You are on page 1of 267

ANDRZEJ SAPKOWSKI

MIECZ PRZEZNACZENIA

SPIS TRECI
MIECZ PRZEZNACZENIA ...............................................................................................................1 GRANICA MOLIWOCI.................................................................................................................3 OKRUCH LODU ..............................................................................................................................61 WIECZNY OGIE ...........................................................................................................................93 TROCH POWICENIA .............................................................................................................131 MIECZ PRZEZNACZENIA ...........................................................................................................176 CO WICEJ ..................................................................................................................................225

GRANICA MOLIWOCI
I - Nie wyjdzie stamtd, mwi wam - powiedzia pryszczaty, z przekonaniem kiwajc gow. - Ju godzina i wier, jak tam wlaz. Ju po nim. Mieszczanie, stoczeni wrd ruin, milczeli wpatrzeni w ziejcy w rumowisku czarny otwr, w zagruzowane wejcie do podziemi. Grubas w tym kubraku przestpi z nogi na nog, chrzkn, zdj z gowy wymity biret. - Poczekajmy jeszcze - powiedzia, ocierajc pot z rzadkich brwi. - Na co? - prychn pryszczaty. - Tam, w lochach, siedzi bazyliszek, zapomnielicie, wjcie? Kto tam wchodzi, ten ju przepad. Mao to ludzi tam pogino? Na co tedy czeka? - Umawialimy si przecie - mrukn niepewnie grubas. - Jake tak? - Z ywym si umawialicie, wjcie - rzek towarzysz pryszczatego, olbrzym w skrzanym, rzenickim fartuchu. - A nynie on martwy, pewne to jak soce na niebie. Z gry byo wiadomo, e na zgub idzie, jak i inni. Przecie on nawet bez zwierciada polaz, z mieczem tylko. A bez zwierciada bazyliszka nie zabi, kady to wie. - Zaoszczdzilicie grosza, wjcie - doda pryszczaty. - Bo i paci za bazyliszka nie ma komu. Idcie tedy spokojnie do dom. A konia i dobytek czarownika my wemiemy, al da przepada dobru. - Ano - powiedzia rzenik. - Sielna klacz, a i juki niele wypchane. Zajrzyjmy, co w rodku. - Jake tak? Cocie? - Milczcie, wjcie, i nie mieszajcie si, bo guza zapiecie - ostrzeg pryszczaty. - Sielna klacz - powtrzy rzenik. - Zostaw tego konia w spokoju, kochasiu. Rzenik odwrci si wolno w stron obcego przybysza, ktry wyszed zza zaomu muru, zza plecw ludzi, zgromadzonych dookoa wejcia do lochu. Obcy mia kdzierzawe, gste, kasztanowate wosy, brunatn tunik na watowanym kaftanie, wysokie, jedzieckie buty. I adnej broni. - Odejd od konia - powtrzy, umiechajc si zjadliwie. - Jake to? Cudzy ko, cudze juki, cudza wasno, a ty podnosisz na nie swoje kaprawe oczka, wycigasz ku nim parszyw ap? Godzi si tak?

Pryszczaty, powoli wsuwajc rk za pazuch kurty, spojrza na rzenika. Rzenik kiwn gow, skin w stron grupy, z ktrej wyszo jeszcze dwu, krpych, krtko ostrzyonych. Obaj mieli paki, takie, jakimi w rzeni guszy si zwierzta. - Ktocie to niby - spyta pryszczaty, nie wyjmujc rki zza pazuchy - eby nam prawi, co si godzi, a co nie? - Nic ci do tego, kochasiu. - Broni nie nosicie. - Prawda - obcy umiechn si jeszcze zjadliwiej. - Nie nosz. - To niedobrze - pryszczaty wyj rk zza pazuchy, razem z dugim noem. - To bardzo niedobrze, e nie nosicie. Rzenik te wycign n, dugi jak kordelas. Tamci dwaj postpili do przodu, unoszc paki. - Nie musz nosi - rzek obcy, nie ruszajc si z miejsca. - Moja bro chodzi za mn. Zza ruin wyszy, stpajc mikkim, pewnym krokiem, dwie mode dziewczyny. Tumek natychmiast rozstpi si, cofn, przerzedzi. Obie dziewczyny umiechay si, byskajc zbami, mruc oczy, od kcikw, ktrych biegy ku uszom szerokie, sine pasy tatuau. Minie gray na mocnych udach widocznych spod rysich skr otaczajcych biodra, na nagich, krgych ramionach powyej rkawic z kolczej siatki. Sponad barkw, tez osonitych kolczug, sterczay rkojeci szabel. Pryszczaty wolno, wolniutko zgi kolana, upuci n na ziemi. Z dziury w rumowisku rozleg si grzechot kamieni, chrobot, po czym z ciemnoci wynurzyy si donie wczepione w poszczerbiony skraj muru. Za domi pojawiy si kolejno gowa o biaych, przyprszonych ceglanym miaem wosach, blada twarz, rkoje miecza, wystajca znad ramienia. Tum zaszemra. Biaowosy, garbic si, wytaszczy z dziury dziwaczny ksztat, cudaczne cielsko, utytane w pyle przesiknitym krwi. Dzierc stwora za dugi, jaszczurczy ogon, rzuci go bez sowa pod nogi grubego wjta. Wjt odskoczy, potkn si o zwalony fragment muru, patrzc na zakrzywiony, ptasi dzib, boniaste skrzyda i sierpowate szpony na pokrytych uskami apach. Na wydte podgardle, kiedy karminowe, obecnie brudnorude. Na szkliste, wpadnite oczy. - Oto bazyliszek - rzek biaowosy, otrzepujc spodnie z kurzu. - Zgodnie z umow. Moje dwiecie lintarw, jeli aska. Uczciwych lintarw, mao obernitych. Sprawdz, uprzedzam. Wjt drcymi domi wysupa sakiewk. Biaowosy rozejrza si, na moment zatrzyma wzrok na pryszczatym, na lecym koo jego stopy nou. Popatrzy na mczyzn w brunatnej tunice, na dziewczyny w rysich skrach.

- Jak zwykle - powiedzia, wyjmujc trzos z rozdygotanych rk wjta. - Nadstawiam dla was karku za mamy pienidz, a wy tymczasem dobieracie si do moich rzeczy. Nigdy si, zaraza z wami, nie zmienicie. - Nie ruszone - zamamrota rzenik, cofajc si. Tamci z pakami ju dawno wtopili si w tum. - Nie ruszone wasze rzeczy, panie. - Wielcem rad - biaowosy umiechn si. Na widok tego umiechu, kwitncego na bladej twarzy jak pkajca rana, tumek zacz si szybko rozprasza. - I dlatego, bratku, ty te nie bdziesz ruszony. Odejd w pokoju. Ale odejd prdko. Pryszczaty, tyem, te chcia si wycofa. Pryszcze na jego pobielaej nagle twarzy uwydatniy si brzydko. - Ej, poczekaj - rzek do niego czowiek w brunatnej tunice. - Zapomniae o czym. - O czym... panie? - Wyje na mnie n. Wysza z dziewczt zakolebaa si nagle na szeroko rozstawionych nogach, zakrcia w biodrach. Szabla, wydobyta nie wiadomo kiedy, wisna ostro w powietrzu. Gowa pryszczatego wyleciaa w gr, ukiem, wpada do ziejcego lochu. Ciao runo sztywno i ciko, jak zrbany pie, pomidzy pokruszone cegy. Tum wrzasn jednym gosem. Druga z dziewczyn, z doni na rkojeci, zwinnie obrcia si, zabezpieczajc ty. Niepotrzebnie. Tum, potykajc si i przewracajc na rozwalinach, co si w nogach zmyka ku miastu. Na czele, w imponujcych podskokach sadzi wjt, zaledwie o kilka sni wyprzedzajc ogromnego rzenika. - Pikne uderzenie - skomentowa zimno biaowosy, doni w czarnej rkawicy osaniajc oczy od soca. - Pikne uderzenie zerrikaskiej szabli. Czoa chyl przed wpraw i urod wolnych wojowniczek. Jestem Geralt z Rivii. - A ja - nieznajomy w brunatnej tunice wskaza na wyblaky herb na przedzie ubioru przedstawiajcy trzy czarne ptaki siedzce w rwnym rzdzie porodku jednolicie zotego pola. Jestem Borch, zwany Trzy Kawki. A to moje dziewczta, Tea i Vea. Tak je nazywam, bo na ich prawdziwych imionach mona sobie jzyk odgry. Obie, jak susznie si domylie, s Zerrikankami. - Dziki nim, zdaje mi si, mam jeszcze konia i dobytek. Dzikuj wam, wojowniczki. Dzikuj i wam, panie Borch. - Trzy Kawki. I daruj sobie tego pana. Czy co ci zatrzymuje w tej miecinie, Geralcie z Rivii? - Wrcz przeciwnie. - Doskonale. Mam propozycj - niedaleko std, na rozstajach, przy drodze do portu

rzecznego, jest obera. Nazywa si Pod Zadumanym Smokiem. Tamtejsza kuchnia nie ma sobie rwnych w caej okolicy. Wybieram si tam wanie z myl o posiku i noclegu. Byoby mi mio, gdyby zechcia dotrzyma mi towarzystwa. - Borch - biaowosy odwrci si od konia, spojrza w jasne oczy nieznajomego - nie chciabym, eby jakie niejasnoci wkrady si pomidzy nas. Jestem wiedminem. - Domyliem si. A powiedziae to takim tonem, jakby mwi: Jestem trdowaty. - S tacy - rzek Geralt wolno - ktrzy przedkadaj kompani trdowatych nad towarzystwo wiedmina. - S i tacy - zamia si Trzy Kawki - ktrzy przedkadaj owce nad dziewczta. C, tylko im wspczu, jednym i drugim. Ponawiam propozycj. Geralt zdj rkawic, ucisn wycignit ku sobie do. - Przyjmuj, cieszc si z zawartej znajomoci. - W drog zatem, bom zgodnia. II Oberysta przetar cierk chropowate deski stou, ukoni si i umiechn. Nie mia dwch przednich zbw. - Taak... - Trzy Kawki popatrzy przez chwil na okopcony sufit i baraszkujce pod nim pajki. - Najpierw... Najpierw piwo. eby dwa razy nie chodzi, cay antaek. A do piwa... Co moesz zaproponowa do piwa, kochasiu? - Ser? - zaryzykowa oberysta. - Nie - skrzywi si Borch. - Ser bdzie na deser. Do piwa chcemy czego kwanego i ostrego. - Su - oberysta umiechn si jeszcze szerzej. Dwa przednie zby nie byy jedynymi, ktrych nie mia. - Wgorzyki z czosnkiem w oliwie i w occie albo marynowane strczki zielonej papryki... - W porzdku. I to, i to. A potem zupa, taka, jak kiedy tu jadem, pyway w niej rne muszle, rybki i inne smakowite mieci. - Zupa flisacka? - Wanie. A potem piecze z jagnicia z cebul. A potem kop rakw. Kopru wrzu do garnka, ile wlezie. A potem owczy ser i saata. A potem si zobaczy. - Su. Dla wszystkich, cztery razy, znaczy? Wysza Zerrikanka przeczco pokrcia gow, poklepaa si znaczco w okolice talii, opitej obcis, lnian

koszul. - Zapomniaem. - Trzy Kawki mrugn do Geralta. - Dziewczta dbaj o lini. Panie gospodarzu, baranina tylko dla nas dwch. Piwo dawaj zaraz, razem z tymi wgorzykami. Z reszt chwil zaczekaj, eby nie stygo. Nie przyszlimy tu re, ale obyczajnie spdza czas na rozmowach. - Pojmuj - oberysta skoni si jeszcze raz. - Roztropno wana rzecz w twoim fachu. Daj no rk, kochasiu. Brzkny zote monety. Karczmarz rozdziawi gb do granic moliwoci. - To nie jest zadatek - zakomunikowa Trzy Kawki. -To jest ekstra. A teraz pd do kuchni, dobry czowieku. W alkierzu byo ciepo. Geralt rozpi pas, cign kaftan i zawin rkawy koszuli. - Widz - powiedzia - e nie przeladuje ci brak gotwki. yjesz z przywilejw stanu rycerskiego? - Czciowo - umiechn si Trzy Kawki, nie wchodzc w szczegy. Szybko uporali si z wgorzykami i wiartk antaka. Obie Zerrikanki te nie aoway sobie piwa, obie wnet poweselay wyranie. Szeptay co do siebie. Vea, ta wysza, wybuchna nagle gardowym miechem. - Dziewczta mwi wsplnym? - spyta cicho Geralt, zezujc na nie ktem oka. - Sabo. I nie s gadatliwe. Co si chwali. Jak znajdujesz t zup, Geralt? - Mhm. - Napijmy si. - Mhm. - Geralt - Trzy Kawki odoy yk i czkn dystyngowanie - wrmy na chwil do naszej rozmowy z drogi. Zrozumiaem, e ty, wiedmin, wdrujesz z koca wiata na drugi jego koniec, a po drodze, jak si trafi jaki potwr, zabijasz go. I z tego masz grosz. Na tym polega wiedmiski fach? - Mniej wicej. - A zdarza si, e specjalnie ci gdzie wzywaj? Na, powiedzmy, specjalne zamwienie. Wtedy co, jedziesz i wykonujesz? - To zaley, kto wzywa i po co. - I za ile? - Te - wiedmin wzruszy ramionami. - Wszystko droeje, a y trzeba, jak mawiaa jedna moja znajoma czarodziejka. - Do wybircze podejcie, bardzo praktyczne, powiedziabym. A przecie u podstaw ley

jaka idea, Geralt. Konflikt si Porzdku z siami Chaosu, jak mawia pewien mj znajomy czarodziej. Wyobraaem sobie, e wypeniasz misj, bronisz ludzi przed Zem, zawsze i wszdzie. Bez rnicowania. Stoisz po wyranie okrelonej stronie palisady. - Siy Porzdku, siy Chaosu. Strasznie szumne sowa, Borch. Koniecznie chcesz mnie ustawi po ktrej stronie palisady w konflikcie, ktry, jak si powszechnie uwaa, jest wieczny, zacz si grubo przed nami i bdzie trwa, gdy nas ju dawno nie bdzie. Po czyjej stronie stoi kowal, ktry podkuwa konie? Nasz oberysta, ktry wanie pdzi tu z saganem baraniny? Co, wedug ciebie, okrela granic midzy Chaosem a Porzdkiem? - Rzecz bardzo prosta - Trzy Kawki spojrza mu prosto w oczy. - To, co reprezentuje Chaos, jest zagroeniem, jest stron agresywn. Porzdek za, to strona zagroona, potrzebujca obrony. Potrzebujca obrocy. A, napijmy si. I bierzmy si za jagnitko. - Susznie. Dbajce o lini Zerrikanki miay przerw w jedzeniu, ktr wypeniy piciem w przyspieszonym tempie. Vea, schylona nad ramieniem towarzyszki, co znowu szeptaa, muskajc warkoczem blat stou. Tea, ta nisza, zamiaa si gono, wesoo mruc wytatuowane powieki. - Tak - rzek Borch ogryzajc ko. - Kontynuujmy rozmow, jeli pozwolisz. Zrozumiaem, e nie przepadasz za ustawianiem ci po stronie adnej z Si. Wykonujesz swj zawd. - Wykonuj. - Ale przed konfliktem Chaosu i Porzdku nie uciekniesz. Cho uye tego porwnania, nie jeste kowalem. Widziaem, jak pracujesz. Wchodzisz do piwnicy w ruinach i wynosisz stamtd usieczonego bazyliszka. Jest, kochasiu, rnica pomidzy podkuwaniem koni a zabijaniem bazyliszkw. Powiedziae, e jeli zapata jest godziwa, popdzisz na koniec wiata i ukatrupisz stwora, ktrego ci wska. Dajmy na to, srogi smok pustoszy... - Zy przykad - przerwa Geralt. - Widzisz, od razu kiebasi ci si z tym Chaosem i z tym Porzdkiem. Bo smokw, ktre bez wtpienia reprezentuj Chaos, nie zabijam. - Jake to? - Trzy Kawki obliza palce. - A to dopiero! Przecie wrd wszystkich potworw smok jest chyba najwredniejszy, najokrutniejszy i najbardziej zajady. Najbardziej wstrtny gad. Napada na ludzi, ogniem zieje i porywa te, no, dziewice. Mao to opowieci si syszao? Nie moe to by, eby ty, wiedmin, nie mia paru smokw na rozkadzie. - Nie poluj na smoki - rzek Geralt sucho. - Na widogony, owszem. Na oszluzgi. Na latawce. Ale nie na smoki waciwe, zielone, czarne i czerwone. Przyjmij to do wiadomoci, po prostu. - Zaskoczye mnie - powiedzia Trzy Kawki. - No, dobra, przyjem do wiadomoci. Do

zreszt na razie o smokach, widz na horyzoncie co czerwonego, niechybnie s to nasze raki. Napijmy si! Z chrzstem amali zbami czerwone skorupki, wysysali biae miso. Sona woda, szczypic dotkliwie, ciekaa im a na przeguby rk. Borch nalewa piwo, skrobic ju czerpakiem po dnie antaka. Zerrikanki poweselay jeszcze bardziej, obie rozglday si po karczmie, umiechajc si zowieszczo, wiedmin by pewien, ze szukaj okazji do awantury. Trzy Kawki te musia to zauway, bo nagle pogrozi im trzymanym za ogon rakiem. Dziewczyny zachichotay, a Tea, zoywszy usta jak do pocaunku, pucia oczko - przy jej wytatuowanej twarzy sprawio to makabryczne wraenie. - Dzikie s jak biki - mrukn Trzy Kawki do Geralta. - Trzeba na nie uwaa. U nich, kochasiu, szast-prast i nie wiadomo kiedy dookoa na pododze peno flakw. Ale warte s kadych pienidzy. eby ty wiedzia, co one potrafi... - Wiem - Geralt kiwn gow. - Trudno o lepsz eskort. Zerrikanki to urodzone wojowniczki, od dziecka szkolone do walki. - Nie o to mi idzie. - Borch wyplu na st racz ap. - Miaem na myli to, jakie s w ku. Geralt niespokojnie rzuci okiem na dziewczyny. Obie si umiechay. Vea byskawicznym, prawie niezauwaalnym ruchem signa do pmiska. Patrzc na wiedmina zmruonymi oczami, z trzaskiem rozgryza skorupk. Jej usta lniy od sonej wody. Trzy Kawki bekn dononie. - A zatem, Geralt - rzek - nie polujesz na smoki, zielone i na inne kolorowe. Przyjem do wiadomoci. A dlaczego, jeli wolno spyta, tylko na te trzy kolory? - Cztery, jeli chodzi o ciso. - Mwie o trzech. - Ciekawi ci smoki, Borch. Jaki specjalny powd? - Nie. Wycznie ciekawo. - Aha. A z tymi kolorami, to tak si przyjo okrela smoki waciwe. Chocia nie jest to okrelenie precyzyjne. Smoki zielone, te najpopularniejsze, s raczej szarawe, jak zwyke oszluzgi. Czerwone faktycznie s czerwonawe lub ceglaste. Wielkie smoki o kolorze ciemnobrunatnym przyjo si nazywa czarnymi. Najrzadsze s smoki biae. nigdy takiego nie widziaem. Trzymaj si na dalekiej Pnocy. Jakoby. - Ciekawe. A wiesz, o jakich smokach ja jeszcze syszaem? - Wiem - Geralt ykn piwa. - O tych samych, o ktrych i ja syszaem. O zotych. Nie ma takich. - Na jakiej podstawie tak twierdzisz? Bo nigdy nie widziae? Biaego podobno te nigdy

nie widziae. - Nie w tym rzecz. Za morzami, w Ofirze i Zangwebarze, s biae konie w czarne paski. Te ich nigdy nie widziaem, ale wiem, e istniej. A zoty smok to stworzenie mityczne. Legendarne. Jak feniks, dajmy na to. Feniksw i zotych smokw nie ma. Vea, wsparta na okciach, patrzya na niego ciekawie. - Pewnie wiesz, co mwisz, jeste wiedminem - Borch naczerpa piwa z antaka. - A jednak myl, ze kady mit, kada legenda musi mie jakie korzenie. U tych korzeni co ley. - Ley - potwierdzi Geralt. - Najczciej marzenie, pragnienie, tsknota. Wiara, e nie ma granic moliwoci. A czasami przypadek. - Wanie, przypadek. Moe kiedy by zoty smok, jednorazowa, niepowtarzalna mutacja? - Jeli tak byo, to spotka go los wszystkich mutantw. - Wiedmin odwrci gow. - Zbyt si rni, eby przetrwa. - Ha - rzek Trzy Kawki - zaprzeczasz teraz prawom natury, Geralt. Mj znajomy czarodziej zwyk by mawia, e w naturze kada istota ma swoj kontynuacj i przetrwa, takim czy innym sposobem. Koniec jednego to pocztek drugiego, nie ma granic moliwoci, przynajmniej natura nie zna takich. - Wielkim optymist by twj znajomy czarodziej. Jednego tylko nie wzi pod uwag: bdu popenionego przez natur. Lub przez tych, ktrzy z ni igrali. Zoty smok i inne podobne mu mutanty, o ile istniay, przetrwa nie mogy. Na przeszkodzie stana bowiem bardzo naturalna granica moliwoci. - Jaka to granica? - Mutanty - minie na szczkach Geralta drgny silnie - mutanty s sterylne, Borch. Tylko w legendach moe przetrwa to, co w naturze przetrwa nie moe. Tylko legenda i mit nie znaj granic moliwoci. Trzy Kawki milcza. Geralt spojrza na dziewczta, na ich nagle spowaniae twarze. Vea niespodziewanie pochylia si w jego stron, obja za szyj twardym, uminionym ramieniem. Poczu na policzku jej usta, mokre od piwa. - Lubi ci - powiedzia wolno Trzy Kawki. - Niech mnie poskrca, one ci lubi. - Co w tym dziwnego? - Wied-min umiechn si smutno. - Nic. Ale to trzeba obla. Gospodarzu! Drugi antaek! - Nie szalej. Najwyej dzban. - Dwa dzbany! - rykn Trzy Kawki. - Te a, musz na chwil wyj. Zerrikanka wstaa, podniosa szabl z awy, powioda po sali tsknym spojrzeniem. Chocia poprzednio kilka par oczu, jak zauway wiedmin, rozbyskiwao nieadnie na widok pkatej

sakiewki, nikt jako nie kwapi si wyj za Borchem, zataczajcym si lekko w stron wyjcia na podwrze. Tea wzruszya ramionami, udajc si za pracodawc. - Jak masz naprawd na imi? - spyta Geralt t, ktra pozostaa przy stole, Vea bysna biaymi zbami. Koszul miaa mocno rozsznurowan, prawie do granic moliwoci. Wiedmin nie wtpi, e to kolejna zaczepka wobec sali. - Alveaenerle. - adnie - Wiedmin by pewien, e Zerrikanka zrobi buzi w ciup i mrugnie do niego. Nie pomyli si. - Vea? - Hm? - Dlaczego jedzicie z Borchem? Wy, wolne wojowniczki? Moesz odpowiedzie? - Hm. - Hm, co? - On jest... - Zerrikanka, marszczc czoo, szukaa sw. - On jest... Naj... pikniejszy. Wiedmin pokiwa gow. Kryteria, na podstawie ktrych kobiety oceniay atrakcyjno mczyzn, nie po raz pierwszy stanowiy dla niego zagadk. Trzy Kawki wwali si do alkierza, dopinajc spodnie, gono wydawa polecenia oberycie. Trzymajca si dwa kroki za nim Tea, udajc znudzon, rozgldaa si po karczmie, a kupcy i flisacy starannie unikali jej wzroku. Vea wysysaa kolejnego raka, co i rusz rzucajc wiedminowi wymowne spojrzenia. - Zamwiem jeszcze po wgorzu, pieczonym tym razem - Trzy Kawki siad ciko, brzkajc nie dopitym pasem. - Namczyem si przy tych rakach i zgodniaem jakby. I zaatwiem ci tu nocleg, Geralt. Nie ma sensu, eby wczy si po nocy. Jeszcze si zabawimy. Wasze zdrowie, dziewczyny! - Vessekheal - powiedziaa Vea, salutujc mu kubkiem. Tea mrugna i przecigna si, przy czym atrakcyjny biust, wbrew oczekiwaniom Geralta, nie rozsadzi przodu jej koszuli. - Zabawimy si - Trzy Kawki przechyli si przez st i klepn Te w tyek. - Zabawimy si, wiedminie. Hej, gospodarzu! Sam tu! Oberysta podbieg ywo, wycierajc rce w fartuch. - Balia znajdzie si u ciebie? Taka do prania, solidna i dua? - Jak dua, panie? - Na cztery osoby. - Na... cztery... - Karczmarz otworzy usta. - Na cztery - potwierdzi Trzy Kawki, dobywajc z kieszeni wypchany trzos.

- Znajdzie si - oberysta obliza wargi. - wietnie - zamia si Borch. - Ka j zanie na gr, do mojej izby i napeni gorc wod. Duchem, kochasiu. I piwa te ka tam zanie, ze trzy dzbanki. Zerrikanki zachichotay i rwnoczenie mrugny. - Ktr wolisz? - spyta Trzy Kawki. - H? Geralt? Wiedmin podrapa si w potylic. - Wiem, e trudno wybra - powiedzia Trzy Kawki ze zrozumieniem. - Sam czasami mam kopoty. Dobra, zastanowimy si w balii. Hej, dziewczta! Pomcie mi wej na schody! III Na mocie bya zapora. Drog zagradzaa duga, solidna belka, osadzona na drewnianych kozach. Przed ni i za ni stali halabardnicy w skrzanych, nabijanych guzami kurtach i kolczych kapturach. Nad zapor ospale powiewaa purpurowa chorgiew ze znakiem srebrnego gryfa. - Co za czort? - zdziwi si Trzy Kawki, stpa podjedajc bliej. - Nie ma przejazdu? - Glejt jest? - spyta najbliszy halabardnik, nie wyjmujc z ust patyka, ktry u, nie wiadomo, z godu czy dla zabicia czasu. - Jaki glejt? Co to, mr? A moe wojna? Z czyjego rozkazu drog blokujecie? - Krla Niedamira, pana na Caingorn - stranik przesun patyk w przeciwlegy kcik ust i wskaza na chorgiew. - Bez glejtu w gry nie lza. - Idiotyzm jaki - rzek Geralt zmczonym gosem. -To przecie nie Caingorn, ale Hoopolska Dziedzina. To Hoopole, nie Caingorn ciga myto z mostw na Braa. Co ma do tego Niedamir? - Nie mnie pytajcie - stranik wyplu patyk. - Nie moja rzecz. - Mnie aby glejty sprawdza. Chcecie, gadajcie z naszym dziesitnikiem. - A gdzie on? - Tam, za mytnika sadyb, na sonku si grzeje - rzek halabardnik, patrzc nie na Geralta, ale na goe uda Zerrikanek, leniwie przecigajcych si na kubakach. Za domkiem mytnika, na kupie wyschnitych bierwion, siedzia stranik, tylcem halabardy rysujc na piasku niewiast, a raczej jej fragment, widziany z nietuzinkowej perspektywy. Obok niego, trcajc delikatnie struny lutni, plea szczupy mczyzna w nasunitym na oczy fantazyjnym kapelusiku w kolorze liwki ozdobionym srebrn klamr i dugim, nerwowym czaplim pirem. Geralt zna ten kapelusik i to piro, synne od Buiny po Jarug, znane po dworach, kasztelach, zajazdach, oberach i zamtuzach. Zwaszcza zamtuzach.

- Jaskier! - Wiedmin Geralt! - spod odsunitego kapelusika spojrzay wesoe, modre oczy. - A to dopiero! I ty tutaj? Glejtu przypadkiem nie masz? - Co wy wszyscy z tym glejtem? - wiedmin zeskoczy z sioda. - Co si tu dzieje, Jaskier? Chcielimy si przedosta na drugi brzeg Braa, ja i ten rycerz, Borch Trzy Kawki, i nasza eskorta. I nie moemy, jak si okazuje. - Ja te nie mog - Jaskier wsta, zdj kapelusik, ukoni si Zerrikankom z przesadn dwornoci. - Mnie te nie chc przepuci na drugi brzeg. Mnie, Jaskra, najsynniejszego minstrela i poet w promieniu tysica mil, nie przepuszcza ten tu dziesitnik, chocia te artysta, jak widzicie. - Nikogo bez glejtu nie przepuszcz - rzek dziesitnik ponuro, po czym uzupeni swj rysunek o finalny detal, dziobic kocem drzewca w piasek. - No i obejdzie si - powiedzia wiedmin. - Pojedziemy lewym brzegiem. Do Hengfors tdy droga dusza, ale jak mus, to mus. - Do Hengfors? - zdziwi si bard. - To ty, Geralt, nie za Niedamirem jedziesz? Nie za smokiem? - Za jakim smokiem? - zainteresowa si Trzy Kawki. - Nie wiecie? Naprawd nie wiecie? No, to musz wam o wszystkim opowiedzie, panowie. Ja i tak tu czekam, moe bdzie jecha kto z glejtem, kto mnie zna i pozwoli si przyczy. Siadajcie. - Zaraz - rzek Trzy Kawki. - Soce prawie na trzy wierci do zenitu, a mnie suszy jak cholera. Nie bdziemy gada o suchym pysku. Tea, Vea, zawrcie rysi do miasteczka i kupcie antaek. - Podobacie mi si, panie... - Borch, zwany Trzy Kawki. - Jaskier, zwany Niezrwnanym. Przez niektre dziewczta. - Opowiadaj, Jaskier - zniecierpliwi si wiedmin. - Nie bdziemy tu stercze do wieczora. Bard obj palcami gryf lutni, ostro uderzy po strunach. - Jak wolicie, mow wizan czy normalnie? - Normalnie. - Prosz bardzo - Jaskier nie odoy lutni. - Posuchajcie zatem, szlachetni panowie, co wydarzyo si tydzie temu nie opodal miasta wolnego, zwanego Hoopolem. Ot, witem bladym, ledwie co sonko wschodzce zarowio wiszce nad kami cauny mgie... - Miao by normalnie - przypomnia Geralt. ~-

- A nie jest? No, dobrze, dobrze. Rozumiem. Krtko, bez metafor. Na pastwiska pod Hoopolem przylecia smok. - Eeee - rzek wiedmin. - Co mi si to nie widzi prawdopodobnym. Od lat nikt nie widzia smoka w tych okolicach. Nie by to aby zwyky oszluzg? Zdarzaj si oszluzgi prawie tak due... - Nie obraaj mnie, wiedminie. Wiem, co mwi. Widziaem go. Trzeba trafu, e akuratnie byem w Hoopolu na jarmarku i widziaem wszystko na wasne oczy. Ballada jest ju gotowa, ale nie chcielicie... - Opowiadaj. Duy by? - Ze trzy koskie dugoci. W kbie nie wyszy ni ko, ale duo grubszy. Szary jak piach. - Znaczy si, zielony. - Tak. Przylecia niespodziewanie, wpad prosto w stado owiec, rozgoni pasterzy, utuk z tuzin zwierzt, cztery zear i odlecia. - Odlecia... - Geralt pokiwa gow. - I koniec? - Nie. Bo nastpnego ranka przylecia znowu, tym razem bliej miasteczka. Spikowa na gromad bab piorcych bielizn na brzegu Braa. Ale wiay, czowieku! W yciu si tak nie umiaem. Smok za zatoczy ze dwa koa nad Hoopolem i polecia na pastwiska, tam znowu wzi si za owce. Wtedy dopiero zacz si rozgardiasz i zamt, bo poprzednio mao kto wierzy pastuchom. Burmistrz zmobilizowa milicj miejsk i cechy, ale zanim si sformowali, plebs wzi spraw w swoje rce i zaatwi j. - Jak? - Ciekawym, ludowym sposobem. Lokalny mistrz szewski, niejaki Kozojed, wymyli sposb na gadzin. Zabili owc, napchali j gsto ciemierem, wilczymi jagodami, blekotem, siark i szewsk smo. Dla pewnoci, miejscowy aptekarz wla do rodka dwie kwarty swojej mikstury na czyraki, a kapan ze wityni Kreve odprawi mody nad cierwem. Potem ustawili spreparowan owieczk porodku stada, podparszy kokiem. Nikt po prawdzie nie wierzy, e smoczysko da si skusi tym mierdzcym na mil gwnem, ale rzeczywisto przesza nasze oczekiwania. Lekcewac ywe i beczce owieczki, gad pokn przynt razem z kokiem. - I co? Gadaie, Jaskier. - A co ja robi innego? Przecie gadam. Suchajcie, co byo dalej. Nie min czas, jaki wprawnemu mczynie zajmuje rozsznurowanie damskiego gorsetu, gdy smok nagle zacz rycze i puszcza dym, przodem i tyem. Fika kozy, prbowa wzlatywa, potem oklap i znieruchomia. Dwjka ochotnikw wyruszya, aby sprawdzi, czy struty gad dycha jeszcze. Byli nimi miejscowy grabarz i miejscowy pgwek, spodzony przez upoledzon crk drwala i pododdzia najemnych pikinierw, ktry przecign przez Hoopole jeszcze za czasw rokoszu

wojewody Nurzyboba. - Ale ty esz, Jaskier. - Nie , tylko ubarwiam, a to jest rnica. - Niewielka. Opowiadaj, szkoda czasu. - A wic, jak mwiem, grabarz i mny idiota wyruszyli w charakterze szperaczy. Usypalimy im potem may, ale cieszcy oko kurhanik. - Aha - powiedzia Borch. - Znaczy si, smok jeszcze y. - A jak - rzek wesoo Jaskier. - y. Ale by tak saby, e nie zear ani grabarza, ani matoka, tyle e zliza krew. A potem, ku oglnemu zmartwieniu, odlecia, wystartowawszy w niemaym trudzie. Co ptorasta okci spada z oskotem, zrywa si znowu. Chwilami szed, powczc tylnymi nogami. Co mielsi poszli za nim, utrzymujc kontakt wzrokowy. I wiecie, co? - Mw, Jaskier. - Smok zapad w wwozy w Pustulskich Grach, w okolicach rde Braa i skry si w tamtejszych jaskiniach. - Teraz wszystko jest jasne - powiedzia Geralt. - Smok prawdopodobnie by w tych jaskiniach od stuleci, pogrony w letargu. Syszaem o takich wypadkach. I tam te musi by jego skarbiec. Teraz wiem, czemu blokuj most. Kto chce na tym skarbcu pooy ap. A ten kto to Niedamir z Caingom. - Dokadnie - potwierdzi trubadur. - Cae Hoopole a gotuje si zreszt z tego powodu, bo uwaa si tam, e smok i skarbiec nale do nich. Ale wahaj si zadrze z Niedamirem. Niedamir to szczeniak, ktry jeszcze si nie zacz goli, ale ju zdy udowodni, e nie opaca si z nim zadziera. A na tym smoku zaley mu, jak diabli, dlatego tak prdko zareagowa. - Zaley mu na skarbcu, chciae powiedzie. - Wanie e bardziej na smoku ni na skarbcu. Bo widzicie, Niedamir ostrzy sobie zby na ssiednie ksistwo Malleore. Tam, po nagym a dziwnym zgonie ksicia zostaa ksiniczka, w wieku, e si tak wyra, onicowvm. Wielmoe z Malleore niechtnie patrz na Niedamira i innych konkurentw, bo wiedz, e nowy wadca ostro cignie im wdzido, nie to, co smarkata ksiniczka. Odgrzebali wic gdzie star i zakurzon przepowiedni mwic, e mitra i rka dziewuszki nale si temu, kto pokona smoka. Poniewa smoka nikt nie widzia tutaj od wiekw, myleli, e maj spokj. Niedamir oczywicie obmia si z legendy, wziby Malleore zbrojn rk i tyle, ale gdy gruchna wie o hoopolskim smoku, zorientowa si, e moe pobi malleorsk szlacht ich wasn broni. Gdyby zjawi si tam, niosc smoczy eb, lud powitaby go jak monarch zesanego przez bogw, a wielmoe nie mieliby nawet pisn. Dziwicie si wic, e pogna za smokiem jak kot z pcherzem? Zwaszcza za takim, co ledwo nogami powczy? To dla

niego czysta gratka, umiech losu, psiakrew. - A drogi zagrodzi przed konkurencj. - No chyba. I przed Hoopolanami. Z tym, e po caej okolicy rozesa konnych z glejtami. Dla tych, ktrzy maj tego smoka zabi, bo Niedamir nie pali si, eby osobicie wej do jaskini z mieczem. cignito migiem co sawniejszych smokobjcw. Wikszo chyba znasz, Geralt. - Moliwe. Kto przyjecha? - Eyck z Denesle, to raz. - Niech to... - wiedmin zagwizda cichutko. - Bogobojny i cnotliwy Eyck, rycerz bez skazy i zmazy, we wasnej osobie. - Znasz go, Geralt? - spyta Borch. - Rzeczywicie taki pies na smoki? - Nie tylko na smoki. Eyck radzi sobie z kadym potworem. Zabija nawet mantikory i gryfy. Kilka smokw te zaatwi, syszaem o tym. Jest dobry. Ale psuje mi interesy, obuz, bo nie bierze pienidzy. Kto jeszcze, Jaskier? - Rbacze z Crinfrid. - No, to ju po smoku. Nawet, jeli ozdrowia. Ta trjka to zgrana banda, walcz niezbyt czysto, ale skutecznie. Wybili wszystkie oszluzgi i widogony w Redanii, a przy okazji pady trzy smoki czerwone i jeden czarny, a to ju jest co. To wszyscy? - Nie. Doczya jeszcze szstka krasnoludw pod komend Yarpena Zigrina. - Nie znam go. - Ale o smoku Ocvicie z Kwarcowej Gry syszae? - Syszaem. I widziaem kamienie, pochodzce z jego skarbca. Byy tam szafiry o niespotykanej barwie i diamenty wielkie jak czerenie. - No, to wiedz, e wanie Yarpen Zigrin i jego krasno-ludy zaatwiy Ocvista. Bya o tym uoona ballada, ale ndzna, bo nie moja. Jeli nie syszae, nie stracie. - To wszyscy? - Tak. Nie liczc ciebie. Twierdzie, ze nie wiesz o smoku, kto wie, moe to i prawda. Ale teraz ju wiesz. I co? - I nic. Nie interesuje mnie ten smok. - Ha! Chytrze, Geralt. Bo i tak nie masz glejtu. - Nie interesuje mnie ten smok, powtarzam. A co z tob, Jaskier? Co ciebie tak cignie w tamt stron? - Normalnie - trubadur wzruszy ramionami. - Trzeba by blisko wydarze i atrakcji. O walce z tym smokiem bdzie gono. Pewnie, mgbym uoy ballad na podstawie opowieci, ale inaczej bdzie brzmiaa piewana przez kogo, kto widzia bj na wasne oczy.

- Bj? - zamia si Trzy Kawki. - Chyba co w rodzaju winiobicia albo wiartowania cierwa. Sucham i z podziwu wyj nie mog. Sawni wojownicy, ktrzy pdz tu, co ko wyskoczy, eby dorzn pzdechego smoka otrutego przez jakiego chama. mia si chce i rzyga. - Mylisz si - rzek Geralt. - Jeeli smok nie pad od trucizny na miejscu, to jego organizm zapewne ju j zwalczy i smok jest w peni si. Nie ma to zreszt wielkiego znaczenia. Rbacze z Crinfrid i tak go zabij, ale bez boju, jeli chcesz wiedzie, nie obdzie si. - Stawiasz wic na Rbaczy, Geralt? - Jasne. - Akurat - odezwa si milczcy do tej chwili stranik artysta. - Smoczysko to stwr magiczny i nie ubi go inaczej, jak czarami. Jeeli kto da mu rady, to ta czarownica, ktra przejechaa tdy wczoraj. - Kto? - Geralt przechyli gow. - Czarodziejka - powtrzy stranik. - Przecie mwi. - Imi podaa? - Podaa, alem zapomnia. Miaa glejt. Moda bya, urodziwa, na swj sposb, ale te oczy... Wiecie sami, panie. Zimno si czekowi robi, gdy taka spojrzy. - Wiesz co o tym, Jaskier? Kto to moe by? - Nie - skrzywi si bard. - Moda, urodziwa i te oczy. Tez mi wskazwka. Wszystkie takie s. adna, ktr znam, a znam wiele, nie wyglda na wicej ni dwadziecia pi, trzydzieci, a niektre, syszaem, pamitaj czasy, gdy br szumia tam, gdzie dzisiaj stoi Novigrad. W kocu, od czego s eliksiry z mandragory? A oczy sobie rwnie mandragor zakrapiaj, eby byszczay. Jak to baby. - Ruda nie bya? - spyta wiedmin. - Nie, panie - rzek dziesitnik. - Czarniutka. - A ko, jakiej maci? Kasztan z bia gwiazdk? - Nie. Kary, jak ona. Ano, panowie, mwi wam, ona smoka ubije. Smok to robota dla czarodzieja. Ludzka moc przeciw niemu nie podoa. - Ciekawe, co by na to powiedzia szewc Kozojed - zamia si Jaskier. - Gdyby mia pod rk co mocniejszego ni ciemier i wilcza jagoda, smocza skra suszyaby si dzi na hoopolskim ostrokole, ballada byaby gotowa, a ja nie powiabym tu na socu... - Jak to si stao, e Niedamir nie wzi ci ze sob? -spyta Geralt, koso spogldajc na poet. - Przecie bye w Hoopolu, gdy wyrusza. Czyby krl nie lubi artystw? Co sprawio, e tu powiejesz, zamiast przygrywa u krlewskiego strzemienia?

- Sprawia to pewna moda wdowa - rzek ponuro Ja skier. - Cholera by to wzia. Zabradziayem, a na drugi dzie Niedamir i reszta byli ju za rzek. Wzili ze sob nawet tego Kozojeda i zwiadowcw z hoopolskiej milicji, tylko o mnie zapomnieli. Tumacz to dziesitnikowi, a on swoje... - Jest glejt, puszczam - rzek beznamitnie halabardnik, odlewajc si na cian domku mytnika. - Nie mi glejtu, nie puszczam. Rozkaz taki... - O - przerwa mu Trzy Kawki. - Dziewczta wracaj z piwem. - I nie same - doda Jaskier, wstajc. - Patrzcie jak ko. Jak smok. Od strony brzozowego lasku nadjeday cwaem Zerri kanki, flankujc jedca siedzcego na wielkim, bojowym niespokojnym ogierze. Wiedmin wsta rwnie. Jedziec nosi fioletowy, aksamitny kaftan ze srebrnym szamerunkiem i krtki paszcz, obszyty sobolowym futrem. Wyprostowany w siodle, patrzy na nich dumnie, Geralt zna takie spojrzenia. I nie przepada za nimi. - Witam panw. Jestem Dorregaray - przedstawi si jedziec, zsiadajc powoli i godnie. Mistrz Dorregarayl Czarnoksinik. - Mistrz Geralt. Wiedmin. - Mistrz Jaskier. Poeta. - Borch, zwany Trzy Kawki. A moje dziewczta, ktre tam oto wycigaj szpunt z antaka, ju poznae, panie Dorregaray. - Tak jest, w rzeczy samej - rzek czarodziej bez umiechu. - Wymienilimy ukony, ja i pikne wojowniczki z Zerrikanii. - No, to na zdrowie. - Jaskier rozda skrzane kubki) przyniesione przez Ve. - Napijcie si z nami, panie czarodzieju. Panie Borch, dziesitnikowi te da? - Jasne. Chod tu do nas, wojaku. - Sdz - rzek czarnoksinik, upiwszy may, dystyngowany yk - e pod zapor na mocie sprowadza panw ten sam cel, co i mnie? - Jeli macie na myli smoka, panie Dorregaray - powiedzia Jaskier - to tak jest, w samej rzeczy. Chc tam by i uoy ballad. Niestety, ten tu dziesitnik, czek wida bez ogady, nie chce mnie przepuci. da glejtu. - Upraszam wybaczenia. - Halabardnik wypi swoje piwo, zamlaska. - Mam przykazane pod gardem, nikogo bez glejtu nie puszcza. A podobno cae Hoopole ju si zebrao z wozami i chce ruszy w gry za smokiem. Mam nakazane... - Twj rozkaz, onierzu - zmarszczy brwi Dorregaray - tyczy si tedy motochu, mogcego

zawadza, dziewek, mogcych szerzy rozpust i paskudn niemoc, zodziei, szumowin i hultajstwa. Ale nie mnie. - Nikogo bez glejtu nie przepuszcz - nasroy si dziesitnik. - Kln si... - Nie klnij si - przerwa mu Trzy Kawki. - Lepiej si jeszcze napij. Tea, nalej temu mnemu wojakowi. I usidmy, panowie. Picie na stojco, szybko i bez naleytego namaszczenia nie przystoi szlachcie. Usiedli na balach dookoa antaka. Halabardnik, wieutko pasowany na szlachcica, krania z zadowolenia. - Pij, dzielny setniku - ponagla Trzy Kawki. - Dziesitnik aby jestem, nie setnik. - Halabardnik jeszcze bardziej pokrania. - Ale bdziesz setnik, musowo. - Borch wyszczerzy zby. - Chop z ciebie ebski, migiem awansujesz. Dorregaray, odmawiajc dolewki, odwrci si w stron Geralta. - W miasteczku jeszcze gono o bazyliszku, moci wiedminie, a ty ju za smokiem si rozgldasz, jak widz - powiedzia cicho. - Ciekawe, a tak potrzebna ci gotwka, czy te dla czystej przyjemnoci mordujesz stworzenia zagroone wymarciem? - Dziwna ciekawo - odrzek Geralt - ze strony kogo, kto na eb na szyj gna, by zdy na szlachtowanie smoka, by wybi mu zby, tak przecie cenne przy wyrobie czarodziejskich lekw i eliksirw. Czy to prawda, moci czarodzieju, e te wybite ywemu smokowi s najlepsze? - Jeste pewien, e po to tam jad? - Jestem. Ale ju ci kto wyprzedzi, Dorregaray. Przed tob ju zdya przejecha twoja konfraterka z glejtem, ktrego ty nie masz. Czarnowosa, o ile ci to interesuje. - Na karym koniu? - Podobno. - Yennefer - powiedzia Dorregaray, zaspiony. Wiedmin drgn niezauwaalnie dla nikogo. Zapada cisza, ktr przerwao beknicie przyszego setnika. - Nikogo... bez glejtu... - Dwiecie lintarw wystarczy? - Geralt spokojnie wycign z kieszeni sakiewkotrzyman od grubego wjta. - Geralt - umiechn si zagadkowo Trzy Kawki - wic jednak... - Przepraszam ci, Borch. Przykro mi, nie pojad z wami do Hengfors. Moe innym razem. Moe si jeszcze spotkamy. - Nic mnie nie cignie do Hengfors - rzek wolno Trzy Kawki. - Nic a nic, Geralt.

- Schowajcie ten mieszek, panie - rzek gronie przyszy setnik. - To zwyke przekupstwo. Ani za trzysta nie przepuszcz. - A za piset? - Borch wyj swoj sakiewk. - Schowaj mieszek, Geralt. Ja zapac myto. Zaczo mnie to bawi. Piset, panie onierzu. Po sto od sztuki, liczc moje dziewczta za jedn pikn sztuk. Co? - Ojej, jej, jej - zafrasowa si przyszy setnik, chowajc pod kurt sakiewk Borcha. - Co ja krlowi powiem? - Powiesz mu - rzek Dorregaray, prostujc si i wyjmujc zza pasa ozdobn rdk ze soniowej koci - strach ci oblecia, gdy popatrzye. - Na co, panie? Czarodziej skin rdk, krzykn zaklcie. Sosna, rosnca na nadrzecznej skarpie eksplodowaa ogniem, caa, w jednym momencie, od ziemi a po wierzchoek pokrya si szalejcymi pomieniami. - Na ko! - Jaskier, zrywajc si, zarzuci lutni na plecy. - Na ko, panowie! I panie! - Zapor precz! - wrzasn do halabardnikw bogaty dziesitnik, majcy wielkie szans zosta setnikiem. Na mocie, za zapor, Vea cigna wodze, ko zataczy, zadudni kopytami po balach. Dziewczyna, miotajc warkoczami, krzykna przeszywajco. - Susznie, Vea! - odkrzykn Trzy Kawki. - Dalej, waszmociowie, po komach! Pojedziemy po zerrikasku, z omotem i wistem! IV - No i patrzcie - rzek najstarszy z Rbaczy, Boholt, ogromny i zwalisty, niczym pie starego dbu. - Niedamir nie przegna was na cztery wiatry, prosz waszmoci, chocia pewien byem, e tak wanie zrobi. C, nie nam, chudopachokom, kwestionowa krlewskie decyzje. Zapraszamy do ogniska. Mocie sobie legowiska, chopcy. A tak midzy nami, wiedminie, to o czym z krlem gadae? - O niczym - powiedzia Geralt, wygodniej opierajc plecy o podcignite w stron ognia siodo. - Nawet do nas nie wyszed z namiotu. Wysa tylko tego swojego totumfackiego, jak mu tam... - Gyllenstiern - podpowiedzia Yarpen Zigrin, krpy, brodaty krasnolud, wtaczajc w ogie olbrzymi, smolny karcz przytaszczony z zaroli. - Nadty bubek. Wieprz opasy. Jakemy doczyli, to przyszed, nos zadar po same chmury, phu-phu, pamitajcie, rzecze, krasnoludy, przy

kim tu komenda, komu tu posuch naleny, tu krl Niedamir rozkazuje, a jego sowo to prawo i tak dalej. Staem i suchaem, i mylaem sobie, e ka go swoim chopakom obali na ziemi i obszczam mu paszcz. Alem poniecha, wiecie, znowu by hyr poszed, e krasnoludy zoliwe, e agresywne, e sukinsyny i e niemoliwa jest... jak to si nazywa, cholera... koogzystencja, czy jak tam. I zaraz znowu byby gdzie pogrom, w jakim miasteczku. Suchaem tedy grzecznie, gow kiwaem. - Wychodzi na to, e pan Gyllenstiern nic innego nie umie - powiedzia Geralt. - Bo i nam to samo powiedzia, i tez przyszo nam kiwa gowami. - A po mojemu - odezwa si drugi z Rbaczy, ukadajc derk na kupie chrustu - le si stao, e was Niedamir nie przegna. Ludu cignie na tego smoka, a strach. Cae mrowie. To ju nie wyprawa, a kondukt na alnik. Ja tam w toku bi si nie lubi. - Daj spokj, Niszczuka - powiedzia Boholt. - W kupie wdrowa raniej. Ce to, nigdy na smoki nie chadza? Zawsze za smokiem ma ludu cignie, jarmark cay, istny zamtuz na kkach. Ale gdy si gad pokae, to wiesz, kto w polu zostaje. My, nie kto inny. Boholt zamilk na chwil, pocign solidnie z wielkiego, oplecionego wiklin gsiora, haaliwie smarkn, od-kaszln. - Inna rzecz - cign - e praktyka pokazuje, e nieraz dopiero po zabiciu smoka zaczyna si uciecha i rzeba, i lec gowy niby gruchy. Dopiero, gdy skarbiec si dzieli, myliwi skacz sobie do oczu. Co, Geralt? H? Mam racj? Wiedminie, mwi do ciebie. - Znane mi s takie wypadki - potwierdzi Geralt sucho. - Znane, powiadasz. Zapewne ze syszenia, bo nie obio mi si o uszy, by kiedy na smoki polowa. Jak dugo yj, nie syszaem, by wiedmin na smoki chodzi. Tym dziwniejsze, e si tu. zjawi. - Prawda - wycedzi Kennet, zwany Zdzieblarzem, najmodszy z Rbaczy. - Dziwne to jest. A my... - Zaczekaj, Zdzieblarz. Ja teraz mwi - przerwa mu Boholt. - Zreszt, dugo gada nie zamierzam. Wiedmin i tak ju wie, o co mi idzie. Ja jego znam i on mnie zna, do tej pory w drog sobie nie wazilimy i dalej chyba nie bdziemy. No, bo zauwacie, chopaki, e gdybym ja, dla przykadu, wiedminowi chcia w robocie przeszkadza albo up sprzed nosa zachachmci, to przecie wiedmin z miejsca by mnie swoj wiedmisk brzytw chlasn i w prawie byby. Mam racj? Nikt nie potwierdzi ani te nie zaprzeczy. Nie wygldao, by Boholtowi specjalnie zaleao na jednym lub drugim. - Ano - cign - w kupie wdrowa raniej, jakem rzek. I wiedmin moe si w kompanii

przyda. Okolica dzika i odludna, niech tak wyskoczy na nas przeraa albo yrytwa, albo strzyga, moe nam kopotu narobi. A bdzie Geralt w okolicy, nie bdzie kopotu, bo to jego specjalno. Ale smok to nie jego specjalno. Prawda? Znowu nikt nie potwierdzi i nikt nie zaprzeczy. - Pan Trzy Kawki - cign Boholt, podajc gsiorek krasnoludowi - jest z Geraltem i to mi wystarczy za rkojmi. To kto wam przeszkadza, Niszczuka, Zdzieblarz? Chyba nie Jaskier? - Jaskier - rzek Yarpen Zigrin, podajc bardowi gsiorek - zawsze si przyplcze, gdzie si co ciekawego dzieje i wszyscy wiedz, e nie przeszkodzi, nie pomoe i marszu nie opni. Co, jakby rzep na psim chwocie. Nie, chopcy? Chopcy, brodate i kwadratowe krasnoludy, zarechotali, trzsc brodami. Jaskier odsun kapelusik na ty gowy i ykn z gsiorka. - Ooooch, zaraza - stkn, apic powietrze. - A gos odejmuje. Z czego to pdzone, ze skorpionw? - Jedno mi si nie podoba, Geralt - powiedzia Zdzieblarz, przejmujc naczynie od minstrela. - To, e tego czarownika tu przywid. Tu si ju od czarownikw gsto robi. - Prawda - wpad mu w sowo krasnolud. - Zdzieblarz susznie prawi. Ten Dorregaray potrzebny nam tu jak winiakowi siodo. Mamy ju od niedawna nasz wasn wiedm, szlachetn Yennefer, tfu, tfu. - Taak - rzek Boholt, drapic si w byczy kark, z ktrego przed chwil odpi skrzan obro najeon stalowymi wiekami. - Czarownikw to tu jest za duo, prosz waszmoci. Dokadnie o dwoje za duo. I za bardzo oni do naszego Niedamira przylgnli. Popatrzcie tylko, my tu pod gwiazdeczkami, dookoa ognia, a oni, prosz waszmoci, w cieple, w krlewskim namiocie knuj ju, chytre liszki, Niedamir, wiedma, czarownik i Gyllenstiern. A Yennefer najgorsza. A powiedzie wam, co oni knuj? Jak nas wydudka, ot co. - I sarnin r - wtrci ponuro Zdzieblarz. - A my comy jedli? wistaka! A wistak, pytam, co jest? Szczur, nic innego. To co my jedli? Szczura! - Nic to - rzek Niszczuka. - Niedugo smoczego ogona poprbujemy. Nie ma to jak smoczy ogon, pieczony na wglach. - Yennefer - cign Boholt - jest paskudna, zoliwa i pyskata baba. Nie to, co twoje dziewuszki, panie Borch. Te ciche s i mie, o, popatrzcie, siady koo koni, szable ostrz, a przechodziem obok, zagadnem dowcipnie, umiechny si, wyszczerzyy zbki. Tak, im rad jestem, nie to, co Yennefer,- ta knuje a knuje. Mwi wam, trzeba uwaa, bo ajno bdzie z naszej umowy. - Jakiej umowy, Boholt?

- Co, Yarpen, powiemy wiedminowi? - Nie widz przeciwwskaza - rzek krasnolud. - Gorzaki ju nie ma - wtrci Zdzieblarz, obracajc gsiorek dnem do gry. - To przynie. Najmodszy jeste, prosz waszmoci. A umow, Geralt, to my umylilimy, bo my nie jestemy najemnicy ani adne tam patne pachoki, i nie bdzie nas Niedamir na smoka posya, rzucajc par sztuk zota pod nogi. Prawda jest taka, e my poradzimy sobie ze smokiem bez Niedamira, a Niedamir bez nas sobie nie poradzi. A z tego jasno wynika, kto wart wicej i czyja dola wiksza by powinna. I postawilimy spraw uczciwie - ci, ktrzy w rczny bj pjd i smoka poo, bior poow skarbca. Niedamir, z racji na urodzenie i tytu, bierze wier, tak czy inaczej. A reszta, o ile bdzie pomaga, podzieli pozosta wier midzy siebie, po rwno. Co o tym mylisz? - A co o tym Niedamir myli? - Nie powiedzia ani tak, ani nie. Ale lepiej niech si nie stawia, chystek. Mwiem, sam przeciw smokowi nie pjdzie, musi zda si na fachowcw, to znaczy na nas, Rbaczy, i na Yarpena i jego chopakw. My, nie kto inny, spotkamy smoka na dugo miecza. Reszta, w tym i czarodzieje, jeli uczciwie dopomoe, podzieli midzy siebie wiartk skarbca. - Oprcz czarodziejw, kogo wliczacie do tej reszty? - zaciekawi si Jaskier. - Na pewno nie grajkw i wierszokletw - zarechota Yarpen Zigrin. - Wliczamy tych, co popracuj toporem, a nie lutni. - Aha. - rzek Trzy Kawki, patrzc w rozgwiedone niebo. - A czym popracuje szewc Kozojed i jego haastra? Yarpen Zigrin splun w ognisko, mruczc co po krasnoludzku. - Milicja z Hoopola zna te zasrane gry i robi za przewodnikw - rzek cicho Boholt - tote sprawiedliwie bdzie dopuci ich do podziau. Z szewcem jednak jest troch inna sprawa. Widzicie, niedobrze bdzie, jak chamstwo nabierze przekonania, e gdy si smok w okolicy pokae, to zamiast sa po zawodowcw, mona mu mimochodem trutk zada i dalej z dziewkami gzi si we zbou. Jak si taki proceder rozpowszechni, to chyba na ebry przyjdzie nam pj. Co? - Prawda - doda Yarpen. - Dlatego, mwi wam, tego szewca co niedobrego powinno przypadkowo spotka, zanim, chdoony, do legendy trafi. - Ma spotka, to i spotka - rzek Niszczuka z przekonaniem. - Zostawcie to mnie. - A Jaskier - podchwyci krasnolud - rzy mu w balladzie obrobi, na miech poda. eby mu bya haba i srom, na wieki wiekw. - O jednym zapomnielicie - powiedzia Geralt. - Jest tu taki jeden, ktry moe wam

pomiesza szyki. Ktry na adne podziay ani umowy nie pjdzie. Mwi o Eycku z Denesle. Rozmawialicie z nim? - O czym? - zgrzytn Boholt, drgiem poprawiajc polana w ognisku. - Z Eyckiem, Geralt, nie pogadasz. On nie zna si na interesach. - Jak podjedalimy pod wasz obz - powiedzia Trzy Kawki - spotkalimy go. Klcza na kamieniach, w penej zbroi, i gapi si w niebo. - On tak cigiem czyni - rzek Zdzieblarz. - Medytuje, albo mody odprawia. Powiada, e tak trzeba, bo on od bogw ma rozkazano ludzi od zego ochrania. - U nas, w Crinfrid - mrukn Boholt - trzyma si takich w obrce, na acuchu, i daje kawaek wgla, wtedy oni na cianach cudnoci maluj. Ale do tu bdzie o blinich plotkowa, o interesach gadajmy. W krg wiata wesza bezszelestnie niewysoka, moda kobieta o czarnych wosach opitych zot siateczk, owinita wenianym paszczem. - Co tu tak mierdzi? - zapyta Yarpen Zigrin, udajc, e jej nie widzi. - Nie siarka aby? - Nie - Boholt, patrzc w bok, demonstracyjnie pocign nosem. - To pimo albo inne pachnido. - Nie, to chyba... - krasnolud wykrzywi si. - Ach! To to wielmona pani Yennefer! Witamy, witamy. Czarodziejka powoli powioda wzrokiem po zebranych, na chwil zatrzymaa na wiedminie byszczce oczy. Geralt umiechn si lekko. - Pozwolicie si przysi? - Ale oczywicie, dobrodziejko nasza - powiedzia Boholt i czkn. - Siadajcie o tu, na kubace. Rusz rzy, Kennet, i podaj janie czarodziejce kulbak. - Panowie tu o interesach, jak sysz - Yennefer usiada, wycigajc przed siebie zgrabne nogi w czarnych poczochach. - Beze mnie? - Nie mielimy - rzek Yarpen Zigrin - niepokoi tak wanej osoby. - Ty, Yarpen - Yennefer zmruya oczy, obracajc gow w stron krasnoluda - lepiej milcz. Od pierwszego dnia ostentacyjnie traktujesz mnie jak powietrze, wic rb tak dalej, nie przeszkadzaj sobie. Bo mnie to rwnie nie przeszkadza. - Co te wy, pani - Yarpen pokaza w umiechu nierwne zby. - Niech mnie kleszcze oblez, jeli nie traktuj was lepiej ni powietrze. Powietrze, dla przykadu, zdarza mi si zepsu, na co wobec was nie omielibym si adn miar. Brodaci chopcy zaryczeli gromkim miechem, ale ucichli natychmiast na widok sinej powiaty, jaka nagle otoczya czarodziejk.

- Jeszcze jedno sowo i z ciebie zostanie zepsute powietrze, Yarpen - powiedziaa Yennefer gosem, w ktrym dwicza metal. - I czarna plama na trawie. - W rzeczy samej - Boholt chrzkn, rozadowujc cisz, jaka zapada. - Milcz, Zigrin. Posuchamy, co ma nam do powiedzenia pani Yennefer. Ualia si dopiero co, e bez niej o interesach mwimy. Z tego wnosz, e ma dla nas jak propozycj. Posuchajmy, prosz waszmoci, co to za propozycja. Byle tylko nie proponowaa nam, e sama, czarami, ukatrupi smoka. - A co? - Yennefer uniosa gowo. - Uwaasz, e to niemoliwe, Boholt? - Moe i moliwe. Ale dla nas nieopacalne, bo pewnie zadalibycie wwczas poowy smoczego skarbca. - Co najmniej - rzeka zimno czarodziejka. - No, to sami widzicie, e to dla nas aden interes. My, pani, jestemy biedni wojownicy, jeli up nam koo nosa przejdzie, to gd w oczy zaglda. My szczawiem i lebiod si ywimy... - Od wita tylko czasem wistak si trafi - wtrci Yarpen Zigrin smutnym gosem. - ...wod kryniczn popijamy - Boholt goln sobie z gsiorka i otrzsn si z lekka. - Dla nas, pani Yennefer, wyjcia nie ma. Albo up, albo w zimie pod potem zamarzn. A gospody kosztuj. - I piwo - doda Niszczuka. - I dziewki wszeteczne - rozmarzy si Zdzieblarz. - Dlatego - Boholt popatrzy w niebo - sami, bez czarw i bez waszej pomocy, smoka ubijemy. - Taki pewien? Pamitaj, e s granice moliwoci, Boholt. - Moe i s, nigdy nie spotkaem. Nie, pani. Powtarzam, sami smoka ubijemy, bez adnych czarw. - Zwaszcza - doda Yarpen Zigrin - e czary te pewnikiem maj swoje granice moliwoci, ktrych, przeciwnie do naszych, nie znamy. - Sam na to wpade - spytaa wolno Yennefer - czy kto ci to podpowiedzia? Czy to nie obecno wiedmina w tym zacnym gronie pozwala wam na takie zadufanie? - Nie - rzek Boholt, patrzc na Geralta, ktry zdawa si drzema, leniwie wycignity na derce, z siodem pod gow. - Wiedmin nic do tego nie ma. Posuchajcie, wielmona Yennefer. Zoylimy krlowi propozycj, nie zaszczyci nas odpowiedzi. Mymy cierpliwi, do rana zaczekamy. Jeli krl ugod przybije, jedziemy dalej razem. Jeli nie, my wracamy. - My te - warkn krasnolud. - Targw adnych nie bdzie - kontynuowa Boholt. - Albo wz, albo przewz. Powtrzcie

nasze sowa Niedamirowi, pani Yennefer. A wam to powiem - ugoda dobra te dla was, i dla Dorregaraya, o ile si z nim dogadacie. Nam, zwacie, smocze cierwo niepotrzebne, jeno ogon wemiemy. A reszta wasza bdzie, tylko bra-wybiera. Nie poskpimy wam ni zbw, ni mzgu, niczego, co wam potrzebne do czarodziejstwa. - Oczywista - doda Yarpen Zigrin, chichoczc. - Padlina bdzie dla was, czarodziejw, nikt wam jej nie zabierze. Chyba e inne spy. Yennefer wstaa, zarzucajc paszcz na rami. - Niedamir nie bdzie czeka do rana - powiedziaa ostro. - Zgadza si na wasze warunki ju teraz. Wbrew, wiedzcie to, radzie mojej i Dorregaraya. - Niedamir - wycedzi powoli Boholt - objawia mdro, ktra zadziwia u tak modego krla. Bo dla mnie, pani Yennefer, mdro to midzy innymi umiejtno puszczania mimo uszu gupich lub nieszczerych rad. Yarpen Zigrin parskn w brod. - Inaczej zapiewacie - czarodziejka wzia si pod boki - gdy jutro smok was pochlasta, podziurawi i potrzaska piszczele. Bdziecie mi buty liza i skamle o pomoc. Jak zwykle. Jak ja was dobrze znam, jak dobrze znam takich, jak wy. Do mdoci was znam. Odwrcia si, odesza w mrok, bez sowa poegnania. - Za moich czasw - rzek Yarpen Zigrin - czarownicy siedzieli w wieach, czytali uczone ksigi i mieszali kopyci w tyglach. Nie pltali si wojownikom pod nogami, nie wtrcali si w nasze sprawy. I nie krcili tykiem przed oczami chopw. - Tyek, szczerze rzekszy, niczego sobie - powiedzia Jaskier, strojc lutni. - Co, Geralt? Geralt? Hej, gdzie podzia si wiedmin? - A co nas to obchodzi? - mrukn Boholt, dorzucajc drewna do ognia. - Poszed. Moe za potrzeb, prosz waszmoci. Jego rzecz. - Pewnie - zgodzi si bard i uderzy doni po strunach. - Zapiewa wam co? - A zapiewaj, cholera - powiedzia Yarpen Zigrin i splun. - Ale nie myl, Jaskier, e dam ci za twoje beczenie cho szelga. Tu, chopie, nie krlewski dwr. - To wida - kiwn gow trubadur. V - Yennefer. Odwrcia si, jak gdyby zaskoczona, chocia wiedmie nie wtpi, e ju z daleka syszaa jego kroki. Postawia na ziemi drewniany ceberek, wyprostowaa si, odgarna z czoa wosy

wyzwolone spod zotej siateczki, krtymi lokami spadajce na ramiona. - Geralt. Jak zwykle, nosia tylko dwa kolory. Swoje kolory -czer i biel. Czarne wosy, czarne, dugie rzsy kace zgadywa skryty pod nimi kolor oczu. Czarna spdnica, czarny, krtki kaftanik z biaym, futrzanym konierzem. Biaa koszula z najcieszego lnu. Na szyi czarna aksamitka ozdobiona usian diamencikami gwiazd z obsydianu. - Nic si nie zmienia. - Ty tez nie. - Skrzywia wargi. - I w obu wypadkach jest to rwnie normalne. Lub, jak wolisz, rwnie nienormalne. W kadym razie, napomykanie o tym, cho moe i stanowi niezy sposb na rozpoczcie rozmowy, jest bezsensowne. Prawda? - Prawda - kiwn gow, patrzc w bok, w stron namiotu Niedamira i ognisk krlewskich ucznikw przysonitych ciemnymi sylwetkami furgonw. Od strony dalszego ogniska dobiega dwiczny gos Jaskra piewajcego Gwiazdy nad traktem, jedn ze swych najbardziej udanych ballad miosnych. - C, wstp mamy zatem ju za sob - rzeka czarodziejka. - Sucham, co dalej. - Widzisz, Yennefer... - Widz - przerwaa ostro. - Ale nie rozumiem. Po co tutaj przyjechae, Geralt? Przecie nie z powodu smoka? Chyba pod tym wzgldem nic si nie zmienio? - Nie. Nic si nie zmienio. - Po co wic, pytam, doczye do nas? - Jeli ci powiem, ze z twojego powodu, uwierzysz? Patrzya na niego w milczeniu, a w jej byszczcych oczach byo co, co nie mogo si podoba. - Uwierz, czemu nie - powiedziaa wreszcie. - Mczyni lubi spotkania ze swymi dawnymi kochankami, lubi oywia wspomnienia. Lubi wyobraa sobie, ze niegdysiejsze miosne uniesienia daj im co w rodzaju doywotniego prawa wasnoci do partnerki. To dobrze wpywa na ich samopoczucie. Nie jeste wyjtkiem. Mimo wszystko. - Mimo wszystko - umiechn si - masz racj, Yennefer. Twj widok znakomicie wpywa na moje samopoczucie. Innymi sowy, ciesz si, e ci widz. - I to wszystko? No, to powiedzmy, e i ja si ciesz. Nacieszywszy si, ycz dobrej nocy. Udaj si, widzisz, na spoczynek. Przedtem mam zamiar umy si, a do tej czynnoci zwykam si rozbiera. Oddal si zatem, by grzecznie zapewni mi minimum dyskrecji. - Yen - wycign ku niej rce. - Nie mw tak do mnie! - sykna wciekle, odskakujc, a z palcw, ktre wysuna w jego stron, sypny si bkitne i czerwone iskry. - A jeeli mnie dotkniesz, wypal ci oczy, draniu.

Wiedmin cofn si. Czarodziejka, uspokojona nieco, znowu odgarna wosy z czoa, stana przed nim z piciami wspartymi o biodra. - Ty co mylae, Geralt? Ze poplotkujemy wesoo, e powspominamy dawne czasy? e moe na zakoczenie pogawdki pjdziemy razem na wz i pokochamy si na kouchach, ot tak, dla odwieenia wspomnie? Co? Geralt, nie bdc pewien, czy czarodziejka magicznie czyta w mylach, czy wycznie trafnie zgaduje, milcza, umiechajc si krzywo.- Te cztery lata zrobiy swoje, Geralt. Przeszo mi ju, tylko i wycznie dlatego nie napluam ci w oczy przy dzisiejszym spotkaniu. Ale niech ci nie zwiedzie moja uprzejmo. - Yennefer... - Milcz! Daam ci wicej ni jakiemukolwiek mczynie, ajdaku. Sama nie wiem, dlaczego wanie tobie. A ty... O nie, mj drogi. Ja nie jestem dziwk ani przygodnie nadyban w sie elfk, ktr mona pewnego ranka porzuci, odej, nie budzc, zostawiajc na stole bukiecik fiokw. Ktr mona wystawi na pomiewisko. Uwaaj! Jeli powiesz teraz chocia sowo, poaujesz! Geralt nie powiedzia ani sowa, bezbdnie wyczuwajc wrzc w Yennefer zo. Czarodziejka ponownie odgarna z czoa nieposuszne loki, spojrzaa mu w oczy, z bliska. - Spotkalimy si, trudno - rzeka cicho. - Nie bdziemy robi z siebie widowiska dla wszystkich. Zachowajmy twarz. Udawajmy dobrych znajomych. Ale nie popenij bdu, Geralt. Midzy tob a mn nie ma ju niczego. Niczego, rozumiesz? I ciesz si, bo oznacza to, e porzuciam ju pewne projekty, jakie jeszcze niedawno wobec ciebie miaam. Ale to wcale nie oznacza, e ci wybaczyam. Ja ci nigdy nie wybacz, wiedminie. Nigdy. Odwrcia si gwatownie, chwycia cebrzyk, rozpryskujc wod, odesza za wz. Geralt odpdzi brzczcego nad uchem komara, wolno odszed w stron ogniska, przy ktrym rzadkimi oklaskami nagradzano wanie wystp Jaskra. Spojrza na granatowe niebo ponad czarn, zbat pi szczytw. Mia ochot si rozemia. Nie wiedzia, dlaczego. VI - Ostronie tam! Baczenie dawa! - zawoa Boholt, obracajc si na kole do tyu, w stron kolumny. - Bliej skay! Dawa baczenie! Wozy toczyy si, podskakujc na kamieniach. Wonice klli, chlaszczc konie lejcami, wychylajc si, zerkali niespokojnie, czy koa s w dostatecznej odlegoci od skraju wwozu, przy ktrym biega wska, nierwna droga. W dole, na dnie przepaci, bia pian kotowaa si wrd

gazw rzeka Braa. Geralt wstrzyma konia, przyciskajc si do skalnej ciany, pokrytej rzadkim, brzowym mchem i biaymi wykwitami wygldajcymi jak liszaje. Pozwoli, by wyprzedzi go furgon Rbaczy. Od czoa kolumny przycwaowa Zdzieblarz wiodcy pochd razem ze zwiadowcami z Hoopola. - Dobra! - wrzasn. - Ruszajcie skorzej! Dalej jest przestronniej! Krl Niedamir i Gyllenstiern, obaj wierzchem, w asycie kilku konnych ucznikw, zrwnali si z Geraltem. Za nimi turkotay wozy krlewskiego taboru. Jeszcze dalej toczy si wz krasnoludw powoony przez Yarpena Zigrina wrzeszczcego bez przerwy. Niedamir, szczuplutki i piegowaty wyrostek w biaym kouszku, min wiedmina, obrzucajc go wyniosym, cho wyranie znudzonym spojrzeniem. Gyllenstiern wyprostowa si, wstrzyma konia. - Pozwlcie no, panie wiedminie - powiedzia wadczo. - Sucham - Geralt szturchn klacz pitami, ruszy powoli obok kanclerza, za taborem. Dziwi si, e majc tak imponujce brzuszysko, Gyllenstiern przedkada siodo nad wygodn jazd na wozie. - Wczoraj - Gyllenstiern cign lekko wodze nabijane zotymi guzami, odrzuci z ramienia turkusowy paszcz - wczoraj powiedzielicie, e nie interesuje was smok. Co was tedy interesuje, panie wiedminie? Czemu jedziecie z nami? - To wolny kraj, panie kanclerzu. - Na razie. Ale w tym orszaku, panie Geralt, kady powinien zna swoje miejsce. I rol, jak ma speni, zgodnie z wol krla Niedamira. Pojmujecie to? - O co wam idzie, panie Gyllenstiern? - Powiem wam. Syszaem, e ostatnio trudno dogada si z wami, wiedminami. Rzecz w tym, e co si wied-minowi wskae potwora do zabicia, wiedmin, zamiast bra miecz i rba, zaczyna medytowa, czy to si aby godzi, czy to nie wykracza poza granice moliwoci, czy nie jest sprzeczne z kodeksem i czy potwr to aby faktycznie potwr, jakby tego nie byo wida na pierwszy rzut oka. Widzi mi si, e zaczo si wam po prostu za dobrze powodzi. Za moich czasw wiedmini nie mierdzieli groszem, a wycznie onucami. Nie rozprawiali, rbali, co si im wskazao, za jedno im byo, czy to wilkoak, czy smok, czy poborca podatkw. Liczyo si, czy dobrze city. Co, Geralt? - Macie dla mnie jakie zlecenie, Gyllenstiern? - spyta oschle wiedmin. - Mwcie tedy, o co chodzi. Zastanowimy si. A jeeli nie macie, to szkoda sobie gb strzpi, nieprawda? - Zlecenie? - westchn kanclerz. - Nie, nie mam. Tu idzie o smoka, a to wyranie wykracza

poza twoje granice moliwoci, wiedminie. Wol ju Rbaczy. Ciebie chciaem jedynie uprzedzi. Ostrzec. Wiedmiskie fanaberie, polegajce na dzieleniu potworw na dobre i ze, ja i krl Niedamir moemy tolerowa, ale nie yczymy sobie o nich sucha, a tym bardziej oglda, jak s wprowadzane w ycie. Nie mieszajcie si do krlewskich spraw, wiedminie. I nie kumajcie si z Dorregarayem. - Nie zwykem kuma si z czarodziejami. Skd takie przypuszczenie? - Dorregaray - powiedzia Gyllenstiem - przeciga w fanaberiach nawet wiedminw. Nie poprzestaje na dzieleniu potworw na dobre i ze. Uwaa, e wszystkie s dobre. - Przesadza nieco. - Niewtpliwie. Ale broni swoich pogldw z zadziwiajcym uporem. Zaprawd, nie zdziwibym si, gdyby mu si co przytrafio. A e doczy do nas w dziwnym towarzystwie... - Nie jestem towarzystwem dla Dorregaraya. Ani on dla mnie. - Nie przerywaj. Towarzystwo jest dziwne. Wiedmin peen skrupuw niczym lisie futro pche. Czarodziej powtarzajcy druidzkie brednie o rwnowadze w naturze. Milczcy rycerz Borch Trzy Kawki i jego eskorta z Zerrikanii, gdzie, jak powszechnie wiadomo, skada si ofiary przed podobizn smoka. I wszyscy oni nagle przyczaj si do polowania. Dziwne, nieprawda? - Niech ci bdzie, e prawda. - Wiedz wic - rzek kanclerz - e najbardziej zagadkowe problemy znajduj, jak dowodzi praktyka, najprostsze rozwizania. Nie zmuszaj mnie, wiedminie, abym po nie sign. - Nie rozumiem. - Rozumiesz, rozumiesz. Dziki za rozmow, Geralt. Geralt zatrzyma si. Gyllenstiem popdzi konia, doczy do krla, doganiajc tabor. Obok przejecha Eyck z Denesle w pikowanym kaftanie z jasnej skry poznaczonej odciskami od pancerza, cignc jucznego konia obadowanego zbroj, jednolicie srebrn tarcz i potn kopi. Geralt pozdrowi go uniesieniem doni, ale bdny rycerz odwrci gow w bok, zaciskajc wskie wargi, uderzy konia ostrogami. - Nie przepada za tob - powiedzia Dorregaray podjedajc. - Co, Geralt? - Najwyraniej. - Konkurencja, prawda? Obaj prowadzicie podobn dziaalno. Tyle e Eyck jest idealist, a ty profesjonaem. Maa rnica, zwaszcza dla tych, ktrych zabijacie. - Nie porwnuj mnie z Eyckiem, Dorregaray. Diabli wiedz, kogo krzywdzisz tym porwnaniem, jego czy mnie, ale nie porwnuj. - Jak chcesz. Dla mnie, otwarcie mwic, obaj jestecie jednako odraajcy. - Dzikuj. - Nie ma za co - czarodziej poklepa po szyi konia sposzonego wrzaskami Yarpena i jego

krasnoludw. - Dla mnie, wiedminie, nazywanie mordu powoaniem jest odraajce, niskie i gupie. Nasz wiat jest w rwnowadze. Unicestwianie, mordowanie jakichkolwiek stworze, ktre ten wiat zamieszkuj, rozchwiewa t rwnowag. A brak rwnowagi zblia zagad, zagad i koniec wiata, takiego, jakim go znamy. - Druidzka teoria - stwierdzi Geralt. - Znam j. Wyoy mi j kiedy pewien stary hierofant, jeszcze w Rivii. Dwa dni po naszej rozmowie rozszarpay go szczuroaki. Zachwiania rwnowagi nie dao si stwierdzi. - wiat, powtarzam - Dorregaray spojrza na niego obojtnie - jest w rwnowadze. Naturalnej rwnowadze. Kady gatunek ma swoich naturalnych wrogw, kady jest naturalnym wrogiem dla innych gatunkw. Ludzi to rwnie dotyczy. Wyniszczenie naturalnych wrogw czowieka, ktremu si powicie, a ktre ju si zaczyna obserwowa, grozi degeneracj rasy. - Wiesz co, czarowniku - zdenerwowa si Geralt - przejd si kiedy do matki, ktrej dziecko poar bazyliszek, i powiedz jej, e powinna si cieszy, bo dziki temu rasa ludzka ocalaa przed degeneracj. Zobaczysz, co ci odpowie. - Dobry argument, wiedminie - powiedziaa Yennefer podjedajc do nich z tyu na swoim wielkim karoszu. - A ty, Dorregaray, uwaaj, co wygadujesz. - Nie zwykem ukrywa swoich pogldw. Yennefer wjechaa midzy nich. Wiedmin zauway, e zot siateczk na wosach zastpia przepaska ze zrolowanej, biaej chustki. - Jak najprdzej zacznij je ukrywa, Dorregaray - powiedziaa. - Zwaszcza przed Niedamirem i Rbaczami, ktrzy ju podejrzewaj, e zamierzasz przeszkodzi w zabiciu smoka. Pki tylko gadasz, traktuj ci jak niegronego maniaka. Jeli jednak sprbujesz co przedsiwzi, skrc ci kark, zanim zdysz westchn. Czarodziej umiechn si pogardliwie i lekcewaco. - A poza tym - cigna Yennefer - wygaszajc te pogldy psujesz powag naszego zawodu i powoania. - Czyme to? - Swoje teorie moesz odnosi do wszelkiego stworzenia i robactwa, Dorregaray. Ale nie do smokw. Bo smoki s naturalnymi i najgorszymi wrogami czowieka. I nie o degeneracj rasy ludzkiej tu idzie, ale o jej przetrwanie. eby przetrwa, trzeba rozprawi si z wrogami, z tymi, ktrzy mog to przetrwanie uniemoliwi. - Smoki nie s wrogami czowieka - wtrci Geralt. Czarodziejka spojrzaa na niego i umiechna si. Wycznie wargami. - W tej kwestii - powiedziaa - zostaw ocen nam, ludziom. Ty, wiedmin, nie jeste od oceniania. Jeste od roboty.

- Jak zaprogramowany, bezwolny golem? - Twoje, nie moje porwnanie - odpara zimno Yennefer. - Ale c, trafne. - Yennefer - rzek Dorregaray. - Jak na kobiet o twoim wyksztaceniu i w twoim wieku wygadujesz zaskakujce brednie. Dlaczeg to wanie smoki awansoway u ciebie na czoowych wrogw ludzi? Dlaczego nie inne, stokro groniejsze stworzenia, te, ktre maj na sumieniu stokro wicej ofiar ni smoki? Dlaczego nie hirikki, widogony, mantikory, amfisbeny czy gryfy? Dlaczego nie wilki? - Powiem ci, dlaczego. Przewaga czowieka nad innymi rasami i gatunkami, jego walka o nalene w przyrodzie miejsce, o przestrze yciow, mog zosta wygrane tylko wwczas, gdy ostatecznie wyeliminuje si koczownictwo, wdrwki z miejsca na miejsce w poszukiwaniu arcia, zgodnie z kalendarzem natury. W przeciwnym razie nie osignie si naleytego tempa rozrodczoci, dziecko ludzkie zbyt dugo nie jest samodzielne. Tylko bezpieczna za murami miasta lub warowni kobieta moe rodzi we waciwym tempie, to znaczy co rok. Podno, Dorregaray, to rozwj, to warunek przetrwania i dominacji. I tu dochodzimy do smokw. Tylko smok, aden inny potwr, moe zagrozi miastu lub warowni. Gdyby smoki nie zostay wytpione, ludzie dla bezpieczestwa rozpraszaliby si, zamiast czy, bo smoczy ogie w gsto zabudowanym osiedlu to koszmar, to setki ofiar, to straszliwa zagada. Dlatego smoki musz zosta wybite do ostatniego, Dorregaray. Dorregaray popatrzy na ni z dziwnym umiechem na ustach. - Wiesz, Yennefer, nie chciabym doy chwili, gdy zrealizuje si twoja idea o panowaniu czowieka, gdy tobie podobni zajm nalene im miejsce w przyrodzie. Na szczcie, nigdy do tego nie dojdzie. Prdzej wyrniecie si nawzajem, wytrujecie, wyzdychacie na dur i tyfus, bo to brud i wszy, nie smoki, zagraaj waszym wspaniaym miastom, w ktrych kobiety rodz co rok, ale tylko jeden noworodek na dziesi yje duej ni dziesi dni. Tak, Yennefer, podno, podno i jeszcze raz podno. Zajmij si, moja droga, rodzeniem dzieci, to bardziej naturalne dla ciebie zajcie. To zajmie ci czas, ktry obecnie bezpodnie tracisz na wymylanie bzdur. egnam. Popdziwszy konia, czarodziej pocwaowa w kierunku czoa kolumny. Geralt, rzuciwszy okiem na blad i wciekle skrzywion twarz Yennefer, zacz wspczu mu z wyprzedzeniem. Wiedzia, o co szo. Yennefer, jak wikszo czarodziejek, bya sterylna. Ale jak niewiele czarodziejek bolaa nad tym faktem i na wspominanie o nim reagowaa prawdziwym szaem. Dorregaray zapewne wiedzia o tym. Nie wiedzia prawdopodobnie o tym, jaka jest mciwa. - Narobi sobie kopotw - sykna. - Oj, narobi. Uwaaj, Geralt. Nie myl, e jeli przyjdzie co do czego, a ty nie wykaesz rozsdku, to bd ci broni. - Bez obaw - umiechn si. - My, to znaczy wiedmini i bezwolne golemy, dziaamy

zawsze rozsdnie. Jednoznacznie i wyranie wytyczone s bowiem granice moliwoci, midzy ktrymi moemy si porusza. - No, no, patrzcie - Yennefer spojrzaa na niego, wci blada. - Obrazie si jak panienka, ktrej wytknito brak cnoty. Jeste wiedminem, nie zmienisz tego. Twoje powoanie... - Przesta z tym powoaniem, Yen, bo mnie ju zaczyna mdli. - Nie mw tak do mnie, mwiam. A twoje mdoci mao mnie interesuj. Jak i wszystkie pozostae reakcje z ograniczonego, wiedmiskiego wachlarza reakcji. - Tym niemniej, obejrzysz niektre z nich, jeli nie przestaniesz raczy mnie opowiadaniami o szczytnych przesaniach i walce o dobro ludzi. I o smokach, straszliwych wrogach ludzkiego plemienia. Wiem lepiej. - Tak? - zmruya oczy czarodziejka. - A c ty takiego wiesz, wiedminie? - Choby to - Geralt zlekceway gwatowne, ostrzegawcze drganie medalionu na szyi - e gdyby smoki nie miay skarbcw, to pies z kulaw nog nie interesowaby si nimi, a ju na pewno nie czarodzieje. Ciekawe, e przy kadym polowaniu na smoka zawsze krci si jaki czarodziej, mocno powizany z Gildi Jubilerw. Tak jak i ty. I pniej, chocia na rynek powinno trafi zatrzsienie kamieni, jako nie trafiaj i ich cena nie spada. Nie opowiadaj mi wic o powoaniu i o walce o przetrwanie rasy. Za dobrze i za dugo ci znam. - Za dugo - powtrzya, zowrogo krzywic wargi. - Niestety. Ale nie myl, e dobrze, ty sukinsynu. Psiakrew, jaka ja byam gupia... Ach, id do diaba! Patrze na ciebie nie mog! Krzykna, poderwaa karosza, ostro pocwaowaa do przodu. Wiedmin wstrzyma wierzchowca, przepuci wz krasnoludw, ryczcych, klncych, gwidcych na kocianych piszczakach. Midzy nimi, rozwalony na workach z owsem, lea Jaskier, pobrzkujc na lutni. - Hej! - rycza Yarpen Zigrin siedzcy na kole, wskazujc na Yennefer. - Co si tam czerni na szlaku! Ciekawe, co to? Wyglda jak kobya! - Bez ochyby! - odwrzasn Jaskier odsuwajc na ty gowy liwkowy kapelusik. - To kobya! Wierzchem na waachu! Niebywae! Yarpenowi chopcy zatrzli brodami w chralnym miechu. Yennefer udawaa, e nie syszy. Geralt wstrzyma konia, przepuci konnych ucznikw Niedamira. Za nimi, w pewnej odlegoci, jecha wolno Borch, a tu za nim Zerrikanki stanowice ariergard kolumny. Geralt zaczeka, a podjad, poprowadzi klacz bok w bok z koniem Borcha. Jechali, milczc. - Wiedminie - odezwa si nagle Trzy Kawki. - Chc ci zada jedno pytanie. - Zadaj. - Czemu nie zawrcisz?

Wiedmin przez chwil przyglda mu si w milczeniu. - Naprawd chcesz to wiedzie? - Chc - powiedzia Trzy Kawki zwracajc ku niemu twarz. - Jad z nimi, bo jestem bezwolny golem. Bo jestem wieche paku gnany wiatrem wzdu gocica. Dokd, powiedz mi, mam pojecha? I po co? Tutaj przynajmniej zebrali si tacy, z ktrymi mam o czym rozmawia. Tacy, ktrzy nie przerywaj rozmowy, gdy podchodz. Tacy, ktrzy nawet nie lubic mnie, mwi mi to w oczy, nie rzucaj kamieniami zza opotkw. Jad z nimi z tego samego powodu, dla ktrego pojechaem z tob do flisackiej obery. Bo jest mi wszystko jedno. Nie mam miejsca, do ktrego mgbym zmierza. Nie mam celu, ktry powinien znajdowa si na kocu drogi. Trzy Kawki odchrzkn. - Cel, ktry jest na kocu kadej drogi. Kady go ma. Nawet ty, chocia wydaje ci si, e jeste taki inny. - Teraz ja zadam ci pytanie. - Zadaj. - Czy ty masz cel, bdcy na kocu drogi? - Mam. - Szczciarz. - To nie jest sprawa szczcia, Geralt. To jest sprawa tego, w co wierzysz i czemu si powicisz. Nikt nie powinien wiedzie o tym lepiej od... od wiedmina. - Cigle sysz dzi o powoaniu - westchn Geralt. -Powoaniem Niedamira jest zagarn Malleore. Powoaniem Eycka z Denesle jest broni ludzi przed smokami. Dorregaray czuje si powoany do czego wrcz odwrotnego. Yennefer, z racji pewnych zmian, jakim poddano jej organizm, nie moe spenia swojego powoania i strasznie si miota. Cholera, tylko Rbacze i krasnoludy nie czuj adnego powoania, chc si po prostu nachapa. Moe dlatego tak mnie do nich cignie? - Nie do nich ci cignie, Geralcie z Rivii. Nie jestem lepy ni guchy. Nie na dwik ich imion signe wtedy po sakiewk. Ale wydaje mi si... - Niepotrzebnie ci si wydaje - rzek wiedmin bez gniewu. - Przepraszam. - Niepotrzebnie przepraszasz. Wstrzymali konie, ledwie na czas, by nie wpa na zatrzyman nagle kolumn ucznikw z Caingorn. - Co si stao? - Geralt stan w strzemionach. - Dlaczegomy si zatrzymali? - Nie wiem - Borch odwrci gow. Vea, ze cignit dziwnie twarz, wyrzeka szybko

kilka sw. - Podskocz na czoo - rzek wiedmin - i sprawdz. - Zosta. - Dlaczego? Trzy Kawki milcza przez chwil patrzc w ziemi. - Dlaczego? - powtrzy Geralt. - Jed - rzek Borch. - Moe tak bdzie lepiej. - Co ma by lepiej? - Jed. Most, spinajcy dwie krawdzie przepaci, wyglda solidnie, zbudowany z grubych, sosnowych bali, wsparty na czworoktnym filarze, o ktry, szumic, dugimi wsami piany rozbija si nurt. - Hej, Zdzieblarz! - wrzasn Boholt podprowadzajc wz. - Czego si zatrzyma? - A bo ja wiem, jaki ten most? - Czemu tdy nam droga? - spyta Gyllenstiern, podjedajc bliej. - Nie w smak mi pcha si z wozami na t kadk. Hej, szewcze! Czemu tdy wiedziesz, a nie szlakiem? Szlak przecie idzie dalej, ku zachodowi? Bohaterski truciciel z Hoopola zbliy si, zdejmujc barani czapk. Wyglda przezabawnie, ustrojony w opity na siermidze staromodny ppancerz wyklepany zapewne jeszcze za panowania krla Sambuka. - Tdy droga krtsza, miociwy panie - powiedzia nie do kanclerza, lecz wprost do Niedamira, ktrego twarz nadal wyraaa bolesne wrcz znudzenie. - Jak niby? - spyta zmarszczony Gyllenstiern. Niedamir nie zaszczyci szewca nawet uwaniejszym spojrzeniem. - To - powiedzia Kozojed, wskazujc na grujce nad okolic trzy szczerbate szczyty - to s Chiava, Pustula i Skakunowy Zb. Szlak wiedzie ku ruinom starej warowni, otacza Chiav od pnocy, za rdami rzeki. A mostem moem drog skrci. Wwozem przejdziem na pa midzy gry. A jeli tamj smoczych ladw nie znajdziemy, pjdziemy na wschd dalej, przepatrzymy jary. A jeszcze dalej na wschd s rwniukie hale, prosta droga tamtdy do Caingorn, ku waszym, panie, dziedzinom. - A gdziee to, Kozojed, takiego umu o tych grach nabra? - spyta Boholt. - Przy kopycie? - Nie, panie. Owcem tu za modu pasa. - A ten most wytrzyma? - Boholt wsta na kole, spojrza w d, na spienion rzek. -

Przepa ma ze czterdzieci sni. - Wytrzyma, panie. - Skd w ogle taki most w tej dziczy? - Tego mosta - rzek Kozojed - trolle dawnymi czasy pobudoway, kto tdy jedzi, musia im paci sony grosz. Ale e rzadko tdy jedzili, tedy trolle z torbami poszli. A most osta. - Powtarzam - powiedzia gniewnie Gyllenstiern - wozy mamy ze sprztem i pasz, moemy na bezdroach utkn. Czy nie lepiej szlakiem jecha? - Mona i szlakiem - wzruszy ramionami szewc - ale to dusza droga. A krl prawi, e mu do smoka pilno, e wyglda go, niby kania ddownic. - Ddu - poprawi kanclerz. - Niech bdzie, e ddu - zgodzi si Kozojed. - A mostem i tak bdzie bliej. - No, to jazda, Kozojed - zdecydowa Boholt. - Su przodem, ty i twoje wojsko. U nas taki obyczaj, przodem puszcza najwaleczniejszych. - Nie wicej ni jeden wz na raz - ostrzeg Gyllenstiern. - Dobra - Boholt smagn konie, wz zadudni po balach mostu. - Za nami, Zdzieblarz! Bacz, czy koa rwno id! Geralt wstrzyma konia, drog zagrodzili mu ucznicy Niedamira w swoich purpurowozotych kaftanach stoczeni na kamiennym przyczku. Klacz wiedmina parskna. Ziemia zadraa. Gry zadygotay, zbaty skraj skalistej ciany zamaza si nagle na tle nieba, a sama ciana przemwia nagle guchym, wyczuwalnym dudnieniem. - Uwaga! - zarycza Boholt, ju po drugiej stronie mostu. - Uwaga tam! Pierwsze kamienie, na razie drobne, zaszuciy i zastukay po dygoczcym spazmatycznie obrywie. Na oczach Geralta cz drogi, rozziewajc si w czarn, przeraliwie szybko rosnc szczelin, oberwaa si, poleciaa w przepa z oguszajcym oskotem. - Po koniach!!! - wrzasn Gyllenstiern. - Miociwy panie! Na drug stron! Niedamir, z gow wtulon w grzyw konia, run na most, za nim skoczy Gyllenstiern i kilku ucznikw. Za nimi, dudnic, wwali si na trzeszczce dyle krlewski furgon z opoczc chorgwi z gryfem. - To lawina! Z drogi! - zawy z tyu Yarpen Zigrin chlaszczc biczem po koskich zadach, wyprzedzajc drugi wz Niedamira i roztrcajc ucznikw. - Z drogi, wiedminie! Z drogi! Obok wozu krasnoludw przecwaowa Eyck z Denesle, wyprostowany i sztywny. Gdyby nie miertelnie blada twarz i zacinite w rozedrganym grymasie usta, mona by pomyle, e bdny rycerz nie zauwaa sypicych si na szlak gazw i kamieni. Z tyu, z grupy ucznikw, kto krzycza dziko, ray konie.

Geralt szarpn wodze, spi konia, tu przed nim ziemia zagotowaa si od leccych z gry gazw. Wz krasnoludw z turkotem przetoczy si po kamieniach, tu przed mostem podskoczy, osiad z trzaskiem na bok, na uaman o. Koo odbio si od balustrady, poleciao w d, w kipiel. Klacz wiedmina, sieczona ostrymi odamkami ska, stana dba. Geralt chcia zeskoczy, ale zaczepi klamr buta o strzemi, upad na bok, na drog. Klacz zaraa i popdzia przed siebie, prosto na taczcy nad przepaci most. Po mocie biegy krasnoludy wrzeszczc i pomstujc. - Szybciej, Geralt! - krzykn biegncy za nimi Jaskier ogldajc si. - Wskakuj, wiedminie! - zawoa Dorregaray miotajc si w siodle, z trudem utrzymujc szalejcego konia. Z tyu, za nimi, caa droga tona w chmurze pyu wzbijanego przez lecce gazy, druzgocce wozy Niedamira. Wiedmin wczepi palce w rzemienie jukw za siodem czarodzieja. Usysza krzyk. Yennefer zwalia si razem z koniem, odturlaa w bok, dalej od wierzgajcych na olep kopyt, przypada do ziemi, osaniajc gow rkoma. Wiedmin puci siodo, pobieg ku niej, nurkujc w ulew kamieni, przeskakujc otwierajce si pod nogami rozpadliny. Yennefer, szarpnita za rami, uniosa si na kolana. Oczy miaa szeroko otwarte, z rozcitej brwi cieka jej struka krwi sigajca ju koca ucha. - Wstawaj, Yen! - Geralt! Uwaaj! Ogromny, paski blok skalny, z oskotem i zgrzytem szorujc po cianie obrywu, zsuwa si, lecia prosto na nich. Geralt pad nakrywajc sob czarodziejk. W tym samym momencie blok eksplodowa, rozerwa si na miliard odamkw, ktre spady na nich, tnc jak osy. - Szybciej! - krzykn Dorregaray. Wymachujc rdk na taczcym koniu, rozsadza na py kolejne gazy, osuwajce si z obrywu. - Na most, wiedminie! Yennefer machna rk, wyginajc palce, krzykna niezrozumiale. Kamienie, stykajc si z niebieskaw p-sfer, wyros nagle nad ich gowami, znikay jak krople wody padajce na rozpalon blach. - Na most, Geralt! - krzykna czarodziejka. - Blisko mnie! Pobiegli, cigajc Dorregaraya i kilku spieszonych ucznikw. Most koysa si i trzeszcza, bale wyginay si na wszystkie strony miotajc nimi od balustrady do balustrady. - Szybciej! Most osiad nagle z przenikliwym trzaskiem, poowa, ktr ju przebyli, urwaa si, z oskotem poleciaa w przepa, wraz z ni wz krasnoludw, roztrzaskujc si o kamienne zby wrd oszalaego renia koni. Cz, na ktrej si znajdowali, wytrzymaa, ale Geralt zorientowa

si nagle, ze biegn ju pod gr, pod raptownie stromiejc stromizn. Yennefer zakla dyszc. - Padnij, Yen! Trzymaj si! Resztka mostku zgrzytna, chrupna i opucia si jak pochylnia. Upadli, wczepiajc palce w szczeliny midzy balami. Yennefer nie utrzymaa si. Pisna po dziewczcemu i pojechaa w d. Geralt, uczepiony jedn rk, wycign sztylet, wrazi ostrze midzy bale, oburcz uchwyci si rkojeci. Stawy w jego okciach zatrzeszczay, gdy Yennefer szarpna nim, zawisajc na pasie i pochwie miecza, przerzuconego przez plecy. Most chrupn znowu i pochyli si jeszcze bardziej, prawie do pionu. - Yen - wystka wiedmin. - Zrb co... Cholera, rzu zaklcie! - Jak? - usysza jej gniewne, stumione warknicie. - Przecie wisz! - Zwolnij jedn rk! - Nie mog... - Hej! - wrzasn z gry Jaskier. - Trzymacie si? Hej! Geralt nie uzna za celowe potwierdza. - Dajcie lin! - dar si Jaskier. - Prdko, psiakrew! Obok trubadura pojawili si Rbacze, krasnoludy i Gyllenstiern. Geralt usysza ciche sowa Boholta. - Poczekaj, piewaku. Ona zaraz odpadnie. Wtedy wycigniemy wiedmina. Yennefer zasyczaa jak mija wijc si na plecach Geralta. Pas bolenie wpi mu si w pier. - Yen? Moesz zapa oparcie? Nogami? Moesz co zrobi nogami? - Tak - jkna. - Pomajta. Geralt spojrza w d, na rzek, kotujc si wrd ostrych gazw, o ktre obijay si, wirujc, nieliczne belki mostu, ko i trup w jaskrawych barwach Caingorn. Za gazami, w szmaragdowym, przejrzystym odmcie, zobaczy wrzecionowate cielska wielkich pstrgw, leniwie poruszajcych si w prdzie. - Trzymasz si, Yen? - Jeszcze... tak... - Podcignij si. Musisz zapa oparcie... - Nie... mog... - Dajcie lin! - wrzeszcza Jaskier. - Co wycie, pogupieli? Spadn obydwoje! - Moe i dobrze? - zastanowi si niewidoczny Gyllenstiern. Most zatrzeszcza i obsun si jeszcze bardziej. Geralt zacz traci czucie w palcach, zacinitych na rkojeci sztyletu. - Yen... - Zamknij si... i przesta wierci...

- Yen? - Nie mw tak do mnie... - Wytrzymasz? - Nie - powiedziaa zimno. Nie walczya ju, wisiaa mu na plecach martwym, bezwadnym ciarem. - Yen? - Zamknij si. - Yen. Wybacz mi. - Nie. Nigdy. Co pezo w d, po balach. Szybko. Jak w. Emanujca zimn powiat lina, wyginajc si i zwijajc, jak ywa, namacaa ruchliwym kocem kark Geralta, przesuna si pod pachami, zamotaa w luny wze. Czarodziejka, pod nim, jkna, wcigajc powietrze. By pewien, e zaszlocha. Myli si. - Uwaga! - krzykn z gry Jaskier. - Wycigamy was! Niszczuka! Kennet! W gr ich! Cignijcie! Szarpnicie, bolesny, duszcy ucisk napronej liny. Yennefer westchna ciko. Pojechali w gr, szybko,, szorujc brzuchami o szurpate dyle. Na grze Yennefer wstaa pierwsza. VII - Z caego taboru - rzek Gyllenstiern - ocalilimy jeden furgon, krlu, nie liczc wozu Rbaczy. Z oddziau zostao siedmiu ucznikw. Po tamtej stronie przepaci nie ma ju drogi, jest tylko piarg i gadka ciana, jak daleko pozwala widzie zaom. Nie wiadomo, czy ocala ktokolwiek z tych, co zostali, gdy most si zawali. Niedamir nie odpowiedzia. Eyck z Denesle, wyprostowany, stan przed krlem, utkwiwszy w nim byszczce, zgorczkowane oczy. - ciga nas gniew bogw - powiedzia wznoszc rce. - Zgrzeszylimy, krlu Niedamirze. To bya wita wyprawa, wyprawa przeciw zu. Bo smok to zo, tak, kady smok to wcielone zo. Ja za nie mijam obojtnie, ja rozgniatam je pod stop... Unicestwiam. Tak, jak ka bogowie i wita Ksiga. - Co on plecie? - zmarszczy si Boholt. - Nie wiem - rzek Geralt poprawiajc uprz klaczy. - Nie pojem ni sowa. - Bdcie cicho - powiedzia Jaskier. - Staram si to zapamita, moe da si wykorzysta,

gdy si dobierze rymy. - Mwi wita Ksiga - rozwrzeszcza si na dobre Eyck - ze wynijdzie z otchani w, smok obrzydy, siedem gw i dziesi rogw majcy! A na grzbiecie jego zasidzie niewiasta w purpurach i szkaratach, a puchar zoty bdzie w jej doni, a na czole jej wypisany bdzie znak wszelkiego i ostatecznego kurewstwa! - Znam j! - ucieszy si Jaskier. - To Cilia, ona wjta Sommerhaldera! - Uciszcie si, panie poeto - rzek Gyllenstiern. - A wy, rycerzu z Denesle, mwcie janiej, jeli aska. - Przeciw zu, krlu - zawoa Eyck - trzeba wystpi z czystym sercem i sumieniem, z podniesion gow! A kogo my tu widzimy? Krasnoludw, ktrzy s poganami, rodz si w ciemnociach i kaniaj si ciemnym mocom! Czarownikw bluniercw, uzurpujcych sobie boskie prawa, siy i przywileje! Wiedmina, ktry jest wstrtnym odmiecem, przekltym, nienaturalnym tworem. Dziwicie si, ze spada na nas kara? Krlu Niedamirze! Signlimy granic moliwoci! Nie wystawiajmy na prb boej askawoci. Wzywam was, krlu, bycie oczycili z plugastwa nasze szeregi, zanim... - O mnie ani sowa - aonie wtrci Jaskier. - Ani swka o poetach. A tak si staram. Geralt umiechn si do Yarpena Zigrina gaszczcego powolnym ruchem ostrze zatknitego za pas topora, Krasnolud, ubawiony, wyszczerzy zby. Yennefer odwrcia si demonstracyjnie, udajc, ze rozdarta a po biodro spdnica frasuje j bardziej ni sowa Eycka. - Przesadzilimy nieco, panie Eyck - odezwa si ostro Dorregaray. - Chocia niewtpliwie ze szlachetnych pobudek. Za niepotrzebne zgoa uwaam uwiadamianie nam, co mylicie o czarodziejach, krasnoludach i wiedminach. Cho, jak sdz, wszyscymy ju przywykli do takich opinii, ani to grzeczne, ani rycerskie, panie Eyck. A ju zupenie niepojte po tym, kiedy to wy, nie kto inny, biegniecie i podajecie magiczn, elfi lin zagroonym mierci wiedminowi i czarodziejce. Z tego, co mwicie, wynika, e raczej powinnicie si modli, by spadli. - Psiakrew - szepn Geralt do Jaskra. - To on poda t lin? Eyck? Nie Dorregaray? - Nie - mrukn bard. - To Eyck, to faktycznie on. Geralt pokrci gow z niedowierzaniem. Yennefer zakla pod nosem, wyprostowaa si. - Rycerzu Eyck - powiedziaa z umiechem, ktry kady prcz Geralta mg wzi za miy i yczliwy. - Jake to? Jestem plugastwo, a wy ratujecie mi ycie? - Jestecie dam, pani Yennefer - rycerz skoni si sztywno. - A wasza urodziwa i szczera twarz pozwala wierzy, ze wyrzekniecie si kiedy przekltego czarno-ksistwa. Boholt parskn. - Dzikuj wam, rycerzu - rzeka sucho Yennefer. - I wiedmin Geralt te wam dzikuje.

Podzikuj mu, Geralt. - Prdzej mnie szlag trafi - wiedmin westchn rozbrajajco szczerze. - Za co niby? Jestem plugawy odmieniec, a moja nieurodziwa twarz nie rokuje adnych nadziei na popraw. Rycerz Eyck wycign mnie z przepaci niechccy, tylko dlatego, e kurczowo trzymaem si urodziwej damy. Gdybym sam tam wisia, Eyck nie kiwnby palcem. Nie myl si, prawda, rycerzu? - Mylicie si, panie Geralcie - powiedzia spokojnie bdny rycerz.- Nikomu bdcemu w potrzebie nie odmawiam pomocy. Nawet komu takiemu jak wiedmin. - Podzikuj, Geralt. I przepro - powiedziaa ostro czarodziejka. - W przeciwnym razie potwierdzisz, e przynajmniej w odniesieniu do ciebie Eyck mia zupen racj. Nie potrafisz wspy z ludmi. Bo jeste inny. Twj udzia w tej wyprawie jest pomyk. Przygna ci tu bezsensowny cel. Sensownie bdzie wic odczy si. Sdz, ze sam ju to zrozumiae. A jeeli nie, to wreszcie zrozum. - O jakim to celu mwicie, pani? - wtrci si Gyllenstiern. Czarodziejka spojrzaa na niego, nie odpowiedziaa. Jaskier i Yarpen Zigrin umiechnli si do siebie znaczco, ale tak, by czarodziejka tego nie dostrzega. Wiedmin spojrza w oczy Yennefer. Byy zimne. - Przepraszam i dzikuj, rycerzu z Denesle - skoni gow. - Wszystkim tu obecnym dzikuj. Za pospieszny ratunek udzielony bez namysu. Syszaem, wiszc, jak jeden przez drugiego rwalicie si do pomocy. Wszystkich tu obecnych prosz o wybaczenie. Wyjwszy szlachetn Yennefer, ktrej dzikuj, o nic nie proszc. egnam. Plugastwo z dobrej woli opuszcza kompani. Bo plugastwo ma was dosy. Bywaj, Jaskier. - Eje, Geralt - zawoa Boholt. - Nie strj fochw niby dzieweczka, nie rb z igy wide. Do diaba z... - Ludzieeeee! Od strony gardzieli wwozu bieg Kozojed i kilku hoopolskich milicjantw wysanych na zwiady. - Co jest? Czemu on tak si drze? - unis gow Niszczuka. - Ludzie... Wasze... mioci... - dysza szewc. - Wykrztusz, czowieku - powiedzia Gyllenstiern, zaczepiajc kciuki o zoty pas. - Smok! Tam, smok! - Gdzie? - Za wwozem... Na rwnym... Panie, on... - Do koni! - zakomenderowa Gyllenstiern. - Niszczuka! - wrzasn Boholt. - Na wz! Zdzieblarz, na ko i za mn!

- W dyrdy, chopaki! - rykn Yarpen Zigrin. - W dyrdy, psia ma! - Hej, poczekajcie! - Jaskier zarzuci lutni na rami. - Geralt! We mnie na konia! - Wskakuj! Wwz koczy si usypiskiem jasnych ska, coraz rzadszych, tworzcych nieregularny krg. Za nimi teren opada lekko na trawiast, pagrkowat hal, ze wszystkich stron zamknit wapiennymi cianami, ziejcymi tysicami otworw. Trzy wskie kaniony, ujcia wyschych strumieni, otwieray si na hal. Boholt, ktry pierwszy docwaowa do bariery gazw, zatrzyma nagle konia, stan w strzemionach. - O, zaraza - powiedzia. - O, jasna zaraza. To... to nie moe by! - Co? - spyta Dorregaray podjedajc. Obok niego Yennefer, zeskakujc z wozu Rbaczy, opara si piersi o skalny blok, wyjrzaa, cofna si, przetara oczy. - Co? Co jest? - krzykn Jaskier, wychylajc si zza plecw Geralta. - Co jest, Boholt? - Ten smok... jest zoty. Nie dalej ni sto krokw od kamiennej gardzieli wwozu, z ktrego wyszli, na drodze do wiodcego na pnoc kanionu, na agodnie obym, niewysokim pagrze, siedziao stworzenie. Siedziao, wyginajc w regularny uk dug, smuk szyj, skoniwszy wsk gow na wysklepion pier, oplatajc ogonem przednie, wyprostowane apy. Byo w tym stworzeniu, w pozycji, w jakiej siedziao, co penego niewysowionej gracji, co kociego, co, co zaprzeczao jego ewidentnie gadziej proweniencji. Niezaprzeczalnie gadziej. Stworzenie byo bowiem pokryte usk, wyran w rysunku, byszczc racym oczy blaskiem jasnego, tego zota. Bo stworzenie siedzce na pagrku byo zote - zote od czubkw zarytych w ziemi pazurw po koniec dugiego ogona, poruszajcego si leciutko wrd porastajcych pagr ostw. Patrzc na nich wielkimi, zotymi oczami, stworzenie rozwino szerokie, zociste, nietoperze skrzyda i tak trwao nieruchome, kac si podziwia. - Zoty smok - szepn Dorregaray. - To niemoliwe... ywa legenda! - Nie ma, psia ma, zotych smokw - stwierdzi Niszczuka i splun. - Wiem, co mwi. - To co to jest to, co siedzi na pagrku? - spyta rzeczowo Jaskier. - To jakie oszustwo. - Iluzja. - To nie jest iluzja - powiedziaa Yennefer. - To zoty smok - rzek Gyllenstiern. - Najprawdziwszy zoty smok. - Zote smoki s tylko w legendach! - Przestacie - wtrci nage Boholt. - Nie ma si czym gorczkowa. Byle bawan widzi, e

to zoty smok. A co to, prosz waszmoci, za rnica, zoty, siny, sraczkowaty czy w kratk? Duy nie jest, zaatwimy go raz-dwa. Zdzieblarz, Niszczuka, rozgruajcie wz, wycigajcie sprzt. Te mi rnica, zoty, niezoty. - Jest rnica, Boholt - powiedzia Zdzieblarz. - I to zasadnicza. To nie jest smok, ktrego tropimy. Nie ten, podtruty pod Hoopolem, ktry siedzi w jamie, na kruszcu i klejnotach. A ten tu siedzi na rzyci jedynie. To po choler nam on? - Ten smok jest zoty, Kennet - warkn Yarpen Zigrin. - Widziae kiedy takiego? Nie rozumiesz? Za jego skr wemiemy wicej, ni wycignlibymy ze zwykego skarbca. - I to nie psujc rynku drogich kamieni - dodaa Yennefer umiechajc si nieadnie. Yarpen ma racj. Umowa obowizuje nadal. Jest co dzieli, no nie? - Hej, Boholt? - wrzasn Niszczuka z wozu przebierajc z rumorem w ekwipunku. - Co zakadamy na siebie i na konie? Czym ta zota gadzina moe zia, h? Ogniem? Kwasem? Par? - A zaraza jego wie, prosz waszmoci - zafrasowa si Boholt. - Hej, czarodzieje! Czy legendy o zotych smokach mwi, jak takiego zabi? - Jak go zabi? A zwyczajnie! - krzykn nagle Kozojed. - Nie ma co medytowa, dajcie prdko jakiego zwierzaka. Napchamy go czym trujcym i podrzucimy gadu, niech sczenie. Dorregaray popatrzy na szewca z ukosa, Boholt splun, Jaskier odwrci gow z grymasem obrzydzenia. Yarpen Zigrin umiecha si oblenie, wziwszy si pod boki. - Co tak patrzycie? - spyta Kozojed. - Wemy si do roboty, trzeba uradzi, czym napchamy cierwo, eby gad skapia co rychlej. Musi to by co, co jest strasznie jadowite, trujce albo zgnie. - Aha - przemwi krasnolud, wci z umiechem. - Co, co jest jadowite, paskudne i mierdzce. Wiesz co, Kozojed? Wychodzi, e to ty. - Co? - Gwno. Zjedaj std, cimopsuju, niech oczy moje na ciebie nie patrz. - Panie Dorregaray - rzek Boholt podchodzc do czarodzieja. - Okacie przydatno. Przypomnijcie sobie legendy i podania. Co wam wiadomo o zotych smokach? Czarodziej umiechn si, prostujc si wyniole. - Co mi wiadomo o zotych smokach, pytasz? Mao, ale wystarczajco wiele. - Suchamy tedy. - A suchajcie, i suchajcie uwanie. Tam, przed nami, siedzi zoty smok. ywa legenda, by moe ostatnie i jedyne w swoim rodzaju stworzenie, jakie ocalao przed waszym morderczym szaem. Nie zabija si legendy. Ja, Dorregaray, nie pozwol wam ruszy tego smoka. Zrozumiano? Moecie si pakowa, troczy juki i wraca do domw.

Geralt by przekonany, e wybuchnie wrzawa. Myli si. - Moci czarodzieju - przerwa cisz gos Gyllenstierna. - Baczcie no, co i do kogo mwicie. Krl Niedamir moe kaza wam, Dorregarayowi, troczy juki i wynosi si do diaba. Ale nie odwrotnie. Czy to jest jasne? - Nie - rzek dumnie czarodziej. - Nie jest. Bo ja jestem mistrz Dorregaray i nie bdzie mi rozkazywa kto, kogo krlestwo obejmuje obszar widoczny z wysokoci ostrokou parszywej, brudnej i zasmrodzonej warowni. Czy wiecie, panie Gyllenstiern, e jeli wypowiem zaklcie i wykonam ruch rk, to zmienicie si w krowi placek, a wasz nieletni krl w co niewypowiedzianie gorszego? Czy to jest jasne? Gyllenstiern nie zdy odpowiedzie, bowiem Boholt, przystpiwszy do Dorregaraya, chwyci go za rami i obrci ku sobie. Niszczuka i Zdzieblarz, milczcy i ponurzy, wysunli si zza plecw Boholta. - Suchajcie no, panie magiku - rzek cicho ogromny Rbacz. - Zanim zaczniecie wykonywa te wasze ruchy rk, posuchajcie. Mgbym dugo tumaczy, prosz waszmoci, co sobie robi z twoich zakazw, z twoich legend i z twojego gupiego gadania. Ale nie chce mi si. Niech wic to starczy ci za moj odpowied. Boholt odchrzkn, przyoy palec do nosa i z bliskiej odlegoci nasmarka czarodziejowi na czubki butw. Dorregaray poblad, ale nie poruszy si. Widzia - jak i wszyscy - morgenstern acuchowy na okciowej dugoci trzonku trzymany przez Niszczuk w nisko opuszczonej doni. Wiedzia - jak i wszyscy - ze czas, potrzebny na rzucenie zaklcia jest nierwnie duszy od czasu, jaki potrzebny bdzie Niszczuce na rozwalenie mu gowy na wierci. - No - powiedzia Boholt. - A teraz odejdcie grzecznie na bok, prosz waszmoci. A jeli przyjdzie ci ochota znowu otworzy gb, to prdko wetknij sobie w ni wieche trawy. Bo jeli jeszcze raz usysz twoje stkania, to mnie popamitasz. Boholt odwrci si, zatar donie. - No, Niszczuka, Zdzieblarz, do roboty, bo nam gad w kocu ucieknie. - Nie wyglda, eby on mia zamiar ucieka - powiedzia Jaskier obserwujcy przedpole. Patrzcie no na niego. Zoty smok, siedzcy na pagrku, ziewn, zadar gow, zamacha skrzydami, smagn ziemi ogonem. - Krlu Niedamirze i wy, rycerze! - zarycza rykiem brzmicym jak mosina trba. Jestem smok Villentre-tenmerth! Jak widz, nie ze wszystkim zatrzymaa was lawina, ktr to ja, nie chwalcy si, spuciem wam na gowy. Dotarlicie a tutaj. Jak wiecie, z doliny tej s tylko

trzy wyjcia. Na wschd, ku Hoopolu, i na zachd, ku Caingorn. I z tych drg moecie skorzysta. Pnocnym wwozem, panowie, nie pjdziecie, bo ja, Yillentretenmerth, zabraniam wam tego. Jeli za kto mego zakazu respektowa nie zechce, wyzywam go oto na bj, na honorowy, rycerski pojedynek. Na bro konwencjonaln, bez czarw, bez ziania ogniem. Walka do penej kapitulacji jednej ze stron. Czekam odpowiedzi przez herolda waszego, jak kae zwyczaj! Wszyscy stali otworzywszy szeroko usta. - On gada! - sapn Boholt. - Niebywae! - I do tego strasznie mdrze - rzek Yarpen Zigrin. - Czy kto wie, co to jest bro konfesjonalna? - Zwyka, niemagiczna - powiedziaa Yennefer marszczc brwi. - Mnie jednak zastanawia co innego. Nie mona mwi artykuowanie, majc rozwidlony jzyk. ajdak uywa telepatii. Uwaajcie, to dziaa w obie strony. Moe czyta wasze myli. - Co on, zgupia ze szcztem, czy jak? - zdenerwowa si Kennet Zdzieblarz. - Honorowy pojedynek? Z gupim gadem? A takiego! Idziemy na niego kup! W kupie sia! - Nie. Obejrzeli si. Eyck z Denesle, ju na koniu, w penej zbroi, z kopi osadzon przy strzemieniu, prezentowa si duo lepiej ni na piechot. Spod podniesionej zasony hemu gorzay zgorczkowane oczy, bielaa blada twarz. - Nie, panie Kennet - powtrzy rycerz. - Chyba, e po moim trupie. Nie dopuszcz, by obraano w mojej obecnoci honor rycerski. Kto odway si zama zasady honorowego pojedynku... Eyck mwi coraz goniej, egzaltowany gos ama mu si i dra z podniecenia. - ...kto znieway honor, znieway i mnie, i krew jego lub moja popynie na t umczon ziemi. Bestia da pojedynku? Dobrze wic! Niechaj herold otrbi moje imi! Niech zadecyduje sd bogw! Za smokiem sia kw i pazurw, i piekielna zo, a za mn... - Co za kretyn - mrukn Yarpen Zigrin. - ...za mn prawo, za mn wiara, za mn zy dziewic, ktre ten gad... - Skocz, Eyck, bo rzyga si chce! - wrzasn Boholt. - Dalej, w pole! Bierz si za smoka, zamiast gada! - Ej, Boholt, zaczekaj - rzek nagle krasnolud szarpic brod. - Zapomniae o umowie? Jeli Eyck pooy gadzin, wemie poow... - Eyck nic nie wemie - wyszczerzy zby Boholt. - Znam go. Jemu wystarczy, jeli Jaskier uoy o nim piosenk.

- Cisza! - oznajmi Gyllenstiern. - Niech tak bdzie. Przeciwko smokowi wystpi prawy rycerz bdny, Eyck z Deesle, walczcy w barwach Caingorn jako kopia i miecz krla Niedamira. Taka jest krlewska decyzja! - No i masz - zgrzytn zbami Yarpen Zigrin. - Kopia i miecz Niedamira. Zaatwi nas caingornski krlik. I co teraz? - Nic - Boholt splun. - Nie chcesz chyba zadziera z Eyckiem, Yarpen? On gada gupio, ale jeli ju wlaz na konia i podnieci si, to lepiej schodzi mu z drogi. Niech idzie, zaraza, i niech zaatwi smoka. A potem si zobaczy. - Kto bdzie heroldem? - spyta Jaskier. - Smok chcia herolda. Moe ja? - Nie. To nie piosenki piewa, Jaskier - zmarszczy si Boholt. - Heroldem niech bdzie Yarpen Zigrin. Ma gos jak buhaj. - Dobra, co mi tam - rzek Yarpen. - Dawajcie mi tu chorego ze znakiem, eby wszystko byo jak naley. - Tylko grzecznie mwcie, panie krasnoludzie. I dwornie - upomnia Gyllenstiern. - Nie uczcie mnie jak gada - krasnolud dumnie wypi brzuch. - Chodziem w poselstwa ju wtedy, kiedy wy jeszczecie na chleb mwili: bep, a na muchy: tapty Smok w dalszym cigu spokojnie siedzia na pagrku, wesoo machajc ogonem. Krasnolud wdrapa si na najwikszy gaz, odchrzkn i splun. - Hej, ty tam! - zarycza, biorc si pod boki. - Smoku chdoony! Suchaj, co ci rzeknie herold! Znaczy si ja! Jako pierwszy zabierze si do ciebie honorowo obdny rycerz Eyck z Denesle! I wrazi ci kopi w kadun, wedle witego zwyczaju, na pohybel tobie, a na rado biednym dziewicom i krlowi Niedamirowi! Walka ma by honorowa i wedle prawa, zia ogniem nie za, a jeno konfesjonalnie upi jeden drugiego, dopokd ten drugi ducha nie wyzionie albo nie zemrze! Czego ci yczymy z duszy, serca! Poje, smoku? Smok ziewn, zamacha skrzydami, a potem, przypadszy do ziemi, szybko zlaz z pagra na rwny teren. - Pojem, cny heroldzie! - odrycza. - Niech tedy wystpi w pole szlachetny Eyck z Denesle. Jam gotw! - Istne jaseki - Boholt splun, ponurym wzrokiem odprowadzajc Eycka, stpa wyjedajcego zza bariery gazw. - Cholerna kupa miechu... - Zamknij jadaczk, Boholt - krzykn Jaskier zacierajc rce. - Patrz, Eyck idzie do szary! Psiakrew, ale bdzie pikna ballada! - Hurra! Wiwat Eyck! - krzykn kto z grupy ucznikw Niedamira. - A ja - odezwa si ponuro Kozojed - ja bym go jednak dla pewnoci napcha siark.

Eyck, ju w polu, odsalutowa smokowi uniesion kopi, zatrzasn zason hemu i uderzy konia ostrogami. - No, no - powiedzia krasnolud. - Gupi to on moe jest, ale na szarowaniu faktycznie si zna. Patrzcie tylko! Eyck, schylony, zaparty w siodle, zniy kopi w penym galopie. Smok, wbrew oczekiwaniom Geralta, nie odskoczy, nie ruszy pkolem, ale przypaszczony do ziemi, popdzi prosto na atakujcego rycerza. - Bij go! Bij, Eyck! - wrzasn Yarpen. Eyck, cho niesiony galopem, nie uderzy na wprost, na olep. W ostatniej chwili zmieni zwinnie kierunek, przerzuci kopi nad koskim bem. Przelatujc obok smoka, z caej mocy pchn, stajc w strzemionach. Wszyscy wrzasnli jednym gosem. Geralt nie przyczy si do chru. Smok unikn pchnicia w delikatnym, zwinnym, penym gracji obrocie i zwijajc si jak ywa, zota wstga, byskawicznie, ale mikko, icie po kociemu, sign ap pod brzuch konia. Ko kwikn, wysoko wyrzucajc zad, rycerz zakoleba si w siodle, ale nie wypuci kopii. W momencie, gdy ko prawie zarywa si chrapami w ziemi, smok ostrym pocigniciem apy zmit Eycka z sioda. Wszyscy widzieli lecce w gr, wirujce blachy pancerza, wszyscy usyszeli brzk i huk, z jakim rycerz zwali si na ziemi. Smok przysiadajc przygnit konia ap, zniy zbat paszcz. Ko kwikn przeraliwie, zaszamota si i cich. W ciszy, jaka zapada, wszyscy usyszeli gboki gos smoka Villentretenmertha. - Mnego Eycka z Denesle mona zabra z pola, jest niezdolny do dalszej walki. Nastpny, prosz. - O, kurwa - powiedzia Yarpen Zigrin w ciszy, jaka zapada. VIII - Obie nogi - powiedziaa Yennefer wycierajc rce w lnian szmatk. - I chyba co z krgosupem. Zbroja na plecach wgnieciona, jakby dosta kafarem. A nogi, to przez wasn kopi. Nieprdko on wsidzie na konia. O ile w ogle wsidzie. - Ryzyko zawodowe - mrukn Geralt. Czarodziejka zmarszczya si. - Tylko tyle masz do powiedzenia? - A co jeszcze chciaaby usysze, Yennefer? - Ten smok jest niewiarygodnie szybki, Geralt. Za szybki, by mg z nim walczy czowiek.

- Rozumiem. Nie, Yen. Nie ja. - Zasady? - umiechna si zjadliwie czarodziejka. - Czy zwyky, najzwyklejszy strach? To jedno ludzkie uczucie, ktrego w tobie nie wytrzebiono? - Jedno i drugie - zgodzi si beznamitnie wiedmin. - Co za rnica? - Wanie - Yennefer podesza bliej. - adna. Zasady mona zama, strach mona pokona. Zabij tego smoka, Geralt. Dla mnie. - Dla ciebie? - Dla mnie. Chc tego smoka, Geralt. Caego. Chc go mie tylko dla siebie. - Uyj czarw i zabij go. - Nie. Ty go zabij. A ja czarami powstrzymam Rbaczy i innych, eby nie przeszkadzali. - Padn trupy, Yennefer. - Od kiedy ci to przeszkadza? Ty zajmij si smokiem, ja bior na siebie ludzi. - Yennefer - rzek chodno wiedmin. - Nie mog zrozumie. Po co ci ten smok? A do tego stopnia olniewa ci ty kolor jego usek? Przecie nie cierpisz biedy, masz niezliczone rda utrzymania, jeste sawna. O co wic chodzi? Tylko nie mw nic o powoaniu, bardzo prosz. Yennefer milczaa, wreszcie, skrzywiwszy wargi, z rozmachem kopna lecy w trawie kamie. - Jest kto, kto moe mi pomc, Geralt. Podobno to... wiesz, o co mi chodzi... Podobno to nie jest nieodwracalne. Jest szansa. Mog jeszcze mie... Rozumiesz? - Rozumiem. - To skomplikowana operacja, kosztowna. Ale w zamian za zotego smoka... Geralt? Wiedmin milcza. - Kiedymy wisieli na mocie - powiedziaa czarodziejka - prosie mnie o co. Speni twoj prob. Mimo wszystko. Wiedmin umiechn si smutno, wskazujcym palcem dotkn obsydianowej gwiazdy na szyi Yennefer. - Za pno, Yen. Ju nie wisimy. Przestao mi zalee. Mimo wszystko. Oczekiwa najgorszego, kaskady ognia, byskawicy, ciosu w twarz, obelgi, przeklestwa. Zdziwi si, widzc tylko powstrzymywane drenie warg. Yennefer odwrcia si powoli. Geralt poaowa swoich sw. Poaowa emocji, ktra je zrodzia. Granica moliwoci, przekroczona, pka jak struna lutni. Spojrza na Jaskra, zobaczy, jak trubadur szybko odwraca gow, unika jego wzroku. - No, to spraw honoru rycerskiego mamy ju z gowy, prosz waszmoci - zawoa Boholt, ju w zbroi, stajc przed Niedamirem, wci siedzcym na kamieniu z nieodmiennym wyrazem

znudzenia na twarzy. - Honor rycerski ley tam i jczy cichutko. Kiepska to bya koncepcja, moci Gyllenstiern, z wypuszczeniem Eycka jako waszego rycerza i wasala. Palcem nie myl wskazywa, ale wiem, komu Eyck zawdzicza poamane kulasy. Tak, jako ywo, za jednym pocigniciem mamy z gowy dwie sprawy. Jednego szaleca, chccego szaleczo oywia legendy o tym, jak to miay rycerz w pojedynk pokonuje smoka. I jednego krtacza, ktry chcia na tym zarobi. Wiecie, o kim mwi, Gyllenstiern, co? To dobrze. A teraz nasz ruch. Teraz smok jest nasz. Teraz my, Rbacze, zaatwimy tego smoka. Ale na wasny rachunek. - A umowa, Boholt? - wycedzi kanclerz. - Co z umow? - W rzyci mam umow. - To niebywae! To zniewaga majestatu! - tupn nog Gyllenstiern. - Krl Niedamir... - Co, krl? - wrzasn Boholt wspierajc si na ogromnym, dwurcznym mieczu. - Moe krl yczy sobie osobicie, sam i na smoka? A moe to wy, jego wierny kanclerz, wtoczycie w blachy wasze brzuszysko i wystpicie w pole? Czemu nie, prosz bardzo, my zaczekamy, prosz waszmoci. Mielicie swoj szans, Gyllenstiern, gdyby Eyck zadga smoka, to wy wzilibycie go caego, nam nie dostaoby si nic, ni jedna zota uska z jego grzbietu. Ale teraz za pno. Przejrzyjcie na oczy. Nie ma komu bi si w barwach Caingorn. Nie znajdziecie drugiego takiego durnia jak Eyck. - Nieprawda! - szewc Kozojed przypad do krla, wci zajtego obserwacj sobie tylko znanego punktu na horyzoncie. - Krlu panie! Zaczekajcie tylko krzyn, niech no nadcign nasi z Hoopola, a tylko ich patrze! Plucie na przemdrza szlacht, precz ich pognajcie! Obaczyde, kto miay naprawd, kto w garci mocny, a nie w gbie! - Zamknij pysk - spokojnie odezwa si Boholt cierajc plamk rdzy z napiernika. Zamknij pysk, chamie, bo jak nie, to ja ci go zamkn tak, e ci zbiska do gardzieli wlec. Kozojed, widzc zbliajcych si Kenneta i Niszczuk, wycofa si szybko, skry wrd hoopolskich milicjantw. - Krlu! - zawoa Gyllenstiern. - Krlu, co rozkaesz? Wyraz znudzenia znik nagle z twarzy Niedamira. Nieletni monarcha zmarszczy piegowaty nos i wsta. - Co rozka? - powiedzia cienko. - Nareszcie zapytae o to, Gyllenstiern, zamiast decydowa za mnie i przemawia za mnie i w moim imieniu. Bardzo si ciesz. I niech tak zostanie, Gyllenstiern. Od tej chwili bdziesz milcza i sucha rozkazw. Oto pierwszy z nich. Zbierz ludzi, ka pooy na wz Eycka z Denesle. Wracamy do Caingom. - Panie... - Ani sowa, Gyllenstiern. Pani Yennefer, szlachetni panowie, egnam was. Straciem troch

czasu na tej wyprawie, ale i zyskaem sporo. Wiele si nauczyem. Dziki wam za sowa, pani Yennefer, panie Dorregaray, panie Boholt. I dziki za milczenie, panie Geralt. - Krlu - rzek Gyllenstiern. - Jak to? Smok jest tu, tu. Tylko rk sign. Krlu, twoje marzenie... - Moje marzenie - powtrzy zamylony Niedamir. - Ja go jeszcze nie mam. A jeli tu zostan... Moe wtedy nie bd go mia ju nigdy. - A Malleore? A rka ksiniczki? - nie rezygnowa kanclerz wymachujc rkami. - A tron? Krlu, tamtejszy lud uzna ci... - W rzyci mam tamtejszy lud, jak mawia pan Boholt -zamia si Niedamir. - Tron Malleore jest i tak mj, bo mam w Caingorn trzystu pancernych i ptora tysica pieszego luda przeciwko ich tysicu zafajdanych tarczownikw. A uzna, to oni mnie i tak uznaj. Tak dugo bd wiesza, cina i wczy komi, a uznaj. A ich ksiniczka to tuste cieltko i plun mi na jej rk, potrzebny mi tylko jej kuper, niech urodzi nastpc, a potem siej i tak otruje. Metod mistrza Kozojeda. Do gadania, Gyllenstiern. Przystp do wykonywania otrzymanych rozkazw. - Zaiste - szepn Jaskier do Geralta. - Duo si nauczy. - Duo - potwierdzi Geralt patrzc na pagrek, na ktrym zoty smok, zniywszy trjktn gow, liza rozwidlonym, szkaratnym jzorem co, co siedziao w trawie obok niego. - Ale nie chciabym by jego poddanym, Jaskier. - I co teraz bdzie, jak mylisz? Wiedmin patrzy spokojnie na malekie, szarozielone stworzonko, trzepoczce nietoperzymi skrzydekami obok zotych pazurw schylonego smoka. - A co ty na to wszystko, Jaskier? Co ty o tym mylisz? - A jakie znaczenie ma to, co ja myl? Ja jestem poet, Geralt. Czy moje zdanie ma jakie znaczenie? - Ma. - No, to ci powiem. Ja, Geralt, jak widz gada, mij, dajmy na to, albo inn jaszczurk, to a mn rzuca, tak si tego paskudztwa brzydz i boj. A ten smok... - No? - On... on jest adny, Geralt. - Dzikuj, ci, Jaskier. - Za co? Geralt odwrci gow, wolnym ruchem sign do klamry pasa, skosem przecinajcego pier, skrci go o dwie dziurki. Unis praw do, sprawdzajc, czy rkoje miecza jest we waciwym pooeniu. Jaskier przyglda si szeroko otwartymi oczami.

- Geralt! Ty zamierzasz...

- Tak - rzek spokojnie wiedmin. - Jest granica moliwoci. Mam tego wszystkiego do. Idziesz z Niedamirem czy zostajesz, Jaskier? Trubadur schyli si, ostronie i pieczoowicie uoy lutni pod kamieniem, wyprostowa si. - Zostaj. Jak powiedziae? Granica moliwoci? Rezerwuj sobie ten tytu dla ballady. - To moe by twoja ostatnia ballada, Jaskier. - Geralt? - Aha? - Nie zabijaj... Moesz? - Miecz to jest miecz, Jaskier. Gdy si go ju dobdzie... - Postaraj si. - Postaram si. Dorregaray zachichota, obrci si w stron Yennefer i Rbaczy, wskaza na oddalajcy si orszak krlewski. - Tam oto - powiedzia - odchodzi krl Niedamir. Nie wydaje ju krlewskich rozkazw ustami Gyllenstierna. Odchodzi wykazawszy rozsdek. Dobrze, e jeste, Jaskier. Proponuj, eby zacz ukada ballad. - O czym? - A o tym - czarodziej wyj rdk zza pazuchy - jak Mistrz Dorregaray, czarnoksinik, pogoni do domw hultajstwo chcce po hultajsku zabi ostatniego zotego smoka, jaki pozosta na wiecie. Nie ruszaj si, Boholt! Yarpen, rce precz od topora! Nawet nie drgnij, Yennefer! Dalej, hultaje, za krlem, jak za pani matk. Jazda, do koni, do wozw. Ostrzegam, kto zrobi jeden niewaciwy ruch, z tego zostanie swd i szkliwo na piasku. Ja nie artuj. - Dorregaray! - zasyczaa Yennefer. - Moci czarodzieju - rzek pojednawczo Boholt. - Albo to si godzi... - Milcz, Boholt. Powiedziaem, nie ruszycie tego smoka. Nie zabija si legendy. W ty zwrot i wynocha. Rka Yennefer wystrzelia nagle do przodu, a ziemia dookoa Dorregaraya eksplodowaa bkitnym ogniem, zakotowaa si kurzaw rwanej darni i wiru. Czarodziej zachwia si, otoczony pomieniami. Niszczuka przyskakujc uderzy go w twarz nasad pici. Dorregaray upad, z jego rdki strzelia czerwona byskawica, nieszkodliwie gasnc wrd gazw. Zdzieblarz, doskakujc z drugiej strony, kopn lecego czarodzieja, odwin si, by powtrzy.

Geralt wpad midzy nich, odepchn Zdzieblarza, wydoby miecz, ci pasko, mierzc pomidzy naramiennik a napiernik zbroi. Przeszkodzi mu Boholt, parujc cios szerok kling dwurcznego miecza. Jaskier podstawi nog Niszczuce, ale bezskutecznie - Niszczuka wczepi si w tczowy kubrak barda i hukn go kuakiem midzy oczy. Yarpen Zigrin, przyskakujc z tyu, podci Jaskrowi nogi, uderzajc toporzyskiem w zgicie kolan. Geralt zwin si w piruecie, uchodzc przed mieczem Boholta, uderzy krtko doskakujcego Zdzieblarza, zrywajc mu elazny narczak. Zdzieblarz odskoczy, potkn si, upad. Boholt stkn, zawin mieczem jak kos. Geralt przeskoczy nad wiszczcym ostrzem, gowic miecza gruchn Boholta w napiernik, odrzuci, ci, mierzc w policzek. Boholt, widzc, e nie zdoa sparowa cikim mieczem, rzuci si w ty, padajc na wznak. Wiedmin doskoczy do niego i w tym momencie poczu, e ziemia umyka mu spod drtwiejcych ng. Zobaczy, jak horyzont z poziomego robi si pionowy. Nadaremnie usiujc zoy palce w ochronny Znak, wyrn ciko bokiem o ziemi, wypuszczajc miecz ze zmartwiaej doni. W uszach ttnio mu i szumiao. - Zwicie ich, dopki dziaa zaklcie - powiedziaa Yennefer, gdzie z gry i bardzo daleka. - Wszystkich trzech. Dorregaray i Geralt, otumanieni i bezwadni, dali si spta i przywiza do wozu bez oporu i bez sowa. Jaskier rzuca si i ruga, wic jeszcze przed przywizaniem - dosta po pysku. - Po co ich wiza, zdrajcw, psich synw - rzek Kozojed podchodzc. - Od razu ich utuc i spokj. - Sam jeste syn, i to nie psi - powiedzia Yarpen Zigrin. - Nie obraaj tu psw. Poszed won, zelwo.

- Straszniecie miali - warkn Kozojed. - Obaczym, czy wam miaoci starczy, gdy moi z Hoopola nadcign, a tylko ich patrze. Zoba... Yarpen, wykrcajc si z nieoczekiwan przy swej posturze zwinnoci, upn go toporzyskiem przez eb. Stojcy obok Niszczuka poprawi kopniakiem. Kozojed przelecia kilka sni i zary nosem w traw. - Popamitacie! - wrzasn na czworakach. - Wszystkich was... - Chopaki! - rykn Yarpen Zigrin. - W rzy szewca, dratwa jego ma! ap go, Niszczuka! Kozojed nie czeka. Zerwa si i kusem pogna w stron wschodniego kanionu. Za nim chykiem pobiegli hoopolscy tropiciele. Krasnoludy, rechoczc, ciskay za nimi kamieniami. - Od razu jako powietrze powieao - zamia si Yarpen. - No, Boholt, bierzemy si za smoka.

- Pomau - podniosa rk Yennefer. - Bra, to moecie, ale nogi. Za pas. Wszyscy, jak tu stoicie. - e jak? - Boholt zgarbi si, a oczy rozbysy mu zowrogim blaskiem. - Co powiadacie, janie wielmona pani wiedmo? - Wynocie si std w lad za szewcem - powtrzya Yennefer. - Wszyscy. Sama sobie poradz ze smokiem. Broni niekonwencjonaln. A na odchodnym moecie mi podzikowa. Gdyby nie ja, pokosztowalibycie wiedmiskiego miecza. No, ju, prdziutko, Boholt, zanim si zdenerwuj. Ostrzegam, znam zaklcie, za pomoc ktrego mog porobi z was waachw. Wystarczy, e rusz rk. - No nie - wycedzi Boholt - moja cierpliwo signa granic moliwoci. Nie dam robi z siebie gupka. Zdzieblarz, odczep no dyszel od wozu. Czuj, e i mnie potrzebna bdzie bro niekonwencjonalna. Zaraz kto tu oberwie po krzyu, prosz waszmoci. Nie bd wskazywa palcem, ale zaraz oberwie po krzyu pewna paskudna wiedma. - Sprbuj tylko, Boholt. Uprzyjemnisz mi dzie. - Yennefer - powiedzia z wyrzutem krasnolud. - Dlaczego? - Moe ja po prostu nie lubi si dzieli, Yarpen? - C - umiechn si Yarpen Zigrin. - Gboko ludzkie. Tak ludzkie, e a prawie krasnoludzkie. Przyjemnie jest widzie swojskie cechy u czarodziejki. Bo i ja nie lubi si dzieli, Yennefer. Zgi si w krtkim, byskawicznym zamachu. Stalowa kula, wydobyta nie wiadomo skd i kiedy, warkna w powietrzu i upna Yennefer w rodek czoa. Zanim czarodziejka zdya si opamita, wisiaa ju w powietrzu, podtrzymywana za rce przez Zdzieblarza i Niszczuk, a Yarpen pta jej kostki powrozem. Yennefer wrzasna wciekle, ale jeden ze stojcych z tyu chopakw Yarpena zarzuci jej lejce na gow, cign mocno, wpijajc rzemie w otwarte usta, stumi krzyk. - No i co, Yennefer - powiedzia Boholt podchodzc. - Jak chcesz zrobi ze mnie waacha? Kiedy ani rk ruszy? Rozerwa jej konierz kubraczka,'rozdar i rozchesta koszul. Yennefer wizgna, dawiona lejcami. - Nie mam teraz czasu - rzek Boholt obmacujc j bezwstydnie wrd rechotu krasnoludw - ale poczekaj troch, wiedmo. Jak zaatwimy smoka, urzdzimy sobie zabaw. Przywicie j porzdnie do koa, chopcy. Obie apki do obrczy, tak, by ni palcem kiwn nie moga. I niech jej teraz nikt nie rusza, psiakrew, prosz waszmoci. Kolejno ustalimy wedle tego, jak kto si spisze przy smoku.

- Boholt - odezwa si skrpowany Geralt, cicho, spokojnie i zowrogo. - Uwaaj. Odnajd ci na kocu wiata. - Dziwi ci si - odrzek Rbacz, rwnie spokojnie. - Ja na twoim miejscu siedziabym cicho. Znam ci i musz powanie traktowa twoj grob. Nie bd mia wyjcia. Moesz nie przey, wiedminie. Wrcimy jeszcze do tej sprawy. Niszczuka, Zdzieblarz, na konie. - No i masz ci los - siekn Jaskier. - Po diaba ja si w to mieszaem? Dorregaray, pochyliwszy gow, przyglda si gstym kroplom krwi, wolno kapicym mu z nosa na brzuch. - Moe by si tak przesta gapi! - krzykna do Geralta czarodziejka, jak w wijc si w powrozach, na prno usiujc ukry obnaone wdziki. Wiedmin posusznie odwrci gow. Jaskier nie. - Na to, co widz - zamia si bard - zuya chyba ca beczk eliksiru z mandragory, Yennefer. Skra jak u szesnastolatki, niech mnie g poszczypie. - Zamknij pysk, skurwysynu! - zawya czarodziejka. - Ile ty waciwie masz lat, Yennefer? - Jaskier nie rezygnowa. - Ze dwiecie? No, powiedzmy, sto pidziesit. A zachowaa si jak... Yennefer wykrcia szyj i spluna na niego, ale niecelnie. - Yen - rzek z wyrzutem wiedmin wycierajc oplute ucho o rami. - Niech on przestanie si gapi! - Ani myl - rzek Jaskier nie spuszczajc oczu z uciesznego widoku, jaki przedstawiaa rozchestana czarodziejka. - To przez ni tu siedzimy. I mog nam podern garda. A j najwyej zgwac, co w jej wieku... - Zamknij si, Jaskier - powiedzia wiedmin. - Ani myl. Wanie mam zamiar uoy ballad o dwch cyckach. Prosz mi nie przeszkadza. - Jaskier - Dorregaray pocign krwawicym nosem. - Bd powany. - Jestem, cholera, powany. Boholt, podpierany przez krasnoludw, z trudem wgramoli si na siodo, ciki i paubowaty od zbroi i naoonych na ni skrzanych ochraniaczy. Niszczuka i Zdzieblarz ju siedzieli na koniach trzymajc w poprzek siode ogromne, dwurczne miecze. - Dobra - charkn Boholt. - Idziemy na niego. - A nie - powiedzia gboki gos, brzmicy jak mosina surma. - To ja przyszedem do was! Zza piercienia gazw wynurzy si poyskujcy zotem dugi pysk, smuka szyja uzbrojona

rzdem trjktnych, zbatych wyrostkw, szponiaste apy. Ze, gadzie oczy z pionow renic patrzyy spod rogowatych powiek. - Nie mogem si doczeka w polu - powiedzia smok Villentretenmerth rozgldajc si wic przyszedem sam. Jak widz, chtnych do walki coraz mniej? Boholt wzi wodze w zby, a koncerz w obie pici. - Jehce stahcy - powiedzia niewyranie, gryzc rzemie. - Stahaj do wahki, hadzie! - Staj - rzek smok wyginajc grzbiet w uk i zadzierajc obelywie ogon. Boholt rozejrza si. Niszczuka i Zdzieblarz wolno, demonstracyjnie spokojnie okrali smoka z obu stron. Z tyu czeka Yarpen Zigrin i jego chopcy z toporami w rkach. - Aaaargh! - rykn Boholt walc silnie konia pitami i unoszc miecz. Smok zwin si, przypad do ziemi i z gry, zza wasnego grzbietu, niczym skorpion, uderzy ogonem, godzc nie w Boholta, ale w Niszczuk, atakujcego z boku. Niszczuka zwali si wraz z koniem wrd brzku, wrzasku i renia. Boholt, przypadajc w galopie, ci straszliwym zamachem, smok uskoczy zwinnie przed szerok kling. Impet galopu przenis Boholta obok. Smok wykrci si, stajc na tylnych apach i dziabn szponami Zdzieblarza, za jednym zamachem rozrywajc brzuch konia i udo jedca. Boholt, mocno odchylony w siodle, zdoa zatoczy koniem, cignc wodze zbami, ponownie zaatakowa. Smok chlasn ogonem po pdzcych ku niemu krasnoludach, przewracajc wszystkich, po czym rzuci si na Boholta, po drodze jakby mimochodem przydeptujc energicznie Zdzieblarza usiujcego wsta. Boholt, miotajc gow, usiowa manewrowa rozgalopowanym koniem, ale smok by nierwnie szybszy i zrczniejszy. Chytrze zachodzc Boholta od lewej, by utrudni mu cicie, zdzieli go pazurzast ap. Ko stan dba i rzuci si w bok, Boholt wylecia z sioda, gubic miecz i hem, run do tyu, na ziemi, walc gow o gaz. - Chodu, chopaki!!! W gry!!! - zawy Yarpen Zigrin przekrzykujc wrzask Niszczuki przywalonego koniem. Powiewajc brodami krasnoludy kopny si ku skaom z szybkoci zadziwiajc przy ich krtkich nogach. Smok nie ciga ich. Siad spokojnie i rozejrza si. Niszczuka miota si i wrzeszcza pod koniem. Boholt lea bez ruchu. Zdzieblarz pez w stron ska, bokiem, jak ogromny, elazny krab. - Niewiarygodne - szepta Dorregaray. - Niewiarygodne... - Hej! - Jaskier targn si w powrozach, a wz zadygota. - Co to jest? Tam! Patrzcie! Od strony wschodniego wwozu wida byo wielk chmur kurzu, rycho te dobiegy ich krzyki, turkot i ttent. Smok wycign szyj, popatrujc. Na rwnin wtoczyy si trzy wielkie wozy, wypenione zbrojnym ludem. Rozdzielajc si zaczy okra smoka.

- To... psiakrew, to milicja i cechy z Hoopola! - zawoa Jaskier. - Obeszli rda Braa! Tak, to oni! Patrzcie, to Kozojed, tam, na czele! Smok zniy gow, delikatnie popchn w stron wozu mae, szarawe, popiskujce stworzonko. Potem uderzy ogonem po ziemi, zarycza dononie i pomkn jak strzaa na spotkanie Hoopolan. - Co to jest? - spytaa Yennefer. - To mae? To, co krci si w trawie? Geralt? - To, czego smok broni przed nami - powiedzia wiedmin. - To, co wykluo si niedawno w jaskini, tam, w pnocnym kanionie. Smocztko wyklute z jaja smoczy-cy otrutej przez Kozojeda. Smocztko, potykajc si i szorujc po ziemi wypukym brzuszkiem, chwiejnie podbiego do wozu, pisno, stano supka, rozcapierzyo skrzydeka, potem za bez zastanowienia przylgno do boku czarodziejki. Yennefer, z wielce niewyran min, westchna gono./ - Lubi ci - mrukn Geralt. - Mody, ale niegupi - Jaskier wykrcajc si w wizach, wyszczerzy zby. - Patrzcie, gdzie wetkn ebek, chciabym by na jego miejscu, cholera. Hej, may, uciekaj! To Yennefer! Postrach smokw! I wiedminw. A przynajmniej jednego wiedmina... - Milcz, Jaskier - krzykn Dorregaray. - Patrzcie tam, na pole! Ju go dopadli, niech ich zaraza! Wozy Hoopolan, dudnic niczym bojowe rydwany, gnay na atakujcego je smoka. - La go! - rycza Kozojed, uczepiony plecw wonicy. - La go, kumotrzy, gdzie popadnie i czym popadnie! Nie aowa! Smok zwinnie uskoczy przed najedajcym na niego pierwszym wozem, byskajcym ostrzami kos, wide i rohatyn, ale dosta si midzy dwa nastpne, z ktrych, targnita rzemieniami, spada na niego wielka, podwjna, rybacka sie. Smok, zapltany, zwali si, poturla, zwin w kbek, rozkraczy apy. Sie, rwana na strzpy, zatrzeszczaa ostro. Z pierwszego wozu, ktry zdoa zawrci, cinito na niego nastpne sieci, oplatajc go dokumentnie. Dwa pozostae wozy te zakrciy, pomkny ku smokowi, turkocc i podskakujc na wybojach. - Popade w sieci, karasiu! - dar si Kozojed. - Zaraz my ciebie z uski oskrobiemy! Smok zarycza, buchn strzelajcym w niebo strumieniem pary. Hoopolscy milicjanci sypnli si ku niemu, zeskakujc z wozw. Smok zarycza znowu, rozpaczliwie, rozwibrowanym rykiem. Z pnocnego kanionu przysza odpowied, wysoki, bojowy krzyk. Wycignite w szaleczym galopie, powiewajc jasnymi warkoczami, gwidc przenikliwie, otoczone migotliwymi byskami szabel, z wwozu wypady...

- Zerrikanki! - krzykn wiedmin bezsilnie szarpic powrozy. - O, cholera! - zawtrowa Jaskier. - Geralt! Rozumiesz? Zerrikanki przejechay przez cib jak gorcy n przez fask masa, znaczc drog porbanymi trupami, w biegu zeskoczyy z koni, stajc obok targajcego si w sieci smoka. Pierwszy z nadbiegajcych milicjantw natychmiast straci gow. Drugi zamierzy si na Ve widami, ale Zerrikanka, trzymajc szabl oburcz, odwrotnie, kocem do dou, rozchlastaa go od krocza po mostek. Pozostali zrejterowali pospiesznie. - Na wozy! - rykn Kozojed. - Na wozy, kumotrzy! Wozami ich rozjedziemy! - Geralt! - krzykna nagle Yennefer, kurczc zwizane nogi i nagym rzutem wpychajc je pod wz, pod wykrcone do tyu, skrpowane rce wiedmina. - Znak Igni! Przepalaj! Wyczuwasz powrz? Przepalaj, do cholery! - Na lepo? - jkn Geralt. - Poparz ci, Yen! - Skadaj Znak! Wytrzymam! Usucha, poczu mrowienie w palcach; zoonych w Znak Igni tu nad zwizanymi kostkami czarodziejki. Yennefer odwrcia gow, wgryza si w konierz kubraczka tumic jk. Smocztko, piszczc, tuko skrzydekami u jej boku. - Yen! - Przepalaj! - zawya. Wizy puciy w momencie, gdy obrzydliwy, mdlcy odr przypiekanej skry sta si nie do wytrzymania. Dorregaray wyda z siebie dziwny odgos i zemdla, obwisy w ptach u koa wozu. Czarodziejka, skrzywiona z blu, wyprya si, unoszc woln ju nog. Krzykna wciekym, penym blu i zoci gosem. Medalion na szyi Geralta zatarga si jak ywy. Yennefer wyprya udo i machna nog w stron szarujcych wozw hoopolskiej milicji, wykrzyczaa zaklcie. Powietrze zatrzeszczao i zapachniao ozonem. - O, bogowie - jkn Jaskier w podziwie. - C to bdzie za ballada, Yennefer! Zaklcie, rzucone zgrabn nk, nie ze wszystkim udao si czarodziejce. Pierwszy wz, wraz ze wszystkim, co si na nim znajdowao, nabra po prostu kaczecowe tej barwy, czego hoopolscy wojownicy w zapale bitewnym nawet nie zauwayli. Z drugim wozem poszo lepiej caa jego zaoga w okamgnieniu zmienia si w ogromne, kostropate aby, ktre, rechocc uciesznie, rozkicay si na wszystkie strony. Wz, pozbawiony kierownictwa, przewrci si i rozlecia. Konie, rc histerycznie, umkny w dal, wlokc za sob uamany dyszel. Yennefer zagryza wargi i ponownie zamachaa nog w powietrzu. Kaczecowy wz, wrd skocznych tonw muzyki, dobiegajcej skd z gry, rozpyn si nagle w kaczecowy dym, a

caa jego obsada klapna w traw, ogupiaa, tworzc malownicz kup. Koa trzeciego wozu z okrgych zrobiy si kwadratowe i skutek by natychmiastowy. Konie stany dba, wz wywali si, a hoopolskie wojsko wykulio si i posypao na ziemi. Yennefer, ju z czystej mciwoci, machaa zawzicie nog i krzyczaa zaklcia, zamieniajc Hoopolan na chybi trafi w wie, gsi, stonogi, flamingi i pasiaste prosita. Zerrikanki wprawnie i metodycznie dorzynay pozostaych. Smok, poszarpawszy wreszcie sie na strzpy, zerwa si, zaopota skrzydami, zarycza i pomkn, wycignity jak struna, za ocalaym z pogromu, umykajcym szewcem Kozojedem. Kozojed pomyka jak jele, ale smok by szybszy. Geralt, widzc rozwierajc si paszcz i byskajce zby, ostre jak sztylety, odwrci gow. Usysza makabryczny wrzask i obrzydliwy chrzst. Jaskier krzykn zduszonym gosem. Yennefer, z twarz bia jak ptno, zgia si w p, wykrcia w bok i zwymiotowaa pod wz. Zapada cisza, przerywana jedynie okazjonalnym gganiem, kumkaniem i pokwikiwaniem niedobitkw hoopolskiej milicji. Vea, umiechnita nieadnie, stana nad Yennefer, szeroko rozstawiwszy nogi. Zerrikanka uniosa szabl. Yennefer, blada, uniosa nog. - Nie - powiedzia Borch, zwany Trzy Kawki, siedzcy na kamieniu. Na kolanach trzyma smocztko, spokojne i zadowolone. - Nie bdziemy zabija pani Yennefer - powtrzy smok Villentretenmerth. - To ju nieaktualne. Co wicej, teraz jestemy wdziczni pani Yennefer za nieocenion pomoc. Uwolnij ich, Vea. - Rozumiesz, Geralt? - szepn Jaskier, rozcierajc zdrtwiae rce. - Rozumiesz? Jest taka staroytna ballada o zotym smoku. Zoty smok moe... - Moe przybra kad posta - mrukn Geralt. - Rwnie ludzk. Te o tym syszaem. Ale nie wierzyem. - Panie Yarpenie Zigrin! - zawoa Villentretenmerth do krasnoluda uczepionego pionowej skay na wysokoci dwudziestu okci nad ziemi. - Czego tam szukacie? wistakw? Nie jest to wasz przysmak, jeli dobrze pamitam. Zejdcie na d i zajmijcie si Rbaczami. Potrzebuj pomocy. Nie bdzie si ju zabija. Nikogo. Jaskier, rzucajc niespokojne spojrzenia na Zerrikanki, czujnie krce po pobojowisku, cuci wci nieprzytomnego Dorregaraya. Geralt smarowa maci i opatrywa poparzone kostki Yennefer. Czarodziejka syczaa z blu i mruczaa zaklcia. Uporawszy si z zadaniem, wiedmin wsta. - Zostacie tu - powiedzia. - Musz z nim porozmawia. Yennefer krzywic si wstaa.

- Id z tob, Geralt - wzia go pod rk. - Mog? Prosz, Geralt. - Ze mn, Yen? Mylaem... - Nie myl - przycisna si do jego ramienia. - Yen? - Ju dobrze, Geralt. Spojrza w jej oczy, ktre byy ciepe. Jak dawniej. Pochyli gow i pocaowa w usta, gorce, mikkie i chtne. Jak dawniej. Podeszli. Yennefer, podtrzymywana, dygna gboko, jak przed krlem, ujmujc sukni kocami palcw. - Trzy Kaw... Villentretenmerth... - powiedzia wiedmin. - Moje imi w wolnym przekadzie na wasz jzyk oznacza Trzy Czarne Ptaki - powiedzia smok. Smocztko, wczepione pazurkami w jego przedrami, podstawio kark pod gaszczc do. - Chaos i Porzdek - umiechn si Villentretenmerth. - Pamitasz, Geralt? Chaos to agresja, Porzdek to obrona przed ni. Warto pdzi na koniec wiata, by przeciwstawi si agresji i zu, prawda, wiedminie? Zwaszcza, jak mwie, gdy zapata jest godziwa. A tym razem bya. To by skarb smoczycy Myrgtabrakke, tej otrutej pod Hoopolem. To ona mnie wezwaa, bym jej pomg, bym powstrzyma groce jej zo. Myrgtabrakke odleciaa ju, krtko po tym, gdy zniesiono z pola Eycka z Denesle. Czasu miaa do, gdy wy gadalicie i kcilicie si. Ale zostawia mi swj skarb, moj zapat. Smocztko pisno i zatrzepotao skrzydekami. - Wic ty... - Tak - przerwa smok. - C, takie czasy. Stworzenia, ktre wy zwyklicie nazywa potworami, od pewnego czasu czuj si coraz bardziej zagroone przez ludzi. Nie daj ju sobie rady same. Potrzebuj Obrocy. Takiego... wiedmina. - A cel... Cel, ktry jest na kocu drogi? - Oto on - Villentretenmerth unis przedrami. Smocztko pisno przestraszone. - Wanie go osignem. Dziki niemu przetrwam, Geralcie z Rivii, udowodni, e nie ma granic moliwoci. Ty te znajdziesz kiedy taki cel, wiedminie. Nawet ci, co si rni, mog przetrwa. egnaj, Gerlt. egnaj, Yennefer. Czarodziejka, chwytajc mocniej rami wiedmina, dygna ponownie. Villentretenmerth wsta, spojrza na ni, a twarz mia bardzo powan. - Wybacz szczero i prostolinijno, Yennefer. To jest wypisane na waszych twarzach, nie musz nawet stara si czyta w mylach. Jestecie stworzeni dla siebie, ty i wiedmin. Ale nic z tego nie bdzie. Nic. Przykro mi.

- Wiem - Yennefer poblada lekko. - Wiem, Villentretenmerth. Ale i ja chciaabym wierzy, e nie ma granicy moliwoci. A przynajmniej w to, e jest ona jeszcze bardzo daleko. Vea podchodzc dotkna ramienia Geralta, wypowiedziaa szybko kilka sw. Smok zamia si. - Gerlt, Vea mwi, e dugo pamita bdzie bali Pod Zadumanym Smokiem. Liczy, e si jeszcze kiedy spotkamy. - Co? - spytaa Yennefer mruc oczy. - Nic - rzek szybko wiedmin. - Villentretenmerth... - Sucham ci, Geralcie z Rivii. - Moesz przybra kad posta. Kad, jak zechcesz. - Tak. - Dlaczego wic czowiek? Dlaczego Borch z trzema czarnymi ptakami w herbie? Smok umiechn si pogodnie. - Nie wiem, Gerlt, w jakich okolicznociach zetknli si po raz pierwszy ze sob odlegli przodkowie naszych ras. Ale faktem jest, e dla smokw nie ma niczego bardziej odraajcego ni czowiek. Czowiek budzi w smokach instynktowny, nieracjonalny wstrt. Ze mn jest inaczej. Dla mnie... jestecie sympatyczni. egnajcie. To nie bya stopniowa, rozmazujca si transformacja, ani mgliste, rozttnione drenie jak przy iluzji. To byo-nage jak mgnienie oka. W miejscu, gdzie przed sekund sta kdzierzawy rycerz w tunice ozdobionej trzema czarnymi ptakami, siedzia zoty smok, wycigajc wdzicznie dug, smuk szyj. Skoniwszy gow smok rozpostar skrzyda, olniewajco zote w promieniach soca. Yennefer westchna gono. Vea, ju w siodle, obok Tei, pokiwaa rk. - Vea - powiedzia wiedmin - miaa racj. - Hm? - On jest najpikniejszy.

OKRUCH LODU
I Zdecha owca, spucha i wzdta, godzca w niebo zesztywniaymi nogami, poruszya si. Geralt, przykucnity pod murem, wolno wydoby miecz, uwaajc, by klinga nie zgrzytna o okucia pochwy. W odlegoci dziesiciu krokw od niego kupa odpadkw wygarbia si nagle i zafalowaa. Wiedmin zerwa si i skoczy, zanim jeszcze dobiega do niego fala smrodu bijca z poruszonego mieciowiska. Zakoczona obym, wrzecionowatym, najeonym kolcami zgrubieniem macka, wystrzelajc nagle spod mieci, pomkna mu na spotkanie z niesamowit prdkoci. Wiedmin pewnie wyldowa na resztkach rozwalonego mebla, chwiejcych si na kupie zgniych warzyw, zabalansowa, zapa rwnowag, jednym krtkim ciciem miecza rozpata mack, odcinajc maczugowat przyssawk. Natychmiast odskoczy, ale tym razem zelizgn si z desek i po uda zapad w grzskie gnojowisko. mietnik eksplodowa, buchna w gr gsta, smrodliwa ma, skorupy garnkw, przegnie szmaty i blade niteczki kiszonej kapusty, a spod nich wyprysn ogromny, bulwowaty korpus, bezksztatny jak groteskowy kartofel, smagajcy powietrze trzema mackami i kikutem czwartej. Geralt, uwinity i unieruchomiony, ci z szerokiego skrtu bioder, gadko odrbujc nastpn mack. Dwie pozostae, grube jak konary, spady na niego z si, jeszcze gbiej wbijajc w odpadki. Korpus sun ku niemu, orzc w mietnisku niby wleczona beczka. Zobaczy, jak ohydna bulwa pka, rozwierajc si szerok paszczk pen wielkich, klockowatych zbw. Pozwoli, by macki oploty go w pasie, z mlaniciem wyrway ze mierdzcej mazi i powleky w stron korpusu, kolistymi ruchami wgryzajcego si w mietnik. Zbata paszczk zakapaa dziko i wciekle. Przywleczony w poblie okropnej gby wiedmin uderzy mieczem, oburcz, klinga wcia si posuwicie i mikko. Ohydny, sod-kawy odr pozbawia oddechu. Potwr zasycza i zadygota, macki puciy, konwulsyjnie zaopotay w powietrzu. Geralt, grzznc w mieciach, ci jeszcze raz, na odlew, ostrze obrzydliwie chrupno i zazgrzytao na wyszczerzonych zbiskach. Stwr zagulgota i oklap, ale natychmiast rozd si, syczc, bryzgajc na wiedmina cuchnc mazi. apic oparcie gwatownymi ruchami wizncych w paskudztwie ng, Geralt wyrwa si, rzuci w przd rozgarniajc mieci piersi jak pywak wod, rbn z caej siy, z gry, z moc napar na ostrze wcinajce si w korpus, pomidzy blado fosforyzujce lepia. Potwr stkn bulgotliwie, zatrzepa si, rozlewajc na kupie gnoju niczym przekuty pcherz,

rac wyczuwalnymi, ciepymi podmuchami, falami smrodu. Macki drgay i wiy si wrd zgnilizny.Wiedmin wygramoli si z gstej brei, stan na pywajco chybotliwym, ale twardym podou. Czu, jak co lepkiego i wstrtnego, co dostao si do buta, peza mu po ydce. Do studni, pomyla, byle prdzej obmy si z tego, z tej obrzydliwoci. Obmy si. Macki stwora jeszcze raz pacny po odpadkach, chlapliwie i mokro, znieruchomiay. Spada gwiazda, sekundow byskawic oywiajc czarny, upstrzony nieruchomymi wiatekami firmament. Wiedmin nie wypowiedzia adnego yczenia. Oddycha ciko, chrapliwie, czujc, jak mija dziaanie wypitych przed walk eliksirw. Przylegajca do murw miasta gigantyczna kupa mieci i odpadkw, stromo opadajca w d, w stron poyskliwej wstgi rzeki, w wietle gwiazd wygldaa adnie i ciekawie. Wiedmin splun. Potwr by martwy. By ju czci tej kupy mieci, w ktrej kiedy bytowa. Spada druga gwiazda. - mietnik - powiedzia wiedmin z wysikiem. - Paskudztwo, gnj i gwno. II - mierdzisz, Geralt - skrzywia si Yennefer, nie odwracajc si od zwierciada, przed ktrym zmywaa barwiczk z powiek i rzs. - Wykp si. - Wody nie ma - powiedzia zagldajc do cebra. - Zaradzimy temu - czarodziejka wstaa, szerzej otworzya okno. - Wolisz morsk czy zwyk? - Morsk, dla odmiany. Yennefer gwatownie rozpostara rce, wykrzyczaa zaklcie, wykonujc domi krtki, zawiy gest. Przez otwarte okno powiao nagle ostrym, mokrym chodem, okiennice zatrzsy si, a do izby wdara si ze wistem zielona, skotowana w nieregularn kul kurzawa. Balia zapienia si od wody, falujcej niespokojnie, uderzajcej o brzegi, pryskajcej na podog. Czarodziejka usiada, wracajc do przerwanej czynnoci. - Udao si? - spytaa. - Co to byo, tam, na mietnisku? - Zeugl, jak sdzijtem - Geralt cign buty, zrzuci ubranie i woy nog do szaflika. Zaraza, Yen, jakie to zimne. Nie moesz zagrza tej wody? - Nie - czarodziejka, zbliajc twarz do zwierciada, wkroplia sobie co do oka za pomoc szklanej paeczki. -Takie zaklcie cholernie mczy i powoduje u mnie mdoci. A tobie, po eliksirach, zimna dobrze zrobi. Geralt nie spiera si. Spieranie si z Yennefer nie miao adnego sensu.

- Zeugl robi trudnoci? - czarodziejka zanurzya paeczk we flakoniku i wkroplia sobie co do drugiego oka, komicznie wykrzywiajc usta. - Nic szczeglnego. Zza otwartego okna rozleg si omot, ostry trzask amanego drewna i bekotliwy gos, faszywie i nieskadnie powtarzajcy refren popularnej, obscenicznej piosenki. - Zeugl - czarodziejka signa po kolejny flakonik ze stojcej na stole imponujcej baterii, wycigna z niego korek. W izbie zapachniao bzem i agrestem. - No, prosz. Nawet w miecie nietrudno o prac dla wiedmina, wcale nie musisz wczy si po pustkowiach. Wiesz, Istredd twierdzi, ze to ju staje si regu. Miejsce kadego wymierajcego stwora z lasw i moczarw zajmuje co innego, jaka nowa mutacja, przystosowana do sztucznego, stworzonego przez ludzi rodowiska. Geralt jak zawsze skrzywi si na wzmiank o Istreddzie. Zaczyna mie szczerze dosy zachwytw Yennefer nad genialnoci Istredda. Nawet jeli Istredd mia racj. - Istredd ma racj - cigna Yennefer wcierajc pachnce bzem i agrestem co w policzki i powieki. - Popatrz sam, pseudoszczury w kanaach i piwnicach, zeugle na mietniskach, paskwy w zanieczyszczonych fosach i ciekach, taje w stawach myskich. To nieledwie symbioza, nie sdzisz? I ghule na cmentarzach, poerajce nieboszczykw ju nazajutrz po pogrzebie, pomyla, spukujc z siebie mydo. Pena symbioza. - Tak - czarodziejka odsuna flakoniki i soiczki. - W miastach te moe si znale zajcie dla wiedmina. Myl, ze kiedy osidziesz na stae w jakim miecie, Geralt. Prdzej mnie szlag trafi, pomyla. Ale nie powiedzia tego gono. Zaprzeczanie Yennefer, jak wiedzia, nieuchronnie wiodo do ktni, a ktnia z Yennefer nie naleaa do rzeczy najbezpieczniejszych. - Skoczye, Geralt? - Tak. - Wyjd z balii. Nie wstajc, Yennefer niedbale machna rk i wypowiedziaa zaklcie. Woda z szaflika wraz z t rozlan na pododze i t ociekajc z Geralta szumic skupia si w pprzeroczyst kul i ze wistem wyleciaa przez okno. Usysza gony plusk. - A bodaj was zaraza, kurwie syny! - rozleg si z dou rozsierdzony wrzask. - Nie macie gdzie szczyn wylewa? A bodaj was wszy ywcem zary, bodajby was pokazio, bodajbycie zdechli! Czarodziejka zamkna okno.

- Psiakrew, Yen - wiedmin zachichota. - Moga rzuci wod gdzie dalej. - Mogam - mrukna. - Ale mi si nie chciao. Wzia kaganek ze stou i podesza do niego. Biaa nocna koszula, oblepiajc w ruchu jej ciao, czynia j nieziemsko atrakcyjn. Bardziej ni gdyby bya naga, pomyla. - Chc ci obejrze - powiedziaa. - Zeugl mg ci drasn. - Nie drasn mnie. Poczubym. - Po eliksirach? Nie rozmieszaj mnie. Po eliksirach nie poczuby otwartego zamania, dopki wystajca ko nie zaczaby zaczepia o ywopoty. A na zeuglu mogo by wszystko, w tym tec i jad trupi. W razie czego jeszcze jest czas na przeciwdziaanie. Obr si. Czu na ciele mikkie ciepo pomienia kaganka, okazjonalne municia jej wosw. - Wyglda, e wszystko w porzdku - powiedziaa. - Po si, zanim eliksiry nie zwal ci z ng. Te mieszanki s diabelnie niebezpieczne. Wykaczasz si nimi powoli. - Musz je bra przed walk. Yennefer nie odpowiedziaa. Usiada znowu przed zwierciadem, powoli rozczesaa czarne, krte, poyskliwe loki. Zawsze czesaa wosy przed pjciem do ka. Geralt uwaa to za dziwactwo, ale wprost uwielbia obserwowa j przy tej czynnoci. Podejrzewa, e Yennefer o tym wiedziaa. Zrobio mu si nagle bardzo zimno, a eliksiry faktycznie trzsy nim, drtwiy kark, pyway w dole brzucha wirami mdoci. Zakl pod nosem, zwali si na ko, nie przestajc przy tym patrze na Yennefer. Ruch w rogu izby zwrci jego uwag, przycign wzrok. Na przybitych krzywo do ciany, omotanych pajczyn rogach jelenich siedzia czarny niby smoa, nieduy ptak. Odwrciwszy gow w bok, patrzy na wiedmina tym, nieruchomym okiem. - Co to jest, Yen? Skd to tu si wzio? - Co? - Yennefer odwrcia gow. - A, to. To jest pustuka. - Pustuka? Pustuki s rudodropiate, a to jest czarne. - To jest czarodziejska pustuka. Zrobiam j. - Po co? - Jest mi potrzebna - ucia. Geralt nie zadawa wicej pyta, wiedzia, e Yennefer nie odpowie. - Idziesz jutro do Istredda? Czarodziejka odsuna flakoniki na brzeg stou, schowaa grzebie do szkatuki i zamkna tryptykowe ramki zwierciada. - Id. Z samego rana. A co?

- Nic. Pooya si obok, nie gaszc kaganka. Nigdy nie gasia wiata, nie znosia zasypia w ciemnoci. Czy to kaganek, czy latarnia, czy wieca, musiay dopali si do koca. Zawsze. Jeszcze jedno dziwactwo. Yennefer miaa nieprawdopodobn liczb dziwactw. - Yen? - Aha? - Kiedy std wyjedziemy? - Nie nud. - Ostro szarpna pierzyn. - Jestemy tu od trzech dni, a ty zadae to pytanie co najmniej trzydzieci razy. Mwiam ci, mam tu sprawy do zaatwienia. - Z Istreddem? - Tak - westchn i obj j, nie kryjc intencji. - Ej - szepna. - Brae eliksiry... - No to co? - Nic - zachichotaa jak podlotek, przytulajc si do niego, wyginajc i unoszc, by uatwi zsunicie koszuli. Zachwyt jej nagoci jak zwykle spyn mu dreszczem po plecach, zamrowi w palcach stykajcych si z jej skr. Dotkn ustami jej piersi, krgych i delikatnych, o sutkach tak bladych, e uzewntrzniajcych si jedynie ksztatem. Wplt palce w jej wosy pachnce bzem i agrestem. Poddawaa si jego pieszczotom, mruczc jak kot, trc zgitym kolanem o jego biodro. Rycho okazao si, ze - jak zwykle - przeceni swoj wytrzymao na wiedmiskie eliksiry, zapomnia o ich wrednym dziaaniu na organizm. A moe to nie eliksiry, pomyla, moe to zmczenie walk, ryzykiem, zagroeniem i mierci? Zmczenie, na ktre ju rutyniarsko nie zwracam uwagi? Ale mj organizm, cho sztucznie poprawiony, nie poddaje si rutynie. Reaguje naturalnie. Tyle e wtedy, kiedy nie trzeba. Zaraza. Ale Yennefer - jak zwykle - nie pozwolia si zdeprymowa byle drobiazgiem. Poczu, jak go dotyka, usysza, jak mruczy, tu przy jego uchu. Jak zwykle, mimo woli zastanowi si nad kosmiczn liczb innych okazji, przy ktrych musiaa uywa tego wielce praktycznego zaklcia. A potem przesta si zastanawia. Jak zwykle byo niezwykle. Patrzy na jej usta, na ich kcik, drgajcy w bezwiednym umiechu. Dobrze zna ten umiech, zawsze wydawa mu si bardziej umiechem tryumfu ni szczcia. Nigdy nie pyta jej o to. Wiedzia, e nie odpowie. Czarna pustuka, siedzca na jelenich rogach, strzepna skrzydami, kapna krzywym dziobem. Yennefer odwrcia gow i westchna. Bardzo smutno.

- Yen? - Nic, Geralt - pocaowaa go. - Nic. Kaganek pega chwiejnym pomieniem. W cianie chrobotaa mysz, a kornik w komdce tyka z cicha, miarowo, jednostajnie. - Yen? - Mhm? - Wyjedmy std. le si tu czuj. To miasto fatalnie na mnie dziaa. Obrcia si na bok, przesuna doni po jego policzku, odgarniajc wosy, pojechaa palcami niej, dotkna zgrubiaych szram, znaczcych bok szyi. - Czy wiesz, co oznacza nazwa tego miasta? Aedd Gynvael? - Nie. To z jzyka elfw? - Tak. Oznacza okruch lodu. - Dziwnie to nie pasuje do tej parszywej dziury. - Wrd elfw - szepna czarodziejka w zamyleniu - kry legenda o Krlowej Zimy, ktra w czasie zamieci przebiega kraje saniami zaprzonymi w biae konie. Jadc, krlowa rozsiewa dookoa twarde, ostre, malekie okruchy lodu i biada temu, kogo taki okruch trafi w oko lub w serce. Taki kto jest zgubiony. Nic ju nie bdzie w stanie go ucieszy, wszystko, co nie bdzie miao bieli niegu, bdzie dla niego brzydkie, wstrtne, odraajce. Nie zazna spokoju, porzuci wszystko, pody za Krlow, za swoim marzeniem i mioci. Oczywicie, nigdy jej nie odnajdzie i zginie z tsknoty. Podobno tu, w tym miecie, w zamierzchych czasach zdarzyo si co takiego. Pikna legenda, prawda? - Elfy wszystko umiej ubra w adne sowa - mrukn sennie, wodzc ustami po jej ramieniu. - To wcale me legenda, Yen. To adne opisanie paskudnego zjawiska, jakim jest Dziki Gon, przeklestwo pewnych okolic. Niewytumaczalny, zbiorowy sza, zmuszajcy ludzi do przyczenia si do upiornego orszaku, pdzcego po niebie. Widziaem to. Rzeczywicie, czsto zdarza si zim. Dawano mi nieliche pienidze, bym pooy kres tej zarazie, ale nie podjem si. Na Dziki Gon nie ma sposobu... - Wiedmin - szepna caujc go w policzek. - Za grosz romantyzmu nie ma w tobie. A ja... ja lubi legendy elfw, s takie pikne. Szkoda, e ludzie nie maj takich legend. Moe kiedy bd mieli? Moe stworz je? Ale o czym maj traktowa legendy ludzi? Dookoa, gdziekolwiek spojrze, szaro i nijako. Nawet to, co piknie si zaczyna, wiedzie rycho w nud i pospolito, w ten ludzki rytua, ten nucy rytm, nazywany yciem. Och, Geralt, nieatwo by czarodziejk, ale porwnujc to ze zwyk, ludzk egzystencj... Geralt? - Zoya gow na jego pier, poruszan wolnym oddechem.

- pij - szepna. - pij, wiedminie. III Miasto le wpywao na niego. Od samego rana. Od samego rana wszystko psuo mu humor, wprawiao w przygnbienie i zo. Wszystko. Zocio go, e zaspa, przez co same rano stao si praktycznie samym poudniem. Denerwowa go brak Yennefer, ktra wysza, zanim si obudzi. Musiaa si spieszy, bo utensylia, ktre zwykle porzdnie ukadaa w szkatukach, leay na stole bezadnie rozsypane niczym kostki rzucone przez wrbit w rytuale przepowiedni. Pdzelki z delikatnego wosia - te due, suce do pudrowania twarzy, te mniejsze, ktrymi nakadaa pomadk na usta, i te zupenie malekie, do henny, ktr barwia rzsy. Kredki i sztyfty do powiek i brwi. Szczypczyki i yeczki ze srebra. Soiczki i buteleczki z porcelany i mlecznego szka, zawierajce, jak wiedzia, eliksiry i maci o ingrediencjach tak banalnych jak sadza, tuszcz gsi i sok z marchwi, i tak gronie tajemniczych jak mandragora, antymon, belladonna, cannabis, smocza krew i skoncentrowany jad skorpionw olbrzymw. A nad tym wszystkim, dookoa, w powietrzu - zapach bzu i agrestu, pachnida, ktrego zawsze uywaa. Bya w tych przedmiotach. Bya w tym zapachu. Ale nie byo jej. Zszed na d, czujc rosncy niepokj i wzbierajc zo. Na wszystko. Zocia go zimna i staa jajecznica, ktr poda mu na niadanie oberysta, na moment odrywajc si od dziewczcia, ktre obmacywa na zapleczu. Zocio go to, e dziewcz miao najwyej dwanacie lat. I zy w oczach. Ciepa, wiosenna pogoda i radosny pogwar ttnicej yciem ulicy nie poprawi Geraltowi nastroju. Wci nic nie podobao mu si w Aedd Gynyael, miasteczku, ktre, jak uzna, byo jak zoliwa parodia wszystkich znanych mu miasteczek - byo karykaturalnie bardziej haaliwe, bardziej duszne, brudne i denerwujce. Cigle wyczuwa niky smrd mieciowiska w odziey i wosach. Postanowi pj do ani. W ani zdenerwowaa go mina aziebnika, patrzcego na jego wiedmiski medalion, na miecz pooony na brzegu kadzi. Zdenerwowa go fakt, e aziebnik nie zaproponowa mu dziewki. Nie mia zamiaru korzysta z dziewki, ale w aniach wszystkim je proponowano, zoci go wic uczyniony dla niego wyjtek. Gdy wyszed, ostro zalatujc szarym mydem, jego humor nie uleg poprawie, a Aedd Gynvael nie wypikniao ani troch. Wci nie byo tu nic, co mogoby si podoba. Nie podobay

si wiedminowi kupy wolnego nawozu zalegajce uliczki. Nie podobali mu si ebracy kucajcy pod murem wityni. Nie podoba mu si kolawy napis na murze, goszcy: ELFY DO REZERWATU! Do zamku nie wpuszczono go, odesano za starost do gildii kupieckiej. Zdenerwowao go to. Zdenerwowao go te, gdy starszy cechu, elf, kaza mu szuka starosty na rynku, patrzc przy tym na niego z pogard i wyszoci dziwn u kogo, kogo zaraz maj zapdzi do rezerwatu. Na rynku kbio si od ludzi, peno tu byo straganw, wozw, koni, wow i much. Na podwyszeniu sta prgierz z delikwentem, obrzucanym przez gawied botem i ajnem. Delikwent z podziwu godnym opanowaniem plugawi ly swoich drczycieli, niespecjalnie podnoszc gos. Dla Geralta, posiadajcego nieze obycie, cel przebywania starosty wrd tego rejwachu by cakowicie jasny. Przyjezdni kupcy z karawan mieli apwki wkalkulowane w ceny, musieli zatem komu te apwki wrczy. Starosta, take wiadom zwyczaju, zjawi si, by kupcy nie musieli si fatygowa. Miejsce, gdzie urzdowa, znaczy brudnobkitny baldachim, rozpity na tyczkach. Sta tam st oblony przez rozjazgotanych interesantw. Za stoem siedzia starosta Herbolth, demonstrujc wszem i wobec lekcewaenie i pogard, malujce si na wyblakej twarzy. - Hej! A ty dokd? Geralt powoli odwrci gow. I momentalnie zguszy w sobie zo, opanowa zdenerwowanie, zzibi si w twardy, zimny okruch lodu. Nie mg ju pozwoli sobie na emocje. Mczyzna, ktry zastpi mu drog, mia wosy tawe jak pirka wilgi i takie same brwi nad bladymi, pustymi oczami. Wskie donie o dugich palcach opiera o pas z masywnych, mosinych pytek, obciony mieczem, buzdyganem i dwoma sztyletami. - Aha - powiedzia mczyzna. - Poznaj ci. Wied-min, nieprawda? Do Herboltha? Geralt kiwn gow, nie przestajc obserwowa rk mczyzny. Wiedzia, e rce tego mczyzny niebezpiecznie byo spuszcza z oczu. - Syszaem o tobie, pogromco potworw - rzek to-wosy, obserwujc czujnie rce Geralta. - Chocia zdaje mi si, emy si nigdy nie spotkali, ty te zapewne o mnie syszae. Jestem Ivo Mirce. Ale wszyscy mwi na mnie Cykada. Wiedmin kiwn gow na znak, e sysza. Zna te cen, jak za gow Cykady dawano w Wyzimie, Caelf i Vattweir. Gdyby pytano go o zdanie, powiedziaby, e to za maa cena. Ale nie pytano go. - Dobra - powiedzia Cykada. - Starosta, jak mi wiadomo, czeka na ciebie. Moesz i. Ale miecz, przyjacielu, zostawisz. Mnie tu, uwaasz, pac za to, ebym pilnowa takiego ceremoniau. Nikt z broni nie ma prawa podej i do Herboltha. Poje?

Geralt obojtnie wzruszy ramionami, rozpi pas, owinwszy nim pochw wrczy miecz Cykadzie. Cykada umiechn si ktem ust. - No prosz - powiedzia. - Jak grzecznie, ani sowa protestu. Wiedziaem, e plotki o tobie s przesadzone. Chciabym, eby ty kiedy poprosi o mj miecz, zobaczyby wwczas moj odpowied. - Hola, Cykada! - zawoa nagle starosta wstajc. - Przepu go! Chodcie tu ywo, panie Geralcie, witam, witam. Usucie si, panowie kupcy, zostawcie nas na chwil. Wasze interesy musz ustpi sprawom o wikszym znaczeniu dla miasta. Petycje przedstawcie memu sekretarzowi! Pozorowana wylewno powitania nie zwioda Geralta. Wiedzia, e suya wycznie za element przetargowy. Kupcy dostali czas na przemylenie, czy apwki s aby dostatecznie wysokie. - Zao si, e Cykada usiowa ci sprowokowa. - Herbolth niedbaym uniesieniem doni odpowiedzia na rwnie niedbay ukon wiedmina. - Nie przejmuj si tym. Cykada dobywa broni wycznie na rozkaz. Prawda, nie bardzo mu to w smak, ale pki ja mu pac, musi sucha, inaczej fora ze dwora, z powrotem na gociniec. Nie przejmuj si nim. - Po diaba wam kto taki jak Cykada, starosto? A tak tu niebezpiecznie? - Bezpiecznie, bo pac Cykadzie - Herbolth zamia si. - Jego sawa siga daleko i to mi jest na rk. Widzisz, Aedd Gynvael i inne miasta w dolinie Toiny podlegaj namiestnikom z Rakverelina. A namiestnicy ostatnimi czasy zmieniaj si co sezon. Nie wiadomo zreszt, po co si zmieniaj, bo i tak co drugi to pelf lub wierelf, przeklta krew i rasa, wszystko, co ze, przez elfw. Geralt nie doda, e rwnie przez wozakw,, bo art, cho znany, nie wszystkich mieszy. - Kady nowy namiestnik - cign nabzdyczony Herbolth - zaczyna od usuwania grododziercw i starostw starego reymu, by obsadzi na stokach swoich krewnych i znajomych. Ale po tym, co Cykada zrobi kiedy wysannikom pewnego namiestnika, mnie ju nikt nie prbuje rugowa z posady i jestem sobie najstarszym starost najstarszego reymu, nawet ju nie pamitam ktrego. No, ale my tu gadu-gadu, a ya opada, jak zwyka bya mawia moja witej pamici pierwsza ona. Przejdmy do rzeczy. Jaki to gad zalg si na naszym mietnisku? - Zeugl. - W yciu nie syszaem o czym takim. Mniemam, ju ubity? - Ju ubity. - Ile ma to kosztowa miejsk kas? Siedemdziesit? - Sto.

- No, no, panie wiedminie! Chybacie si blekotu napili! Sto marek za zabicie byle robaka zadomowionego w kupie gwna? - Robak czy nie robak, starosto, poar omioro ludzi, jak sami twierdzilicie. - Ludzi? Dobre sobie! Potworzysko, jak mi doniesiono, zjado starego Zakorka, ktry syn tym, e nigdy nie trzewia, jedn star bab z podgrodzia i kilkoro dzieci przewonika Sulirada, co nieprdko odkryto, bo Sulirad sam nie wie, ile ma dzieci, za szybko je robi, by mg zliczy. Te mi ludzie! Osiemdziesit. - Gdybym nie zabi zeugla, wkrtce poarby kogo znaczniejszego. Aptekarza, dajmy na to. I skd bralibycie wwczas ma na szankry? Sto. - Sto marek to kupa pienidzy. Nie wiem, czy dabym tyle za dziewiciogow hydr. Osiemdziesit pi. - Sto, panie Herbolth. Zwacie, e chocia nie bya to dziewiciogow hydra, nikt z tutejszych, nie wyczajc synnego Cykady, nie potrafi jako poradzi sobie z zeuglem. - Bo nikt tutejszy nie zwyk babra si w ajnie i odpadkach. Moje ostatnie sowo: dziewidziesit. - Sto. - Dziewidziesit pi, na demony i diaby! - Zgoda. - No - Herbolth umiechn si szeroko. - Zaatwione. Zawsze si tak piknie targujesz, wiedminie? - Nie - Geralt si nie umiechn. - Raczej rzadko. Ale chciaem wam zrobi przyjemno, starosto. - I zrobie, niech ci duma - zarechota Herbolth. - Hej, Przegrzybek! Sam tu! Ksig dawaj i sakw i odlicz mi tu migiem dziewidziesit marek. - Miao by dziewidziesit pi. - A podatek? Wiedmin zakl z cicha. Starosta postawi na kwicie zamaszysty znaczek, potem poduba w uchu czystym kocem pira. - Tusz, teraz na gnojowisku spokj bdzie? H, wiedminie? - Powinien. By tylko jeden zeugl. Co prawda, mg zdy si rozmnoy. Zeugle s dwupciowe jak limaki. - Co ty mi tu prawisz za bajki? - Herbolth spojrza na niego zezem. - Do mnoenia trzeba dwojga, znaczy si samca i samicy. C to, czy te zeugle lgn si niczym pchy albo myszy, ze somy zgniej w sienniku? Kady gupek to przecie wie, e nie ma myszw i myszowych, e

wszystkie one jednakie i lgn si same z siebie i ze somy zgniej. - A limaki z liciw mokrych si lgn - wtrci sekretarz Przegrzybek, wci zajty ukadaniem monet w supki. - Kady to wie - zgodzi si Geralt umiechajc pogodnie. - Nie ma limakw i limakowych. S tylko licie. A kto sdzi inaczej, jest w bdzie. - Dosy - uci starosta, patrzc na niego podejrzliwie. - Dosy mi tu o robactwie. Pytaem, czy si nam moe na mieciowisku znw co ula, i bd askaw odpowiedzie, jasno a krtko. - Za jaki miesic naleaoby spenetrowa wysypisko, najlepiej z psami. Mae zeugle nie s niebezpieczne. - A ty by tego nie mg zrobi, wiedminie? Co do zapaty, dogadamy si. - Nie. - Geralt odebra pienidze z rk Przegrzybka. - Nie mam zamiaru tkwi w waszym urokliwym miecie nawet przez tydzie, a co dopiero miesic. - Ciekawe rzeczy prawisz - Herbolth umiechn si krzywo, patrzc mu prosto w oczy. Zaiste, ciekawe. Bo ja myl, e duej tu pobdziesz. - Ze mylicie, starosto. - Czyby? Przyjechae tu z t czarn wrk, jak jej tam, zapomniaem... Guinever, chyba. Pod Jesiotrem z ni na kwaterze stane. Mwi, e w jednej izbie. - I co z tego? - A to, e ona, ilekro do Aedd Gynvael zawita, to nie wyjeda tak prdko. A bywa, to ona u nas ju bywaa. Przegrzybek umiechn si szeroko, szczerbate i znaczco. Herbolth nadal patrzy w oczy Geralta, bez umiechu. Geralt umiechn si rwnie, najpaskudniej jak umia. - Ja tam zreszt nic nie wiem - starosta odwrci wzrok i powierci obcasem w ziemi. - I tyle mnie to obchodzi co ajno sobacze. Ale czarodziej Istredd, pomnijcie na to, to u nas wana osoba. Niezastpiona dla tego grodu, bezcenna, rzekbym. Powaanie ma u ludzi, tutejszych i inszych te. My w jego czarodziejstwo nosw nie pchamy ani osobliwie w inne jego sprawy. - Moe i susznie - zgodzi si wiedmin. - A gdzie on mieszka, jeli wolno spyta? - Nie wiesz? A przecie o tu, widzisz ten dom? Ten biay, wysoki, wetkany pomidzy skad a cekhauz jak, nie przymierzajc, wieca w rzy. Ale teraz go tam nie zastaniesz. Istredd niedawno wedle poudniowego wau wykopa co w ziemi i ryje teraz dookoa jak kret. I ludzi mi zagoni do tych wykopkw. Poszedem, pytam grzecznie, czego to, mistrzu, kopiecie doki jak dziecko, ludzie si mia zaczynaj. Co tam w tej ziemi jest? A on popatrzy na mnie jak na kapcana jakiego i mwi: Historia. Jaka znowu historia, pytam. A on na to: Historia ludzkoci. Odpowiedzi na pytania. Na pytanie, co byo, i na pytanie, co bdzie. Gwno tu byo, ja na to, ugr, krzaki i

wilkoaki, zanim miasta nie pobudowano. A co bdzie, zaley od tego, kogo w Rakverelinie namiestnikiem naznacz, jakiego znowu pelfa parszywego. A w ziemi nie ma adnych historii, nic tam nie ma, chyba glisty, jeli komu na ryby wola. Mylisz, e posucha? A gdzie tam. Kopie dalej. Jeli wic chcesz si z nim widzie, id pod poudniowy wa. - Eee, panie starosto - parskn Przegrzybek. - Teraz to on w domu. Gdzie mu tam teraz do wykopkw, teraz kiedy... Herbolth spojrza na niego gronie. Przegrzybek zgarbi si i zachrzka, przebierajc nogami. Wiedmin, nada nieadnie umiechnity, skrzyowa rce na piersi. - Tak, hem, hem - starosta odkaszln. - Kto wie, moe faktycznie Istredd jest teraz w domu. Co mnie to zreszt... - Bywajcie w zdrowiu, starosto - rzek Geralt nie wysilajc si nawet na parodi ukonu. ycz dobrego dnia. Podszed do Cykady, wychodzcego mu na spotkanie, brzczcego orem. Bez sowa wycign rk po swj miecz, ktry Cykada trzyma w zgiciu okcia. Cykada cofn si. - Spieszno ci, wiedminie? - Spieszno. - Obejrzaem sobie twj miecz. Geralt zmierzy go spojrzeniem, ktre przy najlepszych chciach nie mogoby by uznane za ciepe. - Jest si czym chwali - kiwn gow. - Niewielu go ogldao. A jeszcze mniej mogo o tym rozpowiada. - Ho, ho. - Cykada bysn zbami. - Strasznie gronie to zabrzmiao, a mnie ciarki przeszy. Zawsze mnie ciekawio, wiedminie, dlaczego ludzie tak si was boj. I myl, e ju wiem. - Spiesz si, Cykada. Oddaj miecz, jeli aska. - Dym w oczy, wiedminie, nic, aby dym w oczy. Straszycie ludzi niby pszczelarz pszczoy dymem i smrodem, tymi waszymi kamiennymi twarzami, tym gadaniem, plotkami, ktre pewnie sami o sobie rozpuszczacie. A pszczoy uciekaj przed dymem, durne one, miast wbi do w wiedmisk rzy, ktra spuchnie naonczas jak kada inna. Mwi o was, e nie czujecie jak ludzie. Le to. Gdyby ktrego z was dobrze dgn, poczuby. - Skoczye? - Tak - powiedzia Cykada oddajc mu miecz. - Wiesz co mnie ciekawi, wiedminie? - Wiem. Pszczoy. - Nie. Tak sobie dumam, jeliby ty wszed w uliczk z jednej strony z mieczem, a ja z drugiej, to ktry z nas doszedby do koca uliczki? Rzecz widzi mi si warta zakadu.

- Dlaczego czepiasz si mnie, Cykada? Szukasz zwady? O co ci chodzi? - O nic. Tak mnie tylko ciekawi, ile to prawdy jest w tym, co ludzie gadaj. ecie tacy dobrzy w walce, wy, wiedmini, bo ani w was serca, ani duszy, ani litoci, ani sumienia. I tego wystarczy? Bo o mnie, dla przykadu, mwi to samo. I nie bez podstaw. Straszniem tedy ciekaw, kto z nas dwu, wszedszy w uliczk, wyszedby z niej ywy. Co? Warto by si zaoy? Jak mylisz? - Mwiem, spieszy mi si. Nie bd traci czasu na rozmylanie na gupstwami. I nie zwykem si zakada. Ale gdyby ci kiedy wpado do gowy przeszkadza mi w chodzeniu uliczk, to dobrze ci radz, Cykada, zastanw si wpierw. - Dym - Cykada umiechn si. - Dym w oczy, wiedminie. Nic wicej. Do zobaczenia, kto wie, moe w jakiej uliczce? - Kto wie. IV - Tu bdziemy mogli swobodnie porozmawia. Siadaj, Geralt. Tym, co najbardziej rzucao si w oczy w pracowni, bya imponujca liczba ksig - to one zajmoway najwicej miejsca w tym obszernym pomieszczeniu. Opase tomiska wypeniay regay na cianach, wyginay pki, pitrzyy si na skrzyniach i komodach. Musiay, jak oceni wiedmin, kosztowa majtek. Nie brakowao rzecz jasna, innych, typowych elementw wystroju wypchanego krokodyla, wiszcej u sufitu zasuszonej ryby najeki, zakurzonego kociotrupa i potnej kolekcji sojw z alkoholem, zawierajcych kade chyba wyobraalne paskudztwo skolopendry, pajki, we, ropuchy, a take niezliczone ludzkie i nieludzkie fragmenty, gwnie flaki. By tam nawet homunkulus lub co, co przypominao homunkulusa, ale rwnie dobrze mogo by uwdzonym noworodkiem. Na Geralcie kolekcja ta nie zrobia wraenia - mieszka przez p roku u Yennefer w Vengerbergu, a Yennefer miaa jeszcze ciekawszy zbir, zawierajcy nawet niesychanych rozmiarw fallus, podobno grskiego trolla. Posiadaa te wielce udatnie wypchanego jednoroca, na ktrego grzbiecie lubia si kocha. Geralt by zdania, e jeeli istniao miejsce gorzej nadajce si do uprawiania mioci, to by nim chyba tylko grzbiet ywego jednoroca. W przeciwiestwie do niego, ktry ko uwaa za luksus i ceni sobie wszystkie moliwe zastosowania tego wspaniaego mebla, Yennefer potrafia by szalenie ekstrawagancka. Geralt przypomnia sobie mie momenty spdzone z czarodziejk na pochyym dachu, w penej prchna dziupli, na balkonie,

i to cudzym, na balustradzie mostu, na chybotliwym cznie na rwcej rzece i w czasie lewitacji trzydzieci sni nad ziemi. Ale jednoroec by najgorszy. Ktrego szczliwego dnia kuka zaamaa si jednak pod nim, rozprua i rozleciaa, dostarczajc licznych powodw do miechu. - Co ci tak bawi, wiedminie? - spyta Istredd, siadajc za dugim stoem, ktrego blat zalegaa spora ilo zmurszaych czerepw, koci i zardzewiaego elastwa. - Za kadym razem, gdy widz te rzeczy - wiedmin usiad naprzeciw, wskazujc na soje i soiki - zastanawiam si, czy rzeczywicie nie mona uprawia magii bez tego caego obrzydlistwa, na widok ktrego kurczy si odek. - Kwestia gustu - rzek czarodziej. - Jak te i przyzwyczajenia. Co jednego brzydzi, drugiego jako nie rusza. A ciebie, Geralt, co brzydzi? Ciekawe, co te moe brzydzi kogo, kto, jak syszaem, dla pienidzy potrafi wej po szyj w gnj i nieczystoci? Nie traktuj, prosz, tego pytania jako obraz czy prowokacj. Naprawd jestem ciekaw, co moe wywoa u wiedmina uczucie odrazy. - Czy w tym soiku nie trzymasz przypadkiem krwi miesicznej nie tknitej dziewicy, Istredd? Wiedz, e brzydzi mnie, gdy wyobraam sobie ciebie, powanego czarodzieja, z buteleczk w garci, usiujcego zdoby ten cenny pyn, kropla po kropli, klczc, e si tak wyra, u samego rda. - Celnie - Istredd umiechn si. - Mwi oczywicie o twoim byskotliwym dowcipie, bo co do zawartoci soika, to nie trafie, - Ale uywasz czasami takiej krwi, prawda? Do niektrych zakl, jak syszaem, ani podejd bez krwi dziewicy, najlepiej zabitej w czasie peni ksiyca piorunem z jasnego nieba. W czym, ciekawo, krew taka lepsza jest od krwi starej gamratki, ktra po pijanemu spada z ostrokou? - W niczym - zgodzi si czarodziej z miym umiechem na ustach. - Ale gdyby si wydao, e t rol moe praktycznie rwnie dobrze speni krew wieprza, o ile atwiejsza do zdobycia, wtedy byle hoota zaczaby eksperymentowa z czarami. A gdy hoocie przyjdzie nazbiera i uy owej tak fascynujcej ci dziewiczej krwi, smoczych ez, jadu biaych tarantul, wywaru z obcitych niemowlcych rczek lub z trupa, ekshumowanego o pnocy, to niejeden si rozmyli. Zamilkli. Istredd, sprawiajc wraenie gboko zamylonego, postuka paznokciami w lec przed nim spkan, zbrzowia, pozbawion uchwy czaszk, palcem wskazujcym wodzi po zbatej krawdzi otworu, ziejcego z koci skroniowej. Geralt przyglda mu si nienatrtnie. Zastanawia si, ile czarodziej moe mie lat. Wiedzia, e ci zdolniejsi potrafili wyhamowa proces starzenia si permanentnie i w dowolnym wieku. Mczyni, dla reputacji i prestiu,

preferowali wiek zaawansowanie dojrzay, sugerujc wiedz i dowiadczenie. Kobiety - jak Yennefer - mniej dbay o presti, bardziej o atrakcyjno. Istredd nie wyglda na wicej ni zasuone, krzepkie czterdzieci. Mia lekko szpakowate, proste, sigajce ramion wosy i liczne, dodajce powagi zmarszczki na czole, przy ustach i w kcikach powiek. Geralt nie wiedzia, czy gbia i mdro szarych, agodnych oczu bya naturalna czy wywoana czarami. Po krtkiej chwili doszed do wniosku, e to wszystko jedno. - Istredd - przerwa niezrczne milczenie. - Przyszedem tu, bo chciaem zobaczy si z Yennefer. Pomimo e jej nie zastaem, zaprosie mnie do rodka. Na rozmow. O czym? O hoocie, prbujcej ama wasz monopol na uywanie magii? Wiem, e do tej hooty zaliczasz rwnie mnie. Nic to dla mnie nowego. Przez chwil miaem wraenie, e okaesz si inny ni twoi konfratrzy, ktrzy czsto nawizywali ze mn powane rozmowy, po to tylko, by oznajmi mi, e mnie nie lubi. - Nie myl przeprasza ci za moich, jak si wyrazie, konfratrw - odrzek spokojnie czarodziej. - Rozumiem ich, bo tak jak i oni, aby doj do jakiej takiej wprawy w czamoksistwie, musiaem si nielicho napracowa. Jako zupeny szczeniak, kiedy moi rwienicy biegali po polach z ukami, owili ryby albo grali w cetno i licho, ja lczaem nad manuskryptami. Od kamiennej podogi w wiey amao mnie w kociach i rwao w stawach, oczywicie latem, bo zim trzaskao szkliwo na zbach. Od kurzu ze starych zwojw i ksig kasaem, a oczy wyaziy mi na eb, a mj mistrz, stary Roedskilde, nigdy nie przepuci okazji, by ciobn mnie po plecach nahajem, sdzc widocznie, e bez tego nie osign zadowalajcych postpw w nauce. Nie uyem ani wojaczki, ani dziewczt, ani piwa za najlepszych lat, kiedy wszystkie te rozrywki najlepiej smakuj. - Biedny - wiedmin skrzywi si. - Zaiste, za si w oku krci. - Po co ta ironia? Prbuj wyjani ci przyczyny, dla ktrych czarodzieje nie przepadaj za wsiowymi znachorami, zaklinaczami, uzdrawiaczami, jdzami i wiedminami. Nazwij to, jak chcesz, nawet zwyk zawici, ale tu wanie ley przyczyna antypatii. Zoci nas, gdy magi, sztuk, ktr nauczono nas traktowa jako elitarny kunszt, przywilej najlepszych i wite misterium, widzimy w rkach profanw i naturszczykw. Nawet, gdy jest to dziadowska, ndzna i miechu warta magia. Dlatego moi konfratrzy ci nie lubi. Ja, nawiasem mwic, te ci nie lubi. Geralt mia do dyskusji, do kluczenia, do przykrego uczucia niepokoju, ktre byo niczym limak pezajcy po karku i plecach. Spojrza prosto w oczy Istredda, zacisn palce na brzegu stou. - Chodzi o Yennefer, prawda? Czarodziej unis gow, wci lekko stukajc paznokciami po lecym na stole czerepie. - Gratuluj przenikliwoci - powiedzia, wytrzymujc spojrzenie wiedmina. - Moje

uznanie. Tak, chodzi o Yennefer. Geralt milcza. Kiedy, przed laty, przed wielu, wielu laty, jeszcze jako mody wiedmin, czeka w zasadzce na mantikor. I czu, e mantikora si zblia. Nie widzia jej, nie sysza. Ale czu. Nigdy nie zapomnia tego uczucia. A teraz odczuwa dokadnie to samo. - Twoja przenikliwo - podj czarodziej oszczdzi nam sporo czasu, jaki zajoby dalsze owijanie w bawen. A tak, spraw mamy jasn. Geralt nie skomentowa. - Moja bliska znajomo z Yennefer - cign Istredd - datuje si od do dawna, wiedminie. Przez dugi czas bya to znajomo bez zobowiza, oparta na duszych lub krtszych, bardziej lub mniej regularnych okresach przebywania ze sob. Tego typu niezobowizujce partnerstwo jest powszechnie praktykowane wrd ludzi naszej profesji. Tyle e nagle przestao mi to odpowiada. Zdecydowaem si zoy jej propozycj zostania ze mn na stae. - Co odpowiedziaa? - e si namyli. Daem jej czas do namysu. Wiem, e nie jest to dla niej atwa decyzja. - Dlaczego mi to mwisz, Istredd? Co tob kieruje, poza godn szacunku, ale zaskakujc szczeroci, tak rzadk wrd ludzi twojej profesji? Jaki cel ma ta szczero? - Prozaiczny - czarodziej westchn. - Bo, widzisz, to twoja osoba utrudnia Yennefer podjcie decyzji. Prosz ci zatem, aby zechcia si usun. By znikn z jej ycia, przesta przeszkadza. Krtko: by wynis si do diaba. Najlepiej po cichu i bez poegnania, co, jak mi si zwierzya, zwyke praktykowa. - Zaiste - Geralt umiechn si wymuszenie. - Twoja prostolinijna szczero wprawia mnie w coraz wiksze osupienie. Wszystkiego mogem si spodziewa, ale nie takiej proby. Czy nie uwaasz, e zamiast prosi, naleao raczej kropn mnie zza wga kulistym piorunem? Nie byoby przeszkody, byoby troch sadzy, ktr trzeba by zdrapa z muru. Sposb i atwiejszy, i pewniejszy. Bo, widzisz, probie mona odmwi, piorunowi kulistemu nie sposb. - Nie bior pod uwag moliwoci odmowy. - Dlaczego? Byaby ta dziwna proba niczym innym, jak tylko ostrzeeniem, poprzedzajcym piorun lub inne wesoe zaklcie? Czy te moe proba ta ma by poparta brzczcymi argumentami? Sum, ktra oszoomi chciwego wiedmina? Ile to zamierzasz mi zapaci, bym usun si z drogi, wiodcej ku twemu szczciu? Czarodziej przesta stuka w czaszk, pooy na niej do, zacisn palce. Geralt zauway, e knykcie mu pobielay. - Nie byo moim zamiarem zniewaa ci podobn ofert - powiedzia. - Daleki byem od tego. Ale... jeli... Geralt, jestem czarodziejem, i to nie najgorszym. Nie myl chepi si tu

wszechmoc, ale wiele z twoich ycze, jeli zechciaby je wyrazi, mgbym speni. Niektre, o, z rwn atwoci. Machn rk, niedbale, jakby odpdza komara. W powietrzu nad stoem zaroio si nagle od bajecznie kolorowych motyli niepylakw. - Moim yczeniem, Istredd - wycedzi wiedmin, odganiajc trzepoczce przy twarzy owady - jest, aby przesta pcha si midzy mnie i Yennefer. Mao mnie obchodz propozycje, ktre jej skadasz. Moge si jej owiadczy, gdy bya z tob. Dawniej. Bo dawniej byo dawniej, a teraz jest teraz. Teraz jest ze mn. Mam si usun, uatwi ci spraw? Odmawiam. Nie tylko ci nie pomog, ale bd przeszkadza, w miar skromnych moliwoci. Jak widzisz, nie ustpuj ci w szczeroci. - Nie masz prawa mi odmawia. Nie ty. - Za kogo ty mnie masz, Istredd? Czarodziej spojrza mu prosto w oczy, przechylajc si przez st. - Za jej przelotn miostk. Za chwilow fascynacj, w najlepszym razie, za kaprys, za przygod, jakich Yenna miaa setki, bo Yenna lubi bawi si emocjami, jest impulsywna i nieobliczalna w kaprysach. Za to ci uwaam, albowiem zamieniwszy z tob te kilka sw, odrzuciem moliwo, by traktowaa ci wycznie instrumentalnie. A wierz mi, to si jej zdarza wcale czsto. - Nie zrozumiae pytania. - Mylisz si, zrozumiaem. Ale celowo mwi wycznie o emocjach Yenny. Bo ty jeste wiedminem i adnych emocji doznawa nie moesz. Nie chcesz speni mojej proby, bo wydaje ci si, e zaley ci na niej, mylisz, e... Geralt, ty jeste z ni tylko dlatego, e ona tego chce, i bdziesz z ni tak dugo, jak ona zechce. A to, co czujesz, to projekcja jej emocji, zainteresowania, ktre ci okazuje. Na wszystkie demony Dou, Geralt, nie jeste dzieckiem, wiesz, kim jeste. Jeste mutantem. Nie zrozum mnie opacznie, nie mwi tego, by ci znieway czy okazywa pogard. Stwierdzam fakt. Jeste mutantem, a jedn z podstawowych cech twojej mutacji jest pena niewraliwo na emocje. Takim ci stworzono, by mg wykonywa twj zawd. Rozumiesz? Ty nie moesz niczego odczuwa. To, co bierzesz za uczucia, to pami komrkowa, somatyczna, jeli wiesz, co znaczy to sowo. - Wyobra sobie, e wiem. - Tym lepiej. Posuchaj wic. Prosz ci o co, o co mog poprosi wiedmina, a czowieka nie mgbym. Jestem szczery z wiedminem, z czowiekiem nie mgbym sobie pozwoli na szczero. Geralt, ja chc da Yennie zrozumienie i stabilizacj, uczucie i szczcie. Moesz, z rk na sercu, zadeklarowa to samo? Nie, nie moesz. Dla ciebie to s sowa pozbawione znaczenia.

Wczysz si za Yenna, cieszc si jak dziecko z chwilowej sympatii, jak ci okazuje. Jak zdziczay kot, w ktrego wszyscy ciskaj kamieniami, mruczysz, zadowolony, bo oto znalaz si kto, kto nie boi si ci pogaska. Rozumiesz, co mam na myli? Och, wiem, e rozumiesz, gupi nie jeste, to jasne. Sam wic widzisz, e nie masz prawa mi odmawia, gdy grzecznie prosz. - Mam takie samo prawo odmawia - wycedzi Geralt - jak ty prosi, i tym samym nasze prawa znosz si wzajemnie, wracamy do punktu wyjcia, a ten punkt jest taki: Yen, za nic sobie wida majc moj mutacj i jej skutki, jest teraz ze mn. Owiadczye si jej, twoje prawo. Powiedziaa, e si namyli? Jej prawo. Odnosisz wraenie, e przeszkadzam jej w podjciu decyzji? e waha si? e ja jestem przyczyn jej wahania? A to ju moje prawo. Jeeli si waha, to pewnie jednak ma po temu powody. Pewnie jednak co jej daj, chocia moe i brak na to sw w wiedmiskim sowniku. - Posuchaj... - Nie. Ty posuchaj mnie. Bya kiedy z tob, powiadasz? Kto wie, moe to nie ja, ale ty bye dla niej tylko przelotn miostk, kaprysem, nieopanowaniem emocji, tak dla niej typowym? Istredd, ja nie mog nawet wykluczy, czy aby nie traktowaa ci wwczas wycznie instrumentalnie. Tego, panie czarodzieju, nie da si wykluczy li tylko na podstawie rozmowy. W takim przypadku, jak mi si zdaje, instrument bywa istotniejszy od elokwencji. Istredd nie drgn nawet, nawet nie zacisn szczk. Geralt podziwia jego opanowanie. Niemniej przeduajce si milczenie zdawao si wskazywa, e cios trafi celnie. - Bawisz si sowami - rzek wreszcie czarodziej. - Upajasz si nimi. Sowami chcesz zastpi normalne, ludzkie uczucia, ktrych w tobie nie ma. Twoje sowa nie wyraaj uczu, to tylko dwiki, takie wydaje ten czerep, gdy w niego stukn. Bo ty jeste rwnie pusty jak ten czerep. Nie masz prawa... - Przesta - przerwa Geralt ostro, by moe nawet zbyt ostro. - Przesta odmawia mi z uporem praw, mam tego dosy, syszysz? Powiedziaem ci, nasze prawa s rwne. Nie, do nagej cholery, moje s wiksze. - Doprawdy? - czarodziej poblad lekko, sprawiajc tym Geraltowi niewysowion przyjemno. - A to z jakiego tytuu? Wiedmin zastanowi si chwil i zdecydowa dobi go. - A z takiego - wypali - e wczoraj w nocy kochaa si ze mn, a nie z tob. Istredd przycign czaszk blisko ku sobie, pogadzi j. Rka, ku zmartwieniu Geralta, nie drgna mu nawet. - To, wedug ciebie, daje jakie prawa? - Tylko jedno. Prawo do wycigania wnioskw.

- Aha - rzek wolno czarodziej. - Dobrze. Jak chcesz. Ze mn kochaa si dzi przed poudniem. Wycignij wnioski, masz prawo. Ja ju wycignem. Milczenie trwao dugo. Geralt rozpaczliwie szuka sw. Nie znalaz. adnych. - Szkoda tego gadania - powiedzia wreszcie, wstajc, zy na siebie, bo zabrzmiao to obcesowo i gupio. - Id. - Id do diaba - rzek Istredd rwnie obcesowo, nie patrzc na niego. V Gdy wesza, lea w ubraniu na ku, z domi podoonymi pod kark. Udawa, e patrzy w sufit. Patrzy na ni. Yennefer powoli zamkna za sob drzwi. Bya pikna. Jaka ona jest pikna, pomyla. Wszystko w niej jest pikne. I grone. Te jej kolory, ten kontrast czerni i bieli. Pikno i groza. Jej gawronie, naturalne loki. Koci policzkowe, wyrane, zaznaczajce si zmarszczk, ktr umiech - jeli uzna za celowe si umiechn - tworzy obok ust, cudownie wskich i bladych pod pomadk. Jej brwi, cudownie nieregularne, gdy zmyje wgielek, ktrym podkrela je za dnia. Jej nos, cudownie za dugi. Jej drobne donie, cudownie nerwowe, niespokojne i zdolne. Talia, cienka i wiotka, podkrelona nadmiernie cignitym paskiem. Smuke nogi, nadajce w ruchu obe ksztaty czarnej spdnicy. Pikna. Bez sowa usiada przy stole, opara podbrdek na splecionych doniach. - No, dobrze, zaczynajmy - powiedziaa. - To przeduajce si, pene dramatyzmu milczenie jest zbyt banalne jak dla mnie. Zaatwmy to. Wstawaj z ka i nie gap si w powa z obraon min. Sytuacja jest dostatecznie gupia i nie ma co ugupia jej jeszcze bardziej. Wstawaj, mwi. Wsta posusznie, bez ocigania, usiad okrakiem na zydlu naprzeciw. Nie unikaa jego wzroku. Mg si spodziewa. - Jak mwiam, zaatwmy to, zaatwmy to szybko. eby nie stawia ci w niezrcznym pooeniu, odpowiem od razu na wszystkie pytania, nie musisz ich nawet zadawa. Tak, to prawda, jadc z tob do Aedd Gynvael jechaam do Istredda i wiedziaam, e spotkawszy si z nim, pjd z nim do ka. Nie sdziam, e to si wyda, e bdziecie chwali si jeden przed drugim. Wiem, jak si teraz czujesz, i przykro mi z tego powodu. Ale nie, nie czuj si winna. Milcza. Yennefer potrzsna gow, jej lnice, czarne loki kaskad spyny z ramienia. - Geralt, powiedz co.

- On... - Odchrzkn. - On mwi o tobie Yenna. - Tak. - Nie spucia oczu. - A ja do niego mwi Val. To jego imi. Istredd to przydomek. Znam go od lat, Geralt. Jest mi bardzo bliski. Nie patrz tak na mnie. Ty te jeste mi bliski. I w tym tkwi cay kopot. - Zastanawiasz si nad przyjciem jego propozycji? - A eby wiedzia, zastanawiam si. Mwiam ci, znamy si od lat. Od... wielu lat. cz mnie z nim zainteresowania, cele, ambicje. Rozumiemy si bez sw. Moe mi da oparcie, a kto wie, moe przyjdzie dzie, gdy bd potrzebowa oparcia. A nade wszystko... On... on mnie kocha. Tak myl. - Nie bd stawa ci na zawadzie, Yen. Podrzucia gow, a jej fiokowe oczy rozbysy sinym ogniem. - Na zawadzie? Czy ty niczego nie rozumiesz, idioto? Gdyby stawa mi na zawadzie, gdyby mi po prostu przeszkadza, to w mgnieniu oka pozbyabym si tej przeszkody, teleportowaabym ci na koniec przyldka Bremervoord albo przeniosa trb powietrzn do kraju Hannu. Przy odrobinie wysiku wtopiabym ci w kawa kwarcu i postawia w ogrdku na klombie piwonii. Mogabym te tak przepra ci mzg, e zapomniaby, kim byam i jak si nazywaam. I to wszystko pod warunkiem, e chciaoby mi si. Bo mogabym po prostu powiedzie: Byo mio, egnaj. Mogabym zwia po cichu, tak jak ty to kiedy zrobie, uciekajc z mojego domu w Vengerbergu. - Nie krzycz, Yen, nie bd agresywna. I nie wywlekaj tej historii z Vengerbergu, przyrzeklimy sobie przecie nie wraca ju do tego. Nie mam do ciebie alu, Yen, nie robi ci przecie wyrzutw. Wiem, e nie da si do ciebie przyoy zwykej miarki. A to, e mi przykro... To, e zabija mnie wiadomo, e ci trac... To pami komrkowa. Atawistyczne resztki uczu u wypranego z emocji mutanta... - Nie cierpi, gdy tak mwisz! - wybuchna. - Nie znosz, gdy uywasz tego sowa. Nigdy wicej nie uywaj go w mojej obecnoci. Nigdy! - Czy to zmieni fakt?! Przecie jestem mutantem. - Nie ma adnego faktu. Nie wymawiaj przy mnie tego sowa. Czarna pustuka, siedzca na rogach jeleniach, machna skrzydami, zazgrzytaa szponami. Geralt spojrza na ptaka, na jego te, nieruchome oko. Yennefer znowu opara podbrdek na splecionych doniach. - Yen. - Sucham, Geralt. - Obiecaa odpowiedzie na moje pytania. Na pytania, ktrych nawet nie musz zadawa.

Zostao jedno, najwaniejsze. To, ktrego nigdy ci nie zadaem. Ktre baem si zada. Odpowiedz na nie. - Nie potrafi, Geralt - powiedziaa twardo. - Nie wierz ci, Yen. Znam ci za dobrze. - Nie mona dobrze zna czarodziejki. - Odpowiedz na moje pytanie, Yen. - Odpowiadam: nie wiem. Ale c to za odpowied? Zamilkli. Dobiegajcy z ulicy gwar cich. uspokoi si. Chylce si ku zachodowi soce zapalio ognie w szparach okiennic, przeszyo izb skonymi smugami wiata. - Aedd Gynvael - mrukn wiedmin. - Okruch lodu... Czuem to. Wiedziaem, e to miasto... Jest mi wrogie. Ze. - Aedd Gynvael - powtrzya wolno. - Sanie krlowej elfw. Dlaczego? Dlaczego, Geralt? - Jad za tob, Yen, bo zapltaem, zawliem uprz moich sa w pozy twoich. A dookoa mnie zamie. I mrz. Zimno. - Ciepo stopioby w tobie okruch lodu, ktrym ci ugodziam - szepna. - Wwczas prysby czar, zobaczyby mnie tak, jaka naprawd jestem. - Smagaj tedy biae konie, Yen, niechaj mkn na pnoc, tam gdzie nigdy nie nastaje odwil. Oby nigdy nie nastaa. Chc jak najprdzej znale si w twoim lodowym zamku. - Ten zamek nie istnieje - usta Yennefer drgny. skrzywiy si. - Jest symbolem. A nasza sanna jest pocigiem za marzeniem, ktre jest nieosigalne. Bo ja, krlowa elfw, pragn ciepa. To wanie jest moja tajemnica. Dlatego co roku wrd nienej zamieci moje sanie nios mnie przez jakie miasteczko i co roku kto poraony moim czarem ptli uprz swoich sa w pozy moich. Co roku. Co roku kto nowy. Bez koca. Bo ciepo, ktrego tak pragn, niweczy zarazem czar, niweczy magi i urok. Mj ugodzony lodow gwiazdk wybranek staje si nagle zwykym nikim. A ja w jego odtajaych oczach staj si nie lepsza od innych... miertelniczek... - A spod nieskazitelnej bieli wyania si wiosna - powiedzia. - Wyania si Aedd Gynvael, brzydkie miasteczko o piknej nazwie. Aedd Gynvael i jego mietnik, ogromna, mierdzca kupa mieci, w ktr musz wej, bo za to mi pac, bo po to mnie stworzono, by wchodzi w plugastwo, ktre innych napawa wstrtem i obrzydzeniem. Pozbawiono mnie zdolnoci odczuwania, abym nie by w stanie odczu, jak potwornie plugawe jest owo plugastwo, bym nie cofn si, nie uciek przed nim, przejty zgroz. Tak, pozbawiono mnie uczu. Ale niedokadnie. Ten, kto to robi, spartaczy robot, Yen. Zamilkli. Czarna pustuka zaszelecia pirami, rozwijajc i skadajc skrzyda.

- Geralt... - Sucham, Yen. - Teraz ty odpowiedz na moje pytanie. Na to pytanie, ktrego nigdy ci nie zadaam. To, ktre baam si... Teraz rwnie ci go nie zadam, ale odpowiedz. Bo... bo bardzo pragnabym usysze twoj odpowied. To jedno, jedyne sowo, ktrego nigdy mi nie powiedziae. Wypowiedz je, Geralt. Prosz. - Nie potrafi, Yen. - Co jest przyczyn? - Nie wiesz? - Umiechn si smutno. - Moja odpowied byaby tylko sowem. Sowem, ktre nie wyraa uczucia, nie wyraa emocji, bo z tych jestem wyprany. Sowem, ktre byoby wycznie dwikiem, jaki wydaje przy uderzeniu pusty i zimny czerep. Patrzya na niego w milczeniu. Jej oczy, szeroko rozwarte, nabray koloru gorejcego fioletu. - Nie, Geralt - powiedziaa - to nieprawda. A moe prawda, ale niepena. Nie jeste wyprany z uczu. Teraz to widz. Teraz wiem, ze... Zamilka. - Dokocz, Yen. Zdecydowaa ju. Nie kam. Znam ci. Widz to w twoich oczach. Nie spucia wzroku. Wiedzia. - Yen - szepn. - Daj rk - powiedziaa. Uja jego do pomidzy swoje, od razu poczu mrowienie i ttnienie krwi w yach przedramienia. Yennefer szeptaa zaklcia, spokojnym, miarowym gosem, ale widzia krople potu, ktrymi wysiek sperli jej poblade czoo, widzia rozszerzone z blu renice. Puciwszy jego rk, wycigna donie, poruszya nimi, pieszczotliwym gestem gaszczc jaki niewidzialny ksztat, powoli, od gry ku doowi. Midzy jej palcami powietrze zaczo gstnie i mtnie, wzdyma si i ttni jak dym. Patrzy zafascynowany. Magia twrcza, uwaana za szczytowe osignicie czarodziejw, zawsze go fascynowaa, o wiele bardziej ni iluzja czy magia transformujca. Tak, Istredd mia racj, pomyla, w porwnaniu z tak magi moje Znaki wygldaj po prostu miesznie. Midzy drgajcymi z wysiku domi Yennefer powoli materializowa si ksztat ptaka czarnego jak wgiel. Palce czarodziejki delikatnie gaskay nastroszone pirka, pask gwk, zakrzywiony dzib. Jeszcze jeden ruch, hipnotyzujce pynny, pieszczotliwy i czarna pustuka, pokrciwszy gow, zaskrzeczaa gono. Jej bliniaczka, wci nieruchomo siedzca na rogach, odpowiedziaa skrzeczeniem.

- Dwie pustuki - rzek Geralt cicho. - Dwie czarne pustuki, stworzone za pomoc magii. Jak mniemam, obie s ci potrzebne. - Susznie mniemasz - powiedziaa z trudem. - Obie s mi potrzebne. Myliam si, sdzc, e wystarczy jedna. Jak ja bardzo si myliam, Geralt... Do jakiej pomyki przywioda mnie pycha krlowej zimy, przekonanej o swojej wszechmocy. A s rzeczy... ktrych nie sposb zdoby nawet magi. I s dary, ktrych nie wolno przyj, jeli nie jest si w stanie odwzajemni ich... czym rwnie cennym. W przeciwnym razie taki dar przecieknie przez palce, stopi si niby okruch lodu, zacinity w doni. Zostanie tylko al, poczucie straty i krzywdy... - Yen... - Jestem czarodziejk, Geralt. Wadza nad materi, ktr posiadam, jest darem. Darem odwzajemnionym. Zapaciam za... Wszystkim, co posiadaam. Nic zostao nic. Milcza. Czarodziejka przetara czoo drc doni. - Myliam si - powtrzya. - Ale naprawi mj bd. Emocje i uczucia... Dotkna gowy czarnej pustuki. Ptak nastroszy si, bezgonie otwierajc krzywy dzib. - Emocje, kaprysy i kamstwa, fascynacja i gra. Uczucia i ich brak... Dary, ktrych nie wolno przyj... Kamstwo i prawda. Czym jest prawda? Zaprzeczeniem kamstwa? Czy stwierdzeniem faktu? A jeeli fakt jest kamstwem, czym jest wwczas prawda? Kto jest peen uczu, ktre nim targaj, a kto pust skorup zimnego czerepu? Kto? Co jest prawd, Geralt? Czym jest prawda? - Nie wiem, Yen. Powiedz mi. - Nie - powiedziaa i spucia oczy. Po raz pierwszy. Nigdy przedtem nie widzia, by to robia. Nigdy. - Nie - powtrzya. - Nie mog, Geralt. Nie mog ci tego powiedzie. Powie ci to ten ptak, zrodzony z dotknicia twojej doni. Ptaku? Czym jest prawda? - Prawda - powiedziaa pustuka - jest okruchem lodu. VI Chocia wydawao mu si, ze bez celu i zamiaru wdruje zaukami, nagle znalaz si przy poudniowym murze, na wykopalisku, wrd sieci roww, przecinajcych ruiny przy kamiennej cianie, bdzcych zakosami wrd odsonitych kwadratw staroytnych fundamentw. Istredd by tam. W koszuli z podwinitymi rkawami i wysokich butach pokrzykiwa na pachokw, rozkopujcych motykami pasiast cian wykopu wypenionego rnokolorowymi warstwami ziemi, gliny i wgla drzewnego. Obok na deskach, leay poczerniae koci, skorupy

garnkw i inne przedmioty, nierozpoznawalne, skorodowane, zbrylone rdz. Czarodziej zauway go natychmiast. Wydawszy kopicym kilka gonych polece, wyskoczy z wykopu, podszed, wycierajc rce o spodnie. - Sucham, o co chodzi? - spyta obcesowo. Wiedmin, stojc przed nim nieruchomo, nie odpowiedzia. Pachokowie, pozorujc prac, obserwowali ich pilnie, szeptali midzy sob. - A tryska od ciebie nienawici. - Istredd skrzywi si. - O co chodzi, pytam? Zdecydowae si? Gdzie jest Yenna? Mam nadziej, e... - Nie miej za duo nadziei, Istredd. - Oho - powiedzia czarodziej. - C to sysz w twoim gosie? Czy aby dobrze ci wyczuwam? - A c takiego wyczuwasz? Istredd opar pici o biodra i spojrza na wiedmina wyzywajco. - Nie zwdmy si, Geralt - powiedzia. - Nienawidzisz mnie i ja ciebie te. Zniewaye mnie, mwic o Yennefer... wiesz, co. Ja odpowiedziaem ci podobn zniewag. Przeszkadzasz mi, ja przeszkadzam tobie. Zaatwmy to jak mczyni. Nie widz innego rozwizania. Po to tu przyszede, prawda? - Tak - powiedzia Geralt trc czoo. - Masz racj, Istredd. Po to tu przyszedem. Niewtpliwie. - Susznie. To nie moe trwa. Dopiero dzisiaj dowiedziaem si, e od paru lat Yenna kry midzy nami jak szmaciana pieczka. Raz jest ze mn, raz z tob. Ucieka ode mnie, aby szuka ciebie, i na odwrt. Inni, z ktrymi jest w przerwach, nie licz si. Liczymy si tylko my dwaj. Tak dalej by nie moe. Jest nas dwch, musi zosta jeden. - Tak - powtrzy Geralt, nie odrywajc rki od czoa. - Tak... Masz racj. - W naszym zadufaniu - cign czarodziej - mylelimy, e Yenna bez wahania wybierze lepszego. Co do tego, kto jest tym lepszym, aden z nas mia wtpliwoci. Doszo do tego, e jak smarkacze zaczlimy licytowa si jej wzgldami i rwnie mao co niedoroli smarkacze pojmowalimy, czym byy te wzgldy i co oznaczay. Mniemam, e podobnie jak ja przemylae to sobie i wiesz, jak bardzo mylilimy si obaj. Yenna, Geralt, nie ma najmniejszego zamiaru wybiera midzy nami, nawet gdy przyjmiemy, e umiaaby wybra. C, bdziemy musieli zaatwi to za ni. Ja bowiem nie myl dzieli si Yenna z nikim, a fakt, e tu przyszede, wiadczy podobnie o tobie. Znamy j, Geralt, a za dobrze. Dopki jest nas dwch, aden nie moe by jej pewien. Musi zosta jeden. Zrozumiae to, prawda? - Prawda - powiedzia wiedmin, z trudem poruszajc martwiejcymi wargami. - Prawda jest okruchem lodu...

- Co? - Nic. - Co si z tob dzieje? Jeste chory czy pijany? Czy te moe nafaszerowany wiedmiskimi zioami? - Nic mi nie jest. Co... co wpado mi do oka. Istredd, musi zosta jeden. Tak, po to tu przyszedem. Niewtpliwie. - Wiedziaem - powiedzia czarodziej. - Wiedziaem, e przyjdziesz. Zreszt, bd z tob szczery. Uprzedzie mnie w zamiarach. - Piorun kulisty? - umiechn si blado wiedmin. Istredd zmarszczy brwi. - Moe - powiedzia. - Moe i piorun kulisty. Ale na pewno nie zza wga. Honorowo, twarz w twarz. Jeste wiedminem, to wyrwnuje szans. No, decyduj, gdzie i kiedy. Geralt zastanowi si. I zdecydowa. - Ten placyk... wskaza rk. - Przechodziem tamtdy.. - Wiem. Jest tam studnia, nazywa si Zielony Klucz. - Przy studni zatem. Tak. Przy studni... Jutro, dwie godziny po wschodzie soca. - Dobrze. Bd tam o czasie. Stali przez chwil nieruchomo, nie patrzc na siebie. Wreszcie czarodziej mrukn co pod nosem, kopn bry gliny i rozbi j uderzeniem obcasa. - Geralt? - Co? - Nie czujesz si gupio? - Czuj si gupio - przyzna niechtnie wiedmin. - Ulyo mi - mrukn Istredd. - Bo ja czuj si jak ostatni kretyn. Nigdy nie przypuszczaem, e kiedy bd musia bi si z wiedminem na mier i ycie z powodu kobiety. - Wiem, jak si czujesz, Istredd. - C... - czarodziej umiechn si wymuszenie. - Fakt, e do tego doszo, e zdecydowaem si na co tak dalece sprzecznego z moj natur, wiadczy o tym, e... e tak trzeba. - Wiem. Istredd. - Oczywicie wiesz take, e ten z nas, ktry przeyje, bdzie musia prdko ucieka i schowa si przed Yenn na kocu wiata? - Wiem. - I oczywicie liczysz na to, e gdy ochonie z wciekoci, bdzie mona do niej wrci? - Oczywicie. - No, to zaatwione - czarodziej zrobi ruch, jakby chcia si odwrci, po chwili wahania

wycign do niego do. - Do jutra, Geralt. - Do jutra - wiedmin ucisn podan mu rk. - Do jutra, Istredd. VII - Hej, wiedminie! Geralt unis gow znad stou, na ktrego blacie w zamyleniu rozmazywa rozlane piwo w fantazyjne esy-floresy. - Nieatwo byo ci znale - starosta Herbolth przysiad si, odsun dzbanki i kufle. - W obery powiedzieli, e si wynis do stajen, w stajniach znalazem tylko konia i toboki. A ty tu... To chyba najparszywsza karczma w caym miecie. Tylko najgorsza hoota tu przychodzi. Co tu robisz? - Pije. - Widz. Chciaem z tob pogwarzy. Trzewy? - Jak dziecko. - Radem. - O co wam chodzi, Herbolth? Jestem, jak widzicie, zajty - Geralt umiechn si do dziewki stawiajcej na stole kolejny dzban. - Rozesza si plotka - zmarszczy si starosta - e ty i nasz czarodziej postanowilicie si pozabija. - To nasza sprawa. Jego i moja. Nie wtrcajcie si. - Nie, to nie wasza sprawa - zaprzeczy Herbolth. - Istredd jest nam potrzebny, nie sta nas na drugiego czarodzieja. - Idcie tedy do wityni i pomdlcie si o jego zwycistwo. - Nie kpij, no - warkn starosta. - I nie wymdrzaj si, przybdo jeden. Na bogw, gdybym nie wiedzia, e czarownik mi tego nie wybaczy, to wtrcibym ci do lochu, na samo dno jamy, wywlk za mury dwjk koni albo kaza Cykadzie zaku ci jak wini. Ale, niestety, Istredd ma bzika na punkcie honoru i nie darowaby mi tego. Wiem, e i ty by mi nie darowa. - wietnie si skada - wiedmin dopi kolejny kufel i wyplu pod st dbo somy, ktre do niego wpado. - Upieko mi si, nie ma co. To wszystko? - Nie - powiedzia Herbolth, wycigajc spod paszcza nabity mieszek. - Masz tu sto marek, wiedminie, bierz je i wyno si z Aedd Gynyael. Wyno si std, najlepiej zaraz, w kadym razie przed wschodem soca. Powiedziaem, e nie sta nas na drugiego czarodzieja, nie dopuszcz, by nasz ryzykowa yciem w pojedynku z kim takim jak ty, z gupiego powodu, dla jakiej...

Urwa, nie dokoczy, chocia wiedmin nawet nie drgn. - Zabierz zza tego stou twoj paskudn mord, Herbolth - powiedzia Geralt. - A twoje sto marek wsad sobie w rzy. Odejd, bo niedobrze mi si robi na twj widok, jeszcze chwila, a obrzygam ci od czapki po cimy. Starosta schowa mieszek, pooy obie donie na stole. - Nie, to nie - powiedzia. - Chciaem po dobroci, ale jeli nie, to nie. Bijcie si, posieczcie, spalcie, porozrywajcie na sztuki dla tej dziwki, rozkadajcej nogi dla kadego, kto zechce. Myl, e Istredd poradzi sobie z tob, ty patny zbju, tak, e tylko buty z ciebie zostan, ale jeli nie, to ja ci dopadn, zanim jeszcze jego trup ostygnie i wszystkie gnaty poami ci na torturach. Jednego caego miejsca na tobie nie zostawi, ty... Nie zdy cofn rk ze stou, ruch wiedmina by zbyt szybki, wyskakujce spod blatu rami zamazao si w oczach starosty, a sztylet z hukiem utkwi pomidzy palcami jego doni. - Moe - szepn wiedmin, zaciskajc pi na rkojeci puginau, wpatrzony w twarz Herboltha, z ktrej odpyna krew. - Moe Istredd mnie zabije. Ale jeli nie... Wtedy odejd std, a ty, mieciu plugawy, nie prbuj mnie zatrzymywa, jeli nie chcesz, by uliczki waszego brudnego miasta spieniy si od posoki. Precz std. - Panie starosto! Co si tu dzieje? Hej, ty... - Spokojnie, Cykada - powiedzia Herbolth, cofajc powoli do, wolno sunc ni po stole, coraz dalej od ostrza sztyletu. - Nic si nie stao. Nic. Cykada wsun do pochwy na wp dobyty miecz. Geralt nie patrzy na niego. Nie patrzy na starost wychodzcego z karczmy, osanianego przez Cykad przed zataczajcymi si flisakami i wonicami. Patrzy na maego czowieczka o szczurzej twarzy i czarnych, przenikliwych oczach, siedzcego kilka stow dalej. Zdenerwowaem si, stwierdzi ze zdumieniem. Rce mi dr. Naprawd, dr mi rce. To nieprawdopodobne, to, co si ze mn dzieje. Czyby to znaczyo, e... Tak, pomyla, patrzc na czowieczka o szczurzej twarzy. Chyba tak. Tak trzeba, pomyla. Jakie zimno... Wsta. Patrzc na czowieczka, umiechn si. Potem odchyli po kurtki, wycign z nabitej sakiewki dwie zote monety, rzuci je na st. Monety zabrzczay, jedna, toczc si, uderzya o ostrze sztyletu, wci tkwicego w wygadzonym drewnie.

VIII Uderzenie spado niespodziewanie, paka cicho wisna w ciemnoci, tak szybko, e niewdele brakowao, by wiedmin nie zdy zasoni gowy uniesionym odruchowo ramieniem, by nie zdoa zamortyzowa ciosu elastycznym ugiciem ciaa. Odskoczy, upadajc na kolano, przekoziokowa, stan na nogi, wyczu ruch powietrza, ustpujcego pod nowym zamachem paki, unikn ciosu zwinnym piruetem, zawirowa pomidzy dwie otaczajce go w ciemnoci sylwetki, sign nad prawe rami. Po miecz. Nie mia miecza. Nic nie wykorzeni ze mnie tych odruchw, pomyla, odskakujc mikko. Rutyna? Pami komrkowa? Jestem mutantem, reaguj jak mutant, pomyla, padajc znw na kolano, unikajc uderzenia, sigajc po sztylet do cholewy. Nie mia sztyletu. Umiechn si krzywo i dosta pak w gow. Rozbyso mu w oczach, bl zapromieniowa a do czubkw palcw. Upad, odprajc si, nie przestajc umiecha. Kto zwali si na niego, przyciskajc do ziemi. Kto inny zerwa mu sakiewk z pasa. Zowi okiem bysk noa. Klczcy na jego piersi rozerwa mu kubrak pod szyj, chwyci za acuszek, wycign medalion. I natychmiast wypuci go z rki. - Na Baal-Zebutha - usysza sapnicie. - To wiedmin... Charakternik... Ten drugi zakl dyszc. - Nie mia miecza... Bogowie... Tfu, tfu, na urok, na Ze... Wiejmy std, Radgast! Nie dotykaj go, tfu, tfu! Ksiyc na moment przewietli rzadsz chmur. Geralt zobaczy tu nad sob wychud, szczurz twarz, mae, czarne, lnice oczka. Usysza tupot ng tego drugiego, oddalajcy si, nikncy w zauku, z ktrego mierdziao kotami i przypalonym tuszczem. Czowieczek o twarzy szczura zdj powoli kolano z jego piersi. - Nastpnym razem... - Geralt usysza jego wyrany szept. - Nastpnym razem, gdy bdziesz chcia popeni samobjstwo, wiedminie, to nie wcigaj w to innych. Po prostu powie si w stajni na lejcach. IX W nocy musiao pada. Geralt wyszed przed stajni, przecierajc oczy, wyczesujc palcami som z wosw. Wschodzce soce byszczao na mokrych dachach, zotem lnio w kauach. Wiedmin splun, w ustach wci mia niesmak, guz na gowie rwa tpym blem. Na

barierce przed stajni siedzia chudy, czarny kot, w skupieniu lic apk. - Kici, kici, koteczku - powiedzia wiedmin, Kot nieruchomiejc spojrza na niego zowrogo, pooy uszy i zasycza, obnaajc kieki. - Wiem - Geralt kiwn gow. - Ja ciebie te nie lubi. artowaem tylko. Niespiesznymi ruchami mocno pociga rozlunione klamry i sprzczki kurtki, wyrwna na sobie fady odziey, sprawdzi, czy w adnym miejscu nie ograniczaj swobody ruchw. Przerzuci miecz przez plecy, poprawi pooenie rkojeci nad prawym barkiem. Przepasa czoo skrzan opask, odgarniajc wosy do tyu, za uszy. Nacign dugie, bojowe rkawice, najeone krtkimi stokami srebrnych kolcw. Jeszcze raz spojrza na soce, zwajc renice w pionowe szparki. Pikny dzie, pomyla. Pikny dzie do walki. Westchn, splun i powoli poszed w d uliczki, wzdu murw wydzielajcych ostr, przenikliw wo mokrego tynku, wapiennej zaprawy. - Ej, cudaku! Obejrza si. Cykada w towarzystwie trzech podejrzanie wygldajcych, uzbrojonych osobnikw siedzia na stosie belek uoonych wzdu wau. Wsta, przecign si, wyszed na rodek uliczki, starannie omijajc kaue. - Dokd to? - spyta, opierajc wskie donie o obciony broni pas. - Nie twj interes. - eby wyjani spraw, guzik mnie obchodz starosta, czarownik i cae to zasrane miasto powiedzia Cykada, wolno akcentujc sowa. - Idzie mi jednak o ciebie, wiedminie. Nie dojdziesz do koca tej uliczki. Syszysz? Chc sprawdzi jaki to sprawny w walce. Nie daje mi to spokoju. Stj, powiadam. - Zjedaj mi z drogi. - Stj! - wrzasn Cykada, kadc do na rkojeci miecza. - Nie poje, co mwi? Bdziemy si bi! Wyzywam ci! Zaraz si okae, kto jest lepszy! Geralt wzruszy ramionami, nie zwalniajc kroku. - Wyzywam ci do walki! Syszysz, odmiecze? - krzykn Cykada, ponownie zastpujc mu drog. - Na co czekasz? Wycigaj elazo z jaszczura! Co to, strach ci oblecia? Czy te moe stajesz tylko tym, ktrzy, jak Istredd, chdoyli t twoj wiedm?Geralt szed dalej, zmuszajc Cykad do cofania si, do niezrcznego marszu tyem. Towarzyszcy Cykadzie osobnicy wstali z kupy bierwion, ruszyli za nimi, trzymajc si jednak z tyu, w oddaleniu. Geralt sysza, jak boto mlaska pod ich butami. - Wyzywam ci! - powtrzy Cykada, blednc i czerwienic na przemian. - Syszysz,

wiedmiska zarazo? Czego ci jeszcze trzeba? Mam naplu ci w gb? - Pluj sobie. Cykada zatrzyma si i rzeczywicie nabra tchu w piersi, skadajc usta do plunicia. Patrzy w oczy wiedmina, nie na jego rce. I to by bd. Geralt, wci nie zwalniajc kroku, byskawicznie uderzy go, bez zamachu, tylko z ugicia kolan, pici w kolczastej rkawicy. Uderzy w same usta, prosto w wykrzywione wargi. Wargi Cykady pky, eksplodoway jak miadone winie. Wiedmin zgarbi si i uderzy jeszcze raz, w to samo miejsce, tym. razem biorc krtki zamach, czujc, jak wraz z si i impetem uderzenia uchodzi z niego wcieko. Cykada, obracajc si z jedn nog w bocie, a drug w grze, rzygn krwi i plusn w kau, na wznak. Wiedmin, syszc za sob syknicie klingi w pochwie, zatrzyma si i obrci pynnie, z doni na rkojeci miecza. - No - powiedzia drcym ze zoci gosem. - No, prosz. Ten, ktry doby broni, patrzy mu w oczy. Przez chwil. Potem odwrci wzrok. Pozostali zaczli si cofa. Powoli, coraz szybciej. Syszc to, czowiek z mieczem cofn si rwnie, bezgonie poruszajc ustami. Ten, ktry by najdalej, odwrci si i pobieg, rozpryskujc boto. Pozostali zamarli w miejscu, nie prbowali podchodzi. Cykada obrci si w bocie, unis si, wspinajc na okciach, zabekota, charkn, wyplu co biaego wraz ze spor iloci czerwiem. Przechodzc obok Geralt od niechcenia kopn go w policzek, druzgocc ko jarzmow, ponownie wchlapujc w kau. Poszed dalej, nie ogldajc si. Istredd ju by przy studni, sta tam, oparty o cembrowin, o drewnian, zazielenion mchem obudow koowrotu. U pasa mia miecz. Pikny, lekki, tergaski miecz z pzamknit gard, opierajcy si okutym kocem pochwy o lnic cholew jedzieckiego buta. Na ramieniu czarodzieja siedzia nastroszony, czarny ptak. Pustuka. - Jeste, wiedminie - Istredd podstawi pustuce urkawiczon rk, delikatnie i ostronie posadzi ptaka na daszku nad studni. - Jestem, Istredd. - Nie sdziem, ze przyjdziesz. Mylaem, ze wyjechae. - Nie wyjechaem. Czarodziej zamia si swobodnie i gono, odrzucajc gow do tyu. - Chciaa nas... chciaa nas ocali - powiedzia. - Obu. Nic z tego, Geralt. Skrzyujmy ostrza. Musi zosta jeden. - Zamierzasz walczy mieczem?

- To ci dziwi? Przecie i ty zamierzasz walczy mieczem. Dalej, stawaj. - Dlaczego, Istredd? Dlaczego mieczem, a nie magi? Czarodziej poblad, usta drgny mu nerwowo. - Stawaj, mwi! - krzykn. - Nie czas na pytania, czas pyta min! Teraz jest czas czynw! - Chc wiedzie - powiedzia powoli Geralt. - Chc wiedzie, dlaczego miecz. Chc wiedzie, skd i dlaczego znalaza si u ciebie ta czarna pustuka. Mam prawo to wiedzie. Mam prawo do prawdy, Istredd. - Do prawdy? - powtrzy gorzko czarodziej. - Ano, moe i masz. Tak, moe i masz. Nasze prawa s rwne. Pustuka, pytasz? Przyleciaa o wicie, mokra od deszczu. Przyniosa list. Krciutki, znam go na pami. egnam, Val. Wybacz mi. S dary, ktrych nie wolno przyjmowa, a nie ma we mnie niczego, czym mogabym ci si odwdziczy. I to jest prawda, Val. Prawda jest okruchem lodu. No, Geralt? Zadowoliem ci? Skorzystae ze swojego prawa? Wiedmin powoli kiwn gow. - Dobrze - rzek Istredd. - Teraz ja skorzystam z mojego. Bo ja nie przyjmuj tego listu do wiadomoci. Ja nie mog bez niej... Wol ju... Stawaj, do diaba! Zgarbi si i wycign miecz szybkim, zwinnym ruchem, wiadczcym o wprawie. Pustuka zaskrzeczaa. Wiedmin sta nieruchomo, z opuszczonymi wzdu bokw rkami. - Na co czekasz? - szczekn czarodziej. Geralt powoli unis gow, popatrzy na niego przez chwil, potem odwrci si na picie. - Nie, Istredd - powiedzia cicho. - egnaj. - Co to ma znaczy, do cholery? Geralt zatrzyma si. - Istredd - rzuci przez rami. - Nie wcigaj w to innych. Jeeli musisz, to powie si w stajni na lejcach. - Geralt! - krzykn czarodziej, a gos zaama mu si nagle, uderzy ucho faszyw, z nut. - Ja nie zrezygnuj! Nie ucieknie przede mn! Pojad za ni do Venger-bergu, pojad za ni na koniec wiata, odnajd j! Nie zrezygnuj z niej nigdy! Wiedz o tym! - egnaj, Istredd. Odszed w zauek, nie odwracajc si ju ani razu. Szed, nie zwracajc uwagi na ludzi, szybko schodzcych mu z drogi, na zatrzaskiwane pospiesznie drzwi i okiennice. Nie zauwaa nikogo i niczego. Myla o licie, ktry czeka na niego w obery. Przyspieszy kroku. Wiedzia, e na wezgowiu ka czeka na niego mokra od deszczu,

czarna pustuka, trzymajca list w zakrzywionym dziobie. Chcia jak najprdzej przeczyta ten list. Chocia zna jego tre.

WIECZNY OGIE
I - Ty winio! Ty zapowietrzony piewaku! Ty oszucie! Geralt, zaciekawiony, pocign klacz za rg uliczki. Zanim jeszcze zlokalizowa rdo wrzaskw, doczy si do nich gboki, lepko szklany brzk. Sj winiowych konfitur, pomyla wiedmin. Taki odgos wydaje sj winiowych konfitur, gdy rzuci nim w kogo z duej wysokoci lub z du si. Pamita to dobrze, Yennefer, gdy mieszkali razem, zdarzao si niekiedy w gniewie rzuca w niego sojami konfitur. Tymi, ktre dostawaa od klientw. Yennefer pojcia bowiem nie miaa o wyrobie konfitur, a magia bya pod tym wzgldem zawodna. Za rogiem uliczki, pod wskim, pomalowanym na rowo domkiem zebraa si spora grupka gapiw. Na malekim, ukwieconym balkonie, tu pod spadzistym okapem dachu, staa moda, jasnowosa kobieta w nocnej koszuli. Wyginajc pulchniutkie i okrglutkie rami, widoczne spod falbanek, kobieta z rozmachem cisna w d obtuczon doniczk. Szczupy mczyzna w liwkowym kapelusiku z biaym pirkiem odskoczy jak oparzony, doniczka mlasna o ziemi tu przed nim, rozpryskujc si w kaway. - Prosz ci, Vespula! - krzykn mczyzna w kapelusiku z pirkiem. - Nie dawaj wiary plotkom! Byem ci wierny, niech skonam, jeli to nieprawda! - ajdaku! Diabli synu! Przybdo! - wrzasna pulchniutka blondynka i skrya si w gbi domu, niewtpliwie w poszukiwaniu dalszych pociskw. - Hej, Jaskier - zawoa wiedmin, cignc na plac boju opierajc si i prychajc klacz. Jak si masz? Co si dzieje? - Normalnie - rzek trubadur, wyszczerzywszy zby. - Jak zwykle. Witaj, Geralt. Co tu porabiasz? Cholera, uwaaj! Cynowy pucharek wisn w powietrzu i z brzkiem odbi si od bruku. Jaskier podnis go, obejrza i cisn do rynsztoka. - Zabieraj te achmany! - wrzasna jasnowosa, wdzicznie falujc falbankami na pulchniutkich piersiach. - I precz z moich oczu! eby noga twoja tu wicej nie postaa, ty grajku! - To nie moje - zdziwi si Jaskier, podnoszc z ziemi mskie spodnie o rnych kolorach nogawek. - W yciu nie miaem takich spodni. - Wyno si! Nie chc ci widzie! Ty... ty... Wiesz, jaki ty jeste w ku? Do niczego! Do niczego, syszysz? Syszycie, ludzie?

Nastpna doniczka wisna, zafurkotaa wyrastajcym z niej suchym badylem. Jaskier ledwo zdy si uchyli. Za doniczk, wirujc, pofrun w d miedziany sagan o pojemnoci minimum dwch i p galona. Tum gapiw, trzymajcy si poza zasigiem ostrzau, zatacza si ze miechu. Co wiksi dowcipnisie bili brawo i niegodnie podegali blondynk do czynu. - Czy ona nie ma w domu kuszy? - zaniepokoi si wiedmin. - Tego nie mona wykluczy - powiedzia poeta, zadzierajc gow w stron balkonu. - Ona ma w domu straszn rupieciarni. Widziae te spodnie? - Moe wic lepiej chodmy std? Wrcisz, gdy si uspokoi. - Diaba tam - skrzywi si Jaskier. - Nie wrc do domu, z ktrego rzuca si na mnie kalumnie i miedziane garnki. Nietrway w zwizek uwaam za zerwany. Poczekajmy tylko, niech wyrzuci moj... O matko, nie! Vespula! Moja lutnia! Rzuci si, wycigajc rce, potkn, upad, zapa instrument w ostatniej chwili, tu nad brukiem. Lutnia przemwia jkliwie i piewnie. - Uff - westchn bard, zrywajc si z ziemi. - Mam j. Dobra jest, Geralt, teraz ju moemy i. Mam u niej, co prawda, jeszcze paszcz z kunim konierzem, ale trudno, niech bdzie moja krzywda. Paszczem, jak j znam, nie rzuci. - Ty kamliwa ajzo! - rozdara si blondynka i rozbryzgliwie spluna z balkonu. - Ty wczgo! Ty zachrypnity baancie! - Za co ona ciebie tak? Co przeskroba, Jaskier? - Normalnie - wzruszy ramionami trubadur. - Wymaga monogamii, jedna z drug, a sama rzuca w czowieka cudzymi spodniami. Syszae, co o mnie wykrzykiwaa? Na bogw, ja te znam takie, ktre adniej odmawiaj, ni ona daje, ale nie krzycz o tym po ulicach. Idziemy std. - Dokd proponujesz? - A jak mylisz? Do wityni Wiecznego Ognia? Chod, wpadniemy pod Grot Wczni. Musz uspokoi nerwy. Wiedmin, nie protestujc, pocign klacz za Jaskrem, rano ruszajcym w ciasny zauek. Trubadur podkrci w marszu koki lutni, dla prby pobrzdka po strunach, wzi gboki, rozwibrowany akord. Zapachniao powiewem jesieni Z wiatrem zimnym ulecia stw sens Tak by musi, niczego nie mog ju zmieni Brylanty na kocach twych rzs... Urwa, wesoo pomacha rk dwm smarkulom, przechodzcym obok z koszykami penymi warzyw. Smarkule zachichotay.

- Co ci sprowadza do Novigradu, Geralt? - Zakupy. Uprz, troch ekwipunku. I nowa kurtka - wiedmin obcign na sobie szeleszczc, pachnc nowoci skr. - Jak ci si wodzi moja nowa kurtka, Jaskier? - Nie nadasz za mod - skrzywi si bard, strzepujc kurze pirko z rkawa swego poyskliwego, chabrowego kaftana o bufiastych rkawach i konierzu powycinanym w zbki. Ach, ciesz si, e si spotkalimy. Tu, w Novigradzie, stolicy wiata, centrum i kolebce kultury. Tutaj czowiek wiaty moe odetchn pen piersi! - Przejdmy moe oddycha uliczk dalej - zaproponowa Geralt, patrzc na obdartusa, ktry kucnwszy i wybauszywszy oczy wyprnia si w bocznym zauku. - Denerwujcy staje si ten twj wieczny sarkazm - Jaskier skrzywi si znowu. - Novigrad, powiadam ci, to stolica wiata. Prawie trzydzieci tysicy mieszkacw, Geralt, nie liczc przyjezdnych, wyobraasz sobie? Murowane domy, gwne ulice brukowane, morski port, skady, cztery myny wodne, rzenie, tartaki, wielka manufaktura produkujca cimy, do tego wszelkie wyobraalne cechy i rzemiosa. Mennica, osiem bankw i dziewitnacie lombardw. Zamek i kordegarda, e a dech zapiera. I rozrywki - szafot, szubienica z zapadni, trzydzieci pi obery, teatrum, zwierzyniec, bazar i dwanacie zamtuzw. I witynie, nie pamitam, ile. Duo. No, i te kobiety, Geralt, umyte, utrefione i pachnce, te atasy, aksamity i jedwabie, te fiszbiny i tasiemki... Och, Geralt! Wiersze same cisn si na usta: Tam, gdzie mieszkasz, ju biao od niegu Szkl si lodem jeziorka i bota Tak by musi, ju zmieni nie mona niczego Zaczajona w twych oczach tsknota... - Nowa ballada? - Aha. Nazw j: Zima. Ale jeszcze niegotowa, nie mog skoczy, przez Vespul cay jestem roztrzsiony i rymy mi si nie skadaj. Aha, Geralt, zapomniaem spyta, jak tam z Yennefer? - Nijak. - Rozumiem. - Gwno rozumiesz. No, gdzie ta karczma, daleko jeszcze? - Za rogiem. O, ju jestemy na miejscu. Widzisz szyld? - Widz. - Witam i piknie si kaniam! - Jaskier wyszczerzy zby do panienki zamiatajcej schody. - Czy kto ju mwi wapannie, e jest liczna? Panienka poczerwieniaa i mocno cisna miot w doniach. Geralt przez chwil sdzi, e

przyoy trubadurowi kijem. Myli si. Panienka umiechna si mile i zatrzepotaa rzsami. Jaskier, jak zwykle, nie zwrci na to adnej uwagi. - Witam i pozdrawiam! Dobry dzie! - zagrzmia, wchodzc do obery i ostro pocigajc kciukiem po strunach lutni. - Mistrz Jaskier, najsawniejszy poeta w tym kraju, odwiedzi twj niechlujny lokal, gospodarzu! Nabra albowiem ochoty napi si piwa! Czy doceniasz zaszczyt, jaki ci robi, wydrwigroszu? - Doceniam - rzek ponuro karczmarz, wychylajc si zza kontuaru. - Rad jestem was widzie, panie piewak. Widz, e w istocie wasze sowo nie dym. Obiecalicie wszak wpa zaraz z rana i zapaci za wczorajsze wyczyny. A ja, pomyle tylko, sdziem, e ecie, jak zwykle. Wstyd mi, jako ywo. - Zupenie niepotrzebnie si sromasz, dobry czowieku - powiedzia niefrasobliwie trubadur. - Albowiem nie mam pienidzy. Pniej o tym pogwarzymy. - Nie - rzek zimno karczmarz. - Zaraz o tym pogwarzymy. Kredyt si skoczy, wielmony panie poeto. Dwa razy pod rzd nikt mnie nie okpi. Jaskier zawiesi lutni na sterczcym ze ciany haku, usiad za stoem, zdj kapelusik i przygadzi w zamyleniu przypite do niego pirko egreta. - Masz pienidze, Geralt? - spyta z nadziej w gosie. - Nie mam. Wszystko, co miaem, poszo na kurtk. - Niedobrze, niedobrze - westchn Jaskier. - Cholera, ani ywej duszy, nikogo, kto mgby postawi. Gospodarzu, co tak pusto dzi u ciebie? - Za wczenie na zwykych goci. A czeladnicy murarscy, ci, co remontuj wityni, zdyli ju by i wrcili na budow, zabrawszy majstra. - I nikogo, nikogutko? - Nikogo oprcz wielmonego kupca Biberveldta, ktry niada w duym alkierzu. - Dainty jest? - ucieszy si Jaskier. - Trzeba byo tak od razu. Chod do alkierza, Geralt. Znasz Dainty Biberveldta, nizioka? - Nie. - Nie szkodzi. Poznasz. Oho! - zawoa trubadur, zmierzajc w stron bocznej izby. - Czuj od zachodu powiew i tchnienie zupy cebulowej, mie mym nozdrzom. A kuku! To my! Niespodzianka! Przy centralnym stole alkierza, pod supem, udekorowanym girlandami czosnku i pkami zi, siedzia pucoowaty, kdzierzawy nizioek w pistacjowozielonej kamizeli. W prawej doni dziery drewnian yk, lew przytrzymywa glinian misk. Na widok Jaskra i Geralta nizioek zamar w bezruchu, otworzywszy usta, a jego due, orzechowe oczy rozszerzyy si ze strachu.

- Cze, Dainty - powiedzia Jaskier, wesoo machajc kapelusikiem. Nizioek wci nie zmienia pozycji i nie zamyka ust. Rka, jak zauway Geralt, draa mu lekko, a zwisajce z yki dugie pasemko gotowanej cebuli koysao si jak wahado. - Wwwi... wwwitaj, Jaskier - wyjka i gono przekn lin. - Masz czkawk? Przestrasz ci, chcesz? Uwaaj: na rogatkach widziano twoj on! Zaraz tu bdzie! Gardenia Biberveldt we wasnej osobie! Ha, ha, ha! - Ale ty gupi, Jaskier - rzek z wyrzutem nizioek. Jaskier znowu rozemia si perlicie, biorc jednoczenie dwa skomplikowane akordy na strunach lutni. - No, bo min masz, bracie, wyjtkowo gupi, a wybauszasz si na nas, jakbymy mieli rogi i ogony. A moe wystraszye si wiedmina? Co? Moe mylisz, e otwarto sezon polowania na niziokw? Moe... - Przesta - nie wytrzyma Geralt, podchodzc do stou. - Wybacz, przyjacielu. Jaskier przey dzi cik tragedi osobist, jeszcze mu nie przeszo. Usiuje dowcipem zamaskowa smutek, przygnbienie i wstyd. - Nie mwcie mi - nizioek wysiorba wreszcie zawarto yki. - Sam zgadn. Vespula wyrzucia ci wreszcie na zbity eb? Co, Jaskier? - Nie wdaj si w rozmowy na delikatne tematy z osobnikami, ktrzy sami r i pij, a przyjacioom ka sta - powiedzia trubadur, po czym, nie czekajc, usiad. Nizioek naczerpa yk zupy i obliza zwisajce z niej nitki sera. - Co prawda, to prawda - rzek ponuro. - Zapraszam wic. Siadajcie, i czym chata bogata. Zjecie polewki cebulowej? - W zasadzie nie jadam o tak wczesnych porach - zadar nos Jaskier. - Ale niech bdzie, zjem. Tyle e nie na pusty odek. Hola, gospodarzu! Piwa, jeli aska! A chyo! Dziewcz z imponujcym, grubym warkoczem, sigajcym poladkw, przynioso kubki i miski z zup. Geralt, przyjrzawszy si jej okrgej, pokrytej meszkiem buzi stwierdzi, e miaaby adne usta, gdyby pamitaa o ich domykaniu. - Driado lena! - krzykn Jaskier, chwytajc rk dziewczcia i caujc j we wntrze doni. - Sylfido! Wrko! Boska istoto o oczach jak bawe jeziora! Pikna jak poranek, a ksztat ust twoich rozwartych podniecajco... - Dajcie mu piwa, szybko - jkn Dainty. - Bo bdzie nieszczcie. - Nie bdzie, nie bdzie - zapewni bard. - Prawda, Geralt? Trudno o bardziej spokojnych ludzi ni my dwaj. Jam, panie kupcze, jest poeta i muzyk, a muzyka agodzi obyczaje. A obecny tu wiedmin grony jest wycznie dla potworw. Przedstawiam ci: to Geralt z Rivii, postrach strzyg, wilkoakw i wszelkiego plugastwa. Syszae chyba o Geralcie, Dainty?

- Syszaem - nizioek ypn na wiedmina podejrzliwie. - C to... C to porabiacie w Novigradzie, panie Geralt? Czyby pojawiy si tu jakie straszne monstra? Jestecie... hem, hem... wynajci? - Nie - umiechn si wiedmin. - Jestem tu dla rozrywki. - O - rzek Dainty, nerwowo przebierajc owosionymi stopami wiszcymi p okcia nad podog. - To dobrze... - Co dobrze? - Jaskier przekn yk zupy i popi piwem. - Zamierzasz moe wesprze nas, Biberveldt? W rozrywkach, ma si rozumie? To si wietnie skada. Tu, pod Grotami Wczni, zamierzamy si podchmieli. A potem planujemy skoczy do Passiflory, to bardzo drogi i dobry dom rozpusty, gdzie moemy sobie zafundowa pelfk, a kto wie, moe i elfk penej krwi. Potrzebujemy jednak sponsora. - Kogo? - Tego, kto bdzie paci. - Tak sdziem - mrukn Dainty. - Przykro mi. Po pierwsze, jestem umwiony na handlowe rozmowy. Po drugie, nie mam rodkw na fundowanie takich rozrywek. Po trzecie, do Passiflory wpuszczaj wycznie ludzi. - A my co jestemy, sowy pjdki? Ach, rozumiem. Nie wpuszczaj tam niziokw. To prawda. Masz racj, Dainty. Tu jest Novigrad. Stolica wiata. - Tak... - powiedzia nizioek, wci patrzc na wiedmina i dziwnie krzywic usta. - To ja ju sobie pjd. Jestem umwiony... Drzwi alkierza otwary si z hukiem i do rodka wpad... Dainty Biberveldt. - Bogowie! - wrzasn Jaskier. Stojcy w drzwiach nizioek niczym nie rni si od nizioka, siedzcego za stoem, jeli nie liczy faktu, e ten za stoem by czysty, a ten w drzwiach brudny, potargany i wymity. - Mam ci, suczy chwocie! - rykn brudny nizioek, rzucajc si w kierunku stou. - Ty zodzieju! Jego czysty bliniak zerwa si, obalajc zydel i strcajc naczynia. Geralt zareagowa odruchowo i byskawicznie - porwawszy z awy miecz w pochwie, smagn Biberveldta przez kark cikim pasem. Nizioek run na podog, poturla si, zanurkowa pomidzy nogi Jaskra i na czworakach popdzi do wyjcia, a rce i nogi wyduyy mu si nagle jak apy pajka. Na ten widok brudny Dainty Biberveldt zakl, zawy i odskoczy, z hukiem walc plecami w drewniane przepierzenie. Geralt odrzuci pochw miecza i kopniakiem usun z drogi krzeso, rzucajc si w pocig. Czysty Damty Biberveldt, w niczym ju, poza kolorem kamizelki, niepodobny do Dainty

Biberveldta, przesadzi prg niczym pasikonik, wpad do sali oglnej, zderzajc si z panienk o potwartych ustach. Widzc jego dugie apy i rozlan, karykaturaln fizjonomi, panienka otwara usta na pen szeroko i wydaa z siebie widrujcy uszy wrzask. Geralt, korzystajc z utraty tempa, jakie spowodowao zderzenie z dziewczyn, dopad stwora na rodku izby i obali na podog zrcznym kopniakiem w kolano. - Ani drgnij, braciszku - sykn przez zacinite zby, przykadajc dziwadu do karku sztych miecza. - Ani drgnij. - Co tu si dzieje? - zarycza oberysta, podbiegajc z trzonkiem od opaty w garci. - Co to ma by? Stra! De-czka, le po stra! - Nieee! - zawy stwr, paszczc si do podogi i jeszcze bardziej deformujc. - Litoci, nieeeee! - adnej stray! - zawtrowa mu brudny nizioek, wypadajc z alkierza. - ap dziewczyn, Jaskier! Trubadur chwyci wrzeszczc Deczk, pomimo popiechu starannie wybierajc miejsca do chwytu. Deczka zapiszczaa i kucna na pododze przy jego nogach. - Spokojnie, gospodarzu - wydysza Dainty Biberveldt. - To sprawa osobista, nie bdziemy wzywa stray. Zapac za wszystkie szkody. - Nie ma adnych szkd - rzek trzewo karczmarz, rozgldajc si. - Ale bd - zgrzytn pkaty nizioek. - Bo zaraz go bd la. I to jeszcze jak. Bd go la okrutnie, dugo i zapamitale, a on wtedy wszystko tu porozbija. Rozpaszczona na pododze dugoapa i rozlana karykatura Dainty Biberveldta zachlipaa aonie. - Nic z tego - rzek zimno oberysta, mruc oczy i unoszc lekko trzonek opaty. - Lejcie go sobie na ulicy albo na podwrzu, panie niziolku. Nie tu. A ja wzywam stra. Mus mi, gowa moja w tym. To to... to przecie potwr jakowy! - Panie gospodarzu - rzek spokojnie Geralt, nie zmniejszajc nacisku klingi na kark cudaka. - Zachowajcie spokj. Nikt niczego nie porozbija, nie bdzie adnych zniszcze. Sytuacja jest opanowana. Jestem wiedminem, a potwora, jak widzicie, mam w garci. Poniewa jednak rzeczywicie wyglda to na spraw osobist, wyjanimy j spokojnie w alkierzu. Pu dziewczyn, Jaskier i chod tutaj. W torbie mam srebrny acuch. Wyjmij go i zwi porzdnie apy tego tu jegomocia, w okciach, za plecami. Nie ruszaj si, bratku. Stwr zaskomli cichutko. - Dobra, Geralt - powiedzia Jaskier. - Zwizaem go. Chodcie do alkierza. A wy, gospodarzu, co tak stoicie? Zamawiaem piwo. A ja, jak zamawiam piwo, to macie je podawa w kko dopty, dopki nie zakrzykn: Wody.

Geralt popchn zwizanego stwora do alkierza i niedelikatnie posadzi pod supem. Dainty Biberveldt usiad take, spojrza z niesmakiem. - Okropno, jak toto wyglda - powiedzia. - Icie kupa kwaniejcego ciasta. Patrz na jego nos, Jaskier, zaraz mu odpadnie, psia ma. A uszy ma jak moja teciowa tu przed pogrzebem. Brrr! - Zaraz, zaraz, - mrukn Jaskier. - Ty jeste Biberveldt? No, tak, bez wtpienia. Ale to, co siedzi pod supem, przed chwil byo tob. Jeli si nie myl. Geralt! Wszystkie oczy zwrcone s ku tobie. Jeste wiedminem. Co tu si, do diaba, dzieje? Co to jest? - Mimik. - Sam jeste mimik - powiedzia gardowo stwr, koyszc nosem. - Nie jestem aden mimik, tylko doppler, a nazywam si Tellico Lunngrevink Letorte. W skrcie Pen-stock. Przyjaciele mwi na mnie Dudu. - Ja ci zaraz dam Dudu, skurwysynu jeden! - wrzasn Dainty, zamierzajc si na niego kuakiem. - Gdzie moje konie? Zodzieju! - Panowie - upomina oberysta, wchodzc z dzbankiem i narczem kufli. - Obiecywalicie, e bdzie spokojnie. - Och, piwo - westchn nizioek. - Alem jest spragniony, cholera. I godny! - Te bym si napi - owiadczy bulgotliwie Tellico Lunngreyink Letorte. Zosta cakowicie zlekcewaony. - Co to jest? - zapyta karczmarz, spogldajc na stwora, ktry na widok piwa wysun dugi jzor zza obwisych, ciastowatych warg. - Co to takiego jest, panowie? - Mimik - powtrzy wiedmin, nie baczc na grymasy potwora. - Ma zreszt wiele nazw. Mieniak, podwjniak, vexling, bedak. Lub doppler, jak sam siebie okreli. - Vexling! - wykrzykn oberysta. - Tu, w Novigradzie? W moim lokalu? Chyo, trzeba wezwa stra! I kapanw! Gowa moja w tym... - Powoli, powoli - charkn Dainty Biberveldt, pospiesznie wyjadajc zup Jaskra z cudem ocalaej miski. -Zdymy wezwa kogo trzeba. Ale pniej. Ten tu ajdak okrad mnie, nie mam zamiaru odda go tutejszemu prawu przed odzyskaniem mojej wasnoci. Znam ja was, novigradczykw, i waszych sdziw. Dostabym moe jedn dziesit, nie wicej. - Miejcie lito - zajcza rozdzierajco doppler. - Nie wydawajcie mnie ludziom! Czy wiecie, co oni robi z takimi, jak ja? - Pewnie, e wiemy - kiwn gow oberysta. - Nad zapanym dopplerem kapani odprawiaj egzorcyzmy. Potem za wie si takiego w kij i oblepia grubo, w kul, glin zmieszan z opikami i piecze w ogniu, dopki glina nie stwardnieje na ceg. Tak przynajmniej robio si

dawniej, gdy te potwory trafiay si czciej. - Barbarzyski obyczaj, icie ludzki - skrzywi si Dainty, odsuwajc pust ju misk. - Ale moe to i sprawiedliwa kara za bandytyzm i zodziejstwo. No, gadaj, ajdaku, gdzie moje konie? Prdko, bo przecign ci ten twj nos midzy nogami i wtocz do rzyci. Gdzie moje konie, pytam? - Sprze... sprzedaem - wyjka Tellico Lunngrevink Letorte p obwise uszy skurczyy mu si nagle w kulki, przypominajce miniaturowe kalafiory. - Sprzeda! Syszelicie? - pieni si nizioek. - Sprzeda moje konie! - Jasne - rzek Jaskier. - Mia czas. Jest tu od trzech dni. Od trzech dni widuj ci... to znaczy, jego... Cholera, Dainty, czy to znaczy... - Pewnie, e to znaczy! - zarycza kupiec, tupic wochatymi nogami. - On obrabowa mnie w drodze, o dzie drogi od miasta! Przyjecha tu jako ja, rozumiecie? I sprzeda moje konie! Ja go zabij! Udusz tymi rkoma! - Opowiedzcie nam, jak to si stao, panie Biberveldt. - Geralt z Rivii, jeli si nie myl? Wiedmin? Geralt potwierdzi skinieniem gowy. - Bardzo dobrze si skada - powiedzia nizioek. - Jestem Dainty Biberveldt z Rdestowej ki, farmer, hodowca i kupiec. Mw mi Dainty, Geralt. - Opowiadaj, Dainty. - Ano, to byo tak. Ja i moje koniuchy wiedlimy konie na sprzeda, na targ do Diablego Brodu. O dzie drogi od miasta wypad nam ostatni postj. Zanocowalimy, sprawiwszy si wczeniej z antaeczkiem przepalania. W rodku nocy budz si, czuj, mao mi pcherza nie rozsadzi, zlazem wic z wozu, a przy okazji rzuc, myl, okiem, co tam porabiaj koniki na ce. Wychodz, mga jak zaraza, patrz nagle, idzie kto. Kto tu, pytam. On nic. Podchodz bliej i widz... siebie samego. Jak w zwierciadle. Myl, nie trzeba byo pi przepalanki, przekltego trunku. A ten tu... bo przecie to by on, jak mnie nie walnie w eb! Zobaczyem gwiazdy i nakryem si nogami. Rano budz si w jakim cholernym gszczu, z guzem niczym ogrek na gowie, dookoa ani ywej duszy, po naszym obozie rwnie ni ladu. Bkaem si cay dzie, nimem wreszcie szlak odnalaz, dwa dni si wlokem, arem korzonki i surowe grzyby. A on... ten zafajdany Dudulico, czy jak mu tam, pojecha tymczasem do Novigradu jako ja i opdzlowa moje konie! Ja go zaraz... A tych moich koniuchw owicz, po sto bizunw dam kademu na go rzy, lepym komendom! eby wasnego pryncypaa nie pozna, eby si tak da okpi! Durnie, by kapuciane, moczymordy... - Nie miej im za ze, Dainty - powiedzia Geralt. - Nie mieli szans. Mimik kopiuje tak dokadnie, e nie sposb odrni go od oryginau, czyli od ofiary, ktr sobie upatrzy. Nigdy nie syszae o mimikach?

- Sysze syszaem. Ale sdziem, e to wymysy. - To nie wymysy. Dopplerowi wystarczy bliej przyjrze si ofierze, by byskawicznie i bezbdnie zaadaptowa si do potrzebnej struktury materii. Zwracam uwag, e to nie iluzja, ale pena, dokadna zmiana. W najmniejszych szczegach. W jaki sposb mimiki to robi, nie wiadomo. Czarodzieje podejrzewaj, e dziaa tu ten sam skadnik krwi, co przy ykantropii, ale ja myl, e to albo co zupenie innego, albo tysickrotnie silniejszego. W kocu wilkoak ma tylko dwie, gra trzy postacie, a doppler moe si zmieni we wszystko, co zechce, byle tylko mniej wicej zgadzaa si masa ciaa. - Masa ciaa? - No, w mastodonta to on si nie zamieni. Ani w mysz. - Rozumiem. A acuch, ktrym go zwizae, po co? - Srebro. Dla lykantropa zabjcze, dla mimika, jak widzisz, wycznie powstrzymujce przemiany. Dlatego siedzi tu we wasnej postaci. Doppler zacisn rozklejajce si usta i ypn na wied-mina zym spojrzeniem mtnych oczu, ktre ju zatraciy orzechowy kolor tczwek nizioka i zrobiy si te. - I dobrze, e siedzi, bezczelny sukinsyn - warkn Dainty. - Pomyle tylko, zatrzyma si nawet tu, pod Grotem, gdzie sam zwykem na kwaterze stawa! Ju mu si ubzdurao, e jest mn! Jaskier pokrci gow. - Dainty - powiedzia. - On by tob. Ja si z nim tu spotykam od trzech dni. On wyglda jak ty i mwi jak ty. On myla jak ty. Gdy za przyszo do stawiania, by skpy jak ty. A moe jeszcze bardziej. - To ostatnie mnie nie martwi - rzek nizioek - bo moe odzyskam cz swoich pienidzy. Brzydz si go dotyka. Zabierz mu sakiewk, Jaskier, i sprawd, co jest w rodku. Powinno tam by sporo, jeli ten koniokrad rzeczywicie sprzeda moje koniki. - Ile miae koni, Dainty? - Dwanacie. - Liczc wedug cen wiatowych - powiedzia trubadur, zagldajc do trzosa - tego, co tu jest, starczy moe na jednego, o ile trafi si stary i ochwacony. Liczc za wedug cen novigradzkich, jest tego na dwie, gra trzy kozy. Kupiec nic nie powiedzia, ale wyglda, jakby si mia rozpaka. Tellico Lunngrevink Letorte opuci nos nisko, a doln warg jeszcze niej, po czym cichutko zabulgota. - Jednym sowem - westchn wreszcie nizioek - ograbio mnie i zrujnowao stworzenie, istnienie ktrego wkadaem midzy bajki. To si nazywa mie pecha.

- Nic doda, nic uj - rzek wiedmin, obrzucajc spojrzeniem kurczcego si na zydlu dopplera. - Ja rwnie byem przekonany, e mimiki wytpiono ju dawno temu. Dawniej, jak syszaem, sporo ich yo w tutejszych lasach i na paskowyu. Ale ich zdolnoci do mimikry bardzo niepokoiy pierwszych osadnikw i zaczto na nie polowa. Do skutecznie. Rycho wytpiono prawie wszystkie. - I szczcie to - powiedzia oberysta. - Tfu, tfu, kln si na Wieczny Ogie, wol ju smoka albo diaba, ktren zawdy jest smokiem albo diabem i wiadomo, czego si trzyma. Ale wilkoactwo, owe przemiany i odmiany, to ohydny, demoni proceder, oszukastwo i podstp zdradziecki, ludziom na szkod i zgub przez te paskudy wymylony! Powiadam wam, wezwijmy stra i do ognia z t wstrcizn! - Geralt? - zaciekawi si Jaskier. - Radbym usysze zdanie specjalisty. Rzeczywicie te mimiki s takie grone i agresywne? - Ich zdolnoci do kopiowania - rzek wiedmin to waciwo suca raczej obronie ni agresji. Nie syszaem... - Zaraza - przerwa gniewnie Dainty, walc pici w st. - Jeli walenie kogo po bie i grabie nie jest agresj, to nie wiem, co ni jest. Przestacie si wymdrza. Sprawa jest prosta: zostaem napadnity i ograbiony, nie tylko ze zdobytego cik prac majtku, ale i - wasnej postaci. dam zadouczynienia, nie spoczn... - Stra, stra trzeba wezwa - powiedzia oberysta. -I kapanw trzeba wezwa! I spali to monstrum, tego nieludzia! - Przestacie, gospodarzu - poderwa gow nizioek. - Nudni si robicie z t wasz stra. Zwracam wam uwag, e wam w nielud niczego nie zrobi, jeno mnie. A tak nawiasem mwic, to ja te jestem nielud. - Co te wy, panie Biberveldt - zamia si nerwowo karczmarz. - Gdzie wy, a gdzie on. Wycie s bez maa czek, a ten to monstrum przecie. Dziwi si, panie wiedmin, e tak spokojnie siedzicie. Od czego, z przeproszeniem, jestecie? Wasza rzecz zabija potwory, czy nie? - Potwory - rzek Gerald zimno. - Ale nie przedstawicieli rozumnych ras. - No, panie - powiedzia oberysta. - Teraz tocie przesadzili krzyn. - Jako ywo - wtrci Jaskier. - Przegie pa, Geralt, z t rozumn ras. Spjrz tylko na niego. Tellico Lunngrevink Letorte, w rzeczy samej, nie przypomina w tej chwili przedstawiciela mylcej rasy. Przypomina kuk ulepion z bota i mki, patrzc na wiedmina bagalnym spojrzeniem mtnych, tych oczu. Rwnie smarkliwe odgosy, jakie wydawa sigajcym blatu stou nosem, nie przystaway przedstawicielowi rasy rozumnej.

- Do tego pustego pieprzenia! - rykn nagle Dainty Biberveldt. - Nie ma o czym dyskutowa! Jedno, co si liczy, to moje konie i moja strata! Syszysz, malaku cholerny? Komu sprzedae moje koniki? Co zrobi z pienidzmi? Mw zaraz, bo ci skopi, stuk i obedr ze skry! Deczka, uchylajc drzwi, wetkna do alkierza pow gwk. - Gocie s w karczmie, ojciec - szepna. - Mularczykowie z budowy i insi. Obsuguj ich, ale wy tu tak gromko nie krzykajcie, bo si zaczynaj dziwowa na alkierz. - Na Wieczny Ogie! - wystraszy si oberysta, patrzc na rozlanego dopplera. - Jeli tu kto zajrzy i oba-czy go... oj, bdzie licho. Jeli mamy nie woa stray, to... Panie wiedmin! Jeli to prawdziwie vexling, to rzeknijci onemu, nieche zmieni si w co przyzwoitego, dla niepoznaki niby. Na razie. - Racja - rzek Dainty. - Niech on si w co zmieni, Geralt. - W kogo? - zagulgota nagle doppler. - Mog przybra posta, ktrej si dokadnie przyjrz. W ktrego z was mam si zatem zmieni? - We mnie nie - powiedzia prdko karczmarz. - Ani we mnie - achn si Jaskier. - Zreszt, to byby aden kamufla. Wszyscy mnie znaj, wic widok dwch Jaskrw przy jednym stole wywoaby wiksz sensacj ni ten tu we wasnej postaci. - Ze mn byoby podobnie - umiechn si Geralt. -Zostajesz ty, Dainty. I dobrze si skada. Nie obraaj si, ale sam wiesz, e ludzie z trudem odrniaj jednego nizioka od drugiego. Kupiec nie zastanawia si dugo. - Dobra - powiedzia. - Niech bdzie. Zdejmij mu acuch, wiedminie. No ju, zmieniaj si we mnie, rozumna raso. Doppler po zdjciu acucha roztar ciastowate apy, pomaca nos i wytrzeszczy lepia na nizioka. Obwisa skra na twarzy cigna si i nabraa kolorw. Nos skurczy si i wcign z guchym mlaniciem, na ysym czerepie wyrosy kdzierzawe wosy. Dainty wybauszy oczy, oberysta otwar gb w niemym podziwie, Jaskier westchn i jkn. Ostatnim, co si zmienio, by kolor oczu. Dainty Biberveldt Drugi odchrzkn, sign przez st, chwyci kufel Dainty Biberveldta Pierwszego i chciwie przywar do niego ustami. - By nie moe, by nie moe - powiedzia cicho Jaskier. - Spjrzcie tylko, skopiowa wiernie. Nie do odrnienia. Wszyciuteko. Tym razem nawet bble po komarach i plamy na portkach... Wanie, na portkach! Geralt, tego nie potrafi nawet czarodzieje! Pomacaj, to prawdziwa wena, to adna iluzja! Niebywae! Jak on to robi? - Tego nie wie nikt - mrukn wiedmin. - On te nie. Mwiem, e ma pen zdolno

dowolnego zmieniania struktury materii, ale to zdolno organiczna, instynktowna... - Ale portki... Z czego zrobi portki? I kamizelk? - To jego wasna, zaadaptowana skra. Nie sdz, eby on chtnie pozby si tych spodni. Zreszt, natychmiast utraciyby cechy weny... - Szkoda - wykaza bystro Dainty. - Bo ju zastanawiaem si, czy nie kaza mu zmieni wiaderka materii na wiaderko zota. Doppler, obecnie wierna kopia nizioka, rozpar si wygodnie i umiechn szeroko, rad wida z faktu, e jest centrum zainteresowania. Siedzia w identycznej pozycji jak Dainty i tak samo majta wochatymi stopami. - Sporo wiesz o dopplerach, Geralt - rzek, po czym pocign z kufla, zamlaska i bekn. Zaiste, sporo. - Bogowie, gos i maniery te Biberveldta - powiedzia Jaskier. - Nie ma ktry czerwonej kitajki? Trzeba go oznaczy, psiakrew, bo moe by bieda. - Co ty, Jaskier - obruszy si Dainty Biberveldt Pierwszy. - Chyba mnie z nim nie pomylisz? Na pierwszy... - ...rzut oka wida rnice - dokoczy Dainty Biberveldt Drugi i ponownie bekn z wdzikiem. - Zaprawd, eby si pomyli, trzeba by by gupszym ni kobyla rzy. - Nie mwiem? - szepn Jaskier w podziwie. - Myli i gada jak Biberveldt. Nie do odrnienia... - Przesada - wyd wargi nizioek. - Gruba przesada. - Nie - zaprzeczy Geralt. - To nie przesada. Wierz lub nie, ale on jest w tej chwili tob, Dainty. Niewiadomym sposobem doppler precyzyjnie kopiuje rwnie psychik ofiary. - Psy co? - No, waciwoci umysu, charakter, uczucia, myli. Dusz. Co potwierdzaoby to, czemu przeczy wikszo czarodziejw i wszyscy kapani. To, e dusza to rwnie materia. - Blunierstwo... - sapn oberysta. - I bzdura - rzek twardo Dainty Biberveldt. - Nie opowiadaj bajek, wiedminie. Waciwoci umysu, dobre sobie. Skopiowa czyj nos i portki to jedno, ale rozum to nie w kij pierdzia. Zaraz ci to udowodni. Gdyby ten wszawy doppler skopiowa mj kupiecki rozum, to nie sprzedaby koni w Novigradzie, gdzie nie ma na nie zbytu, ale pojecha do Diablego Brodu, na koski targ, gdzie ceny s aukcyjne, kto da wicej. Tam si nie traci... - Wanie, e si traci - doppler sparodiowa obraon min nizioka i parskn w charakterystyczny sposb. - Po pierwsze, cena na aukcji w Diablim Brodzie rwna w d, bo kupcy

zmawiaj si, jak licytowa. Dodatkowo za trzeba zapaci prowizj aukcjonerom. - Nie ucz mnie handlu, dupku - oburzy si Biberveldt. - Ja w Diablim Brodzie wzibym dziewidziesit albo i sto za sztuk. A ty ile dostae od novigradzkich cwaniakw? - Sto trzydzieci - powiedzia doppler. - esz, wywoko. - Nie . Pognaem konie prosto do portu, panie Dainty, i tam znalazem zamorskiego handlarza futer. Kunierze nie uywaj wow, formujc karawany, bo woy s za wolne. Futra s lekkie, ale cenne, trzeba wic podrowa szybko. W Novigradzie nie ma zbytu na konie, wic koni te nie ma. Ja miaem jedyne dostpne, wic podyktowaem cen. To proste... - Nie ucz mnie, powiedziaem! - wrzasn Dainty, czerwieniejc. - No, dobra, zarobie wic. A pienidze gdzie? - Obrciem - rzek dumnie Tellico, naladujc typowe dla nizioka przeczesywanie palcami gstej czupryny. - Pienidz, panie Dainty, musi kry, a interes musi si krci. - Uwaaj, ebym ja ci ba nie ukrci! Gadaj, co zrobie z fors za konie? - Mwiem. Nakupowaem towarw. - Jakich? Co kupi, pokrako? - Ko...koszenil - zajkn si doppler, a potem wyrecytowa szybko. - Piset korcy koszenili, szedziesit dwa cetnary kory mimozowej, pidziesit pi garncy olejku ranego, dwadziecia trzy baryki tranu, szeset glinianych misek i osiemdziesit funtw wosku pszczelego. Tran, nawiasem mwic, kupiem bardzo tanio, bo by cokolwiek zjeczay. Aha, bybym zapomnia. Kupiem jeszcze sto okci bawenianego sznura. Zapado dugie, bardzo dugie milczenie. - Zjeczay tran - rzek wreszcie Dainty, bardzo wolne wypowiadajc poszczeglne sowa. Baweniany sznurek. Rany olejek. Ja chyba ni. Tak, to koszmar. W Novigradzie mona kupi wszystko, wszelkie cenne i poyteczne rzeczy, a ten tu kretyn wydaje moje pienidze na jakie gwno. Pod moj postaci. Jestem skoczony, przepady moje pienidze, przepada moja kupiecka reputacja. Nie, mam tego do. Poycz mi miecza, Geralt. Zarbi go na miejscu. Drzwi alkierza otwary si, skrzypic. - Kupiec Biberveldt! - zapia wchodzcy osobnik w purpurowej todze, wiszcej na chudej postaci jak na kiju. Na gowie mia aksamitn czapk w ksztacie odwrconego nocnika. - Czy jest tu kupiec Biberveldt? - Tak - odrzekli jednoczenie obaj niziokowie. W nastpnej chwili jeden z Dainty Biberveldtw chlusn zawartoci kufla w twarz wiedmina, zrcznie wykopa zydel spod Jaskra i przemkn pod stoem w stron drzwi, obalajc po drodze osobnika w miesznej czapce.

- Poar! Ratunku! - zawy, wypadajc do oglnej izby. - Morduj! Pali si! Geralt, otrzsajc si z piany, rzuci si za nim, ale drugi z Biberveldtw, rwnie pdzcy ku drzwiom, polizn si na trocinach i upad mu pod nogi. Obaj wywalili si w parnym progu. Jaskier, gramolc si spod stou, kl ohydnie. - Napaaaad! - zawrzeszcza z podogi chudy osobnik, zapltany w purpurow tog. Naaapaaaaaad!!! Bandyciiii! Geralt przeturla si po nizioku, wpad do karczmy, zobaczy, jak doppler, roztrcajc goci, wypada na ulic. Rzuci si za nim, po to tylko, by utkn na elastycznym, lecz twardym murze ludzi zagradzajcych mu drog. Jednego, umorusanego glin i mierdzcego piwem, udao mu si przewrci, ale pozostali unieruchomili go w elaznym ucisku krzepkich ramion. Szarpn si wciekle, czemu zawtrowa suchy trzask pkajcych nici i dartej skry, a pod praw pach zrobio si luno. Wiedmin zakl, przestajc si wyrywa. - Mamy go! - wrzasnli mularze. - Mamy zbja! Co robi, panie majster? - Wapno! - zawy majster, podrywajc gow z blatu stou i wodzc dookoa niewidzcymi oczyma. - Straaa! - rycza purpurowy, na czworakach karabkajc si z alkierza. - Napad na urzdnika! Stra! Pjdziesz za to na szubienic, zoczyco! - Mamy go! - krzyknli mularze. - Mamy go, panie! - To nie ten! - zawy osobnik w todze - apa otra! Gocie go! - Kogo? - Biberveldta, nizioka! Goni go, goni! Do lochu z nim! - Zaraz, zaraz - rzek Dainty, wyaniajc si z alkierza. - Cocie to, panie Schwann? Nie wycierajcie sobie gby moim nazwiskiem. I nie wszczynajcie alarmu, nie ma potrzeby. Schwann zamilk, patrzc na nizioka ze zdumieniem. Z alkierza wyoni si Jaskier, w kapelusiku na bakier, ogldajc swoj lutni. Mularze, poszeptawszy midzy sob, pucili wreszcie Geralta. Wiedmin, cho bardzo zy, ograniczy si do soczystego splunicia na podog. - Kupcze Biberveldt! - zapia Schwann, mruc krtkowzroczne oczy. - Co to ma znaczy? Napa na urzdnika miejskiego moe was drogo... Kto to by? Ten nizioek, ktry umkn? - Kuzyn - rzek szybko Dainty. - Mj daleki kuzyn... - Tak, tak - popar go szybko Jaskier, czujc swj ywio. - Daleki kuzyn Biberveldta. Znany jako Czubek-Biberveldt. Czarna owca w rodzinie. Dzieckiem bdc, wpad do studni. Wyschnitej. Ale nieszczciem ceber spad mu prosto na gow. Zwykle jest spokojny, tylko widok purpury go rozwciecza. Ale nie ma co si martwi, bo uspokaja si na widok rudych woskw na damskim onie. Dlatego

popdzi prosto do Passifiory. Mwi wam, panie Schwann... - Dosy, Jaskier - zasycza wiedmin. - Zamknij si, do licha. Schwann obcign na sobie tog, otrzepa j z trocin i wyprostowa si, przybierajc wynios min. - Taak - powiedzia. - Baczcie uwaniej na krewnych, kupcze Biberveldt, bo sami wszak wiecie, jestecie odpowiedzialni. Gdybym wnis skarg... Ale czasu mi nie staje. Ja tu, Biberveldt, po sprawach suby. W imieniu wadz miejskich wzywam was do zapaty podatku. - H? - Podatku - powtrzy urzdnik i wyd wargi w grymasie podpatrzonym zapewne u kogo znacznie znaczniejszego. - Cecie to? Udzielio si wam od kuzyna? Jeli robi si interesy, trzeba paci podatki. Albo do ciemnicy si idzie siedzie. - Ja!? - rykn Dainty. - Ja, interesy? Ja same straty mam, kurwa ma! Ja... - Uwaaj, Biberveldt - sykn wiedmin, a Jaskier ukradkiem kopn nizioka w owosion kostk. Nizioek kaszln. - Jasna rzecz - powiedzia, z wysikiem przywoujc umiech na pucoowat twarz. - Jasna rzecz, panie Schwann. Jeli robi si interesy, trzeba paci podatki. Dobre interesy, due podatki. I odwrotnie, jak mniemam. - Nie mnie ocenia wasze interesy, panie kupcze -urzdnik zrobi kwan min, usiad za stoem, z przepastnych zakamarkw togi doby liczyda i zwj pergaminw, ktre rozoy na blacie, przetarszy go wprzd rkawem. - Mnie aby liczy i inkasowa. Taak... Uczymy tedy rachub... To bdzie... hmmm... Spuszczam dwa, jeden mam w rozumie... Taak... Tysic piset pidziesit trzy korony i dwadziecia kopperw. Z garda Dainty Biberveldta wyrwao si guche rzenie. Mularze zamruczeli w podziwie. Oberysta upuci misk. Jaskier westchn. - No, to do widzenia, chopcy - rzek nizioek gorzko. - Gdyby kto o mnie pyta, to jestem w ciemnicy. II - Do jutra, do poudnia - jcza Dainty. - A to sukinsyn, ten Schwann, eby go pokrcio, wstrtnego dziada, mg mi bardziej sprolongowa. Ponad ptora tysica koron, skd ja wytrzasn do jutra tyle forsy? Jestem skoczony, zrujnowany, zgnij w kryminale! Nie siedmy tu, cholera, mwi wam, apmy tego drania dopplera! Musimy go zapa! Siedzieli wszyscy trzej na marmurowej cembrowinie basenu nieczynnej fontanny,

zajmujcego rodek nieduego placyku wrd okazaych, ale wyjtkowo niegustownych kupieckich kamieniczek. Woda w basenie bya zielona i potwornie brudna, pywajce wrd odpadkw zote orfy ciko pracoway skrzelami i otwartymi pyszczkami apay powietrze z powierzchni. Jaskier i nizioek uli racuchy, ktre trubadur przed chwil gwizdn z mijanego straganu. - Na twoim miejscu - powiedzia bard - zaniechabym pocigu, a zacz si rozglda za kim, kto poyczy ci pienidzy. Co ci da zapanie dopplera? Mylisz moe, e Schwann przyjmie go jako ekwiwalent? - Gupi, Jaskier. Schwytawszy dopplera, odbior mu moje pienidze. - Jakie pienidze? To, co mia w sakiewce, poszo na pokrycie szkd i apwk dla Schwanna. Wicej nie mia. - Jaskier - skrzywi si nizioek. - Na poezji to ty si moe i znasz, ale w sprawach handlowych, wybacz, to ty jeste kompletny bawan. Syszae, ile podatku wyliczy mi Schwann? A od czego paci si podatki? H? Od czego? - Od wszystkiego - stwierdzi poeta. - Ja nawet od piewania pac. I guzik ich obchodz moje tumaczenia, e piewaem z wewntrznej potrzeby. - Gupi, mwiem. Podatki w interesach paci si od zysku. Od zysku. Jaskier! Pojmujesz? Ten obuz doppler podszy si pod moj osob i wda w jakie interesy, niechybnie oszukacze. I zarobi na nich! Mia zysk! A ja bd musia zapaci podatek, a do tego zapewne kry dugi tego achmyty, jeeli narobi dugw! A jeli nie zapac, to pjd do lochu, napitnuj mnie publicznie elazem, zel do kopalni! Zaraza! - Ha - rzek wesoo Jaskier. - Nie masz wic wyjcia, Dainty. Musisz potajemnie ucieka z miasta. Wiesz, co? Mam pomys. Okrcimy ci caego w barani skr. Przekroczysz bram, woajc: Owieczka jestem, bee, bee. Nikt ci nie rozpozna. - Jaskier - powiedzia ponuro nizioek. - Zamknij si, bo ci kopn. Geralt? - Co, Dainty? - Pomoesz mi schwyta dopplera? - Posuchaj - rzek wiedmin, wci bezskutecznie usiujc zafastrygowa rozerwany rkaw kurtki. - Tu jest Novigrad. Trzydzieci tysicy mieszkacw, ludzi, krasno-ludw, pelfw, niziokw i gnomw, zapewne drugie tyle przyjezdnych. Jak chcesz odnale kogo w takiej mie narodu? Dainty pokn racuch, obliza palce. - A magia, Geralt? Te wasze wiedmiskie czary, o ktrych kry tyle opowieci? - Doppler jest wykrywalny magicznie tylko we wasnej postaci, a we wasnej to on nie

chodzi po ulicach. A nawet gdyby, magia byaby na nic, bo dookoa peno jest sabych, czarodziejskich sygnaw. Co drugi dom ma magiczny zamek przy drzwiach, a trzy czwarte ludzi nosi amulety, najrozmaitsze, przeciw zodziejom, pchom, zatruciom pokarmowym, zliczy nie sposb. Jaskier przesun palcami po gryfie lutni, brzdkn po strunach. - Wrci wiosna, deszczem ciepym pachnca! - zapiewa. - Nie, niedobrze. Wrci wiosna, socem... Nie, psiakrew. Nie idzie mi. Ani w zb... - Przesta skrzecze - warkn nizioek. - Dziaasz mi na nerwy. Jaskier rzuci orfom resztk racucha i splun do basenu. - Patrzcie - powiedzia. - Zote rybki. Podobno takie rybki speniaj yczenia. - Te s czerwone - zauway Dainty. - Co tam, drobiazg. Cholera, jest nas trzech, a one speniaj trzy yczenia. Wychodzi po jednym na kadego. Co, Dainty? Nie yczyby sobie, eby rybka zapacia za ciebie podatek? - Owszem. Oprcz tego, eby co spado z nieba i walno dopplera w eb. I jeszcze... - Stj, stj. My te mamy yczenia. Ja chciabym, eby rybka podpowiedziaa mi zakoczenie ballady. A ty, Geralt? - Odczep si, Jaskier. - Nie psuj zabawy, wiedminie. Powiedz, czego by sobie yczy? Wiedmin wsta. - yczybym sobie - mrukn - eby to, e nas wanie prbuj otoczy, okazao si nieporozumieniem. Z zauka na wprost fontanny wyszo czterech czarno odzianych osobnikw w okrgych, skrzanych czapkach, wolno kierujc si w stron basenu. Dainty zakl z cicha, ogldajc si. Z uliczki za ich plecami wyszo nastpnych czterech. Ci nie podchodzili bliej, rozstawiwszy si, zablokowali zauek. W rkach trzymali dziwnie wygldajce krki, jak gdyby kawaki zwinitych lin. Wiedmin rozejrza si, poruszy barkami, poprawiajc przewieszony przez plecy miecz. Jaskier jkn. Zza plecw czarnych osobnikw wyoni si niewysoki mczyzna w biaym kaftanie i krtkim, szarym paszczu. Zoty acuch na jego szyi poyskiwa w rytm krokw, lc te refleksy. - Chappelle... - siekn Jaskier. - To jest Chappelle... Czarni osobnicy za ich plecami wolno ruszyli w stron fontanny. Wiedmin sign po miecz. - Nie, Geralt - szepn Jaskier, przysuwajc si do niego. - Na bogw, nie wycigaj broni. To stra witynna. Jeli stawimy im opr, nie wyjdziemy ywi z Novigradu. Nie dotykaj miecza.

Czowiek w biaym kaftanie szed w ich stron szpar-kim krokiem. Czarni osobnicy szli za nim, w marszu otaczajc basen, zajmujc strategiczne, precyzyjnie dobrane pozycje. Geralt obserwowa ich czujnie, zgarbiwszy si lekko. Dziwne krki, ktre trzymali w rkach, nie byy, jak sdzi pocztkowo, zwykymi batami. To byy lamie. Czowiek w biaym kaftanie zbliy si. - Geralt - szepta bard. - Na wszystkich bogw, zachowaj spokj... - Nie dam si dotkn - mrukn wiedmin. - Nie dam si dotkn, kimkolwiek by byli. Uwaaj, Jaskier... Jak si zacznie, wiejcie, ile si w nogach. Ja ich zajm... na jaki czas... Jaskier nie odpowiedzia. Zarzuciwszy lutni na rami, skoni si gboko przed czowiekiem w biaym kaftanie bogato haftowanym zotymi i srebrnymi nimi w drobny, mozaikowy wzr. - Czcigodny Chappelle... Czowiek zwany Chappelle zatrzyma si, powid pa nich wzrokiem. Jego oczy, jak zauway Geralt, byy paskudnie zimne i miay kolor stali. Czoo mia blade, chorobliwie spocone, na policzkach czerwone, nieregularne plamy rumiecw. - Pan Dainty Biberyeldt, kupiec - powiedzia. - Utalentowany pan Jaskier. I Geralt z Rivii, przedstawiciel jake rzadkiego, wiedmiskiego fachu. Spotkanie starych znajomych? U nas, w Novigradzie? Nikt nie odpowiedzia. - Za wielce niefortunny - cign Chappelle - uwaam fakt, e zoono na was doniesienie. Jaskier poblad lekko, a nizioek zaszczeka zbami. Wiedmin nie patrzy na Chappelle. Nie odrywa oczu od broni otaczajcych fontann czarnych osobnikw w skrzanych czapkach. W wikszoci znanych Geraltowi krajw wyrb i posiadanie kolczastej lamii, zwanej mayheskim batogiem, byo surowo zakazane. Novigrad nie by wyjtkiem. Geralt widzia ludzi, ktrych uderzono ami w twarz. Twarzy tych nie sposb byo zapomnie. - Waciciel zajazdu pod Grotem Wczni - kontynuowa Chappelle - mia czelno zarzuci waszmociom konszachty z demonem, potworem, ktrego zwie si mieniakiem lub vexlingiem. Nikt nie odpowiedzia. Chappelle splt rce na piersi i spojrza na nich zimnym wzrokiem. - Czuem si obowizany uprzedzi was o tym doniesieniu. Informuj te, e pomieniony oberysta zosta zamknity w lochu. Zachodzi podejrzenie, e bredzi, bdc pod wpywem piwska lub gorzay. Zaiste, czeg to ludzie nie wymyl. Po pierwsze, vexlingw nie ma. To wymys zabobonnych kmiotkw. Nikt nie skomentowa. - Po drugie, jaki vexling omieliby si zbliy do wiedmina - umiechn si Chappelle -

i nie zosta natychmiast zabity? Prawda? Oskarenie karczmarza byoby wic miechu warte, gdyby nie pewien istotny szczeg. Chappelle pokiwa gow, robic efektown pauz. Wiedmin usysza, jak Dainty powoli wypuszcza powietrze wcignite do puc w gbokim wdechu. - Tak, pewien istotny szczeg - powtrzy Chappelle. - Mianowicie, mamy do czynienia z herezj i witokradczym blunierstwem. Wiadomo bowiem, e aden, absolutnie aden vexling, jak te aden inny potwr nie mgby nawet zbliy si do murw Novigradu, bo tu w dziewitnastu wityniach ponie Wieczny Ogie, ktrego wita moc chroni miasto. Kto twierdzi, e widzia vexlinga pod Grotem Wczni, o rzut kamieniem od gwnego otarza Wiecznego Ognia, ten jest blunierczym heretykiem i swoje twierdzenie bdzie musia odwoa. Gdyby za odwoa nie chcia, to mu si w tym dopomoe w miar si i rodkw, ktre, wierzcie mi, mam w lochach pod rk. Jak zatem widzicie, nie ma si czym przejmowa. Wyraz twarzy Jaskra i nizioka wiadczy dobitnie, e obaj s innego zdania. - Absolutnie nie ma si czym frasowa - powtrzy Chappelle. - Mog panowie opuci Novigrad bez przeszkd. Nie bd was zatrzymywa. Musz jednak nalega, aby o poaowania godnych wymysach oberysty nie rozpowiadali waszmociowie, nie komentowali gono tego wydarzenia. Wypowiedzi podwaajce bosk moc Wiecznego Ognia, niezalenie od intencji, my, skromni sudzy kocioa, musielibymy traktowa jako herezj, ze wszystkimi konsekwencjami. Wasne przekonania religijne waszmociw, jakie by one nie byy, a jakie szanuj, nie maj znaczenia. Wierzcie sobie, w co chcecie. Ja jestem tolerancyjny dopty, dopki kto czci Wieczny Ogie i nie bluni przeciw niemu. A jak bdzie bluni, to go ka spali i tyle. Wszyscy w Novigradzie s rwni wobec prawa. I prawo jest rwne dla wszystkich - kady, kto bluni przeciw Wiecznemu Ogniowi, idzie na stos, a jego majtek si konfiskuje. Ale do o tym. Powtarzam, moecie bez przeszkd przekroczy bramy Novigradu. Najlepiej... Chappelle umiechn si lekko, wessa policzek w chytrym grymasie, powid wzrokiem po placyku. Nieliczni przechodnie, obserwujcy zajcie, przyspieszali kroku, szybko odwracali gowy. - ...najlepiej - dokoczy Chappelle - najlepiej natychmiast. Niezwocznie. Oczywista rzecz, e w odniesieniu do szanownego kupca Biberveldta owo niezwocznie oznacza niezwocznie po uregulowaniu spraw podatkowych. Dzikuj panom za powicony mi czas. Dainty, odwrciwszy si, bezgonie poruszy ustami. Wiedmin nie mia wtpliwoci, e owym bezgonym sowem byo skurwiel. Jaskier opuci gow, umiechajc si gupkowato. - Panie wiedminie - rzek nagle Chappelle. - Jeli aska, stwko na osobnoci. Geralt zbliy si, Chappelle lekko wycign rk. Jeli dotknie mojego okcia, waln go,

pomyla wiedmin. Waln go, choby nie wiem co. Chappelle nie dotkn okcia Geralta. - Panie wiedminie - powiedzia cicho, odwracajc si plecami do innych. - Wiadomo mi, e niektre miasta, w przeciwiestwie do Novigradu, pozbawione s boskiej opieki Wiecznego Ognia. Zamy wic, e stwr podobny vexlingowi grasuje po jednym z takich miast. Ciekawo, za ile podjlibycie si wwczas schwytania vexlinga ywcem? - Nie najmuj si do polowa na potwory w ludnych miastach - wzruszy ramionami wiedmin. - Mgby bowiem ucierpie kto postronny. - A tak obchodzi ci los postronnych? - A tak. Bo to z reguy mnie obcia si odpowiedzialnoci za ich los. I grozi konsekwencjami. - Rozumiem. A nie byaby troska o los postronnych odwrotnie proporcjonalna do wysokoci zapaty? - Nie byaby. - Twj ton, wiedminie, niezbyt mi si podoba. Ale mniejsza z tym, rozumiem, co sugerujesz tym tonem. Sugerujesz, e nie chcesz zrobi tego... o co mgbym ci poprosi, przy czym wysoko zapaty nie ma znaczenia. A rodzaj zapaty? - Nie rozumiem. - Nie sdz. - Jednak. - Czysto teoretycznie - powiedzia Chappelle, cicho, spokojnie, bez zoci czy groby w gosie - byoby moliwym, e zapat za twoj usug byaby gwarancja, e ty i twoi przyjaciele wyjdziecie ywi z... z teoretycznego miasta. Co wtedy? - Na to pytanie - umiechn si paskudnie wiedmin - nie da si odpowiedzie teoretycznie. Sytuacj, o ktrej mwicie, czcigodny Chappelle, naleaoby przerobi w praktyce. Nie pilno mi do tego wcale, ale jeli bdzie trzeba... Jeli nie bdzie innego wyjcia... Gotw jestem to przewiczy. - Ha, moe i masz racj - odpowiedzia beznamitnie Chappelle. - Za duo teoretyzujemy. Za co do praktyki, to widz, e wspdziaania nie bdzie. Moe to i dobrze? W kadym razie ywi nadziej, e nie bdzie to powodem do konfliktu midzy nami. - I ja - rzek Geralt - ywi tak nadziej. - Niech wic pali si w nas ta nadzieja, Geralcie z Rivii. Czy wiesz, czym jest Wieczny Ogie? Nie gasncy pomie, symbol przetrwania, droga wskazana w mroku, zapowied postpu, lepszego jutra? Wieczny Ogie, Geralcie, jest nadziej. Dla wszystkich, dla wszystkich bez wyjtku. Bo jeeli jest co, co jest wsplne... Dla ciebie, dla mnie... dla innych... to tym czym jest

wanie nadzieja. Pamitaj o tym. Mio byo ci pozna, wiedminie. Geralt skoni si sztywno, milczc. Chappelle patrzy na niego przez chwil, potem energicznie odwrci si i pomaszerowa przez placyk, nie ogldajc si na swoj eskort. Ludzie uzbrojeni w lamie ruszyli za nim, formujc porzdny szyk. - O, mamuniu moja - zakwili Jaskier, ogldajc si pochliwie za odchodzcymi. - Ale mielimy szczcie. O ile to koniec. O ile nas zaraz nie capn... - Uspokj si - rzek wiedmin - i przesta jcze. Przecie nic si nie stao. - Wiesz, kto to by, Geralt? - Nie. - To by Chappelle, namiestnik do spraw bezpieczestwa. Tajna suba Novigradu podlega kocioowi. Chappelle nie jest kapanem, ale to szara eminencja hierarchy, najpotniejszy i najniebezpieczniejszy czowiek w miecie. Wszyscy, nawet Rada i cechy, trzs przed nim portkami, bo to pierwszej wody ajdak, Geralt, opity wadz, jak pajk musz krwi. Chocia po cichu, ale mwi si w miecie, co on potrafi. Ludzie przepadajcy bez ladu. Faszywe oskarenia, tortury, skrytobjstwa, terror, szanta i zwyka grabie. Wymuszenia, szwindle i afery. Na bogw, w adn histori wpdzie nas, Biberveldt. - Daj pokj, Jaskier - prychn Dainty. - Akurat ty masz si czego ba. Nikt nie ruszy trubadura. Z niewiadomych mi powodw jestecie nietykalni. - Nietykalny poeta - jcza Jaskier, wci blady - te moe w Novigradzie wpa pod rozpdzony wz, miertelnie zatru si ryb albo nieszczliwie utopi w fosie. Chappelle jest specjalist od takich wypadkw. To, e z nami w ogle rozmawia, uwaam za niebywae. Jedno jest pewne, bez powodu tego nie zrobi. Co knuje. Zobaczycie, zaraz w co nas wplcz, zakuj i powlok na tortury w majestacie prawa. Tak si tu robi! - W tym, co on mwi - rzek nizioek do Geralta - jest sporo prawdy. Musimy uwaa. e te tego otra Chappelle jeszcze ziemia nosi. Od lat gadaj o nim, e chory, e mu krew uderza i wszyscy czekaj, kiedy wykituje... - Zamilcz, Biberveldt - sykn bojaliwie trubadur,

rozgldajc si - bo gotw kto usysze. Patrzcie, jak wszyscy gapi si na nas. Wynomy si std, mwi wam. I radz, powanie potraktujmy to, co powiedzia nam Chappelle o dopplerze. Ja, dla przykadu, w yciu nie widziaem adnego dopplera, jeli bdzie trzeba, zaprzysign to przed Wiecznym Ogniem. - Patrzcie - rzek nagle nizioek. - Kto biegnie ku nam. - Uciekajmy! - zawy Jaskier.

- Spokojnie, spokojnie - umiechn si szeroko Dainty i przeczesa czupryn palcami. Znam go. To Pimak, tutejszy kupiec, skarbnik Cechu. Robilimy razem interesy. Hej, spjrzcie, jak ma min! Jakby zern si w portki. Hej, Pimak, mnie szukasz? - Na Wieczny Ogie kln si - wysapa Pimak, odsuwajc na ty gowy lisi czap i wycierajc czoo rkawem. - Byem pewien, e zawlok ci do barbakanu. Icie, cud to. Dziwi si... - Mio z twojej strony - przerwa nizioek z przeksem - e si dziwisz. Uraduj nas jeszcze bardziej, mwic dlaczego. - Nie udawaj gupiego, Biberveldt - zmarszczy si Pimak. - Cae miasto ju wie, jaki to interes zrobi na koszenili. Wszyscy ju o tym gadaj, to i widno do hierarchy doszo, i do Chappelle, jaki to sprytny, jake to chytrze wygra na tym, co stao si w Poviss. - O czym ty bredzisz, Pimaku? - O, bogowie, przestaby, Dainty, zamiata ogonem niby liszka. Kupie koszenil? Za p darmo, po pi dwadziecia za korzec? Kupie. Korzystajc z chudego popytu zapacie awalizowanym wekslem, ni grosza gotwki nie wyoye. I co? W cigu jednego dnia opylie cay adunek po czterokro wyszej cenie, za gotowizn na st. Bdziesz mia moe czelno twierdzi, e to przypadek, e to szczcie niby? e kupujc koszenil nice nie wiedzia o przewrocie w Poviss? - e co? O czym ty gadasz? - Przewrt by w Poviss! - rykn Pimak. - I ta, jak jej tam, no... Leworucja! Obalono krla Rhyda, nynie rzdzi tam klan Thyssenidw! Dwr, szlachta i wojsko Rhyda nosio si na niebiesko, to i tamtejsze tkalnie jeno indygo kupoway. A barwa Thyssenidw to szkarat, tedy indygo staniao, a koszenila posza w gr, a tedy na jaw wyszo, e to ty, Biberveldt, trzymasz ap na jedynym dostpnym wanie adunku! Ha! Dainty milcza, zaspiwszy si. - Chytrze, Biberveldt, nie ma co - cign Pimak. - I nikomu ani sowa, nawet przyjacioom. Gdyby mi co rzek, moeby wszyscy zarobili, nawet faktori mona by zaoy wspln. Ale ty wolae sam, cichcem-chykiem. Twoja wola, ale i na mnie zasi te ju nie licz. Na Wieczny Ogie, prawda to, e kady nizioek to samolubny dra i pies posraniec. Mnie to Vimme Vivaldi nigdy awalu na wekslu nie daje, a tobie? Od rki. Bocie jedna banda s, wy nieludzkie, zapowietrzone nizioki i krasnoludy. Niech was cholera! Pimak splun, odwrci si na picie i odszed. Dainty, zamylony, drapa si w gow, a chrzcia czupryna. - Co mi wita, chopcy - rzek wreszcie. - Ju wiem, co nam trzeba uczyni. Idziemy do banku. Jeeli kto moe poapa si w tym wszystkim, to tym ktosiem jest wanie mj znajomy

bankier, Vimme Vivaldi. III - Inaczej wyobraaem sobie bank - szepn Jaskier, rozgldajc si po pomieszczeniu. Gdzie oni tu trzymaj pienidze, Geralt? - Diabli wiedz - odrzek cicho wiedmin, zasaniajc rozerwany rkaw kurtki. - Moe w piwnicy? - Gwno. Rozejrzaem si. Tu nie ma piwnicy. - To pewnie na strychu. - Pozwlcie do kantorka, panowie - powiedzia Vimme Vivaldi. Siedzcy przy dugich stoach modzi ludzie i krasnoludy niewiadomego wieku zajci byli pokrywaniem arkuszy pergaminu rzdami cyferek i literek. Wszyscy bez wyjtku garbili si i mieli lekko wysunite jzyki. Praca, jak oceni wiedmin, bya diablo monotonna, ale zdawaa si pochania pracujcych bez reszty. W kcie, na niskim zydlu, siedzia dziadunio o wygldzie ebraka zajty ostrzeniem pir. Szo mu niesporo. Bankier zamkn starannie drzwi kantorka, przygadzi dug, bia, wypielgnowan brod, tu i wdzie poplamion inkaustem, poprawi bordowy, aksamitny kubrak, z trudem dopinajcy si na wydatnym brzuchu. - Wiecie, panie Jaskier - powiedzia, siadajc za ogromnym, mahoniowym stoem, zawalonym pergaminami. - Zupenie inaczej was sobie wyobraaem. A znam wasze piosenki, znam, syszaem. O krlewnie Vandzie, ktra utopia si w rzece Duppie, bo nikt jej nie chcia. I o zimorodku, co wpad do wychodku... - To nie moje - Jaskier poczerwienia ze wciekoci. - Nigdy nie napisaem czego podobnego! - A. A to przepraszam. - Moebymy tak przeszli do rzeczy? - wtrci Dainty. - Czas nagli, a wy o gupstwach. Jestem w powanych tarapatach, Vimme. - Obawiaem si tego - pokiwa gow krasnolud. - Jak pamitasz, ostrzegaem ci, Biberveldt. Mwiem ci trzy dni temu, nie angauj pienidzy w ten zjeczay tran. Co z tego, e tani, cena nominalna nie jest wana, wana jest stopa zysku na odsprzeday. Tak samo ten olejek rany i ten wosk, i te gliniane miski. Co ci odbio, Dainty, eby kupowa to gwno, i to w dodatku za yw gotwk, zamiast rozumnie paci akredytyw lub wekslem? Mwiem ci, koszty skadowania s w Novigradzie diabelnie wysokie, w cigu dwch tygodni trzykrotnie przekrocz

warto tego towaru. A ty... - No - jkn z cicha nizioek. - Mw, Vivaldi. Co ja? - A ty na to, e nie ma strachu, e sprzedasz wszystko w cigu dwudziestu czterech godzin. I teraz przychodzisz i owiadczasz, e jeste w tarapatach, umiechajc si przy tym gupio i rozbrajajco. Nie idzie, prawda? A koszty rosn, co? Ha, niedobrze, niedobrze. Jak mam ci z tego wycign, Dainty? Gdyby chocia ubezpieczy ten cham, posabym zaraz kogo z kancelistw, eby cichcem podpali skad. Nie, kochany, jedno, co mona zrobi, to podej do rzeczy filozoficznie, czyli powiedzie sobie: sra to pies. To jest handel, raz si zyska, raz si straci. Co to zreszt za pienidze, ten tran, wosk i olejek. miechu warte. Mwmy o powaniejszych interesach. Powiedz mi, czy mam ju sprzedawa kor mimozow, bo oferty zaczy si stabilizowa na pi i pi szstych. - H? - Guchy jeste? - zmarszczy si bankier. - Ostatnia oferta to rwno pi i pi szstych. Wrcie, mam nadziej, eby przybi? Siedmiu i tak nie dostaniesz, Dainty. - Wrciem? Vivaldi pogadzi brod i wyskuba z niej okruszki strucli. - Bye tu przed godzin - rzek spokojnie - z poleceniem, aby trzyma do siedmiu. Siedmiokrotne przebicie przy cenie, jak zapacie, to dwie korony czterdzieci pi kopperw za funt. To zbyt wysoko, Dainty, nawet jak na tak doskonale trafiony rynek. Garbarnie ju musiay si dogada i bd solidarnie trzyma cen. Gow daj... Drzwi otworzyy si i do kantorka wpado co w zielonej, filcowej czapce i futerku z aciatych krlikw, przepasanym konopnym powrsem. - Kupiec Sulimir daje dwie korony pitnacie! - za-kwiczao. - Sze i jedna szsta - obliczy szybko Vivaldi. - Co robi, Dainty? - Sprzedawa! - krzykn nizioek. - Szeciokrotne przebicie, a ty si jeszcze zastanawiasz, cholera? Do kantorka wpado drugie co, w tej czapce i opoczy przypominajcej stary worek. Jak i pierwsze co, miao okoo dwch okci wzrostu. - Kupiec Biberveldt poleca nie sprzedawa poniej siedmiu! - wrzasno, wytaro nosrkawem i wybiego. - Aha - powiedzia krasnolud po dugiej chwili ciszy. - Jeden Biberveldt kae sprzedawa, drugi Biberveldt kae czeka. Ciekawa sytuacja. Co robimy, Dainty? Od razu przystpisz do wyjanie, czy te zaczekamy, a jaki trzeci Biberveldt poleci adowa kor na galery i wywie do Krainy Psiogowcw? H?

- Co to jest? - wyjka Jaskier, wskazujc na co w zielonej czapce, wci stojce przy drzwiach. - Co to jest, do cholery? - Mody gnom - powiedzia Geralt. - Niewtpliwie - potwierdzi sucho Vivaldi. - Nie jest to stary troll. Niewane zreszt, co to jest. No, Dainty, sucham. - Vimme - rzek nizioek. - Bardzo ci prosz. Nie zadawaj pyta. Stao si co strasznego. Za i przyjmij, e ja, Dainty Biberveldt z Rdestowej ki, uczciwy kupiec, nie mam pojcia, co tu si dzieje. Opowiedz mi wszystko, ze szczegami. Wydarzenia ostatnich trzech dni. Prosz, Vimme. - Ciekawe - powiedzia krasnolud. - No, ale za prowizj, jak bior, musz spenia yczenia pryncypaa, jakie by one nie byy. Suchaj tedy. Wpade tu trzy dni temu, zdyszany, dae mi w depozyt tysic koron i zadae awalu na wekslu opiewajcym na dwa tysice piset dwadziecia, na okaziciela. Daem ci ten awal. - Bez gwarancji? - Bez. Lubi ci, Dainty. - Mw dalej, Vimme. - Na drugi dzie z rana wpade z rumorem i tupotem, dajc, bym otworzy akredytyw na bank w Wyzimie. Na niebagateln sum trzech tysicy piciuset koron. Beneficjentem mia by, o ile pamitam, niejaki Ther Lu-kokian, alias Trufel. No, to i otworzyem tak akredytyw. - Bez gwarancji - rzek nizioek z nadziej w gosie. - Moja sympatia do ciebie, Biberveldt - westchn bankier - koczy si okoo trzech tysicy koron. Tym razem wziem od ciebie pisemne zobowizanie, e w razie niewypacalnoci myn jest mj. - Jaki myn? - Myn twojego tecia, Arno Hardbottoma, w Rdestowej ce. - Nie wracam do domu - owiadczy Dainty ponuro, lecz zdecydowanie. - Zacign si na jaki okrt i zostan piratem. Vimme Vivaldi podrapa si w ucho i spojrza na niego podejrzliwie. - Eee - powiedzia. - Ju dawno przecie odebrae i podare to zobowizanie. Jeste wypacalny. Nie dziwota, przy takich zyskach... - Zyskach? - Prawda, zapomniaem - mrukn krasnolud. - Miaem si niczemu nie dziwi. Zrobie dobry interes na koszenili, Biberveldt. Bo widzisz, w Poviss doszo do przewrotu...

- Wiem ju - przerwa nizioek. - Indygo staniao, a koszenila zdroaa. A ja zarobiem. To prawda, Vimme? - Prawda. Masz u mnie w depozycie sze tysicy trzysta czterdzieci sze koron i osiemdziesit kopperw. Netto, po odliczeniu mojej prowizji i podatku. - Zapacie za mnie podatek? - A jakeby inaczej - zdziwi si Vivaldi. - Przecie godzin temu bye tu i kazae zapaci. Kancelista ju zanis ca sum do ratusza. Co okoo ptora tysica, bo sprzeda koni bya tu, rzecz jasna, wliczona. Drzwi otworzyy si z hukiem i do kantorka wpado co w bardzo brudnej czapce. - Dwie korony trzydzieci! - wrzasno. - Kupiec Hazelquist! - Nie sprzedawa! - zawoa Dainty. - Czekamy na lepsz cen! Jazda, obaj z powrotem na gied! Oba gnomy chwyciy rzucone im przez krasnoluda miedziaki i zniky. - Taak... Na czym to ja stanem? - zastanowi si Vivaldi, bawic si ogromnym, dziwacznie uformowanym krysztaem ametystu, sucym jako przycisk do papierw. - Aha, na koszenili kupionej za weksel. A list kredytowy, o ktrym napomykaem, potrzebny by ci na zakup wielkiego adunku kory mimozowej. Kupie tego sporo, ale do tanio, po trzydzieci pi kopperw za funt, od zangwebarskiego faktora, owego Trufla czy Smardza. Galera wpyna do portu wczoraj. I wwczas si zaczo. - Wyobraam sobie - jkn Dainty. - Do czego jest komu potrzebna kora mimozowa? - nie wytrzyma Jaskier. - Do niczego - mrukn ponuro nizioek. - Niestety. - Kora z mimozy, panie poeto - wyjani krasnolud -to garbnik uywany do garbowania skr. - Jeli kto byby na tyle gupi - wtrci Dainty - by kupowa kor mimozow zza mrz, jeli w Temerii mona kupi dbow za bezcen. - I tu wanie ley wampir pogrzebany - rzek Vivaldi. - Bo w Temerii druidzi wanie ogosili, e jeeli natychmiast nie zaprzestanie si niszczenia dbw, zel na kraj plag szaraczy i szczurw. Druidw popary driady, a tamtejszy krl ma sabo do driad. Krtko: od wczoraj jest pene embargo na temersk dbin, dlatego mimoza idzie w gr. Miae dobre informacje, Dainty. Z kancelarii dobieg tupot, po czym do kantorka wdaro si zdyszane co w zielonej czapce. - Wielmony kupiec Sulimir... - wydysza gnom - kaza powtrzy, e kupiec Biberveldt, nizioek, jest wieprzem dzikim i szczeciniastym, spekulantem i wydrwigroszem, i e on, Sulimir, yczy Biberveldtowi, aby oparszywia. Daje dwie korony czterdzieci pi i to jest ostatnie sowo.

- Sprzedawa - wypali nizioek. - Dalej, may, pd i potwierd. Licz, Vimme. Vivaldi sign pod zwoje pergaminu i wydoby krasnoludzkie liczydeko, istne cacko. W odrnieniu od liczyde stosowanych przez ludzi, krasnoludzkie liczydeka miay ksztat aurowej piramidki. Liczydeko Vivaldiego wykonane byo jednak ze zotych drutw, po ktrych przesuway si graniaste oszlifowane, pasujce do siebie bryki rubinw, szmaragdw, onyksw i czarnych agatw. Krasnolud szybkimi, zwinnymi ruchami grubego palucha przesuwa przez chwil klejnoty, w gr, w d, na boki. - To bdzie... hmm, hmm... Minus koszty i moja prowizja... Minus podatek... Taak. Pitnacie tysicy szeset dwadziecia dwie korony i dwadziecia pi kopperw. Niele. - Jeeli dobrze licz - rzek powoli Dainty Biberveldt. - To cznie, netto, powinienem mie u ciebie... - Dokadnie dwadziecia jeden tysicy dziewiset szedziesit dziewi koron i pi kopperw. Niele. - Niele? - wrzasn Jaskier. - Niele? Za tyle mona kupi du wie albo may zamek! Ja w yciu nie widziaem naraz tylu pienidzy! - Ja te nie - powiedzia nizioek. - Ale bez ferworu, Jaskier. Tak si skada, e tych pienidzy jeszcze nikt nie widzia i nie wiadomo, czy zobaczy. - Eje, Biberveldt - achn si krasnolud. - Skd takie ponure myli? Sulimir zapaci gotwk lub wekslem, a weksle Sulimira s pewne. O co wic chodzi? Boisz si straty na mierdzcym tranie i wosku? Przy takich zyskach piewajco pokryjesz straty... - Nie w tym rzecz. - W czyme wic? Dainty chrzkn, opuci kdzierzaw gow. - Vimme - powiedzia, patrzc w podog. - Chappelle wszy za nami. Bankier zacmoka. - Kiepsko - wycedzi. - Naleao si jednak tego spodziewa. Widzisz, Biberveldt, informacje, ktrymi si posuye przy transakcjach, maj nie tylko znaczenie handlowe, ale i polityczne. O tym, co si kroi w Poviss i w Temerii, nie wiedzia nikt, Chappelle te nie, a Chappelle lubi wiedzie pierwszy. Teraz wic, jak sobie wyobraasz, gowi si nad tym, skd wiedziae. I myl, e si ju domyli. Bo i ja si domylam. - Ciekawe. Vivaldi powid wzrokiem po Jaskrze i Geralcie, zmarszczy perkaty nos. - Ciekawe? Ciekawa to jest ta twoja spka, Dainty -powiedzia. - Trubadur, wiedmin i

kupiec. Gratuluj. Pan Jaskier bywa tu i wdzie, nawet na krlewskich dworach, i pewnie niele nadstawia ucha. A wiedmin? Stra osobista? Straszak na dunikw? - Pospieszne wnioski, panie Vivaldi - rzek zimno Geralt. - Nie jestemy w spce. - A ja - poczerwienia Jaskier - nie nadstawiam nigdzie ucha. Jestem poet, nie szpiegiem! - Rnie mwi - wykrzywi si krasnolud. - Bardzo rnie, panie Jaskier. - Kamstwo! - wrzasn trubadur. - Gwno prawda! - Dobrze ju, wierz, wierz. Tylko nie wiem, czy Chappelle uwierzy. Ale, kto wie, moe to wszystko rozejdzie si po kociach. Powiem ci, Biberveldt, e po ostatnim ataku apopleksji Chappelle bardzo si zmieni. Moe to strach przed mierci zajrza mu do rzyci i zmusi do zastanowienia? Sowem, to ju nie ten sam Chappelle. Zrobi si jaki grzeczny, rozumny, spokojny i... i uczciwy, jakby. - Eeee - powiedzia nizioek. - Chappelle, uczciwy? Grzeczny? To niemoliwe. - Mwi, jak jest - odpar Vivaldi. - A jest, jak mwi. Dodatkowo, teraz koci ma na gowie inny problem, ktremu na imi Wieczny Ogie. - Jak niby? - Wszdzie ma pon Wieczny Ogie, jak si mwi. Wszdzie, w caej okolicy, maj by stawiane otarze temu ogniowi powicone. Mnstwo otarzy. Nie pytaj mnie o szczegy, Dainty, nie bardzo orientuj si w ludzkich zabobonach. Ale wiem, e wszyscy kapani, a take Chappelle, nie zajmuj si praktycznie niczym, jak tylko tymi otarzami i tym ogniem. Robi si wielkie przygotowania. Podatki pjd w gr, to pewne. - No - rzek Dainty. - Marna pociecha, ale... Drzwi kantorka otwary si znowu i do rodka wpado znane ju wiedminowi co w zielonej czapce i krliczym futerku. - Kupiec Biberveldt - owiadczyo - przykazuje dokupi garnkw, gdyby zabrako. Cena nie gra roli. - wietnie - umiechn si nizioek, a umiech ten przywoa na myl skrzywiony pyszczek wciekego bika. - Kupimy mnstwo garnkw, wola pana Biberveldta jest dla nas rozkazem. Czego jeszcze mamy dokupi? Kapusty? Dziegciu? Grabi elaznych? - Ponadto - wychrypiao co w futerku - kupiec Biberveldt prosi o trzydzieci koron gotwk, bo musi da apwk, zje co i napi si piwa, a pod Grotem Wczni jacy trzej obwiesie ukradli mu sakiewk. - Ach. Trzej obwiesie - rzek Dainty przecigle. - Tak, to miasto pene zdaje si by obwiesiw. A gdzie to, jeli wolno spyta, jest teraz wielmony kupiec Biberveldt? - A gdzieby - powiedziao co, pocigajc nosem - jak nie na Zachodnim Bazarze.

- Vimme - rzek Dainty zowrogo. - Nie zadawaj pyta, ale znajd mi tu gdzie solidn, grub lag. Wybieram si na Zachodni Bazar, ale bez lagi pj tam nie mog. Zbyt wielu tam obwiesiw i zodziei. - Lag, powiadasz? - Znajdzie si. Ale, Dainty, jedno chciabym wiedzie, bo mnie to gnbi. Miaem nie zadawa pyta, nie zapytam wic, ale zgadn, a ty potwierdzisz albo zaprzeczysz. Dobra? - Zgaduj. - Ten zjeczay tran, ten olejek, wosk i miski, ten cholerny powrz, to bya zagrywka taktyczna, prawda? Chciae odwrci uwag konkurencji od koszenili i mimozy? Wywoa zamieszanie na rynku? H, Dainty? Drzwi otwary si gwatownie i do kantorka wbiego co bez czapki. - Szczawir melduje, e wszystko gotowe! - wrzasno cienko. - Pyta, czy nalewa? - Nalewa! - zagrzmia nizioek. - Natychmiast nalewa! - Na ry brod starego Rhundurina! - zawy Vimme Vivaldi, gdy tylko za gnomem zamkny si drzwi. - Nic nie rozumiem! Co tu si dzieje? Co nalewa? W co nalewa? - Pojcia nie mam - wyzna Dainty. - Ale interes, Vimme, musi si krci. IV Przepychajc si z trudem przez cib, Geralt wyszed prosto na stragan, obwieszony miedzianymi rondlami, kociokami i patelniami, skrzcymi si czerwono w promieniach przedwieczornego soca. Za straganem sta rudobrody krasnolud w oliwkowym kapturze i cikich butach z foczej skry. Na twarzy krasnoluda malowao si widoczne zniechcenie mwic zwile, wyglda, jakby za chwil zamierza oplu przebierajc w towarze klientk. Klientka falowaa biustem, potrzsaa zotymi kdziorka-mi i razia krasnoluda bezustannym potokiem wymowy, pozbawionej adu i skadu. Klientk, ni mniej, ni wicej, bya Vespula, znana Geraltowi jako miotaczka pociskw. Nie czekajc, a go rozpozna, szybko wtopi si w tum. Zachodni Bazar ttni yciem, droga przez zbiegowisko przypominaa przepraw przez krzaki gogu. Co i rusz co czepiao si rkaww i nogawek - ju to dzieci, ktre zgubiy si mamom, gdy te odcigay ojcw od namiotu z wyszynkiem, ju to szpicle z kordegardy, ju to poktni oferenci czapek niewidek, afrodyzjakw i wiskich scen rzebionych w cedrowym drewnie. Geralt przesta si umiecha i zacz klnc, robic stosowny uytek z okci.

Usysza dwiki lutni i znany mu, perlisty miech. Dwiki dobiegay od strony bajecznie kolorowego straganu, ozdobionego napisem: Tutaj cuda, amulety i przynty na ryby. - Czy kto ju mwi pani, e jest pani liczna? - wrzeszcza Jaskier, siedzc na straganie i wesoo machajc nogami. - Nie? Nie moe to by! To miasto lepcw, nic, tylko miasto lepcw. Daleje, dobrzy ludzie! Kto chce usysze ballad o mioci? Kto chce si wzruszy i wzbogaci duchowo, niechaj wrzuci monet do kapelusza. Z czym, z czym tu si pchasz, zasracze? Mied zachowaj dla ebrakw, nie obraaj mi tu miedzi artysty. Ja ci to moe wybacz, ale sztuka nigdy! - Jaskier - rzek Geralt, podchodzc. - Zdaje si, e rozdzielilimy si, aby szuka dopplera. A ty urzdzasz koncerty. Nie wstyd ci piewa po jarmarkach jak proszalny dziad? - Wstyd? - zdziwi si bard. - Wane jest, co i jak si piewa, a nie gdzie si piewa. Poza tym, godny jestem, a waciciel straganu obieca mi obiad. Co si za tyczy dopplera, to szukajcie go sobie sami. Ja nie nadaj si do pocigw, bijatyk i samosdw. Jestem poet. - Lepiej by zrobi, unikajc rozgosu, poeto. Jest tu twoja narzeczona, mog by kopoty. - Narzeczona? - Jaskier zamruga nerwowo. - O kogo chodzi? Mam ich kilka. Vespula, dzierc w doni miedzian patelni, przedara si przez tum suchaczy z impetem szarujcego tura. Jaskier zerwa si ze straganu i rzuci do ucieczki, zwinnie przeskakujc nad koszami z marchwi. Vespula odwrcia si w stron wiedmina, rozdymajc chrapki. Geralt cofn si, napotykajc plecami na twardy opr ciany straganu. - Geralt! - krzykn Dainty Biberveldt, wyskakujc z tumu i potrcajc Vespul. - Prdko, prdko! Widziaem go! O, o tam, ucieka! - Jeszcze was dopadn, rozpustnicy! - wrzasna Vespula, apic rwnowag. - Jeszcze porachuj si z ca wasz wisk band! adna kompania! Baant, oberwaniec i karzeek o wochatych pitach! Popamitacie mnie! - Tdy, Geralt! - rykn Dainty, w biegu roztrcajc grupk akw, zajtych gr w trzy muszelki. - Tam, tam, zwia midzy wozy! Zajd go od lewej! Prdko! Rzucili si w pocig, sami cigani przeklestwami poszturchiwanych przekupniw i kupujcych. Geralt cudem tylko unikn potknicia si o zapltanego pod nogi usmar-kanego berbecia. Przeskoczy nad nim, ale wywrci dwie beczuki ledzi, za co rozwcieczony rybak chlasn go po' plecach ywym wgorzem, ktrego wanie demonstrowa klientom. Dostrzegli dopplera, usiujcego zemkn wzdu zagrody dla owiec. - Z drugiej strony! - wrzasn Dainty. - Zajd go z drugiej strony, Geralt! Doppler przemkn jak strzaa wzdu potu, migajc zielon kamizelk. Robio si oczywiste, dlaczego nie zmienia si w kogo innego. Nikt nie mg zwinnoci dorwna niziokowi. Nikt. Oprcz drugiego nizioka. I wiedmina.

Geralt zobaczy, jak doppler zmienia raptownie kierunek, wzbijajc chmur kurzu, jak zrcznie nurkuje w dziur w parkanie, ogradzajcym wielki namiot sucy jako rzenia i jatka. Dainty te to zobaczy. Przeskoczy przez erdzie i zacz przebija si przez stoczone w zagrodzie stado beczcych baranw. Wida byo, e nie zdy. Geralt skrci i rzuci si w lad za dopplerem pomidzy deski parkanu. Poczu nage szarpnicie, usysza trzask rwcej si skry, a kurtka rwnie pod drug pach zrobia si nagle bardzo luna. Wiedmin zatrzyma si. Zakl. Splun. I jeszcze raz zakl. Dainty wbieg do namiotu za dopplerem. Ze rodka dobiegay wrzaski, odgosy razw, kltwy i okropny rumor. Wiedmin zakl po raz trzeci, wyjtkowo plugawi, po czym zgrzytn zbami, unis praw rk, zoy palce w Znak Aard, kierujc go prosto na namiot. Namiot wyd si jak agiel podczas huraganu, a z wewntrz rozlego si potpiecze wycie, oskot i ryki wow. Namiot oklap. Doppler, pezajc na brzuchu, wysmykn spod pachty i rzuci w kierunku drugiego, mniejszego namiotu, prawdopodobnie chodni. Geralt bez namysu skierowa ku niemu do i dziabn go w plecy Znakiem. Doppler zwali si na ziemi jak raony gromem, przekoziokowa, ale natychmiast zerwa si i wpad do namiotu. Wiedmin depta mu po pitach. W namiocie mierdziao misem. I byo ciemno. Tellico Lunngrevink Letorte sta tam, dyszc ciko, oburcz obejmujc wiszc na erdzi wisk ptusz. Z namiotu nie byo drugiego wyjcia, a pachta bya solidnie i gsto przykokowana do ziemi. - Czysta przyjemno znowu ci spotka, mimiku -powiedzia Geralt zimno. Doppler dysza ciko i chrapliwie. - Zostaw mnie w spokoju - stkn wreszcie. - Dlaczego mnie przeladujesz, wiedminie? - Tellico - powiedzia Geralt - Zadajesz gupie pytania. Aby wej w posiadanie koni i postaci Biberveldta, rozbie mu gow i porzucie na pustkowiu. Nadal korzystasz z jego osobowoci i drwisz sobie z kopotw, jakie mu tym sprawiasz. Diabli wiedz, co jeszcze planujesz, ale przeszkodz ci w tych planach, tak czy inaczej. Nie chc ci ani zabija, ani wydawa wadzom, ale z miasta musisz si wynie. Dopilnuj, by si wynis. - A jeeli nie zechc? - To wywioz ci na taczkach, w worku. Doppler rozd si raptownie, potem nagle wyszczupla i zacz rosn, jego kdzierzawe, kasztanowate wosy zbielay i wyprostoway si, sigajc ramion. Zielona kamizelka nizioka oleicie zabysa, stajc si czarn skr, na ramionach i mankietach zaskrzyy si srebrne wieki. Pucoowata, rumiana twarz wyduya si i poblada.

Sponad prawego ramienia wysuna si rkoje miecza. - Nie podchod - rzek chrapliwie drugi wiedmin i umiechn si. - Nie zbliaj si, Geralt. Nie pozwol si dotkn. Ale ja mam paskudny umiech, pomyla Geralt, sigajc po miecz. Ale ja mam paskudn gb. Ale ja paskudnie mru oczy. Wic tak wygldam? Zaraza. Rka dopplera i rka wiedmina jednoczenie dotkny rkojeci, oba miecze jednoczenie wyskoczyy z pochew. Obaj wiedmini jednoczenie wykonali dwa szybkie, mikkie kroki - jeden do przodu, drugi w bok. Obaj jednoczenie unieli miecze i wywinli nimi krtkiego, syczcego myca. Obaj jednoczenie znieruchomieli, zamarli w pozycji. - Nie moesz mnie pokona - warkn doppler. - Bo jestem tob, Geralt. - Mylisz si, Tellico - powiedzia cicho wiedmin. - Rzu miecz i wracaj do postaci Biberveldta. Inaczej poaujesz, uprzedzam. - Jestem tob - powtrzy doppler. - Nie uzyskasz nade mn przewagi. Nie moesz mnie pokona, bo jestem tob! - Nie masz nawet pojcia, co to znaczy by mn, mimiku. Tellico opuci rk zacinit na mieczu. - Jestem tob - powtrzy. - Nie - zaprzeczy wiedmin. - Nie jeste. A wiesz, dlaczego? Bo jeste maym, biednym, dobrotliwym dopplerem. Dopplerem, ktry wszake mg zabi Biberveldta i zakopa jego ciao w zarolach, zdobywajc przez to absolutne bezpieczestwo i absolutn pewno, e nie zostanie zdemaskowany, nigdy, przez nikogo, wliczajc w to maonk nizioka, synn Gardeni Biberveldt. Ale nie zabie go, Tellico, bo nie byo ci na to sta. Bo jeste maym, biednym, dobrotliwym dopplerem, ktrego przyjaciele nazywaj Dudu. I w kogokolwiek by si nie zmieni, zawsze jeste taki sam. Umiesz skopiowa tylko to, co w nas dobre, bo tego, co w nas ze, nie rozumiesz. Taki wanie jeste, dopplerze. Tellico cofn si, wpierajc plecami w pacht namiotu. - Dlatego - cign Geralt - zamienisz si teraz w Bberveldta i grzecznie podasz mi apy do zwizania. Nie jeste w stanie stawi mi oporu, bo ja jestem tym, czego skopiowa nie potrafisz. Wiesz o tym bardzo dobrze, Dudu. Bo przecie na chwil przeje moje myli. Tellico wyprostowa si raptownie, rysy jego twarzy, bdcej twarz wiedmina, rozmazay si i rozlay, biae wosy zafaloway i zaczy ciemnie. - Masz racj, Geralt - powiedzia niewyranie, bo jego wargi zmieniay ksztat. - Przejem twoje myli. Na krtko, ale wystarczyo. Czy wiesz, co teraz zrobi?

Skrzana, wiedmiska kurtka nabraa poyskliwej, chabrowej barwy. Doppler umiechn si, poprawi liwkowy kapelusik z pirkiem egreta, podcign pasek lutni, zarzuconej na rami. Lutni, ktra przed chwil bya mieczem. - Powiem ci, co zrobi, wiedminie - zamia si dwicznym i perlistym miechem Jaskra. - Pjd sobie, wcisn si w tum i zmieni cichcem w byle kogo, choby w ebraka. Bo wol by ebrakiem w Novigradzie ni dopplerem na pustkowiu. Novigrad jest mi co winien, Geralt. To powstanie miasta skazio rodowisko, w ktrym moglibymy y, y w naszych naturalnych postaciach. Wyniszczono nas, polujc na nas jak na wcieke psy. Jestem jednym z niewielu, ktrzy przeyli. Chc przey i przeyj. Dawniej, gdy cigay mnie w zimie wilki, zamieniaem si w wilka i biegaem ze stadem po kilka tygodni. I przeyem. Teraz te tak zrobi, bo nie chc ju tuc si po uroczyskach i zimowa po wykrotach, nie chc by wiecznie godny, nie chc by bez przerwy celem strza. Tu, w Novigradzie, jest ciepo, jest arcie, mona zarobi i bardzo rzadko strzelaj tu do siebie nawzajem z ukw. Novigrad to stado wilkw. Przycz si do tego stada i przeyj. Rozumiesz? Geralt z ociganiem kiwn gow. - Dalicie - cign doppler, krzywic wargi w bezczelnym, Jaskrowym umiechu - skromn moliwo asymilacji - krasnoludom, niziokom, gnomom, elfom nawet. Dlaczego ja mam by gorszy? Dlaczego odmawia mi si tego prawa? Co mam zrobi, eby mc y w tym miecie? Zamieni si w elfk o sarnich oczach, jedwabistych wosach i dugich nogach? Co? Czym jest elfka lepsza ode mnie? Tym, e na widok elfki przebieracie nogami, a na mj widok chce si wam rzyga? Wypcha si kacie takim argumentem. Ja i tak przeyj. Wiem jak. Jako wilk biegaem, wyem i gryzem si z innymi o samic. Jako mieszkaniec Novigradu bd handlowa,-plt koszyki z wikliny, ebra lub krad, jako jeden z was bd robi to, co zwykle robi jeden z was. Kto wie, moe si nawet oeni? Wiedmin milcza. - Tak, jak powiedziaem - kontynuowa spokojnie Tellico. - Wychodz. A ty, Geralt, nie bdziesz prbowa mnie zatrzyma, nie ruszysz si nawet. Bo ja, Geralt, przez chwil znaem twoje myli. W tym take te, do ktrych nie chcesz si przyzna, ktre ukrywasz nawet przed sob. Bo eby mnie zatrzyma, musiaby mnie zabi. A ciebie przecie myl o zabiciu mnie z zimn krwi napawa wstrtem. Prawda? Wiedmin milcza. Tellico ponownie poprawi rzemie lutni, odwrci si i ruszy ku wyjciu. Szed miao, ale Geralt widzia, e kurczy kark i garbi ramiona w oczekiwaniu na wist klingi. Wsun miecz do pochwy. Doppler zatrzyma si w p kroku, obejrza. - Bywaj, Geralt - powiedzia. - Dzikuj ci.

- Bywaj, Dudu - odpowiedzia wiedmin. - Powodzenia. Doppler odwrci si i ruszy w stron ludnego bazaru, ranym, wesoym, rozkoysanym krokiem Jaskra. Tak jak Jaskier wymachiwa ostro lew rk i tak jak Jaskier szczerzy zby do mijanych dziewek. Geralt powoli ruszy za nim. Powoli. Tellico w marszu chwyci lutni, zwolniwszy kroku wzi dwa akordy, po czym zrcznie wybrzcza na strunach znan Geraltowi melodi. Odwrciwszy si lekko, zapiewa. Zupenie jak Jaskier. Wrci wiosna, deszcz spynie na drogi Ciepem soca serca si ogrzej Tak by musi, bo cigle tli si w nas ten ogie Wieczny ogie, ktry jest nadziej - Powtrz to Jaskrowi, jeli zapamitasz - zawoa. -I powiedz mu, e Zima to kiepski tytu. Ta ballada powinna si nazywa Wieczny Ogie. Bywaj, wiedminie! - Hej! - rozlego si nagle. - Baancie! Tellico odwrci si zaskoczony. Zza straganu wyonia si Vespula, gwatownie falujc biustem, mierzc go zowrbnym spojrzeniem. - Za dziewkami si ogldasz, oszucie? - zasyczaa, falujc coraz bardziej podniecajco. Pioseneczki piewasz, ajdaku? Tellico zdj kapelusik i ukoni si, umiechajc szeroko charakterystycznym, Jaskrowym umiechem. - Vespula, moja droga - powiedzia przymilnie. - Jakem rad, e ci widz. Wybacz mi, moja sodka. Winien ci jestem... - A jeste, jeste - przerwaa Vespula gono. - A to, co jeste mi winien, teraz zapacisz! Masz! Ogromna, miedziana patelnia rozbysa w socu i z gbokim dononym brzkiem wyrna w gow dopplera. Tellico z nieopisanie gupim grymasem, zastygym na twarzy, zachwia si i pad, rozkrzyowawszy rce, a jego fizjonomia zacza si nagle zmienia, rozpywa i traci podobiestwo do czegokolwiek. Widzc to, wiedmin skoczy ku niemu, w biegu zrywajc ze straganu wielki kilim. Rozcielajc kilim na ziemi, dwoma kopniakami wturla na dopplera i szybko, acz ciasno zrolowa. Usiadszy na pakunku, wytar czoo rkawem. Vespula, ciskajc patelni, patrzya na niego zowrogo, a tum gstnia dookoa. - Jest chory - rzek wiedmin i umiechn si wymuszenie. - To dla jego dobra. Nie rbcie cisku, dobrzy ludzie, biedakowi trzeba powietrza. - Syszelicie? - spyta spokojnie, ale dwicznie Chappelle, przepychajc si nagle przez tum. - Prosz nie robi tu zbiegowiska! Prosz si rozej! Zbiegowiska s zabronione. Karane

grzywn! Tum w mgnieniu oka rozpierzchn si na boki, po to tylko, by ujawni Jaskra, nadchodzcego szparkim krokiem. przy dwikach lutni. Na jego widok Vespula wrzasna przeraliwie, rzucia patelni i biegiem pucia si przez plac. - Co si jej stao? - spyta Jaskier. - Zobaczya diaba? Geralt wsta z pakunku, ktry zacz si sabo rusza. Chappelle zbliy si powoli. By sam, jego stray osobistej nigdzie nie byo wida. - Nie podchodzibym - rzek cicho Geralt. - Jeli bybym wami, panie Chappelle, to nie podchodzibym. - Powiadasz? - Chappelle zacisn wskie wargi, patrzc na niego zimno. - Gdybym by wami, panie Chappelle, udabym, e niczego nie widziaem. - Tak, to pewne - rzek Chappelle. - Ale ty nie jeste mn. Zza namiotu nadbieg Dainty Biberveldt, zdyszany i spocony. Na widok Chappelle zatrzyma si, pogwizdujc, zaoy rce za plecy i uda, e podziwia dach spichlerza. Chappelle podszed do Geralta, bardzo blisko. Wiedmin nie poruszy si, zmruy tylko oczy. Przez chwil patrzyli na siebie, potem Chappelle pochyli si nad pakunkiem. - Dudu - powiedzia do sterczcych ze zrolowanego kilimu kurdybanowych, dziwacznie zdeformowanych butw Jaskra. - Kopiuj Biberveldta, szybko. - e co? - krzykn Dainty, przestajc gapi si na spichlerz. - e jak? - Ciszej - rzek Chappelle. - No, Dudu, jak tam? - Ju - rozlego si z kilimu stumione sieknicie. - Ju... Zaraz... Sterczce z rolki kurdybanowe buty rozlay si, rozmazay i zmieniy w owosione, bose stopy nizioka. - Wya, Dudu - powiedzia Chappelle. - A ty, Dainty, bd cicho. Dla ludzi kady nizioek wyglda tak samo. Prawda? Dainty mrukn co niewyranie. Geralt, wci mruc oczy, patrzy na Chappelle podejrzliwie. Namiestnik za wyprostowa si i rozejrza dookoa, a wwczas po gapiach, ktrzy jeszcze wytrwali w najbliszej okolicy, osta si jeno cichncy w oddali stukot drewnianych chodakw. Dainty Biberveldt Drugi wygramoli si i wyturla z pakunku, kichn, usiad, przetar oczy i nos. Jaskier przysiad na lecej obok skrzyni, brzdka na lutni z wyrazem umiarkowanego zaciekawienia na twarzy. - Kto to jest, jak mylisz, Dainty? - spyta agodnie Chappelle. - Bardzo podobny do ciebie, nie uwaasz?

- To mj kuzyn - wypali nizioek i wyszczerzy zby. - Bardzo bliska rodzina. Dudu Biberveldt z Rdestowef ki, wielka gowa do interesw. Postanowiem wanie... - Tak, Dainty? - Postanowiem mianowa go moim faktorem w Novigradzie. Co ty na to, kuzynie? - Och, dzikuj, kuzynie - umiechna si szeroko bardzo bliska rodzina, chluba klanu Biberveldtw, wielka gowa do interesw. Chappelle te si umiechn. - Spenio si marzenie? - mrukn Geralt. - O yciu w miecie? Co te wy widzicie w tym miecie, Dudu... i ty, Chappelle? - Pomieszkaby na wrzosowiskach - odmrukn Chappelle - pojadby korzonkw, zmokn i zmarzn, to by wiedzia. Nam te si co naley od ycia, Geralt. Nie jestemy gorsi od was. - Nie - kiwn gow Geralt. - Nie jestecie. Bywa nawet, e jestecie lepsi. Co z prawdziwym Chappelle? - Szlag go trafi - szepn Chappelle Drugi. - Bdzie ze dwa miesice temu. Apopleksja. Niech mu ziemia lekk bdzie, a Ogie Wieczny niech mu wieci. Akurat byem w pobliu... Nikt nie zauway... Geralt? Nie bdziesz chyba... - Czego nikt nie zauway? - spyta wiedmin z nieruchom twarz. - Dzikuj - mrukn Chappelle. - Jest was tu wicej? - Czy to wane? - Nie - zgodzi si wiedmin. - Niewane. Zza furgonw i straganw wypada i podbiega truchtem wysoka na dwa okcie figurka w zielonej czapce i futerku z aciatych krlikw. - Panie Biberveldt - sapn gnom i zajkn si, rozgldajc, wodzc oczami od jednego nizioka do drugiego. - Sdz, may - powiedzia Dainty - e masz spraw do mego kuzyna, Dudu Biberveldta. Mw. Mw. Oto on. - Szczawir donosi, e poszo wszystko - powiedzia gnom i umiechn si szeroko, ukazujc szpiczaste zbki. - Po cztery korony sztuka. - Zdaje si, e wiem, o co idzie - rzek Dainty. - Szkoda, e nie ma tu Vivaldiego, ten migiem obliczyby zysk. - Pozwolisz, kuzynie - odezwa si Tellico Lunngrevink Letorte, w skrcie Penstock, dla przyjaci Dudu, a dla caego Novigradu czonek licznej rodziny Biberveldtw. - Pozwolisz, e ja policz. Mam niezawodn pami do cyfr. Jak i do innych rzeczy. - Prosz - ukoni si Dainty. - Prosz, kuzynie.

- Koszta - zmarszczy czoo doppler - byy niewysokie. Osiemnacie za olejek, osiem pidziesit za tran, hmm... Wszystko razem, wliczajc sznurek, czterdzieci pi koron. Utarg: szeset po cztery korony, czyli dwa tysice czterysta. Prowizji adnej, bo bez porednikw... - Prosz nie zapomina o podatku - upomnia Chappelle Drugi. - Prosz nie zapomina, e stoi przed wami przedstawiciel wadz miasta i kocioa, ktry powanie i sumiennie traktuje swoje obowizki. - Zwolnione od podatku - owiadczy Dudu Biberveldt. - Bo to sprzeda na wity cel. - H? - Zmieszany w odpowiednich proporcjach tran, wosk, olejek zabarwiony odrobin koszenili - wyjani doppler - wystarczyo nala do glinianych misek i zatopi w kadej kawa sznurka. Zapalony sznurek daje pikny, czerwony pomie, ktry pali si dugo i mao mierdzi. Wieczny Ogie. Kapani potrzebowali zniczy na otarze Wiecznego Ognia. Ju nie potrzebuj. - Cholera... - mrukn Chappelle. - Racja... Potrzebne byy znicze... Dudu, jeste genialny. - Po matce - rzek skromnie Tellico. - A jake, wykapana matka - potwierdzi Dainty. - Spjrzcie tylko w te mdre oczy. Wykapana Begonia Biberveldt, moja ukochana ciocia. - Geralt - jkn Jaskier. - On w cigu trzech dni zarobi wicej ni ja piewaniem przez cae ycie! - Na twoim miejscu - rzek wiedmin powanie - rzucibym piewanie i zaj si handlem. Popro go, moe wemie ci do terminu. - Wiedminie - Tellico pocign go za rkaw. - Powiedz, jak mgbym ci si... odwdziczy... - Dwadziecia dwie korony. - Co? - Na now kurtk. Zobacz, co zostao z mojej. - Wiecie, co? - wrzasn nagle Jaskier. - Chodmy wszyscy do domu rozpusty! Do Passiflory! Biberveldtowie stawiaj! - A wpuszcz niziokw? - zatroska si Dainty. - Niech sprbuj nie wpuci - Chappelle przybra gron min. - Niech tylko sprbuj, a oskar cay ten ich bordel o herezj. - No - zawoa Jaskier. - To w porzdku. Geralt? Idziesz? Wiedmin zamia si cicho. - A wiesz, Jaskier - powiedzia - e z przyjemnoci.

TROCH POWICENIA
I Syrenka wynurzya si z wody do poowy ciaa i gwatownie, ostro zachlapaa domi po powierzchni. Geralt stwierdzi, e ma pikne, wrcz doskonae piersi. Efekt psu jedynie kolor brodawki byy ciemnozielone, a aureole wok nich tylko nieco janiejsze. Zwinnie dopasowujc si do nadbiegajcej fali, syrenka wygia si wdzicznie, strzepna mokrymi, seledynowymi wosami i zapiewaa melodyjnie. - Co? - ksi przechyli si przez burt kogi. - Co ona mwi? - Odmawia - powiedzia Geralt. - Mwi, e nie chce. - Tumaczye, e j kocham? e ycia sobie bez niej nie wyobraam? e chc si z ni oeni? Ze tylko ona, adna inna? - Tumaczyem. - I co? - I nic. - To powtrz. Wiedmin dotkn warg palcami i wydoby z siebie rozedrgany trel. Z wysikiem dobierajc sowa i melodyk, zacz przekada wyznania ksicia. Syrenka, kadc si na wznak na wodzie, przerwaa mu. - Nie tumacz, nie mcz si - zapiewaa. - Zrozumiaam. Gdy mwi, e mnie kocha, zawsze ma tak gupi min. Powiedzia co konkretnego? - Nie bardzo. - Szkoda - syrenka zatrzepotaa w wodzie i daa nurka, wyginajc silnie ogon, pienic morze wcit petw przypominajc petw barweny. - Co? Co ona powiedziaa? - spyta ksi. - e szkoda. - Czego szkoda? Co to ma znaczy, szkoda? - Wydaje mi si, e to bya odmowa. - Mnie si nie odmawia! - wrzasn ksi, przeczc oczywistym faktom. - Panie - mrukn kapitan kogi, podchodzc do nich. - Sieci mamy gotowe, wystarczy zarzuci i bdzie wasza... - Nie radzibym - rzek Geralt cicho. - Ona nie jest sama. Pod wod jest ich wicej, a w

gbi pod nami moe by kraken. Kapitan zatrzs si, poblad i chwyci oburcz za tyek, bezsensownym gestem. - Kra... kraken? - Kraken - potwierdzi wiedmin. - Nie radz prbowa artw z sieciami. Wystarczy, e ona krzyknie, a z tej krypy zostan pywajce deski, a nas potopi jak kocita. A zreszt, Agloval, zdecyduj si, chcesz si z ni eni czy zapa w sie i trzyma w beczce? - Kocham j - rzek twardo Agloval. - Chc j za on. Ale do tego ona musi mie nogi, a nie uskowaty ogon. I to si da zrobi, bo za dwa funty piknych pere kupiem magiczny eliksir, z pen gwarancj. Wypije i wyrosn jej nki. Tylko troch pocierpi, trzy dni, nie duej. Woaj j, wiedminie, powiedz jej to jeszcze raz. - Mwiem ju dwa razy. Powiedziaa, e absolutnie nie, nie zgadza si. Ale dodaa, e zna morsk czarownic, morszczynk, ktra zaklciem gotowa jest zmieni tobie nogi w elegancki ogon. Bezbolenie. - Zwariowaa chyba! Ja mam mie rybi ogon? Nigdy w yciu! Woaj j, Geralt! Wiedmin przechyli si mocno przez burt. Woda w jej cieniu bya zielona i wydawaa si gsta, jak galareta. Nie musia woa. Syrenka wyprysna nagle nad powierzchni w fontannie wody. Przez moment wrcz staa na ogonie, potem spyna w fale, obrcia si na wznak, prezentujc w caej okazaoci to, co miaa pikne. Geralt przekn lin. - Hej, wy! - zapiewaa. - Dugo jeszcze? Skra mi pierzchnie od soca! Biaowosy, zapytaj go, czy si zgadza. - Nie zgadza si - odpiewa wiedmin. - Sh'eenaz, zrozum, on nie moe mie ogona, on nie moe y pod wod. Ty moesz oddycha powietrzem, on pod wod absolutnie nie! - Wiedziaam! - wrzasna cienko syrenka. - Wiedziaam! Wykrty, gupie, naiwne wykrty, ani za grosz powicenia! Kto kocha, ten si powic! Ja si dla niego powicaam, co dzie wyaziam dla niego na skay, usk sobie wytaram na tyku, petw postrzpiam, przezibiam si dla niego! A on nie chce dla mnie powici tych dwch paskudnych kulasw? Mio to nie tylko znaczy bra, trzeba te umie rezygnowa, powica si! Powtrz mu to! - Sh'eenaz! - zawoa Geralt. - Nie rozumiesz? On nie moe y w wodzie! - Nie akceptuj gupich wymwek! Ja te... Ja te go lubi i chc mie z nim narybek, ale jak, gdy on nie chce zosta mleczakiem? Gdzie ja mu ikr mam zoy, co? Do czapki? - Co ona mwi? - krzykn ksi. - Geralt! Nie przywiozem ci tutaj, by z ni konwersowa, ale... - Upiera si przy swoim. Jest za. - Dawajcie te sieci! - rykn Agloval. - Potrzymam j z miesic w basenie, to...

- A takiego! - odkrzykn kapitan, demonstrujc na okciu, jakiego. - Pod nami moe by kraken! Widzielicie kiedy krakena, panie? Skaczcie se do wody, jeli wasza wola, apcie j rcami! Ja si miesza nie bd. Ja z tej kogi yj! - yjesz z mojej aski, ajdaku! Sieci dawaj, bo ka ci powiesi! - Caujcie psa w rzy! Na tej kodze moja wola nad wasz! - Bdcie cicho, obaj! - krzykn gniewnie Geralt - Ona co mwi, to trudny dialekt, musz si skupi! - Mam do! - wrzasna piewnie Sh'eenaz. - Godna jestem! No, biaowosy, niech on decyduje, niech decyduje natychmiast. Jedno mu powtrz: nie bd wicej naraa si na kpiny i zadawa si z nim, jeli bdzie wyglda jak czteroapa rozgwiazda. Powtrz mu, e do igraszek, ktre on mi proponuje na skaach, to ja mam przyjaciki, ktre robi to znacznie lepiej! Ale ja to uwaam za niedojrza zabaw, dobr dla dzieci przed zmian usek. Ja jestem normaln, zdrow syren... - Sh'eenaz... - Nie przerywaj mi! Jeszcze nie skoczyam! Jestem zdrowa, normalna i dojrzaa do tara, a on, jeli naprawd mnie pragnie, ma mie ogon, petw i wszystko jak normalny tryton. Inaczej nie chc go zna! Geralt tumaczy szybko, starajc si nie by wulgarny. Nie bardzo wyszo. Ksi poczerwienia, zakl brzydko. - Bezwstydna dziwka! - wrzasn. - Zimna makrela! Niech sobie znajdzie dorsza! - Co on powiedzia? - zaciekawia si Sh'eenaz, podpywajc. - e nie chce mie ogona! - To powiedz mu... Powiedz mu, eby si wysuszy! - Co ona powiedziaa? - Powiedziaa - przetumaczy wiedmin. - eby si utopi. II - Ech, al - powiedzia Jaskier - e nie mogem z wami popyn, ale co zrobi, na morzu rzygam tak, e szkoda gada. A wiesz, w yciu nie rozmawiaem z syren. Szkoda, psia ma. - Jak ci znam - rzek Geralt, troczc juki - ballad napiszesz i tak. - A pewnie. Ju mam pierwsze zwrotki. W mojej balladzie syrenka powici si dla ksicia, zmieni rybi ogon w pikne nki, ale okupi to utrat gosu. Ksi zdradzi j, porzuci, a wwczas

ona zginie z alu, zamieni si w morsk pian, gdy pierwsze promienie soca... - Kto uwierzy w takie bzdury? - Niewane - parskn Jaskier. - Ballad nie pisze si po to, by w nie wierzono. Pisze si je, aby si nimi wzruszano. Ale co ja bd z tob gada, guzik si na tym znasz. Powiedz lepiej, ile zapaci ci Agloval? - Nic mi nie zapaci. Stwierdzi, e nie wywizaem si z zadania. e oczekiwa czego innego, a on paci za efekt, nie za dobre chci. Jaskier pokiwa gow, zdj kapelusik i spojrza na wiedmina z aosnym grymasem na ustach. - Czy to znaczy, e nadal nie mamy pienidzy? - Na to wyglda. Jaskier zrobi jeszcze aoniejsz min. - To wszystko moja wina - jkn. - To wszystko przeze mnie. Geralt, jeste na mnie zy? Nie, wiedmin nie by zy na Jaskra. Wcale nie. To, co ich spotkao, stao si z winy Jaskra, nie byo adnych wtpliwoci. Nie kto inny, a Jaskier nalega, by wybrali si na festyn do Czterech Klonw. Urzdzanie festynw, wywodzi poeta, zaspokajao gbokie i naturalne potrzeby ludzi. Od czasu do czasu, twierdzi bard, czowiek musi spotka si z innymi ludmi w miejscu, gdzie mona si pomia i popiewa, nare do woli szaszykw i pierokw, napi piwa, posucha muzyki i pociska w tacu spocone wypukoci dziewczt. Gdyby kady czowiek chcia zaspokaja te potrzeby detalicznie, wywodzi Jaskier, dorywczo i w sposb nie zorganizowany, powstaby nieopisany baagan. Dlatego wymylono wita i festyny. A skoro s wita i festyny, to naley bywa na nich. Geralt nie spiera si, chocia na licie jego wasnych gbokich i naturalnych potrzeb uczestniczenie w festynach zajmowao bardzo dalekie miejsce. Zgodzi si jednak towarzyszy Jaskrowi, liczy bowiem, e w zgromadzeniu ludzi zdobdzie informacje o ewentualnym zadaniu lub zajciu - od dawna nikt go nie wynaj i jego zapas gotwki skurczy si niebezpiecznie. Wiedmin nie mia do Jaskra alu o zaczepienie Leniczych. Sam rwnie nie by bez winy - mg wszake interweniowa i powstrzyma barda. Nie zrobi tego, sam nie cierpia osawionych Stranikw Puszczy, zwanych Leniczymi, ochotniczej formacji, zajmujcej si zwalczaniem nieludzi. Sam zyma si, suchajc ich przechwaek o naszpikowanych strzaami, zarnitych lub powieszonych elfach, borowikach i dziwoonach. Jaskier za, ktry wdrujc w towarzystwie wiedmina nabra przekonania o bezkarnoci, przeszed samego siebie. Stranicy pocztkowo nie reagowali na jego drwiny, zaczepki i plugawe sugestie, budzce huraganowy miech obserwujcych zajcie wieniakw. Gdy jednak Jaskier odpiewa uoony naprdce wiski i

obelywy kuplet, koczcy si sowami: Chcesz by niczym, bd Leniczym, doszo do awantury i srogiej, oglnej bijatyki. Szopa, suca za tancbud, posza z dymem. Interweniowaa druyna komesa Budiboga, zwanego yskiem, na ktrego wociach leay Cztery Klony. Leniczych, Jaskra i Geralta uznano za solidarnie winnych wszystkich szkd i przestpstw, wliczajc w to rwnie uwiedzenie pewnej rudej i maoletniej niemowy, ktr po caym zajciu znaleziono w krzakach za gumnem rumian i gupawo umiechnit, z giezem zadartym a po pachy. Szczciem, komes ysek zna Jaskra, skoczyo si wic na zapaceniu grzywny, ktra jednak pochona wszystkie pienidze, jakie mieli. Musieli te ucieka z Czterech Klonw co si w koniach, bo wypdzani ze wsi Leniczy odgraali si zemst, a w okolicznych lasach cay ich oddzia, liczcy z gr czterdziestu chopa, polowa na rusaki. Geralt nie mia najmniejszej ochoty oberwa strza Leniczych - strzay Leniczych miay groty zbate jak harpuny i paskudnie kaleczyy. Musieli tedy porzuci pierwotny plan, zakadajcy objazd przypuszczaskich wsi, gdzie wiedmin mia jakie takie widoki na prac. Zamiast tego pojechali nad morze, do Bremervoord. Niestety, oprcz rokujcej mao szans na powodzenie afery miosnej ksicia Aglovala i syrenki Sh'eenaz, wiedmin nie znalaz zajcia. Przejedli ju zoty sygnet Geralta i brosz z aleksandrytem, ktr trubadur dosta kiedy na pamitk od jednej ze swych licznych narzeczonych. Byo chudo. Ale nie, wiedmin nie by zy na Jaskra. - Nie, Jaskier - powiedzia. - Nie jestem na ciebie zy. Jaskier nie uwierzy, co jasno wynikao z faktu, e milcza. Jaskier rzadko milcza. Poklepa konia po szyi, po raz nie wiadomo ktry poszpera w jukach. Geralt wiedzia, e nie znajdzie tam niczego, co mona by spieniy. Zapach jada, niesiony bryz od pobliskiej gospody, stawa si nie do wytrzymania. - Mistrzu? - krzykn kto. - Hej, mistrzu! - Sucham - Geralt odwrci si. Z zatrzymanej obok dwukki, zaprzonej w par onagrw, wygramoli si brzuchaty, postawny mczyzna w filcowych butach i cikiej szubie z wilczych skr. - Eee... tego - zakopota si brzuchaty, podchodzc. -Nie o was, panie, mi szo... Jeno o mistrza Jaskra... - Jam jest - wyprostowa si dumnie poeta, poprawiajc kapelusik z czaplim pirkiem. Czeg to wam trzeba, dobry czowieku? - Z caym szacunkiem - rzek brzuchacz. - Jestem Teleri Drouhard, kupiec korzenny, starszy tutejszej Gildii. Syn mj, Gaspard, wanie si by zarczy z Dali, crk Mestvina, kapitana kogi. - Ha - powiedzia Jaskier, zachowujc wynios powag. - Gratuluj i winszuj szczcia modej parze. W czym jednak mog by pomocny? Czyby szo o prawo pierwszej nocy? Tego

nigdy nie odmawiam. - H? Nie... tego.. Znaczy si, uczta i biesiada zarczynowa dzi wieczr bdzie. ona moja, jak si rozeszo, ecie wy, mistrzu, do Bremervoord zawitali, dziur mi w brzuchu wierci ja... Jak to baba. Sysz, rzecze, Teleri, pokazem wszystkim, emy nie chamy, jako oni, e za kultur i sztuk stoimy. e u nas jak uczta, to duchowa, a nie aby jeno ochla si i porzyga. Ja jej, babie gupiej, mwi, wszake ju wynajlim jednego barda, nie wystarczy? A ona, e jeden to mao, e ho-ho, mistrz Jaskier, to dopiero, sawa taka, to ci bdzie ssiadom szpila w zadek. Mistrzu? Zrbcie nam ten zaszczyt... Dwadziecia pi talarw gotwem, jako symbol, ma si rozumie... Jeno, by sztuk wspomc... - Czy mnie such myli? - spyta Jaskier przecigle. - Ja, ja mam by drugim bardem? Dodatkiem dla jakiego innego muzykanta? Ja? Jeszcze tak nisko nie upadem, moci panie, eby komu akompaniowa! Drouhard poczerwienia. - Wybaczcie, mistrzu - wybekota. - Nie takem myla... Jeno ona... Wybaczcie... Zrbcie zaszczyt... - Jaskier - sykn z cicha Geralt. - Nie zadzieraj nosa. Potrzebne nam te par groszy. - Nie pouczaj mnie! - rozdar si poeta. - Ja zadzieram nos? Ja? Patrzcie go! A co powiedzie o tobie, ktry co drugi dzie odrzucasz intratne propozycje? Hirikki nie zabijesz, bo na wymarciu, wojsika nie, bo nieszkodliwy, nocnicy nie, bo milutka, smoka nie, bo kodeks zabrania. Ja, wystaw sobie, te si szanuj! Te mam swj kodeks! - Jaskier, prosz ci, zrb to dla mnie. Troch powicenia, chopie, nic wicej. Obiecuj, e i ja nie bd wybrzydza przy nastpnym zadaniu, jakie si trafi. No, Jaskier... Trubadur patrzy w ziemi, podrapa si w podbrdek pokryty jasnym, mikkim zarostem. Drouhard, rozdziawiwszy gb, przysun si bliej. - Mistrzu... Uczycie nam ten zaszczyt. ona mi nie daruje, em was nie uprosi. No... Niech bdzie trzydzieci. - Trzydzieci pi - rzek twardo Jaskier. Geralt umiechn si, z nadziej wcign nosem zapach jada nioscy si od gospody. - Zgoda, mistrzu, zgoda - rzek szybko Teleri Drouhard, tak szybko, e oczywistym byo, e daby czterdzieci, gdyby byo trzeba. - A nynie... Dom mj, jeli wola wam ochdoy si i odpocz, waszym domem. I wy, panie... Jak wasze miano? - Geralt z Rivii. - I was, panie, ma si rozumie, te zapraszam. Zje co, wypi... - I owszem, z przyjemnoci - powiedzia Jaskier. - Wskacie drog, miy panie Drouhard.

A tak midzy nami, ten drugi bard, to kto? - Szlachetna panna Essi Daven. III Geralt jeszcze raz przetar rkawem srebrne wieki kurtki i klamr pasa, przyczesa palcami spite czyst opask wosy i oczyci buty, pocierajc jedn cholewk o drug. - Jaskier? - Aha? - bard wygadzi przypite do kapelusika piro egreta, poprawi i obcign na sobie kubrak. Obaj strawili p dnia na oczyszczenie odziey i doprowadzenie jej do jakiego takiego porzdku. - Co, Geralt? - Postaraj si zachowywa tak, aby wyrzucono nas po wieczerzy, a nie przed. - Chyba artujesz - achn si poeta. - Sam uwaaj na maniery. Wchodzimy? - Wchodzimy. Syszysz? Kto piewa. Kobieta. - Dopiero teraz usyszae? To Essi Daven, zwana Oczko. Co, nigdy nie spotkae kobiety trubadura? Prawda, zapomniaem, ty omijasz miejsca, gdzie kwitnie sztuka. Oczko to zdolna poetka i piewaczka, c, nie pozbawiona wad, wrd ktrych bezczelno, jak sysz, nie jest najmniejsz. To, co wanie piewa, to moja wasna ballada. Usyszy za to zaraz kilka sw, i to takich, e si jej oczko zazawi. - Jaskier, zlituj si. Wyrzuc nas. - Nie wtrcaj si. To sprawy zawodowe. Wchodzimy. - Jaskier? - H? - Dlaczego Oczko? - Zobaczysz. Biesiada odbywaa si w wielkim skadzie, oprnionym z beczek ledzi i tranu. Zapach nie ze wszystkim - zabito, wieszajc gdzie popado pki jemioy i wrzosu udekorowane kolorowymi wstkami. Tu i wdzie, jak kaza zwyczaj, wisiay te warkocze czosnku majce odstraszy wampiry. Stoy i awy, poprzysuwane do cian, nakryto biaym ptnem, w kcie zaimprowizowano wielkie palenisko i roen. Byo toczno, ale nie gwarno. Ponad p setki ludzi najrozmaitszych stanw i profesji, a take pryszczaty narzeczony i zapatrzona w niego zadartonosa narzeczona, w skupieniu i ciszy przysuchiwao si dwicznej i melodyjnej balladzie piewanej przez dziewczyn w skromnej, niebieskiej sukience, siedzc na podwyszeniu z lutni opart o kolano. Dziewczyna nie moga mie wicej ni osiemnacie lat i bya bardzo szczupa. Jej wosy,

dugie i puszyste, miay kolor ciemnego zota. W momencie, gdy weszli, dziewczyna skoczya pre, podzikowaa za gromki aplauz skinieniem gowy, potrzsna wosami. - Witajcie, mistrzu, witajcie - Drouhard, witecznie odziany, podskoczy do nich ywo, pocign ku rodkowi skadu. - Witajcie i wy, panie Gerard... Zaszczyconym... Tak... Pozwlcie... Cne panie, cni panowie! Oto go nasz zaszczytny, co zaszczyt nam zrobi i zaszczyci nas... Mistrz Jaskier, synny piewak i wierszokle... poeta, znaczy, wielkim zaszczytem nas zaszczyci... Zaszczycenimy tedy... Rozlegy si okrzyki i oklaski, w sam por, bo wygldao, e Drouhard zaszczyci si i zajka na mier. Jaskier, pokraniawszy z dumy, przybra wynios min i ukoni si niedbale, potem za pomacha rk dziewcztom siedzcym na dugiej awie niczym kury na grzdzie, pod eskort starszych matron. Dziewczta siedziay sztywno, sprawiajc wraenie przyklejonych do awy klejem stolarskim lub innym skutecznym lepiszczem. Wszystkie bez wyjtku trzymay rce na kurczowo zwartych kolanach i miay potwarte usta. - A nynie - zawoa Drouhard. - Nue, do piwa, kumotrzy, a do jada! Prosim, prosim! Czym chata... Dziewczyna w niebieskiej sukience przepchna si przez tum, ktry jak morska fala run na zastawione Jadem stoy - Witaj, Jaskier - powiedziaa. Okrelenie oczy jak gwiazdy Geralt uwaa za banalne i ograne, zwaszcza od czasu, gdy zacz podrowa z Jaskrem, trubadur bowiem zwyk by ciska tym komplementem na prawo i lewo, zwykle zreszt niezasuenie. Jednak w odniesieniu do Essi Daven nawet kto rwnie mao podatny na poezj, jak wiedmin, musia uzna trafno jej przydomka. W milutkiej i sympatycznej, ale niczym szczeglnym nie wyrniajcej si twarzyczce pono bowiem ogromne, pikne, byszczce, ciemnoniebieskie oko, od ktrego nie sposb byo oderwa spojrzenia. Drugie oko Essi Daven byo wiksz cz czasu nakryte i zasonite zocistym lokiem, opadajcym na policzek. Lok w Essi co pewien czas odrzucaa szarpniciem gowy lub dmuchniciem, a wwczas okazywao si, e drugie oczko Oczka w niczym nie ustpuje pierwszemu. - Witaj, Oczko - powiedzia Jaskier, wykrzywiajc si. - adn ballad piewaa przed chwil. Znacznie poprawia repertuar. Zawsze twierdziem, e jeli si nie umie pisa wierszy, trzeba poycza cudze. Duo ich poyczya? - Kilka - odpalia natychmiast Essi Daven i umiechna si, demonstrujc biae zbki. Dwa lub trzy. Chciaam wicej, ale si nie dao. Okropny bekot, a melodie, cho mie i bezpretensjonalne w swej prostocie, eby nie powiedzie prymitywizmie, to nie to, czego oczekuj

moi suchacze. Napisae moe co nowego, Jaskier? Jako nie syszaam. - Nie dziwota - westchn bard. - Moje ballady piewam w miejscach, dokd zaprasza si wycznie zdolnych i sawnych, a ty tam przecie nie bywasz. Essi poczerwieniaa lekko i odrzucia lok dmuchniciem. - Fakt - powiedziaa. - Nie bywam w zamtuzach, ich atmosfera dziaa na mnie przygnbiajco. Wspczuj ci, e musisz piewa w takich miejscach. Ale c, tak to ju jest. Jeli si nie ma talentu, nie przebiera si w publicznoci. Teraz Jaskier zauwaalnie poczerwienia. Oczko natomiast zamiaa si radonie, zarzucia mu nagle rce na szyj i gono pocaowaa w policzek. Wiedmin zdumia si, ale nie bardzo. Koleanka po fachu Jaskra nie moga wszak wiele si od niego rni pod wzgldem obliczalnoci. - Jaskier, ty stary dzwocu - powiedziaa Essi, wci obejmujc barda za szyj. - Ciesz si, e ci znowu widz, w dobrym zdrowiu i w peni si umysowych. - Ech, Pacynko - Jaskier chwyci dziewczyn w pasie, unis i zakrci dookoa siebie, a zafurkotaa sukienka. - Bya wspaniaa, na bogw, dawno ju nie syszaem tak piknych zoliwoci. Kcisz si jeszcze liczniej, ni piewasz! A wygldasz po prostu cudownie! - Tyle razy ci prosiam - Essi dmuchna w lok i rzucia oczkiem na Geralta - eby nie nazywa mnie Pacynk, Jaskier. Poza tym, chyba najwyszy czas, by przedstawi mi twego towarzysza. Jak widz, nie naley do naszego bractwa. - Uchowajcie, bogowie - zamia si trubadur. - On, Pacynko, nie ma ani gosu, ani suchu, a zrymowa potrafi wycznie rzy i pi. To przedstawiciel cechu wiedminw, Geralt z Rivii. Zbli si, Geralt, pocauj Oczko w rczk. Wiedmin zbliy si, nie bardzo wiedzc, co pocz. W rk, wzgldnie w piercie, zwyko si caowa wycznie damy od diuszesy wzwy i naleao wwczas przyklka. W stosunku do niej postawionych niewiast gest taki uwaany by tu, na Poudniu, za erotycznie niedwuznaczny i jako taki zarezerwowany raczej tylko dla bliskich sobie par. Oczko rozwiaa jednak jego wtpliwoci, ochoczo i wysoko wycigajc do z palcami skierowanymi w d. Uj j niezgrabnie i zamarkowa pocaunek. Essi, wci wytrzeszczajc na niego swoje pikne oko, zarumienia si. - Geralt z Rivii - powiedziaa. - W nie byle jakim towarzystwie obracasz si, Jaskier. - Zaszczyt dla mnie - zamamrota wiedmin wiadom, ze dorwnuje elokwencj Drouhardowi. - Pani... - Do diaba - parskn Jaskier. - Nie pesz Oczka tym Jkaniem i tytuowaniem. Ona ma na imi Essi, jemu na imi Geralt. Koniec prezentacji. Przejdmy do rzeczy, Pacynko.

- Jeli jeszcze raz nazwiesz mnie Pacynk, dostaniesz w ucho. Co to za rzecz, do ktrej mamy przej? - Trzeba ustali, jak piewamy. Ja proponuj kolejno, po kilka ballad. Dla efektu. Oczywicie, kade piewa wasne ballady. - Moe by. - Ile paci ci Drouhard? - Nie twj interes. Kto zaczyna? - Ty. - Zgoda. Ech, spjrzcie no tam, kto do nas zawita. Jego wysoko ksi Agloval. Wanie wchodzi, zobaczcie. - H, h - ucieszy si Jaskier. - Publiczno zyskuje na jakoci. Chocia, z drugiej strony, nie ma co na niego liczy. To skpiec. Geralt moe potwierdzi. Tutejszy ksi cholernie nie lubi paci. Wynajmuje, i owszem. Gorzej z paceniem. - Syszaam to i owo. - Essi, patrzc na Geralta, odrzucia lok z policzka. - Mwiono o tym w porcie i na przystani. Synna Sh'eenaz, prawda? Agloval krtkim skinieniem gowy odpowiedzia na gbokie ukony szpaleru przy drzwiach, prawie natychmiast podszed do Drouharda i odcign go w kt, dajc znak, e nie oczekuje atencji i honorw w centrum sali. Geralt obserwowa ich ktem oka. Rozmowa bya cicha, ale wida byo, e obaj s podnieceni. Drouhard co i rusz wyciera czoo rkawem, krci gow, drapa si w szyj. Zadawa pytania, na ktre ksi, chmurny i ponury, odpowiada wzruszeniem ramion. - Ksi pan - rzeka cicho Essi, przysuwajc si do Geralta - wyglda na zaaferowanego. Czyby znowu sprawy sercowe? Rozpoczte dzi rano nieporozumienie ze synn syrenk? Co, wiedminie? - Moliwe - Geralt spojrza na poetk z ukosa, zaskoczony jej pytaniem i dziwnie nim rozzoszczony. - C, kady ma jakie osobiste problemy. Nie wszyscy lubi jednak, by o tych problemach piewano na jarmarkach. Oczko poblada lekko, dmuchna w lok i spojrzaa na niego wyzywajco. - Mwic to, zamierzae mnie obrazi, czy tylko urazi?! - Ani jedno, ani drugie. Chciaem jedynie uprzedzi nastpne pytania odnonie problemw Aglovala i syrenki. Pytania, do odpowiedzi na ktre nie czuj si upowaniony. - Rozumiem - pikne oko Essi Daven zwzio si lekko. - Nie postawi ci ju przed podobnym dylematem. Nie zadam ju adnych pyta, ktre zamierzaam zada, a ktre, jeli mam by szczera, traktowaam wycznie jako wstp i zaproszenie do miej rozmowy. C, nie bdzie zatem tej rozmowy i nie musisz si ba, e jej tre bdzie wypiewana na jakim jarmarku. Byo

mi mio. Odwrcia si szybko i odesza w stron stow, gdzie natychmiast powitano j z szacunkiem. Jaskier przestpi z nogi na nog i chrzkn znaczco. - Nie powiem, eby by dla niej wyszukanie uprzejmy, Geralt. - Gupio wyszo - zgodzi si wiedmin. - Rzeczywicie, uraziem j, cakiem bez powodu. Moe pj za ni i przeprosi? - Daj pokj - rzek bard i doda sentencjonalnie. - Nigdy nie ma si drugiej okazji, eby zrobi pierwsze wraenie. Chod, napijemy si lepiej piwa. Nie zdyli napi si piwa. Przez rozgadan grup mieszczan przepchn si Drouhard. - Panie Gerard - powiedzia. - Pozwlcie. Jego wysoko chce z wami mwi. - Ju id. - Geralt - Jaskier chwyci go za rkaw. - Nie zapomnij. - O czym? - Obiecae przyj kade zadanie, bez wybrzydzania. Trzymam ci za sowo. Jak to ty powiedziae? Troch powicenia? - Dobra, Jaskier. Ale skd wiesz, czy Agloval... - Czuj pismo nosem. Pamitaj, Geralt. - Dobra, Jaskier. Odeszli z Drouhardem w kt sali, dalej od goci. Agloval siedzia za niskim stoem. Towarzyszy mu kolorowo odziany, ogorzay mczyzna z krtk, czarn brod, ktrego Geralt wczeniej nie zauway. - Znowu si widzimy, wiedminie - zacz ksi. - Chocia jeszcze dzisiaj rano klem si, e nie chc ci wicej oglda. Ale drugiego wiedmina nie mam pod rk, ty musisz mi wystarczy. Poznaj Zelesta, mojego komornika i wodarza od poowu pere. Mw, Zelest. - Dzisiaj rano - rzek cicho ogorzay osobnik. - Umylilim rozcign pow poza zwyky teren. Jedna d posza dalej ku zachodowi, za przyldek, w stron Smoczych Kw. - Smocze Ky - wtrci Agloval. - To dwie due wulkaniczne rafy na kracu przyldka. Wida je z naszego wybrzea. - Ano - potwierdzi Zelest. - Zwykle to nie eglowao si tamj, bo to wiry tam, kamienie, nurkowa niebezpiecznie. Ale na wybrzeu pere coraz to mniej. Tak, posza tam jedna d. Siedem dusz zaogi, dwch eglarzy i piciu nurkw, w tym jedna niewiasta. Kiedy nie powrcili o porze wieczornej, zaczlimy si niepokoi, chocia morze byo spokojne, jakby oliw zlane. Wysalim kilka bystrych skifw i wnet wykrylimy d, dryfujc w morze. W odzi nie byo nikogo, ni ywej duszy. Kamie w wod. Nie wiadomo, co si wydarzyo. Ale bitka tam musiaa

by, istna rze. lady byy... - Jakie? - wiedmin zmruy oczy. - Ano, calutki pokad by zabryzgany krwi. Drouhard sykn i obejrza si niespokojnie. Zelest ciszy gos. - Byo, jak mwi - powtrzy, zaciskajc szczki. - d bya zabryzgana posok wzdu i wszerz. Nie inaczej, jeno na pokadzie doszo do istnych jatek. Co ubio tych ludzi. Mwi, potwr morski. Ani chybi, potwr morski. - Nie piraci? - spyta cicho Geralt. - Nie konkurencja perowa? Wykluczacie moliwo zwykej, noowej rozprawy? - Wykluczamy - powiedzia ksi. - Nie ma tu adnych piratw, ani konkurencji. A noowe rozprawy nie kocz si znikniciem wszystkich, co do jednego. Nie, Geralt. Zelest ma racj. To morski potwr, nic innego. Suchaj, nikt nie odwaa si wypyn w morze, nawet na bliskie i spenetrowane owiska. Na ludzi pad blady strach i port jest sparaliowany. Nawet kogi i galery nie ruszaj z przystani. Pojmujesz, wiedminie? - Pojmuj - kiwn gow Geralt. - Kto mi pokae to miejsce? - Ha - Agloval pooy do na stole i zabbni palcami. - To mi si podoba. To jest prawdziwie po wiedmisku. Od razu do rzeczy, bez zbdnego gadania. Tak, to lubi. Widzisz, Drouhard, mwiem ci, dobry wiedmin to godny wiedmin. Co, Geralt? Przecie gdyby nie twj muzykalny przyjaciel, to dzisiaj znowu poszedby spa bez wieczerzy. Dobre mam informacje, prawda? Drouhard opuci gow. Zelest gapi si tpo przed siebie. - Kto mi pokae to miejsce? - powtrzy Geralt, patrzc na Aglovala zimno. - Zelest - rzek ksi, przestajc si umiecha. - Zelest pokae ci Smocze Ky i drog do nich. Kiedy chcesz zabra si do roboty? - Pierwsza rzecz z rana. Bdcie na przystani, panie Zelest. - Dobrze, panie wiedmin. - wietnie - ksi zatar rce, znowu umiechn si kpico. - Geralt, licz, e pjdzie ci z tym potworem lepiej, ni ze spraw Sh'eenaz. Naprawd na to licz. Aha, jeszcze jedno. Zabraniam plotkowa o tym wydarzeniu, nie ycz sobie wikszej paniki ni ta, ktr ju mam na karku. Pojmujesz, Drouhard? Jzor karz wydrze, jeli pucisz par z gby. - Pojmuj, ksi. - Dobrze - Agloval wsta. - Id tedy, nie przeszkadzam w zabawie, nie prowokuj plotek. Bywaj, Drouhard, ycz narzeczonym szczcia w moim imieniu. - Dziki, ksi.

Essi Daven, siedzca na zydelku, otoczona gstym wianuszkiem suchaczy, piewaa melodyjn i tskn ballad, traktujc o poaowania godnym losie zdradzonej kochanki. Jaskier, oparty o sup, mamrota co pod nosem, liczy na palcach takty i sylaby. - No i jak? - spyta. - Masz robot, Geralt? - Mam - wiedmin nie wda si w szczegy, ktre zreszt nie obchodziy barda. - Mwiem ci, czuj nosem pismo i pienidze. Dobrze, bardzo dobrze. Ja zarobi, ty zarobisz, bdzie za co pohula. Pojedziemy do Cidaris, zdymy na wito winobrania. A teraz przepraszam ci na moment. Tam, na awie, wypatrzyem co interesujcego. Geralt pody za wzrokiem poety, ale oprcz kilkunastu dziewczt o potwartych ustach nie dostrzeg niczego interesujcego. Jaskier obcign kubrak, przekrzywi kapelusik w kierunku prawego ucha i w lansadach posun ku awie. Wyminwszy zrcznym flankowym manewrem strzegce panien matrony, rozpocz swj zwyky rytua szczerzenia zbw. Essi Daven dokoczya ballad, dostaa brawa, ma sakiewk i duy bukiet adnych, cho nieco przywidych chryzantem. Geralt kry wrd goci, wypatrujc okazji, by wreszcie zaj miejsce przy stole zastawionym jadem. Tsknie spoglda na znikajce w szybkim tempie marynowane ledzie, gobki z kapusty, gotowane by dorszy i baranie kotlety, na rwane na sztuki pta kiebasy i kapony, sieczone noami wdzone ososie i wieprzowe szynki. Problem polega na tym, e na awach przy stole nie byo wolnego miejsca. Panienki i matrony, rozruszane nieco, obiegy Jaskra, piskliwie domagajc si wystpu. Jaskier umiecha si nieszczerze i wymawia, nieudolnie udajc skromno. Geralt, pokonujc zaenowanie, przemoc nieledwie dopchn si do stou. Podstarzay jegomo, ostro pachncy octem, usun si zaskakujco uprzejmie i ochoczo, o mao nie zwalajc z awy kilku ssiadw. Geralt bez zwoki wzi si za jedzenie i w mig ogooci jedyny pmisek, do ktrego mg dosign. Pachncy octem jegomo podsun mu nastpny. Wiedmin z wdzicznoci wysucha w skupieniu dugiej tyrady jegomocia, tyczcej si dzisiejszych czasw i dzisiejszej modziey. Jegomo z uporem okrela swobod obyczajow jako rozwolnienie, Geralt mia wic niejakie trudnoci z zachowaniem powagi. Essi staa pod cian, pod pkami jemioy, sama, strojc lutni. Wiedmin widzia, jak zblia si do niej modzieniec w brokatowym, wcitym kaftanie, jak mwi co do poetki, umiechajc si blado. Essi spojrzaa na modzieca, lekko krzywic adne usta, powiedziaa szybko kilka sw. Modzieniec skurczy si i odszed spiesznie, a jego uszy, czerwone jak rubiny, gorzay w pmroku jeszcze dugo. - ... obrzydliwo, haba i srom - cign jegomo pachncy octem. - Jedno wielkie

rozwolnienie, panie. - Prawda - przytakn niepewnie Geralt, wycierajc talerz chlebem. - Uprasza si ciszy, cne panie, cni waszmociowie - zawoa Drouhard, wychodzc na rodek sali. - Synny mistrz Jaskier, mimo i nieco chory na ciele i znuony, zapiewa dla nas nynie synn ballad o krlowej Marienn i Czarnym Kruku! Uczyni to za na gorc prob panny mynarzwny Veverki, ktrej, jako rzek, nie moe odmwi. Panna Veverka, jedna z mniej urodziwych dziewczt na awie, wypikniaa w mgnieniu oka. Wybucha wrzawa i oklaski, zaguszajce kolejne rozwolnienie jegomocia pachncego octem. Jaskier odczeka na zupen cisz, odegra na lutni efektowny wstp, po czym zacz piewa, nie odrywajc oczu od panny Veverki, ktra pikniaa ze zwrotki na zwrotk. Zaiste, pomyla Geralt, ten sukinsyn dziaa skuteczniej ni czarodziejskie olejki i kremy, ktre sprzedaje Yennefer w swoim sklepiku w Vengerbergu. Zobaczy, jak Essi przemyka za plecami stoczonych w pkole suchaczy Jaskra, jak ostronie znika w wyjciu na taras. Powodowany dziwnym impulsem wymkn si zrcznie zza stou i wyszed za ni. Staa, pochylona, oparta okciami o porcz pomostu, wcigna gow w drobne, uniesione ramiona. Patrzya na zmarszczone morze, poyskujce od wiata ksiyca i poncych w porcie ogni. Pod stop Geralta skrzypna deska. Essi wyprostowaa si. - Przepraszam, me chciaem przeszkadza - powiedzia drtwo, szukajc na jej ustach owego nagego skrzywienia, ktrym przed chwil poczstowaa brokatowego modzieca. - Nie przeszkadzasz mi - odrzeka, umiechna si, odrzucia lok. - Nie szukam tu samotnoci, lecz wieego powietrza. Tobie tez dokuczy dym i zaduch? - Troch. Ale bardziej dokucza mi wiadomo, e ci uraziem. Przyszedem ci przeprosi, Essi, sprbowa odzyska szans na mi rozmow. - To tobie nale si przeprosiny - powiedziaa, wpierajc donie w balustrad. Zareagowaam za ostro. Zawsze reaguj za ostro, nie umiem si opanowa. Wybacz i daj mi drug szans. Na rozmow. Zbliy si, opar o porcz tu obok niej. Czu bijce od niej ciepo, lekki zapach werbeny. Lubi zapach werbeny, chocia zapach werbeny nie by zapachem bzu i agrestu. - Z czym kojarzy ci si morze, Geralt? - spytaa nagle. - Z niepokojem - odpowiedzia, prawie bez namysu. - Interesujce. A wydajesz si taki spokojny i opanowany. - Nie powiedziaem, ze odczuwam niepokj. Pytaa o skojarzenia.

- Skojarzenia s obrazem duszy. Wiem co o tym, jestem poetk. - A tobie, Essi, z czym si kojarzy morze? - spyta szybko, by pooy kres dywagacjom o niepokoju, ktry odczuwa. - Z wiecznym ruchem - odpowiedziaa me od razu. - Z odmian. I z zagadk, z tajemnic, z czym, czego nie ogarniam, co mogabym opisa na tysic sposobw, w tysicu wierszy, nie docierajc jednak do sedna, do istoty rzeczy. Tak, chyba z tym. - A zatem - powiedzia, czujc, ze werbena coraz mocniej dziaa na niego. - To, co odczuwasz, rwnie jest niepokojem. A wydajesz si taka spokojna i opanowana. Odwrcia si ku niemu, odrzucia zoty lok, utkwia w nim swoje pikne oczy. - Nie jestem ani spokojna, ani opanowana, Geralt. To stao si nagle, zupenie nieoczekiwanie. Gest, ktry wykona, a ktry mia by jedynie dotkniciem, lekkim dotkniciem jej ramion, przerodzi si w mocny ucisk obu doni na jej cieniutkiej talii, w szybkie, cho nie gwatowne przyciganie jej bliej, a do raptownego, burzcego krew zetknicia si cia. Essi staa nagle, wyprya si, wygia silnie korpus do tyu, wpara donie w jego donie, mocno, jak gdyby chciaa zerwa, zepchn jego rce z talii, ale zamiast tego chwycia je tylko silnie, przechylia gow do przodu, rozchylia usta, zawahaa si. - Po co... Po co to? - szepna. Jej oko byo szeroko rozwarte, zoty lok spyn na policzek. Spokojnie i powoli przechyli gow, zbliy twarz i nagle szybko zwarli usta w pocaunku. Essi jednak nawet wtedy nie pucia jego doni obejmujcych jej tali i nadal mocno wyginaa plecy, unikajc kontaktu cia. Trwajc tak, obracali si powoli, jak w tacu. Caowaa go chtnie, z wpraw. I dugo. Potem zrcznie i bez wysiku oswobodzia si od jego rk, odwrcia, znowu opara o balustrad, wcigna gow w ramiona. Geralt poczu si nagle przeraliwie, nieopisanie gupio. Uczucie to powstrzymao go przed zblieniem si do niej, przed objciem jej zgarbionych plecw. - Dlaczego? - spytaa chodno, nie odwracajc si. - Dlaczego to zrobie? Spojrzaa na niego ktem oka i wiedmin zrozumia nagle, e si pomyli. Nagle wiedzia, e fasz, kamstwo, udawanie i brawura powiod go prosto na trzsawisko, na ktrym midzy nim a otchani bd ju tylko sprynujce, zbite w cienki kouch trawy i mchy, gotowe w kadej chwili ustpi, pkn, zerwa si. - Dlaczego? - powtrzya. Nie odpowiedzia. - Szukasz kobiety na t noc? Nie odpowiedzia. Essi odwrcia si powoli, dotkna jego ramienia. - Wrmy na sal - powiedziaa swobodnie, ale nie zwioda go ta swoboda, wyczuwa, jak

bardzo jest spita. - Nie rb takiej miny. Nic si nie stao. A to, e ja nie szukam mczyzny na t noc, to przecie nie twoja wina. Prawda? - Essi... - Wracajmy, Geralt. Jaskier bisowa ju trzy razy. Kolej na mnie. Chod, zapiewam... Spojrzaa na niego dziwnie i dmuchniciem odrzucia lok z oka. - Zapiewam dla ciebie. IV - Oho - wiedmin uda zdziwienie. - Jeste jednak? Mylaem, e nie wrcisz na noc. Jaskier zamkn drzwi na skobel, powiesi na koku lutni i kapelusik z pirkiem egreta, zdj kubrak, otrzepa go i uoy na workach, lecych w kcie izdebki. Poza tymi workami, cebrem i ogromnym, wypchanym grochowinami siennikiem, w izdebce na stryszku nie byo mebli - nawet wieca staa na pododze, w zakrzepnitej kauce wosku. Drouhard podziwia Jaskra, ale wida nie na tyle, by odda mu do dyspozycji komor lub alkierz. - A dlaczeg to - spyta Jaskier, zdejmujc buty -mylae, e nie wrc na noc? - Mylaem - wiedmin unis si na okciu, chrzszczc grochowinami - e pjdziesz piewa serenady pod oknem panny Veverki, w stron ktrej cay wieczr wywieszae ozr jak wye na widok wylicy. - Ha, ha - zamia si bard. - Ale ty prymitywnie gupi. Nic nie poje. Veverka? Za nic sobie mam Veverk. Chciaem jeno wywoa ukucie zazdroci u panny Akeretty, do ktrej uderz jutro. Posu si. Jaskier zwali si na siennik i cign z Geralta derk. Geralt, czujc dziwn zo, odwrci gow w stron malekiego okienka, przez ktre, gdyby nie pracowite pajki, byoby wida rozgwiedone niebo. - Czego si tak nabzdyczy? - spyta poeta. - Przeszkadza ci, e si zalecam do dziewczyn? Od kiedy? Zostae moe druidem i lubowae czysto? A moe... - Przesta tokowa. Jestem zmczony. Nie zauwaye, e po raz pierwszy od dwch tygodni mamy sennik i dach nad gow? Nie cieszy ci myl, e nad ranem nie napada nam na nosy? - Dla mnie - rozmarzy si Jaskier - siennik bez dziewczcia nie jest siennikiem. Jest niepenym szczciem, a czyme jest niepene szczcie? Geralt jkn gucho, jak zawsze, gdy Jaskra opadaa nocna gadatliwo. - Niepene szczcie - cign bard, zasuchany we wasny gos - to jak... Jak przerwany

pocaunek... Dlaczego zgrzytasz zbami, mona wiedzie? - Jeste potwornie nudny, Jaskier. Nic, tylko sienniki, dziewczyny, tyki, cycki, niepene szczcie i pocaunki, przerwane przez psy, ktrymi szczuj ci rodzice narzeczonych. C, widocznie inaczej nie moesz. Widocznie tylko swobodna frywolno, eby nie powiedzie bezkrytyczne porubstwo, pozwala wam ukada ballady, pisa wiersze i piewa. To widocznie, zapisz to, ciemna strona talentu. Powiedzia za duo i nie wyzibi dostatecznie gosu. A Jaskier rozszyfrowa go z atwoci i bezbdnie. - Aha - rzek spokojnie. - Essi Daven, zwana Oczko. liczne oczko Oczka zatrzymao si na wiedminie i narobio w wiedminie zamieszania. Wiedmin zachowa si wobec Oczka jak aczek wobec krlewny. I zamiast wini siebie, wini j i szuka w niej ciemnych stron. - Bredzisz, Jaskier. - Nie, mj drogi. Essi zrobia na tobie wraenie, nie ukryjesz tego. Nie widz w tym zreszt niczego zdronego. Ale uwaaj, nie popenij bdu. Ona nie jest taka, jak mylisz. Jeeli jej talent ma ciemne strony, to na pewno nie takie, jak sobie wyobraasz. - Domniemywam - rzek wiedmin, panujc nad gosem - e znasz j bardzo dobrze. - Dosy dobrze. Ale nie tak, jak mylisz. Nie tak. - Do oryginalne, jak na ciebie, przyznasz. - Gupi jeste - bard przecign si, podoy obie donie pod kark. - Znam Pacynk prawie od dziecka. Jest dla mnie... no... Jak modsza siostra. Powtarzam, nie popenij wobec niej gupiego bdu. Wyrzdziby jej tym wielk przykro, bo i ty zrobie na niej wraenie. Przyznaj si, masz na ni ochot? - Nawet gdyby, to w przeciwiestwie do ciebie nie zwykem o tym dyskutowa - rzek Geralt ostro. - Ani ukada o tym piosenek. Dzikuj ci za to, co o niej powiedziae, bo by moe faktycznie uchronie mnie przed gupim bdem. Ale na tym koniec. Temat uwaam za wyczerpany. Jaskier lea przez chwil nieruchomo i milcza, ale Geralt zna go zbyt dobrze. - Wiem - powiedzia wreszcie poeta. - Ju wszystko wiem. - Gwno wiesz, Jaskier. - Wiesz, na czym polega twj problem, Geralt? Tobie wydaje si, e jeste inny. Ty obnosisz si z innoci, z tym, co uwaasz za nienormalno. Ty si z t nienormalnoci nachalnie narzucasz, nie rozumiejc, e dla wikszoci ludzi, ktrzy myl trzewo, jeste najnormalniejszy pod socem i oby wszyscy byli tacy normalni. Co z tego, e masz szybsz reakcj, pionowe renice w socu? e widzisz po ciemku jak kot? e rozumiesz si na czarach? Wielka mi rzecz. Ja,

mj drogi, znaem kiedy oberyst, ktry potrafi przez dziesi minut bez przerwy puszcza bki, i to tak, e ukaday si w melodi psalmu Witaj nam, witaj, poranna jutrzenko. Nie baczc na niecodzienny bd co bd talent, by w oberysta najnormalniejszy wrd normalnych, mia on, dzieci i babk dotknit paraliem... - Co to ma wsplnego z Essi Daven? Moesz wyjani? - Oczywicie. Bezpodstawnie wydao ci si, Geralt, e Oczko zainteresowaa si tob z niezdrowej, wrcz perwersyjnej ciekawoci, e patrzy na ciebie jak na raroga, dwugowe ciel albo salamandr w zwierzycu. I natychmiast nadsae si, dae przy pierwszej okazji niegrzeczn, niezasuon reprymend, oddae cios, ktrego ona nie zadaa. Przecie byem wiadkiem. wiadkiem dalszego biegu wydarze ju nie byem, ale dostrzegem wasz ucieczk z sali i widziaem jej zarowione jagody, gdycie wrcili. Tak, Geralt. Ja ci tu ostrzegam przed bdem, a ty go ju popeni. Chciae si na niej zemci za niezdrow w twoim mniemaniu ciekawo. Postanowie t ciekawo wykorzysta. - Powtarzam, bredzisz. - Sprbowae - cign bard, niewzruszony - czy aby nie da si pj z ni na siano, czy nie bdzie ciekawa, jak to jest kocha si z cudakiem, z odmiecem wiedminem. Na szczcie, Essi okazaa si mdrzejsza od ciebie i wspaniaomylnie ulitowaa si nad twoj gupot, zrozumiawszy jej przyczyn. Wnosz to z faktu, e nie wrcie z pomostu ze spuchnit gb. - Skoczye? - Skoczyem. - No, to dobranoc. - Wiem, dlaczego si wciekasz i zgrzytasz zbami. - Pewnie. Ty wszystko wiesz. - Wiem, kto ci tak wykolawi, dziki komu nie umiesz zrozumie normalnej kobiety. Ale zalaza ci za skr ta twoja Yennefer, niech mnie licho, jeli wiem, co ty w niej widzisz. - Zostaw to, Jaskier. - Naprawd nie wolisz normalnej dziewczyny, takiej jak Essi? Co maj czarodziejki, czego Essi nie ma? Chyba wiek? Oczko moe nie jest najmodsza, ale ma tyle lat, na ile wyglda. A wiesz, do czego przyznaa mi si kiedy Yennefer po paru kielichach? Ha, ha... Powiedziaa mi, e kiedy pierwszy raz robia to z mczyzn, to byo dokadnie w rok po tym, jak wynaleziono dwuskibowy pug. - esz, Yennefer nie cierpi ci jak morowej zarazy i nigdy by ci si nie zwierzya. - Niech ci bdzie, zegaem, przyznaj si. - Nie musisz. Znam ci.

- Zda ci si jeno, e mnie znasz. Nie zapominaj, jestem natur skomplikowan. - Jaskier - westchn wiedmin, robic si naprawd senny. - Jeste cynik, wintuch, kurwiarz i kamca. I nic, uwierz mi, nic nie ma w tym skomplikowanego. Dobranoc. - Dobranoc, Geralt. V - Wczenie wstajesz, Essi. Poetka umiechna si, przytrzymujc szarpane wiatrem wosy. Wesza ostronie na molo, omijajc dziury i przegnie deski. - Nie mogam przegapi moliwoci obejrzenia wiedmina przy pracy. Znowu bdziesz mnie mia za ciekawsk, Geralt? C, nie ukrywam, naprawd jestem ciekawska. Jak ci idzie? - Co jak mi idzie? - Och, Geralt - powiedziaa. - Nie doceniasz mojej ciekawoci, mojego talentu do zbierania i interpretowania informacji. Wiem ju wszystko o wypadku poawiaczy, znam szczegy twojej umowy z Aglovalem. Wiem, e szukasz eglarza, chtnego do wypynicia tam, w stron Smoczych Kw. Znalaze? Patrzy na ni przez moment badawczo, potem nagle zdecydowa si. - Nie - odpar - Nie znalazem. Ani jednego. - Boj si? - Boj. - Jak wic zamierzasz zrobi rekonesans, bez moliwoci wypynicia w morze? Jak, nie mogc wypyn, chcesz dobra si do skry potworowi, ktry zabi poawiaczy? Wzi j za rk i sprowadzi z pomostu. Poszli wolno skrajem morza, po kamienistej play, wzdu wycignitych na brzeg barkasw, wrd szpaleru sieci, rozwieszonych na palach, wrd poruszanych wiatrem kurtyn suszcych si, rozpatanych ryb. Geralt nieoczekiwanie stwierdzi, e towarzystwo poetki wcale mu nie przeszkadza, e nie jest uciliwe i natrtne. Poza tym, mia nadziej, e spokojna i rzeczowa rozmowa zatrze skutki tamtego gupiego pocaunku na tarasie. Fakt, e Essi przysza na molo, napeni go nadziej, e nie ywi urazy. By rad. - Dobra si potworowi do skry - mrukn, powtarzajc jej sowa. - ebym to ja wiedzia, jak. Bardzo mao wiem o morskich straszydach. - Interesujce. Z tego, co mi wiadomo, w morzu potworw jest znacznie wicej, ni na ldzie, zarwno pod wzgldem liczby, jak i iloci gatunkw. Wydawaoby si wic, e morze powinno by niezym polem do popisu dla wiedminw.

- Nie jest. - Dlaczego? - Ekspansja ludzi na morze - odchrzkn, odwracajc twarz - trwa od niedawna. Wiedmini byli potrzebni dawniej, na ldzie, na pierwszym etapie kolonizacji. Nie nadajemy si do walki ze stworami bytujcymi w morzu, cho faktycznie peno w nim wszelkiego agresywnego plugastwa. Ale nasze wiedmiskie zdolnoci nie wystarczaj przeciw morskim potworom. Stwory te s dla nas albo za due, albo zbyt dobrze opancerzone, albo zbyt pewne w swoim ywiole. Albo wszystko na raz. - A potwr, ktry zabi poawiaczy? Nie domylasz si, co to byo? - Moe kraken? - Nie. Kraken rozwaliby d, a d bya caa. I, jak mwi, peniutka krwi - Oczko przekna lin i zauwaalnie poblada. - Nie sd, e si wymdrzam. Wychowaam si nad morzem, widywaam to i owo. - W takim razie, co to mogo by? Wielka kaamarnica? Moga pociga tych ludzi z pokadu... - Nie byoby krwi. To nie kaamarnica, Geralt, nie orka, nie smokow, bo to co nie rozbio, nie wywrcio odzi. To co weszo na pokad i tam dokonao masakry. Moe popeniasz bd, szukajc tego w morzu? Wiedmin zastanowi si. - Zaczynam ci podziwia, Essi - powiedzia. Poetka zarumienia si. - Masz racj. To mogo zaatakowa z powietrza. To mg by ornitodrakon, gryf, wyvern, latawiec albo widogon. Moe nawet rok... - Przepraszam ci - powiedziaa Essi - Zobacz, kto tu idzie. Brzegiem nadchodzi Agloval, sam, w silnie zmoczonym ubraniu. By zauwaalnie zy, a na ich widok a zaczerwieni si z wciekoci. Essi dygna lekko, Geralt skoni gow, przykadajc pi do piersi. Agloval splun. - Siedziaem na skaach trzy godziny, prawie od witu - warkn. - Nawet si nie pokazaa. Trzy godziny, jak dure, na skaach zalewanych przez fale. - Przykro mi... - mrukn wiedmin. - Przykro ci? - wybuchn ksi. - Przykro? To twoja wina. Pokpie spraw. Zepsue wszystko. - Co zepsuem? Ja tylko robiem za tumacza... - Do diaba z tak robot - przerwa gniewnie Agloval, odwracajc si profilem. Profil mia icie krlewski, godny bicia na monetach. - Zaiste, lepiej by byo, gdybym ci nie wynajmowa.

Brzmi to paradoksalnie, ale dopki nie mielimy tumacza, tomy si lepiej rozumieli, ja i Sh'eenaz, jeli wiesz, co mam na myli. A teraz... Czy wiesz, co gadaj w miasteczku? Szepc po ktach, e poawiacze zginli, bo ja rozwcieczyem syren. e to jej zemsta. - Bzdura - skomentowa wiedmin zimno. - Skd mam wiedzie, e to bzdura? - zawarcza ksi. - Albo to ja wiem, czego jej wtedy nagada? Albo to ja wiem, do czego jest zdolna? Z jakimi potworami kuma si tam, w gbinie? Prosz bardzo, udowodnij mi, e to bzdura. Przynie mi eb potwora, ktry zabi poawiaczy. We si do roboty, zamiast bawi si we flirty na play... - Do roboty? - zdenerwowa si Geralt. - Jak? Mam wypyn w morze okrakiem na beczce? Twj Zelest grozi eglarzom torturami i szubienic, mimo tego nikt nie chce. Sam Zelest te si nie kwapi. To jak... - Co mnie obchodzi, jak? - wrzasn Agloval, przerywajc mu. - To twoja sprawa! Po co s wiedmini, jak nie po to, aby porzdni ludzie nie musieli si gowi, jak pozbywa si potworw? Wynajem ci do tej roboty i dam, eby j wykona. A jak nie, to wyno si std, bo pognam ci bizunami a do granic mojej dziedziny! - Uspokjcie si, moci ksi - rzeka Oczko, cicho, ale blado i drenie rk zdradzay zdenerwowanie. - I nie grocie, bardzo prosz, Geraltowi. Tak si skada, e Jaskier i ja mamy kilku przyjaci. Krl Ethain z Cidaris, e wymieni tylko jednego, bardzo lubi nas i nasze ballady. Krl Ethain jest wiatym wadc i zawsze mawia, e nasze ballady to nie tylko skoczna muzyka i rymy, ale e to sposb przekazywania informacji, e to kronika ludzkoci. Pragniecie, moci ksi, zapisa si w kronice ludzkoci? Mog to wam zaatwi. Agloval patrzy na ni przez chwil zimnym, lekcewacym wzrokiem. - Poawiacze, ktrzy zaginli, mieli ony i dzieci - rzek wreszcie, znacznie ciszej i spokojniej. - Pozostali, gdy gd zajrzy im do garnkw, rycho wypyn znowu. Poawiacze pere, gbek, ostryg i homarw, rybacy, wszyscy. Teraz si boj, ale gd pokona strach. Wypyn. Ale czy wrc? Co ty na to, Geralt? Panno Daven? Ciekawym waszej ballady, ktra o tym opowie. Ballady o wiedminie, stojcym bezczynnie na brzegu i patrzcym na zakrwawione pokady odzi, na paczce dzieci.Essi zblada jeszcze bardziej, ale hardo podrzucia gow, dmuchna w lok i ju szykowaa si do odpowiedzi, ale Geralt szybko chwyci j za rk i cisn, uprzedzajc sowa. - Wystarczy - powiedzia. - W tej caej powodzi sw jedno ma prawdziwe znaczenie. Wynaje mnie, Agloval. Przyjem zadanie i wykonam je, jeli jest wykonalne. - Licz na to - rzek krtko ksi. - Do widzenia, zatem. Pokon, panno Daven. Essi nie dygna, skina tylko gow. Agloval podcign mokre spodnie i odszed w stron portu, chwiejc si na kamieniach. Geralt teraz dopiero zauway, e wci trzyma poetk za rk,

a poetka wcale nie prbuje jej uwolni. Puci j. Essi, powoli wracajc do normalnych kolorw, obrcia si twarz ku niemu. - atwo sprawi, by podj ryzyko - powiedziaa. - Wystarczy kilka sw o kobietach i dzieciach. A tyle si mwi o tym, jacycie to podobno nieczuli, wy, wiedmini. Geralt, Agloval gwide na kobiety, dzieci i starcw. On chce, by wznowiono poowy pere, bo traci z kadym dniem, gdy mu ich nie dostarczaj. On ci z maki zaywa godnymi dziemi, a ty natychmiast gotw jeste ryzykowa yciem... - Essi - przerwa. - Jestem wiedminem. To mj fach, ryzykowa yciem. Dzieci nic do tego nie maj. - Nie zwiedziesz mnie. - Skd supozycja, e mam zamiar? - A std, e gdyby by a takim zimnym profesjonaem, za jakiego chcesz uchodzi, prbowaby podbi cen. A ty sowem nie wspomniae o zapacie. Ach, dobrze, do ju o tym. Wracamy? - Przejdmy si jeszcze. - Z chci. Geralt? - Sucham. - Mwiam, wychowaam si nad morzem. Umiem sterowa odzi i... - Wybij to sobie z gowy. - Dlaczego? - Wybij to sobie z gowy - powtrzy ostro. - Mgby - powiedziaa - sformuowa to grzeczniej. - Mgbym. Ale wziaby to... diabli wiedz, za co. A ja jestem nieczuy wiedmin i zimny profesjona. Ryzykuj wasnym yciem. Cudzym nie. Essi zamilka. Wiedzia, jak zacisna usta, jak szarpna gow. Poryw wiatru znowu rozburzy jej wosy, na moment zakry twarz pltanin zotych pasemek. - Chciaam ci tylko pomc - powiedziaa. - Wiem. Dzikuj. - Geralt? - Sucham. - A jeli w plotkach, o ktrych mwi Agloval, jest sens? Wiesz przecie, syreny nie wszdzie i nie zawsze s przyjazne. Byy wypadki... - Nie wierz. - Morszczynki - cigna Oczko, zamylona. - Nereidy, trytony, morskie nimfy. Kto wie, do

czego s zdolne. Sh'eenaz... Miaa powd... - Nie wierz - przerwa. - Nie wierzysz, czy nie chcesz uwierzy? Nie odpowiedzia. - I ty chcesz uchodzi za zimnego profesjonaa? - spytaa z dziwnym umiechem. - Za kogo, kto myli ostrzeni miecza? Chcesz, to powiem ci, jaki jeste naprawd. - Wiem, jaki jestem naprawd. - Jeste wraliwy - powiedziaa cicho. - W gbi duszy penej niepokoju nie zwiedzie mnie twoja kamienna twarz i zimny gos. Jeste wraliwy, wanie twoja wraliwo kae ci si teraz ba, e to, przeciwko czemu masz wystpi z mieczem w rku, moe mie swoje racje, moe mie nad tob moraln przewag... - Nie, Essi - powiedzia powoli. - Nie szukaj we mnie tematu do wzruszajcej ballady, ballady o wiedminie, rozdartym wewntrznie. Moe chciabym, eby tak byo, ale nie jest. Moje dylematy moralne rozwizuj za mnie kodeks i wychowanie. Tresura. - Nie mw tak - achna si. - Nie rozumiem, dlaczego starasz si... - Essi - przerwa jej znowu. - Nie chc, by nabraa o mnie faszywych wyobrae. Nie jestem bdnym rycerzem. - Zimnym i bezmylnym zabjc te nie jeste. - Nie - zgodzi si spokojnie. - Nie jestem, chocia s tacy, ktrzy myl inaczej. Ale to nie moja wraliwo i zalety charakteru stawiaj mnie wyej, lecz pyszna i arogancka duma przekonanego o swej wartoci zawodowca. Profesjonaa, ktremu wpojono, e kodeks jego profesji i zimna rutyna jest suszniejsza ni emocja, e strzee przed popenieniem bdu, ktry mona popeni, gdy si zapacze w dylematach Dobra i Za, adu i Chaosu. Nie, Essi. Nie ja jestem wraliwy, ale ty. Wymaga zreszt tego twj zawd, prawda? To ty zaniepokoia si na myl, e sympatyczna z pozoru syrena, zniewaona, zaatakowaa poawiaczy pere w akcie rozpaczliwej zemsty. Od razu szukasz dla syreny usprawiedliwienia, okolicznoci agodzcych, wzdragasz si na myl, e wiedmin, opacony przez ksicia, zamorduje liczn syren tylko za to, e omielia si ulec emocjom. A wiedmin, Essi, wolny jest od takich dylematw. I od emocji. Gdyby nawet okazao si, e to syrena, wiedmin nie zabije syreny, bo kodeks mu zabrania. Kodeks rozwizuje dylemat za wiedmina. Oczko spojrzaa na niego, raptownie podrywajc gow. - Kady dylemat? - spytaa szybko. Wie o Yennefer, pomyla. Wie o niej. Ech, Jaskier, ty cholerny plotkarzu... Patrzyli na siebie. Co kryje si w twoich modrych oczach, Essi? Ciekawo? Fascynacja innoci? Jakie s ciemne strony twojego talentu, Oczko?

- Przepraszam - powiedziaa. - Pytanie byo gupie. I naiwne. Sugerujce, e uwierzyam w to, co mwie. Wracajmy. Ten wiatr przenika do szpiku koci. Spjrz, jak bawani si morze. - Widz. Wiesz, Essi, to ciekawe... - Co jest ciekawe? - Gow bym da, e gaz, na ktrym Agloval spotyka si z syren, by bliej brzegu i by wikszy. A teraz go nie wida. - Przypyw - rzeka krtko Essi. - Wkrtce woda signie a tam, pod urwisko. - A tam? - Tak. Woda przybiera tu i opada potnie, dobrze ponad dziesi okci, bo tu, w cieninie i ujciu rzeki wystpuj tak zwane echa pywowe, czy jak to tam nazywaj eglarze. Geralt patrzy w stron przyldka, na Smocze Ky, wgryzione w huczcy, spieniony przybj. - Essi - spyta. - A gdy zacznie si odpyw? - To co? - Jak daleko cofnie si morze? - A co... Ach, rozumiem. Tak, masz racj. Cofnie si a do linii szelfu. - Linii czego? - No, jakby pki, ktr tworzy dno, paskiej pycizny, urywajcej si krawdzi na granicy gbiny. - A Smocze Ky... - S dokadnie na krawdzi. - I bd osigalne such nog. Ile miabym czasu? - Nie wiem - Oczko zmarszczya si. - Trzeba by popyta miejscowych. Ale nie wydaje mi si, Geralt, eby to by najlepszy pomys. Spjrz, midzy ldem a Kami s skay, cay brzeg pocity jest zatokami i fiordami. Gdy zacznie si odpyw, porb1 si tam wwozy, koty, wypenione wod. Nie wiem, czy... Od strony morza, od ledwie widocznych ska dobieg ich plusk. I gony, piewny okrzyk. - Biaowosy! - zawoaa syrenka, z gracj przeskakujca po grzbiecie fali, mcc wod krtkimi, eleganckimi uderzeniami ogona. - Sh'eenaz! - odkrzykn, machajc rk. - Syrenka podpyna do ska, zawisa pionowo w spienionej, zielonej toni, oburcz odrzucia wosy do tyu, prezentujc jednoczenie tors wraz z caym urokiem. Geralt rzuci okiem na Essi. Dziewczyna poczerwieniaa lekko i z wyrazem alu i zaenowania na twarzy popatrzya przez moment na wasne uroki, ledwo zaznaczajce si pod sukienk.

- Gdzie jest ten mj? - zapiewaa Sh'eenaz, podpywajc bliej. - Przecie mia tu by. - By. Czeka trzy godziny i poszed. - Poszed? - zdziwia si syrenka wysokim trelem. - Nie czeka? Nie wytrzyma marnych trzech, godzin? Tak sdziam. Ani troch powicenia! Ani troch! Wstrtny, wstrtny, wstrtny! A co ty tutaj robisz, biaowosy? Przyszede pospacerowa ze swoj ukochan? adna z was para, tylko te nogi was szpec. - To nie jest moja ukochana. Ledwie si znamy. - Tak? - zdziwia si Sh'eenaz. - Szkoda. Pasujecie do siebie, adnie razem wygldacie. Kto to jest? - Jestem Essi Daven, poetka - zapiewaa Oczko z akcentem i melodyk, przy ktrej gos wiedmina brzmia jak skrzeczenie wrony. - Mio ci pozna, Sh'eenaz. Syrenka plasna domi po wodzie, zamiaa si dwicznie. - Jak piknie! - krzykna. - Znasz nasz mow! Sowo daj, zaskakujecie mnie, wy, ludzie. Prawdziwie, wcale nie dzieli nas tak wiele, jak si twierdzi. Wiedmin by zaskoczony nie mniej ni syrenka, chocia mg przypuszcza, e wyksztacona i oczytana Essi lepiej od niego zna Starsz Mow, jzyk elfw, ktrego piewnej wersji uyway syreny, morszczynki i nereidy. Jasne te powinno by dla niego, e piewno i skomplikowana melodyka mowy syren, ktra dla niego bya utrudnieniem, dla Oczka bya uatwieniem. - Sh'eenaz! - zawoa. - Troch nas jednak dzieli, a tym, co nas niekiedy dzieli, bywa przelana krew! Kto... Kto zabi poawiaczy pere, tam, przy dwch skaach? Powiedz mi! Syrenka daa nurka, burzc wod. Za chwil wyprysna znowu na powierzchni, a jej adna twarzyczka skurczya si i cigna w brzydkim grymasie. - Nie wacie si! - krzykna przenikliwie. - Nie wacie si zblia do schodw! To nie dla was! Nie zadzierajcie z nimi! To nie dla was! - Co? Co nie jest dla nas? - Nie dla was! - wrzasna Sh'eenaz, rzucajc si na wznak na fale. Bryzgi wody fruny wysoko w gr. Jeszcze przez moment widzieli jej ogon, rozwidlon, wcit petw, trzepoczc po falach. Potem znika w gbinie. Oczko poprawia wosy, rozburzone wichrem. Staa bez ruchu, schyliwszy gow. - Nie wiedziaem - Geralt odchrzkn - e tak dobrze znasz Starsz Mow, Essi. - Nie moge wiedzie - powiedziaa z wyran gorycz w gosie. - Przecie... Przecie ty ledwie mnie znasz.

VI - Geralt - powiedzia Jaskier, rozgldajc si i wszc jak pies goczy. - Okropnie tu mierdzi, nie uwaasz? - Czy ja wiem? - wiedmin pocign nosem. - Bywaem w miejscach, gdzie mierdziao gorzej. To tylko zapach morza. Bard odwrci gow i splun pomidzy gazy. Woda bulgotaa w skalnych rozpadlinach, pienic si i szumic, odsaniajc wymyte falami wirowate wwozy. - Zobacz, jak to si adnie- osuszyo, Geralt. Gdzie si podziaa ta woda? Jak to jest, cholera, z tymi odpywami i przypywami? Skd one si bior? Nie zastanawiae si nigdy? - Nie. Miaem inne zmartwienia. - Myl - Jaskier zadygota lekko - e tam w gbinie, na samym dnie tego cholernego oceanu siedzi sobie ogromniasty potwr, gruba, uskowata poczwara, ropucha z rogami na paskudnym bie. I co jaki czas wciga wod do brzuszyska, a z wod wszystko, co yje i da si zje - ryby, foki, wie, wszystko. A potem, zearszy zdobycz, wyrzyguje wod i mamy przypyw. Jak mylisz, Geralt? - Myl, e gupi. Yennefer mwia mi kiedy, e pywy powoduje ksiyc. Jaskier zarechota. - Co za cholerna brednia! Co ma ksiyc do morza? Do ksiyca tylko psi wyj. Nabraa ci, Geralt, ta twoja kamczucha, zakpia sobie z ciebie. Z tego, co wiem, nie po raz pierwszy. Wiedmin nie skomentowa. Patrzy na lnice od wilgoci gazy w wwozach, odsonitych przez odpyw. Wci wybuchaa w nich i pienia si woda, ale wydawao si, e przejd. - No, to do dziea - powiedzia, wstajc, poprawi miecz na plecach. - Duej czeka nie moemy, bo nie zdymy przed przypywem. Nadal nastajesz, eby i ze mn? - Tak. Tematy do ballad to nie szyszki, nie znajduje si ich pod choink. Poza tym Pacynka ma jutro urodziny. - Nie widz zwizku. - A szkoda. Wrd nas, normalnych ludzi, panuje zwyczaj dawania sobie prezentw z okazji urodzin. Na kupienie jej czegokolwiek nie sta mnie. Znajd co dla niej na dnie morza. - ledzia? Mtw? - Gupi. Znajd bursztyn, moe konika morskiego, moe jak adn konch. Chodzi o symbol, o dowd pamici i sympatii. Lubi Oczko, chc jej sprawi rado. Nie rozumiesz? Tak mylaem. Ruszajmy. Ty przodem, bo tam moe siedzie jaki potwr. - Dobra - wiedmin zsun si z urwiska na olizge, pokryte algami kamienie. - Id

przodem, eby w razie czego osoni ci. W dowd pamici i sympatii. Tylko pamitaj, gdy krzykn, bierz nogi za pas i eby mi si nie plta pod mieczem. Nie idziemy tam zbiera morskie koniki. Idziemy rozprawi si z potworem, ktry morduje ludzi. Ruszyli w d, w rozpadliny odsonitego dnia, miejscami brodzc w wodzie, wci kotujcej si w skalnych kominach. Taplali si w nieckach, wysanych piaskiem i morszczynem. Na domiar zego zaczo pada, wkrtce wic byli mokrzy od gry do dou. Jaskier co chwila przystawa, grzeba patykiem w wirze i kbach wodorostw. - O, popatrz, Geralt, rybka. Caa czerwona, niech mnie diabli. A tu, o, may wgorz. A to? Co to jest? Wyglda jak wielka, przeroczysta pcha. A to... O matko! Geraaalt! Wiedmin odwrci si gwatownie, z rk na mieczu. To bya ludzka czaszka, biaa, wylizgana o kamienie, wklinowana w skaln szczelin, wypeniona piaskiem. I nie tylko. Jaskier, widzc wijcego si w oczodole wieloszczeta, zatrzs si i wyda z siebie nieprzyjemny odgos. Wiedmin wzruszy ramionami, kierujc si w stron odsonitej przez fale kamienistej rwniny, ku dwm zbatym rafom, zwanym Smoczymi Kami, teraz wygldajcymi jak gry. Szed ostronie. Dno usiane byo strzykwami, muszlami, kupami morszczynu. W kauach i nieckach faloway wielkie meduzy i wiroway wowida. Mae kraby, kolorowe jak kolibry, uciekay przed nimi, stpajc bokiem, przebierajc ruchliwymi odnami. Geralt ju z daleka dostrzeg trupa, ugrznitego midzy kamieniami. Topielec rusza widoczn spod wodorostw klatk piersiow, chocia w zasadzie nie mia ju czym rusza. Roi si od krabw, na zewntrz i wewntrz. Nie mg by w wodzie duej ni dob, ale kraby obray go tak, e ogldziny nie miay sensu. Wiedmin bez sowa zmieni kierunek marszu, obchodzc trupa ukiem. Jaskier niczego nie zauway. - Ale tu cuchnie zgnilizn - zakl, doganiajc Geralta, splun, strzsn wod z kapelusza. - I leje, i zimno jest. Zazibi si, strac gos, psiakrew... - Nie marud. Jeli chcesz zawrci, znasz drog. Zaraz za podstaw Smoczych Kw rozcigaa si paska, skalna pka, a dalej bya ju gbia, spokojnie falujce morze. Granica odpywu. - Ha, Geralt - Jaskier rozejrza si. - Ten twj potwr mia, zdaje si, do rozumu, by wycofa si na pene morze razem z uchodzc wod. A ty pewnie mylae, e bdzie lea tu gdzie, brzuchem do gry, i czeka, a go zarbiesz? - Bd cicho. Wiedmin zbliy si do krawdzi pki, uklkn, ostronie opar rce o ostre muszle, obrastajce ska. Nie widzia nic, woda bya ciemna, a powierzchnia zmcona, zmatowiona mawk.

Jaskier penetrowa zakamarki raf, kopniakami odrzucajc od ng co nachalniej sze kraby, oglda i obmacywa ociekajce wod skay, brodate od obwisych alg, upstrzone kostropatymi koloniami skorupiakw i may. - Ej, Geralt! - Czego? - Popatrz na te muszle. To s peropawy, no nie?. - Nie. - Znasz si na tym? - Nie znam. - To wstrzymaj si z opiniami do momentu, a si zaczniesz zna. To s peropawy, pewien jestem. Zaraz nazbieram pere, bdzie chocia jaki profit z tej wyprawy, nie sam jeno katar. Nazbiera, Geralt? - Nazbieraj. Potwr atakuje poawiaczy. Zbieracze te podpadaj pod t kategori. - Mam by przynt!?! - Zbieraj, zbieraj. Bierz co wiksze muszle, jak nie bdzie pere, to ugotujemy na nich polewk. - Jeszcze czego. Bd bra same pery, a skorupy pies chdoy. Cholera... Gamratka jego ma... Jak to si... psiakrew... otwiera? Nie masz noa, Geralt? - To ty nawet noa nie wzie? - Jestem poet, a nie jakim noownikiem. A, szlag by to trafi, nazbieram tego do torby, a pery wyjmiemy pniej. Ach, ty! Poszed won! Kopnity krab przelecia nad gow Geralta, plusn w fale. Wiedmin szed powoli wzdu krawdzi pki, wpatrzony w czarn, nieprzeniknion wod. Sysza rytmiczne stukanie kamienia, ktrym Jaskier odkuwa mae od skay. - Jaskier! Chod tu, zobacz! Poszarpana, spkana pka koczya si nagle rwn, ostr krawdzi, opadaa w d prostym ktem. Pod powierzchni wody wida byo wyranie ogromne, kanciaste, regularne bloki biaego marmuru, obronite glonami, miczakami i ukwiaami, falujcymi w wodzie jak kwiaty na wietrze. - Co to jest? Wyglda jak... Jak schody. - Bo to s schody - szepn Jaskier w podziwie. -Ooo, to s schody, ktre wiod do podwodnego miasta. Do legendarnego Ys, ktre pochony fale. Syszae legend o miecie otchani, o Ys Pod Wodami? Ooo, napisz o tym ballad, tak, e konkurencji oko zbieleje. Musz to obejrze z bliska... Zobacz, tam jest jaka mozaika, co tam jest wyryte czy wykute.. Jakie

napisy? Odsu si, Ge-rait. - Jaskier! Tam jest gbia! Zsuniesz si... - Eee tam. I tak jestem mokry. Zobacz, tu jest pytko, po pas zaledwie, na tym pierwszym stopniu. I szeroko jak na sali balowej. O, psiakrew... Geralt byskawicznie wskoczy do wody i podtrzyma barda, zapadnitego po szyj. - Potknem si o to gwno - Jaskier, apic powietrze, otrzsn si, unoszc oburcz ociekajcego wod, duego, paskiego maa o skorupie kobaltowej barwy, obronitej kudekami glonw. - Peno tego na tych schodach. adny ma kolor, nie uwaasz? Daj, wsadz go do twojej torby, moja ju jest pena. - Wya std - warkn wiedmin rozelony. - Natychmiast wya na pk, Jaskier. To nie zabawa. - Cicho. Syszae? Co to byo? Geralt sysza. Dwik dobieg z dou, spod wody. Guchy i gboki, cho jednoczenie niky, cichy, krtki, urwany. Dwik dzwonu. - Dzwon, niech mnie - szepn Jaskier, gramolc si na pk. - Miaem racj, Geralt. To dzwon zatopionego Ys, dzwon grodu upiorw przytumiony ciarem gbiny. To potpiecy przypominaj nam... - Zamkniesz si wreszcie? Dwik powtrzy si. Znacznie bliej. - ... przypominaj nam - cign bard, wykrcajc przemoczone poy kubraka - o swoim strasznym losie. Ten dzwon, to przestroga... Wiedmin przesta zwraca uwag na gos Jaskra i przestawi si na inne zmysy. Czu. Czu co. - To przestroga - Jaskier wysun lekko jzyk, co zwyk by czyni, gdy si skupia. Przestroga, albowiem... hmm.. Bymy nie zapomnieli... hmm... hmmm... Ju mam! Brzmi gucho serce dzwonu, piewa pie o mierci O mierci, ktr wszake atwiej znie nili niepami... Woda tu obok wiedmina eksplodowaa. Jaskier wrzasn. Wyaniajcy si z piany wyupiastooki potwr zamierzy si na Geralta szerokim, zbatym, kosopodobnym ostrzem. Geralt mia miecz w rku ju w chwili, gdy woda zaczynaa si wygarbia, teraz wic tylko pewnie zakrci si w biodrach i chlasn potwora przez obwise, u-skowate podgardle. Natychmiast obrci si w drug stron, gdzie burzy wod nastpny, w dziwacznym hemie, w czym, co przypominao zbroj z zaniedziaej miedzi. Wiedmin szerokim zamachem miecza odbi ostrze godzcej w niego krtkiej wczni i z impetem, jaki dao mu to odbicie, ci przez rybiogadzi, zbaty pysk. Odskoczy w stron krawdzi pki, rozbryzgujc wod.

- Uciekaj, Jaskier! - Daj rk! - Uciekaj, do cholery! Nastpny stwr wychyn z fal, wiszczc zakrzywion szabl, trzyman w zielonej, kostropatej apie. Wiedmin odbi si plecami od najeonej muszlami krawdzi skay, wszed w pozycj, ale rybiooki stwr nie zblia si. Wzrostem dorwnywa Geraltowi, woda sigaa mu rwnie do pasa, ale imponujco zjeony grzebie na gowie i rozdte skrzela sprawiay, e wydawa si wikszy. Grymas, krzywicy szerok, uzbrojon zbami paszczk, do zudzenia przypomina okrutny umiech. Stwr, nie zwracajc uwagi na dwa drgajce, unoszce si w czerwonej wodzie ciaa, podnis swoj szabl, trzyman oburcz za dug, pozbawion jelca rkoje. Jeszcze mocniej stroszc grzebie i skrzela, zwinnie zakrci kling w powietrzu. Geralt sysza, jak lekkie ostrze syczy i furkocze. Stwr zrobi krok do przodu, posyajc w stron wiedmina fal. Geralt zamynkowa, zafurkota mieczem w odpowiedzi. I te zrobi krok, przyjmujc wyzwanie. Rybiooki zrcznie obrci dugie palce na rkojeci i powoli opuci opancerzone szylkretem i miedzi ramiona, zanurzy je a po okcie, kryjc bro pod wod. Wiedmin uj miecz oburcz - praw doni tu pod jelcem, lew za gowic, unis bro do gry i nieco w bok, powyej prawego ramienia. Patrzy w oczy potwora, ale to byy opalizujce oczy ryby, oczy o tczwkach w ksztacie kropli, poyskujcych zimno i metalicznie. Oczy, ktre niczego nie wyraay i nie zdradzay niczego. Niczego, co mogoby uprzedzi o ataku. Z gbiny, z dou schodw, nikncych w czarnej otchani, dobiegay dwiki dzwonu. Coraz blisze, coraz wyraniejsze. Rybiooki run do przodu, wyrywajc kling spod wody, zaatakowa szybkim jak myl, dolnobocznym ciciem. Geralt mia po prostu szczcie - zaoy, e cios bdzie zadany od prawej. Sparowa ostrzem skierowanym ku doowi, silnie wykrcajc korpus, natychmiast obrci miecz, wic go na pask z szabl potwora. Teraz wszystko zaleao od tego, ktry z nich prdzej obrci palce na rkojeci, kto pierwszy przejdzie z paskiego, statycznego zwarcia kling do ciosu, ciosu, ktrego si budowali ju obaj, przenoszc ciar ciaa na waciw nog. Geralt wiedzia ju, e obaj s jednakowo szybcy. Ale rybiooki mia dusze palce. Wiedmin ci go w bok, powyej biodra, wykrci si w pobrt, rozchlasta, napierajc na kling, umkn bez trudu przed szerokim i bezadnym, rozpaczliwym i pozbawionym gracji uderzeniem. Potwr, bezgonie otwierajc rybi pysk, znikn pod wod, w ktrej ttniy

ciemnoczerwone oboki. - Daj rk! Prdko! - wrzasn Jaskier. - Pyn, ca kup! Widz ich! Wiedmin chwyci prawic barda i wyrwa si z wody na kamienn pk. Za nim, szeroko, chlusna fala. Zaczyna si przypyw. Uciekali chyo, cigani przez przybierajc wod. Geralt obejrza si i zobaczy, jak z morza wypryskuj kolejne, liczne rybostwory, jak rzucaj si w pocig, skaczc zwinnie na muskularnych nogach. Bez sowa przyspieszy bieg. Jaskier dysza, bieg ciko, rozpryskujc wod, ju sigajc kolan. Nagle potkn si, upad, chlapn pomidzy morszczyny, wspierajc si na rozdygotanych rkach. Geralt chwyci go za pas, wyrwa z piany gotujcej si dookoa. - Biegnij! - krzykn. - Zatrzymam ich! - Geralt... - Biegnij, Jaskier! Zaraz woda wypeni rozpadlin, a wtedy nie wydostaniemy si std! Pd ie si! Jaskier jkn i pobieg. Wiedmin bieg za nim, Uczc, e potwory rozcign si w pocigu. Wiedzia, e w walce z ca grup nie ma szans. Dognali go przy samej rozpadlinie, bo woda bya ju na tyle gboka, by mogli pyn, podczas gdy on z trudem, nurzajc si w pianie, drapa si w gr po olizgych kamieniach. W rozpadlinie byo jednak zbyt ciasno, by mogli go opa ze wszystkich stron. Zatrzyma si w niecce, w tej, w ktrej Jaskier znalaz czaszk. Zatrzyma si, odwrci. I uspokoi. Pierwszego dosign! samym kocem miecza w miejsce, gdzie powinna by skro. Drugiemu, uzbrojonemu w co w rodzaju krtkiego berdysza, rozpata brzuch. Trzeci uciek. Wiedmin rzuci si w gr wwozu, ale w tym samym momencie wzbierajca fala zahuczaa, wybuchna pian, zakotowaa wirem w kominie, zerwaa go z gazw i powloka w d, w kipiel. Zderzy si z trzepoccym w wirze rybostworem, odrzuci go kopniakiem. Kto chwyci go za nogi i pocign w d, na dno. Waln plecami o ska, otworzy oczy, w sam por, by zobaczy ciemne ksztaty tamtych, dwa szybkie byski. Pierwszy bysk sparowa mieczem, przed drugim odruchowo zasoni si lew rk. Poczu uderzenie, bl, a zaraz po tym ostre szczypnicie soli. Odbi si nogami od dna, wyprysn w gr, ku powierzchni, zoy palce, odpali Znak. Eksplozja bya gucha, dgna uszy krtkim paroksyzmem blu. Jeeli wyjd z tego, pomyla, mcc wod rkami i nogami, jeeli z tego wyjd, pojad do Yen do Yengerbergu, sprbuj jeszcze raz... Jeeli z tego wyjd...

Wydao mu si, e syszy buczenie trby. Lub rogu. Fala, ponownie wybuchajc w kominie, uniosa go do gry, wyrzucia brzuchem na wielki gaz. Teraz sysza wyranie buczenie rogu, wrzaski Jaskra, zdajce si dobiega ze wszystkich stron rwnoczbnie. Wydmuchn son wod z nosa, rozejrza si, odrzucajc z twarzy mokre wosy. By na brzegu, tu przy miejscu, z ktrego wyruszyli. Lea brzuchem na kamieniach, dookoa bia pian gotowa si przybj. Za nim, w wwozie, teraz ju bdcym wsk zatok, taczy na falach wielki, szary delfin. Na jego grzbiecie, miotajc mokrymi, seledynowymi wosami, siedziaa syrenka. Miaa pikne piersi. - Biaowosy! - zapiewaa, machajc rk, w ktrej trzymaa du, stokowat, spiralnie skrcon konch. - yjesz? - yj - zdziwi si wiedmin. Piana wok niego zrobia si rowa. Lewe rami sztywniao, szczypao od soli. Rkaw kurtki by rozcity, rwno i prosto, z rozcicia buchaa krew. Wyszedem z tego, pomyla, znowu si udao. Ale nie, nigdzie nie pojad. Zobaczy Jaskra, ktry bieg ku niemu, potykajc si na mokrych otoczakach. - Powstrzymaam ich! - zapiewaa syrenka i znowu zada w konch. - Ale nie na dugo! Uciekaj i nie wracaj tu, biaowosy! Morze... Nie jest dla was! - Wiem! - odkrzykn - Wiem! Dzikuj, Sh'eenaz! VII - Jaskier - odezwaa si Oczko, rozdzierajc zbami - koniec bandaa i motajc supe na nadgarstku Geralta. - Wyjanij mi, skd wzia si pod schodami kupa limaczych skorup? ona Drouharda wanie je sprzta i nie ukrywa przy tym, co o was obu sdzi. - Skorupy? - zdziwi si Jaskier. - Jakie skorupy? Pojcia nie mam. Moe upuciy je przelatujce kaczki? Geralt umiechn si, obracajc twarz w cie. Umiechn si na wspomnienie blunierstw Jaskra, ktry spdzi cae popoudnie na otwieraniu muszli i grzebaniu w olizgym misie, pokaleczy sobie palce i upapra koszul, ale nie znalaz ani jednej pery. I nie dziwota, albowiem prawdopodobnie nie byy to adne periopawy, ale zwyke skjki czy omuki. Pomys, by na maach gotowa zup, porzucili, gdy Jaskier otworzy pierwsz skorup - miczak wyglda nieapetycznie i mierdzia tak, e a zy cieky z oczu. Oczko zakoczya bandaowanie i usiada na odwrconym cebrze. Wiedmin podzikowa, ogldajc zgrabnie opatrzon rk. Rana bya gboka i do duga, obejmowaa te okie, ktry wciekle bola przy poruszeniach. Opatrzyli j prowizorycznie jeszcze na brzegu morza, ale nim dotarli do domu, zacza krwawi ponownie. Tu przed przyjciem dziewczyny Geralt wla w

rozsieczone przedrami eliksir koagulujcy krew, poprawi eliksirem znieczulajcym, a Essi nakrya ich w chwili, gdy prbowali z Jaskrem zszy ran za pomoc nitki uwizanej do rybackiego haczyka. Oczko skla ich i sama wzia si za opatrunek, a w tym czasie Jaskier uraczy j barwn opowieci o walce, zastrzegajc sobie przy tym kilkakrotnie wyczne prawa do ballady o caym wydarzeniu. Essi, rzecz jasna, zasypaa Geralta lawin pyta, na ktre nie umia odpowiedzie. Odebraa to le, najwyraniej odniosa wraenie, e tai co przed ni. Naburmuszya si i zaprzestaa indagacji. - Agloval ju wie - powiedziaa. - Widziano was, powracajcych, a Drouhardowa, gdy zobaczya krew na schodach, poleciaa na plotki. Nard kopn si ku skaom w nadziei, e fale co wyrzuc, krc si tam do tej pory, ale, o ile wiem, niczego nie znaleli. - I nie znajd - rzek wiedmin. - Do Aglovala wybior si jutro, ale uprzed go, jeli moesz, by zabroni ludziom krci si koo Smoczych Kw. Tylko ani sowa, prosz, o tych schodach ani o Jaskrowych fantazjach o miecie Ys. Zaraz znaleliby si poszukiwacze skarbw i sensacji i padyby nowe trupy... - Nie jestem plotkark - Essi nadsaa si, gwatownie odrzucia lok z czoa. - Jeeli ci o co pytam, to nie po to, by natychmiast biec z tym pod studni i rozpowiada praczkom. - Przepraszam. - Musz wyj - zakomunikowa nagle Jaskier. - Umwiem si z Akerett. Geralt, bior twj kubrak, bo mj jest nieludzko uwiniony i cigle jeszcze mokry. , - Wszystko tu jest mokre - rzeka z przeksem Oczko, z odraz trcajc czubkiem trzewiczka porozrzucane czci odziey. - Jak tak mona? To trzeba rozwiesi, porzdnie wysuszy... Jestecie okropni. - Samo wyschnie - Jaskier nacign wilgotn kurtk Geralta i z luboci przyjrza si srebrnym wiekom na rkawach. - Nie ple. A to, co to jest? No nie, ta torba cigle jeszcze pena jest szlamu i wodorostw! A to... Co to takiego? Pfuj! Geralt i Jaskier w milczeniu przygldali si kobaltowe niebieskiej skorupie trzymanej przez Essi dwoma palcami. Zapomnieli. Ma by lekko otwarty i wyranie cuchn. - To prezent - powiedzia trubadur, wycofujc si ku drzwiom. - Jutro s twoje urodziny, prawda, Pacynko? No, to to jest prezent dla ciebie. - To? - adna, prawda? - Jaskier poniucha i doda szybko. - To od Geralta. To on dla ciebie wybra. Och, ju pno. Bywajcie... Po jego wyjciu Oczko milczaa przez chwil. Wiedmin patrzy na mierdzcego maa i

wstydzi si. Za Jaskra i za siebie. - Pamitae o moich urodzinach? - spytaa wolno Essi, trzymajc muszl daleko od siebie. Naprawd? - Daj mi to - rzek ostro. Wsta z siennika, chronic zabandaowan rk. - Przepraszam ci za,tego idiot... - Nie - zaprotestowaa, wycigajc may noyk z pochwy przy pasku. - To rzeczywicie adna muszelka, zachowam j na pamitk. Trzeba j tylko umy, a przedtem pozby si... zawartoci. Wyrzuc oknem, niech zjedz koty. Co stukno o podog, potoczyo si. Geralt rozszerzy renice i zobaczy to co znacznie wczeniej ni Essi.

To bya pera. Piknie opalizujca i poyskliwa pera blado bkitnej barwy, wielka jak spczniao ziarnko grochu. - Bogowie - Oczko dostrzega j rwnie. - Geralt... Pera! - Pera - zamia si. - A wic jednak dostaa prezent, Essi. Ciesz si. - Geralt, ja nie mog jej przyj. Ta pera warta jest... - Jest twoja - przerwa jej. - Jaskier, chocia zgrywa gupka, naprawd pamita o twoich urodzinach. Naprawd chcia sprawi ci rado. Mwi o tym, mwi gono. C, los usysza i speni, co naleao. - A ty, Geralt? - Ja? - Czy ty.. Te chciae sprawi mi rado? Ta pera jest taka pikna... Musi by ogromnie wartociowa... Nie aujesz? - Ciesz si, e ci si podoba. A jeeli auj, to tego, e bya tylko jedna. I tego, e... - Tak? - e nie znam ci tak dugo jak Jaskier, tak dugo, eby mc wiedzie i pamita o twoich urodzinach. eby mc dawa ci prezenty i sprawia ci rado. eby mc... nazywa ci Pacynk. Zbliya si i nagle zarzucia mu rce na szyj. Zrcznie i szybko uprzedzi jej ruch, umkn przed jej ustami, pocaowa chodno w policzek, obejmujc j zdrow rk, niezrcznie, z rezerw, delikatnie. Czu, jak dziewczyna sztywnieje i cofa si powoli, ale tylko na dugo rk, wci spoczywajcych na jego ramionach. Wiedzia, na co czeka, ale nie zrobi tego. Nie przycign jej do siebie. Essi pucia go, odwrcia si w stron uchylonego, brudnego okienka. - Oczywicie - powiedziaa nagle. - Ledwie mnie znasz. Zapomniaam, e ty ledwie mnie

znasz... - Essi - rzek po chwili milczenia. - Ja... - Ja te ledwie ci znam - wybuchna, przerywajc mu. - I co z tego? Kocham ci. Nic na to nie mog poradzi. Nic. - Essi! - Tak. Kocham ci, Geralt. Jest mi wszystko jedno, co pomylisz. Kocham ci od momentu, w ktrym ci zobaczyam, tam, na zarczynowym przyjciu... Zamilka, opucia gow. Staa przed nim, a Geralt aowa, e to ona, a nie rybiooki z szabl ukryt pod wod. Z rybiookim mia szans. Z ni nie. - Nic nie mwisz - stwierdzia fakt. - Nic, ani sowa. Jestem zmczony, pomyla, i cholernie saby. Musz usi, mi mi si w oczach, straciem troch krwi i nic nie jadem... Musz usi. Przeklta izdebka, pomyla, oby spona w czasie najbliszej burzy, trafiona piorunem. Przeklty brak mebli, dwch gupich krzese i stou, ktry dzieli, przez ktry tak atwo i bezpiecznie si rozmawia, mona nawet trzyma si za rce. A ja musz usi na sienniku, musz poprosi j, by usiada przy mnie. A wypchany grochowinami siennik jest niebezpieczny, stamtd nie mona si niekiedy wywin, wykona uniku... - Usid przy mnie, Essi. Usiada. Z ociganiem. Taktownie. Daleko. Za blisko. - Kiedy si dowiedziaam - szepna, przerywajc dugie milczenie - gdy usyszaam, e Jaskier przywlk ci, pokrwawionego, wybiegam z domu jak szalona, gnaam na olep, na nic nie zwracajc uwagi. I wtedy... Wiesz, o czym pomylaam? e to magia, e rzucie na mnie urok, potajemnie, zdradziecko oczarowae mnie, zauroczye Znakiem, twoim wilczym medalionem, zym okiem. Tak pomylaam, ale nie zatrzymaam si, biegam dalej, bo zrozumiaam, e pragn... pragn znale si w twojej mocy. A rzeczywisto okazaa si straszniejsza. Nie rzucie na mnie uroku, nie uye adnych czarw. Dlaczego, Geralt? Dlaczego mnie nie zauroczye? Milcza. - Gdyby to bya magia - podja - wszystko byoby takie proste i atwe. Ulegabym twojej mocy i byabym szczliwa. Atak... Musz... Nie wiem, co si ze mn dzieje... Do diaba, pomyla, jeli Yennefer, gdy jest ze mn, czuje si jak ja teraz, to wspczuj jej. I nigdy nie bd si ju dziwi. Nigdy nie bd ju nienawidzi jej... Nigdy. Bo moe Yennefer czuje to, co ja teraz, czuje dogbn pewno, e oto powinienem speni to, co jest niemoliwe do spenienia, jeszcze bardziej niemoliwe do spenienia ni zwizek Aglovala z Sh'eenaz. Pewno, e nie wystarczyoby tu troch powicenia, e trzeba by powici

wszystko, a i to nie wiadomo, czy wystarczyoby. Nie, nie bd ju nienawidzi Yennefer za to, e nie moe i nie chce da mi wicej, ni troch powicenia. Teraz wiem, e troch powicenia to ogromnie duo. - Geralt - jkna Oczko, wcigajc gow w ramiona. - Tak bardzo mi wstyd. Wstydz si tego, co czuj, tego, co jest jak jaka przeklta niemoc, jak zimnica, jak krtki oddech... Milcza. - Mylaam zawsze, e to pikny i wzniosy stan ducha, szlachetny i godny, nawet, jeeli unieszczliwia. Przecie tyle ballad uoyam o czym takim. A to jest organiczne, Geralt, podle i przejmujco organiczne. Tak moe si czu kto chory, kto, kto wypi trucizn. Bo tak, jak kto, kto wypi trucizn, jest si gotowym na wszystko w zamian za odtrutk. Na wszystko. Nawet na ponienie. - Essi. Prosz ci... - Tak. Czuj si poniona, poniona tym, e wszystko ci wyznaam, zapominajc o godnoci, ktra kae cierpie w milczeniu. Tym, ze moim wyznaniem wprawiam ci w zakopotanie. Czuj si poniona tym, e jeste zakopotany. Ale ja nie mogam inaczej. Jestem bezsilna. Zdana na ask, jak kto zoony chorob. Zawsze baam si choroby, momentu, w ktrym bd saba, bezsilna, bezradna i samotna. Zawsze baam si choroby, zawsze wierzyam, e choroba byaby najgorszym, co mogoby mnie spotka... Milcza. - Wiem - jkna znowu. - Wiem, e powinnam by ci wdziczna, e... e nie wykorzystujesz sytuacji. Ale nie jestem ci wdziczna. I tego te si wstydz. Bo ja nienawidz tego twojego milczenia, tych twoich przeraonych oczu. Nienawidz ci. Za to, e milczysz. Za to, e nie kamiesz, e nie... I jej te nienawidz, tej twojej czarodziejki, chtnie pchna bym j noem za to, e... Nienawidz jej. Ka mi wyj, Geralt. Rozka mi, bym std wysza. Bo sama, z wasnej woli, nie mog, a chc std wyj, pj do miasta, do obery... Chc zemci si na tobie za mj wstyd, za ponienie, chc znale pierwszego lepszego... Psiakrew, pomyla, syszc, jak jej gos opada niby szmaciana pieczka toczca si po schodach. Rozpacze si, pomyla, nie ma dwch zda, rozpacze si. Co robi, cholera, co robi? Skurczone ramiona Essi zadrgay silnie. Dziewczyna odwrcia gow i zacza paka, cichym, przeraajco spokojnym, nie wstrzymywanym paczem. Niczego nie czuj, stwierdzi ze zgroz, niczego, najmniejszego wzruszenia. To, e teraz obejm jej plecy, to gest rozmylny, wywaony, nie spontaniczny. Obejm j, bo czuj, e tak trzeba, nie dlatego, e pragn. Niczego nie czuj. Gdy obj j, natychmiast przestaa paka, otara zy, mocno potrzsajc gow i

odwracajc si tak, by nie mg widzie jej twarzy. A potem przywara do niego silnie, wciskajc gow w pier. Troch powicenia, pomyla, tylko troch powicenia. To j przecie uspokoi, ucisk, pocaunek, spokojne pieszczoty... Ona nie chce wicej. A nawet, gdyby chciaa, to co? Troch powicenia, bardzo mao powicenia, przecie jest pikna i warta... Gdyby chciaa wicej... To j uspokoi. Cichy, spokojny, delikatny akt miosny. A ja... Mnie przecie jest wszystko jedno, bo Essi pachnie werben, nie bzem i agrestem, nie ma chodnej, elektryzujcej skry, wosy Essi nie s czarnym tornadem lnicych lokw, oczy Essi s pikne, mikkie, ciepe i modre, nie pon zimnym, beznamitnym, gbokim fioletem. Essi unie potem, odwrci gow, otworzy lekko usta, Essi nie umiechnie si z tryumfem. Bo Essi... Essi nie jest Yennefer. I dlatego nie mog. Nie mog zdoby si na te troch powicenia. - Prosz ci, Essi, nie pacz. - Nie bd - odsuna si od niego bardzo powoli. - Nie bd. Rozumiem. Nie moe by inaczej. Milczeli, siedzc obok siebie na wypchanym grochowinami sienniku. Zblia si wieczr. - Geralt - powiedziaa nagle, a gos jej dra. - A moe... Moe byoby tak... jak z tym maem, z tym dziwnym prezentem? Moe jednak odnalelibymy per? Pniej? Po jakim czasie? - Widz t per - powiedzia z wysikiem. - Oprawion w srebro, w srebrny kwiatuszek o misternych patkach. Widz j na twojej szyi, na srebrnym acuszku, noszon tak, jak ja nosz mj medalion. To bdzie twj talizman, Essi. Talizman, ktry uchroni ci przed kadym zem. - Mj talizman - powtrzya, opuszczajc gow. - Moja pera, ktr oprawi w srebro, z ktr nigdy si nie rozstan. Mj klejnot, ktry dostaam zamiast... Czy taki talizman moe przynie szczcie? - Tak, Essi. Bd pewna. - Czy mog posiedzie tu jeszcze? Z tob? - Moesz. Zblia si zmierzch i zapada zmrok, a oni siedzieli na wypchanym grochowinami sienniku, w izdebce na stryszku, w ktrej nie byo mebli, w ktrej by tylko ceber i nie zapalona wieczka na pododze, w kauce zastygego wosku. Siedzieli, w zupenym milczeniu, w ciszy, bardzo dugo. A potem przyszed Jaskier. Syszeli, jak nadchodzi, brzdka na lutni i podpiewuje. Jaskier wszed, zobaczy ich i nie powiedzia nic, ani jednego sowa. Essi, rwnie milczc, wstaa i wysza, nie patrzc na nich.

Jaskier nie powiedzia ani sowa. Ale wiedmin widzia w jego oczach sowa, ktre nie pady. VIII - Rozumna rasa - powtrzy w zamyleniu Agloval, opierajc okie na porczy krzesa, a podbrdek na pici. - Podwodna cywilizacja. Ryboludy yjce na dnie morza. Schody, prowadzce w gbin. Geralt, ty mnie masz za cholernie atwowiernego ksicia. Oczko, stojca obok Jaskra, prychna gniewnie. Jaskier z niedowierzaniem pokrci gow. Geralt nie przej si wcale. - Jest mi obojtne - rzek cicho - czy mi uwierzysz, czy nie. Moim obowizkiem jest jednak uprzedzi ci. d, ktra zbliy si do Smoczych Kw, lub ludzie, ktrzy si tam pojawi w czasie odpywu, naraeni s na ryzyko. miertelne ryzyko. Chcesz sprawdzi, czy to prawda, chcesz ryzykowa, twoja sprawa. Ja po prostu uprzedzam. - Ha - odezwa si nagle wodarz Zelest, siedzcy za Aglovalem we wnce okiennej. - Jeeli to potwory jako elfy czy inne gobliny, to nie straszne nam one. Balim si, e to co gorszego, a, strzecie bogowie, zaczarowanego. Z tego, co wiedmin prawi, to takie jakby morskie topce pawuny. S sposoby na topce. Obio mi si o uszy, e jeden czarodziej w mig poradzi sobie z topcami na jeziorze Mokva. Wla w wod baryk magicznego filtru i byo po zasranych topcach. ladu nie zostao. - Prawda - odezwa si milczcy dotd Drouhard. - ladu nie zostao. Rwnie po leszczach, szczupakach, rakach i szczeujach. Wygnia nawet moczarka na dnie i uschy olszyny na brzegach. - Kapitalnie - rzek drwico Agloval. - Dziki za wspania sugesti, Zelest. Masz ich moe wicej? - No, niby prawda - wodarz poczerwienia silnie. - Magik przegi rdk ociupink, krzynk bardzo si rozmacha. Ale i bez magikw moem sobie poradzi, ksi. Powiada wiedmin, e walczy z onymi potworami mona i ubi je te mona. Tedy wojna, panie. Jak dawniej. Nie nowina nam, nie? yy w grach boboaki, gdzie one teraz? Po lasach koacz si jeszcze dzikie elfy i dziwoony, ale i z tymi koniec bdzie niebawem. Wywalczym co nasze. Jako dziadowie nasi... - A pery zobacz dopiero moje wnuki? - skrzywi si ksi. - Za dugo by czeka, Zelest. - No, tak le nie bdzie. Widzi mi si... Rzekn tak: z kad odzi poawiaczy dwie odzie ucznikw. Wnet nauczymy te potwory rozumu. Nauczymy ich strachu. Prawda, panie wiedmin?

Geralt spojrza na niego zimnym wzrokiem, nie odpowiedzia. Agloval odwrci gow, demonstrujc swj szlachetny profil, zagryz wargi. Potem spojrza na wiedmina, mruc oczy i marszczc czoo. - Nie wykonae zadania, Geralt - powiedzia. - Pokpie spraw ponownie. Nie przecz, wykazae dobre chci. Ale ja za dobre chci nie pac. Pac za rezultat. Za efekt. A efekt, wybacz okrelenie, jest gwniany. Tak tedy gwno zarobie. - Piknie, moci ksi - zakpi Jaskier. - Szkoda, e was z nami nie byo tam, przy Smoczych Kach. Dalibymy wam moe z wiedminem szans spotkania z jednym z tamtych, z morza, z mieczem w rku. Moe wwczas zrozumielibycie, w czym rzecz, i przestali droczy si o zapat... - Jak przekupka - wtrcia Oczko. - Nie mam we zwyczaju droczy si, targowa ani dyskutowa - powiedzia Agloval spokojnie. - Rzekem, nie zapac ci ani grosza, Geralt. Umowa brzmiaa: wyeliminowa niebezpieczestwo, wyeliminowa zagroenie, umoliwi pow pere bez ryzyka dla ludzi. A ty? Przychodzisz i opowiadasz mi o rozumnej rasie z dna morza. Radzisz, bym trzyma si z dala od miejsca, ktre przynosi mi dochd. Co zrobie? Zabie jakoby... Ilu? - To bez znaczenia, ilu - Geralt poblad lekko. - Przynajmniej dla ciebie, Agloval. - Wanie. Tym bardziej, e dowodw brak. Gdyby chocia przynis prawe donie tych ryboab, kto wie, moe wykosztowabym si na zwyczajow stawk, tak, jak bierze mj gajowy od pary wilczych uszu. - C - rzek wiedmin chodno. - Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko si poegna. - Mylisz si - powiedzia ksi. - Pozostaje ci co jeszcze. Staa praca za cakiem przyzwoite pienidze i utrzymanie. Stanowisko i patent kapitana mojej zbrojnej stray, ktra odtd bdzie towarzyszya poawiaczom. Nie musi by na stae, wystarczy do czasu, gdy owa jakoby rozumna rasa nabierze do rozumu, by trzyma si z da? lka od moich odzi, by unika ich jak ognia. Co ty na to? - Dzikuj, nie skorzystam - wiedmin wykrzywi si. - Nie odpowiada mi taka praca. Prowadzenie wojen z innymi rasami uwaam za idiotyzm. Moe to i wietna rozrywka dla znudzonych i zblazowanych ksit. Ale dla mnie nie. - Och, jake dumnie - umiechn si Agloval. - Jake wyniole. Zaiste, odrzucasz propozycje w sposb, jakiego niejeden krl by si nie powstydzi. Rezygnujesz z niezych pienidzy z min bogacza bdcego po sutym obiedzie. Geralt? Jade dzisiaj obiad? Nie? A jutro? A pojutrze? Mae widz szans, wiedminie, bardzo mae. Nawet normalnie trudno o zarobek, a teraz, z rk na temblaku...

- Jak miesz! - krzykna cienko Oczko. - Jak miesz mwi tak do niego, Agloval! Rk, ktr nosi na temblaku, rozrbano mu podczas wykonywania twojego zlecenia! Jak moesz by tak pody... - Przesta - powiedzia Geralt. - Przesta, Essi. To nie ma sensu. - Nieprawda - rzucia gniewnie. - To ma sens. Kto musi mu wreszcie powiedzie prawd w oczy, temu ksiciu, ktry sam si mianowa ksiciem, korzystajc z faktu, e nikt nie konkurowa z nim o tytu do wadania tym kawakiem skalistego wybrzea, a ktry teraz uwaa, e wolno mu zniewaa innych. Agloval poczerwienia i zacisn usta, ale nie powiedzia ani sowa, nie poruszy si. - Tak, Agloval - cigna Essi, ciskajc w pici roztrzsione rce. - Bawi ci i cieszy moliwo zniewaania innych, radujesz si pogard, jak moesz okaza wiedminowi gotowemu nadstawi karku za twoje pienidze. Ale wiedz, e wiedmin kpi sobie z twojej pogardy i twoich zniewag, e nie robi one na nim najmniejszego wraenia, e nawet ich nie zauwaa. Nie, wiedmin nie czuje nawet tego, co czuj twoi sudzy i poddani, Zelest i Drouhard, a oni czuj wstyd, gboki i palcy wstyd. Wiedmin nie czuje tego, co my, ja i Jaskier, a my czujemy wstrt. Czy wiesz, Agloval, dlaczego tak jest? Powiem ci to. Wiedmin wie, e jest lepszy. Jest wicej wart ni ty. I to daje mu si, ktr ma. Essi zamilka, opucia gow, nie do szybko, by Geralt nie zdy zobaczy zy, ktra bysna w kciku | piknego oka. Dziewczyn dotkna doni zawieszonego na szyi kwiatuszka o srebrnych patkach, kwiatuszka, w rodku ktrego tkwia wielka, bkitna pera. Kwiatuszek mia misterne, plecione patki, wykonany by po mistrzowsku. Drouhard, pomyla wiedmin, stan na wysokoci zadania. Polecony przez niego rzemielnik wykona dobra robot. I nie wzi od nich grosza. Drouhard zapaci za wszystko. - Dlatego, moci ksi - podja Oczko, unoszc gow - nie omieszaj si, proponujc wiedminowi rol najemnika w armii, jak chcesz wystawi przeciw oceanowi. Nie naraaj si na mieszno, bo twoja propozycja moe wywoa tylko miech. Jeszcze nie poje? Wiedminowi moesz zapaci za wykonanie zadania, moesz go wynaj, by ochroni ludzi przed zem, by zapobieg grocemu im niebezpieczestwu. Ale wiedmina nie moesz kupi, nie moesz uy go do wasnych celw. Bo wiedmin, nawet ranny i godny, jest od ciebie lepszy. Wicej wart. Dlatego kpi sobie z twojej ndznej oferty. Zrozumiae? - Nie, panno Daven - powiedzia zimno Agloval. - Nie zrozumiaem. Wprost przeciwnie, rozumiem coraz mnij. Podstawow za rzecz, ktrej zaiste nie rozumiem, jest to, e jeszcze nie rozkazaem powiesi caej waszej trjki owiczywszy pierwej batogiem i przypiekszy czerwonym elazem. Wy, panno Daven, usiujecie sprawia wraeniej takiej, ktra wie wszystko. Powiedzcie mi tedy, czemu tego nie robi.

- Prosz bardzo - wypalia natychmiast poetka. - Nie robisz tego, Agloval, bo gdzie tam, gboko, w rodku, tli si w tobie iskierka przyzwoitoci, resztka honoru, nie zduszona jeszcze pych nuworysza i kupczyka. W rodku, Agloval. Na dnie serca. Serca, ktre wszake zdolne jest kocha syren. Agloval poblad jak ptno i zacisn rce na porczach fotela. Brawo, pomyla wiedmin, brawo, Essi, wspaniale. By z niej dumny. Ale jednoczenie czu al, potworny al. - Odejdcie - powiedzia Agloval cicho. - Idcie sobie. Dokd chcecie. Zostawcie mnie w spokoju. - egnaj, ksi - powiedziaa Essi. - A na poegnanie przyjmij dobr rad. Rad, ktrej powinien udzieli ci wiedmin, ale nie chc, by wiedmin ci jej udziela. By znia si do udzielania ci rad. Zrobi to za niego. - Sucham. - Ocean jest wielki, Agloval. Nikt jeszcze nie zbada, co jest tam, za horyzontem, jeeli w ogle co tam jest. Ocean jest wikszy ni jakakolwiek puszcza, w gb ktrej zepchnlicie elfw. Jest trudniej dostpny ni jakiekolwiek gry i wwozy, w ktrych masakrowalicie boboakw. A tam, na dnie oceanu, mieszka rasa, uywajca zbroi, znajca tajniki obrbki metali. Strze si, Agloval. Jeeli z poawiaczami zaczn wypywa ucznicy, rozpoczniesz wojn z czym, czego nie znasz. To, co chcesz ruszy, moe okaza si gniazdem szerszeni. Radz wam, zostawcie im morze, bo morze nie jest dla was. Nie wiecie i nigdy nie dowiecie si, dokd prowadz schody, ktrymi idzie si w d Smoczych Kw. - Jestecie w bdzie, panno Essi - rzek spokojnie Agloval. - Dowiemy si, dokd prowadz te schody. Wicej, zejdziemy tymi schodami. Sprawdzimy, co jest po tamtej stronie oceanu, jeeli w ogle co tam jest. I wycigniemy z tego oceanu wszystko, co tylko da si wycign. A jeli nie my, to zrobi to nasze wnuki albo wnuki naszych wnukw. To tylko kwestia czasu. Tak, zrobimy to, choby ten ocean mia sta si czerwony od krwi. I ty o tym wiesz, Essi, mdra Essi, ktra piszesz kronik ludzkoci swoimi balladami. ycie to nie ballada, maa, biedna, piknooka poetko zagubiona wrd swoich piknych sw. ycie to walka. A walki nauczyli nas wanie owi wicej od nas warci wiedmini. To oni pokazali nam drog, oni utorowali j dla nas, oni zasali j trupami tych, ktrzy stali nam, ludziom, na przeszkodzie i zawadzie, trupami tych, ktrzy bronili przed nami tego wiata. My, Essi, tylko t walk kontynuujemy. To my, nie twoje ballady, tworzymy kronik ludzkoci. I niepotrzebni ju s nam wiedmini, i tak ju nic nas nie powstrzyma. Nic. Essi, poblada, dmuchna w lok i szarpna gow. - Nic, Agloval? - Nic, Essi.

Poetka umiechna si. Z przedpokojw dobieg ich nagle haas, okrzyki, tupot. Do sali wpadli paziowie i stranicy, tu przed drzwiami uklkli lub zgili si w ukonach, tworzc szpaler. W drzwiach stana Sh'eenaz. Jej seledynowe wosy byy kunsztownie utrefione, spite wspaniaym diademem z korali i pere. Bya w sukni koloru morskiej wody, z falbankami biaymi jak piana. Suknia bya mocno wydekoltowana, tak e uroki syrenki, cho czciowo ukryte i udekorowane naszyjnikiem z nefrytw i lapis lazuli, byy nadal godne najwyszego zachwytu. - Sh'eenaz... - jkn Agloval, padajc na kolana. - Moja... Sh'eenaz... Syrenka zbliya si wolno, a jej chd by mikki i peen gracji, pynny jak nadbiegajca fala. Zatrzymaa si przed ksiciem, bysna w umiechu drobnymi, biaymi zbkami, potem za zebraa szybko sukni w mae donie i uniosa j, do wysoko, na tyle wysoko, by kady mg oceni jako pracy morskiej czarownicy, morszczynki. Geralt przekn lin. Nie byo wtpliwoci: morszczynka wiedziaa, co to s adne nogi i jak si je robi. - Ha! - zakrzykn Jaskier. - Moja ballada... To zupenie jak w mojej balladzie... Zyskaa dla niego nki, ale stracia gos! - Niczego nie straciam - powiedziaa Sh'eenaz piewnie najczystszym wsplnym. - Na razie. Po tej operacji jestem jak nowa. - Mwisz w naszym jzyku? - A co, nie wolno? Jak si masz, biaowosy. O, i twoja ukochana tu jest, Essi Daven, jeli pamitam. Lepiej ju j znasz czy nadal ledwie ledwie? - Sh'eenaz... - jkn Agloval rozdzierajco, zbliajc si do niej na kolanach. - Moja mioci! Moja ukochana... jedyna... Wic jednak, nareszcie. Wic jednak, Sh'eenaz! Syrenka wdzicznym gestem podaa mu rk do ucaowania. - A tak. Bo ja te ci kocham, gupku. A co to byaby za mio, gdyby kochajcego nie byo sta na troch powicenia. IX Odjechali z Bremervoord wczesnym, chodnym rankiem, wrd mgy odbierajcej jaskrawo czerwonej kuli soca wytaczajcej si zza horyzontu. Odjechali we troje. Tak jak postanowili. Nie rozmawiali o tym, nie robili planw - chcieli po prostu by razem. Jaki czas. Opucili kamienisty przyldek, poegnali urwiste, poszarpane klify nad plaami, dziwaczne

formacje wysieczonych przez fale i wichry wapiennych ska. Ale gdy zjechali w ukwiecon i zielon dolin D Adalatte, nadal mieli w nozdrzach zapach morza, a w uszach huk przyboju i przeraliwe, dzikie wrzaski mew. Jaskier gada teezustannie, bez przerwy, przeskakiwa z tematu na temat i praktycznie adnego nie koczy. Opowiada o Kraju Barsa, gdzie gupi zwyczaj kae dziewczynom strzec cnoty a do zampjcia, o elaznych ptakach z wyspy Inis Porhoet, o ywej wodzie i martwej wodzie, o smaku i dziwnych waciwociach szafirowego wina, zwanego ciii, o krlewskich czworaczkach z Ebbing, okropnych, dokuczliwych bachorach, zwanych Putzi, Gritzi, Mitzi i Juan Pablo Vassermiller. Opowiada o lansowanych przez konkurencj nowych kierunkach w muzyce i poezji, bdcych, zdaniem Jaskra, upiorami, symulujcymi ruchy ywotne. Geralt milcza. Essi te milczaa lub odpowiadaa pswkami. Wiedmin czu na sobie jej wzrok. Wzrok, ktrego unika. Przez rzek Adalatte przeprawili si promem, przy czym sami musieli cign liny, albowiem przewonik znajdowa si w stanie patetycznie zapijaczonej, trupio biaej, sztywnorozdygotanej, zapatrzonej w otcha bladoci, nie mg puci supa u podsienia, ktrego trzyma si oburcz, a na wszystkie pytania, jakie mu zadawali, odpowiada jednym, jedynym sowem brzmicym jak wurg. Kraj na drugim brzegu Adalatte spodoba si wiedminowi - pooone wzdu rzeki wsie byy w wikszoci otoczone ostrokoem, a to rokowao pewne szans na znalezienie pracy. Gdy poili konie, wczesnym popoudniem, Oczko podesza do niego, korzystajc z faktu, e Jaskier si oddali. Wiedmin nie zdy si oddali. Zaskoczya go. - Geralt - powiedziaa cichutko. - Ja ju... nie mog tego znie. To ponad moje siy. Stara si unikn koniecznoci spojrzenia jej w oczy. Nie pozwolia na to. Staa przed nim, bawic si bkitn per oprawion w srebrny kwiatuszek zawieszony na szyi. Staa tak, a on znowu aowa, e to nie rybiooki z szabl ukryt pod wod. - Geralt... Musimy co z tym zrobi, prawda? Czekaa na jego odpowied. Na sowa. Na troch powicenia. Ale wiedmin nie mia niczego, co mgby jej powici, wiedzia o tym. Nie chcia kama. A naprawd nie byo go sta, bo nie mg zdoby si na to, by zada jej bl. Sytuacj uratowa Jaskier, niezawodny Jaskier, pojawiajc si nagle. Jaskier ze swoim niezawodnym taktem. - A pewnie, e tak! - wrzasn i z rozmachem cisn do wody kijek, ktrym rozgarnia szuwary i ogromne, nadrzeczne pokrzywy. - A pewnie, e musicie co z tym zrobi, najwyszy czas! Nie mam ochoty przyglda si duej temu, co dzieje si midzy wami! Czego ty od niego oczekujesz, Pacynko? Niemoliwoci? A ty, Geralt, na co liczysz? Na to, e Oczko odczyta twoje

myli, tak jak... Tak, jak tamta? I e si tym zadowoli, a ty wygodnie pomilczysz, nie muszc niczego wyjania, niczego deklarowa, niczego odmawia? Nie muszc si odsania? Ile czasu, ile faktw trzeba wam obojgu, aby zrozumie? I kiedy chcecie si zrozumie, za kilka lat, we wspomnieniach? Przecie jutro mamy si rozsta, do diaba! Och, do mam, na bogw, obydwojga mam potd, potd, o! Dobrze, posuchajcie, ja teraz wyami sobie leszczyn i pjd na ryby, a wy bdziecie mieli chwil tylko dla siebie, bdziecie mogli wszystko sobie powiedzie. Powiedzcie sobie wszystko, postarajcie si zrozumie wzajemnie. To nie jest takie trudne, jak si wam wydaje. A pniej, na bogw, zrbcie to. Zrb to z nim, Pacynko. Zrb to z ni, Geralt, i bd dla niej dobry. A wtedy, cholera, albo wam przejdzie, albo... Jaskier odwrci si gwatownie i odszed, amic trzciny i klnc. Zrobi wdk z leszczynowego prta i koskiego wosia i owi do zapadnicia zmroku. Gdy odszed, Geralt i Essi stali dugo, oparci o pokraczn wierzb schylon nad nurtem. Stali, trzymajc si za rce. Potem wiedmin mwi, mwi cicho i dugo, a oczko Oczka byo pene ez. A potem, na bogw, zrobili to, ona i on. I wszystko byo dobrze. X Nastpnego dnia urzdzili sobie co w rodzaju uroczystej wieczerzy. W mijanej wsi Essi i Geralt kupili sprawione jagnitko. W czasie gdy si targowali, Jaskier cichcem wykrad czosnek, cebul i marchew z warzywnika za chaup. Odjedajc, wisnli jeszcze kocioek z potu za kuni. Kocioek by lekko dziurawy, ale wiedmin zalu-towa go Znakiem Igni. Wieczerza odbya si na polanie, w gbi puszczy. Ogie trzaska wesoo, kocioek bulgota. Geralt miesza w nim troskliwie koziokiem sporzdzonym z okorowanego czubka choinki. Jaskier obiera cebul i skroba marchew. Oczko, ktra pojcia nie miaa o gotowaniu, uprzyjemniaa im czas, grajc na lutni i piewajc nieprzyzwoite kuplety. To bya uroczysta wieczerza. Bo rano mieli si rozsta. Rano kade z nich miao ruszy w swoj drog; na poszukiwanie czego, co ju przecie mieli. Ale nie wiedzieli, e to maj, nawet nie domylali si tego. Nie domylali si, dokd zaprowadz ich drogi, ktrymi mieli rano wyruszy. Kade z osobna. Gdy si objedli, opili sprezentowanym przez Drouharda piwem, poplotkowali i pomiali, Jaskier i Essi urzdzili zawody piewacze. Geralt, z domi pod gow, lea na legowisku ze wierkowych gazek i myla, e nigdy nie sysza tak piknych gosw i rwnie piknych ballad.

Myla o Yennefer. Myla te o Essi. Mia przeczucie, e... Na zakoczenie, Oczko odpiewaa wraz z Jaskrem synny duet Cyntii i Vertvema, wspania pie o mioci, zaczynajc si od sw: z niejedn ju wylaam... Geraltowi wydawao si, e nawet drzewa si schyliy, suchajc tych dwojga. Potem Oczko, pachnca werben, pooya si obok niego, wcisna mu si pod rami, wwiercia gow na pier, westchna moe ze dwa razy i spokojnie usna. Wiedmin usn duo, duo pniej. Jaskier, wpatrzony w dogasajce ognisko, siedzia jeszcze dugo, sam, cicho pobrzkujc na lutni. Zaczo si od kilku taktw, z ktrych zoya si zgrabna, spokojna melodia. Wiersz, pasujcy do melodii, powstawa jednoczenie z ni, sowa wtapiay si w muzyk, zostaway w niej niby owady w zotoprzezroczystych brykach bursztynu. Ballada opowiadaa o pewnym wiedminie i o pewnej poetce. O tym, jak wiedmin i poetka spotkali si na brzegu morza, wrd krzyku mew, jak pokochali si od pierwszego wejrzenia. O tym, jak pikn i siln bya ich mio. O tym, e nic, nawet mier, nie byo w stanie zniszczy tej mioci i rozdzieli ich. Jaskier wiedzia, e mao kto uwierzy w histori, ktr opowiadaa ballada, ale nie przejmowa si tym. Wiedzia, e ballad nie pisze si po to, by w nie wierzono, ale po to, by si nimi wzruszano. Kilka lat pniej Jaskier mg zmieni tre ballady, napisa o tym, co wydarzyo si naprawd. Nie zrobi tego. Prawdziwa historia nie wzruszyaby przecie nikogo. Kt chciaby sucha o tym, e wiedmin i Oczko rozstali si i nie zobaczyli ju nigdy, ani razu? O tym, e cztery lata pniej Oczko umara na osp podczas szalejcej w Wyzimie epidemii? O tym, jak on, Jaskier, wynis j na rkach spomidzy palonych na stosach trupw i pochowa daleko od miasta, w lesie, samotn i spokojn, a razem z ni, tak, jak prosia, dwie rzeczy - jej lutni i jej bkitn per. Per, z ktr nie rozstawaa si nigdy. Nie, Jaskier pozosta przy pierwszej wersji ballady. Ale i tak nie zapiewa jej nigdy. Nigdy. Nikomu. Nad ranem, jeszcze w ciemnociach, do biwaku podkrad si godny i wcieky wilkoak, ale zobaczy, e to Jaskier, wic posucha chwil i poszed sobie.

MIECZ PRZEZNACZENIA
I Pierwszego trupa znalaz okoo poudnia. Widok zabitych rzadko kiedy wstrzsa wiedminem, znacznie czciej zdarzao mu si patrze na zwoki zupenie obojtnie. Tym razem nie by obojtny. Chopiec mia okoo pitnastu lat. Lea na wznak, z szeroko rozrzuconymi nogami, na ustach zastygo mu co niby grymas przeraenia. Pomimo tego Geralt wiedzia, e chopiec zgin natychmiast, nie cierpia i prawdopodobnie nawet nie wiedzia, e umiera. Strzaa trafia w oko, gboko ugrzza w czaszce, w koci potylicy. Strzaa bya opierzona prgowanymi, barwionymi na to lotkami kury baanta. Brzechwa sterczaa ponad mioty traw. Geralt rozejrza si, szybko i bez trudu znalaz to, czego szuka. Drug strza, identyczn, utkwion w pniu sosny, o jakie sze krokw z tyu. Wiedzia, co zaszo. Chopiec nie zrozumia ostrzeenia, syszc wist i stuk strzay przerazi si i zacz biec w niewaciwym kierunku. W stron tej, ktra nakazaa mu zatrzyma si i natychmiast wycofa. Syczcy, jadowity i pierzasty wist, krtki stuk grotu wcinajcego si w drewno. Ani kroku dalej, czowieku, mwi ten wist i ten stuk. Precz, czowieku, natychmiast wyno si z Brokilonu. Zdobye cay wiat, czowieku, wszdzie ci peno, wszdzie wnosisz ze sob to, co nazywasz nowoczesnoci, er zmian, to, co nazywasz postpem. Ale my nie chcemy tutaj ani ciebie, ani twojego postpu. Nie yczymy sobie zmian, jakie przynosisz. Nie yczymy sobie niczego, co przynosisz. wist i stuk. Precz z Brokilonu! Precz z Brokilonu. pomyla Geralt. Czowieku. Niewane, czy masz pitnacie lat i przedzierasz si przez las oszalay ze strachu, nie mogc odnale drogi do domu. Niewane, e masz lat siedemdziesit i musisz pj po chrust, bo za nieprzydatno wygoni ci z chaupy, nie dadz re. Niewane, e masz lat sze i przycigny ci kwiatki niebieszczce si na zalanej socem polanie. Precz z Brokilonu! wist i stuk. Dawniej, pomyla Geralt, zanim strzeliy, by zabi, ostrzegay dwa razy. Nawet trzy. Dawniej, pomyla, ruszajc w dalsz drog. Dawniej. C, postp. Las nie wydawa si zasugiwa na straszn saw, jak si cieszy. Prawda, by przeraajco dziki i uciliwy do marszu, ale bya to zwyczajna uciliwo matecznika, w ktrym kady przewit, kada soneczna plama przepuszczona przez konary i liciaste gazie wielkich

drzew wykorzystywana bya natychmiast przez dziesitki modych brzz, olch i grabw, przez jeyny, jaowce i paprocie pokrywajce gstwin pdw chrupliwe grzzawisko prchna, suchych gazi i zbutwiaych pni drzew najstarszych, tych, ktre przegray w walce, tych, ktre doyy swego ywota. Gstwina nie milczaa jednak zowieszczym, cikim milczeniem, ktre bardziej pasowaoby do tego miejsca. Nie, Brokilon y. Bzyczay owady, szeleciy pod nogami jaszczurki, pomykay tczowe uki biegacze, targao lnicymi od kropel pajczynami tysice pajkw, dzicioy rozttniy pnie ostrymi seriami stukw, wrzeszczay sjki. Brokilon y. Ale wiedmin nie dawa si zwie. Wiedzia, gdzie jest. Pamita o chopcu ze strza w oku. Wrd mchu i igliwia widzia niekiedy biae koci, po ktrych biegay czerwone mrwki. Szed dalej, ostronie, ale szybko. Siady byy wiee. Liczy na to. e zdy, e zdoa zatrzyma i zawrci idcych przed nim ludzi. udzi si, e nie jest za pno. Byo. Drugiego trupa nie zauwayby, gdyby nie refleks soca na klindze krtkiego miecza, ktry zabity ciska w doni. Ten by dojrzaym mczyzn. Prosty strj w uytkowo burym kolorze wskazywa na niskie pochodzenie. Strj - jeli nie liczy plam krwi otaczajcych dwie wbite w pier strzay - by czysty i nowy, nie mg to zatem by zwyky pachoek. Geralt rozejrza si i zobaczy trzeciego trupa, ubranego w skrzan kurtk i krtki, zielony paszcz. Ziemia wok ng zabitego bya poszarpana, mech i igliwie zryte a do piachu. Nie byo wtpliwoci - ten czowiek umiera dugo. Usysza jk. Szybko rozgarn jaowce, dostrzeg gboki wykrot, ktry maskoway. W wykrocie, na odsonitych korzeniach sosny lea mczyzna potnej budowy, o czarnych, krconych wosach i takiej brodzie, kontrastujcych z przeraliw, wrcz trupi bladoci twarzy. Jasny kaftan z jeleniej skry by czerwony od krwi. Wiedmin wskoczy do wykrotu. Ranny otworzy oczy. - Geralt... -jkn. - O, bogowie... Ja chyba ni... - Freixenet? - zdumia si wiedmin. - Ty tutaj? - Ja... Oooch... - Nie ruszaj si - Geralt uklk obok. - Gdzie dostae? Nie widz strzay... - Przesza... na wylot. Odamaem grot i wycignem... Suchaj, Geralt... - Milcz, Freixenet, bo zachyniesz si krwi. Masz przebite puco. Zaraza, musz ci std wycign. Co wy, do diaba, robilicie w Brokilonie? To tereny driad, ich sanktuarium, std nikt ywy nie wychodzi. Nie wiedziae o tym?

- Pniej... - zajcza Freixenet i splun krwi. - Pniej ci opowiem... Teraz wycignij mnie... Och, zaraza! Ostroniej... Oooch... - Nie dam rady - Geralt wyprostowa si, rozejrza. - Za ciki jeste... - Zostaw mnie - stkn ranny. - Zostaw mnie, trudno... Ale ratuj j... na bogw, ratuj j... - Kogo? - Ksiniczk... Och... Znajd j, Geralt... - Le spokojnie, do diaba! Zaraz co zmontuj i wywlok ci. Freixenet zakasa ciko i znowu splun, gsta, cignca si nitka krwi zawisa mu na brodzie. Wiedmin zakl, wyskoczy z wykrotu, rozejrza si. Potrzebowa dwch modych drzewek. Ruszy szybko w stron skraju polany, gdzie poprzednio widzia kpy olszyn. wist i stuk. Geralt zamar w miejscu. Strzaa, wbita w pie na wysokoci jego gowy, miaa na brzechwie pira jastrzbia. Spojrza w kierunku wytyczonym przez jesionowy prt, wiedzia, skd strzelano. O jakie pidziesit krokw by kolejny wykrot, zwalone drzewo, sterczca w gr pltanina korzeni, wci jeszcze ciskajcych w objciu ogromn bry piaszczystej ziemi. Gstniaa tam tarnina i ciemno prgowata janiejszymi pasami brzozowych pni. Nie widzia nikogo. Wiedzia, e nie zobaczy. Unis obie rce, bardzo powoli. - Ceadmil! Va an Eithne meath e Duen Canell! Essea Gwynbleidd! Tym razem usysza cichy szczk ciciwy i zobaczy strza, wystrzelono j bowiem tak, by j widzia. Ostro w gr. Patrzy, jak wzbija si, jak zaamuje lot, jak spada po krzywej. Nie poruszy si. Strzaa wbia si w mech prawie pionowo, o dwa kroki od niego. Prawie natychmiast utkwia obok niej druga, pod identycznym ktem. Ba si, ze nastpnej moe ju nie zobaczy. - Meath Eithne! - zawoa ponownie. - Essea Gwynbleidd! - Glaeddyv vort! - gos, niby powiew wiatru. Gos, nie strzaa. y. Powoli rozpi klamr pasa, wycign miecz daleko od siebie, odrzuci. Druga driada bezszelestnie wyonia si zza otulonego jaowcami pnia jody, nie wicej ni dziesi krokw od niego. Chocia bya maa i bardzo szczupa, pie wydawa si cieszy. Nie mia pojcia, Jak mg nie zauway jej, gdy podchodzi. By moe maskowa j strj - nie szpecca zgrabnego ciaa kombinacja zszytych dziwacznie kawakw tkaniny w mnstwie odcieni zieleni i brzu, usiana limi i kawakami kory. Jej wosy, przewizane na czole czarn chustk, miay kolor oliwkowy, a twarz bya poprzecinana pasami wymalowanymi upin orzecha. Rzecz jasna, uk miaa napity i mierzya w niego. - Eithne... - zacz.

- Thaess aep! Zamilk posusznie, stojc bez ruchu, trzymajc rce z dala od tuowia. Driada nie opucia luku. - Dunca! - krzykna. - Braenn! Caemm vort! Ta, ktra strzelaa poprzednio, wyprysna z tarniny, przesmykna po zwalonym pniu, zrcznie przeskakujc wykrot. Chocia leaa tam sterta suchych gazi, nie sysza, by cho jedna trzasna pod jej stopami. Za sob, blisko, usysza leciutki szmer, co niby szelest lici na wietrze. Wiedzia, e trzeci ma za plecami. Wanie ta trzecia, wysuwajc si byskawicznie z boku, podniosa jego miecz. Ta miaa wosy w kolorze miodu, cignite opask z sitowia. Koczan peen strza koysa si na jej plecach. Tamta najdalsza, z wykrotu, zbliya si szybko. Jej strj nie rni si niczym od ubioru towarzyszek. Na matowych, ceglastorudych wosach nosia wianek spleciony z koniczyny i wrzosu. Trzymaa uk, nie napity, ale strzaa bya na ciciwie. - Ten thesse in maeth aep Eithne llev? - spytaa, podchodzc blisko. Gos miaa niezwykle melodyjny, oczy ogromne i czarne. - Ess' Gwynbleidd? - Ae... aessea... - zacz, ale sowa brokiloskiego dialektu, brzmice jak piew w ustach driady, jemu wizy w gardle i draniy wargi. - adna z was nie mwi wsplnym? Niezbyt dobrze znam... - A' vaill. Vort Ilinge - ucia. - Jestem Gwynbleidd, Biay Wilk. Pani Eithne mnie zna. Id do niej z poselstwem. Bywaem ju w Brokilonie. W Duen Canell. - Gwynbleidd - ceglasta zmruya oczy. - Vatt'ghern? - Tak - potwierdzi. - Wiedmin. Oliwkowa parskna gniewnie, ale opucia uk. Ceglasta patrzya na niego szeroko rozwartymi oczami, a jej poznaczona zielonymi prgami twarz bya zupenie nieruchoma, martwa, jak twarz posgu. Nieruchomo ta nie pozwalaa sklasyfikowa tej twarzy jako adn czy brzydk - zamiast takiej klasyfikacji nasuwaa si myl o obojtnoci i bezdusznoci, jeli nie okruciestwie. Geralt w mylach zrobi sobie wyrzut z tej oceny, apic si na wiodcym na manowce uczowieczaniu driady. Powinien by wszake wiedzie, e bya po prostu starsza od tamtych dwu. Pomimo pozorw, bya od nich znacznie, znacznie starsza. Stali wrd niezdecydowanego milczenia. Geralt sysza, jak Freixenet jczy, stka i kaszle. Ceglasta te musiaa to sysze, ale jej twarz nie drgna nawet. Wiedmin opar rce o biodra. - Tam, w wykrocie - powiedzia spokojnie - ley ranny. Jeli nie otrzyma pomocy, umrze. - Thaess aep! - oliwkowa napia uk, kierujc grot strzay prosto w jego twarz.

- Dacie mu zdechn? - nie podnis gosu. - Pozwolicie mu, tak po prostu, powoli zadawi si krwi? W takim razie lepiej go dobi. - Zawrzyj gb! - szczekna driada, przechodzc na wsplny. Ale opucia uk i zwolnia napicie ciciwy. Spojrzaa na t drug pytajco. Ceglasta kiwna gow, wskazaa na wykrot. Oliwkowa pobiega, szybko i bezszelestnie. - Chc si widzie z pani Eithne - powtrzy Geralt. - Nios poselstwo... - Ona - ceglasta wskazaa na miodow - zaprowadzi ci do Duen Canell. Id. - Frei... A ten ranny? Driada spojrzaa na niego, mruc oczy. Wci bawia si strza, zaczepion na ciciwie. - Nie frasuj si - powiedziaa. - Id. Ona ci zaprowadzi. - Ale... - Va'en vort! - ucia, zaciskajc usta. Wzruszy ramionami, odwrci si w stron tej o wosach w kolorze miodu. Wydawaa si najmodsza z caej trjki, ale mg si myli. Zauway, e oczy ma niebieskie. - Chodmy tedy. - Ano - powiedziaa cicho miodowa. Po krtkiej chwili wahania oddaa mu miecz. Chodmy. - Jak masz na imi? - spyta. - Zawrzyj gb. Sza przez matecznik bardzo szybko, nie ogldajc si. Geralt musia si mocno wysili, by za ni nady. Wiedzia, e driada robi to celowo, wiedzia, e chce, aby idcy za ni czowiek z jkiem ugrzz w chaszczach, by zwali si na ziemi wyczerpany, niezdolny do dalszego marszu. Oczywicie, nie wiedziaa, e ma do czynienia z wiedminem, nie z czowiekiem. Bya za moda, by wiedzie, kim jest wiedmin. Dziewczyna - Geralt wiedzia ju, ze nie jest czystej krwi driad - zatrzymaa si nagle, odwrcia. Widzia, ze piersi ostro faluj jej pod aciatym kubraczkiem, ze z trudem powstrzymuje si, by nie oddycha ustami. - Zwolnimy? - zaproponowa z umiechem. - Yea - spojrzaa na niego niechtnie. - Aeen esseath Sidh? - Nie, nie jestem elfem. Jak masz na imi? - Braenn - odpowiedziaa, wznawiajc marsz, ale ju wolniejszym krokiem, nie starajc si wyprzedza go. Szli obok siebie, blisko. Czu zapach jej potu, zwykego potu modej dziewczyny. Pot driad mia zapach rozcieranych w doniach wierzbowych listkw. - A jak nazywaa si przedtem? Spojrzaa na niego, usta skrzywiy si jej nagle, myla, e

achnie si lub nakae mu milczenie. Nie zrobia tego. - Nie pamitam - powiedziaa z ociganiem. Nie sdzi, eby to bya prawda. Nie wygldaa na wicej ni szesnacie lat, a nie moga by w Brokilonie duej ni sze, siedem - gdyby trafia tu wczeniej, malekim dzieckiem lub wrcz niemowlciem, nie rozpoznaby ju w niej czowieka. Niebieskie oczy i naturalnie jasne wosy zdarzay si i u driad. Dzieci driad, poczynane w celebrowanych kontaktach z elfami lub ludmi, przejmoway cechy organiczne wycznie od matek i byy to wycznie dziewczynki. Niezmiernie rzadko, i z reguy w ktrym z nastpnych pokole, rodzio si jednak niekiedy dziecko o oczach lub wosach anonimowego mskiego protoplasty. Ale Geralt by pewien, e Braenn nie miaa w sobie ani kropli krwi driad. Nie miao to zreszt wikszego znaczenia. Krew czy nie, obecnie bya driad. - A ciebie - spojrzaa na niego koso - jak zwa? - Gwynbleidd. Kiwna gow. - Pjdziem tedy... Gwynbleidd. Szli wolniej ni poprzednio, ale nadal szybko. Braenn, rzecz jasna, znaa Brokilon - gdyby by sam, Geralt nie byby w stanie utrzyma ani tempa, ani waciwego kierunku. Braenn przemykaa przez zapor matecznika krtymi, zamaskowanymi ciekami, pokonywaa wwozy, biegnc zwinnie, jak po mostach, po zwalonych pniach, miao chlupotaa przez zielone od rzsy, lnice poacie trzsawisk, na ktre wiedmin nie odwayby si wkroczy i traciby godziny, jeli nie dni, na ich obejcie. Nie tylko przed dzikoci lasu chronia go obecno Braenn - byy miejsca, w ktrych driada zwalniaa kroku, sza bardzo ostronie, macajc stop ciek, trzymajc go za rk. Wiedzia, z jakiego powodu. O puapkach Brokilonu kryy legendy - mwiono o doach, penych zaostrzonych palikw, o samostrzaach, o walcych si drzewach, o straszliwym jeu - kolczastej kuli na linie, spadajcej znienacka, wymiatajcej ciek. Byway te miejsca, w ktrych Braenn zatrzymywaa si i gwizdaa melodyjnie, a z zaroli odpowiaday jej gwizdy. Byway tez miejsca, w ktrych przystawaa z rk na strzale w koczanie, nakazujc mu cisz, i czekaa w napiciu, a co, co szelecio w gszczu, oddali si. Pomimo szybkiego marszu, musieli zatrzyma si na noc. Braenn wybraa miejsce bezbdnie - na pagrku, na ktry rnice temperatur niosy podmuchy ciepego powietrz. Spali na uschych paprociach, bardzo blisko siebie, zwyczajem driad. W rodku nocy Braenn obja go, przytulia si mocno. I nic wicej. Obj j. I nic wicej. Bya driad. Chodzio tylko o ciepo. O brzasku, jeszcze prawie po ciemku, wyruszyli w dalsz drog.

II Pokonywali pas rzadziej zalesionych wzgrz, kluczc kotlinkami, wypenionymi mg, idc przez rozlege, trawiaste polany, przez wiatroomy. Braenn po raz kolejny zatrzymaa si, rozejrzaa. Sprawiaa wraenie, jakby zgubia drog, ale Geralt wiedzia, e to niemoliwe. Korzystajc jednak z przerwy w marszu, przysiad na zwalonym pniu. I wtedy usysza krzyk. Cienki. Wysoki. Rozpaczliwy. Braenn przyklkna byskawicznie, wycigajc z koczana jednoczenie dwie strzay. Jedn chwycia w zby, drug zaczepia o ciciw, napia uk, celujc na lepo, przez krzaki, na gos. - Nie strzelaj! - krzykn. Przeskoczy przez pie, przedar si przez zarola. Na niewielkiej polanie u podna kamienistego urwiska staa maa istotka w szarym kubraczku przycinita plecami do pnia uschnitego grabu. Przed ni, o jakie pi krokw, co poruszao si powoli, rozgarniajc trawy. To co miao okoo dwch sni dugoci i byo ciemnobrzowe. W pierwszej chwili Geralt pomyla, e to w. Ale spostrzeg te, ruchliwe, haczykowate odna, paskie segmenty dugiego tuowia i zorientowa si, ze to nie w. Ze to co znacznie gorszego. Przytulona do pnia istotka pisna cienko. Olbrzymi wij unis ponad trawy dugie, drgajce czuki, owi nimi zapach i ciepo. - Nie ruszaj si! - wrzasn wiedmin i tupn, by zwrci na siebie uwag skolopendromorfa. Ale wij nie zareagowa, jego czuki uchwyciy ju wo bliszej ofiary. Potwr poruszy odnami, zwin si esowato i ruszy do przodu. Jego jaskrawote apy migay wrd traw, rwno, jak wiosa galery. - Yghern! - krzykna Braenn. Geralt dwoma susami wpad na polan, w biegu wyszarpujc miecz z pochwy na plecach, z rozpdu, biodrem, uderzy skamienia pod drzewem istotk, odrzucajc j w bok, w krzaki jeyn. Skolopendromorf zaszeleci w trawie, zadrobi odnami i rzuci si na niego, unoszc przednie segmenty, szczkajc ociekajcymi jadem kleszczami. Geralt zataczy, przeskoczy przez paskie cielsko i z pobrotu rbn mieczem, mierzc w miksze miejsce, pomidzy pancerne pyty tuowia. Potwr by jednak zbyt szybki, miecz uderzy w chitynow skorup, nie przecinajc jej gruby dywan mchu zamortyzowa uderzenie. Geralt odskoczy, ale nie do zwinnie. Skolopendromorf owin tyln cz cielska wok jego ng, z potworn si. Wiedmin upad,

przekrci si i sprbowa wyrwa. Bezskutecznie. Wij wygi si i obrci, by dosign go kleszczami, przy czym gwatownie zadrapa pazurami o drzewo, przewin si po nim. W tym momencie nad gow Geralta sykna strzaa, z trzaskiem przebijajc pancerz, przygwadajc stwora do pnia. Wij zwin si, zama strza i uwolni si, ale natychmiast ugodziy go dwa dalsze pociski. Wiedmin kopniakiem odrzuci od siebie trzepoczcy odwok, odturla si w bok. Braenn, klczc, szya z uku w nieprawdopodobnym tempie, pakujc w skolopendromorfa strza po strzale. Wij ama brzechwy i uwalnia si, ale kolejna strzaa znowu przygwadaa go do pnia. Paski, byszczcy, ciemnorudy eb stwora kapa i szczka kleszczami przy miejscach, gdzie trafiay groty, bezmylnie usiujc dosign ranicego go wroga. Geralt przyskoczy z boku i ci mieczem z szerokiego zamachu, koczc walk jednym uderzeniem. Drzewo podziaao jak katowski pie. Braenn zbliya si powoli, z napitym ukiem, kopna wijcy si wrd traw, przebierajcy odnami tuw, spluna na niego. - Dziki - rzek wiedmin, miadc ucity eb wij. uderzeniami obcasa. - Ee? - Uratowaa mi ycie. Driada spojrzaa na niego. Nie byo w tym spojrzeniu ani zrozumienia, ani emocji. - Yghern - powiedziaa, trcajc butem skrcajce si cielsko. - Poama mi szypy. - Uratowaa ycie i mnie, i tej maej driadzie - powtrzy Geralt. - Psiakrew, gdzie ona jest? Braenn zrcznie odgarna krzaki jeyn, zagbia rami wrd kolczatych pdw. - Takem mylaa - powiedziaa, wycigajc z chaszczy istotk w szarym kubraczku. - Obacz sam, Gwynbleidd. To nie bya driada. Nie by to te elf, sylfida, puk ani nizioek. To bya najzwyklejsza w wiecie ludzka dziewczynka. W rodku Brokilonu, najniezwyklejszym miejscu dla zwykych, ludzkich dziewczynek. Miaa jasne, mysiopopielate wosy i wielkie, jadowicie zielone oczy. Nie moga mie wicej ni dziesi lat. - Kim jeste? - spyta. - Skd si tu wzia? Nie odpowiedziaa. Gdzie ja j ju widziaem, pomyla. Gdzie ju j widziaem. J lub kogo bardzo do niej podobnego. - Nie bj si - powiedzia niepewnie.

- Nie boj si - burkna niewyranie. Najwidoczniej miaa katar. - Dyrdajmy std - odezwaa si nagle Braenn, rozgldajc si dookoa. - Gdzie jest jeden yghem, wraz patrze drugiego. A ja ju mao szypw mam. Dziewczynka spojrzaa na ni, otworzya usta, otara buzi wierzchem doni, rozmazujc kurz. - Kim ty, do diaba, jeste? - powtrzy Geralt, pochylajc si. - Co robisz w... W tym lesie? Jak si tu dostaa? Dziewczynka opucia gow i pocigna zakatarzonym nosem. - Ogucha? Kim jeste, pytam? Jak si nazywasz? - Ciri - smarkna. Geralt odwrci si. Braerm, ogldajc uk, ypaa okiem na niego. - Suchaj, Braenn... - Czego? - Czy to moliwe... Czy to moliwe, eby ona... ucieka wam z Duen Canell? - Ee? - Nie udawaj kretynki - zdenerwowa si. - Wiem, e porywacie dziewczynki. A ty sama, co, z nieba spada do Brokilonu? Pytam, czy to moliwe... - Nie - ucia driada. - Nigdym jej na oczy nie widziaa. Geralt przyjrza si dziewczynce. Jej popielatoszare wosy byy potargane, pene igliwia i listkw, ale pachniay czystoci, nie dymem, nie obor ani tuszczem. Rce, cho nieprawdopodobnie brudne, byy mae i delikatne, bez szram i odciskw. Chopice ubranie, kubraczek z czerwonym kapturkiem, jakie nosia, na nic nie wskazywao, ale wysokie buciki zrobione byy z mikkiej, drogiej, cielcej skry. Nie, z pewnoci nie byo to wiejskie dziecko. Freixenet, pomyla nagle wiedmin. To jej szuka Freixenet. Za ni poszed do Brokilonu. - Skd jeste, pytam, smarkulo? - Jak mwisz do mnie! - dziewczynka hardo zadara gow i tupna nk. Mikki mech zupenie zepsu efekt tego tupnicia. - Ha - powiedzia wiedmin i umiechn si. - W samej rzeczy, ksiniczka. Przynajmniej w mowie, bo wygld nikczemny. Jeste z Verden, prawda? Wiesz, e ci szukaj? Nie martw si, odstawi ci do domu. Suchaj, Braenn... Gdy odwrci gow, dziewczynka byskawicznie zakrcia si na picie i pucia biegiem przez las, po agodnym zboczu wzgrza. - Bloede turd! - wrzasna driada, sigajc do koczana. - Caemm 'er! Dziewczynka, potykajc si, pdzia na olep przez las, trzeszczc wrd suchych gazi.

- Stj! - krzykn Geralt. - Dokd, zaraza! Braenn byskawicznie napia uk. Strzaa zasyczaa jadowicie, mknc po paskiej paraboli, grot ze stukotem wbi si w pie, nieledwie muskajc wosy dziewczynki. Maa skulia si i przypada do ziemi. - Ty cholerna idiotko - sykn wiedmin, zbliajc si do driady. Braenn zwinnie dobya z koczanu nastpn strza. - Moga j zabi! - Tu jest Brokilon - powiedziaa hardo. - A to jest dziecko! - No to co? Spojrza na brzechw strzay. Byy na niej prgowane pira z lotek kury baanta barwione na to w wywarze z kory. Nie powiedzia ani sowa. Odwrci si i szybko poszed w las. Dziewczynka leaa pod drzewem, skulona, ostronie unoszc gow i patrzc na strza tkwic w pniu. Usyszaa jego kroki i poderwaa si, ale dopad jej w krtkim skoku, chwyci za czerwony kapturek kubraczka. Odwrcia gow i spojrzaa na niego, potem na rk, trzymajc kapturek. Puci j. - Dlaczego uciekaa? - Nic ci do tego - smarkna. - Zostaw mnie w spokoju, ty... ty... - Gupi bachorze - sykn wciekle. - Tu jest Brokilon. Mao ci byo wija? Sama nie doyjesz w tym lesie do rana. Jeszcze tego nie poja? - Nie dotykaj mnie! - rozdara si. - Ty pachoku, ty! Jestem ksiniczk, nie myl sobie! - Jeste gupi smarkul. - Jestem ksiniczk! - Ksiniczki nie a same po lesie. Ksiniczki maj czyste nosy. - Gow ci ka ci! I jej te! - dziewczynka otara nos doni i wrogo spojrzaa na podchodzc driad. Braenn parskna miechem. - No, dobrze, do tych wrzaskw - przerwa wiedmin. - Dlaczego uciekaa, ksiniczko? I dokd? Czego si boisz? Milczaa, pocigajc nosem. - Dobrze, jak chcesz - mrugn do driady. - My idziemy. Chcesz zosta sama w lesie, twoja wola. Ale na drugi raz, gdy dopadnie ci yghern, nie wrzeszcz. Ksiniczkom to nie przystoi. Ksiniczki umieraj nawet nie pisnwszy, wytarszy uprzednio nosy do czysta. Idziemy, Braenn. egnaj, wasza wysoko. - Za... zaczekaj. - Aha?

- Pjd z wami. - Zaszczycenimy wielce. Prawda, Braenn? - Ale nie zaprowadzisz mnie znowu do Kistrina? Przyrzekasz? - Kto to jest... - zacz. - Ach, psiakrew. Kistrin. Ksi Kistrin? Syn krla Ervylla z Verden? Dziewczynka wyda mae usteczka, smarkna i odwrcia gow. - Do tych igrw - odezwaa si ponuro Braenn. - Idziem. - Zaraz, zaraz - wiedmin wyprostowa si i spojrza na driad z gry. - Plany ulegaj pewnej zmianie, moja liczna uczniczko. - Ee? - Braenn uniosa brwi. - Pani Eithne zaczeka. Musz odprowadzi t ma do domu. Do Verden. Driada zmruya oczy i signa do koczana. - Nikaj nie pjdziesz. Ani ona. Wiedmin umiechn si paskudnie. - Uwaaj, Braenn - powiedzia. - Ja nie jestem szczeniakiem, ktremu wczoraj wpakowaa strza w oko z zasadzki. Ja umiem si broni. - Bloede arss! - sykna, unoszc uk. - Idziesz do Duen Canell, ona tako! Nie do Verden! - Nie! Nie do Verden! - popielatowosa dziewuszka, przypada do driady, przycisna si do jej szczupego uda. - Id z tob! A on niech sobie idzie sam do Verden, do gupiego Kistrina, jeli tak chce! Braenn nawet nie spojrzaa na ni, nie spuszczaa oka z Geralta. Ale opucia uk. - Ss turd! - spluna mu pod nogi. - Ano! A id, gdzie ci oczy ponios! Obaczym, czy zdoasz. Zdechniesz, nim wyjdziesz z Brokilonu. Ma racj, pomyla Geralt. Nie mam szans. Bez niej ani nie wyjd z Brokilonu, ani nie dotr do Duen Canell. Trudno, zobaczymy. Moe uda si wyperswadowa Eithne... - No, Braenn - powiedzia pojednawczo, umiechn si. - Nie wciekaj si, licznotko. Dobrze, niech bdzie po twojemu. Idziemy wszyscy do Duen Canell. Do pani Eithne. Driada burkna co pod nosem, zdja strza z ciciwy. - W drog tedy - powiedziaa, poprawiajc opask na wosach. - Do si czasu zwleko. - Oooj... -jkna dziewczynka, robic krok. - Czego tam? - Co mi si stao... W nog. - Zaczekaj, Braenn! Chod, smarkulo, wezm ci na barana. Bya cieplutka i pachniaa jak mokry wrbel. - Jak masz na imi, ksiniczko? Zapomniaem.

- Ciri. - A twoje woci, gdzie le, jeli wolno spyta? - Nie powiem ci - burkna. - Nie powiem i ju. - Przeyj. Nie wier si i nie smarkaj mi nad uchem. Co robia w Brokilonie? Zgubia si? Zabdzia? - Akurat! Ja nigdy nie bdz. - Nie wier si. Ucieka od Kistrina? Z zamku Nastrog? Przed czy po lubie? - Skd wiesz? - smarkna przejta. - Jestem niesamowicie mdry. Dlaczego uciekaa akurat do Brokilonu? Nie byo bezpieczniejszych kierunkw? - Gupi ko ponis. - esz, ksiniczko. Przy twojej posturze mogaby dosi najwyej kota. I to agodnego. - To Marek jecha. Giermek rycerza Voymira. A w lesie ko si wywali i zama nog. I pogubilimy si. - Mwia, e ci si to nie zdarza. - To on zabdzi, nie ja. Bya mga. I pogubilimy si. Pogubilicie si, pomyla Geralt. Biedny giermek rycerza Ybymira, ktry mia nieszczcie nadzia si na Braenn i jej towarzyszki. Szczeniak, nie wiedzcy zapewne, co to kobieta, pomaga w ucieczce zielonookiej smarkuli, bo nasucha si rycerskich opowieci o dziewicach zmuszanych do maestwa. Pomaga jej uciec, po to, by pa od strzay farbowanej driady, ktra zapewne nie wie, co to mczyzna. Ae ju umie zabija. - Pytaem, zwiaa z zamku Nastrog przed lubem czy po lubie? - Zwiaam i ju, co ci do tego - zaburczaa. - Babka powiedziaa, e mam tam jecha i pozna go. Tego Kistri-na. Tylko pozna. A ten jego ojciec, ten brzuchasty krl... - Ervyll. - ... od razu lub i lub. A ja jego nie chc. Tego Kistrina. Babka powiedziaa... - Taki ci wstrtny ksi Kistrin? - Nie chc go - owiadczya hardo Ciri, pocigajc nosem, w ktrym grao a mio. - Jest gruby, gupi i brzydko pachnie mu z buzi. Zanim tam pojechaam, pokazali mi obrazek, a na obrazku on gruby nie by. Nie chc takiego ma. W ogle nie chc ma. - Ciri - rzek wiedmin niepewnie. - Kistrin jest jeszcze dzieckiem, tak jak i ty. Za par lat moe by z niego cakiem przystojny modzian. - To niech mi przyl drugi obrazek, za par lat - prychna. - I jemu te. Bo powiedzia mi, e na obrazku, ktry jemu pokazali, ja byam duo adniejsza. I przyzna si, e kocha Alvin,

dam dworu, i chce by jej rycerzem. Widzisz? On mnie nie chce i ja jego nie chc. To po co lub? - Ciri - mrukn wiedmin. - On jest ksiciem, a ty ksiniczk. Ksita i ksiniczki tak wanie si eni, nie inaczej. Taki jest zwyczaj. - Mwisz jak wszyscy. Mylisz, e jeli jestem maa, to mona mi nakama. - Nie kami. - Kamiesz. Geralt zamilk. Braenn, idca przed nimi, obejrzaa si, zapewne zdziwiona cisz. Wzruszywszy ramionami, podja marsz. - Dokd my idziemy? - odezwaa si ponuro Ciri. - Chc wiedzie! Geralt milcza. - Odpowiadaj, jak ci pytaj! - rzeka gronie, popierajc rozkaz gonym smarkniciem. Czy wiesz, kto... Kto na tobie siedzi? Nie zareagowa. - Bo ugryz ci w ucho! - wrzasna. Wiedmin mia dosy. cign dziewczynk z karku i postawi na ziemi. - Suchaj no, smarkulo - powiedzia ostro, mocujc si z klamr pasa. - Zaraz przeo ci przez kolano, cign gacie i dam po tyku rzemieniem. Nikt mnie przed tym nie powstrzyma, bo tu nie krlewski dwr, a ja nie jestem twoim dworakiem ani sug. Zaraz poaujesz, e nie zostaa w Nastrogu. Zaraz zobaczysz, e jednak lepiej by ksin ni zagubionym w lesie usmarkacem. Bo ksinej, i owszem, wolno zachowywa si nieznonie. Ksinej nawet wtedy nikt nie leje w tyek rzemieniem, co najwyej ksi pan, osobicie. Ciri skurczya si i kilkakrotnie pocigna nosem. Braenn, oparta o drzewo, beznamitnie przygldaa si. - No jak? - spyta wiedmin, owijajc pas wok na-pistka. - Bdziemy ju zachowywa si godnie i powcigliwie? Jeeli nie, przystpimy do ojenia zadka jej wysokoci. No? Tak czy nie? Dziewczynka zachlipaa i pocigna nosem, po czym skwapliwie pokiwaa gow. - Bdziesz grzeczna, ksiniczko? - Bd - burkna. - ma wnet bdzie - odezwaa si driada. - Dyrdajmy, Gwynbleidd. Las zrzed. Szli przez piaszczyste modniaki, przez wrzosowiska, przez zasnute mg ki, na ktrych pasy si stada jeleni. Robio si chodniej. - Szlachetny panie... - odezwaa si Ciri po dugim, dugim milczeniu. - Nazywam si Geralt. O co chodzi? - Jestem okropecznie godna.

- Zaraz si zatrzymamy. Wkrtce zmierzch. - Nie wytrzymam - zachlipiaa. - Nic nie jadam od... - Nie ma si - sign do sakwy, wycign kawa soniny, may krek sera i dwa jabka. Masz. - Co to jest, to te? - Sonina. - Tego je nie bd - burkna. - wietnie si skada - rzek niewyranie, pakujc sonin do ust. - Zjedz ser. I jabko. Jedno. - Dlaczego jedno? - Nie wier si. Zjedz oba. - Geralt? - Mhm? - Dzikuj. - Nie ma za co. Jedz na zdrowie. - Ja nie... Nie za to. Za to te, ale... Uratowae mnie przed t stonog... Brrr... O mao nie umaram ze strachu... - O mao nie umara - potwierdzi powanie. O mao nie umara w wyjtkowo bolesny i paskudny sposb, pomyla. - A dzikowa powinna Braenn. - Kim ona jest? - Driad. - Dziwoon? - Tak. - To ona nas... One porywaj dzieci! Ona nas porwaa? Eee, ty przecie nie jeste may. A czemu ona tak dziwnie mwi? - Mwi, jak mwi, to niewane. Wane jest, jak strzela. Nie zapomnij jej podzikowa, gdy si zatrzymamy. - Nie zapomn - smarkna. - Nie wier si, ksiniczko, przysza ksino Verden. - Nie bd - burkna - adn ksin. - Dobrze, dobrze. Nie bdziesz ksin. Zostaniesz chomikiem i zamieszkasz w norce. - Nieprawda! Ty nic nie wiesz! - Nie piszcz mi nad uchem. I nie zapominaj o rzemieniu! - Nie bd ksin. Bd...

- No? Czym? - To jest tajemnica. - Ach, tak, tajemnica. wietnie - unis gow. - Co si stao, Braenn? Driada, zatrzymawszy si, wzruszya ramionami, popatrzya w niebo. - Ustaam - rzeka mikko. - I ty pewnie usta, niosc j, Gwynbleidd. Tu staniemy. ma wraz. III - Ciri? - Mhm? - pocigna nosem dziewczynka, szeleszczc gazkami, na ktrych leaa. - Nie zimno ci? - Nie - westchna. - Dzisiaj jest ciepo. Wczoraj... Wczoraj to okropecznie zmarzam, ojej. - Dziw - odezwaa si Braenn, rozluniajc rzemienie dugich, mikkich butw. - Tycia kruszynka, a zasza tyli szmat lasu. I przez czaty przesza, przez mak, przez gstw. Krzepka, zdrowa i dzielna. Zaprawd, nada si... Nada si nam. Geralt szybko rzuci okiem na driad, na jej byszczce w pmroku oczy. Braenn opara si plecami o drzewo, zdja opask, rozrzucia wosy szarpniciem gowy. - Wesza do Brokilonu - mrukna, uprzedzajc komentarz. - Jest nasza, Gwynbleidd. Idziem do Duen Canell. - Pani Eithne zdecyduje - odrzek cierpko. Ale wiedzia, e Braenn miaa racj. Szkoda, pomyla, patrzc na wiercc si na zielonym posaniu dziewczynk. Taki rezolutny skrzat. Gdzie ja j ju widziaem? Niewane. Ale szkoda. wiat jest taki wielki i taki pikny. A jej wiatem bdzie ju Brokilon, do koca jej dni. By moe, niewielu dni. Moe tylko do dnia, gdy zwali si midzy paprocie, wrd krzyku i wistu strza, walczc w tej bezsensownej wojnie o las. Po stronie tych, ktre musz przegra. Musz. Wczeniej czy pniej. - Ciri? - Aha? - Gdzie mieszkaj twoi rodzice? - Nie mam rodzicw - pocigna nosem. - Utonli w morzu, jak byam malutka. Tak, pomyla, to wyjania wiele. Ksiniczka, dziecko nie yjcej ksicej pary. Kto wie, czy nie trzecia crka po czterech synach. Tytu w praktyce znaczcy mniej od tytuu szambelana czy koniuszego. Krcce si przy dworze popielatowose i zielonookie co, co trzeba jak najprdzej wypchn, wyda za m. Jak najprdzej, zanim dojrzeje i stanie si ma kobiet, grob

skandalu, mezaliansu czy incestu, o jaki nietrudno we wsplnej zamkowej sypialni. Jej ucieczka nie dziwia wiedmina. Spotyka ju wielokrotnie ksiniczki, a nawet krlewny, wczce si z trupami wdrownych aktorw i szczliwe, e zdoay zbiec przed zgrzybiaym, ale wci spragnionym potomka krlem. Widywa krlewiczw, przedkadajcych niepewny los najemnika nad upatrzon przez ojca kulaw czy ospowat krlewn, ktrej zasuszone lub wtpliwe dziewictwo miao by cen sojuszu i dynastycznej koligacji. Pooy si obok dziewczynki, okry j swoj kurtk. - pij - powiedzia. - pij, maa sierotko. - Akurat! - zaburczaa. - Jestem ksiniczk, a nie sierotk. I mam babk. Moja babka jest krlow, nie myl sobie. Jak jej powiem, e chciae mnie zbi pasem, moja babka kae ci ci gow, zobaczysz. - Potworne! Ciri, miej lito! - Akurat! - Jeste przecie dobr dziewczynk. Ucinanie gowy okropnie boli. Prawda, e nic nie powiesz? - Powiem. - Ciri. - Powiem, powiem, powiem! Boisz si, co? - Strasznie. Wiesz, Ciri, jak czowiekowi utn gow, to mona od tego umrze. - Namiewasz si? - Gdziebym mia. - Jeszcze ci mina zrzednie, zobaczysz. Z moj babk nie ma artw, jak tupnie nog, to najwiksi woje i rycerze klkaj przed ni, sama widziaam. A jak ktry jest nieposuszny, to ciach, i gowy nie ma. - Straszne. Ciri? - Ehe? - Chyba utn ci gow. - Mnie? - Jasne. Przecie to twoja babka krlowa uzgodnia maestwo z Kistrinem i wysaa ci do Verden, do Nastroga. Bya nieposuszna. Jak tylko wrcisz... Ciach! I gowy nie ma. Dziewczynka zamilka, przestaa si nawet wierci. Sysza, jak cmoka, przygryzajc doln warg zbkami, jak pociga zakatarzonym nosem. - Nieprawda - powiedziaa. - Babka nie pozwoli uci mi gowy, bo... Bo to moja babka, no nie? Eee, najwyej dostan...

- Aha - zamia si Geralt. - Z babk artw nie ma? Bywaa ju w robocie rzga, co? Ciri parskna gniewnie. - Wiesz co? - powiedzia. - Powiemy twojej babce, e ja ju ci spraem, a dwa razy za t sam win kara nie wolno. Umowa stoi? - Chyba niemdry jeste! - Ciri uniosa si na okciach, szeleszczc gazkami. - Jak babka usyszy, ze mnie zbie, to gow ci utn jak nic! - A wic jednak al ci mojej gowy? Dziewczynka zamilka, znowu pocigna nosem. - Geralt... - Co, Ciri? - Babka wie, e musz wrci. Nie mog by adn ksin ani on tego gupiego Kistrina. Musz wrci, i ju. Musisz, pomyla. Niestety, nie zaley to ani od ciebie ani od twojej babki. Zaley to od humoru starej Eithne. I od moich umiejtnoci przekonywania. - Babka to wie - cigna Ciri. - Bo ja... Geralt, przysignij, e nikomu nie powiesz. To straszna tajemnica. Okropeczna, mwi ci. Przysignij. - Przysigam. - No, to ci powiem. Moja mama bya czarownic, nie myl sobie. I mj tata te by zaczarowany. To wszystko opowiedziaa mi jedna niania, a jak babka si o tym dowiedziaa, to bya straszna awantura. Bo ja jestem przeznaczona, wiesz? - Do czego? - Nie wiem - rzeka Ciri z przejciem. - Ale jestem przeznaczona. Tak mwia niania. A babka powiedziaa, e nie pozwoli, e prdzej cay chorrel... chorremy zamek zawali si. Rozumiesz? A niania powiedziaa, e na przeznaczenie to choby nie wiem co, nic nie pomoe. Ha! A potem niania si popakaa, a babka wrzeszczaa. Widzisz? Jestem przeznaczona. Nie bd on gupiego Kistrina. Geralt? - pij - ziewn, a zatrzeszczaa uchwa. - pij, Ciri. - Opowiedz mi bajk. - Co? - Bajk mi opowiedz - fukna. - Jak mam spa bez bajki? Eee tam! - Nie znam, psiakrew, adnej bajki. pij. - Nie kam. Bo znasz. Jak bye may, to co, nikt ci nie opowiada bajek? Z czego si miejesz? - Z niczego. Co sobie przypomniaem. - Aha! Widzisz. No, to opowiedz.

- Co? - Bajk. Zamia si znowu, podoy rce pod gow, patrzc na gwiazdy, mrugajce zza gazi nad ich gowami. - By sobie pewnego razu... kot - zacz. - Taki zwyky, prgowaty myszoowca. I pewnego razu ten kot poszed sobie, sam jeden, na dalek wypraw do strasznego, ciemnego lasu. Szed... Szed... Szed... - Nie myl sobie - mrukna Ciri, przytulajc si do niego - e zasn, zanim on dojdzie. - Cicho, smarkulo. Tak... Szed, szed, a napotka lisa. Rudego lisa. Braenn westchna i pooya si obok wiedmina, z drugiej strony, te przytulajc si lekko. - No - Ciri pocigna nosem. - Opowiadaj, co byo dalej. - Popatrzy lis na kota. Kto ty, pyta. Jestem kot, odpowie na to kot. Ha, powiada lis, a nie boisz si, kocie, azi sam po lesie? A jak bdzie krl jecha na owy, to co? Z psami, z osacznikami, na koniach? Powiadam ci, kocie, mwi lis, owy to straszna bieda dla takich, jak ty i ja. Ty masz futro, ja mam futro, owcy nigdy nie daruj takim jak my, bo owcy maj narzeczone i kochanki, a tym apy marzn i szyje, to i robi z nas konierze i mufki dla tych dziwek do noszenia. - Co to s mufki? - spytaa Ciri. - Nie przerywaj. I doda lis: Ja, kocie, umiem ich przechytrzy, mam na tych myliwych tysic dwiecie osiemdziesit sze sposobw, taki jestem przebiegy. A ty, kocie, ile masz sposobw na owcw? - Och, jaka to adna bajka - powiedziaa Ciri, przytulajc si do wiedmina jeszcze mocniej. - Opowiadaj, co kot? - Aha - szepna z drugiej strony Braenn. - Co kot? Wiedmin odwrci gow. Oczy driady byszczay, usta miaa potwarte i przesuwaa po nich jzykiem. Jasne, pomyla. Mae driady spragnione s bajek. Tak, jak mali wiedmini. Bo i jednym, i drugim rzadko kto opowiada bajki przed zaniciem. Mae driady usypiaj wsuchane w szum drzew. Mali wiedmini usypiajc wsuchani w bl mini. Nam te wieciy si oczy, tak jak Braenn, gdy suchalimy bajki Vesemira, tam, w Kaer Morhen. Ale to byo dawno... Tak dawno... - No - zniecierpliwia si Ciri. - Co dalej? - A kot na to: Ja, lisie, nie mam adnych sposobw. Ja umiem tylko jedno - hyc na drzewo. To powinno wystarczy, prawda? Lis w miech. Ech, mwi, ale z ciebie gupek. Zadzieraj twj prgowaty ogon i zmykaj std, zginiesz tu, jeli ci owcy osacz. I nagle, ni z tego ni z owego, jak nie zagraj rogi! I wyskoczyli z krzakw myliwi, zobaczyli kota i lisa, i na nich!

- Ojej! - smarkna Ciri, a driada poruszya si gwatownie. - Cicho. I na nich, wrzeszczc, daleje, obedrze ich ze skry! Na mufki ich, na mufki! I poszczuli psami lisa i kota. A kot hyc na drzewo, po kociemu. Na sam czubek. A psy lisa cap! Zanim rudzielec zdy uy ktregokolwiek ze swych chytrych sposobw, ju by z niego konierz. A kot z czubka drzewa namiaucza i naparska na myliwych, a oni nic mu nie mogli zrobi, bo drzewo byo wysokie jak cholera. Postali na dole, poklli, na czym wiat stoi, ale musieli odej z niczym. A wwczas kot zlaz z drzewa i spokojnie wrci do domu. - I co dalej? - Nic. To koniec. - A mora? - spytaa Ciri. - Bajki maj moray, no nie? - Ee? - odezwaa si Braenn, przytulajc si mocniej do Geralta. - Co to mora? - Dobra bajka ma mora, a za nie ma morau - rzeka Ciri z przekonaniem, pocigajc nosem. - Ta bya dobra - ziewna driada. - Tedy ma, co ma mie. Trza byo, kruszynko, przed yghernem na drzewo, jak w umny kocur. Nie duma, jeno aby wraz na drzewo. Ot, caa mdro. Przey. Nie da si. Geralt zamia si cicho. - Nie byo drzew w zamkowym parku, Ciri? W Nastrogu? Zamiast do Brokilonu, moga wle na drzewo i siedzie tam, na samym czubku, dopki Kistrinowi nie przeszaby ochota do eniaczki. - Namiewasz si? - Aha. - To wiesz, co? Nie cierpi ci. - To straszne. Ciri, ugodzia mnie w samo serce. - Wiem - przytakna powanie, pocigajc nosem, po czym przytulia si do niego mocno. - pij dobrze, Ciri - mrukn, wdychajc jej miy, wrbli zapach. - pij dobrze. Dobranoc, Braenn. - Dearme, Gwynbleidd. Nad ich gowami Brokilon szumia miliardem gazi i setkami miliardw lici. IV Nastpnego dnia dotarli do Drzew. Braenn uklka, pochylia gow. Geralt czu, e powinien zrobi to samo. Ciri westchna z podziwu.

Drzewa - gwnie dby, cisy i hikory - miay po kilkanacie sni w obwodzie. Nie sposb byo oceni, jak wysoko sigay ich korony. Miejsca, gdzie potne, powyginane korzenie przechodziy w rwny pie, znajdoway si jednak wysoko ponad ich gowami. Mogli i szybciej ~ olbrzymy rosy rzadko, a w ich cieniu nie utrzymaa si adna inna rolinno - by tylko dywan butwiejcych lici. Mogli i szybciej. Ale szli wolno. Cicho. Schyliwszy gowy. Byli tu, wrd Drzew, mali, niewani, nieistotni. Nie liczcy si. Nawet Ciri zachowaa cisz - nie odzywaa si blisko p godziny. A po godzinie marszu minli pas Drzew, znowu zagbili si w wwozy, w mokre bukowiny. Katar gnbi Ciri coraz mocniej. Geralt nie mia chusteczki, majc za do jej nieustannego pocigania nosem, nauczy j smarka w palce. Dziewczynce ogromnie si to spodobao. Patrzc na jej umieszek i byszczce oczy, wiedmin by gboko przekonany, e cieszy si myl, e wkrtce bdzie moga popisa si now sztuczk na dworze, podczas uroczystej uczty lub audiencji zamorskiego ambasadora. Braenn zatrzymaa si nagle, odwrcia. - Gwynbleidd - powiedziaa, odmotujc zielon chustk okrcon wok okcia. - Chod. Zawi ci oczy. Tak trzeba. - Wiem. - Bd ci wioda. Daj rk. - Nie - zaprotestowaa Ciri. - Ja go bd prowadzia. Braenn? - Dobrze, kruszynko. - Geralt? - Aha? - Co to znaczy Gwyn... bleidd? - Biay Wilk. Tak nazywaj mnie driady. - Uwaaj, korze. Nie potknij si! Nazywaj ci tak, bo masz biae wosy? - Tak... Psiakrew! - Przecie mwiam, e korze. Szli. Powoli. Pod nogami byo lisko od opadych lici. Poczu na twarzy ciepo, blask soca przedar si przez zasaniajc mu oczy chustk. - Och, Geralt - usysza gos Ciri. - Tak tu piknie... Szkoda, e nie moesz widzie. Tyle tu kwiatw. I ptakw. Syszysz, jak piewaj? Och, ile tu ich jest. Mnstwo. O, i wiewirki. Uwaaj, bdziemy przechodzi przez rzeczk, po kamiennym mostku. Nie wpadnij do wody. Och, ile tu

rybek! Peno. Pywaj w wodzie, wiesz? Tyle tu zwierztek, ojej. Nigdzie chyba tyle nie ma... - Nigdzie - mrukn. - Nigdzie. Tu jest Brokilon. - Co? - Brokilon. Ostatnie Miejsce. - Nie rozumiem... - Nikt nie rozumie. Nikt nie chce zrozumie. V - Zdejmij chustk, Gwynbleidd. Ju mona. Jestemy na miejscu. Braenn staa po kolana w gstym kobiercu z mgy. - Duen Canell - wskazaa rk. Duen Canell, Miejsce Dbu. Serce Brokilonu. Geralt by tu ju kiedy. Dwukrotnie. Ale nie opowiada o tym nikomu. Nikt by nie uwierzy. Kotlina zamknita koronami wielkich, zielonych drzew. Skpana w mgach i oparach bijcych z ziemi, ze ska, z gorcych rde. Kotlina... Medalion na jego szyi drga lekko. Kotlina skpana w magii. Duen Canell. Serce Brokilonu. Braenn podniosa gow, poprawia koczan na plecach. - Pjdziem. Daj rczk, kruszynko. Pocztkowo kotlina zdawaa si wymara. Otuszczona. Nie na dugo. Rozleg si gony, modulowany gwizd, a po ledwie zauwaalnych stopniach z hub, spiralnie otaczajcych najbliszy pie, zwinnie zsuna si smuka, ciemnowosa driada, ubrana, jak wszystkie, w aciaty, maskujcy strj. - Cead, Braenn. - Cead, Sirssa. Va'n vort meath Eithne a? - Neen, aefder - odpara ciemnowosa, mierzc wiedmina powczystym spojrzeniem. Ess' ae'n Sidh? Umiechna si, bysna biaymi zbami. Bya niezwykle urodziwa, nawet wedug ludzkich standardw. Geralt poczu si niepewnie i gupio, wiadom, e driada bez skrpowania taksuje go. - Neen - pokrcia gow Braenn. - Ess' vatt'ghern, Gwynbleidd, a vaen meagh Eithne va, a'ss.

- Gwynbleidd? - pikna driada skrzywia wargi. - Bloede caerme! Aen'ne caen n'wedd vort! Tess foile! Braenn zachichotaa. - O co chodzi? - spyta wiedmin, robic si zy. - Nic - zachichotaa znowu Braenn. - Nic. Pjdmy. - Och - zachwycia si Ciri. - Spjrz, Geralt, jakie mieszne domki! W gbi kotliny zaczynao si waciwe Duen Canell - mieszne domki, przypominajce ksztatem olbrzymie kule jemioy, oblepiay pnie i konary drzew na rnej wysokoci, zarwno nisko, tu nad ziemi, jak i wysoko, a nawet bardzo wysoko - pod samymi koronami. Geralt dostrzeg te kilka wikszych, naziemnych konstrukcji, szaasw z posplatanych, wci pokrytych limi gazek. Widzia ruch w otworach sadyb, ale samych driad prawie nie byo wida. Byo ich znacznie mniej ni wtedy, gdy by tu poprzednio. - Geralt - szepna Ciri. - Te domki rosn. Maj listki! - S z ywego drzewa -- kiwn gow wiedmin. -Tak wanie mieszkaj driady, tak buduj swoje domy. adna driada, nigdy, nie skrzywdzi drzewa, rbic je czy piujc. One kochaj drzewa. Potrafi jednak sprawi, by gazie rosy tak, by powstay domki. - liczne. Chciaabym mie taki domek w naszym parku. Braenn zatrzymaa si przed jednym z wikszych szaasw. - Wejd, Gwynbleidd - powiedziaa. - Tutaj zaczekasz na pani Eithne. Va faill, kruszynko. - Co? - To byo poegnanie, Ciri. Powiedziaa: do widzenia. - Ach. Do widzenia, Braenn. Weszli. Wntrze domku migotao, jak kalejdoskop, od sonecznych plam, przecinitych i przesianych przez struktur dachu. - Geralt! - Freixenet! - yjesz, niech mnie diabli! - ranny bysn zbami, unoszc si na posaniu ze wierczyny. Zobaczy uczepion uda wiedmina Ciri i oczy mu si rozszerzyy, a rumieniec uderzy na twarz. - Ty maa cholero! - rozdar si. - ycia przez ciebie o mao nie postradaem! Och, masz ty szczcie, e wsta nie mog, ju ja bym ci skr wygarbowa! Ciri wyda usteczka. - To ju drugi - powiedziaa, marszczc miesznie nos - ktry chce mnie bi. Ja jestem dziewczynk, a dziewczynek bi nie wolno! - Ju ja bym et pokaza... co wolno - rozkaszla si Freixenet. - Ty zarazo jedna! Eryyll tam od zmysw odchodzi... Wici rozsya, cay w strachu, e twoja babka ruszy na niego z wojskiem.

Kto mu uwierzy, e sama zwiaa? Wszyscy wiedz, jaki jest Ervyll i co lubi. Wszyscy myl, e ci... co zrobi po pijanemu, a potem kaza utopi w stawie! Wojna z Nilfgaardem wisi na wosku, a traktat i sojusz z twoj babk diabli wzili przez ciebie! Widzisz, co narobia? - Nie podniecaj si - ostrzeg wiedmin - bo moesz dosta krwotoku. Jak si tu dostae tak szybko? - Licho wie, wikszo czasu byem bez ducha. Wlay mi co obrzydliwego do garda. Przemoc. Zacisny mi nos i... Taki wstyd, psia ma... - yjesz dziki temu, co wlay ci do garda. Przyniosy ci tu? - Wloky na saniach. Pytaem o ciebie, nic nie mwiy. Byem pewien, e dosta strza. Tak nagle wtedy znikne... A ty zdrw i cay, nawet nie w ptach, a do tego, prosz, ocalie ksiniczk Cirill... Niech mnie zaraza, ty radzisz sobie wszdzie, Geralt, zawsze spadasz na cztery apy jak kot. Wiedmin umiechn si, nie odpowiedzia. Freixenet zakasa ciko, odwrci gow, splun row lin. - Ano - doda. - I to, e mnie nie dokoczyy, te ani chybi ty sprawi. Znaj ci, cholerne dziwoony. Ju drugi raz ratujesz mnie z opresji. - Daj pokj, baronie. Freixenet, stkajc, sprbowa usi, ale zrezygnowa. - Gwno z mojej baronii - sapn. - Baronem byem w Hamm. Teraz jestem czym w rodzaju wojewody u Ervylla, w Verden. To znaczy, byem. Nawet jeli wykarabskam si jako z tego lasu, w Verden nie ma ju dla mnie miejsca, chyba e na szafocie. To spod mojej rki i stray nawiaa ta maa asica, Cirilla. Mylisz, e co, z fantazji poszedem samotrze do Brokilonu? Nie, Geralt, ja te wiaem, na lito Eryylla mogem liczy tylko wtedy, gdybym przyprowadzi j z powrotem. No i nadzialimy si na przeklte dziwoony... Gdyby nie ty, skapiabym tam, w wykrocie. Uratowae mnie znowu. To przeznaczenie, to jasne jak soce. - Przesadzasz. Freixenet pokrci gow. - To przeznaczenie - powtrzy. - Musiao by w grze zapisane, e si znw spotkamy, wiedminie. e to znowu ty uratujesz mi skr. Pamitam, mwiono o tym w Hamm po tym, jak zdje ze mnie tamten ptasi urok. - Przypadek - rzek zimno Geralt. - Przypadek, Freixenet. - Jaki tam przypadek. Psiakrew, przecie gdyby nie ty, do dzi dzie bybym pewnie kormoranem... - Ty bye kormoranem? - krzykna Ciri w podnieceniu. - Prawdziwym kormoranem? Ptakiem?

- Byem - wyszczerzy zby baron. - Zaczarowaa mnie jedna taka... dziwka... Psia jej... Z zemsty. - Pewnie nie dae jej futra - stwierdzia Ciri, marszczc nos. - Na t, no... mufk. - By inny powd - zaczerwieni si lekko Freixenet, po czym gronie ypn na dziewczynk. - Ale co to ciebie obchodzi, ty pdraku! Ciri zrobia obraon min i odwrcia gow. - Tak - odkaszln Freixenet. - Na czym to ja... Aha, na tym, jak odczarowae mnie w Hamm. Gdyby nie ty, Geralt, zostabym kormoranem do koca ycia, latabym dookoa jeziora i obsrywa gazie, udzc si, e uratuje mnie koszulka z pokrzywowego yka tkana przez moj siostruni z uporem godnym lepszej sprawy. Psiakrew, co sobie przypomn t jej koszulk, mam ochot kogo kopn. Ta idiotka... - Nie mw tak - umiechn si wiedmin. - Chci miaa jak najlepsze. le j poinformowano, to wszystko. O odczynianiu urokw kry mnstwo bezsensownych mitw. I tak miae szczcie, Freixenet. Moga kaza ci da nura we wrzce mleko. Syszaem o takim wypadku. Nakrycie koszulk z pokrzywy, jakby na to nie spojrze, jest mao szkodliwe dla zdrowia, nawet jeli mao pomaga. - Ha, moe i prawda. Moe za wiele wymagam od niej. Eliza zawsze bya gupia, od dziecka bya gupia i liczna, w samej rzeczy, wietny materia na on dla krla. - Co to jest liczny materia? - spytaa Ciri. - I dlaczego na on? - Nie wtrcaj si, pdraku, mwiem. Tak, Geralt, miaem szczcie, e si wtedy pojawi w Hamm. I e szwagrunio krl skonny by wyda t par dukatw, ktrych zadae za zdjcie uroku. - Wiesz, Freixenet - rzek Geralt, umiechajc si jeszcze szerzej - e wie o tym wydarzeniu rozesza si szeroko? - Prawdziwa wersja? - Nie bardzo. Po pierwsze, dodano ci dziesiciu braci. - No nie! - baron unis si na okciu, zakasa. A zatem, wliczajc Fliz, miao nas by dwanacie sztuk? Co za cholerny idiotyzm! Moja mamusia nie bya krlic! - To nie wszystko. Uznano, e kormoran jest mao romantyczny. - Bo jest! Nic w nim nie ma romantycznego! - baron skrzywi si, macajc pier owizan ykiem i patami brzozowej kory. - W co wic byem zaklty, wedug opowieci? - W abdzia. To znaczy, w abdzie. Byo was jedenastu, nie zapominaj. - A w czym, do jasnej zarazy, abd jest romantyczniejszy od kormorana? - Nie wiem.

- Ja te nie. Ale zao si, e w opowieci to Fliza odczarowaa mnie za pomoc jej straszliwego koszuliszcza z pokrzyw? - Wygrae. A co sycha u Flizy? - Ma suchoty, bidulka. Dugo nie pocignie. - Smutne. - Smutne - potwierdzi Freixenet beznamitnie, patrzc w bok. - Wracajc do uroku - Geralt opar si plecami o cian z posplatanych, sprynujcych gazi. - Nawrotw nie masz? Pira ci nie rosn? - Chwali bogw, nie - westchn baron. - Wszystko w porzdku. Jedno, co mi zostao z tamtych czasw, to smak na ryby. Nie ma dla mnie, Geralt, lepszego arcia ni ryba. Czasami z samego rana id sobie do rybakw, na przysta, a zanim wyszukaj mi co szlachetniejszego, to ja sobie jedn, drug gar uklejek prosto z sadza, par piskorzy, jelca albo klenia... Rozkosz, nie arcie. - On by kormoranem - powiedziaa powoli Ciri, patrzc na Geralta. - A ty go odczarowae. Ty umiesz czarowa! - To chyba oczywiste - rzek Freixenet - e umie. Kady wiedmin umie. - Wied... Wiedmin? - Nie wiedziaa, e to wiedmin? Sawny Geralt Riv? Prawda, skd taki pdrak, jak ty, ma wiedzie, kto to wiedmin. Teraz to nie to co dawniej. Teraz jest mao wiedminw, prawie nie uwiadczysz. Pewnie w yciu nie widziaa wiedmina? Ciri wolno pokrcia gow, nie spuszczajc z Geralta wzroku. - Wiedmin, pdraku, to ta... - Freixenet urwa i zblad, widzc wchodzc do chatki Braenn. - Nie, nie chc! Nie dam sobie niczego wlewa do gby, nigdy, nigdy wicej! Geralt! Powiedz jej... - Uspokj si. Braenn nie zaszczycia Freixeneta niczym wicej oprcz przelotnego spojrzenia. Podesza od razu do Ciri siedzcej w kucki obok wiedmina. - Chod - powiedziaa. - Chod, kruszynko. - Dokd? - wykrzywia si Ciri. - Nie pjd. Chc by z Geraltem. - Id - umiechn si wymuszenie wiedmin. - Pobawisz si z Braenn i modymi driadami. Poka ci Duen Canell... - Nie zawizaa mi oczu - powiedziaa Ciri bardzo wolno. - Gdymy tu szli, nie zawizaa mi oczu. Tobie zawizaa. eby nie mg tu trafi, gdy odejdziesz. To znaczy... Geralt spojrza na Braenn. Driada wzruszya ramionami, potem obja i przytulia

dziewczynk. - To znaczy... - gos Ciri zaama si nagle. - To znaczy, e ja std nie odejd. Tak? - Nikt nie ujdzie przed swym przeznaczeniem. Wszyscy odwrcili gowy na dwik tego gosu. Cichego, ale dwicznego, twardego, zdecydowanego. Gosu wymuszajcego posuch, nie uznajcego sprzeciwu. Braenn skonia si. Geralt przyklkn na jedno kolano. - Pani Eithne... Wadczyni Brokilonu nosia powczyst, zwiewn, jasnozielon szat. Jak wikszo driad, bya niewysoka i szczupa, ale dumnie uniesiona gowa, twarz o powanych, ostrych rysach i zdecydowane usta sprawiay, e wydawaa si wysza i potniejsza. Jej wosy i oczy miay kolor roztopionego srebra. Wesza do szaasu eskortowana przez dwie modsze driady uzbrojone w uki. Bez sowa skina na Braenn. a ta natychmiast chwycia Ciri za rczk i pocigna w stron wyjcia, pochylajc nisko gow. Ciri stpaa sztywno i niezgrabnie, blada i oniemiaa. Gdy przechodzia obok Eithne, srebrnowosa driada szybkim ruchem uja j pod brod, uniosa, dugo patrzya w oczy dziewczynki. Geralt widzia, e Ciri dry. - Id - powiedziaa wreszcie Eithne. - Id, dziecko. Nie lkaj si niczego. Nic nie jest ju w stanie odmieni twego przeznaczenia. Jeste w Brokilonie. Ciri posusznie podreptaa za Braenn. W wyjcia odwrcia si. Wiedmin spostrzeg, e usta jej dr, a zielone oczy szkl si od ez. Nie powiedzia ani sowa. Klcza nadal, pochyliwszy gow. - Wsta, Gwynbleidd. Witaj. - Witaj, Eithne, Pani Brokilonu. - Ponownie mam przyjemno goci ci w moim Lesie. Jakkolwiek przybywasz tu bez mojej wiedzy i zgody. Wchodzenie do Brokilonu bez mojej wiedzy i zgody jest ryzykowne, Biay Wilku. Nawet dla ciebie. - Przybywam z poselstwem. - Ach... - umiechna si lekko driada. - To std twoja miao, ktrej nie chciaabym okreli innym, bardziej dosadnym sowem. Geralt, nietykalno posw to zwyczaj przyjty wrd ludzi. Ja go nie akceptuj. Nie uznaj niczego, co ludzkie. Tu jest Brokilon. - Eithne... - Milcz - przerwaa, nie podnoszc gosu. - Kazaam ci oszczdzi. Wyjdziesz z Brokilonu ywy. Nie dlatego, ze jeste posem. Z innych powodw. - Nie interesuje ci, czyim jestem posem? Skd przychodz, w czyim imieniu? - Mwic szczerze, nie. Tu jest Brokilon. Ty przychodzisz z zewntrz, ze wiata, ktry mnie

nie obchodzi. Dlaczego miaabym traci czas na wysuchiwanie poselstw? Czym mog by dla mnie jakie propozycje, jakie ultimatum wymylone przez kogo, kto myli i czuje inaczej ni ja? C moe mnie obchodzi, co myli krl Venzlav? Geralt ze zdumieniem pokrci gow. - Skd wiesz, e przychodz' od Venzlava? - To przecie jasne - rzeka driada z umiechem. - Ekkehard jest za gupi. Ervyll i Viraxas zbyt mnie nienawidz. Woci innych z Brokilonem nie granicz. - Wiesz mnstwo o tym, co dzieje si poza Brokilonem, Eithne. - Wiem bardzo wiele, Biay Wilku. To przywilej mojego wieku. Teraz za, jeeli pozwolisz, chciaabym zaatwi poufn spraw. Czy ten mczyzna o aparycji niedwiedzia - driada przestaa si umiecha i spojrzaa na Freixeneta - jest twoim przyjacielem? - Znamy si. Odczarowaem go kiedy. - Problem polega na tym - rzeka zimno Eithne - e nie wiem, co z nim pocz. Przecie nie mog go teraz kaza dobi. Pozwoliabym, by wyzdrowia, ale stanowi zagroenie. Na fanatyka nie wyglda. A zatem owca skalpw. Wiem, ze Ervyll paci za kady skalp driady. Nie pamitam, ile. Zreszt, cena ronie wraz ze spadkiem wartoci pienidza. - Mylisz si. On nie jest owc skalpw. - Po co wic wlaz do Brokilonu? - Szuka dziewczynki, ktr powierzono jego opiece. Zaryzykowa yciem, by j odnale. - Bardzo gupio - rzeka zimno Eithne. - To nawet trudno nazwa ryzykiem. Szed na pewn mier, to, e yje, zawdzicza wycznie koskiemu zdrowiu i wytrzymaoci. Jeeli za chodzi o to dziecko, to ono te ocalao przypadkiem. Moje dziewczta nie strzelay, bo mylay e to puk albo leprekaun. Spojrzaa jeszcze raz na Freixeneta, a Geralt zobaczy, e jej usta straciy nieprzyjemn twardo. - No, dobrze. Uczcijmy jako ten dzie. Podesza do posania z gazi. Obie towarzyszce jej driady zbliyy si rwnie. Freixenet poblad i skurczy si, wcale nie robic si przez to mniejszy. Eithne patrzya na niego przez chwil, lekko mruc oczy. - Masz dzieci? - spytaa wreszcie. - Do ciebie mwi, klocu. - H? - Chyba wyraam si jasno. - Nie jestem... - Freixenet odchrzkn, zakasa. - Nie jestem onaty. - Mao obchodzi mnie twoje ycie rodzinne. Interesuje mnie, czy zdolny jeste wykrzesa

co z twoich otuszczonych ldwi. Na Wielkie Drzewo! Czy uczyni kiedy kobiet brzemienn? - Eee... Tak... Tak, pani, ale... Eithne machna niedbale rk, odwrcia si do Ge-raita. - Zostanie w Brokilonie - powiedziaa - do penego wyleczenia, i jeszcze jaki czas. Potem... Niech idzie, dokd chce. - Dzikuj ci, Eithne - skoni si wiedmin. - A... Dziewczynka? Co z ni? - Dlaczego pytasz? - driada spojrzaa na niego zimnym spojrzeniem swych srebrnych oczu. - Przecie wiesz. - To nie jest zwyke, wiejskie dziecko. To ksiniczka. - Nie robi to na mnie wraenia. Ani rnicy. - Posuchaj... - Ani sowa wicej, Gwynbleidd. Zamilk, przygryz wargi. - Co z moim poselstwem? - Wysucham go - westchna driada. - Nie, nie z ciekawoci. Zrobi to dla ciebie, by mg wykaza si przed Venzlavem i odebra zapat, ktr ci pewnie obieca za dotarcie do mnie. Ale nie teraz, teraz bd zajta. Przyjd wieczorem do mojego Drzewa. Gdy wysza, Freixenet unis si na okciu, jkn, kaszln, splun na do. - O co tu chodzi, Geralt? Dlaczego mam tu zosta? I o co szo z tymi dziemi? W co ty mnie ubrae h? Wiedmin usiad. - Ocalisz gow, Freixenet - powiedzia zmczonym gosem. - Zostaniesz jednym z niewielu, ktry wyszed std ywy, przynajmniej ostatnio. I zostaniesz ojcem maej driady. Moe kilku. - e jak? Mam by... rozpodowcem? - Nazwij to sobie, jak chcesz. Wybr masz ograniczony. - Pojmuj - mrukn baron i umiechn si oblenie. - C, widywaem jecw pracujcych w kopalniach i kopicych kanay. Z dwojga zego wol... Byle mi tylko si starczyo. Troch ich tutaj jest... - Przesta si gupio umiecha - skrzywi si Geralt - i snu marzenia. Niech ci si nie roj hody, muzyka, wino, wachlarze i rj wielbicych ci driad. Bdzie jedna, moe dwie. I nie bdzie wielbienia. Potraktuj ca spraw bardzo rzeczowo. A ciebie jeszcze bardziej. - Nie sprawia im to przyjemnoci? Ale chyba nie sprawia przykroci? - Nie bd dzieckiem. Pod tym wzgldem one niczym nie rni si od kobiet. Przynajmniej fizycznie.

- To znaczy? - Od ciebie zaley, czy bdzie to dla driady przyjemne, czy przykre. Ale nie zmieni to faktu, e jej chodzi bdzie wycznie o efekt. Twoja osoba ma znaczenie drugorzdne. Nie oczekuj wdzicznoci. Aha, i pod adnym pozorem nie prbuj niczego z wasnej inicjatywy. - Z wasnego czego? - Jeeli spotkasz j rano - wyjani cierpliwie wiedmin - uko si, ale, do diaba, bez umieszkw czy mrugnie. Dla driady to sprawa miertelnie powana. Jeeli ona si umiechnie albo podejdzie do ciebie, moesz z ni porozmawia. Najlepiej o drzewach. Jeli nie znasz si na drzewach, to o pogodzie. Ale jeeli ona uda, e ci nie widzi, trzymaj si od niej z daleka. I trzymaj si z daleka od innych driad i uwaaj na rce. Dla driady, ktra nie jest gotowa, te sprawy nie istniej. Dotkniesz jej i dostaniesz noem, bo nie zrozumie intencji. - Obeznany - umiechn si Freixenet - z ich obyczajem godowym. Zdarzao ci si? Wiedmin nie odpowiedzia. Przed oczyma mia pikn, smuk driad, jej bezczelny umiech. Vatt'ghern, bloede caerme. Wiedmin, cholerny los. Co ty nam przyprowadzia, Braenn? Po co on nam? adnego poytku z wiedmina... - Geralt? - Co? - A ksiniczka Cirilla? - Zapomnij o niej. Bdzie z niej driada. Za dwa, trzy lata wpakuje strza w oko wasnemu bratu, gdyby sprbowa wej do Brokilonu. - Psiakrew - zakl Freixenet, krzywic si. - Eryyll bdzie wcieky. Geralt? A nie daoby si... - Nie - uci wiedmin. - Nawet nie prbuj. Nie wyszedby ywy z Duen Canell. - Znaczy, dziewuszka jest stracona. - Dla was, tak. VI Drzewem Eithne by, ma si rozumie, db, a waciwie trzy zronite razem dby, wci jeszcze zielone, nie zdradzajce adnych objaww usychania, cho Geralt oblicza je na co najmniej trzysta lat. Dby byy wewntrz puste, a dziupla miaa rozmiary sporej izby o wysokim, zwajcym si w stoek puapie. Wntrze byo owietlone nie kopccym kagankiem i skromnie, ale nie prymitywnie, zamienione na wygodn kwater. Eithne klczaa porodku, na czym w rodzaju wknistej maty. Przed ni, wyprostowana i

nieruchoma, jak gdyby skamieniaa, siedziaa na podwinitych nogach Ciri, umyta i wyleczona z kataru, szeroko otwierajca swe wielkie, szmaragdowe oczy. Wiedmin zauway, e jej twarzyczka, teraz, gdy znik z niej brud i grymas zoliwego diablcia, bya wcale adna. Eithne czesaa dugie wosy dziewczynki, powoli i pieszczotliwie. - Wejd, Gwynbleidd. Usid. Usiad, ceremonialnie przyklkajc najpierw na jedno kolano. - Wypocze? - spytaa driada, nie patrzc na niego, nie przerywajc czesania. - Kiedy moesz wyruszy w drog powrotn? Co powiesz na jutro rano? - Kiedy tylko rozkaesz - powiedzia zimno - Pani Brokilonu. Wystarczy jednego twego sowa, bym przesta drani ci moj obecnoci w Duen Canell. - Geralt - Eithne powoli odwrcia gow. - Nie zrozum mnie le. Znam ci i szanuj. Wiem, e nigdy nie skrzywdzi driady, rusaki, sylfidy czy nimfy, wrcz przeciwnie, zdarzao ci si wystpowa w ich obronie, ratowa ycie. Ale to nie zmienia niczego. Za wiele nas dzieli. Naleymy do innych wiatw. Nie chc i nie mog robi wyjtkw. Dla nikogo. Nie bd pytaa, czy to rozumiesz, bo wiem, e tak jest. Pytam, czy to akceptujesz. - Co to zmieni? - Nic. Ale chc wiedzie. - Akceptuj - potwierdzi. - A co z ni? Z Ciri? Ona te naley do innego wiata. Ciri spojrzaa na niego pochliwie, potem rzucia okiem w gr, na driad. Eithne umiechna si. - Ju nie na dugo - powiedziaa. - Eithne, prosz. Zastanw si. - Nad czym? - Oddaj mi j. Niech wraca ze mn. Do wiata, do ktrego naley. - Nie, Biay Wilku - driada ponownie zagbia grzebie w popielate wosy dziewczynki. Nie oddam jej. Kto jak kto, ale ty powiniene to zrozumie. - Ja? - Ty. Nawet do Brokilonu docieraj wieci ze wiata. Wieci o pewnym wiedminie, ktry za wiadczone usugi wymusza niekiedy dziwne przysigi. Dasz mi to, czego nie spodziewasz si zasta w domu. Dasz mi to, co ju masz, a o czym nie wiesz. Brzmi znajomie? Wszake od pewnego czasu prbujecie w ten sposb pokierowa przeznaczeniem, szukacie chopcw wyznaczonych przez los na waszych nastpcw, chcecie broni si przed wymarciem i zapomnieniem. Przed nicoci. Dlaczego wic dziwisz si mnie? Ja troszcz si o los driad. To chyba sprawiedliwie? Za kad zabit przez ludzi driad jedna ludzka dziewczynka.

- Zatrzymujc j, obudzisz wrogo i pragnienie zemsty, Eithne. Obudzisz zapiek nienawi. - Nic to dla mnie nowego, ludzka nienawi. Nie, Geralt. Nie oddam jej. Zwaszcza e zdrowa. To ostatnio nieczste. - Nieczste? Driada utkwia w nim swe wielkie, srebrne oczy. - Podrzucaj mi chore dziewczynki. Dyfteryt, szkarlatyna, krup, ostatnio nawet ospa. Myl, e nie mamy immunitetu, e epidemia nas zniszczy albo przynajmniej zdziesitkuje. Rozczaruj ich, Geralt. Mamy co wicej ni immunitet. Brokilon dba o swoje dzieci. Zamilka, pochylajc si, ostronie rozczesaa pasemko spltanych wosw Ciri, pomagajc sobie drug rk. - Czy mog - odchrzkn wiedmin - przystpi do poselstwa, z ktrym przysya mnie tu krl Venzlav? - A nie szkoda na to czasu? - uniosa gow Eithne. - Po co masz si wysila? Przecie ja doskonale wiem, czego chce krl Venzlav. Do tego bynajmniej nie potrzeba proroczych zdolnoci. Chce, bym oddaa mu Brokilon, zapewne a po rzeczk Vd, ktr, jak mi wiadomo, uwaa, lub chciaby uwaa za naturaln granic pomidzy Brugge a Verden. W zamian, jak przypuszczam, oferuje mi enklaw, may i dziki zaktek lasu. I zapewne gwarantuje krlewskim sowem i krlewsk opiek, e ten may i dziki zaktek, ten skrawek puszczy, bdzie nalea do mnie po wieki wiekw i e nikt nie omieli si niepokoi tam driad. Ze tam driady bd mogy y w pokoju. Co, Geralt? Venzlav chciaby zakoczy trwajc dwa stulecia wojn o Brokilon. I aby j zakoczy, driady miayby odda to, w obronie czego gin od dwustu lat? Tak po prostu - odda? Odda Brokilon? Geralt milcza. Nie mia nic do dodania. Driada umiechna si. - Czy tak wanie brzmiaa krlewska propozycja, Gwynbleidd? Czy te moe bya bardziej szczera, mwica: Nie zadzieraj gowy, lene straszydo, bestio z puszczy, relikcie przeszoci, lecz posuchaj, czego chcemy my, krl Venzlav. A my chcemy cedru, dbu i hikory, chcemy mahoniu i zotej brzozy, cisu na uki i masztowych sosen, bo Brokilon mamy pod bokiem, a musimy sprowadza drewno zza gr. Chcemy elaza i miedzi, ktre s pod ziemi. Chcemy zota, ktre ley na Craag A. Chcemy rba i piowa, i ry w ziemi, nie muszc nasuchiwa wistu strza. I co najwaniejsze - chcemy nareszcie by krlem, ktremu podlega wszystko w krlestwie. Nie yczymy sobie w naszym krlestwie jakiego Brokilonu, lasu, do ktrego nie moemy wej. Taki las drani nas, zoci i spdza nam sen z powiek, bo my jestemy ludmi, my panujemy nad wiatem. Moemy, jeli zechcemy, tolerowa na tym wiecie kilka elfw, driad czy rusaek. Jeli

nie bd zbyt zuchwae. Podporzdkuj si naszej woli, Wiedmo Brokilonu. Lub zgi. - Eithne, sama przyznaa, e Venzlav nie jest gupcem ani fanatykiem. Z pewnoci wiesz, e to krl sprawiedliwy i miujcy pokj. Jego boli i martwi przelewana tu krew... - Jeli bdzie trzyma si z dala od Brokilonu, nie popynie ani kropla krwi. - Dobrze wiesz... - Geralt unis gow. - Dobrze wiesz, e to nie tak. Zabijano ludzi na Wypalankach, na smej Mili, na Sowich Wzgrzach. Zabijano ludzi w Brugge, na lewym brzegu Wstki. Poza Brokilonem. - Miejsca, ktre wymienie - odrzeka spokojnie driada - to Brokilon. Ja nie uznaj ludzkich map ani granic. - Ale tam wyrbano las sto lat temu! - C znaczy sto lat dla Brokilonu? I sto zim? Geralt zamilk. Driada odoya grzebie, pogaskaa Ciri po popielatych wosach. - Przysta na propozycj Venzlava, Eithne. Driada spojrzaa na niego zimno. - Co nam to da? Nam, dzieciom Brokilonu? - Moliwo przetrwania. Nie, Eithne, nie przerywaj. Wiem, co chcesz powiedzie. Rozumiem twoj dum z niezalenoci Brokilonu. wiat si jednak zmienia. Co si koczy. Czy tego chcesz, czy nie, panowanie czowieka nad wiatem jest faktem. Przetrwaj ci, ktrzy si z ludmi zasymiluj. Inni zgin. Eithne, s lasy, gdzie driady, rusaki i elfy yj spokojnie, uoywszy si z ludmi. Jestemy przecie sobie tak bliscy. Przecie ludzie mog by ojcami waszych dzieci. Co daje ci wojna, ktr prowadzisz? Potencjalni ojcowie waszych dzieci padaj pod waszymi strzaami. I jaki jest skutek? Ile spord driad Brokilonu jest czystej krwi? Ile z nich to porwane, przerobione ludzkie dziewczta? Nawet z Freixeneta musisz skorzysta, bo nie masz wyboru. Jako mao widz tu malekich driad, Eithne. Widz tylko j - ludzk dziewczynk, przeraon i otpia od narkotykw, sparaliowan ze strachu... - Wcale si nie boj! - krzykna nagle Ciri, przybierajc na chwil sw zwyk min maego diabeka. - I nie jestem oppiaa! Nie myl sobie! Mnie si nic nie moe tu sta. Akurat! Nie boj si! Moja babka mwi, ze driady nie s ze, a moja babka jest najmdrzejsza na wiecie! Moja babka... Moja babka mwi, e powinno by wicej takich lasw jak ten... Zamilka, opucia gow. Eithne zamiaa si. - Dziecko Starszej Krwi - powiedziaa. - Tak, Geralt. Cigle jeszcze rodz si na wiecie Dzieci Starszej Krwi, o ktrych mwi przepowiednie. A ty mwisz, e co si koczy... Martwisz si, czy przetrwamy... - Smarkula miaa wyj za m za Kistrina z Verden - przerwa Geralt. - Szkoda, e nie wyjdzie. Kistrin obejmie kiedy rzdy po Ervyllu, pod wpywem ony o takich pogldach moe

zaprzestaby rajdw na Brokilon? - Nie chc tego Kistrina! - krzykna cienko dziewczynka, a w jej zielonych oczach co bysno. - Niech sobie Kistrin znajdzie liczny i gupi materia! Ja nie jestem aden materia! Nie bd adn ksin! - Cicho, Dziecko Starszej Krwi - driada przytulia Ciri. - Nie krzycz. Oczywicie, e nie bdziesz ksin... - Oczywicie - wtrci kwano wiedmin. - I ty, Eithne, i ja dobrze wiemy, czym ona bdzie. Widz, e to ju postanowione. Trudno. Jak odpowied mam zanie krlowi Venzlavowi, Pani Brokilonu? - adnej. - Jak to, adnej? - adnej. On to zrozumie. Ju dawniej, ju bardzo dawno temu, gdy Venzlava nie byo jeszcze na wiecie, pod Brokilon podjedali heroldowie, ryczay rogi i trby, byszczay zbroje, powieway proporce i sztandary. Ukorz si, Brokilonie! krzyczano. Krl Kozizbek, wadca ysej Grki i Podmokej ki da, by si ukorzy, Brokilonie! A odpowied Brokilonu bya zawsze taka sama. Gdy ju opucisz mj Las, Gwynbleidd, obr si i posuchaj. W szumie lici usyszysz odpowied Brokilonu. Przeka j Venzlavowi i dodaj, e innej nie usyszy nigdy, pki stoj dby w Duen Canell. Pki ronie tu cho jedno drzewo i yje cho jedna driada. Geralt milcza. - Mwisz, ze co si koczy - cigna wolno Eithne. - Nieprawda. S rzeczy, ktre nie kocz si nigdy. Mwisz mi o przetrwaniu? Ja walcz o przetrwanie. Bo Brokilon trwa dziki mojej walce, bo drzewa yj duej ni ludzie, trzeba tylko chroni je przed waszymi siekierami. Mwisz mi o krlach i ksitach. Kim oni s? Ci, ktrych znam, to biae szkielety, lece w nekropoliach Craag A, tam, w gbi lasu. W marmurowych grobowcach, na stosach tego metalu i byszczcych kamykw. A Brokilon trwa, drzewa szumi nad ruinami paacw, korzenie rozsadzaj marmur. Czy twj Venzlav pamita, kim byli ci krlowie? Czy ty to pamitasz, Gwynbleidd? A jeeli nie to jak moesz twierdzi, e co si koczy? Skd wiesz, komu przeznaczona jest zagada, a komu wieczno? Co upowania ci, by mwi o przeznaczeniu? Czy ty chocia wiesz, czym jest przeznaczenie? - Nie - zgodzi si. - Nie wiem. Ale... - Jeli nie wiesz - przerwaa - na adne ale nie ma iuz miejsca. Nie wiesz. Po prostu nie wiesz. Zamilka, dotkna rk czoa, odwrcia twarz. - Gdy bye tu po raz pierwszy, przed laty - podja - te nie wiedziae. A Morenn... Moja

crka... Geralt, Morenn nie yje. Zgina nad Wstk, bronic Brokilonu. Nie poznaam jej, gdy j przyniesiono. Miaa twarz zmiadon kopytami waszych koni. Przeznaczenie? I dzisiaj ty, wiedmin, ktry nie moge da Morenn dziecka, przyprowadzasz mi j, Dziecko Starszej Krwi. Dziewczynk, ktra wie, czym jest przeznaczenie. Nie, nie jest to wiedza, ktra odpowiadaaby tobie, ktr mgby zaakceptowa. Ona po prostu wierzy. Powtrz, Ciri, powtrz to, co powiedziaa mi, zanim wszed tu ten wiedmin, Geralt z Rivii, Biay Wilk. Wiedmin, ktry nie wie. Powtrz, Dziecko Starszej Krwi. - Wielmo... Szlachetna pani - rzeka Ciri amicym si gosem. - Nie zatrzymuj mnie tu. Ja nie mog... Ja chc... do domu. Chc wrci do domu z Geraltem. Ja musz... Z nim... - Dlaczego z nim? - Bo on... On jest moim przeznaczeniem. Eithne odwrcia si. Bya bardzo blada. - I co ty na to, Geralt? Nie odpowiedzia. Eithne klasna w donie. Do wntrza dbu, wyaniajc si jak duch z panujcej na zewntrz nocy, wesza Braenn, niosc oburcz wielki, srebrny puchar. Medalion na szyi wiedmina zacz szybko, rytmicznie drga. - I co ty na to? - powtrzya srebrnowosa driada, wstajc. - Ona nie chce zosta w Brokilonie! Ona nie yczy sobie by driad! Ona nie chce zastpi mi Morenn, chce odej, odej za swoim przeznaczeniem! Czy tak, Dziecko Starszej Krwi? Czy tego wanie chcesz? Gin pokiwaa pochylon gow. Jej ramiona dray. Wiedmin mia do. - Dlaczego zncasz si nad tym dzieckiem, Eithne? Za chwil przecie dasz jej Wody Brokilonu i to, czego ona chce, przestanie mie jakiekolwiek znaczenie. Dlaczego to robisz? Dlaczego robisz to w mojej obecnoci? - Chc pokaza ci, czym jest przeznaczenie. Chc udowodni ci, e nic si nie koczy. Ze wszystko dopiero si zaczyna. - Nie, Eithne - powiedzia, wstajc. - Przykro mi, zepsuj ci ten popis, ale nie mam zamiaru na to patrze. Posza troch za daleko, Pani Brokilonu, chcc podkreli przepa, ktra nas dzieli. Wy, Starszy Lud, lubicie powtarza, e obca jest wam nienawi, e to uczucie znane wycznie ludziom. Ale to nieprawda. Wiecie, czym jest nienawi i potraficie nienawidzi, tylko okazujecie to troch inaczej, mdrzej i mniej gwatownie. Ale moe przez to bardziej okrutnie. Przyjmuj twoj nienawi, Eithne, w imieniu wszystkich ludzi. Zasuguj na ni. Przykro mi z powodu Morenn. Driada nie odpowiedziaa. - I to wanie jest odpowied Brokilonu, ktr mam przekaza Venzlavowi z Brugge, prawda? Ostrzeenie i wyzwanie? Naoczny dowd drzemicej wrd tych drzew nienawici i

Mocy, z woli ktrych za chwil ludzkie dziecko wypije niszczc pami trucizn, biorc j z rk innego, ludzkiego dziecka, ktrego psychik i pami ju zniszczono? I t odpowied ma zanie Venzlawowi wiedmin, ktry zna i polubi obydwoje dzieci? Wiedmin, winien mierci twojej crki? Dobrze, Eithne, stanie si wedle twej woli. Venzlav usyszy twoj odpowied, usyszy mj gos, zobaczy moje oczy i wszystko z nich wyczyta. Ale patrze na to, co ma si tu sta, nie musz. I nie chc. Eithne milczaa nadal. - egnaj, Ciri - Geralt uklkn, przytuli dziewczynk. Ramiona Ciri zadray silnie. - Nie pacz. Przecie wiesz, nic zego nie moe ci si tu sta. Ciri pocigna nosem. Wiedmin wsta. - egnaj, Braenn - powiedzia do modszej driady. - Bd zdrowa i uwaaj na siebie. Przeyj, Braenn, yj tak dugo jak twoje drzewo. Jak Brokilon. I jeszcze jedno... - Tak, Gwynbleidd? - Braenn uniosa gow, a w jej oczach co mokro zalnio. - atwo zabija si z uku, dziewczyno. Jake atwo spuci ciciw i myle, to nie ja, nie ja, to strzaa. Na moich rkach nie ma krwi tego chopca. To strzaa zabia, nie ja. Ale strzale nic nie ni si w nocy. Niech i tobie nic nie ni si w nocy, niebieskooka driado. egnaj, Braenn. - Mona... - powiedziaa niewyranie Braenn. Puchar, ktry trzymaa w doniach, dra, przepeniajcy go przezroczysty pyn falowa. - Co? - Mona! -jkna. - Jestem Mona! Pani Eithne! Ja... - Do tego - rzeka ostro Eithne. - Do. Panuj nad sob, Braenn. Geralt zamia si sucho. - Masz twoje przeznaczenie, Lena Pani. Szanuj twj upr i twoj walk. Ale wiem, e wkrtce bdziesz walczy sama. Ostatnia driada Brokilonu posyajca na mier dziewczta, ktre jednak wci pamitaj swoje prawdziwe imiona. Mimo wszystko, ycz ci szczcia, Eithne. egnaj. - Geralt... - szepna Ciri, siedzc nadal nieruchomo, z opuszczon gow. - Nie zostawiaj mnie... samej... - Biay Wilku - powiedziaa Eithne, obejmujc zgarbione plecy dziewczynki. - Musiae czeka, a ona ci o to poprosi? O to, by jej nie opuszcza? By wytrwa przy niej do koca? Dlaczego chcesz opuci j w takiej chwili? Zostawi sam? Dokd chcesz ucieka, Gwynbleidd? I przed czym? Ciri jeszcze bardziej pochylia gow. Ale nie rozpakaa si. - A do koca - kiwn gow wiedmin. - Dobrze, Ciri. Nie bdziesz sama. Bd przy

tobie. Nie bj si niczego. Eithne wyja puchar z drcych rk Braenn, uniosa go. - Umiesz czyta Starsze Runy, Biay Wilku? - Umiem. - Przeczytaj, co jest wyryte na pucharze. To puchar z Craag An. Pili z niego krlowie, ktrych ju nikt nie pamita. - Duettaeann aef cirran Caerme Glaeddyy. Yn a esse-ath. - Czy wiesz, co to oznacza? - Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza... Jednym jeste ty. - Wsta, Dziecko Starszej. Krwi - w gosie driady szczkn stal rozkaz, ktremu nie mona byo si przeciwstawi, wola, ktrej nie mona byo si nie podda. - Pij. To Woda Brokilonu. Geralt zagryz wargi wpatrzony w srebrzyste oczy Eithne. Nie patrzy na Ciri, powoli zbliajc usta do brzegu pucharu. Widzia to ju, kiedy, dawniej. Konwulsje, drgawki, niesamowity, przeraajcy, gasncy powoli krzyk. I pustka, martwota i apatia w otwierajcych si powoli oczach. Widzia to ju. Ciri pia. Po nieruchomej twarzy Braenn powoli toczya si za. - Wystarczy - Eithne odebraa jej puchar, postawia na ziemi, oburcz pogadzia wosy dziewczynki opadajce na ramiona popielatymi falami. - Dziecko Starszej Krwi - powiedziaa. - Wybieraj. Czy chcesz pozosta w Brokilonie, czy pody za twoim przeznaczeniem? Wiedmin z niedowierzaniem pokrci gow. Ciri oddychaa nieco szybciej, dostaa rumiecw. I nic wicej. Nic. - Chc pody za moim przeznaczeniem - powiedziaa dwicznie, patrzc w oczy driady. - Niech wic tak si stanie - rzeka Eithne zimno i krtko. Braenn westchna gono. - Chc zosta sama - powiedziaa Eithne, odwracajc si do nich plecami. - Odejdcie, prosz. Braenn chwycia Ciri dotkna ramienia Geralta, ale wiedmin odsun jej rk. - Dzikuj ci, Eithne - powiedzia. Driada odwrcia si powoli. - Za co mi dzikujesz? - Za przeznaczenie - umiechn si. - Za twoj decyzj. Bo przecie to nie bya Woda Brokilonu, prawda? Przeznaczeniem Ciri byo wrci do domu. A to ty, Eithne, odegraa rol przeznaczenia. I za to ci dzikuj. - Jak ty mao wiesz o przeznaczeniu - powiedziaa gorzko driada. - Jak ty mao wiesz, wiedminie. Jak ty mao widzisz. Jak ty mao rozumiesz. Dzikujesz mi? Dzikujesz za rol, ktr

odegraam? Za jarmarczny popis? Za sztuczk, za oszustwo, za mistyfikacj? Za to, e miecz przeznaczenia by, jak sdzisz, z drewna, pocignitego pozotk? Daleje wic, nie dzikuj, ale zdemaskuj mnie. Postaw na swoim. Udowodnij, ze racja jest po twojej stronie. Rzu mi w twarz twoj prawd, poka, jak tryumfuje trzewa, ludzka prawda, zdrowy rozsdek, dziki ktrym, w waszym mniemaniu, opanujecie wiat. Oto Woda Brokilonu, jeszcze troch zostao. Odwaysz si? Zdobywco wiata? Geralt, cho rozdraniony jej sowami, zawaha si, ale tylko na chwil. Woda Brokilonu, nawet autentyczna, nie miaa na niego wpywu, na zawarte w niej toksyczne, halucynogenne taniny by cakowicie uodporniony. Ale to przecie nie moga by Woda Brokilonu, Ciri pia ji nic si nie stao. Sign po puchar, oburcz, spojrza w srebrne oczy driady. Ziemia ucieka mu spod ng, momentalnie, i zwalia mu si na plecy. Potny db zawirowa i zatrzs si. Z trudem macajc dookoa drtwiejcymi rkoma, otworzy oczy, a byo to tak, jak gdyby odwala marmurow pyt grobowca. Zobaczy nad sob malek twarzyczk Braenn, a za ni byszczce jak rt oczy Eithne. I jeszcze inne oczy, zielone, jak szmaragdy. Nie, janiejsze. Jak trawa wiosn. Medalion na jego szyi drani, wibrowa. - Gwynbleidd - usysza. - Patrz uwanie. Nie, nic ci nie pomoe zamykanie oczu. Patrz, patrz na twoje przeznaczenie. - Pamitasz? Nagy, rwcy kurtyn dymu wybuch jasnoci, wielkie, cikie od wiec kandelabry ociekajce festonami wosku. Kamienne ciany, strome schody. Schodzca po schodach zielonooka i popielatowosa dziewczyna w diademiku z misternie rzebion gemm, w srebrnobkitnej sukni z trenem podtrzymywanym przez pazia w szkaratnym kubraczku. - Pamitasz? Jego wasny gos mwicy... Mwicy... Wrc tu za sze lat... Altana, ciepo, zapach kwiatw, cikie jednostajne brzczenie pszcz. On sam, na kolanach, podajcy r kobiecie o popielatych wosach rozsypanych lokami spod wskiej, zotej obrczy. Na palcach doni, biorcej r z jego rki, piercienie ze szmaragdami, wielkie, zielone kaboszony. - Wr tu - mwi kobieta. - Wr tu, jeli zmienisz zdanie. Twoje przeznaczenie bdzie czekao. Nigdy nie wrciem, pomyla. Nigdy tam... nie wrciem. Nigdy nie wrciem do... Dokd?

Popielate wosy. Zielone oczy. Znowu jego gos, w ciemnoci, w mroku, w ktrym ginie wszystko. S tylko ognie, ognie a po horyzont. Kurzawa iskier w purpurowym dymie. Belleteyn! Noc Majowa! Z kbw dymu patrz ciemne, fiokowe oczy, ponce w bladej, trjktnej twarzy przesonitej czarn, sfalowan burz lokw. Yennefer! - Za mao - wskie usta widziada skrzywione nagle, po bladym policzku toczy si za. szybko, coraz szybciej, jak kropla wosku po wiecy. - Za mao. Trzeba czego wicej. - Yennefer! - Nico za nico - mwi widziado gosem Eithne. - Nico i pustka, ktra jest w tobie, zdobywco wiata, ktry nie potrafisz nawet zdoby kobiety, ktr kochasz. Ktry odchodzisz i uciekasz, majc przeznaczenie w zasigu rki. Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza. Jednym jeste ty. A co jest drugim. Biay Wilku? - Nie ma przeznaczenia - jego wasny gos. - Nie ma. Nie ma. Nie istnieje. Jedynym, co jest przeznaczone wszystkim, jest mier. - To prawda - mwi kobieta o popielatych wosach i zagadkowym umiechu. - To prawda, Geralt. Kobieta ma na sobie srebrzyst zbroj, zakrwawion, pogit, podziurawion ostrzami pik lub halabard. Krew wsk struk cieknie jej z kcika zagadkowo i nieadnie umiechnitych ust. - Ty drwisz z przeznaczenia - mwi, nie przestajc si umiecha. - Drwisz sobie z niego, igrasz z nim. Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza. Jednym jeste ty. Drugim... jest mier? Ale to my umieramy, umieramy przez ciebie. Ciebie mier nie moe docign, wic zadowala si nami. mier idzie za tob krok w krok, Biay Wilku. Ale to inni umieraj. Przez ciebie. Pamitasz mnie? - Ca... Calanthe! - Moesz go uratowa - gos Eithne, zza zasony dymu. - Moesz go uratowa, Dziecko Starszej Krwi. Zanim pogry si w nicoci, ktr pokocha. W czarnym lesie, ktry nie ma koca. Oczy, zielone jak trawa wiosn. Dotyk. Gosy, krzyczce niezrozumiaym chrem. Twarze. Nie widzia ju nic, lecia w przepa, w pustk, w ciemno. Ostatnim, co usysza, by gos Eithne. - Niech wic tak si stanie.

VII - Geralt! Obud si! Obud si, prosz! Otworzy oczy, zobaczy soce, zoty dukat o wyranych krawdziach, w grze, nad wierzchokami drzew, za mtn zason porannej mgy. Lea na mokrym, gbczastym mchu, twardy korze uwiera go w plecy. Ciri klczaa przy nim, szarpic za po kurtki. - Zaraza... - odkaszln, rozejrza si. - Gdzie ja jestem? Jak si tu znalazem? - Nie wiem - powiedziaa. - Obudziam si przed chwilk, tutaj, obok ciebie, okropecznie zmarznita. Nie pamitam, jak... Wiesz, co? To s czary! - Zapewne masz racj - usiad, wycigajc sosnowe igy zza konierza. - Zapewne masz racj, Ciri. Woda Brokilonu, cholera... Zdaje si, ze driady zabawiy si naszym kosztem. Wsta, podnis swj miecz lecy obok, przerzuci pa przez plecy. - Ciri? - Aha? - Ty tez zabawia si moim kosztem. - Ja? - Jeste crk Payetty, wnuczk Calanthe z Cintry. Wiedziaa od samego pocztku, kim ja jestem? - Nie - zaczerwienia si. - Nie od pocztku. Ty odczarowae mego tat, prawda? - Nieprawda - pokrci gow. - Zrobia to twoja mama. I twoja babka. Ja tylko pomogem. - Ale niania mwia... Mwia, ze jestem przeznaczona. Bo jestem Niespodzianka. Dziecko Niespodzianka. Geralt? - Ciri - popatrza na ni, krcc gow i umiechajc si. - Wierz mi, jeste najwiksz niespodziank, jaka moga mnie spotka. - Ha! - twarz dziewczynki pojaniaa. - To prawda! Jestem przeznaczona. Niania mwia, ze przyjdzie wiedmin, ktry ma biae wosy i zabierze mnie. A babka wrzeszczaa... Ach, co tam! Dokd mnie zabierzesz, powiedz? - Do domu. Do Cintry. - Ach... A ja mylaam, e... - Pomylisz w drodze. Chodmy, Ciri, trzeba wyj z Brokilonu. To nie jest bezpieczne miejsce. - Ja si nie boj! - Ale ja si boj.

- Babka mwia, ze wiedmini nie boj si niczego. - Babka mocno przesadzia. W drog, Ciri. ebym ja jeszcze wiedzia, gdzie my... Spojrza na soce. - No, zaryzykujmy... Pjdziemy tdy. - Nie - Ciri zmarszczya nos, wskazaa w kierunku przeciwnym. - Tdy. Tam. - A ty skd to niby wiesz? - Wiem - wzruszya ramionami, spojrzaa na niego bezbronnym i zdziwionym, szmaragdowym spojrzeniem. - Jako... Co, tam... Nie wiem. Crka Pavetty, pomyla. Dziecko... Dziecko Starszej Krwi? Moliwe, ze odziedziczya co po matce. - Ciri - rozchesta koszul, wycign medalion. - Dotknij tego. - Och - otworzya usta. - Ale straszny wilk. Ale ma ky.. - Dotknij. - Ojej!!! Wiedmin umiechn si. Te poczu gwatowne drgnicie medalionu, ostr fal biegnc po srebrnym acuszku. - Poruszy si! - westchna Ciri. - Poruszy! - Wiem. Idziemy, Ciri. Prowad. - To czary, prawda? - Jasne. Byo tak, jak si spodziewa. Dziewczynka wyczuwaa kierunek. Jakim sposobem, nie wiedzia. Ale szybko, szybciej, ni oczekiwa, wyszli na drog, na widowate, trjstronne rozstaje. To bya granica Brokilonu - przynajmniej wedug ludzi. Eithne, jak pamita, nie uznawaa tego. Ciri przygryzaa warg, zmarszczya nos, zawahaa si, patrzc na rozstaje, na piaszczyste, wyboiste drogi, zryte kopytami i koami wozw. Ale Geralt wiedzia ju, gdzie jest, nie musia i nie chcia polega na jej niepewnych zdolnociach. Ruszy drog prowadzc na wschd, ku Brugge. Ciri, wci zmarszczona, obejrzaa si na drog zachodni. - Tamtdy idzie si do zamku Nastrog - zadrwi. - Stsknia si za Kistrinem? Dziewczynka zaburczaa, posza za nim posusznie, ale jeszcze kilka razy ogldaa si wstecz. - O co chodzi, Ciri? - Nie wiem - szepna. - Ale to za droga, Geralt. - Dlaczego? Idziemy do Brugge, do krla Venzlava, ktry mieszka w piknym zamku. Wykpiemy si w ani, wypimy w ku z pierzyn...

- To za droga - powtrzya. - Za. - Fakt, widywaem lepsze. Przesta krci nosem, Ciri. Idziemy, wawo. Minli zakrzaczony zakrt. I okazao si, e Ciri miaa racj. Obstpili ich nagle, szybko, ze wszystkich stron. Ludzie w stokowatych hemach, kolczugach i ciemnosinych tunikach ze zoto-czarn szachownic Verden na piersiach. Otoczyli ich, ale aden nie zbliy si, nie dotkn broni. - Skd i dokd to? - szczekn krpy osobnik w wytartym, zielonym stroju, stajc przed Geraltem na szeroko rozstawionych, pakowatych nogach. Twarz mia ciemn i pomarszczon jak suszona liwka. uk i biaopierzaste strzay sterczay mu zza plecw, wysoko nad gow. - Z Wypalanek - zega gadko wiedmin, ciskajc znaczco rczk Ciri. - Wracam do siebie, do Brugge. A co? - Krlewska suba - rzek ciemnolicy grzeczniej, jakby dopiero teraz zobaczy miecz na plecach Geralta. My... - Dawaj no go tu, Junghans! - krzykn kto stojcy dalej, na drodze. odacy rozstpili si. - Nie patrz, Ciri - powiedzia Geralt szybko. - Odwr si. Nie patrz. Na drodze leao zwalone drzewo blokujce przejazd pltanin konarw. Nadcita i zamana cz pnia bielaa w przydronej gstwinie dugimi promieniami drzazg. Przed drzewem sta wz nakryty pacht zakrywajc adunek. Mae, kosmate konie leay na ziemi zapltane w dyszle i powody, naszpikowane strzaami, szczerzc te zby. Jeden y jeszcze, chrapa ciko, wierzga. Byli tam te i ludzie lecy w ciemnych plamach wsi-klej w piach krwi, przewieszeni przez burt wozu, pokurczeni u k. Spomidzy zgromadzonych dookoa wozu uzbrojonych ludzi wyszo powoli dwch, potem doczy do nich trzeci. Pozostali - byo ich okoo dziesiciu - stali nieruchomo, trzymajc konie. - Co tu si stao? - spyta wiedmin, stajc tak, by zasoni przed wzrokiem Ciri scen masakry. Kosooki mczyzna w krtkiej kolczudze i wysokich butach popatrzy na niego badawczo, potar trzeszczcy od zarostu podbrdek. Na lewym przedramieniu mia wytarty i wybyszczony skrzany mankiet, jakiego uywali ucznicy. - Napad - powiedzia krtko. - Wybiy kupcw lene dziwoony. My tu ledztwo czynimy. - Dziwoony? Napady na kupcw? - Widzisz przecie - wskaza rk kosooki. - Nadziani strzaami niby jee. Na gocicu! Coraz bezczelniejsze robi si lene wiedmy. Ju nie tylko w las nie mona wej, ju nawet drog wzdu lasu nie mona.

- A wy - zmruy oczy wiedmin. - Kim jestecie? - Evryllowa druyna. Z nastrogskich dziesitek. Pod baronem Freixenetem suylimy. Ale baron pad w Brokilonie. Ciri otworzya usta, ale Geralt mocno cisn jej rczk, nakazujc milczenie. - Krew za krew, mwi! - zagrzmia towarzysz kosookiego, olbrzym w nabijanym mosidzem kaftanie. - Krew za krew! Tego pazem puci nie wolno. Najpierw Freixenet i porwana ksiniczka z Cintry, teraz kupcy. Na bogw, mci, mci, powiadam! Bo jak nie, zobaczycie, jutro, pojutrze zaczn ubija ludzi na progach wasnych chaup! - Brick dobrze mwi - powiedzia kosooki. - Prawda? A ty, bracie, e zapytam, skd? - Z Brugge - skama wiedmin. - A ta maa, crka? - Crka - Geralt ponownie cisn do Ciri. - Z Brugge - zmarszczy si Brick. - A to ci powiem, bracie, e to twj krl, Venzlav, potworzyce rozzuchwala wanie. Nie chce z naszym Ervyllem si sprzc, i z Viraxasem z Kerack. A gdyby ze trzech stron na Brokilon pj, wygnietlibymy to plugastwo wreszcie... - Jak doszo do tej rzezi? - spyta powoli Geralt. - Kto wie? Przey ktry z kupcw? - wiadkw nie ma - powiedzia kosooki. - Ale wiemy, co si przydarzyo. Junghans, leniczy, czyta w ladach niby w ksidze. Powiedz mu, Junghans. - Ano - powiedzia ten z pomarszczon twarz. - Tak to byo: Jechali kupce gocicem. Najechali na zasiek. Widzicie, panie, w poprzek drogi obalona sosna, zrbana wieo. W gszczu lady s, chcecie obaczy? No, a jak kupce stanli, by drzewo odwali, wystrzelano ich w try miga. Stamtd, z zaroli, gdzie owa krzywa brzoza. I tam lady s. A strzay, baczcie, wszystko dziwoonia robota, pira klejone ywic, brzechwy krcone ykiem... - Widz - przerwa wiedmin, patrzc na zabitych. - Kilku, zdaje mi si, przeyo ostrza, ci dostali po gardle. Noami. Zza plecw stojcych przed nim odakw wyoni si jeszcze jeden - chudy i niewysoki, w osiowym kaftanie. Mia czarne, bardzo krtko strzyone wosy, policzki sine od gadko zgolonego, czarnego zarostu. Wiedminowi wystarczyo jednego spojrzenia na mae, wskie donie w krtkich, czarnych rkawiczkach bez palcw, na blade, rybie oczy, na miecz, na rkojeci sztyletw, sterczce zza pasa i z cholewy lewego buta. Geralt widzia zbyt wielu mordercw, by natychmiast nie rozpozna jeszcze jednego. - Bystre masz oko - powiedzia czarny, bardzo powoli. - Zaiste, wiele widzisz. - I dobrze to - rzek kosooki. - Co widzia, niech krlowi swojemu opowie, Venzlav wszak cigle klnie si, e nie trza dziwoon zabija, bo one mie i dobre. Pewnikiem chodzi do nich

majow por i chdoy je. Po temu to one moe i dobre. Co sami sprawdzim, jeli ktr ywcem wemiemy. - A choby i pywcem - zarechota Brick. - No, zaraza, gdzie ten druid? Poudnie niedugo, a jego ani ladu. Pora rusza. - Co zamierzacie? - spyta Geralt, nie puszczajc rki Ciri. - A tobie co do tego? - sykn czarny. - No, po co zaraz tak ostro, Levecque - umiechn si brzydko kosooki. - My ludzie uczciwi, sekretw nie mamy. Ervyll przysya nam druida, wielkiego magika,- ktry nawet z drzewami potrafi gada. we poprowadzi nas w las mci Freixeneta, sprbowa odbi ksiniczk. To nie byle szysz, bracie, a karna eks... eks... - Ekspedycja - podpowiedzia ten czarny, Levecque. - Ano. Z ust mnie wyje. Tak tedy, ruszaj w swoj drog, bracie, bo tu wkrtce moe by gorco. - Taak - rzek przecigle Levecque, patrzc na Ciri. - Niebezpiecznie tu, zwaszcza z dziewcztkiem. Dziwoony tylko czyhaj na takie dziewcztka. Co, maa? Mama w domu czeka? Ciri, trzsc si, kiwna gow. - Byoby fatalnie - cign czarny, nie spuszczajc z niej oka - gdyby si nie doczekaa. Pewnie pognaaby do krla Venzlava i rzeka: pobaae driadom, krlu, i oto prosz, moja crka i mj m na twoim sumieniu. Kto wie, moe Venzlav wwczas ponownie przemylaby sojusz z Eryyllem? - Ostawcie, panie Levecque - warkn Junghans, a pomarszczona twarz zmarszczya mu si jeszcze bardziej. - Niech id. - Bywaj, malutka - Levecque wycign rk, pogaska Ciri po gowie. Ciri zatrzsa si i cofna. - C to? Boisz si? - Masz krew na rku - powiedzia cicho wiedmin. - Ach - Levecque unis do. - Faktycznie. To ich krew. Kupcw. Sprawdzaem, czy ktry nie ocala. Ale niestety, dziwoony strzelaj celnie. - Dziwoony? - odezwaa si drcym gosem Ciri, nie reagujc na cisk doni wiedmina. Och, szlachetni rycerze, mylicie si. To nie mogy by driady! - Co tam popiskujesz, maa? - blade oczy czarnego zwziy si. Geralt rzuci okiem na prawo, na lewo, oceni odlegoci.

- To nie byy driady, panie rycerzu - powtrzya Ciri. - To przecie jasne! - H? - Przecie to drzewo... To drzewo jest zrbane! Siekier! A driada nigdy nie zrbaaby drzewa, prawda? - Prawda - powiedzia Levecque i popatrzy na kosookiego. - Och, jaka mdra z ciebie dziewczynka. Za mdra. Wiedmin ju wczeniej widzia jego wsk, urkawiczon rk peznc niby czarny pajk ku rkojeci sztyletu. Chocia Levecque nie odrywa wzroku od Ciri, Geralt wiedzia, ze cios bdzie wymierzony w niego. Odczeka do momentu, gdy Levecque dotkn broni, a kosooki wstrzyma oddech. Trzy ruchy. Tylko trzy. Opancerzone srebrnymi wiekami przedrami gruchno czarnego w bok gowy. Zanim upad, wiedmin ju sta midzy Junghansem a kosookim, a miecz, z sykiem wyskakujc z pochwy, zawy w powietrzu, rozwalajc skro Bricka, olbrzyma w nabijanym mosidzem kaftanie. - Uciekaj, Ciri! Kosooki, dobywajc miecza, skoczy, ale nie zdy. Wiedmin ci go przez pier, skonie, z gry w d, i natychmiast, wykorzystujc energi ciosu, z dou w gr, przyklkajc, rozchlastujc odaka w krwawy X. - Chopy! - wrzasn Junghans do reszty, skamieniaej w zaskoczeniu. - Do mnie! Ciri dopada krzywego buka i jak wiewirka smykna w gr po konarach, znikajc w listowiu. Lenik posa za ni strza, ale chybi. Pozostali biegli, rozsypujc si w pkole, wycigajc uki i strzay z koczanw. Geralt, wci klczc, zoy palce i uderzy Znakiem Aard, nie w ucznikw, bo byli za daleko, ale w piaszczyst drog przed nimi, zasypujc ich kurzaw. Junghans, odskakujc, zwinnie wycign z koczana drug strza. - Nie! - wrzasn Levecque, zrywajc si z ziemi z mieczem w prawej, ze sztyletem w lewej rce. - Zostaw go Junghans! Wiedmin zawirowa pynnie, odwracajc si ku niemu. - Jest mj - powiedzia Levecque, potrzsajc gow, ocieraic przedramieniem policzek i usta. - Tylko moi! Geralt, pochylony, ruszy pkolem, ale Levecque nie kry, zaatakowa od razu, dopadajc w dwch skokach. Dobry jest, pomyla wiedmin, z trudem wic kling zabjcy krtkim mycem, unikajc pobrotem pchnicia sztyletu. Celowo nie zripostowa, odskoczy, liczc na to, e Levecque

sprbuje dosign go dugim, wycignitym uderzeniem, e straci rwnowag. Ale zabjca nie by nowicjuszem. Zgarbi si i te poszed pkolem, mikkim, kocim krokiem. Niespodzianie skoczy, zamynkowa mieczem, zawirowa, skracajc dystans. Wiedmin nie wyszed na spotkanie, ograniczy si do szybkiej, grnej finty, ktra zmusia zabjc do odskoku. Levecque zgarbi si, skadajc kwart, kryjc rk ze sztyletem za plecami. Wiedmin i tym razem nie zaatakowa, nie skrci dystansu, poszed znowu w pkole, okrajc go. - Aha - wycedzi Levecque, prostujc si. - Przeduamy zabaw? Czemu nie. Nigdy do dobrej zabawy! Skoczy, zawirowa, uderzy, raz, drugi, trzeci, w szybkim rytmie - grne cicie mieczem i natychmiast, od lewej, paski, koszcy cios sztyletu. Wiedmin nie zakca rytmu - parowa, odskakiwa i znowu szed pkolem, zmuszajc zabjc do obracania si. Levecque cofn si nagle, ruszy pkolem w przeciwnym kierunku. - Kada zabawa - sykn przez zacinite zby - musi mie swj koniec. Co powiesz na jedno uderzenie, spryciarzu? Jedno uderzenie, a potem zestrzelimy z drzewa twojego bkarta. Co ty na to? Geralt widzia, e Levecque obserwuje swj cie, e czeka, a cie dosignie przeciwnika, dajc zna, ze ten ma soce w oczy. Zaprzesta krenia, by uatwi zabjcy zadanie. I zwzi renice w pionowe szpareczki, dwie wziutkie kreski. Aby zachowa pozory, zmarszczy lekko twarz, udajc olepionego. Levecque skoczy, zawirowa, utrzymujc rwnowag rk ze sztyletem wycignit w bok, uderzy z niemoliwego wrcz wygicia przegubu, z dou, mierzc w krocze. Geralt wyprysn do przodu, obrci si, odbi cios, wyginajc rami i przegub rwnie niemoliwie, odrzuci zabjc impetem parady i chlasn go, kocem klingi, przez lewy policzek. Levecque zatoczy si, chwytajc za twarz. Wiedmin wykrci si w pobrt, przerzuci ciar ciaa na lew nog i krtkim ciosem rozrba mu ttnic szyjn. Levecque skuli si, broczc krwi, upad na kolana, zgi si i zary twarz w piach. Geralt powoli obrci si w stron Junghansa. Ten, wykrzywiajc pomarszczon twarz we wcieky grymas, wymierzy z uku. Wiedmin pochyli si, ujmujc miecz oburcz. Pozostali odacy rwnie unieli uki, w guchej ciszy. - Na co czekacie! - rykn lenik. - Szy! Szy w nie... Potkn si, zachwia, podrepta do przodu i upad na twarz, z karku sterczaa mu strzaa. Strzaa miaa na brzechwie prgowane pira z lotek kury baanta barwione na to w wywarze z kory. Strzay leciay ze wistem i sykiem po dugich, paskich parabolach od strony czarnej ciany lasu. Leciay pozornie wolno i spokojnie, szumic pirami, i wydawao si, e nabieraj pdu i siy

dopiero uderzajc w cele. A uderzay bezbdnie, koszc nastrogskich najemnikw, zwalajc ich w piasek drogi, bezwadnych i citych, niby soneczniki uderzone kijem. Ci, ktrzy przeyli, runli ku koniom, potrcajc si nawzajem. Strzay nie przestaway wiszcze, dosigay ich w biegu, dopaday na kubakach. Wycznie trzech zdoao poderwa konie do galopu i ruszy, wrzeszczc, krwawic ostrogami boki wierzchowcw. Ale i ci nie ujechali daleko. Las zamkn, zablokowa drog. Nagle nie byo ju skpanego w socu, piaszczystego gocica. Bya zwarta, nieprzebita ciana czarnych pni. Najemnicy spili konie, przeraeni i osupiali, usiowali zawrci, ale strzay leciay bezustannie. I dosigay ich, zwaliy z siode wrd tupu i renia koni, wrd wrzasku. A potem zrobio si cicho. Zamykajca gociniec ciana lasu zamrugaa, zamazaa si, zawiecia tczowo i znika. Znowu wida byo drog, a na drodze sta siwy ko, a na siwym koniu siedzia jedziec - potny, z pow, miotowat brod, w kubraku z foczej skry przepasanym na skos szarf z kraciastej weny. Siwy ko, odwracajc eb i gryzc wdzido, postpi do przodu, wysoko podnoszc przednie kopyta, chrapic i boczc si na trupy, na zapach krwi. Jedziec, wyprostowany w siodle, unis rk i nagy poryw wiatru uderzy po gaziach drzew. Z zaroli na oddalonych skraju lasu wyoniy si mae sylwetki w obcisych strojach kombinowanych z zieleni i brzu, o twarzach pasiastych od smug wymalowanych upin orzecha. - Ceadmil, Wedd Brokiloene! - zawoa jedziec. - Fill, Ana Woedwedd! - Faill! - gos od lasu niby powiew wiatru. Zielonobrunatne sylwetki zaczy znika, jedna po drugiej, roztapia si wrd gstwiny boru. Zostaa tylko jedna o rozwianych wosach w kolorze miodu. Ta postpia kilka krokw, zbliya si. - Va faill, Gwynbleidd! - zawoaa, podchodzc jeszcze bliej. - egnaj, Mona - powiedzia wiedmin. - Nie zapomn ci. - Zapomnij - odrzeka twardo, poprawiajc koczan na plecach. - Nie ma Mony. Mona to by sen. Jestem Braenn. Braenn z Brokilonu. Jeszcze raz pomachaa mu rk. I znika. Wiedmin odwrci si. - Myszowr - powiedzia, patrzc na jedca na siwym koniu. - Geralt - kiwn gow jedziec, mierzc go zimnym wzrokiem. - Interesujce spotkanie. Ale zacznijmy od rzeczy najwaniejszych. Gdzie jest Ciri? - Tu! - wrzasna dziewczynka skryta w listowiu. - Czy mog ju zej?

- Moesz - powiedzia wiedmin. - Ale nie wiem jak! - Tak samo jak wlaza, tylko odwrotnie. - Boj si! Jestem na samym czubku! - Za, mwi! Mamy ze sob do porozmawiania, moja panno! - Niby o czym? - Dlaczego, do cholery, wlaza tam, zamiast ucieka w las? Uciekbym za tob, nie musiabym... Ach, zaraza. Za! - Zrobiam jak kot w bajce! Cokolwiek zrobi, to zaraz le! Dlaczego, chciaabym wiedzie? - Ja te - powiedzia druid, zsiadajc z konia - chciabym to wiedzie. I twoja babka, krlowa Calanthe, te chciaaby to wiedzie. Dalej, za, ksiniczko. Z drzewa posypay si licie i suche gazki. Potem rozleg si ostry trzask rwanej tkaniny, a na koniec objawia si Ciri, zjedajca okrakiem po pniu. Zamiast kapturka przy kubraczku miaa malowniczy strzp. - Wuj Myszowr! - We wasnej osobie - druid obj, przytuli dziewczynk. - Babka ci przysaa? Wuju? Bardzo si martwi? - Nie bardzo - umiechn si Myszowr. - Zbyt zajta jest moczeniem rzeg. Droga do Cintry, Ciri, zajmie nam troch czasu. Powi go na wymylenie wyjanienia dla twoich uczynkw. Powinno to by, jeli zechcesz skorzysta z mojej rady, bardzo krtkie i rzeczowe wyjanienie. Takie, ktre mona wygosi bardzo, bardzo szybko. A i tak sdz, e kocwk przyjdzie ci wykrzycze, ksiniczko. Bardzo, bardzo gono. Ciri skrzywia si bolenie, zmarszczya nos, fukna z cicha, a donie odruchowo pobiegy jej w kierunku zagroonego miejsca. - Chodmy std - rzek Geralt, rozgldajc si. - Chodmy std, Myszowr. VIII - Nie - powiedzia druid. - Calanthe zmienia plany, nie yczy ju sobie maestwa Ciri z Kistrinem. Ma swoje powody. Dodatkowo, chyba nie musz ci wyjania, e po tej paskudnej aferze z pozorowanym napadem na kupcw krl Ervyll powanie straci w moich oczach, a moje oczy licz si w krlestwie. Nie, nawet nie zajrzymy do Nastroga. Zabieram ma prosto do Cintry. Jed z nami, Geralt.

- Po co? - wiedmin rzuci okiem na Ciri, drzemic pod drzewem, otulon kouchem Myszowora. - Dobrze wiesz, po co. To dziecko, Geralt, jest ci przeznaczone. Po raz trzeci, tak, po raz trzeci krzyuj si wasze drogi. W przenoni, oczywicie, zwaszcza jeeli chodzi o dwa poprzednie razy. Chyba nie nazwiesz tego przypadkiem? - Co za rnica, jak to nazw - wiedmin umiechn si krzywo. - Nie w nazwie rzecz, Myszowr. Po co mam jecha do Cintry? Byem ju w Cintrze, krzyowaem ju, jak to okrelie, drogi. I co z tego? - Geralt zadae wwczas przysigi od Calanthe, od Pavetty i jej ma. Przysiga jest dotrzymana. Ciri jest Niespodziank. Przeznaczenie da... - Abym zabra to dziecko i przerobi na wiedmina? Dziewczynk? Przyjrzyj mi si, Myszowr. Wyobraasz mnie sobie jako hoe dziewcz? - Do diaba z wiedmistwem - zdenerwowa si druid. - O czym ty w ogle mwisz? Co jedno ma z drugim wsplnego? Nie, Geralt, widz, e ty niczego nie rozumiesz, musz sign do prostych sw. Suchaj, kady dure, w tej liczbie i ty, moe zada przysigi, moe wymc obietnic, i nie stanie si przez to niezwyky. Niezwyke jest dziecko. I niezwyka jest wi, ktra powstaje, gdy dziecko si rodzi. Jeszcze janiej? Prosz bardzo, Geralt, od momentu narodzin Ciri przestao si liczy, czego ty chcesz i co planujesz, nie ma te adnego znaczenia, czego ty nie chcesz i z czego rezygnujesz. Ty si, cholera jasna, nie liczysz! Nie rozumiesz? - Nie krzycz, obudzisz j. Nasza niespodzianka pi. A gdy si obudzi... Myszowr, nawet z niezwykych rzeczy mona... Trzeba niekiedy rezygnowa. - Przecie wiesz - druid spojrza na niego zimno - e wasnego dziecka nie bdziesz mia nigdy. - Wiem. - I rezygnujesz? - Rezygnuj. Chyba mi wolno? - Wolno - rzek Myszowr. - A jake. Ale ryzykownie. Jest taka stara przepowiednia, mwica, e miecz przeznaczenia... - ...ma dwa ostrza - dokoczy Geralt. - Syszaem. - A, rb, jak uwaasz - druid odwrci gow, splun. - Pomyle, e gotw byem nadstawi za ciebie karku... - Ty? - Ja. W przeciwiestwie do ciebie ja wierz w przeznaczenie. I wiem, e niebezpiecznie jest igra z obosiecznym mieczem. Nie igraj, Geralt. Skorzystaj z szansy, jaka si nadarza. Zrb z tego,

co wie ci z Ciri, normaln, zdrow wi dziecka i opiekuna. Bo jeli nie... Wtedy ta wi moe objawi si inaczej. Straszniej. W sposb negatywny i destrukcyjny. Chc przed tym uchroni i ciebie, i j. Gdyby chcia j zabra, nie oponowabym. Wzibym na siebie ryzyko wytumaczenia Calanthe, dlaczego. - Skd wiesz, e Ciri chciaaby ze mn pj? Ze starych przepowiedni? - Nie - powiedzia powanie Myszowr. - Std, e usna dopiero wtedy, gdy j przytulie. e mruczy przez sen twoje imi i szuka rczk twojej rki. - Wystarczy - Geralt wsta - bo gotwem si wzruszy. Bywaj, brodaczu. Ukony dla Calanthe. A na uytek Ciri... Wymyl co. - Nie zdoasz uciec, Geralt. - Przed przeznaczeniem? - wiedmin docign poprg zdobycznego konia. - Nie - powiedzia druid, patrzc na pic dziewczynk. - Przed ni. Wiedmin pokiwa gow, wskoczy na siodo. Myszowr siedzia nieruchomo, grzebic patykiem w wygasajcym ognisku. Odjecha wolno, przez wrzosy, sigajce strzemion, po zboczu, wiodcym w dolin, ku czarnemu lasowi. - Geraaalt! Obejrza si. Ciri staa na szczycie wzgrza, maleka, szara figurka z rozwianymi, popielatymi wosami. - Nie odchod! Pomacha rk. - Nie odchod! - wrzasna cienko. - Nie odchooood! Musz, pomyla. Musz, Ciri. Dlatego, e... Ja zawsze odchodz. - Nie uda ci si i tak! - krzykna. - Nie myl sobie! Nie uciekniesz! Jestem twoim przeznaczeniem, syszysz? Nie ma przeznaczenia, pomyla. Nie istnieje. Jedyne, co jest przeznaczone wszystkim, jest mier. To mier jest drugim ostrzem obosiecznego miecza. Jednym jestem ja. A drugim jest mier, ktra idzie za mn krok w krok. Nie mog, nie wolno mi naraa ci, Ciri. - Jestem twoim przeznaczeniem! - dobiego go ze szczytu wzgrza, ciszej, rozpaczliwiej. Trci konia pit i ruszy przed siebie, zagbiajc si, jak w otcha, w czarny, zimny i podmoky las, w przyjazny, znajomy cie, w mrok, ktry zdawa si nie mie koca.

CO WICEJ
I Gdy na dylach mostu nagle zastukay kopyta, Yurga nawet nie unis gowy - zawy tylko z cicha, puci obrcz koa, z ktr si mocowa, i wpez pod wz tak szybko, jak tylko mg. Rozpaszczony, szorujc grzbietem o chropaw skorup nawozu i bota pokrywajc spodni stron wehikuu, skowyta urywanie i dygota ze strachu. Ko wolniutko zbliy si do wozu. Yurga widzia, jak delikatnie i ostronie stawia kopyta na przegniych, omszaych balach. - Wyjd - powiedzia niewidoczny jedziec. Yurga zadzwoni zbami i wtuli gow w ramiona. Ko prychn, tupn. - Spokojnie, Potka - powiedzia jedziec. Yurga usysza, e klepie wierzchowca po szyi. Wyjd stamtd, czowieku. Nie zrobi ci krzywdy. Kupiec absolutnie nie uwierzy w deklaracj nieznajomego. Jednak w gosie byo co, co uspakajao, jednoczenie intrygujc, pomimo i bynajmniej nie by to gos, ktrego brzmienie mogoby uchodzi za przyjemne. Yurga, mamrocc modlitwy do kilkunastu bstw naraz, wystawi ostronie gow spod wozu. Jedziec mia wosy biae jak mleko, cignite na czole skrzan opask i czarny, weniany paszcz spadajcy na zad klaczy kasztanki. Nie patrzy na Yurg. Pochylony na kubace przyglda si kou wozu, a po piast zapadnitemu pomidzy potrzaskane dyle mostu. Nagle unis gow, musn kupca spojrzeniem, z nieruchom twarz obserwowa zarola nad brzegami wwozu. Yurga wygramoli si na zewntrz, zamruga, otar nos doni, rozmazujc na twarzy dziegie z piasty koa. Jedziec utkwi w nim oczy, ciemne, zmruone, przenikliwe, ostre jak ocienie. Yurga milcza. - We dwu nie wycigniemy - powiedzia wreszcie nieznajomy, wskazujc na ugrznite koo. - Jechae sam? - Samotrze - wyjka Yurga. - Ze sugami, panie. Ale ucieky, gady... - Nie dziwi si - rzek jedziec, patrzc pod most, na dno wwozu. - Wcale si im nie dziwi. Uwaam, e powiniene zrobi to samo, co oni. Najwyszy czas. Yurga nie pody wzrokiem za spojrzeniem nieznajomego. Nie chcia patrze na stos czaszek, eber i piszczeli rozsianych wrd kamieni, wygldajcych spod opianw i pokrzyw porastajcych dno wyschnitej rzeczki. Ba si, e wystarczy jeszcze jednego spojrzenia,

ponownego widoku czarnych oczodow, wyszczerzonych zbw i popkanych gnatw, by wszystko w nim pko, by resztki rozpaczliwej odwagi ucieky z niego jak powietrze z rybiego pcherza. By popdzi gocicem pod gr, z powrotem, dawic si wrzaskiem, tak samo jak wonica i pachoek przed niespena godzin. - Na co czekasz? - spyta cicho jedziec, obracajc konia. - Na zmrok? Wtedy bdzie za pno. Oni przyjd po ciebie ledwo si ciemni. A moe i wczeniej. Jazda, wskakuj na konia, z tyu za mn. Zabierajmy si std obaj, i to jak najprdzej. - A wz, panie? - zawy penym gosem Yurga, nie bardzo wiedzc, ze strachu, rozpaczy czy wciekoci. - A towary? Cay rok pracy? Wolej mi zdechn! Nie zostawi! - Zdaje mi si, e nie wiesz jeszcze, dokd ci licho przygnao, przyjacielu - rzek spokojnie nieznajomy, wycigajc rk w kierunku potwornego cmentarzyska pod mostem. - Nie zostawisz wozu, powiadasz? ja ci mwi, e kiedy zapadnie mrok, nie uratuje ci nawet skarbiec krla Dezmoda, a co dopiero twj parszywy wz. Do diaba, co ci napado, by skraca drog przez to uroczysko? Nie wiesz, co tu si zalgo od czasu wojny? Yurga pokrci gow na znak, e nie wie. - Nie wiesz - pokiwa gow nieznajomy. - Ale to, co ley na dole, widziae? Trudno przecie nie zauway. To ci, ktrzy tdy skracali drog. A ty mwisz, e nie zostawisz wozu. A c to, ciekawo, masz na tym wozie? Yurga nie odpowiedzia, patrzc na jedca spode ba, stara si wybra pomidzy wersj pakuy a wersj stare gagany. Jedziec nie zdawa si by specjalnie zainteresowany odpowiedzi. Uspokaja kasztank gryzc wdzido i potrzsajc bem. - Panie... - wymamrota wreszcie kupiec. - Pomcie. Ratujcie. Do koca ycia wdziczno... Nie zostawiajcie... Co zechcecie, dam, czego tylko zadacie... Ratujcie, panie! Nieznajomy gwatownie odwrci gow ku niemu, wsparty oburcz na ku sioda. - Jak powiedziae? Yurga milcza, otworzywszy usta. - Dasz, czego zadam? Powtrz. Yurga zamlaska, zamkn usta i poaowa, ze nie ma brody, w ktr mgby sobie naplu. W gowie wirowao mu od fantastycznych przypuszcze co do nagrody, jakiej mgby zada dziwny przybysz. Wikszo, wliczajc w to rwnie i przywilej cotygodniowego uywania jego modej ony, Zotolitki, nie wygldaa jednak tak strasznie, jak perspektywa utraty wozu, a ju na pewno nie tak makabrycznie, jak moliwo spoczcia na dnie jaru jako jeszcze jeden pobielay szkielet. Kupiecka rutyna zmusia go do byskawicznych kalkulacji. Jedziec, cho nie przypomina zwykego oberwaca, wczgi czy marudera, jakich po wojnie peno byo na drogach, nie mg

te pod adnym pozorem by wielmo, komesem ani te jednym z tych dumnych rycerzykw, wysoko si cenicych i znajdujcych przyjemno w upieniu blinich ze skry. Yurga ocenia go na nie wicej ni dwadziecia sztuk zota. Handlowa natura powstrzymywaa go jednak przed wymienieniem ceny. Ograniczy si tedy do bekotania o dozgonnej wdzicznoci. - Pytaem - przypomnia spokojnie nieznajomy odczekawszy, a kupiec zamilknie. - Czy dasz mi to, czego zadam? Nie byo wyjcia. Yurga przekn lin, pochyli gow i pokiwa ni potwierdzajco. Nieznajomy, wbrew jego oczekiwaniom, nie zamia si zowieszczo, wprost przeciwnie, wcale nie wyglda na uradowanego tryumfem w negocjacjach. Pochyliwszy si w siodle, splun do jaru. - Co ja robi - powiedzia ponuro. - Co ja robi najlepszego... No c, dobra. Sprbuj wycign ci z tego, chocia nie wiem, czy nie skoczy si to fatalnie dla nas obydwu. A jeli si uda, ty w zamian... Yurga skurczy si, bliski paczu. - Dasz mi, to - wyrecytowa nagle szybko jedziec w czarnym paszczu - co w domu po powrocie zastaniesz, a czego si nie spodziewasz. Przyrzekasz? Yurga zajcza i szybko pokiwa gow. - Dobrze - skrzywi si nieznajomy. - A teraz odsu si. A najlepiej wa znowu pod wz. Soce zaraz zajdzie. Zeskoczy z konia, cign z ramion paszcz. Yurga zobaczy, ze nieznajomy nosi miecz na plecach, na pasie skonie przerzuconym przez pier. Mia niejasne odczucie, ze ju kiedy sysza o ludziach w podobny sposb noszcych bro. Czarna, skrzana, sigajca bioder kurtka z dugimi mankietami skrzcymi si od srebrnych wiekw mogaby wskazywa, e nieznajomy pochodzi z Novigradu lub okolic, ale moda na takie odzienie szeroko si ostatnio rozprzestrzenia, zwaszcza wrd miedziakw. Miedziakiem jednak nieznajomy nie by. Jedziec, cignwszy juki z wierzchowca, odwrci si. Na jego piersi koysa si na srebrnym acuszku okrgy medalion. Pod pach trzyma nieduy, okuty kuferek i poduny pakunek okrcony skrami i rzemieniem. - Jeszcze nie pod wozem? - spyta, podchodzc bliej. Yurga zobaczy, e na medalionie wyobraony jest wilczy eb z otwart, zbrojn kami paszcz. Nagle przypomnia sobie. - Wycie... Wiedmin? Panie? Nieznajomy wzruszy ramionami. - Zgade. Wiedmin. A teraz odejd. Na drug stron wozu. Nie wychod stamtd i bd cicho. Musz by przez chwil sam. Yurga usucha. Przykucn przy kole, otulajc si opocz. Nie chcia patrze, co robi nieznajomy z drugiej strony wozu, a tym bardziej na koci na dnie wwozu. Patrzy wic na swoje

buty i na zielone, gwiadziste kieki mchu porastajcego przegnie bale mostu. Wiedmin. Soce zachodzio. Usysza kroki. Nieznajomy wolno, bardzo wolno wyszed zza wozu, na rodek mostu. By odwrcony tyem - Yurga zobaczy, e miecz na jego plecach nie jest tym mieczem, ktry widzia poprzednio. Teraz bya to pikna bro - gowica, jelec i okucia pochwy byszczay jak gwiazdy, nawet w zapadajcym mroku odbijay wiato, chocia ju prawie nie byo wiata - zgasa nawet zotopurpurowa powiata, jeszcze niedawno wiszca nad lasem. - Panie... Nieznajomy odwrci gow. Yurga z trudem powstrzyma krzyk. Twarz obcego bya biaa - biaa i porowata jak ser odsczony i odwinity ze szmatki. A oczy... Bogowie, zawyo co w Yurdze. Oczy... - Za wz. Ju - wychrypia nieznajomy. To nie by gos, ktry Yurga sysza wczeniej. Kupiec poczu nagle, jak okropnie dolega mu peny pcherz. Nieznajomy odwrci si i wyszed dalej na most. Wiedmin. Ko przywizany do drabinki wozu parskn, zara, gucho zaomota kopytami o bale. Nad uchem Yurgi zabzycza komar. Kupiec nawet nie ruszy rk, by go odpdzi. Zabzycza nastpny. Cae chmary komarw bzyczay w zarolach po przeciwnej stronie jaru. Bzyczay. I wyy. Yurga, do blu zaciskajc zby, zorientowa si, ze to nie komary. Z mroku gstniejcego na zakrzaczonym zboczu wwozu wyoniy si mae, pokraczne sylwetki - nie wiksze ni cztery okcie, przeraajco chude, niczym kociotrupy. Weszy na most cudacznym, czaplim chodem, wysoko, ostrymi, gwatownymi ruchami unoszc gruzowate kolana. Oczy pod paskimi, pobruzdzonymi czoami poyskiway im to, w szerokich, abich paszczkach byskay biae, koczyste kieki. Zbliyy si, posykujc. Nieznajomy, nieruchomy jak posg porodku mostu, unis nagle praw do, dziwacznie skadajc palce. Potworne kary cofny si, zasyczay goniej, ale natychmiast znowu ruszyy do przodu, szybko, coraz szybciej, unoszc dugie, patykowate, szponiaste apy. Po dylach, z lewej, zgrzytny pazury, kolejny potworek wyskoczy nagle spod mostu, a pozostali runli naprzd w niesamowitych podskokach. Nieznajomy zakrci si w miejscu, bysn miecz wydobyty nie wiadomo kiedy. Gowa wdrapujcego si na most stwora wyleciaa na se w

gr, wlokc za sob warkocz krwi. Biaowosy skokiem wpad w grup innych, zawirowa, rbic szybko na lewo i prawo. Potwory, wymachujc apami i wyjc, rzuciy si na niego ze wszech stron, nie zwracajc uwagi na wietlist kling tnc niby brzytwa. Yurga skuli si przytulony do wozu. Co upado prosto pod jego nogi, obryzgujc go posok. Bya to duga, kocista apa, czteroszponiasta i uskowata jak kurza noga. Kupiec wrzasn. Poczu, jak co przemyka obok niego. Skurczy si, chcc zanurkowa pod wz, w tym samym momencie inne - co wyldowao mu na karku, a pazurzaste apska chwyciy go za skro i policzek. Zasoni oczy, ryczc i szarpic g}ow, zerwa si i rozkoysanym krokiem wytoczy na rodek mostu, potykajc si o lezce na balach trupy. Na mocie wrzaa walka - Yurga nie widzia nic oprcz wciekej kotowaniny, kbowiska, z ktrego raz po razie byska promie srebrnego ostrza. - Ratunkuuuuu! - zawy, czujc, jak ostre ky, przebijajc wojok kaptura, wpijaj mu si w potylic. - W d gow! Wcisn podbrdek w pier, owic okiem bysk klingi. Brzeszczot zawy w powietrzu, musn kaptur. Yurga usysza ohydne, mokre chrupnicie, po czym na plecy, jak z wiadra, buchna mu gorca ciecz. Upad na kolana cignity w d bezwadnym ju ciarem wiszcym u karku. Na jego oczach kolejne trzy potwory wyprysny spod mostu. Podskakujc niczym cudaczne pasikoniki, uczepiy si ud nieznajomego. Jeden, city krtko przez ropuszy pysk, podrepta wyprony i zwali si na bale. Drugi, uderzony samym kocem miecza, upad, tarzajc si w drgawkach. Pozostali obleli biaowosego niczym mrwki, zepchnli do krawdzi mostu. Kolejny wylecia z kbowiska wygity w ty, bryzgajcy krwi, rozdygotany i wyjcy. W tym momencie cay skotowany kb przetoczy si przez krawd i run do wwozu. Yurga upad, zakrywajc gow rkami. Spod mostu rozlegy si pene tryumfu wizgi potworw, przechodzce jednak raptownie w ryki blu, wrzaski, przerywane wistem klingi. Potem dobieg z ciemnoci grzechot kamieni i chrzst deptanych, miadonych szkieletw, potem znowu by wist opadajcego miecza i raptownie urwany, rozpaczliwy, mrocy krew w yach skrzek. A potem bya ju tylko cisza przerywana nagym krzykiem przestraszonego ptaka, w gbi lasu, wrd ogromnych drzew. Potem zamilk i ptak. Yurga przekn lin, unis gow, wsta z trudem. Nadal byo cicho, nie szeleciy nawet

licie, cay las zdawa si oniemiay ze zgrozy. Postrzpione chmury ciemniy niebo. - Hej... Odwrci si, odruchowo zasaniajc uniesionymi rkami. Wiedmin sta przed nim, nieruchomy, czarny, z byszczcym mieczem w nisko opuszczonej doni. Yurga spostrzeg, e stoi jako krzywo, e koni si w bok. - Panie, co wam? Wiedmin nie odpowiedzia. Zrobi krok, niezgrabnie i ciko, zataczajc lewym biodrem. Wycign rk, uchwyci si wozu. Yurga spostrzeg krew, byszczc i czarn, cieknc po dylach. - Rannicie, panie! Wiedmin nie odpowiedzia. Patrzc prosto w oczy kupca zawis nagle na pudle wozu i wolno osun si na most. II - Ostronie, pomau... Pod gow... Niech ktry podtrzyma mu gow! - Tu, tu, na wz! - Bogowie, wykrwawi si... Panie Yurga, krew ciecze przez opatrunek... - Nie gada! Jazda, poganiaj, Pokwit, ywo! Okryj go kouchem, Vell, nie widzisz, jak dygoce? - Moe wla mu troch gorzaki do gby? - Nieprzytomnemu? Icie zdumiae, Vell. Ale gorzak daj, mus mi si napi... Wy psy, oczajdusze, pode tchrze! eby tak zwia, eby ostawi samego! - Panie Yurga! On co mwi! - Co? Co mwi? - Eee, co niewyranie... Jakby imi czyje... - Jakie? - Yennefer... III - Gdzie... jestem? - Lecie, panie, nie ruszajcie si, bo si wszystko tam znowu podrze i popka. Do koci udo wam pogryzy te paskudy, moc krwi z was usza... Nie poznajecie mnie? Jam Yurga! To mniecie

na mocie zratowali, pomnicie? - Aha... - Spragnienicie? - Jak diabli... - Pijcie, panie, pijcie. Gorczka was trawi. - Yurga... Gdzie jestemy? - Wozem jedziemy. Nie mwcie nic, panie, nie ruszajcie si. Mus nam z lasw wychyn ku ludzkim sadybom. Trza nam znale kogo, kto si na leczeniu rozumie. Tego, comy wam na nodze zamotali, moe mao by. Krew nic tylko ciecze... - Yurga... - Tak, panie? - W moim kuferku... Flakon... Z zielonym lakiem. Zedrzyj piecz i daj mi... W jakiej czarce. Czark umyj dobrze, flakonw nie daj nikomu tkn... Jeli wam ycie mie... Prdko, Yurga. Psiakrew, jak ten wz trzsie... Flakon, Yurga... - Ju... Pijcie. - Dziki... Teraz uwaaj. Zaraz bd spa. Bd si rzuca i bredzi, potem lea jak nieywy. To nic, nie bj si... - Lecie, panie, bo rana si otworzy i ujdzie z was krew. Opad na skry, zatoczy gow, czu, jak kupiec okrywa go kouchem i derk mierdzc koskim potem. Wz trzs, kady wstrzs wciekym blem odzywa si w udzie i biodrze. Geralt zacisn zby. Nad sob widzia miliardy gwiazd. Tak blisko, e wydaje si, e wystarczy wycign rk. Tu nad gow, tu nad wierzchokami drzew.

Idc, wybiera drog tak, by trzyma si z dala od wiata, od blasku ognisk, by zawsze znajdowa si w strefie rozfalowanych cieni. Nie byo to atwe - stosy jodowych pni pony wszdzie dookoa, biy w niebo czerwon powiat przetykan byskami iskier, znaczyy ciemno janiejszymi proporcami dymu, trzaskay, wybuchay blaskiem spomidzy taczcych wok sylwetek. Geralt zatrzyma si, by przepuci toczcy si w jego stron rozszalay, blokujcy drog korowd, rozkrzyczany i dziki. Kto szarpn go za rami, usiujc wepchn w donie drewnian, ociekajc pian stgiewk. Odmwi, lekko, ale zdecydowanie odsun od siebie zataczajcego si mczyzn bryzgajcego naokoo piwem z dzieronego pod pach antaka. Nie chcia pi. Nie w tak noc jak ta. Nie opodal na rusztowaniu z brzozowych pni, grujcym nad ogromnym ogniskiem,

jasnowosy Majowy Krl w wianku i zgrzebnych portkach caowa rud Krlow Maja, obmacujc jej piersi przez cienkie, przepocone giezo. Monarcha by bardziej ni lekko pijany, chwia si, utrzymywa rwnowag obejmujc plecy Krlowej, przyciskajc do nich pi zacinit na kuflu piwa. Krlowa, rwnie niezbyt trzewa, w wianku zsunitym na oczy, obejmowaa Krla za szyj i przebieraa nogami. Tum taczy pod rusztowaniem, piewa, wrzeszcza, potrzsa erdziami omotanymi girlandami zieleni i kwiecia. - Belleteyn! - krzykna prosto w ucho Geralta moda, niewysoka dziewczyna. Cignc go za rkaw, zmusia do obrcenia si wrd otaczajcego ich korowodu. Zaplsaa obok, furkocc spdnic i powiewajc wosami penymi kwiatw. Pozwoli, by zakrcia nim w tacu, zawirowa, zwinnie schodzc z drogi innym parom. - Belleteyn! Noc Majowa! Obok nich szarpanina, pisk, nerwowy miech kolejnej dziewczyny pozorujcej walk i opr, niesionej przez chopaka w ciemno, poza krg wiata. Korowd, pohukujc, zwin si wem pomidzy ponce stosy. Kto potkn si, upad, rozrywajc acuch rk, rozszarpujc orszak na mniejsze grupki. Dziewczyna, patrzc na Geralta spod dekorujcych jej czoo lici, zbliya si, przywara do niego gwatownie, opasujc ramionami, dyszc. Chwyci j brutalniej ni zamierza, na doniach przycinitych do jej plecw czu gorc wilgo jej ciaa wyczuwaln przez cienki len. Uniosa gow. Oczy miaa zamknite, zby byskay spod uniesionej, skrzywionej grnej wargi. Pachniaa potem i tatarakiem, dymem i podaniem. Czemu nie, pomyla, mnc doni jej sukienk i plecy, cieszc si mokrym, parujcym ciepem na palcach. Dziewczyna nie bya w jego typie - bya zbyt maa, zbyt pulchna - czu pod doni miejsce, gdzie przyciasny stan sukienki wrzyna si w ciao, dzieli plecy na dwie wyranie wyczuwalne krgoci, w miejscu, gdzie nie powinno si ich wyczuwa. Dlaczego nie, pomyla, przecie w tak noc... To nie ma znaczenia. Belleteyn... Ognie a po horyzont. Belleteyn, Noc Majowa. Najbliszy stos z trzaskiem poar rzucone mu suche, rozczapierzone chojaki, trysn zot jasnoci, wiatem zalewajcym wszystko. Dziewczyna otworzya oczy, patrzc w gr, na jego twarz. Usysza, jak gono wciga powietrze, poczu, jak si wypra, jak gwatownie wpiera donie w jego pier. Puci j natychmiast. Zawahaa si. Odchylajc tuw na dugo lekko wyprostowanych ramion nie odrywaa bioder od jego uda. Opucia gow, potem cofna donie, odsuna si, patrzc w bok. Stali chwil nieruchomo, dopki zawracajcy korowd nie wpad na nich znowu, nie zachwia, nie roztrci. Dziewczyna szybko odwrcia si, ucieka, niezgrabnie usiujc doczy do

taczcych. Obejrzaa si. Tylko raz. Belleteyn... Co ja tu robi? W mroku zalnia gwiazda, zaskrzya si, przykua wzrok. Medalion na szyi wiedmina drgn. Geralt odruchowo rozszerzy renice, bez wysiku przebi wzrokiem ciemno. Kobieta nie bya wieniaczk. Wieniaczki nie nosiy czarnych, aksamitnych paszczy. Wieniaczki, niesione lub cignite przez mczyzn w zarola, krzyczay, chichotay, trzepotay i pryy si jak pstrgi wytargiwane z wody. adna z nich nie sprawiaa wraenia, e to ona prowadzi w mrok wysokiego, jasnowosego chopaka w rozchestanej koszuli. Wieniaczki nigdy nie nosiy na szyjach aksamitek i wysadzanych diamentami gwiazd z obsydianu. - Yennefer. Rozszerzone nagle, fiokowe oczy ponce w bladej, trjktnej twarzy. - Geralt... Pucia do jasnowosego cherubina o piersi poyskujcej od potu jak miedziana blacha. Chopak zachwia si, zatoczy, upad na kolana, wodzi gow, rozglda si, mruga. Wsta powoli, powid po nich nie rozumiejcym, zakopotanym spojrzeniem, po czym chwiejnym krokiem odszed w stron ognisk. Czarodziejka nawet nie spojrzaa za nim. Patrzya bacznie na wiedmina, a jej rka zacisna si mocno na brzegu paszcza. - Mio ci znowu widzie - powiedzia swobodnie. Natychmiast wyczu, jak spada napicie stae midzy nimi. - I owszem - umiechna si. Zdawao mu si, ze byo w tym umiechu co wymuszonego, ale nie by pewien. - Cakiem mia niespodzianka, nie zaprzeczam. Co tu robisz, Geralt? Ach... Przepraszam, wybacz niezrczno. Oczywicie, robisz tu to samo, co ja. Przecie to Belleteyn. Tyle ze mnie zapae, e tak powiem, na gorcym uczynku. - Przeszkodziem ci. - Przeyj - zamiaa si. - Noc trwa. Zechc, zaurocz drugiego. - Szkoda, ze ja tak nie potrafi - powiedzia, z wielkim trudem udajc obojtno. - Wanie jedna zobaczya w wietle moje oczy i ucieka. - Nad ranem - powiedziaa, umiechajc si coraz bardziej sztucznie - gdy si porzdnie rozszalej, nie bd zwraca uwagi. Jeszcze sobie jak znajdziesz, zobaczysz... - Yen... - dalsze sowa uwizy mu w gardle. Patrzyli na siebie, dugo, bardzo dugo, a czerwony odblask ognia igra na ich twarzach. Yennefer westchna nagle, zakrywajc oczy rzsami.

- Geralt, nie. Nie zaczynajmy... - To Belleteyn - przerwa. - Zapomniaa? Zbliya si powoli, pooya mu donie na ramionach, powoli i ostronie przytulia si do niego, dotkna czoem piersi. Gaska jej kruczoczarne wosy rozsypane lokami krtymi jak we. - Wierz mi - szepna, unoszc gow. - Nie zastanawiaabym si ani chwili, gdyby w gr wchodzio tylko... Ale to nie ma sensu. Wszystko zacznie si na nowo i skoczy tak, jak poprzednio. To nie ma sensu, ebymy... - Czy wszystko musi mie sens? To Belleteyn. - Belleteyn - odwrcia gow. - I co z tego? Przycigno nas co do tych ognisk, do tych rozbawionych ludzi. Mielimy zamiar taczy, szale, zamroczy si z lekka i skorzysta z panujcej tu dorocznej swobody obyczajw, nieodcznie zwizanej ze witem powtarzajcego si cyklu natury. I prosz, wpadamy prosto na siebie po... Ile to mino od... Rok? - Rok, dwa miesice i osiemnacie dni. - Wzruszasz mnie. Celowo? - Celowo. Yen... - Geralt - przerwaa mu, odsuwajc si nagle, podrzucajc gow. - Postawmy spraw jasno. Nie chc. Kiwn gow na znak, e sprawa postawiona jest dostatecznie jasno. Yennefer odrzucia paszcz na rami. Pod paszczem miaa bardzo cienk, bia koszul i czarn spdnic cignit paskiem ze srebrnych ogniwek. - Nie chc - powtrzya - znowu zaczyna. A myl o zrobieniu z tob tego... co miaam zamiar zrobi z tamtym blondaskiem... Wedug takich samych regu... Ta myl, Geralt, wydaje mi si jaka nieadna. Uwaczajca tobie i mnie. Rozumiesz? Ponownie kiwn gow. Popatrzya na niego spod opuszczonych rzs. - Nie odchodzisz? - Nie. Milczaa chwil, niespokojnie poruszya ramionami. - Jeste zy? - Nie. - No, to chod, usidmy gdzie, dalej od tego zgieku, porozmawiajmy chwil. Bo, widzisz, ciesz si z tego spotkania. Naprawd. Posiedmy chwil razem. Dobrze? - Dobrze, Yen. Odeszli w mrok, dalej na wrzosowisko, ku czarnej cianie lasu, omijajc posplatane w

uciskach pary. By znale miejsce tylko dla siebie, musieli odej daleko. Suchy pagrek zaznaczony krzakiem jaowca, smukym jak cyprys. Czarodziejka rozpia brosz paszcza, strzepna nim, rozesaa na ziemi. Usiad obok niej. Bardzo chcia j obj, ale przez przekor nie zrobi tego. Yennefer poprawia gboko rozpit koszul, popatrzya na niego przenikliwie, westchna i obja go. Mg si spodziewa. Aby czyta myli, musiaa si wysila, ale intencje wyczuwaa odruchowo. Milczeli. - Ech, cholera - powiedziaa nagle, odsuwajc si. Uniosa rk, wykrzyczaa zaklcie. Nad ich gowami wyfruny czerwone i zielone kule, rozrywajc si wysoko w powietrzu, tworzc kolorowe, pierzaste kwiaty. Od strony ognisk przypyny miechy i radosne okrzyki. - Belleteyn - powiedziaa gorzko. - Noc Majowa... Cykl si powtarza. Niech si bawi... jeeli mog. W okolicy byli jeszcze inni czarodzieje. Z oddali strzeliy w niebo trzy pomaraczowe byskawice, a z drugiej strony, spod lasu, eksplodowa istny gejzer tczowych, wirujcych meteorw. Ludzie przy ogniskach ochnli gono z podziwu, zakrzyczeli. Geralt, spity, gadzi loki Yennefer, wdycha zapach bzu i agrestu, jaki wydzielay. Jeli zbyt mocno bd jej pragn, pomyla, wyczuje to i zrazi si. Nastroszy si, zjey i odepchnie mnie. Zapytam spokojnie, co u niej sycha... - Nic u mnie nie sycha - powiedziaa, a w jej gosie co zadrao. - Nic, o czym warto by opowiada. - Nie rb mi tego, Yen. Nie czytaj mnie. To mnie peszy. - Wybacz. To odruch. A u ciebie, Geralt, co nowego? - Nic. Nic, o czym warto by opowiada. Milczeli. - Belleteyn! - warkna nagle, poczu, jak teje i pry si jej rami, przycinite do jego piersi. - Bawi si. wituj odwieczny cykl odradzajcej si natury. A my? Co my tu robimy? My, relikty, skazane na wymarcie, na zagad i niepami? Natura si odradza, cykl si powtarza. Ale nie my, Geralt. My nie moemy si powtarza. Pozbawiono nas tej moliwoci. Dano nam zdolno robienia z natur rzeczy niezwykych, niekiedy wrcz sprzecznych z ni. A jednoczenie zabrano nam to, co w naturze jest najprostsze i najnaturalniejsze. C z tego, ze yjemy duej ni oni? Po naszej zimie nie bdzie wiosny, nie odrodzimy si, to, co si koczy, skoczy si wraz z nami. Ale i ciebie, i mnie cignie do tych ognisk, chocia nasza obecno tutaj to zoliwa i bluniercza drwina z tego wita. Milcza. Nie lubi, gdy popadaa w taki nastrj, ktrego rdo zna a za dobrze. Znowu, pomyla, znowu zaczyna j to drczy. By czas, gdy wydawao si, ze zapomniaa, ze pogodzia

si jak inne. Obj j, przytuli, koysa leciutko jak dziecko. Pozwolia. Nie zdziwi si Wiedzia, e tego potrzebuje. - Wiesz, Geralt - powiedziaa nagle, ju spokojna. - Najbardziej brakowao mi twojego milczenia. Dotkn ustami jej wosw, ucha. Pragn ci, Yen, pomyla, pragn ci, przecie wiesz. Przecie wiesz o tym, Yen. - Wiem - szepna. - Yen... Westchna znowu. - Tylko dzi - powiedziaa, patrzc na niego szeroko rozwartymi oczami. - Tylko ta noc, ktra zaraz przeminie. Niech to bdzie nasze Belleteyn. Rano si rozstaniemy. Prosz, nie licz na wicej, nie mog, nie mogabym... Wybacz. Jeli ci uraziam, pocauj mnie i odejd. - Jeli ci pocauj, nie odejd. - Liczyam na to. Przechylia gow. Dotkn ustami jej rozchylonych warg. Ostronie. Najpierw grnej, potem dolnej. Wplta palce w krte loki, dotkn jej ucha, jej brylantowego kolczyka, jej szyi. Yennefer, oddajc pocaunek, przywara do niego, a jej zrczne palce szybko i pewnie radziy sobie ze sprzczkami jego kurtki. Opada na wznak na paszcz rozpostarty na mikkim mchu. Przycisn usta do jej piersi, poczu, jak sutka twardnieje i zaznacza si pod cieniutk tkanin koszuli. Oddychaa niespokojnie. - Yen... - Nic nie mw... Prosz... Dotyk jej nagiej, gadkiej, chodnej skry elektryzujcy palce i wntrze doni. Dreszcz wzdu plecw ukutych jej paznokciami. Od strony ognisk krzyk, piew, gwizd, daleka, odlega kurzawa iskier w purpurowym dymie. Pieszczota i dotknicie. Jej. Jego. Dreszcz. I niecierpliwo. Posuwiste dotknicie jej smukych ud, obejmujcych biodra, zwierajcych si jak klamra. Belleteyn! Oddech, poszarpany na westchnienia. Byski pod powiekami, zapach bzu i agrestu. Majowa Krlowa i Majowy Krl? Bluniercza drwina? Niepami? Belleteyn! Noc Majowa! Jk. Jej? Jego? Czarne loki na oczach, na ustach. Splecione palce rozedrganych doni. Krzyk. Jej? Czarne rzsy. Mokre. Jk. Jego? Cisza. Caa wieczno w ciszy. Belleteyn... Ognie a po horyzont... - Yen?

- Och, Geralt... - Yen... Ty paczesz? - Nie! - Yen... - Obiecywaam sobie... Obiecywaam... - Nic nie mw. Nie trzeba. Nie zimno ci? - Zimno. - A teraz? - Cieplej. Niebo janiao w zastraszajcym tempie, czarna ciana lasu wyostrzya kontury, wyonia z bezksztatnego mroku wyran, zbat lini wierzchokw drzew. Wypezajca zza niej bkitna zapowied witu rozlaa si wzdu horyzontu, gaszc lampki gwiazd. Zrobio si chodniej. Przytuli j mocniej, okry paszczem. - Geralt? - Mhm? - Bdzie wita. - Wiem. - Skrzywdziam ci? - Troch. - Zacznie si na nowo? - Nigdy si nie skoczyo. - Prosz ci... Sprawiasz, e czuj si... - Nic nie mw. Wszystko jest dobrze. Zapach dymu pocego si wrd wrzosw. Zapach bzu i agrestu. - Geralt? - Tak? - Pamitasz nasze spotkanie w Pustulskich Grach? I tego zotego smoka... Jak on si nazywa? - Trzy Kawki. Pamitam. - Powiedzia nam... - Pamitam, Yen. Pocaowaa go w miejsce, gdzie szyja przechodzia w obojczyk, potem wcisna tam gow, askoczc wosami. - Jestemy stworzeni dla siebie - szepna. - Moe przeznaczeni sobie? Ale przecie nic z

tego nie bdzie. Szkoda, ale gdy nastanie wit, rozstaniemy si. Nie moe by inaczej. Musimy si rozsta, by si wzajemnie nie skrzywdzi. My, przeznaczeni sobie. Stworzeni dla siebie. Szkoda. Ten lub ci, ktrzy tworzyli nas dla siebie, powinni zadba o co wicej. Samo przeznaczenie nie wystarcza, to zbyt mao. Trzeba czego wicej. Wybacz mi. Musiaam ci to powiedzie. - Wiem. - Wiedziaam, ze nie miao sensu, bymy si kochali. - Mylia si. Miao. Mimo wszystko. - Jed do Cintry, Geralt. - Co? - Jed do Cintry. Jed tam i tym razem nie rezygnuj. Nie rb tego, co wtedy... Gdy tam bye... - Skd wiesz? - Wiem o tobie wszystko. Zapomniae? Jed do Cintry, jed tam jak najprdzej. Nadchodz ze czasy, Geralt. Bardzo ze. Musisz zdy... - Yen... - Nic nie mw, prosz. Chodniej. Coraz chodniej. I coraz janiej. - Nie odchod jeszcze. Zaczekajmy do witu... - Zaczekajmy. IV - Nie ruszajcie si, panie. Trzeba mi zmieni wam opatrunek, bo rana mae si, a noga wam okropnie puchnie. Bogowie, paskudnie to wyglda... Trzeba co prdzej medyka znale... - Chdoy medyka - stkn wiedmin. - Dawaj tu mj kuferek, Yurga. O, ten flakon. Lej, prosto na ran. O, jasna cholera!!! Nic, nic, lej jeszcze... Ooooch!!! Dobra. Zawi grubo i nakryj mnie... - Puchnie, panie, cae udo. I gorczka was trawi... - Chdoy gorczk. Yurga? - Tak, panie? - Zapomniaem ci podzikowa... - Nie wam, panie, dzikowa, ale mnie. To wy mnie yciecie zratowali, w mojej obronie ponielicie uszczerbek. A ja? Co ja takiego uczyniem? Ze czeka rannego, bez czucia, opatrzyem, na wz pokadem, nie daem szczezn? To zwyka rzecz, panie wiedmin.

- Nie taka znowu zwyka, Yurga. Zostawiano mnie ju... w podobnych sytuacjach... Jak psa... Kupiec, opuciwszy gow, pomilcza. - Ano, c, paskudny otacza nas wiat - mrukn wreszcie - Ale to nie powd, bymy wszyscy paskudnieli. Dobra nam trzeba. Tego mnie uczy mj ojciec i tego ja moich synw ucz. Wiedmin milcza, obserwowa gazie drzew wiszce nad drog, przesuwajce si w miar ruchu wozu. Udo ttnio. Nie czu blu. - Gdzie jestemy? - Przeszlimy brodem rzek Trav, juemy w Miechuskich Lasach. To ju nie Temeria, a Sodden. Przespalicie granic, gdy celnicy na wozie buszowali. Powiem wam zasi, ze dziwowali si wam bardzo. Ale starszy nad nimi zna was, bez zwoki przepuci kaza. - Zna mnie? - Ano, niechybnie. Geraltem was nazwa. Tak rzek - Geralt z Rivii. To wasze miano? - Moje... - Obieca w celnik pchn kogo z wieci, e medyk potrzebny. A daem mu jeszcze cosik w rk, coby nie zapomnia. - Dzikuj ci, Yurga. - Nie, panie wiedmin. Jakem ju mwi, to ja wam dzikuj. I nie tylko. Jeszczem wam co winien. Umawialimy si... Co wam, panie? Sabo wam? - Yurga... Flakon z zielon pieczci... - Panie... Znowu bdziecie... Takecie wtedy strasznie krzyczeli przez sen... - Musz, Yurga... - Wasza wola. Czekajcie, wraz w czark wlej... Na bogw, medyka trzeba, co prdzej, bo inaczej... Wiedmin odwrci gow. Sysza krzyki dzieci, bawicych si w wyschnitej, wewntrznej fosie otaczajcej zamkowe ogrody. Byo ich okoo dziesiciu. Smarkacze czynili dranicy uszy harmider, przekrzykujc si nawzajem cienkimi, podnieconymi, amicymi si w falset gosami. Biegali dnem fosy tam i z powrotem, przypominali stadko szybkich rybek, byskawicznie i nieoczekiwanie zmieniajcych kierunek, ale zawsze trzymajcych si razem. Jak zwykle, w lad za rozjazgotanymi, chudymi jak strachy na wrble starszymi chopcami bieg zdyszany malec, w aden sposb nie mogcy nady. - Sporo ich - zauway wiedmin. Myszowr umiechn si kwano, tarmoszc brod, wzruszy ramionami. - Ano, sporo. - A ktry z nich... Ktry z tych chopcw jest t synn Niespodziank? Druid odwrci wzrok.

- Nie wolno mi, Geralt... - Calanthe? - Oczywicie. Chyba si nie udzie, e ona odda ci dzieciaka tak atwo? Poznae j przecie. To kobieta z elaza. Powiem ci o czym, o czym nie powinienem mwi, w nadziei, e zrozumiesz. Licz te, e nie zdradzisz mnie przed ni. - Mw. - Gdy dziecko si urodzio, sze lat temu, wezwaa mnie i rozkazaa, bym ci odszuka. I zabi. - Odmwie. - Calanthe si nie odmawia - rzek powanie Myszowr, patrzc mu prosto w oczy. - Byem gotw do drogi, gdy wezwaa mnie powtrnie. I odwoaa rozkaz, bez sowa komentarza. Bd ostrony, gdy bdziesz z ni rozmawia. - Bd. Myszowr, powiedz, jak to si stao z Duny'm i Pavett? - Pynli ze Skellige do Cintry. Zaskoczy ich sztorm. Ze statku nie odnaleziono nawet szczap. Geralt... To, e dzieciaka nie byo wtedy z nimi, to piorusko dziwna sprawa. Niewytumaczalna. Mieli je zabra ze sob na korab, w ostatniej chwili nie zabrali. Nikt nie wie, co byo powodem, Pavett nigdy nie rozstawaa si z... - Jak Calanthe to zniosa? - A jak mylisz? - Rozumiem. Haakujc jak banda goblinw, chopcy wdarli si w gr i przemknli obok nich. Geralt spostrzeg, e niedaleko od czoa rozmigotanego stadka pdzi dziewczynka, rwnie chuda i rozwrzeszczana jak chopcy, tyle e powiewajca jasnym warkoczem. Z dzikim wyciem gromadka sypna si znowu w d po urwistym zboczu fosy, przynajmniej poowa, wliczajc dziewczynk, zjechaa na zadkach. Najmniejszy, wci nie mogcy nady, przewrci si, sturla, ju na dole rozpaka gono, ciskajc stuczone kolano. Inni chopcy otoczyli go, drwic i wymiewajc, po czym pognali dalej. Dziewczynka uklka przy malcu, obja go, ocieraa zy, rozmazujc na wykrzywionej buzi kurz i brud. - Chodmy, Geralt. Krlowa czeka. - Chodmy, Myszowr. Calanilio siedziaa na duej aweczce z oparciem zawieszonej na acuchach na konarze ogromnej lipy. Zdawaa si drzema, ale przeczy temu krtki ruch nogi, od czasu do czasu wprawiajcy hutawk w ruch. Byy z ni trzy mode kobiety. Jedna siedziaa na trawie obok hutawki, jej rozpostarta suknia bielaa na zieleni jak poa niegu. Dwie inne, nie opodal,

szczebiotay, ostronie rozgarniajc gazie na krzakach malin. - Pani - Myszowr skoni si. Krlowa uniosa gow. Geralt przyklkn. - Wiedmin - powiedziaa sucho. Jak dawniej ozdabiaa si szmaragdami pasujcymi do zielonej sukni. I do koloru oczu. Jak dawniej, nosia wsk, zot obrcz na popielatoszarych wosach. Ale donie, ktre zapamita biae i wskie, byy mniej wskie. Przytya. - Bd pozdrowiona, Calanthe z Cintry. - Witaj, Geralcie z Rivii. Wsta. Czekaam na ciebie. Myszowr, przyjacielu, odprowad panny do zamku. - Na rozkaz, krlowo. Zostali sami. - Sze lat - odezwaa si Calanthe bez umiechu. - Jeste przeraajco punktualny, wiedminie. Nie skomentowa. - Byway chwile, co ja mwi, byway lata, kiedy udziam si, e zapomnisz. Wzgldnie, e inne powody nie pozwol ci przyjecha. Nie, nieszczcia w zasadzie ci nie yczyam, ale musiaam wszak bra pod uwag niezbyt bezpieczny charakter twojego zawodu. Mwi, e mier idzie za tob krok w krok, Geralcie z Rivii, ale ty nigdy nie ogldasz si za siebie. A pniej... Gdy Pavetta... Wiesz ju? - Wiem - Geralt schyli gow. - Wspczuj z tob caym sercem... - Nie - przerwaa. - To byo dawno. Ju nie nosz aoby, jak widzisz. Nosiam dostatecznie dugo. Pavetta i Duny... Przeznaczeni sobie. Do koca. I jak tu nie wierzy w moc przeznaczenia? Milczeli oboje. Calanthe poruszya nog, znowu wprawia hutawk w ruch. - I oto wrci wiedmin po szeciu umwionych latach - powiedziaa powoli, a na jej ustach wykwit dziwny umiech. - Wrci i zada wypenienia przysigi. Jak mylisz, Geralt, chyba w taki wanie sposb bd o naszym spotkaniu opowiada bajarze, gdy sto lat przeminie? Ja myl, e wanie tak. Tyle e zapewne podbarwi opowie, uderz w czue struny, zagraj na emocjach. Tak, oni to umiej. Mog to sobie wyobrazi. Posuchaj, prosz. I rzek okrutny wiedmin: Spenij przyrzeczenie, krlowo, albo spadnie na ciebie ma kltwa. A krlowa, zalawszy si zami, pada przed wiedminem na kolana, krzyczc: Litoci! Nie zabieraj mi tego dziecka! Zostao mi ju tylko ono! - Calanthe... - Nie przerywaj mi - rzeka ostro. - Opowiadam bajk, nie zauwaye? Suchaj dalej. Zy, okrutny wiedmin zatupa nogami, zamacha rkami i krzykn: Strze si, wiaroomczyni, strze si zemsty losu. Jeli nie dotrzymasz przysigi, nie minie ci kara. A krlowa odrzeka:

Dobrze wic, wiedminie. Niechaj bdzie tak, jak zechce los. O, tam, spjrz, tam igra dziesicioro dzieci. Poznasz, ktre wrd nich jest tobie przeznaczone, wemiesz je jak swoje i zostawisz mnie z pknitym sercem. Wiedmin milcza. - W bajce - umiech Calanthe stawa si coraz bardziej nieadny - krlowa, jak sobie wyobraam, pozwoliaby wiedminowi odgadywa trzykrotnie. Ale my ju nie jestemy w bajce, Geralt. Jestemy tu naprawd, ty i ja, i nasz problem. I nasze przeznaczenie. To nie ba, to ycie. Parszywe, ze, cikie, nie szczdzce pomyek, krzywd, alu, rozczarowa i nieszcz, nie szczdzce ich nikomu, ani wiedminom, ani krlowym. I dlatego, Geralcie z Rivii, bdziesz odgadywa tylko raz. Wiedmin milcza nadal. - Tylko jeden, jedyny raz - powtrzya Calanthe. -Ale, jak mwiam, to nie ba, ale ycie, ktre sami musimy zapenia sobie momentami szczcia, bo na los i jego umiechy liczy, jak wiesz, nie mona. Dlatego, niezalenie od wyniku zgadywania, nie odjedziesz std z niczym. Zabierzesz jedno dziecko. To, na ktre padnie twj wybr. Dziecko, z ktrego zrobisz wiedmina. O ile to dziecko wytrzyma Prb Traw, rzecz jasna. Geralt gwatownie unis gow. Krlowa umiechna si. Zna ten umiech, paskudny i zy, pogardliwy przez to, e nie kryjcy sztucznoci. - Zdziwie si - stwierdzia fakt. - C, troch postudiowaam. Poniewa dziecko Pavetty ma szans zosta wiedminem, zadaam sobie ten trud. Moje rda, Geralt, milcz jednak co do faktu, ile dzieci na dziesi wytrzymuje Prb Traw. Czy nie zechciaby zaspokoi mojej ciekawoci w tym wzgldzie? - Krlowo - Geralt odchrzkn. - Zadaa sobie zapewne dostatecznie wiele trudu studiujc, by wiedzie, e kodeks i przysiga zabraniaj mi nawet wypowiada t nazw, a c dopiero dyskutowa o niej. Calanthe zatrzymaa gwatownie hutawk, wrywszy si obcasem w ziemi. - Troje, najwyej czworo na dziesi - powiedziaa, kiwajc gow w udawanym zamyleniu. - Ostra selekcja, bardzo ostra, powiedziaabym, i to na kadym etapie. Najpierw Wybr, potem Prby. A potem Zmiany. Ilu wyrostkw dostaje w kocu medaliony i srebrne miecze? Jeden na dziesiciu? Jeden na dwudziestu? Wiedmin milcza. - Rozmylaam nad tym dugo - cigna Calanthe, ju bez umiechu. - I doszam do wniosku, e selekcja dzieciakw na etapie Wyboru ma znikome znaczenie. C to wreszcie za rnica, Geralt, co to za dziecko umrze lub zwariuje nafaszerowane narkotykami? C za rnica,

czyj mzg rozerwie si od majacze, czyje oczy pkn i wypyn, miast sta si oczami kota? C za rnica, czy we wasnej krwi i rzygowinach skona dziecko rzeczywicie wskazane przeznaczeniem^ czy dziecko zupenie przypadkowe? Odpowiedz mi. Wiedmin splt rce na piersi, by opanowa ich drenie. - Po co? - spyta. - Oczekujesz odpowiedzi? - Prawda, nie oczekuj - krlowa znowu si umiechna. - Jak zawsze, jeste bezbdny we wnioskach. Kto wie, moe jednak nie oczekujc odpowiedzi, zechciaabym askawie powici nieco uwagi twoim dobrowolnym i szczerym sowom? Sowom, ktre, kto wie, moe zechciaby z siebie wyrzuci, a wraz z nimi to, co tamsi ci dusz? Ale jeli nie, trudno. Daleje, wemy si do dziea, trzeba dostarczy bajarzom materiau. Idziemy wybiera dziecko, wiedminie. - Calanthe - powiedzia, patrzc jej w oczy. - Nie warto przejmowa si bajarzami, jeli nie stanie im materiau, i tak co wymyl. A majc do dyspozycji autentyczny materia, wykolawi go. Jak susznie zauwaya, to nie ba, to ycie. Parszywe i ze. A zatem, do cholery i zarazy, przeyjmy je w miar przyzwoicie i dobrze. Ograniczmy ilo czynionych innym krzywd do niezbdnego minimum. W bajce, i owszem, krlowa musi baga wiedmina, a wiedmin da swego i tupa nogami. W yciu krlowa moe po prostu powiedzie: Nie zabieraj dziecka, prosz. A wiedmin odpowie: Skoro prosisz, nie zabior. I odjedzie w kierunku zachodzcego soca. Samo ycie. Ale za takie zakoczenie bani bajarz nie dostaby od suchaczy grosika, najwyej kopniaka w rzy. Bo nudne. Calanthe przestaa si umiecha, w jej oczach migno co, co ju kiedy widzia. - e niby co? - zasyczaa. - Nie gomy si dookoa krzaka, Calanthe. Wiesz, co mam na myli. Jak tu przyjechaem, tak odjad. Mam wybiera dziecko? A po co mi ono? Mylisz, e a tak mi na nim zaley? e jechaem tu, do Cintry, gnany obsesj odebrania ci wnuka? Nie, Calanthe. Chciaem, by moe, spojrze na to dziecko, spojrze w oczy przeznaczeniu... Bo sam nie wiem... Ale nie bj si. Nie zabior go, wystarczy, e poprosisz... Calanthe zerwaa si z aweczki, w jej oczach rozgorza zielony ogie. - Prosi? - sykna wciekle. - Ciebie? Ba? Ja miaabym si ciebie ba, przeklty czarowniku? Omielasz si ciska mi w twarz twoj pogardliw lito? Ly mnie twoim wspczuciem? Zarzuca mi tchrzostwo, kwestionowa moj wol? Rozzuchwaliam ci poufaoci! Strze si! Wiedmin zdecydowa si nie wzrusza ramionami, dochodzc do wniosku, e bezpieczniej przyklkn i schyli gow. Nie myli si.

- No - syczaa Calanthe, stojc nad nim. Rce miaa opuszczone, donie zacinite w pici, najeone piercieniami. - No, nareszcie. To jest prawidowa pozycja. Z takiej pozycji odpowiada si krlowej, jeli krlowa zada ci pytanie. A jeli nie bdzie to pytanie, lecz rozkaz, to jeszcze niej pochylisz gow i pjdziesz go wykona, bez chwili zwoki. Zrozumiae? - Tak, krlowo. - Doskonale. Wsta. Wsta. Spojrzaa na niego, zagryza wargi. - Bardzo ci urazi mj wybuch? Mwi o formie, nie o treci. - Nie bardzo. - Dobrze. Postaram si ju nie wybucha. A zatem, jak mwiam, tam w fosie, bawi si dziesicioro dzieciakw. Wybierzesz jednego, ktry wyda ci si najodpowiedniejszy, zabierzesz go, i, na bogw, zrobisz z niego wiedmina, bo tak chce przeznaczenie. A jeli nie przeznaczenie, to wiedz, e ja tak chc. Spojrza jej w oczy, skoni si nisko. - Krlowo - powiedzia. - Sze lat temu udowodniem ci, e s rzeczy silniejsze od krlewskiej woli. Na bogw, jeli takowi istniej, udowodni ci to jeszcze raz. Nie zmusisz mnie do dokonania wyboru, ktrego dokona nie chc. Przepraszam za form, nie za tre. - Ja mam gbokie lochy pod zamkiem. Ostrzegam, jeszcze chwila, jeszcze sowo, a zgnijesz w nich. - adne z dzieci bawicych si w fosie nie nadaje si na wiedmina - powiedzia powoli. - I nie ma wrd nich syna Pavetty. Calanthe zmruya oczy. Nie drgn nawet. - Chod - powiedziaa wreszcie, odwracajc si na picie. Ruszy za ni midzy rzdy ukwieconych krzeww, pomidzy klomby i ywopoty. Krlowa wesza do aurowej altany. Stay tam cztery due, wiklinowe krzesa otaczajce st z malachitu. Na ykowanym blacie, podtrzymywanym przez cztery gryfy, sta dzban i dwa srebrne puchary. - Siadaj. I nalej. Przepia do niego, ostro, solidnie, po msku. Odpowiedzia tym samym, nie siadajc. - Siadaj - powtrzya. - Chc porozmawia. - Sucham. - Skd wiedziae, e syna Pavetty nie ma wrd dzieciakw w fosie? - Nie wiedziaem - Geralt zdecydowa si na szczero. - Strzeliem na chybi trafi. - Aha. Mogam si domyli. A to, e adne z nich nie nadaje si na wiedmina? To

prawda? I jak moge to stwierdzi? Za pomoc magii? - Calanthe - rzek cicho. - Nie musiaem tego ani stwierdza, ani sprawdza. W tym, co powiedziaa poprzednio, bya sama prawda. Kade dziecko si nadaje. Decyduje selekcja. Pniej. - Na bogw morza, jak mawia mj wiecznie nieobecny m! - zamiaa si. - Wic to wszystko nieprawda? To cae Prawo Niespodzianki? Te legendy o dzieciach, ktrych kto si nie spodziewa, o tych,- ktre pierwsze wyszy na spotkanie? Tak podejrzewaam! To gra! Gra z przypadkiem, zabawa z losem! Ale to diabelnie niebezpieczna gra, Geralt. - Wiem. - Gra z czyj krzywd. Dlaczego, odpowiedz mi, zmusza si rodzicw lub opiekunw do tak trudnych i cikich przysig? Dlaczego odbiera si dzieci? Przecie dookoa peno jest takich, ktrych odbiera nie trzeba. Na drogach pataj si cae watahy bezdomnych i sierot. W kadej wsi mona tanio kupi dzieciaka, na przednwku kady kmie chtnie sprzeda, bo co mu tam, zaraz zrobi drugie. Dlaczego wic? Dlaczego wymusie przysig na Duny'ym, na Pavetcie i na mnie? Dlaczego zjawiasz si tu rwno w sze lat po urodzeniu dziecka? I dlaczego, do cholery, nie chcesz go, dlaczego mwisz, e nic ci po nim? Milcza. Calanthe pokiwaa gow. - Nie odpowiadasz - stwierdzia, odchylajc si na oparcie krzesa. - Zastanwmy si nad przyczyn twojego milczenia. Logika jest matk wszelkiej wiedzy. A c ona nam podpowiada? C my tu mamy? Wiedmina poszukujcego przeznaczenia ukrytego w dziwnym i wtpliwym Prawie Niespodzianki. Wiedmin znajduje owo przeznaczenie. I nagle rezygnuje z niego. Nie chce, jak twierdzi, Dziecka Niespodzianki. Twarz ma kamienn, w jego gosie dwiczy ld i metal. Sdzi, e krlowa - byo nie byo kobieta - da si oszuka, zwie pozorom twardej mskoci. Nie, Geralt, nie oszczdz ci. Wiem, dlaczego rezygnujesz z wyboru dziecka. Rezygnujesz, bo nie wierzysz w przeznaczenie. Bo nie jeste pewien. A ty, gdy nie jeste pewien... wtedy zaczynasz si ba. Tak, Geralt. To, co tob kieruje, to strach. Ty si boisz. Zaprzecz. Powoli odstawi puchar na st. Powoli, by brzkniciem srebra o malachit nie zdradzi drenia rki, nad ktrym nie mg zapanowa. - Nie zaprzeczasz? - Nie. Przechylia si szybko, chwycia jego rk. Mocno. - Zyskae w moich oczach - powiedziaa. I umiechna si. To by adny umiech. Wbrew woli, zapewne wbrew woli, odpowiedzia umiechem. - Jak si tego domylia, Calanthe? - Nie domyliam si - nie pucia jego rki. - Strzeliam na chybi trafi.

Rozemieli si jednoczenie. Potem siedzieli w milczeniu wrd zieleni i zapachu czeremchy, wrd ciepa i brzczenia pszcz. - Geralt? - Tak, Calanthe? - Nie wierzysz w przeznaczenie? - Nie wiem, czy wierz w cokolwiek. A co do przeznaczenia... Obawiam si, e ono nie wystarcza. Trzeba czego wicej. - Musz ci o co zapyta. Co z tob? Przecie jakoby ty sam bye Niespodziank. Myszowr twierdzi... - Nie, Calanthe. Myszowr myla o czym zupenie innym. Myszowr... On chyba wie. Ale posuguje si tym wygodnym mitem, gdy mu wygodnie. Nie jest prawd, jakobym by tym, kogo zastano w domu, chocia si nie spodziewano. Nie jest prawd, jakobym wanie dlatego zosta wiedminem. Jestem zwyczajnym podrzutkiem, Calanthe. Nie chcianym bkartem pewnej kobiety, ktrej nie pamitam. Ale wiem, kim ona jest. Krlowa spojrzaa na niego przenikliwie, ale wiedmin nie kontynuowa. - Czy wszystkie opowieci o Prawie Niespodzianki to legendy? - Wszystkie. Przypadek trudno nazwa przeznaczeniem. - Ale wy, wiedmini. nie przestajecie szuka? - Nie przestajemy. Ale to nie ma sensu. Nic nie ma sensu. - Wierzycie, ze Dziecko Przeznaczenia przejdzie Prby bez ryzyka? - Wierzymy, e takie dziecko nie bdzie wymagao Prb. - Jedno pytanie, Geralt. Do osobiste. Pozwolisz? Kiwn gow. - Nie ma, jak wiadomo, lepszego sposobu na przekazanie dziedzicznych cech ni sposb naturalny. Ty przeszede Prby i przeye. Jeeli wic zaley ci na dziecku majcym specjalne waciwoci i odporno... Dlaczego nie znajdziesz kobiety, ktra... Jestem niedelikatna, co? Ale zdaje si, e odgadam? - Jak zawsze - umiechn si smutno - jeste bezbdna we wnioskach, Calanthe. Odgada, oczywicie. To, o czym mwisz, jest dla mnie nieosigalne. - Wybacz - powiedziaa, a umiech znik z jej twarzy. - C, to ludzkie. - To nie jest ludzkie. - Ach... Wic aden wiedmin... - aden. Prba Traw, Calanthe, jest straszna. A to, co z chopcami robi si w czasie Zmian, jest jeszcze gorsze. I nieodwracalne. - Tylko si tu nie rozczulaj - mrukna. - Bo to do ciebie nie pasuje. Niewane, co z tob

robiono. Widz rezultat. Jak na mj gust, cakiem zadowalajcy. Gdybym moga zaoy, e dziecko Pavetty stanie si kiedy podobne tobie, nie wahaabym si ani chwili. - Ryzyko jest zbyt wielkie - powiedzia szybko. - Tak, jak powiedziaa. Przeywa najwyej czworo na dziesi. - Do diaba, czy tylko Prba Traw jest ryzykowna? Czy tylko przyszli wiedmini ryzykuj? ycie pene jest ryzyka, w yciu rwnie trwa selekcja, Geralt. Selekcjonuje zy przypadek, choroba, wojna. Przeciwstawianie si losowi moe by rwnie ryzykowne, jak oddawanie si w jego rce. Geralt... Oddaabym ci to dziecko. Ale... Ja te si boj. - Nie zabrabym dziecka. Nie mgbym wzi na siebie odpowiedzialnoci. Nie zgodzibym si obarcza ni ciebie. Nie chciabym, by to dziecko wspominao ci kiedy tak... Jak ja... - Nienawidzisz tej kobiety, Geralt? - Mojej matki? Nie, Calanthe. Domylam si, ze staa przed wyborem... Moe nie miaa wyboru? Nie, miaa, przecie wiesz, wystarczyo odpowiedniego zaklcia albo eliksiru... Wybr. Wybr, ktry trzeba uszanowa, bo to wite i niepodwaalne prawo kadej kobiety. Emocje nie maj tu znaczenia. Miaa niepodwaalne prawo do decyzji, podja j. Ale sdz, e spotkanie z ni, mina, jak by wwczas zrobia... Daoby mi to co w rodzaju perwersyjnej przyjemnoci, jeli wiesz, o czym mwi. - Doskonale wiem, o czym mwisz - umiechna si. - Ale mae masz szans na tak przyjemno. Nie potrafi oceni twojego wieku, wiedminie, ale zakadam, e jeste grubo starszy, ni wskazywaby twj wygld. Tym samym ta kobieta... - Ta kobieta - przerwa zimno - zapewne wyglda teraz na grubo modsz ode mnie. - Czarodziejka? - Tak. - Ciekawe. Mylaam, e czarodziejki nie mog... - Ona zapewne te tak mylaa. - Zapewne. Ale masz racj, nie dyskutujmy o prawie kobiety do decyzji, bo to rzecz poza dyskusj. Wrmy do naszego problemu. Nie zabierzesz dziecka? Nieodwoalnie? - Nieodwoalnie. - A jeli... Jeli przeznaczenie nie jest wycznie mitem? Jeli istnieje naprawd, czy nie zachodzi obawa, e moe si zemci? - Jeli bdzie si mci, to na mnie - odpowiedzia spokojnie. - To ja wystpuj przeciw niemu. Ty przecie wykonaa twoj cz zobowizania. Jeli bowiem przeznaczenie nie jest legend, wrd wskazanych przez ciebie dzieci musiabym wybra waciwe. Wszake dziecko Pavetty jest wrd tych dzieciakw?

- Jest - Calanthe wolno skina gow. - Chcesz je zobaczy? Chcesz spojrze w oczy przeznaczeniu? - Nie. Nie chc. Rezygnuj, zrzekam si. Zrzekam si tego chopca. Nie chc patrze w oczy przeznaczeniu, bo w nie nie wierz. Bo wiem, e by zczy dwoje ludzi, samo przeznaczenie nie wystarczy. Trzeba czego wicej ni przeznaczenie. Drwi sobie z takiego przeznaczenia, nie bd szed za nim jak lepiec wiedziony za rk, nie rozumiejcy i naiwny. To moja nieodwoalna decyzja, Calanthe z Cintry. Krlowa wstaa. Umiechna si. Nie mg odgadn, co kryje si pod tym umiechem. - Niech wic tak si stanie, Geralcie z Rivii. By moe twoim przeznaczeniem byo wanie zrzec si i zrezygnowa? Sdz, e tak wanie byo. Wiedz bowiem, ze gdyby wybra, gdyby wybra prawidowo, stwierdziby, e przeznaczenie, z ktrego drwisz, - okrutnie zadrwioby z ciebie. Spojrza w jej jadowicie zielone oczy. Umiechaa si. Nie mg rozszyfrowa tego umiechu. Obok altany rs krzak ry. Zama odyg, zerwa kwiat, przyklkn, ofiarowa go jej, oburcz, schyliwszy gow. - Szkoda, e nie poznaam ci wczeniej, biaowosy - mrukna, biorc r z jego rk. Wsta. Wsta. - Jeeli zmienisz zdanie - powiedziaa, zbliajc r do twarzy. - Jeli zdecydujesz... Wr do Cintry. Bd czekaa. I twoje przeznaczenie te bdzie czekao. Moe nie w nieskoczono, ale z pewnoci jeszcze jaki czas. - egnaj, Calanthe. - egnaj, wiedminie. Uwaaj na siebie. Mam... Miaam przed chwil przeczucie... Dziwne przeczucie... e widz ci po raz ostatni. - Zegnaj, krlowo. V Obudzi si i ze zdziwieniem stwierdzi, e bl drcy udo znik, wydawao si te, e przestaa dokucza ttnica, napinajca skr opuchlizna. Chcia sign rk, dotkn, ale nie mg si poruszy. Zanim zorientowa si, e unieruchamia go wycznie ciar skr, ktrymi by okryty, zimne, ohydne przeraenie spyno mu do brzucha, wpio si w trzewia jak krogulcze szpony. Zaciska i rozpra palce, miarowo, powtarzajc w myli, nie, nie, nie jestem... Sparaliowany.

- Obudzie si. Stwierdzenie, nie pytanie. Cichy, ale wyrany, mikki gos. Kobieta. Moda, zapewne. Odwrci gow, jkn, usiujc si unie. - Nie ruszaj si. Przynajmniej nie tak gwatownie. Boli? - Nnnn... - nalot zlepiajcy wargi rozerwa si. - Nnie. Rana nie... Plecy... - Odleyny - beznamitne, chodne stwierdzenie, nie pasujce do tego mikkiego altu. Zaradz temu. Masz, wypij to. Powoli, maymi ykami. W pynie dominowa zapach i smak jaowca. Stary sposb, pomyla. Jaowiec albo mita, oba dodatki bez znaczenia, po to tylko, aby zamaskowa prawdziwy skad. Pomimo tego, rozpozna szytnaciec, moe siygron. Tak, na pewno siygron, siygronem neutralizuje si toksyny, oczyszcza krew skaon przez gangren lub zakaenie. - Pij. Do koca. Wolniej, bo si zakrztusisz. Medalion na jego szyi zacz leciutko wibrowa. A zatem magia rwnie bya w napoju. Z wysikiem rozszerzy renice. Teraz, gdy uniosa mu gow, mg si jej dokadniej przyjrze. Bya drobnej budowy. Nosia mskie ubranie. Twarz miaa ma i blad w ciemnoci. - Gdzie jestemy? - Na polanie smolarzy. Prawda, w powietrzu czuo si ywic. Sysza gosy dobiegajce od strony ogniska. Kto wanie dorzuci chrustu, pomie z trzaskiem wystrzeli w gr. Znowu popatrzy, korzystajc ze wiata. Wosy miaa spite opask z wowej skry. Wosy... Duszcy bl w gardle i mostku. Donie gwatownie zacinite w pici. Wosy miaa rude, pomiennorude, podwietlane blaskiem ogniska wydaway si czerwone jak cynober. - Boli ci? - odczytaa emocj, ale niewaciwie. - Ju... Chwileczk... Wyczu nage uderzenie ciepa, bijce z jej rki, rozlewajce si po plecach, pynce w d, do poladkw. - Odwrcimy ci - powiedziaa. - Nie prbuj sam. Jeste bardzo osabiony. Hej, czy kto mgby mi pomc? Kroki od strony ogniska, cienie, sylwetki. Kto si pochyli. Yurga. - Jak si czujecie, panie? Lepiej wam? - Pomcie mi obrci go na brzuch - powiedziaa kobieta. - Ostronie, powoli. O, tak... Dobrze. Dzikuj. Nie musia ju na ni patrze. Lec na brzuchu, nie musia ju ryzykowa spojrzenia w jej oczy. Uspokoi si, opanowa drenie rk. Moga wyczu. Sysza, jak brzcz sprzczki jej torby,

jak stukaj flakony i porcelanowe soiczki. Sysza jej oddech, czu ciepo jej uda. Klczaa tu obok. - Moja rana - odezwa si, nie mogc znie ciszy - bya kopotliwa? - Owszem, troch - chd w gosie. - Tak to bywa z obraeniami od zbw. Najpaskudniejszy rodzaj ran. Ale dla ciebie chyba nienowy, wiedminie. Wie. Grzebie mi w mylach. Czyta? Chyba nie. I wiem, dlaczego. Boi si. - Tak, chyba nienowy - powtrzya, znowu pobrzkujc szklanymi naczyniami. - Widziaam na tobie kilka. blizn... Ale poradziam sobie. Jestem, widzisz, czarodziejk. I uzdrowicielk rwnoczenie. Specjalizacja. Zgadza si, pomyla. Nie powiedzia ani sowa. - Wracajc do rany - cigna spokojnie - to trzeba ci wiedzie, e uratowao ci twoje ttno, czterokrotnie wolniejsze od ttna zwykego czowieka. Inaczej nie przeyby, mog to z ca odpowiedzialnoci stwierdzi. Widziaam to, co miae zawizane na nodze. Miao to imitowa opatrunek, ale imitowao nieudolnie. Milcza. - Pniej - kontynuowaa, zadzierajc mu koszul a po kark - wdao si zakaenie, zwyke przy ranach ksanych. Zostao zahamowane. Oczywicie, wiedmiski eliksir? Pomg bardzo. Nie rozumiem jednak, dlaczego rwnoczenie brae halucynogeny. Nasuchaam si twoich majacze, Geralcie z Rivii. Czyta, pomyla, jednak czyta. A moe to Yurga powiedzia jej, jak si nazywam? Moe sam si wygadaem przez sen pod wpywem czarnej mewy? Cholera wie... Ale nic jej nie da wiedza o tym, jak si nazywam. Nic. Nie wie, kim jestem. Nie ma pojcia, kim jestem. Poczu, jak delikatnie wciera mu w plecy zimn, kojc ma o ostrym zapachu kamfory. Donie miaa mae i bardzo mikkie. - Wybacz, e robi to klasycznie - powiedziaa. - Mogabym usun ci odleyny za pomoc magii, ale wysiliam si troch przy tej ranie na nodze i nie czuj si najlepiej. Na nodze zawizaam i zasklepiam, co si dao, nic ci ju nie grozi. Przez najblisze dwa dni nie wstawaj jednak. Nawet magicznie powizane naczyka lubi pka, miaby paskudne wybroczyny. Szrama oczywicie zostanie. Jeszcze jedna do kolekcji. - Dziki... - przycisn policzek do skr, by znieksztaci gos, zamaskowa jego nienaturalne brzmienie. - Czy mog wiedzie... Komu dzikuj? Nie powie, pomyla. Albo nakamie. - Nazywam si Visenna. Wiem, pomyla.

- Ciesz si - powiedzia wolno, wci z policzkiem przy skrach. - Ciesz si z tego, e skrzyoway si nasze drogi, Visenna. - C, przypadek - rzeka chodno, nacigajc mu koszul na plecy i nakrywajc kouchami. - Wie o tym, e jestem potrzebna, dostaam od celnikw z granicy. Jeli jestem potrzebna, jad. Taki mam dziwny zwyczaj. Posuchaj, ma zostawi kupcowi, popro, by naciera ci rano i wieczorem. Jak twierdzi, uratowae mu ycie, niech si odwdzicza. - A ja? Jak mgbym odwdziczy si tobie, Visenna? - Nie mwmy o tym. Nie bior zapaty od wiedminw. Nazwij to solidarnoci, jeli chcesz. Zawodow solidarnoci. I sympati. W ramach tej sympatii przyjazna rada lub, jeli wolisz, zalecenie uzdrowicielki. Przesta bra halucynogeny, Geralt. Halucynacje nie lecz. Niczego. - Dzikuj, Visenna. Za pomoc i za rad. Dzikuj ci...za wszystko. Wygrzeba rk spod skr, namaca jej kolana. Drgna, po czym woya mu do do doni, lekko zacisna. Ostronie uwolni palce, przesun nimi po jej rce, po przedramieniu. Oczywicie. Gadka skra modej dziewczyny. Drgna jeszcze silniej, ale nie cofna rki. Wrci palcami do jej doni, zczy uciskiem. Medalion na szyi zawibrowa, poruszy si. - Dzikuj ci, Visenna - powtrzy, panujc nad dreniem gosu. - Rad jestem, e skrzyoway si nasze drogi. - Przypadek... - powiedziaa, ale tym razem w jej gosie nie byo chodu. - A moe przeznaczenie? - spyta, dziwic si, bo podniecenie i zdenerwowanie uleciay z niego nagle, bez ladu. - Wierzysz w przeznaczenie, Visenna? - Tak - odpowiedziaa nie od razu. - Wierz. - W to - cign - e ludzie zwizani przeznaczeniem zawsze si spotykaj? - W to take... Co robisz? Nie obracaj si... - Chc spojrze na twoj twarz... Visenna. Chc spojrze w twoje oczy. A ty... Ty musisz spojrze w moje. Zrobia ruch, jakby chciaa zerwa si z kolan. Ale zostaa obok niego. Odwrci si powoli, krzywic wargi z blu. Byo janiej, kto znowu dorzuci drewna do ognia. Nie poruszya si ju. Obrcia tylko gow w bok, profilem, ale tym wyraniej widzia, e usta jej dr. Zacisna palce na jego doni, silnie. Patrzy. Nie byo adnego podobiestwa. Miaa zupenie inny profil. May nos. Wski podbrdek. Milczaa. Potem nagle pochylia si, spojrzaa mu prosto w oczy. Z bliska. Bez sowa. - Jak ci si podobaj? - spyta spokojnie. - Moje poprawione oczy? Takie... niecodzienne.

Czy wiesz, Visenna, co robi si z oczami wiedminw, aby je poprawi? Czy wiesz, e nie zawsze si to udaje? - Przesta - powiedziaa mikko. - Przesta, Geralt. - Geralt... - poczu nagle, jak co si w nim rwie - To imi nada mi Vesemir. Geralt z Rivii! Nauczyem si nawet naladowa rivski akcent. Chyba z wewntrznej potrzeby posiadania rodzinnych stron. Chociaby wymylonych. Vesemir... nada mi imi. Vesemir zdradzi mi te twoje. Do niechtnie. - Cicho, Geralt, cicho. - Mwisz mi dzi, e wierzysz w przeznaczenie. A wtedy... Wtedy wierzya? Ach, tak, musiaa wierzy. Musiaa wierzy, e przeznaczenie kae nam si spotka. Temu naley przypisa fakt, e sama bynajmniej nie dya do tego spotkania. Milczaa. - Zawsze chciaem... Rozmylaem nad tym, co ci powiem, kiedy si wreszcie spotkamy. Mylaem o pytaniu, jakie ci postawi. Sdziem, e sprawi mi to perwersyjn przyjemno... To, co bysno na jej policzku, byo z. Niewtpliwie. Poczu, jak gardo ciska mu si do blu. Poczu zmczenie. Senno. Sabo. - W wietle dnia... - jkn. - Jutro, w blasku soca, spojrz w twoje oczy, Visenna... I zadam ci moje pytanie. A moe nie zadam go, bo ju za pno. Przeznaczenie? O, tak, Yen miaa racj. Nie wystarczy by sobie przeznaczonym. Trzeba czego wicej... Ale spojrz jutro w twoje oczy... W blasku soca... - Nie - powiedziaa agodnie, cicho, aksamitnie, gosem, ktry dry, ktry szarpa pokadami pamici, pamici, ktrej ju nie byo. Ktrej nigdy nie byo, a przecie bya. - Tak! - zaprotestowa. - Tak. Chc tego... - Nie. Teraz zaniesz. A gdy si obudzisz, przestaniesz chcie. Po co mamy patrze na siebie w blasku soca? Co to zmieni? Nie mona ju niczego cofn, niczego zmieni. Jaki sens ma zadawanie mi pyta, Geralt? Czy fakt, e nie bd umiaa na nie odpowiedzie, rzeczywicie sprawi ci perwersyjn przyjemno? Co nam da krzywdzenie si wzajemne? Nie, nie bdziemy patrze na siebie w wietle dnia. Zanij, Geralt. A tak midzy nami, to wcale nie Vesemir nada ci to imi. Chocia to rwnie niczego nie zmieni ani niczego nie cofnie, chciaabym, aby o tym wiedzia. Bd zdrw i uwaaj na siebie. I nie staraj si mnie szuka... - Visenna... - Nie, Geralt. Teraz zaniesz. A ja... byam twoim snem. Bd zdrw. - Nie! Visenna! - Zanij - w aksamitnym gosie cichy rozkaz, amicy wol, drcy j jak tkanin. Ciepo,

nagle bijce z jej doni. - Zanij. Zasn. VI - Jestemy ju na Zarzeczu, Yurga? - Od wczoraj, panie Geralt. Wkrtce ju rzeka Jaruga, a dalej to ju moje strony. Spjrzcie, nawet konie raniej id, bami rzucaj. Czuj, e dom blisko. - Dom... Mieszkasz w grodzie? - Na podgrodziu. - Ciekawe - wiedmin rozejrza si. - Prawie nie wida ladw wojny. Mwiono, e strasznie zniszczony by ten kraj. - Ano - rzek Yurga. - Czego jak czego, ale ruin to nam tu nie brakowao. Przyjrzyjcie si baczniej, na kadej bez maa chaupie, w kadej zagrodzie bieli si wszystko od nowiukiej ciesielki. A za rzek, obaczycie, tam jeszcze gorzej byo, tam do gruntu wszystko zgorzao... Ale c, wojna wojn, a y trzeba. Przetrwalim najwiksz zawieruch, kiedy to Czarni toczyli si przez nasz ziemi. Prawda, wygldao tedy, e zmieni tu wszystko w pustyni. Wielu z tych, co wtedy uciekli, nie powrcio nigdy. Ale na ich miejsce posiedlili si nowi. y trzeba. - To fakt - mrukn Geralt. - y trzeba. Niewane, co byo. Trzeba y... - Prawicie. No, macie, zakadajcie. Zszyem wam portki, zaataem. Bd jak nowe. To tak, jak ta ziemia, panie Geralt. Podaro j wojn, przeorao jak elazem brony, popruo, pokrwawio. Ale teraz bdzie jak nowa. I jeszcze lepiej urodzi. Nawet ci, co w tej ziemi zgnili, ku dobru posu, uyni gleb. Na razie ora ciko, bo koci, elastwo wszdzie na polach, ale ziemia i z elastwem sobie poradzi. - Nie boicie si, e Nilfgaardczycy... e Czarni wrc? Ju raz znaleli drog przez gry... - Ano, strach nam. I co z tego? Si i paka, trz si? y trzeba. A co bdzie, to bdzie. Tego, co przeznaczone, tego si przecie i tak nie uniknie. - Wierzysz w przeznaczenie? - A jak mam nie wierzy? Po tym, jakemy si na mocie spotkali, na uroczysku, jakecie mnie od mierci zratowali? Och, panie wiedmin, obaczycie, padnie wam moja Zotolitka do ng... - Daj spokj. Szczerze mwic, ja wicej ci zawdziczam. Tam, na mocie... Przecie to moja praca, Yurga, mj fach. Przecie ja broni ludzi za pienidze. Nie z dobroci serca. Przyznaj si, Yurga, syszae, co ludzie gadaj o wiedminach? e nie wiadomo, kto gorszy, oni czy potwory, ktre zabijaj...

- Nieprawda to, panie, nie wiem, czemu tak mwicie. C to ja, oczu nie mam? Wycie wszak z tej samej gliny ulepieni, co owa uzdrowicielka... - Visenna... - Nie powiadaa nam si z imienia. Ale przecie sza za nami w skok, bo wiedziaa, e potrzebna, dogonia wieczorem, zaja si wami wraz, ledwo z sioda zesza. O, panie, namczya si nad wasz nog, od owej magii a trzeszczao powietrze, a my ze strachu w las ucieklim. A jej potem krew si z nosa rzucia. Nieprosta wida rzecz, czarowa. O, z trosk was opatrywaa, icie, jak... - Jak matka? - Geralt zacisn zby. - Ano. Dobrzecie rzekli. A jak usnlicie... - Tak, Yurga? - Na nogach ledwo si trzymaa, blada bya jak ptno. Ale przysza, pytaa, czy nie potrzebuje ktry z nas pomocy. Wyleczya smolarzowi rk, co mu j pie przytuk. Grosza nie wzia, jeszcze lekw zostawia. Nie, panie Geralt, na wiecie, wiem to, rnie o wiedminach gadaj i rnie si o czarodziejach mwi. Ale nie u nas. My, z Grnego Sodden i ludzie z Zarzecza, wiemy lepiej. Za wiele my czarodziejom zawdziczamy, coby nie wiedzie, jacy oni. Pami o nich u nas nie w plotkach i gadkach, a w kamieniu kuta. Obaczycie sami, niech no tylko si zagajnik skoczy. Zreszt, sami pewnie lepiej wiecie. To to bitwa bya na cay wiat gona, a ledwo rok min. Musielicie sysze. - Nie byo mnie tu - mrukn wiedmin. - Od roku. Byem na pnocy. Ale syszaem... Druga bitwa o Sodden... - W samej rzeczy. Wraz zobaczycie wzgrze i gaz. Dawniej to my to wzgrze zwali zwyczajnie, Kania Gra, ale nynie to wszyscy mwi Gra Czarodziejw albo Gra Czternastu. Bo dwudziestu i dwch ich byo na tym wzgrzu, dwudziestu i dwch czarodziejw tam stano w bitwie, a czternastu pado. Straszna bya to bitwa, panie Geralt. Ziemia stawaa dba, ogie la si z nieba niby deszcz, pioruny biy... Trup sa si gsto. Ale zmogli czarodzieje Czarnych, zamali Potg, co ich wioda. A czternastu ich pado w tej bitwie. Czternastu pooyo ycie... Co, panie? Co wam? - Nic. Mw dalej, Yurga. - Straszna bya bitwa, oj, gdyby nie owi czarodzieje ze wzgrza, kto wie, moe nie gadalibymy dzi tu, do domu jadc, bo i domu by nie byo, i mnie, a moe i was... Tak, to dziki czarodziejom. Czternastu ich zgino, nas bronic, ludzi z Sodden i Zarzecza. Ha, pewnie, inni te tam si bili, wojacy i szlachta, a i z chopw, kto mg, wzi widy albo oksz, albo choby pa... Wszyscy stawali mnie i niejeden poleg. Ale czarodzieje... Nie sztuka wojakowi gin, bo to jego

fach przecie, a ycie i tak krtkie. Ale czarodzieje przecie mog y, jak dugo im wola. A nie zawahali si. - Nie zawahali si - powtrzy wiedmin, trc rk czoo. - Nie zawahali. A ja byem na Pnocy... - Co wam, panie? - Nic. - Tak... To my tam, wszyscy z okolicy, kwiaty tam teraz nosimy, na to wzgrze, a majow por, na Belleteyn, zawsze tam ogie ponie. I po wiek wiekw pon bdzie. I wiecznie y oni bd w pamici ludzi, owych czternastu. A takie ycie w pamici to przecie... To... co wicej! Wicej, panie Geralt! - Masz racj, Yurga. - Kade dziecko u nas zna imiona tych czternastu, wykute na kamieniu, ktry na szczycie wzgrza stoi. Nie wierzycie? Posuchajcie: Axel zwany Rabym, Triss Merri-gold, Atlan Kerk, Vanielle z Brugge, Dagobert z Vole... - Przesta, Yurga. - Co z wami, panie? Bladzicie jak mier! - Nic. VII Szed pod gr bardzo powoli, ostronie, wsuchany w prac cigien i mini w magicznie uleczonej ranie. Chocia wydawaa si kompletnie wygojona, nadal chroni nog i nie ryzykowa opierania na niej caego ciaru ciaa. Byo gorco, a zapach traw uderza do gowy, oszaamia, ale oszaamia przyjemnie. Obelisk nie sta w centralnym punkcie paskiego szczytu wzgrza, by cofnity w gb, poza krg kanciastych kamieni. Gdyby wszed tu tu przed zachodem soca, cie menhira, padajc na krg, wyznaczyby jego precyzyjn rednic, wskazywaby kierunek, w ktrym zwrcone byy twarze czarodziejw w czasie bitwy. Geralt spojrza w tym kierunku, w stron bezkresnych, pagrkowatych pl. Jeeli byy tam jeszcze koci polegych, a byy z pewnoci, to skrywaa je bujna trawa. Kry tam jastrzb, zataczajc spokojne koa na szeroko rozpostartych skrzydach. Jedyny ruchomy punkt wrd zamarego w upale krajobrazu. Obelisk by szeroki u podstawy - aby go obj, co najmniej czterech, piciu ludzi musiaoby zczy donie. Byo oczywiste, e bez pomocy magii nie wcignito by go na wzgrze. Zwrcona ku kamiennemu krgowi paszczyzna menhira bya gadko ociosana, widniay na niej wykute znaki

runiczne. Imiona tych czternastu, ktrzy zginli. Zbliy si powoli. W rzeczy samej, Yurga mia racj. U podna obelisku leay kwiaty zwyke, polne kwiaty - maki, ubiny, lazy, niezapominajki. Imiona czternastu. Odczytywa powoli, od gry, a przed oczami zjawiay si twarze tych, ktrych zna. Kasztanowowosa Triss Merrigold, wesoa, chichoczca z byle powodu, wygldajca jak podlotek. Lubi j. I ona jego te. Lawdbor z Murivel, z ktrym kiedy o mao nie pobi si w Wyzimie, gdy zapa czarodzieja na manipulowaniu komi w grze za pomoc delikatnej telekinezy. Lytta Neyd, zwana Koral. Przydomek wzi si od koloru pomadki do ust, jakiej uywaa. Lytta oplotkowaa go kiedy przed krlem Belohunem, i to tak, e poszed na tydzie do lochu. Gdy wypuszczono go, poszed do niej zapyta o powody. Nie wiedzc kiedy, wyldowa w jej ku i tam spdzi drugi tydzie. Stary Gorazd, ktry chcia zapaci mu sto marek za umoliwienie zbadania jego oczu, a oferowa tysic za moliwo dokonania sekcji, niekoniecznie dzisiaj, jak si wwczas wyrazi. Zostay trzy imiona. Usysza za sob lekki szelest i odwrci si. Bya boso, w prostej, lnianej sukience. Na dugich, jasnych wosach swobodnie spadajcych na ramiona i plecy nosia wianek spleciony ze stokrotek. - Witaj - powiedzia. Podniosa na niego zimne, bkitne oczy, nie odpowiedziaa. Zauway, e nie jest opalona. Byo to dziwne, teraz, w kocu lata, kiedy wiejskie dziewczta byy zwykle spalone socem na brz, jej twarz i odsonite ramiona miay kolor lekko zotawy. - Przyniosa kwiaty? Umiechna si, opuciwszy rzsy. Poczu chd. Mina go bez sowa, uklka u stp menhira, dotykajc doni kamienia. - Ja nie przynosz kwiatw - powiedziaa, podnoszc gow. - Ale te, ktre tu le, s dla mnie. Patrzy na ni. Klczaa tak, e zasaniaa przed jego wzrokiem ostatnie imi, wykute w kamieniu menhira. Bya jasna, nienaturalnie, wietlicie jasna na ciemnym tle gazu. - Kim jeste? - spyta wolno. Umiechna si i powiao zimnem. - Nie wiesz?

Wiem, pomyla, patrzc w zimny bkit jej oczu. Tak, zdaje si, e wiem. By spokojny. Nie umia inaczej. Ju nie. - Zawsze byem ciekaw, jak wygldasz, pani. - Nie musisz mnie tak tytuowa - odpowiedziaa cicho. - Znamy si przecie od lat. - Znamy si - potwierdzi. - Mwi, e idziesz za mn krok w krok. - Id. Ale ty nigdy nie ogldae si za siebie. Do dzi. Dzi obejrzae si po raz pierwszy. Milcza. Nie mia nic do powiedzenia. By zmczony. - Jak... Jak to si odbdzie? - spyta wreszcie, chodno i bez emocji. - Wezm ci za rk - powiedziaa, patrzc mu prosto w oczy. - Wezm ci za rk i poprowadz przez k. W mg, zimn i mokr. - A dalej? Co jest dalej, za mg? - Nic - umiechna si. - Dalej nie ma ju nic. - Sza za mn krok w krok - powiedzia. - A dopadaa innych, tych, ktrych mijaem w drodze. Dlaczego? Chodzio o to, bym zosta sam, prawda? Bym wreszcie zacz si ba? Wyznam ci prawd. Ja zawsze si ciebie baem, zawsze. Nie ogldaem si za siebie ze strachu. Z trwogi, e zobacz ci idc tu za mn. Baem si zawsze, moje ycie mino w strachu. Baem si... do dzi. - Do dzi? - Tak. Do dzi. Stoimy oto twarz w twarz, a ja nie czuj lku. Zabraa mi wszystko. Zabraa mi rwnie lk. - Dlaczego wic twoje oczy pene s strachu, Geralcie z Rivii? Twoje rce dr, jeste blady. Dlaczego? A tak bardzo boisz si ostatniego, czternastego imienia, wykutego na obelisku? Jeli chcesz, powiem ci, jak brzmi to imi. - Nie musisz. Wiem, jakie to imi. Krg si zamyka, w zatapia zby we wasnym ogonie. Tak by musi. Ty i to imi. I kwiaty. Dla niej i dla ciebie. Czternaste imi wykute w kamieniu, imi, ktre wymawiaem w rodku nocy i w blasku soca, w mrz, upa i deszcz. Nie, nie boj si wymwi go teraz. - Wymw je zatem. - Yennefer... Yennefer z Yengerbergu. - A kwiaty s dla mnie. Skoczmy z tym - powiedzia z wysikiem. - We... We mnie za rk. Wstaa, zbliya si, poczu bijcy od niej chd, ostre, przenikliwe zimno. - Nie dzi - powiedziaa. - Kiedy, tak. Ale nie dzi. - Zabraa mi wszystko... - Nie - przerwaa. - Ja niczego nie zabieram. Ja tylko bior za rk. Po to, by nikt nie by

wwczas sam. Sam we mgle... Do zobaczenia, Geralcie z Rivii. Kiedy. Nie odpowiedzia. Odwrcia si powoli i odesza. We mg, ktra nagle zasnua szczyt wzgrza, we mg, w ktrej zniko wszystko, w bia, mokr mg, w ktrej roztopi si obelisk, lece u jego stp kwiaty i wykute na nim czternacie imion. Nie byo nic, bya tylko mga i mokre, byszczce od kropel trawy pod nogami, trawy pachniay oszaamiajco, ciko, sodko, a do blu skroni, do zapomnienia, zmczenia... - Panie Geralt! Co wam? Usnlicie? Mwiem wam, sabicie jeszcze. Po co byo le na szczyt? - Usnem - przetar twarz doni, zamruga. - Usnem, cholera... To nic, Yurga, to ten upa... - Ano, gorczka jak diabli... Trzeba nam jecha, panie. Chodcie, pomog wam zej ze spadzizny. - Nic mi nie jest... - Nic, nic. Ciekawym tedy, od czego si saniacie. Po zaraz wazilicie na wzgrze w taki ar? Chcielicie ich imiona czyta? Mogem je wam wszystkie powiedzie. Co wam? - Nic... Yurga... Pamitasz rzeczywicie wszystkie imiona? - Pewnie. - Sprawdz, jak u ciebie z pamici... Ostatnie. Czternaste. Jakie to imi? - Ale z was niedowiarek. W nic nie wierzycie. Sprawdzi chcecie, czy nie ? Mwiem wam przecie, te imiona u nas kady dzieciak zna. Ostatnie, mwicie? Ano, ostatni jest Yoel Grethen z Carreras. Znalicie go moe? Geralt otar nadgarstkiem powiek. I spojrza na menhir. Na wszystkie imiona. - Nie - powiedzia. - Nie znaem. VIII - Panie Geralt? - Tak, Yurga? Kupiec pochyli gow, milcza jaki czas, nawijajc na palec resztk cienkiego rzemyka, ktrym naprawia siodo wiedmina. Wreszcie unis si, stukn lekko kuakiem w plecy powocego wozem pachoka. - Siadaj na luzaka, Pokwit. Ja powioz. Sidnijcie ze mn na kozio, panie Geralt. A ty czego koo wozu si krcisz, Pokwit? Dalej, skacz w przd! My tu pogwarzy chcemy, nie trza nam tu twoich uszu!

Potka, drepcca za wozem, zaraa, szarpna postronkiem, zazdroszczc wida kobyce Pokwita idcej kusem gocicem. Yurga cmokn, lekko smagn konie lejcami. - Ano - rzek z ociganiem. - Rzecz ma si tak, panie. Obiecaem wam... Wtedy, na mocie... Zoyem wam obietnic... - Nie trzeba - przerwa szybko wiedmin. - Nie trzeba, Yurga. - Trzeba - powiedzia ostro kupiec. - Sowo daje nie dym. To, co w domu zastan, a czego si nie spodziewam, bdzie wasze. - Daj pokj. Niczego od ciebie nie chc. Jestemy kwita. - Nie, panie. Jeli co takiego w domu zastan, znaczy, to przeznaczenie. A jeli z przeznaczenia zadrwi, jeli skama z niego, to ono wonczas srogo karze. Wiem, pomyla wiedmin. Wiem. - Ale... Panie Geralt... - Co, Yurga? - Niczego ja w domu nie zastan, czego si nie spodziewam. Niczego, a ju na pewno nie tego, na cocie liczyli. Panie wiedmin, syszycie to: Zotolitka, moja kobieta, wicej dzieci mie nie moe po ostatnim i czego jak czego, ale dzieciaka w domu nie bdzie. lecie, widzi mi si, trafili. Geralt nie odpowiedzia. Yurga milcza rwnie. Potka znowu prychna, rzucia bem. - Ale mam dwch synw - rzek nagle szybko Yurga, patrzc przed siebie, na gociniec. Dwch, zdrowych, silnych i niegupich. Przecie gdzie ich musz do terminu da. Jeden, mylaem, ze mn kupiectwa si bdzie uczy. A drugi... Geralt milcza. - Co rzekniecie? - Yurga odwrci gow, spojrza na niego. - Zadalicie na mocie obietnicy. Szo wam o dzieciaka do waszego wiedmiskiego terminu, przecie nie o co innego. Czemu miaby w dzieciak by niespodziany? A spodziany by nie moe? Dwch mam, jeden niech si wic na wiedmina uczy. Fach jak fach. Nie lepszy, nie gorszy. - Pewny jeste - odezwa si cicho Geralt - e nie gorszy? Yurga zmruy oczy. - Broni ludzi, ycie im ratowa, jaka to po waszemu rzecz, za czy dobra? Tych czternastu, na wzgrzu? Wy, na owym mocie? Cocie czynili, dobro czy zo? - Nie wiem - rzek z wysikiem Geralt. - Nie wiem, Yurga. Czasami wydaje mi si, e wiem. A niekiedy mam wtpliwoci. Czy chciaby, by twj syn mia takie wtpliwoci?

- A niech ma - powiedzia powanie kupiec. - Niechby mia. Bo to wanie ludzka rzecz i dobra. - Co? - Wtpliwoci. Tylko zo, panie Geralt, nigdy ich nie ma. A przeznaczenia swego nie uniknie nikt. Wiedmin nie odpowiedzia. Gociniec skrca pod wysok skarp, pod krzywe brzozy, niewiadomym sposobem trzymajce si pionowego zbocza. Brzozy miay te licie. Jesie, pomyla Geralt, znowu jesie. W dole byskaa rzeka, biela nowiutki ostrok stranicy, dachy chaup, ociosane pale przystani. Skrzypia koowrt. Prom dobija do brzegu, toczc przed sob fal, rozpychajc wod tpym nosem, rozgarniajc pywajce po powierzchni somki i licie nieruchawe w brudnym kouchu kurzu. Skrzypiay liny cignite przez przewonikw. Stoczony na brzegu tum haasowa, wszystko byo w tym haasie: krzyk kobiet, kltwy mczyzn, pacz dzieci, ryk byda, renie koni, beczenie owiec. Jednostajna, basowa muzyka strachu. - Precz! Precz, cofn si, psie krwie! - wrzeszcza konny z gow owizan zakrwawion szmat. Ko, zanurzony a po brzuch, ciska si, wysoko podrzucajc przednie nogi, rozbryzgiwa wod. Na przystani wrzask, krzyk - tarczownicy brutalnie rozpychali tum, tukli gdzie popado trzonkami oszczepw. - Precz od promu! - rycza konny, wywijajc mieczem. - Tylko wojsko! Precz, bo by bd rozwala! Geralt cign wodze, wstrzyma klacz, taczc tu przy krawdzi wwozu. Wwozem, w brzku ora i zbroi, cwaowali cikozbrojni, wzbijajc tumany kurzu przysaniajce biegncych z tyu tarczownikw. - Geraaaalt! Spojrza w d. Na porzuconym, zepchnitym z gocica wozie zapenionym drewnianymi klatkami podskakiwa i wymachiwa rkami szczupy mczyzna w winiowym kubraku i kapelusiku z czaplim pirkiem. W klatkach trzepotay i dary si kury i gsi. - Geraaalt! To ja! - Jaskier! Chod tutaj! - Precz, precz od promu! - rycza na przystani konny z obandaowan gow. - Prom tylko dla wojska! Chcecie na tamten brzeg, psie chwosty, to do toporw i w las, tratwy kleci! Prom tylko dla wojska! - Na bogw, Geralt - sapa poeta, wdrapawszy si po zboczu wwozu. Jego winiowy

kubrak usiany by, niby niegiem, ptasim pierzem. - Widzisz, co si dzieje? Ci z Sodden niechybnie przegrali bitw, zacz si odwrt. Co ja mwi, jaki odwrt? To ucieczka, po prostu paniczna ucieczka! I nam trzeba std wia, Geralt. Na tamten brzeg Jarugi... - Co tu robisz, Jaskier? Skd si tu wzie? - Co robi? - wrzasn bard. - Jeszcze pytasz? Uciekam jak wszyscy, cay dzie tuk si na tym wozie! Konia w nocy ukrad mi jaki skurwysyn! Geralt, bagam, wycignij mnie z tego pieka! Powiadam ci, Nilfgaardczycy mog tu by w kadej chwili! Kto nie odgrodzi si od nich Jarug, pjdzie pod n. Pod n, rozumiesz? - Nie panikuj, Jaskier. W dole, na przystani, renie koni, wciganych przemoc na prom, tukcych kopytami po deskach. Wrzask. Kotowanina. Plusk wody, w ktr wtoczy si zepchnity wz, ryk wow, wystawiajcych pyski nad powierzchni. Geralt patrzy, jak toboy i skrzynie z wozu obrciy si w nurcie, uderzyy w burt promu, popyny. Wrzask, przeklestwa. W wwozie chmura pyu, ttent. - Po kolei! - dar si zabandaowany, najedajc koniem na tum. - Porzdek, psia wasza ma! Po kolei! - Geralt - jkn Jaskier, chwytajc za strzemi. - Widzisz, co si tam dzieje? W yciu nie zdoamy dosta si na ten prom. Wojacy przeprawi nim tylu, ilu zdoaj, a potem spal, eby nie posuy Nilfgaardczykom. Tak si zwykle robi, no nie? - Zgadza si - kiwn gow wiedmin. - Tak si zwykle robi. Nie pojmuj jednak, skd ta panika? Co to, pierwsza wojna, innych nie bywao? Jak zwykle, druyny krlw poszczerbi si nawzajem, a potem krlowie dogadaj si, podpisz traktat i obaj urn si z tej okazji. Dla tych, ktrzy w tej chwili miad sobie ebra na przystani, nic si w zasadzie nie zmieni. Skd wic cay ten gwat? Jaskier spojrza na niego bacznie, nie puszczajc strzemienia. - Ty chyba masz kiepskie informacje, Geralt - powiedzia. - Albo nie potrafisz zrozumie ich znaczenia. To nie jest zwyka wojna o sukcesj tronu czy spachetek ziemi. To nie jest potyczka dwch feudaw, ktr chopi obserwuj, nie przerywajc sianokosw. - C to zatem jest? Owie mnie, bo w samej rzeczy nie wiem, o co chodzi. Tak midzy nami, to niewiele mnie to w sumie interesuje, ale objanij, prosz. - Nie byo nigdy podobnej wojny - rzek powanie bard - Armie Nilfgaardu zostawiaj za sob spalon ziemi i trupy. Cae pola trupw. To jest wojna na wyniszczenie, na pene wyniszczenie. Nilfgaard przeciw wszystkim. Okruciestwa... - Nie ma i nie byo wojny bez okruciestw - przerwa wiedmin. - Przesadzasz, Jaskier. To tak, jak z tym promem: tak si zwykle robi. Taka, powiedziabym, wojskowa tradycja. Jak wiat

wiatem, cignce przez kraj armie zabijaj, grabi, pal i gwac, niekoniecznie w tej kolejnoci. Jak wiat wiatem, chopkowie w czas wojny chowaj si po lasach z babami i podrcznym dobytkiem, a jak si wszystko skoczy, wracaj... - Nie w tej wojnie, Geralt. Po tej wojnie nie bdzie komu wraca i do czego wraca. Nilfgaard zostawia za sob pogorzelisko, armie id aw i wygarniaj wszystkich. Szubienice i pale cign si milami wzdu gocicw, dymy bij w niebo jak horyzont dugi. Powiedziae, jak wiat wiatem nie byo czego takiego? Ano, trafie. Tak, jak wiat wiatem. Naszym wiatem. Bo wyglda na to, e Nilfgaardczycy przybyli zza gr, by zniszczy nasz wiat. - To nie ma sensu. Komu mogoby zalee na niszczeniu wiata? Nie prowadzi si wojen, by niszczy. Wojny prowadzi si z dwch powodw. Jednym jest wadza, drugim pienidze. - Nie filozofuj, Geralt! Tego, co si dzieje, nie zmienisz filozofi! Dlaczego nie suchasz? Dlaczego nie widzisz? Dlaczego nie chcesz rozumie? Uwierz mi, Jaruga nie zatrzyma Nilfgaardczykw. Zim, gdy rzeka zamarznie, pjd dalej. Mwi ci, trzeba wia, wia a na Pnoc, moe tam nie dojd. Ale nawet jeli tam nie dojd, nasz wiat nie bdzie ju nigdy taki, jaki by. Geralt, nie zostawiaj mnie tutaj! Nie dam sobie rady sam! Nie zostawiaj mnie! - Chyba oszala, Jaskier - wiedmin przechyli si w kulbace. - Chyba oszala ze strachu, jeli moge pomye, e ci zostawi. Daj rk, wskakuj na konia. Tu nie masz czego szuka, na prom i tak si nie dopchasz. Odwioz ci w gr rzeki, poszukamy odzi albo tratwy. - Nilfgaardczycy ogarn nas. S ju blisko. Widziae tych konnych? Wida, e id prosto z bitwy. Jedmy w d rzeki, w stron ujcia Iny. - Przesta kraka. Przemkniemy si, zobaczysz. W d rzeki te dgn tumy ludzi, przy kadym promie bdzie to samo co tu, wszystkie odzie te pewnie ju zaharapcili. Jedziemy w gr, pod prd, nie bj si, przeprawi ci choby na kodzie. - Tamten brzeg ledwo wida! - Nie marud. Powiedziaem, przeprawi ci. - A ty? - Wskakuj na konia. Pogadamy w drodze. Hej, do diaba, tylko nie z tym worem! Chcesz, eby Potce pk grzbiet? - To jest Potka? Potka bya gniada, a to jest kasztanka. - Kady mj ko nazywa si Potka. Dobrze o tym wiesz i nie zagaduj mnie. Powiedziaem, precz z tym worem. Co tam masz, do cholery? Zoto? - Rkopisy! Wiersze! I troch arcia... - Wrzu do rzeki. Napiszesz nowe wiersze. A arciem podziel si z tob. Jaskier zrobi aosn min, ale nie zastanawia si dugo, z rozmachem cisn sakw do

wody. Wskoczy na konia, powierci si, lokujc na jukach, przytrzyma si pasa wiedmina. - W drog, w drog - ponagla niespokojnie. - Nie tramy czasu, Geralt, zapadnijmy w lasy, zanim... - Przesta, Jaskier, bo ta twoja panika zaczyna si udziela Potce. - Nie kpij. eby ty widzia to, co ja... - Zamknij si, cholera. Jedziemy, chciabym przed zapadniciem zmroku zaatwi ci przepraw. - Mnie? A ty? - Ja mam sprawy po tej strome rzeki. - Szalony chyba, Geralt. ycie ci niemie? Jakie sprawy? - Nie twj interes. Jad do Cintry. - Do Cintry? Nie ma ju Cintry. - Co ty gadasz? - Nie ma ju Cintry. Jest pogorzelisko i kupa gruzu. Nilfgaardczycy... - Zsiadaj, Jaskier. - Co? - Zsiadaj! - wiedmin odwrci si gwatownie. Trubadur spojrza na jego twarz i sfrun z konia na ziemi, cofn si o krok, potkn. Geralt zsiad powoli. Przerzuci wodze przez eb klaczy, sta chwil niezdecydowany, potem przetar twarz urkaczon doni. Usiad na brzegu wykrotu, pod rozoystym krzakiem widwy o krwistoczerwonych pdach. - Chod tu, Jaskier - powiedzia. - Siadaj. I opowiadaj, co z Cintr. Wszystko. Poeta usiad. - Nilfgaardczycy weszli tam przez przecze - zacz po chwili milczenia. - Byy ich tysice. Otoczyli wojska Cintry w dolinie Marnadal. Doszo do bitwy, trwajcej cay dzie, od witu do zmierzchu. Ci z Cintry stawali dzielnie, ale zdziesitkowano ich. Krl poleg, a wwczas ich krlowa... - Calanthe. - Tak. Nie dopucia do popochu, nie pozwolia, by poszli w rozsypk, zebraa wok siebie i sztandaru kogo tylko zdoaa, przebili si przez piercie, wycofali za rzek, w stron miasta. Kto zdoa. - A Calanthe? - Z garstk rycerzy bronia przeprawy, osaniaa odwrt. Mwiono, e bia si jak mczyzna, rzucaa jak szalona w najwikszy wir. Skuto j pikami, gdy szarowaa na nilfgaarddzk piechot. Ciko rann wywieziono do miasta. Co jest w tej manierce, Geralt?

- Gorzaka. Chcesz? - No chyba. - Mw. Mw dalej, Jaskier. Wszystko. - Miasto w zasadzie nie bronio si, nie byo oblenia, nie byo ju komu stan na murach. Resztka rycerzy z rodzinami, wielmoe i krlowa... Zabarykadowali si w zamku. Nilfgaardczycy zdobyli zamek z marszu, ich czarownicy rozwalili w py bram i cz murw. Broni si tylko stob, widocznie czarodziejsko zabezpieczony, bo opiera si nilfgaardzkiej magu. Pomimo tego, po czterech dniach Nilfgaardczycy wdarli si do rodka. Nie zastali nikogo ywego. Nikogo. Kobiety zabiy dzieci, mczyni zabili kobiety i rzucili si na miecze albo... Co ci jest, Geralt? - Mw, Jaskier. - Albo... jak Calanthe... Gow w d, z blankw, z samego szczytu. Mwi, e prosia, by j... Nikt nie chcia. Dopeza wic do blankw i... Gow w d. Podobno okropne rzeczy robiono z jej ciaem. Nie chc o tym... Co ci jest? - Nic. Jaskier... W Cintrze bya... Dziewczynka. Wnuczka Calanthe, co okoo dziesiciu, jedenastu lat. Nazywaa si Ciri. Syszae co o niej? - Nie. Ale w miecie i zamku doszo do straszliwej rzezi i prawie nikt nie uszed z yciem. A z tych, co bronili stobu, nie ocala nikt, mwiem ci. A wikszo kobiet i dzieci znaczniejszych rodw bya wanie tam. Wiedmin milcza. - Ta Calanthe - spyta Jaskier. - Znae j? - Znaem. - A dziewczynk, o ktr pytae? Ciri? - I j znaem. Powia wiatr od rzeki, zmarszczy wod, szarpn gaziami, z gazi migotliw kurzaw poleciay licie. Jesie, pomyla wiedmin, znowu jesie. Wsta. - Wierzysz w przeznaczenie, Jaskier? Trubadur unis gow, spojrza na niego szeroko otwartymi oczami. - Dlaczego pytasz? - Odpowiedz. - No... wierz. - A czy wiesz, e samo przeznaczenie to za mao? Ze trzeba czego wicej? - Nie rozumiem, Geralt. - Nie ty jeden. Ale tak wanie jest. Trzeba czego wicej. Problem polega na tym, e ja... Ja

ju nigdy nie dowiem si, czego. - Co z tob, Geralt? - Nic, Jaskier. Chod, wsiadaj. Jedziemy, szkoda dnia. Kto wie, ile czasu zajmie nam szukanie odzi, a bdziemy potrzebowa duej. Przecie nie zostawi Potki. - Przeprawimy si razem? - ucieszy si poeta. - Tak. Po tej stronie rzeki nie mam ju czego szuka. IX - Yurga! - Zotolitka! Biega od bramy, powiewajc wyzwolonymi spod chusty wosami, potykajc si, krzyczc. Yurga rzuci powody pachokowi, skoczy z wozu na ziemi, pobieg na spotkanie, chwyci j w pasie, mocno, poderwa z ziemi, zakrci, zawirowa. - Jestem, Zotolitka! Wrciem! - Yurga! - Wrciem! Eje, rozwierajta wrota! Gospodarz wrci! Ech, Zotolitka! Bya mokra, pachniaa mydlinami. Praa, wida. Postawi j na ziemi, ale i wtedy nie pucia go, wczepiona, roztrzsiona, ciepa. - Prowad w dom, Zotolitka. - Bogowie, wrcie... Po nocach nie spaam... Yurga... Po nocach nie spaam... - Wrciem. Ech, wrciem! I bogato wrciem, Zotolitka. Widzisz wz? Hej, poganiaj, zajedaj we wrota! Widzisz wz, Zotolitka? Do dobra wioz, by... - Yurga, co mi dobro, co mi wz... Wrcie... Zdrowy... Cay... - Bogato wrciem, mwi. Wraz zobaczysz... - Yurga? A on kto? Ten czarno odziany? Bogowie, z mieczem... Kupiec obejrza si. Wiedmin zsiad z konia, odwrcony, udawa, e poprawia poprg i juki. Nie patrzy na nich, nie podchodzi. - Pniej ci powiem. Och, Zotolitka, eby nie on... A gdzie dzieciaki? Zdrowe? - Zdrowe, Yurga, zdrowe. W pole poszy, wrony strzela, ale ssiady zna im dadz, e w domu. Wraz przylec, caa trjka... - Trjka? Ce to, Zotolitka? Moe... - Nie... Ale co musz ci rzec... Nie bdziesz gniewny? - Ja? Na ciebie?

- Przygarnam dziewuszk, Yurga. Od druidw wziam, wiesz, od tych, co po wojnie dzieci ratowali... Zbierali po lasach te bezdomne i pogubione... Ledwo ywe... Yurga? Gniewny? Yurga przyoy do do czoa, obejrza si. Wiedmin szed powoli za wozem, prowadzi konia. Nie patrzy na nich, wci odwraca gow. - Yurga? - O, bogowie - jkn kupiec. - O, bogowie! Zotolitka... Co, czegom si nie spodziewa! W domu! - Nie bd gniewny, Yurga... Obaczysz, polubisz j. Dziewuszka mdra, mia, robotna... Dziwna troch. Nie chce mwi, skd jest, pacze zaraz. To i nie pytam. Yurga, wiesz, jakem zawsze chciaa, by bya crka... Co ci? - Nic - rzek cicho. - Nic. Przeznaczenie. Ca drog przez sen gada, bredzi w gorczce, nic, jeno przeznaczenie i przeznaczenie... Na bogw... Nie na nasz to rozum, Zotolitka. Nie poj nam, co myl tacy, jak on. O czym ni. To nie na nasz rozum... - Tata!!! - Nadbor! Sulik! Alecie wyroli, jako byczki! Ano, sami tu, do mnie! ywo... Urwa, widzc ma, szczuplutk, popielatowos istotk idc wolno za chopcami. Dziewczynka spojrzaa na niego, zobaczy wielkie oczy, zielone jak trawa wiosn, byszczce jak dwie gwiazdeczki. Zobaczy, jak dziewczynka podrywa si nagle, jak biegnie, jak... Usysza, jak krzyczy, cienko, przenikliwie. - Geralt! Wiedmin odwrci si od konia, byskawicznym, zwinnym ruchem. I pobieg na spotkanie. Yurga patrzy urzeczony. Nigdy nie myla, e czowiek moe porusza si tak szybko. Spotkali si na rodku podwrka. Popielatowosa dziewuszka w szarej sukieneczce. I biaowosy wiedmin z mieczem na plecach, cay w czarnej skrze lnicej od srebra. Wiedmin w mikkim skoku, dziewuszka w truchciku, wiedmin na kolanach, cienkie rczki dziewuszki dookoa jego szyi, popielate, mysie wosy na jego ramieniu. Zotolitka krzykna gucho. Yurga obj j, bez sowa przygarn do siebie, drug rk zebra i przytuli obu chopcw. - Geralt! - powtarzaa dziewczynka, lgnc do piersi wiedmina. - Znalaze mnie! Wiedziaam! Zawsze wiedziaam! Wiedziaam, e mnie odnajdziesz! - Ciri - powiedzia wiedmin. Yurga nie widzia jego twarzy ukrytej w popielatych wosach. Widzia rce w czarnych rkawicach ciskajce plecy i ramiona dziewczynki. - Znalaze mnie! Och, Geralt! Cay czas czekaam! Tak okropecznie dugo... Bdziemy ju razem, prawda? Teraz bdziemy razem, tak? Powiedz, Geralt! Na zawsze! Powiedz!

- Na zawsze, Ciri. - Tak, jak mwili! Geralt! Tak, jak mwili... Jestem twoim przeznaczeniem? Powiedz! Jestem twoim przeznaczeniem? Yurga zobaczy oczy wiedmina. I zdziwi si bardzo. Sysza cichy pacz Zotolitki, czu drganie jej ramion. Patrzy na wiedmina i czeka, cay spity, na jego odpowied. Wiedzia, ze nie zrozumie tej odpowiedzi, ale czeka na ni. I doczeka si. - Jeste czym wicej, Ciri. Czym wicej.