You are on page 1of 102

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2010

Page 1 of 63

Udostępnij

Zgłoś nadużycie

Następny blog»

Utwórz bloga

Zaloguj się

KRYTYKA LITERACKA
pod redakcją Witolda Egertha i Tomasza Sobieraja ● ISSN 2084-1124 LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA ______________________________________________________________________
Spis treści
► 2012 (8) ► 2011 (78) ▼ 2010 (41) ► grudzień (5) ► listopad (8) ► październik (4) ► wrzesień (5) ► sierpień (1) ► lipiec (1) ► czerwiec (3) ► maj (3) ► kwiecień (4) ► marzec (3) ► luty (2) ▼ styczeń (2) Recenzja: Jarek Łukaszewicz TRÓJMASZTOWIE C Dyskurs: Wioletta Sobieraj LATAWCE, czyli sanacja ... ► 2009 (4) ____________________ _ Adres do korespondencji t.sobieraj@wp.pl

Recenzja: Jarek Łukaszewicz TRÓJMASZTOWIEC
Autor: Marek Trojanowski LITERATOR.PL, HISTORIAMOICHNIEDOLI.PL.

Dziesięć euro i osiemdziesiąt centów wystarczy by zaspokoić swoją estetyczną próżność. Za tę sumę można nabyć jedno ze zdjęć Jana Saudka (strona autorska: www.saudek.com) w rozmiarze 60 x 85 cm, oprawić w antyramę i powiesić na ścianie w salonie. Kiedy zaintrygowani i zachwyceni niezwykłą fotografią goście będą pytali o autora, należy zachować konieczne w takich przypadkach opanowanie graniczące z obojętnością - na zachwyt, i odpowiedzieć krótko: – To? Aaa, to. To Saudek. Oczywiście goście nie będą mogli oderwać wzroku od autorskiej reprodukcji. Będą nasycać się niezwykle zaaranżowaną estetyką. Po chwili milczenia któryś z gości zada pytanie: – A kto to jest ten Saudek? Teraz można dać upust swoim najbardziej krwiożerczym instynktom. Spoglądając z pogardą i politowaniem na ciekawskiego ignoranta, z artystyczno-pedalską manierą należy machnąć rączką i powiedzieć: – Phi! Nie wiesz? No wiesz. Jak możesz nie wiedzieć? Phi! Można też powiedzieć głośno: – Nie wiesz kto to jest Saudek? Naprawdę? A następnie zwracając się do pozostałych gości zakpić: – On nie wie kto to jest Saudek? Niebywałe. Kontemplując towarzysko-salonowy szmer, w którym przewijać się będą słowa: „niebywałe” „nie wie” „jak może? niebywałe”, „doprawdy niebywałe” można spokojnie rozsiąść się w swoim ulubionym, skórzanym chesterfieldzie i wpatrywać się w osobliwy proces wykluczania jednostki. Przyglądać się jak stado białych owiec dystansuje się od czarnej owcy, która jeszcze kilkanaście sekund wcześniej miała taki sam kolor runa co reszta. Dziesięć euro i osiemdziesiąt centów można zagospodarować inaczej. Można wymienić w kantorze euro na złotówki i za dokładnie 43 złote i pięćdziesiąt groszy kupić sobie tomik Jarka Łukaszewicza pt. „Trójmasztowiec”. W cenę Jarek Łukaszewicz wliczył koszt opakowania (koperta z folią bąbelkową), przesyłki (pocztą poleconą) oraz własnego niezwykle cennego czasu, który poświęci na udzielenie wszelkich informacji drogą telefoniczną na temat stanu realizacji zamówienia. Jeżeli uświadomimy sobie, że długość przeciętnej rozmowy telefonicznej to minuta i jedenaście sekund oraz że w tym czasie zamiast informować Łukaszewicz mógłby napisać przynajmniej jeden wiersz, to dla dobra duchowej substancji narodu będzie lepiej jeżeli zniecierpliwieni

AUTORZY TEKSTÓW Józef Baran Klaudia Bączyk Mariusz Bober Jan Z. Brudnicki Maciej Cisło Michał Dec-Budziszyński Stanley Devine Marek Doskocz Witold Egerth Stanisław Esden-Tempski Piotr Grobliński W.A. Grzeszczyk Łukasz Jasiński Zbigniew Joachimiak Krzysztof Jurecki

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_01_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2010

Page 2 of 63

Katarzyna Karczmarz Roman Kaźmierski Marcin Królik Andrzej Jerzy Lech Marek Ławrynowicz Przemysław Łośko Dariusz Magier Roberto Michel Joanna Mieszkowicz Janusz Najder Krzysztof Niemczycki Stanisław Obirek Edward Pasewicz Dariusz Pawlicki Robert Rutkowski Jan Siwmir Tomasz Sobieraj Wioletta Sobieraj Jan Stępień Andrzej Tchórzewski Janusz Termer Marek Trojanowski Joanna Turek Igor Wieczorek Bohdan Wrocławski Adam A. Zych ORAZ J.W. Goethe Jarosław Hašek S.I. Witkiewicz ____________________

opieszałością poczty polskiej nie wybierzemy numeru +48 602 535917 i nie będziemy nękać poety, który w tym czasie na pewno tworzy kolejne dzieła. Karol Maliszewski tak napisał o „Trójmasztowcu” Łukaszewicza: Oto tajemnica poezji po przełomie: pękła ta wysoka skała, ten jakiś Ajudah, i poeta spadł wprost na wielopasmową ulicę języka; teraz błąka się tu i tam, wybierając to i owo, by nałożyć na siebie, by spokrewnić to, co do tej pory nie spokrewniano. To coś więcej niż słowna gra, czyli grzebanie w pudle z napisem „puzzle informacyjnego chaosu”. To kategoryczne oddzielenie się od zbyt łatwo wypowiadanego świata. Oto tajemnica miary. Umiarkowanie w widzeniu i snuciu. Arnolfini, Łukaszewicz i to trzecie. Nie mając dostępu do tych pokładów świadomości, które są zarezerwowane tylko dla Karola Maliszewskiego nie zamierzam wnikać w istotę kategorii: „poezji po przełomie”, „jakiegoś Ajudaha”, „pękniętej wysokiej skały”, „spadającego poety”, „języka jako trasy WZ” itp. Nie przeczę, że mądrości Maliszewskiego niczym kozaczki z futerkiem od Versace pięknie prezentują się na ostatniej stronie okładki, ale jak wyjaśnić sens odbitej pieczątki o treści „egzemplarz prawoskrętny” na jej pierwszej stronie? Kserokopia.art.pl ma na swoim wydawniczym koncie takie produkcje jak m.in. „th” Edwarda Pasewicza czy „China Shipping” Justyny Bargielskiej. Zarówno w „th” jak i w „China Shipping” połączenie tekstu i grafiki było optymalne. Do tekstów Pasewicza zapis nutowy pasuje tak, jak nutacja diastematyczna do piętnastowiecznego „Graduału Łęczyckiego”. Zaś w kontekście „China Shipping” użycie czcionki z elementarzy dla dzieci także ma znaczenie. Innymi słowy wydawnictwo kserokopia.art.pl specjalizuje się w eksperymentach wydawniczych, w których próbuje się połączyć wrażliwy tekst – jakim jest poezja - z obrazem. Ale jak to z eksperymentami bywa – jedne są udane inne mniej a jeszcze inne to kompletne fiaska. I do tej ostatniej kategorii zaliczyć można właśnie „Trójmasztowiec” Jarka Łukaszewicza. Trójmasztowiec wydany został w nakładzie 500 egzemplarzy. Do każdego z nich dołączona została ulotka z informacją wydrukowaną złotą farbą na białym papierze o treści: „NAGRODA GŁÓWNA w II ogólnopolskim konkursie na autorską książkę literacką Świdnica 2009”. Oprócz Maliszewskiego są także wycinki z recenzji – Agnieszki Wolny-Hamkało, która informuje target rodzaju żeńskiego, że: Było sobie życie. Widziało się w nim rzeczy niesłychane. Kochało się – z miłości, innym razem ze strachu, albo tylko tak sobie. Dla zabicia dnia. Brało się, co dają: sporo wściekłego piękna, niespodzianek w języku, zwykłego szarego chleba. Czasem mięso ostatnich żyjących przedstawicieli gatunku. Grzeszyło się i modliło. Jest też notka Antoniego Matuszkiewicza o tym, że: „Trójmasztowcem” wypływamy na głębię subiektywnej i kulturowej pamięci” oraz o „mroku przykrytym błyskotliwością odbić” i „oczywistości spływających w nieoczywistość horyzontu” i o „poszarpanej elipsami narracji”. Na temat grafiki wykorzystanej dla celów tej publikacji, to są to zdjęcia z wycieczki do Izraela. Raz kotek. Raz dziewczynka z długimi nogami. Innym razem stolik w restauracji. Powtarzający się motyw to napisy w języku hebrajskim. Ale trafi się także jakaś dziewczyna z karabinem. Oprócz tego są wystawy sklepów z butami, z ciuszkami dla ciężarnych, fotki straganów, papci – czyli wszystkiego, co może wzbudzić we współczesnym czytelniku niepokój albo smutek egzystencjalny. Reasumując: są to najzwyklejsze zdjęcia, które jest w stanie zrobić każdy, kto ma aparat fotograficzny i potrafi go obsługiwać w trybie „automat”. Gdyby spróbować je porównać, to fotki strzelane przez Michała Kobylińskiego (Gila Gillinga) na spędach poetów, kiedy to odbywa się masowe skarmienie sałatką majonezową są gorsze od tych, które znalazły się w „Trójmasztowcu”. Gorsze, ale tylko odrobinę.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_01_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2010

Page 3 of 63

W sprawie wierszy. Jeżeli ktoś uwierzy Maliszewskiemu w to, że są to teksty „po przełomie”, że spotka tu „jakiegos Ajudaha” itp., to się zawiedzie. „Trójmasztowiec” to zbiór tekstów banalnych. Na przykład: nieźle się urządziłeś - mówi i wylicza nazwiska przedwojennych fabrykantów – wskazuje lodówkę piecyk i telefunken, więc gdy wyciąga odkurzacz (posprzątam ci na wszelki wypadek) mówi „hoover”, jak gdyby wiedziała że on jest winien tej zawiei [bifurkacja] I teraz zgaduj zgadula. O czym jest ten wierszyk? Dodać należy, że na sąsiedniej stronie jest fotka z zachmurzonym niebem i pustą plażą, na której porozkładano leżaki i rozstawiono stoliki. Kto zgadnie proszony jest o wysłanie e-majla z odpowiedzią na adres: poczta@kserokopia.art.pl Nagrodą będzie nieskrywana radość poety, że ktoś zrozumiał bądź próbował zrozumieć jego przekaz. Inny przykład kunsztu poetyckiego autora „Trójmasztowca”: heloł wagino, dzień dobry szyjko zmieniwszy kosmiczną wyporność znosisz dary małżonko – powiedział Arnolfini – „a gdzie zanosisz dary?” do Pana dary zanoszę że śmiercią mnie obdarzył że mogę liznąwszy palca wiatr stwierdzić lub wywołać i liście zzieleniawszy też wydają się wilgotne trochę Arnolfini w fotelu pęcznieje z radości i milknie kluczowa nieufność pomiędzy Bogiem i córką oraz jej synem jej bratem [małżeństwo Arnolfinich] Jak wyżej, także i ten tekst opatrzony został obrazkiem. Zamiast plaży jest niewyraźne – bo robione nocą – zdjęcie oświetlonej skąpo wystawy sklepu z sukniami ślubnymi. Łatwo się domyślić co będzie przedstawione na pierwszym, drugim, trzecim, czwartym a nawet piętnastym (gdyby takowy istniał) planie zdjęcia. Analogicznej łatwości w odgadywaniu brak, gdy chodzi o tekst i jego znaczenie. Ale zanim czytelnik porzuci nadzieję warto spojrzeć na ostatnią stronę okładki. Przeczytać jeszcze raz notkę Maliszewskiego i Matuszkiewicza o tym, że „od dawna tkwimy na mieliźnie” i że „jedyna głębia, to głębia pęknięcia wysychającego dna” a już nie czujemy się odosobnieni w otępieniu poznawczym. Prawda, że płytko? Obok fotki wystawy piekarni znajduje się tekst pt. „galapagos”. Podobnie jak zdjęcia ten tekst także nie zaskakuje. Czytamy: pod tamtym mostem Alma maher błagała męża, żeby nie robił wiochy, potem kiwnęła głową (na gropiusa i poszli), i tam taki ładny piasek na brzegu szkli się w wieczornej latarni że i punki sobie wydeptują miejsca na orgazmy jak żółwie błyszczą skórzane kurtki nad szprewą

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_01_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2010

Page 4 of 63

chrzęszczą nity, trzaskają martensom sznurówki sypie się do butów [galapagos] Na pewno Łukaszewicz znajdzie kilkadziesiąt fanek (przynajmniej pięć w samej Świdnicy), które po przeczytaniu tekstu o „wydeptywaniu miejsc na orgazm” rozpłyną się w sosie własnym. Nie wątpię także, że „trzaskające sznurówki”, „błyszczące kurtki” oraz „chrzęszczące nity” utorują drogę do niejednego serca profesjonalnego krytyka literackiego. Mnie jednak zastanawia konsekwentne użycie wyrazów z języka obcego w zapisie fonetycznym. Zamiast Sprewa jest szprewa, zamiast Hello jest „heloł” a Michael Douglas to „majkel daglas” [frotka]. Czytając te fonetyzmy zastanawiam się, na którym to pasie tej wielopasmówki lingwistycznej, o której pisze Maliszewski, się znalazłem? Czy może jest to namacalny dowód domniemanego przełomu? Na zakończenie. „Trójmasztowiec” Łukaszewicza jest kolejną pozycją wydawniczą, która zalegać będzie na półkach magazynowych hurtowni. Winą za taki stan rzeczy obarczony zostanie – jak w każdym takim przypadku – system dystrybucji i marketingu. Nie można odmówić Maliszewskiemu, WolnyHamkało ani Matuszkiewiczowi dobrej woli. Zrobili wszystko, by „Trójmasztowiec” dobrze się sprzedał. Notki o „przełomach”, „pękających skałach”, „dnach” itp., dawno się zdewaluowały. Teraz niemal każdy tomik posiada na okładce standardową laurkę od Wolny-Hamkało, Maliszewskiego itp. Wszystkie tomiki wydawane w tym kraju przecież są dobre. Wszystkie są przełomowe, nadzwyczajne, odkrywcze, epokowe, wyjątkowe itp. W tym kontekście tomik Łukaszewicza także się nie wyróżnia, na co zwrócili uwagę zacni i szanowani krytycy.

jarek łukaszewicz (Jarosław Łukaszewicz?), trójmasztowiec, Miejska Biblioteka Publiczna w Świdnicy, 2009.
Poleć to w Google

Dyskurs: Wioletta Sobieraj LATAWCE, czyli sanacja powieści satyrycznej i wynikające stąd nieporozumienia.
Autor: Witold Egerth Szanse książek debiutantów na naszym rynku wydawniczym są najczęściej nikłe. Przebić się przez tysiące tytułów wydawanych rocznie wręcz nie sposób, chyba że wydawnictwo stanie murem za swoim autorem i wykona ogromną marketingową pracę, przy dużym zaangażowaniu sił i środków, albo znajdzie się wpływowy i opiniotwórczy ojciec namaściciel, który poprowadzi debiutanta za rękę wprost po prestiżowe nagrody. Jestem przekonany, że gdyby książkę kogoś zupełnie nieznanego reklamowano w mediach tak często, jak to się dzieje w przypadku najbardziej znanych polskich pisarzy, sprzedano by ją również w tysiącach egzemplarzy, a gdyby jeszcze zakupu dokonały biblioteki, można by mówić o sukcesie wydawniczym. Tak rodzą się z pewnością gwiazdy i gwiazdki na naszym literackim firmamencie. Drugim ważnym elementem w promowaniu książki, jak już ukaże się na rynku, są krytycy. I tak jak zdolny, utalentowany pisarz nie musi posiadać wykształcenia filologicznego ani żadnego innego, tak krytyk powinien dosyć dobrze poruszać się zarówno w teorii, jak i historii literatury oraz śledzić na bieżąco to, co dzieje się w literaturze w kraju i na świecie. Tymczasem, jak to możliwe jest chyba tylko u nas, wszyscy znają się na wszystkim, więc jeśli ktoś w młodości oglądał komiksy, z zapartym tchem śledził przygody Harry'ego Pottera, a jeszcze rzutem na taśmę zdał giertychowską maturę, na pewno nadaje się na krytyka. A że nie są to słowa bez pokrycia, spróbuję udowodnić na przykładzie Latawców Wioletty Sobieraj i wybranych internetowych recenzji.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_01_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2010

Page 5 of 63

Wydawca umieścił na skrzydełku informację, że Wioletta Sobieraj okiem satyryka przygląda się współczesnej polskiej rzeczywistości, tropiąc absurdy w jej oficjalnym wizerunku, tworzonym między innymi przez media. Z właściwym sobie poczuciem humoru, podszytym ironią, obnaża pozorność tzw. autorytetów, funkcjonujących w życiu publicznym. Uznałem więc, że mam do czynienia z powieścią satyryczną, co lektura tej książki w pełni potwierdziła. Autorka przedstawia rzeczywistość w „krzywym zwierciadle”, nikogo nie oszczędzając, niczym Mikołaj Gogol w swoim Rewizorze. Ostrze satyry kieruje w stronę przedstawicieli różnych grup zawodowych: lekarzy, policjantów, nauczycieli, dziennikarzy, polityków, duchowieństwo, a więc uderza w tych, z którymi każdy w swoim życiu ma okazję się zetknąć. Wioletta Sobieraj daje się poznać jako mistrzyni ironii, co wśród polskich pisarek należy do rzadkości i przyznam szczerze, że właśnie to najbardziej urzekło mnie w jej książce. A co na to krytycy? Otóż Marek Szymaniak, lat 21, krytyk portalu internetowego Wiadomości24.pl pisze: Niby powinniśmy się śmiać i chichotać, tymczasem bliżej nam do smutnego rozczarowania niż do uśmiechów. Postacie wykreowane przez pisarkę są płytkie. Brak im różnorodności i wielowymiarowości. W stan rozdrażnienia autorka wprowadza czytelnika co chwila niebywale przerysowując postacie i generalizując środowiska. Ale przecież tak je widzi główna bohaterka! To jej oczami poznajemy pozostałe postacie – w powieści występuje subiektywna narracja pierwszosobowa, ze wszystkimi wynikającymi z tego faktu konsekwencjami. Poza tym w Latawcach, tak jak w przywołanym wcześniej przeze mnie Rewizorze, chodzi o SATYRĘ. A wystarczyłoby, gdyby pan Marek wcześniej zajrzał do słownika terminów literackich i zapoznał się ze znaczeniem tego terminu. Dowiedziałby się, że wypowiedź satyryczna wyraża krytyczny stosunek autora do określonych zjawisk życia, nie proponuje żadnych rozwiązań pozytywnych, jej naturalnym żywiołem jest ośmieszająca negacja, a w związku z jednostronnością satyry, zwykło się mówić, że przedstawia ona rzeczywistość w „krzywym zwierciadle”, zdeformowaną przez komiczne wyolbrzymienie lub pomniejszenie. W związku z tym zarzuty pana Szymaniaka są niedorzeczne. Oczywiście, utwory satyryczne nie muszą należeć do jego ulubionych, nie każdy musi je czytać, ale oczekiwać po nich, że zaoferują radosną zabawę?! Satyra nie jest po to, żeby się bezmyślnie chichotać jak na występach kabaretowych, tylko czasami gorzko się uśmiechnąć, dostrzegając labirynty absurdu. W przypadku kogoś, kto zajmuje się krytyką literacką, to niewybaczalny błąd. Do tego postacie ukazywane w satyrze, czy panu Szymaniakowi się to podoba, czy nie, SĄ jednowymiarowe, przerysowane, zupełnie jak w dobrej karykaturze. Pisarzom utworów satyrycznych, którzy stają się obiektami niewybrednych ataków, warto przypomnieć Monachomachię i Antymonachomachię arcybiskupa gnieźnieńskiego Ignacego Krasickiego, znanego również z licznych satyr i bajek, znanego oczywiście tylko tym, którzy nie spali na lekcjach polskiego. Monachomacha, czyli Wojna mnichów pierwotnie ukazła się bezimiennie, dopiero po ponad 20 latach, a rok po śmierci autora wyszła pod jego nazwiskiem. Właściwie wszyscy pisarze o satyrycznym zacięciu nie mieli w naszym kraju łatwego życia. Ile lat musiał czekać Bolesław Prus, zanim uznano jego Lalkę – oj, niemało w niej ironii i satyry – za powieść wartościową i godną uwagi?! Władysław Reymont po napisaniu Ziemi obiecanej również dostawał cięgi od krytyków, bo za ostro pisał i ośmieszał przedstawicieli różnych środowisk – szczęśliwie w tym czasie przebywał w Paryżu. Kolejny krytyk literacki, Magdalena Galiczek, studentka technologii chemicznej pisze w portalu internetowym Granice.pl, że: Książka Wioletty Sobieraj nie podnosi czytelnika na duchu, nie daje też recepty na naprawę. Prawda! Zgodnie z definicją satyry, że ta nie proponuje żadnych rozwiązań pozytywnych. Pani Galiczek zastanawia się, czy konieczne było zastosowanie przez autorkę tak drastycznych środków wyrazu, aby ukazać – jej zdaniem – prawdziwy obraz świata? Szkoda, że recenzentka nie precyzuje, o jakie drastyczne środki wyrazu chodzi, a poza tym ambicją Wioletty Sobieraj nie było chyba przedstawienie obrazu świata, tylko wycinka polskiej rzeczywistości. A jak ona wygląda? Jeśli ktoś w tym kraju przeżył na własny rachunek kilkadziesiąt lat, to

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_01_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2010

Page 6 of 63

chyba nie ma złudzeń. Oddajmy jednak głos Wioletcie Sobieraj i jej domniemanym drastycznym środkom wyrazu: Szara, liszajowata elewacja stanowiła doskonałe tło dla twórczych wypowiedzi wielu pokoleń uczniów. To najprawdziwsza kronika o dużym historycznym znaczeniu. Już wyobrażam sobie przyszłych archeologów, którzy z tych zapisków będą odtwarzać naszą rzeczywistość(…) Na szczęście nie przetrwają zapachy (…) – to o wyglądzie miejskiej szkoły; Pani od niemieckiego, najmłodszy narybek, spiorunowała mnie spojrzeniem i nic nie mówiąc, wyszła z pokoju – absolutnie wyprana z poczucia humoru, za to doskonale zorientowana w tym, co wypada lub nie. Po chwili weszła jej rówieśnica, absolwentka elitarnej szkoły, prywatnej uczelni, nie wiadomo skąd(…) – czyżby tego fragmentu młodzi znawcy literatury nie mogli darować Wioletcie Sobieraj? A może kilku krytycznych uwag pod adresem dyslektyków, które bohaterka kończy następującym wnioskiem: Już wiedziałam, skąd się biorą pomyłki, amputowanie lewej nogi zamiast prawej, wyrwanie górnej szóstki zamiast dolnej piątki… Ale to nic, bo ilu w Polsce może być lekarzy (dyslektyków – W.E.), znacznie wiecej jest kierowców na drogach i oczami wyobraźni ujrzałam tych szaleńców (jak oni zdobyli prawo jazdy?), którym plączą się strony; migacz w lewo – a skręca w prawo, żeby zahamaować – naciska pedał gazu, a zamiast przyśpieszyć – hamulec… Autorka równie niepochlebnie charakteryzuje mężczyzn: Pan Redaktor-Telewizja z piórami postawionymi na czubku – „w cipę”, wzorem ostatniej mody – może tak ujawnia się skrywany kompleks Elektry? Pan-Gazeta natomiast z właściwą sobie nonszalancją wodził podkrążonymi oczami onanisty po obecnych, jakby sprawdzał, czy jego nażelowane loki robią jedynie słuszne wrażenie. (…) Pan-Policjant to rasowy przedstawiciel tego zawodu – tęgi, pod sumiastym wąsem i z obowiązkową, jakby to był element umundurowania, acz delikatną solą pod pachami. Przy nich Pan-Psycholog, nikczemnego wzrostu, w znoszonej marynarce, wyglądał jak ubogi krewny(…) W innym miejscu natykamy się na opis wizyty bohaterki u lekarza ortopedy, z którego przytoczę tylko początek: Ręka bolała mnie jak diabli, a po ortopedzie ani śladu. Miał być od godziny, kolejka pacjentów wiła się i pęczniała z minuty na minutę. Wyglądaliśmy jak dziady proszalne pod kościołem w odpust – niektórzy z czapkami w dłoniach, jakby w oczekiwaniu na brzęczące monety. Bóg, zbawca, lekarz zajechał w końcu jakąś wypasioną furą i, potykając się o nas jak o irytujące zawalidrogi, dopadł drzwi gabinetu. Czy to drastyczne środki wyrazu? No cóż, według mnie nie, raczej życie bywa drastyczne, ale z drugiej strony każdy z czytelników ma prawo do własnej oceny. Pani Galiczek nie może zaakceptować wizji naszego kraju, jaki wyłania się z Latawców, czyli zakłamania, zawiści, dbania jedynie o własne interesy, braku sprawiedliwości, łapówkarstwa itd., o czym Sobieraj pisze z humorem, ironią, ale i sarkazmem, dlatego ta lektura wydaje się jej – młodej kobiecie, podobno nawet poetce – męcząca. Uważam, że to dość typowa sytuacja, którą doskonale scharakteryzował Bolesław Prus w Lalce, słowami doktora Szumana, prowadzącego rozważania na temat wychowywania przez kobiety kolejnych pokoleń Polaków: Czy (dzieci – przyp. W.E.) uczą się poznawać ludzi, z którymi kiedyś żyć im przyjdzie?… Nie, uczą się im podobać za pomocą stosownych min i ukłonów. Czy uczą się realnych faktów, decydujących o naszym szczęściu i nieszczęściu?… Nie, uczą się zamykać oczy na fakty, a marzyć o ideałach. Nasza miękkość w życiu, nasza niepraktyczność, lenistwo, fagasostwo i te straszne pęta głupoty, które od wieków gniotą ludzkość, są rezultatem pedagogiki stworzonej przez kobiety. A nasze znowu kobiety są owocem klerykalno -feudalno-poetyckiej teorii miłości, która jest obelgą dla higieny i zdrowego rozsądku… To zamykanie oczu na fakty, ciche przyzwolenie na łamanie ogólnie przyjętych zasad etycznych, przy jednoczesnym nakazie milczenia – w najlepszym razie, a w wersji bardziej pożądanej – przy aplauzie dla nieocenionych zalet kogoś, kto jest ich zupełnie pozbawiony, jest nam doskonale znane. W tym kontekście cieszy próba satyrycznego ujęcia polskiej rzeczywistości, jaką podjęła Wioletta Sobieraj. Wydaje się kontynuatorką tradycji przedwojennych powieści, będących satyrą lub pamfletem na polską obyczajowość, takich jak Kariera Nikodema Dyzmy Tadeusza Dołęgi-Mostowicza czy zupełnie odmienne Zmory Emila Zegadłowicza. Zmory – o czym warto pamiętać – wywołały tak wielkie oburzenie społeczeństwa z powodu m.in. antyklerykalizmu, krytyki prowincjonalnej obyczajowości i systemu szkolnego, że odebrano

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_01_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2010

Page 7 of 63

autorowi honorowe obywatelstwo Wadowic. A przecież wszyscy wymienieni przeze mnie pisarze tworzyli i tworzą z pasją, z powodu niezgody na negatywne zjawiska w naszym życiu. Tylko oni je widzą i poddają krytyce, mając naiwną nadzieję na w sprowokowanie zmian, kiedy inni wolą zamykać oczy albo patrzeć na świat przez różowe okulary, zgodnie z propagowaną obecnie w mediach optymistyczną serialową optyką. Sobieraj, zważywszy na jej wcześniejsze zawodowe zainteresowanie międzywojenną satyrą, chyba świadomie wpisuje się w ten niełatwy dla polskich autorów nurt w naszej literaturze i mam nadzieję, że jej kolejna powieść tę raz obraną drogę potwierdzi. Z pewnością jej wielkim atutem jest bogaty, żywy język, co niemal zgodnie potwierdzają i przeciwnicy, i entuzjaści jej powieści. Jedynym wyjątkiem jest niejaki „rednacz” z portalu internetowego „dużeKa”. Pisze on: Wioletta Sobieraj posłużyła się mocno przeintelektualizowaną i naciąganą polszczyzną, kładąc przy okazji wszystkie dowcipy po drodze (nie zauważyłem, a czytałem naprawdę uważnie, żeby ktokolwiek z bohaterów opowiadał dowcipy). Brak tu jakiegokolwiek gwoździa słownego, wszystko opowiedziane jest zbyt płynnie, po prostu za pięknie.(…) Czasem jedna k...a jest lepsza niż stado gładkich słówek. Rzeczywiście potoku przekleństw w Latawcach nie znajdziemy, ale słowa powszechnie uważane za wulgarne autorce nie są obce i występują w powieści tam, gdzie ich miejsce. W scenie nocnego spotkania bohaterki z nieletnimi mieszkańcami i stróżami prawa w centrum miasta słowo k...a akurat pada wielokrotnie, i trzeba przyznać, że Wioletta Sobieraj robi to koncertowo. Zaczynam podejrzewać, że rednacz z dużegoKa (człowiek bez nazwiska, więc może i bez wiedzy, jak wygląda porządna recenzja, bo to, co upublicznił, to jakaś niewydarzona karykatura tego gatunku) książki nie czytał, ale z jakichś sobie znanych powodów postanowił ją w oczach czytelników zdyskredytować. Ma również pretensje do Wioletty Sobieraj, że jako absolwentka polonistyki (studiująca kiedyś filozofię), stworzyła niezbyt mądrą bohaterkę, zamiast Robin Hooda normalności. I tu ponownie musimy wrócić do tego, czym jest, a czym nie jest satyra (na szczęście to proste, w przeciwieństwie do ustalania atrybutów normalności). Bohaterowie satyry to z reguły postacie obarczone wadami, inaczej by nimi nie zostali! Celem satyry jest ośmieszenie ludzkich zachowań! A główna bohaterka – Zuzanna – to wzór takiego antybohatera, jak Dyzma czy „wielebne głupstwo” w Monachomachii. Więc nie jest idealna, raczej przebiegła, taka, która dobrze wie, że na swoją fajtłapowatość, przybierając postawę sierotki Marysi, uzyska znacznie więcej, niż człowiek, który uczciwie zdąża do celu. Zuzanna doskonale widzi cudze wady, swoich nigdy – przecież to ludzkie! Tak skonstruowany bohater siłą rzeczy będzie prowokował zabawne sytuacje, kompromitując i siebie, i innych, i tak w Latawcach się dzieje. Nie jest to oczywiście powieść tej miary co Przygody dobrego wojaka Szwejka..., ale Zuzanna momentami to taki Szwejk w spódnicy i gdyby Sobieraj napisała kolejne przygody swojej bohaterki, myślę, że powinna podążać właśnie w tę stronę. A że nie wszystkich to bawi, nikogo dziwić nie powinno. Wszak nie od dziś wiadomo, że najtrudniej śmiać się z siebie, poza tym poczucie humoru to sprawa bardzo indywidualna – niektórzy nawet są go zupełnie pozbawieni. A w przypadku Wioletty Sobieraj zarówno język jak i specyficzny humor wskazują na przedstawicielkę polskiej autentycznej inteligencji, dlatego nie znajdzie czytelników wśród kobiet spragnionych prostych wzruszeń ani wśród mężczyzn identyfikujących się z superbohaterami. Po lekturze licznych recenzji Latawców wniosek, że to książka nie dla każdego, nasuwa się sam. Zresztą dotyczy to wszystkich książek. Ważny jest wiek, doświadczenie, wyznawana religia, światopogląd, zainteresowania, wrażliwość, oczekiwania czytelnika – to oczywiste – co dla jednych jest sufitem, dla innych zaledwie podłogą, jak mieliśmy okazję usłyszeć w znanej polskiej komedii. Już wyobrażam sobie recenzję krwawego horroru pisaną przez zwolenniczkę banalnych romansów albo recenzję z koncertu symfonicznego w wykonaniu kogoś, kto poza muzyką disco-polo świata nie widzi, albo jeszcze lepiej – Hegla w rękach siedmiolatka – „Mamusiu, jaka nudna książka, i nie ma obrazków!” – moglibyśmy usłyszeć. „Prowincjonalna nauczycielka” (to kolejna strona internetowa, na której ukazała się recenzja Latawców) tak kończy omawianie tej powieści: Dla mnie to książka – mimo gorzkiego zabarwienia – szalenie prawdziwa. Ot, jakby lustro przystawione przed twarze tym, których autorka opisuje. Tylko czy każdy ma chęć się

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_01_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2010

Page 8 of 63

w nim przejrzeć? Ludzie identyfikujący się z postaciami z Latawców z pewnością – nie, ale myślę, że ci spośród czytelników, którzy np. spotkali się już z niekompetencją lekarzy, nie przepadają za reformatorami polskiej oświaty, do tego nie mają najlepszego zdania o policji i nie wierzą w celibat księży, a prezenterzy telewizyjni nie są ich idolami, bez obaw mogą sięgnąć po tę lekturę, chyba, że akurat kolekcjonują kompleksy – wtedy najlepiej nie budzić demonów, bo poziom agresji może im niepomiernie wzrosnąć. Na zakończenie chciałbym się jeszcze odnieść do tytułowych latawców, które w finałowej, ciekawie poprowadzonej scenie odgrywają ważną symboliczną rolę. W nich skupia się sens całej powieści, która co prawda nie napawa optymizmem, zgodnie z tym, co pisze przywoływana już przeze mnie Magdalena Galiczek: powieść Wioletty Sobieraj zalicza się zdecydowanie do grona tych książek, które bez wątpienia zaspokoją potrzeby największych pesymistów, ale nim tak się stanie, czytelnika czeka dobra zabawa, jeśli oczywiście poczucie humoru mu na to pozwoli. Owe latawce, płonące – jeden z napisem „patriotyzm”, drugi „nauka”, trzeci „religia” – zostają wyrzucone przez okno podczas szkolnej uroczystości i przy radosnych okrzykach uczniów, robiących zakłady o to, który latawiec upadnie szybciej, oraz ciekawskich spojrzeniach dorosłych sięgają bruku. W Latawcach odnajdziemy humor, gorycz, ironię, sarkazm i zadumę nad pozornością naszej rzeczywistości, tak jakby patronowały im słowa Witkacego z Nienasycenia: pozorni ludzie, pozorna praca, pozorny kraj. Wyszła z tego wcale poważna książka i dlatego dziwi ignorancja, z jaką potraktowało ją wydawnictwo. Przede wszystkim z powodu polonistycznego wykształcenia autorki, korektorka (Małgorzata Pośnik) chyba poczuła się zwolniona z obowiązku i nie zadała sobie trudu, żeby tekst sprawdzić i usunąć np. nawias tkwiący w środku wyrazu – drobiazg, ale razi. Kiedy ukazują się książki najpoczytniejszych polskich pisarzy, ze zdumieniem odkrywamy, że pracowało przy nich nierzadko po czterech korektorów, aż człowiek zaczyna się zastanawiać, kto te książki tak naprawdę pisze. I jeden, i drugi wariant zadziwia. Poza tym okładka wprowadza potencjalnego czytelnika w błąd – te fiolety, róże i krotochwilny nieład! Sugeruje lekturę lekką, łatwą i przyjemną, a rzecz okazuje się w efekcie poważna. Trudno oprzeć się wrażeniu, że nad wydaniem tej książki zaciążyło fatum pozorności działań i braku kompetencji, jakby w odwecie za ostrze satyry wymierzone w ich stronę. Mam jednak nadzieję, że Latawce odnajdą drogę do swoich czytelników, a o autorce Wioletcie Sobieraj jeszcze usłyszymy, bo pisze z pasją i porusza istotne społecznie kwestie. Potrafi być kontrowersyjna i bezkompromisowa, a nie – mdła, niewyraźna, co to Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek – żeby było miło.
Wioletta Sobieraj, Latawce, Philip Wilson, 2008.

Poleć to w Google

Strona główna Subskrybuj: Posty (Atom)

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_01_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: luty 2010

Page 1 of 63

Udostępnij

Zgłoś nadużycie

Następny blog»

Utwórz bloga

Zaloguj się

KRYTYKA LITERACKA
pod redakcją Witolda Egertha i Tomasza Sobieraja ● ISSN 2084-1124 LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA ______________________________________________________________________
Spis treści
► 2012 (8) ► 2011 (78) ▼ 2010 (41) ► grudzień (5) ► listopad (8) ► październik (4) ► wrzesień (5) ► sierpień (1) ► lipiec (1) ► czerwiec (3) ► maj (3) ► kwiecień (4) ► marzec (3) ▼ luty (2) Recenzja: ODESSA TRANSFER. Reportaże znad Morza Cz... Recenzja: Stefania Grodzieńska KŁANIA SIĘ PRL ► styczeń (2) ► 2009 (4) ____________________ _ Adres do korespondencji t.sobieraj@wp.pl

Recenzja: ODESSA TRANSFER. Reportaże znad Morza Czarnego.
Autor: Tomasz Sobieraj PORTAL KSIĘGARSKI

Antologie, szczególnie te pojawiające się ostatnio na naszym rynku wydawniczym, to byty specyficzne. Wynika to już z samego na nie przepisu: należy zaprosić do udziału w przedsięwzięciu kilku pisarzy znanych, kilku znanych mniej albo nawet całkiem tajemniczych i zaproponować im napisanie tekstu na zadany temat, zwykle jakiś okolicznościowy albo aktualnie modny. Skutek zwykle jest taki, że ci „ważniejsi” – jeśli w ogóle łaskawie się zgodzą – piszą byle co i byle jak, bo przecież są wielcy i każde ich słowo jest jak uniesiona nad głową Mojżesza kamienna tablica. Natomiast pretendenci do sławy dają z siebie wszystko – i czasem ze skutkiem doskonałym. Następnie biorą się za taki produkt zaprzyjaźnieni z wydawcą krytycy, którzy, z właściwą swojej profesji krótkowzrocznością, dostrzegają tylko tych uznanych współautorów, milcząc na temat pozostałych, stanowiących jedynie tło i wypełniacz. Taka ignorancja i niechęć do wszystkiego, co nieznane, niepokojąca u ludzi, którzy podobno pracują umysłowo, prowadzi do skostnienia literatury i jej prowincjonalizacji. Ale to już temat na inną historię. Istnieją jednak antologie, gdzie zarówno ci wielcy, jak i ci szerzej nieznani autorzy, przedstawiają bez wyjątku najwyższą literacką klasę. Należy do nich Odessa Transfer – zbiór reportaży, esejów i opowieści, których duchem przewodnim jest Morze Czarne i krainy do niego przylegające: miejsca dla Europejczyka z Zachodu, a nawet i dla nas odległe, tajemnicze i baśniowe, owiane legendą i spowite – niekiedy krwawą – przędzą historii i losu, snutą przez Homerowe Klothes bareiai, miejsca pamiętające Owidiusza i Rustawelego, Mickiewicza i Puszkina, a kto wie, może nawet Argonautów i pierwszego prawdziwego podróżnika – Jazona. Współcześni Argonauci, wybrani przez berlińskie wydawnictwo Suhrkamp do literackiej podróży przez Pontos Euksenios – Morze Gościnne, jak je nazywali Grecy w czasach starożytnej kolonizacji jego wybrzeży, to pisarze należący do różnych pokoleń, narodów, kultur, różniący się wykształceniem, bagażem życiowych doświadczeń i wiedzą. Łączy ich region Pontu, czy szerzej – Czarnomorza, dla jednych przyjazny i piękny, dla innych mniej gościnny, często budzący grozę i koszmary przeszłości. Wszyscy jednak ulegli jego magii, niektórzy zaś, co wyłania się z kart tej książki, zapałali do niego miłością, tą jedyną, silną i prawdziwą, jaka zdarza się w życiu tylko raz. I nawet jeśli jest to miłość tragiczna, niczym miłość Medei rzuconej w objęcia Jazona, to ślad, jaki zostawiła, nie jest jedynie blizną czy stygmatem. Jest także stymulującym artystycznie, skrytym – niekiedy głęboko w podświadomości – psychicznym tatuażem. Znakiem bolesnym, gdy powstaje, noszonym z dumą, gdy czas zagoi ranę. Książkę otwiera przedmowa KATHARINY RAABE – niemieckiej muzykolożki (ach, ta polityczna poprawność i jej cudowne językowe degeneraty!) i historyczki filozofii, znawczyni literatury wschodnioeuropejskiej. Przedmowa ta, to w istocie esej i jednocześnie wnikliwa analiza toposu Morza Czarnego jako miejsca spotkania się

AUTORZY TEKSTÓW Józef Baran Klaudia Bączyk Mariusz Bober Jan Z. Brudnicki Maciej Cisło Michał Dec-Budziszyński Stanley Devine Marek Doskocz Witold Egerth Stanisław Esden-Tempski Piotr Grobliński W.A. Grzeszczyk Łukasz Jasiński Zbigniew Joachimiak Krzysztof Jurecki

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_02_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: luty 2010

Page 2 of 63

Katarzyna Karczmarz Roman Kaźmierski Marcin Królik Andrzej Jerzy Lech Marek Ławrynowicz Przemysław Łośko Dariusz Magier Roberto Michel Joanna Mieszkowicz Janusz Najder Krzysztof Niemczycki Stanisław Obirek Edward Pasewicz Dariusz Pawlicki Robert Rutkowski Jan Siwmir Tomasz Sobieraj Wioletta Sobieraj Jan Stępień Andrzej Tchórzewski Janusz Termer Marek Trojanowski Joanna Turek Igor Wieczorek Bohdan Wrocławski Adam A. Zych ORAZ J.W. Goethe Jarosław Hašek S.I. Witkiewicz ____________________

Wschodu z Zachodem, Azji z Europą, przenikania się greckiego euksenios i auksenos – gościnności i niegościnności. AKA MORCHILADZE, gruziński historyk i publicysta, pisze o Batumi – nadmorskim mieście blisko granicy tureckiej, mieście pachnącym ucieczką z obozu, jakim była socjalistyczna Gruzja, mieście wielokulturowym, na granicy chrześcijaństwa i islamu; czyni to z pasją i erudycją, opowiada historie arcyciekawe i barwne, sięgając czasów starożytnych, średniowiecza, carskiej Rosji i przechodząc do radzieckiej Gruzji, odkrywa fakty i legendy szerzej nieznane, a porywajace i tajemnicze niczym niezbadane terytoria. EMINE SEUGI ÖZDAMAR, pochodząca z Turcji aktorka, reżyserka i pisarka, wstrząśnięta politycznym zabójstwem publicysty Hranta Dinka, tureckiego Ormianina, pisze w istocie na ten sam temat co on – temat bardzo niewygodny dla świata, zapomniany i ignorowany, a przecież nie mniej potworny niż holokaust – chodzi o ludobójstwo, a właściwie rzeź, jakiej dokonali Turcy na Ormianach, i o wysiedlenie Greków pontyjskich, a które to wydarzenia stały się inspiracją dla nieco późniejszych hitlerowskich poczynań. ANDRZEJ STASIUK, chyba jedyny prawdziwy polski eksportowy Pisarz (duże P użyte świadomie), podróżuje do Istambułu i rozczarowuje się, bo zamiast oczekiwanego Orientu, z jego atrybutami w postaci osiołków, kurzu, przypraw korzennych i burnusów, dostaje azjatycką wersję Okcydentu, z czystymi miasteczkami, nowoczesnymi autostradami i intensywnym rolnictwem. Stasiuk dostrzega to, co Polacy wypierają ze świadomości bądź do niej nie przyjmują – że kultura Bałkanów i Wschodu nie jest w niczym gorsza niż nasza własna, postrzegana przez mętne szkiełko pomniejszające polskiego nacjonalizmu, a wpływy tureckie i tatarskie są u nas większe, niż się to powszechnie wydaje. Mistrzowski reportaż, pisany z wrażliwością, nie pozbawiony erudycyjnych smaków. SIBYLLE LEWITSCHAROFF, pisarka o bułgarskich korzeniach, mieszkająca od urodzenia w Niemczech, zabiera nas w swoim opowiadaniu na Wyspę Szczęśliwców, leżącą gdzieś u brzegów Bułgarii wyimaginowaną utopię; liczne odwołania do Thomasa Pynchona, Michaela Carrougesa, Marcela Duchampa i Haralampiego Oroschakoffa, tworzą wraz ze zmyśloną historią filozoficzną baśń. TAKIS THEODOROPOULOS, grecki pisarz, eseista, tłumacz ze starogreckiego, robi to, co zwykle – bada wpływ literatury antycznej na współczesną kulturę. Tym razem przeciwstawia Odyseusza – zwykłego pechowca i ofiarę losu, Jazonowi – nietzscheańskiemu niemal nadczłowiekowi, kierowanemu wolą mocy zdobywcy, który podejmuje wyprawę po złote runo i kończy... no cóż, wszyscy wiedzą jak. Wyprawa Jazona to mitologiczne zdobycie Morza Czarnego, jednocześnie pretekst dla Theodoropoulosa, by na jej tle snuć interesujące rozważania na temat historii, literatury, ba, nawet psychologii społecznej – wszystko to w sposób błyskotliwy i interesujący, z wielką kulturą literacką. MIRCEA CÄRTÄRESCU, świetny rumuński pisarz, wykładowca literatury w Bukareszcie, zabiera nas w świat swojego dzieciństwa i morza mitycznego, widzianego po raz pierwszy, oraz w świat dorosłości i morza niegościnnego czasów dyktatury Geniusza Karpat. W te powroty wpisana jest postać najbardziej chyba znanego na świecie wygnańca, Owidiusza, zesłanego do Tomis, dzisiejszej Konstancy, przez cesarza Augusta. Cärtärescu, wielki erudyta, doskonale wiąże historię rzymskiego poety ze zmysłowym, soczystym, rzekłbym hemingwayowskim opisem. ATTILA BARTIS, węgierski fotografik, pisarz i felietonista, urodził się i pierwsze szesnaście lat życia spędził w Rumunii, w czasach reżimu Ceauşescu. To wystarczyło, by Morze Czarne stało się dla niego symbolem traumy, a budowa kanału łączącego je z Dunajem, zamieniła się we wstrząsającą historię o niewolnikach, w większości więźniach politycznych, którzy realizowali ambitne plany rumuńskiego przywódcy w warunkach bliskich obozom zagłady. Tytuł opowieści Bartisa, Przemiany, zapożyczony z dzieła Owidiusza, jest intrygującym tropem dla dociekliwego czytelnika. KATJA LANGEMÜLLER, niemiecka pisarka, laureatka licznych nagród, to zdecydowanie najsłabszy element tej antologii – co nie znaczy, że zły, niemniej, na tak doskonałym tle, nieco razi jej urzędniczy język i logiczne potknięcia, jak np. wspomniane przez nią budki, w których sprzedawano napoje z eksportu (!) albo o mały włos potrącony koń, któremu w środku rumuńskiego nadmorskiego lata z chrap leciała para, do tego tak obficie, że szyby samochodu zaszły mgłą. Jednak sama historia romansu Niemki z Niemiec i Niemca z Rumunii a przede wszystkim tej historii werystyczna otoczka z początku lat dziewięćdziesiątych, ciekawe. NICOLETA ESINESCU, mołdawska, czyli właściwie rumuńska (jeśli

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_02_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: luty 2010

Page 3 of 63

wziąć pod uwagę język ojczysty) dramaturg (dla feministek i miłośników poprawności politycznej – dramaturżka); studiowała teatrologię i scenografię w Kiszyniowie. Można by rzec, że to rumuńska Masłowska, gdyby nie to, że wykształcenie, erudycja, wrażliwość, wyobraźnia a nade wszystko literacki warsztat Esinescu, stawiają ją lata świetlne przed naszą „genialną” pisarką. Poemat Odessa transfer to wyśmienity przykład poezji istotnej, walczącej, społecznie zaangażowanej, ukazującej ponury obraz dzisiejszej Mołdawii (Mołdowy), kraju o nieskrystalizowanej tożsamości narodowej, kraju równie pełnego paranoi i paradoksów jak Polska. Przeciwstawiony jest tej wizji świat dzieciństwa utraconego, mitu dziewczynki z radzieckiego miasta w Besarabii, marzącej o prawdziwych dżinsach. Niby banalne. Ale jak napisane! KARL-MARKUS GAUSS, austriacki pisarz i krytyk literacki, laureat licznych nagród, zabiera nas w podróż do Odessy, miasta wieloetnicznego, które, podobnie jak w Polsce Łódź, było imperialnym eksperymentem, kaprysem, przejawem woli zbudowanym właściwie od podstaw dzięki jednemu skinieniu władczej ręki, w przypadku Odessy była to ręka Katarzyny Wielkiej. Gauss zachwyca umiejętnością stworzenia klimatu opowieści, stylem, erudycją, reporterskim zmysłem obserwacji, ale przede wszystkim przedstawia niezwykle ciekawe fakty z przeszłości, które trudno byłoby znaleźć w opasłych tomach historii powszechnej. SERHIJ ŻADAN, ukraiński poeta i pisarz, absolwent germanistyki i ukrainistyki, proponuje wyprawę na wybrzeźe Półwyspu Krymskiego. Jednak jego opowieść to nie reportaż w ścisłym słowa tego znaczeniu, to przede wszystkim próba mityzacji banalnej rzeczywistości, to poetycka proza, piękna i do tego napisana z humorem, dowodząca wrażliwości, emanująca obrazami plastycznymi, raz sennymi, to znów realistycznymi, przywodzącymi niekiedy na myśl prozę Schulza. KATJA PETROWSKAJA, mieszkająca od 1999 roku w Berlinie publicystka, z wykształcenia slawistka i literaturoznawca, opowiada o dziecięcym, elitarnym obozie Orlonok koło Soczi. Wychowuje się tam młode rosyjskie lwy, przyszłą kadrę naukową, polityczną i kulturalną Rosji. Obraz znany i w Polsce, a także, jak sądzę, w innych krajach ze szkoleń w dużych firmach, gdzie nacisk kładzie się na budowanie zespołu i przezwyciężanie trudności. Różnica jednak jest zasadnicza, o czym Pietrowskaja zapomniała wspomnieć – dzieci w Orlonoku traktują pobyt na obozie jako wyróżnienie, bawią się i są tam z własnej woli, podczas gdy dorośli niewolnicy w korporacjach muszą – jeśli nie chcą stracić pracy – poddawać się indoktrynacji i upokorzeniom w imię przezwyciężania trudności, by łatwiej mogli osiągnąć cel, jakim jest zysk. Widać, że autorka nigdy też nie słyszała o elitarnych prywatnych szkołach na Zachodzie i podobnych w idei do Orlonoka tamtejszych obozach dla przyszłych elit, traktując obóz czarnomorski jako przypadek na świecie endemiczny. Niemniej, tekst napisany sprawnie, z ciekawymi migawkami z Soczi – rosyjskiego miasta palm, jachtów, pałaców i zimowej olimpiady w 2014 roku, położonego u stóp dumnego Kaukazu. Antologię kończy NEAL ASCHERSON, brytyjski historyk i dziennikarz. Pisze on o konfliktach wywołanych przez Gruzję z Abchazją i Osetią Pd. jako przejawach gruzińskiego „skrajnego nacjonalizmu” i imperialnych zapędów prezydenta Saakaszwilego, kolegi naszego prezydenta. W mądry i wyważony sposób Acherson przedstawia źródła konfliktów, wytyka błędy Unii Europejskiej, USA i Gruzji wobec tych krajów, ujawnia obraz, którego polski czytelnik nigdy by nie poznał ani nie zrozumiał, zdawszy się na krajowe, służalcze i niedouczone media. Temat konfliktów na Kaukazie jest w eseju brytyskiego znawcy regionu Czarnomorza naświetlony z wielu stron, chłodno i obiektywnie, jak na obywatela Albionu i uczciwego historyka przystało. Specjalne wyrazy uznania należą się tłumaczom tej antologii: Agnieszce Nowakowskiej, Elżbiecie Kalinowskiej, Michałowi Petrykowi, Annie Góreckiej, Przemysławowi Kordosowi, Szymonowi Wcisło, Sławie Lisieckiej, Joannie Kornaś-Warwas i Dorocie Stroińskiej, którzy swoją pracą udowodnili, że przekład też jest sztuką, wymagającą zarówno znajomości rzemiosła, jak literackiego talentu, oraz, co wcale nie jest najmniej ważne, dyscypliny, która utrzyma w ryzach wyrywającą się chęć kreacji. Wydawnictwo Czarne zrobiło tą książką wymagającemu czytelnikowi prezent wielokrotny: dostarczyło lektury na najwyższym poziomie; pokazało, jak bardzo twórczość polskich uznanych i nagradzanych pisarzy (i pisarek) tkwi w prowincjonalnym getcie i odbiega od

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_02_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: luty 2010

Page 4 of 63

europejskich standardów, opartych na intelektualizmie, wiedzy, warsztatowej sprawności, estetyzmie, wrażliwości, refleksji i umiejętności nawiązania dialogu z poprzednikami; umożliwiło zdobycie wcale niemałej wiedzy na temat ciekawego i mało znanego regionu Czarnomorza; zachęciło do bliższego zapoznania się z twórczością wszystkich autorów tej antologii. No i ta dyskretna, elegancka okładka autorstwa Agnieszki Pasierskiej z fotografią Elliotta Erwitta! Jak dla mnie ocena celująca.

Odessa transfer. Reportaże znad Morza Czarnego, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009, pod redakcją Kathariny Raabe i Moniki Sznajderman.
Poleć to w Google

Recenzja: Stefania Grodzieńska KŁANIA SIĘ PRL
Autor: Wioletta Sobieraj PORTAL KSIĘGARSKI Kłania się PRL to zbiór felietonów, humoresek i skeczy Stefanii Grodzieńskiej z lat 40., 50. i 60., który ukazał się nakładem Instytutu Wydawniczego Latarnik. Stefanii Grodzieńskiej, nazywanej powszechnie Pierwszą Damą Polskiego Humoru, z pewnością nie trzeba ani przedstawiać, ani tym bardziej zachęcać do czytania jej książek. Pisze od kilkudziesięciu lat, ma swoich wiernych czytelników i mam nadzieję, że bez trudu zdobywa lub zdobędzie nowych. Dlatego z mieszanymi uczuciami odebrałam tytuł tego zbioru, który jakkolwiek chwytliwy (zważywszy na widoczne zapotrzebowanie starszych czytelników na sentymentalne podróże w przeszłość, do lat młodości, a ta wiąże się – było nie było – z PRL-em), niepotrzebnie szufladkuje twórczość Stefanii Grodzieńskiej. W przedmowie Marcina Szczygielskiego czytamy: (…) felietony Stefanii Grodzieńskiej to nie tylko dowód błyskotliwego poczucia humoru. Dziś nabierają już wartości historycznej. Z pierwszym stwierdzeniem się zgadzam, ale z drugim niekoniecznie. Rzeczywiście, tam, gdzie autorka bezpośrednio odnosi się do realiów ówczesnego życia codziennego (kolejki w sklepach, zmagania z urzędnikami, pracownikami poczty, perypetie w punktach usługowych, wczasy z FWP), obecnie unosi się duch historii, który starszym czytelnikom, zgodnie z tytułową obietnicą, zapewni oczekiwaną strawę. Jednak, moim zdaniem, są to słabsze teksty, w których autorka być może z braku pomysłów (w końcu systematyczne dostarczanie satyrycznych felietonów do kolejnych numerów Szpilek mogło być kłopotliwe) od czasu do czasu sięgała po tzw. tematy dyżurne, czyli poruszała kwestie wszystkim dobrze znane w sposób, do którego każdy zdążył się przyzwyczaić (zgromadzone w rozdziałach: Handlowe, Innowacyjne, Urlopowe). Na szczęście, według mnie, nie one stanowią o sile i urodzie tego zbioru. Większość z nich wolna jest od historycznego kontekstu. Poruszane w kolejnych rozdziałach tematy, najczęściej obyczajowe, są nadal aktualne – ludzie w naszym kraju aż tak się nie zmienili: uwielbiają narzekać, mają kłopoty w pracy, towarzyszą im rozterki w kontaktach z przełożonymi, z komunikacją małżeńską też bywa nie najlepiej; przyjmują różne pozy, np. na uprzejmą, na niezaradną, na poddającego się chętnie samokrytyce; robią sobie świństwa, są obłudni, interesowni, bezmyślni, agresywni albo uprzedzająco grzeczni. A Grodzieńska to doskonały obserwator mniejszych i większych ludzkich ułomności, które wyraźnie widzi i z przymrużeniem oka, w doskonałym stylu wykpiwa. I tu ponownie budzi się mój przekorny sprzeciw wobec słów Marcina Szczygielskiego: Prawdziwy „smak” tamtych czasów uważny czytelnik odnajdzie jednak nie tyle w opisach, ile w samym języku, jakim posługuje się Stefania Grodzieńska – języku niedzisiejszym, bo dokładnym, celnym, czystym i eleganckim. Języku przedwojennej inteligentki, która, wtłoczona w świat rządzony przez proletariat, z tego języka uczyniła swoją broń. Owszem Stefania Grodzieńska pisze językiem dokładnym, celnym, czystym i eleganckim, bo tak po wojnie mówiła i pisała polska inteligencja, że przypomnę takich autorów, jak: Jeremi Przybora, Konstanty Gałczyński, Julian Tuwim, Antoni Słonimski. I dopóki ta polska inteligencja nie została zastąpiona ćwierćinteligencją, która zachwyciła się językiem proletariatu, a

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_02_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: luty 2010

Page 5 of 63

właściwie nie tyle proletariatu, co rynsztokowym językiem miejskiej żulerii, nadając mu wysoką rangę w polskiej literaturze, nie było problemu – wszystko znajdowało się na swoim miejscu. To w obecnych czasach po język Grodzieńskiej trzeba sięgać jak po broń do walki z zachwaszczoną polszczyzną, bo z pewnością działa oczyszczająco i ożywczo. I mam nadzieję, że to jej język przetrwa, ponieważ nie jest chwilowym kaprysem zdziecinniałych krytyków i modnych literatów, tylko wbrew pozorom żywym językiem niewymarłej do końca inteligencji i odpowiada społecznemu zapotrzebowaniu na czytelny, precyzyjny, poprawny przekaz, o czym zaświadcza ogromna popularność książek tej autorki. Więc nie godzę się na nazywanie go niedzisiejszym, zwłaszcza, że go rozumiemy, i nadal nas bawi! Nie godząc się – co tu ukrywać – mam jednocześnie nadzieję, że nie jest to jedynie moje pobożne życzenie. Prawdą jest, że Stefania Grodzieńska dostrzegała pierwsze jaskółki psujące nasz język i reagowała na nie w swoich felietonach. Tylko, że za jej czasów to były pojedyncze jaskółki, których cała chmara nikogo dziś już nie dziwi, niemniej warto o tym poczytać i uświadomić sobie, na co bezwolnie się godzimy. Oto pierwszy z brzegu przykład: Na drzwiach tabliczka: – czytamy w Kłania się PRL – „Maria Stołek, artystka dramatyczna”. (Proszę zwrócić uwagę, że modne są teraz zgrzebne nazwiska na scenie). Podejrzewam, że nieraz są to pseudonimy, że – odwrotnie, niż dawniej bywało – Hermenegilda Kociubińska bierze sobie pseudonim „Maria Stołek”. Przy tym dzięki pięknemu zwyczajowi odrąbywania damskich końcówek recenzje brzmią: „wyróżnili się Majdan, Orzech, Stołek i Król”. Płeć artystów rozeznać można jedynie wtedy, kiedy w grę wchodzi inny przypadek, jak np.: „wyróżnić trzeba Majdan, Orzecha, Stołek i Króla”. Czy dzisiaj dostrzegamy śmieszność takich form? Myślę, że nie, a nawet gdyby, to mogłoby to zostać źle przyjęte. Na szczęście pani Grodzieńska nie musi się już liczyć z czyjąś opinią Czytając teksty zamieszczone w tym zbiorze, do lektury których gorąco namawiam (rozdziały: Kulturalne, Zdrowotne, Małżeńskie, Prywatne, z drugiej części – wyśmienite), spotkamy się z przedstawicielami różnymi grup zawodowych i społecznych, z dorosłymi i z dziećmi, ale wszystkie sytuacje zostały przedstawione z punktu widzenia przedwojennego inteligenta, nie: dresiarza, żula, gangstera, różowej Barbie czy prymitywnej seksbomby, królujących w polskich proletariackich mediach, tylko kogoś obdarzonego kindersztubą, dobrym smakiem, ostrością widzenia, celnością spostrzeżeń, dystansem wobec opisywanej rzeczywistości, wdziękiem i poczuciem humoru, miejscami dotkliwym. Postaci, jak to w tekstach humorystycznych bywa – bo więcej tu beztroskiego humoru, chociaż nie brakuje i prześmiewczej satyry – Grodzieńska powołuje do życia kilkoma precyzyjnymi określeniami. Wśród barwnej galerii różnych typów spotykamy: panów o twarzy a’la „inteligent zawiedziony”, elegantkę w futrze ( Małpie futro ukarminowało sobie usta, zapaliło papierosa i wlepiło bezmyślnie oczy w swoje paznokcie.), wychowawców narodu, którzy nie potrafią zachować się ani w teatrze, ani w kinie, uzależnionych od telewizji (Wraca z pracy – o mężu – siada przy stole i wlepia niegdyś inteligentne oczy, a obecnie tępe gały, w okienko. Godzinami śledzę grę jego twarzy. Stały grymas niesmaku przeplata się na niej z wyrazem wstrętu.), rozlazłych blondynów, tłuste kobiety wbite w modne rozciągane kostiumy, które wyciskają cały tłuszcz na zewnątrz, chude (noszą bikini i wyglądają jak abstrakcyjne malarstwo: ani śladu kształtów), umięśnionego jak buldog, opalonego na brąz i ostrzyżonego na idiotę pana Czesia, dialektyczną idiotkę, rozwrzeszczane dzieciaki i wiele, wiele innych. Trudno nie dostrzec krytycznego stosunku Stefanii Grodzieńskiej do swoich bohaterów i ich zachowań, ale przecież tego wymaga uprawiana przez nią satyra, której naturalnym żywiołem jest ośmieszająca negacja. Wypowiedź satyryczna wyrasta z poczucia niestosowności, szkodliwości czy absurdalności pewnych sytuacji. I to wszystko znajduje się w prezentowanym Państwu tomie Kłania się PRL. Dawniej utwory Grodzieńskiej wywoływały oburzenie u części społeczeństwa, o czym możemy przeczytać w tekście zatytułowanym Piersi, gdzie autorka przytacza fragmenty listów, które otrzymywała od niezadowolonych czytelników. Ponieważ ośmieliła się użyć słów „piersi” i „uda”, nazwano ją nawet seksualnym zboczeńcem, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_02_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: luty 2010

Page 6 of 63

niedorzeczne. Życie satyryka w naszej pięknej ojczyźnie nigdy nie było usłane różami, zwłaszcza jeśli ów satyryk dotyka spraw społecznych i obyczajowych – wcale nie politycznych, jakby się mogło wydawać. A pani Grodzieńska przez kilkadziesiąt lat jednych bawiła, a innych denerwowała, nie walcząc przecież z żadnym systemem komunistycznym, tylko z polską zaściankową mentalnością, co jest znacznie trudniejsze, bo bezpośrednio uderza się w czytelników. Jednak upływ czasu pozwala z dystansem spojrzeć na jej twórczość, dając jednocześnie złudną gwarancję, że nas to nie dotyczy. Każdy powód wydaje się dobry, aby po tę książkę sięgnąć – czy to z chęci odbycia sentymentalnej podróży do czasów młodości, czy też z chęci powtórnego zmierzenia się z twórczością Stefanii Grodzieńskiej, czy też, żeby przekonać się, na ile jej teksty są aktualne, a język nadal żywy. W końcu nieczęsto mamy do czynienia z utworami satyrycznymi wysokiej próby, a Stefania Grodzieńska terminowała u najlepszych przedwojennych i powojennych polskich satyryków. I z pewnością warto przyjrzeć się jej warsztatowi, bo niejednego można się od niej nauczyć. A dodatkowym atutem tej książki, o czym muszę wspomnień na sam koniec, są rysunki Mariusza Szczygielskiego. Oszczędne w formie, świetnie wprowadzają w klimat kolejnych tekstów, stanowiąc ich niebanalne dopełnienie.

Stefania Grodzieńska, Kłania się PRL, Instytut Wydawniczy Latarnik, Michałów – Grabina 2008
Poleć to w Google

Strona główna Subskrybuj: Posty (Atom)

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_02_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: marzec 2010

Page 1 of 63

Udostępnij

Zgłoś nadużycie

Następny blog»

Utwórz bloga

Zaloguj się

KRYTYKA LITERACKA
pod redakcją Witolda Egertha i Tomasza Sobieraja ● ISSN 2084-1124 LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA ______________________________________________________________________
Spis treści
► 2012 (8) ► 2011 (78) ▼ 2010 (41) ► grudzień (5) ► listopad (8) ► październik (4) ► wrzesień (5) ► sierpień (1) ► lipiec (1) ► czerwiec (3) ► maj (3) ► kwiecień (4) ▼ marzec (3) Recenzja: Bożena Keff UTWÓR O MATCE I OJCZYŹNIE Recenzja: Olga Tokarczuk PROWADŹ SWÓJ PŁUG PRZEZ K... Poezja: Jan Siwmir WIERSZE SUBIEKTYWNIE WYBRANE ► luty (2) ► styczeń (2) ► 2009 (4) ____________________ _ Adres do korespondencji t.sobieraj@wp.pl

Recenzja: Bożena Keff UTWÓR O MATCE I OJCZYŹNIE
Autor: Marek Trojanowski HISTORIAMOICHNIEDOLI.PL Bożena Keff zanim stała się publicystką, badaczką literatury w Żydowskim Instytucie Historycznym im. Emanuela Ringelbluma, krytyczką filmową, tłumaczką, poetką, działaczką społeczną była zapewne – jak każda kobieta – szczęśliwą mężatką. I trwałaby w szczęściu i miłości, gdyby nie ten dzień – jeden dzień, w którym to mąż na obiad zażyczył sobie bigos. Zakochana i szczęśliwa żona kupiła wszystkie składniki. Te niezbędne, potrzebne oraz te, które do bigosu się nie nadają. Po kilku godzinach spędzonych przy garach powstał niezwykły bigos. Oprócz kapusty, mięsa w potrawie połyskiwały do połowy rozpuszczone landrynki owocowe, które świetnie kontrastowały z brokułami na tle gotowanych na twardo jaj, które kucharka także do potrawy dodała. Bigos ten, co może wydawać się niezwykłe zagęszczony został zasmażką z dodatkiem rodzynek i orzeszków ziemnych. Ta mieszanina miała w zamierzeniu złamać silny odór kokosu. Reakcja męża upewniła kobietę, by rzuciła gary i oddała mniej ambitnym zajęciom tak jak pisanie wierszy. Okazało się jednak, że kobieta jest taką samą poetką jak kucharką. Sztuka kulinarna jest sztuką wyobraźni. Smak i potrawę należy sobie najpierw wyobrazić. Aromat chilli i czekolady połączyły się najpierw w głowie geniusza, dopiero później w miedzianym kociołku podgrzewanym na parze. Podobnie rzecz ma się z wierszami. W 2008 r., Bożena Keff przy współudziale Korporacji Ha!art wydała tomik pt. „Utwór o Matce i Ojczyźnie”. W dziele tym objawił się kunszt kucharsko-literacki Bożeny. W celu ugotowania tomiku poetka wzięła wszystko, co znalazła w TV Polsat, TVN, na regale z książkami, na szafce z gazetami, w domowym zbiorze DVD. Są tu m.in.:

AUTORZY TEKSTÓW Józef Baran Klaudia Bączyk Mariusz Bober Jan Z. Brudnicki Maciej Cisło Michał Dec-Budziszyński Stanley Devine Marek Doskocz Witold Egerth Stanisław Esden-Tempski Piotr Grobliński

Lara Croft, Żydowski Instytut Historyczny, biedna kobieta, rodzona matka, Frodo, Kora, Kronos, komuna, „Polityka”, Polański i jego „Pianista”, Żyd, Alien, Ripley, Adolf Hitler, Nosferatu, solidarność, KOR, Rakowski, Urban, internowany mąż, Werner Herzog, Klaus Kinsky. Jak widać prawdziwe bogactwo, świadczące o wyjątkowości zaplecza intelektualno-estetycznego, z którego czerpie poetka Bożena Keff. Poetka, by nadać tekstom pewien wyraz dodaje tu i ówdzie „kurwę” albo „kurwę flaka” [nie wiem co to, ale ufam doświadczonej kobiecie-artystce, że wie o czym pisze]. Czasami w tekście można przeczytać zwykłe: „pocałuj mnie w dupę”. Dla przykładu:

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_03_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: marzec 2010

Page 2 of 63

W.A. Grzeszczyk Łukasz Jasiński Zbigniew Joachimiak Krzysztof Jurecki Katarzyna Karczmarz Roman Kaźmierski Marcin Królik Andrzej Jerzy Lech Marek Ławrynowicz Przemysław Łośko Dariusz Magier Roberto Michel Joanna Mieszkowicz Janusz Najder Krzysztof Niemczycki Stanisław Obirek Edward Pasewicz Dariusz Pawlicki Robert Rutkowski Jan Siwmir Tomasz Sobieraj Wioletta Sobieraj Jan Stępień Andrzej Tchórzewski Janusz Termer Marek Trojanowski Joanna Turek Igor Wieczorek Bohdan Wrocławski Adam A. Zych ORAZ J.W. Goethe Jarosław Hašek S.I. Witkiewicz ____________________

Ty zdrajczyni! Ty zbawicielsko Moja! Czemu mnie opuszczasz w tej dolinie Padlinie. Zamiast trwać tu przy mnie I słuchać jak we mnie burczy flak, przelewa się moje życie wewnętrzne Z nieszczęścia w nieszczęście, którego jesteś powołana być świadkiem Korusiu srusiu! I nie ma dla ciebie innych powołań kurwa flak! [pieśń Meter. Ty zdrajczyni] Albo: Struchlałe ze strachu stoi zamarłe z opuszczenia, jelita żołądek serce ścięte w lodowaty supeł, na twarzy krzywy uśmieszek ironii wobec tej kretynki który już jej zostanie na lata jako znak wyższej inteligencji i ogólnego pocałuj mnie w dupę [przyszła pora, gdy córka] Tomik ma osobliwy układ formalny. Podzielony został na kilka części. Każda opatrzona została tytułem. Ale próżno szukać w książce spisu treści, który ułatwiłby orientację w gmatwaninie różnej rangi nagłówków. Mała uwaga dla wydawnictwa: odpowiedzialną za typografię. natychmiast zwolnić osobę

Wydawca zamiast spisu treści umieścił na końcu książki siedemnastostronicową analizę bigosu poetyckiego Bożeny Keff, pod którą podpisały się: Maria Janion Izabela Filipiak Która z pań pisała a która dyktowała? – Tego się nie dowiadujemy z analizy. Dowiemy się natomiast, że: „matka z Utworu o Matce i Ojczyźnie jest polską Żydówką, która jedyna z całej rodziny przeżyła Holokaust”. Na tym poziomie interpretacji pojawia się pewna nieścisłość. Być może jest ona skutkiem nieuwagi, może prowokacją. Trudno o tym przesądzić. W każdym razie Janion & Filipiak pomijają motyw ósmego pasażera Nostromo. Motyw istoty obcej – kosmicznego szkodnika z wysuwaną szczęką i kwasem zamiast krwi nie może zostać pominięty w analizie poezji Bożeny Keff. W wierszu „Statek Nostromo” czytamy: Dekadę później bunty zeszły głęboko pod glebę rodzinnego życia, które zapanowało jako wybawienie od rodzinnego/ życia. Ripley jest teraz dorosła, wiele się zmieniło lecz w sumie niewiele, a poza tym świetnie się toczy życie na pokładzie rodzinnego statku. Alien jest w składzie/ załogi. [Statek Nostromo] „Alien w składzie załogi” pojawia się na 26. stronie tomiku. Do końca książki, czyli przez pięćdziesiąt trzy strony nie zaatakuje on „matki z Utworu o Matce i Ojczyźnie”. Dlatego też uzasadnione będzie rozszerzenie interpretacji Janion & Filipiak: matka z „Utworu o Matce i Ojczyźnie” jest polską Żydówką, która jedyna z całej rodziny przeżyła Holokaust oraz atak Aliena, ósmego pasażera Nostromo.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_03_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: marzec 2010

Page 3 of 63

Panie Janion & Filipiak mimo podjętego trudu (częstotliwość używania fraz: „Żydówka matka, Holocaust” – jest w tej kilkunastostronicowej analizie imponująca), nie są wstanie przekonać czytelnika, że lektura tomiku Bożeny Keff to przygoda z literackim bigosem, do którego autorka wrzuciła wszystko co miała w swojej literackiej kuchni. Połączenie na jednej przestrzeni literackiej – a tak jest przecież odbierany tomik – tolkienowskiego Hobbita z Mieczysławem Rakowskim jest piramidalnym głupstwem, z którym może się równać tylko koktajlowa kombinacja wędzonej szprotki z truskawkami i winem za 4,50 zł za butelkę. Bożena Keff, Utwór o Matce i Ojczyźnie, Korporacja Ha!art, Kraków 2008.
Poleć to w Google

Recenzja: Olga Tokarczuk PROWADŹ SWÓJ PŁUG PRZEZ KOŚCI UMARŁYCH
Autor: Wioletta Sobieraj Znana i ceniona polska pisarka, najczęściej tłumaczona i wydawana za granicą, napisała kolejną powieść. Tym razem, jak sama ją nazywa, jest to thriller moralny. I rzeczywiście – trudno odmówić autorce racji, ale w zupełnie innym kontekście, niż by sobie tego sama życzyła. Z kartek jej książki, owszem, wieje grozą, niestety nie z powodu sprawnie poprowadzonej akcji, pełnej mrocznych meandrów i zwrotów, tajemniczej atmosfery, barwnych, pełnokrwistych postaci, bo te zdecydowanie wypadły blado, ale z powodu braku rzemieślniczych umiejętności w konstruowaniu takich powieści, a określenie „moralny” zakrawa na kpinę, zwłaszcza w odniesieniu do działań głównej bohaterki – Janiny Duszejko – obrończyni zwierząt i jedynej sprawiedliwej na całym Płaskowyżu w Kotlinie Kłodzkiej z licencją na…, ale na co – to zostawiamy już dociekliwemu czytelnikowi, który niezrażony tą recenzją postanowi przeorać się przez to kuriozalne dzieło. W swojej powieści autorka postanowiła rozprawić się przede wszystkim z myśliwymi, którzy to osobnicy znajdują przyjemność w zabijaniu zwierząt. Uważam, że temat jest ważny i godny dobrego pióra. Doskonale pamiętamy świetne opowiadanie Bohumila Hrabala „Najpiękniejsze oczy” z tomu „Święto przebiśniegu” – kilkustronicowe, bezpretensjonalne i arcywzruszające, w którym poznajemy krótką historię życia sarny, z jej punktu widzenia. Nie jest to ani „thriller”, ani tym bardziej „moralny”, za to genialna miniatura literacka. Po przeczytaniu tego opowiadania los zwierząt na pewno staje się bliski, a wrogość do myśliwych rośnie – ich postępowanie podlega jednoznacznej ocenie. Natomiast w powieści Olgi Tokarczuk stykamy się ze zwierzętami już nieżyjącymi albo ogarniętymi żądzą zemsty – jedno i drugie w schematycznym ujęciu i nie robi wrażenia; bohaterce giną dwa psy, które do tej pory biegały bezpańsko po całej okolicy, co nie budziło jej obaw o życie dzikich zwierząt, a chyba nie trzeba wielkiego intelektu, żeby wiedzieć, jakie zagrożenie dla zwierzyny stanowią psie włóczęgi. Ta obrończyni zwierząt, niestety, niewiele o nich wie. Na przykład beztrosko wypuszcza hodowlane lisy na wolność. Tylko jak one na tej wolności mają przeżyć? Nie wiadomo. Zoologiczną ignorancję autorka próbuje zastąpić skrupulatnie zebranymi wiadomościami o procesach wytoczonych w przeszłości naszym braciom mniejszym. W jednym z listów do policji, jakie pisze główna bohaterka, czytamy m.in. o pszczołach, które w 846 roku w Wormacji zostały skazane na śmierć przez uduszenie, za to, że pozbawiły człowieka życia. W innym procesie pozwano szczury, które jednak uniewinniono z powodu niemożności zapewnienia im bezpieczeństwa przy doprowadzeniu na salę rozpraw. Ten ostatni precedens miałby przemawiać na korzyść saren, które, według bohaterki, zabijają bezdusznych myśliwych i, co więcej, mają do tego prawo! Szkoda, że tak ważny moralnie temat został potraktowany z jednej strony ze zbędną historyczną skrupulatnością, a z drugiej z brakiem elementarnej wiedzy o zwierzętach. Zdecydowanie zabrakło w

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_03_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: marzec 2010

Page 4 of 63

powieści ducha, który ożywiłby zarówno wydarzenia, jak i papierowe postacie. Teraz przyjrzyjmy się Janinie Duszejko – narratorce i bohaterce w jednym. W zamierzeniu Olgi Tokarczuk jest zapewne postacią pozytywną, a może nawet alter ego samej autorki. Janina Duszejko to kobieta pięćdziesięcioparoletnia, obarczona wieloma wadami, aż chciałoby się powiedzieć ludzki z niej człowiek – sam niedoskonały i tak pięknie rozgrzeszający innych. W pierwszym zdaniu dowiadujemy się, że bohaterka z powodu wieku powinna wieczorami porządnie myć nogi, na wypadek, gdyby w nocy miało zabrać ją pogotowie. Niestety, nie wiemy, czy to robi, ale poznając ją bliżej i jej głęboką niechęć do higieny (brudne paznokcie u rąk, niemycie zębów i nieprzebieranie się przed snem, bałagan w domu, w którym nie można nic znaleźć) dochodzimy do wniosku, że raczej chodzi spać brudna. Jedyne odstępstwo czyni raz w tygodniu na rzecz czystego ubrania (nie mylić z czystym ciałem), makijażu i staranniejszej fryzury – wtedy idzie do pracy do szkoły, gdzie z pełnym zaangażowaniem, w przeciwieństwie do innych nauczycieli, uczy języka angielskiego dzieci do lat dziesięciu – powyżej tego wieku są „bardziej obrzydliwe niż dorośli”, więc traci nimi zainteresowanie, a one z kolei tracą indywidualność, co dla bohaterki jest nie do przyjęcia. Nie bardzo wiadomo, jak to zamiłowanie do ludzkiej indywidualności ma się z inną jej teorią, że „trzeba mówić ludziom, co mają myśleć, nie mam innego wyjścia, inaczej zrobi to kto inny”. I tu ujawnia się kolejna cecha pani Duszejko, a może i całej powieści Olgi Tokarczuk – brak konsekwencji i nierozumienie rzeczywistości. Pierwszy z brzegu przykład: w jednej ze scen kobieta parzy czarną herbatę dla siebie i gościa (ortodoksyjnie pija tylko czarną, jakby inne szkodziły), ale w efekcie podaje kawę; mieszka na odludziu, w otoczeniu gór i lasów, i dziwi się, że sarny zimą podchodzą blisko pod ludzkie siedziby; według niej śnieg najszybciej topnieje w lesie (pani Duszejko, inżynier od budowy dróg i mostów, oprócz języka angielskiego, uczyła kiedyś również geografii), a zaorana ziemia zimą jest cieplejsza od tej porośniętej trawą. Wiele tam podobnych problemów, w sam raz dla czwartoklasisty. Prawda, że wieje grozą? Olga Tokarczuk obdarza swoją bohaterkę „syndromem Leniwej Wenus” (pani Duszejko zaniedbuje się i ponoć nie wykorzystuje swoich możliwości) i jednocześnie każe jej działać pod wpływem Gniewu. Gniew to uczucie, które doczekało się w powieści teoretycznej wykładni. Dowiadujemy się, że dzięki niemu umysł staje się jasny i przenikliwy i widzi się więcej; z Gniewu bierze się wszelka mądrość, On zaprowadza porządek i przywraca dar Jasności Widzenia. Nic, tylko wynieść gniew jako kategorię moralną do rangi najwyższej wartości. Ale owa teoria gniewu dotyczy tylko głównej bohaterki, bo gniew innych bohaterów – jest niesłuszny. Jedynie wobec niej sprawdza się to, co mówi „nasz Blake” (kilkakrotnie czytamy o naszym Blake’u, tylko nie wiemy, jakiej części wtajemniczonych czytelników ta naszość dotyczy): „prawdą jest, że kto czuje gniew, a nie działa, szerzy zarazę”, więc Janina Duszejko, nie mając innego wyjścia, działa. Działa w imię obrony praw zwierząt, a właściwie przeistacza się w anioła zemsty, chociaż anioły nie cieszą się jej przychylnością, bo według niej, jeżeli istnieją, to albo zrywają z nas (ludzi) boki ze śmiechu, albo stoją po niewłaściwej stronie. Niestety, ten powieściowy Gniew ma wymiar jedynie teoretyczny, jest blady jak świeżo umyte nogi Janiny Duszejko. My czytelnicy zupełnie go nie czujemy. Po niewłaściwej stronie, w świecie Janiny Duszejko, stoi również Bóg, bo świat nie został stworzony dla człowieka, ku jego wygodzie i przyjemności – jak stwierdza pani inżynier w pewien zimowy poranek. Poza tym Bóg nie byłby w stanie unieść takiego cierpienia (ta kategoria dotyczy w powieści jedynie zwierząt, ludzi pomijamy), „tylko maszyna byłaby w stanie udźwignąć cały ból świata. Tylko maszyneria prosta, efektywna, sprawiedliwa. Więc słowo »Bóg« biorę w cudzysłów” – odważnie wyznaje orędowniczka braci mniejszych, z pominięciem jednak żab. Żaby są paskudne – „obrzydliwa jest ta siła, która kazała wchodzić Żabom jedne na drugie i bez końca kopulować w stawie Matogi”. Czyżby ta obrzydliwa siła to cudzysłowowy Bóg? To z pewnością kolejny argument przemawiający za tym, że ta książka to swoiście pojmowany thriller moralny. Jeśli chodzi o akt kopulacji zwierząt, do których i człowiek się zalicza, to przychodzą mi do głowy jeszcze psy, tak bezczelnie uprawiające ten niecny proceder na oczach wszystkich. Ale

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_03_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: marzec 2010

Page 5 of 63

Olga Tokarczuk w tej kwestii zachowuje daleko posuniętą czujność – w powieści swobodnie biegają tylko suki, a te, jak wiadomo, na siebie seksualnie nie nastają. Natomiast ludzie zabawiają się pod kołdrą, tak jak Janina Duszejko. Robiła to już z protestantem i z katolikiem, ale najwyraźniej ci mężczyźni się nie sprawdzili – szczęśliwie, kolejny okazał się ateistą, nie wiemy, czy żonatym. Zaprosiła go pod kołdrę, ale „ponieważ nie jestem Czułostkowa ani Sentymentalna” – mówi – „nie będę się nad tym dalej rozwodzić”. Pewnie dobrze było – zgadujemy, i cieszy czytelnika, że w sumie można dopuszczać się tych żabich „obrzydliwości”, byle nie z katolikiem czy protestantem (bo to marni kochankowie); grunt, żeby po cichutku i pod kołderką. Amen. Ot, thriller moralny rozgrywający się w łóżku emerytowanej pani inżynier. Gniew, poparty cytatami z Williama Blake’a, przywodzącymi na myśl dawne makatki z ludowymi mądrościami (np.: „Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”, albo – „Na świętego Hieronima jest śnieg albo go ni ma”, w powieści zaś czytamy: „Beczenie, Wycie, Ryk, Szczekanie/ To jak o pomoc łomotanie”, albo: „Wypytujący z chytrą miną siedzi. Sam jednak nigdy nie zna odpowiedzi”) miał usprawiedliwiać działania pani Duszejko. Natomiast Astrologia miała ją w tych działaniach wspierać. Astrologia, oczywiście pisana w powieści przez wielkie A, kładzie się cieniem na całym świecie przedstawionym, można nawet zaryzykować twierdzenie, że nie Janina Duszejko, nie bezbronne zwierzęta, słuszny czy niesłuszny Gniew, tylko właśnie Astrologia jest w tej powieści najważniejsza, że wszystko zostało jej podporządkowane – krótko mówiąc, jest to pean na jej cześć. Wyjątkowa nadgorliwość Olgi Tokarczuk w podejściu do astrologii powoduje, że owa pseudonauka przeradza się mimochodem we własną karykaturę. Na stronie 72 po długim wywodzie na temat astrologii, działającej narkotycznie na swoich adeptów, czytamy: (…) „najmniejszy nawet fragment świata związany jest z innym skomplikowanym Kosmosem korespondencji, które trudno jest przeniknąć zwykłemu umysłowi. Tak to działa. Niczym japońskie auto”. Prawda, że to japońskie auto chwyta za serce, zważywszy, że Janina Duszejko swój samochód (japoński!) nazywa pieszczotliwie Samurajem i czuje się z nim emocjonalnie bardzo związana? Ów samochód wie, kiedy się zatrzymać, co ominąć, kogo obryzgać błotem: „Jest to pewna lojalność. Jak się żyje razem tyle czasu i jest się na siebie nawzajem zdanym, rodzi się coś w rodzaju przyjaźni”. I tu uważnemu czytelnikowi przychodzi do głowy kolejna myśl. Jak to się dzieje, że bohaterka, która nienawidzi piły czy kosiarki do trawy, bo to zbrodnicze narzędzia, tak roztkliwia się nad samochodem? Przecież tyle zwierząt i ludzi (chociaż o ludzi w tym thrillerze moralnym mniejsza) ginie każdego dnia pod kołami samochodów. Ale widać ten aspekt moralny umknął uwadze autorki, zresztą nie pierwszy i nie ostatni. Ustępów poświęconych astrologii w powieści jest bardzo dużo, więc zainteresowanych odsyłam bezpośrednio do książki, uprzedzając, że i tak miejscami albo są nudne, albo niewiele można z tego zrozumieć bez podstawowej wiedzy z tej dziedziny. Ufamy jednak, że Olga Tokarczuk wie, o czym pisze, bo konsultowała się z Leszkiem Weresem (informuje o tym na końcu książki), polskim autorytetem od czytania przyszłości w gwiazdach. A jeśli ktoś poczuje się zażenowany swoją ignorancją w tym zakresie, to proszę się nie martwić, i o to Olga Tokarczuk zadbała, przypominając czytelnikowi co jakiś czas o Najważniejszej Książce pod Słońcem, mianowicie o „Efemerydach planet. 1920 – 2020” (pozwalamy sobie złośliwie zauważyć, że pachnie to kryptoreklamą). Janina Duszejko wyznaje, że właśnie „Efemerydy” wzięłaby na bezludną wyspę i za pomocą suwaka logarytmicznego stawiałaby horoskopy na lewo i prawo. Pytanie – komu? – pozostaje bez odpowiedzi. Ale póki nie jest na bezludnej wyspie – uwaga: „bez dotacji unijnych”! prowadzi badania nad datami urodzin i śmierci, a że datę swojej śmierci zna, czuje się kobietą wolną. I korzysta z tej wolności, wulgaryzując swoimi działaniami w słusznej sprawie słynne Kantowskie zdanie: niebo gwiaździste nade mną, a prawo moralne we mnie. Drugi teren jej poważnych badań to analiza wpływu gwiazd na programy telewizyjne: „Tym razem uważnie analizowałam program telewizyjny możliwie największej liczby kanałów i badałam współzależności między treścią filmów wyświetlanych danego dnia a konfiguracją Planet. Wzajemne związki były bardzo wyraźne i wydawały się oczywiste. (…)Zauważyłam na przykład, że pewien film o tytule „Medium”, bardzo poruszający i dziwny, pojawiał się w telewizji, kiedy tranzytujące Słońce wchodziło w jakiś aspekt do Plutona i Planet w

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_03_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: marzec 2010

Page 6 of 63

Skorpionie. (…) Podobne prawidłowości udało mi się zaobserwować w przypadku serii filmów o Obcym, tym statku kosmicznym. Tutaj wchodziły w grę subtelne zależności między Plutonem, Neptunem i Marsem. Gdy tylko Mars aspektował jednocześnie te dwie powolne Planety, telewizja powtarzała którąś część „Obcego’. Czy to nie fascynujące?” Aha, i jeszcze jedno – bohaterka postuluje wprowadzenie astrologii do szkół policyjnych! Co tak nieśmiało?! A może do szkół w ogóle! Taka astrologia mogłaby z powodzeniem zastąpić znienawidzoną historię, fizykę czy geografię. Jednak coś za coś – suwak logarytmiczny bezwzględnie do opanowania i na dodatek matematyka. Na szczęście o obowiązkową matematykę na maturze zadbały już władze oświatowe, więc pierwszy krok zrobiony. Niestety, na drodze głównej bohaterki stoi znienawidzona Ironia; wydaje się groźniejsza nawet od myśliwych. Postacie negatywnie postrzegane przez Janinę Duszejko albo uśmiechają się ironicznie, albo ironicznie mrużą oczy (jak wredny kłusownik po śmierci), albo mówią sarkastycznie i od razu wiemy, że mamy do czynienia z wrogimi, demonicznymi siłami. „Tego najbardziej nie lubię u ludzi – zimnej ironii. To bardzo tchórzliwa postawa; wszystko można obśmiać, poniżyć, w nic się nigdy nie zaangażować, z niczym nie poczuć się związanym”. W tym miejscu pozwalamy sobie zauważyć, że pani Duszejko, alter ego(?) Olgi Tokarczuk, myli ironię z cynizmem. A potępiając w czambuł ironistów za ich podły język, za „triwia i banalia”, potępia niemałą część literatury, zarówno polskiej jak i światowej. Ot, pierwsze z brzegu przykłady: Słowacki, Norwid, Prus, Reymont, Witkacy, Gombrowicz, a nawet Szymborska (ale to jeszcze ciepła ironistka, więc może jest w porządku). W powieści słyszymy dużo o tym, jak to u naszych południowych sąsiadów jest dobrze, ludzie mili i przyjaźnie nastawieni. Tak, na szczęście tacy ironiści, jak Karel Čapek i Jarosław Hašek już nie żyją. I rzeczywiście, gdyby tak odchudzić historię literatury światowej o Arystofanesów, Horacych, Dickensów itd. gwiazda Olgi Tokarczuk zajaśniałaby pełnym blaskiem na literackim nieboskłonie. Mimo to Olga Tokarczuk robi wyraźny ukłon w stronę ironistów – chociaż nie lubi, to do końca nie lekceważy. Więc żeby nie narzekali, że w jej thrillerze brakuje elementów prawdziwej grozy, wprowadza do swojej powieści demony, które Janina Duszejko bezbłędnie rozpoznaje po zarośniętych włosami stopach. Stopy także doczekały się gruntownych badań i równie gruntownej teorii: „Stopy są najbardziej intymną i osobistą częścią ciała, wcale nie genitalia, nie serce” – czytamy w książce – „nie mózg, narządy bez istotnego znaczenia” (sic!), „które zbyt wysoko się ceni. To w stopach kryje się cała wiedza na temat Człowieka, tam spływa z ciała ważki sens tego, kim naprawdę jesteśmy i jak odnosimy się do ziemi. Stopy to są nasze wtyczki do kontaktu. A teraz te nagie stopy były dla mnie dowodem jego innego pochodzenia. Nie mógł być Człowiekiem. Może był czymś w rodzaju demona. Istoty demoniczne inaczej pieczętują ziemię”. Pani Duszejko oczywiście ma znacznie większy pakiet „genialnych” teorii, którymi chętnie dzieli się z czytelnikiem, ale przecież naszym zadaniem nie jest psucie mu przyjemności w ich poznawaniu. Na zakończenie pozwolimy sobie zrobić jeszcze kilka uwag. Postać Janiny Duszejko wydaje się być skrojona na wyraźne czytelnicze zamówienie – starsza kobieta, nie pozbawiona wad, ale i „cennych” zainteresowań astrologią, żyjąca za pan brat z telewizją. Telewizja ją uspokaja (oj, bałamutne stwierdzenie!), dzięki niej kobieta zna numer na policję (zgrabne podkreślenie misyjnej funkcji telewizji, zwłaszcza w okresie wzmożonej batalii o abonament), a do szczęścia potrzebuje jedynie, żeby uruchomiono kanał „TV Wpływy Kosmosu”. Kolorowych czasopism unika, bo wpędzają ją w kompleksy (najprawdopodobniej młodość okładkowych piękności), a poczucie niższości w kontaktach z ludźmi i tak ją prześladuje, więc po co je dodatkowo pogłębiać. My, ze swej strony, myślimy jednak, że z tym poczuciem niższości pani Duszejko trochę nas kokietuje. Przecież nie do każdego nauczyciela podstawówki byli uczniowie zwracają się – „pani profesor”, co, naszym skromnym zdaniem, i w odniesieniu do nauczycieli szkół średnich wypada śmiesznie, ale co tam. Jej słabością są zwierzęta, zwłaszcza psy, więc kiedy giną bez wieści, rozpoczyna się akcja tego pseudothrilleru moralnego, bo prawdziwy thriller moralny to co najwyżej rozgrywa się w głowie bohaterki, którą męczą senne koszmary. Ale i na to Janina

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_03_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: marzec 2010

Page 7 of 63

Duszejko ma niezawodny patent i w tej jednej jedynej kwestii zupełnie się z nią zgadzamy, i polecamy go poważnej rozwadze wszystkim niezdecydowanym czytelnikom, którym talent Olgi Tokarczuk nie zrobił jeszcze wody sodowej z mózgu, jak telewizja – milionom oglądających ją kobiet (w pewnym wieku): „Stary sposób na senne koszmary jest taki, że trzeba je opowiedzieć na głos nad otworem ubikacji, a potem spuścić wodę”. Z przykrością stwierdzamy, że na nic innego nie zasługuje również najnowsza powieść o karkołomnym tytule „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, która w naszej ocenie nie jest tworem nieskrępowanej wyobraźni, jak chciałaby autorka, tylko efektem telewizyjnej edukacji (gadające głowy), niedociągnięć warsztatowych i intelektualnej hochsztaplerki, ale to nie dziwi u kogoś, kto zdaje się mieć w pogardzie „głupie i sztywne reguły rozumu,” których niezbyt udany literacki „romans” z Williamem Blake’em nie zastąpi. Chyba, że Oldze Tokarczuk, poza paniami w pewnym wieku, które od urodzenia są przyzwyczajone przyjmować wszystko na wiarę, na innych czytelnikach nie zależy. I w ogóle nie ma większych ambicji, a to zamieszanie wokół niej i wynoszenie jej na szczyty współczesnej polskiej literatury jest jedynie dziełem krytyków, dla których na bezrybiu i rak ryba. Przecież każdemu wolno pisać. Z drugiej strony promowanie zabobonu, ciemnoty, lenistwa, niedouctwa jest zastanawiające – kiedyś z tym „cnotami” walczono. Teraz, w dobie upadającej oświaty, widać coraz śmielej wypływają na wierzch. Szkoda, że w przypadku tej powieści właśnie one mają decydować o czytelniczej atrakcyjności. Przecież nie można nie zauważyć negatywnych skutków takiego zabiegu. Bohaterka nad wyraz szczodrze wyposażona w owe „cnoty” nie jest przekonująca, a do tego, podobnie jak wspomniana wcześniej astrologia, wypada karykaturalnie, z wielką stratą dla tak ważnego społecznie problemu jak mordowanie zwierząt, a jesteśmy głęboko przekonani, że Oldze Tokarczuk na osiągnięciu takiego efektu nie zależało.
Olga Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2009.
Poleć to w Google

Poezja: Jan Siwmir WIERSZE SUBIEKTYWNIE WYBRANE
Troja
Tomaszowi Sobierajowi

O czym mam wam opowiedzieć, kiedy tak siedzimy przy stole pełnym wódki, zakąsek, sernika i tureckich delicji? Czekacie na wrażenia z podróży, a ja nie wiem, którą historię wybrać. O królu Menelaosie, co naiwnie zaufał? O kawałkach sznura na rękach Heleny? Parys przecież musiał skrępować ręce swojej ukochanej, tak, dla niepoznaki, żeby świat nie mógł nazwać jej dziwką. A może chcecie usłyszeć o kolczykach całujących jej uszy, zdumionych miękkością ciała, szeleszczących na wietrze jak starożytne dzwoneczki? Pragnąłem wziąć ją za rękę, zsunąć naszyjnik, delikatnie dotykając ramion, splątać nasze włosy, zastąpić słońce liżące rozgrzaną skórę szyi. Przemknąć wśród jej niedomkniętych powiek na drugą stronę naszych oddechów, upić się niedosytem

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_03_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: marzec 2010

Page 8 of 63

i spełnieniem. Lecz tylko odwróciłem wzrok, schodząc ze wzgórza, uciekając od samego siebie w bezpieczne, sprawdzone marzenia. Wybaczcie bogowie, stchórzyłem, bo nie ma już Troi mogącej nas przygarnąć, nie ma króla Priama. Co gorsza, objuczone kamieniami, dyszące zazdrością greckie wojska zemsty od wieków czają się w cynicznym uśmiechu każdego z was.

Efez W całym kraju powietrze drga echem minionych erupcji. Pył unoszący się w słońcu zakrywa nagie ciała zwalniając oddech, a potem rytmicznie przyspiesza pomiędzy udami. Falujące powietrze zaczyna rozmywać kształty ruin, gdzieś słychać miauczenie kota, nawoływania przewodników, podniesione z irytacji wielojęzyczne głosy . Tysiące sandałów powtarza tu krok po kroku. Słyszysz to, nie słysząc jednocześnie. Otwierasz usta i czekasz aż wchłonie cię żar, trzymając delikatnie za ramiona. Przez chwilę czuć słony zapach spalonej w słońcu trawy, ciepły powiew głodnej od pragnień ziemi. Nieostrożnym ruchem strącasz niedawno odkopany kawałek dzbana. Delikatny stuk zabrzmiał jak dalekie, antyczne dzwony . Horyzont rozkołysał się rydwanem w galopie. Zatrzęsło, zadrżało. Lecz już po chwili nic nie ma. Odjechał. Przyciskasz gliniane skorupy do twarzy, kalecząc dłonie i szeptem dziękujesz za to, że trzęsienia ziemi wciąż jeszcze są możliwe. Jan Siwmir, 2009
Poleć to w Google

Strona główna Subskrybuj: Posty (Atom)

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_03_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2010

Page 1 of 63

Udostępnij

Zgłoś nadużycie

Następny blog»

Utwórz bloga

Zaloguj się

KRYTYKA LITERACKA
pod redakcją Witolda Egertha i Tomasza Sobieraja ● ISSN 2084-1124 LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA ______________________________________________________________________
Spis treści
► 2012 (8) ► 2011 (78) ▼ 2010 (41) ► grudzień (5) ► listopad (8) ► październik (4) ► wrzesień (5) ► sierpień (1) ► lipiec (1) ► czerwiec (3) ► maj (3) ▼ kwiecień (4) Recenzja: Tomasz Sobieraj OGÓLNA TEORIA JESIENI Recenzja: Sz. Weiss, T. Dostatni W DWÓCH ŚWIATACH Rozważania: Józef Baran CZARODZIEJE SŁOWA I „SZMIR... Poezja: Robert Rutkowski ŁOWIENIE SPOD LODU ► marzec (3) ► luty (2) ► styczeń (2) ► 2009 (4) ____________________ _ Adres do korespondencji t.sobieraj@wp.pl

Recenzja: Tomasz Sobieraj OGÓLNA TEORIA JESIENI
Autor: Janusz Najder Konwencją dzisiejszej epoki literackiej stał się antykonwencjonalizm, polegający na odrzuceniu wartości intelektualnych, estetycznych i moralnych. Szanujący się pisarze, a szczególnie poeci, za punkt honoru stawiają sobie, aby ich wytwory były napisane nieudolnie i niejasno, co, jak sądzę, nie przychodzi im z trudnością. Dlatego za każdym razem, gdy biorę do ręki nową książkę Tomasza Sobieraja, zdumiewa mnie i cieszy jednocześnie, że nie podąża on za wszystkimi w jedynie słusznym kierunku, ale z uporem trwa przy wartościach dzisiaj niemodnych, i zamiast zachwycić krytykę fajerwerkiem egzystencjalnych banałów ułożonych w zdania proste i nieporadne imitujące intelektualną głębię, pisze kolejny utwór, który z powodu wysokiej kultury literackiej najpewniej zostanie usunięty poza nawias współczesnej literatury i skazany tym samym na byt endemiczny. Najnowsza książka Sobieraja, pod zagadkowym i nieco chłodnym, przez co mylącym tytułem „Ogólna teoria jesieni”, jest zbiorem opowieści, miniatur układających się w chronologiczny (jeśli nie liczyć antecedencji „Babiego Lata”) i logiczny ciąg. Każda z tych historii może być samodzielnym utworem literackim – mikropowieścią czy krótkim opowiadaniem, ale zebrane w jednym tomie stanowią powieść (w końcu gatunek to otwarty, tworzący wciąż nowe odmiany), w której bohater, widziany oczami narratora, przechodzi wszystkie etapy życia, od narodzin po śmierć. I jak to w życiu przyzwoitych literackich bohaterów bywa, mamy tutaj do czynienia z erotyką, podróżami w miejsca tajemnicze i mało znane, sztuką, filozoficzną refleksją, historią i wieloma innymi, właściwymi powieści jako pojemnemu gatunkowi tematami, przedstawionymi w formie osobnych, często poetyckich obrazów. Poza tą nowatorską formą, można by rzec – zwyczajnie, jak u innych pisarzy. Ale czy aby na pewno? Gdzie bowiem jest różnica pomiędzy grafomanią a dziełem, pospolitością a błyskotliwością, nudziarstwem a pasją? Co czyni z Sobieraja jednego z najciekawszych pisarzy? Odpowiedź jest prosta: to talent i nieskrępowana wyobraźnia autora „Ogólnej teorii jesieni”, dzięki którym z banalnej rzeczywistości tworzy byty fantastyczne, pospolitą fizyczność zamienia w metafizyczność, budując współczesny mit. A czyni to z niezwykłą dbałością o formę i szczegół. Znakomity poeta i prozaik Józef Baran dostrzegł w „Ogólnej teorii jesieni” oprócz indywidualnego tonu jej autora, pokrewieństwo z Rilkem, Schulzem i Zagajewskim; podkreśłił też, że „jest w tej wysmakowanej prozie mnóstwo poezji”, poezji „zagęszczonej i tajemniczej”. Rzeczywiście, więcej jest poezji w prozie Sobieraja niż w jego wierszach, jak pisał J. Baran „nastawionych na realizowanie myśli”. Niewątpliwie, spośród muz nie tylko Kalliope patronuje tej książce. Każda z miniatur w „Ogólnej teorii jesieni” jest literacką impresją i eleganckim rozwiązaniem artystycznego zadania. Im bardziej się zagłębiamy w te opowieści, tym jest lepiej, błyskotliwiej, swobodniej. Czujemy przestrzeń i zmysłowość. Plastyka opisu pobudza wyobraźnię,

AUTORZY TEKSTÓW Józef Baran Klaudia Bączyk Mariusz Bober Jan Z. Brudnicki Maciej Cisło Michał Dec-Budziszyński Stanley Devine Marek Doskocz

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_04_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2010

Page 2 of 63

Witold Egerth Stanisław Esden-Tempski Piotr Grobliński W.A. Grzeszczyk Łukasz Jasiński Zbigniew Joachimiak Krzysztof Jurecki Katarzyna Karczmarz Roman Kaźmierski Marcin Królik Andrzej Jerzy Lech Marek Ławrynowicz Przemysław Łośko Dariusz Magier Roberto Michel Joanna Mieszkowicz Janusz Najder Krzysztof Niemczycki Stanisław Obirek Edward Pasewicz Dariusz Pawlicki Robert Rutkowski Jan Siwmir Tomasz Sobieraj Wioletta Sobieraj Jan Stępień Andrzej Tchórzewski Janusz Termer Marek Trojanowski Joanna Turek Igor Wieczorek Bohdan Wrocławski Adam A. Zych ORAZ J.W. Goethe Jarosław Hašek S.I. Witkiewicz ____________________

język iskrzy, cieszy bujnością, brakiem chropowatości i pospolitości. Nie ma tu eksperymentów ani stylizacji (z wyjątkiem jednego fragmentu w rozdziale „Attyla, Gniew Boży”), słowa płyną niczym rzeka, raz spokojnie, cicho, by za chwilę zamienić się w spienione katarakty, za którymi roztacza się nowy widok; rozlewa się leniwie, grzeje fale w słońcu, by po chwili runąć wodospadem i zadziwić mocą. Język Sobieraja to żywioł, z którym autor radzi sobie z lekkością, niekiedy wręcz brawurowo. Jednak, gdyby chcieć z nim popłynąć, trzeba pamiętać, że nie jest to wyprawa dla każdego, bowiem wymaga przygotowania – bez pewnej, także pozaliterackiej erudycji, umysłowej niezależności, smaku, ta egzotyczna podróż może przerosnąć siły przeciętnego czytelnika. Wracając w spokojniejsze rejony, wolne od (usprawiedliwionej) egzaltacji krytyka można powiedzieć, że „Ogólna teoria jesieni” jest niczym pudełko wybornych wiedeńskich czekoladek. Każda o innym smaku, kształcie, wielkości, każda wywołująca inne skojarzenia, obrazy, myśli, a nawet skryte gdzieś głęboko w podświadomości instynkty. Stosując porównanie z jeszcze bliższej mi dziedziny, to opowieść skomponowana jak muzyczne dzieło. Bo wielka literatura jest jak wielka muzyka – za każdym razem, gdy nas uwodzi i pochłania, odkrywa nowe istności. A książki Tomasza Sobieraja podlegają prawom właściwym wszystkim wielkim dziełom – każdy do nich powrót to nowe odkrycie, to inaczej odczuwany smak, to kolejna odsłonięta warstwa znaczeń. Dlatego, by tę książkę zrozumieć, by móc ją w pełni poznać i, w konsekwencji, cieszyć się jej urodą, trzeba wracać do niej wielokrotnie. Tak jak wraca się do wszystkiego, co dobre. Jak do wiedeńskich czekoladek. Jak do Beethovena.

Tomasz Sobieraj, Ogólna teoria jesieni, Editions sur Ner, Łodź, 2010.
Poleć to w Google

Recenzja: Sz. Weiss, T. Dostatni W DWÓCH ŚWIATACH
Autor: Jan Siwmir Książka, która mnie rozzłościła. Lubię zadawać pytania, nawet jeśli nie prowadzą one do jednoznacznych odpowiedzi, ale jeśli już zadaje się pytania z gatunku fundamentalnych, to nie można zatrzymywać się w pół drogi, stanąć tam, gdzie po prostu jest wygodniej. Szewach Weiss, były ambasador Izraela i Tomasz Dostatni, dominikanin rozmawiają o... właśnie o czym? O wszystkim po trochu. Chaotycznie i przeskakując z tematu na temat, zgodnie z logiką bardziej lub mniej luźnych skojarzeń. W dodatku momentami nieprecyzyjnie. Weźmy taki fragment: „W religii żydowskiej nie można się rozejść, jeżeli mężczyzna nie chce się rozejść. Ale jednak to jest coś niesprawiedliwego. On może męczyć swoją żonę. On może być bandytą, złodziejem... Wstyd. Może powiedzieć: »Nie. Ona będzie moją do końca życia«. Mówi się w naszej modlitwie podczas wesela – ty jesteś mi poświęcona. To oznacza proces religijny, bardzo głęboki. To mężczyzna postanawia. To nie jest ślub cywilny. To jest ceremonia religijna. Dzisiaj w Izraelu nie mamy urzędów stanu cywilnego. Nasze prawo może takiego mężczyznę zmusić, aby dał get – rozwód swojej żonie. W każdym człowieku jest jakiś dualizm. Jest ten sprawiedliwy, dobry człowiek. I jest diabeł, szatan. A szatana możemy zmusić. Zdaje mi się, że Jean Jacques Rousseau przyjął coś z tego, mówiąc o woli prywatnej i woli ogólnej. I w tym sposobie myślenia narodził się totalitaryzm, bo Jean Jacques Roosseau był źródłem Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Potem była interpretacja Robespierre'a i innych. Trzeba zmusić ludzi, żeby byli wolni. Wyobraź sobie! Zmusić ich! Bo w każdym człowieku jest ten negatywny, który chce być niewolnikiem, któremu nie zależy na wolności. I jest ten pozytywny, który wie, że wolność to jest największy skarb człowieka, najwyższa wartość, najważniejsze

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_04_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2010

Page 3 of 63

przykazanie”. Od biedy można jeszcze pojąć analogię, ale czy mam rozumieć, że p. Weiss najpierw nazywa system totalitarnym, a potem go gloryfikuje? I jak to się ma do późniejszej krytyki systemu totalitarnego stworzonego przez Hitlera? Już nie wspomnę o dziwnej, delikatnie mówiąc, definicji wolności tudzież umieszczeniu jej na wierzchołku piramidy wartości, bo nie jest rzeczą recenzenta polemizować z czyimiś poglądami, ale takich niejasności i niedopowiedzeń w książce jest więcej. W jaki zatem sposób można zorientować się w poglądach obu panów? Formuła rozmowy zapowiadała się interesująco, niestety została zmarnowana przez dygresje, przemieszanie pojedynczych zdarzeń z bardziej ogólnymi spostrzeżeniami (tym bardziej, że jedne z drugich nie wypływały!), przez niepotrzebne dywagacje o drobiazgach, pośród których gubiła się myśl przewodnia. Jeżeli miał to być wyłącznie luźny zapis rozmów, promujący sylwetki obu panów, to szkoda na to 29.90 zł. Nic odkrywczego przecież w dziedzinę filozofii i etyki nie wnieśli. Jest to po prostu jeszcze jeden głos w sprawie Holocaustu, z pytaniami typu: ”Gdzie był wtedy Bóg?, Jak mógł do tego dopuścić? I jak teraz pogodzić wiarę w Niego z tym, co z tą wiarą się kłóci?” Wielu filozofów próbowało dać na to odpowiedź i ich karkołomne wyczyny do dziś są powielane. A dwie proste równoległe nigdy się nie przetną. Rzeczywistość jest jednym takim światem, myślenie życzeniowe człowieka (chcę żeby był ktoś nade mną, wszechmocny i sprawiedliwy) drugim. Najprościej można podsumować próby ożenienia faktów z religią w taki sposób: logika Boga nie jest logiką ludzką. Tak też wybrnęli z tego impasu obaj rozmówcy. (...) my patrzymy w kategoriach ludzkich, mamy prawo do sprawiedliwości, domagamy się jej. A Pan Bóg widzi tego człowieka trochę inaczej...”. Nihil novi sub sole. Od najmłodszych lat ojciec wpajał mi zasadę: jeśli teoria przeczy praktyce, to znaczy że coś jest nie tak z teorią. Zamiast zastanowić się czy w obliczu faktów, po czymś tak horrendalnie Złym jak Zagłada, idea Boga, takiego wszechmogącego, będącego źródłem Dobra, nadal może się sprawdzać, obaj panowie wymyślają setki pytań drugorzędnych i, jakby to ująć, na niższym szczeblu istotności. Nie kwestionują istnienia Boga, ale ponieważ jego wyobrażenie mocno w ich oczach podupadło, kwitują to jednym zdaniem: Panie Boże czekam na Twoją odpowiedź. I tak jak w przypadku każdego dysonansu poznawczego, w który wpadają ludzie wierzący chcący pogodzić naukę z wyobrażeniami, odsuwają na bok wszystko, co przeszkadza w wierze, skupiając się wyłącznie na tym, co wiarę wzmacnia. Gdzie był Bóg podczas wojny? W tysiącach drobnych gestów pomocy, w odruchach ratujących czyjeś życie, w bohaterstwie ludzi ginących w obronie innych ludzi. Można i tak. Dla mnie są to bezproduktywne rozważania, gdzie przyjmuje się jedną tezę a priori a potem dopiero szamoce się jak by ją obronić, jak by tu pogodzić w jej obrębie pewne sprzeczności i to najlepiej za pomocą logicznych argumentów. Być może warto takie książki wydawać w katolickim bądź co bądź kraju, być może znajdą się ludzie, którzy wierząc w Boga stoją przed podobnymi dylematami i będą czuli się usprawiedliwieni widząc, że nie tylko oni ale i mądrzejsi od nich nie znaleźli na nie odpowiedzi. Ta książka bowiem chyba już w zamierzeniach nie miała trafić do mózgu, lecz do serca, do emocji. „... zdaje mi się, że jesteśmy tak wychowani, że serce jest wszystkim. I używamy tego: oj serce mnie boli – wszystko serce, dookoła serca. (...) Że duchowo to jest miejsce, w którym się spotykam z Bogiem”. „Wolę ludzi, którzy patrzą sercem na drugiego człowieka, myślą sercem, niż takich czystych intelektualistów”. Wydaje mi się, że patrząc od tej strony zamierzenie udało się całkowicie osiągnąć. Teraz o lepszych stronach tej książki. Nie jest ich wiele ale są. Pochwała rodziny, taka solidna, ciepła, wyciskająca łzy w oczach. Opis bólu i rozpaczy jaki przechodzi każdy z nas po śmierci kogoś najbliższego i nie

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_04_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2010

Page 4 of 63

zawsze może dać sobie z nim radę. Interesujące rozważania o ciągłości pamięci, nie tylko jednostkowej ale pamięci zbiorowej, pamięci narodowej. Problematyka określenia czyjejś złożonej i wielorakiej tożsamości. A całość obrazowana anegdotami i ploteczkami o kulisach polityki, o jej obliczu, na które nakłada się twarze poszczególnych polityków a nie tylko ich decyzje. I jedno świetne zdanie o chaosie kulturowym, o tym że po II wojnie cały świat stał się absurdalny i surrealistyczny. I jeszcze, że nie można bojkotować wszystkich pokoleń bez końca za coś, co zrobili ich ojcowie i dziadkowie, choćby nie wiadomo jak było to okrutne. Podsumowując: to miała być pewnie książka o dwóch kulturach, żydowskiej i katolickiej, z podtekstami osobistymi Szewacha Weissa, który z racji swoich funkcji egzystuje zarówno w jednej jak i w drugiej. Wyszła zaś rozmowa o dwóch światach równoległych, z których jednego obaj panowie rozpaczliwie nie chcą przyjąć do wiadomości.

Szewach Weiss, Tomasz Dostatni, W dwóch światach, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2010.
Poleć to w Google

Rozważania: Józef Baran CZARODZIEJE SŁOWA I „SZMIRUSY”.
Zdarzali się w dziejach literatury pisarze na pokaz, fałszywi magowie, ot, chociażby Stanisław Przybyszewski, którego czar towarzyski zniewolił przez jakis czas nawet trzeźwego Boya-Żeleńskiego. Wypisywał peany na jego temat, zamykając z początku oczy na szmirowatość literacką. Po Przybyszewskim została dzięki Boyowi legenda. Utwory „smutnego szatana” przyprawione gęstym młodopolskim sosem mogą być dziś tylko przykładem najczystszej grafomanii, choć kiedyś były przez jego „dzieci” wynoszone pod niebo. Ja sam znam kilku co najmniej fałszywych magów: pozerów, tupeciarzy, ewidentnych hochsztaplerów, którzy znakomicie sobie radzą, „robiąc za poetów”, ba, sprawiając wrażenie, że są nie tylko więksi od siebie, ale w ogóle najwięksi. Jeden z nich, mieszkający we Wrocławiu (skądinąd bardzo go lubię), ma czar nie mniejszy od Przybyszewskiego. Jest zapraszany na różne imprezy, bo świetnie gra na organkach, bawi towarzystwo, recytuje jedne i te same wiersze napisane w latach siedemdziesiątych i jest uroczym kompanem. Aparycja, broda, teatralny głos – wypisz, wymaluj prawdziwy poeta. Ostatnio uwiódł swoim czarem pewnego biznesmena, wytwórcę wódek, który wyprodukował „Wódkę Poetów i Szwoleżerów” nazywającą się tak jak mój znajomy. Na reklamówkach wódki jest imponująca podobizna Mistrza z siwą brodą i wiersz: „Po co te słówka/ po co te gesty/ Chcesz być szczęśliwy/ spróbuj...” (tu następuje nazwisko rymotwórcy). Poszło na razie 20 tys. egzemplarzy (butelek), co prawie dziesięciokrotnie przewyższa wszystkie jego nakłady książkowe (wydał w sumie dwa cieniutkie zbiorki) i dało już niemałe tantiemy. Inny mag literatury z tego samego miasta, znany z przebojowości, był już wszędzie: w Izraelu, w Watykanie, w całej Polsce, założył parę rodzin, wslizgnął się do któregoś z biur przy prezydencie. Śmieszy, tumani, przestrasza – z dużym powodzeniem zresztą. Wiersze pisze bardzo średnie, ale nadrabia wszędobylstwem. Osobna kategoria fałszywych pisarzy to znakomicie funkcjonujący w Peerelu dygnitarze literatury, których zadaniem było sprawianie dobrego wrażenia. Krasomówcy, uczestnicy biesiad, delegaci na zjazdy i festiwale, przedstawiciele związku, przemawiacze, redaktorzy naczelni pism literackich, prezesi stowarzyszeń. Mieli swoje przekłady w demoludach, decydowali, wpływali, czuli się jak ryba w wodzie. Literatura była dla nich tylko dodatkiem, pretekstem. Bo ich pryncypium to znalezienie się przy stole pańskim, wejście w układy, przypochlebienie się władzy. Żyli i nadal żyją lepiej od prawdziwych poetów, którzy kiepsko przemawiali, źle

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_04_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2010

Page 5 of 63

się prezentowali, rzeczywistości nie lakierowali, żadnym dyscyplinom partyjnym się nie podporządkowali, ba, nie znali się na polityce, a w dodatku nie byli ozdobą salonów. Istnieje wreszcie u nas typ utytułowanego literata – znakomitego teoretyka i kiepskiego praktyka, za to uczenie komentującego swoje utwory. Kto naiwny, temu łatwo zamydlić oczy. Snobistyczna publiczność daje się niekiedy omamić sprawnemu marketingowi, reklamie. Talent poetycki jest jak wiadomo trudny do zmierzenia i zważenia. Poeci i krytycy w jednej osobie, robią wszystko, żeby zasugerować, że problematyka ich utworów jest otchłanna, a między metaforami kryją się Bóg wie jak odkrywcze treści. Takim poetą-krytykiem był w okresie międzywojennym Tadeusz Peiper, z którego nie zostało w poezji nic, choć dzięki swojej nadaktywności teoretyka sztuki nowoczesnej trafił do podręczników jako „papież awangardy”. W jednym z wierszy Norwida jest taka strofa: „Ty powiadasz: śpiewam miłosny rym...”/ Myślisz? że mnie oszukasz: / Nie czuję strun, drżących pod palcem twym – / jesteś poezji drukarz”. ... Jakkolwiek przy stole biesiadnym trudno wskazać, kto „drukarz”, a kto prawdziwy liryk, kryteria rozróżniania wciąż jeszcze istnieją i da się rozpoznać, które utwory są ile warte, gdy znajdą się pod lupą wytrawnego znawcy poetyckiego słowa. „Daj mi metaforę, a powiem ci, kim jesteś” – w tym zawołaniu któregoś z klasyków literatury jest może zbyt duża śmiałość, lecz i ziarno racji. Mistrza rozpoznaje się po jego języku. W poezji liczy się odkrywcze wiązanie słowa ze słowem w przedziwny bukiet. Liczą się wiersze, które są w stanie poruszyć – oryginalnym ujęciem tematu, nowym zestawieniem słów, skojarzeń, obrazów, a przede wszystkim autentyzmem. Gdy zza słów wyłania się prawdziwa twarz, a nie konwencjonalna maska – wtedy czuję, że autor ma mi coś ciekawego, czyli nowego do powiedzenia. Docieram do jego prawdy wewnętrznej i przebiegają mi po plecach ciarki, bo jestem blisko czyjejś intymnej Tajemnicy życia; bólu, radości, olśnienia, zauroczenia, zdziwienia... W dodatku wyrażonej jego i tylko jego słowami, niezapożyczonymi od innych. Bo przecież – każde niepowtarzalne czyli mocne przeżycie domaga się niepowtarzalnej formy, dopiero wtedy staje się w poezji prawdziwe...

Tekst pochodzi z książki „Przystanek Marzenie”, Zysk i S-ka, Poznań 2008.
Poleć to w Google

Poezja: Robert Rutkowski ŁOWIENIE SPOD LODU
kaliban
Pro. I pitied thee, Took pains to make thee speak, taught thee each hour One thing or other: when thou didst not, savage, Know thine own meaning, but wouldst gabble like A thing most brutish, I endow'd thy purposes With words that made them known: but thy vile race Though thou didst learn, had that in 't which good natures Could not abide to be wth; therefore wast thou Deservedly confin'd into this rock, Who hadst deserv'd more than a prison. Cal. You thought me language, and my profit on 't Is, I know how to curse: the red plague rid you, For learning me your language!

Shakespeare, The Tempest 1. drzewo najtrudniej

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_04_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2010

Page 6 of 63

nie widzieć drzewa ale drzewo rozumieć kaliban spotyka swoją myśl już wypowiedzianą dawniej była szczekaniem psa dźwiękiem łamanych gałęzi teraz kiedy umie nazwać wszystko czego potrafi dotknąć czuje się nieswojo uboższy o każde wypowiadane słowo mówi mało i rzadko jakby bał się że przestanie istnieć oddając się przedmiotom lub tej zdradliwej przestrzeni między słowami o której wie jedynie że istnieje czasem kiedy myśli spadają na niego jak drapieżne ptaki chciałby opuścić ręce wzruszyć ramionami ale patrząc na drzewo rozumie że powrotu nie ma 2. owoc żyjąc wśród ludzi kaliban stopniowo nabierał pewności że nie różni się od nich niczym zwierzę które oswajał w sobie pragnieniem człowieczeństwa w istocie okazało się człowiekiem od tamtej pory jego ulubionym zajęciem stało się udoskonalanie własnych rozczarowań słowa które dawniej kusiły go przestrzenią stawały się coraz bardziej duszne i obce przestrzeń wypełniła woda najtrudniej widzieć drzewo 3. angielskie wyjście kultura cię oszpeca — mówili — pozwól myślom rozpływać się w ustach zanim słowem staną w gardle chodź po wodzie od drzewa do drzewa

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_04_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2010

Page 7 of 63

w końcu wszyscy jesteśmy niewolnikami między bogiem a prawdą — mówili — after all there's always someone who introduces you a red herring

strach mój strach rozwija się i dojrzewa razem ze mną w dzieciństwie trzymałem go w pudełku po zapałkach nocą nasłuchiwałem jak rósł bawiłem się nim niezdarny szczeniak nie odstępował mnie na krok był przy mnie kiedy kradliśmy sąsiadowi jabłka z sadu i kiedy biliśmy się z chłopakami zza rzeki później jego pysk dorósł do oczu wyprowadzałem go na spacer szedł cierpliwie przy nodze na krótkiej smyczy czasem uciekał znikał za rogiem znaczył teren beze mnie nie istnieje myślę że właśnie dlatego zawsze wraca nocą nasłuchuję jak rozpycha ściany mojego domu

telefon do przyjaciela
radosławowi chudzikowi

jak będziesz niegrzeczny to pójdziesz do piekła a tam nie ma lekko diabły są brzydkie i brudne gotują ludzi w kotłach ze smołą i kłują widłami a gdyby tego jeszcze było mało to wszędzie śmierdzi siarką

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_04_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2010

Page 8 of 63

i tak wyobraź sobie CAŁĄ WIECZNOŚĆ no — chyba że jesteś niewierzący to kiedy umrzesz zakopią cię w ziemi gdzie będziesz gnić aż w końcu zjedzą cię robaki i tyle twojego co sobie pożyłeś jak będziesz miał trochę szczęścia to może trafisz do czyśćca a tam niewiele lepiej co prawda nie ma diabłów ale trochę zalatuje siarką i męczysz się bracie cholernie pocieszać może jedynie fakt że jak już swoje odsiedzisz to mogą wypuścić cię do nieba ale nikt nie wie kiedy jest to już i to jest chyba w tym wszystkim najgorsze no — chyba że jesteś niewierzący to kiedy umrzesz zakopią cię w ziemi gdzie będziesz gnić aż w końcu zjedzą cię robaki i tyle twojego co sobie pożyłeś ale za to jak będziesz grzeczny — pójdziesz do nieba a tam bajka nic nie musisz robić chyba że chcesz to możesz sobie trochę pośpiewać w chórze wysypiasz się i nigdy nie jesteś głodny ciuchy masz zawsze czyste i wyprasowane chodzisz bracie rozanielony ze wszystkimi których kochałeś za życia i w ogóle jest tak pięknie że hej no — chyba że jesteś niewierzący to kiedy umrzesz zakopią cię w ziemi gdzie będziesz gnić aż w końcu zjedzą cię robaki i tyle twojego co sobie pożyłeś a teraz wybieraj zostały ci dwa koła ratunkowe pół na pół i pytanie do publiczności tego drugiego nie polecam publiczność może być podkupiona

Krzesło Wierzę w Krzesło, w którym zawsze znajduję oparcie. Jego stałość jest pewna, a prostota, wolna od niedomówień, nie pozostawia miejsca na demagogię. Odkąd wyszedłem do ludzi z dobrą nowiną, wyśmiewają i szydzą z mojej wiary. W czym jest gorsza od innych, pytam, jeśli dzięki niej nie odczuwam tak dotkliwie ciągłego bólu w krzyżu? Na każdym kroku ludzie, których nawet nie znam obrażają moje uczucia religijne. Dość tego! — krzyczę. — Od tej pory ktokolwiek użyje słowa Krzesło nadaremno, odpowie za to przed sądem. Jestem święcie przekonany, że każdego czeka Krzesło Ostateczne, na którym wszystko będzie mu policzone. Ale, oczywiście, dla sądu to żaden dowód.

*** nie wierzę poezji która zostawia po sobie jedynie popiół

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_04_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2010

Page 9 of 63

i puste butelki po wódce nie wierzę upozowanym rimbaudom z ostrym makijażem nieprzespanych nocy nie wierzę tym którzy chodząc po kruchej tafli lodu mówią że chodzą po wodzie poezja to łowienie spod lodu

Wiersze pochodzą ze zbioru Łowienie spod lodu, Stowarzyszenie Literacko-Artystyczne Fraza, Rzeszów 2008.
Poleć to w Google

Strona główna Subskrybuj: Posty (Atom)

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_04_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: maj 2010

Page 1 of 63

Udostępnij

Zgłoś nadużycie

Następny blog»

Utwórz bloga

Zaloguj się

KRYTYKA LITERACKA
pod redakcją Witolda Egertha i Tomasza Sobieraja ● ISSN 2084-1124 LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA ______________________________________________________________________
Spis treści
► 2012 (8) ► 2011 (78) ▼ 2010 (41) ► grudzień (5) ► listopad (8) ► październik (4) ► wrzesień (5) ► sierpień (1) ► lipiec (1) ► czerwiec (3) ▼ maj (3) Recenzja: POD DOBRĄ GWIAZDĄ opowiadania. Recenzja: Mariusz Grzebalski NIEPIOSENKI (czyli 2+... Riposta: Jan Siwmir, Tomasz Sobieraj WIESZCZE I WY... ► kwiecień (4) ► marzec (3) ► luty (2) ► styczeń (2) ► 2009 (4) ____________________ _ Adres do korespondencji t.sobieraj@wp.pl

Recenzja: POD DOBRĄ GWIAZDĄ opowiadania.
Autor: Wioletta Sobieraj Wydawnictwo Znak przygotowało dla czytelników „znakomity prezent na Święta” – antologię opowiadań 17 „najlepszych polskich pisarzy”, jak czytamy z tyłu na okładce, co od razu obudziło mojego ducha przekory, ale i skłoniło do lektury, tym bardziej że lubię antologie, których ostatnio na naszym rynku nie brakuje. Lubię je, ponieważ mam możliwość porównania warsztatu, wyobraźni, sposobu widzenia świata, prowadzenia narracji, kreowania bohaterów przez różnych autorów. Z dostępnych recenzji wynika, że nie tylko ja przejawiam taką skłonność, która nierzadko prowadzi do klasyfikowania pisarzy na tych z pierwszej ligi, drugiej, czy poza ligą, jakby literatura ze sportem miała dużo wspólnego. Utwory literackie potrzebują czasu, żeby ich pozycja się uwiarygodniła, poza tym ich twórcy – często im starsi, tym lepsi, a w sporcie, w którym królują młodzi, wyniki uzyskujemy natychmiast i są zasadniczo niepodważalne. Inna rzecz, że po przeczytaniu antologii z ciekawością sięgam po książki tych autorów, którzy wywarli na mnie największe wrażenie, a innych zaczynam omijać, chociaż, było nie było, w każdym przypadku jest to sprawa bardzo indywidualna. Święta Bożego Narodzenia to dobry moment na dawanie prezentów, które przecież mogą cieszyć przez cały rok, więc nie ma powodu, żeby ta antologia zbyt szybko zakończyła swój żywot, zwłaszcza że zamieszczone w niej utwory w przeważającej mierze w ogóle nie nawiązują do tej świątecznej daty. To, co według wydawcy miało je łączyć, to danie czytelnikowi pretekstu do zajrzenia w głąb ludzkiej duszy i zastanowienia się nad tym, co w życiu najważniejsze, a święta, zbliżający się koniec roku, rodzinne wigilijne spotkania albo, wręcz odwrotnie, dokuczliwie uzewnętrzniająca się w tym czasie samotność sprzyjają takim przemyśleniom. Jedno trzeba tej antologii przyznać, że mimochodem niesie pociechę tym wszystkim, którzy w okresie świąt z różnych powodów nie mogą cieszyć się ciepłem rodzinnej atmosfery, bo pokazuje, że gdzie indziej jest równie źle albo jeszcze gorzej. Rozpad więzi rodzinnych, mroczne tajemnice bliskich, niemożność porozumienia się, strach przed światem, samotność, starzenie się, śmierć to tematy, które dominują w tomie opowiadań „Pod dobrą gwiazdą”, chociaż tytuł mógłby sugerować coś przeciwnego, ale na tyle długo żyjemy w tym kraju, żeby wiedzieć, że to byłoby zbyt proste, żeby nie rzec – banalne. Dlatego autorzy jak ognia unikają pomówienia o banalność (nawiasem mówiąc, trzeba mieć odwagę, żeby przed nią nie uciekać, tylko się z nią zmierzyć, czego dowodem jest opowiadanie Joanny Bator, której „Odlot” uważam za jeden z najlepszych utworów w tej antologii, i bohater Krzysztofa Vargi, który często łapie się na tym, że nachodzą go banalne myśli), dowodząc, że to, co dobre, już minęło, a teraz nieuchronnie zmierzamy w przepaść, czego bardzo sugestywną metaforę zawarł w swoim opowiadaniu „Do kresu” Paweł Huelle: „Zawleczka! Wielka oceaniczna tarcza na dnie. Wskutek trzęsienia ziemi podniesie się i wody ruszą w dół. Rozumie pan? Jak korek wyciągnięty z wanny. Tyle że absolutnie gigantyczny. Co się stanie? Najpierw morza, potem oceany zaczną wysychać. (…) Setki milionów ryb i wszelkich stworzeń wodnych zaczną zdychać. A nad tym błotnistym bajorem, nad tą galaretą drgającego ścierwa – miliardy much! Setki miliardów larw. Biliony bakterii roznoszonych wiatrem na wszystkie wyschnięte kontynenty! (…) Może w

AUTORZY TEKSTÓW Józef Baran Klaudia Bączyk Mariusz Bober Jan Z. Brudnicki Maciej Cisło Michał Dec-Budziszyński Stanley Devine Marek Doskocz Witold Egerth Stanisław Esden-Tempski Piotr Grobliński W.A. Grzeszczyk

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_05_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: maj 2010

Page 2 of 63

Łukasz Jasiński Zbigniew Joachimiak Krzysztof Jurecki Katarzyna Karczmarz Roman Kaźmierski Marcin Królik Andrzej Jerzy Lech Marek Ławrynowicz Przemysław Łośko Dariusz Magier Roberto Michel Joanna Mieszkowicz Janusz Najder Krzysztof Niemczycki Stanisław Obirek Edward Pasewicz Dariusz Pawlicki Robert Rutkowski Jan Siwmir Tomasz Sobieraj Wioletta Sobieraj Jan Stępień Andrzej Tchórzewski Janusz Termer Marek Trojanowski Joanna Turek Igor Wieczorek Bohdan Wrocławski Adam A. Zych ORAZ J.W. Goethe Jarosław Hašek S.I. Witkiewicz ____________________

najwyższych górach garstka się ostanie przy resztkach lodowca! Święci jacyś mnisi. Nie na długo jednak. Natury nie da się oszukać.” Tak jedna z postaci prorokowała w tym opowiadaniu koniec świata, który w ogólnym wymiarze jednak nie następuje, za to autor z właściwym sobie dystansem do rzeczywistości igra z bohaterem, rzucając go w przeróżne mniej lub bardziej fantastyczne sytuacje – ciekawa zabawa literacka, w której, niestety, dużo rozwiązań typu deus ex machina, co w finale zaczyna już drażnić. Idąc tropem katastrofy natrafiamy na interesujące opowiadanie Eustachego Rylskiego pod niewinnym tytułem „Szara lotka”, w którym autor w metaforyczny sposób, w nawiązaniu do obrazu rzeki, to rozszerzającej, to zwężającej swój główny nurt, przedstawia losy niemieckiej rodziny Skode na przestrzeni kilkuset lat, od jej powstania do śmierci ostatniego potomka Jana Skode, uwiecznionego na starej fotografii z 1919 roku. Opowiadanie to jest gęste od znaczeń, ma charakter przypowieści, w której ludzkim losem rządzi przypadek, absurd wpisany w każde istnienie, mimo to wyraźnie widać kolejne etapy na drodze od mglistych początków, przez lata świetności, zanik życiowych ideałów, egoizm, osamotnienie, po chęć zemsty i samounicestwienie. Na przykładzie historii tej rodziny autor daje diagnozę współczesnego zachodniego świata, w którym brak woli działania prowadzi ku autoagresji i zagładzie. Jej członkowie „kurczowo trzymali się siebie, a jeżeli już jakaś opresja wymagała od nich deklaracji, pilnowali, by się nic za nią nie kryło.” Byli zwolennikami politycznej poprawności, konsekwentnie trzymali się z boku ważnych spraw, pogrążając się w swoistym letargu. Rodzina została sportretowana również w opowiadaniach: „Restauracja” Mikołaja Łozińskiego, „Ludek” Kazimierza Orłosia, „Jedna krótka historia” Joanny Szczepkowskiej, „Jezioro” Anny Onimichowskiej – ani w nich porywająca treść, ani ujmująca forma. Moją uwagę zwróciła natomiast infantylna skłonność Anny Onimichowskiej do używania zdrobnień: Tadzik, szczapki, drewienka, stoliczek, komódka z szufladkami, oraz zdanie: „Ula zwykle nie posługiwała się metaforami, była zrównoważona i odpowiedzialna” – wzbudziło ono moją nieufność do poczynań narratora, a stwierdzenie, że „ratownicy odjechali, uwożąc Ulę”, dodam, że nieżyjącą, przekonało mnie, że narrator żyje w innej, niż polska, rzeczywistości. W finale dochodzimy do obcowania dusz małżonków po śmierci, co może tchnąć optymizmem w tych, którym za życia nie wyszło – więc nie wszystko stracone, proszę Państwa, tylko tytułowe jezioro z ciepłą wodą w pobliżu, dla potencjalnych topielców, byłoby mile widziane. Natomiast u Joanny Szczepkowskiej natrafiłam na istny korowód z oczami, bowiem kwestia, po kim główna bohaterka ma oczy, jest kluczowa dla rozwiązania pewnej rodzinnej tajemnicy, w czym pomocą służy bystrooki szwagier. Lektura tego opowiadania raczej skłania do tropienia logicznych błędów, niż do głębokiej zadumy nad kolejami losu polskich Żydów i nad ich zbawiennym wpływem na stan szczęśliwości polskich rodzin, czego sugestię otrzymujemy w zakończeniu. Na przykład o swoim ojcu – nieojcu bohaterka mówi, że nie wyróżniał się niczym szczególnym, chociaż wiemy, że nie miał jednej nogi, był gadatliwy, brylował przy wigilijnym stole i swoim tenorem śpiewał tak głośno, że słychać go było w całej dzielnicy – ot, zwyczajny gość, jakich wielu. Bohaterka zwierza się również, że została poczęta w czasie powstania warszawskiego, a urodziła się, mniemam że po 9 miesiącach, czyli najwcześniej w maju 1945 roku. Autorce nie przeszkadzało połączenie tego faktu z popowstaniową ucieczką ludności ze stolicy, która miała miejsce jesienią 1944 roku, bo w maju 1945 roku, kiedy podpisywano w Berlinie akt kapitulacji, bomby nad podwarszawskim kartoflisku (miejscu narodzin bohaterki) raczej nie „świstały” (od kiedy to bomby świszczą?). Niby drobiazg, ale przeszkadza, w końcu można by daty i lata w ogóle pominąć i nie byłoby tego zamieszania. Wiele tu potknięć, co może świadczyć albo o nonszalanckim traktowaniu szczegółów, albo o ogromnym pośpiechu w konstruowaniu tego opowiadania w myśl zasady, że cel uświęca środki, a w efekcie o braku szacunku dla czytelnika. Obok problemów rodzinnych kilka opowiadań poświęconych jest samotnym kobietom. W „Che tienne longo verso” Jacka Podsiadły samotna Olga odbywa długą podróż samochodem z Łodzi do Przemyśla z zamiarem spotkania się po dziesięciu latach ze swoim byłym mężem, a

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_05_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: maj 2010

Page 3 of 63

po drodze zabiera dwoje autostopowiczów. W efekcie do męża nie dociera, bo ten stracił na spotkanie ochotę (wysyła wiadomość esemesem – nowe zdobycze techniczne zyskują swoje miejsce w literaturze), ale za to miło gawędzi z młodą pasażerką na temat muzyki, znajdując z nią międzypokoleniowe porozumienie, jednocześnie nie kryje poirytowania chłopakiem, który w swoim laptopie ma e-booki z książkami Sapkowskiego. Życzy mu w myślach, żeby, kiedy dowiezie ich na miejsce, „dostał kosza od dziewczyny”, a potem „poszedł w krzaki czytać Sapkowskiego”. Przez cały czas słychać płytę z utworami Josquina Desprez, o którym główna bohaterka chętnie i dużo opowiada. Dziewczynie muzyka bardzo się podoba w przeciwieństwie do utworów Beethovena i Mozarta, których nazywa „nadętymi ważniakami”, „nadymającymi się jak żaby”, żeby potem komponować, więc woli słuchać El grillo, niż, nie daj Boże, V Symfonii czy Requiem bo o radosnych trelach z opery Wesele Figara z pewnością jeszcze nie słyszała. W efekcie powstaje muzyczne opowiadanie drogi, utrzymane w optymistycznej atmosferze, podkreślonej przez słowa piosenki o tchórzliwym lekkoduchu Scaramelli idącym na wojnę. Samotne kobiety to również bohaterki opowiadań Jana Grzegorczyka, Marka Bieńczyka i Wita Szostaka. Jan Grzegorczyk w „Makatce” konfrontuje po latach czterdziestoparoletnią kobietę ze swoim politycznym wrogiem sprzed ponad ćwierćwiecza, którzy teraz zdają się lgnąć do sobie. Zaczynają wracać wspomnienia i dowiadujemy się, że bohaterka w stanie wojennym chodziła do liceum i na lekcji historii ośmieliła się zapytać o zbrodnię katyńską – temat był jej znany ze wspomnień ukochanego wujka. I z tego powodu przez trzy(!) miesiące przesłuchiwano ją w Pałacu Mostowskich, tzn. rano po nią przyjeżdżała milicja, a wieczorem wypuszczała ją wolno, ale ona, uczennica drugiej klasy, dzielnie nie pisnęła ani słówka o wujku, o którym i tak wszystko wiedziano. Na koniec zakochał się w niej wspomniany wyżej młody esbek i najprawdopodobniej patriotycznie się naprostował. Widać milicja nie miała wtedy innych zajęć, jak kilkumiesięczne wożenie uczniów na wielogodzinne przesłuchania, uczniów, których jedynym przestępstwem nie była działalność wywrotowa, tylko daleki wujek, nawet nie krewny, który w tym czasie swobodnie przekracza granicę, bo mieszka gdzieś poza ojczyzną. Z powodu niewygodnych pytań, krewnych, znajomych, esbecy musieliby wtedy zamknąć niemal całą młodzież licealną, a z tego, co pamiętam, tak się nie stało. Po Katyniu i związanych z nim wspomnieniach przychodzi czas na kolejny patriotyczny element, pudełko z napisem „Popiełuszko” – tu bohaterka trzyma zdjęcia grobu księdza Jerzego, których wujek Zygmunt zrobił setki (sic!), chcąc uchwycić „coś, czego nie rejestrowało oko”. Zdesperowana samotnością bohaterka w wigilijną noc postanawia zapalić Bogu świeczkę, czyli złożyć bez pod tablicą ofiar Katynia w kościele, a diabłu ogarek, czyli rzucić się w ramiona byłego esbeka. To kolejne opowiadanie z cyklu „Cel uświęca środki”, w którym tak zgrabnie udało się połączyć elementy patriotyczne z czysto ludzkimi potrzebami serca i ciała, a przy okazji z tytułowej makatki, pozbawionej wcześniej słowa Bóg, wyparowują dwa kolejne, czyli Honor i Ojczyzna, za to pozostaje pytanie – czy rzeczywiście trzeba było przywoływać tak wiele tragicznych wydarzeń z historii Polski – Katyń, stan wojenny, Jerzego Popiełuszkę, żeby zafundować czterdziestoletniej kobiecie kilka przyjemnych chwil w ramionach mężczyzny? Tak jak opowiadanie Grzegorczyka wprawia w lekki niesmak grą na nucie rozdętego patriotyzmu, tak „Klinika nad jeziorem” Marka Bieńczyka pobudza do śmiechu. Tutaj główną bohaterką jest samotna lekarka; pracuje w uzdrowisku nad jeziorem, tęskni za miłością i zaczyna obserwować tajemniczego wioślarza, który co wieczór przybija do jej brzegu, a potem zawraca. Postanawia, że „będzie udawała, że żyje, aby żyć, i tak jak sen w końcu przychodzi, gdy się go udaje, tak też przychodzić będzie życie.” Udawanie idzie jej tak dobrze, że w nagrodę na przystani czeka na nią Mickey Rourke – to jakby realizacja przepisu z książki pt. „Sekret”, która podobno zrobiła na świecie w pewnych kręgach zawrotną karierę. Jednak mnie bliższy jest sposób myślenia Stefanii Grodzieńskiej z krótkiego humorystycznego tekstu pt. „Kuracja” w „Kłania się PRL'. „Kurację”, która bawi zamierzenie, traktuję poważnie, a opowiadanie Marka Bieńczyka odwrotnie. W tym odbiorze dodatkowo upewniły mnie niektóre językowe rozwiązania autora, wskazujące na zabawę językiem, albo raczej na brak panowania nad nim, np.:

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_05_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: maj 2010

Page 4 of 63

„Poprzesuwał ją po deskach przez dwa kolejne utwory (…)” – tzn. tańczył z nią; „Wyprowadziła swoją felicję z mroku jak ciotkę idiotkę(…); „zapach świeżej farby miał w sobie coś mobilizującego, jak makijaż przed wyjściem”; „(…)ludzie (w sklepie – W.S.) ocierali się o siebie jak dżonki w delcie Mekongu. Zapomniała już jak wyglądają dżonki.” Roi się tu od zadziwiających sformułowań i ludowych mądrości, typu „Wiadomo, że kto nie ma roleksa po pięćdziesiątce, zmarnował jednak życie.” Natomiast „Plac w Iraklionie” Wita Szostaka to dobry pomysł na opowiadanie o relacjach między dwojgiem nieznajomych, niestety, realizacja mnie nie zachwyciła. Autora, moim zdaniem, zawiódł zmysł obserwacji, przez co staje się niewiarygodny. Patrzy i nie widzi, albo inaczej – patrzy i widzi, co chce, a wraz z nim jego bohaterowie. Na przykład kelner w oślepiającym słońcu z odległości wielu metrów dostrzega u starszej kobiety (pomiędzy nimi rozpościerał się plac otoczony trzema kościołami), skrytej pod platanem, z chmarą gołębi u stóp, zdarte czubki jej butów. Konia z rzędem, komu w tej sytuacji udałoby się dostrzeć jakiekolwiek szczegóły, nawet nie przesłonięte gołębiami. Ona dla odmiany widzi u niego długopis schowany w tylnej kieszeni spodni, ale obrączki na palcu wypatrzeć już nie potrafi, za to potrafi rzucać „z nieoczekiwaną siłą drobne kawałki chleba na wiele metrów przed siebie” – z wrażenia zapiera aż dech w piersiach; rzucanie okruchów chleba na wiele metrów to zadanie godne supermana, a tu proszę – staruszka. Pewnie dawna oszczepniczka albo kulomiotka. Gdyby to było opowiadanie fantasy czy na poły oniryczne, to proszę bardzo, ale opowiadanie realistyczne stawia przed pisarzem szereg wymagań, m.in. zmusza do rzetelnego podejścia do detalu, a Wit Szostak sięga po ów detal z wyjątkowym upodobaniem, co przejawia się również w nadmiernej skłonności do prowadzenia wyliczeń, np. tego, co kelner stawia na stole, a potem, co z niego zabiera, chociaż niczego nowego do opowiadania to nie wnosi, no, może poza czytelniczym znużeniem. Na szczęście, mimochodem, chwilowe ożywienie wprowadzają rozważania kelnera o pochodzeniu pary turystów. Nie jest pewny, czy są Polakami, czy Czechami, bo piękna kobieta i to, jak rozmawia z „zupełnie zwyczajnym” towarzyszem, wskazywałoby na Polaków, ale jej śmiech brzmiał już jakoś po czesku. Do tego słowa „turysta”, „turystka”, „turyści”, padające w tym fragmencie nazbyt często, obnażają językową nieudolność autora. Geografia i biologia też chyba nie należą do jego mocnych stron i być może dlatego odważnie odebrał kościołowi cień, chociaż na tej szerokości geograficznej o żadnej porze dnia i roku promienie nie padają pod kątem prostym, a to warunek konieczny braku cienia, a gołębiom na początku lata przypisał „miłosne gruchanie tworzące pulsujący chór”, mimo że w świecie ptaków dawno już po okresie godowym. Ale tu wchodzimy na grząski teren metafory, która w owych gołębiach pozwala dostrzec zmarłych mieszkańców miasta; ich dusze muszą oczyścić się przed spotkaniem z Bogiem: „Te niemal czarne (gołębie – W.S.) mają najtrudniejszą drogę, białe niedługo ulecą do nieba, oczyszczone.” Zupełnie jak w baśniach dla dzieci – kobieta z czarnymi włosami to czarownica, a blond piękność to dobra wróżka. W efekcie wyszło schematyczne szkolne wypracowanie, złożone z 12 krótkich sekwencji, w których na zmianę autor przybliża nam raz punkt widzenia kelnera, raz punkt widzenia staruszki, można więc poczuć się jak na meczu tenisowym: chłopak – staruszka , chłopak – staruszka … Za to, opowiadanie Joanny Bator „Odlot” nie daje powodu do narzekania i szukania w nim niedociągnięć, autorka jest wiarygodna w tym, co pisze, więc bez problemu czytelnik daje się unieść sprawnej narracji, naśladującej potoczny język wewnętrznych monologów dwóch bohaterek. Los przypadkowo styka je ze sobą, a choć obie przynależą do różnych światów, zarówno społecznie, jak i pokoleniowo, stają się sobie potrzebne, mając wiele do zaoferowania, bez przymusu, nakazów społecznych, zwyczajnie. Tak się czasem zdarza, że pomagamy innym zupełnie bezinteresownie, a nie potrafimy wyciągnąć ręki do najbliższych. Poznajemy przyczyny, które sprowadziły je do małych mieszkanek w pewnym wieżowcu – trudne relacje między matką i córką, naiwność matki wychowującej samotnie syna, poszukiwanie własnej tożsamości. Historia jednej i drugiej bohaterki została opowiedziana z werwą i prawdziwym znawstwem kobiecej natury, a w finale czeka nas „odlotowy” prezent, od którego ryby w pobliskiej rzece zaświeciły wszystkimi kolorami tęczy i przez moment stały się rybami latającymi.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_05_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: maj 2010

Page 5 of 63

„Oblubieniec” i „Celtyckie Wdowy” – w obu opowiadaniach mamy dwoje młodych ludzi, o przyszłości których, w jakimś sensie, decydują starsi. I tak, jak „Oblubieniec” sprawia wrażenie fragmentu wyrwanego z szerszego kontekstu, to opowiadanie Kazimierza Kutza stanowi integralną całość, w której autor sportretował śląskie matki: „U nas każdy ród od zawsze był hodowlą pod władaniem matek. One były boginiami naszej codzienności – od tego są. Nie mieć ojca jest źle – ale nie mieć matki?” To jakby hołd złożony tym kobietom, literacki zapis świata odchodzącego w przeszłość, dający chwilę wytchnienia przed często bełkotliwym, chaotycznym, nierzadko wulgarnym zapisem rzeczywistości tak charakterystycznym dla młodego pokolenia literatów. Wśród utworów znalazło się jedno opowiadanie fantastyczne – „Rzeka” Anny Brzezińskiej. Z pewnością autorka ma swoich wiernych czytelników, ale ja po kilku próbach przeczytania tego tekstu poddałam się. Ten kod językowy, stylistyka, pole skojarzeń są mi tak obce, że nie umiem czerpać przyjemności z literatury fantasy. I na końcu dwa bardzo dobre opowiadania, „Róża zbawienia” Stefana Chwina i „Sindbad się starzeje” Krzysztofa Vargi. W pierwszym autor oswaja może siebie, ale przede wszystkim czytelników, ze śmiercią. W dobie pogoni za wieczną młodością, odsuwania od siebie problemu starzenia się, śmierć jawi się jako wydarzenie fantastyczne, a przecież jest nieodłącznym elementem życia. „Upadek to konkret, a powstawanie – mglista najczęściej iluzja”, jak dowodzi w „Szarej lotce” Eustachy Rylski. U niego czytamy również: „Czy zaczęliśmy się na początku, obojętnieje wobec pytania, czy skończymy na końcu – śmierć ważniejsza jest od narodzin (…)” A mimo to nie chcemy o niej ani myśleć, ani mówić. Stefan Chwin na przykładzie swojego bohatera, profesora literatury, pokazuje kolejne etapy przechodzenia na stronę śmierci. Nie ma darcia szat, kurczowego trzymania się życia, tylko poddanie się biegowi zdarzeń w dążeniu ku… być może Bogu. Rzeczywistość coraz bardziej się kurczy, powracają wspomnienia z dzieciństwa, a myśli krążą wokół spraw ostatecznych, ale bohater ma swojego przewodnika, bezgranicznie mu ufa – jest nim ksiądz Jerzy, który bezpiecznie prowadzi go na drugi brzeg. Nawet trzecioosobowe zwroty pielęgniarek w hospicjum: „niech zdejmie piżamę”, „co tak stoi”, „co, wstydzi się”, nie ranią, nie odbierają godności, bo przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. No cóż, chciałoby się rzec, że każdy ma taką śmierć, na jaką sobie zasłużył. W całym opowiadaniu panuje pogoda, świeci słońce, w hospicjum jest czysto, a na samym końcu (a może początku?) składa mu wizytę Krzysztof Kamil Baczyński, piszący na zaparowanej szybie okna wiersze Juliusza Słowackiego. Do tego prosty, czysty, logiczny język, świadczący o dużej kulturze literackiej. I żeby jednak czytelnik mógł swobodniej odetchnąć, w finale otrzymuje lekkostrawne, zabawne, nie pozbawione ironii, opowiadanie „Sindbad się starzeje”. Znajdziemy w nim kilka celnych komentarzy do naszej współczesności. Bohater, mężczyzna po czterdziestce, lata naiwności ma już dawno za sobą, więc nie boi się banalnych rozwiązań, nie goni za pretensjonalnymi nowościami i potrafi z dystansem spojrzeć na proces starzenia się, a przy tym przedkłada dobrą kuchnię nad przypadkowy seks. Mimo to podejmuje próbę poderwania młodej dziewczyny – świetny satyryczny obrazek, zwłaszcza jeśli umiemy śmiać się z siebie; można by go dedykować starzejącym się mężczyznom, którzy w związkach z dziewczętami poszukują eliksiru młodości. Nie jest więc może z naszą literaturą tak źle, jeśli na 17 opowiadań „najlepszych polskich pisarzy” kilka jest bardzo dobrych, zarówno ze względu na tematykę, jak i formę. Dla każdego mogą to być oczywiście inne utwory, chociaż w przypadku Joanny Bator, Eustachego Rylskiego, Stefana Chwina i Krzysztofa Vargi trudno polemizować. Dla nich warto po tę książkę sięgnąć i może w tym sensie, rzeczywiście, cel uświęca środki. Chyba że zawierzycie Państwo słowom bohaterów Jerzego Pilcha z opowiadania „Tysiąc przeszkód”, znajdującego się w tym tomie. „Drugorzędni pisarze piszą drugorzędne opowieści wigilijne. (…) W końcu nawet nieudacznicy mają prawo inspirować się Narodzeniem Pańskim.” – mówi jeden z bohaterów, a drugi mu odpowiada: „Pierwsze słyszę, żeby Boże Narodzenie oznaczało zielone światło dla miernot. Czy może przy żłóbku Dzieciątka w Betlejem byli jacyś nowożytni rymotwórcy? (…) Wielkość Ewangelii polega także na tym, że nie

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_05_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: maj 2010

Page 6 of 63

odnotowuje ona w stajence betlejemskiej obecności grafomanów.” Zamieszczenie takiej wewnętrznej quasi-recenzji w antologii dowodzi wielkiej odwagi wydawcy, to jak strzelanie do własnej bramki – fakt, niebanalny to sposób na wygranie meczu i niewątpliwie widowiskowy. Pod dobrą gwiazdą, antologia opowiadań, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009 Autorzy: Kazimierz Kutz, Pawł Huelle, Jacek Podsiadło, Jan Grzegorczyk, Anna Onimichowska, Joanna Bator, Jerzy Pilch, Eustachy Rylski, Marek Bieńczyk, Mikołaj Łoziński, Wojciech Bonowicz, Kazimierz Orłoś, Wit Szostak, Anna Brzezińska, Joanna Szczepkowska, Stefan Chwin, Krzysztof Varga.
Poleć to w Google

Recenzja: Mariusz Grzebalski NIEPIOSENKI (czyli 2+2=22).
Autor: Marek Trojanowski HISTORIAMOICHNIEDOLI.PL Współcześni polscy poeci przyzwyczaili naród do przekazów poetyckich, które ogłaszają w formie kilkudziesięciostronicowych tomików. Przyzwyczaili naród także do tego, że ze współczesną poezją nie jest taka prosta sprawa. Że jej zrozumienie zależy przede wszystkim od prawidłowego odszyfrowania niezwykle skomplikowanych metafor. Małżonka pewnego współczesnego poety indagowana na salonach o profesję małżonka odpowiada: – Mój mąż? Mąż jest z zawodu redaktorem. (fragment żywcem zerżnięty ze scenariusza pewnego filmu Stanisława Barei) Redaktor Mariusz Grzebalski od czasu do czasu wydaje swoje wiersze, które pisze w przerwach między redaktorowaniem. Kiedy inni maja przerwę na lunch Mariusz nie je, nie pije, nie pali – z poświęceniem notuje na serwetkach drobnym maczkiem kolejne dzieła. Wszystko dla dobra ludzkości. I całe szczęście, że ludzkość doczekała się takiego poety, który się dla niej poświęca. Mariusz swoje dzieła wydaje w innych wydawnictwach niż tych, w których redaktoruje, za co należą mu się wyrazy najwyższego uznania. To, że się kryguje, że może jest mu głupio przekraczać cienką granicę przyzwoitości dobrze świadczy o Grzebalskim jako o człowieku. Całe szczęście, że ludzkość doczekała się takiego prawego człowieka. Poświęcenie i prawość – oto cnoty prawdziwego redaktora, który po śmierci na pewno zasili grono skrzydlatych istot ubranych na biało. Zanim Mariusz Grzebalski przejdzie do historii, ludzkość doświadczy na własnej skórze tego wszystkiego, co niesie ze sobą jego przekaz poetycki. A należy wiedzieć, że testament duchowy jaki przygotowuje Mariusz dla świata to żadna kpina czy żart nastolatka, który przyłapany na masturbacji przez ojca przekonuje, że nie wie do czego służy siusiak. Kolejny fragment swojej spuścizny duchowej Mariusz opublikował u Artura Burszty. Tomik „Niepiosenki” ukazał się Biurze Literackim. Tych bardziej obeznanych w roszadach personalnych w światku wydawniczym może ta publikacja dziwić. Przyjęło się uważać, że przyzwoitość nie jest kategorią „literacką” – lub jak to mówił Roman Honet po publikacji „Cosinus salsa” w Zielonej Sowie czy Edward Pasewicz po ostatnim posiedzeniu jury konkursu im. J. Bierezina: – Nie takie numery się w życiu robiło. W każdym razie dzieło o wymownym tytule „Niepiosenki” w 2009 r. zostało utrwalone na dobrej jakości papierze. Okładce też nie można

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_05_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: maj 2010

Page 7 of 63

niczego zarzucić. Twardy, kredowany karton. Szkic wiosłującej pary. Imię i nazwisko autora oraz tytuł „Niepiosenki” z poucinanymi literami, jakby były podmyte przez fale. Oczywiście jest to świadomy i konsultowany z redaktorem Grzebalskim zabieg artystyczny. Wszak mówiące i wieloznaczne tytuły to specjalność polskich poetów współczesnych. Warto tu wspomnieć chociażby o tak wybitnych tytułach jak: „Słynne i świetne” (M. Grzebalski, 2004) „Pocałunek na wstecznym” (M. Grzebalski, 2007) Dziwić nie może, że autorem najbardziej oryginalnych i najbardziej wieloznacznych tytułów jest ten sam człowiek. Grzebalski jako redaktor wie jaki tytuł wybrać, by książka się sprzedała, a jako poeta potrafi wykorzystać wiedzę redakcyjną do wymyślenia najbardziej wieloznacznego i zarazem najbardziej hermetycznego tytułu. Analizując jego ewolucję twórczą od debiutu aż do chwili obecnej widać jak daleką drogę duchową przebył ów intelektualny wędrowiec. Najpierw był „negatyw” (1994), później „Widoki”(1998) oraz „Drugie dotknięcie” (2001) następnie „Słynne i świetne” (2004) o skrzywieniu neolingwistycznym. Później były jakże wieloznaczne i popartowskie jak tylna kanapa w cadillacu deville „Pocałunki na wstecznym” (2007). A w roku 2009. naród doczekał się „Niepiosenek” – czegoś, czego nigdy nie zapisano nawet w brudnopisie słownika języka polskiego. Unikalność a przez to wyjątkowość tytułu najnowszego tomiku redaktora Grzebalskiego czyni dzieło wybitnym. Lektura wydaje się zbędna a inwestycja Ministra Kultury, który przez pół roku przelewał na rachunek bankowy utalentowanego redaktora pewną sumę, sądząc po samym tylko tytule zwróciła się z nawiązką. Cóż bowiem może znaczyć rzeczownik „niepiosenka”? W tym przypadku jest tylko jedna odpowiedź prawidłowa, tylko jedna interpretacja możliwa, tylko jedna jest prawda: oto naród doczekał się wreszcie potomka Jana Pietrzaka – objawił się poeta, bard i przewodnik duchowy kultury zachodu, Mariusz Grzebalski. Skoro już wszystko sobie wyjaśniliśmy, skoro wszystko zostało ustalone i każdy wie who is who warto poddać analizie teksty redaktora Grzebalskiego, by odkryć ów ponadczasowy i jakże ważny z perspektywy ducha kultury rodzaju ludzkiego przekaz poety. Przekaz pierwszy następująco: dla świata redaktor Grzebalski sformułował

Słucham beznadziejnego techno, tak beznadziejnego, że nie potrafię się oderwać – ten sam kawałek dwadzieścia dwa razy [Nowa mała proza] Czytając ową strofę nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z treścią istotną ukrytą w znaczeniu liczby dwadzieścia i dwa. Należy zaufać redaktorowi-poecie i przyjąć jego słowa tak jak przyjmuje się monety bite z najcenniejszego kruszcu. Zatem bagatelizowanie treści zawartej w semantyce liczby 22. byłoby wielce nierozsądne i tylko bóg jeden raczy wiedzieć jakie to skutki przyniosłoby dla świata, który znamy. 22 x 2 = 44 (tak, tak czterdzieści i cztery. Żarty się skończyły.) 22. znaki alfabetu hebrajskiego wystarczyły, by spisać Talmud, Apokalipsa ma 22 rozdziały a w okrąg można wpisać tylko 22 wielokąty foremne. Skoro jesteśmy przy geometrii, to spróbuj podzielić 22 przez niezwykle szczęśliwą supercyfrę siedem. Zobaczysz co się stanie. Albo inaczej, zrób tak: 22 to w linearnym zapisie 2 i 2 – czyli: (2+2) I teraz: 22 + (2+2) = 26

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_05_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: maj 2010

Page 8 of 63

26 = 10 + 6 + 5 + 6 To zaś zapisane w innej nomenklaturze wygląda następująco: 26 = Jod + Heh + Waw + Heh Prawdopodobnie istnieje na świecie jeden sceptyk-matematyk, który zwątpi w treść przekazu, który redaktor Mariusz zafundował cywilizowanemu światu. Wprowadzając do powyższych rozważań znak mnożenia łatwo przerobi 26 na 28 czyniąc tym samym interpretację kabalistyczną wiersza fałszywą. Jemu oraz innym zawistnikom i zazdrośnikom talentu poety-redaktora kabała mówi NIE. Liczba 28 jest bowiem liczbą doskonałą – sumą wszystkich swoich dzielników. W świecie matematyki takie liczby są bardziej unikalne niż kulturowe wyobrażenia na temat stwórcy świata. Weźmy inny tekst wrażliwego Mariusza – fragment o równie złożonej symbolice: Bulterier ciągnie małolatę w trampkach i kusej różowej kiecce w kierunku łysych ciągnących browar na murku [układ] Ów tekst nie wymaga specjalistycznych analiz, by rozpoznać intencję autora. Podwójny błąd – brak podwójnego „l” i podwójnego „r” w nazwie rodzajowej: bullterrier jest tego rodzaju wskazówka, którą Indiana Jones odczytywał w notesie swojego ojca w trakcie poszukiwań Świętego Graala. Redaktor Mariusz pomny zasad zabawy w tzw. „podchody” pozostawił wszystkim szukającym poetycką strzałkę, wskazującą kierunek interpretacji: 2 x (l) 2 x (r) 2 x (literówka) Czyli: 2x2x2 Analogia do „beznadziejnego techno” słuchanego „dwadzieścia dwa razy” jest tu oczywista. Bo jeżeli podmiot liryczny cierpiał „dwadzieścia dwa razy” słuchając tego samego nagrania i przeżył, to równie dobrze mógł słuchać marnej jakości utworu 2 x 22 razy bez szkody dla substancji szarej i trąbki Eustachiusza. Kolejny niezwykle istotny fragment z tomiku „Niepiosenki” redaktora Grzebalskiego pochodzi z wiersza pt. „Parapet”: Siedziałem na parapecie w kuchni, padał śnieg, noc była przeźroczysta. Potem w tej samej kuchni smażyliśmy cebulę, kiełbasę, pomidory. [parapet] Na pozór fragment ten wydaje się być zaledwie biograficzną stopklatką, bez żadnego znaczenia dla dziejów świata. Jednak polscy poeci współcześni przyzwyczaili czytelników do tego rodzaju pozorów. Wyrobieni smakosze poezji wiedzą, że najlepsi z najlepszych poetów w pozorze banału przemycają prawdy ostateczne. Tak jest i w tym przypadku. Gdyby zastanowić się co robił podmiot liryczny „siedząc na parapecie w kuchni”, to odpowiedź może być tylko jedna:

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_05_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: maj 2010

Page 9 of 63

– liczył do dwudziestu dwóch. Dlaczego do dwudziestu dwóch a nie dwudziestu czterech czy dwudziestu sześciu, siedmiu, ośmiu czy dziewięciu? Ano dlatego, że suma wszystkich liter użytych w ostatnim wersie strofy równa się dokładnie dwadzieścia dwa. cebulę = 6 kiełbasę = 8 pomidory = 8 6 + 8 + 8 = 22 Czy to przypadek? Nie! Jeżeli chodzi o wiersze redaktora Mariusza o przypadkach nie może być mowy. Abstrahując od numerologii i semantyki związanej z liczbą 22., wiersze Mariusza Grzebalskiego to prawdziwa skarbnica, w której roi się od filozoficznych refleksji, od diagnoz dotyczących kondycji człowieka we współczesnym świecie, od treści ważnych i od tego wszystkiego, co dla człowieka niezależnie od epoki ważne. Talent Mariusza Grzebalskiego pozwala mu na przeniknięcie skorupy obyczajowości i dotarcie do istoty tego, co określa się w różnych teoriach jako „człowieczeństwo”. Dla przykładu. W wybitnym tekście pt. „Koniec wakacji” redaktor-poeta pisze o Harcerzach, a pisze tak: Leżą w milczeniu na podłodze biura. Za oknami Poznań zachodzi mgłą. Młoda instruktorka harcerstwa chowa kolorowe kredki do szuflady biurka. Trochę im zazdrości – te dzikie harce w ciągu dnia. [ Koniec wakacji] Zanim przejdziemy do drugiej i zarazem ostatniej strony tego jakże wspaniałego, jakże wybitnego i jakże wysublimowanego tekstu warto poświęcić kilka chwil na interpretację owego fragmentu. Ktoś – tutaj liczba mnoga odgrywa niebagatelną rolę – sobie leży na podłodze. Nie jest to zwykła podłoga, ale podłoga biura. Forma „Leżą” wzmocniona antropomorficznym dopełnieniem: „w milczeniu” sugeruje, że mamy do czynienia z parą humanoidalną. Okoliczności czyli miejsce owego spoczynku: „podłoga biura” wskazuje, że relacja, która łączy ową humanoidalną parę jest podstawową relacją, którą pojawia się w każdej społeczności a mianowicie relacją „pan i niewolnik”. Kategoria biura związana jest przede wszystkim z kategorią pana-szefa i niewolnikasekretarki w seksi nylonkach. Uwaga dla czytelnika: Trop interpretacyjny, w którym pojawia się kategoria „nylon secretary” wynika z preferencji estetycznych interpretatora. Biuro, w którym harcuje sobie szef z sekretarką znajduje się w miejscu pracy Autora-Poety-Redaktora. Poznań wydaje się być naturalnym miejscem dla poczynienia tego rodzaju obserwacji. Z tego powodu w tym tekście wyczuwalna jest pewna wtórność, brak świeżości w recepcji pomysłu z szefem i sekretarką. Po tak utalentowanym poecie należałoby się spodziewać przeniesienia akcji jeżeli nie w czasie, to przynajmniej w przestrzeni. Chciałoby się poznawać perypetie sekretarki na drugim końcu Drogi Mlecznej. Miejmy nadzieję, że ową sugestię Mariusz Grzebalski rozważy redagując swoje kolejne wybitne dzieło. A propos dzieła. W cytowanym fragmencie uderza sprawność poety w poruszaniu się w obrębie języka oraz umiejętność w redefiniowaniu ustalonych sensów. Jakiegoż geniuszu potrzeba by wykombinować: 1) harcującą harcerkę 2) harce z harcerką

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_05_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: maj 2010

Page 10 of 63

3) hufiec harcerski harcujący z harcerką 4) harcerkę harcującą z hufcem harcerskim Tomik „Niepiosenki” Mariusza Grzebalskiego to bez wątpienia dzieło wybitne. Doskonałe pod każdym względem. Dzięki tego typu produkcjom literackim, które niestrudzenie serwuje konsumentom kultury Redaktor Mariusz Grzebalski, czerwone znaki STOP na skrzyżowaniach nabierają wręcz mistycznego znaczenia. Mariusz Grzebalski, Niepiosenki, Biuro Literackie, Wrocław, 2009.
Poleć to w Google

Riposta: Jan Siwmir, Tomasz Sobieraj WIESZCZE I WYZNAWCY

Odpowiedź na komentarze do rozmowy z cyklu DWAJ PANOWIE S, część pierwsza: Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki i PIOSENKA O ZALEŻNOŚCIACH I UZALEŻNIENIACH. Jan Siwmir: Kiedy zdecydowaliśmy się na opublikowanie pierwszej rozmowy (dotyczącej pana Dyckiego) w Internecie, zdawaliśmy sobie sprawę, że będą próbowały „rozdziobać nas kruki i wrony”, że apologeci literackiego guru dla językowo sprawnych inaczej rzucą się na nas z orczykami i sztachetami ze sponiewieranych po pijackiej burdzie płotów, plując zajadle i pokrywając nas każdego rodzaju wydzieliną, nie tylko słowną. Ale nie spodziewaliśmy się, że zrobią to tak nieudolnie i po sztubacku. Trochę ich nam żal, dlatego miłosiernie nie będziemy polemizować z tymi, którzy tylko potrafią wypowiedzieć dwa słowa: idiota i kretyn. Nie dziwi nas, że na tym wyczerpuje się ich słownictwo, jacy bowiem wieszcze, tacy ich wyznawcy. Widać jednak, jak niewiele dotarło z artykułu do szarych członków sekty rynsztokowej. Cóż, czytanie ze zrozumieniem to przywilej ludzi inteligentnych. Ktoś tam zarzuca, że „Dom Nadzoru” Tomka Sobieraja ma stanowić jakiś wzorzec literatury, podczas gdy tytuł ten pojawia się tylko i wyłącznie w kontekście relatywizmu wartości stosowanego przez krytyków. Jakaś panna zrozumiała wyłącznie, że zarzucamy komuś chorobę psychiczną. Kobieto, zarzucanie komuś choroby a zarzucanie nieudolnego nią epatowania to dwie różne sprawy! Ale widać zajęcia z języka polskiego, na których poznaje się składnię zdania i konotację nazw, były kiedyś za nudne i lepiej było pójść na wagary. Co teraz widać, słychać i czuć. Inny delikwent twierdzi, że „dopieprzamy skamandrytom”. Tu już mocno się zdziwiliśmy, bo nam się wydawało, że właśnie ich postawiliśmy na tym drugim, przeciwnym mizerocie, krańcu literatury. Jak widać, tylko nam się wydawało. Cały czas przewija się zarzut o braku merytorycznych odniesień, braku cytatów. Faktycznie, jeśli pominie się te pół strony A4 wypowiedzi Tomasza Sobieraja dotyczącej cytowanych ustępów, brak cytatów aż bije w oczy. Natomiast słowo „merytorycznie” sztubacka gawiedź myli najwyraźniej ze słowem „psychodelicznie”, bo przyzwyczajona do nonsensownych odlotów, nie rozumie, jak można o czymś napisać logicznie, z sensem i na temat. A poważnie: jeśli ktoś zdejmie gacie i narobi na środku sali kinowej, to czy wzywacie biegłego z laboratorium, by pobrał próbkę i jednoznacznie określił, co to jest, skoro na węch, wzrok i rozmaźliwość wygląda jak odchody? I gdy w dodatku sprawca się przyznaje, że narobił? No, on wprawdzie twierdzi, że jest to świadoma kreacja, pełna wieloznaczności i podtekstów i takie usprawiedliwienie na ogół wystarcza niewymagającym, ale faktu to jednak nie zmienia. Jeśli natomiast ktoś ma ochotę przekonać nas, że rozumie słowo merytorycznie, niech w punktach wymieni, jakie cechy chciałby mieć omówione w przypadku czyjejś twórczości, zważywszy że nie jest to recenzja, a jedynie asumpt do dialogu. Ale zastrzegamy, podejmiemy temat tylko wtedy, gdy te cechy pojawią się w danych wierszach! Inny forumowicz rozróżnia czyje są wiersze po używaniu przez autorów małych i dużych liter, tudzież po interpunkcji. Gratulacje! Grunt to przyjecie jakiegoś kryterium. Sugeruję jeszcze popatrzeć na czcionkę, jakiej autor używa, i rodzaj papieru.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_05_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: maj 2010

Page 11 of 63

Pojawia się także zdanie, iż do historii przechodzą ci, którzy są najlepsi wśród jakiegoś nurtu piszących. Hm, niby tak, Peiper przeszedł, ale generalnie, moim zdaniem, przechodzą do historii tacy ludzie, którzy potrafią wyjść poza schemat ogólnie obowiązujący. O ile oczywiście zależy komuś na zapisaniu się w annałach. Kolejna sprawa: zarzuca nam się lenistwo i brak wyczerpania tematu. Niby dlatego, że nie wszystkie stosowne nazwiska przytoczyliśmy. To jest właśnie piękne w takich zarzutach, odwracanie kota ogonem. Napisane jest jak wół: rozmowa I. Co oznacza, że będą następne! Poza tym, jak widać, nie można zbyt dużo na raz niektórym podsunąć pod nos, bo nawet minimum nie rozumieją. Nie wszyscy też przeczytali omawianą przez nas pozycję, a zabrali głos i to już trąci nie tylko głupotą, ale i skłonnościami samobójczymi. Uprzejmie informuję, że po przeczytaniu „Piosenki...” samo się wyjaśni, skąd używanie przez nas zdrobnień Dycio i Wicio. To Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki sprowadza nas wszystkich do przedszkola, a my tylko podchwytujemy konwencję „wieszcza”. Właśnie, kolejny zarzut o świeczkę w pupie. Jakże to tak, największe laury zbiera ten co spuszcza się do ust, puszcza pawia, ślimakowi każe wypierdalać, a jak się dołoży coś dokładnie w tej konwencji, to od razu larum grają? Co nie znaczy, że ze świeczką nie daliśmy ciała, produkują już bowiem niekapiące. Podobno nie dorośliśmy do wierszy Dyckiego. Taaak. Nas uczono, że rośnie się w górę, ewentualnie w bok. Nie wiem, czy dorastanie do dna szamba (czyli w dół) jest zgodne z dotychczasowymi ustaleniami biologicznymi. Obawiam się, że nie. Ale nie takie ekwilibrystyki umysłowe (hmm) stosują przeróżni guru, żeby wyprać mózgi, toteż tu zdziwienia zgodnie nie prezentujemy. Wyznawcy giną potem w aktach samospalenia za tych, którzy im namieszali w głowach. I dobrze. Za coś przecież trzeba przyznawać nagrody Darwina. P. Matusz twierdzi, że są zawarte w poezji Dyckiego jakieś istotne treści. Bolesne doświadczenia z pogranicza polsko - ukraińskiego? Znowu przypomina się sytuacja z warsztatów w Piszu. Jeden z prowadzących warsztaty przez 15 minut omawiał, co chciał zawrzeć w swoim wierszu, a dopiero potem go przeczytał. Słusznie omawiał, bo bez tego wiersz byłby jedynie nudnym, przeciętnym bełkotem. Jeżeli pan Dycki chciał cokolwiek ważnego powiedzieć na temat Polski i Ukrainy, to najwyraźniej nie udźwignął tematu. Samo przeżycie czegoś nie tworzy z nikogo poety. Ta myśl jest zawarta w naszym artykule, ale trzeba jeszcze ją zrozumieć. A o możliwościach ludzi, którzy ani pisać, ani czytać nie umieją, pisaliśmy na początku tego artykułu. Czytelnik nie czyta opracowań, sięga po tomik i nie interesuje go, co autor chciał, czy mu wyszło, czy nie wyszło, interesuje go, co sam dla siebie może znaleźć. A w tomiku „Piosenka o...” nie ma niczego, co mogłoby się bronić samo. Tak na marginesie, trudno się dziwić, że „tfurcy” tak usilnie zabiegają o dobre recenzje, o opracowania, do których dają materiały, albo po prostu tłumaczą kolegom, co chcieli bełkotem powiedzieć. Po czym koledzy i koledzy kolegów piszą, że wszystko to widzą w danych utworach. Potem można się na nich powołać, odesłać do Internetu. Pokazać paluchem - o, ta pani pochlebnie o mnie napisała. A my napisaliśmy niepochlebnie. Też można znaleźć w Internecie. I co? Nie należymy do osób, które można posądzić o globalny puryzm językowy w literaturze, ale jeśli posługujemy się wulgaryzmami, to chyba w jakimś celu, prawda? Bez sensu i niejako „zamiast” używa ich jedynie menel czy żul spod budki z piwem. Do tego akurat żadnego talentu nie potrzeba. To taki ma być obecnie obowiązujący model literatury? Sprowadzony do poziomu nawet nie ulicy, lecz kanałów ściekowych? Podobno to my siedzimy w rynsztoku. Może i tak, ale po pierwsze kto ten rynsztok wyprodukował (?!) a po drugie – my przynajmniej usiłujemy sięgać po gwiazdy. Stary łaciński postulat „de gustibus non est disputandum”, zacytowany na forum, powinien obowiązywać. Ale obowiązywać w obie strony! Dopóki zatem wiersze sensowne, logiczne i zgodne ze starożytnym ideałem piękna będą spychane na margines, dezawuowane przez obszczymurskie wyczyny półanalfabetów, którzy słowo talent kojarzą wyłącznie z kupą krowich odchodów, dopóki nie będzie miejsca na

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_05_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: maj 2010

Page 12 of 63

rzeczywistą różnorodność, a lansowane będą popłuczyny po pawiach Świetlickiego, dopóty nie będzie można powiedzieć „de gustibus...”. Bo barbarzyńcy nas zaleją i zanim się obejrzymy, zastaniemy własną rękę w czyimś nocniku. Śmiech pusty ogarnia, gdy czytamy, jakie utwory zostają nagradzane na konkursach im. Norwida, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Poświatowskiej czy Herberta. W/w autorzy przewracają się w grobach. Ustanówcie sobie, braci rynsztokowa, własne konkursy im. np. Maliszewskiego czy Dyckiego i raz, że będzie jasność w temacie, dwa, nie będziecie szargać Bogu ducha winnych zasłużonych dla kultury polskiej literatów. Sprawa ostatnia: nie, nie chcemy Nike! Jest zbyt mocno sprofanowana, byłoby dla nas dyshonorem, gdyby ustawiono nas obok Dyckiego czy Masłowskiej. Tomasz Sobieraj: Trudna, jeśli nie niemożliwa jest dyskusja w sytuacji, gdy przeciwnik nie rozumie, co czyta, i z bezsilności używa argumentu ostatecznego, ale bynajmniej nie merytorycznego, jakim jest pokazanie języka. Tragikomiczny to widok, gdy apologeci wynoszonej i marnej literatury, do której zaliczam twórczość m.in. pana Dyckiego, usiłują bronić swojego mistrza, czyniąc mu w istocie niedźwiedzią przysługę - jak bowiem inaczej nazwać żałosne czy raczej śmieszne apokryfy autorstwa pana Matusza czy emocjonalne i egzaltowane wypowiedzi pomniejszych apostołów nieudolności i wulgarności - tych dwóch cech polskiej literatury, które pod sztandarami awangardy zdominowały jej dzisiejszy obraz. Cóż, jaki kraj, taka literatura, i tacy jej apologeci. Chciałbym zaznaczyć, że nie atakujemy pana Dyckiego, bo każdy pisać może, i każdy znajdzie, jak pisał Ballester, klienta na swoje literackie produkty. Zasadniczo nie atakujemy piszących, tylko krytyków, usiłujących wmówić niesamodzielnym umysłowo masom, że dmuchane balony to spiżowe pomniki. Istnienie i uznanie dla takich jak pan Dycki niewprawnych kuglarzy są nierozerwalnie związane z upadkiem edukacji, odwróconą aksjologią, zanikiem myślowej suwerenności, swoistą, właściwą polskiej naturze skłonnością do gloryfikacji tego, co nieudane, bezsensowne, uczuciowe, płaczliwe, alogiczne, nieracjonalne. My występujemy przeciwko tym cechom i ich emanacjom, poszukujemy w literaturze tego, co dla nas stanowi jej istotę: intelektualizmu, piękna, wagi słowa i paru innych, wzgardzonych przez barbarzyńców wartości. I mamy do tego prawo, tak jak inni mają prawo do poszukiwania swoich ulubionych wartości. Nawet chętnie byśmy o tym porozmawiali, stąd pomysł na cykl rozmów „o literaturze i nie tylko”. Problem taki, co wnoszę po większości komentarzy, że „nie ma z kim, nie ma o czym, nie ma nawet po co” – podpieram się tu cytatem z Witkacego, który stał w obliczu podobnie patowej sytuacji. Nie tylko on, zresztą.

Zainteresowanych rozmową Jana Siwmira i Tomasza Sobieraja oraz komentarzami do niej, odsyłam do portalu „Poezja Polska” – www.poezja -polska.art.pl/fusion/viewpage.php?page_id=113 oraz do tygodnika „Myśl Polska” nr 17 – 18/2010. (W.E.)
Poleć to w Google

Strona główna Subskrybuj: Posty (Atom)

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_05_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2010

Page 1 of 63

Udostępnij

Zgłoś nadużycie

Następny blog»

Utwórz bloga

Zaloguj się

KRYTYKA LITERACKA
pod redakcją Witolda Egertha i Tomasza Sobieraja ● ISSN 2084-1124 LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA ______________________________________________________________________
Spis treści
► 2012 (8) ► 2011 (78) ▼ 2010 (41) ► grudzień (5) ► listopad (8) ► październik (4) ► wrzesień (5) ► sierpień (1) ► lipiec (1) ▼ czerwiec (3) Recenzja: Justyna Bargielska DWA FIATY Recenzja: Wioletta Sobieraj ALEJA RÓŻ Poezja: Józef Baran PODRÓŻ ► maj (3) ► kwiecień (4) ► marzec (3) ► luty (2) ► styczeń (2) ► 2009 (4) ____________________ _ Adres do korespondencji t.sobieraj@wp.pl

Recenzja: Justyna Bargielska DWA FIATY
Autor: Marek Trojanowski HISTORIAMOICHNIEDOLI.PL Pierwszego sierpnia 2009 roku, trzydzieści siedem minut po godzinie dziewiątej Miłosz Biedrzycki (MLB) zjadł drugie śniadanie, popił je kawą i wyraźnie ukontentowany klepiąc się po brzuchu wyznał: „Zawsze się cieszyłem, kiedy mogłem prosto i jasno wypowiedzieć swoje zdanie o wierszach, które przeczytałem z przyjemnością. Tak jak to się stało np. na książkach Szczepana Kopyta czy Moniki Mosiewicz. Znacznie częściej zdarzało się, że w jasnych i prostych słowach musiałem odmawiać publicznego wyrażania swojej opinii, bo wiersze niewystarczająco mi się spodobały – ale o tym wiedzą autorzy i wydawcy, którzy zwracali się do mnie z takimi prośbami.” Ilu wydawcom, ilu autorom Miłosz Biedrzycki musiał odmówić publicznego wyrażenia swojej opinii – tego nie dowiemy się nigdy. A szkoda. Warto byłoby poznać preferencje estetyczne człowieka, który jednocześnie potrafi zachwycić się głębokimi i nasączonymi filozofią kontynentalną tekstami Szczepana Kopyta („Yass”) i odmóżdżoną, poskładaną w wersy sieczką rymującej pani prawnik – Moniki Mosiewicz („Cosinus salsa”). Że na „prostą i jasną wypowiedź” Biedrzyckiego na temat dzieł Moniki Mosiewicz nie miało wpływu to, że razem tyrają w projekcie pod tytułem PoeWiki – o tym wszyscy wiedzą. Nikt nie śmie wątpić w to, że dzieła uduchowionej prawniczki: Ty pokrętna lampucero, Zabier od mojego pice! Wredna małpo jak cie spiero! albo haiku: ławka pod blokiem żubr powoli wychodzi zaraz dwunasta Miłoszowi Biedrzyckiemu się po prostu podobają. Że są po prostu nadzwyczajne. Po prostu odkrywcze. Po prostu wybitne. Są po prostu po prostu – chciałoby się podsumować odwołując się do postulatu prostoty i jasności, którą MLB zaprzągł dla potrzeb krytyki literackiej. Nie jest to pomysł zły. W notkach o książkach, wydanych tomikach roi się od potworów – zdań albo nawet całych akapitów, których zrozumienie przekracza możliwości filozofów analitycznych. Żeby nie być gołosłownym pachnący wydawniczą farbą przykład: O najnowszym debiucie Przemysława Witkowskiego, Przemysław Owczarek pisze: „Ta poezja żywi się asocjacjami, symbiozą odległych znaczeń, odkrywa świat nie w leksykalnych dystryktach i stratyfikacjach, ale w melanżu ich zasobów.” Ktoś mógłby powiedzieć, że przykład Owczarka jest chybiony. Wszak jego

AUTORZY TEKSTÓW Józef Baran Klaudia Bączyk Mariusz Bober Jan Z. Brudnicki Maciej Cisło Michał Dec-Budziszyński Stanley Devine Marek Doskocz Witold Egerth Stanisław Esden-Tempski Piotr Grobliński W.A. Grzeszczyk Łukasz Jasiński Zbigniew Joachimiak

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_06_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2010

Page 2 of 63

Krzysztof Jurecki Katarzyna Karczmarz Roman Kaźmierski Marcin Królik Andrzej Jerzy Lech Marek Ławrynowicz Przemysław Łośko Dariusz Magier Roberto Michel Joanna Mieszkowicz Janusz Najder Krzysztof Niemczycki Stanisław Obirek Edward Pasewicz Dariusz Pawlicki Robert Rutkowski Jan Siwmir Tomasz Sobieraj Wioletta Sobieraj Jan Stępień Andrzej Tchórzewski Janusz Termer Marek Trojanowski Joanna Turek Igor Wieczorek Bohdan Wrocławski Adam A. Zych ORAZ J.W. Goethe Jarosław Hašek S.I. Witkiewicz ____________________

kontakty na niwie poezji z obcymi cywilizacjami są powszechnie znane (kliknij tu www.historiamoichniedoli.pl/?p=289 by przeczytać protokół ze spotkania Przemysława Owczarka ze spotkania z UFO) i że być może tym razem jako poeta będący na statku kosmicznym przyjął zbyt dużą dawkę promieniowania. Stąd te asocjacje, stratyfikacje i inne dziwne słowa. (Ciekawe czy o kolejnym debiucie Przemysława Witkowskiego wypowie się Przemysław Owczarek w podobnej manierze czy może zrobi to w języku robotów jako C3PO, gdzie PO będzie skrótem od imienia i nazwiska . Ale czas przyszły zostawmy swobodnemu biegowi wydarzeń.) Wracając do Miłosza Biedrzyckiego i jego prostoty. Kiedy MLB wypowiada się na temat książek czy wierszy swoich kolegów i koleżanek, które „przeczytał z przyjemnością” to robi to zwykle po kartezjańsku: clair et distinct. Kult prostych słów, zdań prostych, prostego sposobu myślenia, prostych rachunków 2+2 – tego chciałoby się wymagać od każdego szanującego się krytyka literackiego. Jedną z ostatnich znanych książek, które spodobały się Miłoszowi Biedrzyckiemu jest tomik Justyny Bargielskiej pt. „Dwa fiaty”. Wiadomo skądinąd, że MLB zawsze ucieszy się, kiedy będzie mógł się wypowiedzieć jasno i prosto na temat książek, które mu się spodobały. Każdy człowiek lubi się cieszyć i dąży do tego, by mógł się cieszyć jak najczęściej i jak najdłużej. Dlatego pragnienie Biedrzyckiego wyrażenia swojej opinii jasno i wyraźnie i w tym przypadku jest zrozumiałe i ma swoje psychologiczne uzasadnienie. Biedrzycki ciesząc się pisał, pisząc cieszył się a cieszył się i pisał tak: „Justyna Bargielska już w swoich wcześniejszych książkach dała się poznać jako jedna z najoryginalniejszych i najbardziej wyrazistych współczesnych polskich poetek. Tym razem proponuje nam podróż Dwoma fiatami, odznaczającą się wirem kalejdoskopowych obrazów, wirtuozerią składni i fundamentalnymi pytaniami zadawanymi w sposób, wobec którego trudno pozostać obojętnym. Tak, jakby do pierwszego, przedustawnego fiat! poetka mocą swojej mowy i umysłu dodawała własne, drugie fiat! – czasem polemicznie, czasem aprobująco, zawsze poruszająco.” (Miłosz Biedrzycki o książce „Dwa fiaty”) Uważny czytelnik prawdopodobnie kilka lat poświęci rozmyślaniom nad powołaną przez Biedrzyckiego do życia kategorią: „pierwszego, przedustawnego fiat”. Na końcu i tak okaże się, że synteza harmonia praestabilita z fiat – nawet tym z silnikiem o rekordowej pojemności pół litra, który produkowała FSO – pozostanie wieczną tajemnicą swego stwórcy, który w przerwach między myśleniem, jedzeniem i śmianiem się ma zwyczaj przechadzania się po nieznanych nikomu ścieżkach. Nie zwalnia to jednak z poznania literackiej causa prima tego radosnego i jakże twórczego uniesienia, którym Miłosz Biedrzycki postanowił podzielić się ze światem. W związku z tym należy sięgnąć do źródła – tomiku Justyny Bargielskiej pt. „Dwa fiaty”. Justyna Bargielska podłączona do programu (grupy dyskusyjnej) kserokopia.art.pl wydawała swoje wcześniejsze książki w oficynie wydawniczej Jarka Łukaszewicza. Ta jednak splajtowała (właściciel i redaktor wydawnictwa Kserokopia zmuszony był do uczestnictwa w podrzędnym konkursie organizowanym przez GOK, by móc wydać swoją książkę! Cóż za upodlenie dla poety-wydawcy, który ma na swoim koncie takie szlagiery jak „th” Edwarda Pasewicza.) i autorka zmuszona była znaleźć innego wydawcę. Czy szukała długo, czy krótko – o to należałoby zapytać autorkę. Ostatecznie książka ukazała się w poznańskiej serii Biblioteka Poezji Współczesnej. Kilka uwag wstępnych. Pierwsza sprawa – fatalny tytuł. I tym nie należy się przejmować. Chociaż jakiś złośliwiec mógłby powiedzieć, że w porównaniu z „China Shipping”

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_06_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2010

Page 3 of 63

i „Dating session” tytuł „Dwa fiaty” to i tak jeżeli nie przełom jakościowy w twórczości artystki to przynajmniej milowy krok w dobrym kierunku. Zanim napiszę o „drugiej sprawie” pozwolę sobie zacytować pierwszy tekst z tomiku: Lęk jak ze starej książki: ona się boi, że może stać się panterą i wcale jej to nie podnieca, bo co robi pantera? Czy pantera może nie zamykać ust do zdjęcia, czy może iść spać w swoich nowych butach? Pantera czerstwi chleb, na który spojrzy, ma taki dar. Młynarka ma dar też fajny, że ożywia mięso. Ale jedno chciałaby mieć z pantery: gdy ktoś przychodzi i mówi pociąg, który istnieje tylko w rozkładzie, właśnie odszedł, umieć powiedzieć ach, tak? a nie próbować zjeść słońce, żeby nie zaszło. [Piękna młynarka] Druga sprawa – przed przystąpieniem do lektury należy korzystając z żyletki i nożyczek wyciąć: 1) z Gazety Wyborczej z nagłówka: „Uwaga, rząd zapowiada podwyżki” słowo: „Uwaga” 2) z Tygodnika Powszechnego wyciąć stały fragment z działu recenzje: „to jest książka o” 3) przy użyciu kleju / taśmy klejącej połączyć słowa „uwaga” oraz „to jest książka” 4) z odpowiednimi fragmentami tekstu o Alicji Tysiąc opublikowanymi w Gościu Niedzielnym tak by powstał napis: 5) „Uwaga, to jest książka o stracie ciąży” I teraz zacytuję drugi tekst z tomiku „Dwa fiaty”: To musiał być dzień Bożego Ciała. Starsza kobieta wiodła za sobą okazałą downicę: córciu, córciu, gdy umrę, co się z tobą stanie. A ja nie mogłam ci starsza obiecać kobieto, że jej nie zjemy, niedokładnie znam zwyczaje mojego gatunku, nie na tyle dokładnie. Widuję nas, jak przystajemy na rogach ulic, wyjmujemy z portfeli zdjęcia budynków krytych złotymi kopułami i pokazujemy je sobie nawzajem, mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi, ale czy tęskniąc, czy grożąc, nie wiem. To musiał być ten dzień, wzdłuż torów albo skrajem parku szedł mężczyzna w brązowej marynarce, niósł piłkarzyki główkami do dołu i nic na to nie poradzę, ale słońce, ono chyliło się ku zachodowi. [Pole bawełny] Dlaczego cytuję? Otóż sprawa z tomikiem „Dwa fiaty” przedstawia się następująco: bez uprzedniego założenia, że wiersze te napisane zostały dla kobiet, które straciły ciąże sens tekstów jest na tyle rozmyty, że niezauważalny (np. w tomiku Zdanowicz, „Jak umierają małe dziewczynki”, była sytuacja odwrotna). Justyna Bargielska ciągle pisze szyfrem wierząc, że kategoria „cierpliwości i wytrwałości czytelnika” ma przynajmniej jeden desygnat. Moim zdaniem autorka tomiku „Dwa fiaty” popełnia błąd „szyfrując”, „kamuflując przekaz” a jej wiara w cierpliwość odbiorcy przypomina przekonanie Miłosza Biedrzyckiego, że istnieje coś takiego jak „przedustawne fiat”. Oto przykład: Nikt nie umarł w tym filmie, nikt w nim nie chciał niczego. Zachrzęściło w pokoiku, więc wstałam sprawdzić, zainkubowana podopieczna ośmiuset ton bazaltu, twoja mama. Ktoś dzwonił domofonem półtorej, dwie godziny, a potem wstukał kod i sam się wpuścił. Jak grzyb tęczowy na buzi Matki Boskiej, tak kwitnie samotność, kobieca i ludzka. Gdy nie śnią się stada

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_06_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2010

Page 4 of 63

utopionych krów, noc lubi przynieść coraz to głupsze proroctwo, pięć, cztery, trzy gwiazdki anyżku, które zostały, żeby wyjść i wrócić, rzucić pieniążek oknem, zrozumieć się telepatycznie. Dziecko chce się uczyć o wietrze, o prądzie, a ja mam ze sobą tylko szal zielony, byśmy sobie mogły poudawać morze. [Na pasku] O czym byłby ten tekst, gdyby nie założenie: „uwaga, to jest książka o stracie ciąży”? Luźnymi obserwacjami połączonymi za pomocą przecinków i spójników? Jest tu „śmierć w tym filmie”, „zachrzęszczenie w pokoiku”, jest nawet „samotność, kobieca i ludzka” (To miło, że autorka nie ulega presji społecznej i słusznie, bo zgodnie z naturą, rozróżnia wśród uczuć te, które należą do ludzi i te, które są właściwe dla kobiet), jest „noc” i „sen” i są nawet „uśpione krowy” – ale takie namnożenie zagadek przypomina poukładanie na jednej ścieżce w lesie tysiąca strzałek zrobionych z suchych gałązek, które mają być wskazówkami w zabawie w podchody. Ilu czytelników jest na tym świecie, którym wystarczy czasu i cierpliwości by sprawdzić każdy sens, by pójść w tym kierunku, który wskazuje każda ze strzałek? Inny tekst: Coś jak mapy przed bitwą i ich światło z poczty, ich brudny śnieg w szparach, ich posiedźcie tutaj a mama zapoluje, ich dwa kręgosłupy, widok szczegółowy – nikt się nie spodziewał, a tutaj wtem nagle. I giełdy, i ropa reagują. Sąsiedzi nie mając nikogo nawzajem wzywają policję do wyjącego wiatru. A kiedyś szłam latem po zwiniętych torach [I konie, i ptaki] Podobna sytuacja. Kalambur: „mapa przed bitwą” + „ich światło z poczty” + „ich brudny śnieg w szparach” – i w zasadzie te trzy elementy tekstu wystarczą na sześciogodzinna prelekcję na temat znaczenia „mapy przed bitwą”, „ich światła z poczty” itp. Pytanie, które się pojawia w trakcie lektury tomiku „Dwa fiaty” – dlaczego Bargielska jako poetka rezygnuje z prostoty przekazu? Dlaczego komplikuje tekst i sens tam gdzie w grę wchodzą elementarne uczucia? Dlaczego w miejscu, w którym powinny być emocje, ścisk w gardle, tam gdzie powinna być reakcja kobiety, która na prośbę koleżanki zamiast porodu filmuje urodziny sinego trupka, są kolejne męczące wskazówki rozszerzające pole interpretacji w nieskończoność? Dlaczego Justyna Bargielska w tomiku „Dwa fiaty” stara się za wszelką cenę być – jak to ujął Biedrzycki Miłosz – „najbardziej wyrazistą” i „najbardziej oryginalną” polską poetką? I w końcu: dlaczego w tomiku „Dwa fiaty” zabrakło przede wszystkim kobiety, kobiety która: Stała tam i patrzyła, czy oni patrzą na nią, ale nie patrzyli. I może tylko rząd płaszczów ją trochę zrozumiał, może glina, gdy wyschła, zwróciła na nią swoje poczciwe, martwe oko. [strzela, strzela a jest motylem] Jako czytelnik chciałbym poparzyć się od Bargielskiej ogniem emocji. Chciałbym aby w każdym fragmencie książki „stała tam i patrzyła, czy oni patrzą na nią”. Chciałbym widzieć Justynę Bargielską – kobietę z jej wnętrzem pełnym ognia i krwi z rozerwanego serca a nie „najbardziej wyrazistą”, „najbardziej oryginalną” poetkę. Kobiety są o wiele ciekawsze niż poetki.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_06_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2010

Page 5 of 63

Justyna Bargielska, Dwa fiaty, Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury, Poznań 2009.
Poleć to w Google

Recenzja: Wioletta Sobieraj ALEJA RÓŻ
Autor: Witold Egerth „Aleja Róż” to druga, po „Latawcach”, powieść obyczajowa Wioletty Sobieraj. W obu autorka daje się również poznać jako satyryczka i kontestatorka polskiej wszędobylskiej, unurzanej w hipokryzji pozorności. A że pióro ma lekkie i ostre niczym chirurgiczny skalpel, trudno wobec jej książek przejść obojętnie – tym bardziej, że dokonywana przez nią wiwisekcja społeczeństwa jest obrazem pociągającym, chociaż niemiłym, szczególnie dla poprawnych i ugrzecznionych czytelników, czerpiących swoją wiedzę z mediów. Na okładce wydawca umieścił opinię Jana Siwmira, gdzie czytamy: „Fabułę tworzą doskonałe dialogi, sugestywnie zarysowane postacie i przede wszystkim narracja, w której nie brak wnikliwych refleksji i ironicznego dystansu do rzeczywistości”. Ja ze swej strony dodałbym jeszcze, że autorka nie stroni od opisu, dzięki któremu odtwarza bezbłędnie miejsca wydarzeń, ich wygląd, ale przede wszystkim klimat. I nie chodzi tu o jakąś nadmierną szczegółowość, co byłoby w odbiorze nieznośne, ale o kilka celnych sformułowań, które przywołują przed oczy czytelnika niemalże dotykalny obraz opisywanego wycinka rzeczywistości. Jednak to, co najbardziej mnie urzekło w tej książce, to jej konstrukcja. Być może ten element spowodował, że Jan Siwmir określił Aleję Róż jako „współczesną miejską balladę z charakterystyczną dla tego gatunku dawką niesamowitości, poczuciem humoru, miejscami liryczną nastrojowością i swoiście pojmowaną sprawiedliwością”. Rzeczywiście, jednym z bohaterów, obok tytułowej „alei” oraz kobiet przynależących do różnych światów, uczyniła Sobieraj ulicznego żula. To jego postać, chociaż nie najważniejsza, otwiera i zamyka tę opowieść. Razem z nim odchodzi w przeszłość ulica Różana, z którą jego los jest nierozerwalnie związany. Heniek – bo tak ów bohater ma na imię – stanowi żywą legendę tego miejsca. To pociągający i jednocześnie odrażający typ (nota bene klasyczny, rzekłbym, obiekt uwielbienia wielu pisarzy starszego i młodszego pokolenia, bo taki wolny, taki paraintelektualny, metafizyczny i fizyczny – dwa albo i więcej w jednym), który, jeśli chce, potrafi robić dobre wrażenie. W „Alei Róż” poznajemy go również w roli męża i ojca – i tu urok pryska. Sobieraj bezlitośnie się z nim rozprawia, pozwalając mu jednocześnie odegrać swoją ostatnią „wielką” rolę – niemal perwersyjnego w swej potulności kochanka, a wszystko w oparach tajemnicy i potencjalnego obyczajowego skandalu. Na ulicy Różanej, która z czasem dostępuje nobilitacji, stając się Aleją Róż, spotyka się nowe ze starym, nowi bogaci mieszkańcy wypierają z czynszowych kamienic biednych lokatorów i właśnie na styku tych dwóch światów rozgrywa się akcja powieści. Każdy z nich realizuje potrzebę mitologizacji własnej przestrzeni – ta skłonność raczej łączy je, niż dzieli. I tak poznajemy legendę związaną z miejscową kapliczką, w którą wpisuje się historia Justyny – nowej mieszkanki, córki byłego partyjnego prominenta, przeżywającej życiowy kryzys z powodu braku autentycznych mocnych doznań. Justyna wraz ze swoimi koleżankami prowadzą swoistą grę towarzyską, żeby zapewnić sobie dobrą zabawę kosztem kogoś spośród własnego grona przyjaciół(?), cyniczne wykorzystując słabości „ofiary”. I kiedy się wydaje, że autorka niczym już nie może zaskoczyć czytelnika, okazuje się, że jesteśmy w błędzie. Dużo w tej książce niespodzianek, a wszystko jakby podporządkowane przewrotnej tezie – kiedy sądzimy, że świat przedstawiony nie kryje przed nami już żadnych tajemnic, możemy być pewni, że wiemy o nim tyle, co nic. Tym bardziej to zaskakujące, że z całą pewnością „Aleja Róż” nie jest ani tak – podobno poszukiwanym na naszym rynku – kryminałem, ani żadną sensacją, tylko zaangażowaną społecznie książką obyczajową, ale o tym ostatecznie można się przekonać, czytając ją do końca, o tym, jak i o swoiście pojmowanej sprawiedliwości, co sugerował

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_06_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2010

Page 6 of 63

Jan Siwmir na okładce. Oprócz sprawności warsztatowej, zarówno pod względem konstrukcyjnym jak i językowym, kolejnym atutem tej powieści jest duża wrażliwość autorki na problemy społeczne. Sobieraj z jednej strony potrafi z łatwością poddać swoich bohaterów satyrycznej deformacji i bezlitośnie ich ośmieszyć, ale z drugiej z ogromnym wyczuciem prowadzi wątek Zośki – żony Heńka, i ich córki, sięgając po takie ważne społecznie zagadnienia, jak bieda czy przemoc w rodzinie, którą łączy z wypaczonym katolickim wychowaniem, opowiadającym się za męską dominacją. Wrażliwość społeczna, umiejętność obserwacji ludzkich zachowań pozwoliły autorce uniknąć banalizacji poruszanych problemów, a niekiedy nawet autentycznie wzruszać, co w książce wypełnionej humorem (i ironią!) również może zaskakiwać. Zresztą Sobieraj lubi łączyć sprzeczności, dzięki temu powieść czyta się jednym tchem, bo nie pozostawia czasu na nudę. Znajdujemy w niej mnóstwo odniesień i komentarzy do naszej rzeczywistości, m.in. do wiary w zabobony albo dla odmiany w siłę pieniądza, pogardliwego stosunku do starości, apoteozowania „bohaterskiej” walki z komuną pokolenia stanu wojennego, do rynsztokowego języka „wybitnej” polskiej młodej literatury, toksycznego wpływu telewizji, a przede wszystkim pięlęgnowania pozorów w naszym życiu, którym dajemy pierwszeństwo przed nim samym. Apogeum kontestacji owej „pozornej” obyczajowości Sobieraj osiąga we wręcz groteskowej scenie pogrzebu, w której powaga śmierci ustępuje pola doczesnym potrzebom taniego blichtru. Ta powieść zabiera głos w dyskusji na wiele tematów, nie o wszystkich tutaj wspomniałem, ale niewątpliwie Sobieraj starała się poddać analizie naszą polską współczesność (co z góry jest przedsięwzięciem bardzo trudnym i karkołomnym), oglądając ją z perspektywy jednej ulicy, dzięki czemu stworzyła spójny obraz, nie pozbawiony przy tym wielowymiarowości. Warto się tej książce przyjrzeć i z tego powodu, że nie została napisana na zamówienie, nie schlebia pospolitym gustom czytelników, byle tylko sprzedać jak największą liczbę egzemplarzy, w myśl zasady – im głupiej, tym lepiej. Czytelnicy zostali potraktowani przez Wiolettę Sobieraj bardzo poważnie, bo „Aleja Róż”, jak autorka sama twierdzi, to „książka adresowana do kogoś podobnego do mnie, do ludzi, którzy już niejedno przeżyli, samodzielnie myślą, są odporni na toksyczne (za to bardzo poprawne politycznie) media”. Ale z poważnego stosunku pisarki do czytelnika nie wynika wcale poważny ton tej powieści, wręcz przeciwnie, co chciałbym wyraźnie podkreślić, ta książka najpierw bawi, dopiero później przychodzą refleksje, tak jakby unosiły się nad nią słowa Gogola: „I z kogo się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie.” Czy tak jest w istocie, każdy ma okazję przekonać się sam, pobierając darmową wersję elektroniczną (e-booka), co wbrew pozorom może zapewnić tej ważnej, inteligentnej książce znacznie dłuższy żywot niż papierowe wydanie i jednocześnie umożliwia dokonywanie na bieżąco korekty drobnych błędów technicznych, których dopatrzyłem się w wersji papierowej, a nie znalazłem ich już w wersji elektronicznej. Wioletta Sobieraj, Aleja Róż, Editions sur Ner, Łódź, 2010.
Poleć to w Google

Poezja: Józef Baran PODRÓŻ
Chwila osobliwa z pieskiem preriowym ten piesek preriowy myśli sobie że przyleciałem do niego specjalnie po to by nakarmić go jabłkiem chrupie je w skupieniu stojąc słupka przed swoją norką

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_06_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2010

Page 7 of 63

na dwu łapkach a ja pozuję mu do fotografii (w tle Ameryka Góry Skaliste Ocean Spokojny i takie inne nieważne dla pieska imponderabilia) Rezerwat sekwoi wielkie drzewa sekwoi w parku Yosemite mówią że są wierzące i głuche na trwożne przestrogi współczesnych filozofów apokalipsy od dwu tysięcy lat nieprzerwanie głoszą poszumem jedną prawdę że życie jest wielkie niepokonane ma trwały sens zapisany w słojach i nie masz nikogo potężniejszego nad Pana który je zasadził Lekcja pokory kwiaty wytryskujące z kamieni i skał nie żądają poklasku nucą sobie a muzom na tym absolutnym bezludziu bezinteresowną pieśń o urodzie świata: anonimowi artyści średniowieczni Miłość moment wzruszenia nad urwistym kanionem i rzeką drążącą obojętne skały: gniazdo zbudowane na wsporniku wiszącego mostu przez parę zakochanych orlików ponawiających od początku trud stwarzania świata Fragmenty poematu Podróż.
Poleć to w Google

Strona główna Subskrybuj: Posty (Atom)

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_06_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: lipiec 2010

Page 1 of 63

Udostępnij

Zgłoś nadużycie

Następny blog»

Utwórz bloga

Zaloguj się

KRYTYKA LITERACKA
pod redakcją Witolda Egertha i Tomasza Sobieraja ● ISSN 2084-1124 LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA ______________________________________________________________________
Spis treści
► 2012 (8) ► 2011 (78) ▼ 2010 (41) ► grudzień (5) ► listopad (8) ► październik (4) ► wrzesień (5) ► sierpień (1) ▼ lipiec (1) Recenzja: Paweł Lisicki PRZERWA W PRACY ► czerwiec (3) ► maj (3) ► kwiecień (4) ► marzec (3) ► luty (2) ► styczeń (2) ► 2009 (4) ____________________ _ Adres do korespondencji t.sobieraj@wp.pl

Recenzja: Paweł Lisicki PRZERWA W PRACY
Autor: Tomasz Sobieraj Pisanie thrillerów i kryminałów wcale nie jest takie proste, jak to się z pozoru wydaje. Świadczą o tym desperackie próby stworzenia powieści sensacyjnej, podejmowane przez niektórych naszych utytułowanych literatów – próby bezlitośnie obnażające ich warsztatowe braki i intelektualną nędzę. Okazuje się bowiem, że nie jest problemem napisanie awangardowego tomiku poezji czy nieudolnej ale „wielkiej” powieści pełnej luk i nieciągłości – potrafi to nawet obarczony dysleksją czwartoklasista, a posiadacz giertychowskiej matury może już swobodnie startować do nagrody Nike (oczywiście, jeśli poświęci kilka dni na pisanie i ma właściwe znajomości). Jednak w przypadku literatury sensacyjnej, gdzie wymóg opanowania literackiego rzemiosła i posiadania talentu jest warunkiem koniecznym do stworzenia utworu spójnego, logicznego, poprawnego językowo, interesującego, ze sprawnie poprowadzoną akcją, nasi wielcy już sobie zupełnie nie radzą, a nawet wypisują głupoty, czego dowodzi chociażby wegetariańsko-astrologiczny „thriller” Olgi Tokarczuk o pługu, kościach i wariatce. Trochę więc niepokoją zapowiedzi niektórych literatów, że teraz będą pisać kryminały i thrillery – bo, po pierwsze, nie wiadomo, czy podatnicy udźwigną taka liczbę stypendystów (tak, drogi Czytelniku, oni, ci wielcy, zwykle nie pracują, tylko żerują na Twoich podatkach), po drugie zaś, spowoduje to całkowity upadek tak uroczego w sumie gatunku, jakim jest powieść z dreszczykiem. I będzie to ponure widowisko, podobnie jak było nim odejście poezji intelektualnej i poszukującej Piękna oraz Prawdy, wypartej przez rynsztokowy bulgot. Szczęśliwie, trzyma się jeszcze nieźle literatura faktu, reportaż, eseistyka, bo te wymagają autentycznej wiedzy i rzetelnego warsztatu; tutaj oszukać się nie da, bo też grupa docelowa jest inna niż w przypadku awangardy – to już nie ćwierćinteligenci, ale ludzie samodzielni intelektualnie. Dlatego, kiedy dotarła do mnie książka Pawła Lisickiego „Przerwa w pracy”, sięgnąłem po nią z nadzieją. Któż bowiem, jeśli nie dziennikarz, publicysta, tłumacz Bubera i Fariasa, autor szkiców literackofilozoficznych, miałby napisać powieść sensacyjną z prawdziwego zdarzenia, książkę zwyczajnie ciekawą, która nie tylko byłaby zbiorem właściwych gatunkowi komponentów, ale i – chociaż w minimalnym stopniu – odzwierciedleniem metafizycznych niepokojów, etycznych dylematów, społeczną krytyką? Bohater Lisickiego to sfrustrowany pięćdziesięcioletni nieudacznik, dziennikarz upadającego tygodnika społeczno-politycznego. Znudzony pracą, rodziną, świadomy wszechobecnej pozorności, niechętny politycznej poprawności, leniwy, nielubiący siebie zbłąkany katolik, zostaje wysłany służbowo na międzynarodową konferencję do Wiednia – jedną z tych, która w istocie jest spotkaniem tak zwanych naukowców oraz innych cwanych nierobów różnych profesji, bezczelnie bijących pianę za pieniądze podatnika i podejrzanych instytucji związanych ze światem polityki i mediów. Tematyka tego szczytu koncentruje się wokół podstawowych – według organizatorów – i, wydaje się, niekiedy sprzecznych ze sobą zadań demokracji na XXI wiek, jak np. przedłużenie ludzkiego życia do 200 lat, całkowite wyeliminowanie kary śmierci, dopuszczalność eutanazji i aborcji, pełna kontrola nad ludzką płodnością (czywiście, takie sprzeczności nikogo już nie dziwią, od kiedy zamiast pomyśleć, wystarczy włączyć telewizor). Do tego dochodzi walka z

AUTORZY TEKSTÓW Józef Baran Klaudia Bączyk Mariusz Bober Jan Z. Brudnicki Maciej Cisło Michał Dec-Budziszyński Stanley Devine Marek Doskocz Witold Egerth Stanisław Esden-Tempski Piotr Grobliński W.A. Grzeszczyk Łukasz Jasiński Zbigniew Joachimiak Krzysztof Jurecki Katarzyna Karczmarz Roman Kaźmierski Marcin Królik Andrzej Jerzy Lech

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_07_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: lipiec 2010

Page 2 of 63

Marek Ławrynowicz Przemysław Łośko Dariusz Magier Roberto Michel Joanna Mieszkowicz Janusz Najder Krzysztof Niemczycki Stanisław Obirek Edward Pasewicz Dariusz Pawlicki Robert Rutkowski Jan Siwmir Tomasz Sobieraj Wioletta Sobieraj Jan Stępień Andrzej Tchórzewski Janusz Termer Marek Trojanowski Joanna Turek Igor Wieczorek Bohdan Wrocławski Adam A. Zych ORAZ J.W. Goethe Jarosław Hašek S.I. Witkiewicz ____________________

rasizmem i nietolerancją wobec mniejszości seksualnych, nowe określenie religii po holokauście oraz temat całkowicie z pogranicza czarnej komedii i fantastyki, czyli demokracja przyjazna jednostce. Prawdziwym celem spotkania ma być podpisanie międzynarodowego porozumienia pomiędzy papiestwem, ONZ, organizacjami pozarządowymi i rządami, a dotyczącego pełnej kontroli społeczeństw (czyli sum jednostek, zatem – w istocie – jednostek), które są za głupie, by same miały o sobie decydować. Bohater, jak to typowy polski dziennikarz, jest świetnie wykształcony, zna języki obce i porusza się swobodnie w wielkim świecie, tocząc zajadłe dysputy z największymi intelektualistami, naukowcami i finansistami świata, jednocześnie romansuje z przecudnej urody Ormianką o rosyjskim imieniu Natasza i wplątuje się w ryzykowne oraz moralnie naganne przedsięwzięcie, co wraz z pojawiającym się znienacka popędem płciowym staje się źródłem jego iście hamletowskich dylematów i pogłębiających się frustracji. Poza popędem pojawiają się: Wiedeń, trupy, brudne pieniądze, fundamentaliści islamscy, tajemniczy facet z brodą, kupiona za pół diety czerwona sukienka dla orientalnego obiektu pożądania, sączona whisky, wystawa obrazów Kokoschki, dziennikarka CNN, obsikane spodnie i inne atrybuty światowego życia, i życia w ogóle. Bohater staje przed obliczem ostatecznego wyboru i dokonuje go – zaskakująco dla czytelnika. Lisicki pisze sprawnie, świetnym inteligenckim językiem, co stawia tę książkę znacznie powyżej dzieł rodzimych łowców stypendiów, nagród i paszportów. Ale czy aby na pewno jest to powieść sensacyjna? Polityczny thriller? Kryminał? Biorąc pod uwagę, że w liczącej 293 strony książce, dopiero na stronie 110 dostajemy krótki sygnał o romansie, na str. 206 pojawiają się równie skromne pierwsze zwiastuny sensacji w postaci aresztowania hotelowego boya i rozrzuconych ulotek, na str. 240 bohater w końcu dobiera się do Nataszy, a już na str. 256 przesłuchuje go policja, to zaliczenie „Przerwy w pracy” do wyżej wymienionych gatunków jest ryzykowne. Co prawda ryzyko to podjął wydawca, ale wynika to zapewne z chęci zysku (nomen omen), bo o niezrozumienie, czym jest gatunek potocznie zwany sensacją, tej zacnej firmy nie podejrzewam. Z drugiej strony, nie byłby to pierwszy przypadek, kiedy wydawca nie wie, co wydaje, zmylony opinią nieudolnego i leniwego umysłowo recenzenta wewnętrznego czy redaktora. Podobnie nie popisał się ostrością widzenia śp. Maciej Rybiński, nazywając tę książkę thrillerem politycznym. Znacznie lepiej wybrnął Marcin Wolski, dostrzegając w niej „niezbędne komponenty rasowej powieści sensacyjnej”. Fakt, one rzeczywiście są, ale rasowe komponenty, to nie wszystko. Żeby zrobić ciasto, nie wystarczy zgromadzić odpowiednie składniki i wymieszać. Trzeba jeszcze umieć ciasto zrobić, znać przepis, wiedzieć, kiedy dodać to drobne i sekretne coś, co sprawi, że smak będzie wyrafinowany i niepowtarzalny. Nie chcę przez to powiedzieć, że Paweł Lisicki nie umiałby napisać klasycznej powieści z dreszczykiem – bo tego nie wiem, uważam tylko, że zrobiono mu niedźwiedzią przysługę, na siłę robiąc z poważnej książki literaturę, jak to nazywał Witkacy, pociągową. Więc o czym właściwie jest „Przerwa w pracy”? Każdy ma pole skojarzeń na swoją miarę, takie, na jakie zapracował. Dla mnie, poza oczywistymi odniesieniami do postaci istniejących (polityk – były opozycjonista Cweliński przerobiony na lewicowca, profesor Futuhira – szalony naukowiec i ateista, Bemberto Ceco), interesujące są odnalezione na stronicach tej książki postacie z historii i literatury. Najważniejsze to ksiądz Renar, którego pierwowzorem wydaje mi się być francuski dziewiętnastowieczny ksiądz, filozof, pisarz i historyk Ernest Renan, oraz dwaj panowie, jakby przeniesieni z „Czarodziejskiej Góry” Tomasza Manna – szwedzki wiceminister kultury Lindh i włoski genetyk, profesor Senetta, czyli, w wolnej interpretacji, Naphta i Settembrini. Pomiędzy nimi, bohaterem książki (Castorp, jak nic) i kilkorgiem innych osób zaplątanych w powieściową intrygę na szczycie (no właśnie, nieprzypadkowe to chyba nawiązanie do dzieła Manna) toczą się rozmowy, które swoją istotnością stawiają „Przerwę w pracy” daleko poza literaturą popularną, albo – i chwała autorowi za to – usiłuje Lisicki wprowadzić w ten sposób tematykę istotną do literatury lekkiej, by poszerzyć nieco horyzonty jej miłośników, skłonić czytelnika do refleksji. Oczywiście Senetta i Lindh nie wygłaszają poglądów swoich sanatoryjnych pierwowzorów walcząc o duszę nowego Castorpa, ale uosabiają, jak tamci, dwa opozycyjne światopoglądy. Z innych, pokrewnych powieści Manna elementów, jest także romans bohatera z

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_07_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: lipiec 2010

Page 3 of 63

Nataszą, co przywodzi na myśl panią Chauchat, Rosjankę, w której zakochał się Castorp, i jego dotkliwe przeżywanie własnej podupadającej fizyczności. Bohaterowie Lisickiego, sprawnie, sugestywnie zarysowani, dyskutują o etyce, filozofii, teologii, świecie bez Boga i religii, zaniku wszelkiej duchowości, aksjologicznym przewrocie, demokracji, granicach wolności, genetyce. Ścierają się na kartach tej książki poglądy kryptofaszystowskie, prezentowane przez demokratę – odpychającego, poprawnego politycznie, zindoktrynowanego idiotę i socjalistę Lindha – z poglądami umiarkowanie prawicowymi bohatera i, jednak, poszukiwacza Prawdy Tomasza B., oraz bezwzględnym racjonalizmem i pełnym wdzięku hedonizmem Sanetty. Iskrzy pomiędzy mocno odbiegającym od doktryny kościelnej duchownym Renarem (jakże świetnie ukryty jest pod tą postacią Renan i jego bluźniercze poglądy!) i jedynym naprawdę myślącym o sprawach ducha, postulującym nową religijność profesorem filozofii Latgriechem. Pojawia się chora na antypolonizm pani Schmolz, niedouczona idiotka z Zachodu, która twierdzi, że „Polacy tolerowali holokaust”, i że „nikt w okupowanej Polsce nie zdobył się na demonstrację poparcia dla Żydów” (inne, znacznie bliższe prawdy spostrzeżenia tej pani są równie ciekawe, jak np. to, że „epoka dominacji wyzwolonych wagin zastąpiła epokę dominacji penisa”). Pojawia się więc w tej książce cała galeria typów ludzkich i poglądów: skrajnych i zbliżonych, naukowych i metafizycznych, filozoficznych i teologicznych, logicznych i zupełnie pozbawionych sensu. Wszystko to podane przez Lisickiego w sposób jasny, przejrzysty, z literacką kulturą – co trochę zdumiewa, bo przecież Paweł Lisicki należy do grona namaszczonych przez Czesława Miłosza autorów, a jak wiadomo, nasz noblista namaszczał głównie Hunów literatury, czyniąc chyba na złość wszystkim, którzy potrafią pisać i mają o czym. W sumie, „Przerwa w pracy” to dobra książka, ale przede wszystkim – ważna. Czytelnicy obeznani nieco z trudniejszą literaturą odpoczną przy tej lekturze nie mając poczucia straconego czasu. Interesujący się filozofią odnajdą znajome koncepcje i ich modyfikacje, przystające do współczesności. Anarchistów ucieszy wizja polityków jako „tłustych, upudrowanych pudli pozbawionych mocy decydowania i niepoddanych selekcji”, jak to kiedyś było w zwyczaju (skądinąd bardzo słusznym). Miłośników polityki zainteresuje polityka. Zwolennicy literatury lekkiej bezboleśnie nabędą wiedzę, która, jak wiemy od Sokratesa i Platona, jest cnotą. To nie wszystko. Jest u Lisickiego nawet błyskotliwa satyra. Studium ludzkiej psychiki. Wyszukane i nienudne moralizatorstwo. Refleksja nad upadłym światem. Brutalna wiwisekcja starzejącego się mężczyzny. Konflikt pokoleń. Dziennikarski pazur. Właściwie każdy, kto lubi czytać, znajdzie tutaj coś dla siebie – no może z wyjątkiem feministek i homoseksualistów, potraktowanych z odpowiednią ironią i dystansem, oraz miłośników sensacji w ścisłym słowa tego znaczeniu, bowiem sensacja jest w tej książce niczym odległe pomruki nadchodzącej burzy, która w końcu przechodzi bokiem. Paweł Lisicki, Przerwa w pracy, wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2009.

Poleć to w Google

Strona główna Subskrybuj: Posty (Atom)

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_07_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: sierpień 2010

Page 1 of 63

Udostępnij

Zgłoś nadużycie

Następny blog»

Utwórz bloga

Zaloguj się

KRYTYKA LITERACKA
pod redakcją Witolda Egertha i Tomasza Sobieraja ● ISSN 2084-1124 LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA ______________________________________________________________________
Spis treści
► 2012 (8) ► 2011 (78) ▼ 2010 (41) ► grudzień (5) ► listopad (8) ► październik (4) ► wrzesień (5) ▼ sierpień (1) Recenzja: Marta Podgórnik DWA DO JEDEN. ► lipiec (1) ► czerwiec (3) ► maj (3) ► kwiecień (4) ► marzec (3) ► luty (2) ► styczeń (2) ► 2009 (4) ____________________ _ Adres do korespondencji t.sobieraj@wp.pl

Recenzja: Marta Podgórnik DWA DO JEDEN.
Autor: Marek Trojanowski, HISTORIAMOICHNIEDOLI.PL. W wieku 17. lat przeciętny nastolatek upija się, pali papierosy, przeprowadza pierwsze poważne eksperymenty na narkotykach i płci przeciwnej. Nastoletnia idylla trwałaby w nieskończoność gdyby nie to, że kiedyś trzeba dorosnąć. Kiedy jedni tak sobie popijali i popalali obmacując się w trakcie wolnych kawałków puszczanych na piątkowych dyskotekach, inni w pocie czoła zmagali się z wewnętrznymi demonami i duchami dziedzictwa narodowego. W izolacji od świata zewnętrznego prowadzili bój na śmierć i życie, w którym stawką była scheda po Mickiewiczu. Jednym z takich paladynów a dokładniej rzecz biorąc: paladynką poezji jest Marta Podgórnik. Jako nastolatka, Marta zamiast serc rówieśników podbijała serca jurorów w konkursie im. Bierezina. Czy poszła w bój nieprzymuszona? Czy może powodowała nią siła, której nie potrafiła stawić czoła? Czy nastolatka z tyłozgryzem i protruzją siekaczy miała inny wybór niż zatracenie się w poezji? Ciekawe jak zareagowało ciało pedagogiczne, w szczególności belfer od języka polskiego, kiedy dowiedział się, że jego siedemnastoletnia uczennica wygrała konkurs poetycki, który wówczas jeszcze cieszył się sławą i uznaniem? A może nastoletnia Marta nie pochwaliła się sukcesem? Może „Próby negocjacji” – swoje debiutanckie dzieło – ukryła przed światem tak mocno, jak tylko nastolatka potrafi ukryć dojrzewające i twarde piersi przed ciekawskimi kolegami z klasy? Marta Podgórnik dorosła. A że była tak dobra w walce z duchami natchnienia, to natychmiast wpadła w oko literackiemu alfonsowi. Artur Burszta przygarnął pod swoje opiekuńcze skrzydła (te same, pod którymi zabrakło miejsca dla Jakuba Winiarskiego) młodą i jakże uzdolnioną poetkę Podgórnik Martę, która (podaję za Wikipedią): „w internetowym serwisie Biura – »Przystani« zamieszcza felietony i odpowiada za dział poetyckich debiutów”. Jedno z powiedzonek w światku poetyckim brzmi: „Nie masz pieniędzy na ksero? Zadzwoń do Burszty, on wyda wszystko”. Marta Podgórnik nie musiała do nikogo dzwonić. Artur Burszta urzędował od 10-18.00 w pokoju obok. Wystarczyło kilka uśmiechów, spojrzeń i wspólnie wypita kawa, by kolejne dzieło poetki Podgórnik, pt. „Dwa do jeden”, znalazło się w planie wydawniczym Biura Literackiego na rok 2006. „Dwa do jeden” wydane zostało w tym czasie, kiedy w Polsce dominowała powszechna moda na głupotę: Justyna Radczyńska wydaje swoje dwa dzieła kanoniczne: „Podmiana Joli Grosz” oraz „Nawet”, powołana zostaje Nonsensopedia oraz kanał Youtube, w którym furorę robią najgłupsze filmy. Innymi słowy – „Dwa do jeden” Marty Podgórnik nie było na tle epoki ani dziełem wyjątkowym ani odosobnionym – trzeba mieć to na uwadze rozpoczynając studia tekstów z wzmiankowanego dzieła. W „Dwa do jeden” autorka prezentuje się czytelnikowi jako Kolumb

AUTORZY TEKSTÓW Józef Baran Klaudia Bączyk Mariusz Bober Jan Z. Brudnicki Maciej Cisło Michał Dec-Budziszyński Stanley Devine Marek Doskocz Witold Egerth Stanisław Esden-Tempski Piotr Grobliński W.A. Grzeszczyk Łukasz Jasiński Zbigniew Joachimiak Krzysztof Jurecki Katarzyna Karczmarz Roman Kaźmierski Marcin Królik Andrzej Jerzy Lech

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_08_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: sierpień 2010

Page 2 of 63

Marek Ławrynowicz Przemysław Łośko Dariusz Magier Roberto Michel Joanna Mieszkowicz Janusz Najder Krzysztof Niemczycki Stanisław Obirek Edward Pasewicz Dariusz Pawlicki Robert Rutkowski Jan Siwmir Tomasz Sobieraj Wioletta Sobieraj Jan Stępień Andrzej Tchórzewski Janusz Termer Marek Trojanowski Joanna Turek Igor Wieczorek Bohdan Wrocławski Adam A. Zych ORAZ J.W. Goethe Jarosław Hašek S.I. Witkiewicz ____________________

semantyki. Autorka używa języka jako środka lokomocji, by dotrzeć do nieznanych nikomu (poza rzecz jasna tubylcami) nowych Ameryk Znaczenia. W podróży poetka słyszy różne dźwięki, dominującym jest „pohukiwanie”. W wierszu „W zdrowym ciele zdrowy duch”, Marta Podgórnik napisze: pohukują od samiuteńkiego zaranka! Proszę pedagogów by używali ile wlezie der Sein neutrum i za dobre euro wzięli, iż każden dostał minimum sześć lat alma dręczarium; potem i tak biorą nas na blat urzędy; chwilę kwilę by nie pauperyzowali interpunkcji; [w zdrowym ciele zdrowy duch] Jak przystało na podmiot liryczny w poezji kobiecej, tak i w tym przypadku mamy do czynienia z podmiotem kwilącym. Ale nie to jest najważniejsze. Także nie problem „der Sein neutrum” oraz „dobrego euro”, „alma dręczarium” czy „pauperyzowanej interpunkcji” – tu rozum wywiesza białą flagę a kanony estetyczne i interpretacyjne w obliczu podobnych głupot popełniają zbiorowe samobójstwo. Najważniejszy w tym wierszu jest zdanie: „Pohukują od samiuteńkiego zaranka!” Co znaczy pohukiwać? Słownik języka polskiego podaje dwa znaczenia: 1. pokrzykiwać, wydawać okrzyki, a o przedmiotach także: rozbrzmiewać od czasu do czasu; 2. łajać, strofować kogoś udzielać komuś napomnienia lub nagany co pewien czas Nieważne, na które znaczenie się zdecydujemy, gdyż kolejny problem interpretacyjny związany jest z wyrazem: „samiuteńki” oraz z kategorią „zaranka”. Dlaczego autorka zdecydowała się na dziwaczną formę zaimka? Czy „zaranek” różni się tym od „przedranka” że jest za, gdy tymczasem ten drugi jest przed porankiem? Wydaje się, że tylko odpowiednio odżywiony oraz wystarczająco dobrze dotleniony mózg Profesjonalnego Krytyka Literackiego może w tym przypadku odważyć się na podróż ścieżką o nazwie: „Co poetka miała na myśli…” Kolejny nieznany nikomu ląd semantyczny, który odkrywa Marta Podgórnik, opisany został w wierszu: „Carramba dla Doren silvestri”. Oto fragment relacji z odkrycia: półobrót: mleczna tafla mgły przędzie szlaban na powrót, chociaż można by pertraktować z tak zsiadłym deszczem. potrujmy się dniem jeszcze: w twoich włosach skrzy diadem białego talku spod kół łunochodów [Carramba dla Doren silvestri] W pierwotnej wersji wiersz ten Marta Podgórnik zadedykowała: „Wszystkim tym, którzy maja ochotę podyskutować na temat poezji” Z oczywistych powodów wiersz został wydrukowany bez dedykacji. Łatwo się domyśleć, że inny fragment, innego wiersza będzie dotyczył czegoś innego – tylko pytanie jest identyczne: czego? Proszę zgadnąć: Listy po renowacji wzruszają jak nowe, budująca lektura. Detergenty pachną gdy cykuta siada jak karminowa mgiełka na dnie wanny. Czas przestać myśleć o nośności frazy, a nakręcić śmieciami i życiem modelek, dać się rżnąć światu [repetytorium dla adolescencji] W interpretując cytowany fragment wiersza Marty Podgórnik poczułem jak ogarnia mnie wstyd. To dziwne i rzadkie uczucie. Nie doświadczam go często. Rozmyślając nad „karminową mgiełką na dnie wanny” przypomniałem sobie swój cosobotni rytuał. Każdego szóstego dnia

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_08_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: sierpień 2010

Page 3 of 63

tygodnia biorę kąpiel. Napuszczam wodę do wanny. Bez płynu. Lubię oglądać swoje ciało pokrzywione optycznie przez falującą lekko wodę. Woda jest letnia. Siadam i pierwsze co robię po wejściu, to oddaję mocz. Widzę wyraźną smugę żółtej cieczy, która rozchodzi się w kryształowo czystej wodzie. Faluje ona cienką żółtą strużką, by po chwili zmienić się w ciemniejącą pomarańczową plamę tuż w okolicy mojego podbrzusza. Zbliżam do niej dłoń ale zanim zdążę ją dotknąć, poruszona woda zakłóca jednolity obszar i ten rozmywa się zanim zdążę musnąć go palcami. Delikatnym ruchem dłoni popycham resztki rozwianej chmury, która na powrót przybrała jasnożółty kolor, w kierunku kolan. Kiedy mgiełka zniknie, znikam i ja. Zanurzam się i wypuszczając nosem bąbelki powietrza próbuję pobić swój rekord przebywania pod wodą bez oddechu. Przez falującą taflę wody spoglądam na zniekształcony optycznie zegar na ścianie. Wodzę wzrokiem za sekundnikiem, który w okolicy drugiej minuty zwalnia aż wreszcie ślimaczy się niemiłosiernie. By przedłużyć okres bezdechu próbuję myśleć o czymś innym. Do głowy przychodzi mi nauczycielka od niemieckiego z liceum, straszna suka, ale jednocześnie podniecająca. Jej gestapowskie maniery były nafaszerowane erotyzmem. Zwłaszcza kiedy w trakcie niezapowiedzianych kartkówek przechadzała się po klasie bacznie wypatrując ściąg i innych niedozwolonych przyborów naukowych. Węch jej nie zawodził. Miała nosa jak owczarek niemiecki. Średnia wykryć 90 procent, tylko dlatego bo nigdy nie odważyła się szukać w majtkach. Natomiast bez oporów własnoręcznie przeszukiwała kieszenie, rękawy, szukała pod bluzkami, koszulami, we włosach itp. Rasowy SS-Man. Nie oszczędzała ani mężczyzn, ani kobiet. Trzy minuty i czterdzieści trzy sekundy to mój życiowy rekord. W tomiku „Dwa do jeden”, jest tylko jeden – jeden jedyny – samotny jak kawałek gówna w oceanie destylowanej wody wiersz, dla którego warto uszczuplić się o tych kilkanaście złotych. Wiersz pesymistyczny ale i ważny, tekst obok którego nawet najbardziej zatwardziały cynik, najbardziej zdeklarowany hochsztapler intelektualny obojętnie przejść nie zdoła. Oto on: Ludzie są tylko źli. Ktoś śni, niech wie: mylił się. Nawet we śnie ich smoła wrze, że aż kłębi się rym. Wrze smoła imion i serc; kochaliśmy się dziś w topolowym pyłku; brodziliśmy w hałdach listowia placami zabaw, przez sen. Bez przysięgi po kres; Słońce liście postrąca z drze; ranna pieśń zbudzi odzew krwi. Ludzie są tylko źli. Gazety wydali Ci niczym zgodę na śmierć. Park zaciska się, w pięść. Nie są źli w głębiach serc, nie. Mogliby Cię pokochać wręcz; lecz poczytać? Co to to nie; Po co welon, swój czarny tren, na zasłony przeszywa (i wie i ja wiem i), wiesz: Ludzie są tylko źli. Wykopią Ci dół, gdzie chcesz. Każdy garstkę dorzuci Ci na wierzch wieka, co stłumi dźwięk. Oskubią gołębie, i wygłoszą z twych listów wiersz: wskrzeszą łżące i mdlące łzy. Mało Ci? No to śpij. Ludzie są tylko źli. [ci mili państwo] Cytowany wiersz jest prawdopodobnie jedynym argumentem kolegów i koleżanek Marty Podgórnik, który przedstawiany jest za każdym razem w dyskusji z niewiernymi na temat: czy Autorka tomików: „Próby negocjacji”, „Paradiso”, „Długi maj”, „Opium i Lament”, „Dwa do jeden” oraz „Pięć opakowań” jest poetką czy też nią nie jest. Dla niewiernych jeden tekst nie wystarczy, niewierny potrzebuje cudu. Wierni zaś obędą się bez tego typu objawień. Sama wiara w Artura Bursztę i jego sprawczą moc to dla wiernych wystarczające dobrodziejstwo. Marta Podgórnik, Dwa do jeden, Biuro Literackie, Wrocław, 2006.
Poleć to w Google

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_08_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: wrzesień 2010

Page 1 of 63

Udostępnij

Zgłoś nadużycie

Następny blog»

Utwórz bloga

Zaloguj się

KRYTYKA LITERACKA
pod redakcją Witolda Egertha i Tomasza Sobieraja ● ISSN 2084-1124 LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA ______________________________________________________________________
Spis treści
► 2012 (8) ► 2011 (78) ▼ 2010 (41) ► grudzień (5) ► listopad (8) ► październik (4) ▼ wrzesień (5) Satyra: S.I. Witkiewicz TEORIA CZYSTEJ BLAGI Proza: Jan Siwmir LIRNIK I TŁUM Esej: JACEK DEHNEL, TYTAN Z PLASTIKU Poezja: Józef Baran WIERSZE Z TOSKANII Recenzja: Gonzalo Torrente Ballester WYSPA ŚCIĘTYC... ► sierpień (1) ► lipiec (1) ► czerwiec (3) ► maj (3) ► kwiecień (4) ► marzec (3) ► luty (2) ► styczeń (2) ► 2009 (4) ____________________ _ Adres do korespondencji t.sobieraj@wp.pl

Satyra: S.I. Witkiewicz TEORIA CZYSTEJ BLAGI
Każdy może tworzyć byle co i ma prawo być z tego zadowolonym, byleby nie był w swojej pracy szczerym i znalazł kogoś, który równie kłamliwie będzie to podziwiał. Ogarniamy wszystkie nieuznane dotąd kierunki: neo-pseudo-kretynizm, filutyzm, na-dudka-wystrychizm, neo-naciągizm, małpizm, papugizm, neo-kabotynizm, fałszyzm, solipsoedryzm, mistyficyzm, nabieryzm, fiktobydlęcyzm, oszukizm, neohumbugizm, krętacyzm, udawaizm (odróznić od udaizmu, czyli tego, co się udaje w znaczeniu powodzenia), błaźnizm, nieszczeryzm, w-polewyprowadzaizm, z-mańki-zażywaizm, przecheryzm, łgizm, łgarstwizm, brać-na-kawalizm, wmówizm, co-ślina-do-gęby-przyniesizm, zawracogłowizm, zawraco-gitaryzm i zawraco-kontrafałdyzm, omamizm, kręcizm i krętacyzm. Wszyscy przedstawiciele tych kierunków odetchną w naszej rozkosznej atmosferze Czystej Blagi. Niech żyje czysta, rozkoszna, świadoma swej potęgi, swobodna, bezwstydna BLAGA! O BLAGO, Czysta Blago – któż cię przelicytuje?!!! Fragmenty manifestu PAPIEREK LAKMUSOWY; całość dostępna na www.polona.pl/dlibra/doccontent2?id=1348&dirids=1
Poleć to w Google

Proza: Jan Siwmir LIRNIK I TŁUM
Dawno, dawno temu, wędrowny grajek miał zwyczaj pukania do bram miasta. Wpuszczano go zawsze. A on zasiadał w gospodzie, wyciągał instrument i śpiewał. O tym, co widział i co przeżył. O wojnach, ludziach i bogach. Pustyniach, oceanach, innych miastach. A przede wszystkim o miłości. Tego zawsze słuchały kobiety. I zawsze wtedy mógł liczyć na dodatkowy dzban wina. Taki bard miał głos jak dzwon a słowami potrafił wyczarować wszystko. Łodzie pełne pereł i diamentów, delikatny jak jedwab dotyk ukochanej, szczęk broni pojedynkujących się rycerzy, a nawet gniew króla czy pisk dzieci bawiących się we dworze. Jego historie żyły, pulsując podekscytowaniem w uszach gawiedzi, jego słowa powtarzano z ust do ust i nie żałowano mu grosza za to, że chociaż przez chwilę pozwalał na zajrzenie w swoje sny. Nie wszystkim się to podobało, oj, nie wszystkim. Zawsze znalazło się kilku takich, co szemrali po kątach, zazdroszcząc grajkowi rozkochanych kobiecych spojrzeń i podziwu mężczyzn, słuchających z otwartymi ustami o kolejnych bohaterskich wyczynach herosów. Aż znalazł się jeden, który na szemraniu nie zamierzał poprzestać. Syn możnowładcy. Jedynak rozpieszczony. Kupił lirę i zaczął naśladować grajka. Uczucia przepełniały go wielkie, głos wydawał namiętny, próbował kalekie słowa zastąpić gestami i obficie strzykającą śliną.

AUTORZY TEKSTÓW Józef Baran Klaudia Bączyk Mariusz Bober Jan Z. Brudnicki Maciej Cisło Michał Dec-Budziszyński Stanley Devine Marek Doskocz Witold Egerth

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_09_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: wrzesień 2010

Page 2 of 63

Stanisław Esden-Tempski Piotr Grobliński W.A. Grzeszczyk Łukasz Jasiński Zbigniew Joachimiak Krzysztof Jurecki Katarzyna Karczmarz Roman Kaźmierski Marcin Królik Andrzej Jerzy Lech Marek Ławrynowicz Przemysław Łośko Dariusz Magier Roberto Michel Joanna Mieszkowicz Janusz Najder Krzysztof Niemczycki Stanisław Obirek Edward Pasewicz Dariusz Pawlicki Robert Rutkowski Jan Siwmir Tomasz Sobieraj Wioletta Sobieraj Jan Stępień Andrzej Tchórzewski Janusz Termer Marek Trojanowski Joanna Turek Igor Wieczorek Bohdan Wrocławski Adam A. Zych ORAZ J.W. Goethe Jarosław Hašek S.I. Witkiewicz ____________________

Za pierwszym razem wygwizdano go, za drugim obrzucono zgniłymi jajami, kiedy indziej chwycono za kamienie. Gdzież mu było do tego, który jednym dobrze dobranym słowem potrafił wskrzeszać i unicestwiać potwory, z kilku nut stworzyć pieśń żyjącą przez lata w sercach słuchających. Syn możnowładcy zapałał nienawiścią do barda i do tłumu. Zebrał innych, co to kosym okiem patrzyli na utalentowanego. Poszeptali, uradzili. Do króla z petycją poszli, przekupili kogo trzeba. Nigdy już nie wpuszczono grajka do miasta. Ludzie tęsknili za nim, pytali, chcieli marzeń. Wspominali. Ale gdy się nie zjawiał a ci co pamiętali, pomarli, czas powoli zaczął zacierać ślady po balladach. Tymczasem odmieńcy stopniowo zaczęli przekonywać innych, że te piski, które wydają z siebie i spod siebie, to sztuka. Że nuda, bezbarwność i nijakość ożenione z fetorem moczu są nowymi, jedynie słusznymi, wartościami w literaturze. A że tłum tego nie rozumie? Tym gorzej dla tłumu. Widać prosty, ciemny i prymitywny. Na wysublimowanych formach się nie zna. Założyli związek, żeby się wspierać, wszelką krytykę stawiali na szafocie, płacili za każde dobre słowo o nich. Z czasem ludzie pogodzili się z brakiem wędrownego grajka, ale nie przekonali się do form zastępczych. Przestali więc marzyć. A też i utalentowanym inaczej ludzie nie byli już specjalnie potrzebni. Namnożyło się ich w związku tyle, że jedni pisali, inni czytali, z kolei ci inni grali a piszący słuchali. Klaszcząc sobie nawzajem. Może trochę, przez jakiś czas, uwierał ich brak popularności, ale szybko wytłumaczyli sobie, że są elitą. A niektórzy nawet awangardą. Płacąc za uznanie, szybko zubożeli, wytworzyli wobec tego nową tradycję – talent i ubóstwo muszą iść w parze. Przypomnieli sobie także niechlujny wygląd barda i utożsamiając go z talentem, zaczęli się podobnie ubierać. Stworzyli statut związku, w myśl którego nie wolno było przyjąć do swojego grona tego, kogo tłum pokocha. Przyjmowano wyłącznie gorszych od siebie. Przez wieki. Dziś wydaje się, że trudno byłoby znaleźć tych gorszych. A jednak nieustannie się udaje.

Poleć to w Google

Esej: JACEK DEHNEL, TYTAN Z PLASTIKU
Autor: Marek Trojanowski Był rok 1980. Naród, który na ustach czuł jeszcze metaliczny posmak papieskiego pierścienia szykował się do odnowy duchowej i do odnowy tej ziemi – polskiej ziemi. Czujne oko władzy dostrzegło ów zamiar i władza także postanowiła się przygotować na odebranie kolejnego porodu idei w historii. Zmobilizowano ZOMO, wojsko i MO. Rozdano dodatkowe komplety uzbrojenia. Na resortowych wtryskarkach wyprodukowano odpowiedni zapas gumowych pałek. A generał w zaciszu swego gabinetu pisał przemówienie do narodu. Na słowa: „Obywatelki i obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej! Zwracam się dziś do Was jako żołnierz…” naród będzie musiał poczekać jeszcze rok. Ale rok 1980 obfitował także w wydarzenia niezwykłe, przy których wyczyny solidarnościowców tęskniących za ciepłymi posadkami w

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_09_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: wrzesień 2010

Page 3 of 63

zarządach związków zawodowych blakną. Otóż w tym roku urodził się słynny bramkarz Artur Boruc, który pełnię swego talentu ujawni w 2009 r., w eliminacyjnym meczu z Irlandią Północną. Dwa miesiące później tego samego roku przyszła na świat Anna Mucha. Kto nie zna Anny Muchy – kobiety, która słynie z tego, że w tydzień czasu jest w stanie zgubić 14 kilogramów tłuszczu z okolic brzucha i bioderek? A jej mimikę, w szczególności sposób mrugania prawym okiem przeszedł do kanonu warsztatu aktorskiego. Podobno sztuki puszczania oczka na tzw. „Muchę” uczą w rosyjskiej szkole baletu, pekińskiej operze oraz w Hollywood. Sześć dni po tym jak odtwórczyni roli Madzi w serialu „M jak Miłość” ujrzała pierwszy promień sztucznego oświetlenia na sali porodowej pani Dehnel powiła synka, różowego bobaska, któremu dano na imię Jacek. Jacek Dehnel urodził się 1 maja 1980 r. Oprócz tego, że był to dzień wolny od pracy, to także był to dzień szczególny, skoro niespełna tydzień po narodzinach literata, biskupi zebrani na Konferencji Episkopatu Polski ostrzegli przed „niepokojącymi zjawiskami negatywnymi w życiu społecznym, kulturalnym, gospodarczym, i politycznym”. Jakie to zjawiska mieli na myśli włodarze kościoła rzymskokatolickiego w Polsce? Dziś możemy się domyślić i podziwiać zdolności profetyczne episkopatu wspieranego mocami pozaziemskimi. Jacek Dehnel, jak można przeczytać w licznych biogramach jest: polskim gejem, poetą, tłumaczem, prozaikiem i malarzem. Interesuje się rysunkiem. W wolnej chwili zasiądzie u boku pana dyrektora Zachęty, to wystąpi w TVP (nie mylić z TVN Turbo). „Jego wiersze były tłumaczone m.in. na baskijski, francuski, gaelic, łotewski, słowacki, słoweński”. Sam zaś zabłysnął jako Laureat Nagrody Kościelskich (2005) i Paszportu Polityki (2006). Jest też znany z tego, że niektórych nagród jak Angelus (2007) i Nike (2009) nie dostał, chociaż było blisko. Sam o sobie mówi: „żelu nie używam, we fraku chodzę wyłącznie do opery (i z pewnością nie noszę do niego melonika), zwrotu »kurwa mać« nie stosuję”. [Jacek Dehnel 2007-06-03 13:16:35] * O poecie Jacku Dehnelu świat usłyszał od innego poety – Czesława Miłosza. Ów utytułowany przyjaciel Iwaszkiewicza natychmiast dostrzegł potencjał w dorastającym młodzieńcu. Przeczytawszy (albo i nie) „Żywoty równoległe” (wyd. 2004) napisał: „Pojawienie się nowego i niewątpliwie prawdziwego poety jest zawsze rzeczą radosną (…). Poetyka jego wierszy jest mi bliska i nie ukrywam, że ona to skłoniła mnie do tego pochlebnego sądu”. Niestety, nie dane było mu się zbliżyć oraz zaznać pełni smaku poetyki „nowego i niewątpliwie prawdziwego poety”, bowiem tuż po lekturze debiutu młodzieńca Czesław Miłosz umarł. Jedni mówią, że ze starości. Inni milczą. Namaszczonemu Krzyżmem Czesława, młodemu poecie z dnia na dzień zrobiło się jakby lżej, jakby łatwiej. Ale nie wszyscy jednak podzielali wiarę Miłosza w potencjał drzemiący w Jacku Dehnelu. Oprócz przebrzydłych zawistników łasych na trofea, które przypadły w udziale utalentowanemu młodzieńcowi uwagi krytyczne zgłosił też wybitny znawca literatury polskiej i światowej, ekspert w dziedzinie poezji i kosmicznych znaków von Daenikena, krytyk, prozaik i poeta – Jakub Winiarski. W recenzji „Żywotów równoległych” Winiarski napisał: „Cóż, mnie, człowieka innej epoki zdecydowanie mniej przekonały utwory Jacka Dehnela i skromniejszy jest mój zachwyt, a w istocie: zachwytu we mnie generalnie brak. Mnie wiersze Dehnela kojarzą się ze stylistycznymi wprawkami, zręczne to i bez błędów, ale – paradoks taki dostrzegam – wierszem jest tu nie każdy wiersz. Nie przekonuje mnie sprytny zabieg antydatowania utworów, mający uwiarygodnić ich językowy anachronizm i stylizację, nie bawią mnie koncepty quasiklasycystyczne w dedykacjach („Niegdyś niesłusznie dedykowane pannie…”) i tylko dandysowska aura tej liryki wydaje mi się poruszająca,

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_09_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: wrzesień 2010

Page 4 of 63

bo śmieszna”. Jacek nie zraził się słowami krytyki. Nie miał zresztą ku temu powodów, gdyż błogosławieństwo Czesława Miłosza otworzyło mu drzwi salonów literackich. Rok po debiucie młodzieniec odbierze nagrodę Kościelskich. Później Paszport Polityki za rok 2006 w kategorii „literatura”. Do szczęścia brakuje jeszcze Nike, Angelusa i oczywiście Nobla. Zastanawiające jednak jest to co się stało z wybitnym krytykiem – Jakubem Winiarskim. Otóż wystarczyło kilka miesięcy by krytyk zrozumiał krytykowanego poetę – uświadomił sobie, w którym momencie popełnił błąd. W recenzji kolejnego tomiku Dehnela: „Wyprawy na południe” (wyd. 2005) Winiarski napisał: „już Dehnela lepiej rozumiem, już mnie nie rozbawia tak bardzo jego emploi, uważam, że emploi nieważne, bo Dehnel ma talent bardzo duży i że ciekawsza jest jego wersja klasycyzmu od wielu, jakie pojawiły się na polskiej scenie poetyckiej w ciągu ostatnich przynajmniej dziesięciu lat”. Ale taka samokrytyka nie zadowoliła Winiarskiego. Obcując z dziełami Jacka Dehnela długo, często i namiętnie w 2006 r. Jakub w recenzji zbioru pt. „Wiersze 1999-2004” (wyd. 2006) wyznał: „Poezja Jacka Dehnela – a przynajmniej wiersze do tej pory przez niego napisane – najmocniej chyba stawia pytanie o czas. Ale nie w sensie jego łatwego do zaobserwowania »przemijania«, lecz w jego tajemnym stosunku do kultury i sztuki, której najdoskonalsze wytwory przejawiają się jak gdyby w przestrzeni, gdzie władza czasu nie sięga, lub sięga słabiej, ze znacznie stępionym ostrzem. Zdaniami tym – poza wszystkimi dalszymi ich implikacjami – chciałbym dziś zasygnalizować zmianę swojego nastawienia do poezji Dehnela, z którą pierwsze moje zetknięcie, jak dziś to widzę, nie było bardzo fortunne”. W niespełna dwa lata „stylistyczne wprawki” zmieniły się w dzieła filozoficzne, w których mędrzec rozstrzyga istotę sekundy, minuty i godziny zadając pytania o sens czasu i przemijania. Dokonał się cud pierwszy – Nawrócenie Krytyka. Cudem drugim była przemiana dandysa w filozofa. Jacek Dehnel bardzo dobrze odnalazł się w tej roli. Jako filozof – miłośnik mądrości wszelkiej – zna się na wszystkim, wszystko umie i w ogóle jest taką intelektualną złotą rączką. I tak: Jacka stosunek do polityki Jest rok 2006. Władzę w Polsce przejęli bracia Kaczyńscy. Roman Giertych jako minister edukacji zarządza na poziomie szkół podstawowych, w gimnazjach i w szkołach średnich obowiązkową uniformizację. Przy okazji – w trosce o dobro duchowe narodu – zabrał się za „oczyszczanie” kanonu lektur z elementów antypolskich. Wylatuje m.in. Gombrowicz. Jacek Dehnel nie pozostał obojętny na takie niszczenie dziedzictwa kulturowego. Pogrążył się w filozoficznej zadumie, przemyślał wszystko raz, przemyślał drugi raz. Następnie zebrał się w sobie i jednym tchem wyrzucił ze swojego filozoficznego wnętrza następującą myśl: „to, co robi polski minister edukacji jest, moim zdaniem, żenujące. Minister Łybacka była żenująca, minister Wiatr był żenujący. Ale Giertych i Orzechowski to już spełnienie najgorszego koszmaru, to nieuctwo jakiego nawet Ochab chyba nie reprezentował”. [Jacek Dehnel 2007-06-03 14:31:51] Prawda, że to głęboka myśl? A wszystkim, którzy zgłosiliby pretensje do takiej oceny relacji kultura – kolejni ministrowie rządów zaczynając od roku 2004, Dehnel odpowiada: „ja, jako obywatel kraju, który opłaca tych patafianów, mam święte

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_09_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: wrzesień 2010

Page 5 of 63

prawo krytykować ich, kiedy w sposób oczywisty kompromitują siebie i Polskę, udowadniając zupełny brak kompetencji. [Jacek Dehnel 2007-06-04 20:36:59] Tworząc podwaliny nowej koncepcji myśli politycznej, w której kluczową rolę odgrywać będzie kategoria: „żenujące”, „żenująca” i „żenujący” oraz pojecie „najgorszego koszmaru” i „patafiana” Jacek Dehnel objawił się jako doskonały teoretyk polityki dorównujący Clausewitzowi, co zapewne nie zostanie przeoczone przez biografów. Traduttore traditore Unikalny talent Dehnela ujawnia się szczególnie w jego roli jako tłumacza. I tak, w lipcu 2009 r. na portalu nieszuflada.pl publikuje tekst Carla Sanburga pt. „ A Coin, Bronzes”. Translatorski kunszt Jacka Dehnela objawia się nie tylko w dziele ale i w polemice z argumentami krytycznych czytelników. Oto dowód. Pierwsze wersy oryginału Dehnel przetłumaczył następująco: Wasze zachodnie głowy tutaj, odlane w metalu, Dwaj, którzy razem się zacierają, Wspólnicy we mgle. [Jacek Dehnel 2009-03-16 00:43:08] Jedna z krytycznych czytelniczek zwróciła uwagę na osobliwość wspólników zacierających się we mgle. Przeczytawszy oryginał (Your western heads here cast on money, / You are the two that fade away together / Partners in the mist), poszperawszy trochę w głowie, trochę w słownikach Ewa Poniecka – bo o niej mowa – zwróciła utalentowanemu tłumaczowi uwagę, że: „Pan chyba nie rozumie wiersza »Moneta«, nie można tłumaczyć tak mechanicznie jak Pan to robi, lecz należy poznać kontekst i sens słów”. tłumaczy Pan początek: Wasze zachodnie głowy tutaj, odlane w metalu, Dwaj, którzy razem się zacierają, Wspólnicy we mgle. toż to brednia buffo i jakaś nieudolna kalka! Po pierwsze monety się bije (tutaj cast) a nie odlewa, odlewa się dzwony, czy armaty lub pomniki, monety się bije. I jest to w języku polskim związek frazeologiczny »bić monetę«, który też doskonale oddaje proces technologiczny, polecam na Żelaznej przed Mennicą Polską obejrzeć wystawioną prasę… do bicia, nie do odlewania. a dalej w tłumaczeniu zagubiony jest Pan jak dziecko we mgle: Dwaj, którzy razem się zacierają, Wspólnicy we mgle. czy Pan w ogóle orientuje się o czym mówi wiersz w oryginale, do czego się odwołuje??? Można pomyśleć, że pisze Pan, ni w pięć ni w dziewięć, o jakichś bimbrownikach pędzących samogon na zacierze gdzieś w leśnej mgle koło Limanowej… Panie Jacku, bardzo lubię Pańską prozę, ale do poezji to Pan głowy nie ma i poza powielaniem schematycznych form jak pantum, pokazuje Pan, nie po raz pierwszy, że poezji Pan nie czuje”. [Ewa Poniecka 2009-03-16 14:02:00] Nasz bohater nie zdał się zbić z pantałyku. Nie takie zarzuty odparł, nie takie uwagi przeżył. Z wrodzoną sobie finezją i taktem odpowiedział: „Fajnie, że Pani mnie posyła do mennicy (mam niedaleko), ale wystarczy do słownika – gdyby Sandburg chciał napisać »minted«, to by tak

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_09_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: wrzesień 2010

Page 6 of 63

napisał. Nasze »bicie« monety to właśnie »to mint«. »Cast« to »odlewać« właśnie. Proszę nie poprawiać autora, autor wiedział, co pisał”. [Jacek Dehnel 2009-03-16 21:32:06] Ewa Poniecka to nie Jakub Winiarski. Zresztą kobiety są złym materiałem na dobrych konwertytów. Pokazując, że w jej żyłach zamiast delikatnej, wycackanej krwi menstruacyjnej płynie stężony kwas siarkowy odpisała: „Kompromituje się Pan :) Pan nie zna angielskiego, już któryś kolejny raz pisze Pan »Good-by” to »Żegnajcie«. GOOD BYE – Panie Dehnel, or welcome to the dictionary. A »where« (gdzie) myli sie Panu z »when« (kiedy) »My, którzy nadchodzimy, kiedy was już nie ma,« twierdzi Pan ze »cast« to odlewać, nie rozumie Pan postawowych zwrotów, skąd Pan wziął prerie w liczbie mnogiej? I nade wszystko arcynieudolne »Dwaj którzy się razem zacierają« pomijam błędy z kolejnych wierszy, poziom żenujący:(obawiam się że byłby Pan bez szans na rozszerzonej maturze z angielskiego. Bez satysfakcji stwierdzam po tym, co Pan tutaj opublikował, że się Pan ośmiesza porywając się na tłumaczenia poezji amerykańskiej. Panie Jacku, wygląda na to, że nie zna Pan ani języka ani kultury amerykańskiej. Nie uważam się za znawczynię, chociaż będąc tam 4 razy, przejechałam je wzdłuż i wszerz, Pan jednak jest – Pan wybaczy – ignorantem idącym w zaparte, jak młokos. ps. Wracając do »cast«, może Pan sobie »odlewać« nawet »w metalu«, ale będą Pana polewać. Może zacznie Pan uczyć Amerykanów angielskiego i wytłumaczy im to słówko. Ten prosty wiersz Pana przerasta, od początku do końca Pan bredzi i nawet do głowy Panu nie przychodzi, że słowo »cast« dotyczy wizerunku »western heads« który może być przedstawiony (cast!) na banknocie lub monecie, jak głowy prezydentów, Statua Wolności, Indianin czy inne. Pan odlewa z metalu monety magicznym słówkiem »cast« w dehnelowym rozumieniu. Pozostaje tylko powiedzieć Panu w dehnelowym angielskim »good-by« czyli Dehnylu żygnaj;)”. [Ewa Poniecka 2009-03-17 00:14:42] Jacek, mianowany 2006 r. przez Winiarskiego na filozofa, ma tę rzadką przypadłość, że nie myli się nigdy (z akcentem na „nigdy”). Wybadawszy po tonie wypowiedzi, że Ewa Poniecka nie da się łatwo przekonać do jego wersji angielszczyzny, że jest ona tego rodzaju kobietą, której definicje zapisano w słowniku pod literką W jak Walkiria postanowił użyć argumentu terminalnego, który ostatecznie przechyliłby szalę zwycięstwa w tej jakże zaciętej polemice na jego stronę. Stawka jest niebagatelna. Nie chodzi tu o „odlewanie” czy „bicie” monet, nie chodzi tu też o poezję, literaturę i jakość przekładów literackich ale o prestiż. Jeżeli chodzi o kwestie prestiżu i honoru Jacek Dehnel działa szybko i bezkompromisowo – niczym legendarna brzytwa Okchama (sic!). Odpisał: „P. Poniecka: Jasne, że nie znam angielskiego. Dlatego właśnie kończyłem klasę dwujęzyczną z wykładowym angielskim, pisałem z angielskiego maturę, a magisterium – z translatoryki na przykładzie Larkina”. [Jacek Dehnel 2009-03-16 23:52:32] I wszystko jasne. Inny rodzaj uzdolnień translacyjnych Jacek objawił przy okazji pracy nad przekładem wierszy łotewskiego poety Karlisa Verdinsa (Karlis Verdins, „Niosłem ci kanapeczkę”, wyd. 2009). O tym, że Jacek jest dobry z angielskiego, bo zdawał z tego języka maturę o tym wiemy z jego

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_09_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: wrzesień 2010

Page 7 of 63

rozmowy z Ewą Poniecką. Ale czy Jacek Dehnel miał ocenę celującą z łotewskiego? Podobne pytania nurtowały innych miłośników poezji: „Tłumaczył Pan z łotewskiego? To jestem pod wrażeniem, bo ja wiem tylko, że »nams« to dom, »iela« to ulica, »kalns« to wzgórze, »parstavnieciba« to przedstawicielstwo, a »filiale« to filia, oddział. Wiem, bo dwa lata tem zakładałem w Rydze przedstawicielstwo spółki, w której pracuję, a rok temu musiałem je przekształcać w oddział:-) [ Maciek Froński 2009-06-07 22:48:07] Jacek Dehnel odpowiedział: „Nie znam łotewskiego”. [Jacek Dehnel 2009-06-07 23:51:46] Zatem jak powstało polskie tłumaczenie wierszy łotewskiego poety Verdinsa? Przetłumaczyć instrukcję obsługi pralki można przy użyciu słownika. Do tego nie trzeba specjalnej wiedzy filologicznej. Ale tłumaczenie poezji to inna sprawa. Czyżby kolejny cud? Wszystkich zainteresowanych tłumacz Dehnel odsyła do „Od tłumacza”, w którym wszystko wyjaśnia. Ale jak to w życiu bywa znaleźli się tacy – nazwijmy ich „konserwatystami” – którym rewolucyjna metodologia przekładu się nie spodobała. Pierwszym był Andrzej Tchórzewski – poeta i tłumacz, który występując pod pseudonimem „lusia gremplarka” napisał: „byli już tacy, którzy tłumaczyli z gruzińskiego nie znając nawet liter gruzińskiego alfabetu lub z nieistniejących języków takich jak mołdawski (rumuński używany w Mołdawii) czy tadżycki (perski z Tadżykistanu). Tłumaczenie z »rybek« (przekładów filologicznych) kojarzy się z socrealizmem i ociera o hochsztaplerkę. Zapewne »lansowanie« (głównie siebie), bo żeby coś zasadnie promować z jakiejś literatury trzeba znać tę literaturę i wiedzieć, co wybrany przez nas autor znaczy w tej literaturze. W przeciwnym razie jest to zwyczajna dezinformacja. W przypadku współpracy z »nejtiwem« są jeszcze problemy psycholingwistyczne i pytanie o zakres kompetencji językowych »współpracownika«(Kłania się »późny« Chomsky).Naturalnie, końcowy rezultat może być zupełnie znośny, zwłaszcza dla osób wierzących w cuda. Weryfikowalność takich przekładów jest bliska zeru. Sprawę ratuje cmokierstwo lub snobizm”. [ lusia gremplarka 2009-06-08 22:42:39] Inny tłumacz i poeta – Roman Kaźmierski – podzielił pogląd Tchórzewskiego: Nie akceptuję tzw. rybek, jako sposobu na tłumaczenie z innego języka. Po ponad 25 latach pobytu i znajomości języka szwedzkiego w jego wszelkich wariantach (co było nieodzowne w moim zawodzie), mam coraz więcej wątpliwości, niepewności itp. niż w początkowych latach życia tutaj.(…) Przez szacunek dla Autorów obcojęzycznych, przez szacunek dla ich języka, przez pokorę wobec nieprzetłumaczalności poezji w ogóle – znając i język, i literaturę szwedzką, przekładam bardzo rzadko, z wielkimi oporami i poczuciem niepowodzenia. Życzę, oczywiście, powodzenia temu tomowi łotewskich wierszy. Pozdrawiam – Roman Kaźmierski [Roman Kaźmierski/nrml 2009-08-06 21:58:55] 99,99 % populacji tego świata przyznałoby rację Kaźmierskiemu i Tchórzewskiemu. Zresztą chłopaki wiedzą, o czym piszą. Pierwszy od lat przekłada z języka szwedzkiego, drugi tłumaczy poezję anglosaską, francuską, gruzińską i hiszpańską. Ale pozostała jedna setna populacji uważa owo przekonanie, że: »tłumaczy się teksty z języka, który się zna« w epoce komputerowych programów tłumaczących, słowników elektronicznych, translatorów google’a jest zwykłym anachronizmem. Trzeba przecież iść z duchem czasu! Wydaje się, że i Jacek Dehnel należy także i do tej mniejszości. Przypuszczenie owo potwierdza jego odpowiedź starszemu koledze:

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_09_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: wrzesień 2010

Page 8 of 63

„Pański argument sugerował nie wprost, że należy mieć za sobą ćwierć wieku obcowania z językiem, żeby przekładać – oczywiście muszę się zgodzić z tym, że wieloletnie obcowanie z językiem wielce pomaga tłumaczowi. I biję się w piersi, że nie obcowałem przez ćwierć wieku z łotewskim, ale podałem usprawiedliwienie: nie jestem w wieku emerytalnym, ba, nie mam nawet 40-tki i – z uwagi na to, że nie urodziłem się Łotyszem – nie miałem okazji obcować z łotewskim przez tyle lat. Ale równocześnie można podać szereg przykładów na słynne tłumaczenia, które zrobili poeci nie znający języka oryginału, lub znający ten język krótko i pobieżnie”. [ Jacek Dehnel 2009-08-08 11:50:32] Teoria przekładu tekstu literackiego Jacka Dehnela to nauka w sobie. Wszystkich zainteresowanych tą rewolucyjną metodologią zachęcam do lektury „Od tłumacza” w Karlis Verdins, „Niosłem ci kanapeczkę”. Książeczkę można kupić na Allegro od SuperSprzedawcy o nicku KoliberGdansk za jedyne 19,99 zł. Niecałe dwie dychy za dzieło rewolucyjne? To prawdziwa okazja. Oprócz tłumaczeń z (dosłownie) obcych Jackowi Dehnelowi języków, nasz bohater robi karierę w TVP. Telewizja Polska Od września 2006 do czerwca 2009 Jacek występował jako jeden z prowadzących w programie kulturalno-rozrywkowym Łossskot. Nie mówił zbyt wiele, ale był i to się liczy. O programie i swojej w nim roli Dehnel pisze: „Program »Łossskot« jest programem, w którym o sztuce wypowiada się trzech dyletantów –użytkowników (i zarazem twórców) kultury, a nie ekspertów. Taka jest formuła tego programu”. [Jacek Dehnel 2007-06-04 20:36:59] Telewizja publiczna realizowała misję i program ten początkowo emitowany był o przyzwoitej porze. Nie trzeba było polewać się zimną wodą, by doczekać. Trójka prowadzących: muzyk Tymon Tymański, dziennikarz Maciej Chmiel i poeta Jacek Dehnel odwalali kawał dobrej, kulturalnej roboty. Poprawka. Dobrą robotę odwalał Tymon Tymański, który sposobem ekspresji oraz artystyczną energią przytłoczył kolegów. Doszło do tego, że Jackowi pozostało się tylko uśmiechać przed kamerą. Ludzie to zauważyli. Niektórym zrobiło się przykro. Inni zaś odnieśli wrażenie, że ekscentrycznie ubrany młodzieniec, z czarną laseczką w dłoni jest elementem wystroju wnętrza studia nagrań. Pojawiły się więc głosy: „Jacku! Dlaczego? Powiedz, dlaczego to robisz?!” A ten, nigdy obojętny na głosy swoich fanów, odpowiedział: „pracuję tam dla pieniędzy, bo np. do komfortu pracy potrzebuję własnego mieszkania bez współlokatorów (choćby najmilszych) i martwienia się, czy znajdę kogoś do wolnego pokoju od września, potrzebuję książek, płyt i od czasu do czasu wyjazdu w jakieś miłe miejsce. A dzięki Łossskotowi mam to dzięki stosunkowo interesującej (rozmowy o kulturze) pracy na względnie rozsądnych warunkach”. [Jacek Dehnel 2008-10-03 17:28:4] Zaś wszystkim tym, którym się nie podoba jego telewizyjne wcielenie radzi: „Jeżeli jakość Łossskotu jest dla Pana za nisko, to przecież nikt Pana nie zmusza do oglądania tego programu. Ja nie oglądam, ba, nawet telewizora nie mam – i żyję. [ Jacek Dehnel 2008-10-11 23:55:38] Czy to nie dziwi, że współtwórca programu nie ogląda swojego dzieła? Wkrótce, kiedy okazało się, że oglądalność Łossskotu porównywalna jest do oglądalności reklamy pianki do golenia emitowanej o wpół do szóstej rano, pojawiły się plotki o tym, że ów program kulturalno-rozrywkowy może zniknąć z anteny. Czy Jacek się zmartwił? Nie chodzi o pieniądze, ale o kulturę, która bez Łossskotu byłaby przecież uboższa. Jaka była jego

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_09_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: wrzesień 2010

Page 9 of 63

reakcja, kiedy w lipcu 2009 r., w Gazecie Wyborczej ukazał się tekst pod tytułem: „Program kulturalny w TVP nie potrzebny”? Dehnel odpowiada: „wieści o likwidacji “Łossskotu” chodzą od dwóch lat mniej więcej :) A ja na szczęście przynajmniej od roku jestem w komfortowej sytuacji »będzie, to będzie, nie będzie, to nie będzie«. Oba rozwiązania mnie satysfakcjonują, co jest bardzo wygodne”. [Jacek Dehnel 2009-08-02 08:56:36] Kolejnym pracodawcom Jacka Dehnela życzymy tak utalentowanego pracownika, który nade wszystko ceni sobie „komfortowe sytuacje”. Jego podejście „będzie, to będzie, nie będzie, to nie będzie” nie jest może tak rewolucyjne jak tłumaczenie poezji z dosłownie obcych języków, ale jakże modne i popularne. Na zakończenie Za sto lat każdy historyk literatury, który podejmie się próby analizy fenomenu Jacka Dehnela, będzie musiał odpowiedzieć na pytanie: „czy on był zawsze taki?”. Otóż, co może wydać się niebywałe (chociaż kategoria „niebywałe” nie ma jeżeli chodzi o Jacka Dehnela zastosowania), już dziś z łatwością można znaleźć odpowiedź. Otóż: on zawsze taki był. Był najlepszy w przedszkolu, podstawówce, liceum i na studiach. Hola, hola! – ktoś mógłby przerwać opowieść i zadać pytanie: „A gdzie matura?” Tym ciekawskim odpowiada jak zwykle nasz filozof, poeta, prozaik, tłumacz, malarz: „Maturę z rozszerzonego angielskiego, dziękuję, zdałem w 1999 roku na 6”. [Jacek Dehnel 2009-03-16 23:52:32] Później były studia. Studencka asceza, życie wolne od imprez, z dala od studentek, które w okolicy 2.–3. roku zrobią wszystko, by złapać męża, opłaciło się: „Nie musiałem płacić za warunki i powtarzanie, bo zdałem wszystkie egzaminy”. [ Jacek Dehnel 2008-12-08 23:09:34] W pocie czoła, rezygnując z przyjemności tego świata, żyjąc życiem pełnym wyrzeczeń nasz bohater otarł się o absolut. I nie chodzi tu o gatunek wódki, ale o szczególny rodzaj wiedzy, która stała się wyczuciem a wyczucie wiedzą w dodatku w skórkowej oprawie z nadrukiem PWN. Jacek Dehnel objawia światu swoją najgłębszą tajemnicę: „Tak się składa, że moje wyczucie i moja wiedza są zgodne ze słownikiem”. [Jacek Dehnel 2008-11-13 16:43:08] I cóż, na zakończenie chciałoby się dodać: „Zatem na kolana chamy!”
*(Wszystkie cytaty – wypowiedzi Jacka Dehnela i innych bohaterów felietonu pochodzą z portalu nieszuflada).

Tekst pochodzi z książki Marka Trojanowskiego Etyka i poetyka, t.III, internet 2010.
Poleć to w Google

Poezja: Józef Baran WIERSZE Z TOSKANII
Fotografujemy się z Adamem na tle Krzywej Wieży w Pizie

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_09_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: wrzesień 2010

Page 10 of 63

nasze człowieczeństwo Adamie też zbudowane na błędzie jak krzywa wieża w Pizie z nieomylnością śmierci pnie się w nas coraz wyżej klockowata piramida lęku (przed runięciem w przepaść) zuchwale sięgająca już wierzchołkiem nieba struchlała konstrukcja ognia z wodą podpiłowana u samego spodu Westchnienie podróżne
Basi Czajce

ach podrzucić siebie jak tobołek gdzieś na stacji w Oddalinie w Zabyłowie i odrodzić się w zieleni na nowo pośród cyprysów z Alpami pod głową w Serawezzie Pizie lub Quarcetto tam toskańskie słońca stale świecą by zmęczenie spadło z serca jak kamień wymazały się klęski na amen zetrzeć z serca do świata urazy stać się czysty jak baranek bez zmazy czysta karta tabula rasa Na plaży w Forte dei Marmi piszę by sam sobie udowodnić że istnieję na tej Ziemi przez którą przemykamy cienie anonimowi i niemi dopiero co tędy szli brzegiem Etruskowie Rzymianie Włosi zapisali bose stopy na piasku został tylko po nich wieczny piasek i wzburzony poszum morza przybyłem by odcisnąć też ślad na plaży choć wiem jak bardzo kruchy rozsypie się w drobny mak lub zostanie za chwilę rozdeptany jak ślady po naszych miłościach trwające w sercach przez moment chyba że niepojęty Bóg w swojej dobroci nieprzebranej odtworzy kiedyś wszystkie ślady i zabezpieczy je na wieczne trwanie
Poleć to w Google

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_09_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: wrzesień 2010

Page 11 of 63

Recenzja: Gonzalo Torrente Ballester WYSPA ŚCIĘTYCH HIACYNTÓW
Autor: Tomasz Sobieraj Zwykle kiedy czytam książkę mam wrażenie, graniczące często z pewnością, że autorzy not wydawniczych i recenzenci tej książki nie czytali. No, może czytali ją w przerwach podczas wykonywania różnych znacznie bardziej absorbujących czynności albo używali popularnej wśród pewnej grupy techniki szybkiego czytania. Może też mieli innych niż ja nauczycieli literatury. Nie wiem, wiem jednak na pewno, że zazwyczaj to, co czytam, nie pasuje do tego, co chciałem przeczytać zwabiony reklamą i entuzjastycznymi wypowiedziami wydawców, tłumaczy, żurnalistów i innych zainteresowanych bardziej stroną merkantylną literatury niż jej istotą, czyli treścią, formą, pisarskim warsztatem. W przypadku książki Gonzalo Torrente Ballestera pod tytułem „Wyspa Ściętych Hiacyntów” było podobnie. Chciałem przeczytać coś lekkiego, z ciekawą fabułą, ale jednocześnie mądrego, by nie mieć poczucia, że tracę czas na literaturę pociągową. Powieść Ballestera wydawała się spełniać te wymagania – w końcu to uznany galicyjski pisarz hiszpańskojęzyczny, autor ponad dwudziestu powieści, kilku sztuk teatralnych, eseista, nauczyciel akademicki, znawca literatury hiszpańskiej, publicysta, krytyk teatralny, laureat wielu prestiżowych nagród. José Saramago pisał o nim, że „Jeśli istnieje niebo, Torrente Ballester siedzi po prawicy Cervantesa”, co dla każdego miłośnika literatury wysokiej jest wystarczającą zachętą, Tłumacz, Wojciech Charchalis, dodatkowo zachwalał autora tymi słowami: „Torrente to gigant powieści, bez wątpienia jeden z najwybitniejszych pisarzy dwudziestego wieku. Nikt jak on nie potrafi uwieść czytelnika i wciągnąć go w zawiły, pełen uniesień labirynt historii, jednocześnie rozbawiając go do łez wysublimowanym poczuciem humoru” – nic dziwnego, że mój apetyt na książkę wzrósł. W nocie wydawcy przeczytałem, że w „Wyspie Ściętych Hiacyntów” Ballester „...bada genezę procesu twórczego: zamknięty świat powieści, prawdopodobieństwo, związki historii z fikcją i tekstu z autorem (...)”. – No, to bez wątpienia książka dla mnie! – pomyślałem. Dalej wydawca informował, że jednym z bohaterów powieści jest naukowiec, który „poprzez zastosowanie skomplikowanych teorii stara się dowieść, że Napoleon nigdy nie istniał – został wymyślony przez Nelsona, Metternicha i Chateaubrianda”. Ryzykowne, ale czemu nie, w końcu pisarz może wszystko, ogranicza go jedynie wyobraźnia, a skoro jedni wymyślili Ben Ladena, UFO, epidemię świńskiej grypy, to czemu by nie przyjrzeć się bliżej Napoleonowi, który też być może jest zmyśleniem; ba, uważam, że można w literaturze nawet pójść dalej i zastanowić się, czy Hitler i Stalin też nie są jakimś wymysłem – w końcu, jak pisze sam Ballester „tak się dzieje ze wszystkimi ludźmi wymyślającymi fikcje, że ich propozycja, że ich oferta zawsze jest skierowana do ograniczonej liczby klientów”, więc i na podobne sensacyjne koncepty amatorzy by się z pewnością znaleźli. Na koniec poczciwy wydawca Zysk i S-ka dodaje, że „Postaci Cagliostra i Żyda Wiecznego Tułacza także pojawiają się w tej historii, gdzie erotyzm i melancholia mieszają się z ciętą ironią”. Czy trzeba wymagać czegoś więcej od dobrej literatury niż to, co zapowiada tekst od wydawcy i tłumacza? Tak zachęcony zasiadłem z książką w fotelu i w dwa wieczory przeczytałem „Wyspę Ściętych Hiacyntów”. Cóż, widocznie nie należę do tych, do których Ballester adresował tę propozycję. Jedyne, co wydało mi się w tej lekturze ciekawe, to erudycyjne popisy autora, liczne nawiązania do historii i pewne jej frywolne podszczypywanie, modelowanie, wprowadzenie postaci Chateaubrianda, Nelsona, lady Hamilton, Cagliostra, Napoleona – jednak w sposób niekoniecznie zgodny z tzw. prawdą historyczną, więc dla miłosników historii rzecz to raczej bezwartościowa. Rzeczywiście, prawdą jest, że mieszają się u Ballestera rzeczy możliwe z niemożliwymi, rzeczywistość z fikcją: z jednej strony mamy zakochanego bez wzajemności w studentce wykładowcę i literata, jego kolegę – naukowca humanistę o kontrowersyjnych poglądach oraz dosyć ironicznie przedstawione środowisko akademickie (to zapewne wynik jego obserwacji w czasie czteroletniego pobytu w USA na Uniwersytecie Stanowym w Albany), a z drugiej wyspę Gorgonę (istniejącą naprawdę, niedaleko Elby, jest tam kolonia karna), na której

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_09_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: wrzesień 2010

Page 12 of 63

dokonuje się rewolucja i rzeź doprowadzona do skrajnej, absurdalnej już postaci, bowiem zostają ścięte nawet powszechnie hodowane w doniczkach hiacynty – stąd druga nazwa wyspy. Fikcyjny wątek Gorgony (chociaż wysepka ma też ciekawą, prawdziwą historię) służy Ballesterowi za pretekst do rozważań na temat natury władzy i jej nieposkromionej skłonności do degeneracji; autor dokonuje analizy rewolucji, przedstawia jej przyczyny, przebieg i skutki, zastanawia się nad ludzką kondycją, pokazuje jak tworzy się politykę i jak można manipulować bezmyślną masą, która wierzy bezkrytycznie w przedstawienie, projekcję, nie w twarde fakty i logikę; to studium degeneracji władzy, ducha, idei, i satyra na niesamodzielne intelektualnie społeczeństwo. Tyle z grubsza o szkielecie treści – treści samej w sobie interesującej. Jednak literatura to także forma. I tutaj nie jest dobrze: Ballester nazywa tę książkę „listem miłosnym z interpolacjami magicznymi” – rzeczywiście, jest i list, i interpolacje. Ale wszystko podane w sposób nudziarski, powolny, rozwlekły i pozbawiony magii, z przydługimi dygresjami, przez które autor nie trafia do celu albo trafia z opóźnieniem, do tego marudzi i ględzi, wije się i stęka, konstrukcja mu się rozpada, wszystko przypomina gęste, źle wyrobione ciasto pełne grud. Ballester z dziwacznym upodobaniem delektuje się średnikami, nawiasami, a nawet nawiasami w nawiasach, ciągnąc potwornie długie zdania, przez co tekst traci na czytelności. I tak przez ponad 440 stron. Mamy w tej książce do czynienia z typowym przykładem niezgodności towaru, czyli treści, ze specyfikacją, czyli z tym, co umieścił wydawca na okładce (opakowaniu) i w internecie – a książka to przecież towar, w końcu sam Ballester uzywa określeń „oferta” i „klient”. Myślałem, że chociaż znajdzie się ta obiecywana erotyka. Owszem, jest, ale nie za szybko, bo dopiero na str. 365 mamy z nią do czynienia, kiedy to pojawiają się wybrane mity greckie w niby teatralnej interpretacji kilku pań z towarzystwa, jednak Leda ogranicza się do stosunku z dziobem łabędzia a Danae jedynie zabawia się lubieżnie ze złotym brokatowym szalem – czysta wulgaryzacja pięknych starożytnych historii. Do tego sam opis tego teatru nudny, jakby pośpieszna i zdawkowa relacja z przedstawienia Leszka Mądzika o papierze i folii, ale dla dorosłych. W sumie i tak jest to bardziej estetyczne widowisko (to w książce, nie u Mądzika) niż wypięty goły zadek aktrisy Szczepkowskiej, niemniej opowiedziane niemrawo, bez polotu, jakby autor bał się tematu, nie znał go albo sam nie wiedział, o co mu chodzi. Z ironią też u Ballestera słabo; pojawia się rzadko, a właściwie raz (dla ułatwienia dodam, że to w drugim akapicie na str. 284). Wysublimowane poczucie humoru jest tak wysublimowane, że niedostrzegalne. Ciekaw jestem, w których to miejscach tłumacz Charchalis śmiał się do łez. Albo ja jestem ponury jak księgowy w fabryce gwoździ, albo Charchalis to bardzo wesoły człowiek. Gratuluję, w takim razie. Podczas lektury zastanowiła mnie nieco pisownia. Np. na str. 31 słuchają „Sonaty Kreutzerowskiej” w wykonaniu niejakiego Oistracka – czy może chodzi o skrzypka Dawida Ojstracha (ros. Ойстрах, ang. Oistrakh)? Miasto Genua (wł. Genova) w dopełniaczu zawsze pisało się Genui, nie Genuy, jak chce wydawca (tłumacz?). Na str. 402 jest „z ócz”, zamiast z oczu; str. 405 „nie znanego” zamiast nieznanego. Dziwne zaniedbania korekty. Pojawiają się też, bliżej nie wiadomo po co, formy niby poprawne, ale dziwolągowate, zbędne, rzadko stosowane, jak np. na str. 376 „ździr” (zwykle: zdzir), stylistyczne nieudolności (str. 360 i koncert na słowo „który”), błędy merytoryczne i logiczne (cztery okręty w rzędzie idą kierunkiem NNW-SSW z wyspą na kursie, co jest niemożliwe, powinno być NNW-SSE). Poznajemy nowe właściwości światła („ogień kominka to oświetlał nas, to przyciemniał nam twarze”). Cieszy natomiast polityczna niepoprawność i użycie ślicznego, a prawie że już zakazanego w ćwierćinteligenckim świecie słowa „pedzio”. Brawo za odwagę, señor Ballester y señor Charchalis! ¡No pasarán! Ballester dostał w 1981 roku za „Wyspę Ściętych Hiacyntów” Premio Nacional de Literatura, najważniejszą hiszpańską nagrodę literacką; innych nagród i wyróżnień, także zagranicznych, posiadł w swoim życiu więcej, niż kilku znacznie bardziej znanych pisarzy razem wziętych. Tak, to bez wątpienia ważna postać w literaturze, i dla niej zasłużona, a jego dorobkiem można by obdzielić kilku mniej płodnych autorów. W literackim niebie (piekle?) Tomasz Mann czy Fiodor Dostojewski kulą się ze wstydu ze swoim „skromnym” dorobkiem, jeszcze bardziej kuli się

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_09_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: wrzesień 2010

Page 13 of 63

Bruno Schulz. Mam wrażenie (fakt, że po jednej powieści), że Ballester to klasyczny przykład profesora literatury, który dużo o niej wie, sporo o niej pisze, jest doskonałym teoretykiem, nawet gawędziarzem, ale kiedy przychodzi do praktyki – czyli do TWÓRCZOŚCI, radzi sobie słabo. I nie pomogą tutaj ordery, znajomości z faszystami, później z komunistami, występy w radiu i telewizji, doktoraty honoris causa i inne wyrazy uznania oraz towarzyskiej lojalności. Talentu kupić się nie da, i choćby mówiono o jego wielkości na wszystkich hiszpańskojęzycznych uniwersytetach, zawsze znajdzie się myślący student, jakiś Vitoldo Gombro, który zapyta „dlaczego Ballester wielkim pisarzem jest?” I nie sądzę, by jak chce tego Saramago, Ballester siedział po prawicy Cervantesa w literackim niebie – chyba, że jako jego doradca w kwestiach życiowej zaradności i lawirowania, bo to z pewnością wychodziło mu lepiej, niż autorowi don Kiszota. W sumie nie wiem, dla kogo jest ta książka. Na pewno nie dla tych, którzy szukają tego, co wypisywał na okładce wydawca – ci mogą się domagać zwrotu pieniędzy. Na pewno też nie dla miłośników historii, bo ci szukają rzetelnej powieści opartej na faktach albo fikcji osadzonej w historycznych realiach. Dla wielbicieli fantasy i podobnych dyrdymałów jest za trudna. Zwolennicy kryminałów i Chmielewskiej zasną. Apologeci Masłowskiej i literatury przydennej mieli problemy w szkole, więc nie będą potrafili przeczytać i zrozumieć nawet strony tytułowej Ballestera. W zasadzie nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek przez „Wyspę Ściętych Hiacyntów” przebrnął. To, że jest mądra, że zawiera kilka niezłych literackich pomysłów oraz jest dowodem na pewną fantazję i wiedzę autora, to za mało, by uznać tę książkę za dobrą. Realizacja jest beznadziejna. Warsztat pisarski dziwaczny. Nuda. Ględzenie. Za dużo słów. Brak magii. Tutaj zwyczajnie Ballesterowi nie wyszło. To się zdarza nawet najlepszym, chociaż nie powinno. Więc czekam na kolejne tłumaczenia Galicyjczyka. Póki co, nadal do najwybitniejszych powieściopisarzy XX wieku będę zaliczał Manna, Haška, Gravesa, Nabokova, Bellowa i jeszcze kilkunastu prawdziwych magów literatury. Na tej liście Ballestera na razie nie ma. Gonzalo Torrente Ballester Wyspa Ściętych Hiacyntów, Zysk i S-ka, Poznań, 2009.
Poleć to w Google

Strona główna Subskrybuj: Posty (Atom)

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_09_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: październik 2010

Page 1 of 63

Udostępnij

Zgłoś nadużycie

Następny blog»

Utwórz bloga

Zaloguj się

KRYTYKA LITERACKA
pod redakcją Witolda Egertha i Tomasza Sobieraja ● ISSN 2084-1124 LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA ______________________________________________________________________
Spis treści
► 2012 (8) ► 2011 (78) ▼ 2010 (41) ► grudzień (5) ► listopad (8) ▼ październik (4) Recenzja: Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki DZIEJE RODZIN... Poezja: Tomasz Sobieraj WOJNA KWIATÓW Poezja: Robert Rutkowski WYJŚCIE W CIEMNO Poezja: Jan Siwmir PYTANIA NA ŹLE ZADANE ODPOWIEDZ... ► wrzesień (5) ► sierpień (1) ► lipiec (1) ► czerwiec (3) ► maj (3) ► kwiecień (4) ► marzec (3) ► luty (2) ► styczeń (2) ► 2009 (4) ____________________ _ Adres do korespondencji t.sobieraj@wp.pl

Recenzja: Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki DZIEJE RODZIN POLSKICH
Autor: Marek Trojanowski PROTOKÓŁ Z BADANIA Badający: specjalista pierwszej klasy dr Marek Trojanowski Badany: Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki Wiek: 48 l. Płeć: M Plansza numer jeden. Pytanie: Z czym się panu kojarzy ten obraz? Odpowiedź: przechodził anioł koło mojej matki rzekł ty nie jesteś chora Stefanio i zamilkł [V] Pytanie: Kim mamusia jest z….? Odpowiedź: moja matka piękny krzew dwulicowy jest pół Polką pół Ukrainką raz jest miłością a raz nienawiścią piękny krzew o dwu twarzach [CIX] Uwaga badającego: Badany impulsywnie reaguje na słowo „matka”. Przerywa w połowie pytania. Plansza numer dwa.

AUTORZY TEKSTÓW

Pytanie: Z czym się Panu kojarzy ten obraz?
Józef Baran Klaudia Bączyk Mariusz Bober Jan Z. Brudnicki Maciej Cisło Michał Dec-Budziszyński Stanley Devine Marek Doskocz

Odpowiedź: matka myje chore bardzo chore nogi i mówi od rzeczy [CXIX]

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_10_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: październik 2010

Page 2 of 63

Witold Egerth Stanisław Esden-Tempski Piotr Grobliński W.A. Grzeszczyk Łukasz Jasiński Zbigniew Joachimiak Krzysztof Jurecki Katarzyna Karczmarz Roman Kaźmierski Marcin Królik Andrzej Jerzy Lech Marek Ławrynowicz Przemysław Łośko Dariusz Magier Roberto Michel Joanna Mieszkowicz Janusz Najder Krzysztof Niemczycki Stanisław Obirek Edward Pasewicz Dariusz Pawlicki Robert Rutkowski Jan Siwmir Tomasz Sobieraj Wioletta Sobieraj Jan Stępień Andrzej Tchórzewski Janusz Termer Marek Trojanowski Joanna Turek Igor Wieczorek Bohdan Wrocławski Adam A. Zych ORAZ J.W. Goethe Jarosław Hašek S.I. Witkiewicz ____________________

Konkluzja tych badań mogłaby być taka: Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki bardzo, ale to bardzo kochał swoją mamę. Właściwie to kochał ją tak jak nikt inny na świecie. I jeżeli mama nie miała nic przeciwko temu, to nikomu nic do tego. Ale konkluzja będzie inna. Wszystko zaczęło się od tego, że w jednej z księgarni internetowych kupiłem tomik Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego pt. „Dzieje rodzin polskich”. Na pięćdziesięcioczterostronicową książeczkę w kolorowej okładce wydałem prawie pięć złotych, nie wliczając w to kosztów przesyłki. W księgarni tej były też inne równie tanie a nawet i tańsze książki. Literatura fantasy, kryminały, klasyka literatury światowej – wszystko dosłownie za grosze. Ja wybrałem tomik Tkaczyszyna-Dyckiego wydany przez wydawnictwo Sic! w 2005 r. Tomik zaczyna się dobrym tekstem i wszystko byłoby dobrze, gdyby wydawca wespół z autorem ograniczyli wybór wierszy wchodzących w skład tomu do tego i tylko tego tekstu. Oto on: motyl kołysze się w trawie i na swój sposób uszczęśliwia kolorowy świat bądź unieszczęśliwia zważywszy przecież fakt że przyfrunął znikąd i spoczął na liściu koniczyny z kwiatu na kwiat ale przede wszystkim do dziś pozostaje nieodgadniony pośród czterolistnej koniczyny zważywszy i to, że liczą się wyłącznie fakty [przedmowa] Jak widać – wiersz „Przedmowa” – to klasyczny kominkowiec w sensie brytyjskim. Nadaje się na długi wieczór, w sam raz do kominka, do butelki wódki. Na wieczór nieprzysiadalny – sam na sam z sobą i ciepłem ognia na twarzy. Nic dodać nic ująć. Ale jak to ze statystycznym tomikiem wydawanym przez statystycznego poetę w statystycznym wydawnictwie bywa, tak i „Dzieje rodzin polskich” jest książeczką o statystycznej objętości: ok. 50. stron. Poeta musiał zapełnić strony literackim mięsem. A to oznaczało definitywny rozbrat z jakością na rzecz ilości. Ilościowo tomik Tkaczyszyna-Dyckiego jest zbliżony do statystycznego ideału pt. „Około pięćdziesiąt stron”. Jakościowo także nie odbiega od średniej z tym wyjątkiem, że o ile o jakości statystycznego tomiku statystycznego poety współczesnego wnioskować można po lekturze pierwszego tekstu, w tym przypadku drugi wiersz jest soczewką, w której ogniskuje wartość artystyczna dzieła. Oto drugi wiersz: w sąsiednim pokoju umiera moja matka która mimo to zatrudnia się myśleniem o mnie jeszcze kiedyś napiszę na czym polega umieranie moje i jej w ciemnym pokoju dolnym w tym samym który dawniej należał do Wandeczki jeszcze kiedyś napomknę na czym polega jej pobyt w Chicago na czym się to wszystko zasadza w ciemnym pokoju górnym skąd nam wysyła dolary tudzież paczki i sny uszkodzone poza granicami kraju (ale to już jest temat na osobną książkę) i zabezpieczone w foliowym woreczku wędrują do rąk własnych. [II] Tym, którzy nie czytali tekstów Tkaczyszyna-Dyckiego, należy się małe wyjaśnienie. Poezja Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego to poezje o „mojej matce”, „mojej chorej matce”, „mojej umierającej” bądź „mojej umarłej

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_10_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: październik 2010

Page 3 of 63

matce”, która „mieszkała” lub „mieszka” w „naszym domu”. W zbiorze wierszy z lat 1989-2003, które wydał Tkaczyszyn-Dycki w 2006 r., pt. „Poezja jako miejsce na ziemi”, kategoria „matki” pojawia się w różnych konfiguracjach ponad 80 razy. Charakterystyczne jest to, że niezależnie od okresu powstania wierszy „matka” w poezji TkaczyszynaDyckiego jest niezmienna jak kostka granitowa, którą Niemcy wybrukowali główne ulice w Breslau. Korzystając z licencji poetyckiej Tkaczyszyn-Dycki cały czas uśmierca kobiecinę, spełniając od czasu do czasu jej kuriozalne życzenia: nie to jest ważne ile przepłaciłem ale że sandały przyniosłem od Szałańskiego który potwierdził: „w sąsiednim pokoju umiera twoja matka i prosi o białe trzewiki” nie słuchając matki krzywdzi się siebie dlatego pilnie przykładam się do jej próśb „kup mi synku białe trzewiczki i białe rękawiczki a potem supeł zrób mi z ust który sam się z miłości do mnie zawiąże i rozwiąże a ty go tylko uprzedź w sklepie Szałańskiego pamiętając również o sznurowadłach” [CXCIII] Niepotrzebny jest wróżbita ani genialny umysł, by przewidzieć o czym jest kolejny wiersz w tomiku „Dzieje rodzin polskich” oraz „Poezji jako miejscu na ziemi”. Tkaczyszyn-Dycki Eugeniusz jako poeta z wrodzoną finezja i rzeźniczą gracją będzie pastwił się nad rodzicielką: w sąsiednim pokoju umiera moja matka która się porusza jak pod folią nie wstając z łóżka w jej przypadku wszystko jest folią ciężka kołdra co się zsunęła i nie chce się podnieść [III] Dzieje rodzin… kiedy zaczynałem pisać wiersze wierzyłem że to minie w przeciwieństwie do zawirowań wokół mojej matki do zaburzeń tymczasem ludzie wciąż nie mogli zgłębić [CXCIV. STATKI] Poezja jako… (dla dociekliwych: w kolejnych wierszykach także „matka umiera”. W wierszu IV czytelnik przeczyta w pierwszej strofie: „ten dom jest za wielki / dla mnie i dla mojej matki / umierającej w łóżku… W wierszu CXCV. KÓŁKO I KRZYŻYK Tkaczyszyn-Dycki napisze o „mojej matce… chorej która swój brzemienny sen trzymała / na wierzchu obnosiła się z nim dopóki nie wypłynął / z pierwszych mgieł”). Żerując od początku swojej kariery literackiej na „mojej umierającej matce” Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki zdołał rozczulić środowisko. Zresztą nie tylko krytycy współczuli. Ale jak tu nie współczuć? Trzeba być skończonym bydlakiem, by nie współczuć człowiekowi, który niczym babcie w kółku różańcowym frazę „wybaw nas Panie” powtarza: „moja umierająca matka”, „moja umierająca matka”, „moja umierająca matka”. Historia uczy, że istnieją najróżniejsze sposoby wzbudzania empatii. Tuż po II wojnie światowej w Niemczech była moda na telewizyjne dzieci. Śpiewający falsetem mały Aryjczyk był idealnym substytutem poległych dzieci zmobilizowanych w HJ bądź w Volkssturmie. Czy można było lepiej i skuteczniej dobrać się do portfeli z markami w okresie powojennego kryzysu? Inny sposób na empatię to chwyt „na pedałka”. Numer ten wypala tylko w społeczeństwach konserwatywnych, tam gdzie istnieje silna więź między społeczeństwem a kościołem. Działa to w ten sposób, że artysta publikuje książkę X, następnie książkę Y. Później następuje tzw. „niekontrolowany przeciek do prasy” pt. „On jest gejem”. Wybucha

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_10_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: październik 2010

Page 4 of 63

zamieszanie, w którym powraca się do wydanych dzieł artysty, ale tym razem odczytuje się pod kątem domniemanego pedalstwa doszukując się motywów homoseksualnych. Na końcu wypowiada się sam zainteresowany: – Proszę Państwa, szanowni Krytycy, szanowni czytelnicy, oto mój chłopak. Co ciekawe, lesbijstwo nie wywołuje takiego fermentu reklamowego jak pedalstwo. Być może wynika to stąd, że niezależnie od tego, jak bardzo konserwatywne są społeczeństwa, to dominujący pierwiastek patriarchalny stosunkowo łatwiej zaakceptuje widok macających swoje cycki ładnych dziewczyn, niż liżących się po owłosionych klatkach panów. Wracając do poezji Tkaczyszyna-Dyckiego. Jego numer z „umierającą matką” w porównaniu z innymi marketingowymi numerami, które widziała polska literatura w dwudziestym pierwszym wieku, nie jest ani oryginalny, ani nie jest nieoryginalny. Kultura zna wiele przypadków robienia kariery przy pomocy własnych matek. Począwszy od Edypa a na Edwardzie Geinie kończąc. Czy Tkaczyszyn-Dycki w swojej relacji z „umierającą matką” jest naśladowcą Edypa czy kaletnika-amatora – tego dowiedzieć się można odwiedzając piwnicę poety. Tekst pochodzi z książki Marka Trojanowskiego Etyka i poetyka, t.III, internet 2010.
Poleć to w Google

Poezja: Tomasz Sobieraj WOJNA KWIATÓW
Rano Spoglądam w dół Na cichy tapczan Zapinając koszulę Wklęsłorzeźba Przedziwnego embriona Pod całunem zmiętego prześcieradła To mój obraz W pamiętliwej substancji materaca Śpi jeszcze Kończy sen O tłumie obłąkanych ślepców Z łańcuchami I ten drugi O kryształowych kwiatach Pożerających chmury nad miastem Usiadłem obok Boję się o niego Jest taki delikatny Potrzymam go za rękę Gdy obudzi się z krzykiem Przed ostatnią sceną Nie będzie sam

Cham w salonie
Na cóż czekamy, zebrani na rynku? Dziś mają tu przyjść barbarzyńcy. [...] Barbarzyńcy, gdy przyjdą, ustanowią prawa.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_10_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: październik 2010

Page 5 of 63

K. Kawafis, Czekając na barbarzyńców

Jak zwykle po południu Popijaliśmy w salonie herbatę Ciotka Podała biszkopty z konfiturami Dziadek wyjął karafkę I napełnił kieliszki Nalewką na rubinach (A może to były wiśnie) Rozmawialiśmy o Renanie Czytaliśmy Herberta Lekki wiatr poruszał firanki Z ogrodu Dochodził zapach lawendy Mieszał się z wonią dojrzałych śliwek I świeżo startego cynamonu Ze swobodną anarchią Która przystoi jedynie bogom I naturze Witkacy skończył rysunek „Słyszę kroki nadchodzącego chama” Powiedział „Czas podciąć sobie żyły Zgodnie z teorią Czystej Formy Żeby było artystycznie” Dodał Zapalając papierosa Nikt Nie potraktował go poważnie Jak zwykle Przy drugiej herbacie Wszedł cham Oczywiście bez pukania Usiadł na sofie Beknął Zdjął buty I zasmrodził cały salon Napił się prosto z dzbanka Ciekło mu po brodzie Na dywan Po nim weszli kolejni Zachowywali się podobnie Wszyscy Krzyczeli o konstrukcji w procesie Artystycznym geście Tak zwanej awangardzie Poezji lingwistycznej I takich tam... Gdy zaczęli bredzić o filozofii I literaturze Musieliśmy wyjść Tego by nie zniósł Nawet Sławomir Mrożek Ukryliśmy się w domu nad jeziorem Pośród starych drzew Blisko mogił naszych przodków Przyjaciół odległych planet I wyznawców mądrości Tutaj nas chamy nie znajdą Boją się duchów I piękna

Grób Komeniosa

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_10_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: październik 2010

Page 6 of 63

To jest miejsce naszego odpoczynku Być może nawet koniec całej wędrówki Dotarliśmy do grobu poety Komeniosa Na brzegu Morza Jońskiego Grób prosty, oszczędny w formie Owalny kamień i kamienne słowa na nim „Tu leży Komenios, poeta niepokorny Który ze słów uczynił zbroję Niepokonaną przez barbarzyńców” Patrzyliśmy na granatową wodę Podobnie jak on, zanim postanowił Odłożyć rylec i oddać się bardziej Zmysłowej rozkoszy Zostały po nim tomy poezji w bibliotekach I ta gliniana tabliczka z ostatnim wierszem Nieco pokreślonym O pięknie ciała Demetriosa Zdjęliśmy ubrania Poszliśmy w stronę niespokojnej wody Historia przecież Nie musi się powtarzać Wiersze pochodzą ze zbioru Wojna Kwiatów, Editions Sur Ner, Łódź, 2009.
Poleć to w Google

Poezja: Robert Rutkowski WYJŚCIE W CIEMNO
ciemna materia gaśniemy w oczach ciemna materia odbiera nam jasność widzenia przekazywana z rąk do rąk z ust do ust gęstnieje płynie korytami ulic wsiąka w ściany domów ociemniali rozmawiamy niejasno o bladych pojęciach ciemna energia oddala nas od siebie z każdym dniem nasze głosy stają się cichsze nie wiem czy jeszcze mnie słyszysz wiem jednak że muszę mówić to jedno jest

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_10_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: październik 2010

Page 7 of 63

jasne

białe rękawiczki
dla I. G.

inuici mają po sto par białych rękawiczek przez które dotykają śniegu moich nie można doprać nie pomagają uniwersalne wybielacze niezwykły proszek coś jest na rzeczy coś co widać gołym okiem gdy spojrzysz pod światło martwy naskórek który dotyka do żywego

d.o.m. poproszę raz boga na wynos najczęściej podają go w papierowych torebkach obłożonego chusteczkami higienicznymi żeby nie poplamił niedzielnego ubrania odbija się długo szerokim echem w przestronnym domu pana jest dobry nawet jeśli czasem zbyt surowy rajska mieszanka piekielnie ostrych przypraw kosztuje słono w trójcy jedyny lecz w zestawie taniej Wiersze pochodzą ze zbioru Wyjście w ciemno, Stowarzyszenie Literackie im. K.K. Baczyńskiego (seria poetycka: 90), Łódź 2009.
Poleć to w Google

Poezja: Jan Siwmir PYTANIA NA ŹLE ZADANE ODPOWIEDZI
czas - zatrzymany w kadrze zasnął na miedzy

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_10_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: październik 2010

Page 8 of 63

snem bezdomnym jednym z tych wielu snów które płaczą chodzą i proszą by je wpuścić jak wiatru szorstki podmuch zasnął juz wczoraj wszyscy widzieli wielu szczęśliwych że to nie oni płynęli łodzią łodzią Charona z obolem w wyciągniętej dłoni zasnął w albumie czerń i sepia woalka skryła jego oblicze ściśnięte kartki szelestem wspomnień sprawiły że tylko milczę zasnął specjalnie łotr szyderczy sprawdzał jak długo można łzami wściekłość odmierzać i w tym zaśnięciu już pozostał lubi się czas zabawiać z nami

liście lęku urodziłam się z drzewem w brzuchu na początku gdy było małe myślałam że to ziarenko grochu uwiera lecz jest niegroźne tymczasem ono rosło pochłaniało mnie od środka gałęziami pełnymi owoców podchodziło pod gardło czasem na krótką chwilę obumierało a ja strwożoną pustką starałam się zadeptywać jego ślady karczowanie zatapianie wypalanie ból wypalanie zatapianie ból i znowu ból drżą we mnie liście nawet wtedy gdy wiatr przystaje by zaczerpnąć oddechu

alien stoję sam stronią ode mnie nie tylko ptaki wołają za mną słomiany wdowiec mówią że mam słomę w butach śmieją się ze słomianego ognia

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_10_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: październik 2010

Page 9 of 63

który dogasa na moich ramionach cierpliwie powstrzymuję łzy w czasie suszy czekam na zmierzch gdy zapadnie cieniem podkradnę się na skraj pola podstępny smutny wielkooki podejdę pod wasz dom i zawołam teraz wasza kolej na strach Wiersze pochodzą ze zbioru Pytania na źle zadane odpowiedzi, Wydawnictwo SPP, Warszawa, 2009.
Poleć to w Google

Strona główna Subskrybuj: Posty (Atom)

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_10_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: listopad 2010

Page 1 of 63

Udostępnij

Zgłoś nadużycie

Następny blog»

Utwórz bloga

Zaloguj się

KRYTYKA LITERACKA
pod redakcją Witolda Egertha i Tomasza Sobieraja ● ISSN 2084-1124 LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA ______________________________________________________________________
Spis treści
► 2012 (8) ► 2011 (78) ▼ 2010 (41) ► grudzień (5) ▼ listopad (8) NAGRODA KRYTYKI LITERACKIEJ Rozmowa: Jan Siwmir, Tomasz Sobieraj PIOSENKA O ZA... Riposta: Jan Z. Brudnicki CZEMU PAN... Komentarz redakcji do tekstu Jana Z. Brudnickiego Listy: Ławrynowicz do Sobieraja Komentarz redakcji do listu Recenzja: Jan Polkowski CANTUS Poezja: Piotr Grobliński ULICA PRZEDWIOŚNIE ► październik (4) ► wrzesień (5) ► sierpień (1) ► lipiec (1) ► czerwiec (3) ► maj (3) ► kwiecień (4) ► marzec (3) ► luty (2) ► styczeń (2) ► 2009 (4) ____________________ _ Adres do korespondencji t.sobieraj@wp.pl
Poleć to w Google

NAGRODA KRYTYKI LITERACKIEJ
Celem fundatorów nagrody Krytyki Literackiej jest uhonorowanie autora dzieła literatury pięknej stanowiącego według redakcji najwybitniejsze jej osiągnięcie w ostatnich dwóch latach poprzedzających ogłoszenie nagrody. REGULAMIN NAGRODY 1. Wyboru książek dokonują: a) czytelnicy, przysyłając jedną propozycję i wraz z nią krótkie (od 1000 do 2000 znaków) uzasadnienie lub recenzję, wolne od błędów logicznych, językowych, ortograficznych i ewidentnych błędów interpunkcyjnych; b) redakcja Krytyki Literackiej. 2. Do drugiego etapu przechodzi dziesięć książek: te, które otrzymały najwięcej głosów czytelników i jednocześnie zyskały uznanie redakcji. 3. Książki muszą być napisane w języku polskim i wydane w ciągu dwóch lat poprzedzających nagrodę (i tak, nagrodę w roku 2011 dostanie autor książki wydanej pomiędzy 1 stycznia 2009 i 31 grudnia 2010). 4. Lista nominowanych do nagrody książek będzie opublikowana w internetowej wersji Krytyki Literackiej i w wersji papierowej. 5. Decyzję o przyznaniu nagrody podejmuje redakcja Krytyki Literackiej. 6.Nagrodę przyznaje się co dwa lata, wiosną, począwszy od 2011 roku. Nagroda może być nieprzyznana, gdy żaden utwór nie spełni wymagań redakcji. Ogłoszenie laureata nastąpi na łamach Krytyki Literackiej. 7. Wysokość nagrody to kwota 15000 /piętnastu tysięcy/ złotych. 8. Redakcja Krytyki Literackiej ustanawia również nagrodę w wysokości 1000 /tysiąca/ złotych dla autora najlepszej recenzji/uzasadnienia. Czekamy na propozycje książek do nagrody. Zgłoszenia, zgodne z regulaminem, proszę przysyłać na adres: w.egerth@wp.pl do końca lutego 2011.

Rozmowa: Jan Siwmir, Tomasz Sobieraj PIOSENKA O ZALEŻNOŚCIACH I UZALEŻNIENIACH
Jan Siwmir – Słyszałeś, znów coś się objawiło w Republice Kolesiów. Po raz kolejny Nike (czyt: najki) się rozkleiły i przeciekają. Tomasz Sobieraj – Ty ciągle swoje... zawsze były jakieś układy. Weź

AUTORZY TEKSTÓW Józef Baran

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_11_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: listopad 2010

Page 2 of 63

Klaudia Bączyk Mariusz Bober Jan Z. Brudnicki Maciej Cisło Michał Dec-Budziszyński Stanley Devine Marek Doskocz Witold Egerth Stanisław Esden-Tempski Piotr Grobliński W.A. Grzeszczyk Łukasz Jasiński Zbigniew Joachimiak Krzysztof Jurecki Katarzyna Karczmarz Roman Kaźmierski Marcin Królik Andrzej Jerzy Lech Marek Ławrynowicz Przemysław Łośko Dariusz Magier Roberto Michel Joanna Mieszkowicz Janusz Najder Krzysztof Niemczycki Stanisław Obirek Edward Pasewicz Dariusz Pawlicki Robert Rutkowski Jan Siwmir Tomasz Sobieraj Wioletta Sobieraj Jan Stępień Andrzej Tchórzewski Janusz Termer Marek Trojanowski Joanna Turek Igor Wieczorek Bohdan Wrocławski Adam A. Zych ORAZ J.W. Goethe Jarosław Hašek S.I. Witkiewicz ____________________

skamandrytów, którzy świetnie ustawili się w okresie międzywojennym – związani z obozem sanacyjnym, piastowali stanowiska za granicą, wydawali swoje utwory, opanowali Wiadomości Literackie, namaszczali zgodnie ze swoimi upodobaniami. To oni przecież odrzucili Gombrowicza, Jasieńskiego, kpili z Witkacego... z drugiej strony pamiętasz Wiosnę Tuwima... nieźle się naraził dytyrambem... Jan Siwmir – ...owszem, ale pamiętam też, jak Miłosz źle pisał o Lechoniu, podobnie Wat... Tomasz Sobieraj – ...ale i po wojnie chłopcy umieli się zakrzątnąć. Tuwim, Słonimski, Iwaszkiewicz ponownie dobrze ustawieni, i tacy entuzjastyczni wobec nowej władzy – z wyjątkiem Słonimskiego może... Jan Siwmir – ...no tak, ale to byli świetni pisarze, a współcześni geniusze nie radzą sobie nawet z interpunkcją. Wtedy przecież ton nadawali, oprócz skamandrytów, Żeromski, Nałkowska, Strug... Tomasz Sobieraj – ...Boy, a po cichu nad swoją „małomówną sławą” pracowali boski Staff i boski Schulz. Pisma literackie też trzymały klasę. Cóż, inna wtedy była kultura... nawet ta awangardowa... Jan Siwmir – ...jakby wyższa. Jednak wracając do Nike... Tomasz Sobieraj – ...chodzi o tę fabrykę dresów? To oni dają nagrody zaprzyjaźnionym literatom? Teraz rozumiem, dlaczego niektórzy laureaci Nike prezentują poziom dresiarsko-ludowy. Mówiąc ludowy, mam na myśli żulerski, marginesowy, ponury i antyintelektualny folklor miejski, bo wiejski, radosny, zdaje się, jest na wymarciu. A zatem kto ostatnio został namaszczony i będzie sławił polską literaturę za granicami naszego grajdoła? Jak wiesz, nie mam radia i telewizora, gazet nie czytuję, więc nie wiem, o kim mówią teraz w bezkrytycznych i bojaźliwych mediach. Kto więc dołączył do grona utytułowanych i nagradzanych sępów żerujących na stypendiach za pieniądze podatnika, fundowanych przez publiczne instytucje oraz pojeździ sobie – również za pieniądze ludzi pracy – na luksusowe i płatne ekskursje po dwudziestu paru instytutach polskich rozsianych po całym świecie? Jan Siwmir – Sto tysięcy złotych zostało zaoferowane niejakiemu Dyciowi (jak sam o sobie pisze), czyli Eugeniuszowi TkaczyszynowiDyckiemu za Piosenkę o zależnościach i uzależnieniach. W większości bibliotek, niestety, jej nie uświadczysz, instytucje te bowiem kupują wyłącznie książki mające szanse na to, że choć jeden człowiek je przeczyta. W tym przypadku zaś, wiele do czytania nie ma. Wiersze sklecone na zasadzie: podaj mi parę dowolnie wybranych wyrazów, ożenię je z kilkoma przymiotnikami i spójnikami, a może coś z tego będzie. Ubożuchny ten świat, do którego autor ma ambicję nas zaprowadzić. Zgodnie ze współczesną, sztywno obowiązującą modą, rozpościera się pomiędzy wódą, spermą, moczem i kałem. A na tym torcie parę, ni przypiął, ni przyłatał, parę słów o Bogu, w charakterze zdobiącej wisienki. Bo teraz trzeba koniecznie wstawić w wiersze kilka ciepłych słów do Wszechmogącego (byle nie szargających jego świętości!), żeby mieć szansę na zauważenie, w przeciwnym razie jest się spychanym na nic nie znaczący margines. Taki koniunkturalizm... Tomasz Sobieraj – ...ach, ten Dycki..., co to nie słyszał o interpunkcji i ciągle przychodzą do niego ludzie, których nie ma? Powtarza to i powtarza, wiersz po wierszu, żeby potem zabłysnąć stwierdzeniem, że „istotą poezji jest nie tyle zasadność co bezzasadność powtórzeń i napomknień”. Taką łatwiznę sobie wymyślił! Albo pisze o matce pijącej ocet zamiast denaturatu, przez co on moczy się do łóżka. To jest poezja według Dyckiego? Boże, ilu mamy w takim razie poetów zamkniętych w szpitalach dla psychicznie chorych! Chodzą tam wzdłuż ogrodzeń i powtarzają swoje monologi sikając w pampersy, jednocześnie tworząc poezję. I nic o tym nie wiedzą, a tu nagrody i krytycy czekają. Ale ja, mimo serdecznego współczucia dla tych ludzi i szacunku dla nich – należnemu każdej istocie, dziękuję za taką poezję. Wolę Staffa, Kawafisa, Frosta. Poetów intelektualnych, erudytów, a nie poszukujących psychoanalizy nieszczęśników, którzy nie umiejąc niczego innego, biorą się za pisanie. Jan Siwmir – Ja też rozumiem, że można głęboko przeżyć czyjąś chorobę psychiczną czy śmierć, ale przeżycie, to jeszcze nie literatura, nie poezja, samo nie czyni z nikogo poety. Nie można żerować na uczuciach czytelników mówiąc: ja miałem trudne dzieciństwo, wobec czego proszę mi to teraz jakoś wynagrodzić. Poza tym w dzisiejszych czasach tak się jakoś stało, że w dobrym tonie jest pisać o chorobie psychicznej, a najlepiej zasugerować wszystkim, że samemu jej się uległo. Pamiętam jak na warsztatach literackich w Piszu jedna panna latała po korytarzu i chwaliła się swoją rzekomą chorobą psychiczną, pokazując wszystkim

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_11_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: listopad 2010

Page 3 of 63

jakieś pigułki, które miały dowieść tejże choroby, a ta pośrednio miała być utożsamiana z talentem. Reaguję alergicznie na tego typu poczynania, lecz nie to jest głównym powodem zarzutów w stosunku do „poezji” Dyckiego. Bardziej irytuje mnie fakt, iż niczym nie wyróżniające się próby wierszoklectwa wskazywane są przez krytyków jako przykład czegoś doniosłego. Tomasz Sobieraj – No, ale Nike to prywatna nagroda, więc niech sobie Agora i GW robią co chcą ze swoimi pieniędzmi. Tylko po co to robią? Jaki to ma cel? Jeszcze bardziej ośmieszyć Polskę? To by było wredne. Czy może jest to jakaś próba badania społecznej wytrzymałości, socjologiczny eksperyment z cyklu: no, w pysk im – Polakom – napluliśmy, powiedzieli, że smaczne, no to co jeszcze można zrobić, co wmówić masom „inteligentów”, zanim się ockną z letargu i zorientują, że to zgrywa, hucpa, blaga i podniosą głowy? Czytałem wiersze Tkaczyszyna -Dyckiego – to porażające nieudolnością produkty przypadkowe, pozbawione logicznej i filozoficznej analizy, utrzymane w modnej obecnie konwencji dyslektycznego bełkotu niedouków, promowanej od lat przez apologetę ponurej grafomanii Maliszewskiego Karola i jego uczniów. A zatem nowe objawienie to Dycki – kolejny wytwórca wierszy rynsztokowych, wyniesiony przez media, krytykę i niesamodzielnych umysłowo literaturoznawców do rangi narodowego wieszcza. Gombrowicz w Dzienniku pisał o polskich literatach, że są „niedorobieni, niedonoszeni, ponure twory gett polskich, obywatele polskiej zapadłej dziury”. A wtedy jeszcze nie było poezji fekalno-genitalnej! Cóż by teraz Wicio napisał!? I co, to naprawdę nie jest żart, z tym Dyckim? Przecież ten rodzaj twórczości degeneratywnej uprawiają całe rzesze, co więcej, niekiedy z ciekawszym skutkiem. Niektórzy trafiają nawet na tzw. slamy poetyckie. Czym więc się wyróżnia ten nasz najnowszy geniusz? Jan Siwmir – W tym potoku identycznych, bełkotliwych i nic nie oferujących czytelnikowi utworów poetyckich nie dałoby się w ogóle Dyckiego zauważyć, gdyby nie to, że podczas przyznawania sobie nawzajem tytułów i pieniędzy pomiędzy kolegami, padło akurat na niego. Zrobiłem pewien sprawdzian, wybrałem mianowicie po kilka wierszy Świetlickiego, Dyckiego, Matusza, Maliszewskiego, Graczyka, Wiedemanna (więcej nie chciało mi się drukować) i zapytałem kilkanaście oczytanych osób, czy są w stanie wyodrębnić autorów. Wszyscy stwierdzili jednomyślnie – wiersze wyszły spod tej samej ręki. Można je spokojnie wrzucić do jednego wora i podpisać dowolnie wylosowanym nazwiskiem. Dokładnie w tym samym stylu pisze literacka drobnica, i to niestety w ilościach zastraszających, vide jakikolwiek numer pisma Migotania Przejaśnienia. A najciekawsze jest to, że rok temu w Kutnie miałem okazję wysłuchać prześmiewczego (rzekomo) eseju, prezentowanego przez Dyckiego, o tym jak to Konopnicka była wyszydzana przez środowisko endeckie i związane z Kościołem, które nie doceniło jej talentu, bo miała czelność pisać o kontrowersyjnych tematach. Analogię Dycki zrobił łopatologiczną. Otóż on i jemu podobni są ponoć w dzisiejszych czasach w sytuacji Konopnickiej, są niezrozumianą awangardą, ale także przyszłością polskiej literatury. Nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać. To przecież tak, jakby Salieri grzmiał ex cathedra, że zalewa go disco-polo w wykonaniu Mozarta i jemu podobnych, a on, Salieri, wraz z przyjaciółmi jest tym, który wprowadzi muzykę w trudną lecz ambitną epokę. Tomasz Sobieraj – Tak, ale Salieri był świetnym kompozytorem, o czym się zapomina, szczególnie po filmie Formana, a Mozart czasem rzeczywiście zaspokajał ówczesne najniższe gusta. Obaj jednak mieli talent, wiedzę i umieli komponować – każdy robił to inaczej, wybierał inną metodę pracy, bo każdy miał inny temperament. Pisała o tym Nadieżda Mandelsztam. Natomiast nasi wybrańcy Kaliope to raczej uliczni grajkowie, pastuszkowie, co najwyżej orkiestra weselna. A twierdzenie czy też sugestia Dyckiego, że on i jemu podobni są awangardą, to oczywisty nonsens. Awangarda to mniejszość, a „awangardowo” piszą obecnie szerokie masy, zatem taka jest konwencja epoki, a konwencja nie może być awangardą, bo to logiczna sprzeczność... Jan Siwmir – ...i o to mi w tej analogii chodziło! Ale masz rację, porównywanie wypocin naszej „wierchuszki literackiej” z Salierim to nadużycie. Ni tu warsztatu, ni oryginalności... Tomasz Sobieraj – ...owszem, na początku XX wieku, gdy pojawił się futuryzm, dadaizm, awangarda krakowska, Zwrotnica, były one świadectwem zerwania z tradycją, polem do artystycznych poszukiwań wywołanych impulsami współczesności. Dążono wtedy do

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_11_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: listopad 2010

Page 4 of 63

programowości, uzasadniano teoretycznie tę blagę, jak chociażby Peiper w Nowych ustach i Tędy. Twórczość miała pozostawać w „uścisku z teraźniejszością”. Wyobrażasz sobie, że współcześni tak zwani awangardziści piszą spójne, jasne i logiczne programy teoretyczne? To by była komedia. Przecież często nawet nie mają matury, nawet giertychowskiej czy prywatnej, i jedyne co mogą, to bredzić od rzeczy i polegać na korektorach, którzy usuną ich niezliczone błędy ortograficzne. Oni są w istocie przedstawicielami literatury przydennej, łatwej, masowej i hiphopowej, w sam raz dla ćwierćinteligenta, którego potoczny i wulgarny język podnieca. Nazwiska, które wymieniłeś, to nie jest awangarda – to zanurzeni po szyję w nieudolności i banalności wierszokleci, twórcy ludowi, narcystyczni i nieświadomi swojego epigoństwa, zachłystujący się własnymi przypadkowymi wydzielinami słownymi, uznawanymi w ich kręgu za ewaporaty najtęższej myśli. Dołączył do nich Dycki. I tak jak koledzy, pewnie nie czytał Horacego, który pisał: „Nie bardzo też wiadomo, czemu kleci wiersze, czy że oszczał ojców prochy, czy nieczysty, naruszył smętne gromowisko: to jest pewne, że szalejąc jak niedźwiedź, co kraty wyłamał, gna za głupcem...”. Tak, już wtedy przyjaciel Mecenasa zauważył istnienie „awangardy”. Niemniej, twój osąd wierszy Dyckiego wydaje mi się niepełny – dla mnie są one również świadectwem, jak można swobodnie połączyć wołanie do Boga, homoseksualny stosunek oralny, wytrysk, robiącą kupę matkę, szczanie do pisuaru z lamentem nad marnymi w istocie właściwościami nalewki z pigwy, która nie czyni życia poety łatwiejszym. Ale, gdy pisał, czy chodziło mu o to, żeby czytelnik się nad nim użalał? O co, do licha, chodzi Dyckiemu? Żeby go pogłaskać? Przytulić do piersi? Jaki jest jego program artystyczny... Jan Siwmir – ...program artystyczny Dycia streszcza się w jednym zdaniu, które urzekło cię tak samo jak mnie: „istotą poezji jest nie tyle zasadność co bezzasadność napomknień i powtórzeń”. Szukając zatem tego co dobre w tym tomiku, można powiedzieć, że program jest konsekwentnie realizowany a nawet zrealizowany do ostatniego braku kropki. Poza tym niemożność zdecydowania, którą wersją wiersza z brudnopisu uszczęśliwić świat, stawia Dyckiego w sytuacji trzyletniego dziecka nie mogącego wybrać, czy dać mamusi laurkę z nabazgranym serduszkiem, czy raczej kolorowankę z serduszkiem i strzałą. Obie rzeczy wprawdzie na poziomie kilkulatka, ale ile emocji temu wyborowi towarzyszy! A zaprzyjaźnieni z autorem krytycy zachwycają się (podobnie jak muszą to robić rodzice dziecka) powtórzeniami i pieją z zachwytu nad szczupłą (pomimo tychże powtórzeń) objętością tomiku. To, co krytykowali chociażby w twoim Domu Nadzoru, tu jawi się jako obraz geniuszu! Tak to już jest, że u przyjaciół wszystko jest arcyciekawe, a u wrogów te same rzeczy uznawane są za niedopuszczalne. Rzadko kto potrafi oddzielić sympatię do autora od jego twórczości. Czy wyobrażasz sobie, że Dycki z przyjaciółmi prowadzi takie spory, jakie my niekiedy prowadzimy w prywatnej korespondencji, brutalnie krytykując nawzajem swoje utwory po to, żeby to, co ujrzy światło dzienne, było najlepszą wersją z możliwych? Sądzę, że nie, bo obracam się w środowisku literatów i zdaję sobie sprawę, że zarzucenie któremukolwiek z nich jakiegoś błędu, jakiejś niezręczności, skutkuje jedynie stworzeniem sobie śmiertelnego wroga. Wracając do rozmiarów dzieła, czy warto w ogóle podnosić zarzut, że coś jest mizerne objętościowo, czy wręcz przeciwnie, ma kilka tomów? Moim zdaniem istotna jest jakość. Tomasz Sobieraj – To oczywiste. Wolę jeden diament, niż kupę żwiru, nawet jeśli są w niej barwne krzemienie. Ilość nad jakość mogą przedkładać tylko głupcy, którzy nie czytają, i nigdy nawet nie widzieli szczupłych objętościowo dzieł Nietzschego, Schulza, Gombrowicza i wielu innych, dla których ważna była myśl, a nie stachanowskie współzawodnictwo, tak dzisiaj modne wśród piszących. Przypomnij sobie serię Mikropowieść wydawaną przez PIW – jakie tam były nazwiska! Dzisiejsi niedouczeni krytycy uznaliby te „książeczki” za „skromniutkie utwory”. Jednak Piosenka o... Dyckiego to przykład książeczki niepozornej pod każdym względem, literatury nieistotnej, gdzie nie uświadczysz ani jednej lotnej frazy czy głębokiej myśli, o estetycznych zachwytach nawet nie ma co marzyć. Jest w niej za to życiowy banał, społeczny margines, naturalizm – bynajmniej nie w genialnej formie, którą znamy chociażby z Les Fleurs du Mal. Zobacz jeszcze, jak z ekshibicjonizmu i bezradności Dyckiego robi się atut. Taki Morsztyn czy Kawafis poprawiali wiersze, szlifowali, cyzelowali, odkładali do szuflady i wracali do nich, nawet po latach. Robi to zresztą każdy świadomy i dojrzały poeta. Tylko infantylni, nieudolni a jednocześnie zakochani w

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_11_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: listopad 2010

Page 5 of 63

sobie twórcy każde wydalone przez siebie słowo traktują jak Słowo, boski głos wieszcza, co prowadzi jedynie do śmieszności – patrz von Dehnel, Milewski, Zumis, Maliszewski czy inni geniusze spod znaku sekcji literackiej koła gospodyń wiejskich. Wracając do Dyckiego: sam pisze, że „machnął” wiersz – rzeczywiście, on i jemu podobni w istocie nie piszą, nie analizują, nie myślą, nie przeżywają metafizycznych niepokojów i estetycznych zachwytów – ich literackie wytwory to są machnięcia, drobne bączki, a nie dojrzała twórczość. Jan Siwmir – U jakiegoś apologety Dyckiego znalazłem stwierdzenie, że w omawianym przez nas wierszopodobnym tomiku znajdują się wyrafinowane sceny homoerotyczne. No, stwierdziłem, jeśli tak wygląda wyrafinowanie w tym środowisku, to ja im głęboko współczuję. Ale, niestety, moja druga połowa przytoczyła jakąś zasłyszaną niedawno historię o prostytutce, która opowiadała, że dla niej najbardziej wyszukane żądanie klienta, to było bieganie po pokoju z zapaloną świecą w pupie. Toteż jakby od tej strony interpretacyjnej spojrzeć... Tomasz Sobieraj – ...rety, i ta kapiąca na dywan stearyna! Ale mówiąc poważnie: rzeczywiście, erotyczne wyrafinowanie jest w tomiku Dyckiego równie szalone i barwne jak życie seksualne tęgoryjca. Przejdźmy jednak do konkretów – nie tylko erotycznych. Wybrałem co smaczniejsze frazy z nagrodzonego Nike cherlawego zbiorku powtórzeń, czknięć i napomknień. Cytuję stojąc na baczność, by okazać szacunek należny wielkim słowom poety: „nekrologi będą zawsze czymś więcej aniżeli współczesna poezja polska na którą nikt się nie rzuca” – słusznie; „ślimak ślimak wystaw rogi dam ci sera na pierogi albo wypierdalaj” – didi gugu dada lala jeb; „i jeszcze mu mało gdy bierze do ust” – nie jestem znawcą stosunków homoseksualnych, ale może by tak spróbować od tyłu? – „w kakałko” – jak pisał inny geniusz, Winiarski Jakub; „po bolsie pewnego razu machnąłem utwór polityczny ale mi wyszedł paw” – tylko jeden? To dobrze czy źle? Jeśli źle, to może trzeba było nie pić? Pisanie na trzeźwo ma jednak, wbrew powszechnej opinii, sporo zalet; „każdy poeta jest zbokiem pisząc wiersze z Bogiem i mimo Boga” – cóż, ja nie podzielam tego optymizmu pana Dyckiego, bowiem pisząc z Bogiem i mimo Boga czuję się poetą niezboczonym, aczkolwiek stawia mnie to poza dzisiaj obowiązującymi konwencjami; „choć na takiego co dał dupy nie wyglądam” – i znowu ten nieprzystojący nowoczesnemu poecie optymizm, panie Dycki; wiersz XLVIII opisuje za pomocą banalnej i cienkiej jak ciasto ryżowe metafory trzymanie męskiego przyrodzenia w garści, po czym pojawia się propozycja spuszczenia do ust przyjaciela, w konsekwencji jednak wytrysk następuje na sprzęty w pokoju a kończy Dycki radosnym „hej hej”; tomik zamyka wołanie do Boga „uczyń mnie uczyń poetą” – no, przynajmniej tyle rozumie nasz laureat, że poetą nie jest, chociaż podejrzewam, że to fałszywa skromność, poprawna politycznie i obliczona na zyskanie sympatii czytelnika. Nie wiadomo natomiast co z sympatią Boga, chociaż historia dowodzi, że wielu „zboków” Najwyższy obdarzył łaską talentu – Kawafis, Pessoa, Whitman, to pierwsi z brzegu. Cóż, pożyjemy, zobaczymy. Ja na razie nie jestem tak entuzjastycznie nastawiony do twórczości Dyckiego jak fundatorzy nagrody i, oczywiście, jury, ale też nie otrzymałem żadnej gratyfikacji, żeby mówić pochlebnie – bo, jak rozumiem, praca jury nie jest wolontariatem? Swoją drogą, to ciekawe, czy tym podpisującym się pod werdyktem ludziom nie jest głupio. A może oni naprawdę uważają, że Dyckiemu należy się nagroda? Trudno mi w to uwierzyć, bo podobno skończyli studia. Z dwojga złego chyba wolę wersję, że robią to z innych niż szczere przekonanie pobudek. Jan Siwmir – W innej interpretacji to nie Boga prosi o uczynienie go poetą, ale woła: świecie uczyń mnie uczyń poetą. Świat w osobach kolegów, jak widać stanął na wysokości zadania. Czy to wystarczy Dyckiemu, żeby patrzeć bez bólu w lustro? Zapewne tak. Czy wystarczy, żeby przejść do historii? Ano, zobaczymy, bywa ona niepodatna na towarzyskie względy. Natomiast ja mam do Ciebie dwa pytania. Pierwsze brzmi: czy naprawdę sądzisz, że po krytycznej ocenie twórczości swojego kompana – jakiej dokonał chociażby Tomasz Jastrun w Przeglądzie – koledzy Dyckiego zaczną bić się publicznie w piersi, gromko wołając „tak, to prawda, wiersze ma mierne, ale daliśmy mu nagrodę, bo taki z niego fajny i nieszczęśliwy kolega”? Tomasz Sobieraj – To się nie zdarzy. Koledzy są silni, mają poparcie ministerstwa kultury, mediów, są lojalni, i prędzej zjedzą Tomasza Jastruna, nawet dławiąc się guzikami jego marynarki, albo ponownie obrzucą mi śnieżkami okna, niż opuszczą towarzysza. Jan Siwmir – A czy uważasz, że warto zajmować się tego rodzaju

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_11_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: listopad 2010

Page 6 of 63

„literatami”? Czy nie szkoda na to czasu? Tomasz Sobieraj – Mówi Pismo: „Jeśli nie my, to kto? Jeśli nie teraz, to kiedy?” – sprawa jest prosta: jeśli nasze, podatników pieniądze, idą na tych „tfurców” kultury, to musimy się tym zajmować i wskazywać ludziom, na co są przeznaczane ich podatki. Państwo, w tym ministerstwa i inne instytucje publiczne, mają służyć nam, a nie my im. Kolejna rzecz: partyzantka, jaką uprawiamy, może w dalszej perspektywie spowodować przywrócenie do literatury przynależnych jej wartości i odwrót barbarzyńców – tym bardziej, że robimy to już jakiś czas i są pierwsze jaskółki, pierwsze ważne głosy podobne do naszych – jak chociażby artykuł Leszka Bugajskiego Polska literatura jak PZPN. Wielu chętnych do tej roboty nie ma, bo potrzebna jest odwaga, a można wiele stracić. Jan Siwmir – Chętnych nie ma, fakt. Dobrze, dajmy przykład innym, ciągnijmy tę autopsję środowiska literackiego. Poznajmy chore tkanki, zlokalizujmy zrakowaciałe guzy, wskażmy je studentom, niech się przyjrzą. Przynajmniej będziemy mieli świadomość dołożenia małej cegiełki do budowania zrębów poważnej krytyki literackiej, zbliżonej chociażby do jej najlepszych, międzywojennych wzorów. Takiej krytyki z prawdziwego zdarzenia, soczystej, konkretnej, bezwzględnej wobec artystycznej nędzy, a nie takiej, jaka obecnie króluje: wylizanej i ugrzecznionej wobec uznanych i popularnych autorów oraz piszących kolegów, głupawej i złośliwej wobec pisarzy i poetów szerzej nieznanych, wśród których najczęściej, czego dowodzi historia, znajdują się Schulze i Hölderliny. Tomasz Sobieraj – A co z Dyckim? Do kosza? Jan Siwmir – Do kosza. Tekst z cyklu Dwaj Panowie S - rozmowy o literaturze i nie tylko z 2009 roku; przedruk za niezależnym kwartalnikiem społeczno-kulturalnym InterMosty, nr 1 październik-grudzień 2010.
Poleć to w Google

Riposta: Jan Z. Brudnicki CZEMU PAN...
Autor: Jan Z. Brudnicki Czemu Pan te brzydkie wyrazy wstawił do słownika? – A czemu Pani tam zaglądała? W czasie moich studiów tę anegdotkę opowiadało się o prof. Witoldzie Doroszewskim. Bardzo dobrze rozumiem Tomasza Sobieraja i Jana Siwmira, kiedy nie uznają dyktatu: dostał nagrodę to jest genialny, dostał Nike, to można o nim pisać tylko w superlatywach. Przecież to nagroda tylko jednego skupiska literackiego, które się wynosi do nieba, żeby inne zamilczeć na śmierć (ten termin wysłuchałem w radiu, bardzo dobrze oddaje atmosferę wykluczenia z literatury, strategii bojkotu i szantażu). Polemiści znaleźli taki właśnie – jak to się modnie mówi – projekt towarzyski i podskoczyli z uciechy. Krytyka środowiskowa bowiem orzekła, że tom Eugeniusza Tkaczyszyn-Dyckiego Piosenka o zależnościach i uzależnieniach (2009) oraz dziewięć innych tomów poezji, tom prozy, tom esejów (szkice o literaturze homoerotycznej), jego wykłady (na podobne tematy) to kategoria twórczości psycholi, to wierszoklectwo, hucpa, blaga, bełkot, wydzieliny słowne. Są zniesmaczeni niską lingwistyką (że tak powiem), niedojrzałością emocjonalną i myślową, homoerotyzmem i szmacianymi kukiełkami wypchanymi banałem. Polemiści nie przyjmują do wiadomości, że ta twórczość została odczytana jako narracja elementarna, jako „opłakiwanie umierających”, jako afirmacja nicości. Dyckiego ogłoszono na salonach nowym trubadurem, jak niegdyś Stachura, wcześniej Norwid, Leśmian, Czechowicz – porzucających dom, zdających się na lęk samotności, wybierających psychiczną samotność, włóczęgę.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_11_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: listopad 2010

Page 7 of 63

Sam poeta, pochodzący spod lubaczowskiej wsi, obarczony zmaganiem się z okrutną śmiercią chorej psychicznie matki, powiada, że jest skazany na poszukiwanie tożsamości najtrudniejszej z trudnych. Pochodzi z polsko-ukraińskiej rodziny, w której się zdarzali i esesmani i upowcy i katowani przez nasze AK członkowie. Cóż, los? Cóż w takim wypadku historia? Pcha ku wynaturzeniu, pcha ku przeżyciu śmierci, grobów (jak to poeta mówi – jest to poezja nekrologowa). Zatem opowiadający zwrócił się ku rozliczeniu bluźnierstwa, nieczystości, złodziejstwa, uzależnienia, schizofrenii, cmentarzom, jako pamięci czasu nienawiści. Matka wiedźma, szpital psychiatryczny, koszary bez upiększeń – to tło. Filozofia rozpadu i dysharmonii – to esencja. Poezja, z którą autor zetknął się dopiero w wieku szesnastu lat – to kraina ocalenia. A Kresy (był współzałożycielem grupy Kresy i pisma Kresy) są źródłem napoju miłości wynaturzonej i żalu, kiedy bliscy „umierają zostawiając nas samych”. A jak to się dzieje? Naturalnie, ja bym nie komplikował tego zjawiska dziwacznymi przezwiskami, to po prostu solidny polski autentyzm. Proszę bardzo, otwieram na przykładowej stronie i czytam wiersz XLIV: „powrót jest niemożliwy nie nie / powrót jest nazbyt skomplikowany / tym bardziej że matkę obiega / ktoś całkiem inny (śmierć ściga // się ze mną) a dookoła szpital psychiatryczny / na ulicy Kościuszki i czyjeś kroki / krzyki a dookoła jak okiem sięgnąć niewidzialna / materia izolatek dla naszych szurniętych // matek tak tak bez dwóch zdań świętych / i szurniętych trzyma się w grubych / murach a mury runą runą błękitne wieżowce / wyrosną w ich miejsce”. No, solidny tekst. A całość układa się w kresową, ponurą balladę, co to (jak mówiono o Mickiewiczu: „ciemno wszędzie, głucho wszędzie”. Zaraz, zaraz, a co Wy Rozmówcy cytujecie, że „ślimak, ślimak wystaw rogi dam ci sera na pierogi albo wypierdalaj”. A to jest zmyślenie, bo trzeba starszego bezzębnego krytyka, żeby mu się chciało sprawdzić i żeby odczytał prawidłowo, że na s. 30 jest „wypierniczaj”. Myślę, że za takie przekłamanie każdy sąd skazałby pamflecistów na zjedzenie swego tekstu. Czyżby anegdota – „Po co umieścił Pan w słowniku te brzydkie wyrazy?” miała wymowę zgoła inną: „Czyżby w podświadomości autorów roiło się od brzydkich wyrazów, które przysłaniają te zapisane w tekście przez poetę?”. Przedruk za niezależnym kwartalnikiem InterMosty, nr 1 październik-grudzień 2010.
Poleć to w Google

społeczno-kulturalnym

Komentarz redakcji do tekstu Jana Z. Brudnickiego
Autor: Witold Egerth Widocznie jednak brak uzębienia u krytyka wpływa na jego zdolność rozumienia tego, co czyta. Na szczęście pamfleciści wykorzystują do swojej pracy organ może nie tak efektowny jak zęby, nieco banalny i zdecydowanie już niemodny, ale za to skuteczny – mianowicie mózg. Mózg, chociażby w szczątkowej formie, przydaje się także w pisaniu. Nie wiadomo bowiem, co ma wspólnego przytoczona przez pana Brudnickiego anegdotka o profesorze i głupiej studentce z błyskotliwą rozmową dwóch panów S – brzydkie wyrazy istnieją, powinny być w słownikach i mogą zdarzać się w literaturze; nie sądzę, żeby gorszyły one obu panów, podobnie jak z całą pewnością nie gorszy ich homoseksualizm ani nawet pederastia. Natomiast z pewnością gorszy ich uznawanie za sztukę, za największe osiągnięcie polskiej literatury wytwórczości idącej na łatwiznę, bylejakiej i fizjologicznej, wypranej z

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_11_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: listopad 2010

Page 8 of 63

wyobraźni, wyzbytej myśli, pozbawionej językowej wynalazczości, skamlącej i ziejącej bezdenną nudą – nawet formalną. Z rozmów panów S wyraźnie widać, na czym im zależy – chcieliby, żeby Polska nie była postrzegana jedynie jako kraj flejtuchów, pijaków, złodziei i tanich dziwek, w którym za poezję uważa się nieudolny i powtarzający się jak czkawka opis zwyczajnych życiowych przypadków, a szczytem prozy jest pseudodresiarski bełkot. Lament rozmaitych Janków Muzykantów może i powinien wzruszać, skłaniać do refleksji, ale nie powinien mieć wpływu na ocenę ich produkcji. Ani ciężkie życie, ani choroba, ani nawet preferencje seksualne nie mogą stanowić usprawiedliwienia dla grafomanii, czy szerzej – artystycznej nieudolności. Jest tylko jeden wyjątek – terapia; każda bowiem terapia jest dobra, jeśli przynosi poprawę, ale i wtedy trzeba rozważyć, czy zarządzona odgórnie afirmacja twórczości nieszczęśliwych jednostek nie okaże się inhibitorem rozwoju kultury dla bardziej wymagających. Tej kultury, która ma chronić przed zalewem barbarzyństwa. Na zakończenie: Tomasz Sobieraj i Jan Siwmir nie popełnili przekłamania w kwestii pięknego skądinąd słowa „wypierdalaj”, o czym łatwo się przekonać sięgając do omawianego tomiku, zaś ich odczytanie wierszy pana Dyckiego jest tylko jedną z wielu możliwości, podobnie jak interpretacja twórczości poety dokonana przez doktora Marka Trojanowskiego. Natomiast powyższa, wyciskająca łzy apologia pióra pana Brudnickiego stanowi kolejny dowód słabości polskiej krytyki, o której już Stanisław Witkiewicz pisał: „Krytyka nasza okłamała opinię publiczną. Fałszywymi sądami potworzyła mnóstwu miernot sławę i stanowiska zaszczytne; w końcu zatraciwszy wszelkie poczucie prawdy, wszelką miarę sądu i zdolność odczuwania szczerych wrażeń, sprostytuowała język, tworząc w nim cudactwa, przy których nawet najdziksze potwory jezuickiego stylu zdają się mieć sens i logikę”.
Poleć to w Google

Listy: Ławrynowicz do Sobieraja
Szanowny Panie,Przeczytałem pańska rozmowę z nijakim Siwmirem na temat poezji Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. Uważam, że to gówniarstwo. Proszę mi więcej nie przysyłać żadnych zaproszeń. Marek Ławrynowicz
Poleć to w Google

Komentarz redakcji do listu
Autor: Witold Egerth Po takim zabawnym liściku, pisanym w gniewie i z wypiekami na twarzy, aż się prosi zacytować Williama Blake'a: Wysłuchaj zarzutów głupca, to tytuł królewski. Albo, odnosząc się nie tylko do pana Ławrynowicza, ale ogólnie do wszystkich sympatyków nieudolności artystycznej: Dureń widzi nie to samo drzewo, co mądry człowiek. Ale to by było niegrzeczne, no i może za dużo trudnego Blake'a jak na jedną głowę redaktora Wyspy, więc odpowiem grzecznie i krótko: Zaliczenie do grona gówniarzy w takim kontekście jest najwyższym zaszczytem. Bo czy nie jest honorem znaleźć się pośród innych „gówniarzy”, takich jak: Słowacki, Witkacy, Gombrowicz, Herbert a nawet Miłosz, którzy niezależnym swym głosem, odwagą, wiedzą, logiczną i merytoryczną argumentacją, postawą niezłomną wobec

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_11_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: listopad 2010

Page 9 of 63

dziadostwa i przeciętności dali niezbite świadectwo, że właściwe gówniarstwo to w istocie niedouczeni, trwający w myślowej obstrukcji ludzie o mentalności dworskich pachołków, z którymi przyszło im walczyć i, ostatecznie, wygrać?
Poleć to w Google

Recenzja: Jan Polkowski CANTUS
Autor: Marek Trojanowski, HISTORIAMOICHNIEDOLI.PL Jako czytelnik mam określone oczekiwania w stosunku do współczesnej poezji. Kiedy sięgam po książeczkę z wierszami zaczynam w niej poszukiwać nonsensu, bełkotu czy też objawów literackiego ogłupienia. Zwykle znajduję to, czego szukam ale od czasu do czasu – czyli tak, jak to w bajkach bywa – nie znajduję nic. Popadam w takich sytuacjach w dziwną nerwowość gdyż wiem, że mam do czynienia z takim casusem, kiedy to muszę wykazać się powagą. Cantus Jana Polkowskiego jest zbiorem tekstów, które ze wszech miar zasługują na powagę oraz uwagę. Ta publikacja, to bez wątpienia trafiona inwestycja redaktorów Wydawnictwa a5 – ale mimo, że Polkowskiemu udała się trudna sztuka pisania wierszy, to stwierdzam, że nie jest to poezja dla mnie. Bo mi się podobają takie wiersze: Dzisiaj wielki bal w Operze! Sam Potężny Archikrator Dał najwyższy protektorat Wszelka dziwka majtki pierze Jan Polkowski pisze inne wiersze. Pisze bardziej plastycznie – obrazowo: (…) Umarł diabelski wiek. Nie będzie zadośćuczynienia. Pokolenia przesypują się przez dłonie kapłanów nicości, przez nasiąkniętą śmiercią klawiaturę Bacha. Żaden alfabet nie ma w sobie dość sił by przebaczać. Inaczej niż pięciolinie i niepodległe nuty. (…) [podróż do Święcian] Autor tomiku Cantus pisze swoje wiersze ładnie. Buduje zdania z taką samą finezją z jaką profesor matematyki zapisuje zdanie: 1 + 2 = 3. Jednak czy ktoś zna profesora matematyki, który napisał (lub napisałby) taki oto wiersz: Przez ul. Zdobywców, Przez Annasza, Kajfasza Przez Siwą, przez św. Tekli I Proroka Ezdrasza Przez Krymską, Kociołebską Przez Gnomów i przez Dziewic Przez Mysią, Addis-Abebską I Łukasza z Błażewicz Przez Czterdziestego Kwietnia, Przez Bulwary Misyjne – Jadą za miasto wozy Asenizacyjne. Z facjatki budy drewnianej Tłusta panna wygląda:

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_11_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: listopad 2010

Page 10 of 63

- Która godzina, gówniarzu? - Piąta, kurwo, piąta… Cantus jest zbiorem wierszy, do których – jak to mawiał mój kolega – nie można się przyjebać. Sporadycznie pojawią się tu i ówdzie perełki w stylu: Splatają się: słone powietrze, szorstka rosa i chłodne dłonie [pragnienie] Wiatr bezszelestnie wyrywa się z ust [***] Strach sztywniejący od mrozu i dotknięty wstydem [powodzianie] Ciemna, niema truskawka łopoce bezgłośnie [***] Ale chociaż na temat „bezgłośnego łopotania” w polskiej poezji współczesnej można napisać przynajmniej 2093 doktoraty i tyle samo habilitacji, to wiersze Polkowskiego są faktycznie dobre. Oto przykład: (…) Budzę się z bólem serc moich dzieci Wokół nieruchome oddechy woskowych figur podróżnych. Blakną, majaczą na korytarzach, w przedziałach, nikną w cieniu obok kolejowego nasypu. Już nigdy nie wyruszymy dalej, ani do W. ani gdziekolwiek. Szary śnieg? piasek? przysypuje pociąg. Ziemia przygasa, pokrywa się drżącym popiołem. Zapamiętale, zawzięcie zapada się w sobie, przemienia w wiatr, głuchy gwizd drutów wysokiego napięcia, sen ciężkiego dymu, zawodzenie zamkniętych dworców. [mgły, ścierniska] W tym momencie należałoby zebrać wszystkie superlatywy, którymi współczesna krytyka literacka zwykła obdarzać każde wydane dzieło poetyckie, zebrać i opatrzyć wspólnym mianownikiem: „Jan Polkowski, Cantus, wydawnictwo a5, Kraków 2009”. To pierwsza i historycznie niepowtarzalna okazja – zgodziłbym się z Maliszewskim, Winiarskim i innymi supermanami polskiej krytyki. Ale mimo wszystko wiersze Polkowskiego mi się nie podobają (chociaż mimo czysto subiektywnego niepodobania się potrafię docenić ich obiektywną wartość jako wierszy bardzo dobrych). Bo mi się podobają takie wiersze: Bo patrzcie! Patrzcie, jaka sensacja! Brawo dyrekcja! Co za atrakcja! Gąsienicą hipopotamową, Glistą, na miarę przedpotopową, Na salę wpełza tłusty Jaszczur, Czołg złotociekły, forsiasty praszczur: Szczurząc i wsząc, i pchląc wspaniale, Książę Karnawał wjeżdża na salę! Tajniaki z tyłu, tajniaki na przedzie Mlaskiem, człapem, wijąc się, jedzie, Pełznie smoczysko – a na nim okrakiem Goła, w pończochach, w cylinderku na bakier, Z paznokciami purpurowymi, Z wymionami malowanymi Z szmaragdowym monoklem w oku Z neonową reklamą w kroku Skrzecząca szlagiera: „Komu dziś dać? Komu dziś dać? Komu dziś dać! Wierzga na gęstym pieniężnym potoku Promieniejąca Kurwa Mać! Człowiek czytający wiersze odkrywa przede wszystkim siebie samego. Poezja jest zaledwie pomostem, po którym się przechodzi na drugą stronę przepaści. Taka podróż można odbyć tylko jeden raz – pomost

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_11_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: listopad 2010

Page 11 of 63

znika i człowiek jest skazany na dożywotnie spędzenie czasu z samym sobą. Wiersze Jana Polkowskiego to bardzo dobre wiersze, ale ten pomost, który zbudował mi autor zboru pt. Cantus zupełnie mi nie odpowiada. To dobra droga, ale nie dla mnie.

Poleć to w Google

Poezja: Piotr Grobliński ULICA PRZEDWIOŚNIE
xxx nasze życie jest obliczone na cztery psy pierwszy tak się składa zdycha gdy jesteś na wakacjach ojciec bierze na siebie jego śmierć drugi umiera sam nie masz akurat czasu by mu pomóc płaczesz dopiero gdy go chowasz w ziemi trzeciego długo wozisz po weterynarzach choć wcześniej raczej się śmiałeś z tanich egzaltacji z czwartym starzejecie się razem spacerując coraz wolniej coraz głośniej gadając do siebie na ulicy nasze życie jest obliczone na cztery psy nasze życie jest oblizane Alien obrazy wystawiane w galeriach po wewnętrznej stronie skóry miasta oglądają się bez udziału publiczności w snach o samospełniającym się planie przeczesywał kwartały ulic wybierał ludzi z basenów parkingów i hipermarketów wieczorami obcy oglądali inne panoramy inne widzieli kosmosy i tańce z gwiazdami inne mieli sprawy dla reportera on zaś jak Ikar nie był z nimi ani przeciw nim nie był też obojętny jego Tybet był wszędzie a Chiny nigdzie współczuł miastu zasiedlanemu niebiańskim spokojem klasy średniej nowy archetyp zakupów siatki reklamujące nicość wszędzie kostka i dużo kafelków przy ogniskach rozpalonych obok latarni mięso tańczy hip hop neon jaskrawym światłem zachęca do wstępowania w wody Styxu zagraj jeszcze raz tę smutna muzykę do naszego filmu xxx

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_11_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: listopad 2010

Page 12 of 63

miło się w sobie pobawić tkanką miejską wstawić na weekend unijne implanty podnieść podatki aniołom wydłużyć czas pracy zwierząt smutna podaż pytań łapie równowagę z wesołym popytem ale indeks optymizmu spada w ujęciu rok do roku nie jesteśmy wcale piękniejsi serce klasy średniej bije w nas po twarzy xxx podróżowanie jest tańcem przestrzeni gonitwą ogrodów roślinnych komórek wyświetlanych rzutnikiem słonecznej projekcji na plan miasta wskroś lotniczych zdjęć pada śnieg na wyspy na żwirownie na wypukłe druki materia rozprasza się ku prawej w kosmosie wszystko w ruchu nawet kamienie na ścieżce ciągła zmiana perspektyw nagłe skoki pulsu para działkowców z cieknącym wiaderkiem spokojnie przechodzi na emeryturę czas gra muzykę na wodzie xxx filmy które oglądają się same lecą w kinach po drugiej stronie snu dlatego musimy się pakować jutro przesyłki wspomnień zostaną oclone na lotniskach przez celników znikąd spisek zawiązuje się na naszych oczach początek z napisem fine budzi sprzeciw jednoznacznością ocen wartość wyrażona liczbą gwiazdek przypomina o przesyłce zagubionej w szatni xxx wciągnęliśmy na maszt sztandar pogrzebu pogrzeb ciotki to niewielkie państwo graniczące z jednej strony z cudem życia z pustką straty z drugiej pozostałe przy życiu ciotki szeptały ksiądz mówił miał pewne trudności w momencie żegna ją syn z żonami i dziećmi ja wybierałem jak zawsze swoją miss pogrzebu myśląc o paniach minionego czasu obraz pogrzeb ciotki jest szary z żółtym słońcem droga do kaplicy jak dym z komina do urny wrzucono wiele głosów przeciw śmierć kandyduje z naszego okręgu

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_11_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: listopad 2010

Page 13 of 63

Wiersze pochodzą z przygotowywanego do druku zbioru Ulica Przedwiośnie.
Poleć to w Google

Strona główna Subskrybuj: Posty (Atom)

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_11_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: grudzień 2010

Page 1 of 63

Udostępnij

Zgłoś nadużycie

Następny blog»

Utwórz bloga

Zaloguj się

KRYTYKA LITERACKA
pod redakcją Witolda Egertha i Tomasza Sobieraja ● ISSN 2084-1124 LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA ______________________________________________________________________
Spis treści
► 2012 (8) ► 2011 (78) ▼ 2010 (41) ▼ grudzień (5) OD REDAKCJI Esej: ŚWIAT EMILA CIORANA Felieton: CHORE DZIECKO EUROPY Felieton: ŚWIĘTA NAIWNOŚĆ Recenzja: Przemysław Owczarek RDZA ► listopad (8) ► październik (4) ► wrzesień (5) ► sierpień (1) ► lipiec (1) ► czerwiec (3) ► maj (3) ► kwiecień (4) ► marzec (3) ► luty (2) ► styczeń (2) ► 2009 (4) ____________________ _ Adres do korespondencji t.sobieraj@wp.pl

OD REDAKCJI
Napłynęły pierwsze 42 recenzje-nominacje książek do nagrody Krytyki Literackiej. Część z nich została odrzucona z przyczyn formalnych (były bez sensu, z błędami, za długie, za krótkie itd.) i w ten sposób w posiadaniu redakcji są 23 recenzje 14 książek. Przypominam, że regulamin nagrody znajduje się w listopadowej Krytyce Literackiej. Jednocześnie ogłaszam plebiscyt na najlepszy tekst opublikowany w Krytyce Literackiej. Wystarczy do końca tego roku wysłać wybrany tytuł na adres w.egerth@wp.pl by w styczniu wziąć udział w losowaniu jednego z trzech czytników książek elektronicznych (zwanych po polsku e -bookami, a może ebukami?) iRiver Story - szczególy techniczne tego świetnego urządzena na stronie www.iriver.com/product/view.asp? pCode=002&pNo=72 Chciałbym również polecić dwa miejsca w internecie godne uwagi. Pierwsze to blog Krzysztofa Jureckiego – historyka sztuki, wykładowcy, współpracownika PWN i Instytutu Adama Mickiewicza, autora książek oraz wielu tekstów traktujących o fotografii. Jak sam pisze, ten blog to „lustro pamięci i notatnik (szkicownik). Poświęcony jest sztuce i fotografii oraz ich implikacjom, wynikającym z życia. Najczęściej piszę o fotografii, czasem o filmie i teatrze. Niekiedy publikuję własne prace. Ważny jest dla mnie potencjał krytyczny w stosunku do mass-mediów i oficjalnej polityki kulturalnej”. www.jureckifoto.blogspot.com/ Drugie miejsce na które chciałbym zwrócić uwagę to Internetowy Magazyn Kulturalny; w ostatnim wydaniu tego wideo-magazynu poeta, dziennikarz i eseista Józef Baran rozmawia z prof. Stanisławem Burkotem o kondycji polskiej współczesnej poezji. www.poezja-polska.pl/fusion/viewpage.php?page_id=143 POD CHOINKĘ Dla oszczędnych, proekologicznie nastawionych, idących z postępem, polecam darmowe książki elektroniczne (e-booki), które można wgrać do czytnika, komputera i jeszcze rozesłać dalej przyjaciołom, a nawet wrogom (niech zobaczą jak piszą najlepsi); można też sobie ściągniętą książkę wydrukować w pracy, jeśli ktoś nie lubi czytać z ekranu a szef nie liczy papieru. Wioletta Sobieraj, ALEJA RÓŻ - http://www.wioletta-sobieraj.fmi.pl/ doskonała, satyryczna powieść społeczno-obyczajowa z wątkiem kryminalnym i erotycznym (tradycjonaliści mogą również zamówić wersję papierową u wydawcy editionssurner@wp.pl za jedyne 35 zł i z autografem autorki). Marek Trojanowski, ETYKA I POETYKA, t. I-IV - www.literator.pl/? page_id=171 - najbardziej obszerne i szczegółowe dzieło traktujące o współczesnej polskiej poezji; nowatorskie, krytyczne, pełne dygresji, ironii, erudycyjnych odniesień, stanowi równocześnie interesujący przykład literatury pięknej. Natomiast dla miłośników celulozy, wrogów drzew, konserwatystów i

AUTORZY TEKSTÓW Józef Baran Klaudia Bączyk Mariusz Bober Jan Z. Brudnicki Maciej Cisło Michał Dec-Budziszyński Stanley Devine Marek Doskocz Witold Egerth Stanisław Esden-Tempski Piotr Grobliński W.A. Grzeszczyk Łukasz Jasiński

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_12_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: grudzień 2010

Page 2 of 63

Zbigniew Joachimiak Krzysztof Jurecki Katarzyna Karczmarz Roman Kaźmierski Marcin Królik Andrzej Jerzy Lech Marek Ławrynowicz Przemysław Łośko Dariusz Magier Roberto Michel Joanna Mieszkowicz Janusz Najder Krzysztof Niemczycki Stanisław Obirek Edward Pasewicz Dariusz Pawlicki Robert Rutkowski Jan Siwmir Tomasz Sobieraj Wioletta Sobieraj Jan Stępień Andrzej Tchórzewski Janusz Termer Marek Trojanowski Joanna Turek Igor Wieczorek Bohdan Wrocławski Adam A. Zych ORAZ J.W. Goethe Jarosław Hašek S.I. Witkiewicz ____________________

bardziej zasobnych proponuję książki wyłącznie papierowe: antologię opowiadań WBREW NATURZE (z udziałem m.in. Anny Janko, Włodzimierza Kowalewskiego, Grażyny Plebanek, Tomasza Sobieraja); zbiór esejów i reportaży PODRÓZE Z TEJ I NIE Z TEJ ZIEMI Józefa Barana, wspaniałą opowieść Janusza Głowackiego GOOD NIGHT, DŻERZI oraz NIBY-DZIENNIK, czyli nie tylko intelektualną spowiedź Zygmunta Mycielskiego. Z NAJLEPSZYMI ŻYCZENIAMI Witold Egerth
Poleć to w Google

Esej: ŚWIAT EMILA CIORANA
Od rumuńskiej mistyki do francuskiej gramatyki Autorzy: Mariusz Bober, Dariusz Magier Jesienią 1997 roku w Paryżu ukazał się gruby tom notatek Emila Ciorana. Zaskoczenie, bo wydawało się, że o pisarzu zostało już powiedziane i napisane wszystko. W „Cahiers”, czyli „Zeszytach”, poznajemy Ciorana innego. Zapiski z lat 1957-1972 to tysiąc stron znakomitej prozy rumuńskiego emigranta, z którymi polski czytelnik mógł zapoznać się w 2004 roku. Wielki świat wygląda zza okienka, wysublimowana literacka myśl, przecież nieznana dla zwyczajnego zjadacza chleba, jakże odległego od wydarzeń z paryskich księgarń. Przedziwne, jak wąski jest krąg odbiorców, dla których pojawienie się „Zeszytów” Ciorana staje się wydarzeniem. Gdyby chcieć ująć w jedno zdanie, esencję, to zawsze zaskakujący staje się świat pisarza. Zaskakujący – wszak pisarz wiedzie tak odmienny styl życia, że przeciętny zjadacz chleba uzna go za społecznie nieprzydatny, wyobcowany. A przecież literackie podróże Ciorana skłaniają do refleksji, gdy obserwujemy jak krok po kroku stawał się wnikliwym myślicielem, któremu towarzyszyły muzyczne wspaniałości Bacha. Czyż nie jest tak, że dopiero polemika, czy też nawiązywanie do myśli innych pisarzy, w pewien sposób pomaga wniknąć w ich osobliwy świat, świat również intymny, w którym bohater opowiada o tym, co je na śniadanie, co czyta, kiedy nie tworzy, i jakie rozterki nim targają. Można ubolewać, że tak mało wnikamy w literacki świat twórców. Cioran żyje w poczuciu porażki, zauważa, że jego pokolenie, pokolenie rumuńskich intelektualistów, poniosło klęskę. Mowa oczywiście o wydarzeniach sprzed wybuchu drugiej wojny światowej. „Co zawdzięczam Iron Guard?” – pyta i odpowiada – „Konsekwencje wynikające dla mnie ze zwykłego młodzieńczego uniesienia były i są tak ogromne, że w późniejszym czasie okazało się dla mnie niemożliwością orędowanie za jakąkolwiek sprawą, nawet zupełnie nieszkodliwą, nawet szlachetną, czy Bóg wie jaką. To dobrze, że przyszło nam drogo płacić za szaleństwo młodości; później oszczędzamy sobie niejednego rozczarowania” . Międzywojenna Rumunia to niedowład ustrojowy, powszechne malwersacje, korupcja, nepotyzm, fałszerstwa wyborcze i chaos gospodarczy. W 1927 roku młody idealista nacjonalistyczny Corneliu Zelea Codreanu, zwany przez zwolenników Kapitanem, organizuje Legion Michała Archanioła, którego „zbrojnym ramieniem” była tzw. Żelazna Gwardia. Zaczął działalność z małą grupą studentów, w której wprowadził klasztorno-koszarową dyscyplinę stając się raczej prorokiem niźli przywódcą politycznym, a codziennością legionistów był religijny mistycyzm, poświęcenie, ascetyzm i kult śmierci. Wkrótce ruch rozrósł się do ponad 350-tysięcznej organizacji. Mieszkali we wspólnotach zwanych gniazdami, wędrowali po kraju z ikoną Michała Archanioła głosząc rychłe zwycięstwo nad szatanem i pomagali chłopom w pracach polowych. Legion Michała Archanioła zgromadził elitę młodego

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_12_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: grudzień 2010

Page 3 of 63

pokolenia Rumunów. Członkiem bukareszteńskiego gniazda „Axa” był Emil Cioran. Jako młodego eseistę pchnęła go tam fascynacja chrześcijańską mistyką śmierci, męczeństwa, obojętnym przyjmowaniem cierpienia, które wówczas pojmował jako dominujący składnik ludzkiej egzystencji. To wszystko znalazł w ruchu, na którego czele stał Codreanu. W 1933 roku członkowie Legionu tworzą Komando Śmierci, którego zadaniem jest jednak nie zabijanie, ale przyjęcie śmierci. Miała to być forma ideowego apostolstwa, kolejne w dziejach Europy krucjaty dziecięce – kolumny młodzieży legionowej uformowanej w znak krzyża (tzw. żywe krzyże). Grzegorz Górny pisze: „Po drodze śpiewali pieśni, wznosili legionowe hasła, piętnowali bezprawie władz. Zatrzymywani przez policję i żandarmerię (...) klękali i modlili się. Wkrótce cały kraj przemierzały kolejne grupy «krucjaty dziecięcej», gromadząc na swej trasie wielotysięczne tłumy. (...) Kiedy w miejscowości Teius żołnierze otworzyli ogień, Legion doczekał się pierwszego męczennika”. Po latach Cioran określi Legion Michała Archanioła, w którym czynnie uczestniczył, mianem „obłąkańczej sekty”. „Był to ruch okrutny, mieszanka prehistorii i profesji, mistycyzmu, modlitwy i rewolweru, prześladowany przez władze i zabiegający o prześladowania” – napisze. Nie przypomina w samokrytyce swej młodzieńczej postawy innego Rumuna, również popierającego w młodości Legion Michała Archanioła, Mircei Eliadego. Słynny religioznawca nie wspomina przeszłości, ale też nie przyłącza się do politycznie poprawnego chóru krytykującego międzywojennych młodych rumuńskich narodowców, zaś jego książkę zatytułowaną „Od Zalmoksisa do Czyngis-chana” można określić mianem apoteozy ojczyzny i własnego pokolenia, pokolenia legionistów – idealistów, którzy próbowali zmierzyć się z przeszłością i – jak to określi Przemysław Dulęba – ideą „mocnego dobra”. Natomiast do Ciorana „grzechy młodości” wracają w postaci sennego koszmaru na jawie i nigdy nie kończą swojego nań wpływu. Przeszłość jest dlań przekleństwem, które zaważyło na dalszych jego losach, ale jednocześnie fascynuje go ona i nie pozwala na komfort innej niźli kontrideowa postawy. W „Zeszytach” zauważamy głęboką ambiwalencję, klasyczną dwuznaczność właściwą każdemu dziennikowi – rozdarcie między refleksją filozoficzną a materią egzystencjalną zapisywaną in crudo. Autor przechodzi głęboką metamorfozę, od pochwały czynu do apoteozy ataraksji. W tej metamorfozie nurt miał swoich wybitnych przedstawicieli: Martina Heideggera, Gottfrieda Benna, Ernsta Jungera czy też Andre Malraux, a w świecie anglosaskim W. H. Audena. Jego metamorfoza to zmiana myśli filozoficznej na kontynencie orientującej się na młodość. Cioran należał do pokolenia, jakże licznego i spóźnionego, wielbicieli i uczniów Fryderyka Nietzschego – poszukujących innych „łatwopalnych idei”. Jednak dojrzewa: „Z biegiem czasu, coraz częściej stwierdzam, że w każdym punkcie stoję na antypodach myśli Nietzschego. Coraz mniej lubię myślicieli szalonych. Wolę mędrców i sceptyków, «nienatchnionych» par excellence, których żaden ból nie ekscytuje ani nie bulwersuje. Lubię myślicieli podobnych do wystygłych wulkanów”. Przypomina w tym trochę pięćdziesięcioletniego duchowego spaślucha, który – wspominając swoje życie – z odrazą dziwi się, że kiedyś mógł łazić po drzewach. Z chwilą kiedy dokonuje zwrotu w stronę mistycznej pasywności, do tego dowcipnej, zamienia mistrzów niemieckich na francuskich. Dla znawców europejskiej topografii intelektualnej skok ten nie jest kwestią przeprowadzki z jednego miasta do drugiego, z jednej ulicy na inną. To skok nad Renem, nad przepaścią dzielącą dwie absolutnie inne koncepcje kultury i literatury, definiujące przez długi czas różne postawy i oczekiwania. W pewnym momencie porzuca pisanie po rumuńsku i niemiecku, by skupić się na języku francuskim, tym samym koniecznością stała się gramatyka francuska. Od tej chwili autor podziwia elegancki francuski sceptycyzm, w końcu wpisuje się w długą linię francuskich moralistów i prawdopodobnie staje się jednym z ostatnich przedstawicieli tejże. Studiuje dzieła Pascala czy Montaigne’a „wykradając” również z francuskich pamiętników inspiracje, „sól attycką”, francuskie esprit. Nie omija salonów. Zatracając transcendencję porzuca – jako posiadające w sobie ziarno zniszczenia – zaangażowanie

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_12_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: grudzień 2010

Page 4 of 63

ideowe. To prawda, wojna idei może niszczyć ludzkie ciała, jednakże apatia „nienatchnionych” niszczy ludzkie dusze. Wartość „Zeszytów” bierze się również stąd, iż zwierają ogromny żal za tym, co autor porzucił. Jak się okazuje, łatwiej jest wertować strony jadłospisu, niż przerzucać stronice wielkich kultur. Dzieło od strony „archeologicznej” jest pasjonujące: zawiera niemiecką poezję, niemieckich mistyków, takich jak mistrz Eckhart, dalej muzyka niemiecka i – oczywiście – wielki Jan Sebastian. Przedziwne, że autor stylizuje się na wygasły wulkan, chwaląc chorobę, bezsenność, czy zmęczenie. Po co? Pozornie? Bo jednak odzywa się w nim tęsknota za „wulkanami czynnymi, za szczytami, nad którymi unoszą się oznaki aktywności”? Obok konotacji rumuńskich, niemieckich, francuskich, Cioran, zaraża się Hiszpanią. Dlaczego miłość do Hiszpanii? Hiszpania to kraina honoru, rycerskości, pasji, mistyki, a przede wszystkim ojczyzna nostalgii. Znajduje zastępczą Rumunię, staje się Hiszpanem. Czym jest dziennik intymny? Wynalazkiem pisarzy nowożytnych. Nigdy nie odnajdziemy dziennika Homera, Dantego czy Szekspira. Ci autorzy przedstawiali życie w walce, w doświadczeniu. Pisarz ciągnie nas wręcz za rękaw, by pokazać, co posiada w zakamarkach swojej pracowni. Niedojedzony pasztet, brudna kurtka, kotlet schabowy, sterta starych gazet, zabłocone buty, niezmyte naczynia – to również jego świat. W przypadku Ciorana nic takiego nie spotkamy, jakby zamykał akurat te podwoje swojego świata. Nic na temat prywatnego życia. Poznajemy jedynie filozofa i jego nastroje? Nie spotykamy też jego bliskich? Po „S.” domyślamy się jedynie, że chodzi o Simone Boue, towarzyszkę jego życia, która przygotowuje dzienniki do druku, sama jednak ginie tragicznie. Inni pojawiają się epizodycznie – Ionesco, Beckett, Celan czy Czapski. Ucieczka od rumuńskiej mistyki w gramatykę francuską nie uwalnia go od „demonów”, które kierowały jego poczynaniami w młodości. Widzimy autora jako człowieka nerwowego, toczącego bój z własnym temperamentem, marzącego o buddyjskiej obojętności, a w rzeczywistości nie potrafiącego przeżyć choćby jednego dnia w spokoju. Awantury w urzędach to dlań rzecz normalna. Przedziwne, marząc o samotności prowadzi bogate życie towarzyskie, „kolacyjne”, gdzie spotyka kolegów literatów, którymi gardzi w swoich dziennikach. Rezygnując z idei zamienia aktywność na jałowość. Cioran jest niezmiernie błyskotliwym pisarzem, suwerennym, nie podlegającym modom, skrzętnie szperającym w bibliotekach w poszukiwaniu dzieł zapomnianych. Zadziwia pochwała „cienia” w jego twórczości. Kłują w oczy paradoksalne stwierdzenia: „klęska jest lepsza od zwycięstwa”, „każdy sukces jest wulgarny”, które znowuż stanowią powrót do „złej” przeszłości eseisty. Jednakże w autowyrzutku Emilu Cioranie idea rumuńska zamienia się w swoją karykaturę. Mistyka śmierci ewoluuje w mistykę błahostek. Przedziwne przemianowanie pochwały życia. „Zeszyty” stają się wielkim hymnem na cześć dekadencji, upadku, impotencji życiowej. Cioran to sceptyczny emigrant. Zagajewski twierdzi, że emigranci to ludzie szczęśliwi. Ludzie, którzy starannie ukrywają swoje szczęście. Osławiona nostalgia, lata dzieciństwa, dźwięki dzwonów, ośnieżone Karpaty. Balansowanie pomiędzy zaletami emigrowania, a pozostaniem w kraju, pomiędzy tym, co traci emigrant, a za czym tęskni człowiek wzorem Immanuela Kanta, który nigdy nie opuścił swojego miasta. A co z Cioranem? Ponoć nie wrócił szczęśliwy do Rumunii tracąc pamięć w Paryżu na podobieństwo amnezyjnych starców. Powojenna Rumunia, naród komunistycznego cara Ceausescu, wywiera nań ciągle ogromny wpływ. To „naród nieszczęśliwy i nieuczciwy...”, „naród, w którym wszystko przekształca się w miniaturę”. A przecież w swojej intelektualnej układance zawiera istotne klocki teologów i myślicieli, mistyków i kompozytorów, w końcu poetów. On sam, jakby paradoksalny, kiedy mówi: „Prawdziwy pisarz trzyma się ojczystego języka, nie zamierza szperać w tej czy innej obcej mowie. Umie się ograniczyć – oto jego sekret”, łamie własną regułę.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_12_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: grudzień 2010

Page 5 of 63

Po co więc czytać „Zeszyty”? Choćby dla samej ich błyskotliwości, zaskakującej inteligencji, w końcu dla samego stylu. Cioran wypowiada ciekawe zdania, np.: „Niepodobieństwem jest napisać listu kondolencyjnego, nawet jeśli jest się szczerym. To gatunek najbardziej fałszywy; ciekawe, że nie został zniesiony za jednomyślnym postanowieniem”. Nie znajdujemy u niego dłoni złożonych do modlitwy, znajdujemy niemalże wściekłą ciekawość, która ma zastąpić modlitwę. Dociekliwość, która pcha go do bibliotek, do lektury, do innych ludzi. Modlitwa to ciekawość skierowana do samego siebie. Czy czytelnika nie zniechęci lapidarny styl Ciorana? Ten styl zwodzi, pulsuje, irytuje. Wypowiada zdanie, a za chwilę mu zaprzecza. Jeden z recenzentów nazywa go „Beduinem myśli”, inny twierdzi, że bohater uprawia „najbardziej błyskotliwy irracjonalizm bałkańskiej beznadziejności”. Ale też Cioran nie nabiera się na intelektualne mody. Absolutnie suchy przechodzi obok zmieniających się francuskich nastrojów, ba, wyszydza na dokładkę epokę strukturalizmu, kiedy wszyscy, jak jeden mąż, pisali o języku. Epatuje post-legionowymi wypaczeniami, takimi jak: „Jednostka, podobnie jak naród, jest coś warta tylko wtedy, gdy zostaje zwyciężona. (...) Ktoś, komu się udało, z punktu staje się nieinteresujący”. Świat nieudaczników i życiowych rozbitków staje się również światem osobnym, innym gettem wartym zainteresowania, miejscem, w którym również toczy się życie. Cywilizacja pomiędzy światem idei a kontr-idei. Zagajewski określi jego literackie zmagania jako „snobizm rozpaczy”, ma wątpliwości, czy użyć określenia „nihilizm”. Cioran korzysta z własnej medycyny jako lekarstwa na „infekcję cienia”. Przeciwwaga to jego erudycja zdobywana w sposób chaotyczny, egzystencjalny i być może dlatego bardziej wyrafinowana. A przecież niejaki Constantin Noica, mistrz młodych intelektualistów, krytykował Ciorana za lekturę mistrzów drugorzędnych, nie tak jak on, który delektuje się Platonem, Arystotelesem, Heglem, Heideggerem. A Eckhart, Seneka – drugorzędni? Cioran unika modnych gigantów, boi się ich. Obawia się, że mogą na powrót rozpalić w nim ogień i pchnąć na powrotną drogę od kontr-idei do idei. Nie chce już iść za wielkimi, tak jak kiedyś poszedł za Codreanu. Strach przed złym wyborem obezwładnia go. Jednak w tej kontrowersji znajdujemy także dążenie do prawdziwego, wolnego wyrazu myśli, unikanie myślowej łatwizny, fascynację umysłami samotnymi i surowymi dla siebie. Wypowiada zdania, które intrygują, pompują do szarych komórek pytania. W gruncie rzeczy w przeklinaniu przeszłości przez autora „Brewiarza zwyciężonych” możemy odczytać żal za utraconymi szansami, za porywami serca. Kontr-ideowość wydaje się być tu wyborem rozpaczy po upadku tego, co Eliade określi mianem „duchowej rewolucji” opisując zachowanie legionistów internowanych wraz z nim w obozie MiercureaCiucului: „Wieczorna modlitwa kończyła się potężnym «Bóg jest z nami», odśpiewanym przez trzysta głosów. Na ostatnim piętrze znajdowało się pomieszczenie na «nieustanną modlitwę». Dniem i nocą któryś z więźniów przez godzinę modlił się tam lub czytał Biblię, przerywając tylko wówczas, gdy ktoś inny przychodził go zluzować”. Postawę Ciorana mógłby przyjąć Leon Degrelle, Belg również obciążony ideowym „grzechem młodości”, gdyby (co się, na szczęście, nie stało) jego dusza przestała „płonąć”, a w jej miejscu pozostał zimny, bolący kamień. Tak jakby pisarz ubolewał nad tym, że ominął go chrzest krwi, który Żelaznej Gwardii zgotował królewski rząd Rumunii. 30 listopada 1938 roku Corneliu Zelea Codreanu oraz trzynastu jego dowódców Legionu Michała Archanioła zostało zamordowanych w więzieniu Doftana. Zabił ich ten sam Tron, o którym niespełna pięć lat wcześniej w „Podręczniku dowódcy gniazda” Kapitan pisał: „Legion stoi niezłomnie na straży wokół Tronu, na którym zasiadali Książęta i Królowie poświęcający się w obronie chwały i dla dobra Narodu”. Ciała przywódców Legionu wywieziono do lasu, wrzucono do głębokiego dołu, oblano kwasem, potem zasypano wapnem i zalano betonem. Technika zaangażowana w walkę z ideą. Na myśl przychodzi legenda związana ze śmiercią polskiego poety związanego z ruchem narodowym, Andrzeja Trzebińskiego, któremu przed rozstrzelaniem Niemcy mieli zalać ustawa wapnem. Jedenaście lat po zabiciu Codreanu Cioran oddał jednak swoisty hołd postawie legionistów pisząc mesjanistycznie: „Wszystkim wodzom

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_12_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: grudzień 2010

Page 6 of 63

pościnano głowy, a ich trupy wyrzucono na ulice: spotkało ich przeznaczenie, co zwalniało kraj ze spotkania z własnym”. Ale nie była to prawda, a jedynie refleksja emigranta, chwilowa słabość późniejszego przedstawiciela gramatyki francuskiej. W „Zeszytach” czytelnik napotka przewrotność, która z jednej strony będzie przyciągać, z drugiej odpychać. Znajdzie zranionego człowieka w wiecznym ruchu pomiędzy smutkiem a ciekawością, życie i historię współczesnego intelektualisty, „podróżnika” po kulturach, którego powojenna reakcja demoliberalna uczyniła kreaturą podobną postkomunistycznym twórcom mającym w życiorysie – stokroć gorsze – „heglowskie ukąszenie”. Wyciągnij rękę, choć ta róża nie jest pozbawiona kolców. Taki jest kwiat, taki jest świat Emila Ciorana.
Bibliografia: E. Cioran, Zeszyty 1957-1972, Warszawa 2004. P. Dulęba, Dakowie, Zalmoksis i Legion Michała Archanioła. Rumuńskie dziedzictwo Mircei Eliadego, „Fronda”, nr 33. M. Dylewski, Jedna Rumunia trzy „faszyzmy”, „Fronda”, nr 33. M. Eliade, Od Zalmoksisa do Czyngis-chana, Warszawa 2002. G. Górny, Rumuńska mistyka śmierci, [w:] idem, Demon Południa, Warszawa 2007. A. Zagajewski, Gramatyka francuska, „Zeszyty Literackie”, 93, nr 1/2006.

Poleć to w Google

Felieton: CHORE DZIECKO EUROPY
Autor: Tomasz Sobieraj Gdy przyglądam się poczynaniom naszej krytyki artystycznej, szczególnie literackiej, przypomina mi się pewna historia. Kilka lat temu na ścianie jednego z łódzkich bloków ukazała się Matka Boska. Tłumy wiernych ściągały, żeby ujrzeć Królową Polski i złożyć jej pokłon. Mówiono o tym niezwykłym, cudownym zjawisku w mediach, na ulicach, w domach. Euforia ludu wzrastała z dnia na dzień. Duchowni w czarnych sukienkach krzątali się dyskretnie dokoła budynku, podobnie jak sprzedawcy obwarzanków, świętych obrazków i różańców. Po jakimś czasie wybrałem się i ja w te obdarzone łaską okolice, bo chociaż jestem przyrodnikiem, to nie wykluczam istnienia zjawisk nadprzyrodzonych pomny tego, że i fizycy stają w obliczu zagadek trudnych do rozwiązania za pomocą rozumu. Wysiadłem z autobusu i poszedłem tam, gdzie gromadził się tłum – falujący, rozmodlony, niemal w ekstazie. Jedni tylko chylili czoła, drudzy stali w półzgięciu, niektórzy klęczeli przed żółtą ścianą z numerem bloku i otworami wentylacyjnymi, w których przysiadały zdumione gołębie. Panowała atmosfera powagi, skupienia i oczekiwania. Jednak co jakiś czas masa ludzka ożywiała się, kołysała i przebiegały przez nią elektryzujące słowa: „Patrz! Jest! Widzisz! Najświętsza Panienka! Królowa Nasza! Pani Nasza! Módlmy się!” Stałem pomiędzy innymi, z zadartą głową, pełen dobrej woli, ba, nawet prawdziwej wiary w Najwyższą Istotę. Czekałem na widzenie, na znak, najmniejszy chociaż gest. I mimo że wytężałem wzrok, kierowałem go tam gdzie inni, niczego nie zauważyłem, poza liszajowatym zaciekiem i zapaskudzoną przez gołębie elewacją. Zdziwiony, że nie dostrzegam tego, co wszyscy, zacząłem się życzliwie dopytywać rumianych kapłanów i osób stojących obok, czy naprawdę coś widzą i jeśli tak, to gdzie, w którym miejscu tej ściany, niech mi w swej bezkresnej dobroci wskażą, bym miał dowód i zaznał łaski poznania. Patrzyli na mnie najpierw ze zdziwieniem, później z coraz większą niechęcią, na koniec przybrali właściwy wszystkim fanatykom zacięty wyraz twarzy. Ich oczy zrobiły się złe. Poczułem ziejącą w moją stronę nienawiść i odrazę. Jeszcze kilka głośno wyrażonych wątpliwości z mojej strony, i byłbym się przekonał, czy istnieje życie po śmierci. Ale zadziałał instynkt samozachowawczy – odwróciłem się i odszedłem. Do katedry.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_12_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: grudzień 2010

Page 7 of 63

Ich było więcej. Oni widzieli, a ja nie. Tylko czy większość ma rację? Logika mówi, że nie, historia uczy, że nie, życie na co dzień dowodzi, że nie. Życie też uczy, że nie warto dyskutować z ludźmi, którzy nie mają własnego zdania. Czasem jednak trzeba przełamać niechęć i lenistwo i napisać kilka słów, szczególnie gdy sprawa zatacza coraz szersze kręgi. Mam na myśli ogólny środowiskowy lament, który rozległ się po mojej z Janem Siwmirem rozmowie o tak zwanej twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. Podsumowaniem tych histerycznych spazmów jest komentarz Jana Z. Brudnickiego, zamieszczony w pierwszym numerze kwartalnika InterMosty i w listopadowej Krytyce Literackiej. To ładnie, że pan Brudnicki ujął się za słabszym kolegą i wystąpił w obronie jego dzieła. Jednak wzruszający tekst krytyka o ciężkim życiu i zasługach E. Tkaczyszyna-Dyckiego pachnie naiwną partyjną agitką z czasów gomułkowskich, a co najmniej przypomina głos aktywisty z zebrania zakładowego kolektywu partii w fabryce wieszaków – jest równie niemerytoryczny, alogiczny i niczego nie wnosi, poza jeszcze głębszym przekonaniem czytelnika, że o powodzeniu żyjącego twórcy decydują znajomości. Nie jest to żadna nowina, chociaż za każdym razem wywołuje niesmak, jak zjedzony z jabłkiem robak. Rozpoznanie prawdziwego, do tego żyjącego talentu, czy nawet więcej – geniuszu, w polskich warunkach jest niemożliwe. Wymagałoby to od krytyka rzetelnej pracy, odwagi cywilnej, niezależnej myśli, wiedzy i niechęci do zakrapianych wódą bankietów, a to, jak wiemy, cechy zasadniczo rzadko tutaj spotykane. Dlatego polski krytyk mówi, a pewnie nawet myśli to, co mu zostało przez kolegów i autorów wgrane, a właściwie wlane, jest jedynie białkową maszyną do powielania bzdur i kłamstw, które, zgodnie z teorią doktora Goebbelsa, powtórzone sto razy stają się prawdą. Na szczęście nie prawdą uniwersalną, ogólnym prawem, tylko prawdą polską, lokalnym prawem zadupia, jak rozporządzenie sołtysa. Oczywiście od tej smutnej reguły zawsze jest wyjątek, jakieś brzydkie kaczątko, które czasem zamieni się w łabędzia, bywa, że i w orła, ale to przypadki rzadkie – jak wszystko, co dobre. W statystyce takie skrajne wartości się odrzuca, żeby nie zaciemniały obrazu zbioru, i podobnie odrzuca się je w krytyce, która lubi, żeby stado kwakało jednym głosem. Typowe cechy polskiej krytyki widoczne po zbadaniu jej populacji na przestrzeni ostatnich dwóch wieków, to schylanie karku przed nadmuchanymi autorytetami, tchórzostwo, pańszczyźniana mentalność, lokajstwo, niesamodzielność intelektualna, brak logicznych i merytorycznych argumentów oraz ścisłych kryteriów. Ostatnimi laty do tej listy dołączyło jeszcze zwykłe nieuctwo. Przez taką krytykę i wynoszonych przez nią twórców tkwiliśmy i tkwimy w prowincjonalnym grajdole, stanowiąc pośmiewisko dla kulturalnego świata. Przez taką krytykę i politykę antykulturalną państwa, nasza sztuka i literatura nie ma pięknej, mądrej twarzy, delikatnych rąk i zgrabnych nóg, tylko swojską gębę, grube łapy i krzywe kulosy (dygresja: witkacowski cham dobrał się nawet do Szopena – na plakatach jakiś bęcwał ubrał go w dres!). Wyglądamy jak chore, opóźnione w rozwoju dziecko Europy. Tym bardziej, w tym zalewie barbarzyństwa, dziwię się panu Brudnickiemu, że broni literatury zaściankowej, do tego ewidentnie prymitywnej, bez śladu ducha i myśli. A podobno jest on znawcą twórczości i życia Juliusza Słowackiego. No nie wiem, jakoś mi to nie pasuje, widzę tutaj ewidentną logiczną sprzeczność. Ba, mam nawet przeczucie, że „Beniowskiego” to pan krytyk nie czytał, tudzież paru innych dzieł autora doktryny genezyjskiej. Albo też czytał bez zrozumienia, co nie wydaje się nieprawdopodobne. Stwierdzenie krytyka, że „Dyckiego ogłoszono na salonach nowym trubadurem, jak niegdyś Stachura, wcześniej Norwid, Leśmian, Czechowicz – porzucających dom, zdających się na lęk samotności, wybierających psychiczną samotność, włóczęgę”, nie dość, że gramatycznie niepoprawne, to zakrawa na śmieszność – bynajmniej nie tylko dlatego, że w tych salonach słoma, która wypadła z gumofilców

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_12_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: grudzień 2010

Page 8 of 63

wala się po klepisku udającym parkiet, ale przede wszystkim z powodu zestawienia nazwisk (zgoda jest tylko na Stachurę). Miejcież umiar, wy tam, na salonach, uczcie się, nie wypisujcie bzdur. Przecież, jak mówią nie bez racji Rosjanie „słowa drukowanego siekierą nie wyrąbiesz”. Ono zostaje i daje świadectwo. O was. Moje poglądy na sztukę nie stanowią tajemnicy. Wielokrotnie o nich pisałem, znajdują wyraz w mojej twórczości. Przypomnę jednak główną ideę swojego programu artystycznego: sztuka jest kreacją, nie relacją – tym bardziej więc nie może być prymitywnym obrazowaniem. Nie powinno zatem dziwić, że odrzucam wulgarność na korzyść dobrego smaku, że stawiam intelekt ponad fizjologię, umiejętności ponad nieudolność. Jednocześnie uważam, że każdy może tworzyć to, co chce, niezależnie od tego, czy zawodowo pasie gęsi, czy wymyśla tomograf – ważne, żeby był z tego zadowolony. Jednak nie mogę zgodzić się na to, żeby pozbawieni narzędzi i planów półhumaniści wyszli chwiejnym krokiem prosto z dworcowego bufetu i budowali z fragmentów pijackiego widzimisię gmach katedry, w której – zanim runie – mieszkałyby i paskudziły wróble. Jest to niebezpiecznie dla potencjalnych wiernych i przechodniów, obraźliwe dla Boga, demoralizujące dla wróbli.
Poleć to w Google

Felieton: ŚWIĘTA NAIWNOŚĆ
Autor: Igor Wieczorek Im głębiej się w coś angażuję, tym bardziej czuję się od tego czegoś zależny, a im bardziej czuję się od czegoś zależny, tym mniej chętnie się w to angażuję. Nie angażować się w nic nie potrafię, nie chcę i nawet nie mogę, bo człowiek niezaangażowany na nic nie zasługuje, a jego nieważkie istnienie ciąży wspólnocie ludzkiej. Być może jedynym obszarem rzeczywistości społecznej, na którym brak zaangażowania nie kończy się uzależnieniem i nikomu nie ciąży, jest obszar literatury, sztuki i filozofii. Jedynie na tym obszarze można nie tylko bezkarnie, ale i z jakimś konkretnym, ogólnospołecznym pożytkiem próbować przyjąć pozycję biernego obserwatora, wolnego komentatora, niezależnego autora. I chociaż samo przyjęcie tej godnej uwagi pozycji wymaga zaangażowania, to jednak nie uzależnia w złym tego słowa znaczeniu. Dobrym tego przykładem jest literacka spuścizna tegorocznego noblisty Mario Vargasa Llosy. W przeciwieństwie do tych wszystkich pięknoduchów, którzy jak ognia unikają poruszania problematyki społecznej, i w odróżnieniu od wciąż licznych pisarzy-ideologów, wieszczów, mistrzów, mentorów, ten peruwiański prozaik idzie drogą środkową – drogą niezależnego podejmowania tematów niełatwych, piekielnie bolesnych. Nie jest ani mentorem ani reformatorem, który wyjmuje słowa spod prawa przyczyny i skutku. Jest jednocześnie estetą i nieubłaganym krytykiem opresyjnych mechanizmów społecznych. Nagrodę Nobla przyznano mu za „przedstawianie struktury władzy oraz wspaniałe zobrazowanie oporu, rewolty i przegranej jednostki”. Zasłużony publicysta, Piotr Bratkowski, zauważył, że Llosa to „Balzak, który przeczytał Joyce’a”. Chodzi mu o to, że powieści Llosy łączą ambicje poznawcze powieści XIX-wiecznych z nowoczesną techniką narracji. P.Bratkowski zauważył też słusznie, że najlepsze powieści M.V.Lllosy są oskarżeniem kultury o brak szacunku dla indywidualizmu i o to, że wartość człowieka we współczesnym społeczeństwie sprowadzona została do pełnionych przezeń funkcji społecznych. Właśnie w tym sensie Llosa ma bardzo wiele wspólnego z naszym wybitnym Witkacym, prekursorem nowoczesnej kontrkultury. Prawdopodobnie już wkrótce zacne wydawnictwo Znak wznowi głośną powieść Llosy pt. ”Raj tuż za rogiem”. Warto przeczytać tę polityczno filozoficzną opowieść o poszukiwaniu prawdy, wolności i zbawienia. Jednym z jej głównych tematów jest życie Paula Gaugin’a, który, jak wiadomo, zerwał z życiem paryskiego mieszczucha i udał się na Tahiti w poszukiwaniu inspiracji. Ten niespokojny artysta był przekonany o tym,

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_12_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: grudzień 2010

Page 9 of 63

że wiodąc żywot „dzikusa” dotrze do źródła prawdy. Umarł w osamotnieniu, chory i potępiony. Choć poniósł klęskę za życia, to jednak jego obrazy wydają się nieśmiertelne. Oby powieśći Llosy też stały się nieśmiertelne. Ciekawe, dlaczego mój kraj nie ma swojego Llosy? Witkacy już dawno nie żyje, Waldemar Łysiak zdziwaczał i niczym nie zaskakuje. Dlaczego nasza krytyka jest zgrzebna, nieestetyczna, pełna zjadliwych inwektyw lub akademickich pouczeń, a nasi mistrzowie słowa są ślepi na kwestie społeczne? Może po latach zaborów i politycznego horroru nagłe przyjęcie pozycji wolnych obserwatorów wydaje się nam niebezpieczne? Przywykliśmy chyba do tego, że wpływanie na losy świata poprzez literaturę kończy się uległością wobec partyjnych dyrektyw. Sądzimy, że niezależność to taka oaza spokoju, do której dotarliśmy w końcu po latach trudu i znoju, a artystyczne wyzwania w kraju demokratycznym są czymś w rodzaju dziecinnej, zupełnie niewinnej zabawy. W odróżnieniu od Llosy jesteśmy bardzo naiwni.
Poleć to w Google

Recenzja: Przemysław Owczarek RDZA
Autor: Marek Trojanowski W pewnych kręgach naukowych dyskutowana jest teza o tzw. kosmicznej wenie poetyckiej. Nie chodzi tu o debatę nad metafizycznym aspektem tego, co określa się ogólnie natchnieniem poetyckim, lecz o możliwość ingerencji w poetycki akt twórczy czynnika związanego z cywilizacją pozaziemską. Istotnym argumentem w tejże debacie, potwierdzajacym ową tezę miał być tomik poetycki Przemysława Owczarka pt. „Rdza”. Polscy hermeneuci szkoleni w supertajnym ośrodku Area 51 i 1/8 w zakresie Demaskowania Utworów Pozaziemskich (DUP), odkryli, że Przemysław Owczarek musi być albo stęsknionym za rodzinną planetą kosmitą, który używajac tajnego, zrozumiałego tylko dla intelektów pozaziemskich kodu komunikacyjnego, stara się nawiazać kontakt z rodzinną planetą, albo szpiegiem kosmicznym, który przekazuje niezbędne dla kolonizacji niebieskiej planety informacje mocodawcom z innej planety. Z przebadanych wg kryteriów DUP-y kolejnych utworów z tomu „Rdza” Przemysława Owczarka, polscy hermeneuci wynotowali i poddali odkodowaniu następujace fragmenty o pochodzeniu pozaziemskim: rzeka grzebała na dnie obce imiona [Zakole] Naukowcy sa zdania, że Owczarek chce przekazać na rodzinną planete komunikat o tym, że tlenek wodoru występujący na Ziemi nie jest przyswajalny przez organizm obcych (sraczka i te sprawy). Dlatego w przypadku ewentualnej kolonizacji kosmici-rodacy muszą zabrać picie ze sobą. sosny karmiły powietrze mężczyźni tonęli w tranzystorowych unitra. cień lizał łyżki i cicho rżało słońce, [pójdź, pójdź] Tutaj hermeneuci są podzieleni w ocenach. Jedni uważaja, że fragment ów dotyczy charakterystyki rytuałów godowych stymulowanych działaniem chlorofilu. Przeciwnicy tej interpretacji wskazują na jej zasadniczą słabość: odbiorniki produkowane przez zakłady UNITRA są wysoce awaryjne, co wyklucza kopulację. Co innego SONY. siedział nad zupą, a jedzenie klepało za niego pacierz

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_12_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: grudzień 2010

Page 10 of 63

[maxim] Wszyscy specjalisci DUP-y są zgodni, że Owczarek wysyła rodakom sygnał, że jedzenie ziemskie, nawet w postaci płynnej, nie ma żadnej wartosci odżywczej dla organizmów obcych. Na drodze piasek łaskotał skórę. Dęby stały syte od promieni Brzeg wił się w stronę doliny [inter secundo] Dupolodzy są przekonani, że ten fragment przedstawia charakterystykę topografii terenu niebieskiej planety. Podanie dokładnych danych na temat ukształtowania terenu, jego pokrycia, nachylenia względem słońca itp. itd. jest niezbedne dla prawidłowego zaplanowania kolonizacji. I tak: „Dąb syty promieniem” ma robić za wieżę międzyplanetarnej kontroli lotów, a „wijący brzeg” za lądowisko i pas startowy. Zaś „łaskoczący piasek” ma być dorażną rozrywką dla obcych, zanim nie odkryją ziemskiego wynalazku jakim jest prostytucja. W kolejnych częściach tomiku „Rdza” Przemysława Owczarka badacze DUP-y natknęli się na bezpośrednią charakterystykę homo sapiens sapiens, którą sporządził Owczarek z zamiarem wysłania obcym. Oto: Mama jak guziec ryje w ogrodzie [sierpień] Naukowcy polscy dzięki powyższemu fragmentowi odkryli, że Przemysław Owczarek nie jest jedynym agentem obcych na ziemi i że kolonizacja już się rozpoczęła. Dupa mnie boli, mówi babcia. Babcia to lubi czytać mitologię. A w rzece śmiesznie. Spódnicę musi podkasać. Widzę jej blade, chude łydki. Stoi w środku płycizny, małe rybki skubią jej pięty. Chichocze i prosi, żebym podał rękę. [wrzesień] Badacze DUP-y nie wiedzą jeszcze jaki jest sens takiej charakterystyki sposobu rozmnażania się Ziemian, jaki relacjonuje obcym Przemysław Owczarek. Samochód połyka śnieg. W brzuchu ma wichurę. [luty] Ten fragment daje powód sądzić, że kolonizacja Ziemi nie zakończy się powodzeniem. Ziemianie nie opracowali jeszcze technologii silników samonapędzajacych się śniegiem, ale taka relacja, którą zdaje poetakosmita, może odstraszyć obcych, którzy nabiorą fałszywego mniemania na temat technologii ziemskich. W kolejnych kosmicznych wierszach z tomiku „Rdza”, badacze Area 51 i 1/8 odkryli opis Ziemi w erze pokolonizacyjnej, kiedy zostanie opanowana przez rasę obcych. W związku z tym, że ziemskie wyobrażenia na temat tego, co kosmici mogą zrobić z niebieskiej planety pozostaną zawsze obciażone błędem antropomorfizacji, badacze z DUP-y postuluja, by sens kolejnych fragmentów rozumieć literalnie. I tak: rzeki po kolonizacji nie będą rzekami, a spojrzenia spojrzeniami, ale: rzeka napełni spojrzenie [olcha] Pojawią się także niezwykłe drzewa: drzewa mają gęsią skórkę. [santero]

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_12_01_archive.html

2012-01-23

KRYTYKA LITERACKA: grudzień 2010

Page 11 of 63

Nawet dobowe cykle dnia i nocy zmienią się: WIECZÓR SKRAPLA OPOWIESC W ZIARNISTY OSAD FOTOGRAFII Czaple nie będą jadły ryb, tylko: czapla przynosi /odrobinę świtu, a: z książek rosną grzyby na cienkich / nóżkach, owady mówią językiem / mlasków i jest piołun, ołów w łodygach [łowy na żelaznego Jana] W ogóle wszystko będzie inne na skutek promieniowania ze statków obcych. Najgorsze będą jednak temperatury ujemne: przymrozek / skalpuje drzewa [Głębiny] Oczywiście można jeszcze długo wyłuskiwać kosmiczne zdania kosmicznego poety z kosmicznego tomu o kosmicznej rdzy, która w domyśle pokrywa statki kosmiczne eskadry Aliensów a następnie redukować je do absurdu. Wszak tu tylko absurd wydaje się być jedyną możliwa redukcją. Można też zadać pytanie: po co ten cały kosmos? Czy po to – jak dowodzą dupolodzy – by ułatwić pozaziemskim istotom kolonizację niebieskiej planety, a może przedstawione tu kody są desperacką próbą skontaktowania się Przemysława Owczarka z odbiorcą. Owczarek jako poeta, który wyciąga żarzący się palec wskazujący w stronę czytelnika może jedynie bawić. I choćby nie wiem jak głośno wołał: „Przemek chce byś słuchał!”, to i tak tego poważnie brać nie sposób. Chyba że trafi na kogoś, kto nie tylko słyszy głosy z kosmosu, ale także złowieszcze, zwiastujace rychłą zagładę gatunku homo sapiens sapiens „łkanie tapicerek” [virgo]. W takim przypadku poeta może liczyc na 1000 % empatię. Tekst pochodzi z książki Marka Trojanowskiego Etyka i poetyka, t. II, internet 2009.
Poleć to w Google

Strona główna Subskrybuj: Posty (Atom)

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2010_12_01_archive.html

2012-01-23