You are on page 1of 79

Ta lektura, podobnie jak tysice innych, jest dostpna on-line na stronie

wolnelektury.pl.
Utwr opracowany zosta w ramach projektu Wolne Lektury przez fundacj Nowoczesna Polska.

JANUSZ KORCZAK

Kiedy znw bd may


d

ie

na m zy

zy e ni a
wiada ie
y na b wanie z ie mi
a ie zn
wi ie
m imy i zni a d i

ni a
y a na ina
zy
y i ie i
e
e m imy i w ina d i
z
ina wy i a na a a
awa i a
eby nie azi

m de zy e ni a
wie i e nie ma ie awy
zy d e
ba wie i y
i zne
ie y
i zna e
a
ie y a e eden y
ae
e
e
psyche zna zy
dusza
wi i
i ie e w d zy z wie a
zym my i
z e

To tak byo:
Le raz w ku i nie pi. Ale przypominam sobie, e jak byem may, czsto mylaem, co bd robi, gdy urosn.
Rnie ukadaem.
Jak bd duy, zbuduj domek dla roicw.
I ogrdek bd mia. eby w ogrdku nasai drzewek: grusz, jaboni i liwek. Zasiej kwiaty. eby, jak jedne kwiaty widn, inne zaczynay kwitn.
Nakupi ksiek z obrazkami albo bez obrazkw, tylko eby byy ciekawe.
Kupi farby, owki kolorowe, bd rysowa, malowa. Co zobacz, bd rysowa.
Bd pielgnowa ogrdek i altank wybuduj. W altance postawi krzeso, fotel
z porczami. Altanka bie obronita ikim winem, a jak ojciec wrci z roboty, niech
siei wygodnie w cieniu. Naoy na nos okulary i bie czyta gazet.
A mama znw bie miaa kury. I bie gobnik wysoko na palu, eby si kot
albo inny szkodnik nie zakrad.
I krliki bd.
Bd mia srok, naucz j mwi.
Bd mia kuca i trzy psy.
Raz chc mie trzy psy, a raz cztery. Nawet wieiaem, jak je bd nazywa. Zreszt
niech bd trzy: dla kadego po jednym. Mj bie Bekas, a mama i ojciec niech nazw,
jak im si bie podobao.
Dla mamy may, pokojowy piesek. A jak woli kota no to kot. Albo i pies, i kot.
Przyzwyczaj si, z jednej miseczki bd jady. Piesek czerwon wsteczk, kot niebiesk.
Raz si nawet pytaem:

Mamo, czy czerwona wstka lepsza dla psa, czy dla kota?
A mama powieiaa:
Znw spodnie podare.
Ojca si zapytaem:
Czy kady staruszek musi mie aweczk pod nogi, jak siei?
Ojciec powieia:
Kady ucze powinien mie dobre stopnie i nie sta w kcie.
No i przestaem si pyta. Ju potem sam wszystko.
Moe psy bd do polowania. Pjd na polowanie, przynios do domu, mamie oddam.
Nawet ika upoluj, ale nie sam z kolegami. Moi koley take ju bd duzi.
Biemy choi si kpa. Zrobimy dk. Jak roice zechc, bd ich wozi.
Gobi bd mia duo. Listy bd pisa i przez gobie wysya. To bd gobie
pocztowe.
Z krowami byo tak samo. Raz myl, e jedna wystarczy, raz dwie.
Wic jak mamy krowy, to ju jest mleko, maso, ser. A kury nanios jajek.
Pniej bd ule. Pszczoy, mid. Mama namarynuje dla goci liwek na ca zim
i nasmay powide.
Bie las. Pjd do lasu na cay ie. Wezm wszystkiego na cay ie, pjd
zbiera jagody, poziomki, a potem na grzyby. Nasuszy si grzybw i bie.
Narbi drzewa duuuuo, na ca zim. eby byo ciepo.
Studni trzeba wykopa gbok, a do wody czystej, rdlanej. Ale rne rzeczy trzeba
kupowa: buty, ubranie. Ojciec bie stary, nie moe duo zarabia. Wic ja.
Zaprzgn konia i zawioz na targ owoce, jarzyny, wszystko, co niepotrzebne. A co
potrzebne przywioz. Bd si targowa i tanio kupi.
Albo nao jabek do koszw, pojad do dalekich krajw okrtem. W ciepych krajach s gi, daktyle, pomaracze, wic im si znuiy. I kupi jabka. A ja ich owoce.
Przywioz papug, mapk i kanarka.
Sam ju nie wiem, czy wierzyem w to wszystko. Ale przyjemnie byo tak sobie w gowie ukada.
Czasem nawet wieiaem, czy ko bie gniady, czy kary. Bo na przykad wi
jakiego konia i myl: O, takiego bd mia, jak urosn. A potem zobacz innego
i myl: Nie, taki bie lepszy. Albo: Niech bd dwa i ten, i ten.
A wezm i znw inaczej.
e bd nauczycielem. Zbior lui i powiem:
Trzeba dobr szko wybudowa. eby nie byo tak ciasno, eby jeden drugiego
nie pcha, nie depta, nie potrca.
Przycho ieci do szkoy, a ja si pytam:
Zgadncie, co biemy robili?
Jeden powie:
Pjiemy na wycieczk.
Drugi mwi:
Bd przezrocza.
I to, i sio.
A ja:
Nie, nie; wszystko to te bie, ale i co waniejszego.
A jak si uspokoj, dopiero:
Szko wam zbuduj.
I wymylam rne przeszkody. e niby szkoa ju prawie gotowa, a tu si zawalia albo
poar. Trzeba znw zacz; ale na zo jeszcze lepsz buduj.
Zawsze mylaem z przeszkodami. Jak jad okrtem to burza. Jak jestem woem
naprzd przegrywam, a na kocu dopiero zwycistwo.
Bo nui si, jeeli si wszystko od samego pocztku udaje.
Wic przy szkole jest lizgawka, wic s rne obrazki, mapy, przyrzdy, gimnastyka,
wypchane zwierzta.
Nadcho wita, a tu si zebrali przed szko chopcy i iewczta i krzycz:
Prosz wpuci! Nie chcemy wit, chcemy choi do szkoy!

Kiedy znw bd may

Wony si z nimi kci, ale nie pomaga. A ja sie w kancelarii, nic nie wiem, bo
pisz rne papiery A tu wchoi wony. Zastuka i wchoi.
On zastuka. Ja mwi:
Prosz.
No i mwi:
Prosz pana, ieciaki zrobiy bunt, nie chc witowa.
A ja:
Nie szkoi, zaraz je uspokoj.
Wycho miej si nie gniewam. Tumacz:
Jak wita to wita. Nauczyciele musz odpocz. Bo jak s zmczeni, gniewaj
si i krzycz na ieci.
Rada w rad: e bd przychoiy si bawi na podwrku, ale porzdku niech same
pilnuj.
Rnie mylaem, co bd robi, gdy urosn.
Raz, e bie tylko ojciec i mama, a raz, eby mie on. eby na wasnym gospodarowa.
al mi si z roicami rozczy, wic mieszkamy razem, tylko przez sie. Po jednej
stronie roice, po drugiej ja z on. Albo niech bd dwa domki w ssietwie. Bo luie
wiekowi lubi spokj. Jak si po obieie poo, eby ieci nie przeszkaay. Bo ieci
lataj, tupi, stukaj, krzycz, haasuj.
Kopot mam z iemi, bo nie wiem, czy chcie samych chopakw, czy i iewczynk.
Czy lepiej, eby chopiec by starszy, czy ona.
ona mogaby by taka jak moja mama, a ieci sam nie wiem. Czy chc, eby
dokazyway, czy maj by spokojne i co im pozwoli robi? No eby cuego nie
ruszay, papierosw nie pali, nie mwi brzydkich wyrazw, eby si nie biy i nie baro
kciy.
A co zrobi, jak si pob, nie zechc si sucha albo szkod jak wyrz?
Czy maj by wiksze, czy mae?
Rozmaicie myl.
Raz chc by duy jak Micha, raz jak wuj Kostek, raz jak tatu.
Raz chc by duy na zawsze, a raz tylko na prb. Bo moe z pocztku bie mi
przyjemnie, a potem znw zechc by may?
I mylaem mylaem, a naprawd urosem. Ju mam zegarek, wsy, biurko z szuadami, wszystko mam jak doroli. I naprawd jestem nauczycielem. I nie jest mi dobrze.
Nie jest mi dobrze.
ieci nie uwaaj na lekcjach, musz si cigle gniewa. Duo mam rnych zmartwie. Ojca ani mamy ju nie mam.
Wic dobrze.
Zaczn teraz myle na odwrt:
Co bym robi, gdybym znw kiedy by ieckiem. Nie takim zupenie maym, ale eby choi do szkoy, znw bawi si z chopakami. eby tak nagle obui si i zobaczy:
Co to si stao? Czy mi si tylko ni, czy naprawd?
Patrz na rce, iwi si. Patrz na swoje ubranie, iwi si. Wyskakuj z ka, lec
do lustra. Co to si stao?
A tu mama pyta:
Wstae ju? Prdko si ubieraj, bo si spnisz do szkoy.
Gdybym znw by ieckiem, chciabym pamita, wieie, umie wszystko, co teraz
wiem i umiem. I eby nikt si nie domyla, e ju byem duy. A ja niby nic. Udaj, e
jestem takim samym chopakiem jak wszyscy, mam ojca i mam i cho sobie do szkoy.
Tak byoby najciekawiej, najlepiej. Przygldabym si tylko i tak by byo miesznie, e
mnie nikt nie poznaje.

Wic raz le w ku nie pi i myl:


Gybym by wieia wtedy, wcale nie chciabym urosn. Sto razy lepiej by ieckiem. Doroli s nieszczliwi. Wcale tak nie jest, e doroli mog robi, co chc. Nam
Kiedy znw bd may

mniej jeszcze wolno ni ieciom. Cisze mamy obowizki. Wicej mamy zmartwie.
Rzaiej mamy myli wesoe. Ju nie paczemy to prawda ale chyba dlatego, e nie
warto paka. My tylko ciko wzdychamy.
I westchnem.
Westchnem ciko, gboko: e ju trudno przepado. Nikt nic nie porai.
Nigdy ju ieckiem nie bd. Nic tu al nie pomoe.
Ale jak tak westchnem, zrobio si nagle ciemno. Zupenie ciemno. Nic nie wi.
Tylko dym jaki. A w nosie krci.
Zaskrzypiay drzwi. Przestraszyem si. Jakie malukie wiateko si pokazao. Jak
gwiazdka.
Kto to?
A gwiazdka pynie przez ciemno i coraz bliej do mnie. Ju koo ka, ju na
poduszce.
Patrz a to maleka latarka. A na poduszce stoi may czowieczek A na gowie
ma czerwony, wysoki kapelusz. I siw brod. No, krasnoludek. Tylko zupenie may
jak palec.
Jestem.
Umiecha si i czeka.
I ja si umiechnem. Bo mylaem, e mi si tak ni. Dorosemu te si czasem
przyni iecinny sen e a si iwi, skd to si wzio.
A krasnoludek mwi:
Wezwae mnie, wic przybyem. Czego chcesz? Tylko prdko!
On nie mwi, tylko jako wierka. Ale cicho, cichutko. A ja sysz i rozumiem.
Wezwae mnie mwi a teraz nie wierzysz.
I zacz buja latark: w prawo, w lewo, w prawo, w lewo.
Nie wierzysz mwi. Dawniej luie zajmowali si czarami. Teraz w czarnoksinikw, w krasnoludki i wrki wierz tylko ieci.
Buja latark i kiwa gow. A ja boj nawet ruszy.
Powie jakie yczenie. Sprbuj. Co ci to szkoi?
Poruszyem ustami, eby si go zapyta, a on ju si domyli ju wie.
Wezwae mnie Westchnieniem Tsknoty. Luie myl, e zaklcia to koniecznie musz by wyrazy. A nie, a nie, a nie!
Kiwa gow, e nie. Przestpuje z nogi na nog. Tak miesznie. I latark swoj w prawo
i w lewo. A ja czuj, e ju zasypiam. I oczy szeroko otwieram, eby nie zasn. Bo mi
szkoda.
No, patrz mwi krasnoludek patrz, jaki ty uparty! piesz si, bo sobie
pjd. Mnie nie wolno by dugo. Biesz potem aowa.
Ju nawet chc powieie yczenie, ale nie mog. Moe ju jest tak na wiecie, e
atwo mwi, jeli si tak sobie pragnie, a trudno, jeli chce baro.
Wi, e krasnoludek zmartwiony. al mi go. Ale nie mog.
No, pozosta w spokoju. Szkoda.
I ju odchoi. I teraz dopiero powieiaem cicho i prdko:
Chc znw by ieckiem.
Wrci zakrci si jako i latark prosto w oczy. I co powieia, ale nie
syszaem. Nie wiem, jak wyszed. A kiedy si rano obuiem, pamitaem wszystko.
Rozgldam si ciekawie po pokoju.
Nie, nie nio si wcale.
Prawda.

Nic nie mwi nikomu, e byem dorosy, udaj, e zawsze byem chopcem, i czekam,
co z tego bie. Tak mi iwnie i miesznie. Patrz i czekam.
Czekam, a mama mi chleb ukraje, niby e sam nie mog. Pyta si mama, czy lekcje
odrobiem. Mwi, e tak, ale naprawd to nie wiem.

Kiedy znw bd may

Wszystko jak w bajce o picej krlewnie, a nawet gorzej. Bo krlewna sto lat spaa,
ale wszyscy razem z ni spali i razem si obuili: i kucharze, i muchy caa suba
nawet ogie na kominie. I obuili si tacy sami. A ja obuiem si zupenie inny.
Spojrzaem na zegar, ale zaraz si odwrciem, eby si nie zdrai. Bo moe tamten
chopak nie zna si na zegarze?
Ciekawy jestem, jak te bie w szkole, jakich tam spotkam kolegw. Czy zauwa
co, czy bd myleli, e ju dawno cho do szkoy? iwne, e wiem, do ktrej szkoy
mam i, na ktr ulic. Wiem nawet, e nasza klasa jest na pierwszym pitrze, a sie
na czwartej awce koo okna. A koo mnie Gajewski.
Id tak maszeruj. Wymachuj rkami. Lekki jestem, wyspany. Zupenie inaczej, ni kiedy byem nauczycielem. Rozgldam si na wszystkie strony. Uderzyem rk
w szyld blaszany. Nie wiem, po co to zrobiem. Zimno, a para iie z ust. Umylnie chucham, eby szo wicej pary. Przychoi na myl, e mog zagwizda jak lokomotywa,
dmucha par i biec zamiast choi. Ale si jako wsty. No a waciwie czego?
Na to przecie chciaem znw by ieckiem, eby mi byo wesoo.
Ale od razu nie mona. Trzeba si naprzd wszystkiemu przyjrze, dopiero potem.
Id chopcy i uczennice, id i doroli. Patrz, kto weselszy. Ci spokojni i ci spokojni.
Prawda: na ulicy nie mog dokazywa. Zreszt jeszcze si nie rozruszali. Ja co innego:
pierwszy ie dopiero zaczynam by ieckiem, wic mi wesoo.
I jako iwnie. Jakbym si czego wstyi.
To nic. Pierwszego dnia tak by musi. Potem si przyzwyczaj.
A zobaczyem duy wz. A ko nie moe urai. Widocznie le podkuty, bo mu
si nogi lizgaj. Paru chopcw stoi i patrzy. I ja przystanem.
Ruszy z miejsca czy nie?
Rozcieram uszy, tupi, bo nogi marzn; ju chc, eby ruszy, eby si skoczyo
A szkoda mi odej, dopki nie zobacz. Zawsze to ciekawe: bo moe si ko przewrci
i jak sobie wonica porai? Gdybym by duy, przeszedbym obok obojtnie, pewnie
bym wcale nie zauway. A e jestem chopakiem, wic mnie to ciekawi.
Patrz, jak doroli tylko nas odsuwaj z drogi, bo im przeszkaamy. Czego si tak
piesz?
No, nic. Wz ruszy nareszcie i przycho do szkoy.
Wieszam palto do swojej klasy. A tam ju mwi, e Wisa stana.
i w nocy.
Tamten mwi, e nieprawda. Kc si. Waciwie nie kc si, ale spieraj.
Jeden mwi:
Patrzcie go! Pierwszy mrz i ju mu Wisa stana! Kra to moe pynie.
Wanie, e nie pynie.
E, gow zawracasz!
Jeszcze si paru przyczyo. Dorosy na pewno powieiaby, e si kc. Bo racja; ten
mwi: Gupi jeste, tamten mwi: Frajerze. Od Wisy przeszli na nieg. Czy bie,
czy nie? A to, e dym z komina iie w gr, wic nie bie niegu. A to, e po wrblach
mona pozna, czy bie nieg. Ktry tam mwi, e wiia barometr.
I znowu:
Gupi jeste.
Ty za to mdry!
Kamiesz!
Moe ty kamiesz?
Nie wszyscy bior uia w ktni. Bo inni stoj, sami nic nie mwi, tylko suchaj.
Ja si te przysuchuj i przypominam sobie, e i doroli w cukierni te kc si czsto
nie o nieg, ale o polityk. Zupenie tak samo. Nawet mwi tak samo:
Za si pan, e prezydent nie przyjmie dymisji.
A tu:
Za si, e niegu nie bie.
Nie mwi: Gupi kamiesz spieraj si delikatniej, ale te jest haas.
Ale tak stoj sobie, a wpada Kowalski.
Te, suchaj, napisae przykady? Poycz mi, to sobie przepisz. Wczoraj gocie byli
u nas. A moe pani bie sprawaa.
Kiedy znw bd may

Ja nic: rozkadam teczk i patrz, co si tam ieje w zeszycie. Jakby to byo nie moje,
a tego jakiego chopca, ktry wczoraj za mnie lekcje odrabia.
A tymczasem jest wonek. On nie czeka, a sam pozwol, tylko apie i leci na swoj awk. A mnie przychoi do gowy, e jeeli przepisze tak samo, pani moe pozna
i pomyli, e to ja cignem. Jeszcze mnie do kta postawi.
mieszne mi si wydao, e bd sta w kcie.
A Winiewski si pyta:
Czego si miejesz?
Co mi si przypomniao mwi i dalej si miej.
A on:
Wariat. mieje si, sam nie wie z czego.
Ja mwi:
Wariat nie wariat. Moe wiem, z czego si miej, tylko ci nie chc powieie.
A on:
Ho, ho, jaki ty tajemniczy.
I odszed obraony.
iwi si, e wiem, jak oni si nazywaj, przecie ich pierwszy raz wi i oni mnie
take. Zupenie jak we nie.
Tymczasem wchoi pani, a Kowalski zeszytu nie odda. Woam cicho: Kowalski
Kowalski, ale nie syszy albo udaje. A pani mwi:
Czego si krcisz? Sied spokojnie!
Myl sobie: No, zarobiem pierwsz uwag w szkole od nauczycielki.
A sie niespokojnie, bo nie mam zeszytu.
Schowaem si za tego, co przede mn, i czekam, co bie.
Boj si. Nieprzyjemnie si ba. Gdybym by dorosy, nie babym si. Nikt by ode
mnie nie przepisywa przykadw. A e jestem uczniem i kolega poprosi, nie mogem
przecie odmwi. Zaraz by powieia, e nieuyty, samolub. Powieiaby: chytry, e
chc, eby pani tylko mnie chwalia, e dobrze napisaem przykady.
Chyba bd najlepiej si uczy, bo raz ju szko koczyem. Troch zapomniaem,
ale co innego sobie przypomina, a co innego uczy si wszystkiego na nowo.
Pani tumaczy gramatyk, a ja dawno ju umiem. Pani kae nam pisa, ja raz-dwa
napisaem. I sie. Pani zauwaya, e nic nie robi, i pyta si:
A ty dlaczego nie piszesz?
Mwi:
Ju napisaem, prosz pani.
Poka no, co ty tam napisa mwi pani, ale tak, jakby zniecierpliwiona.
Ja te nie lubi, jeeli zadaem na ca goin, a napisali prej. Bo nauczyciel zada
i chce mie spokj do wonka, a oni si piesz, a potem zaczynaj rozmawia.
Wic id do pani i pokazuj.
Owszem, dobrze, ale jeden bd zrobie.
Gie? pytam si niby ziwiony.
Naumylnie zrobiem bd, eby si pani nie domylia, e ju raz szko skoczyem.
Pani mwi:
Poszukaj sam, gie jest bd. Gdyby si tak nie pieszy, moge zupenie dobrze
napisa.
Wracam na miejsce i niby szukam. Udaj, e jestem zajty. Bd musia powoli lekcje odrabia, ale tylko z pocztku. Potem, kiedy ju bd najlepszym uczniem w klasie,
nauczyciele si przyzwyczaj, e jestem zdolny.
No, ale nui mi si zaczyna. A pani si pyta:
Znalaze swj bd?
Mwi:
Znalazem.
To poka.
Pani mwi: Tak. I jest wonek.
Jak ju jest wonek, zaczyna si przerwa. Niby pauza. Dyurny wygania z klasy i okna
otwiera.

Kiedy znw bd may

Co ja te bd robi? iwne mi si wydao, e mam z chopakami si goni. Ale


probuj jak inni.
Przyjemnie, wesoo. O, przyjemnie!
Jake dawno ju nie biegaem!
Kiedy byem mody, mogem nie goni si, ale biec do tramwaju albo na dworzec.
Czasem dokazywaem z iemi u znajomych. Niby chc zapa, one uciekaj. No, tak:
kiedy byem mody. Potem ju do tramwaju si nie pieszyem. Co tam uciek mi
tramwaj, na drugi poczekam. A jak na arty goni iecko, to tylko kilka krokw, a potem
tupi na miejscu, eby postraszy. A ono ucieka i dopiero si oglda z daleka. Albo biegnie
naokoo i robi wielkie koo, a ja si krc na miejscu i udaj, e si puszcz w pogo.
Ono myli, e jakbym chcia, tobym zapa, bo ja jestem dorosy. A ja nie mog. Bo si
mam, ale mi serce zaraz mocno bi zaczyna i tchu brak. Tak, i po schodach ju wolno
wchoiem, a jak byo wysoko, odpoczem po droe.
A teraz:
P, a mi powietrze szumi i w twarz be. Spociem si, ale nic. Przyjemnie, wesoo.
A podskoczyem z radoci i zawoaem:
Aleee przyjemnie by ieckiem!
Zaraz si przestraszyem i rozejrzaem, czy kto nie sysza; bo mg pomyle, e jeli
tak si ciesz, wic moe nie zawsze byem ieckiem.
P, e mi wszystko miga przed oczami. Mcz si, to prawda. Ale wystarczy przystan na chwil, westchn par razy i znw mog, ju odpoczem dalej!
Dobrze si stao, e znw sobie latam, a nie tak: czap czap, krok za krokiem.
O dobry krasnoludku, jake ci jestem wiczny!
Bo dla nas bieg jest jak konna jazda, galopem, z wichrem w zawody. Nic si nie
wie, nie myli, nie pamita, nawet nie wii tylko si czuje ycie, pene ycie. Czuje
si, e jest powietrze we mnie i wokoo.
Goni, uciekam wszystko jedno. Prej!
Upadem. Stukem kolano. Zabolao. I wonek.
Szkoda. eby jeszcze troszeczk. eby jeszcze minutk.
Kto prej: ty czy ja?
Ju nie boli noga. Znw wiatr be w oczy, w twarz, w puca. Znw p bez opamitania, eby by pierwszy. Cudem wymam chopcw, zdobywam przeszkody. Prg
rka za porcz i w gr po schodach. Nie ogldam si, ale czuj, e zosta z daleka.
Zwyciam.
I z caego rozmachu w wskim korytarzu bc na kierownika! Mao si nie przewrci.
Wiiaem, e kierownik stoi, ale si ju nie zdyem zatrzyma. Zupenie jak maszynista, szofer czy motorniczy. W tej chwili zrozumiaem, e niesusznie ich oskaraj.
Przygoda, nieszczcie, ale nie wina. Moe naprawd wyszedem z wprawy? Boe mj
tyle lat, tyle lat!
Mogem si wcisn miy chopakw, bo wszyscy lecieli. Ale ja dopiero pierwszy
ie jestem znowu uczniem.
Wic stanem jak gupi. Nawet nie powieiaem przepraszam. A kierownik zapa
mnie za konierz i trzchn, a gowa mi zalataa. Ale zy taki, e nie wiem.
Jak si nazywasz, urwisie?
Ja w strachu. Serce mi tucze, sowa nie mog wymwi. Wie on, e nienaumylnie, wic powinien przebaczy. Ale znw tak z rozmachu pchn kierownika? Mg si
przecie przewrci, uderzy. Chc co przemwi, ale dr cay i jzyk mi skoowacia.
A pan znw mn trzchn i krzyczy:
Odpowiesz ty mi wreszcie czy nie? Pytam si, jak twoje nazwisko!
A tu naokoo taka si kupa zebraa. I patrz. A mnie wstyd, e zbiegowisko. Akurat
pani przechoia, zapia do klasy. Zostaem sam. Spuciem gow jak zbrodniarz.
Chod do kancelarii.
Powiadam cicho:
Pan kierownik pozwoli, e si usprawiedliwi.
A kierownik:

Kiedy znw bd may

Co tam mi biesz duo opowiada! Jak si pytaem o nazwisko, czemu nie odpowieiae od razu?
Ja:
Bo si wstyiem, e wszyscy stoj i patrz.
A lata jak nieprzytomny to si nie wstyisz? Przyjd jutro z matk.
Zaczem paka. zy same lec. Jak groch. A w nosie od razu mokro.
Pan kierownik popatrza, al mu si wida zrobio.
No, wiisz powiada niedobrze za duo dokazywa, bo si potem pacze.
Gdybym teraz przeprosi, wi, e by przebaczy. Ale si wsty przeprosi. Ju chc
powieie: Niech mnie pan inaczej ukarze, bo po co mam martwi. C, kiedy nie
mog, zy przeszkaaj.
No, id do klasy, bo si lekcja zacza.
Ukoniem si. Id, znw si wszyscy patrz. I pani si patrzy. A Marylski mnie z tyu
trca:
No, co?
Ja nic, a on znw:
Co ci powieia?
Zy jestem. Czego si czepia, co to go obchoi?
Pani mwi:
Marylski, prosz nie rozmawia.
Pani wida te chciaa, eby mi da spokj. Pani wii, e mam zmartwienie, wic
przez ca goin nic si nie pytaa.
A ja sie i myl. Duo mam do mylenia. Sie, nie sucham, nie wiem, o czym
mwi. A to akurat arytmetyka. Oni podcho do tablicy, pisz, wycieraj. Pani wzia
kred, mwi co, objania. Ja gorzej ni guchy. Bo nie sysz i nie wi take. I nawet
nie udaj, e wiem, Pani moga od razu pozna, e nie uwaam. Musi by dobra, bo inna
na zo by wyrwaa. Teraz ju rozumiem, e u ieci, jak si co jedno nie uda, to si
zaraz nawali i to, i to, i to. Od razu czowiek traci wiar w siebie. A powinno by tak, e
jeden krzyczy, drugi powinien pochwali, zachci, pocieszy. I czy trzeba krzycze? Bo
ja wiem? Moe trzeba, moe nie.
A jak ja robiem, kiedy byem nauczycielem? Rozmaicie bywao. No, tak: nagle wpadem na kierownika i on nagle za kark mnie zapa. Co mg zrobi innego? Rozzoci
si, potem si uspokoi. Czy przebaczy?
Powieia:
Id do klasy.
I nie wiem, czy mam jutro przyj z mam, czy nie.
I tak sobie myl:
Zaledwie kilka goin jestem ieckiem i jak wiele przeyem. Dwa razy najadem
si strachu: raz, e mi zeszyt zabra byo nieprzyjemnie; drugi raz z panem kierownikiem. I jeszcze si nie skoczyo, i sam nie wiem, co robi.
Najadem si wstydu, kiedy mnie jak zoieja jakiego za konierz trzymali. Przecie dorosego nikt nie apie, nie trzsie, kiedy nienaumylnie potrci. Prawda, e doroli
ostronie cho, ale si zdarza.
No i ieciom wolno przecie biega. A jeli wolno, kto powinien by ostroniejszy:
czy ja, may chopak, czy dowiadczony pedagog?
iwne, e mi to do gowy nigdy nie przychoio, kiedy byem duy.
Zaledwie kilka goin jestem ieckiem i ju pierwsze zy. Bo niedugo, ale pakaem.
I teraz nawet, cho mam oczy suche, ale w sercu mam tyle alu.
I jeszcze nie koniec. Przecie si przewrciem. Opuciem poczoch, patrz: skra
na kolanie starta nie krew, ale boli. Nie boli nawet, ale dolega. Wprzd nie czuem,
ale teraz, kiedy sie spokojnie i mam zmartwienie
Dopiero dwie goiny jestem uczniem, ju mi pani zwrcia uwag, ebym si nie
krci i sieia spokojnie. A co by byo, gdyby wieiaa, e daem przepisa przykady?
Co by byo, gdyby teraz pani powieiaa powtrz.
Nie uwaam. No, nie uwaam. A w klasie nie tylko trzeba sieie spokojnie, ale
trzeba sucha, wieie, co si ieje.

Kiedy znw bd may

Wic i oszust, i nieprzytomny, i nieuwany, a wszystko tylko dlatego, e znw jestem


ieckiem. A jeeli tak, moe lepiej byo zosta dorosym?
I al mi si zrobio konia, ktry nie mg urai wozu, bo by le podkuty, a wz by
ciki i nogi mu si na loie lizgay.
Pomylaem chwil o koniu i wracam do swego:
Czy mi lepiej byo, kiedy byem duy? Moe kierownik przebaczy? Po korytarzu bd
ju choi ostronie. Moe naprawd w nocy nieg spadnie? A tak mi tskno do niegu,
jakby mi by bratem roonym.
Akurat patrz przez okno, wichura zasonia soce. Nie pamitam, czy oni si w kocu zaoyli, e nieg bie pada. I pomylaem, e w Ameryce luie doroli te lubi
si o wszystko zakada.
Moe naprawd ieci nie tak baro si rni od dorosych, tylko inaczej yj i inne
maj prawa?
A za oknem chmura jeszcze wiksza czarna. I przyszo mi do gowy:
iecko to tak jak wiosna. Albo soce, pogoda i ju baro wesoo i piknie. Albo nagle burza, bynie, zagrzmi i piorun uderzy. A dorosy jakby we mgle. Smutna
mga go otacza. Ani duych radoci, ani duych smutkw. Szaro i powanie. Bo przecie pamitam. Nasza rado i smutek pi jak wicher, a ich si tylko snuje. Przecie
pamitam.
Podobao mi si to porwnanie. Tak, gdybym nawet mg znw si zamieni, wolabym jeszcze sprbowa.
I tak mi si cicho, przyjemnie zrobio. Tak cicho, jak kiedy si wyjie w pole wieczorem, a wietrzyk agodnie gaszcze po twarzy, jakby kto rk dotyka. Ale na niebie
gwiazdy. I wszystko pi. I tylko zapach pola i lasu.
Priutko mi ta goina zleciaa. Jeli bd jeszcze nauczycielem, nigdy nie bd
wyrywa ucznia, ktry ma zmartwienie. Niech myli, niech si uspokoi, niech sobie odpocznie.
A drgnem cay, kiedy zawonili.
I zaraz zaczli si czepia:
Dlaczego pakae? Co kierownik mwi?
Doroli mwi, eby si nie bi. Myl, e si dla przyjemnoci bemy. Owszem, s
silni awanturnicy, ktrzy szukaj zaczepki ze sabszym. Unikamy ich, ustpujemy. Ale
to ich wicej rozzuchwala. Kiedy przebierze si miarka, musimy wreszcie da nauczk.
Na szczcie nie ma ich wielu. S oni trucizn, przeklestwem naszym. I mieszne, e
doroli oskaraj wszystkich wanie przez nich. Doroli nie wie, co to jest wtrcalski
albo smoa, ktry najagodniejszego potra do wciekoci, do rozpaczy doprowai.
No, mam zmartwienie. Przecie kady sam si domyla, co kierownik mg mi powieie, jak go mao nie obaliem. Po co si pyta?
Co? Jak?
I eby jeden. Nie. Od jednego si odczepie, drugi podchoi i od pocztku.
Przecie wi, e nie chc mwi. Nie znam si z nim, prawie z nim nie rozmawiam
nigdy i ten te:
Wpade na kierownika. Kaza ci pewnie przyj z matk?
Nie pozwol czowiekowi by smutnym. Tak dugo bd leli, a ze smutnego zrobi
si zy.
Pierwszemu odpowiadam spokojnie. Drugiemu zniecierpliwiony:
Odejd.
Trzeciemu:
Odczep si!
Czwartego odpycham.
Teraz podchoi Winiewski. Ju rano nazwa mnie tajemniczym i wariatem. A teraz
chce, ebym mu opowiada.
No co? Czego pakae? Baro ci zruga? Trzeba byo powieie, e pchnli.
Jak chcesz, to sam sobie kam mwi.
I zaraz poaowaem.
Ooo, jaki prawdomwny! Patrzcie, chopcy, Prawiwca znalazem!
Chc odej, a on zatrzymuje.
Kiedy znw bd may

Poczekaj, czego si tak spieszysz?


Nie puszcza, iie obok i poszturchuje.
Wziem i odepchnem. A on jeszcze wicej.
Tylko si znowu tak nie pchaj, bo to nie twoja szkoa. Myli, e jak go pani
pochwalia, e zrobi jeden bd, to mu si ju wolno rozba.
W pierwszej chwili nawet nie wieiaem, co wygaduje. Potem dopiero zrozumiaem.
Ju podcho do drzwi, a on nie puszcza.
Mae ii mwi. Spaka si iiu. Popakaa si panieneczka.
I brudn ap chce mnie po twarzy.
Ju si zamachnem. A on silny, ten Winiewski. Ale taki ju byem zy, e wszystko
jedno: co bie, to bie. Jakby si bjka zacza, i on by te dosta.
A teraz pytam si, co by powieia kierownik, gdyby przypadkiem przechoi i zobaczy. Rozumie si, ja winien. Przecie ju raz zwojowaem, teraz znw. Ju mnie bie
pamita. Niech si potem co stanie, zaraz bie mnie podejrzewa.
Bom obuz:
Ju ja ciebie znam. Ju ty nie pierwszy raz.
Kiedy byem nauczycielem, przecie tak samo mwiem.
Ale na szczcie pani wchoi do klasy, eby sprawi, czy wyszli.
Wyjdcie, chopcy! Idcie sobie polata.
A on, ten bezwstydny, jeszcze si skary:
Prosz pani, chciaem wyj, a on mnie nie puszcza.
Takie poczuem do niego obrzyenie, e tylko splun.
No, idcie ju, idcie!
Przymruy jedno oko, tak jako usta wykrzywi i jak bazen, szeroko rozstawiajc
nogi, wyszed, a ja za nim.
Na podwrko ju nie wycho, tylko czekam, eby si pauza skoczya.
Podchoi Mundek. Popatrza chwil i cicho:
Nie chcesz wyj si pobawi?
Mwi:
Nie.
Znw posta, popatrzy, czy chc z nim rozmawia.
Ten co innego; mwi mu: tak i tak.
Nie wiem, czy mi przebaczy.
Pomyla chwil.
Musisz si przepyta. W zoci tak powieia. Wejd do kancelarii pewnie
zapomnia.
I byy rysunki.
Pani mwi, eby kady rysowa, co chce: li jaki albo zimowy krajobraz, albo co chce.
Bior owek: co by tu narysowa?
A nigdy si nie uczyem. Jak byem duy, te nie baro umiaem. W ogle za moich
czasw niedobre byy szkoy. Surowo byo i nudno. Nic nie pozwalali. Tak byo obco,
zimno i duszno, e kiedy si pniej nia, zawsze si spocony buiem i zawsze szczliwy,
e sen, a nie prawda.
Nie zacze jeszcze? pyta si pani.
Myl, jak zacz.
A pani od rysunkw ma jasne wosy i miy umiech. Spojrzaa mi w oczy i powiada:
No, myl sobie, moe co adnego wymylisz.
I sam nie wiem dlaczego, ale powieiaem:
Narysuj szko, jaka bya dawniej.
A ty skd wiesz, jaka bya?
Ojciec mi opowiada.
Musiaem skama przecie.
Dobrze mwi pani to bie baro ciekawe.
Myl:
Uda si czy nie uda? Przecie chopaki te niewielcy malarze.
Rysuj niezgrabnie, ale nic najwyej bd si mieli. Niech si miej.

Kiedy znw bd may

S obrazy, ktre si skadaj z trzech: jeden we rodku, a dwa po bokach. Kady inny,
ale stanowi cao. Nazywa si tryptyk taki obraz.
Poieliem stronic na trzy czci. Na rodku narysowaem pauz. Jak chopcy si
goni, a jeden co zbroi, bo nauczyciel rwie go za ucho, a on si wyrywa i pacze. A ten
go trzyma za ucho i tak jakby szpicrut wali po plecach. Chopak nog podnis w gr,
zupenie jakby wisia w powietrzu. A inni patrz: gowy pospuszczali, nic nie mwi, bo
si boj.
To byo we rodku.
Na prawo narysowaem klas: jak nauczyciel daje lini apy. Tylko jeden lizuch z pierwszej awki si mieje, a innym al.
A na lewo daj ju prawiwe rzgi. Chopiec ley na awce, wony trzyma za nogi. A nauczyciel kaligrai, z brod, podnis rk do gry i rzg. Taki mroczny, jakby
wizienny obraz. Takie ciemne to daem.
Na grze napisaem: Tryptyk dawna szkoa.
Jak miaem osiem lat, ja do tej szkoy choiem. To bya moja pierwsza szkoa pocztkowa, nazywaa si przygotowawcza.
Pamitam, jeden chopiec dosta wtedy rzgi. Nauczyciel kaligrai go bi. Tylko nie
wiem, czy nauczyciel nazywa si Koch, a ucze Nowacki, czy ucze Koch, nauczyciel
Nowacki.
Strasznie si wtedy baem. Tak mi si jakby zdawao, e jak jemu skocz, to mog
mnie zapa. I wstyiem si okropnie, bo go bili na goo. Wszystko mu poodpinali.
I przy caej klasie, zamiast kaligrai.
Brzyiem si potem chopca i nauczyciela. A potem, jak si tylko kto gniewa albo
krzykn, zaraz czekaem, e bd bili.
Ten Koch czy Nowacki nie by porzdny. Kiedy by porzdkowy, zamiast gbk zamoczy pod studni, wzi i na ni narobi. A potem jeszcze si chwali, rozpowieia
wszystkim.
Nauczyciel wchoi, kae tablic wytrze, bo byo namazane. Nikt nie chce. Wic si
rozzoci i sam bierze gbk. I nie wiem, czy si zaczli mia, czy jak, do, e powieieli.
I za to dosta rzgi.
Byem wtedy zupenie may i niedugo do tej szkoy choiem. A wi wyranie,
jakby wczoraj dopiero. I czuj tak samo wszystko. I rysuj, a mi owek lata. A si
iwi.
Gwki uczniw wycho mae, ale staram si, eby kada bya inna, eby zna byo
grymas na twarzach. I eby kady by inny: jeden oparty, jeden przystan. Siebie te
narysowaem, ale nie w pierwszym rzie.
Rysuj, a uszy pal: tak gorco, jakbym si goni.
Rysowaem w natchnieniu.
Byem ju raz dorosy, wic wiem, co si nazywa natchnienie. Mickiewicz napisa
w natchnieniu m wiza . Prorocy kazali w natchnieniu.
Natchnienie to kiedy trudna robota nagle robi si atwa. I ogromnie przyjemnie
wtedy rysowa czy pisa albo tylko wycina czy majstrowa. Wszystko si wtedy udaje
i nawet nie wie si, jak to si robi. Jakby samo, jakby kto za mnie robi, a ja tylko
patrz. A kiedy skocz, iwi si, jakby bya nie moja robota. I jestem zmczony, ale
zadowolony, e mi si dobrze udao.
I ja mam natchnienie, nie wiem wcale, co si wokoo mnie ieje.
Zdaje mi si, e ieci czsto robi w natchnieniu, tylko im przeszkaaj.
Na przykad, opowiadasz co albo czytasz, albo piszesz. I wychoi dobrze. Albo od
razu zrozumiae zadanie. Nawet moe by jaki bd, ale to nie bd albo baro may.
A tu ci nagle przerw, ka poprawi, powtrzy, co jeszcze doda, objani. I od razu
wszystko przepado. Zy jeste i ju ci si nie chce, i ju si nie uda.
Natchnienie to jakby rozmowa czowieka z Bogiem. I nikt nie ma prawa si wtrca. Bo wtedy musz by sam, eby nie wiie, nie sysze.
Teraz tak wanie byo. Pani stoi za mn, patrzy, jak rysuj, a ja nic, tylko poprawiam.
Tylko jedn kreseczk, jedn kropeczk dodam i coraz lepiej wychoi.
Pani musiaa dugo sta, tylko nie wieiaem.

Kiedy znw bd may

Dopiero patrz z daleka i znw co dodaj, ale coraz ostroniej. Bo mona zepsu,
jeeli za wiele poprawia. I jestem zmczony. I nagle poczuem. Podnosz gow, a pani
si umiecha i rk mi przyoya do policzka.
Nie lubi, kiedy mnie kto gaszcze albo dotyka. Ale teraz pani rka bya chodna
i mikka. I umiechnem si.
A pani si pyta:
Skd wiesz, e to tryptyk?
Wiem, wiiaem na obrazku, na pocztwce, w kociele.
Plcz si i jeszcze si bariej zaczerwieniem. I dopiero pani si pyta:
Czy mona?
Podaj zeszyt i mwi:
Prosz.
A pani patrzy na dawne rysunki i na ten ostatni. A Winiewski wyskoczy ze swojej
awki i take nos wsaa i mwi:
Tryptyk.
Baem si, e pani zacznie pokazywa i chwali, e dobrze. Przecie powinna zrozumie, e w takiej gromaie zawsze si znajie zazdrosny albo bazen i potem bie dokucza, wymiewa. I pani to rozumiaa, bo Winiewskiemu kazaa i na miejsce, a mnie
tylko powieiaa:
No, odpoczn sobie teraz.
Zamkna zeszyt i pooya ostronie przede mn na awce.
Ostronie i rwno.
Zaraz pomylaem, e gdybym znw by nauczycielem, tobym nie rzuca zeszytw
na awk, nie przekrela grub lini, a atrament si rozpryskuje, jeeli co le napisane.
Kadbym tak samo ostronie i rwno jak pani.
Niedugo odpoczywaem, bo si lekcja skoczya. I mam i do kancelarii. Ale kierownik stoi przy drzwiach, wic si zatrzymaem. I pani stana. Ja z boku czekam i nie
wiem, co mwi. A znw podchoi wony.
Ju dwa razy zaczem prosz pana, ale wiem, e kierownik nie syszy, bo cicho powieiaem. Jest strasznie nieprzyjemnie, jeeli si musi powieie, a wstyi si mwi.
Oni rozmawiaj o jakich tam swoich sprawach, a ja nie wiem, nie sysz. Ale kierownik zwraca si do mnie:
Id do szstego odiau i zobacz, czy tam jest globus. Tylko prdko, piorunem!
I dopiero spojrza na mnie i przypomnia sobie, bo mwi:
A nie wpadn po droe na kogo!
Pobiegem do szstego odiau, a chopcy:
Wyjedaj, po co tu wlaze?
Czy tu jest globus?
Czego ci si zachciao?
I wypycha mnie. A ja si spiesz, a on pcha. Odszarpnem si i mwi:
Pan kierownik si pyta.
A drugi nie sysza i wrzeszczy:
Jeszcze tu jeste! Wyno si, szczeniaku, pki cay!
Ju sam nie wiem, co robi. Krzycz znw:
Pan kierownik!
Co pan kierownik?
Pyta si, czy tu jest globus?
Nie ma tu nic, syszysz?
Uderzy rk po gowie i drzwi zamkn przed nosem.
Wracam, ale naprawd, to nie wiem.
Mwi:
Oni powiadaj, e nie ma.
Na szczcie akurat jeden ucze niesie ju globus. Gniewa si, e znw poami. Ani
sposb rozmwi si z kierownikiem, a nie chc odkada. Wic w takiej rozpaczy pocignem pani za rkaw. Nie pocignem, ale lekko ruszyem i mwi cicho:
Prosz pani.
A pani od razu usyszaa. Odesza ze mn par krokw, nachylia si.
Kiedy znw bd may

Czego chcesz?
Ja ju zupenie cicho:
Niech pani poprosi kierownika, eby nie woa mamy.
Tak cicho powieiaem jak do ucha. Bo niewygodnie by maym. Cigle trzeba gow
zaiera do gry Wszystko ieje si gie wysoko, nad tob.
Czuje si czowiek jakby mniej wany, poniony, saby i jaki zagubiony. Moe dlatego
lubimy sta przy dorosych, kiedy oni sie: wtedy moemy wiie ich oczy.
Za co kierownik wezwa twoj mam?
Nie wiem dlaczego, ale si wsty powieie. Przykro gupstwo takie opowiada.
Spuciem gow, a pani jeszcze wicej si nachylia.
Przecie, jak nie wiem, nie mog poprosi. Musz wieie. Baro zwojowae?
Mwi:
Nie.
Bo sam nie wiem, czy to wane.
No, powie.
Moe dlatego niechtnie opowiadamy dorosym, e zawsze si spiesz, jak z nimi
mwimy. Zawsze si zdaje, e ich nie obchoi, e tak co tylko powie, byle zby, byle
si prej odczepi. No pewnie: oni maj swoje wane sprawy, a my swoje. I my te
staramy si, eby krtko powieie, eby im gowy nie zawraca. e niby nasza sprawa
niewana i niech tylko powie: tak czy nie.
Bo jak leciaem przez korytarz, wpadem na kierownika.
Uderzye?
Nie, tylko si rk oparem o brzucho.
O brzuch poprawia pani.
I umiechna si.
I w sekund byo ju zaatwione. Pomylaem ikuj i id do klasy. Nawet si nie
ukoniem. To pewnie byo niegrzecznie. Mniejsza z tym. Aby ju sieie na awce, e
si to wszystko skoczyo.
A na ostatniej goinie czyta pan o Eskimosach. e p roku trwa u nich zima,
a domy buduj ze niegu. Te budki nazywaj si: igloo. Mona w nich pali ogie, ale
musi by zimno, bo si roztopi.
Kiedy byem dorosy, te wieiaem o Eskimosach, moe nawet wicej. Ale mnie nie
obchoili. Nie mylaem nawet, czy s naprawd. Teraz zupenie inaczej. al mi ich.
Niby mam oczy otwarte, patrz na pana, a wi pola lodowe nic, tylko ld i nieg.
Ani jednego krzaczka, ani jednej krzewiny. Ani sosny, ani trawy. Nic, tylko ld i nieg.
Potem przychoi noc. Wiatr, ciemno, tylko czasem zorza. Czuj w sobie mrz i tsknot. Biedni Eskimosi! Zimne maj ycie. Bo u nas najbiedniejszy wygrzeje si chocia
w socu.
Tak byo cicho, kiedy pan czyta. Kto z tyu raz jeden co szepn, cichutko, pan nawet
nie spojrza na niego, e rozmawia. Ale mymy si zaraz odwrcili. Jeeli by gupiec,
ktrego i to nie zajo, nie odwayby si przeszkoi. Niechby sprbowa, miaby si
z pyszna!
Wszyscy wpatrzeni w pana, znieruchomieli, a oczami rzadko mrugaj. Na pewno
wi jak ja pola wiecznego lodu.
Szkoda, e przed rysunkami nie byo geograi, bybym lepiej narysowa. Bybym
prawiwiej narysowa oczy chopcw. Chocia wtedy inaczej patrzyli, kiedy dawano rzgi. Teraz w oczach maj rozmarzenie, a wtedy zgroz.
Wyjmuj zeszyt rysunkowy, ogldam swj tryptyk i ju przestaj uwaa. Zmczyo
mnie wspczucie dla biednych Eskimosw.
Dobrze, e znw jestem may. I dobrze, e nie jestem Eskimosem albo Chiczykiem.
Ile to ieci mczy si na wiecie. Cyganita, Chiczycy, Murzyni. iwnie jest wiat
zbudowany. Bo dlaczego uroi si Murzynem, i zawsze: may, potem dorosy i starzec.
Bierze i umiera. Musi umrze.
A tu nagle haas taki w klasie. Co to? Wszyscy mwi. Dopiero domyliem si,
o czym pan czyta, kiedy nie suchaem, kiedy przestaem uwaa. Musia pan czyta, jak
poluj na foki, na morsy.

Kiedy znw bd may

Kady zadaje pytanie. Jeden to chce wieie, drugi tamto. A wybiegaj z awek.
A pan mwi, eby usiedli, e jest krzyk i nic pan nie powie, dopki si nie uspokoj.
A nie mog si uspokoi, bo kady chce wieie, wszystko chc wieie dokadnie.
Czy Eskimosi nie je chleba? Dlaczego nie pojad, gie cieplej? Czy nie mona
im wybudowa domw z cegy? Czy mors silniejszy od lwa? Czy Eskimos moe zmarzn na mier, jak zabi? Czy wilki s? Czy umiej czyta? Czy nie ma miy nimi
ludoercw? Czy lubi biaych? Czy maj krla? Skd maj gwoie na sanki?
Jeden opowiada, jak iadek jego zabi w zimie, w polu. Drugi o wilkach. Kady
krzyczy, eby inni byli cicho, bo sam chce co wanego powieie albo si zapyta.
Jeli czowieka mao co obchoi, moe zaczeka. A ich Eskimosi baro obcho.
Sami przed chwil jakby mieszkali het, pod biegunem, wic teraz chc wieie, jak yj
ci bliscy ich, znajomi, krewni, ktrzy zostali i jest im tam le i pragn im pomc.
Kiedy dawniej posyali na Syberi winiw politycznych, jak kto stamtd powrci,
te rne matki, siostry i narzeczone pytay si, jakie tam ycie, co robi, czy i kiedy
przyjad. Bo z listu niewiele si mona dowieie.
Tak samo z ksiki. Nauczyciel powinien jeszcze raz sam opowieie wszystko, co wie,
o fokach, niegu, reniferach, o zorzy pnocnej. A nawet powtrzy. Bo ze wzruszenia
nie wszystko syszeli.
Dla nauczyciela to czwarta lekcja, czwarta goina pracy w szkole, a dla klasy
wieci z dalekiego ldu od drogich im osb. Zmczony jest nauczyciel i my take, tylko
inaczej. I oto roi si zniecierpliwienie. On ma dosy, my pragniemy jeszcze.
Ju pan prawie si gniewa. Grozi, e za kar nigdy nic nie przeczyta.
Nigdy!
Uciszyo si na chwil, chocia nie wierz. Gdyby powieia: tyie, ale nigdy.
A jaki gupi zaczyna baznowa.
Eee, pan nie bie taki zy mwi. Oni gupie, e haasuj, ale to dobre
chopaki!
Niby si wstawia, od razu wida, e chce pana zniecierpliwi, eby bya awantura, eby
pan zacz krzycze. Wszie si jeden taki znajie. Albo go nic nie obchoi, wic
nawet nie lubi, jak lekcja ciekawa, bo musi by cicho, bo wszyscy suchaj. Albo na zo
bie przeszkaa, bo mu si akurat w tej chwili to nie podoba.
Ju nauczyciel patrzy, kogo wyrzuci za drzwi, ju spojrza na zegar, bo chce, eby si
skoczyo. I robi si nieprzyjemnie. A nauczycielowi samemu szkoda nawet, bo wie, e
suchali. Wic si powstrzyma, niby si umiechn i mwi:
No, ty tam, co tak rezonujesz, powtrz, o czym czytaem.
I zaczyna si zwyczajna lekcja, kiedy nauczyciel si pyta, a klasa stka, bka, le odpowiada. I pan myli, e nie umiemy, emy gupie ieciaki.
Jakem by duy, im bariej mnie co obchoio, tym lepiej mogem mwi. A u ieci jest moe inaczej. Jeeli co baro obchoi, wanie dlatego trudno opowieie,
choby nawet wieiay. Jakby si wstyiy, e powie nie tak, jak trzeba. Bo przykro,
e w szkole trzeba mwi naukowo, na stopie, pochwa albo nagan, a nie jak si
czuje naprawd.
Nudno skoczya si lekcja, dopiero na pauzie mwilimy o Eskimosach naprawd.
Jeden to lepiej pamita, drugi inne. I kc si:
Pan tak czyta.
Nieprawda.
To moe wrony apa, kiedy czytali.
Sam wrony apae!
Wzywaj wiadkw.
Nieprawda, e pan czyta, e okna robi z lodu?
Nieprawda, e foka to ryba?
No, dobrze, zapytamy si pana.
Pewnie ze wszystkimi jest tak jak ze mn. Zamyli si w jakim miejscu, potem ju nie
mg dogoni. Wic kady co innego pamita. I dopiero caa klasa wie naprawd wszystko.
A potem bawi si w Eskimosw; gie na schodach czy na podwrku opowie takim,
ktrzy nie byli, z gowy doo, eby byo ciekawiej.
A do domu wracaem z Mundkiem.
Kiedy znw bd may

Ulica mi si teraz wydaje baro ciekawa. Wszystko ciekawe. I tramwaje, i pies,


i przechocy onierz, i sklepy, i szyldy nad sklepami. Wszystko znw nowe, nieznane,
jakby wieo pomalowane. Nieznane nie jest, bo znam tramwaj, ale chc wieie, czy
ma numer parzysty, czy nie.
Zgadujmy, czy pierwszy tramwaj bie parzysty, czy nie, czy mniejszy ni sto, czy
wikszy.
Ju gotowa zabawa.
onierz, wic trzeba spojrze, czy ma naszywk, czy nie, z piechoty czy artylerii.
Mechanik co majstruje w skrzynce telefonu, robotnicy czyszcz kana miejski. Zatrzyma si zaraz czowiek, bo moe bie ciekawe.
O wszystkim nowe myli przycho do gowy.
I psw si duo wiiao. Ale ten nos lizn jzykiem i znw:
Psy nie potrzebuj chustek do nosa, bo jzykiem nos przelizuj; a luie tylko
pocigaj nosem. I bierze ochota sprobowa.
Sigam do nosa jzykiem, a Mundek rai:
Nachyl nos palcem.
Ja mwi:
Palcem to nie sztuka.
A on:
No, sprobuj.
Przechoi obok kobieta i mwi:
Gupie ieciaki, jzory powywalali.
Mymy si zawstyili, bomy zapomnieli zupenie, e luie cho i patrz.
Gdyby ta pani wieiaa, o czym rozmawiamy, toby si nie iwia, bo to bya prba,
jak baro luiom chustki do nosa potrzebne, czy psy maj wiele dusze jzyki i jak
sobie rai czowiek bez nosa. Chcielimy sprawi, a jak kto nie sysza rozmowy, zdaje
mu si, e gupie.
Kiedy jeszcze byem dorosy, spieszyem si raz na pocig. A tu wiatr z kurzem prosto
w oczy. Nie wiem, czy walizk trzyma, czy kapelusz, czy oczy zasoni. Zy jestem i spiesz
si, eby nie spni, bo bilet trzeba kupi, a moe tok przy kasie.
A tu chopaki tyem lec trzech byo. miej si, e wiatr ich pcha. Te co tam
miy sob mwili. A jeden mi prosto pod nogi. Chciaem si usun, a on o walizk
zawai. Rugnem go, e wariuje, e luiom przeszkaa. No tak, ale i ja mu przeszkoiem. Kto go tam wie, w co si bawili, co sobie myleli. Moe by akurat balonem,
okrtem, aglowcem, a ja ze swoj waliz byem mu raf podwodn. Dla mnie wicher
przykro, dla niego uciecha. Przeszkaaj sobie doroli i ieci: ci tym, a ci tym.
Kiedy pierwszy raz byem may, lubiem z zamknitymi oczami choi po ulicy.
Mwi: iesi krokw przejd z zamknitymi oczami. Jak ulica pusta, zamkn oczy
na dwaiecia krokw i eby nie wiem co, nie otworz. Id z pocztku zamaszycie, a ju
potem wolniej, ostroniej. Nie zawsze si udawao. Raz wpadem do rynsztoka. Wtedy
jeszcze w rynsztokach woda pyna, teraz jest ju kanalizacja, kanay, rury s w ziemi.
Wic wpadem w rynsztok, nog wywichnem z tyie mnie bolaa. W domu nic
nie mwiem, bo co mwi, kiedy nie zrozumiej? Powie, e po ulicy trzeba choi
z otwartymi oczami. Przecie to kady wie, ale raz dla odmiany mona sprobowa.
Drugi raz bem wyrnem o latarni guza nabiem, a dobrze, e czapka troch
ochronia. Bo niech si tylko da jeden krok krzywo, cay kierunek si zmienia i albo
w latarni, albo w przechodnia. Gdy si wpadnie na kogo, jeden tylko odsunie i nic albo
co wesoego powie. A czasem jak zwierz si obruszy:
lepy jeste, nie wiisz?
I spojrzy zowrogo, jakby chcia pore.
Raz byem ju duym chopakiem z pitnacie lat miaem. Id, a dwie iewczynki
goniy si bokiem jako leciay i prosto na mnie. Za pno byo wymin, wic
nachyliem si, rozstawiem rce i bokiem obie naraz mi wpady. Spojrzay wystraszone. Jedna miaa oczy niebieskie, a druga czarne rozemiane oczy. Chwilk je zatrzymaem, eby zapa rwnowag i wymin. Jedna krzykna Oj!, a druga powieiaa

Kiedy znw bd may

przepraszam. Ja powieiaem prosz baro. I obie mi wyuny. Ucieky i odwrciy, i miej si, a jedna na jak pani wleciaa. A ta pchna j, e a si zatoczya. Tak
ordynarnie.
Przecie ieci potrzebne s na wiecie i wanie takie, jak s.
Mwi:
Mundek, chcesz si ciga z tramwajem?
Stalimy akurat koo przystanku.
On mwi:
Dobrze. Kto prej: tramwaj czy my. Do rogu.
Do rogu.
Z pocztku atwo, bo tramwaj nie mia rozpdu. Ale potem pimy ju rodkiem
ulicy, koo chodnika gie konie; doroka nam przeszkoia. Przegralimy.
On mwi:
Ale ja pierwszy!
Ja:
To nie sztuka, ty miae palto rozpite.
On:
A kto ci broni? I ty moge palto do tyu podwin.
Ba, zapomniaem. Tyle lat si z tramwajem nie cigaem, e wyszedem z wprawy.
No, dobrze mwi jeszcze raz; i ja si rozepn.
Ale ju nie chce. Mwi, e dr si buty. A ja bym tylko pi. Ciesz si, e si nie
mcz. Bo byem zasapany i serce mi stukao, ale przystanem na chwil, ju wypoczty.
Bo iecinne zmczenie nie mczy.
Mwimy, jak si nauczy wskakiwa do tramwaju. Wcale nie niebezpiecznie, tylko
trzeba umie. Trzeba biec za tramwajem, choby z daleka. Kiedy si umie, trzeba biec
przy tramwaju i rk dotyka. A potem ju siga. A dopiero pniej ale nie w penym
biegu, tylko kiedy rusza, wskoczy i wyskoczy. W miesic mona si nauczy. I lepiej do
przyczepnego, bo jak si nawet przewrcisz, nie wpadniesz pod koa. I trzeba si rozejrze,
czy z tyu nie jeie samochd.
I doroli te nogi ami.
Zaczlimy mwi o wypadkach.
Powiadam:
Za moich czasw nie byo samochodw.
Spojrza ziwiony:
Jak to nie byo?
No, nie byo mwi ze zoci, e mi si wymkno.
I zatrzymalimy si przy supie z ogoszeniami.
W kinie daj Katusze mioci.
Chciaby wiie?
Mundek si skrzywi:
Tak sobie. Miosne obrazy s nudne. Albo si cauj, albo cho po pokojach.
Tylko czasem kto strzela. Wol detektyww.
A chciaby by detektywem?
Ja myl. Goni po dachach, przez poty z brauningiem.
Przeczytalimy ogoszenie cyrku.
Najlepiej lubi cyrk.
Stoimy, gwarzymy, iiemy dalej.
A jutro pi lekcyj.
Przyroda.
eby nam pani co wicej o fokach opowieiaa, o biaych niedwieiach.
Chciaby by niedwieiem?
Jeszcze jak!
Ale niedwieie niezgrabne.
Wcale nie s niezgrabne, tylko si tak zdaje. Ale wolabym by orem. Wzbibym
si na najwyszy szczyt skay, wyej ni chmury. Stanbym samotny i dumny.

Kiedy znw bd may

Przyjemniej mie skrzyda ni uwa aeroplanem. Zawsze benzyna i moe si zepsu,


potrzebne hangary i nie wszie mona ldowa. Czyci trzeba, bra rozpd. A skrzyda,
jak nie uwasz, zwine, i dobrze.
Gdyby luie mieli skrzyda, ubranie musiaoby by inne. W bluzie byyby z tyu
otwory i trzymaoby si skrzyda na wierzchu albo pod marynark.
Id sobie dwaj chopcy niby nic rozmawiaj. Ci sami, co przed chwil jzyki
wycigali, eby nos poliza, ci sami, co dopiero z tramwajem si cigali. A teraz mwi
o skrzydach dla lukoci.
Doroli myl, e ieci tylko dokazywa i ple trzy po trzy potra, a one przepowiadaj odleg przyszo, spieraj si o ni i debatuj. Doroli powie, e nigdy luie
nie bd mieli skrzyde, a ja byem dorosy i powiadam, e mog mie skrzyda.
Wic mwimy, e przyjemnie byoby uwa do szkoy i ze szkoy. Wyun, a jak si
zmcz, przejd kawaek drogi. Raz skrzyda odpoczywaj, raz nogi.
Mona by si i z okna wychyli, i na dachu przysi do lasu na wycieczk poun.
Nad miastem lecimy parami, a za miastem kady w swoj stron. W lesie moesz i,
dokd chcesz, a zgubie drog, wic une w gr i patrzysz, gie miejsce zlotu
i nie moesz zbi.
Co, Mundek, dobrze by byo?
Pewnie, e dobrze.
I luie by wywiczyli wzrok. I mwimy, e ptaki przelotne traaj do swoich wsi
i do swoich gniazd. Ani atlasw, ani kompasw nie maj, a przez morza i gry, i rzeki
traaj.
Mdre ptaki, mdrzejsze od czowieka. A czowiek nad wszystkim panuje, wszystko
go sucha.
Moe tak jest dlatego, e najlepiej zaba, a nie, e najlepszy.
Zamylilimy si, a tu nagle chopak jaki przechoi duy taki obuz i czapk
mi z gowy zrzuci. Kek trzyma i tak za daszek czapk zgarn z gowy.
Doskakuj od razu do niego:
Czego zaczynasz?
A ja ci co zrobiem? udaje ziwionego.
Czapk zrzucie.
Jak czapk?
mieje si bezczelnie i w ywe oczy udaje.
A nie zrzucie moe?
Pewnie, e nie. Patrz, on trzyma twoj czapk.
A Mundek czapk podnis i patrzy, co z tego bie.
On trzyma, a ty zrzucie.
Odlewaj si, smarkaczu! Czapk mu bd znw zrzuca! Nie mam co do roboty.
Pewnie, e nie masz, obuz taki. Spokojnie przej nie daje.
Tylko nie obuz, uwaasz, bo moesz dosta!
I szturchn mnie tym patykiem pod brod. A ja ap za patyk, ten kek, i zamaem.
On do mnie. Ja stoj.
Oddaj mi lask albo zapa.
Ale si nachyli. On wyszy, wic podskoczyem troch i pici go w czoo. Ale mu
czapka nie spada. Ja w nogi, a Mundek za mn.
Alemy szorowali.
A masz myl na drugi raz nie czepiaj si, bo i od maego moesz dosta,
andrusie.
Z pocztku zacz goni, ale wii, e nie ma racji, e nie na ajera tra, wic daje
pokj.
Stanlimy miejemy si.
Przed chwil taki byem wzburzony, e mi krew oczy zalaa. Wszystko na czerwono
wiiaem. Teraz znw wesoo. Czapk okurzam rkawem.
A Mundek mwi:
Po co z nim zaczyna?
Ja z nim zaczem czy on?

Kiedy znw bd may

No, tak, ale on wikszy.


Wikszy, wic ma lui po wiecie roztrca?
A jak jutro ci pozna i nawali?
Nie pozna, co ma pozna.
Ale Mundek ma suszno. Teraz bd si musia pilnowa.
Ale czy to sychane, eby w biay ie na ludnej ulicy czapki z gowy zrzuca? Gdyby
tak dorosemu, byaby caa heca, zbiegowisko, policjant. A e ieciakowi, to nic. Wrd
ieci te s awanturnicy, a nie mamy przed nimi adnej pomocy ani osony sami
rai musimy.
Stoimy na rogu, a szkoda nam si rozchoi. Mwilimy przecie o czym wanym,
a ten nam przeszkoi. Przyjemna bya droga: zabawa, rozmowa, przygoda.
Id teraz sam ju powoli i staram si choi, eby stan akurat na rodek kamienia. Jak si gra w klasy: eby nie wej na lini. Byoby atwo, ale przechodniw trzeba
wyma; a od razu zrobi krok w krok i nie stan na linii nie zawsze si uda.
Wic wolno mi tylko iesi razy. Jeeli bie wicej, to przegram. Licz: raz mi
si nie udao dwa, trzy, cztery razy. Jeszcze mi wolno sze, pi. Boj si, ale taki
strach w zabawie przyjemny.
Tylko osiem razy stanem i wcho do bramy. Jeszcze tylko przed sklepem postraszyem kota. Kot do bramy, ja za nim. Uskoczy w bok i patrzy: miesznie podnis apk
do gry.
Wydawae z czego? pyta si mama.
Nie.
Pocaowaem w rk serdecznie. A mama na mnie spojrzaa i pogaskaa po gowie.
Ciesz si, e kierownik przebaczy i e znw mam matk.
ieciom si zdaje, e dorosemu matka niepotrzebna, e tylko iecko moe by
sierot. Ju tak jest, e im starsi, tym rzaiej maj roicw. Ale i dorosy ile ma chwil
takich, kiedy zatskni za matk, za ojcem, gdy mu si zdaje, e tylko roice mogliby
wysucha, zrozumie, porai i pomc, a jeli trzeba przebaczy i poaowa. Wic
i dorosy czuje si sierot.
Ano, zjadem obiad, co teraz bd robi?
Wic scho na podwrko. Felek, Micha, Wacek.
awiem si w polowanie?
Micha wystruga rewolwer, pomalowa atramentem na czarno, ponaba gwoiami. Skdci takich gwoi nabra ze zotymi ebkami przecie nie zote byy mosine, byszczce. Micha nazwa go Zwyciski rewolwer. Niby e dosta na polu bitwy
w nagrod za waleczno. Sam genera mu da za czyn bohaterski. Niby e po bitwie cay
puk ustawili w szereg. Orkiestra gra, sztandary huknli na wiwat delada, a potem
genera mwi:
Ten rewolwer zdoby mj praiad na Turkach i przechoi po mieczu z syna
na wnuka. Dwiecie lat by w naszym roie. A teraz, jako mi ycie uratowae, niech ci
suy.
Tak powiada Micha.
Raz mwi, e pod Wiedniem, drugi raz Cecora, to znw Grunwald. Ale to niewane. Teraz, kiedy znw jestem ieckiem, zdaje mi si, e historia niewana, co czowiek
wie, ale jak j czuje w sobie. Kiedy byem nauczycielem, inaczej mylaem.
No, wic Micha bie myliwy, Felek zajc, a my z Wackiem psy.
Nie od razu postanowilimy. Z pocztku mia by pocig za bandyt, ja chciaem, e
wyprawa Eskimosw.
Rzadko bywa, eby wszyscy jednakowo. Czasem kto nie baro chce si bawi, wic
trzeba mu ustpi dla zachty. W Eskimosw nie chc, bo nie ma niegu, a w bandytw
Micha nie pozwala.
Jakemy si wtedy bawili, tocie mi rkaw oberwali.
Nie oberwali, tylko by sabo przyszyty, wic si nitka przetara. Bo Micha by niebezpiecznym bandyt, nielimy go do piwnicy na stracenie. Wyrywa si i mg uciec,
wic nie moglimy zwraca uwagi na rkaw.
Zabawa w zajca jest spokojniejsza, to prawda, i jeli si uda, te moe by baro
ciekawa.
Kiedy znw bd may

Najwaniejsze w zabawie, z kim si bawi. S ikusy, e z gry wiadomo, e si


skoczy jakim wypadkiem. Taki na nic nie zwaa, byle na swoim postawi, e wygra.
Z takim nie baro przyjemnie, bo si trzeba pilnowa. Bierze si do zabawy, bo inaczej
przeszkaa, ale mu si stawia warunki. Nieprzyjemna te jest zabawa z ktliwym. Byle
co, zacznie si kci albo si obrazi. Chopcy mniej si obraaj, ale iewczynki czsto
W najciekawszym miejscu o byle co si przyczepi:
No to nie gram.
Mog wszyscy mwi, e nie ma susznoci, a on swoje. Jeeli mona, to mu si ustpi,
eby nie psu wszystkiego, ale to strasznie gniewa.
Doroli nie rozumiej. Powie:
Idcie si bawi. Dlaczego si z nim nie bawicie? Dosy si ju bawilicie.
I li s, e nie suchamy.
No bo jake si bawi z niezdar, co si zaraz przewrci, popacze i pjie na skarg?
Albo z gupim, co nic nie rozumie i w najwaniejszym miejscu zepsuje?
Jake przerwa nagle zabaw i nie wiadomo, jak by si skoczya.
Zabawa musi by dobrze zmontowana, a si nie zawsze uda, wic jeeli si uda, chciaoby si skorzysta.
Ano, bawimy si w polowanie.
Zajc pokrci si po podwrzu, ale psy z obu stron zacho. Wic daje susa do
sieni Ja za nim. Stoj i wsz, czy polecia na gr po schodach, czy do piwnicy Zdaje
mi si, e w piwnicy chrobocze. Skradam si, a tu ciemno.
Zajc prawie zawsze pi do piwnicy, bo w ciemnoci atwiej przycupn i wywin
si. I jeeli chcia spokojnej zabawy, te do piwnicy lepiej Bo zawsze troszk strach, przy
tym trzeba uwaa, eby na kogo nie naskoczy.
W zeszym roku Olek z rozmachu zrzuci ze schodw matk Jzka z koszykiem wgla.
Byem wtedy dorosy i pamitam nawet, jak si oburzaem, e chopcy za wiele sobie
pozwalaj, a str za mao miot goni z podwrza. Rozpuszczone toto i lokatorzy spokoju
nie maj. Szczcie, e kobieta nic sobie nie zrobia, tylko skr na noe zdrapaa; ale
mogo by gorzej.
Mymy mieli wielkie wspczucie dla kadego dorosego guza albo siniaka, a jak si
iecku co stanie, mwimy: Dobrze ci tak, na drugi raz nie wojuj.
Jakby iecko mniej czuo, miao inn skr ni oni.
I dobrze, jeli tylko wymiej, chocia i to te gniewa. Bo masz bl i przestraszye
si, a oni artuj. Bywa gorzej: wykrzycz. Wie, e nieumylnie, bo kto by sam chcia
si kaleczy, a wyglda, jakby wanie im na zo rozb si czy skalecz.
Teraz ju rozumiem, e jeli jestem psem myliwskim, a w piwnicy ukry si zajc,
a jeszcze mignie w ciemnoci nie mog schoi noga za nog, musz szust-szust, po
trzy stopnie, chobym mia si polizn i zwali na eb, albo mi drzazga z porczy wlezie
pod skr. Ryzykuj wtedy, a waciwie nie zastanawiam si wcale, bo go chc zapa.
A bo raz pies z tego pdu wyrnie w lesie o drzewo i gow roztrzaska? A pies ma cztery
apy, a ja dwie.
Jestem psem i szczekam, i skoml, e lad straciem. Gdy byem dorosy, miaem
gruby gos i nie mogem ju ani szczeka, ani pia jak kogut, ani gdaka jak kura. Teraz
znw oyskaem wiey gos iecicy i poszczekuj jak dawniej.
Stoj tak, stoj przywarowaem, i do piwnicy. A Wacek za mn. A tu nam zajc
nad gowami wali z przygrka na podwrze.
Szczeknem z tego zawodu, co mnie spotka, i za nim!
Wymwilimy, e na ulic nie wolno, ale na podwrku ciasno, wic par razy okry,
a tu ju i psy, i myliwy z boku zachoi. No i zajc w bram.
Nie wolno!
Ale gadaj z zajcem, kiedy broni ycia, dokd i co mu wolno! Przecie ycia broni.
I jeli chcemy si bawi, my to rozumiemy.
Zawsze si przed zabaw wymawia, co wolno, ale trudno si trzyma przepisw w niebezpieczestwie.
Jeeli jestemy zmczeni albo nie baro si chce bawi, albo zrobi ju co takiego,
czego zupenie nie wolno wtedy przerywa si zabaw i zaczyna si ktnia. Nie ktnia, ale tylko tak, eby troch wypocz albo co zmieni w zabawie, jakie ulepszenie
Kiedy znw bd may

wprowai. Jednego si wyrzuci z zabawy, drugiego przyjmie; albo pies zostaje zajcem,
albo nie tak, nie tu. Albo kto inn teraz wymyli.
I dlatego wanie przyjemnie si bawi samemu, bez dorosych. Dorosy z gry mwi,
jak ma by, sam wybiera, kto czym ma by, i popa, jakby mu czasu byo szkoda.
A przecie nie zna chopcw dokadnie.
Dobrze dla odpoczynku troch si poswarzy.
Zejd si w kupk i ra. Czasem spokojnie, a czasem w zoci.
Jeeli si stanie, e si uderzy albo mu co pknie (z ubrania), ca win skada si na
tego, kto inaczej robi, ni bya umowa.
Przez ciebie.
On si broni, e nie, ale czuje win. I my wiemy, e przykro przyzna si do winy,
chyba e zanadto sobie pozwala albo e kto ju si zanadto czepia.
No dosy.
Wic si bawimy czy nie?
No dobrze, ju dobrze. Wic zaczynamy.
Przestacie si kci.
Kto nie chce, moe sobie odej.
Wic zajc do bramy i na ulic, a my za nim. On na drug stron i my na drug. Nam
atwiej, bo jak jeden zwolni biegu, drugi z boku zachoi i nastraszy. My rwn drog,
a on zygzakami musi nakada. Ale wybralimy dobrze, bo zajc starszy o jakie dwa lata,
silniejszy i prej biegnie. Zapiemy go w kocu, ale caa sztuka, jak dugo si bie
broni.
No i zapalimy a na trzecim pitrze. Zmordowany by, ledwo dysza. ywcem go
zapalimy, bo ju si nawet nie broni, sam si podda.
I usiedlimy na schodku, i rozmawiamy. My te bylimy zmczeni, bo po schodach
w gr. Tylko tak w sobie powieielimy, e eby nie wiem co, ju si nam nie wymknie,
e go mie musimy.
Mg si jeszcze chyba skry do mieszkania, do nory. Ale nie w tej sieni mieszka.
A on mwi:
Jakbym chcia, tobycie mnie nie zapali.
My mwimy, e przecie nie mg ju uciec.
On mwi:
Jakbym chcia, tobym mg.
To i my moglimy prej zapa, tylkomy nie chcieli zmordowa si na caego.
I ciebie nam byo al.
A al! Jakecie mi ani na chwil nie dali odpocz. Nawet prawiwy pies tak nie
goni.
Wic po co lecia na ulic, kiedy byo wymwione?
A co? Bo gie miaem ucieka?
No to moge si podda.
Mdry. Trzeba byo strzela. Jakby zrani, toby mnie mia. Rewolwer trzyma,
a nie strzela.
Prawda. Micha powinien by strzela, a on te goni. Zapomnia, e jest myliwym,
a nie psem. To by bd. Gdyby strzela, byby si Felek przewrci, jak ju by baro
zmczony, byby si z honorem podda. Micha jest rozdraniony.
Pod Cecor dosta rewolwer od samego krla, a w zajca strzeli nie potra. Bohater.
Michaowi przykro si zrobio.
Jak si biesz wymiewa, ju ci nic nie powiem.
Wacek zlk si, e si pokci, wic mwi:
Pamitasz, jakemy si bawili w tygrysy, co z cyrku uciek, a ja byem pogromca?
Zaczlimy mwi o tresowanych zwierztach, co kto wiia. O lwach, co skacz
przez ogniste obrcze, o soniu, co jecha na rowerze, o mapach i psach.
O psach ciekawie mwi, bo kady sam wiia, a o innych zwierztach wicej si
syszao i czytao.
Wujek Felka ma psa, ktry suy, aportuje, udaje nieywego i nie daje si ruszy.
A tu jeden onierz na urlop przyjecha i mia psa uczonego. Na podwrku rne z nim
Kiedy znw bd may

sztuki wyrabia. Bagnet pokazywa chopakom i o karabinach maszynowych i bombach


opowiada.
eby bya wojna, tobym zaraz poszed na ochotnika.
Zapytaj si, czyby ci przyjli.
Za may.
Westchnienie.
Mwilimy o wodoazach, e maj petwy jak kaczki i toncych ratuj. I o topielcach.
I ju si ciemno zrobio. I straszno mwi.
Pan czyta w szkole o Eskimosach.
Rozmawiamy o Eskimosach i o szkole.
Jakby dobrze byo, eby prawiwi podrnicy, wynalazcy i wojskowi opowiadali
w szkoach, co robi i co wiieli.
Raz pani opowiadaa o swojej wycieczce w Tatrach. Jaka bya burza, pioruny. Zupenie inaczej mwi si, jeeli wiie, a inaczej z ksiek. Mniej ciekawie.
No tak, opowiadaj podrnicy, ale dorosym. ieciakom tam bd mwi tacy
sawni luie. Nie warto.
Przycichlimy. A str zapala wiato na schodach. Zobaczy nas i pi.
Co wy tu po ciemku robicie? Marsz do domu!
I tak si podejrzliwie rozglda, e niby tu pewnie robilimy, czego nie wolno. Pewnie
myla, e papierosy palimy, bo leaa zapaka, to naprzd na ni, a potem na nas po
kolei
Moe nam si tylko zdaje, ale nieufno jest baro nieprzyjemna. I jeszcze maj
zwyczaj zaatwiania rnych spraw przy okazji. Jeeli nie wi, to nic, a jak zobacz, to
zawsze:
Zapn guzik, dlaczego masz buty zabocone, czy odrobie lekcje, poka uszy, obetn
paznokcie.
I to nas uczy po trochu unika, kry si nawet jeeli nic zego nie zrobilimy.
A kiedy przypadkiem spojrz, czekamy zaraz na jak uwag. Moe dlatego nie lubimy
lizuchw. Moe on nawet nie lizuch, tylko si zanadto krci miy dorosymi, nie boi
si ich wzroku, wic jest jakby w zmowie.
Kiedy byem nauczycielem, robiem tak samo. Zdawao mi si, e tak dobrze, e
wszystko wi i na kady drobiazg zwracam uwag. A teraz nie: iecko powinno by
swobodne, kiedy si na nie patrz. A jeli chc co powieie, to nie, e mi si przypadkiem nawino, ale e naprawd chc mu co powieie.
No, sieimy na schodach po ciemku. A jak mamy sieie, jeeli wiato nie zapalone? Rozmawialimy sobie. A powiemy, e rozmawiamy, na pewno nam odpowie:
O czym wy tam moecie rozmawia? Pewnie o gupstwach jakich?
Juci, nie o mdrych. Tak sobie. A czy doroli zawsze tylko mdrze rozmawiaj?
Dlaczego zaraz lekcewaenie?
Dorosym si zdaje, e dobrze nas znaj. Co tam w iecku moe by ciekawego?
Mao yo, mao wie, mao rozumie. Bo kady zapomni, jaki by ieckiem, i myli, e
teraz dopiero najmdrzejszy.
Marsz do domu! Ruszajcie!
Porozchoilimy si niechtnie, powoli, krok za krokiem. eby nie myla, e si
go boimy. Bo jakbymy naprawd chcieli zosta i robi, co zabronione, toby nas nie
upilnowa. Nie tu, to gie iniej, nie teraz, to potem.
W domu jeszcze kolacji nie byo, wic zaczem si bawi z Irenk. Bo mam ma
siostr. Tak, i matk, i ojca, i ma Irenk.
Bawimy si, e ja zamykam oczy, zatykam uszy i odwracam si do ciany, a ona chowa
lalk, a ja szukam. A jak znajd, niby nie chc odda, tylko trzymam wysoko nad gow.
A ona cignie za rk i piszczy:
Oddaj lalk, oddaj, oddaj!
Musi powieie oddaj lalk pitnacie albo dwaiecia razy, bo to jest okup. Jeeli
od razu znalazem, to mniej, a jak si dugo mczyem, zanim znalazem, wicej.
Wic raz lalk schowaa pod poduszk; od razu znalazem. iesi razy krzyczaa:
Dawaj lalk!

Kiedy znw bd may

Drugi raz schowaa do kieszeni palta. Trzeci raz za szaf. Czwarty pod kiem. A jak
schowaa do garnka, dugo szukaem, i musiaa krzycze trzyieci razy:
Dawaj lalk!
I znw. To niegupia sobie, iecinna zabawa. Wykry tajemnic, znale ukryte,
pokaza, e si nie da schowa, by znale nie mona. Im trudniej zdoby, tym milsze
zwycistwo. Czy prawda dorosych, odkrycie, wynalazek, poznanie czy lalka w garnku
albo pod poduszk. Caa przyroda to Irenka ukrywajca lalk, a w mozole poszukujca
luko to ja, may chopak. Tam zajca goniem szybkoci ng i sprawnoci biegu,
tu chwytam lalk domylnoci, czujnoci, uporem.
C innego w yciu robimy, co czyni luko caa? Zajce gonimy i szukamy lalek.
Ju nawet zmczony jestem tym dugim dniem, w ktrym tyle przeyem. Zjadem
kolacj, chc si do ka pooy najprej.
Co taki spokojny? pyta si ojciec. W szkole nabroie?
Nie mwi gowa mnie boli.
Moe da ci cytryny? mwi mama.
Umyem tylko rce i twarz, prdko si rozebraem, le z zamknitymi oczami.
Skoczy si pierwszy ie, kiedy znw jestem may. Ile byo wszystkiego w tym
jednym dniu! Tylko cz zapisaem, co mi akurat podsuno wspomnienie, co duej
trwao. Jeli b w czowieka wraenia jak wiosenna ulewa, czy moe spamita i opisa
wszystkie deszczu krople? Czy da si zliczy rozkoysane fale wezbranej rzeki?
Byem Eskimosem i psem, cigaem i uciekaem przed pocigiem, zwycizca i niewinna oara przypadku, artysta i lozof ycie mi gra jak kapela. I rozumiem, dlaczego
iecko moe by dojrzaym muzykiem, a gdy si wpatrzymy uwaniej w rysunki i mow
jego, gdy wreszcie zaufa sobie i przemwi, a my przenikniemy jego odmienn a dostojn
warto znajiemy w nim mistrza uczu, poet, malarza-artyst. To bie. Alemy
jeszcze nie doroli. Zbyt gboko tkwimy w materialnym yciu.
Odbyem i podr do kraju niegu wiecznego, zaczarowany w psa byskaem kami
i jeszcze i jeszcze i jeszcze.
Gdy si bawiem z Irenk, lalka nie bya lalk, ale oar zbrodni, ukrytym trupem,
ktrego obowizkiem moim byo wytropi. Gdy znalazem, wziem ostronie jak zmar.
Lalka bya topielcem, a ja rybakiem. Koyszc si szedem przez pokj. Rkami poruszaem jak sieci.
Lalka bya bandyt: gie te si ukrywa? Id przez pokj ostronie, skradam si, eby
nie przywita mnie miertelnym strzaem.
Nie w kieszeni palta ani pod poduszk leaa, ale w kniei, w lochu poiemnym,
w trzsawisku, na dnie morza. Chwytaem j brutalnie, potrzsajc.
Nie mwiem Irence, bo maa, wic i tak nie zrozumie. Bya to ju moja wasna
zabawa.
Zapomniaem doda, e akurat mama wesza i mwi:
Oddaj jej lalk. Czego si z ni dranisz?
My si tak bawimy powiadam.
Ty si moe bawisz, a ona si zoci: na schodach sycha jej krzyki.
Przepuciem take, jak w piwnicy w kcie pokazao mi si co biaego, jak czowiek
bez gowy, w caunie. I kiedy biegem z piwnicy, to przez krtk chwil nie zajca goniem,
ale uciekaem przed widmem. Chwil trwao, ale jak w piersi tuko, a przed oczami
migny trzy czarne pioruny.
Nie napisaem, jak mi si na lekcji pi chciao. A pan wyj nie pozwoli.
Niedugo bie wonek, to si napesz.
Mia suszno. Ale jestem ieckiem, inny teraz mam zegar, inaczej czas mierz, inny
mj kalendarz. ie mj jest wiecznoci, ktra si ieli na krtkie sekundy i dugie
stulecia. Nie iesi minut pi mi si chciao.
Kiedy ju bie wonek? Bo cierpi. ar mam w ustach, w oczach i myli spiekota.
Naprawd cierpi. Bom iecko.
Nie napisaem, e mi podczas przerwy kolega pozwoli zagra na nowych organkach
aby tylko sprobowa, czy dobre. Bo chwali, e najlepsze, nie rewiej, trwae. Graem
moe minut raz jeden wytarem o marynark oddaem. I nic.

Kiedy znw bd may

Wanie, e nie nic. Bo jeli on te organki zgubi, zamieni, sprzeda albo zepsuje, a ja
bd mia za p roku, a on poprosi to bd pamita i te mu pozwol. A gdybym nie
da, miaby prawo powieie:
Patrz, jaki ty jeste! Ja ci pozwoliem.
Takie przysugi si pamita, jeli si ma by uczciwym czowiekiem.
Nie wspomniaem take, e mam palto za dugie, na wyrost. Przeszkaao, kiedy si
cigaem z tramwajem. Dopki nie urosn, cigle bie przeszkaao, ilekro ubior.
Znw nie drobiazg, ale trwa bie, bo ja wiem jak dugo? P roku, rok, wieczno.
Nie wspomniaem, e nagle na szybie yw much dostrzegem. Ucieszyem si, po
kryjomu cukier cignem i rzuciem kilka okruchw. Karmiem wiosn. I niechby si
odwaya Irena albo kto j skrzywi!
Korek od butelki znalazem. Przyda si. Mam go w kieszeni w spodniach, przy ku.
onierza wiiaem na ulicy. Zrobiem kilka krokw wojskowych. Salutowaem.
Umiechn si przyjanie.
Myem twarz zimn wod. Odczuem jak kpiel dobra, zimna woda rado
przelotna.
Gdy byem dorosy, miaem dywanik stary, spowiay, wyblaky. I raz na wystawie
sklepowej wiiaem taki sam, nowy, ten sam dese, te same kwiaty. Jako wolniej i pochylony powlokem si dalej.
Kiedy byem dorosy, po dugiej zimie wymyli w pokoju zakurzone szyby. Baro
byy zakurzone. Kiedym wrci do domu, dugo staem przy oknie, zadowolony patrzyem
w przezroczyste okno.
Kiedy byem dorosy, spotkaem raz dawno nie wiianego, zapomnianego wujka.
Siwiuteki iie, lask si podpiera. Pyta si, co sycha. Odpowiadam:
Starzej si, wujku.
A on:
Co, ju? A co ja mam powieie? Mokos jeszcze jeste.
Ucieszyem si, e yje, e nazwa po imieniu.
I nagle ciepa rka dotyka mego czoa. Drgnem. Otwieram oczy. Spotykam si
z niespokojnym spojrzeniem mamy.
pisz?
Nie.
Boli ci gowa?
Nie.
Nie zimno ci, moe ci przykry?
Rka matki dotyka twarzy, piersi.
Siadam.
Niech si mama nie boi. Gowa wcale mnie nie bolaa.
A mwie.
Zdawao mi si. Spa mi si chciao.
Obejmuj rkami za szyj, patrz w oczy. I szybko chowam gow pod kodr. Jeszcze
sysz:
p, synku.
Jestem znw ieckiem i mama mwi mi: synku. Znw mwi mi ty. Znw szyby
s przezroczyste, znw dywan oyska dawne, minione barwy.
Znw mam mode rce, mode nogi, mode koci, mod krew, mody oddech, mode
zy i rado.
Rado zy i modlitw mod, iecinn.
Zasnem. Jak po dalekim marszu.

W nocy spad nieg.


Biao bielusieko.
Tyle lat nie wiiaem niegu. Po tylu, tylu latach ciesz si, e nieg, e biao.

Kiedy znw bd may

I doroli lubi pikn pogod, ale oni myl, rozwaaj, my tak jako jakbymy j
pili. I doroli lubi jasny ranek, ale dla nas jest winem mroonym jestemy nim jakby
pani.
Kiedy byem dorosy, wic nieg ju mylaem, e bie boto, czuem wilgotne
obuwie i czy wgla wystarczy na zim? I rado ona take bya ale przysypana
popioem, zakurzona, szara. Teraz czuj tylko bia, przejrzyst, olepiajc rado. e co?
e nic: nieg!
Id z wolna, ostronie, szkoda mi j depta. Wokoo iskry, lni, byszczy, mieni si,
gra, yje. I we mnie tysice iskierek. Jakby kto proszek diamentowy rozsypa po ziemi
i w duszy. Zasia i rosn bd brylantowe drzewa. Bajka si lnica uroi.
Spadnie na rk gwiazdeczka biaa. liczna, maleka, serdeczna. Szkoda, e zniknie
sposzona. Szkoda albo chuchn, ciesz si, e nie ma, bo ju jest druga. Otwieram
usta i chwytam wargami. Czuj krysztaowy chd niegu, biel czyst i chodn.
A gdy topnie zacznie, bd sople lodowe. Mona je rk strca. Mona nadstawi
usta i chwyta nieg i spadajce krople. Wadnym ruchem rki zgarniasz je spod gzymsu
spadaj i krusz si w chodnym dwiku.
Naprawd zima i naprawd wiosna.
To nie nieg, to krlestwo czaroiejskie tczowej baki mydlanej.
No i kule ze niegu. Kule, piguy psota, niespoianka; piek ile zapragniesz!
Nie kupujesz, nie poyczasz, nie prosisz. Masz je. Cisne mikko uderzya i rozpada
si. To nic zaraz bie. Ty w niego, on w ciebie, w plecy, w rkaw, w czapk i nic.
miech i opot serca.
Przewrcie si, otrzepujesz na niby. Za konierz brr zimno przyjemnie.
Przygoda.
Toczysz kul. Oblepia si rwno, ronie. Wybierasz dobre miejsca, popychasz. Ronie
dua. Ju nie doni, ale rk, ju czujesz, e ciy. Polizne si, wic wolniej, ostroniej.
Czyja wiksza? A teraz co? Czy bawana ulepi, czy wskoczy z rozmachu obiema nogami?
Zgarn stre w dwie strony po bokach ulicy, wic w rodek, po kolana broisz
w biaym puchu.
Na Boga, potrzeba mi desek i gwoi! Najkonieczniejsz rzecz, jedynie wan na
wiecie poza tym nic nie istnieje s wasne, blach podkute sanki! Co by tu rozbi,
rozebra, wyszuka, wyprosi eby mie deski? I yw, jeli nie mona dwch, bodaj
jedn. Sierot si czowiek czuje bez ywy i sanek.
Oto biae troski nasze, biae podania.
al mi was, doroli, ecie tak uboy radoci niegu, ktrego wczoraj nie byo!
Wiatr zgarn pokruszone gwiazdki z gzymsw, futryn, rynien i sypn biay puder
w ulic. Biay, chodny tuman. W gr, na d, w zmruone powieki, rank biaych rzs.
Tylko ulica. Nie las, nie pole ale biaa ulica. iarski, mody okrzyk radoci. Sta
bd na dachach domw drobne lukie postaci, zrzuca opatami na zagroone chodniki. A ty zazdrocisz, e wysoko, e spa mog, a nie spadaj, e atwa, mia, pikna
taka praca: z wysoka ciska nieg i przechodnie si usuwaj, i w gr patrz.
Gdybym by krlem, rozkazabym w pierwszy ie prawiwej zimy zamiast tysica
wonkw szkolnych da z fortecy dwanacie wystrzaw armatnich na znak, e lekcyj
nie bie.
W piwnicy czy na strychu kadej szkoy s skrzynie, paki, deski.
wito pierwszej sanny.
Zatrzymuje si tramwaje, zabroniony ruch koowy. Nasze sanki, wonki obejmuj
miasto w posiadanie. Wszystkie ulice, place, skwery, ogrody. Biae wito ieci szkolnych
ie pierwszego niegu.
Taka oto bya moja droga.
A teraz tylko szkoa. Wiem, e nie jej wina, a czuj al. No, bo jake? W awce
pi goin i czyta i zadania rozwizywa?
Prosz pani, nieg.
Prawda, prosz pani?
Pani ucisza agodnie, potem ju surowiej. Niecierpliwi si, ale zaprzeczy nie moe,
czuje przecie, e mamy suszno. No, bo jest.
Kiedy znw bd may

Prosz pani!
Cicho.
Potem bie:
Kto si odezwie, kto pinie ostatni raz wam mwi
Grozi bie.
Wic znw nasza wina? Wic to my? Wic nie nieg winien, tylko cigle my?
Spalimy w nocy nawet nie wieielimy, moemy przynie wiadectwo roiny on spad sam, z nieba. A jeli nie wolno mwi, jeli trzeba udawa, e nie
wiielimy, nie wiemy, jeli le, brzydko, e wiemy i cieszymy si nawet, ano, trudno.
Niechaj i tak bie.
Jeden tylko stoi w kcie.
Cichn wraz z klas. Kilka niespokojnych w okno spojrze i ostatnie na pani spojrzenie naiei, e moe jednak. I cisza ju. I ju tylko lekcja.
Nie ma dwunastu wystrzaw biaego wesela dla ieci.
Kto mwi co nieciekawie.
Otwieram pirnik i licz, ile mam stalek.
Raz, dwa, trzy Krzywka, serek, szstka, oczko, sienkiewicz, koniar dwie,
trzy krzywki. Raz, dwa, trzy, cztery, pi. Jedna bez koca: koniec ukruszony, pewnie
pisa nie bie.
Wyjmuj, probuj, pisze, ale grubo.
Jedenacie stalwek, jedenacie.
A potem ju nic.
Mwi co nieciekawie o chopcu czy wieniaku.
Ziewam.
Nie wolno na lekcji ziewa.
Ssiad pchn, ebym wsta. Wstaj. Domylam si, e ziewnem i e pani do mnie.
Sied rwno, nie opieraj si!
Sie rwno, nie opieram si. Ziewam ukradkiem.
Prosz patrze na tablic.
Patrz na tablic i wi, e nieg znw za oknem prszy, ale ju mnie nie obchoi
nawet.
Sie cichutko.
Powtrz.
Co?
Sta w kcie. Nie uwaasz.
Wlok si w stron kta.
Prej.
Kto si rozemia. Czsto w klasie kto si tak rozemieje, nie wiadomo czemu.
I bywa, e za nim wszyscy.
Nogi bol. Nie bol, ale zaamuj si. iwne. Starczyoby si na gonitw, sanki, ywy.
A teraz nie za wola, nie upr, nie lenistwo, nie psotne szkolne na zo, ale szczere,
uczciwe, rzetelne, bolesne nie mog. Jakby kto wzi w rk i zama jak patyk.
Surowa kara w kcie. Jestem saby, mczyo mnie sieenie w awce. Oparem si,
nie mogem rwno. Teraz musz sta.
Pocieszam si:
Lepiej w kcie. Jeli zaczn dokazywa, nie ponios wsplnej odpowieialnoci.
A mog zacz. Bo popod cisz omdlenia tli si zatajona uraza, ch odwetu, ktry
czeka na haso. Znajie si czy nie znajie miaek? Bo jak teraz jeden tylko zacznie,
nie skoczy si na maej awanturze. Ju ja wiem znam.
Wic wbi tam kto stalk w awk, przyciska, puszcza i brzczy. Nauczycielka
jeszcze nie syszaa, ale my syszymy od pierwszego niemiaego razu. Zapa takiego
trudno, bo wbi stalk gboko w kasetce i tylko nacinie, zaraz ddi!
Ju teraz goniej.
Kto brzdka?
Nie ma odpowiei.
Teraz jest ich ju dwch, na zmian.

Kiedy znw bd may

Kiedy si wreszcie skoczy ta lekcja? Przecie nie mona tak wiecznie. eby cho
zegar wisia na cianie. Czemu nie ma zegara? Dlaczego pani wie, tylko my beznaiejnie,
w rozpaczy?
Pytam si, kto brzdka? Olszewski, to ty?
Co? Ja nic nie wiem.
A kto?
Ja nic nie wiem, a pani zaraz na mnie.
Klasa bui si z drzemki. Zaczyna by ciekawie. Czekamy na nowe, ju ryzykowne
brzdknicie. Pani ju zgada kierunek. Teraz odezwie si trzeci, eby zmyli pani. Teraz
pewnie wyjmuje stalk z pira, robi niewinn min, wtacza stalk w drzewo.
Prosz wzi rce za siebie.
Nareszcie wonek.
Rozumiecie teraz, czemu, z pewnym zaenowaniem co prawda, da szkoa, by rce
mie splecione i parami opuszcza klas.
Bo zrywamy si kup, chmar, wichrem w drzwi.
Drzwi powinny by w szkoach szerokie na wypadek poaru i takich dni nienych.
Pchamy si, spieszymy, eby nic-nic, ani chwili nie straci. Musimy si ratowa, a mamy tyle drogi, tyle przeszkd. Wskie drzwi, ciasny korytarz, schody, sionka. A musimy
by wszyscy pierwsi na podwrku. Wic okciami, kolanami, piersi, gow drog
torujemy, bo tchu brak, rce parzy od zimnego niegu.
Migno przed oczami ju.
Pierwsza byle jaka kula i bc! w pierwszego lepszego. Gniewa si nie bie.
Taka przecudowna, najjaniejsza bie zabawa. I dosownie nikt nam nie przeszkoi.
Nie omieli si, nie zaryzykuje.
Wony wie, e mu schody zaboc. Nauczyciele ukryli si w kancelarii i pal papierosy.
Nauczyciele udaj, e si nie domylaj, bo nie wypada. A to s nasze iesi minut.
I w ich obronie jestemy lawin, huraganem, ywioem.
Walka na kule na odlego i dugo rki. Z jednym i ze wszystkimi. Walka, gie nie
ma wrogw, gie nie chce si krzywdy wyrzi nikomu, ale trzeba koniecznie wyj
zwycizc. Nie liczy si zadanych i otrzymanych ciosw, nie sprawa si wyniku strzaw
i nie czuje zadanych z tyu razw. Byle do koca na placu przetrzyma nawa ataku.
Ju kto za mocno upad, ju kto co oglda rana w bluzie czy majtkach i pierwsze
zy w oczach.
Nie wiimy ran, nie wspczujemy zom. Przerwa zabaw moe tylko co najstraszniejszego: chyba tylko szyba wybita albo prawiwa krew. Cho kto wie, czy to walk
przerwie od razu, bo moe tylko na jednym najbliszym odcinku?
Nie ma planu ani kierownika. Kady z kadym, kady za siebie przeciw wszystkim.
Tylko przypadkowe, przelotne przymierza.
Oto we trzech walimy w jednego. Przyparlimy go do ciany. Broni si, ale piercie
si zwa. Ju wybra cay nieg spod stp, ju nie kulami, bo nie zdy, a tak nieg
w popochu nieszkodliwy miota, ju si schyli nie moe, bo stoimy pier w pier.
Poddajesz si?
Nie!
Ma suszno.
Bo jeden z trzech rzuci nagle z rozmachu kul w sprzymierzeca. Zdrada popoch
w ataku. Nie zdrada wanie, ale haso, eby si rozproszy i w ciekawsze miejsce pdem
si puci.
Ma suszno, e si nie podda, bo oto w momencie ostatnim odsiecz mu przybywa.
Otrzymujemy nagle grad kul w nie osonite tyy. I wymkn si w zamieszaniu, osabiony,
biay od stp do gowy, ale niezwyciony.
Albo jeden z trjki ostatni w prdkoci nie uklepan kul gar sypkiego niegu
wpakuje w usta lub wysmaruje twarz i zadrapie zabkanym kamykiem. Waciwie nie
wolno, ale jakie tam w boju mog by przepisy?
Albo ot tak, rozlecimy si nagle, nie wiec, z kim walczylimy i przeciw komu.
Pomieszali si luie i odiay. Migaj twarze znajome, pznajome, wiiane przelotnie i zgoa obce.

Kiedy znw bd may

Zmagamy si nie z czowiekiem, ale z czasem. Kada chwila musi by wyzyskana


szkoda kadego uamka sekundy. Kada chwila zuyta, wycinita, wyssana do ostatniej
kropli rozkoszy ruchu.
Oto obaj leymy w niegu. Ja w grze. I ju umylnie luzuj, eby da mono rewanu, na chwil lee pod nim. Na mgnienie. Zrozumia. Zrywamy si obaj na nogi
i biegniemy razem, trzymajc si za rce, lub w rne strony.
Jedyna ambicja: wyczerpa wszystkie moliwoci sytuacji walki. Nachwyta i wchon najwicej wrae. Wstrzsn kadym wknem mini i nerww. Odetchn ostatnim zaktkiem puc. Po tysickrotnie przerzuci przez serce tward fal krwi.
Bo i my zdolni zatraci si w rozkoszy nie szkaratnej, ale biaej. I nic nie bie
zapomniane. I w znueniu nastpnej szkolnej goiny przetrawia biemy pojedyncze
momenty piknych chwil, mocnych wstrznie.
ieci rosn wszak prawda? Ciao i duch ich wzrasta? Pragnbym dowie naukowo, e w takie pauzy najbariej. eby niezbicie przekona.
Ano, wonek. Nie szkoi. Jeszcze lepiej. wonek dodaje rozpdu zabawie. Jak
orkiestra onierzowi w marszu. Jeli przed wonkiem moe iebeko szczilimy
siy, to teraz nie. Do ostatka, do dna, do cna zupenie ju wszystkie okruchy si
jak biay mazur rzuci w ostatni chwil walki.
Decydujca, niebezpieczna, nieprzytomna chwila. Tu, gdy ju nie ma rachunku czy
zastanowienia, wanie teraz najczciej tucze si szyba, ginie zbyt mocno cinita
pika, amie si noga. Tu wywiza si moe nagle krtka, niespoiana, zacita bjka,
co to si besz nie, e go nie lubisz, nie, e masz z nim dawne porachunki, ale e
wonek wzywa ju do klasy. Nienaumylnie pchn lub uderzy, przed wonkiem
byby darowa, nie zwrci uwagi nawet, ale teraz, po wonku, poczue i nie darujesz.
Sam si potem iwisz i wstyisz, i aujesz. I wspczuj ci koley, i przykro im, e
w por nie zaegnali.
Bo szkoda, e si zepsua taka pikna zabawa.
Pikna?
Jake uboga jest mowa luka. Bo c powiesz?
Ganialimy si. Byo wesoo.
I ju.
Gdybym by wonym, wonibym dugo dugo w takie niene pauzy. Bo dopki
woni, my tylko nie rozumiemy odgos wonka wprzgamy do zabawy. Dopiero
gdy zamilk, w tej pierwszej po nim ciszy zabawa ju nielegalna trwona nieobliczalna. Ju ami si szeregi, karniejsi si wycofuj, dostrzegasz wahanie w ruchach,
niepewno w oczach, tracisz ufno, wiar, sam w sobie nie do pewien wiesz, e
ustpi trzeba, ale to przecie poraka, dezercja, zdrada.
Cisza, ale w ni lada chwila uderzy bicz drugiego wonka. I bie za pno.
Biegniemy do sieni. Tam pewnie nas zatrzyma przezornie ten, kto odpowiada za czysto korytarzy.
Nogi wyciera!
I tu wanie kto ostatni, tward, mocno zbit, na fest uklepan ostatni kul
wymierzy w skbiony przy drzwiach tum. Czy rka zadraa, czy oko zawiodo, czy
zatajona decyzja odwetu spltaa kierunek do, e nie w nas, ale w okno.
Gdy znw bd dorosy, ja t spraw porusz gono, dobitnie; postawi j na porzdku
dnia.
Ile szyb rocznie stuc mamy prawo? Mwisz: ani jednej? Szalestwo! Sam nie wierzysz.
Szko pono wynaleli jeszcze Fenicjanie. I przez tyle stuleci nie mona byo nic trwalszego? A c robi chemicy? I zycy w swoich pracowniach? Czy istotnie nic innego nie
mona?
Niech si szyby nie tuk. Ich wina, nie nasza. Czemu mamy nagle zastygn, znieruchomie w grozie? Czeka na nieszczcie? Dlaczego ja, niewinny, mam kry si, ucieka
z miejsca, gie dokonana zbrodnia? Czemu ot nagle wszyscy przypadkowo obecni stalimy si przestpcami?
Dlaczego po tej tylko pi minut, po tej no szeminutowej pauzie mam spotka
si z gronym spojrzeniem i okrutnym pytaniem:
Kto?
Kiedy znw bd may

Nie ja.
A cho mwi prawd, czuj, e jakby kami. Naleao powieie:
Przypadek zdarzy, e nie ja.
Wiem, e s poszlaki. Oskara mnie onieona oie. Rzucaem kule jak inni, jak
wszyscy. Przecie wolno. Bo ja wiem zreszt? Moe nie? Spiesz do klasy, chc zdy, na
pewno zd. Bo ja wiem zreszt? Moe naprawd winien jestem, e nie zaraz z pierwszym
uderzeniem wonka? Ale czy mona byo tak zaraz, od razu?
Ja nie.
Rzuciem kilka legalnych, niewinnych kul. Czy kilka? Nie wiem ile. Czy liczy zupenie skoczone, dojrzae, geometryczne kule, czy i te p-, wierkule, ktre ciskaem
w popiechu?
A przecie znalaz si fu, przebrzydy kamczuch! mwi:
Ja tylko dwie kule, tam daleko.
Krtacz, szachraj, kamca.
Jestemy wszyscy solidarnie wpltani w nieszczcie. Czujemy, e niewinny jest i ten,
ktry najnieszczliwszy wrd nas bo prawd jest, e szyb stuk przypadek, e jej nie
stuk ani ten, ktry j stuk, ani nikt. Tak my w tej chwili czujemy i pod groz haby
nie wolno nic wicej powieie ni krtkie:
Nie ja.
I niechtnie. Nawet to niechtnie, pod przymusem tylko.
Bo wy raczej odpowiecie, czy istotnie nie wolno nam wytuc ani jednej szyby?
A jeli wolno bodaj jedn na rok, czy nie powinna ni by wanie ta i teraz?
Wiem, e nie odpowiecie, bo nie znacie, nie rozumiecie niegu. Nawet nie chcecie
pozna, lekcewaycie.
Wic powiem:
Takich pauz, jak isiejsze, ma czowiek w yciu niewiele. Czasem w cigu caej zimy
nie ma ani jednej. Bo musi by ciepo, bo inaczej nieg bie sypki i kuli nie ulepisz.
I rce marzn zanadto. nieg musi by wilgotny i gboki. Za ciepo by nie powinno,
bo si przecie roztopi. Musi spa w nocy lub rano, eby nie zdyli uprztn. Musi by
pierwszy, nieporuszony, eby nie byo w nim ani kawakw lodu, ani grudek ziemi. My,
znawcy niegu i czciciele, wszystko to mocno w duszy czujemy.
Wiemy, e jestecie z nas niezadowoleni. Bywa, e macie suszno. Prawda, e chtnie
skaczemy po kanapie. Mwicie, e kanapa si psuje, e spryny si ami. Nie od razu,
nie zaraz. Kanapa, jeli nie skaka, przetrwa iesitki lat. Wierzymy, chocia yjc lat
iesi nie moglimy sprawi.
Nie pozwalacie tuc we drzwiach orzechw. Drzwi si psuj. To jeszcze iwniejsze.
Drzwi to dom. Domy s wysokie, mocne, trwaj setki lat. A niech i tak bie. Nawet
na klamkach nie wolno si huta, bo cho z elaza, moe si zama. iwne! yjemy od
niedawna, dopiero si rozgldamy. I wy, i cay wiat iwni jestecie. Ale o z wol
was nie pomawiamy. elazo si amie? Zgoda.
Ubranie si drze? Niestety.
Szyby si tuk. I z byle powodu. One si tuk same nie my. wiat jest twardy
i nieustpliwy. Grzmotnem si na ziemi, wyrnem o cian, o parapet okna, o szaf,
o st, o kant, o rg boli, czsto baro zaboli.
I nagle dobry Bg dla nas, dla ieci, usa ziemi biaym kobiercem, jak ptak pierzem
dla pisklt wyciela gniazdo. Zielonej trawy w zimie nie ma i nieprdko bie. A jeli
bie, to zagroona i nie wolno depta. A ze niegiem wolno robi, co si chce.
S kule niene niewinne, s zoliwe, s szlachetne jak karabinowe, podstpne dum-dum zakazane przez humanitarne prawo wojny. S kartacze, bomby i granaty. A dla
was wszystko: nieki, ktre tuk szyby. Trudno: wojna.
I nawet przypadkiem nie ja.
Wic kto?
Wzruszenie ramion.
Nie wiem.

Kiedy znw bd may

Naprawd nie wiem. Jeli wiem nawet, te nie wiem. Mnie si tylko zdaje, e on.
Zapewne si dowiem, jeli spokojnie przepyta, rozway pniej. Nie mam przecie
bezwzgldnej pewnoci, e on, on jeden, na pewno nikt inny.
To biegem, bo po wonku, bo pno. Zmczony, radosny i w strachu. Mogo mi
si zdawa.
Dwch ich stao. Zapewne jeden z nich. Czyja twarz migna i znika. Moe wanie
ten trzeci? Moe jaka zabkana kula? Trzeba ustali potrzebny czas a nauczyciel
chce, eby ju.
Zreszt niech inni powie moe bliej stali, moe wiieli lepiej.
I stoimy dugo, chmurnie, nieznonie. I pytam si, w jakim najrzadszym przypadku
zdarzy si tak moe dorosym? Jeden tylko znajduj.
Oto podczas pochodu, w ktrym bior uia, rozleg si nagle strza. Otacza nas
policja: kto strzeli? Ale tu, bdc niewinnym, wiem, e bie letwo, e wszystkie
za i przeciw bd solidnie zwaone. A nasze sprawy zaatwia si tak jako byle zby.
Dlaczego tak jest? Dlaczego tak czsto bez winy krzywda nam si ieje? Dlaczego wolno
iecko niesprawiedliwie ukara i uwaa si to za drobiazg, i nie odpowiada si za to przed
nikim?
Religia przesza spokojnie.
Rozmylaem o Jzee, ktrego faraon wtrci do wizienia. Jzef tumaczy sny.
Pniej byo mu dobrze, ale jak ciko by sprzedanym przez braci, oskaronym zoliwie
i w kajdanach dugie lata w ciemnym sieie lochu. Ja niedugo staem w kcie, a ile
wycierpiaem! Staem w klasie, gie s okna, wieiaem, e tylko do wonka. Dlaczego
nie wiemy, jak wygldao egipskie wizienie, jak dugo drczy si Jzef? al mi Jzefa,
chc mu wspczu tyle, ile zasuy, a nie wiem. Wtedy o Eskimosach chciaem wieie
wszystko, teraz o Jzee. Pyta mam baro wiele; czemu doroli pyta naszych nie lubi? Przecie to byo dawno i daleko, wic i oni mog nie wieie. Dlaczego doroli nie
lubi si przyznawa, e nie wie, ale zobacz w ksikach albo zapytaj kogo, kto wie
wicej. Moe nie wie, ale si domylaj. Im atwiej.
Dawniej w szkole nie byo nawet obrazkw. Za moich czasw nie byo kinematografu.
Jake biedne byy iecinne lata bez kina! Mwili o grach, morzach, pustyniach, dawnych wojnach, ikich ludach. I roso coraz bariej pragnienie, eby to wszystko wiie.
Teraz, gdy si wychoi z ciemnej sali kina, moe czowiek przynajmniej powieie:
Byem tam, wiiaem.
Bui mnie z zamylenia szmer klasy. Znw jestemy wypoczci i godni dwunastu
strzaw armatnich.
Bol plecy, ale dopiero teraz. Twarda musiaa by pigua. Przyjemny jest taki may bl.
Jak blizna, ktr ojciec pokazuje synowi. Dumny, bezbolesny bl, o ktrym si mwi:
To nic. Gupstwo.
Odwracam si, aby spojrze na Janka, ktrego zieliem prosto w czoo, a mu czapka spada Od razu poczu mj wzrok. Umiechn si, byskiem oczu odpowieia:
Pamitam. Ale poczekaj: zaraz znw si zacznie. Nie daruj.
Nie wiem, czy my czciej si umiechamy, czy doroli. Ale to pewne, e ich umiechy
mao mwi, a my nasze rozumiemy dobrze, czasem wicej si powie umiechem ni
sowem.
Wymowne spojrzenie i wymowny umiech. Widocznie wie, bo zabraniaj oglda
si i umiecha w klasie.
Gdy znw bd nauczycielem, sprobuj porozumie si z uczniami. eby nie byo
dwch jakby wrogich obozw: z jednej strony klasa, a z drugiej on i kilku lizuchw.
Sprobuj, eby bya szczero.
Na przykad w taki pierwszy ie biaego niegu nagle podczas lekcji klasn w rce
i powiem:
Niech kady zapamita dobrze, o czym w tej chwili myla. Kto si wstyi powieie, niech powie, e nie chce, eby nie byo przymusu.
Pierwszy raz si nie uda. Ale bd czciej tak robi. Jak tylko zauwa, e klasa nie
sucha.
I po kolei:
O czym ty mylae? O czym ty mylae?
Kiedy znw bd may

Jak kto powie, e myla o lekcji, zapytam si:


Czy tylko nie bujasz?
Jak kto umiechnie si i wi, e nie chce zapytam:
Moe nie chcesz przy wszystkich, to powie do ucha albo na pauzie zapisz.
A oni:
Po co to panu?
Powiem:
Chc napisa ksik o szkole. eby si wszyscy przekonali, e nie zawsze mona
uwaa na lekcjach. Moe w zimie przerwy powinny by dusze, moe w dnie pogodne uczniowie prej si mcz. Wielu lui pisze ksiki o szkole. I coraz wprowaa
si co nowego, eby ieciom byo lepiej i nauczycielom. No, bo wy skoczycie szko
i pjiecie sobie, a my cae ycie choimy do szkoy.
A oni si ziwi, bo wcale do gowy nie przychoio, e przecie i nauczyciel choi do
szkoy i te spa tu w klasie wiele goin. Biemy mwili, co kto chciaby zmieni.
Powiem, e nauczyciele najczciej choruj na gardo i na nerwy. I dlaczego jestemy
nerwowi.
A kiedy kady ju powie szczerze, o czym myla na lekcji, tak zaartuj:
Wic teraz wszystkim, ktrzy nie uwaali, postawi paki.
Ooo, jaki pan cwany!
A ja:
Nieadnie mwi, e nauczyciel cwany.
A oni:
Dlaczego?
Wic objani. I znw:
Wic moe postawi paki tym, ktrzy myleli o lekcji?
Jedni zaczn krzycze:
Tak, tak, tak!
A druy:
Za co my? Przecie my uwaalimy!
Ja powiem:
Nie uwaalicie.
Dlaczego?
A bo i jest pierwszy nieg, a wy nie uwaacie.
No, bo nieg to nie lekcja.
Wic moe i paek nie stawia?
Ani i, ani nigdy.
Bez paek trudno.
Ale nieprzyjemna paa.
I da pa te nieprzyjemnie. Nauczyciel woli pitki stawia.
Wic niech stawia pitki.
A czy mona?
No nieeee.
I biemy si tak do wonka przekomarzali.
A pomyle tylko, jakie to iwne! Chciaem by ieckiem, a teraz znw myl, co
bd robi, gdy i dorosn. Widocznie i ieciom, i dorosym ieje si nie najlepiej. Ci
maj swoje troski i smutki, ci swoje.
Mogoby by nawet tak, eby czowiek na zmian raz by duy, raz may. Jak jest zima
i lato, ie i noc, sen i czuwanie. Gdyby tak byo, nikt by si nie iwi. Tylko lepiej by
si rozumieli wzajemnie doroli i ieci.
A na pauzie ju bya spokojniejsza zabawa. Juemy si umwili kto z kim. I nieg by
skopany, wic gorzej kule lepi. Niektrzy prbowali, ale wicej bawimy si w sanki. e
jeden chopak z tyu wonica, a dwaj z przodu konie. I sznurem jeden za drugim,
niby stra ogniowa, kulig czy artyleria.
Kady inaczej myli, ale si cigamy: kto ma lepsze konie albo samochd.
Z pocztku by porzdek, potem si pokotowao. Bo zaczli najeda. Zrobili katastrof kolejow. Poprzewracali si ca kup i pchaj. Zawsze si znajd narwacy i kto

Kiedy znw bd may

musi paka. Bo jednemu nadepnli na rk, a drugiego butem uderzyli bya elazna
podkowa. Jeszcze go tak przydusili, e nie mg oddycha.
My nie wszyscy lubimy wariowa. Wcale nie. Czasem wolimy wcale si nie bawi ni
z ikusem, co pcha, wrzeszczy i be. Bo takiego na arty trci, zaraz z caej siy uderzy,
eby bl sprawi w ko albo pici. Na nic nie zwaa, pcha, rzuca si, szarpie ubranie.
Jak nieprzytomny.
Ile razy chciaby si czowiek pobawi, a mwi:
Nie chc.
Bo on jest.
Albo on, albo ja.
Niech wybior sami.
Czasem boj si szczerze powieie, bo zacznie si czepia, przezywa, dokucza
Ju nawet lepiej:
Nie bd si bawi.
Domyl si sami to dobrze, a nie to nie.
Ale przykro.
Na podwrku ikusw si zna, ale tu caej szkoy zna nie mona, wic si czciej
przykro przytra. I czasu nie ma, eby si umwi.
Wic jak kto pierwszy zabaw pokae i si spodoba, zaraz wszyscy za nim. On jakby
da haso. A przyzna trzeba, e wariaci bo ich wariatami nazywamy dobre maj
pomysy, tylko zrobi nie umi.
Owszem, i my najedalimy jeden na drugiego, niby e si tramwaj spotka z samochodem albo zderzyy si dwa aeroplany. Ale dwa i tylko bokiem.
Wic gonimy si i uciekamy, a jak jaka wariacka trjka chce najecha, usuwamy si
i przystajemy.
Odejdcie, nie chcemy!
Dwa wcieke samochody kursoway przez ca pauz.
Nasza trjka dobrze bya dopasowana. Tylko jeden ko uderzy si w gow, bo akurat
uciekalimy przed wciekym samochodem, a tu lec z boku. Ju nie zdyem wymin
i bc! w tamtego gow. Nawet nie paka, tylko ju nie chcia by koniem.
Mnie si guzik oderwa, ale podniosem, schowaem, eby w domu przyszy.
Tylko w jednym miejscu byo bombardowanie. Galopem si tam przelatywao przez
t lini strzaw.
Kto sam si nie bawi, nic tu nie rozumie. Bo wane nie tylko, e si lata, ale co
si w czowieku samym ieje. Gra w karty czy w szachy nawet to tylko rzucanie
papierkw i suwanie drewienek. Taniec to krcenie si w kko. Ten wie, kto sam gra
lub taczy.
Nie wolno lekceway zabawy ani przeszkaa, ani od razu przerwa, ani narzuci
niemiego towarzysza.
Jeeli jestem wonic, chc mie konie rwnego wzrostu, nie za due, nie za mae, wesoe, ale posuszne, rozumne, przytomne. Jeeli jestem koniem, nie chc wonicy
gupca albo brutala. Bo sam ustanawiam szybko biegu, nie chc, eby mnie szarpa, bi
i popycha. Inaczej czuj jako ko, inaczej jako wonica. A wy co wiecie? e parsknem,
e niecierpliwie nogami w miejscu przebieram czy woam: stj wioooo!
Gdy jestem straakiem, rozgldam si, czy nie dostrzeg dymu w gr patrz,
inaczej si spiesz, ni kiedy p z armat na pozycj. Przed stra ustpuj, artyleri
bierze na cel nieprzyjaciel. Nieufnie si rozgldam, by nie wpa w zasak. Gdy jad
jako pogotowie, myl, czy to ma by iecko przejechane, czy samobjca, wisielec czy
otruty. Nie tylko przecie lec jak gupi.
Zreszt wane take, eby si wylata na zapas, bo znw goina w awce.
Ano, skoczya si szkoa. Iiemy do domu.
Nie wiem, czy i i wraca z Mundkiem. Jeeli si ma jedn drog do domu, a zacznie
si razem z kim choi, to ju trzeba zawsze. A moe by nieprzyjemnie i ju si trudno
odczepi, ju si trzeba albo na dobre pokci, nawet pobi, eby znw zosta samemu
i z kim innym wraca.
S tacy, z ktrymi nikt wraca nie chce, wic si co ie do kogo innego przyczepi. S
tacy, ktrzy sami wol wraca do domu, ale tacy si rzadko zdarzaj. S tacy, ktrzy lubi
Kiedy znw bd may

kup. A najczciej wraca si we dwjk, w trjk, dwaj s jakby przyjaciele, a trzeciego


doprosi si albo sam podejie i patrzymy, co on za jeden. S zazdroni, ktrzy nie lubi,
eby by i trzeci. Tacy s nieprzyjemni: wyglda, jakby ci kupi dla siebie.
Przykro, jeli jeden chce razem, a drugiemu ju si znuio albo wybra innego.
Musi si wykrada ze szkoy, eby go tamten nie znalaz. Jeeli delikatny, zrozumie, ju
sam odejie. Ale inny robi awantury, rozpowie sekrety, nakamie i z niby-przyjaciela
zrobi si najgorszym wrogiem.
Nie zawsze ten, z kim si iie ze szkoy, musi by przyjacielem. Bo przyjaciel moe
mieszka akurat gie iniej, e nawet kawaka i z nim nie mona, od razu w przeciwne
strony. Wic co innego przyjaciel, a co innego, z kim si lubi wraca. Ale zawsze przyjaciel
jest jakby brat i nawet wicej. Tylko e brata lepiej si zna, wic si nie mona pomyli.
A przyjani si czowiek sowami, wic zdaje si, e jest taki, jak mwi, a mona si
pomyli, bo bie faszywy. Inaczej w oczy, inaczej za oczy albo inaczej mwi, a inaczej
robi. Jeeli brat si nie uda, ju nie ma rady: pokcisz si, a musisz si w kocu przeprosi.
A z niby-przyjacielem mona si rozczy na zawsze.
Gdy wtedy pierwszy raz byem may, miaem te rnych przyjaci. Pierwszy by
rok, ale lubiem go tylko par miesicy, potem wi, e mnie namawia do zego, wic
czekaem tylko, eby sobie odszed. A on nie. A zosta na drugi rok w tej samej klasie
i tak si od niego zwolniem.
Drugi te by nie baro udany, ale z nim atwo si pokciem. Daem mu par
prezentw, poyczyem piiesit czy szeiesit groszy i tak, jakbym si od niego
wykupi.
Potem dugo byem ostrony. Rni si przysuwali, ale pjd raz, dwa razy, a potem
niby e musz gie wstpi albo e pira zapomniaem i musz wrci do szkoy, albo
przed wonkiem przygotuj wszystko i w te pdy api palto i ju mnie nie ma. On na
drugi ie mwi:
Gie si wczoraj poiae? Czekaem, szukaem ciebie.
A ja:
Nie wiem. Sam wracaem do domu.
A znalazem przyjaciela. Prawiwego. Co to jak nie przyjie do szkoy smutno.
I chc razem sieie. I bez niego nie bawi si na pauzie. A on czsto przepuszcza
coraz czciej. Nie dokazywalimy na ulicy, bo powoli choi.
A inni mwili:
e te ci si nie nui? Tak si wlecze. iamia taki. Z iewczynkami si cauje.
Nie by wcale iamia, tylko chory na serce. Z iewczynkami si nie caowa, tylko
mia kuzynk. Mymy ju byli duzi, w czwartym czy pitym odiele, a ona w pierwszym.
I czasem j spotykalimy, i ona si z nim caowaa. Maa i do tego cioteczna siostra. No
wic co takiego?
Jeszcze miaem jednego. By o dwie klasy wyej. Bo zdarza si, e starszy zaznajomi si
z maym i razem wracaj, jeeli si szkoa razem akurat koczy. Ale raz kaza mi czeka,
a potem szed z koleg i z nim rozmawia, a mnie jakby nie wii. Plcz si obok jak
pite koo u wozu. Wic wi, e zajty, no i przecho na drug stron ulicy, i patrz,
czy si zapyta, dlaczego odcho. A on nic. Nie obraziem si, ale pomylaem: Ma mi
ask robi. I tak si skoczyo.
Pamitam to wszystko i teraz ju jestem ostrony. Wol poczeka, a znajd kogo
nie tylko do latania, ale eby z nim mona o rnych rzeczach porozmawia. Nie tylko
o szkole, ale w ogle.
Wic id, a Mundek na droe dogoni.
Szukaem ci w szkole mwi.
Nic nie odpowiadam. Iiemy obok. A on si pyta:
Moe nie chcesz ze mn choi?
Wi, e delikatny, bo inny by si nie pyta.
Mwi:
Owszem, chc.
Spojrza uwanie, czy naprawd, czy tak tylko mwi. Umiechnlimy si.
Chcesz si ciga z tramwajem?
Eee, co ie si tam ciga. Dosy si na pauzach wylataem.
Kiedy znw bd may

Zatrzymalimy si przed wystaw sklepu.


Ooo, patrz, jakie adne cyrkle! Wiisz, to do wkadania, jak si chce due koo
zrobi. A to do tuszu. Jak ci si zdaje: ile takie cyrkle mog kosztowa? Chciaby mie?
Patrz, zoty atrament. Patrz, jaki may kaamarzyk: do podry. Musz kupi pelek,
ale nie tu. Frankowski kupi na rogu i ma ju miesic, a w moim od razu wosy powyaziy. Zoiejstwo takie. eby ci pozwolili, co by wybra z wystawy? eby jedn rzecz
pozwolili? Ja bym wzi cyrkle i tego Murzynka.
To przecie dwie rzeczy.
No to tylko cyrkle.
W ssiednim sklepie wybieramy po duej tabliczce czekolady, na wypadek, gdyby
nam pozwolili.
Pniej on wybra dla mamy wazon do kwiatw, ja lalk dla Ireny.
Wystawa zegarmistrza obok piercionkw i broszek z drogimi kamieniami ma i zegarki. Nie jestemy chciwi. Zaopatrujemy si w zegarki. Dugo naraalimy si, czy
lepszy zegarek na rk, czy kieszonkowy z acuszkiem.
Bo my, ieci, rnimy si od was, dorosych. Mao nas obchoi rynkowa cena
przedmiotu. My znamy przedmioty potrzebne i niepotrzebne i zawsze gotowi jestemy
zamieni rzecz drosz, ale obojtn, na to, co chcemy mie. Gdybycie si chcieli wtajemniczy w nasze transakcje handlowe, wieielibycie, e inaczej zgoa u nas wyglda
oszustwo.
Kiedy pierwszy raz byem ieckiem, otrzymaem raz ywy. Wtedy ywy byy jeszcze rzadkim prezentem, kosztownym. No i zamieniem na pirnik z winiowego drzewa,
okrgy, z mopsikiem. Mopsik by bez oka, ale baro miy. Pirnik co ie potrzebny,
a ywy czasem, i zima bya akurat agodna, lodu nie byo. Kiedy si w domu dowieieli, zrobili mi awantur. Musiaem odda. Wstyiem si baro, bo jeli ywy byy
moje, powinienem mie prawo robi z nimi, co chc. Co komu do tego, e mnie si lepiej podoba pirnik z pachncego drzewa z lepym mopsikiem? On wcale nie oszukiwa,
wieiaem, e ywy drosze, ale chciaem mie pirnik. A czy podrny w pustyni nie
odda worka kosztownych pere za banek wody?
Dugo naraalimy si, co wybra z wystawy stolarza. Chcielimy mie stolik z szuad zamykan na kluczyk, ale czy nam pozwol postawi? Moe co dla roicw? Ale
baro przyjemnie mie chocia may, ale wasny stolik.
Zaczlimy mwi o domu: e jemu le jest, bo jego ojciec pe.
To wielkie nieszczcie mie ojca paka. Pakom powinni zabroni si eni. Bo
mcz si potem i ona, i ieci.
Boimy si przed kad wypat: czy ojciec przyniesie pienie do domu, czy cay
tyie biemy si goili. I pomyl tylko, co to za przyjemno, kiedy pany, nie wie,
co si z nim ieje, a jak si wypi, wstyi si i gowa go boli.
A ty nie moesz powieie, eby przesta?
Co ja tam bd mwi? Ju mama dosy pacze, krzyczy i przeklina. Obiecuje,
a potem tak samo. Jak iecko.
A ty sprobuj po dobroci powieie.
Kiedy si wsty. Raz bylimy na wsi u ojca kolegi. Tam pili. A ojciec powieia,
e nie chce. Bo znw wtedy zakl si mamie, e wdki do ust nie wemie. Wic kiedy go
zaczli namawia, eby cho jeden kieliszek, pocignem ojca za rkaw, bo wieiaem,
e jak jeden, to zacznie ju wicej. I ojciec wsta i mwi: Chod, pjiemy do rzeki.
I tak sobie szlimy. I skowronki piewaj. I zboe jakby nam si kaniao. I soce. I adnie, przyjemnie. Ojciec trzyma mnie za rk. Potem usiedlimy nad rzek, a tata znw
trzyma za rk. I raz mu ta rka drygna, jakby si oparzy pokrzyw. I ja powieiaem: Wii tata, e lepiej nie pi. A tata na mnie spojrza i strasznie si zawstyiem,
i strasznie mi si al zrobio taty. Bo si na mnie spojrza tak aonie. Wiesz, czasem pies
spojrzy, kiedy o co prosi albo si boi, eby nie uderzy. Ja wiem, e co innego czowiek,
a co innego pies. A mi tak przyszo do gowy. Ju bym za nic w wiecie drugi raz tego
ojcu nie powieia. Bo patrz: ojciec jakby si domyli, bo tylko patrzy na wod, patrzy,
patrzy i mwi: Psie ycie, synku. I westchn. A ja chc pocaowa w rk, niby
eby przeprosi. A ojciec mocno trzyma rk i nie daje. Nie wiem, czy mia do mnie al,
a moe pomyla, e niegoien, eby go caowa. Ju ojciec nie wrci do tych tam, tylko
Kiedy znw bd may

powieia, eby mu lask przynie, e go gowa boli. Nie chcia, eby si z niego przemiewali. A w kolejce kupi obarzankw. Ani jednego nie zjadem, braciszkowi wszystkie
oddaem. Nawet chciaem zje par, eby tata nie myla, e gar. Ale nie mog: tak
mnie co ciskao. Dugo potem, pewnie z miesic, nie pi, ju mama mylaa, e dobrze.
Dopiero mamie powieieli, e jak kto si owyczaja, a choi osowiay, to znaczy,
e jeszcze; dopiero jak przestanie myle i znw bie wesoy, to ju nie bie. Tylko
suchaj: nie mw nikomu w szkole. Tylko tobie mwi. Nie powiesz? Nawet jakbymy
si pokcili?
Dlaczego si mamy kci?
No nie wiesz? Pjie nam o co i pokcimy si.
I jeszcze troszk mwilimy, jacy rni s na wiecie luie: jeden pe, drugi robi
nie chce, trzeci kradnie, ten to lubi, ten to. Lubi abo nie lubi.
Na przykad s tacy, co nie lubi obcina paznokci. Bo jak obci, to razi. I nosz
dugie pazury. Albo gryz.
I e na palcach robi si zadry, e boli. I e na paznokciach robi si biae plamki:
z czego to jest?
Bo mwi, e to szczcie kwitnie. A inni mwi, e kto zazdroci. Zawsze tak jest:
jeden powie inaczej i drugi inaczej, i nie wiadomo potem, komu wierzy. Okropnie duo
jest kamstwa na wiecie.
I tak rozmawiamy dugo, a si spniem na obiad. Bo ja jego odprowaaem, a on
mnie, i szlimy tam i z powrotem.
Przyjemnie byo choi i rozmawia, bo wszie nieg i nieg.
No wic si spniem.
A mama zaczyna krzycze, dlaczego si na obiad spniem. e latam, e mama dosy
ma pitraszenia i zmywania, e buty dr, e nie jestem iewczynk, bobym pomaga, e
mama pjie do szkoy na skarg, e na obuza wyrosn, e Irena powinna by starsza,
a ja modszy, e mama umrze przeze mnie.
Stoj i nic nie rozumiem.
Jak si spniem, mog je zimny obiad albo wcale nie je, mog sam zmy miseczk.
Postawia mama jeenie, a ja nie chc. Mama jeszcze gorzej:
Masz je! Jeszcze grymasy bie robi, ceregiele stroi!
Ju nie chc drani wicej i jem. Ale mi kady ks w gardle stoi. I nie mog przekn.
A prosz Boga, eby si to jeenie skoczyo.
Dopiero si wieczorem dowieiaem, e mamie mole pociy sukni. Maj by imieniny, a suknia pogryziona przez mole. Wic i za to, co zrobi mole, maj ieci odpowiada?
Jeszcze wicej zabolaa mnie niesprawiedliwo. Ju lepiej nawet nie wieie, dlaczego
doroli s li, kiedy daj bury. Przeczuwasz, e im si co przytrao, ale szukasz i w sobie
winy. A znajiesz.
Usiadem w swoim kcie i lekcje odrabiam. Ale si boj, e ktry z chopakw przyjie i znw si zacznie:
Id, buty drzyj, ju twoi kolekowie ci woaj!
Przecie tylko dlatego chciaem by ieckiem, eby bawi si znw z kolegami.
I nawet zgadem, bo kto zastuka, ale cicho i tylko raz. A mama usyszaa.
eby si nie way wychoi! Lekcje rb!
Ano, robi. Nie mam nawet ochoty i.
I tak mi si zdaje, e sie sam jeden w polu, a tu noc i mrz, i jestem sam jeden,
i boso, i godny. I wilki wyj. I zimno. I strach. I ju cay drtwiej.
iwny jest czowiek. Albo mu wesoo, a tu nagle smutno.
Nie wiem na pewno, ale mi si zdaje, e doroli czciej bywaj li ni smutni. A moe
w cichoci si smuc dla siebie, a na ieci si zoszcz. Rzadko bywa, e o nauczycielu
mwimy:
Pan by i smutny.
A niestety czsto:
Pan by zy.

Kiedy znw bd may

ieci czciej pacz ni doroli, nie dlatego, e mazgaje, ale e gbiej czuj, wicej
cierpi.
Czemu doroli nie szanuj naszych iecicych ez? Bo im si zdaje, e czsto o wszystko, o byle co paczemy. Nie. Mae ieci krzycz, bo to ich jedyna obrona: narobi krzyku,
to si kto znajie, co zwrci uwag i przyjie z pomoc. Albo z rozpaczy ju krzyczy.
A my paczemy rzadko i nie o to, co najwaniejsze. Jeeli baro zaboli, to si jedna tylko
za pokae, i koniec. I z dorosymi tak bywa, e w nieszczciu wyschn, wystygn nagle
zy.
A ju najrzaiej zapaczesz, kiedy si gniewaj, a nie maj racji. Gow spucisz i nic.
Czasem pytaj si, a ty nie odpowiadasz. Czasem chcesz odpowieie, a tylko wargami
poruszasz i nie moesz. Oni mwi, e upr. I czasem naprawd jaka zacito wybuchnie,
e ju wszystko jedno: niech zb, to si prej skoczy. Wic wzruszysz ramionami
albo co mrukniesz pod nosem. Bo ci si po gowie same najgorsze myli kouj i sowa
brzydkie. Ju wtedy nie zastanawiasz si, e to nauczyciel czy ojciec. Albo w gowie nic,
tylko w piersi niema rozpacz i gniew.
Czsto nawet nie syszysz, co krzycz, ani jednego sowa nie rozumiesz. Nawet nie
wiesz, o co im iie. Tylko w uszach huczy i w gowie si mci.
A jeszcze szarpn, pchn, uderz. Raz uderz albo za rk szarpi i zdaje im si, e
niebicie nie boli. Bo oni biciem nazywaj katowanie ieci. Kiedy tuk pasem, trzymaj
i wal jak zbrodniarza, a iecko si wyrywa i wrzeszczy:
Ju nie bd, ju nie bd!
Za takie bicie moe go teraz ju mniej, ale jeszcze jest w przyszoci bd od
razu do kryminau saali. Co czuje ten, ktry be, i co czuje iecko, nie wiem. Ale my
patrzymy z obrzyeniem, oburzeniem i zgroz. My si nad koniem wicej litujemy ni
oni nad czowiekiem.
Moe mylicie, e przecie my miy sob take si bemy. Ale my mamy mae rce
i ma si. I nawet w najwikszej zoci tak krwioerczo nigdy nie bemy Wy naszych
bjek nie znacie. Zawsze prbujemy naprzd, kto silniejszy, i miarkujemy si na wiek
i odpr. On mnie, a ja jego. A jak si uda obezwadni, e si rusza nie moe, zaraz
przestajemy. Albo kiedy nam kto przeszkoi, wtedy moemy za mocno uderzy. Albo
jak si szarpiemy, uderzysz w nos, a z nosa zawsze krew leci.
My wiemy, co znaczy: boli.
(Jaki doktr pgwek wymierzy, e ieci w zakadach karnych mniej czuj. Ja bym
zmierzy jego wraliwo i wsypa piiesit batw, bo wstyd, e takie prace uczone pisze
Polak i lekarz).
Sie tak sobie i rozmylam, co dawniej wieiaem i co wiem teraz. I coraz wikszy
al mnie ogarnia, e my tacy mali i sabi. A najbariej al Mundka, e ma ojca paka.
Ano, ju chyba bd jego przyjacielem. Jemu le i mnie. Niech bie braterstwo.
I przez niego cierpi teraz, bo przez niego si na obiad spniem.
I tak mi si w oczach ciepo zrobio i prdko odsunem zeszyt, eby nie kapno na
zadanie. Ale nie: tylko do nosa wpyny, nie spady.
A tu Irena podchoi. Stana z daleka i patrzy. A ja na ni bokiem, bo nie wiem,
czego chce. A ona stoi i nic nie mwi, potem krok bliej i znw nic nie mwi, tylko
stoi. Ja czekam, a ona co trzyma i z rki do rki przekada. Wiem, e si stanie co
dobrego, i tkliwo wchoi do serca. Cichutko si zrobio we mnie. No i podaje mi
Irenka toto. Chce mi podarowa szkieko szlifowane, e jak si przez nie patrzy, wszystko
wida w rnych kolorach. Prosiem wczoraj, nawet patrze nie daa, a teraz mwi:
Masz. Na zawsze.
Czy powieiaa masz, nie wiem, bo nie syszaem. Bo tylko usyszaem:
Na zawsze.
Tak cichutko, delikatnie, przyjemnie, wstydliwie.
Nie chciaem wzi, bo da, a potem si pokci albo poauje i odbierze. Jeszcze si
poskary, e sam wziem. Bo z maymi iemi trudno si porozumie, bo doroli nam
przeszkaaj. Jak oni si wymiewaj i dokuczaj, e my mali, to my z jeszcze mniejszych. Przecie adniej powie mae iecko na zawsze, a my si z nich wymiewamy.
Wic nie chciaem wzi, bo nie ufam, boj si, e bd mia przykro. I wziem, patrz,
a tu zamiast jednego okna, duo okien i rnokolorowe.
Kiedy znw bd may

I mwi:
Oddam ci.
A ona:
Nie tseba.
I pooya ma rczk na mojej duej rce. Patrz na jej rk przez szkieko
i umiechnlimy si do siebie.
A tu mama si pyta, czy skoczyem lekcj, e mi da na tramwaj, ebym pojecha do
ciotki, eby sukni odnie, co j mole pogryzy. A ja, rozalony na dom, myl sobie:
Dobrze, e przynajmniej troch w domu nie bd.
Tylko nie zgub mwi mama.
Pomylaem tylko:
iewczyna by moe zgubia, a nie ja.
Bo jak nam wymawiaj, e jestemy chopcy, to sami nas na iewczynki szczuj. Bo
co my winni? Ju nas Bg tak stworzy.
A oni cigle:
Chopaki, chopaki.
To my w odwecie:
iewuchy to i to.
Jak dwa wrogie obozy.
Przecie sami wiemy, co one warte, a co my.
Ano, wziem sukni, co mama owina w ptno i id.
Na tramwaj dugo musiaem czeka i zy jestem, bo chciaem w mig wrci, e prdko
zaatwiem. A tam si co stao, e tramwaje si zatrzymay, wic jak ju przyjecha, by
peen i jeszcze si pchaj. I ja si pcham. Ju si nawet trzymam za sztab, eby wej,
a tu jaki jak nie odepchnie, a si potoczyem. Taki zy byem, e zaklem. A on stoi na
schodku, mwi:
Gie leziesz? Zlecisz!
Jaki litociwy pomylaem. Sam zlecisz, paku jeden.
Ale wcale nie by pany, tylko ju w zoci przezwaem. On mnie na trzewo wypchn
z tramwaju, bo silny, bo duy.
Czekam, a drugi tramwaj te peny. Zapaciem i jad. Ale myl cigle, jak on mnie
ordynarnie zepchn. Taki ordynus, cham, a jeszcze dorosy ieciom przykad daje.
I znw jeden popchn. Jako odgarn mnie, jak nieywego czowieka: mao mi suknia nie wypada. I co ja zego takiego powieiaem? Kady by tak samo powieia:
Ostroniej.
A on, jak nie wsiie na mnie:
Ja ci dam ostroniej!
Powtrzyem tylko:
No, bo ostroniej.
A on swoj ap pod brod.
Mwi:
Niech pan puci.
A on:
To nie urgaj!
Mwi:
Nie urgam.
A tu jaki stary si wtrca. Nic nie wieia, nic nie wie i zaczyna:
Takie to teraz wychowanie! Starszemu obuz nie ustpi!
Powiadam:
Bo nie mwi, eby ustpi.
A ten do mnie:
Ju ja ci powiem, szczeniaku!
Nie jestem szczeniakiem, tylko czowiekiem, a pan nie ma prawa si pcha.
Biesz mnie uczy, co mam prawo!
Bo pewnie.
Serce mi be i w gardle dawi. Niech bie awantura. Nie dam si! A tu si luie
zaczynaj patrze. iwi si, e may, a tak si odgryza.
Kiedy znw bd may

No a co mi zrobisz, jak ci dam tak po uszach?


Zawoam policjanta i ka pana aresztowa, e pan awantury w tramwaju wyrabia.
A tu jak si wszyscy nie zaczn mia. I on te. Ju si nawet nie gniewaj, tylko si
miej, jakbym jaki art powieia. A z awek wstaj, eby na mnie popatrze. Ju nie
mog duej, wic mwi:
Przepraszam, ju chc wyj.
A on mnie zatrzymuje.
Dopiero wsiade powiada. Pojed sobie troch.
A tam siei gruba, rozwalona i mwi:
A to rak zajady!
Ju nie syszaem nawet, co kady dogryza.
Chc wyj! krzycz.
On nic.
Zdysz mwi mody jeste. Co ci tak pilno?
Krzyknem z caej siy:
Panie konduktorze!
Dopiero jeden si uj:
No, pucie go ju, panowie!
I wyszedem, a wszyscy patrz jak na jakie iwo. Pewnie jeszcze z p goiny si
wymiewali.
Ka nam ich szanowa, ciekaw jestem za co. Ordynusy tylko. Przykazanie mwi:
Czc ojca, a nie kadego, e si wczeniej uroi. Sztuka wielka. A co ma robi Mundek, jak ma ojca paka? Szczeniak, rak zajady, obuz, ze wychowanie. Ano, dajcie
przykad dobrego wychowania. A jak nauczyciel podczas lekcji ca goin w nosie duba? Co si ma przed szczeniakami krpowa? A jeszcze nas smarkaczami nazywaj. Byle
ubliy i poniy. Czy iw, e potem ieci jak wyrosn, tacy rozjuszeni po wiecie
cho?
My przytomni jestemy, wiele wiimy, wiemy, wicej domylamy si, przeczuwamy.
Tylko musimy udawa, bo nam usta zamurowali.
Pan na lekcji w nosie dubie, a pani odwrci si do okna, ukradkiem wyjmie lusterko i usta sobie maluje. Czy myli, e my lepi jestemy, jak siei nas czteriecioro?
Dlaczego przy inspektorze tak nie zrobi?
I iwi si, e im czasem na zo co si zrobi.
Bo czujemy przecie, e nas psuj. Moray maj tylko na jzyku, a wychowuj w nas
fasz i sualczo. eby, jak doroniemy, pomiata sabszym, a paszczy si przed silniejszym.
Jak si chwali pruski nauczyciel, e to on wygra bitw pod Sedanem. A nad Marn
dosta w skr, a my zwyciylimy, kiedy szk u nas prawie nie byo.
Id z t sukni pod pach, a tak mi si dorose myli plcz z iecicym blem
i obraz. Tylko cztery przystanki przejechaem, do ciotki jeszcze daleko, ale wol kusem
lecie ni z nimi si uera.
A w domu mama jak na zo:
Co tak dugo sieia?
Nic nie odpowieiaem. Bo mi si nagle zdawao, e mama wszystkiemu winna.
Gdybym ju z domu nie wyszed rozdraniony, moe bym w tramwaju nie robi awantury.
Tyle razy si ustpuje, byby jeszcze raz. A przysowie, jak na kpiny mwi, e mdry
ustpuje gupiemu. Szukaj teraz mdrego.
al mi, e ie tak si adnie zacz, a tak marnie skoczy.
Ju le, a zasn nie mog, tylko dalej myl:
Ju tak wida by musi. W domu nie baro dobrze, a wiat jeszcze gorszy. Wic
takie im si mieszne zdawao? Wic jak jestem may, nie wolno mi podej do policjanta,
tylko mog spycha z tramwaju, szczypa pod brod i grozi obiciem.
Czy wreszcie ieci s ludmi, czy nie? I ju nawet nie wiem, czy cieszy si, e jestem
ieckiem, czy si cieszy, e nieg znw biay, czy smuci si, e jestem saby.
A na pomoc przychoi marzenie. Bo ile razy zbyt ciko y na wiecie, zawsze
przychoi pocieszenie w przyjemnej jakiej myli. Zacznie si tak:
Jakby to dobrze byo, gdyby
Kiedy znw bd may

I ju dalej dalej, jakby naprawd tak byo.


Wic niby, e dalej jestem ieckiem, ale silny jak dorosy. Nie, jak Pytlasiski. Siacz
jestem. I jak on mi powieia w tramwaju, e da po uszach, ja mwi:
Prosz baro.
A jak go nie cisn za rk, a podskoczy z blu:
Pu! krzyczy.
A mwi:
Przecie mia pan da po uszach. Jeeli jestem szczeniak, niech pan mnie uderzy.
I jeszcze wicej ciskam. On si drug rk zamierza, ja za drug.
Pu pu w tej chwili!
Jak pan przeprosi, to puszcz.
Przyjemnie byo myle i rozmaicie ukada. Bo przecie w drugiej rce trzymaem
sukni, wic nie mogem drug te go trzyma.
Doroli si iwi, e chopcy chc by silni.
A czy lew silniejszy od niedwieia? A czy najsilniejszy czowiek moe si obroni,
jeeli go stu lui napadnie? A czy kierownik silniejszy, czy nauczyciel gimnastyki? Kto
najsilniejszy w klasie, w caej szkole? W caej Polsce? Kto kogo pooy, kto prej, kto
dalej, kto wyej dobiegnie, rzuci, skoczy?
To nie gupia iecinna ciekawo, nie zabawa, ale prba, przed kim si potramy
obroni.
Doroli nie wie, ile modszy cierpi od starszego i silniejszego. Wyrwie ci z rki
i ucieka, uderzy i mieje si jeszcze, bo wie, e mu nic nie zrobisz, zepchnie z miejsca,
odepchnie, chocia bye pierwszy, palto ci zrzuci z wieszaka, przezwie, obrazi, czapk
z gowy zerwie, zepsuje zabaw, nie pozwoli popatrze. A ty nic, chyba si rzucisz jak
oszalay, no i obe ci jeszcze. A zawsze si atwiej wykrci, bo sprytniejszy. I nie zawsze
nawet powiesz, poskarysz si, bo ci nic nie pomog, a on mci si bie. Co chc, robi
z nami.
Jeeli jeste zwinny, jeszcze mu co krzykniesz albo dasz raz i uciekniesz.
Nie ma wrd nas prawa i sprawiedliwoci. yjemy jak luie przedhistoryczni Jedni
napadaj, a druy kryj si i uciekaj. I pi, i k, i kamie. Nie ma ani organizacji, ani
cywilizacji. Bo niby jest, ale dla dorosych, ale nie dla ieci.
Mowa nasza uboga i niezdarna (tak wam si zdaje), bo niegramatyczna. Dlatego zdaje
wam si, e mao mylimy i gorzej odczuwamy. Wierzenia nasze naiwne, bo wiey ksikowej nie mamy, a wiat taki wielki. Tradycja zastpuje nam prawo pisane. Obrzdw
naszych nie rozumiecie i w sprawy nasze nie wnikacie.
yjemy jak ludek maorosy, ujarzmiony przez wielkoludw kapanw, ktrzy posiadaj si mini i wiey tajemnej.
Jestemy klas upoleon, ktr pragniecie utrzyma przy yciu cen najmniejszych
zrzecze, najmniejszego wysiku.
Jestemy tworami baro a baro zoonymi, przy tym w sobie zamknici, nieufni
i skryci, i nic wam nie powie mdrca szkieko i oko, jeli nie macie wiary w nas i odczuwania z nami.
I bada nas winien etnolog, socjolog, przyrodnik, a nie pedagog, demagog.
A bratem jedynym wrd was jest artysta, yczliwy ludowi naszemu w chwili natchnienia, rzadkiej, kaprynej, wyjtkowej chwili. Wwczas przypomina wam iecko.
Ale i on tylko bajk nam opowie.
No tak: kierujecie si wzgldem nas humorem, rzadko dobrym, czsto zym.
Smutny si obuiem.

Obuiem si smutny.
Kiedy si jest smutnym, nie jest le. Smutek to agodne i przyjemne uczucie. Dobre
myli przycho do gowy. al wtedy kadego: i mamy, e jej mole sukni zniszczyy,
i taty, e pracuje, i babci, e staruszka i niedugo umrze, i pieska, e mu zimno, i kwiatka,
e listki zwiesi i pewnie chory. Chce si pomc kademu i samemu chce si poprawi.

Kiedy znw bd may

Przecie lubimy smutne bajki take, to znaczy, e potrzebny nam smutek, ktry jest
jakby anioem, ktry stanie i patrzy, i rk na twojej gowie pooy, i jakby skrzydami
oddycha.
Chciaby czowiek by sam albo z kim jednym porozmawia o rnych rzeczach.
I boi si, e mu kto ten smutek zepsuje, nie zepsuje, ale sposzy.
Stanem przy oknie, a na szybach porobiy si w nocy pikne kwiaty. Nie kwiaty,
ale licie. Palmy takie. iwne licie, iwny wiat. Bo dlaczego tak si stao, skd to si
wzio?
Dlaczego si nie ubierasz? pyta si ojciec.
Nic nie odpowieiaem, tylko podcho do ojca i mwi:
ie dobry.
I pocaowaem ojca w rk, a on si na mnie spojrza.
Ju teraz prdko si ubieram. Zjadem i id do szkoy.
Co ty tak i pisz do szkoy? pyta si mama.
Wstpi do kocioa powiadam.
Bo sobie przypomniaem, e nie baro si modl, i przykro mi si zrobio.
Wic wycho przed bram i patrz, czy Mundek nie iie. Ale nie.
Woda pozamarzaa. Ju chopcy wyrabiaj lizgawk. eby wylizga na gadko. Z pocztku may kawaek, a potem coraz dalej i ju wszyscy mog si lizga.
Przystanem, ale nie. Id dalej.
I zamiast Mundka spotykam Winiewskiego. A on:
Te, trypsztyk, jak si masz?
Nie zrozumiaem najprzd, czego chce. Dopiero sobie przypomniaem, e daje mi
nowe przezwisko. Od tego rysunku wtedy. e tryptyk narysowaem.
Mwi:
Odsu si.
A on staje na baczno, salutuje i mwi:
Rozkaz!
Wi, e szuka zaczepki, wic przecho na drug stron. A on mnie jeszcze tylko
pchn i zaraz skrciem w poprzeczn ulic.
Mam czas myl sobie obejd naokoo.
Niechtnie id do szkoy. Tam zaraz krzyk, popychaj, kady co mwi. Czasem
umylnie iie si powoli albo dalsz drog, eby od razu zacza si lekcja. Przyjemnie przyj akurat na wonek, bo zaraz pan wchoi i jest spokj. eby mie zegarek,
toby mona wyliczy, a tak to si spni nawet mona.
Ale nic. Jeszcze w jedn ulic skrciem. Jakby mnie tam kto woa, jakby mnie co
pchao. A bywa, e czowiek co robi i sam nie wie dlaczego. I wychoi na ze albo na
dobre. Jak wyjie na ze, mwi si, e skusio. Bo dopiero a pniej iwi si: dlaczego
tak zrobiem?
Wic sam nie wiem, ale wicej okram, zupenie inn drog. Ano, id, a tu nagle
stoi na niegu piesek.
Taki may, taki wystraszony. Stoi na trzech apkach, a czwart trzyma w powietrzu.
I dry i trzsie si. A ulica pusta. Tam gieniegie tylko kto iie.
Stoj i patrz na niego, i myl, e go pewnie wygnali, a on nie wie, gie i. Biay,
tylko jedno ucho ma czarne i koniec ogonka czarny. I ta apka mu wisi, i aonie patrzy
na mnie, ebym si zaopiekowa. A podnis ogonek, ale tylko dwa razy jako smutnie
zakiwa. Tylko w jedn i w drug stron, jakby naieja w niego wstpia. I do mnie. Ale
wida, e go boli. Tak mi si zdawao. I znowu stoi i czeka. I to czarne ucho postawi do
gry, a biae zwieszone. I zupenie jakby prosi, ale si jeszcze boi. Obliza si pewnie
godny i patrzy tak bagalnie.
Ja na prb id par krokw, a on za mn. Tak na tych trzech apkach utyka, a co
si obejrz, przystaje. Przyszo mi na myl, eby tupn nog i zawoa do domu, eby
zobaczy, dokd pjie. Ale mi go al byo, wic nie krzyknem, tylko mwi:
Id do domu, bo zmarzniesz.
A on ju prosto do mnie.
Co tu robi? Przecie go nie zostawi, bo zmarznie.

Kiedy znw bd may

A on podszed no, podeszed zupenie blisko i pokornie przywar do ziemi


i dry. I ju pewien jestem ju jestem zupenie pewny, e mj atek jest bez-dom-ny. Moe ju ca noc si bka? Moe to ju ostatnia jego goina wybia? I ja akurat
zupenie inn drog id do szkoy, i akurat mog go uratowa w tej ostatniej goinie.
Bior go na rk, a on mnie poliza. Cay zimny, a jzyczek tylko troch ciepy. Wic
prdko rozpinam palto i pod palto go tylko mu ebek wycibiem, sam aby pyszczek,
eby mg oddycha. A on pogrzeba apkami, a si tam o co zaczepi, eby nie wypa.
A ja chc go podtrzyma, ale si boj, eby mu apki nie urazi, wic go rk objem,
a tu mu serce be tak, a si tucze.
ebym wieia, e mama pozwoli, tobym jeszcze zdy do domu. Co by szkoio,
eby sobie by? Ja bym go ze swego karmi. Ale si boj wraca do domu, a do szkoy mnie
z nim nie wpuszcz. No, a on ju si wygodnie uoy pod paltem i przesta si rusza,
i lepki przymruy, i ja go tak pod paltem trzymam, to mi w rkaw w gr troch
podszed, a on nawet nie chce oddycha powietrzem, tylko wsun mordk w rkaw
i chucha. I ju si cay robi cieplejszy. Pewnie zaraz zanie. Bo jak ca noc na mrozie i nie
spa, to teraz na pewno ju zanie. I co ja wtedy zrobi?
Rozgldam si, a tu sklepik. Myl:
Co bie, to bie. Wejd. Moe si z tego sklepu zabka? Spytam si.
Wiem, e nie, ale probuj, bo co miaem robi?
Wic wcho i pytam si:
Czy to nie pani piesek?
A ona spojrzaa i mwi:
Nie.
Ale ja nie wycho. ebym mia pienie, tobym mu mleka kupi.
A ta pani mwi:
Poka no go.
Ja ucieszony priutko go wyjmuj, a on ju pi. I mwi:
Ooo.
A ta pani jakby si czego namylaa i mwi znw:
Nie, nie mj.
A ja:
Moe pani wie czyj? Bo musi tu by z niedaleka.
A ona:
Nie wiem.
Wic mwi:
Jemu zimno, prosz pani.
I tak go trzymam, a on si nawet nie ruszy, tak mocno pi. ebym nie czu, tobym
myla, e umar e martwy ju.
A wsty si powieie, eby go cho tymczasem wzia, e go potem zabior.
I przyszo mi do gowy, e jak nie, to moe go pan wony u siebie zatrzyma przez lekcj. Bo ten z pierwszego pitra jest zy, ale z drugiego dobry: rozmawia, artuje z nami
i owki temperuje.
A pani mwi:
Ty na tej ulicy mieszkasz?
Niby e mnie nie zna i nic nie kupuj, wic po co stoj?
No, id ju, id mwi do szkoy ci matka posaa, a ty psem si bawisz.
I drzwi dobrze zamkn.
Mylaa, e jak taki zaasowany, to pewnie zapomn drzwi zamkn i zimna napuszcz. Bo kady myli tylko, eby jemu ciepo byo. A przecie pies te boskie stworzenie.
Wycho i ju nie wiem, co robi, ale jeszcze prbuj:
Niech pani zobaczy, taki biay, nie parszywy wcale.
Ale rk zasaniam, e ma apk kulaw. A moe mu tylko zmarza?
A ona:
Nie zawracaj ty mi psem gowy.
Masz: ju gow zawracam. Niby to moja wina, e pies marznie na mrozie.
Ano, trudno. Jeeli si pan wony nie zgoi, to niech sam go wyrzuci.
I chopcy zaraz wrzasku narobi na ca szko:
Kiedy znw bd may

Ooo, psa psa przynis!


I nauczyciel jaki usyszy. A trzeba w tajemnicy. A ja tyle czasu niepotrzebnie straciem,
wic prdko pakuj go nie pod palto, ale pod kurtk, ju nawet nie zwaam, e mu bie
duszno. I pdem do szkoy. Bo pan wony na pewno si zgoi. Poycz od kogo i dam
na mleko dla mojego atka.
atkiem go nazwaem.
P tak, a on si ju zupenie rozgrza. Przez koszul tak go sob zagrzaem
i dopiero si zbui, i zaczyna drapa, krci si, a nosek wycibi i szczekn nie
szczekn, ale mrukn taki gos wyda, e mu dobrze i e ikuje. Z pocztku zimno
od niego szo mi w piersi, a teraz ju on mnie grzeje. Jakbym iecko tuli. Nachyliem
si i pocaowaem, a on oczy przymruy.
Dopiero ja od razu do wonego:
Prosz pana, niech pan go schowa! Taki by zmarznity.
Kto zmarznity?
On.
Zobaczy, e psa trzymam. Zrobi si markotny.
A ty skd go wzie?
Z ulicy.
Po co go bra cuego psa?
On bezdomny. apk ma przetrcon.
No i gie ja go schowam? Po co go rusza? Moe on tam mia kogo?
Nikogo mwi. Wszystkich si pytaem. Jakby mia, toby go w mrz z domu
nie wyganiali.
A on:
Parszywy moe jaki.
Co te pan mwi! Bielutki.
Niby si obraziem, a ciesz si, bo jak wemie do ogldania, to zatrzyma.
Ale ju ktry zobaczy, wic prdko go pod kapot. A pan wony mwi mu:
Odejd. Patrz, buty masz zanieone.
I odpi. I jeszcze nie chce. Mwi:
Jak was tu tyle i kady mi zacznie psy z ulicy znosi?
Prosz pana, tylko na par goin. Ja go zaraz wezm do domu.
Akurat ci pozwol.
Mwi:
Pjd na t ulic, moe si kto przyzna do niego.
Podrapa si w czoo, a ja myl dobrze.
Jeszcze marui:
Mao tu mam z wami powiada jeszcze z psami.
No i wzi. Luki czowiek. Ten z pierwszego pitra by nie wzi jeszcze by nawymyla.
No i wzi. A ju chopcy zaczli si gromai. A mj atek jakby rozumia, bo ani
drgnie, tylko na mnie patrzy. I ju by wonek. I atka tymczasem umieciem, i nie
spniem si do klasy. I lekcja si zacza.
Sie, ale mi smutno. Bo chocia atkowi teraz ciepo, ale pewnie godny.
Sie, ale myl, skd zdoby pienie na mleko dla atka.
Sie, ale myl, e spaem ca noc w ciepym ku i ani wieiaem, e psina na
mrozie nocuje i e chobym wieia, to i tak nic nie pora. Bo co? Przecie si nie
ubior, nie pjd w nocy atka po ulicy szuka.
Sie, ale mi smutno, e mgbym tym smutkiem ca klas obieli. Ju chyba
nigdy nie bd si z chopakami gania. Bo wczoraj bawilimy si a to w konie, a to
w polowanie. Takie iecinne zabawy. Nikomu poytku nie przynios. eby mi pozwolili wzi mego pieska do domu, tobym si przynajmniej zaopiekowa. Wykpabym go,
wyczesa, musiaby by bielutki jak nieg. Jakby chcia, tobym go rnych sztuk nauczy.
Ale cierpliwie, eby nie bi. Nawet bym na niego nie krzycza. Bo sowo czsto tak samo
boli jak uderzenie.
Jeeli si lubi nauczyciela, to nawet najmniejsza uwaga boli. Powie tylko:
Nie kr si.
Kiedy znw bd may

Albo:
Nie rozmawiaj.
Albo:
Nie uwaasz.
I ju ci przykro. Zaraz patrzysz, czy tak sobie tylko powieia i zapomni, czy ju si
gniewa.
A atek bie mnie lubi, wic jak le jak sztuk zrobi no, powiem mu, e le,
ale zaraz pogaszcz, a on zamerda ogonkiem i bie si stara.
Nie bd drani, nawet na arty, eby go nie przyucza do zoci. Bo to iwne,
dlaczego przyjemnie drani psa, eby szczeka. I ja wczoraj kota postraszyem. I przypomniaem sobie, i wstyd mi si zrobio. I co ja od niego chciaem? A jemu pewnie te
serce mocno ze strachu bio. I czy koty naprawd s faszywe, bo moe tylko tak mwi?
A pani mwi:
Czytaj dalej.
Niby ja.
A ja ani wiem co, bo nawet ksiki nie otworzyem.
Stoj jak gupi. Oczy wytrzeszczyem. I al mi i atka, i siebie.
A Winiewski mwi:
Trypsztyk wrony owi.
A mi zy napyny do oczu, wic spuciem gow, bo nie chciaem, eby kto wiia.
Pani si nie gniewaa, tylko mwi:
Ksiki nawet nie otworzye. Chyba ci za drzwi postawi.
Powieiaa pani: postawi, a nie wyrzuc.
Ale nie wyrzucia, tylko:
Stj w awce.
Nawet nie w kcie.
Musiaa si pani domyle, e co si wanego stao. Bo ebym ja by pani, a chopiec
by sieia nad zamknit ksik, tobym si zapyta, co ma za zmartwienie, co si z nim
porobio.
No, a gdyby si pani spytaa, dlaczego nie uwaam, czybym powieia? Przecie nie.
Bo co to pani moe obchoi. Jak lekcja to lekcja. No i nie mog zdrai pana
wonego.
A pani powieiaa:
Stj w awce.
A potem jeszcze mwi:
A moe wolisz za drzwiami?
Ja taki czerwony, nic nie odpowiadam. A oni zaraz w krzyk. Jedni mwi:
Chce za drzwi.
A druy:
Nie woli, prosz pani!
Byle co, zaraz sobie zabaw robi, kontenci, e si lekcja przerwaa. Nie pomyl, e
czowiekowi przykro i boi si, e pani rozgniewaj.
No i wonek, i tak si skoczyo. A ja lec do pana wonego.
Ale mnie wony z naszego pitra zatrzyma ten zy.
Gie? pyta si. Nie wiesz, e nie wolno?
Wic ju si boj, ale myl:
Poycz skdci iesi groszy na mleko.
Moe od Bczkiewicza? On zawsze ma pienie. Ale nie da, bo go mao znam. I jak
raz od niego chcieli poyczy, powieia:
Bd ci poycza, ptaku.
Myl tak: Moe ten moe ten i rozgldam si. Ale przypominam sobie, e
mi przecie Frankowski winien pi groszy. Szukam, a on si bawi ucieka.
Suchaj, oddaj mi pi groszy.
Odsu si mwi nie przeszkaaj.
Ale mnie potrzebne.
Pniej, teraz nie mog.
Ale mnie potrzebne!
Kiedy znw bd may

Mwi ci, e pniej! Nie mam teraz.


Wi, e si zoci zaczyna, no i nie ma, wic co mu zrobi. Mundek te.
Nie ma rady, id do Bczkiewicza. Jego ojciec ma sklep: bogaty.
A on:
Na co ci?
Mwi:
Koniecznie mi potrzeba.
A on:
A kiedy oddasz?
Jak bd mia.
Bo co mam mwi. Inny powie:
Jutro.
I nic sobie z tego nie robi. Jeszcze naurga, jak si upomina. Powie:
Odczep si.
Doroli, eby najbiedniejsi, maj cho dwaiecia groszy, a my dla piciu groszy
musimy si czasem mczy. Baro przez to cierpimy, e nie mamy cho najmniej, ale
stale. eby z gry wieie, e bd.
No co, poyczysz?
Kiedy nie mam.
Masz mwi tylko nie chcesz da.
Gdybym powieia na co, toby da. A moe powieie?
A on:
Napoyczaem ju, a nikt mi nie oddaje. Id do Franka: ju miesic winien mi
dwaiecia pi groszy.
A Franek nikomu nie oddaje, wic si skrzywiem, ale nie mam rady.
Szukam, ale znale nie mog. Bo gie? W takim toku?
A Bczkiewicz nawet dobry, nie lubi odmawia. Tylko ciekawy: wszystko lubi wieie. I sam mnie zaczepia:
Co, da?
Nie wiem, gie jest.
Pomyla troch i mwi:
Powie, po co ci?
To dasz?
Dam.
A masz?
Mam, ale chc kupi dykt; chc ramk zrobi.
Wic mu prdko powieiaem i przekradamy si na drugie pitro razem, a tu wonek. Trzeba i do klasy.
Niespokojny jestem. atek godny, moe zacznie piszcze, skomle i pan wony wemie go i wyrzuci.
Nazwaem go atkiem. Ale teraz myl, e niedobrze. Wyglda jakby przezwisko.
Pies nie rozumie co prawda, ale czowiekowi byoby przykro. Moe go nieek nazwa,
e go na niegu znalazem? Albo Bielas Bielasek. Albo co od zimy.
Myl tak, jakbym ju wieia, e mi go trzyma pozwol.
Ale pani ze sklepu i wony mwili, e ma waciciela, wic moe si przepyta chopakw koo tej bramy. Ale tam nawet bramy blisko nie byo. I przyzna si ktry, e jego,
a nieprawda: pobawi si i znw na mrz wyrzuci. I choby naprawd, i tak o niego nie
dbaj, kiedy go wygonili. A moe sam uciek? Przecie go nie znam, nie wiem, jaki jest.
A mode psiaki s psotne. Moe co zbroi, ba si kary i uciek sam z domu.
Mcz si, bo nie wiem, co robi. Bo i to, i to, i to jakbym mia iecko, taki
skopotany sie. A nieek myli pewnie, e o nim zapomniaem. A pies tak samo yje
jak iecko. iecko pacze, a pies skomle aonie. I szczeka z gniewu albo z radoci.
I bawi si tak samo. I patrzy w oczy, i ikuje, polie i warczy; jakby ostrzega i mwi
przesta.
Ale sobie przypomniaem, e lekcja i trzeba uwaa, bo ju i tak w awce staem.

Kiedy znw bd may

Kiedy byem dorosy, mylaem, e atwo by pilnym uczniem, uwaa na lekcjach


i dobrze si uczy. A teraz dopiero wi jak trudno. Kiedy byem nauczycielem, a miaem
zmartwienie, te na lekcji nie uwaaem, a nikt mnie do kta nie stawia. Przeciwnie
nawet: wtedy surowszy byem i ciszej by musiao w klasie, ebym si mg martwi
wygodnie.
Oj, Bielasku, Bielasku! May jeste i saby, wic poniewieraj, lekcewa ciebie. Nie
jeste wodoazem, ktry ratuje toncych, albo bernardynem, ktry w grach zmarznitych
ze niegu wykopuje. Ani psem Eskimosa. Ani nawet mdrym pudlem jak pudel wuja.
Pjd z moim pieskiem do wuja, niech si zaprzyjani. Bo pies te lubi towarzystwo.
Myl: Pjd do wuja. Nie myl, ale marz. Bo na pewno mi go wzi nie pozwol.
Dorosy powie iecku: Nie wolno, nie mona i zaraz zapomni. Nawet nie wie,
jaki bl zadaje.
Kiedy chciaem by ieckiem, mylaem tylko o zabawie i e ieciom wesoo, e
o niczym nie myl i nic ich nie obchoi. A przecie wikszy mam teraz w duszy niepokj
o jednego pieska na trzech apkach ni dorosy o ca roin. Alem si wreszcie doczeka
wonka.
No i dajemy panu wonemu iesi groszy na mleko. A on mwi.
Czekabym tam na wasze iesi groszy! A patrzcie tylko, co ten pies narobi.
I prowai nas, a tam atek zamknity piszczy w ciemnej komrce.
To nic mwi. Czy mona t cierk, to wytr?
I wytarem, i nawet wcale si nie brzyiem.
A Bielasek mnie pozna, bo si ucieszy. Mao na korytarz nie wylecia. Taczy w kko
i podskakuje. Cakiem zapomnia o swojej bieie i niebezpieczestwie. Ju moe teraz
by lea rozcignity i nieywy na zimnym niegu.
No, wynocie si powieia pan wony, ale si zaraz poprawi i mwi:
No, idcie ju, bo nie mam czasu.
Bo dorosemu nikt nie powie wyno si, a iecku czsto si tak mwi. Zawsze
jak dorosy si krzta, to iecko si plcze, dorosy artuje, a iecko baznuje, dorosy
pacze, a iecko si mae i beczy, dorosy jest ruchliwy, iecko wiercipita, dorosy
smutny, a iecko skrzywione, dorosy roztargniony, iecko gawron, fujara. Dorosy si
zamyli, iecko zagapio. Dorosy robi co powoli, a iecko si guzdrze. Niby artobliwy
jzyk, a przecie niedelikatny. Pdrak, brzdc, malec, rak nawet kiedy si nie gniewaj,
kiedy chc by dobrzy. Trudno, przyzwyczailimy si, ale czasem przykro i gniewa takie
lekcewaenie.
Biedny Bielasek (a moe lepiej nieek?), znw dwie goiny ma sieie w ciemnoci zamknity.
A moe by go trzyma pod bluz, moe bie spokojny?
Gupi powieia pan wony i zamkn na klucz.
A Mundek spotyka i mwi:
Co ty masz za tajemnice?
Zazdrosny, e nie wie. Wic mu powieiaem.
To taak? To ty jemu wpierw powieiae?
No, musiaem, bo nie chcia poyczy na mleko.
Wieeem, wieeeem.
al mi Mundka, bo i mnie byoby przykro, gdyby innemu naprzd powieia. Ale
na duej pauzie pytam go si:
No, chcesz i zobaczy?
A tu na drugim pitrze chopaki papierosy palili i iie letwo, kto pali, kto na
drugie pitro wchoi. (A nie mwi si wchoi, tylko azi).
A nasz wony mwi:
Cigle ich zganiam, a oni si przekradaj.
I patrzy na nas. A ja si schowaem za Tomczaka. Boby od razu poznali, bo si zrobiem czerwony. Od razu mi si gorco zrobio. A doroli, jak iecko o co pytaj, a ono
si zajknie i zaczerwieni, zaraz myl, e kamie albo e winien. A my si od samego podejrzenia rumienimy ze wstydu, ze strachu albo w ogle serce mocno tucze. A niektrzy
jeszcze maj zwyczaj, e ka w oczy patrze. No a s tacy, co winien, a prosto w oczy

Kiedy znw bd may

patrzy i e, a si kurzy. Takim dobrze. Bo najgorzej si ieje iecku wraliwemu.


Niewinne, a cierpi. Bo doroli krzycz na wszystkich. Zaraz mwi: wy.
Wy zawsze. Wy nigdy. Wy wszystkie.
Krzycz i gro wszystkim:
Ju ja was znam! Wasze wykrty! Ja ju teraz z wami!
I wraliwy boi si, yje w cigym strachu. Jak zajc. Bo zajc nawet jak pi, boi si.
A i my te mamy sny niespokojne. I buimy si w strachu.
Skrzypnie co w nocy, to si zdaje, e choi albo duch, albo morderca. Albo si
co w oknie pokae, albo si co biaego rusza. Nakryjesz si kodr na gow, spocony,
oddycha si boisz, tylko mylisz:
Co bie, jak mnie dotknie jaka zimna rka?
Najstraszniejsze bajki si wtedy przypominaj, rne wiadomoci straszne z gazety.
Bo nie tylko w bajkach iej si strasznoci. Bo s przecie luie bez ng, bez nosa,
bo czowiek moe olepn, zwariowa, bo iie sobie kto po ulicy, nagle si przewrci
i zaczyna si rzuca, a z ust mu piana leci; zupenie szed, jak wszyscy, i nagle tak si
stao. Zbieraj si luie i ra, a ciebie odpychaj. A ty nie chcesz, a musisz patrze: jak
skamieniay.
A czarna ospa, galopujce suchoty, a egipskie zapalenie oczu, gangrena, zakaenie
krwi? Nie zwraca si na te strachy uwagi. Bo doroli umylnie duo rzeczy mwi, eby
ieciaki suchay i zanadto nie dokazyway. A ty wiisz, e ci samochd nie przejecha,
e z okna nie wypad, nogi nie zamali, oka nie wybili. No i przestajesz im wierzy.
Zreszt nie mona cigle by tylko ostronym.
Ale niech przyjie taka noc, wszystko si od razu przypomina. A tu wszyscy pi, a tu
ciemno albo ksiyc wieci. Wic si znw boisz, e moe zaczniesz we nie po cianach
i po dachach choi.
iwne. Raz jest si tak odwanym, e w najwikszy bj albo w nocy na cmentarz,
a raz znw byle gupstwo nastraszy. I trudno powieie, czy si jest odwanym, czy
tchrzem.
I w ogle baro trudno wieie, jakim si jest naprawd. Bo jak zadam sobie pytanie: czy jestem porzdny, tak jak chopak powinien, sam nie wiem. Bo sobie przypomn
rne tajemnice, ale zaraz myl:
A inni s przecie gorsi.
Nawet jeeli si zdaje, e kto porzdniejszy ode mnie, lepszy, to przecie nie wiem
o nim wszystkiego, co robi i co myli. Bo czasem kto moe udawa albo nie robi nic
zego, bo si boi, e si moe wyda.
S znw tajemnice, kiedy si nic zego nawet nie zrobio. Chyba ieci najwicej
takich maj tajemnic. A musz si ukrywa, bo im nie wolno. Na przykad ja teraz. Bo
i co w tym zego, e si nad godnym, zmarznitym psem zlitowaem. Zmarznity piesek
ywa istota.
Bo dlaczego doroli tyle zabraniaj?
No i co?
Powiemy pani na lekcji:
Niech pani pozwoli wzi nieka do klasy. Zobaczy pani, e biemy spokojni, e
biemy uwaali.
A ju. Nic by z tego nie wyszo. Pierwszy Winiewski zaczby na zo dokazywa.
le, e jestemy razem i delikatni, i ordynarni, i honorowi, i bez ambicji. Przez nich
adnej obietnicy, adnego sowa nie mona dotrzyma. Przez nich wszystko si zawsze le
koczy.
Przez nich doroli nam nie ufaj, nie wierz i lekcewa wszystkich.
Bez nich byoby moe mniej miechu i wesooci, ale ycie byoby spokojniejsze.
Ale doroli myl, e my tylko obuzw lubimy, e tylko najgorszych suchamy i co
nam tylko powie, zaraz robimy. e oni wszystkich psuj!
Nieprawda. Jak my takiego obuza iesi razy nie posuchamy, nikt o tym nie wie.
A jak raz co z nim razem zrobimy zaraz huzia na wszystkich.
adnie by wiat wyglda, gdybymy naprawd zawsze i wszyscy ich tylko suchali.
adnie by wyglda, gdybymy ich nie uspokajali.

Kiedy znw bd may

Ile razy si mwi:


Daj spokj zostaw przesta nie rb tego. Ej, bo biesz potem aowa!
I posucha si obuz. I doprawdy, jeeli doroli mog z nimi wytrzyma, nasza w tym
zasuga.
No i skoczyo si tak, e kto pali papierosy na drugim pitrze, nie wiadomo, a my
pieska naszego nie wiielimy.
Dopiero po szkole pan wony mwi:
Bierzcie go ju, a drugi raz mi tu psw nie przyprowaajcie, bo nie mam czasu.
Razem z psem pomaszerujecie do kancelarii.
I wyszlimy: ja, Mundek i Bczkiewicz. I atek. (Niech ju zostanie atek).
Jake si cieszy, kiedymy go pucili na swobod. Jak wszystko, co yje, cignie do
wolnoci. Czy czowiek, czy gob, czy pies.
Raimy we trzech, co dalej robi. A Bczkiewicz zgoi si wzi go do jutra, a ja
si tymczasem przepytam.
A jakby al miaem do Bczkiewicza, kiedy mi atka mojego zabiera.
Przecie on mj. Przecie ja go grzaem pod kapot. On mnie pierwszego poliza. Ja
go znalazem i przyniosem do szkoy, i o nim cay czas mylaem. A Bczkiewicz da tylko
przecie iesi groszy i ju.
Boe mj, czy sprawiedliwie, e jednym roice pozwalaj, a drugim nie? Kady najwicej kocha swoich roicw i dom. Ale wie, e inny ojciec pozwala i ma al. Porwna
siebie z innymi i boli go.
Dlaczego Bczkiewicz bierze atka i nic, a ja si musz dopiero prosi i pewnie skoczy si na niczym.
e jeden bogatszy, a drugi biedniejszy, i bogatszy moe, co chce, kupowa to
gupstwo. Wolno waniejsza od bogactwa.
No, bo jeli si wie, roice naprawd nie maj, jeszcze si ich wicej kocha t aoci.
Kto bie si gniewa, e ojciec nie ma roboty albo mao zarabia? Ale jak na niepotrzebne
rzeczy wydaje, a iecku poskpi, o sobie tylko myli, a iecku auje tu ju trudno,
tu i ksi nie pomoe. Bo dlaczego ojciec Mundka na wdk wydaje i jeszcze awantury
wyrabia?
al mi Mundka i al mi atka biaego, e si przez niego tyle namartwiem, a teraz
inny zabiera.
Moesz mi nie oddawa tych iesiciu groszy mwi Bczkiewicz.
A ja:
Bez aski. Moe jutro ci jeszcze oddam.
A on:
Jak masz by zy, moesz go nie dawa.
Ja:
Chod, piesiunio, poegnamy si.
A atek si wyrywa i nawet nie rozumie, e to jest rozstanie. Potem dopiero opar
mi si apkami na piersiach i niby wesoo macha ogonkiem (z t czarn kitk) i patrzy
prosto w oooczy!
A mi si zy zakrciy.
I dopiero lizn mnie w same usta. e przeprasza.
I ja go przytuliem ostatni raz!
A Mundek leciutko pocign mnie za kiesze.
No ju chod.
I prdko poszlimy, i nawet si nie obejrzaem.
Mundek przez ca drog mwi o gobiach, krlach, o srokach, jeach. A ja tylko
jakie sowo wtrciem. I droga do domu przesza niepostrzeenie. Bo jest tak: niby goina na zegarze zawsze taka sama, ale w czowieku jest jakby inny zupenie zegar, inaczej
zupenie pokazuje. Czasem goina przeleci, ani si spoiejesz, czasem wlecze si, e ju
chyba nigdy nie skoczy. Czasem ledwo wejiesz do szkoy, ju wonek i powrt do
domu. A jeeli si le powieie, czekasz, zanim si cay ten kram skoczy, i wychoisz
jak wizie, i nawet ju si nie ma, eby si cieszy.
No i egnam si z Mundkiem, ale co mnie skusio, e si pytam:
A czy twj stary urn si wczoraj znowu?
Kiedy znw bd may

Mundek si zaczerwieni i mwi:


Mylisz, e mj ojciec co ie pe?
Tak prdko odszed, e nic ju nie zdyem. Po co mi to byo? Przez brak zastanowienia powie si co czasem, a potem ju nic nie poraisz.
Raz mi ojciec powieia przysowie:
Jest to cnota nad cnotami trzyma jzyk za zbami.
Baro mdre przysowie. Wtedy nawet byem zy i nie podobao mi si. Bo co
powieiaem, co byo prawd, a krzyczeli na mnie, jakbym nie wiem jakie kamstwo
powieia. Nikt si nie pyta, wic mogem nie mwi. Ale byaby nieszczero, e si
prawd w sobie kryje.
Duo jest w yciu faszu. Kiedy byem dorosy, przyzwyczaiem si, ju mnie nie obchoio. Jest no to jest trudno a y trzeba. Teraz inaczej czuj znw boli,
e czowiek nie moe powieie czowiekowi, co naprawd myli. Tylko cigle trzeba
udawa.
Bo kamstwo moe by takie sobie ani ze, ani dobre. Ale czowiek faszywy
to ju chyba najgorszy. Co innego myli, co innego mwi, w oczy tak, za oczy inaczej.
Ju wol stawiaka, kamczucha, kadego wol ni faszywego, bo jego najtrudniej pozna.
Tamtemu powiem:
Kamiesz.
Albo:
Nie stawiaj si.
I skoczone.
Jako prociej, szlachetniej.
A faszywy taki sodki, miy, e go trudno przyapa na gorcym uczynku.
No i co? Przykro sprawiem Mundkowi. Ma al do mnie. Na ojca powieiaem
stary i e si urn. Tak ordynarnie powieiaem jak czowiek dorosy, co to zawstyi
iecko, urazi i nawet nie czuje.
Ale wcho do bramy, a na schodku siei ten sam kot co wczoraj. al mi si go
zrobio i chciaem pogaska, a on w nogi. Wic pamita. Moe za kota Bg mnie skarze,
e mi atka wzi do domu nie pozwol?
No, jak ci tam poszo w szkole? pyta si mama.
agodnie si zapytaa. Moe czuje, e niesusznie mnie wczoraj skrzyczaa?
Mwi:
Nic takiego.
A mama si pyta:
A w kcie nie stae?
I dopiero przypominam sobie, e naprawd.
Mwi:
Staem w awce.
A mama:
No i mwisz, e si nic nie stao.
Mwi:
Zapomniaem.
Bior n i zaczynam kartoe z mam obiera.
A mama:
Za co?
Mwi:
Nie uwaaem.
Dlaczego nie uwaae?
A tak zamyliem si.
A o czym?
Prdko obieram niby zajty i nie odpowiadam.
Wiisz, niedobrze, e zapomniae. iecko porzdne wstyi si sta w kcie
i stara si ju wicej tego nie robi. Przecie pani stawia w kcie dla nauki, dla przykadu:
eby lepiej wszystko zrozumia. A jak zapominasz, to caa nauka z kary iie w las. Trzeba
swoje kary pamita.
Spojrzaem na mam i myl:
Kiedy znw bd may

Biedna, dobra mama, ona nic nie wie i nic nie rozumie.
I pomylaem:
I biedna, i stara.
Bo jak mama sieiaa pochylona, zobaczyem, e ma siwe wosy i zmarszczki. Moe
niestara jeszcze, ale ycie ma cikie.
I myl:
Dobrze, e znw mam matk. Kopot z roicami maj ieci, ale bez roicw gorzej
le baro smutno i le.
A moe ty co jeszcze zmajstrowae w szkole?
Mwi:
Nie, nic.
A nie kamiesz?
Co mam kama? Jakbym nie chcia, i o kcie nic bym nie powieia.
Mama mwi:
No, pewnie.
I ju cicho. Ale tak jakbymy dalej rozmawiali. Bo ja w myli mam prob o mojego
atka, a mama wie, e czego nie mwi, e co tam ukrywam.
My, ieci, lubimy gawi z dorosymi. Oni lepiej wie. Ale eby nie mieli do
nas tyle pretensji. eby byli z nami agodni. Nie tylko cigle burcze, zrzi, fuka,
krzycze, beszta.
eby mama innym razem tak si zapytaa:
A moe kamiesz?
Tobym si zirytowa i moe tak samo bym odpowieia, tymi samymi sowami, ale
w tych sowach byaby ju zo.
Doroli nie chc zrozumie, e iecko na agodno odpowiada agodnoci, a na
gniew zaraz si w nim bui jakby odwet, zemsta. e niby:
Taki jestem i ju inny nie bd.
Przecie kady, nawet najgorszy z nas, chce si poprawi.
I moe ze ieci najbariej tym si rni od zych lui dorosych, e wycie ju
probowali probowali a nic z tego nie wyszo, wic trudno. A my si borykamy,
my si zmagamy ze sob, staramy si, postanawiamy, a jak nam si znw raz nie uda
wy zaraz huzia na nas! To okropnie przeszkaa. Im si czowiek wicej wysili ju
zdaje si, e dobrze masz zaczynaj znw od pocztku! Taka zo bierze, taki bl
i zniechcenie! A wy zamiast pomc, doda otuchy zaraz b, zab. Dlatego mamy
takie feralne dni, ze tygodnie. e jak si jedno nie powieie, zaraz drugie, trzecie
wszystko si z rk wali.
A najgorsze, jeli si nie uda, a wy podejrzewacie z wol. Czasem nie dosyszy si
albo przesyszy, zapomni, nie zrozumie albo le zrozumie. A wy mylicie, e na zo.
Czasem chce si wanie co dobrze, jak niespoiank, przyjemno wam zrobi, a e
nie mamy dowiadczenia, wic wyjie le szkoda jaka, strata. Sami czujemy przecie,
wic po co zaraz robi awantury?
le czowiekowi, ktry mocno czuje.
No i krc si po izbie. Doniczki z okna pozdejmowaem i kurz wytarem. A potem
w caym pokoju zaczem wyciera. A mama si iwi. I takemy si z mam przeprosili
za wczorajsze. Bo kto wie? Moe tam i mojej winy byo troch? Nie powinno si na obiad
spnia. Przecie nawet wici grzeszyli.
Id, polataj troch mwi mama. Co biesz tu sieia?
A ja:
Pjd do ochronki po Iren.
Mama:
Ano, id.
Ubraem si, ale id, sam nie wiem, dlaczego. Pewnie przez atka. Bo maymi iemi
te trzeba si opiekowa.
Niedobry jestem brat. Nad psem si lituj, a dla roonej siostry nie mam prawiwej
mioci. Co tam mioci nawet wyrozumienia.

Kiedy znw bd may

Takie mae iecko musi przecie przeszkaa, musi z nudw naprzykrza. Jeli si
z ni pobawi jak z aski. A tak to fukam na ni i potrcam. Zupenie jak doroli
z nami, starszymi iemi. Wida od nich iie dla nas taka nauka.
Trzy s najgorsze rzeczy, przez ktre nie lubimy malcw:
Pierwsze, e doroli ka nam ustpowa, czy maj suszno, czy nie.
Drugie, e ka im dawa dobry przykad.
Trzecie, e ka si z nimi bawi, kiedy nam przeszkaaj.
Czyli, e przez modsze roestwo czsto otrzymujemy bury. Wic si podwjnie
cierpi: przez siebie i przez malca.
Na przykad co mam, a ona si napiera. Jeeli zechc, sam dam, bo wiem, co da
mona, co nie. A czy doroli nam ustpuj, jak si napieramy? Jeszcze skrzycz, a jak
da dla witego spokoju, to jeszcze gorzej, bo naucz, e dobroci si nic nie dostanie.
A taki may pieszczoch wii, e si za nim ujmuj, i uczy si krzycze, jak czego chce.
To strasznie gniewa.
Niech pacze. Ale nie: ono si drze gono, najgoniej wanie, eby wszyscy syszeli, eby zaraz byo zbiegowisko.
Bo jak tu jedni tacy mieszkali, co m nie chcia jej czego da, to narobia krzyku na
cae podwrko.
A on tylko mwi:
No, cicho ju, bo wstyd robisz mnie i sobie.
A ona:
Wanie chc ci wstydu narobi! Niech luie wie, niech si cay dom zleci!
Niech policja przyjie, niech pogotowie przyjeie, niech w kurierze napisz!
Ona si pewnie z malekoci przyzwyczaia. Bo tak robi mae. Drze si, a dorosym
nie chce si dowieie, jak naprawd byo, tylko chc, eby cicho. I dopiero:
Ona maa, powiniene ustpi.
Dorosym ustpuj i malcom jeszcze take.
Dorosy da klapsa, nie zawsze sprawiedliwie, ale jak brat uderzy, zaraz si lituj i bior
pod opiek.
Zrobiem sobie wiatraczek. P dnia si mordowaem.
Daj.
Zaczyna mi wyrywa.
Odejd, bo dostaniesz!
A ona:
Daj, daj!
A mama co?
Zrobisz sobie drugi.
Zrobi albo nie zrobi. I niech poprosi, poczeka, a nie wyrywa i:
Maaaamooooo!
Ledwo si czowiek wstrzymuje w tej zoci. A ona chce nawet, eby uderzy, bo wtedy
ju na pewno poleci na skarg. I masz awantur:
Taki brat! Taki duy (chop?).
Niby moja wina.
Jak wygodnie jestem may, jak wygodnie tom duy.
Albo znw.
Ju nie tylko za to odpowiadam, co sam zrobi, ale i za ni.
Ty j nauczye. Ty jej pokazae. Od ciebie syszaa. Twj przykad.
Czy ja kazaem po sobie mapowa? Jeeli daj zy przykad, niech za mn nie azi,
niech do mnie nie mwi, niech si ze mn nie bawi.
Aleeee! Wanie mam si z ni bawi. I to jak?
Ubierz palto, bo i ona te zechce bez palta. Nie dostaniesz piwa albo kiebasy, bo
i ona bie chciaa. Id spa, bo sama nie pjie.
Tak ci obrzy to mae iecko, e nie chcesz mie z nim nic do czynienia. Ale nie:
musisz i si bawi.
No dobrze.
S zabawy, gie may moe si przyda. Ono te moe co robi. Ale niech sucha,
niech zabawy nie psuje, niech rozumie, e nie moe tego wszystkiego co my.
Kiedy znw bd may

I mwi mu si:
Usid tu, biesz to i to.
A ono nie chce. Chce lata. A przecie ja odpowiadam, jak si przewrci i guza nabe
albo podrze. No i plcze si przecie i przeszkaa.
Dla dorosych iecko wszystko jedno, czy ma pi lat, czy iesi. Jak wygodnie
to nie ma rnicy.
ieci, idcie si bawi.
A jak wygodnie, to jeste starszy i masz by opiekunem, i ustpowa, i dobry przykad
dawa.
Sami siej wa miy roestwem i dlatego nie moe by zgody. Dlatego staramy
si unika maego i wtedy tylko si zbliy, kiedy baro si nui albo chce od modszego
wypta.
Bo i my nie bez winy. Duo jest miy nami oszukastwa. Niech tylko ma co
may, zaraz znajie si przyjaciel, co sprobuje wymani. Niby si bawi, a dostanie, co
chce, a potem ani spojrzy. A may dumny, e go prosz, albo si wstyi upomnie, eby
odda.
Bo rni s i starsi, i mali.
Dlatego, co porzdniejszy, nie zadaje si z malcem, eby go nie mieli w podejrzeniu,
a garn si do nich najgorsi.
I naprawd starsi daj maym zy przykad i psuj. I tak od najmniejszego ju cudak
jaki ronie. A potem, jak ma rozum, trudno si owyczai, trudno si poprawi.
Id przez ulic i myl. A patrz, a tu mj atek. Aem przystan. Ale tak mi si
tylko zdawao. Nie baro by nawet podobny. Wic teraz znw myl o atku.
Moe go nie odbiera? Moe lepiej mu tam bie? Moe mama pozwoli, a potem
si bie gniewaa? Przecie jakby chcieli, toby by pies i beze mnie. Zaczekam chyba
par dni, co powie Bczkiewicz, jak on si tam sprawuje. Bo nabrui w komrce. By
co prawda zamknity.
I nie wiem, czy chc, eby mnie byo z nim weselej, czy eby atkowi lepsz przyszo
zapewni. Bo co? Uratowaem mu ycie i o miejsce si wystaraem. Moe si teraz wicej
zaj Iren?
Ano, przycho do ochronki, do tego przedszkola, a tam si malcy bawi w koo.
Trzymaj si za rce, kouj i piewaj.
A pani mwi:
Masz sta, to si baw z nami.
I wycigna rk, a ja si przyczyem.
Innym razem pewnie bym si wstyi i nie chcia, ale teraz nikt przecie mnie nie
zobaczy. Zaczem si bawi. Z pocztku zaczem artowa, eby byo wicej miechu.
To przykucaem, e jestem malutki, to kulaem, e mnie noga boli. I chciaem pani
wyprbowa, czy nie zacznie si gniewa. Bo jak co, mog przecie odej. Ale pani te si
miaa, wic ju si naprawd bawiem.
Malcy byli zadowoleni, kady chcia ze mn, eby trzyma za rk. No, nie kady, bo
niektre si wstyiy, e mnie nie znaj. A najdumniejsza bya Irena, e ma duego brata.
I ju zacza rozporza:
Ty tak, ty tu.
Myli, e jak co, bd jej broni.
A ja powieiaem, eby si uspokoia, bo sobie pjd.
Mali maj taki zwyczaj. Jeeli wie, e mu starszy przyjie na pomoc, pierwszy zaczepi,
a potem ucieka, eby go brat broni dopiero. A brat, jeeli obuz, sam chtnie si pobe,
a tu nic przecie nie ryzykuje, bo jak co, on jeszcze szlachetny:
A po co maego uderzy? Musiaem brata broni.
Sam nawali kochanego braciszka cztery razy wicej, ale teraz on kochajcy brat
i opiekun.
A znw porzdny nie chce, a musi si uj, cho wie, e malec nie ma racji, bo si
boi, e za maego przed roicami bie odpowiada.
Wic pani miaa jaki list napisa i mnie z malcami zostawia, a oni si suchali, a pani
bya w drugim pokoju.

Kiedy znw bd may

Tylko jeden cay czas przeszkaa. Bo pniej im bajk o kocie w butach opowiadaem, a may szczeniak umylnie przeszkaa. To tak ju zoci, e nie wiem.
Wic iiemy z Iren do domu, a tu mi co w kieszeni bocznej brzdkno. I znalazem
dwa grosze. eby wicej, tobym zostawi dla Bczkiewicza, a tak to nie warto i daem
Irence. Ona te, jak co ma, ieli si ze mn.
Czasem wezm, czasem nie. Bo jak co wzi od maego, zaraz si nazywa wymani.
Bo tak ju jest, e za zego zawsze odpowiada porzdny, ktry nic nie winien.
Gdyby mona co zmieni (ale nie wiem, co) toby nasze iecinne ycie naprawd byo
mie. Mao nam, ieciom, potrzeba do szczcia, a i tej troszki nie mamy. Niby dbaj
o nas doroli, a le nam jest na wiecie.
Id i przyjemnie mi ma za rk prowai. Wicej uwaam, jak i, wybieram lepsz
drog. I czuj si starszy, silniejszy. I rczka taka maa i gaiuteka, jakby atasowa.
I paluszki mae. I a iw, e raz to samo mae iecko lubisz, a raz nienawiisz.
Jeden cukierek zjada, a drugi mnie kazaa. Nie chciaem, ale zjadem, a ona patrzy
i mieje si, e poczstowaa.
Przyjemnie czasem co da ze swego, ale nie zawsze tylko bra i bra od starszych.
Nieprzyjemnie, kiedy si dorosemu chce podarowa, a oni nie bior albo da co innego, co wicej warte. Zaraz zapata. Poniony si wtedy czowiek czuje jak jaki ebrak.
eby mona byo tak wiat urzi, eby wszystko byo wzajemn wymian przysug.
Kiedy byem smutny, Irena daa mi szkieko, ja jej kupiem cukierki, ona daa mi jeden.
Cay acuszek dobrych przysug.
I wrcilimy do domu. I wchoimy. I ciocia bya u mamy. I ciocia mwi:
Ooo, ju prowa si twoje cielta.
Dlaczego cielta, a nie luie? Comy zego zrobili, e nas ciotka od cielt przezywa?
Tylko krowy ro cielta. Co za taka ordynarna zaczepka?
Zy jestem i nie witam si wcale. A mama si rozgniewaa:
Dlaczego wchoisz jak ordynus? Dlaczego si z ciotk nie przywitasz?
Co si mam wita? mwi. Wczoraj przecie tam byem.
To byo wczoraj, a to isiaj.
A cielta si nie witaj burknem.
Jakie znw cielta? pyta si mama, bo nawet nie dosyszaa, bo tylko obrazy
dorosych syszy si i pamita.
A ciotka w miech.
Patrzcie, jaki honorowy! Obrazi si.
I ju wstaje, eby mnie pocaowa, a ja si odwrciem. ask mi robi, e mnie polini.
Zostaw tego chama mwi mama.
Dobrze: niech sobie bd. Obraziem si.
Nie wolno mi? Jak teraz nie bd ambitny kiedy wyrosn, te pozwol sob poniewiera.
Usiadem i niby lekcje odrabiam. A cay a dr z oburzenia. Ale przypominam sobie,
e i w tramwaju si mieli, e jestem ambitny. Doroli myl, e iecko nie potra si
obrazi. Jakby to bya sztuka. Kady wie, co przyjemne, a co nie.
Mwi, e ieci s uparte.
Upar si i nie chce si przywita.
No bo nie.
Powie w tej chwili, zrb w tej chwili,
A nie. Wcale nie na zo, a wolisz oberwa ni honoru nie uszanowa I nie powinni
zmusza, bo tylko zacito wyrobi.
Sie odwrcony i pisz. Ale nie tak prdko jak dawniej. Czy ja ju ze wszystkim
staj si ieckiem? A moe zapomn, co umiaem, kiedy byem dorosy? I znw bie
mi trudno w szkole. I ju naprawd bd musia uwaa na lekcjach. To byoby straszne.
I akurat sysz trbk, e jeie stra ogniowa
Czy mog?
Patrz na mam bagalnie i czekam jak na wyrok Ju nie wiem, co by byo, gdyby
mama nie pozwolia. Bo jak czsto doroli bez zastanowienia powie: nie i zapomn; a ile blu zada, wcale nie wie.

Kiedy znw bd may

Dlaczego nie? No, dlaczego? Bo si moe co sta, bo wol by spokojni, bo to


niepotrzebne, bo po co? Przecie taki drobiazg, nic wanego. Oni by mogli, a nie chc
wcale. Wic nie, i basta.
I wiemy, e mogoby by: tak, e ten zakaz jest przypadkowy, e zgoiliby si,
gdyby zadali sobie troszk tylko trudu, by pomyle, by spojrze nam w oczy: jak okropnie
chcemy.
Wic pytam si:
Czy mog?
I czekam. Doroli nigdy na nic tak nie czekaj. Chyba wizie tylko, czy go wypuszcz
na wolno.
Czekam i zdaje mi si, e gdyby mama nie pozwolia, ju bym jej nigdy tego nie wybaczy. Bo dorosym si zdaje, e my zawsze i o wszystko zaraz prosimy, e chcemy bez
zastanowienia i zaraz zapominamy. Owszem, i tak bywa, ale bywa i cakiem inaczej. Albo
wcale nawet nie prosimy, bo i tak nic z tego nie bie, bo nie chcemy usysze szorstkiej odmowy (o, jak to boli, kiedy jeszcze z przeksem, z jakim zoliwym przycinkiem
odmwi) wic wolimy w sobie ten cay bl ukry i wcale nie prosimy albo czekamy
dugo i cierpliwie, czy bd w dobrym humorze, czy s z nas cakiem zadowoleni, e im
przykro bie odmwi. I to czasem si nie uda; wtedy gniewamy si na nich i na siebie:
Dlaczego si pospieszyem, moe kiedy iniej by pozwolili?
Zdaje mi si, e doroli maj inne jakie oczy, inaczej patrz ni my. Bo jak mnie
kolega o co prosi, to spojrz tylko i wiem, co robi. Wic od razu si zgaam albo
postawi warunek, rozpytam si dokadnie, odo na pniej. Chobym nie mg nawet,
nie omiel si krtko i bez niczego odmwi.
Na przykad wczoraj jeden chopiec powieia, e chce wyj do ustpu. A pani:
Dosy tego krcenia! Moge wyj na przerwie.
No, wiem, krc si bez potrzeby to prawda. Ale czy on winien? Ja tylko spojrz
i ju wiem. W kocu go pani pucia, a potem przy kocu lekcji krzyczaa, e niespokojny.
Pani nawet nie pamitaa, e do ustpu wychoi, a ja wiem, e przez zemst zacz
dokazywa, bo tyle si musia nacierpie, tyle si nastraszy, bo co by byo, gdyby nie
zdy.
Doroli nie wie, dlaczego i za co na zo im robimy. Im si zdaje, e tylko oni za
kar tak i tak robi. My take karzemy ich nieposuszestwem, jeeli zasuyli.
Bo dlaczego dla jednych jestemy inni i dla drugich inni?
Gdyby inna ciotka nazwaa mnie cielciem, ja bym si nie obrazi, bo to mg by
art. Ale ta nie pierwszy raz. Taki ma ton wyniosy, tak lubi rozkazywa i dumna taka.
No niechby sobie, ale lubi wymiewa i buntuje na ieci. Pewnie za, e ma duo
ieci, ale kto jej winien? Niech nie ma.
Musz si z nimi uera. Tyle kosztuj. Od ust sobie odejmuj. Powicam si.
Od ust sobie odejmuje, a gruba jak beczka. iecko musi kosztowa, na to nie ma
rady.
S doroli, ktrzy nas jakby wcale nie wi. Powie:
ie dobry, zuchu.
Albo:
Ho, ho, co za duy kawaler.
Tak tylko, eby co powieie. I wida, e nie wie nic wicej i jakby si krpowa. Jak
pogaszcze po gowie, to ostronie, jakby si ba, eby czego nie urwa albo nie zama.
To s luie silni i dobrzy, i delikatni. Lubimy sucha, jak rozmawiaj z dorosymi,
opowiadaj o przygodach jakich, o wojnie. Lubimy ich.
A inni, jakby nic nie mieli do roboty, albo arty jakie, wykpinki i przezwiska, albo
wariackie zabawy. Brod ma drapic, mieri tymi papierosami i dopiero karesy. Albo
rk cinie i mieje si, e boli. Albo podrzuci w gr i myli, e to dla nas pyszna zabawa.
A wyrzuc ci przez okno, a nos ci noem ukraj, uszy poobcinam, to si nie biesz
potrzebowa my.
Gupie to wszystko i bez sensu. I czekasz tylko, eby si odczepi.
A kobiety znw zaraz gaskanie, klepanie i causy. Albo w usta, albo tak ci przycinie, e ebra bol. A ty musisz by grzeczny, bo ona ci kocha.

Kiedy znw bd may

A jak mokos jaki, co ma lat szesnacie, zacznie te udawa dorosego, to ju naprawd


wytrzyma trudno. Albo si koczy paczem, albo szkod takie baraszkowanie.
Najlepiej wy sobie, a my sobie.
No i mama mi pozwolia i na poar. A ju czas najwyszy, bo jak stra przejeie,
to i poaru nie znajd.
Tylko wracaj zaraz.
Pewnie miaa o czym z ciotk rozmawia, e si od razu zgoia.
Tylko butw nie drzyj wtrcia si ciotka.
Ona wszie musi swj nos wciubi.
Kto zgadnie, co znaczy:
Wracaj zaraz.
P, bo si boj, e nie zd, e mama co jeszcze doda albo si Irena przyczepi.
Nigdy czowiek nie jest pewien, co go jeszcze czeka. Wic ap za czapk ju mnie nie
ma. Po cztery schody. Mona tak schoi, tylko si trzeba trzyma porczy, i czasem
drzazga wejie w rk. Trudno: ryzykuj.
Jeden chopak wieia, gie si pali. Niedaleko. Sklep z na. Mwi, e w piwnicy
jest benzyna. Jak si zapali, cay dom wyleci w powietrze. Policjanci rozganiaj, a maszyny
i hemy straackie byszcz w ogniu.
Nie chc, eby te beczki z benzyn si zapaliy, bo bie szkoda i luie zostan bez
dachu. Ale jak ich z bliska nie wida, jako mniej al, a byoby adnie wiie wybuch
taki, e cay dom si zawali.
Dlaczego przyjemnie patrze na straszne rzeczy? Jaki wypadek, topielec, jak si rower
mao pod samochd nie dosta, jak si b albo api zoieja. Moe wanie dlatego s
wojny, e luie lubi krew i niebezpieczestwo.
A poar chyba ju najadniejszy I walka taka szlachetna!
No i przecie doroli te lec si gapi, nie tylko ieci. Oni to niby mog si przyda,
a nam mwi:
Zjedaj, ty tu potrzebny!
Wic stoj coraz gie iniej i patrz, ale cigle myl, czy trzeba ju wraca, e
jeszcze tylko chwileczk. A nie by do koca przecie nie mona, chocia si boj bury.
Mwi, e pogotowie ma przyjecha, bo poparzyo kobiet. Bo ju nie wida ognia,
tylko dym.
Nie bd chyba czeka na pogotowie. I tak si nie docisn.
A tu znw sup ognia leci w gr. A tu straak na pitro zakada nowego wa.
Jak puszcz wod, to pjd.
A moe dom teraz bie si wali?
Nawet ju chc, eby si skoczyo: pomodli si czy jak? A policja daleko nas odepchna. Znw mao wi i chc wrci.
A tu mwi, e si straakom popsuo i nowy odia przyjeie.
To znowu kobieta leci i krzyczy, ci j zatrzymuj, ona si wyrywa. I wi Felka
i Bronka, i Gajewskiego. I ju naprawd chc, eby ugasili. Ale nikt nie odchoi, a jak
oni stoj, samemu przykro odej.
Poar nie jest nawet zabaw. Ale czsto musimy przerwa co przyjemnego w najciekawszym miejscu, eby si nie spni albo kiedy ka.
Przecie i doroli tak samo. Jak pjd w gocie, a dobrze si bawi, sze razy powiadaj:
No, trzeba wraca do domu.
I tak samo mwi:
No, jeszcze chwilk.
e albo jeszcze po jednym kieliszku, albo jeden taniec, albo karty i trzeba i, bo
niby si lituj, e ieci pice, e jutro wczenie trzeba wsta. Przynajmniej maj zegarki
i wie, ile si spni. A my nic nie wiemy, tylko odej si nie chce.
ona mwi ju, a on mwi jeszcze. I wie, e nikt ich w domu nie skrzyczy.
A najwicej gniewa, jeeli bya przyjemna zabawa i potem trzeba w strachu do domu,
a tu zaczyna si awantura dopiero. Niechby cho zaczekali do jutra.
Bo si nawet myli:
Ju nigdy, ju wcale nie chc si bawi. Ju mi i zabawy zbrzydy, i wszystko.
Wyrzeka si czowiek caej radoci.
Kiedy znw bd may

Wic p do domu, a mama tylko powieiaa:


adne zaraz!
Czekam: moe si mama zapyta, gie si palio. Ale mama wysza.
Znw zasiadam do lekcji, a Irena podchoi:
Gie ty bye?
Mwi odejd, bo przeczytaem zadanie i nie baro wiem, jak robi. A ona stoi.
Wic mwi:
Byem, gie si palio. I odejd.
A ona:
Co si palio?
Przecie i tak nie zrozumie. Ale jestem cierpliwy. Mwi:
Sklep si pali.
A ona:
Dlaczego?
Mwi:
Dlatego, e masz zasmarkany nos! Id sobie wytrzyj!
Zawstyia si i odesza. al mi jej, e tak ordynarnie powieiaem. Ju isiaj drugi
raz: rano Mundkowi, a teraz jej.
Wic mwi:
No, chod, to ci opowiem.
A ona ju odesza. Pewnie si obrazia. Wic znw czytam zadanie, bo jutro pierwsze
rachunki.
A Irena znw:
Ju wytaram nos.
Nic nie odpowiadam.
Ona stoi i mwi cichutko, tak jakby do siebie:
Ju mam teraz czysty nos. I majtek mi nie wida.
Pokornie boi si, eby si na ni nie gniewa.
Wic co? Chyba opowieie? No i zaczem. Nic nie rozumie. Cigle:
Dlaczego?
Dlaczego woda, dlaczego we, dlaczego straacy, jaka benzyna, czy yje, czy dua?
Maa i nie rozumie. Ja te nie wieiaem.
Poczekaj, to ci narysuj.
Narysowaem straaka w hemie, pomp i miaem jakby jak pogadank.
eby nie my, toby ci malcy nic nie wieieli. Od nas si wszystkiego dowie. My
od starszych, a oni od nas. I tak iie nauka.
Ju nie wiem, co mwi dalej, wic powiadam:
Powtrz.
A ona:
W sklepie si woda zapalia. Przyjechaa policja i rozganiaa. I by ogie, i by
poar.
Myli, e ogie i poar to co innego.
Od ognia zrobi si poar.
I znw ma wieczk pod nosem, ale ju nic nie mwi. Niech tam. I tak zadania nie
zrobi. Wiersza si gono uczyem. Irena suchaa.
Mama wrcia i zeszem na lizgawk. Taki dugi kawa wylizgali. Chc si nauczy
przykuca na jednej noe. Umiem wykrca si i tyem jecha. Cztery aby razy si przewrciem. Troszk si uderzyem.
I smutno mi byo, kiedy spa poszem.
Jeszcze wiksza tsknota, ni kiedy byem dorosy.
Tsknota i samotno.
Tsknota i samotno, i ch do przygd jakich.
Lepiej uroi si w Ayce, gie s lwy, ludoercy i daktyle.
Dlaczego luie sie na kupie? Tyle wiata pustego, a w miecie ciasno.
Troch by pomieszka miy Eskimosami, miy Murzynami albo Indianami.
adny musi by poar stepu.

Kiedy znw bd may

No, eby cho kady mia przed domem ogrdek. Zagonki kwiatkw nasai
podlewa i niech rosn.
Znw, myl o atku.
Co powiem Bczkiewiczowi?
Bo nawet nie mam ju ochoty. Kram z nim bie. Zezoszcz si moe i ob. I bie mia al. I str go bie goni, i ieciaki na podwrku. Za wielka odpowieialno
bra ywe stworzenie pod opiek.
Jeeli chce, niech go sobie trzyma.

Nareszcie by bal. Mama ubraa si w sukni, co j mole pogryzy. Ale nie byo zna:
ciocia dobrze przerobia. Byy imieniny i byli gocie. Bya zabawa tace. Zaczo si
wieczorem, a skoczyo, nie wiem kiedy, bo spaem w mieszkaniu Karola.
Bya Marychna z Wilna. I ja z ni taczyem. Bo wuj Piotr kaza taczy. Nie chciaem
wcale. Wuj Piotr powieia:
To ty taki kawaler? Panna do ciebie a z Wilna przyjechaa, a ty nie chcesz z ni
taczy.
Zawstyiem si i uciekem na schody. Bo jak mona tak mwi? Niby e do mnie
przyjechaa. Jej mogo by przykro. Ale wuj mnie zapa i podnis do gry, a ja si
wyrywam i nogami w powietrzu fajtam. A si zasapa, ale nie puszcza. Byem strasznie
zy, bo si jeszcze wicej zawstyiem. A postawi mnie, i mwi: tacz. A ojciec mwi:
No, nie bd gamoniem, zatacz, bo ona go!
Z Wilna.
Stoj i nie wiem, co robi, bo chc ucieka, a boj si, e znw zapie i bie szarpa.
Wic tylko po troszku, nieznacznie poprawiam ubranie, patrz, czy si co nie odpio
albo nie podaro.
A Marychna spojrzaa tylko i mwi:
Nie wstyd si, ja te nie baro umiem.
I pierwsza podchoi. I wzia mnie za rk. A miaa niebiesk wstk tak du
kokard, wosy t kokard z boku zawizane.
No, chod, sprobujemy.
Spojrzaem na wuja ze zoci, a on si mieje. I wszyscy si rozstpili, tylko my
dwoje stoimy. I ojciec. Wiem, e jak nie posucham, ojciec si rozgniewa, moe z zabawy
wygoni. Nie mam adnej rady.
Zaczem si z ni krci. W gowie mi huczao, bo ju pno i piem piwo. Wic
mwi: no, ju. A oni woaj: jeszcze! Gorco mi jest, a zrobili sobie widowisko. I ona
nie przestaje, wic dalej, a ju naprawd tacz do muzyki, do taktu.
Nie wiem, czy krtko, czy dugo. A Marychna mwi:
No, dosy, bo wi, e nie chcesz.
Mwi:
Co nie mam chcie, tylko mi si w gowie zakoowao.
A ona:
Ja mog taczy ca noc.
Potem zaczli starsi, a my stoimy koo drzwi. Marychna i ja.
Warszawa jest baro adna.
Ja:
Wilno te.
Marychna si pyta:
Bye w Wilnie?
Nie, tylko pani nam w szkole opowiadaa.
Ona mwi mi: ty, a ja nie wiem, jak mwi. U dorosych jest porzdek: nieznajomi
mwi pan, pani, i koniec. A my, ieci, nigdy nie wiemy. Jednemu mwi si: ty,
drugiemu: niech, czasem kawaler albo panienka. Ju sam nie wiem. Wiele mamy
z tym wstydu, kopotu i niepokoju. Trzeba si jako wywa i mwi ani tak, ani tak.
Ona Marychna tylko tak przyjechaa do Warszawy i znw wrci do Wilna.
Bie moe tyie.
Kiedy znw bd may

Czy na dugo przyjechaa?


Kto?
No, ta pani, ciocia mama z Marychn?
Na jaki tyie moe.
Jeie si tam w nocy kolej. Nigdy jeszcze w nocy kolej nie jeiem.
Chciaabym mwi zawsze mieszka w Warszawie.
A ja bym wola w Wilnie.
Tylko tak sobie powieiaem, e niby Wilno te adne miasto.
I zacza wylicza, jakie ulice, a ja wyliczaem ulice w Warszawie. Potem pomniki
i pamitki rne.
Przyjed kiedy, to ci wszystko poka.
Tak gupio powieiaem:
Dobrze.
Niby, e ode mnie zaley.
Podszed Karol i mwilimy o szkole. Jakie tam s nauczycielki, jakie tu, jakie tam s
ksiki, jakie tu. Byo baro przyjemnie. Ale wuj Piotr ju wii, e stoimy, wic prdko
odcho, eby si znw nie przyczepi.
Potem kazali Marychnie piewa. Nawet si nie wstyia. Jak piewa, to oczy podnosi
do gry, jakby w niebo patrzaa. I umiecha si.
Znw rozmawialimy. Bo Stefan mwi, e na ich podwrku maj trzy sanki. Jedne
due, e dwch moe si wozi.
Mwi do Marychny:
Przyjd, bd ci wozi.
I dobr lizgawk maj. Wszystko na ich podwrku. Nie lubi, jak kto za wiele opowiada.
I tak si skoczy mj bal.
I ta pani, ta ciotka, zabraa Marychn i poszli. A mama mwi:
Moe by ju poszed spa?
Wcale si nie upieraem, tylko si pytam:
Gie?
A mama:
Do Grskich.
Roicw Karola.
Jutro trzeba do szkoy.
Wi, e jak powiem, e jeszcze troszk, to mi mama pozwoli, ale co bd robi?
Spa si chce i nudno.
Irena od razu po kolacji te posza. A ja spaem z Karolem.
Wic Karol si pyta:
Dlaczego oni w Wilnie tak cign?
Nie wiem.
Bo chciaem si spyta tej Marychny, ale moe jej bie nieprzyjemnie.
Bo pewnie.
A wosy ma jak Cyganka.
Wcale nie: Cyganki maj twarde wosy, a ona miciutkie.
Skd wiesz?
No wida przecie.
A wuj Piotr mwi, e cygaskie.
Wuj Piotr tyle wie, co zje mwi ze zoci.
Ziewn i przesta, a potem znw:
U nas nie ma adnej takiej.
A ja nic.
Potem:
Klawa iewczyna.
A ja nic.
adnie piewa.
Czekam, eby si przewrci na drugi bok, bo jak jestem go, to mi nie wypada, e
nie chc z nim rozmawia.
Kiedy znw bd may

Wic si pytam:
Odrobie na jutro lekcje?
Ooo tam lekcje
I ziewn, i nareszcie mwi:
No, trzeba spa. A dlaczego si zgoie zaraz i? Moe tam bie co wesoego?
Co moe by wesoego? Jeszcze si wicej tylko pop.
A ty pie wdk? Bo ja dwa kieliszki.
Jutro w szkole bie opowiada, jaki on bohater: e dwa kieliszki wypi i w gowie
mu si nie krcio.
Przewrci si na drugi bok, przykry si, ale si pyta:
Nie zimno ci? Nie cignem za wiele kodr?
Nie, dobrze.
Kiedy czowiek picy, o byle co si rozdrani. Przykro mi, e nie lubi Karola, a on
si pyta, czy mi nie zimno. I dlaczego powieiaem, e si pop? Niedobrze si
dorosych. Trudno: oni inni s i inne maj zabawy. No, eby nie wuj Piotr, tobym nawet
do Marychny sowa nie powieia. Jak my si zawsze wszystkiego wstyimy. Zawsze
obawa, eby czego gupiego nie zrobi albo nie powieie. Cigle niepewno, czy tak
bie dobrze. eby si nie mieli.
Bo ju sam nie wiem, czy wymiewanie jest dla nas gorsze, czy jak zaczn krzycze.
I w domu, i w szkole wszie to samo. Zadasz jakie pytanie, o co si zapytasz,
pomylisz si albo co zaraz miech i drwina. Kady chce by najmdrzejszy i tylko czeka,
eby drugiego wymia i poniy.
Ta obawa, eby si nie sta pomiewiskiem, tak czowieka oniemieli, skrpuje, zwie,
e cigle niepewny, a im si bariej wystrzega, tym atwiej co niestosownego zrobi.
Zupenie jak na loie: ten si najwicej przewraca, kto si najwicej boi.
No, jutro musimy zrobi sanki pomylaem i zasnem.
I ledwo zasnem, a tu mnie ju bu, e trzeba wstawa. Spaem kilka goin, ale
mi si zdawao.
Przecieram oczy przy niadaniu, a je mi si nie chce, a ojciec mwi na prb:
Moe by do szkoy nie poszed?
Myla, e si uciesz, e mona. Bo potem mwi:
Zabawa zabaw, a szkoa szko.
Uwanie przegldam teczk, eby czego nie zapomnie pira albo czego. Bo jak
si jest zaspanym, trzeba si pilnowa. Ale nie. Id.
No i id. A myl sobie, e jad do Wilna. Jad ca noc. Iskry za szyb lec ogniste
gzygzaki.
I w droe do szkoy, i na lekcjach mylaem o tej podry. I na drugiej goinie
spa mi si zachciao, i zapomniaem zupenie, e w klasie, i zaczynam nuci, cicho ale
piewam pod nosem.
A pani:
Kto piewa?
Ja i wtedy nawet nie oprzytomniaem, tylko si ogldam, kto piewa. A Borowski
mwi na mnie. Pani si pyta:
Ty piewae?
Nie.
Bo naprawd nie zauwayem: I zupenie znw zapomniaem, i drugi raz zaczynam.
Chyba jeszcze goniej, i pani si rozgniewaa.
A Borowski:
Moe teraz powiesz, e nie ty?
Mwi:
Ja.
Teraz dopiero wi, naprawd i wtedy, i teraz.
Pani ziwiona spojrzaa:
Nie wieiaam, e umiesz na zo robi i umiesz kama.
Czy pani nie zauwaya, e sam przecie mam min ziwion, e jestem zmartwiony?
Przecie pani lubi i ona jest dobra dla mnie. Po co miabym robi jej przykro? Zwie-

Kiedy znw bd may

siem gow, zaczerwieniem si, i ju. Bd si tumaczy, pani i tak nie uwierzy. Teraz
ju wiem, e mona nagle krzykn albo gwizdn jak we nie. Wic zaraz mwi:
Na zo. Niesforny.
Obrzydliwy wyraz: niesforny. Gorzej ni obuz, ni wszystko. Taki ubliajcy jaki.
Niby sfora psw. Nie lubi take wyrazu: karno. Na przykad na gimnastyce.
Karno dyscyplina.
Zaraz czuj, jakby mia kara, pasem bi, rzemieniem.
Niesforny malec.
Malec te paskudny wyraz. I obrzydliwe: ieciarnia. Zaraz si przypomina
psiarnia.
S niedelikatne wyrazy, ktrych si w szkole nie powinno mwi. Czsto mona
czowieka nie lubi za jaki wyraz niemiy, ktry czsto si powtarza.
A pani kazaa mi i najprzd do kta, a potem zaraz do tablicy. Kazaa rozwiza
zadanie. Zupenie atwe. Od razu wieiaem odpowied. Po cichu obliczyem i mwi:
Pitnacie.
Pani udaje, e nie syszy.
Powtrz zadanie.
Zy jestem. Mwi:
Bie pitnacie. Czy nie?
A pani:
Jak zrobisz, biesz wieia. Rb dla caej klasy.
Zaczynam niechtnie powtarza. I popltaem. Chopcy zaczli si mia.
Id na miejsce. Masz dwjk.
A Winiewski si pyta:
Czy ma i na miejsce do awki, czy do kta?
Id i nie mogem si powstrzyma, bo Winiewski naumylnie wystawi okie w przejcie, wic go pchnem. A on jak nie wrzanie z caej siy:
Czego si pchasz?
winia. Ba si, e pani nie zauway. A pani si zawahaa, czy dalej nade mn si
znca, czy jego ukara.
I ju si zacz w caej klasie niepokj. Jak sie cicho, to cicho, a jak si zacznie
z jednym, to zaraz uwagi, przedrwinki, arty, miech i rozmowy. Ju wtedy trudno
uciszy. A za wszystko odpowiada pierwszy, ktry zacz.
A niech robi, co chc.
Pooyem gow na rkach i udaj, e pacz. Tak czsto si robi. To najlepsze. Wtedy
daj spokj. Ale nie pacz, bo baro cierpi, baro jestem nieszczliwy,
Nagle pomylaem:
Gdyby Marychna bya nauczycielk, ona by bya inn.
Bo jeli le si sprawuj, mona inaczej ukara, a nie dwjka z przedmiotu. Bo ten, co
po mnie stka przy tablicy i mitli to samo zadanie, te mu w kocu wypado pitnacie.
Marychna by tak nie zrobia. Ale ona maa i ona Marychna wyjeda. Ca
noc bie kolej tak daleko. Do Wilna. I ju nie zobacz. Moe nigdy ju nie zobacz.
Nigdy ju piewa nie bie. A Marychna umiecha si mile i ma niebiesk kokard.
I ma miciutkie wosy, wcale nie jak Cyganka.
Pani musiaa by baro rozzoszczona, bo na pauzie podchoi i mwi:
Jak jeszcze raz biesz mia muchy w nosie, powiem kierownikowi. Ju ci nie
bd wicej bronia.
I pani odesza. Nie pozwolia si usprawiedliwi. A gdyby pozwolia, co powiem?
e kocham Marychn?
mier raczej ni takie wyznanie.
Muchy w nosie. Nie mam much w nosie, a pani wymawia, co byo dawniej. Nie powinno si przysug wymawia. Niech pamitaj doroli, e to drani, najbariej gniewa.
Bo znaczy, e myl, e zapominamy atwo, nie umiemy by wiczni.
To oni zapominaj, my dobrze pamitamy. I rok, i duej. Kady nietakt i niesprawiedliwo, kad uwag, kady ich dobry czyn. Wszystko rzetelnie zawsze rozwaymy

Kiedy znw bd may

i maj w nas sojusznika lub wroga. I wiele przebaczy moemy, jeeli wiimy: dobro
i szczero. Ja pani te przebacz, kiedy si uspokoj.
Podchoi Mundek i zaczyna artowa. Wii, em smutny, wic chce pocieszy.
Co, biesz si ba rachunkw? Dostaniesz pi pion, a jedna dwja sama ze
strachu ucieknie. Tak bie draowaa, e iii! Ty przecie matematyk wlaz na patyk.
Powieiaem cicho:
Zooostaw.
Wycho na podwrze, ale si nie bawi. I gupie mi si wydaje latanie.
Jak by dobrze byo, eby wszystkie iewczynki do niej byy podobne. A moe naprawd pojeiemy do Wilna? Moe tata dostanie tam robot? Wszystko sta si moe.
Wziem z biblioteki ksik. Opowiadania historyczne. Bd czyta.
Wracam sam. Mundek nie mg czeka. Id i tylko kawaek lodu nog podbam.
Trzeba si stara rwno kopn, przed siebie, bo i tak skrci w prawo albo w lewo. A ja
gzygzakami za nim. eby si nie zatrzyma, tylko cigle naprzd. Najgorzej, kiedy si
o przechodnia odba, bo wtedy zupenie w bok poleci albo trzeba wraca. Powieiaem,
e wolno mi iesi razy zawrci.
Ale spotkaem ojca i gniewa si, e buty niszcz, bo nosek si oba.
Wcho do bramy, a tu si ju chopaki sankami wo. Wic i ja. Ale nie byo baro
przyjemnie. Bo jak si ma zmartwienie, mona si bawi, ale si co chwila przypomina.
Jakby kto choi i mwi:
Zapomniae? Nie pamitasz?
To nie wyrzuty sumienia, a taka tylko natrtna myl. Wyrzuty sumienia zupenie
inaczej, grone s Boga si boisz.
Jeden chopak mwi, e wcale nie ma Boga, tylko luie sobie wymylili. Powiada,
e wie na pewno. Zaoy si chcia gupi taki.
Ja ich dwa razy powoziem sankami, a oni mnie raz. I ju dosy.
Posieiaem koo okna, a potem obrazki w ksice ogldam. Nie podobaj mi si. Bo
pierwszy obrazek bohaterski. Rycerz na koniu. Bj. Dokoa pkaj pociski. A on podnis
szabl i wyglda jak lalka. Tak sztywno wyprostowany.
Czy wypadkiem tak nie jest, e dla ieci gorsze si wszystko robi? Dobry malarz dla
dorosych, a marny dla ieci. I powiastki dla nas jak z aski, byle kto pisze, i wierszyki,
i piosenki. Kogo nie chc sucha doroli, ten iie do ieciakw.
A przecie my wanie najbariej kochamy bajki, obrazki i piewki.
I zawoali mnie, e bd sanki nowe robi, ebym da swoje dwie deski, sznurek i blach.
Skrzywili si, e blachy mao, a sznurek krtki.
Ale mocny.
Jedna deska posza na sieenie, a druga, eby umocni na spoie. eby byo wicej
blachy, mona by cae podku i wtedy atwiej wozi. Ale dobrze, e cho z przodu blacha.
I gwoi daem: jeden dugi, prosty znalazem na ulicy.
Kady pamita, co daje, bo tyle ma prawa, ile daje.
Przyjemniej zrobi samemu i mie dla siebie. Od nikogo si nie jest zalenym. Ale
ieci rzadko co maj naprawd.
Ubranie niby moje, a roice kupili. Za ksiki i zeszyty odpowiada si i w domu,
i w szkole. Kady oglda i ma prawo si wtrci.
Nauczycielce wolno ksik zwin w trbk, a niech z nas kto sprobuje. Zaraz powie, e nie szanujemy. Bo u ieci wszystko musi by wzorowe.
Niedobre s spki. Musimy si przecie pokci. Jeden tego zacznie wozi, a drugi
tego. Jeden szarpie i przewraca si mwi mu si, e zamie, a on nic. Da par desek,
wic te ma prawo.
Albo wozi sam nie chce, tylko sam siei jak hrabia. Kcimy si czsto to prawda,
ale pomylcie tylko, jak u nas wszystko samopas puszczone
Ile rnych sdw maj doroli. A my tylko na skarg. A doroli naszych skarg nie
lubi. Rozs byle zby albo racj ma ten, kogo wicej lubi, albo modszy, albo starszy
ma suszno, albo iewczynka, albo obaj winni, bo brzydko si kci.
Moe tam kiedy bd luie yli w zgoie i koleestwie, ale jeszcze nie teraz.
O byle co si obrazi i zaraz:
Kiedy znw bd may

Jak nie, to oddajcie moje deski i gwoie.


Wie, e nie oddamy. Bo co? Chyba rozbi sanki i caa robota na nic. Szukaj innego
wsplnika i morduj si od pocztku.
ieci lubi majstrowa.
Pewnie, e lubi, ale jak si zrobi, to si chce, eby byo.
Narysuj co, a on mi przez gupi art podrze albo zamae to szkoda. Wyszukaem
kek, sznurek, zrobiem bat nie chc, eby zamali. Jak sanki, to sanki.
Czasem lepiej zepsu, bo drugie lepiej si uda. Ale trzeba z gry wieie, e si chce
i dlatego znowu od pocztku. e albo mamy lepsze narzia, albo wicej materiau.
Bo jak sanki robi bez motka? Musielimy wba kamieniem. I eby cho kamie
by wygodny. Jest jeden, ale w bruku. Nawet chcielimy wykopa, a potem znw wsai.
Ale niechby str tylko zauway, daby nam, e nooo! Tyie si potem na dwr nie
pokazuj.
Wic wbam okrgym, niewygodnym i uderzyem si w palec. A si czarna kulka
zrobia na palcu. I jeszcze drutem obdarem skr miy palcami: teraz jak zgina boli.
Bo w jednym miejscu trzeba drutem cign, bo potrzebny by dugi gwd, a mymy
wbili trzy mae i deska si rozupaa. Trzeba byo cign.
I tak cigle si co psuje i trzeba cigle poprawia.
Przychoi Jziek.
Ooo, sanki zrobili, a nie mog jecha.
To zrb lepsze.
Pewnie, e jakbym chcia, tobym zrobi.
No, to chciej.
Jak mi si zechce.
Odejd ju, nie dogaduj. Nie podoba ci si, to nie patrz.
A on:
Nie dasz patrze?
No, nie dam.
Jeden reperuje, a dwch go odpycha.
Dopiero Franek:
Pucie go, potrzymajcie lepiej, bo sam nie mog.
A bo po co stoi i dogaduje?
Niech sobie. Nie ma sanek, wic przez zazdro.
Ooo, mam czego zazdroci: takiego drapaka.
Czasem z ktni bjka wyniknie, a czasem pomoe naprawd.
Tak wanie teraz:
Bez motka nic nie zrobicie.
Wic ja:
No, to daj motek, kiedy si mdrzysz.
Bd wam dawa, ebycie zamali.
A masz?
Pewnie, e mam.
Stawia si czy naprawd?
Ale polecia i przynis.
Twj?
A czyj?
Moe ojcu wzie?
No to ja wziem, a nie ty.
A jak bez pozwolenia wemie i bie awantura wszystkim si dostanie.
A on i gwoie ma.
Jak pozwolicie jei, to dam i poycz.
Nie trzeba byo bra, bo obuz. Ale czasu szkoda, kady chce cho troch. I zgoilimy
si. A szkoda. I motek nie pomoe, jak deska sprchniaa. A on ciki i tak jeie, jakby
umylnie chcia zepsu.
Na nic caa robota.
Znw si zaczyna ktnia. Wic ju id do domu.
Smutno, smutno, smutno.
Kiedy znw bd may

Irenka patrzy na mnie, a wii, e mam zmartwienie, wic nie mwi, eby si bawi.
Przysuna stoeczek, usiada obok i opara rk o moje kolana
A ja nic, tylko myl:
Gdyby Marychna bya moj siostr.
I wiem, e to grzeszna myl, bo tak jakbym chcia, eby umara, eby mie inn siostr.
Przymknem oczy i pooyem rk na jej gowie. A ona zaraz gow na kolana i prdko zasna. A ja si pomodliem swoj modlitw: eby Irenka ya i bya zdrowa i eby
Marychna bya szczliwa.
No bo tak: kocham j, Marychn.
Co si wszystko ieje w czowieku, jakie tam wszystko rne. Bo kiedy patrze, to
si wii domy i lui, i konie, i samochody. Tysic albo milion rnych rzeczownikw:
yjcych i nieyjcych. I w mylach s te same rzeczowniki. W czowieku. Zamkn oczy
i wi tak samo: domy, lui, konie. No tak. I kady rzeczownik ma duo przymiotnikw: Duy dom, adny ko, miy czowiek. A od rzeczownika z przymiotnikiem zaley
dopiero, czy lubi, czy mi si podoba.
I tu znw taka sama iie rozmaito. Inaczej kocham atka, inaczej roicw, inaczej
Mundka, inaczej t Marychn z Wilna.
No, bo co powiem:
Lubi, baro lubi, kocham.
I koniec.
A czuj, e inaczej.
I dopiero na szczycie jakby Bg.
Baro iwnie.
Gdybym nie by ju kiedy dorosym, moe bym nawet nie wieia. A teraz ju wiem,
e ieci kochaj, tylko nie wie, jak to si nazywa. A moe wsty si przyzna. Nie
e nie chc powieie, ale w mylach dla siebie wsty si przyzna i tylko mwi,
e lubi.
Boj si nawet powieie:
Ta iewczynka mia. Lubi. Ona przyjemna.
Bo ju najchtniej doroli wymiewaj mio. I tu dopiero wida, jacy s niedelikatni.
Powie:
Kawaler i panna.
Albo:
No, pocaujcie si.
Albo:
Narzeczeni.
Albo jeszcze gorzej:
M i ona.
Jakby nie mona byo kogo lubi. eby rozmawia, popatrze, bawi si razem w jak
zabaw i poda rk na poegnanie. Ale eby nikt o nic nie wypytywa. I eby nawet nie
zauway.
C, kiedy nie mona.
Spytam si niby niechccy:
Czy Marychna to adne imi?
Albo powiem, e ma adn, niebiesk wstk we wosach. Albo: dlaczego jak si
mieje, robi si doeczki?
Niech tylko co si zapytam albo powiem, zaraz zaczn szpiegowa:
A czy ci si podoba? Moe by si z ni oeni?
Gupie arciki i nieprzyjemne miechy.
No, bo wiem.
S tacy, co tylko mapuj. Chc si dorosym przypochlebi, podliza, wic zaraz
wemie pod pach i:
Moja ona. Moja narzeczona.
Doroli chc niby, ebymy byli mdrzy, nie lubi niby naszego baznowania, a sami
zmuszaj.
Nie wie, jak czujcej istocie przykro bazna robi ze siebie. Jedno iecko si psuje
naprawd, a drugie tylko al ma do was i niech. Za t ciekawo i za to, e wiecie.
Kiedy znw bd may

Sie sobie cicho i myl. I tak samo jak ja tysice ieci po rnych pokojach
o zmierzchu rozmyla o iwach i smutkach ycia. Co ieje si w nim, co wokoo. I tych
rozmyla naszych doroli nie znaj. Najwyej:
Co ty tam robisz? Dlaczego si nie bawisz? Dlaczego tak cicho?
No bo iecko pohaasuje, pobiega, napatrzy si rnoci, a potem chce w zaciszu
samo z sob porozmawia. A tylko jedno, jedyne z tysica znajie pomoc w dorosym.
Albo u przyjaciela.
Bo, na przykad, jak iwny jest sen. pi sobie Irenka i nic nie wie. Albo si jej co
ni, bo westchna. Pewnie i ona ma w przedszkolu ieci, ktre lubi, i te moe nie chce
powieie.
Porwnywam Irenk ze sob, przypominam sobie przeszo, kiedy byem duy, i wi, emy wszyscy podobni, jednacy. iecinny jest czowiek dojrzay, dojrzae jest
iecko. Mymy si tylko jeszcze nie porozumieli ze sob.
Ano.
Wiiaem drugi raz Marychn.
Jeszcze jedyny raz bya u nas Marychna. Nawet si nie rozebraa. Mwi, e musz
i, e tylko si przyszy poegna.
Raz pierwszy raz przywita i ju zaraz poegna.
Ja stoj przy swojej doniczce i groch zasiaem, i wyroso w doniczce. Ju nawet ma
cztery listki. Tu dwa i tu dwa. Tak przyjemnie zasai, jak wyronie. Podlewa si. I z wody, i z ziarna wyronie. I zielone. I malusiekie. e nie byo nic, a jest.
Ja stoj i mam pocztwk: e anio stoi i ma skrzyda, a dwoje ieci nad przepaci.
Nad bezdenn. Pochyliy si nad przepaci i kwiatki zrywaj. A anio pilnuje, eby nie
wpady w t bezdenn przepa.
Przysza ta obca ciotka z Marychn. J te pierwszy raz w yciu wi. I ona jest daleka
jaka krewna.
I myl:
Jeeli Marychna zacznie ze mn rozmawia, dam na pamitk pocztwk. A jak nie,
to nie.
Kupiem j dla Marychny, bo wieiaem, e przyjie, tylko si baem, e moe bd
w szkole.
Zaraz przylatam ze szkoy tak co ie. Mundek si pyta:
Czego si tak spieszysz?
Mama si iwi:
Czy wczeniej szkoa si koczy?
A ja nic. No bo co im powiem?
A Marychna ma bia czapeczk z puszku i konierzyk taki sam. I wosy krcce.
Jej mama rozmawia z moj mam co o jakich znajomych w Wilnie.
Ona nic.
Bo t ciotk z Wilna prdko pocaowaem w rk, i do mojej doniczki.
A ona stana oparta o swoj mam.
I wyjem pocztwk z ksiki. T pocztwk z aniokiem.
A ona, Marychna, od razu, jak staa, od razu prdko podesza do mnie. W popiechu,
jakby podbiega. A ja pocztwk znw w ksik i zdaje si, e jestem pewnie chyba
czerwony, bo si wicej jeszcze zaenowaem.
Stana, mufk z tego puszku zasonia si i ja si umiechnem. I ona te. I si
odwrciem, niby na doniczk patrz.
I Irenka przybiega, i pokazuje jej lalk. Irenka mwi:
Patrz, ma trzewiczki.
Wic ja si ju znw odwrciem. I Marychna wzia lalk i si pyta:
A czy zamyka oczy?
A ja:
Nie. Mae lalki nie zamykaj.
Wic Marychna ju zupenie podesza i mwi, e i mae mog zamyka. Dopiero jak
zupenie mae, to nie.
I potem mwi:

Kiedy znw bd may

Ju jad.
Ja si przestraszyem, e ju zaraz, i prdko wyjem pocztwk z aniokiem, bo si
przestraszyem, e nie zd. e ju nie bd mg jej da.
Pokazuj. I:
Czy adna?
Ona cicho powieiaa:
adna.
Wic mwi zupenie ju cicho:
Moe chcesz?
Nie chciaem, eby Irenka wiiaa. Bo mae ieci lubi si wtrca. I moe co gono
powie.
Ale mama z cioci rozmawiay i nic nie wi.
Marychna mwi:
Napisz, e na pamitk.
Z tak prob powieiaa i patrzy, czy si zgaam. Dobrze si uoyo. Bo prdko
zaraz napisaem:
Pamitka z Warszawy.
I przyoyem bibuk.
A Marychna:
Oj, bo zamaesz.
A ja:
Patrz, wcale si nie zamazao.
Powieiaem patrz. To znaczy, e jej ty powieiaem.
Ale si P troch zamazao.
Powiada:
Nic nie szkoi.
I pniej:
Baro adnie piszesz.
I jeszcze:
Napisz dla kogo i od kogo.
Po co?
Marychna pomylaa, gow w bok przechylia i mwi:
Prawda.
Ale napisaem:
Dla Marychny z Wilna.
I zawinem w srebrny papier od czekolady. Bo wszystko miaem ju przygotowane.
Ale wi, e si zanadto wieci, wic wydarem kartk z zeszytu i zawinem jeszcze.
A ona:
Ooo, kartk wyrywasz.
Ja mwi:
To nic.
A mama mwi:
Rozbierzcie palta.
A jej mama:
Nie, musimy zaraz i.
Marychna wzia t pocztwk, to zawinitko, do mufki i pyta si:
Jak liter najlepiej lubisz pisa?
Ja mwi:
Due R.
A ja due W. Daj papier, to ci napisz. Ale owkiem. Zobaczymy, kto adniej
pisze.
I napisaa. A ja te. Ale si nie staram. eby jej byo adniejsze?
I ona mwi:
No, czyje adniejsze?
mieje si, a zbki ma rwniukie, biae.
I mwi:

Kiedy znw bd may

Na pocztwce adniej napisae.


Ja si zarumieniem i mwi:
Raz si uda, a raz nie.
Pisalimy: Warszawa, Wilno rne wyrazy, a potem liczby.
Strasznie semki nie lubi pisa mwi. Zawsze jaka krcona wyjie.
A ja:
No tak. semka rzadko si uda. No i Marychnie w palcie trudno pisa.
Wic ona spojrzaa na swoj mam i mwi:
Rozebra si chyba czy jak?
Ale ju maj i.
Ona Marychna chce t kartk podrze, ale nie daem.
No i po co ci to?
Niech sobie bie.
Po co?
Powieiaem cicho:
Na pamitk.
Ooo, co to za pamitka. Ja ci z Wilna adn kart przyl.
Ale zostawia.
I pokazaem jej doniczk. eby chciaa wzi. Ale jak si tam bie z doniczk wozi.
A Marychna kady listek pogaia palcem.
A jej mama mwi:
No, iiemy.
I wstaje. I Marychna prdko stana przy swojej mamie.
Ju nie rozmawialimy wicej. Ja przy doniczce zostaem. I dugo jeszcze rozmawiay
tak stojc. A moe niedugo, tylko chciaem ju, eby sobie poszy.
Boj si poegnania.
I naprawd:
No, ieciaki, egnajcie si.
Ja si jeszcze bariej odwrciem.
No co, nie poegnacie si? Moecie si pokcili ju? Nie pocaujecie si na poegnanie?
Marychna mwi:
Ja si z chopakami nie cauj.
Oj, ty, ty powiada moja mama. A nie zapiewasz nam na poegnanie?
Mog zapiewa.
Ju jak innym razem przyjeiemy. Bo teraz gardo zagrzejesz.
Marychna pocaowaa si z mam i z Irenk, a mnie tylko rk podaa. I tak dumnie.
Nawet si nie umiechna. W rkawiczce.
I wyszy. A mama:
Jeste mruk. Marychna to przynajmniej zuch iewczynka. A ty trzech zliczy
nie umiesz.
Wiczny jestem Irence.
Pocaowaem j tak przygarnem do siebie i pocaowaem w gow.
Baro grzeczna bya, Irenko powieiaem.
I zaczynam lekcje odrabia.
I tak mi dobrze cicho. I tak si dobrze z t pocztwk udao. adna jest. Bo
naprzd chciaem kupi z kwiatami, potem widoczek: e las, a koo lasu domek i ko
stoi. Jeszcze byy dwie adne, ale na jednej napis: Z powinszowaniem Imienin. Ale
z anioem chyba najadniejsza. Bo i gry, i przepa, i kwiaty, i ten anio struje.
Brzydko si nazywa: Anio Str. Powinno by inaczej: obroca czy ja wiem.
Jak bd mia pienie, dla siebie tak sam kupi. Bo Marychna pewnie nie przyle
zapomni jak ju wrci do tego Wilna.
Przepisuj wiersz na jutro. A obok ley lalka Irenki. Od tej lalki wszystko si przecie
zaczo. I doniczka z tymi czterema listkami. Bo jak pniej bie rosa w gr, wyej
nowe listki powyrastaj, a te cztery bd na dole. I one pewnie pierwsze odpadn. Czy

Kiedy znw bd may

zaczeka, a pokn i same odpadn, czy je zielone jeszcze zerwa i na pamitk zasuszy?
Teraz jeszcze nie wiem.
Przepisuj wiersz na jutro. Pisz baro starannie. Jedno due W byo w takim
kawaku. Postaraem si najadniej napisa. I ju nie wiem, czy due R, czy due W
jest adniejsze i najprzyjemniej pisa.
I tak sobie na t kartk patrz, comy litery pisali.
Ano, trudno: kocham i wicej jej nie zobacz. Tylko kartka z literami i cztery listki
grochu A moe naprawd napisze? A moe mi si przyni? Albo jak podobn iewczynk zobacz na ulicy. Tak przecie z atkiem byo.
Nie s mie iewczynki. Dumne, ktliwe i robi miny. Lubi udawa. e niby
dorose i e chopcy to obuzeria.
I stroni od nas, a chc tylko niby ask robi.
I jeeli ju ktra chtnie si z nami bawi, to gorsza ni my: bo i obuz, i inne przywary
ma iewczyskie te.
No, tak.
S jakie delikatniejsze. Bo i sukienka, i kokarda, i koraliki, rne ozdbki ponawieszaj. adnie wyglda. A gdyby chopiec byoby miesznie. Bo s i chopcy z dugimi
wosami. Jak laleczki. Czy oni si wcale nie wsty?
No, tak.
Ale dlaczego mamy im ustpowa? e iewczynki nie wolno uderzy ani pchn.
Zaraz powie:
iewczynka.
I to w nas al wytwarza i zniechcenie. A nawet wrogo.
Bo co?
Jak w szkole ucz si razem chopcy i iewczyny i chopiec si pani poskary, zaraz
mwi:
Ty, chopak, a nie moesz sobie z iewczynk porai?
Kiedy tak, to sobie na drugi raz ra. Wic znw awantura. I nie wiadomo, co naprawd robi.
Gdyby doroli nie przypominali cigle, e to chopiec, a to iewczynka, my bymy
pewnie zapomnieli. Ale gie tam: czy da zapomnie. Niby mwi, e nie ma rnicy,
a tymczasem wychoi przeciwnie.
Przykro mi, e tak musz myle, ale trudno. Nie mog kama. Marychna nie jest
przecie winna. A moe naprawd tylko w Warszawie tak jest?
A ona napisaa. Naprawd napisaa. Dotrzymaa sowa. Przysaa ostrobramsk pocztwk. I adres, i mark, i wszystko. Nie wstyia si pisa do chopca.
Ona miaa.
I piewa si nie wstyi, i pierwsza powieiaa, e bie taczya.
I naprawd napisaa. I mam razem z kartk i listkami. Jeden listek si zama.
I bya wycieczka. Nie kolej, ale przez most do parku. Przyjemnie byo.
Chcielimy i czwrkami rodkiem ulicy, nie pcha si parami, eby potrcali. Ale
pani nie pozwolia. I susznie. Bo zaraz zami szeregi i wyjie baagan. Ten kopie z tyu,
ci znowu si wlok, jeden w prawo, drugi w lewo. Nawet parami nie id, eby byy rwne
odstpy i w nog.
Dobrze byo. Dwa wozy i samochd si zatrzymay, jakemy przechoili przez jezdni. Przyjemnie jako, e i my przecie co znaczymy, e si musz zatrzyma.
Id z Mundkiem w parze. Baro wane wybra dobr par i wieie, kto przede
mn, kto za mn.
Najadniej byo na mocie, bo woda zamarza.
A s tacy, co si kpi w przerblu.
A ty by si nie ba?
A czego?
Nnoo, zimnoooo.
To co, e zimno?
Przecie przyjemnie si wyprbowa albo pokaza, e si nie boj.
Z wody moe si zrobi ld albo para.
iwne?
Kiedy znw bd may

A to nie iwne, e mucha moe choi po cianie, a ryba w woie oddycha.


Albo aba. Z kanki si zrobi, i koniec.
I tak mymy si zamylili. Niby, e kto mg tak wszystko zrobi? Bo jeliby Boga
nie byo, no to kto?
I rozmawialimy z Mundkiem, e niby mamy dk wzilimy chleba, sera, jabek
i w podr do Gdaska. Przez jakie dopywy Wisy, niziny i wzgrza pyniemy, obok
jakich miast historycznych.
Rozmawiamy na arty, a jest jakby lekcja, jakby egzamin.
Dobra jest szkoa. Pozwala czowiekowi myle dugo o rnych rzeczach. Jednego si
dowiem na geograi, drugiego na przyroie, na historii i nie spoiejesz si nawet,
jak si wszystko to w myleniu przydaje
Do Gdaska czy do Krakowa?
Eee, pod wod trudno.
No, a motorwk.
Mogaby kada szkoa mie jedn szalup. Staaby w porcie, a my stoimy na warcie.
Co ie czterech innych na zmian: ie i noc. A niech Wisa ruszy, zaraz si agle
rozwa i dalej w drog.
Jedna klasa tyie, druga tyie. I na zmian: w kajucie, przy aglach, przy sterze.
Bo ju sami nie wiemy, czy to ma by aglowiec, statek, motorwka, czy krypa albo
nawet tratwa.
A soce adnie lni si na niegu.
I w parku bielusienieczko.
Dopiero si gonimy. A niektrzy palta chc rozbiera. Pani nie pozwolia. Przecie
w bieganiu ciepo. Przecie na podwrku bez palt si bawimy.
Nie baro si naprzykrzamy, bo nie chcemy, eby pani krzyczaa. Najgorsza jest zo,
jak ma by przyjemnie.
Pani skrzyczy jednego, a przykro wszystkim. U dorosych rzadko si zdarzy awantura
podczas zabawy. A u nas najczciej. Zawsze si taki znajie.
A i Malicki. Kazaa mu pani i z Rukim. Od razu nie chcia; bo si nie lubi.
I tamten ca drog go pcha. Pani si rozzocia, e iiemy jak banda, i wicej z nami
choi nie chce, e luie si ogldaj i wstyd. A Malicki na zo wazi pod doroki
i pani si boi, e go przejad. No, przecie co ie sam iie i wraca ze szkoy i nikt
go nie pilnuje. Wic niechby sam sobie szed. No, wiem, e nie mona, bo jak jednemu
pozwoli, zaraz inni si poroza.
I w parku nie zebrali si zaraz, trzeba byo zagania do domu. Ju jak tyle drogi
zrobilimy, chcielimy duej poby. adnie byo i nie chce si wraca. I tak. Jedni si
posuchali i staj. Ale wii, e pary nie ma, wic nudno sta samemu albo iie go szuka.
I wi, e inni si bawi, a im nogi marzn. Wic si niecierpliwi:
Chodmy ju.
auj, e posuchali i od razu si ustawili. Tamci lataj, a oni patrze si musz, jak
pani si irytuje.
Postoj, postoj, znw si wymykaj. A ci znw wi, e mao si zebrao, wic si
nie spiesz. Kady chce by ostatni, eby nie czeka.
Ja bym si tam nie zoci. Gdyby pani od razu ruszya, eby cho z trzema parami,
inni musieliby przecie dogoni i po trochu by si zebrali. Moe tam ktry powie:
Niech id. Sam tra do domu.
Pewnie by si ba sam zosta, bo bie mia kar, i te by dopi. A jak nie, to on
jeden. Nie wolno si zaraz na wszystkich obraa.
Gdyby si doroli nas zapytali, my bymy niejedno dobrze doraili. Przecie my lepiej
wiemy, co nam dolega, przecie my wicej czasu mamy, eby patrze i myle o sobie,
przecie my lepiej siebie znamy, wicej razem jestemy. Jedno iecko wiele moe nie
wieie, a w gromaie zawsze si kto znajie, co lepiej rozumie.
My jestemy rzeczoznawcy naszego ycia i naszych spraw. My tylko milczymy dlatego,
e nie wiemy, co wolno mwi, co nie. My si boimy nie tylko dorosych, ale wicej jeszcze
kolegw, ktrzy nie chc porozumienia, nie chc porzdku, wol w mtnej woie ktni
i niezadowolenia owi ryby wasnych korzyci. Gdybym by dorosy, powieiabym:
Anarchia i demagogia.
Kiedy znw bd may

Bo jaka tam solidarno! Kady ma jednego, kogo baro lubi, kilku miych, kilku
niemiych czy obojtnych i paru wrogw.
Moe si zdarzy jaki wyjtkowy, co go wszyscy lubi albo wszystkich lubi. A tak to
najwicej si tylko boj. Kto silny, moe si rozporzi i robi, co chce. Albo jak si
znajie taki, kogo pani albo pan baro lubi.
Wic w powrotnej droe ze spaceru powieiaem Mundkowi o Marychnie z Wilna.
Wiesz, Mundku, dostaem z Wilna pocztwk. Kwiaty. Niezapominajki. Baro
adna pocztwka.
A potem:
Od jednej iewczynki.
Powieiaem, jak si nazywa i w ktrym jest odiele.
Tylko pamitaj, e to tajemnica.
Powieiaem, e z ni taczyem na imieninach i e adnie piewa.
I e ma ciemne wosy.
Wiisz, Mundek. A ty si wtedy gniewae, e Bczkiewiczowi wpierw powieiaem o atku. Przecie musiaem, bo mi nie chcia poyczy. I wtedy jeszcze dobrze
ciebie nie znaem.
No wic wzilimy si za rk i ju tak iiemy. A on mwi, e i jemu si jedna
iewczynka podoba.
Bo zawsze smutna.
A moja Marychna musi by wesoa.
Na mocie nicemy ju nie mwili. Dopiero pniej:
Czy ty si nie gniewasz, e ja wtedy na ojca twojego powieiaem?
Mylaem, e nie usyszy, bo akurat samochd ciarowy jecha. Wojskowy samochd ciki. acuchy tak brzdkay. Sieiao na nim trzech onierzy, a szofer by
w cywilnym. Nie wiem dlaczego. A jeden onierz trzyma psa. A pies opar si apami
o porcz i gowa mu podskakiwaa. Tak mia przestraszon min.
No i Mundek usysza.
Nie gniewam si powiada tylko ty tak nie mw. Bo przykro. Zdaje mi si,
e ojciec moe by nie wiem jaki. No i kady wie, jaki jest. A nieprzyjemnie, jeeli kto
powie.
Ja ci nie chciaem dokuczy mwi. Tak mi si tylko wymkno.
Przecie wiem mwi Mundek.
No i teraz ju jestem przyjacielem z Mundkiem. Pocztwk mu te przynios i poka.
Przeprosilimy si za tamto, powieiaem mu sekret, eby nie myla, e tylko o nim
chc wszystko wieie. I pewnie poprosz, eby do mnie do domu przyszed.
Bo jak miesznie doroli ka przeprasza. Dopiero co zrobie i zaraz:
Id, przepro!
Nie bjcie si. Jeli wiem, e nie mam susznoci, przeprosz, ale pniej kiedy. Ju
sobie wybior tak chwil, e bie mona. Bo inaczej wychoi tylko kamstwo i fasz.
A Marychna miesznie napisaa:
Kochany Kuzynie.
Jestem w Wilnie i nie cho do szkoy. Jechaam ca noc i zazibiam si, i miaam
gorczk. Cauj ci razy. Kochajca ci Maria.
Wsty si t pocztwk pokaza Mundkowi.
No i kazaa pani opisa spacer po parku. Maj by cztery czci opowiadania: droga
do parku, pobyt w parku, powrt i zakoczenie.
Pochwalia mnie pani, e dobrze.
Napisaem:
Wwczas bya adna pogoda i pani zabraa nasz odia na przechak. Szlimy
przez rozmaite ulice. Po obu stronach ulicy wznosz si wysokie domy, a w rodku by
ruch uliczny. Po szynach jad tramwaje, a nie po szynach taksysy, doroki, wozy i temu
podobne. Przechodnie si snuj, a na rogach stoj policjanci.
W parku bawilimy si w rne gry. Park zasany jest niegiem. Drzewa s nagie, bo
nie maj lici. Ich wierzchoki sigaj wysoko. Park nie ma historycznych pamitek, tylko
w lecie ronie trawa. Krzewy pokryte s soczystymi limi.

Kiedy znw bd may

A w droe powrotnej znw szlimy przez most elazny. Patrzylimy na ld. I szlimy
ca drog parami.
Wycieczka do parku bya baro przyjemna, bo soce wiecio cay czas i w parku
bawilimy si w rne gry.
Nieprzyjemne s wypracowania, bo si nigdy prawdy nie pisze, tylko e w szkole
kazali.
Marychna si przezibia i bya chora. I moga baro zachorowa, a ja nic nie wieiaem. I moga umrze, bo ieci te umieraj. Niby si ciesz, e mam pocztwk,
a naprawd jestem niespokojny.
I po co ona tu przyjechaa?
Tylko wieiaem dawniej, e mam w Wilnie ciotk, moe syszaem, e ma jakie
ieci, moe nawet mwili, e to iewczynka Marychna. A nagle j zobaczyem.
I po co? Co mnie ona waciwie obchoi?
Tylko daleka krewna, jaka kuzynka?
Gdyby nie wuj, nawet bym z ni nie rozmawia, gdyby si przysza poegna, kiedy
byem w szkole, ju bym wicej nie wiia.
Moe podrze pocztwk i skoczy?
Po co si drczy? Po co myle? Po co myle, czy zdrowa, czy si co zego nie stao?
I tak jej ju nie odpisz, bo nie mam pieniy.
I wanie, e dostaem.
Masz, obuzie powieia ojciec i da mi zotwk. Kup sobie, co ci potrzebne, albo id do kina.
A mama:
Oj, nie dawaj chopcu pieniy, bo si rozpuci.
I jako gupio wziem, niezdarnie. Tak niespoianie si stao.
Bo ojciec liczy pienie; naliczy co trzyieci jeden czy czterieci jeden, tylko
e jeden zoty za duo do rwnego rachunku. Ja akurat stoj. Wic da. Niespoianie.
Jak ju wziem, al mi si ojca zrobio. Przecie nie ma za wiele i ieci duo kosztuj.
Zamiast sobie kupi musi nam a palto, a buty jeenie i szkoa, i wszystko. A ma
z tego tylko wicej kopotu i zmartwie, jeeli si le sprawuj.
Kiedy chciaem by ieckiem, zapomniaem zupenie, e nie bd na siebie zarabia,
e bd ciarem.
Nie, ieci nie darmozjady. Prac jest szkoa. Prawda, e wicej mamy wakacyj, ale
i nauczyciel take odpoczywa. My ciej pracujemy nili nauczyciel. Bo dla nas wszystko
i trudne, i nowe.
A nazywa si, e ieci nic nie robi, darmo chleb je.
Kiedy chciaem by ieckiem, zapomniaem zupenie, jak trudno nie mie wasnych
pieniy, jaka to niewola.
Na przykad mam z link. Kto mi poszczerbi. Zostawiem ca, przycho po
pauzie nie ma. Szukam, a znalazem na innej zupenie awce. C, kiedy brzegi poodbane. Ju si tak link rwno nie rysuje: owek si zahacza. Bo s i okute elazem,
ale drogie. A nasze, jak na zo, z mikkiego drzewa. Zapomnisz si, uderzysz o awk,
zaraz si zrobi rowek, wgbienie.
Ile mamy szkd rnych i strat, a nic nie mwimy. Bo si poskarysz, pani powie:
Pilnuj.
Przecie na pauzie nie wolno by w klasie, a zreszt czy mona cigle tylko pilnowa?
Teraz mam zotwk. Ju tak wida chcia Pan Bg.
Kupi dla Marychny pocztwk. Bczkiewiczowi oddam iesi groszy, zakocz
z atkiem. Kupi link, eby mie na zapas. Moe sznurowada? Bo jak mi si podrze,
eby od mamy przykrego sowa nie usysze. Moe Mundek czego potrzebuje, wic mu
poycz.
Byoby dobrze i take do kina, ale co? Sam pjd i przed Mundkiem ukryj? A powiem, e byem, Mundkowi bie przykro.
Niby zoty to duo. A zaczniesz wylicza, przekonasz si, e i to nie starczy.
A doroli myl, e ieciak jest lekkomylny. No, s i miy nami, i miy dorosymi. Dlaczego ojciec Mundka wydaje na wdk? S tacy, a s znw i tacy. Ojcu

Kiedy znw bd may

ukradnie i pjie fundowa. Powie, e na zeszyt, wyda na czekolad. Poyczy, nie zwrci. Zgubi, bo ma kiesze iuraw albo z chustk do nosa wyrzuci. Ale inny wyda tylko,
gdy potrzeba. Dugo bie ciua, po par groszy, zbierze na prezent dla ojca albo na
co, co droej kosztuje.
Poszlimy z Mundkiem szuka adnej pocztwki. Anioka ju ma, niezapominajki
sama mi przysaa. Bya jedna, e chopiec i iewczynka, ale si wsty, bo to znaczy,
e ona i ja.
eby mona wej do sklepu, byoby atwiej. Ale nieprzyjemnie. Patrz, eby czego
nie zabra, nie zgnie, nie zaplami. Spiesz si, nie lubi, eby oglda. Powie:
No, prej!
I wida, e chc, eby i sobie.
Bo ieci maj tylko groszaki, wic zarobek z nich may.
Dorosy te nie od razu za duo kupuje. Dorosemu pozwol przejrze wszystkie albumy. Bo jeeli i tylko pocztwk kupi, to moe jutro przyjie za wicej. A my co?
Grosze i grosze.
Zaraz oddaem Bczkiewiczowi. Dopki nie miaem pieniy, nawet nie miaem
miaoci si pyta.
Masz iesi groszy, co mi poyczy na mleko.
Przecie mwiem, e ci daruj.
Nie chc. Co atek robi?
A co ma robi?
Jako nie odpowiada. Moe roice nie pozwolili, moe go wyrzuci?
Czy jest u ciebie?
A gie ma by, jak go rzucie?
Nie rzuciem go wcale, tylko tobie oddaem.
A jak ja bym nie wzi?
To moe inny?
A ty mylisz, e zaraz pozwol bra psa do domu?
Zy jestem, bo taki si robi wyniosy.
Mwi:
Dlaczego nie maj pozwoli?
A twoi nie pozwolili.
Bo si nie pytaem.
Zy jestem, e jemu tak atwo, a ja dalej samotne ycie wiod. Bo pies jest przyjacielem
czowieka.
Wiem, e zazdro brzydkie uczucie. Ale czy mona nie zazdroci, jeli komu si
dobrze powieie i nawet nie umie oceni?
I ciekawy jestem, czyby atek mnie pozna. Wic tylko ukrywam uraz i mwi:
A czy bd mg go kiedy zobaczy?
Nnoo, jak przyjiesz, to ci poka.
A wzi go do domu na jeden ie aby?
Ooo, zaraz chcesz wszystko. Jak mj, to mj. Zreszt czy mylisz, e zechce teraz
i z tob?
Skd wiesz? Moe zechce?
Ju do mnie si przyzwyczai.
No to go sobie trzymaj.
Pewnie, e bd.
Odcho. Co bd z nim gada? I tak nie zrozumie.
Bo niby luie mwi ze sob, a kady inaczej czuje. Dlatego si porozumie nie
mog.
Ju tylko jeden Mundek mi zosta.
Ju z nim cigle razem.
Rano si spotykamy i razem iiemy do szkoy.
Podczas przerwy razem.
I razem wracamy.
Jeden on tylko mi zosta.
A moe grzech tak myle?
Kiedy znw bd may

Mam przecie ojca, mam, Irenk.


Zapomniaem jeszcze, emy na tej poegnalnej wizycie zdmuchiwali keczko ze stou. Bo leao takie keczko, od zegarka czy czego. I Marychna powieiaa:
Kto mocniej dmucha?
No i ona w jedn stron dmuchaa, a ja w drug.
Irence te pozwolilimy par razy.

Ju druga czapka zgina chopakowi.


Bya awantura.
Najwicej w drugim odiele. Gin tam ksiki i zeszyty.
Miaa by rewizja.
Nauczyciele mwi, e wstyd dla caej szkoy.
Kady mwi, co zgino, a panie zapisyway.
Mnie tam nic nie zabrali. Miaem kawaek gumy, moe wier. Jeszcze by na tyie
wystarczya. Ale nie wiem: moe w szkole, moe na ulicy, moe w domu mi si zarzucia.
A niektrzy, jak zaczli dyktowa, to jakby w caej szkole byli sami zoieje. Co kto gie
zgubi albo da i zapomnia wszystko dyktowali; a pani nie moga nady. Pewnie
ktry i kama. Bo Pancewicz mwi:
Dlaczego nie powieiae, e zgino? Moe nam szkoa odkupi?
Jeszcze wiksze zoiejstwo kaza sobie oddawa, jak nic nie zgino. Niewstydny
taki.
No, bo s, ktrym duo ginie. Ale te gowy nie maj. Rzuci byle gie i nie wie.
Poyczy i nie pamita. I przez nich mwi, e ie i nieprzytomne. A najgorzej, e chc,
eby wszyscy tacy. Kto nie chce byle komu poyczy zaraz:
Samolub chciwiec chytro.
Czsto zo bierze, bo co zobaczy, zaraz:
Daj.
Jeszcze grozi:
Pamitaj, poaujesz! Poczekaj: przypomn ci ju! Przyjie koza do woza. Ju ty
mnie kiedy poprosisz!
My musimy wicej poycza ni doroli. Bo ka mie, a jak w domu nie da, co
robi?
Czsto roice winni, a iecko cierpi. A najgorzej, kiedy nie wierz. U dorosych,
jak kto uczciwy, wszyscy mu ufaj, a tu najporzdniejszy w podejrzeniu.
Potrzeba mi na karton.
Znw karton? Przecie niedawno kupie?
Takie pytanie boli. Bo czy zjadem karton?
Dorosy ma swoje pienie i co potrzebne, kupi. iecko jak z aski dostaje. Ma
czeka, a roice bd w dobrym humorze, bo przykre sowo powie.
iecko powinno mie sta pensj miesiczn, eby wieiao, co ma, eby si nauczyo wydawa, eby mu starczyo. A ty albo nic nie masz, albo od razu za duo. To
uczy hazardu i ebraniny. Bo umylnie si bie przymila, eby co dosta.
Gubimy, zapominamy to prawda. Ale oni maj due kieszenie, szuady, do ktrych
nikt nie podchoi. Oni powoli cho, pomau si ruszaj. A mimo to i oni przecie gubi
i zapominaj.
Jak si starasz, wiesz, pamitasz nikt o tym nie mwi, nie wi naszego starania,
nie rozumiej wysiku. A niech si co jedno le uda, zaraz awantura.
W teatrach s woni i oie za numerkami wydaj. Wic jak ma co zgin? W szkole
kady sam wiesza, sam bierze. A jeszcze w popiechu. No i trzystu uczniw porzdnie
powiesi, a kilkoro rzuci byle jak. Wic nie mwi si o trzystu porzdnych, tylko si ieci
oskara. I tak wyglda, e gie tylko ieci, tam zawsze, wszie i wszystko le. e
gdyby doroli, byoby inaczej.
Na jedn pochwa tysic nagan, na jedno poikowanie sto urga i grb. eby
si nie wiem jak stara, nie wiem jak pilnowa.

Kiedy znw bd may

I kiedy wiisz, e ubliaj, poniaj, podejrzewaj, szkaluj i karc, wic albo odejie
ochota si stara, kiedy i tak ich nie zadowolisz, albo nawet na zo:
A niech sobie krzycz no i co mi zrobi?
Starasz si tylko unika, eby jak najdalej, jak najmniej z nimi. Chyba e koniecznie
potrzeba.
Bo s potrzebni, jeli co baro boli. Bo jeli troch w oko co wpado lepiej,
e kolega pomoe. Bo zaraz triumfuj:
Po co to, po co tamto?
Jakbym sam nie wieia.
Albo musimy si na kogo poskary. Bo rzadkie s skarypyty, a my tylko ju w ostatecznoci. I zawsze ze strachem, e zym sowem odtrc.
Bo pomylcie tylko: wasi wystpni sie w kryminaach, a nasi luzem wrd nas
sobie cho.
Tak, yjemy obok siebie blisko, ale nie razem.
A niech si iecko zbliy, bo lubi, zaraz podejrzenie, e lizuch, e ma interes.
I nie wiemy, co wolno i co nam si naley, nie znamy naszych praw ani obowizkw.
I tu, i tam samowola.
Chciaem by znowu ieckiem, pozby si szarych dorosych trosk i smutkw, a mam
iecinne, ktre mocniej bol.
Niech was nie ui nasz miech.
Zajrzyjcie do naszych myli, kiedy spokojnie iiemy i wracamy ze szkoy, kiedy spokojnie sieimy na lekcji, kiedy rozmawiamy pgosem lub szeptem, kiedy leymy wieczorem w ku.
Inne troski, ale nie mniejsze, mocniej odczuwane i wiksza, wielka tsknota.
Wy ju zahartowani w cierpieniu i rezygnacji, my jeszcze si buntujemy.
Kiedy byem dorosy, ju si tylko wystrzegaem zoieja. A teraz boli, e kradn.
Dlaczego jeden drugiemu zabiera? Jake tak mona?
Smutek, e nie moe by dobrze.
No, trudno mwiem, kiedy byem duy.
A teraz nie chc. Nie chc, eby tak byo.
I nie ufam, e szkoa porai. Bo doroli niby nas poprawiaj, poprawiaj i nic nie
wychoi: jtrz tylko wicej.
Czapka si nie znalaza. Maj wszyscy zapaci. Wic trzeba w domu powieie.
A w domu na szko napadn:
Zoiejska szkoa.
Albo:
Co robi nauczyciele, dlaczego nie pilnuj?
Znw niesprawiedliwie, bo co szkoa winna? Przecie panie nie mog wszystkiego
pilnowa.
A najsmutniejsze, e jeden moe narobi wszystkim tyle przykroci i niepokoju.
Bo Mundek czeka na mnie, bo palta znale nie mog. Szukamy:
A wony zaraz:
Czego wy tu myszkujecie?
Mwi:
Nie myszkujemy, tylko mi palto gie przewiesili.
Czego nie powiesie, tego nie masz mwi wony.
Przecie bez palta nie przyszedem.
A on:
Kto was tam wie.
A potem:
No, znalaze? Wiisz: gie powiesie, tam wisi.
Ja mwi:
Pan nie wiia, to nie wie.
A on:
Nie bd za mdry, bo dostaniesz w ucho.
Ile czasu upynie, zanim przestan nie tylko bi ieci, ale grozi obiciem. Bo teraz
wyglda, e tylko niektrzy z aski nas nie b.
Kiedy znw bd may

W droe Mundek znw mwi o ojcu.


Ty moe mylisz, e mj ojciec jest taki pak, co robi awantury. W naszej sieni
mieszka jeden. Brewerie wyrabia, raz nawet bya policja. Jak do domu wrci, be on
i ieci. Syszy si, jak trzanie, a potem pisk. Potem: wemie, rzuci na ziemi szko
nie-szko. I zaczyna dopiero: To wszystko moje, ja w krwawym pocie zarobiem; jak
zechc, poami, zniszcz, spal. A ieci: Tatusiu tatusiu. Gdyby mj ojciec, nie
wiem, co bym zrobi. Bo tata ma tylko sab gow: wype kilka kieliszkw i gotw.
A dlaczego pe?
Nie wiem. Pewnie si przyzwyczai. Bo ja ani pi, ani pali nie bd. Po co chla
trucizn? Nawet w ustach pali przepali krew i odek. Ja zaczem ju papierosy.
Ale jeden chopak kaza nabra dymu i przedmucha przez chustk. I na ptnie taka si
ta, mierca plama zrobia. ebym by krlem albo mia jak wa, pozamykabym
wszystkie restauracje, te tam rne knajpy. Jakby nie byo, musieliby przesta.
Szlimy kawaek w milczeniu.
We krwi s jakie kulki, w ktre wchoi powietrze. iwnie jest czowiek zbudowany. Ani jednej maszyny nie ma podobnej. Bo co? Zegarka nie nakrcisz, to stanie.
A czowiek iesi sto lat bez nakrcania. W kurierze nawet pisao, e jeden sto
czterieci lat.
I zaczlimy mwi, jakich znamy staruszkw. A potem o weteranach: e pamitaj
powstanie.
A ty chciaby by weteranem?
Nie powieia prdko. Chciabym mie lat pitnacie albo dwaiecia.
To moe by ju twoi roice nie yli mwi.
Pomyla pomyla i smutnie powiada:
A, niech ju bie, jak jest.
Poegnalimy si, rk podalimy i spojrzeli. A iewczynki si zawsze cauj, nawet
jak nie baro lubi. My, chopcy, jestemy prawiwsi. A moe u nich tylko taki ju
zwyczaj?
Co dalej?
Ano, nic. Lekcje rne.
A na gimnastyce pan now zabaw pokaza. e s dwie partie. Kresk si robi
granic. Jedni po tej stronie, druy po tamtej. I przecigaj si i do niewoli. Ktra
strona wygra. Z pocztku przeszkaali, bo naumylnie si poddawali, jeeli wola by
z tamtymi. Albo go przecignli, a on si wyrwie i kci, e wolno. Ale potem ju si
udao. I byo wesoo.
Prosilimy, eby dalej to samo do koca goiny, do wonka, ale pan nie. Bo ja
wiem dlaczego?
Na mj rozum, wybra kilka gier, ktre si podobaj i ju je prowai. Jeeli
w berka, klip, kukso, palanta tyle lat graj, a teraz jeszcze futbal dlaczego ma si
znui? A tu na kadej lekcji co innego. To gniewa, bo si adnej porzdnie nie pozna.
No, bo wie si, o co iie, ale trzeba wiele tygodni gra, eby pozna gruntownie: wszystkie
trudnoci, wszystkie sposoby uczciwe i oszukacze.
Dorosym si zdaje, e ieci lubi cigle co nowego. Tak samo z bajkami.
No, s tacy, co zaczn si krzywi:
Eee, ju znamy, ju wiemy.
A jeli si pyta, zawsze kto zacznie si krzywi, e nieciekawe i woli co innego.
A adn bajk, ciekawe opowiadanie moemy wiele razy sucha. Jak doroli na
to samo pjd do teatru; a nawet bariej. Bo ieci rzaiej, eby si pochwali, a chc
pozna dobrze.
Zanadto moe szkoa pi, jakby kto pogania.
Przyjemna bya zabawa.
A na rachunki przyszed pan inspektor.
Mwi, eby si zawsze stara, nawet jak nie wi. e bez pilnowania powinnimy
si dobrze sprawowa. A sami nie zawsze tak robi.
Kiedy przyszed inspektor, wicej si wszyscy staraj. Nawet kierownik, caa szkoa
robi si od razu witeczna. I nie wiadomo, czego si boj, bo inspektor dobry, baro
przyjemny, zupenie jak zwyczajny czowiek.
Kiedy znw bd may

Powieia, eby oblicza objto pirnika. A Drozdowski z tego strachu nie dosysza
i mwi:
Piernika.
Mylelimy, e si rozgniewa, to i pani bie na nas za potem. A on tylko si mieje.
O pierniku mylisz, to pewnie wielki asuch powiada.
Wszyscy zaczli si mia, ale dobrze odpowiadali.
I pani powieiaa, e dobrze. I bya przyjemna goina.
I byy imieniny pani. Mrz taki, a mymy si umwili, eby klas choin przystroi.
Ale nie mielimy. I chcielimy pani laurk napisa; ale zaczli si kci i te nic nie
wyszo. Bo miao by zbiorowe: e jeden napisze, a wszyscy si podpisz na dole. Tak
dopiero rai zaczli, e da po pi groszy. A kto kupi, a co napisa? I nic. Tylko paru
obrazki narysowao i pooylimy na stoliku. A na tablicy:
Winszujemy pani.
Chcieli jeszcze:
Szczcia zdrowia.
Nawet:
adnego ma.
Takie tam gupstwa wymylali, wic nie pozwolilimy. I trzeba si byo spieszy, eby
zdy przez pauz.
Pani spojrzaa i tylko si umiechna. Ale przeczuwaa wida, bo lekcji nie byo, tylko
czytanie. Pani przyniosa ksieczk Nasz may i ca goin czytaa.
adne smutne.
Tylko nieprzyjemnie, jak si przerywa czytanie i od siebie dodaje, objania. Bo kady
chyba rozumie, jeeli sucha, a jeli nawet nie zrozumie, wic si sam pniej domyli.
Znajie si jeden, co lubi zadawa pytania, a inni si gniewaj, e przeszkaa. Rzadko
chyba, eby naprawd chcia wieie, a wicej, eby si pochwali, e niby nie wie, e taki
sumienny.
Jeli co nie baro ciekawe, niech tam objaniaj i przerywaj czas prej schoi
ale jeeli adne, boimy si, e pani nie zdy. I jeli co mniej rozumiesz, wychoi
nawet bariej tajemniczo.
Zdya pani przeczyta cae opowiadanie, a ju przed wonkiem poikowaa za
powinszowanie.
Wiem dlaczego. Baa si na pocztku lekcji, e zaczn krzycze i ju czyta nie bie
mona. Boj si nauczyciele kadego wita w klasie, kadej radoci, kadego wesoego
wybuchu. To przykre, ale tak wida by musi.
No i bawilimy si w to i owo i taka bya caa wesoo tygodnia. A smutkw
drobnych i wikszych wiele. A jedne osobiste, inne przez wspczucie.
Bo my, ieci, wiele mamy cierpie, e kogo al, e komu le si ieje.
Nauczyciel podar prawie nowy zeszyt Hessowi. Niestarannie napisa; nawet nie niestarannie, ale spieszy si, bo mu matka chora i duo mia w domu roboty. Nie chcia
lekcji wcale nie odrobi, ba si, e nauczyciel bie si gniewa. A wyszo jeszcze gorzej.
Zy by akurat, wic mwi:
Ucze, ktry si nie wstyi tak mazanin nauczycielowi podawa
I podar prawie nowy zeszyt.
Hessa nie baro lubi. Siei gie iniej, i mao go wi, i prawie nie rozmawiam.
iki jest w zabawie i artach i musi by baro biedny.
Ale ziwio mnie, e pierwszy raz pacze. Naprawd mu zy pyny. Potem znw
sieia zaspiony.
Patrz si raz i drugi i na pauzie podcho.
Kiedy byem nauczycielem, iwiem si, e jeli kogo susznie czy w popiechu
ukarz, zaraz si zbierze gromadka i mwi, i pocieszaj. Nawet najgorszy znajduje wrd
najlepszych jakby sprzymierzecw. Przeciw mnie.
Mwi: Nie bawi si z nim, rki nie podawa!
A oni przeciwnie.
Dopiero teraz rozumiem.

Kiedy znw bd may

Nauczyciel tylko oskara, wic musi przecie kto broni. Bo si wie, e cho nic nie
mwi, mgby na swoj obron te co powieie. U dorosych nawet najwikszy zbrodniarz ma obroc.
Niestarannie napisa w nowym zeszycie. To iwne. Nawet najwikszy le i niedbaluch z pocztku zawsze si stara.
No i co?
Matka mu chora. Jeli zawsze brzydko pisa, wic teraz tym bariej. A przecie s, e
choby najadniej chcieli, nie potra adnie. A jeszcze papier niedobry w tanim zeszycie
albo stalwka stara, atrament blady, bibua maca.
Akurat mam nowy zeszyt, wic daem. Tak si ucieszy, bo mwi, e teraz nie mgby
wzi od ojca, bo bieda przez t chorob.
On mnie nawet kilka razy zaczepi, ale wiem, e nie bie ju wicej. Moemy y
z daleka, ale w zmartwieniu trzeba przecie pomc.
Drugie zmartwienie przez wspczucie takie:
Nowa higienistka znalaza u Kruka wesz na koszuli. I dopiero zacza docina. I jemu,
i wszystkim. e chopcy si nie myj, maj dugie pazury i butw nie czyszcz.
(Wic ieci maj pazury, a doroli paznokcie).
Czemu nie powie, e jeden ma wesz, po co wtrca ca klas? I po co go zawstya,
eby koniecznie paka? Przecie moe si zdarzy. I nie wiadomo, od kogo przesza. Przecie nie z samymi czystymi si spotykamy. I razem sie, i palto na palcie wisi. I w domu
jest sublokator i moe by brudny. I mae ieci cigle na podwrku.
I zaraz przycinki i wymiewanie. Nawet matki nasze wtrcia, a ju do tego zupenie
nie miaa prawa.
A lizuchy, eby si przypodoba, jeszcze basuj: rne arciki kujce. I miech. Ten
wstrtny miech, e kto ma przykro.
Buty czyci? No, dobrze: trzeba mie szczotk do pasty, past i szczotk do glansu.
A co robi, jak wosy powyaziy i samo drzewo zostao? I za niedue pudeko trzeba
dwaiecia groszy zapaci. Uda si par razy lin buty wyczyci, ale potem gorzej
jeszcze e i pasta niewiele pomoe.
Niby my od siebie zaleni!
A najgorsze, e Mundek ma ciasne buty. Natar nog i wicej jeszcze kuleje. Ja mam
kopot z paltem na wyrost, a on jeszcze wikszy.
W domu boi si powieie, bo zaczn krzycze, bo chcieli wzi o numer wiksze.
A i te byy za due.
Nie wiem, co si stao. Chyba czowiek nie ronie cigle jednakowo. Tamta para
zdara si, a jeszcze byy za due. Wtedy wcale mi noga nie rosa, a teraz przez p roku
takie mi apy ponarastay, e sam nie wiem, skd i jak. Wszystko mi ciasne. Wcale si
gimnastykowa nie mog, bo si boj, e wszystko popka, bo trzeszczy. Pan si gniewa,
e si nie nachylam, e porzdnie rk nie wycigam, e le maszeruj; a nie spojrzy, jak
jestem ubrany.
I co zrobisz? pytam si.
Bo ja wiem Jak ju zupenie nie bd mg choi, w domu sami zauwa.
A wtedy co bie, to bie. Krzycze bd albo nawet zb. Przecie nie moja wina, e
rosn. Jako si skoczy wreszcie z tym roniciem.
Potem mwilimy, e jak szczeniakowi dawa wdk, podobno nie ronie. Moe i kucyki s dlatego, e im wdk dawali. Taki adny kuc w zeszym roku obwozi ogoszenie
o cyrku.
Wiiae go?
Co nie miaem wiie?
Na Nowym wiecie?
Nie, na Marszakowskiej.
Doroli si iwi, e kcimy si miy sob, a niby jestemy solidarni. No, tak, s
dwa obozy: doroli i ieci. A potem banda przeciw banie i kady przeciw kademu.
Jeden Mundek prawiwy przyjaciel i te nie wiem, jak dugo bie
Najwiksze osobiste zmartwienie, e w szkole mi trudno. Zapominam, com umia,
kiedy byem dorosy. Ju teraz nie mog nie uwaa na lekcji, pilnowa si musz i lekcje
odrabia.
Kiedy znw bd may

Trudno mi odpowiada. Nie jestem pewien, czy umiem. Boj si, e si nie uda.
Kiedy pan albo pani patrz na klas i maj wywoywa, serce inaczej jako bi zaczyna.
Moe nie strach, ale nieprzyjemnie. Jakby letwo e cho nie winien, ale kto wie,
jak wyjie.
Nie od siebie tylko jestem zaleny, a od caej klasy. Inaczej si odpowiada, jeli klasa
wie i rozumie, inaczej, jeli nie umie i pani si niecierpliwi.
Niech jeden kto gupstwo powie, ju po nim trudniej dobrze odpowieie.
Dlatego s dnie, kiedy wszyscy, nawet najgorsi umiej, i s dni feralne, kiedy caa klasa
jakby zbaraniaa. Chyba e kto nic sobie z niczego nie robi i na wasn odpowieialno
zaczyna. Wtedy znw czuje, e ma chopcw przeciwko sobie, e le mu ycz, e tylko
czekaj, eby i jemu si nie udao.
Ju tak jest w powietrzu, jakby mwili:
Ku baba, ku baba.
No, trudno: nie wiem, nie rozumiem, nie mog. Dlaczego musz rozumie? Dlatego
koniecznie, e nie uwaam? Czy ieciom mniej zdolnym ju si nie naley ani troch
miejsca na wiecie?
Wywoaa mnie pani do tablicy. Miaa to by poprawka. A zakotowao si w gowie.
Nic tylko:
Znw dwj dostaniesz.
Inny umie chrzka albo nadrabia min, albo zrobi si potulny i goien litoci, albo
umie korzysta zaraz, jak mu podpowie. Niby robi sam, a czeka, co pani powie. A moe
co si stanie takiego w ostatniej chwili i ocalenie przyniesie?
Kady inaczej sobie rai, byle si wykrci. Wic i ja tak samo. Ale pani ju mnie
pamita. Nie mwi, e si umylnie przyczepia, ale ju pilnuje.
Pokazuj na palcach, e zaraz wonek. Ale nic mnie to nie pociesza. Bo albo pani po
wonku przetrzyma wtedy jeszcze gorzej albo nawet nic nie postawi, ale zapamita.
le.
Sam wiem, e le, i ju tylko czekam, czy pani gniewa si zacznie, czy ze mnie
artowa.
Ale byo najgorzej.
Co si z tob zrobio? mwi pani z wyrzutem. Strasznie si zaniedbae. Nie
uwaasz na lekcjach, niestarannie piszesz zupenie si opucie. A oto skutki. Wczoraj
robilimy podobne zadanie. Gdyby by uwaa.
Wszystko przepado.
No, tak: zepsuem si. Tak, psujemy si i poprawiamy. Nigdy bez powodu. Kto nie
wie, co w gowie si ieje i co serce czuje, temu atwo osa.
Wszystko przepado!
Ju mnie pani nie lubi. I gniewa si, e si pomylia. Lepiej od razu by takim sobie
uczniem, by szarym, nieznanym. Bezpieczniej atwiej swobodniej. Bo mniej daj,
nie trzeba si wysila.
Spuciem gow i tylko ukradkiem spogldam, bo nie wiem, czy pani al, czy przestanie mnie lubi.
Nauczyciel nigdy nie powie, czy lubi, ale si to czuje. Zupenie inny ma gos i inne
spojrzenie. Czasem a odtrca, a mrz przechoi po tobie.
I baro cierpisz, i nic porai nie moesz. Albo si bunt w tobie zrywa. Bo co ja
winien?
e Baraski gupi robot wymyli i prysn w oczy skrk od pomaraczy. Zaszczypao, e nie wiem. Nic nawet nie powieiaem, tylko tr oczy.
A pani:
Co wyrabiasz? Zamiast uwaa
Nie bd przecie opowiada. Bo czy raz tak bywa?
Uszczypnie ci kto, wic krzykniesz i podskoczysz. Ju jeste winien.
Nie wie nauczyciele, jak si boimy tych, o ktrych si mwi cicha woda.
Taki robi, co chce, i nic mu nie bie. Nieszczcie mie go w awce albo za sob.
Nigdy czowiek nie jest pewien goiny ani chwili.
Drugi raz to bya i moja wina troch.

Kiedy znw bd may

Sie na lekcji, ale patrz, a Szczawiski ma na plecach na bluzie pi palcw z kredy.


Na przerwie kto rk usmarowa kred i uderzy. Tamten nie wie, a na plecach rka si
odbia.
No i chciaem przymierzy, czy prawa rka, czy lewa. Chciaem nawet z daleka, ale
niechccy ruszyem. I odwrci si. A pan na niego, e si krci. A Winiewski:
O, jakie ma paluchy!
A pan do mnie.
Ja rk pokazuj, e przecie czysta. A pan:
Stjcie obaj w awce.
Nie stalimy dugo. Ale nie o to iie. Przykro, e si wszystkie nasze sprawy zaatwia
prdko i byle jak, e dla dorosych nasze ycie, troski i niepowoenia s jakby tylko
dodatkiem do ich prawiwych kopotw.
S niby dwa rne ycia: ich powane i godne szacunku, i nasze niby na art.
e mniejsi i sabsi, wic jakby zabawka tylko. Std lekcewaenie.
ieci to przyszli luie. Wic dopiero bd, wic jakby ich jeszcze nie byo.
A przecie jestemy: yjemy, czujemy, cierpimy.
Lata nasze iecinne s to lata naprawd ycia.
Dlaczego i na co ka nam czeka?
Czy doroli przygotowuj si do staroci, czy i oni nie trwoni si lekkomylnie, czy
chtnie suchaj przestrg gderliwych starcw?
Mylaem w szarzynie dorosego ycia o barwnych latach iecictwa. Wrciem,
daem si zui wspomnieniom. I oto wkroczyem w szarzyzn iecicych dni i tygodni.
Nic nie zyskaem, straciem jeno hart rezygnacji.
Smutno mi. le.
Kocz iwn opowie.
Wypadki szybko po sobie nastpuj.
Przynosz do szkoy pocztwk Marychny, eby pokaza Mundkowi.
I Winiewski wyrwa mi j z rki.
Oddaj!
Ucieka.
Oddaj, syszysz?
mieje si i przez awki. Ucieka.
Oddaj! W tej chwili!
Rk w powietrzu wywa i krzyczy na gos:
Trypsztyk! List od narzeczonej!
Wyieram mu. Gniot. I na kawaki.
Nie zauwayem, e kawaek na ziemi.
Oszalay z blu i gniewu.
A Winiewski:
Patrzcie, chopaki! Sto milionw razy go cauje.
Dobiegam i w twarz.
Kierownik chwyta mnie za rk.
Tak. Zepsu si. I rysowa adnie. I pisa dobrze. Teraz nie uwaa. Niespokojny. le
lekcj odrabia.
Po matk.
Poczekaj. Niech tylko ojciec wrci z roboty. Ju ci nie bie dawa zotwek na
iluzjon.
Osaczony ze wszystkich stron.
Wszie ze sowa, ze spojrzenia, zapowied jeszcze groniejszego.
Mundek chce pocieszy. Wiem, ale nie mog. Odtrcam brutalnie. Rzucam oskarenie bezmylnie:
To wszystko przez ciebie.
Mundek z przeraeniem patrzy na mnie.
Za co? Dlaczego?
Wszystko przez t pocztwk.

Kiedy znw bd may

Nienawi Marychny. Gupia. Kokietka. Ca noc by taczya. Oczy w gr przewraca.


Szkoda, e daleko. Na zo bym jej zrobi. Pobi. Kokard rzuci do rynsztoka.
Wyrywam groch z doniczki I przez okno. Irena zy ma w oczach. Czuje, e si co
strasznego stao.
Nic i nikogo nie mie.
atek, gie jeste?
Nie. Na co mi to psisko? Niech sobie ma Bczkiewicz w procencie. Kupi za iesi
groszy. Niech jemu lie rce.
Zniszczyem wszystkie pamitki, zerwaem z caym wiatem.
Zostaem sam.
Matka?
Przecie powieiaa, e mnie si wyrzeka. Ju tylko Irena. Ja nie.
Niegodny, wystpny, wyklty, skcony z yciem.
Wszystko porzucio. Wszie zdrada.
Niespokojny. le lekcje odrabia.
I pani, i atek, i matka.
Pobiegem a na sam strych i przed drzwiami usiadem na schodku.
Pustka we mnie i pustka wkoo.
Nie myl ju teraz o niczym.
I z gbi piersi westchnem.
Ze szparki drzwi na strychu gramoli si koyszc czowieczek z latark.
Aha!
Gai siw brod. Nic nie mwi.
Czeka.
Szeptem beznaiejnym poprzez zy:
Chc by duy. Ju pragn by dorosy.
Zamigotaa przed oczami latarka krasnoludka.

Sie przy biurku.


Stos zeszytw do poprawiania.
Przed kiem spowiay dywanik.
Zakurzone w oknach szyby.
Wycigam rk po zeszyt pierwszy.
Bd.
Wyraz st napisany przez u. Przekrelone u, a nad nim . I znw przekrelone
, i na szczycie znw napisane u.
Bior owek niebieski i na bibule pisz:

Szkoda. Ale nie chc wraca

Kiedy znw bd may

Ten utwr nie jest objty majtkowym prawem autorskim i znajduje si w domenie publicznej, co oznacza e
moesz go swobodnie wykorzystywa, publikowa i rozpowszechnia. Jeli utwr opatrzony jest dodatkowymi
materiaami (przypisy, motywy literackie etc.), ktre podlegaj prawu autorskiemu, to te dodatkowe materiay
udostpnione s na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa Na Tych Samych Warunkach . PL.
rdo: http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/korczak-kiedy-znow-bede-maly/
Tekst opracowany na podstawie: Janusz Korczak, Kiedy znw bd may, Nasza Ksigarnia, Warszawa .
Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl).
Opracowanie redakcyjne i przypisy: Anna Kowalska, Dorota Kowalska, Paulina Choromaska.
Publikacj ufundowali i ufundoway: Tony, Jan Domaski, J. Pszenicyn, Daria, Dudoj, M.Karasinska, Joanna Rudniaska, Anna Zagaa, Ludwik Trammer, Milupa, krst, Marcin Gryszkalis, Ewa i Karol Jalochowscy,
Tomasz ukowski, Pawe Leszczyski, pani kazia, Krystyna Kolwas, Angelika Reszczyk, Adam W., Jacek Markowicz, Linka, cibi, Mikoaj, Boena Michalska, Monika, Anonim, Wodarek, Wojtek, Robert Anton Wilson,
Katarzyna Kanka, harc, Elbieta Plskowska, Darek ida, ms, Monia, MIcha Damski, lud_las, Dominik
Kozaczko, anonim, Grzegorz Siergowicki, Analfabeta, Marek W, Dawid Reinhold, Ewa Bakiera, rs, Wikiradio,
Judasz - ile mam, to dam.
Okadka na podstawie: bck, CC BY .
e zy
ne e
y
Wolne Lektury to projekt fundacji Nowoczesna Polska organizacji poytku publicznego iaajcej na rzecz
wolnoci korzystania z dbr kultury.
Co roku do domeny publicznej przechoi twrczo kolejnych autorw. iki Twojemu wsparciu biemy
je mogli udostpni wszystkim bezpatnie.
a m e z m
Przeka % podatku na rozwj Wolnych Lektur: Fundacja Nowoczesna Polska, KRS .
Pom uwolni konkretn ksik, wspierajc zbirk na stronie wolnelektury.pl.
Przeka darowizn na konto: szczegy na stronie Fundacji.

Kiedy znw bd may