Friedrich

Hölderlin
Wiersze
Kraków 1999

Panie! Panie! Ośmielam się Zaśpiewać Tobie Trwożny hymn. Tam w górze W niebios wszystkich najwyższym niebie, Wysoko ponad gwiazdą Syriusza, Wysoko ponad wierzchołkiem Uranu. Gdzie od prapoczątku Wędruje święty Serafin W czci głębokiej, uroczyście, Wokół sanktuarium Niewyrażalnego. Tam, w owym sanktuarium, jest księga, A w księdze tej spisano Nieskończone szeregi Wszystkich dni ludzkiego żywota. Tam zapisano: Krajów pustoszenie, ludów wyniszczanie, I obcych wojsk masakry, I królów mordujących Wraz z końmi ich i wozami, Jeźdźcami i bronią, Z berłem w dłoni; I jadowitych tyranów, Okrutnym kolcem Przeszywających głęboko serce niewinności. I straszliwe potopy, Pochłaniające nabożnych, Pochłaniające grzesznych, Rozszarpujące domostwa Winnych i niewinnych. I ogień trawiący Pałace i wieże Ze spiżowymi bramami, Z ogromnymi murami, Rozsypującymi się w mgnieniu oka. Ziemię rozpękłą, Która siarczystą paszczą W ciemność dymiącą Ojca, dzieci, Matkę, niemowlę, Boleśnie rzężących, Śmiertelnie skowyczących, Wchłaniała. Tam zapisano: Ojcobójstwo! Bratobójstwo! Niemowląt uduszonych siność! Okrutnie! Okrutnie! I talerz soczewicy z domieszką Trucizny zżerającej trzewia

Księgi czasów

Dobremu, oddanemu przyjacielowi. Kaleki z zapadłymi oczami, Hańbiącej onanii Piekielne ofiary Kanibalów Ludzkim mięsem utuczonych, Szczątki ludzkie ogryzających, Z czaszek ludzkich żłopiących Dymiącą jeszcze krew. Wściekłe okrzyki bólu Zarzynanych Pod nożem płatającym ciało. Wroga ryk radosny Podnieconego wonią, Która ciepło dymi Z trzewi. Tam zapisano Rozpacz czarną, Na powrozie wiszącą o północy, Jeszcze w mękach walczącą o życie Duszę - w obliczu rozwierającego się piekła. Tam zapisano Ojca porzucającego Żonę i dzieci głodujące, Który w odurzeniu rzuca się W słodkie, wabiące ramiona rozpusty, Który zasług pozbawiony, Honoru wyzbyty, Pogrążony w nędzy Przez oszusta, W szmatach włóczęgi Wędruje drogą, Jałmużny szukając Dla okaleczonego ciała. Tam zapisano Dziewczyny różowej pogodnej Przedśmiertną gorączkę; Matek rąk załamywanie, Gromem rażonego młodzieńca, Dzikie nieme znieczulenie (Przerwa w odczuwaniu) Straszniejsze jest, straszniejsze! To wszystko, wszystko w księdze zapisane, Straszniejsze, straszniejsze! O, okrutny rodzaju człowieka! O, okrucieństwo rodzaju ludzkiego! Sędziowie! Sędziowie! Czemu nie wytępi ognistym mieczem Całego okrucieństwa na ziemi Anioł śmierci? Sprawiedliwy, spójrz, wyrok

Dosięga nabożnych, grzeszników Potopy, pożary I wszystkie sądy ziemskie. Lecz spójrz, milczę To niech będzie dla ciebie pieśnią pochwalną! Który kierujesz Mądrą, rozumną, wszechwładną ręką Barwną zmiennością czasów. (znów przerwa) Alleluja, alleluja, Ten, który myślą stwarza Barwny wir czasów, Miłością jest!!! Usłysz to, niebo i ziemio! Niepojętą jest miłością! W sanktuarium jest księga, Zaś w księdze zapisano Nieskończone szeregi Wszystkich dni ludzkiego żywota Tam zapisano Jezusa Chrystusa śmierć na krzyżu! Syna bożego śmierć na krzyżu! Baranka bożego na tronie, śmierć na krzyżu! By zbawić cały świat, Rozkoszą anielską obdarzyć Swoich wiernych Serafinów, Cherubinów Podziw oniemiały W rozległych obszarach niebios Milkną głosy harf Ledwie dyszy świat wokół sanktuarium. Zachwyt - zachwyt Nad dziełem Syna, Który zbawia Upadły okrutny ród. Tam zapisano: Ten, który skonał, Jezus Chrystus, Który w grocie skalnej strząsnął z siebie śmierć! Wystąpi w boskiej potędze wszechmocy! By, żywym - żywym będąc, Zawołać kiedyś do ludzkiego prochu: Wróćcie, dzieci ziemi! Teraz głos puzonu Wzywa nieprzejrzane ludzkie mrowie W górę, na sąd! Na sąd! Po zapłatę, którą odważą Sprawiedliwości szale! Czy jęczysz jeszcze teraz, o nabożny,

Pod ludzkości brzemieniem? I ty szyderco, czy szydzisz jeszcze Beztroskim pląsaniem Z wyroków straszliwych? Tam zapisano Ludzkości dzieła ogromne, Wspaniale przemierzające Głębiny mórz! Wędrowców oceanu! Zwycięzców burz! Prędko z wiatrów pomocą Po nigdy nie widzianych morzach Z dala od ludzi i lądów Z dumnie szumiącymi żaglami Z groźnymi masztami krążących. Pogromców Lewiatana, Kpiących z gór lodowych, Odkrywców światów Nie znanych od początku istnienia. Tam zapisano Błogosławieństwo ludów, Dostatek chleba, Szczęśliwość Powszechną I radość na ziemi. Tam zapisano Błogosławieństwo ludów, Dostatek chleba Szczęśliwość ziemi Dookoła Powszechną radość, Spływającą Z rąk szczodrobliwych Władcy.

Do róży
Wiecznie niesie w swoim łonie, Słodka pól władczyni, Mnie i ciebie, cicha, wielka Życiodajna wciąż natura; Różo, spójrz, nasz urok więdnie, Burze ogołocą mnie i ciebie, Jednak wieczne ziarno wkrótce W nowy kwiat się nam rozwinie.

Do Neuffera
Serce braterskie, idę ku tobie jak rosisty poranek,

Otwórz się, jak kielich wrażliwego kwiatu się otwiera! Wszak niebo przyjmujesz, radości złoty obłok Mży szybkimi, miłymi dźwiękami w dół, Przyjacielu! Nie znam siebie, nie rozumiem już człowieka, I wstydzi się duch wszystkich myśli swoich. A chwytać chciał je tak, jak chwyta rzeczy świata, Schwytać, Lecz zawrót głowy pochwycił go słodki i wieczna twierdza Jego myśli runęła.

Do Diotymy
Istoto piękna! żyjesz jak wrażliwy kwiat w zimie. W tym postarzałym świecie kwitniesz zamknięta, samotnie. Kochając, dążysz na zewnątrz, by ożywić się światłem wiosennym, By ogrzać się nią, szukasz młodości świata. Twego słońca piękniejszy czas już minął, Zaś mroźną nocą kłócą się tylko żywioły.

Dęby
W ogrodach natura żyje cierpliwie jak w domu wraz z utrudzonym człowiekiem, on pielęgnuje jej krzewy, ona rodzi owoce, lecz do was idę, wspaniali synowie gór, wasz las stoi jak lud tytanów pośrodku pokornego świata, wy bowiem należycie tylko do siebie i Boga, który was karmi i rozwija, i do ziemi, która was zrodziła. Żaden dąb nie rósł na wzór człowieka; nie skrępowani niczym, radośnie, z głębi twardych korzeni pniecie się zdobywczo splotem konarów ku górze jak orły zdobycz, wy potężnymi ramionami chwytacie przestrzeń. A słoneczna korona, jasna i wielka, rozrywając chmury, świeci nad wami. Każdy z was jest odrębnym światem, jak gwiazda w przestworzach w nieustannym krążeniu, każdy jest bogiem wśród bogów. Gdybym znieść mógł to życie w upokarzającej niewoli, nie zazdrościłbym tym lasom i z chęcią zbratałbym się z ruchliwą ludzkością i życiem, gdyby nie więzy serca mojego, które bez miłości nie może istnieć, o, z jaką ochotą przemieniłbym się w drzewo.

Wiosna
Widziałem wargi gasnące i ramiona zwiotczałe ze starości, lecz ty, moje serce, wciąż jesteś młode i jak Luna budząca kochanka, wybrańca niebios, tak radość budzi ze snu ciebie, bo ona budzi się wraz ze mną, wstępując w nową, żarliwą młodość z siostrą moją, rozkwitającą naturą, a doliny moje i gaje uśmiechają się do mnie przepełnione głosem ptaków, którymi igra lekki wiatr, wszystko wita mnie radosnym krzykiem, Ty, która odmładzasz serca i zielenisz pola, Wiosno Święta, pozdrawiam ciebie! Ty, która jesteś pierwiosnkiem czasu, która poisz i budzisz naturę, wszystko miłująca wiosno, pozdrawiam ciebie! Pozdrowiona bądź, która zerwałaś więzy, dla ciebie brzmi uroczysty chorał, ty wstrząsasz posadami morza i kruszysz kry, upojeni radością biegniemy nad rzekę, która sławi twoje przyjście, twoim miłosnym tchnieniom obnażamy nasze gorące piersi i z wesołym okrzykiem rzucamy się w jej wody, i wespół z nią wołamy imię twoje - siostro! Siostro! Jakże piękny i niczym nie zmącony jest lot twojej ziemi w przestrzeni, odkąd Ty, niebieski posłańcze z dolin Elizjum, tknąłeś ją czarodziejską różdżką, nie widzieliśmy, aby radośniej witała dumnego kochanka i dzień święty, w którym zapłonął nad górami, pokonawszy ciemności, ziemia, ukryta w srebrzystej zasłonie powietrza, świeci jasnoczerwonym blaskiem, jakby w rozkosznym oczekiwaniu, nim sama nie stanie w płomieniach a rozkosz jej nie przeniknie płomieniem jej kwiatów, lasów, ziarna w polu i winnej latorośli, więc śnij, śnij, matko ziemio, i sen spokojny niech ogarnie twoje dzieci, bo Helios wyprzągł już ogniste konie, a bohaterowie niebios Perseusz i Herkules krążą w gwiezdnej ciszy, przepojeni miłością, łagodne tchnienie nocy z cichym szelestem kołysze zboża, a daleki strumień swoim szmerem usypia trawy…

Do drzewa
…odwiecznymi drogami Uśmiechając się, ciągnęli nad nami w dal władcy świata, Słońce, księżyc, i gwiazdy, i błyskawice z obłoków, Dzieci ognistej chwili, igrały wokół nas, Lecz w naszym wnętrzu, niby obraz księcia niebios,

Wędrował, bez zawiści, miłości naszej bóg, swobodnie, i mieszał woń - czystą, świętą duszę, Która wiosny srebrną godziną pojona, Często kipi, na zewnątrz - pospołu z lśniącym morzem dnia, I z zorzą wieczorną, i z falami nocy, Ach, żyliśmy, tak swobodnie, w żarliwym bezgranicznym życiu, Beztrosko i cicho, podobni do snu szczęśliwego, Teraz sami sobą syci i teraz w dal ulatując, Lecz we wnętrzu najgłębszym jesteśmy wciąż żywi i razem. O, drzewo szczęśliwe! jak długo mógłbym jeszcze śpiewać I zatracać się w spojrzeniu ku twej rozwianej głowie, Lecz spójrz, tam się coś rusza, to wędrują w welonach panienki, Któż to wie, może wśród nich jest moja dziewczyna; Puść mnie, puść, ja muszę - żegnaj! porywa mnie życie, Bym dziecięcymi krokami szedł za najmilszym śladem, Lecz Ty, Szlachetne, ciebie nigdy, nigdy nie zapomnę, Wieczne jesteś i pozostaniesz mej Ukochanej obrazem. I gdyby nadszedł kiedyś taki dzień, że byłaby moją, O, wówczas odpocząłbym z nią pod tobą, przyjazna roślino, I nie gniewałabyś się, że cieniem i wonią, I pieśnią szumiącą obdarzasz szczęśliwych.

Do mądrych doradców
1 Ja nie miałbym walczyć w ciągu życia, Dopóki serce do wzniosłego piękna dąży, Ja miałbym swą łabędzią pieśń nad grobem śpiewać, Gdzie nas tak chętnie grzebiecie żywcem? Oszczędźcie mnie, porzućcie żywy pęd, Aż się w najdalsze morze stoczy jego nurt, Pozwólcie wszak, lekarze, żyć pozwólcie mi, Jak długo parka nie skróci drogi mojej. 2 Latorośl winna unikać chłodnych dolin, Szczęśliwy sad Hesperii zaś rodzi Złoty owoc w promieniu tylko ciepłym, Co niby żaru strzała przenika w serce ziemi; Więc czemu ostrzegacie, gdy dumne, nie zhańbione Człowiecze serce od gniewu się zapala, Czemu go pozbawiacie, który dopełnia w walce tylko, Mięczaki, żywiołu płomiennego? 3 Nie dla zabawy wziął on miecz do ręki, Zaś sędzia, który starą noc potępił, On nie dla snu tu na dół zstąpił, Ten czysty duch, który wszak z niebios się wywodzi, W promieniu zbliża się i nas przeraża jak meteor, Uwalnia i poskramia, bez spoczynku i zapłaty, Aż, powracając przez bramy niebios,

Rydwany jego zwycięsko się przetoczą. 4 A wy mściciela ramię chcecie obezwładnić, Duchowi, co z boską mocą rozkazywał, Każecie niewolniczo ulec Pod okrucieństwem waszej tłuszczy? Wszak dom wariatów jest waszym trybunałem I jemu Wzniosły ma się podporządkować, Zaś z Boga w nas robicie teraz skandal, Robaka królem mianujecie ponad nim. 5 Dawniej do krzyża przybijano marzycieli I często w szlachetnym swoim gniewie człowiek Zmagał się w rozstrzygających i burzliwych dniach, Dopóki szczęście oraz złość nie zmogły śmiałych praw; I niby słońce w wieczny spokój się zapadał, Kto pośród zmagań zaczął wielkie dzieło, Pogrążał się, lecz niby zorza ranna znów Zaczynał w swoich Najmilszych świecić. 6 Rozkwita teraz nowa sztuka, by zabić serce, Sztyletem śmierci w skrytobójczych rękach Stała się teraz rada światłych ludzi, I straszny jak oprawca rozum; W tchórzliwy spokój przez was wszak wpędzony, Młodzieńców duch znajduje grób haniebny I bezimienna w mglistych nocach spada Z pogodnych niebios w dół niejedna piękna gwiazda. 7 Nic to, chociaż padają pierwsi z ducha, A wielkie cnoty niby wosk topnieją, To piękno musi z walk tych wszystkich, Z tej nocy, dni tych dniem zmartwychwstać; Wy martwi zaś, chowajcie zatem swoich martwych! Gdy wy trzymacie jeszcze znicz żałobny, On już nastaje, jak serce przykazało, Już wdziera się ów nowy, lepszy świat.

Diotyma
Milczysz, cierpisz a oni nie pojmują ciebie, Istoto święta, więdniesz, giniesz w milczeniu, Bowiem daremnie pośród barbarzyńców Szukasz swoich w blasku dnia, Owych wielkich, czułych dusz, już nieobecnych! Czas umyka. Lecz widzi moja pieśń śmiertelna Ów dzień, który Diotymo, obok bogów Pośród herosów umieszcza cię, do ciebie podobny.

Milczały, drzemały narody…
Milczały, drzemały narody, i ujrzało Przeznaczenie, że nie pomarli, i nadszedł Nieprzejednany, straszliwy Syn natury, odwieczny duch niepokoju, I obudził się jak ogień, który w sercu Ziemi wre, który niby dojrzałym owocowym drzewem, Starymi miastami potrząsa, który góry Rozdziera, dęby pochłania i skały. I armie szalały jak wrzące morze. I jak morski bóg panował i władał Niejeden wielki duch w wrzącym zgiełku. Niejedna struga krwi ognistej spłynęła w śmiertelnym boju I wszelkie pragnienie, wszelka siła ludzka Ginęła na jednym, na olbrzymim polu walki, Gdzie od błękitnych fal Renu aż po Tybr Bezustanna, długoletnia bitwa W dzikim ładzie przetaczała się wokół. Odważną grę prowadził w tym czasie Ze śmiertelnymi potężny los. … I znów lśnią przed tobą złote owoce Jak wesołe przyjazne gwiazdy Pomarańczowych gajów Italii w chłodną noc.

Buonaparte
Świętymi naczyniami są poeci, Którzy wino życia, ducha Bohaterów przechowują. Lecz duch młodości, Niecierpliwy, czy nie powinien je rozsadzić, Gdy uchwycić go chce naczynie? Poeta niech nietkniętym je zostawi jak ducha natury, Taka materia ucznia czyni z mistrza. On nie może w wierszu żyć i pozostać, On żyje i pozostanie w świecie.

Przeprosiny
Święta istoto! zakłócałem twój złoty Boski spokój nieraz, i bardziej tajemniczych Dotkliwszych cierpień życia

Niejednych uczyłaś się ode mnie. O, zapomnij, przebacz! niby ów obłok w górze Przed cichym księżycem, wędruje przed siebie, ty zaś Ty zaś trwasz i olśniewasz Znów swoim pięknem, światło słodkie!

Zwięzłość
„Czemu taki zwięzły? czy już nie kochasz jak dawniej Śpiewu? nie znałeś jako młodzian przecież W dniach nadziei, Gdy śpiewałeś, nigdy końca!” Jak moje szczęście jest moja pieśń. - Gdy chcesz w wieczornej zorzy Skąpać się radośnie, ona znika! Chłodna jest ziemia, A ptak nocy furczy Natrętnie przed twoimi oczami. Uznanie ludzi Czyż nie jest święte moje serce, piękniejszym życiem wypełnione, Odkąd kocham? czemu ceniliście mnie więcej, Gdy dumniejszy i dzikszy Wymowniejszy i bardziej próżny byłem? Zaiste! tłumowi podoba się, co ma publiczny poklask, Wszak sługa szanuje tylko ciemięzcę, Zaś w boskość wierzą Tylko ci, którzy ją w sobie mają.

Advocatus diaboli
Z głębi serca gardzę blichtrem despotów i klechów, lecz bardziej jeszcze geniuszem gdy sobą poniewiera.

Fałszywa popularność
O, znawco ludzi, który udajesz dziecko pośród dzieci, Wszak drzewo i dziecko szukają tego, co ponad nimi jest.

Niegdyś i teraz
W młodości wesoły byłem rano, Wieczorem zaś płakałem, teraz z upływem lat Zwątpieniem rozpoczynam dzień, lecz Święty i spokojny jest dla mnie koniec dnia.

Do młodych poetów
Kochani bracia! nasza sztuka być może, Gdyż niby młodzieniec długo już rosła, Dojrzeje wkrótce cichym pięknem, Lecz bądźcie pobożni jak Grecy! Miłujcie bogów i wspominajcie życzliwie umarłych! Gardźcie upojeniem i oziębłością! nie pouczajcie, nie opisujcie! Gdy mistrz was onieśmiela Naturę potężną pytajcie o radę.

Obłudni poeci
Wy, oziębli hipokryci, nie śmiejcie mówić o bogach! Macież wy rozum! nie wierzycie w Heliosa, Ani w gromowładcę, ani w boga mórz, Martwa jest ziemia, kto złoży jej dzięki? Ufajcie bogowie! wszak ozdobą jesteście pieśni, Chociaż z imion waszych uleciał już duch, Lecz gdy potrzebne jest wielkie słowo Naturo matko! natenczas ku tobie zmierza myśl.

Hyperion
(fragment)

Dostrzegam was, Geniusze, W odległych kręgach światła Na ziemi bez cierpienia, A złocisty powiew bogów, Jak palce artysty trącające struny, Porusza wami. Ponad przeznaczeniem, jak dzieci uśpione, Oddychają wybrańcy nieba, Nieskalany w istnieniu, Ukryty w pąku, Rozkwita im wiecznie duch I jasnością cichą nieskończoną Patrzą ich szczęśliwe oczy. Lecz nam nie dane miejsce wytchnienia I człowiek cierpi życie całe, I niknie lub pada na oślep Między brzegiem nocy i dnia, Jak woda z kamienia na kamień Latami miotany w głąb niepewności.

Gdy byłem chłopcem…
Gdy byłem chłopcem, Bóg jakiś ratował mnie nieraz Przed krzykiem i rózgą ludzi, Bawiłem się wówczas bezpiecznie, spokojnie Kwiatami w gaju A wietrzyk podniebny Igrał ze mną I podobnie jak serca Roślin rozweselasz, Gdy ku tobie Wyprężają delikatne ramiona, Tak rozweseliłeś i serce moje Ojcze Heliosie! i jak Eudymion Byłem twoim ulubieńcem Święta Luno! O wy wierni wszyscy Przyjaźni bogowie! Gdybyście wiedzieli Jak was kocha moja dusza! Choć wtedy nie wołałem was jeszcze Po imieniu i wy także Nie zwracaliście się do mnie nigdy tak, jak się ludzie do siebie zwracają, Jak gdyby się znali. Lecz was znałem lepiej Niż kiedykolwiek znałem ludzi, Rozumiałem ciszę eteru, Lecz nie rozumiałem nigdy ludzkich słów. Wychował mnie miły głos Szemrzącego gaju A miłości uczyłem się Od kwiatów. W ramionach bogów dorastałem.

Mojej czcigodnej Babci
Wiele przeżyłaś, droga Matko, i odpoczywasz teraz Szczęśliwa, przez obcych i bliskich serdecznie nazywana po imieniu, I dla mnie serdeczna wielce, w starości srebrnej koronie, Pośród dzieci, co na pociechę ci rosną, mężnieją i kwitną. Długie życie obdarzyło cię duszą wrażliwą I nadzieją, co ładnie cię wiodła przez męki,

Szczęśliwa jesteś i pobożna, jak owa Matka, która niegdyś Z ludzi najlepszego przyjaciela ziemi naszej zrodziła, Nie pamiętają już, jak ów Dostojny wędrował między ludem, I zapomnieli niemal, kim Żywy tutaj był. Nieliczni go jednak znają i często zjawia się im, ciesząc, Pośród burzliwych czasów jego niebiański obraz. Wszystkich godzący i cichy, z biednymi śmiertelnikami Jedyny ten Mąż boskiego ducha wędrował w dal. Żaden z żywych z duszy jego nie został wykluczony, Zaś męki świata on na swej piersi kochającej dźwigał. Zaprzyjaźnił się ze śmiercią, w imieniu innych Szedł, zwyciężając mękę i trud, z powrotem do Ojca. I Ty Go znasz także, Matko droga, i kroczysz, Ufając i cierpiąc, cicho, za tym Dostojnym. Spójrz, mnie samego odmłodziły te słowa naiwne, I płyną jeszcze, jak ongiś, łzy z mojego oka, Wspominam dawno minione dni I ojczyzna znów rozwesela mą duszę samotną, I dom, gdzie niegdyś w Twej życzliwości dorastałem, Gdzie miłością karmiony, prędzej dojrzewał chłopiec. Ach, jak często myślałem wtedy, że mogłabyś cieszyć się mną, Gdy siebie daleko widziałem, działającego w świecie szerokim. Nie raz próbowałem, marzyłem, pierś zmaganiem Raniąc tymczasem, lecz wy mi ją uleczycie, O, Najmilsi! tego, by długo, jak Ty, Matko, żyć Nauczyć się pragnę, wszak cicha jest starość, nabożna. Przybędę do Ciebie, wtedy przeżegnaj wnuka raz jeszcze, By ci dotrzymał mężczyzna, co Ci przyrzekał chłopiec.

Bogowie wędrowali niegdyś
Bogowie wędrowali niegdyś pośród ludzi, wspaniałe Muzy I młody Apollo, kojąc, zachwycając jak ty. Bo ty jesteś dla mnie, czym oni byli, jak gdyby jeden z bogów Posłał mnie w życie, idę, a ze mną wędruje obraz Mej bohaterki, wszędzie gdzie cierpię i tworzę z miłości, Aż do śmierci, bo tego uczyłem się i to mam od niej. Żyjmy więc, o ty, z którą cierpię, z którą Żarliwie, i ufnie, i wiernie walczę o piękniejszy czas. Jesteśmy przecież! czy pamiętać będą jeszcze w nadchodzących latach O nas obojgu, kiedyś, gdy znów będzie znaczył Geniusz, Czy powiedzą: stworzyli sobie niegdyś Samotni z miłości, Bogom jedynie znani, swój bardziej tajemny świat. Bo o umarłych troszcząc się tylko, przyjmie ich ziemia, Lecz bliżej ku światłu wędrują, wzwyż do Eteru Ci, co miłości głębokiej są wierni i boskiemu duchowi, I ufając, i cierpiąc, cicho zwyciężali los.

Pożegnanie
Gdy umrę znieważony, gdy na zuchwałych Moja dusza nie weźmie odwetu, gdy legnę już, Przez wrogów Geniusza Pokonany, w mogile podłej, Wtedy nie zapomnij o mnie, o, wtedy ratuj od zguby Imię moje i ty, serce dobrotliwe, Wówczas zaczerwień się, ty, Która mi sprzyjałaś, lecz nie wcześniej. Czyż nie wiem o tym? Biada! ty, kochający, Opiekuńczy duchu! z dala od ciebie grają, zerwawszy je wnet, Na strunach serca Wszystkie duchy śmierci. O posiwiej mi wtedy, loku odważnej Młodości! lepiej dziś jeszcze, niż jutro, …tu, gdzie na samotnym Rozdrożu ból mnie Śmiertelny powali.

Duch czasu
Już nazbyt długo panujesz nade mną, Ty, w ciemnej chmurze, boże czasu! Zbyt dziko, trwożnie wokół, i Dokąd spojrzę, wszystko wali się i drży. Niby chłopiec, spoglądam często ku ziemi I szukam w norze ratunku przed tobą, i chciałbym, Biedny głupiec, takie miejsca znaleźć, Wszechwładny, gdzie ciebie nie ma. Pozwól wreszcie, ojcze, oko w oko Spotkać ciebie, czyż to nie ty najpierw ducha Swoim promieniem obudziłeś we mnie? i Wwiodłeś wspaniale w życie, ojcze! Z pożytkiem dla nas z latorośli winnej kiełkuje święta moc; W łagodnej aurze spotyka śmiertelnych, I kiedy cicho wędruje gajem, Wesoły bóg; lecz ty wszechmocniej Młodzieńców budzisz czystą duszę, i starców Obdarzasz światłą wiedzą, i zły jedynie Gorszym się staje, by rychlej zginąć, Gdy ty, Wszechwładny, go pochwycisz.

Gniewny poeta
Nie bójcie się poety, gdy powoduje nim szlachetny gniew, jego litera Uśmierca, lecz duszę ożywia jego duch.

Co dzień wędruję…
Co dzień wędruje innymi ścieżkami, raz Zielonym listowiem lasu, raz do źródła, Albo ku skałom, gdzie kwitną róże, Patrzę ze wzgórza na świat, lecz nigdzie, O Cudowna, nigdzie pod słońcem nie znajduje ciebie I słowa nikną w powietrzu, Nabożne, które przy tobie niegdyś ………………… Tak daleko jesteś, błogie oblicze! A twego życia miły głos przebrzmiewa, Przeze mnie nie słyszany więcej, o! gdzie jesteście Czarodziejskie śpiewy, które me serce kiedyś Koiły spokojem bogów? Dawno, dawno przeminęły! młodzieniec Postarzał się, i nawet ziemia ongiś Życzliwie uśmiechnięta, stała się inna. Bądź zdrowa! rozstaje się i wraca co dnia Do ciebie moja dusza i opłakują ciebie Oczy moje, by jaśniej znowu Patrzeć tam, gdzie ty przebywasz.

Rousseau
Jak określony, krótki jest nasz dzień! Byłeś, widziałeś, podziwiałeś, już mrok, Więc śpij, gdzie w sferze nieskończonej Mijają dzieje ludów. Niektóry spojrzeniem wybiega swój czas, Bóg jakiś dal mu wskazuje, ty tęskniąc, Nad brzegiem stoisz, zgorszeniem będąc Dla swoich i cieniem, nie kochasz ich już, A ci których nazywasz, ci zwiastowani, Ci Nowi, gdzież są, byś dłonią przyjazną się Ogrzał, skąd idą, byś wreszcie, Mowo samotna, słyszalną była? Głucho jest, biedny człowieku, w tej sali, Jak nie pochowany błąkasz się

Trwożnie i szukasz spokoju, lecz nikt Przeznaczonej ci drogi nie wskaże. Więc bądź szczęśliwy! wyrośnie drzewo Z ojczystej ziemi, jednak omdleją jego Kochane, jego młodzieńcze Ramiona, żałośnie pochyli swą głowę. Bezmiaru życia, Nieskończoności, Co wokół niego trwa i świta, nie pojmie nigdy Lecz w nim jest ona, ciągle obecna, Grzejąca i czynna, z niej owoc tryska. Wszak żyłeś tu! i także twój, twój Umysł rozweseli dalekie słońce I jasność piękniejszych czasów. Bo Posłańcy niebios znaleźli twe serce. Usłyszałeś, zrozumiałeś mowę przybyszów, Pojąłeś ich duszę, wszak stęsknionemu Wystarczył znak, a znaki Z dawna już są mową bogów. I cudownie, jakby od prapoczątków, Człowieczy duch Narodziny i Ruch, I życia sposoby poznawał, I w pierwszym znaku poznaje Doskonałość I duch jego śmiały jak orzeł Przed burzą, wieszcząc swym Przyszłym bogom, naprzód leci.

Miłość
Gdy przyjaciół zapominacie, gdy wszystkich waszych O, wy, Wdzięczni, ich, waszych poetów lżycie, Niech Bóg to wybaczy, lecz czcijcie Jednak duszę kochanki. Bo powiedzcie, gdzież indziej żyje życie ludzkie, Gdy niewoląca teraz troska wszystko zwycięża? Dlatego też Bóg wędruje Beztrosko nad nami od dawna. Choć jak zawsze rok zimny i bez śpiewu bywa W wiadomej porze, spod śniegu pokrywy Zielone źdźbło wyrasta I ptaka samotnego słychać śpiew. Gdy zwolna las się natęża i rzeka rusza, Łagodniejsze powietrze cicho owiewa Wymarzoną południową godzinę. Niby znak piękniejszej pory.

Bo wierzymy, że wyrośnie jedyna wystarczająca jeszcze, Jedyna szlachetna i czysta na tej surowej, Dzikiej ziemi miłość, Córka Boga, z niego jedynie. O, błogosławiona bądź mi, niebiańska roślino, Hołubiona śpiewem, gdy nektarów Eterycznych moc cię karmi I stwórczy promień cię zrodzi. Rośnij i stań się lasem! uduchowionym bardziej, W pełni rozkwitłym światem! Mowo zakochanych, Bądź mową ojczyzny, Jej duszą zaś ludu głos!

Życiorys
I ty pragnęłaś wielkości, lecz miłość zwycięża Nas wszystkich, cierpienie wszelako gwałtowniej ugina, Lecz nie zawraca daremnie Nasz los, skąd przybywa. Wznoszenie lub opadanie panuje w świętej nocy, Gdzie niema natura rodzące się dni obmyśla, Czy nie panuje w plątaninie Orcusa Żadna rzetelność, żadne prawo nawet? Doświadczyłem tego. Bo nigdy jak ziemscy mistrzowie, Wy, bogowie, wy, obdarzeni wszystkim, Odkąd pamiętam, ostrożnie Nie wiedliście mnie gładką ścieżką. Niech wszystkiego doświadczy człowiek, mówią bogowie, By, dobrze syty, dziękować nauczył się za wszystko, I rozumiał wolność Odejścia, dokąd chce.

Zachęta
(druga wersja)

Odgłosie, Echo niebios, serce święte, czemu Czemu milkniesz pośród żywych, Drzemiesz, wolne, przez bezbożnych Wiecznie w głąb nocy zsyłane? Nie czuwa już więcej, jak niegdyś, światło eteru? A stara matka-ziemia nie kwitnie już? Czy duch nie stanowi, i miłości i uśmiech Prawa tam i tu?

Nie, ty już nie! lecz przestrzegają bogowie, I uciszając, dmie w ciebie, niby nagie pole, Oddech natury, wszystko ożywiający, Uduchowiony. O, nadziejo! wkrótce, wkrótce śpiewać będą gaje, Nie tylko pochwałę życia, bo nastał czas, Że ludzkimi ustami, na nowo, Duszy piękno się oznajmi. Wtedy żarliwiej w przymierzu ze śmiertelnymi Rodzi się żywioł, i wówczas, w pełni dopiero, Przy wdzięcznych, nabożnych dzieciach ziemi Łono nieskończone rozkwitnie, A dni nasze są znowu niby kwiaty, Które oddzielone W spokojnej odmianie, ogląda słońce niebios i znów, Szczęśliwe w szczęśliwych odnajduje się światło, Zaś on, który bez słowa włada i nieznaną Przyszłość gotuje, Bóg, Duch Ludzkim słowem, pięknego dnia W nadchodzących latach, jak niegdyś, wypowie się.

Męstwo poety
Czyż nie są spokrewnieni z tobą wszyscy żywi? Czyż nie nagli cię do obowiązku nawet parka? Dlatego wędruj bezbronny Dalej poprzez życie i nie troszcz się! Cokolwiek się zdarzy niech twoim dobrem będzie, Skłaniaj się ku radości, bo cóż mogłoby Obrazić ciebie, serce, co Napotkać tam, dokąd zmierzasz? Bo niby cicho wzdłuż brzegu, lub na srebrzystej Szumiącej daleko fali, albo na niemej Głębi wód lekko Poruszający się pływak jesteśmy, My, poeci narodu, ochotni tam, gdzie Żywe Wokół nas dyszy i włada, radośni, przychylni każdemu, Ufni; bo jakże inaczej Opiewalibyśmy każdemu własnego boga? I choć fala jednego z mężnych Tam, gdzie wiernie ufał, pieszczotliwie pogrąży, I głos pieśniarza Pod stropem błękitnym zamilknie, Wszak skonał radośnie, lecz opłakują samotne Gaje śmierć ukochanego,

I nieraz dziewczyna Słyszy w listowiu jego miłą pieśń. A jeśli wieczorem mija ktoś z Naszych, Gdzie brat jego skonał, niejedno wspomina, Obok widząc miejsce przestrogi, Milczy i odchodzi bardziej pokrzepiony.

Menona skargi nad Diotymą
1 Co dzień wychodzę i szukam czegoś innego, Już wypytałem dawno wszystkie ścieżki dookoła; Chłodem wiejące szczyty i miejsca cieniste odwiedzam, I źródła; to w górę błąka się duch, to w dół, Spokoju łaknąc; tak ranna zwierzyna ucieka w las, Choć w porze południa zwykła spoczywać w cieniu. Lecz nigdy już nie ukoi leśne leże jej serca, Zbolałe, bezsenne, z kolcem w ranie krąży wokół. Ni ciepło dnia, ani chłód nocy nie pomagają, I w falach rzeki daremnie pławi swe rany, I jak na próżno ziemia dobre zioła wyciąga Ku niej, a wrzącej krwi nie uśmierzy żaden wiatr, Tak, Ukochani, również mnie się wiedzie i nikt Z mego czoła nie może zdjąć smutnego snu. 2 Tak, i na nic się zda, bogowie śmierci, gdy kiedyś Zniewolić zdołacie człowieka zwyciężonego, Gdy wy, źli, porwiecie go w głąb swej strasznej nocy By szukał, błagał i złościł się z wami, Lub żył cierpliwie w tym trwożnym kręgu, I słuchał z uśmiechem waszej pieśni bezbarwnej. Skoro sądzone, ocaleć nie zdołasz i zaśnij głucho! A jednak z twej piersi sączy się głos nadziei, I wciąż nie potrafisz, duszo moja, wciąż nie potrafisz jeszcze Przyzwyczaić się, i śnisz w środku żelaznego snu. Nie żyję w świątecznej porze, lecz chętnie zwieńczyłbym skronie, Czyż teraz nie jestem samotny? lecz coś miłego musi Z daleka mi sprzyjać, uśmiechać się muszę i dziwić, Że szczęście czuje nawet pośród cierpienia. 3 Miłości światło złote, czy świecisz także umarłym? Obrazy jasnych dni, przeświecacie w mą noc? Urocze ogrody i góry w zorzy wieczornej, Witam was, i was, milczące leśne ścieżki, Świadkowie wielkiego szczęścia, i was, wysokie gwiazdy, Któreście wtedy często darzyły mnie czułym spojrzeniem! I was, ukochane, też, piękne dzieci wiosny, Róże ciche, i was, lilie, nieraz wspominam. Mijają wprawdzie wiosny, a rok wypiera rok, Zmieniając się i walcząc, przewala się z hukiem czas Nad śmiertelnymi głowami, lecz nie przed szczęśliwym okiem,

Wszak inne zakochanym darowano życie. Bo one wszystkie, dni i lata gwiazd, one były, Diotymo, wokół nas, żarliwie, wiecznie skupione. 4 Lecz my, szczęśliwie złączeni, jak zakochane łabędzie, Gdy drzemią nad brzegiem jeziora albo na falach się ważą, Odbite w lustrze wody, gdzie srebrne obłoki się mienią I błękit eteru jest tonią żeglarzy, Tak żyliśmy na ziemi my. Gdy groził nord, Ten wróg zakochanych, żałość gotując, gdy Liście z drzew opadały, a wiatry miotały deszczem, My uśmiechając się, własnego czuliśmy boga W poufnej rozmowie, w jednej pieśni zbratanych dusz, W zupełnej zgodzie ze sobą, dziecięco radośni sami. Lecz dom teraz opustoszał, zabrali mi Oczy moje, i siebie z nią utraciłem. Dlatego błąkam się wokół i niby cienie żyć Muszę, bez sensu zda mi się dawno świat. 5 Sławić pragnę, lecz za co? śpiewać z innymi, Lecz tak samotnemu brakuje boskiego tchnienia. I ono jest moim kalectwem, wiem, dlatego przekleństwo Poraża me ciało i wszędzie gdzie zacznę, obala mnie, Iż tkwię bez czucia dzień cały, niemy jak dziecko, Tylko z oka mi często zimna łza pełznie, Zaś polna roślina i ptaków śpiewanie zasmuca, Wszak i one są bogów radosnymi posłami, Lecz w trwożnej piersi ożywcze słońce Chłodem bezpłodnym zmierzcha niby promienie nocy, A nagie i puste, jak mury więzienne, niebiosa Miażdżące ciężarem nade mną zawisły. 6 Jakże inaczej mi znane! o młodości, czy modły Nie wrócą cię żadne, nigdy? czy żadną ścieżką nie wrócę do niej? I mnie ma to spotkać, jak owych wyklętych, co dawniej Z jasnym obliczem na boskiej bywali biesiadzie, Lecz wnet z przesytu ochotni goście Umilkli i teraz pod niebios głosami, Pod ziemią kwitnącą zasnęli, aż kiedyś ich Moce cudowne, ich Pogrążonych, na powrót Zmuszą do nowej wędrówki na ziemi rozkwitłej. Święte tchnienie przeniknie bosko jasną postać, Gdy święto ożyje i fale miłości się zbudzą, I z niebios płynąca, żywa zaszumi rzeka, Gdy ziemia się ocknie, a noc swoje skarby zwróci, I w potokach błyśnie zakopane złoto. 7 Lecz Ty, która mnie wtedy, już na rozstaniu, Gdy umilkłem, wskazując, Piękniejszym pocieszałeś, Ty, która Wielkości, weselszej chwały bogów, Jak oni, milcząca, z zachwytem mnie uczyłaś, Wybranko bogów! czy zjawisz mi się i pozdrowisz jak dawniej

I nakłonisz, jak ongiś, do wyższych spraw? Spójrz, płakać przed tobą i skarżyć się muszę jeszcze, Gdy wspomnę szlachetny czas, którego się dusza wstydzi. Bo długo już, długo nużącymi ścieżkami świata, Ja, do ciebie nawykły, szukam cię, w tym bezdrożu, Opiekuńczy duchu, daremnie, lata minęły, Odkąd, przeczuć pełni, widzieliśmy razem blaski wieczoru. 8 Ciebie, tylko ciebie zachowuje twe światło w jasności, Zaś męka twoja ciebie w kochającej chowa pamięci. I nigdy nie jesteś sama, zawsze w gronie przyjaciół, Tam, gdzie rozkwitasz, spoczywasz, pod krzewem różanym lata, I nawet Bóg, on sam, łagodnym tchnieniem muz Śle tobie kołysanki najczulsze do snu. Tak to ona cała jeszcze stoi od stóp do głów, W cichym skupieniu krocząc, jak zawsze, przede mną. O duchu przyjazny! i jak z pogodnego czoła Błogosławiąc bezpieczny swój promień między ludzi zsyłasz, Tak mi zaświadczysz i powiesz mi, abym to innym Powtórzył, bo również inni nie wierzą w to, Że nieśmiertelniejsza od troski i gniewu jest radość, I dzień złoty, zawsze jeszcze na końcu dnia. 9 Zatem pragnę też złożyć wam dzięki, bogowie - wreszcie Z piersi swobodnej płynie poety nabożna pieśń. I tak, gdy z Nią stałem na wzgórzu słonecznym, Przemawia teraz ożywczo w mym wnętrzu bóg. Więc żyć pragnę! już świat się zieleni i niby dźwięk liry Rozlega się z gór Apollina wołanie wzwyż! Przyjdź, to było jak sen! skrwawione skrzydła już Ozdrowiały i odmłodzone żyją nadzieje. A rzeczy wielkich do znalezienia zostało wiele, więc kto Tak kochał, niech idzie, bo musi, niech idzie za głosem bogów. Więc towarzyszcie nam, chwile podniosłe, poważne, Młodzieńcze, święte przeczucia, zostańcie, Prośby nabożne, zachwyty wszystkie i wszyscy Dobrzy geniusze, co chętnie służycie kochankom, Zostańcie z nami, tak długo, aż my we wspólnym przybytku, Tam, dokąd gotów duch Nieśmiertelnych powrócić, Tam, gdzie są orły i gwiazdy, boga posłańcy, Tam, gdzie muzy, gdzie kraina herosów, kochanków, Tam się lub tu, na tej wyspie niepewnej, spotkamy, Gdzie odrodzeni Wybrańcy wnet się połączą w ogrodach, Gdzie śpiewy prawdziwsze i dłuższe jest piękno wiosny, I od nowa zaczyna się rok naszej duszy.

Wędrowiec
Samotny stałem, patrząc w dal na afrykańskie jałowe Równiny; z Olimpu padał ognisty deszcz Rwący, niewiele łagodniejszy, niż wtedy, gdy góry tutaj Rozszczepiał promieniem bóg, wzniesienia tworząc i głębie.

Lecz na tych nie wystrzela żaden zielonolistny las W dźwięczne powietrze, bujnie, wspaniale wzwyż. Nie zwieńczone jest czoło góry, a wymowne potoki Są jej ledwie znane, rzadko osiąga źródło dolinę. Żadne stado nie bywa w południe u szemrzącego zdroju, Przyjaźnie spośród drzew nie błyska żaden gościnny dach. Pod krzakiem siedział poważny ptak, nie śpiewał, Lecz wędrowcy przemykali, spiesząc jak bociany obok. Wówczas o wodę nie prosiłem cię, naturo, na pustyni Wodę przechował mi sumiennie nabożny wierny wielbłąd. O śpiew lasów, o zieleń ogrodów ojca Błagałem, upominany przez wędrownego ptaka z ojczyzny. Lecz rzekłeś do mnie: i tu władają bogowie, Wielkiej są miary, lecz chętnie mierzy człowiek swoją miarą. I nagliła mnie mowa, by czego innego jeszcze szukać, Daleko do północnego bieguna statkami wspiąłem się. Cicho w łusce śnieżnej drzemało spętane życie, Żelazny sen czekał od lat na światło dzienne. Bo zbyt długo nie obejmował ziemi ramieniem Olimp tu, Jak Pigmaliona ramieniem obejmuje kochankę. Tu nie poruszył on jej łona słonecznym wzrokiem, Deszczem i rosą nie przemówił do niej czule. Dziwiło mnie to i prostodusznie rzekłem: O matko, Ziemio, czy tracisz zawsze, niby wdowa, czas? Nie stworzyć nic, nic nie otaczać miłością, I starzejąc się, w dziecku nie ujrzeć siebie, to to samo, co śmierć. Być może kiedyś ogrzeje cię promień niebios, I z wątłego snu wypieści cię jego tchnienie; Że, niby nasiono, twardą łupinę, rozsadzisz, Oderwiesz się i światło powita zrodzony świat, Ta cała skupiona moc zapłonie w bujnej wiośnie, Róże żarzą się i wino tryska na surowej Północy. A teraz rzekłem, wracam nad Ren, do ojczyzny, Czule, jak niegdyś, owiewa mnie wiatr młodości; A tętniące serce ucisza znajome Roztworzyste drzewa, które kiedyś kołysały mnie w swoich ramionach, Zaś święta zieleń, świadek szczęśliwego, głębokiego Życia świata, orzeźwia, przeobraża mnie w młodzieńca. Postarzałem się tymczasem, pobielił mnie biegun lodowy, A od żaru Południa straciłem loki. Ale gdyby ktoś, nawet w ostatni dzień swego życia, Z daleka wracając, zmęczony aż po dno duszy, teraz Ujrzał ten kraj, raz jeszcze zakwitło by mu lico, A wygasłe niemal, zabłysłoby znowu oko. Urocza dolino Renu! każde wzgórze porasta winny krzew, Listowiem winorośli zwieńczone ogrody i mury, Świętego trunku pełne są statki na rzece, I miasta, i wyspy upojone są winem i owocami. Lecz uśmiechnięty i poważny trwa w górze stary Taunus, I zwieńczoną dębami, chyli, wolny, swoją głowę A teraz wynurza się z lasu jeleń, a z chmur światło dnia, Wysoko w pogodnym niebie rozgląda się sokół. Lecz nisko w dolinie, gdzie kwiat pije u źródeł Rozpostarła się wieś wygodnie na łące.

Cicho tu. Z dala szumi pracowity młyn, Lecz schyłek dnia zwiastują mi dzwony, Miło dźwięczy ostrzona kosa i głos wieśniaka, Który, wracając, wołom nie ponagla kroku, Miło dźwięczy śpiew matki, która w trawie z synkiem siedzi, Syty widoków, zasnął; lecz chmury płoną czerwienią I nad lśniącym jeziorem, gdzie gaj otwartą bramę Zielenią oplata i światło złociście igra wokół szyb, Tam powita mnie dom i ogrodu tajemniczy mrok, Gdzie wraz z roślinami niegdyś czule pielęgnował mnie ojciec, Gdzie wolny, jak Uskrzydleni, igrałem na wysokich gałązkach, Albo w wierny błękit spoglądałem z wierzchołka gaju. Wierne jesteś od dawna, wierneś pozostało nawet zbiegowi, Przyjaźnie, jak ongiś, niebo ojczyzny, przyjmiesz mnie. Jeszcze dojrzewają brzoskwinie, zadziwiają mnie kwiaty, Niemal jak drzewo, stoi wspaniale różany krzew. Ciężka stała się tymczasem od owoców ciemna moja wiśnia, Ku zrywającej dłoni gałęzie skłaniają się same. I do lasu wiedzie mnie, jak zwykle, do otwartej altany Z ogrodu ścieżka albo w dół do strumienia, Gdzie leżałem i krzepiłem odwagę sławą mężów, Przewidujących żeglarzy; i to sprawiły sagi wasze, Że ruszyć w morze, w pustynię musiałem, Potężni! Gdy tymczasem daremnie ojciec i matka poszukiwali mnie Lecz gdzież oni są? ty milczysz? zwlekasz? strażniku domu! I ja zwlekałem także, liczyłem kroki, Zbliżając się, i stałem, niby pielgrzym, w milczeniu. Lecz wejdź, zgłoś obcego, syna, Aby otwarły się ramiona i spotkało cię ich błogosławieństwo, Bym, poświęcony, życzliwe odzyskał progi! Ale przeczuwam już, że na świętą obczyznę w dal Odeszli i oni ode mnie, i nigdy nie wrócą. Ojciec i matka? a jeśli druhowie żyją jeszcze, to Co innego wybrali, już nie są moimi Bliskimi. Przyjdę, jak zwykle, i dawne imiona miłości Wywołam, zaklinać będę serce, czy jeszcze bije po dawnemu, Ale nieme będzie wszystko. Tak wiąże i rozłącza Niejedno czas. Zdaje się im umarłym, a oni mnie. I tak zostałem sam, lecz Ty, nad chmurami, Ojcze ojczyzny, potężny Eterze! i ty, Ziemio i światło! trójco jedyna, która włada i kocha, Wieczni bogowie! z wami też wędrowałem, I was, o Radośni, was, doświadczony z powrotem przynoszę. Dlatego podajcie mi teraz, aż hen z ciepłych Gór znad Renu, podajcie kubek pełen wina! Abym bogów wpierw i pamięć herosów Uczcił, żeglarzy, potem waszą, Najmilsi, też, Rodziców, przyjaciół! i trudy, i męki wszystkie zapomniał Dziś i jutro, i prędko znalazł się pośród swoich.

Stuttgart
Siegfriedowi Schmidowi

1 Znowu doznałem szczęścia. Groźna posucha przemija, A ostre światło nie pali już więcej kwiatów. Otwarte są znowu sale i zdrowy także jest sad, Po deszczu rzeźwe szumią lśniące doliny, W trawach wysokich wzbierają potoki, a wszystkie spętane spętane Skrzydła do kraju pieśni wzlatują śmiało. Powietrze jest pełne głosów szczęśliwych, a miasto i gaj Przepełnia rzesza radosnych dzieci nieba, Spotykają się chętnie, i błądzą pospołu Beztrosko, żadnego nie braknie, żadnego nie zbywa. Bo to nakazuje serce, i wchłaniać wdzięk, Czarujący, którym obdarzył ich boski duch. Ale wędrowców też wiedzie radość, i wieńców, I pieśni im nie brakuje, i świętą laskę, Przybraną gronami, liśćmi, niosą za sobą i gałąź cienistą Świerku, od wsi do wsi rozbrzmiewa krzyk, dzień za dniem, I niby wozy w zwierząt dzikich zaprzęgu naprzód Ciągną góry, przodem spieszy droga. 2 Więc sądzisz teraz, że bramy na darmo I drogi radosne otwarli bogowie? Że darem zbytecznym na uczcie obfitej Prócz wina są miody, jagody, owoce? I blask purpurowy nad pieśnią pochwalną, i chłodna, Spokojna, głębokich zwierzeń, przyjaciół noc? Gdy coś ważkiego dręczy cię, zaczekaj z tym do zimy, A na zaloty miej cierpliwość, bo zalotników lubi maj. Jedno jest ważne dziś, Ojczyzna, i świętym Płomieniom ofiary każdy coś rzuca od siebie. Przeto wieńczy nas wspólny Bóg i szepcze cicho we włosach A myśl samolubną jak perły roztapia wino. To wyraża nasz stół szacowny, gdy wokół niego, jak pszczoły Dookoła dębu, siedzimy śpiewającym kręgiem, I dźwięk pucharów też, dlatego dzikie jednoczy dusze Skłóconych mężczyzn chóralny śpiew. 3 Aby nam jednak, zbyt przemądrzałym, zaraz nie umknął Ten krótki czas, idę naprzeciw, nie zwlekając, Aż do granic kraju, gdzie miłe miejsce moich narodzin I małą wyspę rzeki błękitne wody opływają. Święte jest mi to miejsce, na obu brzegach i skała też, Co z ogrodem i domem, zielone, wznosi się pośród fal. Tam się spotkamy, światło łaskawe, gdzie po raz pierwszy Z twoich promieni promień najczulszy nawiedził mnie. Tam się zaczęło i tam się zacznie kochane życie od nowa, Lecz ojca mogiłę widzę z daleka i płaczę nad nim? Płacz, lecz wytrwaj, miej przyjaciela, i usłysz słowo, co Niegdyś mnie Sztuką niebiańską od mąk uzdrowiła miłosnych. Inne się budzi! herosów tej ziemi przypomnieć mu muszę,

Barbarossę, i ciebie, łaskawy Krzysztofie, i ciebie, Konradinie, zginąłeś jak giną Silni, bluszcz Zielony oplata skałę, zaś twierdzę okrywa bachiczne listowie, Lecz Przeszłe jak i Przyszłe świętością jest pieśniarzowi, Atoli w dniach jesieni zadość czynimy cieniom. 4 Przeto o Potężnych pamiętaj, o losie krzepiącym serce, Sami bezczynni i lotni, wszelako przez Eter Oglądani, pobożni jak dawni, przez bogów chowani, Pogodni poeci, wspinamy się raźno w górę kraju. Wielkie jest to, co staje się wokół. Tam bowiem z gór najdalszych, Pochodzi wielu młodzieńców, w dół zstępują wzgórzami. Źródła tam szemrzą liczne i setki wartkich strumieni, Dniem spływają i nocą, i użyźniają kraj. Lecz Mistrz orze środkiem krainy, bruzdy Ciągnie rzeka Neckar, dobro sprowadza na ziemię. Z nią tchnienie przypływa z Południa Italii, a morze śle Swe obłoki, wraz z porą słonecznych dni. Przeto wyrasta nam niemal nad głowy wielka Obfitość, bo tutaj, w tej równinie Dóbr Darowano więcej miłym włodarzom, lecz nie zazdrości Im nikt ogrodów na wzgórzach i wina, Lub bujnej trawy, ziarna i drzew dojrzałych, Które przy drodze rzędem ponad wędrowcem stoją. 5 Tymczasem, gdy patrząc, przemierzamy tę radość ogromną, Droga i dzień nam umykają, niby pijanym, w dal. Bo świętym listowiem zwieńczoną, podnosi już miasto, Sławioną, w oddali lśniącą kapłańską głowę. Stoi wspaniałe i wznosi łozę winną, i jodły Wysoko ku chmurom pogodnym, purpurowym, wzwyż. Przyjazną bądź nam! gościowi, synowi, księżniczko ojczyzny! Szczęśliwy Stuttgardzie, przyjmij radośnie przybysza! Zawsze sprzyjałeś śpiewom przy dźwiękach fletów i lutni, Jak wierzę, i pieśni dziecinnym szczebiotom, i od trudów Słodkim zapomnieniom, gdy duch trwa przytomny, Przeto rozweselasz chętnie serce pieśniarzom. Lecz wy, Wielcy też, wy Pogodni, co zawsze Żyjecie, władacie, poznani, lub gwałtowniej też, Gdy działacie i stwarzacie nocą świętą, i panujecie sami Wszechmocnie, wzwyż wiodąc przeczuwający naród, Póki się młodym przodkowie w górze nie przypomną, Dojrzały i jasny stoi przed wami rozważny człowiek. 6 Aniołowie ojczyzny! o wy, przed którymi oko, Choć mężne, i kolano mdleje samotnemu człowiekowi, Że trzymać się musi przyjaciół i Bliskich prosić, By dźwigali wraz z nim ten cały szczęśliwy ciężar, Moją wam wdzięczność wyrażam, łaskawi, i wszystkim innym, Co moim życiem, moim dobrem są pośród śmiertelnych. Nadchodzi noc, więc spieszmy, by uczcić jesienne święto Jeszcze dziś! serce wezbrało, lecz życie krótkie jest, A co niebiański dzień pozwala nam nazwać,

Tego, mój Schmidzie, nie zdoła wyrazić nawet nas dwóch. Przywiodę ja Tobie Wspaniałych, a ogień radosny wysoko w górę Wystrzeli i świętszy niech będzie wyraz śmielszego słowa. Spójrz, oto jest nieskalane! a Boga radosne dary, Które dzielimy, one są pośród przyjaciół tylko. Inne nie - o, przybywajcie, niech się to ziści, bo samotny Jestem, czy nikt nie zdejmie mi z czoła tego snu? Chodźcie i podajcie mi rękę, kochani, przestańmy na tym, Wszak większą rozkosz zaoszczędźmy wnukom.

Chleb i Wino
Do Heinzego

1 Miasto w krąg odpoczywa; cichnie oświetlona uliczka, A pochodniami przystrojone hucznie oddalają się wozy. Syci uciech całodziennych wracają na spoczynek ludzie, Zysk i straty rozważa czyjś roztropny umysł Z zadowoleniem w domu, pusty stoi, bez kwiatów i winorośli, Bez towarów rękodzieła, odpoczywając, pracowity rynek, Lecz dźwięki strun brzmią z odległych ogrodów, być może Gra tam zakochany albo samotny człowiek, Co przyjaciół dalekich wspomina albo młodość, a źródła Wciąż płyną i szumią ożywczo wzdłuż wonnej grządki. Cicho w mroczniejącym powietrzu rozlegają się dzwony rozkołysane, Zaś o czasie pamiętając, stróż obwieszcza godzinę, Teraz też powiew nadpływa i budzi wierzchołki gaju, Spójrz, i cień naszej ziemi, księżyc Tajemniczo jawi się również; noc marzycielska nadchodzi, Pełna gwiazd, mało się troszcząc o nas, Błyszczy, Zadziwiająca, tam, Obca pośród ludzi, Nad szczytami gór, smutno i wspaniale. 2 Cudowna jest łaska tej Wzniosłej i nikt Nie wie, kiedy i co ona zgotuje komu. I tak porusza światem i ufną duszą człowieka, Żaden mędrzec nawet nie pojmie, co ona zamierza, bo tak Tego chce najwyższy Bóg, który cię bardzo kocha, dlatego Milszy niż ona jest ci słoneczny dzień. Ale niekiedy i jasne oko lubi cień, I dla rozkoszy doświadcza, nim potrzebą się stanie snu, Albo spogląda też chętnie człowiek wierny w głąb nocy, O tak, przystoi wieńcami ją uczcić i śpiewem, Wszak błądzącym jest poświęcona i umarłym, Lecz sama jest wiecznie najwolniejszym duchem. Ale musi nam również w chwili wahania, By w mroku znalazło się dla nas oparcie, Zapomnienia i napoju świętego użyczyć, Użyczyć płynnego słowa, by, jak zakochani, było Bezsenne, i pełniejszego pucharu, i śmielszego życia, I świętą pamięcią obdarzyć, byśmy nocą czuwali.

3 I daremnie zatajamy serce w piersi i daremnie Krępujemy odwagę ciągle, my, mistrzowie i chłopcy, bo kto Chciałby temu wadzić, kto chciałby nam bronić radości? Dlatego też palcie ogień boski dniem i nocą, By ruszyć w drogę. Więc pójdź! byśmy przestrzeń, dal ujrzeli, Byśmy to Własne szukali, choćby daleko było. Pewne jest JEDNO, czy to pora południa, czy też Zbliża się północ, zawsze trwa jedna miara, Wszystkim wspólna, lecz każdemu też przeznaczone jest jego własne, Do niego zmierza i dojdzie każdy, dokąd potrafi. Przeto! szydzi z szyderstwa chętnie radosny szał, Gdy w noc świętą nagle poetów nawiedza. Więc do Ismos przybywaj! tam, gdzie morze otwarte szumi U stóp Parnasu i śnieg delfickie skały osrebrza, Tam do krainy Olimpa, tam na szczyty Kiteronu, Tam pod świerki i krzew winorośli, gdzie Teby w dole i Istmenos szumią w kraju Kadmosa. Stamtąd pochodzi i tam kieruje nadchodzący bóg. 4 Szczęśliwa Grecjo! domie bogów wszystkich. Zatem prawdą jest, cośmy niegdyś w młodości słyszeli? Uroczysta salo! Podłogą jest morze, a stołami są góry, Zaprawdę dla uczty jedynej dawno stworzone! Lecz trony gdzie? świątynie, i gdzie naczynia, Napełnione nektarem, ku bogów uciesze, śpiew? Gdzie zaś, gdzie świecą dalekosiężne przysłowia? Delfy drzemią, a gdzież rozbrzmiewa wielkie przeznaczenie? Gdzież jest to szybkie? gdzie spada, wszechobecnego szczęścia pełne, Grzmiąc z pogodnych przestworzy, sponad oczu w dół? Ojcze Eterze! tak wołano i biegło z ust do ust. Tysiąckrotnie, nikt nie zniósł życia samotnie, Takie Dobro rozdane raduje, a wymienione z Obcymi, Radością się staje, rośnie, drzemiąc, potęga słowa: Ojcze! pogodnie! rozbrzmiewa jak daleko zdoła prastary Znak, po rodzicach dziedziczony, trafiając i tworząc w dół. Bo tak powracają bogowie, do głębi wstrząsając, dociera Z ciemności na ziemię pomiędzy ludzi ich dzień. 5 Przybywają wpierw niewyczuwalnie, im naprzeciw dążą Dzieci; jasne zbyt, zbyt oślepiające nadchodzi szczęście, I człowiek ich unika, z trudem nazwać umie półbóg Imiona tych, którzy z darami się doń zbliżają. Wielka z nich bije odwaga, napełniają serce jego Swoją radością i ledwie wie, jak użyć ich dobra, Tworzy, trwoni i nieświęte niemal świętym mu się zdaje, Które błogosławiącą ręką bezmyślnie, litośnie dotyka. Znoszą to najcierpliwiej bogowie; lecz potem w swej prawdziwej boskości Nadchodzą sami i nawykają ludzie do szczęścia, I do dnia, i do widoku bogów jawnych, do oblicza Tych, których już z dawna JEDNOŚCIĄ, I WSZYSTKIM nazwano, Pierś głucha do głębi wypełnia się swobodną rozkoszą I wszystkie pragnienia same od razu uszczęśliwiają Taki jest człowiek; gdy Dobro istnieje, a o dary

Sam bóg się troszczy dla niego, on nie zna, nie dostrzega ich. Nosić wpierw musi; lecz teraz nazywa to swoje Najmilsze, I teraz, właśnie teraz muszą dla niego słowa jak kwiaty powstawać. 6 Więc teraz zmierza z powagą czcić bogów szczęśliwych, Rzeczywiście, prawdziwie musi wszystko głosić ich chwałę. Nic światła ujrzeć nie może, co nie spodoba się bogom, Przed Eterem nie uchodzi próżniactwo. Przeto by w obecności bogów stać godnie, We wspaniałym porządku podnoszą się ludy Między sobą i budują piękne świątynie i miasta Potężne, szlachetne, co wznoszą się wzwyż nad brzegami Lecz gdzie są, gdzie kwitną Znane, owe korony świąt? Teby, Ateny giną; czyż nie łoskoczą więcej oręże W Olimpii i złote rydwany igrzysk? Nie stroją wieńcami statków Koryntu? Czemu milczą również stare święte teatry? Czemu nie tryska radością święty taniec? Czemu nie znaczy jak dawniej czoła mężczyzny bóg, Nie wyciska piętna, jak zawsze, na Wybranym? Więc przybył sam i przybrał postać człowieka, I dopełnił, i zakończył, pocieszając, niebiańskie święto. 7 Wszak przybywamy za późno, Przyjacielu. Wprawdzie żyją bogowie, Lecz ponad głową, tam w górze, w innym świecie. Działają tam wiecznie i zdają się mało dbać o to, Czy żyjemy, tak bardzo nas oszczędzają bogowie. Bo nie zawsze zdoła kruche naczynie ich objąć, Tylko czasem sprosta boskiej pełni człowiek. Snem o nich potem jest życie, lecz błądzenie Pomaga jak drzemka, silnymi zaś czyni bieda i noc, Aż dość bohaterów dorośnie w spiżowej kolebce, I silnych serc, jak dawniej, boskim podobnych. Grzmiąc nadejdą potem. Tymczasem myślę często, By raczej spać, tak jak gdybym nie miał przyjaciół, I tak czuwać, i coś zdziałać tymczasem, i powiedzieć, Nie wiem po co istnieją poeci w podłych czasach. Lecz oni są, powiadasz, jak święci kapłani boga winorośli, Którzy od kraju do kraju wędrowali świętą nocą. 8 Albowiem, gdy przed niedawnym czasem, a zdaje się nam, że to dawno, Gdy oni wszyscy w niebo wstąpili, którzy nam życie uszczęśliwiali, Gdy Ojciec odwrócił oblicze swoje od ludzi, A smutek słusznie nastał na ziemi. Gdy na koniec pojawił się cichy geniusz z niebiańską Pociechą, który koniec dnia obwieszczał i znikł, Pozostawił na znak, że niegdyś tu był i że znowu Powróci, chór bogów darów kilka, Którymi po ludzku, jak dawniej, pragniemy się cieszyć, Wszak dla radości duchowej, to Większe zbyt wielkie było Jeszcze dla ludzi, jeszcze brakuje Silnych Dla radości najwyższej, lecz żyła cicho jeszcze drobna wdzięczność. Chleb jest ziemi owocem, lecz błogosławiona światłem

I od boga grzmiącego pochodzi radość wina. Dlatego myślimy o bogach przy winie, którzy zawsze Tu byli i powrócą we właściwym czasie, Przeto opiewają z powagą pieśniarze boga winorośli I zręcznie ułożona sławi Starego pieśń. 9 Tak, słusznie mówią, że dzień on godzi z nocą I wiedzie gwiazdy niebios wiecznie w dół i w górę, Zawsze pogodny jak listowie wciąż zielonej jodły, Że kocha i że wieniec uplótł z bluszczu, Bo on przetrwa i nawet ślad zbiegłych bogów Bezbożnym w dół do ciemności zniesie. A co ojców śpiew o dzieciach bożych wieścił, Spójrz, tym my jesteśmy, my; owocem Hesperii! Cudownie i dokładnie spełniło się to tylko na ludziach, Uwierz, któryś tego doświadczył! choć tak wiele się dzieje, Lecz nic nie działa, bo jesteśmy bez serca, cieniami, Póki nasz Ojciec, Eter nie pozna każdego i do wszystkich należeć będzie, Lecz tymczasem zstępuje z pochodnią Syn Najwyższego, Syryjczyk, między cienie w dół. Widzą to mędrcy szczęśliwi, uśmiech duszy więzionej Świeci, ku światłu taje jej oko. Łagodniej śni i śpi w ramionach ziemi tytan, Nawet zawistny, nawet cerber upija się i zasypia.

Powrót
Do krewnych

1 W głębi Alp jeszcze jasna noc panuje, zaś obok, Radość wieszcząc, przykrywa w głębi rozwartą dolinę. Tu i tam huczy i spada igrające górskie powietrze. Stromo przez jodły, w dół błysnąwszy, znika promień. Powoli się spieszy i zmaga radośnie groźny Chaos, Ma postać młodą, lecz silną, święci spór ulubiony Pod gałęziami, kipią i chwieją się wieczne posady, Bo bachiczniej wstaje tam w głębi poranek. Bo bezkreśniej rośnie tam rok, a święte godziny I dni uładzone są śmielej, i śmielej zmieszane. Wszelako miarkuję porę ptak burzy i między Górami, wysoko w powietrzu, przebywa i woła dzień. I teraz też czuwa i patrzy z głębokiej kotliny wioszczyna Bez trwogi, niebiosom ufając, spod szczytów w górę, Dojrzewanie przeczuwając, bo już jak błyskawice spadają stare Źródła, dolina pod nimi paruje, Echo rozlega się wokół, bezkresna pracownia Porusza nocą i dniem, dary rozsyłając, ramieniem. 2 Spokojnie błyszczą tymczasem srebrne szczyty nad światem, Pokryty różami jest już w górze świecący śnieg. A wzwyż jeszcze wyżej mieszka nad światem czysty,

Szczęśliwy, zwierciadłem promieni cieszący się, Bóg. Mieszka cicho, samotnie, i jasno się jawi jego oblicze, On, eteryczny, zda się, życie rozdawać skłonny, Radość stwarzać, wraz z nami, jak nieraz, gdy miary świadom I świadom ludzi, zwlekając i chroniąc, Bóg Czyste szczęście miastom i domom, deszcze Łaskawe, by ziemię otworzyć, brzemienne obłoki, i wam Najmilsze przestworza, wam łagodne wiosny zsyła, I dłonią powolną smutnych znów rozwesela, Gdy czasy odnawia on, Stwórca, i ciche Serca starzejących się ludzi ożywia, zachwyca, I we wnętrzu głębi działa, otwiera i pojaśnia, Jak ma w zwyczaju, i teraz znów życie wznawia, Urok kwitnie, jak niegdyś, i duch rzeczywisty przybędzie, I radosna otucha znowu napina skrzydła. 3 Powiedziałem mu wiele, bo cokolwiek poeci myślą Lub opiewają, dotyczy najczęściej aniołów i jego; Prosiłem o wiele dla dobra ojczyzny, by Nie proszony nas kiedyś nagle nie dopadł duch; O niejedno też dla was, w ojczyźnie stroskanych, Którym święta podzięka z uśmiechem wraca tułaczy, Wam, Rodacy, tymczasem kołysze mnie woda A wioślarz siedzi spokojnie i chwali żeglugę. Daleko na równinie jeziora podróż radosna trwała Pod żaglami, i teraz wykwita, jaśnieje miasto Tam o poranku w dali, zaś z głębi cienistych Alp Nadpływa wiedziony i w porcie zastyga statek. Ciepły jest tutaj brzeg, a gościnnie otwarte doliny, Ścieżkami wdzięcznie świecące, czarują mnie blaskiem, zielenią. Ogrody ciągną się liczne i lśniący pąk już rozkwita, A ptaka śpiew zaprasza wędrowca. Wszystko zdaje się swojskie, nawet przelotny ukłon też Zda się być od przyjaciół i każde spojrzenie zdaje się bliskie, 4 Naturalnie! to rodzimy kraj, to ziemia ojczysta, To, czego szukasz, jest blisko, spotyka cię już. I daremnie nie stoi, niby syn, przed oblaną falami Bramą, lecz patrzy i szuka imion dla ciebie, Śpiewając, mąż wędrowny, szczęśliwe Landau! Jedną z gościnnych bram kraju jest ono, Miło jest pójść w obiecującą dal, Tam, gdzie są dziwy, gdzie boska zwierzyna, Gdzie z wysoka w równinę spadając, Ren zuchwały bieg swój toruje, Spośród skał zaś wynurza się radosna dolina, Tamtędy w głąb, przez jasne góry, do Como wędrować trzeba, Albo też w dół, za biegiem dnia, otwartym jeziorem płynąć; Lecz milsza mi jesteś ty, czcigodna bramo! Powrócić pragnę, gdzie znane mi są ścieżki kwitnące, By zwiedzić tam kraj i piękną dolinę Neckaru, I lasy, i zieleń drzew świętych, gdzie chętnie Brata się dąb z cichymi brzozami, bukami, A w górach gościnna osada bierze mnie w swą niewolę.

5 Tam powitają mnie. O głosie miasta, matki! Dotykasz, budzisz we mnie długo przyswajane! A jednak jest jeszcze! jeszcze wam kwitnie słońce i radość, O najmilsi! i niemal jaśniej w oku niż dawniej. Tak, to stare jeszcze istnieje! Rośnie, dojrzewa, lecz żadna istota, Co żyje i kocha tam, wierności swej nie wyzbywa się. Lecz Najlepsze, ową Zdobycz, co pod tęczowym łukiem Pokoju spoczywa, dla młodych i starych zachowano. Naiwnie mówię. Z radości. Lecz jutro i potem, Gdy pójdziemy i oglądać będziemy życie w polu Pod kwitnącymi drzewami, zaś w święta wiosny Myśleć i mówić wraz z wami będę wiele o tym, kochani! Bo wiele słyszałem o wielkim Ojcu i Długo milczałem o nim, który czasu bieg Tam w wysokościach odnawia i nad górami panuje. On obdarzy nas wnet niebiańskimi łaskami, i sprawi Weselszy śpiew, i ześle duchów dobrych wiele. O, nie zwlekajcie, Przybywajcie, Zbawcy, aniołowie roku! i wy 6 Aniołowie domu, wejdźcie w żyły życia wszystkie, Wszystkich radując wraz, niech się boskie podzieli! Uszlachetni! odmłodzi! aby nic co ludzkie i dobre, aby żadna Chwila dnia bez tych Pogodnych, oraz takie Radości jak teraz, gdy kochający się odnajdują, Bez należnej im czci, niestosownie święcone nie były. Gdy błogosławimy wieczerzę, kogo wymienić mi wolno, a gdy Spoczywamy po trudzie dnia, mówcie, jak składać mam dzięki? Czy wspomnieć mam Najwyższego? Niestosowności Bóg nie lubi, By go objąć, nasza radość jest niemal za mała. Często musimy milczeć, brakuje nam świętych imion, Serca biją, lecz głos nie wzlatuje? Wszak granie strun udźwięcznia każdą godzinę, I może bogów weseli, co się zbliżają. Ono to sprawia i tak też się troska niemal Uśmierza, gdy radość spotyka. Troski, jak te, chętnie czy nie, musi w duszy Swej nosić pieśniarz, i często, lecz inni nie.

Archipelagus
Czy żurawie powracają znów do ciebie, a statki Ku twoim brzegom znów szukają dróg? Czy wiatry upragnione Owiewają uśmierzoną falę, czy wygrzewa delfin, Z głębi wywabiony, w nowym blasku grzbiet? Kwitnie Jonia? Nastał czas? bo zawsze na wiosnę, Gdy w ludziach się serce odnawia i pierwsza Miłość w człowieku się budzi, i złotych czasów wspomnienie, Przybywam do ciebie i pozdrawiam ciebie w twej ciszy, Starcze! Wciąż, Potężny, żyjesz i spoczywasz w cieniu Twoich gór, jak dawniej; młodzieńczymi ramionami obejmujesz Jeszcze swój uroczy kraj, a z twoich córek, Ojcze, Z twoich wysp kwitnących, jeszcze żadna nie zginęła.

Kreta trwa i Salamina zieleni się, ocieniona wawrzynem, Wokół promieniami rozkwitłe, wznosi w godzinę zarania Delos zachwyconą głowę, i Tenos i Chios Mają dostatek szkarłatnych owoców, z upojnych wzgórz Tryska cypryjskie wino, a z Kalaurei spadają Srebrne potoki, jak niegdyś, w stare wody ojca. I wszystkie żyją jeszcze, matki herosów, wyspy, Kwitnąc z roku na rok, i jeśli czasem z czeluści Uwolniony płomień nocy, podziemny wstrząs, Jedną z miłych pochwycił, a ona konając ginęła w twym łonie, Ty, boski, ty wytrwałeś, bo pośród mrocznych Głębin, niejedno się z ciebie wynurzyło i utonęło w tobie. Również bogowie i oni, władcy przestworzy, cisi, Którzy dzień pogodny, słodki sen i przeczucie Przynoszą z daleka duszy wrażliwych ludzi Z nieprzebranej mocy, również oni, dawni towarzysze zabaw, Mieszkają, jak niegdyś, z tobą, i nieraz o zmierzchu, Gdy znad gór Azji wyłania się święte światło księżyca, A gwiazdy w twej fali się spotykają, Ty świecisz niebiańskim blaskiem, i tak jak one bieg zmieniają, Zmienia się bieg twoich wód, a pieśń sióstr Górujących, ich śpiew odbrzmiewa w twej czułej piersi. Gdy natenczas wszystko opromieniające słońce dnia, To dziecko orientu cudotwórcze zjawi się, Wtedy wszyscy Żywi w złotym śnie ożywają, Który ono poetycznie snuje im zawsze od świtu, Tobie, żałobnemu bogowi, tobie zsyła weselszy czar, A słońca własne radosne światło nie jest piękne Jak oznaka miłości, wieniec, którym zawsze, jak dawniej, Czcząc twoją pamięć, jednak przyozdabia twe srebrne loki. Jeśli Eter cię nie obejmie, a chmury nie wrócą, Wysłanniczki twoje, od niego z darem bogów, promieniem, Z Wysokości, do ciebie? ty wówczas pędzisz je nad lądami, Że nad gorącym wybrzeżem burzą upite lasy, Szumią, falują wraz z tobą, że wnet, do zbłąkanego syna podobny, Gdy go ojciec zawoła, z tysiącem strumieni Meander Ze swoich bezdroży umknie, a z nizin Kaistros Ku tobie radośnie pobiegnie, zaś Pierworodny, Sędziwy, Który zbyt długo się krył, majestatyczny twój Nil, teraz Ze stoków odległych staczając się gór, niby w zbroi dzwoniącej Nadchodząc zwycięsko, stęsknione ku tobie otwiera ramiona. * Powiedz, gdzie są Ateny? Czy nad urnami mistrzów Twoje miasto, najmilsze nad świętymi brzegami, Smętny boże, rozsypało się w popiół, Czy został jeszcze po nich znak, iżby żeglarz, Gdy obok przepływa, nazwać i wspomnieć je mógł? Czy nie tam kolumny wspinały się w górę i nie stamtąd świeciły Zwykle z dachu świątyni posągi bogów? Czyż nie tam szumiał głos ludu wzburzony, Pośrodku agory, czyż nie spieszyły z radosnych wrót Stamtąd zaułki, ku tobie, do szczęśliwej przystani? * A jednak samotny się czujesz, w ciszy nocnej słyszy

Twą skargę żałosną skała, i często wymyka się tobie, Sprawiona przez ludzi, gniewu fala skrzydlata ku niebu. Bo nie żyją już z tobą szlachetni wybrańcy, Którzy cię czcili, którzy kiedyś pięknymi świątyniami i miastami Otoczyli twe brzegi, bo wciąż szukają i obyć się nie mogą, I wciąż potrzebują, jak herosi wieńca, święte Żywioły do sławy serca czułych ludzi. Spójrz! tam odbija swym statkiem zmyślny kupiec, Szczęśliwy, bo i jemu wieją skrzydlate wiatry, a bogowie Kochali, tak jak poetów, i jego, bowiem godziwe Dary ziemi uzupełniał i odległe z bliskim łączył. W dal do Cypru płynie i dalej na Tyros, I w górę do Kolchidy dąży, i na dół do Egiptu, By purpurę i wino, ziarno i runo zdobyć Dla swego miasta, a często poza mężnego Herkulesa Słupy, w dal, ku nowym szczęśliwym wyspom Nadzieje go niosą i skrzydła statku; tymczasem Czymś innym poruszony, brzegiem morskim samotny młodzieniec Kroczy i fali słucha, i Wielkość przeczuwa, Gdy tak u stóp wstrząsającego ziemią Mistrza Siedząc, słucha; wszak nie daremnie wychował go bóg morza. * Bo wróg geniusza wszechżądny Pers, Latami gromadząc liczne zbroje i wojska, Drwiąc z ziemi greckiej i z jej wysp małolicznych, Iż zdały się władcy igraszką, i jeszcze, jak sen Był mu ten naród żarliwy duchem bogów zbrojny. Łatwo rzuca rozkazy i szybko jak lawy źródło ogniste, Gdy wokół straszliwie ze wrzącej wylewa się Etny, Miasta grzebiąc w purpurowym potoku i kwitnące ogrody, Póki rzeka płonąca w świętym morzu nie ostygnie, Tak wraz z królem, paląc, grody niszcząc, Runęła z Ekbatany naprzód wrzaskliwa nawała; Biada! Ateny wspaniałe padły; zmagając się, spoglądają Z gór, gdzie zwierzyna słyszy ich krzyk, zdrożeni starcy Ku domom porzuconym i dymiącym świątyniom; Lecz synów modły popiołów świętych nie wskrzeszą Już nigdy; w dolinie śmierć, a chmura pożaru Powoli na niebie znika; by dalej żniwować po kraju, Ciągnie, rozgrzany zbrodnią, łupów niesyty Pers. Lecz nad brzegami Salaminy, o dniu nad brzegami Salaminy! Czekając końca, stoją dziewice ateńskie, Stoją matki, kołysząc w ramionach ocalałych synów, Lecz słuchających dochodzi z głębin głos boga mórz Wieszczący triumf, patrzą bogowie niebios, Ważąc i sądząc, ku ziemi, bo tam wzdłuż brzegów Przelewa się od świtu, niby powolna burza, Na spienionych wodach bitwa, nawet żaru południa, Gniewem rozgrzani, nie czują nad swoimi głowami. Lecz mężowie ludu, wnukowie herosów rozkazują Śmielszym wzrokiem, wybrańcy bogów myślą O szczęśliwym przeznaczeniu i potomkowie Aten Swego geniuszu, co gardzi śmiercią, nie oszczędzają teraz.

Bo jak z oparów krwi zwierz na pustyni raz jeszcze Na koniec odradza się w sobie i wstaje w szlachetnym porywie, Łowcę trwożąc, tak teraz w blasku zbroi, Pod wodzów rozkazem, mierząc straszliwie w Persów, Pośrodku zagłady, powraca zmęczony duch raz jeszcze. I bój od nowa wybucha; jak pary walczących mężów Sczepiają się statki i w fale stacza się ster, Pokład się łamie pod walczącymi, żeglarze i statki toną. * Jednak kłamliwym marzeniem, które sławiła pieśń, Król przyoblekł swe oczy, obłędnym uśmiechem śledząc kres, Grozi i błaga, zachęca i śle jak błyskawice posłańców, Lecz posyła daremnie, bo żaden nie wraca. Skrwawionych posłańców, martwych żołnierzy, strzaskane okręty, Bez liku mu rzuca fala, mścicielka grzmiąca Przed tron, gdzie siedzi na drżącym brzegu, biedny, Widząc ucieczkę, i precz przez tłumy zbiegów porwany, Spieszy: pędzi go bóg, jego statki zbłąkane Ściga po falach, bóg, który kpiąc, broń jego dumną Rozbił wreszcie i słabego dogonił w groźnej zbroi. * Lecz wraca z miłością nad rzekę smutną Ilissos Ateński lud, a z gór ojczystych, Radością złączone, błyszczące rzesze falują w dół Ku opuszczonej dolinie, i jak postarzała matka, Gdy po latach dziecko, już niby stracone, znów Żywe do niej powróci dorosłym młodzieńcem, Lecz od zgryzoty zmartwiała jej dusza, zaś radość Zbyt późno, zmęczoną czekaniem, nawiedza, i z trudem pojmuje Słowa podzięki miłego syna Taka zdaje się wracającym ziemia ojczysta. I daremnie szukają swych gajów nabożni, A zwycięzców nie wita już furta gościnna, Jak wędrowca zwykle witała, gdy szczęśliwy z wysp Powracał, a święta twierdza, matka Aten, Nad wzrokiem stęsknionym lśniąc w dali, wzniosła się w górę. Lecz są dobrze im znane spustoszone zaułki I smutne ogrody wokół, na Agorze, Gdzie kolumny portyku zburzone i bogów posągi Leżą, tam teraz, wzruszony do głębi, wiernością się ciesząc, Szczęśliwy lud w nowym przymierzu łączy swe dłonie. I wnet znajduje, i widzi miejsce własnego domu Pod zgliszczami mąż, płacze na piersi jego, izbę Wspominając przytulną, niewiasta, pytają dzieci O stół, gdzie zwykle siadały miłą gromadą, Widziane przez ojców, przyjaznych bogów domostwa. Namioty stawia naród i znowu łączą się z sobą Starzy sąsiedzi, i zgodnie z pragnieniem serca Wznoszą przewiewne domy wokół świętego wzgórza. I tak mieszkają tymczasem, jak wolni niegdyś przodkowie, Którzy siły swej pewni, przyszłym ufając dniom, Wędrownym ptakom podobni, ze śpiewem od szczytu do szczytu jak niegdyś Ciągnęli, władcy borów i rzeki krętej.

Lecz obejmuje, jak zwykle, wierna matka ziemia Znowu swój lud szlachetny, który pod świętym niebem Wczasuje spokojnie, gdy łagodne, jak zawsze, wiatry młodości Owiewają śpiących, a spośród platanów dochodzi ich Szmer Ilissos, nowe zwiastując dni, Ku nowym wabiąc czynom, zaś nocą fala boga mórz Dalekim szumem radosne kochankom posyła sny. Wyrosły już i zakwitły dojrzałe złociste kwiaty Na polach zdeptanych, oczekującym rękom Zieleni się drzewo oliwne, zaś na łąkach Kolonosa Spokojnie się pasą, jak zawsze, ateńskie rumaki. * I matce ziemi, i bogu mórz na chwałę Rozkwita teraz miasto, dzieło wspaniałe, niby gwiazdozbiór Trwałe, twór geniusza, który miłości Chętnie takie stwarza pęta, i tak w wielkich dziełach, Które sam sobie wznosi, sam pozostaje wiecznie żywy. Spójrz! trudzącemu się służy las, jego rękom Pentelikon Oraz góry wokół dają marmur i spiż, Co żywy jak on, radosny, wspaniały wytryska Z jego rąk, i lekko, jak od słońca, dojrzewa jego handel. Studnie wyrastają wzwyż i ponad wzgórzami Czystymi rynnami prowadzone, osiąga źródło lśniący zbiornik. Wokół nich świecą, niby herosi odświętni Przy wspólnej uczcie, rzędy domów, góruje wysoko Prytanów gmach, otwarto już gimnazjony, Świątynie bogów powstają, święta i śmiała myśl Wyrasta, Nieśmiertelnym bliska, Olimpiejon niebotyczny Śród gaju świętego i inne święte budowle! Ateno - matko, i tobie rósł wspaniały Akropol, Dumniejszy, z głębi żałości, wzwyż, i długo kwitnął Władcy mórz oraz tobie, zaś twoi wybrańcy u jego stóp Szczęśliwą gromadą śpiewali pieśni dziękczynne. * O, szczęścia nabożne dzieci, wędrują teraz daleko W krainie ojców, niepomni złego losu, Tam nad Letą, czy nie przywiedzie ich żadna tęsknota? Czyż me oko nie ujrzy ich więcej? ach, czy nie znajdzie nigdy Wśród ścieżek tysiąca na ziemi kwitnącej, waszej bogom podobnej postaci Ten co was szuka, czy dlatego mowę poznałem I baśnie o was, by wiecznie żałosna dusza Przed czasem ku waszym uciekała cieniom? Lecz bliżej ku wam, gdzie rosną jeszcze wasze gaje, Gdzie głowę swą samotną w obłoku święta góra kryje, Na Parnas zdążam, i jeśli w mroku dębów Migocące, ja zbłąkany, kastalskie źródło napotkam, Wtedy ze łzami zmieszaną, z czary pachnącej kwieciem, Tam, na zieleń wschodzącą, wyleję wodę, by jednak Was Uśpionych, wszystkich, żałobnym darem uczcić. Tam w niemej dolinie, na skalnych zboczach Tempe Chcę często bywać z wami, nosiciele imion wspaniałych. Przywołać na jaw nocą, a gdy się gniewni, zjawicie, Bo pług zbezcześcił groby, głosem serca będę

Nabożną pieśnią pokutował, o święte cienie. Póki do życia z wami nie przywyknie zupełnie dusza. I pytać Nawiedzony was będzie o niejedno, Umarli! I was, Żywych, także, was, bogowie niebios, Gdy nad zgliszczami przemijacie ze swoim czasem Na swoich bezpiecznych drogach, bo często chwyta obłęd Pod rojami gwiazd, niby wiatr straszny, mą pierś, Że szukam pomocy, lecz od dawna nie darzą Pociechą strapionych wieszcze gaje Dedony, Umilkł delficki bóg, samotne już dawno bezludne Są ścieżki, gdzie niegdyś człowiek cicho nadzieją wiedziony Z pytaniem ku miastu szczerego wróżbity się wspinał. Lecz światła w górze jeszcze dziś przemawiają do ludzi, Pięknych znaczeń pełne, zaś gromowładcy głos Woła ku nim: pamiętajcie o mnie? a fala żałosna boga mórz Potwierdza: czy pamiętacie mnie jak niegdyś? Bo chętnie spoczywają bogowie przy czułym sercu I wciąż, jak zawsze, towarzyszą jeszcze zapałowi ducha, I człowiekowi śmiałemu, zaś nad górami ojczyzny Spoczywa, i włada, i żyje wszechobecny Eter, Iżby jeden kochający się lud, w ramionach ojca skupiony, Ludzko radosny, jak zawsze, Jednego Wspólnego był Ducha. Lecz biada! Wśród nocy żyje, w podziemiu mieszka Bez bogów iskry nasz ród. Do swoich robót Przykuci wyłącznie, i siebie w huczących warsztatach Każdy słyszy jedynie, zdziczeli w nawale pracy, Ramiona trudząc, bez tchu, lecz wciąż, wciąż Bezpłodny, jak Furie, pozostaje wysiłek biedaków. Aż zbudzona ze snu trwożnego, dusza człowiecza Wzleci, młoda, pogodna, a miłości błogie tchnienie Znowu, jak dawniej, często, gdy kwitły umysły Hellady Powieje nowym czasom i nad odkrytym czołem Duch natury z dali idący, znowu Obecny bóg w złotej nam chmurze się zjawi. Ach, czemu zwlekasz? a owi, przez bogów pomazani, Czy mieszkają wciąż, o jasny dniu, jeszcze w podziemiach Głęboko, samotni, gdy wiecznie żywa wiosna, Nieopiewana, nad głowami Uśpionych świta? Lecz dłużej nie! już słyszę w dali uroczysty Chóralny śpiew na wzgórzu zielonym i echo w gajach, Gdzie pierś młodzieńców dyszy, gdzie duch narodu Cicho łączy się w swobodnej pieśni, ku chwale boga, Któremu przystoi szczyt, lecz doliny także są święte, Bo gdzie wesoła rzeka rosnąc młodością bieży Pod kwiatami ojczyzny, gdzie na słonecznych równinach Ziarno szlachetne i sad owocowy dojrzewa, tam W święto nabożni chętnie wieńczą swe czoła, na wzgórzu zaś świeci, Do ludzkiej siedziby podobna, niebiańska świątynia radości. Bo pełne boskiego sensu stało się całe życie, I spełniająca, jak zawsze, jawisz się swoim dzieciom Wszędzie, Naturo! I jak z górskiego źródła, płynie Pomyślność zewsząd w kiełkującą duszę narodu. Natenczas, Natenczas, radosne Ateny i dzielna Sparto, Wspaniała wiosna do Grecji, gdy nasza Jesień nadejdzie, gdy dojrzejecie, duchy wszystkie praświata,

Powróci, i spójrz, oto koniec roku jest bliski. Natenczas i was niech pamięta święto, dni minione. Ku Helladzie niech patrzy naród i we łzach, i podzięce, I we wspomnieniach niech się uśmierzy ten dumny dzień tryumfu! * Rozkwitajcie tymczasem, nim dojrzeją owoce, Rozkwitajcie, ogrody Jonii, a które kwitniecie na zgliszczach Aten, Cudowne, zasłońcie smutki oczom. Wieńczcie wieczną zielenią lasy laurowe, umarłych, Kopce wokół pod Maratonem, tam gdzie młodzi Zwycięsko padli, i tam na polach Cheronei, Gdzie z bronią na śmierć ostatni Ateńczycy pobiegli, Hańby unikając, tam, tam po stokach gór, Z Oity szczytów w dolinę klęski co dnia lejcie, Nućcie pieśń żałosną, wartkie wody! Lecz ty, wiecznie, choć śpiew Greków już Cię nie wielbi, jak dawniej, swą dźwięczną falą, władco mórz, Rozbrzmiewaj w mej duszy jeszcze często, iżby się nad wodami Duch żywośmiały, niby pływak, w Silnych Rześkim szczęściu ćwiczył, i bogów mowę, przemianę I narodziny pojął, a gdy burzliwy czas Gwałtownie zbyt ogarnie umysł mój, i bieda, i obłęd Pośród śmiertelnych moim śmiertelnym życiem wstrząśnie, Niech wtedy o ciszy twojej głębi pomyślę.

Chiron
Gdzie jesteś, ty, Zdumiewające, które zawsze musi Uchodzić ku czasom, gdzie jesteś, światło? Choć serce czuwa, lecz grozi mi Krępuje mnie zadziwiająca wciąż noc. Zwykle chodziłem za leśnymi ziołami, łowiłem szelest Płowej zwierzyny pod wzgórzem, i nigdy daremnie. Nie zawiodły mnie ani razu twe Ptaki, bo nadto gotowe niemal zjawiłoś się. Skoro centaur lub ogród sprawiały ci radość, Z poradą dla serca, gdzie jesteś, światło? Serce znowu czuwa, lecz bezlitośnie Przyciąga mnie wciąż potężna noc. To byłem ja. Z krokusów, tymianu I kłosów dla mnie ziemia wiązała pierwsze bukiety. Zaś od gwiazd chłodnych nauczyłem się Tylko nazwalnego. U mnie zasię Dziewicze pole odczarowując, smętne, zamieszkał Półbóg, sługa Dzeusa, mąż poczciwy, Więc siedzę teraz cicho sam, godzina Za godziną mija, postacie żywe

Z materii ziemskiej, z obłoku miłości stwarza Umysł mój, bo zatruta jest przestrzeń między nami, I nasłuchuję, czy może z dali nie przybywa Przyjazny zbawca do mnie. Często wtedy słyszę wóz Gromowładcy W południe, gdy zbliża się, on, najsławniejszy, Gdy dom drży przed nim, a ziemia Oczyszcza się, a męka w echu się zdwaja. Wybawcę słyszę tedy pośród nocy, słyszę, Jak zabija mój wybawiciel, a w dole pełno Bujnych chwastów, i ziemię oglądam Niby w twarzach gwałtowny pożar, Lecz dnie zmieniają się, gdy wówczas ktoś Przygląda nam się miło, a złym złośliwie, i ból zadaje Swą dwulicowością, i nikt Nie zna tego co najlepsze, Lecz to właśnie jest cierń Boga, nikt bowiem Nie pokochałby boskiej sprawiedliwości, I swojski staje się Bóg, Twarzą w twarz i ziemia jest inna. Dzień! dzień! I znów oddychacie prawdziwie, i znowu pijecie Łąki z moich strumieni! jedno spojrzenie oczu I ślady właściwie wiodą, i jako Władca, w ostrogach, u siebie sam. W miejscu, dnia błędna gwiazdo, pojawiasz się, I ty, Ziemio, też, spokojna kolebko, i ty, Domie mych przodków, co bezładnie, Jak dzikie obłoki, odeszli. Weź zatem konia, przywdziej zbroję i pochwyć Lekką włócznie, mój chłopcze! Wróżba się Sprawdzi, nie darmo zwleka, Aż się objawi z powrotem swoim Herakles.

Wiek
O miasta nad Eufratem! O zaułki Palmiry! O lasy kolumn na pustynnej równinie, Czym jesteście? Wasze korony, Bo przekroczyliście Ludzkie granice, Bogowie dymem I ogniem zniszczyli; A ja teraz siedzę pod chmurami (z których każda ma w sobie spokój), pod Gościnnymi dębami, na błoniu,

Gdzie żyje sarna i obce Zdają mi się, umarłe, Dusze zbawionych.

Połowa życia
Zbocza tego kraju na których rosną grusze pełne dzikich owoców i dzikich róż, schodzą aż do jeziora, śnieżnobiałe łabędzie upojone pocałunkami zanurzają głowy w przezroczystej, chłodnej wodzie. Biada mi, skąd wezmę kwiaty, promień słońca i cień na ziemi, gdy śnieg zalegnie wokoło? Mury stoją oniemiałe z zimna, na wietrze szczękają chorągwie.

Jak w dniu świątecznym…
Jak w dniu świątecznym, wieśniak, By ujrzeć pole, wychodzi rankiem, gdy Z głębi nocy upalnej błyskawice chłodne spadały Przez cały czas, a w dali grom jeszcze mruczy, Gdy w swoje brzegi rzeka powraca I Ziemia się świeżo zieleni, A po niebios radosnym deszczu Krzew winny ocieka i lśniąc W cichym słońcu, drzewa w gaju stoją: Tak stoją one w przyjaznej aurze, One, których żaden mistrz nawet, lecz które cudownie Wszechobecna w lekkim objęciu pielęgnuje Potężna, bosko piękna Natura. Dlatego gdy zdaje się ona spać w porach roku, W przestworzach, w roślinach albo w narodach, Smutnieje również oblicze poetów, Zdają się być samotni, lecz przeczuwają zawsze, Bo przeczuwając, odpoczywa również ona sama. Lecz teraz świta! Wyczekiwałem, widziałem jak ono nadchodzi, A co ujrzałem, to ŚWIĘTE niech będzie moim słowom, Bo ona, ona sama, która starsza jest od czasów I nad brzegami Zachodu i Wschodu panuje, Natura ze szczękiem broni zbudziła się teraz, I od wyżyn Eteru aż w głąb otchłani W imię Zasad Niezłomnych, jak niegdyś z świętego Chaosu zrodzony, Nowy się czuje Zapał Stwórczy, Wszechmocny, znów,

I jak w oku człowieka ogień błyszczy, Gdy nakreśli dzieło wielkie, tak teraz Od nowa od Znaków, od Czynów świata Ogień zapłonął w duszach poetów. A co zdarzyło się wpierw, lecz ledwie wyczuwalne, Jawne dopiero jest teraz, A którzy, uśmiechając się, uprawiali nam pole Jako słudzy, rozpoznani zostali, oni, Wiecznie żywi, wszechmocni bogowie. Dopytasz się ich? W pieśni wieje ich duch, Jeśli ona ze dnia słonecznego i z ziemi ciepłej Wyrasta, i z burz, co w powietrzu, i z innych, Co bardziej dojrzałe w otchłaniach czasu I bardziej znaczące, i bardziej słyszalne dla nas, Wędrują w dal między niebem i ziemią, i między ludami. Wspólnego ducha myśli, przemijające Cicho, mieszkają w duszy poety, By jej, nagle zaskoczonej, Nieskończoności Znanej od dawna, wspomnieniami Wstrząsanej, jej świętym promieniem zapalonej. Owoc z miłości zrodzony, bogów i ludzi dzieło, Śpiew, by świadczył o jednych i drugich, udatny był. I z tego, co mówią poeci, iż jawnego Boga widzieć żądała, jego piorun na dom Semele, I boskim ogniem trafiona, zrodziła Owoc gromu, świętego Bachusa. Dlatego piją teraz ogień niebiański Synowie ziemi bez trwogi. Lecz nam wypada, w nawałnicy zesłanej przez bogów, Poeci, stać z obnażoną głową, Boga promień własny, własną ręką Chwycić i ludowi w pieśni Ukryty niebiański podać dar. Lecz jeśli czyste serce Jak dzieci mamy, niewinne są nasze ręce. Boga promień czysty, nie spali je, I głęboko wstrząśnięte, z cierpiącym Potężniejszym Współcierpiące, serce w błyskawicach Boga, gdy on zbliża się, pozostanie niezłomne. Lecz biada mi, gdy… Biada mi! I powiem teraz, Zbliżyłem się, by bogów ujrzeć, A oni sami strącają mnie głęboko między żywych, Fałszywego kapłana, w ciemność, bym Pieśń przestrogi uczonym śpiewał. Tam.

U źródła Dunaju
[Ciebie matko Azjo pozdrawiam…

Daleko w cieniu wiekowych puszcz Spoczywasz i dumasz o swoich czynach, Azjo, I nie z własnej mocy jedynie, lecz Upojona siłami, wszak ty, tysiącletnia, Niebiańskich ogni pełna, nieskończoną zaczęłaś radość, Iż głos ów w naszym uchu Teraz jeszcze, O Tysiącletnia, brzmi… By przesłać ci pozdrowienie, Powołał mnie do pieśni Geniusz tych, przed którymi, niby ze świętej góry ______________________________________ Lecz teraz odpoczywasz, I czekasz, czy może Do ciebie z żywej piersi Echo miłości dobiegnie ______________________________________ Z falą Dunaju, gdy w dół Z wierzchołków w stronę orientu dąży I miejsca szuka, i statki niesie, Z potężną falą Spieszę do ciebie… ____________ i w dali, nim wszystko nastąpi, Oznajmię ci i powiem:] Bo jak z wysoka, ze wspaniale strojonych organów W świętej sali, Spływając z niewyczerpalnych rur, Preludium, budząc, zaczyna się rano, I szeroko wokół, od hali do hali, Orzeźwiający teraz, melodyjny strumień płynie, Aż dom po chłodny cień Wypełniony zachwytem Wreszcie się budzi i wtórując mu teraz, Słońcu uroczystości, odpowiada Chór wiernych: tak oto przyszło Słowo ze Wschodu ku nam, I na skałach Parnasu i Kiteronu słyszę, Azjo, twe echo i odbija się Od kapitolu, i nagle stokiem Alp Przybywa do nas Obca, Budzicielka, Głos stwarzająca ludzi. Zdumienie chwyta dusze Porażonych wszystkich i noc Osłania oczy Najlepszych. Wszak wiele zdoła I przybój, i skałę, i potęgę ognia również Pokonać swą sztuką człowiek, Ale nie baczy, dumny, na miecz, Lecz stoi stroskany Przed boskością, Mocny, I podobny jest niemal do zwierzęcia, które,

Słodką młodością gnane, Biega bez wytchnienia po górach I własną moc czuje W południowym upale. Jeśli jednak Zstąpi w igrającym powietrzu Światło święte i z chłodniejszym promieniem Radosny duch zejdzie Na szczęśliwą ziemię, natenczas pada, niezwyczajne Największego Piękna, i drzemie czujnym snem, Nim gwiazda się zbliży. I tak jest z nami. Wszak niejednym zgasło Światło oka już, nim obdarzeni zostali zesłanymi przez bogów darami, Tymi, miłymi które z Jonii, A także z Arabii do nas przyszły, nie syta była nigdy Cennej nauki i miłych pieśni Dusza tamtych umarłych, Lecz kilku czuwało. I wędrowali często, Zadowoleni, pośród nas, mieszkańców miast uroczych, Igrzyskom towarzysząc, gdzie zwykle niewidzialny heros Tajemnie obok poetów siedział, zapaśników oglądał, i uśmiechając się, On, sławiony, sławił beztroskopoważne dzieci. Nieustanna to była miłość i jest. I choć rozłączeni, lecz - dlatego - myślimy O sobie wzajem przecież, o, wy szczęśliwi znad Istmos, Znad Cefisu i Tajgetu, A także i o was pamiętamy, doliny Kaukazu, I o rajskich ogrodach tamtejszych, choć starych, I o patriarchach twoich, i o twoich prorokach, Kaukazie. O, Azjo, Matko Potężnych! Którzy bez trwogi przed znamionami świata Z niebiosami na ramionach i przeznaczeniem Całymi dniami na górach tkwiąc, Pierwsi potrafili Samotnie się zwracać Do Boga. Teraz spoczywają. Lecz gdybyście wy, I to stwierdzić trzeba, Wy, starożytni wszyscy, nie rzekli skąd Nazwać Cię mamy: z najświętszej potrzeby, nazwać Ciebie, Naturo! i po nowemu, iż jak z kąpieli niby Wychodzi z ciebie wszystko bosko urodzone. Wprawdzie kroczymy niemal jak mędrcy, I pewnie jest jak dawniej, lecz pieczy brak, Jednak młodzieńców, dzieciństwo wspomnij, Wszak w domu i oni nie są obcymi. Żyją trzykrotnie, właśnie jak Pierwsi synowie niebios. I nie darmo obdarzono Naszą duszę wiernością. Nie nas, również wasze dzieło ona zachowa, I przy sanktuariach, orężach słowa, Które, rozstając się, wy niezręczniejszym nam, Wy, synowie Przeznaczenia, pozostawaliście,

O, dobre duchy, dlatego istniejecie też, Często, gdy któregoś święty obłok owionie, Zdumiewamy się wtedy i nie umiemy wyjaśnić. Lecz wy nektarem przyprawiacie nam dech I wówczas cieszymy się nierzadko albo popadamy W zadumę, ale gdy kogoś nadmiernie kochacie, Nie spocznie on, póki nie stanie się jednym z was. Dlatego, Łaskawi, otoczcie mnie lekko, Abym pozostać mógł, bowiem niejedno jeszcze godne jest pieśni, Teraz jednak kończy się, ze łzami szczęścia, Jak miłosna baśń, Moja pieśń i tak też, Rumieniąc się, raz blednąc, Pisałem ją od początku. A przecież ze wszystkim tak jest.

Święto pokoju
(Trzecia wersja)

Pojednawco, któryś nigdy nie dowierzał, Teraz jesteś, przyjazną postać Przyjmując, Nieśmiertelny, wszak Poznaję to Doniosłe, Które kolana mi zgina, Jak ślepiec niemal muszę Ciebie, o Niebiański, pytać, dlaczego dla mnie I skąd przybyłeś, szczęśliwy pokoju! To jedno wiem, śmiertelnego w tobie nie ma nic, Niejedno zdoła mędrzec lub któryś Z przyjaciół wiernych wyjaśnić, lecz jeśli Pojawi się bóg na niebie, na ziemi i morzu, Nastaje wszystko odradzająca Jasność. Dlatego obchodzę dziś święto, a w ciszy wieczornej Rozkwita wokół duch, i choćbym miał srebrne loki, To radziłbym, iż byśmy zadbali, przyjaciele, O ucztę oraz śpiew, obfitość kwiatów i dźwięków, Aniołom nieśmiertelnym podobni w taki czas. Niejedną bogów własność Już otrzymaliśmy, Ogień Złożono w nasze ręce, ziemią i morzem obdarzono nas. Gdyż w ludzki sposób nigdy więcej Tamte obce Potęgi nie będą poufałe, I gwiazda cię uczy tego, która Widnieje przed tobą, bo nigdy nie będziesz mu równy, Jemu, co wszystko Ożywia, od którego Radość wszelka i śpiew pochodzą. A jeśli jeden jest synem, spokojnym potężnym jest władcą, Bo teraz poznamy go, Teraz, gdy znamy ojca, By święta czcić, Ten Duch Doniosły Pogodnie się skłonił ku ludziom.

Do panowania był on zawsze za wielki I skromniejszy od Ojca, choć daleko sięgała jego dziedzina. Także bóg potrafi na podobieństwo śmiertelnych Podjąć trud powszedni i dzielić pospołu cały los, Aby wszyscy się wzajem doświadczyli, a kiedy Pokój znowu powróci, by jeden język wśród żywych Panował. Niby mistrz wyjdzie natenczas OJCIEC Z warsztatu, zwyczajniejszy i większy, i nie inną szatę Lecz uroczystą przywdzieje. I wszystek lud żyjący Bo spójrz, oto zmierzch czasów nastał I prawa, które wśród zakochanych znaczą, Które pięknie łagodzą, one wówczas będą wszechznaczące Od ziemi aż w głąb niebios, I Ojciec odtąd nie będzie więcej panował w górze samotnie. I inni są u niego. Wiele dowiedział się człowiek. I bogów wielu nazwał, Odkąd stanowimy rozmowę I słyszeć możemy o sobie wzajem.

Jedyny
(Pierwsza wersja)

Co to jest, co Ze starymi szczęśliwymi brzegami Mnie wiąże, że bardziej jeszcze Kocham je niż moją ojczyznę? Bo niby w niebiańską Niewolę sprzedany Jestem tam, gdzie Apollo kroczył W królewskiej postaci I ku niewinnym młodzieńcom Zstępował Dzeus, i synów świętym sposobem, I córki płodził Doniosły pośród ludzi. Doniosłych myśli Bowiem wiele Wyniknęło z głowy Ojca I wielkie duchy Od niego ku ludziom zstąpiły. Słyszałem wszelako O Elidzie i Olimpii, stałem W górze na Parnasie I ponad górami Istmos, I również tam Opodal Smyrny, i w dół Obok Efezu kroczyłem; Wiele piękna widziałem I boga postać Opiewałem, która żyje Pośród ludzi, a jednak, O, dawni bogowie i wy wszyscy Mężni synowie bogów,

Jeszcze Jednego szukam, którego Kocham spośród was, Gdzie ostatniego z rodu, Klejnot domu waszego, przede mną, Przed obcym gościem skrywacie. Mój Mistrzu i Panie! Mój Nauczycielu! Czemu tak daleko Zostałeś? i gdy Pytałem między starożytnymi, I herosów, I bogów, czemu byłeś Nieobecny? I pełna jest teraz Smutku dusza moja, Jak gdybyście sprzeciwiali się sami, bogowie, Iż służąc jednemu, drugiego Będzie mi brak. Wiem o tym, lecz moja to Wina! Bo nadmiernie, O Chryste! Jestem do ciebie przywiązany, Niby brat Heraklesa, I śmiało wyznaję, tyś Jest bratem Dionizosa, który Do wozu zaprzęgał Tygrysy i w dół, Aż po Indie, Nakazując radosną służbę, Winniceś zakładał, Złość ludów poskramiał. Lecz wstyd jakiś krępuje Mnie, by ciebie porównać Z ziemskimi herosami. Wszak wiem to Z pewnością, iż ten, co cię zrodził, ojciec twój, Ten sam, który Nigdy więcej nie będzie panował samotnie. Lecz Jednego Obdarzam miłością. Teraz Bowiem z własnego serca Zbytnio płynął śpiew, Naprawić chcę ten błąd, Gdy jeszcze innych będę opiewał. Nigdy nie trafiam, jak pragnę, W miarę, lecz bóg wie, czego pragnę, Gdy nadchodzi Najlepsze. Jak Mistrz bowiem, gdy Wędrował po ziemi, Orzeł w niewoli, A wielu, którzy Go widzieli, lękali się, Ponieważ uzewnętrzniał się Ojciec, a jego dobro pośród Ludzi działało rzeczywiście, I smutny wielce był też

Syn tak długo, póki Nie wstąpił do nieba, lecąc przez przestworza, Podobnie pojmowana jest dusza herosów. Bo poeci uduchowieni Muszą być również ziemskimi.

Patmos
Langrafowi von Homburg (Druga wersja)

Blisko Lecz trudno uchwytny jest Bóg. Wszelako gdzie groźba, wyrasta Również ratunek. W mroku mieszkają Orły i bez lęku kroczą Synowie Alp nad przepaściami precz, Na lekko zbudowanych mostach. Przeto, iż mnóstwo wokół jest Wierzchołków czasu, zaś najmilsi Blisko mieszkają, słabnąc na Górach najodleglejszych, Więc daj nam wody przeczystej, O, daj nam skrzydła, byśmy, wierni idei, Przeszli TAM i znów powrócili. Tak rzekłem, wtedy Szybciej niż przypuszczałem I daleko, gdzie nigdy Dojść nie zamierzałem, uprowadził mnie geniusz Od własnego domu, świtały W półmroku, gdy szedłem, Cienisty las I upragnione potoki Ojczyzny, nigdy nie widziałem tych krajów; Lecz wnet w świeżym blasku, Tajemniczo W złotym dymie, kwitła mi, Szybko wyrosła Ze wschodem słońca, Tysiącami wierzchołków pachnąc, Azja, i oślepiony szukałem Jednego, który był mi znany, bo nie przyzwyczajony Byłem do tych szerokich ulic, gdzie w dół Z Tmolusa płynie Złotem lśniący Paktol I Taurus stoi, i Messogis, I kwiatów pełen ogród; szukałem Cichego ognia, lecz w świetle Kwitnął wysoko srebrny śnieg, A świadek życia nieśmiertelnego Na niedostępnych ścianach, Od pradawna rósł bluszcz, Zaś żywe kolumny, cedry i laur, dźwigają

Uroczyste, Bosko zbudowane pałace, Lecz szumi wokół Azji bram, Tu i tam ciągnąc Po niepewnej równinie morza Bezcienistych dróg mnóstwo, Wszelako zna wyspy żeglarz. A że słyszałem, Iż jedną z bliżej położonych Jest Patmos, Zapragnąłem bardzo Tam zagościć i tam Do mrocznej groty się zbliżyć. Gdyż nie jak Cypr, Bogaty w źródła, albo Któraś z pozostałych Żyje wspaniale Patmos, Ale gościnna, Choć uboższy jej dom, Ona jednak, I gdy po rozbiciu okrętu, albo płaczący Po ojczyzny stracie, albo Po umarłym przyjacielu, Zbliża się ku niej Któryś z obcych, słucha chętnie, a dzieci jej, Głosy upalnego gaju, I gdzie piasek opada i gdzie pęka Płaszczyzna pól - owe głosy Słyszą go i z miłością Powtarzają skargi męża. Tak pielęgnowała Niegdyś miłego Bogu Jasnowidza, który w czas radosnej młodości był Poszedł wraz Z synem Najwyższego, nierozłączny, bo Miłował Gromowładny prostoduszność Ucznia i widział baczny mąż Oblicze Boga dokładnie, Gdy przy Tajemnicy Winnego Krzewu Siedzieli razem podczas wieczerzy, Gdy w wielkiej duszy, spokojnie przeczuwając, śmierć Zapowiedział Pan i miłość ostatnią, bo nigdy dosyć Nie miał słów do powiedzenia O dobroci i na pociechę, wszak Widział ją, powszechną świata złość. Bo wszystko jest dobre. Potem umarł. Wiele można by O tym mówić. I widzieli go, jak zwyciężając spoglądał, Najradośniejszego, jeszcze, na koniec przyjaciela, Ale smucili się, gdyż Nastał wieczór, zdumieni, Gdyż Wielkie Postanowienie mieli w duszy Mężowie, lecz kochali pod słońcem Życie i nie mogli rozstać się Z obliczem Pana I z ojczyzną. Wpojono to w nich Jak ogień w żelazo, i szedł Obok uczniów cień Umiłowanego.

Przeto zesłał im Ducha i odczuwalnie drżał Dom, a gromy Boga toczyły się, Grzmiąc w dali, nad Przeczuwającymi głowami, gdy w zadumie trwali Zgromadzeni bohaterowie śmierci, Teraz, gdy odchodząc Jeszcze raz pokazał się im. Bo teraz zgasł słoneczny dzień, Królewski, i złamał Prosty promień, Sceptr, cierpiąc nieludzko, z własnej woli. Gdyż wrócić ma on We właściwym czasie. Nie byłoby dobre Potem, nieprzystępne, nieuczciwe, Dzieło ludzkie, i radością było Odtąd Mieszkać w kochającej nocy, i zachować W życzliwym spojrzeniu, bez skrępowania Otchłań mądrości. Lecz kwitną Także głęboko w górach żywe obrazy, Wszelako straszne jest, jak tam i tu Bez końca w dal rozsiewa żywych Bóg. Także rozstanie Z drogimi przyjaciółmi I dalekie przez góry wędrowanie Samotne, gdzie dwukrotnie Poznany, jednogłośny Był niebiański duch; i nie przepowiadane to było, ale Chwytało za loki, rzeczywiście, Gdy ku nim nagle W dal śpieszący Bóg Obejrzał się i zaklinając, Aby trzymał, niby złotymi linami Związane odtąd Zło nazywając, oni sobie ręce podali. Lecz jeszcze potem umrze ten, Do którego najczęściej Piękno lgnęło, iż jego postać Cudem była i bogowie jego Wskazywali, i jeśli zagadką wieczną dla siebie, Oni się wzajem Zrozumieć nie potrafią, którzy społem żyli W pamięci, i jeśli nie tylko piasek Albo i wierzby zwiewa, i świątynie Zagarnia, jeśli honor Półboga i przyjaciół jego Zasypuje, i jeśli oblicze swoje sam Najwyższy odwraca Dlatego, że nigdzie więcej żadnej istoty Nieśmiertelnej na niebie nie widać Albo na zielonej ziemi, więcej co to jest? To jest rzut siewcy, gdy bierze Szuflą pszenicę

I rzuca ją ku Jasności, nad klepiskiem wiejąc. Do nóg jego spada łuska, lecz W końcu zjawia się ziarno. I złem nie jest, jeśli coś Ginie i mowy Rozbrzmiewa żywy dźwięk, Bo boskie dzieło także naszemu jest równe, Nie wszystko chce Najwyższy zwłaszcza. Wprawdzie żelazo zawiera sztolnia, A płonącą żywicę Etna, Więc miałbym zasoby, By obraz stworzyć i podobnego Oglądać, jakim był, Chrystusa, Lecz gdyby ktoś sam siebie popędzał, I, smutno gawędząc, w drodze, gdy byłbym bezbronny Mnie napadł, iż dziwiłbym się, że Boga Obraz naśladować chciałby pachołek W gniewie jawnego widziałem kiedyś Władcę niebios, nie że miałbym być kimś, lecz By się uczyć. Litościwi są oni, wszak najbardziej nienawistny jest im, Póki władają, fałsz, i odtąd Człowieczeństwo pośród ludzi nie znaczy więcej. Bo oni nie rządzą, rządzi Nieśmiertelne przeznaczenie, a dzieło ich toczy się Samo i spiesząc, zmierza do końca. Gdy bowiem wyżej zmierza niebios Tryumfalny pochód, wymieniany jest na równi ze słońcem Przez Potężnych radosny syn Najwyższego Jako Hasło, a tu jest pałeczka miary Śpiewu, w dół przyzywająca, Bo nic nie jest wspólne. Umarłych budzi, Których nie skuła jeszcze Surowa ziemia, lecz wiele czeka Strwożonych oczu, By ujrzeć światło. Wszak nie chcą Pod ostrym promieniem kwitnąć, Choć odwagę złote wędzidło krępuje. Jeśli jednak, niby Z nabrzmiewających brwi, Światu zapomniana Cicho świecąca moc z pisma świętego tryśnie, mogą oni, Łaską się ciesząc, Od cichego spojrzenia się uczyć. I jeśli bogowie teraz, Tak jak ufam, mnie kochają, Więc jakże bardziej ciebie, Bo jedno wiem, mianowicie, Że wola Ojca wiecznego wiele Dla ciebie znaczy. Spokojny jest znak jego Na grzmiących niebiosach. I JEDEN stoi pod nimi Przez całe swoje życie. Bo jeszcze żyje Chrystus. Zaś bohaterowie, synowie jego, Przybyli wszyscy i święte księgi

Jego, a błyskawicę objaśniają Dotąd czyny ziemskie Wyścigiem nieprzerwanym. Lecz on jest obecny. Bo jego dzieła są Mu wszystkie znane od dawna. Zbyt długo, zbyt długo już jest Bogów godność niewidoczna. Nieomal palcami naszymi Muszą kierować i haniebnie Porywa nam nasze serca jakaś przemoc, Gdyż ofiary żąda każdy z bogów. Lecz jeśli któregoś zaniedbano, Niczego dobrego to nie przyniosło. Służyliśmy matce ziemi, A ostatnio służyliśmy światłu słońca, Nieświadomie, atoli Ojciec lubi, Który nad wszystkimi panuje, Najbardziej, by przestrzegano Niezmiennych zasad i by to, co trwałe, dobrze Objaśniano. Tego się trzyma niemiecka pieśń.

Wspomnienie
Nordost wieje, Najmilszy spośród wiatrów Dla mnie, bo płomiennego ducha I szczęśliwą podróż obiecuje żeglarzom. Lecz teraz pomknij i pozdrów Piękną Garonnę I ogrody Bordeaux, Tam, gdzie nad stromym brzegiem Ścieżka biegnie i do rzeki W dole potok wpada, nad nimi zaś Widnieje szlachetna para Dębów i białodrzewu; Pamiętam to jeszcze dobrze, i jak Szerokie wierzchołki chyli Wiązowy las nad młynem, Ale na podwórzu rośnie drzewo figowe. W święta kroczą Śniade kobiety tamtędy Po jedwabnej ziemi, W porze marca, Gdy dzień i noc są równe, A nad żmudnymi ścieżkami, Od złotych snów ciężkie, Usypiające płynie powietrze. Lecz niech mi poda ktoś Ciemnego światła pełny Wonny puchar, Abym odpocząć mógł, gdyż słodki Byłby pośród cieni sen. Lecz nie jest dobrze

Gdy dusza nasza wyzbyła się Przyziemnych myśli. Lecz dobra Jest rozmowa i dobrze jest powiedzieć, Co serce czuje, i słuchać dużo O dniach miłości I o czynach, które nastąpią. Lecz gdzie są przyjaciele? Bellarmin Z towarzyszami? Niejeden Zwleka trwożnie przed pójściem do źródła; Bowiem bogactwo rozpoczyna się W morzu. Oni, Jak malarze, gromadzą Piękno ziemi i nie gardzą Uskrzydloną wojną, i samotnym Bytowaniem, latami, pod Bezlitosnym masztem, gdzie nocy nie rozświetlają Świąteczne dni miasta I dźwięki strun, i rodzime tańce. Lecz teraz w dalekie kraje Udali się mężczyźni. Tam na daleki przylądek U podnóża winnic, gdzie w dół Dordogna spada, I razem ze wspaniałą Garonną, szeroką rzeką, Do morza wpływa. Morze odbiera I daje pamięć, A miłość pilnie wypatruje oczami, Lecz to co przetrwa, stworzą poeci.

Mnemozyna
(Trzecia wersja)

Dojrzałe są w ogniu zanurzone, ugotowane Owoce i na ziemi sprawdzone, i jest też prawo, Że wszystko skryje się jak węże, Zgodnie z proroctwem, śniąc, odejdzie, Na górę nieba. I niejedno, Jak na ramionach ciężar klęsk, Pozostanie. I złe są Ścieżki. Bowiem niewłaściwie, Jak konie, wiodą zaprzężone Elementy i stare Prawa na ziemi. I wciąż Do nieskrępowanego zmierza tęsknota. Ale niejedno Trzeba zachować. Potrzebę wierności. Jednak naprzód i wstecz Patrzeć nie chcemy. I pozwolić się kołysać Jak na łodzi chybotanej morzem. Lecz jak zachować to co kochane? Blask słoneczny Widzimy na ziemi i suchy kurz, I ojczystych lasów cienie, kwitnie

Nad dachami dym i wokół starych koron Wież, spokojnie; szczęśliwe bowiem są, Jeśli dusza sprzeciwiając się Raniła bóstwo, oznaki na ziemi. Bo śnieg, tak jak kwiaty wiosenne Szlachetność oznaczając, błyszczy Na zielonej łące Alp, w połowie odtajałej, tam o krzyżu mówiąc, który Postawiono niegdyś umarłym w drodze, po wysokiej przełęczy Wędrowiec gniewnie kroczy z dala przeczuwając Z drugim, ale to czym jest? Pod drzewem figowym Zmarł mój Achilles, A Ajaks leży przed grotami nad morzem, Nad strumieniami blisko Skamandra. Niegdyś skronie owiewał świst bitewny, lecz według Nieugiętej Salamis stałego Zwyczaju, na obczyźnie wielką śmiercią Umarł Ajaks, Patrokles zaś w zbroi króla. A zmarło Jeszcze wielu innych. Ale nad Kitajronem Leżała Eleuthera, miasto Mnemozyny, której też, Potem, gdy Bóg rozpostarł szaty, zmierzchający dzień wyplątał Lok. Bogowie bowiem niechętnie patrzą, Gdy ktoś na duszę niebaczny, Włada sobą, bo musi; ten Zaraz gubi smutek.

Czym jest Bóg?…
Czym jest Bóg? nieznany, a jednak Pełne znamion jest oblicze Jego nieba. Błyskawice bowiem I gniew pochodzą od Boga. Im coś jest Niewidzialniejsze, tym bardziej uchodzi w obcą postać. Ale grom Jest chwałą Boga. Miłość ku nieśmiertelności Własnością również, jak nasza, Jest Boga.

Tytani
To nie ten Czas. Oni jeszcze nie są Przykuci. Boskie nie objawia się Niewtajemniczonym. Wówczas niech liczą na Wróżby delfickie. Tymczasem pozwól mi, abym w podniosłej chwili Odpocząć mógł i umarłych Wspomniał. Wielu umarło, Wodzowie w zamierzchłych czasach, Piękne kobiety i poeci,

I - w nowych Mężczyzn wielu, Lecz ja jestem sam. i na ocean wypływając Wonne wyspy pytają, Dokąd odeszli tamci. Bo niejedno po nich W wiernych pismach zostało, A niejedno w legendach czasu. Wiele objawia Bóg. Bo z dawna już oddziaływają Obłoki na ziemię I zakorzenia się wieloraka święta dzikość. Dokuczliwe jest bogactwo. Wszak brakuje Pieśni, która wyzwala ducha. Pochłonąłby I byłby przeciw sobie, Bo nigdy nie ścierpi Niewoli - boski ogień. Lecz rozwesela Biesiadę, lub gdy na uczcie Oko błyszczy, a od pereł Szyja niewiasty. I harce wojenne, a poprzez ścieżki Ogrodów huczy Pamięć o bitwie i uśmierzone Na wątłej piersi Grzmiące zbroje milczą Od bohaterskich ojców darowane dzieciom. Lecz wokół mnie Brzęczy pszczoła i gdzie oracz Ciągnie bruzdy, śpiewają na wprost Słońca ptaki. Niektóre pomagają Niebu. Te widzi Poeta. Dobrze jest trzymać się kogoś Drugiego, bo nikt nie dźwiga życia samotnie. Lecz kiedy płonie Pracowity dzień I na linie Piorunochronu Od słońca wschodu Niebiańska błyszczy rosa, Musi pośród ludzi także Zaistnieć Doniosłość. Dlatego powstają domy, Pracują warsztaty, A rzekami płyną statki. I ludzie wymieniają Nawzajem uściski rąk; mądrze Dzieje się na świecie i nie na darmo Oczy wpatrzone są w ziemię. Lecz wy odczuwacie

Także inny rodzaj, Bo pod ciężarem Brutalności jest konieczne, By niewinność była znana. Lecz jeśli W głąb sięgnie, Aby ożywić, Wszechwładny, mniemają oni, Że Bóg zstępuje Do umarłych, i potężnie świtać zaczyna W nieskrępowanej otchłani, Wszystko miarkującej, Lecz nie chciałbym rzec, Że bogowie słabymi się staną, Gdy zacznie się wielkie wrzenie. Lecz jeśli sięgnie Wierzchołka głowy Ojca, że i ptak podniebny Ogłosi mu to. Wspaniały Gniewny zstąpi potem.

Orzeł
Mój ojciec wędrował na szczyt Gotharda, Tam, skąd rzeki spadają, W bok, ku Etrurii pewnie, I prostą drogą Ponad śniegami Na Olimp i Hemos, Gdzie Atos cień rzuca, Ku grotom na Lemnos. Lecz na początku Z lasów Indii, Mocno pachnących, Przybyli rodzice, Ale praojciec Leciał nad morzem, Kierując się myślą bystrą, i zdumiewała się Króla głowa złota Nad tajemnicą wód, Gdy czerwono dymiły obłoki Nad korabiem, a zwierzęta, niemo Na siebie patrząc, Na pokarm czekały, lecz Góry stoją nieruchomo, zatem Gdzie chcemy bytować? Jałowe jest pastwiskiem, Suche napojem, Mokre pokarmem jest. Gdy mieszkać kto zechce, To kątem, przy schodach, Gdzie domek na stoku zwisa, Nad wodą przebywaj. Zaś powinnością twoją jest

Nabranie tchu. Jeśli go za dnia bowiem ktoś Wydźwignął, Odnajdzie go we śnie znowu. Bo gdzie oczy zakryte I związane są nogi, Tam to znajdziesz. Bo gdzież poznasz…

W otchłani bowiem…
W otchłani bowiem jest Nasz początek i wyszliśmy Niby lwy pełni zwątpienia i przykrości, Bo zmysłowi bardziej są ludzie W żarze pustyni, Światłem upojeni i dusza zwierzęca Drzemie w nich. Ale wnet niby pies krążyć będzie W tym skwarze mój głos zaułkami ogrodów, W nich ludzie mieszkają, We Francji. Stwórca. Lecz Frankfurt, według kształtu, co Odbiciem jest natury, O człowieczym mówi losie, wszak Jest tego świata środkiem, ten czas również Jest czasem i niemieckiej rozkoszy. Dzikie wzgórze stoi nad zboczem Moich ogrodów. Wiśnie. Lecz ostry wiatr wieje Wokół szczelin skalnych. Tam wszędzie jestem Razem ze wszystkim. Lecz cudownie Nad źródłami chyli się smukły Orzech. Jagody jak korale, Wiszą na krzaku nad rurami z drzewa, Z których Pierwotnie z ziarna, lecz teraz naprawdę to umocowany śpiew kwiatów, jako Nowy twór z miasta, gdzie Aż do bólu nos drażni Zapach cytryny i oliwy z Prowansji, i tę Wdzięczność gaskońskie krainy Darowały mnie, lecz poskromiły, widać to jeszcze, i nakarmiły mnie Rapierski animusz i świąteczna pieczeń, Stół i brunatne grona, brunatne, a mnie czytają, o kwiaty Niemiec, moje serce będzie Niezawodnym kryształem, na którym Światło się podda próbie, gdy Niemcy…

Grecja
(Trzecia wersja)

O, głosy przeznaczenia, wy drogi wędrowca! Bo u szkoły błękitu, Z daleka, przy grzmieniu niebios Dźwięczy tak, jak śpiew kosa, Obłoków pogodny nastrój, dobrze Strojony przez naturę Boga, burzę, I wołania, niby zaglądanie do Nieśmiertelności i herosów; Wielu jest wspomnieniem. Gdzie potem Dudni, niby bęben, Ziemia, od zniszczeń, od pokus świętych, Wszak początkowo dzieło się kształtuje, Wielkie prawa śledzi, naukę I tkliwość, i niebiosa szerokie, pełne dostatku, potem Pojawiając się, sławią obłoki śpiewające. Bo trwały jest ziemi Pępek. Uwięzione bowiem w brzegach trawiastych są Płomienie i powszechne elementy. Lecz czystą Świadomością żyje w górze Eter. Zaś srebrne W jasnych dniach Jest światło. Jako miłości oznaka, Fioletowa jest ziemia. Także Skromne nawiedzić może Wielki początek W dzień powszedni, lecz cudowną z miłości do ludzi Bóg nosi szatę I przed poznaniem skrywa się jego oblicze, I zasłania przestworza sztuką. Zaś powietrze i czas zakrywają Straszliwego, aby ktoś nadto Nie kochał go modlitwą albo Dusza. Bo dawno stoi otwarta, Jak liście, dla nauki, albo jak linie i trójkąty, Natura I żółciejsze słońca i księżyce, Lecz w czasach, Gdy zmierza do końca stary ustrój Ziemi, mianowicie w wydarzeniach Zaistniałych, odważnie szermujących, jak na wysokościach, Prowadzi ziemię Bóg. Nieprzemyślane kroki Wszakże ogranicza on, lecz niby złote kwiaty, Moce duszy potem, duszy pokrewieństwa złączą się, By lepiej na ziemi Piękno mieszkało i jakikolwiek duch Wspólniej się z ludźmi sprzymierzył. Słodko jest wówczas pod wysokimi cieniami drzew I pagórków mieszkać, i słonecznie, gdzie jest droga Brukowana do kościoła. Podróżnym zaś, którym Z miłości do życia, mierzące bądź co bądź, Posłuszne są nogi, kwitną Piękniej ścieżki, tam gdzie wieś.

Kiedyś spytałem muzę…
Kiedyś spytałem muzę, a ona Odpowiedziała mi: Na końcu znajdziesz to – Żaden ze śmiertelnych tego nie pojmie. O Najwyższym wolę milczeć. Zakazanym owocem, jak wawrzyn, jest jednak Najczęściej ojczyzna. Ale ją skosztuje Każdy na ostatku. Bardzo zwodzi początek I koniec. Lecz ostatni jest Znak na niebie, który precz porywa ludzi. Zaiste, Herkules Bał się tego. Ale że gnuśność Jest nam wrodzona, potrzebny jest sokół, którego Jeździec śledzi, gdy On poluje, jego lot Jemu I władca gdy

i ogień, i dym kwitnie Na suchej trawie, Lecz niezmącony pośród tego, płynący Ze szlachetnej piersi, pokrzepieniem W bitwie jest głos wodza. Naczynia tworzy artysta. I kupują je lecz gdy dochodzi Do oceny, I jeśli warga nieskalana Półboga dotknęła ich, I jeśli darują to Najcenniejsze Bezpłodnym, Już nigdy odtąd Nie będzie zdatna do użytku Świętość.

Czy sądzisz…
… czy sądzisz, Iż ma się tak dziać Jak wówczas? Chcieli bowiem stworzyć Państwo sztuki, lecz to, co Ojczyste, zatracili i tak uległa Grecja, najpiękniejsza, żałosnej ruinie.

Jeśli z daleka…
Jeśli z daleka, mimo rozłączenia Jeszcze mnie rozpoznajesz i przeszłość, O, wspólniku moich cierpień, Jeśli na jakieś dobro wskazać bym mogła, To powiedz, jak oczekuje cię przyjaciółka? Czy w tamtych ogrodach, gdy po okropnym I mrocznym czasie odnaleźliśmy się Tu nad rzekami świętego praświata? Muszę przyznać, że dobroć była W twoim spojrzeniu, gdy kiedyś z daleka Wesoło się obejrzałeś, Zawsze zamknięty w sobie, z ponurym Wejrzeniem. Jakże mijały godziny, jaka cicha Była moja dusza wobec prawdy, że Byłam aż tak oddalona? Tak! wyznałam, byłam twoja. Doprawdy, jak ty wszystko znane mi W moją pamięć wnieść i wpisać pragniesz Listami, i tak też czuję, Że mówię to, co minęło. Wiosna to była? czy lato? słowik Słodką pieśnią żył z ptakami, które Blisko mieszkały w zaroślach, Zapachami owiewały nas drzewa. Widne drogi, niskie krzaki, piach, Po którym stąpaliśmy, rozweselały I umilały hiacynty Lub tulipany, fiołki i goździki. Na ścianach i murach zielenił się bluszcz, zielenił się Błogi mrok wysokich alei. Nieraz Wieczorem lub rankiem bywaliśmy tam, Mówiliśmy o niejednym, szczęśliwie w siebie wpatrzeni. W moich ramionach ożywał młodzieniec, Który samotny jeszcze z pól powracał, Które wskazywał mi z pewnym smutkiem, Lecz imiona miejsc osobliwych I całe Piękno zachowywał w sobie, które Nad szczęśliwymi brzegami i mnie bardzo bliskie, W rodzinnym kraju kwitnie, Albo ukryte jest, z wysoka widoczne Tam gdzie każdy ocean oglądać może, Lecz nikt przebywać nie chce. Nie troskaj się i pomyśl O tej, która szczęśliwa jest jeszcze dlatego, Bo staliśmy w blasku ślicznego dnia

Który wyznaniem lub rąk uściskiem Zaczynał się, który nas złączył. O, biada! To były piękne dni, lecz Smutny zmierzch nastąpił potem. Żeś taki samotny w twym pięknym świecie Twierdziłeś zawsze, kochany! lecz Nie wiesz tego,

W rozkosznym błękicie…
W rozkosznym błękicie kwitnie Miedzianym dachem kościelna wieża, Okrąża ją wokół jaskółek krzyk, Otacza błękit najczulszy. Słońce Wędruje wysoko nad nią i zabarwia blachę, Lecz w górze na wietrze cicho Kracze flaga. Gdy ktoś Pod dzwonem wówczas zstępuje w dół schodami, To jest to ciche życie, bo, Gdy odrębna niezwykle jest postać, wtedy Na jaw wychodzi obrazowa natura człowieka. Okna, z których rozbrzmiewają dzwony, są Jak bramy Piękna. Bowiem według Praw natury jeszcze są bramy, jeśli te Podobne są do drzew lasu. Lecz niewinność Jest także Pięknem. Wewnątrz z różnorodności powstaje poważny duch. Tak bardzo proste są jednak te obrazy, tak bardzo Święte, że boimy się je opisać. Lecz bogowie, Którzy zawsze są dobrzy, co wszystko mają niby bogaci, Posiadają tę cnotę i radość. Człowiek Może to naśladować. Czy może człowiek, jeśli życie jego samym trudem jest, Spojrzeć w niebo i rzec: takim I ja pragnę być? Tak. Dopóki dobroć jeszcze W sercu, niewinność trwa, człowiek Nie zmierzy się tragicznie Z Bogiem. Czy Bóg jest nieznany? Czy jest widoczny jak niebo? Raczej W to wierzę. Taka jest miara rozumu człowieka. Pełen zasług, lecz poetycznie mieszka Człowiek na ziemi, lecz czystszy Nie jest nocy cień z gwiazdami, Gdybym tak powiedzieć mógł, niż Człowiek, który oznacza obraz Boga. Czy istnieje na ziemi jakaś miara? Nie ma Żadnej. Bowiem nie powstrzymają nigdy światy gromu Stwórcy. Również kwiat jest piękny, bo Kwitnie pod słońcem. Oko znajduje Często w życiu istnienia, które Można by piękniej nazwać Niż kwiaty. O, wiem o tym dobrze! Bo

Krwawić na ciele i duszy, zupełnie Nie istnieć, czy to się Bogu podoba? Lecz dusza, wierzę, musi Pozostać nieskalana, inaczej nie dosięgnie Potęgi Wiecznej Skrzydlaty orzeł swoim śpiewem pochwalnym Wraz z głosem niezliczonych ptaków. Oto jest Istota, oto kształt. Strumyku piękny, twój widok wzrusza, Gdy toczysz się jasno, Jak Boga wzrok poprzez Drogę Mleczną. Znam ciebie dobrze, lecz łzy z oka Płyną. Pogodne życie widzę W kształtach wokół kwitnących w Istnieniu, bo Ich nie przyrównuję niesłusznie do samotnych gołębi Na cmentarzu. Lecz śmiech Ludzi zdaje się mnie martwić, Ponieważ mam serce. Czy chciałbym być kometą? Chciałbym. Bo one mają Prędkość ptaków, rozkwitają od ognia I są jak dzieci, nieskalane. Czego większego Natura człowieka nie śmie zapragnąć. Pogodna cnota także zasługuje na pochwałę Poważnego ducha, który wieje między trzema Kolumnami ogrodu. Dziewica piękna musi głowę przybrać Kwiatami mirtu, bo skromność Znamieniem jest istoty jej i jej uczucia. Lecz mirt rośnie w Grecji. Gdy ktoś w zwierciadło spojrzy, mężczyzna, Widzi w nim oblicze swoje, jak namalowane; podobne Jest do niego i oczy ma człowiecza twarz, natomiast Światło ma księżyc. Król Edyp ma O jedno oko za wiele, być może. Cierpienia tego człowieka zdają się nieopisywalne, Niewymowne, niewyrażalne. Skoro dramat Tak rzecz przedstawia, taką też zdaje się. Lecz Co dzieje się we mnie, gdy ciebie teraz wspominam? Jak strumienie porywa mnie koniec Czegoś w dal, Co się jak Azja rozprzestrzenia. Oczywiście, To cierpienie dręczy Edypa. Dlatego jest tak naturalne. Czy cierpiał także Herkules? Z pewnością. Dioskurowie w swojej przyjaźni, Czy również nie cierpieli? Bowiem Jak Herkules z bogiem toczyć spór, to też cierpienie. I nieśmiertelność w zawiści tego życia. Oddzielanie ich jest także męką. Lecz również cierpieniem jest, gdy Piegami pokryty jest człowiek, Niektórymi plamami pokryty bywa zupełnie. To Sprawia piękne słońce, bowiem Ono kształtuje wszystko. Młodzieńców wiedzie drogą ono, Przyozdobionych jego wspaniałymi promieniami niby różami. A cierpienia, które dźwigał Edyp, zdają się Biadaniem ubogiego człowieka, że mu czegoś brak. Synu Lajosa, biedny cudzoziemcze w Grecji!

Życie jest śmiercią, lecz śmierć jest także życiem.

Samoudręka
Nienawidzę siebie! odrażającą rzeczą Jest serce człowieka, takie dziecięco słabe, takie dumne, I takie przymilne jak piesek Tobiasza, I znowu rozmarzone, gdy ogrzeje poetycką wenę O, dziwo! gdy chłopiec samotny Do ramienia niższego się tuli, takie harde takie oziębłe! I takie nabożne gdy burze życiowe Zginają nam kark…

Dawniej bowiem, Ojcze Dzeusie…
Dawniej bowiem, ojcze Dzeusie Bo Lecz teraz Znalazłeś inną radę Dlatego straszna kroczy Po ziemi Diana, Łuczniczka, i gniewne unosi, Pełne nieskończonego znaczenia, Oblicze swoje nad nami Pan. I morze wzdycha, gdy On nadchodzi O, gdybyż możliwe było Oszczędzenie mojej ojczyzny! Lecz bez nadmiaru trwogi, Byłoby lepiej bądź Nieprzyzwoite i odejdź z eryniami precz Moje życie. Bo ponad ziemią wędrują Potężne moce, I los ich wzrusza Tego, który go doznaje i widzi, I który wzrusza serca narodów. Bo wszystko pojąć musi Półbóg albo człowiek, w miarę cierpień, Nasłuchując samotnie, lub sam Przeistoczony zostanie, z dala przeczuwając rumaki Pana.

O, bezpieczne posady Alp…
O, bezpieczne posady Alp! Które I wy łagodnie patrzące góry, Gdzie nad krzaczastym stokiem Czarny las szumi, Gdzie miłe wonie lok Jodłowy zlewa, I Neckar i Dunaj! Latem lubiący skwar, Wokół ogród wieje I lipy wiejskie, i gdzie Topola biała kwitnie I morwa Na świętych łęgach, I Wy, miłe miasta! Kształtne, pełne wrogów Bezsilne Co Od razu odchodzi, znika I śmierć nie widzi. Gdy potem I Stuttgart, gdzie ja Przelotny, pochowany Spoczywać mógłbym, tam, Gdzie ulica Skręca, i koło winnic, Gdzie odgłos miasta znowu się odnajduje w dole na zielonej równinie, Cicho rozlega pod jabłoniami I Tybinga, gdzie Błyskawice spadają W jasny dzień, I rzymskość głosząc, wygina się Spitzberg I wonny zapach I dolina Thilla, która…

Rodzinny kraj
I nikt nie wie Tymczasem pozwól mi wędrować I dzikie jagody zrywać, By ugasić miłość ku tobie Skrajem twych ścieżek, ziemio.

Tu, gdzie krzewy róż I słodkie lipy pachną obok Buków, w południe, gdy w płowym żyta łanie Dojrzałość szumi na smukłych źdźbłach I karki kłosów na bok zgina Jesiennie, lecz teraz, pod wysokim Sklepieniem dębów gdy rozmyślam I w górę ślę pytania, głos dzwonu, Znany mi dobrze, Z daleka brzmi złocistym dźwiękiem, w godzinie, gdy Ptak czuwa znowu. I tak to jest.

Czym jest życie ludzi?
Czym jest życie ludzi? obrazem bóstwa. Jak pod nieba stropem wędrują wszyscy, Jeśli je widzą, ucząc się jednocześnie, jakby Z pisma, naśladować nieskończoność i jej bogactwa, Jak ludzie. Czy skromne niebo Jest bogate? Jak kwiecie przecież Są srebrne obłoki. Lecz stamtąd deszczuje Rosa i wilgoć. Ale gdy Błękit zgaśnie, skromny, świeci Matowość, podobna do kamienia szarego jak ruda, Oznaki bogactwa.

Drzewo
Kiedy byłem dzieckiem, z pewnym wahaniem zasadziłem ciebie, piękna roślino; jakże zmienionych widzimy teraz siebie. Jesteś wspaniała i stoisz jak dziecko.

Bieg życia
Wzwyż dążył mój duch, lecz miłość ściągnęła go Pięknie w dół; cierpienie ugięło go silniej. I tak biegnę kręgiem Życia, i wracam, skąd przybyłem.

Do Zimmera I
O człowieku mówię, jeśli jest dobry I mądry, czego mu trzeba? Czy jest coś

Co wystarcza duszy? Czy jest źródło, czy jest Dojrzała winorośl z ziemi Wyrosła, która go nakarmi? W tym zatem Tkwi sens. Przyjaciel jest często kochanką, lecz czymś więcej jest Sztuka. Mój Drogi, tobie powiem prawdę: Dedala duch i lasu jest twoim duchem.

Do Zimmera II
Linie życia rozmaite być mogą, Jak granice gór, jak rozstaje dróg. To, czym tu jesteśmy, tam może uzupełnić Bóg Harmonią, pokojem i wieczną nagrodą.

Widok
Przestwór dnia rozjaśniają ludziom obrazy, Gdy zieleń się krzewi w otwartej dali, Zanim z wieczora światło w mrok się przechyli I blask łagodnie głosy dnia uśmierzy. Nieraz się zdaje zamknięta czułość świata, chmurna. A myśl człowieka pełna zwątpień, zniechęcona. Lecz natura wspaniała rozwesela dni człowieka I w dali stoi zwątpienia mroczne pytanie. Dnia 24 marca 1671 Z uniżeniem Scardanelli

Zakątek w Hardt
W dół spływa las, I do pąków podobne, wiszą Do środka zwinięte liście, pod którymi Rozkwita w dole kotlina, Pozornie niema. Tędy bowiem Ulryk Uchodził; często duma nad śladami Wielkie przeznaczenie Obecne, gotowe, na ocalałym miejscu.

Dla Johanna Christiana Benjamina Rümlina
Zachwycająco dźwięczy sławy wabiący ton srebrzysty W tętniącym sercu, a Nieśmiertelność Wielką jest myślą, Warta mozołu szlachetnych.

Lecz słodziej jest, piękniej i wspanialej W ramionach przyjaciela czuć się przyjacielem, I życiem się cieszyć, Wieczności być godnym.

W lesie
O, Szlachetna zwierzyno… Lecz w chatach mieszka człowiek i okrywa się szatą wstydliwą, wszelako istotniejsze, ważniejsze jest też, aby zachował ducha, jak kapłanka boski płomień, którym jest jego rozum. I dlatego nieskrępowana wola i wyższa moc błądzenia i spełniania, bogom podobnemu, oraz z dóbr najgroźniejsze, język, dany został człowiekowi, aby tworząc, burząc, ginąc i powracając do wiecznie żywej, do Mistrzyni I Matki, świadczył, kim jest, że odziedziczył po niej, nauczył się od niej tego, co najbardziej boskie - wszystko ożywiającej Miłości.

Śmierć Empedoklesa
(Szkic dramatu)

Akt I. Chór końcowy (szkic) Nowy świat wisi spiżowe sklepienie niebios nad nami, klątwa poraża członki ludzkie, zaś krzepiące, pocieszające dary ziemi są jak plewy, drwi z nas swoimi podarkami matka i wszystko jest pozorem O kiedy, kiedy już wreszcie otworzą się śluzy niebios nad jałową pustką. Ale gdzie jest ów, Aby zaklinał żywego ducha…

Za czasów Sokratesa
Ongiś sądził Bóg. Królowie.

Mędrcy. Któż sądzi teraz? Czy sądzi zgodny Lud? święte prawa gromady? Nie! o nie! kto zatem sądzi teraz? potomstwo żmii! tchórzliwe i fałszywe szlachetniejsze słowo nie wyszło nigdy z jego ust W imieniu wzywam cię, Wieczny demonie, zstąp, Albo ześlij bohatera Albo mądrość.

Doznałem już rozkoszy tego świata
Doznałem już rozkoszy tego świata A młodość - dawno, dawno przeminęła I kwiecień, maj i radość lata, Jestem już niczym, Chcę by mnie śmierć objęła.

A mowa…
A mowa gromem przemawia Bóg Nieraz władam mową, ona zaś rzekła, iż dość już gniewu, że przystoi on Apollinowi Jeśli miłości masz dość, więc gniewaj się tylko z miłości, Nieraz próbowałem śpiewać, ale oni nie słuchali ciebie. Bo tak chciała święta natura. Śpiewałeś ty dla nich w młodości swojej, nie śpiewając. ty przemawiałeś do bóstwa, ale o tym zapomnieliście wszyscy, że zawsze Początkujący nie do śmiertelnych, lecz do bogów należą. powszedniejszy wpierw codzienny bardziej musi stać się owoc, wówczas dopiero będzie własnością śmiertelnych.

Bo rzeczy dobre są trzy…
Bo rzeczy dobre są trzy. Nie pragnę Burzyć twoich obrazów, i sakramentu Świętość zachować, który naszą duszę Spaja, światło życia, Którego użyczył nam Bóg, Które towarzyszy nam Aż do końca.

Do…
Elizjum Tam przecież trafię Do was, bogowie śmierci, Tam Deotyma bohaterowie

Śpiewać chciałbym o tobie Łzy tylko Pośród nocy, którą wędruję, gaśnie mi twoje Jasne oko! niebiański duchu.

Do mojej siostry
Przenocowałem we wsi Górskie powietrze Droga w dół Dom Spotkanie Słońce ojczyste

Podróż łodzią Radość Drzemka Mężczyźni i matka

Kształt i duch
Wszystko jest wewnętrznością Uleci Więc ocali poeta Zuchwały! chciałbyś twarzą w twarz Duszę ujrzeć Zginiesz w płomieniach

Sybilla
Burza Lecz oni ubliżają Gwałtownie potrząsają drzewem, a nawet, Bezmyślne dzieci, rzucają kamieniami Gałęzie zgina I kruk śpiewa Tak przemija żywioł Boga Lecz ty, święty śpiewie, I ty, biedny żeglarzu, szukasz tego zwyczajnego Ku gwiazdom spójrz.

Mało wiedzy…
Mało wiedzy, lecz wiele radości Dano ludziom. Czemu, o piękna kulo słońca, nie wystarczasz mi, Ty, kwiecie moich kwiatów, w majowe dni? Cóż wiem o wyższych sprawach? Obym lepiej jak dziecko był! Jak słowik, beztroską pieśń O mojej rozkoszy śpiewał!

Początek wiosny
Już Dziać się chce inaczej, i tam, gdzie się tego Nie spodziewałem,

gdzie nie dowierzałem. A jednak wciąż wiedziesz nas z sobą Przy twoim zwycięskim rydwanie, przyjazne lato! Na nic tu mądrość, Spokojnie, kochając, tworząc, wędrujemy Z jednej pory w drugą z tobą wraz, Lecz jeśli zdarzy się, że ktoś nasze serce obrazi, I spokoju, i miłości i honoru nie życzy mu, Odtąd spokoju nie zazna, nie pokocha!

Gdy nad winnicą…
Gdy nad winnicą płoną zorze A czarna jak węgiel Jest w porze Jesieni winnica, bo Rury życia ogniściej dyszą w cieniu winorośli. Ale Piękniej jest duszę Uskrzydlić i krótkie życie…

Palingeneza
Ze słońcem razem pragnę nieraz od wschodu aż do zachodu, dalekim łukiem prędko spiesząc się, wędrować, śpiewając kroczyć za wielkim dopełniającym się biegiem odwiecznej natury, I, jak wodza co na hełmie orła nosi w boju i sławie, pragnę, aby mnie ona tak niosła Potężna jest tęsknota śmiertelnych Lecz także w człowieku mieszka Bóg, Aby Minione i Przyszłe widział i niby od rzeki ku górom wzwyż do źródła wędrował radośnie poprzez czasy, Z jej czynów cichej księgi znany on jest Minionemu przez …złoty łup

Przeświadczenie
Niby dzień ludzi jasno oświetlający Światłem, które z wysokości tryska

I świtające jednoczy zjawiska, Jest wiedza, która rodzi się z głębi ducha.

Więc jakże teraz?
Więc jakże teraz? Ani nam wodza, iż gdyby ktoś nadszedł, Ani nam męża forowano, byśmy Jednak, aby nas Ci co odeszli, nie posiedli, bogowie śmierci liry dźwięk Doniosły, srebrzysty wprawdzie

I niebo
I niebo staje się jak dom malarza Gdy obrazy jego zostały rozstawione

Słodko jest…
Słodko jest Być karmionym przez piękno Tego świata Bowiem boską zapłatę stanowi apolliński dźwięk liry I oglądanie Krajów Jest ci dane

Powszechną szczerość…
Powszechną szczerość Wielkiego czasu i liczne przymierza przez Drobiazgi sprawił Bóg powabnie lecz nie Z namysłem albo w rozdrażnieniu, Uczynił wrażliwym w pewnej historii Lub wątpliwym

Podobny do ludożercy
Podobny do ludożercy jest ten, kto żyje bez miłości i mrok śmiertelny opisywałby gdyby gniew jego miał oczy

Na koniu być…
Na koniu być, wieczną mając ochotę do życia, Gdy słowik słodki śpiew ojczystych stron lub śnieżna gęś swój klangor zaczyna nad ziemskim kręgiem, tęsknie

Każdemu - jemu należne…
Każdemu - jemu należne i kres wędrówki order albo uroczystość lub prawa duchy ducha powszechnego duchy Jezusa Chrystusa

Nie darmo…
Nie darmo Czcić musi duch Przeznaczenie. Zwie się ono Słońca biczem i wędzidłem. Serce ludzkie smuci.

Do siebie samego
Poznaj w życiu sztukę, a w dziele sztuki poznaj życie, Gdy jedno pojmiesz właściwie, drugie pojmiesz też.

Dla nieznanej
Przeraża nas Nasza zbawczyni, śmierć. Zbliża się łagodnie, Cicho w obłoku snu,

Ale pozostaje straszna, wpatrujemy się W dół mogilny, czy zaraz do KRESU Wywiedzie nas z mroku nocy ku Krainie poznania.

* * * Teraz rozumiem człowieka dopiero, gdy z dala od niego w samotności żyję!

Śmierć Empedoklesa
(Fragment dramatu) EMPEDOKLES: O, jeden raz jeszcze! ciebie światło ojczyste, Któreś chowało mnie, i was, ogrody młodości mojej I mego szczęścia, niech jeszcze wspomnę, I dni mojej dumy, gdy czysty I nie zbolały żyłem z tym narodem. Jesteśmy pojednani, szlachetni przyjaciele! Zostawcie

mnie teraz, O wiele lepiej będzie, gdy tego oblicza, Które lżyliście, oglądać już więcej nie będziecie, wspomnijcie raczej Męża, któregoście kochali, a błędna myśl Nie zmąci waszego umysłu więcej. W wiecznej młodości żyć będzie z wami mój obraz, I piękniej zabrzmią, gdy będę już daleko Radosne pieśni, któreście mi obiecali. Rozstańmy się, nim niedołęstwo I starość nas rozdzielą, jesteśmy wszak ostrzeżeni, Bo sobą pozostają ci, co we właściwym czasie Wybrali z własnej woli godzinę rozstania. *
EMPEDOKLES:

Bezradnych tu was nie zostawię, Kochani! i nie lękajcie się niczego! Ludzie Najczęściej stronią od tego co nowe i nieznane, W miejscu, w sobie trwać pragnie tylko Żywa roślina oraz pogodne zwierzę. Zamknięte we własnym istnieniu, troszczą się O przetrwanie, i dalej ich myśl W życiu nie sięga, lecz muszą w końcu, Przerażone, wyjść, i ginąc, wraca Każde do żywiołu, by w nim Ku nowej młodości niby w kąpieli Orzeźwić się, ludziom zaś jest dana Wielka chęć, aby się sami odmładzali. I ze śmierci oczyszczającej, którą Same sobie we właściwym czasie naznaczyły,

Powstają, jak ze Styksu Achilles, narody. O, oddajcie siebie naturze, nim ona was weźmie! Od dawna już pragniecie Niezwykłości I niby chore ciało pragnie duch Agrigentu porzucić stare formy. Odwagi! to coście odziedziczyli, zdobyli, Co usta ojców przekazały, czego nauczyły, Prawa i obyczaje, starych bogów imiona, Zapomnijcie śmiało i wznieście jak nowo narodzeni Swe oczy wzwyż, ku boskiej naturze, Natenczas, kiedy duch od świateł nieba Zapali się i słodkim tchnieniem życia Pierś waszą jakby pierwszy raz napoi, I złotych owoców pełne zaszumią lasy, Wyrastając pośród skał, gdy życie Świata was zachwyci, pokoju jego duch Jak kołysanka cudna uciszy waszą duszę. Wtedy w rozkoszy pełnym pięknym zmierzchu Zieleń ziemi błyśnie wam na nowo I góry, i morza, obłoki i gwiazdy, Szlachetne moce, jak bohaterowie zbratani, Staną przed waszym obliczem, że pierś wasza Jak pierś wojowników zapragnie czynów Oraz własnego pięknego świata, znów wtedy ręce Podajcie sobie, ręczcie słowem i dzielcie dobro, I równo się dzielcie czynem i sławą Jak wierni Dioskurowie; niech każdy będzie Jak wszyscy - i niby na smukłych filarach Na trwałych zasadach niech wspiera się nowe życie, A związek wasz niech prawo umocni. I wówczas, o geniusze zmieniającej się Natury! o pogodni, Którzy z głębin i wyżyn czerpiecie radość, I ją jako znój i szczęście, słońca blask i deszcz Osaczonym ciasno ludziom do serca Z odległych obcych światów znosicie, wówczas zaproście Wolny lud na jego święta Gościnnie! uroczyście! Bowiem kochając, daruje Człowiek najlepsze co ma, nie skuwa, nie pęta Jego piersi niewolą. *
EMPEDOKLES: I z serca, ziemio, wysławiamy ciebie znowu, I niby kwiat z ciemności twoich kiełkujący, Kwitną lica pąsowe Dziękujących tobie Piersią wezbraną życiem i błogim uśmiechem.

Obdarowane wiankami miłości, szumiąc, źródło Wypływa i, błogosławione, rozrasta się W rzekę, i razem z echem drżących wybrzeży Rozbrzmiewa ciebie godna, ojcze oceanie, Pochwalna pieśń jak odgłos swobodnego zachwytu. Odrodzony się czuje, o boże słońca, Człowieka geniusz spokrewniony z tobą, I twoim, i jego jest wszystko, co tworzy.

Z radości, odwagi i pełni życia Czyny jego lekko jak promienie twoje idą. I piękno w jego smutnej niemej piersi Nie umiera już. Nieraz śpi jak ziarno szlachetne Serce śmiertelnych w martwej łupinie, Nim czas ich nadejdzie; oddechem swoim Miłośnie bez końca owiewa ich eter i wraz z orłami pije Ich oko ranną zorzę; lecz szczęściem Nie obdarza marzycieli i skąpo żywi się Nektarem, którym bogowie natury Co dzień się raczą, ich drzemiąca istota, Póki nie zmęczą się swym ciasnym bytem, Póki swojej piersi w swej zimnej obcości Jak Niobe nie zamkną, lecz duch Silniejszy, wbrew wszelkim mitom, poczuje się, A pomne na swe pochodzenie życie, Żywe i piękne, szuka i chętnie się Rozwija w rzeczywistości nieskalanej. I wtedy blaskiem wzejdzie nowy dzień, ach! inaczej natura Niż zwykle i zdumione, Nie dowierzające, jak po czasie bez nadziei. W świętej chwili spotkania ukochana lgnie Do umarłego rzekomo kochanka, tak serce lgnie to oni! Z dawna oczekiwani, żywi Dobrzy bogowie, z życia gwiazdą odchodzę Żegnajcie! To były słowa śmiertelnego, Co w tej godzinie kochając, między wami I bogami zwleka, którzy go wezwali. Wszak w dniu rozstania duch nasz przepowiada I prawdę mówią, którzy nie wracają. O życzenia! ludzie, dziećmi jesteście, a jednak chcecie Wiedzieć, co zrozumiałe jest i co właściwe, Jesteś w błędzie! więc zwracajcie się, głupcy, do Siły, Co potężniejsza jest niż wy, lecz na nic to się zda. Bo tak jak gwiazdy niepowstrzymane, Życie w swych dokonaniach dalej bieży. Nie znacie mowy bogów? wcześniej jeszcze, Nim się rodziców mowy, nadsłuchując, nauczyłem, Pierwszym tchnieniem, pierwszym spojrzeniem Pojąłem tamtą już i zawsze Wyżej niż ludzkie słowo ją ceniłem. W górę, ku niebu! wołają mnie i każdy wiew powietrza Potężniej wzburza trwożną tęsknotę, I gdybym chciał dłużej tu przebywać, Jak ów młodzieniec byłbym, co nieporadnie Grą lat dziecinnych się zabawia. O, bez duszy, jak niewolnicy, wędrowałem Pośród nocy i hańby przed wami i moimi bogami. I żyłem; jak z wierzchołków drzew

kwiecie się sypie i złoty owoc, A kwiat i ziarno z mrocznej gleby rośnie, Tak ze znoju i biedy wyrosła moja radość, I przyjazne zstępowały ku mnie potęgi niebios, W głębi bowiem gromadzą się, naturo, Źródła wielkości twej i twej radości, Przybyły wszystkie, aby w mej piersi odpocząć, I stanowiły jedną rozkosz, i kiedy potem Nad pięknym życiem rozmyślałem, nieraz prosiłem Serdecznie bogów o jedno tylko: Skoro bym kiedyś mego świętego szczęścia nie mógł więcej Z młodzieńczą siłą niezachwianie nieść I jak nieba odwiecznym wybrańcom Głupstwem stałaby mi się pełnia ducha, By wówczas mnie przestrzegli, i wówczas tylko szybko sercu Przesłali nieoczekiwany los, Na znak, że czas oczyszczenia Nadszedł, abym w szczęśliwą godzinę Odszedł, nową młodością ratując się I pośród ludzi jako przyjaciel bogów Nie był przedmiotem zabaw, kpin i złości. * Jupiterze wyzwolicielu! zbliża się Coraz bliższa moja godzina, z otchłani Przybywa już do mnie zaufany posłaniec mej nocy Wieczorny wiatr, zwiastun miłości, Spełni, co spełnić ma się! oto chwila dojrzała! więc tętnij serce I ślij fale swoje, wszak duch Nad tobą jak gwiazda świeci, Gdy niebios bezdomne obłoki. Wciąż ulotne, dalej wędrują. Co dzieje się ze mną? ogarnia mnie zdumienie, Jakbym dopiero miał zacząć żyć, bo wszystko jest inne I teraz dopiero istnieje, jestem - i dlatego W nabożnej ciszy nieraz Ciebie, próżnującego, opada tęsknota? I dlatego życie zdało ci się takie łatwe, Że całą radość zwycięzcy W jednym doskonałym czynie na końcu znajdziesz? Idę już. Śmierć? wszak do ciemności Jeden krok, lecz patrzeć chcesz jednak, oko moje, Zawsze czujne, twa służba skończona! Teraz noc musi na chwilę Omroczyć moją głowę, lecz tryska radośnie Z mężnej piersi płomień. Straszliwe Żądanie. Czego? czy od śmierci zapłonie mi Życie na koniec? i podasz mi Napój straszliwy, wrzący Naturo! aby twój pieśniarz jeszcze z niego Ostatnim zachwytem się nasycił: Jestem spokojny, nie szukam już niczego Prócz miejsca gdzie się poświęcę. Dobrze mi O, tęczo Iris nad wodospadami, Gdy fala srebrną chmurą Wzleci, taka jak ty, jest moja radość.

Od tłumacza
Odkrycie Fryderyka Hölderlina jest wydarzeniem w historii literatury europejskiej XX wieku. Poeta urodzony 20 marca 1770 r., a zmarły 7 czerwca 1843 r., objawił własną wielkość dopiero w 110 lat po swoim świadomym tworzeniu i w 70 lat po swojej śmierci. Dzięki zabiegom Norberta von Hellingratha, zasłużonego badacza poezji Hölderlina, od 1914 r. począwszy zaczęło się ukazywać zbiorowe wydanie jego dzieł. Hölderlin z wykształcenia był luterańskim teologiem, studiował gruntownie łacinę, grekę poznał też język hebrajski, co później wywarło wpływ na jego teorię języka i miało trwałe zastosowanie w praktyce poetyckiej. Był człowiekiem bogobojnym, ale mimo egzaminu w stuttgarckim konsystorzu, nie objął nigdy posady pastora. Długie lata pracował jako guwerner, znosząc szykany i upokorzenia w domach mieszczańskich parweniuszy i zaściankowych arystokratów. W swojej duchowej i poetyckiej ewolucji poeta zagłębiał się w dzieła Kanta, którego nazywał Mojżeszem niemieckiej filozofii. Uległ na pewien czas poezji Fr. Schillera. Naśladował jego ton, wersyfikacje. Ale gruntowniejszy wpływ wywarła na twórczość i refleksje Hölderlina profetyczna poezja Fr. Klopstocka, autora Mesjasza, który przekazał młodemu poecie własną, precyzyjną muzykalność i ściśle ukształtowane formalne zasady poezji klasycznej. Dlatego, w przeciwieństwie do liryki przeżyć Goethego i Schillera, która osobiste doświadczenia ponad bieżącą chwilą w głąb wieczności przenosiła, oraz liryki kontemplacyjnej z drugiej strony, w której własne „ja” ustępuje miejsca refleksyjnej, alegorycznej, obrazowej poezji, wiersze Hölderlina mają charakter wizyjny i religijny. Jednakże ich autor wyzwala się spod wpływów weimarskiego romantyzmu; naznaczony jest piętnem wędrowca, który nie wytrzymuje w żadnym systemie idei i myślą bezustannie tropi ślady życia. Nieskończona natura i ożywczy duch antycznej Grecji staną się z czasem azylem poety. W trakcie studiów teologicznych w Tybindze Hölderlin słuchał wykładów Carola Filipa Conza. Przejął się do głębi mitycznym, literackim i krajobrazowym światem starożytnej Grecji. Dzięki czytaniu oryginalnych dzieł Homera, Safony, Sofoklesa, Pindara i Platona, duch helleński, prometejski na zawsze zawładnął myślą i słowem poety. Przeżycie było tak głębokie, iż w istocie utożsamił się z mitycznymi herosami; z Heraklesem uczuł braterską więź, która pozwoliła mu przezwyciężyć własną nędzę i osamotnienie. Odtąd na całą twórczość pojawia się motyw przeznaczenia. Ale poeta nie przeżywa go jako ślepe fatum, lecz jako głęboko potwierdzoną potrzebę, która swoimi świętymi gromami wyzwala najwyższy heroizm w człowieku. Ów los też pod koniec grudnia 1795 r. wiedzie go do domu bankiera Jakuba Gontarda we Frankfurcie. Tam od pierwszej chwili znalazł się w kręgu osobowości Sussete Gontard, istoty pięknej, wrażliwej, oświeconej. Po rozczarowaniach jeneńskimi sylfidami o metafizycznych skrzydłach (aluzja do nauk Fr. Fichtego), które nie ukazały mu istoty rzeczy, lecz tylko nurzały się w obłokach abstrakcji, pani domu, matka jego ucznia, obudziła w nim żarliwe i twórcze uczucie. Niedawno pisał jeszcze do Fr. Schillera: „Marznę i odrętwiałym wzrokiem wpatruje się w obraz zimy, który mnie otacza. Tak jak spiżowe jest moje niebo, tak i ja skamieniały jestem”. Przyznać trzeba, że cały ów wyrafinowany indywidualizm Fichtego, twierdzący, iż wobec prymatu rozumu i działającego, świat ustanawiającego absolutnego ducha -„ja”, dla którego natura nie posiadała własnej wartości i godności i była jedynie materią, przedmiotem pracy i obróbki człowieka, że na Hölderlina, który ufnie związał się z naturą, z całokształtem życia, ten system myślowy zadziałał odrażająco, zatrważająco. Odwzajemniona miłość do Sussete Gontard przywraca mu wiarę w siebie, w świat i jego boski charakter. Ona też stała się dlań dosłownie posłanniczką bogów. Była dla niego kapłanką natury, jej przewodniczką, której pragnął już w dziecięcych marzeniach, o którą walczył w młodzieńczych zmaganiach o ideały na dramatycznych przełęczach poznania Boga. Piszą się wiersze natchnione. Jego wzrok jest otwarty na różnorodne obrazy natury, które nie są już więcej kulisami dla abstrakcyjnych idei, lecz stają się wyrazem żywego, immanentnego sensu tego świata. Sussete odtąd nazywana jest Diotymą. Wiersze są pełne zachwytu i radości ze spotkania ze zjawiskiem, które obdarza go szczęściem, uczuciem zaistnienia, gdy zakochani stają się jednym i wszystkim ponad troską i czasem. Zmienia się forma utworów. Autor wyzbywa się rymowanych strof Schillera. Pojawia się grecka miara wiersza, heksametr, a potem strofa alcejska i asklepiadejska, którą modulować będzie poeta aż do swej późnej twórczości. Znakomity współczesny znawca i wydawca pism Hölderlina Fr. Beissner wyjaśnił, że w

twórczości jego wykazać można podobnie jak dur i mol w muzyce, dwa rodzaje tonacji: wspomnianą alcejską, jasną, szybką, gwałtowną, która nigdy nie pozwala akcentowanym sylabom następować kolejno, i drugi rodzaj tonacji, asklepiadejskiej, mrocznej, zadumanej, przerywanej, która pięciokrotnie akcentowanym zgłoskom zderzać się każe. Te dwie formy metryczne stanowią dla Hölderlinowskiego wiersza wewnętrzną konstrukcje, która wszelką treść, doznania zmysłowe i przemyślenia w jedność z różnorodności, w potoku bogactwa w jeden kształt wiąże. Hölderlin uważa, że w każdym głosie przejawia się jakąś istota, że każdy głos jest wyrazem boskości, która żyje w każdym istnieniu. Po roku 1800 poeta użył 37 razy wyrazu „słowo”. Jest ono bowiem cechą człowieka, nosicielem sensu i znaczenia, właściwością darowaną przez Boga; podobnie jak ogień, słowo jest pochodzenia boskiego. Ciężki jest los poety - pośrednika między bóstwem i ludźmi, którym do ręki daje słowo; nie rozumiany, prześladowany przez otoczenie, przez bogów zaś dręczony i doświadczany, skoro przekroczy granice wyznaczone śmiertelnym. Pasmo szczęśliwej inspiracji przerywa gwałtownie ludzka zawiść i pogardliwy stosunek zazdrosnego Jakuba Gontarda. Ten filister i groszorób urządził poecie karczemną scenę, po której ów dłużej nie mógł przebywać w domu bankiera. Skutki tego rozstania dla Susette i Fryderyka były wręcz tragiczne. Wyrazem tego bólu jest korespondencja obojga, a zwłaszcza wiersz poety Pożegnanie, nade wszystko zaś wstrząsająca swoim smutkiem elegia Skargi Menona nad Diotymą. Odtąd rozpoczyna się okres niespokojnych peregrynacji poety: Hamburg, Stuttgard, Hautpvil w Szwajcarii, gdzie krótko praktykuje jako guwerner, powrót do Nürtingen do domu, potem znów piesza wędrówka zimą przez lasy i wzgórza Owernii do Bordeaux za chlebem i ponowny powrót do matki do Nürtingen, już z objawami ciężkich ataków choroby umysłowej; 22 czerwca 1802 r. umiera Susette. Ścigając się z narastającym obłędem, w chwilach uspokojenia jaźni pisze swoje wielkie elegie i hymny. Poezja jest dla Hölderlina sztuką, w której dominuje wizjonersko inspirowane słowo i doskonałość poetyckiego rzemiosła. Poeta wyznaje: „To owo. Nieznane mówi moje słowa”. Słowo jest nie tylko tonem, brzmieniem, wiatrem, jest mocą, co jak błyskawica z góry spada i trafia. Nie wolno używać go nieopatrznie albo bluźnierczo. Poeci dostępują rzadkiej godności - są językami narodu. Lecz kiedy przemawiają językiem bogów, ludzie nie rozumieją ich i jak tamci przerażeni Judejczycy z ewangelii o nawiedzonych duchem świętym apostołach rzekli, iż są „pełni słodkiego wina”, tak współcześni twierdzą o poetach, że są obłąkani, bo niepojętym przemawiają językiem. We wrześniu 1806 roku Hölderlin umieszczony zostaje w klinice dla umysłowo chorych w Tybindze; po rocznym pobycie powierzono go opiece w domu cieśli Zimmera. Opiewany los św. Pawła w potężnym poemacie Patmos stał się udziałem poety. Tu samotny, w wieży, rozmawia tylko ze sobą, z Susette, z Bogiem i transcendencją. Pisze nadal, ale bronią mu pisania, bo jest rzekomo źródłem jego omroczenia. W elegiach, hymnach i drobnych wierszach późniejszych i ostatnich panuje rozmach w czasie i przestrzeni, zaiste, poeta włada nie znaną mowie niemieckiej siłą, trafnością i zwięzłością wyrazu. Podobnie brzmi tylko język biblijnego przekładu Marcina Lutra. Przeniknięty dionizyjskim duchem poeta opiewa uroki antycznej Grecji, świątynie bogów, herosów i ludzi, wyobraźnią i słowem sięga aż po Kaukaz i Indie, skąd przybył prorok z boską myślą do krajów Hesperii (Zachodu). Rzeka Dunaj wiedzie ku tym stronom, do krainy Homera, bogów antycznych, a także biblijnych patriarchów i proroków. W tej niesłychanie szerokiej wizji mieści się Hellada i biblia, i kraje Zachodu, a Dionizos i Chrystus stanowią braterską parę. W szerokich symfonicznych formach płyną heksametry wielkiej elegii Archipelagus. Hölderlin, opierając się na chrześcijańskiej idei odrodzenia, powrotu i zmartwychwstania, wieści, iż po tym - sobie współczesnym, bezbożnym, żelaznym czasie - bogowie powrócą, zaś na pociechę zostawili nam swoje dary: chleb i wino; są to sakramentalne znaki wskazujące na rzeczywistość Chrystusa. Oprócz mitycznego świata Grecji drugim źródłem poetyckiej inspiracji Hölderlina jest ojczysta przyroda i jej przejawy w czterech porach roku. Poświęcił jej wiele wierszy, ale nie są to impresje, ilustracje; dla poety cała natura, każdy jej detal, każda istota obdarzona ruchem, głosem, barwą i kształtem jest przejawem boskości, tego „Świętego”, które jest starsze niż czasy i będące ponad bogami, a które tym całym różnorodnym wcieleniem przemawia do człowieka. Na jakimś arkuszu rękopisów Hölderlina widnieje samotnie rzucone na papier wielki wyznanie: „Z Boga wyrasta moje dzieło!” Jeszcze kilka słów o Śmirci Empedoklesa. Istnieją trzy redakcje tego dramatu, każda jest fragmentem coraz bardziej lakonicznym. Autor nie zdołał tu objąć ogromu postaci bohatera i jego idei. Każde podejście do tematu ujmuje go inaczej i staje się w istocie intymniejszym wyrazem poety wobec swoich czasów i ludzi nie-swoich. Empedokles wpierw jest trybunem, uważa się za równego bogom i wyłamuje się z porozumienia z ludem i naturą, potem staje się pośrednikiem, który w dumnych uroszczeniach oddala się od ludzi: „Czym byliby bogowie i ich duch, gdybym ich nie zapowiedział”. W ostatnim

fragmencie, który liczy już zaledwie 20 stron, oddala się on zupełnie od w stronę idei. Przepaść istniała między nim a społecznością jest nie do pokonania. Tę winę Empedokles odpokutować może tylko jednym uczynkiem i spełnia go: rzuca się w otchłań Etny, powracając do natury i ludzkiej pamięci jako jednoczący mit. Tragedia Empedoklesa ma być przykładem wyzwolenia się człowieka z jego ograniczonego indywidualnego trybu bytu, ponad subiektywne sprawy, jest wezwaniem do protestu przeciw gnuśności serca i tchórzostwa ducha i ucieleśnia tęsknotę za wyzwoleniem z więzów niedoskonałego społeczeństwa. Poeta mówi: „Musi zawczasu odejść ten, przez którego przemawiał duch”, lecz dodaje: „w śmierci zapłonie mi życie na końcu”. Utwór ten nie posiada typowej techniki dramatu, jest raczej „udramatyzowanym hymnem lirycznym”. Cechuje go różnorodna skala środków wyrazu, wielkie bogactwo języka, jego rytm i dynamika. Całość powstała w Hamburgu w latach 17908 - 1799, gdzie przebywał poeta po rozstaniu z Susette Gontard. Nastrój smutku i samobujczych myśli są istotnym źródłem głebokiej, osobistej treści tego pozornie antycznego dramatu. Połowę życia, trzydzieści sześć lat, poeta przeżył w osamotnieniu i zapomnieniu. Ale jego umysł pracował nadal twórczo. Poetyka późnych wierszy jest zwięzła i masywna i nie jest oznaką chorobowych przerw świadomości, jakby to sugerowała grafika zapisu. Hölderlin pisał na wzór greckiej parataksy, stawiając zdania, wyrazy w układ współrzędne, ścieśnione, jak elementy potężnej budowli, tak jak brzmią one na początku Pisma Św. Dlatego związki logiczne i gramatyczne zostają przez poetę odrzucone, struktura czasu obalona. Umysł jego wyniesiony został na orbitę proroczego mówienia, nabrał dystansu do ludzi i intymniejszy swój z naturą określa związek. Duch jego pisze pod dyktando bogów. Wielki filozof naszych czasów Martin Heidegger z najwyższym szacunkiem pisze o poezji Hölderlina. W jego ustach - powiada uczony - wyraża się bycie, zaś słowa jego same są byciem. Bettina von Arnim we wspomnieniach swoich pisze: „Gdy pomyślę, co za inwokacja brzmi w jego mowie! Wiersze, które mi Sinclair przeczytał, rozproszone w pojedynczych kalendarzach; ach, jakąż świętą istotą jest jednak mowa. Był z nią zaprzyjaźniony, obdarzyła go swoim najtajniejszym, najżarliwszym wdziękiem, nie jak Goethego poprzez nietkniętą intymność uczucia, lecz poprzez osobiste obcowanie. Doprawdy! on musiał całować mowę. Tak, ona przenika mą duszę, dusza zaś musi współbrzmieć tak jak brzmi mowa”. Od dwudziestu lat przekładam wiersze Hölderlina. Dla tłumacza stanowią one porywający i porażający trud interpretacyjny. Wpierw czytam i poznaje stopniowo treść i zamysł twórczy autora. Korzystam z monografii, opracowań, przypisów; w tym wypadku z cennych objaśnień Fryderyka Beissnera. Manewruję frazą, zmieniam szyk słów polskich, by znaczeniem i sąsiedztwem odpowiadały oryginałowi, szlifuję rytm akcentem sylabicznym, staram się uzyskać strumień, oddech długiej frazy, tak typowej dla elegijnego tonu wielkich poematów Hölderlina. Ponieważ jest to poezja wizyjna, natchniona, każdy wyraz, nawet kolejno powtarzany, jego miejsce wobec kompozycji i treści całego wiersza - są ważne. Starałem się zatem iść tropem oryginału i dla „gładkości” nie rezygnowałem z dłuższego wersu czy ewentualnej nierytmiczności. Zabiegam bowiem o język nowoczesny przekładu, o nośność wiersza, na którym ożyłe w mowie polskiej, sunące jak na ruchomym pokładzie obrazy, myśli i doświadczenia Hölderlina, życzliwie przyjmowane będą przez wrażliwość czytelnika. Bo niesamowite jest misterium słowa tego poety. Przyznaję, że u niejednego akapitu, jak za górującym zakrętem, na niejednej ścieżce alpejskiej, greckiej czy szwabskiej, ten dręczony, naglony, osamotniony poeta zwracał się do mnie z odległości dwóch stuleci jak bliski mi człowiek, który szuka porozumienia z drugim człowiekiem. Ponad zgiełkiem współczesności, wbrew małostkowości parweniuszy i powszechnej pogardzie dla zasad etycznych, Hölderlin służy mądrą radą, swoim losem wspiera i pociesza współczesnego alienata, i nie pozwala zwątpić w istnienie wolne, otwarte, mężne wobec niewolących ideologii, bezradności filozofii, wobec kosmosu, który nie jest bezosobową otchłanią. W imię tej zasady pracowałem dla Hölderlina. Na bezpiecznych, wiecznych mostach sztuki niech się spotkają narody. Ty zaś, samotny człowieku, stań się mężniejszy od gromów i głosów przeznaczenia i czuwając nad ogniskiem wiersza, ożyj.
Wrocław, październik 1981 r. Bernard Antochewicz