Opowiadania

Wiersze
Cytaty
Recenzje
i wiele innych
KATARZYNA
MERES
OPOWIADANIE
ANNA
PORĘBSKA
PURPUROWE
WŁOSY
Laueraci konkursu:
„Mój najlepszy Flir� “
3
2
1
MAGDALENA
LEDWOŃ
CZEKAM
strona
2 2
O Konkursie
DZIEŃ 14 LUTY 2014
Tomasz Szlijan oraz Subiektywnie o książkach we współpracy z wydawnictwem e-bookowo.pl ogła-
szają konkurs na najlepsze opowiadanie, wiersz, bądź jakąkolwiek inną formę literacką pt:
„Mój najlepszy firt“.
NAGRODY
I miejsce - Książki: „Dlaczego“ oraz „Rollercoaster“ z dedykacją autora na ży-
czenie.
II miejsce - Książki: „Zacznij pisać“ - Katarzyna Krzan oraz „Gorąca antologia“
- wydawnictwo e-bookowo.
III miejsce – 2 nagrody książkowe niespodzianki ufundowane przez awiolę.
Jeszcze zimne powietrze próbuje schłodzić
nam głowę, pruszący śnieg wpada za kołnierz
wywołując nieprzyjemny zimny dreszcz, leżą-
cy na ulicy śnieg wpada nam za cholewę butów
skutecznie mrożąc stopy, a już gdzieś w głębi cia-
ła czujemy ten żar. To tęsknota za słońcem, za
ciepłem, za zielonym dywanem. Budzi się w na-
szych sercach. To tęsknota za wiosną, świeżym
powiewem oraz miłością. Tak, miłością tą jedyną,
niepowtarzalną, cichą lub szaloną, wymarzoną
i wyśnioną. Bo cóż piękniejszego jest od tego spoj
rzenia, który lód topi, góry przenosi, tamy kruszy
i największych twardzieli wzruszy? I ty tęsknisz
za tym spojrzeniem. Szukasz go podążając jesz-
cze w półmroku zimy przypatrując się mijającym
cię twarzom. Lecz twarze jesz cze ukryte, policzki
zmarznięte. Powieki opuszczone skutecznie blo-
kują żarzące się w oczach ciepło. Lecz ty to czu-
jesz, że już czas, że tylko krótka chwila dzieli ciebie
od eksplozji uczuć. Tak - myślisz - już najwyższa
pora, żeby się przygotować.
strona
3
3
„Miłość od pierwszego wejrzenia“
Wisława Szymborska- "Miłość od pierwszego wejrzenia"
Oboje są przekonani,
że połączyło ich uczucie nagłe.
Piękna jest taka pewność,
ale niepewność piękniejsza.
Sądzą, że skoro nie znali się wcześniej,
nic między nimi nigdy się nie
działo.
A co na to ulice, schody, korytarze,
na których mogli sie od dawna mijać?
Chciałabym ich zapytać,
czy nie pamiętają-
może w drzwiach obrotowych
kiedyś twarzą w twarz?
jakieś "przepraszam" w ścisku?
głos "pomyłka" w słuchawce?
- ale znam ich odpowiedź.
Nie, nie pamiętają.
Bardzo by ich zdziwiło,
że od dłuższego już czasu
bawił sie nimi przypadek.
Jeszcze nie całkiem gotów
zamienić się dla nich w los,
zbiżał ich i oddalał,
zabiegał im drogę
i tłumiąc chichot
odskakiwał w bok.
Były znaki, sygnały,
cóż z tego, że nieczytelne.
Może trzy lata temu
albo w zeszły wtorek
pewien listek przefrunął
z ramienia na ramię?
Było coś zgubionego i podniesionego.
Kto wie, czy już nie piłka
w zaroślach dzieciństwa?
Były klamki i dzwonki,
na których zawczasu
dotyk kładł się na dotyk.
Walizki obok siebie w przechowalni.
Był może pewnej nocy jednakowy sen,
natychmiast po zbudzeniu zamazany.
Każdy przecież początek
to tylko ciąg dalszy,
a księga zdarzeń
zawsze otwarta w połowie.
WIESŁAWA SZYMBORSKA
(02.07.1923r - 01.02.2012r)
Poetka i eseistka.
Wielokrotnie nagradzana i od-
znaczana, między innymi:
- Literacka nagroda Nobla
(1996r)
- Order Orła Białego (2011r).
strona
4 4
Amelia wyglądając przez okno wpatrywała się
w biegające na podwórku dzieci, które były jej
wnuczętami. Życie okazało się dla niej łaskawe,
mimo tego co ją spotkało. Nie mogła jednak na-
rzekać. Los obdarzył ją wspaniałą córką, która
dała jej trzy największe radości życia – Liliannę,
Tomaszka oraz malutką Jagodę. Uwielbiała ob-
serwować swoje skarby, o które dbała bardziej niż
o siebie. Kochała każdego z nich, lecz Lilianna
była najbliższa jej duszy.
Słońce chyliło się ku zachodowi. Ognista, czerow-
na kula zaczynała się rozlewać tworząc na prze-
mian czerwono-różowo-niebieski kolor nieba,
który zapierał dech w piersiach każdemu, kto tyl-
ko w tej danej chwili spojrzał w tamtą stronę. Wy-
dawało się, jakby to piękne, pełne nadziei niebo
wciągało do swojej delikatności potężne, mocne
słońce. A ono się poddawało temu z przyjemno-
ścią...
Do pomieszczenia wpadła Lilianna, dwudziesto-
latka o duszy dziecka, ta która ze swoimi rozwia-
nymi, kręconymi, czarnymi włosami i uśmiechem
na ustach witała i żegnała każdy dzień; ta która do
bólu przypominała młodą, nieustraszoną Amelię.
Lilka usiadła na krześle i za jednym zamachem
wypiła przygotowany przez babcię kompot. Zaraz
po niej przybiegł chłopczyk wraz z czteroletnią
rozochoconą Jagodą.
Amelia patrząc na wnuki, przypomniała sobie
swoje czasy młodości. Kiedy była w wieku Li-
lianny nie w myślała o bieganiu za rodzeństwem,
leniwych porankach i beztroskim życiu; musiała
desperacko walczyć o przetrwanie, pożywienie
i zszarganą godność. Musiała uczyć się żyć w od-
izolowaniu, potępieniu, bólu, który zżerał ją od
środka, mimo upływu lat.
Ból dotyczył tego, co wiele lat temu rozpętało się
w jej duszy i mimo upływu lat, mimo zmiany
czasów, otoczenia, ludzi on wcale nie ustępował.
Trwał tam, jak kolec przy pięknej róży – ranił,
kłuł, ale nigdy nie odchodził. Wygodnie przy-
czepiony, nie bał się tego, że ktoś go odrzuci, bo
zdawał sobie sprawę, że nie można z niego zrezy-
gnować. Należało mu się bezwzględnie poddać,
bo inaczej... Inaczej człowiek zapominał o tym, co
ten ból mu przysporzył; a nikt nie chce zapominać
pięknych, uroczych chwil.
Stara kobieta poprawiła swoją zieloną sukienkę,
która pogniotła się w wyniku zbyt długiego siedze-
nia przy oknie. Uśmiechnęła się patrząc na swoją
rodzinę i wraz z nimi usiadła do kolacji. Bacznie
obserwowała swoje wnuki i córkę, chciała nacie-
szyć się ich widokiem. Chłonęła ich obecność
i celebrowała ją milcząc. Wolała słuchać. Życie
nauczyło jej, że lepiej wychodzi się na słuchaniu
i milczeniu, niż na rozmowie.
Cisza jest piękna, kiedy wypełnia pu-
stą przestrzeń między bliskimi ludźmi.
W milczeniu można znaleźć więcej uczuć niż w
słowach, bo słowa często nie oddają tego, co za-
gnieżdża się w duszy. Często słowa to za mało.
Często nie można opowiadać o drgających w du-
szy strunach, które są poruszane przez zręczne
palce bliskich osób, a nawet i tych obcych, dopiero
poznanych...
- Dzieci, czas do spania. – zarządziła Aniela, córka
staruszki. – Idziemy się kąpać, a potem opowiem
wam bajeczkę.
- Chcemy jeszcze, żeby babcia nam coś opowie-
działa. – poprosił Tomek, jak zwykle, kiedy nie
uśmiechało mu się zostawienie siostry i babci, bo
wiedział, że ta druga często opowiada jej fasynu-
jące historie. Był przekonany, że w wielu z nich
główną rolę odgrywała babcia. Potajemnie uważał
ją za super bohatera, który stoi na straży dobra na
świecie. Mimo iż miał dopiero jedenaście lat, był
mądrym chłopcem, który widział dobroć i miłość
babci, która obdarzała ich ją każdego dnia, kiedy
tylko się u niej znajdowali.
Uwielbiał do niej jeździć, z resztą nie tylko on.
Babcia miała uroczy, drewniany, bardzo stary do-
mek, który położony był nad szeroką rzeką. Wo-
kół której od wieków rozrastały się potężne drze-
wa. Sama chatka znajdowała się prawie w środku
gąszczu drzew oraz kwiatów, jakie babcia posadzi-
ła i ciągle o nie dbała. Najbardziej pielęgnowała
słoneczniki oraz róże, z którymi spędzała najwię-
cej czasu. Chłopiec często widział, jak przesiady-
wała obok nich na kocu bądź krześle i wpatrywała
się w nie uśmiechem i roztargnieniem.
Nigdy się jej do tego nie przyznał, ale pewnego
popołudnia podczas odwiedzin podglądał, jak po
cichu płakała obok tych kwiatów. A po chwili ra-
dośnie się śmiała. Nie myślał o niej, jako zdespe-
rowanej staruszce. Była dla niego bohaterką, która
potrafła czarować i bronić świat. Ten akt płaczu
sprawił, że jeszcze bardziej ją pokochał.
– Babciu, możesz coś opowiedzieć? – zachęciła ją
Lilianna, która bardzo lubiła słuchać barwnego
pełnego radości i nadziei głosu.
– Dawno temu, za górami za lasami w wielkim,
ale starym miasteczku znajdowała się piękna
księżniczka, której nic nie było straszne. Po świe-
cie chodziły słuchy, iż jest ona nieustraszona.
I faktycznie taka była. Nie bała się nawet swoje-
go potężnego taty, który chciał panować nad jej
życiem. Piękna księżniczka chciała poddać się
przygodom, chciała podróżować, zwiedzać nowe
kraje; a on marzył o tym, aby zamknąć ją w cu-
downym zamku, jaki dla niej ciągle udoskonalał.
Miała tam konie, pyszne posiłki, przepiękne po-
koje przepełnione złotem... Księżniczka pragnęła
zabrać te bogactwa i rozdać je biednym, pragnęła
KATARZYNA MERES „OPOWIADANIE“
strona
5
55
im pomagać. Król nie chciał o tym słyszeć, bo nie
tak wyobrażał sobie życie swojej ukochanej cór-
ki. – babcia zawiesiła głos. – Księżniczka zbunto-
wała się i pewnej nocy uciekła zabierając ze sobą
konie oraz jedzenie, które rozdała mieszkańcom
miasta. Król wysłał swoją armię, aby ją złapali. Był
przepełniony gniewem. Dziewczynka za to oka-
zała się sprytniejsza i mądrzejsza. Lud docenił jej
wielki gest i on również zbuntował się przeciw złe-
mu królowi, którego obalili, lecz księżniczka nie
chciała władzy. Oddała ją ojcu, który obiecał być
dobrym władcom, a ona sama zyskała wolność
i mogła ruszyć w wyprawę po świecie...
– Co było dalej, co było dalej? – dopytywała się
Jagoda.
– Tego dowiecie się jutro. – powiedziała babcia,
a jej pomarszczoną twarz wypełnił promienny
i ciepły uśmiech. – Dobranoc, moje dzieciątka.
Ucałowała młodsze dzieci i zaparzyła herbatę so-
bie i Liliannie. Usiadły przed niezapalonym ko-
minkiem z kubkami ciepłego napoju. Czarnowło-
sa dziewczyna patrzyła na swoją babcię i myślała
o tym, że chciałaby na stare lata być taka, jak ona.
– Lilianko... – zaczęła Amelia. – Chcę ci coś opo-
wiedzieć. To będzie długa opowieść.
– Może zawołać mamę? Może ona też posłucha?
– Mama wie, że dzisiaj tylko ty i ja spędzimy miły
i długi wieczór. – uśmiechnęła się. – To bardzo
ważne, przynajmniej dla mnie. Dla ciebie też po-
winno, ponieważ nie zdajesz sobie sprawy, kim
jest twoja babcia i jakie są twoje korzenie. Najgor-
sze jest to, że twoja mama tym bardziej tego nie
wie. Ale z jej wybuchowym charakterem, lepiej
żeby nie dowiedziała się tego ode mnie. Nie po-
myśl, że jestem, jak narcyz. Co to, to nie! Czuję,
że zbliżają się moje ostatnie dni, a nie mogę zosta-
wić tej historii dla siebie. Chcę, aby wniosła coś do
twojego życia, do życia twojego rodzeństwa, dzie-
ci, może do życia innych ludzi...
Ta historia miała miejsce dawno, bardzo dawno
temu. W czasach, kiedy ludzie ze sobą walczyli,
kiedy panowała czystka Żydów, w czasach zimnej
i okrutnej wojny. Dla ciebie to odległe i dawne cza-
sy, dla mnie to stanowiło życie codzienne. Wiecz-
ny lęk i strach o swoje życie, o życie mojej rodzi-
ny. Kiedy wybuchła wojna, wiedziałam, że to nie
oznacza, nic dobrego. Byłam wtedy trochę młod-
sza od ciebie. W czasach przedwojennych uczęsz-
czałam do szkoły, uwielbiałam się uczyć zwłaszcza
języków – rosyjski i niemiecki miałam w jednym
palcu. Mieszkaliśmy w Krakowie, pięknym miej-
scu, które każdego dnia mnie zachwycało. Mój
tata był szewcem, mama krawcową. Miałam trójkę
rodzeństwa, to mnie przypadł zaszczyt bycia naj-
starszą. Opiekowałam się domem i dzieciakami,
sama też próbowałam pracować. Powodziło nam
się dobrze, nikomu nie wadziliśmy, byliśmy wzo-
rowymi obywatelmi. Byliśmy też Żydami. Rasą,
która nie powinna była istnieć. Byliśmy wszami,
które powinny zginąć, które nie zasługiwały na
ludzkie traktowanie. Tak, możesz być zdziwiona,
moje dziecko. Mam żydowskie korzenie, dlatego
jesteś tak piękną i uroczą istotą. Tak bliską memu
sercu...
Pewnego dnia wylądawaliśmy w gettcie. Dostali-
śmy jeden pokój na naszą piątkę, nie mieliśmy co
jeść, głodowaliśmy, mimo wszelkich starań. Czasy
były trudne, ale to wszystko wiesz Lilianko z ksią-
żek i ze szkoły. Ja nie o tym chciałam mówić.
– Dlaczego babciu nigdy o tym nie powiedziałaś?
– Lilianna była zszokowana tajemnicą babci. –
Mama nie wie? Nie wie, kim jest?
– Nie. Nie mogłam... – głos jej się załamał. – Za-
częłam się wstydzić tego, kim jestem. Zabrali mi
mamę, tatę, moje rodzeństwo; zabrali mi wszyst-
ko.
Pokój wypełniła cisza. Właśnie w takich momen-
tach ona powinna być. Jak można wpleść tutaj mą-
dre słowa, porady? Co można powiedzieć?
– Kochanie, nie o tym mam mówić. – babcia wró-
ciła do opowieści. – Nie o tym. W tych czasach
było też wiele dobrego. Nawet Żydzi potrzebowa-
li żyć normalnie, to zrozumiałe. Inaczej popadli-
byśmy w paranoje. Ja chciałam walczyć i żyć, bo
miałam nadzieję, że wygram. Pewnego dnia, kiedy
bez celu snułam się po smutnych i pustych ulicach
getta...
– Nie bałaś się? – przerwała jej Lilianna.
– A czego miałam się bać? – roześmiała się. – Nie
byli w stanie mnie zabić. To znaczy, może byli, ale
pewien niemiecki żołnierz nie potrafł tego zrobić.
To właśnie jego spotkałam, kiedy spacerowałam
z burczącym brzuchem. W oczy pewnie rzucały
się moje długie i gęste do pasa włosy, których zapo-
mniałam spiąć. Krzyknął do mnie: Stój żydowskie
ścierwo! To nie była dla mnie obelga, nasłuchałam
się gorszych przezwisk. Nie bałam się. Niczego się
nie bałam.
– To ty byłaś tą księżniczką! – krzyknęła Lilianna.
– Tak, to ja. – uśmiechnęła się. – Odwróciłam się
i stanęliśmy twarzą w twarz. Kiedy ujrzałam jego
piękną, śniadą cerę; duże niebieskie oczy i tak
młodą i niewinną twarz zamarłam. Wydawało
mi się, że jest młodszy ode mnie. Okazało się, że
jest dwa lata starszy. Patrzył na moją twarz onie-
miały. Mama powtarzała mi, że jestem piękna; ale
nie wierzyłam w to. W tamtej chwili... uwierzy-
łam. Wyrwało mu się to stwierdzenie. Lekko się
uśmiechnęłam, a to wcześniejsze przezwisko stra-
ciło wartość. Obejrzał się dookoła i wciągnął mnie
do najbliższego pustego i ciemnego budynku.
W mroku nie mogłam przyglądać się jego pięk-
nej twarzy. Pomyślisz, że zwariowałam... Ale mi-
łość nie wybiera. Nasza miłość była od pierwszego
wejrzenia, oboje przepadliśmy. W tamtym ciem-
nym pomieszczeniu serce biło mi, jak oszalałe.
strona
6 6 6
Nie wiedziałam, co chce mi zrobić.
– Jesteś nieustraszona. – powiedział patrząc, czy
ktoś nie przechodzi, lecz ulica była cicha. Nie było
słychać nawet naszych szeptów.
– Jestem. Nie boję się ciebie. – prawie krzyknęłam.
– Chcesz mnie zabić?
– Ciii... – uciszył mnie, przykładając palec do mo-
ich ust. – Nie chcę nikogo zabijać, nie chcę wojny,
nie chcę tu być. A muszę. Nie zrobię ci krzywdy.
Przepraszam za tamto, nie chciałem cię obrazić,
ale muszę stwarzać pozory. Co cię opętało, żeby
się włoczyć samej po ulicy?!
– Skąd mam wiedzieć, że to nie podstęp? Skąd
mam wiedzieć, że teraz twoi towarzysze nie zabi-
jają mojej rodziny?
– Ryzykuję życiem. Gdyby tylko ktoś mnie teraz
przyłapał, niezależnie od tego, co ja bym powie-
dział; zginęlibyśmy oboje. I ty, i ja. – ponownie się
rozejrzał. – Czy to wystarczający powód?
– Tak. – popatrzyłam w jego oczy. – Nie zakochu-
ję się w niemieckich żołnierzach. Żydówka i Nie-
miec? To dopiero byłaby historia dla potomnych.
Niezły żart.
– Ja się w ogóle nie zakochuję. W nikim. Miłość
jest smutna. Zawsze kończy się tragicznie. – popa-
trzyłam na niego zagadkowo. – No wiesz, ktoś za-
wsze umiera, a wtedy w miejsce ukochanej osoby
wkrada się ból.
– Kochałeś kiedyś kogoś tak mocno?
Dlaczego dwoje nieznajomych nagle zaczyna roz-
mawiać o miłości? Czy to trudna sytuacja ich do
tego zmusza?
– Nie. A ty?
– Też nie. Ale jestem pewna, że zawróciłam ci już
w głowie. – prawie się roześmiał. – Inaczej byś ze
mną nie rozmawiał. Nie rozmawiałbyś z Żydówką.
– Słuchaj... – zamilkł i spojrzał na swoje buty.
Jego mundur nie był tak naprawdę „jego”. – Nie
żywię nienawiści do Żydów. Uważam, że macie
prawo do życia. Jestem tu wbrew woli. Mój ojciec
tego chciał, nie ja. Nie uznaję podziałów na ludzi
i nadludzi, to chore. Jesteśmy równi, ja i ty. Daruj
sobie sarkazm, dobrze?
Jego słowa zadziwiały mnie i napawały nadzieją.
Skoro on jest taki, to może inni też. Może mógłby
mi pomóc, nam, rodzinie. Modliłam się o nadzieję
i oto on się zjawił. Pewnie myślisz, Lilianno o tym,
jak mogłam wierzyć niemieckiemu żołnierzowi,
który slużył Hitlerowi. Otóż mogłam. Wiedziałam
na co się piszę, widziałam w jego oczach dobroć,
jego słowa to potwierdzały. Nie zabił żadnej osoby
podczas tej wojny.
Nadzorował getto dzień i noc po tym, jak mnie
spotkał. Czułam, że mnie chroni. Prawie wszędzie
za mną chodził, aby sprawdzać, czy nikt mnie nie
zaczepia.
Ja nikomu o tym powiedziałam. Tajemnica po-
winna pozostać tajemnicą. Wiem, że moja rodzi-
na by jej nie mogła znieść. Gdybym powiedziała,
że zakochałam się w nim... Mnie też było wstyd
na początku, ale potem... przecież mi pomagał,
prawda? Dokarmiał mnie tym, co udało mu się
schować w mundurze. Żałowałam, że nie mogłam
podzielić się tym z moją rodziną, z dzieciakami,
które wiecznie biegały z burczącymi brzuchami.
Wierzę, że dzięki niemu przetrwałam wojnę.
Wiesz... czułam się wtedy, jak zakochana nasto-
latka, która musi podrywać chłopaka, aby ten
zwrócił na nią uwagę. Wyobrażałam sobie, że te
potajemne spotkania to, jak wy na to mówicie te-
raz randki, na które starałam się stroić, wyglądać
ładnie.
Siedzieliśmy w piwnicy opustoszałego budynku,
gdzie nikt od dawna nie zaglądał. Przyniósł mi
jabłko, kromkę chleba i malutki kawałek kiełbasy.
Pochłonęłam wszystko w ciągu kilku chwil. Żało-
wałam tylko, że nie miałam czym tego popić. Sie-
dzieliśmy pod ścianą w ciemnościach nic nie mó-
wiąc. Słowa były niepotrzebne.
Podczas trzeciego spotkania to on rozpłakał się
przy mnie. Jego cichy szloch wstrząsnął mną.
– Frank... – odezwałam się, lecz wiedziałam, że nie
ma nic, co mogę mu powiedzieć.
Milczałam. Czekałam, kiedy się uspokoi z twarzą
ukrytą w dłoniach starając się samej nie rozpła-
kać. Te łzy niemieckiego żołnierza były dla mnie
swego rodzaju tryumfem, ale i rozdzierały mnie
od środka. Los nikogo nie oszczędza. Kładzie kło-
dy pod nogi każdemu…
– Przepraszam, ale musiałem. Wiem, że to ty masz
więcej powodów do płaczu. – zamilkł. – Wiesz, że
gdyby nie wojna, to nigdy byśmy się nie spotkali?
– Wiem. Do czego zmierzasz? – mój brzuch gło-
śno zaburczał. Przyzwyczaiłam się do tego, że pra-
wie ciągle woła o więcej.
– Chcę cię stąd zabrać. – rzekł w końcu. – Chcę to
porzucić.
– Obawiam się, że musimy czekać, aż to się skoń-
czy...
– Aż ktoś cię zabije?! – prawie wrzasnął, ale zaraz
przywołał się do porządku. – Jesteś nieostrożna.
Dlaczego cały dzień się włóczysz? Tracisz przez to
siły i narażasz się. Myślisz, że nie mówią o tobie
wieczorami?
Zamarłam. Kiedy żołnierze mówią o tobie w ba-
zie, powinnaś się bać. Słyszałam o dziewczynach,
które były zmuszane do umilania im wieczorów.
Czasami niektóre z nich nie wracały, czasami nie-
które wracały i nigdy o tym nie mówiły. Mama
ostrzegała mnie wiele razy, ciągle powtarzała, że
powinnam spinać włosy, zakrywać ciało, chować
się, nie zwracać na siebie uwagi. A ja robiłam
wszystko na przekór. W jakiś sposób chciałam się
odróżniać. Być kimś, być Amelią, być Żydówką,
być człowiekiem.
– Co mówili? – odezwałam się drżącym głosem.
strona
7
7
– Że ciebie chcą. Jak mam cię ochronić, skoro ty
się nie dajesz chronić? – zamilkł. – Zdradzę ci ta-
jemnicę. Niektóre z dziewczyn... przechodzą na
drugą stronę. W bazie jest dwóch żołnierzy, którzy
mi pomagają. Ukrywają u polskich rodzin, potem
pewnie wyjeżdżają.
– Nie myśl o tym. Ja nie chcę stąd uciec. – sama
przeraziłam się swoimi słowami.
– Nie chcesz uciec? – jego głos brzmiał płytko,
smutno, przerażająco zimno. – Naprawdę nie
chcesz? Wolisz umrzeć?
– Dopóki moja rodzina tu jest, ja też będę w tym
piekle. – zamilkłam.
Lilianko, nie mogłam pozwolić na to, aby odejść
od nich. Sumienie gryzłoby mnie do dziś. Z resztą
i tak gryzie. Ja jadłam więcej, niż oni, a do tego
miałam szansę ucieczki. Chciałam ich ocalić. Nie
siebie. Więc trwałam w tym piekle.
Często spotykałam się z Frankiem, bardzo często.
Rozmawialiśmy zazwyczaj piętnaście minut, tak
aby nikt się nie zorientował, że coś się dzieje. Na
ulicy, kiedy widzieliśmy się w innym towarzystwie,
staraliśmy się na siebie nie patrzeć. A to było trud-
ne. Jedno spojrzenie mogło zdradzić, ale my cza-
sami zachowywaliśmy się, jak nastolatkowie, któ-
rzy ukradkiem szukają swojego wzroku i speszeni
tłumią uśmiech. Miłość rodziła się między nami
w ciągu każdej z tych minut spędzonych wspólnie.
Rozmawialiśmy o wszystkim – o przeszłości,
przyszłości i tym, co dzieje się teraz. Każdy z nas
czekał na koniec wojny. Frank mieszkał w Berli-
nie, ale nie chciał tam wracać. Nie układało mu
się z tatą, który rozkazywał mu, co ma robić. Jego
mama umarła przy porodzie, nie miał rodzeństwa.
Chciał uciec do Hiszpani albo Włoch. Opowiadał
mi, jakby to mogło wyglądać, jak bardzo byliby-
śmy szczęśliwi.
– Miałeś się we mnie nie zakochać. – powiedzia-
łam rozbawiona.
– Ty też miałaś się nie zakochać. – burknął pod
nosem. – Żydówka i Niemiec.
– Żydówka i Niemiec. – powtórzyłam.
– Poza tym to ty mnie zwabiłaś do siebie! –
uśmiechnął się i podał mi jabłko. – Gdyby nie
twoje włosy, nie zwróciłbym na ciebie uwagi.
– Właściwie to, dlaczego mnie zatrzymałeś? – na-
gle odezwała się we mnie ciekawość.
– Chciałem wiedzieć, co mi powiesz. Kiedy zoba-
czyłem twoją twarz i te oczy, w których nie gościł
żaden okruszek strachu, wiedziałem, że jesteś wy-
jątkowa. Chciałem cię poznać. – szepnął. – Ame-
lio, kocham cię. Obiecuję ci, obiecuję, że jak wojna
się skończy, to zabiorę cię stąd.
– Ja ciebie też kocham. – dotknęłam jego ust i deli-
katnie go pocałowałam. Żydówka i Niemiec. – Ale
proszę, nie obiecuj mi niczego... Tata obiecywał,
że wojny nie będzie. Mama, że nie znajdziemy się
w gettcie. Obietnice nie są niczego warte.
– Wiedz, że nie jesteś sama. – dotknął moich wło-
sów. – Jestem z tobą. Nigdy nie będziesz sama.
Będę cię strzegł, zawsze. Nawet… nawet jak umrę.
Wiesz? Nawet jak umrę, będę twoim aniołem stró-
żem.
Od czasu do czasu przynosił mi kwiatki. Nie byle
jakie.
– Róże i słoneczniki? – Lilianna popatrzyła na
lśniące oczy babci. Jeszcze nigdy wcześniej nie wi-
działa jej w takim stanie.
Wyglądała, jak zakochana młoda dziewczyna,
która zwierza się swojej najlepszej przyjaciółce
z pierwszych miłosnych schadzek. Lilianna po-
czuła ciężar, jaki ta historia zrzuciła na jej ramio-
na. To ona będzie decydować o tym, co się stanie
z pamięcią o babci, o tej wspaniałej miłosnej hi-
storii Żydówki i Niemca.
Lilka z przyjemnością patrzyła na roześmianą
twarz babci. Dziewczyna zdawała sobie sprawę,
że pod powłoką tej radości kryje się wielki ból.
Czuła, że Frank nie przeżył wojny. Miała do babci
wiele pytań. Co stało się z jej rodziną? Dlaczego
wszystko trzymała w sobie? Czy była w obozie?
Co się stało z Frankiem? Kiedy poznała dziadka?
Czy dziadek wiedział? Czy go kochała? Jak sobie
poradziła?
Już teraz, po połowie opowieści podziwiała siłę
i walkę babci o normalne życie, o godność i miłość
w trudnych czasach.
– Tak, róże i słoneczniki. – babcia kontynuowa-
ła otulając się kocem. – Mieliśmy pewną tradycję.
Kiedy spotkaliśmy się za drugim razem przyniósł
mi różę.
Dogonił mnie, kiedy spoglądałam na dawną wy-
stawę sklepową, która aktualnie wyglądała prze-
rażająco smutno. Weszliśmy do pobliskiego bu-
dynku i usiedliśmy na podłodze. Najpierw dał mi
chleb, a potem zza pleców wyjął słonecznika. Moja
twarz rozjaśniła się. Nikt wcześniej nie podarował
mi kwiatka.
– Cieszę się, że sprawiłem ci przyjemność. –
uśmiechnął się.
– Czyżbyś skardał się do mojego serca? – jego po-
liczki zaróżowiły się. – Dziękuję, jest piękny. Nie-
stety nie mogę go zabrać do domu...
– Wiem. Chciałem zobaczyć twój uśmiech. – szep-
nął.
– Znasz taką zabawę? – zaczęłam odrywać żół-
te płatki kwiatka. – Kocha, nie kocha... Albo nie.
Przeżyję, nie przeżyję, przeżyję...
Liczyliśmy tak razem za każdym razem, kiedy tyl-
ko przynosił mi kwiaty. To była jedyna z nielicz-
nych rozrywek, która jakoś podbudowywała nas
na duchu. Mieliśmy nadzieję, że wypadnie „prze-
żyjemy”. Czasami wypadała także i ta druga, nie-
zbyt optymistyczna wersja. Wtedy rzucał kwiatka
i mówił, że następnym razem przyniesie lepszego,
bo ten nie był odpowiedni.
strona
8 8 8
Nie gasił we mnie nadziei, jedynie ją budował.
Doceniałam to. Wiele nocy modliłam się, aby on
przeżył, aby nikt nie odkrył naszego sekretu.
Pewnego wieczoru, kiedy wracałam do domu,
wciągnął mnie do wysokiego budynku i z prze-
rażeniem w oczach nie potrafł wypowiedzieć ani
słowa. Wiedziałam, że stało się coś złego. W rę-
kach miał sporą walizkę.
– Musisz uciekać, Amelio. Błagam. Musisz iść ze
mną. – jego głos drżał. – Nie ma czasu.
– Co się dzieje? – zapytałam przerażona. Już nie
byłam nieustraszona. Usłyszałam strzał.
– Zabierają... Zabierają was wszystkich do obozu.
– obejrzał się za siebie zniecierpliwiony. – Błagam
cię. Ta walizka, w niej musisz się ukryć. Moi ko-
ledzy wiedzą, że w niej będziesz. Potem trafsz do
polskiej rodziny, oni ci pomogą. Wiedzą o tobie.
– Jak... kiedy to zorganizowałeś?
– Kiedy tylko cię zobaczyłem. Przecież musiałem
cię chronić. – zamilkł. – Muszę ci to powiedzieć.
Nie jestem Niemcem, Amelio. Jestem Żydem, tak
jak ty.
Był Żydem. Tak jak ja.
– Naprawdę? – Lilianna otworzyła szerzej oczy ze
zdumienia.
– Tak. – Amelia ze wzruszenia przetarła oczy. –
Nie wiem, dlaczego mi nie powiedział. Nazywał
się Franciszek, to co mówił o rodzinie to prawda.
Ojciec udawał Niemca i wpajał to synowi; on nie
chciał walczyć przeciwko swoim. Czuł się Żydem.
Przekonał dwóch niemieckich żołnierzy do ratun-
ku tamtych dziewcząt i mnie.
– Był odważny... – Lilianna nie wychodziła z po-
dziwu.
– O tak, był. Miał w sobie niezwykłą siłę. Jego czyn
wymaga pochwały. Słowa tu nie wystarczą...
– Wiem babciu. Słowa tu nie wystarczą.
– Pozwolił mi pobiec do rodziny i się z nią poże-
gnać... Było za późno. – zamilkła tłumiąc szloch.
– W ukryciu z oddali widziałam, jak ich popycha-
ją, jak moja mała siostrzyczka upada i płacze; jak
biją mamę... Widziałam ich tragedię i nie mogłam
nic zrobić. A miałam być na ich miejscu. Miałam.
Powinnam. Wiele razy żałowałam, że udało mi się
przeżyć.
Amelia nie potrafła mówić o tym, jak ból w tam-
tym momencie przedzierał się przez jej całe ciało;
jak pędził, uderzał z wielką mocą, kąsał. Nie dawał
wytchnienia. Upadła na kolana w cieniu tak, że
prócz Franka nikt jej nie widział. A jemu samemu
nogi odmówiły posłuszeństwa i musiał się oprzeć
o ścianę. On też patrzył na śmierć swoich bliskich,
choć nigdy ich nie poznał.
– Nie, nie, nie... – powtarzała ciągle. – To nie może
mieć miejsca, nie... Błagam nie...
Frank podniósł ją z kolan i mocno do siebie przy-
tulił. Chciał odebrać od niej ten ból, lecz nie mógł.
Słowa tu nie wystarczą... Ból rozrywał jej serce,
duszę. Sprawił, że straciła wolę walki, wszelką na-
dzieję. Przeżyję, nie przeżyję...
– Słuchaj, hej! – wrzasnął jej w twarz. – Musisz
wierzyć, musisz walczyć. Pomyśl, że oni na pew-
no chcieliby, abyś stąd uciekła, abyś uniknęła tego
losu. Kocham cię, proszę wysłuchaj mnie. Błagam.
Amelia zamilkła. Łzy płynęły po jej policzku, tępo
patrzyła w palącą się świeczkę. Musiała sobie przy-
pomnieć, że nie jest na tej zimnej drodze, że siedzi
bezpieczna w swoim, ciepłym i szczęśliwym domu
obok ludzi, którzy są teraz jej rodziną.
Postanowiła się uspokoić, choć to było trudne.
strona
9
99
Przez tyle lat trzymała to wszystko w sobie, cho-
wała przed światem, który mógłby odebrać jej te
wspomnienia. Lubiła ten ból, który jej towarzy-
szył. Przypominał o winie i brzemieniu, które mu-
siała nosić. Amelia nie wiedziała komu może po-
wierzyć swoją historię. Zdawała sobie sprawę, że
wiele osób tego nie zrozumie. Kiedy bliżej przyj-
rzała się Liliannie, wiedziała, że ona jako jedyna
jest w stanie przyjąć tę opowieść.
– Weszłam do tej walizki, nie wiedziałam, co
się ze mną dzieje. Mieściłam się tam idealnie
z moim wychudzonym i kościstym cia-
łem. Ocknęłam się w jakimś obcym
łóżku. Przeraziłam się. Powitała
mnie kobieta w średnim wieku
i uśmiechnęła się zachęcają-
co. – zamilkła. – Dzięki niej
i jej mężowi przetrwałam
ciężkie czasy. Pomogli mi
wyjechać do Stanów. Po
kilku latach wróciłam.
– Babciu, a co się stało
z Frankiem? – Lilianna
nie kryła wzruszenia.
– Nie wiem... Nie
wiem, Lilianko; nie
wiem... – babcia ukry-
ła twarz w rękach.
Lilianna wyobraziła
sobie młodą dziew-
czynę, która siedzia-
ła skulona w piwnicy
w takiej pozycji. Po-
deszła do niej i otuliła
ją swoimi ramionami.
– Ta niewiedza zabija
mnie od tamtego dnia
powoli... To była naj-
piękniejsza miłość mo-
jego życia. Niespełniona,
uduszona w zarodku, ale
nadal trwająca. Nigdy nie
przestałam go kochać.
Amelia w swoich opowie-
ściach przerabiała smutną,
wojenną rzeczywistość w bajkę,
w której chciała wtedy żyć. Dzię-
ki swoim wymyślonym bajkom smutek
i przerażenie, które kryły się w jej myślach,
zamieniała na rzeczywistość baśni, bajek... Nie
chciała, aby ktokolwiek wiedział, jak ciężko jej
wtedy było.
– Tylko ty znasz prawdę. Znasz wszystkie bajki,
znasz prawdziwą rzeczywistość. Zrób z tym, co
chcesz. Spisz, pokaż światu, zachowaj dla siebie...
Co tylko chcesz kochanie. Nie wiesz, jaka to ulga,
kiedy po tylu latach mogę oczyścić duszę i serce.
Ciągle za nim tęsknię. Za tym jak opowiadał o po-
godzie, za jego uśmiechem, rozmowami... Chciał
mnie zabrać i uciec, chcieliśmy razem żyć. – ur-
wała. – Powtarzał mi, że kiedy na mnie patrzy, to
uśmiech sam ciśnie mu się na usta.
Lilianna popatrzyła na babcię i pomyślała:
Wyślij mi swoje anioły, babciu... Niech
mnie strzegą i obdarzą taką miło-
ścią, jaka spotkała ciebie.
Miłość taka, jak tamta... mogła
być tylko raz. Tylko jeden raz
przeżywa się całym sobą tak
potężne uczucie, które za-
dziwia cię swoją siłą nie
jeden raz. Miłość przy-
chodzi niespodziewanie.
Niespodziewanie od-
chodzi pozostawiając
pustkę, ból oraz tęsk-
notę. Niewyobrażalną
tęsknotę. Słowa nie
wystarczą.
Liczę na ciebie ledwo
oddychając. Wierzę,
że zobaczymy się kie-
dyś.
W głowie Amelii na-
dal rozbrzmiewa obiet-
nica Franka: Nigdy nie
będziesz sama. Nigdy.
Zawsze będę stał obok.
Kiedy poczujesz po-
dmuch wiatru, to będę
ja. Kiedy będziesz patrzeć
w słoneczniki, zobaczysz
mnie...
Najpiękniejsza histo-
ria miłosna się nie skoń-
czyła. Ona zawsze trwa
– w pamięci ludzi, w książkach.
W głowie Lilianny pozostało wie-
le pytań, a w życiu Amelii wiele tajem-
nic, które tylko czekają na odkrycie. Czekają
na odpowiedni moment, odpowiednich ludzi.
Stęskniony twej obecności,
ciągle czekam moknąc w świetle nocy
lecz ty nie pojawiasz się
kruche odłamki wspomnień toną w morzu łez...
nie pojawiasz się, nie pojawiasz się...
Stoję w deszczu
czekając na ciebie mój aniele
nie ma ciebie, nie pojawiasz się
nie słyszę twoich kroków,
zapomniałeś o mnie, zapomniałeś...
A może gdzieś na mnie czekasz?
Może tęsknisz, kochasz
Wrócisz...
Wiem, że wrócisz
Mój Aniele
Katarzyna Meres
strona
10 10
KATARZYNA MERES
blogerka, recenzentka,
autorka książki „ Dźwięki
wspomnień“. Pasjonatka
książek, fotografi oraz
pióra.
Laueratka pierwszego
miejsca w konkursie
„Mój najlepszy firt“.
DECYZJĄ JURY KATARZYNA MERES ZOSTAŁA UHONOROWANA
PIERWSZYM MIEJSCEM W KONKURSIE: „ MÓJ NAJLEPSZY FLIRT“.
NAGRODĄ ZA ZAJĘCIE PIERWSZEGO MIEJSCA BYŁY KSIĄŻKI
AUTORSTWA TOMASZ SZLIJANA; „DLACZEGO“ ORAZ „ROLLER-
COASTER“.
GRATULACJE
ROLLERCOASTER
FRAGMENTY
– No Kuba. Wreszcie udało ci się mnie dopaść.
Jesteś kochany. Kocham cię. – dodała, gry-
ząc mnie seksownie w  ucho. Stało się to pod-
czas naszych pierwszych wspólnie spędzonych
wakacji. Długo planowaliśmy ten wyjazd. Po-
czątkowo chciałem się udać nad morze, wspól-
nie spędzając czas pod brezentowym dachem
namiotu. Jednak po wielu protestach Pchełki
w stylu: „Przecież nie będzie gdzie się porządnie
wykąpać, a nie będę korzystała ze wspólnej łaź-
ni” oraz, „od ziemi będzie ciągnęło po nerkach”,
zdecydowałem się ustąpić.
Pojechaliśmy w góry do jej dziadków. Było
przepięknie. Zamieszkaliśmy w starym zbudo-
wanym z potężnych pni drzew domku. Wybu-
dowany został tuż obok parku narodowego. Nie
pamiętam już dokładnie wysokości, na której
znajdowała się chatka, lecz pamiętam za to do-
brze moją wspinaczkę na miejsce naszego poby-
tu. Trwała ona dosłownie dwie godziny i trzy-
dzieści minut. Marsz odbywał się przez cały
czas pod stromą górkę. Mój trud został jednak
nagrodzony zapierającym dech w piersiach kra-
jobrazem, jaki roztaczał się przed moimi ocza-
mi.
U podnóża góry rozsiane były czerwone da-
chy domków. Stoki góry gęsto porastały sosny,
przerywane czasami zielonymi płatami hal, na
których pasły się puszyste owieczki, które pilno-
wały odpoczywające w cieniu owczarki górskie.
W oddali pomiędzy chmurami majaczyły skali-
ste szczyty gór. Tuż za chatą w górę wspinał się
gęsty las. W cieniu lasu ukryta była stodoła, któ-
ra podobnie jak chata, była wybudowana z drze-
wa. Jej ściany obłożone były równiutko ułożony-
mi klockami z drzewa. Zza stodoły po skalnym
urwisku wesoło podskakiwał strumyczek, wy-
pływający z głębi parku. W powietrzu unosił
się zapach żywicy wymieszany z aromatycznym
zapachem wrzosów. Na nasze spotkanie wybiegł
biały jak śnieg owczarek górski, wesoło szcze-
kający i merdający puszystym ogonem. Tuż za
nim z hukiem wybiegł z chatki potężny góral,
który później okazał się być dziadkiem Elizy.
Miał on chyba ze dwa metry wzrostu, siwą czu-
prynę i szeroki ujmujący uśmiech, którym zara-
żał wszystkich znajdujących się w jego otocze-
niu. Cechą szczególną były nieprawdopodobnie
błękitne oczy. Podobnie zresztą jak każda osoba
z rodziny Pchełki. A ja tak bardzo kocham błę-
kit!
Od razu z dziadkiem przypadliśmy sobie do
gustu. Pierwszym takim akcentem był gorący
uścisk, jaki wymieniliśmy pomiędzy sobą, a do-
kładnie to wykonał go tylko dziadek. Podbiegł-
szy bowiem do mnie, uchwycił mnie w swoje
umięśnione ramiona i podnosząc mnie w górę
zaczął z radością wymachiwać moją osóbką ni-
czym szmatą. Wydawał z siebie nieokreślone
strona
11
11
bliżej okrzyki radości (tak mi się przynajmniej
wydawało), które dźwięczały echem po całych
górach. Trzeba przyznać, że głos miał jak dzwon
i rozlegał się chyba na odległość kilku jak nie
kilkunastu kilometrów. Musiałem po tym po-
witaniu porządnie zblednąć, bo już w kolejnych
minutach dziadek Kaźmierz – tak kazał do sie-
bie mówić – wyciągnął z kredensu potężną bu-
telkę śliwowicy. Rąbnąwszy pięścią w  dębowy
stół powiedział:
– Chłopcze! Jak tego ze mną nie obalisz, to mo-
żesz się pożegnać z Elizunią. Nigdy ci jej nie od-
dam!
Nie miałem ochoty podważać jego zdania.
Chcąc nie chcąc zgodziłem się, bo też i na Elizie
bardzo mi zależało. Na szczęście babcia Andzia
przyszła mi z odsieczą i chwyciwszy „starego”
(takie u niej miał przezwisko) za ucho powie-
działa:
– Oj nie stary, ty mi tu przyszłego członka ro-
dziny rozpijać nie będziesz.
Spojrzałem w jej kierunku wdzięcznie. Po
pierwsze uznała mnie za przyszłego członka
rodziny, co bardzo mnie ucieszyło. Po drugie,
ta faszeczka naprawdę mnie przerażała. Mia-
ła chyba ze cztery litry pojemności! Pozostało
na tym, że obaliłem z dziadkiem jedną głęboką
szklankę śliwowicy i w ten sposób wszystko wy-
darzyło się zgodnie z przysłowiem: „Wilk syty
i owca cała”.
Babcia Andzia gotowała przepyszne obiady.
Wracając z  długich spacerów po górach, gdzie
dziadek oprowadzał nas po najbardziej tajemni-
czych zakątkach parku, strasząc mnie różnymi
opowieściami o walkach partyzantów (podob-
no sam był jednym z nich), goniła nasze zmę-
czone ciała do stołu i tam raczyła nasze opusto-
szałe żołądki różnymi fantazyjnymi, a zarazem
i przepysznymi potrawami. Na stole można było
znaleźć wszystko. Począwszy od domowego
własnoręcznie upieczonego w domowym piecu
chleba, poprzez ser zwany tutaj oscypkiem, po
miód pszczeli zebrany starannie z zadbanych
pasiek dziadka. Zasiadając do stołu czuło się
zapach nieba i lasu w tym jedzeniu. Z przyjem-
nością zatapiałem zęby w  ciepłej aromatycznej
pajdzie chleba zerkając znad niej na uroczy wą-
sik Elizy, zdobyty przy popijaniu koziego mle-
ka z drewnianego kubka. Babcia kładąc przede
mną miskę pełną gorących klusek, patrzyła na
mnie tymi błękitnymi oczami. Nie ma co, pod
takim błękitem idzie się roztopić. Włosy miała
zaplecione w gruby warkocz długi aż do pasa.
Jak na jej wiek były zupełnie czarne i chociaż
ciężko mi było w to uwierzyć zaklinała się, że
nigdy w życiu ich nie farbowała. Uśmiechała się
przy tym do mnie szeroko ukazując równy gar-
niturek bielutkich zębów. Tu znowu mnie zaska-
kiwała mówiąc, że zęby nie są państwowe tylko
Boże. Dziadek Kaźmierz również tak uważał
i dodawał przy tym, że jego zęby też są natural-
ne. Byłem bardzo ciekawy jak to możliwe.
– Moi rodzice w wieku czterdziestu lat musieli
sobie zakupić nowe uzębienie – opowiadałem,
a oni na to ze śmiechem niczym dzwon mówili
wspólnie, że to wszystko dzięki jabłkom, które
dziennie zjadają chyba w kilkunastu kilogra-
mach.
Kiedyś dziadek zdradził mi, że kocha się jeszcze
z babcią! No to mi szczęka opadła. Mówił mi,
że mają taki swój system, język ciała. Jak babcia
pociera oko i mówi, że coś mu do niego wpadło,
wówczas dziadek musi przerwać nawet najbar-
dziej pilną pracę i szybciutko udać się z nią do
sypialni. Z kolei, kiedy babcia zakłada „zapaskę”
na odwrót, wtedy dziadzio zaciera ręce, bo cze-
ka go szalona noc. Nie wiem ile w tym prawdy,
ponieważ tą historię usłyszałem po czwartym
głębszym kielichu, lecz jeżeli jest to prawda,
a Elizunia choć troszeczkę ma ich krwi w sobie,
to mniej Boże w opiece moją skórę. Nie dożyję
chyba trzydziestki w takim tempie! Jak na osoby
po siedemdziesiątce tryskali wspaniałym zdro-
wiem. Nie mogę do dzisiaj wyjść z podziwu dla
tej parki staruszków.
Pewnego jednak popołudnia dziadek mu-
siał osobiście udać się do miasta w sprawie ja-
kichś interesów. Babcia z kolei zgodnie ze swoim
zwyczajem, pomaszerowała do sypialni prze-
spać się na godzinkę bez mrugania okiem i bez
odwrotnie założonej „zapaski”. Pchełka poin-
formowała ją, że wybieramy się wspólnie na po-
bliskie łąki nazbierać wrzosów. Co prawda nie
chciało mi się nigdzie wychodzić mając pełny
brzuch po obiedzie, jednak pod silnie wpatrują-
cym się we mnie wzrokiem Pchełki uległem, nie
strona
12 12
wypowiedziawszy ani jednego słowa sprzeciwu.
W tym roku wrzos kwitł przepięknie małymi
kwiatuszkami w kolorze foletu. Z daleka wyglą-
dał jak puszysty dywan, po którym chodzenie
gołą stopą sprawia nieziemską rozkosz. Pcheł-
ka złapała mnie za rękę i ciągnąc za sobą biegła
w kierunku dywanu. Uwielbiałem na nią pa-
trzeć, kiedy biegnie. Zresztą jak wielu facetów
jestem wzrokowcem i patrzenie na piękne cia-
ła kobiet sprawia mi olbrzymią przyjemność.
Eliza ubrana była w białą obcisłą bluzeczkę na
cieniutkich ramiączkach. Nie miała ubranego
staniczka, więc widok mocno obcisłych piersi
starających się wyrwać z uwięzi bluzeczki i we-
soło podskakujących przy każdym stąpnięciu
Pchełki, zapierał mi dech w piersiach. Obcisłe
niebieskie dżinsy podkreślały zgrabny tyłeczek,
rytmicznie poruszający się w rytm podskoków.
Skóra w kolorze oliwkowym pachniała świe-
żością. Była zmysłowa. Przebywanie przy niej
drażniło moje zmysły. Z trudem  opanowywa-
łem podniecenie. Pchełka, odwracając się co
chwilkę w moją stronę, posyłała mi całuska
i śmiejąc się rozkosznie biegła dalej.
W pełnym biegu wpadliśmy na łąkę. Eliza pu-
ściła moją rękę i kucnąwszy pokazała mi jak
mam zbierać kwiecie.
– Pamiętaj, te najdłuższe łodyżki zawsze zrywaj
przy samym końcu, tuż przy ziemi. Te małe zo-
staw, powinny się jeszcze rozrosnąć. Wybieraj
te, które mają najwięcej kwiatów. Nie ugniataj
ich w ręce. Najlepiej będzie, jeśli zerwiesz kilka-
naście i odłożysz na bok. Wtedy kwiaty nie ule-
gną zniszczeniu, a po wysuszeniu będą tworzyć
wspaniałą kompozycję.
Starałem się jak najlepiej zapamiętać wszystkie
wskazówki. Nawet postanowiłem zademonstro-
wać swoje umiejętności pochyliwszy się zerwa-
łem pierwszy kwiatek. Zaraz też dostałem niezły
opieprz, bo jak się okazało przy okazji zniszczy-
łem cały krzaczek wrzosu, który niechcący zna-
lazł się pod moją stopą, oraz uśmierciłem śli-
maka, który akurat ten krzaczek, czy też trawkę
rosnącą obok, wsuwał. Niestety nie można już
było tego rozszyfrować, ponieważ wszystko zlało
się w całość, a ślimak za nic w świecie nie chciał
puścić pary z gęby. Ze skruszoną minką obieca-
łem, że to się więcej nie powtórzy i klęcząc przy-
stąpiłem do pracy. Tymczasem moja ślicznotka
stwierdziła, że pójdzie na drugą stronę łąki po-
zbierać biały wrzos. Początkowo próbowałem
oponować; w końcu miałem stracić z pola wi-
dzenia boski widok ciała mojej ukochanej, lecz
na nic zdał się mój sprzeciw. Po prostu wszystko
było już z góry ustalone. Ja miałem zająć się pra-
cą i nie mogłem marudzić. Inaczej oberwałbym
w nos. Przy takiej groźbie wolałem zamilknąć
i z nosem przy ziemi – nieco pod nim marudząc
– szarpałem się z roślinkami. Po chwili praca
tak bardzo mnie wciągnęła, że prując tak przez
łąkę zdołałem chyba zerwać połowę wrzosów,
jakie na niej rosły. Zamyślony i skupiony nie za-
uważyłem, gdy nagle z wrzosów wynurzyła się
Pchełka i  mocno przywarła do moich ust. By-
łem tak kompletnie zaskoczony, że aż usiadłem
z wrażenia. Ona tymczasem zanurzyła swoje
palce w moich gęstych włosach i namiętnie ką-
sała moje usta. Na szczęście szybko odzyskałem
pewność siebie i zacząłem odwzajemniać poca-
łunek. Opuszkami palców dotykałem jej twarzy.
Czułem jakby moje palce zmieniły się w pijaw-
ki, które ssą jej skórę, lecz ciągle mają za mało.
Pragnąłem zbadać jej ciało i wiedziałem, że te-
raz nic nie jest w stanie mnie powstrzymać. Do-
tykałem jej szyi. Nasze pocałunki nie były już
takie gwałtowne. Wspólnie kosztowaliśmy swo-
je usta. Jej były wilgotne. Smakowały jak świe-
ży owoc truskawki. Soczyste i  słodkie. Pchełka
całowała mnie delikatnie jak podmuch letniego
wietrzyku. Dreszcz ogarniał moje ciało. Moje
palce badały jej uszka, brwi, powieki mrugają-
ce pod ich dotykiem. Przytuliłem swoją twarz
do jej policzka. Miała taką delikatną skórę, że
bałem się ją zniszczyć swoim dwudniowym za-
rostem. Lecz jej sprawiało to rozkosz. Łasiła się
do mojego policzka niczym kotka i cichutko
mruczała z rozkoszy. Badałem skórę na jej szyi.
Czułem przyśpieszony puls. Każde jego ude-
rzenie było jak gorąca lawa przepływająca pod
opuszkami palców. Jej drobne ciepłe dłonie wę-
drowały po moich plecach zadzierając do góry
koszulkę. Szybko pomogłem jej zdjąć ją ze mnie.
Później powoli, pazurkami zsunąłem ramiączka
jej bluzeczki. Uniosła ramiona a ja ściągnąłem
bluzkę odsłaniając jej piękne piersi. Były boskie.
Oszalałem. Całując ją po szyi schodziłem coraz
strona
13
13
niżej smakując jej świeżość skóry pachnącej la-
tem i słońcem. Języczkiem dotknąłem jej sutka.
Wywołałem przy tym „kupę” śmiechu, bo jak
się okazało miała tam łaskotki. Na szczęście za
chwilę jej przeszło, a ja dalej mogłem poznawać
urocze zakątki ciała Elizy. Palcami dotykałem
jej piersi badając każde zaokrąglenie. Pod moim
dotykiem jej sutki zaczęły twardnieć. Eliza przy-
mknęła oczy i położyła się wygodnie na trawie.
Całowałem ją po brzuszku językiem pieszcząc
pępuszek. Był on nieco odmienny od mojego.
Kształtem przypominał mi ziarenko groszku,
taką malutką kuleczkę nieco wciśniętą w brzu-
szek.
Podniecał mnie jej zapach. Wiedziałem, że te-
raz mógłbym dla niej zrobić naprawdę wszyst-
ko. Tymczasem moja księżniczka podciągnęła
mnie do góry układając cały mój ciężar na jej
kruchym ciałku. Mocno objęła mnie nogami
i szepnęła mi do ucha:
– Chcę to zrobić teraz z tobą, kochanie. Chcę
abyś mnie wypełnił, abyśmy połączyli się w jed-
no i scementowali nasz związek. Chcę poczuć
ciebie w sobie. Chcę się z tobą kochać.
Jej gorące ciało mocno przylgnęło do mojego.
Kochaliśmy się namiętnie zasłonięci dywa-
nem wrzosu. Wokół nas unosił się jego zapach
zmieszany z zapachem naszej miłości. Słysza-
łem melodię ptaków śpiewających o kochan-
kach ukrytych w dywanie kwiatów, oddających
się wspólnym pieszczotom. Wsłuchiwałem się
w rozkoszne westchnienia Pchełki. Czułem jej
ciepło i miłość. To była najlepsza symfonia dla
moich uszu. Kiedy skończyliśmy i leżeliśmy
przytuleni do siebie, Pchełka otworzyła te swoje
błękitne oczy jakby wycięte z nieba, spojrzała na
mnie głęboko i powiedziała:
– No Kuba. Wreszcie udało się tobie mnie do-
paść. Jesteś kochany. Kocham cię.
Wtedy zrozumiałem jak bardzo mi na niej za-
leży. Jak wiele dla mnie znaczy. Wiedziałem, że
już nigdy jej nie opuszczę. Przytulając się do niej
czułem bicie jej serduszka i odniosłem wrażenie,
że moje serce zaczyna pracować dla niej w ryt-
mie jej serduszka. Przytuliłem ją jeszcze moc-
niej do siebie całując ją w czółko. Zrozumiała co
do niej czuję, bo odchyliła głowę i z uśmiechem
spoglądając na mnie błękitem swoich oczu, po-
wiedziała:
– Ale obiecaj mi, że nie będziesz o mnie choro-
bliwie zazdrosny.
I tak jestem, chociaż jej to obiecałem. Nie poka-
zuję tego po sobie, ale jestem chorobliwie o nią
zazdrosny. Często, kiedy byłem zdenerwowany
lub załamany przypominałem sobie tą chwilę.
Uspokajała mnie. Wzbudzała męskie instynk-
ty. Wiedziałem, że jestem komuś potrzebny.
Wiedziałem, że ktoś mnie potrzebuje, a moim
obowiązkiem jest troszczyć się i dbać o ukocha-
ną osobę. To dodawało mi sił i nie straszne mi
były żadne trudności, kłopoty. Śmiało stawałem
do walki.
TOMASZ SZLIJAN
pisarz, zadebiutował książką „Dlaczego“ w 2013 roku.
Następną powieść „Rollercoaster“ oddał w ręce czytelników
w tym samym roku.
Treść jego książek często bazuje na satyrze społeczno - obycza-
jowej, ocierającej się o ramy absurdu i groteski... Ale nie zawsze.
Sam o swojej pracy mówi:
"Moim celem jest niesienie radości ludziom. Pragnę aby moi
czytelnicy dobrze się bawili czytając moje książki. Staram się tak
pisać, żeby czytanie nie było męczące tylko odprężające. Jedno-
cześnie jednak zawieram w treści drugie dno. Taki mały przekaz,
którym staram się zwrócić na coś uwagę. Mam nadzieję, że każdy
kto przeczyta moją książkę, zrozumie co mam na myśli."
strona
14 14
DLACZEGO FRAGMENTY
Jakby nie patrzeć, pan Czesio był groźnym czło-
wiekiem. Co prawda odnosił się do mnie przy-
jaźnie. Nigdy na mnie nie krzyczał, nigdy mnie
nie przezywał a nawet swoim znajomym przed-
stawiał mnie jako swojego przyjaciela. Problem
polegał jednak na tym, że ja panu Czesiowi byłem
dłużny poważną jak dla mnie sumę pieniężną.
Było to aż siedem złotych i pięćdziesiąt groszy!
Wcale nie miałem zamiaru zaciągnąć u niego aż
tak poważnego długu. Wręcz przeciwnie. Broni-
łem się z całych sił, aż do przysłowiowej ostatniej
kropli krwi. Lecz czymże jest mężczyzna wobec
pięknej kobiety? Nawet tak wstydliwy człowiek
jak ja nie jest w stanie oprzeć się cudownemu
pięknu zmysłowej, czarującej kobiety. Pan Czesio
jest bystrym sprzedawcą i szybko zauważył moją
szeroko otworzoną buzię, wytrzeszczone z wra-
żenia oczy i drżące ręce. Zrozumiał szybciej niż
ja, że kobieta, w której zdjęcie umieszczone na
okładce „Cats” –a, namiętnie się wpatruję, jest
moim wyśnionym obiektem pożądania. Nie cze-
kając ani chwili dłużej i czując zapewne zapach
gotówki wpływającej do kasy, dosłownie wcisnął
mi tą gazetę w moje spocone, drżące dłonie. Do-
brze wiedział, że nie będę w stanie się od niej
odkleić. Ja, niestety, niczym zahipnotyzowany,
stałem nadal przy okienku i mrucząc coś pod no-
sem o braku pieniążków nie potrafłem oderwać
oczu od mojej ukochanej. Tak i to wcale nie było
śmieszne. Zakochałem się na śmierć. Wpatrywa-
łem się z uporem w jej długie czarne włosy i błę-
kitne oczy patrzące wprost na mnie. Wiedziałem,
że ona należy już tylko do mnie. Potrzebowałem
jej tak samo mocno, jak ona mnie. Stałem więc
przy okienku, starając się wytłumaczyć panu
Czesiowi mój chwilowy brak gotówki. W my-
ślach zdążyłem już sobie postanowić, że zaciągnę
mały kredyt u mojego pracodawcy, przyjdę jutro
i kupię tę gazetę. Było to oczywiście równoznacz-
ne ze sporym nadszarpnięciem mojego budże-
tu domowego. Ale co mi tam, czego się nie robi
z miłości. Byłem jednak tak mocno podniecony
urodą tej kobiety, że moja mowa przekształciła
się w niemowlęcy bełkot. Tak bardzo byłem za-
chwycony urodą Narin, tak ją nazwałem, że nie
potrafłem wykonać najmniejszego gestu, który
wskazywałby na to, że mam zamiar oddać gaze-
tę do rąk sprzedawcy. Pan Czesio lotem błyska-
wicy podchwycił moja potrzebę przebywania
z Narin i wyciągnął spod lady malutki, cieniutki
zeszycik. Na jego okładce, dużymi, pozłacanymi
literami było napisane „DŁUŻNICY”. Z ujmu-
jącym uśmiechem na ustach, pan Czesio wycią-
gnął z malutkiej kieszonki w koszuli pozłacany
długopis i malutkimi, drobniutkimi jak maczek
ale drukowanymi literkami napisał : Edzio – sie-
dem złotych i pięćdziesiąt groszy. Głęboko spoj-
rzał mi w oczy i z hukiem zamknął zeszycik tuż
przed moim nosem. Zdrętwiałem. Zrozumiałem,
dlaczego ten zeszycik był taki malutki i cieniutki.
Pan Czesio zapewne nie miał zbyt wielu dłużni-
ków, a tych, co posiadał, na pewno szybko zmu-
szał do spłacenia długów. Gwałtownie obróciłem
się na pięcie i wziąwszy Narin pod pachę, szyb-
ciutko pobiegłem do mieszkania.
Ach! Narin! Kobieta mojego życia! Przybiegłem
tamtego dnia do mieszkania po schodach, cho-
ciaż mieszkam aż na dziesiątym piętrze! Jest to
strasznie wysoko jak na faceta w moim wieku.
Wpadłem zdyszany do środka i zatrzaskując za
sobą drzwi upadłem prosto na łóżko. Po chwili,
kiedy złapałem oddech, rozłożyłem się na nim
wygodnie. Wziąłem Narin w swoje ręce i wpa-
trując się w papierowe oczy mojej ukochanej, go-
dzinami w myślach układałem sobie nasze dalsze,
wspólne życie. Zdarzało mi się nawet, i zdarza się
zresztą do dzisiaj, że przeleżałem tak całą sobotę
i niedzielę, trzymając w  drżących dłoniach Na-
rin, rozkoszując się przeżytymi razem minutami.
Uwierzcie mi, nigdy, ale to przenigdy nie otworzy-
łem tej gazety, żeby przejrzeć jej zawartość. Było
by to dla mnie równoznaczne z naruszeniem cno-
ty Narin. Mamusia całe życie tłukła mi do głowy,
że do łóżka należy iść z kobietą tylko i wyłącznie
po ślubie i tylko wtedy jak ją się bardzo kocha. Co
prawda, jak mnie pamięć nie myli, moja ukocha-
na mamusia gościła w swoim łóżku wielu panów,
a ślub był tylko jeden. Zawsze jednak podkreśla-
ła, że z tym za którego wyszła za mąż, urodziła
mnie, swojego „przystojnego głupka”, a tamtych
innych co wylądowali w jej łóżku, to ona zawsze
bardzo kochała. Zresztą oni ją też o tym zapew-
niali. Trwało tak zawsze do momentu, kiedy moja
ukochana mamusia lądowała w szpitalu chora na
„łaskotki” i to do tego stopnia, że sam ordynator
szpitala musiał ją „skrobać”. Na szczęście ja po niej
tej choroby nie odziedziczyłem. Uważałem więc
swoją Narin za osobę cnotliwą, której powinie-
nem oddawać należny szacunek. Miała ona swój
strona
15
15
własny kącik w koszyczku schowanym pod łóż-
kiem. Specjalnie dla niej kupiłem ten koszyczek
od pewnej starej babci. Był więc nie tylko ładny
ale także zabytkowy. Kiedy w nocy przyśnił mi
się jakiś koszmar i budziłem się cały wystraszony
oraz spocony, sięgałem wówczas ręką pod łóżko
i wyciągałem Narin z koszyczka. Całowałem ją w
policzek, a  widząc jej uśmiechniętą twarz uspo-
kajałem się, chowałem ją z powrotem do koszycz-
ka i przytuliwszy się mocno do poduszki śni-
łem o niej i o naszych przyszłych dzieciach oraz
o słodziutkim piesku Azorku. Teraz jednak nasta-
ła realna groźba utraty mojej jedynej. Pomyśleć,
że sprawcą naszego rozstania może pozostać nasz
swat, pan Czesio. Wydaje mi się jednak, że on nie
jest do tego zdolny. Jeżeli załatwił mi taką ślicz-
notkę, to z pewnością w jego sercu znajdują się
jakieś uczucia. Na pewno nie jest zdolny do tak
brudnego, brutalnego czynu, jakim jest pozba-
wienie życia mojej osoby.
****
Z Tereską znałem się od dzieciństwa. Mówiąc ści-
ślej, to od przysłowiowej pieluchy. Urodziliśmy
się w tym samym szpitalu, o tej samej porze i na-
wet mamy podobno tego samego tatusia. Jest to
jednak nie potwierdzone, więc nie mogliśmy się
traktować jak brat z siostrą. Dlatego też nikt ni-
gdy nie miał pretensji co do naszych wspólnych
spotkań. Razem bawiliśmy się w piaskownicy. Ja
oczywiście nieco dłużej, tak mniej więcej pomię-
dzy siódmą rano a dwudziestą wieczorem. Tere-
ska często przybiegała do mnie po wyjściu
z przedszkola i wspólnie robiliśmy babeczki z pia-
sku. Niekiedy, przyznaję szczerze, próbowałem je
skosztować, ot tak sobie z głodu, lecz niestety były
niedobre i niejadalne. Na szczęście od czasu do
czasu udało mi się złapać jakąś zabłąkaną
dżdżownicę, która wplątawszy się pomiędzy moje
malutkie paluszki, znikała w mojej ubrudzonej
piaskiem buzi. Posiłek ten zaspokajał mój wilczy
apetyt, a poza tym lub też podobno, dostarczał
mojemu organizmowi niezbędne do przeżycia
białko. Zdarzały się też cudowne chwile. Tereska
miała kochana mamusię, która robiła jej śniadan-
ka do przedszkola. Często do pudełeczka z chru-
piącym chlebkiem, wsuwała ukochanej córeczce
czekoladowy batonik „Snickers” albo „Mars”.
Kochana Tereska wsuwała batonik, a świeżutki
i chrupiący chlebek, pozostawiała dla swojego
ukochanego przyjaciela, a później chłopaka z po-
bliskiej piaskownicy. W ten sposób moja ulubie-
nica w wieku piętnastu lat musiała na specjalne
zamówienie dorobić sobie sztuczne zęby. Wszyst-
kie bowiem zostały zniszczone przez jej ukocha-
ne batoniki. Dzięki jednak jej trosce o mój żołą-
dek, wyrosłem na porządnego faceta. Muszę
przyznać, że Tereska posiadała doskonałą prze-
mianę materii. Stąd też pomimo utraty zębów,
Tereska wyrosła na piękną kobietę. Była tylko
jedna malutka wada. Teresa miała małe piersi
i wszyscy wołali za nią „Tereska – deska”. Brak du-
żych, podkreślających kobiecość piersi, często
spędzał sen z powiek Tereski. Przychodziła więc
do swojego Edzia, czyli do mnie, i tuląc się do
mnie godzinami, wypłakiwała na mojej piersi
swoje żale i kłopoty. Jestem człowiekiem honoru
i nie chciałem być dłużnym za jej dobroć. Posta-
nowiłem odwdzięczyć się jej za uratowanie mnie
przed śmiercią głodową. Ogłosiliśmy więc wszem
i wobec, że od dnia dzisiejszego jesteśmy nieroz-
łączną parą. Jeszcze wtedy nie miałem bladego
pojęcia jak wiele przysporzy mi to kłopotów.
Okazało się bowiem, czego wcześniej nie wie-
działem, że Teresa jest bardzo zaborczą kobietą.
Uwielbiała rządzić, chociaż wcześniej w piaskow-
nicy nie zauważyłem takich symptomów. Wiado-
mą rzeczą jest, że osoba sprawująca władzę po-
winna posiadać odpowiednie informacje
dotyczące jej poddanych. W tej sytuacji rola pod-
danego przypadła mojej skromnej osobie. Moje
życie osobiste musiało przejść gruntowną meta-
morfozę. Każde moje wyjście, jakiekolwiek dzia-
łanie w domowym zaciszu nawet tak mało zna-
czące jak wyjście do ubikacji w celu załatwienia
najbardziej przyziemnych potrzeb, nie umknęło
uwadze mojej Tereni. Pod jej kontrolą znajdowa-
ło się wszystko. Z biegiem czasu jej kontrola zmie-
niła się w bezlitosne rozkazy, nakazy i przypo-
mnienia. Ledwie rano otworzyłem oczy, a już
musiałem usługiwać swojej ukochanej. Przyno-
szenie śniadania do łóżka, sprzątanie, mycie okien
przynajmniej raz w tygodniu, prasowanie, goto-
wanie obiadu i wiele innych mniej lub bardziej
znaczących czynności stało się moją codzienną
rzeczywistością. Co najważniejsze, nie mogłem
również zaniedbać swojej pracy. Na utrzymaniu
bowiem miałem nie tylko siebie, ale także moją
Tereskę. Rządy Tereski zaczęły przynosić efekty.
Mojej najdroższej zaczęło przybywać ciała. Z ko-
biety wagi piórkowej, ważącej zaledwie czterdzie-
ści jeden kilogramów, zrobiła się piękna pięćdzie-
sięciodwukilogramowa bogini. W końcu pojawiły
się tak długo oczekiwane przez nią, kształtne
i jędrne piersi. Niestety moja bogini rosła, a to
wiązało się z ponoszeniem coraz większych kosz-
tów utrzymania. Jak bowiem miała wcisnąć się w
za ciasną dla niej bluzeczkę lub spodnie? Chcąc
nie chcąc, musiałem podjąć dodatkowe godziny
pracy. Mój szef, rzecz oczywista, bardzo się ucie-
szył. Interesy szły wtedy świetnie, a ja pracując po
osiemnaście godzin dziennie wykonywałem pra-
cę kilku pracowników i skutecznie ratowałem fr-
mę przed niepotrzebnymi wydatkami, związany-
mi z zatrudnieniem dodatkowej obsady. Niestety,
spędzając tak wiele czasu poza domem musiałem,
wbrew swoim intencjom, zaniedbywać moją bo-
strona
16 16
ginię. Jej cudowne piersi domagały się pieszczot.
Ja z kolei wracając po pracy do domu, i zajmując
się jeszcze domowymi obowiązkami, nie byłem
w stanie zaopiekować się jej piersiami. Gdy tylko
znalazłem się w łóżku od razu zasypiałem. Piersi
Tereski potrzebowały męskich, pieszczących je
dłoni. Skoro jednak moje dłonie spały razem ze
mną, więc Tereska i jej piersi postanowiły wyru-
szyć na poszukiwanie. I tak bez mojej wiedzy,
każdego dnia kiedy wychodziłem do pracy, Tere-
ska wyruszała codziennie w świat. Nie musiała
długo i daleko chodzić. Szybko dostrzegli ją kul-
turalni mężczyźni ubrani w dresy z przyszytymi
z boku na nogawkach i rękawach czterema biały-
mi paskami. Byli wysportowani, zachowywali się
głośno i uważali, że cały świat leży u ich stóp.
Każdy z nich na szyi miał powieszoną smycz
z paczki chipsów z uczepionym na końcówce te-
lefonem komórkowym. Posiadali również męskie
dłonie, które szybko wyczuły nowo powstałe,
twarde piersi Tereski. W czasie kiedy ja zalewa-
łem się potem, próbując sprzedać jak najwięcej
cudownych przyrządów do masażu, moja księż-
niczka była codziennie dopieszczana przez licz-
nych podwórkowych książąt. Oczywiście ja ni-
czego nie podejrzewałem. Nawet przez myśl nie
przeszło mi, że Tereska byłaby w stanie zrobić coś
takiego. Przychodziłem zmęczony po pracy ro-
biąc po drodze zakupy, gotowałem obiad oraz ro-
biłem porządki, po czym zasypiałem błogim
snem. I być może ciągnęłoby to się przez wiele lat
gdyby moja pani nie natrafła na ślad mojej Na-
rin. Tereska należała do grona doskonałych przy-
wódców. Zawsze wszystko dobrze sprawdzała
i nic, absolutnie nic nie mogło umknąć jej uwa-
dze. Wiadomą więc rzeczą było, że moja prze-
piękna Narin nie była w stanie długo pozostać
w ukryciu. Pomimo moich licznych prób jej ukry-
cia została odkryta. Zapomniałem jej schować
wychodząc do pracy. Leżała więc sobie cichutko
w swoim koszyczku pod łóżkiem, kiedy moja Te-
reska szukając zagubionej pończoszki odkryła jej
istnienie. Takiej konkurencji nie mogła znieść.
Kiedy wróciłem z pracy postawiła sprawę jasno.
Albo ona, albo Narin. Nim zdążyłem otworzyć
usta, żeby cokolwiek wyjaśnić, oznajmiła uroczy-
ście, że ze mną zrywa po czym poszła do łazienki,
zabarykadowała się i spędziła tam całą noc. Kiedy
próbowałem z nią porozmawiać odkręcała wodę,
włączała suszarkę do włosów i trzaskała jakimś
metalowym przedmiotem o wannę. Jakiekolwiek
próby konwersacji spełzały na niczym. Zrozu-
miałem, że dalsze próby dojścia do porozumienia
nie mają sensu. Przebrałem się w pidżamę i po-
szedłem spać. Nazajutrz umyłem się w kuchen-
nym zlewie, ponieważ dostęp do łazienki nadal
był niemożliwy. Rano, dla bezpieczeństwa zabra-
łem Narin ze sobą do pracy. Bałem się o jej zdro-
wie. Podobno kobieta, która wpadnie w furię, po-
traf zrobić takie rzeczy, o których nam się nawet
nie śniło. Ten dzień pracy zaliczał się do jednych
z najcięższych. Wszystko wychodziło mi bardzo
kiepsko. Moje myśli ciągle krążyły wokół sytuacji
panującej w  domu. W swoich głowie szukałem
jak najlepszego rozwiązania. Zdawałem sobie
sprawę, że ze strony Tereski nie mogę liczyć na
żaden kompromis. Kochałem ją bardzo i byłem
jej niezmiernie wdzięczny za troskę jaką przeja-
wiała wobec mojej osoby w dziecięcych latach.
Ale byłem również śmiertelnie zauroczony w Na-
rin i to do tego stopnia, że zdecydowałem się na
zaciągnięcie długu u pana Czesia. Przez cały dzień
pytałem siebie, co mam zrobić? Lecz nawet w naj-
głębiej ukrytych zwojach swojego ciężko pracują-
cego móżdżku nie potrafłem znaleźć stosownej
odpowiedzi. Kiedy minęła siedemnasta godzina
mojej pracy, zdecydowałem się na najodważniej-
szy krok w  swoim życiu. Postanowiłem zaprosić
Tereskę do Restauracji! Przeliczyłem wszystkie
swoje zaskórniaki. Powinno wystarczyć. Zamó-
wię po jednej lampce białego wina i poproszę
o jakiś wyśmienity deser lub coś pysznego do zje-
dzenia. Kiedy tylko wpadłem na ten pomysł, mój
humor znacznie się poprawił. Nawet więcej, do-
słownie latałem w chmurach. Uśmiechałem się
do swoich marzeń i nuciłem sobie pod nosem
przeróżne miłosne piosenki. Czułem jak moje
wewnętrzne „ja” rosło z minuty na minutę w siłę.
Postanowiłem, że zostanę z Tereską na zawsze, do
końca swoich dni. Wspólnie. Tak długo, aż posi-
wieją nam włosy. Będziemy razem przeżywali
troski dnia codziennego do których zaliczyć moż-
na złość, smutek ale również radosne i szczęśliwe
chwile. Wypełnią nam one nasze dni życia, aż
pewnego dnia nasze nierozerwalne więzy zostaną
gwałtownie przerwane przez władcę wiecznych
ciemności, nieskorumpowanego, bezlitosnego
i konsekwentnego w swoich wyrokach – władcę
Szeolu - Śmierć. Zanim do tego dojdzie minie
jeszcze sporo czasu. Pełen optymizmu wpadłem
do mieszkania i szybciutko doprowadziłem swoje
boskie ciało do porządku. Łazienka na szczęście
nie była już okupowana. Przyodziałem się w gar-
nitur i oświadczyłem swojej przyszłej i niczego
nie podejrzewającej małżonce, że bezzwłocznie
musimy udać się do restauracji „Ludowa”, ponie-
waż mam jej coś niezwykłego do powiedzenia.
Moja przyszła partnerka w zwalczaniu trudności
życiowych oświadczyła, że ona ma mi również
coś do powiedzenia, przy czym sympatycznie się
do mnie uśmiechnęła. Ubrała się w cudowną suk-
nię z głębokim dekoltem mocno uwidaczniają-
cym jej cudowne piersi. Po wykonaniu równie
cudownego makijażu, złapałem swoją partnerkę
pod rękę i spacerkiem ruszyliśmy w kierunku Re-
stauracji. W  cichym, pełnym ciepła, a zarazem
strona
17
17
i tajemniczym kąciku wypatrzyłem wolny stolik
dla dwóch osób. Skinąłem ręką na kelnera i po-
prosiłem o stolik. Wiedziałem jak należy postę-
pować, ponieważ parę dni temu oglądałem flm
i tam właśnie tak zachowywali się goście przy-
chodzący do Restauracji. Po zajęciu miejsca i za-
znajomieniu się z kartą dań oraz trunków popro-
siłem o dwie lampki wina – białego, półsłodkiego.
Poprosiłem również o dwie porcje piersi kurcza-
ka po Prowansalsku. Kelner skinął głową, dostoj-
nym ruchem zapalił nam świeczkę i oddalił się
bez pośpiechu w kierunku wyjścia opatrzonego
napisem: „Tylko dla personelu”. W blasku pło-
mienia świecy oczy mojej wybranki robiły mi
z mózgu wodę. Płomyk radośnie odbijał się od jej
ciepłych zielonych oczu. Ogarniał mnie lęk. Czu-
łem ciężar zaręczynowego pierścionka spoczywa-
jącego w lewej kieszeni mojej granatowej mary-
narki. Byłem tak zafascynowany urodą mojej
Tereski, że z wrażenia nie potrafłem wydobyć
z siebie głosu. Moja wybranka długo patrzyła po-
nad płomieniem świeczki w moje zakochane
oczy. Ja widziałem tylko jej piękną twarz i uno-
szące się pod wpływem oddechu jej pełne, piękne
piersi. Teresa pochyliła się w moja stronę i deli-
katnym podmuchem wydobywającym się z jej
soczystych czerwonych ust zdmuchnęła świecz-
kę. Spojrzała na mnie poważnie i oświadczyła:
- Mój drogi. To koniec. Mam innego faceta a ty
masz się ode mnie odwalić. Nie chcę ciebie wię-
cej znać. Skamieniałem. W tym samym momen-
cie kelner postawił na stoliku tacę z zamówioną
przeze mnie potrawą. Spojrzał na mnie znaczą-
co. Pewnie do jego uszu dotarły ostatnie słowa
wymawiane przez Tereskę. Na jego twarzy auto-
matycznie pojawił się szarmancki uśmieszek. To
mi wystarczyło. Koniec złudzeń, koniec marzeń.
Zerwałem się z krzesła i wydawszy z siebie cichy
okrzyk zranionego bezlitośnie zwierzątka, ucie-
kłem z tego przeklętego miejsca. Zapomniałem
jednak o pewnej bardzo istotnej sprawie. Potra-
wa oraz wino, które zmówiłem nie należały do
najtańszych pozycji znajdujących się w karcie
dań. Kosztowały całkiem sporo. Miałem zamiar
przeznaczyć na nie wszystkie moje oszczędno-
ści z okresu dziesięciu lat! Uciekając z restaura-
cji pozostawiłem moja byłą ulubienicę w strasz-
nych opałach. Podobno kelner, ten który miał
niezapomniany przeze mnie szarmancki uśmie-
szek, nie był głupi. Szybko odnalazł się w sytuacji
i odstawiwszy na bok tacę z brudnymi naczynia-
mi podbiegł do drzwi zamykając je na klucz. Co
prawda mnie już dawno nie było, ale moja była
i nieco zaskoczona Teresa, nim się zorientowała
o co chodzi już wpadła w ramiona kelnera, trzyma-
jącego w dłoni rachunek. Nie pomogły żale, prze-
kleństwa, groźby, prośby i krokodyle łzy. Kelner
był nieubłagany. Zresztą nie ma mu się co dziwić.
Każdy nie uregulowany rachunek był potrącany
z jego lichej pensyjki. Pan kelner był więc zażarty
w swoim uporze i konsekwentnie wyegzekwował
należną zapłatę. Kosztowało to już niekochaną
przeze mnie Teresę dużo wstydu. Wychodząc ze
mną nie posiadała przy sobie żadnych pieniędzy.
Musiała więc zadzwonić po swojego ojczyma
(kwota doliczona do rachunku), którego bardzo
nienawidzi i musiała prosić go o pożyczenie do-
syć sporej sumki na uregulowanie zaległości za
i tak wystudzonego kurczaka po Prowansalsku
i nieco już mętne białe wino półsłodkie, stoją-
ce na stoliku w nienaruszonym stanie. Szanow-
ny ojczym Teresy, a mój niedoszły teść, wyczuł
w tym zdarzeniu niezwykłą okazję do zemszcze-
nia się na Teresie za wszystkie krzywdy jakie wy-
rządziła jemu i swojej matce, a jego żonie w trakcie
trwania ich związku. Po pierwsze, kazał na siebie
czekać nie mniej i nie więcej jak tylko cztery go-
dziny. Po drugie, po przybyciu na miejsce kazał
Teresie podpisać ofcjalne przeprosiny za wszyst-
kie wyrządzone przez nią krzywdy. Przeprosiny
te musiały być odczytane w głównym wydaniu
Wiadomości. Po trzecie, zaznaczył, że stopa pro-
centowa zaciągniętego przez nią kredytu wynosi
zaledwie sto pięćdziesiąt procent na miesiąc i bę-
dzie w zależności od jego humoru podnoszona,
lecz nigdy nie opuszczana. Po czwarte, wszyst-
kie te warunki, opuszczona przeze mnie Tereska,
musiała podpisać w obecności notariusza, na
którego przyjazd czekano kolejne dwie godziny.
W tym czasie ojczym Tereski gustował się od-
grzaną potrawą z kurczaka po Prowansalsku,
popijając często, wspólnie z szanownym panem
kelnerem, półsłodkim białym winem. Moja nie-
doszła małżonka, będąc pod ścisłym nadzorem
nadzwyczajnie surowego i olbrzymiego kucharza,
musiała spędzić ten czas myjąc całą stertę brud-
nych talerzy. Było to dla niej zupełnie nowe do-
świadczenie życiowe, ponieważ nigdy w życiu nie
musiała czegoś takiego robić. Po przybyciu nota-
riusza została zamówiona jeszcze jedna butelka
wina. Okazało się bowiem, że notariusz i ojczym
Tereski, to starzy znajomi z podstawówki. Po jej
wypiciu, sporządzono odpowiedni dokument,
który został podpisany przez Tereskę w obecno-
ści świadków, czyli kucharza i kelnera, oraz został
opatrzony odpowiednimi pieczątkami nadając
dokumentowi status prawny. Po wykonaniu tych
czynności, ojczym Tereski wstał i zadowolony
z siebie lekko chwiejnym krokiem udał się do
wcześniej zamówionej i oczekującej go taksówki.
Odjechał w siną dal, czyli do domu. Oczywiście,
żeby nie było żadnych złudzeń, dodatkowa butel-
ka wina, notariusz oraz koszt przewozu taksówką
został wliczony do rachunku. Moja była piękność
miała więc niezły kredyt do spłacenia i niezłą
stratę moralną do przegryzienia.
strona
18 18
MAGDALENA LEDWOŃ „CZEKAM“
„Czekam”
Wyobraź sobie to, co ja.
Zamknij oczy i pomyśl, że to prawda.
Spotykasz mnie na wieczorem. Nie... Gdy Słońce zachodzi.
Na plaży, przy brzegu morza.
Patrzę w tę ognistą toń, nie widząc Ciebie.
Co Ty tam robisz? Nie wiem.
Zauważasz mnie i podchodzisz.
Bez słowa siadasz obok, widzisz łzę na mym policzku.
Gęsią skórkę na udach.
Dotykasz delikatnie dłonią, osuszając moją twarz.
Ja nadal patrzę przed siebie. Czuję, że to Ty,
Nie musisz mówić nic.
Lecz patrzysz na mnie i pytasz, co się dzieje.
Nie odpowiadam, gdyż sama chcę to wiedzieć...
Otulasz mnie ramieniem i patrzysz ze mną w Słońce.
Mówisz, że jesteś samotny. Sam.
Że nic nie obiecujesz, ale może to dar?
Akurat my spotkaliśmy się tego dnia.
Naszego dnia.
Wyobraź to sobie. Czujesz smak moich ust,
Ostatnie promienie słońca na policzku.
Słyszysz szum fal, a piasek powoli okrywa Twe stopy.
Czujesz, że ktoś prawdziwie Cię kocha.
I mimo wszystko – skoczy za Tobą wszędzie, nawet w ogień.
Wyobraź to sobie...
A teraz poczuj.
Nie możesz?
Przyjdź do mnie. Odnajdź mnie.
Ja przecież na Ciebie czekam.
Istniejesz?
Lenija, 2010
strona
19
19
DR.KATARZYNA KRZAN
absolwentka kulturoznawstwa Uniwersytetu Śląskiego, doktor nauk humanistycznych o specjalno-
ści literaturoznawstwo (praca doktorska wydana przez Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne:
Ekstaza w wersji pop. Poszukiwania mistyczne w kulturze popularnej). Właścicielka Agencji Interne-
towej A3M, zajmującej się tworzeniem stron internetowych i szeroko rozu-
mianą poligrafą reklamową, prowadzi słynne wydawnictwo internetowe
e-bookowo (www.e-bookowo.pl) specjalizujące się w publikacjach elektro-
nicznych.
Autorka poradników: Praktyczny Kurs Pisarstwa (Złote Myśli, kilka wy-
dań), Szczęśliwe macierzyństwo i jego sekrety (Złote Myśli) oraz Zacznij
pisać. Motywacyjny poradnik pisarza (E-bookowo). Pojawiła się też ze
swoimi tekstami w kilku pracach zbiorowych.
Prowadzi kursy kreatywnego pisania, czasem pojawia się gdzieś z jakimś
wykładem, prezentacją czy prelekcją, współpracuje z kilkoma czasopi-
smami, jest stale obecna w Internecie z racji zawodu i powołania. Czyta,
redaguje, wykonuje korekty, pisze recenzje. Prywatnie mama trzech wspa-
niałych córek.
Misja
Kierując się ideami ekologii oraz miłością do
książek skupiamy się na wydawaniu publikacji
w formie cyfrowej. Chcemy współtworzyć biblio-
tekę elektronicznych książek, które można zabrać
ze sobą prawie
wszędzie dzię-
ki najnowszym
t echnol ogi om
umożliwiającym
pr z e nos z e ni e
danych.
Nie wydajemy
książek w tra-
dycyjnej formie,
ponieważ wie-
rzymy w przy-
szłość Internetu
i nowych me-
diów. U nas mo-
żesz opubliko-
wać swój tekst,
a my zajmiemy
się jego dystry-
bucją
Cele
Naszym celem
jest danie szansy młodym Autorom, którym nie-
zwykle trudno jest odnaleźć swoje miejsce na tra-
dycyjnym rynku wydawniczym. Nie chcemy, by
debiutanci musieli dopłacać do swoich książek.
Przeciwnie, uważamy, że powinni otrzymywać za
swój talent i ciężką pracę odpowiednie wynagro-
dzenie.
Wydajemy przede wszystkim literaturę pięk-
ną oraz prace dyplomowe. Wiele interesujących
tekstów kończy swój żywot gdzieś na półkach ar-
chiwów uczelnianych zaraz po obronie. Chcemy
zmienić tę sytuację i pokazać światu teksty, któ-
rych autorzy włożyli wiele pracy w ich przygoto-
wanie.
Tak powstała specjalna oferta dla studentów i ab-
solwentów. Tylko u nas możesz opublikować swo-
ją pracę dyplomową, licencjacką, magisterską,
a nawet rozprawę doktorską. Może to być wstęp
do naukowej kariery.
Wydaj się w formie elektronicznej, zyskując nie-
ograniczone możliwości zbytu Twojej publikacji.
Co daje Ci e-book? Kontrolę nad dystrybucją, ni-
skie koszty publikacji to większe zyski dla Ciebie,
szansę na zaistnienie w literackim świecie.
Opublikujemy Twój utwór i wyślemy do wszyst-
kich księgarni internetowych w Polsce a wkrótce
także na świecie.
Pozdrawiam licząc na owocną współpracę
dr Katarzyna Krzan
redaktor naczelna wydawnictwa e-bookowo
MAGDALENA LEDWOŃ
POETKA,
ZDOBYWCZYNI DRUGIEGO
MIEJSCA W KONKURSIE MÓJ
NAJLEPSZY FLIRT.
JEJ PRACA ZOSTAŁA NAGRO-
DZONA DWIEMA KSIĄŻKAMI
UFUNDOWANYMI PRZEZ
WYDAWNICTWO E-BOOKO-
WO.PL.
„ZACZNIJ PISAĆ” KATARZY-
NA KRZAN, ORAZ „GORĄCA
ANTOLOGIA” WYDAWNIC-
TWO E-BOOKOWO.
GRATULACJE!
strona
20 20
ZACZNIJ PISAĆ
KATARZYNA KRZAN
-FRAGMENTY
Zostać pisarzem.
Co to znaczy?
„... takich, co mają chęci i talent, jest wielu,
a mimo to większość z nich nigdy do niczego nie
dochodzi. To tylko punkt wyjścia, by cokolwiek
w życiu zrobić. Wrodzony talent jest jak siła dla
sportowca. Można urodzić się z większymi lub
mniejszymi zdolnościami. Ale nikt nie zostaje
sportowcem tylko i wyłącznie dlatego, że urodził
się wysoki, silny lub szybki. Tym, co czyni ko-
goś sportowcem lub artystą, jest praca, praktyka
i technika. Wrodzona inteligencja jest tylko i wy-
łącznie amunicją. Żeby ją skutecznie wykorzy-
stać, musisz przekształcić swój umysł w precyzyj-
ną broń.“
Carlos Ruiz Zafón
Napisanie powieści jest szalenie proste: wy-
starczy spełnic trzy podstawowe warunki: wziąć
postać, umieścić ją w jakiejś sytuacji i sprawić, by
coś jej się przydarzyło. I gotowe. Wydawcy sza-
leją, wydzierając sobie rękopis z rąk, producenci
flmowi dzwonią z propozycjami przekształcenia
dzieła w scenariusz, a literackie nagrody czekają
w kolejce. Sukces gwarantowany.
Gdyby tak rzeczywiście było, każdy pi-
sarz byłby milionerem i bohaterem kolorowych
magazynów. Jednak pisanie powieści wymaga
wielkiego wysiłku i ciężkiej pracy. Nie wystarczy
usiąść i pod wpływem natchnienia napisać czte-
rysta stron powieści. W ciągu jednej nocy może
powstać co najwyżej opowiadanie lub wiersz.
A i tak będą wymagać pewnie licznych poprawek,
korekt, zmian.(...)
Tymczasem na Zachodzie pisarze są gwiaz-
dami popkultury, zarabiają miliony, o prawa do
ekranizacji ich powieści walczą producenci fl-
mowi. Jak to się dzieje, że często przeciętne książ-
ki stają się w Stanach bestsellerami, które bardzo
szybko zdobywają półki księgarni na całym świe-
cie?
Czego brakuje naszym piszącym? Siły prze-
bicia? Talentu? Na pewno nie. Brakuje im warsz-
tatu. Tego, co w zachodnich szkołach pisarstwa
jest wykładane jako zwykły przedmiot. Wcale nie
chodzi o to, że są to fabryki pisarzy. Do pisania
potrzeba talentu, ale niezbędne są także pewne
umiejętności warsztatowe.
Motywacja do pisania
„ W życiu zdarzają się dwie tragedie. Kiedy
nie dostajemy tego czego pragniemy. I kiedy to
dostajemy.”
Oscar Wilde
Przede wszystkim — zastanów się: dlacze-
go chcesz napisać książkę? Co chcesz osiągnąć
w ten sposób? Sławę, pieniądze, rozgłos? A może
po prostu samą satysfakcję? Pragniesz zostawić
po sobie ślad, chcesz, by ludzie o Tobie pamiętali,
by Twoje słowa przetrwały dłużej niż Twoje ży-
cie? To ważne, by wiedzieć, co Cię motywuje tak
naprawdę do pisania.
Same pieniądze to słaba motywacja. Jeśli
zamierzasz zostać pisarzem tylko po to, by na
tym zarabiać, lepiej od razu sobie odpuścić. Czy-
telnicy wyczują, że to, co piszesz nie jest szczere,
a jedynie obliczone na zysk. Niezależnie od tego,
czy tworzysz poezję, prozę fabularną czy porad-
niki. To, co piszesz powinno wypływać z serca,
być szczere, a ty jako piszący musisz w to wierzyć.
W przeciwnym wypadku będziesz oszukiwać
siebie i innych.
Jak pisać, by napisać? To pytanie zadaje sobie
z pewnością każdy, kto postanowił sięgnąć po
pióro.
Jedno jest pewne: by napisać, trzeba pisać.
Najlepiej regularnie, codziennie, narzucając so-
bie dyscyplinę. Rutyna pomoże Ci się zorganizo-
wać, nadać pracy pewien rytm. Problem jednak
w tym, że może pozbawić piszącego pasji. To
prawda. Tego z pewnością się obawiasz, dlatego
wolisz nie kusić losu i w ogóle nie zasiadasz do
pisania, prawda? Po co zabijać pasję tworzenia
codzienną rutynową harówką? Lepiej i bezpiecz-
strona
21
21
niej czekać na przyjście natchnienia ... A co jeśli
natchnienie nie nadejdzie nigdy? Albo pojawi się
w momencie, gdy nie można z niego skorzystać?
Przepadnie, obrazi się i już nie wróci. A ty naba-
wisz się tylko niepotrzebnych frustracji i kom-
pleksów: miałem/miałam zostać pisarzem, ale nie
było czasu, warunków, możliwości, okazji... Bla,
bla, bla. Kogo chcesz oszukać? Chyba tylko siebie,
a to najbardziej perfdne z oszustw.
Co więc zrobić by do tego nie dopuścić? Jak
pisać każdego dnia, ale nie stracić ochoty do two-
rzenia i tak zwanej Weny (najbardziej kapryśna
bogini na świecie)?
Świadomość pisarza
Pisarz jest to „gość, który potraf ustawić
słowa jedno za drugim i robi to z wdziękiem”.
Javier Cercas
Pisarz, niezależnie czy jest poetą, powie-
ściopisarzem, czy dramaturgiem, posiada roz-
dwojoną osobowość. I to w kilku aspektach.
Z jednej strony jest zwykłym człowiekiem,
który żyje w świecie, skończył jakąś szkołę (oczy-
wiście nie pisarską, bo takich nie ma, jakoś nie
kształci się zawodowych pisarzy, a szkoda), gdzieś
pracuje albo szuka pracy. Myśli o założeniu ro-
dziny, lub już ją założył. Studiuje na jakimś kie-
runku, nie koniecznie związanym z pisarstwem.
Po prostu żyje. Tym tylko odróżnia sie od innych,
że tli się w nim pragnienie BYCIA PISARZEM.
Czuje, że chce pisać, że może to robić, że powi-
nien, że to jego przeznaczenie. Ale: boi się. Przede
wszystkim boi się siebie - czy podoła wyzwaniu,
czy ma dość talentu, czy da sobie radę, czy wy-
starczy mu sił i pomysłów. Boi się, czy będzie go
stać na rzucenie dotychczasowego, być może wy-
godnego żywota i poświęcenie się niełatwej prze-
cież roli. Zdaje sobie przecież sprawę, że aby pisać
musi coś poświęcić. Może pracę zawodową, może
studia, może życie prywatne. To trudny dylemat.
Tym bardziej, że nikt mu nie wręczy nigdy legity-
macji pisarza. Prawdopodobnie nigdy w rubryce
„zawód” w jakimś formularzu nie wpisze magicz-
nego słowa PISARZ. Bo niby na jakiej podstawie,
skoro niczego jeszcze nie wydał, nie opublikował,
nikt nie napisał pochlebnej recenzji jego książki.
Jak w takiej sytuacji przełamać się i zdobyć
niezbędną pewność siebie?(...)
Z jednej strony pisarz musi być odważ-
ny, nie może uciekać od tematów tabu, musi być
szczery aż do bólu. Z drugiej jednak - musi też
być swoim własnym krytykiem, potencjalnym
czytelnikiem i odbiorcą treści. Musi mieć w so-
bie takt i subtelność. Umiejętnie oddzielać siebie,
swoich bliskich od tego, co pisze.
To trudna, podwójna rola. Z jednej strony
- pisarski szał, natchnienie, wena, niekontrolo-
wany potok myśli i słów, a z drugiej - narzucenie
sobie zasad, także moralnych, barier, granic. By-
cie twórcą i odbiorcą. Autorem i krytykiem jed-
nocześnie.
Zagadka stylu
„Pisanie polega nie na umiejętności pisa-
nia, lecz na umiejętności wykreślania tego, co jest
źle napisane.”
Antoni Czechow
Każdy z nas, niezależnie od tego, czy ma-
rzy o karierze pisarza, czy nie, ma swój indywi-
dualny styl wypowiedzi, którym posługuje się na
co dzień, zupełnie sobie tego nie uświadamiając.
Nasi najbliżsi znajomi i rodzina mówią podobnie,
więc nie dostrzegamy różnic. Dopiero, gdy spo-
tykamy się z kimś z innego regionu kraju, innej
grupy społecznej, czy wiekowej, wówczas okazuje
się, że mówimy różnymi językami, choć wszyscy
robią to po polsku. Nasz indywidualny styl jest
wypadkową kultury, wychowania, wykształcenia,
oczytania, środowiska. Wszystkie te elementy
wpływają na to, jak mówimy.(...)
Ty także musisz wypracować swój indywi-
dualny styl. Teoria jest taka: styl musi być komu-
nikatywny, jasny, prosty, zrozumiały. Ale czy to
znaczy, że nie wolno nam puścić wodzy fantazji?
Mamy pisać tylko prostymi zdaniami, bez fnezji?
Niekoniecznie. Należy jednak unikać zdań
wielokrotnie złożonych, gdyż może to uniemożli-
wiać zrozumienie treści i sprawić, że odbiorca bę-
dzie miał wrażenie bełkotu, a nie o to nam prze-
cież chodzi.
Musisz pisać jasno, bez dygresji, nadmier-
nego piętrzenia metafor i stylistycznych pułapek.
Pamiętaj, że to, co dla ciebie jest oczywiste, nieko-
niecznie musi być oczywiste dla innych. Jeśli masz
wątpliwości, daj przeczytać sporny fragment ko-
muś obcemu. Zapytaj, czy rozumie, co masz na
myśli.
strona
22 22
GORĄCA
ANTOLOGIA
WYDAWNICTWO
E-BOOKOWO.PL
Pomysł na Gorącą Antologię zrodził się
w umyśle Katarzyny Krzan, redaktor naczelnej
wydawnictwa E-bookowo i portalu Strefa Auto-
ra. Umyśle – dodajmy – owładniętym gorączką
z powodu szalejącej grypy. Z tego powodu wie-
le tekstów zgromadzonych w tej książce (przede
wszystkim prozatorskich) nosi znamiona sza-
leństwa, sennych majaczeń bądź irracjonalnych
wizji kłębiących się bez opamiętania i umiaru.
Zabieg to jak najbardziej celowy i w szaleństwie
swym uzasadniony, ma on bowiem wprawić czy-
telnika w podobnie gorączkowy stan balansujący
na granicy snu i jawy, fkcji i faktów, zmyślenia
i rzeczywistości.
Zaskakujące puenty, obrazy mrożące krew w ży-
łach, wizje absurdalne lub śmieszne, odległa hi-
storia zmiksowana z realiami współczesności,
futurystyczne przepowiednie i metaliterackie
fantasmagorie. Wszystko to – mamy nadzieję –
przyprawi czytelnika o chorobliwe wypieki na
twarzy, czyli wrażenia osobliwe, nadzwyczajne
i niezapomniane.
Natomiast jako swoiste lekarstwo i antidotum na
tę gorączkę prozy, proponujemy drugą część Go-
rącej Antologii, nieco wystudzoną i działającą jak
chłodny kompres na rozpalone czoło, na którą
składają się utwory poetyckie oraz felietony.
Wszystkim autorom Gorącej Antologii dziękuje-
my za inspirujące stany podgorączkowe, a wszyst-
kim jej czytelnikom życzymy miłego, literackiego
„chorowania”.
Anna Alochno-Janas
redaktor portalu StrefaAutora.pl
PROZA
Jolanta Kwiatkowska
Każdy ma taką orgietkę na jaką go stać
Arkadiusz Siedlecki
Czerwone trampki
Olaf Tumski
Fabryka rowerów
Katarzyna Krzan
Królewna na ścieżce
Anna Szczęsna
Tatusiu, obiecałeś…
V. G. Soque
Symulakry
Marcin Jerzy Moneta
Ulrich Von Jungingen
Anna Strzelec
„Świtem bladym, białym ranem”…
Annais
Przemiana
POEZJA
Ena Kielska
Ból który znam
Władysław Chodasiewicz
Okna na podwórze
Mander
Twoje oczy
Anna Strzelec
Jesiennie…
Annais
Babcia
Mariposa
Mam
Błażej Jacek Klajza
Parakwasy
FELIETON
Annais
Sztuka pocieszania
Katarzyna Krzan
Zapach elektronicznej książki
Posłowie
Noty o autorach
strona
23
23
ANNA PORĘBSKA „Jej purpurowe włosy“
Jej purpurowe włosy błyszczały
Patrzyła w głąb swej duszy
Palcem na oknie pisała
Słowa, których nikt nie miał zobaczyć.
Lecz ciemność tajemnic skarbnica
Skrywała miłość najczystszą
Ten rodzaj, nic nie wymagający
Dający jedynie dobro.
Dziewczyna wciąż powtarzała
„Będę żyć wiecznie, przysięgam.”
Kłamała.
Jej serce było złamane.
Gdy miłość odeszła wraz z ziemią,
Tą pierwszą, rzuconą na trumnę.
Mówili, że to już koniec, zapomni
Lecz ona kochała, tym mocniej.
Pisała palcem po szybie
Zgrzytała paznokciem, by mocniej,
By ślad został trwały,
By widział, że ona pamięta.
Gdziekolwiek on jest
Niech wróci, niech powie, że nie zapomniał.
Ich pierwszy firt, te słowa
Wyryte w pamięci jak blizny.
Ona nie mogła
Każdego wieczora raniła swe życie
Nie chciała zapomnieć
Pragnęła, by wszystko było jak wcześniej.
„Mój najlepszy firt”
tak pomyślała tamtej nocy,
kiedy leżała patrząc w przestrzeń spokojną.
Chwilę później jej życie skończyło się z trza-
skiem.
Umarła jej dusza
Lecz ciało zostało.
Jej serce pogrzebano pod drzewem mahonia
W trumnie, z człowiekiem, którego kochała.
Każdego wieczora na skórze swej gładkiej
Rozżarzonym węgielkiem na dowód miłości
Spisywała słowa ostatniej rozmowy
Flirtu, który połączył tych dwoje.
Każdego dnia słowo
Lecz słów już zabrakło.
Jej skóra płonęła
Miłością najgłębszą.
Dziewczyna wzrok swój podniosła
Z opadających pasm purpurowych, tych, które
kochał.
To był już koniec.
Wiedziała, gdzie idzie.
W cieniu mahonia
Tu kiedyś byli,
Tu się kochali,
Tu się rozstali.
Życie wciąż pędzi
Ona została
Żyła przeszłością
Ten moment wybrała.
Patrzyła na krzyżyk
Pistolet, w dłoni trzymała.
Od lat to planowała.
Zamknęła swe oczy.
Lecz wtedy ktoś dotknął
Nagiego ramienia
Dziewczyny z drżącą ręką.
Odsunął pistolet, powiedział „nie teraz”.
Ona spojrzała
Słów jej zabrakło
Jej serce odżyło na nowo.
Czy to możliwe, spytacie…
Dziewczyna wciąż żyje,
Co wieczór modli się pod drzewem mahonia.
Raz tylko córka spytała o blizny na nogach.
Odpowiedziała „mama kochała zbyt mocno”…
strona
24 24
AWIOLA
Książki od zawsze spełniały wielką rolę w moim życiu. To dzięki nim poznawałam inne światy, wy-
ruszałam w dalekie podróże i znajdowałam nowych, książkowych przyjaciół. Literatura bowiem to
moja największa miłość bez której nie mogłabym żyć.
Oprócz nałogowego czytania książek, jestem również ich kolekcjonerem. Moja bi-
blioteczka pomimo obszernej ilości woluminów (prawie dwa tysiące książek), stale
się powiększa. Tak, jestem książkoholiczką.
Opinie, które zamieszczam na blogu uznaniowo nazywam recenzjami, daleko mi
bowiem do profesjonalizmu. Piszę co myślę i czuję na temat danej książki. Jednak
w każdej staram się znaleźć coś interesującego, co pozwoli czytelnikowi na chwilę
refeksji, zapomnienia czy uśmiechu.
Oprócz czytania, fliżanka kawy i słodycze to nieodzowne przyjemności, jakich nie
umiem sobie odmówić
SUBIEKTYWNIE O KSIĄŻKACH, to blog prowadzo-
ny przez skromną dziewczynę podpisującą się pod pseu-
donimem awiola. Proszę jednak nie ulegać pozorom. To
w pełni profesjonalna strona, na której można znaleźć
mnóstwo infor-
macji na temat
przeróżnych akcji
literackich, kon-
kursów, targów.
Pr of e s j ona l ni e
przeprowadzone
wywiady z autora-
mi książek, pozwa-
lają czytelnikom
bliżej poznać się
z twórcami litera-
tury, z ich pracą,
problemami z jaki-
mi muszą spotykać
się podczas tworze-
nia literatury. Ale
nie tylko. To rów-
nież skarbnica wie-
dzy dla przyszłych
pisarzy. Bo czyż nie
lepiej jest czerpać
wiedzę ze zdobyte-
go doświadczenia innych pisarzy?
Awiola umieszcza recenzje przeczytanych osobi-
ście książek; recenzje które zaczynają w świecie literatu-
ry przybierać na sile. Jej opinia, chociaż jak sama uważa
skromna i wypływająca z miłości do książek, pokrywa się
z opinią wielu innych czytelników. Zarówno trafne uwa-
gi jak i celne spostrzeżenia wyciągają na światło dzien-
ne esencjonalność książek. Często przekaz, który zostaje
pominięty, dzięki jej skrupulatności i studium literatury
zostaje naświetlony, a wówczas książka, która być może
wcześniej nie była doceniana lub zrozumiana nabiera
zupełnie nowego sensu. Jej wnikliwość jak i pracowitość
została dostrzeżona i doceniona przez wielu wydawców
i autorów książek. Coraz więcej osób pragnie nawiązać
z nią współpracę. Oczywiście nie wszyscy dostąpią tego
przywileju. Doba ma przecież tylko 24 godziny. Jednak
ci, którym się to udało, mogą być spokojni. Ich książki na
pewno zostaną docenione.
Ty również możesz przekonać się, jak ważna jest
ocena profesjonalisty. Jeszcze dziś odwiedź stronę
www.subiektywnieoksiazkach.pl
Tomasz Szlijan
ANNA PORĘBSKA
POETKA,
ZDOBYWCZYNI TRZECIEGO
MIEJSCA W KONKURSIE MÓJ
NAJLEPSZY FLIRT. JEJ PRA-
CA ZOSTAŁA NAGRODZONA
DWIEMA KSIĄŻKAMI UFUN-
DOWANYMI PRZEZ AWIOLĘ
Z BLOGU SUBIEKTYWNIE O
KSIĄŻKACH.
TRISH WYLIE - „KTO SIĘ
ŚMIEJE OSTATNI“
JESSICA HART - „KRONIKA
ŚLUBNYCH WYPADKÓW“
GRATULACJE!
strona
25
25
TRISH WYLIE – „KTO SIĘ ŚMIEJE OSTATNI“
„Łatwo o pewność siebie, kiedy wszystko, czego
się zapragnie, łatwo przychodzi.“
Lektura pierwszego tomu nowej serii Kiss
pozostawiła po sobie poczucie całkowitego zre-
laksowania i odprężenia umysłowego. A jak wia-
domo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Z piórem
Trish Wylie miałam już okazję się spotkać przy
lekturze „Znowu razem“, z tego powodu też by-
łam ciekawa czym zaskoczy mnie tym razem.
Trish Wylie to urodzona w Country An-
trim w Irlandii Północnej, autorka powieści
romansowych. Już od nastoletnich lat pisarka
zaczytywała się w Harlequinach, a swoją przy-
szłość wiązała właśnie z tym wydawnictwem.
Do sukcesu pisarki można zaliczyć dwukrotną
nominację do nagrody Recenzent Times Choice
Award, którą wygrała w 2005 r.
Miranda Kravitz to zamożna córka bur-
mistrza Nowego Jorku, która przez dwadzieścia
cztery godziny znajduje się pod ścisłą ochroną.
Bohaterka musi z wdziękiem wypełniać swoją
rolę grzecznej i ułożonej córki polityka, nie po-
siadając ani chwili wytchnienia w wypełnianiu
swoich obowiązków. Gdy w jej otoczeniu poja-
wia się nowy ochroniarz, przystojny policjant
Tyler Brannigan, w Mirandzie z coraz większą
siłą kiełkuje pragnienie wolności i bycia kimś
zwyczajnym. Dwójka atrakcyjnych bohaterów,
namiętność i pragnienie wolności – to mieszan-
ka wybuchowa, której czytelnikom z pewnością
nie zabraknie podczas lektury.
Autorka bardzo zgrabnie stworzyła hi-
storię miłosną, w której pomiędzy bohaterami
targanymi sprzecznymi emocjami, aż iskrzy od
nadmiaru uczuć. Miranda wbrew pozorom nie
jest sztuczną, rozpuszczoną panienką pocho-
dzącą z bogatego domu. Rola jaką narzucili jej
rodzice, nie pozostawiając możliwości jakiego-
kolwiek wyboru, przerasta ją z każdym nowym
dniem coraz bardziej. Ciągła ochrona, brak pry-
watności i możliwości popełniania typowych
dla młodych ludzi błędów, wykańczają młodą,
spragnioną życia dziewczynę. Tyler tymczasem
to policjant pochodzący z irlandzkiej rodziny
z tradycjami, którego przykra przeszłość nie po-
traf odejść na dobre z jego życia. Skrzyżowanie
losów Mirandy i Tylera powoduje powstanie
w nich wewnętrznej walki. Walki o swoje szczę-
ście.
Tłem książki Trish Wylie jest życie osób
publicznych. Autorka umiejętnie i delikatnie
wplatała w fabułę powieści wątki dotyczące bra-
ku normalności w życiu dzieci sławnych ludzi
– czy to polityków czy biznesmenów. Dla Mi-
randy zakazy te dotyczyły popełniania błędów
młodości, gdyż niekorzystnie mogłoby to wpły-
nąć na głosy wyborcze jej ojca. A przecież błę-
dy te są nieodzowną częścią najlepszego okresu
w życiu każdego człowieka. Czytelnik z pew-
nością zauważy jak od przysłowiowej „kuchni“
może wyglądać bajkowe życie celebrytów.
„Kto się śmieje ostatni“ to mini powieść na
jeden wieczór, która potraf wzburzyć jak rów-
nież roześmiać do łez. Z pewnością nie jest to
książka, o której będziecie pamiętać w dłuższym
okresie czasu. Trish Wylie napisała bowiem po-
wieść, która niesie ze sobą duży pozytywny ła-
dunek emocjonalny i to chyba jej główny atut.
Będąc przewidywalną i spełniającą kanony ga-
tunku jakim jest romans, jednocześnie staje się
cudowną odskocznią od rzeczywistości.*
*źródło: http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/2013/06/trish-wy-
lie-kto-sie-smieje-ostatni.html
strona
26 26
JESSICA HART
„KRONIKA ŚLUBNYCH WYPADKÓW“
„Powszechnie wiadomo, że jasno zarysowane
cele są kluczem do kariery (…)“
Wydawnictwo Harlequin skusiło mnie
nowo wydaną serią Kiss, w której czytelniczki
mogą odnaleźć zabawne i zmysłowe opowieści,
zapewniające rozrywkę. Pierwszym tomem cy-
klu jest powieść Jessici Hart pt. „Kronika ślub-
nych wypadków“. Do jej lektury podeszłam
z jasno wytyczonym celem – spędzenia czasu,
który zapewni mi relaks i pobudzi moje kobiece
zmysły.
Jessica Hart to urodzona w Afryce Za-
chodniej autorka ponad pięćdziesięciu książek,
która od dziecka marzyła o byciu pielęgniar-
ką. Po ukończeniu studiów na Uniwersytecie
w Edynburgu, postanowiła zacząć pisać, by za-
robić na ukończenie doktoratu z historii śre-
dniowiecznej. Do dnia dzisiejszego nie zrezy-
gnowała z tego zajęcia, stając się pełnoetatową
pisarką, laureatką dwóch prestiżowych nagród -
RITA Award oraz Romance. Prywatnie autorka
mieszka z kotem Douglasem.
Bohaterką pierwszego tomu serii Kiss jest
młoda pani inżynier – Firth Williams, która
od dawna posiada ułożony plan swojej kariery
na następne pięć lat. Pierwszym krokiem jest
nadzorowanie budowy centrum konferencyj-
nego na terenie posiadłości Whellerby. W re-
alizacji jej ambitnego planu przeszkadza obec-
ność czarującego George’a Challonera, zarządcy
i jednoczesnego przyjaciela właściciela ma-
jątku. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej,
gdy przyrodnia siostra bohaterki – atrakcyjna
Safron, błaga o zorganizowanie jej wieczora
panieńskiego. Pod wpływem wielu wydarzeń,
Firth zdaje sobie sprawę, że nie wszystko można
w życiu zaplanować.
Romans jako gatunek literacki, winien
ukazywać w pełnej palecie namiętność kochan-
ków, pożądanie i oczywiście miłość z kolorową
gamą uczuć jej towarzyszących. Jessica Hart,
kreując głównych bohaterów zadbała o ich na-
turalizm, ukazując dylematy jakie wstrząsały
uczestnikami gry zwanej miłością. Z góry za-
znaczam, iż potencjalni czytelnicy nie powinni
oczekiwać gorących scen miłosnych, opisują-
cych umiejętności kochanków. W tym zakresie
bowiem autorka pozostawiła pole do domysłów
odbiorcom swojego utworu. O ile Firth i George
zjednali sobie moje serce, o tyle siostra głównej
bohaterki – celebrytka Safron była postacią,
w której zauważyłam wiele sprzeczności. Wątek
z jej udziałem okroiłabym do niezbędnego mi-
nimum, bowiem jej bohaterka przedstawia się
mało wiarygodnie.
Interesującym wątkiem oprócz miłosnego,
jaki znajdziecie w książce, to kwestia planowa-
nia swojego życia. W dzisiejszych czasach single
i kariera to praktycznie pojęcia wzajemnie się
uzupełniające i trudno wielu osobom zachować
równowagę w pogodzeniu życia osobistego i za-
wodowego. Na przykładzie Firth, czytelniczki,
a zwłaszcza singielki, które będą czytały jej hi-
storię, być może dojdą do wniosku, iż czasami
trzeba dać ponieść się emocjom i namiętności,
nie planując tego wcześniej.
Okładka „Kroniki ślubnych wypadków“
może budzić lekkie skojarzenie z typowymi
harlequinowskimi utworami, jednakże nowa-
torska koncepcja w postaci różowego koloru
oraz zmysłowego zdjęcia przedstawia inny typ
romansowy. Wydanie w małym, kieszonkowym
formacie nadaje się idealnie podczas podróży
jakimkolwiek środkiem transportu bądź na pla-
strona
27
27
żowanie.
Książka Jessici Hart będąc lekkim, roman-
sowym czytadłem dla kobiet, obftuje w dużą
dawkę humoru oraz ciętych ripost. Namiętność
jaka rodzi się między dwójką bohaterów, wywo-
łuje wiele śmiesznych sytuacji, wpływających na
wyobraźnię czytelnika. Nie napiszę, że pierwszy
tom serii Kiss będzie dla was pobudzającym in-
telektualnie utworem. Ale mogę napisać, że wy-
woła w was uśmiech na twarzy i różnorakie, po-
zytywne emocje. I takie lektury są nam od czasu
do czasu niezbędne.
„Nie da się zaplanować uczuć (…) Ani prze-
widzieć, co ludzie zrobią lub będą odczuwali
(…)“ *
*źródło: http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/2013/06/jessica
-hart-kronika-slubnych-wypadkow.html
Anna
Łukoszek
Sprawdzona
metoda
Figlar�e spojrzenie, peł�e ciepła,
Lekko naiwne, lekko zag�bione.
I słodki uśmiech
Rozjaśniający t�arz.
To zawsze działa.
strona
28 28
Adrian K. Antosik
Mój najlepszy flir�
Ciężko mi powiedzieć, kiedy dokładnie zwykła
rozmowa zamienia się we firt. Przez całe życie
nie udało mi się uchwycić tej subtelnej zmiany,
gdy ze zwykłej konwersacji zaczynają krzesać się
iskry a chemia robi swoje. Uściślijmy jeszcze, że
nie chodzi mi o takie zwykłe firtowanie, które
rozpoczęte od dla przyjemności, i może przero-
dzić się w coś ciekawego. Chodzi mi o taki firt,
który wymyka się spod kontroli, by nagle za-
władnąć całym tobą. By każdy gest, muśnięcie,
słowo było przeznaczone dla tej drugiej osoby.
A ona nawet w tłumie wie, że teraz liczy się tylko
ona choć bawić się trzeba ze wszystkimi…
9 październik 2013 roku
Cytrus ubrany w garnitur zszedł po scho-
dach z drugiego piętra, gdzie zatrzymał się
wczorajszego dnia około godziny dwunastej.
Mały pokoik o bielonych ścianach, przykrótkie
łóżko, niewielka umywalka i skrzypiąca szafa,
czyli standardowe miejsce dla studenta w Mię-
dzyzdrojach. Za dziewięćdziesiąt złotych na
trzy dni pobytu nie spodziewał się niczego nad-
zwyczajnego i dostał miejsce na miarę swoich
oczekiwań. Nie mógł również, za bardzo narze-
kać. Przyturlali się tutaj z koleżanką pociągiem,
a następnie na spokojnie odnaleźli przepiękny
hotel, z wykładzinami, sofami oraz marmurem,
po czym po uiszczeniu opłaty zostali skierowani
do studenckiej wersji tamtego miejsca, czyli do
miejsca, w którym mieli zamieszkać. Przywitała
ich przemiła starsza pani, która od razu zasuge-
rowała, żeby zamiast rozbijać ich na dwa poko-
je, zajęli jeden na parterze. W sumie rozbawiła
Cytrusa oburzona mina „zajętej” koleżanki. Po
czym zabrał swoją walizkę i ruszył na górę. Gdy
był na pierwszych stopniach rzuciła mu:
- To za godzinę się spotkajmy i idziemy, no nie?
- No nie wiem – roześmiał się – nie chcesz ze
mną spać, a teraz jeszcze mi terminy spotkań
wyznaczasz.
Cała trójka, łącznie z panią zarządzającą tym
miejscem roześmiała się radośnie.
Cytrus przeciągnął się, przez co dotknął końcami
palców dwóch przeciwległych ścian. Do wyzna-
czonego terminu było jeszcze pięć minut. Zbyt
mało czasu, żeby porobić coś konstruktywnego,
ale wystarczająco dużo, by zdążyć się znudzić cze-
kaniem. Westchnął. Nagle ku miłemu zaskoczeniu
usłyszał pukanie. Podszedł do drzwi i otworzył je,
a jego usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
- Cześć – powiedział obniżając ton głosu i prze-
ciągając wyraz tak, iż końcówka prawie wymru-
czał. Stała przed nim koleżanka, w stylowych
bucikach oraz sukience podkreślającą talie,
ślicznie opinającą się na krągłościach piersi. Cy-
trus mógł się założyć, że równie ciekawie mu-
siała wyglądać z tyłu. Wymownie objeżdżając
ją wzrokiem, na parę sekund zatrzymał się na
nogach uświadamiając sobie, że gdyby była o
centymetr krótsza stała by się niestosowna. Po
czym z błogością pozwolił swojemu wzroko-
wi spocząć na piersiach. Raptem cofnął się, gdy
piąstka koleżanki wylądowała na jego ramieniu.
- Ała – nachmurzył się udając oburzenie – a to za co?
- Już ty dobrze wiesz, zboczuchu! Idziemy.
- Panie przodem.
Dziewczyna zaplotła ręce na piersi i przechyliła
delikatnie na bok głowę wpatrując się w niego
wyczekująco. Chłopak uniósł ręce w obronnym
geście.
- Oj, dobra już dobra, nie będę więcej.
Uśmiechnęła się do niego, a jej urocza nabur-
muszona twarzyczka rozpromieniała światłem,
które tak w niej lubił. Zamykając drzwi chłopak
wiedział, że niestety są oni powiązani niestan-
dardowymi nićmi przyjaźni i choć często lubił
się wygłupiać oraz firtować z nią dobrze wie-
dział, że z tego pieca, chleba niedane mu będzie
skosztować. Odwrócił się w jej stronę i ruszył
przodem. Zaraz za sobą usłyszał jej delikatne
kroki. Po dotarciu na miejsce i ofcjalnym roz-
poczęciu konferencji zajęli miejsca razem by wy-
słuchać pierwszych prezentacji. Zapał, z jakim
przystąpili do działania, szybko ulotnił się gdy
przy trzeciej prezentacji z rzędu zaczęło dawać
o sobie znać znużenie. Cytrus spojrzał w harmo-
nogram konferencji, a jego usta rozciągnęły się
w szerokim uśmiechu. Jeszcze jedna prezenta-
cja, a zaraz po niej przerwa obiadowa. Chłopak
zerknął kątem oka na zapatrzoną w prezentującą
postać koleżankę. Dziewczyna nie poruszała się,
strona
29
29 29
chłonąc każdy wyraz wypowiedzi mężczyzny.
Z cichym westchnieniem odwrócił się od niej
rozglądając się dyskretnie po pomieszczeniu.
Nagle dostrzegł koleżankę z młodszego roku.
Dziewczyna siedziała na drugim końcu rzędu
przed nim. Słuchając prezentacji przechyliła de-
likatnie głowę na bok, tak, iż uwidoczniła się li-
nia jej smukłej szyi, a srebrny kolczyk fnezyjnie
podrygiwał w rytm oddechów dziewczyny.
- Nie gap się tak! - Ściszony głos koleżanki
przywrócił go raptownie do rzeczywistości. Jak
dziecko przyłapane na gorącym uczynku pode-
rwał się raptownie przenosząc wzrok na wpa-
trzone w niego niebieskie oczy dziewczyny, któ-
re w przyciemnionym pomieszczeniu sprawiały
hipnotyzujące wrażenie.
- Przecież się nie gapię.
- Skup się lepiej na prezentacji, doktor Raztur-
jew przedstawia bardzo ciekawą koncepcję.
- Tak, cały czas go z zapałem słucham.
- Mhm… A jednocześnie śnisz o całowaniu
gładkiej szyi koleżanki z roku niżej… Chociaż
tutaj mógłbyś się opanować!
- Przecież nie jestem w kościele – odparł,
a dziewczyna parsknęła tłumionym śmiechem.
Zaraz jednak spoważniała i wyprostowała się
udając, że skupia całą uwagę na mówcy. Mło-
dzieniec z delikatną niechęcią poszedł w ślady
koleżanki. Gdy w końcu ostatnie pytanie zo-
stało zadane, a organizatorzy z wielką radością
zaprosili wszystkich na obiad, Cytrus pogratulo-
wał sobie w duchu, iż zajęli z koleżanką miejsca
w ostatnim rzędzie. Pomimo tego, że zgodnym
ruchem wstali i poszli ku wyjściu, co poniektó-
rzy siedzący w pierwszym rzędzie zdołali ich wy-
przedzić. Rozbawiło to młodzieńca, zwłaszcza
z tego powodu, że każdy miał wyliczony posiłek.
Kolejka zagęściła się tuż przed wejściem na część
restauracyjną hotelu. Tu zaskoczyła młodzieńca
operatywność koleżanki, która błyskawicznie,
zorganizowała im dwa talerze, a nim zdążył po-
myśleć wiedziała już co jest dobrego do wzięcia
i jak to wygląda. Następnie gdy już mieli pełne
talerze, zajęli miejsca bufetu.
- Co dobrego wziąłeś?
- Lepiej nie patrz – roześmiał się Cytrus – będzie
to się kłóciło z pojęciem dobrego żywienia.
- No przestań – roześmiała się – jesteśmy na
konferencji! Tu trzeba jeść, później w domu po
wejściu na wagę będziemy załamywać ręce.
- Mówisz tak jakbym to kiedykolwiek robił…
- No dobra, ja będę załamywać ręce i pomsto-
wać, że mnie nie powstrzymałeś…
- Cześć Cytrus…
Młodzieniec drgnął raptownie słysząc kobiecy
głos za sobą. Odwrócił się i uśmiechnął się na
widok koleżanki, którą podziwiał podczas pre-
zentacji.
- Cześć Aniu… Aniu to Basia – przedstawił ją od
razu swojej koleżance – Basiu to Ania.
- Cześć – powiedziały obydwie uśmiechając się
przy uścisku dłoni.
- A to Ela – przedstawiła koleżankę stojącą obok
siebie, na którą Cytrus w pierwszej chwili nie
zwrócił uwagi. – Elu to Cytrus i Basia.
- Może usiądziecie, z nami – zaproponowała Ba-
sia.
- Nie – odparła Ania – jesteśmy tu jeszcze z kil-
koma dziewczynami. Chciałyśmy się spytać czy
nie poszlibyście z nami, na plażę, obejrzeć za-
chód słońca i później na jakieś piwo?
- Czemu nie – odparła Basia. – O której?
- Tak o 20 byśmy się spotkali przed wejściem na
plaże.
- Będziemy.
- To do zobaczenia… Pa Cytrus…
- Pa – bąknął chłopak.
Posyłając powłóczyste spojrzenie za odchodzącą
dziewczyną, której ruch bioder podczas podąża-
nia do swojego stolika zahipnotyzował go.
- Wydaje mi się, czy zwolniła kroku – zapytała
Basia.
- Co?
- No mówię, że dziewczyna ci sygnał wysyła…
- Nie bądź śmieszna, ona po prostu poszła do…
Zaczął mówić odwracając się do niej, lecz zaraz
przerwał napotkawszy wpatrzone w siebie jej
niebieskie oczy.
- Ech… Za te oczy oddałbym ci się…
- Przestań błaznować i zmieniać temat. W ogóle
co ty taki małomówny przy niej?
- A bo ja wiem? Tak jakoś, nie bardzo mi zasko-
czył bieg z napisem firt…
- Twój kuzyn nigdy nie miał z tym większych
problemów…
- Nie bądź taka pewna – odparł Cytrus – za-
nim Jurek stał się legendą, był normalnym… No
może i masz racje. Ale to nie zmienia… Może
strona
30 30 30
i zmienia to fakt, że coś nie pykło ale to tylko
dlatego… Poddaję się!
Dziewczyna roześmiała się, a jej dłoń powędro-
wała przez stół dotykając jego ręki. Jej koniusz-
ki palców delikatnie przesunęły się po wierzchu
jego dłoni. Zaraz jednak ją cofnęła.
- Ej… Nie przestawaj…
- Oj Cytrus… Ty się ogarnij, ja ci tu robię dobry
grunt a ty o czym myślisz?
- Obserwowała nas?
- Cały czas to robi. Niby od niechcenia ale jej
wzrok zbacza tu cały czas. Raczej nie będzie
z tego miłości na całe życie… Ale może trochę
poiskrzy między wami.
- Kocham jak sprowadzasz wszystko, zwłasz-
cza miłość, do parteru, rozkładasz na czynniki
pierwsze i bardzo chłodno analizujesz.
Basia nabiła kawałek mięsa, zanurzyła je w so-
sie i włożyła z gracją do ust, po czym obdarzyła
Cytrusa uśmiechem, pełnym samozadowolenia.
Dalsza część dnia upłynęła Cytrusowi szybko,
choć przez cały ten czas widział gdzieś w pobliżu
przechodzącą Anię, jakoś nie udało się mu za-
mienić z nią słowa. Ciągle coś odwracało jego
uwagę.
Po powrocie do małego bielonego pokoiku spoj-
rzał na zegarek i z przykrością stwierdził, iż jest
dopiero siedemnasta. Zrzucił z siebie garnitur,
by zaraz przebrać się w czarną koszulę oraz czar-
ne jeansy. Po czym puścił muzykę z komórki wy-
godnie rozkładając się na przymałym łóżku.
Młodzieniec nie lubił czekania. Gdy minuty
zaczynały powoli pełznąc przed siebie, a każdy
kwadrans wydawał się godziną Cytrus zabierał
się za czytanie książki lub granie w bezsensowne
gierki na komórce. Tym razem nie chciało mu
się ani czytać ani grać. Oddech zwolnił stopnio-
wo, chłopak usnął…
Obudziło go pukanie do drzwi. Poderwał się
raptownie z miejsca i otworzył.
- Zasnąłeś – zdziwiła się Basia.
- Zdarza się – odparł Cytrus nie do końca roz-
budzony.
- To ogarnij się szybko, bo mało czasu zostało.
Tylko jakąś kurtkę weź bo zimno będzie…
- Mniejsza – odparł ochlapując twarz zimną
wodą.
Już po chwili zamknął za sobą drzwi. Dotarcie na
miejsce zajęło im dwadzieścia minut.
Chłopak spojrzał na zegarek. Było dziesięć mi-
nut po czasie. Jak na znak rozbrzmiał dźwięk ko-
mórki.
- Tak – zapytał odbierając.
- Trochę się spóźnimy – powiedziała Ania,
a gdzieś w oddali usłyszał stłumiony chichot. –
Weźmiemy ci piwo. Jakie lubicie?
- Koleżanka nie pije, więc jej jakiś soczek – od-
parł. – A mi jakieś dobre wybierz Aniu, tylko,
żeby mi smakowało…
Dziewczyna roześmiała się radośnie.
- Załatwione.
- Kto to – spytała Basia gdy młodzieniec chował
komórkę.
- Ania, kupi picie…
- Widzę, że drzemka wróciła ci formę.
- O wypraszam sobie – roześmiał się chłopak – ja
zawsze jestem w formie.
Dziewczyna roześmiała się.
- No to taki twardziel z ciebie – głos Ani doleciał
tuż zza jego pleców.
Delikatnie obrócił się na pięcie, ujął dziewczynę
za rękę. Po czym sprawnym gestem przysunął się
unosząc ją w górę.
- Ja zawsze jestem twardy – powiedział muskając
wierzch jej dłoni wargami, jednocześnie wpatru-
jąc się prosto w jej oczy. Dziewczyna zachichota-
ła, zakrywając wolną dłonią usta.
- Może zostawimy was samych – dobiegł za jej
pleców głos Eli.
Dopiero teraz Cytrus zobaczył, że Ania przypro-
wadziła ze sobą trzy koleżanki.
- To Małgosia i Kasia – przedstawiła obie nie-
znajome – a to Cytrus i Basia. Przywitali się. Po
czym nim, którakolwiek z dziewcząt zdążyła się
schylić, młodzieniec uniósł mały kociołek stoją-
cy pomiędzy Elą a Anią.
- W czym jeszcze mogę pomóc?
Dziewczyny podały mu worek z węglem. Wol-
nym krokiem ruszyli w stronę plaży.
- Nie będzie ci zimno – zapytała Gosia spogląda-
jąc na Cytrusa.
- Gorący chłopak ze mnie! Na pewno nie będzie.
- Zobaczymy, jak trochę posiedzimy na plaży –
roześmiała się Ela – nie jeden facet, mówił, że
jest gorący, a okazywał się tylko ciepły.
- A widzisz – odparł Cytrus – bo on był ciepły.
A ciepły chłopak szybko marznie jak wokół nie-
go tyle pięknych pań. Z gorącym chłopakiem jest
strona
31
31
odwrotnie…
- Istny kogut w kurniku – roześmiała się Kasia.
Zaraz też zawtórowały jej pozostałe dziewczęta.
Po dotarciu na miejsce zabrały się za przygoto-
wywanie koca, oraz rozkładanie w kociołku pa-
leniska. Słońce powoli zaczęło kierować się za
horyzont, żegnając się z plażą krwistymi kolo-
rami na niebie. Po przygotowaniu wszystkiego
kapsle z sześciu butelek odskoczyły prawie jed-
nocześnie.
- Za konferencje w Międzyzdrojach – roześmieli
się wszyscy stukając się szyjkami butelek.
- Jak się podobał pierwszy dzień konferencji –
zagadnęła Basia.
- Jest świetnie – roześmiały się dziewczyny.
- Cytrus przestań się ciągle gapić na koleżankę
Anię – żartobliwie wtrąciła Basia. – Tracisz
wątek rozmowy…
- Co ja poradzę, że nie mogę oczu oderwać – ro-
ześmiał się chłopak.
- Widzę, że nie jest to jednostronne zapatrzenie
– roześmiała się Ela – dzisiaj Ania też często szu-
kała kogoś wzrokiem.
- A czy to moja wina – zaśmiała się dziewczyna –
że na uczelni nigdy nie mam czasu napatrzeć się
wystarczająco?
Wszyscy roześmieli się radośnie. Pierwsza opa-
nowała się Ela.
- Może was zostawimy samy? Wiecie, zachód
słońca, morze, dobre piwko… Może przeszka-
dzamy?
- Elu – powiedział Cytrus uśmiechając się do niej
– jak możesz tak myśleć… Mówiąc to, położył
rękę na dłoni Ani.
- Ale ty masz ciepłe ręce – krzyknęła dziewczyna
ujmując jego dłoń w swoje.
Pozostałe dziewczyny ze śmiechem chwyciły
młodzieńca za dłonie.
- No, no. Gorący chłopak – skwitowała Kasia.
- U nich to rodzinne – wtrąciła Basia.
- U nich – zdziwiły się dziewczyny.
- To kuzyn sławy w podrywaniu z naszej uczelni.
Jurka.
- Podobno się ustatkował – powiedziała Małgo-
sia, z delikatnym żalem w głosie.
- To może zdjęcie przy zachodzącym słońcu
– zaproponował Cytrus zmieniając temat. Po-
wiedziawszy to zerknął wymownie na Basię, ta
jedynie wzruszyła ramionami. Z zaskoczeniem
poczuł jak dłoń Ani muska jego rękę. Zaraz po
zdjęciach i wygłupach, w których Ani udało
się wylądować na Cytrusie przewracając go na
piasek, cała gromadka usiadła wokół garnka,
w którym rozpalono ogień.
Słońce zaszło, a w blasku rzucanym przez pło-
mienie, cała grupa siedziała rozmawiając bez-
trosko. Częste żarty i wygłupy rozbrzmiewały
radośnie przy akompaniamencie fal. Przez cały
ten czas młodzieniec poświęcał całą swoją uwagę
Ani, będąc wyczulonym na delikatne muśnięcia
ich jej dłoni, uśmiechy posyłane mu za komple-
menty mówione wprost i zawoalowane. W końcu
jednak wszystkie dziewczyny zmarzły i narzuciły
na siebie koce.
Wypite piwa nie rozgrzewały ich już tak bardzo.
- Na pewno nie będzie ci zimno – spytała Basia.
- A w życiu – roześmiał się Cytrus – wypiłem
piwko, spędzam czas przy pięknych paniach…
Czy mógłbym marznąc?
W jej oczach dostrzegł wdzięczność. Dziewczy-
na otulona szczelnie kocem, szybko się rozgrze-
wała.
- Ale mi jest zimno – odezwała się niespodziewa-
nie Ania. – Gorący chłopak chyba nie odmówi
w potrzebie? Mówiąc to puściła oko do Cytru-
sa. Wstała z gracją i usiadła przed nim, opierając
się o jego klatkę piersiową plecami jednocześnie
zarzucając koc na jego ramiona. Ciepłe okrycie
otuliło ich oboje, a rozgrzana dziewczyna przy-
warła blisko do młodzieńca.
- Uuuuu – rozległy się głosy pozostałych dziew-
czyn.
- Nie macie co liczyć – roześmiała się Ania – dzi-
siaj Cytrus jest mój! I się nim nie dzielę!
Młodzieniec objął ją, czując przyjemne ciepło
od niej bijące. Delikatnie pochylił się do przo-
du, czując delikatny zapach jej perfum. Jego
wargi musnęły jej szyję i poczuł jak zadrżała,
a jej wolna ręka którą nie przytrzymywała
płaszcza przesunęła się gładząc go po udzie.
- Ślicznie pachniesz – szepnął jej w ucho.
W odpowiedzi znów przesunęła dłonią po jego
udzie. Siedzące koło nich dziewczyny zdawały
się niczego nie dostrzegać. Przez cały wieczór
zdążyły się już przyzwyczaić, iż między mło-
dzieńcem a ich koleżanką powietrze jest tak
naelektryzowane, że strzela iskrami.
- Więc jaką muzykę lubisz najbardziej Elu –
strona
32 32
EMIL ŚMISTEK
recenzent oraz felietonista. Blog to dla niego połączenie pasji oraz ciężkiej pracy. Nie boi się wyzwań,
tym bardziej czytelniczych, dlatego każda książka to odkrywanie na nowo świata oraz ocenianie go.
Sam o sobie pisze:
"Jestem młodym recenzentem, który za cel stawia sobie rzetelność i obiektywność
pisanych tekstów. Codziennie podnoszę swoje umiejętności w tej dziedzinie, dla-
tego ciągle uczę się czegoś nowego. Staram się aby recenzje spełniały oczekiwania
czytelników, były wyczerpujące oraz ciekawe.
Chciałbym zarówno pasjonatom jak i okazjonalnym odbiorcom, przybliżyć w przy-
stępny i interesujący sposób jak najszerszy zakres pozycji książkowych."
Świat recenzji, który stworzył Emil Śmistek toczy
się własnym rytmem. Z każdym dniem przybywa coraz
więcej dokładnie opracowanych recenzji książek, flmów
oraz felietonów. I chociaż mogłoby się wydawać, że to
w końcu kolejny blog o książkach, kolejna próba osądza-
nia czyichś wypocin, budowanie sobie kariery na plecach
autorów, to jednak zderzenie z rzeczywistością po odwie-
dzeniu bloga może być bolesne.
- Bolesne? - zapytasz zdziwiony. Owszem, ale tylko dla
tego, kto próbuje ulec stereotypom. Ponieważ Świat recen-
zji, to nie tylko blog o książkach. To świat, w którym żyją
jego czytelnicy. To żywa istota, która z powagą podchodzi
do swojego zadania, która interesuje się swoimi czytelni-
kami, dyskutuje z nimi i troszczy się o nich. Co jednak
najważniejsze, dodaje bodźca do działania. Dlaczego?
W każdym słowie na tym blogu można wyczuć ból opuch-
niętych opuszków palców Emila Śmistka. To pot i cierpie-
nie, to wiercenie z tyłu głowy, kiedy brakuje słów. To mnó-
stwo pracy i wysiłku jaki ten młody recenzent i felietonista
wkłada codziennie w swoje dzieło, żeby zaspokoić potrze-
by swoich wiernych czytelników w jego specjalnie dla nich
stworzonym wyimaginowanym świecie.
Czy warto tam zamieszkać? Czy można zaryzykować
i przyłączyć się do tej grupy? Oczywiście decyzje podej-
miesz na własne ryzyko. Lecz zanim podejmiesz jakikol-
wiek ruch odwiedź Świat recenzji...
Odpowiedź przyjdzie sama.
Recenzencki.pl
Tomasz Szlijan
pytając, znów mimochodem musnął ustami
szyję Ani.
Dziewczyna znów zadrżała. Uśmiechnął się,
skupiając na odpowiedzi Eli, jednocześnie
czując Anię całym sobą…
strona
33
33
� PUDEŁKU POD OKNEM
Na st��chu schowałem
stalowy heł�
z gęsim piórem
drewniany miecz
i paczkę kapiszonów
W pudełku pod oknem
czeka na rozkazy
zwycięski pułk
fancuskich fizylierów
nie bój się
kochana
Kiedy zbliży się wróg
będę gotowy wyg�ać
kolejną wojnę
Marcin Brzostowski
strona
34 34
ANTOLOGIA
FLIRTU
Redakcja Tomasz Szlijan
Grafka Tomasz Szlijan
Korekta Awiola
dr.Katarzyna Krzan
Wydawca e - bookowo.pl
Redakcja nie zwraca niezamówionych materiałów, w razie publi-
kacji zastrzega sobie prawo do ich skracania. Wydawca nie ponosi
odpowiedzialności za treść ogłoszeń i reklam i ma prawo odmó-
wić publikacji bez podania przyczyny. Wszystkie materiały obej-
muje prawo autorskie. Przedruk materiałów w jakiejkolwiek for-
mie i języku jest zabronione bez pisemnej zgody wydawcy.
Zdjęcia i ilustracje wewnątrz: Freepik.com/fot.okładka_serce;3.bp.blogspot.com/wisława szymborska;
wikimedia.org/ Wielun_zbombardowane Centrum; white-bride.pl/słoneczniki na ławce; tapeciarnia.pl/bukiet
sloneczników;
fot.ANONYMOUS/ AP/getto warszawskie; widoczki.com/ morze, zachód słońca; freepik.com/darmowe-wek-
tory/eps fglarna kobieta; static.panoramio.com/ plaża międzyzdroje; tapeciarnia.pl/ ognisko_iskry_plaza;
ocdn.eu/ kobieta na plaży; smcloud.net/ usta; tapeciarnia.pl/ para pocałunek
Niezwykle oryginalna koszulka dla fa-
nów e-bookowo, wykonana z wyso-
kiej jakości czarnej bawełny. Dosko-
nale chroni przed upałem i mrozem.
Mamy potwierdzone przypadki po-
jawienia się weny literackiej, a nawet
twórczego szału tuz po założeniu.
UWAGA! Podczas noszenia moga po-
jawić się przypadki spontanicznej
kreatywności, którą trudno okiełznać.
Koszulka dostępna w pomniejszają-
cym sylwetkę rozmiarze S i M dla ko-
biet z Pasją.
Już wkrótce kolejne rozmiary i kolory.
Wszystkim, którzy odważyli się wziąść udział w konkursie i nadesłali swoje prace zdając się na
łaskę lub niełaskę Jury, pragniemy serdecznie podziękować. Niektórzy z Was dopiero zaczynają poka-
zywać na światło dzienne swoje prace, inni z kolei to starzy wyjadacze, którym nieobce są tajniki lite-
ratury. Jednak to nieważne kim Jesteś. Ważne i godne pochwały jest to, że usiadłeś przed pustą kartką
lub monitorem, złapałeś za pióro lub uderzyłeś w klawisze klawiatury i stworzyłeś swój świat. Świat,
w którym Ty dyktujesz warunki i który jest odzwierciedleniem Ciebie, Twoich myśli, marzeń, pra-
gnień. Powołałeś do życia postacie, które żyją dzięki Twojej fantazji. Wetchnąłeś w nie swoje obawy
i oczekiwania. A potem postanowiłeś, że pokażesz to światu. Pozwolisz innym, obcym ludziom na
spojrzenie w Twoje wnętrze, narażając się na krytykę. Nie zawsze usłyszysz miłe, ciepłe słowa. Być
może ktoś spróbuje wyśmiać Twoją pracę, być może doprowadzi do tego, że poczujesz się podle.
Pomyślisz nawet, że to był błąd, największy błąd w Twoim życiu i że nie warto było otwierać się przed
innymi. Lecz pamiętaj, że znajdą się ludzie, którzy odczytają Twoje intencje, docenią Twoją odwagę
i szczerość i postarają się przekazać tą wiadomość jak największej liczbie osób. Kto wie, może z czasem
staniesz się sławnym pisarzem lub poetą. O Twoich książkach i poematach będzie huczeć na całym
świecie, a Ty pomyślisz wówczas, jak to dobrze, że odważyłem się złapać pióro do ręki i przekazać
kawałek siebie całemu światu.
ZA WASZ WYSIŁEK DZIĘKUJEMY
poruszeni Jurorzy

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful