Licytacja o dwukropek - Proszę siadać, licytacja za chwilę się zacznie – rozbrzmiał w sali głos pana Firsa.

Pan Firs, potocznie był zwany „pan-Firs-kto?-Firs-Nie-znam-go-No-ten-od-aukcji-A-ten-Firs!”. Tak, jego przezwisko zaczynało się z małej litery, ale kończyło wykrzyknikiem. To jest coś, powtarzał często znajomym przedmiotom, będę o tym mógł opowiadać wnukom. A nawet prawnukom!, dodawał po chwili, a wszystkie nożyczki, kubki i drzwi aż drżały ze strachu na myśl, że staruszek może żyć jeszcze tyle lat. Tymi myślami Firs dzielił się tylko z przedmiotami, gdyż ludzi nie mieli zwyczaju go słuchać, co chroniło ich przed nerwicą i przedwczesnym siwieniem. Niestety, przedmioty słuchać musiały, ale u nich siwienie włosów zastępuje rdza. Tak więc w domu pan Firs miał zardzewiałe narzędzia, zardzewiałe sztućce, zardzewiałe klamki i drzwi, z których opadły resztki farby. - Proszę o ciszę! – zabrzmiał ponownie głos pana Firsa, jednak w otaczającym go hałasie był jak ziarenko soli, które wpadło do koncentratu. W dodatku pomarańczowego. Gdy w końcu ludzie się uciszyli, Firs strzepnął niewidzialny kurz z rękawów fartucha i zamachał małym dzwoneczkiem. Krzesło na podwyższeniu, dotychczas stojące tyłem, obróciło się i oczom zgromadzonym ukazał się siedzący na krześle młody chłopak, lat około ośmiu. - Panie i panowie, rozpoczynamy licytację! – powiedział spokojnie i otworzył leżący przed nim notes. – Pierwszy obiekt to...lizak! Stan dobry, lekko nagryziony, o smaku brzoskwiniowym. Dzieło świeże. Cena początkowa: dwadzieścia groszy! - Dwadzieścia! - Trzydzieści! - Pięćdziesiąt. Z sali rozbrzmiewały okrzyki licytujących, podających coraz to większe sumy. - Dwa pięćdziesiąt! Da ktoś więcej? Jeden z licytujących zamachał na Firsa, żeby ten podszedł i pokazał mu lizaka. Przyjrzał się cukierkowi krytycznie, obwąchał i mruknął tylko: - Nie warto. - A zatem sprzedane za dwa pięćdziesiąt pannie Witkins! – powiedział prowadzący i wskazał Firsowi, żeby ten zaniósł przedmiot licytacji do poczekalni. Gdy ten wrócił odchrząknął, zajrzał do notesu i stwierdził, z jakimś dziwnym namaszczeniem w głosie: - Proszę państwa. Oto główny obiekt dzisiejszej aukcji – wstrzymał dramatycznie oddech, po czym na wydechu powiedział – DWUKROPEK. Tak, proszę państwa, dwukropek. Bardzo praktyczny kuzyn średnika, przydatny, gdy chcemy coś wyliczyć. Ma dwie kropki i przerwę między nimi. Cena wywoławcza – dwa złote! - Dwa złote! - Trzy złote! - Cztery! - Sześć! - Dziesięć! Dzieci wypełniające salę zaczęły przekrzykiwać się nawzajem, dając jak najwyższą cenę. Nikt nie chciał przegrać takiej licytacji. Wtem, w ogólnym hałasie zabrzmiał jeden głos, ostry i wyrazisty. - Dwadzieścia złotych i moje kieszonkowe za najbliższe sto lat! Wszyscy umilkli, a prowadzący z wrażenia prawie spadł z krzesła. Spojrzenia wszystkich dzieci na sali zwróciły się w stronę małego Marcinka, który stał na środku sali, lekko się trzęsąc. - Czy ktoś da więcej? – zapytał cicho prowadzący. – Nie? Zatem sprzedane panu Marcinkowi za... za...dwadzieścia złotych i jego kieszonkowe za najbliższe sto lat. Panie Firs proszę

zanieść dwukropek do poczekalni. Panie Firs? Kilka osób siedzących w pierwszym rzędzie podbiegło do staruszka. Sprawdzili oddech i puls. - A fe, brzydko pachnie. - Panie prowadzący, pan Firs zadławił się cebulą! Prowadzący poprawił okulary i rzekł: - Rozumiem. Potrzebujemy nowego pana Firsa. Będę musiał umieścić ogłoszenie w gazecie. A tymczasem... niespodziewany nowy obiekt naszej aukcji! Nieżywy człowiek z cebulą w gardle. Cena wywoławcza – dwa grosze! - Trzy grosze! - Cztery! Wszystkie dzieci znów zaczęły się przekrzykiwać. Oprócz jednego. Tylko jedno dziecko stało w ciszy. Był to Marcinek. Trzymał w ręku świeżo nabyty dwukropek a w drugim trzymał średnik. Uśmiechał się do nich i cały świat już dla niego nie istniał. Nie obchodziły go inne dzieci, to gdzie jest i pan Firs, którego mógłby kupić. Dla niego liczyły się tylko jego średnik i dwukropek. A cebuli i tak nie lubił.

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful