? - Przekrzywia z zaciekawieniem gow, zerkajc na krasnoluda. Moe - powiedziaa przymilnym gosem - gdyby tylko... Twarz Freta rozjania si, gdy usysza t wskazwk. - Nie - rzeka Dove wzdychajc ciko. - Nie mogabym ci tak obciy. Fret podskoczy z radoci, klaszczc o siebie grubymi domi. -Ale oczywicie, e mogaby, pani Falconhand! Oczywicie, e mogaby! Dove przygryza warg, by powstrzyma narastajcy w niej miech, gdy podekscytowany krasnolud wybiega z pokoju. Wprawdzie Dove czsto dokuczaa Prtowi, jednak z chciprzyznaaby, e uwielbia maego krasnoluda. Fret spdzi wiele lat w Silverymoon, gdzie wadaa jej siostra, i przyczyni si wydatnie do rozbudowy tamtejszej synnej biblioteki. Fret naprawd by uznanym mdrcem, znanym ze swych dokadnych bada na temat zwyczajw rozmaitych ras, zarwno dobrych, jak i zych, a poza tym by ekspertem, jeli chodzio o kwestie pludzkie. By rwnie doskonaym kompozytorem. Jake wiele razy Dove zastanawiaa si ze szczer pokor, jechaa konno grskim szlakiem, gwidc radosn melodi napisanprzez tego samego krasnoluda? - Drogi Frecie - tropicielka wyszeptaa pod nosem, gdy krasnolud wrci, trzymajc naramieniujedwabnsukni, pieczoowicie zoon, by nie cigna si po ziemi, w rku odpowiedni biuteri i par stylowych butw. Spomidzy wydtych warg wystawa mu tuzin szpilek, a wok ucha mia za wini et miark krawieck. Dove ukrya swj umiech i zdecydowaa, e odda krasnoludowi t walk. Podrepcze na audiencj u Helma Przyjaciela Krasnoludw w jedwabnej sukni, oznace szlachectwa, a u jej boku bdzie dumnie prycha niewielki mdrzec. Dove wiedziaa, e przez cay ten czas buty bdj uwiera w stopy, a suknia bdzie jaskota w miejscach, w ktrych nie bdzie moga si podrapa. Wszystko dla pozycji, pomylaa Dove, wpatrujc si w sukni i akcesoria. Nastpnie spojrzaa na rozjanion twarz Freta i zdaa sobie spraw, e to wszystko warte jest trudw. Wszystko dla przyjani, pomylaa w zadumie.

*** Rolnik jecha przez ponad dzie, tak silny efekt wywiera na prostych wieniakach widok mrocznego elfa. Zabra dwa konie z Maidobar, jednego z nich pozostawi trzydzieci kilometrw za sob, w poowie drogi. Jeli bdzie mia szczcie, odnajdzie zwierz cae i zdrowe w drodze powrotnej. Drugi ko, drogocenny ogier rolnika, zaczyna si mczy. Mimo to, jedziec pochyli si nisko w siodle i popdza wierzchowca. W polu widzenia pojawiy si ju pochodnie nocnej warty Sundabar, zatknite wysoko na grubych kamiennych cianach miasta. - Zatrzymaj si i powiedz swoje imi! - dobieg z wiey formalny krzyk kapitana stray, gdy p godziny pniej jedziec zbliy si do bramy. *** Dove wspara si na Frecie, gdy podali za sucym Helma dugim i ozdobnym korytarzem prowadzcym do sali audiencyjnej. Tropicielka moga chodzi po mostach linowych bez porczy, moga strzela ze swego uku ze mierteln skutecznoci, stojc na galopujcym rumaku, moga wspi si na drzewo w penej zbroi kolczej, z mieczem i tarczw doni. Nie potrafia jednak, mimo caego swego dowiadczenia i zrcznoci, poradzi sobie z modnymi butami, w jakie Fret wcisn jej stopy. - I ta suknia - Dove wyszeptaa rozgoryczona, wiedzc, e niepraktyczny strj rozdarby si w szeciu czy siedmiu miejscach, gdyby majc go na sobie postanowia zamachn si mieczem, nie mwic ju o zbyt gwatownym wcigniciu powietrza. Fret spojrza na ni ze zbolaa min. - Ta suknia jest z pewnoci najpikniejsza... - wyjkaa Dove, uwaajc by nie wprawi maego krasnoluda w zy nastrj. - Naprawd, nie mog znale sw, by wyrazi sw wdziczno, drogi Frecie. Szare oczy krasnoluda zalniy jasno, cho nie by pewien, czy wierzy cho w jej jedno sowo. Mimo to, Fret uzna, e Dove wystarczajco mocno przejmuje si nim, by postpowa zgodnie z jego sugestiami, a fakt ten by wszystkim, co si dla niego liczyo. - Bagam o tysickrotne wybaczenie, pani - dobieg gos z tyu. Cay orszak obrci si, by dostrzec kapitana nocnej warty z rolnikiem przy boku, biegncych ponurym korytarzem. - Dobry kapitanie! - Fret zaprotestowa przeciwko zamaniu protokou. - Jeli pragniesz audiencji u pani, musisz dokona przedstawienia w sali. Wtedy i tylko wtedy, jeli pan pozwoli, bdziesz mg... Dove pooya krasnoludowi do na ramieniu, by go uciszy. Zauwaya wyrytw twarzach mczyzn pilno, spojrzenie, ktre awanturnicza bohaterka widziaa wiele razy. - Dalej, Kapitanie -ponaglia, po czym, by uagodzi Freta, dodaa - mamy kilka chwil, zanim nasza audiencja si rozpocznie. Pan Hem nie bdzie musia czeka. Rolnik wyszed miao naprzd. - Tysickrotne wybaczenie, pani - zacz, ciskajc nerwowo czapk w rkach. - Jestem tylko rolnikiem z Maldobar, maej wioski na pnoc... - Znam Maldobar - zapewnia go Dove. - Wiele razy spogldaam na to miejsce z gr. Wspaniaa i zwarta spoeczno. -Rolnik spogodnia syszc jej sowa. - Mam nadziej, e adna szkoda nie spada na Maldobar. - Jeszcze nie, pani - odpar rolnik - widzielimy jednak kopoty, w to nie wtpimy. - Przerwa i spojrza na kapitana w poszukiwaniu wsparcia. - Drow. Oczy Dove rozszerzyy si, gdy usyszaa t wiadomo. Nawet Fret, tupicy niecierpliwie nog przez caa rozmow, zacz uwaa. - Ilu? - spytaa Dove. - Tylko jeden, z tego co widzielimy. Obawiamy si, e jest zwiadowc lub szpiegiem, a to nie wry nic dobrego. Dove przytakna twierdzco. - Kto widzia drowa?

- Najpierw dzieci - odpowiedzia rolnik, a Fret westchn i znw zacz tupa niecierpliwie. - Dzieci? - parskn krasnolud. Determinacja rolnika nie osaba. - Pniej widzia go Mc-Gristle - powiedzia, spogldajc bezporednio na Dove -a McGristle sporo widzia! - Kto to jest McGristle? - parskn Fret. - Roddy McGristle - odpowiedziaa do kwano Dove, zanim rolnik zdy wyjani. - Znany owca nagrd, traper i zbieracz skrek. - Drow zabi jednego z psw Roddy'ego - wtrci podekscytowany rolnik - i niemal powali Roddy'ego! Przewrci prosto na niego drzewo! Roddy straci w wyniku tego ucho. Dove nie do koca rozumiaa, o czym mwi rolnik, lecz tak naprawd nie musiaa. W okolicy widziano mrocznego elfa i zostao to potwierdzone, a sam ten fakt pobudzi tropicielka do dziaania. Zsuna modne buty i podaa je Prtowi, po czym powiedziaa jednemu ze sucych, by poszed znale jej towarzyszy podry, za pozostaym, by przekazali jej wyrazy ubolewania Panu Sundabar. - Ale Pani Falconhand! - krzykn Fret. - Nie ma czasu na przyjemnoci - odpowiedziaa Dove, a z jej widocznego podniecenia Fret mg wywnioskowa, e nie jest zbytnio rozczarowana odwoaniem audiencji u Helma. Wanie si szamotaa, prbujc otworzy zapicie na plecach jej wspaniaej sukni. - Twoja siostra nie bdzie zadowolona - warkn gono Fret, tupic butem. - Moja siostra dawno odwiesia swj plecak - odpara Dove - lecz mj wci ma na sobie wiey kurz z drogi! - Istotnie - wymamrota krasnolud, w niezbyt komplementujcy sposb. - A wic zamierzasz przyjecha? - spyta z nadziej rolnik. - Oczywicie - odpowiedziaa Dove. - aden szanujcy si tropiciel nie moe zlekceway widoku mrocznego elfa! Moi trzej towarzysze i ja wyruszymy do Maldobar jeszcze tej nocy, cho bagam, aby pozosta tutaj, dobry rolniku. Miae cikdrog -to oczywiste - i potrzebujesz snu. Dove rozgldaa si przez chwil z zaciekawieniem, po czym przyoya palec do wydtych warg. - Co? - zapyta j zdenerwowany krasnolud. Twarz Dove rozjania si, gdy jej spojrzenie pado na Freta. - Mam mao dowiadczenia z mrocznymi elfami - zacza - a moi towarzysze, z tego co wiem, nigdy nie mieli z nimi do czynienia. - Jej rozszerzajcy si umiech postawi Freta na baczno. - Chod, drogi Frecie - Dove wycedzia do krasnoluda. Klapic nagimi stopami o posadzk poprowadzia Freta, kapitana i rolnika z Maldobar korytarzem a do sali audiencyjnej Helma. Fret by zdumiony - i nabra nadziei - gdy Dove nagle zmienia kierunek. Kiedy jednak zacza rozmawia z Hemem, panem Freta, przepraszajc za nieoczekiwane niedogodnoci i proszc Helma, by posa z ni kogo, kto mgby jej pomc w misji w Maldobar, krasnolud zacz rozumie. *** W chwili gdy soce wydostao si nastpnego poranka zza wschodniego horyzontu, oddzia Dove, w ktrym znajdowa si elfi ucznik i dwch potnych ludzkich wojownikw, odjecha ju ponad pitnacie kilometrw od cikiej bramy Sundabar. - Fuj! -jkn Fret, gdy zaczo si rozjania. Jecha na krpym kucyku o imieniu Adbar u boku Dove. - Widzisz jak boto pobrudzio moje doskonae ubrania! Z pewnoci bdzie to koniec dla nas wszystkich! Zgin brudny na tej zapomnianej przez bogw drodze! - Napisz o tym pie - zaproponowaa Dove, odwzajemniajc poszerzajce si umiechy swoich towarzyszy. - Bdzie si nazywa Ballada o Piciorgu Zaboconych owcach Przygd. Wcieke spojrzenie Freta przetrwao tylko chwil, ktrej Dove potrzebowaa, by przypomnie mu, e to Hem Przyjaciel Krasnoludw, Pan Sundabar, kaza Prtowi uda si z ni.

7 Migoczca wcieko
Tego samego poranka, co druyna Dove wyjechaa na drog do Maldobar, Drizzt wyruszy we wasn podr. Pocztkowe przeraenie wywoane dokonanym zeszej nocy odkryciem nie zmniejszyo si i drow obawia si, e nigdy si nie zmniejszy, lecz w jego myli wtargno j eszcze j edno uczucie. Nie mg nic zrobi dla niewinnych rolnikw i ich dzieci, nic oprcz pomszczenia ich mierci. Myl ta nie bya dla Drizzta przyjemna, poniewa dotd mia nadziej, e pozostawi za sob nie tylko Podmrok, ale rwnie dziko. Majc w umyle wci wie scen morderstwa, Drizzt mg szuka sprawiedliwoci tylko w swym sej-mitarze. Drizzt podj dwa rodki ostronoci, zanim ruszy tropem mordercy. Po pierwsze, z powrotem zakrad si do gospodarstwa, na tyy domu, gdzie rolnicy pooyli zamany lemiesz od puga. Metalowe ostrze byo cikie, lecz zdeterminowany drow podnis je i zabra, nie mylc o niewygodach. Nastpnie Drizzt przywoa Guenhwyvar. Gdy tylko pantera pojawia si i zauwaya zawzity wyraz twarzy drowa, przyczaia si czujnie. Guenhwyvar towarzyszya Drizztowi wystarczajco dugo, by rozpoznawa t min i wiedzie, e zanim wrci do swego astralnego domu, czeka j walka. Wyruszyli przed witem, a Guenhwyvar z atwoci podaa wyranym ladem barghesta, j ak tego chcia Ulgulu. Ich tempo byo powolne, poniewa Drizzt by obciony przez lemiesz, ale miarowe, a w chwili gdy Drizzt usysza w oddali odgos bzycze-nia, wiedzia ju, e susznie postpi zabierajc ze sob nieporczne elastwo.

Mimo to pozostaa cz poranka przesza spokojnie. Trop zaprowadzi towarzyszy do kamienistego parowu i podstawy wysokiego, niepewnego klifu. Drizzt obawia si, e bdzie musia wspina si po cianie - i zostawi lemiesz - lecz szybko dostrzeg krty szlak prowadzcy na gr. Podejcie byo gadkie, przedzierao si wok niebezpiecznych zaomw w cianie klifu. Pragnc wykorzysta teren dla wasnej przewagi, Drizzt wysa Guenhwyvar przodem, po czym sam ruszy, cignc lemiesz i czujc si wystawiony na atak na otwartej ciece. Uczucie to nie zdoao jednak zgasi ogni migoczcych w lawendowych oczach Drizzta, ktre pony wyranie pod nisko nacignitym kapturem zbyt duego paszcza gnolla. Jeli widok rozpocierajcej si z boku przepaci niepokoi drowa, wystarczyo tylko, by przypomnia sobie rolnikw. Krtk chwil pniej, gdy Drizzt usysza z jakiego miejsca, pooonego niej na wskiej ciece, oczekiwane bzyczenie, tylko si umiechn. Bzyczenie szybko zbliao si z tyu. Drizzt opar si o cian i zacz wymachiwa swym sejmitarem, dokadnie obliczajc czas, jaki zajmuje skrzatowi zblienie si. Tephanis mign obok drowa, may sztylet szybcioszka szuka luki pomidzy defensywnymi zamachami sejmitara. Skrzat zaraz znikn, wysuwajc si przed Drizzta, jednak zdoa trafi, drasn drowa w bark. Drizzt obejrza ran i ponuro skin gow, akceptuj c to jako drobn niedogodno. Wiedzia, e nie mg si obroni przed niemal niewidocznym atakiem, mia jednak rwnie wiadomo, e pozwolenie na ten pierwszy cios byo warunkiem koniecznym do wasnego ostatecznego zwycistwa. Warknicie na ciece z przodu znw wprowadzio Drizzta szybko wsta czujnoci. Skrzat natkn si na Guenhwyvar, za pantera, ze swymi pazurami, ktrych prdko moga dorwna szybcioszkowi, bez wtpienia odwrcia bieg wydarze. Drizzt ponownie opar si o cian, wyczekujc zbliajcego si buczenia. W chwili gdy skrzat wyoni si zza zakrtu, Drizzt wskoczy na wsk ciek, trzymajc sejmitar w gotowoci. Druga rka drowa mniej rzucaa si w oczy, trzymajc silnie metalowy przedmiot, gotowa pochyli go, by zablokowa luk. Pdzcy skrzat skrci w stron ciany, z atwocimogc, jak zda sobie spraw Drizzt, omin sejmitar. Skupiajc si jednak na swym celu, szybcioszek nie zauway drugiej rki Drizzta. Drizzt ledwo dostrzega ruchy skrzata, jednak nagy brzdk i gwatowne wibracje w jego doni, gdy stworzenie wpado na lemiesz, wywoao na jego wargach peen satysfakcji umiech. Puci elastwo i chwyci nieprzytomnego skrzata za gardo, trzymajc go z dala od ziemi. Guenhwyvar wyonia si zza zakrtu mniej wicej w tej samej chwili, gdy skrzat potrzsa sw gow o ostrych rysach, a przy kadym ruchu j ego dugie, spiczaste uszy niemal uderzay o drug stron twarzy. - Czym jeste? - Drizzt spyta w jzyku goblinw, mowie ktra pozwolia mu porozumie si z gnollami. Ku swemu zaskoczeniu zauway, e skrzat rozumie, cho jego piskliwa, niewyrana odpowied bya wypowiedziana zbyt szybko, aby Drizzt cokolwiek z niej poj. Potrzsn gwatownie skrzatem, by go uciszy, po czym warkn - Powoli! Jak si nazywasz? - Tephanis - powiedzia oburzony skrzat. Mg porusza nogami sto razy na sekund, lecz niewiele mu to dawao, gdy wisia w powietrzu. Rozejrza si po ciece i zauway, e jego may sztylet ley obok nadweronego lemiesza. Sejmitar Drizzta poruszy si nerwowo. - Czy to ty zabie rolnikw? - spyta bezceremonialnie drow. Ledwo powstrzyma cios, gdy w odpowiedzi usysza chichot skrzata. - Nie - rzek szybko Tephanis. - Wic kto? - Ulgulu! - oznajmi skrzat. Tephanis wskaza na ciek i wyrzuci z siebie potok podekscytowanych sw. Drizzt zdoa zrozumie tylko kilka z nich. Najbardziej niepokojce byy Ulgulu", czeka" i kolacja". Drizzt naprawd nie wiedzia, co zrobi ze schwytanym skrzatem. Tephanis by po prostu zbyt szybki, by drow mg czu si bezpiecznie. Spojrza na Guenhwyvar, siedzc niedbale kilka

krokw dalej na ciece, lecz pantera tylko ziewna i przecigna si. Drizzt zamierza wanie zada kolejne pytanie, chcc dowiedzie si, jak rol Tephanis odgrywa w tym caym scenariuszu, jednak czupurny skrzat uzna, e wycierpia ju wystarczajco wiele. Poruszajc rkoma zbyt szybko, by Drizzt zdy zareagowa, Tephanis sign do buta, wycign drugi sztylet i uderzy nim w zraniony ju nadgarstek drowa. Tym razem skrzat nie doceni swego przeciwnika. Drizzt nie mg dorwna mu szybkoci, nie mg nawet nady wzrokiem za maym, opadajcym sztyletem. Jednak pomimo tego, e rany byy bolesne, Drizzt by zbyt wypeniony wciekoci, by to zauway. Zacisn tylko uchwyt na szyi skrzata i pchn sej-mitarem. Nawet z tak ograniczon moliwoci poruszania si Tephanis by wystarczajco szybki i zwinny, by si uchyli, miejc si szaleczo przez cay czas. Skrzat znw zaatakowa, wbijajc sztylet gboko w przedrami Drizzta. Drow zastosowa w kocu taktyk, ktrej Tephanis nie mg si przeciwstawi, ktra zabieraa skrzatowi przewag. Uderzy Tephanisem o cian, po czym rzuci oszoomione stworzenie w d klifu. *** Jaki czas pniej Drizzt i Guenhwyvar przyczaili si w krzakach u podstawy stromego, kamienistego zbocza. Na jego szczyci, za starannie umieszczonymi krzewami i gaziami, leaa jaskinia, z ktrej czasami dobiegay gosy goblinw. Przed jaskini, z boku zbocza, znajdowaa si stroma ciana. Za jaskini skaa wznosia si pod jeszcze wikszym ktem. Cho na nagich kamieniach nie byo zbyt wiele ladw, Drizzt i Guenh-wyvar dotarli do tego miejsca. Nie mieli wtpliwoci, e potwr, ktry zamordowa wieniakw, znajdowa si w tej jaskini. Drizzt znw walczy ze sw decyzj pomszczenia mierci ludzi. Wolaby bardziej cywilizowan sprawiedliwo, praworzdny sd, co jednak mg zrobi? Z pewnoci nie mg si uda ze swymi podejrzeniami do wioski ani do nikogo innego. Czajc si w krzakach, Drizzt znw pomyla o rolnikach, o jasnowosym chopcu, o piknej dziewczynie, ktra dopiero staa si kobiet, o modziecu, ktrego rozbroi w kpie jagd. Drizzt stara si mocno, by zachowa miarowo oddechu. W dzikim Podmroku poddawa si czasami swym instynktownym pragnieniom, swojej mroczniejszej stronie, ktra walczya z brutaln i miercionon skutecznoci, i czu teraz, e to alter ego znw si w nim budzi. Z pocztku stara si uspokoi wcieko, jednak przypomnia sobie, czego si nauczy. Ta mroczna strona bya jego czci, narzdziem koniecznym do przetrwania, i nie bya cakowicie za. Bya konieczna. Drizzt rozumia jednak sw niekorzystn sytuacj. Nie mia pojcia na jak wielu przeciwnikw si natknie ani te jakimi potworami bd. Sysza gobliny, j ednak scena w domu wskazywaa, e w spraw zaangaowane byo co potniejszego. Zdrowy rozsdek mwi Drizztowi, by siedzia i obserwowa, by dowiedzia si wicej o wrogach. Kolejna iskierka przypomnienia, scena w domu, odrzucia zdrowy rozsdek na bok. Trzymajc w jednej doni sejmitar, a w drugiej sztylet skrzata, Drizzt zacz wspina si po kamienistym zboczu. Nie zwolni zbliajc si do jaskini, po prostu odrzuci gazie i wdar si do rodka. Guenhwyvar zawahaa si i obserwowaa z tyu, zaskoczona prostolinijn taktyk drowa. *** Tephanis czu jak jego twarz jest smagana chodnym powietrzem i przez chwil sdzi, e przeywa wanie jaki przyjemny sen. Skrzat pozby si jednak szybko zudze i zda sobie spraw, e szybko zblia si do ziemi. Na szczcie nie spada daleko od klifu. Zacz porusza domi i stopami na tyle szybko, by wytworzy miarowe bzyczenie, a nastpnie prbowa uczepi si ciany, by spowolni upadek. Rozpocz inkantacj czaru lewitacji, najprawdopodobniej jedynej rzeczy, ktra moga go ocali. Mino kilka bolesnych sekund, zanim skrzat poczu, jak jego ciao jest pod wpywem

zaklcia. Mimo wszystko uderzy mocno w ziemi, lecz zda sobie spraw, e obraenia s powierzchowne. Tephanis podnis si wzgldnie powoli, zostawiajc za sob podmuch kurzu. Jego pierwsz myl byo ostrzec Ulgulu o zbliajcym si drowie, jednak zastanowi si jeszcze raz. Nie by w stanie wznie si na czas do kompleksu jaski za pomoc lewitacji, a na gr prowadzia tylko jedna cieka - na ktrej by drow. Tephanis nie mia ochoty mie z nim znw do czynienia. *** Ulgulu w ogle nie prbowa zaciera za sob ladw. Mroczny elf przysuy si barghestowi. Teraz mia zamiar zrobi sobie z Drizzta posiek, ktry da mu dojrzao i pozwoli wrci do Gehenny. Dwaj gobliscy stranicy Ulgulu nie byli zbytnio zdziwieni wejciem Drizzta. Ulgulu powiedzia im, e majoczekiwa dro-wa i zatrzyma go w przedsionku wystarczajco dugo, by bar-ghest mg przyj i si nim zaj. Gdy Drizzt zacz si zblia, gobliny natychmiast przerway rozmow, skrzyoway swoje wcznie, by zasoni kurtyn i wysuny do przodu zapade piersi, bezmylnie wykonujc polecenia szefa. - Nikt nie moe wej... - zacz jeden z nich, lecz nagle, po jednym winiciu sejmitara Drizzta, zarwno goblin, jak i jego towarzysz zachwiali si, trzymajc za rozcite garda. Bariera z wczni opada i Drizzt nie zwalniajc, przedar si przez zason. Na rodku nastpnego pomieszczenia drow dostrzeg swego przeciwnika. Szkaratnoskry barghest o rozmiarach giganta czeka na niego ze skrzyowanymi ramionami i paskudnym, pewnym siebie umiechem. Drizzt cisn sztyletem i natar tu za nim. Rzut ocali drowo-wi ycie, poniewa kiedy pocisk przelecia nieszkodliwie przez ciao wroga, Drizzt rozpozna puapk. Nie mg jednak powstrzyma swego pdu i jego sejmitar zanurzy si w wizerunku, nie znajdujc nic namacalnego, w co mgby si wbi. Prawdziwy barghest znajdowa si za kamiennym tronem w tylnej czci pomieszczenia. Wykorzystujc kolejn moc ze swego sporego magicznego repertuaru, Kempfana wysa swj wizerunek na rodek sali, by zatrzyma drowa. Instynkty Drizzta natychmiast powiedziay mu, e zosta oszukany. Mia do czynienia nie z prawdziwym potworem, lecz obrazem, ktry mia go wystawi na atak. Pomieszczenie byo ubogo umeblowane, nie byo w nim nic, co mogoby oferowa jak oson. Lewitajcy ponad drowem Ulgulu opad w d, ldujc lekko za Drizztem. Plan by doskonay, a cel znajdowa si w odpowiednim miejscu. Drizzt, ktrego refleks i minie zostay wywiczone do perfekcji, wyczu obecno i rzuci si do przodu, na wizerunek, gdy Ulgulu wymierzy ciki cios. Wielka do barghesta chwycia tylko powiewajce wosy Drizzta, lecz samo to niemal oderwao drowowi gow. Upadajc Drizzt wykona pobrt i wsta zwrcony do Ulgu-lu. Sta przed nim potwr jeszcze wikszy ni ogromny obraz, lecz fakt ten nie wystraszy rozwcieczonego drowa. Niczym napita ciciwa Drizzt wystrzeli w stron barghesta. Zanim Ulgulu otrzsn si z chybionego trafienia, samotny sejmitar Drizzta zagbi si trzykrotnie w jego brzuchu i wyobi sympatyczny may otwr pod jego podbrdkiem. Barghest rykn z wciekoci, lecz nie by zbyt mocno ranny, poniewa stworzony przez drowy sejmitar Drizzta straci wikszo swej magii podczas okresu, jaki mroczny elf spdzi na powierzchni, a tylko magiczna bro -jak ky i pazury Guenhwy-var - moga naprawd zrani stworzenie z rozpadlin Gehenny. Wielka pantera uderzya w ty gowy Ulgulu z si wystarczajc, by powali barghesta twarz na podog. Ulgulu nigdy dotd nie czu takiego blu jak teraz, gdy pazury Guenhwyvar drapay mu gow. Drizzt podbiega, by si do niej przyczy, gdy z tylnej czci pomieszczenia usysza szelest.

Zza tronu naciera na niego Kempfana, ryczc w protecie. Nadesza kolej na Drizzta, by wykorzysta sw magi. Na drodze szkaratnoskrego barghesta postawi kul ciemnoci, po czym skoczy w ni, padajc na donie i kolana. Kempfana z rykiem wpad do rodka, potkn si o przykucnitego drowa - kopic Drizzta z si wystarczajc, by pozbawi go powietrza w pucach - i wypad ciko z drugiej strony ciemnoci. Kempfana potrzsn gow, by si otrzewi i rozstawi wielkie rce, by wsta. Drizzt nie da na to barghestowi czasu, wskoczy mu na plecy, siekc zaciekle swym strasznym sejmitarem. Gdy Kempfana zdoa oprze si i zrzuci drowa, jego wosy byy posklejane krwi. Chwiejc si wsta i odwrci do drowa. *** Po drugiej stronie sali Ulgulu czoga si i miota, zatacza i obraca. Pantera bya zbyt szybka i zwinna, by mogy j trafi ospae kontrataki giganta. Twarz Ulgulu bya poprzecinana tuzinem szram, a teraz Guenhwyvar wbia zby w kark olbrzyma, za wszystkimi czterema apami oraa jego grzbiet. Ulgulu mia jednak inne wyjcie. Koci popkay i zrosy si. Poraniona twarz Ulgulu staa si wyduonym pyskiem wypenionym psimi zbami. Cae ciao giganta pokryo si gstymi wosami, powstrzymujc ataki pazurw. Obwise rce stay si wierzgajcymi apami. Guenhwyvar walczya z ogromnym wilkiem i jej przewaga si skoczya. *** Kempfana zblia si powoli, okazujc teraz Drizztowi szacunek. - Zabilicie ich wszystkich - Drizzt powiedzia w jzyku goblinw gosem tak chodnym, e szkaratnoskry barghest a si zatrzyma. Kempfana nie by gupi. Barghest widzia kotujc si w drowie wcieko i poczu ostre ciosy jego sejmitara. Wiedzia, e lepiej nie naciera bezporednio, tak wic kolejny raz wezwa swe nieziemskie zdolnoci. W mgnieniu poncego na pomaraczowo oka szkaratnoskry barghest znikn, przechodzc przez ponadwymiarowe drzwi i wyoni si tu za Drizztem. W chwili gdy Kempfana znikn, Drizzt instynktownie rzuci si na bok. Cios z tyu by jednak szybszy, wyldowa dokadnie na plecach Drizzta i posa go przez komnat. Drow uderzy o podstaw ciany i przyklkn, starajc si zapa oddech. Tym razem Kempfana natar bezporednio. Drow upuci swj sejmitar w poowie drogi do ciany, zbyt daleko, by teraz go chwyci. *** Wielki barghest-wilk, niemal dwa razy przewyszajcy rozmiarami Guenhwyvar, przetoczy si i stan okrakiem nad panter. Wielkie szczki kapay tu przy gardle i pysku Guenhwyvar, a pantera miotaa si szaleczo, by ich do siebie nie dopuci. Guenhwyvar nie moga ywi nadziei na wygran wilkiem w rwnej walce. Jedyn przewag, jaka pozostaa panterze, bya jej zwinno. Niczym strzaa o czarnym drzewcu Guenhwyvar wypada spod wilka i rzucia si w stron zasony. Ulgulu zawy i podj pocig, rozrywajc kurtyn i nacierajc w kierunku janiejcego wiata dnia. Guenhwyvar wypada z jaskini w chwili, gdy Ulgulu przedziera si przez kurtyn, zawrcia natychmiast i wskoczya prosto na zbocze nad wejciem. Kiedy pojawi si wielki wilk, pantera spada mu na grzbiet i wrcia do przerwanego rozdzierania pazurami. ***

- Ulgulu zabi rolnikw, nie j a - warkn zbliajcy si Kempfana. Kopn sejmitar Drizzta na drug stron pomieszczenia. -Ulgulu chce ciebie, bo zabie gnolle. Ale ja ci zabij, drowie. Ja poywi si twoj si yciow i nabior potgi! Wci walczc o oddech, Drizzt ledwo sysza jego sowa. Jedynymi mylami, jakie chodziy mu teraz po gowie, byy obrazy martwych rolnikw, obrazy, ktre daway Drizztowi odwag. Barghest si zblia, a drow utkwi w nim zowrogie spojrzenie, zdeterminowane spojrzenie, ktrego ani troch nie zmniejszaa w oczywisty sposb niekorzystna sytuacja. Kempfana zawaha si widzc te zmruone, ponce oczy, a niezdecydowanie barghesta dao Drizztowi potrzebny mu czas. Walczy ju wczeniej z ogromnymi potworami, z ktrych najwaniejsze byy hakowe poczwary. Zawsze te walki byy koczone przez sejmitary Drizzta, lecz do pocztkowych uderze za kadym razem uywa wasnego ciaa. Bl plecw nie mg si rwna powikszajcej wciekoci. Oderwa si od ciany, pozostajc pochylony, i wpad na nogi Kempfany, obracajc si i chwytajc barghesta za kolanem. Nie przejmujc si tym, Kempfana pochyli si, by chwyci szamotajcego si drowa. Drizzt uchyla si przed dugim ramieniem giganta wystarczajco dugo, by zastosowa dwigni. Mimo to Kempfana uwaa ataki za drobniedogodno. Gdy Drizzt pozbawi barghesta rwnowagi, Kempfana dobrowolnie si przewrci, zamierzajc zmiady maego elfa. Drizzt znw by jednak zbyt szybki. Wymkn si spod upadajcego olbrzyma, odwrci i ruszy w stron przeciwlegego kraca pomieszczenia. - O nie! - wrzasn Kempfana, najpierw si czogajc, a pniej biegnc za nim. W chwili gdy Drizzt podnis swj sejmitar owiny si wok niego ogromne rce i z atwoci podniosy w powietrze. - Zmiad ci i por! - rykn Kempfana i Drizzt rzeczywicie usysza, jak jedno z jego eber pka. Prbowa si obrci, by znale si twarz w twarz z przeciwnikiem, jednak porzuci ten zamys, koncentrujc si zamiast tego na uwolnieniu rki z broni. Kolejne ebro pko, a ucisk wielkich ramion Kempfany zacieni si jeszcze bardziej. Barghestnie chcia jednak po prostu zabi drowa, zdawa sobie spraw, jak daleko moe zabrn w stron dojrzaoci, jeli pore tak potnego przeciwnika, jeli poywi si si yciowDrizzta. - Por ci, drowie! - zamia si gigant. - Por! Drizzt chwyci oburcz swj sejmitar z si pobudzon przez obrazy z wioski. Oswobodzi bro i uderzy ni za gow. Ostrze zanurzyo si w otwartych ustach Kempfany i wbio w gardo potwora. Drizzt zacz nim obraca. Kempfana miota si szaleczo, a minie i stawy Drizzta niemal rozryway si od napicia. Drow mia jednak na czym si skoncentrowa, na rkojeci sejmitara, ktr bez przerwy obraca. Kempfana upad ciko, wydajc z siebie bulgoczce odgosy, po czym przetoczy si na Drizzta, prbujc wycisn z niego ycie. Do wiadomoci drowa zacz przescza si bl. - Nie! - krzykn chwytajc si obrazu jasnowosego chopca, zabitego we wasnym ku. Bulgot trwa nadal, doczy si do niego wiszczcy odgos powietrza, przedzierajcego si przez krta wypenion krwi. Gdy lecy na nim stwr przesta si rusza, Drizzt wiedzia, e walka si zakoczya. Drizzt chcia tylko si oswobodzi i zaczerpn powietrza, jednak powiedzia sobie, e jeszcze nie skoczy. Wyczoga si spod Kempfany, otar z warg krew, swoj krew, po czym bezceremonialnie wycign z ust Kempfany sejmitar i odnalaz swj sztylet. Wiedzia, e jest powanie ranny, a obraenia mogy okaza si miertelne, jeli natychmiast si nimi nie zajmie. Oddycha wymuszonymi, przebijajcymi si przez krew sapniciami. Nie przejmowa si tym jednak, poniewa Ulgulu, ktry zabi rolnikw, wci y. *** Guenhwyvar zeskoczya z grzbietu gigantycznego wilka, wracajc na stromy stok nad wejciem do jaskini. Ulgulu obrci si warczc i skoczy w stron pantery, drapic pazurami

kamienie, prbujc dosta si wyej. Guenhwyvar zeskoczya za barghesta-wilka, zawrcia natychmiast i rozdara Ulgulu grzbiet. Wilk obrci si, lecz Guenhwy-var zdya wrci na zbocze. Ta zabawa trwaa przez kilka chwil, Guenhwyvar uderzaa, a pniej odskakiwaa. W kocu jednak wilk przewidzia unik pantery. Ulgulu cign skaczc panter w d swymi masywnymi szczkami. Guenhwyvar zdoaa si oswobodzi, lecz bya blisko stromej przepaci. Ulgulu zawis nad kocic, blokujc jej drog ucieczki. Drizzt wyszed z jaskini, gdy wielki wilk napiera na Guenh-wyvar, zmuszajc jdo cofania si. W d zaczy osypywa si kamyki, a tylne apy pantery zelizgny si, po czym szarpny z powrotem, prbujc znale uchwyt. Drizzt wiedzia, e nawet potna pantera nie bya w stanie przezwyciy ciaru i siy barghesta-wilka. Drow natychmiast zauway, e nie zdoa na czas odcign wielkiego wilka od Guenhwyvar. Wycign onyksow figurk i cisn j pomidzy walczcych. - Odejd, Guenhwyvar! - rozkaza. Guenhwyyar normalnie nie opuciaby swego pana w obliczu tak wielkiego niebezpieczestwa, jednak rozumiaa, co Drizzt ma namyli. Ulgulu wci napiera, z determinacj spychajc panter w przepa. Nagle bestia spychaa jedynie niematerialn mg. Ulgulu rzuci si naprzd, zrzucajc w d jeszcze wicej kamieni oraz onyksow figurk. Pozbawiony rwnowagi wilk nie mg utrzyma oparcia i spad. Koci znw popkay, a psia sier przerzedzia si, poniewa w postaci wilka Ulgulu nie mg uaktywni zaklcia lewitacji. Zdesperowany barghest stara si skoncentrowa, sigajc do swej goblinoidalnej formy. Jego pysk skrci si do twarzy o paskich rysach, apy poszerzyy i zmieniy w ramiona. Stwr nie zdoa jednak dokoczy przemiany, w poowie uderzy o skay. Drizzt zszed z pki skalnej i uaktywni wasny czar lewitacji, opadajc w d powoli i blisko ciany. Podobnie jak to miao miejsce wczeniej, zaklcie szybko si zakoczyo. Drow pokona ostatnie kilka metrw upadku, prbujc zapa si skay, lecz zatrzyma si nagle na kamienistym dnie. Zaledwie kilka krokw dalej zobaczy poruszajcego si barghesta. Prbowa wsta, by przyj pozycj obronn, lecz ogarna go ciemno. *** Drizzt nie wiedzia, ile czasu mino, gdy kilka godzin pniej obudzi go potny ryk. Bya ju ciemna, pochmurna noc. Powoli do oszoomionego i rannego drowa powrciy wspomnienia z walki. Ku swojej uldze zauway, e Ulgulu wci ley obok niego na kamieniach, w poowie goblin, w poowie wilk, najwyraniej martwy. Drugi ryk, dochodzcy z gry, z jaskini, skierowa wzrok drowa w stron pki skalnej. Sta tam Piwobrzuch, gigant wzgrzowy, ktry wanie wrci z polowania i rozwcieczy si, widzc pobojowisko. Gdy Drizzt zdoa wsta, doszed do wniosku, e tego dnia nie jest ju w stanie walczy po raz kolejny. Po chwili poszukiwa odnalaz onyksow figurk i wrzuci j do sakiewki. Nie martwi si zbytnio o Guenhwyvar. Widzia jak pantera wychodzi cao z wikszych opaw - znajdowaa si ju w centrum wybuchu magicznej rdki, zostaa wcignita na Plan Ziemi przez rozjuszonego ywioaka, nawet wpada do jeziora syczcego kwasu. Figurka wygldaa na nie uszkodzon i Drizzt by pewien, e Guenhwyvar odpoczywa teraz wygodnie w swym astralnym domu. Drizzt nie mg sobie jednak pozwoli na odpoczynek. Gigant zacz ju schodzi w d skalistego zbocza. Spojrzawszy ostatni raz na Ulgulu, Drizzt dozna uczucia zemsty, ktre jednak nie potrafio przezwyciy bolesnych, gorzkich wspomnie o zabitych rolnikach. Wyruszy w drog, idc gbiej w dzikie gry, uciekajc przed gigantem i win.

8 Wskazwki i zagadki
Min ponad dzie od masakry, zanim pierwszy z ssiadw Thistledownw przyby do ich, oddalonego od pozostaych, gospodarstwa. Smrd mierci ostrzeg rolnika o rzezi, zanim jeszcze zajrza do domu czy stodoy. Godzin pniej wrci z sotysem Delmo i kilkoma innymi uzbrojonymi rolnikami. Przeszli ostronie przez dom Thistledownw i okolic, przykadajc szmaty do twarzy, by zatrzyma okropny odr. - Kto mg to zrobi? - zapyta sotys. - Jaki potwr? - Jakby w odpowiedzi jeden z rolnikw wyszed z sypialni, trzymajc w rkach zamany sejmitar. - Bro drowa? - spyta rolnik. - Powinnimy wezwa Mc-Gristle'a. Delmo zawaha si. Oczekiwa, e druyna z Sundabar moe przyjecha w kadej chwili i czu, e sawna tropicielka Dove Falconhand lepiej poradzi sobie z sytuacjnikapryny i nie kontrolujcy si traper. Dyskusja nie zdya si jednak tak naprawd zacz, poniewa warkot psa ostrzeg wszystkich w domu, e przyszed Mc-Gristle. Wielki, brudny mczyzna wtoczy si do kuchni. Boczna cz jego twarzy bya pokryta okropnymi bliznami oraz brunatn, zakrzep krwi. - Bro drowa! - wycedzi, a nadto dobrze rozpoznajc sejmitar. - Taka sama, jakiej uy przeciwko mnie! - Wkrtce przyjedzie tropicielka - zacz Delmo, lecz Mc-Gristle niezbyt go sucha. Przeszed po pomieszczeniu i ssiedniej sypialni, obcesowo przesuwajc ciaa nog i pochylajc si nisko, by sprawdzi jakie drobniejsze szczegy. - Widziaem na zewntrz lady - stwierdzi nagle McGristle. - Dwa tropy wedug mnie. - Drow ma sojusznika - uzna sotys. - Kolejny powd by poczeka na druyn z Sundabar. - Ba, nie wiesz, czy w ogle przyjad! - parskn McGristle. -Trzeba i za drowem teraz, gdy trop jest silny i pies go wyczuje! Kilku ze zgromadzonych rolnikw przytakno zgadzajc si -jednak Delmo szybko przypomnia im, z czym mog mie do czynienia.

- Pokona ci jeden drow, McGristle - powiedzia sotys. -Teraz sdzisz, e jest ich dwch, moe wicej, i chcesz, abymy poszli na nich polowa? - Zy los, to mnie pokonao! - warkn Roddy. Rozejrza si, zwracajc do mniej ju ochoczych rolnikw. - Miaem tego dro-wa jak na talerzu! Rolnicy krcili si nerwowo i szeptali do siebie, gdy sotys chwyci Roddy'ego za rami i odszed z nim na bok. - Poczekaj jeden dzie - poprosi Delmo. - Nasze szans bd znacznie wiksze, jeli przyjedzie tropicielka. Roddy nie wyglda na przekonanego. - Ja tocz swoj wasn walk - warkn. - Zabi mi psa i oszpeci mnie. - Chcesz go, to go dostaniesz - obieca sotys - ale tu moe chodzi o co wicej ni tylko twojego psa i twoj dum. Twarz Roddy'ego wykrzywia si zowieszczo, lecz sotys by nieugity. Jeli w okolicy rzeczywicie dziaaa druyna droww, cae Maldobar znajdowao si w bezporednim niebezpieczestwie. Najlepszym rodkiem obrony maej grupy, zanim przyjedzie pomoc z Sundabar, bya jedno, a owa obrona padnie, jeli Roddy poprowadzi oddzia mczyzn - ktrzy i tak byli ju wystarczajco wystraszeni - na pocig w gry. Benson Delmo by jednak wystarczajco bystry, by wiedzie, e nie przemwi do Roddy'ego tymi kategoriami. Wprawdzie traper przebywa w Maldobar od kilku lat, by zasadniczo wczg i nie czu si zwizany z wiosk. Roddy zacz odchodzi, uwaajc spotkanie za zakoczone, lecz sotys odwanie chwyci go za rk i odwrci. Pies Roddy'ego obnay ky i zawarcza, lecz byo to niewielk grob dla tustego mczyzny w porwnaniu z min, j ak wymierzy w j ego stron McGristle. - Dostaniesz drowa - powiedzia szybko sotys - ale bagam ci, poczekaj na pomoc z Sundabar. - Zmieni sposb rozmowy na taki, ktry naprawd mg przemwi do Roddy'ego. Nie jestem ubogi, McGristle, a ty, zanim si tu pojawie, bye owc nagrd, i przypuszczam, e wci nim jeste. Wyraz twarzy Roddy'ego szybko zmieni si z wciekoci w ciekawo. - Poczekaj na pomoc, a pniej id po drowa. - Sotys przerwa, rozwaajc ofert, j ak zaproponuj e. Nie mia adnego dowiadczenia w takich sprawach i cho nie chcia zej zbyt nisko i zgasi zainteresowania, ktre roznieci, nie mia rwnie ochoty odcia swojej sakiewki bardziej, ni to byo konieczne. -Tysic sztuk zota za gow drowa. Roddy wiele razy bawi si w t gr z targowaniem. Dobrze ukry swoje zadowolenie, poniewa oferta sotysa przekraczaa piciokrotnie jego zwyczaj ow zapat, a i tak poszedby za dro-wem, niezalenie od tego, czy dostaby pienidze. - Dwa tysice! - zagrzmia traper, nie dajc si zbi z tropu, podejrzewa bowiem, e za swoje wysiki moe wytargowa wicej . Sotys zakoysa si kilkakrotnie na pitach, lecz przypomnia sobie, e na wosku moe wisie los caej wioski. - I ani miedziaka mniej! - doda Roddy, krzyujc swe wielkie rce na piersi. - Poczekaj na Pani Falconhand - powiedzia potulnie Delmo - a dostaniesz swoje dwa tysice. *** Przez ca noc Piwobrzuch poda tropem rannego drowa. Zwalisty gigant wzgrzowy nie by jeszcze pewien, co powinien czu w sprawie mierci Ulgulu i Kempfany, nieproszonych panw, ktrzy zabrali mu legowisko i ycie. Wprawdzie Piwobrzuch obawia si kadego przeciwnika, ktry mg pokona t dwjk, wiedzia, e drow jest powanie ranny. Drizzt zda sobie spraw, e jest ledzony, jednak nie mg zbyt wiele zrobi, by ukry swe lady. Jedn nog, uszkodzon w czasie upadku do przepaci, przeszywa dotkliwy bl i Drizzt musia si niezwykle stara, eby utrzyma si przed gigantem. Kiedy wzeszo soce, jasne i wyrane, Drizzt wiedzia, e jego niekorzystna sytuacja jeszcze si zwikszya. Nie mg mie nadziei na ucieczk przed olbrzymem w czasie dugich godzin wiata.

Szlak wid w ma kp rozmaitej wielkoci drzew, wyrastajcych wszdzie tam, gdzie odnajdyway szczeliny pomidzy licznymi gazami. Drizzt zamierza przej prosto przez zagajnik - nie widzia adnej innej moliwoci poza kontynuowaniem ucieczki - kiedy jednak opar si o jedno z wikszych drzew, by zapa oddech, nasza go myl. Gazie drzewa byy obwise, gitkie i przypominay sznury. Drizzt spojrza za siebie, na ciek. Niezmordowany gigant wzgrzowy par przez odkryty obszar skay. Rk, ktra wydawaa si sprawna, drow wycign sejmitar i ci najdusz ga, ktr mg znale. Nastpnie poszuka odpowiedniego kamienia. Gigant wpad do zagajnika mniej wicej p godziny pniej, jedn rk wymachujc zamaszycie sw wielk maczug. Piwobrzuch zatrzyma si gwatownie, gdy zza drzewa wyoni si drow, blokujc ciek. Drizzt niemal westchn, gdy olbrzym przystan, dokadnie w zamierzonym miejscu. Obawia si, e wielki potwr bdzie szed dalej i go zaatakuje, poniewa ze swymi ranami drow nie by w stanie stawi wikszego oporu. Wykorzystujc chwil wahania giganta, Drizzt krzykn Stj!" w jzyku goblinw i uaktywni prosty czar, otaczajc olbrzyma bkitnymi, nieszkodliwymi pomieniami, Piwobrzuch poruszy si niespokojnie, lecz nie skierowa si w stron tego dziwnego i niebezpiecznego przeciwnika. Drizzt spojrza na przesuwajce si stopy giganta z czym wicej ni tylko niedbaym zainteresowaniem. - Dlaczego za mn idziesz? - zapyta Drizzt. - Czy pragniesz przyczy si do pozostaych w miertelnym nie? Piwobrzuch przejecha misistym jzykiem po wyschnitych wargach. Jak na razie spotkanie nie przebiegao tak, j ak tego oczekiwa. Gigant uzna teraz za przeszo te instynktowne pragnienia, ktre go tutaj doprowadziy i prbowa rozway inne moliwoci. Ulgulu i Kempfana byli martwi, wic Piwobrzuch znw mia dla siebie jaskini. Nie byo ju jednak rwnie gnolli i goblinw, a take od jakiego czasu nie pojawia si ten dokuczliwy may szybcioszek. Giganta nasza naga myl. - Przyjaciele? - spyta z nadziej Piwobrzuch. Cho Drizzt czu ulg, e moe uda si unikn walki, by do sceptycznie nastawiony do tej oferty. Banda gnolli zoya mu podobnpropozycj, ktra zakoczya si katastrof, a gigant by wyranie powizany z tymi potworami, ktre Drizzt wanie zabi, tymi, ktre zamordoway wiejsk rodzin. - Przyjaciele w jakim celu? - spyta z wahaniem Drizzt, wbrew wszelkiemu rozsdkowi, majc nadziej, e moe to stworzenie jest motywowane przez jakie zasady, nie tylko przez dz krwi. - eby zabija - odpowiedzia Piwobrzuch, jakby to byo oczywiste. Drizzt warkn i potrzsn gow w penym zoci protecie, powiewajc sw bia czupryn. Wyszarpn sejmitar z pochwy, nie przejmujc si zbytnio tym, czy stopa giganta znalaza si w ptli jego puapki. - Zabija ciebie! - krzykn Piwobrzuch, widzc nagy zwrot akcji, po czym podnis swmaczug i wykona wielki krok naprzd, krok, ktry zosta jednak skrcony przez gitk winorol, zaciskajc si ciasno wok jego kostki. Drizzt powstrzyma pragnienie, by zaatakowa, przypominajc sobie, e puapka zostaa uruchomiona oraz to, e w jego obecnym stanie trudno mu bdzie stawi czoa potnemu gigantowi. Piwobrzuch spojrza na ptl i zarycza z wciekoci. Ga nie bya tak elastyczna jak sznur i ucisk by do luny. Gdyby olbrzym po prostu sign rk, mgby z atwoci zsun ptl ze stopy. Giganci wzgrzowi nigdy jednak nie byli szczeglnie znani ze swojej inteligencji. - Zabija ciebie! - krzykn ponownie olbrzym i szarpn mocno nog. Pocignity przez zamaszyste kopnicie duy kamie przywizany do drugiego koca gazi, za plecami giganta, przedar si przez roliny poszycia i pody w powietrzu w stron plecw Piwobrzucha. Olbrzym zamierza krzykn trzeci raz, lecz zamiast groby rozleg si tylko odgos nagle

wypuszczanego powietrza. Cika maczuga upada na ziemi, a gigant, trzymajc si w okolicy nerek, pad na jedno kolano. Drizzt waha si przez chwil, nie wiedzc czy ucieka, czy te dokoczy spraw. Nie obawia si o siebie, poniewa gigant nie mg wyruszy za nim zbyt szybko, nie mg jednak zapomnie okrutnego grymasu na twarzy giganta, gdy potwr mwi o wsplnym zabijaniu. - Jak wiele innych rodzin zabie? - Drizzt spyta w jzyku droww. Piwobrzuch nie rozumia tej mowy. Warkn tylko przez palcy bl. - Jak wiele? - powtrzy Drizzt, zaciskajc do na rkojeci sejmitara i mruc gronie oczy. Zaatakowa szybko i silnie. *** Ku ogromnej uldze Bensona Delmo druyna z Sundabar - Dove Falconhand, jej trzej towarzysze wojownicy oraz Fret, kra-snoludzki mdrzec - przybyli tego samego dnia. Sotys zaproponowa grupie jado i odpoczynek, kiedy jednak Dove usyszaa o masakrze w gospodarstwie Thistledownw, zerwaa si wraz ze swymi towarzyszami i ruszya tam z trzymajcsi niedaleko w tyle asyst zoon z sotysa, McGristle'a oraz kilku ciekawskich rolnikw. Dove bya wyranie rozczarowana, gdy w kocu przybyli do samotnego gospodarstwa. Setki ladw butw pokrywao oczywiste wskazwki, a wiele przedmiotw w domu, nawet ciaa, zostao poruszonych i przesunitych. Mimo to Dove i jej dowiad-czonakompania dziaali metodycznie, starajc si zrozumie z tej przeraajcej sceny wszystko, co tylko byo moliwe. - Gupi ludzie! - Fret warkn na rolnikw, gdy Dove i pozostali zakoczyli ogldziny. -Pomoglicie naszym wrogom! Kilku wieniakw, nawet sotys, poruszyo si niespokojnie syszc nagan, lecz Roddy parskn i stan nad niskim krasno-ludem. Dove szybko si wtrcia. - Wasza wczeniejsza obecno tutaj zniszczya niektre wskazwki - wyjania spokojnie, rozjemczo sotysowi, wchodzc pomidzy Freta a zwalistego trapera. Dove syszaa wczeniej wiele opowieci o Roddym McGristle i wiedziaa, e prze-widywalno czy spokj nie nale do jego najmocniejszych stron. - Nie wiedzielimy - prbowa si tumaczy sotys. - Oczywicie, e nie - odpara Dove. - Zareagowalicie, jak zrobiby to kady. - Kady nowicjusz - zauway Fret. - Zamknij si! - warkn McGristle, podobnie jak jego pies. - Uspokj si, dobry panie - poprosia go Dove. - Mamy zbyt wielu nieprzyjaci za wiosk, by potrzebowa ich wewntrz. - Nowicjusz? - zagrzmia do niej McGristle. - Schwytaem stu mczyzn i wiem wystarczajco duo o tym cholernym dro-wie, by go znale. - Czy wiemy, e to by drow? - spytaa Dove, szczerze wtpic. Na skinicie gowy Roddy'ego, stojcy z boku pomieszczenia rolnik, wycign zamany sejmitar. - Bro droww - powiedzia szorstko Roddy, wskazujc na sw poznaczon bliznami twarz. Widziaem jaz bliska! Jedno spojrzenie na poszarpan ran powiedziao Dove, e nie uczyni jej ostry sejmitar, jednak tropicielka zachowaa dla siebie to spostrzeenie, nie widzc sensu w dalszej ktni. -I lady drowa - nalega Roddy. - Odciski butw pasuj do tych w kpie jagd, gdzie widzielimy drowa! Spojrzenie Dove poprowadzio oczy pozostaych na stodo. - Co potnego wyamao te drzwi - stwierdzia. - A modsza kobieta w rodku nie zostaa zabita przez adnego mrocznego elfa. Roddy pozostawa niewzruszony. - Drow ma zwierzaka -rzek. - Wielk, czarn panter. Cholernego wielkiego kota!

Dove pozostaa podejrzliwa. Nie widziaa ladw, ktre odpowiadayby apom pantery, za sposb, w jaki cz kobiety zostaa poarta, z komi, nie pasowa do wiedzy, jak dysponowaa w kwestii wielkich kotw. Zachowaa jednak te myli dla siebie, poniewa zdawaa sobie spraw, e opryskliwy traper nie chce, by jakie tajemnice przysoniy wycignite ju przez niego wnioski. - Teraz, jeli ju napatrzylicie si na to miejsce, chodmy na szlak - zagrzmia Roddy. - Mj pies zapa zapach, a drow ju si mocno oddali! Dove spojrzaa z trosk na sotysa, ktry odwrci si zawstydzony jej przenikliwym wzrokiem. - Roddy McGristle pjdzie z tob - wyjani Delmo, ledwo mogc wycedzi te sowa i aujc, e kierowany emocjami zgodzi si na ukad z Roddym. Widzc opanowanie tropicielki i jej druyny, tak drastycznie odmienne od gwatownego temperamentu trapera, sotys sdzi teraz, e byoby lepiej, gdyby Dove i jej towarzysze poradzili sobie z sytuacj na swj wasny sposb. Jednak umowa bya umow. - Jest jedynym z Maldobar, ktry doczy do twojej druyny - cign Delmo. - Jest dowiadczonym myliwym i zna ten teren lepiej ni ktokolwiek. Dove ponownie, ku niedowierzaniu Freta, przemilczaa to stwierdzenie. - Dzie si koczy - powiedziaa Dove, po czym zwracajc si do McGristle'a dodaa Wyruszymy z pierwszymi promieniami. - Drow ju jest za daleko! - zaprotestowa Roddy. - Powinnimy natychmiast za nim wyruszy. - Zakadasz, e drow biegnie - odpara Dove, znw spokojnie, lecz w jej gosie pojawia si stanowczo. - Jak wiele trupw zaoyo tak niegdy o swoich przeciwnikach? - Tym razem osupiay Roddy nic nie odwarkn. - Drow albo banda droww mog by przyczajeni gdzie w pobliu. Czy chciaby si nagle na nich natkn, McGristle? Czy chciaby walczy z mrocznymi elfami podczas nocnych ciemnoci? Roddy tylko podnis rce, warkn i odszed ze swoim psem. Sotys zaproponowa Dove i jej druynie zakwaterowanie w swoim wasnym domu, jednak tropicielka i jej towarzysze woleli pozosta w gospodarstwie Thistledownw. Dove umiechna si, gdy rolnicy zaczli odchodzi, a Roddy rozoy obz zaledwie kawaek dalej, najwyraniej po to, by mie j na oku. Zastanawiaa si, jak wiele McGristle mia z tym wsplnego i podejrzewaa, e chodzi o co wicej ni tylko zemst za szramy na twarzy i utrat ucha. - Naprawd pozwolisz tej bestii i z nami? - zapyta jaki czas pniej Fret, gdy on, Dove i Gabriel usiedli wok ogniska rozpalonego na podwrzu. Elfi ucznik i pozostay czonek grupy udali si na przegld okolicy. - To ich wioska, drogi Frecie - wyjania Dove. - A ja nie mog odmwi McGristle'owi znajomoci tych terenw. -Ale on jest taki brudny -jkn krasnolud. Dove i Gabriel wymienili umiechy, a Fret, zdajc sobie spraw, e ten argument nigdzie go nie zaprowadzi, rozwin swj piwr i wsun si w niego, celowo odwracajc od pozostaych. - Dobry stary Quilldipper - mrukn Gabriel, lecz zauway, e umiech Dove nie jest w stanie zakry troski malujcej si na jej twarzy. - Masz problem, Pani Falconhand? - spyta. Dove wzruszya ramionami. - Niektre rzeczy tu do niczego nie pasuj- zacza. - To nie pantera zabia kobiet w stodole - zauway Gabriel, poniewa on rwnie spostrzeg pewne niecisoci. - Ani te aden drow nie zabi rolnika w kuchni, tego ktrego nazywali Bartomiejem powiedziaa Dove. - Belka, ktra zamaa mu kark, niemal pka na p. Tylko gigant dysponuje tak si. - Magia? - zapyta Gabriel. Dove znw wzruszya ramionami. - Magia droww jest zazwyczaj bardziej subtelna, wedug naszego mdrca-rzeka, spogldajc na Freta, ktry ju do gono chrapa. -1 doskonalsza. Fret

nie sdzi, aby to magia drowa zabia Bartomieja albo kobiet, czy te zniszczya wrota do stodoy. Poza tym jest jeszcze jedna zagadka, jeli chodzi o lady. - Dwa rodzaje - powiedzia Gabriel - i powstay w przecigu doby od siebie. -1 majrne gbokoci - dodaa Dove. - Jeden rodzaj, ten drugi, moe rzeczywicie by mrocznego elfa, jednak lady zabjcy s zbyt gbokie jak na lekkie kroki elfa. - Sprzymierzeniec drowa? - zaproponowa Gabriel. - Moe przywoany mieszkaniec jakiego niszego planu? Moe mroczny elf przyszed nastpnego dnia, by sprawdzi dzieo potwora? Tym razem Gabriel doczy do Dove w jej zakopotanym wzruszeniu ramion. - A wic si dowiemy - powiedziaa Dove. Nastpnie Gabriel zapali fajk, a Dove odpyna w sen. *** - O-panie, mj-panie - mrukn Tephanis, widzc groteskow sylwetk poamanego, w poowie przeksztaconego barghesta. Szybcioszek nie dba a tak bardzo o Ulgulu lub jego brata, jednak ich mier naoya pewne powane konsekwencje na przyszo skrzata. Tephanis doczy do grupy Ulgulu dla wsplnego zysku. Zanim pojawiy si barghesty, may skrzat spdza swoje dni w samotnoci. Wszystko zawdzicza tylko sobie, lecz jego egzystencja bya samotna i nieciekawa. Ulgulu zmieni to wszystko. Armia barghesta oferowaa ochron i towarzystwo, za Ulgulu, zawsze pragncy nowych i bardziej diabelskich morderstw, wiecznie dawa Tephanisowi wane misje. Teraz szybcioszek musia odej od tego wszystkiego, poniewa Ulgulu nie y, Kempfana nie y, a Tephanis nie mg zrobi nic, co zmienioby te proste fakty. - Piwobrzuch? - zapyta si nagle szybcioszek. Pomyla, e gigant wzgrzowy, jedyny, ktrego brakowao w legowisku, moe okaza si dobrym towarzyszem. Tephanis widzia wyranie lady giganta, oddalajce si od okolic jaskini i biegnce gboko w gry. Klasn z podnieceniem domi, chyba ze sto razy w cigu jednaj sekundy, po czym szybko wyruszy, by odnale nowego przyjaciela. *** Wysoko w grach Drizzt Do'Urden po raz ostatni spojrza na wiata Maldobar. Odkd drow zszed ze szczytw po nieprzyjemnym spotkaniu ze skunksem, odkrywa wiat dzikoci niemal rwny tej mrocznej krainie, ktr pozostawi za sob. Wszelkie nadzieje, ktre Drizzt ywi podczas dni spdzonych na obserwowaniu rolniczej rodziny, byy teraz dla niego stracone, pogrzebane pod ciarem winy i przeraajcych obrazw ofiar morderstwa, ktre, czego by pewien, bd go wiecznie nawiedza. Fizyczny bl drowa troch zela i mg ju w peni zaczerpywa powietrza, cho wysiek ten wci by dotkliwy, za rany na ramionach i nogach zasklepiy si. Przeyje. Spogldajc na Maldobar, kolejne miejsce, ktrego nigdy nie nazwie domem, Drizzt zastanawia si, czy mogoby okaza si dla niego dobre.

9 Pocig
- Co to jest? - spyta Fret, ostronie przechodzc za fady zielonej niczym las peleryny Dove. Dove, a nawet Roddy, rwnie szli z wahaniem, poniewa cho stwr wyglda na martwego, nigdy nie widzieli niczego, co byoby do niego podobne. Wygldao jak jaka dziwna, gigantyczna mutacja goblina i wilka. Nabrali odwagi, gdy zbliyli si do ciaa, poniewa przekonali si, e naprawd nie yje. Dove przyklkna i dgna je mieczem. - Jest martwe od ponad dnia, wedug mnie - obwiecia. -Ale co to jest? - spyta znw Fret. - Mieszaniec - mrukn Roddy. Dove przyjrzaa si bliej dziwnym stawom stwora. Zauwaya rwnie liczne rany, jakie owa istota otrzymaa, rozdarcia, jakby spowodowane przez wielkiego kota. - Zmiennoksztatny - zgad Gabriel, majc baczenie na okolic. Dove przytakna. - Zabity w poowie przemiany. - Nigdy nie syszaem o adnych goblinach czarownikach -zaprotestowa Roddy. - Och tak - zacz Fret, wygadzajc rkawy swej mikkiej tuniki. - By taki, oczywicie, Grubby Bezmylny, udawany ar-cymag, ktry... Dobiegajcy z gry gwizd przerwa krasnoludowi. Na pce skalnej sta Kellindil, elfi ucznik, wymachujc rkoma. - Tu jest wicej - zawoa elf, gdy zwrci ju ich uwag. - Dwa gobliny i czerwonoskry gigant, nigdy takiego nie widziaem! Dove przyjrzaa si klifowi. Uznaa, e moe si na niego wspi, lecz jedno spojrzenie na biednego Freta powiedziao jej, e bd musieli wrci na szlak i pokona niemal dwa kilometry. Zosta tutaj - powiedziaa do Gabriela. Mczyzna o niewzruszonej twarzy przytakn i zaj obronnpozycj pord gazw, za Dove, Roddy i Fret ruszyli w drog. W poowie wskiej, krtej cieki, ktra wia si po klifie, spotkali Dard, drugiego wojownika z druyny. Niski i silnie uminiony mczyzna drapa si w krzaczast brod i oglda co, co wygldao na lemiesz od puga. - To Thistledowna! - krzykn Roddy. - Widziaem to u niego, gotowy do naprawy! - Dlaczego jest tutaj? - spytaa Dove.

-1 dlaczego jest zakrwawione? - doda Darda, pokazujc lady po wklsej stronie. Wojownik zerkn za krawd przepaci, po czym znw na lemiesz. - Jakie nieszczsne stworzenie musiao w to mocno uderzy - zamyli si Darda - a pniej pewnie spado na d. Wszystkie oczy skieroway si na Dove, gdy tropicielka odgarna gste wosy z twarzy, uja podbrdek w delikatn, lecz siln do i prbowaa przedrze si przez najnowsz zagadk. Byo jednak za mao wskazwek i chwil pniej Dove opucia ze zrezygnowaniem rce i ruszya dalej ciek. Szlak zakrca i oddala si od klifu, gdy zblia si do czubka, lecz Dove podesza do krawdzi, dokadnie ponad miejscem, w ktrym pozostawili Gabriela. Wojownik zobaczy jnatychmiast i machniciem rki przekaza tropicielce, e na dole wszystko w porzdku. - Chodcie - poprosi ich Kellendil i wprowadzi druyn do jaskini. Dove znalaza odpowiedzi na niektre pytania, gdy spojrzaa na pobojowisko w wewntrznym pomieszczeniu. - Szczeni barghesta! - oznajmi z przejciem Fret, patrzc na szkaratnoskre, gigantyczne zwoki. - Barghesta? - spyta oszoomiony Roddy. - Oczywicie - pisn Fret. - To wyjania wilkoolbrzyma na dnie przepaci. - Spad podczas przemiany - stwierdzi Darda. - Jego liczne rany i kamienne podoe pokonay go, zanim zdy jskoczy. - Barghest? - powtrzy Roddy, tym razem gniewnie, bowiem nie podobao mu si, e zosta wyczony z dyskusji, ktrej nie rozumia. - Stworzenie z innego planu egzystencji - wyjani Fret. -Gehenna, jak mwiplotki. Barghesty wysyajswoje szczeniaki na inne plany, czasami na nasz, by si poywiay i rosy. Przerwa na chwil, zamyliwszy si. - By si poywiay - powtrzy, zwracajc si do pozostaych. - Kobieta w stodole! - rzeka pewnym gosem Dove. Czonkowie jej druyny przytaknli gowami, zgadzajc si z nagym objawieniem, lecz ponury McGristle uparcie trzyma si swojej teorii. - Drow ich zabi! - warkn. - Czy masz poamany sejmitar? - spytaa Dove. Roddy wycign bro z jednej z licznych fad w swoim wielowarstwowym skrzanym ubiorze. Dove wzia bro i przyklkna, by przyjrze si martwemu barghestowi. Ostrze bezbdnie pasowao do ran stwora, zwaszcza tej miertelnej, w gardle potwora. - Powiedziae, e drow mia takie dwa - stwierdzia Dove, podajc mu sejmitar. - Sotys tak powiedzia - sprostowa Roddy - a tak opowiedzia syn Thistledowna. Gdy ja widziaem drowa... - wzi bro - mia tylko jeden, ten ktrego uy do zabicia klanu Thistledownw! - Roddy celowo nie nadmieni, e drow, cho trzyma tylko jedn bro, mia zawieszone u pasa dwie pochwy na sej-mitary. Dove potrzsna gow, wtpic w jego teori. - Drow zabi barghesta - powiedziaa. - Rany pasuj do ostrza, siostrzanego ostrza tego, ktre trzymasz, jak jestem skonna przypuszcza. Jeli za sprawdzisz gobliny w przedsionku, zauwaysz, e ich garda zostay rozcite przez podobny zakrzywiony sejmitar. - Jak rany na Thistledownach! - parskn Roddy. Dove uznaa, e lepiej zachowa budowan wanie hipotez dla siebie, jednak Fret, nie lubicy wielkiego czowieka, wypowiedzia myli wsplne dla wszystkich, poza McGristlem. Zabitych przez barghesta - obwieci krasnolud, przypominajc sobie dwa zestawy ladw stp na podwrzu. - Pod postacidrowa! Roddy spojrza na niego, a Dove zmierzya Freta gronym spojrzeniem, chcc, by krasnolud si uciszy. Fret jednak mylnie zinterpretowa spojrzenie tropicielki, uznajc je za zdumienie wywoane jego zdolnociami dedukcji, wic z dum kontynuowa - To wyjania dwa rodzaje ladw, cisze nalece do bar... - Ale co ze stworem w przepaci? - Darda spyta Dove, dostrzegajc pragnienie swej przywdczyni, by Fret si zamkn. -Czyjego rany te pasujdo zakrzywionego ostrza? Dove rozmylaa przez chwil i zdoaa wykona subtelne skinienie, wyraajce jej

wdziczno wobec Dardy. - Moe niektre - odpowiedziaa. - Bardziej prawdopodobne jest to, e bar-ghest zosta zabity przez panter... - spojrzaa bezporednio na Roddy'ego - kota, ktrego jak twierdzisz, posiada drow. Roddy kopn martwego barghesta. - Drow zabi klan Thi-stledownw! - warkn. Przez mrocznego elfa Roddy straci psa oraz ucho i nie zaakceptuje adnych wnioskw, ktre zmniejszyyby jego szans na zdobycie dwch tysicy sztuk zota nagrody, ktr ufundowa sotys. Dyskusj zakoczy krzyk spoza jaskini - ktry ucieszy zarwno Dove, jak i Roddy'ego. Po wprowadzeniu grupy do legowiska Kellindil wrci na zewntrz, podajc za dalszymi wskazwkami, ktre odkry. - lad buta - wyjani elf, wskazujc na ma kpk mchu, gdy pozostali wyszli. -1 tutaj pokaza im zadrapania na kamieniach, wyrane lady szamotaniny. - Uwaam, e drow podszed do krawdzi - wyjani Kellin-dil. -A pniej j przekroczy, by moe w pogoni za barghestem i panter, cho w tym momencie to ju tylko przypuszczenia. Po chwili podania za tropem, ktry zrekonstruowa Kellin-dil, Dove i Darda, a nawet Roddy, zgodzili si z jego przypuszczeniami. - Powinnimy wrci na d - zasugerowaa Dove. - Moe znajdziemy jaki lad wychodzcy z rozpadliny, ktry zaprowadzi nas do jakich wyraniej szych odpowiedzi. Roddy podrapa si w strupy na gowie i skierowa na Dove pogardliwe spojrzenie, ktre ujawniao jej wszystkie jego odczucia. Roddy nie dba ani troch o obiecane przez tropicielk wyraniej sze odpowiedzi", bowiem wszystkie potrzebne wnioski wysnu ju dawno temu. Roddy by zdeterminowany - a Dove wiedziaa, e zdecydowanie to wykracza poza wszystko - pragn wrci z gow mrocznego elfa. Dove Falconhand nie bya tak przekonana co do tosamoci mordercy. Pozostao jeszcze wiele pyta, zarwno dla tropiciel-ki, jak i dla pozostaych czonkw jej druyny. Dlaczego drow nie zabi dzieci Thistledownw, gdy spotkali si wczeniej w grach? Jeli to, co Connor opowiedzia sotysowi byo prawd, to dlaczego drow odda modziecowi bro? Dove bya mocno przekonana, e to barghest, a nie drow, zabi rodzin Thistledownw, lecz dlaczego drow uda si na poszukiwanie legowiska barghesta? Czy drow sprzymierzy si z barghestami we wsplnocie, ktra szybko osaba? Jeszcze bardziej intrygujce dla tropicielki - ktrej celem yciowym bya ochrona ludnoci w niekoczcej si wojnie pomidzy dobrymi rasami a potworami - byo to, czy drow szuka barghesta, by pomci zabjstwa Thistledownw? Dove sdzia, e to ostatnie przypuszczenie jest prawd, jednak nie moga zrozumie motywacji drowa. Czy zabijajc rodzin barghe-stw, postawi rolnikw z Maldobar w stan czujnoci, udaremniajc w ten sposb planowany najazd droww? Poszczeglne czci znowu do siebie nie pasoway. Jeli mroczne elfy planoway najazd na Maldobar, to z pewnoci aden z nich by si wczeniej nie ujawni. Co we wntrzu Dove mwio jej, e ten drow dziaa sam, przyszed tu i pomci zabitych rolnikw. Wzruszya ramionami, otrzsajc si z tej myli, jakby bya sztuczk jej optymizmu i przypomniaa sobie, e mroczne elfy rzadko wykazyway si tak typowymi dla tropicieli czynami. W momencie gdy caa pitka zesza w d wsk ciek i wrcia w poblie najwikszych zwok, Gabriel znalaz ju trop, idcy gbiej w gry. Wyrane byy dwa lady, drowa oraz wieszy, nalecy do giganta, dwunonego stworzenia, by moe trzeciego barghesta. - Co stao si z panter? - spyta Fret, stajc si troch przytoczony swj pierwsz terenow ekspedycj od wielu lat. Dove rozemiaa si gono i potrzsna bezradnie gow. Kada odpowied wydawaa si przynosi tak wiele nastpnych pyta. *** Drizzt porusza si rwnie w nocy, uciekajc, jak to robi przez tak wiele lat, od kolejnej ponurej rzeczywistoci. Nie zabi rolnikw - uratowa ich wrcz przed band gnolli - ale teraz byli martwi. Drizzt nie mg uciec przed tym faktem. Wkroczy w ich ycie z wasnej woli, a teraz byli

martwi. Drugiej nocy po spotkaniu z gigantem wzgrzowym Drizzt, daleko w dole, ujrza ogie obozowiska, od strony legowiska barghesta. Wiedzc, e widok ten jest czym wicej ni tylko zbiegiem okolicznoci, drow przyzwa do swego boku Guenhwyvar, po czym wysa panter na d, by lepiej si przyjrzaa. Wielka kocica biega bez ladu zmczenia, a jej czarna sylwetka bya niewidoczna w wieczornych cieniach, gdy szybko zmniejszaa odlego do obozu. *** Dove i Gabriel odpoczywali swobodnie przy swoim ognisku, zachwyceni cigymi dziwactwami Freta, ktry by teraz zajty czyszczeniem swego mikkiego kaftana szczoteczk! przez cay czas co do siebie mamrota. Roddy oddali si, po czym wcisn w szczelin pomidzy przewrconym drzewem a duym gazem, a u jego stp zwin si pies. - Och, przeklty niech bdzie ten py - jkn Fret. - Nigdy, nigdy nie wyczyszcz tego odzienia! Bd musia kupi sobie nowe. - Spojrza na Dove, ktra bezskutecznie staraa si zachowa beznamitn twarz. - miej si, jeli chcesz, Pani Falconhand - przestrzeg krasnolud. - Zapata bdzie pochodzi z twojej sakiewki, nie wtp w to! - Smutnym jest dzie, kiedy trzeba kupowa stroje dla kra-snoluda - wtrci si Gabriel, za Dove syszc jego sowa, wybucha miechem. - miej si, jeli chcesz! - powtrzy Fret, po czym zacz mocniej porusza szczotk, wydzierajc dziur w materiale. -Zatracenie i licho - zakl, a nastpnie rzuci szczotk na ziemi. - Zamknijcie si! - burkn na nich Roddy, pozbawiajc ich radoci. - Chcecie na nas sprowadzi drowa? Spojrzenie Gabriela byo stanowcze, lecz Dove zdaa sobie spraw, e rada trapera, cho opryskliwie przekazana, bya suszna. - Odpocznijmy, Gabrielu - tropicielka powiedziaa do swego towarzysza. - Wkrtce wrc Darda i Kellendil, a wtedy nadejdzie dla nas kolej na wart. Spodziewam si, e jutrzejsza droga bdzie nie mniej mczca - spojrzaa na Freta i mrugna okiem - i nie mniej brudna ni dzisiejsza. Gabriel wzruszy ramionami, wsun fajk w usta i zaoy rce za gow. To byo ycie, ktre cieszyo jego oraz pozostaych towarzyszy, obozowanie pod gwiazdami, z pieni gr w uszach. Fret jednak wierci si i obraca na twardym podou, jczc i pomrukujc, gdy przechodzi przez kolejn niewygodn pozycj. Gabriel nie musia spoglda na Dove, by wiedzie, e podziela jego umiech. Nie potrzebowa te zerka na Roddy'ego, by wiedzie, e traper zoci si nieustannym haasem. Bez wtpienia wydawa si nieznaczny dla uszu mieszkajcego w miecie krasnoluda, lecz dwicza wyranie dla tych, ktrzy bardziej przywykli do drogi. Z ciemnoci doszed gwizd w tej samej chwili, gdy pies Rod-dy'ego postawi sier i warkn. W przecigu sekundy Dove oraz Gabriel wstali i ruszyli na skraj wiata ogniska, w stron wezwania Dardy. Roddy rwnie pocign swego psa za sob i wlizgnli si za duy gaz, poza bezporednim wiatem, by ich oczy mogy si przyzwyczai do mroku. Zbyt zajty wasnymi niewygodami Fret dopiero po chwili zauway ich ruchy. - Co? krasnolud spyta z ciekawoci. -Co? Po krtkiej i szeptanej rozmowie z DardDove i Gabriel rozdzielili si otaczajc obz, by upewni si co do bezpieczestwa okolicy. - Drzewo - dobieg cichy szept i Dove przykucna. Po chwili odnalaza Roddy'ego, przemylnie ukrytego pomidzy gazem a jakim krzakiem. Wielki mczyzna rwnie naszykowa bro, za w drugiej doni trzyma mocno kaganiec psa, uciszajc zwierz. Dove podya wzrokiem za spojrzeniem Roddy'ego ku szerokim gaziom samotnego wizu. Z pocztku tropicielka nie moga dostrzec niczego niezwykego pomidzy limi, jednak po chwili

pojawi si ty bysk kocich oczu. - Pantera drowa - wyszeptaa Dove, a Roddy przytakn. Siedzieli bez ruchu i obserwowali, wiedzc, e najmniejsze poruszenie moe sposzy kota. Kilka sekund pniej doczy do nich Gabriel, nieruchomiejc i podajc za ich wzrokiem do tej samej ciemnej plamy na wizie. Wszyscy trzej wiedzieli, e w tej chwili ich sprzymierzecem jest czas, bez wtpienia teraz nawet Darda i Kellindil zajmowali pozycje. Bez wtpienia schwytaliby Guenhwyvar w potrzask, lecz chwil pniej z obozu wytoczy si krasnolud, wpadajc prosto na Roddy'ego. Traper niemal si przewrci, a gdy instynktownie odrzuci bro, by si przytrzyma, jego pies rzuci si naprzd, dziko ujadajc. Niczym strzaa o czarnym drzewcu pantera wyskoczya z drzewa i znikna w mroku. Los jednak nie sprzyja Guenhwy-var, poniewa pdzia wprost na pozycj Kellindila i obdarzony bystrym wzrokiem elfi ucznik widzia j wyranie. Kellindil sysza szczekanie i krzyki w oddali, w obozie, lecz nie mia sposobu, by dowiedzie si, co si stao. Wszelkie odczuwane przez elfa wahanie znikno jednak szybko, gdy rozleg si wyranie jeden gos. - Zabij t mordercz istot! - krzykn Roddy. Sdzc, e pantera, albo te jej towarzysz drow zaatakowali obz, Kellindil wypuci strza. Zaklty pocisk wbi si gboko w bok przemykajcej obok pantery. Nastpnie rozleg si, ajajcy Roddy'ego, krzyk Dove. - Nie! - wrzasna tropicielka. - Pantera nie zrobia nic, by zasuy sobie na nasz gniew! Kellindil stan na tropie pantery. Swymi czuymi elfimi oczyma, widzcymi w podczerwieni, wyranie dostrzega ciepo krwi znaczcej miejsce trafienia, oddalajce si od obozu. Dove i pozostali dobiegli do niego chwil pniej. Elfie rysy Kellindila, zawsze ksztatne i pikne, wydaway si zaostrzy, gdy jego rozwcieczone spojrzenie pado na Roddy'ego. - Zmylie mj strza, McGristle - powiedzia ze zoci. -Dziki twoim sowom strzeliem do stworzenia, ktre nie zasuyo sobie na pocisk. Ostrzegam ci raz, i tylko raz, eby nigdy ju tego nie powtrzy! - Spojrzawszy jeszcze ostatni raz na trapera, by uzmysowi mu znaczenie swoich sw, Kellindil ruszy krwawym tropem. W Roddym zapony gniewne ognie, lecz zdusi je rozumiejc, e jest sam przeciwko tej potnej czwrce i maemu krasnoludowi. Roddy opuci jednak spojrzenie na Freta wiedzc, e adne z pozostaych nie moe si sprzeciwi jego stanowisku. - Trzymaj jzyk za zbami, gdy zblia si niebezpieczestwo! - warkn Roddy. - I trzymaj swoje mierdzce buty z dala od moich plecw! Fret rozejrza si z niedowierzaniem, gdy druyna zacza rusza za Kellindilem. mierdzce? - spyta gono krasnolud. Spojrza w d, zraniony, na swoje doskonale wypolerowane buty. - mierdzce? - powiedzia do Dove, ktra przystana, by umiechn si do niego pokrzepiajco. - Zabrudzone przez jego plecy, naleaoby powiedzie! *** Guenhwyvar dokutykaa z powrotem do Drizzta krtko po tym, jak pierwsze promienie soca przedary si ponad wschodnimi grami. Drizzt potrzsn bezradnie gow. Nie by zaskoczony strza wystajc Guenhwyvar z boku. Z wahaniem, lecz wiedzc, e to suszna droga, Drizzt wycign sztylet, ktry zabra szybcioszkowi, i wyci pocisk. Guenhwyvar warczaa cicho w trakcie operacji, lecz leaa spokojnie i nie stawiaa oporu. Nastpnie Drizzt, cho chcia zatrzyma panter u swego boku, pozwoli jej wrci do swego astralnego domu, gdzie rana moga si szybciej zagoi. Strzaa powiedziaa drowowi wszystko, co musia wiedzie o swoich przeladowcach i sdzi, e zbyt szybko bdzie znw potrzebowa pantery. Sta na skalistym wyniesieniu i poprzez narastajc jasno przyglda si niszym szlakom, oczekujc nadejcia kolejnego przeciwnika. Nie zobaczy oczywicie nikogo. Nawet bdc ranna, Guenhwyvar z atwoci przegonia

pocig i dla czowieka lub podobnej istoty obz by oddalony o wiele godzin drogi. Drizzt wiedzia jednak, e przyjd, zmusz go do nastpnej walki, ktrej nie chcia. Drow rozejrza si zastanawiajc, jakie diabelskie puapki moe na nich zastawi, jak przewag moe uzyska, gdy spotkanie przejdzie do ciosw. W myli Drizzta wkrady si natychmiast wspomnienia z jego ostatniego zetknicia z ludmi, z mczyzn z psami oraz innymi rolnikami. W tym przypadku walka zostaa wszczta w wyniku niezrozumienia, bariery, co do ktrej Drizzt wtpi, e kiedykolwiek j pokona. Drow nigdy nie odczuwa pragnienia walki z ludmi i nie byo tak rwnie teraz, pomimo rany Guenhwyvar. wiato janiao i wci ranny drow, cho odpoczywa przez noc, chcia znale jak ciemn i wygodn jam. Nie mg sobie jednak pozwoli na opnienia, nie, jeli chcia si wysforowa przed nadchodzc walk. - Jak daleko za mn pjdziecie? - Drizzt wyszepta do porannego wietrzyku. Nastpnie rzek ponurym, lecz penym determinacji tonem - Zobaczymy.

10 Kwestia honoru
- Pantera znalaza drowa - stwierdzia Dove, gdy wraz z towarzyszami powicia troch czasu na zbadanie okolicy w pobliu skalnego wyniesienia. Na ziemi leaa zamana strzaa Kellindila, mniej wicej w tym samym miejscu, gdzie urywa si trop kota. - A pniej pantera znikna. - Na to wyglda - zgodzi si Gabriel, drapic si w gow i spogldajc na zagadkowy trop. - Piekielny kot - warkn McGristle. - Wrci do swojego brudnego domu! Fret chcia zapyta - Twojego domu? - lecz rozsdnie zachowa t sarkastyczn myl dla siebie. Pozostali rwnie nie zareagowali na stwierdzenie trapera. Nie znali odpowiedzi na t zagadk i pomys Roddy'ego by rwnie dobry, jak kady inny. Ranna pantera i krew znik-ny, lecz pies Roddy'ego szybko znalaz zapach Drizzta. Ujadajc z podniecenia, pies poprowadzi ich dalej, za Dove i Kellindil, oboje dowiadczeni w tropieniu, czsto natykali si na inne dowody, ktre potwierdzay suszno tego kierunku. Trop prowadzi wzdu podstawy gry, zanurza si w gsto cinite drzewa i cign dalej, przez obszar nagiego kamienia, koczc raptownie przy kolejnej rozpadlinie. Pies Roddy'ego podszed do krawdzi i zszed na pierwszy stopie kamienistego, zdradliwego szlaku. - Cholerna magia droww - mrukn Roddy. Rozejrza si i uderzy pici w udo zgadujc, e sporo czasu zajmie im pokonanie stromej ciany. - wiato ganie - rzeka Dove. - Rozbijmy tu obz i zejdmy na d o poranku. Gabriel i Fret przytaknli, lecz Roddy si sprzeciwi - Trop jest teraz wiey! - spiera si traper. - Powinnimy sprowadzi psa na d i podj pocig, a przynajmniej dopiero na dole rozbi obz. -To moe trwa godzi... - zacz protestowa Fret, lecz Dove uciszya niskiego krasnoluda. - Chodcie - tropicielka poprosia pozostaych i ruszya na zachd, gdzie wprawdzie teren opada stromo, jednak mona byo tamtdy zej. Dove nie zgadzaa si z rozumowaniem Roddy'ego, nie chciaa jednak dalszych ktni z wyznaczonym przez Maldobar reprezentantem wioski. Na dnie rozpadliny znaleli jeszcze wicej zagadek. Roddy szczu swego psa w kadym kierunku, lecz nie mg odnale ladu ulotnego drowa. Po wielu minutach rozmyla w umyle Dove rozbysa iskierka prawdy, a jej umiech ujawni wszystko jej bardziej dowiadczonym towarzyszom. - Wykiwa nas! - zamia si Gabriel, odgadujc powd wesooci Dove. - Podprowadzi nas do klifu, wiedzc e zaoymy, i zastosuje jak magi, by zej na d! - O czym ty mwisz? - spyta gniewnie Roddy, cho dowiadczony owca nagrd dokadnie rozumia, co si stao. - Chodzi ci o to, e mamy wspi si tam z powrotem? - spyta aonie Fret.

Dove znw si zamiaa, lecz spowaniaa nagle, gdy spojrzaa na Roddy'ego, po czym powiedziaa - O poranku. Tym razem traper si nie sprzeciwia. W chwili gdy rozpoczyna si nastpny wit, grupa dotara ju na szczyt rozpadliny i Roddy znw umieci swego psa na tropie Drizzta, cofajc si za zapachem do skalistego wyniesienia, gdzie zwierz podjo go na pocztku. Sztuczka bya prosta, jednak wszystkich dowiadczonych owcw drczyo to samo pytanie: w jaki sposb drow opuci swj trop na tyle umiejtnie, by cakowicie ogupi psa? Gdy znw dotarli do gsto rosncych drzew, Dove znaa ju odpowied. Skina gow do Kellindila, ktry zdejmowa ju swj ciki plecak. Zwinny elf znalaz nisko rosnc ga i wspi si na drzewo, szukajc ewentualnych drg, ktrymi mg si uda drow. Gazie wielu drzew splatay si ze sob, tak wic moliwoci byo sporo, jednak po chwili Kellindil skierowa Roddy'ego i jego psa na nowy trop, wychodzcy z boku zagajnika i otaczajcy podstaw gry, kierujc si z powrotem do Maldobar. - Wioska! - krzykn zaniepokojony Fret, lecz pozostali nie wygldali na zatroskanych. - Nie wioska - stwierdzi Roddy, zbyt zaintrygowany, by utrzymywa gniewny ton. Jako owca nagrd Roddy zawsze docenia wartociowego przeciwnika, przynajmniej podczas pocigu. - Strumie - wyjani Roddy, uwaajc, e odgad ju, o co chodzio mrocznemu elfowi. - Drow skierowa si do strumienia, chce i obok niego a do przeomu, znw w bardziej dzikie tereny. - Drow jest sprytnym przeciwnikiem - zauway Darda, caym sercem zgadzajc si z konkluzjami Roddy'ego. - A teraz ma nad nami przynajmniej dzie przewagi - rzek Gabriel. Gdy przebrzmiao pene niesmaku westchnicie Freta, Dove zaoferowaa krasnoludowi troch nadziei. - Nie obawiaj si -powiedziaa. - My jestemy dobrze zaopatrzeni, ale drow nie. Musi zatrzymywa si, by polowa, a my moemy i dalej. - Bdziemy spa tylko wtedy, gdy bdzie to konieczne! -wtrci Roddy, nie chcc by spowalniany przez innych czonkw grupy. -1 krtko! Fret znw westchn ciko. - Natychmiast zaczniemy racjonowa nasze zapasy - dodaa Dove, zarwno po to, by przypochlebi si Roddy'emu i dlatego, e uwaaa to za istotne. - Bdziemy si przykada, aby zbliy si do drowa. Nie chc adnych opnie. -Racjonowa - wymamrota pod nosem Fret. Westchn trzeci raz i pooy do na brzuchu. Jake mocno krasnolud aowa, e nie jest w swoim przyjemnym maym pokoju w zamku Helma w Sundabar! *** Drizztowi chodzio tylko o to, by wchodzi gbiej w gry, dopki podajca za nim grupa nie straci serca do pocigu. Utrzymywa taktyk mylenia kierunku, czsto zawraca i wchodzi na drzewa, by rozpocz nowy trop w zupenie innym kierunku. Liczne grskie strumienie zapewniay dalsze bariery dla zapachu, lecz przeladowcy Drizzta nie byli nowicjuszami, za pies Roddy'ego by rwnie dobry, jak rasowy ogar. Nie tylko trzymali si tropu Drizzta, lecz rwnie zmniejszyli dystans przez nastpne kilka dni. Drizzt wci wierzy, e moe im si wymkn, lecz ich cige zblianie si sprowadzao na drowa inne, bardziej subtelne troski. Nie zrobi niczego, czym zasuyby sobie na tak uparty pocig, wrcz pomci mier rodziny rolnikw. Pomimo za uczynionej w zoci przysigi, e odejdzie sam, e nie sprowadzi ju na nikogo niebezpieczestwa, samotno bya dla niego zbyt blisk towarzyszk od zbyt wielu lat. Nie mg nic poradzi na to, e oglda si przez rami, z ciekawoci a nie strachu, a tsknota nie zmniejszaa si. W kocu Drizzt nie mg powstrzyma ciekawoci wobec grupy przeladowcw. Owa ciekawo, jak Drizzt zda sobie spraw, obserwujc pewnej ciemnej nocy sylwetki poruszajce si wok obozu, moga przyczyni si do jego zguby. Mimo to wniosek ten dotar do drowa zbyt pno, by mg co z nim zrobi. Jego potrzeby pocigny go w ty, a teraz ogie obozowiska

cigajcych go majaczy zaledwie dwadziecia metrw dalej. Rozmowa pomidzy Dove, Fretem a Gabrielem poruszaa czue struny w sercu Drizzta, cho nie rozumia ich sw. Odczuwane przez drowa pragnienie wejcia do obozu zostao jednak powstrzymane, gdy w krgu wiata przycupn Roddy i jego niezbyt dobrze wychowany pies. Drizzt wiedzia, e ci dwaj nie bd chcieli sucha adnych wyjanie. Druyna wystawia dwch stranikw, elfa oraz wysokiego czowieka. Drizzt przemkn si obok czowieka, susznie odgaduj c, e mczyzna nie czuj e si w ciemnoci tak dobrze jak elf. Teraz jednak drow, wbrew wszelkiej ostronoci, przedziera si na drug stron obozu, w stron elfiego wartownika. Do tej pory Drizzt jedynie raz spotka swych kuzynw z powierzchni. Byo to straszne wydarzenie. Najazd, w ktrym Drizzt suy za zwiadowc, zakoczy si rzezi. Zosta zamordowany kady czonek grupy elfw z powierzchni, oprcz jednej dziewczynki, ktr Drizzt zdoa ukry. Kierowany tymi nawiedzajcymi go wspomnieniami, Drizzt potrzebowa znw zobaczy elfa, yjcego elfa. Kellindil zauway, e kto jest w okolicy dopiero, gdy obok jego piersi gwizdn may sztylet, zgrabnie zrywajc mu ciciw. Elf obrci si natychmiast i spojrza w lawendowe oczy drowa. Drizzt sta zaledwie kilka krokw dalej. Czerwony bysk w oczach Kellindila wskazywa, e oglda Drizzta w spektrum podczerwieni. Drow skrzyowa rce na piersi w powszechnym dla Podmroku gecie pokoju. - W kocu si spotkalimy, mj mroczny kuzynie - wyszepta ostro Kellindil w mowie droww. Jego gos zahacza wyranie o zo, a wiecce oczy zmruyy si gronie. Szybko niczym kot Kellindil wycign zza pasa wspaniale wykuty miecz, ktrego ostrze zapono czerwonym ogniem. Drizzt by zdumiony i peen nadziei, gdy usysza, e elf mwi jego jzykiem, a take tym prostym faktem, e nie odezwa si na tyle gono, by zaalarmowa obz. Elf z powierzchni by rozmiarw Drizzta i mia podobne, ostre rysy, lecz jego oczy byy wsze, za zote wosy nie tak dugie i gste jak biaa czupryna Drizzta. - Jestem Drizzt Do'Urden - zacz z wahaniem Drizzt. - Nie obchodzi mnie ani troch, jak ci zw! - odwarkn Kellindil. - Jeste drowem. To wszystko co potrzebuj wiedzie! Chod wic, drowie. Chod, zobaczmy, kto jest silniejszy! Drizzt nie wycign jeszcze swego ostrza i nie mia zamiaru tego robi. - Nie chc z tob walczy... - Drizzt zawiesi gos, zdajc sobie spraw, e jego sowa s bezskuteczne wobec ogromnej nienawici, jak ywi do niego elf z powierzchni. Drizzt pragn mu wszystko wyjani, opowiedzie dokadnie ca sw histori, i pragn zosta osdzony przez jaki inny gos ni jego wasny. Gdyby tylko kto inny - zwaszcza elf z powierzchni - dowiedziaby si o podjtych przez niego prbach i zgodzi si z jego decyzjami, zgodzi si, e w cigu swego ycia postpowa susznie w obliczu takich okropnoci, wtedy kamie spadby Drizztowi z serca. Gdyby tylko zdoa odnale akceptacj wrd tych, ktrzy tak nienawidzili -jak on sam nienawidzi - zwyczajw jego mrocznego ludu, wtedy Drizzt Do'Urden osignby spokj. Czubek miecza elfa nie opad jednak ani troch ku ziemi, a grymas nie znikn z jego piknej elfiej twarzy, twarzy bardziej przywykej do umiechw. Drizzt nie odnajdzie tu akceptacji, nie teraz i najprawdopodobniej nigdy. Czy zawsze bdzie nieprawidowo osdzany? Czy te, by moe, to on nieprawidowo ocenia tych, ktrzy znajduj si wok niego, obdarzajc ludzi i tego elfa wikszym zaufaniem, ni na to zasugiwali? Tymi dwoma niepokojcymi mylami Drizzt musia si zaj jakiego innego dnia, poniewa cierpliwo Kellindila dobiega koca. Elf natar na drowa, trzymajc przed sobwycignity miecz. Drizzt nie by zaskoczony - jake mgby by? Odskoczy w ty, poza bezporedni zasig, po czym wezwa sw wrodzon magi, nakadajc na zbliajcego si elfa kul nieprzeniknionej ciemnoci. Nie bdc nowicjuszem w sprawach magii, Kellindil dostrzeg sztuczk drowa. Zmieni

kierunek, odskakujc na bok kuli, po czym napiera dalej, trzymajc w gotowoci miecz. Lawendowe oczy zniky. - Drowie! - zawoa gono Kellindil, za wszyscy w obozie natychmiast si zerwali. Pies Roddy'ego zacz wy i to podekscytowane oraz grone ujadanie podao za Drizztem z powrotem do gr, skazujc go na dalsze wygnanie. Kellindil opar si z powrotem o drzewo, by czujny, lecz nie przejmowa si ju zbytnio tym, e drow jest w okolicy. Drizzt nie mg o tym w tej chwili wiedzie, lecz jego sowa oraz czyny, ktre pniej nastpiy - ucieczka zamiast walki - istotnie zaszczepiy ziarenko wtpliwoci w nie tak zamknitym umyle agodnego elfa. *** - Straci sw przewag wraz ze witem- powiedziaa z nadziej Dove po kilku bezowocnych godzinach prb docignicia drowa. Znajdowali si w kamienistej kotlinie o ksztacie misy, za trop drowa prowadzi na drug stron, po wysokim i do stromym zboczu. Niemal potyka jc si u jej boku z wyczerpania, Fret postanowi si odezwa. - Przewag? -jkn. Spojrza na kolejne grskie zbocze i potrzsn gow. - Wszyscy padniemy ze zmczenia, zanim znajdziemy tego piekielnego drowa! - Jeli nie moesz nady, to padnij i zdychaj! - warkn Roddy. - Tym razem nie pozwolimy temu mierdzcemu drowowi uciec. Nie Fret jednak, lecz inny czonek grupy nieoczekiwanie pad. W druyn wpad nagle duy kamie i uderzy w bark Dardy z wystarczajc si, by unie mczyzn nad ziemi i obrci go w powietrzu. Nie zdy nawet krzykn, zanim pad twarz w piach. Dove chwycia Freta i wskoczya za pobliski gaz. Roddy i Gabriel zrobili podobnie. W okolicy zabrzmiao uderzenie kolejnego kamienia, a po nim jeszcze kilka innych. - Lawina? - spyta oszoomiony krasnolud, gdy si ju otrzsn. Dove nie odpowiedziaa, bowiem zbytnio martwia si o Dard, cho znaa prawd na temat ich sytuacji i wiedziaa, e to nie lawina. - yje - Gabriel zawoa zza osony swego gazu, cztery metry od Dove. Obok przelecia nastpny kamie, ledwo mijajc gow Dardy. - Cholera - mrukna Dove. Zerkna ponad krawdzi swego gazu, obserwujc zbocze oraz poszarpane skay u jego podstawy. - Teraz, Kellindilu - wyszeptaa do siebie. - Zdobd dla nas troch czasu. Jakby w odpowiedzi rozleg si w oddali brzk zwalnianej ciciwy uku elfa, za po nim wcieky ryk. Dove i Gabriel spojrzeli na siebie i umiechnli si ponuro. - Kamienni giganci! - krzykn Roddy rozpoznajc niski, ochrypy ton w ryczcym gosie. Dove schylia si i czekaa z otwartym plecakiem w rku, odwrcona plecami w stron gazu. Obok nich nie spado ju wicej kamieni, uderzenia zaczy si rozlega z przodu, w pobliu Kellin-dila. Dove przemkna do Dardy i delikatnie obrcia mczyzn. - To boli - wyszepta Darda, prbujc si umiechn pomimo oczywistego niedomwienia. - Nie mw nic - odpara Dove, szukajc w plecaku butelki z eliksirem. Tropicielka miaa jednak niewiele czasu. Widzc j na otwartej przestrzeni, giganci znw przypucili atak na ich okolic. - Wracaj za gaz! - krzykn Gabriel. Dove wsuna rk pod rami mczyzny, by wesprze go. Potykajc si przy kadym kroku, czapa w stron kamienia. - Szybciej! Szybciej! - krzycza Fret, obserwujc ich z niepokojem i opierajc si pasko plecami o wielki gaz. Dove pochylia si nagle nad Dard, przyciskajc go do ziemi, gdy tu nad ich gowami przelecia kolejny kamie. Fret zacz obgryza paznokcie, po czym zda sobie spraw z tego, co robi, i przesta z wyrazem niesmaku na twarzy. - Pospieszcie si! - krzykn znw do swych przyjaci. Przemkn nastpny kamie, nazbyt blisko.

Tu zanim Dove i Darda dotarli do Freta, kamie uderzy w rodek zewntrznej strony gazu. Przyciskajcy si mocno do kamiennej bariery krasnolud wylecia w powietrze i przemkn obok czogajcych si towarzyszy. Dove pooya Dard za gazem i odwrcia si, mylc e znw musi wyj i przyprowadzi lecego krasnoluda. Fret ju jednak wsta, przeklinajc i pomrukujc, bardziej przejmowa si now dziur w swoim wspaniaym odzieniu ni fizyczn ran. - Wracaj tu! - wrzasna na niego Dove. - Zatracenie i licho na tych gupich gigantw! - to byo wszystko, co odpowiedzia Fret, tupic w drodze powrotnej za gaz i opierajc zacinite w pici donie na biodrach. Bombardowanie trwao, zarwno z przodu, jak i w okolicy ukrytych towarzyszy. Nastpnie przemkn si do nich Kellindil i wsun za gaz obok Roddy'ego oraz jego psa. - Kamienni giganci - wyjani elf. - Przynajmniej tuzin. -Wskaza na pk skaln w poowie drogi do zbocza gry. - Drow to zorganizowa - warkn Roddy, uderzajc pici w gaz. Kellindil nie by o tym przekonany, jednak powstrzyma si przed komentarzem. *** Z wysoka, ze szczytu skalistego wzniesienia, Drizzt obserwowa toczc si walk. Godzin wczeniej, przed witem, przeszed dolnymi szlakami. W ciemnoci czekajcy giganci nie byli przeszkod dla potraficego si skrada drowa i Drizzt bez problemu przelizgn si przez ich szeregi. Teraz, mruc oczy w porannym wietle, Drizzt zastanawia si, co powinien zrobi. Przechodzc obok gigantw w peni oczekiwa, e jego przeladowcy wpadn w kopoty. Czy nie powinien by jako ich ostrzec? Albo te czy nie powinien odej z tej okolicy, sprowadzajc ludzi i elfa z drogi gigantw? Drizzt znowu nie rozumia swego miejsca w tym dziwnym i brutalnym wiecie. - Niech walcz ze sob- powiedzia ostro, jakby prbujc si przekona. Drizzt celowo przypomnia sobie spotkanie z zeszej nocy. Elf zaatakowa go pomimo owiadczenia, e nie chce walczy. Przypomnia sobie rwnie strza, ktra wystawaa z boku Guenhwyvar. - Niech si pozabijaj- rzek i odwrci si, by odej. Zerkn ostatni raz przez rami i zauway, e niektrzy giganci zaczynaj si porusza. Jedna grupa pozostaa na pce skalnej, zasypujc dno kotliny najwyraniej niewyczerpanym strumieniem kamieni, podczas gdy dwie pozostae grupy, jedna z lewej i jedna z prawej, zataczay uk, pragnc otoczy uwizion druyn. Drizzt wiedzia, e jego przeladowcy nie uciekn. Gdy tylko giganci ju ich otocz, nie znajd ochrony przed krzyowym ogniem. Co drgno w tym momencie w drowie, te same uczucia, ktre pchny go do walki z bandgnolli. Nie mg by pewien, jednak podobnie jak z gnollami i ich planem ataku na gospodarstwo, Drizzt podejrzewa, e w tej walce to giganci s z stron. Inne myli zagodziy peen determinacji wyraz twarzy Drizzta, wspomnienia ludzkich dzieci przy zabawie, jasnowosego chopca wpadajcego do koryta z wod. Drizzt upuci onyksow figurk na ziemi. - Chod, Guenhwyvar - poleci. - Jestemy potrzebni. *** - Otaczaj nas! - warkn Roddy McGristle, widzc przemieszczajce si grupy gigantw. Dove, Gabriel i Kellindil rozejrzeli si dookoa i po sobie, szukajc jakiej drogi wyjcia. Wielokrotnie walczyli w czasie swych podry z gigantami wsplnie i z innymi druynami. Zawsze wczeniej szli do walki z ochot, szczliwi, e mogoczy-ci wiat z kilku kopotliwych potworw. Tym razem jednak wszyscy podejrzewali, e rezultaty mog by inne. Kamienni giganci cieszyli si reputacjnajlepszych miotaczy kamieni w caych Krainach i jedno ich trafienie

mogo zabi najmocniejszego mczyzn. Poza tym Darda, cho ywy, nie by w stanie ucieka, a nikt z pozostaych nie mia zamiaru go zostawi. - Uciekaj, traperze - Kellindil powiedzia do Roddy'ego. -Nic nam nie jeste winien. Roddy spojrza z niedowierzaniem na ucznika. - Ja nie uciekam, elfie - warkn. - Przed niczym! Kellindil skin gowi naoy strza na ciciw. - Jeli dostan si na boki, jestemy zgubieni - Dove wyjania krasno l udowi. -Bagani ci o wybaczenie, drogi Frecie. Nie powinnam bya zabiera ci z domu. Fret wzruszy ramionami. Sign pod ubranie i wycign may, lecz krzepki srebrny mot. Dove umiechna si na jego widok, uwaajc e bro dziwnie wyglda w mikkich doniach krasnoluda, bardziej przywykych do pira. *** Na grze Drizzt oraz Guenhwyvar ledzili ruchy bandy kamiennych gigantw, ktrzy otaczali uwizion druyn z lewej strony. Drizzt chcia pomc ludziom, nie by jednak pewien, jak sobie poradzi z czterema uzbrojonymi gigantami. Mimo to uzna, e z Guenhwyvar przy boku moe znale jaki sposb, by rozproszy uwag olbrzymw na wystarczajco dugo, by uwiziona druyna co zrobia. Kotlina poszerzaa si i Drizzt zda sobie spraw, e idca z drugiej strony grupa kamiennych gigantw, na prawo od druyny, znajdowaa si najprawdopodobniej poza zasigiem miotaczy kamieni. - Chod, moja przyjaciko - Drizzt wyszepta do pantery, po czym wycign sejmitar i ruszy w d po zboczu zoonym z pokruszonych i poszarpanych kamieni. Chwil pniej jednak, gdy zauway obszar niedaleko przed band gigantw, chwyci Guenhwyvar za kark i zaprowadzi panter z powrotem na grn pk skaln. Teren tutaj by poszarpany i popkany, lecz niewtpliwie stabilny. Tu przed nimi jednak, na stromo opadajcym zboczu, leay rozrzucone wielkie gazy oraz setki maych, lunych kamieni. Drizzt nie zna si za dobrze na dynamice zbocza grskiego, jednak nawet on widzia, e stromy i luny obszar jest na skraju obsunicia si. Drow i kocica ruszyli przed siebie, znw wchodzc powyej bandy gigantw. Olbrzymi ju niemal zajli pozycje, za niektrzy z nich ju nawet zaczli ciska kamieniami w unieruchomion druyn. Drizzt podkrad si do wielkiego gazu i opar si o niego, poruszajc go. Taktyka Guenhwyvar bya znacznie mniej subtelna. Pantera rzucia si w d zbocza, z kadym skokiem rozluniajc kamienie, wskakujc na gazy i zeskakujc z nich, gdy zaczynay si toczy. Gazy toczyy si i obijay o siebie. Pomidzy nimi przelizgiway si mniejsze kamienie, zwikszajc pd caoci. Pochonity dziaaniem Drizzt bieg w rodek narastajcej lawiny, rzucajc kamieniami, pchajc jedne na drugie - wszystko co tylko mg, by zwikszy jej prdko. Wkrtce cay obszar pod stopami drowa si przesuwa, cay fragment zbocza, wydawa si opada. Guenhwyvar pdzia przed lawin, niczym zapowied zagady, j aka spadnie na gigantw. Pantera przeskoczya nad nimi, jednak widzieli wielk kocic tylko przez chwil, poniewa spady na nich tony toczcych si gazw. Drizzt wiedzia, e znalaz si w kopotach, poniewa nie by tak szybki i zwinny jak Guenhwyvar i nie mg mie nadziei na przegonienie lawiny lub te na ucieczk z jej drogi. Skoczy wysoko w powietrze z krawdzi maej pki skalnej i lecc uaktywni czar lewitacji. Drizzt stara si mocno, by utrzyma koncentracj. Dwa razy wczeniej zaklcie go zawiodo, za jeli teraz nie zdoa go utrzyma, spadnie w potok kamieni i z pewnoci zginie. Pomimo swej determinacji Drizzt czu si niezwykle ciko w powietrzu. Zamacha bezskutecznie rkoma, szukajc w swym ciele drowa magicznej energii, lecz spada. ***

- Jedyni, ktrzy mog nas trafi, s z przodu! - krzykn Rod-dy, gdy rzucony kamie spad z prawej strony nie wyrzdzajc szkd. - Ci z prawej s za daleko, by rzuca, a ci z lewej... ! Dove podya za kierunkiem rozumowania Roddy'ego oraz za jego wzrokiem, ku chmurze pyu wznoszcej si po ich lewej stronie. Wpatrywaa si bacznie i dugo w spadajce kamienie i co, co mogo by odzian w ciemny paszcz elfi sylwetk. Kiedy spojrzaa na Gabriela, wiedziaa, e on rwnie widzia drowa. - Musimy i - Dove odezwaa si do elfa. Kellindil przytakn i przesun si na bok swego gazu, utrzymujc ciciw w gotowoci. - Szybko - doda Gabriel - zanim grupa z prawej wrci w zasig. uk Kellindila brzkn raz, a pniej drugi. Przed nimi gigant zawy z blu. - Zosta tu z Dard- Dove poprosia Freta, a nastpnie ona, Gabriel i Roddy - trzymajcy swego psa na krtkiej smyczy -wyskoczyli z ukrycia i natarli na znajdujcych si z przodu gigantw. Przemykali od gazu do gazu, amic swj drog mylcymi zygzakami, by nie pozwoli olbrzymom przewidzie ich ruchw. Przez cay czas migay nad nimi strzay Kellindila, dziki czemu giganci bardziej przejmowali si uchylaniem przed nimi ni rzucaniem. Nisze zbocza gry poznaczone byy gbokimi szczelinami, ktre oferoway oson, lecz rwnie rozdzieliy troje wojownikw. adne z nich nie widziao gigantw, znali jednak przybliony kierunek i wybierali swe odrbne drogi najlepiej jak mogli. Po okreniu ostrego zaomu pomidzy dwoma kamiennymi cianami Roddy natkn si na jednego z gigantw. Traper puci natychmiast swego psa, a grone zwierz zaatakowao bez strachu i podskoczyo wysoko, ledwo dosigajc do talii niemal siedmiometrowego behemota. Zaskoczony nagym atakiem olbrzym opuci sw wielk maczug, trafiajc psa w locie. Zmiadyby w jednej chwili kopotliw paszcz, jednak Broczyciel, paskudny topr Roddy'ego, wbi si w ydk giganta z ca si, jak mg z siebie wykrzesa zwalisty traper. Olbrzym zachwia si, a pies Roddy'ego zwolni, po czym czepiajc si pazurami, wspi si wyej, atakujc twarz i szyj giganta. Na dole Roddy wymachiwa toporem, cinajc potwora niczym drzewo. *** P unoszc si w powietrzu, a p balansujc na toczcych si kamieniach, Drizzt zjeda wraz z lawin. Widzia jak jeden gigant podnosi si jedynie po to, by natkn si na Guenhwyvar. Ranny i oszoomiony olbrzym pad bezwadnie na ziemi. Drizzt nie mia czasu na delektowanie si sukcesem swego planu. Jego czar lewitacji w jaki sposb trwa, utrzymujc go na tyle lekkim, by mg zj eda z lawin. Jednak nawet ponad gwnym strumieniem kamienie odbijay si od drowa, za py go krztusi i wpada w delikatne oczy. Niemal olepiony zdoa zauway pk skaln, ktra moga da jak oson, jednak jedynym sposobem, jakim mg si tam dosta, byo rozproszenie zaklcia lewitacji i przeczoganie si tam. Kolejny kamie uderzy w Drizzta, niemal obracajc go w locie. Czu jak jego czar sabnie i wiedzia, e to jego jedyna szansa. Odzyska rwnowag, puci czar i spad na ziemi. Przekoziokowa i wsta, zrywajc si do szaleczego biegu. Kamie waln go w kolano ju rannej nogi, rzucajc go na ziemi. Drizzt znw si przetoczy, robic co tylko mg, by dosta si pod oson pki skalnej. Pd nie donis go a tam. Wsta zamierzajc rzuci si szczupakiem przez ostatni odcinek, jego noga nie miaa jednak wystarczajco siy i zgia si natychmiast, pozostawiajc go bezradnego i odsonitego. Poczu uderzenie w plecy i uzna, e jego ycie dobiega koca. Chwil pniej z oszoomieniem zda sobie jednak spraw, e w jaki sposb wyldowa za pk skaln i jest pod czym pogrzebany, nie kamieniami i nie pyem. Guenhwyvar staa nad swoim panem osaniajc go, dopki ostatni z toczcych si kamieni nie zatrzyma si.

*** Gdy wszystkie szczeliny ustpiy miejsca otwartej przestrzeni, Dove i Gabriel weszli w swj zasig wzroku. Dokadnie przed sob zauwayli ruch, za zoon z luno dopasowanych gazw cian, na cztery metry wysok i okoo pitnastu szerok. Na jej szczycie pojawi si gigant, wyjc z wciekoci i trzymajc nad gow gotowy do rzutu gaz. Z szyi i piersi potwora wystawao kilka strza, lecz wydawa si tym nie przejmowa. Nastpny strza Kellindila z pewnoci zwrci jednak uwag giganta, poniewa elf trafi prosto w okie potwora. Olbrzym zawy i chwyci si za rk, najwyraniej zapominajc o kamieniu, ktry z hukiem spad mu na gow. Gigant sta nieruchomo, oszoomiony, a w jego twarz wbiy si jeszcze dwie strzay. Zatacza si przez chwil, po czym przewrci. Dove i Gabriel wymienili szybkie umiechy, doceniajc umiejtnoci elfiego ucznika, po czym podjli natarcie, idc z przeciwnych stron ciany. Dove wzia jednego giganta przez zaskoczenie tu za rogiem. Potwr siga po maczug, lecz miecz Dove gadko obci mu do. Kamienni giganci byli gronymi przeciwnikami, ich pici mogy wbi czowieka w ziemi, za ich skra bya niemal tak twarda, jak kamienie, od ktrych wzili swnazw. Jednake ranny, zaskoczony i pozbawiony broni olbrzym nie mg si rwna z wyszkolon tropicielk. Wskoczya na cian, co ustawio j naprzeciwko twarzy giganta, po czym rozpocza metodyczne dzieo swym mieczem. Po dwch pchniciach gigant by olepiony, trzecie trafienie, zrczne, podune cicie, wycio potworowi umiech na gardle. Nastpnie Dove przesza do defensywy, zwinnie unikajc i parujc desperackie zamachy umierajcego potwora. Gabriel nie mia tyle szczcia co jego towarzyszka. Pozostay gigant nie by tak blisko kraca kamiennej ciany. Cho wyaniajc si zza rogu Gabriel zaskoczy potwora, olbrzym mia wystarczajco wiele czasu - i gaz w rku - by zareagowa. Gabriel podnis miecz, by odbi pocisk i uratowao mu to ycie. Kamie wytrci wojownikowi bro z doni i lecia dalej z si wystarczajc, by przewrci mczyzn na ziemi. Gabriel by dowiadczonym weteranem i gwnym powodem, dla ktrego wci by ywy po tak wielu walkach, byo to, e wiedzia, kiedy si wycofa. Skupi si w momencie otpiajcego blu, wsta i rzuci za cian. Trzymajc w rku cik maczug, gigant wyoni si tu za nim. Gdy potwr pojawi si na widoku, przywitaa go ciana, lecz odrzuci j, jakby nawet jej nie poczu, i natar na wojownika. Gabrielowi wkrtce skoczyo si miejsce. Prbowa wycofa si do poszarpanych rozpadlin, jednak gigant go zablokowa, schwyta w may kanion z wielkich gazw. Gabriel wycign sztylet i przekl swj pech. Dove pokonaa ju do tego czasu swego olbrzyma i pobiega wok kamiennej ciany, natychmiast dostrzegajc Gabriela i giganta. Gabriel rwnie dostrzeg tropicielk, lecz tylko wzruszy ramionami, niemal przepraszajco, wiedzia bowiem, e Dove nie dotrze tu na czas, by go ocali. Warczcy gigant podszed o krok, zamierzajc skoczy z drobnym mczyzn, jednak nagle rozleg si ostry trzask i potwr zatrzyma si raptownie. Jego oczy miotay si szaleczo przez chwil lub dwie, po czym martwy przewrci si na stopy Gabriela. Gabriel spojrza w bok, na szczyt kamiennej ciany, i niemal rozemia si na gos. Mot Freta nie by du broni-jego gowica miaa dugo zaledwie piciu centymetrw - by jednak solidny i jednym silnym uderzeniem krasnolud przebi nim grubczaszk kamiennego giganta. Zbliya si Dove, chowajc swj miecz, rwnie zakopotana. Spogldajc na ich zdumione miny, Fret nie by zachwycony. - W kocu jestem krasnoludem! - wypali, krzyujc butnie ramiona. Zetkno to okrwawiony mot z tunik Freta i krasnolud straci sw but na rzecz paniki. Poliza krtkie palce i star paskudn plam, po czym z

jeszcze wikszym przeraeniem spojrza na krew na swojej doni. Dove i Gabriel zamiali si w gos. - Wiedz, e zapacisz za tunik - narzeka Fret, zwracajc si do Dove. - Och, z pewnocito zrobisz. Krzyk z boku wytrci ich z chwilowej ulgi. Pozostali czterej giganci, widzc jedn grup swych towarzyszy pogrzeban pod lawin, za drug tak skutecznie pokonan, stracili zainteresowanie zasadzk i uciekli. Tu za nimi poszed Roddy McGristle i jego wyjcy pies. *** Jeden gigant ocala przed szaem lawiny i strasznymi pazurami pantery. Bieg teraz szaleczo przez zbocze grskie, szukajc szczytu. Drizzt posa Guenhwyvar w szybki pocig, nastpnie znalaz dajcy si wykorzysta jako laska kij i zdoa wsta. Podrapany, brudny, ranny w walce z barghestem - i teraz, po swojej grskiej przejadce - Drizzt ruszy w drog. Jego uwag przyku jednak ruch u podstawy zbocza i zatrzyma si. Odwrci wzrok, by spojrze na elfa, a take na umieszczon na jego oysku strza. Drizzt rozejrza si, lecz nie mia gdzie si schowa. Mg umieci gdzie pomidzy sob a elfem kul ciemnoci, zda sobie jednak spraw, e dowiadczony ucznik, wziwszy ju na niego namiar, nie spuduje nawet przez tak przeszkod. Drizzt wyprostowa ramiona i powoli odwrci si, stajc dumnie przed elfem. Kellindil poluzowa ciciw i zdj strza z oyska. On rwnie widzia odzian w ciemny paszcz sylwetk, unoszc si ponad lawin. - Pozostali s z powrotem z Dard - powiedziaa Dove, podchodzc w tej chwili do elfa - a McGristle ciga... Kellindil ani nie odpowiedzia, ani nie spojrza na tropicielk. Skin krtko gow, prowadzc spojrzenie Dove w gr, na ciemn sylwetk, wchodzc znw na zbocze. - Pu go - zaproponowaa Dove. - On nigdy nie by naszym wrogiem. - Obawiam si pozwoli drowowi odej wolnym - odpar Kellindil. - Podobnie jak ja - rzeka Dove. - Bardziej jednak obawiam si, co si stanie, jeli McGristle go znajdzie. - Wrcimy do Maldobar i pozbdziemy si tego czowieka - zaproponowa Kellindil - a pniej ty i pozostali moecie wrci do Sundabar na twoj audiencj. Mam krewnych w tych grach. Razem bdziemy obserwowa naszego ciemnoskrego przyjaciela i baczy, czy nie wyrzdza nikomu szkody. - Zgoda - powiedziaa Dove. Odwrcia si i zacza odchodzi, a Kellindil, nie potrzebujc dalszych argumentw, ruszy za ni. Elf przystan i jeszcze raz si obejrza. Sign do swego plecaka i wycign buteleczk, po czym pooy j na gadkiej przestrzeni. Po chwili namysu wyj rwnie drugi przedmiot, tym razem zza pasa, i upuci na ziemi obok flaszki. Z zadowoleniem odwrci si i poszed za tropicielk. *** W chwili gdy Roddy McGristle wrci ze swego szaleczego, bezowocnego pocigu, Dove i pozostali spakowali wszystko, przygotowujc si do odejcia. - Z powrotem za drowem - obwieci Roddy. - Zyska troch czasu, ale szybko go dogonimy. - Drow odszed - powiedziaa ostro Dove. - Nie bdziemy ju go ciga. Twarz Roddy'ego zmarszczya si w niedowierzaniu i wyglda tak, jakby by na skraju wybuchu. - Darda bardzo potrzebuje wypoczynku! - warkna na niego Dove, nie cofajc si ani o krok.

- Strzay Kellindila prawie si skoczyy, podobnie jak nasze zapasy. - Nie zapomn tak atwo o Thistledownach! - oznajmi Roddy. - Podobnie jak drow - wtrci si Kellindil. - Thistledownowie zostali ju pomszczeni - dodaa Dove - a ty wiesz, e to prawda, McGristle. Drow ich nie zabi, lecz zdecydowanie zabi ich zabjcw! Roddy parskn i odwrci si. By dowiadczonym owc nagrd, a w zwizku z tym posiada spore zdolnoci dedukcyjne. Oczywicie ju dawno odkry prawd, nie mg jednak zignorowa szram na twarzy oraz utraty ucha - a take sporej nagrody za gow drowa. Dove przewidziaa i zrozumiaa jego ciche rozumowanie. - Ludzie z Maldobar nie bd tak pragn, aby przyprowadzi drowa, gdy poznaj prawd o masakrze - powiedziaa. -I nie bd zbyt chtnie paci, jak przypuszczam. Roddy zmierzy j gronym spojrzeniem, lecz nie mg odmwi jej susznoci. Gdy druyna Dove wrcia na szlak do Maldobar, Roddy McGristle szed z nimi. *** Pniej, tego samego dnia, Drizzt wrci w d zbocza, szukajc czego, co powiedziaoby mu o miejscu pobytu jego przeladowcw. Znalaz butelk Kellindila i zblia si do niej z wahaniem. Uspokoi si jednak, gdy zobaczy lecy obok niej inny przedmiot, may sztylet, ktry zabra skrzatowi, ten sam, za pomoc ktrego przeci elfowi ciciw, gdy spotkali si po raz pierwszy. Pyn we flaszce pachnia sodko, za drow, ktrego gardo wci byy nabrzmiae od pyu z kamieni, z zadowoleniem pocign yk. Przez ciao Drizzta przeszo mrone mrowienie, orzewiajc go i odwieajc. Niewiele jad przez kilka ostatnich dni, lecz sia, ktra usza z jego wyczerpanej sylwetki powrcia w nagym przypywie. Jego rozdarta noga zdrtwiaa na chwil i Drizzt czu, jak ona rwnie staje si silniejsza. Wtedy ogarna go fala zawrotw gowy, przeszed wic w cie pobliskiego gazu i usiad, by odpocz. Kiedy si obudzi, niebo byo ciemne i usiane gwiazdami, za on czu si lepiej. Nawet noga tak zraniona w czasie zjazdu z lawin, znw moga podtrzymywa jego ciar. Drizzt wiedzia, kto zostawi dla niego butelk i sztylet, a jego zdumienie i niezdecydowanie wzrosy jeszcze bardziej.

Cz 3 Montolio
Dla rnorodnych ludw zamieszkujcych wiat nic nie jest w takim stopniu poza zasigiem, cho tak niezwykle osobiste i wadcze, jak koncepcja boga. Dowiadczenia z mojej ojczyzny nie pokazay mi zbyt wiele na temat tych ponadnaturalnych istot, oprcz kultu zlej bogini droww, Pajczej Krlowej, Lloth. Bdc wiadkiem okruciestwa dziaalnoci Lloth, nie spieszyem si zbytnio do przyjcia koncepcji jakiegokolwiek boga, jakiejkolwiek istoty, ktra moga narzuca zasady zachowania dla caych spoecznoci. Czy moralno nie jest wewntrzn si a jeli tak, czy mona narzuca zasady? Za tym poda kwestia samych bogw: czy s oni tak naprawd okrelonymi istotami, czy te manifestacj wsplnych wierze? Czy mroczne elfy s le dlatego, e podaj zgodnie z zaleceniami Pajczej Krlowej, czy te Lloth jest ukoronowaniem naturalnego zego trybu ycia droww? Podobnie kiedy barbarzycy z Doliny Lodowego Wichru pdz przez tundr na wojn, wykrzykujc imi Tempusa, Pana Walki, czy podaj zgodnie z zaleceniami Tempusa, czy te jest on tylko wyidealizowan nazw jak nadali swoim czynom? Nie mog na to odpowiedzie, zreszt, jak zdaem sobie spraw, nikt nie moe, niewane jak gono mog si z tym stwierdzeniem spiera inni - zwaszcza kapani niektrych bogw. W kocu, ku wielkiemu alowi kapana, wybr boga jest spraw osobist za zwizek z t istotjest w zgodzie z wewntrznym kodeksem zasad. Misjonarz moe zmusza sil i oszukiwa przyszych wyznawcw, jednak adna racjonalna istota nie moe w peni poda za zaleceniami jakiegokolwiek boga, jeli te zalecenia s sprzeczne z jej wasnymi zasadami. W zwizku z tym ja, Drizzt Do'Urden, ani mj ojciec, Zaknafein, nigdy nie moglimy sta si wyznawcami pajczej Krlowej. Za Wulfgar z Doliny Lodowego Wichru, mj przyjaciel z pniejszych lat, cho wci moe wrzeszcze do swego boga walki, uszczliwi t istot zwan Tempusem tylko wtedy, gdy bdzie uywa swego potnego miota bojowego. Bogowie w Krainach s liczni i rnorodn i- albo te s licznymi i rnorodnymi nazwami i tosamociami, poczonymi z t sam istot. Nie wiem - i nie dbam o to - z ktr. -DrizztDo'Urden

11 Zima
Drizzt przez wiele dni przedziera si przez kamieniste, strzeliste gry, jak tylko mg oddalajc si od wioski - oraz przeraajcych wspomnie. Decyzja ucieczki nie bya wiadoma, gdyby Drizzt by troch mniej wstrznity, mgby w darach elfa dostrzec dobroczynno, leczniczy eliksir i zwrcony sztylet mogyby by podstaw do kontaktw w przyszoci. Nie tak atwo byo j ednak pozby si wspomnie z Maldobar oraz winy cicej drowowi na sercu. Wioska staa si po prostu kolejnym krokiem w jego poszukiwaniach domu, poszukiwaniach, ktre jak wiedzia, byy ponne. Drizzt zastanawia si, jak mgby w ogle zej do nastpnej osady, na ktr si natknie. Zbyt wyranie widzia w wyobrani potencjaln tragedi. Nie pomyla, e obecno barghestw moga by niezwykym zbiegiem okolicznoci i by moe spotkanie potoczyoby si inaczej, gdyby nie owe potwory. W tym smutnym punkcie jego ycia wszystkie myli Drizzta koncentroway si na jednym sowie, ktre bez koca odbijao si echem w jego gowie i przeszywao mu serce: drizzit". cieka Drizzta doprowadzia go w kocu do szerokiej przeczy w grach oraz stromej i skalistej rozpadliny wypenionej pianwodnjakiej ryczcej w dole rzeki. Powietrze stawao si zimniej sze, byo to co, czego Drizzt nie rozumia, a wilgotne opary powodoway, e drow czu si lepiej. Zszed w d kamie nistego klifu, a droga ta zabraa, mu wiksz cz dnia, po czym znalaz si na brzegu pyncej kaskadami rzeki. Drizzt widzia w Podmroku rzeki, lecz adna z nich nie moga si rwna z t. Rauvin przemykaa pomidzy kamieniami, posyajc wysoko w powietrze wodnpian. Wia si wok wikszych gazw, biapianprzepywaa ponad mniejszymi i opadaa nagle wodospadami o wysokoci pi razy przewyszajcej dro-wa.. Drizzt by oczarowany widokiem i odgosami, lecz w wikszym stopniu dostrzega walory tego miejsca jako schronienia. Na brzegach rzeki znajdowao si wiele kanaw, sadzawek ze stojc wod, ktra oddzielia si od gwnego strumienia. Tutaj rwnie zbieray si ryby, odpoczywajc od walki z silnym prdem. Widok ten wywoa u Drizzta burczenie w odku. Przyklkn nad sadzawki podnis rk do uderzenia. Musia wiele razy wiczy, eby zrozumie zaamywanie si wiata sonecznego w wodzie, j ednak drow by wystarczaj co szybki i bystry, by pozna, o co chodzi. Zanurzy nagle rk i wycign j, mocno trzymajc dugiego na trzydzieci centymetrw pstrga. Drizzt rzuci ryb z dala od wody, pozwalajc jej podskakiwa na kamieniach, po czym szybko schwyta nastpn. Naje si tego wieczora po raz pierwszy, odkd uciek z okolic wioski, mia rwnie wystarczajco wiele czystej i chodnej wody, by ugasi pragnienie. Przez tych, ktrzy znali region, miejsce owo byo zwane Przecz Martwego Orka. Nazwa ta bya troch mylca, bowiem cho setki orkw istotnie zginy w tej skalistej dolinie podczas licznych walk z ludzkimi legionami, tysice wci tutaj yy, czajc si w grskich jaskiniach i atakujc intruzw. Niewiele osb tu przybywao, a pord nich nie byo nikogo rozsdnego. Dla naiwnego Drizzta rozpadlina wydawaa si doskonaym schronieniem, z atwym dostpem do poywienia, wod oraz przyjemn mg, ktra zwalczaa chd. Drow spdza dni kryjc si pod oson cienia licznych gazw oraz maych jaski, wolc owi ryby i je noc. Nie postrzega tego nocnego ycia jako zaprzeczenia wszystkiego, czym niegdy by. Gdy wyszed z Podmroku, uzna, e bdzie y wrd mieszkacw powierzchni niczym mieszkaniec powierzchni, tak wic znosi ogromne mki, by przyzwyczai si do

dziennego soca. Teraz Drizzt nie mami si ju iluzjami. Wybra noce na aktywno, poniewa byy one mniej bolesne dla jego czuych oczu, a take dlatego e wiedzia, i im krcej bdzie wystawia swj sejmitar na soce, tym duej zachowa on w swym ostrzu magi. Nie zajo jednak Drizztowi zbyt wiele czasu zrozumienie, dlaczego mieszkacy powierzchni wydaj si preferowa wiato dzienne. Pod grzejcymi promieniami soca powietrze wci byo troch mrone, jednak wci znone. Podczas nocy Drizzt zauway, e czsto musia szuka osony przed przenikliwym wichrem, ktry omiata strome krawdzie wypenionej mg rozpadliny. Na pomocy szybko zbliaa si zima, lecz wychowany w pozbawionym pr roku Podmroku drow nie mg tego wiedzie. Podczas jednej z takich nocy, gdy wicher wia z pnocy tak potnie, e drowowi zdrtwiay donie, Drizzt doszed do wanego wniosku. Nawet gdy bya przy nim Guenhwyvar, przycinita do niego w niewielkiej jaskini, Drizzt czu silny bl narastajcy w jego koczynach. Do witu byo jeszcze wiele godzin i Drizzt szczerze si zastanawia, czy przeyje, by zobaczy wschd soca. - Za zimno, Guenhwyvar - wyjka przez dzwonice zby. -Za zimno. Napi minie i zacz porusza si energicznie, prbujc przywrci krenie. Nastpnie przygotowa si mentalnie, mylc o czasach, gdy byo mu ciepo, starajc si pokona desperacj i oszuka ciao, by zapomniao o chodzie. Jedna myl bya niezwykle wyrana: wspomnienie kuchni w Akademii w Menzoberranzan. W wiecznie ciepym Podmroku Drizzt nigdy nie uwaa ognia za rdo ciepa. Zawsze wczeniej by to dla niego sposb gotowania, rodek na tworzenie wiata oraz bro ofensywna. Teraz nabra on dla drowa wikszego znaczenia. Gdy wicher wia zimniej i zimniej, Drizzt ku swemu przeraeniu zda sobie spraw, e tylko ogie moe go utrzyma przy yciu. Rozejrza si w poszukiwaniu opau. W Podmroku pali trzonki grzybw, jednak na powierzchni adne grzyby nie rosy wystarczajco wysoko. Byyjednak roliny, drzewa, jeszcze wysze ni grzyby z Podmroku. - Przynie mi... koczyn - Drizzt wyjka do Guenhwyvar, nie znajc adnych sw na okrelenie drewna lub drzewa. Pantera spojrzaa na niego z zaciekawieniem. - Ogie - poprosi Drizzt. Prbowa wsta, lecz zauway, e nogi i stopy mu zdrtwiay. Wtedy pantera zrozumiaa. Warkna i znikna w mroku nocy. Wielka kocica niemal wpada na stert gazi i patyczkw, ustawionych przez kogo - Guenhwyar nie wiedziaa przez kogo -tu za wejciem. Zbyt przejmujc si w tej chwili spraw wasnego przeycia, Drizzt nie kwestionowa nagego powrotu kocicy. Drizzt przez wiele minut bezskutecznie stara si rozpali ogie, uderzajc sztyletem o kamie. W kocu zrozumia, e z powodu wiatru iskry nie chc rozpali pomieni, przesun wic cay stos w bardziej osonite miejsce. Bolay go nogi, a na wargach i brodzie mia zamarznit lin. W kocu iskra spada na wysuszon kupk. Drizzt pielgnowa malutki pomie, osaniajc go domi przed zbyt silnymi podmuchami wiatru. *** - Ogie zapon - elf powiedzia do swego towarzysza. Kellindil skin ponuro gow, wci nie by pewien czy dobrze robi, pomagajc wraz z innymi elfami temu drowowi. Kellindil przyby tu zaraz z Maldobar, podczas gdy Dove i reszta wyruszya do Sundabar, i spotka si z ma elfi rodzin, ktra ya w grach w pobliu Przeczy Martwego Orka. Wraz z ich pomoc nie mia wiele problemu ze zlokalizowaniem drowa i obserwowali go wsplnie, z zaciekawieniem, przez ostatnie kilka tygodni. Nieszkodliwy styl ycia Drizztanie rozproszy jednak wszystkich wtpliwoci czujnego elfa. W kocu Drizzt by drowem, ciemnoskrym z wygldu i o mrocznym sercu z reputacji. Mimo to westchnienie Kellindila nacechowane byo ulg, gdy on rwnie zauway niky, odlegy blask. Drow nie zamarznie. Wedug Kellindila nie zasugiwa na taki los.

*** Po posiku Drizzt opar si o Guenhwyvar - a pantera chtnie zgodzia si dzieli ciepot ciaa - i spoglda na gwiazdy, migoczce jasno w chodnym powietrzu. - Czy pamitasz Menzoberranzan? - spyta kocic. - Czy pamitasz, jak pierwszy raz si poznalimy? Nawet jeli Guenhwyvar go zrozumiaa, nie daa tego po sobie pozna. Ziewnwszy pantera opucia gow pomidzy wycignite apy. Drizzt umiechn si i szorstko podrapa panter w ucho. Pozna Guenhwyvar w Sorcere, szkole czarodziejw w Akademii, gdy pantera bya w posiadaniu Masoja Hun'ett, jedynego drowa, ktrego Drizzt kiedykolwiek zabi. Celowo stara si nie myle teraz o tym incydencie, poniewa gdy obok pon jasno ogie, ogrzewajc mu stopy, nie bya to noc na tak nieprzyjemne wspomnienia. Pomimo wielu okropiestw, jakim Drizzt musia stawi czoa w miecie swych narodzin, znalaz tam troch przyjemnych rzeczy i nauczy si sporo. Nawet Masoj nauczy go rzeczy, ktre przydaway mu si teraz bardziej, ni sdzi. Spogldajc znw na taczce pomienie, Drizzt pogry si w mylach, e gdyby nie jego obowizki przy zapalaniu wiec, nigdy nie nauczyby si krzesa ognia. Bez wtpienia wiedza ta uratowaa go przed mierci z zamarznicia. Gdy jednak Drizzt dalej poda tym tokiem rozumowania, jego umiech szybko znikn. Niezbyt wiele miesicy po tej wanie lekcji zosta zmuszony zabi Masoja. Drizzt znw si pooy i westchn. Gdy nie grozio mu ani niebezpieczestwo, ani kopotliwe towarzystwo, by to najprawdopodobniej najprostszy okres w jego yciu, nigdy jednak zoono jego egzystencji nie przytaczaa go a w takim stopniu. Chwil pniej zosta wyrwany z zadumy, gdy wielki ptak, sowa z podobnymi do rogw pirami na swej okrgej gowie wpada nagle do rodka. Drizzt rozemia si z braku moliwoci odpoczynku. Podczas chwili, jak zajo mu rozpoznanie, e ptak nie stanowi zagroenia, wsta, gwatownie wycigajc sejmitar i sztylet. Guenhwyyar rwnie zareagowaa, lecz w zdecydowanie odmienny sposb. Gdy Drizzt nagle zwolni miejsce, pantera przysuna si bliej do ognia, rozcigna ospale i znw ziewna. *** Sowa dryfowaa bezszelestnie na niewidocznym wietrze, wznoszc si z mgy ponad rzeczn dolin z przeciwnej strony. Ptak ruszy przez noc do zagajnika wiecznie zielonych rolin na zboczu grskim i spocz na skonstruowanym z drewna oraz lin mocie rozwieszonym pomidzy wyszymi konarami drzew. Po kilku minutach czyszczenia pir ptak zadzwoni maym srebrnym dzwoneczkiem, przymocowanym do mostu wanie w tym celu. Chwil pniej ptak znw zadzwoni. - Id -dobieg z dou gos. - Cierpliwoci, Hooterze. Pozwl lepcowi porusza si w tempie, ktre mu odpowiada! -jakby rozumiejc i cieszc si t gr, sowa zadzwonia trzeci raz. Na mocie pojawi si starzec z dugimi i nastroszonymi siwymi wsami oraz biaymi oczyma. Podskakujc poda w stron ptaka. Montolio by niegdy sawnym tropicielem, ktry teraz wid swoje ostatnie lata - z wasnego wyboru -na uboczu w grach, otoczony przez stworzenia, ktre najbardziej sobie ukocha (i nie zalicza do nich ludzi, elfw, krasnoludw czy innych inteligentnych ras). Pomimo swego zaawansowanego wieku Montolio pozosta wysoki i wyprostowany, cho lata pobray sw danin od pustelnika, marszczc mu jedn do tak, e wygldaa teraz jak pazury ptaka, do ktrego teraz si zblia. - Cierpliwoci, Hooterze - mamrota raz za razem. Kady, kto obserwowaby go jak zrcznie idzie po do zdradzieckim mocie, nigdy nie uznaby go za lepego, za ci, ktrzy znali Montolio, z pewnoci by go w ten sposb nie opisali. Powiedzieliby raczej, e jego oczy nie funkcjonuj, lecz szybko by dodali, e on wcale nie potrzebuje, aby one funkcjonoway. Ze swoj wiedz i umiejtnociami, a take licznymi zwierzcymi przyjacimi, w stary tropiciel wicej widzia" z

otaczajcego go wiata, ni wikszo tych ze zwyczajnym wzrokiem. Montolio podnis rk, a wielka sowa szybko na ni prze-fruna, ostronie sadowic si na rkawie z grubej skry. - Widziaa drowa? - spyta Montolio. Sowa zahuczaa twierdzco, po czym wydaa z siebie skomplikowany szereg trajkotliwych pohukiwa. Montolio sucha uwanie wszystkiego, zwracajc uwag na kady detal. Z pomoc swoich przyjaci, zwaszcza tej raczej rozmownej sowy, tropiciel obserwowa drowa od kilku dni, ciekawy dlaczego mroczny elf zawdrowa do doliny. Z pocztku Montolio zaoy, e drow jest w jaki sposb powizany z Graulem, wodzem orkw z tej okolicy, jednak wraz z biegiem czasu tropiciel zaczyna zmienia zdanie. - Dobry znak - stwierdzi Montolio, gdy sowa zapewnia go, e drow nie nawiza jeszcze kontaktu z orczymi szczepami. Graul by wystarczajco zy bez sprzymierzecw tak potnych jak mroczne elfy! Mimo to tropiciel nie mg odgadn, dlaczego orki nie odnalazy drowa. Moliwe, e go nie zauwayy, poniewa drow stara si utrzyma swojobecno w tajemnicy, nie rozpala ognia (a do tej nocy) i wychodzi tylko po zmroku. Bardziej prawdopodobne, jak w zadumie uzna Montolio, gdy powici wicej czasu na przemylenie sprawy, e orki dostrzegy drowa, nie zdobyy si jednak jeszcze na wy starczajc odwag, by nawiza kontakt. W kadym razie caa ta kwestia bya przyjemn odmian dla tropiciela, ktry zajmowa si codziennymi obowizkami, zwizanymi z przygotowaniem domu do nadchodzcej zimy. Montolio nie obawia si pojawienia drowa - nie obawia si zbytnio niczego - za jeli drow i orki nie byli sprzymierzecami, ewentualny konflikt mg okaza si ciekawy. - Moesz odej - powiedzia tropiciel, by uspokoi narzekajc sow. - Le i zw sobie jak mysz! - Sowa natychmiast wzniosa si w powietrze, zatoczya koo nad mostem i skierowaa si w mrok. - Uwaaj tylko, eby nie zje adnej myszy, ktrym poleciem obserwowa drowa! Montolio zawoa za ptakiem, po czym zachichota, potrzsn swymi dugimi siwymi lokami i odwrci w stron drabiny na kocu mostu. Schodzc obieca sobie, e wkrtce przy wdziej e swj miecz i dowie si, co ten mroczny elf robi w okolicy. Stary tropiciel obiecywa sobie wiele takich rzeczy. *** Ostrzegawcze jesienne podmuchy szybko ustpiy miejsca nagemu atakowi zimy. Niewiele czasu zajo Drizztowi odgadnicie znaczenia szarych obokw, kiedy jednak rozptaa si burza w formie niegu zamiast deszczu, drow by szczerze zdumiony. Widzia biel na szczytach grskich, lecz nigdy nie za-brn na tyle wysoko, by j sprawdzi i zakada po prostu, e to tylko kolor ska. Teraz Drizzt obserwowa, jak biae patki opadajna dolin, po czym znikaj w toni rzeki, lecz zbierajsi na kamieniach. Gdy nieg zacz si spitrza, a chmury wisiay coraz niej na niebie, Drizzt doszed do strasznego wniosku. Szybko przywoa Guenhwyvar do swego boku. - Musimy znale oson - wyjani zmczonej panterze. Guenhwyvar poprzedniego dnia wrcia do swego astralnego domu. - I musimy napeni j opaem, by mc rozpala ogie. Zbocze doliny po tej stronie rzeki byo upstrzone kilkoma jaskiniami. Drizzt znalaz jedn, nie tylko gbok i ciemn, lecz rwnie osonit przed wichrem przez wysok pk skaln. Wszed, zatrzymujc si tu za progiem, by pozwoli oczom odzwyczai si od jasnoci niegu. Podoga groty bya nierwna, a jej strop niezbyt wysoki. Wok byy porozrzucane spore gazy, za z boku, obok jednego z nich, Drizzt zauway ciemniejsz plam, oznaczajc drugie pomieszczenie. Pooy narcze opau na ziemi i ruszy w tamt stron. Zatrzyma si jednak nagle, bowiem wraz z Guenhwyvar wyczuli czyj obecno. Drizzt wycign sejmitar, przylgn do gazu i rozejrza si wok niego. W stosowanej przez niego podczerwieni mieszkaniec drugiej jaskini, wiecca ciepem kula znacznie wiksza ni

drow, nie by trudny do zauwaenia. Drizzt od razu wiedzia co to jest, cho nie zna nazwy. Widzia kilkakrotnie to stworzenie z dala, obserwowa jak zrcznie - i z nieprawdopodobn szybkoci, zwaywszy na swoj budow - wyciga ryby z rzeki. Jakkolwiek to byo zwane, Drizzt nie chcia z tym walczy w jaskini. W okolicy byy inne groty, atwiejsze do zdobycia. Wielki brunatny niedwied mia jednak na ten temat inne zdanie. Stworzenie poruszyo si nagle i stano na tylnych apach, a jego grzmicy jak spadajca lawina ryk odbi si echem w caej jaskini. A za dobrze widoczne byy jego pazury i zby. Guenhwyvar, astralna istota pantery, uznawaa niedwiedzia za pradawnego rywala, ktrego wielkie koty niezwykle staray si unika. Mimo to, odwana pantera wskoczya przed Drizzta, chcc wzi na siebie wiksze stworzenie, by jej pan mg uciec. - Nie, Guenhwyvar! - rozkaza Drizzt, po czym chwyci kocic i wysun si naprzd. Niedwied, kolejny z licznych przyjaci Montolio, nie wykona adnego agresywnego ruchu, utrzymywa jednak zaarcie sw pozycj, niezadowolony, e przerwano mu dugo oczekiwany sen. Drizzt wyczu tu co, czego nie mg wyjani - nie przyja z niedwiedziem, lecz niesamowite zrozumienie jego punktu widzenia. Uzna si za gupca, gdy chowa ostrze, nie mg jednak zaprzeczy odczuwanej empatii, jakby postrzega sytuacj oczyma niedwiedzia. Ostronie Drizzt podszed bliej, obejmujc caego niedwiedzia wzrokiem. Zwierz wygldao na niemal zaskoczone, lecz powoli opucio apy, za grony wyraz jego pysk... zmieni si w co, co Drizzt odczyta jako ciekawo. Drizzt powoli sign do kieszeni i wycign ryb, ktr przeznaczy na sw wasn kolacj. Rzuci j niedwiedziowi, ktry powcha j, po czym pokn jako jeden ks. Nastpia kolejna duga chwila wzajemnego wpatrywania si w siebie, lecz napicie ustpio. Niedwied bekn, pooy si na ziemi i wkrtce zacz chrapa. Drizzt spojrza na Guenhwyvar i wzruszy bezradnie ramionami, nie majc pojcia, w jaki sposb udao mu si osign tak gbokkomunikacj ze zwierzciem. Pantera najwyraniej rwnie rozumiaa skojarzenia wypywajce z wymiany, poniewa jej sier nie bya ju nastroszona. Przez reszt czasu, jaki Drizzt spdzi w tej jaskini, zawsze gdy mia wicej jedzenia uwaa, by zostawi ksek dla picego niedwiedzia. Czasami, zwaszcza jeli Drizzt rzuci mu ryb, niedwied wszy i budzi si na wystarczajco dugo, by pokn przeksk. Czciej jednak zwierz cakowicie ignorowao jedzenie, chrapic miarowo i nic o miodzie, jagodach, niedwiedzicach oraz wszystkich innych rzeczach, o ktrych ni pice niedwiedzie. *** - Zamieszka z Bblem? - wydysza Montolio, gdy dowiedzia si od Hootera, e drow i uparty niedwied podzielili si dwukomorow jaskini. Montolio niemal si przewrci - i zrobiby to, gdyby nie sta tak blisko pnia drzewa, o ktry mg si oprze. Oszoomiony stary tropiciel wspiera si o drzewo, drapic si w zarost na twarzy i pocigajc wsy. Zna niedwiedzia od kilku lat i nie by pewien, czy zamieszkaby z nim dobrowolnie. Bbel atwo si denerwowa, o czym przez lata przekonao si wiele gupich orkw Graula. - Sdz, e Bbel jest zbyt zmczony, by si spiera - uzna Montolio, wiedzia jednak, e chodzi tu o co innego. Gdyby do tej jaskini wszed ork lub goblin, Bbel zabiby go bez zastanowienia. Ale drow i jego pantera byli tam, dzie za dniem, rozpalajc ogie w zewntrznej grocie, podczas gdy Bbel chrapa swobodnie w wewntrznej. Jako tropiciel, i znajc innych tropicieli, Montolio widzia i sysza o jeszcze dziwniejszych rzeczach. A do tej chwili zawsze uwaa jednak wrodzon umiejtno mentalnego porozumiewania si z dzikimi zwierztami za wyczn domen tych elfw z powierzchni, skrzatw, niziokw, gnomw i ludzi, ktrzy zostali wychowani w lesie. - Skd mroczny elf moe zna niedwiedzia? - spyta gono Montolio wci drapic si w

brod. Tropiciel rozwaa dwie moliwoci: albo w rasie droww byo co, o czym nie wiedzia, albo te ten szczeglny mroczny elf rni si od swoich pobratymcw. Zwaywszy na widoczne ju dziwne zachowanie elfa, Montolio za prawdziw uwaa t drug, cho bardzo chcia si upewni. Jego ledztwo bdzie jednak musiao poczeka. Spad ju pierwszy nieg i tropiciel wiedzia, e niedugo pojawi si drugi, pniej trzeci i wiele, wiele wicej. W grach otaczajcych Przecz Martwego Orka niewiele stworze si poruszao po spadniciu niegw. *** Guenhwyvar okazaa si zbawieniem dla Drizzta podczas nastpnych tygodni. Przy tych okazjach, gdy pantera przemierzaa Plan Materialny, Guenhwyvar cigle zanurzaa si w mrony, gboki nieg polujc, a co waniejsze, przynoszc drewno dla yciodajnego ognia. Mimo to, ycie nie ukadao si atwo dla samotnego drowa. Kadego dnia Drizzt musia schodzi nad rzek i rozbija ld, ktry pokry spokojniejsze sadzawki, rybne stawy drowa. Nie by to daleki spacer, jednak nieg by gboki i zdradziecki, czsto zelizgiwa si ze zbocza za Drizztem, grzebic go w mronych objciach. Kilkakrotnie drow musia potykajc si wraca do jaskini, poniewa z jego doni i stp odeszo wszelkie czucie. Szybko nauczy si, by przed wyjciem rozpala ogie, poniewa po powrocie nie mia siy, by trzyma sztylet i krzesa iskry. Nawet gdy Drizzt mia peen odek, otacza go blask ognia oraz futro Guenhwyvar, czu zimno i okropny al. Pierwszy raz od wielu tygodni drow kwestionowa sw decyzj o opuszczeniu Podmroku, za gdy jego desperacja rosa, kwestionowa decyzj o opuszczeniu Menzoberranzan. - Jestem bezdomnym ndzarzem - skary si czsto w tych niezbyt rzadkich momentach alu nad sob. -I z pewnoci umr tu, zmarznity i samotny. Drizzt nie mia pojcia, co si dzieje z tym dziwnym otaczajcym go wiatem. Czy ciepo, na ktre si natkn wychodzc na powierzchni, wrci kiedykolwiek do tej krainy? Czy te jest to moe jaka za kltwa, prawdopodobnie wymierzona w niego przez jego potnych przeciwnikw z Menzoberranzan? Zakopolanie doprowadzio Drizzta do kopotliwego dylematu: czy powinien pozosta w jaskini i przeczeka burz (bo jak inaczej mg nazwa zim)? Czy te ma odej z doliny rzecznej i poszuka cieplejszego klimatu? Odszedby, za przeprawa przez gry najpewniej by go zabia, zauway jednak inn prawidowo wicsi z ostr pogod. Dzienne godziny skrciy si, za nocne wyduyy. Czy soce zniknie zupenie, pograjc powierzchni w wiecznym mroku i wiecznym zimnie? Drizzt wtpi w t moliwo, wic uywajc piasku oraz pustej butelki, ktr znalaz w plecaku, zacz mierzy okresy wiata i ciemnoci. Jego nadzieje saby za kadym razem, gdy obliczenia wskazyway na wczeniejszy zachd soca, tak wic wraz z biegiem zimy powikszaa si desperacja Drizzta. Istotnie by ndznistot, ma i drc, gdy pierwszy raz zauway zmian pr roku, zimowe przesilenie. Ledwo wierzy w swoje odkrycie - obliczenia nie byy zbyt precyzyjne - lecz po kilku nastpnych dniach nie mg zaprzeczy temu, co powiedzia mu spadajcy piasek. Dni staway si dusze. Nadzieja Drizzta wrcia. Podejrzewa zmian pr roku, odkd kilka miesicy temu zaczy d pierwsze chodne wiatry. Obserwowa jak niedwied owi coraz pilniej ryby, gdy pogoda si pogarszaa i teraz uwaa, e zwierz przewidziao chd i zgromadzio tuszcz, by przespa ten okres. Wiara ta oraz odkrycie zwizane ze wiatem dnia przekonao Drizzta, e niena pustka nie bdzie trwa wiecznie. Przesilenie nie przynioso jednak natychmiastowej ulgi. Wichry wiay mocniej, a nieg wci si spitrza. Drizzt odzyska jednak determinacj i potrzeba byo wicej ni tylko zimy, aby pokona nieposkromionego drowa. Wtedy to si stao - wygldao na to, e w przecigu jednej nocy. Opady niegu osaby, rzeka niosa ze sob mniej lodu, a wiatr zacz nie cieplejsze powietrze. Drizzt poczu przypyw

witalnoci i nadziei, wyzwolenie od alu i winy, ktrych nie mg wyjani. Drow nie mg okreli, co chwycio go w swoje objcia, jednak zosta w rwnym stopniu pogrony w wionie, jak kade naturalne stworzenie wiata z powierzchni. Pewnego poranka, gdy Drizzt skoczy posiek i przygotowywa si do snu, jego od dawna picy sublokator wyszed ze swej bocznej groty, wyranie szczuplejszy, jednak wci potny. Drow obserwowa bacznie kroczcego niedwiedzia, zastanawiajc si czy powinien wezwa Guenhwyvar albo wycign sejmitar. Zwierz nie zwrcio jednak na niego uwagi. Przeszo tu obok, przystano, by powcha, a pniej obliza paski kamie, ktrego Drizzt uywa jako talerza, po czym wytoczyo si na ogrzewajce soce, zatrzymujc przy wejciu do jaskini, by ziewn i przecign si tak silnie, e Drizzt zrozumia, i zima ma si ku kocowi. Wiedzia rwnie, e jaskinia stanie si wkrtce pena chodzcego w te i z powrotem niebezpiecznego niedwiedzia, uzna wic, e by moe, zwaywszy na bardziej gocinn pogod, grota moe nie by warta, by o ni walczy. Drizzt odszed, zanim wrci niedwied, jednak ku zadowoleniu zwierzcia zostawi mu jedn ryb. Wkrtce drow urzdza si wpytszej i mniej chronionej jaskini, kilkaset metrw dalej wzdu ciany doliny.

12 Trzeba zna swoich przeciwnikw


Zima odesza rwnie szybko, jak si pojawia. Z kadym dniem spadao mniej niegu, a poudniowy wiatr przynis powietrze, ktre nie miao w sobie chodu. Drizzt szybko zaadaptowa si do nowej sytuacji. Najwikszym problemem, jakiemu musia stawia czoa, by blask soca odbijajcego si od wci pokrytej niegiem ziemi. Drow do dobrze zaadaptowa si do soca w czasie pierwszych miesicy, jakie spdzi na powierzchni, poruszajc si - a nawet walczc - w wietle dnia. Teraz jednak, gdy biay nieg rzuca mu odbicie na twarz, Drizzt ledwo mg wyj z jaskini. Wyania si wic tylko w nocy, dzie pozostawiajc niedwiedziowi i innym stworzeniom. Drizzt nie martwi si jednak zbytnio. Wierzy, e nieg wkrtce zniknie i bdzie mg powrci do przyjemnego ycia, jak w ostatnich dniach przed zim. Najedzony, wypoczty i skpany w delikatnym wietle byszczcego, powabnego ksiyca, pewnej nocy Drizzt zerkn na drug stron rzeki, na przeciwlege zbocze doliny. - Co tam jest? - drow wyszepta do siebie. Wprawdzie woda pyna szybciej z powodu wiosennych roztopw, Drizzt uzna, e znalaz ewentualn drog na drug stron, szereg duych i blisko siebie pooonych gazw, wystajcych ponad nurt. Noc bya jeszcze wczesna, ksiyc nie przeby jeszcze poowy swej podniebnej drogi. Wypeniony dz wdrwki i w nastroju tak typowym dla tej pory roku Drizzt zdecydowa si rzuci okiem. Zszed na brzeg rzeki, po czym lekko i zwinnie zacz przeskakiwa po kamieniach. Dla czowieka lub orka -i wikszoci innych ras, ktre zamieszkiway wiat - pokonywanie mokrych, nierwnomiernie rozmieszczonych i czsto zaokrglonych gazw mogoby si wydawa zbyt trudne i zdradzieckie, by nawet prbowa, jednak zrczny drow poradzi sobie z tym do atwo. Na drugi brzeg wpad biegiem, skaczc po licznych gazach i szczelinach bez wikszego zastanowienia czy ostronoci. Jake inaczej zachowywaby si, gdyby wiedzia, e ta strona doliny naley do Graula, wielkiego wodza orkw! *** Patrol orkw dostrzeg baraszkujcego drowa, zanim zdy on wej do poowy zbocza doliny. Orki widziay ju go wczeniej, gdy Drizzt owi nad rzek ryby. Bojc si mrocznych elfw, Graul nakaza swoim poddanym, by trzymali si od niego z dala uwaajc, e niegi odpdz intruza. Zima jednak mina i ten samotny drow pozosta, a teraz przeby rzek. Graul zacisn nerwowo tuste donie, gdy przekazano mu te wiadomoci. Wielki ork by lekko uspokojony faktem, e drow by sam, nie za czonkiem wikszej grupy. Mg by jednak zwiadowc lub renegatem, tego Graul nie mg by pewien, za konsekwencje wynikajce z obydwu moliwoci nie cieszyy wodza. Jeli drow by zwiadowc, mogo za nim przyj wicej mrocznych elfw, jeli za by renegatem, mg postrzega orki jako potencjalnych sojusznikw. Graul by wodzem od wielu lat, co byo niezwyke u chaotycznych orkw. Wielki ork przetrwa, poniewa nigdy nie zdawa si na los, i nie zamierza tego robi rwnie w tym przypadku. Mroczny elf mg zada przywdztwa nad jego plemieniem, pozycji, ktrej Graul nie mia zamiaru oddawa. Nie, na to Graul nie pozwoli. Krtko pniej z ciemnych jaski wyszy dwa patrole orkw wraz ze cisymi rozkazami, by zabi drowa. ***

Ponad zboczem doliny wia mrony wiatr, a nieg by tu gbszy, lecz Drizzt si tym nie przejmowa. Rozpocierao si przed nim wielkie poacie wiecznie zielonych rolin, przyciemniajc gry i zapraszajc go, po zimie spdzonej w jaskini, by przyszed i je zbada. Przeszed okoo ptora kilometra, gdy zda sobie spraw, e jest ledzony. Nie widzia tak naprawd niczego, poza ulotnym cieniem w kciku oka, jednak zmys wojownika mwi to Drizztowi bez cienia wtpliwoci. Wspi si na strome podejcie, ponad gst kp drzew, i wskoczy na wysok pk skaln. Gdy ju si tam dosta, wlizgn si za gaz i odwrci, by obserwowa. Siedem ciemnych sylwetek, sze humanoidalnych i jedna psia, wyonio si przed nim spomidzy drzew, ostronie i metodycznie podajc jego tropem. Z tej odlegoci Drizzt nie mg okreli ich rasy, podejrzewa jednak, e to ludzie. Rozejrza si dookoa, szukajc najlepszej drogi ucieczki lub najlepszego miejsca do obrony. Drizzt ledwo zauway, e w jednej doni trzyma sejmitar, w drugiej sztylet. Gdy zda sobie w peni spraw, e wycign bro, za cigajca go grupa znajduje si nieprzyjemnie blisko, znieruchomia i zamyli si. Mg tutaj stawi czoa przeladowcom i zaatakowa ich, gdy bd pokonywa ostatnie zdradzieckie metry liskiego podejcia. - Nie - warkn Drizzt, odrzucajc t moliwo, zaraz gdy o niej pomyla. Mg zaatakowa i najprawdopodobniej by wygra, jednak jakie brzemi wynisby wtedy z tego spotkania. Drizzt nie chcia walki, nie pragn adnego kontaktu. Ju nis na sobie wicej winy, ni mg sobie poradzi. Usysza gosy cigajcych, gardowe dwiki podobne do J?zyka goblinw. - Orki - poruszy bezgonie wargami drow, dopasowujc t mow do ludzkiego rozmiaru stworze. wiadomo tego faktu nie zmienia nastawienia drowa. Drizzt nie przepada zbytnio za orkami - widzia wystarczajco wiele tych cuchncych istot w Menzoberranzan - nie mia jednak ani powodu, ani usprawiedliwienia, by walczy z tband. Odwrci si, wybra drog i uciek w mrok. Pocig trwa dalej, poniewa orki byy zbyt blisko Drizzta, by mg si im wymkn. Zauway, e pojawia si problem, bowiem jeli orki byy nastawione nieprzyjanie, a z ich krzykw i powarkiwa Drizzt mg stwierdzi, e istotnie tak jest, to straci moliwo walki z nimi na wygodnym terenie. Ksiyc ju dawno zaszed, a niebo przybrao granatowy odcie przedwitu. Orki nie przepaday za wiatem dnia, za Drizzt, otoczony blaskiem niegu, bdzie w nim niemal bezradny. Drow uparcie odrzuca moliwo walki i prbowa przegoni pocig, zawracajc z powrotem w stron doliny. Tutaj Drizzt popeni drugi bd, bowiem w okolicy czekaa jeszcze jedna banda orkw, w towarzystwie zarwno wilka, jak i znacznie wikszej osoby - kamiennego giganta. cieka biega w miar prosto, jedna jej strona opadaa stromo w d kamienistego zbocza na lewo od drowa, za z drugiej rwnie stromo wznosia, na rwnie kamienisty teren na prawo. Drizzt wiedzia, e cigajcy nie bd mieli wikszego problemu z podaniem za nim tak wytyczon tras, polega jednak teraz jedynie na prdkoci, starajc si dosta z powrotem do jaskini, zanim wyjdzie olepiajce soce. Warknicie ostrzego go na chwil przed tym, jak wielki wilk z nastroszon sierci, nazywany worgiem, wyoni si spomidzy gazw tu nad nim, odcinajc mu drog. Worg skoczy zatrzaskujc szczki nad gow drowa. Drizzt pochyli si i byskawicznie wycign sejmitar, po czym wykona nim cicie jeszcze bardziej poszerzajce wielki pysk bestii. Worg pad ciko na ziemi za odwracajcym si wanie drowem, ajego jzyk zbiera szaleczo wasn broczc krew. Drizzt znw zamierza zaatakowa, lecz pojawio si szeciu orkw, trzymajcych wcznie oraz paki. Drizzt rzuci si do ucieczki, po czym znw pad na ziemi, gdy obok przemkn cinity gaz, spadajc pniej w d kamienistego zbocza. Bez chwili namysu Drizzt stworzy nad swoj gow kul ciemnoci. Czterej prowadzcy orkowie wpadli w kul, nie zdajc sobie z tego sprawy. Ich pozostali dwaj

towarzysze wstrzymali si, ciskajc wcznie i rozgldajc nerwowo dookoa. Nie widzieli nic wewntrz magicznej ciemnoci, lecz z uderze ostrz i paek oraz dzikich okrzykw mona byo wnioskowa, e walczy tam caa armia. Nastpnie z mroku dobieg inny dwik, koci warkot. Dwch orkw cofno si, ogldajc si przez rami w nadziei, e kamienny gigant pospieszy si i dotrze do nich. Najpierw jeden z ich orczych towarzyszy, a pniej drugi wypad z ciemnoci, krzyczc z przeraenia. Pierwszy przemkn obok swych zaskoczonych pobratymcw, lecz drugiemu si to nie udao. Guenhwyar skoczya na nieszczsnego orka, powalajc go na ziemi i pozbawiajc ycia. Pantera prawie nie zwolnia, niemal natychmiast wyskoczya, padajc na jednego z czekajcej dwjki, gdy szaleczo stara si jej zej z drogi. Ci, ktrzy pozostali wewntrz kuli, wyszli z niej i padli na kamienie, lecz skoczywszy z drug ofiar, Guenhwyvar rzucia si w ich stron. Drizzt wyoni si z drugiej strony kuli nawet bez jednego dranicia, a jego sejmitar i sztylet ociekay orczkrwi. Zbliy si do niego gigant, zwalisty, z nogami niczym pnie drzew, by stawi mu czoa, a Drizzt ani przez chwil si nie waha. Wskoczy na duy gaz i wybi si z niego, trzymajc przed sob sejmitar. Jego zrczno i szybko zaskoczyy giganta, nie zdy nawet podnie swej maczugi lub wolnej rki, by zablokowa cios. Drowowi nie dopisao jednak tym razem szczcie. Jego sejmitar, zaklty magi Podmroku, widzia zbyt wiele wiata z powierzchni. Opar si o kamienn skr piciometrowego olbrzyma, wygi niemal wp i zama przy rkojeci. Drizzt odskoczy do tyu, po raz pierwszy zdradzony przez sw zaufan bro. Gigant zawy i podnis sw maczug, umiechajc si zowieszczo, dopki obok jego zamierzonej ofiary nie przemkna czarna sylwetka, wpadajc olbrzymowi na pier i orajc j czterema okrutnymi apami. Guenhwyvar znw ocalia Drizzta, lecz gigant mia si jeszcze do dobrze. Uderza maczug i pici, dopki pantera si nie oderwaa. Guenhwyvar prbowaa zawrci i znw skoczy, wyldowaa jednak na prowadzcym w d zboczu i pod jej ciarem odama si pat niegu. Kocica lizgaa si i toczya, zdoaa w kocu zahamowa, bez szwanku, jednak daleko poniej Drizzta i walki. Tym razem gigant si nie umiechn. Z tuzina szram na jego piersi i twarzy sczya si krew. Za nim, na szlaku, zbliaa si szybko druga grupa orkw, prowadzona przez nastpnego wyjcego worga. Jak kady rozsdny wojownik postawiony w obliczu tak przytaczajcej przewagi, Drizzt odwrci si i uciek. Gdyby te dwa orki, ktre ucieky przed Guenhwyvar, wrciy zaraz na zbocze, mogyby odci drowowi drog. Stwory te nigdy jednak nie byy zbytnio znane ze swojej odwagi, tak wic owa dwjka wci biega, nie ogldajc si za siebie. Drizzt pdzi szlakiem, szukajc jakiej drogi, ktr mgby zej w d i doczy do pantery. Nigdzie jednak sprawa nie wygldaa zbyt obiecujco, poniewa musiaby i powoli i ostronie, a za nim bez wtpienia podaby gigant wraz ze swymi ogromnymi ramionami. Wspinanie na gr wydawao si rwnie bezowocne, gdy tak blisko by potwr, tak wic drow po prostu bieg szlakiem, majc nadziej, e si szybko nie skoczy. Wtedy zza wschodniego horyzontu wyonio si soce, kolejny problem - nagle jeden z wielu - dla zdesperowanego drowa. Dostrzegajc, e los obrci si przeciwko niemu, Drizzt w jaki sposb wiedzia, nawet zanim okry ostatni ostry zaom szlaku, e dotar do koca drogi. Gaz, ktry zelizgn si dawno temu, blokowa ciek. Drizzt wyhamowa i cign plecak wiedzc, e czas dziaa na jego niekorzy. Prowadzona przez worga banda orkw trzymaa si blisko giganta, obydwie strony nabray pewnoci siebie w obecnoci tej drugiej. Biegli razem, za na przedzie pdzi grony worg. Stworzenie mijao wanie szybko ostry zaom, potykajc si i prbujc wyhamowa, gdy nagle zapltao si w ptl ze sznura. Worgi nie s gupie, lecz ten nie rozumia w peni przeraajcych konsekwencji wynikajcych z faktu, e drow zepchn z pki skalnej zaokrglony

gaz. Worg nie wiedzia, o co chodzi, dopki lina si nie napia, a kamie pocign besti za sob w d. Prosta puapka zadziaaa perfekcyjnie, lecz bya to jedyna przewaga, jak Drizzt mia nadziej osign. Za nim szlak by cakowicie zablokowany, za po bokach zboczawznosiy si i opaday zbyt stromo, by mg tamtdy uciec. Gdy orki i gigant wyonili si zza rogu, z niepokojem obserwujc do karkoomn jazd ich worga, Drizzt sta przed nimi jedynie ze sztyletem w doni. Drow prbowa negocjowa, uywajc jzyka goblinw, lecz orki nie chciay go sucha. Zanim pierwsze sowo opucio usta Drizzta, jeden z nich rzuci wczni. Bro wydawaa si zamglona dla olepionego socem drowa, jednak jej drzewce byo wygite i cisno j niezdarne stworzenie. Drizzt z atwoci si uchyli i odwzajemni rzut swoim sztyletem. Ork widzia lepiej ni drow, nie by jednak taki szybki. Sztylet trafi go dokadnie w gardo. Gulgoczc stwr pad na ziemi, a jego najbliszy towarzysz chwyci n i wyrwa go, nie po to, by uratowa drugiego orka, lecz by pooy apy na doskonaej broni. Drizzt podnis prymitywn wczni i stan pewnie, za kamienny gigant coraz bardziej si zblia. Nagle na giganta sfruna sowa i zahuczaa, rozpraszajc uwag zdeterminowanego potwora. Chwil pniej olbrzym zachwia si do przodu, popychany przez strza, ktra niespodziewanie wbia mu si w grzbiet. Drizzt ujrza drce, czarno upierzone drzewce, gdy gigant si obrci. Drow nie kwestionowa nieoczekiwanej pomocy. Podnis wczni i z caej siy wbi jaw krgosup potwora. Olbrzym odwrciby si, eby odpowiedzie, lecz znw pojawia si nad nim sowa i zahuczaa. Jakby to bya wskazwka, wisna kolejna strzaa, tym razem wbijajc si potworowi w pier. Nastpny odgos ptaka i jeszcze jeden pocisk trafi w cel. Oszoomione orki rozglday si dookoa w poszukiwaniu niewidocznego napastnika, lecz wzmagajce si wiato porannego soca nie pomagao zbytnio nocnym stworom. Trafiony w serce gigant sta i wpatrywa si pustym wzrokiem przed siebie, nie zdajc sobie nawet sprawy, e jego ycie dobiego koca. Drow znw wbi w niego z tyu wczni, lecz miao to tylko odepchn potwora. Orki spoglday po sobie i dookoa, zastanawiajc si, w ktr stron uciec. Dziwna sowa znw sfruna w d, tym razem nad orka, i zahuczaa czwarty raz. Rozumiejc co si moe sta, ork zamacha rkoma i wrzasn, po czym upad w milczeniu ze strza wystajc z pyska. Czterej pozostali porzucili szyk bojowy i zaczli ucieka, jeden w gr zbocza, inny drog, ktr przy szed, za dwaj pospieszyli w stron Drizzta. Zrczne machnicie wczni posao jej tpy koniec w pysk jednego z orkw, po czym Drizzt dokoczy zamach, odbijajc ostrze wczni drugiego stwora w stron ziemi. Ork upuci bro, zdajc sobie spraw, e nie zdoa go cofn na czas, by powstrzyma drowa. *** Wspinajcy si na zbocze ork zrozumia, e nadesza zaglda, gdy zbliya si pohukujca sowa. Przeraony stwr rzuci si za gaz, syszc jeden odgos ptaka, gdyby jednak by sprytniejszy, zdaby sobie spraw z pomyki. Z kta, podjakim strzay trafiay w giganta, mona byo wnioskowa, e ucznik jest gdzie na tym zboczu. Strzaa trafia go w ydk, gdy kuca, wskutek czego wijc si z blu przewrci si na grzbiet. Syszc powarkiwania i miotanie si orka niewidoczny i niewidzcy ucznik nie potrzebowa ju sowy, by skierowa w niego drugi strza, tym razem trafiajc stwora dokadnie w pier i uciszajc go na zawsze. ***

Drizzt natychmiast zmieni kierunek, tym razem uderzajc drugiego orka tpym kocem wczni. W mgnieniu oka drow po raz trzeci przeoy uchwyt i skierowa ostrze w gardo stwora, wbijajc je a do mzgu. Pierwszy ork, ktrego trafi Drizzt, zachwia si i potrzsn gwatownie gow, starajc si zorientowa w walce. Poczu jak donie drowa chwytaj go za przd brudnej tuniki z niedwiedziej skry, a pniej pd powietrza, gdy przelatywa ponad krawdzi, t sam drog co wczeniej worg. *** Syszc wrzaski swych umierajcych towarzyszy, ork na szlaku pochyli gow i bieg, uwaajc i zrobi rozsdnie, wybierajc t drog. Zmieni jednak nagle zdanie, gdy omin zakrt i wpad prosto w oczekujce na niego apy wielkiej czarnej pantery. *** Wyczerpany Drizzt opar si o gaz i trzyma wczni gotow do rzutu, gdy dziwna sowa sfruwaa z powrotem ze wzgrza. Ptak zachowa jednak odlego i przysiad na skale, ktra tuzin krokw dalej zmuszaa szlak do nagego zakrtu. Uwag drowa zwrcio poruszenie na grze. Ledwo mg widzie w olepiajcym wietle, odrnia jednak podobn do ludzkiej sylwetk, idc ostronie w jego stron. Sowa znw wzleciala, koujc nad drowem i woajc, za Drizzt przykucn w napiciu, gdy mczyzna schodzi za skalist ostrog. W odpowiedzi na pohukiwanie sowy nie wyleciaa jednak adna strzaa. Zamiast niej pojawi si ucznik. By wysoki, wyprostowany i bardzo stary, z dugimi siwymi wsami oraz potarganymi wosami. Najciekawszym elementem jego wygldu byy jego biae i pozbawione renic oczy. Gdyby Drizzt nie by wiadkiem pokazu strzeleckiego tego mczyzny, uznaby go za lepca. Koczyny starca rwnie wyglday na do delikatne, lecz Drizzt nie pozwala si zwie pozorom. Dowiadczony strzelec trzyma swj dugi uk w gotowoci, z opart na siodeku strza, bez widocznego wysiku. Drizzt nie musia daleko patrze, by przekona si o mierciononej skutecznoci, z jak ten czowiek uywa swej potnej broni. Starzec powiedzia co w jzyku, ktrego Drizzt nie rozumia, pniej w drugim, a nastpnie w mowie goblinw, ktr Drizzt zna - Kim jeste? - Drizzt Do'Urden - odpowiedzia pewnym gosem drow, nabierajc nadziei z faktu, e przynajmniej z tym przeciwnikiem moe si porozumie. - Czy to imi? - spyta starzec? Zachichota i wzruszy ramionami. - Czymkolwiek jest i kimkolwiek ty jeste, lub te dlaczego tu jeste, nie ma wikszego znaczenia. Zauwaywszy ruch sowa zacza pohukiwa i szamota si dziko, jednak byo ju za pno dla starca. Za jego plecami wyonia si zza zakrtu Guenhwyvar i zbliya jednym skokiem, kadc po sobie uszy i obnaajc zby. Najwidoczniej niewiadomy niebezpieczestwa starzec dokoczy sw myl - Jeste teraz moim winiem. Guenhwyvar wydaa z siebie niski, gardowy warkot, a drow umiechn si szeroko. - Nie sdz - odpowiedzia.

13

Montolio
- Twoja przyjacika? - spyta spokojnie starzec. - Guenhwyvar - wyjani Drizzt. - Wielka kocica? - Och, tak - odpar Drizzt. Starzec zwolni ciciw i puci strza, tak e teraz zwisaa grotem ku ziemi. Zamkn oczy, przechyli gow w ty i wyglda tak, jakby nad czym kontemplowa. Chwil pniej Drizzt zauway, e Guenhwyvar podniosa nagle oczy i drow zrozumia, e ten czowiek w jaki sposb nawizuje telepatyczn wi z panter. - Rwnie dobra kocica - powiedzia chwil pniej starzec. Guenhwyvar wysza zza skay, poszc sow, i niedbale przesza obok czowieka, stajc przy Drizzcie. Najwyraniej pantera wyzbya si wszelkich obaw, e starzec jest wrogiem. Drizzt zastanowi si nad zagadkowym zachowaniem Guenhwyvar, postrzegajc je w ten sam sposb, jak swoj wasn empatyczn ugod z niedwiedziem w jaskini, jaki czas temu. - Dobra kocica - powtrzy starzec. Drizzt opar si z powrotem o kamie i poluzowa uchwyt na wczni. - Jestem Montolio -wyjani z dum starzec, jakby samo imi miao mie dla drowa jakie znaczenie. - Montolio DeBrouchee. - Mio ci pozna, trzymaj si dobrze - rzek beznamitnie Drizzt. - Jeli skoczylimy ju nasze spotkanie, moemy odej swoimi drogami. - Moemy - zgodzi si Montolio - jeli obydwaj si na to zdecydujemy. - Czy znw mam by twoim... winiem? - spyta Drizzt z odrobin sarkazmu w gosie. Szczero rozbrzmiewajca ze miechu Montolio przywioda umiech na twarz drowa, mimo jego wczeniejszego cynizmu. -Moim? - zapyta z niedowierzaniem starzec. - Nie, nie, przypuszczam, e ju rozstrzygnlimy t kwesti. Tego dnia zabie jednak paru poddanych Graula, a za ten uczynek krl orkw bdzie chcia wymierzy kar. Pozwl mi zaoferowa ci pokj w moim zamku. Orki nie zbli si do tego miejsca. - Umiechn si krzywo i pochyli w stron Drizzta, by wyszepta nastpne sowa, jakby miay by one ich tajemnic. - Wiedz, e nie zbli si do mnie. - Wskaza na swoje dziwne oczy. - Uwaaj, e wadam z magi z powodu moich... - Montolio szuka sowa, za pomoc ktrego mgby przekaza sw myl, lecz gardowy jzyk by ograniczony, wic szybko wpad we frustracj. Drizzt w milczeniu przypomnia sobie przebieg walki, po czym otworzy usta w niekamanym zdumieniu, poniewa zda sobie spraw z tego, co naprawd si stao. Starzec naprawd by lepy! To sowa, koujc nad przeciwnikami i pohukujc, kierowaa jego strzaami. Drizzt spojrza na zabitego giganta oraz orka z otwartymi szeroko ustami. Starzec ani razu nie spudowa. - Pjdziesz ze mn? - spyta Montolio. - Chciabym pozna... - znw szuka odpowiedniego terminu - cel... dla ktrego mroczny elf y przez zim w jednej jaskini z niedwiedziem Bblem. Montolio skuli si z powodu swej niezdolnoci do rozmowy z drowem, lecz z kontekstu Drizzt zrozumia sporo z tego, o co chodzio starcowi, nawet odgad nieznajome terminy jak zima" i niedwied". - Orczy krl Graul moe wysa przeciwko tobie dziesi setek nastpnych wojownikw zauway Montolio, wyczuwajc, e drow ma problemy z rozwaeniem jego propozycji. - Nie pjd z tob- oznajmi w kocu Drizzt. Drow naprawd chcia i, chcia dowiedzie si paru rzeczy o tym niezwykym czowieku, jednak zbyt wiele tragedii spado na tych, ktrych cieki skrzyoway si z Drizztem. Guchy pomruk Guenhwyvar powiedzia Drizztowi, e pantera nie pochwala jego decyzji. - Sprowadzam kopoty - Drizzt prbowa wyjani starcowi, panterze i sobie. - Bdzie dla ciebie lepiej, Montolio DeBrouchee, jeli bdziesz si trzyma z dala ode mnie. - Czy to groba? - Ostrzeenie - odpar Drizzt. - Jeli zabierzesz mnie ze sob, jeli nawet pozwolisz mi

przebywa w swoim pobliu, to spadnie na ciebie zagada, jak na tych rolnikw w wiosce. Montolio nadstawi uszu na wzmiank o odlegej rolniczej wiosce. Sysza, e jedna rodzina w Maldobar zostaa brutalnie zabita i na pomoc wezwano t tropicielk, Dove Falconhand. - Nie obawiam si zagady - powiedzia Montolio, zmuszajc si do umiechu. - Przeyem wiele... walk, Drizzcie Do 'Urden. Braem udziau w tuzinie krwawych wojen i spdziem ca zim ze zaman nog uwiziony na zboczu grskim. Pokonaem giganta samym sztyletem i... zaprzyjaniem si... z kadym zwierzciem w promieniu piciu tysicy krokw. Nie obawiaj si o mnie. - Znw ten krzywy, mdry umiech. - Jednake - rzek powoli Montolio - to nie o mnie si obawiasz. Drizzt czu si zakopotany i troch obraony. - Obawiasz si o siebie - cign Montolio. - Lito nad samym sob? Nie pasuje do twego mstwa. Odrzu j i chod ze mn. Gdyby Montolio mg widzie grymas Drizzta, odgadby nadchodzc odpowied. Guenhwyvar jednak zauwaya t min i uderzya mocno ciaem o nog drowa. Z reakcji Guenhwyvar Montolio wywnioskowa zamiary drowa. - Kocica chce, eby poszed - stwierdzi. - Bdzie lepiej ni w jaskini obieca - i lepsze jedzenie ni nie dopieczona ryba. Drizzt spojrza na Guenhwyvar i pantera znw o niego uderzya, tym razem wydajc z siebie goniejszy i bardziej natarczywy pomruk. Drizzt pozosta nieugity, opamita si przywoujc w wyobrani obraz masakry w odlegym gospodarstwie. - Nie pjd -powiedzia pewnym gosem. - A wic musz ci nazwa moim wrogiem i winiem! - rykn Montolio, znw ustawiajc uk w pozycji gotowoci. - Twoja kocica nie pomoe ci tym razem, Drizzcie Do'Urden! - Montolio pochyli si, bysn umiechem i wyszepta - Kocica zgadza si ze mn. To byo za duo dla Drizzta. Wiedzia, e starzec do niego nie strzeli, lecz urok Montolio szybko przeama mentalne bariery drowa, cho byy one solidne. To, co Montolio opisa jako zamek, okazao si szeregiem drewnianych budek, umieszczonych pomidzy korzeniami wielkich i gsto rosncych, wiecznie zielonych drzew. Zadaszenia z patykw zwikszay ochron i w jaki sposb czyy budki ze sob, za cay kompleks otoczony by niskim murem z ustawionych na sobie kamieni. Gdy Drizzt zbliy si do tego miejsca, zauway kilka skonstruowanych z drewna i lin mostw, rozcigajcych si pomidzy drzewami na rnych wysokociach. Zwisay z nich do ziemi sznurowe drabinki, za w regularnych odstpach przymocowano solidnie do balustrad kusze. Drow nie skary si jednak, e zamek by z drewna i gliny. Drizzt spdzi trzy dekady w Menzoberranzan, mieszkajc we wspaniaym kamiennym zamku, otoczonym jeszcze bardziej zapierajcymi dech w piersiach piknymi budowlami, jednak adna z nich nie wygldaa tak zapraszajco jak dom Montolio. Widzc, e zblia si stary tropiciel, ptaki powitay ich piewem, wiewirki, a nawet szop, skakay radonie pomidzy gaziami, by zbliy si do starca - cho zachoway dystans, gdy zauwayy, e Montolio towarzyszy wielka pantera. - Mam wiele pokoi - Montolio wyjani Drizztowi. - Wiele kocw i wiele jedzenia. - Montolio nienawidzi ograniczonego jzyka goblinw. Tak wiele chcia powiedzie drowowi, tak wiele chcia si od niego dowiedzie. Wydawao si to jednak niemoliwe, jeli nie nadmiernie mczce, w jzyku tak podstawowym i z natury negatywnym, nie przeznaczonym do zoonych myli. Mowa goblinw zawieraa ponad sto sw na zabijanie i nienawi, lecz adnego na wysze emocje, jak na przykad lito. Ich okrelenie przyjani mona byo przetumaczy jako tymczasowy sojusz wojskowy albo suba wobec silniejszego goblina, a adna z tych definicj i nie pasowaa do zamiarw, j akie Montolio ywi wobec samotnego mrocznego elfa. Tropiciel uzna wic, e pierwszym zadaniem bdzie nauczenie tego drowa wsplnej mowy. - Nie moemy mwi... - w gobliskim nie byo okrelenia odpowiednio", wic Montolio musia improwizowa - ...dobrze... w tym jzyku - wyjani Drizztowi. - Bdzie jednak dobrze, gdy naucz ci jzyka ludzi, jeli oczywicie chcesz si go nauczy. Drizzt waha si z odpowiedzi. Gdy odszed od rolniczej wioski, zdecydowa, e bdzie

wid ycie pustelnika, i jak na razie szo mu z tym cakiem dobrze - lepiej ni oczekiwa. Propozycja bya jednak kuszca i mylc kategoriami praktycznymi, Drizzt by wiadom, e znajomo jzyka wsplnego w tym regionie moe utrzyma go z dala od kopotw. Gdy drow si zgodzi, umiech Montolio siga niemal do uszu. Sowa nie wygldaa jednak na zbyt zadowolon. Gdy w pobliu bdzie drow - a raczej pantera drowa - sowa nie bdzie moga spdza tak wiele czasu w zaciszu niszych gazi drzew. - Kuzynie, Montolio DeBrouchee zabra drowa do siebie! -podekscytowany elf zawoa do Kellindila. Caa grupa szukaa tropu Drizzta, odkd skoczya si zima. Kiedy mroczny elf znikn z Przeczy Martwego Orka, elfy, a zwaszcza Kellindil, obawiay si kopotw, obawiay si, e by moe drow doczy do Graula i jego orczych sug. Kellindil wsta raptownie, ledwo oddychajc w obliczu zaskakujcych wiadomoci. Wiedzia o Montolio, legendarnym cho troch ekscentrycznym tropicielu, i wiedzia rwnie, i Montolio, wraz ze swymi zwierzcymi znajomociami, mg do prawidowo ocenia intruzw. - Kiedy? Jak? - spyta Kellindil. Jeli drow wprawia go w zakopotanie podczas poprzednich miesicy, teraz elf z powierzchni by naprawd oszoomiony. - Tydzie temu - odpowiedzia drugi elf. - Nie wiem, jak to si stao, lecz teraz drow chodzi otwarcie po zagajniku Montolio ze swoj panter przy boku. - Czy Montolio... Elf przerwa Kellindilowi, widzc narastajce obawy. - Montolio jest cay i kontroluje sytuacj - zapewni Kellindila. - Wydaje si, e zabra drowa do siebie z wasnej woli, a teraz wyglda na to, e stary tropiciel uczy mrocznego elfa wsplnej mowy. - Zdumiewajce - to byo wszystko, co Kellindil by w stanie odpowiedzie. - Moemy postawi wart przy zagajniku Montolio - zaproponowa drugi elf. - Jeli obawiasz si o bezpieczestwo starego tropiciela... - Nie - odpar Kellindil. - Nie. Drow znw dowid, e nie jest wrogiem. Podejrzewaem go o przyjacielskie zamiary, odkd spotkaem go w pobliu Maldobar. Teraz jestem usatysfakcjonowany. Zajmijmy si wasnymi sprawami, za drowa i tropiciela zostawmy samym sobie. Drugi elf przytakn twierdzco, lecz maa istota podsuchujca pod namiotem Kellindila nie bya taka pewna. Tephanis przychodzi do obozu elfw noc, by kra poywienie oraz inne rzeczy, ktre uatwiay mu ycie. Skrzat usyszal o mrocznym elfie kilka dni wczeniej, gdy elfy ponowiy poszukiwania Drizzta, i podejmowa ogromne wysiki, by odtd przysuchiwa si ich rozmowom, jak oni ciekawy miejsca pobytu tego, ktry zniszczy Ulgulu i Kempfan. Tephanis potrzsn gwatownie sw gow z obwisymi uszami. -Przeklty-niech-bdziedzie-gdy-on-powrci! -wyszepta, brzmic jak podekscytowany trzmiel. Nastpnie oddali si, a jego mae stopki ledwo dotykay ziemi. W miesicach, ktre nastpiy po mierci Ulgulu, Tephanis nawiza kolejn znajomo, zyska nastpnego potnego sprzymierzeca, ktrego nie chcia straci. Po kilku minutach odnalaz Caroaka, wielkiego, srebrnowosego zimowego wilka, na wysokim szczycie, ktry nazywali domem. - Drow-jest-z-tropicielem - wypali Tephanis, a bestia wydawaa si rozumie. - Strze-si-gomwi-ci! To-on-zabi-mo-ich-dawnych-panw. Caroak spojrza w d na zagajnik Montolio. Zimowy wilk dobrze zna to miejsce i wiedzia, e lepiej trzyma si od niego z dala. Montolio DeBrouchee przyjani si ze wszystkimi zwierztami, lecz zimowe wilki byy bardziej potworami ni zwierztami, i zdecydowanie nie byy przyjacimi tropicieli. Tephanis rwnie spojrza w stron Montolio, martwic si, e znw bdzie musia stan twarz w twarz z podstpnym drowem. Sama myl o tym spotkaniu spowodowaa, e maego **

skrzata znw zacza bole gowa (oraz blizna od lemiesza, ktra dotd cakowicie nie znikna). *** W cigu nastpnych kilku tygodni zima przesza w wiosn, a Drizzt i Montolio zacienili przyja. Wsplna mowa tego regionu nie rnia si zbytnio od jzyka goblinw, polegaa bardziej na zmianie sposobu akcentowania ni zastpowaniu caych sw, a Drizzt szybko j przyswaja, uczy si nawet czyta i pisa. Montolio okaza si dobrym nauczycielem i w trzecim tygodniu mwi ju do Drizzta tylko we wsplnej mowie i krzywi si niecierpliwie za kadym razem, gdy drow przechodzi na jzyk goblinw, by przekaza jak myl. Dla Drizzta by to okres zabawy, okres atwego ycia i wsplnych przyjemnoci. Montolio posiada rozlegy zbir ksiek i drow zagbi si w przygodach wyobrani, w smoczej wiedzy oraz relacjach z wielkich bitew. Wszelkie posiadane przez Drizzta wtpliwoci dawno ju znikny, podobnie jak wtpliwoci na temat Montolio. Schronienie pomidzy drzewami rzeczywicie byo zamkiem, za starzec najlepszym gospodarzem, jakiego kiedykolwiek zna Drizzt. W czasie tych pierwszych tygodni Drizzt nauczy si od Montolio wielu innych rzeczy, praktycznych kwestii, ktre bd miay mu pomaga do koca ycia. Tropiciel potwierdzi przypuszczenia Drizzta na temat sezonowej zmiany pogody, a nawet nauczy drowa, j ak przewidywa pogod z dnia na dzie poprzez obserwacj zwierzt, nieba i wiatru. To rwnie Drizzt szybko przyswaja, zreszt Montolio przypuszcza, e tak wanie bdzie. Starzec nigdy by w to nie uwierzy, gdyby sam tego nie dowiadczy, jednak ten niezwyky drow posiada cechy typowe dla elfa z powierzchni, a moe nawet mia serce tropiciela. - Jak uspokoie niedwiedzia? - Montolio spyta pewnego dnia. Pytanie to drczyo go od chwili, gdy dowiedzia si, e Drizzt i Bbel dziel jaskini. Drizzt nie wiedzia, jak szczerze odpowiedzie, poniewa wci nie rozumia, co si wydarzyo podczas tamtego spotkania. - W ten sam sposb jak ty uspokoie Guenhwyvar, gdy si poznalimy - rzek w kocu drow. Umiech Montolio powiedzia Drizztowi, e starzec dobrze rozumie, o co chodzi. - Serce tropiciela - wyszepta Montolio odwracajc si. Dziki swemu bystremu suchowi Drizzt usysza komentarz, jednak nie zrozumia jego sensu. Wraz z biegiem dni lekcje Drizzta staway si coraz szybsze. Teraz Montolio koncentrowa si na otaczajcym ich yciu, zwierztach i rolinach. Pokazywa Drizztowi, jak zdobywa ywno oraz poznawa uczucia zwierzcia, po prostu obserwujc jego ruchy. Niedugo pniej nastpi pierwszy test, kiedy Drizzt, przesuwajc zewntrzne gazie krzaka z jagodami, odnalaz wejcie do maej nory, wejcie, w ktrym stan rozgniewany borsuk. Wysoko w powietrzu Hooter wyda z siebie seri krzykw, by ostrzec Montolio,.za pierwsz myl tropiciela byo i i pomc swemu przyjacielowi drowowi. Borsuki byy chyba najnikczemniejszymi zwierztami w okolicy, nawet przewyszajcymi orki, rozwcieczay si szybciej ni niedwied Bbel i chtnie atakoway kadego przeciwnika, niewane jak duego. Montolio pozosta jednak z tyu, suchajc jak Hooter dalej opisuje sceneri. Na pierwsz myl Drizzt chwyci sztylet. Borsuk stan na tylnych apach i pokaza paskudne zby oraz pazury, syczc i wyrzucajc z siebie setki skarg. Drizzt uspokoi si, a nawet schowa sztylet z powrotem do pochwy. Nagle zacz postrzega spotkanie z punktu widzenia borsuka, wiedzia, e zwierz czuo si mocno zagroone. W jaki sposb Drizzt zda sobie spraw, e borsuk wybra t nor jako miejsce do wychowywania swych majcych si wkrtce pojawi modych. Borsuk wydawa si by zakopotany rozwanymi ruchami drowa. Bdca w zaawansowanej ciy przysza matka nie chciaa walki i gdy Drizzt ostronie przesun gazie z powrotem na miejsce, by zakry nor, opada na cztery apy, wywszya zapach mrocznego elfa, by zapamita go na przyszo, po czym wrcia do nory. Kiedy Drizzt si odwrci, zauway, e Montolio umiecha si i klaszcze w donie. - Nawet

tropicielowi byoby trudno uspokoi zagniewanego borsuka - wyjani starzec. - Ona bya w ciy - odpar Drizzt. - Tak samo jak ja nie chciaa walki. - Skd to wiedziae? - spyta Montolio, cho nie wtpi w spostrzeenia drowa. Drizzt zacz odpowiada, jednak zda sobie spraw, e nie jest w stanie przekaza prawdy. Spojrza znw na krzak jagd, a pniej bezradnie na Montolio. Tropiciel rozemia si gono i wrci do swoich zaj. On, ktry od tak wielu lat poda zgodnie z zaleceniami bogini Mie-likki, wiedzia, o co chodzi, nawet jeli Drizzt nie. - Wiedz, e borsuk mg ci rozszarpa - powiedzia zgryliwie tropiciel, gdy Drizzt podszed do niego. - Ona bya ze szczeniakami - przypomnia mu Drizzt. -1 nie byaby zbyt duym przeciwnikiem. miech Montolio zakpi z niego. - Niezbyt duym? - powtrzy tropiciel. -Zaufaj mi, Drizzcie, wolaby zapasy z Bblem ni z ni! Drizzt w odpowiedzi jedynie wzruszy ramionami, nie majc argumentw przeciwko bardziej dowiadczonemu mczynie. - Czy naprawd wierzysz, e mizerny noyk byby jak obron przeciwko niej? - spyta Montolio, pragnc skierowa teraz rozmow w inn stron. Drizzt spojrza na sztylet, ktry zabra skrzatowi. Znw nie mg si spiera, n rzeczywicie by mizerny. Zamia si z niego i z siebie. - Obawiam si, e to wszystko, co mam odpowiedzia. - Zajmiemy si tym - obieca tropiciel i zamilkn. Pomimo caego swojego spokoju i pewnoci Montolio dobrze zna niebezpieczestwa dzikiej, grskiej okolicy. Tropiciel ufa Drizztowi bez zastrzee. Montolio wyrwa Drizzta ze snu tu przed zachodem soca i zaprowadzi go pod rozoyste drzewo na pnocnym kracu zagajnika. U podstawy drzewa znajdowaa si spora dziura, niemal grota, przemylnie zasonita krzakami oraz kocem ufarbowanym na podobiestwo kory. Gdy tylko Montolio odsun to wszystko na bok, Drizzt zrozumia jego tajemniczo. - Zbrojownia? - spyta ze zdumieniem drow. - Upodobae sobie sejmitar - odpar Montolio, przypominajc sobie bro, ktr Drizzt zama na kamiennym gigancie. - Ja te mam tu jeden dobry. - Wczoga si do rodka i myszkowa tam przez chwil, po czym wyoni si z porzdnym, zakrzywionym ostrzem. Gdy tropiciel wyszed, Drizzt zbliy si do otworu, by spojrze na wspaniay zasb broni. Montolio posiada spory ich asortyment, od ozdobnych sztyletw poprzez wielkie berdysze do kusz, lekkich i cikich, a wszystko byo wypolerowane i zadbane. O wntrze pnia, sigajc wysoko w gr, opieray si liczne wcznie, wrd nich trzymetrowa runka o metalowym drzewcu, z dugim i spiczastym ostrzem oraz dwoma mniejszymi zadziorami, sterczcymi na boki w pobliu czubka. - Czy do drugiej rki wolisz tarcz, czy te moe sztylet? - spyta Montolio, gdy drow wyszed, mruczc pod nosem wyrazy szczerego zachwytu. - Moesz wzi wszystko poza rzeczami z symbolem sowy ze szponami. Ta tarcza, miecz i hem, nale do mnie. Drizzt zawaha si przez chwil, prbujc wyobrazi sobie lepego tropiciela wyekwipowanego tak do walki wrcz. - Miecz - powiedzia w kocu - albo drugi sejmitar, jeli masz. Montolio spojrza na niego z zaciekawieniem. - Dwa dugie ostrza do walki... - waha si przypuszczam, e najpewniej si w nich zaplczesz. - Nie jest to niezwykym stylem walki wrd droww - rzek Drizzt. Montolio wzruszy ramionami, nie wtpic w to, po czym znw wszed do rodka. - Obawiam si, e ten jest bardziej na pokaz -powiedzia, gdy wrci, trzymajc nadmiernie ozdobne ostrze. Moesz go uywa, jeli chcesz, lub wzi miecz. Mam ich sporo. Drizzt wzi sejmitar, by sprawdzi jego wywaenie. By troch za lekki i chyba zbyt delikatny. Drow uzna jednak, e go zachowa, uwaa bowiem zakrzywione ostrze za lepsze towarzystwo dla drugiego sejmitara ni prosty i nieporczny miecz. - Zajm si nimi rwnie dobrze, jak ty - obieca Drizzt, zdajc sobie spraw, jak cenny dar

ofiarowa mu czowiek. -1 bd ich uywa - doda, wiedzc co Montolio tak naprawd chcia usysze - tylko wtedy, gdy bd musia. - Mdl si wic, aby nigdy ich nie potrzebowa, Drizzcie Do'Urden - odpar Montolio. Widziaem pokj oraz wojn i mog ci powiedzie, e zdecydowanie wol to pierwsze! Chod teraz, przyjacielu. Jest tak wiele rzeczy, ktre chc ci pokaza. Drizzt ostatni raz spojrza na sejmitary, po czym wsun je do pochew przy pasie i pody za Montolio. Z szybko nadchodzc wiosn oraz tak wspaniaym i ekscytujcym towarzystwem zarwno nauczyciel, jak i jego niezwyky student, cieszyli si pogod ducha, oczekujc cennych lekcji i cudownych wydarze. *** Ich umiechy zniknyby natychmiast, gdyby wiedzieli, e pewien krl orkw, rozgniewany strat dziesiciu onierzy, dwch worgw oraz cennego sprzymierzeca giganta, obserwowa ich okolic swymi tymi, nabiegymi krwioczyma, szukajc drowa. Wielki ork zaczyna si zastanawia, czy Drizzt wrci do Podmroku, przyczy si do jakiej innej grupy, moe maej elfiej bandy, ktra bya w okolicy, czy tego przekltego lepego tropiciela, Montolio. Jeli drow wci by w okolicy, Graul zamierza go znale. Wdz orkw nie kusi losu, a sama obecno mrocznego elfa stwarzaa ryzyko.

14 Prba Montolio
- No dobrze, wystarczajco dugo czekaem! - powiedzia stanowczo Montolio pewnego

pnego popoudnia. Znw potrzsn drowem. - Czekae? - spyta Drizzt, ocierajc z oczu sen. - Jeste wojownikiem czy czarodziejem? - cign Montolio. - Czy obydwoma naraz? Jednym z tych utalentowanych osobnikw? Elfy z powierzchni s z tego znane. Drizzt zrobi zakopotan min. - Nie jestem czarodziejem - rzek ze miechem. - Lubisz tajemnice, co? - zakpi Montolio, cho cigle obecny na jego ustach umiech agodzi opryskliwy ton. Przecign si przed sypialni Drizzta i skrzyowa rce na piersi. - Ale ze mn tak nie bdzie. Zabraem ci do siebie i jeli jeste czarodziejem, musz o tym wiedzie! - Dlaczego to mwisz? - spyta oszoomiony drow. - Czy kiedykolwiek... - Hooter mi po wiedzia! -wypali Montolio. Drizzt by szczerze zdziwiony. - Podczas walki, kiedy si poznalimy - wyjani Montolio. - Zaciemnie teren wok siebie i paru orkw. Nie zaprzeczaj temu, czarodzieju. Hooter mi powiedzia! - To nie byo czarodziejskie zaklcie - zaprotestowa bezradnie Drizzt. - A ja nie jestem czarodziejem. - Nie zaklcie? - powtrzy Montolio. - A wic przedmiot? No c, pozwl mi go pozna! - Nie przedmiot - odpar Drizzt. - Umiejtno. Wszystkie drowy, nawet te pomniejsze, mog tworzy kule ciemnoci. To nie jest zbyt trudne. Montolio rozmyla przez chwil nad t wiadomoci. Nie mia adnych dowiadcze z mrocznymi elfami, zanim Drizzt nie pojawi si w jego yciu - Jakie inne umiejtnoci" posiadasz? - Ogie faerie - odpowiedzia Drizzt. - To obrys... - Znam ten czar - rzek do niego Montolio. - Jest czsto uywany przez kapanw z terenw lenych. Czy wszystkie drowy mog go tak dobrze tworzy? - Nie wiem - odpowiedzia szczerze Drizzt. - Poza tym jestem... albo byem... zdolny do lewitacji. Jedynie szlachta droww moe to robi. Obawiam si, e straciem t moc, albo wkrtce j strac. Umiejtno ta zacza mnie zawodzi, odkd wyszedem na powierzchni, podobnie jak zawid mnie mj piwafwi, moje buty i moje wykute przez drowy sejmitary. - Sprbuj - zaproponowa Montolio. Drizzt koncentrowa si dug chwil. Poczu, jak staje si lejszy, a pniej unis si nad ziemi. Po chwili jednak jego ciar powrci, wskutek czego opad. Wznis si zaledwie na kilka centymetrw. - Robi wraenie - mrukn Montolio. Drizzt tylko si rozemia i potrzsn bia czupryn. - Czy mog ju i spa? - spyta odwracajc si w stron posania. Montolio mia na ten temat inne zdanie. Przyszed tu, by lepiej zrozumie swego towarzysza, by odnale ograniczenia umiejtnoci Drizzta, czarodziejskich i innych. Tropiciel obmyli nowy plan, lecz musia go rozpocz, zanim zajdzie soce. - Poczekaj - poprosi Drizzta. - Moesz odpocz pniej, po zmroku. Potrzebuj ci teraz, i twoich umiejtnoci". Czy moesz przyzwa kul ciemnoci teraz, czy te potrzebujesz czasu na kontemplacj? - Kilka sekund - odpar Drizzt. - We wic swj pancerz i bro - rzek Montolio - i chod ze mn. Pospiesz si. Nie chc straci przewagi, jakdaje wiato dnia. Drizzt wzruszy ramionami i ubra si, po czym poszed za tropicielem na pnocny kraniec zagajnika, do mao uywanej czci lenego kompleksu. Montolio uklkn i pocign Drizzta na ziemi, pokazujc may otwr z boku trawiastego pagrka. - Dzik tu zamieszka - wyjani stary tropiciel. - Nie chc go krzywdzi, lecz boj si zbliy na tyle, by nawiza z nim kontakt. Dziki s co najmniej nieprzewidywalne. Mina duga chwila ciszy. Drizzt zastanawia si, czy Montolio chce po prostu, aby dzik si pokaza. - No dalej - ponagli tropiciel.

Drizzt odwrci si w jego stron z niedowierzaniem, sdzc, e Montolio chce, by poszed tam i powita ich niepodanego i nieprzewidywalnego gocia. - Zrb to - cign tropiciel. - Uyj swojej kuli ciemnoci tu przed dziur, jeli moesz. Drizzt zrozumia, a westchnienie ulgi, jakie z siebie wyda, zmusio Montolio do przygryzienie wargi, by powstrzyma chichot. Chwil pniej obszar przed trawiastym pagrkiem znikn w mroku. Montolio gestem wskaza Drizztowi, by zosta z tyu, i skierowa si w tamt stron. Drizzt skupi si, obserwujc i nasuchujc. Rozlego si nagle kilka wysokich piskw, a pniej Montolio krzykn z niepokojem. Drizzt zerwa si i ruszy tam, niemal potykajc si o lec sylwetk swego przyjaciela. Stary tropiciel jkn, poruszy si, ale nie odpowiada na ciche woanie Drizzta. Nie syszc nigdzie w pobliu dzika, Drizzt przyklkn, by dowiedzie si, co si stao i wzdrygn si wyczuwajc, e Montolio jest skulony i trzyma si za pier. - Montolio - wyszepta Drizzt, mylc, e starzec jest powanie ranny. Pochyli si, by mwi bezporednio do twarzy tropiciela, jednak wyprostowa si szybciej, ni zamierza, gdy tarcza Montolio uderzya go w bok gowy. - To Drizzt! - krzykn drow, pocierajc wiey guz. Usysza, j ak Montolio wstaj e gwatownie przed nim, za zaraz pniej rozleg si odgos wyciganego z pochwy miecza. - Oczywicie e tak! - zarechota Montolio. - A co z dzikiem? - Dzikiem? - powtrzy Montolio. - Nie ma adnego dzika, ty gupi drowie. Nigdy nie byo. To my tu jestemy przeciwnikami. Nadszed czas na troch zabawy! Teraz Drizzt wszystko zrozumia. Montolio przekona go, by wykorzysta sw ciemno tylko po to, by pozbawi go przewagi wzroku. Montolio go wyzywa na rwnych zasadach. - Paz ostrza! - odpowiedzia Drizzt, cakiem chtny do zabawy. Jake drow uwielbia takie testy w Menzoberranzan z Zaknafeinem! - O twoje ycie! - Montolio odpar ze miechem, ktry wydobywa si prosto z jego odka. Tropiciel posa swj miecz ukiem, a sejmitar Drizzta odepchn go daleko w bok. Drizzt skontrowa dwoma szybkimi uderzeniami w rodek, atakiem, ktry pokonaby wikszo przeciwnikw, lecz na dobrze ustawionej tarczy Montolio odegra jedynie zoon z dwch dwikw melodi. Pewny pozycji Drizzta tropiciel pchn prosto przed siebie tarcz. Drizzt zosta odepchnity, zanim zdoa odsun si z drogi. Miecz Montolio znw pojawi si z boku, a drow go zablokowa. Tarcza starca ponownie uderzya w przd, lecz Drizzt odbi jej pd, zapierajc si mocno na pitach. Dowiadczony stary tropiciel pchn teraz tarcz wysoko w gr, przyjmujc nanijedno z ostrzy Drizzta oraz spor cz rwnowagi drowa, po czym ze wistem skierowa swj miecz prosto w jego pier. Drow w jaki sposb wyczu atak. Podskoczy wcigajc brzuch i cofajc poladki. Mimo caej swej desperacji poczu lekkie uderzenie, gdy miecz w niego trafi. Drizzt przeszed do ofensywy, wykonujc kilka sprytnych i zawiych manewrw, ktre jak sdzi, poo kres temu pojedynkowi. Montolio przewidzia jednak kady z nich, poniewa kady wysiek Drizzta koczy si tym samym odgosem sejmita-ra padajcego na tarcz. Nastpnie tropiciel zacz natarcie, napierajc mocno na Drizzta. Drow nie by nowicjuszem w walce na lepo, lecz Montolio spdza kad godzin kadego swego dnia jako lepiec i funkcjonowa rwnie dobrze i swobodnie, jak wikszo ludzi z dobrym wzrokiem. Wkrtce Drizzt zda sobie spraw, e nie wygra w kuli ciemnoci. Pomyla o wyprowadzeniu tropiciela z zasigu czaru, lecz wtedy jednak sytuacja nagle si zmienia, bowiem ciemno znikna. Uwaajc gr za zakoczon, Drizzt cofn si kilka krokw, wyczuwajc drog stop a do wystajcego korzenia drzewa. Montolio przez chwil nasuchiwa, zauwaajc zmian w zachowaniu przeciwnika, po czym mierzc nisko, ruszy do natarcia. Drizzt uzna, e postpi sprytnie, jeli rzuci si gow naprzd ponad tropicielem, przekoziokuje za nim, wstanie i zaatakuje z jednej czy drugiej strony, gdy zdezorientowany

czowiek bdzie si obraca. Drow nie osign jednak swego zamierzenia. Gdy by w poowie drogi, jego twarz zetkna si z tarcz Montolio. Drow jkn i pad ciko na ziemi. W chwili gdy otrzsn si ju z zawrotw gowy, uwiadomi sobie, e Montolio siedzi sobie wygodnie na jego plecach, opierajc miecz o opatki drowa. - Jak... - zacz pyta Drizzt. Gos Montolio by ostrzejszy, ni drow kiedykolwiek u niego sysza. - Nie docenie mnie, drowie. Uznae mnie za lepego i bezradnego. Nigdy wicej tego nie rb! Przez uamek sekundy Drizzt szczerze si zastanawia, czy Montolio chce go zabi, tak rozwcieczony by tropiciel. Wiedzia, e jego protekcjonalno zrania mczyzn i wtedy zda sobie spraw, e Montolio DeBrouchee, tak pewny siebie i zdolny do wielu rzeczy, na swoich starych barkach niesie wasne brzemi. Pierwszy raz, odkd pozna tropiciela, Drizzt zastanawia si, jak bolesna musiaa by dla starca utrata wzroku. Co jeszcze, rozmyla drow, straci Montolio? - To oczywiste - powiedzia po krtkiej chwili Montolio. Jego gos znw zagodnia. Zwaywszy na to, e atakowaem tak nisko. - Oczywiste tylko, jeli wyczue, e czar si zakoczy - odpar Drizzt, zastanawiajc si, jak powana bya uomno Montolio. -Nigdy nie sprbowabym tego manewru w ciemnoci, bez oczu ktre by mnie prowadziy. Jednak skd lepiec mg wiedzie, e zaklcie przestao trwa? - Sam mi to powiedziae! - zaprotestowa Montolio, wci nie schodzc Drizztowi z plecw. -Zachowaniem! Nagy szelest twoich stp, zbyt lekki by mg by zrobiony w absolutnej ciemnoci, i twoje westchnienie, drowie! Westchnienie wiadczce o uldze, cho ju wtedy wiedziae, e nie moesz mnie pokona bez swojego wzroku. Montolio wsta z Drizzta, lecz drow pozosta bez ruchu, prze-trawiajc nowe informacje. Zda sobie spraw, jak mao wie o swoim towarzyszu, jak wiele bra za pewnik, gdy chodzio o Montolio. - Chod wic - powiedzia Montolio. - Pierwsza lekcja si skoczya. Bya cenna, lecz sjeszcze inne rzeczy, ktre musimy zrobi. - Powiedziae, e bd mg spa - przypomnia mu Drizzt. - Wyej ci oceniaem - odpar natychmiast Montolio, kierujc umiech w stron lecego drowa. *** Podczas gdy Drizzt ochoczo przyswaja liczne wiadomoci, jakie przekazywa mu Montolio, tej nocy i przez wiele nastpnych, stary tropiciel zbiera wasne informacje o drowie. Ich praca bya najbardziej zwizana z teraniejszoci. Montolio uczy Drizzta, jaki jest otaczajcy wiat i jak w nim przetrwa. Niemal zawsze jeden lub drugi, zazwyczaj Drizzt, wtrca komentarze o swojej przeszoci. Stao si to pomidzy nimi pewnego rodzaju gr, przypominali sobie dawne wydarzenia, bardziej w celu obserwacji zdumienia i szoku u tego drugiego, ni przekazania czego szczeglnego. Motolio opowiada anegdoty z lat spdzonych na szlaku, historie wspaniaych bitew z goblinami i zabawne psoty, jakie zwykle powani tropiciele czsto robili sobie nawzajem. Drizzt troch bardziej strzeg swojej przeszoci, lecz mimo to opowieci o Menzoberranzan, o zbrodniczej i wystpnej Akademii oraz zaartych wojnach toczcych si pomidzy rodzinami, wykraczay daleko poza wszystko, co Montolio sobie kiedykolwiek wyobraa. Opowieci drowa byy wspaniae, jednak Montolio wiedzia, e Drizzt co ukrywa, e na swoich barkach niesie jaki wielki ciar. Z pocztku tropiciel nie naciska na Drizzta. Zachowywa cierpliwo, zadowolony e on i drow maj podobne zasady i -gdy dowiedzia si o szybkim rozwoju tropicielskich zdolnoci Drizzta - podobny wiatopogld. Pewnej nocy, pod srebrnym wiatem ksiyca, Drizzt i Montolio zasiedli w drewnianych fotelach, ktre tropiciel zbudowa wysoko w gaziach duego drzewa. Jasno wschodzcego ksiyca, ktry znika i pojawia si zza szybko pyncych, poszarpanych chmur, oczarowaa

drowa. Montolio nie mg oczywicie widzie ksiyca, jednak, wraz z Guenhwyyar wygodnie uoonw jego objciach, nie mniej si cieszy. W zamyleniu drapa doni gste futro na muskularnym karku pantery i sucha licznych, niesionych przez wiatr, dwikw, odgosw setek stworze, ktrych drow nawet nie rejestrowa, cho jego such by czulszy ni u Montolio. Stary tropiciel chichota co chwil, raz gdy usysza poln mysz piszczc ze zoci na sow prawdopodobnie Hootera - za przerwanie jej posiku i zmuszenie do ucieczki do nory. Spogldajc na tropiciela i Guenhwyvar, tak spokojnych i akceptujcych si nawzajem, Drizzt czu bl przyjani i winy. -Moe nie powinienem przychodzi - wyszepta kierujc wzrok w stron ksiyca. - Dlaczego? - spyta cicho Montolio. -Nie smakuje ci moje jedzenie? - Jego umiech rozbroi Drizzta, gdy drow odwrci si do niego z ponur min. - Chodzi mi o powierzchni - wyjani Drizzt, zdobywajc si na umiech pomimo ogarniajcej go melancholii. - Czasami uwaam, e mj wybr by samolubny. - Takie zazwyczaj jest przetrwanie - odpar Montolio. - Sam to czasami czuem przy paru okazjach. Kiedy zostaem zmuszony do wbicia miecza w serce pewnego mczyzny. Brutalno wiata wzbudza wielkie wyrzuty sumienia, lecz szczliwie jest to przemijajcy al i z pewnoci nie odczuwa si go w walce. - Jake bym chcia, eby min - stwierdzi Drizzt, bardziej do siebie lub ksiyca ni do Montolio. Uwaga ta uderzya Montolio. Im blisi stawali si sobie z Drizztem, tym bardziej tropiciel dzieli z drowem jego nieznane brzemi. Drizzt by mody jak na standardy elfw, lecz pozna ju sporo wiata, a jego umiejtnoci walki przekraczay umiejtnoci wikszoci zawodowych onierzy. Bez wtpienia mroczne pochodzenie Drizzta mogo powodowa bariery w rozumieniu wiata powierzchni. Wedug Montolio drow powinien jednak zdoa przeama te uprzedzenia i wie dugie i owocne ycie, zwaywszy na jego znaczne talenty. Tropiciel zastanawia si, czym byo to, co tak ciyo na tym elfie. Drizzt wicej cierpia, ni si umiecha, i kara si bardziej ni powinien. - Czy twj al jest szczery? - spyta go Montolio. - Wiedz, e wikszo nie jest. Powana cz naoonych przez siebie brzemion ma swoje podstawy w nieprawidowym postrzeganiu. My, o szczerym charakterze, zawsze oceniamy siebie wedug ostrzejszych regu, ni oczekujemy u innych. Jest to kltwa, jak przypuszczam, albo bogosawiestwo, zalenie od tego, jak kto to widzi. - Skierowa swoje pozbawione wzroku spojrzenie w stron Drizzta. - Przyjmij to za bogosawiestwo, mj przyjacielu, jako wewntrzny zew, ktry zmusza ci do walki o to, co nieosigalne. - Bogosawiestwo wzbudzajce frustracj - odpar niedbale Drizzt. - Tylko gdy nie zastanawiasz si nad korzyciami, ktre przyniosa ci ta walka - szybko odpowiedzia Montolio, jakby przewidzia sowa drowa. - Ci, ktrzy d do niewielkich rzeczy, osigajniewiele. Nie ma co do tego wtpliwoci. Lepiej jest, jak sdz, prbowa chwyta gwiazdy, ni siedzie zdenerwowany tym, e nie moesz ich dosign. - Rzuci do Drizzta swj typowy krzywy umiech. - Przynajmniej ten kto siga, rozcignie si, zdobdzie dobry widok, a moe nawet nisko wiszce jabko w nagrod za swe wysiki. - I moe jak nisko lecc strza, wypuszczon przez niewidocznego napastnika - zauway kwano Drizzt. Montolio potrzsn bezradnie gow na niekoczcy si pesymizm Drizzta. Bolao go dotkliwie, gdy widzia, e obdarzony dobrym sercem drow jest tak zraniony. - Istotnie, moe powiedzia tropiciel, troch ostrzej ni zamierza. - Jednak utrata ycia jest wielka jedynie dla tych, ktrzy igrajpodczas niego z losem! Niech twoja strzaa leci nisko i powali kogo takiego na ziemi, ja ci to mwi. Jego mier nie bdzie du tragedi! Drizzt nie mg odmwi logiki tego rozumowania ani te pogody ducha, jak da mu stary tropiciel. W cigu kilku ostatnich tygodni improwizowana filozofia Montolio oraz jego sposb postrzegania wiata - pragmatyczny, cho mocno nacechowany modziecz ywioowoci-

wzbudzia w Drizzcie wicej spokoju ni cokolwiek od pierwszych dni treningu w sali gimnastycznej Zaknafeina. Drow nie mg jednak nie myle o krtkim okresie ycia swego towarzysza. Sowa mogy koi, jednak nie byy w stanie wymaza wspomnie z przeszoci Drizzta, odlegych gosw martwego Zaknafeina, martwego Clackera i martwych rolnikw. Jeden mentalny krzyk drizzit" unicestwia godziny dawanych w dobrej wierze porad Montolio. - Do tego bzdurnego przekomarzania - cign Montolio, wygldajc na wzburzonego. Nazywam ci przyjacielem, Drizzcie Do'Urden, i mam nadziej, e ty mnie rwnie. Jakim przyjacielem mog by w obliczu tego brzemienia, ktre obcia twoje barki, jeli nie wiem o nim wicej? Jestem twoim przyjacielem albo nie. Decyzja naley do ciebie, jednak jeli nie jestem, to w takim razie nie widz celu w spdzaniu tak cudownych nocy jak ta przy twoim boku. Powiedz mi, Drizzcie, albo odejd z mego domu! Drizzt ledwo mg uwierzy, e Montolio, zazwyczaj tak cierpliwy i spokojny, postawi go w takiej sytuacji. Pierwsz reakcj drowa byo uchyli si, zbudowa cian gniewu przed domniemaniami starca i trzyma przy sobie to, co uwaa za osobiste. Wraz z mijajcymi chwilami, gdy Drizzt przeama jednak pocztkowe zaskoczenie i zastanowi si nad wypowiedzi Montolio, zrozumia jedn podstawow prawd, ktra usprawiedliwiaa te domniemania: on i Montolio rzeczywicie stali si przyjacimi gwnie dziki wysikom tropiciela. Montolio chcia, by Drizzt podzieli si z nim sw przeszoci, by starzec mg lepiej zrozumie i pocieszy swego nowego przyjaciela. - Czy wiesz o Menzoberranzan, miecie moich narodzin i moich pobratymcw? - spyta cicho Drizzt. Nawet wymawianie tej nazwy powodowao bl. - I czy wiesz o zwyczajach mojego ludu lub nakazach Pajczej Krlowej? - Opowiedz mi o wszystkim, bagam - odpowiedzia ponuro Montolio. Drizzt przytakn - Montolio wyczu ten ruch pomimo tego, e go nie widzia - i opar si o drzewo. Wpatrywa si w ksiyc, lecz tak naprawd wzrok mia utkwiony jeszcze dalej. Jego umys wdrowa z powrotem przez dzieje modego drowa, wraca do Menzoberranzan, do Akademii i do Domu Do'Urden. Trzyma przez chwil w sobie te myli, bkajc si po zawiociach ycia rodzinnego droww i po przyjemnej prostocie czasw spdzonych w sali gimnastycznej z Zaknafeinem. Montolio czeka cierpliwie. Zgad, e Drizzt szuka odpowiedniego miejsca, by zacz. Z tego, co dowiedzia si z przelotnych uwag drowa, ycie Drizzta byo wypenione przygodami i chwilami niepokoju i tropiciel wiedzia, e nieatwo bdzie mrocznemu elfowi, ktrego znajomo wsplnej mowy wci bya ograniczona, zrelacjonowa je cae. Poza tym, zwaywszy na brzemi winy i alu, jakim drow w oczywisty sposb by obciony, Montolio podejrzewa, e Drizzt moe czu si niepewnie. - Urodziem si wanego dnia w historii mojej rodziny - zacz Drizzt. - Tego dnia Dom Do'Urden wyeliminowa Dom DeYir. - Wyeliminowa? - Zmasakrowa - wyjani Drizzt. lepe oczy Montolio nic nie ukazay, lecz mina tropiciela gwatownie si zmienia, jak drow si spodziewa. Drizzt chcia, byjego towarzysz zrozumia przeraajc gbi spoeczestwa droww, wic wymownie doda -Rwnie tego dnia mj brat Dinin wbi miecz w serce najstarszego brata, Nalfeina. Po grzbiecie Montolio przebieg dreszcz i tropiciel potrzsn gow. Zda sobie spraw, e dopiero zaczyna rozumie brzemi dwigane przez Drizzta. - Takie s zwyczaje droww- powiedzia cicho i beznamitnie Drizzt, prbujc przekaza niedbay stosunek mrocznych elfw do morderstwa. - W Menzoberranzan istnieje cisa hierarchia potgi. Aby wspi si wyej, uzyska wysz rang, czy jako osoba, czy rodzina, naley po prostu wyeliminowa tych nad tob. Lekkie drenie gosu zdradzio Drizzta przed tropicielem. Montolio wyranie zauwaa, e mody drow nigdy nie akceptowa tych niegodziwych praktyk. Drizzt cign sw histori, opowiadajc j w sposb kompletny i dokadny, przynajmniej jeli chodzi o ponad czterdzieci lat, jakie spdzi w Podmroku. Mwi o dniach spdzonych pod cis

kuratel swej siostry Viemy, nie koczcym si czyszczeniu domowej kaplicy i uczeniu wrodzonych mocy, oraz poznawaniu swego miejsca w spoeczestwie droww. Drizzt dugo wyjania Montolio t specyficzn struktur spoeczn, hierarchi opart na cisych rangach oraz hipokryzj prawa" droww, okrutn fasad osaniajc miasto przed cakowitym chaosem. Tropiciel wzdrygn si, syszc o wojnach pomidzy rodzinami. Byy to brutalne konflikty, w ktrych nie dopuszczano, by ocalaa szlachta, a nawet dzieci. Jeszcze wikszy dreszcz przeszy go, gdy Drizzt opowiedzia o sprawiedliwoci" droww, o zagadzie jaka spadaa na dom, ktremu nie powiodo si zniszczenie innej rodziny. Opowie staa si mniej ponura, gdy Drizzt mwi o Zakna-feinie, swym ojcu i najdroszym przyjacielu. Oczywicie szczliwe wspomnienia ojca byy jedynie krtkim preludium do przeraajcej mierci Zaknafeina. - Moja matka zabia mojego ojca -wyjani ponuro Drizzt z widocznym blem. - Powiecia go Lloth za moje przewinienia, a nastpnie oywia jego ciao i wysaa, by mnie zabi, by ukara mnie za zdrad rodziny i Pajczej Krlowej. Mina chwila, zanim Drizzt by w stanie podj wtek, jednak gdy to zrobi, znw mwi szczerze, a nawet ujawnia swoje wasne niepowodzenia podczas samotnego pobytu w dziczy Podmroku. - Obawiaem si, e straciem swoj tosamo i zasady na rzecz jakiego instynktownego, dzikiego potwora - powiedzia Drizzt ze smutkiem. Wtedy jednak ta emocjonalna fala, ktr bya j ego egzystencja, znw si podniosa i umiech zagoci na jego twarzy, gdy przytacza okres spdzony z Belwarem, Wielce Szanowanym Nadzorc Kopaczy, a take z Clackerem, peczem, ktry zosta przemieniony w hakow poczwar. Umiech okaza si nietrway, bowiem opowie Drizzta dosza w kocu do miejsca, kiedy Clackera zabi nieumary potwr Opiekunki Malice. Kolejny przyjaciel zgin w imieniu Drizzta. Jakby ilustrujc opowie, w chwili gdy Drizzt doszed do swego wyjcia z Podmroku, wit przebija si ponad wschodnimi grami. Teraz drow staranniej dobiera sowa, nie by jeszcze gotw przytacza tragedii rolniczej rodziny w obawie, e Mon-tolio go osdzi i potpi, niszczc niedawno powsta wi. Racjonalnie rzecz ujmujc, Drizzt mg sobie przypomina, e to nie on zabi rolnikw, jednak wina rzadko bywa racjonalnym uczuciem, wic Drizzt po prostu nie mg odnale odpowiednich sw -jeszcze nie. Montolio, posiadajcy zdobywan przez lata wiedz oraz zwierzcych zwiadowcw rozrzuconych po caej okolicy, wiedzia, e Drizzt co ukrywa. Kiedy pierwszy raz si spotkali, drow wspomnia o zagadzie, jaka spada na rolnicz rodzin, a Montolio sysza o rodzinie zabitej w wiosce Maldobar. Tropiciel ani przez chwil nie sdzi, by Drizzt mg to zrobi, podejrzewa jednak, e drow jest w jaki sposb w to zamieszany. Nie naciska jednak na Drizzta. Drow by bardziej szczery i rozmowny, ni Montolio si spodziewa i tropiciel by przekonany, e w odpowiednim czasie drow wypeni te oczywiste luki. - To dobra opowie - powiedzia w kocu Montolio. - Podczas swoich kilku dekad przeye wicej ni wikszo elfw przez trzy stulecia. Blizn jest jednak mao i si wylecz. Drizzt, nie bdc taki pewien, spojrza na niego aonie, za Montolio mg mu zaoferowa jedynie pokrzepiajce klepnicie w rami, gdy wstawa i kierowa si do ka. *** Drizzt wci spa, gdy Montolio rozbudzi Hootera i przywiza do nogi sowy dug wiadomo. Hooternie by zbyt zadowolony z polece tropiciela, bowiem podr moga potrwa nawet tydzie, ktry to cenny i przyjemny czas mg powici na cieszenie si myszami i sezonem godowym. Pomimo jednak wszystkich swoichjkliwych pohukiwa sowa nie moga si sprzeciwi. Hooter zjey pira, chwyci pierwszy podmuch wiatru i bez wysiku skierowa si poprzez pokryty niegiem obszar do Mal-dobar - i dalej, do Sundabar, jeli bdzie trzeba. Pewna cieszca si do du saw tropicielka, siostra Pani z Silverymoon, wci znajdowaa si w okolicy, co Montolio wiedzia dziki swym dzikim przyjacioom, wysa wic Hootera, by j odnalaz.

*** - Czy-to-si-nigdy-nie-skoczy? - narzeka skrzat obserwujc, jak zwalisty czowiek poda szlakiem. -Najpierw-paskud-ny-drow-a-teraz-ten-brutal! Czy-nigdy-nie-pozbd-si-tych-kopotliwych-osobnikw? - Tephanis potrzsn gow i tupn kilkakrotnie nog tak szybko, e wykopa may otwr. Na szlaku wielki, poznaczony bliznami pies warkn i obnay zby, a Tephanis, zdajc sobie spraw, e jego tupanie byo za gone, zatoczy szerokie pkole, przecinajc ciek za podrnikiem i wychodzc z drugiej strony. ty pies, wci patrzc w przeciwnym kierunku, przekrzywi gow i zaskomla w zakopotaniu.

15 Cie nad sanktuarium


Drizzt i Montolio przez kilka nastpnych dni nie rozmawiali o opowieci drowa. Drizzt rozmyla nad bolesnymi wspomnieniami, za tropiciel taktownie dawa mu na to czas. Zajmowali si swymi codziennymi sprawami, z dala od siebie i z mniejszym entuzjazmem, jednak jak obaj zdali sobie spraw, odlego bya kwesti przemij aj c. Stopniowo zaczli si do siebie zblia, co wzbudzao w Drizzcie nadziej, i odnalaz rwnie szczerego przyjaciela, jak Belwar, a nawet Zaknafein. Pewnego dnia obudzi go zbyt dobrze mu

znany gos i drow pomyla, e jego szczliwy pobyt u Montolio dobieg do katastrofalnego koca. Podczoga si do drewnianej ciany, ktra osaniaa jego pokj, i wyjrza. - Drow, Mooshie - mwi Roddy McGristle, trzymajc na widoku zamany sejmitar. Zwalisty traper, wygldajcy na jeszcze wikszego w swych licznych warstwach skr, siedzia na maym lecz uminionym koniu tu za kamiennym murem, otaczajcym zagajnik. - Widziae go? - Widziaem? - powtrzy sarkastycznie Montolio, mrugajc wymownie swymi mlecznobiaymi oczyma. Roddy nie by zachwycony. - Wiesz, o co mi chodzi! - warkn. - Widzisz wicej ni my wszyscy, wic nie rnij gupa! W tym momencie pies Roddy'ego, z paskudn szram w miejscu, gdzie trafi go Drizzt, chwyci znajom wo i zacz zawzicie wszy, krc tam i z powrotem po ciekach zagajnika. Drizzt przyczai si z sejmitarem w doni. By przeraony. Nie mia ochoty walczy - nawet nie chcia znw uderzy tego psa. - Trzymaj swojego psa przy sobie! - parskn Montolio. Zaciekawienie McGristle'a byo oczywiste. Widziae mrocznego elfa, Mooshie? - spyta znw, tym razem podejrzliwie. - Moliwe - odpar Montolio. Odwrci si i wyda z siebie przenikliwy, ledwo syszalny gos. Pies Roddy'ego, syszc niewtpliw zo tropiciela, opuci ogon midzy nogi i cofn si do konia swego pana. - Mam tu miot lisich szczenit - skama gniewnie tropiciel. - Jeli twj pies je znajdzie... -Montolio zawiesi gos w tym miejscu, a Roddy wyglda na penego podziwu. Opuci psu obro na szyj i przycign go do siebie. - Drow, najpewniej ten sam, przyszed tu przed pierwszymi niegami - cign Montolio. Nieatwo bdzie ci go upolowa, owco nagrd. - Zamia si. - Z tego co wiem, mia jakie problemy z Graulem, a pniej znw wyruszy w drog, z powrotem do swego mrocznego domu. Czy zamierzasz uda si za drowem do Podmroku? Z pewnoci twoja reputacja znacznie by wzrosa, owco nagrd, cho mgby za to zapaci yciem! Drizzt uspokoi si, syszc te sowa. Montolio kama dla niego! Widzia, e tropiciel nie darzy McGristle'a zbytnim powaaniem, a to rwnie zmniejszao niepokj drowa. Wtedy Roddy znw silnie zaatakowa, snujc opowie o tragedii w Maldobar w bezczelny i wypaczony sposb, ktry wystawia przyja Drizz-ta i Montolio na cik prb. - Drow zabi Thistledownw! - Roddy rykn do tropiciela, ktrego gadki umiech znikn w mgnieniu oka. - Zaszlachto-wa ich, a jego pantera zabia i poara jednkobiet. Znae Bartomieja Thistledowna, tropicielu. To haba, e tak swobodnie mwisz o jego mordercy! - Drow ich zabi? - spyta ponuro Montolio. Roddy jeszcze raz wycign zamany sejmitar. - Zaszlachtowa - warkn. - Za jego gow obiecano dwa tysice sztuk zota. Dam ci pi setek, jeeli moesz si dla mnie dowiedzie czego wicej. - Nie potrzebuj twojego zota - odpowiedzia szybko Montolio. - Ale czy chcesz zobaczy gow zabjcy? - odpar szorstko Roddy. - Czy opakujesz tragedi klanu Thistledownw, rodziny dobrej jak mao ktra? Milczenie, jakie nastpio ze strony Montolio, doprowadzio Drizzta do przekonania, e tropiciel moe obrci si przeciwko niemu. Drow uzna, e nie ucieknie, niezalenie od decyzji Montolio. Mg si przeciwstawi gniewowi owcy nagrd, jednak nie Montolio. Jeli tropiciel go oskary, Drizzt zmierzy si z nim i zostanie osdzony. - Smutny dzie - mrukn Montolio. - Rzeczywicie dobra rodzina. Schwytaj drowa, McGristle. Bdzie to twoja najlepsza zdobycz. - Gdzie zacz? - spyta cicho Roddy, najwyraniej uwaajc, e przekona Montolio. Drizzt rwnie tak pomyla, zwaszcza gdy tropiciel odwrci si w stron zagajnika. - Syszae o Jaskini Morueme? - zapyta Montolio. Na to pytanie Roddy'emu wyranie zrzeda mina. Jaskinia Morueme, na skraju wielkiej pustyni Anauroch, bya tak nazwana z powodu rodziny niebieskich smokw, ktre tam mieszkay. - Dwiecie i pidziesit kilometrw - jkn McGristle. - Przez Uroczyska. Trudna droga.

- Drow poszed tam, albo w poblie, wczesn zim - skama Montolio. - Drow poszed do smokw? - spyta zdumiony Roddy. - Raczej poszed do jakiej innej jamy w tamtej okolicy -odpar Montolio. - Smoki z Morueme mog co o nim wiedzie. Powiniene je zapyta. - Nie spieszy mi si tak bardzo do smokw - powiedzia ponuro Roddy. - Zbyt ryzykowne i nawet jeli dobrze idzie, zbyt wiele kosztuje! -A wic wyglda na to, e pierwszy raz zdobycz si wymknie Roddy'emu McGristle - rzek Montolio. Starae si jednak, zwaszcza w obliczu kogo takiego jak mroczny elf! Roddy poderwa konia i obrci go. - Nie stawiaj na mnie kreski, Mooshie! - rykn przez rami. - Nie pozwol mu uciec, nawet gdybym mia sam przeszuka kad dziur w Uroczyskach! - To sporo pracy jak na dwa tysice sztuk zota - stwierdzi Montolio, nie bdc pod zbyt duym wraeniem. - Drow zabra mi psa i ucho, a zostawi t blizn! - warkn Roddy, pokazujc na sw poszarpan twarz. owca nagrd zda sobie spraw z absurdalnoci swoich ruchw- oczywicie lepy tropiciel nie mg go widzie - po czym spi konia i odjecha od zagajnika. Montolio machn z niesmakiem rk za plecami McGristle'a, po czym odwrci si w stron drowa. Drizzt sta na skraju zagajnika, nie wiedzc jak dzikowa Montolio. - Nigdy go nie lubiem - wyjani Montolio. - Rodzina Thistledownw zostaa zamordowana - przyzna otwarcie Drizzt. Montolio przytakn. - Wiedziae? - Wiedziaem, zanim tu przyszede - odpowiedzia tropiciel. - Szczerze mwic, z pocztku zastanawiaem si, czy ty to zrobie. - Nie - rzek Drizzt. Montolio znw przytakn. Nadszed czas, aby Drizzt uzupeni szczegy swoich pierwszych kilku miesicy na powierzchni. Caa wina powrcia do niego, gdy relacjonowa walk z grup gnolli, za gdy skupi si na sowie drizzit", gdy opowiedzia o Thistledownach i swoim przeraajcym odkryciu, ogarn go bl. Montolio zidentyfikowa skrzata jako szybcioszka, nie potrafi jednak okreli wielkich stworze, z ktrymi Drizzt walczy w jaskini. - Dobrze zrobie, zabijajc gnolle - powiedzia Montolio, gdy Drizzt skoczy. - Zrzu z siebie win za ten czyn i pozwl jej odej w nico. - Skd mogem wiedzie? - spyta otwarcie Drizzt. - Caa moja wiedza wie si z Menzoberranzan i nie oddzieliem jeszcze prawdy od kamstw. - To bya trudna podr - rzek Montolio, a jego szczery umiech znacznie zmniejszy napicie. - Chod, opowiedz mi o rasach i dlaczego twoje sejmitary walczyy o sprawiedliwo, gdy spaday na gnolle. Jako tropiciel Montolio powici swoje ycie nie koczcej si walce pomidzy dobrymi rasami - wrd ktrych najbardziej wyrniali si liczebnie ludzie, elfy, krasnoludy, gnomy i nizioki - a zymi goblinoidami i rodem gigantw, ktrzy yli tylko po to, by niszczy, jako zmora dla niewinnych. - Nie przepadam zwaszcza, za orkami - wyjani Montolio. -Tak wic teraz zadowalam si obserwujc - poprzez oczy sowy, oczywicie - Graula i jego cuchncych pobratymcw. Tak wiele pojawio si w tym momencie w polu widzenia Drizzta. Drow poczu spokj, poniewa jego instynkt okaza si suszny i teraz, przynajmniej na chwil i w pewnym stopniu, mg uwolni si od winy. -A co z owc nagrd i takimi jak on? - spyta Drizzt. - Nie wydaj si pasowa do twojego opisu ras. - W kadej rasie jest dobro i zo - wytumaczy Montolio. -Mwi tylko o oglnym zachowaniu i nie wtpi, e oglne zachowanie goblinoidw i gigantw jest ze! - Skd to wiemy? - naciska Drizzt. - Po prostu obserwuj dzieci - odpowiedzia Montolio. Przeszed do wyjaniania wcale nie tak

nieznacznych rnic pomidzy dziemi dobrych i zych ras. Drizzt sucha go, lecz jakby z oddali, nie potrzebowa wyjanie. Wszystko zawsze wydawao si sprowadza do dzieci. Drizzt czu si swobodniej, gdy rozwaa dziaania podjte przeciw gnollom, obserwujc jednoczenie zabaw dzieci Thistledownw. Za w Menzoberranzan, ktre wydawao si by jednoczenie dzie i tysic lat temu, ojciec Drizzta mia podobne przekonania. - Czy wszystkie dzieci dro-ww s ze? zastanawia si Zaknafein i przez cae swoje ycie winia by drczony przez krzyki umierajcych dzieci, maych szlachetnie urodzonych droww, ktrzy wpadli w ogie gorzejcy pomidzy walczcymi rodzinami. Gdy Montolio skoczy, zapada duga cisza, podczas ktrej obydwaj przyjaciele rozmylali nad licznymi wiadomociami, ktre przyswoili tego dnia. Montolio wiedzia, e Drizzt jest zadowolony, kiedy drow do nieoczekiwanie odwrci si w jego stron, umiechn szeroko i szybko zmieni ponury temat. - Mooshie? - spyta Drizzt, przywoujc imi, ktrym Mc-Gristle zwraca si do Montolio przy kamiennym murze. - Montolio DeBrouchee. - Stary tropiciel zarechota i mrugn groteskowo do Drizzta. Mooshie dla moich przyjaci i takich jak McGristle, ktrym trudno przychodz sowa dusze ni plu" albo zabi"! - Mooshie - wymamrota pod nosem Drizzt, radujc si troch kosztem Montolio. - Nie masz nic do roboty, Drizzit? - parskn stary tropiciel. Drizzt przytakn i zacz haaliwie odchodzi. Tym razem sowo drizzit" nie wywoao w nim a takiego blu. *** - Jaskinia Morueme - narzeka Roddy. - Przeklta Jaskinia Morueme! - Uamek sekundy pniej na koniu Roddy'ego siedzia may skrzat, wpatrujc si w oszoomion twarz owcy nagrd. Tephanis by wiadkiem rozmowy przy zagajniku Montolio i przekl swoje szczcie, gdy tropiciel odesa owc nagrd. Szybcioszek uzna, e gdyby Roddy schwyta Drizzta, obydwaj zeszliby mu z drogi. - Nie-jeste-chyba-taki-gupi-eby-wierzy-temu-staremu-kamcy? - wypali Tephanis. - Ej! - krzykn Roddy niezdarnie chwytajc skrzata, ktry po prostu zeskoczy, przemkn obok zaskoczonego psa i wdrapa si na konia za traperem. - Czym na Dziewi Piekie jeste? - rykn owca nagrd. - I sied spokojnie! - Jestem przyjacielem - powiedzia Tephanis tak wolno, jak tylko mg. Roddy bacznie spojrza na niego przez rami. - Jeli-chcesz-drowa, to-jedziesz-w-z-stron - rzek z zadowolon min skrzat. Krtk chwil pniej Roddy siedzia pomidzy wysokimi gazami na poudnie od zagajnika Montolio i obserwowa, jak tropiciel i jego ciemnoskry go zajmuj si swymi obowizkami. - Dobre-polowanie! - zaproponowa Tephanis, po czym znikn, wracajc do Caroaka, wielkiego wilka, ktrego zapach by przyjemniejszy ni zapach tego czowieka. Z oczyma utkwionymi w rozgrywajcej si w oddali scenie Roddy ledwo zauway zniknicie szybcioszka. - Zapacisz za swoje kamstwa, tropicielu - mrukn pod nosem. Na jego twarzy zakwitn zowrogi umiech, gdy pomyla o sposobie dostania si do towarzyszy. To bdzie delikatna sprawa. Jednak interesy z Graulem zawsze takie byy. *** Posaniec Montolio wrci dwa dni pniej z wiadomoci od Dove Falconhand. Podekscytowany Hooter prbowa zrelacjonowa odpowied tropicielki, nie by jednak w stanie przytacza tak dugich i zawiych opowieci. Podenerwowany i nie majc innego wyboru, Montolio poda list Drizztowi i powiedzia, by przeczyta go gono i szybko. Nie posiadajc jeszcze biegoci w czytaniu, Drizzt pokona ju kilka linijek tekstu, zanim zda sobie spraw, o czym on mwi. List by relacj Dove na temat tego, co stao si w Maldobar i podczas wynikego

pocigu. Wersja Dove bya bliska prawdy, oczyszczajc Drizzta z zarzutw i nazywajc mordercami barghesty szczeniaki. Ulga Drizzta bya tak wielka, e ledwo mg wymawia sowa, gdy list przeszed do wyraania przyjemnoci i wdzicznoci Dove, e stary tropiciel przyj tego zasugujcego na to drowa". - W kocu otrzymae to, co ci nalene, mj przyjacielu. -To byo wszystko, co Montolio musia powiedzie.

Cz 4 Postanowienia
Postrzegam teraz swoj dug drog jako poszukiwanie prawdy-prawdy we wasnym sercu, w otaczajcym mnie wiecie i w pytaniach na temat celw i istnienia. Jak mona zdefiniowa dobro i zo? Podczas podry niosem ze sob wewntrzny kodeks moralny, jednak nigdy nie bd wiedzia, czy si z nim urodziem, czy zosta mi zaszczepiony przez Zaknafeina - albo te czy wyksztaci si po prostu z mojego punktu widzenia. w kodeks zmusi mnie do opuszczenie Menzoberranzan, poniewa cho nie byem pewny, czym s te prawdy, wiedziaem bez cienia wtpliwoci, e nie odnajd ich w krainie Lloth. Po wielu latach spdzonych w Podmroku poza Menzoberranzan i po pierwszych okropnych dowiadczeniach na powierzchni zaczem wtpi w istnienie uniwersalnej prawdy, zaczem si

zastanawia, czy istnieje jaki cel w yciu. W wiecie droww jedynym celem bya ambicja, poszukiwanie materialnych korzyci, ktre przychodziy wraz z wysz rang. Nawet wtedy wydawao si to dla mnie niewystarczajcym powodem, by istnie. Dzikuj ci, Montolio DeBrouchee, za potwierdzenie moich podejrze. Nauczyem si, e ambicja tych, ktrzy postpuj zgodnie z gupimi przykazaniami, nie jest niczym wicej ni tylko chaotyczn destrukcj, ograniczon korzyci, ktrej musi towarzyszy nieograniczona strata. We wszechwiecie bowiem istotnie istnieje harmonia, zgodna pie wsplnego dobrobytu. Aby dolczy do tej pieni, naley odnale wewntrzn harmoni, naley odnale nuty, ktre brzmi prawdziwie. Jeszcze jedno trzeba powiedzie o prawdzie: ze stworzenia nie potrafi piewa. -Drizzt Do'Urden.

16 O Bogach i celu
Lekcje szy do dobrze. Stary tropiciel zmniejszy znacznie emocjonalne brzemi drowa i Drizzt podchwytywa prawidowoci naturalnego wiata lepiej ni ktokolwiek, kogo Montolio kiedy zna. Montolio czu jednak, e drowa wci co mczy, cho nie mia pojcia, co to moe by. - Czy wszyscy ludzie posiadaj tak czuy such? - spyta go nagle Drizzt, gdy wycigali z zagajnika wielkopadga. - Czy te jest to moe twoje bogosawiestwo, by zastpi lepot? Bezceremonialno tego pytania zdumiaa Montolio tylko na chwil, ktrej potrzebowa, by zauway frustracj drowa, niepewno spowodowan przez niezdolno zrozumienia zdolnoci

czowieka. - Czy te moe twoja lepota jest podstpem, oszustwem, jakie stosujesz, by osign przewag? - naciska niestrudzenie Drizzt. - A jeli tak jest? - odpar bez zastanowienia Montolio. - To jest naprawd dobre, Montolio DeBrouchee - odpowiedzia Drizzt.-Z pewnocipomagaci przeciwko przeciwnikom... i przyjacioom. - Sowa te wydaway si Drizztowi gorzkie i podejrzewa, e pozwala, by zapanowaa nad nim pycha. - Nie czsto bye pokonywany w walce - odpar Montolio, odgadujc, e rdem frustracji Drizzta jest ich potyczka. Gdyby wtedy mg widzie drowa, wyraz twarzy Drizzta sporo by mu powiedzia. - Bierzesz to za bardzo do siebie - cign Montolio po chwili niezrcznej ciszy. - Tak naprawd nie pokonaem ci. - Leaem bezradnie na ziemi. - Sam si pokonae - wyjani Montolio. - Rzeczywicie jestem lepy, lecz nie tak bezradny, jak wydawae si sdzi. Nie docenie mnie. Wiedziaem, e tak bdzie, jednak ledwo mogem uwierzy, e moge by tak lepy. Drizzt przystan raptownie, a Montolio zatrzyma si, gdy ciar gazi nagle si powikszy. Stary tropiciel potrzsn go-wi zarechota. Nastpnie wycign sztylet, podrzuci go wysoko w gr, zapa, i krzyczc brzoza!", cisn dokadnie w jedn z brzz rosncych w zagajniku. - Czy lepiec mgby to zrobi? - spyta retorycznie Montolio. - A wic widzisz - stwierdzi Drizzt. - Oczywicie e nie -odpowiedzia szorstko Montolio. - Moje oczy nie runkcjonujod piciu lat. Nie jestem jednak lepy, Drizz-cie, zwaszcza w miejscu, ktre uwaam za dom! Mimo to, uwaae mnie za lepego - cign tropiciel, a jego gos znw by spokojny. - Podczas naszej potyczki, gdy twj czar ciemnoci si skoczy, uznae, e masz przewag. Czy mylisz, e wszystkie moje czynnoci - efektywne czynnoci, musz doda - zarwno w walce z orkami, jak i w naszej prbie, byy po prostu przygotowane i przewiczone? Gdybym by tak kaleki, za jakiego uwaa mnie Drizzt Do'Urden, czy przeybym cho dzie w tych grach? - Ja nie... - zacz Drizzt, lecz uciszy go wasny wstyd. Montolio mwi prawd i Drizzt o tym wiedzia. Przynajmniej na poziomie podwiadomoci od pierwszego spotkania uwaa tropiciela za niedoskonaego. Drizzt czu, e nie okaza swemu przyjacielowi braku szacunku - poniewa rzeczywicie wysoko sobie ceni tego czowieka - uzna jednak za pewnik, e ograniczenia Montolio s wiksze ni jego. - Tak uwaae - poprawi go Montolio. -1 wybaczam ci to. Musz ci przyzna, e traktowae mnie uczciwiej ni ktokolwiek, kto zna mnie wczeniej, nawet ci ktrzy podrowali u mego boku podczas niezliczonych kampanii. Usid -poprosi Drizzta. - Tym razem nadesza kolej, abym ja opowiedzia ci swoj histori. - Gdzie zacz? - zamyli si Montolio, drapic si w podbrdek. Wszystko to wydawao si teraz takie odlege, inne ycie, ktre pozostawi za sob. Pozostaa jednak jedna wi z przeszoci: ksztacenie si na tropiciela bogini Mielikki. Drizzt, podobnie nauczany przez Montolio, zrozumie. - Oddaem swoje ycie lasowi, naturalnemu porzdkowi, w bardzo modym wieku - zacz Montolio. - Uczyem si, tak jak teraz zaczem uczy ciebie, prawide dzikiego wiata i wystarczajco szybko zrozumiaem, e bd chroni tej doskonaoci, tej harmonii cykli zbyt rozlegych i wspaniaych, aby mona je poj. To wanie dlatego tak bardzo cieszy mnie walka z orkami i podobnymi istotami. Jak ju powiedziaem ci wczeniej, s to przeciwnicy naturalnego porzdku, przeciwnicy drzew i zwierzt w rwnym stopniu, jak ludzi i innych dobrych ras. Ndzne istoty, co do jednej, i nie odczuwam adnej winy zabijajc je! Nastpnie Montolio spdzi wiele godzin na przytaczaniu niektrych ze swoich kampanii, ekspedycji, w ktrych dziaa samotnie lub tejako zwiadowca wielkich armii. Opowiedzia Drizztowi o swojej nauczycielce, Dilamon, tropicielce tak biegej w strzelaniu z uku, e nigdy nie widzia, aby spudowaa. - Zgina w walce - wyjani Montolio - chronic wiejski dom przed

band gigantw. Nie rozpaczaj jednak po pani Dilamon, poniewa nawet jeden rolnik nie ucierpia i aden z tej garstki gigantw, ktrzy zdoali stamtd odpezn, nie pokaza ju w tamtej okolicy swojej paskudnej gby! Gos Montolio zauwaalnie przycich, gdy przeszed do wieszej przeszoci. Opowiedzia o Stranikach, swojej ostatniej druynie, i o tym, jak doszo do walki pomidzy nimi a czerwonym smokiem, ktry pldrowa wioski. Smok zosta zabity, podobnie jak trzech Stranikw, a Montolio mia spalon twarz. - Kapani dobrze mnie poatali - rzek ponuro Montolio. -Nie zostaa po moim blu adna blizna. - Przerwa i Drizzt po raz pierwszy, odkd pozna starego tropiciela, ujrza, e jego twarz pokrywa si cierpieniem. - Nie mogli jednak nic zrobi z moimi oczyma. Rany przekraczay ich zdolnoci. - Przybye tu, by umrze - powiedzia Drizzt, bardziej oskaraj co ni zamierza. Montolio nie odpar zarzutu. - Cierpiaem od oddechu smokw, wczni orkw, gniewu zych ludzi i chciwoci tych, ktrzy pustosz ziemi dla swej wasnej korzyci - rzek tropiciel. -adna z tych rzeczy nie rania tak mocno jak lito. Nawet moi towarzysze Stranicy, ktrzy tak wiele razy walczyli u mego boku, litowali si nade mn. Nawet ty. - Ja nie... - prbowa si sprzeciwi Drizzt. - Tak uwaae - odpar Montolio. - W czasie naszej walki uznae si za stojcego w lepszej sytuacji. To dlatego przegrae! Si kadego tropicielajest wiedza, Drizzcie. Tropiciel rozumie siebie, swoich przeciwnikw i swoich przyjaci. Uznae mnie za osabionego, poniewa inaczej nie prbowaby tak prostego manewru jak skok nade mn. Ja jednak rozumiaem ci i przewidziaem twoje posunicie. - Bysn ten chytry umieszek. - Czy cigle boli ci gowa? - Boli - przyzna Drizzt, drapic si po guzie. - Cho wyglda na to, e rozjaniaj mi si myli. - Wracajc do twojego wczeniejszego pytania - powiedzia Montolio, zadowolony e wyszo na jego. - Nie ma niczego niezwykego w moim suchu ani w innych zmysach. Zwracam po prostu wiksz uwag ni inni na to, co si mwi. Tak naprawd sam nie wiedziaem o swoich zdolnociach, gdy tu przybyem i susznie odgade, dlaczego to zrobiem. Bez oczu uwaaem si za martwego i chciaem tu umrze, w tym zagajniku, ktry poznaem i pokochaem podczas wczeniejszych podry. - By moe stao si tak dziki Mielikki, Pani Lasu - cho bardziej prawdopodobne, e to Graul, tak bliski nieprzyjaciel - lecz niewiele czasu zaja mi zmiana podejcia do ycia. Znalazem tu cel, gdy byem samotny i kaleki, a naprawd w cigu tych pierwszych dni byem kaleki. Dziki temu celowi nadeszo odnowienie sensu ycia, a to z kolei doprowadzio do ponownego okrelenia wasnych ogranicze. Jestem teraz stary, zmczony i lepy. Gdybym umar pi lat temu, jak zamierzaem, umarbym, nie wypeniwszy swego ycia. Nie wiedziabym, jak daleko mog zaj. Tylko dziki przeciwnociom losu, przekraczajcym wszystko, co Montolio DeBrouchee kiedykolwiek sobie wyobraa, nauczyem si poznawa siebie i swoj bogini. Montolio przerwa, by zastanowi si nad Drizztem. Usysza szelest na wzmiank o bogini i uzna to za niespokojny ruch. Pragnc dokadniej zbada to spostrzeenie, Montolio sign pod sw kolczug oraz tunik i wycign wisiorek w ksztacie gowy jednoroca. - Czy nie jest pikna? - spyta wymownie. Drizzt zawaha si. Jednoroec by doskonale wyrzebiony i wspaniale zaprojektowany, jednak drow nie mia przyjemnych wspomnie zwizanych z takimi wisiorkami. W Menzoberranzan Drizzt by wiadkiem niegodziwego postpowania zgodnie z zaleceniami bogini i nie podobao mu si to, co widzia. - Kto jest twoim bogiem, drowie? - spyta Montolio. Podczas spdzonych ze sob tygodni nigdy nie dyskutowali o religii. - Nie mam boga - odpowiedzia miao Drizzt. - I nie potrzebuj adnego. Tym razem Montolio milcza. Drizzt wsta i odszed kilka krokw. - Mj lud wyznaje Lloth - zacz. - Jest ona, jeli nie przyczyn, to z pewnoci powodem trwania ich niegodziwoci, jak ten Gruumsh dla orkw i inni bogowie dla innych ludw.

Wyznawanie boga jest szalestwem. Wol postpowa zgodnie ze swoim sercem. Cichy chichot Montolio pozbawi owiadczenie Drizzta mocy. - Masz boga, Drizzcie Do'Urden - powiedzia. - Moim bogiem jest moje serce - obwieci Drizzt, odwracajc si znw w jego stron. - Podobnie jak moje. - Nazwae swojego boga Mielikki - zaprotestowa Drizzt. - A ty jeszcze nie znalaze imienia dla swojego boga - odpar Montolio. - To nie znaczy, e go nie masz. Twoim bogiem jest twoje serce, a co ono ci mwi? - Nie wiem - przyzna Drizzt po rozwaeniu tego kopotliwego pytania. - Pomyl wic! - krzykn Montolio. - Co mwi ci twj instynkt o bandzie gnolli albo o rolnikach z Maldobar? Lloth nie jest twoim bstwem, to jest pewne. Jaki wic bg lub bogini pasuje do serca Drizzta Do'Urden? Montolio niemal sysza cige wzruszenia ramion Drizzta. -Nie wiesz? - zapyta stary tropiciel. - Jednak ja wiem. - Sporo zakadasz - odpar Drizzt, wci nie bdc przekonanym. - Sporo obserwuj - odpowiedzia ze miechem Montolio. -Czy twoje serce jest podobne do serca Guenhwyvar? - Nigdy nie wtpiem w ten fakt - odrzek szczerze Drizzt. - Guenhwyvar wyznaje Mielikki. - Skd to wiesz? - spiera si Drizzt, stajc si lekko wzburzony. Nie obchodzio go, co Montolio zakada na jego temat, jednak uwaa takie przyklejanie etykietek za atak na panter. W jaki sposb dla Drizzta Guenhwyvar wydawaa si by ponad bogami oraz konsekwencjami wyznawania jednego z nich. - Skd to wiem? -powtrzy z niedowierzaniem Montolio. -Oczywicie kocica mi powiedziaa! Guenhwyvar jest istot pantery, stworzeniem z domeny Mielikki. - Guenhwyyar nie potrzebuje twoich etykietek - odpar gniewnie Drizzt, idc haaliwie, by znw usi przy tropicielu. - Oczywicie, e nie - zgodzi si Montolio. - To jednak nic nie zmienia. Nie rozumiesz, Drizzcie Do'Urden. Dorastae wrd zwyrodnienia bstwa. -A twoje jest prawdziwe? - spyta sarkastycznie Drizzt. - Wszystkie s prawdziwe i wszystkie s jednym, obawiam si - odpar Montolio. Drizzt musia si zgodzi z wczeniej szym spostrzeeniem tropiciela: rzeczywicie nie rozumia. - Postrzegasz bogw jako istoty zewntrzne - prbowa wyjani Montolio. - Widzisz je jako fizyczne istoty, prbujce kontrolowa nasze czyny dla swoich wasnych celw, tak wic ty, w swojej upartej niezalenoci, odrzucasz ich. Ja ci mwi, e bogowie s wewntrz, niezalenie od tego, czy maj swoje imi, czy nie. Przez cae swoje ycie wyznawae Mielikki, Drizzcie. Po prostu nigdy w twoim sercu nie byo jej imienia. Drizzt sta si nagle bardziej zaciekawiony ni sceptyczny. - Co czue, gdy pierwszy raz wyszede z Podmroku? - spyta Montolio. - Co mwio ci serce, gdy pierwszy raz spojrzae na soce, gwiazdy lub ziele lasu? Drizzt powrci mylami do tej odlegej nocy, kiedy wraz z patrolem droww wyszed z Podmroku, by napa na elfy. Byy to bolesne wspomnienia, jednak pord nich majaczyo jedno przyjemne odczucie, wspomnienie cudownego zachwytu nad powiewem wiatru i zapachem wieo zakwitych kwiatw. - Poza tym, jak rozmawiae z Bblem? - cign Montolio. -Nieatwo jest dzieli jaskini z niedwiedziem! Przyznaj to lub nie, ale masz serce tropiciela. Za serce tropiciela jest sercem Mielikki. Tak formalne stwierdzenie znw wzbudzio w Drizzcie wtpliwoci. - A czego wymaga twoja bogini? - spyta, a do jego gosu powrcia zo. Ponownie zacz wstawa, lecz Montolio przycisn rkjego nogi i przytrzyma go. - Wymaga? - zamia si tropiciel. - Nie jestem misjonarzem, ktry gosi dobre sowo i narzuca zasady postpowania! Czy nie powiedziaem ci przed chwil, e bogowie s wewntrz?

Znasz zasady Mielikki rwnie dobrze, jak ja. Zachowywae si zgodnie z nimi przez cae ycie. Ja ci ofiaruj imi dla nich, to wszystko, a take uosobiony idea postpowania. Przykad, za ktrym moesz poda, gdy wiesz, e odchodzisz od tego, co jest prawdziwe. - To powiedziawszy, Montolio chwyci ga, a Drizzt poszed za jego przykadem. Drizzt dugo rozwaa te sowa. Nie spa tego dnia, cho pozosta w swym schronieniu. Rozmyla. - Chciabym dowiedzie si wicej o twojej... naszej... bogini - Drizzt przyzna nastpnej nocy, gdy podszed do gotujcego kolacj Montolio. - A ja chciabym ci o niej opowiedzie - odpar Montolio. *** Sto par tych, nabiegych krwi oczu obserwowao, jak zwalisty czowiek przedziera si przez obz, trzymajc blisko siebie swego tego psa. Roddy nie lubi przychodzi do fortu orczego krla Graula, nie mia jednak zamiaru pozwoli uciec drowowi. Traper mia kilkakrotnie do czynienia z Graulem podczas ostatnich lat, bowiem krl orkw, posiadajcy tak wiele oczu w dzikich grach, okaza si nieocenionym, cho kosztownym, sprzymierzecem w owieniu nagrd. Kilku duych orkw celowo przeszo przez ciek przed Roddym, potrcajc go i denerwujc jego psa. Roddy roztropnie trzyma zwierz przy sobie, cho on rwnie mia ochot rzuci si za cuchncymi orkami. Grali w t gr za kadym razem, gdy przychodzi, wpadali na niego, pluli, robili wszystko, by sprowokowa walk. Orki byy zawsze odwane, gdy posiaday przewag liczebn stu do jednego. Caa grupa sza blisko za McGristlem, gdy pokonywa ostatnie pidziesit metrw, pod strome wzniesienie, do wejcia do jaskini Graula. Ze rodka wyskoczyy dwa due orki, trzymajc wcznie, by zatrzyma intruza. - Dlaczego przyszede? - spyta jeden z nich w swoim jzyku. Drugi wycign do, jakby czeka na zapat. - Bez zapaty tym razem - odpar Roddy, doskonale imitujc ich dialekt. - Tym razem Graul paci. Orki spojrzay na siebie z niedowierzaniem, po czym popatrzyy na Roddy'ego i wyday z siebie warknicia, ktre szybko zamilky, gdy z jaskini wyoni si jeszcze wikszy ork. Graul wypad na zewntrz i odtrci stranikw na bok, idc prosto, by zbliy swj ciekncy pysk na kilka centymetrw od twarzy McGristle'a. - Graul paci - parskn, a jego oddech niemal zemdli trapera: Chichot Roddy'ego by spowodowany wycznie obecnoci wok niego podekscytowanych orkw. Nie mg tu sobie pozwoli na jakkolwiek oznak saboci. Podobnie jak dzikie psy, orki prdko atakoway tych, ktrzy nie okazywali wobec nich stanowczoci. - Mam informacj, Krlu Graulu - powiedzia pewnym gosem owca nagrd. - Informacj, ktr Graul zechce pozna. - Mw - nakaza Graul. - Zapata? - spyta Roddy, cho podejrzewa, e przeciga strun. - Mw! - warkn ponownie Graul. - Jeli twoje sowa s co warte, Graul pozwoli ci y. Roddy w myli uala si, e z Graulem wszystko zawsze przebiega w ten sposb. Trudno byo ubi jaki korzystny interes z cuchncym wodzem, ktry by otoczony przez band mierdzcych wojownikw. Roddy pozosta jednak nieugity. Nie przyszed tu po pienidze - cho mia nadziej, e troch ich zdobdzie - lecz dla zemsty. Roddy nie zaatakuje otwarcie Drizzta, jeli drow bdzie z Mooshiem. W tych grach, otoczony przez swych zwierzcych przyjaci, Mooshie by potg, z ktr naleao si liczy, za nawet jeli Roddy zdoa si przemkn obok niego, by dosta drowa, Mooshie ma wielu sprzymierzecw, weteranw takich jak Dove Falconhand, ktrzy z pewnoci go pomszcz. - Mroczny elf jest w twojej domenie, potny krlu orkw! -obwieci Roddy. Nie uzyska zdumienia, na jakie liczy.

- Zbuntowany - sprecyzowa Graul. - Wiesz? - szerokie oczy Roddy'ego zdradziy jego niedowierzanie. - Drow zabi wojownikw Graula - powiedzia ponuro wdz orkw. Wszyscy zgromadzeni zaczli tupa i plu, przeklinajc mrocznego elfa. -A wic dlaczego drow yje? - spyta bezceremonialnie Roddy. owca nagrd zmruy oczy, gdy zacz podejrzewa, e Graul nie zna lokalizacji drowa. By moe uda mu si jeszcze co wytargowa. - Moi zwiadowcy nie mog go odnale! - rykn Graul i to byo prawdziwe. Okazana przez krla orkw frustracja bya jednak bardzo dobrze odegrana. Graul wiedzia, gdzie jest Drizzt, nawet jeli zwiadowcy tego nie odkryli. - Znalazem go! - rykn Roddy, a wszystkie orki podskoczyy i krzykny z wygodniaym zachwytem. Graul podnis rce, by ich uciszy. Krl orkw wiedzia, e nadchodzi krytyczna chwila. Przyjrza si zgromadzeniu, by znale plemiennego szamana, duchowego przywdc plemienia. Odziany na czerwono ork obserwowa i nasuchiwa uwanie, jak tego oczekiwa Graul. Z powodu udzielonej przez tego szamana rady Graul przez wszystkie lata unika jakichkolwiek dziaa przeciwko Montolio. Szaman uwaa, e kaleka, ktry nie by tak kaleki, jest wytworem zej magii, tak wic dziki ostrzeeniu religijnego przywdcy cae plemi orkw kryo si, gdy tylko Montolio by w pobliu. Jeli jednak tropiciel sprzymierzy si z drowem i jeli podejrzenia Graula, e to wanie on pomg mrocznemu elfowi wygra walk w grach, byy suszne, to Montolio uderzy tam gdzie nie powinien, naruszy domen Graula w rwnym stopniu, jak zbuntowany drow. Bdc przekonanym, e drow rzeczywicie jest renegatem - poniewa w okolicy nie byo adnych innych mrocznych elfw - krl orkw oczekiwa tylko jakiej wymwki, ktra pozwoli mu podj dziaania przeciwko zagajnikowi. Informujc Graula, Roddy mg okaza si t wymwk. - Mw! - Graul wrzasn Roddy'emu w twarz, by zdusi jakiekolwiek prby wycignicia zapaty. - Drow jest z tropicielem - odpar Roddy. - Siedzi w zagajniku lepego tropiciela! - Jeli Roddy mia nadziej, e to obwieszczenie wywoa kolejny wybuch przeklestw, podskokw i plucia, z pewnoci by rozczarowany. Wzmianka o lepym tropicielu rzucia cie na zgromadzenie i teraz wszystkie orki spoglday to na szamana to na Graula w poszukiwaniu jakiego wsparcia. Tym razem nadszed czas, aby Roddy zacz tka pen konspiracji opowie, jak to powiedzia Graniowi. - Musicie tam i i ich dosta! - krzykn Roddy. - Oni nie s... Graul podnis rce, by uciszy zarwno tum, jak i Roddy'ego. - Czy to lepy tropiciel zabi giganta? - krl orkw zapyta McGri-stle'a z przebieg min. -1 pomg drowowi zabi moich wojownikw? Roddy nie mia oczywicie pojcia, o czym mwi Graul, lecz szybko poj, o co chodzi krlowi. - Tak byo! - oznajmi gono. -A teraz drow i tropiciel spiskuj przeciwko wam wszystkim! Musicie ich zmiady i zgnie, zanim przyjd tu i zmiad was! Tropiciel sprowadzi swoje zwierzta i elfy - duo, duo elfw - i krasnoludy te, przeciwko Graulowi! Wzmianka o przyjacioach Montolio, zwaszcza elfach i krasnoludach, ktrych lud Graula nienawidzi ponad wszystko na wiecie, wywoao na kadej twarzy kwane miny i spowodowao, e niejeden ork oglda si nerwowo przez rami, jakby spodziewa si, e ju w tej chwili armia tropiciela otacza obz. Graul wpatrywa si prosto w szamana. - Ten Ktry Patrzy musi pobogosawi atak - szaman odpowiedzia na nie wypowiedziane pytanie. - Podczas nowego ksiyca! - Graul przytakn, a odziany na czerwono ork obrci si, przywoa do swego boku dwudziestu wojownikw i odszed, by rozpocz przygotowania. Graul sign do sakiewki i wycign dla Roddy'ego gar srebrnych monet. McGristle nie dostarczy adnych informacji, ktrych krl ju by nie zna, jednak deklaracja owcy nagrd o

spisku przeciwko plemieniu orkw zdecydowanie pomoga Graulowi nastawi podejrzliwego szamana przeciwko lepemu tropicielowi. Roddy bez narzekania przyj aosn zapat, uwaajc za wystarczajcy fakt, i udao mu si osign swj cel, i odwrci si, by odej. - Zostajesz - Graul powiedzia nagle za jego plecami. Na znak krla kilku stranikw podeszo do owcy nagrd. Roddy zerkn podejrzliwie na Graula. - Go - wyjani spokojnie krl orkw. - Docz do walki. Roddy nie mia wikszego wyboru. Graul odesa stranikw i wszed z powrotem do swojej jaskini. Stranicy tylko wzruszyli ramionami i umiechnli do siebie, nie majc zamiaru wraca do rodka i stawa przed gomi krla, zwaszcza wielkim wilkiem o srebrnym futrze. Gdy Graul wrci do rodka, odwrci si do innego gocia. -Miae racj - powiedzia do maego skrzata. - Jestem-do-dobry-w-zdobywaniu-informacji - pisn Te-phanis, po czym doda w myli - Iw-stwarzaniu-dogodnych-sy-tuacji! Tephanis uwaa w tym momencie, e jest przebiegy, poniewa nie tylko poinformowa Roddy'ego, e drowjest w zagajniku Montolio, lecz rwnie zaaranowa pomoc Krla Graula. Tephanis wiedzia, e Graul nie przepada za lepym tropicielem, i gdy obecno drowa suya za wymwk, Graul mg w kocu przekona szamana, by pobogosawi atak. - Caroak pomoe w walce? - spyta Graul, spogldajc podejrzliwie na wielkiego i nieprzewidywalnego srebrnego wilka. - Oczywicie - powiedzia natychmiast Tephanis. - Rwnie-w-naszym-interesie-leyzniszczenie-tych-dwch! Caroak, rozumiejc kade wypowiedziane przez nich sowo, wsta i ruszy powoli w stron wyjcia. Stranicy nie prbowali go zatrzymywa. - Caroak-sprowadzi-worgw - wyjani Tephanis. - Pot-na-sia-zbierze-si-przeciwkolepemu-tropicielowi. Zbyt-dugo-by-wrogiem-Caroaka. Graul przytakn i zacz rozmyla o nadchodzcych tygodniach. Gdyby zdoa si pozby tropiciela i drowa, jego dolina byaby zdecydowanie bezpieczniejsza ni w ostatnich latach -po przybyciu Montolio. Tropiciel rzadko walczy osobicie z orkami, jednak Graul wiedzia, e to jego zwierzcy szpiedzy zawsze ostrzegali przejedajce karawany. Graul nie pamita, kiedy ostatnim razem jego wojownicy schwytali nie przygotowan karawan w ulubiony przez orki sposb. Jeli jednak nie bdzie tropiciela... Szybko zbliao si lato, punkt kulminacyjny sezonu handlowego. Orki bd miay w tym roku sporo upw. Wszystkim, czego Graul potrzebowa w tej chwili, byo potwierdzenie od szamana, e Ten Ktry Patrzy, orczy bg Gru-umsh Jednooki, pobogosawi atak. Nowy ksiyc, nw, wity czas dla orkw oraz okres, kiedy zgodnie ze swoimi sowami szaman bdzie mg si dowiedzie o zamiarach boga, nadejdzie za ponad dwa tygodnie. Ochoczy do walki i niecierpliwy Grani narzeka na opnienie, wiedzia jednak, e musi czeka. Bdc znacznie mniej religijny, ni sdzili pozostali, Graul zamierza zaatakowa niezalenie od decyzji szamana, jednak przebiegy krl nie sprzeciwi si otwarcie duchowemu przywdcy plemienia, jeli nie bdzie to absolutnie niezbdne. Nw nie by zbyt odlegy, mwi sobie Graul. Wtedy pozbdzie si zarwno lepego tropiciela, jak i tajemniczego drowa.

17 Przewaga liczebna
- Wygldasz na zatroskanego - powiedzia Drizzt do Montolio nastpnego poranka, gdy ujrza tropiciela stojcego na mocie linowym. Ponad nim, na gazi, siedzia Hooter. Zagubiony w mylach Montolio nie odpowiedzia natychmiast. Drizzt nie przej si tym. Wzruszy ramionami i odwrci si, szanujc prywatno tropiciela, po czym wycign z kieszeni onyksow figurk. - Guenhwyyar i ja pjdziemy na krtkie polowanie - Drizzt wyjani przez rami. - Zanim soce wzniesie si zbyt wysoko. Pniej odpoczn, a pantera bdzie towarzyszy tobie w cigu dnia. Montolio wci ledwo sysza drowa, kiedy jednak stwierdzi, e Drizzt pooy onyksow figurk na mocie, ockn si i wyraniej zarejestrowa sowa drowa. - Poczekaj - powiedzia Montolio, podnoszc do. - Niech pantera odpoczywa. Drizzt nie rozumia. - Guenhwyyar nie byo tutaj od ponad doby. - Moemy potrzebowa Guenhwyyar do czego wicej ni polowania, i to niedugo - zacz wyjania Montolio. - Niech pantera odpoczywa. - O co chodzi? - spyta Drizzt, stajc si nagle powany. - Co widzia Hooter? - Ostatniej nocy by nw - rzek Montolio. Rozumiejc ju cykl ksiyca, Drizzt przytakn. - wity czas dla orkw - cign Montolio. - Ich obz jest wiele kilometrw std, jednak

zeszej nocy syszaem ich krzyki. Drizzt znw przytakn ze zrozumieniem. - Syszaem dwiki ich pieni, jednak zastanawiaem si, czy nie jest to tylko cichy gos wiatru. - To by skowyt orkw - zapewni go Montolio. - Co miesic zbieraj si, mrucz i tacz w swoim typowym amoku - wiedz, e orki nie potrzebuj adnych rodkw, by si w niego wprowadzi. Nie przejmowaem si tym, cho wydawali si nadmiernie goni. Zazwyczaj nie mona ich std usysze. askawy... niea-skawy... wiatr przynis tu ich gosy, jak podejrzewam. - Wtedy dowiedziae si, e to co wicej ni pie - stwierdzi Drizzt. - Hooter rwnie ich sysza - wyjani Montolio. - On zawsze dla mnie obserwuje. - Odwrci si w stron sowy. - Polecia, by si lepiej przyjrze. Drizzt rwnie spojrza na wspaniaego ptaka, ktry siedzia napuszony i dumny, jakby rozumia komplementy Montolio. Jednak pomimo ponurych przypuszcze tropiciela Drizzt zastanawia si, jak dokadnie Montolio rozumia Hootera i czy sowa moga w peni przekaza rozgrywajce si wydarzenia. - Orki formuj wypraw wojenn- powiedzia Montolio, drapic si po szczeciniastym podbrdku. -.Wyglda na to, e Graul obudzi si po dugiej zimie z dz zemsty. - Skd wiesz? - zapyta Drizzt. - Czy Hooter rozumie ich sowa? - Nie, nie, oczywicie, e nie! - odpowiedzia Montolio, zdumiony tym pomysem. - A wic skd wiesz? - Przybya wataha worgw, tyle powiedzia mi Hooter - wyjani Montolio. - Orki i worgi nie darz si najwiksz przyjani, zbieraj si jednak razem, gdy szykuj si kopoty. Orki hucznie witoway zeszej nocy, a jeli byy tam rwnie worgi, nie mona mie wtpliwoci. - Czy w pobliu jest jaka wioska? - spyta Drizzt. - Nie bliej ni Maldobar - odpowiedzia Montolio. - Wtpi, czy orki by szy tak daleko, jednak wkrtce skocz si roztopy i przez przecz bd przejeda karawany, gwnie z Sundabar do Cytadeli Adbar i w drug stron. Musi jecha jaka z Sundabar, bowiem nie przypuszczam, e Graul byby na tyle miay, lub na tyle gupi, aby zaatakowa jadc z Adbar karawan ciko uzbrojonych krasnoludw. - Jak wielu wojownikw ma krl orkow? - Graul mgby zebra tysice, gdyby powici na to wystarczajco duo czasu lub te gdyby przyszo mu to do gowy - powiedzia Montolio. - To zajoby jednak tygodnie, a Graul nigdy nie by znany ze swej cierpliwoci. Poza tym nie sprowadziby tak szybko worgw, gdyby chcia wstrzyma si w celu zebrania swych legionw. Orki maj zwyczaj znika, gdy worgi sw pobliu, a worgi majzwyczaj stawa si leniwe i tuste, gdy orki s w pobliu, jeli rozumiesz, o co mi chodzi. Ciarki na plecach Drizzta pokazay, e istotnie rozumie. - Oceniabym, e Graul ma okoo stu wojownikw - cign Montolio - od tuzina do dwudziestu worgw, z tego co mwi Hooter, i pewnie jednego lub dwch gigantw. - Spora sia jak na atak na karawan - rzek Drizzt, jednak zarwno drow, jak i tropiciel mieli inne podejrzenia. Kiedy si pierwszy raz spotkali, dwa miesice temu, odbyo si to kosztem Graula. - Moe min dzie lub dwa, zanim si przygotuj- powiedzia Montolio po chwili niezrcznej ciszy. - Hooter bdzie ich dokadniej obserwowa tej nocy, wezw rwnie innych szpiegw. - Ja pjd szpiegowa orki - doda Drizzt. Widzia, jak na twarzy Montolio pojawia si troska, lecz szybko j rozproszy. -Wiele razy spaday na mnie takie obowizki, gdy w Menzo-berranzan byem zwiadowc patrolu - rzek. - To jest zadanie, ktre jestem w stanie do bezpiecznie wykona. Nie obawiaj si. - To byo w Podmroku - przypomnia mu Montolio. - Czy noc jest bardzo odmienna? - odpowiedzia przebiegle Drizzt, kierujc w stron Montolio uspokajajcy umiech. - Zdobdziemy odpowiedzi. Drizzt powiedzia swoje dobrego dnia" i oddali si, by odpocz. Montolio nasuchiwa oddalajcych si krokw swego przyjaciela, zaledwie szelestu wrd gsto rosncych drzew, ze

szczerym podziwem. Uzna, e pomys Drizzta jest dobry. Dzie min tropicielowi powoli i spokojnie. Zajmowa si rozwaaniem planw obrony zagajnika. Montolio nigdy wczeniej nie broni tego miejsca, poza jednym przypadkiem, gdy wdara si tu banda gupich zodziejw, spdzi jednak wiele godzin na formuowaniu i testowaniu rozmaitych strategii, uwaajc za nieuniknione, i pewnego dnia Graul znuy si tym, e tropiciel wtrca si w jego sprawy i odway si na atak. Jeli ten dzie mia nadej, Montolio by przekonany, e bdzie gotowy do walki. Niewiele mona byo jednak zrobi - nie mona byo wznie rodkw obronnych, zanim Montolio nie bdzie pewny zamiarw Graula - a oczekiwanie rozcigao si w nieskoczono. W kocu Hooter poinformowa Montolio, e drow zacz si krzta. - Wyrusz wic - stwierdzi Drizzt, gdy znalaz tropiciela i zauway, e soce zaczyna ju zachodzi. - Dowiedzmy si, co planujnasi nieprzyjani ssiedzi. - Uwaaj na siebie - rzek Montolio, a szczera troska w jego gosie wzruszya drowa. - Graul moe by orkiem, jest jednakprzebiegy. Moe si spodziewa, e jeden z nas bdzie chcia mu si przyjrze. Drizzt wycign swoje sejmitary, do ktrych wci jeszcze nie przywyk i zamachn si nimi, by sprawdzi, ile s warte. Nastpnie schowa je z powrotem i pooy do na kieszeni. Dotykajc onyksowej figurki, uspokoi si jeszcze bardziej. Klepn tropiciela w plecy i wyruszy, aby wykona swoje zadanie. - Hooter bdzie w pobliu! - krzykn za nim Montolio. - I inni przyjaciele, ktrych moesz si nie spodziewa. Krzyknij, jeli znajdziesz si w wikszych kopotach, i nie bdziesz mg sobie poradzi! *** Obz orkw nie by trudny do odnalezienia, wyrniao go wielkie ognisko wzbijajce si w nocne niebo. Drizzt ujrza taczce wok pomieni sylwetki, w tym jednego giganta, oraz usysza warkot i piski wielkich wilkw, worgw, jak je nazywa Montolio. Obz znajdowa si w maej dolince, na polanie otoczonej przez wielkie klony i kamienne ciany. Drizzt do dobrze sysza gosy orkw w nocnej ciszy, uzna wic, e nie bdzie podchodzi zbyt blisko. Wybra jedno masywne drzewo i skupi si na niskiej gazi, przyzywajc sw wrodzon umiejtno lewitacji, by si tam dosta. Czar zawid cakowicie, tak wic Drizzt, niezbyt zdziwiony, wsun sejmitary do pochew i zacz si wspina. Pie rozgazia si kilka razy na dole i nawet na wysokoci siedmiu metrw. Drizzt dotar do najwyszego rozgazienia i ju zamierza wchodzi na dugi i krty konar, gdy usysza oddech. Ostronie wychyli gow zza masywnego pnia. Po przeciwlegej stronie, rozparty wygodnie pomidzy pniem a kolejngazi, wylegiwa si ork stranik z rkoma zoonymi za gow i pustym, znudzonym wyrazem twarzy. Najwyraniej stwr nie by wiadom obecnoci mrocznego elfa, przyczajonego niecay metr dalej. Drizzt chwyci za rkoje sejmitara, po czym, gdy nabra pewnoci, e gupie stworzenie czuje si zbyt wygodnie, by nawet si rozglda, zmieni zdanie i zignorowa orka. Skupi si natomiast na wydarzeniach majcych miejsce na polanie. Jzyk orkw by podobny w skadni i wymowie do mowy goblinw, jednak Drizzt, nie posiadajc biegoci nawet w gobliskim, mg zrozumie zaledwie kilka lunych sw. Orki byy jednak do demonstracyjn ras. Dwie sylwetki, podobizny mrocznego elfa oraz szczupego czowieka z wsami, szybko ukazay Drizztowi zamiary klanu. Najwikszy ork ze zgromadzenia, najprawdopodobniej Krl Graul, plu na podobizny i przeklina je. Nastpnie onierze i worgi zajy si rozszarpywaniem ich, ku uciesze rozszalaych widzw, uciesze, ktra przerodzia si w czyst ekstaz, gdy kamienny gigant podszed i przygnit mrocznego elfa do ziemi. Trwao to kilka godzin i Drizzt podejrzewa, e bdzie si cign do witu. Graul i kilku innych wielkich orkw oddalio si od zgromadzenia i zaczo rysowa co na piasku, najwyraniej planujc bitw. Drizzt nie mg mie nadziei na dostateczne zblienie si, by

zrozumie ich stumion rozmow, i nie mia zamiaru pozostawa na drzewie, gdy zbliao si wiato dnia. Zanim zacz schodzi w d, zastanowi si nad wartownikiem po drugiej stronie pnia, ktry oddycha gboko pogrony we nie. Drizzt wiedzia, e orki zamierzay zaatakowa dom Montolio. Czy nie powinien zada pierwszego ciosu? Zdradzio go sumienie. Zszed z wielkiego klonu i oddali si od obozu, pozostawiajc orka w jego wygodnym rozgazieniu. *** Montolio z Hooterem na ramieniu siedzia na jednym z linowych mostw, czekajc na powrt Drizzta. - Id po nas -oznajmi stary tropiciel, gdy drow w kocu si pojawi. - Graul chce si odegra, pewnie za ten may incydent na Skale Rogee - Montolio wskaza na zachd, w stron miejsca, gdzie on i Drizzt si poznali. - Czy twoje sanktuarium jest przygotowane na takie wypadki? - spyta Drizzt. - Przypuszczam, e orki przyjd tej nocy, bdzie ich niemal setka, a oprcz tego potni sprzymierzecy. - Ucieka? - krzykn Montolio. Chwyci wiszc obok lin i zjecha po niej w d do drowa z Hooterem wczepionym kurczowo w tunik. - Ucieka przed orkami? Czy nie powiedziaem ci, e orki s dla mnie szczegln zmor? Nic na wiecie nie brzmi przyjemniej ni odgos ostrza rozcinajcego brzuch orka! - Nie ma wic chyba sensu, ebym przypomina ci o przewadze liczebnej? - powiedzia Drizzt, umiechajc si mimo zatroskania. - Powiniene przypomnie Graulowi! - zamia si Montolio. - Stary ork straci rozum albo sta si nagle niezwykle wytrzymay, jeli przychodzi tu pomimo tego, e mamy tak oczywist przewag! Jedyn odpowiedzi Drizzta, j edyn moliw odpowiedzi na tak gwatowne stwierdzenie, by wybuch miechu. - Poza tym - cign Montolio, nie tracc rezonu - postawi wiadro wieo zowionych pstrgw i trzy doskonae ogiery, e stary Graul nie przyjdzie walczy. Zostanie pomidzy drzewami, obserwujc i zacierajc swe tuste apska, a gdy rozgromimyjego wojska, bdzie pierwszym, ktry ucieknie! Nigdy nie odway si na prawdziw walk, przynajmniej nie odkd zosta krlem. Jest zbyt wygodny, mog stwierdzi, ma zbyt wiele do stracenia. C, odbierzemy mu troch pychy! Drizzt znw nie mg znale sw, ktrymi mgby odpowiedzie, i nie mg przesta si mia z tych absurdalnych myli. Mimo to, drow musia przyzna, e przekomarzanie Montolio wywaro na niego korzystny i pobudzajcy efekt. - Id i odpocznij troch - powiedzia Montolio, zastanawiajc si nad strategi walki. - Zaczn przygotowania. Bdziesz zdumiony, obiecuj ci. Obudz ci za kilka godzin. Ostatnie sowa, jakie drow usysza, wchodzc pod koc w swoim ciemnym pokoiku, pozwoliy mu spojrze na to wszystko z innej perspektywy. - Tak, Hooterze, czekaem na to od dawna powiedzia z ekscytacjMontolio, a Drizzt nawet przez chwil w to nie wtpi. *** Bya to spokojna wiosna dla Kellindila i j ego elfich krewnych. Byli nomadyczngrup, wdrowali po okolicy i chronili si wszdzie tam, gdzie mogli, na drzewach lub w jaskiniach. Ich mioci by otwarty wiat, taniec pod gwiazdami, piewanie wraz z pyncymi grskimi potokami, polowanie na jelenie i dziki w gstych lasach u podny gr. Kellindi rozpozna na twarzy swego kuzyna przeraenie, uczucie rzadko widywane w tej swobodnej grupie, gdy ten pewnej nocy wszed do obozu. Wszyscy pozostali zebrali si dookoa. - Orki s poruszone - wyjani elf.

- Graul znalaz karawan? - spyta Kellindil. Jego kuzyn potrzsn gow i wyglda na zakopotanego. - Za wczenie na handlarzy odpar. - Graul ma na oku inn zdobycz. - Zagajnik - powiedziao jednoczenie kilku elfw. Caa grupa skierowaa si wtedy w stron Kellindila, najwyraniej uwaajc, e to on jest odpowiedzialny za drowa. - Nie sdz, by drow sprzymierzy si z Graulem - Kellindil odpowiedzia na ich nie zadane pytanie. - Dziki wszystkim swoim zwiadowcom Montolio wiedziaby o tym. Jeli drow jest przyjacielem tropiciela, to nie jest w takim razie naszym wrogiem. - Zagajnik jest wiele kilometrw std - odezwa si jeden z grupy. - Jeli chcemy si bliej przyjrze dziaaniom krla orkw i przyby na czas, by pomc tropicielowi, musimy natychmiast wyruszy. Bez sowa sprzeciwu wdrowne elfy zebray niezbdne zapasy, gwnie swe dugie uki i dodatkowe strzay. Zaledwie kilka minut pniej wyruszyy, biegnc przez lasy i grskie szlaki, nie czynic wicej haasu ni delikatny wietrzyk. *** Drizzt obudzi si wczesnym popoudniem i ujrza zaskakujcy widok. Niebo byo przyciemnione szarymi chmurami, jednak wci wydawao si jasne, kiedy wyszed na zewntrz i przecign si. Wysoko nad sob zobaczy tropiciela, czogajcego si po szczytowych gaziach wysokiej pinii. Ciekawo Drizzta zmienia si w przeraenie, gdy Montolio, wyjc niczym dziki wilk, zeskoczy z drzewa z szeroko rozoonymi ramionami. Montolio mia na sobie uprz, ktr przymocowa do cienkiego pnia pinii. Kiedy spada, jego ciar wygi drzewo i tropiciel lekko opad na d, zginajc pini niemal w p. Kiedy dotkn ziemi, przywiza lin do jakich grubych korzeni. Gdy Drizzt ogarn ca okolic, ujrza, e kilka pinii zostao wygitych w ten sposb, wszystkie wskazyway na zachd i byy przywizane nie poczonymi ze sob linami. Ostronie idc w stron Montolio, Drizzt min sie, kilka rozcignitych drutw i jedn szczeglnie paskudn lin, do ktrej by przymocowany tuzin lub wicej noy zaopatrzonych w dwa ostrza. Kiedy zostanie uruchomiona puapka i drzewa si wyprostuj, uniesie si rwnie ten sznur, na nieszczcie jakichkolwiek stojcych przy niej stworze. - Drizzt? - spyta Montolio, syszc lekkie kroki. - Uwaaj, gdzie stajesz. Nie chciabym znw zgina tych drzew, cho przyznaj, e jest to do zabawne. - Wyglda na to, e przygotowania s daleko posunite -powiedzia Drizzt, stajc obok tropiciela. - Od dawna spodziewaem si tego dnia - odpar Montolio. -Dziesitki razy rozgrywaem t bitw w mylach i znam kierunek, jaki obierze. - Przykucn i narysowa na ziemi wyduony owal, przybliony ksztat kpy pinii. - Pozwl, e ci poka -wyjani i zacz rysowa okolic kpy z tak dokadnoci, e Drizzt potrzsn gowi jeszcze raz spojrza, by upewni si, i tropiciel jest lepy. Kpa skadaa si z kilku tuzinw drzew, biegncych z pnocy na poudnie przez okoo pidziesit metrw, i mniej ni poow tego na szeroko. Teren wznosi si lekko, cho zauwaalnie, pnocny kraniec znajdowa si o poow wysokoci drzewa niej ni poudniowy. Dalej na pnoc okolica bya poszarpana i usiana gazami, z maymi kpami trawy i nagymi spadkami terenu, poprzecinana przez krte cieki. - Ich gwne siy przyjd z zachodu - wyjani Montolio, wskazujc za kamienny mur i ma k, na par gstych kp drzewnych, tkwicych pomidzy licznymi skalnymi krawdziami i rozpadlinami. - To jedyna droga, ktr mog przej razem. Drizzt rozejrza si szybko po okolicy i nie mg si nie zgodzi. Za zagajnikiem, na wschd, teren by trudny i nierwny. Nacierajca z tam tej strony armia musiaaby wpada na pole wysokiej trawy niemal pojedynczym strumieniem, pomidzy dwoma wysokimi kamiennymi kopcami, stajc si w ten sposb atwym celem dla mierciononego uku Montolio. Na poudniu

teren wznosi si coraz bardziej stromo, byo to doskonae miejsce dla orkw ucznikw oraz miotaczy wczni, tyle tylko, e tu za najblisz pk skaln majaczy gboki parw z niemal niemoliw do wspinaczki cian. - Nie bdziemy mie adnych kopotw z poudnia - odezwa si Montolio, jakby czytajc myli Drizzta. - A jeli pojawi si z pnocy, bd musieli biec pod gr, by si do nas dosta. Znam do dobrze Graula. Posiadajc takprzewag, zaatakuje prosto z zachodu, prbujc nas zala. - Wic dlatego drzewa - stwierdzi z podziwem Drizzt. -1 sie oraz lina z noami. - Sprytne - pogratulowa sobie Montolio. - Pamitaj jednak, e miaem pi lat, by si przygotowa. Chod. Drzewa to dopiero pocztek. Mam dla ciebie inne obowizki, gdy bd koczy t puapk Montolio zaprowadzi Drizzta do kolejnej tajemnicy, zakrytej kocem jamy. Wewntrz wisiay rzdy dziwnych elaznych przedmiotw, przypominajcych zwierzce szczki, z przymocowanym do podstawy acuchem. - Potrzaski - wyjani Montolio. - owcy skrek zastawiaj je w grach. Paskudne przedmioty. Znajduj je - Hooter jest szczeglnie dobry w zauwaaniu ich - i zabieram. Chciabym mie oczy, eby ujrze owc, gdy tydzie pniej drapie si w gow, nie mogc ich znale! - Ten nalea do Roddy'ego McGristle - cign Montolio, wyjmujc najbliszy z wynalazkw. Tropiciel postawi go na ziemi i ostronie manewrowa stop, by rozcign szczki. - To powinno spowolni orka - powiedzia stukaj c patykiem w zapadk. elazne szczki potrzasku zatrzasny si, a sia uderzenia zamaa patyk i wytrcia poow z doni Montolio. - Zebraem ich ponad dwadziecia - rzek ponuro tropiciel, krzywic si na zowieszczy dwik elaznej puapki. -Nigdy nie sdziem, e je wykorzystam, jednak przeciwko Graulowi i jego klanowi potrzaski mog zada troch szkd, na jakie sobie zasuyli. Drizzt nie potrzebowa dalszych instrukcji. Przenis potrzaski na zachodnik, rozstawi je i ukry, po czym kilka krokw dalej przymocowa kokami acuchy. Pooy rwnie kilka za kamiennym murem, uwaajc, e bl, jaki spowodujpierwszym przechodzcym przez niego orkom z pewnoci spowolni tych, ktrzy bd z tyu. Do tego czasu Montolio skoczy z drzewami. Wygi i przywiza ponad tuzin z nich. Teraz tropiciel znajdowa si na mocie linowym, ktry bieg z pnocy na poudnie, przymocowywa rzd kusz na zachodniej balustradzie. Kiedy bdju ustawione i zaadowane, Montolio lub Drizzt bdmogli strzeli z nich wszystkich, po prostu przechodzc obok. Drizzt zamierza i tam i pomc, pomyla jednak o innej sztuczce. Uda si do skadu z broni i wycign dug i cik runk, ktr widzia wczeniej. W okolicy, gdzie zamierza zaj pozycj, znalaz solidny korze, po czym wykopa za nim may otwr. Pooy osadzon na metalowym drzewcu bro w poprzek korzenia, tak e tylko okoo trzydziestu centymetrw trzonka znajdowao si nad otworem, po czym pokry cao trawi limi. Wanie skoczy, gdy tropiciel znw go zawoa. - Teraz bdzie najlepsze - powiedzia Montolio, byskajc swym przebiegym umiechem. Zaprowadzi Drizzta do kody, wydronej i wypalonej, z zaatanymi szczelinami. - Dobra dka, gdy rzeka jest wysoka i wolna - wyjani tropiciel. -1 dobra do trzymania brandy z Adbar - doda z kolejnym umiechem. Nie rozumiejc, Drizzt spojrza na niego z zaciekawieniem. Montolio pokazywa mu tydzie wczeniej baryki z mocnym napitkiem, dar, ktry tropiciel otrzyma za ostrzeenie karawany z Sundabar o planowanej zasadzce Graula, lecz mroczny elf nie widzia adnego celu we wlewaniu alkoholu do wydronej kody. - Brandy z Adbar jest mocna - wyjani Montolio. - Pali si lepiej ni najlepsza oliwa. Teraz Drizzt zrozumia. Wraz z Montolio przenieli belk i ustawili j na wylocie jedynej przeczy ze wschodu. Wlali do rodka troch brandy, po czym zasonili cao limi i traw. Gdy wrcili na most linowy, Drizzt zobaczy, e Montolio uczyni ju przygotowania na tym odcinku. Jedna z kusz wycelowana bya na wschd. Zaadowany bet owinity by nasczon oliw szmat, a obok lea krzemie i kawaek stali.

- Bdziesz musia wycelowa - wyjani Montolio. - Bez Hootera nie mog mie pewnoci, zreszt nawet z ptakiem czasami mam problemy z wysokoci. wiato dnia ju niemal cakowicie znikno i bystry nocny wzrok Drizzta szybko odnalaz wydron kod. Montolio skonstruowa podprki na mocie linowym cakiem dobrze, tak wic po kilku drobnych poprawkach Drizzt skierowa bro na cel. Wszystkie waniejsze rodki obronne byy ju na miejscu, a Drizzt i Montolio zajli si dopracowywaniem strategii. Co jaki czas pojawia si Hooter lub jaka inna sowa, przynoszc nowe informacje. Jedna przybya z oczekiwanym potwierdzeniem: Krl Graul i jego banda wymaszerowali. - Wezwij Guenhwyvar - powiedzia Montolio. - Przyjd tej nocy. - Gupcy - rzek Drizzt. - Noc jest dla nas korzystniejsza. Ty i tak jeste lepy i nie potrzebujesz wiata, a ja zdecydowanie wol ciemno. Sowa zahuczaa. - Gwne siy przybd z zachodu - powiedzia Montolio z zadowolon min. - Tak jak przewidziaem. Dziesitki orkw wraz z gigantem! Hooter obserwuje inn ma grup, ktra oddzielia si od pierwszej. Wzmianka o gigancie wywoaa na plecach Drizzta ciarki, mieli ju jednak plan walki z olbrzymem. - Chc przycign giganta do siebie - rzek. Montolio odwrci si do niego z zaciekawion min. - Zobaczmy, jak potoczy si bitwa zaproponowa tropiciel. - Jest tylko jeden gigant i przypadnie tobie lub mnie. - Chc przycign giganta do siebie - powtrzy Drizzt bardziej stanowczo. Montolio nie mg zobaczy zacinitej szczki drowa lub ogni poncych w jego lawendowych oczach, sysza jednak w jego gosie determinacj. - Mangura bok woklok - powiedzia i znw si umiechn, wiedzc, e te dziwne sowa przycign uwag drowa. - Mangura bok woklok - oznajmi znw Montolio. - Gupi kamienny eb" - przetumaczone sowo po sowie. Kamienni giganci nienawidz tego okrelenia i za kadym razem gdy j e sysz, rzucaj si do ataku! - Mangura bok woklok - wyszepta Drizzt. Bdzie musia to zapamita.

18 Bitwa o zagajnik Mooshiego


Drizzt zauway, e Montolio wyglda na bardziej zatroskanego, gdy Hooter, ktry przynis nowe wieci, znw odlecia. - Podzia si Graula? - spyta. Montolio przytakn z ponur min. - Orki jadce na wor-gach, zaledwie garstka, zataczaj koo. Drizzt spojrza ponad kamiennym murem, na przecz zabezpieczon przez koryto z brandy. Moemy ich powstrzyma -powiedzia. Mimo to, mina tropiciela wieszczya zagad. - Kolejna grupa worgw, dwadziecia lub wicej, idzie z pnocy. - Drizzt zauway strach tropiciela, gdy ten dodawa - Prowadzi je Caroak. Nigdy bym nie przypuszcza, e pjdzie wraz z Graulem. - Gigant? - zapyta Drizzt. - Nie, zimowy wilk - odpar Montolio. Na te sowa Guenh-wyvar pooya po sobie uszy i warkna gniewnie. - Pantera wie - Montolio powiedzia, gdy Drizzt spojrza na ni ze zdumieniem. - Zimowy wilk jest wynaturzeniem, obraz dla stworze postpujcych zgodnie z naturalnym porzdkiem, a w zwizku z tym jest wrogiem Guenhwyvar. Czarna pantera znw warkna. - To wielki stwr - cign Montolio - i zbyt sprytny jak na wilka. Walczyem ju wczeniej z Caroakiem. Z nim samym mielibymy sporo problemw! Za gdy wok niego bd orki, a my bdziemy zajci walk z nimi, moe si przedrze. Guenhwyvar warkna trzeci raz i podrapaa wielk ap ziemi. - Guenhwyvar zajmie si Caroakiem - stwierdzi Drizzt. Montolio podszed i chwyci panter

za uszy, kierujc wzrok Guenhwyvar w stron swojej pozbawionej spojrzenia twarzy. -Strze si oddechu wilka - powiedzia tropiciel. - Zmrozi twoje minie a do koci. Widziaem, jak padali od niego giganci! - Montolio odwrci si do Drizzta i wiedzia, e twarz drowa wyraa trosk. - Guenhwyvar musi go utrzyma z dala od nas, dopki nie odpdzimy Graula i jego grupy rzek tropiciel - wtedy zastanowimy si nad Caroakiem. - Puci uszy pantery i klepn j mocno w kark. Guenhwyvar rykna czwarty raz i pobiega przez zagajnik, niczym czarna strzaa wymierzona w serce zagady. *** Gwne siy Graula nadeszy, jak oczekiwano, z zachodu, wyjc, przeklinajc i niszczc krzaki na swej drodze. Oddziay zbliay si w dwch grupach. - Wymierz w grup na poudniu! - zawoa Montolio do Drizzta, stojcego na mocie linowym z kuszami. - Z drugiej strony mamy przyjaci! Jakby na potwierdzenie sw tropiciela pnocna kpa eksplodowaa nagle krzykami orko w, ktre brzmiay bardziej jak pene przeraenia wrzaski ni okrzyki wojenne. Wrzaskom akompaniowa chr gardowych rykni. Drizzt wiedzia, e niedwied Bbel przyszed na wezwanie Montolio, za z odgosw dochodzcych z lasku mona byo wnioskowa, e przyprowadzi licznych przyjaci. Drizzt nie mia zamiaru kwestionowa ich szczcia. Ustawi si za najblisz kusz i wystrzeli bet, gdy pierwsze orki wyoniy si spomidzy drzew. Drow bieg wzdu mostu, szybko spuszczajc ciciwy. Z dou Montolio posa kilka strza za mur. Widzc tum orkw, Drizzt nie by w stanie powiedzie, jak wiele pociskw trafio, jednak bety spowolniy ich szar, przerzedziy i rozproszyy szeregi. Kilka orkw pado na brzuchy, cz zawrcia i skierowaa z powrotem midzy drzewa. Trzon grupy i niektrzy biegncy z pierwszej kpy dalej nacierali. Montolio strzeli ostatni raz, po czym kryjc si, wrci na rodek swoich zgitych drzew, gdzie by z trzech stron chroniony. Trzymajc w jednym rku uk sprawdzi, czy miecz jest na miejscu, po czym wycign do, by dotkn liny z drugiej strony. Drizzt zauway, e tropiciel zajmuje pozycj siedem metrw pod nim, z boku, i uzna, e to moe by ostatnia szansa. Odnalaz przedmiot wiszcy nad gow Montolio i rzuci na niego czar. Bety nie spowodoway zbyt wielkiego chaosu w szeregach szarujcych orkw, jednak potrzaski okazay si skuteczne. Najpierw jeden, pniej nastpny ork na nie nastpi, a ich wrzaski wzniosy si ponad harmider szary. Gdy inne orki ujrzay, co si dzieje, zwolniy, a nawet stany. Wraz ze wzrastajcym na polu zamieszaniem Drizzt przystan i bacznie zastanawia si nad swym ostatnim strzaem. Zauway duego, dobrze odzianego orka, obserwujcego pole walki z najbliszych gazi pnocnego lasku. Drizzt wiedzia, e to Graul, jednak jego uwaga natychmiast skierowaa si na sylwetk stojc obok krla orkw. - Niech to - mrukn drow, rozpoznajc McGristle'a. By teraz zakopotany, przesuwa kusz od jednego wroga do drugiego. Drizzt chcia strzeli w Roddy'ego, chcia tu i teraz zakoczy swe osobiste cierpienie. Roddy nie by jednak orkiem i Drizzt zauway, e odrzuca go myl o zabiciu czowieka. - Graul jest waniejszym celem -powiedzia sobie drow, bardziej by rozproszy wewntrzn mk ni z jakiego innego powodu. Szybko wycelowa i strzeli. Bet polecia daleko, wbijajc si w pie zaledwie kilkanacie centymetrw nad gow Graula. Roddy spiesznie chwyci krla orkw i wcign go w gbsze cienie. Zamiast nich pojawi si ryczcy gigant, z kamieniem w rkach. Gaz trafi w drzewa obok Drizzta, wstrzsajc zarwno gaziami, jak i mostem. Zaraz potem pad drugi strza, ktry trafi dokadnie we wspornik, zawalajc przedni cz mostu. Drizzt widzia jak pocisk leci, by jednak zdumiony i przeraony niezwyk celnoci jak na tak daleki zasig. Gdy poowa mostu zapadaa si, Drizzt podskoczy i chwyci si pltaniny gazi. Wprawdzie zdoa si usadowi, ale stan przed nowym problemem. Ze wschodu

nadjedali, trzymajc pochodnie, jedcy worgw. Drizzt spojrza na kod-puapk, a nastpnie na kusz. Ona oraz jej wspornik przetrway trafienie gazem, jednak drow nie by w stanie przej tam po zapadajcym si mocie. Przywdcy gwnej grupy, znajdujcy si teraz za Drizztem, dotarli ju do kamiennego muru. Na szczcie pierwszy przeskakujcy przez niego ork wyldowa dokadnie w kolejnych paskudnych elaznych szczkach, za jego towarzysze nie spieszyli si zbytnio, by do niego doczy. *** Guenhwyvar skakaa pomidzy licznymi poszarpanymi rozpadlinami przecinajcymi spadek na pnoc. Pantera rejestrowaa odlege wrzaski z bitwy w zagajniku, lecz uwaniej nasuchiwaa skowytw zbliajcej si wilczej watahy. Wskoczya na nisko pooon pk skaln i czekaa. Caroak, wielka, srebrna bestia, prowadzi szar. Skupiony cakowicie na odlegym zagajniku zimowy wilk by cakowicie zaskoczony, gdy spada na niego Guenhwyvar. Kpki srebrnej sierci poleciay na wszystkie strony. Skowyczc i koziokujc, Caroak polecia w bok. Guenhwyvar trzymaa si nad nim tak, jak flisak trzyma si na kodzie w jeziorze, odpychajc si nogami. Caroak by jednak mdrym, starym wilkiem, weteranem dziesitek walk. Gdy przetoczy si na grzbiet, w stron pantery polecia lodowy podmuch. Guenhwyvar umkna w bok, zarwno przed mrozem, jak i kilkoma worgami. Podmuch trafi jednak panter w bok pyska, pozbawiajc Guenhwyvar czucia w szczce. Nastpnie rozpocz si pocig. Poruszajc si skokami, Guenhwyvar biegaa wok wilczej watahy, za worgi oraz rozwcieczony Caroak, trzymay si tu za ni. *** Czas szybko ucieka Drizztowi i Montolio. Ponad wszystko drow wiedzia, e musi chroni ich tyy. Rwnoczenie Drizzt zrzuci buty, wzi w jedn rk krzemie, a w usta kawaek stali, po czym wskoczy na ga, ktra miaa go doprowadzi do samotnej kuszy. Chwil pniej znajdowa si nad ni. Trzymajc si jedn rk, mocno uderzy krzemieniem. Poleciay iskry, blisko celu. Drizzt uderzy jeszcze raz, i kolejny, i w kocu iskra trafia wystarczajco dokadnie na nasczon oliw szmat na becie, eby j zapali. Teraz drow nie mia ju takiego szczcia. Koysa si i obraca, lecz nie mg zbliy stopy do spustu. Montolio nic oczywicie nie widzia, zna jednak wystarczajco dobrze ogln sytuacj. Sysza zbliajce si od tyu zagajnika worgi i wiedzia, e ci z przodu przedarli si przez mur. Wysa kolejn strza poprzez zason ze zgitych drzew i zahucza gono trzy razy. W odpowiedzi z pinii sfruna grupa sw, spadajc na orki wzdu muru. Podobnie jak potrzaski, ptaki nie mogy wyrzdzi zbyt duych szkd, jednak wywoane zakopotanie dao obrocom troch czasu. *** Do tej chwili jedyna wyrana przewaga obrocw zagajnika miaa miejsce w pnocnej kpie, gdzie Bbel i trzej jego najblisi i najwiksi kumple powalili tuzin orkw i spowodowali, e dwudziestu kolejnych biegao na olep. Jeden z orkw, uciekajc przed niedwiedziem, wyoni si zza drzewa i niemal zderzy z Bblem. Ork zachowa wystarczajco wiele przytomnoci umysu, by pchn przed siebie wczni, nie mia jednak wystarczajco siy, by przebi prymitywn broni grub skr Bbla. Bbel odpowiedzia cikim machniciem, ktre posao gow orka pomidzy drzewa. W pobliu przechodzi spokojnie kolejny wielki niedwied, zaoywszy przed sob ogromne apy. Jedyn wskazwk, e zwierz trzyma w miadcym ucisku orka, byy stopy stwora, ktre

zwisay i wierzgay dziko pod otaczajcym je futrem. Bbel zauway nastpnego przeciwnika, mniejszego i szybszego ni ork. Niedwied rykn i ruszy do ataku, jednak mae stworzenie znikno na dugo przed tym, jak tamten si zbliy. Tephanis nie mia zamiaru przycza si do walki. Przyszed wraz z pnocn grup gwnie po to, by pozosta poza zasigiem wzroku Graula. Planowa przez cay czas pozosta midzy drzewami i przeczeka bitw. Drzewa nie wydaway si ju jednak bezpieczne, tak wic skrzat je opuci, zamierzajc dosta si do poudniowej kpy. Niemal w poowie drogi do drugiego lasku plany skrzata znw legy w gruzach. Przebieg przez potrzask, zanim elazne szczki si zatrzasny, jednak paskudne zby zdoay chwyci koniec jego stopy. Bl pozbawi go oddechu i pozostawi oszoomionego z twarz w trawie. *** Drizzt wiedzia, e pomie na becie jest widoczny, nie by wic zaskoczony, gdy obok przemkn kolejny cinity gaz. Uderzy w wygit ga Drizzta i po serii pkni konar opad. Spadajc Drizzt zahaczy stop o kusz i trafi w spust. Ognisty bet polecia w ciemno za wschodnim kamiennym murem. Sun nisko, posyajc iskry w wysok traw, po czym uderzy w bok - zewntrzny - wypenionego brandy koryta. Pierwsza poowa jedcw worgw przedara si przez puapk, lecz pozostaa trjka nie miaa takiego szczcia, poniewa wanie wtedy pomienie pokonay krawd dubanki. Brandy i podpaka eksplodoway, gdy jedcy przejedali przez koryto. Wybuch wyrzuci ponce worgi i orki w wysok traw. Ci, ktrzy ju przejechali, obrcili si nagle, syszc wybuch. Jeden z jedcw zosta gwatownie zrzucony i spad na wasn pochodni, za pozostali dwaj ledwo utrzymali si na grzbietach worgw, ktre ponad wszystko nienawidziy ognia i widok ich trzech pobratymcw miotajcych si w pobliu w postaci ku pomieni niezbyt wzmocni ich ch do walki. *** Guenhwyvar dotara do maego, paskiego obszaru, nad ktrym growa samotny klon. Gdyby kto obserwowa ruchy pantery, zamrugaby z niedowierzaniem, zastanawiajc si, czy pionowy pie drzewa nie jest tak naprawd lec na boku belk, tak szybko Guenhwyvar po nim wbiega. Wataha worgw pojawia si wkrtce potem, wszc i krcc si w pobliu. Byli pewni, e kocica jest wysoko na drzewie, lecz nie mogli dostrzec jej czarnej sylwetki wrd ciemnych konarw. Pantera pokazaa si jednak ju po chwili, znw spadajc ciko na grzbiet zimowego wilka i tym razem baczc, by zacisn szczki na uchu Caroaka. Zimowy wilk miota si i skowycza, gdy ky Guenhwyvar wpijay si w jego skr. Caroak zdoa si obrci i Guenhwyyar usyszaa gwatowne wciganie powietrza, takie samo jak przed poprzednim mronym podmuchem. Pantera napia swe potne minie szyi, przesuwajc otwarty pysk Caroaka na bok. Zowrogie zionicie i tak si wydostao, trafiajc prosto w trzy szarujce worgi. Minie Guenhwyvar rozluniy si i nagle znw napiy, po czym pantera usyszaa, jak amie si kark Caroaka. Zimowy wilk opad na ziemi. Owe trzy worgi znajdujce si najbliej Guenhwyvar, te trzy, ktre trafi lodowaty oddech Caroaka, nie stanowiy niebezpieczestwa. Jeden lea na boku, dyszc z pragnienia powietrza, ktre nie chciao przepywa przez jego zmroone puca, drugi zatacza ciasne koa, cakowicie olepiony, za trzeci sta zupenie nieruchomo, wpatrujc si w swoje przednie apy, ktre z jakiego powodu odmawiay poruszania si. Jednak reszta watahy zbliaa si stopniowo, otaczajc panter miertelnym krgiem. Guenhwyvar rozejrzaa si, szukajc jakiej drogi ucieczki, jednak worgi nie nacieray szaleczo. Dziaay w harmonii, rami przy ramieniu, zacieniajc krg.

*** Prowadzce orki zaczy si krci w pobliu pltaniny zgitych drzew, szukajc jakiej drogi. Niektrzy zaczli czyni postpy, j ednak caa puapka bya ze sobpoczona i kady z tuzina rozcignitych drutw mg posa wszystkie pinie w gr. Jeden z orkw natkn si wtedy na sie Montolio. Potkn si o lin, pad twarz na sie, po czym wznis si wysoko w powietrze, zabierajc ze sobjednego ze swoich towarzyszy. aden z nich nie by w stanie sobie wyobrazi, w jake lepszej byli sytuacji ni ci, ktrzy zostali, zwaszcza ork stojcy okrakiem nad usian noami lin. Gdy drzewa wzniosy si w gr, zrobia to rwnie diabelska puapka, patroszc stwora i posyaj c go w powietrze. Nawet te orki, ktre nie zostay pochwycone przez drugie puapki, nie miay zbyt dobrze. Wszdzie wok nich wystrzeliy spltane gazie, najeone ostrymi igami pinii, odrzucajc niektrych do daleko, za pozostaych drapic i dezorientujc. Jeszcze gorsze dla orkw byo to, e Montolio wykorzysta odgos uwalnianych drzew jako sygna do rozpoczcia ognia. Strzaa za strza wylatywaa z ukrycia, i wikszo z nich trafiaa w cel. Jeden z orkw podnis wczni do rzutu, lecz dosta jedn strza w twarz, a drug w pier. Inny stwr odwrci si i uciek, krzyczc szaleczo - Za magia! Dla tych, ktrzy przechodzili przez kamienny mur, krzykacz wydawa si lecie, jego stopy poruszay si nad ziemi. Zaskoczeni towarzysze zrozumieli, o co chodzi, gdy ork spad bezadnie na ziemi, z wystajc mu z plecw drc strza. Wci siedzcy na swej cienkiej grzdzie Drizzt nie mia czasu, by zachwyca si wykonywanymi planami Montolio. Na zachodzie gigant zacz si zblia, za z drugiej strony dwaj pozostali jedcy worgw uspokoili si na tyle, by wznowi natarcie, trzymajc wysoko pochodnie. *** Krg warczcych worgw zacienia si. Guenhwyvar czua ju ich smrodliwy oddech. Pantera nie moga przedosta si przez ich zwarte szeregi, nie bya te w stanie pokona ich na tyle szybko, by uciec. Guenhwyyar znalaza inn drog. Odepchna si tylnymi apami od wci targanego skurczami ciaa Caroaka i wzbia si ponad siedem metrw pionowo w gr. Chwycia dugimi przednimi pazurami najnisz ga klonu i podcigna si. Nastpnie znikna pomidzy konarami, pozostawiajc w dole rozwcieczon watah. Szybko jednak pojawia si znowu, a poniewa pantera do dobrze poznaa teren przez ostatnich kilka tygodni, wiedziaa dobrze, gdzie zaprowadzi wilki. Biegli wzdu pki skalnej, majc z lewej strony ciemn i ponur pustk. Guenhwyvar rozpoznaa gazy i kilka porozrzucanych drzew. Pantera nie widziaa przeciwlegego brzegu rozpadliny i musiaa cakowicie zaufa swojej pamici. Skulia si nagle i wyskoczya w noc, lekko pokonujc szczelin, i popdzia w stron zagajnika. Worgi musiay wykona dugi skok zbyt dugi dla wikszoci z nich - albo cofn si daleko, jeli zamierzay dalej za ni poda. Zaczy warcze i drapa ziemi. Jeden podszed do krawdzi i zamierza sprbowa skoku, jednak strzaa ugodzia go w bok i jego determinacja lega w gruzach. Worgi nie byy gupimi stworzeniami i na widok strzay ustawiy si w pozycjach obronnych. Ulewa pociskw, ktrymi zasypali je Kellindil i jego pobratymcy bya czym wicej, ni si spodzieway. Wok gwizday tuziny strza, powalajc worgi tam, gdzie stay. Jedynie kilka zdoao si wymkn i natychmiast rozproszy na boki, uciekajc w ciemn noc. ***

Drizzt przyzwa kolejn magiczn sztuczk, by po wstrzyma orki z pochodniami. Ogie faerie, nieszkodliwe taczce pomienie, pojawiy si nagle pod ogniami pochodni, spywajc wzdu drzewcw na rce stworw. Ogie faerie nie pali, nie by nawet ciepy, jednak gdy orki ujrzay pomienie ogarniajce ich rce, nie mylay zbyt racjonalnie. Jeden z nich odrzuci daleko pochodni i ten gwatowny ruch kosztowa go wierzchowca. Spad na ziemi, a worg obrci si kolejny raz i warkn ze zoci. Drugi ork po prostu upuci pochodni, ktra spada na gow jego worga. Z gstej sierci wilka uniosy si iskry i pomienie, parzc mu oczy i uszy. Bestia zacza si tarza, przetaczajc prosto po zaskoczonym orku. Ork, oszoomiony i posiniaczony, stara si wsta, jednak poparzony worg skoczy przed siebie i zacisn potne szczki na twarzy swego jedca. Drizzt tego nie widzia. Mg mie tylko nadziej, e jego sztuczka podziaaa, bowiem zaraz gdy rzuci czar, puci kusz i pozwoli, by poszarpana ga opucia go na ziemi. Dwa orki, widzc w kocu cel, zaszaroway na ldujcego drowa, jednak zaraz, gdy Drizzt uwolni rce od konaru, chwyci nimi sejmitary. Niewiadome niebezpieczestwa orki nacieray, a Drizzt odtrci ich bro i powali stwory na ziemi. Przedzierajc si do przygotowanego miejsca, drow napotka bardziej rozproszony opr. Na jego twarzy pojawi si ponury umiech, gdy pod go stop wy czu metalowe drzewce ranki. Pamita giganty z Maldobar, ktre zabiy niewinn rodzin, cieszy si wic teraz, e zabije kolejnego z ich zych pobratymcw. - Mangura bok woklok! - krzykn Drizzt, stawiajc jedn stop na punkcie podparcia, za drug na kocwce ukrytej broni. *** Montolio umiechn si, syszc krzyk drowa, nabierajc pewnoci siebie z powodu bliskoci potnego sprzymierzeca. Jego uk zagra jeszcze kilka razy, jednak tropiciel wyczuwa, e orki zbliaj si do niego okrn drog, wykorzystujc gsto rosnce drzewa jako oson. Tropiciel czeka. Nastpnie, zanim si zbliyli, Montolio opuci uk, wycign miecz i machn mieczem w bok, tu pod sporym wzem. Odcita lina uniosa si w gr i tarcza Montolio, otoczona czarem ciemnoci Drizzta, opada prosto w oczekujc rk tropiciela. Ciemno nie wpywaa zbytnio na lepego tropiciela, jednak ta garstka orkw, ktra na niego nacieraa, znalaza si w niebezpiecznym pooeniu. Miotaa si i wymachiwaa szaleczo -jeden ci swego wasnego brata - za Montolio spokojnie rozezna si w sytuacji i przeszed do metodycznej pracy. Po upywie minuty czterech z piciu, ktrzy przyszli, byo martwych, za pity uciek. Daleki od nasycenia tropiciel i jego przenona kula ciemnoci podyli za nim, szukajc gosw lub dwikw, ktre doprowadz ich do wikszej iloci orkw. Znw dobieg krzyk, ktry wywoa na twarzy Montolio umiech. *** - Mangura.bok woklok! - wrzasn ponownie Drizzt. Gigant cisn w drowa wczni, lecz ten szybko uchyli si w bok. Znajdujcy si w oddali gigant by teraz nieuzbrojony, lecz Drizzt go nie ciga, z determinacj utrzymujc sw pozycj. - Mangura bok woklok! - krzykn znw Drizzt. - Chod tu, gupi kamienny bie! - Tym razem gigant, zbliajcy si do ciany w stron Montolio, usysza sowa. Wielki potwr zawaha si przez chwil, spogldajc z zaciekawieniem na drowa. Drizzt nie przepuci tej okazji. - Mangura bok woklok! Z rykiem i tupniciem, ktre zatrzso ziemi, gigant wykopa dziur w kamiennym murze i ruszy w stron Drizzta. - Mangura bok woklok! - powtrzy dla dobrego wraenia Drizzt, ustawiajc odpowiednio stop. Gigant pdzi, roztrcajc przed sob przeraone orki i uderzajc mocno o siebie swym kamieniem i maczug. W tych kilku sekundach rzuci w stron Drizzta setki przeklestw, sw,

ktrych drow nie mg odszyfrowa. Przewyszajc drowa trzykrotnie wysokoci i wielokrotnie ciarem, olbrzym zamajaczy nad Drizztem i wydawao si, e jego szara z pewnocipogrze-bie mrocznego elfa tam, gdzie sta. Gdy gigant by ju tylko dwa dugie kroki od Drizzta., ten przesun cay swj ciar na odsunit w ty stop. Koniec drzewca runki wpad do doka, a jej ostrze wzbio si w gr. Drizzt odskoczy w ty w chwili, gdy gigant nadzia si narunk, ostrze broni i zakrzywione zadziory znikny w brzuchu olbrzyma, przeszy przez przepon i wbiy si w serce oraz puca. Metalowe drzewce wygio si i wygldao na to, e pknie, gdy jego tpy koniec wbija si na kilkadziesit centymetrw w ziemi. Runka jednak wytrzymaa, zatrzymujc giganta. Upuci sw maczug oraz kamie i sign bezradnie do metalowego drzewca rkoma, ktre nie miay nawet siy, by si na nim zacisn. Wielkie oczy wybauszyy si w przeraeniu i w absolutnym zaskoczeniu. Wielkie usta otworzyy si szeroko i wykrzywiy, jednak nie byo w nich oddechu, by wydoby z siebie wrzask. Drizzt rwnie niemal krzykn, opamita si jednak. - Zdumiewajce - powiedzia spogldajc za siebie, gdzie walczy Montolio, poniewa okrzyk, ktry niemal z siebie wyda, by pochwa bogini Mielikki. Drizzt potrzsn bezradnie gow i umiechn si, oszoomiony spostrzegawczoci swojego nie tak lepego towarzysza. Z t ide w myli i poczuciem susznoci w sercu Drizzt wbieg po drzewcu i ci obydwoma ostrzami w gardo giganta. Szed dalej, przechodzc po ramieniu i gowie olbrzyma, po czym skoczy w stron obserwujcych go orkw, krzyczc dziko. Widok drcego i dyszcego giganta zaniepokoi ju orki, lecz kiedy skoczy na nich ten ciemnoskry potwr z szalestwem w oczach, ich szeregi cakowicie si zaamay. Drizzt dotar do pierwszych dwch, powali ich szybko na ziemi, po czym ruszy dalej. Jakie siedem metrw z prawej strony drowa, spomidzy drzew, wytoczya si kula czerni, prowadzc przed sob tuzin przeraonych orkw. Stwory wiedziay, e wpadnicie w t nieprzeniknion kul oznacza dostanie si w zasig lepego pustelnika i mier. *** Dwa orki i trzy worgi, wszystko, co pozostao z grupy z pochodniami, przegrupowao si i przemykao cicho w stron wschodniego kraca zagajnika. Gdyby zdoali dosta si za przeciwnikw, bitw mona byo jeszcze wygra. Najdalej na pnoc wysunity ork nawet nie zauway spieszcej czarnej sylwetki. Guenhwyvar spada na niego i popdzia dalej, pewna e ten ju nie wstanie. Nastpny w szeregu by worg. Dysponujc szybszym refleksem ni ork, wilk obrci si w stron pantery, obnaajc zby i kapic szczkami. Guenhwyvar warkna, podbiegajc tu przed worga. Wielkie apy wykonay na zmian szereg uderze. Wilk nie mg dorwna prdkoci kocicy. Wymachiwa pyskiem z boku na bok, zawsze zbyt pno, by chwyci wysunit ap. Po zaledwie piciu uderzeniach worg by pokonany. Jedno oko mia zamknite na zawsze, jego jzyk, czciowo rozdarty, zwisa mu bezradnie z boku pyska, za dolna szczka nie bya ju rwna z grn. Tylko obecno innych celw ocalia worga, bowiem kiedy si odwrci i zacz ucieka w t stron, z ktrej przyszed, Guenhwyvar, widzc blisz zdobycz, nie pospieszya za nim. *** Drizzt i Montolio odparli wiksz cz atakujcych si pod kamienny mur. - Za magia! dobieg zgodny krzyk. Hooter i inne sowy dopomagay wzrastajcej furii, opadajc nagle na twarze orkw, uderzajc pazurem lub dziobem, po czym znw wznosiy si w powietrze. Cigle jaki ork odkrywa kolejny potrzask, gdy prbowa uciec. Przewraca si wyjc i wrzeszczc, a jego krzyki tylko wzmacniay przeraenie jego towarzyszy. - Nie! - krzykn z niedowierzaniem Roddy McGristle. -Pozwolie, by ta dwjka pokonaa

ca armi! Spojrzenie Graula spoczo na zwalistym mczynie. - Moemy ich zawrci - powiedzia Roddy. - Jeli ci zobacz, wrc do walki. - Ocena sytuacji trapera nie bya pozbawiona sensu. Gdyby Graul i Roddy wtedy wyszli, orki, ktrych wci byo jeszcze duo, mogyby si przegrupowa. Zwaywszy na to, e wikszo ich puapek bya ju wykorzystana, Drizzt i Montolio znaleliby si naprawd w ponurej sytuacji! Krl orkw widzia jednak pojawiajcy si na pnocy kolejny problem i uzna, mimo protestw Roddy'ego, e starzec i mroczny elf po prostu nie byli warci takiego wysiku. Wikszo orkw na polu ucieka, syszc najnowsze niebezpieczestwo, zanim jeszcze je zobaczya, bowiem Bbel i jego przyjaciele byli do haaliwi. Najwiksz przeszkod, na jak natrafiy niedwiedzie, przetaczajc si przez szeregi orkw, byo wybranie pojedynczego celu dla ich dzikiej szary. Przechodzc roztrcali orki, a pniej cigali je do lasku i jeszcze dalej. By rodek wiosny, powietrze byo pene energii i ekscytacji, a jake te skore do zabawy niedwiedzie uwielbiay rozdziera orki! *** Caa horda nacierajcych cia przewina si obok lecego szybcioszka. Kiedy Tephanis si obudzi, zauway, e jest jedynym ywym na zlanym krwi polu. Z zachodu dobiegay warknicia i krzyki, dochodzce od uciekajcej bandy, za w zagajniku tropiciela wci trwaa walka. Tephanis wiedzia, e jego rola w bitwie, cho nieznaczna, dobiega koca. Nog skrzata przeszy straszny bl, wikszy ni kiedykolwiek odczuwa. Spojrza na rozszarpan stop i ku swojemu przeraeniu zda sobie spraw, e jedynym sposobem wydostania si z tego paskudnego potrzasku jest zakoczenie potwornego cicia i pozostawienie koca stopy wraz z palcami. Nie byo to trudne - stopa wisiaa na cienkim skrawku skry- i Tephanis nie waha si ani chwili. Ba si spotkania z drowem. Szybcioszek zdusi krzyk i przykry ran swym rozdartym kaftanem, po czym skierowa si powoli - w stron drzew. *** Ork skrada si w ciszy, cieszc si z osaniajcych go odgosw walki pomidzy panter a worgiem. Wszystkie myli o zabiciu starca lub drowa opuciy ju dawno jego umys, widzia bowiem, jak jego towarzysze s cigani przez watah niedwiedzi. Teraz ork chcia tylko znale drog powrotn, co nie byo zbyt proste w tej gstej pltaninie gazi pinii. Wychodzc na woln przestrze, nastpi na suche licie i zamar w bezruchu, gdy usysza ich szelest. Ork zerkn na lewo, po czym powoli skierowa gow w prawo. Podskoczy nagle i obrci si, spodziewajc si ataku z tyu. Z tego co widzia, wszdzie byo jednak cicho, nie liczc dalekich warkni pantery i skowytu worga. Ork wyda z siebie pene ulgi westchnienie i znw zacz szuka drogi. Instynktownie zatrzyma si nagle i odwrci gow, patrzc w gr. Ciemna sylwetka przykucna na gazi tu nad jego gow, a srebmawy bysk opad w d zbyt szybko, by ork zdy zareagowa. Krzywizna ostrza sejmitara okazaa si doskonaa do owinicia si wok podbrdka stwora i wbicia w jego gardo. Ork sta nieruchomo, rozoywszy szeroko rce. Po chwili pad martwy. Niedaleko stamtd inny ork wydosta si w kocu z wiszcej sieci i szybko odci swego kumpla. Obydwaj, rozwcieczeni i niezbyt chtni do ucieczki bez walki, skradali si cicho. - W ciemnoci - wyjani pierwszy, gdy wyszli z gszczu i zauwayli, e widok przesania im nieprzenikniona kula. - Gboko. Unieli razem wcznie i cisnli nimi, stkajc z wysiku. Obie znikny w ciemnej kuli. Jedna uderzya w metalowy przedmiot, lecz druga trafia w co mikszego. Okrzyki zwycistwa orkw zostay raptownie powstrzymane przez dwa brzki ciciwy. Jeden

ze stworw by martwy, zanim zwali si na ziemi, lecz drugi, uparcie trzymajcy rwnowag, zdoa spojrze na swpier, na wystajc z niej strza. Tu przed miercizobaczy jeszcze, jak Montolio niedbale przechodzi obok i znika w ciemnoci, by odzyska sw tarcz. Drizzt obserwowa z oddali starca, potrzsajc gow i rozmylajc. *** - Skoczyo si - elfi zwiadowca powiedzia pozostaym, gdy dotarli do niego w gazach na poudnie od Zagajnika Mooshiego. - Nie jestem taki pewien - odpar Kellindil, spogldajc z ciekawoci na zachd i syszc echo rykw niedwiedzi i krzykw orkw. Kellindil podejrzewa, e za tym atakiem sta nie tylko Graul. - Tropiciel i drow obronili zagajnik - wyjani zwiadowca. - Zgoda - rzek Kellindil. - I wasza rola si ju zakoczya. Wrcie wszyscy do obozu. - A ty do nas doczysz? - spyta jeden z elfw, cho odgad ju odpowied. - Jeli los tak postanowi - odpowiedzia Kellindil. - Na razie musz si zaj innymi sprawami. Pozostali nie wypytywali ju dalej Kellindila. Rzadko pojawia si w ich krainie i nigdy nie zostawa z nimi dugo. Kellindil by poszukiwaczem przygd, a jego domem by szlak. Natychmiast pobieg, by dogoni uciekajce orki. *** - Pozwolie im dwm ci pobi! - narzeka Roddy, gdy on i Graul mieli chwil, by zatrzyma si i odzyska oddech. - Dwm! Odpowied Graula nadesza w postaci zamachu cik pak. Roddy czciowo zablokowa cios, lecz zatoczy si pod jego siw ty. - Zapacisz za to! - warkn traper, wycigajc zza pasa Bro-czyciela. Obok krla pojawi si wtedy tuzin jego poddanych, ktrzy natychmiast zrozumieli sytuacj. - Ty nas doprowadzie do klski! - Graul krzykn do Roddy'ego, po czym do orkw: - Zabi go! Pies Roddy'ego przewrci najbliszego z grupy, a Roddy nie czeka, a pozostali go zapi. Odwrci si i odbieg w noc, stosujc wszystkie znane sobie sztuczki, by wysforowa si przed cigajc go band. Jego wysiki zostay szybko zwieczone sukcesem - orki naprawd nie chciay ju walczy tej nocy - a Roddy lepiej by zrobi, gdyby przesta oglda si przez rami. Usysza przed sob szmer i odwrci si akurat, by ujrze lecc w stron jego twarzy rkoje miecza. Sia ciosu, wzmocniona przez pd Roddy'ego, powalia trapera na ziemi i pozbawia przytomnoci. - Nie jestem zaskoczony - powiedzia Kellindil nad lecym ciaem.

19 Oddzielne drogi
Osiem dni nie zmniejszyo blu w stopie Tephanisa. Skrzat szed najszybciej jak mg, jednak za kadym razem gdy prbowa biec, zawsze pochyla si na bok i zdecydowanie za czsto wpada na krzak lub te, co gorsza, na niezbyt gitki pie drzewa. - Czy-mgby-przesta-na-mnie-warcze, gupi-psie? - Te-phanis spyta ostro tego psa, z ktrym by od nastpnego dnia po bitwie. aden z nich nie czu si swobodnie z drugim. Tepha-nis czsto ubolewa, e ten brzydki kundel w niczyn- nie przypomina Caroaka. Caroak by jednak martwy, szybcioszek odnalaz poszarpane ciao zimowego wilka. Kolejny towarzysz odszed i skrzat znw by sam. - Sam-nie-liczc-ciebie, gupi-psie! - narzeka. Pies obnay zby i warkn. Tephanis chcia mu podern gardo, chcia biega po caej dugoci tego skotunionego zwierzcia, rozcinajc je na kadym centymetrze. Widzia jednak, e soce zaczyna si chowa i zdawa sobie spraw, e bestia moe si wkrtce okaza przydatna. - Czas-na-mnie! -wypali szybcioszek. Szybciej ni pies zdoa zareagowa, Tephanis rzuci si w jego stron, chwyci sznur, ktry zwisa z szyi zwierzcia, i zatoczy trzy kompletne koa wok pobliskiego drzewa. Pies chcia i za nim, lecz Tephanis z atwoci utrzymywa si poza jego zasigiem. - Wrc-szyb-ko, ty-gupia-istoto! Tephanis pdzi grskimi szlakami, wiedzc, e tej nocy ma ostatni szans. W oddali pony wiata Maldobar, jednak to inne wiato, blask ognia, prowadzi szybcioszka. Zaledwie kilka minut pniej trafi do obozu, zadowolony, e elfa nie ma w pobliu. Znalaz McGristle'a siedzcego u podstawy duego drzewa, z rkoma zaoonymi za plecy i przywizanymi za nadgarstki do pnia. Traper wyglda na wyndzniaego, jednak Tephanis nie mia wyboru. Ulgulu i Kempfana byli martwi, Caroak by martwy, za Graul, po katastrofie w zagajniku, wyznaczy nagrod za gow szybcioszka. Pozosta tylko Roddy - niewielki wybr, lecz Tephanis nie mia zamiaru znw polega tylko na sobie. Pospieszy nie zauwaony na ty drzewa i wyszepta traperowi do ucha - Jutro-bdzieszw-Maldobar. Roddy zamar w bezruchu syszc nieoczekiwany, piskliwy gos. - Jutro bdziesz w Maldobar - powtrzy Tephanis, tak wolno jak tylko mg. - Odejd - warkn na niego Roddy, mylc, e skrzat z niego kpi.

-Powiniene-by-dla-mnie-milszy, och-powiniene! -odpar natychmiast Tephanis. - Elf-chceci-uwizi, wiesz-o-tym. Za-zbrodnie-przeciwko-lepemu-tropicielowi. - Zamknij si - warkn McGristle, goniej ni zamierza. - O co chodzi? - z niezbyt daleka dobieg gos Kellindila. -No-i-masz, gupi-czowieku! wyszepta Tephanis. - Mwiem, eby sobie poszed! - odpar Roddy. - Mgbym, a-ty-gdzie-by-si-znalaz? W-wizieniu? - spyta gniewnie Tephanis. - Mog-citeraz-pomc, jeli-chcesz-mojej-pomocy. Roddy zaczyna rozumie. - Rozwi mi rce - poleci. - Ju-s-rozwizane - odpar Tephanis, a Roddy stwierdzi, e skrzat mwi prawd. Zacz wstawa, lecz nagle zmieni zdanie, gdy do obozu wszed Kellindil. - Sied spokojnie -poradzi Tephanis. - Odwrc jego uwag. Tephanis porusza si, mwic te sowa, i Roddy usysza tylko niezrozumiae pomrukiwanie. Trzyma jednak rce za sob, nie widzia bowiem lepszego wyjcia, gdy zblia si ciko uzbrojony elf. - Nasza ostatnia noc na szlaku - stwierdzi Kellindil, kadc przy ogniu krlika, ktrego upolowa na posiek. Stan przed Roddym i ukoni si nisko. - Gdy przybdziemy do Maldobar, pol po Pani Falconhand - powiedzia. - Uwaa Montolio DeBrouchee za przyjaciela i z chci dowie si, co si wydarzyo w zagajniku. - Skd wiesz? - warkn Roddy. - Tropiciel jest rwnie moim przyjacielem. - Jeli jeste przyjacielem orczego krla Graula, to nie jeste ju przyjacielem tropiciela z zagajnika - odrzek Kellindil. Roddy nie wiedzia, jak da odpowied, lecz dostarczy j Tephanis. Zza elfa dobieg bzyczcy odgos i Kellindil, kadc do na mieczu, obrci si. - Jak istot jeste? - spyta szybcioszka, otwierajc szeroko ze zdumienia oczy. Kellindil nigdy nie pozna odpowiedzi, bowiem nagle pojawi si za nim Roddy i powali go na ziemi. Elf by dowiadczonym wojownikiem, jednak w zwarciu nie mg si rwna z miniami Roddy'ego McGristle. Wielkie i brudne donie trapera zacisny si na gardle szczupego elfa. - Mam-twojego-psa - powiedzia Tephanis, gdy Roddy skoczy ju mokr robot. Przywizanego-do-drzewa. - Kim jeste? - spyta Roddy, starajc si ukry rado zarwno z powodu odzyskania wolnoci, jak i wiadomoci, e jego pies wci yje. - I czego ode mnie chcesz? - Jestem-ma-istot, sam-widzisz-e-to-prawda - wyjani Tephanis. - Lubi-mie-duychprzyjaci. Roddy przez chwil rozwaa propozycj. - Dobrze, zasuye sobie na to - rzek ze miechem. Wrd ekwipunku martwego elfa znalaz Broczyciela, swj zaufany topr, i wsta z ponur min. - Chodmy wic, wracamy w gry. Musz zaatwi porachunki z pewnym drowem. Delikatne rysy szybcioszka wykrzywiy si w kwan min, jednak Tephanis ukry j, zanim Roddy zauway. Skrzat nie mia zamiaru zblia si do zagajnika lepego tropiciela. Oprcz faktu, e krl orkw ustawi nagrod za jego gow, Tephanis wiedzia rwnie, e inne elfy mog nabra podejrze, jeli Roddy pokae si bez Kellindila. Co wicej, Tephanis zauway, e bl w gowie i stopie stawa si bardziej dotkliwy na sam myl o ponownym spotkaniu z mrocznym elfem. - Nie! - wypali skrzat. Roddy, nieprzywyky by mu si sprzeciwiano, spojrza na niego gronie. -Nie-ma-potrzeby- skama Tephanis. -Drow-nie-yje, za-bity-przez-worga. Roddy nie wyglda na przekonanego. - Zaprowadziem-ci-kiedy-do-drowa - przypomnia mu Tephanis. Roddy by szczerze rozczarowany, nie wtpi ju jednak w sowa szybcioszka. Traper wiedzia, e gdyby nie Tephanis, nigdy nie odnalazby Drizzta. Byby prawie dwiecie kilometrw std, wszc wok jaskini Morueme i wydajc cae zoto na smocze kamstwa. -A co ze lepym

tropicielem? - spyta Roddy. - yje, ale-pozwl-mu-y - odpar Tephanis. - Doczyo-do-niego-wielu-potnychprzyjaci. - Poprowadzi spojrzenie Roddy'ego na ciao Kellindila. - Elfy, wiele-elfw. Roddy przytakn twierdzco. Nie ywi adnej prawdziwej urazy do Mooshiego i nie mia zamiaru zmierzy si z pobratymcami Kellindila. Pogrzebali elfa i wszystkie jego zapasy, ktrych nie mogli zabra ze sob, odnaleli psa Roddy'ego i tej samej nocy wyruszyli w rozlege krainy na zachodzie. *** W zagajniku Mooshiego lato mino spokojnie i produktywnie, a Drizzt przyswaja sobie zasady i metody tropiciela z jeszcze wiksz atwoci, ni przypuszcza optymistycznie Montolio. Drizzt pozna nazwy kadego drzewa czy krzaka w okolicy oraz kadego zwierzcia, za co waniejsze, nauczy si obserwowa zsyane przez Mielikki wskazwki. Gdy natyka si na zwierz, ktrego nie spotka wczeniej, odkry, e za pomoc obserwacji jego ruchw i dziaa moe szybko okreli zamiary, usposobienie i nas trj. - Id i pogad jego futro - Montolio wyszepta do niego pewnego dnia, podczas szarego i wietrznego zmierzchu. Stary tropiciel wskaza za pole, na lini drzew oraz biay przebysk ogona jelenia. Nawet w przymionym wietle Drizzt mia problemy z ujrzeniem zwierzcia, jednak odczuwa jego obecno podobnie jak Montolio. - Pozwoli mi? - spyta Drizzt. Montolio umiechn si i wzruszy ramionami. Drizzt skrada si cicho i ostronie, podajc wzdu cieni na skraju ki. Wybra pnocne podejcie, pod wiatr, jednak aby doj od pomocy do jelenia, musia zatoczy koo od wschodu. Zda sobie spraw ze swej pomyki, gdy by dwa tuziny metrw od jelenia. Zwierz podnioso nagle gow i zaczo wszy, podnoszc jednoczenie swj biay ogon. Drizzt znieruchomia i czeka dug chwil, a jele powrci do skubania trawy. Pochliwe stworzenie miao si teraz na bacznoci i gdy Drizzt wykona kolejny ostrony krok, zerwao si i ucieko. Jednake Montolio, ktry podchodzi od poudnia, zdoa si zbliy wystarczajco blisko, by klepn go w zad, gdy przebiega. Drizzt zamruga zdumiony. - Miaem odpowiedni wiatr! -zaprotestowa zwracajc si do zadowolonego tropiciela. Montolio potrzsn gow. - Tylko przez ostatnie dwadziecia metrw, gdy szede od pnocy - wyjani. - Do tego czasu zachd by lepszy ni wschd. - Ale przecie nie moge doj na pnoc do jelenia od zachodu - powiedzia Drizzt. - Nie musiaem - odpar Montolio. - Tam jest wysoka skaa - wskaza na poudnie. Zatrzymuje wiatr pod tym ktem i zawraca go. - Nie wiedziaem. - Musisz wiedzie - rzek spokojnie Montolio. - Na tym polega sztuczka. Musisz patrze jak ptak i spojrze na okolic z gry, zanim obierzesz drog. - Nie uczyem si lata - odpar sarkastycznie Drizzt. -Ani ja! - rykn stary tropiciel. - Popatrz w gr. Drizzt zmruy oczy, gdy skierowa je na szare niebo. Dostrzeg samotn sylwetk, sunc swobodnie z rozoonymi szeroko wielkimi skrzydami. - Jastrzb - powiedzia drow. - Lecia na wietrze z poudnia - wyjani Montolio. - Nastpnie skierowa si na zachd, gdy prd powietrza zaama si na skale. Gdyby obserwowa jego lot, mgby przewidzie zmian w terenie. - To niemoliwe - stwierdzi bezradnie drow. - Czyby? - spyta Montolio i zacz odchodzi, by ukry umiech. Drow mia oczywicie racj, nie mona byo okreli topografii terenu na podstawie toru lotu jastrzbia. Montolio dowiedzia si o zmianie kierunku wiatru od pewnej sowy, zaraz gdy Drizzt wyruszy przez k,

lecz drow nie musia o tym wiedzie. Tropiciel zdecydowa, e Drizzt powinien zastanowi si nad tym przez chwil. Kontemplacja, przypominanie sobie tego, czego si nauczy, bdzie przydatn lekcj. - Hooter ci powiedzia - powiedzia Drizzt p godziny pniej, w drodze powrotnej do zagajnika. - Hooter ci powiedzia o wietrze i o jastrzbiu. - Wydajesz si by pewny siebie. - Jestem - rzek stanowczo Drizzt. - Jastrzb nie krzycza, staem si wystarczajco czujny, by to wiedzie. Nie moge widzie ptaka, a wiem, e nie usyszaby szmeru powietrza o jego skrzyda, cokolwiek prbowaby mi wmwi! miech Montolio wywoa na twarzy umiech drowa. - Dobrze si spisae tego dnia - powiedzia stary tropiciel. - Nie podszedem do jelenia - przypomnia mu Drizzt. - To nie by test - odpar Montolio. - Zaufae swojej wiedzy, by odrzuci moje roszczenia. Jeste pewien tego, czego si nauczye. Teraz posuchaj czego wicej. Pozwl mi opowiedzie o paru sztuczkach przydatnych podczas podchodzenia do pochliwego jelenia. Rozmawiali przez ca drog do zagajnika i jeszcze duej, do pnej nocy. Drizzt sucha uwanie, wchaniajc kade sowo, gdy byy przed nim ujawniane kolejne wspaniae sekrety wiata. Tydzie pniej, na innym polu, Drizzt pooy jedn rk na zadzie ani, drug za na nakrapianym jelonku. Obydwa zwierzta ucieky z powodu nieoczekiwanego dotknicia, jednak Montolio zobaczy" umiech Drizzta z odlegoci stu metrw. Lekcje byy jeszcze dalekie od zakoczenia, gdy lato zaczo si koczy, jednak Montolio nie powica ju wiele czasu na szkolenie drowa. Drizzt dowiedzia si ju wystarczajco duo, by mg sam si uczy, nasuchujc cichych gosw i obserwujc delikatne znaki drzew oraz zwierzt. Drow by tak pochonity nie koczcymi si objawieniami, e ledwo zauwaa wyrane zmiany, jakie zachodziy w Montolio. Tropiciel wydawa si teraz znacznie starszy. Jego plecy nie chciay si prostowa podczas mronych porankw, za donie czsto byy zdrtwiae. Montolio stoicko podchodzi do tego wszystkiego, nie litowa si nad sob i nie rozpacza nad tym, co musiao nadej. y dugo i intensywnie, wiele osign i dowiadczy ycia wyraniej, ni wikszo innych osb. - Jakie s twoje plany? - spyta nieoczekiwanie pewnej nocy Drizzta, gdy jedli kolacj potraw z warzyw. Pytanie to mocno uderzyo w drowa. Nie mia planw wykraczajcych poza teraniejszo, zreszt dlaczego miaby mie, kiedy ycie byo tak atwe i przyjemne - bardziej ni kiedykolwiek dla osaczonego drowa renegata. Drizzt szczerze nie chcia myle o tym pytaniu, rzuci wic Guenhwyvar suchar, by zmieni temat. Pantera czua si troch zbyt swobodnie na posaniu drowa, zapltaa si w koce do tego stopnia, e Drizzt zastanawia si, czy najlepszym sposobem na wydostanie jej nie bdzie odesanie na plan astralny. Montolio by nieugity. - Jakie s twoje plany, Drizzcie Do'Urden? - spyta znw stanowczo stary tropiciel. - Gdzie i jak bdziesz y? - Czy mnie wyrzucasz? - zapyta Drizzt. - Oczywicie, e nie. -A wic bd y z tob- odpar spokojnie Drizzt. - Chodzi mi o to, co bdziesz robi pniej? - spyta Montolio, stajc si coraz bardziej zdenerwowany. - Pniej? - zapyta Drizzt, sdzc, e Mooshie wie co, z czego on sobie nie zdaje sprawy. miech Montolio wyszydzi jego podejrzenia. - Jestem starym czowiekiem - wyjani tropiciel - a ty modym elfem. Jestem od ciebie starszy, lecz nawet gdybym by dzieckiem, w latach byby daleko za mn. Gdzie pjdzie Drizzt Do'Urden, gdy nie bdzie ju Montolio De Brouchee? Drizzt odwrci si. - Ja nie... - zacz z wahaniem. - Ja zostan tutaj.

- Nie - odpar ponuro Montolio. - Mam nadziej, e czeka ci znacznie wicej. Takie ycie nie jest dla ciebie. - Tobie odpowiadao - warkn Drizzt, ostrzej ni zamierza. - Od piciu lat - powiedzia spokojnie Montolio. - Od piciu lat po yciu penym przygd. - Moje ycie nie byo takie ciche - przypomnia mu Drizzt. - Jednak wci jeste dzieckiem - rzek Montolio. - Pi lat to nie piset, a tobie wanie tyle zostao. Obiecaj mi teraz, e rozwaysz ponownie swoj decyzj, gdy ju mnie nie bdzie. Tam na zewntrz rozciga si szeroki wiat, mj przyjacielu, peen cierpienia, lecz rwnie peen radoci. To pierwsze utrzyma ci na ciece rozwoju, za to drugie uczyni podr znon. - Obiecaj mi teraz - powiedzia Montolio - e jak Mooshiego ju nie bdzie, Drizzt pjdzie odnale swoje miejsce. Drizzt chcia si spiera, chcia pyta tropiciela, dlaczego jest taki pewien, e ten zagajnik nie jest jego miejscem". Mentalna waga opadaa i podnosia si, po czym opada na dobre. Way wspomnienia z Maldobar, mier rolnikw, a take wspomnienia wszystkich wyzwa, ktrym musia stawi czoa, oraz za, ktre bezustannie za nim podao. Wbrew temu Drizzt zastanawia si nad odczuwanym w gbi serca pragnieniem, by wrci do wiata. Jak wielu innych Mooshie znajdzie? I jake pusty bdzie zagajnik, gdy bd w nim tylko on i Guenhwyvar? Montolio akceptowa t cisz, zdawa sobie spraw z zakopotania drowa. - Obiecaj mi, e gdy nadejdzie czas, przynajmniej zastanowisz si nad tym, co powiedziaem. Ufajc Drizztowi, Montolio nie musia widzie twierdzcego przytaknicia swego przyjaciela. *** Pierwsze niegi spady wczenie w tym roku, sypa si z poszarpanych chmur, ktre bawiy si w chowanego z ksiycem w peni. Drizzt wraz z Guenhwyyar witowa zmian pr roku, cieszy si kolejnym obrotem nieskoczonego cyklu. By w doskonaym nastroju, gdy wraca do zagajnika, strzsajc nieg z gazi pinii. Ogie przygasa, a Hooter siedzia bez ruchu na niskiej gazi i nie wydawa z siebie adnego dwiku. Drizzt spojrza na Guenhwyvar, oczekujc jakiego wyjanienia, lecz pantera tylko usiada przy ogniu, ponura i nieruchoma. Przeraenie jest dziwnym uczuciem, kulminacj subtelnych wskazwek, ktre wzbudzaj rwnie wiele zakopotania, jak strachu. - Mooshie? - szepn Drizzt, zbliajc si do chatki starego tropiciela. Odsun na bok koc i wykorzysta go, by odgrodzi si od wiata wgli dogasajcego ogniska, po czym pozwoli przej oczom w spektrum podczerwieni. Pozosta tam przez dugi czas, obserwujc jak ostatnie lady ciepa znikaj z ciaa tropiciela. Pomimo jednak tego, e Mooshie by zimny, jego peen zadowolenia umiech emanowa ciepem. Przez nastpne kilka dni Drizzt wielokrotnie walczy z napywajcymi mu do oczu zami, za kadym jednak razem gdy przypomnia sobie ten ostatni umiech, spokj, ktry odczuwa starzec, uwiadamia sobie, e te zy s wywoane jego wasn strat, nie Mooshiego. Drizzt pochowa tropiciela przy zagajniku, po czym w ciszy spdzi zim, zajmujc si codziennymi obowizkami i rozmylajc. Hooter pojawia si coraz rzadziej i pewnego razu odlatujc, skierowa na Drizzta spojrzenie, ktre bez cienia wtpliwoci powiedziao drowowi, e sowa ju nigdy nie wrci do zagajnika. WiosnDrizzt zrozumia uczucia Hootera. Przez ponad dziesi lat szuka domu i znalaz go u Montolio. Kiedy jednak tropiciel odszed, zagajnik nie wydawa si ju tak przyjazny. Byo to miejsce Mooshiego, nie Drizzta. - Jak obiecaem - Drizzt wymamrota pewnego poranka. Montolio poprosi go, aby rozway sw przyszo, gdy on odejdzie, a Drizzt dotrzyma sowa. Czu si dobrze w zagajniku i wci by tu akceptowany, jednak nie by to ju jego dom. Wiedzia, e znajduje si on gdzie tam, w szerokim wiecie, o ktrym Montolio zapewnia, e jest peen cierpienia, lecz rwniepeen radoci".

Drizzt spakowa kilka przedmiotw - praktyczne zapasy i kilka z najbardziej interesujcych ksiek tropiciela - przypi sejmi-tary do pasa i zawiesi dugi uk na ramieniu. Nastpnie ostatni raz obszed zagajnik, spogldajc na mosty linowe, zbrojowni, baryk z brandy, koryto, korze, przy ktrym zatrzyma szarujcego giganta, stanowisko Montolio. Potem wezwa Guenhwyvar, a gdy szli grskim szlakiem, nie spogldali ju za siebie. Szli w stron szerokiego wiata cierpienia i radoci.

Cz 5 Nowy dom
Jake odmienny wydawa mi si szlak, gdy opuszczaem Zagajnik Mooshiego, od drogi, ktra mnie tam zaprowadzia. Znw byem sam, oprcz chwil gdy Guenhwyvar przybywaa na moje wezwanie. Na owej drodze byem sam. W umyle jednak niosem imi, uosobienie cenionych przeze mnie zasad. Mooshie nazywa Mielikki bogini, dla mnie bya ona sposobem na ycie. Zawsze sza obok mnie po licznych przemierzanych przeze mnie drogach wiata powierzchni. Zapewnia mi bezpieczestwo i zwalczya moj desperacj, gdy byem cigany przez kra-snoludy z Cytadeli Adbar, fortecy na pnocny wschd od Zagajnika Mooshiego. Mielikki, a take wiara w moj wasn warto, day mi odwag, bym mg zblia si do kolejnych miast w krajach pnocy. Przyjcie byo zawsze takie samo: szok i strach, ktre szybko przeradzay si w gniew. Bardziej yczliwi z tych, ktrych napotkaem, mwili mi po prostu, ebym odszed, inni za cigali mnie z wycignit broni. W dwch przypadkach zostaem zmuszony do walki, jednak udao mi si uciec, nie ranic nikogo zbyt mocno. Drobne zadrapania byy jednak nisk cen. Mooshie prosi mnie, abym nie y w taki sposb jak on, a wizja starego tropiciela okazaa si jak zawsze suszna. W czasie podry po krajach pnocy zachowaem nadziej - co, czego nigdy bym nie mia, gdybym pozosta pustelnikiem w tamtym zagajniku. Za kadym razem, gdy na horyzoncie pojawiaa si nowa wioska, dreszcz oczekiwania przyspiesza moje kroki. Byem pewien, e pewnego dnia odnajd akceptacj oraz dom. Wyobraaem sobie, e stanie si to nagle. Podejd do bramy, wypowiem formalne przywitanie, po czym ujawni si jako mroczny elf. Pniej moja wizja dostosowaa si do rzeczywistoci. Bramy nie otworz si szeroko na mj widok. Raczej otrzymam pozwolenie wejcia pod stra podobnie jak to miao miejsce w Blingdenstone, miecie svirfnebli. Przez wiele miesicy bd wok mnie kry podejrzenia, lecz w kocu moje zasady zostan dostrzeone i zostan zaakceptowany takim, jakim jestem. Mj charakter przeway nad kolorem skry oraz reputacj rasy. Przez lata odgrywaem w mylach te wizj niezliczon ilo razy. Kade sowo kadego powitania w moim wyobraonym miecie stawao si litani przeciwko cigym odrzuceniom. Nie okazaoby si to wystarczajce, gdyby nie obecno Guenhwyvar, a teraz rwnie Mielikki. - Drizzt Do'Urden

20 Lata i kilometry
Gospoda niwiarzy w Zachodnim Mocie bya ulubionym miejscem zebra podrnikw z Dugiej Drogi, ktra rozcigaa si pomidzy dwoma wielkimi pnocnymi miastami: Waterdeep i Mirabar. Oprcz wygodnych ek za rozsdn cen oferowaa rwnie Tawern Derry'ego, osawion karczm, w ktrej w kad noc kadego tygodnia mona byo spotka poszukiwaczy przygd z okolic tak rozmaitych jak Luskan czy Sundabar. Kominek pon jasno i dawa ciepo, napitki lay si strumieniami, za snute tutaj opowieci byy pniej przytaczane w caych Krainach. Roddy trzyma kaptur znoszonej podrnej peleryny nisko nacignity, ukrywajc po znaczon szramami twarz, i wgryza si w baranin oraz suchary. Stary, ty pies siedzia obok niego na pododze warczc, a Roddy co jaki czas zrzuca mu kawaek misa. aroczny owca nagrd rzadko podnosi gow znad talerza, jednak jego nabiege krwi oczy wyglday podejrzliwie spod cienia kaptura. Zna niektrych zgromadzonych tej nocy u Derry'ego, osobicie lub dziki ich reputacji, i nie zaufaby im bardziej ni oni jemu, gdyby byli rozsdni. Jeden wysoki mczyzna rozpozna psa Roddy'ego, przechodzc obok stou. Przystan wic, zamierzajc przywita si z owc nagrd. Odszed jednak w milczeniu, zdajc sobie spraw, e aosny McGristle nie jest wart takiego wysiku. Nikt nie wiedzia dokadnie, co si stao przed laty w grach niedaleko Maldobar, lecz Roddy odszed z tamtych okolic poznaczony gbokimi szramami, fizycznie i emocjonalnie. Cho McGristle zawsze by grubiaski, teraz spdza wicej czasu warczc, ni rozmawiajc. Roddy obgryza jeszcze przez chwil grub ko, po czym rzuci jswemu psu i wytar zatuszczone donie w peleryn, przez nieuwag odsuwajc bok kaptura, ktry skrywa paskudne blizny. Roddy szybko znw si zakry i przejecha wzrokiem po kadym, kto mg to zauway. Jedno pene niesmaku spojrzenie mogo kosztowa kogo ycie, gdy chodzio o szramy Roddy'ego. Tym razem wygldao jednak na to, e nikt nie zauway. Wikszo z tych, ktrzy nie byli zajci jedzeniem, znajdowaa si przy barze, gono si kcc. - Tak nie mogo by! - warkn jeden mczyzna. - Mwi ci, co widziaem! - odgryz si inny. - I mwi prawd! - Wedug ciebie! - odkrzykn pierwszy, a jeszcze nastpny si wtrci - Nie byoby ci tu, gdyby go zobaczy! - Kilku mczyzn si zbliyo, niemal stykajc si torsami. - Cicho bdcie! - dobieg gos. Mczyzna przecisn si przez tum i wskaza prosto na Roddy'ego, ktry nie rozpoznajc go, instynktownie pooy do na Broczycielu, swoim osawionym toporze.

- Spytajcie McGristle'a! -krzykn mczyzna. ~Roddy'ego McGristle'a. On wie o mrocznych elfach wicej ni ktokolwiek inny. Na sali rozbrzmia tuzin gosw, gdy caa grupa, wygldajca jak jaka bezksztatna, przelewajca si masa, suna w stron Roddy'ego. Do trapera opucia Broczyciela i splota si palcami z drug, spoczywajc na stole. - Ty jeste McGristle, prawda? - mczyzna spyta Roddy'ego, okazujc owcy nagrd spor doz szacunku. - Moe i jestem - odpar spokojnie Roddy, zadowolony e zwraca na siebie uwag. Nie by otoczony przez tum tak zainteresowany tym, co powie, odkd zosta zamordowany klan Thistledownw. - Ech - dobieg gdzie z tyu niezadowolony gos. - Co on moe wiedzie o mrocznych elfach. Spojrzenie Roddy'ego cofno tych, ktrzy znajdowali si na przodzie, o krok w ty, a traper zauway ten ruch. Podobao mu si to uczucie. Znw czu si wany, szanowany. - Drow zabi mojego psa - powiedzia obcesowo. Sign rk w d i podnis gow tego ogara, pokazujc blizn. -I wyszczerbi temu gow. Cholerny mroczny elf... - powiedzia powoli, odsuwajc kaptur z twarzy - ... da mi to. - Zazwyczaj Roddy kry swoje okropne szramy, jednak westchnienia oraz pomrukiwania tumu brzmiay teraz zadowalajco dla okrutnego owcy nagrd. Odwrci si w bok, dajc im lepszy widok, i chon ich reakcj tak dugo, jak mg. - Czarnoskry i biaowosy? - spyta niski mczyzna z wystajcym brzuchem, ktry rozpocz dyskusj przy barze swj wasn opowieci o mrocznym elfie. - Chyba tak, jeli to by mroczny elf-parskn Roddy. Mczyzna rozejrza si triumfalnie dookoa. - Wanie to prbowaem im powiedzie - powiedzia do Roddy'ego. - Twierdz, e widziaem brudnego elfa, albo moe orka, ale ja wiem, e to by drow. - Jeli widziae drowa - Roddy powiedzia ponuro i powoli, wac dokadnie kade sowo, by nada mu znaczenie - to wiesz, e widziae drowa. I nie zapomnisz, e widziae drowa! I niech kady, kto wtpi w twoje sowa, pjdzie i znajdzie drowa dla siebie i niech wrci do ciebie z przeprosinami! - No c, ja widziaem mrocznego elfa - oznajmi mczyzna. - Obozowaem w Lesie Czat, na pnoc od Grunwald. Uznaem, e noc jest spokojna, wic dodaem troch do ognia, by pokona chodny wiatr. No i wtedy wszed ten obcy, bez ostrzeenia, nawet bez sowa! Kady mczyzna w grupie sucha teraz uwanie sw, postrzega je w innym wietle, gdy pokiereszowany przez drowa obcy w pewnym stopniuje potwierdzi. - Bez sowa, bez niczego! - cign tusty mczyzna. - Mia podejrzanie nisko nacignity kaptur, wic zapytaem: Co tu robisz? - Szukam miejsca, w ktrym ja i moi towarzysze moglibymy tej nocy rozbi obz odpowiedzia spokojnie. Wydawao si to rozsdne, lecz wci nie podoba mi si ten kaptur. Odkryj wic gow - powiedziaem mu. - Nie dziel si niczym, nie widzc czyjej twarzy. Rozwaa przez chwil moje sowa, po czym podnis rce w gr, bardzo powoli. - Mczyzna dramatycznie imitowa ruchy, obserwujc suchaczy, czy przycign ich uwag. - Nie musiaem ju widzie nic wicej! - krzykn nagle mczyzna, za kady, cho sysza t sam opowie, opowiadan w ten sam sposb zaledwie chwil wczeniej, podskoczy zaskoczony. - Jego donie byy czarne jak wgiel i szczupe jak u elfa. Wiedziaem wtedy, cho nie wiem skd byem taki pewien, e przede mn stoi drow. Drow, powiadam, i niech kady, kto wtpi w moje sowa, pjdzie i znajdzie drowa dla siebie! Roddy przytakn twierdzco, gdy tucioch wpatrywa si w niedawnych niedowiarkw. Wyglda na to, e ostatnio syszaem za duo o mrocznych elfach - mrukn owca nagrd. - Ja syszaem tylko o jednym - wtrci si inny. - To znaczy, dopki z tob nie porozmawialimy i nie usyszelimy o twojej walce. To daje dwa drowy w cigu szeciu lat. - Jak ju powiedziaem - stwierdzi ponuro Roddy - wyglda na to, e ostatnio syszaem za duo o mrocznych... - Roddy nie zdoa skoczy, bowiem grupa wok niego wybucha przesadzonym miechem. - Przypomniao to owcy nagrd stare dobre czasy, kiedy to kady

sucha z uwag jego sw. Jedynym mczyzn, ktry si nie mia, by grubas, zbyt wstrznity sw relacj ze spotkania z drowem. - Jednak - odezwa si ponad harmidrem - kiedy myl o tych purpurowych oczach, wpatrujcych si we mnie spod kaptura! Umiech Roddy'ego znikn w mgnieniu oka. - Purpurowych oczach? - ledwo zdoa powiedzie. Roddy spotka wiele stworze, ktre wykorzystyway infrawizj, czuy na ciepo wzrok czsty wrd mieszkacw Podmroku, i wiedzia, e normalnie takie oczy wyglday jak czerwone punkty. Traper wci pamita wyranie purpurowe oczy spogldajce na niego, gdy by uwiziony pod klonem. Wiedzia wtedy i wiedzia teraz, e ten dziwny kolor by rzadkoci nawet wrd mrocznych elfw. Ci z grupy, ktrzy byli najbliej Roddy'ego, przestali si mia, uwaajc, e pytanie McGristle'a rzucao cie wtpliwoci na opowie tuciocha. - Byy purpurowe - nalega grubas, cho w jego rozchwianym gosie nie byo zbyt wiele przekonania. Mczyni wok niego czekali na potwierdzenie lub nagan Roddy'ego, nie wiedzc czy maj si mia z tuciocha, czy nie. - Jak bro mia drow? - spyta Roddy, wstajc zowieszczo. Mczyzna zastanawia si przez chwil. - Zagite miecze - wypali. - Sejmitary? - Sejmitary. - Czy ten drow powiedzia swoje imi? - zapyta Roddy, a kiedy mczyzna si waha, McGristle chwyci go za konierz i pocign nad st. - Czy ten drow powiedzia swoje imi? -powtrzy owca nagrd, a grubas czu na twarzy jego gorcy oddech. -Nie... ehem, uch, Driz... - Drizzit? Mczyzna wzruszy bezradnie ramionami, a Roddy go puci. -Gdzie?! - rykn owca nagrd. - I kiedy? - Las Czat - powiedzia znw grubas, trzsc si. - Trzy wieki temu. Drow szed do Mirabar z Paczcymi Brami, jak mi si wydaje. - Wikszo zgromadzonych jkna na wzmiank o tej fanatycznej grupie religijnej. Paczcy Bracia byli obszarpan band ebrzcych cierpitnikw, ktrzy wierzyli - a przynajmniej twierdzili, e wierz- e w wiecie jest ograniczona ilo blu. Im wicej cierpienia wezm na siebie, mwili bracia, tym mniej bdzie musiaa go znosi reszta wiata. Niemal kady pogardza czonkami tego zakonu. Niektrzy byli szczerzy, jednak byli te tacy, ktrzy bagali o podarunki, obiecujc niezwykle cierpie dla dobra darczycy. - To byli towarzysze drowa - cign grubas. - Zawsze chodz do Maribar, eby znale chd, gdy przychodzi zima. - Duga droga - stwierdzi kto. - Dusza - rzek inny. - Paczcy Bracia zawsze id drog przez tunel. - Piset kilometrw - wtrci si pierwszy mczyzna, ktry rozpozna Roddy'ego, starajc si uspokoi poruszonego owc nagrd. Roddy go jednak nie sysza. Cignc za sob psa odwrci si i wypad od Derry'ego, trzaskajc za sob drzwiami i zostawiajc ca grup mamroczc do siebie w absolutnym zdumieniu. - To Drizzit zabra Roddy'emu psa i ucho - cign mczyzna, zwracajc teraz na siebie uwag grupy. Nie zna wczeniej imienia drowa, po prostu zaoy to na podstawie reakcji trapera. Caa grupa zebraa si wok niego, wstrzymujc oddech, by opowiedzia im histori Roddy'ego McGristle'a i purpurowookiego drowa. Jak kady dobry bywalec Derry'ego, mczyzna nie dopuci, by brak rzeczywistej wiedzy powstrzyma go przed przekazaniem opowieci. Zatkn kciuki za pas i zacz, wypeniajc znaczce luki tym, co uzna za stosowne. Sto kolejnych westchnie i oklaskw odbio si tej nocy echem na ulicy obok Derry'ego, lecz Roddy McGristle i jego pies, ktrych wz toczy si ju po bocie Dugiej Drogi, nie usyszeli tej wrzawy. - Hej, co-robisz? - dobiego znuone narzekanie z worka za awk Roddy'ego. Ze rodka wyczoga si Tephanis. - Dlacze-go-odjedamy?

Roddy obrci si i zamachn w jego stron, lecz Tephanis, cho zaspany, nie mia problemw z uchyleniem si przed ciosem. - Okamae mnie, ty kuzynie kobolda! - warkn Roddy. -Powiedziae mi, e drow nie yje. To nieprawda! Jest na drodze do Mirabar, a ja zamierzam go zapa! - Mirabar? - krzykn Tephanis. - Za-daleko, za-daleko! -Szybcioszek i Roddy przejedali przez Mirabar poprzedniej zimy. Tephanis uzna je za doskonale aosne miejsce, pene krasnoludw o ponurych twarzach, ludzi o chytrych oczach i wiatru zbyt zimnego jak na jego upodobania. - Musimy-ucieka-przed-zim-na-poudnie. Na-poudnie, gdzie-jest-i-tak-zimno! Spojrzenie Roddy'ego uciszyo skrzata. - Zapomn o tym, co mi zrobie - warkn, po czym doda zowieszcze ostrzeenie -jeli dostaniemy drowa. - Odwrci si nastpnie od Tephanisa, a skrzat wczoga si z powrotem do swego worka, czujc si aonie i zastanawiajc si, czy Roddy McGristle by wart tych wszystkich kopotw. Roddy jecha przez noc, pochylajc si nisko, by popdza konia, i mruczc raz za razem Sze lat! *** Drizzt przysun si bliej ognia, ktry pon w starej baryce znalezionej przez grup. Bya to ju sidma zima drowa na powierzchni, jednak wci czu si niepewnie na mrozie. Spdzi dziesiciolecia, a jego lud tysiclecia w pozbawionym pr roku i ciepym Podmroku. Wprawdzie do zimy zostao jeszcze kilka miesicy, jej nadejcie zapowiaday lodowate wichry, wiejce z gr Grzbietu wiata. Drizzt oprcz ubrania, kolczugi i pasa z broni mia tylko stary, cienki, podarty koc. Drow umiechn si widzc, jak jego towarzysze krc si niespokojnie i fukaj na siebie w sporze, kto pocignie nastpny yk z wyebranej butelki wina, a take o to, ile wysczy ostatni pijcy. Drizzt by sam przy baryce. Paczcy Bracia, cho nigdy nie unikali drowa, nieczsto przebywali obok niego. Drizzt akceptowa to i wiedzia, e fanatycy ceni sobie jego towarzystwo z praktycznych powodw. Cz grupy cieszya si atakami rozmaitych potworw, postrzegajc je jako okazj do prawdziwego cierpienia, jednak bardziej praktyczni mnisi cenili sobie ochron, jak zapewnia uzbrojony i wyszkolony drow. Relacja ta bya dla Drizzta do przyjcia, cho nie wywoywaa w nim uczucia spenienia. Opuci Zagajnik Mooshiego peen nadziei, lecz zostaa ona osabiona przez rzeczywisto. Za kadym razem Drizzt zblia si do wioski tylko po to, by zosta odepchnity przez cian ostrych sw, przeklestw i wyciganej broni. Za kadym razem Drizzt wzrusza ramionami na takie traktowanie. Zgodnie ze swoj dusz tropiciela -bowiem Drizzt by teraz prawdziwym tropicielem, w rwnym stopniu z wyszkolenia, jak i z serca - przyjmowa swj los ze stoickim spokojem. Ostatnie odrzucenie pokazao jednak Drizztowi, e jego stanowczo sabnie. Zosta odegnany z Luskan, na Wybrzeu Mieczy, nie przez stranikw, bowiem nigdy nie zbliy si do tego miejsca, a przez wasne obawy. Ten akt przeraa go bardziej, ni jakiekolwiek miecze, ktrym kiedykolwiek musia stawi czoa. Na drodze za miastem Drizzt spotka t garstk Paczcych Braci, a ci z wahaniem go zaakceptowali, w rwnym stopniu dlatego, e nie mieli adnych rodkw, by go odegna, jak i z powodu tego, e byli zbyt wypenieni wasnym nieszczciem, aby przejmowa si jakimikolwiek rnicami rasowymi. Dwch z grupy rzucio si wrcz Drizztowi do stp, proszc go, by wyzwoli sw groz mrocznych elfw" i spowodowa ich cierpienie. Poprzez wiosn i lato ich wzajemne relacje ewoluoway. Drizzt suy za milczcego stranika, za bracia zajmowali si swoim ebraniem i cierpieniem. Wszystko to byo do niesmaczne, a nawet oszukacze, dla postpujcego zgodnie ze swoimi zasadami drowa, jednak Drizzt nie mia innego wyboru. Mroczny elf wpatrywa si w podskakujce pomienie i zastanawia nad swym losem. Wci mia na swoje wezwanie Guenh-wyvar i wielokrotnie wykorzystywa skutecznie swoje sejmitary oraz uk. Kadego dnia mwi sobie, e towarzyszc tym przecie bezradnym fanatykom, suy dobrze Mielikki oraz swemu sercu. Mimo to, nie darzy braci zbyt wielkim szacunkiem i nie

nazywa ich przyjacimi. Spogldajc teraz na tych piciu ludzi, pijanych i linicych si, Drizzt podejrzewa, e nigdy ich tak nie nazwie. - Pobij mnie! Potnij mnie! - krzykn nagle jeden z braci i podbieg w stron baryki, potykajc si o Drizzta. Drow zapa go i przytrzyma, lecz tylko przez chwil. - Wyszwl szwojom dwowow niegodziwoszcz w mojom gwow! - wyjka brudny, nie ogolony brat i jego chuda sylwetka pada na ziemi, tworzc bezadn stert. Drizzt odwrci si, potrzsn gow i niewiadomie wsun rk do kieszeni, by pogadzi onyksow figurk. Potrzebowa jej dotyku, ktry przypomina mu, e nie jest tak naprawd sam. Trwa, toczy nieskoczon i samotn walk, lecz by daleki od zadowolenia. By moe znalaz miejsce, lecz nie dom. - Jak w zagajniku z Montolio - zamyli si drow. - Nigdy nie by mi domem. - Mwie co? - spyta otyy mnich, brat Mateusz, podchodzc, by podnie swego lecego towarzysza. - Wybacz prosz bratu Jankinowi, przyjacielu. Obawiam si, e wypi zbyt duo. Bezradny umiech Drizzta mwi, e drow si nie obrazi, jednak jego nastpne sowa zbiy z tropu brata Mateusza, przywdc i najbardziej racjonalnego -jeli nie najbardziej szczerego -czonka grupy. - Dokocz z wami podr do Mirabar - wyjani Drizzt -a pniej was opuszcz. - Opucisz? - spyta Mateusz z trosk. - To nie jest moje miejsce - rzek Drizzt. - Dekapolisz jeszt miejszczem! - wyjka Jankin. - Jeli kto ci urazi... - Mateusz powiedzia do Drizzta, nie zwracajc uwagi na pijanego mczyzn. - Nikt - odrzek Drizzt i znw si umiechn. - W yciu czeka na mnie co wicej, bracie Mateuszu. Nie gniewaj si, prosz ci, jednak odchodz. Ta decyzja nie bya dla mnie atwa. Mateusz przez chwil rozwaa jego sowa. - Jak chcesz -rzek. - Jednak czy moesz nas przynajmniej przeprowadzi przez tunel do Mirabar? - Dekapolisz! - nalega Jankin. - To jeszt miejszcze do cierpienia! Tesz by je polubi, dwowie. Kraina otrw, gdzie otr moe znalerzcz szwoje miejszcze! - W cieniach czsto s drapiecy, ktrzy eruj na bezbronnych braciach - przerwa Mateusz, potrzsajc mocno Jankinem. Drizzt milcza przez chwil, uderzony sowami pijanego mnicha. Jankin si jednak przewrci i drow spojrza na Mateusza. -Czy nie dlatego wchodzicie do miasta przez tunel? - Drizzt spyta otyego brata. Tunel by normalnie przeznaczony dla wzkw grniczych, zjedajcych z Grzbietu wiata, jednak bracia zawsze szli wanie nim, nawet w sytuacjach takich jak ta, gdy musieli cakowicie okry miasto tylko po to, by dosta si do wylotu dugiej drogi. - Aby pa czyj ofiar i cierpie? - cign Drizzt. - Z pewnoci droga jest czysta i wygodniejsza, gdy jest jeszcze kilka miesicy do zimy. - Drizzt nie lubi tunelu do Mirabar. Kady, kogo spotkaj na drodze, bdzie zbyt blisko, aby drow mg ukry sw tosamo. Drizzt by tam zaczepiany podczas dwch poprzednich podry. - Pozostali nalegaj, abymy szli przez tunel, cho to wymaga nadoenia wielu kilometrw odpar Mateusz z pewnostro-ci w gosie. - Ja wol jednak bardziej osobiste formy cierpienia i cenibym sobie twoje towarzystwo w drodze do Mirabar. Drizzt chcia krzycze na faszywego mnicha. Mateusz uwaa opuszczenie jednego posiku za ogromne cierpienie i zachowywa sw fasad tylko dlatego, e wiele czujcych win osb dawao monety fanatykom, zreszt gwnie po to, by uwolni si od ich smrodu. Drizzt przytakn i obserwowa, jak Mateusz odciga Janki-na. - Wtedy odejd - wyszepta pod nosem. Mg sobie bez przerwy powtarza, e suy swej bogini i sercu, chronic t wyranie bezradn band, jednak ich zachowanie czsto kpio sobie z tych sw. - Dwowie! Dwowie! - lini si brat Jankin, gdy Mateusz cign go do pozostaych.

21 Hefajstos
Tephanis obserwowa, jak skadajca si z szeciu osb grupa - piciu mnichw i Drizzt - idzie powoli w stron tunelu na zachd od Mirabar. Roddy wysa szybcioszka naprzd, by sprawdzi teren, mwic Tephanisowi, e jeli znajdzie drowa, niech zawrci go z powrotem w stron McGristle'a. - Broczyciel si nim zajmie - parskn Roddy, uderzajc swym wielkim toporem o do. Tephanis nie by taki pewien. Skrzat widzia Ulgulu, pana znacznie potniejszego od Roddy'ego McGristle, pokonanego przez drowa, za kolejny silny pan, Caroak, zosta rozszarpany przez czarn panter mrocznego elfa. Jeli speni si yczenie Roddy'ego i spotka si on z drowem w walce, Tephanis by moe bdzie musia wkrtce znw zacz szuka nowego pana. -Nie-tym-razem, drowie - wyszepta nagle skrzat, gdy wpad na pewien pomys. - Tym-razemci-dostan! - Tephanis zna tunel do Mirabar. On i Roddy korzystali z niego dwie zimy temu, kiedy to nieg zasypa zachodni drog. Pozna wiele z jego sekretw, w tym ten, ktry skrzat zamierza teraz wykorzysta, by zdoby przewag. Omin szeroko grup, nie chcc zwraca na siebie uwagi czujnego drowa, a i tak dotar do wejcia do tunelu na dugo przed pozostaymi. Kilka minut pniej skrzat by prawie dwa kilometry dalej, grzebic w zawiym zamku, ktry wydawa si wyszkolonemu szybcioszkowi do prymitywny. *** Brat Mateusz prowadzi grup w tunelu, kolejny mnich szed u jego boku, za pozostaa trjka otaczaa koem Drizzta. Drow poprosi o to, aby nie paday na niego adne podejrzenia, gdyby kto przechodzi obok. Opuci nisko kaptur i zgarbi ramiona. Szed pochylony w rodku grupy. Nie spotkali adnych innych podrnych i poruszali si staym tempem w owietlonym pochodniami korytarzu. Dotarli do rozwidlenia i Mateusz zatrzyma si raptownie, widzc po prawej stronie uniesion krat. Kilka krokw dalej znajdoway si otwarte elazne drzwi, za cigncy si za nimi korytarz by atra-mentowoczamy, nie owietlony tak jak gwny tunel. - Jake zagadkowe - stwierdzi Mateusz. - Beztroskie - poprawi inny. - Mdlmy si, aby inni podrni, ktrzy mog nie zna drogi tak dobrze jak my, nie poszli w z stron. - Moe powinnimy zamkn drzwi - zaproponowa kolejny. - Nie - szybko wtrci si Mateusz. - Tam moe kto by, by moe kupcy, ktrzy mogliby nie by zbyt zadowoleni, gdybymy postpili zgodnie z tym planem. - Nie! - krzykn nagle brat Jankin i podbieg na czoo grupy. - To znak! Znak od Boga! Jestemy kierowani, moi bracia, do Fajstosa, ostatecznego cierpienia! Jankin odwrci si, by ruszy tunelem, jednak Mateusz i inny mnich, niezbyt zaskoczeni

zwyczajnym dla Jankina dzikim wybuchem, natychmiast doskoczyli do niego i powalili na ziemi. - Fajstosie! - krzykn Jankin, a jego dugie i skotunione wosy powieway mu wok twarzy. - Id! - Co to jest? - spyta Drizzt. Nie mia pojcia, o czym rozma-wiajmnisi. - Kim lub czym jest Fajstos? - Hefajstos - skorygowa brat Mateusz. Drizzt zna to imi. Jedna z ksiek, ktre zabra z Zagajnika Mooshiego, mwia o smokach, za Hefajstos, synny czerwony smok yjcy w grach na pnocny zachd od Mirabar, zasuy tam sobie na fragment. - To nie jest oczywicie prawdziwe imi smoka - cign Mateusz pomidzy stkniciami, gdy szarpa si z Jankinem. - Nie znam go, podobnie jak nikt inny. - Jankin obrci si nagle, odrzucajc drugiego mnicha na bok, po czym nastpi na sanda Mateusza. - Hefajstos jest starym czerwonym smokiem, ktry y w jaskiniach na zachd od Mirabar dawniej ni ktokolwiek, nawet krasnoludy, siga pamici- wyjani inny mnich, brat Her-schel, mniej zajty ni Mateusz. - Miasto go toleruje, bowiem jest leniwy i gupi, cho nie powiedziabym mu tego. Wikszo miast, jak przypuszczam, wybraaby tolerowanie czerwonego, gdyby oznaczao to brak koniecznoci walki z nim! Hefajstos nie ma jednak zbyt upieczej natury, nikt nie przypomina sobie ostatniego razu, kiedy to wyszed ze swojej jamy, a nawet jest czasami wynajmowany do topienia rudy, cho cena jest wysoka. - Niektrzy jednak pac- doda Mateusz, znw uzyskawszy kontrol nad Jankinem zwaszcza pno w sezonie, eby wyprawi ostatni karawan na poudnie. Nic lepiej nie oddziela metalu ni smoczy oddech! - Jego miech skoczy si nagle, gdy Jankin go szarpn, powalajc na ziemi. Jankin uwolni si, jednak tylko na chwil. Szybciej ni ktokolwiek zdy zareagowa, Drizzt zrzuci paszcz i pobieg za uciekajcym mnichem, chwytajc go tu za cikimi metalowymi drzwiami. Jeden krok i obrt powaliy Jankina plecami do ziemi i pozbawiy patrzcego dzikim wzrokiem mnicha oddechu. - Odejdmy natychmiast z tej okolicy - zaproponowa drow, wpatrujc si w oszoomionego mnicha. - Zmczyy mnie ju dziwactwa Jankina, moe po prostu pozwol mu pobiec do smoka! Podeszli dwaj inni i podnieli Jankina, a nastpnie caa grupa odwrcia si, szykujc do dalszej drogi. - Pomocy! - dobieg krzyk z ciemnego tunelu. W rkach Drizzta pojawiy si sejmitary. Mnisi zebrali si wok niego, wpatrujc w mrok. - Widzisz co? - Mateusz spyta drowa, wiedzc, e widzi on znacznie lepiej w ciemnociach. - Nie, ale tunel zakrca niedaleko std - odpar Drizzt. - Pomocy! - rozleg si ten sam krzyk. Z tyu grupy, za rogiem gwnego tunelu, Tephanis z trudem powstrzymywa miech. Szybcioszki byy zdolnymi brzuchomwcami, za najwikszym problemem, jaki Tephanis mia podczas oszukiwania grupy, byo utrzymanie okrzykw na tyle wolnymi, by dao sieje zrozumie. Drizzt wykona ostrony krok do rodka, a mnisi, nawet Jan-kin, otrzewiony przez peen niepokoju okrzyk, podyli tu za nim. Drizzt wskaza im, by si cofnli, zda sobie bowiem spraw z moliwoci puapki. Tephanis by jednak zbyt szybki. Drzwi zatrzasny si z dononym hukiem, za zanim drow, znajdujcy si dwa kroki dalej, zdy przepchn si przez zaskoczonych mnichw, skrzat zamkn ju wrota na klucz. Chwil pniej, gdy opada krata, Drizzt i bracia usyszeli kolejny huk. Kilka minut pniej Tephanis znw wyszed na wiato dzienne, uwaajc si za niezego spryciarza i przypominajc sobie, by utrzyma zakopotan min, gdy bdzie wyjania Roddy'emu, e nigdzie nie mona znale grupy drowa. ***

Mnisi zmczyli si krzyczeniem zaraz po tym, j ak Drizzt przypomnia im, e wrzaski mog zainteresowa mieszkaca drugiego koca tunelu. -Nawet jeli kto bdzie przechodzi obok kraty, nie usyszy was przez drzwi - powiedzia drow, obserwujc wrota przy zapalonej przez Mateusza wieczce. Doskonale dopasowane poczenie elaza, kamienia i skry zostao wykonane przez krasnoludy. Drizzt prbowa stuka w nie rkojeci sejmitara, wywoywao to jednak tylko guche uderzenia, ktre nie docieray dalej ni krzyki. R. A. SALVATORE - Jestemy zgubieni - jkn Mateusz. - Nie mamy drogi wyjcia, a nasze zasoby nie s zbyt obfite. - Kolejny znak! - wypali nagle Jankin, lecz dwch mnichw powalio go na ziemi i usiado na nim, zanim zdy pobiec w stron smoczej jamy. - By moe co jest w rozumowaniu brata Jankina - powiedzia po dugiej chwili ciszy Drizzt. Mateusz popatrzy na niego podejrzliwie. - Czy mylisz, e nasze zapasy starczyyby na duej, gdyby brat Jankin poszed spotka si z Hefajstosem? - spyta. Drizzt nie mg powstrzyma miechu. - Nie mam zamiaru nikogo powica - rzek i spojrza na szarpicego si pod mnichami Jankina. - Niewane, jak dobrowolne to bdzie! Wyglda na to, e mamy tylko jedn drog. Mateusz pody za spojrzeniem Drizzta do ciemnego tunelu. - Jeli nie planujesz ofiar, to patrzysz w z stron - parskn otyy mnich. - Chyba nie chcesz przej obok smoka! - Zobaczymy - to byo wszystko, co odpowiedzia drow. Zapali kolejn wiec i przeszed kawaek w gb tunelu. Zdrowy rozsdek Drizzta spiera si z niezaprzeczalnym podnieceniem, jakie odczuwa na myl o zmierzeniu si z Hefajstosem, lecz by to argument, ktry, jak podejrzewa, pokona zwyk konieczno. Drizzt pamita, e Montolio walczy z czerwonym smokiem i wanie w potyczce z nim straci oczy. Wspomnienia walki, nie liczc ran tropiciela, nie byy tak straszne. Drizzt zaczyna rozumie, co lepy tropiciel mwi mu o rnicach pomidzy przetrwaniem a spenieniem. Jake cenne bdzie to piset lat, ktre Drizzt moe mie jeszcze przed sob? Dla dobra mnicha Drizzt mia nadziej, e kto bdzie przechodzi obok i otworzy krat oraz drzwi. Zawierzbiay go jednak obiecujco palce, gdy sign do sakwy i wycign ksig o smokach, ktr zabra z zagajnika. Czue oczy drowa nie potrzeboway wiele wiata i rozpoznawa tekst z zaledwie drobnymi trudnociami. Jak podejrzewa, by tam fragment powicony znanemu czerwonemu smokowi, ktry y na zachd od Mirabar. Ksiga potwierdzaa, e Hefajstos nie byo prawdziwym imieniem smoka, lecz raczej nazw nadan mu przez odniesienie do jakiego prymitywnego boga kowali. Fragment nie zawiera zbyt wiele informacji, byy to gwnie opowieci kupcw, ktrzy udawali si do smoka, by wynaj jego oddech, a take inne historie o kupcach, ktrzy najwidoczniej powiedzieli co nie tak albo zbyt dugo targowali si o cen - lub te moe smok po prostu by godny lub w paskudnym nastroju -bowiem nigdy nie wrcili. Najwaniejsze dla Drizzta byo to, e potwierdza si dokonany przez mnicha opis smoka jako bestii leniwej i do gupiej. Zgodnie z zapiskami Hefajstos odznacza si wielkpych, jakto zazwyczaj bywa ze smokami, a take by w stanie mwi wsplnym jzykiem, lecz mia braki na polu podejrzliwoci, zwykle utosamianej z czerwonym gatunkiem smokw". - Brat Herschel prbuje otworzy zamek - powiedzia Mateusz, podchodzc do Drizzta. - Masz zwinne palce. Moe by sprbowa? -Ani Herschel, ani ja, nie pokonamy tego zamka - stwierdzi z roztargnieniem Drizzt, nie podnoszc wzroku znad ksiki. - Herschel przynajmniej prbuje - warkn Mateusz - a nie zajmuje si marnowaniem wiec i czytaniem jakich bezuytecznych tomw! - Nie tak bezuytecznych jak mylisz - powiedzia Drizzt, wci nie podnoszc wzroku. Przycign tym uwag otyego mnicha. - Co to jest? - spyta Mateusz, pochylajc si nisko nad ramieniem Drizzta, cho nie umia czyta.

- Mwi o prnoci - odpowiedzia Drizzt. - Prnoci? Co prno ma wsplnego z... - Smoczej prnoci - wyjani Drizzt. - To moe by bardzo wane. Wszystkie smoki posiadaj j w jakim stopniu, ze wicej ni dobre. - C, chyba powinny, jeli posiadaj pazury dugie jak miecze i oddech, ktry topi kamienie! - mrukn Mateusz. - By moe - przyzna Drizzt -jednak prno jest saboci, nawet dla smoka, nie wtp w to. Paru bohaterw wykorzystao t cech na zgub smoka. - Mylisz o zabiciu tej bestii? - wysapa Mateusz. - Jeli bd musia? - powiedzia Drizzt z roztargnieniem. Mateusz wznis rce do gry i odszed, potrzsajc gow w odpowiedzi na pytajce spojrzenia pozostaych. Drizzt umiechn si do siebie i powrci do lektury. Jego plany zaczynay przybiera wyran form. Przeczyta cay fragment, kilkakrotnie, zapamitujc kade sowo. Trzy wiece pniej Drizzt wci czyta, a bracia stawali si coraz bardziej niecierpliwi i godni. Szturchnli Mateusza, ktry wsta, poprawi pas na brzuchu i podszed do Drizzta. - Jeszcze wicej prnoci? - spyta sarkastycznie. - Skoczyem ju z t czci- odpowiedzia Drizzt. Podnis ksik w gr, pokazujc Mateuszowi szkic wielkiego czarnego smoka, zwinitego wok kilku przewrconych drzew na gstym trzsawisku. - Ucz si teraz o smoku, ktry moe nam pomc. - Hefajstos jest czerwony - zauway ganico Mateusz - nie czarny. - To jest inny smok - wyj ani Drizzt. - Mergandevinasander z Chult, ewentualny go, ktry moe porozmawia z Hefajstosem. Brat Mateusz by cakowicie zagubiony. - Czerwone i czarne nie przepadaj za sobstwierdzi z wyranym sceptycyzmem. - Kady gupiec o tym wie. - Rzadko sucham gupcw - odpar Drizzt, a mnich znw odwrci si i odszed, potrzsajc gow. - Jest jeszcze co, o czym ty nie wiesz, lecz Hefajstos najprawdopodobniej wie - powiedzia cicho Drizzt, zbyt cicho, by ktokolwiek usysza. - Mergandevinasander ma purpurowe oczy! Drizzt zamkn ksik pewien, e daa mu wystarczajco wiele wiedzy, by mg pokusi si o t prb. Gdyby kiedykolwiek wczeniej by wiadkiem przeraajcej wspaniaoci czerwonego smoka, nie umiechaby si w tej chwili. Zarwno jednak ignorancja, jak i wspomnienia o Montolo, wzbudziy odwag w modym drowie, ktry mia tak mao do stracenia i nie mia zamiaru zgin z godu w obawie przed nieznanym niebezpieczestwem. Nie pjdzie naprzd, jeszcze nie. Nie, dopki nie powici czasu na przewiczenie swojego smoczego gosu. *** Ze wszystkich wspaniaoci, jakie Drizzt widzia w swoim wypenionym przygodami yciu, nic - wielkie domy Menzoberranzan, jaskinia ilithidw, nawet jezioro kwasu - nie mogo si rwna ze wzbudzajcym podziw legowiskiem smoka. Sterty zota i klejnotw wypeniay komnat spitrzonymi falami, niczym po przejciu jakiego olbrzymiego statku na morzu. Wszdzie leaa bro i zbroje, wspaniale byszczce, za obfito cudownie wykonanych przedmiotw - kielichw, pucharw i innych -mogaby cakowicie wypeni skarbce stu bogatych krlw. Drizzt musia sobie przypomnie o koniecznoci oddychania, gdy patrzy na to wszystko. To nie bogactwo go tak przycigao - niewiele go obchodziy przedmioty materialne - ale przygody, ktre sugeroway te wspaniae rzeczy. Spogldanie na legowisko smoka pomniejszao znaczenie jego zwyczajnego pragnienia przetrwania na drodze z Paczcymi Brami i prost ch odnalezienia spokojnego i cichego miejsca, ktre mgby nazwa domem. Znw pomyla o smoczej opowieci Montolio oraz innych historiach, ktre przytacza mu lepy tropiciel. Nagle zapragn tych przygd dla siebie.

Drizzt chcia domu i chcia odnale akceptacj, jednak wtedy, spogldajc na upy, zda sobie spraw, e pragnie rwnie znale si w ksigach bardw. ywi nadziej, e bdzie podrowa niebezpiecznymi oraz ekscytujcymi drogami, a nawet napisze wasne opowieci. Sama komnata bya ogromna i nierwna, pena lepych zakamarkw. Cao bya owietlona przymionym i zamglonym, czerwonawozotym blaskiem. Byo tu ciepo, lecz rwnie nieprzyjemnie. Drizzt odwrci si do czekajcych mnichw i mrugn, po czym wskaza na lewo, ku jedynemu wejciu. - Znacie sygna -poruszy bezgonie wargami. Mateusz przytakn z wahaniem, wci zastanawiajc si, czy rozsdnie byo zaufa drowowi. Drizzt by dla pragmatycznego mnicha cennym sprzymierzecem na drodze przez ostatnie kilka miesicy, jednak smok by smokiem. Drizzt znw rozejrza si po pomieszczeniu, tym razem spogldajc ponad skarby. Pomidzy dwoma stertami zota dostrzeg swj cel, ktry by nie mniej wspaniay ni biuteria i klejnoty. W dolinie pomidzy tymi kopcami lea wielki, pokryty usk ogon, czerwono-zotyjak odcie wiata, poruszajcy si powoli z jednej strony na drug i za kadym zamachniciem bardziej spitrzajcy obok siebie zote gry. Drizzt widzia wczeniej rysunki smokw, a j eden z mistrzw czarodziejw w Akademii tworzy nawet iluzje rnych rodzajw tych stworze, by studenci mogli im si przyjrze. Nic jednak nie mogo przygotowa drowa na t chwil. We wszystkich znanych krainach nie byo nic, co robio wiksze wraenie, za ze wszystkich rodzajw smokw wielkie czerwone byy chyba najwspanialsze. Gdy Drizzt zdoa oderwa w kocu wzrok od ogona, okreli sw drog do komnaty. Tunel wychodzi wysoko na bocznej cianie, jednak na podog prowadzia dogodna cieka. Drizzt obserwowa j przez dusz chwil, wymierzajc kady krok. Nastpnie wrzuci do kieszeni dwie garcie piasku, wycign z koczanu strza i rzuci na ni czar ciemnoci. Ostronie i cicho Drizzt schodzi na lepo w d, kierowany cigymi machniciami uskowego ogona. Niemal potkn si, gdy dotar do pierwszej sterty klejnotw i usysza, jak ogon nagle si zatrzymuje. - Przygoda - przypomnia sobie cicho Drizzt i szed dalej, koncentrujc si na mentalnym obrazie otoczenia. Wyobrazi sobie wznoszcego si przed nim smoka, spogldajcego przez jego okrycie z ciemnoci. Wzdrygn si instynktownie, oczekujc, e ogarnie go ogniste zionicie i zwgli tam, gdzie sta. Par jednak dalej, za gdy w kocu dotar do zotej sterty, ucieszy si syszc spokojny, przypominajcy uderzenia piorunw oddech picego smoka. Drizzt zacz powoli wchodzi na drugi kopiec, formujc w mylach czar lewitacji. Nie spodziewa si, by czar mia podziaa jako specjalnie dobrze - przy kadej prbie zawodzi go coraz bardziej. Kada pomoc, jak mg uzyska, moga wzmc efekt oszustwa. W poowie drogi na stert Drizzt rzuci si do biegu, rozsypujc z kadym krokiem monety i klejnoty. Sysza jak smok wstaje, nie zwolni jednak, a w trakcie wycign uk. Kiedy dotar do krawdzi, skoczy i uaktywni lewitacj, wiszc przez uamek sekundy w powietrzu, zanim czar si zakoczy. Drizzt opad, strzelajc jednoczenie z uku i posyajc przez ca komnat kul ciemnoci. Nigdy nie uwierzyby, e tak wielki potwr moe by tak zwinny, kiedy jednak spad ciko na stert kielichw i klejnotw, zauway, e wpatruje si w oblicze bardzo rozwcieczonej bestii. Te oczy! Ich spojrzenie spoczo na Drizzcie niczym dwa promienie zguby, przedzierao si przez niego, wymagao, by pad na brzuch i baga o lito, by ujawni oszustwo i wyzna kady grzech Hefajstosowi, podobnego bogom. Duga, wowa szyja smoka wygia si lekko na bok, lecz jego wzrok nie opuszcza drowa, trzymajc go rwnie silnie w miejscu, jak mgby to zrobi jeden z niedwiedzich uciskw Bbla. W mylach Drizzta odezwa si saby lecz stanowczy gos, gos lepego tropiciela, snujcego opowieci o bitwach i bohaterstwie. Z pocztku drow ledwo go sysza, by on jednak natrtny, na swj specyficzny sposb przypomina Drizztowi, e zaley od niego ycie piciu ludzi. Jeli mu si nie powiedzie, mnisi zgin. Ta cz planu nie bya dla Drizzta zbyt trudna, bowiem naprawd wierzy w swoje sowa. Hefajstos! - krzykn we wsplnej mowie. - Czy to moliwe, nareszcie? Och, najwspanialszy!

Bardziej wspaniay ni mwi opowieci! Smocza gowa cofna si na kilka metrw od Drizzta, a w tych wszystkowiedzcych oczach pojawio si zdumienie. - Wiesz o mnie? - zagrzmia Hefajstos, a pod jego gorcym oddechem za Drizztem powieway biae wosy. - Wszyscy o tobie wiedz, potny Hefajstosie! - krzykn Drizzt, gramolc si na kolana i nie omielajc wsta. - To wanie ciebie szukaem, a teraz ju ci znalazem i nie jestem rozczarowany! Przeraajce oczy smoka zmruyy si podejrzliwie. - Dlaczego mroczny elf miaby szuka Hefajstosa, Niszczyciela Cockleby, Poeracza Dziesiciu Tysicy Byda, Tego Ktry Zmiady Agalandera Gupie Srebro, Tego Ktry... - cigno si tak przez wiele minut, a Drizzt stoicko znosi straszny oddech, przez cay czas udajc oczarowanie wymienianymi przez smoka paskudnymi dokonaniami. Kiedy Hefajstos skoczy, Drizzt mia chwil, by przypomnie sobie pierwsze pytanie. Jego prawdziwe zakopotanie tylko dopomogo w tej chwili oszustwu. - Mroczny elf? - spyta, jakby nie rozumiejc. Spojrza na smoka i powtrzy z jeszcze wikszym zdziwieniem -Mroczny elf? Smok rozejrza si dookoa, jego wzrok pada niczym bliniacze promienie na pagrki skarbw, nastpnie bka si przez jaki czas po kuli ciemnoci Drizzta, znajdujcej si w poowie pomieszczenia. - Chodzi mi o ciebie! - rykn nagle Hefajstos, a sia wrzasku przewrcia Drizzta na plecy. - Mroczny elf! - Drow? - powiedzia Drizzt, podnoszc si szybko i odwaajc si teraz wsta. -Nie, nie ja. Spojrza na siebie i przytakn w nagym zrozumieniu. - Tak, oczywicie - rzek. - Tak czsto zapominam o tym okryciu, ktre nosz! Hefajstos wyda z siebie niskie, coraz bardziej niecierpliwe warknicie, a Drizzt wiedzia, e lepiej si pospieszy. - Nie drow - powiedzia. - Cho wkrtce mog nim by, jeli Hefajstos mi nie pomoe! Drizzt mg mie tylko nadziej, e przycign uwag smoka. - Syszae o mnie, jestem pewien, potny Hefajstosie. Jestem, a raczej mam nadziej znw nim by, Mergandevinasander z Chult, stary czarny o niemaej sawie. - Mergandevin...? - zacz Hefajstos, ecz zawiesi gos. Sysza oczywicie o czarnym, smoki znay imiona wikszoci swoich pobratymcw. Hefajstos wiedzia rwnie, na co liczy Drizzt, e Mergandevinasander ma purpurowe oczy. Aby pomc sobie w wyjanieniach, Drizzt przywoa wspomnienia o dowiadczeniach z Clackerem, nieszczsnym peczem, ktry zosta zamieniony przez czarodzieja w hakow poczwar. - Czarodziej mnie pokona - zacz ponuro. - Grupa awanturnikw wesza do mojego legowiska. Zodzieje. Dostaem wszak jednego z nich, paladyna! Wygldao na to, e Hefajstosowi spodoba si ten drobny szczeg, za Drizzt, ktry wanie o nim pomyla, pogratulowa sobie w milczeniu. - Jake j ego srebrna zbrj a syczaa pod moim kwasowym oddechem! - Szkoda go byo traci - odezwa si Hefajstos. - Paladyni sbardzo smaczni! Drizzt umiechn si, by ukry niepewno wywoan tymi sowami. Znajdujc si tak blisko smoczej paszczy nie mg powstrzyma si przed zastanawianiem, jak smakuje mroczny elf. Zabibym ich wszystkich i zdoby sporo skarbw, gdyby nie ten przeklty czarodziej! To on zrobi mi t straszn rzecz! - Drizzt spojrza z odraz na swoj sylwetk. - Polimorfia? - spyta Hefajstos, a Drizzt usysza w jego gosie nut sympatii, a przynajmniej tak mia nadziej. Drizzt przytakn ponuro. - Zy czar. Zabra mi moj sylwetk, moje skrzyda i mj oddech. Mimo to w myli pozostaem Mergandevinasanderem, cho... - Hefajstos rozszerzy oczy, a aosny, zakopotany wzrok, jaki Drizzt skierowa w jego stron, spowodowa, e smok si cofn. - Odkryem w sobie nag sabo do pajkw - mrukn Drizzt. - Lubi pieci je i caowa... - A wic tak wyglda peen niesmaku czerwony smok, pomyla elf, gdy znw zerkn na besti. Monety i klejnoty poleciay we wszystkie strony, gdy przez krgosup smoka przeszed bezwiedny

dreszcz. *** Mnisi w niskim tunelu nie mogli widzie spotkania, syszeli jednak wystarczajco wiele z rozmowy, by wiedzie, co drow ma na myli. Po raz pierwszy od czasu, do ktrego kady z nich by w stanie sign pamici, brat Jankin by pozbawiony gosu, lecz Mateusz zdoa wyszepta kilka sw, powtarzajc ich wsplne odczucia. - Trzeba przyzna, e jest mny! - zachichota otyy brat i zakry doni usta, obawiajc si, e mwi zbyt gono. *** - Dlaczego do mnie przyszede? - rykn gniewnie Hefajstos. Drizzt zachwia si pod si gosu, lecz tym razem zdoa utrzyma rwnowag. - Bagam, potny Hefajstosie! - prosi Drizzt. - Nie mam wyboru. Podrowaem do Menzoberranzan, miasta droww, lecz powiedzieli mi, e zaklcie czarodzieja byo potne, i nie mog zrobi nic, by je rozproszy. Przybyem wic do ciebie, wielki i potny Hefajstosie, znany ze swoich umiejtnoci w zakresie czarw trans-mutacji. By moe jeden z mojego wasnego rodzaju... - Czarny? - rozleg si donony ryk i tym razem Drizzt upad. - Twojego wasnego rodzaju? - Nie, nie, smok - powiedzia szybko Drizzt, odwoujc to, co najwyraniej okazao si obraz, po czym wsta mylc, e niedugo bdzie musia ucieka. Cigy warkot Hefajstosa powiedzia Drizztowi, e potrzebuje jakiego wybiegu i znalaz go za smokiem, w gbokich wypalonych ladach na cianach prostoktnej alkowy. Drizzt uzna, e to wanie tam Hefajstos zasugiwa sobie na spor zapat, topic rud. Drow nie mg zrobi nic poza wzruszeniem ramionami, gdy zastanawia si, ilu nieszczsnych kupcw lub awanturnikw znalazo swj koniec pomidzy tymi spalonymi cianami. - Co spowodowao taki kataklizm? - Drizzt krzykn z podziwem. Hefajstos nie odway si odwrci, podejrzewajc podstp. Chwil pniej smok zda sobie spraw, co zauway mroczny elf, i warczenie ucicho. - Jaki bg przyszed do ciebie, potny Hefajstosie, i pobogosawi ci takim obrazem mocy? Nigdzie w krainach kamie nie jest tak zniszczony. Nie, odkd ognie, ktre uformoway wiat... - Do! - zagrzmia Hefaj stos. - Ty, ktry jeste taki uczony, nie znasz oddechu czerwonych? - To pewne, e ogie jest domen czerwonych - odpar Drizzt, ani przez chwil nie spuszczajc wzroku z alkowy. - Jake jednak intensywne mog by te pomienie? Z pewnoci nie tak, by wywoa takie zniszczenia! - Chcesz zobaczy? - smok odpowiedzia zowieszczym, dymicym sykiem. - Tak! - krzykn Drizzt, a nastpnie wrzasn - Nie! - po czym zwin si w kbek. Wiedzia, e kroczy tu po cienkiej linie, wiedzia jednak, e ten hazard jest niezbdny. - Szczerze chciabym dowiadczy takiego podmuchu, jednak obawiam si poczu jego gorco. - A wic patrz, Mergandevinasanderze z Chult! - rykn Hefajstos. - Patrz dobrze! - Nagy wdech smoka pocign Drizzta dwa kroki naprzd, zakry mu oczy jego wasnymi biaymi wosami i niemal zerwa z plecw poszarpany paszcz. Na stercie za nim monety potoczyy si haaliwie do przodu. Nastpnie smok obrci sw wow gow, kierujc j w stron alkowy. Podmuch, ktry nastpi, pozbawi ca komnat powietrza. Drizzta paliy puca i pieky oczy, zarwno z gorca, jak i jasnoci. Wci jednak patrzy, jak smoczy ogie obmywa alkow ryczcym pomieniem. Drizzt zauway rwnie, e Hefajstos zamyka dokadnie oczy, gdy zieje. Gdy pooga si skoczya, Hefajstos odwrci si triumfalnie z powrotem. Drizzt, wci wpatrujc si w alkow, na stopion ska spywajc po cianach i kapic ze stropu, nie musia nawet udawa zachwytu.

- Na bogw! - wyszepta. Udao mu si znw skierowa wzrok na zadowolonego z siebie smoka. - Na bogw - powtrzy. - Mergandevinasander z Chult, ktry uwaa si za potniejszego, czuje si upokorzony. - I powinien! - zagrzmia Hefajstos. - aden czarny nie moe si rwna z czerwonym! Wiedz to teraz, Mergandevinasande-rze. Jest to fakt, ktry moe ocali ci ycie, jeli czerwony przyjdzie do twoich drzwi! - Istotnie - szybko zgodzi si Drizzt. - Obawiam si jednak, e nie bd mia drzwi. - Znw spojrza na swoj sylwetk i skrzywi si z odraz. - adnych drzwi poza tymi w miecie mrocznych elfw! - To twj los, nie mj - powiedzia Hefajstos. - Oka ci jednak lito. Pozwol ci odej ywym, cho to wicej ni zasugujesz za naruszenie mojego snu! Drizzt wiedzia, e nadszed wanie krytyczny moment. Mg wykorzysta propozycj Hefajstosa, bowiem w tej chwili niczego nie pragn bardziej, ni si std wydosta. Jego zasady oraz pami o Mooshiem nie pozwalay mu jednak odej. Co si stanie z jego towarzyszami w tunelu? I co z przygodami w ksigach bardw? - Poryj mnie wic - powiedzia do smoka, cho ledwo wierzy, e wypowiada te sowa. - Ja, ktry znaem chwa rodzaju smoczego, nie mog by zadowolony z ycia jako mroczny elf. Wielka paszcza Hefajstosa przesuna si do przodu. - Niestety dla smoczego rodzaju! - zawodzi Drizzt. - Nasze szeregi wci si zmniejszaj, podczas gdy ludzie mno si jak robactwo. Niestety dla smoczych skarbw, ktre s rozkradane przez czarodziejw i paladynw! - Sposb, w jaki wycedzi ostatnie sowa, zatrzyma Hefajstosa. - I niestety dla Mergandevinasandera - cign dramatycznie Drizzt - ktry zosta pokonany przez ludzkiego czarodzieja o mocy przymiewajcej nawet Hefajstosa, najpotniejszego ze smoczego rodzaju! - Przymiewajcej! - krzykn Hefajstos i caa komnata zatrzsa si od potgi tego ryku. - W co mam uwierzy? - wrzasn Drizzt, do aonie w porwnaniu z gosem smoka. - e Hefajstos nie pomgby jednemu ze swego wymierajcego gatunku? Nie, w to nie mog uwierzy, w to nie uwierzy cay wiat! - Drizzt wymierzy palec w strop nad sob, dajc z siebie w tej chwili wszystko. Nie trzeba mu byo przypomina o cenie, jak zapaciby, gdyby mu si nie udao. Powiedz wszyscy z rozlegych krain, e Hefajstos nie omieli si rozproszy magii czarodzieja, e wielki czerwony nie omieli si ujawni swojej saboci w obliczu tak potnego czaru z obawy, e ta sabo moe przycign t sam dowodzon przez czarodzieja druyn, ktra przybdzie na pnoc przywiedziona perspektyw kolejnego smoczego upu! -Ach! - krzykn Drizzt, otwierajc szeroko oczy. - Jednak czy poddanie si Hefajstosa nie da czarodziejowi i jego paskudnym zodziejskim przyjacioom nadziei na taki up? Za jaki smok posiada wicej do zupienia ni Hefajstos, czerwony z bogatego Mirabar? Smok by zakopotany. Hefajstos lubi swoje ycie, spanie na skarbach wiecznie rosncych dziki paccym sono kupcom. Nie chcia, by jacy bohaterscy awanturnicy wszyli w pobliu jego legowiska! To wanie byy odczucia, na jakie liczy Drizzt. - Jutro! - rykn smok. - Tego dnia wymedytuj czar i jutro Mergandevinasander znw bdzie czarnym! Wtedy odejdzie, a jego ogon stanie w pomieniach, jeeli omieli si powiedzie cho jedno wicej bluniercze sowo! Teraz musz odpocz, by przypomnie sobie czar. Nie poruszaj si smoku w postaci drowa. Czuj ci stamtd, gdzie jeste, i sysz lepiej, ni ktokolwiek na wiecie. Nie jestem takim piochem, jakby sobie yczyo wielu zodziei! Drizzt nie wtpi oczywicie nawet w jedno sowo, lecz cho wszystko poszo tak dobrze, jak tego pragn, znalaz si w lekkich kopotach. Nie mg czeka dzie, by wznowi sw rozmow z czerwonym, podobnie jak jego towarzysze. Jak zareaguje dumny Hefajstos, zastanawia si Drizzt, gdy smok bdzie chcia skontrowa czar, ktry nigdy nie istnia? Co za, Drizzt mwi sobie na skraju paniki, jeli Hefajstos rzeczywicie zmieni go w czarnego smoka? - Oczywicie oddech czarnego ma pewn przewag nad czerwonym - wypali Drizzt, gdy Hefajstos odchodzi. Czerwony wrci do niego przeraajco szybko i z przeraajc furi.

- Czy chciaby poczu mj oddech? - warkn Hefajstos. - Zastanawiam si, jak wielkie byyby wtedy twoje przechwaki? - Nie, nie tak - odpar Drizzt. - Nie obraaj si, potny Hefajstosie. Naprawd, widok twojego ognia pozbawi mnie dumy! Jednak nie mona nie docenia oddechu czarnego. Ma zalety przekraczajce ogie czerwonego! - Co mwisz? - Kwas, o Hefajstosie Niezwyky, Poeraczu Dziesiciu Tysicy Byda - odpowiedzia Drizzt. - Kwas przyczepia si do zbroi rycerza, przeera si zadajc dugotrwae mki. - Tak jak kapicy metal? - spyta z sarkazmem Hefajstos. - Metal stopiony oddechem czerwonego? - Obawiam si, e duej - przyzna Drizzt, opuszczajc wzrok. - Zionicie czerwonego przychodzi jako podmuch zniszczenia, jednak oddech czarnego trwa, ku przestrachowi wrogw. - Podmuch? - zagrzmia Hefajstos. - Jak dugo moe trwa twoje zionicie, aosny czarny? Wiem, e mog duej wydycha! - Ale... - zacz Drizzt, wskazujc na alkow. Tym razem nagle wcigane przez smoka powietrze pocigno Drizzta kilka krokw naprzd i niemal zwalio go z ng. Drow zachowa wystarczajco przytomnoci umysu, by wykrzykn umwiony sygna - Ognie Dziewiciu Piekie! - gdy Hefajstos kierowa gow w stron alkowy. *** - Sygna! - powiedzia Mateusz. - Biegnijcie, jeli wam ycie mie! Biegnijcie! - Nigdy! - krzykn przeraony brat Herschel, a pozostali, oprcz Jankina, nie spierali si. - Och, takie cierpienie! - zawy fanatyk ze skotunionymi wosami, wychodzc z tunelu. - Musimy, eby ratowa ycie! - przypomnia im Mateusz, chwytajc Jankina za wosy, by powstrzyma go przed pjciem w z stron. Przez kilka sekund przedzierali si do wyjcia z tunelu, za pniej pozostali bracia, zdajc sobie najprawdopodobniej spraw, e wkrtce minie ich jedyna nadzieja, wypadli z tunelu i ruszyli w d prowadzc ze ciany ciek. Gdy si otrzsnli, znaleli si w sporym dylemacie i krcili si bezradnie, nie wiedzc, czy wspina si z powrotem na gr do tunelu, czy te kierowa do wyjcia. Ich zdesperowana wspinaczka nie powodowaa zbyt duych postpw we wdzieraniu si na gr, zwaszcza e Mateusz wci stara si trzyma Jankina, tak wic wyjcie byo jedyn drog. Potykajc si o siebie, mnisi biegli przez pomieszczenie. Nawet przeraenie nie powstrzymao adnego z nich przed podniesieniem paru byskotek. *** Nigdy wczeniej nie byo takiego podmuchu smoczego ognia! Hefajstos rycza bez przerwy z zamknitymi oczyma, niszczc kamie w alkowie. Wielkie jzory ognia wdzieray si do pomieszczenia - a Drizzt niemal zemdla z gorca - lecz rozwcieczony smok nie przestawa, zdecydowany raz na zawsze upokorzy denerwujcego gocia. Hefajstos zerkn raz, by spojrze na efekty swego pokazu. Smoki znay swoje skarbce lepiej ni cokolwiek na wiecie i Hefajstos nie przegapi piciu sylwetek uciekajcych przez komnat w stron wyjcia. Zionicie skoczyo si nagle i smok obrci si. - Zodzieje! - rykn, rozszczepiajc kamienie swym dononym gosem. Drizzt wiedzia, e gra si koczy. Wielka, wypeniona zbiskami paszcza rzucia si w stron drowa. Drizzt przesun si w bok i podskoczy, nie majc adnej innej drogi. Chwyci jeden ze smoczych rogw i uchwyci si gowy bestii. Drizzt zdoa wdrapa si na jej czubek i trzyma si z caych si, gdy rozwcieczony smok stara si go zrzuci. Drow sign po sejmitar, lecz natrafi na kiesze. Bez chwili wahania sypn piaskiem w ze oko smoka.

Hefajstos wpad w sza, rzuca gwatownie gow, w gr, w d i dookoa. Drizzt trzyma si uparcie i zdradliwy smok wpad na lepszy sposb. Drizzt zrozumia zamiary Hefajstosa, gdy gowa z caprd-koci zacza wznosi si w gr. Strop nie by tak wysoko -nie, w porwnaniu z dugoci wowej szyi Hefajstosa. By to dugi upadek, lecz stanowi zdecydowanie lepszy los. Drizzt spad, akurat gdy smocza gowa walna w ska. Drow chwiejc si wsta, gdy Hefajstos, niezbyt spowolniony przez silne uderzenie, wciga powietrze. Drowa ocalio szczcie, zreszt nie pierwszy ani ostatni raz, bowiem spory kawaek skay oderwa si z nadweronego stropu i spad smokowi na gow. Oddech Hefajstosa wylecia z nieszkodliwym sapniciem, a Drizzt z ca prdkoci rzuci si za kopiec ze skarbami. Hefajstos rykn z wciekocii bez zastanowienia wypuci reszt oddechu, prosto w kopiec. Zote monety stapiay si ze sob, a ogromne klejnoty pkay pod cinieniem. Pagrek mia u podstawy koo siedmiu metrw rednicy i by zbity, jednak Drizzt poczu po przeciwnej stronie pomie. Odskoczy od sterty, a jego paszcz dymi i przyczepio si do niego stopione zoto. Drizzt wyoni si z wycignitymi sejmitarami, gdy smok si cofa. Drow natar miao, bezmylnie, zamachujc si z caej siy. Zatrzyma si oszoomiony po zaledwie dwch ciosach, a obydwa sejmitary pulsoway mu bolenie w doniach. Rwnie dobrze mgby uderza nimi o kamienn cian! Hefajstos, z goww grze, nie zwrci uwagi na atak. -Moje zoto! - zawodzi. Nastpnie spojrza w d, a jego ponce oczy znw przewiercay drowa. - Moje zoto! - powtrzy zowieszczo Hefajstos. Drizzt wzruszy niewinnie ramionami i rzuci si do biegu. Hefajstos zamachn si ogonem, uderzajc nim w kolejny kopiec i zasypujc pomieszczenie latajcymi zotymi i srebrnymi monetami oraz klejnotami. - Moje zoto! - smok grzmia bez przerwy, przedzierajc si przez zbite sterty. Drizzt pooy si za kolejnym kopcem. - Pom mi, Guenh-wyvar - poprosi, upuszczajc figurk. - Czuj ci, zodzieju! - wycedzi smok niedaleko od kopca Drizzta. W odpowiedzi, na czubek sterty wskoczya pantera, zaryczaa buntowniczo, po czym odskoczya. Znajdujcy si na dole Drizzt sucha uwanie, liczc kroki, gdy Hefajstos par do przodu. - Por ci, zmiennoksztatny! - zagrzmia smok i opuci rozwart paszcz na Guenhwyvar. Jednak zby, smocze zby, nie miay wikszego wpywu na niematerialn mg, ktr staa si Guenhwyvar. Drizzt zdoa wsun do kieszeni kilka byskotek, gdy ucieka, a jego odwrt osaniany by harmidrem wywoywanym przez rozwcieczonego smoka. Komnata bya wielka i Drizzt nie zdy jej jeszcze opuci, gdy Hefajstos otrzsn si i go zauway. Zdumiony, lecz nie mniej wcieky, smok rykn i rzuci si za Drizztem. W jzyku goblinw, o ktrym Drizzt wiedzia z ksiki, e Hefajstos nim mwi, Drizzt wrzasn - Kiedy gupia bestia wyjdzie za mn na zewntrz, przyjdcie i zabierzcie reszt! Hefajstos zatrzyma si raptownie i obrci, spogldajc na niski tunel, ktry prowadzi do kopalni. Gupi smok by w strasznym dylemacie, tak bardzo chcia rozgnie bezczelnego drowa, lecz obawia si kradziey z tyu. Podszed do tunelu i waln pokryt usk gow w ska powyej, dla dobrego wraenia, po czym cofn si, by wszystko przemyle. Smok wiedzia, e zodzieje dotarli ju do wyjcia. Musia wyoni si na otwart przestrze, jeli chcia ich zapa - a nie bya to rozsdna propozycja jak na t por roku, zwaywszy na lukratywne zajcie bestii. W kocu Hefajstos rozwiza ten dylemat tak, j ak sobie radzi z kadym problemem. Przysig zj e ca nastpn wypraw kupcw, ktra tu przyjdzie. Odzyskawszy dum tym postanowieniem, o ktrym bez wtpienia zapomni, gdy wrci do snu, smok przeszed si po komnacie, zbierajc zoto z powrotem w sterty i ocalajc co mg, z tego, co nieuwanie stopi.

22

Do domu
- Przeprowadzie nas! - krzykn brat Herschel. Wszyscy mnisi, oprcz Jankina, rzucili si, by uciska mocno Drizzta, gdy tylko ten dogoni ich w kamienistej dolinie na zachd od wejcia do legowiska smoka. - Jeli jest jaki sposb, w jaki moemy ci si odwdziczy...? Drizzt w odpowiedzi oprni swoje kieszenie i pi par oczu rozszerzyo si, gdy wysypyway si zote cacka i wiecideka. Zwaszcza jeden klejnot, piciocentymetrowy rubin, obiecywa bogactwo przekraczajce wszystko, co bracia kiedykolwiek sobie wyobraali. - Dla was - wyjani Drizzt. - To wszystko. Nie potrzebuj skarbw. Mnisi rozejrzeli si penym winy wzrokiem, aden z nich nie chcia ujawnia upw przechowywanych we wasnych kieszeniach. - Moe powiniene troch zatrzyma - zaproponowa Mateusz-jeli wci zamierzasz y samodzielnie. - Zamierzam - powiedzia stanowczo Drizzt. - Nie moesz tu zosta - stwierdzi Mateusz. - Gdzie pjdziesz? Drizzt nie zastanawia si nad tym. Wiedzia tylko, e jego miejsce na pewno nie jest wrd Paczcych Braci. Rozmyla przez chwil, przypominajc sobie liczne lepe krace drg, ktrymi podrowa. Nagle w jego umyle pojawia si idea. - Ty to powiedziae - Drizzt rzek do Jankina. - Nazwae to miejsce na tydzie przed tym, jak weszlimy do tunelu. Jankin spojrza na niego z zaciekawieniem. - Dekapolis - powiedzia Drizzt. - Kraina otrw, gdzie otr moe znale swoje miejsce. - Dekapolis? - wyjka Mateusz. - Chyba powiniene jeszcze raz zastanowi si nad swoj decyzj, przyjacielu. Dolina Lodowego Wichru nie jest zbyt przyjaznym miejscem. - Wiecznie wieje wiatr - doda Jankin z tsknot w swych ciemnych i gbokich oczach. Peen piekcego piasku i mrony. Pjd z tob! - I potwory! - odezwa si jeden z pozostaych, uderzajc Jankina w ty gowy. - Yeti z tundry, biae niedwiedzie i dzicy barbarzycy! Nie, nie poszedbym do Dekapolis, nawet gdyby sam Hefajstos prbowa mnie tam zagoni! - C, smok mgby - powiedzia Herschel, spogldajc nerwowo w kierunku niezbyt oddalonego legowiska. - W pobliu sajakie gospodarstwa. Moe moglibymy spdzi tam noc i jutro wrci do tunelu. - Nie pjd z wami - powtrzy Drizzt. - Nazwalicie Dekapolis nieprzyjaznym miejscem, lecz czy w Mirabar zostan cieplej przyjty? - Pjdziemy tej nocy do rolnikw - odpar Mateusz, rozwaajc ponownie jego sowa. Kupimy ci tam konia i potrzebne zapasy. W ogle nie chc, eby odchodzi - rzek - lecz Dekapolis wydaje si dobrym wyborem... - spojrza wymownie na Jankina - ...dla drowa. Wielu znalazo tam swoje miejsce. Naprawd jest to dom dla kogo, kto go nie posiada. Drizzt dostrzega w gosie brata szczero i docenia jego wdziczno. - Jak je odnajd? spyta. - Id wzdu gr - odpowiedzia Mateusz. - Utrzymuj je zawsze po swojej prawej rce. Gdy dotrzesz do ich kraca, znajdziesz si w Dolinie Lodowego Wichru. Zaledwie jeden szczyt znajduje si na rwninie na pnoc od Grzbietu wiata. Wok niego zbudowane s miasta. Niech bd one tym, na co masz nadziej. Mnisi zaczli si przygotowywa do wymarszu. Drizzt zaoy rce za gow i opar si o cian doliny. Rzeczywicie by to czas rozstania z brami, nie mg si jednak pozby poczucia winy i samotnoci. Drobne bogactwo, jakie zabra ze smoczego legowiska, znacznie zmieni ycie jego towarzyszy, ochroni ich i da im wszystko, co potrzebne, jednak nie mogo nic zrobi z barierami, jakim stawia czoa Drizzt. Dekapolis, kraina, ktr Mateusz nazwa domem dla bezdomnych, miejsce cigajce tych,

ktrzy nie maj dokd pj, dawao drowowi troch nadziei. Jak wiele razy los sobie z niego zakpi? Do jak wielu bram zblia si z nadziej tylko po to, by zosta zawrcony przez ostrze wczni? Tym razem bdzie inaczej, mwi sobie Drizzt, bowiem jeli nie zdoa znale dla siebie miejsca w krainie otrw, nie bdzie dla niego miejsca ju nigdzie. Dla osaczonego drowa, ktry tak dugo ucieka od tragedii, winy i uprzedze, od ktrych nie mg uciec, nadzieja nie bya przyjemnym uczuciem. *** Tej nocy, gdy mnisi udali si do niewielkiej wioski, Drizzt obozowa w maym zagajniku. Wrcili nastpnego poranka, prowadzc dobrego konia, lecz jeden z ich grupy by nieobecny. - Gdzie jest Jankin? - spyta zatroskany Drizzt. - Zwizany w stodole - odpar Mateusz - Prbowa uciec w nocy, wrci... - Do Hefajstosa - dokoczy za niego Drizzt. - Jeli w cigu dnia to bdzie mu dalej chodzi po gowie, moemy go po prostu puci - doda z niesmakiem Herschel. - Oto twj ko - powiedzia Mateusz - jeeli przez noc nie zmienie zdania. - A oto nowe odzienie - rzek Herschel. Poda Drizztowi porzdny, podbity futrem paszcz. Drow dostrzeg nietypow dla braci hojno i niemal zmieni zdanie. Nie mg jednak odrzuci swych innych potrzeb. Aby okaza swoje zdecydowanie, drow podszed prosto do zwierzcia, zamierzajc si na nie wspi. Drizzt widzia wczeniej konia, jednak nigdy z tak bliska. By zdumiony si zwierzcia, miniami falujcymi wzdu szyi, a rwnie wysokoci jego grzbietu. Spdzi chwil wpatrujc si koniowi w oczy, przekazujc mu swoje zamiary najlepiej jak umia. Nastpnie, ku zaskoczeniu wszystkich, nawet samego drowa, ko si schyli, pozwalajc Drizztowi z atwoci wspi si na siodo. - Masz podejcie do koni - stwierdzi Mateusz. - Nigdy nie wspominae, e jeste wyszkolonym jedcem. Drizzt tylko przytakn i robi co mg, by utrzyma si w siodle, gdy ko przeszed w kus. Sporo czasu zajo drowowi okrelenie, w jaki sposb kontroluje si zwierz i pojecha daleko na wschd - w z stron - zanim zdoa zawrci. Drizzt bez przerwy stara si zachowa sw fasad, a mnisi, nigdy nie posiadajcy koni dla siebie, tylko przytakiwali i umiechali si. Kilka godzin pniej Drizzt jecha na zachd, wzdu poudniowych zboczy Grzbietu wiata. *** - Paczcy Bracia - wyszepta Roddy McGristle, spogldajc ze skay na band, ktra kilka dni pniej wracaa do tunelu. - Co? - zapia Tephanis, wylatujc ze swego worka, by doczy do Roddy'ego. Po raz pierwszy szybko skrzata okazaa si zdradliwa. Zanim zda sobie spraw z tego, co mwi, Tephanis wypali -To-niemoliwe! Przecie-smok... Wzrok Roddy'ego pad na Tephanisa niczym cie nioscej burz chmury. - To-znaczy-ja-zaoyem... - wyjka Tephanis, uwiadomi sobie jednak, e Roddy, ktry zna tunel lepiej ni on i wiedzia o zamiowaniu skrzata do zamkw, odgad jego nierozwany uczynek. - Wzie na siebie zabicie drowa - powiedzia spokojnie Roddy. - Prosz, mj-panie - odpar Tephanis. - Ja-nie-chciaem... Ja-si-baem-o-ciebie. Drow-jestdiabem, powiadam! Wysaem-ich-tunelem-do-smoka. Sdziem, e-ty... - Zapomnij o tym - warkn Roddy. - Zrobie to, co zrobie i skoczmy ju z tym. Teraz wa do worka. Moe uda nam si to naprawi, jeli drow nie jest martwy. Tephanis przytakn z ulg i wsun si z powrotem do worka. Roddy podnis go i zawoa psa.

- Porozmawiam z brami - obieca owca nagrd - ale najpierw... - Roddy zamachn si workiem i uderzy nim o kamienn cian. - Panie! - dobieg stumiony krzyk skrzata. - Ty kradncy drowy... - prychn Roddy i bezlitonie wali workiem o nie poddajc si ska. Tephanis szamota si przy kilku pierwszych uderzeniach, udao mu si nawet rozpocz wycinanie otworu swoim maym sztyletem. Nagle jednak worek ciemnia od wilgoci i skrzat przesta si rusza. - Kradncy drowy mutancie - wymamrota Roddy, odrzucajc zakrwawiony pakunek. - Chod, psie. Jeli drow yje, bracia bd wiedzie, gdzie go znale. *** Paczcy Bracia byli zakonem powiconym cierpieniu i paru z nich, zwaszcza Jankin, rzeczywicie sporo wycierpieli w yciu. Nikt z nich jednak nie wyobraa sobie nigdy poziomu okruciestwa, jaki reprezentuj rce dzikookiego Roddy'ego McGristle i zanim mina godzina, Roddy rwnie jecha na zachd wzdu poudniowej krawdzi acucha grskiego. *** Chodny wschodni wiatr napenia jego uszy sw nie koczc si pieni. Drizzt sysza j w kadej sekundzie, odkd okry zachodni krawd Grzbietu wiata i skrci na pnocny wschd, w jaowy obszar nazwany dziki temu wiatrowi Dolin Lodowego Wichru. Z chci przyjmowa aobny jk i mrone ukszenia wiatru, bowiem dla Drizzta podmuch powietrza by ykiem wolnoci. Kolejny symbol owej wolnoci, widok rozlegego morza, pojawi si przed drowem, gdy okry acuch grski. Drizzt odwiedzi kiedy wybrzee, w drodze do Luskan, i teraz chcia si zatrzyma, by znw przejecha kilka kilometrw do brzegu. Chodny wiatr przypomnia mu jednak o zbliajcej si zimie i drow zdawa sobie spraw z trudnoci, na jakie natknie si, prbujc podrowa dolin, gdy spadnie pierwszy nieg. Drizzt dostrzeg Kopiec Kelvina, samotn gr w tundrze na pnoc od wielkiego acucha, ju pierwszego dnia, gdy skrci w dolin. Zblia si do niego z niepokojem, wyobraajc sobie ten pojedynczy szczyt jako drogowskaz do krainy, ktr bdzie nazywa domem. Niepewna nadzieja wypeniaa go za kadym razem, gdy skupia si na grze. Min kilka mniejszych grup, samotnych wozw czy garstek mczyzn na koniach, zblia si bowiem do okolic Dekapolis drog dla karawan, od poudniowego zachodu. Soce znajdowao si nisko na zachodzie i jego wiato byo przytumione. Drizzt trzyma nisko kaptur swego paszcza, kryjc sw mahoniow skr. Kiwa uprzejmie gow do kadego mijanego podrnika. Spor cz okolicy zajmoway trzy jeziora, otaczajce kamienisty Kopiec Kelvina, ktry wznosi si na trzysta metrw ponad poszarpan rwnin i by pokryty niegiem nawet podczas krtkiego lata. Ze wszystkich dziesiciu miast, ktrym ten region zawdzicza sw nazw, jedynie najwaniejsze z nich, Bryn Shander, leao z dala od jezior. Znajdowao si ponad rwnin, na maym wzgrza a jego flaga powiewaa pod naporem bezustannego wiatru. Trasa karawan, ktr podrowa Drizzt, prowadzia wanie do tego miasta, najwaniejszego w regionie targu. Na podstawie dymw wznoszcych si z odlegych palenisk Drizzt mg stwierdzi, e o kilka kilometrw od osiedla na wzgrzu znajdowao si te kilka innych spoecznoci. Przez chwil zastanawia si nad drog, niezdecydowany czy nie powinien uda si do jednego z tych mniejszych, oddalonych miasteczek, zamiast jecha prosto do gwnej osady. - Nie - powiedzia stanowczo drow, wsuwajc do do kieszeni, by dotkn onyksowej figurki. Drizzt popdzi swego konia naprzd, w gr wzgrza, do bram otoczonego murem miasta. - Kupiec? - spyta jeden z dwch stranikw, ktrzy stali znudzeni przy okutych elazem wrotach. - Troch za pno jak na handel. - Nie kupiec - odpar Drizzt, zdenerwowany, e ta godzina nadesza. Sign powoli do

kaptura, prbujc powstrzyma drenie doni. - Z jakiego miasta w takim razie? - zapyta drugi stranik. Drizzt puci kaptur, odwaga go opucia, gdy usysza to bezceremonialne pytanie. - Z Mirabar - odpowiedzia szczerze i wtedy, zanim zdy si powstrzyma i zanim stranicy zadali nastpne rozpraszajce jego uwag pytanie, sign w gr i cign kaptur. Dwie pary oczu otworzyy si szeroko, a rce natychmiast opady na przypite do pasw miecze. - Nie! - odezwa si nagle Drizzt. - Nie, prosz. - W jego gosie i postawie ukazao si nagle znuenie, ktrego stranicy nie mogli zrozumie. Drizzt straci ju si do tych pozbawionych sensu walk. Przeciwko hordzie goblinw lub bkajcemu si gigantowi sejmitary drowa z atwoci pojawiay si w jego doniach, lecz przeciwko komu, kto walczy z nim tylko z powodu niewaciwego postrzegania, ostrza niezwykle ciyy. - Przybyem z Mirabar - cign Drizzt, a z kad sylab jego gos stawa si pewniejszy - do Dekapolis, aby spocz tu w pokju. - Rozoy szeroko rce, pokazujc, e nie stanowi zagroenia. Stranicy nie wiedzieli, jak zareagowa. aden z nich nie widzia nigdy mrocznego elfa - cho wiedzieli bez cienia wtpliwoci, e Drizzt by wanie nim - ani te nie syszeli o ich rasie wicej, ni tylko snute przy kominku opowieci o pradawnej wojnie, ktra rozdzielia rd elfw. - Poczekaj tu - jeden ze stranikw wyszepta do drugiego, ktry wyglda tak, jakby nie pochwala tego polecenia. - Pjd poinformowa burmistrza Cassiusa. - Stukn w okut elazem bram i wlizgn si do rodka zaraz po tym, jak uchylia si na tyle szeroko, by zdoa si zmieci. Pozostay stranik spoglda na Drizzta nie mrugajc oczyma i nie spuszczajc doni z rkojeci miecza. - Jeli mnie zabijesz, wystrzeli do ciebie sto kusz - oznajmi, cakowicie bezskutecznie prbujc mwi jak pewny siebie czowiek. - Dlaczego miabym to zrobi? - spyta niewinnie Drizzt, trzymajc rozoone rce i spoko j na postaw. Jak na razie spotkanie przebiegao pomylnie, a przynajmniej tak uwaa. W kadej innej osadzie, do ktrej omieli si zbliy, ci, ktrzy widzieli go pierwsi, uciekali w przeraeniu lub gonili go z wycignit broni. Drugi stranik wrci niedugo pniej z niskim i szczupym mczyzn, gadko ogolonym i z byszczcymi, niebieskimi oczyma, ktre bez przerwy si wpatryway w drowa, chonc kady szczeg. Spoglda dugo na Drizzta, rozwaajc kady jego ruch i cech wygldu. - Jestem Cassius powiedzia w kocu. - Burmistrz Bryn Shander oraz Gwny Burmistrz Rady Rzdzcej Dekapolis. Drizzt ukoni si nisko. - Jestem Drizzt Do'Urden - rzek -z Mirabar i miejsc za nim si znajdujcych, ktry teraz przyby do Dekapolis. - Dlaczego? - spyta ostro Cassius, prbujc zbi go z tropu. Drizzt wzruszy ramionami. - Czy powd jest niezbdny? - Dla mrocznego elfa... by moe - odpowiedzia szczerze Cassius. Akceptujcy umiech Drizzta rozbroi burmistrza i uciszy dwch stranikw, ktrzy stali blisko po jego bokach. -Nie mog zaoferowa adnego powodu poza moim pragnieniem przyjcia - cign Drizzt. - Duga bya moja droga, burmistrzu Cassiusie. Jestem znuony i potrzebuj odpocz. Dekapolis jest miejscem dla otrw, jak mi powiedziano, a nie wtpi, e mroczny elf jest otrem dla mieszkacw powierzchni. Brzmiao to do logicznie, a szczero Drizzta bya wyrana dla burmistrza. Cassius opuci podbrdek na do i rozmyla przez dugi czas. Nie obawia si drowa ani nie wtpi w jego sowa, nie mia jednak zamiaru dopuci do zamieszania, jakie drow wywoa w jego miecie. - Bryn Shander nie jest miejscem dla ciebie - powiedzia bezceremonialnie Cassius, a lawendowe oczy Drizzta zmruyy si, gdy usysza to krzywdzce owiadczenie. Nie zraony tym Cassius wskaza na pnoc. - Id do Lonelywood, w lesie na pnocnym brzegu Maer Dualdon zaproponowa. Skierowa nastpnie wzrok na poudniowy wschd. -Albo do Good Mead albo

Dou-gan's Hole nad poudniowym jeziorem, Czerwonymi Wodami. Sto mniejsze miasta, gdzie wywoasz mniej zamieszania i mniej kopotw. - A jeli odmwi mi wejcia? - spyta Drizzt. - Gdzie wtedy, dobry burmistrzu? Zgin na wietrze na tej pustej rwninie? -Nie wiesz... - Wiem - przerwa Drizzt. - Wiele razy graem w t gr. Kto powita drowa, nawet takiego ktry porzuci swj lud i jego zwyczaje i ktry niczego nie pragnie bardziej ni pokoju? - Gos Drizzta by stanowczy i nie wyraa alu, a Cassius znw uzna, e te sowa s prawdziwe. Cassius naprawd czu sympati do drowa. Sam by kiedy otrem i by zmuszony uda si na drugi koniec wiata, do mronej Doliny Lodowego Wichru, by odnale dom. Nie byo adnego dalszego kraca, Dolina Lodowego Wichru bya ostatnim przystankiem. Wtedy Cassius wpad na inn myl, moliwe rozwizanie tego dylematu, ktre bdzie w zgodzie z jego sumieniem. - Od jak dawna yjesz na po wierzchni? -spyta Cassius szczerze zainteresowany. Drizzt zastanawia si przez chwil nad pytaniem, nie wiedzia, co chce osign burmistrz. Siedem lat - odpowiedzia. - Na pnocy? -Tak. - A mimo to, nie znalaze adnego domu, adnej wioski, ktra by ci przyja - rzek Cassius. - Przetrwae nieprzyjazne zimy i, bez wtpienia, bardziej bezporednich przeciwnikw. Czy dobrze wadasz tymi ostrzami, ktre masz przypite do pasa? - Jestem tropicielem - powiedzia pewnym gosem Drizzt. - Niezwyka profesja jak na drowa - stwierdzi Cassius. - Jestem tropicielem - powtrzy z wikszym naciskiem Drizzt. - Dobrze obeznanym w prawidach natury oraz uywaniu mojej broni. - Nie wtpi - rzek w zamyleniu Cassius. Milcza przez chwil, po czym powiedzia - Jest miejsce, ktre daje oson i odosobnienie. - Burmistrz poprowadzi wzrok Drizzta na pnoc, ku kamienistym zboczom Kopca Kelvina. - Za dolin kra-snoludw ley gra - wyjani Cassius - za za ni otwarta tundra. Byoby dobrze dla Dekapolis, gdyby na pnocnych zboczach gry mieszka zwiadowca. Niebezpieczestwo wydaje si zawsze przychodzi z tego kierunku. - Przybyem tu, by odnale dom - wtrci si Drizzt. - Ty za oferujesz mi kup kamieni i obowizek wobec tych, ktrym nic nie jestem winien. - Tak naprawd propozycja ta przemawiaa do tropicieskiej duszy Drizzta. - Czy musz ci mwi, e to nie jest takie proste? - odpar Cassius. -Nie wpuszcz drowa do Bryn Shander. - Czy czowiek musiaby dowie swojej wartoci? - Czowiek nie niesie ze sob tak ponurej reputacji - odpowiedzia bez wahania Cassius. Gdybym by taki wielkoduszny, gdybym przywita ci na samo twoje sowo i otworzy szeroko bram, czy wszedby i znalaz sobie dom? Obydwoje wiemy, e nie, drowie. Nikt w Bryn Shander nie byby taki yczliwy, zapewniam ci. Powodowaby zamt gdziekolwiek by nie poszed i, niezalenie od swojego charakteru i zamiarw, byby zmuszany do walki. Podobnie bdzie w innych miastach - cign Cassius, zgadujc, e jego sowa zagray nut prawdy w bezdomnym drowie. - Oferuj ci dziur w kupie kamieni, w granicach Deka-polis, gdzie twoje czyny, dobre lub ze, okrel ci reputacj wykraczajc poza kolor skry. Czy teraz moja propozycja wci wydaje si taka pytka? - Bd potrzebowa zapasw - powiedzia Drizzt, akceptujc prawd zawartw sowach Cassiusa. -A co z moim koniem? Nie sdz, aby grskie zbocza byy odpowiednim miejscem dla takiego zwierzcia. - Sprzedaj wic swego konia - zaproponowa Cassius, - Mj stranik wemie za niego dobr cen i wrci tu z potrzebnymi ci zapasami. Drizzt przez chwil zastanawia si nad t sugesti, po czym poda wodze Cassiusowi. Burmistrz odszed wtedy, uwaajc si zado przebiegego. Nie tylko zapobieg kopotom, lecz rwnie przekona Drizzta, by pilnowa jego granic, a wszystko to w miejscu, gdzie Bruenor Battlehammer i jego klan krasnoludw o ponurych twarzach z pewnoci powstrzymaj drowa

przed sprawianiem jakichkolwiek problemw. *** Roddy McGristle wjecha swym wozem do maej wioski, lecej w cieniu zachodniego kraca gr. owca nagrd wiedzia, e wkrtce spadnie nieg i nie mia zamiaru da si mu zaskoczy w poowie drogi przez dolin. Zostanie tutaj z rolnikami i przeczeka zim. Nic nie mogo opuci doliny, nie przechodzc przez t okolic, i jeli Drizzt tam poszed, jak zeznali mnisi, nie mia gdzie uciec. *** Drizzt odszed spod bram tej nocy, pomimo doskwierajcego zimna. Bezporednia droga do gry prowadzia go wzdu wschodniej krawdzi skalistej rozpadliny, ktrkrasnoludy uwaay za swj dom. Drizzt podj szczeglne rodki ostronoci, by unikn stranikw, ktrych mg wystawi brodaty lud. Jak dotd tylko raz napotka krasnoludy, gdy przechodzi obok Cytadeli Adbar w czasie najwczeniejszego okresu tuaczki po opuszczeniu Zagajnika Mooshiego, i nie byo to przyjemne przeycie. Krasnoludzkie patrole cigay go, nie dajc szansy na wyjanienia, i poday za nim przez gry przez wiele dni. Mimo caej rozwagi, z jak przechodzi obok doliny, Drizzt nie mg zignorowa wysokiej sterty kamieni, na ktr si natkn, podejcia ze stopniami wykutymi w spitrzonych gazach. Nie dotar jeszcze do poowy drogi do gry, mia jeszcze sporo do przejcia w cigu kilku nocnych godzin, a jednak zbacza z drogi urzeczony przez poszerzajc si panoram otaczajcych go wiate miejskich. Podejcie nie byo wysokie, miao okoo pitnastu metrw, jednak w paskiej tundrze i czystym nocnym powietrzu Drizzt zosta uraczony widokiem piciu miast: dwch nad brzegiem jeziora na wschodzie, dwch nad j eziorem na zachodzie, oraz Bryn Shander na swoim pagrku na poudniu. Drizzt nie wiedzia, ile minut mino, bowiem widok ten wznieca w nim zbyt wiele nadziei i wizji, by mg to rejestrowa. By w Dekapolis od niecaego dnia, jednak czu si ju tutaj swobodnie, mia wiadomo, e tysice ludzi wok gry usysz o nim i by moe go zaakceptuj. Mrukliwy, dudnicy gos wyrwa Drizzta z rozmyla. Przykucn defensywnie i przeczoga si za gaz. Zbliajc si sylwetk wyrnia strumie narzeka. Miaa szerokie ramiona i bya mniej wicej o gow nisza od Drizzta, cho wyranie cisza ni on. Drizzt wiedzia, e to krasnolud, zanim posta przystana, by poprawi swj hem uderzeniem gowy o kamie. - Dagnaggit - wymamrota krasnolud, drugi raz poprawiajc" hem. Drizzt by bardzo zaintrygowany, zdawa sobie jednak rwnie spraw, e mamroczcy krasnolud nie przywitaby zbyt radonie nie zapowiedzianego drowa w rodku ciemnej nocy. Gdy krasnolud przesuwa si, aby znw poprawi nakrycie gowy, Drizzt zerwa si, biegnc lekko i cicho z boku szlaku. Przemkn blisko krasnoluda, lecz znikn z nie wikszym szmerem, ni czyni cie chmury. - Ech? - mrukn krasnolud, gdy wsta, tym razem zadowolony z pooenia hemu. - Kto to? Co tu robisz? - Rozpocz seri krtkich skokw, rozgldajc si bacznie dookoa. Bya jedynie ciemno, kamienie i wiatr.

23 Wspomnienia nabieraj ycia


Pierwszy w tym sezonie nieg opada leniwie na Dolin Lodowego Wichru, due patki

zlatyway wykonujc po drodze peen nagych zwrotw taniec, jake inny od smagajcych wichrem burz nienych, tak charakterystycznych dla tego regionu. Moda dziewczyna, Catti-brie, obserwowaa to z wyranym oczarowaniem z progu swego mieszczcego si w jaskini domu, a kolor jej granatowych oczu wydawa si jeszcze czystszy na tle pokrywajcego ziemi biaego koca. - Pno przychodzi, ale jak ju jest, to pada mocno - wymamrota BruenorBattlehammer, rudowosy krasnolud, stajc za Catti-brie, sw adoptowan crk. - To bdzie niechybnie cika zima, jak wszystko tutaj dla biaych smokw! - Och, mj tatusiu! - odpara stanowczo Catti-brie. - Przesta narzeka! Patrz jak piknie pada. Jest nieszkodliwy bez wichru, ktry go niesie. - Ludzie - parskn ironicznie krasnolud, wci stojc za dziewczyn. Catti-brie nie moga widzie jego miny, czuej wobec niej, nawet gdy narzeka, jednak nie musiaa. Bruenor by wedug szacunkw Catti-brie w dziewiciu czciach krzykaczem i w jednej czci zrzd. Catti-brie obrcia si nagle do krasnoluda, a jej dugie do ramion, kasztanowe loki zawiroway wok twarzy. - Mog i si pobawi? - spytaa z penym nadziei umiechem. - Och, prosz tatusiu! Bruenor wymusi swj najlepszy grymas. - No id! - rykn. - Tylko gupcy wygldaj zimy w Dolinie Lodowego Wichru jako miejsca do zabawy! Oka troch rozsdku, dziewczyno! Ta pora roku zmrozi ci koci! Umiech Catti-brie znikn, lecz nie poddawaa si tak atwo. - Dobrze mwisz jak na krasnoluda - odpara ku przeraeniu Bruenora. - Dobrze pasujecie do dziur i im mniej nieba widzicie, tym czciej si umiechacie! Ja mam jednak przed sob dug zim i to moe by moja ostatnia szansa na zobaczenie nieba. Prosz, tatusiu? Bruenor nie mg utrzyma swego grymasu w obliczu roztaczanego przez jego crk wdziku, nie chcia jednak, aby wychodzia. - Obawiam si, e tam co moe azi - wyjani, starajc si zabrzmie stanowczo. - Wyczuem to na podejciu kilka nocy temu, cho nie widziaem. To moe by biay lew albo biay niedwied. Lepiej... - Bruenor nie skoczy, bowiem rozczarowane spojrzenie Catti-brie powalio w gruzy wyimaginowane obawy krasnoluda. Catti-brie nie bya nowicjuszk w kwestii niebezpieczestw kryjcych si w okolicy. Mieszkaa z Bruenorem i jego krasno-ludzkim klanem od ponad siedmiu lat. upiecza wyprawa go-blinw zabia rodzicw Catti-brie, gdy bya zaledwie dzieckiem, i cho bya czowiekiem, Bruenor zabra jdo siebie. - Jeste uparta, moja dziewczynko! - Bruenor powiedzia w odpowiedzi na nieugit, pen alu min Catti-brie. - Id i pobaw si wic, ale nie odchod za daleko! Daj sowo, e bdziesz si trzyma na odlego wzroku od jaski, a przy pasie zawiesisz miecz i rg. Catti-brie podskoczya do Bruenora i zoya mu na policzku mokry pocaunek, ktry taktowny krasnolud szybko wytar za plecami dziewczyny, gdy ta znikna w tunelu. Bruenor by przywdc klanu rwnie wytrzymaego jak obrabiany przez nich kamie. Za kadym jednak razem, gdy Catti-brie caowaa go w policzek, krasnolud dochodzi do wniosku, e si jej podda. - Ludzie! - warkn znw krasnolud i tupic ruszy tunelem w stron kopalni, zamierzajc przeku kilka kawakw elaza tylko po to, by przypomnie sobie o swojej twardoci. *** atwo byo modej, penej werwy dziewczynie usprawiedliwi sobie wasne nieposuszestwo, gdy spojrzaa poprzez dolin z niszych zboczy Kopca Kelvina, niemal pi kilometrw od frontowych drzwi Bruenora. Krasnolud powiedzia Catti-brie, by trzymaa jaskinie w zasigu wzroku, i byo tak, przynajmniej w tym wyej pooonym punkcie. Catti-brie jednak, radonie zelizgujc si w d po wyboistym zboczu, odkrya wkrtce, e popenia bd nie zwracajc uwagi na ostrzeenia swego bardziej dowiadczonego ojca. Dotara na dno po przyjemnym zjedzie i pocieraa wanie o siebie domi, by pozby si z nich zimna, kiedy usyszaa niski i zowieszczy warkot.

- Biay lew - poruszya bezgonie wargami Catti-brie, przypominajc sobie podejrzenia Bruenora. Kiedy spojrzaa w gr, zauwaya, e jej ojciec niezbyt utrafi w sedno. Na dziewczyn istotnie spoglda z nagiego, kamienistego pagrka wielki kot, jednak by czarny, nie biay, by wielk panter, nie lwem. Nieufnie Catti-brie wycigna n z pochwy. - Trzymaj si z dala, kocie! - powiedziaa z zaledwie lekkim dreniem w gosie, poniewa wiedziaa, e strach skania dzikie zwierzta do ataku. Guenhwyyar pooya po sobie uszy i pooya si na brzuchu, po czym wydaa z siebie niski i dwiczny ryk, ktry odbi si echem po caej kamienistej okolicy. Catti-brie nie bya w stanie nic odpowiedzie na potg tego ryku ani na bardzo dugie i liczne zby, ktre pokazywaa pantera. Rozgldaa si w poszukiwaniu jakiej drogi ucieczki, cho wiedziaa, e niewane gdzie pobiegnie, nie wydostanie si poza zasig skoku kota. - Guenhwyvar! - dobieg z gry krzyk. Catti-brie spojrzaa z powrotem na pokryte niegiem zbocze i ujrzaa szczup, odzian w paszcz sylwetk, ktra ostronie sza w jej stron. - Guenhwyvar! - krzykn znw nowoprzybyy. - Odejd std! Pantera wydaa z siebie gardowodpowied, po czym odbiega, przemykajc po pokrytych niegiem gazach i wskakujc na mae klify z tak atwoci, jakby poruszaa si przez gadki i paski teren. Pomimo cigego strachu Catti-brie spogldaa za oddalajc si panter ze szczerym podziwem. Zawsze uwielbiaa zwierzta i czsto je obserwowaa, jednak gra napitych mini Guenhwy-var bya wspanialsza, ni wszystko co moga sobie do tej pory wyobrazi. Kiedy wysza w kocu z transu, zdaa sobie spraw, e szczupa posta jest tu przy niej. Obrcia si, wci trzymajc w doni n. Ostrze jej wypado i nagle stracia oddech, gdy spojrzaa na drowa. Drizzt rwnie by oszoomiony spotkaniem. Chcia si upewni, e z dziewczyn jest wszystko w porzdku, jednak kiedy spojrza na Catti-brie, wszystkie zwizane z tym zamierzeniem myli uleciay mu z gowy. Bya mniej wicej w tym samym wieku co jasnowosy chopiec w gospodarstwie, zauway od razu Drizzt, a myl ta w nieunikniony sposb przywoaa bolesne wspomnienia z Maldobar. Kiedy jednak drow przyjrza si bliej oczom Catti-brie, jego myli podyy jeszcze dalej w przeszo, ku czasom gdy maszerowa u boku swych mrocznych pobratymcw. Oczy Catti-brie miay w sobie t sam pen radoci i niewinn iskr, ktr Drizzt widzia w oczach elfiej dziewczynki, uratowanej przez niego przed okrutnymi ostrzami jego okrutnych towarzyszy. Wspomnienia te zalay Drizzta, posay go na t krwaw polane w elfim lesie, gdzie jego brat i inni brutalnie zabili zgromadzone tam elfy. W szale Drizzt niemal zabi elfie dziecko, niemal wszed na t sam mroczn drog, ktr jego pobratymcy podali z tak ochot. Drizzt otrzsn si z tych wspomnie i przypomnia sobie, e byo to inne dziecko, z innej rasy. Chcia si przywita, jednak dziewczyna znikna. To przeklte sowo, drizzit", odbio si kilkakrotnie echem w mylach drowa, gdy wraca do jaskini na pnocnym zboczu gry, gdzie urzdzi sobie dom. * ** Tej samej nocy zima zacza si w peni. Zimne wschodnie wichry wiejce z Lodowca Reghed spitrzay nieg w wysokie, niemoliwe do pokonania zaspy. Catti-brie obserwowaa nieg z rozpacz, obawiajc si, e moe min wiele tygodni, zanim znw bdzie moga i pod Kopiec Kelvina. Nie powiedziaa Bruenorowi ani innym krasno-ludom o drowie z obawy przed kar i tym, e Bruenor odgoni drowa. Spogldajc na spitrzajcy si nieg, Catti-brie aowaa, e nie okazaa wicej odwagi, e nie pozostaa i nie porozmawiaa z tym dziwnym elfem. Kady podmuch wiatru wzmaga ten al i dziewczyna zastanawiaa si, czy nie stracia na to jedynej szansy.

*** - Id do Bryn Shander - oznajmi Bruenor ponad dwa miesice pniej. W typowej dla Doliny Lodowego Wichru zimie pojawia si nieoczekiwana przerwa, rzadka styczniowa odwil. Bruenor spoglda podejrzliwie przez dug chwil na sw crk. - Zamierzasz wyj tego dnia? - spyta. - Jeli mog - odpowiedziaa Catti-brie. - Jaskinia zaciska si ju wok mnie, a wiatr nie jest taki zimny. - Powiem, eby jaki krasnolud czy dwch z tob poszo -zaproponowa Bruenor. Catti-brie, uwaajc, e to moe by jej szansa na napotkanie drowa, obruszya si na t myl. - Oni wszyscy naprawiaj s woj e drzwi! - odpara ostrzej, ni zamierzaa. -Nie kopocz ich kim takim jak j a! Bruenor zmruy oczy. - Jeste za bardzo uparta. - Mam to po tatusiu - Catti-brie powiedziaa z mrugniciem, ktre powstrzymao jakiekolwiek dalsze argumenty. - Uwaaj wic na siebie - zacz Bruenor. -1 trzymaj... - ...jaskinie w zasigu wzroku! - dokoczya za niego Catti-brie. Bruenor odwrci si i tupic wyszed z jaskini. Mamrota bezradnie i przeklina dzie, w ktrym wzi to ludzkie dziecko za crk. Catti-brie tylko zamiaa si na t stale powtarzajc si reakcj. Znw Guenwyvar pierwsza napotkaa kasztanowowos dziewczyn. Catti-brie posza prosto w stron gry i przedzieraa si przez zachodnie szlaki, gdy zauwaya czarn panter nad sob, obserwujc j ze skalnej iglicy. - Guenhwyvar - zawoaa dziewczyna, przypominajc sobie imi, ktrego uy drow. Pantera warkna i zeskoczya z iglicy. - Guenhwyvar? - powtrzya Catti-brie, mniej pewnie, bowiem pantera bya ju tylko tuzin krokw dalej. Guenhwyyar podniosa uszy na drugi odgos swojego imienia i napite minie kocicy wyranie si rozluniy. Catti-brie zbliaa si powoli, stawiajc ostronie i powoli stopy. - Gdzie jest mroczny elf, Guenhwyvar?.- spytaa cicho. -Moesz mnie do niego zaprowadzi? -A dlaczego chcesz do niego i? - dobiego z tyu pytanie. Catti-brie znieruchomiaa, przypominajc sobie przyjemny, melodyjny gos, po czym powoli odwrcia si w stron drowa. By tylko trzy kroki za ni. Catti-brie nie miaa pojcia, co powiedzie, za Drizzt, znw pogrony we wspomnieniach, sta cicho, obserwujc i czekajc. - Jeste drowem? - spytaa Catti-brie, gdy cisza staa si nie do zniesienia. W chwili gdy usyszaa swoje sowa, zajaa si w myli za tak gupie pytanie. - Jestem - odpar Drizzt. - Co to dla ciebie znaczy? Catti-brie wzruszya ramionami, syszc dziwne pytanie. Syszaam, e drowy s ze, ale ty na takiego nie wygldasz. - A wic podja wielkie ryzyko, przychodzc tu sama -stwierdzi Drizzt. - Nie obawiaj si jednak - doda szybko, widzc nagy niepokj dziewczyny. - Nie jestem zy i nie skrzywdz ci. Po miesicach spdzonych samotnie w wygodnej, lecz pustej jaskini, Drizzt nie chcia, by spotkanie zakoczyo si tak szybko. Catti-brie przytakna, wierzc w jego sowa. -Nazywam si Catti-brie - powiedziaa. - Moim ojcem jest Bruenor, Krl Klanu Battlehammer. Drizzt przekrzywi z zaciekawieniem gow. - Krasnoludy - wyjania Catti-brie, wskazujc na dolin. Mwic to, zrozumiaa zakopotanie Drizzta. - On i.ie jest moim prawdziwym tat- rzeka. - Bruenor wzi mnie, gdy byam jeszcze dzieckiem, kiedy moi prawdziwi rodzice zostali... Nie moga dokoczy, lecz Drizzt, rozumiejc jej bl, wcale tego od niej nie wymaga. - Jestem Drizzt Do'Urden - wtrci si drow. - Mio ci pozna Catti-brie, crko Bruenora. Dobrze jest mie kogo, z kim mona porozmawia. Przez te wszystkie zimowe tygodnie miaem tylko Guenhwyvar, kiedy tylko bya w pobliu, a ona oczywicie nie mwi zbyt duo! Umiech Catti-brie niemal sign jej uszu. Zerkna przez rami na panter, rozoon teraz

leniwie na ciece. - Jest pikna - stwierdzia Catti-brie. Drizzt nie wtpi w szczero dziewczyny ani te w pene podziwu spojrzenie, jakie skierowaa na Guenhwyvar. - Chod tu, Guenhwyvar - powiedzia Drizzt, a pantera przecigna si i powoli wstaa. Guenhwyvar podesza do Catti-brie, a Drizzt skin gow, odpowiadajc na widoczne, cho nie wypowiedziane yczenie dziewczyny. Z pocztku z wahaniem, a pniej ju pewniej Catti-brie gadzia mikkie futro pantery, czujc jej potg i doskonao. Guenhwyvar bez skargi przyjmowaa pieszczoty, a nawet stukna Catti-brie w bok, gdy dziewczyna przerwaa na chwil, dajc jej do zrozumienia, e jej si to podoba. - Jeste sama? - spyta Drizzt. Catti-brie przytakna. - Mj ojciec powiedzia, ebym trzymaa jaskinie w zasigu wzroku. Zamiaa si. - Widz je std do dobrze, jak mi si wydaje! Drizzt znw spojrza na dolin, ku przeciwlegej cianie znajdujcej si jakie dziesi kilometrw dalej. - Twj ojciec nie byby zadowolony. Ta kraina nie jest ujarzmiona. Jestem w grach zaledwie od dwch miesicy, a ju dwa razy walczyem z wochatymi, biaymi bestiami, ktrych nie znam. - Yeti z tundry - odpara Catti-brie. - Musisz mieszka po pnocnej stronie. Yeti nie okraj gry. - Jeste taka pewna? - spyta sarkastycznie Drizzt. - Nigdy adnego nie widziaam - odpowiedziaa Catti-brie -ale nie boj si ich. Przyszam tu, by znale ciebie i udao mi si. - Udao - rzek Drizzt - i co teraz? Catti-brie wzruszya ramionami i powrcia do gaskania sierci Guenhwyvar. - Chod - zaproponowa Drizzt. - Znajdmy jakie wygodniejsze miejsce do rozmowy. Blask niegu kuje mnie w oczy. - Jeste przyzwyczajony do ciemnych tuneli? - spytaa z nadziej Catti-brie, pragnc usysze opowieci o krainach rozcigajcych si poza granicami Dekapolis, jedynego znanego jej miejsca. Drizzt i dziewczyna spdzili ze sob wspaniay dzie. Drow opowiedzia jej o Menzoberranzan, za Catti-brie odwzajemnia si, mwic mu o Dolinie Lodowego Wichru, o swoim yciu wrd krasnoludw. Drizzt by szczeglnie zainteresowany suchaniem o Bruenorze i jego pobratymcach, byli jego najbliszymi ssiadami. - Bruenor mwi tak twardo jak kamie, ale ja znam go dobrze ! - Catti-brie zapewnia drowa. Jest miy, jak reszta klanu. Drizzt ucieszy si, syszc te sowa. Cieszy si te z tego, e nawiza t znajomo, zarwno z korzyci, jakie nioso za sob posiadanie takiej przyjaciki, jak i z tego, e po prostu lubi jej wdziczne towarzystwo. Energia i werwa Catti-brie wrcz si z niej wyleway. W jej obecnoci drow nie przypomina sobie nieprzyjemnych wspomnie, mg tylko uwaa za suszn s wojdecyzj o ocaleniu elfiego dziecka tak wiele lat temu. piewny gos Catti-brie i niedbay sposb, w jaki zarzucaa sobie wosy na ramiona, zdejmoway z barkw Drizzta brzemi winy z rwn atwoci, jak gigant mg ciska gazem. Ich opowieci mogyby si cign cay dzie i noc, i jeszcze wiele tygodni pniej, jednak gdy Drizzt zauway, e soce opada w stron zachodniego horyzontu, zda sobie spraw, e dziewczyna musi wraca do domu. - Odprowadz ci - zaproponowa Drizzt. - Nie - odpara Catti-brie. - Lepiej nie, Bruenor nie zrozumie, a ty mnie wpdzisz w mas kopotw. Mog wrci sama, nie obawiaj si! Znam te szlaki lepiej ni ty, Drizzcie Do'Urden, i nie przegoniby mnie, nawet gdyby sprbowa! Drizzt zamia si z tej przechwaki, lecz niemal w ni uwierzy. On i dziewczyna wyruszyli jednoczenie, idc do najdalej na poudnie wysunitej odnogi, gdzie poegnali si obiecujc sobie, e znw si spotkaj podczas nastpnej odwily, lub te wiosn, jeli wczeniej si nie da. Dziewczyna podskakiwaa z radoci, gdy wrcia do krasno-ludzkiego kompleksu, leczjedno spojrzenie na ojca pozbawio j uczucia szczcia. Tego poranka Bruenor poszed do Bryn Shander, zaatwi spraw z Cassiusem. Krasnolud nie by przeraony dowiadujc si, e mroczny elf

zamieszka tak blisko jego drzwi, przypuszcza jednak, e jego ciekawska - zbyt ciekawska - crka uzna to za co wspaniaego. - Trzymaj si z dala od gry - Bruenor powiedzia, zaraz gdy zauway Catti-brie, ktra wpada w rozpacz. - Ale mj tatusiu... - prbowaa protestowa. - Daj sowo, dziewczyno! - poleci krasnolud. - Nie postawisz nogi na tej grze bez mojego pozwolenia! Tam, z tego co mwi Cassius, jest mroczny elf. Daj mi sowo! Catti-brie skina bezradnie gow, po czym posza za Brue-norem w gb krasnoludzkiego kompleksu, majc wiadomo, e trudno jej bdzie zmieni zdanie ojca, i wiedzc rwnie, e opinia Bruenora na temat Drizzta Do'Urden bya daleka od sprawiedliwej . *** Kolejna odwil nastpia miesic pniej, a Catti-brie dotrzymaa obietnicy. Nie postawia nogi na Kopcu Kelvina, lecz z otaczajcych go dolinek woaa Drizzta i Guenhwyvar. Drizzt i pantera, szukajcy dziewczyny podczas zagodzenia pogody, wkrtce znaleli si u jej boku, tym razem w dolinie. Podzielili si kolejnymi opowieciami oraz obiadem, ktry spakowaa Catti-brie. Kiedy Catti-brie wrcia tego wieczora do krasnoludzkich kopalni, Brunenor sporo podejrzewa i zaledwie raz zapyta j, czy dotrzymaa sowa. Krasnolud zawsze ufa swojej crce, lecz tym razem gdy Catti-brie odpowiedziaa, e nie bya na Kopcu Kelvina, jego podejrzenia nie zmniejszyy si.

24 Objawienia
Bruenor przez dusz cz poranka przechadza si po niszych zboczach Kopca Kelvina. Wikszo niegu ju stopniaa i w powietrzu wisiaa wiosna, jednak uparte zagbienia wci utrudniay marsz. W jednej doni z toporem i tarcz, ozdobion herbem Klanu Battlehammer, w drugiej ze spienionym kuflem, Bru-nenor par przed siebie, cedzc przeklestwa na kade liskie miejsce, na kady zawadzajcy gaz, a w szczeglnoci na mroczne elfy.

Gdy okry najdalej na pnocny zachd wysunit odnog gry, jego dugi, spiczasty nos by czerwony jak winia od szczypicego wiatru. - Czas na odpoczynek - mrukn krasnolud, zauwaajc kamienn alkow, osonit wysokimi cianami przed niestrudzonym wichrem. Bruenor nie by jedynym, ktry zauway wygodne miejsce. Na chwil zanim dotar do szerokiej na trzy metry szczeliny w skalnej cianie, nage uderzenie skrzastych skrzyde unioso przed nim wielk, podobn do insekta gow. Rozpozna besti jako remorhaza, polarnego robaka, i nie by zbyt chtny, by rzuci si na niego. Remorhaz wyoni si z wnki, ruszajc w pocig, a jego wowe, dugie na dwanacie metrw ciao wio si za nim niczym lodowatoblkitna wstga. Wieloczciowe owadzie oczy, lnice jasn biel, skieroway si na krasnoluda. Krtkie, skrzaste skrzyda utrzymyway przednicz stwora w grze, gotow do ataku, za tuziny drepczcych ng cigny reszt dugiego ciaa. Bruenor czu wzmagajce si ciepo, gdy odwok podekscytowanego potwora zacz lni, najpierw przytumionym brunatnym kolorem, pniej czerwieni. - To zatrzyma na troch wiatr! - zachichota krasnolud, zdajc sobie spraw, e nie zdoa przegoni bestii. Przesta ucieka i potrzsn gronie toporem. Remorhaz naciera prosto na niego, a jego ogromna paszcza, wystarczajco dua, by pokn w caoci niewielki cel, opada arocznie w d. Bruenor odskoczy w bok i podnis tarcz, by powstrzyma paszcz przed odgryzieniem mu ng, jednoczenie uderzy toporem pomidzy rogi stwora. Skrzyda opotay zaciekle, podnoszc gow w gr. Remorhaz rzuci si do kolejnego ataku, lecz Bruenor znw umkn. Wsun wielki topr w zgicie rki z tarcz i wycign dugi sztylet, nastpnie za rzuci si naprzd, pomidzy pierwsz par ng potwora. Wielka gowa znw opada, lecz Brunenor wlizgn si ju pod niski brzuch, najbardziej wraliwe miejsce bestii. - Dajesz za wygran? - zachichota Bruenor wbijajc sztylet pomidzy uski. Bruenor by zbyt wytrzymay i opancerzony, by do tej pory powanie ucierpie. Nagle potwr zacz si przetacza, zamierzajc ugodzi krasnoluda swym rozpalonym odwokiem. - O nie, ty smoko-robako-ptako-insekcie! - zawy Bruenor, starajc si utrzyma z dala od gorca. Przemkn na bok stwora i pchn z caej siy, przewracajc pozbawionego rwnowagi remorhaza. nieg zagotowa si i zasycza, gdy ognisty odwok dotkn podoa. Kopic i grzmocc Bruenor przedziera si przez wierzgajce nogi, by dosta si do wraliwej spodniej strony. Wyszczerbiony topr krasnoluda uderzy, otwierajc dug i gbok ran. Remorhaz zwin si i zarzuci swym dugim ciaem w t i z powrotem, odrzucajc Bruenora na bok. Krasnolud wsta na tychmiast, lecz nie wystarczajco szybko, by unikn ataku. Palcy odwok ugodzi Bruenora w ydk, gdy prbowa odskoczy, i krasnolud zacz kutyka, trzymajc si za dymice spodnie. Znw si starli, lecz tym razem okazywali sobie znacznie wicej szacunku. Paszcza otworzya si. Bruenor szybkim zamachem pozbawi j za pomoc topora zba i odtrci w bok. Ranna noga krasnoluda ugia si jednak podczas tego ciosu i potykajcy si Bruenor nie by w stanie si odsun. Dugi rg zaczepi go pod rami i cisn na bok. Spad ciko na kamienie, otrzsn i celowo uderzy gow o duy gaz, by poprawi hem i pozby si zawrotw gowy. Remorhaz zostawia za sob krwawy lad, jednak nie poddawa si. Wielka paszcza otworzya si i stwr zasycza, a Bruenor wrzuci mu szybko kamie do garda. *** Guenhwyvar ostrzega Drizzta o kopotach przy pnocno-zachodniej odnodze. Drow nigdy wczeniej nie widzia polarnego robaka, jednak zaraz gdy zauway walczcych, wiedzia, e krasnolud ma problem. aujc, e zostawi uk w jaskini, Drizzt wycign sejmitary i pody za

panter w d zbocza tak szybko, jak tylko pozwala na to liski szlak. *** - No chod! - rykn uparty krasnolud do remorhaza i potwr rzeczywicie rzuci si do ataku. Bruenor stan wygodnie, zamierzajc przynajmniej raz porzdnie go trafi, zanim posuy robakowi za posiek. Wielka gowa spadaa na niego, lecz nagle remorhaz, syszc z tyu ryk, zawaha si i odwrci wzrok. - Gupie posunicie! - krzykn z zachwytem krasnolud i zamachn si toporem w doln szczk potwora, rozcinajc j prosto pomidzy dwoma siekaczami. Remorhaz pisn z blu, a jego skrzaste skrzyda zaopotay szaleczo, prbujc odsun gow z zasigu krasnoluda. Bruenor znw trafi, a pniej trzeci raz, a kady cios obi dugie szczeliny w szczce i powodowa, e gowa napastnika opadaa coraz niej. - Chciaby mnie ugry, co? - krzykn krasnolud. Wycign rk z tarcz i chwyci ni rg, gdy gowa remorhaza znw zacza si wznosi. Nage szarpnicie obrcio gow potwora pod wraliwym ktem. Bruenor wykorzysta sytuacj i uderzy zaciekle, wbijajc potny topr w czaszk polarnego robaka. Stwr trzs si i miota jeszcze przez chwil, po czym znieruchomia, cho jego odwok wci lni ciepem. Drugi ryk Guenhwyvar oderwa wzrok dumnego krasnoluda od ofiary. Ranny i chwiejcy si Bruenor spojrza w gr i zobaczy szybko zbliajcych si Drizzta i jego panter, drow trzyma wycignite sejmitary. - No chodcie! -rykn do nich obu Bruenor, le rozumiejc ich popiech. Stukn toporem w sw cik tarcz. - Chodcie i poznajcie moje ostrze! Drizzt zatrzyma si gwatownie i zawoa do Guenhwyvar, eby zrobia to samo. Pantera para jednak dalej, z pooonymi po sobie uszami. - Odejd, Guenhwyvar? - rozkaza Drizzt. Pantera warkna ostatni raz z oburzeniem i odskoczya. Cieszc si, e kot znikn, Bruenor utkwi wzrok w Drizzcie, stojcym przy drugim kocu powalonego polarnego robaka. - Ty i ja, co? - wycedzi krasnolud. - Masz wystarczajco duo jaj, by zmierzy si z moim toporem, drowie, czy te bardziej lubisz mae dziewczynki? Wyrane odniesienie do Catti-brie wywoao gniewny blask w oczach Drizzta, a jego ucisk na broni zacieni si. Bruenor machn swobodnie toporem. - No chod - rzuci kpico. -Czy masz wystarczajco duo jaj, by podej i zabawi si z krasnoludem? Drizzt chcia krzycze tak gono, by usysza go cay wiat. Chcia przeskoczy nad martwym potworem i rozgnie krasnoluda, zaprzeczy jego sowom czyst, brutaln si, lecz nie mg. Drizzt nie mg odrzuci Mielikki i nie mg zdradzi Mooshiego. Musia jeszcze raz zdusi sw wcieko, musia przyj obelgi ze stoickim spokojem oraz wiadomoci, e on i jego bogini wiedzieli, co kryje si w jego sercu. Sejmitary wsuny si do pochew i Drizzt odszed, a Guenhwyvar ruszya za nim. Bruenor z zaciekawieniem spoglda na par. Z pocztku uzna drowa za tchrza, nagle jednak, gdy podniecenie walk stopniowo si zmniejszao, Bruenor zacz si zastanawia nad zamiarami drowa. Czy zbiega w d, by dobi obydwu walczcych, jak Bruenor z pocztku zakada? Czy te, moe, szed mu z pomoc? - Nie - mrukn krasnolud, odrzucajc t moliwo. - Nie mroczny elf! Droga powrotna bya duga dla kulejcego krasnoluda i daa Bruenorowi wiele okazji, by odtworzy w mylach wydarzenia z pnocno-zachodniej odnogi. Gdy dotar w kocu do jaski, soce ju dawno zaszo i Catti-brie oraz kilku krasnoludw szykowao si, gotowi wyruszy na poszukiwania.

- Jeste ranny - stwierdzi jeden z krasnoludw. Catti-brie natychmiast wyobrazia sobie walk pomidzy Drizztem a jej ojcem. - Polarny robak - wyjani niedbale krasnolud. - Pokonaem go, ale dostaem oparzenie za swoje wysiki. Krasnoludy pokiway gowami, doceniajc mstwo swojego przywdcy - polarny robak nie by atwy do zabicia - a Catti-brie westchna syszalnie. - Widziaem drowa! - warkn na ni Bruenor, podejrzewajc rdo westchnienia. Krasnolud wci by zakopotany z powodu spotkania z mrocznym elfem oraz pozycj Catti-brie w tym wszystkim. Czy Catti-brie poznaa mrocznego elfa? - Widziaem go! - cign Bruenor, mwic teraz bardziej do pozostaych krasnoludw. Drowa i najwikszego oraz najczarniejszego kota, na jakim kiedykolwiek spoczy moje oczy. Szed po mnie, zaraz gdy powaliem robaka. - Drizzt by tego nie zrobi! - Catti-brie przerwaa, zanim jej ojciec przeszed do typowego dla siebie snucia opowieci. - Drizzt? - spyta Bruenor, a dziewczyna odwrcia wzrok, zdajc sobie spraw, e jej kamstwo si wydao. Bruenor zignorowa to, tylko na chwil. - Mwi! - cign krasnolud. - Szed na mnie z dwoma wycignitymi ostrzami! Pogoniem jego i tego kota! - Moglibymy na niego zapolowa - zaproponowa jeden z krasnoludw. - Wygna go z gry! - Pozostali przytaknli i zaczli mamrota swoje poparcie, jednak Bruenor, wci zastanawiajcy si nad zamiarami drowa, przerwa im. - Gra jest jego - powiedzia im Bruenor. - Cassius mu j da, a my nie chcemy kopotw z Bryn Shander. Tak dugo, jak drow bdzie si trzyma z dala od nas, zostawimy go w spokoju. - Jednak - cign Bruenor, spogldajc bezporednio na Catti-brie - nie wolno ci nigdy wicej z nim rozmawia, ani zblia si do niego! - Ale... - zacza bezskutecznie Catti-brie. - Nigdy! - rykn Bruenor. - Dasz mi teraz swoje sowo, dziewczyno, albo, na Moradina, obetn temu mrocznemu elfowi gow! Catti-brie zawahaa si, znajdujc si w strasznym potrzasku. - Daj sowo! - rozkaza Bruenor. - Masz moje sowo - wymamrotaa dziewczyna i ucieka do ciemnego schronienia jaskini. *** - Cassius, burmistrz Bryn Shander, wysa mnie do ciebie -wyjani opryskliwy mczyzna. Mwi, e wiesz o drowie wicej ni inni. Bruenor rozejrza si po swojej oficjalnej sali audiencyjnej, gdzie stay krasnoludy. aden z nich nie by pod szczeglnym wraeniem nieokrzesanego przybysza. Bruenor opuci brodat twarz na do i ziewn szeroko, zdecydowany pozosta poza tym wyranym konfliktem. Mg wygna tego le wychowanego czowieka i jego psa ze swojej siedziby i nie przejmowa si ju nim wicej, jednak Catti-brie, siedzca obok swego ojca, poruszya si niespokojnie. Roddy McGristle nie przegapi tego wiele mwicego ruchu. - Cassius mwi, e musielicie widzie drowa, jeli jest tak blisko. - Jeli ktrykolwiek z mojego ludu go widzia - odpar niedbale Bruenor - to o tym nie mwi. Jeli chodzi o twojego drowa, to nam nie przeszkadza. Catti-brie spojrzaa z zaciekawieniem na ojca i odetchna lej. - Nie przeszkadza? - mrukn Roddy, a w jego oku pojawia si chytro. - Nie, nie on. Powoli i dramatycznie traper zdj kaptur, odsaniajc swe blizny. - Nie przeszkadza, dopki nie dostaniesz czego, czego si nie spodziewasz! - Drow ci to da? - spyta Bruenor niezbyt poruszony widokiem. - Ciekawe szramy, lepsze ni wikszo, ktre widziaem. - Zabi mi psa! - warkn Roddy.

- Wedug mnie nie wyglda na martwego - zaartowa Bruenor, wywoujc chichot w kadym zakamarku sali. - Mojego drugiego psa - warkn Roddy, rozumiejc jak postpi z tym upartym krasnoludem. -Nie obchodz ci ani troch i bardzo dobrze. Nie dla siebie jednak cigam tego drowa ani nie dla nagrody za jego gow. Syszae kiedy o Maldobar? Bruenor wzruszy ramionami. - Na pnoc od Sundabar - wyjani Roddy. - Mae, spokojne miejsce. Sami rolnicy. Jedna rodzina, Thistledownowie, mieszkaa na skraju wioski, trzy pokolenia w jednym domu, jak to bywa w porzdnych rodzinach. Bartomiej Thistledown by dobrym czowiekiem, mwi ci, a take jego ojciec i jego dzieci, czterech chopakw i crka podobna do twojej. Wysocy, peni werwy i mioci do wiata. Bruenor podejrzewa, dokd zmierza ten nieokrzesany mczyzna, za z tego, e Catti-brie wierci si niespokojnie, domyli si, e jego spostrzegawcza crka rwnie wiedziaa. - Dobra rodzina - zamyli si Roddy, przybierajc zaduman min. - Dziewicioro w domu. Twarz trapera spowaniaa nagle i spojrza prosto na Bruenora. - Dziewicioro zgino w domu oznajmi. - Zabici przez waszego drowa, a jedno zar-te przez jego diabelskiego kota! Catti-brie prbowaa odpowiedzie, lecz sowa wydobyy si z niej jako niezrozumiay wrzask. Bruenor cieszy si z jej zakopotania, bowiem jeli mwiaby wyranie, jej argumenty dayby traperowi wicej, ni tego chcia Bruenor. Krasnolud pooy rk na ramionach swej crki i odpowiedzia spokojnie Roddy'emu -Przyszede do nas z mroczn opowieci. Wstrzsne moj crk, a ja nie lubi, jak moja crka jest wstrznita! - Prosz ci o wybaczenie, krlewski krasnoludzie - powiedzia kaniajc si Roddy. - Jednak musiae usysze o niebezpieczestwie czajcym si za twoimi drzwiami. Drow jest zy, tak jak jego diabelski kot! Nie chc, aby powtrzya si tragedia Maldobar. -1 nie powtrzy si w moich komnatach - zapewni go Bruenor. -Nie jestemy prostymi wieniakami, we to sobie do serca. Drow nie bdzie nas niepokoi bardziej ni ty do tej pory. Roddy nie by zaskoczony, e Bruenor mu nie pomoe, wiedzia jednak dobrze, e krasnolud, a przynajmniej jego crka, wiedzieli wicej o lokalizacji Drizzta, ni powiedzieli. - Jeli nie dla mnie, to dla Bartomieja Thistledowna, bagam ci, dobry krasnoludzie. Powiedz mi, jeli wiesz, gdzie mog znale czarnego demona. Jeli za nie wiesz, daj mi kilku onierzy, by pomogli mi go wywszy. - Moje krasnoludy maj sporo roboty z wytopem - wyjani Bruenor. - Nie mog traci czasu, cigajc czyje diaby. - Bruenora nie obchodzio tak naprawd, w jaki sposb Roddy schwyta drowa, jednak opowie trapera potwierdzaa przekonanie krasnoluda, e mrocznego elfa powinno si unika, a dotyczyo to zwaszczajego crki. Bruenor mg pomc Roddy'emu i skoczy z tym wszystkim, bardziej by pozby si ich obu z doliny ni z jakich etycznych powodw, nie mg jednak zignorowa wyranego roztrzsienia Catti-brie. Roddy bezskutecznie prbowa ukry swj gniew, szukajc jakiej innej moliwoci. - Gdzie by si uda, gdyby ucieka, Krlu Bruenorze? Znasz t gr lepiej ni ktokolwiek, tak mi powiedzia Cassius. Gdzie powinienem szuka? Bruenor zauway, e cieszyo go zakopotanie tego nieprzyjemnego czowieka. - Wielka dolina - powiedzia zagadkowo. -Rozlega gra. Duo dziur. - Siedzia w milczeniu przez dug chwil, potrzsajc gow. Fasada Roddy'ego spada cakowicie. - Pomagasz drowowi zabjcy?! -rykn. -Nazywasz si krlem, ale jeste... Bruenor zerwa si ze swego kamiennego tronu, a Roddy cofn si dla bezpieczestwa o kilka krokw i pooy do na rkojeci Broczyciela. - Mam sowo jednego otra przeciwko drugiemu otrowi! -warkn na niego Bruenor. - Wedug mnie, jeden rwnie dobry lub zy jak drugi! - Nie wedug Thistledownw! - krzykn Roddy, a jego pies, wyczuwajc wcieko swego pana, obnay zby i warkn gronie. Bruenor spojrza z zaciekawieniem na dziwn, t besti. Zbliaa si pora kolacji, a ktnie

zawsze wywoyway u krasnoluda gd! Zastanawia si, jak smakowaby mu ty pies. - Nie masz nic innego, co mgby mi da? - zapyta Roddy. - Mog da ci mj but - odwarkn Bruenor. Kilku dobrze uzbrojonych krasnoludzkich onierzy podeszo bliej, by zapewni, e porywczy czowiek nie zrobi nic gupiego. - Mgbym ci zaproponowa kolacj - cign Bruenor, ale za bardzo mierdzisz jak na mj st, a nie wygldasz na takiego, ktry si myje. Roddy pocign za smycz swego psa i wyszed, tupic swymi cikimi buciorami i trzaskajc kadymi drzwiami, przez ktre przeszed. Na znak Bruenora czterech onierzy poszo za traperem, by upewni si, e wyjdzie bez adnych nieszczliwych wypadkw. W oficjalnej sali audiencyjnej reszta krasnoludw miaa si ze sposobu, w jaki ich krl poradzi sobie z czowiekiem. Catti-brie nie doczya si do ich radoci, jak zauway Bruenor, i krasnolud sdzi, i wie dlaczego. Opowie Roddy'ego, niewane czy prawdziwa, zaszczepia w dziewczynie pewne wtpliwoci. - No i masz - Bruenor powiedzia do niej szorstko, prbujc przepchn j przez krawd w ich sprzeczce. - Drow jest ciganym zabjc. Teraz bdziesz bra moje ostrzeenia do serca, dziewczyno! Catti-brie przygryza wargi. Drizzt nie mwi jej zbyt wiele o swoim yciu na powierzchni, nie moga jednak uwierzy, by drow, ktrego poznaa, by zdolny do morderstwa. Nie moga rwnie zaprzeczy temu, co oczywiste: Drizzt by mrocznym elfem, za ten fakt, przynajmniej dla jej bardziej dowiadczonego ojca czyni wiary godn opowie McGristle'a. - Syszysz mnie, dziewczyno? - warkn Bruenor. - Musisz zebra ich wszystkich razem - powiedziaa nagle Catti-brie. - Drowa i Cassiusa, i paskudnego McGristle'a. Musisz... - To nie mj problem! - rykn Bruenor, przerywajc jej. zy napyny Catti-brie do oczu w obliczu nagego gniewu jej ojca. Cay wiat wydawa si wywraca przed ni do gry nogami. Drizzt by w niebezpieczestwie, a jeszcze bardziej prawda o jej przeszoci. Rwnie bolesne byo dla Catti-brie, e jej ojciec, ktrego kochaa i podziwiaa przez cae pamitane ycie, wydawa si teraz by guchy na zew sprawiedliwoci. W tej strasznej chwili Catti-brie zrobia jedyn rzecz, jak jedenastolatka moga zrobi w takiej sytuacji - odwrcia si od Bruenora i ucieka. *** Catti-brie sama nie wiedziaa, co ma zamiar osign, gdy zauwaya, e biegnie dolnymi szlakami Kopca Kelvina, amic obietnic dan Bruenorowi. Catti-brie nie moga powstrzyma pragnienia pjcia tam, cho niewiele moga zaoferowa Drizztowi poza ostrzeeniem, e szuka go McGristle. Nie moga uporzdkowa wszystkich swoich zmartwie, lecz nagle stana przed drowem i zrozumiaa prawdziwy powd, dla ktrego ucieka. Nie przysza dla Drizzta, cho chciaa, eby by bezpieczny. Zrobia to dla wasnego spokoju. - Nigdy nie mwie o Thistledownach z Maldobar - powiedziaa lodowatym tonem na przywitanie, pozbawiajc drowa umiechu. Mroczna mina, ktra pokrya twarz Drizzta, wyranie ukazywaa jego bl. Uwaajc e Drizzt, w zwizku ze swj melancholi, przyj oskarenie o tragedi, zraniona dziewczyna odwrcia si, by uciec. Drizzt chwyci jjednak za rami, obrci i przycign do siebie. Naprawd byby przeklt istot, gdyby ta dziewczyna, ktra zaakceptowaa go caym swoim sercem, uwierzya w te kamstwa. - Nikogo nie zabiem - wyszepta Drizzt ponad kaniem Catti-brie - poza potworami, ktre zabiy Thistledownw. Daj ci moje sowo! - Nastpnie przytoczy opowie, w caoci, mwic nawet o swej ucieczce przed druyn Dove Falconhand. - A teraz jestem tutaj - zakoczy - i pragn zostawi to wszystko za sob, cho nigdy,

obiecuj, nigdy o tym nie zapomn! - Snujecie dwie rne opowieci - odpara Catti-brie. - To znaczy ty i McGristle. - McGristle? - wydysza Drizzt, jakby nagle zosta pozbawiony oddechu. Drow nie widzia nieokrzesanego mczyzny od lat i uwaa Roddy'ego za odleg przeszo. - Przyszed dzisiaj - wyjania Catti-brie. - Wielki czowiek z tym psem. ciga ci. Owo potwierdzenie zszokowao Drizzta. Czy kiedykolwiek zdoa uciec od swej przeszoci? Jeli nie, czy kiedykolwiek zdoa odnale akceptacj? - McGristle mwi, e ich zabie - cigna Catti-brie. - A wic masz tylko nasze sowa - stwierdzi Drizzt - i nie ma dowodw, by wykaza suszno ktrej z opowieci. - Cisza, ktra zapada, wydawaa si cign godzinami. - Nie lubi tego brzydkiego brutala - pocigna nosem Catti-brie i umiechna si pierwszy raz, odkd spotkaa McGristle'a. Potwierdzenie ich przyjani uderzyo silnie w Drizzta, nie mg jednak zapomnie o kopotach, jakie majaczyy w pobliu. Bdzie musia walczy z Roddym, a moe rwnie z innymi, jeli owca nagrd zdoa wywoa niepokj - co nie byo zbyt trudnym zadaniem, zwaywszy na pochodzenie Drizzta. Drow mg te uciec, znw przyjmujc za dom drog. - Co zrobisz? - spytaa Catti-brie, wyczuwajc jego rozterki. - Nie bj si o mnie - zapewni j Drizzt i mwic to, przytuli jaw sposb, .Vtry mg by jego sposobem na poegnanie. - Dzie si koczy. Musisz wraca do domu. - On ci znajdzie - odpara pnuro Catti-brie. - Nie - powiedzia spokojnie Drizzt. - Przynajmniej nie szybko. Z Guenhwyvar przy boku utrzymam McGristlea z dala, dopki nie obmyl, co naley zrobi. A teraz id! Noc zblia si szybko i nie sdz, aby twojemu ojcu podobao si, e tu przysza. Wzmianka o tym, e bdzie musiaa stan przed Brueorem sprawia, e Catti-brie szybko poegnaa si z Drizztem, czule go obejmujc. Jej kroki byy lejsze, gdy schodzia z gry. Nie pomoga w niczym Drizztowi, przynajmniej z tego co wiedziaa, jednak kopoty drowa wydaway si odlege w porwnaniu z ulg odczuwan z tego, i jej przyjaciel nie jest potworem, za ktrego niektrzy go uwaaj. Ta noc rzeczywicie bdzie mroczna dla Drizzta Do'Urden. Uwaa McGristle'a za dawny problem, jednak niebezpieczestwo pojawio si tutaj i nikt oprcz Catti-brie nie stan w jego obronie. Bdzie musia walczy sam - znw - jeli w ogle bdzie walczy. Nie mia adnych sprzymierzecw oprcz Guenhwy-var i swoich sejmitarw, za perspektywa potyczki z McGristlem - wygranej bd przegranej - nie przemawiaa do niego. - To nie jest dom - Drizzt mrukn do mronego wiatru. Wycign onyksow figurk i przyzwa sw towarzyszk. - Chod, moja przyjaciko - powiedzia do pantery. - Odejdmy, zanim nasz przeciwnik do nas przyjdzie. Guenhwyvar trzymaa czujnie stra, gdy Drizzt pakowa swj ekwipunek, gdy znuony drog drow oprnia swj dom.

25 Krasnoludzkie arty
Catti-brie usyszaa warczenie psa, nie zdya jednak zareagowa, gdy wielki mczyzna wyskoczy zza gazu i chwyci j mocno za rk. - Wiedziaem, e wiesz! - krzykn McGristle, dmuchajc swym niewieym oddechem prosto w twarz dziewczyny. Catti-brie kopna go w piszczel. - Pu mnie! - krzykna. Roddy by zaskoczony, e w jej gosie nie byo ladu strachu. Potrzsn ni mocno, gdy znw sprbowaa go kopn.

- Przysza w gry z jakiego powodu - powiedzia pewnym gosem Roddy, nie zwalniajc uchwytu. - Przysza, eby zobaczy si z drowem, wiedziaem, e si z nim przyjanisz. Widziaem to w twoich oczach! - Nic nie wiesz! - Catti-brie wycedzia mu w twarz. - Mwisz kamstwa. - A wic drow opowiedzia ci swoj historyjk o Thistledownach, co? - odpar Roddy, atwo odgadujc, o co chodzi dziewczynie. Catti-brie wiedziaa, e ze zoci zrobia bd, e daa temu ajdakowi potwierdzenie. - Drow? - rzeka z roztargnieniem Catti-brie. - Nie mam zamiaru zgadywa, o co ci chodzi. miech Roddy'ego zakpi z niej. - Bya z drowem, dziewczyno. Powiedziaa to wystarczajco wyranie. A teraz zaprowadzisz mnie do niego. Catti-brie parskna, co wywoao kolejne silne potrznicie. Grymas Roddy'ego zela nagle i Catti-brie jeszcze mniej spodobao si to, co zobaczya w jego oczach. - Jeste bystr dziewczyn, co? - wycedzi Roddy, chwytajc drugie rami Catti-brie i odwracajc j ostro do siebie. - Pen ycia, co? Zabierzesz mnie do drowa, dziewczyno, bez wtpienia. Moemy jednak najpierw zrobi co innego, co, co pokae ci, e nie naley zoci takich jak Roddy McGristle. - Jego pieszczoty policzka Catti-brie wydaway si mieszne i groteskowe, lecz zarazem straszne i niewtpliwie grone, a Catti-brie poczua, e zwymiotuje. Catti-brie dawaa z siebie w tej chwili wszystko, by sta przed Roddy'm. Bya tylko mod dziewczyn, lecz zostaa wychowana wrd ponurych krasnoludw z Klanu Battlehammer, dumnej i twardej grupy. Bruenor by wojownikiem, podobnie wic byo z jego crk. Kolano Catti-brie trafio Roddy'ego w pachwin i gdy jego ucisk nagle zela, dziewczyna podniosa do, by podrapa go w twarz. Kopna go drugi raz, z mniejszym skutkiem, lecz obronny unik Roddy'ego pozwoli jej si wyszarpn i niemal uwolni. Jednak elazny ucisk Roddy'ego zacieni si na jej nadgarstku. Nastpnie Catti-brie poczua, jak rwnie silny uchwyt apie jej woln do i zanim zdoaa zrozumie, co si dzieje, zostaa wyrwana z ucisku Roddy'ego i wesza przed ni ciemna sylwetka. - A wic przyszede spotka si ze swoim losem - Roddy parskn z luboci do Drizzta. - Uciekaj - Drizzt powiedzia do Catti-brie. - To nie twoja sprawa. - Catti-brie, wstrznita i niezwykle przeraona, nie spieraa si z nim. Skate donie Roddy'ego chwyciy rkoje Broczyciela. owca nagrd walczy ju wczeniej z drowem i nie mia zamiaru prbowa dotrzyma kroku jego zwinnym unikom i obrotom. Kiwnwszy gow, puci psa. Pies przeby poow drogi do Drizzta i wanie zamierza na niego skoczy, gdy wpada na niego Guenhwyvar i odrzucia go daleko na bok. Pies podnis si. Nie by powanie ranny, ale teraz cofa si o kilka krokw za kadym razem, gdy pantera na niego powarkiwaa. - Do tego - powiedzia Drizzt, stajc si nagle powany. - cigae mnie przez te wszystkie lata. Doceniam twj upr, lecz mwi ci, e twj gniew jest wymierzony w z stron. Nie zabiem Thistledownw. Nigdy nie podnisbym na nich broni! - Do Dziewiciu Piekie z Thistledownami! - rykn Roddy. - Mylisz, e o to chodzi? - Moja gowa nie przyniesie ci nagrody - odpar Drizzt. - Do Dziewiciu Piekie ze zotem! - wrzasn Roddy. - Zabrae mi psa, drowie, i moje ucho! - Stukn brudnym palcem w bok poznaczonej szramami twarzy. Drizzt chcia zaprotestowa, chcia przypomnie Roddy'emu, e to on zainicjowa walk i e to jego topr powali drzewo, ktre rozorao mu twarz. Drizzt rozumia jednak motywacj Roddy'ego i wiedzia, e same sowa go nie ukoj. Drizzt zrani jego dum, za dla takiego czowieka jak Roddy taka rana znacznie przewyszaa jakikolwiek fizyczny bl. - Nie chc walczy - powiedzia stanowczo Drizzt. - Zabierz swojego psa i odejd, dajc sowo, e nie bdziesz ju mnie ciga. Kpicy miech Roddy'ego wywoa na grzbiecie Drizzta dreszcze. - Bd ci ciga do koca wiata, drowie! - rykn Roddy. - I za kadym razem znajd. adna dziura nie jest na tyle gboka, eby si przede mn schowa. adne morze na tyle rozlege! Dostan ci, drowie! Dostan ci teraz, a jeli uciekniesz, dostan ci pniej!

Roddy bysn tymi zbami i ostronie podszed w stron Drizzta. - Dostan ci, drowie warkn jeszcze raz owca nagrd, tym razem cicho. Naga szara doprowadzia go bliej i Broczyciel wykona dziki zamach. Drizzt odskoczy do tyu. Drugi atak sugerowa podobny rezultat, jednak Roddy, zamiast napiera do przodu, wykona zwodnicze uderzenie od wewntrznej, ktre musno Drizzta w podbrdek. Natychmiast dopad do drowa, wymachujc zacieke toporem. - Stj spokojnie! - krzycza Roddy, gdy Drizzt zrcznie umyka, odskakiwa lub uchyla si przed kadym ciosem. Drizzt wiedzia, e kusi los, nie kontrujc dzikich uderze, mia jednak nadziej, e jeli zmczy zwalistego mczyzn, zdoa odnale jaki es bardziej pokojowe rozwizanie. Roddy by zrczny i szybki jak na swoje rozmiary, lecz Drizzt by znacznie szybszy, poza tym drow wierzy, e jest w stanie gra w t gr znacznie duej. Broczyciel nadlecia z boku, kierujc si w stron piersi Drizzta. Atak ten by zwodniczy, Roddy chcia, by Drizzt uchyli si pod nim, a on kopnie wtedy drowa w twarz. Drizzt dostrzeg podstp. Zamiast uchyli si, podskoczy, wykona kozioka nad toporem i opad lekko na ziemi, jeszcze bliej Roddy'ego. Teraz Drizzt zaatakowa, uderzajc obydwoma rkojeciami sejmitarw w twarz Roddy'ego. owca nagrd zachwia si do tyu, czujc jak z nosa wylewa mu si ciepa krew. - Odejd - poradzi szczerze Drizzt. - Zabierz swojego psa do Maldobar albo innego miejsca, ktre uwaasz za dom. Jeli Drizzt sdzi, e Roddy podda si w obliczu dalszego upokorzenia, znacznie si myli. Roddy rykn z wciekoci i rzuci si do ataku, opuszczajc rami, by uderzy nim drowa. Drizzt uderzy rkojeciami broni w opuszczon gow Rod-dy'ego i rzuci si ponad jego grzbietem. owca nagrd pad ciko na ziemi, lecz szybko przyklkn na kolana, wycigajc sztylet i rzucajc nim w Drizzta, gdy drow si odwraca. Drizzt ujrza w ostatniej chwili srebrny bysk i opuci ostrze w d, by odbi bro. Polecia nastpny sztylet, a za nim kolejny, za za kadym razem Roddy zblia si do nie mogcego si skupi drowa. - Znam twoje sztuczki, drowie - powiedzia Roddy z paskudnym umiechem. Dwa szybkie kroki doprowadziy go tu do Drizzta i Broczyciel znw uderzy. Drizzt rzuci si w bok i podnis kilka krokw dalej. Bezustanna pewno siebie Roddy'ego zaczynaa denerwowa drowa. Trafi owc nagrd ciosami, ktre powaliyby wikszo mczyzn i zastanawia si, jak wiele jeszcze moe wytrzyma zwalisty czowiek. Myl ta doprowadzia Drizzta do nieuniknionego wniosku, e by moe bdzie musia zacz trafia Roddy'ego czym wicej ni tylko rkojeciami sejmitarw. Broczyciel znw naciera z boku. Tym razem Drizzt nie unika. Wszed w promie ostrza topora i zablokowa je jednym z sejmitarw, wskutek czego Roddy by odsonity na cios drug broni. Trzy szybkie dgnicia zamkny jedno z oczu trapera, lecz owca nagrd tylko si umiechn i rzuci do ataku, chwytajc Drizzta i rzucajc go, jako lejszego z walczcych, na ziemi. Drizzt wi si i wyrywa, rozumiejc, e zdradzio go wasne sumienie. W tak bliskim zwarciu nie mg dorwna sile Roddy'ego, a ograniczona moliwo poruszania pozbawiaa go przewagi prdkoci. Roddy utrzymywa si na grze i manewrowa jedn rk, by opuci Broczyciela w d. Skowyt tego psa by jedynym ostrzeeniem, jakie dosta, a to nie zwrcio jego uwagi na tyle, by zdoa unikn ataku pantery. Guenhwyvar zrzucia Roddy'ego z Drizzta i przygniota go do ziemi. Zwalisty mczyzna zachowa wystarczajco przytomnoci umysu, by trafi przemykajc panter, ranic Guenhwyvar w udo. Uparty pies rzuci si do ataku, lecz Guenhwyvar otrzsna si, zawrcia wok Roddy'ego i odegnaa ogara. Kiedy Roddy odwrci si z powrotem do Drizzta, napotka dzik seri ciosw zadanych sejmitarami, ciosw, za ktrymi nie mg nady wzrokiem i ich odbi. Drizzt widzia atak na panter i ogie w jego lawendowych oczach nie dawa ju szans na kompromis. W twarz

Roddy'ego uderzya rkoje, za po niej paz drugiego ostrza. Stopa kopna go w odek, pier, a nastpnie w pachwin. Nieugity Roddy przyj to wszystko z parskniciem, lecz rozwcieczony drow wci naciera. Jeden z sejmitarw znw zetkn si z toporem i Roddy przeszed do szary, sdzc, e znw zdoa przewrci Drizzta. Druga bro Drizzta uderzya jednak wczeniej, rozcinajc Roddy'emu przedrami. owca nagrd cofn si i chwyci za zranion rk, gdy Broczyciel upada na ziemi. Drizzt nie zwolni tempa. Jego szara zbia Roddy'ego z tropu i po kilku kopniciach oraz ciosach pici mczyzna zacz si chwia. Nastpnie Drizzt podskoczy wysoko i kopn obun, trafiajc dokadnie w szczk Roddy'ego i powalajc go na ziemi. Mimo to, traper otrzsn si i prbowa wsta, jednak tym razem owca nagrd poczu po obu stronach szyi ostrza sejmitarw. - Mwiem ci, eby odszed - powiedzia ponuro Drizzt, nie odsuwajc ostrzy i pozwalajc Roddy'emu czu chodny metal. - Zabij mnie - powiedzia spokojnie Roddy, wyczuwajc sabo w swoim przeciwniku. - Jeli masz wystarczajco siy! Drizzt zawaha si. - Odejd - powiedzia najspokojniej, jak tylko mg. Roddy rozemia si. - Zabij mnie, ty czarnoskry diable! - rykn, starajc si podnie, cho pozosta na kolanach. - Zabij mnie, albo ja zabij ciebie! Nie wtp w to, drowie. Bd ci ciga na koniec wiata i pod nim, jeli bdzie potrzeba! Drizzt zblad i zerkn na Guenhwyvar, szukajc u niej wsparcia. - Zabij mnie! - krzykn Roddy, zahaczajc o histeri. Chwyci nadgarstki Drizzta i pocign je do siebie. Po obydwu stronach szyi mczyzny pojawiy si strumyczki krwi. - Zabij mnie, tak jak zabie mojego psa! Przeraony Drizzt stara si wycofa, jednak uchwyt Roddy'ego by niczym elazo. - Nie masz do tego jaj? - rykn owca nagrd. - No to ci pomog! - Szarpn mocno nadgarstkami, wycinajc gbsze rany, a jeli ten szaleniec czu bl, nie byo tego po nim wida. Drizzta osaczyy fale mieszanych uczu. Chcia w tej chwili zabi Roddy'ego, bardziej z ogupiaej frustracji ni z zemsty, jednak wiedzia, e nie jest w stanie. Z tego co wiedzia drow, jedynym przewinieniem Roddy'ego byo nieusprawiedliwione polowanie na niego, a to nie by wystarczajcy powd. W zwizku z tym, co byo dla niego cenne, Drizzt musia szanowa ludzkie ycie, nawet tak ndzne jak Roddy'ego McGristle'a. - Zabij mnie! - wrzeszcza raz za razem Roddy, odczuwajc wypaczon przyjemno w rosncej odrazie Drizzta. -Nie! - Drizzt krzykn Roddy'emu w twarz z wystarczajc si, by uciszy owc nagrd. Rozwcieczony do granic moliwoci, Drizzt nie czeka, a Roddy ponowi swoje szalone wrzaski. Wbi traperowi kolano w podbrdek, uwolni swe nadgarstki z uchwytu Roddy'ego i uderzy jednoczenie rkojeciami broni w skronie owcy nagrd. Roddy wywrci oczy, jednak nie zemdla, uparcie odpycha ciosy. Drizzt, przeraony swoimi wasnymi czynami i trwajcym uporem owcy nagrd, uderza w niego raz za razem w kocu go unieruchamiajc. Kiedy wcieko zelaa, Drizzt stan nad zwalistym mczyzn, drc i wycierajc zy ze swych lawendowych oczu. - Odpd std tego psa! - wrzasn do Guenhwyvar. Nastpnie upuci w przestrachu swojzakrwawion bro i przyklkn, by upewni si, e Roddy yje. *** Roddy obudzi si i zauway, e jego ty pies stoi nad nim. Zapadaa noc i znw zerwa si wiatr. Bolaa go gowa i rka, jednak zdusi bl, pragnc tylko wznowi polowanie. Pies natychmiast wyczu trop prowadzcy z powrotem na poudnie. Zo Roddy'ego zelaa tylko troch, gdy po okreniu skalistego wyniesienia natkn si na czekajcych na niego rudobrodego krasnoluda i dziewczyn. - Nie powiniene by dotyka mojej dziewczynki, McGristle - powiedzia stanowczo Bruenor.

- Nie powiniene by dotyka mojej dziewczynki. - Ona si zmwia z drowem! - zaprotestowa Roddy. - Powiedziaa temu diabelskiemu mordercy, e id! - Drizzt nie jest morderc! - wrzasna Catti-brie. - On wcale nie zabi rolnikw! Mwi, e ty tak mwisz tylko po to, eby inni pomogli ci go zabi! - Catti-brie zdaa sobie nagle spraw, e wanie przyznaa przed swoim ojcem, i spotkaa si z drowem. Gdy Catti-brie napotkaa Bruenora, powiedziaa mu tylko, jak szorstko postpi z ni McGristle. - Posza do niego - powiedzia Bruenor, wyranie dotknity. - Okamaa mnie i posza do drowa! Mwiem ci, eby tego nie robia. Powiedziaa, e nie... al Bruenora dotkn silnie Catti-brie, lecz trzymaa si mocno swoich przekona. Bruenor wychowa j tak, aby bya szczera, lecz wizao si to rwnie ze szczeroci wobec tego, co wedug niej byo suszne. - Kiedy powiedziae mi, e kady otrzymuje to, na co zasuy - rzeka Catti-brie. - Powiedziae mi, e kady jest inny i kady powinien by postrzegany takim, jaki jest. Widziaam Drizzta i widziaam w nim prawd. On nie jest zabjc! A on jest... - wskazaa oskarajce na McGristle'a - ...kamc! Nie odczuwam dumy ze swojego kamstwa, ale nie mogam pozwoli, by on schwyta Drizzta! Bruenor rozwaa przez chwil jej sowa, po czym otoczy jedn rk jej tali i przytuli j mocno do siebie. Wci bolao go oszustwo crki, jednak krasnolud by dumny, e dziewczyna trzymaa si tego, w co wierzya. Tak naprawd Bruenor nie przyszed tutaj szuka Catti-brie, ktra wedug niego dsaa si gdzie w kopalniach, lecz by odnale drowa. Im duej przypomina sobie walk z remorhazem, tym bardziej by przekonany, e Drizzt schodzi w d, by mu pomc, nie walczy z nim. Teraz, w wietle ostatnich wydarze, nie mia ju zbyt duych wtpliwoci. - Drizzt przyszed i uwolni mnie od niego - cigna Catti-brie. - Ocali mnie. - Drowjej namiesza - powiedzia Roddy, wyczuwajc zmian nastawienia Bruenora i nie chcc walki z niebezpiecznym kra-snoludem. - To morderczy pies, powiadam, i tak samo powiedziaby Bartomiej Thistledown, gdyby martwi mogli mwi! - Ba! - parskn Bruenor. - Nie znasz mojej dziewczynki i powiniene si lepiej zastanowi przed powiedzeniem, e kamie. Mwiem ci ju wczeniej, McGristle, e nie lubi, jak mj a crka jest wstrznita! Sdz, e powiniene si wynie z mojej doliny. Sdz, e powiniene si wynie w tej chwili. Roddy warkn i to samo zrobi jego pies, skaczc pomidzy trapera i krasnoluda i szczerzc zby na Bruenora. Krasnolud wzruszy ramionami i rwnie warkn na besti, jeszcze bardziej j prowokujc. Pies rzuci si w stron kostki krasnoluda, a Bruenor szybko wsun mu ciki but do pyska i przycisn jego dolnszczk do ziemi. -1 zabierz ze sob swojego cuchncego psa! - rykn Bruenor, cho podoba mu si misisty bok psa i znw sdzi, e daoby si znale lepsze zastosowanie dla kaprynej bestii. - Pjd tam, gdzie bd chcia, krasnoludzie! - krzykn Roddy. - Mam zamiar dosta drowa, a jeli on jest w dolinie, to ja te! Bruenor dostrzeg czyst frustracj w gosie mczyzny, po czym przyjrza si bliej otarciom na twarzy Roddy'ego i ranie na jego przedramieniu. - Drow od ciebie uciek - powiedzia krasnolud, a jego chichot zabola dotkliwie trapera. - Nie na dugo - obieca Roddy. - I aden krasnolud nie stanie mi na drodze! - Wracaj do kopalni - rzeki Bruenor do Catti-brie. - Powiedz pozostaym, e mog si troch spni na kolacj. - Topr opuci rami Bruenora. - Wtucz mu porzdnie - mrukna pod nosem Catti-brie, ani troch nie wtpic W mstwo swego ojca. Pocaowaa Bruenora w czubek hemu, po czym radonie pobiega. Ojciec jej zaufa i nic na wiecie nie mogo ju potoczy si le. ***

Niedugo pniej Roddy McGristle i jego trjnogi pies opucili dolin. Roddy zauway w Drizzcie sabo i uzna, e moe j wykorzysta przeciwko drowowi, nie dostrzeg jednak takich oznak w Bruenorze Battlehammerze. Kiedy Bruenor powali Roddy'ego, co nie zajo mu zbyt wiele czasu, traper nawet przez chwil nie wtpi, e gdyby poprosi krasnoluda, by go zabi, Bruenor z ochot speniby jego yczenie. Z czubka poudniowego podejcia, gdzie poszed spojrze ostatni raz na Dekapolis, Drizzt obserwowa, j ak wz wytacza si z doliny, podejrzewajc, e naley on do owcy nagrd. Nie wiedzc co to wszystko oznacza, lecz niezbyt wierzc, e Roddy przeszed zmian w sercu, Drizzt spojrza na swj spakowany ekwipunek i zacz zastanawia si, gdzie teraz powinien pj. Zaczy si zapala wiata w miastach i Drizzt spoglda na nie z mieszanymi uczuciami. By na tym podejciu kilka razy, oczarowany jego otoczeniem i mylc, e odnalaz dom. Jake inny by teraz ten widok! Pojawienie si McGristle'a przypomniao Drizztowi, e wci jest wyrzutkiem i nigdy nie bdzie mia domu. - Drizzit - mrukn do siebie owo przeklte sowo. W tym momencie Drizzt nie wierzy, e kiedykolwiek odnajdzie dom, nie wierzy, e drow, ktry w sercu nie by drowem, mg znale dla siebie miejsce w caych krainach, czy to na powierzchni, czy w Podmroku. Nadzieja, zawsze ulotna w znuonym sercu Drizzta, cakowicie go opucia. - Podejcie Bruenora, tak zwie si to miejsce - odezwa si za Drizztem opryskliwy gos. Obrci si, mylc o ucieczce, jednak rudobrody krasnolud by zbyt blisko, aby si obok niego przemkn. Guenhwyvar pospieszya do boku drowa, obnaajc zby. - Trzymaj swojego zwierzaka z dala, elfie - powiedzia Bru-enor. - Bo jeli kot smakuje tak samo paskudnie jak pies, to go nie chc! - To jest moje miejsce - cign krasnolud. - Ja jestem Bruenor, a to jest Podejcie Bruenora! - Nie widziaem adnych znakw wasnoci - odpar z oburzeniem Drizzt. Jego cierpliwo wyczerpaa si na dugiej drodze, ktra teraz wydawaa si jeszcze dusza. - Znam teraz twoje roszczenia, odejd wic. Uszy do gry, krasnoludzie. Nie wrc. Bruenor podnis do, zarwno po to, by uciszy drowa, jak i powstrzyma go przed odejciem. - To tylko sterta kamieni -powiedzia, zbliajc si do przeprosin tak bardzo, jak nigdy dotd. -Nazwaem j mj wasn, ale czy tak jest? To tylko cholerna sterta kamieni! Drizzt przekrzywi gow, syszc nieoczekiwane przekomarzanie krasnoluda. -Nic nie jest takie, na jakie wyglda, drowie! -oznajmi Bruenor. - Nic! Prbujesz i za tym, co znasz, prawda? Ale nagle odkrywasz, e to, co znae, nie jest tym, co sdzie, e znasz! Mylaem, e pies bdzie dobrze smakowa, wyglda na dobrego, a teraz mj odek przeklina mnie przy kadym ruchu! Druga wzmianka o psie wywoaa nage objawienie zwizane z powodem odejcia Roddy'ego McGristle. - Odesae go - powiedzia Drizzt, wskazujc na drog z doliny. - Odegnae McGristlea z mojego tropu. Bruenor ledwo go sysza, zreszt i tak z pewnoci nie przyznaby si do tak dobrodusznego uczynku. - Nigdy nie ufaem ludziom - powiedzia stanowczo. - Nigdy nie wiadomo, o co takiemu chodzi, a gdy ju si dowiesz, czsto jest za pno, by wszystko naprawi! Zawsze jednak miaem proste myli o innych ludach. Elf jest w kocu elfem i tak samo jest z gnomem. Orki za s zwyczajnie gupie i brzydkie. Nigdy nie znaem adnego, ktry byby inny, a paru ju widziaem! Bruenor klepn swj topr, a Drizzt nie przegapi znaczenia tego gestu. - Tak byo z moimi mylami o drowach - cign Bruenor. -Nigdy adnego nie spotkaem i nigdy nie chciaem spotka. Kto chciaby, e si tak zapytam? Drowy sze, maj niegodziwe serca, tak mwi mi tata i tata taty i kady, kto kiedykolwiek mi o nich mwi. - Spojrza na wiata Termalaine nad Maer Dualdon na zachodzie, potrzsn gow i kopn kamie. - Teraz usyszaem, e drow wasa mi si po dolinie, a co ma z tym zrobi krl? A pniej moja crka idzie do niego! - W oczach Bruenora zapon nagy ogie, zdusi go jednak szybko, jakby si wstydzc obecnoci Drizzta. - Skamaa mi w-twarz, nigdy nie zrobia tego wczeniej, i ju nigdy nie zrobi, jeli jest rozsdna! - To nie byajej wina - zacz Drizzt, lecz Bruenor zamacha dziko rkoma, by odrzuci to

wszystko. - Sdziem, e znaem to, co znaem - podj po krtkiej chwili Bruenor, a w jego gosie brzmia niemal al. - Miaem dobrze okrelony wiat. To atwe, jeli siedzi si we wasnej dziurze. Spojrza znw na Drizzta, prosto w przymiony blask jego lawendowych oczu. - Podejcie Bruenora? - spyta krasnolud, wzruszajc ze zrezygnowaniem ramionami. - Co to znaczy, dro-wie, dawa nazw stercie kamieni? Cho sdziem... wiedziaem, e pies bdzie dobrze smakowa. Bruenor przejecha donipo odku i zmarszczy brwi. - Nazwij to wic stert kamieni, nie mam do niej wicej praw ni ty! Nazwij to wic Podejciem Drizzta i wykop mnie std! - Nie zrobi tego - odpowiedzia cicho Drizzt. - Nie wiem, czy bym mg, nawet gdybym chcia! - Nazwij to, jak sobie yczysz! - krzykn Bruenor, stajc si nagle zmartwiony. - I nazwij psa krow, cho to nie zmieni sposobu, w jaki bdzie smakowa! - Bruenor rozoy niespokojnie rce i odwrci si, schodzc w d kamienist ciek i mamroczc na kadym kroku. - I uwaaj na moj dziewczynk - Drizzt usysza przez reszt pomrukiwa. - Jeli ma taki orczy rozum, eby chodzi do mierdzcych yeti i penej robali gry! Wiedz, e uwaam ci... -reszta ucicha, gdy Bruenor znikn za zaomem. Drizzt nie by w stanie przekopa si przez ten peny przekomarzania dialog, jednak nie musia ukada przemowy Bruenora w doskonaym porzdku. Opuci rk na Guenhwyvar, majc nadziej, e pantera podziela panoramiczny widok, ktry nagle sta si wspaniay. Drizzt wiedzia ju wtedy, e bdzie wielokrotnie siada na tym podejciu, Podejciu Bruenora, i obserwowa, jak gwiazdy migoczc budzsi do ycia, bowiem dodajc do siebie wszystko, co powiedzia krasnolud, Drizzt wyrni jedn fraz, sowa, na ktre czeka od tak wielu lat. Witaj w domu.

Epilog
Ze wszystkich ras w poznanych krainach adna nie wprawia w wiksze zakopotanie ni ludzie. Mooshie przekona mnie, e bogowie nie s zewntrznymi istotami, lecz raczej uosobieniami tego, co znajduje si w naszych sercach. Jeli to prawda, to liczni, rnorodni bogowie ludzkich sekt - bstwa o zdecydowanie odmiennych postawach - sporo ujawniaj na temat tej rasy. Jeli zbliasz si do niziolka, elfa, krasnoluda lub przedstawiciela jakiej innej rasy, dobrej czy zlej, masz oglne pojcie, czego si spodziewa. S oczywicie wyjtki, sam jestem jednym z wyraniej szych! Krasnolud jednak bdzie najprawdopodobniej opryskliwy, cho uczciwy, za nigdy nie spotkaem elfa ani nie syszaem o adnym, ktry przedkadaby jaskini nad otwarte niebo. Upodobania czowieka s natomiast charakterystyczne tylko dla niego -jeli potrafi je w

ogle okreli. Jeli chodzi o kategorie dobra i za, ludzka rasa musi by oceniana na/ostroniej. Walczyem z przesiknitymi zem ludzkimi zabjcami, spotkaem ludzkich czarodziejw tak optanych wasn moc e bezlitonie niszczyli wszelkie inne istoty na swojej drodze, a take widziaem miasta, w ktrych grupy ludzi eroway na nieszcznikach ze swej wasnej rasy, mieszkajc w krlewskich paacach, podczas gdy inni mczyni i kobiety, a nawet dzieci, godowali i umierali w rynsztokach botnistych ulic. Spotkaem jednak rwnie innych ludzi - Catti-brie, Mooshiego, Wulfgara, Agorwala z Termalaine - ktrych honoru nie mona bylo k\vestionowa i ktrych powicenie dla dobra krain podczas ich krtkich ywotw przekraczao moliwoci wikszoci krasnoludw i elfw, mogcych y przez pl tysiclecia i wicej. S rzeczywicie wprawiajc w zaklopotanie ras i los wiata w coraz wikszym stopniu spada w ich sigajce coraz dalej rce. Moe to si okaza delikatn rwnowag, jednak z pewnoci nie bdzie nuce. Ludzie dysponuj zakresem charakterw znacznie szerszym ni jakiekolwiek inne istoty, sje-dyn dobr " ras. ktra toczy wojny sama ze sob - z niepokojc czstotliwoci. Elfy z powierzchni ywi nadziej, e to si zakoczy. Ci, ktrzy yli najduej i widzieli narodziny wielu stuleci, wierz, e ludzka rasa dojrzeje do dobroci, e obecne w niej zlo rozpadnie si w nico, pozostawiajc wiat tym, ktrzy pozostan. W miecie moich narodzin dowiadczyem ogranicze za. samozniszczenia i niezdolnoci do osigania wyszych celw, nawet takich, ktre opieray si na zdobyciu potgi. Z tego powoduj rwnie wierz w ludzi i w krainy. Oprcz tego, e s najbardziej rnorodni, ludzie s rwnie najbardziej elastyczni, w najwikszym stopniu skonni nie zgadza si z t czstk ich samych, o ktrej dowiaduj si, e jest faszywa. Moje przetrwanie opierao si na przewiadczeniu, e w yciu istnieje wyszy cel: e zasady s nagrod sam w sobie. Nie mog wic spoglda w przyszo z rozpacz, lecz raczej z wyszymi nadziejami oraz z determinacj, e mog pomaga wznosi si na te wyyny. Oto jest wic moja opowie, przekazana tak kompletnie, jak mog j sobie przypomnie i tak kompletnie, jak postanowiem j rozgosi. Przebyem dug drog pen kolein i zapr i dopiero teraz, gdy tak wiele zostawiem za sob, jestem w stanie szczerze j zrelacjonowa. W tamtych dniach nie mogem nigdy spoglda w przeszo i mia si, cena byla zbyt wielka, by mgl si przez ni przecisn humor. Czsto przypominalem sobie jednak Zaknafeina, Belwara i Mooshiego, oraz innych przyjaci, ktrych zostawi-lem za sob. Czsto zastanawialem si te nad licznymi przeciwnikami, ktrym stawialem czola, nad licznymi ywotami, ktre zakoczyy moje ostrza. Wiodem gwatowne ycie w gwatownym wiecie, penym wrogw dla mnie i tych, ktrzy byli mi bliscy. Byem chwalony za doskonale cicia moich sejmitarw, za moje umiejtnoci w walce, i musz przyzna, e wiele razy pozwalaem sobie odczuwa dum z tych ciko nabytych zdolnoci. Za kadym jednak razem, gdy wydobywam si z ekscytacji i dokadniej wszystko rozwaam, auj, e nie byo inaczej. Czuj bl wspominajc Masoja Plu 'ett, jedynego drowa, ktrego kiedykolwiek zbilem. To on zainicjowal nasz walk i z pewnoci zabiby mnie, gdybym nie okaza si silniejszy. Mog usprawiedliwia moje czyny z tego pamitnego i'nia, jednak nigdy nie bd czu si swobodnie, jeli chodzi o ich konieczno. Powinny istnie lepsze sposoby ni miecz. W wiecie tak przepenionym niebezpieczestwem, gdzie bkaj si orki i trolle, mogoby si wydawa, e ten, ktry potrafi walczy, jest najczciej okrzykiwany bohaterem i cieszy si podziwem pokole. Uwaam, e w bohaterze " jest jednak co wicej ni tylko sia ramienia czy mstwo w walce. Mooshie by tak naprawd bohaterem, bowiem przeama niedogodnoci, bowiem nigdy nawet nie mrugn w obliczu niekorzystnego stosunku sil, a gwnie dlatego, e postpowal z wyranie zdefiniowanym kodeksem zasad. Czy mniej mona powiedzie o Belwarze Dissengulpie, pozbawionym dloni gbinowym gnomie, ktry zaprzyjani si z drowem renegatem? Albo o Clackerze, ktry wola powici swoje ycie, ni sprowadzi niebezpieczestwo na przyjaci? Rwnie Wulfgara z Doliny Lodowego Wichru nazywam bohaterem, bowiem przedkada!

zasady nad dz walki. Wul-fgar przeama nieprawidowy sposb postrzegania wpojony mu podczas dzikiego dziecistwa, nauczy si postrzega wiat raczej jako miejsce nadziei ni pole ewentualnych podbojw. Za Bruenor, krasnolud, ktry wpoil Wulfgarowi t istotn rnic, suszniej jest krlem ni ktokolwiek kiedykolwiek w krainach. Uosabia sob te cechy, ktre najbardziej ceni jego lud. Z chci bd chroni Bruenora za cen wasnego ycia, piewajc pie dla niego, nawet gdy mj dech bdzie zamiera. Poza tym, kiedy odnalaz si, by przeciwstawi si Opiekunce Malice, mj ojciec rwnie stal si bohaterem. Zaknafe-in, ktry przez wiksz cz swojego ycia przegrywa walk o zasady i tosamo, w kocu j wygra. aden z tych wojownikw nie jest jednak w stanie przymi modej dziewczyny, ktr poznaem, gdy pierwszy raz przybyem do Dekapolis. Ze wszystkich osb, jakie kiedykolwiek spotkaem, nikt nie odznacza si wyszymi zasadami honoru i przyzwoitoci ni Catti-brie. Widziaa wiele bitew, a mimo to, jej oczy byszcz niewinnoci, a jej umiech nie jest splamiony. Smutny nastanie dzie, i niech cay wiat pogry si wtedy w alu, gdy faszywa nuta cynizmu zakci harmoni jej melodyjnego gosu. Zazwyczaj ci, ktrzy nazywaj mnie bohaterem, mwi wycznie o moim mstwie w walce i nie wiedz nic o zasadach, ktre rzdz moimi ostrzami. Akceptuj ich podejcie dla tego, co jest warte, dla ich satysfakcji, nie mojej. Kiedy Catti-brie tak mnie nazywa, wtedy pozwalam memu sercu nasyca si satysfakcj wiadomoci, e zostaem oceniony za moje serce, nie trzymajc miecz rk, wtedy omielam si wierzy, e to miano jest usprawiedliwione. Tak koczy si moja opowie - czy omielam si to powiedzie? Siedz teraz wygodnie obok mj ego przyjaciela, slusznego krla Mithrilowej Hali, a wszystko jest ciche, spokojne i korzystne. Drow rzeczywicie odnalaz swj dom i miejsce. Musz sobie jednak przypomina, e jestem miody. Mog przey dziesi razy wicej lat ni te, ktre ju miny. Pomimo za mojego aktualnego zadowolenia, wiat pozostaje niebezpiecznym miejscem, gdzie tropiciel musi si trzyma swoich zasad, lecz rwnie swojej broni. Czy omielam si twierdzi, e moja opowie jest przekazana w peni? Nie sdz. - Drizzt Do'Urden