1

DTP by SHADE
.
Milan Kundera
.
NieznoĞna lekkoĞc bytu
.
.
PrzetIumaczyIa Agnieszka Holland
.
2 DTP by SHADE
.
CZĉĝC I
.
LekkoĞc i ciĊĪar
.
1.
.
Idea wiecznego powrotu ma w sobie coĞ tajemniczego. Przy jej pomocy Nietz-
sche wprowadziI w zakIopotanie wiĊkszoĞc filozofów: pomyĞlec, Īe wszystko, coĞmy raz
przeĪyli, miaIoby siĊ kiedyĞ powtórzyc i to powtórzenie powtarzaIoby siĊ w nieskoĔczo-
noĞc! CóĪ oznacza ta przedziwna hipoteza?
Mit wiecznego powrotu mówi per negationem, Īe Īycie, które znika raz na zawsze
i juĪ nigdy nie powróci, podobne jest do cienia, nie ma Īadnego ciĊĪaru, jest martwe juĪ
w momencie narodzenia, i jeĞli nawet byIo piĊkne, straszne, wzniosIe, to jego piĊkno,
rozpacz i wzniosIoĞc nie mają Īadnego znaczenia. Nie musimy przyjmowac go do wia-
domoĞci, podobnie jak nie przyjmujemy do wiadomoĞci wojny miĊdzy dwoma paĔ-
stwami afrykaĔskimi w czternastym wieku, która w niczym nie zmieniIa oblicza Ğwiata,
mimo Īe zginĊIo w niej w niewypowiedzianych mĊczarniach trzysta tysiĊcy Murzynów.
Czy wojna dwóch paĔstw afrykaĔskich z czternastego wieku staIaby siĊ czymĞ
innym, gdyby miaIa siĊ powtarzac w nieskoĔczonoĞc? Tak: staIaby siĊ trwaIym, nie-
wzruszonym elementem rzeczywistoĞci, a jej gIupota byIaby nieodwracalna.
Gdyby rewolucja francuska miaIa siĊ wiecznie powtarzac, historiografia mniej by-
Iaby dumna z Robespierre´a. Kiedy mówimy o czymĞ, co juĪ nie powróci, krwawe lata
zmieniają siĊ w sIowa; teorie, dyskusje, stają siĊ lĪejsze od puchu, nie budzą lĊku. Jest
przepastna róĪnica miĊdzy Robespierrem, który pojawiI siĊ tylko raz w historii, a Robe-
spierrem, który by wiecznie powracaI, aby Ğcinac gIowy Francuzów.
Przyjmijmy wiĊc, Īe idea wiecznego powrotu oznacza specyficzną perspektywĊ,
z której sprawy wyglądają zupeInie inaczej, niĪ je widzimy normalnie: brak im okolicz-
noĞci Iagodzącej, jaką stanowi przemijalnoĞc. Ta okolicznoĞc Iagodząca uniemoĪliwia
nam ferowanie jakichkolwiek wyroków, Jak moĪna osądzic coĞ, co przemija? Czerwy
Ğmierci oĞwietlają wszystko czarem nostalgii - równieĪ gilotynĊ.
PrzyIapaIem siĊ niedawno na niewiarygodnym uczuciu: przeglądaIem ksiąĪkĊ o Hi-
tlerze i przy niektórych zdjĊciach poczuIem wzruszenie: przypomniaIy mi lata mego
dzieciĔstwa. PrzypadIo ono na czas wojny, niektórzy moi krewni zginĊli w hitlerowskich
obozach koncentracyjnych; ale cóĪ oznacza ich Ğmierc wobec faktu, Īe zdjĊcia Hitlera
przypomniaIy mi utracony czas mego Īycia, czas, który juĪ nie powróci?
To pogodzenie z Hitlerem zdradza gIĊbiĊ moralnej perwersji, która Iączy siĊ esen-
cjonalnie ze Ğwiatem opartym na bezpowrotnoĞci - wszystko jest w nim z góry wyba-
czone, a wiĊc i wszystko cynicznie dozwolone.
.
2.
.
JeĞli sekunda naszego Īycia miaIaby siĊ powtarzac w nieskoĔczonoĞc, bylibyĞmy
przykuci do wiecznoĞci jak Chrystus do krzyĪa. Takie wyobraĪenie jest straszne. W Ğwie-
cie wiecznego powrotu na kaĪdym geĞcie kIadzie siĊ ciĊĪar nieznoĞnej odpowiedzial-
noĞci. Dlatego teĪ Nietzsche nazwaI ideĊ wiecznego powrotu najciĊĪszym brzemieniem
(das schwerste Gewichf).
JeĞli wieczny powrót jest najciĊĪszym brzemieniem - nasze Īycie na jego tle bIysz-
czy wspaniaIą lekkoĞcią. Ale czy ciĊĪar jest naprawdĊ straszny, a lekkoĞc wspaniaIa?
NajciĊĪsze brzemiĊ nas powala, przyciska do ziemi, upadamy pod nim. Ale w poezji mi-
Iosnej wszystkich wieków kobieta pragnie byc obciąĪona brzemieniem mĊskiego ciaIa.
NajciĊĪsze brzemiĊ jest jednoczeĞnie obrazem najintensywniejszej peIni Īycia. Czym
ciĊĪsze brzemiĊ, tym nasze Īycie bliĪsze jest ziemi, tym jest realniejsze i prawdziwsze.
3
DTP by SHADE
W przeciwieĔstwie do tego caIkowity brak brzemienia sprawia, Īe czIowiek staje siĊ
lĪejszy od powietrza, wzlatuje w górĊ, oddala siĊ od ziemi, od ziemskiego bytowania,
staje siĊ na wpóI rzeczywisty, a jego ruchy są tyleĪ swobodne co pozbawione znaczenia.
CóĪ wiĊc mamy wybrac? CiĊĪar czy lekkoĞc?
Pytanie to stawiaI sobie Parmenides w szóstym wieku przed Chrystusem. ĝwiat
jawiI mu siĊ podzielony na antynomie: ĞwiatIo - ciemnoĞc; szorstkoĞc - gIadkoĞc, cie-
pIo - zimno, byt - niebyt. Jeden biegun byI pozytywny (ĞwiatIo, ciepIo, gIadkoĞc, byt),
drugi negatywny. Taki podziaI na negatywne i pozytywne bieguny moĪe siĊ nam wydac
dziecinnie Iatwy. Z wyjątkiem jednego przypadku: co jest pozytywne - ciĊĪar czy lek-
koĞc?
Parmenides odpowiadaI: lekkoĞc jest pozytywna, ciĊĪar jest negatywny. Czy miaI
racjĊ? To jest pytanie. Jedno jest pewne: antynomia. ciĊĪar - lekkoĞc jest najbardziej
tajemnicza i najbardziej wieloznaczna ze wszystkich antynomii.
.
3.
.
MyĞlĊ o Tomaszu juĪ od wielu lat. Ale dopiero w Ğwietle tych rozwaĪaĔ zobaczyIem
go jasno. WidzĊ go stojącego w oknie i patrzącego przez podwórko na ĞcianĊ przeciw-
legIej kamienicy. Nie wie, co robic.
Po raz pierwszy spotkaI TeresĊ przed trzema tygodniami w jednym z maIych cze-
skich miast. SpĊdzili razem zaledwie godzinĊ. OdprowadziIa go na dworzec i czekaIa
aĪ do momentu, gdy wsiadI do pociągu. W dziesiĊc dni póĨniej przyjechaIa do niego.
Kochali siĊ jeszcze tego samego dnia. W nocy dostaIa gorączki i przez tydzieĔ leĪaIa
w jego mieszkaniu chora na grypĊ.
PoczuI wtedy niezmierną miIoĞc do tej nieznajomej niemal dziewczyny; wydawaIo
mu siĊ, Īe jest dzieckiem, które ktoĞ wIoĪyI do natartego smoIą koszyka i puĞciI z prą-
dem rzeki po to, by Tomasz mógI je wyIowic na brzeg swego IóĪka.
ZostaIa u niego przez tydzieĔ, póki nie wyzdrowiaIa; potem znów odjechaIa do swego
odlegIego o dwieĞcie kilometrów od Pragi miasta. Wtedy wIaĞnie nadeszIa ta chwila,
o której mówiIem, a która wydaje mi siĊ kluczem do jego Īycia: stoi w oknie, patrzy
na podwórko, na mury przeciwlegIych kamienic i zastanawia siĊ:
Czy ma ją zaprosic na staIe do Pragi? Boi siĊ odpowiedzialnoĞci. JeĞli ją teraz za-
prosi, przyjedzie ofiarowac mu caIe swoje Īycie.
Czy ma o niej zapomniec? OznaczaIoby to, Īe Teresa dalej bĊdzie kelnerką w re-
stauracji pewnego zabitego deskami miasta, a on nigdy juĪ jej nie zobaczy.
Chce, Īeby do niego przyjechaIa, czy nie chce?
Przygląda siĊ Ğcianom przeciwlegIych kamienic i szuka odpowiedzi. WciąĪ i wciąĪ
przypomina sobie, jak leĪaIa na jego tapczanie. Nie byIa podobna do nikogo z jego
dotychczasowego Īycia. Nie byIa ani kochanką, ani Īoną. ByIa dzieckiem, które wyjąI
z koszyka natartego smoIą i uIoĪyI na brzegu swego IóĪka. UsnĊIa. PrzyklĊknąI przy
niej. Jej rozgorączkowany oddech byI przyspieszony, rozlegIo siĊ cichutkie jĊkniĊcie.
PrzytuliI policzek do jej policzka i szeptaI do jej snu uspokajające sIowa. Po chwili po-
czuI, Īe jej oddech siĊ uspokaja, a twarz zbliĪa do jego twarzy. CzuI pIynący z jej ust
delikatny odór gorączki i wdychaI go, jak gdyby chciaI przeniknąc intymnoĞc jej ciaIa.
W rym momencie wyobraziI sobie, Īe jest u niego juĪ od wielu lat i Īe umiera. PoczuI
nagle wyraĨnie, Īe nie przeĪyIby jej Ğmierci. PoIoĪyIby siĊ obok i chciaIby umrzec wraz
z nią. WcisnąI twarz w poduszkĊ obok jej gIowy i dIugo tak leĪaI.
Stoi teraz w oknie i przywoIuje tĊ chwilĊ. CóĪ to moĪe byc innego niĪ miIoĞc, która
w taki sposób daje o sobie znac?
Ale czy to byIa miIoĞc? Uczucie, Īe chciaIby umrzec obok niej, byIo ewidentnie prze-
sadne: przecieĪ widziaI ją dopiero drugi raz w Īyciu! Czy nie byIa to po prostu histeria
czIowieka, który w gIĊbi duszy uĞwiadamia sobie swą niezdolnoĞc do kochania i zaczyna
wmawiac sobie miIoĞc? Jego podĞwiadomoĞc jest na tyle tchórzliwa, Īe wybraIa sobie
4 DTP by SHADE
do odegrania tej komedii nieszczĊsną kelnerkĊ z prowincjonalnej mieĞciny, która nie
miaIa prawie Īadnej szansy, by zawaĪyc w jego Īyciu. Patrzy przez okno na brudne
mury i uĞwiadamia sobie, Īe nie wie, czy byIa to miIoĞc, czy histeria.
ByIo mu Īal, Īe w sytuacji, w której prawdziwy mĊĪczyzna powinien natychmiast
dziaIac, on waha siĊ i ogoIaca w ten sposób najpiĊkniejszą chwilĊ, jaką kiedykolwiek
przeĪyI (klĊczaI przy IóĪku i wydawaIo mu siĊ, Īe nie przeĪyIby jej Ğmierci) z jej znacze-
nia. ZIoĞciI siĊ na siebie, a potem przyszIo mu do gIowy, iĪ to, Īe nie wie, czego chce,
jest wIaĞciwie zupeInie naturalne. CzIowiek nigdy nie moĪe wiedziec, czego ma chciec,
poniewaĪ dane mu jest tylko jedno Īycie i nie moĪe go w Īaden sposób porównac
ze swymi poprzednimi Īyciami ani skorygowac w nastĊpnych. Czy lepiej związac siĊ
z Teresą, czy zostac samemu?
Nie ma Īadnej moĪliwoĞci, by sprawdzic, która decyzja jest lepsza, bo nie istnieje
moĪliwoĞc porównania. CzIowiek przeĪywa wszystko po raz pierwszy i bez przygoto-
wania. To tak, jakby aktor graI przedstawienie bez Īadnej próby. CóĪ moĪe byc warte
Īycie, jeĞli pierwsza próba juĪ jest Īyciem ostatecznym? Dlatego Īycie zawsze przypo-
mina szkic. Ale nawet szkic nie jest wIaĞciwym okreĞleniem, bo szkic jest zawsze zary-
sem czegoĞ, przygotowaniem do obrazu, gdy tymczasem szkic, jakim jest nasze Īycie,
jest szkicem bez obrazu, szkicem do czegoĞ, czego nie bĊdzie.
Einmal ist keinmal, powtarza sobie Tomasz niemieckie przysIowie. CoĞ, co stanie
siĊ raz, jak gdyby nie staIo siĊ nigdy. JeĞli czIowiek ma prawo tylko do jednego Īycia,
to jakby nie ĪyI w ogóle.
.
4.
.
Ale pewnego dnia w przerwie miĊdzy dwiema operacjami pielĊgniarka zawoIaIa go
do telefonu. UsIyszaI w sIuchawce gIos Teresy. DzwoniIa z dworca. UcieszyI siĊ. Nieste-
ty byI tego wieczoru umówiony, toteĪ zaprosiI ją dopiero na nastĊpny dzieĔ. Gdy tylko
odwiesiI sIuchawkĊ, zacząI sobie robic wyrzuty, Īe nie powiedziaI jej, by przyszIa zaraz.
MiaI przecieĪ doĞc czasu, by odwoIac tamtą wizytĊ! ZastanawiaI siĊ, co Teresa bĊdzie
robic w Pradze przez trzydzieĞci szeĞc godzin dzielące ją od ich spotkania i miaI ochotĊ
wsiąĞc do samochodu i szukac jej po praskich ulicach.
PrzyszIa nastĊpnego dnia wieczorem. MiaIa przewieszoną przez ramiĊ torebkĊ
na dIugim pasku. WydaIa mu siĊ elegantsza niĪ poprzednim razem. W rĊce trzymaIa
grubą ksiąĪkĊ. ByIa to ,Anna Karenina¨ ToIstoja. ZachowywaIa siĊ wesoIo, nawet tro-
chĊ haIaĞliwie i staraIa siĊ dac mu do zrozumienia, Īe wpadIa do niego wIaĞciwie przy-
padkiem: jest w Pradze sIuĪbowo, albo (jej tIumaczenia byIy bardzo niejasne) po to,
by znaleĨc sobie pracĊ.
Potem leĪeli nadzy i zmĊczeni obok siebie na tapczanie. ByIa juĪ noc. SpytaI ją,
gdzie siĊ zatrzymaIa, chciaI ją odwieĨc samochodem. OdpowiedziaIa rumieniąc siĊ,
Īe zamierzaIa dopiero szukac hotelu, a walizkĊ zostawiIa w przechowalni na dworcu.
Jeszcze wczoraj lĊkaI siĊ, Īe gdyby zaprosiI ją do siebie do Pragi, przyjechaIaby
po to, by ofiarowac mu caIe swoje Īycie. Kiedy powiedziaIa mu, Īe jej walizka jest
w przechowalni, przeleciaIo mu przez gIowĊ, Īe w tej walizce jest jej Īycie i Īe na razie,
zanim mu je ofiaruje, oddaIa je na przechowanie. Wsiedli do samochodu zaparkowa-
nego przed domem, pojechali na dworzec, odebraI jej walizkĊ (byIa ogromna i bardzo
ciĊĪka) i zawiózI ją razem z Teresą z powrotem do siebie.
Jak to siĊ staIo, Īe zdecydowaI siĊ tak nagle, kiedy przez czternaĞcie dni wahaI siĊ
i nie byI w stanie posIac jej nawet widokówki z pozdrowieniami?
Samego go to zaskoczyIo. PostąpiI wbrew swym zasadom. Przed dziesiĊciu laty
rozwiódI siĊ ze swoją pierwszą Īoną i przeĪywaI rozwód radoĞnie, jak inni przeĪywa-
ją wesele. UĞwiadomiI sobie, Īe nie jest stworzony do Īycia u boku jakiejĞ kobiety
i Īe moĪe byc w peIni sobą tylko jako kawaler. PieczoIowicie staraI siĊ tak uIoĪyc swe
Īycie, aby Īadna kobieta nie mogIa nigdy wprowadzic siĊ doĔ z walizką. Dlatego wIa-
5
DTP by SHADE
Ğnie miaI w mieszkaniu tylko jeden tapczan. Choc tapczan ten byI doĞc szeroki, Tomasz
mówiI swym kochankom, Īe nie jest w stanie usnąc z kimĞ we wspólnym IóĪku i zawsze
odwoziI je po póInocy do domu. Zresztą kiedy Teresa byIa u niego po raz pierwszy,
z grypą, nigdy przy niej nie zasnąI. Pierwszą noc spĊdziI w fotelu, w nastĊpne odjeĪdĪaI
do szpitala; miaI tam swój gabinet i kozetkĊ, na której sypiaI w czasie dyĪurów.
Ale tym razem usnąI obok niej. Rano obudziI siĊ i stwierdziI, Īe Teresa, która jesz-
cze spaIa, trzyma go za rĊkĊ. CzyĪby trzymali siĊ tak przez caIą noc? WydawaIo mu siĊ
to niewiarygodne.
OddychaIa gIĊboko przez sen, trzymaIa go za rĊkĊ (mocno, nie mógI siĊ uwolnic
z tego uĞcisku), a niezmiernie ciĊĪka walizka staIa obok tapczanu.
BaI siĊ wysunąc dIoĔ z uĞcisku, Īeby jej nie zbudzic, i tylko ostroĪnie przekrĊciI
siĊ na bok, aby jej siĊ lepiej przyjrzec. Znów przyszIo mu do gIowy, Īe Teresa jest
dzieckiem, które ktoĞ wIoĪyI do koszyka natartego smoIą i puĞciI na rzekĊ. Nie moĪna
przecieĪ zostawic koszyka z dzieckiem na wzburzonej wodzie! Gdyby córka faraona
nie wyIowiIa z fal koszyka z maIym MojĪeszem, nie byIoby Starego Testamentu i caIej
naszej cywilizacji! Tyle starych mitów zaczyna siĊ od tego, Īe ktoĞ uratowaI porzucone
dziecko. Gdyby Polybos nie zaopiekowaI siĊ maIym Edypem, Sofokles nie napisaIby
swej najpiĊkniejszej tragedii!
Tomasz wtedy nie uĞwiadamiaI sobie jeszcze, Īe metafory są rzeczą niebezpieczną.
Z metaforami nie naleĪy igrac. MiIoĞc moĪe siĊ narodzic z jednej metafory.
ĩyI ze swoją pierwszą Īoną zaledwie dwa lata, spIodziI z nią jednego syna. Podczas
rozprawy rozwodowej sąd przyznaI dziecko matce i orzekI, Īe Tomasz ma pIacic na nie
jedną trzecią swej pensji. ZarĊczono mu jednoczeĞnie, Īe bĊdzie mógI widywac syna
co drugą niedzielĊ. Ale ilekroc miaI siĊ spotkac z chIopcem, matka wynajdywaIa jakąĞ
wymówkĊ. Gdyby przynosiI im drogie prezenty, zapewne Iatwiej uzyskiwaIby widzenia.
ZrozumiaI, Īe ma miIoĞc syna zdobywac przekupując matkĊ. WyobraĪaI sobie, jak bĊ-
dzie donkiszotersko staraI siĊ w przyszIoĞci wszczepiac chIopcu swoje poglądy, które
we wszystkich sprawach byIy przeciwne poglądom matki. JuĪ z góry czuI zmĊczenie,
i gdy pewnej niedzieli matka znów w ostatniej chwili odwoIaIa jego spotkanie z synem,
zdecydowaI nagle, Īe nie chce go nigdy wiĊcej widziec.
Dlaczego zresztą miaIby w stosunku do tego dziecka, z którym nie IączyIo go nic
oprócz jednej nierozsądnej nocy, odczuwac coĞ wiĊcej niĪ do jakiegokolwiek innego?
BĊdzie pieczoIowicie pIacic alimenty, ale nikt nie ma prawa od niego wymagac, aby wal-
czyI o syna w imiĊ jakichĞ ojcowskich uczuc!
Z takim poglądem oczywiĞcie nikt nie byI skIonny siĊ zgodzic. Jego wIaĞni rodzi-
ce odsądzili go od czci i wiary i oznajmili, Īe skoro Tomasz odmawia zajmowania siĊ
synem, oni równieĪ przestaną siĊ interesowac swoim. Utrzymywali za to spektakularnie
dobre stosunki z synową i pysznili siĊ wszem i wobec swym pryncypialnym stanowi-
skiem i poczuciem sprawiedliwoĞci.
W ten sposób w krótkim czasie udaIo mu siĊ pozbyc Īony, syna, matki i ojca. Pozo-
staI mu po nich wszystkich tylko lĊk przed kobietami. PragnąI ich, ale siĊ ich baI. MusiaI
znaleĨc jakiĞ kompromis pomiĊdzy tym strachem a poĪądaniem; nazwaI go ,erotyczna
przyjaĨĔ¨. MówiI swym kochankom: tylko niesentymentalny stosunek, który nie uzur-
puje sobie prawa do Īycia i wolnoĞci partnera moĪe przynieĞc obydwojgu szczĊĞcie.
PoniewaĪ chciaI miec pewnoĞc, Īe erotyczna przyjaĨĔ nie przemieni siĊ. nigdy
w agresywną miIoĞc, jego spotkania z kaĪdą ze starych kochanek dzieliIy zawsze bar-
dzo dIugie przerwy. UwaĪaI tĊ metodĊ za doskonaIą i propagowaI ją pomiĊdzy przyja-
cióImi: ,NaleĪy trzymac siĊ reguIy trzech. Albo widujesz siĊ z jakąĞ kobietą co drugi
dzieĔ, ale nie wiĊcej niĪ trzy razy, albo utrzymujesz z nią stosunki przez lata. ale tylko
pod warunkiem, Īe pomiĊdzy spotkaniami upIyną co najmniej trzy tygodnie¨.
System ten pozwoliI Tomaszowi nie zrywac ze starymi kochankami i jednocze-
Ğnie posiadac wiĊkszą iloĞc krótkotrwaIych miIostek. Nie zawsze bywaI rozumiany.
Ze wszystkich przyjacióIek najlepiej rozumiaIa go Sabina. ByIa malarką. MówiIa: ,LubiĊ
6 DTP by SHADE
ciĊ, poniewaĪ jesteĞ absolutnym przeciwieĔstwem kiczu. W królestwie kiczu byIbyĞ
monstrum. Nie istnieje Īaden scenariusz amerykaĔskiego albo radzieckiego filmu,
w którym mógIbyĞ wystąpic inaczej niĪ jako odstraszający przykIad¨. Do niej zwróciI
siĊ o pomoc, kiedy staraI siĊ zaIatwic Teresie jakąĞ pracĊ w Pradze. Zgodnie z reguIami
erotycznej przyjaĨni obiecaIa mu, Īe zrobi, co bĊdzie w jej mocy i rzeczywiĞcie wkrót-
ce wyszukaIa posadĊ w laboratorium fotograficznym tygodnika ilustrowanego. ZajĊcie
to nie wymagaIo wielkich kwalifikacji, ale jednak awansowaIo TeresĊ ze statusu kelnerki
do cechu pracowników prasy. Sama zaprowadziIa TeresĊ do redakcji. Tomasz powiedziaI
sobie w tym momencie, Īe nigdy w Īyciu nie miaI lepszej przyjacióIki od Sabiny.
.
5.
.
Niepisana umowa erotycznej przyjaĨni zakIadaIa, Īe Tomasz wykluczy ze swego
Īycia miIoĞc. Gdyby naruszyI ten warunek, reszta jego kochanek znalazIaby siĊ w sytu-
acji drugoplanowej i mogIaby siĊ zbuntowac.
Dlatego wynająI dla Teresy pokój, do którego musiaIa odnieĞc swą ciĊĪką walizĊ.
ChciaI czuwac nad nią, cieszyc siĊ jej obecnoĞcią, ochraniac ją. ale nie odczuwaI Īadnej
potrzeby, by zmieniac swój tryb Īycia. Dlatego nie chciaI, Īeby wiedziano, Īe Teresa
u niego sypia. Wspólny sen byI czymĞ w rodzaju corpus delicti miIoĞci.
Z innymi kobietami nigdy nie dzieliI snu. Kiedy byI z wizytą u nich, sprawa byIa pro-
sta - mógI odejĞc, kiedy chciaI. Trudniej bywaIo, kiedy one przychodziIy do niego i mu-
siaI im wyjaĞniac, Īe po póInocy odwiezie je do domu, poniewaĪ ma problemy z bez-
sennoĞcią i nie jest w stanie usnąc w bezpoĞredniej bliskoĞci innego czIowieka. Nie byIo
to dalekie od prawdy, ale gIówny powód byI gorszy i nie miaI odwagi nikomu siĊ z niego
zwierzyc: po stosunku miIosnym odczuwaI nieprzezwyciĊĪalne pragnienie samotnoĞci;
nie znosiI budzic siĊ w Ğrodku nocy przy boku obcej istoty; czuI wstrĊt do wspólnego
wstawania rano; nie ĪyczyI sobie, by ktoĞ sIyszaI jak myje zĊby w Iazience; rytuaI Ğnia-
dania we dwoje go nie pociągaI.
Dlatego tak go zaskoczyIo, kiedy przebudziI siĊ, a Teresa mocno ĞciskaIa jego rĊkĊ.
PrzyglądaI jej siĊ i nie mógI zrozumiec, co siĊ wIaĞciwie staIo. PrzypominaI sobie minio-
ne godziny i wydawaIo mu siĊ, Īe pIynie od nich zapach jakiegoĞ nieznanego szczĊĞcia.
Od tego czasu oboje z radoĞcią oczekiwali wspólnego snu. MoĪna by prawie powiedziec,
Īe celem ich kochania siĊ nie byIa rozkosz, ale sen, który po niej przychodziI. Szczegól-
nie ona nie mogIa spac bez niego. Kiedy zostawaIa czasem sama w swym wynajĊtym
pokoju (który stawaI siĊ coraz bardziej czystym alibi), nie mogIa usnąc przez caIą noc.
W jego objĊciach usypiaIa natychmiast, nawet gdy byIa bardzo zdenerwowana. Opo-
wiadaI jej szeptem bajki, które dla niej wymyĞlaI, jakieĞ nonsensy, powtarzaI kojące
lub zabawne sIowa. Te sIowa przemieniaIy siĊ w niej w mgliste wizje, które prowadziIy
ją w pierwszy sen. PanowaI caIkowicie nad jej snem: usypiaIa dokIadnie w tej sekun-
dzie, którą wybraI. Kiedy spali, trzymaIa go jak pierwszej nocy: mocno ĞciskaIa jego
przegub, jego palec, jego kostkĊ. JeĞli chciaI siĊ uwolnic, nie budząc jej, musiaI ucie-
kac siĊ do wybiegów. OswobadzaI palec (przegub, kostkĊ) co zawsze na póI ją budzi-
Io, bo nawet przez sen dobrze go pilnowaIa. UspokajaIa siĊ, kiedy wsuwaI jej do rĊki
zamiast swej dIoni jakiĞ przedmiot (zwiniĊtą piĪamĊ, pantofel, ksiąĪkĊ), który potem
mocno ĞciskaIa, jakby to byIa czĊĞc jego ciaIa.
Pewnego razu, kiedy juĪ prawie ją uĞpiI - znajdowaIa siĊ w pierwszym przedsionku
snu, tak Īe byIa jeszcze w stanie odpowiadac na jego pytania - powiedziaI do niej:
- Tak. A teraz odejdĊ.
- Dokąd? - spytaIa.
- Daleko - odpowiedziaI surowym gIosem.
- IdĊ z tobą! - krzyknĊIa i podniosIa siĊ na IóĪku.
- Nie. Nie moĪesz. OdchodzĊ na zawsze - powiedziaI i wyszedI do przedpokoju.
WstaIa z przymkniĊtymi oczyma i szIa za nim. MiaIa na sobie krótką koszulkĊ, pod
7
DTP by SHADE
którą byIa naga. Jej twarz byIa nieruchoma, bez wyrazu, ale ruchy energiczne. WyszedI
z przedpokoju na klatkĊ schodową i zamknąI przed nią drzwi. OtworzyIa je gwaItownie
i szIa za nim, przekonana we Ğnie, Īe chce od niej odejĞc na zawsze i Īe musi go za-
trzymac. ZszedI po schodach póI piĊtra i tam na nią czekaI. ZeszIa do niego, chwyciIa
go za rĊkĊ i zaprowadziIa z powrotem do IóĪka.
Tomasz powiedziaI sobie: kochac siĊ z kobietą i spac z nią to dwie namiĊtnoĞci nie
tylko róĪne, ale prawie przeciwstawne. MiIoĞc nie wyraĪa siĊ w pragnieniu spóIkowania
(to pragnienie dotyczy przecieĪ niezliczonej iloĞci kobiet), ale w pragnieniu wspólnego
snu (to pragnienie dotyczy tylko jednej, jedynej kobiety).
.
6.
.
W Ğrodku nocy zaczĊIa jĊczec przez sen. Tomasz zbudziI ją, ale kiedy zobaczyIa
jego twarz, powiedziaIa z nienawiĞcią: ,IdĨ sobie! IdĨ sobie!¨ Potem opowiedziaIa mu,
co jej siĊ ĞniIo. Byli gdzieĞ razem z Sabiną. ZnaleĨli siĊ w wielkim pokoju. PoĞrodku
staIo IóĪko, jak podium w teatrze. Tomasz kazaI jej stanąc w kącie i potem na jej oczach
kochaI siĊ z Sabiną. Widok ten sprawiaI jej cierpienie, którego nie byIa w stanie wy-
trzymac. ChciaIa zagIuszyc ból duszy przy pomocy bólu fizycznego i wbijaIa sobie igIy
pod paznokcie. ,To tak strasznie bolaIo¨ - mówiIa i zwieraIa dIonie w piĊĞci, jakby byIy
naprawdĊ poranione.
ObjąI ją, a ona powoli (dIugo jeszcze drĪaIa) usypiaIa w jego ramionach.
Kiedy nastĊpnego dnia myĞlaI o tym Ğnie, coĞ mu siĊ przypomniaIo. OtworzyI szu-
fladĊ biurka i wyjąI z niej paczuszkĊ listów od Sabiny. Szybko znalazI wIaĞciwe miejsce:
,ChciaIabym siĊ kochac z tobą w mojej pracowni, jak gdyby to byIa scena. WokoIo sta-
liby ludzie i nie mogliby siĊ zbliĪyc ani o krok. Ale nie mogliby spuĞcic z nas wzroku...¨
Najgorsze byIo to, Īe na liĞcie byIa data. PochodziI z niedawnych czasów, kiedy Te-
resa mieszkaIa juĪ u Tomasza.
- GrzebaIaĞ w moich listach! - zaatakowaI ją. Nie zaprzeczyIa i powiedziaIa:
- WiĊc mnie wyrzuc!
Ale nie wyrzuciI jej. WidziaI ją, jak stoi przyklejona do Ğciany pracowni Sabiny
i wbija sobie igIy pod paznokcie. WziąI w swą dIoĔ jej palce, gIadziI je, przykIadaI do ust
i caIowaI, jakby byIy na nich jeszcze Ğlady krwi.
Od tego momentu wszystko siĊ przeciw niemu sprzysiĊgIo. Prawie kaĪdego dnia
dowiadywaIa siĊ jakiegoĞ nowego szczegóIu o jego tajnym Īyciu miIosnym.
Z początku wszystkiego siĊ wypieraI. Ale kiedy dowody byIy zbyt oczywiste, zaczy-
naI argumentowac, Īe jego poligamiczne Īycie miIosne nie pozostaje w Īadnej sprzecz-
noĞci z miIoĞcią do niej. Nie byI konsekwentny: chwilami wypieraI siĊ swych zdrad,
chwilami je usprawiedliwiaI.
KtóregoĞ razu dzwoniI do pewnej kobiety, Īeby umówic siĊ z nią na schadzkĊ.
KoĔcząc rozmowĊ, usIyszaI z sąsiedniego pokoju dziwny dĨwiĊk, jak gdyby ktoĞ gIoĞno
szczĊkaI zĊbami.
Przypadek sprawiI, Īe przyszIa do niego, a on o tym nie wiedziaI.
TrzymaIa w rĊce buteleczkĊ ze Ğrodkiem uspokajającym, wlewaIa go sobie w usta,
trzĊsIa jej siĊ rĊka i szkIo uderzaIo o zĊby.
RzuciI siĊ ku niej, jakby ratowaI ją przed utoniĊciem. Buteleczka z walerianą upa-
dIa na ziemiĊ i rozlaIa siĊ na dywan. BroniIa siĊ, chciaIa mu siĊ wyrwac, a on trzymaI
ją przez kwadrans jak w kaftanie bezpieczeĔstwa, dopóki jej nie uspokoiI.
WiedziaI, Īe znalazI siĊ w sytuacji nie do usprawiedliwienia, poniewaĪ jest ona
oparta na gIĊbokiej nierównoĞci.
Jeszcze zanim odkryIa jego korespondencjĊ z Sabiną, byli razem z kilku przyjacióI-
mi w barze. ĝwiĊtowali nową pracĊ Teresy. OpuĞciIa laboratorium i zostaIa fotorepor-
terką w tym samym tygodniku. PoniewaĪ Tomasz nie lubiI taĔczyc, zająI siĊ Teresą jego
mIodszy kolega. Wspaniale wyglądali na parkiecie i Teresa wydawaIa mu siĊ piĊkniej-
8 DTP by SHADE
sza niĪ kiedykolwiek. PrzyglądaI siĊ ze zdziwieniem, z jaką precyzją i posIuszeĔstwem
wyprzedza o uIamek sekundy wolĊ swego partnera. Ten taniec zdawaI siĊ dowodzic,
Īe to jej oddanie, ta jakaĞ radosna ochota, by robic wszystko, czego tylko Tomasz moĪe
zapragnąc nie byIa nieodIącznie związana z osobą Tomasza, ale Īe mogIa odpowiedziec
na apel jakiegokolwiek mĊĪczyzny, którego spotkaIaby zamiast niego. Bardzo Iatwo
moĪna byIo sobie wyobrazic, Īe Teresa i jego kolega są kochankami. LatwoĞc tego wy-
obraĪenia zraniIa go! UĞwiadomiI sobie, Īe ciaIo Teresy bez Īadnych trudnoĞci moĪna
sobie wyobrazic w miIosnym poIączeniu z jakimkolwiek mĊskim ciaIem i wpadI w zIy
humor. Dopiero póĨno w nocy, kiedy wrócili do domu, przyznaI jej siĊ, Īe byI zazdrosny.
Ta absurdalna zazdroĞc, dotycząca tylko hipotetycznej moĪliwoĞci byIa dowodem,
Īe uwaĪaI jej wiernoĞc za nienaruszalny warunek ich związku. JakĪe mógI miec jej
za zIe, Īe byIa zazdrosna o jego rzeczywiste przecieĪ kochanki.
.
7.
.
W ciągu dnia staraIa siĊ (z czĊĞciowym powodzeniem) wierzyc w to, co Tomasz
mówi i byc pogodną, jak przedtem. Hamowana za dnia zazdroĞc przejawiaIa siĊ tym
gwaItowniej w jej snach. KaĪdy koĔczyI siĊ jĊkiem, z którego musiaI ją budzic.
Te sny powtarzaIy siĊ jak temat z wariacjami albo jak serial telewizyjny. CzĊ-
sto na przykIad powracaI sen o kotkach, które skakaIy jej do gardIa i wbijaIy pazury
w skórĊ. MoĪemy to caIkiem prosto wyjaĞnic: kociak w czeskim slangu oznacza Iadną
kobietĊ. Teresa czuIa siĊ zagroĪona przez kobiety, wszystkie kobiety. Wszystkie kobiety
byIy potencjalnymi kochankami Tomasza, a ona siĊ ich baIa.
W innym cyklu snów byIa skazywana na Ğmierc. Raz, w Ğrodku nocy, kiedy obudziI
ją, krzyczącą z przeraĪenia, opowiedziaIa mu: ,ByI to ogromny kryty basen. ByIo nas
tak ze dwadzieĞcia. Same kobiety. Wszystkie byIyĞmy nagie i musiaIyĞmy maszerowac
wokóI basenu. Pod sufitem zawieszono kosz, w którym staI mĊĪczyzna. MiaI na gIowie
kapelusz z szerokim rondem, które zasIaniaIo mu twarz, ale ja wiedziaIam, Īe to ty. Wy-
dawaIeĞ nam rozkazy. KrzyczaIeĞ. MusiaIyĞmy maszerowac, Ğpiewac i robic przysiady.
Kiedy któraĞ Ĩle wykonaIa przysiad, strzelaIeĞ do niej z pistoletu i ona martwa wpadaIa
do basenu. W tym momencie wszystkie zaczynaIy siĊ Ğmiac i ĞpiewaIy jeszcze gIoĞniej.
Ty nie spuszczaIeĞ z nas wzroku i gdy któraĞ znów zrobiIa coĞ Ĩle, strzelaIeĞ do niej.
Basen byI peIen trupów unoszących siĊ tuĪ pod powierzchnią. A ja wiedziaIam, Īe nie
bĊdĊ w stanie wykonac kolejnego przysiadu i Īe mnie zastrzelisz¨.
Trzeci cykl snów opowiadaI o tym, Īe jest martwa.
LeĪaIa w karawanie tak ogromnym jak ciĊĪarówka do przeprowadzek. Obok niej
leĪaIo mnóstwo nieĪywych kobiet. ByIo ich tak duĪo, Īe nie moĪna byIo domknąc klapy
i nogi niektórych wystawaIy na zewnątrz.
Teresa krzyczaIa:
- Ja przecieĪ nie jestem martwa! PrzecieĪ ja wszystko czujĊ!
- My teĪ wszystko czujemy - ĞmiaIy siĊ trupy.
ĝmiaIy siĊ zupeInie takim samym Ğmiechem jak Īywe kobiety, które jej kiedyĞ
mówiIy z radoĞcią, Īe to przecieĪ zupeInie normalne, Īe jej zĊby siĊ zepsują, Īe bĊdzie
miaIa chore jajniki i zmarszczki, poniewaĪ one równieĪ mają zepsute zĊby, chore jaj-
niki i zmarszczki. ĝmiejąc siĊ tak samo wyjaĞniaIy jej teraz, Īe jest martwa i Īe to tak
wIaĞnie powinno byc.
Potem nagle zachciaIo jej siĊ siusiac. KrzyknĊIa:
- PrzecieĪ chce mi siĊ siusiac! To dowodzi, Īe nie umarIam! A one znowu wybuch-
nĊIy Ğmiechem:
- To normalne, Īe chce ci siĊ siusiac. Wszystkie te uczucia pozostają jeszcze przez
dIuĪszy czas. To tak, jak kiedy amputują komuĞ rĊkĊ, a on jeszcze dIugo ją czuje.
My juĪ nie mamy moczu, a mimo to jeszcze ciągle chce nam siĊ siusiac.
Teresa przytulaIa siĊ do Tomasza:
9
DTP by SHADE
- I wszystkie mówiIy mi ty, jak gdyby znaIy mnie od dawna, jakby byIy moimi ko-
leĪankami, a ja byIam przeraĪona Īe muszĊ z nimi zostac na wieki!
.
8.
.
Wszystkie jĊzyki pochodzące z Iaciny tworzą sIowo ,wspóIczucie¨ z przedrostka
wspóI- (com-) i ze sIowa, które wyraĪa mĊkĊ (com-passion). Inne jĊzyki, na przykIad
czeski, polski, niemiecki, szwedzki rzeczownik o podobnym znaczeniu tworzą z takiego
samego przedrostka, ale ze sIowa czucie (po czesku: sou-cit, po polsku wspóI-czucie,
po niemiecku: Mit-gefühl, po szwedzku: med-känsla).
W jĊzykach pochodzących z Iaciny sIowo wspóIczucie (compassion) oznacza: nie
moĪemy przyglądac siĊ z chIodnym sercem cierpieniu innych, albo: czujemy związek
z tym, kto cierpi. W innym sIowie o podobnym znaczeniu, pitié (po angielsku pity,
po wIosku pietà itd.) pobrzmiewa nawet jakiĞ rodzaj wyĪszoĞci w stosunku do tego,
który cierpi. Avoir de la pitié pour une femme oznacza, Īe jesteĞmy w lepszej sytuacji
niĪ kobieta, Īe schylamy siĊ ku niej, zniĪamy.
To jest powód, dla którego compassion albo pitié wzbudza nieufnoĞc; wydaje siĊ,
Īe oznacza gorsze, drugorzĊdne uczucia, które nie mają nic wspólnego z miIoĞcią. Ko-
chac kogoĞ z litoĞci to znaczy nie kochac go naprawdĊ.
W jĊzykach, które tworzą sIowo ,wspóIczucie¨ nie z korzenia cierpienie (passio),
ale z rzeczownika uczucie, uĪywa siĊ go w podobnym znaczeniu, ale nie moĪna prze-
cieĪ powiedziec, Īe oznacza drugorzĊdne, zIe uczucie. Tajemna siIa jego etymologii
opromienia sIowo innym ĞwiatIem i nadaje mu szersze znaczenie: wspóIczuc to znaczy
przeĪywac wraz z innym jego nieszczĊĞcia, ale równieĪ wszelkie inne uczucia: radoĞc,
lĊk. szczĊĞcie, ból. To wspóIczucie (w sensie soucit, Mitgefühl, medkänsla) oznacza wiĊc
maksymalna zdolnoĞc uczuciowej wyobraĨni, sztukĊ uczuciowej telepatii: jest to w hie-
rarchii uczuc uczucie najwyĪsze.
Sen Teresy o wbijaniu igieI pod paznokcie zdradziI Tomaszowi, Īe przeglądaIa
po kryjomu jego szuflady. Gdyby jakaĞ inna kobieta zrobiIa mu coĞ takiego, w Īyciu
by siĊ juĪ do niej nie odezwaI. Teresa wiedziaIa to i dlatego powiedziaIa mu: ,Wyrzuc
mnie!¨ Tymczasem nie tylko jej nie wyrzuciI, ale wziąI ją za rĊkĊ i caIowaI koniuszki jej
palców, poniewaĪ w tym momencie sam czuI ból za jej paznokciami, jak gdyby nerwy
jej palców prowadziIy wprost do jego kory mózgowej.
JeĞli czIowiek nie jest obdarzony diabelskim darem zwanym wspóIczuciem, nie po-
zostaje mu nic innego jak chIodno osądzic czyn Teresy, bo przecieĪ prywatnoĞc czIowie-
ka jest rzeczą ĞwiĊta i nie naleĪy otwierac szuflad z jego intymną korespondencją. Ale
poniewaĪ wspóIczucie staIo siĊ losem (czy teĪ przekleĔstwem) Tomasza, wydawaIo mu
siĊ, Īe sam klĊczy przed otwarta szufladą biurka i nie moĪe oderwac wzroku od zdaĔ
napisanych przez SabinĊ. RozumiaI TeresĊ i nie byI w stanie gniewac siĊ na nią, prze-
ciwnie - kochaI ją jeszcze bardziej.
.
9.
.
Jej gesty staIy siĊ gwaItowne i nerwowe. UpIynĊIy juĪ dwa lata od momentu, w któ-
rym odkryIa jego zdrady. Im dIuĪej to trwaIo, tym trudniej je znosiIa. Sytuacja byIa bez
wyjĞcia.
Czy naprawdĊ miaI zarzucic swe erotyczne przyjaĨnie? Nie mógI. Nie miaI siIy opa-
nowac poĪądania do innych kobiet. Oprócz tego wydawaIo mu siĊ to niepotrzebne. Nikt
nie wiedziaI lepiej od niego, Īe jego przygody w niczym nie zagraĪają Teresie. Dlacze-
góĪ miaIby z nich rezygnowac? WydawaIo mu siĊ to równie bezsensowne, jak gdyby
miaI zaprzestac chodzenia na mecze piIki noĪnej. Ale czy byIa w nich jeszcze jakaĞ
radoĞc? Idąc do innej kobiety, z góry czuI do niej niechĊc i obiecywaI sobie, Īe widzi
siĊ z nią po raz ostatni. CaIy czas miaI przed oczyma obraz Teresy i Īeby o niej nie my-
10 DTP by SHADE
Ğlec, musiaI siĊ upijac. Odkąd poznaI TeresĊ, nie mógI kochac siĊ z innymi kobietami
bez alkoholu. Ale wIaĞnie zapach alkoholu w jego oddechu byI dla Teresy tropem, który
sygnalizowaI jej jego zdrady. ZamknĊIa siĊ nad nim puIapka: w momencie, kiedy szedI
do kochanek, juĪ nie miaI na nie ochoty, ale wystarczyI chocby jeden dzieĔ bez nich,
by zaczynaI wykrĊcac numery telefonów i umawiac siĊ na randki. Stosunkowe najlepiej
byIo mu u Sabiny; wiedziaI, Īe jest dyskretna i Īe nie musi siĊ lĊkac, iĪ go wyda. Jej
pracownia witaIa go jak wspomnienie minionego Īycia, idyllicznego Īycia starego ka-
walera.
Byc moĪe sam sobie nie uĞwiadamiaI, jak bardzo siĊ zmieniI: lĊkaI siĊ wrócic póĨno
do domu, poniewaĪ Teresa czekaIa na niego. Sabina zauwaĪyIa nawet raz, Īe w trakcie
aktu miIosnego spogląda na zegarek i stara siĊ przyspieszyc jego finaI.
PrzechadzaIa siĊ potem naga leniwym krokiem po pracowni, stanĊIa przed sztalu-
gami z rozpoczĊtym obrazem i z ukosa przyglądaIa siĊ, jak Tomasz szybko siĊ ubiera.
ByI juĪ ubrany, tylko jedną nogĊ miaI bosą. RozejrzaI siĊ wokóI, potem na czwora-
kach zacząI szukac czegoĞ pod stoIem.
- Kiedy tak patrzĊ na ciebie, mam wraĪenie, Īe zmieniasz siĊ w wieczny temat
moich obrazów - powiedziaIa. - Spotkanie dwóch Ğwiatów. Podwójna ekspozycja. Zza
postaci Tomasza-libertyna przeĞwituje twarz romantycznego kochanka. Albo na odwrót
- poprzez postac Tristana, który myĞli wyIącznie o swojej Teresie widac piĊkny, zdra-
dzony Ğwiat libertyna.
Tomasz podniósI siĊ, sIuchając jej z roztargnieniem.
- Czego szukasz? - zapytaIa.
- Skarpetki.
Razem z nim rozglądaIa siĊ po pomieszczeniu, a on znów opadI na czworaki i szukaI
pod stoIem.
- Nigdzie nie ma tej twojej skarpetki - powiedziaIa Sabina. - MusiaIeĞ przyjĞc
bez niej.
- Jak mogIem przyjĞc bez skarpetki! - krzyczaI Tomasz spoglądając na zegarek.
- PrzecieĪ nie przyszedIem w jednej!
- Nie moĪna tego wykluczyc. W ostatnich czasach jesteĞ bardzo roztargniony. Cią-
gle dokądĞ siĊ spieszysz, patrzysz na zegarek... Nic dziwnego, Īe zapominasz wIoĪyc
drugą skarpetkĊ.
ByI juĪ zdecydowany zaIoĪyc but na bosą stopĊ.
- Na dworze jest strasznie zimno - powiedziaIa Sabina. - PoĪyczĊ ci poĔczochĊ.
PodaIa mu dIugą, biaIą poĔczochĊ, modną, aĪurową. WiedziaI, Īe jest to zemsta
za to, Īe zerkaI na zegarek, kiedy siĊ z nią kochaI. GdzieĞ tĊ skarpetkĊ schowaIa. ByIo
naprawdĊ zimno, wiĊc nie pozostaIo mu nic innego, niĪ siĊ jej podporządkowac. Odcho-
dziI do domu mając na jednej nodze skarpetkĊ, na drugiej biaIą, zrolowaną nad kostką
damską poĔczochĊ.
ByI w sytuacji bez wyjĞcia: w oczach kochanek byI naznaczony haniebnym piĊtnem
miIoĞci do Teresy, w oczach Teresy haniebnym piĊtnem swych przygód.
ĩeby zmniejszyc jej mĊki, oĪeniI siĊ z nią (mogli wreszcie zrezygnowac, z wynaj-
mowania pokoju, w którym juĪ od dawna nie mieszkaIa) i znalazI dla niej szczeniaka.
UrodziI siĊ suczce jego kolegi. Suczka byIa psem Ğw. Bernarda, ojcem szczeniąt byI
wilk sąsiada. MaIych bĊkartów nikt nie chciaI, a koledze Īal byIo je zabic.
Tomasz wybieraI pomiĊdzy szczeniĊtami i wiedziaI, Īe te, których nie wybierze,
bĊdą musiaIy umrzec. CzuI siĊ jak prezydent paĔstwa, który stoi przed czterema ska-
zaĔcami i ma prawo udzielic Iaski tylko jednemu. W koĔcu wybraI suczkĊ, której ciaIo
wydawaIo siĊ przypominac wilka, a gIowa bernardyna. PrzyniósI ją Teresie. PodniosIa
pieska, przycisnĊIa do piersi, a on natychmiast obsikaI jej bluzkĊ.
Potem szukali dla niego imienia. Tomasz chciaI, Īeby juĪ imiĊ wskazywaIo, Īe pie-
sek naleĪy do Teresy i przypomniaI sobie ksiąĪkĊ, którą trzymaIa pod pachą, kiedy
przyjechaIa nieoczekiwanie do Pragi. ZaproponowaI, Īeby nazwac szczeniĊ ToIstoj.
11
DTP by SHADE
- To nie moĪe byc ToIstoj - zaoponowaIa Teresa. - Ono jest przecieĪ dziewczynką.
MoĪe byc Anna Karenina.
- Nie moĪe byc Anna Karenina, takiej Ğmiesznej mordy nie moĪe miec Īadna ko-
bieta - powiedziaI Tomasz. - To raczej Karenin. Tak, Karenin. DokIadnie tak go sobie
zawsze wyobraĪaIem.
- Ale czy nie skomplikuje jej toĪsamoĞci seksualnej, jeĞli bĊdziemy na nią woIac
Karenin?
- Niewykluczone - powiedziaI Tomasz - Īe suczka, na którą paĔstwo woIają nie-
ustannie jak na psa, bĊdzie miaIa lesbijskie skIonnoĞci.
SIowa Tomasza speIniIy siĊ w dziwny sposób. Choc zwykle suczki bardziej lgną
do panów niĪ paĔ, z Kareninem byIo na odwrót. ZdecydowaI siĊ zakochac w Teresie.
Tomasz byI mu za to wdziĊczny. GIadziI go po gIowie i mówiI do niego:
- Dobrze robisz, Kareninie. DokIadnie tego od ciebie oczekiwaIem. JeĞli ja sam nie
mogĊ jej wystarczyc, musisz mi pomóc.
Ale nawet Karenin nie zdoIaI uczynic jej szczĊĞliwą. Tomasz uĞwiadomiI to sobie
mniej wiĊcej w 10 dni po tym, jak ich kraj najechaIy rosyjskie czoIgi. ByI sierpieĔ 1968.
Do Tomasza codziennie dzwoniI z Zurychu dyrektor tamtejszego szpitala, z którym To-
masz zaprzyjaĨniI siĊ kiedyĞ na jakiejĞ konferencji miĊdzynarodowej. BaI siĊ o Tomasza
i proponowaI mu pracĊ u siebie.
.
10.
.
JeĞli Tomasz odrzuciI propozycjĊ Szwajcara niemalĪe bez namysIu, uczyniI
to ze wzglĊdu na TeresĊ. ZakIadaI, Īe nie chciaIaby tam jechac. SpĊdziIa przecieĪ caIe
pierwsze siedem dni okupacji w stanie upojenia, które niemalĪe przypominaIo szczĊ-
Ğcie. BiegaIa po ulicach z aparatem fotograficznym i rozdawaIa zdjĊcia zagranicznym
korespondentom, którzy wyrywali je sobie z rąk. Raz, kiedy zachowywaIa siĊ juĪ zbyt
bezczelnie i fotografowaIa z bliska oficera, który mierzyI z pistoletu do ludzi, zaareszto-
wali ją i przetrzymali przez noc w radzieckiej komendanturze. Grozili jej, Īe ją zastrzelą,
ale ledwie ją wypuszczono, znów wybiegIa na ulice i znów fotografowaIa.
Dlatego tak zaskoczyIo Tomasza, kiedy dziesiątego dnia okupacji powiedziaIa:
- A wIaĞciwie dlaczego nie chcesz wyjechac do Szwajcarii?
- A dlaczego miaIbym wyjeĪdĪac?
- Mają tu z tobą swoje porachunki.
- Z kim nie mają - machnąI rĊką Tomasz. - Powiedz mi raczej, czy umiaIabyĞ Īyc
za granicą.
- Czemu nie?
- WidziaIem, Īe byIaĞ zdolna ryzykowac dla tego kraju Īycie. Jak to moĪliwe,
Īe mogIabyĞ go teraz opuĞcic?
- Odkąd Dubczek wróciI, wszystko siĊ zmieniIo - odpowiedziaIa Teresa.
ByIa to prawda; ogólna euforia trwaIa tylko przez siedem pierwszych dni okupa-
cji. Czescy przywódcy zostali porwani przez rosyjską armiĊ jak zbrodniarze, nikt nie
wiedziaI, gdzie siĊ znajdują, wszyscy drĪeli o ich Īycie i nienawiĞc do Rosjan odurza-
Ia ludzi jak alkohol. ByIo to pijane ĞwiĊto nienawiĞci. Czeskie miasta byIy ozdobione
tysiącami malowanych rĊcznie plakatów peInych pogardliwych i ironicznych napisów,
epigramów, wierszyków, karykatur BreĪniewa i jego armii, z której wszyscy wyĞmiewali
siĊ jak z cyrku analfabetów. Ale Īadne ĞwiĊto nie moĪe trwac wiecznie. W miĊdzycza-
sie Rosjanie zmusili zaaresztowanych przywódców czeskich, Īeby podpisali w Moskwie
coĞ w rodzaju kompromisu. Dubczek powróciI z tym do Pragi i czytaI przez radio swe
przemówienie. Po szeĞciodniowym wiĊzieniu byI tak zdruzgotany, Īe nie mógI mówic,
jąkaI siĊ, z trudem chwytaI oddech, tak Īe miĊdzy poszczególnymi zdaniami zapadaIy
niekoĔczące siĊ, niemal póIminutowe pauzy.
Kompromis uratowaI kraj od najgorszego: od egzekucji i masowych wywózek
12 DTP by SHADE
na Sybir, których wszyscy siĊ bali. Ale jedna rzecz staIa siĊ jasna: Czechy bĊdą musiaIy
ukorzyc siĊ przed zdobywcą: juĪ zawsze bĊdą siĊ jąkac i z trudem chwytac oddech jak
Aleksander Dubczek. ĝwiĊto siĊ skoĔczyIo. NadszedI powszedni dzieĔ poniĪenia.
Wszystko to mówiIa Teresa Tomaszowi, a on wiedziaI, Īe ma racjĊ, ale Īe pod
tą racją kryje siĊ inna, bardziej podstawowa przyczyna, dla której Teresa chce wyjechac
z Pragi: jest nieszczĊĞliwa.
NajpiĊkniejsze dni swego Īycia przeĪyIa fotografując na praskich ulicach rosyjskich
ĪoInierzy i igrając z niebezpieczeĔstwem. To byI jedyny okres, w którym telewizyjny se-
rial jej snów przerwaI siĊ i jej noce byIy szczĊĞliwe. Rosjanie przynieĞli jej na czoIgach
spokój wewnĊtrzny. Teraz, kiedy ĞwiĊto minĊIo, znów boi siĊ nocy i pragnie przed nimi
uciec. DowiedziaIa siĊ, Īe istnieją okolicznoĞci, w których moĪe czuc siĊ silna i spokojna
i pragnie teraz pojechac w Ğwiat w nadziei, Īe je gdzieĞ odnajdzie.
- A czy ci nie przeszkadza - spytaI Tomasz - Īe Sabina równieĪ wyemigrowaIa
do Szwajcarii?
- Genewa to nie Zurych - odpowiedziaIa Teresa. - Na pewne bĊdzie mi tam prze-
szkadzac mniej niĪ w Pradze.
CzIowiek, który pragnie opuĞcic miejsce, w którym Īyje, nie jest szczĊĞliwy. Dlate-
go Tomasz przyjąI pragnienie emigracji Teresy jak winny przyjmuje wyrok. Podporząd-
kowaI mu siĊ. i pewnego dnia znaleĨli siĊ wraz z Teresą i Kareninem w Szwajcarii.
.
11.
.
KupiI IóĪko do pustego mieszkania (na inne meble nie mieli na razie pieniĊdzy)
i rzuciI siĊ do pracy z wĞciekIą zaciĊtoĞcią czIowieka, który zaczyna po czterdziestce
nowe Īycie.
Kilkakrotnie dzwoniI do Sabiny do Genewy. MiaIa szczĊĞcie, Īe wernisaĪ jej wysta-
wy odbyI siĊ na tydzieĔ przed rosyjską inwazją: szwajcarscy miIoĞnicy sztuki dali siĊ
porwac fali sympatii dla maIego kraju i wykupili wszystkie jej obrazy.
- DziĊki Ruskim staIam siĊ bogata - ĞmiaIa siĊ przez telefon i zapraszaIa Tomasza
do swojej nowej pracowni, która ponoc nie róĪni siĊ zbytnio od tej, którą Tomasz znaI
w Pradze.
ChĊtnie by ją odwiedziI, ale nie znalazI Īadnej wymówki, która by mogIa Teresie
wytIumaczyc jego wyjazd. Sabina przyjechaIa wiĊc do Zurychu. ZatrzymaIa siĊ w ho-
telu. Tomasz przyszedI do niej po pracy, zadzwoniI z recepcji, a potem wszedI na górĊ.
OtworzyIa mu. stojąc przed nim na swych piĊknych, wysokich nogach, rozebrana, tylko
w biustonoszu i majtkach. Na gIowie miaIa czarny melonik. PatrzyIa na niego dIugo bez
ruchu i nic nie mówiIa. Tomasz milczaI. Potem uĞwiadomiI sobie nagle, Īe jest wzru-
szony. ZdjąI z jej gIowy melonik i poIoĪyI go na szafce koIo IóĪka. Potem kochali siĊ nie
przemówiwszy do siebie ani sIowa.
Kiedy odchodziI z hotelu do swego szwajcarskiego mieszkania (w którym juĪ dawno
staIy stóI, krzesIa, fotele, leĪaI dywan), powtarzaI sobie z radoĞcią, Īe niesie ze sobą
swój sposób Īycia jak ĪóIw nosi swój dom.
Ale wIaĞnie dlatego, Īe niósI swój sposób Īycia zawsze ze sobą, Teresa miaIa ciągle
takie same sny.
Byli juĪ w Zurychu od szeĞciu czy siedmiu miesiĊcy, kiedy wróciwszy do domu póĨ-
nym wieczorem znalazI na stole list. OznajmiaIa mu, Īe wraca do Pragi. Wraca dlatego,
Īe nie ma siIy Īyc za granicą. Wie, Īe powinna tu byc dla Tomasza oparciem i wie rów-
nieĪ, Īe tego nie potrafi. MyĞlaIa naiwnie, Īe zagranica ją odmieni.
WierzyIa, Īe po tym, co przeĪyIa w dniach inwazji, nie bĊdzie juĪ nigdy maIostko-
wa, Īe stanie siĊ dorosIa, mądra i silna, ale przeceniIa samą siebie. Jest dla niego ciĊĪa-
rem, a nie chce nim byc. PostanowiIa wyciągnąc z tego wnioski, zanim bĊdzie za póĨno.
Przeprasza go, Īe zabraIa z sobą Karenina.
PoIknąI mocne proszki nasenne, mimo to usnąI dopiero nad ranem. Na szczĊĞcie
13
DTP by SHADE
byIa sobota i mógI zostac w domu. Sto razy rozwaĪaI caIą sytuacjĊ wte i wewte. Granice
miĊdzy Czechami a resztą Ğwiata nie są juĪ otwarte jak w czasach, kiedy wyjechali. Nie
przywoIa Teresy z powrotem za pomocą Īadnych telefonów i telegramów. UrzĊdy juĪ jej
nie wypuszczą za granicĊ. Jej odjazd jest niewiarygodnie ostateczny.
ĝwiadomoĞc, Īe jest zupeInie bezradny, podziaIaIa na niego jak uderzenie paIką
w gIowĊ, ale jednoczeĞnie go uspokoiIa. NikI go nie zmuszaI, Īeby siĊ na cokolwiek de-
cydowaI. Nie musiaI gapic siĊ na mury przeciwlegIych kamienic i pytac siebie, czy chce,
czy teĪ nie chce z nią Īyc. Teresa o wszystkim zadecydowaIa sama.
PoszedI na obiad do restauracji. ByIo mu smutno, ale w trakcie jedzenia począt-
kowe uczucie rozpaczy jakby siĊ zmĊczyIo, osIabIo, aĪ przeszIo w melancholiĊ. PatrzyI
wstecz na lata. które z nią przeĪyI i wydawaIo mu siĊ, Īe ich historia nie mogIa zamknąc
siĊ lepiej, niĪ siĊ zamknĊIa. Gdyby ktoĞ tĊ historiĊ wymyĞliI, musiaIby ją zakoĔczyc
w taki wIaĞnie sposób:
Teresa przyszIa do niego pewnego dnia, mimo Īe jej nie zapraszaI. Pewnego dnia
w taki sam sposób odeszIa. PrzyjechaIa z jedną, ciĊĪką walizką. I z jedną ciĊĪką walizką
odjechaIa.
ZapIaciI, wyszedI z restauracji i przechadzaI siĊ po ulicach peIen coraz piĊkniejszej
melancholii. MiaI za sobą siedem lat Īycia z Teresą i stwierdzaI teraz, Īe te lata byIy
piĊkniejsze we wspomnieniu niĪ wtedy, kiedy je przeĪywaI.
MiIoĞc miĊdzy nim a Teresą byIa piĊkna, ale mĊcząca: musiaI ciągle coĞ ukrywac,
maskowac, udawac, naprawiac, utrzymywac ją w dobrym humorze, pieĞcic, udowad-
niac nieustannie swe uczucie, byc oskarĪanym przez jej zazdroĞc, jej cierpienie, jej sny,
czuc siĊ winnym, usprawiedliwiac siĊ i przepraszac. Ten wysiIek teraz zniknąI, a piĊkno
zostaIo. Sobota chyliIa siĊ ku wieczorowi, przechadzaI siĊ sam po Zurychu i wdychaI
zapach wolnoĞci. Za rogiem kaĪdej ulicy kryIa siĊ przygoda. PrzyszIoĞc znów staIa siĊ
tajemnicą, znów przywrócono mu Īycie kawalera, o którym kiedyĞ myĞlaI, Īe jest mu
pisane i Īe tylko tak Īyjąc moĪe byc naprawdĊ sobą.
JuĪ od siedmiu lat ĪyI przywiązany do niej. Jej oczy ĞledziIy kaĪdy jego krok. ByIo
to tak, jak gdyby przywiązano mu do nóg Īelazne kule. Teraz jego krok staI siĊ o wiele
lĪejszy. NiemalĪe unosiI siĊ. ZnalazI siĊ nieoczekiwanie na magicznym biegunie Parme-
nidesa: smakowaI sIodką lekkoĞc bytu.
(Czy miaI ochotĊ zadzwonic do Sabiny do Genewy? WpaĞc do którejĞ z kobiet,
z którymi zaznajomiI siĊ przez te miesiące w Zurychu? Nie, nie miaI na to najmniejszej
ochoty. PrzeczuwaI, Īe gdyby spotkaI siĊ z którąkolwiek z nich, wspomnienie Teresy
staIoby siĊ natychmiast nieznoĞnie bolesne.)
.
12.
.
To przedziwne melancholijne oczarowanie trwaIo do niedzieli wieczór. W poniedzia-
Iek wszystko siĊ zmieniIo. Teresa wtargnĊIa w jego myĞli: czuI, co przeĪywaIa, kiedy pi-
saIa do niego poĪegnalny list, czuI, jak trzĊsIy siĊ jej rĊce; widziaI ją, jak dĨwiga ciĊĪką
walizkĊ w jednej rĊce, drugą ciągnąc na smyczy Karenina; wyobraĪaI sobie, jak otwiera
drzwi ich praskiego mieszkania i czuI w sercu sieroctwo samotnoĞci, która wionĊIa jej
w twarz, kiedy przestąpiIa próg.
W ciągu tych dwóch dni piĊknej melancholii jego wspóIczucie odpoczywaIo. WspóI-
czucie spaIo, jak górnik odsypia niedzielĊ po tygodniu ciĊĪkiego fedrunku, by móc w po-
niedziaIek znów zjechac na dóI.
Tomasz badaI pacjenta i zamiast niego widziaI TeresĊ. KarciI siĊ w duchu: nie myĞl
o niej! nie myĞl o niej! MówiI sobie: wIaĞnie dlatego, Īe jestem chory na wspóIczucie,
dobrze siĊ staIo, Īe odjechaIa i Īe juĪ jej nie zobaczĊ. MuszĊ uwolnic siĊ nie od niej, ale
od swego wspóIczucia, od tej choroby, której przedtem nie znaIem, a której wirusem
ona mnie zaraziIa!
W sobotĊ i w niedzielĊ odczuwaI sIodką lekkoĞc istnienia, które zbliĪaIo siĊ do niego
14 DTP by SHADE
z gIĊbi przyszIoĞci. W poniedziaIek spadI na niego ciĊĪar, jakiego dotychczas nie znaI.
Wszystkie tony Īelaza rosyjskich czoIgów byIy niczym w porównaniu z tym ciĊĪarem.
Nic nie jest ciĊĪsze od wspóIczucia. Nawet wIasny ból nie jest tak ciĊĪki, jak ból z kimĞ
wspóIodczuwany, ból za kogoĞ, dla kogoĞ, zwielokrotniony przez wyobraĨniĊ.
PrzykazywaI sobie nie dopuszczac do siebie wspóIczucia, a wspóIczucie sIuchaIo
go ze spuszczoną gIową, jakby czuIo siĊ, winne. WiedziaIo, Īe naduĪywa swych upraw-
nieĔ, a pomimo to milcząco trzymaIo siĊ swego, tak Īe piątego dnia po odjeĨdzie Te-
resy Tomasz oznajmiI dyrektorowi szpitala (temu samemu, który codziennie dzwoniI
do niego do Pragi po inwazji radzieckiej), Īe musi natychmiast wracac. WstydziI siĊ.
WiedziaI, Īe jego zachowanie wyda siĊ dyrektorowi nieodpowiedzialne i niewybaczalne.
MiaI straszną ochotĊ zwierzyc mu siĊ i opowiedziec mu o Teresie i o liĞcie, który zosta-
wiIa na stole. Ale nie zrobiI tego. Z punktu widzenia szwajcarskiego lekarza zachowanie
Teresy musiaIo wyglądac histerycznie i niesympatycznie, a Tomasz nie chciaI dopuĞcic
do tego, by ktoĞ myĞlaI o niej coĞ zIego.
Dyrektor byI naprawdĊ dotkniĊty.
Tomasz wzruszyI ramionami i powiedziaI: Es muss sein. Es muss sein. ByIa to alu-
zja. Ostatnie zdanie ostatniego kwartetu Beethovena jest napisane na te dwa motywy:
[obraz - nuty]
AĪeby uczynic sens tych sIów caIkowicie jasnym. Beethoven zatytuIowaI caIą ostat-
nią frazĊ der schwer gefasste Entschluss: ciĊĪko powziĊta decyzja.
Poprzez tĊ aluzjĊ do Beethovena Tomasz juĪ jak gdyby powracaI do Teresy, bo to ona
wIaĞnie go przymusiIa do kupowania pIyt z kwartetami i sonatami Beethovena.
Aluzja okazaIa siĊ bardziej na miejscu, niĪ mógI przypuszczac, poniewaĪ dyrektor
byI wielkim miIoĞnikiem muzyki. UĞmiechnąI siĊ Iagodnie i powiedziaI cicho, naĞladując
gIosem melodiĊ Beethovena: Muss es sein?
Tomasz odpowiedziaI jeszcze raz: Ja, es muss sein.
.
13.
.
W przeciwieĔstwie do Parmenidesa dla Beethovena ciĊĪar byI jak siĊ zdaje czymĞ
pozytywnym. Der schwer gefasste Entschluss, ciĊĪko powziĊta decyzja jest poIączona
z gIosem losu (es muss sein!), ciĊĪar, koniecznoĞc i wartoĞc to trzy pojĊcia wewnĊtrznie
zaleĪne: tylko to, co konieczne, to, co ciĊĪkie, to, co waĪy, ma wartoĞc.
To przekonanie zrodziIo siĊ z muzyki Beethovena, a choc jest moĪliwe (a nawet
prawdopodobne), Īe ponoszą za nie odpowiedzialnoĞc komentatorzy Beethovena, a nie
sam kompozytor, podzielamy je dziĞ w jakiĞ sposób wszyscy: wielkoĞc czIowieka polega
dla nas na tym, Īe dĨwiga on swój los jak Atlas na swych barkach sklepienie niebie-
skie. Bohater Beethovena dĨwiga metafizyczne brzemiĊ. Tomasz dojeĪdĪa do granic
Szwajcarii, a ja wyobraĪam sobie, Īe zachmurzony Beethoven z wielką grzywą wIosów
dyryguje orkiestrą miejscowych straĪaków i gra mu na poĪegnanie z emigracją marsz
zwany Es muss sein!.
Ale potem Tomasz przejechaI granicĊ CzechosIowacji i natrafiI na kolumny rosyj-
skich czoIgów. MusiaI zatrzymac wóz na skrzyĪowaniu i czekac póI godziny, Īeby prze-
jechali. Upiorny czoIgista w czarnym kombinezonie staI na skrzyĪowaniu i kierowaI
ruchem, jak gdyby wszystkie czeskie szosy naleĪaIy do niego.
Es muss sein, powtarzaI sobie w duchu Tomasz, ale potem ogarnĊIo go zwątpienie:
czy naprawdĊ tak musiaIo siĊ stac?
To prawda, pozostac w Zurychu i wyobraĪac sobie, jak Teresa Īyje sama w Pradze,
byIo nie do zniesienia.
Ale jak dIugo mĊczyIoby go wspóIczucie? CaIe Īycie? Czy moĪe caIy rok? Albo mie-
siąc? Albo tylko tydzieĔ?
Skąd miaI wiedziec? Jak miaI to wypróbowac?
KaĪdy uczeĔ moĪe sobie wykonac na lekcji fizyki doĞwiadczenie, by siĊ przekonac,
15
DTP by SHADE
czy okreĞlona hipoteza naukowa odpowiada prawdzie. Ale czIowiek, poniewaĪ dane mu
jest tylko jedno Īycie, nie ma Īadnej moĪliwoĞci, by sprawdzic hipotezĊ przy pomocy
doĞwiadczenia i dlatego nigdy nie wie, czy powinien byI, czy teĪ nie powinien byI usIu-
chac gIosu instynktu. MyĞląc o tym, otworzyI drzwi swego mieszkania. Karenin podsko-
czyI mu do twarzy, uIatwiając chwilĊ powitania. Pragnienie, by rzucic siĊ Teresie w ob-
jĊcia (pragnienie, które czuI jeszcze w chwili, kiedy wsiadaI w Zurychu do samochodu)
caIkiem zniknĊIo. WydawaIo mu siĊ, Īe stoi naprzeciwko niej poĞrodku ĞnieĪnej pustyni
i Īe oboje trzĊsą siĊ z zimna.
.
14.
.
Od pierwszego dnia okupacji samoloty rosyjskie caIymi nocami krąĪyIy nad Pragą.
Tomasz odzwyczaiI siĊ od ich haIasu i nie mógI usnąc. LeĪaI przy Ğpiącej Teresie, prze-
wracaI siĊ z boku na bok i przypominaI sobie, co powiedziaIa mu kiedyĞ dawno, w trak-
cie jakiejĞ gadaniny bez znaczenia. Rozmawiali o jego przyjacielu Z. i ona stwierdziIa
nagle: ,Wiesz, gdybym nie spotkaIa ciebie, na pewno bym siĊ zakochaIa w nim¨.
JuĪ wówczas sIowa te wprawiIy Tomasza w stan dziwnej melancholii. UĞwiadomiI
sobie bowiem, Īe fakt, iĪ Teresa kocha jego, a nie Z., jest wyIącznie dzieIem przypadku.
ĩe oprócz jej urzeczywistnionej miIoĞci do Tomasza istnieje w krainie moĪliwego nie-
skoĔczona iloĞc niespeInionych miIoĞci do innych mĊĪczyzn.
Wszyscy uwaĪamy, Īe jest nie do pomyĞlenia, by miIoĞc naszego Īycia miaIa byc
czymĞ lekkim, czymĞ bez wagi.
Sądzimy, Īe nasza miIoĞc musiaIa siĊ speInic, Īe bez niej nasze Īycie nie byIoby
naszym Īyciem. Mamy wraĪenie, Īe sam nachmurzony Beethoven ze swoją ogromną
grzywą wygrywa naszej wielkiej miIoĞci swoje es muss sein!
Tomasz rozmyĞlaI nad uwagą Teresy o jego przyjacielu Z. i stwierdzaI, Īe w dziejach
miIoĞci jego Īycia nie brzmi Īadne es muss sein!, ale raczej es konnte auch anders sein
- mogIo byc równieĪ inaczej. Przed siedmiu laty w szpitalu w mieĞcie Teresy zdarzyI
siĊ przypadkiem skomplikowany wypadek choroby mózgu, w związku z którym wezwa-
no na pilną konsultacjĊ ordynatora Tomasza. Ale ordynator przypadkiem miaI wIaĞnie
atak ischiasu, nie mógI siĊ ruszac i w zastĊpstwie posIaI do prowincjonalnego szpitala
Tomasza. W mieĞcie byIo piĊc hoteli, ale Tomasz przypadkiem trafiI wIaĞnie do tego,
w którym pracowaIa Teresa. Przypadkiem zostaIo mu trochĊ wolnego czasu do odjazdu
pociągu i wszedI do restauracji. Teresa przypadkiem miaIa sIuĪbĊ i przypadkiem obsIu-
giwaIa stolik Tomasza. Potrzebne byIo aĪ szeĞc przypadków, aby doprowadzic Tomasza
do Teresy, jak gdyby jemu samemu nie chciaIo siĊ do niej dojĞc.
WróciI do Czech dla niej. Decyzja Īyciowej wagi opieraIa siĊ o miIoĞc tak przypad-
kową, Īe nie zaistniaIaby ona w ogóle, gdyby jego szef nie zachorowaI przed siedmiu
laty na ischias. I ta kobieta, to ucieleĞnienie absolutnego przypadku leĪy teraz obok
niego i gIĊboko oddycha przez sen.
ByIa póĨna noc. CzuI, Īe zaczyna siĊ ból ĪoIądka, który czĊsto go chwytaI w chwi-
lach duchowej udrĊki.
Jej oddech raz czy dwa przeszedI w delikatne chrapniĊcie masz nie czuI w sobie
Īadnego wspóIczucia. Jedyne, co czuI, to ciĞnienie w ĪoIądku i rozpacz, Īe wróciI.
.
CZĉĝC II
.
Dusza i ciaIo
.
1.
.
ByIoby gIupie, gdyby autor staraI siĊ wmówic czytelnikowi, Īe jego postacie istniaIy
naprawdĊ. Nie zrodziIy siĊ one z ciaIa matki, ale z jednego czy dwóch sugestywnych
16 DTP by SHADE
zdaĔ lub z jakiejĞ podstawowej sytuacji. Tomasz urodziI siĊ ze zdania: ,einmal ist kein-
mal¨. Teresa urodziIa siĊ z burczenia w brzuchu.
Kiedy po raz pierwszy przestąpiIa próg mieszkania Tomasza, zaczĊIo jej burczec
w brzuchu. Nic dziwnego, nie jadIa obiadu ani kolacji, tylko przed poIudniem poIknĊIa
na dworcu kanapkĊ. SkupiIa siĊ na swej odwaĪnej podróĪy i zapomniaIa o jedzeniu.
Lecz kto nie myĞli o swym ciele, ten tym Iacniej pada jego ofiarą. ByIo to straszne -
stanąc przed Tomaszem i sIyszec gIoĞne dĨwiĊki swych wnĊtrznoĞci. ChciaIo jej siĊ
pIakac. Na szczĊĞcie Tomasz po dziesiĊciu sekundach objąI ją i mogIa zapomniec o od-
gIosach swych kiszek.
.
2.
.
TeresĊ zrodziIa wiĊc sytuacja, która brutalnie odsIania niemoĪliwą do pogodzenia
dwoistoĞc ciaIa i duszy, podstawowe ludzkie doĞwiadczenie.
KiedyĞ dawno czIowiek nadsIuchiwaI zdziwiony, jak w jego piersiach rozlega siĊ
dĨwiĊk miarowych uderzeĔ i nie miaI pojĊcia, co to jest. Nie mógI utoĪsamiac siĊ.
z czymĞ tak dziwnym i nieznanym jak jego ciaIo. CiaIo byIo klatką, wewnątrz której ĪyIo
coĞ, co patrzyIo, sIuchaIo, baIo siĊ, myĞlaIo i dziwiIo: to coĞ, ta reszta, która zostawaIa
po odcedzeniu ciaIa, to byIa dusza.
Ale dziĞ ciaIo nie jest czymĞ nieznanym: wiemy, Īe to, co wali w piersiach, to serce,
Īe nos jest zakoĔczeniem szlauchu, który wystaje z ciaIa, by wprowadzic tlen do pIuc.
GIowa jest rodzajem tablicy rozdzielczej, do której podIączone są wszystkie mechani-
zmy ciaIa: czucie, widzenie, sIyszenie, oddychanie, myĞlenie.
Od czasu, kiedy umiemy wszystko w nim nazwac, ciaIo mniej nas niepokoi. Wiemy
równieĪ, Īe dusza nie jest niczym innym jak dziaIalnoĞcią szarych komórek mózgu.
DwoistoĞc duszy i ciaIa zasIoniIy terminy naukowe i moĪemy siĊ z niej Ğmiac jak ze sta-
romodnego przesądu.
Ale wystarczy, Īe czIowiek zakocha siĊ jak wariat, a jednoczeĞnie musi sIuchac bur-
czenia swych kiszek, by jednoĞc ciaIa i duszy, ta liryczna iluzja wieku nauki, rozpIynĊIa
siĊ natychmiast.
.
3.
.
StaraIa siĊ zobaczyc siebie poprzez swoje ciaIo. Dlatego tak czĊsto stawaIa przed
lustrem. PoniewaĪ baIa siĊ, Īeby matka nie przyIapaIa jej na tej czynnoĞci, jej spojrze-
nia w lustro miaIy odcieĔ tajemnego wystĊpku.
Do lustra nie przyciągaIa jej pycha ani podziw, Īe widzi swoje ja. ZapominaIa,
Īe patrzy na tablicĊ rozdzielczą cielesnych mechanizmów. WydawaIo jej siĊ, Īe widzi
swą duszĊ, która daje siĊ rozpoznac w rysach jej twarzy. ZapominaIa, Īe nos jest tylko
przedIuĪeniem szlauchu doprowadzającego powietrze do pIuc. WidziaIa w nim wierny
wyraz swego charakteru.
DIugo przyglądaIa siĊ sobie i chwilami przeszkadzaIo jej, Īe widzi w swej twarzy
rysy matki. Tym wytrwaIej siĊ sobie przyglądaIa, starając siĊ je zetrzec siIą woli tak,
aby w jej twarzy pozostaIo tylko to, co jest nią samą. Kiedy siĊ jej to udaIo, przeĪyIa
upojenie: dusza wystąpiIa na powierzchniĊ ciaIa jak armia, która wybiega spod pokIa-
du, zalewa pomost, wymachuje rĊkami do nieba i Ğpiewa.
.
4.
.
ByIa podobna do matki nie tylko fizycznie. Czasem wydaje mi siĊ, Īe jej Īycie byIo
przedIuĪeniem Īycia jej matki, tak jak bieg kuli bilardowej po zielonym suknie jest tylko
przedIuĪeniem ruchu rĊki gracza.
Gdzie i kiedy rozpocząI ten ruch, który siĊ póĨniej przemieniI w Īycie Teresy?
17
DTP by SHADE
MoĪe w momencie, kiedy dziadek Teresy, praski kupiec, zacząI gIoĞno czcic piĊk-
noĞc swej córki, matki Teresy? MiaIa wtedy trzy albo cztery latka, a on jej opowiadaI,
Īe jest podobna do Madonny Rafaela. Czteroletnia matka Teresy dobrze to sobie za-
pamiĊtaIa i póĨniej, kiedy siedziaIa w Iawce gimnazjalnej, zamiast sIuchac nauczycieli
zastanawiaIa siĊ, do jakich obrazów jest podobna.
Kiedy nadszedI czas zamąĪpójĞcia, miaIa dziewiĊciu zalotników. Wszyscy klĊczeli
wokóI niej. StaIa w Ğrodku jak ksiĊĪniczka i nie wiedziaIa, którego wybrac: jeden byI
przystojniejszy, drugi dowcipniejszy, trzeci bogatszy, czwarty bardziej wysportowany,
piąty pochodziI z lepszej rodziny, szósty recytowaI jej wiersze, siódmy zwiedziI caIy
Ğwiat, ósmy graI na skrzypcach, a dziewiąty byI najbardziej mĊski ze wszystkich. Ale
wszyscy klĊczeli zupeInie tak samo i mieli takie same odciski na kolanach.
WybraIa w koĔcu dziewiątego, nie ze wzglĊdu na jego mĊskoĞc, ale po prostu dla-
tego, Īe kiedy szeptaIa mu do ucha przy stosunku: ,uwaĪaj... uwaĪaj...¨, on na przekór
nie uwaĪaI i musiaIa wyjĞc za niego szybko, poniewaĪ nie udaIo jej siĊ na czas znaleĨc
lekarza, który zaIatwiIby skrobankĊ. Tak urodziIa siĊ Teresa. Niezliczona rodzina zjecha-
Ia z wszystkich zakątków kraju, schylaIa siĊ nad wózeczkiem i szczebiotaIa sepleniąc.
Matka Teresy nie sepleniIa. MilczaIa. MyĞlaIa o reszcie swych zalotników i wszyscy wy-
dawali jej siĊ lepsi niĪ ten dziewiąty.
Podobnie jak jej córka, matka Teresy lubiIa patrzec w lustro. Pewnego dnia stwier-
dziIa, Īe jej oczy otoczone są siatką zmarszczek i powiedziaIa sobie, Īe jej maIĪeĔstwo
jest nonsensem. SpotkaIa niemĊskiego mĊĪczyznĊ, który miaI za sobą kilka defraudacji
i dwa maIĪeĔstwa zakoĔczone rozwodem. NienawidziIa kochanków z odciskami na kola-
nach. MiaIa dziką ochotĊ uklĊknąc sama. PadIa na kolana przed defraudantem i odeszIa
od swego mĊĪa i od Teresy.
Najbardziej mĊski mĊĪczyzna staI siĊ mĊĪczyzną najbardziej smutnym. ByI do tego
stopnia smutny, Īe byIo mu wszystko jedno. MówiI wszĊdzie na gIos, co myĞli, wiĊc
komunistyczna policja, zgorszona jego bezczelnymi sądami, zaaresztowaIa go, osądziIa
i uwiĊziIa. TeresĊ wygonili z zapieczĊtowanego mieszkania do matki. Najsmutniejszy
mĊĪczyzna wkrótce zmarI w wiĊzieniu, a matka wraz z defraudantem i Teresą odje-
chaIa do maIego miasta na podgórzu. Ojczym Teresy pracowaI w urzĊdzie, matka byIa
sprzedawczynią w sklepie. UrodziIa jeszcze troje dzieci. Potem znów spojrzaIa w lustro
i zobaczyIa, Īe jest stara i szkaradna.
.
5.
.
Kiedy skonstatowaIa, Īe straciIa wszystko, zaczĊIa szukac winnego. Winni byli
wszyscy: pierwszy mąĪ, mĊski i niekochany, który jej nie usIuchaI, kiedy szeptaIa mu
do ucha, Īeby uwaĪaI. Drugi mąĪ, niemĊski i ukochany, który wyciągnąI ją z Pragi
do maIej mieĞciny i mIóciI jedną kobietĊ za drugą, tak Īe ani na moment nie przesta-
waIa byc zazdrosna. Wobec obydwu mĊĪów byIa bezsilna. Jedynym czIowiekiem, który
do niej naleĪaI i nie mógI od niej uciec, jedynym zakIadnikiem, który musiaI pIacic
za caIą resztĊ, byIa Teresa. Zresztą moĪliwe, Īe istotnie ona wIaĞnie ponosiIa winĊ za los
matki. Ona, to znaczy absurdalne spotkanie spermy najbardziej mĊskiego z jajeczkiem
najpiĊkniejszej. W tej fatalnej chwili, która nazywa siĊ Teresa, zaczyna siĊ szlak zmar-
nowanego Īycia matki. WyjaĞniaIa Teresie nieustannie, Īe byc matką to znaczy wszyst-
ko poĞwiĊcic. Jej sIowa brzmiaIy przekonywująco, poniewaĪ staIy za nimi przeĪycia
kobiety, która straciIa wszystko przez swe dziecko. Teresa sIucha i wierzy, Īe najwyĪszą
wartoĞcią w Īyciu jest macierzyĔstwo i Īe macierzyĔstwo jest wielką ofiarą. JeĪeli ma-
cierzyĔstwo jest ucieleĞnieniem Ofiary, los córki oznacza dIug nie spIacenia.
.
6.
.
Teresa, oczywiĞcie, nie znaIa historii nocy, w której matka szeptaIa jej ojcu do ucha,
18 DTP by SHADE
Īeby uwaĪaI. Wina, którą odczuwaIa, by niejasna jak pierworodny grzech. RobiIa wszyst-
ko, by ją zmazac. Matka zabraIa ją z gimnazjum; od piĊtnastego roku Īycia pracowaIa
jako kelnerka; caIą pensjĊ oddawaIa matce. ByIa skIonna zrobic wszystko, Īeby zasIu-
Īyc na jej miIoĞc. ProwadziIa dom, opiekowaIa siĊ rodzeĔstwem, caIe niedziele sprząta-
Ia i praIa. Szkoda, byIa bowiem w gimnazjum najzdolniejszą uczennicą w klasie. ChciaIa
zajĞc wyĪej, ale w maIym mieĞcie nie byIo dla niej Īadnego ,wyĪej¨. Teresa praIa bieli-
znĊ, a obok wanny leĪaIa ksiąĪka. PrzewracaIa kartki i na ksiąĪkĊ spadaIy krople wody.
W domu nie istniaI wstyd. Matka chodziIa po mieszkaniu w samej bieliĨnie, czasem
bez biustonosza, w lecie nawet nago. Ojciec nie chodziI na golasa, ale wpadaI do Iazienki
zawsze, kiedy Teresa siedziaIa w wannie. Raz w związku z tym zamknĊIa siĊ w Iazience
na klucz i matka zrobiIa awanturĊ:,,Za kogo ty siĊ masz? MyĞlisz, Īe kim jesteĞ? MyĞlisz
Īe ci ugryzie tĊ twoją piĊknoĞc?!¨ (Ta sytuacja pokazuje jasno, Īe nienawiĞc do córki
byIa w matce silniejsza od zazdroĞci o mĊĪa. Wina córki byIa nieskoĔczona i zawieraIa
w sobie równieĪ zdrady mĊĪa.) To, Īe córka pragnĊIa siĊ wyemancypowac i domagaIa
siĊ swych praw - na przykIad zamykając siĊ w Iazience - byIo dla matki trudniejsze
do przyjĊcia, niĪ ewentualne seksualne zainteresowanie mĊĪa Teresą.
Pewnego razu w zimie matka przechadzaIa siĊ naga przy zapalonym Ğwietle. Tere-
sa szybko podbiegIa zaciągnąc story, Īeby nie zobaczono matki z domu naprzeciwko.
UsIyszaIa za sobą jej Ğmiech. NastĊpnego dnia przyszIy do matki przyjacióIki: sąsiadka,
koleĪanka ze sklepu, miejscowa nauczycielka i jeszcze dwie czy trzy kobiety, które zwy-
kIy siĊ regularnie spotykac. Teresa razem z szesnastoletnim synem jednej z nich weszIa
na chwilĊ do pokoju. Matka od razu to wykorzystaIa, Īeby opowiedziec, jak jej córka
chciaIa poprzedniego dnia ratowac jej wstyd. ĝmiaIa siĊ, a wszystkie kobiety ĞmiaIy siĊ
wraz z nią. Potem matka powiedziaIa: ,Teresa nie chce pogodzic siĊ z faktem, Īe ludzkie
ciaIo sika i pierdzi¨. Teresa byIa purpurowa ze wstydu, ale matka kontynuowaIa: ,A czy
jest w tym coĞ zIego?¨ i w odpowiedzi na swoje pytanie puĞciIa gIoĞnego bąka. Wszyst-
kie kobiety zarechotaIy.
.
7.
.
Matka donoĞnie smarka, opowiada ludziom gIoĞno szczegóIy swego Īycia seksu-
alnego, demonstruje swoją sztuczną szczĊkĊ. Potrafi ją z godną podziwu zrĊcznoĞcią
uwolnic jĊzykiem w ustach, tak Īeby przy szerokim uĞmiechu górna szczĊka spadaIa
na dolne zĊby. Jej twarz nabiera wtedy straszliwego wyrazu.
Jej postĊpowanie nie jest niczym innym niĪ gwaItownym gestem, którym odrzu-
ca swoją mIodoĞc i urodĊ. W czasach, gdy klĊczaIo wokóI niej dziewiĊciu zalotników,
strzegIa swej nagoĞci pieczoIowicie. Jak gdyby miarą wstydu chciaIa wyrazic miarĊ
wartoĞci, jaką ma jej ciaIo. Skoro porzuciIa wstyd, to juĪ ostatecznie, jak gdyby chciaIa
poprzez swój bezwstyd uroczyĞcie przekreĞlic pewien etap Īycia i wykrzyczec, Īe mIo-
doĞc i uroda, które tak ceniIa, nie mają w rzeczywistoĞci Īadnej wartoĞci.
Wydaje siĊ, Īe Teresa jest przedIuĪeniem tego gestu, którym matka odrzuca daleko
za siebie swoje Īycie piĊknej kobiety.
(Nie naleĪy siĊ dziwic, Īe ruchy Teresy są nerwowe, Īe brak im pIynnoĞci - ten
wielki gest matki, dziki, niszczycielski, na zawsze odcisnąI siĊ na ruchach Teresy.)
.
8.
.
Matka domaga siĊ sprawiedliwoĞci i chce, Īeby winny zostaI ukarany. Dlatego Īąda,
Īeby córka towarzyszyIa jej w Ğwiecie bezwstydu, w którym mIodoĞc i uroda nic nie
znaczą, który jest tylko wielkim obozem koncentracyjnym podobnych do siebie ciaI,
spoza których nie przeziera dusza.
Teraz Iatwiej nam bĊdzie zrozumiec sens tajemniczego wystĊpku Teresy, jej czĊ-
stych i dIugich spojrzeĔ w lustro. ByIa to walka z matką. ByIo to pragnienie, by nie byc
19
DTP by SHADE
ciaIem jak inne, ale zobaczyc wIasną duszĊ, ,armiĊ, która wybiega spod pokIadu¨. Nie
byIo to Iatwe, bo dusza, smutna, nieĞmiaIa i zahukana, schowaIa siĊ w gIĊbi wnĊtrzno-
Ğci Teresy i wstydziIa siĊ pokazac.
Tak byIo wIaĞnie tego dnia, w którym spotkaIa Tomasza. PrzepychaIa siĊ miĊdzy
pijakami w swojej restauracji, jej ciaIo uginaIo siĊ pod ciĊĪarem kufli, które niosIa
do tacy, a dusza kryIa siĊ gdzieĞ w ĪoIądku albo trzustce. WIaĞnie wtedy Tomasz ode-
zwaI siĊ do niej. To odezwanie byIo istotne, poniewaĪ przyszIo od kogoĞ, kto nie znaI
ani jej matki, ani pijaków, którzy codziennie robili jej swoje stereotypowe, sproĞne
propozycje. Statut obcego wywyĪszaI go ponad innych. I jeszcze coĞ go wywyĪszaIo:
na stole leĪaIa otwarta ksiąĪka. W tej gospodzie nikt jeszcze nigdy nie otworzyI ksiąĪki
na stole. KsiąĪka byIa dla Teresy znakiem rozpoznawczym tajnego bractwa. Przeciwko
Ğwiatu brutalnoĞci, który ją otaczaI miaIa tylko jedną obronĊ: ksiąĪki, które wypoĪycza-
Ia w bibliotece miejskiej, szczególnie powieĞci - przeczytaIa ich mnóstwo, od Fieldinga
po Tomasza Manna. UmoĪliwiaIy jej imaginacyjną ucieczkĊ z Īycia, które jej nie zado-
walaIo, ale miaIy równieĪ znaczenie jako przedmiot: chĊtnie przechadzaIa siĊ po ulicy,
trzymając ksiąĪkĊ pod pachą. MiaIy dla niej takie samo znaczenie jak elegancka lasecz-
ka dla dandysa z zeszIego wieku. OdróĪniaIy ją od reszty.
(Porównanie ksiąĪki i eleganckiej laseczki dandysa nie jest caIkiem dokIadne. La-
seczka nie tylko wyróĪniaIa swego wIaĞciciela, ale czyniIa go równieĪ modnym i no-
woczesnym. KsiąĪka wyróĪniaIa TeresĊ, ale czyniIa ją staromodną. ByIa jednak zbyt
mIoda, by uĞwiadamiac sobie wIasną anachronicznoĞc. MIodzi ludzie, którzy przecha-
dzali siĊ obok niej z wrzeszczącymi tranzystorami w rĊku wydawali jej siĊ gIupi. Nie
zauwaĪyIa, Īe są nowoczeĞni.)
Ten, który siĊ do niej odezwaI, byI jednoczeĞnie obcym i czIonkiem tajnego brac-
twa. OdezwaI siĊ do niej Iagodnym gIosem i Teresa poczuIa, jak jej dusza przedziera siĊ
na powierzchnie wszystkim tĊtnicami, ĪyIami i porami, by mu siĊ ukazac.
.
9.
.
Kiedy Tomasz powróciI z Zurychu do Pragi, ogarnĊIo go obrzydzenie na myĞl o tym,
Īe jego spotkanie z Teresą byIo wynikiem szeĞciu nieprawdopodobnych przypadków.
Ale czy wydarzenie nie jest tym bardziej znaczące i wyjątkowe, im wiĊcej potrzeba
byIo przypadków, aby mogIo siĊ wydarzyc? Tylko przypadek moĪe wyglądac jak posel-
stwo losu. To, co jest nieuchronne, czego siĊ spodziewamy, co powtarza siĊ codziennie,
jest nieme. Tylko przypadek do nas przemawia. Staramy siĊ czytac w nim, jak Cyganki
odczytują przyszIoĞc z fusów na dnie filiĪanki.
Dla Teresy Tomasz zjawiI siĊ w restauracji jako ucieleĞnienie przypadku. SiedziaI
przy stole nad otwartą ksiąĪką. PodniósI na TeresĊ oczy i uĞmiechnąI siĊ: ,jeden ko-
niak¨.
W tym momencie z radia brzmiaIa muzyka. Teresa szIa do barku po koniak i po-
krĊciIa gaIką radia, aby muzyka zabrzmiaIa jeszcze gIoĞniej. RozpoznaIa Beethovena.
ZnaIa go od czasów, kiedy do ich miasta przyjechaI kwartet z Pragi. Teresa (która, jak
wiemy, marzyIa ,o czymĞ wyĪszym¨) poszIa na koncert. Sala byIa pusta. Razem z nią
znajdowali siĊ w niej tylko miejscowy aptekarz i jego Īona. Tak wiĊc na podium siedziaI
kwartet muzyków, a na widowni trio sIuchaczy, ale muzycy byli mili, nie odwoIali kon-
certu i przez caIy wieczór grali tylko dla nich trzy ostatnie kwartety Beethovena.
Aptekarz zaprosiI póĨniej muzyków na kolacjĊ, a wraz a nimi nieznajomą sIuchacz-
kĊ. Od tego czasu Beethoven staI siĊ dla niej symbolem innego Ğwiata, Ğwiata, do któ-
rego tĊskniIa. Kiedy niosIa koniak do stolika Tomasza, staraIa siĊ odczytac ten przypa-
dek: jak to moĪliwe, Īe wIaĞnie teraz, kiedy niesie koniak nieznajomemu mĊĪczyĨnie,
który jej siĊ podoba, sIyszy Beethovena?
Nie koniecznoĞc, ale przypadek ma w sobie czar. JeĞli miIoĞc ma byc miIoĞcią nie-
zapomnianą; od pierwszej chwili muszą siĊ ku niej zlatywac przypadki jak ptaki na ra-
20 DTP by SHADE
miona Ğw. Franciszka z AsyĪu.
.
10.
.
PrzywoIaI ją, chciaI zapIacic. ZamykaI ksiąĪkĊ (znak rozpoznawczy tajemnego brac-
twa), a ona miaI ochotĊ spytac go, co czyta.
- Czy moĪe mi to pani zapisac na rachunek mojego pokoju? - zapytaI.
- Tak - odpowiedziaIa. - Jaki pan ma numer pokoju? PokazaI jej klucz, do które-
go byIa przyczepiona drewniana deseczka z namalowaną na czerwono szóstką.
- To dziwne - powiedziaIa. - Numer szeĞc.
- Co w tym dziwnego? - zapytaI.
PrzypomniaIa sobie, Īe kiedy mieszkaIa w Pradze z nierozwiedzionymi jeszcze ro-
dzicami, jej dom miaI numer szeĞc. Ale powiedziaIa coĞ innego (a my moĪemy docenic
jej spryt):
- Pan ma szósty numer pokoju, a ja o szóstej koĔczĊ pracĊ.
- A ja mam o siódmej pociąg - odpowiedziaI nieznajomy mĊĪczyzna.
Nie wiedziaIa, co na to odpowiedziec, podaIa mu rachunek do podpisania i odniosIa
do recepcji. Kiedy koĔczyIa pracĊ, obcego mĊĪczyzny nie byIo juĪ przy stoliku. Czy zro-
zumiaI jej delikatną aluzjĊ? WychodziIa z restauracji podniecona.
Naprzeciwko znajdowaI siĊ rzadziutki park, biedny skwerek maIego, brudnego mia-
steczka, który dla niej zawsze wyobraĪaI oazĊ piĊkna: byI tam trawnik, cztery topole,
Iaweczka, wierzba pIacząca i krzewy forsycji.
SiedziaI na ĪóItej Iawce, z której byIo widac wyjĞcie z restauracji. WIaĞnie na tej
Iawce siedziaIa wczoraj z ksiąĪką! W tym momencie juĪ wiedziaIa (ptaki przypadków
zleciaIy siĊ na jej ramiona), Īe ten nieznajomy mĊĪczyzna jest jej sądzony. ZawoIaI ją,
poprosiI, Īeby usiadIa obok niego. (Armia jej duszy wystąpiIa na pokIad ciaIa...)
Potem odprowadziIa go na dworzec, a on na poĪegnanie daI jej swoją wizytówkĊ
z numerem telefonu: ,Gdyby pani przypadkiem byIa w Pradze...¨
.
11.
.
W o wiele wiĊkszym stopniu niĪ ta wizytówka, wrĊczona w ostatniej chwili, odwagi,
by odejĞc z domu i zmienic swe Īycie dodaI jej ten zbieg przypadków (ksiąĪka, Beetho-
ven, numer szeĞc, ĪóIta Iawka w parku). MoĪliwe, Īe wIaĞnie tych kilka przypadków
(zresztą caIkiem skromnych, szarych, zaiste na miarĊ tego miasteczka bez znaczenia)
wprawiIo w ruch jej miIoĞc i staIo siĊ ĨródIem energii. Która nie wyczerpaIa siĊ do koĔca
jej Īycia.
Nasze Īycie codzienne jest bombardowane przez przypadki, dokIadniej mówiąc
przez przypadkowe spotkania ludzi i zdarzeĔ, które nazywamy koincydencją. Koincy-
dencja oznacza, Īe dwa niespodziewane wydarzenia wystĊpują jednoczeĞnie, Īe siĊ
spotykają: Tomasz zjawia siĊ w restauracji i jednoczeĞnie rozbrzmiewa muzyka Beetho-
vena. Ogromnej wiĊkszoĞci takich koincydencji czIowiek w ogóle nie zauwaĪa. Gdyby
zamiast Tomasza przy stoliku w restauracji siedziaI miejscowy rzeĨnik, Teresa w ogóle
by nie zauwaĪyIa, Īe w radio grają Beethovena (chociaĪ spotkanie rzeĨnika z Beetho-
venem jest równieĪ ciekawą koincydencją). Ale rodząca siĊ wIaĞnie miIoĞc wyostrzy-
Ia w niej wraĪliwoĞc na piĊkno i nigdy juĪ nie zapomni tej muzyki. BĊdzie wzruszona
za kaĪdym razem, kiedy ją usIyszy. Wszystko, co w tym momencie bĊdzie siĊ dziac
wokóI niej, zostanie opromienione tą muzyką i bĊdzie piĊkne.
Na początku powieĞci, którą trzymaIa pod pachą, kiedy przyszIa do Tomasza, Anna
spotyka siĊ z WroĔskim w przedziwnych okolicznoĞciach. Znajdują siĊ na peronie, w mo-
mencie, gdy ktoĞ wpada pod pociąg. Na koĔcu powieĞci rzuca siĊ pod pociąg Anna. Tak
symetryczna kompozycja, w której ten sam motyw pojawia siĊ na początku i na koĔcu,
moĪe wam siĊ wydawac bardzo ,powieĞciowa¨. Tak, zgadzam siĊ, ale pod warunkiem,
21
DTP by SHADE
Īe nie bĊdziemy rozumiec sIowa ,powieĞciowy¨ jako ,wymyĞlony¨, ,sztuczny¨, ,nieĪy-
ciowy¨. PoniewaĪ w taki sam sposób ukIadają siĊ losy ludzkie.
Są one skomponowane jak utwór muzyczny. CzIowiek, którego wiedzie poczucie
piĊkna, przemieni przypadkowy zbieg okolicznoĞci (muzykĊ Beethovena, Ğmierc na pe-
ronie) w motyw, który juĪ pozostanie w kompozycji jego Īycia. Powraca do niego, po-
wtarza go, zmienia, rozwija - jak kompozytor temat swej sonaty. Anna mogIa sobie
odebrac Īycie równieĪ w inny sposób. Ale motyw peronu i Ğmierci, ten niezapomniany
motyw zIączony z momentem narodzin miIoĞci, przyciągaI ją w chwili rozpaczy swym
mrocznym piĊknem. Nie wiedząc o tym, czIowiek komponuje swe Īycie wedIug praw
piĊkna, nawet w chwilach najgIĊbszej rozpaczy. Nie moĪna wiĊc miec pretensji do po-
wieĞci, Īe fascynują ją tajemnicze spotkania przypadków (takie jak spotkanie Anny,
WroĔskiego, peronu i Ğmierci albo spotkanie Teresy, Tomasza, Beethovena i koniaku),
ale moĪna miec pretensje do czIowieka, Īe nie dostrzega w swym codziennym Īyciu
takich przypadków i Īe jego Īycie traci w ten sposób swój wymiar piĊkna.
.
12.
.
Podniesiona na duchu przez ptaki przypadków, które zleciaIy siĊ na jej ramiona, nie
mówiąc nic matce, wziĊIa tydzieĔ urlopu i wsiadIa do pociągu. CzĊsto wstawaIa, szIa
do ubikacji, aby spojrzec w lustro i prosic duszĊ, by w decydującym dniu jej Īycia nie
opuszczaIa ani na moment pokIadu ciaIa. Kiedy tak patrzyIa na siebie, nagle siĊ przelĊ-
kIa: poczuIa drapanie w gardle. CzyĪby miaIa zachorowac w decydującym dniu swego
Īycia?
Ale nie byIo juĪ odwrotu. ZadzwoniIa do niego z dworca, a kiedy otworzyI jej drzwi
do mieszkania, zaczĊIo jej strasznie burczec w brzuchu. ByIo to tak, jakby w jej brzuchu
siedziaIa matka chichocząc, Īe udaIo jej siĊ zepsuc spotkanie Teresy z Tomaszem.
MiaIa w pierwszej chwili uczucie, Īe musi ją w związku z tymi obrzydliwymi dĨwiĊ-
kami wygonic, ale on ją objąI. ByIa mu wdziĊczna, Īe nie zwraca uwagi na to burczenie
i dlatego pocaIowaIa go namiĊtnie, z mgIą przed oczyma. Kochali siĊ zanim upIynĊ-
Ia minuta. Przy akcie miIosnym krzyczaIa. MiaIa juĪ wtedy gorączkĊ. DostaIa grypy.
Szlauch dostarczający tlen do pIuc byI zatkany i czerwony.
Potem przyjechaIa po raz drugi z ciĊĪką walizką, do której spakowaIa wszystkie
swe rzeczy, zdecydowana nigdy juĪ nie wracac do maIego miasta. ZaprosiI ją do siebie
dopiero na nastĊpny wieczór. PrzenocowaIa w tanim hotelu, nastĊpnego dnia zaniosIa
walizkĊ do przechowalni na dworcu i przez caIy dzieĔ waIĊsaIa siĊ po Pradze z ,Anną
Kareniną¨ pod pachą. Wieczorem zadzwoniIa, otworzyI drzwi, a ona nie puszczaIa ksiąĪ-
ki z dIoni, jak gdyby byI to bilet wstĊpu do Ğwiata Tomasza. UĞwiadomiIa sobie, Īe poza
tym jednym biedniutkim biletem nie ma niczego i chciaIo jej siĊ pIakac. Aby nie pIakac,
mówiIo duĪo i gIoĞno i ĞmiaIa siĊ. I znów niedIugo po jej przyjĞciu wziąI ją w objĊcia
i kochali siĊ. WeszIa w mgIĊ, w której nic nie byIo widac, sIychac byIo tylko jej krzyk.
.
13.
.
To nie byIy westchnienia, jĊki, to byI naprawdĊ krzyk. KrzyczaIa tak gIoĞno, Īe To-
masz odsuwaI gIowĊ od jej twarzy. WydawaIo mu siĊ, Īe jej gIos brzmiący tuĪ koIo
jego ucha rozerwie mu bĊbenki. Ten krzyk nie byI wyrazem zmysIowoĞci. ZmysIowoĞc
jest maksymalną mobilizacją zmysIów: czIowiek z napiĊciem obserwuje tego drugiego
i wsIuchuje siĊ w kaĪdy jego gIos. Jej krzyk - przeciwnie - chciaI zagIuszyc zmysIy,
by nie widziaIy i nie sIyszaIy. To krzyczaI naiwny idealizm jej miIoĞci, która chciaIa
zniszczyc wszystkie antynomie, zniszczyc dwoistoĞc ciaIa i duszy, a moĪe i czas. Czy
miaIa zamkniĊte oczy? Nie, ale patrzyIa do nikąd, wlepiIa je w pustkĊ sufitu. Chwilami
gwaItownie przekrĊcaIa gIowĊ z boku na bok. Kiedy krzyk siĊ skoĔczyI, usnĊIa przy jego
boku i przez caIą noc trzymaIa go za rĊkĊ.
22 DTP by SHADE
JuĪ kiedy miaIa osiem lat, usypiaIa Ğciskając jedną swą rączką drugą i wyobraĪaIa
sobie, Īe trzyma mĊĪczyznĊ, którego kocha, mĊĪczyznĊ swego Īycia. JeĞli wiĊc teraz
ĞciskaIa przez sen rĊkĊ Tomasza z taką wytrwaIoĞcią, to dlatego, Īe od dzieciĔstwa
to trenowaIa i przygotowywaIa siĊ do tego.
.
14.
.
Dziewczyna, która zamiast ,zajĞc wyĪej¨, musi roznosic piwo pijakom, a w nie-
dzielĊ prac brudną bieliznĊ rodzeĔstwa, gromadzi w sobie ogromny zapas witalnoĞci.
o której nie Ğni siĊ ludziom studiującym na uniwersytecie i ziewającym nad ksiąĪkami.
Teresa przeczytaIa wiĊcej niĪ oni, dowiedziaIa siĊ o Īyciu wiĊcej niĪ oni, ale nigdy nie
bĊdzie tego Ğwiadoma. To, co odróĪnia czIowieka, który studiowaI od samouka, to nie
miara wiedzy, ale róĪnica witalnoĞci i pewnoĞci siebie. Energia, z jaką Teresa rzuciIa
siĊ po przyjeĨdzie w Īycie, byIa jednoczeĞnie namiĊtna i krucha. Jak gdyby czekaIa,
Īe pewnego dnia ktoĞ jej powie: ,Ty do nas nie naleĪysz. Wracaj, skąd przyszIaĞ!¨ CaIa
jej chĊc Īycia wisiaIa na cieniutkim wIosku - na gIosie Tomasza, który kiedyĞ wyciągnąI
na wierzch jej duszĊ lĊkliwie ukrytą we wnĊtrznoĞciach.
DostaIa posadĊ w laboratorium fotograficznym, ale to jej nie wystarczaIo. ChciaIa
sama fotografowac. Sabina, przyjacióIka Tomasza, poĪyczyIa jej trzy, cztery monografie
sIawnych fotografików, spotkaIa siĊ z nią w kawiarni i wyjaĞniIa jej nad otwartymi ksiąĪ-
kami, co w tych zdjĊciach jest interesujące. Teresa sIuchaIa jej w milczącym skupieniu,
jakie maIo który profesor widuje na twarzach swych uczniów. DziĊki Sabinie zrozumiaIa
związek fotografii z malarstwem i zmuszaIa Tomasza, Īeby z nią chodziI na wszystkie
wystawy, jakie siĊ tylko odbywaIy w Pradze. Wkrótce udaIo jej siĊ umieĞcic swe zdjĊcie
w tygodniku ilustrowanym i pewnego dnia z laborantki staIa siĊ zawodowym fotorepor-
terem tygodnika.
Tego wieczoru poszli do baru z przyjacióImi, aby uczcic jej awans. TaĔczyIa. Tomasz
wpadI w zIy humor, a kiedy nalegaIa, Īeby jej powiedziaI, co siĊ staIo, przyznaI siĊ
wreszcie w domu, Īe byI o nią zazdrosny, widząc, jak taĔczy z jego kolegą.
- NaprawdĊ byIeĞ o mnie zazdrosny? - pytaIa go dziesiątki razy, jak gdyby jej
oznajmiI, Īe przyznano jej nagrodĊ Nobla, a ona nie mogIa w to uwierzyc.
Potem objĊIa go wpóI i zaczĊIa z nim krąĪyc po pokoju. To nie byI taniec towarzy-
ski, jak przed godziną w barze. ByIy to jakieĞ skoczne, szaleĔcze wiejskie podskoki,
w trakcie których wyrzucaIa wysoko w górĊ nogi, przytupywaIa i ciągnĊIa go po caIym
pokoju. Niestety, wkrótce sama zaczĊIa byc zazdrosna, a jej zazdroĞc nie byIa dla To-
masza nagrodą Nobla, ale brzemieniem, które miaIo byc zeĔ zdjĊte dopiero niedIugo
przed Ğmiercią.
.
15.
.
MaszerowaIa wokóI basenu naga, razem z mnóstwem innych nagich kobiet, Tomasz
staI w koszu zawieszonym pod stropem basenu, krzyczaI na nie i zmuszaI je, Īeby
ĞpiewaIy i robiIy przysiady. Gdy któraĞ Ĩle wykonywaIa cwiczenia, zabijaI ją strzaIem
z pistoletu.
ChcĊ jeszcze raz powrócic do tego snu: jej groza nie rozpoczĊIa siĊ w chwili, kiedy
Tomasz oddaI pierwszy strzaI. Sen byI straszny od samego początku. IĞc nago marszo-
wym krokiem wĞród innych nagich kobiet - to byI dla Teresy najbardziej podstawowy
obraz koszmaru. Kiedy mieszkaIa u matki, nie wolno jej byIo zamykac siĊ w Iazience.
Matka chciaIa jej w ten sposób powiedziec: twoje ciaIo jest takie samo, jak wszystkie
inne ciaIa; nie masz Īadnego prawa do wstydu; nie masz Īadnego powodu, by ukrywac
to, co istnieje i tak w miliardach identycznych egzemplarzy. W Ğwiecie matki wszystkie
ciaIa byIy takie same i maszerowaIy w szeregu za sobą. NagoĞc byIa dla Teresy od dzie-
ciĔstwa znakiem obowiązkowego uniformizmu obozu koncentracyjnego, znakiem poni-
23
DTP by SHADE
Īenia.
Ale jeszcze jedna rzecz byIa koszmarna od samego początku snu: wszystkie ko-
biety musiaIy Ğpiewac! Nie tylko ich ciaIa byIy identyczne, identycznie nic nie warte,
nie tylko byIy dĨwiĊczącymi mechanizmami bez duszy, ale do tego cieszyIy siĊ z tego!
ByIa to radosna solidarnoĞc bezdusznych. Kobiety byIy szczĊĞliwe, Īe odrzuciIy brzemiĊ
duszy, tĊ Ğmieszną pychĊ, iluzjĊ wyjątkowoĞci, indywidualnoĞci, Īe kaĪda jest podob-
na do kaĪdej. Teresa ĞpiewaIa wraz z nimi, ale nie cieszyIa siĊ. ĝpiewaIa ze strachu,
Īe kiedy przestanie Ğpiewac, kobiety ją zabiją.
Ale co to znaczyIo, Īe Tomasz do nich strzelaI i Īe jedna po drugiej martwe padaIy
do basenu?
Kobiety, które cieszą siĊ ze swej jednakowoĞci i nierozróĪnialnoĞci, witają z rado-
Ğcią swą przyszIą Ğmierc, która ich jednakowoĞc uczyni absolutną. WystrzaI byI wiĊc
tylko szczĊĞliwym uwieĔczeniem ich makabrycznego marszu. Dlatego po kaĪdym wy-
strzale zaczynaIy siĊ radoĞnie Ğmiac i kiedy trup osuwaI siĊ pod powierzchnie wody, one
ĞpiewaIy jeszcze gIoĞniej.
A dlaczego tym, który strzelaI, byI wIaĞnie Tomasz i dlaczego chciaI zastrzelic rów-
nieĪ TeresĊ?
Dlatego, Īe to on wIaĞnie posIaI pomiĊdzy nie TeresĊ. To wIaĞnie ten sen chce za-
komunikowac Tomaszowi, poniewaĪ Teresa nie umie mu tego sama powiedziec. Przy-
szIa do niego, by uciec ze Ğwiata matki, ze Ğwiata, w którym wszystkie ciaIa byIy sobie
równe. PrzyszIa do niego po to, by jej ciaIo staIo siĊ czymĞ wyjątkowym, nie do zastą-
pienia. A on tymczasem postawiI znak równoĞci pomiĊdzy nią a innymi: wszystkie tak
samo caIuje, tak samo gIadzi, nie robi Īadnego, Īadnego rozróĪnienia pomiĊdzy ciaIem
Teresy i innymi ciaIami. A wiĊc posIaI ją z powrotem do tego Ğwiata, z którego chciaIa
uciec. KazaI jej nago maszerowac razem z innymi nagimi kobietami.
.
16.
.
ĝniIy jej siĊ na przemian trzy serie snów: pierwsza, w której szalaIy kotki, opowia-
daIa o jej cierpieniach za Īycia. Druga pokazywaIa w nieskoĔczonych wariantach obraz
jej egzekucji. Trzecia mówiIa o jej Īyciu po Ğmierci, kiedy poniĪenie staje siĊ stanem
nieskoĔczonym.
W tych snach nie byIo niczego do odszyfrowywania. OskarĪenie kierowane pod
adresem Tomasza byIo tak jasne, Īe mógI tylko milczec i ze spuszczoną gIową gIadzic
rĊkĊ Teresy.
Oprócz tego, Īe byIy wymowne, jej sny byIy równieĪ piĊkne. OkolicznoĞci tej nie
dostrzegI Freud w swojej teorii snów. Sen jest nie tylko komunikatem (ewentualnie za-
szyfrowanym komunikatem), ale równieĪ aktywnoĞcią estetyczną, grą wyobraĨni, która
jest wartoĞcią sama w sobie. Sen jest dowodem na to, Īe fantazja, marzenie o czymĞ,
co siĊ nie wydarzyIo, naleĪy do najgIĊbszych potrzeb czIowieka. I tu jest korzeĔ zdra-
dliwego niebezpieczeĔstwa snów. Gdyby sen nie byI piĊkny, moĪna by o nim szybko
zapomniec. A tymczasem Teresa wciąĪ powracaIa w myĞlach do swych snów, powta-
rzaIa je sobie w duchu, przemieniaIa w legendy. Tomasz ĪyI pod hipnotycznym czarem
mĊczącego piĊkna snów Teresy.
- Tereso, Teresko, dokąd mi odchodzisz? PrzecieĪ ty codziennie Ğnisz o Ğmierci, jak
gdybyĞ naprawdĊ chciaIa odejĞc... - mówiI jej, kiedy siedzieli koIo siebie w kawiarni.
ByI dzieĔ, rozum i wola znów miaIy wIadzĊ. Kropelka czerwonego wina powoli Ğcie-
kaIa po Ğciance kieliszka, a Teresa mówiIa:
- Tomasz, to nie moja wina. PrzecieĪ ja wszystko rozumiem. Ja wiem, Īe mnie
kochasz. Wiem, Īe te niewiernoĞci to nie jest Īadna tragedia...
PatrzyIa na niego z miIoĞcią, ale baIa siĊ nocy, która przyjdzie, baIa siĊ swoich
snów. Jej Īycie rozpoIowiIo siĊ. WalczyIy o nią dzieĔ z nocą.
.
24 DTP by SHADE
17.
.
Ten, który ciągle chce zajĞc ,gdzieĞ wyĪej¨, musi liczyc siĊ z faktem, Īe pewnego
dnia poczuje zawrót gIowy. CóĪ to jest zawrót? LĊk przed upadkiem? Ale czemu odczu-
wamy zawrót gIowy równieĪ na szczycie wieĪy otoczonej bezpieczną bariera? Zawrót
gIowy to coĞ innego niĪ lĊk przed upadkiem. Zawrót gIowy oznacza, Īe nas ta gIĊbia
pod nami przyciąga, wabi, budzi w nas pragnienie upadku, przed którym bronimy siĊ
strachem.
Pochód nagich kobiet wokóI basenu, trupy w wozie pogrzebowym, które cieszyIy
siĊ, Īe Teresa jest martwa jak one, to byIo ,na dole¨, którego siĊ lĊkaIa, skąd raz ucie-
kIa, ale który ją tajemnie wabiI. To byI jej zawrót gIowy: wzywaIa ją do siebie sIodka
(prawie wesoIa) rezygnacja z losu i z duszy. WzywaIa ją do siebie solidarnoĞc bezdusz-
nych i w chwilach sIaboĞci miaIa ochotĊ usIuchac tego wezwania i wrócic do matki. MiaIa
chĊc odwoIac armiĊ duszy z pokIadu ciaIa; usiąĞc wĞród przyjacióIek matki i Ğmiac siĊ
z tego, Īe któraĞ z nich gIoĞno pierdnĊIa; maszerowac wraz z nimi nago wokóI basenu
i Ğpiewac.
.
18.
.
To prawda, Īe aĪ do odejĞcia z domu Teresa walczyIa z matką, ale nie zapominaj-
my, Īe przy tym nieszczĊĞliwie siĊ w niej kochaIa. ByIa w stanie zrobic dla niej wszyst-
ko, gdyby tylko matka poprosiIa ją o to gIosem miIoĞci. SiIĊ by odejĞc znalazIa tylko
dlatego, Īe nigdy tego gIosu nie usIyszaIa.
Kiedy matka zrozumiaIa, Īe agresywnoĞcią niczego juĪ u córki nie wskóra, zaczĊIa
pisac do niej listy peIne skarg. SkarĪyIa siĊ na mĊĪa, na szefa, na zdrowie, na dzieci
i nazywaIa TeresĊ jedynym czIowiekiem, jaki jej w Īyciu pozostaI. Teresie wydawaIo siĊ,
Īe sIyszy wreszcie gIos matczynej miIoĞci, gIoĞ, do którego tĊskniIa przez dwadzieĞcia
lat. MiaIa ochotĊ wrócic. Tym bardziej tego pragnĊIa, im byIa sIabsza. Zdrady Tomasza
nagle odsIoniIy jej wIasną bezradnoĞc, a poczucie bezradnoĞci rodziIo zawrót gIowy,
bezbrzeĪne pragnienie upadku.
Pewnego razu matka zatelefonowaIa. Podobno ma raka. Jej Īycie moĪna obliczac
juĪ tylko na miesiące. Ta wiadomoĞc przemieniIa rozpacz Teresy spowodowaną zdrada-
mi Tomasza w bunt. RobiIa sobie wyrzuty, Īe zdradziIa matkĊ dla mĊĪczyzny, który jej
nie kocha. ByIa skIonna zapomniec wszystko, czym matka jej dokuczaIa. PrzecieĪ oby-
dwie są w takiej samej sytuacji: matka kocha ojczyma tak, jak Teresa kocha Tomasza,
a ojciec zadrĊcza matkĊ zdradami tak, jak Tomasz zadrĊcza TeresĊ. JeĞli matka byIa dla
Teresy niedobra, to tylko dlatego, Īe zbyt wiele musiaIa wycierpiec.
PowiedziaIa Tomaszowi o chorobie matki i oznajmiIa mu, Īe weĨmie tydzieĔ urlopu,
aby móc do niej pojechac. Jej gIos byI peIen buntu.
Jak gdyby czując, Īe do matki przyciąga ją zawrót gIowy, To masz nie ĪyczyI sobie
tej podróĪy. ZadzwoniI do szpitala w maIym mieĞcie. Ewidencja zachorowaĔ na raka
jest w CzechosIowacji szalenie dokIadna, tak Īe bez trudu mógI stwierdzic, Īe u matki
Teresy nie byIo Ğladu podejrzenia raka; nawet nie odwiedziIa w ostatnim roku lekarza.
UsIuchaIa Tomasza i nie pojechaIa do matki. Ale jeszcze tego samego dnia upadIa
na ulicy i rozbiIa sobie kolano. Jej chód staI siĊ niepewny, prawie codziennie gdzieĞ siĊ
przewracaIa, o coĞ siĊ raniIa, a przynajmniej wypadaI jej z rĊki jakiĞ przedmiot.
ByIo w tym nieodparte pragnienie upadku. ĩyIa w ciągIym zawrocie gIowy.
Ten, który upada, mówi: ,PodnieĞ mnie!¨ Tomasz ją cierpliwie podnosiI.
.
19.
.
,ChciaIabym kochac siĊ z tobą w mojej pracowni, jak gdyby to byIa scena. WokóI
staliby ludzie i nie mieliby prawa zbliĪyc siĊ ani na krok. Ale nie mogliby spuĞcic z nas
25
DTP by SHADE
wzroku...¨
Z biegiem czasu obraz ten traciI swe początkowe okrucieĔstwo zacząI ją coraz
bardziej podniecac. Kilkakrotnie przywoIywali szeptem tĊ sytuacjĊ, kiedy kochali siĊ
z Tomaszem.
PrzyszIo jej do gIowy, w jaki sposób uniknąc osądu, jaki dostrzegaIa w zdradach
Tomasza: niech ją bierze ze sobą! Niech bierze ją razem ze swymi kochankami! MoĪe
to byI sposób, by uczynic jej ciaIo znów wyjątkowym, pierwszym wĞród wszystkich. Jej
ciaIo staIoby siĊ jego alter ego, jego pomocnikiem i asystentem.
- BĊdĊ ci je rozbierac, myc w wannie, a potem ci je przyprowadzĊ... - szeptaIa
do niego, kiedy leĪeli przytuleni do siebie. PragnĊIa, aby stali siĊ jedną hermafrodyczną
istotą, a ciaIa innych kobiet byIyby ich wspólną zabawką...
.
20.
.
Stac siĊ alter ego jego poligamicznego Īycia! Tomasz nie chciaI tego zrozumiec, ale
ona nie mogIa siĊ pozbyc tej wizji i staraIa siĊ zbliĪyc z Sabiną. ZaproponowaIa, Īe zrobi
jej serią zdjĊc.
Sabina zaprosiIa ją do pracowni i Teresa zobaczyIa wreszcie rozlegIe pomieszcze-
nie, na Ğrodku którego staI szeroki kwadratowy tapczan - jak podium.
- To wstyd, Īe jeszcze u mnie nie byIaĞ! - powiedziaIa Sabina i pokazaIa jej
obrazy, które byIy oparte o ĞcianĊ. WyciągnĊIa nawet skądĞ stare pIótno, które ma-
lowaIa jeszcze w szkole. Widac byIo na nim budowĊ huty. MalowaIa je w czasach,
kiedy na uczelni wymagano surowego realizmu (sztuka nierealistyczna byIa uwaĪana
za zamach na socjalizm), a Sabina wiedziona duchem przekory staraIa siĊ byc jeszcze
surowsza od swych profesorów i malowaIa obrazy w taki sposób, by dotkniĊcia pĊdzla
byIy niewidoczne i by przypominaIy kolorową fotografiĊ.
- Ten obraz zepsuIam. KapnĊIa mi na pIótno czerwona farba. Z początku byIam
wĞciekIa, ale potem ta plama zaczĊIa mi siĊ podobac, wyglądaIa jak pĊkniĊcie, jak
gdyby huta nie byIa prawdziwą hutą, ale pĊkniĊtą dekoracją teatralną, na której huta
jest tylko namalowaną iluzją. ZaczĊIam bawic siĊ tą szczeliną, poszerzac ją, wymyĞlac,
co mogIoby byc za nią widoczne. Tak namalowaIam mój pierwszy cykl obrazów, który
nazwaIam ,kulisy¨. Nikt oczywiĞcie nie mógI ich oglądac. Wyrzuciliby mnie ze szkoIy.
Zawsze na pierwszym planie byI doskonale realistyczny Ğwiat, a za nim, jak gdyby
za rozerwanym pIótnem dekoracji, moĪna byIo zobaczyc coĞ innego, tajemniczego albo
abstrakcyjnego.
ZamilkIa na chwilĊ, a potem jeszcze dodaIa:
- Na pierwszym planie byIo zrozumiaIe kIamstwo, a w tle niezrozumiaIa prawda.
Teresa znów przysIuchiwaIa siĊ z tym wspaniaIym skupieniem, które maIo który
profesor widuje na twarzy swych uczniów i stwierdzaIa, Īe naprawdĊ wszystkie obrazy
Sabiny, i dawne, i wspóIczesne, mówią ciągle o tym samym, Īe wszystkie są jednocze-
snym spotkaniem dwóch tematów, dwóch Ğwiatów i Īe są jak zdjĊcia zrobione przez
podwójna ekspozycjĊ. Krajobraz, spoza którego przeĞwituje nocna lampka. RĊka. która
od tyIu rozrywa idylliczną martwą naturĊ z jabIkami, orzechami i rozĞwietloną choinką.
PoczuIa podziw dla Sabiny, a poniewaĪ malarka zachowywaIa siĊ bardzo przyjaĨnie,
podziwowi temu nie towarzyszyI strach czy nieufnoĞc, ale przemieniaI siĊ on w sympa-
tiĊ.
Prawie zapomniaIa, Īe przyszIa tu robic zdjĊcia. Sabina musiaIa jej o tym przypo-
mniec. OderwaIa oczy od obrazów i znów zobaczyIa tapczan, który staI poĞrodku po-
mieszczenia jak scena.
.
21.
.
Przy tapczanie staIa szafka nocna, a na niej forma w ksztaIcie ludzkiej gIowy. Do-
26 DTP by SHADE
kIadnie takie same mają fryzjerzy i wsadzają na nie peruki. U Sabiny nasadzona na nią
byIa nie peruka, ale melonik. Sabina uĞmiechnĊIa siĊ.
- To jest melonik po moim dziadku.
Taki melonik, czarny, twardy, okrągIy Teresa widziaIa dotąd tylko w filmach. Taki
kapelusz nosiI Chaplin. UĞmiechnĊIa siĊ, wziĊIa melonik do rĊki i dIugo mu siĊ przyglą-
daIa. Potem powiedziaIa:
- Chcesz, Īebym ciĊ w nim sfotografowaIa? Sabina dIugo ĞmiaIa siĊ z tego zapyta-
nia. Teresa odIoĪyIa melonik, wziĊIa aparat i zaczĊIa fotografowac. Kiedy trwaIo to juĪ
prawie godzinĊ, spytaIa nagle:
- Nie chcesz, Īebym ciĊ sfotografowaIa nago?
- Nago? - zaĞmiaIa siĊ Sabina.
- Tak - powtórzyIa odwaĪnie swą propozycjĊ Teresa.
- No, to musimy coĞ wypic - powiedziaIa Sabina i otworzyIa butelkĊ wina.
Teresa czuIa sIaboĞc w caIym ciele, byIa skulona i milcząca, podczas kiedy Sabi-
na chodziIa po pracowni ze szklanką wina i rozgadaIa siĊ o dziadku, który byI starostą
w maIym mieĞcie; Sabina nigdy go nie znaIa, a wszystko, co po nim pozostaIo, to ten
melonik i jeszcze zdjĊcie, na którym widac trybunĊ i stojących obok siebie kilku maIo-
miasteczkowych notabli; jednym z nich jest dziadek; nie jest jasne, co robią na tej try-
bunie, chyba uczestniczą w jakiejĞ uroczystoĞci albo odsIaniają pomnik jakiegoĞ innego
notabla, który równieĪ nosiI przy uroczystych okazjach melonik.
Sabina dIugo opowiadaIa o dziadku i o meloniku, a kiedy dopiIa trzecią szklankĊ,
powiedziaIa: ,Poczekaj¨ i odeszIa do Iazienki.
WróciIa w pIaszczu kąpielowym. Teresa wziĊIa aparat i przyIoĪyIa wizjer do oka.
Sabina odsIoniIa przed nią pIaszcz.
.
22.
.
Aparat sIuĪyI Teresie jednoczeĞnie za mechaniczne oko, przez które obserwowaIa
kochankĊ Tomasza i za zasIonĊ, za którą ukrywaIa przed nią swą twarz.
Sabina potrzebowaIa nieco czasu, zanim zdecydowaIa siĊ caIkowicie odrzucic swój
szlafrok. Sytuacja, w której siĊ znalazIa, okazaIa siĊ jednak trudniejsza, niĪ przypusz-
czaIa. Kiedy fotografowanie trwaIo juĪ kilka minut, podeszIa do Teresy i powiedziaIa:
- A teraz ja bĊdĊ fotografowac ciebie. Rozbierz siĊ.
SIowa ,rozbierz siĊ¨ Sabina sIyszaIa wielokrotnie z ust Tomasza i utkwiIy jej one
w pamiĊci. ByI to wiĊc rozkaz Tomasza, który teraz kochanka Tomasza adresowaIa
Īonie Tomasza. PoIączyI on obydwie kobiety jednym magicznym zdaniem. ByIa to jego
metoda; tak zamieniaI nieoczekiwanie niewinną wymianĊ zdaĔ z kobietami w sytuacjĊ
erotyczną; nie przez czuIe dotkniĊcie, pieszczotĊ, komplement, proĞbĊ, ale poprzez
rozkaz, który wypowiadaI nagle, nieoczekiwanie, cichym gIosem, ale jednak dobitnie
i autorytatywnie i z takim jakby fizycznym dystansem: nigdy w tym momencie nie do-
tykaI kobiety. Do Teresy równieĪ mówiI czĊsto zupeInie takim samym tonem: ,Rozbierz
siĊ!¨, i nawet kiedy mówiI to zupeInie cicho, nawet kiedy szeptaI, byI to jednak rozkaz
i ona zawsze odczuwaIa w tym momencie podniecenie, pIynące z faktu, Īe siĊ poddaje.
Teraz usIyszaIa te same sIowa i ochota, by siĊ im poddac byIa jeszcze wiĊksza dlatego,
Īe poddanie siĊ komuĞ obcemu jest szczególnym szaleĔstwem, szaleĔstwem w tym
wypadku tym wspanialszym, Īe rozkaz wypowiada nie mĊĪczyzna, ale kobieta.
Sabina zabraIa jej aparat i Teresa rozebraIa siĊ. StaIa przed Sabiną naga i rozbro-
jona. DosIownie rozbrojona, bo bez aparatu, za którym przed chwilą ukrywaIa twarz
i którym jednoczeĞnie jak strzelbą mierzyIa w SabinĊ. ByIa wydana na IaskĊ kochanki
Tomasza. To wspaniaIe poddanie siĊ ją oszaIamiaIo. PragnĊIa, by sekundy, w których
stoi naprzeciw niej naga, nigdy siĊ nie skoĔczyIy.
MyĞlĊ, Īe Sabina równieĪ poczuIa ten dziwny czar sytuacji, w której Īona jej ko-
chanka stoi przed nią, zdumiewająco bezbronna i wstydliwa. Dwa albo trzy razy naci-
27
DTP by SHADE
snĊIa migawkĊ, a potem, jakby zlĊkIa siĊ tego oczarowania i chciaIa je jakoĞ spIoszyc,
gIoĞno siĊ zaĞmiaIa. Teresa rozeĞmiaIa siĊ równieĪ i obydwie kobiety ubraIy siĊ.
.
23.
.
Wszystkie poprzednie zbrodnie Rzeszy rosyjskiej byIy zakryte dyskretnym cieniem.
Deportacja milionów Litwinów, zamordowanie setek tysiĊcy Polaków, likwidacja Tatarów
krymskich, wszystko to pozostaIo w pamiĊci bez Īadnego fotograficznego dokumentu,
wiĊc wIaĞciwie jako coĞ nie do udowodnienia, coĞ, co wczeĞniej a póĨniej bĊdzie moĪna
ogIosic za mistyfikacjĊ. W przeciwieĔstw do tego inwazja na CzechosIowacjĊ w roku
1968 jest w caIoĞci obfotografowana i sfilmowana i dokumenty te leĪą w archiwach ca-
Iego Ğwiata. Czescy fotoreporterzy i operatorzy uĞwiadomili sobie, Īe wIaĞnie oni mogą
zrobic to jedyne, co moĪna byIo jeszcze zrobic zachowac dla odlegIej przyszIoĞci obraz
gwaItu. Teresa przez caIe siedem dni byIa na ulicach i fotografowaIa rosyjskich ĪoInierzy
i oficerów we wszystkich sytuacjach, które ich kompromitowaIy. Rosjanie nie wiedzie-
li, co robic. Byli dokIadnie poinstruowani, ja siĊ mają zachowywac, kiedy ktoĞ bĊdzie
do nich strzelaI albo rzucaI kamieniami, ale nie mieli Īadnych instrukcji, co robic, gdy
ktoĞ wymierzy w nich obiektyw aparatu.
ZrobiIa mnóstwo filmów. Mniej wiĊcej poIowĊ rozdaIa w formie niewywoIanych ne-
gatywów dziennikarzom zagranicznym (granice byIy wciąĪ otwarte, dziennikarze przy-
jeĪdĪali z zagranicy przynajmniej na chwilĊ i byli wdziĊczni za kaĪdy dokument). Wiele
spoĞród nich znalazIa póĨniej w najrozmaitszych zagranicznych gazetach: byIy na nich
czoIgi, groĪące piĊĞci, zburzone domy, zabici przykryci czerwonobiaIoniebieską flagą,
mIodzi chIopcy na motocyklach, którzy z wĞciekIą szybkoĞcią jeĨdzili wokóI rosyjskich
czoIgów i wymachiwali flagami czeskimi na dIugich drzewcach, mIode dziewczyny w bar-
dzo krótkich spódniczkach, które prowokowaIy nieszczĊsnych zgIodniaIych seksualnie
rosyjskich ĪoInierzy caIowaIy siĊ na ich oczach z przypadkowymi przechodniami. Mó-
wiIem juĪ, Īe inwazja rosyjska byIa nie tylko tragedią, ale równieĪ ĞwiĊtem nienawiĞci
peInym przedziwnej euforii.
.
24.
.
WziĊIa ze sobą do Szwajcarii okoIo piĊcdziesiĊciu fotografii, które sama wywoIaIa
z caIą swą starannoĞcią i talentem. PoszIa zaproponowac je wielkiemu magazynowi
ilustrowanemu. Redaktor przyjąI ją Īyczliwie (wszyscy Czesi nosili jeszcze wokóI gIowy
aureolĊ swego nieszczĊĞcia, które wzruszaIo dobrych Szwajcarów), usadziI ją w fotelu,
przeglądaI zdjĊcia, chwaliI je i wyjaĞniI, Īe teraz, kiedy od wydarzeĔ upIynąI juĪ pewien
czas, gazeta jego nie jest opublikowaniem zdjĊc zainteresowana (,mimo, Īe są bardzo
piĊkne!¨).
- Ale w Pradze nic siĊ jeszcze nie skoĔczyIo! - protestowaIa i staraIa siĊ mu wy-
jaĞnic swym sIabym niemieckim, Īe wIaĞnie teraz kiedy kraj jest okupowany, w fabry-
kach, na przekór wszystkiemu, powstają rady robotnicze, studenci strajkują i caIy kraj
Īyje swym Īyciem. PrzecieĪ to wIaĞnie jest wspaniaIe! I nikogo to nie interesuje!
Redaktor poczuI ulgĊ, kiedy do pokoju weszIa energiczna kobieta i przerwaIa im
rozmowĊ. PodaIa mu teczkĊ i powiedziaIa:
- Ma pan tu reportaĪ o plaĪy nudystów.
Redaktor byI delikatnym czIowiekiem i baI siĊ, Īe Czeszka. która fotografowaIa
czoIgi, bĊdzie uwaĪac zdjĊcia nagich ludzi za coĞ frywolnego. Dlatego poIoĪyI teczkĊ
daleko od siebie i szybko zwróciI siĊ do kobiety:
- Przedstawiam ci naszą praską koleĪankĊ. PrzyniosIa wspaniaIe zdjĊcia. Kobieta
uĞcisnĊIa Teresie rĊkĊ i wziĊIa od niej zdjĊcia.
- Niech pani tymczasem obejrzy moje - powiedziaIa. Teresa schyliIa siĊ nad teczką
i wyjĊIa z niej fotografie. Redaktor zwróciI siĊ do Teresy prawie przepraszająco:
28 DTP by SHADE
- To jest dokIadne przeciwieĔstwo tego, co pani fotografowaIa.
- Przeciwnie. To jest to samo - odpowiedziaIa Teresa.
Nikt nie zrozumiaI tego zdania i ja równieĪ mam pewne kIopoty, kiedy chcĊ wy-
jaĞnic, co Teresa miaIa na myĞli, porównując plaĪĊ nudystów do inwazji rosyjskiej.
PrzeglądaIa zdjĊcia i na dIuĪej zatrzymaIa siĊ przy jednym, na którym staIa obok siebie
czteroosobowa rodzina: naga matka pochylona nad dziecmi, tak, Īe wielkie piersi zwi-
saIy jej jak krowie albo kozie wymiona, a z drugiej strony, podobnie nachylony, mĊĪ-
czyzna, którego genitalia wyglądaIy jak wymiĊ miniaturowe.
- Nie podobają siĊ pani? - spytaI redaktor.
- Jest to wspaniale sfotografowane.
- Raczej temat jest szokujący - powiedziaIa fotoreporterka. - Od razu moĪna
po pani poznac, Īe nigdy nie poszIaby pani na plaĪĊ nudystów.
- Nie, nie poszIabym - odpowiedziaIa Teresa.
- MoĪna jednak rozpoznac, skąd pani pochodzi. Komunistyczne kraje są strasznie
purytaĔskie - uĞmiechnąI siĊ redaktor. Fotoreporterka powiedziaIa z macierzyĔską Ia-
godnoĞcią:
- Nagie ciaIa, cóĪ to takiego! To jest normalne. Wszystko, co normalne jest piĊkne!
Teresa przypomniaIa sobie swą matkĊ, która nago chodziIa po mieszkaniu. SIyszaIa
w duchu Ğmiech, który rozlegI siĊ za jej plecami, kiedy biegIa zaciągnąc zasIony, Īeby
nikt nie zobaczyI jej matki nagiej.
.
25.
.
Fotoreporterka zaprosiIa TeresĊ na kawĊ do bufetu.
- Te zdjĊcia, które pani zrobiIa są bardzo ciekawe. ZauwaĪyIam, Īe ma pani sza-
loną wraĪliwoĞc na ciaIo kobiece. Wie pani, co mam na myĞli... Te mIode dziewczyny
w takich prowokacyjnych ustawieniach...
- Te, które caIują siĊ przed rosyjskimi czoIgami?
- Tak. ByIaby pani Ğwietną fotografką mody. Tylko trzeba byIoby nawiązac kon-
takt z jakąĞ modelką. Najlepiej z kimĞ, kto sam dopiero stara siĊ przebic, podobnie jak
pani. MogIaby pani zrobic kilka zdjĊc, Īeby siĊ móc zaprezentowac. OczywiĞcie, potrze-
ba nieco czasu, Īeby siĊ przebic. Tymczasem mogIabym zrobic dla pani jedną rzecz.
PrzedstawiĊ panią redaktorowi, który prowadzi u nas rubrykĊ ,Nasz ogródek¨. MoĪliwe,
Īe bĊdzie potrzebowaI jakichĞ zdjĊc kaktusów, róĪ i tak dalej.
- Bardzo pani dziĊkujĊ - powiedziaIa Teresa szczerze; wiedziaIa, Īe kobieta sie-
dząca naprzeciwko jest peIna dobrej woli.
Ale potem powiedziaIa sobie: po co miaIabym fotografowac kaktusy? I poczuIa
niesmak na myĞl o tym, Īe miaIaby powtarzac to, co juĪ raz przeĪyIa w Pradze: walkĊ
o pracĊ, o karierĊ, o kaĪde opublikowane zdjĊcie. Powodem jej ambicji nigdy nie byIa
próĪnoĞc. To, czego pragnĊIa, to byIa ucieczka ze Ğwiata matki. Tak, staIo siĊ to dla
niej caIkiem jasne: pracowaIa nad fotografią bardzo gorliwie, ale równie dobrze mogIa
tĊ gorliwoĞc ofiarowac jakiejkolwiek innej dziaIalnoĞci, poniewaĪ fotografowanie byIo
jedynie Ğrodkiem, by zajĞc ,gdzieĞ wyĪej¨ i Īyc obok Tomasza.
- Wie pani... Mój mąĪ jest lekarzem i zarobi równieĪ na mnie, Nie muszĊ fotogra-
fowac - powiedziaIa. Fotoreporterka odpowiedziaIa:
- Nie rozumiem, jak mogIaby pani porzucic fotografowanie, kiedy robi pani tak
wspaniaIe zdjĊcia. Tak, fotografowanie w dniach inwazji to byIo coĞ caIkiem innego. Nie
robiIa tego ze wzglĊdu na Tomasza. ByIa to namiĊtnoĞc. Ale nie namiĊtnoĞc do fotogra-
fowania, tylko namiĊtnoĞc nienawiĞci. Taka sytuacja juĪ siĊ nigdy nie powtórzy. Zresztą
wIaĞnie tych fotografii, które robiIa z taką namiĊtnoĞcią, nikt juĪ dziĞ nie chce, bo nie
są juĪ aktualne. Tylko kaktus jest wiecznie aktualny. Ale kaktusy nic jej nie obchodzą.
- Jest pani bardzo dobra dla mnie. Ale wolĊ siedziec w domu. Nie muszĊ miec
pracy - powiedziaIa. Fotoreporterka zapytaIa:
29
DTP by SHADE
- I to pani wystarcza, siedziec w domu?
- WolĊ to niĪ fotografowac kaktusy - odpowiedziaIa Teresa.
- Nawet jeĞli są to tylko kaktusy, jest to pani Īycie. Kiedy Īyje pani tylko dla swego
mĊĪa, to nie jest pani Īycie. Teresa poczuIa nagle rozdraĪnienie:
Moje Īycie to mój mąĪ, a nie kaktusy.
RównieĪ fotoreporterka mówiIa z rozdraĪnieniem:
- Chce mi pani moĪe powiedziec, Īe jest pani szczĊĞliwa?
- OczywiĞcie, Īe jestem szczĊĞliwa! - odpowiedziaIa Teresa (wciąĪ tak samo roz-
draĪniona).
- CoĞ takiego moĪe powiedziec tylko... - fotoreporterka nie chciaIa dokoĔczyc.
Teresa dokoĔczyIa za nią:
- ChciaIa pani powiedziec: tylko bardzo ograniczona kobieta. Fotoreporterka opa-
nowaIa siĊ i powiedziaIa:
- Nie ograniczona. Anachroniczna.
- Ma pani racjĊ. DokIadnie to samo mówi o mnie mój mąĪ - odpowiedziaIa Teresa
zamyĞlając siĊ.
.
26.
.
Ale Tomasz caIymi dniami siedziaI w szpitalu, a ona byIa sama w domu. Dobrze
chociaĪ, Īe miaIa Karenina, z którym mogIa chodzic na dIugie spacery! Kiedy wracaIa
do domu, zasiadaIa nad podrĊcznikiem niemieckiego i francuskiego. Ale byIo jej smutno
i nie mogIa siĊ skupic. CzĊsto przypominaIo jej siĊ przemówienie, które Dubczek wygIo-
siI przez radio po swym powrocie z Moskwy. ZapomniaIa kompletnie, co mówiI, ale wciąĪ
sIyszaIa jego drĪący gIos. MyĞlaIa o nim: obcy ĪoInierze zaaresztowali go, przywódcĊ
suwerennego paĔstwa w jego wIasnym kraju, wywieĨli, trzymali przez cztery dni gdzieĞ
w ukraiĔskich górach, dawali mu do zrozumienia, Īe go zastrzelą, jak to zrobili przed
dwunastu laty z jego wĊgierskim poprzednikiem Imre Nagy, potem zawieĨli go do Mo-
skwy, kazali siĊ wykąpac, ogolic, ubrac, zawiązac krawat, oznajmili, Īe egzekucji nie
bĊdzie, zarządzili, Īe znów musi siĊ uwaĪac za przywódcĊ paĔstwa, usadzili go za sto-
Iem naprzeciwko BreĪniewa i zmusili do pertraktacji. WróciI potem poniĪony i przema-
wiaI do poniĪonej narodu. ByI tak poniĪony, Īe nie byI w stanie mówic. Teresa nigdy nie
zapomni tych strasznych pauz w Ğrodku zdaĔ. Czy byI aĪ ta zmĊczony? Chory? Zatruli
go narkotykami? Albo byIa to po prostu rozpacz? JeĞli po Dubczeku nie pozostanie nic
innego, to zostaną na pewno te straszne, dIugie pauzy, w których nie mógI oddychac,
w których IapaI oddech na uszach caIego narodu przylepionego do radioodbiorników.
W tych pauzach zawieraI siĊ caIy koszmar, który spadI na ich ziemiĊ. ByIo to siódmego
dnia inwazji, sIuchaIa jego wystąpienia w redakcji jednego z dzienników, który i tych
dniach zmieniI siĊ w gazetĊ ruchu oporu. Wszyscy, którzy tam wtedy sIuchali Dubczeka,
nienawidzili go. Mieli mu za zIe kompromis, na który poszedI, czuli jak jego poniĪenie
ich poniĪa, jego sIaboĞc ich obraĪa.
Kiedy teraz w Zurychu wspomina ten moment, nie czuje juĪ dla Dubczeka pogar-
dy. SIowo sIaboĞc nie brzmi juĪ dla niej jak wyrok. W konfrontacji z przemocą czIowiek
zawsze jest sIaby, chocby miaI ciaIo atlety jak Dubczek. Ta sIaboĞc, która wydawaIa siĊ
im wtedy nieznoĞna, odraĪająca i która wygnaIa ich z kraju, nagle zaczĊIa ją przycią-
gac. UĞwiadomiIa sobie, Īe przynaleĪy do sIabych, do obozu sIabych, do kraju sIabych
i Īe powinna dochowac im wiernoĞci wIaĞnie dlatego, Īe są sIabi i Īe muszą z trudem
Iapac oddech w Ğrodku zdania.
Ta sIaboĞc przyciągaIa ją jak przepaĞc. PrzyciągaIa ją, poniewaĪ ona sama czuIa siĊ
sIaba. Znów zaczĊIa byc zazdrosna i znów trzĊsIy siĊ jej rĊce. Tomasz widziaI to i zrobiI
gest, który dobrze znaIa, wziąI jej dIonie w swoje i chciaI je uspokoic silnym uĞciskiem.
WyrwaIa mu je.
- Co ci jest? - spytaI.
30 DTP by SHADE
- Nic.
- Co chcesz, Īebym zrobiI dla ciebie?
- ChcĊ, ĪebyĞ byI stary. O dziesiĊc lat starszy! O dwadzieĞcia lat starszy!
ChciaIa przez to wyrazic: chcĊ, ĪebyĞ byI sIaby. ĩebyĞ byI równi sIaby jak ja.
.
27.
.
Karenin nigdy nie pragnąI przeprowadzki do Szwajcarii. Karenin nienawidziI zmian.
Czas pieska nie biegnie w linii prostej, nie posuwa siĊ wciąĪ do przodu, od jednego
zdarzenia do drugiego. Rozgrywa siĊ w krĊgu, podobnym do ruchu wskazówek zegara,
które równieĪ nie biegną wariacko naprzód, ale krĊcą siĊ w kóIko po cyferblacie, dzieĔ
po dniu powtarzając tĊ samą trasĊ. WystarczyIo, Īeby kupili w Pradze nowe krzesIo
albo przestawili doniczkĊ, aby Karenin z niesmakiem na to zareagowaI. WytrącaIo go
to z jego czasu. Jak gdyby ktoĞ wskazówkom na cyferblacie wciąĪ podmieniaI cyfry go-
dzin.
Pomimo to udaIo mu siĊ doĞc szybko odtworzyc w zurychskim mieszkaniu stary po-
rządek i stare ceremonie. Tak samo jak w Pradze wskakiwaI rano do nich do IóĪka, aby
razem z nimi przywitac dzieĔ, odprowadzaI TeresĊ na pierwsze poranne zakupy i jak
w Pradze domagaI siĊ regularnych spacerów.
ByI zegarem ich Īycia. W chwilach poczucia beznadziei mówiIa sobie, Īe musi wy-
trzymac ze wzglĊdu na niego, bo jest jeszcze sIabszy od niej, chyba nawet jeszcze sIab-
szy od Dubczeka i od jej opuszczonej ojczyzny.
WróciIa wIaĞnie ze spaceru, kiedy zadzwoniI telefon. PodniosIa sIuchawkĊ i zapyta-
Ia, kto mówi.
ByI to gIos kobiety; mówiIa po niemiecku i chciaIa rozmawiac z Tomaszem. GIos byI
niecierpliwy i Teresie wydawaIo siĊ, Īe brzmi w nim pogarda. Kiedy powiedziaIa, Īe To-
masza nie ma w domu i Īe nie wie, kiedy wróci, kobieta po drugiej stronie zaĞmiaIa siĊ
i odIoĪyIa sIuchawkĊ bez poĪegnania.
Teresa wiedziaIa, Īe nic w ogóle siĊ nie staIo. MogIa to byc pielĊgniarka ze szpitala,
pacjentka, sekretarka, ktokolwiek. Pomimo to byIa zdenerwowana i nie mogIa siĊ nad
niczym skupic. UĞwiadomiIa sobie wtedy, Īe straciIa i tĊ resztkĊ siI, którą miaIa w Cze-
chach i Īe nie jest w stanie wytrzymac nawet takiego incydentu.
Jest za granicą i nie ma pod sobą siatki asekuracyjnej, którą daje czIowiekowi jego
wIasny kraj, w którym ma rodzinĊ, kolegów, przyjacióI i gdzie bez trudu porozumie siĊ
w jĊzyku znanym od dzieciĔstwa. W Pradze byIa zaleĪna od Tomasza tylko sercem. Tutaj
jest od niego zaleĪna we wszystkim. Co by siĊ z nią staIo, gdyby ją opuĞciI? Ma wiĊc
przeĪyc caIe Īycie w strachu, Īe go utraci?
PowiedziaIa sobie: ich spotkanie od początku opieraIo siĊ na nieporozumieniu.
,Anna Karenina¨, którą ĞciskaIa pod pachą byIa faIszywą legitymacją i okIamaIa nią To-
masza. Jedno drugiemu stworzyIo piekIo, mimo Īe siĊ kochają. To, Īe siĊ kochają, jest
dowodem na to, Īe bIąd nie leĪy w nich samych, w ich zachowaniu czy w niestaIoĞci ich
uczuc, ale po prostu nie pasują do siebie, poniewaĪ on jest silny, a ona sIaba. Jest jak
Dubczek, który robi w Ğrodku zdania póIminutową pauzĊ, jest jak jej ojczyzna, która
z trudem Iapie oddech, jąka siĊ i nie moĪe mówic.
I wIaĞnie ten sIaby musi znaleĨc doĞc siIy, by odejĞc, jeĞli ten silny jest za sIaby,
by umiec skrzywdzic sIabego.
MówiIa to sobie i przytulaIa twarz do kudIatego Iba Karenina.
- Nie gniewaj siĊ, Kareninie. BĊdziesz musiaI raz jeszcze zmienic mieszkanie.
.
28.
.
SiedziaIa wtulona w róg przedziaIu, nad jej gIową leĪaIa ciĊĪka walizka, Karenin
przywarI jej do nóg. MyĞlaIa o kucharzu z restauracji, w której pracowaIa, kiedy miesz-
31
DTP by SHADE
kaIa u matki. WykorzystywaI kaĪdą okazjĊ, Īeby dac jej klapsa w poĞladki i czĊsto
na oczach wszystkich domagaI siĊ, Īeby siĊ z nim przespaIa. Dziwne, Īe myĞlaIa teraz
wIaĞnie o nim. ByI dla niej ucieleĞnieniem wszystkiego, co byIo jej wstrĊtne. Ale teraz
wyobraĪaIa sobie, Īe go odszuka i powie mu: ,MówiIeĞ, Īe chcesz siĊ ze mną przespac.
Oto jestem.
PragnĊIa zrobic coĞ takiego, od czego nie miaIaby odwrotu. PragnĊIa zniszczyc bru-
talnie caIą przeszIoĞc swych ostatnich siedmiu lat. ByI to zawrót gIowy. OszaIamiające,
nie do opanowania pragnienie upadku.
MoglibyĞmy nazwac zawrót gIowy pijaĔstwem sIaboĞci. CzIowiek uĞwiadamia sobie
swą sIaboĞc i nie chce siĊ przed nią bronic; pragnie jej siĊ poddac. SIaboĞc go upija,
chce byc jeszcze sIabszy, chce upaĞc poĞrodku placu, na oczach wszystkich, chce byc
na dnie, jeszcze niĪej niĪ na dnie.
PrzekonywaIa samą siebie, Īe nie zostanie w Pradze i nie bĊdzie juĪ fotoreporte-
rem. Wróci do maIego miasta, skąd kiedyĞ odwoIaI ją gIos Tomasza.
Ale kiedy przyjechaIa do Pragi, musiaIa zostac w niej jednak przez pewien czas
i pozaIatwiac mnóstwo praktycznych spraw. ZaczĊIa odkIadac odjazd.
Tak minĊIo piĊc dni, aĪ w mieszkaniu zjawiI siĊ nagle Tomasz. Karenin dIugo pod-
skakiwaI i lizaI go po twarzy, tak Īe uwolniI ich na dIugą chwilĊ od koniecznoĞci, by coĞ
powiedziec.
Czuli siĊ, jak gdyby stali poĞrodku ĞnieĪnej pustyni i drĪeli z zimna.
Potem zbliĪyli siĊ do siebie jak kochankowie, którzy siĊ jeszcze nie pocaIowali.
- Wszystko w porządku? - zapytaI.
- Tak - odpowiedziaIa.
- ByIaĞ juĪ w tygodniku?
- DzwoniIam tam.
- I?
- Nic. CzekaIam.
- Na co?
Nie odpowiedziaIa. Nie mogIa mu powiedziec, Īe czekaIa na niego.
.
29.
Wracamy do momentu, który juĪ znamy. Tomasz byI zrozpaczony i bolaI go ĪoIą-
dek. UsnąI dopiero nad ranem.
Wkrótce potem zbudziIa siĊ Teresa. (Rosyjskie samoloty krąĪyIy nad Pragą i ich huk
nie dawaI spac.) Jej pierwszą myĞlą byIo: wróciI dla niej. Dla niej zmieniI swój los. Teraz
juĪ nie on bĊdzie odpowiedzialny za nią, ale ona za niego.
Ta odpowiedzialnoĞc wydawaIa jej siĊ ponad siIy.
Ale potem nagle przypomniaIa sobie, Īe wczoraj, chwilĊ potem, kiedy stanąI
w drzwiach ich mieszkania, na praskim koĞciele wybiIa szósta. Kiedy spotkali siĊ pierw-
szy raz, koĔczyIa pracĊ o szóstej. ZobaczyIa go siedzącego na ĪóItej Iawce i sIyszaIa
dzwon na wieĪy.
Nie, to nie przesądnoĞc, to poczucie piĊkna uwolniIo ją od lĊku i napeIniIo nową
wolą Īycia. Ptaki przypadków znów obsiadIy jej ramiona. MiaIa Izy w oczach i czuIa bez-
miar szczĊĞcia, Īe oto sIyszy obok jego oddech.
.
CZĉĝC III
.
Niezrozumiane sIowa
.
1.
.
Genewa jest miastem wodotrysków, fontann i parków, w których stoją muszle
koncertowe; niegdyĞ grywaIy w nich orkiestry. RównieĪ budynek uniwersytetu tonie
32 DTP by SHADE
w drzewach. Franz skoĔczyI wIaĞnie popoIudniowy wykIad i wyszedI z budynku. Z po-
lewaczek tryskaIa woda na trawniki, a on byI we wspaniaIym humorze. Z uniwersytetu
szedI prosto do swej kochanki. MieszkaIa o parĊ ulic stąd.
WstĊpowaI do niej czĊsto, ale zawsze w charakterze troskliwego przyjaciela, nigdy
jako kochanek. Gdyby siĊ z nią kochaI w jej genewskiej pracowni, przechodziIby w ciągu
jednego dnia od jednej kobiety do drugiej, od Īony do kochanki i z powrotem, a ponie-
waĪ w Genewie maIĪonkowie, francuskim zwyczajem, Ğpią we wspólnym IóĪku, prze-
chodziIby na przestrzeni kilku godzin z IóĪka jednej kobiety do IóĪka drugiej kobiety.
WydawaIo mu siĊ, Īe w ten sposób poniĪaIby zarówno ĪonĊ, jak i kochankĊ i koniec
koĔców siebie samego.
Jego miIoĞc do kobiety, w której zakochaI siĊ przed kilku miesiącami, wydawaIa mu
siĊ czymĞ tak cennym, Īe staraI siĊ stworzyc dla niej w swym Īyciu wyodrĊbnioną prze-
strzeĔ, nieprzystĊpne terytorium czystoĞci. CzĊsto zapraszano go na wykIady na róĪne
zagraniczne uniwersytety: przyjmowaI gorliwie wszystkie te zaproszenia. PoniewaĪ nie
byIo ich dostatecznie duĪo, wymyĞlaI dodatkowo nie istniejące kongresy i sympozja,
które uzasadniaIy wobec Īony jego wyjazdy. Jego kochanka, która sama dysponowaIa
swym czasem, towarzyszyIa mu. W ten sposób umoĪliwiI jej w krótkim czasie zwiedze-
nie wielu europejskich i jednego amerykaĔskiego miasta.
- JeĞli nie masz nic przeciwko temu, moglibyĞmy za dziesiĊc dni pojechac do Pa-
lermo - powiedziaI.
- WolĊ GenewĊ - odpowiedziaIa. StaIa przed sztalugami z rozpoczĊtym pIótnem
i przyglądaIa mu siĊ. - Jak chcesz Īyc, nie znając Palermo? - staraI siĊ zaĪartowac.
- Znam Palermo - odpowiedziaIa.
- Jak to? - spytaI prawie zazdroĞnie.
- Moja znajoma posIaIa mi stamtąd widokówkĊ. PrzylepiIam ją skoczem w ubika-
cji. Nie zauwaĪyIeĞ? Potem dodaIa:
- Na początku wieku ĪyI pewien poeta. ByI juĪ bardzo stary i jego sekretarz prowa-
dzaI go na spacer. ,Mistrzu - powiedziaI mu kiedyĞ - niech pan spojrzy w górĊ! DziĞ leci
nad miastem pierwszy samolot!¨ ,Umiem to sobie wyobrazic¨ - odpowiedziaI mistrz
i nie uniósI wzroku. Widzisz, ja równieĪ umiem sobie wyobrazic Palermo. Są tam takie
same hotele i takie same samochody jak w innych miastach. W mojej pracowni mam
przynajmniej wciąĪ nowe obrazy.
Franz posmutniaI. PrzyzwyczaiI siĊ juĪ do poIączenia Īycia miIosnego z podróĪowa-
niem i w wezwanie ,Pojedziemy do Palermo!¨ wkIadaI jednoznacznie erotyczną treĞc.
OdpowiedĨ ,WolĊ GenewĊ!¨ miaIa dla niego równie jasny sens: jego kochanka nie pra-
gnie go juĪ.
Jak-to moĪliwe, Īe jest przy niej taki niepewny? Nie ma przecieĪ po temu Īadnych
powodów! To nie on. a ona pierwsza podjĊIa erotyczną inicjatywĊ zaraz po ich formal-
nym zapoznaniu siĊ; byI przystojnym mĊĪczyzną u szczytu kariery naukowej, jego
koledzy nawet siĊ go bali, bo w dyskusjach zawodowych byI zarozumiaIy i uparty. Dla-
czego wiĊc wciąĪ myĞli o tym, Īe kochanka go porzuci?
Nie mogĊ tego wyjaĞnic inaczej niĪ przez fakt, Īe miIoĞc nie byIa dla niego prze-
dIuĪeniem jego publicznego Īycia, ale jego przeciwieĔstwem. ZnaczyIa dla niego pra-
gnienie, by zdac siĊ na czyjąĞ IaskĊ i nieIaskĊ. Kto oddaje siĊ drugiemu jak ĪoInierz
do niewoli, musi porzucic wszelką broĔ. A poniewaĪ nic go nie chroni przed ciosami,
nie moĪe obronic siĊ pytaniem, kiedy nastąpi uderzenie. Dlatego mogĊ powiedziec: dla
Franza miIoĞc oznaczaIa ustawiczne oczekiwanie na cios.
Podczas gdy oddawaI siĊ rozczarowaniu, jego kochanka odIoĪyIa pĊdzel i odeszIa
do sąsiedniego pomieszczenia. WróciIa z butelką wina. Bez sIowa otworzyIa ją i nalaIa
wino do szklanek.
KamieĔ spadI mu z serca. MiaI ochotĊ sam siĊ z siebie Ğmiac. SIowa ,WolĊ Gene-
wĊ!¨ nie oznaczaIy, Īe nie chce juĪ z nim spac, a wrĊcz przeciwnie, Īe ma doĞc ograni-
czania chwil ich miIoĞci wyIącznie do obcych miast.
33
DTP by SHADE
PodniosIa szklankĊ i wypiIa ją do dna. RównieĪ Franz podniósI szklankĊ i wypiI. CzuI
wielką radoĞc, Īe odmowa podróĪy do Palermo okazaIa siĊ wezwaniem do kochania siĊ,
ale zaraz potem zrobiIo mu siĊ Īal: jego kochanka zdecydowaIa siĊ pogwaIcic reguIĊ
czystoĞci, którą wniósI do ich związku: nie zrozumiaIa jego staraĔ, by uchronic miIoĞc
przed banalnoĞcią i oddzielic ją radykalnie od gniazda maIĪeĔskiego.
To, Īeby nie kochac siĊ z malarką w Genewie byIo wIaĞciwie karą, którą sam sobie
naIoĪyI za to, Īe jest Īonaty z inną kobietą. OdczuwaI to jako winĊ albo defekt. ChociaĪ
jego Īycie seksualne z Īoną niewarte byIo nawet wzmianki, spali jednak we wspólnym
IóĪku, budziIo ich w nocy obopólne chrapanie i wdychali zapachy swych ciaI. ChĊtniej
by sypiaI sam, ale wspólne IóĪko pozostaje symbolem maIĪeĔstwa, a symbole, jak
wiemy, są niezniszczalne.
Ilekroc kIadI siĊ obok swej Īony do IóĪka, myĞlaI o tym, Īe jego kochanka wyobraĪa
sobie, jak wIaĞnie kIadzie siĊ obok swej Īony do IóĪka. Za kaĪdym razem myĞl ta bu-
dziIa w nim wstyd i wIaĞnie dlatego pragnąI jak najbardziej oddalic w przestrzeni IóĪko,
w którym sypiaI z Īoną od IóĪka, w którym kochaI siĊ z kochanką.
Malarka znów nalaIa mu wina, upiIa Iyk, a potem milcząco, z jakimĞ dziwnym roz-
targnieniem, jak gdyby Franza w ogóle nie byIo, ĞciągnĊIa powoli bluzkĊ. RobiIa to jak
studenka szkoIy teatralnej, która ma na cwiczeniach pokazac, jak siĊ zachowuje, kiedy
jest sama w domu i nikt jej nie widzi.
ZostaIa tylko w spódnicy i biustonoszu. Potem (jak gdyby dopiero teraz przypo-
mniaIa sobie, Īe nie jest w pokoju sama) spojrzaIa na Franza. Spojrzenie jej wprawiaIo
go w zaĪenowanie, poniewaĪ go nie zrozumiaI. MiĊdzy kochankami szybko tworzą siĊ
reguIy gry, których sobie nie uĞwiadamiają, ale które mają swą wagĊ i nie naleĪy ich
lekcewaĪyc. Spojrzenie, które teraz na niego skierowaIa, wymykaIo siĊ tym prawidIom;
nie miaIo nic wspólnego ze spojrzeniami i gestami, które antycypowaIy zwykle ich sto-
sunek miIosny. Nie byIo w nim wyzwania ani kokieterii, raczej rodzaj pytania. Tylko
Īe Franz nie miaI najmniejszego pojĊcia, o co go to spojrzenie pyta.
Potem ĞciągnĊIa spódnicĊ. WziĊIa Franza za rĊkĊ i odwróciIa go do wielkiego lustra,
które staIo o krok od nich oparte o ĞcianĊ. Nie puszczając jego rĊki patrzyIa w lustro
wciąĪ tym samym przeciągIym, pytającym spojrzeniem, przenosząc je z niego na siebie
i z powrotem na niego.
Pod lustrem staIa na podIodze forma, na którą wetkniĊto stary mĊski czarny me-
lonik. SchyliIa siĊ i wsadziIa sobie ten melonik na gIowĊ. Obraz w lustrze zmieniI siĊ
od razu: widniaIa na nim teraz piĊkna, nieprzystĊpna, obojĊtna kobieta w bieliĨnie
i ze straszliwie niewIaĞciwym melonikiem na gIowie. TrzymaIa za rĊkĊ mĊĪczyznĊ w sza-
rym garniturze i w krawacie.
Franz znów siĊ uĞmiechnąI, uĞwiadamiając sobie, jak bardzo nie rozumie swej ko-
chanki. RozebraIa siĊ nie po to, by siĊ z nim kochac, ale po to, by wykonac jakiĞ dziwny
Īart, prywatny happening dla nich dwojga. UĞmiechnąI siĊ zgodliwie i ze zrozumieniem.
CzekaI, Īe malarka odpowie na jego uĞmiech uĞmiechem, ale nie doczekaI siĊ. Nie
wypuszczając jego rĊki patrzyIa w lustro na zmianĊ to na siebie, to na niego.
Czas happeningu przekroczyI swe granice. Franzowi wydawaIo siĊ, Īe Īart (choc byI
skIonny uwaĪac, Īe jest to Īart uroczy) trwa juĪ zbyt dIugo. ChwyciI melonik w dwa palce
i z uĞmiechem zdjąI go delikatnie z gIowy Sabiny, po czym wIoĪyI go znów na formĊ.
WyglądaIo to tak, jakby ĞcieraI gumką wąsy, które rozdokazywane dziecko dorysowaIo
na obrazie NajĞwiĊtszej Panienki.
Nie ruszaIa siĊ jeszcze przez kilka sekund, wciąĪ przyglądając siĊ sobie w lustrze.
Potem Franz obsypaI ją delikatnymi pocaIunkami. Znów ją poprosiI, aby pojechaIa z nim
na dziesiĊc dni do Palermo. ObiecaIa mu to tym razem bez sprzeciwu. OdszedI.
ByI znowu we wspaniaIym humorze. Genewa, którą przeklinaI przez caIe Īycie jako
stolicĊ nudy, wydaIa mu siĊ nagle piĊkna i peIna przygód. Na ulicy stanąI i popatrzyI
w górĊ na szerokie okna jej pracowni. ByIa póĨna, gorąca wiosna, nad wszystkimi okna-
mi rozpiĊto pasiaste markizy. Franz doszedI do parku, za którym wznosiIy siĊ w oddali
34 DTP by SHADE
zIote kopuIy prawosIawnej cerkwi jak pozIacane kule armatnie, które niewidoczna siIa
zatrzymaIa tuĪ przed upadkiem i zostawiIa zawieszone w powietrzu. ByIo to piĊkne.
Franz zszedI w dóI na nabrzeĪe, wsiadI na stateczek komunikacji miejskiej i daI siĊ
przewieĨc na póInocny brzeg jeziora, gdzie mieszkaI.
Sabina zostaIa sama. WróciIa przed lustro. WciąĪ jeszcze byIa w bieliĨnie. Znów
wsadziIa na gIowĊ melonik i dIugo siĊ sobie przyglądaIa. Sam siĊ dziwiIa, Īe od tylu lat
szuka jednej straconej chwili. KiedyĞ, przed wielu laty przyszedI do niej Tomasz. Me-
lonik go zainteresowaI. WsadziI go na gIowĊ i przeglądaI siĊ w wielkim lustrze, które,
tak samo jak tutaj, staIo oparte o ĞcianĊ w jej praskim mieszkaniu. ChciaI zobaczyc,
czy byIoby mu do twarzy jako staroĞcie z ubiegIego wieku. Stali przed lustrem (zawsze
przed nim stali, kiedy siĊ rozbieraIa) i obserwowali siĊ. ByIa w samej bieliĨnie i meloni-
ku na gIowie. Potem nagle zrozumiaIa, Īe oboje ten widok podnieciI.
Jak to siĊ mogIo stac? Jeszcze przed chwilą melonik na gIowie wydawaI jej siĊ zwy-
kIym Īartem. Czy od ĞmiesznoĞci do podniecenia jest tylko maIy krok?
Tak. Kiedy patrzyIa wtedy na siebie w lustrze, w pierwszej chwili widziaIa tylko za-
bawną sytuacjĊ. Ale wkrótce komizm zostaI przykryty podnieceniem: melonik nie ozna-
czaI Īartu, ale gwaIt; gwaIt na Sabinie, na jej kobiecej godnoĞci. WidziaIa siebie z goIymi
nogami, w krótkich majtkach, spod których przeĞwitywaIo krocze. Bielizna podkreĞlaIa
siIĊ jej kobiecoĞci, a twardy mĊski kapelusz tĊ kobiecoĞc negowaI, gwaIciI, oĞmieszaI.
Tomasz staI obok niej ubrany, co oznaczaIo, Īe nie chodzi o Īaden Īart (w przeciwnym
wypadku on równieĪ musiaIby byc w bieliĨnie i w meloniku), ale o poniĪenie. Zamiast
nie zgodzic siĊ na to poniĪenie, ona je dumnie i prowokacyjnie demonstrowaIa, jak
gdyby chciaIa siĊ publicznie i dobrowolnie zgwaIcic. W pewnym momencie nie mogIa juĪ
dIuĪej wytrzymac i pociągnĊIa Tomasza na podIogĊ. Melonik poturlaI siĊ pod stóI, a oni
miotali siĊ na podIodze przed lustrem.
Wrócmy jeszcze do melonika.
Najpierw byI caIkiem niejasnym wspomnieniem zapomnianego dziadka, starosty
w maIym czeskim mieĞcie w zeszIym wieku.
Po drugie byI pamiątką po ojcu. Po pogrzebie jej brat przywIaszczyI sobie caIy ma-
jątek po rodzicach, a ona, uniesiona ambicją, nie chciaIa siĊ kIócic o swe prawa. Sarka-
stycznie oĞwiadczyIa, Īe zabiera melonik jako jedyny spadek po ojcu.
Po trzecie byI rekwizytem miIosnych gier z Tomaszem.
Po czwarte byI znakiem jej oryginalnoĞci, którą Ğwiadomie pielĊgnowaIa. Nie mogIa
zabrac ze sobą na emigracjĊ wielu rzeczy i fakt, Īe zabraIa ten spory i niepraktyczny
przedmiot oznaczaI, Īe musiaIa dlaĔ zrezygnowac z wielu praktyczniejszych.
Po piąte: za granicą melonik staI siĊ obiektem sentymentalnym. Kiedy przyjechaIa
do Tomasza do Zurychu, wziĊIa go ze sobą i miaIa go na gIowie, kiedy otwieraIa mu
drzwi hotelowego pokoju. Wtedy nastąpiIo coĞ, czego siĊ nie spodziewaIa: melonik nie
okazaI siĊ ani wesoIy, ani podniecający; staI siĊ pamiątką minionego czasu. Oboje byli
wzruszeni. Kochali siĊ jak nigdy przedtem; nie byIo miejsca na obsceniczne zabawy,
poniewaĪ ich spotkanie nie byIo kontynuacją erotycznych randek, na których za kaĪ-
dym razem wymyĞlali sobie jakąĞ nową maIą nieprzyzwoitoĞc, ale rekapitulacja czasu,
Ğpiewem ich wspólnej przeszIoĞci, sentymentalnym podsumowaniem niesentymental-
nej historii, historii, która ginĊIa w dali.
Melonik staI siĊ motywem muzycznej kompozycji, którą jest Īycie Sabiny. Ten
motyw wciąĪ powracaI i za kaĪdym razem miaI inne znaczenie, a wszystkie znaczenia
przepIywaIy przez melonik jak rzeka. MogĊ powiedziec, Īe byIo to koryto rzeki z Hera-
klita: ,Nigdy nie wstąpisz dwa razy do tej samej rzeki!¨; melonik byI korytem, w którym
Sabina widziaIa za kaĪdym razem inną rzekĊ, inną semantyczną rzekĊ: ten sam przed-
miot budziI za kaĪdym razem inne skojarzenie, ale razem z tym skojarzeniem odzywaIy
siĊ (jak echo, jak pochód ech) wszystkie poprzednie znaczenia. KaĪde nowe przeĪycie
brzmiaIo w bogatszych tonach. Tomasz i Sabina w zurychskim hotelu byli wzruszeni
widokiem melonika i kochali siĊ prawie pIacząc, poniewaĪ ten czarny przedmiot byI nie
35
DTP by SHADE
tylko wspomnieniem ich miIosnych zabaw, ale równieĪ pamiątką po ojcu Sabiny i po jej
dziadku, Īyjącym w stuleciu bez aut i samolotów.
Teraz lepiej moĪemy zrozumiec przepaĞc oddzielającą SabinĊ od Franza: on Iap-
czywie wysIuchiwaI historii Īycia Sabiny, a ona równie Iapczywie wysIuchiwaIa historii
jego Īycia. DokIadnie rozumieli sens sIów, które wypowiadali, ale nie sIyszeli szumu
sentymentalnej rzeki, która przez nie przepIywaIa.
Dlatego kiedy wsadziIa na gIowĊ melonik, Franz byI skonfudowany, jak gdyby ktoĞ
przemówiI do niego obcym jĊzykiem. Nie wydawaIo mu siĊ to ani obsceniczne, ani sen-
tymentalne, byI to tylko niezrozumiaIy gest, który krĊpowaI go swoim bezsensem.
Dopóki ludzie są mIodzi i muzyczna kompozycja ich Īycia skIada siĊ zaledwie z kilku
taktów, mogą ją pisac wspólnie i wymieniac siĊ motywami (tak jak Tomasz i Sabina
podzielic siĊ motywem melonika), ale kiedy są juĪ starsi w momencie spotkania, ich
muzyczna kompozycja jest mniej wiĊcej zamkniĊta i kaĪde sIowo, kaĪdy przedmiot
oznaczają coĞ innego w kompozycji jednego i drugiego.
Gdybym ĞledziI wszystkie rozmowy miĊdzy Franzem i Sabiną, mógIbym uIoĪyc z ich
nieporozumieĔ wielki sIownik. Zadowólmy siĊ maIym sIowniczkiem.
.
2.
.
MaIy sIownik niezrozumianych stów (czĊĞc pierwsza)
.
Kobieta
.
Byc kobietą oznacza dla Sabiny los, którego sobie nie wybraIa. To, czegoĞmy nie
wybrali, nie jest naszą zasIugą ani naszą winą. Sabina sądzi, Īe do przydzielonego losu
naleĪy miec stosunek godny. Buntowac siĊ przeciw faktowi, Īe urodziIa siĊ kobietą, wy-
daje jej siĊ równie niemądre, jak uwaĪac to za wartoĞc.
W trakcie jednego z ich pierwszych spotkaĔ Franz powiedziaI ze szczególnym naci-
skiem: ,Sabino, pani jest kobietą¨. Nie zrozumiaIa, dlaczego oznajmia jej to z uroczy-
stą miną Krzysztofa Kolumba, który wIaĞnie zobaczyI brzegi Ameryki. Dopiero póĨniej
pojĊIa, Īe sIowo ,kobieta¨, na które poIoĪyI szczególny nacisk, nie oznacza dla niego
okreĞlenia jednej z dwóch ludzkich pIci, ale wartoĞc. Nie kaĪda kobieta jest godna tego,
by nazywac ją kobietą.
Ale jeĞli Sabina jest dla Franza kobietą, czym jest dla niego Marie-Claude, jego
prawowita maIĪonka? Przed ponad dwudziestu laty, kilka miesiĊcy po ich poznaniu gro-
ziIa mu, Īe odbierze sobie Īycie, jeĞli ją opuĞci. Franza zachwyciIa ta pogróĪka. Marie-
-Claude nie podobaIa mu siĊ zbytnio, ale jej miIoĞc uznaI za wspaniaIą. WydawaIo mu
siĊ, Īe nie jest godny tak wielkiej miIoĞci i Īe powinien siĊ przed nią gIĊboko pokIonic.
PokIoniI siĊ wiĊc aĪ do ziemi i oĪeniI siĊ z nią. Choc Marie-Claude juĪ nigdy potem
nie okazaIa tak wielkiej intensywnoĞci uczuc jak w momencie, w którym groziIa mu sa-
mobójstwem, gIĊboko w nim pozostaI Īywy imperatyw: nie wolno mu jej nigdy skrzyw-
dzic i musi w niej szanowac kobietĊ.
To zdanie jest interesujące. Nie mówiI do siebie: szanowac Marie-Claude, ale sza-
nowac kobietĊ w Marie-Claude.
Ale jeĞli Marie-Claude sama jest kobietą, kto jest tą drugą kobietą, która siĊ w niej
ukrywa i którą ma szanowac? Czy jest to moĪe platoniczna idea kobiety?
Nie. Jest to jego matka. Nigdy by mu nie przyszIo do gIowy powiedziec, Īe w matce
szanuje kobietĊ. UbóstwiaI matkĊ, a nie jakaĞ kobietĊ, która w niej byIa. Platoniczna
idea kobiety i matka byIy toĪsame.
Kiedy miaI dwanaĞcie lat, matka zostaIa nagle sama, bo ojciec ją opuĞciI. ChIopiec
czuI, Īe staIo siĊ coĞ powaĪnego, ale matka osIoniIa dramat neutralnymi i spokojnymi
sIowami, Īeby go nie denerwowac. Wychodzili tego dnia do miasta i Franz przy wyjĞciu
z mieszkania zauwaĪyI, Īe matka ma na kaĪdej nodze inny but. ZdenerwowaI siĊ, chciaI
36 DTP by SHADE
jej zwrócic na to uwagĊ, ale jednoczeĞnie baI siĊ, Īe mógIby ją w ten sposób zranic.
SpĊdziI z nią w mieĞcie dwie godziny i przez caIy czas nie mógI oderwac wzroku od jej
nóg. Wtedy po raz pierwszy zacząI pojmowac, czym jest cierpienie.
.
WiernoĞc i zdrada
.
KochaI ją od dzieciĔstwa aĪ do momentu, kiedy ją odprowadziI na cmentarz i kochaI
równieĪ jej wspomnienie. Od tego czasu powstaIo w nim przekonanie, Īe wiernoĞc jest
pierwszą z cnót; to ona nadaje naszemu Īyciu jednolitoĞc - w przeciwnym wypadku
rozprysnĊIoby siĊ na tysiące chwilowych wraĪeĔ jak na tysiąc szklanych odIamków.
Franz czĊsto opowiadaI Sabinie o matce. Byc moĪe byI w tym rodzaj podĞwiado-
mego wyrachowania: spodziewaI siĊ, Īe Sabina bĊdzie oczarowana jego zdolnoĞcią
do wiernoĞci i Īe w ten sposób ją zdobĊdzie.
Nie wiedziaI, Īe SabinĊ zachwycaIa zdrada, a nie wiernoĞc. SIowo ,wiernoĞc¨ przy-
pominaIo jej ojca, maIomiasteczkowego purytanina, który w niedziele malowaI dla roz-
rywki zachody sIoĔca nad lasem i róĪe w wazonie. DziĊki niemu zaczĊIa rysowac. Kiedy
miaIa czternaĞcie lat, zakochaIa siĊ w chIopcu w tym samym wieku. Pewnego dnia
pokazaI jej kilka reprodukcji Picassa, wyĞmiewając siĊ z nich. Skoro nie mogIa ko-
chac czternastoletniego kolegi, pokochaIa przynajmniej kubizm. OdjechaIa po maturze
do Pragi z wesoIym uczuciem, Īe moĪe wreszcie zdradzic swój dom.
Zdrada. Od dzieciĔstwa tatuĞ i pan nauczyciel nam mówią, Īe zdrada jest czymĞ
najgorszym i najobrzydliwszym na Ğwiecie. A cóĪ to jest zdrada? Zdrada oznacza opusz-
czenie szeregu, aby pójĞc w nieznane. Sabina nie zna niczego piĊkniejszego od odejĞcia
w nieznane.
StudiowaIa na Akademii Sztuk PiĊknych, ale nie miaIa prawa malowac tak jak Pi-
casso. ByIy to czasy, kiedy obowiązywaI tak zwany realizm socjalistyczny i na Akade-
mii produkowano portrety komunistycznych przywódców. Jej pragnienie by zdradzic
ojca pozostaIo niezaspokojone, poniewaĪ komunizm byI jak drugi ojciec, równie surowy
i ograniczony, zabraniający miIoĞci (czasy byIy purytaĔskie) i Picassa. WyszIa za mąĪ
za sIabego aktora praskiego teatru tylko dlatego, Īe miaI opiniĊ hulaki i byI nie do przy-
jĊcia dla obydwu ojców.
Potem umarIa matka. DzieĔ po powrocie z pogrzebu do Pragi dostaIa telegram:
ojciec z rozpaczy odebraI sobie Īycie.
ZalaIy ją wyrzuty sumienia: cóĪ w tym byIo zIego, Īe tata malowaI róĪe w dzbanku
i nie lubiI Picassa? Czy naprawdĊ fakt, Īe baI siĊ, aby jego czternastoletnia córka nie
zaszIa w ciąĪĊ, byI tak godny potĊpienia? Czy byIo coĞ Ğmiesznego w tym, Īe nie mógI
Īyc po stracie Īony?
OgarnĊIa ją znów ochota, by zdradzic: zdradzic swą wIasną zdradĊ. OznajmiIa mĊ-
Īowi (nie widziaIa juĪ w nim hulaki, ale uciąĪliwego pijaczka), Īe go opuszcza.
Ale zdradzając B, dla którego zdradziliĞmy A, nie wracamy wcale znów do A. ĩycie
rozwiedzionej malarki nie byIo w niczym podobne do Īycia jej zdradzonych rodziców.
Pierwsza zdrada jest nie do naprawienia. WywoIuje reakcjĊ IaĔcuchową nastĊpnych
zdrad, których kaĪda oddala nas coraz dalej i dalej od miejsca początkowej zdrady.
.
Muzyka
.
Dla Franza jest to sztuka najbliĪsza dionizyjskiemu pojĊciu piĊkna rozumianego
jako opilstwo. CzIowiek nie moĪe upic siĊ powieĞcią albo obrazem, ale moĪe siĊ upic
Dziewiątą Beethovena, koncertem Bartoka na dwa fortepiany i perkusjĊ albo Ğpiewem
Beatlesów. Franz nie robi róĪnicy miĊdzy tak zwaną muzyką powaĪną a muzyką roz-
rywkową. RozróĪnienie to wydaje mu siĊ staromodne peIne hipokryzji. Kocha rock tak
samo jak Mozarta.
UwaĪa muzykĊ za siIĊ wyzwalającą: wyzwala go z samotnoĞci zamkniĊcia w sobie,
37
DTP by SHADE
kurzu biblioteki, otwiera w jego ciele bramĊ, przez którą dusza wychodzi na Ğwiat by siĊ
bratac. Lubi taĔczyc ĪaIuje, Īe Sabina nie podziela tej jego pasji.
Siedzą razem w restauracji, a z gIoĞnika przygrywa im do jedzenia rytmiczna mu-
zyka.
Sabina mówi:
- BIĊdne koIo. Ludzie gIuchną, poniewaĪ coraz gIoĞniej puszczają sobie muzykĊ.
Ale poniewaĪ gIuchną, nie pozostaje im nic innego jak puszczac ją jeszcze gIoĞniej.
- Nie lubisz muzyki? - pyta Franz.
- Nie - mówi Sabina. Potem dodaje:
- MoĪliwe, Īe gdybym ĪyIa kiedy indziej... - i myĞli o czasach, w których ĪyI Jan
Sebastian Bach i w których muzyka przypominaIa róĪĊ rozkwitIą w ogromnej ĞnieĪnej
przestrzeni ciszy.
HaIas pod maską muzyki przeĞladuje ją od wczesnej mIodoĞci Jako studentka ma-
larstwa musiaIa raz spĊdzic caIe wakacje na tak zwanej mIodzieĪowej budowie. Miesz-
kali we wspólnych pokojach chodzili pracowac na plac budowy huty. Muzyka grzmiaIa
z gIoĞnika od piątej rano do dziewiątej wieczór. ChciaIo jej siĊ pIakac, ale muzyka byIa
wesoIa, i nie moĪna siĊ byIo przed nią ukryc ani w ubikacji, ani w IóĪku pod kocem,
gIoĞniki byIy wszĊdzie, jak sfora psów spuszczonych z IaĔcucha.
MyĞlaIa wówczas, Īe tylko w Ğwiecie komunistycznym panuje takie barbarzyĔstwo.
Za granicą stwierdziIa, Īe przemiana muzyki w haIas jest procesem planetarnym, przy
pomocy którego ludzkoĞc wstĊpuje w epokĊ totalnego obrzydlistwa. Totalny charak-
ter obrzydlistwa objawiI siĊ najpierw jako wszechobecne obrzydlistwo akustyczne: sa-
mochody, motocykle, elektryczne gitary, wiertarki, gIoĞniki, syreny. Wkrótce nastąpi
wszechobecne obrzydlistwo wizualne.
Zjedli kolacje, poszli na górĊ do pokoju, kochali siĊ, a potem, na progu snu myĞli
Franza splątaIy siĊ. PrzypomniaI sobie gIoĞną muzykĊ przy kolacji i przyszIo mu
do gIowy: haIas ma swoje dobre strony. Nie sIychac przy nim sIów. UĞwiadomiI sobie,
Īe od mIodoĞci nie robi niczego innego, tylko mówi, pisze, wykIada, wymyĞla zdania,
szuka sformuIowaĔ, poprawia je tak, Īe w koĔcu Īadne sIowa nie są dokIadne, ich sens
siĊ zamazuje, tracą treĞc i zmieniają siĊ w Ğmiecie, plewy, kurz i piasek, który zamu-
la mu mózg, powoduje ból gIowy, staje siĊ jego bezsennoĞcią, jego chorobą. W tym
momencie zapragnąI, niejasno ale mocno, zanurzyc siĊ w niezmiernej muzyce, abso-
lutnym haIasie, piĊknym i wesoIym wrzasku, który wszystko obejmie, zaleje i zagIuszy
i w którym na zawsze znikną ból, marnoĞc i nicoĞc sIów. Muzyka jest negacją zdaĔ,
muzyka to anty-sIowo! PragnąI nie wypuszczac Sabiny z objĊc, milczec, nie wymówic
juĪ nigdy Īadnego zdania i pozwolic, by ich rozkosz zlaIa siĊ w jedno z orgiastycznym
grzmieniem muzyki. W tym peInym szczĊĞcia imaginacyjnym haIasie usnąI.
.
ĝwiatIo i ciemnoĞc
.
Dla Sabiny Īyc oznacza widziec. Widzenie jest wymierzone dwiema granicami: sil-
nym, oĞlepiającym ĞwiatIem i totalna ciemnoĞcią. To, byc moĪe, powoduje niechĊc
Sabiny do wszelkiego ekstremizmu. SkrajnoĞci oznaczają granicĊ, za którą koĔczy siĊ
Īycie, a skIonnoĞc do ekstremizmu w sztuce i w polityce maskuje pragnienie Ğmierci.
Franzowi sIowo ,ĞwiatIo¨ nie kojarzy siĊ z krajobrazem spowitym w miĊkką poĞwia-
tĊ dnia, ale ze ĨródIem ĞwiatIa samym w sobie: ze sIoĔcem, z Īarówką, z reflektorem.
Franzowi przychodzą do gIowy znane metafory: sIoĔce prawdy, oĞlepiające ĞwiatIo ro-
zumu itp.
Podobnie jak ĞwiatIo przyciąga go ciemnoĞc. Wie, Īe w naszych czasach gaszenie
ĞwiatIa podczas aktu miIosnego uwaĪa siĊ za coĞ Ğmiesznego i dlatego pozostawia za-
paloną maIą lampkĊ nad IóĪkiem. Ale w momencie, w którym wchodzi w SabinĊ, przy-
myka oczy. SIodycz, która go wypeInia, domaga siĊ ciemnoĞci. Ta ciemnoĞc jest czysta,
bez wizji i wyobraĪeĔ, nieskoĔczona, nie ma granic, jest nieskoĔczonoĞcią, którą kaĪdy
38 DTP by SHADE
z nas nosi w sobie. (Tak, kto szuka nieskoĔczonoĞci, niech zamknie oczy!)
W chwili, kiedy czuje, Īe rozkosz rozlewa siĊ w jego ciele, Franz roztapia siĊ w nie-
skoĔczonej ciemnoĞci, sam staje siĊ nieskoĔczonoĞcią. Ale im wiĊkszy staje siĊ mĊĪ-
czyzna w swej wewnĊtrznej ciemnoĞci, tym bardziej kurczy siĊ na zewnątrz. MĊĪczyzna
z zamkniĊtymi oczyma jest odpadkiem mĊĪczyzny. Dla Sabiny ten widok jest nieprzy-
jemny, nie chce patrzec wtedy na Franza i równieĪ zamyka oczy. Ale ciemnoĞc nie
oznacza dla niej nieskoĔczonoĞci, lecz prostą niezgodĊ na to, co widzi, negacjĊ tego,
co widzi, odmowĊ widzenia.
.
3.
.
Sabina daIa siĊ namówic na odwiedzenie rodaków. Znów dyskutowali o rym, czy
naleĪaIo, czy teĪ nie naleĪaIo przeciwstawic siĊ Rosjanom z bronią w rĊku. OczywiĞcie
tutaj, w bezpiecznym zaciszu emigracji, wszyscy oĞwiadczali, Īe naleĪaIo walczyc. Sa-
bina powiedziaIa:
- No to wracajcie i walczcie!
Nie powinna byIa tego mówic. MĊĪczyzna z naondulowanymi szpakowatymi wIosa-
mi mierzyI w nią dIugim palcem wskazującym:
- ProszĊ tak nie mówic. Co pani zrobiIa przeciwko reĪymowi komunistycznemu?
MalowaIa pani sobie obrazy, to wszystko...
Ocenianie i weryfikowanie obywateli jest gIówną i bezustanną dziaIalnoĞcią spo-
Ieczną w krajach komunistycznych. JeĞli malarz ma dostac zgodĊ na wystawĊ, jeĞli
obywatel ma otrzymac paszport, aby móc pojechac na wakacje nad morze, jeĪeli piI-
karz ma zostac czIonkiem ekipy narodowej, musi siĊ najpierw zebrac o nim wszystkie
informacje i opinie (od dozorczyni, od kolegów, od policji, od organizacji partyjnej,
od związków zawodowych) i wszystkie te opinie są nastĊpnie czytane, waĪone, pod-
sumowywane przez odpowiednich urzĊdników. To, o czym mówią, w ogóle nie dotyczy
zdolnoĞci malarskich, piIkarskich albo stanu zdrowia obywatela, które wymaga, by spĊ-
dziI wakacje nad morzem. Dotyczy tylko i wyIącznie tego, co siĊ nazywa ,politycznym
profilem obywatela¨ (a wiĊc tego, co myĞli, jak siĊ zachowuje, czy bierze udziaI w ze-
braniach i pochodach pierwszomajowych). PoniewaĪ wszystko (Īycie prywatne, awans
w pracy i wakacje) zaleĪy od tego, jak obywatel zostanie oceniony, kaĪdy musi (jeĞli
chce grac w reprezentacji narodowej, miec wystawĊ obrazów albo spĊdzic wakacje nad
morzem) zachowywac siĊ tak, aby ocena wypadIa pozytywnie.
O tym myĞlaIa Sabina sIuchając siwowIosego mĊĪczyzny. Nie obchodziI go fakt, czy
jego rodacy grają dobrze w piIkĊ albo dobrze malują (nikt z Czechów nigdy nie zainte-
resowaI siĊ, co Sabina wIaĞciwie maluje), ale czy ich walka z systemem komunistycz-
nym byIa aktywna czy tylko pasywna, prawdziwa czy tylko na pokaz, od początku czy
dopiero od teraz.
PoniewaĪ byIa malarką, miaIa dobre oko do twarzy i znaIa z Pragi fizjonomie ludzi,
których namiĊtnoĞcią jest ocenianie i weryfikowanie innych. Wszyscy oni mieli palec
wskazujący nieco dIuĪszy od Ğrodkowego i mierzyli nim w rozmówców. Zresztą rów-
nieĪ prezydent Novotny, który panowaI w Czechach przez czternaĞcie lat, aĪ do roku
1968, miaI dokIadnie tak samo naondulowane przez fryzjera siwe wIosy i najdIuĪszy
ze wszystkich mieszkaĔców Europy Ğrodkowej palec wskazujący. Kiedy zasIuĪony emi-
grant usIyszaI z ust malarki, której obrazów nigdy nie oglądaI, Īe podobny jest do ko-
munistycznego prezydenta Novotnego, spurpurowiaI, zbladI, jeszcze raz spurpurowiaI,
jeszcze raz zbladI, chciaI coĞ powiedziec, nie powiedziaI nic i zamilkI. Wszyscy milczeli
wraz nim, aĪ wreszcie Sabina podniosIa siĊ i odeszIa.
ByIo jej strasznie przykro, ale juĪ na dole, na chodniku przyszIo jej do gIowy: dla-
czego wIaĞciwie miaIaby siĊ spotykac z Czechami? Co ją z nimi Iączy? Krajobraz? Gdyby
kaĪdy z nich miaI powiedziec, co wyobraĪa sobie pod nazwą Czechy, obrazy, które sta-
nĊIyby im przed oczyma byIyby absolutnie róĪne i nie tworzyIyby Īadnej caIoĞci.
39
DTP by SHADE
Albo kultura? Ale co to jest? Muzyka? Dvorak i Janaczek? Tak. Ale co z Czechem,
który nie ma sIuchu? Fundament czeskiej wspólnoty rozpIywa siĊ natychmiast.
Albo wielcy ludzie? Jan Hus? Nikt z tych tutaj nie czytaI nawet zdania z jego ksiąg.
Jedyne, co zgodnie byli skIonni zrozumiec, to byIy pIomienie, sIawa pIomieni, w których
spIonąI na stosie, sIawa popioIów. A wiĊc fundamentem czeskiej wspólnoty - mówi
sobie Sabina - są dla nich tylko popioIy, nic wiĊcej. Tych ludzi Iączy tylko klĊska i wy-
rzuty, które sobie nawzajem robią.
SzIa szybko ulicą. Bardziej niĪ rozejĞcie z emigrantami wzburzyIy ją teraz jej wIa-
sne myĞli. WiedziaIa, Īe są niesprawiedliwe. WĞród Czechów byli przecieĪ takĪe inni lu-
dzie niĪ ten mĊĪczyzna z dIugim palcem wskazującym. PeIna zaĪenowania cisza, która
nastąpiIa po jej sIowach nie oznaczaIa wcale, Īe wszyscy byli przeciwko niej. Raczej byli
zaszokowani tym nagIym wybuchem nienawiĞci, tym nieporozumieniem, którego ofiarą
wszyscy na emigracji padają, Dlaczego raczej im nie wspóIczuje? Dlaczego nie widzi,
jak są wzruszający w swym opuszczeniu?
My wiemy juĪ, dlaczego. Kiedy zdradziIa ojca, otworzyIa siĊ przed nią dIuga droga
zdrad i kaĪda nowa zdrada przyciągaIa ją jak zboczenie i jak zwyciĊstwo. Nie chce
i nie bĊdzie staIa w szeregu! Nie bĊdzie szIa w szeregu wciąĪ z tymi samymi ludĨmi
i z tą samą gadaniną! Dlatego jest tak wzburzona wIasną niesprawiedliwoĞcią. To wzbu-
rzenie nie jest nieprzyjemne, przeciwnie, Sabina ma uczucie, jak gdyby wIaĞnie odnio-
sIa jakieĞ zwyciĊstwo i ktoĞ niewidzialny oklaskiwaI ją za to.
Ale zaraz za tym upojeniem odzywa siĊ lĊk: gdzieĞ ta droga musi miec przecieĪ
kres! Raz wreszcie musi przestac zdradzac! KiedyĞ musi siĊ zatrzymac!
ByI wieczór, spiesznie szIa po peronie. Pociąg do Amsterdamu byI juĪ podstawiony.
SzukaIa swego wagonu. OtworzyIa drzwi przedziaIu, do którego wprowadziI ją grzeczny
konduktor i zobaczyIa siedzącego na rozesIanym IóĪku Franza. WstaI, Īeby siĊ z nią
przywitac, a ona objĊIa go i obsypaIa pocaIunkami.
MiaIa straszną ochotĊ powiedziec mu jak najbanalniejsza z kobiet: Nie puszczaj
mnie, przytul mnie do siebie, trzymaj mnie, zawIadnij mną, bądĨ silny! Ale to byIy
sIowa, których nie mogIa i nie umiaIa wypowiedziec.
Kiedy wypuĞciIa go z objĊc, powiedziaIa tylko: Tak siĊ strasznie cieszĊ, Īe jestem
z tobą. Przy jej powĞciągliwoĞci byIo to najwiĊcej, na co umiaIa siĊ zdobyc.
.
4.
.
Maty sIownik niezrozumianych sIów (ciąg dalszy)
.
Pochody
.
Dla WIochów albo Francuzów sytuacja jest prosta. Kiedy rodzice zmuszają ich,
by chodzili do koĞcioIa, mszczą siĊ wstĊpując do partii (komunistycznej, maoistycznej,
trockistowskiej itp.). Ale ojciec Sabiny posyIaI ją najpierw do koĞcioIa, a potem sam,
ze strachu, zmuszaI ją, Īeby siĊ zapisaIa do Komunistycznego Związku MIodzieĪy. Kiedy
szIa w pochodzie pierwszomajowym, nie umiaIa iĞc w nogĊ, tak Īe dziewczyna, która
szIa za nią, strofowaIa ją i naumyĞlnie nastĊpowaIa jej na piĊty. Kiedy w pochodzie
Ğpiewano, nigdy nie znaIa tekstu pieĞni i tylko niemo poruszaIa ustami. Ale jej koleĪanki
to zauwaĪyIy i poskarĪyIy na nią. Od mIodoĞci nienawidziIa pochodów.
Franz studiowaI w ParyĪu, a poniewaĪ byI nieprzeciĊtnie zdolny, jego kariera na-
ukowa byIa pewna juĪ, kiedy miaI dwadzieĞcia lat. JuĪ wtedy wiedziaI, Īe przeĪyje caIe
Īycie miĊdzy gabinetem uniwersyteckim, bibliotekami publicznymi i dwiema czy trzema
salami wykIadowymi; ta wizja budziIa w nim uczucie, Īe siĊ dusi. MiaI ochotĊ wyjĞc
ze swego Īycia, jak siĊ wychodzi z domu na ulicĊ.
Dlatego, dopóki ĪyI w ParyĪu, tak chĊtnie chodziI na manifestacje. ByIo to piĊk-
ne - iĞc, coĞ czcic, czegoĞ siĊ domagac, byc z innymi. Pochody ciągnące bulwarem St.
40 DTP by SHADE
Germain albo od placu Republiki do Bastylii fascynowaIy go. Maszerujący i krzyczący
tIum byI dla niego uosobieniem Europy i jej historii. Europa to jest Wielki Marsz. Marsz
od rewolucji do rewolucji, od walki do walki, wciąĪ naprzód.
MógIbym to równieĪ wyrazic inaczej: Franzowi jego Īycie wĞród ksiąĪek wydawaIo
siĊ nierzeczywiste. TĊskniI za prawdziwym Īyciem, za dotkniĊciem innych ludzi, idących
z nim ramiĊ w ramiĊ, za ich krzykiem. Nie uĞwiadamiaI sobie, Īe wIaĞnie to, co uwaĪa
za nierzeczywiste (praca w pustelni gabinetów i bibliotek), jest jego prawdziwym Īy-
ciem, a pochody, które wydawaIy mu siĊ rzeczywistoĞcią, są tylko teatrem, taĔcem,
uroczystoĞcią, inaczej mówiąc: snem.
Sabina mieszkaIa w czasie studiów w domu akademickim. Na pierwszego maja
wszyscy musieli wczeĞnie rano udawac siĊ na miejsce zbiórki. ChowaIa siĊ w ubikacji
i dopiero kiedy budynek pustoszaI, wracaIa do swego pokoju. PanowaIa cisza, jakiej
nigdy nie przeĪyIa. Tylko z daleka rozbrzmiewaIa marszowa muzyka. ByIo to tak, jak
gdyby ukryIa siĊ w muszli i z oddali brzmiaIo morze nieprzyjaznego Ğwiata.
Rok czy dwa po odjeĨdzie z Czech znalazIa siĊ przypadkiem w ParyĪu akurat w rocz-
nicĊ rosyjskiej inwazji. OdbywaIa siĊ demonstracja protestacyjna, a ona nie mogIa siĊ
oprzec, by nie wziąc w niej udziaIu. MIodzi Francuzi podnosili piĊĞci i wykrzykiwali hasIa
przeciwko imperializmowi radzieckiemu. HasIa jej siĊ podobaIy, ale naraz stwierdziIa
z zaskoczeniem, Īe nie jest w stanie krzyczec wraz z innymi. WytrzymaIa w pochodzie
zaledwie kilka minut.
ZwierzyIa siĊ z tego swym francuskim przyjacioIom. Dziwili siĊ: ,WiĊc nie chcesz
walczyc przeciwko okupacji swego kraju?¨ ChciaIa im powiedziec, Īe za komunizmem,
faszyzmem, wszystkimi okupacjami i inwazjami skrywa siĊ ogólniejsze zIo: obrazem
tego zIa jest dla niej maszerujący pochód ludzi, unoszących piĊĞci i wykrzykujących
unisono te same sylaby. Ale wiedziaIa, Īe nie umiaIaby im tego wytIumaczyc. Skonfun-
dowana, szybko zmieniIa temat rozmowy.
.
PiĊkno Nowego Jorku
.
Chodzili po Nowym Jorku caIymi godzinami: widok zmieniaI siĊ co krok, jak gdyby
szli po krĊtej ĞcieĪce w przepiĊknym górskim krajobrazie: poĞrodku chodnika klĊczaI
mIody czIowiek i modliI siĊ, kawaIek dalej drzemaIa oparta o drzewo piĊkna Murzynka,
mĊĪczyzna w czarnym garniturze przechodziI przez jezdniĊ, dyrygując zamaszysty-
mi gestami niewidzialną orkiestrą, z fontanny tryskaIa woda, a robotnicy budowlani
siedzieli wokóI niej i jedli obiad. ĩelazne drabinki piĊIy siĊ po fasadach odraĪających
domów z czerwonej cegIy, ale te domy byIy tak obrzydliwe, Īe aĪ piĊkne; w ich sąsiedz-
twie staI wielki, szklany drapacz chmur, a za nim inny, na którego dachu zbudowano
maIy, arabski paIac z wieĪyczkami, galeriami i zIoconymi kolumnami.
PrzypominaIa sobie swoje obrazy: równieĪ na nich spotykaIy siĊ rzeczy, które
do siebie nie pasowaIy: budowa huty, a za nią lampa naftowa albo jakaĞ inna lampa,
której staromodny abaĪur z malowanego szkIa jest rozbity na maIe odIamki, unoszące
siĊ nad jaIowym pejzaĪem krzewów.
- PiĊkno europejskie - mówi Franz - zawsze miaIo charakter intencjonalny. Ist-
niaI w nim estetyczny zamiar i dIugoletni plan, na podstawie którego czIowiek przez
dziesiĊciolecia budowaI gotycką katedrĊ albo renesansowe miasto. PiĊkno Nowego
Jorku ma zupeInie inne ĨródIa. Nie jest to piĊkno zamierzone. Rodzi siĊ mimowolnie,
mniej wiĊcej tak jak jaskinia krasowa. KsztaIty, same w sobie paskudne, przypadkiem,
niechcący znajdują siĊ w sąsiedztwie tak niewiarygodnym, Īe zaczyna z nich emanowac
czarodziejska poezja.
- Niezamierzone piĊkno - odpowiada Sabina. - Tak. MoĪna by równieĪ powiedziec:
piĊkno jako pomyIka. Zanim piĊkno zupeInie zniknie z tego Ğwiata, bĊdzie jeszcze przez
chwilĊ istniec jako pomyIka. PiĊkno jako pomyIka jest ostatnią fazą historii piĊkna.
PrzypomniaIa sobie swój pierwszy dojrzaIy obraz: powstaI dziĊki temu, Īe przez
41
DTP by SHADE
pomyIkĊ skapnĊIa naĔ czerwona farba. Tak, jej obrazy miaIy za podstawĊ piĊkno po-
myIki i Nowy Jork byI tajemną i prawdziwą ojczyzną jej malarstwa.
- MoĪliwe - odpowiada Franz - Īe niezamierzone piĊkno Nowego Jorku jest o wiele
bogatsze i barwniejsze od zbyt surowego i zbyt zakomponowanego piĊkna ludzkiego
projektu. Ale nie jest to piĊkno europejskie. Jest to obcy Ğwiat.
CzyĪby byIo coĞ, o czym jednak oboje myĞlą tak samo?
Nie. Jest tu róĪnica. ObcoĞc nowojorskiego piĊkna SabinĊ strasznie pociąga. Franza
fascynuje, ale i przeraĪa; budzi w nim tĊsknotĊ za Europą.
.
Ojczyzna Sabiny
.
Sabina rozumie jego niechĊc do Ameryki. Franz jest ucieleĞnieniem Europy: jego
matka pochodziIa z Wiednia, ojciec byI Francuzem, a on sam jest Szwajcarem.
Franz z kolei podziwia ojczyznĊ Sabiny. Kiedy opowiada mu o sobie i o swych przy-
jacioIach z Czech, Franz sIyszy sIowa: wiĊzienia, przeĞladowania, czoIgi na ulicach, emi-
gracja, ulotki, zakazana literatura, zabronione wystawy i czuje dziwną zawiĞc poIączoną
z nostalgią.
Zwierza siĊ Sabinie: ,Pewien filozof napisaI raz o mnie, Īe wszystko, co mówiĊ
jest nieudowodnioną spekulacją i nazwaI mnie «Sokratesem prawie nieprawdopodob-
nym». CzuIem siĊ strasznie poniĪony i odpowiedziaIem mu z wĞciekIoĞcią. WyobraĨ
sobie tylko! Ten Ğmieszny epizod byI najwiĊkszym konfliktem, jaki kiedykolwiek przeĪy-
Iem! ĩyjemy obydwoje w zupeInie innych wymiarach. WeszIaĞ w moje Īycie jak Guliwer
do kraju liliputów¨.
Sabina protestuje. Mówi, Īe konflikt, dramat, tragedia nic w ogóle nie oznaczają,
Īadnej wartoĞci, niczego, co by zasIugiwaIo na podziw i szacunek. To, czego kaĪdy
moĪe zazdroĞcic Franzowi, to jego praca, którą moĪe uprawiac w spokoju.
Franz krĊci gIową: ,Kiedy spoIeczeĔstwo jest bogate, ludzie nie muszą pracowac
rĊkami i oddają siĊ aktywnoĞci duchowej. Jest coraz wiĊcej uniwersytetów i coraz wiĊ-
cej studentów. ĩeby zdobyc dyplom, studenci muszą sobie wymyĞlac tematy prac na-
ukowych. Tematów jest nieskoĔczona iloĞc: o wszystkim na Ğwiecie moĪna napisac
dysertacjĊ. Zapisane kartki papieru piĊtrzą siĊ w archiwach, smutniejszych od cmenta-
rzy, poniewaĪ nikt do nich nie zajrzy, nawet w ĞwiĊto zmarIych. Kultura tonie w masie
produkcji, w lawinie pism, w szaleĔstwie iloĞci. Dlatego wIaĞnie twierdzĊ, Īe jedna za-
kazana ksiąĪka w twej ojczyĨnie znaczy nieskoĔczenie wiĊcej niĪ miliardy sIów, które
z siebie wyrzucają nasze uniwersytety¨.
W tym sensie mógIbym zrozumiec sIaboĞc Franza dla wszystkich rewolucji. Sym-
patyzowaI kiedyĞ z Kubą, potem z Chinami, a kiedy odstrĊczyIo go okrucieĔstwo tych
reĪymów, pogodziI siĊ melancholijnie z tym, Īe pozostaje mu tylko morze liter, które
nic nie waĪą i nie są Īyciem. ZostaI profesorem w Genewie (gdzie nie odbywają siĊ
Īadne manifestacje) i (w samotnoĞci, bez kobiet i pochodów) wydal ze sporym sukce-
sem kilka ksiąĪek naukowych. Potem pewnego dnia przyszIa jak objawienie Sabina;
przybyIa z kraju, w którym juĪ od dawna nie kwitIy Īadne rewolucyjne zIudzenia, ale
w którym przetrwaIo to, co najbardziej podziwiaI w rewolucjach: Īycie rozgrywające siĊ
w wielkim wymiarze ryzyka, odwagi i niebezpieczeĔstwa Ğmierci. Sabina przywróciIa
mu wiarĊ w wielkoĞc ludzkiego losu. ByIa piĊkniejsza o bolesny dramat jej kraju, który
przeĞwiecaI zza jej sylwetki.
Tyle, Īe Sabina nie kochaIa tego dramatu. SIowa: wiĊzienie, przeĞladowanie, za-
kazane ksiąĪki, okupacja, czoIgi są dla niej paskudnymi sIowami bez najmniejszego
zapachu romantyzmu. Jedyne sIowo, które siĊ w niej odzywa sIodko jak nostalgiczne
wspomnienie ojczyzny to sIowo ,cmentarz¨.
.
Cmentarz
.
42 DTP by SHADE
Cmentarze w Czechach przypominają ogrody. Groby porastają trawnikiem i kolo-
rowymi kwiatkami. Skromne pomniki toną w zieleni liĞci. Kiedy siĊ Ğciemnia, cmentarz
migoce maIymi zapalonymi Ğwieczkami, jakby zmarli wyprawiali bal dzieciĊcy. Tak, bal
dzieciĊcy, bo umarli są niewinni jak dzieci. Choc Īycie byIo peIne okrucieĔstwa, na cmen-
tarzach panuje zawsze spokój. Nawet podczas wojny, za Hitlera, za Stalina, za wszyst-
kich okupacji. Kiedy byIo jej smutno, wsiadaIa do auta i jechaIa daleko za PragĊ prze-
chadzac siĊ po wiejskich cmentarzach, które tak lubiIa. Te cmentarze na tle bIĊkitnych
pagórków byIy piĊkne jak koIysanka.
Dla Franza cmentarz jest paskudnym skIadem koĞci i kamieni.
.
5.
.
- Za nic na Ğwiecie nie jeĨdziIbym autem. BojĊ siĊ Ğmiertelnie wypadku. Nawet
jeĞli czIowiek siĊ nie zabije, musi mu zostac uraz na cale Īycie - powiedziaI rzeĨbiarz
i machinalnie zIapaI siĊ za palec wskazujący, którego kiedyĞ o maIo sobie nie urĪnąI,
kiedy ociosywaI drewnianą rzeĨbĊ. Tylko cudem mu go uratowano.
- AleĪ skąd! - zaszczebiotaIa Marie-Claude, która byIa w Ğwietniej formie. - Prze-
ĪyIam ciĊĪki wypadek i byIo to wspaniaIe! Nigdzie siĊ lepiej nie czuIam niĪ w szpitalu!
Nie mogIam w ogóle spac i czytaIam bezustannie, dzieĔ i noc.
Wszyscy patrzyli na nią z zachwytem, który wprawiaI ją w stan bIogoĞci. We Franzu
odraza (wiedziaI, Īe po wspomnianym wypadku jego Īona byIa w bardzo zIym stanie
psychicznym i ciągle siĊ skarĪyIa) mieszaIa siĊ z podziwem (jej zdolnoĞc przetwarzania
wszystkiego, co przeĪyIa ĞwiadczyIa o imponującej witalnoĞci).
- Tam zaczĊIam - ciągnĊIa - dzielic ksiąĪki na dzienne i nocne. NaprawdĊ, istnieją
ksiąĪki na dzieĔ i ksiąĪki, które moĪna czytac tylko w nocy.
Wszyscy wyrazili peIen podziwu zachwyt, tylko rzeĨbiarz trzymaI siĊ za palec
i marszczyI twarz w nieprzyjemnym wspomnieniu.
Marie-Claude zwróciIa siĊ do niego:
- Do której grupy zaliczyIbyĞ Stendhala?
RzeĨbiarz nie sIuchaI, wiĊc wzruszyI niepewnie ramionami. Stojący obok niego kry-
tyk sztuki stwierdziI, Īe jego zdaniem Stendhal jest lekturą dzienną.
Marie-Claude pokrĊciIa gIową i zaszczebiotaIa:
- Mylisz siĊ! Nie, nie, nie, mylisz siĊ! Stendhal jest nocnym autorem!
Franz braI udziaI w dyskusji o sztuce dziennej i nocnej peIen niepokoju, poniewaĪ
myĞlaI tylko o tym, kiedy siĊ zjawi Sabina. Zastanawiali siĊ oboje od wielu dni, czy po-
winna, czy teĪ nie powinna przyjąc zaproszenia na ten koktajl. Marie-Claude zorgani-
zowaIa go dla wszystkich malarzy i rzeĨbiarzy, którzy kiedykolwiek mieli wystawy w jej
prywatnej galerii. Odkąd poznaIa Franza, Sabina unikaIa jego Īony. Ale poniewaĪ bali
siĊ wpadki, doszli do wniosku, Īe bĊdzie bardziej naturalne i mniej podejrzane, jeĞli
przyjdzie.
ZerknąI niepostrzeĪenie w kierunku przedpokoju i przy tej okazji uĞwiadomiI sobie,
Īe z drugiego koĔca salonu ustawicznie rozbrzmiewa gIos jego osiemnastoletniej córki
Marie-Anne. OdszedI od grupy, w której panowaIa jego Īona, do krĊgu, w którym kró-
lowaIa córka. KtoĞ siedziaI w fotelu, inni stali, Marie-Anne siedziaIa na podIodze. Franz
byI pewien, Īe równieĪ Marie-Claude w drugim kącie salonu wkrótce usiądzie na dywa-
nie. UsiąĞc przy goĞciach na ziemi oznaczaIo w tych czasach, Īe siĊ jest naturalnym,
postĊpowym, przyjacielskim i paryskim. NamiĊtnoĞc, z jaką Marie-Claude siadywaIa
wszĊdzie na ziemi, byIa taka, Īe Franz czĊsto siĊ baI, aby nie usiadIa na ziemi w sklepie,
do którego chodziIa kupowac papierosy.
- Nad czym teraz pracujesz, Alan? - spytaIa Marie-Anne, mĊĪczyznĊ, u którego
stóp siedziaIa.
Alan byI naiwnym poczciwiną i pragnąI córce wIaĞcicielki galerii odpowiedziec szcze-
rze. ZacząI jej wyjaĞniac swój nowy sposób malowania, który byI poIączeniem fotografii
43
DTP by SHADE
i malarstwa olejnego. ZdąĪyI powiedziec mniej wiĊcej trzy zdania, kiedy Marie-Anne
zaczĊIa gwizdac. Malarz mówiI powoli i w skupieniu i nie usIyszaI gwizdania.
Franz szepnąI.
- MoĪesz mi powiedziec, dlaczego gwiĪdĪesz?
- PoniewaĪ nie lubiĊ, kiedy siĊ mówi o polityce - odpowiedziaIa gIoĞno.
RzeczywiĞcie, dwaj mĊĪczyĨni stojący w ich kóIku rozmawiali o wyborach we Fran-
cji. Marie-Anne, która czuIa siĊ w obowiązku kierowac zabawą, spytaIa obu mĊĪczyzn,
czy pójdą w przyszIym tygodniu na operĊ Rossiniego, którą miaIa wykonac w Genewie
wIoska trupa. Malarz Alan szukaI tymczasem coraz dokIadniejszych i bardziej precyzyj-
nych sformuIowaĔ dla wyjaĞnienia swojego nowego sposobu malowania i Franz wstydziI
siĊ za córkĊ. ĩeby jej zamknąc usta, oĞwiadczyI, Īe na operach siĊ potwornie nudzi.
- ,Ty jesteĞ straszny - powiedziaIa Marie-Anne i staraIa siĊ z podIogi uderzyc ojca
w brzuch. - GIówny Ğpiewak jest piĊkny. Ach, jak piĊkny! WidziaIam go dwa razy i za-
kochaIam siĊ w nim.
Franz skonstatowaI, Īe jego córka jest szalenie podobna do matki. Czemu nie przy-
pomina raczej jego? Nic siĊ nie da zrobic, nie jest do niego podobna. Niezliczona iloĞc
razy sIyszaI, jak Marie-Claude oĞwiadcza, Īe zakochaIa siĊ w tym czy innym malarzu,
Ğpiewaku, pisarzu, polityku, a raz nawet kolarzu. OczywiĞcie, byIa to tylko retoryka
kolacji i koktajli, on jednak przypominaI sobie w tych momentach, Īe kiedyĞ, przed
dwudziestu laty powiedziaIa to samo o nim i Īe groziIa mu samobójstwem. W tym mo-
mencie do salonu weszIa Sabina. Marie-Claude zobaczyIa ją i podeszIa do niej. Jego
córka wciąĪ prowadziIa konwersacjĊ o Rossinim. ale on sIyszaI tylko to, o czym mówiIy
dwie kobiety. Po kilku przyjaznych zdaniach powitania Marie-Ciaude wziĊIa w palce ce-
ramiczny naszyjnik, który wisiaI na szyi Sabiny i powiedziaIa bardzo gIoĞno:
- A to co? AleĪ to brzydkie!
To zdanie przygwoĨdziIo Franza. Nie byIo w nim agresji, przeciwnie, szczebiotliwy
Ğmiech miaI natychmiast wyrazic, Īe dezaprobata dla wisiorka nie zmienia nic w przy-
jaĨni, którą Marie-Claude Īywi dla malarki, ale przecieĪ byIo to zdanie wymykające siĊ
manierze, w jakiej Marie-Claude zwykIa rozmawiac.
- Sama go zrobiIam - powiedziaIa Sabina.
- Jest bardzo brzydki, naprawdĊ - powtórzyIa Marie-Claude bardzo gIoĞno. - Nie
powinnaĞ go nosic.
Franz wiedziaI, Īe jego Īony nie interesowaIo specjalnie, czy naszyjnik jest brzyd-
ki, czy teĪ nie. Brzydkie byIo to, co chciaIa widziec brzydkim, piĊkne to, co chciaIa wi-
dziec piĊknym. Klejnoty jej przyjacióI byIy a priori piĊkne. Gdyby przypadkiem sądziIa,
Īe któryĞ jest brzydki, zatrzymaIaby to dla siebie, poniewaĪ pochlebstwo staIo siĊ jej
drugą naturą.
Czemu wiĊc zadecydowaIa, Īe klejnot, który Sabina sama sobie zrobiIa bĊdzie uwa-
Īac za brzydki?
Dla Franza nagle wszystko byIo jasne: Marie-Oaude ogIosiIa, Īe naszyjnik Sabiny
jest brzydki, poniewaĪ mogIa sobie na to pozwolic.
DokIadniej: Marie-Claude ogIosiIa, Īe naszyjnik Sabiny jest brzydki, Īeby pokazac,
Īe moĪe sobie pozwolic na powiedzenie Sabinie, Īe jej naszyjnik jest brzydki.
Wystawa Sabiny przed rokiem nie miaIa wielkiego powodzenia i Marie-Claude nie
zaleĪaIo na sympatii Sabiny. Natomiast Sabina miaIa powody, by zabiegac o sympatiĊ
Marie-Claude. Z jej zachowania nie moĪna byIo tego jednak zauwaĪyc.
Tak, dla Franza byIo to caIkiem jasne: Marie-Claude skorzystaIa z okazji, aby Sabi-
nie (i innym) pokazac, jaki jest rzeczywisty stosunek siI miĊdzy nią a praską malarką.
.
6.
.
MaIy sIownik niezrozumianych stów (dokoĔczenie)
.
44 DTP by SHADE
Stary koĞcióI w Amsterdamie
.
Z jednej strony stoją domy, a za wielkimi pastelowymi oknami podobnymi do wy-
staw sklepowych znajdują siĊ maIe pokoiki kurew, które rozebrane do bielizny siedzą
tuĪ przy szybie w fotelikach wyĞcielanych poduszkami. Wyglądają jak wielkie, znudzone
kotki.
Drugą stronĊ ulicy tworzy wielki gotycki koĞcióI z czternastego wieku. PomiĊdzy
Ğwiatem kurew i Ğwiatem boĪym unosi siĊ niczym rzeka miĊdzy dwoma królestwami
intensywny smród moczu.
W Ğrodku ze starego gotyckiego stylu pozostaIy tylko goIe, biaIe Ğciany, filary,
sklepienia i okna. Na Ğcianach nie wisi ani jeden obraz, nigdzie nie stoi Īadna rzeĨba.
KoĞcióI jest goIy jak sala gimnastyczna. Tylko poĞrodku ustawione w czworobok krzesIa
otaczają miniaturowe podium z pulpitem dla kaznodziei. Za krzesIami stoją drewniane
kabiny, loĪe bogatych rodzin mieszczan. Te krzesIa i loĪe są zupeInie niewspóImierne
do ksztaItu Ğcian i rozmieszczenia filarów, jak gdyby chciaIy okazac gotyckiej architek-
turze swą obojĊtnoĞc i pogardĊ. Wiara kalwiĔska juĪ przed stuleciami przemieniIa ko-
ĞcióI w rodzaj hangaru, którego jedyną funkcją jest ochrona wiernych przed deszczem
i Ğniegiem.
Franz byI zafascynowany: przez tĊ ogromną nawĊ przeszedI Wielki Marsz historii.
Sabina przypomniaIa sobie, jak po komunistycznym przewrocie w Czechach upaĔ-
stwowiono wszystkie zamki i zmieniono je w technika, domy starców, a nawet w obory.
Jedną z takich obór odwiedziIa: do sztukaterii Ğcian przybito haki z Īelaznymi kóIka-
mi, a do nich przywiązano krowy patrzące marzycielsko przez okna na park paIacowy,
po którym biegaIy kury.
Franz powiedziaI:
- Ta pustka mnie fascynuje. Ludzie zgromadzili oItarze, rzeĨby, obrazy, fotele, dy-
wany, ksiĊgi i potem przychodzi chwila radosnej ulgi, kiedy wymiata siĊ to wszystko jak
Ğmiecie ze stoIu. MoĪesz sobie wyobrazic miotIĊ Herkulesa, która wymiata ten koĞcióI?
Sabina wskazaIa na drewnianą loĪĊ:
- Biedni musieli stac, a bogaci mieli loĪe. Jedno wszak IączyIo bankiera i biedaka:
nienawiĞc do piĊkna.
- Co to jest piĊkno? - spytaI Franz i przed oczyma stanąI mi wernisaĪ, w którym
musiaI niedawno wziąc udziaI u boku swej Īony. NieskoĔczona marnoĞc jĊzyka i sIów,
marnoĞc kultury, marnoĞc sztuki.
Kiedy jako studentka pracowaIa na budowie huty i miaIa juĪ doĞc wesoIych marszy
grzmiących bez przerwy z gIoĞników, wsiadIa którejĞ niedzieli na motocykl i pojechaIa
daleko w góry. ZatrzymaIa siĊ w nieznanej wiosce zagubionej wĞród gór. OparIa moto-
cykle ĞcianĊ koĞcioIa i weszIa do Ğrodka. WIaĞnie trwaIa msza. Religia byIa wtedy prze-
Ğladowana i wiĊkszoĞc ludzi unikaIa koĞcioIa. W Iawkach siedzieli tylko starcy i staruszki
- ci nie bali siĊ reĪymu. Bali siĊ juĪ tylko Ğmierci.
Ksiądz wygIosiI Ğpiewnym gIosem jakieĞ zdanie, a ludzie chórem je powtórzyli. ByIa
to litania. Te same sIowa powracaIy jak pątnik, który nie moĪe oderwac wzroku od kra-
jobrazu albo jak czIowiek, który nie moĪe rozstac siĊ z Īyciem. SiedziaIa z tyIu na Iawce,
chwilami przymykaIa oczy, tylko po to, by lepiej sIyszec muzykĊ sIów, a potem znów
je otwieraIa: widziaIa w górze pomalowane na niebiesko sklepienie, a na nim wielkie
zIote gwiazdy. ByIa oczarowana.
To, co niespodziewanie spotkaIa w tym koĞciele, to nie byI Bóg, ile piĊkno. Wiedzia-
Ia przy tym dobrze, Īe ten koĞcióI i te litanie nie byIy piĊkne same w sobie, ale wIaĞnie
w poIączeniu z placem budowy, na którym spĊdzaIa dni wĞród wrzasku pieĞni. Msza
byIa piĊkna, bowiem pojawiIa siĊ przed nią nagle i tajemnie jak zdradzony Ğwiat.
Od tego czasu wiedziaIa, Īe piĊkno jest zdradzonym Ğwiatem. MoĪemy siĊ z nim
spotkac tylko w miejscach, w których przeĞladowcy przez pomyIkĊ o nim wspomnieli.
PiĊkno jest ukryte za kulisami pierwszomajowego pochodu. JeĞli chcemy je odnaleĨc,
45
DTP by SHADE
musimy rozerwac pIótno dekoracji.
- Po raz pierwszy fascynuje mnie jakiĞ koĞcióI - powiedziaI Franz. Tego zachwytu
nie budziI w nim protestantyzm ani asceza. ByIo to coĞ innego, coĞ bardzo osobistego,
o czym nie oĞmielaI siĊ Sabinie mówic. ZdawaIo siĊ, Īe sIyszy gIos, który go namawia,
aby wziąI w rĊce miotIĊ Herkulesa i wymiótI ze swego Īycia wernisaĪe Marie-Gau-
de, Ğpiewaków Marie-Anne, kongresy i sympozja, zbyteczne przemówienia i zbyteczne
sIowa. Wielka pusta przestrzeĔ amsterdamskiego koĞcioIa wydawaIa mu siĊ obrazem
jego wIasnego oswobodzenia.
.
SiIa
.
W IóĪku jednego z tych wielu hoteli, w których siĊ kochali, Sabina bawiIa siĊ rĊkami
Franza.
- To niewiarygodne - powiedziaIa - jakie ty masz muskuIy. Franza ta pochwaIa
ucieszyIa. WstaI z IóĪka, chwyciI ciĊĪkie dĊbowe krzesIo za nogĊ i pomaIu podniósI
do góry.
- Nie musisz siĊ niczego obawiac - powiedziaI. - OchroniĊ ciĊ w kaĪdej sytuacji.
UprawiaIem kiedyĞ wyczynowo judo.
UdaIo mu siĊ wyprostowac rĊkĊ z ciĊĪkim krzesIem nad gIową i Sabina powiedziaIa:
- To takie przyjemne, widziec jak jesteĞ silny.
W gIĊbi duszy dodaIa: Franz jest silny, ale jego siIa jest czysto zewnĊtrzna. Wobec
ludzi, z którymi Īyje, których kocha, jest sIaby. SIaboĞc Franza nazywa siĊ dobrocią.
Franz nigdy nie narzuciIby niczego Sabinie. Nie rozkazaIby jej, jak kiedyĞ Tomasz, Īeby
poIoĪyIa na podIodze lustro i chodziIa po nim naga. Nie dlatego, Īe nie jest na to doĞc
zmysIowy, ale brak mu siIy, by rozkazywac. Są rzeczy, które moĪna przeprowadzic tylko
gwaItem. MiIoĞc cielesna nie jest moĪliwa bez gwaItu.
Sabina przyglądaIa siĊ Franzowi przechadzającemu siĊ po pokoju z krzesIem unie-
sionym do góry, wydawaIo jej siĊ to groteskowe i wypeIniI ją dziwny smutek.
Franz opuĞciI krzesIo i usiadI na nim twarzą do Sabiny.
- Nie mówiĊ, Īe nie jest przyjemnie byc silnym - powiedziaI. -Ale po co mi w Ge-
newie takie muskuIy? NoszĊ je jak ornament. Jak pawie pióra. Nigdy w Īyciu siĊ z nikim
nie biIem.
Sabina ciągnĊIa swoje melancholijne rozmyĞlania: a gdyby miaIa mĊĪczyznĊ, który
jej rozkazuje? Który chciaIby nad nią panowac? Jak dIugo by z nim wytrzymaIa? Nawet
nie piĊc minut! Z czego wynika, Īe nie pasuje do niej Īaden mĊĪczyzna. Ani silny, ani
sIaby.
PowiedziaIa:
- A czemu nigdy nie uĪywasz siIy w stosunku do mnie?
- PoniewaĪ kochac to znaczy wyrzec siĊ siIy - odpowiedziaI cicho Franz.
Sabina uĞwiadomiIa sobie dwie rzeczy: po pierwsze, Īe to zdanie jest piĊkne i praw-
dziwe. Po drugie, Īe przez to zdanie Franz dyskwalifikuje siĊ w jej Īyciu erotycznym.
.
ĩyc w prawdzie
.
To jest sformuIowanie, którego Kafka uĪyI albo w swym dzienniku, albo w którymĞ
z listów. Franz juĪ nie pamiĊta, gdzie. To sformuIowanie go zafrapowaIo. Co to znaczy
Īyc w prawdzie? Definicja negatywna jest Iatwa: znaczy to nie kIaniac, niczego nie ukry-
wac, niczego nie przemilczac. Od czasu, kiedy poznaI SabinĊ, Franz Īyje w kIamstwie.
Opowiada Īonie o kongresach w Amsterdamie, o wykIadach w Madrycie, które nigdy
siĊ nie odbyIy i boi siĊ chodzic z Sabiną po genewskiej ulicy. KIamstwo i ukrywanie siĊ
bawi go wIaĞnie dlatego, Īe nigdy dotąd tego nie robiI. Jest przyjemnie podniecony, jak
prymus, który zdecydowaI siĊ raz w Īyciu pójĞc na wagary.
Dla Sabiny Īycie w prawdzie, nieokIamywanie siebie ani innych jest moĪliwe tylko
46 DTP by SHADE
pod warunkiem, Īe ĪylibyĞmy bez publicznoĞci. W chwili, kiedy ktoĞ obserwuje nasze
zachowanie, chcąc nie chcąc dostosowujemy siĊ do wzroku, który na nas patrzy i nic
z tego, co robimy nie jest juĪ prawdą. ObecnoĞc publicznoĞci, myĞl o publicznoĞci ozna-
cza Īycie w kIamstwie. Sabina pogardzaIa literaturą, w której ludzie opowiadają o sobie
i o swych przyjacioIach wszystkie intymnoĞci. CzIowiek, który traci swą intymnoĞc,
traci wszystko - myĞli Sabina. A czIowiek, który siĊ jej pozbywa dobrowolnie, jest po-
tworem. Dlatego Sabina bynajmniej nie cierpi z powodu faktu, Īe musi ukrywac swą
miIoĞc. Przeciwnie, tylko tak moĪe ,Īyc w prawdzie¨.
Inaczej Franz. Jest przekonany, Īe podziaI Īycia na sferĊ prywatną i publiczną jest
ĨródIem wszelkiego kIamstwa: czIowiek jest kim innym prywatnie, a kim innym publicz-
nie. ,ĩycie w prawdzie¨ oznacza dla Franza przeIamanie bariery pomiĊdzy prywatnym
a publicznym. ChĊtnie cytuje zdanie Andre Bretona o tym, Īe chciaIby Īyc w ,szklanym
domu¨, w którym nic nie jest tajemnicą i do którego moĪe zajrzec.
Kiedy usIyszaI, jak jego Īona mówi do Sabiny: ,ten naszyjnik jest brzydki!¨, zro-
zumiaI, Īe nie moĪe dIuĪej Īyc w kIamstwie. W tym momencie powinien byI bowiem
stanąc po stronie Sabiny. Nie zrobiI tego dlatego, Īe obawiaI siĊ zdradzic tajemnicĊ ich
miIoĞci.
Znów przypomniaI sobie ogromną przestrzeĔ starego koĞcioIa w Amsterdamie
i znów poczuI w sobie szczególny, niezrozumiaIy zachwyt, który w nim budziIa jego
pustka.
Nazajutrz po koktajlu miaI pojechac na dwa dni z Sabiną do Rzymu. W duchu sIy-
szaI wciąĪ zdanie: ,ten naszyjnik jest brzydki!¨ i widziaI swą ĪonĊ w zupeInie innym
Ğwietle niĪ przez caIe Īycie. Jej haIaĞliwa, na wszystko odporna i porywcza agresywnoĞc
zdjĊIa mu z ramion brzemiĊ IagodnoĞci, które niósI dobrowolnie przez caIe dwadzieĞcia
trzy lata maIĪeĔstwa.
PakowaI neseser, kiedy Marie-Claude weszIa do pokoju; opowiadaIa mu o wczo-
rajszych goĞciach, energicznie chwaliIa niektóre poglądy, które sIyszaIa, pogardliwie
negowaIa inne.
Franz popatrzyI na nią przeciągle, a potem powiedziaI:
- W Rzymie nie odbywa siĊ Īadna konferencja. Nie zrozumiaIa:
- To po co tam jedziesz?
- JuĪ od dziewiĊciu miesiĊcy mam kochankĊ - powiedziaI. Nie chcĊ siĊ z nią spo-
tykac w Genewie. Dlatego tak czĊsto podróĪujĊ. SądzĊ, Īe powinnaĞ o tym wiedziec.
Po pierwszych wypowiedzianych sIowach przeląkI siĊ. Początkowa odwaga go opuĞciIa.
OdwróciI wzrok, aby nie widziec na twarzy Marie-Claude rozpaczy, którą spodziewaI siĊ
wywoIac. Po maIej pauzie usIyszaI:
- Tak, ja równieĪ sądzĊ, Īe powinnam o tym wiedziec.
GIos brzmiaI pewnie. Franz podniósI wzrok: Marie-Claude nie byIa zdruzgotana.
ByIa wciąĪ podobna do tej kobiety, która wczoraj powiedziaIa szczebiotliwie: ,ten na-
szyjnik jest brzydki!¨
CiągnĊIa:
- Skoro juĪ jesteĞ taki odwaĪny i powiedziaIeĞ mi, Īe od dziewiĊciu miesiĊcy mnie
zdradzasz, to moĪe powiesz mi równieĪ z kim?
Zawsze sobie powtarzaI, Īe nie ma prawa zranic Marie-Claude, Īe musi w niej
szanowac kobietĊ. Ale gdzie siĊ podziaIa ta kobieta? Inaczej mówiąc, gdzie podziaI siĊ
obraz matki, który IączyI ze swą Īoną? Mama, jego smutna i zraniona mama, która
na kaĪdą nogĊ zaIoĪyIa inny but, ulotniIa siĊ z Marie-Claude, a wIaĞciwie nie ulotniIa siĊ,
tylko nigdy jej w niej nie byIo. UĞwiadomiI to sobie z nagIą nienawiĞcią.
- Nie mam Īadnego powodu, by to ukrywac - powiedziaI.
Skoro nie zraniI jej fakt, Īe nie jest jej wierny, nie wątpiI, Īe zrani ją wiadomoĞc
o tym, kto jest jej rywalką. Dlatego opowiadając jej o Sabinie nie spuszczaI wzroku z jej
twarzy.
W chwilĊ póĨniej spotkaI siĊ z Sabiną na lotnisku. Samolot uniósI siĊ w górĊ, a on
47
DTP by SHADE
z kaĪdą chwilą czuI coraz wiĊkszą lekkoĞc. MówiI sobie, Īe po dziewiĊciu miesiącach
znów nareszcie Īyje w prawdzie.
.
7.
.
Sabina czuIa siĊ, jakby Franz gwaItem wyIamaI drzwi do jej intymnoĞci. Jak gdyby
nagle zajrzaIa do Ğrodka gIowa Marie-Claude, gIowa Marie-Anne, gIowa malarza Alana
i rzeĨbiarza, który wciąĪ trzyma siĊ za palec, gIowy wszystkich ludzi, których znaIa
w Genewie. Wbrew swej woli zostaIa rywalką kobiety, która jej w ogóle nie obchodzi.
Franz rozwiedzie siĊ, a ona zajmie obok niego miejsce w szerokim IoĪu maIĪeĔskim.
Wszyscy to bĊdą z bliska albo i dystansu obserwowac, przede wszystkim bĊdzie musiaIa
coĞ odgrywac, zamiast pozostac Sabiną, bĊdzie grac rolĊ Sabiny i wymyĞlac sobie, jak
ma tĊ rolĊ grac. Ujawniona miIoĞc nabierze ciĊĪaru, stanie siĊ brzemieniem. Sabina juĪ
teraz ugina siĊ pod ciĊĪarem tego brzemienia.
Jedli w rzymskiej restauracji kolacjĊ i pili wino. MilczaIa.
- NaprawdĊ siĊ nie gniewasz? - pytaI siĊ Franz.
ZapewniaIa go, Īe siĊ nie gniewa. ByIa jeszcze niepewna i nie wiedziaIa, czy ma siĊ
cieszyc, czy nie. PrzypomniaIa sobie ich spotkanie w sleepingu do Amsterdamu. Chcia-
Ia wtedy paĞc przed nim na kolana i bIagac go, Īeby przytrzymaI ją przy sobie chocby
gwaItem i nigdy nie wypuĞciI. PragnĊIa wówczas, Īeby raz wreszcie skoĔczyIa siĊ ta nie-
bezpieczna droga zdrad. PragnĊIa siĊ zatrzymac.
Teraz staraIa siĊ najintensywniej przywoIac to ówczesne pragnienie, oprzec siĊ
o nie. Bez skutku. Poczucie obrzydzenia byIo mocniejsze.
Wracali do hotelu wieczorną ulicą. WIosi wokóI krzyczeli, szumieli, gestykulowali,
tak, Īe mogli iĞc obok siebie bez sIów, nie sIysząc swego milczenia.
Potem Sabina dIugo myIa siĊ w Iazience, a Franz czekaI na nią IóĪku pod koIdrą.
MaIa lampka byIa jak zawsze zapalona.
Kiedy wróciIa z Iazienki, zgasiIa ją. ZrobiIa to po raz pierwszy, Franz powinien byI
zwrócic uwagĊ na ten gest. Nie zauwaĪyI go, poniewaĪ ĞwiatIo nie miaIo dla niego Īad-
nego znaczenia. Jak wiemy, podczas kochania zamykaI oczy.
WIaĞnie ze wzglĊdu na te zamkniĊte oczy Sabina zgasiIa lampĊ.
Nie chciaIa juĪ ani przez chwilĊ oglądac tych opuszczonych powiek. Oczy, jak mówi
przysIowie, są oknem duszy. CiaIo Franza, które siĊ na niej miotaIo zawsze z zamkniĊ-
tymi oczyma, byIo dla niej ciaIem bez duszy. Podobne byIo do Ğlepego szczeniĊcia wy-
dającego bezsilne dĨwiĊki pragnienia. SpóIkujący Franz ze wspaniaIymi muskuIami byI
jak gigantyczne szczeniĊ karmiące siĊ z jej piersi. Zresztą naprawdĊ trzymaI w ustach
brodawkĊ jej piersi jak gdyby ssaI mleko! WyobraĪenie, Īe ma do czynienia w dolnej
partii z mĊĪczyzną, a w górnej z oseskiem, Īe spóIkuje z niemowlĊciem, doprowadziIa
ją do granicy wstrĊtu. Nie, juĪ nigdy nie chce widziec, jak drga na niej rozpaczliwie,
juĪ nigdy nie nadstawi mu swej piersi jak suczka szczeniĊciu, dziĞ jest ostatni raz, nie-
odwoIalnie ostatni!
WiedziaIa oczywiĞcie, Īe jej postĊpowanie jest szczytem niesprawiedliwoĞci, Īe Franz
jest najlepszym z wszystkich mĊĪczyzn, jakich kiedykolwiek miaIa, Īe jest inteligentny,
Īe rozumie jej malarstwo, Īe jest Iadny, Īe jest dobry, ale im bardziej to sobie uĞwia-
damiaIa, tym bardziej pragnĊIa zgwaIcic tĊ inteligencjĊ, tĊ dobroc, zgwaIcic tĊ bezsilną
siIĊ.
KochaIa siĊ z nim tej nocy gwaItowniej niĪ kiedykolwiek, poniewaĪ podniecaIa
ją ĞwiadomoĞc, Īe robi to po raz ostatni. KochaIa siĊ z nim i byIa juĪ daleko stąd.
SIyszaIa z oddali zIotą trąbkĊ zdrady i wiedziaIa, Īe jest to gIos, któremu ulegnie. Wy-
dawaIo jej siĊ, Īe ma przed sobą niezmierną przestrzeĔ wolnoĞci i dal tej przestrzeni
ją podniecaIa. KochaIa siĊ z Franzem wariacko, dziko, tak jak nigdy przedtem.
Franz szlochaI na jej ciele i byI pewien, Īe wszystko rozumie: choc Sabina byIa przy
kolacji milcząca, choc mu nie powiedziaIa, co myĞli o jego decyzji, teraz mu odpowia-
48 DTP by SHADE
da. WyraĪa swą radoĞc, swą namiĊtnoĞc, swą zgodĊ, swe pragnienie, by zostac z nim
na zawsze.
CzuI siĊ jak jeĨdziec, który pĊdzi na koniu we wspaniaIą pustkĊ, pustkĊ bez Īony,
córki, domu, we wspaniaIą pustkĊ wymiecioną miotIą Herkulesa, wspaniaIą pustkĊ,
którą wypeIni swą miIoĞcią.
Obydwoje jechali na tym drugim jak na koniu. Obydwoje jechali w dal, do której
tĊsknili. Obydwoje byli upojeni zdradą, która ich oswobodziIa. Franz jechaI na Sabinie
i zdradzaI swą ĪonĊ. Sabina jechaIa na Franzu i zdradzaIa Franza.
.
8.
.
Przez dwadzieĞcia lat widziaI w swej Īonie matkĊ, sIabą istotĊ, którą naleĪy chronic;
ta wizja byIa w nim zbyt mocno zakorzeniona, aby mógI siĊ jej pozbyc w ciągu dwóch
dni. Kiedy wracaI do domu, miaI wyrzuty sumienia, baI siĊ, Īe po jego odjeĨdzie zaIa-
maIa siĊ i Īe zobaczy ją udrĊczoną przez smutek. NieĞmiaIo odemknąI drzwi, wszedI
do swego pokoju. Przez chwilĊ staI cicho i nasIuchiwaI: tak, byIa w domu. Po chwili wa-
hania wszedI do niej przywitac siĊ, jak to mieli w zwyczaju. UniosIa brwi w udawanym
zdziwieniu:
- PrzyszedIeĞ tutaj?
- A dokąd miaIbym iĞc? - chciaI powiedziec (z prawdziwym zdziwieniem), ale nie
powiedziaI nic. CiągnĊIa:
- ZĊby wszystko byIo miĊdzy nami jasne. Nie mam nic przeciwko temu, ĪebyĞ
wyprowadziI siĊ natychmiast.
Kiedy przyznawaI siĊ jej w dzieĔ wyjazdu, nie miaI Īadnego konkretnego planu. ByI
przygotowany po powrocie na przyjacielskie dyskusje, jak zaIatwic wszystkie sprawy
jak najmniej ją raniąc. Nie liczyI siĊ z tym, Īe sama chIodno i wytrwale bĊdzie nalegaIa,
Īeby od niej odszedI.
Choc uIatwiaIo mu to sytuacjĊ, nie mógI nie poczuc rozczarowania. Przez caIe Īycie
baI siĊ ją zranic i tylko dlatego zwaliI na siebie dobrowolną dyscyplinĊ ogIupiającej
monogamii. Po dwudziestu latach nagle zobaczyI, Īe jego wzglĊdy byIy zupeInie niepo-
trzebne i Īe straciI dziesiątki kobiet przez nieporozumienie!
Po poIudniu miaI wykIad i prosto z uniwersytetu poszedI do Sabiny. ChciaI ją zapy-
tac, czy nie mógIby zostac u niej na noc. ZadzwoniI, ale nikt mu nie otwieraI. PoszedI
do kawiarni naprzeciwko i dIugo obserwowaI wejĞcie do jej domu.
ByI juĪ póĨny wieczór i nie wiedziaI, co ma robic. JeĞli teraz wróci do domu, ma po-
IoĪyc siĊ obok niej do IóĪka? MógIby posIac sobie na tapczanie w sąsiednim pokoju. Ale
czy ten gest nie byIby Ğmieszny i przesadny? Czy nie wyglądaIby jak manifestacja wro-
goĞci? Chce przecieĪ zachowac ze swą Īoną przyjazne stosunki. OczywiĞcie, poIoĪyc siĊ
obok niej byIo równieĪ niemoĪliwe. SIyszaI juĪ w wyobraĨni jej ironiczne pytanie, czemu
nie wybraI raczej IóĪka Sabiny. Dlatego znalazI sobie pokój w hotelu.
Nazajutrz znowu bez skutku wydzwaniaI przez caIy dzieĔ do drzwi Sabiny.
Trzeciego dnia odwiedziI dozorczyniĊ domu, w którym znajdowaIa siĊ pracownia
Sabiny. Nic nie wiedziaIa i wysIaIa go do wIaĞcicielki, która wynajmowaIa Sabinie pra-
cowniĊ. ZatelefonowaI do niej i usIyszaI, Īe Sabina przedwczoraj wymówiIa mieszkanie.
Jeszcze przez kilka dni próbowaI zIapac SabinĊ w domu, aĪ wreszcie któregoĞ dnia
zastaI mieszkanie otwarte, a w Ğrodku trzech mĊĪczyzn w niebieskich kombinezonach,
którzy wnosili obrazy i meble do wielkiej ciĊĪarówki zaparkowanej przed domem.
SpytaI ich dokąd mają zawieĨc meble.
Odpowiedzieli, Īe mają wyraĨne polecenie, by utrzymac adres w tajemnicy.
ChciaI im juĪ wetknąc kilka banknotów, Īeby wyciągnąc z nich tĊ tajemnicĊ, ale
nagle poczuI, Īe nie ma siIy tego zrobic. Smutek go sparaliĪowaI. Niczego nie rozumiaI,
niczego nie umiaI sobie wyjaĞnic, wiedziaI tylko, Īe czekaI na ten moment od chwili,
kiedy poznaI SabinĊ. StaIo siĊ, co siĊ stac miaIo. Franz siĊ nie broniI.
49
DTP by SHADE
ZnalazI sobie maIe mieszkanie na Starym MieĞcie. W czasie, o którym wiedziaI,
Īe nie zastanie tam Īony ani córki, odwiedziI swój dawny dom i zabraI ubrania i naj-
waĪniejsze ksiąĪki. ZwracaI uwagĊ na to, aby nie wziąc niczego, co mogIoby brakowac
Marie-Claude.
Pewnego dnia zobaczyI ja za szybą kawiarni. SiedziaIa z dwiema paniami, a jej
twarz, na której konwencjonalna mimika wyryIa juĪ sporo zmarszczek, byIa w peInym
temperamentu ruchu. Panie sIuchaIy jej i ustawicznie siĊ ĞmiaIy. Franz nie mógI siĊ
uwolnic od poczucia, Īe opowiada o nim. MusiaIa siĊ z pewnoĞcią dowiedziec o tym.
Īe Sabina zniknĊIa z Genewy dokIadnie w tym czasie, kiedy Franz zdecydowaI siĊ z nią
Īyc. To naprawdĊ komiczna historia! Nie dziwiIo go, Īe stanowi przedmiot zabawy przy-
jacióIek jego Īony.
WróciI do swego nowego mieszkania, w którym co godzinĊ sIychac byIo dzwony
koĞcioIa ĝwiĊtego Piotra. WIaĞnie tego dnia przyniesiono mu z domu towarowego stóI.
ZapomniaI o Marie-Claude i jej przyjacióIkach. ZapomniaI w tym momencie równieĪ
o Sabinie. SiadI za stoIem. CieszyI siĊ, Īe sam go wybraI. Przez dwadzieĞcia lat ĪyI
wĞród mebli, których sobie nie wybieraI. Wszystko zaIatwiaIa Marie-Claude. WIaĞciwie
po raz pierwszy przestaI byc chIopcem i jest samodzielny. Na nastĊpny dzieĔ zamówiI
stolarza, który miaI mu zrobic regaIy. JuĪ od kilku dni rozrysowywaI ich ksztaIt, wymia-
ry i rozmieszczenie.
Wtedy wIaĞnie uĞwiadomiI sobie nagle ze zdziwieniem, Īe nie jest nieszczĊĞliwy.
Fizyczna obecnoĞc Sabiny byIa o wiele mniej waĪna niĪ przypuszczaI. WaĪny byI Ğlad,
zIoty, czarowny Ğlad, który wycisnĊIa na jego Īyciu i którego nikt mu nie mógI odebrac.
Zanim zniknĊIa z jego pola widzenia, zdąĪyIa mu wcisnąc do rąk miotIĊ Herkulesa, którą
wymiótI ze swego Īycia wszystko, czego nie lubiI. To niespodziewane szczĊĞcie, ta po-
goda ducha, ta radoĞc z wolnoĞci i nowego Īycia, to byI prezent, który mu pozostawiIa.
Zresztą zawsze wolaI nierzeczywiste od rzeczywistego. Podobnie jak lepiej czuI siĊ
w pochodach (które, jak mówiIem, byIy teatrem i snem) niĪ za katedrą, gdzie wykIadaI
studentom, byI szczĊĞliwszy z Sabiną, która przemieniIa siĊ w niewidoczną boginiĊ, niĪ
z Sabiną, z którą jeĨdziI po Ğwiecie i o której miIoĞc nieustannie siĊ lĊkaI. DaIa mu nie-
oczekiwaną wolnoĞc mĊĪczyzny, który Īyje sam, obdarowaIa go ĞwiatIem uwodziciela.
StaI siĊ atrakcyjny dla kobiet; jedna z jego sIuchaczek zakochaIa siĊ w nim.
I tak w ciągu niewiarygodnie krótkiego czasu zmieniIa siĊ sceneria jego Īycia.
Do niedawna mieszkaI w mieszczaĔskim domu ze sIuĪącą, córką i Īoną, a teraz wy-
najmuje maIe mieszkanko na Starym MieĞcie i niemal co noc zostaje u niego mIoda
kochanka. Nie musi z nią jeĨdzic po hotelach caIego Ğwiata, moĪe kochac siĊ z nią
we wIasnym mieszkaniu, we wIasnym IóĪku, w obecnoĞci swych ksiąĪek i popielniczki
na szafce nocnej!
Dziewczyna byIa skromna, niezbyt Iadna, ale podziwiaIa Franza tak. jak jeszcze
niedawno Franz podziwiaI SabinĊ. Nie byIo to nieprzyjemne. I nawet jeĞli mógI od-
czuwac wymianĊ Sabiny na studentkĊ w okularach jako maIą degradacjĊ, jego dobroc
zatroszczyIa siĊ o to, by przyjąc nową kochankĊ wdziĊcznie i czuc do niej miIoĞc oj-
cowską, której przedtem nie mógI nigdy zaspokoic ze wzglĊdu na to, Īe Marie-Anne nie
zachowywaIa siĊ jak córka, ale jak druga Marie-Claude.
Pewnego dnia odwiedziI swą ĪonĊ i powiedziaI jej, Īe chciaIby siĊ znów oĪenic.
Marie-Claude pokrĊciIa gIową.
- AleĪ nic siĊ nie zmieni, kiedy siĊ rozwiedziemy! Nic na tym nie stracisz! ZostawiĊ
ci caIy majątek.
- Mnie nie chodzi o majątek - powiedziaIa.
- WiĊc o co ci chodzi?
- O miIoĞc - uĞmiechnĊIa siĊ.
- O miIoĞc? - zdziwiI siĊ Franz.
- MiIoĞc to walka - uĞmiechnĊIa siĊ Marie-Claude. - BĊdĊ walczyc dIugo. AĪ
do koĔca.
50 DTP by SHADE
- MiIoĞc to walka? Nie mam najmniejszej chĊci walczyc - powiedziaI Franz i od-
szedI.
.
9.
.
Po czterech latach spĊdzonych w Genewie Sabina zamieszkaIa w ParyĪu i nie mogIa
pozbyc siĊ melancholii. Gdyby ktoĞ ją zapytaI, co siĊ staIo, nie znalazIaby na to sIów.
Dramat Īyciowy zawsze moĪna wyrazic przez metaforĊ ciĊĪaru. Mówimy, Īe na czIo-
wieka spadIo jakieĞ brzemiĊ. CzIowiek uniesie to brzemiĊ albo nie uniesie, upada pod
nim, walczy z nim, przegrywa albo zwyciĊĪa. Ale co wIaĞciwie staIo siĊ Sabinie? Nic.
PorzuciIa mĊĪczyznĊ, poniewaĪ chciaIa go porzucic. Czy przeĞladowaI ją póĨniej? Czy
mĞciI siĊ na niej? Nie. Jej dramat nie byI dramatem ciĊĪaru, ale lekkoĞci. To, co spadIo
na SabinĊ, to nie byI ciĊĪar, ale nieznoĞna lekkoĞc istnienia.
Dotychczas sobie tego nie uĞwiadamiaIa, co jest zresztą zrozumiaIe: cel, do które-
go czIowiek dąĪy, jest zawsze niejasny. Dziewczyna, która tĊskni do maIĪeĔstwa, tĊskni
do czegoĞ caIkiem nieznanego. MIodzieniec, który pragnie sIawy, nie wie, co to jest
sIawa. To, co nadaje sens naszemu postĊpowaniu, jest dla nas zawsze czymĞ totalnie
nieznanym. Sabina równieĪ nie wiedziaIa, jaki cel skrywa siĊ za jej pragnieniem zdrad.
NieznoĞna lekkoĞc istnienia - czy to miaIby byc cel? Po odjeĨdzie z Genewy znacznie
siĊ do niego zbliĪyIa.
ByIa w ParyĪu juĪ od trzech lat, kiedy dostaIa list z Czech. PisaI do niej syn Toma-
sza, DowiedziaI siĊ jakoĞ o niej, zdobyI jej adres i zwracaI siĊ do niej jako do ,najlep-
szej przyjacióIki¨ swego ojca. InformowaI ją o Ğmierci Tomasza i Teresy. ĩyli podobno
w ostatnich latach na wsi, gdzie Tomasz pracowaI jako szofer ciĊĪarówki. Mieli zwyczaj
jeĨdzic razem od czasu do czasu do sąsiedniego miasteczka, gdzie nocowali w tanim
hotelu. Droga do tego miasteczka wiodIa serpentynami przez góry i auto spadIo z wy-
sokiego urwiska. Ich ciaIa byIy rozbite na miazgĊ. Policja stwierdziIa w Ğledztwie, Īe ha-
mulce ciĊĪarówki byIy w katastrofalnym stanie.
Nie mogIa siĊ otrząsnąc po tej wiadomoĞci. Ostatnia linia, która jeszcze wiązaIa
ją z przeszIoĞcią, zostaIa zerwana.
Swoim starym zwyczajem chciaIa uspokoic siĊ spacerem po cmentarzu. Cmentarz
na Montparnassie byI najbliĪej. SkIadaI siĊ z maIych domków, miniaturowych kapliczek
ustawionych nad kaĪdym grobem. Sabina nie rozumiaIa, dlaczego martwi chcą miec
nad sobą tĊ imitacjĊ paIacu. Ten cmentarz byI próĪnoĞcią przekutą w kamieĔ. Zamiast
zmądrzec po Ğmierci, mieszkaĔcy cmentarza wydawali siĊ jeszcze gIupsi niĪ za Īycia.
Demonstrowali przy pomocy pomników swą waĪnoĞc. Nie spoczywali tu tatusiowie,
bracia, synowie albo babcie, ale dygnitarze i dziaIacze publiczni, kawalerowie orderów,
tytuIów i zaszczytów; nawet urzĊdnik pocztowy wystawiaI tu swą pozycjĊ, swe znacze-
nie spoIeczne, swą waĪnoĞc.
SzIa alejką cmentarza i zobaczyIa, Īe kawaIek od drogi wIaĞnie kogoĞ chowają.
Mistrz ceremonii trzymaI narĊcz kwiatów i rozdawaI kaĪdemu z uczestników po jed-
nym. DaI go równieĪ Sabinie. PrzyIączyIa siĊ do reszty. Obchodzili hakiem wiele po-
mników, aĪ wreszcie doszli do mogiIy, z której odwalono kamieĔ nagrobny. SkIoniIa siĊ
nad jamą. ByIa niezmiernie gIĊboka. WypuĞciIa kwiat. SpadI koIując na trumnĊ. Tak
gIĊbokich grobów nie ma w Czechach. W ParyĪu groby są tak samo gIĊbokie jak domy
wysokie. SpojrzaIa na odwalony kamieĔ leĪący obok grobu. Ten kamieĔ tak ją przeraziI,
Īe popĊdziIa do domu.
Przez caIy dzieĔ myĞlaIa o tym kamieniu. Dlaczego tak ją przeraziI? Odpowiedzia-
Ia sobie: jeĞli grób przykryty jest kamieniem, martwy nigdy juĪ nie bĊdzie mógI siĊ
z niego wydostac.
Ale martwy i tak przecieĪ nie moĪe wyjĞc z grobu! Czy to nie wszystko jedno, czy
grób przykrywa glina czy kamieĔ?
Nie. To, Īe przywalamy grób kamieniem, oznacza, Īe nie chcemy, Īeby martwy
51
DTP by SHADE
do nas wróciI. CiĊĪki kamieĔ mówi martwemu: ,ZostaĔ tam, gdzie jesteĞ!¨.
Sabina przypomniaIa sobie grób swego taty. Nad jego trumną leĪy glina, z gliny
wyrastają kwiaty, a jawor wyciąga ku trumnie swe korzenie, tak Īe moĪe nam siĊ wyda-
wac, Īe martwy poprzez te kwiaty i korzenie wychodzi z grobu, gdyby tata byI przykryty
kamieniem, nigdy by nie mogIa z nim po jego Ğmierci porozmawiac, nigdy nie mogIaby
usIyszec w koronie drzewa jego gIosu, który jej wybacza.
Jak moĪe wyglądac cmentarz, na którym leĪą Tomasz z Teresą?
Znów zaczĊIa o nich myĞlec. JeĨdzili czasem do sąsiedniego miasteczka przespac
siĊ w tamtejszym hotelu. Ten fragment listu ją zastanowiI. ĝwiadczyI o tym, Īe byli
szczĊĞliwi. Znów widziaIa Tomasza, jakby byI na jednym z jej obrazów: na pierwszym
planie Don Juan jako faIszywa dekoracja namalowana przez malarza naiwistĊ; przez
rozdarcie w dekoracji widac byIo Tristana. ZginąI jak Tristan, nie jak Don Juan. Rodzice
Sabiny zmarli w tym samym tygodniu. Tomasz i Teresa w tej samej sekundzie. ZatĊsk-
niIa nagle do Franza.
Kiedy opowiadaIa mu o swych wyprawach na cmentarz, otrząsaI siĊ z obrzydzeniem
i nazywaI cmentarze skIadem koĞci i kamieni. W tamtej chwili otworzyIa siĊ miĊdzy nimi
przepaĞc nieporozumienia. Dopiero dziĞ na cmentarzu na Montparnassie zrozumiaIa,
co miaI na myĞli. ĩaIuje, Īe byIa niecierpliwa. MoĪliwe, Īe gdyby zostali dIuĪej razem,
zaczĊliby nawzajem powoli rozumiec wypowiadane sIowa. Ich sIowniki wstydliwie i po-
maIu przybliĪaIy siĊ do siebie jak bardzo nieĞmiali kochankowie i muzyka kaĪdego za-
czĊIaby przenikac w muzykĊ tego drugiego. Ale jest juĪ za póĨno.
Tak, jest za póĨno i Sabina wie, Īe nie zostanie w ParyĪu, Īe pojedzie dalej, jesz-
cze dalej, poniewaĪ gdyby tu umarIa, przywaliliby ją kamieniem, a dla kobiety, która
nie moĪe ustac na jednym miejscu, nie ma straszniejszej groĨby niĪ ta, Īe jej ucieczka
zostaIaby zatrzymana na zawsze.
.
10.
.
Wszyscy przyjaciele Franza wiedzieli o Marie-Claude i wszyscy wiedzieli o jego
studentce w wielkich okularach. Tylko o Sabinie nie wiedziaI nikt. Franz myliI siĊ, kiedy
myĞlaI, Īe jego maIĪonka opowiadaIa o niej przyjacióIkom. Sabina byIa piĊkną kobietą
i Marie-Claude nie chciaIa, aby ludzie w duchu porównywali ich twarze.
PoniewaĪ baI siĊ, Īe rzecz siĊ wyda, nie wziąI od niej nigdy ani obrazu, ani rysunku,
ani nawet maIego zdjĊcia. Tak wiĊc zniknĊIa z jego Īycia bez Ğladu. Nie istniaI Īaden
materialny dowód na to, Īe spĊdziI z nią najpiĊkniejszy rok swego Īycia.
Tym bardziej pragnie pozostac jej wierny.
Kiedy są razem w pokoju, jego mIoda kochanka unosi czasem gIowĊ znad ksiąĪki
i przypatruje mu siĊ badawczym spojrzeniem:
- O czym myĞlisz? - pyta. Franz siedzi w fotelu ze wzrokiem wbitym w sufit. Co-
kolwiek by jej nie odpowiedziaI, wiadomo, Īe myĞli o Sabinie.
Kiedy Franz drukuje artykuI w piĞmie specjalistycznym, jego studentka jest pierw-
szym czytelnikiem i chce z nim dyskutowac. Ale on myĞli o tym, co o jego tekĞcie po-
wiedziaIaby Sabina. Wszystko, co robi, robi dla Sabiny i robi tak, Īeby siĊ to Sabinie
spodobaIo.
Jest to bardzo niewinna wiernoĞc, skrojona dokIadnie na miarĊ Franza, który nigdy
nie mógIby skrzywdzic swej okularnicy. Kult Sabiny uprawia raczej jak religiĊ, nie jak
miIoĞc.
Zresztą z teologii tej religii wynika, Īe mIoda kochanka zostaIa mu posIana przez
SabinĊ. MiĊdzy jego miIoĞcią ziemską a transcendentną panuje zupeIny pokój. Jego
nieziemska miIoĞc zawiera (poniewaĪ jest nieziemska) wiele niewyjaĞnionego i niezro-
zumiaIego (przypomnijmy sobie sIownik niezrozumianych sIów, tĊ dIugą listĊ nieporo-
zumieĔ!), za to ziemska bazuje na absolutnym wzajemnym zrozumieniu.
Studentka jest o wiele mIodsza od Sabiny, muzyczna kompozycja jej Īycia jest
52 DTP by SHADE
ledwie naszkicowana i z wdziĊcznoĞcią doIącza ona do niej motywy, które otrzymuje
od Franza. Wielki Marsz Franza jest równieĪ jej wyznaniem. Muzyka jest dla niej dio-
nizyjskim pijaĔstwem jak dla niego. CzĊsto chodzą razem taĔczyc. ĩyją w prawdzie,
nie mają przed Ğwiatem tajemnic. Lakną towarzystwa przyjacióI, kolegów, studentów
i nieznajomych ludzi, chĊtnie z nimi siedzą, piją i gadają. CzĊsto jeĪdĪą na wycieczki
w Alpy. Franz nachyla siĊ, dziewczyna wskakuje mu na plecy, a on biegnąc z nią po Iące
wykrzykuje na dodatek dIugi niemiecki poemat, którego nauczyIa go w dzieciĔstwie
mama. Dziewczyna Ğmieje siĊ, obejmuje go za szyjĊ i podziwia jego nogi, ramiona
i pIuca.
Nie rozumie tylko znaczenia tej szczególnej sympatii, którą Franz ma dla kraju oku-
powanego przez RzeszĊ rosyjską. W rocznicĊ inwazji jedno z czeskich towarzystw emi-
gracyjnych organizuje uroczystoĞc pamiątkową. Na sali jest bardzo maIo ludzi. Mówca
ma siwe wIosy naondulowane przez fryzjera. Czyta bardzo dIugie przemówienie, które
nudzi nawet tych kilku entuzjastów, którzy przyszli go posIuchac. Mówi po francusku
bez bIĊdów, ale ze straszliwym akcentem. Od czasu do czasu, Īeby podkreĞlic myĞl
podnosi w górĊ palec wskazujący, jakby groziI ludziom zebranym na sali.
Okularnica siedzi obok Franza i z trudem przezwyciĊĪa ziewanie. Za to Franz uĞmie-
cha siĊ szczĊĞliwie. Patrzy na siwowIosego mĊĪczyznĊ, który wydaje mu siĊ sympatycz-
ny nawet ze swym przedziwnym palcem wskazującym. Wydaje mu siĊ, Īe ten mĊĪ-
czyzna jest tajnym posIem, anioIem, który utrzymuje kontakt pomiĊdzy nim a jego
boginią. Przymyka oczy i marzy. Przymyka oczy tak samo, jak przymykaI je na ciele
Sabiny w piĊtnastu europejskich i jednym amerykaĔskim hotelu.
.
CZĉĝC IV
.
Dusza i ciaIo
.
1.
.
Teresa wróciIa o wpóI do drugiej w nocy, poszIa do Iazienki, przebraIa siĊ w piĪamĊ
i poIoĪyIa obok Tomasza. SpaI. SkIoniIa siĊ nad jego twarzą, a kiedy go pocaIowaIa,
poczuIa pIynący z jego wIosów dziwny zapach. PowąchaIa jeszcze raz i jeszcze raz. Ob-
wąchaIa go jak pies, aĪ zrozumiaIa: byI to zapach kobiecego Iona.
O szóstej zadzwoniI budzik. ByIa to chwila Karenina. BudziI siĊ zawsze o wiele
wczeĞniej niĪ oni. ale nie miaI odwagi im przeszkadzac. CzekaI niecierpliwie na dzwo-
nek, który daIby mu prawo uskoczyc na IóĪko, deptac po ich ciaIach i trącac ich Ibem.
KiedyĞ dawno starali siĊ mu tego zabronic i zrzucali go z IóĪka, ale on byI bardziej
uparty od nich i w koĔcu wywalczyI sobie swe prawa. Zresztą wIaĞnie ostatnio Teresa
zrozumiaIa, Īe przyjemnie jest byc zapraszanym do dnia przez Karenina. Dla niego
chwila przebudzenia byIa czystym szczĊĞciem: dziwiI siĊ gIupio i naiwnie, Īe znów jest
na Ğwiecie i szczerze siĊ tym cieszyI. Ona przeciwnie, budziIa siĊ z niechĊcią, pragnĊIa
przedIuĪyc noc i nie otwierac oczu.
Teraz staI w przedpokoju i patrzyI w górĊ na wieszak, na którym wisiaIa obroĪa
ze smyczą. ZapiĊIa mu ją na karku i ruszyli razem do sklepu KupiIa mleko, chleb, masIo
i - jak zawsze - jeden rogalik dla niego. W drodze powrotnej kroczyI obok niej z roga-
likiem w pysku RozsiadaI siĊ dumnie i odczuwaI dumĊ, Īe ludzie zauwaĪają go i Īe po-
kazują go sobie palcem.
W domu poIoĪyI siĊ z rogalikiem na progu pokoju i czekaI, aĪ Tomasz zauwaĪy go,
przykucnie, zacznie warczec i udawac, Īe chce mu zabrac rogalik. Tak byIo kaĪdego
dnia, przynajmniej przez piĊc minut gonili siĊ po mieszkaniu, a potem Karenin wIaziI
pod stóI i szybko rogalik poIykaI. Ale tym razem bezskutecznie domagaI siĊ swej poran-
nej ceremonii. Tomasz trzymaI maIe radio tranzystorowe i sIuchaI.
.
53
DTP by SHADE
2.
.
W radiu nadawali audycjĊ o czeskiej emigracji. ByI to montaĪ podsIuchanych pry-
watnych rozmów telefonicznych, które ponagrywaI jakiĞ czeski szpicel, który wkrĊciI siĊ
miĊdzy emigrantów, a potem w chwale wróciI do Pragi. ByIy to rozmowy bez znaczenia,
w trakcie których od czasu do czasu pojawiaIy siĊ ostre sformuIowania o reĪymie oku-
pacyjnym w Czechach, ale takĪe zdania, w których jeden emigrant nazywaI drugiego
gIupcem albo oszustem. WIaĞnie te zdania zajmowaIy w reportaĪu czoIowe miejsce:
miaIy udowodnic, Īe ludzie ci nie tylko mówią Ĩle o Związku Radzieckim! (to nikogo nie
oburzaIo), ale takĪe obmawiają siĊ nawzajem, uĪywając przy tym nieprzyzwoitych wy-
razów. Dziwne, ludzie klną od rana do wieczora, ale kiedy sIyszą przez radio znanego
czIowieka, którego szanowali, jak w kaĪdym zdaniu mówi ,pierdolĊ¨, są w jakiĞ sposób
rozczarowani.
- To siĊ zaczĊIo od Prochazki - powiedziaI Tomasz i sIuchaI dalej. Jan Prochazka
byI czeskim powieĞciopisarzem, czterdziestolatkiem o witalnoĞci byka, który juĪ przed
rokiem 1968 zacząI gIoĞno krytykowac stosunki w kraju. ByI jednym z najulubieĔszych
bohaterów praskiej wiosny, tej zawrotnej liberalizacji komunizmu, którą zakoĔczyIa
radziecka inwazja. Wkrótce po niej wszystkie gazety rozpoczĊIy nagonkĊ przeciwko
niemu, ale im bardziej szczuIy, tym bardziej ludzie go lubili. Dlatego radio zaczĊIo
nadawac (byI to rok 1970) cykl prywatnych rozmów, które przed dwoma laty (a wiĊc
na wiosnĊ 68) prowadziI z pewnym profesorem uniwersyteckim. ĩaden z nich nie przy-
puszczaI wówczas, Īe w mieszkaniu profesora zainstalowano podsIuch i Īe juĪ od dawna
Ğledzą kaĪdy ich krok! Prochazka zawsze zabawiaI swych przyjacióI paradoksami i nie-
przyzwoitoĞciami. Teraz te nieprzyzwoitoĞci brzmiaIy codziennie z radia. Tajna policja,
która redagowaIa audycje, skwapliwie podkreĞlaIa miejsca, w których powieĞciopisarz
wyĞmiewaI siĊ ze swych przyjacióI, na przykIad z Dubczeka. Ludzi, którzy sami obgadu-
ją swych przyjacióI przy kaĪdej okazji, bardziej gorszyI ukochany Prochazka niĪ metody
tajnej policji.
Tomasz wyIączyI radio i powiedziaI:
- Tajna policja istnieje wszĊdzie na Ğwiecie. Ale to, Īe nadaje swoje taĞmy przez
radio, tego nigdzie nie ma! To jest bezprecedensowe!
- Och, znam to - powiedziaIa Teresa. - Kiedy miaIam czternaĞcie lat, pisaIam
dziennik. BaIam siĊ, Īeby go ktoĞ nie przeczytaI. SchowaIam go na strychu. Matka
to wyĞledziIa. Raz przy obiedzie, kiedy wszyscy siedzieli pochyleni nad zupą, wyciągnĊ-
Ia go z kieszeni i powiedziaIa: A teraz posIuchajcie! I czytaIa, parskając Ğmiechem przy
kaĪdym zdaniu. Wszyscy Ğmiali siĊ tak, Īe nie mogli jeĞc.
.
3.
.
Zawsze ją przekonywaI, Īeby pozwoliIa mu jeĞc Ğniadanie samemu i poIoĪyIa siĊ
jeszcze spac. Ale nie zgadzaIa siĊ na to. Tomasz pracowaI od siódmej do czwartej, a ona
od czwartej do póInocy. Gdyby nie jadIa z nim Ğniadania, mogliby ze sobą rozmawiac
wIaĞciwie tylko w niedzielĊ. Dlatego wstawaIa razem z nim, a po jego odejĞciu kIadIa
siĊ z powrotem i dosypiaIa.
Teraz jednak baIa siĊ usnąc, bo chciaIa o dziesiątej pójĞc do sauny w drewnianej
pIywalni na wyspie Zofin. ChĊtnych byIo wielu, miejsc maIo i moĪna tam siĊ byIo do-
stac tylko przez protekcjĊ. W kasie siedziaIa, na szczĊĞcie, Īona profesora wyrzuconego
z uniwersytetu. Profesor byI przyjacielem byIego pacjenta Tomasza. Tomasz poprosiI
pacjenta, pacjent profesora, profesor swą ĪonĊ i w ten sposób Teresa miaIa raz na ty-
dzieĔ zarezerwowany wstĊp.
SzIa na piechotĊ. NienawidziIa wiecznie przepeInionych tramwajów, gdzie ludzie
peIni nienawiĞci przytulali siĊ do siebie, deptali sobie po nogach, obrywali sobie guziki
u pIaszczy i miotali przekleĔstwa.
54 DTP by SHADE
MĪyIo. Przechodnie spiesząc siĊ otwierali nad gIowami parasole i od razu na chod-
nikach powstaI tIok. PrĊty parasoli zakleszczaIy siĊ o siebie. MĊĪczyĨni byli uprzejmi
i kiedy mijali TeresĊ, podnosili parasol wysoko nad gIowĊ, Īeby mogIa pod nim przejĞc.
Ale kobiety nie ustĊpowaIy. MierzyIy siĊ twardym wzrokiem i kaĪda czekaIa, aĪ ta druga
okaĪe siĊ sIabsza i ustąpi. Spotkanie dwóch parasoli byIo pojedynkiem siIy. Teresa
z początku ustĊpowaIa, ale kiedy zobaczyIa, Īe Īadna nie rewanĪuje jej uprzejmoĞci,
zaczĊIa mocno zwierac parasol, tak samo jak tamte. Kilka razy wpadIa na parasol z na-
przeciwka, ale nikt nigdy nie powiedziaI: ,Przepraszam¨. Na ogól nie padIo ani sIowo,
tylko dwa czy trzy razy usIyszaIa: ,Krowa¨, albo ,ĝlepa jesteĞ?¨
Kobiety uzbrojone w parasole byIy stare i mIode, ale najwytrwalsze bojowniczki
zdarzaIy siĊ wIaĞnie miĊdzy mIodymi. Teresa przypomniaIa sobie dni inwazji. Dziewczy-
ny w spódniczkach mini nosiIy na dIugich drzewcach narodowe flagi. ByI to seksualny
zamach na rosyjskich ĪoInierzy trzymanych przez lata w stanie pIciowej ascezy. Mu-
sieli czuc siĊ w Pradze jak na planecie wymyĞlonej przez autora powieĞci fantastycznej
peInej niewiarygodnie eleganckich kobiet, które demonstrowaIy swą pogardĊ krocząc
na wysokich, piĊknych nogach, jakich w Rosji nie moĪna zobaczyc juĪ od piĊciu czy
szeĞciu wieków.
ZrobiIa wtedy mnóstwo zdjĊc tych mIodych kobiet na tle czoIgów. PodziwiaIa je!
DokIadnie te same kobiety szIy teraz naprzeciwko niej, bezczelne i zIe. Zamiast flag
trzymaIy parasole, ale trzymaIy je z taką samą pychą. ByIy skIonne walczyc z armią
najeĨdĨcy równie bezwzglĊdnie jak z parasolem, który nie chce ustąpic im z drogi.
.
4.
.
DoszIa na Rynek Staromiejski z surowym TyĔskim koĞcioIem i rzĊdami kamieniczek
ustawionych w nieregularny czworobok. Stary ratusz, z XIV wieku, który kiedyĞ zaj-
mowaI jedną ze stron placu, leĪy juĪ od dwudziestu siedmiu lat w ruinach. Warszawa,
Drezno, Berlin, Kolonia, Budapeszt byIy podczas ostatniej wojny straszliwie zniszczone,
ale ich mieszkaĔcy je odbudowali i na ogóI starannie zrekonstruowali stare, historycz-
ne dzielnice. PraĪanie mieli kompleks niĪszoĞci w stosunku do tych miast. Jedynym
sIawnym budynkiem zniszczonym przez wojnĊ byI staromiejski ratusz. Zdecydowali
siĊ zostawic go w stanie ruiny na wieczną pamiątkĊ, Īeby Īaden Polak ani Niemiec nie
mógI im zarzucic, Īe maIo cierpieli. U wejĞcia do sIynnej ruiny, która miaIa byc po wsze
czasy przestrogą przed wojną, postawiono z metalowych tyczek trybunĊ z okazji jakiejĞ
manifestacji, na którą partia komunistyczna zapĊdziIa wczoraj albo zapĊdzi jutro miesz-
kaĔców Pragi.
Teresa spojrzaIa na zburzony ratusz i nagle przypomniaIo jej to matkĊ: ta per-
wersyjna potrzeba, by prezentowac swe ruiny, by chlubic siĊ swą brzydotą, epatowac
nĊdzą, obnaĪac kikut amputowanej rĊki i zmuszac caIy Ğwiat, Īeby mu siĊ przyglądaI.
Wszystko w ostatnich czasach przypominaIo jej matkĊ. WydawaIo jej siĊ, Īe Ğwiat
matki, od którego uciekIa przed dziesiĊciu laty, powraca teraz i otacza ją ze wszystkich
stron. Dlatego opowiedziaIa dziĞ rano o tym. jak matka czytaIa przy obiedzie rechoczą-
cej rodzinie jej intymny dziennik. CóĪ oznacza innego nadawanie prywatnej rozmowy
przy winie w Ğrodkach masowego przekazu, jak nie to, Īe Ğwiat zmienia siĊ w obóz
koncentracyjny?
Teresa posIugiwaIa siĊ tym pojĊciem niemalĪe od dzieciĔstwa, kiedy chciaIa wyra-
zic, jak wygląda Īycie w jej rodzinie. Obóz koncentracyjny to takie miejsce, w którym
ludzie nieustannie Īyją obok siebie, dzieĔ i noc. OkrucieĔstwo i gwaIt to tylko drugo-
rzĊdne (i nie zawsze nieodIączne) znaki. Obóz koncentracyjny to absolutna negacja
prywatnoĞci.
Prochazka. który nie mógI pogadac przy winie ze swym przyjacielem w bezpiecz-
nym azylu intymnoĞci, ĪyI (nie przypuszczając tego w ogóle, co okazaIo siĊ jego Īy-
ciowym bIĊdem!) w obozie koncentracyjnym. Teresa ĪyIa w obozie koncentracyjnym,
55
DTP by SHADE
kiedy mieszkaIa u matki. Od tego czasu wie, Īe obóz koncentracyjny nie jest niczym
wyjątkowym, godnym uwagi, ale przeciwnie, czymĞ codziennym, podstawowym; czIo-
wiek rodzi siĊ w nim i ucieka zeĔ tylko kosztem najwyĪszego wysiIku.
.
5.
.
Na trzech umieszczonych przed sobą amfiteatralnie Iawach siedziaIy kobiety, tak
ĞciĞniĊte, Īe jedna dotykaIa drugiej. Obok Teresy pociIa siĊ trzydziestoletnia mniej wiĊ-
cej kobieta o przeĞlicznej twarzy. Od pach zwisaIy jej dwie niezwykIych rozmiarów pier-
si, które huĞtaIy siĊ przy kaĪdym ruchu. Kobieta wstaIa i Teresa stwierdziIa, Īe równieĪ
jej tyIek przypomina dwa monstrualne worki, i Īe nijak siĊ nie ma do jej twarzy.
MoĪliwe Īe ta kobieta staje czĊsto przed lustrem, ogląda swe ciaIo i chce ujrzec
poprzez nie swoją duszĊ, tak jak to od dzieciĔstwa próbuje zrobic Teresa. Zapewne
równieĪ myĞlaIa kiedyĞ naiwnie, Īe mogIaby uĪywac swego ciaIa jako wizytówki swej
duszy. Ale jak monstrualna musiaIaby to byc dusza, gdyby miaIa czymkolwiek przypo-
minac to ciaIo, ten wieszak z czterema workami?
Teresa wstaIa i poszIa pod prysznic. Potem wyszIa na zewnątrz. Ciągle mĪyIo. StaIa
na drewnianej platformie, pod która pIynĊIa WeItawa, ogrodzona na przestrzeni kil-
kunastu metrów kwadratowych wysokim pIotem chroniącym kobiety przed wzrokiem
miasta. SpojrzaIa w dóI i ujrzaIa nad powierzchnią twarz kobiety, o której przed chwilą
myĞlaIa.
Kobieta uĞmiechnĊIa siĊ do niej. MiaIa delikatny nosek, ogromne piwne oczy i dzie-
ciĊce spojrzenie.
WchodziIa po drabince i w Ğlad za delikatną twarzą znów wyIoniIy siĊ dwa wielkie
worki, które koIysaIy siĊ, rozpryskując wokóI siebie drobne kropelki zimnej wody.
.
6.
.
PoszIa siĊ ubrac. StaIa przed wielkim lustrem.
Nie, w jej ciele nie byIo niczego monstrualnego. Pod obojczykiem miaIa nie worki,
ale caIkiem maIe piersi. Matka wyĞmiewaIa siĊ z nich, Īe są zbyt maIe, toteĪ miaIa
z tego powodu kompleksy, z których dopiero Tomasz ją wyleczyI. Ale choc udaIo siĊ jej
pogodzic z ich rozmiarem, przeszkadzaIy jej zbyt wielkie i ciemne krĊgi wokóI brodawek.
Gdyby mogIa sama zaprojektowac swoje ciaIo, brodawki byIyby dyskretne, delikatne,
tylko nieznacznie przebijaIyby wypukIoĞc piersi i nie róĪniIyby siĊ kolorem od reszty
skóry. Ta ogromna, ciemnoczerwona tarcza sprawiaIa wraĪenie, jakby byIa namalowana
przez wiejskiego malarza, który pragnie uprawiac sztukĊ erotyczną dla ubogich.
PatrzyIa na siebie i wyobraĪaIa sobie, Īe jej nos zwiĊksza siĊ codziennie o milimetr.
Za ile dni jej twarz przestaIaby byc do siebie podobna?
A gdyby róĪne czĊĞci jej ciaIa zaczĊIy siĊ zwiĊkszac i zmniejszac tak, Īe Teresa
przestaIaby byc do siebie podobna, czy pozostaIaby nadal sobą, Teresą?
Tak. Nawet gdyby Teresa przestaIa w ogóle przypominac TeresĊ, jej dusza w Ğrodku
pozostaIaby wciąĪ taka sama i ze zgrozą obserwowaIaby, co siĊ dzieje z ciaIem.
Jaki jest wiĊc stosunek miĊdzy Teresą a jej ciaIem? Czy jej ciaIo ma w ogóle prawo
nosic imiĊ Teresa? A jeĞli nie ma tego prawa, jakiej czĊĞci istnienia to imiĊ dotyczy?
Tylko czegoĞ bezcielesnego, niematerialnego?
(Są to wciąĪ te same pytania, które przychodzą Teresie do gIowy od czasów dzie-
ciĔstwa. Bowiem prawdziwie powaĪne pytania to te, które moĪna sformuIowac juĪ jako
dziecko. Tylko te najbardziej naiwne pytania są naprawdĊ powaĪne. Są to pytania,
na które nie ma odpowiedzi. Pytanie, na które nie ma odpowiedzi, jest barierą nie
do przekroczenia. Inaczej powiedziawszy: wIaĞnie pytania, na które nie ma odpowiedzi,
wyznaczają granice ludzkich moĪliwoĞc, rysują ramy ludzkiego istnienia.)
Teresa stoi w osIupieniu przed lustrem i przygląda siĊ swemu ciaIu, jakby byIo czymĞ
56 DTP by SHADE
obcym; obce, a jednak przydzielono je wIaĞnie jej. Czuje do niego odrazĊ. To ciaIo nie
miaIo doĞc siIy, by stac siĊ dla Tomasza jedynym ciaIem jego Īycia. To ciaIo rozczaro-
waIo ją i zdradziIo. MusiaIa dziĞ przez caIą noc wąchac na jego wIosach zapach obcego
kobiecego Iona!
PragnĊIaby swemu ciaIu wymówic jak sIuĪącej. Pozostac z Tomaszem tylko w for-
mie duszy, a ciaIo wygnac w Ğwiat, Īeby robiIo tam to, co inne kobiece ciaIa robią
z mĊskimi ciaIami. Skoro jej ciaIo nie umiaIo stac siĊ dla Tomasza tym jedynym, skoro
przegraIo swą Īyciową walkĊ, niech idzie do diabIa!
.
7.
.
WróciIa do domu, bez apetytu, na stojąco zjadIa w kuchni obiad. O wpóI do czwartej
wziĊIa na smycz Karenina i poszIa z nim (znów na piechotĊ) na przedmieĞcie do swego
hotelu. Kiedy wyrzucili ją z tygodnika, zaczĊIa tam pracowac jako barmanka. StaIo siĊ
to kilka miesiĊcy po ich powrocie do CzechosIowacji. Nie wybaczyI jej jednak, Īe przez
siedem dni fotografowaIa rosyjskie czoIgi. Nową posadĊ dostaIa dziĊki przyjacioIom:
schronili siĊ tam razem; nią równieĪ inni wyrzuceni z pracy ludzie. W buchalterii praco-
waI byIy profesor teologii, a w recepcji byIy ambasador.
Znów baIa siĊ o swoje nogi. KiedyĞ, gdy pracowaIa w restauracji maIego miasta,
z lĊkiem obserwowaIa pokryte Īylakami Iydki swoich koleĪanek. ByIa to choroba za-
wodowa wszystkich kelnerek zmuszonych do spĊdzania Īycia na chodzeniu, bieganiu
albo staniu z duĪym obciąĪeniem. Z tym, Īe praca teraz byIa nieco wygodniejsza niĪ
w maIym mieĞcie. Przed rozpoczĊciem zmiany musiaIa, co prawda, przynieĞc ciĊĪkie
skrzynie z piwem i wodą mineralną, ale potem juĪ staIa za kontuarem baru, nalewaIa
goĞciom alkohol, a w przerwach myIa szklanki w maIym zlewie zainstalowanym w kącie
kontuaru. Karenin przez caIy czas leĪaI cierpliwie u jej nóg.
ByIo juĪ grubo po póInocy, kiedy skoĔczyIa podliczanie kasy i zaniosIa pieniądze
dyrektorowi hotelu. Potem poszIa jeszcze poĪegnac siĊ z ambasadorem, który miaI
nocną sIuĪbĊ. Za dIugim blatem recepcji znajdowaIy siĊ drzwi prowadzące do maIego
pokoiku, w którym moĪna siĊ byIo zdrzemnąc na wąskiej kozetce. Nad kozetką wisiaIy
zdjĊcia w ramkach, na wszystkich byI on z jakimiĞ ludĨmi, którzy albo uĞmiechali siĊ
do obiektywu, albo Ğciskali rĊce, albo siedzieli obok niego za stoIem i coĞ podpisywali.
Niektóre zdjĊcia miaIy podpisy z dedykacją. Na honorowym miejscu wisiaIa fotografia,
na której, obok gIowy ambasadora, uĞmiechaIa siĊ twarz Johna F. Kennedy´ego.
Tym razem ambasador nie rozmawiaI z Kennedym, ale z nieznajomym szeĞcdzie-
siĊciolatkiem, który na widok Teresy zamilkI.
- To moja przyjacióIka - powiedziaI ambasador. - MoĪesz spokojnie mówic. Potem
zwróciI siĊ do Teresy:
- WIaĞnie skazali mu na piĊc lat syna.
DowiedziaIa siĊ, Īe syn szeĞcdziesiĊciolatka pilnowaI wraz z przyjacióImi w pierw-
szych dniach inwazji wejĞcia budynku, w którym umieszczono specjalne sIuĪby armii
radzieckiej. ByIo dla nich jasne, Īe Czesi, którzy stamtąd wychodzili, byli agentami
na rosyjskim ĪoIdzie. ĝledziI ich potem z przyjacióImi, identyfikowaI numery ich samo-
chodów i informowaI o tym redaktorów podziemnego radia, którzy ostrzegali przed nimi
ludnoĞc. Jednego z nich z pomocą kolegów pobiI.
SzeĞcdziesiĊciolatek powiedziaI:
- To zdjĊcie byIo jedynym corpus delicti. WypieraI siĊ wszystkiego aĪ do momentu,
kiedy mu je pokazali. WyciągnąI z portfela wycinek:
- To wyszIo w Timesie, na jesieni 1968.
Na zdjĊciu widac byIo mIodego mĊĪczyznĊ, który trzyma za gardIo drugiego mĊĪ-
czyznĊ. WokóI stoją ludzie i przyglądają siĊ. Pod fotografią widnieje podpis: ,Karanie
kolaboranta¨.
Teresa odetchnĊIa z ulgą. Nie, to nie byIo jej zdjĊcie. PóĨniej szIa z Kareninem
57
DTP by SHADE
przez nocną PragĊ. MyĞlaIa o dniach, w których fotografowaIa czoIgi. Naiwni, sądzili,
Īe ryzykują Īyciem dla ojczyzny, a tymczasem pracowali dla rosyjskiej bezpieki.
DoszIa do domu o wpóI do piątej. Tomasz juĪ spaI. Jego wIosy miaIy zapach kobie-
cego Iona.
.
8.
.
Co to jest kokieteria? MoĪna by chyba powiedziec, Īe jest to takie zachowanie,
które ma temu drugiemu dac do zrozumienia, Īe zbliĪenie seksualne byIoby moĪliwe,
przy czym ta moĪliwoĞc nie moĪe nigdy wyglądac jak pewnoĞc. Mówiąc inaczej: kokie-
teria to nie zobowiązująca obietnica spóIkowania.
Teresa stoi za kontuarem baru, a klienci, którym nalewa alkohol, ją kokietują. Czy
ten ciągIy zalew komplementów, dwuznaczników, dowcipów, propozycji, uĞmiechów
i spojrzeĔ jest jej niemiIy? W ogóle nie. Ma nieodpartą ochotĊ, by wystawic na ten przy-
pIyw swe ciaIo (to obce ciaIo, które chce wygnac w Ğwiat).
Tomasz ciągle ją przekonuje, Īe miIoĞc i fizyczne zbliĪenie to są dwie zupeInie róĪne
rzeczy. Nie chciaIa tego zrozumiec. Teraz jest otoczona przez mĊĪczyzn, do których nie
czuje cienia sympatii. Jak by to byIo kochac siĊ z nimi? Pragnie to wypróbowac przynaj-
mniej w formie nie zobowiązującej obietnicy, którą nazywamy kokieterią. ĩeby nie byIo
nieporozumienia: nie chce rewanĪowac siĊ Tomaszowi. Chce znaleĨc wyjĞcie z labiryn-
tu. Wie, Īe staIa mu siĊ ciĊĪarem; traktuje sprawy zbyt powaĪnie, z wszystkiego robi
tragedie, nie umie zrozumiec lekkoĞci i barwnej niewaĪnoĞci miIoĞci fizycznej. ChciaIa-
by siĊ tej lekkoĞci nauczyc! Marzy, by ktoĞ nauczyI ją, jak nie byc anachroniczną!
JeĞli dla innych kobiet kokieteria jest drugą naturą, rutyną bez znaczenia, to dla Te-
resy staIa siĊ ona polem do waĪnych eksperymentów, które mają jej pokazac, do czego
jest zdolna. Ale wIaĞnie dlatego, Īe jest to dla niej takie waĪne, kokieteria jej nie
ma w sobie lekkoĞci, jest nienaturalna, wymuszona, przesadna. Równowaga pomiĊ-
dzy obietnicą a brakiem zobowiązania (na tym wIaĞnie polega prawdziwa wirtuozeria
kokieterii!) jest u niej zachwiana. Obiecuje zbyt gorliwie, niedostatecznie podkreĞla,
Īe obietnica jest nie zobowiązująca. Innymi sIowy, wydaje siĊ kaĪdemu aĪ nadto przy-
stĊpna. Kiedy potem mĊĪczyĨni domagają siĊ speInienia tego, co - jak im siĊ wydawaIo
- zostaIo im obiecane, natrafiają na gwaItowny opór, którego nie mogą sobie wyjaĞnic
inaczej, niĪ jako wyrachowanie i zIoĞliwoĞc Teresy.
.
9.
.
Na wolnym stoIku przy barze przysiadI szesnastoletni mniej wiĊcej chIopiec. Po-
wiedziaI kilka wyzywających zdaĔ, które pozostaIy potem w rozmowie, jak na rysunku
pozostaje bIĊdne pociągniĊcie pióra, którego nie moĪna zmazac.
- Ma pani piĊkne nogi - powiedziaI do niej.
- A co, widzi pan przez bufet - odburknĊIa.
- Znam panią z ulicy - wyjaĞniI, ale w tym momencie juĪ odwróciIa siĊ od niego
i obsIugiwaIa innego klienta. ZamówiI potem koniak. OdmówiIa.
- Mam juĪ osiemnaĞcie lat - obruszyI siĊ.
- To niech mi pan pokaĪe legitymacjĊ - powiedziaIa Teresa.
- Nie pokaĪĊ.
- To niech pan pije lemoniadĊ.
ChIopiec podniósI siĊ bez sIowa ze stoIka i odszedI. Mniej wiĊcej za póI godziny
znów wróciI i usiadI przy barze. Jego gesty byIy nieskoordynowane i na trzy metry
moĪna byIo wyczuc z jego ust alkohol.
- LemoniadĊ! - zawoIaI.
- Pan jest pijany - powiedziaIa Teresa.
ChIopiec pokazaI na tabliczkĊ, która wisiaIa na Ğcianie za Teresą: Podawanie alko-
58 DTP by SHADE
holu mIodzieĪy do lat osiemnastu wzbronione.
- Tam jest napisane, Īe nie moĪe mi pani podac alkoholu - powiedziaI, mierząc
w TeresĊ szerokim gestem. - Ale nigdzie nie jest napisane, Īe nie mam prawa byc pi-
jany.
- Gdzie siĊ pan tak urządziI? - spytaIa Teresa.
- W knajpie naprzeciwko - ĞmiaI siĊ i znów domagaI siĊ lemoniady.
- To czemu pan tam nie zostaI?
- Bo chcĊ patrzec na panią - odpowiedziaI chIopiec. - Ja panią kocham.
Jego twarz skrzywiIa siĊ dziwnie, kiedy to mówiI. Teresa nie zrozumiaIa: wyĞmiewa
siĊ? Kokietuje? ĩartuje? Albo po prostu jest tak pijany, Īe nie wie, co mówi?
PostawiIa przed nim lemoniadĊ i zajĊIa siĊ innymi goĞcmi.
Zdanie: ,Kocham panią!¨ jak gdyby wyczerpaIo chIopca. Nic juĪ nie powiedziaI,
cicho poIoĪyI na kontuarze pieniądze i zniknąI niepostrzeĪenie.
Ale gdy tylko odszedI, odezwaI siĊ maIy, Iysawy mĊĪczyzna, który wypiI wIaĞnie
trzecią wódkĊ:
- Pani powinna wiedziec, Īe niepeInoletnim nie wolno podawac alkoholu!
- PrzecieĪ mu nie podaIam! DostaI lemoniadĊ!
- PatrzyIem dobrze, czego mu tam pani do tej lemoniady dodaIa!
- CoĞ pan zmyĞla! - krzyknĊIa Teresa.
- Jeszcze jedną wódkĊ - zakomenderowaI mĊĪczyzna z Iysiną i dodaI. - JuĪ
od dawna panią obserwujĊ!
- To niech pan bĊdzie wdziĊczny, Īe moĪe pan oglądac piĊkną kobietĊ i niech pan
siedzi cicho! - odezwaI siĊ wysoki mĊĪczyzna, który przed chwilą podszedI do baru
i obserwowaI caIą scenĊ.
- Pan siĊ nie wtrąca! Co panu do tego?! - krzyczaI mĊĪczyzna z Iysiną.
- A mógIby pan wyjaĞnic, co to pana obchodzi? - zapytaI wysoki mĊĪczyzna.
Teresa nalaIa Iysemu zamówioną wódkĊ, wypiI jednym haustem, zapIaciI i wyszedI.
- DziĊkujĊ panu - powiedziaIa Teresa do wysokiego mĊĪczyzny.
- Nie ma o czym mówic - odpowiedziaI i równieĪ wyszedI.
.
10.
.
W kilka dni póĨniej znów zjawiI siĊ w barze. Kiedy go zobaczyIa, uĞmiechnĊIa siĊ
do niego jak do przyjaciela:
- MuszĊ panu raz jeszcze podziĊkowac. Ten Iysy czĊsto tu przychodzi i jest doĞc
nieprzyjemny.
- Niech pani o nim zapomni.
- Czemu siĊ mnie czepia?
- To jakiĞ zwykIy pijaczek. Jeszcze raz bardzo panią proszĊ: niech pani o nim za-
pomni.
- Skoro pan mnie o to prosi, zapomnĊ o nim. Wysoki mĊĪczyzna patrzyI jej w oczy:
- Niech mi to pani obieca.
- ObiecujĊ.
- To piĊkne, sIyszec z pani ust, Īe coĞ mi pani obiecuje - powiedziaI mĊĪczyzna
i wciąĪ patrzyI jej w oczy.
To byIa kokieteria: zachowanie, które daje do zrozumienia temu drugiemu, Īe zbli-
Īenie seksualne jest moĪliwe, choc jednoczeĞnie ta moĪliwoĞc jest nie obowiązująca
i teoretyczna.
- Jak to w ogóle moĪliwe, Īe w tej najobrzydliwszej dzielnicy Pragi moĪna spotkac
taką kobietĊ jak pani? A ona:
- A pan? Co pan robi w tej najobrzydliwszej dzielnicy Pragi? PowiedziaI jej, Īe miesz-
ka niedaleko, Īe jest inĪynierem i Īe ostatnio zaszedI tu przypadkiem, wracając z pracy.
.
59
DTP by SHADE
11.
.
PatrzyIa na Tomasza, ale jej spojrzenie nie mierzyIo w jego oczy, ale o dziesiĊc cen-
tymetrów wyĪej, w jego wIosy, które pachniaIy obcą kobietą.
PowiedziaIa:
- Tomasz... Ja juĪ nie mogĊ tego wytrzymac. Wiem, Īe nie mam prawa siĊ skar-
Īyc. Od czasu, kiedy dla mnie wróciIeĞ do Pragi, zabroniIam sobie byc zazdrosną. Nie
chcĊ byc zazdrosna, ale nie mam doĞc siI, by siĊ przed tym bronic. ProszĊ ciĊ, pomóĪ
mi!
WziąI ją pod ramiĊ i zaprowadziI do parku, tam, gdzie przed laty chodzili czĊsto
na spacery. ByIy tam Iawki niebieskie, ĪóIte, czerwone. Usiedli na jednej z nich i Tomasz
powiedziaI:
- Rozumiem ciĊ. Wiem, czego chcesz. Wszystko zaIatwiIem. Pójdziesz teraz na Pe-
trzyn.
Strasznie jej siĊ nie chciaIo iĞc; jej ciaIo byIo tak osIabIe, Īe nie mogIa siĊ podnieĞc
z Iawki. Ale nie umiaIa nie usIuchac Tomasza. WstaIa z wysiIkiem.
ObejrzaIa siĊ. SiedziaI wciąĪ na Iawce i uĞmiechaI siĊ do niej prawie wesoIo. ZrobiI
rĊką gest, który miaI jej dodac odwagi.
.
12.
.
Kiedy juĪ weszIa na stok Petrzyna, tej zielonej góry sterczącej w Ğrodku Pragi,
uĞwiadomiIa sobie ze zdziwieniem, Īe nie ma tam ludzi. ByIo to dziwne, zazwyczaj
spacerowaIy tam tIumy PraĪan. CzuIa w sercu lĊk. ale góra byIa tak cicha, a cisza tak
kojąca, Īe pozwoliIa jej sobą zawIadnąc. SzIa pod górĊ, chwilami zatrzymywaIa siĊ
i oglądaIa: widziaIa za sobą wieĪe i mosty, ĞwiĊci wygraĪali piĊĞciami i wlepiali w chmu-
ry kamienne spojrzenia. ByIo to najpiĊkniejsze miasto Ğwiata.
DoszIa na górĊ. Za kioskami z lodami, pocztówkami i herbatnikami (nie byIo w nich
Īadnego sprzedawcy) sIaI siĊ rozlegIy trawnik z rzadka usiany drzewami. ZobaczyIa
na nim kilku mĊĪczyzn. Im bardziej siĊ do nich zbliĪaIa, tym jej krok stawaI siĊ wolniej-
szy. ByIo ich szeĞciu. Stali albo przechadzali siĊ bardzo wolno jak gracze na polu golfo-
wym, którzy przemierzają teren, waĪą w rĊku kij golfowy i starają siĊ osiągnąc przed
meczem jak najlepszą kondycjĊ.
Potem podeszIa do nich, blisko. Z tych szeĞciu ludzi przynajmniej trzech miaIo grac
podobną do niej rolĊ, byli niepewni, wydawaIo siĊ, Īe chcą zadac wiele pytaĔ, ale boją
siĊ przeszkadzac, wiĊc raczej milczą i rozglądają siĊ pytająco.
Z pozostaIych trzech promieniowaIa peIna zrozumienia ĪyczliwoĞc. Jeden z nich
trzymaI w rĊku strzelbĊ. Kiedy zobaczyI TeresĊ, skinąI na nią z uĞmiechem: ,Tak, do-
brze pani trafiIa¨. SkinĊIa gIowĊ na przywitanie i czuIa coraz silniejszy lĊk.
MĊĪczyzna dodaI:
- ĩeby nie byIo nieporozumienia. To jest pani Īyczenie?
MoĪna byIo Iatwo odpowiedziec: ,Nie, nie, to nie jest moje Īyczenie¨, ale nie mogIa
sobie wyobrazic, Īe miaIaby rozczarowac Tomasza. Jak by przed nim usprawiedliwiIa
swój powrót do domu? PowiedziaIa wiĊc:
- Tak, oczywiĞcie. To jest moje Īyczenie. MĊĪczyzna ze strzelbą kontynuowaI:
- ĩebyĞmy siĊ dobrze zrozumieli. Pytam, poniewaĪ wykonujemy to tylko wtedy,
kiedy mamy pewnoĞc, Īe ludzie, którzy do nas przychodzą, mają naprawdĊ ochotĊ
umrzec. My im tylko sIuĪymy. PopatrzyI na TeresĊ pytająco, musiaIa go wiĊc raz jeszcze
zapewnic:
- Nie, proszĊ siĊ nie lĊkac. To jest moje Īyczenie.
- Czy chce pani byc pierwsza? - zapytaI.
ChciaIa choc trochĊ oddalic egzekucjĊ, wiĊc powiedziaIa - Nie, bardzo pana pro-
szĊ. JeĞli to moĪliwe, chciaIabym byc ostatnia.
60 DTP by SHADE
- Jak pani sobie Īyczy - powiedziaI i odszedI do innych. Dwaj jego pomocnicy nie
byli uzbrojeni i opiekowali siĊ po prostu ludĨmi, którzy mieli umrzec. Brali ich pod pachy
i prowadzili po trawniku. RozlegIa pIaszczyzna trawy ciągnĊIa siĊ aĪ do horyzontu. Ska-
zaĔcy sami mogli wybrac sobie drzewo. Zatrzymywali siĊ, rozglądali i dIugo nie mogli
siĊ zdecydowac. Dwóch z nich wybraIo wreszcie dwa platany, ale ten trzeci szedI wciąĪ
dalej i dalej, jak gdyby Īadne drzewo nie wydawaIo mu siĊ godne jego Ğmierci. Pomoc-
nik, który trzymaI go delikatnie pod ramiĊ, cierpliwie go prowadziI, wreszcie mĊĪczyzna
straciI odwagĊ by iĞc dalej i zatrzymaI siĊ pod rozIoĪystym jaworem.
Potem pomocnicy zawiązali wszystkim trzem mĊĪczyznom przepaski na oczach.
I tak stali na tym rozlegIym trawniku trzej mĊĪczyĨni przyciĞniĊci placami do pni
drzew, kaĪdy z przepaską na oczach i z gIową zwróconą ku niebu.
MĊĪczyzna ze strzelbą wycelowaI i strzeliI. Oprócz Ğpiewu ptaków nic nie byIo sIy-
chac. Strzelba miaIa tIumik. ByIo tylko widac, jak mĊĪczyzna oparty o jawor zaczyna
siĊ osuwac.
Nie ruszając siĊ z miejsca, mĊĪczyzna ze strzelbą odwróciI siĊ w innym kierunku
i czIowiek oparty o platan osunąI siĊ w kompletnej ciszy, a kilka chwil póĨniej (mĊĪczy-
zna ze strzelbą znów odwróciI siĊ na miejscu) upadI na trawie równieĪ trzeci rozstrze-
lany.
.
13.
.
Jeden z pomocników milcząc podszedI do Teresy. TrzymaI w rĊce ciemnoniebieską
wstĊgĊ.
ZrozumiaIa, Īe chce jej przewiązac oczy. PokrĊciIa gIową i powiedziaIa:
- Nie, chcĊ wszystko widziec.
Ale to nie byI prawdziwy powód. Nie czuIa w sobie nic z bohatera, który jest zde-
cydowany odwaĪnie spoglądac w oczy plutonu egzekucyjnego. ChciaIa tylko oddalic
Ğmierc. WydawaIo siĊ jej, Īe w chwili, w której juĪ bĊdzie miec przepaskĊ na oczach,
znajdzie siĊ w przedsionku Ğmierci, skąd nie bĊdzie juĪ powrotu.
MĊĪczyzna nie zmuszaI jej do niczego i wziąI ją pod ramiĊ. Szli po szerokim traw-
niku i Teresa nie byIa w stanie wybrac Īadnego z drzew. Nikt nie zmuszaI jej do poĞpie-
chu, ale wiedziaIa dobrze, Īe i tak nie moĪe uciec. Kiedy zobaczyIa przed sobą kwit-
nący kasztan, stanĊIa pod nim. OparIa siĊ plecami o pieĔ i spojrzaIa w górĊ: widziaIa
przeĞwietloną sIoĔcem zieleĔ i sIyszaIa znieksztaIcone przez odlegIoĞc odgIosy miasta,
cichutkie i sIodkie, jak gdyby graIy tysiące skrzypiec.
MĊĪczyzna podniósI strzelbĊ.
Teresa poczuIa, Īe jej odwaga niknie. ByIa zrozpaczona z powodu swej sIaboĞci, ale
nie umiaIa jej opanowac. PowiedziaIa:
- Ale ja tego nie chciaIam.
Natychmiast opuĞciI lufĊ strzelby i powiedziaI bardzo Iagodnie:
- JeĞli pani sobie tego nie ĪyczyIa, nie moĪemy tego zrobic. Nie mamy do tego
prawa.
Jego gIos byI tak Iagodny, jak gdyby usprawiedliwiaI siĊ przed Teresą za to, Īe nie
moĪe jej zastrzelic. Ta IagodnoĞc raniIa jej serce, odwróciIa siĊ do drzewa, oparIa twarz
o jego korĊ i rozpIakaIa siĊ.
.
14.
.
CaIe jej ciaIo trzĊsIo siĊ od szlochu, a ona obejmowaIa pieĔ, jakby to nie byIo drze-
wo, ale jej ojciec, którego straciIa, jej dziadek, którego nigdy nie widziaIa, jej pradzia-
dek, jej prapradziadek, jakiĞ strasznie stary mĊĪczyzna, który przyszedI z najdalszych
gIĊbin czasu w postaci szorstkiej kory drzewa aby teraz dac jej oparcie. Potem odwróci-
Ia siĊ. Trzej mĊĪczyĨni byli juĪ daleko, brodzili w trawie jak golfiĞci, a strzelba w rĊkach
61
DTP by SHADE
jednego z nich naprawdĊ wyglądaIa jak kij golfowy.
SchodziIa na dóI ĞcieĪkami Petrzyna, a w duszy czuIa tĊsknotĊ do mĊĪczyzny, który
miaI ją zastrzelic i nie zastrzeliI. PragnĊIa go. KtoĞ przecieĪ musi jej pomóc! Tomasz jej
nie pomoĪe. Tomasz ją posIaI na Ğmierc. Musi jej pomóc ktoĞ inny!
Im bardziej zbliĪaIa siĊ do miasta, tym bardziej tĊskniIa do tamtego mĊĪczyzny
i tym bardziej baIa siĊ Tomasza. Nie wybaczy jej, Īe nie speIniIa obietnicy. Nie wybaczy
jej, Īe nie byIa dostatecznie odwaĪna i Īe go zdradziIa. ByIa juĪ na ulicy, przy której
mieszkali i wiedziaIa, Īe za chwilĊ go zobaczy. BaIa siĊ tego tak strasznie, Īe czuIa ciĊ-
Īar w ĪoIądku i chciaIo jej siĊ wymiotowac.
.
15.
.
InĪynier zaprasza ją do swego mieszkania. JuĪ dwa razy odmówiIa. Tym razem
zgodziIa siĊ.
Obiad zjadIa jak zawsze na stojąco w kuchni, a potem wyszIa. Nie byIo jeszcze
drugiej.
ZbliĪaIa siĊ do jego domu i czuIa, Īe nogi same, bez udziaIu jej woli zwalniają kroku.
Ale potem przyszIo jej do gIowy, Īe to wIaĞnie Tomasz posyIa ją do niego. To prze-
cieĪ on ciągle jej wyjaĞniaI, Īe miIoĞc i seks nie mają ze sobą nic wspólnego a ona idzie
teraz tylko po to, by wypróbowac i potwierdzic jego sIowa. SIyszy w duchu jego gIos:
,Rozumiem ciĊ. Wiem czego chcesz. Wszystko zaIatwiIem. Wejdziesz na górĊ i wszyst-
ko zrozumiesz¨.
Tak, nie robi niczego, wypeInia tylko rozkazy Tomasza.
Chce zostac u inĪyniera tylko przez chwilĊ, wypiją tylko filiĪankĊ kawy, chce tylko
poczuc, co to znaczy dojĞc aĪ do granicy niewiernoĞci. Chce postawic swoje ciaIo na tej
granicy, pozwolic mu tak stac przez chwilĊ jak pod prĊgierzem, a potem, kiedy inĪynier
bĊdzie chciaI ją objąc, powie mu, jak powiedziaIa temu mĊĪczyĨnie ze strzelbą na Pe-
trzynie: ,Ale ja tego nie chciaIam¨.
A mĊĪczyzna opuĞci lufĊ strzelby i powie Iagodnym gIosem: ,Skoro pani sobie tego
nie ĪyczyIa, nic siĊ pani nie moĪe stac. Nie mam do tego prawa¨. A ona odwróci siĊ
do pnia drzewa i rozpIacze siĊ.
.
16.
.
ByIa to podmiejska kamienica, postawiona na początku wieku w robotniczej dziel-
nicy Pragi. WeszIa do klatki schodowej o brudnych, bielonych wapnem Ğcianach. Wy-
deptane kamienne schody z Īelazną porĊczą zaprowadziIy ją na pierwsze piĊtro. Teraz
skrĊciIa w lewo. ByIo to drugie drzwi, bez wizytówki i bez dzwonka. ZastukaIa.
OtworzyI.
CaIe mieszkanie skIadaIo siĊ z jednego pomieszczenia przedzielonego po pierw-
szych dwóch metrach zasIonką, która stwarzaIa jakąĞ iluzjĊ przedpokoju; staI tam stóI
z kuchenką elektryczną i lodówką. Kiedy weszIa dalej, zobaczyIa przed sobą piono-
wy prostokąt okna na koĔcu dIugiego i wąskiego pokoju, po jednej stronie staI regaI
z ksiąĪkami, po drugiej tapczan i krzesIo.
- Moje mieszkanie jest doĞc prymitywne - powiedziaI inĪynier. - Mam nadziejĊ,
Īe to pani nie odstrasza.
- Nie, nie odstrasza - odpowiedziaIa Teresa i patrzyIa na ĞcianĊ, którą w caIo-
Ğci zasIaniaIy póIki z ksiąĪkami. Ten mĊĪczyzna nie ma nawet porządnego stoIu, ale
ma setki ksiąĪek. To siĊ Teresie spodobaIo i lĊk, który czuIa, trochĊ ucichI. Od dzieciĔ-
stwa uwaĪa ksiąĪkĊ za znak tajnego bractwa. CzIowiek, który ma w domu tyle ksiąĪek,
nie moĪe jej skrzywdzic.
ZapytaI, co jej moĪe zaproponowac. Wino?
- Nie, nie chcĊ wina. JeĞli juĪ coĞ, to kawĊ.
62 DTP by SHADE
OdszedI za zasIonkĊ, a ona podeszIa do regaIów. Jedna z ksiąĪek ją zaciekawiIa.
ByIo to tIumaczenie ,Króla Edypa¨ Sofoklesa. Jakie to dziwne, Īe jest tu wIaĞnie ta ksiąĪ-
ka! Przed wielu laty Tomasz daI ją Teresie do przeczytania i dIugo jej o niej opowiadaI.
NapisaI potem ten artykuI do gazety, przez który caIe ich Īycie wywróciIo siĊ do góry
nogami. PrzyglądaIa siĊ grzbietowi ksiąĪki. Jej widok uspokajaI ją. Jak gdyby Tomasz
zostawiI tu swój Ğlad naumyĞlnie, jakby to byI znak, Īe wszystko to on zaIatwiI. Wy-
ciągnĊIa ksiąĪkĊ i otworzyIa ją. Kiedy wysoki mĊĪczyzna wróci zza zasIonki, spyta go,
dlaczego ma tĊ ksiąĪkĊ, czy ją czytaI i co o niej myĞli. W ten sposób rozmowa wymknie
siĊ z niebezpiecznego terytorium obcego mieszkania w intymny Ğwiat myĞli Tomasza.
Potem poczuIa rĊkĊ na ramieniu. MĊĪczyzna wziąI z jej rąk ksiąĪkĊ, wIoĪyI ją bez
sIowa na póIkĊ i poprowadziI TeresĊ w stronĊ tapczanu.
Znów przypomniaIo jej siĊ zdanie, które powiedziaIa katowi z Petrzyna. Teraz po-
wiedziaIa je na gIos:,.Ale ja tego nie chciaIam¨.
WierzyIa, Īe jest to czarodziejskie zaklĊcie, które natychmiast odmieni sytuacjĊ,
ale w tym pokoju sIowa te utraciIy swą magiczną moc.
Wydaje siĊ nawet, Īe sprowokowaIy mĊĪczyznĊ do bardziej zdecydowanego dziaIa-
nia: przycisnąI ją mocno i poIoĪyI rĊkĊ na jej piersiach.
Szczególna rzecz: to dotkniĊcie pozbawiIo ją natychmiast uczucia lĊku. Jak gdyby
inĪynier wskazaI przez to dotkniĊcie na jej ciaIo, a ona sobie uĞwiadomiIa, Īe przecieĪ
w ogóle nie chodzi o nią (o jej duszĊ), ale wIaĞnie tylko o ciaIo. O ciaIo, które ją zdra-
dziIo i które wygnaIa w Ğwiat pomiĊdzy inne ciaIa.
.
17.
.
RozpiąI jej guziczek przy bluzce i daI do zrozumienia, Īe sama ma rozpiąc resztĊ.
Ale ona nie odpowiedziaIa na ten rozkaz. WygnaIa w Ğwiat swe ciaIo, ale nie chciaIa
brac za nie Īadnej odpowiedzialnoĞci. Nie broniIa siĊ. ale teĪ mu nie pomagaIa. Dusza
chciaIa w ten sposób powiedziec, Īe co prawda nie zgadza siĊ z tym, co siĊ dzieje, ale
zdecydowaIa siĊ pozostac neutralna.
RozebraI ją prawie nieruchomą. Kiedy ją pocaIowaI, jej wargi nie odpowiedziaIy
na dotkniĊcie jego warg. Ale potem nagle poczuIa wilgoc miĊdzy nogami i przestraszyIa
siĊ.
CzuIa podniecenie, tym wiĊksze, Īe byIo sprzeczne z jej wolą. Dusza juĪ, co prawda,
cicho pogodziIa siĊ ze wszystkim, co siĊ dziaIo, ale wiedziaIa równieĪ, Īe jeĞli podniece-
nie ma pozostac tak silne, zgoda nie Ğmie byc wypowiedziana. Gdyby powiedziaIa gIoĞno
,tak¨, gdyby chciaIa dobrowolnie wziąc udziaI w scenie miIosnej, podniecenie by opadIo.
PoniewaĪ duszĊ podniecaIo wIaĞnie to, ze ciaIo dziaIa wbrew jej woli, Īe ją zdradza,
a ona siĊ tej zdradzie przygląda. Potem ĞciągnąI z niej figi i stanĊIa caIkiem naga. Dusza
widziaIa nagie ciaIo w objĊciach obcego mĊĪczyzny i wydawaIo jej siĊ to niewiarygodne,
jak gdyby patrzyIa z bliska na planetĊ Mars. ĝwiatIo nieprawdopodobieĔstwa sprawiIo,
Īe po raz pierwszy jej ciaIo utraciIo banalnoĞc; po raz pierwszy patrzyIa na nie z ocza-
rowaniem, widziaIa caIą jego wyjątkowoĞc, caIą jego osobowoĞc, niezwykIoĞc. Nie byIo
to najzwyczajniejsze ze wszystkich ciaI (tak je widziaIa dotychczas), ale najbardziej
niezwykIe. Dusza nie mogIa oderwac wzroku od znamienia, okrągIej, brązowej plamki
umieszczonej dokIadnie nad trójkątnym owIosieniem, wydawaIo siĊ jej, Īe to znamiĊ
jest pieczĊcią, którą ona sama (dusza) wycisnĊIa na ciele i Īe obcy czIonek porusza siĊ
w ĞwiĊtokradczej bliskoĞci tej ĞwiĊtej pieczĊci.
A kiedy potem spojrzaIa na jego twarz, uĞwiadomiIa sobie, Īe nigdy nie daIa zgody
na to, aby ciaIo, na którym jej dusza wyryIa swój podpis, znalazIo siĊ w objĊciach kogoĞ,
kogo nie zna i nie chce znac. WypeIniIa ją oĞlepiająca nienawiĞc. ZebraIa w ustach ĞlinĊ,
Īeby ją wypluc w twarz temu obcemu mĊĪczyĨnie. On obserwowaI ją równie Iakomie
jak ona jego; spostrzegI jej gniew i jego ruchy na jej ciele przyspieszyIy siĊ. Teresa
czuIa, jak z daleka zbliĪa siĊ do niej rozkosz i zaczĊIa krzyczec: ,nie! nie! nie!¨, broniIa
63
DTP by SHADE
siĊ przed nadchodzącą rozkoszą, a kiedy tak siĊ broniIa, powstrzymywana rozkosz roz-
pIywaIa siĊ po caIym jej ciele, nie miaIa bowiem którĊdy uciec; rozchodziIa siĊ po jej
ciele jak morfina wstrzykniĊta do ĪyIy. MiotaIa siĊ w jego objĊciach, mIóciIa wokóI rĊ-
kami i pluIa mu w twarz.
.
18.
.
Muszle klozetowe w nowoczesnych Iazienkach wyrastają z podIóg jak kwiaty lilii
wodnej. Architekt stara siĊ, by ciaIo mogIo zapomniec o swej nĊdzy i Īeby czIowiek nie
wiedziaI, co dzieje siĊ z odpadkami jego wnĊtrznoĞci, kiedy szumi nad nimi potok spusz-
czanej z rezerwuaru wody. Siec kanaIów, mimo Īe siĊga swymi mackami aĪ do naszych
mieszkaĔ, jest przed naszym wzrokiem pieczoIowicie ukryta i moĪemy nic nie wiedziec
o nie koĔczącej siĊ Wenecji gówna, na której zbudowano nasze Iazienki, sypialnie, sale
bankietowe i parlamenty.
Ubikacja w starej, przedmiejskiej kamienicy w praskiej robotniczej dzielnicy nie
miaIa w sobie hipokryzji; podIogĊ uIoĪono z szarych kafli, poĞród których sterczaIa
biedna, sieroca muszla klozetowa. KsztaIt jej nie przypominaI kwiatu nenufaru. Wy-
glądaIa dokIadnie na to, czym byIa w istocie: na rozszerzone zakoĔczenie rury kana-
lizacyjnej. Nie byIo na niej nawet drewnianej deski klozetowej i Teresa musiaIa usiąĞc
na zimnej, emaliowanej blasze.
SiedziaIa na muszli; nagIa potrzeba opróĪnienia wnĊtrznoĞci byIa pragnieniem,
by dojĞc do ostatecznej granicy poniĪenia, byc w jak najwiĊkszym stopniu, byc w peIni
ciaIem, tym ciaIem, o którym matka mówiIa, Īe sIuĪy do trawienia i wydalania. Teresa
wypróĪnia swe wnĊtrznoĞci i ma w tym momencie uczucie nieskoĔczonego smutku i sa-
motnoĞci. Nic nie jest nĊdzniejsze od jej nagiego ciaIa siedzącego na tym rozszerzonym
zakoĔczeniu rury kanalizacyjnej.
Dusza jej utraciIa ciekawoĞc widza; nie ma w niej juĪ ironii ani pychy; ukryIa siĊ
znów gdzieĞ w gIĊbiach ciaIa, na dnie wnĊtrznoĞci i z rozpaczą czeka, aby ktoĞ ją przy-
woIaI, aby mogIa wyjĞc na zewnątrz.
.
19.
.
PodniosIa siĊ z muszli klozetowej i weszIa za przepierzenie. Dusza drĪaIa w ciele,
które byIo nagie i odtrącone. CzuIa jeszcze na swym odbycie dotkniecie papieru, któ-
rym siĊ podcieraIa.
I w tym momencie nastąpiIo coĞ, czego potem nie mogIa zapomniec: zapragnĊIa iĞc
do niego do pokoju i usIyszec jego gIos, jego czuIoĞc. Gdyby przemówiI do niej cichym,
gIĊbokim gIosem, dusza oĞmieliIaby siĊ wyjĞc na powierzchniĊ ciaIa, a ona rozpIakaIaby
siĊ. ObjĊIaby go w ten sam sposób, w jaki we Ğnie obejmowaIa szeroki pieĔ kasztana.
StaIa w sionce i staraIa siĊ powĞciągnąc tĊ niezrozumiaIą chĊc, by siĊ na jego
oczach rozpIakac. WiedziaIa, Īe jeĞli siĊ nie opanuje, dojdzie do czegoĞ, czego wcale nie
chciaIa. Zakocha siĊ w nim. W tej chwili z wnĊtrza zabrzmiaI jego gIos. SIysząc ten gIos
sam w sobie (nie widząc jednoczeĞnie wysokiej sylwetki inĪyniera) stanĊIa zaskoczona.
GIos byI cienki i wysoki. Jak to siĊ staIo, Īe dotychczas sobie tego nie uĞwiadomiIa?
Prawdopodobnie tylko dziĊki zaskakującemu i nieprzyjemnemu wraĪeniu, jakie
zrobiI na niej timbre jego gIosu, zdoIaIa opanowac pokusĊ. WeszIa do Ğrodka, schyliIa
siĊ nad rozrzuconym ubraniem, szybko siĊ ubraIa i wyszIa.
WracaIa ze sklepu z Kareninem niosącym w pysku rogalika. Ranek byI chIodny,
chwyciI lekki przymrozek. Przechodzili wIaĞnie koIo osiedla, gdzie na wielkich prze-
strzeniach miĊdzy domami ludzie porobili sobie maIe dziaIki i ogródki. Karenin zatrzy-
maI siĊ nagle i patrzyI z wytĊĪeniem w tamtym kierunku. Ona spojrzaIa równieĪ, ale
nie zauwaĪyIa niczego szczególnego. Karenin ciągnąI ją za sobą, dawaIa siĊ prowadzic.
Potem dopiero ujrzaIa w bruĨdzie zamarzniĊtej gliny pustego zagonku czarną gIówkĊ
64 DTP by SHADE
wrony z wielkim dziobem. GIówka bez ciaIa nieznacznie poruszaIa siĊ, a dziób wydawaI
od czasu do czasu smutny, chrapliwy dĨwiĊk.
Karenin byI tak wytrącony z równowagi, Īe wypuĞciI rogalika. Teresa musiaIa przy-
wiązac go do drzewa, baIa siĊ, Īe zrobi wronie krzywdĊ. Potem uklĊkIa i staraIa siĊ od-
garnąc ziemiĊ udeptaną wokóI pogrzebanego za Īycia ptaka. Nie byIo to Iatwe. ZIamaIa
sobie paznokiec, zaczĊIa ciec krew.
W tej chwili tuĪ obok niej upadI kamieĔ. ObejrzaIa siĊ i ujrzaIa za rogiem dwóch za-
ledwie dziesiĊcioletnich chIopców. WstaIa. Dostrzegli jej ruch, psa przy drzewie i uciekli.
Znów uklĊkIa na ziemi i odgarniaIa glinĊ. Wreszcie wyciągnĊIa wronĊ z jej grobu.
Ale ptak byI jak sparaliĪowany; nie mógI chodzic ani siĊ unieĞc. OtuliIa go czerwonym
szalikiem, który miaIa na szyi i lewą rĊką przycisnĊIa do siebie. Prawą odwiązaIa Kare-
nina od drzewa; musiaIa uĪyc wszystkich siI, aby Ğciągnąc smycz i utrzymac go tuĪ przy
nodze. ZadzwoniIa do drzwi, poniewaĪ nie miaIa wolnej rĊki, aby odnaleĨc klucz w kie-
szeni. Tomasz jej otworzyI. PodaIa mu smycz z Kareninem. ,Trzymaj go!¨ - zakomen-
derowaIa i zaniosIa wronĊ do Iazienki. PoIoĪyIa ją na ziemi pod umywalką. Wrona sza-
motaIa siĊ, ale nie mogIa siĊ ruszyc z miejsca. WyciekaIa z niej jakaĞ gĊsta, ĪóIta ciecz.
PodesIaIa pod umywalką jakieĞ stare szmaty, Īeby wronie nie byIo zimno od chIodnych
kafelków. Ptak co chwila machaI rozpaczliwie zranionym skrzydIem, a jego dziób ster-
czaI w górĊ jak wyrzut.
.
20.
.
UsiadIa na krawĊdzi wanny i nie mogIa spuĞcic wzroku z umierającej wrony. W jej
sierocym opuszczeniu widziaIa obraz wIasnego losu i kilkakrotnie powiedziaIa sobie: nie
mam na Ğwiecie nikogo oprócz Tomasza.
Czy historia z inĪynierem uĞwiadomiIa jej, Īe erotyczne przygody nie mają nic
wspólnego z miIoĞcią? ĩe są lekkie i bez wagi? Czy staIa siĊ spokojniejsza?
Ani trochĊ.
W myĞlach wciąĪ powraca do tej sceny: wychodzi z ubikacji i jej ciaIo stoi w sieni
nagie i odtrącone. Dusza drĪy, przeraĪona, schowana gIĊboko we wnĊtrznoĞciach.
Gdyby w tym momencie mĊĪczyzna, który znajdowaI siĊ w pokoju, zwróciI siĊ do jej
duszy, byIaby skIonna rozpIakac siĊ i paĞc mu w objĊcia.
WyobraziIa sobie, Īe zamiast niej stoi w sionce któraĞ z kochanek Tomasza, a za-
miast inĪyniera w pokoju siedzi Tomasz. PowiedziaIby tej dziewczynie jedno tylko sIowo,
a ona objĊIaby go z pIaczem. Teresa wie, Īe tak wyglądają chwile, w których rodzi siĊ
miIoĞc: kobieta nie moĪe siĊ oprzec gIosowi, który wywoIuje na zewnątrz jej duszĊ,
mĊĪczyzna nie moĪe siĊ oprzec kobiecie, której dusza jest wraĪliwa na jego gIos. To-
masz nigdzie nie jest bezpieczny wobec groĨby miIoĞci i Teresa musi lĊkac siĊ o niego
w kaĪdej minucie, w kaĪdej godzinie. Co jest jej bronią? Tylko jej wiernoĞc. OddaIa mu
ja zaraz na początku, pierwszego dnia, jak gdyby zdawaIa sobie sprawĊ, Īe nie ma ni-
czego innego do ofiarowania. Ich miIoĞc jest budowlą przedziwnie niesymetryczną:
spoczywa na absolutnej pewnoĞci jej wiernoĞci jak mamuci paIac na jednym sIupie.
Wrona juĪ prawie nie poruszaIa skrzydIami i tylko od czasu do czasu drgaIa jej zra-
niona, zIamana nóĪka. Teresa nie chciaIa oddalic siĊ od niej, jak gdyby czuwaIa u IóĪka
umierającej siostry. Jednak odeszIa w koĔcu do kuchni, Īeby zjeĞc szybko obiad. Kiedy
wróciIa, wrona byIa martwa.
.
21.
.
W pierwszym roku miIoĞci Teresa w trakcie aktu miIosnego krzyczaIa i ten krzyk -
jak juĪ powiedziaIem - chciaI oĞlepic i zagIuszyc zmysIy. PóĨniej krzyczaIa mniej, ale
jej dusza byIa wciąĪ zaĞlepiona miIoĞcią i nic nie widziaIa. Dopiero kiedy kochaIa siĊ
z inĪynierem, nieobecnoĞc miIoĞci pozwoliIa jej duszy przejrzec.
65
DTP by SHADE
Znów byIa w saunie i staIa przed lustrem. PrzyglądaIa siĊ sobie i w duchu widziaIa
scenĊ cielesnej miIoĞci w mieszkaniu inĪyniera. To, co z niej zapamiĊtaIa, to nie byI
kochanek. Szczerze mówiąc nie umiaIaby nawet go opisac, chyba w ogóle nie zwróciIa
uwagi na to, jak wyglądaI nago. To, co pamiĊtaIa (i na co teraz, podniecona, patrzyIa
do lustra), to byIo jej wIasne ciaIo; jej krocze i okrągIa plama tuĪ nad nim. Ta plamka,
która dotychczas byIa dla niej tylko prozaiczną skazą, wryIa siĊ w jej myĞli. PragnĊIa
znowu i znowu widziec ją w tym niewiarygodnym sąsiedztwie obcego mĊskiego czIonka.
Nie mogĊ nie podkreĞlic tego jeszcze raz: nie chciaIa oglądac organów pIciowych
obcego mĊĪczyzny. ChciaIa widziec swoje przyrodzenie w sąsiedztwie obcego czIonka.
Nie tĊskniIa do ciaIa kochanka. TĊskniIa do wIasnego ciaIa, nagIe odkrytego, najbliĪsze-
go i najbardziej obcego, najbardziej podniecającego.
PrzyglądaIa siĊ swemu ciaIu, pokrytemu drobniutkimi kropelkami, które pozostawiI
na nim prysznic i myĞlaIa o tym, Īe w najbliĪszych dniach inĪynier znowu zajdzie do jej
baru. PragnĊIa, Īeby przyszedI, pragnĊIa, aby zaprosiI ją do siebie! Niezmiernie tego
pragnĊIa.
.
22.
.
Codziennie baIa siĊ, Īe inĪynier przyjdzie do baru i Īe nie bĊdzie mu umiaIa powie-
dziec: ,nie¨. Kiedy dni mijaIy, obawa, Īe przyjdzie zmieniIa siĊ w strach, Īe nie przyj-
dzie.
UpIynąI miesiąc i inĪynier nie zjawiI siĊ. Teresa nie umiaIa sobie tego wytIumaczyc.
Rozczarowana tĊsknota odeszIa na bok i przyszIo zaniepokojenie: dlaczego nie przy-
szedI?
ObsIugiwaIa klientów. ByI wĞród nich znów mĊĪczyzna z Iysiną, który kiedyĞ na nią
napadI, Īe nalewa alkohol niepeInoletnim. OpowiadaI gIoĞno sproĞny dowcip, ten sam,
który sIyszaIa sto razy z ust pijaków, którym kiedyĞ w maIym mieĞcie podawaIa piwo.
Znów jej siĊ wydawaIo, Īe wraca do niej Ğwiat matki i dlatego doĞc brutalnie przerwaIa
Iysemu mĊĪczyĨnie.
MĊĪczyzna obraziI siĊ - Nie bĊdzie mnie pani pouczac! MoĪe byc pani zadowolona,
Īe dajemy tu pani pracowac!
- Kto: my? Kto to jest: my?
- My - odpowiedziaI mĊĪczyzna i zamówiI nastĊpną wódkĊ. - I proszĊ sobie zapa-
miĊtac, Īe mnie pani obraĪac nie bĊdzie!
Potem wskazaI na szyjĊ Teresy, wokóI której byI okrĊcony sznur tanich pereI:
- Skąd pani ma te perIy? PrzecieĪ nie od mĊĪa, który zajmuje siĊ myciem okien!
Tego nie stac na to, Īeby kupowac prezenty! Klienci to pani dają, co? Ciekawe za co...
- ProszĊ natychmiast siĊ zamknąc - zasyczaIa Teresa. MĊĪczyzna staraI siĊ zIapac
w palce naszyjnik:
- ProszĊ sobie dobrze zapamiĊtac, Īe prostytucja jest u nas zabroniona!
Karenin podniósI siĊ, oparI siĊ przednimi Iapami o blat i zawarczaI.
.
23.
.
Ambasador powiedziaI:
- To byI ubek.
- JeĞli jest ubekiem, powinien siĊ zachowywac dyskretnie - zaoponowaIa Teresa.
- CóĪ to za tajna policja, która przestaje byc tajna.
Ambasador usadowiI siĊ na swojej kozetce i podwinąI nogi pod siebie - nauczyI siĊ
tego na kursach jogi. Nad nim, w ramce, uĞmiechaI siĊ Kennedy, dając jego sIowom
szczególne bIogosIawieĔstwo.
- Pani Teresko - powiedziaI ojcowskim tonem - ubecy mają kilka funkcji. Pierwsza
jest klasyczna. PodsIuchują rozmowy ludzi i informują o nich swoich zwierzchników.
66 DTP by SHADE
Druga funkcja to zastraszanie. Dają nam do zrozumienia, Īe mają nas w swojej
wIadzy i chcą, ĪebyĞmy siĊ ich bali. O to staraI siĊ pani IysoĔ.
Trzecia funkcja polega na tym, Īe starają siĊ zainscenizowac sytuacje, które mo-
gIyby nas skompromitowac. DziĞ juĪ nikt nie jest zainteresowany tym, by nas oskarĪac
o spisek przeciwko paĔstwu, poniewaĪ to by nam tylko zyskaIo nową sympatiĊ ludzi.
Raczej bĊdą siĊ starali znaleĨc nam w kieszeni haszysz albo udowodnic nam, Īe zgwaI-
ciliĞmy dwunastoletnią dziewczynkĊ. Zawsze znajdą jakąĞ dziewczynkĊ, która to po-
Ğwiadczy.
Znów przypomniaI jej siĊ inĪynier. Jak to moĪliwe, Īe juĪ nigdy potem nie przy-
szedI?
Ambasador kontynuowaI:
- Chcą zapĊdzic ludzi do puIapki, Īeby pozyskac ich do wspóIpracy i z ich pomo-
cą zastawic nastĊpne sidIa na nastĊpnych ludzi i zrobic powoli z caIego narodu rodzaj
organizacji konfidentów.
Teresa nie myĞlaIa juĪ o niczym innym, tylko o tym, Īe inĪyniera przysIaIa do niej
policja. Kim byI dziwny chIopiec, który upiI siĊ w gospodzie naprzeciwko i wyznawaI jej
miIoĞc? Lysy ubek napadI na nią w związku z nim, a inĪynier stanąI w jej obronie. Wszy-
scy trzej grali swoje role w z góry przygotowanym scenariuszu, który miaI na celu po-
zyskac jej sympatiĊ dla mĊĪczyzny, który póĨniej miaI ją uwieĞc. Jak to moĪliwe, Īe nie
przyszIo jej to do gIowy? PrzecieĪ to mieszkanie byIo tak dziwne i w ogóle nie pasowaIo
do tego czIowieka! Dlaczego elegancko ubrany inĪynier miaIby mieszkac w tak nĊdz-
nej norze? Czy byI w ogóle inĪynierem? JeĞli byI inĪynierem, w jaki sposób zwolniI siĊ
z pracy o drugiej po poIudniu? Czy inĪynier czytaIby Sofoklesa? Nie, to nie byIa biblio-
teka Īadnego inĪyniera! To pomieszczenie przypominaIo raczej zarekwirowane miesz-
kanie jakiegoĞ zaaresztowanego intelektualisty. Kiedy miaIa dziesiĊc lat i zamknĊli jej
ojca, równieĪ zarekwirowali mieszkanie, a w nim caIą bibliotekĊ. Kto wie, do czego
potem wykorzystywali to mieszkanie.
Teraz staIo siĊ jasne, czemu juĪ nigdy nie przyszedI. SpeIniI swoje zadanie. Jakie?
Pijany ubek zdradziI siĊ niechcący, kiedy powiedziaI - ,Prostytucja jest u nas zabronio-
na, proszĊ to sobie zapamiĊtac!¨ Domniemany inĪynier bĊdzie Ğwiadczyc, Īe przespaIa
siĊ z nim i domagaIa siĊ od niego pieniĊdzy! BĊdą grozic jej skandalem i szantaĪowac
ją, by skIadaIa donosy na ludzi, którzy piją przy jej barze.
- Ta pani historia jest kompletnie niegroĨna - uspokajaI ją ambasador.
- Chyba tak - odpowiedziaIa matowym gIosem i odeszIa z Kareninem w nocne
ulice Pragi.
.
24.
.
Ludzie najczĊĞciej uciekają przed swymi zmartwieniami w przyszIoĞc. WyobraĪa-
ją sobie na drodze czasu liniĊ, poza którą ich dzisiejsze zmartwienie przestaje istniec.
Ale Teresa nie widzi przed sobą Īadnej takiej linii. Pocieszyc ją moĪe tylko spojrzenie
wstecz. Znów byIa niedziela. Wsiedli do auta i pojechali daleko za PragĊ.
Tomasz siedziaI za kierownicą. Teresa obok niego, a Karenin od czasu do czasu
nachylaI siĊ ku nim z tylnego siedzenia i lizaI ich po uszach. Po dwóch godzinach przy-
jechali do maIego uzdrowiska, w którym spĊdzili razem przed szeĞciu laty kilka dni
i chcieli tam przenocowac.
Zatrzymali samochód na ryneczku i wysiedli. Nic siĊ nie zmieniIo. Naprzeciwko staI
hotel, w którym kiedyĞ mieszkali, a przed nim stara lipa. Na lewo od hotelu ciągnĊIa siĊ
stara drewniana kolumnada, na której koĔcu tryskaIo do marmurowej misy ĨródIo, nad
którym dziĞ, tak jak wówczas, nachylali siĊ ludzie ze szklaneczkami w dIoniach.
Potem Tomasz znów wskazaI rĊką na hotel. CoĞ siĊ jednak zmieniIo. KiedyĞ nazy-
waI siĊ Grand, a teraz jest na nim napis BajkaI. Popatrzyli na tabliczkĊ na rogu domu:
Plac Moskiewski. Potem szli (Karenin biegI obok nich bez smyczy) wszystkimi ulica-
67
DTP by SHADE
mi, które znali i czytali ich nazwy: byIa tam ulica Stalingradzka, ulica Lenin-gradzka,
ulica Rostowska, ulica Nowosybirska, ulica Kijowska, ulica Odesska, dom uzdrowiskowy
Czajkowski, dom uzdrowiskowy ToIstoj, dom uzdrowiskowy Rymski-Korsakow, byI hotel
Suworow, kino Górki i kawiarnia Puszkin. Wszystkie nazwy zostaIy przejĊte z rosyjskiej
geografii i rosyjskiej historii.
Teresa przypomniaIa sobie pierwsze dni inwazji. Ludzie we wszystkich miastach po-
zdejmowali tabliczki z nazwami ulic, a na szosach zdejmowali drogowskazy, na których
byIy napisane nazwy miast. W ciągu jednej nocy ziemia staIa siĊ bezimienna. Przez
siedem dni rosyjskie wojska bIądziIy po kraju nie wiedząc, gdzie są. Oficerowie szukali
budynków redakcji, radia, telewizji, Īeby je obsadzic, ale nie mogli ich znaleĨc. Pytali
ludzi, ale ci wzruszali ramionami, albo podawali faIszywe nazwy i faIszywy kierunek.
Po latach okazuje siĊ nagle, Īe ta chwilowa anonimowoĞc byIa dla kraju niebez-
pieczna. Ulice i domy nie mogIy juĪ powrócic do swych dawnych nazw. W ten sposób
czeskie uzdrowisko staIo siĊ jakąĞ imaginacyjną maIą Rosją, a przeszIoĞc, której Teresa
przyjechaIa tu szukac, okazaIa siĊ skonfiskowana. Nie moĪna byIo tu nocowac.
.
25.
.
Wracali do auta milcząc. MyĞlaIa o tym, Īe wszystkie rzeczy i ludzie wystĊpują
w przebraniu. Stare czeskie miasto okryIo siĊ rosyjskimi nazwami. Czesi, którzy fo-
tografowali inwazjĊ, pracowali w rzeczywistoĞci dla tajnej policji. CzIowiek, który po-
syIaI ją na Ğmierc, miaI na twarzy maskĊ Tomasza. Policjant wystĊpowaI pod mianem
inĪyniera, a inĪynier chciaI grac rolĊ mĊĪczyzny z Petrzyna. Tajny znak ksiąĪki w jego
mieszkaniu byI faIszywy i miaI ją sprowadzic na bezdroĪe.
Kiedy teraz przypomniaIa sobie ksiąĪkĊ, którą tam trzymaIa w rĊku, coĞ sobie
nagle uĞwiadomiIa i oblaIo ją gorąco. Jak to byIo? InĪynier powiedziaI, Īe przyniesie
kawĊ. PodeszIa do regaIu i wyciągnĊIa ,Króla Edypa¨ Sofoklesa. InĪynier potem wróciI.
Ale bez kawy!
WciąĪ i wciąĪ powracaIa pamiĊcią do tej sytuacji: kiedy poszedI po kawĊ, jak dIugo
go nie byIo? Z pewnoĞcią co najmniej minutĊ, moĪe dwie, chyba trzy. Co robiI tak dIugo
w tej miniaturowej sionce? PoszedI do ubikacji? Teresa stara siĊ przypomniec sobie, czy
sIyszaIa skrzypniĊcie drzwi albo szum spuszczanej wody. Nie, wody nie sIyszaIa z pew-
noĞcią, to by zapamiĊtaIa. Jest teĪ niemal pewna, Īe drzwi siĊ nie zamknĊIy. CóĪ wiĊc
robiI w tej sionce?
Nagle wszystko wydaIo siĊ aĪ nadto jasne. JeĞli chcą zIapac ją w puIapkĊ, nie wy-
starczy im tylko Ğwiadectwo inĪyniera. Potrzebują nieodpartego dowodu. W ciągu tej
podejrzanie dIugiej nieobecnoĞci inĪynier instalowaI w sionce kamerĊ. Albo, co jest
prawdopodobniejsze, wpuĞciI kogoĞ do Ğrodka, kogoĞ uzbrojonego w aparat fotogra-
ficzny, kogoĞ, kto potem ich fotografowaI ukryty za zasIonką.
Jeszcze przed kilku tygodniami ĞmiaIa siĊ z Prochazki, który nie wiedziaI, Īe Īyje
w obozie koncentracyjnym, w którym nie istnieje Īadna prywatnoĞc. A cóĪ ona sama?
Kiedy odeszIa z domu matki, wyobraĪaIa sobie naiwnie, Īe raz na zawsze staIa siĊ
panem swej prywatnoĞci. Ale dom matki rozciąga siĊ na caIy Ğwiat i wyciąga po nią
rĊce. Teresa juĪ przed nim nigdzie nie ucieknie.
Schodzili po schodach miĊdzy ogrodami w kierunku placu, na którym zostawili auto.
- Co ci jest? - spytaI Tomasz.
Zanim zdąĪyIa mu odpowiedziec, Tomasz kogoĞ pozdrowiI.
.
26.
.
ByI to piĊcdziesiĊciolatek z ogorzaIą twarzą, wieĞniak, którego Tomasz kiedyĞ ope-
rowaI. Od tego czasu posyIali go co rok na leczenie do tego uzdrowiska. ZaprosiI Toma-
sza i TeresĊ na szklaneczkĊ wina. PoniewaĪ w Czechach psy nie mają wstĊpu do lokali
68 DTP by SHADE
publicznych, Teresa poszIa zaprowadzic Karenina do samochodu, a mĊĪczyĨni tymcza-
sem usiedli w kawiarni. Kiedy wróciIa do nich, wieĞniak mówiI:
- U nas jest spokój. Wybrali mnie nawet dwa lata temu na przewodniczącego spóI-
dzielni.
- GratulujĊ - powiedziaI Tomasz.
- Wie pan, wiocha. Ludzie stamtąd uciekają. Ci na górze muszą byc zadowoleni,
Īe w ogóle ktoĞ tam chce siedziec. Nas wyrzucic z pracy nie mogą.
- To by byIo idealne miejsce dla nas - powiedziaIa Teresa.
- NudziIaby siĊ tam pani. Tam niczego nie ma. Tam nie ma w ogóle niczego... Te-
resa przyglądaIa siĊ ogorzaIej twarzy rolnika. WydaI jej siĊ bardzo miIy. Po tak strasznie
dIugim czasie ktoĞ znów wydaI jej siĊ miIy! WyobraziIa sobie tĊ wieĞ: wieĪa koĞcioIa,
pole, lasy, zając biegnący bruzdą, myĞliwy w zielonym kapeluszu. Nigdy nie mieszkaIa
na wsi. Ten obraz miaIa w sobie tylko z opowiadaĔ. Albo z lektury. Albo zostaI wyciĞniĊty
w jej podĞwiadomoĞci przez jakichĞ dalekich przodków. Pomimo to ten obraz byI w niej,
jasny i wyraĨny jak zdjĊcie prababci w albumie rodzinnym, albo jak jakaĞ stara rycina.
- Ma pan jeszcze kIopoty ze zdrowiem? - spytaI Tomasz. Rolnik pokazaI na miejsce
w tyle karku, tam, gdzie czaszka Iączy siĊ z krĊgosIupem.
- Tutaj miewam czasem bóle.
Nie podnosząc siĊ z miejsca, Tomasz obmacaI to miejsce rĊką i jeszcze przez chwilĊ
wypytywaI swego byIego pacjenta. Potem powiedziaI:
- Ja nie mam juĪ prawa zapisywac recept. Ale niech pan powie swemu lekarzowi,
Īe rozmawiaI pan ze mną i Īe radzĊ panu uĪywac tego. WyciągnąI z portfela bloczek,
wyrwaI z niego kartkĊ. Wielkimi literami napisaI na niej nazwĊ leku.
.
27.
.
Wracali do Pragi.
Teresa myĞlaIa o zdjĊciu, na którym widac jej nagie ciaIo w objĊciach inĪyniera.
PocieszaIa siĊ: nawet, jeĞli takie zdjĊcie istnieje. Tomasz nigdy go nie zobaczy. To zdjĊ-
cie ma dla nich wartoĞc tylko dlatego, Īe dziĊki niemu bĊdą mogli TeresĊ szantaĪowac.
Gdyby posIali fotografiĊ Tomaszowi, przestaIaby miec dla nich jakąkolwiek wartoĞc.
Ale jeĞliby policja w miĊdzyczasie doszIa do wniosku, Īe Teresa nie ma dla nich Īad-
nego znaczenia! W rym wypadku zdjĊcie staIoby siĊ dla nich niczym wiĊcej niĪ zabawką
i nikt nie bĊdzie mógI zabronic, aby któryĞ z nich, ot tak, dla rozrywki, nie wsadziI go
do koperty i nie posIaI na adres Tomasza.
Co by siĊ staIo, gdyby Tomasz otrzymaI taką fotografiĊ? Czy wygnaIby ją? MoĪe
nie. Chyba nie. Ale krucha konstrukcja ich miIoĞci rozpadIaby siĊ natychmiast. Ponie-
waĪ konstrukcja ta stoi na jej wiernoĞci jak na jednym sIupie, a miIoĞc jest jak impe-
rium - kiedy niknie idea, która je zrodziIa, musi siĊ i ono rozpaĞc.
MiaIa przed oczyma obraz: zając biegnący bruzdą, myĞliwy w zielonym kapeluszu
i wieĪa koĞcioIa nad lasem.
ChciaIa powiedziec Tomaszowi, Īe powinni odjechac z Pragi. OdejĞc daleko od dzie-
ci, które zakopują w ziemiĊ Īywe wrony, daleko od ubeków, daleko od dziewczyn uzbro-
jonych w parasole. ChciaIa mu powiedziec, Īe powinni przenieĞc siĊ na wieĞ. ByIa to je-
dyna moĪliwoĞc ratunku.
ZwróciIa ku niemu twarz. Ale Tomasz milczaI i patrzyI na szosĊ przed sobą. Nie
umiaIa przekroczyc bariery ciszy, która zalegIa miĊdzy nimi. StraciIa odwagĊ do mówie-
nia. CzuIa siĊ tak, jak wtedy, kiedy wracaIa z Petrzyna. CzuIa ssanie w ĪoIądku i chciaIo
jej siĊ wymiotowac. BaIa siĊ Tomasza. ByI dla niej zbyt silny, a ona byIa zbyt sIaba.
WydawaI jej rozkazy, których nie rozumiaIa. StaraIa siĊ je wypeIniac, ale nie umiaIa
tego robic.
PragnĊIa wrócic na Petrzyn i poprosic mĊĪczyznĊ ze strzelbą, Īeby mogIa zawiązac
wokóI oczu opaskĊ i oprzec siĊ o pieĔ kasztana. ChciaIo jej siĊ umrzec.
69
DTP by SHADE
.
28.
.
ObudziIa siĊ i stwierdziIa, Īe jest sama w domu.
WyszIa na ulicĊ i poszIa w stronĊ nabrzeĪa. PragnĊIa zobaczyc WeItawĊ. ChciaIa
stanąc na brzegu i dIugo patrzec w fale, dlatego Īe spojrzenie na pIynącą wodĊ uspo-
kaja i leczy. Rzeka pIynie od wieków do wieków, a ludzkie historie rozgrywają siĊ na jej
brzegu. Dzieją siĊ po to, by jutro je zapomniec i aby rzeka pIynĊIa dalej.
OparIa siĊ o porĊcz i patrzyIa w dóI. ByIo to na peryferiach Pragi, WeItawa prze-
pIynĊIa juĪ prawie przez miasto, miaIa za sobą sIawĊ Hradczan i koĞcioIów, byIa jak
aktorka po przedstawieniu, zmĊczona i zamyĞlona. PIynĊIa miĊdzy brudnymi brzegami
obramowanymi pIotami i murami, za którymi staIy fabryki i opuszczone boiska.
DIugo juĪ patrzyIa w wodĊ, która wydawaIa jej siĊ coraz smutniejsza i ciemniej-
sza, kiedy nagle zobaczyIa poĞrodku rzeki jakiĞ przedmiot, czerwony przedmiot. Tak,
byIa to Iawka. Drewniana Iawka ogrodowa na metalowych nogach, Iawka, jakich peIno
w praskich parkach. PIynĊIa powoli Ğrodkiem WeItawy. Za nią nastĊpna Iawka. I nastĊp-
na, i nastĊpna i dopiero teraz widzi, Īe z miasta odpIywają wodą Iawki z praskich par-
ków, jest ich duĪo, coraz wiĊcej, pIyną po wodzie jak jesienne liĞcie, które woda niesie
z lasów, czerwone, ĪóIte, niebieskie.
ObejrzaIa siĊ za siebie, jak gdyby chciaIa spytac ludzi, co to ma oznaczac. Dlaczego
odpIywają po wodzie Iawki z praskich parków? Ale ludzie przechodzili obok obojĊtnie
i byIo im wszystko jedno, czy jakaĞ rzeka pIynie od wieków przez Ğrodek ich nie-wiecz-
nego miasta. Znów zapatrzyIa siĊ na rzekĊ. ByIo jej niezmiernie smutno. RozumiaIa,
Īe to, co ogląda oznacza rozIąkĊ.
GIówna partia Iawek zniknĊIa juĪ z jej pola widzenia i pojawiIo siĊ jeszcze kilka
ostatnich maruderów, jeszcze jedna ĪóIta Iawka, a potem jeszcze jedna, niebieska,
ostatnia.
.
CZĉĝC V
.
LekkoĞc i ciĊĪar
.
1.
.
Kiedy Teresa niespodziewanie przyjechaIa do Tomasza do Pragi, kochaI siĊ z nią,
jak juĪ napisaIem w pierwszej czĊĞci, jeszcze tego samego dnia, czy tej samej godziny,
ale zaraz potem dostaIa gorączki. LeĪaIa w jego IóĪku, a on staI nad nią i miaI intensyw-
ne uczucie, Īe jest ona dzieckiem, które ktoĞ wIoĪyI do koszyka i puĞciI z biegiem rzeki.
Dlatego obraz porzuconego dziecka staI mu siĊ drogi i czĊsto myĞlaI o starych mi-
tach, w których obraz ten wystĊpowaI. To byIo prawdopodobnie ukrytym powodem, dla
którego pewnego dnia wziąI do rąk ,Króla Edypa¨ Sofoklesa.
Historia Edypa jest znana: pasterz znalazI go jako porzucone niemowlĊ, zaniósI
do swego króla Polybosa, który go wychowaI. Kiedy Edyp byI juĪ mIodzieĔcem, spotkaI
siĊ na drodze w górach z wozem, na którym jechaI nieznany wielmoĪa. ZaczĊIa siĊ kIót-
nia, Edyp zabiI podróĪnego. PóĨniej zostaI mĊĪem królowej Jokasty i wIadcą Teb. Nie
przypuszczaI, Īe mĊĪczyzna, którego kiedyĞ zabiI w górach byI jego ojcem, a kobieta,
z którą sypia, jest jego matką. Los w miĊdzyczasie uwziąI siĊ na jego poddanych i trapiI
ich róĪnymi chorobami. Kiedy Edyp zrozumiaI, Īe to on jest winien ich cierpieĔ, wykIuI
sobie szpilką oczy i Ğlepy odszedI z Teb.
.
2.
.
KtoĞ, kto sobie wyobraĪa, Īe reĪymy komunistyczne w Europie Ğrodkowej są wy-
70 DTP by SHADE
Iącznie dzieIem zbrodniarzy, nie zdaje sobie sprawy z podstawowej prawdy: zbrodnicze
reĪymy zostaIy stworzone nie przez zbrodniarzy, ale przez entuzjastów, przekonanych,
Īe odkryli jedyną drogĊ prowadzącą do raju. Bronili jej zapamiĊtale i dlatego zamor-
dowali wielu ludzi. Potem ogólnie siĊ okazaIo, Īe Īadnego raju nie ma i Īe entuzjaĞci
byli mordercami. Wtedy wszyscy zaczĊli krzyczec na komunistów: jesteĞcie odpowie-
dzialni za nieszczĊĞcia kraju (zbiedniaI i schamiaI), za utratĊ jego niepodlegIoĞci (wpadI
we wIadzĊ Rosji), za morderstwa sądowe! Ci, których obwiniano, odpowiadali: Nie wie-
dzieliĞmy! OkIamano nas! WierzyliĞmy! W gIĊbi duszy jesteĞmy niewinni!
Spór sprowadziI siĊ do jednego problemu: naprawdĊ nie wiedzieli? Czy tylko udają,
Īe nie wiedzieli?
Tomasz ĞledziI ten spór (ĞledziI go caIy dziesiĊciomilionowy czeski naród) i mówiI
sobie, Īe wĞród komunistów znajdowali siĊ z pewnoĞcią ludzie, którzy nie byli tak caI-
kiem nieĞwiadomi (musieli coĞ przecieĪ wiedziec o potwornych rzeczach, które dziaIy
siĊ i nie przestaIy siĊ dziac w porewolucyjnej Rosji). Ale jest prawdopodobne, Īe wiĊk-
szoĞc spoĞród nich naprawdĊ o niczym nie wiedziaIa.
I powiedziaI sobie, Īe podstawowy problem nie polega na tym, czy wiedzieli, ale
na tym, czy czIowiek jest niewinny dlatego, Īe nie wie? Czy gIupiec na tronie jest zwol-
niony od wszelkiej odpowiedzialnoĞci tylko dlatego, Īe jest gIupcem?
ZaIóĪmy, Īe czeski prokurator na początku lat piĊcdziesiątych, Īądając Ğmierci dla
niewinnego, zostaI okIamany przez rosyjską tajną policjĊ i przez wIadze swego kraju.
Ale czy jest moĪliwe, by dziĞ, kiedy juĪ wiemy, Īe oskarĪenia byIy absurdalne, a skazani
niewinni, ten sam prokurator broniI czystoĞci swej duszy i biI siĊ w piersi: moje sumie-
nie jest czyste, nie wiedziaIem, wierzyIem! Czy przypadkiem w jego ,nie wiedziaIem!
wierzyIem!¨ nie tkwi wina?
Wtedy wIaĞnie Tomasz przypomniaI sobie historiĊ Edypa: Edyp nie wiedziaI, Īe Ğpi
z wIasną matką, ale pomimo to, kiedy zrozumiaI o co chodzi, nie czuI siĊ wcale niewin-
ny. Nie mógI znieĞc widoku nieszczĊĞcia, jakie z jego powodu spadIo na jego podda-
nych, wykIuI sobie oczy i Ğlepy opuĞciI Teby.
Tomasz sIyszaI krzyk komunistów, którzy bronili swej czystoĞci wewnĊtrznej i mówiI
sobie: z winy waszej nieĞwiadomoĞci ten kraj utraciI, byc moĪe na caIe stulecia, wol-
noĞc, a wy krzyczycie, Īe czujecie siĊ niewinni? Jak moĪecie w ogóle na to patrzec? Jak
moĪecie nie byc przeraĪeni? Czy widzicie w ogóle? GdybyĞcie mieli oczy, musielibyĞcie
je sobie wykIuc i opuĞcic Teby.
To porównanie tak mu siĊ spodobaIo, Īe czĊsto uĪywaI go w rozmowach z przy-
jacióImi i z czasem wypowiadaI je przy pomocy coraz dokIadniejszych i elegantszych
sformuIowaĔ.
CzytaI w tych czasach, podobnie jak wszyscy intelektualiĞci, tygodnik wydawany
w nakIadzie okoIo trzystu tysiĊcy przez Związek Pisarzy Czeskich, który zdobyI sobie
wewnątrz systemu doĞc znaczną autonomiĊ i mówiI o sprawach, o których inni publicz-
nie mówic nie mogli. Dlatego pisano w nim równieĪ o tym, kto i jak jest odpowiedzialny
za zbrodnie procesów politycznych na początku panowania komunistów.
We wszystkich tych sporach wciąĪ powtarzaIo siĊ pytanie: wiedzieli, czy nie wie-
dzieli? PoniewaĪ Tomasz uwaĪaI to pytanie za drugorzĊdne, napisaI pewnego dnia swoje
przemyĞlenia o Edypie i posIaI je do tygodnika. Po miesiącu otrzymaI odpowiedĨ. Za-
prosili go do redakcji. Kiedy tam przyszedI, przywitaI go redaktor, nieduĪego wzrostu,
wyprostowany jak linijka i zaproponowaI mu, by zmieniI szyk sIów w jednym ze zdaĔ.
Tekst potem istotnie ukazaI siĊ na przedostatniej stronie w rubryce ,Listy czytelników¨.
Tomasz nie ucieszyI siĊ z tego. Czy warto byIo zapraszac go redakcji i prosic o zgodĊ
na zmianĊ szyku w zdaniu, Īeby potem, nie pytając go wcale, skrócic jego tekst do tego
stopnia, Īe caIy esej zostaI zredukowany do podstawowej tezy (trochĊ zbyt schema-
tycznej i agresywnej) i przestaI mu siĊ podobac?
To siĊ dziaIo jeszcze na wiosnĊ 1968 roku. U wIadzy byI Aleksander Dubczek a wraz
z nim ci komuniĞci, którzy czuli siĊ winni i byli skIonni jakoĞ tĊ winĊ naprawic. Ale ci
71
DTP by SHADE
drudzy komuniĞci, którzy krzyczeli, Īe są niewinni, bali siĊ, Īe kiedy utracą wIadzĊ, roz-
gniewany naród zechce ich sądzic. Dlatego chodzili codziennie na skargĊ do rosyjskiego
ambasadora i prosili go o pomoc. Kiedy ukazaI siĊ list Tomasza, zaczĊli krzyczec: wiĊc
do tego juĪ doszIo! JuĪ publicznie piszą, Īe trzeba nam wyIupywac oczy!
W dwa, trzy miesiące póĨniej Rosjanie zdecydowali, Īe swobodne dyskusje w ich
guberni są absolutnie nie na miejscu i w ciągu jednej nocy zajĊli przy pomocy swej
armii ojczyznĊ Tomasza.
.
3.
.
Kiedy Tomasz wróciI z Zurychu, zacząI, tak jak przedtem, pracowac w swym szpi-
talu. Ale pewnego dnia wezwaI go szef.
- Koniec koĔców, panie kolego - powiedziaI - nie jest pan przecieĪ pisarzem ani
dziennikarzem, ani zbawcą narodu, ale lekarzem i naukowcem. Nie chciaIbym pana
stracic i zrobiĊ wszystko, Īeby pana utrzymac. Ale musi pan odwoIac ten swój artykuI
o Edypie. Bardzo panu na nim zaleĪy?
- Panie ordynatorze... - powiedziaI Tomasz i przypomniaI sobie, jak mu amputo-
wali z jego artykuIu jedną trzecią. - Nigdy mi na niczym mniej nie zaleĪaIo.
- Wie pan, o co mi chodzi - powiedziaI ordynator.
WiedziaI: na szalach leĪaIy dwie rzeczy: na jednej stronie jego czeĞc (która polega-
Ia na tym, Īe nie bĊdzie odwoIywaI tego, co powiedziaI), na drugiej to, co przyzwyczaiI
siĊ uwaĪac za sens swego Īycia (jego praca naukowca i lekarza).
Ordynator ciągnąI dalej:
- Ich Īądanie, by ludzie publicznie odwoIywali to, co przedtem powiedzieli,
ma w sobie coĞ Ğredniowiecznego. Co to w ogóle znaczy ,odwoIac¨? W dzisiejszych
czasach myĞl moĪna tylko przekonac inną myĞlą, ale nie odwoIac. I dlatego, panie kole-
go, poniewaĪ odwoIanie myĞli jest czymĞ niemoĪliwym, czysto werbalnym, formalnym,
magicznym, nie widzĊ powodu, dla którego nie miaIby pan zrobic tego, czego oni siĊ
domagają. W spoIeczeĔstwie, które jest rządzone za pomocą terroru, Īadne oĞwiad-
czenia nie mają waĪnoĞci, są to wymuszone oĞwiadczenia i uczciwy czIowiek jest zobo-
wiązany nie przyjmowac ich do wiadomoĞci, nie sIuchac ich. MówiĊ panu, panie kolego,
Īe w moim interesie i w interesie pana pacjentów leĪy, Īeby kontynuowaI pan swoją
pracĊ.
- Ma pan z pewnoĞcią racjĊ, panie ordynatorze - odpowiedziaI Tomasz z nieszczĊ-
Ğliwą miną.
- Ale? - staraI siĊ odgadnąc jego myĞli ordynator.
- BojĊ siĊ, Īe bym siĊ wstydziI.
- Przed kim? CzyĪby miaI pan o ludziach wokóI siebie aĪ tak dobrą opiniĊ, Īe za-
leĪy panu na tym, co o panu myĞlą?
- Nie, nie mam o nich aĪ tak dobrej opinii - powiedziaI Tomasz.
- Zresztą - dodaI ordynator - zapewniali mnie, Īe nie chodzi o oĞwiadczenie pu-
bliczne. To są biurokraci. Potrzebny im gdzieĞ w ich aktach dowód na to, Īe nie jest pan
wrogiem systemu, Īeby mogli siĊ bronic, kiedy ktoĞ ich zaatakuje za to, Īe pozwolili
panu dalej pracowac. Zapewniali mnie, Īe paĔskie oĞwiadczenie pozostanie miĊdzy
nami a nimi i Īe nie mają zamiaru go publikowac.
- Niech mi pan da tydzieĔ do zastanowienia - zamknąI rozmowĊ Tomasz.
.
4.
.
Tomasz miaI opiniĊ najlepszego chirurga w szpitalu. Mówiono, Īe ordynator, który
zbliĪaI siĊ juĪ do wieku emerytalnego, przekaĪe mu swą funkcjĊ. Kiedy rozeszIo siĊ,
Īe organy domagają siĊ od niego samokrytyki, nikt nie wątpiI, Īe Tomasz ustąpi.
To byIa pierwsza rzecz, która go zaskoczyIa: pomimo, iĪ nie daI im ku temu Īad-
72 DTP by SHADE
nego powodu, ludzie liczyli na jego podIoĞc, a nie na jego cnotĊ. Drugim zaskoczeniem
byIa ich reakcja na jego spodziewane zachowanie. MógIbym ją podzielic na dwa gIówne
rodzaje:
Pierwszy manifestowali ci, którzy sami (oni, lub ich bliscy) coĞ odwoIali, albo zostali
zmuszeni do wygIoszenia swej aprobaty dla okupacyjnego reĪymu, albo byli gotowi
to zrobic (choc niechĊtnie, nikt tego nie robi chĊtnie).
Ci ludzie uĞmiechali siĊ do niego specyficznym uĞmieszkiem, jakiego dotąd nie
znaI: pIochym uĞmieszkiem tajnej porozumiewawczej zgody. Jest to uĞmiech dwóch
mĊĪczyzn, którzy przypadkiem spotkali siĊ w burdelu; trochĊ siĊ wstydzą, ale jedno-
czeĞnie sprawia im przyjemnoĞc wzajemnoĞc tego wstydu; powstaje miĊdzy nimi wiĊĨ
szczególnego braterstwa.
UĞmiechali siĊ do niego z tym wiĊkszą satysfakcją, Īe nie cieszyI siĊ nigdy opinią
konformisty. Dlatego jego spodziewana zgoda na propozycjĊ ordynatora ĞwiadczyIa
o tym, Īe tchórzostwo pomaIu, ale nieodwoIalnie staje siĊ powszechną normą zachowa-
nia i wkrótce przestanie byc uwaĪane za coĞ zIego. Ludzie ci nie byli nigdy jego przyja-
cióImi. Tomasz uĞwiadomiI sobie z przeraĪeniem, Īe gdyby naprawdĊ wygIosiI oĞwiad-
czenie, o które prosiI go ordynator, tamci zaczĊliby go do siebie zapraszac na wino
i chcieliby siĊ z nim zaprzyjaĨnic.
Drugi rodzaj reakcji dotyczyI ludzi, którzy sami (oni, lub ich bliscy) byli przeĞla-
dowani, którzy odmówili pójĞcia na jakikolwiek kompromis z wIadzą okupacyjną albo
od których nikt Īadnego kompromisu (Īadnego oĞwiadczenia) nie wymagaI (na przy-
kIad dlatego, Īe byli zbyt mIodzi i nigdzie nie zdąĪyli siĊ ,skompromitowac¨) i którzy byli
przekonani, Īe nigdy by naĔ nie poszli.
Jeden z nich, bardzo zresztą zdolny mIody lekarz S., spytaI Tomasza:
- To co, napisaIeĞ im to?
- O czym, proszĊ ciĊ, mówisz? - spytaI Tomasz.
- O twoim odwoIaniu - odpowiedziaI S. Nie mówiI tego ze zIoĞcią. UĞmiechaI siĊ
nawet. ByI to zupeInie inny uĞmiech z grubego sIownika uĞmiechów: uĞmiech zadowo-
lonej z siebie przewagi moralnej.
Tomasz powiedziaI:
- SIuchaj, co ty wiesz o moim odwoIaniu? CzytaIeĞ je?
- Nie - odpowiedziaI S.
- To po co gadasz? - powiedziaI Tomasz. S. ciągle uĞmiechaI siĊ z zadowoleniem:
- SIuchaj no, my wszyscy dobrze wiemy, co jest grane. Takie odwoIanie pisze siĊ
w formie listu do jakiegoĞ dyrektora albo ministra, albo Bóg wie kogo, tamten obieca,
Īe list nie zostanie opublikowany, Īeby piszący nie czuI siĊ zbyt poniĪony. Jest tak, czy
nie?
Tomasz wzruszyI ramionami i sIuchaI dalej.
- To oĞwiadczenie leĪy sobie spokojnie w jego biurku, ale autor wie, Īe w kaĪdej
chwili moĪe zostac opublikowane. WiĊc nigdy juĪ nie bĊdzie mógI nic powiedziec ani
krytykowac, przeciwko niczemu protestowac, dlatego Īe w tym wypadku opublikowa-
no by jego oĞwiadczenie i czuIby siĊ wobec wszystkich niegodny. MoĪna powiedziec,
Īe to caIkiem humanitarna metoda. MoĪna sobie wyobrazic gorsze.
- Tak, to bardzo humanitarna metoda - powiedziaI Tomasz. - CiekawiIoby mnie
tylko, kto ci powiedziaI, Īe na nią poszedIem.
Kolega wzruszyI ramionami, ale uĞmiech nie zniknąI z jego twarzy. Tomasz uĞwia-
domiI sobie dziwną rzecz. Wszyscy siĊ do niego uĞmiechają, wszyscy sobie Īyczą, Īeby
napisaI odwoIanie, wszystkim sprawiIby tym radoĞc! Pierwsi cieszą siĊ z tego, Īe inflacja
tchórzostwa ubanalnia ich zachowanie i zwraca im utracony honor. Drudzy juĪ siĊ przy-
zwyczaili uwaĪac swój honor za specjalny przywilej, z którego nie chcą zrezygnowac.
Dlatego Īywią dla tchórzów tajemne uczucie miIoĞci; bez nich ich wIasna odwaga spo-
wszedniaIaby i staIaby siĊ jakimĞ zbytecznym trudem, którego nikt juĪ by nie podziwiaI.
Tomasz nie mógI znieĞc tych uĞmiechów, wydawaIo mu siĊ, Īe widzi je wszĊdzie,
73
DTP by SHADE
równieĪ na twarzach nieznajomych ludzi na ulicy. Nie mógI spac. Jak to? WiĊc przywią-
zuje do tych ludzi tak wielkie znaczenie? Nie, nie myĞli o nich niczego dobrego i sam
jest wĞciekIy na siebie za to, Īe ich spojrzenia tak go wzburzają. Nie ma w tym Īadnej
logiki. Jak to moĪliwe, Īe ktoĞ, kto tak maIo szanuje ludzi, jest aĪ tak zaleĪny od ich
opinii?
Jego gIĊboki brak zaufania do ludzi (wątpiI, czy mają prawo decydowac o nim
i sądzic go) miaI prawdopodobnie wpIyw na jego wybór zawodu, który wykluczaI wy-
stawienie siĊ na widok publiczny. CzIowiek, który na przykIad wybierze drogĊ polityka,
z wIasnej woli czyni publicznoĞc swym sĊdzią, z naiwną i nieukrywaną wiarą, Īe zyska
sobie jej przychylnoĞc. Ewentualne niezadowolenie tIumu pobudza go do jeszcze wiĊk-
szej aktywnoĞci, podobnie jak Tomasza pobudzaIy trudnoĞci w diagnozie.
Lekarz (w przeciwieĔstwie do polityka czy aktora) jest sądzony tylko przez swo-
ich pacjentów i najbliĪszych kolegów, a wiĊc wĞród czterech Ğcian i w cztery oczy.
Na spojrzenia tych, którzy go sądzą, moĪe odpowiedziec w tej samej chwili swym wIa-
snym spojrzeniem, wytIumaczyc siĊ lub obronic. Teraz Tomasz znalazI siĊ (pierwszy
raz w Īyciu) w sytuacji, w której skierowaIo siĊ na niego wiĊcej spojrzeĔ niĪ zdoIaI
zarejestrowac. Nie mógI na nie odpowiedziec ani wIasnym spojrzeniem, ani sIowami.
ByI wystawiony na ich Īer. MówiIo siĊ o nim w szpitalu i poza szpitalem (w tych czasach
zdenerwowana Praga z niezwykIą szybkoĞcią afrykaĔskiego tam-tamu przekazywaIa
sobie wiadomoĞci o tym, kto zawiódI, kto zIoĪyI donos, kto kolaborowaI), a on wiedziaI
o tym i nic nie mógI na to poradzic. Sam byI zaskoczony, Īe tak bardzo to wszystko
byIo dlaĔ nieznoĞne i Īe wprawiIo go w taką panikĊ. Zainteresowanie tych wszystkich
ludzi dla jego osoby byIo mu przykre jak tIok albo dotkniĊcie ludzi, którzy zrywają z nas
ubranie w koszmarnych snach.
PrzyszedI do ordynatora i oznajmiI mu, Īe niczego nie napisze.
Ordynator uĞcisnąI mu dIoĔ mocniej niĪ kiedykolwiek i powiedziaI, Īe spodziewaI
siĊ po nim takiej decyzji.
Tomasz powiedziaI:
- Panie ordynatorze, moĪe udaIoby siĊ mnie tu zatrzymac i bez takiego oĞwiadcze-
nia - i chciaI mu w ten sposób dac do zrozumienia, Īe wystarczyIoby, gdyby wszyscy
jego koledzy zagrozili, Īe podadzą siĊ do dymisji w momencie, kiedy Tomasz bĊdzie
musiaI odejĞc.
Ale nikomu nie przyszIo do gIowy grozic dymisją i po pewnym czasie Tomasz (or-
dynator uĞcisnąI mu wówczas rĊkĊ jeszcze mocniej niĪ ostatnim razem, zostaIy mu
po tym uĞcisku siniaki) musiaI opuĞcic swą pracĊ w szpitalu.
.
5.
.
Najpierw znalazI siĊ w wiejskim szpitalu okoIo osiemdziesiąt kilometrów za Pragą.
DojeĪdĪaI tam codziennie pociągiem i wracaI Ğmiertelnie zmordowany. W rok póĨniej
udaIo mu siĊ znaleĨc wygodniejszą, ale o wiele podrzĊdniejszą pracĊ w przychodni
na przedmieĞciu. Nie mógI tutaj uprawiac chirurgii i zajmowaI siĊ prymitywnym lecze-
niem. Poczekalnia byIa przepeIniona, mógI poĞwiĊcic nie wiĊcej niĪ piĊc minut na pa-
cjenta; zapisywaI im aspirynĊ, pisaI dla ich pracodawców zwolnienia lekarskie i posyIaI
ich na badania specjalistyczne. Nie uwaĪaI siĊ juĪ za lekarza, ale za urzĊdnika.
Tutaj odwiedziI go pod koniec godzin przyjĊc piĊcdziesiĊcioletni mniej wiĊcej mĊĪ-
czyzna. Pewna otyIoĞc dodawaIa mu powagi. PrzedstawiI siĊ jako referent Ministerstwa
Spraw WewnĊtrznych i zaprosiI Tomasza do gospody naprzeciwko.
ZamówiI butelkĊ wina. Tomasz broniI siĊ:
- Jestem samochodem. JeĞli zIapie mnie policja, odbiorą mi prawo jazdy. CzIowiek
z Ministerstwa Spraw WewnĊtrznych uĞmiechnąI siĊ:
- Gdyby coĞ siĊ staIo, wystarczy, Īe powoIa siĊ pan na mnie, i podaI Tomaszowi
swoją wizytówkĊ, na której widniaIo jego nazwisko (z pewnoĞcią faIszywe) i numer te-
74 DTP by SHADE
lefonu ministerstwa.
RozwodziI siĊ potem dIugo o tym, jak bardzo Tomasza szanuje. Wszyscy w jego
ministerstwie ĪaIują, Īe chirurg tego formatu musi zapisywac aspirynĊ w podmiejskiej
przychodni. DawaI do zrozumienia, Īe policja, choc nie moĪe tego powiedziec na gIos,
nie zgadza siĊ z drastycznymi metodami, przy pomocy których specjaliĞci są pozbawia-
ni swych funkcji. Tomasza juĪ dawno nikt nie chwaliI, tak Īe z uwagą sIuchaI tĊgawego
mĊĪczyzny i byI zaskoczony, jak dokIadne i szczegóIowe informacje o jego sukcesach
ten czIowiek posiada. JakĪe bezbronni jesteĞmy wobec pochlebstw! Tomasz nie mógI
siĊ opanowac, by nie brac powaĪnie tego, co mówi mu facet z bezpieki.
Powodem byIa nie tylko ambicja. GIównym powodem byI brak doĞwiadczenia. JeĞli
siedzicie naprzeciwko kogoĞ, kto jest miIy, uprzejmy i taktowny, bardzo trudno wam
stale pamiĊtac o tym, Īe nic z tego, co mówi, nie jest prawdą, Īe nic nie jest pomyĞlane
szczerze. NieufnoĞc (ciągIa i systematyczna, bez chwili wahania) wymaga ogromnego
wysiIku i treningu, to znaczy czĊstych przesIuchaĔ policyjnych. Tomaszowi brak byIo
tego treningu.
CzIowiek z ministerstwa kontynuowaI:
- My wiemy, panie doktorze, Īe miaI pan w Zurychu wspaniaIą pozycjĊ. I bardzo
sobie cenimy, Īe zdecydowaI siĊ pan wrócic. To byIo bardzo piĊkne z pana strony. Wie-
dziaI pan, Īe pana miejsce jest tutaj. - Po czym dodaI jakby z wyrzutem w stosunku
do Tomasza - ale pana miejsce jest przy stole operacyjnym!
- Zgadzam siĊ z panem - powiedziaI Tomasz. NastąpiIa krótka pauza, po której
mĊĪczyzna z ministerstwa spytaI ze smutkiem:
- Niech mi pan powie, panie doktorze, czy pan naprawdĊ myĞli, Īe komunistom
powinno siĊ wykIuwac oczy? Nie wydaje siĊ panu dziwne, Īe takie rzeczy mówi wIaĞnie
pan, który przez tyle lat przywracaI ludziom zdrowie?
- To jest przecieĪ kompletny absurd - broniI siĊ Tomasz. - Niech pan uwaĪnie
przeczyta, co tam napisaIem.
- Ja to przeczytaIem - powiedziaI czIowiek z ministerstwa gIosem, który chciaI
brzmiec smutnie.
- Czy tam napisaIem, Īe komunistom naleĪy wykIuwac oczy?
- Wszyscy to zrozumieli w ten sposób - powiedziaI czIowiek z ministerstwa. Jego
gIos byI coraz smutniejszy.
- Gdyby pan przeczytaI caIy tekst, nie mogIoby to panu przyjĞc do gIowy. WyszedI
trochĊ skrócony.
- Co? - czIowiek z ministerstwa Īywo siĊ zainteresowaI. - Nie wydali pana tekstu
tak, jak pan go napisaI?
- Skrócili go.
- DuĪo?
- Mniej wiĊcej o jedną trzecią.
CzIowiek z ministerstwa zdawaI siĊ byc szczerze zgorszony:
- AleĪ to nie byIa z ich strony uczciwa gra. Tomasz wzruszyI ramionami.
- Powinien pan zaprotestowac! Powinien pan siĊ domagac sprostowania!
- PrzecieĪ zaraz potem weszli Rosjanie. MieliĞmy wszyscy inne kIopoty - powie-
dziaI Tomasz.
- Dlaczego ludzie mają o panu myĞlec, Īe pan, lekarz, domaga siĊ, Īeby ktoĞ inny
ludziom odbieraI wzrok?
- ProszĊ pana, ten mój artykuI byI wydrukowany gdzieĞ z tyIu pomiĊdzy listami
czytelników. Nikt na niego nie zwróciI uwagi. Tylko rosyjska ambasada, której siĊ aku-
rat nadaI.
- Niech pan tak nie mówi, panie doktorze! Sam rozmawiaIem z wieloma ludĨmi,
którzy mówili o paĔskim artykule i dziwili siĊ, jak pan go mógI napisac. Ale teraz sprawa
wygląda o wiele jaĞniej, teraz, kiedy mi pan wyjaĞniI, Īe artykuI nie wyszedI w formie,
w której go pan napisaI. To oni pana namówili do napisania tego?
75
DTP by SHADE
- Nie - powiedziaI Tomasz. - Sam im to posIaIem.
- Pan przecieĪ zna tych ludzi?
- Których?
- Tych, którzy wydrukowali paĔski artykuI.
- Nie.
- Nigdy pan z nimi nie rozmawiaI?
- Raz mnie zaprosili do redakcji.
- Po co?
- W związku z tym artykuIem.
- Iz kim pan rozmawiaI?
- Z jakimĞ redaktorem.
- Jak siĊ nazywaI?
Teraz dopiero Tomasz zrozumiaI, Īe jest przesIuchiwany. WydawaIo mu siĊ nagle,
Īe kaĪde jego sIowo moĪe Ğciągnąc na kogoĞ niebezpieczeĔstwo. ZnaI, oczywiĞcie, na-
zwisko tego redaktora, ale wyparI siĊ tego:
- Nie wiem.
- AleĪ panie doktorze! - powiedziaI mĊĪczyzna tonem peInym zgorszenia z powo-
du nieszczeroĞci Tomasza. - PrzecieĪ przedstawiI siĊ panu.
To tragikomiczne, ale wIaĞnie nasze dobre wychowanie staje siĊ wspólnikiem po-
licji. Nie umiemy kIamac. Imperatyw: ,mów prawdĊ!¨, który nam zaszczepili mamusia
i tatuĞ dziaIa tak automatycznie, Īe wstydzimy siĊ swych kIamstw równieĪ wobec po-
licjanta, który nas przesIuchuje. Latwiej nam przychodzi kIótnia z nim, obraĪanie go
(co nie ma w ogóle Īadnego sensu), niĪ Iganie mu w oczy (co jest jedyną rzeczą, którą
powinniĞmy robic).
Kiedy czIowiek z ministerstwa zarzuciI mu kIamstwo, Tomasz poczuI siĊ niemal
winny, musiaI przezwyciĊĪyc swego rodzaju barierĊ moralną, Īeby upierac siĊ nadal
przy swym kIamstwie:
- Chyba mi siĊ przedstawiI - powiedziaI. - Ale poniewaĪ to nazwisko nic mi nie
mówiIo, od razu je zapomniaIem.
- Jak wyglądaI?
Redaktor, który z nim rozmawiaI, byI nieduĪy i miaI krótko ostrzyĪone jasne wIosy.
Tomasz staraI siĊ wybierac cechy dokIadnie odwrotne:
- ByI wysoki. MiaI dIugie, czarne wIosy.
- Tak - powiedziaI czIowiek z ministerstwa. - i dIugą brodĊ.
- Tak - przyĞwiadczyI Tomasz.
- TrochĊ zgarbiony?
- Tak - zgodziI siĊ jeszcze raz Tomasz i uĞwiadomiI sobie, Īe wIaĞnie teraz czIowiek
z ministerstwa kogoĞ zidentyfikowaI. Tomasz nie tylko doniósI na jakiegoĞ nieszczĊsne-
go redaktora, ale jego donos byI jeszcze do tego faIszywy.
- Ale po co pana zaprosiI? O czym ĪeĞcie rozmawiali?
- ChodziIo o jakąĞ zmianĊ szyku sIów w zdaniu.
BrzmiaIo to jak Ğmieszny wykrĊt. CzIowiek z ministerstwa znów zdziwiI siĊ ze zgor-
szeniem, Īe Tomasz nie chce mówic prawdy.
- AleĪ panie doktorze! Przed chwilą pan twierdziI, Īe panu wyciĊli jedną trzecią
z tekstu, a teraz pan mi mówi, Īe dyskutowaliĞcie o szyku sIów w zdaniu! To przecieĪ
nielogiczne!
Tomaszowi Iatwiej teraz przychodziIo odpowiedziec, poniewaĪ to, co mówiI byIo
czystą prawdą:
- Nielogiczne, ale tak byIo - zaĞmiaI siĊ. - Poprosili mnie, Īebym im pozwoliI zmie-
nic w jednym zdaniu szyk sIów, a potem wyrzucili mi jedną trzecią.
CzIowiek z ministerstwa znów krĊciI gIową, jak gdyby nie mógI zrozumiec tak nie-
moralnego zachowania i powiedziaI:
- Ci ludzie nie zachowali siĊ fair w stosunku do pana. DopiI szklankĊ wina i pod-
76 DTP by SHADE
sumowaI:
- Panie doktorze, staI siĊ pan ofiarą manipulacji. ByIoby straszna szkodą, gdyby
mieli za to pIacic równieĪ paĔscy pacjenci. My, panie doktorze, doskonale zdajemy
sobie sprawĊ z paĔskich umiejĊtnoĞci. Zobaczymy, co by moĪna byIo z tym zrobic.
PodaI Tomaszowi rĊkĊ i serdecznie nią potrząsnąI. Potem wyszli z gospody i kaĪdy
wsiadI do swego samochodu.
.
6.
.
Tomasz miaI po tym spotkaniu strasznie zIe samopoczucie. WyrzucaI sobie, Īe przy-
staI na jowialny ton rozmowy. Skoro juĪ nie odmówiI rozmawiania z policjantem (nie byI
przygotowany na taką sytuacjĊ, nie wiedziaI, na co prawo pozwala, a na co nie), powi-
nien byI przynajmniej odmówic picia z nim wina w gospodzie, jak z jakimĞ przyjacielem!
Co by byIo, gdyby zobaczyI go ktoĞ, kto zna tego czIowieka? MusiaIby dojĞc do wniosku,
Īe Tomasz wspóIpracuje z policją! I po co mu w ogóle powiedziaI, Īe jego artykuI skró-
cono? Po co podaI mu kompletnie niepotrzebną informacjĊ? ByI z siebie w najwyĪszym
stopniu niezadowolony.
W czternaĞcie dni póĨnej czIowiek z ministerstwa zjawiI siĊ ponownie. ChciaI jak
ostatnio iĞc do gospody naprzeciwko, ale Tomasz go poprosiI, Īeby zostali w gabinecie.
- Rozumiem pana, panie doktorze - uĞmiechnąI siĊ.
Zdanie to zafrapowaIo Tomasza. CzIowiek z ministerstwa przemówiI jak szachista,
który potwierdza rywalowi, Īe zrobiI bIąd w poprzednim ruchu. Siedzieli naprzeciwko
siebie na krzesIach, rozdzieleni biurkiem Tomasza. Mniej wiĊcej po dziesiĊciu minutach,
w trakcie których mówili o epidemii grypy, która wIaĞnie panowaIa, mĊĪczyzna powie-
dziaI:
- ZastanawialiĞmy siĊ nad paĔskim przypadkiem, panie doktorze. Gdyby chodziIo
tylko o nas sprawa byIaby prosta. Ale musimy liczyc siĊ z opinią publiczną. Czy pan tego
chciaI, czy nie, doIączyI siĊ pan ze swym artykuIem do histerii antykomunistycznej. Nie
bĊdĊ przed panem ukrywaI, Īe dostaliĞmy nawet polecenie, Īeby pozwac pana w związ-
ku z tym artykuIem przed sąd. Jest na to paragraf. Publiczne namawianie do gwaItu.
CzIowiek z Ministerstwa Spraw WewnĊtrznych zamilkI i patrzyI Tomaszowi w oczy.
Tomasz wzruszyI ramionami. MĊĪczyzna znów przybraI Iagodny ton:
- Nie zgodziliĞmy siĊ z tą propozycją. Jaka by nie byIa paĔska odpowiedzialnoĞc,
w interesie spoIeczeĔstwa leĪy, Īeby pracowaI pan tam, gdzie paĔskie zdolnoĞci mogą
byc najlepiej wykorzystane. Pana ordynator niezmiernie pana szanuje. Mamy równieĪ
informacje od paĔskich pacjentów. Z pana jest wybitny specjalista, panie doktorze! Nikt
nie moĪe wymagac od lekarza, Īeby siĊ znaI na polityce. DaI siĊ pan ponieĞc emocjom.
Powinno siĊ to zaIatwic. Dlatego chcieliĞmy panu zaproponowac tekst oĞwiadczenia,
które powinien pan wedIug nas dac do prasy. My byĞmy siĊ juĪ postarali, Īeby zostaI
opublikowany we wIaĞciwej chwili - i podaI Tomaszowi papier.
Tomasz przeczytaI, co tam byIo napisane i przeraziI siĊ. ByIo to o wiele gorsze niĪ
to, o co prosiI go przed dwoma laty ordynator. To nie byIo tylko odwoIanie artykuIu
o Edypie. ByIy tu zdania o miIoĞci do Związku Radzieckiego, o wiernoĞci partii komu-
nistycznej, potĊpienie intelektualistów, którzy podobno chcieli doprowadzic do wojny
domowej, ale przede wszystkim byI to donos na redaktorów z tygodnika pisarzy Iącz-
nie z nazwiskiem wysokiego, zgarbionego redaktora (Tomasz nigdy siĊ z nim nie spo-
tkaI, ale znaI jego nazwisko i zdjĊcie), którzy Ğwiadomie znieksztaIcili jego artykuI, aby
nadac mu inny sens i zmienic w kontrrewolucyjny apel; byli zbyt tchórzliwi, by samemu
napisac taki artykuI i chcieli skryc siĊ za naiwnym lekarzem. CzIowiek z ministerstwa
widziaI przeraĪenie w oczach Tomasza. NachyliI siĊ i klepnąI go przyjaĨnie pod biurkiem
po kolanie:
- Panie doktorze, to jest tylko propozycja! Pan siĊ zastanowi i gdyby pan chciaI
zmienic jakieĞ sformuIowanie, moĪemy oczywiĞcie, o tym podyskutowac. PrzecieĪ ko-
77
DTP by SHADE
niec koĔców to jest paĔski tekst!
Tomasz zwróciI papier policjantowi, jak gdyby baI siĊ choc sekundĊ dIuĪej trzymac
go w rĊkach. WyglądaIo to prawie tak, jakby siĊ obawiaI, Īe ktoĞ bĊdzie na nim badaI
odciski jego palców.
Zamiast przyjąc papier, czIowiek z ministerstwa rozIoĪyI ramiona w geĞcie udanego
zdziwienia (byI to taki sam gest, jakim papieĪ bIogosIawi tIumy ze swego balkonu):
- AleĪ panie doktorze, po co pan mi to zwraca? Niech pan to sobie zostawi! Trzeba
to spokojnie przemyĞlec w domciu.
Tomasz krĊciI gIową i cierpliwie trzymaI papier w wyciągniĊtej rĊce.
CzIowiek z ministerstwa przestaI naĞladowac bIogosIawiącego papieĪa i musiaI
wreszcie go wziąc.
Tomasz chciaI mu powiedziec bardzo energicznie, Īe nigdy nie napisze i nie podpi-
sze Īadnego tekstu. Ale w ostatniej chwili zmieniI ton.
PowiedziaI Iagodnie:
- Nie jestem przecieĪ analfabetą. Dlaczego miaIbym podpisywac coĞ, czego sam
nie napisaIem?
- Dobrze, panie doktorze. MoĪemy wybrac odwrotną metodą. Pan nam to najpierw
napisze sam, a potem wspólnie to przejrzymy. To, co pan przeczytaI, mogIoby panu
przynajmniej posIuĪyc za wzór.
Dlaczego Tomasz od razu nie odrzuciI zdecydowanie propozycji policjanta? Przele-
ciaIa mu przez gIowĊ nastĊpująca myĞl: Tego typu oĞwiadczenia poza tym, Īe demo-
ralizują caIy naród (na tym prawdopodobnie polega gIówna rosyjska strategia), mogą
miec równieĪ na celu uĪytek bardziej konkretny. MoĪliwe, Īe policja przygotowuje pro-
ces przeciwko redaktorom tygodnika, dla którego Tomasz napisaI swój artykuI. JeĞli
tak jest, oĞwiadczenie Tomasza jest im potrzebne jako dowód w przewodzie sądowym
i jako czĊĞc kampanii prasowej, którą bĊdą prowadzic. Gdyby teraz zasadniczo i ener-
gicznie odmówiI, wystawiIby siĊ na niebezpieczeĔstwo, Īe policja opublikuje przygoto-
wany tekst, chocby miaIa sfaIszowac jego podpis. ĩadna gazeta nigdy nie opublikowa-
Iaby jego dementi! Nikt na Ğwiecie nie uwierzyIby, Īe tego nie napisaI i nie podpisaI!
ZrozumiaI juĪ, Īe ludzie są zbyt szczĊĞliwi widząc kogoĞ w stanie moralnego poniĪenia,
Īeby psuc sobie tĊ satysfakcjĊ jego wyjaĞnieniami. Dając policji nadziejĊ, Īe sam napi-
sze jakiĞ tekst zyskaI na czasie. NastĊpnego dnia zIoĪyI pisemne podanie o zwolnienie
z pracy. PrzypuszczaI (sIusznie), Īe w momencie, kiedy zstąpi dobrowolnie na najniĪszy
szczebel drabiny spoIecznej (na który zresztą zeszIo w tych czasach tysiące intelektu-
alistów z innych dziedzin), policja straci nad nim wIadzĊ i przestanie siĊ nim intereso-
wac. W takich okolicznoĞciach nie bĊdzie juĪ mogIa opublikowac Īadnego tekstu z jego
oĞwiadczeniem, bo staIby siĊ on absolutnie niewiarygodny. Haniebne publiczne oĞwiad-
czenia zawsze bowiem Iączą siĊ z awansem, a nie z upadkiem podpisanych. Lekarze
są w Czechach pracownikami paĔstwowymi i paĔstwo moĪe, ale nie musi, zwolnic ich
ze sIuĪby. UrzĊdnik, z którym Tomasz rozmawiaI o swej dymisji, znaI jego nazwisko
i szanowaI go. NamawiaI go, by nie rzucaI pracy. Tomasz nagle uĞwiadomiI sobie, Īe nie
ma Īadnej pewnoĞci, czy robi sIusznie. Ale czuI siĊ juĪ przywiązany do swej decyzji
jakąĞ obietnicą wiernoĞci i upieraI siĊ przy swoim. W ten sposób zostaI czIowiekiem,
który myje szyby.
.
7.
.
OdjeĪdĪając przed laty z Zurychu do Pragi, Tomasz mówiI sobie w duchu: ,es muss
sein¨ i myĞlaI przy tym o swej miIoĞci do Teresy. Natychmiast po przekroczeniu granicy
zacząI powątpiewac, czy naprawdĊ tak siĊ musiaIo stac: uĞwiadomiI sobie, Īe do Teresy
doprowadziI go IaĔcuch Ğmiesznych przypadków, które wydarzyIy siĊ przed siedmiu laty
(na początku byI ischias jego szefa) i Īe przez nie wraca do klatki, z której nie bĊdzie
juĪ wyjĞcia.
78 DTP by SHADE
Czy to oznacza, Īe w jego Īyciu nie byIo Īadnego ,es muss sein¨, Īadnej wielkiej
koniecznoĞci? MyĞlĊ, Īe jednak byIo coĞ takiego. Nie byIa to miIoĞc, byI to jego zawód.
Do medycyny nie doprowadziI go przypadek ani rozumowa kalkulacja, ale gIĊboka po-
trzeba wewnĊtrzna. JeĞli moĪna dzielic ludzi na jakieĞ kategorie, to na podstawie tych
gIĊbokich wewnĊtrznych pragnieĔ, które ich doprowadzają do tej czy innej caIoĪyciowej
dziaIalnoĞci. KaĪdy Francuz jest inny. Ale wszyscy aktorzy na caIym Ğwiecie są do siebie
podobni, w ParyĪu, w Pradze i w najbardziej zabitym deskami teatrze prowincjonalnym.
Aktorem jest ten, kto od dzieciĔstwa zgadza siĊ wystĊpowac przez caIe Īycie przed ano-
nimową publicznoĞcią. Bez tej podstawowej zgody, która nie ma nic wspólnego z talen-
tem, która jest istotniejsza od talentu, nie moĪna zostac aktorem. Podobnie lekarzem
jest ten, kto zgadza siĊ zajmowac siĊ przez caIe Īycie, z wszystkimi tego konsekwen-
cjami, ciaIem ludzkim. Ta podstawowa zgoda (a nie talent czy zrĊcznoĞc) pozwala mu
juĪ na pierwszym roku wejĞc do prosektorium, a w szeĞc lat póĨniej stac siĊ lekarzem.
Chirurgia doprowadza podstawowy imperatyw powoIania lekarskiego aĪ do osta-
tecznej granicy, na której ludzkie dotyka boskiego. JeĞli walniecie kogoĞ paIką w gIowĊ,
upadnie i przestanie oddychac raz na zawsze. Ale i tak kiedyĞ przestaIby oddychac.
Takie morderstwo wyprzedzi tylko to, co nieco póĨniej pan Bóg sam by zaIatwiI. Bóg,
jak moĪna sądzic, liczyI siĊ z morderstwami, ale nie liczyI siĊ z chirurgią. Nie przypusz-
czaI, by ktoĞ odwaĪyI siĊ wsadzic rĊkĊ do Ğrodka mechanizmu, który on wymyĞliI, opa-
kowaI pieczoIowicie w skórĊ, zapieczĊtowaI i zamknąI przed oczyma czIowieka. Kiedy
Tomasz po raz pierwszy wbiI skalpel w skórĊ Ğpiącego w narkozie czIowieka, a potem
zdecydowanym ruchem tĊ skórĊ przeciąI równym i pewnym pociągniĊciem (jak gdyby
byI to kawaI nieĪywego materiaIu, pIaszcz, suknia, zasIona) przeĪyI krótkie lecz in-
tensywne uczucie ĞwiĊtokradztwa. Ale to wIaĞnie go tak pociągnĊIo! To byIo ,es muss
sein¨, zakorzenione w nim gIĊboko, do którego nie doprowadziI go Īaden przypadek,
Īaden ischias ordynatora, nic zewnĊtrznego.
Jak to moĪliwe, Īe coĞ tak gIĊbokiego zrzuciI z siebie tak szybko, lekko i energicz-
nie?
OdpowiedziaIby nam, iĪ zrobiI tak dlatego, Īe nie chciaI byc wykorzystany przez po-
licjĊ. Ale, szczerze mówiąc, choc teoretycznie byIo to moĪliwe (takie wypadki zdarzaIy
siĊ przecieĪ), nie byIo jednak zbyt prawdopodobne, aby policja wydrukowaIa faIszywe
oĞwiadczenia z jego podpisem. CzIowiek ma, oczywiĞcie, prawo lĊkac siĊ równieĪ tych
niebezpieczeĔstw, które nie są zbyt prawdopodobne. ZgódĨmy siĊ z tym. ZgódĨmy siĊ
równieĪ na to, Īe gniewaI siĊ sam na siebie, na swą niezrĊcznoĞc i Īe pragnąI uniknąc
nastĊpnych kontaktów z policją, które wzmacniaIy w nim poczucie bezsilnoĞci. Przyj-
mijmy równieĪ, Īe o powoIaniu nie mogIo juĪ przecieĪ byc mowy, bo mechaniczna praca
w przychodni, gdzie przepisywaI aspirynĊ nie miaIa z jego wyobraĪeniem o medycynie
nic wspólnego. Pomimo wszystko jednak szybkoĞc jego decyzji wydaje mi siĊ zaskaku-
jąca. Czy nie kryje siĊ za nią jeszcze coĞ innego, gIĊbszego, coĞ, co wymyka siĊ racjo-
nalnej analizie?
.
8.
.
ChociaĪ dziĊki Teresie pokochaI Beethovena, Tomasz nie znaI siĊ na muzyce i wąt-
piĊ, czy znaI rzeczywistą historiĊ sIawnego beethovenowskiego motywu ,muss es sein?
es muss sein!¨.
ByIo to tak: niejaki pan Dembscher byI winien Beethovenowi piĊcdziesiąt forintów
i kompozytor, który wiecznie byI bez pieniĊdzy, upomniaI siĊ o nie. ,Muss es sein?¨ -
westchnąI nieszczĊĞliwie pan Dembscher, a Beethoven zaĞmiaI siĊ rubasznie: ,Es muss
sein!¨ i zaraz zapisaI te sIowa w nutach i uIoĪyI na ten realistyczny motyw maIą kompo-
zycjĊ na cztery gIosy: trzy gIosy Ğpiewają ,es muss sein, es muss sein, ja, ja, ja¨ - tak
byc musi, tak byc musi, tak, tak, tak, a czwarty gIos dodaje: ,heraus mit dem Beutel!¨
- wyciągnij zaraz portmonetkĊ!
79
DTP by SHADE
Ten sam motyw staI siĊ w rok póĨniej podstawą czwartej frazy jego ostatniego
kwartetu opus 135. Wtedy Beethoven nie myĞlaI juĪ o portmonetce Dembschera. SIowa:
,es muss sein!¨ pobrzmiewaIy mu coraz uroczyĞciej, jak gdyby wypowiadaIo je samo
przeznaczenie. W jĊzyku Kanta nawet ,dzieĔ dobry¨ odpowiednio wypowiedziane moĪe
przybrac ksztaIt tezy metafizycznej. Niemczyzna jest jĊzykiem ciĊĪkich stów. ,Es muss
sein¨ nie byIo juĪ Īadnym Īarcikiem, ale ,der schwer gefasste Entschluss¨.
Beethoven wiĊc przemieniI Īartobliwą inspiracjĊ w powaĪny kwartet, dowcip w me-
tafizyczną prawdĊ. Jest to ciekawa historia o przemianie lekkiego w ciĊĪkie (wiĊc, we-
dIug Parmenidesa, o przemianie pozytywnego w negatywne). Co dziwne, taka prze-
miana nas nie zaskakuje. Przeciwnie, zgorszyIoby nas, gdyby Beethoven przemieniI
powagĊ swego kwartetu w lekki Īart czterogIosowego kanonu o portmonetce Demb-
schera. DziaIaIby wtedy caIkowicie zgodnie z duchem Parmenidesa: zmieniIby ciĊĪkie
w lekkie, a wiĊc negatywne w pozytywne! Na początku (jako niedoskonaIy szkic) byIaby
wielka prawda metafizyczna, a na koĔcu (jako doskonaIe dzieIo) leciutki Īarcik. Tylko
Īe my juĪ nie umiemy myĞlec tak jak Parmenides.
Wydaje mi siĊ, Īe owo agresywne, uroczyste, surowe ,es muss sein¨ juĪ od dawna
w gIĊbi duszy draĪniIo Tomasza i Īe istniaIo w nim gIĊbokie pragnienie, by przemienic
wedIug zaleceĔ Parmenidesa ciĊĪkie w lekkie.
Przypomnijmy sobie, jak kiedyĞ w ciągu jednej chwili zdecydowaI siĊ nigdy nie
oglądac swej pierwszej Īony i syna i jak z poczuciem ulgi przyjąI fakt, Īe rozstali siĊ
z nim ojciec i matka. CóĪ to byIo innego jak nie caIkiem racjonalny, gwaItowny gest,
którym odrzuciI to, co przedstawiaIo mu siĊ jako ciĊĪki obowiązek, jako ,es muss sein¨?
Ale wtedy to byIo ,es muss sein!¨ zewnĊtrzne, wymuszone przez konwenanse spo-
Ieczne, a ,es muss sein!¨ jego miIoĞci do medycyny byIo wewnĊtrzne. Imperatyw we-
wnĊtrzny jest jeszcze silniejszy i dlatego w jeszcze wiĊkszym stopniu domaga siĊ re-
wolty.
Bycie chirurgiem oznacza rozkrawanie powierzchni rzeczy i patrzenie, co ukrywa
siĊ w Ğrodku. Chyba to wIaĞnie pragnienie prowadziIo Tomasza do chĊci poznania,
co jest po drugiej stronie ,es muss sein¨; inaczej mówiąc, co pozostanie z Īycia, kiedy
czIowiek pozbĊdzie siĊ tego, co dotychczas uwaĪaI za swe posIannictwo.
Kiedy przedstawiI siĊ dobrodusznej dyrektorce praskiego przedsiĊbiorstwa mycia
witryn i okien, zobaczyI nagle wynik swej decyzji w caIej konkretnoĞci i nieodwracal-
noĞci i niemal siĊ przeraziI. W tym przestrachu przeĪyI pierwszych kilka dni swej nowej
pracy. Ale kiedy przezwyciĊĪyI (trwaIo to mniej wiĊcej przez tydzieĔ) zaskakującą nie-
zwykIoĞc swego nowego Īycia, zrozumiaI nagle, Īe znalazI siĊ na dIugich wakacjach.
RobiI rzeczy, na których w ogóle mu nie zaleĪaIo i byIo to piĊkne. ZrozumiaI nagle
szczĊĞcie ludzi (dotychczas zawsze im wspóIczuI), którzy wykonują zawód, do którego
nie zmusza ich Īadne wewnĊtrzne ,es muss sein!¨ i o którym mogą zapomniec w mo-
mencie, kiedy wychodzą z pracy. Nigdy dotychczas nie znaI tej bIogiej obojĊtnoĞci. JeĞli
na stole operacyjnym coĞ mu nie wyszIo tak, jak tego pragnąI, byI zrozpaczony i nie
mógI spac. CzĊsto traciI wtedy ochotĊ nawet na kobiety. ,Es muss sein¨ jego zawodu
byIo jak wampir, który mu wysysaI krew.
Teraz chodziI po Pradze z tyczką do mycia witryn sklepowych i ze zdziwieniem
stwierdziI, Īe czuje siĊ o dziesiĊc lat mIodszy. Sprzedawczynie z wielkich magazynów
zwracaIy siĊ do niego ,panie doktorze¨ (praski tam-tam funkcjonowaI niezawodnie)
i prosiIy go o rady dotyczące ich katarów, bólów krĊgosIupa i nieregularnych menstru-
acji. NiemalĪe wstydziIy siĊ obserwując, jak polewa szybą wodĊ, wsadza szmatĊ na kij
i zaczyna myc witrynĊ. Gdyby mogIy zostawic klientów w sklepie, z pewnoĞcią odebra-
Iyby mu tyczkĊ i myIy szyby zamiast niego. Tomasza zamawiaIy na ogóI duĪe sklepy, ale
przedsiĊbiorstwo posyIaIo go czĊsto równieĪ do prywatnych klientów. Ludzie przeĪywali
jeszcze wówczas masowe przeĞladowania czeskich intelektualistów w jakiejĞ euforii
solidarnoĞci. Kiedy jego dawni pacjenci dowiedzieli siĊ, Īe Tomasz myje okna, dzwonili
do jego przedsiĊbiorstwa i zamawiali go. Witali go butelką szampana albo Ğliwowicy,
80 DTP by SHADE
wypisywali zaĞwiadczenia, Īe umyI trzynaĞcie okien i przez dwie godziny gadali z nim
i wznosili toasty. Tomasz odchodziI do nastĊpnego mieszkania albo sklepu w Ğwietnym
humorze. Rodziny oficerów rosyjskich zamieszkaIy w jego kraju, z radia rozbrzmiewaIy
peIne pogróĪek wystąpienia urzĊdników Ministerstwa Spraw WewnĊtrznych, którzy za-
stąpili wyrzuconych z pracy redaktorów, a on szwendaI siĊ pijany po Pradze i wydawaIo
mu siĊ, Īe idzie z jednej uroczystoĞci na drugą. ByIy to jego wielkie wakacje. WracaI
do czasów kawalerstwa. Nagle bowiem byI bez Teresy. WidywaI siĊ z nią tylko w nocy,
kiedy wracaIa z restauracji, a on lekko przebudzaI siĊ z pierwszego snu, a potem rano,
kiedy ona jeszcze byIa zaspana, a on spieszyI siĊ do pracy. MiaI szesnaĞcie godzin wy-
Iącznie dla siebie i byIa to nieoczekiwana przestrzeĔ wolnoĞci. PrzestrzeĔ ta od wcze-
snej mIodoĞci oznaczaIa dla niego kobiety.
.
9.
.
Kiedy czasem przyjaciele pytali go, ile miaI w Īyciu kobiet, odpowiadaI wykrĊtnie,
a kiedy nalegali, mówiI: ,MogIo ich byc tak okoIo dwustu¨. Niektórzy zawistnicy twier-
dzili, Īe przesadza. BroniI siĊ: ,To nie jest tak wiele. Moje kontakty z kobietami trwają
od mniej wiĊcej dwudziestu piĊciu lat. Podzielcie dwieĞcie przez dwadzieĞcia piĊc. Wyj-
dzie wam jakieĞ osiem nowych kobiet rocznie. To przecieĪ nie tak duĪo¨.
Ale odkąd ĪyI z Teresą jego erotyczna dziaIalnoĞc napotykaIa na problemy orga-
nizacyjne - mógI na nią poĞwiĊcic (pomiĊdzy salą operacyjną a domem) tylko wąski
odstĊp czasu, który co prawda intensywnie wykorzystywaI (tak jak rolnik w górach
gorliwie uprawia swe maIe poletko), ale którego nie moĪna byIo porównac z obsza-
rem szesnastu godzin, które teraz dostaI w prezencie (mówiĊ szesnaĞcie godzin, bo te
osiem, w trakcie których myI okna, byIy wypeInione poznawaniem nowych sprzedaw-
czyĔ, urzĊdniczek, paĔ domu, z którymi mógI organizowac sobie schadzki).
Czego w nich szukaI? Co go do nich przyciągaIo? CzyĪ akt miIosny nie jest wiecz-
nym powtarzaniem tego samego?
Nie. Zawsze pozostaje maIy procent niewyobraĪalnego. Kiedy widziaI ubraną kobie-
tĊ, umiaI sobie oczywiĞcie wyobrazic, jak mniej wiĊcej bĊdzie wyglądaIa nago (w tym
wzglĊdzie jego doĞwiadczenie jako lekarza dopeIniaIo jego doĞwiadczenia kochanka),
ale pomiĊdzy niedokIadnoĞcią wyobraĨni a dokIadnoĞcią rzeczywistoĞci pozostawaIa
jeszcze maIa szczelina niewyobraĪalnego i nie dawaIa mu spokoju. PogoĔ za niewyobra-
Īalnym nie koĔczy siĊ zresztą na odkryciu nagoĞci, idzie dalej: jak bĊdzie siĊ zachowy-
wac, kiedy siĊ rozbierze? Co bĊdzie mówiIa, kiedy bĊdzie ją kochaI? Jaki bĊdzie ton jej
westchnieĔ? Jaki grymas bĊdzie wypisany na jej twarzy w chwili rozkoszy?
WyjątkowoĞc ,ja¨ jest ukryta w tym wIaĞnie, co niewyobraĪalne. Wyobrazic sobie
umiemy tylko to, co jest takie samo we wszystkich ludziach, to, co jest ogólne. Indy-
widualnym ,ja¨ jest to, co siĊ odróĪnia od ogólnego, a wiĊc to, czego nie moĪna z góry
odgadnąc, czego nie moĪna wyliczyc, co trzeba dopiero odsIonic, odkryc, zdobyc!
Tomasz, który przez ostatnie dziesiĊc lat zajmowaI siĊ w swej praktyce lekarskiej
wyIącznie mózgiem ludzkim, wie, Īe nic nie jest trudniejsze do uchwycenia niĪ ,ja¨. MiĊ-
dzy Hitlerem a Einsteinem, miedzy BreĪniewem a SoIĪenicynem jest o wiele wiĊcej po-
dobieĔstw niĪ róĪnic. Gdyby daIo siĊ to wyrazic liczbą, jest miĊdzy nimi jedna milionowa
niepodobnego, a dziewiĊcset dziewiĊcdziesiąt tysiĊcy milionowych podobnego. Tomasz
opanowany jest przez pragnienie, by odkryc i posiąĞc tĊ jedną milionową i wydaje mu
siĊ, Īe w tym leĪy sens jego zafascynowania kobietami. Nie jest opanowany przez ko-
biety, ale przez to, co w kaĪdej z nich jest niewyobraĪalne, innymi sIowy ma obsesją
tej jednej milionowej niepodobnego, która odróĪnia kobietĊ od innych kobiet. (Prawdo-
podobnie tutaj styka siĊ jego namiĊtnoĞc dziwkarza z jego namiĊtnoĞcią chirurga. Nie
wypuszcza z rąk imaginacyjnego skalpela, nawet wtedy, kiedy jest z kochanką. Pragnie
posiąĞc to, co jest gIĊboko w niej i dla czego trzeba rozciąc jej powierzchniĊ).
MoĪemy oczywiĞcie sIusznie spytac, czemu szukaI tej jednej milionowej wIaĞnie
81
DTP by SHADE
w seksie. Czy nie mógI jej odnaleĨc w sposobie chodzenia, w gustach kulinarnych albo
w artystycznych zainteresowaniach tej czy innej kobiety?
Tak, jedna milionowa niepodobnego jest zawarta we wszystkich dziedzinach Īycia
ludzkiego, tylko Īe wszĊdzie indziej jest wystawiona na widok publiczny, nie trzeba jej
odkrywac, nie potrzeba do niej skalpela. JeĞli jakaĞ kobieta woli ser od deseru, a inna nie
znosi kalafiora, to jest to co prawda znak jej oryginalnoĞci, ale oryginalnoĞc ta od razu
nas przekonuje, Īe nie ma Īadnego znaczenia, jest niepotrzebna i nie ma sensu doszu-
kiwania siĊ w niej jakiĞ wartoĞci.
Tylko w seksie jedna milionowa wydaje siĊ czymĞ cennym, poniewaĪ nie jest ogól-
nie dostĊpna i trzeba ją zdobywac. Jeszcze przed póIwieczem na takie zdobywanie trze-
ba byIo poĞwiĊcic wiele czasu (tygodnie, a nawet miesiące) i czas zdobywania stawaI
siĊ miarą wartoĞci zdobytego. I dziĞ, mimo Īe czas potrzebny do zdobycia szalenie siĊ
skróciI, seks wydaje siĊ ciągle jeszcze metalową skrzynką, w której ukryta jest tajem-
nica ,ja¨ kobiety.
ChodziIo wiĊc w jego pogoni za kobietami nie tylko o pragnienie przyjemnoĞci
(przyjemnoĞc nastĊpowaIa jako rodzaj dodatkowej nagrody), ale o pragnienie, by po-
siąĞc Ğwiat (otworzyc skalpelem leĪące ciaIo Ğwiata).
.
10.
.
WĞród mĊĪczyzn uganiających siĊ za wielką iloĞcią kobiet moĪemy bez trudu do-
strzec dwie kategorie. Jedni szukają we wszystkich kobietach swego subiektywnego
i zawsze takiego samego snu o kobiecie. Innych gna pragnienie, by posiąĞc nieskoĔczo-
ną róĪnorodnoĞc obiektywnego kobiecego Ğwiata.
NamiĊtnoĞc tych pierwszych jest liryczna: szukają w kobiecie samych siebie, swego
ideaIu i wciąĪ siĊ rozczarowują, poniewaĪ ideaI to, jak wiadomo, coĞ takiego, czego
nigdy siĊ nie da znaleĨc.
Rozczarowanie, które ich goni od jednej kobiety do drugiej, daje ich niestaIoĞci
rodzaj romantycznego usprawiedliwienia, tak Īe wiele sentymentalnych dam jest skIon-
nych wzruszyc siĊ ich wytrwaIą poligamicznoĞcią.
Druga namiĊtnoĞc jest epicka, i kobiety nie widzą w niej niczego wzruszającego;
mĊĪczyzna nie szuka w kobietach Īadnego subiektywnego ideaIu, dlatego wszystko go
w nich interesuje i nic go nie moĪe rozczarowac. I wIaĞnie ta niemoĪnoĞc rozczarowa-
nia ma w sobie coĞ gorszącego. NamiĊtnoĞc epickiego dziwkarza wydaje siĊ ludziom
niczym nie okupiona (nie okupiona rozczarowaniem).
PoniewaĪ dziwkarz liryczny poszukuje wciąĪ takiego samego typu kobiet, nie za-
uwaĪamy nawet, jak zmienia kochanki; jego przyjaciele nieustannie popeIniają gafy,
myląc jego przyjacióIki i nazywając je imionami poprzednich.
Dziwkarze epiccy (a do nich wIaĞnie naleĪy Tomasz) odchodzą w swym pragnie-
niu poznania coraz dalej od konwencjonalnej kobiecej piĊknoĞci, którą siĊ juĪ nasycili
i stają siĊ nieuchronnie kolekcjonerami osobliwoĞci. Wiedzą to, trochĊ siĊ tego wstydzą
i nie chcąc wprowadzac swych przyjacióI w zakIopotanie, nie pokazują siĊ ze swymi
kochankami publicznie.
JuĪ od dwóch lat myI okna, kiedy zamówiIa go nowa klientka. Jej dziwacznoĞc
zainteresowaIa go od razu, kiedy po raz pierwszy zobaczyI ją w otwartych drzwiach.
ByIa to dziwacznoĞc dyskretna, nie rzucająca siĊ w oczy, utrzymująca siĊ w granicach
przyjemnej powszednioĞci (zamiIowanie Tomasza do ciekawostek nie miaIo nic wspól-
nego z zamiIowaniem Felliniego do potworów): byIa wyjątkowo wysoka, nieco wyĪsza
od niego, miaIa delikatny i bardzo dIugi nos, a jej twarz byIa do tego stopnia nieprze-
ciĊtna, Īe nie moĪna byIo powiedziec, Īe jest Iadna (wszyscy by protestowali!), choc
(przynajmniej wedIug Tomasza) nie byIa nieIadna. Ubrana byIa w spodnie i biaIą bluzkĊ
i wyglądaIa jak przedziwne poIączenie delikatnego chIopca, Īyrafy i bociana.
PatrzyIa na niego dIugim, uwaĪnym i badawczym spojrzeniem, w którym nie bra-
82 DTP by SHADE
kowaIo bIysku inteligentnej ironii.
- ProszĊ wejĞc, panie doktorze - powiedziaIa. ZrozumiaI, Īe kobieta wie, kim on
jest. Nie chciaI na to zareagowac i spytaI:
- Gdzie mógIbym nabrac wody?
OtworzyIa drzwi do Iazienki. ZobaczyI umywalkĊ, wannĊ i muszlĊ klozetową; przed
wanną, przed umywalką i przed ubikacją leĪaIy maIe, róĪowe dywaniki.
Kobieta podobna do Īyrafy i bociana uĞmiechaIa siĊ, jej oczy mruĪyIy siĊ tak,
Īe wszystko, co mówiIa, wydawaIo siĊ napeInione utajonym sensem albo ironią.
- Lazienka jest caIkowicie do paĔskiej dyspozycji, panie doktorze - powiedziaIa. -
MoĪe pan w niej robic, co pan chce.
- MogĊ siĊ teĪ wykąpac? - spytaI Tomasz.
- Lubi siĊ pan kąpac? - zapytaIa ona.
NapuĞciI do wiadra ciepIej wody i wróciI do salonu.
- Gdzie by pani chciaIa, Īebym zacząI?
- To zaleĪy tylko od pana - wzruszyIa ramionami.
- Czy mogĊ zobaczyc okna w innych pokojach?
- Chce pan obejrzec moje mieszkanie? - uĞmiechaIa siĊ. jak gdyby mycie okien
byIo jakimĞ kaprysem, który jej nie interesowaI.
WszedI do sąsiedniego pokoju. ByIa to sypialnia z jednym duĪym oknem, dwoma
zsuniĊtymi IóĪkami i obrazem jesiennego krajobrazu z brzozami i zachodzącym sIoĔ-
cem.
Kiedy wróciI, na stole staIa butelka wina i dwa kieliszki.
- Nie wzmocniIby siĊ pan przed tak ogromna pracą? - spytaIa.
- Bardzo chĊtnie - powiedziaI Tomasz i usiadI.
- Musi to byc dla pana bardzo interesujące doĞwiadczenie, poznawac tak wiele
domów - powiedziaIa.
- Tak, niezIe - odpowiedziaI Tomasz.
- WszĊdzie czekają na pana kobiety, których mĊĪowie są w pracy.
- O wiele czĊĞciej babcie i teĞciowe - odpowiedziaI Tomasz.
- I nigdy nie brak panu paĔskiego prawdziwego zawodu?
- Niech pani lepiej powie, skąd pani wie o moim zawodzie.
- Wasze przedsiĊbiorstwo chwali siĊ panem - powiedziaIa kobieta podobna do bo-
ciana.
- Jeszcze wciąĪ? - zdziwiI siĊ Tomasz.
- Kiedy tam dzwoniIam, Īeby mi ktoĞ przyszedI umyc okna, spytali mnie, czy nie
chcĊ pana. Powiedzieli, Īe jest pan wielkim chirurgiem, którego wyrzucono ze szpitala.
To mnie oczywiĞcie, zainteresowaIo.
- Jest pani wspaniale ciekawa - powiedziaI.
- Widac to po mnie?
- Tak, w pani spojrzeniu.
- A jak ja patrzĊ?
- MruĪy pani oczy. I wciąĪ zadaje pytania.
- Pan nie lubi odpowiadac?
DziĊki niej konwersacja od samego początku miaIa w sobie kokietliwy wdziĊk. Nic
z tego. co mówiIa, nie dotyczyIo Ğwiata naokoIo, wszystko dotyczyIo tylko ich samych.
A poniewaĪ od samego początku gIównym tematem rozmowy staI siĊ on i ona, nie-
trudno byIo dopeInic sIów dotkniĊciami i Tomasz, mówiąc o jej przymruĪonych oczach,
pogIadziI ją jednoczeĞnie. Ona odpowiedziaIa na kaĪde jego dotkniĊcie swoim dotkniĊ-
ciem. Nie robiIa tego spontanicznie, raczej z jakąĞ zamierzoną konsekwencją, jakby
bawiIa siĊ w ,co ty, to ja¨. Siedzieli wiĊc naprzeciw siebie trzymając nawzajem na sobie
rĊce.
Dopiero kiedy Tomasz spróbowaI dotknąc jej krocza, zaczĊIa siĊ bronic. Nie umiaI
odgadnąc, na ile jej obrona jest powaĪna, ale w kaĪdym razie upIynĊIo juĪ duĪo czasu,
83
DTP by SHADE
a on musiaI byc za dziesiĊc minut u nastĊpnego klienta.. WstaI i wyjaĞniI jej, Īe musi
juĪ odejĞc. Jej twarz byIa czerwona.
- MuszĊ podpisac panu zaĞwiadczenie - powiedziaIa.
- PrzecieĪ nic nie zrobiIem - broniI siĊ.
- To z mojej winy - odpowiedziaIa i dodaIa cichym, wolnym, niewinnym gIosem -
BĊdĊ znów musiaIa pana zamówic, Īeby mógI pan skoĔczyc to, czego z mojej winy nie
mógI pan nawet rozpocząc.
PoniewaĪ Tomasz nadal ociągaI siĊ i nie dawaI jej do podpisania faktury, powiedzia-
Ia Iagodnie, jakby prosiIa o przysIugĊ:
- Bardzo pana proszĊ, niech mi pan to da. A potem jeszcze dodaIa, mruĪąc oczy.
- PrzecieĪ to nie ja za to pIacĊ, ale mój mąĪ. I nie pan jest pIacony, tylko przedsiĊbior-
stwo paĔstwowe. Ta transakcja nas dwojga w ogóle nie dotyczy.
Brak harmonii w kobiecie podobnej do bociana i Īyrafy podniecaI go nawet we wspo-
mnieniu: kokieteria poIączona z niezrĊcznoĞcią; szczere poĪądanie seksualne, któremu
towarzyszy ironiczny uĞmiech, wulgarna konwencjonalnoĞc mieszkania i niekonwen-
cjonalnoĞc jego wIaĞcicielki. Jaka bĊdzie, kiedy bĊdą siĊ kochac? StaraI siĊ to sobie
wyobrazic, ale nie byIo to Iatwe. Kilka dni myĞlaI wyIącznie o tym. Kiedy wezwaIa go
po raz drugi, wino czekaIo juĪ na stole, a obok niego dwa kieliszki. Tyle, Īe tym razem
wszystko poszIo bardzo szybko. Wkrótce stali naprzeciw siebie w sypialni (sIoĔce na ob-
razie z brzozami zachodziIo) i caIowali siĊ. PowiedziaI jej swoje zwykle: ,proszĊ siĊ ro-
zebrac!¨, ale ona zamiast go posIuchac, zaĪądaIa:
- Nie, najpierw pan.
Nie byI do tego przyzwyczajony i zmieszaIo go to. RozkazaI jej jeszcze kilkakrotnie
(z komicznym brakiem sukcesu) ,proszĊ siĊ rozebrac!¨, ale nie pozostaIo mu nic inne-
go niĪ pójĞc na kompromis; wedIug reguI gry, którą mu ostatni raz narzuciIa (,co ty,
to ja¨), zdjĊIa mu spodnie, a on jej spódnicĊ, potem ĞciągnĊIa mu koszulĊ, a on jej
halkĊ - wreszcie stali naprzeciw siebie nadzy. TrzymaI dIoĔ na jej wilgotnym kroczu,
potem przesunąI palce dalej, w kierunku odbytu, który u wszystkich kobiet kochaI naj-
bardziej z caIego ich ciaIa. Jej byI niezwykle wypukIy, tak Īe przywoIywaI sugestywne
wyobraĪenie dIugiej rury trawiennej, która koĔczy siĊ w tym miejscu i Iagodnie wysta-
je. ObmacaI ten twardy, zdrowy krąĪek, ten najpiĊkniejszy z pierĞcieni zwany w mowie
lekarskiej ,zwieracz¨ i nagle poczuI jej palce na wIasnym tyIku, w tym samym miejscu.
PowtarzaIa wszystkie jego gesty z dokIadnoĞcią lustra.
Pomimo, Īe jak juĪ powiedziaIem, poznaI ponad dwieĞcie kobiet (a przez ten czas,
kiedy myI szyby sporo ich jeszcze przybyIo) nigdy jeszcze mu siĊ nie zdarzyIo, by ko-
bieta wyĪsza od niego staIa przed nim, mruĪyIa oczy i obmacywaIa mu odbyt. ĩeby
przezwyciĊĪyc zaĪenowanie, szybko przewróciI ją na IóĪko.
Jego ruch byI tak gwaItowny, Īe zaskoczyI ją. Jej wysoka postac upadIa na wznak
z twarzą pokrytą czerwonymi plamami i przestraszonym wyrazem czIowieka, który stra-
ciI równowagĊ. Tak jak przed nią staI, zIapaI ją pod kolana i podniósI w górĊ jej lekko
rozIoĪone nogi, które nagle wyglądaIy jak podniesione rĊce ĪoInierza, który poddaje siĊ
ze strachu przed wymierzoną w niego bronią.
NiezrĊcznoĞc poIączona z gorliwoĞcią, gorliwoĞc poIączona z niezrĊcznoĞcią podnie-
ciIy sIodko Tomasza. Kochali siĊ bardzo dIugo. PrzyglądaI siĊ póĨniej jej twarzy pokrytej
purpurowymi plamami i szukaI w niej tego peInego lĊku wyrazu kobiety, której ktoĞ
podstawiI nogĊ i która upada, niemoĪliwy do naĞladowania wyraz, który przed chwilą
uderzyI mu do gIowy falą podniecenia.
Potem szedI umyc siĊ do Iazienki. OdprowadziIa go tam i dIugo i nudno mu wyja-
ĞniaIa, gdzie jest mydIo, gdzie gąbka i jak puszczac ciepIą wodĊ. DziwiI siĊ, dlaczego
tak proste rzeczy wyjaĞnia mu tak szczegóIowo. PowiedziaI jej w koĔcu, Īe wszystko
rozumie i daI jej do zrozumienia, Īe chciaIby zostac w Iazience sam. PowiedziaIa bIa-
galnie:
- Nie pozwoli mi pan zostac przy paĔskiej toalecie? Wreszcie udaIo mu siĊ wy-
84 DTP by SHADE
pchnąc ją z Iazienki. MyI siĊ, oddawaI mocz do umywalki (ogólny zwyczaj czeskich le-
karzy) i wydawaIo mu siĊ, Īe ona w tym czasie niecierpliwie chodzi przed Iazienką i za-
stanawia siĊ, jak siĊ dostac do Ğrodka. Kiedy zamknąI wodĊ. a w mieszkaniu panowaIa
zupeIna cisza, miaI wraĪenie, Īe skądĞ go podgląda. ByI prawie pewien, Īe w drzwiach
Iazienki jest wywiercona dziurka i ona przyciska do niej swe Ğliczne przymruĪone oko.
OdchodziI od niej we wspaniaIym humorze. StaraI siĊ pamiĊtac to istotne, odcedzic
wspomnienie od jakiegoĞ chemicznego wzoru, przy pomocy którego moĪna by byIo
zdefiniowac jej wyjątkowoĞc (jedną milionową niepowtarzalnego). DoszedI w koĔcu
do wzoru, który skIadaI siĊ z trzech funkcji:
1) niezrĊcznoĞc poIączona z gorliwoĞcią,
2) przeraĪona twarz kogoĞ, kto straciI równowagĊ i upada,
3) nogi podniesione w górĊ jak rĊce ĪoInierza, który poddaje siĊ przed wycelowaną
w niego bronią.
Kiedy powtarzaI to sobie, miaI szczĊĞliwe poczucie, Īe znów posiadI na wIasnoĞc
kawaIek Ğwiata; Īe wykroiI swym imaginacyjnym skalpelem krąĪek materiaIu z nie-
skoĔczonego pIótna kosmosu.
.
11.
.
Mniej wiĊcej w tym samym czasie zdarzyIa mu siĊ nastĊpująca przygoda: spotkaI
siĊ kilkakrotnie z mIodą dziewczyną w mieszkaniu, które mu codziennie aĪ do póInocy
poĪyczaI stary przyjaciel Po miesiącu czy dwóch przypomniaIa mu jedno z ich poprzed-
nich spotkaĔ: kochali siĊ podobno na dywanie pod oknem, gdy tymczasem na dworze
grzmiaIy gromy i bIyskawice. Kochali siĊ przez caIy czas trwania burzy i byIo to podobno
niewiarygodnie piĊkne!
Tomasz niemalĪe siĊ przestraszyI: tak, pamiĊtaI, Īe kochaI ją na dywanie (przyja-
ciel miaI w mieszkaniu tylko wąski tapczan, na którym Tomasz nie czuI siĊ swobodnie),
ale o burzy kompletnie zapomniaI. ByIo to dziwne: umiaI sobie przypomniec tych kilka
schadzek, które z nią miaI, pamiĊtaI nawet sposób, w jaki siĊ kochali (nie zgadzaIa siĊ
robic tego od tyIu), pamiĊtaI kilka próĞb. które wypowiadaIa w trakcie kochania (ciągle
domagaIa siĊ, Īeby mocno trzymaI ją za biodra i protestowaIa, kiedy na nią patrzyI,
kilkakrotnie krzyczaIa do niego: ,trzymaj mnie mocno i zamknij oczy!¨), przypominaI
sobie nawet krój jej bielizny - ale o Īadnej burzy nie miaI zielonego pojĊcia.
Jego pamiĊc rejestrowaIa z jego historii miIosnych tylko stromą i wąską trasĊ sek-
sualnego zdobywania: pierwszą sIowną agresjĊ, pierwsze dotkniĊcie, pierwszą obsce-
nicznoĞc, którą powiedziaI on do niej i ona do niego, wszystkie drobne perswazje,
do których stopniowo ją zmuszaI i te, na które siĊ nie zgodziIa. CaIa reszta zostaIa
z jego pamiĊci (ze szczególną pedanterią) wypchniĊta. ZapomniaI nawet, w jakim miej-
scu po raz pierwszy widziaI kolejną kobietĊ, poniewaĪ moment ten zdarzyI siĊ jeszcze
przed samym atakiem seksualnym.
Dziewczyna mówiIa o burzy, uĞmiechaIa siĊ marzycielsko, a on patrzyI na nią
ze zdziwieniem i niemalĪe siĊ wstydziI: przeĪyIa coĞ piĊknego, a on tego z nią nie prze-
ĪywaI. W rozdwojeniu, z jakim jego pamiĊc reagowaIa na wieczorną burzĊ, streszczaIa
siĊ caIa róĪnica miĊdzy miIoĞcią a nie-miIoĞcią.
Przez sIowo ,nie-miIoĞc¨ nie chcĊ powiedziec, Īe miaI do tej dziewczyny cyniczny
stosunek, Īe, jak to siĊ mówi, uwaĪaI ją wyIącznie za obiekt seksualny: przeciwnie,
lubiI ją po przyjacielsku, szanowaI jej charakter i inteligencjĊ, byI skIonny pomóc jej,
kiedykolwiek tego potrzebowaIa. To nie on siĊ Ĩle w stosunku do niej zachowywaI; Ĩle
siĊ zachowywaIa jego pamiĊc, która ją sama, bez jego woli wykluczyIa ze sfery miIoĞci.
Wydaje siĊ. Īe w mózgu istnieje caIkiem szczególny obszar, który moĪna by nazwac
poetycką pamiĊcią i który rejestruje to, co nas urzekIo wzruszyIo, co daIo piĊkno nasze-
mu Īyciu. Od czasu kiedy poznaI TeresĊ, Īadna kobieta nie miaIa prawa zostawic w tej
czĊĞci jego mózgu najmniejszego nawet Ğladu.
85
DTP by SHADE
Teresa despotycznie okupowaIa jego poetycką pamiĊc i wymiotIa z niej Ğlady innych
kobiet. Nie byIo to sprawiedliwe, bo na przykIad dziewczyna, z którą kochaI siĊ na dy-
wanie podczas burzy, nie byIa wcale mniej godna poezji niĪ Teresa. KrzyczaIa do niego:
,Zamknij oczy, trzymaj mi biodra, trzymaj mnie mocno!¨; nie znosiIa, kiedy Tomasz
miaI przy akcie miIosnym otwarte oczy, skupione i obserwujące, a jego lekko uniesione
ciaIo nie przyciskaIo siĊ do jej skóry. Nie chciaIa, Īeby ją studiowaI. ChciaIa wciągnąc go
do wiru oczarowania, do którego nie moĪna wstąpic inaczej niĪ z zamkniĊtymi oczyma.
Dlatego nie zgadzaIa siĊ stanąc na czworakach, bo w takiej pozycji ich ciaIa w ogóle
siĊ nie dotykaIy i mógI ją oglądac z prawie póImetrowego dystansu. NienawidziIa tego
dystansu. ChciaIa zespolic siĊ z nim w jedno. Dlatego twierdziIa uparcie, Īe nie doznaIa
rozkoszy, choc caIy dywan byI mokry od jej orgazmu.
- Nie szukam rozkoszy - mówiIa - szukam szczĊĞcia, a rozkosz bez szczĊĞcia nie
jest Īadną rozkoszą.
Inaczej mówiąc dobijaIa siĊ do bramy jego poetyckiej pamiĊci. Ale brama byIa za-
mkniĊta. W poetyckiej pamiĊci nie byIo dla niej miejsca. Jej miejsce byIo na dywanie.
Jego przygoda z Teresą zaczĊIa siĊ dokIadnie w tym miejscu, w którym koĔczyIy siĊ
przygody z innymi kobietami. OdgrywaIa siĊ po drugiej stronie imperatywu, który zmu-
szaI go do zdobywania kobiet. Nie chciaI w Teresie niczego odkrywac. OtrzymaI ją od-
krytą. KochaI siĊ z nią, zanim zdąĪyI wziąc do rĊki swój imaginacyjny skalpel, którym
otwieraI leĪące ciaIo Ğwiata. Zanim zdąĪyI zapytac siebie, jaka bĊdzie, kiedy zacznie siĊ
z nią kochac, juĪ siĊ z nią kochaI.
Historia miIoĞci zaczĊIa siĊ dopiero póĨniej: dostaIa gorączki i nie mógI odesIac jej
do domu tak jak inne kobiety. KlĊczaI przy jej IóĪku i przyszIo mu do gIowy, Īe ktoĞ mu
ją posIaI po wodzie w koszyku. PowiedziaIem juĪ, Īe metafory są niebezpieczne. MiIoĞc
zaczyna siĊ od metafory. Inaczej mówiąc: miIoĞc zaczyna siĊ w chwili, kiedy kobieta
wpisze siĊ swym pierwszym sIowem do naszej poetyckiej pamiĊci.
.
12.
.
Przed kilkoma dniami znów mu siĊ zapisaIa w myĞlach: wracaIa jak zawsze do domu
z mlekiem, a kiedy jej otworzyI, przyciskaIa do piersi wronĊ otuloną w czerwony sza-
lik. Tak Cyganki trzymają w objĊciach swoje dzieci. Nigdy tego nie zapomni: ogromny,
oskarĪycielski dziób wrony przy jej twarzy.
ZnalazIa ją zakopaną w ziemi. Tak kiedyĞ kozacy robili z wziĊtymi do niewoli wro-
gami. ,Dzieci to zrobiIy¨ - powiedziaIa i w tym zdaniu byIa nie tylko konstatacja, ale
równieĪ nagIy wstrĊt do ludzi. PrzypomniaI sobie, jak mu powiedziaIa niedawno: ,za-
czynam ci byc wdziĊczna, Īe nigdy nie chciaIeĞ miec dzieci¨.
Wczoraj skarĪyIa mu siĊ, Īe w restauracji napadI na nią jakiĞ facet. ZIapaI ją Iapą
za tani naszyjnik i powiedziaI, Īe musiaIa na niego zarobic prostytucją. ByIa tym bar-
dzo przejĊta. Bardziej niĪ naleĪaIo, pomyĞlaI Tomasz. Nagle go przeraziIo, Īe tak maIo
ją widywaI w minionych dwóch latach i Īe miaI tak maIo moĪliwoĞci, by dIugo tulic
w swych dIoniach jej rĊce - Īeby przestaIy drĪec.
Z takimi myĞlami szedI rano do kancelarii, w której urzĊdniczka rozdzielaIa pracĊ
na caIy dzieĔ. JakiĞ prywatny klient upieraI siĊ, Īeby jego okna myI wIaĞnie Tomasz.
SzedI pod ten adres niechĊtnie, obawiaI siĊ, Īe znów go wzywa jakaĞ kobieta. W jego
myĞlach byIo peIno Teresy i nie miaI chĊci na Īadne przygody.
Kiedy drzwi siĊ otworzyIy, odetchnąI. ZobaczyI przed sobą wysokiego i lekko zgar-
bionego mĊĪczyznĊ. MĊĪczyzna miaI dIugą brodĊ i kogoĞ mu przypominaI.
UĞmiechnąI siĊ:
- Niech pan wejdzie, panie doktorze - i wprowadziI go do pokoju.
W pokoju staI mIody mĊĪczyzna. ByI purpurowy na twarzy. PatrzyI na Tomasza
i staraI siĊ uĞmiechac.
- Was dwóch, jak sądzĊ, nie trzeba sobie przedstawiac - powiedziaI mĊĪczyzna.
86 DTP by SHADE
- Nie - odpowiedziaI Tomasz i bez uĞmiechu podaI mIodzieĔcowi rĊkĊ. ByI to jego
syn. Potem dopiero mĊĪczyzna z dIugą brodą sam mu siĊ przedstawiI.
- Od razu wiedziaIem, Īe mi pan kogoĞ przypomina! - zawoIaI Tomasz - JakĪe!
OczywiĞcie, Īe pana znam. Pana nazwisko.
Usiedli w fotelach, miĊdzy nimi stal niski stolik konferencyjny. Tomasz uĞwiadomiI
sobie, Īe obydwaj mĊĪczyĨni, którzy naprzeciw niego siedzą, są jego niedobrowolnymi
dzieIami. Do zrobienia syna zmusiIa go pierwsza Īona, a rysy tego wysokiego mĊĪczy-
zny opisaI z przymusu policjantowi, który go przesIuchiwaI.
ĩeby odegnac te myĞli, spytaI:
- To od którego okna mam zacząc?
Obydwaj mĊĪczyĨni zaczĊli siĊ serdecznie Ğmiac.
Tak, byIo jasne, Īe nie chodzi o Īadne mycie okien. Zaproszono go nie po to, by myI
okna, zaproszono go, by go zIapac w puIapkĊ. Nigdy nie rozmawiaI ze swym synem.
DziĞ po raz pierwszy uĞcisnąI mu rĊkĊ. ZnaI go tylko z widzenia i nie chciaI go znac
inaczej. ĩyczyI sobie nic o nim nie wiedziec i chciaI, Īeby syn ĪyczyI sobie tego samego.
- PiĊkny plakat, prawda? - redaktor pokazaI duĪy rysunek w ramach, który wisiaI
na Ğcianie naprzeciw Tomasza.
Teraz dopiero Tomasz rozejrzaI siĊ po mieszkaniu. Na Ğcianach wisiaIy interesujące
obrazy, duĪo fotogramów i plakatów. Rysunek, który mu redaktor pokazaI, byI publiko-
wany w 1969 roku w jednym z ostatnich numerów tygodnika, zanim Rosjanie go zlikwi-
dowali. ByIa to imitacja sIynnego plakatu z czasów rosyjskiej wojny domowej z 1917
roku, który wzywaI do wstąpienia do Armii Czerwonej: ĪoInierz z czerwoną gwiazdą
na czapce i z niezwykle surowym spojrzeniem patrzy wam w oczy i wyciąga do was rĊkĊ
z wymierzonym palcem wskazującym. Oryginalny rosyjski tekst brzmiaI: ,Obywatelu,
czy wstąpiIeĞ juĪ do Armii Czerwonej?¨ Ten tekst zostaI zastąpiony czeskim tekstem:
,Obywatelu, ty równieĪ podpisaIeĞ dwa tysiące sIów?¨
ByI to Ğwietny Īart. ,Dwa tysiące sIów¨ to byI pierwszy sIawny manifest z wio-
sny 1968, w którym wzywano do radykalnej demokratyzacji reĪymu komunistycznego.
PodpisaIo go wielu intelektualistów, a zwyczajni ludzie przychodzili póĨniej równieĪ, aby
podpisac manifest, tak Īe podpisów byIo takie mnóstwo, Īe nikt nie byI w stanie ich
policzyc. Kiedy Armia Czerwona wdarIa siĊ do Czech i rozpoczĊIy siĊ czystki, jednym
z pytaĔ zadawanych obywatelom byIo: ,ty równieĪ podpisaIeĞ dwa tysiące sIów?¨. Kto
siĊ przyznaI, Īe podpisaI, tego bez gadania wyrzucano z pracy.
- WspaniaIy rysunek. PamiĊtam go dobrze - powiedziaI Tomasz. Redaktor
uĞmiechnąI siĊ:
- Miejmy nadzieje, Īe ten czerwonoarmijec nie podsIuchuje, o czym rozmawiamy.
Potem dodaI powaĪnie:
- ĩeby wszystko miĊdzy nami byIo jasne, panie doktorze. To nie jest moje miesz-
kanie. Jest to mieszkanie mego przyjaciela. Nie ma wiĊc pewnoĞci, Īe policja nas
tu podsIuchuje. Jest to tylko prawdopodobne. Gdybym zaprosiI pana do siebie, byIoby
to pewne.
Po czym ciągnąI znów lĪejszym tonem:
- Ale ja wychodzĊ z zaIoĪenia, Īe nie mamy przed nikim nic do ukrycia. Zresztą,
niech pan sobie wyobrazi, cóĪ to za wygoda dla przyszIych historyków! Znajdą w ar-
chiwach policyjnych nagrane Īycie wszystkich czeskich intelektualistów! Wie pan, jaki
to trud dla historyków literatury wyobrazic sobie in concreto seksualne Īycie takiego
Woltera, Balzaka czy ToIstoja? JeĞli chodzi o czeskich pisarzy, nie bĊdą istniaIy Īadne
wątpliwoĞci. Wszystko jest nagrane. KaĪde westchnienie.
OdwróciI siĊ do potencjalnych mikrofonów w Ğcianie i powiedziaI gIoĞno:
- Panowie, jak zawsze w podobnych okazjach pragnĊ dodac wam ducha w waszej
pracy i podziĊkowac wam w imieniu swoim i przyszIych historyków.
Wszyscy trzej Ğmiali siĊ przez chwilĊ, a potem redaktor rozgadaI siĊ o tym, jak
zlikwidowano jego tygodnik, co robi rysownik, który wymyĞliI tĊ karykaturĊ, co robią
87
DTP by SHADE
inni czescy malarze, filozofowie i pisarze. Po rosyjskiej inwazji wszystkich wyrzucono
z pracy i zostali sprzątaczami, myli okna, pilnowali parkingów, byli stróĪami nocnymi,
palaczami w urzĊdach, a w najlepszym, niemalĪe protekcyjnym przypadku, taksówka-
rzami.
To, co opowiadaI redaktor, nie byIo nieciekawe, ale Tomasz nie byI w stanie siĊ
skupic. MyĞlaI o swoim synu. PrzypomniaI sobie, Īe juĪ od kilku miesiĊcy spotyka go
na ulicy. To prawdopodobnie nie byI przypadek. ZaskoczyIo go, Īe widzi go teraz w to-
warzystwie przeĞladowanego redaktora. Pierwsza Īona Tomasza byIa ortodoksyjną ko-
munistką i Tomasz automatycznie spodziewaI siĊ, Īe syn jest pod jej wpIywem. Nic
o nim nie wiedziaI. MógI, oczywiĞcie, zapytac go wprost, jak mu siĊ ukIadają stosunki
z matką, ale krĊpowaI siĊ to zrobic przy obcym.
Wreszcie redaktor przeszedI do sedna sprawy. PowiedziaI, Īe coraz wiĊcej ludzi
znajduje siĊ w wiĊzieniach tylko dlatego, Īe trwają przy swych poglądach i zamknąI
swój wykIad sIowami:
- Tak wiĊc powiedzieliĞmy sobie, Īe trzeba by coĞ zrobic.
- Co chcecie zrobic? - spytaI Tomasz.
W tym momencie przemówiI jego syn. SIyszaI go po raz pierwszy. Z zaskoczeniem
stwierdziI, Īe chIopiec siĊ jąka.
- Mamy informacje - powiedziaI - Īe traktowanie wiĊĨniów politycznych jest bar-
dzo zIe. Stan niektórych spoĞród nich jest naprawdĊ krytyczny. PowiedzieliĞmy wiĊc
sobie, Īe dobrze byIoby napisac petycjĊ, którą by podpisali najwybitniejsi czescy inte-
lektualiĞci, których nazwiska mają jeszcze jakiĞ ciĊĪar gatunkowy.
Nie, to nie byIo jąkanie, raczej jakieĞ delikatne zacinanie siĊ, które zwalniaIo tok
jego wymowy, tak Īe kaĪde sIowo, które wypowiadaI byIo bez jego woli podkreĞlo-
ne z naciskiem. UĞwiadamiaI to sobie widocznie, bo jego policzki, które przed chwilą
wreszcie zbladIy, znowu spurpurowiaIy.
- ChcielibyĞcie ode mnie rady, do kogo powinniĞcie siĊ zwrócic w moim zawodzie?
- spytaI Tomasz.
- Nie - rozeĞmiaI siĊ redaktor. - Nie chcemy paĔskiej rady. Chcemy paĔskiego
podpisu.
Znowu poczuI siĊ mile poIechtany! Znów siĊ ucieszyI, Īe jest ktoĞ, kto nie zapo-
mniaI, Īe jest chirurgiem. BroniI siĊ tylko przez skromnoĞc:
- SIuchajcie, to, Īe mnie wyrzucili z pracy, to jeszcze nie dowód, Īe jestem znako-
mitym lekarzem!
- Nie zapomnieliĞmy, co pan napisaI do naszego tygodnika - uĞmiechnąI siĊ do To-
masza redaktor.
Z jakimĞ zachwytem, którego Tomasz moĪe nie zauwaĪyI, syn westchnąI:
- Tak!
- Nie wiem, czy moje nazwisko pod taką petycją moĪe pomóc wiĊĨniom politycz-
nym - odpowiedziaI Tomasz. - Czy nie powinni tego raczej podpisac ci, którzy jesz-
cze nie wpadli w nieIaskĊ i zachowali przynajmniej minimalny wpIyw na tych, którzy
są u wIadzy?
- OczywiĞcie, Īe powinni! - redaktor siĊ ĞmiaI. RównieĪ syn Tomasza rozeĞmiaI siĊ
Ğmiechem kogoĞ, kto juĪ wiele zrozumiaI:
- Tylko Īe tacy tego nigdy nie podpiszą!
- To nie znaczy - kontynuowaI redaktor - Īe ich nie nachodzimy. Tak wielkodusz-
ni znów nie jesteĞmy, nie chcemy im oszczĊdzic zaĪenowania. - ĝmiaI siĊ. - Powinien
pan posIuchac ich wykrĊtów. Są wspaniaIe!
Syn ĞmiaI siĊ potakująco.
- Wszyscy oczywiĞcie nam mówią - ciągnąI redaktor - Īe siĊ z nami absolutnie
zgadzają, tylko Īe podobno naleĪy dziaIac inaczej: bardziej taktycznie, rozumnie, dys-
kretnie. Boją siĊ to podpisac i jednoczeĞnie siĊ boją, Īe w przypadku, kiedy nie podpi-
szą, bĊdziemy o nich Ĩle myĞlec.
88 DTP by SHADE
Syn i redaktor znów siĊ razem rozeĞmiali.
Redaktor podaI Tomaszowi kartkĊ papieru z krótkim tekstem, który w stosunkowo
grzeczny sposób prosiI prezydenta republiki, aby udzieliI amnestii wiĊĨniom politycz-
nym. Tomasz staraI siĊ szybko nad tym zastanowic: amnestia dla wiĊĨniów politycz-
nych? Ale czy ktoĞ udzieli tej amnestii dlatego, Īe ludzie odtrąceni przez reĪym (a wiĊc
potencjalni nowi wiĊĨniowie polityczni) proszą o to prezydenta? Taka petycja musi prze-
cieĪ doprowadzic do tego, Īe Īadnej amnestii dla wiĊĨniów politycznych nie bĊdzie,
gdyby nawet przypadkiem wIaĞnie chcieli jej udzielic!
W tym momencie znów przemówiI do niego syn:
- Chodzi gIównie o to, Īeby ludzie dowiedzieli siĊ, Īe jest jeszcze w tym kraju
garstka ludzi, którzy siĊ nie boją. Pokazac takĪe, kto jest naprawdĊ kim. Oddzielic
plewy od ziarna.
Tomasz myĞlaI: Tak, to prawda, ale co to ma wspólnego z wiĊĨniami politycznymi?
Albo chodzi o to, by wywalczyc dla nich amnestiĊ, albo chodzi o to, by oddzielic plewy
od ziarna. Te dwie sprawy nie są toĪsame.
- Waha siĊ pan, panie doktorze? - spytaI redaktor.
Tak. WahaI siĊ. Ale baI siĊ to powiedziec. Naprzeciwko niego wisiaI na Ğcianie
obraz ĪoInierza, który wygraĪaI mu palcem i mówiI: ,I ty wahasz siĊ jeszcze, czy wstą-
pic do Armii Czerwonej?¨ Albo: ,Nie podpisaIeĞ jeszcze dwóch tysiĊcy sIów?¨ Albo:
,I ty równieĪ podpisaIeĞ dwa tysiące sIów?¨ Albo: ,Nie chcesz podpisac petycji w spra-
wie amnestii?¨. Cokolwiek by nie mówiI, wygraĪaI.
Redaktor powiedziaI juĪ przed chwilą, co myĞli o ludziach, którzy co prawda zga-
dzają siĊ z tym, Īe wiĊĨniowie polityczni powinni zostac zwolnieni, ale umieją znaleĨc
tysiące powodów, by nie podpisac petycji. WedIug niego takie myĞli są tylko wykrĊtami,
za którymi skrywa siĊ tchórzostwo. CóĪ wiĊc Tomasz miaI powiedziec?
ByIo cicho i rozeĞmiaI siĊ nagle: pokazaI na rysunek na Ğcianie.
- Ten tam mi wygraĪa i pyta, czy podpiszĊ, czy teĪ nie. Trudno jest myĞlec pod
takim spojrzeniem! Wszyscy trzej Ğmiali siĊ przez chwilĊ. Tomasz póĨniej powiedziaI:
- Dobrze. ZastanowiĊ siĊ nad tym. Czy moglibyĞmy siĊ gdzieĞ zobaczyc w najbliĪ-
szych dniach?
- Zawsze sprawi mi przyjemnoĞc spotkanie z panem - powiedziaI redaktor - ale
dla tej petycji byIoby zbyt póĨno. Chcemy jutro zanieĞc ją do prezydenta.
- Jutro - Tomasz przypomniaI sobie, jak mu otyIy policjant podawaI papier z na-
pisanym tekstem, w którym miaI zIoĪyc donos wIaĞnie na tego mĊĪczyznĊ z brodą.
Wszyscy zmuszali go, Īeby podpisywaI teksty, których sam nie napisaI.
Syn powiedziaI:
- Nad czym tu siĊ zastanawiac?
SIowa byIy agresywne, ale ton niemal bIagalny. Patrzyli sobie w oczy i Tomasz
zauwaĪyI, Īe syn w chwili skupienia delikatnie podnosi lewą czĊĞc górnej wargi. ZnaI
ten grymas ze swej wIasnej twarzy, kiedy w skupieniu przeglądaI siĊ w lustrze i kon-
trolowaI, czy jest dobrze ogolony. Widząc teraz ten grymas na obcej twarzy, nie mógI
obronic siĊ przed uczuciem jakiegoĞ niesmaku.
Kiedy rodzice Īyją z dziecmi od dzieciĔstwa, przyzwyczajają siĊ do takich podo-
bieĔstw, wydają im siĊ banalne, a kiedy od czasu do czasu uĞwiadamiają je sobie,
nawet zabawne. Ale Tomasz rozmawiaI ze swym synem po raz pierwszy w Īyciu! Nie byI
przyzwyczajony do siedzenia naprzeciw swej wIasnej skrzywionej wargi!
WyobraĨcie sobie, Īe amputowano by wam rĊkĊ i przeszczepiono ją jakiemuĞ inne-
mu czIowiekowi. CzIowiek ten siedziaIby póĨniej naprzeciw was i gestykulowaI tą rĊką.
PatrzylibyĞcie na nią jak na straszydIo. Pomimo, Īe byIa to wasza wIasna, intymnie
znajoma rĊka, przejmowaIaby was grozą myĞl, Īe moĪe was ona dotknąc.
- JesteĞ przecieĪ po stronie tych - ciągnąI syn - którzy są przeĞladowani?
Przez caIy czas Tomasz myĞlaI o tym, czy syn bĊdzie mu mówiI per ty, czy per wy.
Dotychczas formuIowaI wszystkie zdania w taki sposób, by uniknąc wyboru. Teraz siĊ
89
DTP by SHADE
wreszcie zdecydowaI. MówiI mu na ty i Tomasz naraz nabraI pewnoĞci, Īe w tej sce-
nie nie chodzi o wiĊĨniów politycznych, ale o syna: jeĞli podpisze, ich losy poIączą siĊ
i Tomasz mniej lub bardziej bĊdzie zmuszony do tego, by zbliĪyc siĊ z synem. JeĞli nie
podpisze, ich stosunki pozostaną takie jak dotychczas, to znaczy Īadne, z tym, Īe teraz
juĪ nie z jego woli, ale z woli syna, który wyrzeknie siĊ ojca za jego tchórzostwo. ByI
w sytuacji szachisty, którego nie uratuje Īadne posuniĊcie i który musi przegrac. To zu-
peInie wszystko jedno - podpisze, czy nie. Nie zmieni to w niczym ani jego losu, ani
losu wiĊĨniów politycznych.
- Dajcie to tu - powiedziaI i wziąI kartkĊ.
.
13.
.
Jak gdyby chcąc mu wynagrodzic jego decyzją, redaktor powiedziaI:
- Wspaniale pan wtedy napisaI to o Edypie. Syn podając mu pióro dodaI:
- Niektóre myĞli są jak zamach.
PochwaIa redaktora ucieszyIa go, ale metafora, której uĪyI syn wydaIa mu siĊ pom-
patyczna i nie na miejscu. PowiedziaI:
- Niestety, ten zamach uderzyI tylko we mnie. DziĊki temu artykuIowi nie mogĊ
juĪ operowac.
BrzmiaIo to chIodno, niemal nieprzyjaĨnie.
ĩeby zaIagodzic ten maIy dysonans, redaktor powiedziaI (brzmiaIo to, jakby siĊ
usprawiedliwiaI):
- Ale paĔski artykuI pomógI wielu ludziom!
Pod pojĊciem: ,pomagac ludziom¨ Tomasz od dzieciĔstwa umiaI sobie wyobrazic
tylko jedną czynnoĞc: medycynĊ. JakiĞ artykuI miaIby pomóc ludziom? CóĪ ci dwaj chcą
mu wmówic! Zredukowali jego Īycie do jednej maIej myĞli o Edypie, a wIaĞciwie do cze-
goĞ jeszcze mniejszego: do jednego prymitywnego ,nie¨, które rzuciI w twarz systemu.
PowiedziaI (a jego gIos wciąĪ brzmiaI chIodno, choc sobie tego chyba nie uĞwiada-
miaI):
- Nic nie wiem o tym, Īeby ten artykuI miaI komuĞ pomóc. Ale jako chirurg urato-
waIem Īycie wielu ludziom.
Znów przez chwilĊ panowaIa cisza. PrzerwaI ją syn:
- MyĞli teĪ mogą uratowac ludziom Īycie. Tomasz widziaI w jego twarzy swoje wIa-
sne usta i przyszIo mu do gIowy, Īe to bardzo dziwne, widziec swe usta, jak siĊ jąkają.
- W twoim artykule byIa jedna wspaniaIa rzecz - ciągnąI syn i widac byIo, Īe mówi
z trudem. - BezkompromisowoĞc. Ten sens, który juĪ tracimy, jasne rozróĪnienie po-
miĊdzy dobrem a zIem. My juĪ nie wiemy, co to znaczy czuc siĊ winnym. KomuniĞci
mają na swe usprawiedliwienie, Īe okIamaI ich Stalin. Morderca usprawiedliwia siĊ,
Īe matka go nie kochaIa i Īe jest sfrustrowany. A ty naraz powiedziaIeĞ: nie ma Īadne-
go usprawiedliwienia. Nikt w swym wnĊtrzu nie byI niewinniejszy od Edypa. A pomimo
to sam siĊ ukaraI, kiedy zobaczyI, co zrobiI.
Tomasz zmusiI siĊ, Īeby oderwac spojrzenie od swej wargi na twarzy syna i staraI
siĊ patrzec na redaktora. ByI rozdraĪniony i miaI ochotĊ nie zgadzac siĊ z nimi. Powie-
dziaI:
- Wiecie, to wszystko jest nieporozumieniem. Granice pomiĊdzy dobrem a zIem
są strasznie niejasne. Nie chodziIo mi w ogóle o to, Īe ktoĞ ma byc ukarany. Karac kogoĞ,
kto nie wiedziaI, co czyni, to barbarzyĔstwo. Mit o Edypie jest piĊkny. Ale wyrabiac
z nim takie rzeczy... - chciaI jeszcze coĞ powiedziec, ale uĞwiadomiI sobie, Īe miesz-
kanie jest byc moĪe podsIuchiwane. Nie miaI najmniejszych ambicji, by cytowali go
historycy przyszIych wieków. MiaI raczej obawy, by go nie cytowaIa policja. PrzecieĪ
wIaĞnie tej samokrytyki jego artykuIu domagano siĊ od niego. ByIo mu nieprzyjemnie,
kiedy pomyĞlaI, Īe mogliby teraz wreszcie usIyszec ją z jego ust. WiedziaI, Īe wszystko,
co czIowiek w tym kraju wypowie, moĪe byc kiedyĞ nadane przez radio. ZamilkI.
90 DTP by SHADE
- Co pana skIoniIo do tej zmiany poglądów - spytaI redaktor.
- Raczej siĊ siebie pytam, co mnie skIoniIo do napisania tego artykuIu... - po-
wiedziaI Tomasz i w tym momencie przypomniaI to sobie: znalazIa siĊ na jego IóĪku,
jak dziecko posIane w koszyku po falach. Tak, dlatego wziąI w rĊce tĊ ksiąĪkĊ: wracaI
do historii o Romulusie, o MojĪeszu, o Edypie... I oto znów byIa z nim. WidziaI ją przed
sobą, jak przyciska do piersi otuloną w czerwony szal wronĊ. Ten obraz go uspokoiI.
Jakby przyszedI mu powiedziec, Īe Teresa Īyje, Īe znajduje siĊ w tym momencie w tym
samym mieĞcie co on i Īe caIa reszta nie ma Īadnego znaczenia.
Redaktor przerwaI milczenie:
- Rozumiem pana, panie doktorze. Ja równieĪ nie lubiĊ kar. Ale my nie domagamy
siĊ kary - uĞmiechnąI siĊ - my siĊ domagamy zaniechania kary.
- Wiem - powiedziaI Tomasz. PogodziI siĊ juĪ z tym, Īe w nastĊpnych sekundach
zrobi coĞ, co jest moĪe szlachetne, ale z pewnoĞcią zupeInie niepotrzebne (bo i tak nie
pomoĪe wiĊĨniom politycznym), a dla niego osobiĞcie nieprzyjemne (poniewaĪ dzieje
siĊ w narzuconych mu okolicznoĞciach).
Syn powiedziaI jeszcze (prawie bIagalnie):
- To twój obowiązek, podpisac to.
Obowiązek? Syn bĊdzie mu przypominaI o jego obowiązkach? To byIo najgorsze
sIowo, jakiego mógI uĪyc. Znów stanąI mu przed oczyma obraz Teresy trzymającej
w objĊciach wronĊ. PrzypomniaI sobie, Īe wczoraj napastowaI ją w barze tajniak. Znów
drĪą jej rĊce. PostarzaIa siĊ. Nie zaleĪy mu na niczym poza nią. Ona, zrodzona z sze-
Ğciu przypadków, ona, kwiat wyrosIy na ischiasu ordynatora, ona, która jest po drugiej
stronie wszelkich ,es muss sein!¨, ona jest tym jedynym, na czym mu zaleĪy.
Dlaczego siĊ jeszcze w ogóle zastanawia, czy ma, czy teĪ nie ma podpisac? Ist-
nieje tylko jedno kryterium dla wszystkich jego decyzji: nie ma prawa zrobic niczego,
co mogIoby jej zaszkodzic. Tomasz nie moĪe uratowac wiĊĨniów politycznych, ale moĪe
dac Teresie szczĊĞcie. Nie umie zrobic nawet tego. Ale jeĞli podpisze petycjĊ, to prawie
na pewno tajniacy bĊdą chodzili za nią jeszcze czĊĞciej i jeszcze bardziej bĊdą drĪaIy
jej rĊce.
- Jest rzeczą o wiele waĪniejszą - powiedziaI - wygrzebac z ziemi zakopaną wronĊ,
niĪ sIac jakieĞ petycje do prezydenta.
WiedziaI, Īe to zdanie jest niezrozumiaIe, ale tym bardziej mu siĊ podobaIo. Prze-
ĪywaI moment nagIego i nieoczekiwanego upojenia. ByIo to równie czarne upojenie, jak
wtedy, kiedy uroczyĞcie oznajmiaI swej Īonie, Īe nie chce jej i swego syna juĪ nigdy wi-
dziec. ByIo to równie czarne upojenie, jak wtedy gdy wrzucaI do skrzynki list, w którym
wyrzekaI siĊ raz na zawsze swego powoIania lekarskiego. Nie byI pewien, czy postĊpuje
sIusznie, ale byI pewien, Īe postĊpuje tak, jak chce postĊpowac.
- Nie gniewajcie siĊ. Nie podpiszĊ - powiedziaI.
.
14.
.
W kilka dni póĨniej mógI przeczytac o petycji we wszystkich gazetach. Nigdzie,
rzecz jasna, nie pisano, Īe byIa to uprzejma proĞba, ujmująca siĊ za wiĊĨniami poli-
tycznymi i domagająca siĊ ich zwolnienia. ĩadna gazeta nie zacytowaIa jednego bodaj
zdania z tego krótkiego tekstu. Zamiast tego mówiIy dIugo, niejasno i groĨnie o jakimĞ
antypaĔstwowym oĞwiadczeniu, które miaIo siĊ stac podstawą do nowej walki z socja-
lizmem. WymieniaIy tych, którzy podpisali tekst i obrzucaIy ich nazwiska kalumniami
i pogróĪkami, od których Tomaszowi chodziI mróz po plecach. Z pewnoĞcią, moĪna
to byIo przewidziec. W tych czasach jakakolwiek akcja (zebranie, petycja, zgromadze-
nie uliczne), o ile nie byIa organizowana przez partiĊ komunistyczną, automatycznie
byIa uznawana za bezprawną i groziIa niebezpiecznymi konsekwencjami kaĪdemu, kto
wziąI w niej udziaI. Wszyscy o tym wiedzieli. Ale tym bardziej chyba ĪaIowaI, Īe nie
podpisaI petycji. Dlaczego wIaĞciwie jej nie podpisaI? Nie umie nawet uĞwiadomic sobie
91
DTP by SHADE
dokIadnie motywów swej decyzji.
I znów widzĊ go tak, jak mi siĊ zjawiI na samym początku powieĞci. Stoi przy oknie
i patrzy na mury przeciwlegIych kamienic.
To jest obraz, z którego siĊ narodziI. Jak juĪ mówiIem, postacie nie rodzą siĊ jak
Īywi ludzie z ciaIa matki, ale z jednej sytuacji, zdania, metafory, w której jak w orzesz-
ku uIoĪona jest jakaĞ podstawowa ludzka moĪliwoĞc, o której autor myĞli, Īe nikt jej
jeszcze nie odkryI, albo o której nikt jeszcze nic naprawdĊ waĪnego nie opowiedziaI.
Ale czyĪ nie jest tak, Īe autor umie mówic tylko sam o sobie? Patrzec bezsilnie
na podwórko i nie wiedziec, co robic; sIuchac upartego burczenia wIasnego brzucha
w chwili miIosnego wzruszenia; zdradzac i nie móc zatrzymac siĊ na piĊknej drodze
zdrad; podnosic piĊĞc w pochodzie Wielkiego Marszu; robic dowcipne ekshibicje przed
mikrofonami tajnej policji - wszystkie te sytuacje sam poznaIem i przeĪyIem, a mimo
to nie powstaIa z nich Īadna postac, która byIaby mną samym z moim curriculum vitae.
Postacie moich powieĞci są moĪliwoĞciami mnie samego, które nie doszIy do skut-
ku. Dlatego kocham wszystkie tak samo i wszystkie tak samo mnie przeraĪają: kaĪda
z nich przekroczyIa jakąĞ granicĊ, którą ja tylko obchodziIem dookoIa. I wIaĞnie ta prze-
kroczona granica (granica, za którą koĔczy siĊ moje ,ja¨) mnie pociąga. Dopiero za nią
zaczyna siĊ tajemnica, którą Īywi siĊ powieĞc. PowieĞc nie jest wyznaniem autora, ale
badaniem tego, czym jest ludzkie Īycie w puIapce, którą staI siĊ Ğwiat. Ale doĞc. Wróc-
my do Tomasza.
Jest sam w mieszkaniu i patrzy przez podwórko na brudną ĞcianĊ przeciwlegIej ka-
mienicy. TĊskni za wysokim mĊĪczyzną z wielką brodą i za jego przyjacióImi, których
nie znaI i do których nigdy nie naleĪaI. Ma uczucie takie, jakby ujrzaI na peronie piĊkną
nieznajomą i nim zdąĪyI ją zagadnąc, wsiadIa do sleepingu, który odjeĪdĪaI do Istam-
buIu albo Lizbony.
Potem staraI siĊ znów myĞlec, co byIoby wIaĞciwe. Choc staraI siĊ odIoĪyc na bok
wszystko, co byIo uczuciem (podziw dla redaktora, rozdraĪnienie, które budziI w nim
syn) ciągle jeszcze nie byI pewien, czy powinien byI podpisac tekst, który mu dali. Czy
naleĪy protestowac, kiedy ludziom kneblują usta? Tak. Ale z drugiej strony: dlaczego
gazety poĞwiĊciIy petycji tyle miejsca? Prasa (totalnie manipulowana przez paĔstwo)
mogIa przecieĪ przemilczec caIą historiĊ i nikt by siĊ o niej nie dowiedziaI. Skoro o niej
mówili, to znaczy, Īe byIa ona wIadcom kraju na rĊkĊ! SpadIa im jak z nieba, aby mogli
rozpocząc i usprawiedliwic nową falĊ przeĞladowaĔ.
CóĪ wiĊc naleĪaIo zrobic? Podpisac, czy nie? Pytanie moĪna równieĪ sformuIowac
w ten sposób: czy lepiej krzyczec i przyspieszyc swój koniec? Czy milczec i wykupic
sobie w ten sposób powolniejsze umieranie? Czy w ogóle istnieje odpowiedĨ na te pyta-
nia? I znów przyszIa mu do gIowy myĞl, którą juĪ znamy: Īycie ludzkie dzieje siĊ tylko
raz i dlatego nigdy nie bĊdziemy mogli stwierdzic, która z naszych decyzji byIa sIuszna,
a która zIa, poniewaĪ w danej sytuacji mogliĞmy zdecydowac tylko jeden raz. Nie dano
nam Īadnego drugiego, trzeciego, czwartego Īycia, abyĞmy mogli porównac róĪne kon-
sekwencje decyzji. Z historią jest podobna sprawa jak z Īyciem indywidualnym. Historia
Czechów jest tylko jedna. Pewnego dnia skoĔczy siĊ, podobnie jak Īycie Tomasza i nie
bĊdzie jej moĪna powtórzyc.
W roku 1618 w czeskich panach wezbraIo mĊstwo, zdecydowali siĊ bronic swych
swobód religijnych, rozzIoĞcili siĊ na cesarza, który miaI siedzibĊ w Wiedniu i wyrzu-
cili przez okno praskiego zamku dwóch jego wysokich urzĊdników. Tak rozpoczĊIa siĊ
wojna trzydziestoletnia, która doprowadziIa do caIkowitego niemal wyniszczenia cze-
skiego narodu. CzyĪ wiĊc jest tak, Īe Czesi powinni byli byc wówczas bardziej ostroĪni,
a mniej odwaĪni? OdpowiedĨ wydaje siĊ Iatwa, ale nie jest.
W trzysta dwadzieĞcia lat póĨniej, w roku 1938 po konferencji w Monachium caIy
Ğwiat zdecydowaI siĊ poĞwiĊcic ich kraj Hitlerowi. Mieli wiĊc spróbowac walczyc sa-
motnie przeciw oĞmiokrotnej przewadze? W przeciwieĔstwie do roku 1618 byli teraz
bardziej ostroĪni niĪ odwaĪni. Od ich kapitulacji rozpoczĊIa siĊ druga wojna Ğwiatowa,
92 DTP by SHADE
która w efekcie doprowadziIa ich naród do definitywnej utraty wolnoĞci na wiele dzie-
siĊcioleci czy moĪe nawet stuleci. CzyĪ wiĊc powinni dziaIac mniej ostroĪnie, a za to od-
waĪniej? Co powinni byli zrobic?
Gdyby historia Czech mogIa siĊ powtórzyc, z pewnoĞcią byIoby dobrze wypróbowac
za kaĪdym razem tĊ drugą ewentualnoĞc, a potem porównac rezultaty. Bez takiego eks-
perymentu wszelkie rozwaĪania są tylko grą hipotez.
Einmal Lit keinmal. Co ma stac siĊ tylko raz, to jak gdyby nigdy siĊ nie staIo. Histo-
ria Czechów nie powtórzy siĊ, historia Europy równieĪ nie. Historia Czechów i Europy
to dwa szkice narysowane przez fatalne niedoĞwiadczenie ludzkoĞci. Historia jest rów-
nie lekka jak poszczególne Īycie ludzkie, lekka jak puch, jak unoszący siĊ kurz, jak to,
czego juĪ jutro nie bĊdzie.
Tomasz jeszcze raz przypomniaI sobie z nostalgią, ba, niemalĪe z miIoĞcią wyso-
kiego, zgarbionego redaktora. Ten czIowiek zachowywaI siĊ tak, jakby historia nie byIa
szkicem, ale gotowym juĪ obrazem. ZachowywaI siĊ tak, jakby wszystko, co robi, miaIo
siĊ powtórzyc niezliczoną iloĞc razy w wieczornym powrocie i jakby byI pewien, Īe nigdy
nie zawaha siĊ w swych czynach. ByI przekonany o swej racji i nie uwaĪaI tego przeko-
nania za dowód ograniczenia, ale za znamiĊ cnoty. CzIowiek ten ĪyI w innej historii niĪ
Tomasz: w historii, która nie byIa szkicem (albo która nie wiedziaIa, Īe nim jest).
.
15.
.
W kilka dni póĨniej przyszIa mu do gIowy ta jeszcze myĞl, którą zapisujĊ jako do-
datek do poprzedniego rozdziaIu: w Kosmosie istnieje planeta, na której wszyscy ludzie
narodzą siĊ po raz drugi. BĊdą przy tym miec peIną ĞwiadomoĞc swego Īycia spĊdzo-
nego na Ziemi, wszystkich nabytych tam doĞwiadczeĔ.
I byc moĪe istnieje jeszcze nastĊpna planeta, gdzie wszyscy narodzimy siĊ po raz
trzeci z doĞwiadczeniami dwóch poprzednich wcieleĔ.
A moĪe istnieją jeszcze nastĊpne i nastĊpne planety, na których ludzkoĞc bĊdzie
siĊ rodzic zawsze o jeden stopieĔ (o jedno Īycie) dojrzalsza. To jest Tomasza wersja
wiecznego powrotu.
Ale my tutaj, na Ziemi (na planecie numer jeden, na planecie niedoĞwiadczenia)
moĪemy tylko bardzo niejasno przypuszczac, co by siĊ mogIo zdarzyc czIowiekowi na in-
nych planetach. Czy byIby mądrzejszy? Czy w ogóle dojrzaIoĞc leĪy w moĪliwoĞciach
czIowieka? Czy moĪemy ją osiągnąc przez powtarzanie?
Jedynie z perspektywy takiej utopii moĪna by z peIną odpowiedzialnoĞcią uĪywac
pojĊc optymizmu i pesymizmu: optymista to ten, który sądzi, Īe na planecie numer piĊc
historia ludzkoĞci bĊdzie juĪ mniej krwawa. Pesymistą jest ten, kto sądzi inaczej.
.
16.
.
SIynna powieĞc Juliusza Verne´a, którą Tomasz uwielbiaI jako dziecko, nazywaIa siĊ
,Dwa lata wakacji¨ i doprawdy, dwa lata to maksymalna miara dla wakacji. Tomasz myI
okna juĪ trzeci rok.
WIaĞnie w tych tygodniach uĞwiadomiI sobie (na wpóI ze smutkiem, na wpóI
z uĞmiechem), Īe jest juĪ zmĊczony (miaI codziennie jeden, a czasem nawet dwa sto-
sunki miIosne) i Īe nie mając juĪ nawet na nie ochoty posiada kobiety ostatnią resztką
siI. (Dodam: nie seksualnych, ale fizycznych siI; nie miaI problemu ze swym przyrodze-
niem, ale ze swym oddechem; w tym wIaĞnie byIo coĞ komicznego.)
Pewnego dnia staraI siĊ zorganizowac na popoIudnie randkĊ, ale jak to siĊ czasem
dzieje, nie mógI siĊ dodzwonic do Īadnej kobiety, tak Īe groziIo mu puste popoIudnie.
ByI zrozpaczony. Chyba z dziesiĊc razy dzwoniI do pewnej dziewczyny, bardzo pocią-
gającej studentki wydziaIu aktorskiego, której ciaIo byIo opalone na jakichĞ nudystycz-
nych plaĪach JugosIawii z taką skrupulatnoĞcią, jakby powoli obracaI je na roĪnie jakiĞ
93
DTP by SHADE
niewiarygodnie dokIadny przyrząd.
DzwoniI do niej bez skutku ze wszystkich sklepów, w których pracowaI. Kiedy okoIo
czwartej skoĔczyI pracĊ i wracaI do biura oddac podpisane faktury, nagle zatrzymaIa go
na ulicy w centrum Pragi nieznajoma kobieta. UĞmiechaIa siĊ do niego:
- Gdzie mi pan zniknąI, panie doktorze? StraciIam pana kompletnie z oczu!
Tomasz zastanawiaI siĊ w panice, skąd ją zna. Czy to moĪe dawna pacjentka? Za-
chowywaIa siĊ tak, jakby byli bliskimi przyjacióImi. StaraI siĊ odpowiadac w taki sposób,
Īeby nie zauwaĪyIa, Īe jej nie poznaje. ZastanawiaI siĊ juĪ nawet, jak ją skIonic, Īeby
z nim poszIa do mieszkania przyjaciela, do którego klucz miaI w kieszeni, kiedy nagle
z jakiegoĞ przypadkowego gestu poznaI, kim jest ta kobieta: byIa to studentka szkoIy
teatralnej, wspaniale opalona, do której dziĞ przez caIy dzieĔ pracowicie wydzwaniaI.
Ta przygoda go rozbawiIa, ale i wystraszyIa: jest zmĊczony nie tylko fizycznie, ale
i psychicznie: dwóch lat wakacji nie moĪna przedIuĪac w nieskoĔczonoĞc.
.
17.
.
Wakacje bez stoIu operacyjnego byIy jednoczeĞnie wakacjami bez Teresy: przez
szeĞc dni w tygodniu mijali siĊ i tylko niedzielĊ spĊdzali razem. Mimo, Īe obydwoje tĊ-
sknili, za kaĪdym razem zbliĪali siĊ do siebie z wielkiej odlegIoĞci, mniej wiĊcej z takiej,
jak wtedy, kiedy wróciI do niej z Zurychu. Uprawianie miIoĞci przynosiIo im rozkosz,
ale Īadnej radoĞci. W ogóle juĪ nie krzyczaIa, a w momencie orgazmu jej twarz zda-
waIa siĊ wyraĪac ból i dziwną nieprzyjemnoĞc. Tylko we Ğnie byli co noc czule zIączeni.
Trzymali siĊ za rĊce i Teresa zapominaIa o przepaĞci (przepaĞci ĞwiatIa dziennego),
która ich rozdzielaIa. Ale te noce nie wystarczyIy na to. by chroniI ją i leczyI. Kiedy wi-
dziaI ją rankiem, serce kurczyIo mu siĊ z lĊku o nią: wyglądaIa mizernie i niezdrowo.
Pewnej niedzieli poprosiIa go, Īeby pojechali samochodem gdzieĞ za PragĊ. Dojechali
do zdrojowego miasteczka, w którym znaleĨli wszystkie ulice nazwane rosyjskimi na-
zwami i spotkali byIego pacjenta Tomasza. To spotkanie poruszyIo go. Naraz ktoĞ znów
z nim rozmawiaI jak z lekarzem, a on czul jak z oddali zbliĪa siĊ do niego jego dawne
Īycie ze swą przyjemna regularnoĞcią, z badaniem chorych, z ich peInym zaufania
spojrzeniem, na które pozornie nie zwracaI uwagi, ale które w rzeczywistoĞci sprawiaIo
mu satysfakcjĊ i na które czekaI. Wracali póĨniej samochodem z powrotem do domu
i Tomasz myĞlaI o tym, Īe ich powrót z Zurychu byI katastrofalną omyIką. WlepiaI za-
pamiĊtale wzrok w szosĊ, nie chciaI bowiem widziec Teresy. CzuI wobec niej gniew. Jej
obecnoĞc u jego boku ukazaIa mu siĊ w caIej swej nieznoĞnej przypadkowoĞci. Dlacze-
go jest tu obok niego? Kto wIoĪyI ją do koszyka i posIaI mu po wodzie? I dlaczego posIaI
ją wIaĞnie na brzeg jego IóĪka? I dlaczego wIaĞnie ją, a nie jakąĞ inną kobietĊ? Jechali
i przez caIy czas Īadne z nich nie przemówiIo sIowem. Wrócili do domu i w milczeniu
zjedli kolacjĊ.
Milczenie leĪaIo miĊdzy nimi jak nieszczĊĞcie, z minuty na minutĊ ciĊĪsze. ĩeby siĊ
go pozbyc, szybko siĊ poIoĪyli. W nocy obudziI ją z pIaczu.
OpowiadaIa mu:
- ByIam pochowana. JuĪ dIugo. PrzychodziIeĞ do mnie co tydzieĔ. Zawsze pukaIeĞ
w grób i ja wychodziIam na wierzch. W oczach miaIam peIno gliny.
- PrzecieĪ nic nie widzisz - mówiIeĞ i odgarniaIeĞ mi glinĊ z oczu. A ja mówiIam
do ciebie:
- Ja i tak nic nie widzĊ. PrzecieĪ mam zamiast oczu puste jamy.
A potem któregoĞ dnia odjechaIeĞ na dIugo i ja wiedziaIam, Īe jesteĞ z jakąĞ inna
kobietą. MijaIy tygodnie, a ty nie przychodziIeĞ. BaIam siĊ przegapic twoje przyjĞcie
i dlatego w ogóle nie spaIam. Wreszcie zapukaIeĞ w grób, ale byIam tak zmĊczona tym
miesiącem bez snu, Īe nie miaIam siIy wyjĞc na górĊ. Kiedy mi siĊ to wreszcie udaIo,
wyglądaIeĞ na rozczarowanego. PowiedziaIeĞ mi. Īe Ĩle wyglądam. CzuIam, Īe ci siĊ
strasznie nie podobam, Īe mam zapadIe policzki i robiĊ zbyt gwaItowne ruchy.
94 DTP by SHADE
PrzepraszaIam ciĊ:
- Nie gniewaj siĊ, ale przez caIy czas nie spaIam.
A ty powiedziaIeĞ takim obIudnym, uspakajającym tonem:
- Widzisz sama. Musisz odpocząc. PowinnaĞ wziąc miesiąc urlopu.
Dobrze wiedziaIam, co masz na myĞli mówiąc o urlopie! WiedziaIam, Īe nie chcesz
mnie widziec przez caIy miesiąc, bo bĊdziesz z jakąĞ inna kobietą. OdszedIeĞ, a ja ze-
szIam z powrotem do grobu i znowu wiedziaIam, Īe przez caIy miesiąc nie usnĊ, Īeby
ciĊ nie przegapic, a kiedy przyjdziesz po miesiącu, bĊdĊ jeszcze brzydsza niĪ dziĞ i bĊ-
dziesz jeszcze bardziej niezadowolony.
Nie sIyszaI nigdy niczego bardziej drĊczącego od tego opowiadania.
TuliI TeresĊ w swych objĊciach, czuI jej drĪące ciaIo i wydawaIo mu siĊ, Īe nie jest
w stanie unieĞc swej do niej miIoĞci.
Kula ziemska mogIaby byc rozrywana wybuchami bomb, ojczyzna co dzieĔ gwaIco-
na przez innego najeĨdĨcĊ, wszyscy mieszkaĔcy sąsiedniej ulicy mogliby byc spĊdzeni
na egzekucjĊ, wszystko to zniósIby Iatwiej, niĪ odwaĪyIby siĊ przyznac. Ale nie byI
w stanie wytrzymac smutku jednego snu Teresy.
PowracaIa do wnĊtrza snu, o którym mu opowiadaIa. GIaskaI ją po twarzy i niepo-
strzeĪenie, aby nie czuIa tego zbytnio, odgarniaI glinĊ z jej oczodoIów. Potem sIyszaI,
jak mówi do niego to drĊczące zdanie:
- Ja i tak nic nie widzĊ. PrzecieĪ mam zamiast oczu puste jamy.
Serce kurczyIo mu siĊ tak, Īe myĞlaI, Īe jest na pograniczu zawaIu. Teresa juĪ
znów spaIa, ale on nie mógI usnąc. WyobraĪaI sobie jej Ğmierc. Jest martwa i Ğnią jej
siĊ koszmary; ale poniewaĪ jest martwa, on nie moĪe jej obudzic. Tak, to jest Ğmierc:
Teresa Ğpi, Ğnią jej siĊ przeraĪające sny, a on nie moĪe jej obudzic.
.
18.
.
Przez te piĊc lat, które upIynĊIy od czasu, kiedy armia rosyjska wtargnĊIa do oj-
czyzny Tomasza, Praga bardzo siĊ zmieniIa: Tomasz spotykaI na ulicach innych ludzi niĪ
niegdyĞ. PoIowa jego znajomych wyemigrowaIa, a druga poIowa, która zostaIa, umarIa.
To jest fakt, który nie bĊdzie zarejestrowany przez Īadnego historyka: lata po rosyj-
skiej inwazji byIy okresem pogrzebów; ĞmiertelnoĞc byIa o wiele wyĪsza niĪ przed-
tem. Nie mówiĊ juĪ o przypadkach (zresztą rzadkich), kiedy ludzie zostali zaszczuci
na Ğmierc jak Jan Prochazka. W czternaĞcie dni po tym, jak radio nadawaIo codziennie
jego rozmowy, poszedI do szpitala. Rak, który prawdopodobnie juĪ przedtem cicho
drzemaI w jego ciele, rozwinąI siĊ nagle jak kwiat. Operowali go w asyĞcie policji, która
w momencie, kiedy stwierdziIa, Īe pisarz jest skazany na Ğmierc, przestaIa siĊ nim in-
teresowac i pozwoliIa mu umrzec na rĊkach Īony. Ale umierali równieĪ ci, których nikt
bezpoĞrednio nie przeĞladowaI. Beznadzieja, która opanowaIa kraj, przenikaIa poprzez
dusze do ciaI i niszczyIa je. Niektórzy rozpaczliwie uciekali przed IaskawoĞcią reĪymu,
który chciaI ich obdarzyc przywilejami i zmusic do pokazania siĊ u boku nowych wIad-
ców. W taki sposób, w ucieczce przed miIoĞcią partii, zmarI poeta Frantiszek Hrubin.
Minister kultury, przed którym ukrywaI siĊ rozpaczliwie, dopadI go w trumnie. WygIosiI
nad nią przemówienie o miIoĞci poety do Związku Radzieckiego. MoĪe chciaI go obudzic
przy pomocy tej bezczelnoĞci. Ale Ğwiat byI tak paskudny, Īe nikomu nie chciaIo siĊ
zmartwychwstawac.
Tomasz poszedI do krematorium, Īeby wziąc udziaI w pogrzebie sIawnego, wyrzu-
conego z uniwersytetu i z Akademii Nauk biologa. Na klepsydrze nie moĪna byIo umie-
Ğcic informacji o godzinie pogrzebu, aby obrządek nie przemieniI siĊ w demonstracjĊ
i dopiero w ostatniej chwili Īywi dowiedzieli siĊ, Īe nieboszczyk zostanie spalony o wpóI
do siódmej rano.
Po wejĞciu do sali krematorium Tomasz nie mógI zrozumiec, co tu siĊ dzieje: po-
mieszczenie byIo oĞwietlone jak atelier filmowe. RozglądaI siĊ ze zdziwieniem zauwaĪyI,
95
DTP by SHADE
Īe w trzech miejscach zainstalowano kamery telewizyjne. Nie. to nie byIa telewizja,
to byIa policja, która filmowaIa pogrzeb, aby móc potem przestudiowac, kto wziąI w nim
udziaI. Stary kolega zmarIego naukowca, wciąĪ jeszcze czIonek Akademii Nauk, miaI
odwagĊ przemówic nad trumną. Nie spodziewaI siĊ, Īe stanie siĊ tego dnia aktorem
filmowym.
Kiedy obrządek zakoĔczyI siĊ i wszyscy podali juĪ rĊkĊ rodzinie zmarIego, Tomasz
dostrzegI w kacie sali grupkĊ mĊĪczyzn, a wĞród nich wysokiego, zgarbionego redakto-
ra. Znów poczuI tĊsknotĊ do tych ludzi, którzy nie boją siĊ niczego i są zIączeni wielką
przyjaĨnią. PodszedI do nich. UĞmiechnąI siĊ, chciaI siĊ przywitac, ale zgarbiony mĊĪ-
czyzna szepnąI:
- Uwaga, panie doktorze, niech pan siĊ lepiej nie zbliĪa.
Zdanie byIo dziwne. MógI je sobie wyjaĞnic jako szczere, przyjacielskie ostrzeĪe-
nie (,niech pan uwaĪa, filmują nas, jeĞli bĊdzie pan z nami rozmawiaI, moĪe pan miec
jedno dodatkowe przesIuchanie¨), ale mogIo byc zrozumiane ironicznie (,skoro nie miaI
pan doĞc odwagi, by podpisac petycjĊ, niech pan bĊdzie konsekwentny i nie zadaje siĊ
z nami¨). Którekolwiek z tych znaczeĔ byIo prawdziwe, Tomasz usIuchaI i oddaliI siĊ.
MiaI wraĪenie, Īe piĊkna nieznajoma na peronie wsiadIa do sleepingu dalekobieĪnego
pociągu i w momencie, kiedy chciaI jej wyrazic swój podziw, poIoĪyIa palec na ustach
i nie pozwoliIa mu mówic.
.
19.
.
Tego samego dnia po poIudniu miaI jeszcze jedno ciekawe spotkanie. MyI witrynĊ
duĪego sklepu z obuwiem, a obok niego zatrzymaI siĊ mIody mĊĪczyzna. NachyliI siĊ
ku wystawie i oglądaI ceny.
- PodroĪaIo - powiedziaI Tomasz, nie przestając swą wycieraczką Ğciągac z szyby
strumyczków wody.
MĊĪczyzna obejrzaI siĊ na niego. ByI to jego kolega ze szpitala, ten, którego ozna-
czyIem literą S., ten, który kiedyĞ gorszyI siĊ z uĞmiechem, Īe Tomasz podpisaI swe
samokrytyczne oĞwiadczenie. Tomasza ucieszyIo to spotkanie (z prostej naiwnej rado-
Ğci, jaką nam sprawiają nieoczekiwane wydarzenia), ale zauwaĪyI w spojrzeniu kolegi
(w tej pierwszej sekundzie, w której S. nie zdąĪyI siĊ jeszcze opanowac) nieprzyjemne
zaskoczenie.
- Jak siĊ masz? - spytaI go S.
Zanim jeszcze zdąĪyI odpowiedziec, wyczuI, Īe S. wstydzi siĊ swego pytania. Oczy-
wiĞcie, brzmiaIo gIupio, kiedy lekarz, który moĪe pracowac, pyta: ,Jak siĊ masz?¨ le-
karza, który myje wystawy sklepowe. ĩeby go oĞmielic, Tomasz odpowiedziaI moĪliwie
najweselej:
- Mam siĊ Ğwietnie! - ale od razu poczuI, Īe to ,Ğwietnie¨ brzmi wbrew jego woli
(i wIaĞnie dlatego, Īe staraI siĊ to wypowiedziec wesoIo) jak cierpka ironia.
Dlatego szybko dodaI:
- Co tam nowego w szpitalu? S. odpowiedziaI:
- Nic. Wszystko idzie normalnie.
I ta odpowiedĨ, mimo, Īe chciaIa byc jak najbardziej neutralna, byIa caIkiem nie
na miejscu, obydwaj to wiedzieli i wiedzieli, Īe to wiedzą: co znaczy, Īe wszystko idzie
normalnie w czasach, gdy jeden z nich myje wystawy?
- A ordynator? - spytaI Tomasz.
- To siĊ z nim nie widujesz? - zapytaI S.
- Nie - odpowiedziaI Tomasz.
To prawda, odkąd odszedI ze szpitala, nigdy siĊ z ordynatorem nie widziaI, mimo
Īe wspaniale im siĊ ze sobą pracowaIo i uwaĪali siĊ nawet za przyjacióI. Choc robiI,
co mógI, ,nie¨, które wypowiedziaI miaIo w sobie coĞ smutnego i Tomasz wyczuI, Īe S.
jest na siebie zIy, Īe wypsnĊIo mu siĊ to pytanie, poniewaĪ on, S., podobnie jak ordy-
96 DTP by SHADE
nator nigdy nie przyszedI zapytac Tomasza, jak mu siĊ powodzi i czy czegoĞ nie potrze-
buje.
Rozmowa pomiĊdzy dwoma kolegami staIa siĊ niemoĪliwa, choc obydwaj, a Tomasz
szczególnie, tego ĪaIowali. Nie gniewaI siĊ na swych kolegów, Īe o nim zapomnieli.
ChĊtnie by to temu mIodemu czIowiekowi wyjaĞniI. ChciaI mu powiedziec: ,Nie wstydĨ
siĊ! To normalne i w absolutnym porządku, Īe nie utrzymujecie ze mną stosunków! Nie
miej z tego powodu kompleksów! CieszĊ siĊ, Īe ciĊ widzĊ¨. Ale baI siĊ równieĪ to po-
wiedziec, poniewaĪ wszystko, co dotychczas powiedziaI, brzmiaIo inaczej, niĪ chciaI
i równieĪ to szczere zdanie jego kolega przyjąIby jak gryzącą ironiĊ.
- Nie gniewaj siĊ - powiedziaI wreszcie S. - Strasznie siĊ spieszĊ - i podaI mu
rĊkĊ. - ZadzwoniĊ do ciebie.
Kiedy jego koledzy wówczas pogardzali nim z powodu jego domniemanego tchó-
rzostwa, wszyscy uĞmiechali siĊ do niego. Teraz, kiedy juĪ nie mogą nim pogardzac,
kiedy nawet są zmuszeni go szanowac, unikają go.
Zresztą równieĪ i dawni pacjenci juĪ go nie zapraszali i nie witali szampanem.
Sytuacja zdeklasowanych intelektualistów przestaIa byc czymĞ wyjątkowym; staIa siĊ
trwaIym i niemiIym elementem rzeczywistoĞci.
.
20.
.
PrzyszedI do domu i poIoĪyI siĊ wczeĞniej niĪ zwykle. Mniej wiĊcej po godzinie obu-
dziI go ból ĪoIądka. To byIy jego stare dolegliwoĞci, które zawsze zjawiaIy siĊ w momen-
tach depresji. OtworzyI apteczkĊ i zakląI. Nie byIo tam Īadnego lekarstwa. ZapomniaI
siĊ o nie postarac. StaraI siĊ zlikwidowac atak siIą woli i prawie mu siĊ to udaIo, ale nie
mógI zasnąc. Kiedy Teresa wróciIa do domu o wpóI do drugiej, miaI chĊc z nią pogadac.
OpowiadaI jej o pogrzebie i o tym, jak redaktor nie chciaI z nim rozmawiac i o spotkaniu
z kolega S.
- Praga zrobiIa siĊ paskudna - powiedziaIa Teresa.
- To prawda - powiedziaI Tomasz.
Po maIej pauzie Teresa powiedziaIa cicho:
- Najlepiej by byIo wynieĞc siĊ stąd.
- Tak - powiedziaI Tomasz. - Ale nie ma dokąd.
SiedziaI na IóĪku, a ona przysiadIa obok niego i objĊIa go wpóI.
- Na wieĞ - powiedziaIa.
- Na wieĞ? - zdziwiI siĊ.
- Tam bylibyĞmy sami. Tam byĞ nie spotkaI ani redaktora, ani swych byIych kole-
gów. Tam są inni ludzie, no i przyroda, która zostaIa taka sama jak przedtem.
Tomasz znów poczuI w tym momencie lekki ból ĪoIądka, wydawaI siĊ sam sobie
stary i miaI wraĪenie, Īe nie pragnie niczego oprócz odrobiny spokoju.
- MoĪe masz racjĊ - powiedziaI z trudem; przy bólu trudno mu byIo oddychac.
Teresa ciągnĊIa:
- MielibyĞmy tam domek z maIym ogródkiem i Karenin by siĊ przynajmniej po-
rządnie wylataI.
- Tak - powiedziaI Tomasz.
Potem wyobraziI sobie, jakby to byIo, gdyby naprawdĊ pojechali na wieĞ. Na wsi
nie mógIby miec co tydzieĔ nowej kochanki. Jego erotyczne przygody musiaIyby siĊ
skoĔczyc.
Tylko Īe na wsi byĞ siĊ ze mną nudziI - powiedziaIa Teresa, jakby czytając jego
myĞli.
Ból znowu narastaI. Nie mógI mówic. PrzyszIo mu do gIowy, Īe jego gonitwa za ko-
bietami byIa takĪe jakimĞ ,es muss sein!¨, imperatywem, który czyniI z niego niewol-
nika. PragnąI wakacji. Ale zupeInych wakacji, a wiĊc pozbycia siĊ wszystkich impe-
ratywów, wszystkich ,es muss sein!¨. Skoro mógI odpocząc (i to na zawsze) od stoIu
97
DTP by SHADE
operacyjnego, dlaczego by nie miaI odejĞc od operacyjnego stoIu Ğwiata, na którym
imaginacyjnym skalpelem otwieraI szkatuIkĊ, w której kobiety ukrywaIy jedną miliono-
wą nienaĞladowalnego?
- Ciebie boli ĪoIądek! - dopiero teraz poznaIa Teresa. PrzytaknąI.
- ZrobiIeĞ sobie zastrzyk? PokrĊciI gIową:
- ZapomniaIem go zaIatwic.
GniewaIa siĊ na jego niedbalstwo i gIadziIa go po czole, lekko spoconym z bólu.
- JuĪ mi trochĊ lepiej - powiedziaI.
- PoIóĪ siĊ - powiedziaIa i przykryIa go kocem. PoszIa potem do Iazienki, a po chwili
poIoĪyIa siĊ obok niego.
OdwróciI ku niej gIowĊ na poduszce i zmartwiaI: smutek, który biI z jej oczu byI nie
do zniesienia.
PowiedziaI:
- Co ci jest, Tereso? CoĞ siĊ z tobą dzieje w ostatnich czasach. CzujĊ to, widzĊ.
- Nie, nic mi nie jest - pokrĊciIa gIową.
- Nie kIam!
- To ciągle to samo - powiedziaIa.
,Ciągle to samo¨ - oznaczaIo jej zazdroĞc i jego zdrady. Ale Tomasz wciąĪ nalegaI:
- Nie, Teresko. Tym razem to co innego. Tak Ĩle jeszcze nie byIo. Teresa powie-
dziaIa:
- WiĊc ci powiem. IdĨ umyj gIowĊ.
Nie zrozumiaI jej.
PowiedziaIa smutnie, bez agresji, prawie czule:
- Twoje wIosy juĪ od kilku miesiĊcy mają intensywny zapach. Czuc je kobiecym
kroczem. Nie chciaIam ci o tym mówic. Ale juĪ wiele nocy muszĊ wdychac zapach chwo-
ji jakiejĞ twojej kochanki.
Ledwie to powiedziaIa, znów rozbolaI go ĪoIądek. ByI zrozpaczony. Tak starannie
siĊ myje! Tak pieczoIowicie szoruje caIe ciaIo, rĊce, twarz, Īeby nie pozostaI na nim
nawet Ğlad obcego zapachu. Unika pachnących mydeIek w cudzych Iazienkach, nosi
ze sobą zawsze kawaIek zwykIego mydIa. Ale o wIosach zapomniaI! Nie, nie przyszIo
mu do gIowy, Īeby pomyĞlec o wIosach.
I przypomniaI sobie kobietĊ, która siada mu na twarzy i chce, Īeby ją kochaI caIą
gIową i ciemieniem. NienawidziI jej w tej chwili. Takie idiotyczne pomysIy! WiedziaI,
Īe nie moĪe siĊ niczego zaprzec. MoĪe tylko zaĞmiac siĊ gIupio i iĞc umyc gIowĊ do Ia-
zienki.
PogIadziIa go znów po czole.
- LeĪ. JuĪ nie warto. JuĪ siĊ do tego przyzwyczaiIam. ĩoIądek bolaI go i pragnąI
tylko spokoju.
- NapiszĊ do tego pacjenta - powiedziaI - któregoĞmy spotkali w zdrojowisku.
Znasz ten powiat, w którym jest jego wieĞ?
- Nie - powiedziaIa Teresa.
Tomasz mówiI z trudem. DaI radĊ powiedziec tylko:
- Lasy... pagórki...
- Tak, zrobimy to. Wyjedziemy stąd. Ale teraz juĪ nic nie mów - i wciąĪ gIadziIa
go po czole. LeĪeli obok siebie i nic juĪ nie mówili. Ból zwolna odchodziI. Wkrótce oboje
usnĊli.
.
21.
.
W Ğrodku nocy zbudziI siĊ i ze zdziwieniem sobie przypomniaI, Īe miaI same ero-
tyczne sny. PamiĊtaI jasno tylko ostatni: w basenie pIywaIa na plecach ogromna naga
kobieta, mniej wiĊcej piĊciokrotnie wiĊksza od niego, z brzuchem, który byI caIy po-
roĞniĊty gĊstym owIosieniem, od krocza aĪ do pĊpka. PrzyglądaI jej siĊ z brzegu i czuI
98 DTP by SHADE
silne podniecenie.
Jak to moĪliwe, Īe mógI czuc podniecenie w chwili, gdy jego ciaIo byIo osIabione
przez skurcze ĪoIądka? I jak to moĪliwe, Īe mógI go podniecic widok kobiety, która
na jawie mogIa w nim wzbudzic wyIącznie wstrĊt?
PowiedziaI sobie: w mechanizmie zegarowym gIowy krĊcą siĊ w przeciwnych kie-
runkach dwa zĊbate kóIeczka. Na jednym z nich są sny, na drugim reakcja ciaIa. Ząbek,
na którym jest wizja nagiej kobiety, dotyka ząbka drugiego kóIeczka, na którym jest
zapisany imperatyw erekcji. Kiedy przez jakieĞ niedopatrzenie kóIeczka przesuną siĊ
i ząbek podniecenia wejdzie w kontakt z ząbkiem, na którym jest namalowany obraz
lecącej jaskóIki, nasz czIonek bĊdzie nabrzmiewac przy widoku jaskóIki.
ZnaI zresztą pracĊ jednego z kolegów, który zajmowaI siĊ snem ludzkim i twierdziI,
Īe mĊĪczyzna ma erekcjĊ przy jakimkolwiek Ğnie. Oznacza to, Īe poIączenie erekcji
z nagą kobietą jest tylko jednym z tysiąca sposobów, w jaki Stwórca mógI wyregulowac
zegarowy mechanizm w gIowie mĊĪczyzny.
A co ma z tym wspólnego miIoĞc? Nic. JeĞliby w jakiĞ sposób kóIeczko w gIowie
Tomasza przesunĊIo siĊ i zacząIby siĊ podniecac wyIącznie na widok jaskóIki, w jego
miIoĞci do Teresy nic siĊ nie zmieni.
JeĞli podniecenie jest mechanizmem, którym bawi siĊ nasz Stwórca, miIoĞc jest
tym, co naleĪy tylko do nas i dziĊki czemu wymykamy siĊ Stwórcy. MiIoĞc jest naszą
wolnoĞcią. MiIoĞc jest po drugiej stronie ,es muss sein!¨
Ale to nie jest caIkiem tak. Choc miIoĞc jest czymĞ innym niĪ zegarowy mechanizm
seksu, którym bawiI siĊ Stwórca, jest jednak do tego mechanizmu podIączona. Jest
przywiązana do niego jak delikatna naga kobieta do wahadIa gigantycznego zegara.
Tomasz powiedziaI sobie: związanie miIoĞci z seksem byIo jednym z najbardziej
wyrafinowanych pomysIów Stwórcy.
A potem powiedziaI sobie jeszcze coĞ: jedynym sposobem, w jaki moĪna by uchro-
nic miIoĞc przed gIupotą seksu, byIoby nakrĊcenie zegara w naszej gIowie inaczej i pod-
niecanie siĊ na widok jaskóIki.
Z tą sIodką myĞlą usypiaI. Na progu snu, w tym cudownym terytorium splątanych
wyobraĪeĔ, poczuI naraz pewnoĞc, Īe odkryI rozwiązanie wszystkich zagadek, klucz
do tajemnicy, nową utopiĊ, raj: Ğwiat, w którym czIowiek podnieca siĊ na widok jaskóIki
i w którym moĪe kochac TeresĊ bez przeszkód agresywnej gIupoty seksu.
UsnąI.
.
22.
.
ByIo tam kilka póInagich kobiet, krĊciIy siĊ wokóI niego, a on czuI siĊ zmĊczony.
ĩeby uciec przed nimi, otworzyI drzwi do sąsiedniego pomieszczenia. ZobaczyI tam
na tapczanie naprzeciw siebie dziewczynĊ. ByIa teĪ póInaga, tylko w majtkach, leĪaIa
na boku i opieraIa siĊ na Iokciu. PatrzyIa na niego z uĞmiechem, jak gdyby wiedziaIa,
Īe przyjdzie.
PodszedI do niej. CzuI niezmierne szczĊĞcie, Īe wreszcie ją odnalazI i Īe moĪe z nią
byc. UsiadI obok niej, coĞ do niej mówiI i ona mówiIa coĞ do niego. PromieniowaI z niej
spokój. Gesty jej rąk byIy powolne i harmonijne. Przez caIe Īycie tĊskniI do takich ge-
stów. WIaĞnie tego kobiecego spokoju brakowaIo mu przez caIe Īycie.
Ale w tym momencie zeĞliznąI siĊ ze snu do jawy. ZnalazI siĊ w tym no man´s land,
gdzie czIowiek juĪ nie Ğpi, ale jeszcze siĊ nie ocknąI. ByI przeraĪony, Īe dziewczyna
znika mu z oczu i mówiI sobie: na Boga, nie mogĊ jej utracic! Rozpaczliwie staraI siĊ
przypomniec sobie, kim jest ta dziewczyna, gdzie wIaĞciwie ją spotkaI, co z nią przeĪyI.
Jak to moĪliwe, Īe nie wie tego wszystkiego, skoro tak dobrze ją zna? ObiecywaI sobie,
Īe zaraz rano do niej zadzwoni. Ale kiedy tylko to sobie powiedziaI, od razu poczuI lĊk,
Īe nie bĊdzie mógI do niej zadzwonic, bo zapomniaI jak siĊ nazywa. Ale w jaki sposób
mógI zapomniec imienia kogoĞ, kogo tak dobrze zna? Potem byI juĪ prawie caIkiem
99
DTP by SHADE
przebudzony, miaI otwarte oczy i mówiI sobie: gdzie jestem? Tak, jestem w Pradze, ale
czy ta dziewczyna jest w ogóle z Pragi? Czy nie spotkaIem jej gdzieĞ indziej? Czy to nie
jest dziewczyna ze Szwajcarii? TrwaIo jeszcze chwilĊ, zanim zrozumiaI, Īe nie zna tej
dziewczyny, Īe nie jest ona ani z Pragi ani ze Szwajcarii, Īe jest to dziewczyna ze snu
i z nikąd indziej.
ByI tym tak wzburzony, Īe usiadI na IóĪku. Teresa obok niego oddychaIa gIĊboko.
MyĞlaI o tym, Īe ta dziewczyna ze snu nie jest podobna do Īadnej z kobiet, które spo-
tkaI w Īyciu. Dziewczyna, która wydaIa mu siĊ najintymniej znajoma byIa kompletnie
obca. Ale do niej wIaĞnie tĊskniI od zawsze. JeĞli istnieje jakiĞ jego osobisty raj, bĊdzie
musiaI Īyc w tym raju przy jej boku. Ta kobieta ze snu jest ,es muss sein!¨ jego miIoĞci.
PrzypomniaI sobie znany mit z ,Uczty¨ Platona: ludzie byli najpierw hermafrodyta-
mi i bóg przedzieliI ich na dwie poIowy, które od tego czasu bIądzą po Ğwiecie szukając
siĊ nawzajem. MiIoĞc jest tĊsknotą po utraconej poIowie nas samych.
PrzypuĞcmy, Īe tak jest; Īe kaĪdy z nas ma gdzieĞ na Ğwiecie partnera, z którym
kiedyĞ tworzy! jedno ciaIo. Ta druga polowa Tomasza, to byIa dziewczyna ze snu. Ale
czIowiek nie odnajdzie drugiej poIowy siebie samego. Zamiast niej poĞlą mu w koszyku
po wodzie TeresĊ. Ale co siĊ stanie, kiedy póĨniej naprawdĊ spotka kobietĊ, która byIa
mu przeznaczona, drugą poIowĊ siebie? Kogo wybierze? KobietĊ z koszyka, czy kobietĊ
z mitu Platona?
WyobraziI sobie, Īe Īyje w idealnym Ğwiecie z dziewczyną ze snu. Przed otwarty-
mi oknami ich willi przechodzi Teresa. Jest sama, zatrzymuje siĊ na chodniku i patrzy
naĔ stamtąd nieskoĔczenie smutnym wzrokiem. A on nie wytrzymuje jej spojrzenia.
JuĪ znowu czuje jej ból w swoim wIasnym sercu! JuĪ znów jest we wIadzy wspóIczucia
i przenika do jej duszy. Wyskoczy na zewnątrz przez okno. Ale ona powie mu cierpko,
Īeby pozostaI tam, gdzie jest szczĊĞliwy i mówiąc to bĊdzie wykonywaIa szybkie, ner-
wowe gesty, które go zawsze raziIy i które mu siĊ w niej nie podobaIy. Pochwyci te ner-
wowe rĊce, ĞciĞnie je w dIoniach, aby je uspokoic. I wie, Īe kiedyĞ opuĞci dom swego
szczĊĞcia, Īe opuĞci raj, w którym Īyje z dziewczyną ze snu, Īe zdradzi ,es muss sein!¨
swej miIoĞci, aby odejĞc z Teresą, kobietą zrodzoną z poIączenia szeĞciu przypadków.
SiedziaI wciąĪ na IóĪku i patrzyI na kobietĊ, która leĪaIa obok niego i trzymaIa go
przez sen za rĊkĊ. CzuI do niej niewypowiedzianą miIoĞc. Jej sen musiaI byc w tym mo-
mencie bardzo pIytki, bo otworzyIa oczy i nieprzytomnie popatrzyIa na niego.
- Na co patrzysz? - spytaIa.
WiedziaI, Īe nie powinien jej obudzic, ale odprowadzic z powrotem w sen; staraI siĊ
dlatego odpowiedziec jej w taki sposób, aby jego sIowa wytworzyIy w jej myĞli obraz
nowego snu.
- PatrzĊ na gwiazdy - powiedziaI.
- Nie kIam, jak moĪesz patrzec na gwiazdy, kiedy patrzysz w dóI.
- Bo jestem w samolocie. Gwiazdy są pod nami - odpowiedziaI Tomasz.
- Aha, w samolocie... - powiedziaIa Teresa. ĝcisnĊIa jeszcze mocniej rĊkĊ Toma-
sza i znów usnĊIa. Tomasz wiedziaI, Īe teraz Teresa wygląda w dóI przez maIe okrągIe
okienko samolotu, który leci wysoko nad gwiazdami.
.
CZĉĝC VI
.
Wielki marsz
.
1.
.
Dopiero w 1980 roku mogliĞmy dowiedziec siĊ z ,Sunday Times¨, jak umarI syn
Stalina Jaków. W czasie II wojny Ğwiatowej umieszczono go jako jeĔca w niemieckim
obozie razem z oficerami angielskimi. Mieli wspólną ubikacjĊ. Syn Stalina zostawiaI
ją zapaskudzoną. Anglicy nie mieli ochoty patrzec na ubikacjĊ umazaną gównem, nawet
100 DTP by SHADE
jeĞli byIo to gówno syna najpotĊĪniejszego wówczas czIowieka Ğwiata. WytknĊli mu to.
ObraziI siĊ. WytknĊli mu to ponownie i zmusili go, Īeby wyczyĞciI latrynĊ. ZdenerwowaI
siĊ, pokIóciI siĊ z nimi, pobili siĊ. Wreszcie zaĪądaI widzenia z komendantem obozu.
ChciaI, Īeby ich rozsądziI, ale zadufany Niemiec odmówiI rozmawiania o gównie. Syn
Stalina nie potrafiI znieĞc poniĪenia. Miotając w niebo straszne rosyjskie przekleĔstwa
rzuciI siĊ pĊdem ku naelektryzowanym drutom, które otaczaIy obóz. RunąI na nie. Jego
ciaIo, które juĪ nigdy nie zanieczyĞci Anglikom klozetu, zawisIo w bezruchu.
.
2.
.
Syn Stalina nie miaI Iatwego Īycia. Ojciec spIodziI go z kobietą, którą potem wedle
wszelkich znaków na niebie i ziemi zastrzeliI. MIody Stalin byI wiĊc synem Boga (gdyĪ
ojciec jego byI czczony jak Bóg), a jednoczeĞnie byI przez Boga odtrącony. Ludzie bali
siĊ go podwójnie: mógI im zaszkodzic swą mocą (jednak byI synem Stalina) i swą
przyjaĨnią (zamiast odtrąconego syna, ojciec mógI ukarac jego przyjacióI). Odtrącenie
i wyniesienie, szczĊĞcie i nieszczĊĞcie, nikt inny nie odczuI konkretniej, jak wymienne
są te przeciwieĔstwa i Īe od jednego bieguna ludzkiej egzystencji do drugiego jest tylko
krok. Potem, na początku wojny, wziĊli go do niewoli Niemcy, a inni jeĔcy, naleĪący
do narodu, który zawsze byI mu do gIĊbi duszy wstrĊtny przez swoją niezrozumiaIą
powĞciągliwoĞc, oskarĪyli go, Īe jest nieczysty. Jego, który niósI na swych barkach naj-
wiĊkszy dramat (byI zarazem synem Boga i strąconym anioIem), miano by sądzic nie
za rzeczy podniosIe (dotyczące Boga i anioIów), lecz za gówno? Od najwyĪszego dra-
matu do najniĪszego jest wiĊc tak zawrotnie blisko?
Zawrotnie blisko? Czy bliskoĞc moĪe przyprawic o zawrót gIowy?
MoĪe. Kiedy biegun póInocny zbliĪy siĊ do poIudniowego na wyciągniĊcie dIoni, kula
ziemska zniknie, a czIowiek ocknie siĊ w pustce, która mu zakrĊci w gIowie i powali go
na kolana.
JeĪeli odtrącenie i wyniesienie są jednym i tym samym, jeĪeli nie ma róĪnicy miĊ-
dzy podniosIoĞcią a nikczemnoĞcią, jeĪeli syn Boga moĪe byc sądzony za gówno, egzy-
stencja ludzka traci swą wagĊ i staje siĊ nieznoĞnie lekka. W tym momencie syn Stalina
zaczyna biec na druty elektryczne, by rzucic na nie swe ciaIo jak na szalĊ wagi, której
dIugie ramiĊ jest obciąĪone nicoĞcią Ğwiata, który straciI swój wymiar.
Syn Stalina oddaI Īycie za gówno. Ale Ğmierc za gówno nie jest Ğmiercią bez sensu.
Niemcy, którzy oddawali Īycie, aby rozszerzyc terytorium swej Rzeszy na wschód, Ro-
sjanie, którzy umierali, aby wIadza ich ojczyzny siĊgaIa dalej na zachód, tak, ci umierali
za gIupstwa, ich Ğmierc jest pozbawiona sensu i ogólniejszego znaczenia. Natomiast
Ğmierc syna Stalina byIa wobec ogólnego kretynizmu wojny jedyną Ğmiercią metafi-
zyczną.
.
3.
.
Kiedy byIym maIy i oglądaIem Stary Testament w wersji dla dzieci, ozdobiony ryci-
nami Gustawa Doré, widziaIem tam Pana Boga na chmurze. ByI to stary czIowiek z ocza-
mi, nosem i dIugą brodą, mówiIem wiĊc sobie, Īe skoro ma usta, musi jeĞc. A skoro je,
musi miec równieĪ kiszki. Ta myĞl peszyIa, bo choc byIem dzieckiem z rodziny raczej
niewierzącej, czuIem, Īe wyobraĪenie BoĪych kiszek ma w sobie coĞ ze ĞwiĊtokradztwa.
Bez jakiegokolwiek przygotowania teologicznego, spontanicznie rozumiaIem wiĊc
juĪ jako dziecko nieodIącznoĞc gówna i Boga i pIynącą stąd wątpliwoĞc, dotyczącą pod-
stawowej tezy antropologii chrzeĞcijaĔskiej, wedIug której czIowiek zostaI stworzony
na podobieĔstwo boĪe. Albo - albo: albo czIowiek jest stworzony na podobieĔstwo
boĪe i wówczas Bóg ma kiszki, albo Bóg nie ma kiszek i czIowiek nie jest do niego po-
dobny.
Starzy gnostycy odczuwali to równie dobrze jak ja w wieku piĊciu lat. Walentyn,
101
DTP by SHADE
wielki mistrz gnozy w II wieku, chcąc rozwiązac ten przeklĊty problem twierdziI, Īe Jezus
jadI, piI, ale nie defekowaI.
Gówno jest trudniejszym problemem teologicznym niĪ zIo. Bóg obdarzyI czIowie-
ka wolnoĞcią, moĪemy wiĊc koniec koĔców przyjąc, Īe nie jest odpowiedzialny za zIo,
które czIowiek czyni. Ale odpowiedzialnoĞc za gówno ponosi w peIni ten, który stworzyI
czIowieka.
.
4.
.
ĝwiĊty Hieronim z IV wieku nie dopuszczaI myĞli, jakoby Adam z Ewą mieli w raju
spóIkowac. Jahannes Scottus Eriugena. wielki teolog IX wieku, przeciwnie, myĞl taką
dopuszczaI. WyobraĪaI sobie jednak, Īe Adam podnosiI czIonek tak, jak podnosi siĊ
rĊkĊ lub nogĊ, to znaczy kiedy chciaI i jak chciaI. Nie szukajmy za tym wyobraĪeniem
wiecznego marzenia mĊĪczyzny zĪeranego strachem przed impotencją. MyĞl Scotta
Eriugeny ma inny sens. JeĪeli czIonek moĪe siĊ podnieĞc na zwykIy rozkaz mózgu,
oznacza to, Īe podniecenie jest na Ğwiecie zbyteczne. CzIonek nie dlatego podnosi siĊ,
Īe jesteĞmy podnieceni, ale dlatego, Īe mu to nakazujemy. Tym. co wielkiemu teolo-
gowi wydawaIo siĊ nie do pogodzenia z rajem, nie byIo spóIkowanie i związana z nim
rozkosz. Nie do pogodzenia z rajem byIo podniecenie. ZapamiĊtajmy to dobrze: w raju
istniaIa rozkosz, ale nie podniecenie.
W tezie Scotta Eriugeny znajdujemy klucz do jakiegoĞ teologicznego usprawiedli-
wienia (inaczej mówiąc teodycei) gówna. Dopóki czIowiek przebywaI w raju, bądĨ nie
defekowaI (podobnie jak Jezus wedIug wyobraĪeĔ Walentyna) bądĨ - co wydaje mi siĊ
prawdopodobniejsze - gówno nie byIo uwaĪane za coĞ wstrĊtnego. Bóg daI czIowie-
kowi poznac wstrĊt w chwili, gdy wygnaI go z raju. CzIowiek zacząI ukrywac to, czego
siĊ wstydziI, a w momencie kiedy siĊ obnaĪyI zostaI oĞlepiony ogromną Iuną. Tak wiĊc
zaraz po tym, jak poznaI wstrĊt poznaI i podniecenie. Bez gówna - w dosIownym i me-
taforycznym tego sIowa znaczeniu - nie byIoby miIoĞci seksualnej takiej, jaką znamy.
Takiej, której towarzyszy bicie serca i olĞnienie zmysIów. OpowiadaIem juĪ w trzeciej
czĊĞci tej powieĞci o póInagiej Sabinie, która stoi w meloniku na gIowie obok ubranego
Tomasza. CoĞ wtedy przemilczaIem. Kiedy patrzyIa na siebie w lustrze, czując podnie-
cenie zrodzone z wIasnej ĞmiesznoĞci, przemknĊIo jej przez gIowĊ wyobraĪenie, Īe To-
masz ją tak, z tym melonikiem na gIowie sadza na misce klozetowej, a ona wypróĪnia
przed nim kiszki. W tym momencie serce zaczĊIo jej walic, przestaIa nad sobą panowac,
ĞciągnĊIa Tomasza na dywan i wkrótce krzyczaIa z rozkoszy.
.
5.
.
Spór miĊdzy tymi, którzy twierdzą, Īe Ğwiat zostaI stworzony przez Boga, a tymi,
którzy uwaĪają, Īe powstaI sam z siebie, dotyczy czegoĞ, co przekracza nasz rozum
i doĞwiadczenie. O wiele wyraĨniejsza róĪnica dzieli tych, którzy wątpią w sens bytu,
który zostaI czIowiekowi dany (wszystko jedno w jaki sposób, czy przez kogo) od tych,
którzy go bez zastrzeĪeĔ akceptują.
Za wszystkimi europejskimi wiarami religijnymi i politycznymi stoi pierwszy rozdziaI
Genesis, z którego wypIywa, Īe Ğwiat zostaI stworzony wIaĞciwie, Īe byt jest dobrem,
naleĪy wiĊc siĊ mnoĪyc. Nazwijmy tĊ podstawową wiarĊ kategoryczną zgodą na byt.
JeĞli jeszcze do niedawna sIowo ,gówno¨ bywaIo w ksiąĪkach wykropkowywane,
nie dziaIo siĊ to z powodów moralnych. Nie bĊdziecie przecieĪ twierdzic, Īe gówno jest
niemoralne. Niezgoda na gówno ma charakter metafizyczny. Chwila defekowania jest
codziennym dowodem na to, Īe Stwór Boski jest nie do przyjĊcia. Albo - albo: albo
moĪemy zgodzic siĊ na gówno (a wtedy nie zamykajmy drzwi do ubikacji!), albo zosta-
liĞmy stworzeni w sposób nie do przyjĊcia.
Wynika z tego, Īe estetycznym ideaIem kategorycznej zgody na byt jest Ğwiat,
102 DTP by SHADE
w którym gówno jest zanegowane i wszyscy siĊ zachowują jakby nie istniaIo. Ten este-
tyczny ideaI nazywa siĊ kiczem.
Jest to niemieckie sIowo, zrodzone w samym Ğrodku sentymentalnego XIX wieku,
które przeniknĊIo do wszystkich jĊzyków. Ale my w Europie ĝrodkowej rozumiemy
w peIni jego metafizyczne znaczenie: kicz jest absolutną negacją gówna w dosIownym
i metafizycznym tego sIowa znaczeniu; kicz eliminuje ze swego pola widzenia wszystko,
co w ludzkiej egzystencji jest esencjonalnie nie do przyjĊcia.
.
6.
.
Pierwszy wewnĊtrzny bunt Sabiny przeciw komunizmowi miaI charakter nie etycz-
ny, ale estetyczny. Tym, co ją odpychaIo, byIa jednak w znacznie mniejszym stopniu
brzydota komunistycznego Ğwiata (zniszczone zamki zamienione w chlewy) niĪ maska
piĊkna, którą sobie nakIadaI, inaczej mówiąc komunistyczny kicz. Jego modelem jest
uroczystoĞc zwana Pierwszym Maja.
WidziaIa pochody pierwszomajowe w czasach, kiedy ludzie byli jeszcze w peIni en-
tuzjazmu albo kiedy jeszcze entuzjazm pilnie udawali. Kobiety byIy ubrane w czerwone,
biaIe i niebieskie koszulki, tak Īe widziane z balkonów i okien tworzyIy róĪne figury:
gwiazdy piĊcioramienne, serca, litery. MiĊdzy poszczególnymi czĊĞciami pochodu szIy
maIe orkiestry grające do marszu. Kiedy pochód zbliĪaI siĊ do trybuny, najbardziej
znudzone twarze rozjaĞniaI uĞmiech, jakby chciaIy dowieĞc, Īe cieszą siĊ jak naleĪy
albo dokIadniej, Īe jak naleĪy zgadzają siĊ. Nie szIo jednak o zwykIą polityczną zgodĊ
na komunizm, lecz o zgodĊ na byt jako taki. ĝwiĊto Pierwszego Maja siĊgaIo korzenia-
mi do gIĊbokiej studni kategorycznej zgody na byt. Niepisanym, niewypowiedzianym
hasIem pochodu nie byIo ,niech Īyje komunizm!¨, lecz ,niech Īyje Īycie!¨. SiIa i puIapka
polityki komunistów polegaIy na tym, Īe sobie to hasIo przywIaszczyli. Ta wIaĞnie idio-
tyczna tautologia (,niech Īyje Īycie!¨) przyciągaIa do pochodu komunistycznego rów-
nieĪ tych, którym idee komunizmu byIy obojĊtne.
.
7.
.
DziesiĊc lat póĨniej (ĪyIa juĪ wówczas w Ameryce) przyjaciel jej przyjacióI, pewien
senator amerykaĔski wiózI ją swym ogromnym autem. Na tylnym siedzeniu tIoczyIa siĊ
czwórka dzieci. Senator zatrzymaI wóz, dzieci wysiadIy i pobiegIy wielkim trawnikiem
w stronĊ stadionu, na którym byIo sztuczne lodowisko. Senator siedziaI za kierownicą
i patrzyI z rozrzewnieniem na te cztery biegnące figurki, a potem odwróciI siĊ do Sabi-
ny:
- Niech Pani na nie spojrzy. - ZatoczyI rĊką krąg, który miaI objąc stadion, trawnik
i dzieci. - To nazywam szczĊĞciem.
Za tym sIowami kryIa siĊ nie tylko radoĞc z tego, Īe dzieci biegną, a trawa roĞnie,
ale równieĪ manifestacja zrozumienia wobec kobiety, która przybyIa z ziemi komuni-
zmu, gdzie, wedIug wyobraĪeĔ senatora, trawa nie roĞnie, a dzieci nie biegają.
Ale Sabina w tej wIaĞnie chwili wyobraziIa sobie tego senatora na trybunie na placu
w Pradze. To, co rysowaIo siĊ na jego twarzy, byIo dokIadnie takim samym uĞmiechem,
jaki komunistyczni przywódcy kierowali z wyĪyn swej trybuny do uĞmiechających siĊ
tak samo obywateli na dole w pochodzie.
.
8.
.
Skąd ten senator wiedziaI, Īe dzieci oznaczają szczĊĞcie? Czy zajrzaI im w gIąb
duszy? A moĪe w chwili, kiedy zniknĊIy z jego pola widzenia, troje rzuciIo siĊ na czwarte
i zaczĊli siĊ bic?
Senator miaI na poparcie swego twierdzenia jeden jedyny argument: uczucie. Tam,
103
DTP by SHADE
gdzie przemawia serce, nie wypada, aby rozum zgIaszaI wątpliwoĞci. W krainie kiczu
panuje dyktatura serca. Ale uczucie, które budzi kicz, musi byc takie, aby mogIy je po-
dzielac masy. Dlatego kicz nie moĪe siĊ opierac na sytuacji wyjątkowej, ale na podsta-
wowych obrazach, które ludzie mają wbite w ĞwiadomoĞc: niewdziĊczna córka, odtrą-
cony ojciec, dzieci biegnące po trawniku, zdradzona ojczyzna, wspomnienie pierwszej
miIoĞci.
Kicz wyciska dwie Izy wzruszenia. Pierwsza Iza mówi: jakie to piĊkne, dzieci bie-
gnące po trawniku!
Druga Iza mówi: jakie to piĊkne, wzruszyc siĊ wraz z caIą ludzkoĞcią dziecmi bie-
gnącymi po trawniku!
Dopiero ta druga Iza robi z kiczu kicz.
Braterstwo wszystkich ludzi Ğwiata moĪna zbudowac wyIącznie na kiczu.
.
9.
.
Nikt tego nie wie lepiej niĪ politycy. Kiedy znajdą siĊ w pobliĪu aparatu fotograficz-
nego, zaraz Iapią najbliĪsze dziecko, aby je podnieĞc do góry i caIowac w policzki. Kicz
jest estetycznym ideaIem wszystkich polityków, wszystkich politycznych partii i ruchów.
W spoIeczeĔstwie, w którym istnieją obok siebie róĪne kierunki polityczne i ich
wpIywy siĊ wzajemnie znoszą albo ograniczają, moĪemy jeszcze jako tako uciec przed
inkwizycja kiczu. Jednostka moĪe uchronic swa osobowoĞc, a artysta stworzyc nieocze-
kiwane dzieIa. Ale tam, gdzie peIną wIadzĊ ma jeden jedyny ruch polityczny, znajduje-
my siĊ natychmiast w krainie kiczu totalnego.
JeĪeli mówiĊ totalnego, oznacza to, Īe wszystko, co narusza kicz, jest eliminowane
z Īycia: kaĪdy przejaw indywidualizmu (dlatego, Īe kaĪda odrĊbnoĞc jest pluniĊciem
w twarz uĞmiechającemu siĊ braterstwu), kaĪda wątpliwoĞc (dlatego, Īe kto zaczyna
wątpic w drobiazgi, musi skoĔczyc na zwątpieniu w Īycie jako takie), ironia (dlatego,
Īe w krainie kiczu wszystko naleĪy traktowac ze Ğmiertelną powagą), ale i matka, która
porzuciIa rodzinĊ albo mĊĪczyzna, który woli mĊĪczyzn od kobiet i zagraĪa ĞwiĊtemu
przykazaniu kochajcie siĊ i rozmnaĪajcie siĊ.
Z tego punktu widzenia moĪemy uwaĪac tak zwany guIag za rodzaj fosy septycz-
nej, do której kicz totalny wyrzuca odpadki.
.
10.
.
Pierwsze dziesiĊciolecie po II wojnie Ğwiatowej byIo okresem najstraszniejszego
terroru stalinowskiego. Wtedy zamknĊli za jakieĞ gIupstwo ojca Teresy, a ją, dziesiĊ-
cioletnią dziewczynkĊ, wyrzucili z mieszkania. W tym samym czasie dwudziestoletnia
Sabina studiowaIa na Akademii Sztuk PiĊknych. Profesor marksizmu wyjaĞniaI jej i jej
kolegom taką oto tezĊ sztuki socjalistycznej: radzieckie spoIeczeĔstwo zaszIo tak da-
leko, Īe podstawowy konflikt, jaki tam istnieje, nie jest konfliktem miĊdzy dobrym
a zIym, ale miĊdzy dobrym a lepszym. Gówno (to znaczy to, co jest esencjonalnie nie
do przyjĊcia) mogIo wiĊc istniec tylko ,po drugiej stronie¨ (na przykIad w Ameryce)
i tylko stamtąd, z zewnątrz, przenikac jako coĞ obcego (na przykIad w postaci szpie-
gów) do Ğwiata dobrych i lepszych.
I rzeczywiĞcie, radzieckie filmy, które w tych najokrutniejszych czasach zalaIy kina
wszystkich krajów komunistycznych, tchnĊIy niewiarygodną niewinnoĞcią. NajwiĊkszy
konflikt, który mógI siĊ rozgrywac miĊdzy dwoma Rosjanami, to byIo nieporozumienie
miIosne: on sądziI, Īe ona go juĪ nie kocha, ona o nim myĞlaIa tak samo. Na koĔcu
padali sobie w objĊcia i lali Izy szczĊĞcia.
Konwencjonalna interpretacja tych filmów jest dzisiaj taka: pokazują ideaI komuni-
styczny, gdy tymczasem rzeczywistoĞc komunizmu byIa o wiele gorsza.
Sabina buntowaIa siĊ przeciwko takiej interpretacji. Kiedy wyobraziIa sobie, Īe Ğwiat
104 DTP by SHADE
radzieckich kiczów miaIby siĊ stac rzeczywistoĞcią, a ona miaIaby w niej Īyc, mróz jej
chodziI po plecach. Bez najmniejszego wahania wybraIaby Īycie w rzeczywistym reĪy-
mie komunistycznym z wszystkimi jego przeĞladowaniami i kolejkami po miĊso. W rze-
czywistym komunistycznym Ğwiecie da siĊ Īyc. W Ğwiecie speInionego komunistycznego
ideaIu, w tym Ğwiecie uĞmiechniĊtych idiotów, z którymi nie mogIaby zamienic sIowa,
w ciągu tygodnia umarIaby z przeraĪenia.
Wydaje siĊ, Īe uczucie, które w Sabinie budziI radziecki kicz, jest podobne do prze-
raĪenia, które przeĪywaIa Teresa we Ğnie, kiedy maszerowaIa z nagimi kobietami wokóI
basenu i byIa zmuszona do Ğpiewania wesoIych pieĞni. Pod powierzchnią unosiIy siĊ
trupy. Teresa nie mogIa zwrócic siĊ do Īadnej z kobiet z jakimkolwiek sIowem, z ja-
kimkolwiek pytaniem. UsIyszaIaby w odpowiedzi tylko kolejną strofĊ pieĞni. Nie mogIa
do Īadnej nawet ukradkiem mrugnąc. Zaraz by na nią wskazaIy, Īeby mĊĪczyzna za-
wieszony w koszu nad basenem ją zastrzeliI.
Sen Teresy odsIania prawdziwą funkcjĊ kiczu: kicz jest parawanem zasIaniającym
Ğmierc.
W krainie totalnego kiczu odpowiedzi są z góry znane i wykluczają jakiekolwiek
pytania. Wynika z tego, Īe rzeczywistym przeciwnikiem totalnego kiczu jest czIowiek,
który pyta. Pytanie jest jak nóĪ, który rozcina pIótno namalowanej dekoracji, abyĞmy
mogli zajrzec, co siĊ za nią kryje. Tak zresztą wyjaĞniIa kiedyĞ Sabina Teresie sens swo-
ich obrazów: na pierwszym planie jest zrozumiaIe kIamstwo, a zza niego przeĞwituje
niezrozumiaIa prawda.
Tyle, Īe ci, którzy walczą przeciwko tak zwanym totalnym reĪymom, z trudem mo-
gliby walczyc za pomocą pytaĔ i wątpliwoĞci. Oni równieĪ potrzebują pewników i pro-
stych prawd, które byIyby zrozumiaIe dla jak najszerszych krĊgów i wywoIywaIyby
kolektywne Ikanie.
Pewnego razu jakaĞ polityczna organizacja w Niemczech urządziIa Sabinie wysta-
wĊ. Sabina wziĊIa w rĊce katalog: byIo tam jej zdjĊcie, przekreĞlone rysunkiem drutów
kolczastych. W Ğrodku wydrukowano jej Īyciorys, podobny do Īyciorysów mĊczenników
i ĞwiĊtych: cierpiaIa, walczyIa z niesprawiedliwoĞcią, musiaIa opuĞcic umĊczoną ojczy-
znĊ i walczy w dalszym ciągu. ,Za pomocą swych obrazów walczy o szczĊĞcie¨ - takie
byIo ostatnie zdanie tego tekstu.
ProtestowaIa, ale nie zrozumiano jej.
CzyĪ nie jest prawdą, Īe w komunizmie sztuka nowoczesna jest przeĞladowana?
OdpowiedziaIa z wĞciekIoĞcią:
- Moim wrogiem nie jest komunizm, ale kicz!
Od tego czasu zaczĊIa mistyfikowac swój Īyciorys, a kiedy póĨniej znalazIa siĊ
w Ameryce, udaIo siĊ jej nawet ukryc, Īe jest Czeszką. Nie byIo to nic innego, niĪ roz-
paczliwe pragnienie, by uciec przed kiczem, w który ludzie chcieli zamienic jej Īycie.
.
11.
.
StaIa przed sztalugami z rozpoczĊtym pIótnem. Za jej plecami siedziaI w fotelu
stary mĊĪczyzna i obserwowaI kaĪde pociągniĊcie jej pĊdzla.
Potem spojrzaI na zegarek:
- MyĞlĊ, Īe juĪ powinniĞmy iĞc - powiedziaI.
OdIoĪyIa paletĊ i poszIa siĊ umyc do Iazienki. Stary mĊĪczyzna podniósI siĊ z fotela
i siĊgnąI po laskĊ opartą o stóI. Drzwi pracowni prowadziIy wprost na trawnik. Zmierz-
chaIo. Naprzeciw, o dwadzieĞcia metrów dalej staI biaIy drewniany dom z oĞwietlonymi
oknami parteru. Te dwa okna, Ğwiecące w zapadającym zmierzchu, wzruszyIy SabinĊ.
Twierdzi przez caIe Īycie, Īe jej wrogiem jest kicz. Ale czyĪ nie niesie go sama
w sobie? Jej kiczem jest obraz domu, spokojnego, sIodkiego, harmonijnego domu,
w którym panują dobra matka i mądry ojciec. Ten obraz obudziI siĊ w niej po Ğmierci
rodziców.
105
DTP by SHADE
Czym mniej jej wIasne Īycie przypominaIo ten sIodki sen, tym wraĪliwsza byIa
na jego czar i kilkakrotnie miaIa Izy w oczach, kiedy oglądaIa w telewizji sentymentalną
historyjkĊ, w której niewdziĊczna córka obejmuje opuszczonego ojca i w zapadającym
zmierzchu zapalają siĊ ĞwiatIa domu tej szczĊĞliwej rodziny.
Starego mĊĪczyznĊ poznaIa w Nowym Jorku. ByI bogaty i lubiI obrazy. MieszkaI
sam ze swą równie starą Īoną w willi na wsi. Obok domu staIa stara stajnia. PrzerobiI
ją na pracowniĊ dla Sabiny, zaprosiI ją tam i obserwowaI caIymi dniami ruchy jej pĊdzla.
Teraz wIaĞnie wszyscy troje jedzą kolacjĊ. Staruszka mówi do Sabiny ,córeĔko¨,
ale wszystko wskazuje na to, Īe jest inaczej: Sabina jest tu jakby mamą, a tych dwoje
dzieci od niej zaleĪy, podziwiają ją i sIuchaIyby jej chĊtnie, gdyby zechciaIa im rozka-
zywac.
OdnalazIa wiĊc w koĔcu starych rodziców, którym kiedyĞ, jako dziewczyna, wyrwa-
Ia siĊ z rąk? OdnalazIa, wreszcie dzieci, których sama nigdy nie miaIa?
WiedziaIa dobrze, Īe to zIudzenie. Jej pobyt u staruszków jest tylko krótkim przy-
stankiem. Staruszek jest powaĪnie chory, a jego Īona, gdy juĪ zostanie sama, pojedzie
do syna do Kanady. Sabina pójdzie dalej drogą zdrad, a w nieznoĞnej lekkoĞci jej istnie-
nia bĊdzie pobrzmiewac od czasu do czasu Ğmieszna, sentymentalna piosenka o dwóch
rozĞwietlonych oknach, za którymi Īyje szczĊĞliwa rodzina.
Ta piosenka ją wzrusza, ale Sabina nie traktuje swego wzruszenia powaĪnie. Wie
aĪ za dobrze, Īe ta piosenka jest piĊknym kIamstwem. W chwili, kiedy pojmujemy,
Īe kicz jest kIamstwem, przestaje on byc kiczem. Traci swą autorytatywną wIadzĊ i jest
wzruszający jak kaĪda inna ludzka sIaboĞc. Bo przecieĪ nikt z nas nie jest nadczIowie-
kiem i nie moĪe w peIni ustrzec siĊ kiczu. ChocbyĞmy nim nie wiem jak pogardzali, kicz
przynaleĪy do ludzkiego losu.
.
12.
.
ħródIem kiczu jest autorytatywna zgoda na byt.
Ale co jest podstawą bytu? Bóg? CzIowiek? Walka? MiIoĞc? MĊĪczyzna? Kobieta?
Poglądy na to są róĪne i dlatego róĪne są kicze: katolicki, protestancki, Īydowski,
komunistyczny, faszystowski, demokratyczny, feministyczny, europejski, amerykaĔski,
narodowy, internacjonalistyczny.
Od czasów Rewolucji Francuskiej jedna poIowa Europy nazywa siebie lewicą, gdy
tymczasem drugą oznacza siĊ mianem prawicy. Jest niemal niemoĪliwoĞcią zdefiniowa-
nie którejkolwiek z nich za pomocą jakiejĞ wspólnej zasady teoretycznej. Nie ma w tym
niczego dziwnego: ruchy polityczne nie opierają siĊ na racjonalnych zasadach, ale
na wyobraĪeniach, obrazach, sIowach, archetypach, które wspólnie tworzą ten czy inny
polityczny kicz.
Wizja Wielkiego Marszu, którą tak upajaI siĊ Franz, jest politycznym kiczem Ią-
czącym lewicowców wszystkich czasów i orientacji. Wielki Marsz to wspaniaIa droga
naprzód, pochód ku braterstwu, równoĞci, sprawiedliwoĞci, szczĊĞciu i jeszcze dalej,
przez wszystkie przeszkody, albowiem przeszkody byc muszą, jeĞli marsz ma siĊ stac
Wielkim Marszem.
Dyktatura proletariatu czy demokracja? Niezgoda na spoIeczeĔstwo konsumpcyj-
ne czy wzrost wydajnoĞci pracy? Gilotyna czy zniesienie kary Ğmierci? To w ogóle nie
jest waĪne. Prawdziwego czIowieka lewicy poznaje siĊ nie po takiej czy innej teorii, ale
po jego zdolnoĞci przeksztaIcenia kaĪdej teorii w element kiczu zwanego Wielkim Mar-
szem naprzód.
.
13.
.
Franz nie jest jednak czIowiekiem kiczu. Idea Wielkiego Marszu odgrywa w jego
Īyciu mniej wiĊcej taką rolĊ jak w Īyciu Sabiny sentymentalna piosenka o dwóch roz-
106 DTP by SHADE
Ğwietlonych oknach. Na którą partiĊ polityczną Franz oddaje swój gIos? BojĊ siĊ, Īe nie
gIosuje w ogóle, a w dniu wyborów woli pojechac na wycieczkĊ w góry. Co nie oznacza,
Īe nie wzrusza go Wielki Marsz. PrzecieĪ to byIo tak piĊkne, marzyc o tym. Īe jesteĞmy
czĊĞcią maszerującego przez stulecia pochodu. Franz nigdy nie zapomniaI piĊkna tej
wizji.
Pewnego dnia zadzwonili do niego przyjaciele z ParyĪa. Organizują marsz do Kam-
bodĪy i proszą go, by siĊ do nich przyIączyI. KambodĪa w tym czasie miaIa za sobą wojnĊ
domową, bombardowania amerykaĔskie, szaleĔstwa tubylczych komunistów, którzy
zredukowali ten maIy naród o jedną piątą i wreszcie okupacjĊ przez sąsiedni Wietnam,
który w tym okresie nie byI juĪ sam niczym innym jak wasalem Rosji. W KambodĪy pa-
nowaI gIód, ludzie umierali bez pomocy lekarskiej. MiĊdzynarodowa organizacja lekarzy
domagaIa siĊ juĪ wielokrotnie, aby umoĪliwiono jej czIonkom przyjazd do tego kraju,
ale Wietnamczycy siĊ nie zgadzali.
Dlatego teĪ wielcy intelektualiĞci zachodni postanowili udac siĊ w pieszy pochód
ku kambodĪaĔskim granicom i za pomocą tego wielkiego spektaklu odgrywanego
na oczach Ğwiata wymusic zgodĊ na wpuszczenie lekarzy na terytorium okupowanego
kraju.
Przyjaciel, który dzwoniI do Franza, byI jednym z tych, z którymi kiedyĞ wspólnie
maszerowali w pochodach po ulicach ParyĪa. Jego zaproszenie najpierw zachwyciIo
Franza. Ale potem jego wzrok padI na studentkĊ w wielkich okularach. SiedziaIa w fote-
lu naprzeciw i jej oczy za wielkimi okularami wydawaIy siĊ jeszcze wiĊksze. Franz miaI
uczucie, Īe te oczy bIagają go, by nigdzie nie jechaI. OdmówiI wiĊc.
ZacząI ĪaIowac zaraz po odIoĪeniu sIuchawki. SpeIniI co prawda pragnienie swej
ziemskiej kochanki, ale zaniedbaI swą miIoĞc niebiaĔską. CzyĪ KambodĪa nie jest wa-
riantem ojczyzny Sabiny? Kraj okupowany przez sąsiednią komunistyczną armiĊ! Kraj,
na który spadIa piĊĞc Rosji! Franz nagle rozumie, Īe jego na wpóI zapomniany przyja-
ciel zadzwoniI do niego pod wpIywem jakiegoĞ tajemnego polecenia.
NiebiaĔskie istoty wiedzą wszystko i widzą wszystko. Gdyby wziąI udziaI w tym
marszu, Sabina zobaczyIaby go i byIaby z niego zadowolona. ZrozumiaIaby, Īe pozostaI
jej wierny.
- Bardzo byĞ siĊ gniewaIa, gdybym jednak pojechaI? - zapytaI swą dziewczynĊ
w okularach, która ĪaIuje kaĪdego dnia spĊdzonego bez niego, ale nie umie mu niczego
odmówic.
W kilka dni póĨniej siedziaI w wielkim samolocie na lotnisku paryskim. ByIo tam
dwudziestu lekarzy i okoIo piĊcdziesiĊciu intelektualistów (profesorów, pisarzy, posIów,
Ğpiewaków, aktorów i dziaIaczy). TowarzyszyIo im czterystu dziennikarzy i fotoreporte-
rów.
.
14.
.
Samolot wyIadowaI w Bangkoku. Czterystu siedemdziesiĊciu lekarzy, intelektuali-
stów i dziennikarzy udaIo siĊ do wielkiej sali miĊdzynarodowego hotelu, w której juĪ
czekali inni lekarze, aktorzy, Ğpiewacy i filolodzy, a wraz z nimi jeszcze kilkuset dzien-
nikarzy z notesami, magnetofonami, aparatami fotograficznymi i kamerami filmowymi.
Na przedzie sali staIo podium, na nim dIugi stóI, a za stoIem zasiadIo z dwudziestu
Amerykanów, którzy juĪ zaczĊli prowadzic konferencjĊ.
Francuscy intelektualiĞci, z którymi Franz tu wszedI, poczuli siĊ poniĪeni i odsuniĊ-
ci. Marsz na KambodĪĊ byI ich pomysIem, a tu nagle Amerykanie ze wspaniaIa oczy-
wistoĞcią przejĊli prowadzenie i jeszcze do tego mówią po angielsku i w ogóle im nie
przychodzi do gIowy, Īe jakiĞ Francuz czy DuĔczyk moĪe ich nie rozumiec. DuĔczycy
juĪ dawno zapomnieli, Īe kiedyĞ tworzyli naród, tak wiĊc jedynymi Europejczykami,
którzy zdobyli siĊ na protest byli Francuzi. Byli przy tym tak pryncypialni, Īe odmówili
protestowania po angielsku i zwracali siĊ do Amerykanów siedzących za stoIem w swym
107
DTP by SHADE
jĊzyku ojczystym. Amerykanie reagowali na ich sIowa sympatycznymi i zgodliwymi
uĞmiechami, poniewaĪ nic nie rozumieli. Francuzom nie pozostaIo w koĔcu nic innego,
jak wyartykuIowac po angielsku:
- Dlaczego na konferencji mówi siĊ po angielsku, skoro są tu równieĪ Francuzi?
Amerykanie byli zaskoczeni tą dziwną pretensją, ale nie przestając siĊ uĞmiechac
zgodzili siĊ, by wszystkie przemówienia tIumaczono. DIugo szukano tIumacza, wreszcie
podjĊto znowu obrady. KaĪde zdanie musiaIo zabrzmiec po angielsku i po francusku,
dziĊki czemu zebranie dwukrotnie siĊ przedIuĪyIo, a wIaĞciwie bardziej niĪ dwukrotnie:
poniewaĪ wszyscy Francuzi znali angielski, przerywali tIumaczowi, poprawiali go i kIócili
siĊ o kaĪde sIowo.
Punktem kulminacyjnym zebrania byI moment, kiedy na podium wstąpiIa sIynna
amerykaĔska aktorka. W związku z nią do sali zaczĊli siĊ pchac kolejni fotoreporterzy
i operatorzy i na kaĪdą wypowiedzianą przez aktorkĊ sylabĊ przypadaIo pstrykniĊcie
aparatu. Aktorka mówiIa o cierpiących dzieciach, o barbarzyĔstwie dyktatury komu-
nistycznej, o prawach czIowieka, o zagroĪeniu tradycyjnej wartoĞci naszej cywilizacji,
o wolnoĞci jednostki ludzkiej i o prezydencie Carterze, którego bardzo martwi to, co siĊ
w KambodĪy dzieje. Ostatnie sIowa wypowiedziaIa pIacząc.
W tym momencie podniósI siĊ mIody francuski lekarz z rudawymi wąsami i zacząI
krzyczec:
- PrzyszliĞmy tu, Īeby leczyc umierających ludzi! Nie jesteĞmy tu dla sIawy prezy-
denta Cartera! To nie miaI byc Īaden amerykaĔski cyrk propagandowy! Nie przyszliĞmy
tu po to, Īeby walczyc z komunizmem, ale Īeby leczyc chorych!
Do wąsatego lekarza doIączyli siĊ inni Francuzi. TIumacz przestraszyI siĊ i nie miaI
odwagi tego przekIadac. Dlatego teĪ dwudziestu Amerykanów na podium patrzyIo
na krzyczących z uĞmiechami peInymi sympatii, a niektórzy kiwali potakująco gIowa-
mi. Jeden nawet podniósI w górĊ piĊĞc, bo wiedziaI, Īe Europejczycy robią to chĊtnie
w chwilach kolektywnej euforii.
.
15.
.
Jak to jest w ogóle moĪliwe, Īe lewicowi intelektualiĞci (do których naleĪy wąsaty
lekarz) są skIonni maszerowac przeciwko interesom jakiegokolwiek komunistycznego
kraju, skoro dotychczas komunizm naleĪaI do nieodIącznego arsenaIu lewicy?
W momencie, kiedy zbrodnie ziemi zwanej Związek Radziecki staIy siĊ juĪ zbyt
skandaliczne, czIowiek lewicy ma dwie moĪliwoĞci: albo splunąc na swe dotychczasowe
Īycie i przestac maszerowac, albo (z mniejszym lub wiĊkszym zaĪenowaniem) wcią-
gnąc Związek Radziecki pomiĊdzy przeszkody na drodze Wielkiego Marszu i maszero-
wac dalej.
PowiedziaIem juĪ przecieĪ, Īe tym, co robi z lewicy lewicĊ, jest kicz Wielkiego Mar-
szu. O naturze kiczu nie stanowi strategia polityczna, ale obrazy, metafory, sIownik.
MoĪna wiĊc naruszyc obyczaj i maszerowac wbrew interesom któregoĞ komunistycz-
nego kraju. Ale nie moĪna zamienic sIowa na inne sIowo. MoĪna grozic piĊĞciami armii
wietnamskiej. Nie moĪna na nią krzyczec: ,Precz z komunizmem!¨. ,Precz z komuni-
zmem!¨ jest hasIem wrogów Wielkiego Marszu, a ten, kto nie chce stracic twarzy, musi
zachowac wiernoĞc czystoĞci swojego kiczu.
MówiĊ to tylko dlatego, Īeby wyjaĞnic nieporozumienie miĊdzy francuskim leka-
rzem i amerykaĔską aktorką, która w swym egocentryzmie byIa pewna, Īe padIa ofiarą
zawiĞci albo i mizoginii. W rzeczywistoĞci Francuz wykazaI wyrafinowany smak este-
tyczny: sIowa ,prezydent Carter¨, ,nasze tradycyjne wartoĞci¨, ,barbarzyĔstwo komu-
nizmu¨ naleĪą do sIownika amerykaĔskiego kiczu i nie mają czego szukac w kiczu Wiel-
kiego Marszu.
.
16.
108 DTP by SHADE
.
NastĊpnego dnia rano wszyscy wsiedli do autokarów i ruszyli przez TajlandiĊ
do granicy KambodĪy. Pod wieczór dotarli do maIej wioski, w której mieli wynajĊte kilka
domów na palach. Rzeka groĪąca wciąĪ powodzią zmusiIa ludzi, aby mieszkali na górze,
podczas gdy na dole pod palami tIoczyIy siĊ prosiĊta. Franz spaI w jednej izbie z czte-
rema innymi profesorami. Do snu koIysaIo go chrząkanie wieprzów na dole i chrapanie
sIynnego matematyka z boku.
Rankiem znów wszyscy wsiedli do autokarów. Na dwa kilometry przed granicą ruch
koIowy byI zabroniony. WiodIa tĊdy juĪ tylko wąska szosa prowadząca do przejĞcia
granicznego i pilnowana przez wojsko. Autokary zatrzymaIy siĊ. Kiedy Francuzi wysie-
dli, stwierdzili, Īe Amerykanie znowu ich wyprzedzili i czekają juĪ ustawieni na czele
pochodu. PrzyszIa najtrudniejsza chwila. TIumacz jest znów z nimi, kIótnia siĊ rozkrĊ-
ca. Wreszcie doszli do porozumienia: czoIo pochodu bĊdzie tworzyI jeden Amerykanin,
jeden Francuz i kambodĪaĔska tIumaczka. Za nimi szli lekarze, a dopiero potem caIa
reszta; aktorka amerykaĔska znalazIa siĊ na koĔcu.
Szosa byIa wąska a wzdIuĪ niej ciągnĊIy siĊ pola minowe. Co chwila napotykali
przeszkody: drogĊ tarasowaIy dwa bloki betonowe z drutem kolczastym, miĊdzy który-
mi byIo ciasne przejĞcie. Musieli iĞc gĊsiego.
Mniej wiĊcej piĊc metrów przed Franzem szedI sIawny niemiecki poeta i Ğpiewak,
który napisaI juĪ 930 pieĞni w obronie pokoju i przeciwko wojnie. Na dIugiej tyczce
niósI biaIą chorągiew, która Iadnie pasowaIa do jego czarnego zarostu i odróĪniaIa go
od reszty.
WokóI tego drugiego pochodu biegli reporterzy z kamerami. SzczĊkali i warcze-
li swymi aparatami, wybiegali w przód, zatrzymywali siĊ, przykucali, znów wstawali
i biegli do przodu. Od czasu do czasu woIali po imieniu którąĞ ze sIaw, mĊĪczyznĊ czy
kobietĊ, tak by tamci machinalnie odwracali siĊ w ich stronĊ: w tym momencie naciskali
na spust migawki.
.
17.
.
CoĞ wisiaIo w powietrzu. Ludzie zwalniali i oglądali siĊ za siebie.
AmerykaĔska aktorka, którą umieszczono na koĔcu pochodu, zdecydowaIa nie go-
dzic siĊ dIuĪej na to poniĪenie i ruszyIa do ataku. ZaczĊIa biec. WyglądaIo to jak bieg
na piĊc kilometrów, kiedy zawodnik, który aĪ do tej chwili oszczĊdzaI siIy i trzymaI siĊ
koĔca peletonu, rusza do przodu i wszystkich przegania.
MĊĪczyĨni uĞmiechali siĊ z zaĪenowaniem i schodzili z drogi, by umoĪliwic sIynnej
biegaczce zwyciĊstwo, ale kobiety krzyczaIy:
- Do szeregu! To nie jest marsz dla gwiazd filmowych!
Aktorka nie daIa siĊ zastraszyc i biegIa wciąĪ naprzód, a wraz z nią piĊciu fotore-
porterów i dwóch operatorów.
Potem pewna francuska profesor lingwistyki chwyciIa aktorkĊ za przegub rĊki i po-
wiedziaIa do niej (upiorną angielszczyzną):
- To jest pochód lekarzy, którzy chcą leczyc Ğmiertelnie chorych KambodĪaĔczy-
ków, a nie spektakl dla hollywoodzkich gwiazd!
Profesor lingwistyki trzymaIa przeguby aktorki jak w kleszczach i ta nie miaIa doĞc
siI, by siĊ wyrwac.
PowiedziaIa (Ğwietną angielszczyzną):
- Niech siĊ pani da wypchac. ByIam juĪ na setkach takich marszów! WszĊdzie cho-
dzi o to, Īeby gwiazdy byIy widoczne! Na tym polega nasza rola! To jest nasz moralny
obowiązek!
- Gówno! - powiedziaIa profesor lingwistyki (Ğwietną francuszczyzną).
Aktorka amerykaĔska zrozumiaIa to i rozpIakaIa siĊ.
- Nie ruszaj siĊ! - krzyknąI operator i ukląkI przed nią. Aktorka wpatrzyIa siĊ
109
DTP by SHADE
w obiektyw powIóczystym spojrzeniem, a po twarzy pIynĊIy jej Izy.
.
18.
.
Profesor lingwistyki puĞciIa wreszcie przeguby amerykaĔskiej aktorki. W tym mo-
mencie zawoIaI coĞ do niej niemiecki piosenkarz z czarną brodą i biaIą chorągwią.
Aktorka amerykaĔska nigdy o nim nie sIyszaIa, ale w momencie poniĪenia byIa
wraĪliwsza niĪ zazwyczaj na przejawy sympatii i podbiegIa do niego. Piosenkarz przeIo-
ĪyI drzewce chorągwi do lewej rĊki, a prawą objąI aktorkĊ.
WokóI aktorki i piosenkarza podskakiwali wciąĪ reporterzy i operatorzy. SIynny
fotograf amerykaĔski chciaI zmieĞcic w wizjerze obydwie ich twarze wraz z chorągwią,
co nie byIo Iatwe, poniewaĪ drzewce byIo dIugie. PobiegI wiĊc tyIem na ryĪowe pole.
Traf chciaI, Īe nastąpiI na minĊ. RozlegI siĊ wybuch i jego ciaIo rozszarpane na kawaIki
rozprysnĊIo siĊ wokóI, kropiąc prysznicem krwi europejskich intelektualistów.
Piosenkarz i aktorka zlĊkli siĊ i nie byli w stanie ruszyc z miejsca. Potem obydwoje
podnieĞli wzrok ku chorągwi. ByIa poplamiona krwią. Ten widok znów ich przestraszyI.
Potem jeszcze kilkakrotnie spoglądali nieĞmiaIo w górĊ, aĪ zaczĊli siĊ uĞmiechac. Na-
peIniIa ich szczególna i nieznana im dotychczas duma, Īe oto chorągiew, którą niosą
jest poĞwiĊcona krwią. Ruszyli do przodu.
.
19.
.
GranicĊ tworzyIa maIa rzeczka, ale nie byIo jej widac, poniewaĪ wzdIuĪ niej cią-
gnąI siĊ dIugi mur. MiaI póItora metra wysokoĞci, a na górze uIoĪono worki z piaskiem
dla strzelców tajlandzkich. Mur byI przerwany tylko w jednym miejscu. PrzebiegaI tam
przez rzeczkĊ most. Nikt nie miaI prawa naĔ wejĞc. Po drugiej stronie rzeki staIo nie-
widoczne wojsko wietnamskie. Jego pozycje byIy idealnie zamaskowane, ale wiadomo
byIo. Īe gdyby ktoĞ wszedI na most, niewidoczni Wietnamczycy zaczĊliby strzelac.
Uczestnicy pochodu podchodzili do muru i wspinali siĊ na palce. Franz wcisnąI gIowĊ
w szparĊ miĊdzy workami, starając siĊ coĞ zobaczyc. Nie zobaczyI niczego, poniewaĪ
zaraz odepchnąI go jeden z fotografów, który czuI siĊ w prawie zając jego miejsce.
Franz obejrzaI siĊ za siebie. KoronĊ samotnego drzewa jak chmara ogromnych
wron obsiadIo siedmiu fotoreporterów z oczyma utkwionymi w przestrzeĔ po drugiej
stronie granicy.
W tym momencie idąca na przedzie pochodu tIumaczka podniosIa do ust szeroką
tubĊ i zawoIaIa po kmersku na drugą stronĊ rzeki: Są tu lekarze, którzy domagają siĊ,
aby pozwolono im wejĞc na terytorium KambodĪy, by mogli speInic swój lekarski obo-
wiązek; ich akcja nie ma nic wspólnego z Īadna ingerencją polityczną, chodzi wyIącznie
o ratowanie ludzkiego Īycia.
Z drugiej strony odpowiedziaIa gIucha cisza. Cisza tak caIkowita, Īe wszyscy po-
czuli przygnĊbienie. SzczĊk spustów aparatów fotograficznych rozbrzmiewaI w niej jak
brzĊczenie jakichĞ egzotycznych owadów.
Franz poczuI nagle, Īe Wielki Marsz doszedI do kresu. WokóI Europy zaciąga siĊ
kurtyna ciszy i przestrzeĔ, na której odbywa siĊ Wielki Marsz nie jest niczym innym jak
malutkim podium poĞrodku planety. TIumy, które kiedyĞ otaczaIy tĊ scenĊ, dawno juĪ
odwróciIy siĊ i skierowaIy spojrzenia zupeInie gdzie indziej, a Wielki Marsz idzie dalej
samotnie i bez publicznoĞci. Tak, mówi sobie Franz, Wielki Marsz wciąĪ kroczy naprzód,
mimo obojĊtnoĞci Ğwiata, ale staje siĊ gorączkowy, nerwowy: wczoraj przeciwko Ame-
rykanom okupującym Wietnam, dziĞ przeciwko Wietnamowi okupującemu KambodĪe,
wczoraj za Izrael, dziĞ za PalestyĔczyków, wczoraj za KubĊ, jutro przeciw Kubie, zawsze
przeciwko Ameryce, raz przeciwko masakrom, raz na poparcie innych masakr. Euro-
pa maszeruje, a Īeby nadąĪyc za rytmem wydarzeĔ, Īeby Īadnego nie opuĞcic, musi
przyspieszac kroku, potyka siĊ. tak Īe Wielki Marsz jest juĪ marszem podskakujących,
110 DTP by SHADE
zagonionych rodaków, a scena coraz bardziej siĊ kurczy, aby któregoĞ dnia stac siĊ
maIym, niewymiernym punkcikiem.
.
20.
.
TIumaczka ponownie wykrzyczaIa do tuby swój apel. W odpowiedzi znów zabrzmia-
Ia niezmierna i nieskoĔczenie obojĊtna cisza. Franz rozejrzaI siĊ. To milczenie z drugiej
strony rzeki byIo dla wszystkich jak policzek. Nawet piosenkarz z biaIą flagą i aktorka
amerykaĔska stali zawstydzeni, zaĪenowani i nie wiedzieli jak siĊ zachowac.
Franz odczuI nagle ich wspólną ĞmiesznoĞc, ale ĞwiadomoĞc tej ĞmiesznoĞci nie
oddzielaIa go od reszty, nie napawaIa ironią, przeciwnie, wIaĞnie teraz poczuI do nich
wszystkich bezmierną miIoĞc jaką odczuwamy do ludzi, którzy są skazani. Tak, Wielki
Marsz zbliĪaI siĊ do koĔca, ale czy to powód, aby Franz miaI go zdradzic? CzyĪ jego wIa-
sne Īycie równieĪ zbliĪa siĊ do koĔca? Czy ma wyĞmiewac ekshibicjonizm tych, którzy
odprowadzili dzielnych lekarzy do granicy? Czy ludzie mogą w ogóle robic coĞ innego,
i odgrywac teatr? Czy pozostaje im jakaĞ lepsza moĪliwoĞc?
Franz ma racjĊ. MyĞlĊ o redaktorze, który organizowaI zbieranie podpisów pod
petycją domagającą siĊ amnestii dla wiĊĨniów politycznych w Pradze. WiedziaI dobrze,
Īe jego akcja nie pomoĪe wiĊĨniom. Rzeczywistym celem nie byIo ich uwolnienie, ale
udowodnienie, Īe są tu jeszcze ludzie, którzy siĊ nie boją. To, co robiI byIo teatrem. Ale
nie miaI innej moĪliwoĞci. Nie miaI wyboru pomiĊdzy czynem a teatrem. MiaI do wybo-
ru: albo odgrywac teatr albo nie robic nic. Istnieją sytuacje, w których ludzie są skazani
na odgrywanie teatru. Ich walka z milczącą siIą (z milczącą silą po drugiej stronie rzeki,
z policją przemienioną w milczące mikrofony w Ğcianach) jest walką trupy teatralnej,
która porywa siĊ na armaty.
Franz zobaczyI swego przyjaciela z Sorbony, jak podnosi piĊĞc i wygraĪa tej ciszy
po drugiej stronie.
.
21.
.
TIumaczka wykrzyczaIa swój apel do megafonu po raz trzeci. Cisza, która znów jej
odpowiedziaIa, zmieniIa nagle przygnĊbienie Franza w dziką wĞciekIoĞc. StaI tuĪ obok
mostku, który oddzielaI TajlandiĊ od KambodĪy i ogarnĊIo go przemoĪne pragnienie,
Īeby wbiec na ten mostek, cisnąc w niebo straszliwe przekleĔstwo i umrzec w przeraĨ-
liwym huku wystrzaIu.
To nagIe pragnienie Franza coĞ nam przypomina; tak, przypomina nam syna Sta-
lina, który biegI, by zawisnąc na drutach elektrycznych, bo nie mógI patrzec na to, jak
bieguny ludzkiej egzystencji zbliĪają siĊ do siebie na wyciągniĊcie dIoni, aĪ znika granica
pomiĊdzy wzniosIym a niskim, pomiĊdzy anioIem a muchą, miĊdzy Bogiem a gównem.
Franz nie mógI siĊ pogodzic z faktem, Īe sIawa Wielkiego Marszu nie jest niczym
innym niĪ komiczną próĪnoĞcią tych, którzy w nim kroczą i Īe uroczysty Iopot europej-
skiej historii niknie w bezmiernej ciszy, tak Īe przestaje juĪ istniec róĪnica pomiĊdzy
historią a milczeniem. W tym momencie chciaI rzucic na szalĊ swe wIasne Īycie, Īeby
udowodnic, Īe Wielki Marsz waĪy wiĊcej niĪ gówno.
Ale czIowiekowi nie moĪe siĊ to udac. Na jednej szali byIo gówno, na drugą syn
Stalina poIoĪyI siĊ caIym swym ciaIem i jĊzyczek u wagi nawet nie drgnąI.
Zamiast dac siĊ zastrzelic, Franz opuĞciI gIowĊ i odchodziI wraz z resztą z powrotem
gĊsiego do autokarów.
.
22.
.
Wszyscy potrzebujemy, Īeby ktoĞ na nas patrzyI. MoĪna by nas byIo podzielic
na cztery kategorie, w zaleĪnoĞci od tego, pod jakim typem spojrzeĔ pragniemy Īyc.
111
DTP by SHADE
Pierwsza kategoria marzy o spojrzeniu nieskoĔczonej iloĞci anonimowych oczu,
mówiąc inaczej, o spojrzeniu publicznoĞci. Taki jest przypadek niemieckiego piosen-
karza, aktorki amerykaĔskiej, ale równieĪ i redaktora z dIugą brodą. PrzyzwyczaiI siĊ
do swych czytelników i kiedy pewnego dnia Rosjanie zabrali mu jego tygodnik, miaI
wraĪenie, Īe powietrze, którym oddychaI staIo siĊ stokrotnie rzadsze. Nikt nie mógI mu
zastąpic oczu czytelników. ZdawaIo mu siĊ, Īe siĊ udusi. Potem uĞwiadomiI sobie pew-
nego dnia, Īe kaĪdy jego krok jest Ğledzony przez policjĊ, Īe podsIuchują jego rozmowy
telefoniczne, a nawet fotografują go tajnie na ulicy. Anonimowe spojrzenia znów go
obserwowaIy i znów mógI oddychac! ZwracaI siĊ teatralnie do mikrofonów w Ğcianach.
OdnalazI w osobie policji swa utraconą publicznoĞc.
Drugą kategoriĊ tworzą ci, którym potrzebne jest do Īycia wiele spojrzeĔ znajo-
mych oczu. Są to niezmordowani organizatorzy koktajli, przyjĊc i kolacji. Są szczĊĞliwsi
od ludzi pierwszej kategorii, którzy w momencie straty publicznoĞci mają wraĪenie,
Īe w salonie ich Īycia zgaszono nagle wszystkie ĞwiatIa. Prawie kaĪdego spoĞród nich
kiedyĞ to spotyka. Ludzie drugiej kategorii natomiast zawsze postarają siĊ o jakieĞ tam
spojrzenia. NaleĪy do tych ludzi Marie-Claude i jej córka.
Potem mamy trzecią kategoriĊ - tych, którym do istnienia potrzebne jest spojrze-
nie ukochanego czIowieka. Ich sytuacja jest równie niebezpieczna jak sytuacja ludzi
pierwszej kategorii. KiedyĞ przecieĪ oczy ukochanego czIowieka zamkną siĊ i w sali
zapanuje ciemnoĞc. Do tych ludzi naleĪą Teresa i Tomasz.
I wreszcie czwarta kategoria, najcenniejsza: ci, którzy Īyją w Ğwietle wyimagino-
wanego spojrzenia nieobecnych. To marzyciele. Na przykIad Franz. PojechaI do granicy
KambodĪy tylko ze wzglĊdu na SabinĊ. Autokar trzĊsie siĊ na tajlandzkich wybojach,
a on czuje wpatrzone w siebie przeciągIe spojrzenie Sabiny.
Do tej samej kategorii naleĪy równieĪ syn Tomasza. NazwĊ go Szymon. (Ucieszy
siĊ, Īe nosi biblijne imiĊ, tak samo jak ojciec.) Oczy, do których tĊskni, to oczy Toma-
sza. Po tym, jak wplątaI siĊ w zbieranie podpisów pod petycją, wyrzucili go z uniwersy-
tetu. Dziewczyna, z którą chodziI, byIa siostrzenicą wiejskiego ksiĊdza. OĪeniI siĊ z nią,
zostaI traktorzystą w spóIdzielni produkcyjnej, wierzącym katolikiem i ojcem. Potem
dowiedziaI siĊ od kogoĞ, Īe Tomasz równieĪ Īyje na wsi i ucieszyI siĊ: los ustawiI ich
Īycia we wzajemnej symetrii. To daIo mu odwagĊ do napisania listu. Nie domagaI siĊ
odpowiedzi. ChciaI tylko, Īeby Tomasz poIoĪyI swe spojrzenie na jego Īyciu.
.
23.
.
Franz i Szymon są marzycielami tej powieĞci. W przeciwieĔstwie do Franza Szymon
nie lubiI matki. Od dzieciĔstwa szukaI ojca. ByI gotów wierzyc, Īe jakaĞ wyrządzona
ojcu krzywda jest powodem niesprawiedliwoĞci, której ten siĊ dopuszcza w stosunku
do niego. Nigdy siĊ na niego nie gniewaI, bo nie chciaI stac siĊ wspólnikiem matki, która
na ojca ustawicznie pomstowaIa.
MieszkaI z nią do osiemnastego roku Īycia, a po maturze pojechaI na studia do Pragi.
W tym czasie Tomasz myI juĪ okna. Szymon wielokrotnie na niego czekaI, chcąc za-
aranĪowac przypadkowe spotkanie na ulicy. Ale ojciec nigdy siĊ przy nim nie zatrzymaI.
PrzylgnąI do byIego redaktora z brodą tylko dlatego, Īe jego los przypominaI mu los
ojca. Redaktor nie znaI nazwiska Tomasza. ArtykuI o Edypie byI juĪ dawno zapomnia-
ny i redaktor dowiedziaI siĊ o nim dopiero od Szymona, który go poprosiI, Īeby poszli
do Tomasza po podpis pod petycją. Redaktor zgodziI siĊ tylko dlatego, Īe chciaI sprawic
przyjemnoĞc chIopcu, którego lubiI.
Kiedy potem Szymon wspominaI to spotkanie, wstydziI siĊ swej tremy. Na pewno
siĊ ojcu nie spodobaI. Za to ojciec spodobaI siĊ jemu. PamiĊtaI kaĪde jego sIowo i coraz
bardziej przyznawaI mu racjĊ. Szczególnie utkwiIo mu w pamiĊci zdanie ,Karac tych,
którzy nie wiedzieli, co czynią, jest barbarzyĔstwem¨. Kiedy wujek jego dziewczyny
wsunąI mu do rĊki bibliĊ, zaciekawiIy go sIowa Chrystusa: ,Przebaczcie im, bowiem nie
112 DTP by SHADE
wiedzą, co czynią¨. WiedziaI, Īe jego ojciec jest niewierzący, ale w podobieĔstwie tych
dwóch zdaĔ widziaI tajemny znak: ojciec zgadza siĊ z jego drogą.
MieszkaI juĪ na wsi od trzech lat. kiedy dostaI list, w którym Tomasz zapraszaI go
do siebie. Spotkanie byIo przyjazne, Szymon czuI siĊ swobodnie i w ogóle siĊ nie jąkaI.
Chyba nawet sobie nie uĞwiadomiI, Īe niezbyt dobrze siĊ rozumieli. W jakieĞ cztery
miesiące póĨniej przyszedI telegram, Īe Tomasz i jego Īona zginĊli zgnieceni przez ciĊ-
ĪarówkĊ.
Wtedy dowiedziaI siĊ o kobiecie, która byIa kiedyĞ kochanką ojca i mieszkaIa
we Francji. ZdobyI jej adres. PoniewaĪ rozpaczliwie byIo mu potrzebne wyimaginowane
oko, które nadal by obserwowaIo jego Īycie, pisywaI do niej od czasu do czasu dIugie
listy.
.
24.
.
AĪ do koĔca Īycia bĊdzie je Sabina dostawac od tego smutnego wiejskiego kore-
spondenta. Wielu i nich nigdy nie przeczyta dlatego, Īe ziemia, z której pochodzi, coraz
mniej ją interesuje.
Staruszek umarI i Sabina przeprowadziIa siĊ do Kalifornii. Jeszcze dalej na Zachód,
jeszcze dalej od Czech.
Dobrze sprzedaje swe obrazy i lubi AmerykĊ. Ale tylko na powierzchni. To. co jest
pod powierzchnią, jest obcym Ğwiatem. Nie ma tam na dole Īadnego dziadka ani stryj-
ka. Boi siĊ, Īe ja zamkną do trumny i spuszczą na dóI, na amerykaĔską glinĊ.
Dlatego pewnego dnia napisaIa testament, w którym zaĪądaIa, Īeby jej martwe
ciaIo zostaIo spalone, a popióI rozsypany. Teresa i Tomasz umarli pod znakiem ciĊĪaru
- ona pragnie umrzec pod znakiem lekkoĞci. BĊdzie lĪejsza od powietrza. WedIug Par-
menidesa jest to przemiana negatywnego w pozytywne.
.
25.
.
Autokar zatrzymaI siĊ przed hotelem w Bangkoku. Nikt nie miaI juĪ ochoty na orga-
nizowanie konferencji. Ludzie rozproszyli siĊ w maIych grupkach po mieĞcie, niektórzy
poszli zwiedzic Ğwiątynie, inni do burdelu. Przyjaciel z Sorbony zaproponowaI Franzowi
Īeby wspólnie spĊdzili wieczór, ale Franz chciaI zostac sam.
ĝciemniaIo siĊ kiedy wyszedI na ulicĊ. Ciągle myĞlaI o Sabinie i czuI na sobie jej
uwaĪne spojrzenie, pod którym zawsze traciI pewnoĞc siebie, poniewaĪ nigdy nie wie-
dziaI, co Sabina naprawdĊ myĞli. Teraz równieĪ to spojrzenie zaczĊIo go peszyc. Czy
nie Ğmieje siĊ z niego? UwaĪa moĪe, Īe kult, którym ją otacza jest niemądry? Chce
mu powiedziec, ze wreszcie powinien dorosnąc i zając siĊ w peIni kochanka, którą ona
sama mu posIaIa?
WyobraziI sobie twarz dziewczyny w duĪych okularach. UĞwiadomiI sobie, Īe jest
z tą swoja studentką szczĊĞliwy. PodróĪ do KambodĪy wydaIa mu siĊ nagle Ğmieszna
i bez znaczenia. Po co tu w ogóle przyjeĪdĪaI? Teraz juĪ wie. PrzyjechaI tu, Īeby sobie
wreszcie uĞwiadomic, Īe nie Īadne marsze, nie Sabina są jego rzeczywistym Īyciem,
ale studentka w okularach. Ona jest jego prawdziwym, jedynie rzeczywistym Īyciem!
PrzyjechaI tu, by zrozumiec, Īe rzeczywistoĞc to wiĊcej niĪ sen, o wiele wiĊcej niĪ sen!
Potem z ciemnoĞci wyIoniIa siĊ jakaĞ postac i o coĞ go prosiIa w niezrozumiaIym
jĊzyku. PrzyglądaI siĊ jej z jakimĞ peInym wspóIczucia zaskoczeniem. Nieznajomy mĊĪ-
czyzna kIaniaI siĊ, uĞmiechaI siĊ i ciągle coĞ nalegająco beIkotaI. Co mu mówiI? Wyda-
waIo siĊ, Īe jakby go dokądĞ zapraszaI. ZIapaI go za rĊkĊ i ciągnąI. Franzowi przyszIo
do gIowy, Īe ktoĞ potrzebuje pomocy. WiĊc moĪe jednak nie przyjechaI tu na darmo?
MoĪe zostaI tu przywoIany po to, by komuĞ pomóc?
A potem nagle obok tego beIkoczącego mĊĪczyzny znaleĨli siĊ jeszcze dwaj, a jeden
z nich domagaI siĊ po angielsku, Īeby im daI pieniądze.
113
DTP by SHADE
W tym momencie studentka w okularach zniknĊIa z jego myĞli i znów spoczĊto
na nim spojrzenie Sabiny, nierzeczywistej Sabiny, której los byI tak ciĊĪki, Sabiny,
wobec której czuI siĊ maIy. PatrzyIa na niego z gniewem i niezadowoleniem: znów daIeĞ
siĊ oszukac? Znowu ktoĞ wykorzystuje twoją gIupkowatą dobroc?
GwaItownie wyrwaI siĊ mĊĪczyĨnie, który trzymaI go za rĊkaw. WiedziaI, Īe Sabinie
zawsze podobaIa siĊ w nim jego siIa. SchwyciI rĊkĊ, którą siĊgaI po niego drugi mĊĪ-
czyzna. Mocno ją ĞcisnąI i przerzuciI mĊĪczyznĊ przez siebie za pomocą wspaniaIego
chwytu judo.
Teraz byI z siebie zadowolony. Oczy Sabiny wciąĪ na niego patrzyIy. JuĪ nigdy nie
zobaczy go poniĪonego! Nigdy juĪ nie zobaczy, jak siĊ cofa! JuĪ nigdy Franz nie bĊdzie
miĊkki i sentymentalny!
NapeIniIa go wesoIa niemalĪe nienawiĞc do mĊĪczyzn, którzy chcieli zakpic z jego
naiwnoĞci. StaI lekko pochylony i nie spuszczaI wzroku z Īadnego z nich Ale potem coĞ
ciĊĪkiego uderzyIo go w gIowĊ i osunąI siĊ. MĊtnie uĞwiadamiaI sobie, Īe dokądĞ go
niosą. Potem padaI w jakiĞ dóI. PoczuI gwaItowne uderzenie i straciI ĞwiadomoĞc.
Ponownie obudziI siĊ dopiero w genewskim szpitalu. Nad jego IóĪkiem nachylaIa
siĊ Marie-Claude. ChciaI jej powiedziec, Īe nie chce, Īeby przy nim byIa. ChciaI, Īeby
natychmiast zawiadomiono dziewczynĊ w duĪych okularach. ChciaI krzyczec, Īe nie
zniesie przy sobie nikogo oprócz niej. Ale stwierdziI z przeraĪeniem, Īe nie moĪe mówic.
PatrzyI na Marie-Claude z potworną nienawiĞcią i chciaI odwrócic siĊ od niej do Ğciany.
Ale nie mógI siĊ poruszyc. ChciaI przynajmniej odwrócic gIowĊ. Ale nie mógI poruszyc
nawet gIową. Dlatego zamknąI oczy, aby jej nie widziec.
.
26.
.
Martwy Franz wreszcie naleĪy do swej prawowitej maIĪonki, jak nigdy przedtem
do niej nie naleĪaI. Marie-Claude decyduje o wszystkim, zajmuje siĊ organizacją po-
grzebu, rozsyIa zawiadomienia, zamawia wieĔce, daje do szycia czarną sukienkĊ, która
jest w rzeczywistoĞci jej suknią Ğlubną. Tak, dopiero pogrzeb mĊĪa jest dla maIĪonki
prawdziwym Ğlubem, ukoronowaniem wspólnej drogi, nagrodą za wszystkie udrĊki.
Zresztą pastor uĞwiadamia to sobie doskonale i mówi nad grobem o wiernej miIoĞci
maIĪeĔskiej, która musiaIa przejĞc przez róĪne próby, aby pozostac dla nieboszczyka
aĪ do koĔca spokojnym portem, do którego mógI w ostatnich chwilach powrócic. Rów-
nieĪ kolega Franza, którego Marie-Claude poprosiIa, by przemówiI nad grobem, oddaI
przede wszystkim hoId dzielnej Īonie zmarIego.
GdzieĞ w tyle, podpierana przez przyjacióIki sIaniaIa siĊ dziewczyna w wielkich oku-
larach. Powstrzymywany pIacz i ogromna iloĞc poIkniĊtych proszków uspokajających
spowodowaIy, Īe jeszcze przed zakoĔczeniem obrządku zIapaIy ją skurcze. Kuli siĊ,
trzymając siĊ za brzuch i przyjacióIki muszą wyprowadzic ją z cmentarza.
.
27.
.
Zaraz jak tylko otrzymaI telegram od przewodniczącego spóIdzielni produkcyjnej,
wsiadI na motocykl i przyjechaI. ZająI siĊ pogrzebem. Na pomniku kazaI umieĞcic pod
nazwiskiem ojca napis: PragnąI królestwa boĪego na ziemi.
Wie dobrze, Īe ojciec nigdy by tego nie wyraziI w ten sposób. Ale jest pewien,
Īe napis dobrze wyraĪa to, czego ojciec pragnąI. Królestwo boĪe oznacza sprawiedli-
woĞc. Tomasz pragnąI Ğwiata, w którym panowaIaby sprawiedliwoĞc. CzyĪ Szymon nie
ma prawa wyrazic Īycia ojca swoimi sIowami? Jest to przecieĪ odwieczne prawo tych,
co pozostają. PowróciI po dIugim bIąkaniu, napisano na pomniku postawionym nad
trumną Franza. Napis moĪna zrozumiec jako religijny symbol: bIąkanie poprzez Īycie
doczesne, powrót w objĊcia Boga. Ale wtajemniczeni wiedzą, Īe zdanie to ma równieĪ
swój sens Ğwiecki. Marie-Claude opowiada o tym zresztą kaĪdego dnia.
114 DTP by SHADE
Franz, zIoty, dobry Franz nie wytrzymaI swego kryzysu piĊcdziesiątki. WpadI w szpo-
ny tej nieszczĊsnej dziwki. Nie byIa nawet Iadna (widzieliĞcie te monstrualne okulary,
zza których w ogóle nie byIo jej widac?). Ale mĊĪczyzna piĊcdziesiĊcioletni (wszyscy
to wiemy!) sprzedaIby duszĊ za kawaIek mIodego ciaIa. Tylko jego wIasna Īona wie, jak
cierpiaI! ByIy to dla niego prawdziwe katusze moralne! Bo Franz w gIĊbi duszy pozostaI
dobry i szlachetny. Jak inaczej wytIumaczyc sobie tĊ bezsensowną, rozpaczliwą wypra-
wĊ gdzieĞ do Azji? PojechaI tam po Ğmierc. Tak, Marie-Claude wie to z caIą pewnoĞcią:
Franz Ğwiadomie szukaI Ğmierci. W ostatnich dniach, kiedy umieraI i nie musiaI juĪ kIa-
mac, nie chciaI widziec nikogo oprócz niej. Nie mógI juĪ mówic, ale dziĊkowaI jej przy-
najmniej wzrokiem. BIagaI ją swym spojrzeniem o przebaczenie. I ona mu przebaczyIa.
.
28.
.
Co pozostaIo z ludzi umierających w KambodĪy? Jedno duĪe zdjĊcie amerykaĔskiej
aktorki trzymającej w objĊciach ĪóIte dziecko. Co pozostaIo z Tomasza? Napis: PragnąI
królestwa boĪego na ziemi. Co pozostaIo z Beethovena? Zachmurzony mĊĪczyzna z nie-
prawdopodobną grzywą, który ciemnym gIosem wypowiada: ,Es muss sein!¨ Co zostaIo
z Franza? Napis: PowróciI po dIugim bIąkaniu.
I tak dalej i tak dalej. Zanim zostaniemy zapomniani, przemieni siĊ nas w kicz. Kicz
jest stacją tranzytową pomiĊdzy bytem a zapomnieniem.
.
CZĉĝC VII
.
UĞmiech Karenina
.
1.
.
Z okna widac byIo zbocze poroĞniĊte krzywymi ciaIkami jabIoni. Nad urwiskiem las
zamykaI horyzont, a krzywizna pagórków ciągnĊIa siĊ w dal. Pod wieczór na blade niebo
wychodziI biaIy ksiĊĪyc i to byI moment, w którym Teresa wychodziIa na próg. KsiĊĪyc
wiszący na wciąĪ jasnym niebie wydawaI jej siĊ lampą, którą zapomniano zgasic i Ğwie-
ciIa przez caIy dzieĔ w pokoju zmarIych.
Krzywe jabIonie rosIy na zboczu i Īadna z nich nie mogIa odejĞc z miejsca, w któ-
rym wyrosIa, tak jak Teresa ani Tomasz nie bĊdą mogli nigdy odejĞc z tej wsi. Sprze-
dali auto, telewizor, radio tylko po to, by kupic tu od rolnika, który przeprowadzaI siĊ
do miasta, maIy domek z ogrodem.
ĩycie na wsi byIo jedyną ucieczką, jaka im pozostaIa, poniewaĪ potrzebowano
tu wiecznie wiĊkszej iloĞci ludzi i istniaIa dostateczna iloĞc mieszkaĔ. Nikt nie byI zain-
teresowany w badaniu politycznej przeszIoĞci tych, którzy skIonni byli pojechac praco-
wac na polu czy w lesie i nikt im niczego nie zazdroĞciI.
Teresa byIa szczĊĞliwa, Īe opuĞciIa miasto peIne pijanych klientów baru i nieznajo-
mych kobiet, które pozostawiaIy we wIosach Tomasza zapach chwoji. Policja przestaIa
siĊ nimi zajmowac i historia z inĪynierem zlaIa siĊ w jej ĞwiadomoĞci w jedno ze sceną
na Petrzynie, tak Īe juĪ prawie nie rozpoznawaIa, co byIo snem, a co prawdą. (Zresztą,
czy inĪynier byI rzeczywiĞcie na sIuĪbie tajnej policji? MoĪe tak, moĪe nie. MĊĪczyĨni,
którzy uĪywają do randek wypoĪyczonych mieszkaĔ i nie lubią siĊ kochac z tą samą
kobietą czĊĞciej niĪ jeden raz, nie są taką znów rzadkoĞcią.)
Teresa byIa wiĊc szczĊĞliwa i miaIa wraĪenie, Īe doszIa do celu: byli razem z To-
maszem i byli sami. Sami? MuszĊ byc dokIadniejszy: to, co nazwaIem samotnoĞcią,
oznacza, Īe zerwali wszelkie kontakty z dotychczasowymi przyjacióImi i znajomymi.
PrzeciĊli swe Īycie, jakby byIo kawaIkiem wstąĪki. Ale czuli siĊ dobrze w towarzystwie
wieĞniaków, z którymi pracowali i których od czasu do czasu odwiedzali w ich domach
albo zapraszali do siebie.
115
DTP by SHADE
Tego dnia, kiedy w uzdrowisku, którego ulice nosiIy rosyjskie nazwy, poznaIa prze-
wodniczącego tutejszej spóIdzielni produkcyjnej. Teresa odkryIa w sobie obraz wsi,
który w niej pozostawiIy wspomnienia z lektury albo doĞwiadczenia jej przodków: Ğwia-
ta równoĞci, w którym wszyscy są jakby wielką rodziną zIączoną wspólnymi zaintere-
sowaniami i zwyczajami: co niedzielĊ naboĪeĔstwo w koĞciele, gospoda, w której spo-
tykają siĊ mĊĪczyĨni bez kobiet, sala w tej gospodzie, gdzie w niedzielĊ gra orkiestra
i caIa wieĞ taĔczy.
Ale wieĞ z okresu komunizmu juĪ nie jest podobna do tego prastarego obrazu. Ko-
ĞcióI znajdowaI siĊ w sąsiedniej gminie i nikt do mego nie chodziI, w gospodzie zrobili
urząd i chIopi nie mieli gdzie siĊ spotykac i pic piwa, mIodzi nie mieli gdzie taĔczyc.
ĝwiąt koĞcielnych nie moĪna byIo ĞwiĊtowac, ĞwiĊta paĔstwowe nikogo nie obchodziIy.
Kino znajdowaIo siĊ dopiero w oddalonym o dwadzieĞcia kilometrów miasteczku. I tak
po dniu pracy, w którym ludzie wesoIo do siebie pokrzykiwali i plotkowali w minutach
odpoczynku, wszyscy zamykali siĊ w czterech Ğcianach swych nowoczeĞnie umeblowa-
nych domków, z których brak gustu wiaI jak przeciąg, i gapili siĊ w rozĞwietlony ekran
telewizorów. Nie zapraszali siĊ w goĞci, zaledwie czasami wpadali do sąsiada na parĊ
sIów przed kolacją. WieĞ nie dawaIa im niczego, co by choc trochĊ przypominaIo cieka-
we Īycie.
Byc moĪe wIaĞnie dlatego, Īe nikt nie chciaI siĊ tu zakorzenic, paĔstwo traciIo
wIadzĊ nad wsią. Rolnik, który nie jest juĪ wIaĞcicielem gruntu, ale tylko najmitą pra-
cującym w polu, nie jest przywiązany ani do krajobrazu, ani do swej pracy, nie ma nic
do stracenia, nie ma czego siĊ bac. DziĊki tej obojĊtnoĞci wieĞ zachowaIa znaczną auto-
nomiĊ i wolnoĞc. Przewodniczący spóIdzielni nie byI przywieziony w teczce (jak wszyscy
inni dyrektorzy w mieĞcie), ale byI wybrany przez wieĞniaków i byI jednym z nich.
PoniewaĪ wszyscy marzyli o tym, by stąd odejĞc. Teresa i Tomasz mieli wyjątko-
wą pozycjĊ: przyjechali tu dobrowolnie Inni wykorzystywali kaĪda okazjĊ Īeby choc
na dzieĔ pojechac do pobliskich miast. Teresie i Tomaszowi nie zaleĪaIo na niczym
innym niĪ na byciu tam, gdzie są i dziĊki temu szybko poznali wieĞniaków lepiej niĪ
wieĞniacy sami znali siĊ miĊdzy sobą.
Szczególnie przewodniczący spóIdzielni produkcyjnej zostaI ich prawdziwym przy-
jacielem. MiaI ĪonĊ, czworo dzieci i prosiĊ, które wychowywaI, jakby to byI pies. Prosie
nazywaIo siĊ Mefisto i byIo dumą i atrakcją caIej wsi. SIuchaIo poleceĔ, byIo czyĞciutkie
i róĪowe: stąpaIo na swych kopytkach jak kobieta o tIustych Iydkach chodzi na wyso-
kich obcasach.
Kiedy Karenin po raz pierwszy zobaczyI Mefista, byI wzburzony i dIugo obchodziI go
i obwąchiwaI. Ale wkrótce siĊ z nim zaprzyjaĨniI i wolaI go od wiejskich psów, którymi
pogardzaI, bo byIy przywiązane do bud i gIupio szczekaIy - stale i bez powodu. Kare-
nin dobrze rozpoznaI wartoĞc wyjątkowoĞci i moĪna by powiedziec, Īe szanowaI swą
przyjaĨĔ z prosiĊciem.
Przewodniczący spóIdzielni cieszyI siĊ, Īe moĪe pomóc swemu dawnemu chirurgo-
wi i jednoczeĞnie byI nieszczĊĞliwy, Īe nie moĪe dla niego zrobic wiĊcej. Tomasz zostaI
kierowcą ciĊĪarówki, którą rozwoziI rolników po polach albo woziI narzĊdzia.
SpóIdzielnia miaIa cztery piĊkne obory, a oprócz nich mniejszą stajniĊ, w której
staIo czterdzieĞci jaIówek. Teresa dostaIa je pod opiekĊ i dwa razy dziennie wyprowa-
dzaIa na pastwisko. PoniewaĪ bliskie i Iatwo dostĊpne Iąki przeznaczono na koĞbĊ, Te-
resa musiaIa chodzic ze stadem na okoliczne pagórki. JaIówki stopniowo spasaIy trawĊ
na odlegIych pastwiskach i w ten sposób Teresa obeszIa z nimi w ciągu roku caIą rozle-
gIą krainĊ otaczającą wieĞ. Tak jak kiedyĞ w maIym mieĞcie, wciąĪ nosiIa ze sobą jakąĞ
ksiąĪkĊ, na Iąkach otwieraIa ją i czytaIa.
Karenin zawsze jej towarzyszyI. NauczyI siĊ szczekac na mIode krowy, kiedy byIy
zbyt rozochocone i chciaIy siĊ oddalic od stada. RobiI to z widoczną radoĞcią. Z pewno-
Ğcią byI najszczĊĞliwszy z caIej trójki. Nigdy dotąd jego urząd,,straĪnika zegara¨ nie byI
tak szanowany jak tutaj, gdzie nie byIo miejsca na Īadną improwizacjĊ. Czas, w którym
116 DTP by SHADE
tu Īyli Tomasz i Teresa, zbliĪaI siĊ do regularnoĞci jego czasu.
Pewnego dnia po obiedzie (to byIa chwila, w której mieli dwie wolne godziny dla
siebie) poszli wszyscy troje na spacer na zbocze za swym domkiem.
- Nie podoba mi siĊ jak biegnie - powiedziaIa Teresa.
Karenin widocznie kulaI na tylną nogĊ. Tomasz przykucnąI przy nim i obmacywaI
mu IapĊ. ZnalazI na udzie maIą gulkĊ.
NastĊpnego dnia posadziI go obok siebie na siedzeniu ciĊĪarówki i zajechaI do są-
siedniej wsi, gdzie mieszkaI weterynarz. OdwiedziI go w tydzieĔ póĨniej i wróciI do domu
z wiadomoĞcią, Īe Karenin ma raka. W trzy dni póĨniej operowaI go razem z weteryna-
rzem. Kiedy przywiózI go do domu. Karenin jeszcze nie caIkiem ocknąI siĊ z narkozy.
LeĪaI na dywanie obok ich IóĪka, miaI otwarte oczy i skomlaI. Na udzie miaI ogoloną
sierĞc i ranĊ z szeĞcioma szwami. Potem staraI siĊ podnieĞc. Ale nie mógI.
- Nie bój siĊ - powiedziaI Tomasz. - Jest jeszcze zamroczony narkozą.
StaraIa siĊ go podnieĞc, ale obnaĪyI zĊby. Jeszcze nigdy siĊ nie zdarzyIo, Īeby
chciaI ugryĨc TeresĊ!
- Nie wie, kim jesteĞ - powiedziaI Tomasz. - Nie poznaje ciĊ.
PoIoĪyli go obok swego IóĪka, gdzie szybko zasnąI. Oni równieĪ zasnĊli. ObudziI siĊ
nagle o trzeciej. MerdaI ogonem i deptaI po Teresie i Tomaszu. PieĞcili siĊ z nim dziko
i Iapczywie.
RównieĪ nie zdarzyIo siĊ nigdy przedtem, Īeby ich obudziI! Zawsze czekaI, dopóki
nie przebudzi siĊ jedno z nich, a dopiero póĨniej odwaĪaI siĊ do nich wskoczyc.
Ale tym razem, kiedy ocknąI siĊ w Ğrodku nocy na nowo przytomny, nie umiaI siĊ
opanowac. Kto wie, z jakiej oddali powracaI! Kto wie, z jakimi marami walczyI! Kiedy
teraz zobaczyI, Īe jest w domu i poznaI swych najbliĪszych, ucieszyI siĊ tak. Īe musiaI
im okazac swą ogromną radoĞc, radoĞc z powrotu i ponownego narodzenia.
.
2.
.
Zaraz na początku Genesis jest napisane, Īe Bóg stworzyI czIowieka, aby mu po-
wierzyc wIadzĊ na ptactwem, rybami i ssakami. OczywiĞcie, Genesis spisaI czIowiek,
a nie koĔ. Nie ma Īadnej pewnoĞci, Īe Bóg rzeczywiĞcie daI ludziom wIadzĊ nad innymi
stworzeniami. Raczej siĊ wydaje, Īe czIowiek sam wymyĞliI Boga, aby uczynic z wIadzy
nad koniem czy krową, którą sobie uzurpowaI, ĞwiĊtą rzecz. Tak, prawo do zabicia je-
lenia czy krowy jest jedyną rzeczą, co do której ludzkoĞc jest zgodna, nawet podczas
najkrwawszych wojen.
To prawo wydaje siĊ nam oczywiste, poniewaĪ na szczycie hierarchii znajdujemy
siĊ my sami. Ale wystarczyIoby, aby do gry przystąpiI ktoĞ trzeci, na przykIad przybysz
z innej planety, któremu Bóg powiedziaI: ,BĊdziesz panowaI nad mieszkaĔcami caIej
reszty gwiazd¨, aby caIa oczywistoĞc Genesis staIa siĊ problematyczna. CzIowiek za-
przĊĪony przez Marsjanina do wozu albo opiekany na roĪnie przez mieszkaĔca Mlecznej
Drogi byc moĪe przypomni sobie kotlet cielĊcy, który zwykI krajac na wIasnym talerzu
i przeprosi (za póĨno!) krowĊ.
Teresa idzie za stadem jaIówek, gna je przed sobą, co chwila musi którąĞ z nich
karcic, bo mIode krowy są wesoIe i uciekają z drogi na pola. Karenin jej towarzyszy.
Chodzi z nimi co dzieĔ na pastwisko juĪ od dwóch lat. Zawsze bardzo go bawiIo byc su-
rowym dla jaIówek, szczekac na nie i wymyĞlac im (jego Bóg powierzyI mu wIadzĊ nad
krowami i byI z tego dumny). Ale tym razem idzie z wielkim trudem i skacze na trzech
nóĪkach; na czwartej ma ranĊ, która krwawi. Teresa skIania siĊ ku niemu co chwilĊ
i gIadzi go po grzbiecie. W czternaĞcie dni po operacji staIo siĊ jasne, Īe rak siĊ nie
zatrzymaI i Īe z Kareninem bĊdzie coraz gorzej. Po drodze spotykają sąsiadkĊ, która
spieszy w gumiakach do obory. Sąsiadka siĊ zatrzymuje:
- Co z pani pieskiem? CoĞ kuleje. Teresa mówi:
- Ma raka. Jest skazany - i czuje, Īe gardIo jej siĊ zwiera i nie moĪe mówic. Są-
117
DTP by SHADE
siadka widzi Izy Teresy i niemal siĊ zIoĞci:
- BoĪe, nie bĊdzie pani przecieĪ pIakac o psa!
Nie mówi tego w zIej intencji, jest to poczciwa kobieta, pragnie raczej uspoko-
ic TeresĊ. Teresa wie to, jest zresztą na wsi juĪ dostatecznie dIugo, Īeby zrozumiec,
Īe gdyby wiejscy ludzkie kochali kaĪdego królika tak, jak ona kocha Karenina, nie by-
liby w stanie Īadnego zabic i umarliby z gIodu razem ze swymi zwierzĊtami. Pomimo
to sIowa sąsiadki wydają siĊ jej nieprzyjazne.
- Wiem - odpowiada bez protestu, ale szybko siĊ od niej odwraca i odchodzi
drogą. Czuje siĊ osamotniona ze swą miIoĞcią do psa. Mówi sobie ze smutnym uĞmie-
chem, Īe musi siĊ bardziej ukrywac z tą miIoĞcią, niĪ by musiaIa ukrywac zdradĊ maI-
ĪeĔską. MiIoĞc do psa ludzi gorszy. Gdyby sąsiadka dowiedziaIa siĊ, Īe Teresa zdradziIa
Tomasza, poklepaIaby ją wesoIo po plecach na znak tajemnego porozumienia.
Idzie wiĊc dalej ze swymi jaIóweczkami, które ocierają siĊ o siebie bokami i mówi
sobie, Īe są to bardzo miIe zwierzĊta. Spokojne, prostoduszne, czasem dzieciĊco we-
soIe: wyglądają jak tIuste piĊcdziesiĊcioletnie kobiety, które udają, Īe nie skoĔczyIy
jeszcze czterdziestu lat. Nie ma nic bardziej wzruszającego od widoku bawiących siĊ
krów. Teresa patrzy na nie z sympatią i mówi sobie (ta myĞl od dwóch lat wciąĪ do niej
powraca), Īe ludzkoĞc pasoĪytuje na krowach tak, jak tasiemiec pasoĪytuje na czIowie-
ku: przyssaIa siĊ do ich wymion jak pijawka. CzIowiek jest pasoĪytem krów, tak by go
prawdopodobnie scharakteryzowaI w swej zoologii nieczIowiek.
TĊ definicjĊ moĪemy uznac za Īart i dobrotliwie siĊ z niej Ğmiac. Teresa, myĞląc
o niej powaĪnie, wchodzi na równiĊ pochyIą: jej myĞli są niebezpieczne i oddalają siĊ
od ludzkoĞci. JuĪ w Genesis Bóg powierzyI czIowiekowi wIadzĊ nad stworzeniami, ale
moĪemy to teĪ zrozumiec w ten sposób, Īe daI mu ją tylko w ajencjĊ. CzIowiek nie jest
wIaĞcicielem, ale zaledwie dzierĪawcą planety, i kiedyĞ bĊdzie musiaI zdac rachunek
ze swego zarządzania. Kartezjusz zrobiI znaczący krok dalej: uczyniI z czIowieka ,pana
i wIadcĊ przyrody¨. Nie jest dzieIem przypadku, Īe to on wIaĞnie definitywnie odmówiI
zwierzĊtom duszy: czIowiek jest wIadcą i panem, natomiast zwierzĊ - jak mówiI Kar-
tezjusz - to tylko automat, oĪywiona maszyna, ,machina animata¨. Gdy zwierzĊ sko-
wyczy, nie jest to skowyt, a tylko skrzypienie Ĩle naoliwionego mechanizmu. Kiedy koIo
wozu skrzypi, nie oznacza to, Īe wóz cierpi, ale Īe nie jest dobrze naoliwiony. Podobnie
musimy przyjmowac pIacz zwierzĊcia i nie smucic siĊ losem psa, którego w laborato-
rium naukowym krają Īywcem.
JaIówki pasą siĊ na Iące. Teresa siedzi na pniaku, Karenin siedzi obok niej z gIową
na jej kolanach. Teresa przypomina sobie, Īe kiedyĞ przed dziesiĊciu laty przeczytaIa
w gazecie dwuwierszową wzmiankĊ o tym, Īe w jakimĞ rosyjskim mieĞcie zastrzelono
wszystkie miejscowe psy. Ta wiadomoĞc, nie rzucająca siĊ w oczy i pozornie bez Īadne-
go znaczenia, po raz pierwszy daIa jej odczuc przeraĪenie tym zbyt wielkim sąsiednim
krajem.
Ta wiadomoĞc byIa antycypacją wszystkiego, co przyszIo póĨniej. W pierwszych
dwóch latach po inwazji rosyjskiej nie moĪna jeszcze byIo mówic o istnieniu terroru.
PoniewaĪ caIy naród nie zgadzaI siĊ z okupacyjnym reĪymem, Rosjanie musieli znaleĨc
sobie nowych ludzi i dopchac ich do wIadzy. Ale gdzie mieli ich szukac, skoro wiara
w komunizm i miIoĞc do Rosji byIy martwe? Szukali ich wĞród tych, którzy mieli powo-
dy, by za coĞ mĞcic siĊ Īyciu. Trzeba byIo zespolic, wyszkolic i trzymac w pogotowiu
ich agresywnoĞc. Trzeba byIo ich cwiczyc najpierw na celach pozornych. Tym celem
staIy siĊ zwierzĊta. Gazety zaczĊIy wtedy drukowac cykle artykuIów i organizowac listy
czytelników. ĩądano na przykIad, Īeby w miastach wytĊpic goIĊbie. I wytĊpiono je.
Ale gIówną kampaniĊ wymierzono przeciwko psom. Ludzie byli jeszcze zrozpaczeni
z powodu katastrofy, jaką byIa okupacja, ale gazety, radio, telewizja mówiIy wyIącz-
nie o psach, które zanieczyszczają chodniki i parki, zagraĪają zdrowiu dzieci, Īadnego
poĪytku nie przynoszą, a jeszcze siĊ je karmi. Stworzono taką psychozĊ, Īe Teresa
baIa siĊ, Īeby poszczuty motIoch nie zrobiI krzywdy Kareninowi. Dopiero w rok póĨnej
118 DTP by SHADE
zgromadzona (i wytrenowana na zwierzĊtach) agresja obróciIa siĊ na swój wIaĞciwy
cel: na ludzi. ZaczĊIo siĊ wyrzucanie z pracy, aresztowania, procesy. ZwierzĊta mogIy
wreszcie odetchnąc.
Teresa wciąĪ gIadzi Karenina po gIowie, która cicho spoczywa na jej kolanach. Mówi
sobie w duchu mniej wiĊcej to: nie jest Īadną zasIugą zachowywac siĊ dobrze w sto-
sunku do innych ludzi. Teresa musi byc uprzejma w stosunku do innych wieĞniaków,
w przeciwnym razie nie mogIaby tu Īyc. Zresztą i w stosunku do Tomasza musi siĊ za-
chowywac serdecznie, poniewaĪ go potrzebuje. Nigdy nie bĊdziemy mogli z caIą pew-
noĞcią stwierdzic, na ile nasze stosunki z innymi ludĨmi są wynikiem naszych uczuc,
miIoĞci, nienawiĞci, dobroci lub zIoĞci, a na ile są spowodowane stosunkiem siI pomiĊ-
dzy poszczególnymi osobami.
Prawdziwa dobroc czIowieka moĪe siĊ wyrazic w sposób absolutnie czysty i wolny
tylko w stosunku do tego, kto nie reprezentuje Īadnej siIy. Prawdziwa moralna próba
ludzkoĞci, najbardziej podstawowa (leĪąca tak gIĊboko, Īe wymyka siĊ naszemu wzro-
kowi) polega na jego stosunku do tych, którzy są wydani na jego IaskĊ i nieIaskĊ:
do zwierząt. I tu wIaĞnie doszIo do podstawowej winy czIowieka, tak podstawowej,
Īe z niej wIaĞnie wypIywa wszystko inne.
Jedna z jaIówek zbliĪyIa siĊ do Teresy, zatrzymaIa siĊ i dIugo na nią patrzyIa wielkimi
brązowymi oczyma. Teresa znaIa ją, nazwaIa ją MaIgosia. ChĊtnie ochrzciIaby wszystkie
swoje jaIówki, ale nie byIa w stanie. ByIo ich zbyt wiele. KiedyĞ, dawno, jeszcze przed
czterdziestu laty wszystkie krowy w tej wsi miaIy imiona. (A poniewaĪ imiĊ jest znakiem
duszy, moĪna powiedziec, Īe na przekór Kartezjuszowi miaIy duszĊ.) Ale potem ze wsi
zrobiIa siĊ wielka spóIdzielcza fabryka i krowy przeĪywaIy swe Īycie na dwóch metrach
kwadratowych obory. Od tego czasu nie mają imion i staIy siĊ ,machinae animatae¨.
ĝwiat przyznaI racjĊ Kartezjuszowi.
WciąĪ mam przed oczyma TeresĊ siedzącą na pniu, gIadzącą Ieb Karenina i myĞlącą
o winie ludzkoĞci. W tym momencie przychodzi mi do gIowy inny obraz: Nietzsche wy-
chodzi ze swego hotelu w Turynie. Widzi naprzeciwko konia i woĨnicĊ okIadającego go
batem. Nietzsche podchodzi do konia, na oczach woĨnicy obejmuje go za szyjĊ i pIacze.
ByIo to w roku 1889 i Nietzsche teĪ juĪ byI oddzielony od ludzi. Inaczej mówiąc: wtedy
wIaĞnie wybuchIa jego choroba psychiczna. Ale wIaĞnie dlatego jego gest wydaje mi siĊ
peIen gIĊbokiego sensu. Nietzsche przyszedI przeprosic konia za Kartezjusza. Jego sza-
leĔstwo (a wiĊc jego rozejĞcie siĊ z ludzkoĞcią) zaczyna siĊ w momencie, kiedy pIacze
nad koniem.
I to jest ten Nietzsche. którego lubiĊ, podobnie jak lubiĊ TeresĊ, na której kolanach
spoczywa gIowa Ğmiertelnie chorego psa. Widzą ich jedne obok drugiego, oboje scho-
dzą na bok z szosy, po której ludzkoĞc.,,pan i wIadca przyrody¨, maszeruje naprzód.
.
3.
.
Karenin urodziI dwa rogaliki i jedną pszczoIĊ. Zaskoczony, oglądaI wIasne potom-
stwo. Rogaliki zachowywaIy siĊ spokojnie, ale pszczoIa, oszoIomiona, krĊciIa siĊ w kóIko,
a potem wzbiIa siĊ w górĊ i odleciaIa.
To byI sen, który siĊ przyĞniI Teresie. OpowiedziaIa go zaraz po przebudzeniu To-
maszowi i oboje znaleĨli w nim rodzaj pociechy: ten sen zmieniI chorobĊ Karenina
w ciąĪĊ, a dramat porodu daI wynik jednoczeĞnie Ğmieszny i Iagodny: dwa rogaliki
i jedną pszczoIĊ.
Znów opanowaIa ją nostalgiczna nadzieja. WstaIa i ubraIa siĊ. Tutaj na wsi dzieĔ
równieĪ zaczynaI siĊ od tego, Īe szIa do sklepu kupic mleko, chleb, rogaliki. Ale kiedy
zawoIaIa Karenina. podniósI tylko z trudem gIowĊ. Po raz pierwszy odmówiI udziaIu
w obrzĊdzie, którego kiedyĞ sam siĊ bezwarunkowo domagaI.
SzIa wiĊc bez niego.
- Gdzie Karenin? - zapytaIa sprzedawczyni, która juĪ przygotowaIa dla niego ro-
119
DTP by SHADE
galik. Tym razem Teresa sama go niosIa w torbie. JuĪ we drzwiach wyciągnĊIa go i po-
kazaIa psu. ChciaIa, Īeby po niego przyszedI. Ale on leĪaI i nie ruszaI siĊ.
Tomasz widziaI, Īe Teresa jest nieszczĊĞliwa. WsadziI sobie rogalik w usta i stanąI
na czworakach przed Kareninem. Potem powoli siĊ do niego zbliĪaI.
Karenin spojrzaI na niego, wydawaIo siĊ, Īe zapaliI mu siĊ w Ğlepiach jakiĞ bIysk za-
interesowania, ale nie poddaI siĊ. Tomasz zbliĪyI twarz tuĪ do jego pyska. Nie ruszając
siĊ, pies wziąI do pyska sterczącą z ust czĊĞc rogalika. Potem Tomasz wypuĞciI rogalik,
Īeby caIy dostaI siĊ Kareninowi.
WciąĪ na czworakach cofnąI siĊ, przycupnąI i zacząI warczec. UdawaI, Īe chce wal-
czyc o rogalik. W tym momencie pies odpowiedziaI panu równieĪ warczeniem. Wresz-
cie! To byIo to, na co czekali! Karenin miaI ochotĊ siĊ z nimi bawic! Karenin miaI jeszcze
w sobie chĊc Īycia!
To warkniecie byIo uĞmiechem Karenina i oni chcieli, Īeby ten uĞmiech trwaI jak
najdIuĪej. Dlatego Tomasz znów zbliĪyI siĊ do niego na czworakach i zIapaI wystający
psu z pyska koniec rogalika. Ich gIowy byIy tuĪ obok siebie. Tomasz czuI zapach psiego
oddechu, dIugie kosmyki sierĞci rosnące wokóI nosa Karenina IaskotaIy go po policzku.
Pies jeszcze raz zawarczaI i szarpnąI mordą. KaĪdemu zostaIa w zĊbach poIówka ro-
galika. Potem Karenin popeIniI swój stary bIąd. WypuĞciI swoją czĊĞc rogalika i chciaI
zdobyc tĊ, którą trzymaI w ustach jego pan. ZapomniaI, jak zawsze, ze Tomasz nie jest
psem i Īe ma rĊce. Tomasz nie wypuĞciI rogalika z ust i podniósI porzuconą na ziemi
poIówkĊ.
- Tomasz! - krzyknĊIa Teresa - Nie zabierzesz mu przecieĪ rogalika!
Tomasz upuĞciI obydwie poIówki na ziemiĊ przed Kareninem, który pierwszą po-
IówkĊ bIyskawicznie poIknąI, a drugą dIugo i ostentacyjnie trzymaI w pysku, chlubiąc
siĊ przed maIĪonkami tym dowodem wygranej. Patrzyli na niego i znów sobie mówili,
Īe Karenin uĞmiecha siĊ i Īe dopóki siĊ uĞmiecha, ciągle ma powód, by Īyc, choc jest
skazany.
NastĊpnego dnia wydawaIo siĊ zresztą, Īe jego stan siĊ poprawiI. Zjedli obiad.
To byIa chwila, kiedy oboje mieli godzinĊ wolnego czasu dla siebie i zabierali go na spa-
cery. WiedziaI to i zawsze niespokojnie pobiegiwaI wokóI nich. Ale teraz, kiedy Teresa
zdjĊIa smycz i obroĪĊ, tylko dIugo popatrzyI na nich i nie ruszyI siĊ z miejsca. Stali
naprzeciw niego i starali siĊ byc (ze wzglĊdu na niego i dla niego) weseli. Dopiero
po chwili, jak gdyby litując siĊ nad nimi, przykuĞtykaI do nich na trzech Iapkach i daI
sobie zaIoĪyc obroĪĊ.
- Teresko - prosiI Tomasz - wiem, Īe znielubiIaĞ aparat fotograficzny. Ale zabierz
go dziĞ ze sobą!
Teresa usIuchaIa. OtworzyIa szafĊ, Īeby w niej odnaleĨc gdzieĞ ukryty i zapomnia-
ny aparat fotograficzny, a Tomasz mówiI dalej:
- KiedyĞ te zdjĊcia zrobią nam wiele radoĞci. Karenin byI kawaIkiem naszego Īycia.
- Jak to byI? - spytaIa Teresa, jak gdyby ją ukąsiI wąĪ. Aparat leĪaI przed nią
na dnie szafy, ale nie schylaIa siĊ po niego.
- Nie zabiorĊ go. Nie chcĊ myĞlec, Īe Karenina nie bĊdzie. Ty juĪ o nim powiedzia-
IeĞ w czasie przeszIym!
- Nie gniewaj siĊ - powiedziaI Tomasz.
- Ja siĊ nie gniewam - odpowiedziaIa Teresa Iagodnie. - Sama juĪ siĊ parĊ razy
przyIapaIam na tym, Īe myĞlĊ o nim w czasie przeszIym. Tyle razy juĪ sama na siebie
musiaIam krzyknąc. I wIaĞnie dlatego nie wezmĊ aparatu.
Szli w milczeniu drogą. Nic nie mówic byIo jedynym sposobem, by nie myĞlec o Ka-
reninie w czasie przeszIym. Nie spuszczali z niego wzroku i byli wciąĪ przy nim. Czekali,
kiedy znów siĊ uĞmiechnie. Ale on nie uĞmiechaI siĊ tylko szedI, stale na trzech nóĪ-
kach.
- Robi to tylko dla nas - powiedziaIa Teresa. - Nie chciaIo mu siĊ iĞc na spacer.
PoszedI tylko dlatego, Īeby nam zrobic przyjemnoĞc.
120 DTP by SHADE
To, co powiedziaIa, byIo smutne, a mimo to, sami sobie tego nie uĞwiadamiając, byli
szczĊĞliwi. Byli szczĊĞliwi nie wbrew smutkowi, ale dziĊki niemu. Trzymali siĊ za rĊce
i w oczach mieli ten sam obraz kulejącego pieska, który wyobraĪaI dziesiĊc lat ich Īycia.
Przeszli jeszcze kawaIek. Potem Karenin ku ich wielkiemu rozczarowaniu zatrzymaI siĊ
i zawróciI. Musieli wracac.
Chyba jeszcze tego samego dnia albo nazajutrz Teresa weszIa nieoczekiwanie
do pokoju Tomasza i zobaczyIa, Īe czyta jakiĞ list. UsIyszaI skrzypniĊcie drzwi i odIo-
ĪyI list pomiĊdzy inne papiery. ZauwaĪyIa to. Kiedy wychodziIa z pokoju, spostrzegIa,
Īe Tomasz ukradkiem wsuwa list do kieszeni. Ale zapomniaI o kopercie. Kiedy zostaIa
sama w domu, przestudiowaIa ją. Adres byI napisany nieznajomym pismem, które byIo
bardzo staranne i które uznaIa za pismo kobiety. Kiedy zobaczyli siĊ póĨniej, spytaIa go,
jak gdyby nigdy nic, czy przyszIa jakaĞ poczta.
- Nie - odpowiedziaI Tomasz i TeresĊ ogarnĊIa rozpacz, rozpacz o tyle gorsza,
Īe juĪ siĊ od niej odzwyczaiIa. Nie, nie sądzi, Īe Tomasz ma tu jakąĞ kochankĊ. Jest
to praktycznie niemoĪliwe. Zna kaĪdą jego wolną chwilĊ. Ale wydaje siĊ, Īe w Pradze
pozostaIa jakaĞ kobieta, o której myĞli i na której mu zaleĪy, mimo, Īe nie moĪe mu ona
pozostawic we wIosach zapachu swego krocza. Nie sądzi, Īeby Tomasz miaI ją opuĞcic
dla tej kobiety, ale wydaje jej siĊ, Īe szczĊĞcie dwóch ostatnich lat, które przeĪyli na wsi
jest znów uniewaĪnione przez kIamstwo.
Powraca znów do niej stara myĞl: jej domem nie jest Tomasz, ale Karenin, Kto bĊ-
dzie nakrĊcaI zegar jej dni, kiedy go zabraknie. Teresa przebywaIa duchem w przyszIo-
Ğci, w przyszIoĞci bez Karenina i czuIa siĊ w niej opuszczona.
Karenin leĪaI w kątku i skomliI. Teresa poszIa do ogrodu. PatrzyIa na trawĊ pomiĊ-
dzy dwiema jabIonkami i wyobraĪaIa sobie, Īe tam zakopią Karenina. WbiIa w ziemiĊ
obcas i wyĪIobiIa nim prostokąt w trawie. To byIo miejsce na jego grób.
- Co tu robisz? - zapytaI Tomasz, który zaskoczyI ją przy tej czynnoĞci tak samo
nieoczekiwanie, jak ona zaskoczyIa go przed kilku godzinami przy czytaniu listu.
Nie odpowiedziaIa mu. WidziaI, Īe znów po dIugim czasie drĪą jej rĊce. ChwyciI
ją za nie. WyrwaIa mu siĊ.
- To jest grób dla Karenina?
Nie odpowiedziaIa.
Jej milczenie go rozdraĪniIo. WybuchnąI:
- Wyrzucasz mi, Īe myĞlĊ o nim w czasie przeszIym! A co robisz ty? Ty go chcesz
juĪ pogrzebac! OdwróciIa siĊ od niego i poszIa do domu. Tomasz poszedI do swego po-
koju i trzasnąI za sobą drzwiami.
Teresa otworzyIa je i powiedziaIa:
- Zawsze myĞlisz tylko o sobie, ale teraz przynajmniej mógIbyĞ pomyĞlec o nim.
SpaI i zbudziIeĞ go. Znowu bĊdzie jĊczaI.
WiedziaIa, Īe jest niesprawiedliwa (pies nie spaI), wiedziaIa, Īe siĊ zachowuje jak
najbardziej wulgarne babsko, które chce zranic i wie, jak to zrobic.
Tomasz przeszedI na palcach do pokoju, w którym leĪaI Karenin. Ale ona nie chciaIa
go z nim zostawic samego. Pochylali siĊ nad nim, kaĪde z innej strony. W tym wspólnym
geĞcie nie byIo pogodzenia. Przeciwnie. KaĪde z nich byIo samo. Teresa ze swym psem.
Tomasz ze swym psem.
BojĊ siĊ, Īe tak wIaĞnie rozdzieleni, kaĪde samo, zostaną z nim aĪ do ostatniej
chwili.
.
4.
.
Dlaczego dla Teresy tak waĪne jest sIowo idylla?
My, wychowani w mitologii Starego Testamentu moglibyĞmy powiedziec, Īe idylla
to obraz, w którym pozostaIo jakieĞ wspomnienie Raju. ĩycie w Raju nie przypomina-
Io biegu po prostej, który prowadzi nas w nieznane, nie byIo przygodą. PoruszaIo siĊ
121
DTP by SHADE
w koIo wĞród znanych przedmiotów. Jego monotonia nie byIa nudą, ale szczĊĞciem.
Dopóki czIowiek ĪyI na wsi, w przyrodzie, otoczony przez domowe zwierzĊta, w objĊ-
ciach pór roku i ich powtarzalnoĞci, pozostawaI przy nim wciąĪ przynajmniej odblask
tej rajskiej idylli. Dlatego Teresa, kiedy spotkaIa w uzdrowisku przewodniczącego spóI-
dzielni, zobaczyIa nagle obraz wsi (wsi, w której nigdy nie ĪyIa, której nie znaIa) i byIa
nim oczarowana. ByIo to tak, jakby spoglądaIa w tyI, w kierunku Raju.
Adam w Raju nachylony nad studnią nie wiedziaI jeszcze, Īe to, co widzi w krĊgu
wody, jest nim. Nie zrozumiaIby Teresy, która jako dziewczyna staIa przed lustrem
i staraIa siĊ poprzez swe ciaIo dostrzec swą duszĊ. Adam byI jak Karenin. Teresa czĊsto
bawiIa siĊ w ten sposób, Īe prowadziIa go do lustra. Nie poznawaI swego obrazu i trak-
towaI go z niewiarygodnym brakiem zainteresowania i roztargnieniem.
Porównanie Karenina z Adamem prowadzi mnie do myĞli, Īe w Raju czIowiek nie
byI jeszcze czIowiekiem. DokIadniej mówiąc: czIowiek nie zostaI jeszcze wypuszczony
na drogĊ czIowieka. Nas wystrzelono tam juĪ dawno i lecimy poprzez próĪniĊ czasu
biegnącego po linii prostej. Ale wciąĪ z dalekim, mglistym Rajem, w którym Adam na-
chyla siĊ nad studnią i - caIkiem niepodobny do Narcyza - nie przypuszcza, Īe blada,
ĪóIta plama, którą w niej widzi, to on sam. TĊsknota za Rajem jest tĊsknotą czIowie-
ka do tego, by nie byc czIowiekiem. Kiedy jako dziecko znajdowaIa matczyne podpa-
ski zabrudzone krwią menstruacyjną, czuIa wstrĊt i nienawidziIa matki za to, Īe nie
ma w sobie doĞc wstydu, Īeby je schowac. Ale Karenin, który byI suczką, równieĪ miaI
menstruacjĊ. ZdarzaIa mu siĊ raz na póI roku i trwaIa czternaĞcie dni. Teresa wkIadaIa
mu miĊdzy nogi wielki kawaI waty i zakIadaIa mu swoje stare majtki, które sprytnie
przewiązywaIa mu w pasie dIugą wstąĪką. Przez czternaĞcie dni ĞmiaIa siĊ z tego jego
stroju.
Jak to siĊ dzieje, Īe menstruacja psa wzbudzaIa w niej wesoIą czuIoĞc, a jej wIasna
menstruacja obrzydzenie? OdpowiedĨ wydaje siĊ prosta: pies nigdy nie zostaI wygnany
z Raju. Karenin nie ma pojĊcia o podwójnoĞci ciaIa i duszy i nie wie, co to jest wstrĊt.
Dlatego Teresa czuje siĊ z nim tak dobrze i spokojnie. (I dlatego tak niebezpieczna jest
przemiana zwierzĊcia w machinĊ animatĊ, a krowy w maszynĊ do produkcji mleka:
czIowiek przecina w ten sposób nic, która go wiązaIa z Rajem i nic nie bĊdzie w stanie
go zatrzymac ani pocieszyc w jego locie poprzez próĪniĊ czasu.)
Z niejasnej plątaniny tych rozmyĞlaĔ zostaje Teresie jedna ĞwiĊtokradcza myĞl,
której nie moĪe siĊ pozbyc: miIoĞc, która ją IączyIa z Kareninem jest lepsza od tej,
która istnieje pomiĊdzy nią a Tomaszem. Lepsza, nie wiĊksza. Teresa nie chce oskar-
Īac Tomasza ani siebie, nie chce twierdzic, Īe mogliby siĊ bardziej kochac. Raczej jej
siĊ zdaje, Īe dwoje ludzi jest stworzonych w ten sposób, Īe ich miIoĞc juĪ a priori jest
gorszego gatunku, niĪ moĪe byc (przynajmniej w tych najlepszych przypadkach) mi-
IoĞc pomiĊdzy czIowiekiem a psem, to dziwactwo w historii czIowieka, prawdopodobnie
w ogóle nie zaplanowane przez StwórcĊ.
Ta miIoĞc jest bezinteresowna: Teresa niczego nie chce od Karenina. Nie domaga
siĊ od niego nawet miIoĞci. Nigdy nie zadawaIa sobie pytaĔ, które drĊczą ludzkie pary:
czy mnie kocha? Czy kochaI kogoĞ bardziej niĪ mnie? Czy kocha mnie bardziej, niĪ
ja kocham jego? MoĪliwe, Īe te wszystkie pytania, które domagają siĊ potwierdzenia
miIoĞci, które ją mierzą, badają, przesIuchują, równieĪ niszczą ją w zarodku. MoĪliwe,
Īe nie jesteĞmy w stanie kochac wIaĞnie dlatego, Īe pragniemy byc kochani, to jest
dlatego, Īe domagamy siĊ czegoĞ od tego drugiego (miIoĞci), zamiast przystĊpowac
do niego bez Īadnych wymagaĔ i pragnąc wyIącznie jego obecnoĞci.
I jeszcze coĞ: Teresa przyjĊIa Karenina takiego, jakim byI, nie chciaIa go zmieniac
na swoje podobieĔstwo, nie chciaIa zabierac mu samego siebie, nie byIa zazdrosna
o jego tajemne uczucia. WychowywaIa go nie dlatego, Īe chciaIa go przetworzyc (jak
mąĪ chce przetworzyc swą ĪonĊ, a Īona mĊĪa), ale tylko po to, aby, nauczyc go ele-
mentarnego jĊzyka, który im umoĪliwiaI wzajemne porozumienie i wspólne Īycie.
A poza tym: miIoĞc do psa jest dobrowolna, nikt jej do niej nie zmuszaI. (Teresa
122 DTP by SHADE
znów myĞli o matce i ĪaIuje wszystkiego: gdyby matka byIa jedną z obcych kobiet
ze wsi, moĪliwe, Īe jej wesoIa wulgarnoĞc wydawaIaby siĊ Teresie sympatyczna! Ach,
gdyby matka byIa obcą kobietą! Teresa od dzieciĔstwa wstydziIa siĊ, Īe matka okupuje
rysy jej twarzy i konfiskuje jej ją. Ale najgorsze byIo, Īe odwieczne przykazanie ,miIuj
ojca swego i matkĊ swoją¨ zmuszaIo ją, by godziIa siĊ z tą okupacją, aby tĊ agresjĊ
nazywaIa miIoĞcią. Matka nie byIa winna temu, Īe Teresa ją opuĞciIa. OpuĞciIa ją nie
dlatego, Īe matka byIa taka, jaka byIa, ale dlatego, Īe byIa matką.)
Ale gIównie: Īaden czIowiek nie moĪe przynieĞc drugiemu czIowiekowi daru idylli.
To umie zrobic tylko zwierzĊ, poniewaĪ nie zostaIo wygnane z Raju. MiIoĞc miĊdzy czIo-
wiekiem a psem jest idylliczna. Nie ma w niej konfliktu, bolesnych scen, nie ma w niej
rozwoju. Karenin otoczyI Tomasza i TeresĊ swym Īyciem zbudowanym na powtarzal-
noĞci i oczekiwaI od nich tego samego. Gdyby Karenin byI czIowiekiem, a nie psem,
zapewne juĪ dawno powiedziaIby Teresie: ,SIuchaj, juĪ od dawna mnie nie bawi no-
szenie codziennie w pysku rogalika. Nie moĪesz wymyĞlic dla mnie czegoĞ innego?¨
W tym zdaniu jest zawarte caIe potĊpienie czIowieka. Ludzki czas nie toczy siĊ w krĊgu,
ale biegnie naprzód po linii prostej. To jest powód, dla którego czIowiek nie moĪe byc
szczĊĞliwy, poniewaĪ szczĊĞcie jest pragnieniem powtarzalnoĞci. Tak, szczĊĞcie jest
pragnieniem powtarzalnoĞci, mówi sobie Teresa. Kiedy przewodniczący spóIdzielni wy-
prowadza po pracy swego Mefista i spotyka TeresĊ, nigdy nie zapomni jej powiedziec:
- Pani Tereso! Dlaczego go nie spotkaIem wczeĞniej? ChodzilibyĞmy z nim wspól-
nie na kobitki. Dwóm ryjom przecieĪ Īadna baba siĊ nie oprze.
WycwiczyI wieprzka w ten sposób, Īe po tych sIowach zawsze chrząkaI. Teresa
ĞmiaIa siĊ, choc juĪ z góry wiedziaIa, co przewodniczący powie. Dowcip przez powta-
rzanie nie traciI swego wdziĊku. Przeciwnie, w kontekĞcie idylli równieĪ humor podpo-
rządkowuje siĊ sIodkiemu prawu powtarzalnoĞci.
.
5.
.
Pies nie ma w porównaniu z ludĨmi zbyt wielu przywilejów, ale jeden z nich jest wart
wiele: eutanazja nie jest w jego wypadku zabroniona przez prawo; zwierzĊ ma prawo
do miIosiernej Ğmierci. Karenin chodziI na trzech Iapkach i czym dalej, tym wiĊkszą
czĊĞc czasu spĊdzaI leĪąc w kącie. JĊczaI. Obydwoje maIĪonkowie byli zgodni, Īe nie
mogą mu pozwolic na zbyteczne cierpienie. Ale zgoda na tĊ zasadĊ nie oszczĊdzaIa im
drĊczącej niepewnoĞci: jak poznac moment, kiedy zmĊczenie jest zbyteczne? Jak okre-
Ğlic chwilĊ, w której juĪ nie warto Īyc?
Gdyby przynajmniej Tomasz nie byI lekarzem! MoĪna by siĊ byIo schowac za kogoĞ
trzeciego. MoĪna by iĞc do weterynarza i poprosic go, Īeby daI psu zastrzyk.
Jest to takie straszne, przyjąc na siebie rolĊ Ğmierci! Tomasz dIugo upieraI siĊ,
Īe nie da mu Īadnego zastrzyku, Īe zawoIają weterynarza. Ale potem zrozumiaI, Īe nie
ma prawa odmówic mu przywileju, który nie jest udziaIem Īadnego czIowieka: Ğmierc
przybierze dla niego ksztaIt tych, których kochaI.
Karenin jĊczaI caIą noc, Kiedy Tomasz go rano obmacaI, powiedziaI do Teresy:
- DIuĪej juĪ nie bĊdziemy czekac.
ByI ranek, za chwilĊ obydwoje muszą wyjĞc z domu. Teresa weszIa do pokoju Ka-
renina. Dotychczas leĪaI apatycznie (kiedy przed chwilą Tomasz go obmacywaI, nie po-
ĞwiĊciI temu Īadnej uwagi), ale teraz, kiedy usIyszaI skrzypniĊcie drzwi, podniósI gIowĊ
i spojrzaI na TeresĊ.
Nie mogIa znieĞc tego spojrzenia, wystraszyIo ją niemal. W ten sposób nie patrzyI
nigdy na Tomasza, tak patrzyI tylko na nią. Ale nigdy dotąd z taką intensywnoĞcią jak
teraz. To nie byIo spojrzenie zrozpaczone ani smutne, nie, byIo to spojrzenie straszli-
wego, nieznoĞnego zaufania. To spojrzenie byIo namiĊtnym pytaniem. Przez caIe Īycie
czekaI Karenin na odpowiedĨ Teresy i teraz jej oznajmiaI (znacznie bardziej nalega-
jąco, niĪ kiedykolwiek przedtem), Īe ciągle jest gotów dowiedziec siĊ od niej prawdy.
123
DTP by SHADE
(Wszystko, co przychodzi od Teresy, jest dla niego prawdą: kiedy mu na przykIad mówi:
,siad!¨ albo ,leĪec!¨ są to prawdy, z którymi siĊ utoĪsamia i które nadają sens jego
Īyciu.)
To spojrzenie straszliwego zaufania trwaIo krótko. Po chwili znów uIoĪyI gIowĊ na Ia-
pach. Teresa wiedziaIa, Īe tak juĪ nigdy na nią nie spojrzy.
Nigdy nie dawali mu sIodyczy, ale przed kilku dniami kupiIa mu parĊ tabliczek cze-
kolady. RozpakowaIa je ze sreberka, poIamaIa i poIoĪyIa obok niego. DodaIa jeszcze
miskĊ wody, Īeby mu niczego nie brakowaIo, kiedy zostanie na kilka godzin w domu
sam. Spojrzenie, które przed chwilą na nią skierowaI, jak gdyby go zmĊczyIo. Choc le-
ĪaIa koIo niego czekolada, nie uniósI juĪ gIowy.
PoIoĪyIa siĊ obok niego na podIodze i objĊIa go. Bardzo powoli, ze zmĊczeniem ob-
wąchaI ją i raz czy dwa polizaI. PrzyjĊIa to polizanie z zamkniĊtymi oczyma, jak gdyby
chciaIa je zapamiĊtac na zawsze. OdwróciIa gIowĊ, Īeby mógI polizac jeszcze drugi
policzek.
Potem musiaIa iĞc do swoich jaIówek. WróciIa po obiedzie. Tomasza nie byIo jesz-
cze w domu. Karenin wciąĪ leĪaI wĞród czekolady. SIyszaI jej wejĞcie, nie podniósI juĪ
gIowy. Jego chora noga spuchIa i guz wystąpiI w jeszcze jednym miejscu. MiĊdzy sier-
Ğcią pojawiIa siĊ jasnoczerwona (niepodobna do krwi) kropelka.
Znów poIoĪyIa siĊ obok niego na podIodze. Jedną rĊkĊ przerzuciIa przez jego ciaIo,
oczy miaIa przymkniĊte. Potem usIyszaIa jak ktoĞ wali do drzwi. OdezwaI siĊ gIos:
- Panie doktorze! Panie doktorze! Jest tu prosiĊ i jego przewodniczący!
Nie byIa w stanie z nikim rozmawiac. Jeszcze raz usIyszaIa:
- Panie doktorze! Ryje przyszIy! - a potem zrobiIo siĊ cicho.
Dopiero po póI godzinie przyszedI Tomasz. W milczeniu poszedI do kuchni i przygo-
towaI zastrzyk. Kiedy wszedI do pokoju, Teresa juĪ staIa, a Karenin podniósI siĊ z wy-
siIkiem. Kiedy zobaczyI Tomasza, sIabo zamerdaI ogonem.
- Popatrz - powiedziaIa Teresa. - Jeszcze wciąĪ siĊ uĞmiecha!
PowiedziaIa to bIagalnie, jak gdyby chciaIa prosic tymi sIowami jeszcze o maIą
zwIokĊ, ale nie nalegaIa.
Powoli rozĞcieliIa przeĞcieradIo na tapczanie. ByIo to biaIe przeĞcieradIo usiane wzo-
rem maIych fioletowych kwiatków. Wszystko zresztą miaIa juĪ przygotowane i przemy-
Ğlane, jak gdyby wyobraĪaIa sobie Ğmierc Karenina od wielu dni. (Ach, jakie to straszne.
my przecieĪ wIaĞciwie wyobraĪamy sobie naprzód Ğmierc tych. których kochamy!)
Nie miaI juĪ siIy wskoczyc na tapczan. WziĊli go w objĊcia i razem podnieĞli. Teresa
poIoĪyIa go na boku, a Tomasz oglądaI mu IapkĊ. SzukaI, gdzie ĪyIa najwyraĨniej wy-
stĊpuje pod skórą. Potem noĪyczkami ostrzygI sierĞc w tym miejscu.
Teresa klĊczaIa na tapczanie i trzymaIa gIowĊ Karenina w rĊkach tuĪ przy swej
twarzy.
Tomasz ją poprosiI, Īeby przycisnĊIa mocno tylną nóĪkĊ psa w miejscu nad ĪyIą,
która byIa cienka i do której trudno byIo wbic igIĊ. TrzymaIa IapkĊ Karenina, ale nie od-
daliIa twarzy od jego gIowy. SzeptaIa wciąĪ coĞ do niego, a on myĞlaI wyIącznie o niej.
Nie baI siĊ. OblizaI ją jeszcze dwa razy. A Teresa szeptaIa mu:
- Nie bój siĊ, nie bój siĊ, tam ciĊ nie bĊdzie bolec, tam bĊdziesz ĞniI o wiewiórkach
i zającach, bĊdą tam krówki i Mefisto tam bĊdzie, nie bój siĊ...
Tomasz wbiI igIĊ w ĪyIĊ i nacisnąI tIoczek. Karenin lekko szarpnąI nogą, potem
przez kilka sekund oddychaI przyspieszonym oddechem, potem jego oddech nagle za-
milkI. Teresa klĊczaIa na podIodze przy tapczanie i tuliIa twarz do jego gIowy.
Potem musieli iĞc do pracy, a pies zostaI na biaIym przeĞcieradle w fioletowe kwiat-
ki.
Wieczorem wrócili. Tomasz poszedI do ogrodu. ZnalazI miedzy dwiema jabIonkami
obrys prostokąta, który przed kilku dniami Teresa wyryIa obcasem. Tam zacząI kopac.
DokIadnie utrzymaI ramy narysowanego konturu. ChciaI, Īeby wszystko byIo tak, jak
Teresa sobie ĪyczyIa.
124 DTP by SHADE
Teresa zostaIa w domu z Kareninem. BaIa siĊ, Īeby go nie pochowali Īywego. Przy-
IoĪyIa ucho do jego nosa i wydawaIo jej siĊ, Īe sIyszy sIabiutki oddech. OdeszIa kilka
kroków i zobaczyIa, Īe jego pierĞ lekko siĊ podnosi.
(Nie, sIyszaIa swój wIasny oddech, który wprawiaI w lekki ruch jej ciaIo, tak Īe ule-
gIa zIudzeniu, Īe porusza siĊ klatka piersiowa psa.) ZnalazIa w torebce lusterko i przy-
IoĪyIa je do jego nosa. Lusterko byIo tak zamazane, Īe miaIa wraĪenie, Īe widzi na nim
parĊ oddechu.
- Tomasz, on Īyje! - krzyczaIa, kiedy Tomasz w ubIoconych butach wracaI z ogro-
du.
PochyliI siĊ nad nim i pokrĊciI gIową.
WziĊli potem z obydwu stron przeĞcieradIo, na którym leĪaI. Teresa uczuIa, Īe prze-
ĞcieradIo jest mokre. PrzyszedI do nas? kaIuĪą i z kaIuĪą odszedI, pomyĞlaIa i ucieszyIa
siĊ, Īe czuje u dIoniach tĊ wilgoc, ostatnie pozdrowienie pieska.
DonieĞli go pod jabIonie i spuĞcili w dóI. NachyliIa siĊ nad jama i poprawiIa przeĞcie-
radIo tak. Īeby okryIo go caIego. WydawaIo siĊ jej nie do zniesienia, Īeby glina, którą
na niego zaraz zrzuca, dotknĊIa jego nagiego ciaIa.
Potem poszIa do domu i wróciIa z obroĪą i ze smyczą i z garĞcią czekolady, która
pozostaIa nietkniĊta od rana na podIodze. RzuciIa to wszystko do doIu.
Obok jamy leĪaIa kupa ĞwieĪo wykopanej gliny. Tomasz wziąI do rak IopatĊ.
Teresa przypomniaIa sobie swój sen: Karenin urodziI dwa rogaliki i jedną pszczoIĊ.
To zdanie zabrzmiaIo jej nagle jak epitafium. WyobraziIa sobie tutaj, pomiĊdzy dwiema
jabIonkami pomnik z napisem:,.Tu leĪy Karenin. UrodziI dwa rogaliki i jedną pszczoIĊ¨.
W ogrodzie byI zmierzch, chwila pomiĊdzy dniem a wieczorem, na niebie tkwiI
blady ksiĊĪyc, lampa zapomniana w pokoju zmarIych.
Obydwoje mieli zabIocone buty, odnieĞli kilof i IopatĊ do szopy, w której równo staIy
narzĊdzia: grabie, szpadle i motyki.
.
6.
.
SiedziaI w swoim pokoju, miaI zwyczaj czytac tu przy biurku.
W takich momentach Teresa przychodziIa do niego, nachylaIa siĊ i przyciskaIa
od tyIu policzek do jego policzka. Kiedy zrobiIa to tego dnia. zobaczyIa, Īe Tomasz nie
patrzy w Īadną ksiąĪkĊ. Przed nim leĪaI list i pomimo Īe skIadaI siĊ zaledwie z piĊciu
rządków i byI pisany na maszynie, Tomasz dIugo i nieruchomo wlepiaI w niego wzrok.
- Co to jest? - spytaIa Teresa z przeczuciem nieszczĊĞcia.
Nie odwracając siĊ. Tomasz podniósI list i podaI jej go. ByIo tam napisane, Īe jesz-
cze tego samego dnia ma siĊ stawic na lotnisku w sąsiednim mieĞcie.
Wreszcie odwróciI do niej twarz i Teresa zobaczyIa w jego oczach takie samo prze-
raĪenie, jakie czuIa sama.
- PojadĊ z tobą - powiedziaIa. PokrĊciI gIową:
- Wezwanie dotyczy tylko mnie.
- Nie. pojadĊ z tobą - powtórzyIa.
Pojechali ciĊĪarówką Tomasza. Po chwili byli juĪ na pIycie lotniska. ByIa mgIa.
NiewyraĨnie rysowaIy siĊ w niej sylwetki stojących samolotów. Chodzili od jednego
do drugiego, ale wszystkie drzwi byIy nieprzystĊpnie zamkniĊte. Wreszcie w jednym
z nich dostrzegli na górze otwarte drzwiczki, do których prowadziIy dostawiane schody.
Weszli na górĊ, w drzwiach pojawiI siĊ steward i zaprosiI ich do Ğrodka. Samolot byI
maIy, zaledwie na trzydziestu pasaĪerów i zupeInie pusty. Weszli w przejĞcie miĊdzy
siedzeniami, ciągle dotykając jedno drugiego, obojĊtni na to, co siĊ dziaIo wokóI. Usiedli
na siedzeniach obok siebie i Teresa poIoĪyIa gIowĊ na ramieniu Tomasza. Początkowe
przeraĪenie rozpIywaIo siĊ i przemieniaIo w smutek. PrzeraĪenie jest szokiem, chwilą
caIkowitego oĞlepienia. PrzeraĪenie jest pozbawione jakiegokolwiek Ğladu piĊkna. Nie
widzimy niczego poza nieznanym ĞwiatIem nieznanego wydarzenia, które nas zaska-
125
DTP by SHADE
kuje. W przeciwieĔstwie do tego smutek zakIada naszą wiedzĊ. Tomasz i Teresa wie-
dzieli, co ich czeka. ĝwiatIo przeraĪenia przytIumiIo siĊ i Ğwiat wystĊpowaI w delikatnej
bIĊkitnawej poĞwiacie, która opromieniaIa wszystko piĊknem. W momencie czytania
listu Teresa nie czuIa do Tomasza Īadnej miIoĞci, wiedziaIa tylko, Īe teraz nie moĪe go
opuĞcic: przeraĪenie zdusiIo wszystkie inne uczucia i odczucia. Teraz, kiedy siedziaIa
przytulona do niego (samolot pIynąI w chmurach), lĊk zniknąI i Teresa czuIa swą miIoĞc
i wiedziaIa, Īe nie ma ona miary ani granic.
Wreszcie samolot wylądowaI. Wstali i poszli w kierunku drzwi, które steward otwo-
rzyI. Szli wciąĪ objĊci wpóI i tak teĪ stanĊli na górze, na schodkach. Zobaczyli na dole
trzech mĊĪczyzn w maskach na twarzach i z karabinami w rĊku. Nie byIo po co zastana-
wiac siĊ, poniewaĪ nie byIo ucieczki. Schodzili wolno, a kiedy postawili stopy na pIycie
lotniska, jeden z mĊĪczyzn podniósI karabin i wycelowaI. Nie byIo sIychac Īadnego wy-
strzaIu, ale Teresa uczuIa, jak Tomasz, który jeszcze przed sekundą przytulaI siĊ do niej
i trzymaI swą rĊkĊ na jej biodrach, osuwa siĊ na ziemiĊ.
PrzyciskaIa go do siebie, ale nie mogIa go utrzymac: osuwaI siĊ na beton pąsu
startowego. PochyliIa siĊ nad nim. ChciaIa rzucic siĊ na niego i przykryc go swoim cia-
Iem, ale w tym momencie zobaczyIa coĞ dziwnego: jego ciaIo na jej oczach szybko siĊ
zmniejszaIo. ByIo to tak niewiarygodne, Īe zastygIa jak przykuta. CiaIo Tomasza byIo
coraz mniejsze i mniejsze, w ogóle juĪ nie przypominaIo Tomasza, pozostaIo z niego coĞ
caIkiem maleĔkiego i ta maIa rzecz zaczĊIa siĊ poruszac, rzuciIa siĊ do ucieczki i biegIa
szybko po pIycie lotniska. MĊĪczyzna, który wystrzeliI, zdjąI maskĊ i uĞmiechnąI siĊ
miIo do Teresy. Potem odwróciI siĊ i zacząI gonic tĊ maIą rzecz, która biegaIa w popIo-
chu zakosami, jak gdyby uskakiwaIa przed kimĞ i poszukiwaIa rozpaczliwie kryjówki.
Przez chwilĊ obaj biegli, aĪ nagle mĊĪczyzna rzuciI siĊ na ziemiĊ i pogoĔ zakoĔczyIa siĊ.
WstaI i wracaI do Teresy. NiósI jej w rĊce ten przedmiot. Przedmiot drĪaI z przera-
Īenia. ByI to zając. PodaI go Teresie. W tym momencie jej lĊk i smutek opuĞciIy ją i po-
czuIa szczĊĞcie, Īe trzyma zwierzątko w objĊciach i Īe moĪe przytulic je do siebie. Roz-
pIakaIa siĊ ze szczĊĞcia. PIakaIa i pIakaIa, nic nie widziaIa poprzez Izy i niosIa zajączka
do domu, przekonana, Īe teraz jest juĪ u celu, Īe jest tam. gdzie chciaI byc, skąd juĪ
nie trzeba uciekac.
SzIa praskimi ulicami i bez trudu odnalazIa swój dom. MieszkaIa tu z mamą i tatą,
kiedy byIa maIa. Ale mamy i taty nie byIo. PrzywitaIo ją dwoje staruszków, których
nigdy nie widziaIa, ale o których wiedziaIa, Īe są jej prababcią i pradziadkiem. Obydwo-
je mieli pomarszczone jak kora drzewa twarze i Teresa ucieszyIa siĊ, Īe bĊdzie z nimi
mieszkac. Ale teraz pragnĊIa pozostac sama ze swoim zwierzątkiem. Bez trudu znalazIa
swój pokój, w którym mieszkaIa do piątego roku Īycia, kiedy to rodzice zadecydowali,
Īe jest juĪ doĞc duĪa, by miec wIasny pokój. StaI tam tapczan, stolik i krzesIa. Na sto-
liku staIa zapalona lampa, która czekaIa na nią przez caIy ten czas Na lampie siedziaI
motyl z rozpostartymi skrzydIami, na których namalowane byIy wielkie oczy. Teresa
wiedziaIa, Īe jest u celu. PoIoĪyIa siĊ na tapczanie i tuliIa zajączka do swego policzka.
.
7.
.
SiedziaI za biurkiem, gdzie zwykle czytaI ksiąĪkĊ. Przed nim leĪaIa otwarta koperta
z listem. PowiedziaI do Teresy:
- DostajĊ od czasu do czasu listy, o których nie chciaIem ci mówic. Pisze do mnie
mój syn. StaraIem siĊ, Īeby jego i moje Īycie nigdy siĊ nie spotkaIy. I spójrz tylko,
jak los siĊ na mnie zemĞciI. JuĪ przed kilku laty wyrzucono go z uczelni. Pracuje jako
traktorzysta w jakiejĞ wsi. Moje i jego Īycie nie stykają siĊ co prawda, ale biegną obok
siebie tym samym torem jak dwie równolegIe.
- Ale dlaczego nie chciaIeĞ mi o tych listach powiedziec? - spytaIa Teresa czując
wielką ulgĊ.
- Nie wiem. ByIo to dla mnie jakoĞ nieprzyjemne.
126 DTP by SHADE
- Pisze ci czĊsto?
- Od czasu do czasu.
- A o czym?
- O sobie.
- I to ciekawe?
- Tak. Matka, jak wiesz, byIa namiĊtną komunistką. Dawno juĪ z nią zerwaI kon-
takty. ZaprzyjaĨniI siĊ z ludĨmi, którzy znaleĨli siĊ w takiej samej sytuacji jak my. Sta-
rali siĊ dziaIac politycznie. Niektórzy z nich są dziĞ w wiezieniu. Ale z nimi rozszedI siĊ
równieĪ. Mówi o nich z dystansem jako o ,wiecznych rewolucjonistach¨.
- A on pogodziI siĊ z tym reĪymem?
- Nie, w ogóle nie. Wierzy w Boga i myĞli, Īe w tym leĪy klucz do wszystkiego.
Podobno wszyscy w Īyciu codziennym mamy realizowac normy religii i nie przyjmowac
reĪymu do wiadomoĞci.
Ignorowac go. JeĞli wierzymy w Boga, moĪemy ponoc w kaĪdej sytuacji stworzyc
poprzez nasze zachowanie to, co on nazywa ,królestwem boĪym na ziemi¨. WyjaĞnia
mi, Īe KoĞcióI jest w naszym kraju jedyną dobrowolną spoIecznoĞcią ludzi, która wy-
myka siĊ spod kontroli paĔstwa. Ciekawi mnie, czy związaI siĊ z KoĞcioIem, Īeby lepiej
walczyc z reĪymem, czy teĪ naprawdĊ wierzy w Boga.
- To go o to zapytaj! Tomasz ciągnąI:
- Zawsze podziwiaIem wierzących. MyĞlaIem, Īe mają jakiĞ szczególny dar nad-
zmysIowego postrzegania, który mnie zostaI odjĊty. CoĞ w rodzaju jasnowidzenia. Ale
teraz na przykIadzie swego syna widzĊ, Īe wierzyc jest bardzo Iatwo. Kiedy mu byIo
najgorzej, zaopiekowali siĊ nim katolicy i juĪ miaI wiarĊ. MoĪliwe, Īe zdecydowaI siĊ
uwierzyc z wdziĊcznoĞci. Ludzkie decyzje są przeraĪająco Iatwe.
- Nigdy mu nie odpowiedziaIeĞ na jego listy?
- Nie podaI mi adresu zwrotnego. Ale potem dodaI:
- Na stemplu pocztowym jest nazwa gminy. WystarczyIoby posIac list na adres
tamtejszej spóIdzielni.
Teresa wstydziIa siĊ teraz przed Tomaszem za swe podejrzenia i chciaIa naprawic
winĊ szczególną serdecznoĞcią w stosunku do jego syna:
- To czemu do niego nie napiszesz? Czemu go nie zaprosisz?
- Jest do mnie podobny - odpowiedziaI Tomasz. - Kiedy mówi, krzywi górną
wargĊ zupeInie tak samo jak ja. To mi siĊ wydaje zbyt dziwaczne: widok mojej wIasnej
wargi mówiącej o Panu Bogu.
Teresa rozeĞmiaIa siĊ.
Tomasz ĞmiaI siĊ wraz z nią.
Teresa powiedziaIa:
- Tomasz, nie bądĨ dziecinny. PrzecieĪ to juĪ taka stara historia. Ty i twoja pierw-
sza Īona. CóĪ go obchodzi ta historia? Co on ma z nią wspólnego? Dlaczego miaIbyĞ
kogoĞ krzywdzic, tylko dlatego, Īe miaIeĞ w mIodoĞci zIy gust?
- JeĞli mam byc szczery, mam tremĊ przed tym spotkaniem. To gIówny powód,
dla którego do niego nie ciągnĊ. Nie wiem, dlaczego jestem taki uparty. CzIowiek cza-
sem podejmie jakąĞ decyzjĊ, sam nie wie w jaki sposób i ta decyzja trwa siIą rozpĊdu.
Z roku na rok coraz trudniej ją zmienic.
- ZaproĞ go - powiedziaIa.
Tego samego dnia po poIudniu wracając z obory usIyszaIa gIosy na szosie. Kiedy
zbliĪaIa siĊ, zobaczyIa ciĊĪarówkĊ Tomasza. Tomasz schylaI siĊ i zdejmowaI koIo. Kilku
chIopów staIo przy nim i czekaIo, aĪ skoĔczy naprawĊ.
StanĊIa i nie mogIa oderwac od niego wzroku: Tomasz wyglądaI jak stary czIowiek.
WIosy mu posiwiaIy i niezrĊcznoĞc, z jaką ruszaI siĊ koIo wozu, nie byIa niezrĊcznoĞcią
lekarza, który zostaI szoferem, ale niezrĊcznoĞcią czIowieka, który juĪ nie jest mIody.
PrzypomniaIa sobie niedawną rozmowĊ z przewodniczącym. PowiedziaI jej, Īe sa-
mochód Tomasza jest w mizernym stanie. PowiedziaI to Īartem, nie byIa to pretensja,
127
DTP by SHADE
ale troska.
- Tomasz lepiej siĊ zna na tym, co jest w Ğrodku ciaIa, niĪ na tym, co jest w Ğrodku
motoru - ĞmiaI siĊ.
Potem przyznaI, Īe kilka razy jeĨdziI do róĪnych urzĊdów z proĞbą, Īeby pozwolili
Tomaszowi w tutejszej gminie prowadzic praktykĊ lekarską. StwierdziI, Īe policja nigdy
siĊ na to nie zgodzi. SchowaIa siĊ za pieĔ drzewa, Īeby jej nikt z tych ludzi wokóI auta
nie zobaczyI i nie przestawaIa mu siĊ przyglądac. Serce ĞciskaIo jej siĊ, peIne wyrzu-
tów sumienia: przez nią odjechaI z Zurychu do Pragi. Przez nią porzuciI PragĊ. I tutaj
równieĪ nie daIa mu spokoju i drĊczyIa go podejrzeniami nawet nad umierającym Ka-
reninem.
Zawsze zarzucaIa mu w duchu, Īe nie dosyc ją kocha. Swą wIasną miIoĞc uwaĪaIa
za coĞ, czego nie moĪna opisac, a jego za rodzaj zwykIej pobIaĪliwoĞci.
Teraz widzi, Īe byIa niesprawiedliwa: gdyby naprawdĊ kochaIa Tomasza wielką mi-
IoĞcią, zostaIaby z nim za granicą! Tam Tomasz byIby zadowolony, tam siĊ przed nim
otwieraIo nowe Īycie! A ona uciekIa mu stamtąd! Prawda, przekonywaIa sama siebie,
Īe robi to z wielkodusznoĞci, Īe nie chce mu byc ciĊĪarem. Ale czy ta wielkodusznoĞc nie
byIa tylko wymówką? W rzeczywistoĞci wiedziaIa, Īe wróci za nią. WabiIa go coraz niĪej
i niĪej, tak jak leĞne nimfy mamią w bagna wieĞniaka, po to, by go utopic. WykorzystaIa
moment jego ataku skurczów ĪoIądka, Īeby wymusic na nim obietnicĊ, Īe przeprowa-
dzą siĊ na wieĞ! Jak umiaIa byc przewrotna! WabiIa go za sobą, jak gdyby wciąĪ chciaIa
wystawic na próbĊ jego miIoĞc, wabiIa tak dIugo, aĪ znalazI siĊ tutaj: siwy i zmĊczony,
z na wpóI kalekimi rĊkami, które nigdy juĪ nie bĊdą mogIy ując chirurgicznego skalpela.
ZnaleĨli siĊ w miejscu, z którego juĪ nie ma powrotu. Dokąd by mogli jeszcze
odejĞc? Za granice juĪ ich nie wypuszczą. Do Pragi siĊ juĪ nie dostana, nikt nie da im
pracy. Nie mają Īadnego powodu, Īeby przeprowadzic siĊ do innej wsi.
Mój BoĪe, czyĪ byIo trzeba naprawdĊ dojĞc aĪ tutaj, aby mogIa uwierzyc, Īe ją kocha?
Wreszcie udaIo mu siĊ zamontowac koIo. UsiadI za kierownicą, chIopi wskoczyli
na burtĊ ciĊĪarówki, rozlegI siĊ ryk motoru.
PoszIa do domu i napuĞciIa wody do wanny. LeĪaIa w gorącej wodzie i mówiIa sobie,
Īe przez caIe Īycie wykorzystywaIa przeciwko Tomaszowi swoją sIaboĞc. Wszyscy je-
steĞmy skIonni uwaĪac silnego za winowajcĊ, a sIabego za niewinną ofiarĊ. Ale teraz
Teresa uĞwiadomiIa sobie, Īe w ich przypadku byIo odwrotnie! RównieĪ w swych snach,
jak gdyby wiedziaIa o jedynej sIaboĞci tego silnego mĊĪczyzny, demonstracyjnie po-
kazywaIa mu swe cierpienie, Īeby zmusic go do odwrotu. Jej sIaboĞc byIa agresywna
i zmuszaIa go do nieustannej kapitulacji, aĪ wreszcie przestaI byc silny i przemieniI siĊ
w zajączka w jej objĊciach. WciąĪ myĞlaIa o tym Ğnie.
WstaIa z wanny i szukaIa sukienki, w którą mogIaby siĊ ubrac. ChciaIa zaIoĪyc naj-
lepszą sukienkĊ, Īeby mu siĊ spodobac, Īeby sprawic mu przyjemnoĞc.
Ledwo zdąĪyIa zapiac ostatni guziczek, Tomasz haIaĞliwie wtargnąI do domu razem
z przewodniczącym spóIdzielni i nienaturalnie bladym mIodym chIopem.
- Szybko - krzyczaI Tomasz - JakąĞ mocną wódkĊ!
Teresa biegiem przyniosIa butelkĊ Ğliwowicy. NapeIniIa kieliszek i mIody czIowiek
Iapczywie wypiI.
W miĊdzyczasie dowiedziaIa siĊ, co zaszIo: mIodzieniec wywichnąI sobie podczas
pracy rĊkĊ w ramieniu i wyI z bólu. Nikt nie wiedziaI, co począc, wiĊc zawoIali Tomasza,
który jednym ruchem mu ją nastawiI.
MIodzieniec wychyliI jeszcze jeden kieliszek i powiedziaI do Tomasza:
- Twoja pani jest dziĞ cholernie piĊkna.
- Durniu - powiedziaI przewodniczący. - Pani Teresa jest zawsze piĊkna.
- Wiem, Īe jest zawsze piĊkna - powiedziaI mIodzieniec. - Ale dzisiaj siĊ do tego
piĊknie ubraIa. Nigdy pani nie widziaIem w takiej sukni. Wybieracie siĊ gdzieĞ?
- Nie, nigdzie. UbraIam siĊ tak dla Tomasza.
- Doktorku, pan siĊ ma! - ĞmiaI siĊ przewodniczący. - Moja stara nigdy siĊ dla
128 DTP by SHADE
mnie specjalnie nie ubiera.
No, bo ty chodzisz na spacery z prosiĊciem, a nie z Īona - powiedziaI mIodzieniec
i ĞmiaI siĊ dIugo.
- A co porabia Mefisto? - spytaI Tomasz. - JuĪ go nie widziaIem przynajmniej...
przynajmniej od godziny.
- TĊskni do mnie - powiedziaI przewodniczący.
- Jak tak panią widzĊ w tej sukni, zbiera mnie ochota Īeby z panią zataĔczyc -
powiedziaI mIodzieniec do Teresy. - PuĞciIbyĞ ją ze mną na taĔce, doktorze?
- Wszyscy pojedziemy na taĔce - powiedziaIa Teresa.
- PojechaIbyĞ? - spytaI mIodzieniec Tomasza.
- Ale dokąd? - spytaI Tomasz.
Rolnik wymieniI sąsiednie miasteczko, w którym jest bar w hotelu z dancingiem.
- Pojedziesz z nami - rozkazująco oznajmiI mIodzieniec przewodniczącemu i po-
niewaĪ miaI juĪ w brzuchu trzeci kieliszek Ğliwowicy, dodaI:
- JeĞli Mefisto bĊdzie tĊskniI, zabierzemy go ze sobą! Zawieziemy im dwa ryje!
Wszystkie baby siĊ przewrócą na plecy, jak zobaczą dwa ryje! - i znów dIugo siĊ ĞmiaI.
JeĪeli nie bĊdziecie siĊ wstydzic za Mefista, pojadĊ z wami - powiedziaI przewod-
niczący i wszyscy wsiedli do ciĊĪarówki Tomasza. Tomasz usiadI za kierownicą, Teresa
obok niego, a obydwaj chIopi siedzieli za nimi z niedopitą butelką Ğliwowicy. Dopiero
za wsią przewodniczący spostrzegI, Īe zostawiI Mefista w domu. KrzyczaI do Tomasza,
Īeby zawracaI.
- Nie trzeba, jeden ryj wystarczy - powiedziaI mIodzieniec i to uspokoiIo przewod-
niczącego.
ZmierzchaIo. Droga prowadziIa serpentynami w górĊ.
Dojechali do miasta i zatrzymali siĊ przed hotelem. Teresa i Tomasz nigdy tu jesz-
cze nie byli. Zeszli po schodach do sutereny, w której mieĞciI siĊ bar, taneczny parkiet
i kilka stolików. Mniej wiĊcej szeĞcdziesiĊcioletni mĊĪczyzna graI na pianinie, a równie
stara kobieta na skrzypcach. Grali szlagiery sprzed czterdziestu lat. Na parkiecie taĔ-
czyIo jakieĞ piĊc par.
MIodzieniec rozejrzaI siĊ i powiedziaI:
- Nie ma tu Īadnej dla mnie - i od razu zaprosiI do taĔca TeresĊ.
Przewodniczący usiadI z Tomaszem przy wolnym stoliku i zamówiI butelkĊ wina.
- Nie mogĊ pic. ProwadzĊ! - przypomniaI Tomasz.
- GIupstwo - powiedziaI przewodniczący. - Zostaniemy tu na noc. I poszedI
do recepcji zamówic dwa pokoje.
Potem Teresa z mIodzieĔcem wrócili z parkietu, przewodniczący zaprosiI ją do na-
stĊpnego taĔca i dopiero na koĔcu zataĔczyIa z Tomaszem.
W taĔcu powiedziaIa mu:
- Tomasz, wszystko, co zIe w twoim Īyciu, pochodzi ode mnie. Przeze mnie dotar-
IeĞ aĪ tutaj. Tak nisko, Īe nie moĪesz juĪ byc niĪej.
- Co ty pleciesz - odpowiedziaI Tomasz. - O jakim niskim ty mówisz?
- GdybyĞ zostaI w Zurychu, mógIbyĞ operowac swoich pacjentów.
- A ty byĞ fotografowaIa.
- To gIupie porównanie - powiedziaIa Teresa. - Dla ciebie praca znaczyIa wszystko,
a ja mogIam robic cokolwiek i byIo mi to kompletnie obojĊtne. Ja me straciIam w ogóle
nic. Ty straciIeĞ wszystko.
- Tereso - powiedziaI Tomasz - czy nie zauwaĪyIaĞ, Īe jestem tu szczĊĞliwy?
- Twoim powoIaniem byIo operowac - powiedziaIa.
- Tereso, powoIanie to gIupota. Nie mam Īadnego powoIania. Nikt nie ma Īadnego
powoIania. To wielka ulga zrozumiec, Īe jesteĞ wolny, Īe nie masz Īadnego powoIania.
Nie moĪna byIo nie wierzyc szczeroĞci jego gIosu. PrzypomniaI jej siĊ obraz z dzi-
siejszego popoIudnia: zobaczyIa jak reperuje ciĊĪarówkĊ i wydaI jej siĊ stary. DoszIa
tam, gdzie chciaIa: zawsze przecieĪ pragnĊIa, Īeby byI stary. Znów przypomniaI jej siĊ
129
DTP by SHADE
zajączek, którego tuliIa do twarzy w swym pokoju dziecinnym.
Co to oznacza - stac siĊ zajączkiem? To oznacza stracic jakąkolwiek siIĊ. To ozna-
cza, Īe jeden nie jest juĪ silniejszy od drugiego.
Posuwali siĊ tanecznym krokiem w takt dĨwiĊku fortepianu i skrzypiec i Teresa trzy-
maIa gIowĊ na jego ramieniu. Tak samo trzymaIa gIowĊ, kiedy byli razem w samolocie,
który ich odwoziI w mgIĊ. CzuIa teraz takie samo dziwne szczĊĞcie i dziwny smutek jak
wówczas. Ten smutek oznaczaI: jesteĞmy na stacji docelowej. To szczĊĞcie oznaczaIo:
jesteĞmy razem. Smutek byI formą, a szczĊĞcie treĞcią. SzczĊĞcie wypeIniaIo prze-
strzeĔ smutku.
Wrócili do stoIu. ZataĔczyIa jeszcze dwa razy z przewodniczącym i raz z mIodzieĔ-
cem, który byI tak pijany, Īe upadI z nią na parkiecie.
Potem wszyscy poszli na górĊ i rozeszli siĊ do swych pokojów.
Tomasz przekrĊciI klucz w drzwiach i zapaliI lampĊ. ZobaczyI dwa przytulone do sie-
bie IóĪka, przy jednym z nich staIa szafka nocna, a na niej lampa, z której abaĪu-
ru, podniosIa siĊ wypIoszona ĞwiatIem wielka cma i zaczĊIa krąĪyc po pokoju. Z doIu
brzmiaI sIabiutko przytIumiony dĨwiĊk fortepianu i skrzypiec.
.
koniec
.
DTP by SHADE

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful