You are on page 1of 4

Księżyc w nowiu

Edward wysiadł z auta równo ze mną. Podszedł do mnie i wziął ode mnie torbę. Nie było w tym nic zaskakującego, bo
często wyręczał mnie w dźwiganiu. Zdziwiło mnie dopiero to, że odłożył ją na siedzenie.
- Chodźmy się przejść - zaproponował wypranym z emocji tonem, biorąc mnie za rękę.
Chciałam zaprotestować, ale nie wiedziałam jak. Byłam zagubiona i oszołomiona. Nie miałam pojęcia, co jest grane -
wyczuwałam jedynie, że może być tylko gorzej.
Edward nie potrzebował mojego ustnego przyzwolenia. Pociągnął mnie za sobą przez podwórko w stronę lasu.
Poddałam mu się z oporami. Wzbierająca we mnie panika gmatwała mi myśli. Czego tak się bałam? Przecież oto
nadarzała się okazja do przeprowadzenia owej planowanej przeze mnie ,poważnej rozmowy".
Nie zaszliśmy daleko. Kiedy Edward się zatrzymał, zza drzew prześwitywała wciąż ściana domu.
Też mi spacer.
Edward oparł się o pień drzewa i spojrzał na mnie nieodgadnionym wzrokiem.
- Okej, porozmawiajmy - zgodziłam się na jego niemą propozycję z udawanym luzem.
Teraz to on wziął głęboki wdech.
- Wynosimy się z Forks, Bello.
Spokojnie, tylko spokojnie. Przecież brałaś tę opcję pod uwagę. Zaakceptowałaś ją. A może, mimo wszystko, warto
było spróbować się potargować?
- Dlaczego tak nagle? Kiedy rok szkolny...
- Bello, już najwyższy czas. Carlisle wygląda góra na trzydzieści lat, a twierdzi, że ma trzydzieści trzy. Jak długo
jeszcze kłamstwa uchodziłyby nam tu na sucho? I tak musielibyśmy niedługo zacząć gdzieś wszystko od nowa.
Zgłupiałam. Sądziłam, że wyjeżdżamy właśnie po to, żeby nie wchodzić w paradę pozostałym członkom jego rodziny,
więc skąd ta wzmianka o Carlisle'u? Czemu mieliśmy opuścić Forks, skoro wyprowadzali się pozostali Cullenowie?
Odpowiedzi na te pytania udzieliły mi oczy Edwarda. Ziały chłodem.
Zrobiło mi się niedobrze. Uświadomiłam sobie, że opacznie go zrozumiałam.
- Mówiąc ,wynosimy się" - wyszeptałam - masz na myśli...
- Siebie i swoją rodzinę - dokończył, akcentując dobitnie każde słowo.
Odruchowo pokręciłam z niedowierzaniem głową, jakbym pragnęła wymazać z pamięci to, co usłyszałam. Edward
czekał, co powiem, nie okazując cienia zniecierpliwienia. Musiało minąć kilka minut, zanim odzyskałam mowę.
- Nie ma sprawy - oświadczyłam. - Pojadę z wami.
- Nie możesz, Bello. Tam, dokąd się wybieramy... To nieodpowiednie miejsce dla ciebie.
- Każde miejsce, w którym przebywasz, jest dla mnie odpowiednie.
- Ja sam nie jestem kimś odpowiednim dla ciebie.
- Nie bądź śmieszny. - Niestety, nie zabrzmiało to nonszalancko, tylko błagalnie. - Jesteś najwspanialszą rzeczą, jaka
mi się przydarzyła w życiu.
- Nie powinnaś mieć wstępu do mojego świata - stwierdził Edward ponuro.
- Słuchaj, po co tak się przejmować tą historią z Jasperem? To był wypadek. Nic takiego.
- Masz rację - przyznał. - Nic, czego nie należało się spodziewać.
- Obiecałeś! W Phoenix przyrzekłeś mi, że zostaniesz ze mną na zawsze.
- Nie na zawsze, tylko tak długo, jak długo swoją obecnością nie będę narażał ciebie na niebezpieczeństwo - poprawił.
- Jakie niebezpieczeństwo? - wybuchłam. - Wiem, tu chodzi o moją duszę, prawda? Carlisle o wszystkim mi
opowiedział, ale dla mnie nie ma to znaczenia. - Krzykiem żebrałam o litość. - To nie ma dla mnie znaczenia,
Edwardzie! Możesz sobie wziąć moją duszę! Na co mi dusza po twoim odejściu? I tak już należy do ciebie.
Przez dłuższą chwilę stał ze wzrokiem wbitym w ziemię. W jego twarzy nie drgnął żaden nerw, może prócz kącika ust,
ale kiedy w końcu podniósł głowę, miał odmienione oczy. Płynne złoto ich tęczówek zamarzło na kamień.
- Bello - odezwał się, cyzelując każde słowo z precyzją robota - nie chcę cię brać ze sobą.
Powtórzyłam sobie to zdanie kilkakrotnie w myślach, bo za pierwszym razem nie dotarło do mnie, co Edward stara mi
się przekazać. Przyglądał się, jak stopniowo zyskuję pewność.
- Nie... chcesz... mnie? - Ten fragment najtrudniej było mi przełknąć. Czy naprawdę można było ustawić te trzy słowa
w tej kolejności?
- Nie - potwierdził bezlitośnie.
Wpatrywałam się w niego osłupiała. Jego oczy były jak topazy - twarde, przejrzyste, nieskończone topazowe pokłady.
Czułam, że mogłabym wejrzeć w nie na kilka kilometrów w głąb, ale i tak nie znalazłabym w tych niezmierzonych
czeluściach dowodu na to, że Edward kłamie.
- Hm. To zmienia postać rzeczy.
Zaskoczył mnie spokojny ton własnego głosu. Był to raczej efekt oszołomienia niż hartu ducha. Edward mnie nie chce?
Nie, to nie miało najmniejszego sensu. Rozumiałam, co powiedział, i nie rozumiałam zarazem.
Spojrzał w bok.
- Oczywiście zawsze będę cię kochał... w pewien sposób. Ale tamtego feralnego wieczoru uzmysłowiłem sobie, że czas
na zmianę dekoracji. Widzisz, zmęczyło mnie już udawanie kogoś, kim nie jestem. Bo ja nie jestem przedstawicielem
twojej rasy.
Zerknął na mnie. Tak, ta twarz nie należała do człowieka.
- Przepraszam za to, że nie wpadłem na to prędzej.
- Przestań - wykrztusiłam. Świadomość tego, co się dzieje, rozlewała się po moich żyłach niczym jad, paraliżując mi
struny głosowe. - Nie rób tego. Może być tak, jak dawniej.
Z jego miny wyczytałam, że już za późno na protesty. Klamka zapadła.
- Nie jesteś kimś dla mnie odpowiednim, Bello.
Przekręcając swoją własną wypowiedź sprzed kilku minut, wytrącił mi z ręki kolejny argument. Wiedziałam aż za
dobrze, że nie sięgam mu do pięt.
Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale szybko je zamknęłam. Edward mnie nie popędzał. Po prostu stał i milczał,
jak posąg.
- Skoro tak uważasz - skapitulowałam.
- Tak właśnie uważam.
Straciłam kontakt z własnym ciałem. Od szyi w dół byłam jak sparaliżowana.
- Chciałbym cię prosić o wyświadczenie mi przysługi, jeśli to nie za wiele.
Ciekawe, co dostrzegł w mojej twarzy, bo w odpowiedzi na ułamek sekundy zmienił wyraz swojej - opanował się
jednak, nim domyśliłam się, co poczuł. Znów miałam przed sobą nieludzką istotę w porcelanowej masce.
- Zgodzę się na wszystko - zadeklarowałam nieco głośniejszym szeptem.
Nagle złoto w oczach Edwarda zaczęło topnieć, stając się na powrót płynne i gorące. Mógł mnie teraz zmusić do
złożenia przysięgi samą siłą swojego spojrzenia.
- Pod żadnym pozorem nie postępuj pochopnie - rozkazał mi z uczuciem. - Żadnych głupich wyskoków! Wiesz, co
mam na myśli?
Kiwnęłam głową.
Edward wrócił do swojej poprzedniej postaci.
- Proszę cię o to przez wzgląd na Charliego. Bardzo cię potrzebuje. Uważaj na siebie choćby tylko dla niego.
- Obiecuję.
Chyba przyjął z ulgą to, że się nie stawiam.
- Przyrzeknę ci coś w zamian - oświadczył. - Przyrzekam, Bello, że dziś widzisz mnie po raz ostatni. Nie wrócę już do
Forks. Nie będę więcej cię na nic narażał. Możesz żyć dalej, nie obawiając się, że niespodziewanie się pojawię. Będzie
tak, jakbyśmy nigdy się nie poznali.
Musiały zacząć mi drżeć kolana, których nadal nie czułam, bo otaczające nas drzewa zadygotały. W uszach zaszumiała
mi krew. Głos Edwarda zdawał się dobiegać z coraz większej odległości. Edward uśmiechnął się delikatnie.
- Nie martw się. Jesteś człowiekiem. Wasza pamięć jest jak sito. Czas leczy wszelkie wasze rany.
- A co z twoimi wspomnieniami? - spytałam. Zabrzmiało to tak, jakbym miała coś w gardle, jakbym się dławiła.
- Cóż... - zawahał się na moment. - Niczego nie zapomnę. Ale nam... nam łatwo skupić uwagę na czymś zupełnie
innym.
Znów się uśmiechnął. Był to pogodny uśmiech, który nie sięgał jego oczu.
Cofnął się o krok.
- To już chyba wszystko. Nie będziemy cię więcej niepokoić.
Nie będziemy... Zauważyłam, że użył liczby mnogiej, dziwiąc się jednocześnie, że mój mózg kojarzy jeszcze jakieś
fakty. Miałam zatem nie zobaczyć już nigdy nie tylko Edwarda, ale i Alice. Alice wyjechała na dobre...
Chyba nie powiedziałam tego na głos, ale Edward i tak wiedział. Pokiwał wolno głową.
- Tak. Wszyscy już wyjechali. Tylko ja zostałem się pożegnać.
- Alice wyjechała na dobre... - powtórzyłam tępo.
- Chciała się z tobą spotkać, ale przekonałem ją, że będzie dla ciebie lepiej, jeśli odetniemy się od ciebie za jednym
zamachem.
Pomyślałam, że zaraz zemdleję. Przed oczami stanęła mi scena z pobytu w szpitalu. Pokazując mi zdjęcia
rentgenowskie mojej nogi, lekarz skomentował: ,Tak zwane złamanie proste, jakby przeciąć kość siekierą. To dobrze.
Takie złamania zrastają się szybciej i bez komplikacji". Próbowałam oddychać w normalnym tempie. Musiałam się
skupić, musiałam wpaść na to, jak wyrwać się z tego koszmaru.
- Żegnaj, Bello - powiedział Edward łagodnie.
- Zaczekaj! - wykrztusiłam, wyciągając ku niemu ręce.
Podszedł bliżej, ale tylko po to, żeby chwycić mnie za nadgarstki i przycisnąć moje dłonie do tułowia. Nachyliwszy się
nade mną, musnął wargami moje czoło. Odruchowo przymknęłam powieki.
- Uważaj na siebie - szepnął. Od jego skóry bił chłód.

Zaćmienie

Kolejne brutalne morderstwo. Policja podejrzewa wojnę gangów.

- Co to ma z nami wspólnego?
- Bycie potworem to nie żarty, Bello.
Przeczytałam nagłówek jeszcze raz, a potem spojrzałam Edwardowi prosto w oczy.
- To... to wampir tam grasuje? - wydukałam.
Edward pokiwał głową.
- Zdziwiłabyś się, ile nagłośnionych przez media morderstw to sprawka moich pobratymców. Jak się wie, czego się
szuka, łatwo domyślić się prawdy. W tym przypadku wszystko wskazuje na wampira nowonarodzonego. To głodny i
rozwścieczony nieszczęśnik, który nie potrafi się jeszcze kontrolować i zapewne brzydzi się samego siebie. Właśnie
kimś takim planujesz się niedługo stać. Wszyscy przez to przeszliśmy.
Zawstydzona, odwróciłam wzrok.
- Zbieramy informacje na temat tych zbrodni od kilku tygodni, odkąd tylko zorientowaliśmy się, że to jeden z naszych.
Wszystko się zgadza: ofiary giną bez śladu zawsze nocą, nie ma dowodów na to, by je coś łączyło, zwłok nikt nie stara
się za bardzo ukryć... Tak, to jakiś nowy. I nikt najwyraźniej się nim nie opiekuje. - Edward zaczerpnął powietrza. -
Cóż, to nie nasza sprawa. Interesujemy się tą sprawą tylko dlatego, że to nasz teren. Tak jak mówiłem, zdarza się to
bardzo często. Pojawienie się każdego nowego potwora pociąga za sobą potworne konsekwencje. Próbowałam nie
zwracać uwagi na nazwiska pomordowanych, ale odcinały się od reszty tekstu, jakby wydrukowano je wytłuszczoną
czcionką: Maureen Gardiner, Geoffrey Campbell, Grace Razi, Michelle O'Connell, Ronald Albrook - pięć osób, z których
każda miała swoją rodzinę, swoją pracę, swoich przyjaciół, swoje marzenia, plany, wspomnienia i przyzwyczajenia -
pięć osób z krwi i kości, a nie abstrakcyjnych ofiar z policyjnych statystyk.
- Ze mną będzie inaczej - powiedziałam cicho. - Już o to zadbamy. Wprowadzimy się na Antarktydę.
Edward prychnął, rozładowując nieco napięcie.
- Nie szkoda ci słodkich pingwinków?
Tak, co jak co, ale Cullenowie nie jadali nic słodkiego i malutkiego - jako że ich "wegetariańskość" polegała jedynie na
tym, że nie zabijali ludzi, preferowali opierać swoją dietę na dużych drapieżnikach.
Zaśmiałam się krótko i zepchnęłam gazetę z blatu, żeby nie widzieć dłużej tych wszystkich nazwisk.
- W takim razie Alaska, tak jak było ustalone. Tylko bardziej w głębi lądu niż Juneau - jakieś miejsce, gdzie można
spotkać grizzly.
- Żeby tylko grizzly - powiedział Edward. - Na północy są i niedźwiedzie polarne. A żebyś widziała tamtejsze wilki -
gigantyczne!
otworzyłam mimowolnie usta i złapałam się za serce.
- Coś nie tak? - spytał Edward. Nagle uświadomił sobie swoje faux pas i zesztywniał. - Okej, zapomnij o wilkach. Nie
będzie żadnych wilków, jeśli ci to nie pasuje.
Wyglądał na trochę obrażonego.
- Edwardzie, to mój były najlepszy przyjaciel. - Zabolał mnie ten czas przeszły. - Oczywiście, że mi to nie pasuje.
- Wybacz mi moje gapiostwo - oświadczył z wmuszoną uprzejmością. - Strzeliłem gafę.
- Nie przejmuj się, nic się nie stało.
Wbijałam wzrok w swoje dłonie, oparte o blat stołu. Obie były zaciśnięte w pięści.
Zapadła cisza.
Po chwili Edward wziął mnie pod brodę, zmuszając do tego, żebym na niego spojrzała. Już mu przeszło.
- Przepraszam. Szczerze.
- Wiem. Wszystko w porządku. Ja też przesadziłam z reakcją. Po prostu myślałam już o nim wcześniej, a potem ty
wyskoczyłeś z tym polowaniem.
Zawahałam się. Zawsze, gdy wspominałam Jacoba, oczy Edwarda wydawały się ciemnieć. Widząc, że znowu tak się
dzieje, przyjęłam błagalny ton.
- Widzisz, Charlie mówił mi przy obiedzie, że Jake przechodzi trudny okres. Mam wyrzuty sumienia. To wszystko moja
wina.
- Nie zrobiłaś niczego złego.
Wzięłam głęboki oddech.
- Muszę coś z tym zrobić. Jestem mu to dłużna. Zresztą to i tak jeden z warunków Charliego.
Kiedy mnie słuchał, jego twarz znów stężała, zmieniając się na powrót w marmurową maskę.
- Wiesz dobrze, że za nic w świecie nie pozwolę ci przebywać z wilkołakiem sam na sam, a iść z tobą w charakterze
ochroniarza nie mogę, bo złamałbym postanowienia naszego paktu. Chyba nie chcesz, żebyśmy rozpętali wojnę?
- Jasne, że nie.
- W takim razie nie ma co dalej o tym dyskutować.
Odsunął raptownie rękę, po czym zaczął wędrować wzrokiem po kuchni, zastanawiając się, jakby tu teraz pokierować
naszą rozmową. Nagle jego oczy zatrzymały się na czymś za mną. Przekrzywił głowę i uśmiechnął się delikatnie.
- Cieszę się, że Charlie postanowił wypuszczać cię z domu, bo widzę, że musisz w pilnym trybie odwiedzić księgarnię.
Te Wichrowe Wzgórza znasz już chyba na pamięć.
- Nie wszyscy mają pamięć fotograficzną, jak co poniektórzy - odburknęłam.
- Mniejsza o twoje zdolności, nie pojmuję po prostu, co ci się w tej książce podoba. Cathy i Heathcliff są okropni, tylko
niszczą sobie nawzajem życie. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby porównywać ich do takich par z literatury, co
Romeo i Julia, czy Elizabeth Bennet i pan Darcy z Dumy i uprzedzenia. To nie historia romantycznej miłości, tylko
bezsensownej nienawiści.
- Od kiedy to jesteś amatorem krytyki literackiej?
- Patrzę na fabułę obiektywnie i tyle. Być może pomaga mi w takim podejściu to, że poznałem wiele dzieł klasyków,
zanim je jeszcze zaszufladkowano.
Wyglądał na bardzo z siebie zadowolonego i trudno było mu się dziwić - dość skutecznie odwrócił moją uwagę od
sprawy Jacoba.
- A tak zupełnie na serio, czemu wciąż wracasz do Brontë?
Pochylił się nad blatem stołu, żeby móc przytulić swoją dłoń do mojego policzka. W jego oczach pojawiło się
nieudawane zainteresowanie. Próbował - po raz kolejny - zrozumieć moje pokrętne procesy myślowe.
- Co ci się w tej powieści tak podoba?
Jego szczere zaciekawienie sprawiło, że się poddałam.
- Czy ja wiem... - Nienaumyślnie rozpraszał mnie swoim spojrzeniem - musiałam włożyć sporo wysiłku w to, żeby
zebrać myśli. - Sądzę, że urzekło mnie to, że Cathy i Heathcliffa nic nie jest w stanie rozdzielić: ani jej egoizm, ani
jego złe uczynki, ani nawet śmierć, jak się później okazuje.
Edward zamyślił się nad moją odpowiedzią, ale już po chwili uśmiechnął się kpiarsko.
- Ja tam nadal będę upierał się przy tym, że wyszłaby z tego lepsza historia, gdyby każde z nich miało choć jedną
pozytywną cechę.
- O to właśnie w tym wszystkich chodzi - zaoponowałam. - Łączące ich uczucie to jedyna pozytywna rzecz w ich życiu.

- Mam nadzieję, że jesteś dość rozsądna, by nie pójść w ślady swoich ukochanych postaci literackich i zakochać się w
kimś zupełnie pozbawionym zalet.
- Trochę się spóźniłeś ze swoim ostrzeżeniem - zauważyłam. - Ale i bez niego poradziłam sobie chyba całkiem nieźle,
prawda?
Zaśmiał się cicho.
- Cieszę się, że tak uważasz.
- Mam nadzieję, że też będziesz się trzymał z daleka od takich dziewczyn jak Cathy. To jej egoizm tak naprawdę
wszystko zniszczył, Heathcliff był tylko jego ofiarą.
- Będę miał się na baczności - obiecał mi Edward.
Westchnęłam. Był naprawdę niezły - prawie mu się udało - ale ja nie zamierzałam dać za wygraną.
Przyłożyłam dłoń do jego dłoni, żeby nie oderwał jej od mojego policzka.
- Muszę zobaczyć się z Jacobem - oświadczyłam z naciskiem.
Zacisnął powieki.
- Nie.
- To wcale nie jest takie niebezpieczne - ciągnęłam. - Kiedy ciebie nie było, spędzałam w La Push całe dnie i nigdy
nawet nie poczułam, że czymś ryzykuję.
Byłam pewna swoich racji, ale nie przewidziałam jednego: że pod koniec mojej wypowiedzi zadrży mi głos, bo
uzmysłowię sobie, że przecież kłamię. To, że przy wilkołakach nigdy nie poczułam strachu, nie było prawdą. Przed
oczami stanął mi olbrzymi szary basior z obnażonymi kłami - wpatrzony we mnie i gotowy do skoku. Na samo
wspomnienie tamtego wydarzenia spociły mi się dłonie, co rzecz jasna nie uszło uwadze Edwarda. Usłyszał też, że
przyspieszyło mi tętno, i pokiwał ze smutkiem głową. Przejrzał mnie na wylot - nie musiałam nic mówić.
- Wilkołakom brakuje samokontroli. Zadając się z nimi, można odnieść poważne obrażenia. A czasami, niestety, od
tych obrażeń się umiera.
Chciałam temu zaprzeczyć, ale przypomniało mi się coś jeszcze: piękna twarz Emily Young oszpecona potrójną linią
głębokich blizn zaczynających się w kąciku jej prawego oka i wykrzywiających jej usta w trwałym grymasie.
Edward czekał w milczeniu, aż sama dojdę do jedynego słusznego wniosku.
- Nie znasz ich - powiedziałam szeptem.
- Bello, znam ich lepiej, niż ci się wydaje. Byłem tu ostatnim razem.
- Jakim ostatnim razem?
- Nasze ścieżki skrzyżowały się po raz pierwszy około siedemdziesięciu lat temu, gdy dopiero co osiedliliśmy się w
pobliżu Hoquiam. Było to jeszcze, zanim dołączyli do nas Alice i Jasper. Mimo że i tak mieliśmy nad watahą przewagę
liczebną, nie wystraszyli się nas i chcieli się bić. Gdyby nie Carlisle, nie wiem, jakby się to skończyło. Udało mu się
jednak przekonać Ephraima Blacka, że koegzystencja naszych ras jest możliwa i w końcu zawarliśmy słynny pakt.
Dziwnie było mi słuchać o tym, że Edward znał osobiście pradziadka Jacoba.

Related Interests