You are on page 1of 615

Michael Grant

GONE
ZNIKNĘLI
Faza pierwsza : Niepokój

Dla Katherine, Jake’a i Julii

Rozdział 1
299 GODZIN, 54 MINUTY
W jednej chwili nauczyciel opowiadał o wojnie
secesyjnej. A w następnej już go nie było.
Zniknął.
Bez żadnego „puff”. Bez rozbłysku. Bez wybuchu.
Sam Tempie siedział na lekcji historii, gapił się na
tablicę, ale myślami błądził gdzieś daleko. Byli razem z
Quinnem na plaży, mieli deski, krzyczeli i szykowali się
do pierwszego skoku w zimne fale Pacyfiku.
Przez chwilę myślał, że tylko sobie wyobraził
zniknięcie nauczyciela. Przez chwilę miał wrażenie, że śni
na jawie.
Odwrócił się do Mary Terrafino, która siedziała po jego
lewej.
– Widziałaś to?
Mary uporczywie wpatrywała się w miejsce, w którym
stał nauczyciel.
– Eee, gdzie jest pan Trentlake? – odezwał się Quinn
Gaither, najlepszy, a może nawet jedyny przyjaciel Sama.
Siedział tuż za Samem. Obaj woleli miejsca przy oknie,
bo czasem, jeśli spojrzało się pod odpowiednim kątem,
dawało się dostrzec wąski, srebrny pasek wody
połyskującej pomiędzy zabudowaniami szkoły a
położonymi dalej domami.

– Widocznie wyszedł – powiedziała Mary takim tonem,
jakby sama w to nie wierzyła.
Edilio, nowy uczeń, który już wcześniej zwrócił uwagę
Sama, odrzekł:
– No nie. Puff. – Palcami wykonał gest, który dość
dobrze zilustrował tę koncepcję.
Uczniowie popatrywali po sobie nawzajem, wykręcając
szyje to w jedną, to w drugą stronę i chichocząc nerwowo.
Nikt się nie bał. Nikt nie płakał. Sytuacja wydawała się
dość zabawna.
– Pan Trentlake zrobił „puff? – spytał Quinn, tłumiąc
śmiech.
– Ej – odezwał się ktoś – a gdzie Josh?
Kilka głów odwróciło się.
– A był dziś w szkole?
– No pewnie. Siedział koło mnie. – Sam poznał ten
głos. Należał do Bette. Skaczącej Bette. – Po prostu, no
wiecie, zniknął – powiedziała. – Tak jak pan Trentlake.
Nagle drzwi stanęły otworem, przyciągając wszystkie
spojrzenia. Zaraz do środka wejdzie pan Trentlake, może
nawet z Joshem, i wyjaśni, jak wykonał tę magiczną
sztuczkę, a potem znowu zacznie opowiadać swoim
podekscytowanym, pełnym napięcia głosem o wojnie
secesyjnej, która nikogo nie obchodziła.
Ale to nie był pan Trentlake, tylko Astrid Ellison, znana
jako Genialna Astrid, bo była... no, była genialna.
Chodziła na wszystkie lekcje dla zaawansowanych, jakie
szkoła organizowała. Z niektórych przedmiotów

przerabiała nawet internetowe kursy uniwersyteckie.
Astrid miała jasne włosy do ramion i lubiła nosić
wykrochmalone, białe bluzki z krótkim rękawem, które
zawsze przyciągały uwagę Sama. Wiedział, że Astrid jest
poza jego zasięgiem. Ale żadne prawo nie zabraniało mu
o niej myśleć.
– Gdzie wasz nauczyciel? – spytała Astrid.
Wszyscy jak jeden mąż wzruszyli ramionami.
– Zrobił „puff” – odparł Quinn, jakby to było śmieszne.
– Nie ma go na korytarzu? – zainteresowała się Mary.
Astrid pokręciła głową.
– Dzieje się coś dziwnego. Moje kółko matematyczne...
Było nas tylko troje plus nauczycielka. Wszyscy po prostu
zniknęli.
– Co? – nie dowierzał Sam.
Popatrzyła prosto na niego. Nie mógł odwrócić wzroku,
jak zawsze w podobnych sytuacjach, bo w jej spojrzeniu
nie dojrzał tego wyzwania i ironii, co zwykle. Za to krył
się w nim lęk. Bystre, niebieskie, ostro spoglądające oczy
były teraz szeroko otwarte, ukazując zdecydowanie zbyt
dużo białka.
– Nie ma ich. Po prostu... zniknęli.
– A twoja nauczycielka? – odezwał się Edilio.
– Też zniknęła – odparła Astrid.
– Zniknęła?
– Puff – powtórzył Quinn, choć już się nie śmiał,
myśląc pewnie, że to co mówi, jest mało śmieszne.
Sam wsłuchał się w dobiegające zza okien dźwięki.

Gdzieś w oddali, w mieście, wyły niepokojąco alarmy
samochodowe. Wstał, czując lekki wstyd, jakby wcale nie
powinien tego robić, i na sztywnych nogach podszedł do
drzwi. Astrid odsunęła się, żeby mógł przejść. Poczuł
zapach jej szamponu.
Sam spojrzał w dół korytarza, w stronę sali 211, gdzie
spotykali się matematyczni maniacy. Zza następnych
drzwi, z sali 213, wychylił głowę jakiś dzieciak. Minę
miał na poły przestraszoną, na poły oszołomioną, jak ktoś,
kto wsiada na rollercoaster.
Z drugiej strony, przy 207, rozległ się zbyt głośny
śmiech uczniów. Przeraźliwie głośny. Piątoklasiści. Z
drzwi naprzeciwko, z sali 208, wypadli nagle
szóstoklasiści i stanęli jak wryci. Patrzyli na Sama, jakby
spodziewali się, że na nich nakrzyczy.
Szkoła w Perdido Beach była małą placówką,
podstawówka i gimnazjum w jednym budynku, gdzie
chodzili
wszyscy,
od
przedszkolaków
do
dziewiątoklasistów. Szkoła średnia znajdowała się w San
Luis, o godzinę jazdy samochodem.
Sam ruszył w stronę klasy Astrid. Ona i Quinn szli tuż
za nim.
Pomieszczenie okazało się puste. Krzesła przy ławkach,
krzesło nauczycielki – puste. Na trzech ławkach leżały
otwarte książki do matematyki. I zeszyty. Wszystkie
komputery, rząd podstarzałych Macintoshy, migotały
ekranami, na których nie wyświetlał się żaden obraz.
Na tablicy wyraźnie widniał napis „Wielom”.

– Pisała słowo „wielomian” – powiedziała Astrid
teatralnym szeptem.
– No, nie domyśliłbym się – stwierdził z drwiną w
głosie Sam.
– Ja raz miałem wielomian – odezwał się Quinn. –
Lekarz mi go usunął.
Astrid zignorowała tę nieudolną próbę rozbawienia
towarzystwa.
– Zniknęła, kiedy pisała literę „i”. Patrzyłam prosto na
nią.
Wykonała lekki ruch i wskazała coś palcem. Na
podłodze leżał kawałek kredy, dokładnie w miejscu, gdzie
by upadł, gdyby ktoś pisał słowo „wielomian” –
cokolwiek ono oznaczało – i zniknął przed postawieniem
kropki nad „i”.
– To nie jest normalne – zauważył Quinn.
Quinn był od Sama wyższy, silniejszy, i surfował
przynajmniej równie dobrze. Ale z tym swoim kretyńskim
uśmieszkiem i skłonnością do noszenia ciuchów
przypominających raczej teatralne kostiumy – dziś włożył
workowate szorty, buty pustynne z demobilu, różowy golf
i szarą fedorę, znalezioną u dziadka na strychu – roztaczał
wokół siebie aurę dziwaka, która niektórych zrażała, a u
innych budziła lęk. Quinn był klasą sam dla siebie i może
dlatego on i Sam tak dobrze się dogadywali.
Sam Tempie nie rzucał się w oczy. Nosił dżinsy i
zwyczajne T-shirty, nic, co by przyciągało uwagę.
Większość życia spędził w Perdido Beach, chodząc do tej

szkoły, i wszyscy wiedzieli, kim jest, choć tylko nieliczni
go rozumieli. Był surferem, który nie spędzał czasu z
surferami. Był bystry, ale nie należał do orłów intelektu.
Był przystojny, ale nie aż tak, by dziewczyny piszczały na
jego widok.
Większość dzieciaków wiedziała o Samie tyle, że
mówili na niego Autobus. Zdobył to przezwisko w
siódmej klasie. Klasa jechała na wycieczkę i kierowca
szkolnego autobusu miał zawał serca. Jechali autostradą
numer 1. Sam ściągnął mężczyznę z siedzenia,
doprowadził autobus na pobocze i bezpiecznie go
zaparkował, po czym spokojnie zadzwonił pod 112 z
komórki kierowcy.
Gdyby choć przez chwilę się zawahał, autobus spadłby
z urwiska i wleciał do oceanu.
Jego zdjęcie zamieścili w gazecie.
– Tamta dwójka i nauczycielka zniknęli. Wszyscy
oprócz Astrid – podsumował Sam. – To na pewno nie jest
normalne. – Próbował się nie zająknąć, gdy wymawiał jej
imię, ale bez powodzenia. Tak już na niego działała.
– Tak. Trochę tu cicho, bracie – oznajmił Quinn. –
Dobra, jestem już gotów, żeby się obudzić. – Wyjątkowo
nie żartował.
Ktoś krzyknął.
Cała trójka wypadła na korytarz, gdzie roiło się już od
uczniów. Jak się okazało, krzyczała szóstoklasistka o
imieniu Becka. Trzymała swoją komórkę.
– Nie odpowiada. Nie odpowiada! – wołała. – Nic!

Na dwie sekundy wszyscy zamarli. Potem rozległ się
szmer i gwar oraz odgłos dziesiątków palców,
wciskających dziesiątki klawiszy.
– Nic się nie dzieje.
– Moja mama jest w domu, odebrałaby. Nawet nie
dzwoni.
– Kurczę, Internetu też nie ma. Mam sygnał, ale nic
więcej.
– U mnie są trzy kreski.
– U mnie też, ale nikt nie odbiera.
Ktoś zaczął jęczeć, był to przejmujący dźwięk.
Wszyscy mówili jednocześnie, a rozmowy przeradzały się
w krzyk.
– Spróbuj pod 112 – powiedział przerażony głos.
– A myślisz, że do kogo dzwoniłem, idioto?
– Nie ma 112?
– Nic nie ma. Sprawdziłem połowę numerów z
szybkiego wybierania i nic.
Korytarz zapełnił się uczniami, niczym podczas
przerwy. Ale nikt nie pędził na następną lekcję, nie gadał,
nie śmiał się, nie otwierał szafki. Nie kierowano się w
żadną stronę. Ludzie po prostu stali, niczym stado bydła,
zastygli w bezruchu, wyczekujący na sygnał, by pognać w
panicznym bezładnym pędzie.
Rozległ się dzwonek, głośny niczym wybuch. Wszyscy
wzdrygnęli się, jakby słyszeli jego dźwięk pierwszy raz.
– Co robimy? – spytało kilka głosów.
– W sekretariacie musi ktoś być, przecież dzwonek

zadzwonił! – wykrzyknął jakiś chłopak.
– Ma włącznik czasowy, debilu – skontrował Howard.
Howard był gnidą. Wciąż podlizywał się Orcowi,
budzącemu lęk typowi z ósmej klasy. Tej góry tłuszczu i
mięśni bali się nawet dziewiątoklasiści. Nikt nie wyzywał
Howarda. Każde skierowane do niego obraźliwe słowo
stanowiło atak na Orca.
– W pokoju nauczycielskim jest telewizor –
przypomniała sobie Astrid.
Sam i Astrid, a za nimi Quinn, popędzili w stronę
pokoju nauczycielskiego. Zbiegli po schodach na parter,
gdzie było mniej sal lekcyjnych i uczniów. Gdy dłoń
Sama znalazła się na klamce, przystanęli.
– Nie wolno nam tam wchodzić – stwierdziła Astrid.
– Przejmujesz się? – spytał Quinn.
Sam pchnął drzwi, stanęły otworem. Nauczyciele mieli
lodówkę. Była otwarta. Na podłodze leżał kartonik z
jagodowym jogurtem Danone, a brejowata zawartość
wylewała się z niego na dywan. Włączony telewizor nie
pokazywał obrazu, a jedynie zakłócenia.
Sam sięgnął po pilota. Gdzie był pilot?
Quinn go znalazł. Zaczął skakać po kanałach. Nic, nic i
nic.
– Kabel odłączony – powiedział Sam, świadom, że
brzmi to dość głupio.
Astrid sięgnęła za odbiornik i wykręciła kabel
koaksjalny. Ekran zamigotał, a wygląd zakłóceń nieco się
zmienił, ale gdy Quinn znów sprawdził kanały, ponownie

nic nie znalazł.
– Zawsze można złapać kanał dziewiąty – zauważył
Quinn. – Nawet bez kabla.
Astrid odezwała się:
– Nauczyciele, część uczniów, kablówka, telewizja
naziemna, komórki... Wszystko zniknęło w tym samym
czasie? – Zmarszczyła brwi, próbując to ogarnąć. Sam i
Quinn czekali, jakby na wyjaśnienie. Jakby za chwilę
miała powiedzieć: „A, jasne, teraz rozumiem”. W końcu
to była Genialna Astrid. Ale powiedziała jedynie: – To nie
ma żadnego sensu.
Sam podniósł słuchawkę wiszącego na ścianie telefonu
stacjonarnego.
– Nie ma sygnału. Czy jest tu radio?
Nie było. Drzwi otworzyły się na oścież i do środka
wbiegli dwaj chłopcy z piątej klasy. Mieli oszalałe,
rozemocjonowane twarze.
– Szkoła jest nasza! – krzyknął jeden, a drugi zawył w
odpowiedzi.
– Rozwalimy automat ze słodyczami – oznajmił ten
pierwszy.
– Może to nie najlepszy pomysł – odparł Sam.
– Nie będziesz nam mówił, co mamy robić. – Chłopak
był wojowniczo nastawiony, ale trochę jednak niepewny
siebie.
– Masz rację, mały. Ale słuchaj, może spróbujmy
trzymać to wszystko w kupie, dopóki się nie połapiemy,
co jest grane? – zaproponował Sam.

– No to trzymaj sobie w kupie! – odkrzyknął chłopak.
Drugi znowu zawył i obaj wybiegli z pokoju.
– Pewnie nie wypadało ich prosić, żeby przynieśli mi
Twixa – mruknął Sam.
– Piętnaście lat – odezwała się Astrid.
– Nie, co ty, mieli gdzieś po dziesięć – sprostował
Quinn.
– Nie oni. Jink i Michael, którzy chodzą ze mną na
zajęcia. Obaj byli świetni z matmy, lepsi ode mnie, ale
mieli trudności w uczeniu się, chyba z powodu dysleksji.
Obaj byli trochę starsi. Tylko ja miałam czternaście lat.
– Zdaje się, że w naszej klasie Josh mógł mieć
skończone piętnaście – zauważył Sam.
– No i co?
– No i to, że miał piętnaście lat, Quinn. Po prostu...
zniknął. Puff i nie ma.
– Niemożliwe. – Quinn pokręcił głową. – Wszyscy
dorośli i starsi uczniowie w szkole znikają? To nie ma
sensu.
– Nie tylko w szkole – wtrąciła Astrid.
– Co? – warknął Quinn.
– A telefony i telewizja? – podsunęła.
– Nie, nie, nie, nie, nie – odparł. Kręcił głową i lekko
się uśmiechał, jakby opowiedziano mu marny dowcip.
– Moja mama – powiedział Sam.
– Stary, przestań – przerwał mu Quinn. – Dobra? To nie
jest śmieszne.
Pierwszy raz Sam poczuł, że znalazł się na skraju

tak? A potem płyniesz w stronę światła. Sam złapał go za ramię. – Okej. Serce mocno waliło mu w piersi. zdecydowana. Razem. jakiś sens. Z kolei Astrid była spokojna. ale Sam wzmocnił uścisk. jakby przed chwilą biegł. Okulary przeciwsłoneczne skrywały jego oczy. – Ale chodźmy razem. Muszę zobaczyć. Quinn przestał się opierać. próbując znaleźć we wszystkim.paniki. ale usta mu drżały. Quinn zaczął się wyrywać. a po szyi rozlewała się czerwona plama. marszczyła brwi w skupieniu. Głośno przełknął ślinę. To takie pokręcone. niezdolny do głębszego oddechu. tak. To wszystko jakby zrzuciło cię z deski. Odetchnął urywanie. Quinn wydał z siebie dźwięk. Przypominało to swędzenie u podstawy kręgosłupa. Chodź. Już się poruszał. co się działo. odwracał głowę. Ani na chwilę nie tracisz głowy. – Wszyscy musimy iść i zobaczyć – potwierdził Sam. – Quinn. Wciągnął powietrze. stary. – Puść mnie. Razem. który brzmiał jak szloch. Ale najpierw mój dom. jak po wysiłku. Masz rację. . – Muszę iść do domu. Spojrzał w twarz przyjaciela. – Musimy to sprawdzić – uznał Sam. To pokręcone. wiesz? Lecisz i co robisz? – Starasz się nie denerwować – mruknął Quinn. – Surfingowa przenośnia? – spytała Astrid. Nigdy nie widział Quinna tak przestraszonego. bracie – warknął tamten. – Właśnie.

– Razem będziemy bezpieczniejsi. Życie w Perdido Beach się zmieniło. że Genialna Astrid nie wie. niektóre beztroskie jakby wszystko było w porządku.– Astrid? – spytał Sam. Ten hałas nie wróżył nic dobrego. Miał wrażenie. nawet dzieci. jakby liczyła. Ale skinęła głową. że to nie jego sprawka. Z korytarza dobiegała narastająca kakofonia. co robić ani dokąd iść. Może wyrządzić krzywdę. Przestraszone głosy. To wydawało się niemożliwe. że wyczyta coś z jego twarzy. okaże się nieuprzejmy. zupełnie jak on. Stało się coś poważnego i potwornego. postąpi bezczelnie. Strach może być niebezpieczny. czy dziewczyna w ogóle chce iść z nim i z Quinnem. Sam wiedział o tym z własnego doświadczenia. Sam miał tylko nadzieję. że jeśli ją zapyta. – Chodź z nami. budził grozę. Nagle zrozumiał. A teraz w szkole panował obłąkańczy strach. Astrid wzdrygnęła się na słowo „bezpieczniejsi”. dobra? – zaproponował Sam. Przestraszeni ludzie robią czasem straszne rzeczy. Astrid. Popatrzyła tak. Szkoła stała się teraz groźnym miejscem. W innych pobrzmiewało niemal szaleństwo. a jeśli nie zapyta. przeciwnie. . niepewny.

Wielu płakało. ozdobionego przyblakłymi wizerunkami postaci z kreskówek budynku w centrum. z zerówki i z pierwszej klasy. przestraszone. czy maluchom z Barbara’s nic nie jest. Pewnie nic. Sam przypomniał sobie telewizyjne wiadomości ze szkolnych strzelanin. Sam zastanawiał się. by trafić do własnych domów. – Co z tymi młodszymi? – spytał. ogarnięte histerią – albo pokrywały histerię wybuchami śmiechu i głośnymi popisami. bezładnie. bez celu. Nie jego sprawa. Niektóre młodsze dzieci. – Wyjdą na ulicę i . skuleni. po przeciwnej stronie rynku niż McDonald’s. i nikogo nie obejmowali. ze łzami spływającymi po twarzach. obejmując się nawzajem. Przedszkolaki z Perdido Beach chodziły w większości do przedszkola Barbara’s. Bracia i siostry trzymali się blisko siebie. krążyły po terenie szkoły. Ale musiał coś powiedzieć. Stał obok sklepu z narzędziami Ace. Były za małe. 38 MINUT Uczniowie wysypywali się ze szkoły. pojedynczo i w niewielkich grupach. Tak samo przyjaciele. jakby niebo mogło spaść im na głowę.Rozdział 2 298 GODZIN. Dzieciaki były oszołomione. Niektórzy chłopcy garbili się. Niektóre dziewczyny szły trójkami.

wpadną pod samochód.
Quinn zatrzymał się i popatrzył. Nie na małe dzieci,
tylko na ulicę.
– Widzisz tu jakieś samochody?
Światło zmieniło się z czerwonego na zielone. Żaden
samochód nie czekał na skrzyżowaniu. Dźwięk
autoalarmów stał się teraz głośniejszy – wyły trzy czy
cztery różne alarmy. A może i więcej.
– Najpierw sprawdźmy, co u naszych rodziców –
powiedziała Astrid. – Przecież wszyscy dorośli nie mogą
zniknąć – nie była o tym przekonana, więc się poprawiła:
– To znaczy, mało prawdopodobne, żeby zniknęli.
– Tak – zgodził się Sam. – Muszą być dorośli. Prawda?
– Moja mama pewnie jest w domu albo gra w tenisa –
stwierdziła Astrid. – Chyba że ma spotkanie czy coś w
tym stylu. Mama albo tata odbiorą mojego młodszego
brata. Tata jest w pracy. Pracuje w PBNP.
PBNP była elektrownią atomową – Perdido Beach
Nuclear Power. Znajdowała się zaledwie o piętnaście
kilometrów od szkoły. Nikt w mieście już o tym nie
myślał, ale dawno temu, w latach dziewięćdziesiątych
zdarzył się wypadek. Dziwaczny, jak mówiono.
Prawdopodobieństwo jeden na milion. Nic, czym warto
by się przejmować.
Ludzie mówili, że właśnie dlatego Perdido Beach
pozostało małym miasteczkiem i nie rozrosło się jak Santa
Barbara, znajdujące się dalej na wybrzeżu. Perdido Beach
przezywano Aleją Opadów Promieniotwórczych. Rzadko

ktoś chciał się osiedlić w miejscowości o takiej nazwie,
choć dawno usunięto wszystkie radioaktywne substancje.
Cała trójka, z Quinnem na czele, podążała szybkim
krokiem przez Sheridan Avenue, po czym skręciła w
prawo w Alameda.
Na rogu Sheridan Avenue i Alameda Avenue stał
samochód z włączonym silnikiem. Auto uderzyło w
zaparkowaną toyotę terenówkę. Alarm toyoty włączał się i
gasł, przez minutę piszcząc, by potem zamilknąć.
Poduszki
powietrzne
w
toyocie
zadziałały
automatycznie. Zwiotczałe białe balony zwieszały się z
kierownicy i deski rozdzielczej.
W terenówce nikogo nie było. Spod pogiętej maski
dobywała się para.
Sam coś zauważył, ale nie chciał mówić tego głośno.
Astrid powiedziała za niego:
– Drzwi są ciągle zablokowane. Widzicie klamki?
Gdyby ktoś był w środku i wysiadł, drzwi byłyby
odblokowane.
– Ktoś prowadził samochód i zniknął – stwierdził
Quinn. Nie mówił tego tonem żartu. Żarty się skończyły.
Dom Quinna znajdował się o dwie przecznice stąd, przy
Alameda. Quinn starał się robić dobrą minę do złej gry,
zachowywać się nonszalancko. Chciał wyglądać na
wyluzowanego. Ale nagle zaczął biec.
Sam i Astrid też puścili się biegiem, jednak Quinn był
szybszy. Kapelusz spadł mu z głowy. Sam pochylił się i
podniósł fedorę.

Gdy dogonili Quinna, ten zdążył już otworzyć drzwi
wejściowe i wpaść do środka. Sam i Astrid weszli do
kuchni, po czym przystanęli.
– Mamo! Tato! Mamo! Hej!
Quinn był na górze i wołał. Z każdym okrzykiem jego
głos przybierał na sile. Słowa stawały się głośniejsze i
szybsze, a szloch wyraźniejszy, więc pozostałej dwójce
coraz trudniej było udawać, że go nie słyszą.
Pędem zbiegł po schodach, wciąż wzywając swoją
rodzinę, ale odpowiadała mu jedynie cisza.
Nadal miał okulary przeciwsłoneczne, więc Sam nie
widział oczu przyjaciela. Ale po policzkach Quinna
spływały łzy, które słychać było także w jego urywanym
głosie. Sam niemal czuł, jak tamtego ściska za gardło, bo
jego ściskało tak samo. Nie wiedział, co może w tym
momencie zrobić, by pomóc przyjacielowi.
Położył fedorę Quinna na blacie.
Tamten zatrzymał się w kuchni. Ciężko dyszał.
– Nie ma jej tu, stary. Nie ma jej. Telefony nie działają.
Zostawiła jakąś kartkę albo coś? Widziałeś kartkę?
Poszukaj.
Astrid pstryknęła włącznikiem światła.
– Prąd ciągle jest.
– A jeśli oni nie żyją? – spytał Quinn. – To nie może
dziać się naprawdę. To tylko jakiś koszmar czy coś. To...
to przecież niemożliwe. – Podniósł telefon, wcisnął guzik
i nasłuchiwał. Wcisnął guzik jeszcze raz i znów przyłożył
telefon do ucha, a następnie wybrał numer, dźgając

przyciski palcem wskazującym i bez przerwy mamrocząc
coś pod nosem.
W końcu odłożył telefon i wbił w niego tępy wzrok.
Wpatrywał się w aparat, jakby myślał, że zaraz zacznie
dzwonić.
Sam pragnął dostać się do własnego domu. A zarazem
się bał. Chciał poznać prawdę i jednocześnie nie chciał jej
znać. Ale nie mógł popędzać Quinna. Gdyby teraz zmusił
go do wyjścia, to zupełnie jakby kazał mu się poddać,
jakby powiedział, że jego rodziców już nie ma.
– Wczoraj wieczorem pokłóciłem się ze starym –
wyznał Quinn.
– Nie myśl tak – odparła Astrid. – Jedno wiemy na
pewno: ty tego nie zrobiłeś. Żadne z nas tego nie zrobiło.
Położyła mu dłoń na ramieniu i ten gest zdał się dla
niego sygnałem, by ostatecznie się załamać. Otwarcie się
rozpłakał, zdjął okulary i rzucił je na terakotę.
– Wszystko będzie dobrze – głos Astrid brzmiał tak,
jakby chciała przekonać Quinna, ale także siebie samą.
– Tak – potwierdził Sam, wcale w to nie wierząc.
– Pewnie, że będzie. To tylko jakiś... – Nie przyszło mu
do głowy żadne sensowne zakończenie tego zdania.
– Może to Bóg – odezwał się Quinn, podnosząc wzrok
z nagłą nadzieją. Oczy miał zaczerwienione i patrzył na
nich z nagłym przypływem maniakalnej energii. – Tak, to
Bóg.
– Może – odparł Sam.
– A co innego to mogło być, nie? N-n... no... no... no...

– Wziął się w garść i przestał bezładnie jąkać. – Będzie
dobrze. – Myśl o jakimś wyjaśnieniu, jakimkolwiek,
nieważne jak głupim, zdawała się podnosić na duchu. –
Hmm, jasne, że będzie dobrze. Na pewno będzie dobrze.
– Teraz dom Astrid – powiedział Sam. – Jest bliżej.
– Wiesz, gdzie mieszkam? – zdziwiła się dziewczyna.
To nie był dobry moment, by przyznać, że raz śledził ją
w drodze do domu, bo zamierzał z nią pogadać, może
zaprosić do kina, ale zabrakło mu odwagi. Wzruszył
ramionami.
– Pewnie cię kiedyś widziałem.
Po dziesięciu minutach dotarli do domu Astrid,
dwupiętrowego, w miarę nowego budynku z basenem z
tyłu. Astrid nie była bogata, ale miała znacznie ładniejszy
dom niż dom Sama. Przypominał on Samowi dom, w
którym mieszkał, zanim odszedł jego ojczym. Ojczym też
nie był nadzwyczajnie bogaty, ale miał dobrą pracę.
Sam czuł się dziwnie w domu Astrid. Wszystko
wydawało się tu estetyczne, a nawet wykwintne. Ale
przedmioty pochowano. Na wierzchu nie było nic, co
mogłoby się zniszczyć. Na rogach stołów przymocowano
małe, plastikowe poduszeczki. Gniazdka elektryczne
miały zabezpieczenia przed dziećmi. Noże w kuchni
umieszczono w przeszklonym kredensie z blokadą na
klamce. Także pokrętła piekarnika były zabezpieczone.
Astrid zauważyła, że on zauważył.
– To nie z mojego powodu – powiedziała ostro. –
Chodzi o małego Pete’a.

– Wiem. On jest... – Nie znał właściwego słowa.
– Jest autystykiem – podpowiedziała Astrid swobodnie,
jakby nie było to nic wielkiego. – No, nikogo tu nie ma –
oznajmiła. Jej ton świadczył, że się tego spodziewała, i to
było w porządku.
– Gdzie twój brat? – spytał Sam.
Wtedy Astrid krzyknęła. Nie sądził, że w ogóle jest do
tego zdolna.
– Nie wiem, dobra? Nie wiem, gdzie on jest! – Zakryła
usta dłonią.
– Zawołaj go – podsunął Quinn dziwnym, starannym,
oficjalnym tonem. Wstydził się swojego wybuchu. Ale ten
wybuch jeszcze niezupełnie się skończył.
– Zawołać? Nie odpowie – wycedziła przez zaciśnięte
zęby. – Ma autyzm. Poważny. On nie... on nie nawiązuje
relacji. Nie odpowie, jasne? Mogłabym wrzeszczeć jego
imię cały dzień.
– W porządku, Astrid. Sprawdzimy – odezwał się Sam.
– Jeśli tu jest, to go znajdziemy.
Skinęła głową, wstrzymując łzy.
Przeszukali dom kawałek po kawałku. Zaglądali pod
łóżka i do szaf. Bezskutecznie.
Przeszli przez ulicę do domu kobiety, która czasem
opiekowała się małym Pete’em. Tam też nikogo nie było.
Sprawdzili we wszystkich pokojach. Sam czuł się jak
włamywacz.
– Musi być z moją mamą, a może tata zabrał go ze sobą
do elektrowni. Robi tak, kiedy nikt inny nie może

zaopiekować się Pete’m. – Sam słyszał rozpacz w jej
głosie.
Minęło może pół godziny od nagłego zniknięcia
dorosłych. Quinn zachowywał się dziwnie. Astrid robiła
wrażenie, jakby miała rozlecieć się na kawałki. Ledwie
minęło południe, ale Sam zaczął się zastanawiać, co
przyniesie noc. Dni stawały się coraz krótsze, był już
bowiem 10 listopada, zbliżało się Święto Dziękczynienia.
Krótkie dni, długie noce.
– Nie zatrzymujmy się – powiedział. – Nie martw się o
małego Pete’a. Znajdziemy go.
– Czy to ma być zapewnienie pro forma czy konkretne
zobowiązanie?
– Przepraszam?
– Nie, to ja przepraszam. Więc, pomożesz mi znaleźć
Pete’a? – spytała.
– Jasne. – Sam chciał dodać, że pomógłby jej wszędzie,
w każdej chwili, zawsze. Zamiast tego ruszył w kierunku
swojego domu, wiedząc już bez cienia wątpliwości, co
tam zastanie, ale i tak musiał to sprawdzić. I coś jeszcze.
Chciał sprawdzić, czy aby na pewno nie zwariował.
Sprawdzić, czy dom wciąż stoi na swoim miejscu.
To wszystko zakrawało na czyste szaleństwo. Ale dla
Sama szaleństwo zaczęło się już jakiś czas temu.
Lana setny raz wykręciła szyję, by spojrzeć w tył i
sprawdzić, co z psem.
– Nic mu nie jest. Uspokój się – powiedział dziadek

Luke.
– Może wyskoczyć.
– Jest głupi, to fakt. Ale nie sądzę, żeby wyskoczył.
– Nie jest głupi. To bardzo mądry pies. – Lana Arwen
Lazar siedziała na przednim siedzeniu poobijanego,
niegdyś czerwonego pickupa swojego dziadka. Patrick, jej
płowy labrador, jechał z tyłu, z uszami łopoczącymi na
wietrze i wywalonym ozorem.
Patrick dostał imię na cześć Patryka Rozgwiazdy,
niezbyt rozgarniętego bohatera z serialu Bob Gąbka.
Chciała, żeby siedział z nią z przodu. Dziadek Luke się
nie zgodził.
Dziadek włączył radio. Muzyka country.
Dziadek Luke był stary. Wiele dzieciaków ma młodych
dziadków. Nawet drudzy dziadkowie Lany, ci z Las
Vegas, byli znacznie młodsi. Ale dziadek Luke był stary i
miał pomarszczoną skórę. Jego dłonie i twarz miały
ciemnobrązową barwę, po części od słońca, a po części
dlatego, że był Indianinem z plemienia Chumash. Nosił
przepocony słomkowy kapelusz kowbojski i ciemne
okulary.
– Co mam robić przez resztę dnia? – spytała Lana.
Dziadek Luke skręcił, by ominąć wybój.
– Rób, co tylko chcesz.
– Nie masz telewizora, DVD, Internetu ani nic.
Tak zwane ranczo dziadka leżało na takim odludziu, a
sam mężczyzna był tak skąpy, że jedynym sprzętem
technicznym, jaki posiadał, było stare radio, które

najwyraźniej odbierało tylko jakąś stację religijną.
– Wzięłaś trochę książek, prawda? Albo możesz
wyczyścić stajnię. Albo wspiąć się na wzgórze. –
Podbródkiem wskazał wzgórza. – Ładne tam widoki.
– Na wzgórzu widziałam kojota.
– Kojoty są niegroźne. Na ogół. Stary brat kojot jest
zbyt sprytny, żeby zadzierać z ludźmi. – Słowo „kojot”
wymawiał jako „kajołt”.
– Siedzę tu już tydzień – narzekała Lana. – Czy to nie
wystarczy? Ile mam tu tkwić? Chcę wrócić do domu.
Starzec nawet na nią nie spojrzał.
– Twój tata przyłapał cię, jak podprowadzałaś z domu
wódkę dla jakiegoś łobuza.
– Tony nie jest łobuzem – odpaliła.
Dziadek Luke wyłączył radio i spojrzał ponownie na
wnuczkę.
– Chłopak, który w ten sposób wykorzystuje
dziewczynę i wciąga ją w swoje kłopoty, to łobuz.
– Gdybym jej dla niego nie wzięła, pewnie próbowałby
użyć sfałszowanego dowodu i dopiero narobiłby sobie
kłopotów.
– Nawet nie „pewnie”. Piętnastolatek, który pije, na
pewno wpadnie w kłopoty. Ja zacząłem pić, jak byłem w
twoim wieku, miałem czternaście lat. Alkohol zmarnował
mi trzydzieści lat życia. Teraz jestem trzeźwy od
trzydziestu jeden lat, sześciu miesięcy, pięciu dni, niech
będą dzięki Bogu w niebiosach i twojej babce, świeć
Panie nad jej duszą. – Znowu włączył radio.

– No i masz piętnaście kilometrów do najbliższego
sklepu monopolowego w Perdido Beach.
Roześmiał się.
– Tak. To też pomaga.
Przynajmniej miał poczucie humoru.
Samochód skakał jak oszalały blisko krawędzi suchego
jaru, głębokiego pewnie na trzydzieści metrów, a na jego
dnie znajdowało się drugie tyle piachu, bylice, karłowate
sosny, derenie i sucha trawa. Jak mówił dziadek Luke,
kilka razy w roku padał deszcz i wtedy woda rwała dnem
jaru, czasami bardzo gwałtownym strumieniem.
Ciężko było to sobie wyobrazić, gdy tak patrzyła w dół
długiego zbocza.
I nagle, bez ostrzeżenia, półciężarówka zjechała z
drogi.
Lana wbiła wzrok w pusty fotel kierowcy, gdzie jeszcze
ułamek sekundy wcześniej siedział dziadek.
Zniknął.
Samochód zjeżdżał prosto w dół. Pas bezpieczeństwa
szarpnął dziewczynę.
Pickup nabierał prędkości. Uderzył w młode drzewko i
złamał je.
Pędził w dół w chmurze pyłu, podskakując tak mocno,
że Lana uderzała głową o podsufitkę, jej ramię obijało się
o okno, a zęby dzwoniły. Chwyciła kierownicę, która
wyrywała się jak oszalała i w tym samym momencie auto
przewróciło się na dach.
Obróciło się jeszcze raz. I znowu.

Lana wysunęła się z pasa i bezradnie przetoczyła się po
kabinie. Kierownica tłukła ją niczym mieszadło w
zmywarce. Szyba zmiażdżyła jej ramię, dźwignia zmiany
biegów przypominała pałkę, walącą ją po twarzy, lusterko
wsteczne stłukło się na jej potylicy.
Pickup się zatrzymał.
Lana leżała twarzą w dół z niemożliwie powyginanym
ciałem. Pył dławił ją w płucach. W ustach miała pełno
krwi. Jedno z oczu, czymś zasłonięte, niczego nie
widziało.
To, co widziało drugie, z początku wydawało się nie
mieć sensu. Tkwiła w pickupie nogami do góry i patrzyła
na niskie kaktusy, rosnące pod dziwnym kątem.
Musiała się wydostać. Ustawiła się najlepiej, jak mogła
i sięgnęła do drzwi.
Jej prawa ręka ani drgnęła.
Spojrzała na nią i krzyknęła. Prawe przedramię, od
łokcia po nadgarstek, nie tworzyło już linii prostej. Było
wygięte niczym rozpłaszczona litera „V” i obrócone tak,
że wierzch dłoni kierował się na zewnątrz. Nierówne
krawędzie złamanych kości mogły w każdej chwili
przebić się przez skórę.
Zaczęła się miotać w panice.
Ból był tak straszny, że oczy odpłynęły jej w tył głowy
i zemdlała.
Ale nie na długo. Nie na wystarczająco długo.
Gdy się ocknęła od bólu w ręce, lewej nodze, potylicy i
szyi, żołądek aż podszedł jej do gardła. Zwymiotowała na

sfatygowaną podsufitkę pickupa.
– Pomocy – wychrypiała. – Pomocy. Niech ktoś mi
pomoże!
Ale nawet w tej męczarni wiedziała, że nie pomoże jej
nikt. Całe kilometry dzieliły ją od Perdido Beach, gdzie
mieszkała jeszcze rok temu, kiedy to rodzice
przeprowadzili się do Las Vegas. Droga nie prowadziła
donikąd z wyjątkiem rancza. Najwyżej raz w tygodniu
przejeżdżał tędy jakiś człowiek, zwykle zagubiony turysta
albo staruszka, która grywała w warcaby z dziadkiem
Lukiem.
– Umrę – powiedziała Lana do nikogo.
Ale jeszcze nie umarła, a ból nie ustępował. Musiała się
wydostać z tego samochodu.
Patrick. Co się stało z Patrickiem?
Wychrypiała jego imię, ale bez rezultatu.
Przednia szyba była pokruszona, lecz dziewczyna nie
była w stanie wykopać jej na zewnątrz zdrową nogą.
Jedyna możliwa droga wyjścia wiodła przez boczne
okno przy fotelu kierowcy, które znajdowało się za nią.
Wiedziała, że samo odwrócenie się spowoduje
rozdzierający ból.
I wtedy pojawił się Patrick, który szturchał ją czarnym
nosem. Dyszał i piszczał, cały niespokojny.
– Dobry pies – powiedziała.
Patrick zamerdał ogonem.
Nie był to niestety superbohaterski pies z dziecięcych
kreskówek. Nie wyciągnął Lany z dymiącego wraku. Ale

Słońce paliło bezlitośnie. Zdecydowanie największą grozę budził stan prawej ręki. wypełzając na piasek. a przynajmniej tak skręconą. Górna warga zupełnie zdrętwiała. Wypluła zakrwawiony kawałek ukruszonego zęba. Patrick zlizywał jej krew z twarzy. Po niebie krążyło kilka sępów z szeroko rozpostartymi. Spróbowała się podnieść. ale natychmiast porzuciła te wysiłki: ból okazał się nieznośny. Nie była w stanie na nią spojrzeć. Czekały. Jedno oko pokrywała krew z rozcięcia na czole. gdy przez godzinę przechodziła piekło. czarnymi skrzydłami. Wreszcie spoczęła z głową w cieniu bylicy.został przy niej. Coś bolało ją w dolnej części pleców. Patrick leżał skulony przy niej. . przy nerkach. Ocknęła się znacznie później. Miała złamaną nogę. Zdrową ręką Lana sprawdziła obrażenia. że nie dało się na niej stanąć. Znowu straciła przytomność.

Kupujemy kostiumy na występ – dodała młodsza. – Będę biedronką. – Po południu powinnam iść na lekcję pianina.Rozdział 3 298 GODZIN. – Nasza babcia mieszka w Laguna Beach – powiedziała czwartoklasistka. – Wiem. Natknęli się na dwie dziewczynki. Może idźcie poczekać na babcię na rynku. czwartoklasistkę i jej młodszą siostrę. Telefon nie działa. – Powinnyście tam pójść. – Naszej mamy nie ma – wyjaśniła starsza. – A ja chodzę na stepowanie. jak się dostać na rynek? W mieście? – Chyba tak. bez entuzjazmu grające w piłkę na trawniku przed swoim domem. jak tam dojechać. Ale nie możemy się do niej dodzwonić. Silnik pracował na jałowym biegu. – Mogłaby po nas przyjechać. Ale nie wiem. co? – Dziewczynka wpatrywała się w Sama nic . – Kolejna kraksa. – Nie wolno nam ruszać się z domu – oznajmiła młodsza. 05 MINUT – Ta ciężarówka – Sam wskazał ręką rozbity samochód. – Wiecie. Ciężarówka firmy FedEx przedarła się przez żywopłot i uderzyła w wiąz na czyimś podwórzu.

tylko chodnik. wskazując. tak zresztą było zawsze. Tata trzymał się z daleka. Szli dalej. Stanowił w życiu Sama zagadkę. Quinn i Astrid. że jedyną zaletą tego miejsca jest jego lokalizacja. – No. Mama Sama nie zarabiała zbyt wiele. – To jest twoje rozwiązanie? Zjeść ciastko? – spytała Astrid. – No. aż to wszystko się skończy – odparł Sam. – Ej. jednopiętrowym. ogrodzonym ogródkiem na tyłach. nikt nie zabrania wam jeść słodyczy. moim rozwiązaniem jest pobiec na plażę i poczekać. Od frontu nie było prawdziwego podwórka. Sam. tak myślę. jeśli pójdę na skróty przez podwórze tej posesji. prawda? Wasi rodzice niedługo się pojawią. – Ale ciastko nigdy nie zaszkodzi. na pozór ciasnym domku z małym. Mniej. pracując jako nocna pielęgniarka w Coates Academy. . Dwie minuty piechotą. gdzie mieszka gang motocyklowy. – Nie. kierując się na wschód od centrum. Sam mieszkał z mamą w niedużym. – Nie chcemy się popisywać dużym domem i w ogóle. – Tak. Ale tymczasem zjedzcie po ciastku i idźcie na rynek.nierozumiejącym wzrokiem. dobra? Macie w domu jakieś ciastka albo lody? – Chyba tak. – To tutaj – oznajmił chłopak. nie denerwujcie się za bardzo. mieszkacie blisko Beach Town – zauważyła Astrid. A w zeszłym roku odszedł także jego ojczym.

Sprężarka była stara i głośna. W środku panowała cisza. mama zastanawiała się. Pytała. Teraz musieli wyciągać krzesła z kuchni. stanowił początek dnia pracy dla matki. jak mu poszło w szkole. a tylko Zabójca i jego dziewczyna Wspólniczka. To nie jest dobra okolica. pomalowanych na szaro. a mama była już na nogach. A w domu było coś. czy zlecić naprawę sprężarki. Kiepski żart. a już zwłaszcza Astrid nie powinni zobaczyć. Sam otworzył drzwi. by mieć gdzie posiedzieć trochę wieczorem przed pójściem do pracy. nie chciał wchodzić do środka. a on w sumie niewiele o tym mówił. przespawszy większą część dnia. że mógłby powiedzieć. Chłopak wracał ze szkoły. – Właściwie nie cały gang. czego Quinn.– Gang motocyklowy? – powtórzyła. czy też taniej będzie po prostu kupić używaną . miło było jednak pomyśleć. które skrzypiały pod naciskiem stóp. Sam zaś napój gazowany albo sok. – Astrid zmarszczyła brwi i Sam dodał: – Przepraszam. Poprowadził ich po trzech wyblakłych od słońca. Gdy już się tu znalazł. Matki na pewno nie ma. a koniec dla Sama. Ganek był wąski. a parę miesięcy temu ktoś ukradł fotel bujany. Piła herbatę. który matka wystawiła tam. Gdy ostatnim razem rozmawiali na ganku z nogami opartymi na poręczy. nie licząc szumu lodówki. gdyby chciał. drewnianych stopniach. Wieczór był dla nich najlepszą porą.

Wierz mi. – Przeszła niepewnie przez salon. prywatną szkołę z internatem. „Na wzgórzu”. – Znaczy. czy małe dzieci mają jakąkolwiek opiekę. niewyłączone kuchenki. – W tej okolicy niektórzy trzymają w domu niezły arsenał – potwierdził Sam. Sam? Z ociąganiem pokiwał głową. – Nie – odrzekł Sam. Kuchenka była włączona. Sprawić. a niektórzy ludzie mają pewnie broń. nie? Nikt inny nie mógł tego zrobić. – Mogę skorzystać z łazienki. W środku nic nie było. że . – To może być problem w całym mieście – stwierdził. No i są jeszcze leki i alkohol. – Zniknęła. I jak przywieźć ją do domu bez ciężarówki. samochody z pracującymi silnikami – przyznała Astrid.lodówkę. Rondel spalił się na węgiel. przerażony. jak inaczej. – Mamo? – rzucił chłopak w pustkę salonu. – To robota Boga – odezwał się Quinn. – Tak. Nie rozległa się żadna odpowiedź. – Piętnastolatek to nie dorosły. Sam zakręcił kurek. – Może jest na wzgórzu – odezwał się Quinn. chodziłam z nimi do klasy. jakby czegoś szukała. tak miejscowi określali Coates Academy. że wszyscy dorośli zniknęli? – Wszyscy powyżej piętnastego roku życia – poprawiła Astrid. Wzgórze przypominało raczej prawdziwą górę. jak pozostali. – Ktoś powinien zrobić obchód. sprawdzić. czy wszystko jest powyłączane.

Zamknęła drzwi od łazienki. że nic nie może dorównać prędkości światła. jak u Astrid. – Bóg nie robi takich rzeczy bez powodu.dziewczyna tu jest. Zaczął się wpatrywać w jedzenie. – Prawda? To nie ma sensu. Zajmowanie się domem nie było specjalnością ani jego. położona przekrojoną stroną na talerzu. w końcu tego uczymy się na fizyce. – Co zrobiliśmy? – spytał Quinn. I cytryny do herbaty mamy. Wiecie. Jabłka. a jednak się zdarzyło. – Przygryzła wargę. Panował jakiś porządek. na przykład. Niemożliwe rzeczy się nie zdarzają. ale nie taki. To co zwykle. Właśnie to oznacza słowo „niemożliwe”. – Znaczy. – Może Quinn ma rację. że to nie Bóg. to musiał być on. nie? – ciągnął Quinn. Sam usłyszał dźwięk płynącej wody. Jajka. – Nieprawda – utrzymywała Astrid. Albo prawo ciążenia. To wszystko nie może mieć zwyczajnej przyczyny – powiedziała. – Wszechświat ma swoje prawa. Niemożliwe. Mleko. – Myślę. Astrid wróciła. ani matki. To nie pora na wykłady. – Przepraszam. – Chłopie. Parę napojów gazowanych. Czym wkurzyliśmy Boga? Sam otworzył lodówkę. – Rzeczy niemożliwe też się czasem zdarzają – stwierdził Sam. Polowa małego arbuza. prawda? . – Tego nie ogarniam. czymś sobie na to zasłużyliśmy. jeśli idzie o ruch.

Sam przebywał w zupełnych . że zamknąłeś drzwi”. Nie lubił. Jeśli im pokaże. Będą patrzeć na niego inaczej. W pokoju nawet w słoneczne dni panował półmrok. gdybym wiedziała. Dwie noce temu przeszła burza z piorunami i na jakiś czas zgasło światło. dobra? Zaraz wrócę. Zamknął za sobą drzwi do pokoju. Że teraz nią jest. aż powie im wszystko. już mu nie odpuszczą. Ale jak mogła nie mieć? Minęło osiem miesięcy. czułabym się lepiej. odkąd przeprowadzili się do tej nędznej rudery w kiepskiej dzielnicy. Nie znosił tego pomieszczenia. „Teraz ty jesteś głową rodziny – mawiała. tak jak on. odkąd ojczym uciekł z ich dawnego domu. Może nie miała nic szczególnego na myśli. a matka musiała przyjąć nisko płatną pracę w niedogodnych godzinach. Sześć miesięcy.Sam zawahał się. a przez beznadziejną szybę niewiele było widać. kiedy mówiła. Będą przerażeni. przekroczy tę granicę. Sam nie cierpiał ciemności. Ale tak czy siak. kiedy była w pracy. Śmiało. Uczepią się go. – Pójdę do siebie zmienić koszulkę. W lodówce jest picie. że jest głową rodziny. Mama kazała mu zamykać dom na noc. Okno wychodziło na ślepy zaułek. nocą – zupełna ciemność. Teraz.

ciemnościach. Pojawiło się chyba w szafie. Udało mu się na trochę zasnąć. Nie lampa ani żarówka. choć nie do końca. Na ich szczycie powiesił niedbale kilka koszulek. gdy Sam go potrzebował. W końcu mama zobaczy.. Otworzył szafę. nie licząc słabych lśnień błyskawic. ale to kiepskie oszustwo nie mogło długo trwać. Jego palce przeszły przez nią i odczuł jedynie lekkie ciepło. Chciał przysłonić je drzwiami. Taki twardziel. Wydawało się to niemożliwe.. kiedy już wróci. światło. ale zbudził go donośny grzmot. Wyciągnął rękę. Unosił się tam bez ruchu. jak on. by przesłonić blask. choć niezupełnie. . Blask obejmował małą przestrzeń. Światło po prostu się pojawiło. w ciemnościach krzyczący „Mamo”.. czternasto-. ale świecił jaskrawo. Tego było już za wiele. Z przerażającego sennego koszmaru został wyrwany w atramentową ciemność pustego domu. niemal piętnastoletni. Drzwi szafy były więc częściowo zamknięte. przez nic niepodtrzymywany. Dotknął kuli. odpychając mrok. w których nawet znajome rzeczy w pokoju wyglądały upiornie. Zawołał matkę. po prostu mała kula czystego światła. ale blask po prostu przez nie przenikał. a potem już zostało. Jakby ich w ogóle nie było. Światło wciąż tam było.. A potem. A jednak tam było.

Zaledwie trzy akapity. A potem normalność zaczęła wypadać z szyn. wzięliby mnie za . jak było naprawdę. Wyleciałabym za drzwi. Gdybym mogła rozstawić wszędzie kamery. że wszystko zaczęło się dzisiaj. A później pojawiło się światło. Mogłabym stracić pracę. Ale nie mam dowodu. Zwykłe życie zaczęło się rozpadać osiem miesięcy temu. Chciałabym opowiedzieć o tym G. Był to pamiętnik. Zerknął na drzwi. że zwariowałam. Pospiesznie zrobił. – Ciągle tu jest. że biorę narkotyki. – Twoja mama pisała na laptopie – stwierdziła Astrid. Na chwilę znowu powróciła normalność. zdobyłabym jakiś dowód. Uznałaby. Dzisiaj zaś rozbiła się i spłonęła.– Tak. Astrid i Quinn myśleli. To się stało ostatniej nocy. Czternaście lat normalności w życiu Sama. zobaczył otwarty dokument Worda. że wejdzie i zobaczy. a „matka” C. Sam – szepnął do siebie. Nawet gdybym powiedziała komuś całą prawdę. by znów zakryć światło. jest bogata i hojna dla CA. Ale pomyślałaby. a nie okno przeglądarki. niespokojny. co się dało. ale Sam wiedział. – Pewnie sprawdzała maile. po czym wrócił do pozostałych. – Sam? Astrid wołała go z salonu. Gdy jednak usiadł przy stole i popatrzył na ekran.

gdy na nią patrzył: „Jak S. Kliknął na niego. byle dalej stąd – odparł Sam. także ona stałaby się niedostępna. Coates Academy. – Wszędzie. Nie został zapisany na dysku. Przejrzał pulpit na ekranie i znalazł folder oznaczony jako „Dziennik”. Czy gdyby wiedział wszystko. Astrid czytała mu przez ramię. ale wyraźnie zerkała na ekran. „CA” – to było proste. – Dokąd? – spytał Quinn. sprawiłoby to jakąś różnicę? Sam wpatrywał się w dokument. Nie sądzę. Może przycisnę C. Jak S. Starała się czynić to dyskretnie. „. żeby się przyznał. A „G” oznaczało zapewne dyrektorkę szkoły. Ale kim był „C”? Jedna linijka zdawała się pulsować. Gdyby matka zapisała tę ostatnią stronę. . Grace. Komuś stanie się krzywda. – Chodźmy. albo któryś z pozostałych zrobi coś poważnego. z T. Zamknął laptop. Prędzej czy później C. „S” – też łatwe: Sam. z T.histeryczkę. Okazał się chroniony hasłem.

Dalej rozciągał się park narodowy. że nie było miejsca na budynki. gdzie wznosiła się elektrownia atomowa. Większość ludzi miała . z wyjątkiem wąskiego pasa. W północnej części miasteczka góry dochodziły tak blisko do morza. Najbliższy supermarket znajdował się w San Luis. Od północnej strony drogi wyrastały wzgórza o barwie suchego brązu. Perdido Beach miało zaledwie nieco ponad trzystu mieszkańców – a teraz jeszcze znacznie mniej.Rozdział 4 297 GODZIN. Perdido Beach pozostało sennym miasteczkiem prostych. obsadzonych drzewami ulic i – głównie starszych – tynkowanych domów parterowych w stylu hiszpańskim. który następnie wsunął do kieszeni dżinsów. a najbliższe duże centrum handlowe trzydzieści kilometrów dalej. Zatrzasnął za sobą drzwi domu i zamknął je na klucz. Ciąg ich grzbietów dochodził do morza na północny zachód i południowy wschód od miasta. ograniczając dostęp do tego wybrzuszenia lądu. las prastarych sekwoi. przetykanego zielenią. 40 MINUT – Chodźmy na rynek – powiedział Sam. Perdido Beach leżało na cyplu na południowy zachód od przybrzeżnej autostrady. Jeśli ktokolwiek coś wie albo jeśli zostali jacyś dorośli. krytych pomarańczową dachówką. trzeba ich szukać właśnie tam. o dachach płaskich albo skośnych.

Obok znajdowały się prostokątne miejsca parkingowe. Pół przecznicy dalej Sam poczuł zapach dymu i zobaczył uciekające dzieci. że chcą być razem. kilka sklepów spożywczych i jeden warzywny. bar kanapkowy Subway. Perdido Beach miało hotel wypoczynkowy na południu. Gdy Sam zatrzymał . Maleńkie centrum wokół rynku obsadzono palmami. niektóre zamknięte od lat. równo przystrzyżone i zielone. rodzaj parku ze spłachetkami trawy i fontanną na środku. Nad częścią sklepów znajdowały się mieszkania. Im bardziej Sam. Rynek stanowił niewielką. kawiarnia o nazwie Bean There. Może szukały czegoś.trawniki. co by je zjednoczyło. a może sprawiła to dojmująca samotność w domach. Dym wydobywał się z okna mieszkania na drugim piętrze nad zamkniętą kwiaciarnią i obskurną agencją ubezpieczeniową. ale poza tym mieściło się tutaj ledwie parę firm: sklep z narzędziami Ace. tym więcej napotykali dzieciaków. Rynek okalały sklepy. Były tu ławki i brukowane chodniki. Zupełnie jakby wszystkie dzieci w miasteczku doszły do wniosku. Astrid i Quinn zbliżali się do rynku. zmierzających w tę samą stronę. U szczytu placu stały obok siebie skromny ratusz i kościół. McDonald’s. otwartą przestrzeń. a także stacja benzynowa Chevron przy autostradzie. a także kosze na śmieci. w których atmosfera przestała być nagle domowa. która niemal nigdy nie działała. Coates Academy na wzgórzach i elektrownię.

– Wy idźcie do przedszkola. Zróbcie to! – nakazał ostrzej. – Nie można zadzwonić pod 112 – ktoś zauważył. Sam doszedł do wniosku. może się spalić pół miasta. – Jeśli się rozprzestrzeni. że mają dość czasu. Ten tłum wydał się chłopakowi bardzo dziwny. – No już. zdyszany. Przynajmniej czterdzieścioro dzieciaków stało obok i się gapiło. – Widzisz gdzieś strażaka? – Bezradne wzruszenie ramion. a oni ruszyli biegiem. Lećcie do sklepu żelaznego. których trochę znał. – Ty i ty. o ile będą działać szybko. Po chwili pojął. Najwyraźniej nikt nie zamierzał nic robić.się. jedynie dzieci. Złapał dwóch chłopaków. dlaczego: nie było w nim dorosłych. by zabrać dzieci z przedszkola. – Ktoś tam jest? – zawołała Astrid. ale na stratę sklepu z narzędziami nie mogli sobie pozwolić. Kilkadziesiąt dzieciaków stało i patrzyło. – Ogień może się rozprzestrzenić. z okna w górze strzelił pomarańczowy płomień. weźcie . Nikt nie odpowiedział. Idźcie. Przedszkole stało ściana w ścianę ze sklepem z narzędziami i jedynie wąski zaułek oddzielał oba budynki od pożaru. Tamci patrzyli na niego bez ruchu. żeby zabrać stamtąd maluchy. Powiedzcie. Wskazał dwóch innych. – Świetnie – powiedział Sam.

– Chłopaki. słuchajcie. – Będą ciężkie. co się dzieje. to nie Disney Channel. – Dobra. Nie ma straży pożarnej. Potrzebuję paru silnych gości. Dzieciaki tego nie rozumiały. odległe wycie autoalarmów. – Czego ci potrzeba. – Ty. Sam zamarł. bo wiatr przeniesie ogień w tamtą stronę. Wśród zebranych był Edilio. Zacznijcie lać wodę na ścianę sklepu z narzędziami i na dach. To my jesteśmy strażą pożarną. że muszą coś zrobić. że w tym zaułku jest kranik.najdłuższy wąż. Wbili w niego tępy wzrok. Quinn się zawahał. Nie możemy po prostu patrzeć. Jak mogły nie widzieć. nie jutro. – Ej. Zdaje się. Jazda! I wtedy rozległo się zawodzenie. Nie ma dorosłych. wsłuchując się w ryk i trzask płomieni. Ty. Ty. tylko teraz. ty. Trzeba zmoczyć ściany sklepu. No już! Biegiem! Quinn? Lepiej idź z nimi. Quinn? Węże ze sklepu z narzędziami. – Cicho – syknął i wszyscy umilkli. jaki znajdziecie. – Chodźcie. a potem krzyk: . ty. zamiast stać z założonymi rękami? Sam przepchnął się na czoło zgromadzenia. – Sam ma rację – przytaknął. – Ktoś tam jest – jęknęła jakaś dziewczyna. Sam? Jestem z tobą. I końcówkę do niego. Edilio? Weźmy grube węże z remizy i podłączmy je do hydrantu. ty. – Sam kolejno łapał ich za ramiona i potrząsał.

ale teraz dym zaczął się dobywać także z drugiego z okien. – Astrid . którego cała sytuacja najwyraźniej naprawdę bawiła. Inni odsunęli się od niego. który nigdy nie odstępował go na krok. – Przynieś. Prawda. Budynek miał sześć okien od frontu i jedno z boku. wszystko przyniosę. gnając przed sobą grupkę silnych chłopców. – Co? – spytał. Idź – powiedział cicho Sam. Był to Orc. – Stary. nie możesz iść tam na górę – stwierdził Edilio. Sam Autobus nas wszystkich uratuje. Czekaj. Ogień buchał z najdalszego okna po lewej. – W remizie powinni mieć butle tlenowe i w ogóle. – Już biegł. – Mamusiu! – krzyknął głos. – Jeśli chcesz tam iść. – Spokojnie. Jeszcze nie. tam na górze! – krzyknął Sam. Był czysty.– Mamusiu! I znowu: – Mamusiu! Ktoś zaczął falsetem przedrzeźniać ten głos: – Mamusiu. – Ej. Pożar się rozprzestrzeniał. – Możesz podejść do drzwi albo do okna? Patrzył w górę. wyszczerzył się szyderczo. owiń sobie głowę. niezdławiony dymem. co tylko się da. boję się. Sam? – Edilio. od strony zaułka. wyciągając szyję. Howard.

Uśmiechnęła się. – Nie wiem wszystkiego. kto dodałby mu odwagi. Po chwili z tłumu podniósł się chór zachęcających okrzyków. krztusząc się i dławiąc. że tam wchodzę? – spytał. Chciał złapać ją za rękę. Złapała go za ramię. to nie ogień zabija ludzi. Bał się. Potrzebował kogoś. Jeśli wciągniesz za dużo dymu. którą od kogoś pożyczyła i zmoczyła. Ale to nie był właściwy moment. – Dawaj. – Czy ja powiedziałem. w jednej chwili pełne napływających łez. – A ile to jest za dużo? – spytał głosem stłumionym przez chustkę. drżący uśmiech i powiedział: – Raz kozie śmierć. Mokra tkanina w niczym nie pomogła. Wejście do budynku było otwarte. wąskie schody. W środku widniały skrzynki na listy.podała mu wilgotną chustkę. Sam! – zawołał jakiś krzepiący głos. gdy natknął się na ścianę gęstego. Zdobył się więc na wątły. twoje płuca spuchną i napełnią się płynem. – Dobra rada – zauważył oschłym tonem i owinął sobie mokrą tkaninę wokół głowy. Zaczęły go szczypać oczy. – Słuchaj. Jeden wdech i już opadł na kolana. tylko dym. – Nie zrób sobie krzywdy – odparła. . osłaniając usta i nos. Sam dotarł niemal do szczytu schodów. Sam. tylne drzwi kwiaciarni oraz ciemne. kłębiącego się dymu. wiodące na górę.

Dym wydobywał się spod tych drzwi. słyszysz mnie? – wychrypiał. powiedział sobie Sam. natrafił na więcej powietrza. a nie minutach. jeśli maluch mógł po prostu wyskoczyć. Ale pożar wybuchł zapewne w najbliższym mieszkaniu z prawej. sącząc blade światło przez złowrogą szarość. Było dziwnie. przypominał odwrócony wodospad. Miał do dyspozycji czas mierzony w sekundach. Sam nie podnosząc się z kolan. Musiało tu być sześć albo siedem mieszkań. ohydny i wszechobecny. „Mamusiu” zabrzmiało teraz słabo. Nie wiedział. Położył się na plecach. szybki i gwałtowny niczym górski potok. Żarówka powyżej paliła się. Złachmaniony chodnik pod nim wyglądał tak zwyczajnie: przyblakły orientalny wzór. Dym. sączący się spod drzwi. bo dziecko już nie krzyczało. Głupotą byłoby narażać się na śmierć. Smród dymu był nieznośny. Zawierał w sobie coś kwaśnego. Może dzieciak wyskoczy z okna i ktoś go złapie. gęsty. prowadzącego do drugiej części budynku. Niesamowicie. muszę cię usłyszeć. – Ej. Dym kłębił się powoli i opadał. które było właściwe. wznoszący się . zmuszając go. trochę okruszków i zdechły karaluch.Klęcząc. popełzł korytarzem. postrzępione krawędzie. – Krzycz. by szukał powietrza coraz niżej. jakby mieszał się z zapachem zsiadłego mleka. z korytarza po lewej.

Nic. ile mógł. w jego nosie. w oczach.kaskadą do góry. Jego kopniak tylko wstrząsnął drzwiami. Bał się. Gdzie ludzie. to nie powinien wściekać się na nikogo z wyjątkiem siebie. Wciągnął tyle powietrza. że sprawił to Bóg – był też wściekły na Boga.. uwięziony w pomieszczeniu. który wyrwał się z klatki. Aby je wyważyć. I dlaczego nikt inny nie okazał się na tyle szalony.. by natychmiast nie wykrztusić . Znów nic. Teraz musiał już odetchnąć. ale nic to nie dało. wyleciał na korytarz. prosto w ten zabójczy dym.. zakotłował się na zewnątrz niczym lew.. Uderzył jeszcze raz i wtedy drzwi się otworzyły. Zamek znajdował się wyżej. oślepiał go. Ogarnęła go wściekłość. Dym. twarzą w dół. Ale jeśli sprawił to Sam. zerwał się na nogi i rzucił się na drzwi jednym gwałtownym ruchem. Przez kilka sekund na poziomie podłogi pojawiła się smużka powietrza i Sam zaczerpnął tchu. Kopnął w drzwi. jeśli on zapoczątkował te wszystkie wydarzenia. którzy powinni zająć się ogniem? Gdzie dorośli? Dlaczego on musiał to robić? Był tylko dzieckiem. musiał wstać. żeby wbiec do płonącego budynku? Był wściekły na nich wszystkich. Musiał się wysilić. a jeśli Quinn miał rację. Jeszcze raz. ale dym był wszędzie. po prostu musiał. a on upadł na podłogę.

To było jedyne wyjaśnienie. Jak napalm. Potężny kształt. Absurd. Ogień. Bo dziewczynka. umarłby. Gdyby to zrobił. najwyżej pięcioletnia. . Pewnie wyglądał jak potwór. Dziecko leżało na podłodze. Z szumem strzelił obok jego głowy i trafił w ścianę z tyłu. ogarnięta paniką dziewczynka.powietrza z powrotem. z osmalonymi włosami i skórą. spowity dymem. Dziewczynka krzyknęła z przerażeniem i znowu podniosła ręce. Na sekundę w mieszkaniu zrobiło się trochę jaśniej. Po prostu małe dziecko. – Jestem – zacharczał Sam zduszonym głosem. dziewczynka. dobrze o tym wiedział. Sam przez sekundę mógł się tylko gapić. ta przerażona. Płomień o włos minął Sama. Przypominało to niewielką dziurę w chmurach. dławiąc się i kaszląc. Musiał wyglądać przerażająco. uniosła obie ręce i z jej pulchnych rączek wystrzeliły strugi czystego ognia. przylgnął do muru i zapłonął w jednej chwili z szaleńczą natarczywością. oniemiały. Tryskający z małych rączek. z zasłoniętą twarzą. Tym razem nie spudłuje. kuszącą kawałkiem czystego nieba przed ponownym zaciągnięciem kotary. płynny ogień. Ogień! Wymierzony w niego. zagęszczona benzyna. Szaleństwo.

odsłaniając strukturę ściany. Dym kłębił się wokół. Mała padła na plecy. ujrzał parę rąk. Ogień za plecami i po prawej palił mu rzęsy. parzył ciało. Wewnątrz płonął ogień. jak po otwarciu piekarnika. Odpadał tynk. wyglądały niemal nadnaturalnie. Okno na wprost. deski i kantówki. Bał się. Upuścił małą jak worek ziemniaków i walnął w okno obiema dłońmi. Błysnęło światło. gnany płomieniami w stronę nowego źródła tlenu. Sam na oślep odszukał dziewczynkę w mroku. Rzucił się naprzód. czekających. jasne niczym eksplodująca gwiazda. . reagując bezwiednie. wstrząsnęła chłopakiem. wyłaniające się z dymu. Astrid mówiła. Wziął dziewczynkę w ramiona. że małe dziecko może strzelać płomieniami z rąk. że to nie ogień zabija. niczym cud. Najwyraźniej nie widziała tego ognia i nie przypuszczała. a jednocześnie bał się. Sam wyciągnął rękę. Nie myśląc. ze ściśniętym żołądkiem. by złapać małą. nie. drżący. że odzyska przytomność. nie. Chciał krzyczeć i powtarzał w myślach: nie. Sam trzymał dziecko w ramionach. nie. że jej nie odzyska. Sam podpełzł do niej.Tym razem go zabije. Ściana po jego prawej zaczęła zapadać się do środka niczym rwący się karton. Fala gorąca. Wstał. Podniósł ją i nagle. Te ręce.

Sam osunął się na parapet. że się pali. Uklękła przy nim i przyłożyła mu coś do ust. Ktoś go złapał. Ale nie był w stanie zachować przytomności. – Przepraszam – powiedziała Astrid. załzawione oczy widział błękitne niebo. Edilio i chłopak o imieniu Joel zanieśli Sama na chodnik. Ściągnął maskę i zwymiotował na chodnik. Opierała podbródek na kolanach. . na wpół wychylony przez okno. Ktoś polał go wodą z węża. zgięty w pół niczym pijak w zaułku. czy jak? A może się palił? Otworzył usta i łapczywie łykał zimną wodę. Nie patrzyła na niego. Jego głowa uderzała o szczebelki. – Musiałam cię obudzić. Była tam jego matka. Myśleli. – Co? – spytał. Odpłynął. Plastikową maskę. obmywającą mu twarz. bo wokół było światło i powietrze. – Pachniało jak pieczony kurczak – powiedziała. Zakaszlał i odetchnął. Siedziała w wodzie tuż obok. Unosił się na plecach na łagodnych falach. a przez zmrużone. ale w najmniejszym stopniu mu to nie przeszkadzało. Tlen. Matka wyciągnęła rękę i mocno plasnęła go twarz. wyciągnął i zsunął po aluminiowej drabinie. – Co? – powtórzył. Otworzył oczy.

Astrid pokręciła głową. ale i tak musiał spytać. to było coś innego. W innej sytuacji byłoby to zabawne. Tę samą moc. Skinął głową w stronę. Była czarna. Albo papieros. Dziewczynka miała moc. Nie. co Sam. kiedy zniknęli – powiedziała dziewczyna. Quinn trzymał ogrodowy szlauch. poznał to po pełnych powagi pozach dzieci. Chłopcy. Sam usiadł. pomyślał Sam. jakby walczyli ze wściekłym pytonem.Astrid dyskretnie odwróciła wzrok. gdzie kilkoro dzieciaków przyklękło wokół małej podpalaczki. Włosy z jednej strony miała wypalone. Wiedział. Później będzie się wstydził. Zaczerpnął więcej tlenu. – Pewnie jej rodzice zostawili zapaloną kuchenkę. Z drugiej widniał mysi ogonek. a potem. trysnęła niczym gejzer. Edilio popędził przykręcić jeden z większych węży do hydrantu. Skinął głową. nie tylko z powodu swojej rasy. Nie. Sam wiedział. – Przykro mi. a . że zwymiotował. związany różową gumką. Nadal nie mógł mówić. gdy Edilio popracował kluczem z długą rączką i całkowicie otworzył hydrant. musieli się z nią zmagać. trzymający końcówkę węża. Teraz cieszył się. Woda pociekła cienką strużką. ale także warstwy pokrywającej skórę sadzy. Głos miał cichy i chrapliwy. – Najpewniej właśnie to wywołało pożar.

którą tak bardzo starał się uratować. której w panice użył.przynajmniej podobnego rodzaju. Nie tylko on był dziwolągiem. Moc. Nie był jedyny. pieczętując los osoby. Z jakiegoś powodu ta myśl wcale go nie pocieszała. . którą raz wykorzystał i omal kogoś nie zabił. którą właśnie posłużył się znowu. Oprócz niego była – być może już nie – przynajmniej jedna osoba. Moc. by stworzyć niesamowite światło. Moc.

Ktoś nakrył je kocem. i wszędzie panował okropny smród. Pieniądze zniknęły po paru sekundach. Zostawił na ladzie dwa dolary jako zapłatę.Rozdział 5 291 GODZIN. choć sklepy zupełnie poczerniały od wewnątrz. Ale sklep z narzędziami i przedszkole zostały ocalone. Twix i Snickers rozeszły się. Wydawało się. Po rynku kręciła się niemal setka dzieci. Latarnie uliczne włączyły się automatycznie. W niewielkim tylko stopniu rozpraszały ciemność. że parter przetrwa. a nie w kłębach. 07 MINUT Nad Perdido Beach zapadła noc. ten. Wraz z Quinnem siedzieli na trawie blisko środka placu. Sam zgarnął batonik PayDay i napój Dr Pepper. w którym sprzedawano głównie piwo i chipsy kukurydziane. rzucały za to głębokie cienie na przestraszone twarze. Dym unosił się teraz w smużkach. obejmując ramionami kolana. Splądrowano mały sklep. zanim dotarł na miejsce. że każde ma batonik i napój gazowany. koło nieczynnej fontanny. Zanim pożar stracił impet. Wszystkie batoniki Reese. Ciało dziewczynki wciąż leżało na chodniku. Wyglądało na to. Sam był mu za to wdzięczny. Dach się zapadł. . spłonęła połowa budynku mieszkalnego. Quinn kołysał się w przód i w tył.

Prześpijcie się we własnych łóżkach. co się stanie? Pokręcił głową. – Sam. Co wam bardziej odpowiada. – Ja tak się boję. Inne chciały po prostu na bieżąco wiedzieć. myślisz. wiem tyle samo. co się dzieje. inne jednak lepiej czuły się w grupie. co ty. których Sam nie znał. – Nie? – spytał Sam z powątpiewaniem. że mogą bezpiecznie iść do mojego domu? Musimy coś zabrać. Wszystkie ławki w parku były zajęte. Wiele dzieci wróciło do swoich pustych domów. Jeden z tamtych uśmiechnął się. by spytać: – Wiesz. Skinęła głową. Nie wiem. Był z nią jej młodszy braciszek. Wzruszył ramionami. Dwójka dzieciaków. Niektóre znajdowały w tłumie pocieszenie.Skacząca Bette podeszła bliżej i stanęła zakłopotana przed Samem. . tworząc prowizoryczne namioty. zawahała się przez chwilę i odeszła. – Nie boimy się ani nic w tym stylu. – Nie. – Co powinniśmy zrobić? – Chyba po prostu na trochę tu zostać. zapewne piątoklasistów. podeszła. – Bette. wiecie? – Znaczy tutaj? – Albo wracajcie do domów. Umocowały jakieś prześcieradła do oparć i poręczy. że się zmoczyłem. Niektóre z nich zajęły rodzeństwa.

to nic złego. który zapalił podpałkę do grilla i usiłował zrobić ognisko. – Nie mogę go znaleźć. Howard krzyczał na jakiegoś niskiej rangi przybocznego lizusa. Sam nie poruszył tematu dziewczynki. Przeczytać fragment Biblii albo coś powiedzieć. Ekipa Orca przyniosła ze sklepu parę drewnianych trzonków od siekier oraz kijów bejsbolowych i bezskutecznie usiłowała je podpalić. Tymczasem nie znał nawet jej imienia. Trzymali je przy sobie. na które nie znał odpowiedzi. – Był to głos Astrid. Ale nie wstyd się bać. Dzieciaki podchodziły do Sama i zadawały mu pytania. która wciąż leżała na chodniku. Siedzieli tuż pod sygnalizatorem. – Masz rację. miałby obowiązek coś zrobić. Każdy się tu boi. Wzięli także metalowe pałki i młotki. Podobne sytuacje zdarzały się co chwila. które kiedyś było najruchliwszym skrzyżowaniem w Perdido Beach. Orc i jego koledzy wyciągnęli krzesła ogrodowe ze sklepu z narzędziami i usadowili się dokładnie pośrodku tego miejsca. . Wykopać grób i ją pochować. to znów czerwone światło.– Nieprawda. która pojawiła się po przynajmniej godzinnej nieobecności. Chciał. Gdyby o niej wspomniał. żeby przestały. Podobnie jak pozostali. to żółte. na którym nadal na przemian zapalało się to zielone.

ani na chwilę nie nawiązywał kontaktu wzrokowego.Poszła szukać swojego braciszka. Wypiła pół puszki. Dążył do kłótni. że to wojskowym coś poszło nie tak. – Dzieciaki mówią. – To wygląda jak najgorszy piknik świata – stwierdził Sam. Bóg powinien być miłością. Zapłaciłem. – Masz. – Normalnie nie piję takich rzeczy. To mi nie wygląda na miłość. Sam podał jej napój gazowany. Mnóstwo teorii. który bez powodu sprawia. Zero odpowiedzi. Oczy miał niespokojne. Mam ten denerwujący . wierzę – odparła. A dokładniej: próbowałem. Bez okularów przeciwsłonecznych i fedory wydawał się dziwnie nagi. Astrid nie zwróciła uwagi na nieuprzejmość Quinna. – To się chyba nazywa wisielczy humor – powiedziała dziewczyna. Albo że to terroryści. Sam – powiedziała. – Dzięki. że ludzie znikają. z przedmiotu na przedmiotu. Sam martwił się o niego. jego wzrok prześlizgiwał się z osoby na osobę. – Pete’a tu nie ma. bywał przesadnie poważny. – Ale nie w takiego. Zwykle to on. ale nie usiadła. – A czy tu jest „normalnie”? – warknął Quinn. dodała: – Przepraszam. Albo kosmici. – A ty w ogóle wierzysz w Boga? – spytał Quinn. Zauważywszy puste spojrzenia Sama i Quinna. Wyglądał jak spłoszony ptak. Sam. – Tak. Albo Bóg. a nie Quinn. Nie patrzył na nią. Nikt go nie widział.

co to znaczy „pedantyczny”. albo dojdziecie do wniosku. gdzie jest moja mama? – Nie. – Wiecie. Widzisz? – Nie wolno mi przechodzić przez ulicę. – Możesz to zrobić. Będę patrzył. . co mówią inni. z lekkim żalem: – Oczywiście. Czasami ludzie. – Przychylam się do drugiej opcji – mruknął Quinn. Albo się do tego przyzwyczaicie. W słowniku moje zdjęcie stanowi ilustrację tego pojęcia. – Wiesz. najwyżej pięcioletni. – No wiesz. Zbliżył się do nich chłopczyk. mały. że w przedszkolu mają ciastka. Sam roześmiał się. a potem ruszył w stronę przedszkola. kiedy się denerwują albo boją.zwyczaj analizowania. że nie możecie mnie znieść. – Nic nie działa i jesteśmy tu zupełnie sami. stają się pedantyczni. trzymający pluszowego misia o smutnych oczach. To zaraz naprzeciwko. – A potem dodała. kiedy się denerwują albo czegoś boją. podpowiem ci. – Myślę. dobra? Mały stłumił szloch. niektórzy. – Możecie do niej zadzwonić? – Głos malca drżał. ściskając misia. co myślę? – zwrócił się do chłopczyka Sam. – Nic nie działa – wypalił Quinn. A jeśli nie wiesz. – Telefony nie działają – odparł Sam. od wisielca na szubienicy. zaczynają żartować. Przykro mi – powiedział Sam. – Co to jest wisielczy humor? – spytał Sam.

Sam zaklął pod nosem. żeby zjadły ciastko – odrzekł nieco zbyt ostrym tonem. . Boję się tak samo. nie róbmy nic głupiego. Ktoś się zorientuje. – Nie jestem żadnym przywódcą. przekazujących je dalej. i nas znajdzie. powtarzających jego słowa. kiedy mieszkanie się paliło – przypomniała. jakby była to jakaś genialna wypowiedź. ale nagły ruch przyciągnął spojrzenia dziesiątek dzieci w pobliżu. – Uratuj je. – Nikt nie rządzi. pomagajmy sobie nawzajem i spróbujmy być dzielni. – Uratuj je wszystkie.– Dzieci do ciebie przychodzą. Nawet Quinn patrzył na niego wyczekująco. Liczą na ciebie. słysząc szmer głosów. że coś zrobisz. jak reszta. co mają robić. nie? Więc po prostu się uspokójmy. że ściska go w żołądku. A potem zaczął mówić. Kierowały nim nerwy. Sam – odezwała się Astrid. Sam zerwał się na nogi. nie mówi innym. – Słuchajcie. Jestem tak samo zagubiony. Sam zdziwił się. jak się zachować. – Wiedziałeś. tak jak my – stwierdziła Astrid. Sam – wtrącił gorzkim tonem Quinn. jakby miał zaraz czegoś dokonać. Poczuł. – Mają nadzieję. Wyczuwają w tobie przywódcę. Wszystkie patrzyły na niego tak. co się stało. – Co mam zrobić? Mogę najwyżej zaproponować. musimy się trzymać. by jego słowa dało się usłyszeć w promieniu kilku metrów. – Boją się. na tyle głośno.

– Gdzie on może być? – spytał Sam. że marznie w cienkiej bluzce. – W nocy? Sam wzruszył ramionami. – Wiesz – odezwał się Quinn – jedyną zaletą tej sytuacji było to. ale pójdziecie ze mną? – Teraz? – spytał Quinn z niedowierzaniem. że Quinn wciąż ma poczucie humoru. – Myślę. jest sam strach – szepnęła Astrid. że nie ma kurtki. . W Clifftop. Clifftop był to hotel tuż przy plaży. gdzie Sam najbardziej lubił surfować. – To lepsze niż siedzieć tutaj. – Gdzieś z moimi rodzicami. – Co? – Tak powiedział prezydent Roosevelt. Wzruszyła bezradnie ramionami. gdzie pracuje tata albo gdzie mama gra w tenisa. – Głupio mi pytać. czego powinniśmy się bać. kiedy cały kraj się bał z powodu Wielkiego Kryzysu – wyjaśniła. Chłopak nigdy nie był w środku ani nawet na terenie hotelu. Najprawdopodobniej tam. że raczej Clifftop – stwierdziła Astrid. że urwałem się z lekcji historii. którą mógłby jej dać. Sam roześmiał się. – Muszę znaleźć swojego brata – oznajmiła Astrid. Sam żałował.– Jedynym. Może znajdziemy tam telewizor. Teraz lekcja historii przyszła do mnie. ale dobrze było wiedzieć. Nie była to może wielka pociecha. Zdawało się.

Usłyszał. że wyjście w noc przyniesie mu ulgę. które czegoś od niego oczekiwały. jakby coś im dał. zwany Cookie. wielkolud o twarzy dziecka. Cieszcie się batonikami. Albo: „Stary. Dzieciaki wołały Sama i pytały. co się dzieje oraz co mają robić. A on odpowiadał: – Trzymajcie się. W wypełnionym lodem kubełku spoczywał sześciopak piwa Coors. Jeden z kumpli Orca. – Na spacer – odrzekł Sam. Będzie dobrze. – Wyciągnął rękę i Sam pomógł mu wstać. Szli przez tłum. że w Clifftop mają świetne jedzenie. Rodzice niedługo wrócą i wszystko wam zabiorą. A dzieci kiwały głową. „Byłem wtedy w autobusie”. że będzie dobrze”. Ściśnięty żołądek bolał go coraz bardziej. I pierwszorzędną obsługę. Wiedział. śmiały się albo nawet dziękowały. Podeszli do obozowiska Orca na skrzyżowaniu. Dobiegły go strzępki rozmów. że powtarzają jego imię. – Dwaj głupi surferzy i geniusz? . Chciał się oddalić od wszystkich tych przerażonych twarzy. gdy podeszli bliżej. dopóki możecie. Albo: „Widzisz. – Ej! Dokąd się wybieracie? – spytał Howard. topiąc asfalt pod żarem.Quinn westchnął. Po prostu cieszcie się wakacjami. Niemrawe ognisko trzaskało. wydawał się zamroczony. – Słyszałem. powiedział. wbiegł prosto do tego budynku”.

Jego wzrok. – Howard wyszczerzył się. Mruknął jednak: – Tak. on nie uważa. którego nigdy nie umiał skupić na dłużej w jednym miejscu. W chwili. Howard wykrzywił twarz. kilku chłopaków z jego ekipy zainteresowało się grupką Sama. groźnie uderzył metalową pałką o asfalt. że jest od nas lepszy. ty . – Zmień płytę – odparł Sam. to tam. – Musisz nam coś przynieść. co. Wielka mi rzecz. nazywany Pandą z uwagi na ciemno podkrążone oczy. Jeden. żeby zrobić na tobie wrażenie – odparł. – Ty weź wąż. – Szkoda. Zaczął parodiować zachowanie Sama podczas pożaru. po co idziecie. – Myślisz. bo przez całe życie marzę tylko o tym. część powinniście przynieść jemu. żeby Orcowi było przykro – wyjaśnił Howard. wyciągnął nogi i ledwie zwracał na nich uwagę. wysoki i chudy. – Czyli jesteś wielkim bohaterem? – stwierdził. Orc rozparł się w skradzionym krześle. że tu rządzisz.– Zgadza się. – O czym ty mówisz? – Nie chcę. Sam? Sam Autobus. Masz z tym problem? Howard roześmiał się i przyjrzał Samowi od stóp do głów. teraz też przenosił się to tu. – Nie. Nauczymy Astrid surfować. Nie robisz na mnie wrażenia. nie Sammy. gdy się odezwał. – Niezależnie od tego.

Przez kilka pełnych napięcia sekund Sam zastanawiał się. a Howard roześmiał się i ich przepuścił. – Poczekaj na zielone. czy powinien wdać się w bójkę. czy raczej jej uniknąć.. Sam Surfer. jestem. Po chwili światło się zmieniło. zrób to. zrób tamto.zabierz dzieciaki. Sam. ja tu dowodzę. – Ajajaj – odrzekł Howard i teatralnym gestem wskazał sygnalizator świetlny w górze. – Pójdziemy już – oznajmił Sam. ..

A tymczasem słychać raczej jezioro. po lewej stronie. że rytm fal niesie w sobie coś dziwnego. Miała na dłużej przyjść duża fala. Uważnie nasłuchiwał. – Prognozy pogody nie zawsze się spełniają – stwierdził Sam. Wciąż jeszcze trwał wczesny wieczór. Wszędzie powinny palić się światła. jakby śledziło go wiele oczu. Tymczasem widno było tylko tam. – Fale dziwnie brzmią – zauważył Quinn. mimo że znalazł się już daleko od placu. Ulica pustoszała i ciemniała. ale Sam nie był tego pewien.Rozdział 6 290 GODZIN. Ale front niskiego ciśnienia jest blisko. bracie – odparł Quinn. połyskiwały światła – domów. – Jeszcze jak płasko. 07 MINUT Przez jakiś czas nikt nic nie mówił. najwyżej pora kolacji. gdzie oświetleniem sterowały włączniki czasowe albo gdzie światło zostawiano na cały dzień. W jednym z domów . Miał poczucie. W końcu doszli do drogi na plażę. – Jakby było lustro. dalej latarń – było jednak ciemniej niż zazwyczaj. Zdawało się. Choć tu i ówdzie. Quinn lepiej niż on odczytywał warunki atmosferyczne. – Płasko – zgodził się Sam.

wszyscy podskoczyli. że jego matka zniknęła. że kobieta tam jest. Gdy Sam zajrzał przez okno.migotała niebieska poświata z telewizora. Czasami. zobaczył dwoje dzieci. silniki samochodów. Jakaś część Sama nie mogła się pogodzić z myślą. Każdy oddech. odruchowo mrużąc oczy przed światłami. Wszystkiego było zbyt wiele. W pustych domach bez wątpienia przebywały też niemowlęta. Zbyt wiele problemów do rozwiązania. A po chwili dodała: – Zaraz. dawało się dostrzec odległe światła z Coates Academy. Nikt nie znał odpowiedzi. rytmiczną regularność plusku fal. Słyszeli każdy swój krok. Nie. Nie ma jej. gdy zapalano jupitery na boisku. że Wenus powinna niedługo zachodzić. Cała trójka zatrzymała się. – Kto nakarmi tego psa? – odezwał się Quinn. – Gwiazdy zostały na swoich miejscach – odezwała się Astrid. Stali nieruchomo. W całym miasteczku było mnóstwo psów i kotów. Sam spojrzał w stronę wzgórz. w pracy. ale nie ma tych tuż nad horyzontem. spoglądając w stronę oceanu. Są gwiazdy w górze. Teraz po tamtej stronie pozostał tylko mrok. jak każdego innego wieczoru. Ta część chciała wierzyć. Zdaje się. Ale nie tego wieczoru. Zniknęły normalne odgłosy tła. które ledwie się zauważało – dzwoniące telefony. . jedzących chipsy i gapiących się na szumiący na ekranie śnieg. drobne dźwięki. rozmowy. Słyszeli jedynie łagodną. Gdy jakiś pies zaczął szaleńczo szczekać.

jak to się robi. – Oglądasz w telewizji operacje serca? – zainteresował się Quinn. ale horyzont znajduje się wyżej. Droga skręcała. rozciągnięty w poprzek drogi między starannie przyciętymi żywopłotami. Gdy podeszli bliżej. Okazało się. – Trzeba było wziąć rowery albo deskorolki. – Umiesz prowadzić? – odpowiedział pytaniem Sam. że nikt. – Widziałam w telewizji operację na otwartym sercu – wtrąciła Astrid. Eleganckie wejście frontowe rozświetlone było niczym na Boże Narodzenie. niż powinien – zauważyła Astrid. – Chodźmy dalej – powiedział Sam. – Widziałem. Lśniące mosiężne okucia prowadziły wzrok w stronę pogrążonego w cieniu baru. – Czemu nie samochód? – spytał Quinn. Obok stał pusty samochód z otwartymi drzwiami oraz bagażnikiem. automatyczne drzwi rozsunęły się szeroko. – Obserwował ktoś zachód słońca? – spytał Sam. – To wiele wyjaśnia. z wygiętym w łuk kontuarem z polerowanego jasnego drewna i terakotową posadzką. Hol był przestronny. W hotelu bardzo wcześnie zawieszono sznury migoczących lampek. że będę próbowała ją przeprowadzić. Jasno świecił dyskretny neon z nazwą hotelu. Na wózku hotelowego boya leżały walizki.– Zabrzmi to dziwnie. oddalając się od brzegu w stronę Clifftop. W rzędzie wind jedna była . – To nie oznacza.

– Nie – przyznał Sam. pomyślał Sam. W barze znajdował się wyłączony telewizor. poczucie pustki w żołądku – wszystko to mówiło mu. przecinając ładnie utrzymany teren i dzieląc na pół basen. ale nie dobiegał z nich odgłos piłek. Wszyscy troje zobaczyli to w tej samej chwili. Dokładnie przez środek najdalszego kortu. Ściana zdawała się mieć lekko lustrzaną powierzchnię. Trudno było stwierdzić czy jest przezroczysta. jakby czekała. Korty były oświetlone. że pochłania dźwięki. W recepcji nikogo nie było. Coś. Może to tylko taka membrana. A może to w ogóle jedynie iluzja. uderzanych rakietami. – Na kort tenisowy tędy – Astrid poprowadziła ich za sobą. Po posadzce niósł się pogłos ich kroków. – Pewnie tam była moja mama i mały Pete.otwarta. Ale instynkt. Nie wydawała żadnego odgłosu. nieostre i wcale nie jaśniejsze od otoczenia. Nie wibrowała. W ogóle nie rozlegał się żaden dźwięk. w holu ani w barze też nie. – Nikogo nie widać – odezwał się Quinn przygnębionym szeptem. Lekko migotała. Gruba na milimetr. co pęknie jak balon po dotknięciu palcem. przebiegała bariera. Ściana. że . bo sączące się przez nią światło było mleczne. Zdawało się niemal. lęk. trochę jak mrożone szkło.

a kończyła rozmigotaną pustką przeszkody. – Ma rację. nie na kotarę. Odbiła się. Sam stał zaledwie półtora metra od ściany z wyciągniętymi rękami. która zaczynała się słupkiem. Nie na iluzję. Wkroczyli na ogrodzony siatką teren i ruszyli przez kort. ale na ścianę. – Co to jest? – powtórzył Quinn z większym naciskiem. Bariera przecinała siatkę. Żadnych śladów. .patrzy na ścianę. Rzucił w kierunku bariery. by podejść bliżej. Quinn cofnął się. Ani drgnęła. Rozciągała się jak okiem sięgnąć w prawo i w lewo. Bariera pięła się w górę i stopniowo bladła na tle nocnego nieba. Nie przeświecały przez nią żadne gwiazdy. Astrid pokręciła tylko głową. Sam pociągnął siatkę. bracie. Powolnymi krokami zbliżyli się do bariery. Zauważył na ziemi zieloną piłkę tenisową i po chwili ją podniósł. W jego głosie pobrzmiewała trwoga. ale odczuwali potrzebę. Byli gotowi uciec w każdej chwili. Złapał piłkę w locie i obejrzał. – Co to jest? – spytał Quinn. uważaj. z bariery nie wysuwał się ani kawałek sznurka. – Ostrożnie – szepnęła Astrid. ponad nią gwiazdy pojawiały się znowu. pozwalając Samowi objąć dowodzenie. Mimo że szarpał z całej siły. Zawahał się.

– Teraz już nie boli. Bariera nie ustąpiła. To mu się podobało. – Potrząsnął ręką. Wyciągnął rękę. Uniósł je wysoko. by go powstrzymać i przy tym nie oberwać. – Nie – zgodził się Sam. stojące przy jednej z linii bocznych. – Nie widać żadnego oparzenia – stwierdziła. Zrobił trzy ostatnie kroki i tym razem już bez wahania przycisnął palce do bariery. że odrzuciło go w tył. Miała zimne palce. że zrobiła coś więcej. Było to ciężkie krzesło z kutego żelaza. tak mocno. Bariera nie ustąpiła. przeklinać. – Aaa! – Oderwał momentalnie dłoń. szaleńczo tłukąc krzesłem w barierę. Sam nie mógł podejść na tyle blisko. nie chcecie tego dotykać. – Zapiekło. Quinn wziął krzesło. by uśmierzyć ból. Sam odczuwał dotyk Astrid jak swoiste porażenie prądem. – Co? – spytał Quinn. jeszcze mocniej. I nagle Quinn zaczął krzyczeć. Boli. – Pokaż – zażądała Astrid. stary. które świadczyłyby o tym. po czym uderzył nogami w barierę. – Ale wierzcie mi.Żadnych znaków. obracając jego dłoń. Uderzył znowu. Oj. Położył rękę na . niż tylko się odbiła.

usiadł na asfalcie. Albert czuł się nieco skrępowany. dookoła poniewierały się rozrzucone zabawki. złapał się za głowę i zawył. Wył alarm przeciwpożarowy. biiip. Frytki smażyły się od rana. nawiązującymi do filmu. W końcu opuścił krzesło. biiip. – Pozwól mu się wyładować. jak należy. gniewniejszymi jękami alarmu. że bezprawnie przebywa po drugiej stronie kontuaru. Kosz spalonych. Dzieciaki wślizgnęły się za ladę. W pojemniku nie było frytek. Quinn raz za razem walił krzesłem w barierę. gdy podchodził do drzwi kuchni i próbował je otworzyć. by olej spłynął. ale na podłodze walało się ich całkiem sporo. Na gładkiej powierzchni nie pojawił się żaden ślad. W McDonald’sie paliło się jasne światło. Umieścił go na uchwycie. Wrócił i przeskoczył ladę. . Były zamknięte na klucz. Pojedyncze dźwięki. by wziąć pączki i duńskie ciasteczka. czarnych frytek spoczywał w rozgrzanym oleju. Albert znalazł ręcznik. leżało otwarte. Miał wrażenie. złapał kosz za uchwyt i wyjął go z tłuszczu.ramieniu Astrid. natarczywie domagały się uwagi pomiędzy głośniejszymi. Pudło z zabawkami do zestawu Happy Meal. biiip. którego Albert jeszcze nie widział. – Chyba są już gotowe – mruknął sam do siebie. gdy do środka wszedł Albert Hillsborough.

ale wreszcie znalazł właściwy guzik i nacisnął. Sprawdził już w domu i żadnego z nich tam nie było. Albert potrzebował kilku minut. Tak byłoby najbezpieczniej. Podobnie jak kanapa. A także najmniejszy. kto mógłby wyłączyć alarm przeciwpożarowy. Pozostał tylko jej koc. by wymyślić. podniósł hamburgery i wrzucił do kosza.Timer nie przestawał piszczeć. – Od razu lepiej. Zastanawiał się. gdzie gromadziły się dzieciaki. Mięso już dawno przestało dymić. Ale tak naprawdę nikogo tam nie znał. na której zwykle odpoczywała. oglądając telewizję i narzekając na bóle pleców. Albert miał czternaście lat i był najmłodszy z sześciorga rodzeństwa. który nie nadchodził. które – podobnie jak frytki – smażyły się o jakieś dziesięć godzin za długo. Gdy . przestraszone. jak wspiąć się na górę. Wózek inwalidzki matki okazał się pusty. nie lądując przy tym na rozpalonym grillu. Hamburgery. Na pogrążony w mroku plac. Dziwnie się czuł. Wszystko wyłączyć i wyjść na zewnątrz. czarne ciasteczka. nic poza tym. Jego trzej bracia i dwie siostry mieli od piętnastu do dwudziestu siedmiu lat. Cisza przyniosła mu wręcz fizycznie odczuwaną ulgę. i nacisnąć przycisk. ale w pobliżu nie było nikogo. Znalazł łopatkę. czy powinien wyłączyć frytkownice i grill. Na grillu leżały trzy małe. wypatrujące ratunku. Chwilę mu to zajęło. gdy był sam nawet przez chwilę. – Albert zszedł na dół. Jeden z dźwięków umilkł.

duże plastikowe tuby z sosem do Big Maców. chromowany uchwyt. z dwujęzycznymi napisami. Pociągnął za duży. przy tylnych drzwiach. W pewnej chwili – Albert nie zauważył. przystrojoną plakatami o zasadach bezpieczeństwa. Nie mógł sobie przypomnieć. metalowe walce. Najwięcej było hamburgerów. Teraz wszedł do kuchni w McDonald’sie i czuł się tu bardziej sam. nie tak zimnej i nieskazitelnej jak zamrażarka. choć z tłustym połyskiem. Znalazł niewielką świetlicę. a także nijakie. zastawione bułkami i babeczkami. kiedy ostatni raz nikt nim nie dyrygował. a stalowe drzwi otworzyły się z sykiem i podmuchem zimnej pary. Wszystko miało swoje miejsce. Dalej. Wewnątrz ujrzał metalowe półki. niż potrafił to sobie wyobrazić. Mniejsze pudełka zawierały ciasteczka. wypełnione ekstraktem coca coli. Pod ścianą ustawiono wielkie pudła z papierowymi kubkami i opakowaniami z woskowanego papieru. po angielsku i hiszpańsku. za to ciekawszej. majonezem i keczupem. w którym . stały wysokie regały na kółkach. Znalazł zamrażarkę. Podszedł do chłodni. duże foliowe torby z kawałkami kurczaka i frytkami. na nich wyraźnie oznakowane pudła z hamburgerami. opakowania plasterków żółtego sera. Wszystko było uporządkowane i czyste.żaden apodyktyczny brat ani siostra nie mówili mu. Czekały tu pokryte folią tace z plastrami pomidorów. torby z sałatą. co ma robić.

którym. Rowena pełniła nieoficjalną funkcję kucharki do dwunastych urodzin Alberta. Umiał robić hot dogi. nauczyła go gotować. Było to znacznie lepsze niż sprzątanie. na tablicę z menu. Albert wahał się. komputer i półka na ścianie. choć był teraz dodatkowo odpowiedzialny za wieczorne posiłki w piątki i soboty. Jego siostra. Usłyszał jakiś dźwięk. – Witamy w McDonald’s – powiedział. ulubione danie mamy. Przy niepełnosprawnej matce musieli umieć dbać o siebie. Rowena. Głosy. Umiał upichcić ryż z czerwoną fasolą. A potem uderzenie o pojemnik ze słomkami i natychmiastowe przeprosiny. McMuffiny z jajkiem. jakby chcieli coś zamówić. W środku znajdowało się małe biurko. Kierownik McDonald’sa miał niewielki gabinet. Powiedział sobie. niestety. W umyśle przeliczał pojedyncze składniki na Big Maki. niemal zaskoczony własnym pomysłem. a także tosty z bekonem. ale lubił gotować. kanapki z kurczakiem. ale tylko przez chwilę. drzwi były otwarte na oścież. telefon. że da radę.dokładnie momencie – przestał postrzegać wszystkie zgromadzone produkty jako ciekawostkę. – Czym mogę . Nigdy nie przyznał się Rowenie. uginająca się pod ciężarem kilku grubych podręczników. Dwóch siódmoklasistów opierało się o ladę i patrzyło w górę. zamknięty sejf. wciąż musiał się zajmować. a zaczął w nich widzieć zapasy. kiedy część kuchennych obowiązków przeszła na niego.

Na półce dostrzegł papierową czapeczkę.służyć? – Jest otwarte? – Czego sobie życzycie? Tamci wzruszyli ramionami. Znalazł kotlety hamburgerów w szufladzie chłodziarki pod grillem. gdy rzucił je na ruszt. Był to gąszcz oznaczonych kolorami guzików. . – A co do picia? – Pomarańczową fantę? – Już się robi – powiedział Albert. – Dwa zestawy numer jeden? Albert spojrzał na klawiaturę komputera. otworzył gruby podręcznik i zaczął szukać w indeksie hasła „frytki”. Włożył ją na głowę. Podczas gdy mięso skwierczało. Wydały przyjemny odgłos.

Tak naprawdę nigdy nie była ładna – uważała. kochanie – mówiła matka. Gniew palił tak gorąco. powtarzali. że już nigdy nie zobaczy mamy i taty. Ból i strach. Gdzie był dziadek Luke? Ledwie pamiętała tych kilka sekund przed kraksą. Zastanawiała się. Zwłaszcza na matkę. że ją kochają. żebyś odpoczęła od miasta. przypominała pewnie stwora z horroru. że niemal przyćmiewał ból. by cokolwiek z nimi zrobić. ale Patrick je przepłoszył. Lana była wściekła na rodziców. Nie na długo. że jej oczy są zbyt małe. Nie widziała już sępów.. a wspomnienie samego zdarzenia . że ciągle tam są. a ciemne włosy zbyt proste. – Musisz mieć czas. Bała się śmierci. żeby pomyśleć i oczyścić umysł. Ale teraz. choć nie odleciały daleko. skaleczeniami i zakrzepłą krwią.Rozdział 7 289 GODZIN. Wiedziała jednak. jak może wyglądać. gdy twarz pokryła się siniakami. Bała się. a przy tym nie pozwalali wrócić do domu. 45 MINUT Lana leżała w ciemności i patrzyła na gwiazdy. Ale nie do końca. że zaginęła. – Chcemy. którzy pewnie nawet nie wiedzieli.. Bała się. Kilka próbowało wylądować w pobliżu. Ból stał się teraz całym jej światem. Co wieczór dzwonili do dziadka Luke’a i z nią rozmawiali.

Lekko uniosła pulsującą bólem głowę. odwróciła się. kołami do góry. Gdyby jakoś wydostała się na drogę. skupiony na cichych słowach Lany. kiedy chciał się bawić. Patrick szczeknął. wyraźnie widoczny na tle gwiazd. gdzie mogła się napić. Niemożliwe. Jej dziadek po prostu zniknął z samochodu. aż zobaczyła pickupa. piesku – poprosiła. wirującej wokół jej obijanego ciała. W mgnieniu oka zniknął. Leżał ledwie parę metrów dalej. Coś przemknęło po jej szyi. Patrick usiadł. zresztą czemu staruszek miałby wyskoczyć? Wariactwo. porwanymi obrazami przestrzeni. – Nie pozwól. Jednego była pewna: z ust dziadka nie padło ani słowo ostrzeżenia. by drzwi otworzyły się albo zamknęły. a ona poleciała w przepaść.. tak jak miał to w zwyczaju.. – Nie mam dla ciebie nic do jedzenia – powiedziała. żeby coś mnie dorwało. było ranczo. – . To wszystko było pogmatwane. Lana odczuwała dojmujące pragnienie. Najbliższym znanym jej miejscem. Nie miało sensu. a w następnej chwili już go nie było. Ale nawet za dnia i w pełni sił taka wspinaczka graniczyłaby z niemożliwością. Najpierw był.stało się mglistą plamą. Zapewne dzieliło ją od niego najwyżej półtora kilometra. Nie przypominała sobie.

co się z nami stanie. Puma ryknęła. – Odejdź! – krzyknęła Lana. głęboki. – Zostaw mnie! – Jej głos brzmiał żałośnie. Mrugnęły niespiesznie. – . piesku? Zielone oczy. mocnych. Przycupnął ciężko obok dziewczyny. że kazała mi tu przyjechać. budzących grozę dźwięków. eksplozja warkotów.Nie wiem. psich i kocich. słaby i świadomy swojej słabości. ale Patrick błyskawicznie się zerwał. Patrick wrócił powoli. Mrugnęły. jak nigdy jeszcze nie słyszała. a potem odwrócił się. unoszące się nad ziemią. – Co się dzieje. Położył się z powrotem. po czym znów się otworzyły. zjeżył sierść i zawarczał tak. dobry piesek – zagruchała. skacząc w przód i w tył. – Pewnie będzie bardzo zadowolona. Patrick szczekał jak szalony. Nie zauważyłaby lśniących w ciemnościach oczu. W pół minuty było po wszystkim i połyskujące oczy pumy pojawiły się znowu nieco dalej. Błyskawicznie rozpętała się walka. – Pewnie mama będzie zadowolona – mruknęła. bezcielesne. popatrzyły przez chwilę i już ich nie było. Patrick podbiegł z powrotem do Lany. warkotliwy. znów zebrawszy się na odwagę i stanął naprzeciwko drapieżnika. Patrzyły prosto na nią. – Dobry piesek. opierając głowę na łapach. Dźwięk był szorstki.

niezdolna nawet do ruchu. . Puma wróci. piesku? Sprawną ręką przeciągnęła po psim grzbiecie. – Zrobiła ci krzywdę. A potem sępy. Nie. Do tego nie może dojść. przepraszam. – Nie możesz umrzeć. Mogła to być tylko krew. prawda? Dobry piesek. Strachu nie dało się powstrzymać.. śliska w dotyku. Nie. I wtedy poczuła strużkę krwi. zostałaby sama na pustyni.Przepędziłeś tę starą pumę. stłumić go rozsądnymi argumentami. przepraszam. Patrick niemrawo zamerdał ogonem. chcę do domu! Szlochała i bełkotała. – Mamusiu! Mamusiu! Mamusiu! Chcę do mamy! Na pomoc. niech ktoś mi pomoże! Mamusiu. Pies miał w szyi głęboką ranę. Nie. a samotność i strach stały się jeszcze bardziej dojmujące niż ból w poobijanym ciele. nie! – zawołała Lana. a wraz z nią z czworonoga uchodziło życie. Była sama.. chcę do domu. Patrick zaskamlał z bólu. Nie możesz umrzeć. Dławiły ją w płucach. Dobry. Gdyby umarł. stawić mu oporu. Lana zaczęła krzyczeć z przerażenia. – Nie. nie. Zaczęła macać dokładniej. Krew wypływała z niej w rytmie uderzeń serca. Sama ze swoim bólem. Sama. A wkrótce zęby pumy. Sierść okazała się mokra.

Zatrzyma to życie w nim. ból i lęk. ani nikogo innego. Przytuliła psa najmocniej. – Przechodzi przez telewizor – zauważył Quinn. Sam.Patrick musiał żyć. Nie znaleźli ani brata Astrid. Odezwała się Astrid: . – Dobry piesek – wyszeptała spierzchniętymi wargami. zatrzymali się w ostatnim pokoju. a wtedy pies nie umrze. Skupiła całą swoją uwagę na zachowaniu przytomności. Zupełnie jakby pośrodku pokoju ktoś wzniósł ścianę. by uszło z niego życie. na ile starczyło jej odwagi. samotność i panika – tego było dla niej zbyt wiele. Musiał. Tylko on jej został. Położyła dłoń na jego ranie i przycisnęła na tyle mocno. Przytrzyma go i nie pozwoli. Zatamuje krew. otwierającą wszystkie drzwi. Nic się nie stało. Walczyła ze snem. Ale krew wciąż ciekła między jej palcami. który przecinała bariera. by tamować krew i trzymać przyjaciela przy życiu. Quinn i Astrid spędzili znaczną część nocy na poszukiwaniu małego Pete’a w hotelu. by ból nie odebrał jej przy tym świadomości. jak mogła. Astrid rozpracowała hotelowy system zabezpieczeń i zrobiła plastikową kartę-klucz. Po dłuższej chwili Lana zasnęła. Sprawdzali każdy pokój. Zmęczeni. Wziął pilota i nacisnął czerwony guzik włącznika. Ale pragnienie i głód.

jakbyś była po prostu zła.– Chciałabym wiedzieć. – Nie. Skrzyżowała ręce i mocno ścisnęła. – Muszę założyć. Chyba powinniśmy wrócić do tego dużego pokoju. Nieskończony mur. Czy czyjaś połowa telewizora właśnie się tam włączyła? – Jeśli tak. – Z twoją mamą. który mijaliśmy. Wyglądała jak ciągnący się od hotelu mur. Znaleźli apartament. Astrid – odezwał się Sam. z którego rozciągał się widok na ocean w dole. prawdopodobnie – uzupełnił. nie było do śmiechu. Astrid skinęła głową. z dwoma pojedynczymi. czy Lakersi wygrali – mruknął pod nosem Quinn. – Przepraszam. bezradny i że tylko ja mogę mu pomóc. jakbym była na ciebie zła – powiedziała po chwili. Zabrzmiało. . orzeszkami. może będą mi mogli powiedzieć. W skład apartamentu wchodził pokój z podwójnym łóżkiem i drugi. – Twój brat jest pewnie bezpieczny po drugiej stronie bariery. Był tam obszerny balkon. Był też chłodzony barek z alkoholem. zimnymi napojami. piwem. jak to wygląda po drugiej stronie bariery. Po lewej stronie wszystko zasłaniała bariera. Sięgała daleko w morze. Wszystko wyglądało luksusowo. tak daleko. jakby miał się zaraz przewrócić. Zabrzmiało. włącznie z nim samym. – Dziś nie zrobimy nic więcej. – Tego nie wiem – warknęła. że jest sam. że nie widzieli jej końca. a Quinn wyglądał. Już prawie północ. Nie na mnie – odparł Sam. nikomu jednak.

Zastanawiał się. powinno się tu roić od żołnierzy. Jesteśmy w pułapce. że bariera zatacza koło. – Dziwne. Nie musiał wyjaśniać. co ma na myśli. Nagle znikąd pojawia się przedziwna ściana. Może nas otaczać ze wszystkich stron. czekoladą Toblerone i paroma innymi przekąskami. która odcina nas od południa. – Jak myślisz. – Nie sądzę. – Pokój chłopaków – wymamrotał Quinn. Pozwolił. – Chwilami mam wrażenie. by milczenie trochę się przeciągnęło. którzy skończyli piętnaście lat? – Nie wiem. dzieląc się czekoladą. A tobie? – Mnie też. Oboje długo się nie odzywali. że to sen – odrzekła. które przyszło mu do . W sumie. co to jest? – spytał w końcu Sam. że nikt się nie pojawił. naukowców i dziennikarzy. Owszem. Nie chciał zadawać następnego pytania.Snickersem. czy doszła do niego i Astrid. żeby to była prosta ściana. W ciągu kilku sekund już spał. Ale dlaczego? I dlaczego zniknęli wszyscy. Sam i Astrid przez chwilę stali na balkonie. skoro nikt nie przybył nam na ratunek. po czym padł twarzą na jedno z pojedynczych łóżek. większość ludzi w mieście znika i nie ma żadnych wozów transmisyjnych? Sam doszedł już w tej kwestii do pewnego ponurego wniosku. Znaczy. wydaje mi się to bardzo prawdopodobne. wiesz? Myślę.

A potem. tylko jedenaście. – Byłam tego dnia w autobusie szkolnym. a on odpowiedział spojrzeniem. że oni jeszcze gdzieś żyją? – Tak. Albo lipiec czy sierpień. – Marzec bardziej mi się podoba. Trochę go to zabolało. czy dlatego. Tak jakbyś. . W końcu odezwał się: – Co się dzieje. kiedy ktoś kończy piętnaście lat? Zwróciła na niego swoje niebieskie oczy.. jak patrzyła. i aby mu nie współczuła. nie wiem. Pamiętasz? – Niezbyt – parsknął śmiechem. Wszyscy tak uważali. Nie. niepewny. Za dwanaście dni. – Pięć dni przed Świętem Dziękczynienia. żeby żyli? – Tak – powtórzyła i uśmiechnęła się.. – Kiedy masz urodziny. A ty? – Dopiero w marcu. czy chce usłyszeć odpowiedź. najfajniejszą osobą. – Byłeś najdzielniejszą.. – Sam? – Aha. jaką kiedykolwiek znałam. ciągnął: – Myślisz. – Moje piętnaście minut sławy. że naprawdę tak myślisz. że chcesz. jeśli już po północy. że nie jestem młodszy.głowy. Zostałeś bohaterem całej szkoły. przygasł.. Przecież wcale nie przygasł. – Myślisz tak dlatego. Pierwszy raz żałuję. Sam? – Dwudziestego drugiego listopada – odparł. Aby nie patrzyła na niego tak.

Słona woń Pacyfiku też się nie zmieniła. a potem zniknęła. Tę. a ty przy tym jesteś. Wiał bardzo słaby wietrzyk.. wolę tę drugą część. ale potem powiedziała: – Tym razem tak nie będzie. szybko. Przesycała go pustka zbyt cichej nocy. w której po prostu żyję własnym życiem. – Jutro to wszystko rozgryziemy. przy tym pożarze. Zwiesił głowę i popatrzył na trawnik.– Wiesz. Powiedział Astrid. że jesteś jednym z takich ludzi. – Myślę. ale nie tak. żyjąc. – I znajdziemy mojego brata. jak chciała. A potem dzieje się coś złego. – No. Był sam. – Słuchaj. kierowcy nie dostają zawału co drugi dzień – stwierdził. Czuł jednak zapach kwiatów w ogrodzie poniżej. Sam... Nawet w towarzystwie Astrid i . Szybko. jakby zrozumiała. co należy. dobra? – Dobra. prawdę mówiąc. że się boi. Nie słyszał fal. – Wypowiedziała te słowa. Astrid skinęła głową. i była to prawda. Sam został na balkonie. nie spodziewaj się po mnie zbyt wiele. Odwróciła się. Ale kłębiły się w nim też inne uczucia. Wychodzisz z szeregu i robisz. Roześmiała się. którzy radzą sobie w życiu po prostu. wolno.. Jak dzisiaj. Po kamiennej alejce wędrowała jaszczurka. – I znajdziemy twojego brata.

Uniósł ręce i popatrzył na swoje dłonie. Wszystkie fakty łączyły się ze sobą. zgrubienia od smarowania deski surfingowej. Nie był jedynym dziwolągiem. to czy ponosił odpowiedzialność za tę katastrofę? Wyciągnął ręce w stronę bariery. Różowa skóra. Czuł się zalękniony. to. że nie tylko on dysponuje mocą. Wiedział coś. Ale na pewno nie mógł spowodować całej tej sytuacji. jakby chciał jej dotknąć. samotny. . W chwili paniki mógł stworzyć światło. Nie. był tego pewien. I pamiętnik jego matki. Władająca ogniem dziewczynka stanowiła dowód. co nastąpiło w jego pokoju. co zrobił ojczymowi. że nie potrafił ogarnąć jej umysłem. nie zrobił tego.Quinna – był sam. zniknięcie wszystkich powyżej piętnastego roku życia i ta nieprzenikniona. tak. niesamowita bariera – wszystko stanowiło elementy tej samej układanki. Jak? Jak to się stało? Co oznaczało? A jeśli nie był jedyny. czego oni nie wiedzieli. Zmiana była tak poważna. przytłoczony. To. on też. linia życia. Choć w pewnym sensie mniej samotny niż w ostatnich miesiącach. W chwili paniki mógł spalić czyjąś rękę. linia przeznaczenia. co się stało z małą podpalaczką. Po prostu dłoń. to. Ta myśl przyniosła mu ulgę.

Lub coś.Ale ktoś zrobił. .

– Pieluchy są dla dzidziusiów. – Wiem. Mieli do dyspozycji ograniczony zapas pieluch. ale dziewczynka zalała się łzami. 27 MINUT – Nie ruszaj się. Tak bardzo jak jeszcze nigdy dotąd. – Przepraszam – powiedziała Mary. – Mamusia zawsze wkłada mi majteczki. Przedszkole Barbara’s nie było przystosowane do całodobowej opieki nad dziećmi. Ona i jej dziewięcioletni brat John rozdali ostatnie serowe krakersy Goldfish. Niemal skończyły im się pieluchy. Skończyła naciągać majteczki i uśmiechnęła się. Pilnowali ich Mary i John oraz dziesięciolatka o imieniu Eloise. Zapadła noc. To majteczki do treningu czystości. skarbie – odparła Mary. – To nie pampers – odparła mała. W większym z dwóch pomieszczeń przebywało dwadzieścioro ośmioro dzieci.Rozdział 8 287 GODZIN. – Nie wiedziałam. Parę innych dzieciaków nie umiało poradzić sobie z sytuacją i po prostu porzuciło . która miała na oku głównie swojego czteroletniego braciszka. Eloise była dość odpowiedzialna. próbuję ci zmienić pampersa – zwróciła się Mary Terrafino do małej dziewczynki. – Ale dzisiaj robię to ja. Rozdali wszystkie kartoniki z sokiem. dobra? Sama miała ochotę się rozpłakać.

Z wyjątkiem dwuletniej dziewczynki. co znaleźli w przedszkolu. Większość z nich spała. Mary aż się trzęsła z wyczerpania. Robili posiłki z tego. Opadła na bujany fotel i omiotła pomieszczenie wzrokiem. Rozdrażnionymi i przestraszonymi głosikami domagały się: „Chcę być z mamą. Mimo to dzieci wciąż płakały. Maty na podłodze. Chcę do domu.. zdawało się wręcz. John. bujając prowizoryczną kołyskę. Czytali na glos książki z obrazkami. Siedział skulony na krześle po drugiej stronie sali. tęskniąc do matek. Łóżeczka. co i rusz podrywał głowę. Teraz”. jeszcze niżej. wszystko będzie dobrze”. które raz po raz wpadało w spazmatyczny szloch. będącą tak naprawdę podłużną żardinierą. W kółko puszczali płyty z piosenkami Raffiego. . Mary milion razy wypowiedziała słowa: „Nie martw się.rodzeństwo.. która nie przestawała płakać. Jej brat John walczył ze snem. Mary i John rozpuścili mleko w proszku i napełnili butelki. zabraną ze sklepu z narzędziami. Wciąż pytały: „Kiedy przyjdzie moja mama? Czemu jej tu nie ma? Gdzie jest?”. I maleństwa. Pochwyciła jego wzrok i powiedziała: – Jestem z ciebie taka dumna. i ze wszystkiego. Wielokrotnie przytulała każde z dzieci. nawet nie próbując zostać i pomóc. co udało się Johnowi zdobyć. że stoi przy taśmie produkcyjnej i rozdaje uściski. Tu i tam skulone dzieci. by za chwilę opuścić ją niżej.

żebym nazywała cię inaczej? – Nie. Wargi jej zadrżały. Cassie. Po powrocie do sali Mary podeszła do Johna. Wracaj do łóżka. słodki uśmiech i Mary omal nie pękła. Ale chcę wiedzieć. Łazienka znajdowała się tuż przy sali. a potem zaczekała. opierając się o ścianę. skarbie. Mary poszła pierwsza. Po wszystkim podtarła małej pupę. Ściskało ją w gardle i odczuwała ból w piersi. co da się znaleźć. Inne tłoczyły się w niewielkich grupkach przy latarkach. – Dobrze. – Wiem. – Wszystko nam się kończy. Zawsze ją przytulam.Posłał jej swój charakterystyczny. Mogę dalej podcierać tyłki. Możesz tu zostać przez jakiś czas? – Tak. skarbie. Rano będziemy mieli kłopot. – Zmierzwiła mu rude loki. a ona mnie całuje. – Skarbie? Chcesz. – Chcę siusiu! – zawołał jakiś głos. Kilkoro dzieciaków spało na ławkach. Zauważyła . – Wiem. Ale dopóki nie wróci. – Chodź. – Moja mama zawsze to robi – stwierdziła Cassie. braciszku. – Hej. Tęsknię za nią. może ja cię pocałuję? – Nie. a do oczu napłynęły łzy. Muszę iść i zobaczyć. na pogrążony w ciszy plac. Mary zlokalizowała jego źródło. pójdziemy – powiedziała. – Mama zawsze tak do mnie mówi. Tylko mama. Mary wyszła w noc. kiedy mama przyjdzie.

co jeść. Mary była wysoka i silna. Howard cofnął się o krok. Postąpiła dwa kroki w jego stronę i przybliżyła twarz do jego twarzy. niepewnie podniósł kij. Howard. Mary zamrugała oczami. gnojku. są śmiertelnie przerażone. choć chłopak. nie dorównywał jej wzrostem. – Widziałeś Sama? – spytała Mary. by po chwili go opuścić. – To co mam robić? – wystękał. – Kto dowodzi? – Myślisz. Howard wzruszył ramionami. i chyba tylko ja zdaję sobie z tego sprawę. Czuła się kompletnie głupia. – A czego chcesz od Sama? – Nie mogę się zajmować wszystkimi tymi maluchami. zupełnie samych. nie wiedzą. że jak Sam co parę lat lubi zgrywać . – Słuchaj. przechadzającego się z napojem Mountain Dew w jednej ręce i kijem bejsbolowym w drugiej. które trzeba karmić i przewijać. Bez opieki te dzieci umrą. – Ty? Nic. A pewnie jeszcze więcej małych dzieci jest w domach. Gdzie Sam? – Poszedł.Howarda. Rozumiesz? Są tam niemowlęta. co się dzieje. Nie wiedzą. – A kto cię prosił? Tego było za wiele. – Jak to poszedł? – Znaczy on. kiedy pomaga mi tylko John. Quinn i Astrid poszli.

– Nie mówię Orcowi. A jednak wcale nie była zaskoczona. Sam prowadził już autobus i zjeżdżał powoli na pobocze. jakichś płatków i mleka. butelek. Siedziała z nosem utkwionym w książce i nie zwracała na nic uwagi. Zanim zorientowała się w sytuacji. – Gdzie Orc? – Chyba śpi. ale podniosła wzrok. tak skromny i tak wycofany z życia szkolnej społeczności. to zaraz dowodzi? Mary była w autobusie dwa lata temu.wielkiego bohatera. miał atak serca. Poczuła gniew. że teraz go tu nie ma. Mary. Nie mogę dłużej czuwać. Podobnie jak większość ludzi. smoczków. pan Colombo. – Dlaczego miałbym to wszystko zrobić? . Potrzebowała pomocy. nie miałem nic złego na myśli. Potrzebuję pomocy. kiedy kierowca. gdy to właśnie Sam wystąpił z szeregu podczas pożaru. poczuwszy. że Mary jakby zapomniała o tej chwili heroizmu. I w pewnym sensie przyjęła za pewnik. suko. że jeśli ktoś ma dowodzić. – Słucham? – warknęła. – Obudź go. co ma robić. A poza tym pieluch. – Idź i przyprowadź Orca – poleciła. że pojazd gwałtownie skręca. to jest to właśnie on. – Jak mnie nazwałeś? Howard przełknął ślinę. Potrzebuję przynajmniej dwóch osób z doświadczeniem w opiece nad dziećmi. – OK. Przez kolejne dwa lata Sam był tak cichy.

Niemal widziała w jego głowie kółka wirujących myśli. to dla nich. Wróciła do budynku. John skakał od kołyski do maty na podłodze. – Prześpij się. – Ale zaraz. Ale lepiej pamiętaj. pamiętaj. co Orc każe – wyjaśniła Mary. – Dobra. – Boją się go.Nie miała na to odpowiedzi. kto był gotów do pomocy. – Słuchaj. – Jasne. – Opiekuję się małymi dziećmi. żeby Orc zachowywał się jak Orc. – Odwrócił się na pięcie i oddalił dumnym krokiem. – Mówię wyraźnie. – Nie wiem – przyznała. Howard zastanowił się. – Może dlatego. nieważne – powiedziała. Proszę tylko o to. jak wróci. – Dobra. Troje dzieci płakało i lada chwila także inne mogły wybuchnąć płaczem. kiedy jej potrzebowałaś. – Wróciłam – powiedziała Mary. gdzie on jest? Widzisz go? – Pomożesz mi czy nie? Muszę wracać. kto ci pomógł. – Pogadam o tym z Samem. John. Pracujesz dla Orca i dla mnie. Jeśli dla kogoś pracuję. że nie jesteś ostatnią szują? Może tak naprawdę jesteś porządnym człowiekiem? W odpowiedzi doczekała się sceptycznego spojrzenia i szyderczego parsknięcia. nie? – odparł z sarkazmem. to wielki bohater. Skołuję te rzeczy. dzieciaki zrobią. – Dwoje opiekunów i jedzenie – zawołała za nim. .

zanim jeszcze legł na podłodze. .John po prostu padł. Zachrapał. – Wszystko będzie dobrze. – Już w porządku – zwróciła się do pierwszego rozpłakanego dziecka.

Zamrugał powiekami i zobaczył Astrid. Stała przy oknie. sięgając daleko w morze. 06 MINUT Sam spał w ubraniu i obudził się zbyt wcześnie. – Powinnam umieć to obliczyć – stwierdziła Astrid.. – Jak to „o ile jest jakaś krawędź”? – Nie mam pewności. Spędził noc na kanapie w dużym pokoju hotelowego apartamentu. Podczas biwaków na plaży przekonał się. – Jaką ma wysokość? – zastanawiał się na głos Sam. by dotknąć szarości bariery.Rozdział 9 277 GODZIN. niczym wyłaniający się z wody mur. Szybko wytarł usta w poduszkę. smukły cień na tle słońca. Zza górskiego grzbietu nad miastem wzeszło poranne słońce. zaśliniłem się przez sen. że Quinn mówi przez sen. ale patrzyła na niego. zdawały się niezdolne. potem określasz kąt i. – Mierzysz od podstawy ściany do pewnego punktu. – Przepraszam. – Nie chciałam cię budzić. Zakrzywiała się. Znajdujemy się na wysokości trzech pięter. O ile jest jakaś krawędź. nieważne. Jego promienie. co mówię. a do krawędzi jeszcze daleko. które skrzyły się i tańczyły na wodzie.. . Po prostu głośno myślę. Musi mieć przynajmniej kilkadziesiąt metrów. Nie bierz zbyt poważnie niczego. ale spójrz na to.

Może nie być krawędzi. które przez nie przechodzi. – Ale widzę niebo – sprzeciwił się Sam. Patrzyli.. Łyżka przebiła trawę i uniosła w górę grudę ziemi. . Pobiegli za róg. pognali po schodach na dół i przez podwójne drzwi wypadli na hotelowy dziedziniec. bardzo ciemne szkło z okularów przeciwsłonecznych. Może to nie mur. Wybiegli z pokoju. Sam zaczął uważnie nasłuchiwać. Obracasz je w jedną stronę i staje się nieprzejrzyste. – To Edilio. żebym usłyszał – zaproponował Sam. jak podjeżdża pod barierę i opuszcza łyżkę. – Próbuje zrobić podkop – Quinn puścił się biegiem i pod wpływem impulsu wskoczył do koparki. Wzruszyła ramionami. żółtej koparki. ale z uśmiechem usiadł z powrotem. Ten nowy – powiedział Sam. z powrotem na kort tenisowy. Przesuwają się. Edilio zerwał się. Patrzysz w nie prosto i niemal widzisz światło. – Racja. – Dobra. Podszedł znienacka drapiąc się w kroczu. Obracasz w inną i wygląda jak lustro. Wszystko zależy od kąta i. – Widzę chmury. – Silnik. Edilio Escobar siedział w otwartej kabinie małej.. I to niedaleko. No to wyobraź sobie coś takiego: trzymasz w ręce kawałek czarnego szkła. tylko kopula.– Więc myśl na tyle głośno. Takie bardzo duże. – Słyszycie to? – spytał Quinn.

zdał sobie sprawę. – Jak to. nie dotykajcie. Pracując razem. Mur musiał mieć jakiś kres. Edilio. Wiemy. Sam nie chciał myśleć o tym. Edilio. Każda kolejna porcja ziemi była lżejsza od poprzedniej. Pozostali stali wokół i przyglądali się. a czego nie. co uratował. by podać Samowi rękę i wyciągnąć go z dołu. stary – odparł tamten. nie słysząc odpowiedzi. – Może przydałby się młot pneumatyczny. odrzucił łopatę na bok i strzepnął ziemię z dżinsów. Sam wygramolił się. Musiał. – Przy okazji. może – przemówił wreszcie Edilio. Łopata uderzała o skałę i Sam nie mógł wepchnąć jej głębiej. Bariera ciągnęła się dalej.Wyłączył silnik. Nie natrafili na dolną krawędź bariery. – Tak. Edilio znów zapuścił silnik i wykopał jeszcze trzy łyżki ziemi. co zrobiłeś podczas pożaru. Następnie zeskoczył. Pewnie to zauważyliście. żeby to rozbić. – Uratowałeś sklep z narzędziami i przedszkole. Sam smętnie pokiwał głową. – To był dobry pomysł. Pochylił się. nawet pod ziemią. – Cześć. Albo chociaż jakieś kilofy. Ale Sam nie chciał przestać. że tylko on jeszcze kopie. co? – Kciukiem wskazał barierę. wziął łopatę i usunął ostatnie centymetry ziemi spomiędzy wykopu i bariery. – Dopiero wtedy. Sam i Quinn wykopali półtorametrowy dół za pomocą koparki i łopaty. . – Tak.

że zdawał się wysoki. Otarł pot z czoła i rozejrzał się po świetnie utrzymanym terenie hotelu.– Bez ciebie nie uratowałbym nawet własnego tyłka. z pozoru niemal bez białek. Quinn posłał Ediliowi ostre spojrzenie. Edilio westchnął i oparł łopatę o barierę. – Tak? A gdzie mieszkacie? Edilio wskazał barierę. Mamy przyczepę kempingową. Quinn uśmiechnął się znacząco. – Jest menedżerem? – Pracuje przy sprzątaniu – odparł beznamiętnie Edilio. – Elitarna jednostka. Rozchorowali się. by coś złapać. – Tam. Chropowate. Oczy miał ciemne. Nie był zbyt duży. jakby pochodziły z innego ciała. Mieszka z nami tata i dwóch młodszych braci. – Czemu tu jesteś? – spytał. – Edilio uśmiechnął się z dumą. Wydawał się zupełnie . – Moja mama tu pracuje – wyjaśnił. Alvaro. jakby szykował się. No i bez Quinna i Astrid – dodał po chwili namysłu. Mniej więcej trzy kilometry stąd autostradą. z dłońmi obróconymi lekko naprzód. Edilio trzymał ręce nieco przed tułowiem. więc mama zostawiła ich w domu. ale zdecydowanie wyprostowana poza sprawiała. mój starszy brat. jest w Afganistanie. – Jest w wojsku? – W siłach specjalnych. pobrużdżone dłonie sprawiały wrażenie. ale nie zalęknione. łagodne.

dostać się pod barierę. kiedy przeszliście z Meksyku przez zieloną granicę? – spytał Quinn. Tracimy tylko czas. pod nią.nieruchomy. Sam i Astrid spojrzeli na Quinna piorunującym wzrokiem. – Wydaje się kończyć na wysokości kilkudziesięciu metrów. żeby nie zauważyli. – To głupie. Spokojnym. mimo że był od Quinna o piętnaście centymetrów niższy. obok niej albo przez nią – wyliczył Edilio. – Musi być jakiś sposób. niemożliwe. – Nie wiemy. zanim w ogóle dotarli do granicy. co się stało. Mieszkamy w przyczepie i jeździmy starym . że nagle zostaliśmy oddzieleni. Albo ją ominąć. cichym głosem wyjaśnił: – Moi rodzice pochodzą z Hondurasu. – No i? – spytał Sam. – Mniej więcej taki jak wtedy. Moja mama pracuje jako pokojówka. – Mają lepszy sprzęt niż my i w ogóle. lecz zarazem gotów do działania w każdej chwili. Edilio wyprostował się jeszcze bardziej i. jeśli się nad tym zastanowić. Znaczy. Musieli przebyć cały Meksyk. że patrzy na niego z góry. nie? Mogą kopać znacznie głębiej. jak głęboko i jak wysoko sięga bariera – stwierdziła Astrid. zdawało się. Mój ojciec to robotnik rolny. Albo przelecieć górą. – Nad nią. Ludzie po drugiej stronie bariery wiedzą. ale to może być złudzenie optyczne. wstrząśnięci.

Astrid podjęła decyzję za niego. bo mówiłem po hiszpańsku. – Musimy iść – stwierdził Sam. biorąc pod uwagę bieżące wydarzenia. potrzebuje opieki. – Edilio? Chcesz iść z nami? Teraz Sam poczuł lekką irytację. czy prosić Edilia. Sam zawahał się.. że on nie zdoła się wszystkim zająć? Że potrzebuje Edilia? Dziewczyna odwróciła się do niego i przewróciła oczami. Coś jeszcze chcesz wiedzieć? – Nie chciałem się ciebie czepiać. tłumacząc: – Szukamy młodszego brata Astrid. . Potem zwrócił się do Edilia. – Mój ojciec jest tam inżynierem – wyjaśniła dziewczyna. – Ale to jakieś piętnaście kilometrów stąd. – To dobrze – powiedział Edilio. by z nimi poszedł. Zresztą Quinn miał dziesięć kilogramów przewagi. Astrid uważa. że może być w elektrowni. Quinn nie zachowywał się normalnie. Ale to on cofnął się o krok. zanim nauczyłem się angielskiego. Tak naprawdę nie była to groźba.rzęchem. Wciąż mam lekki akcent. Z drugiej strony Edilio zachował w chwili pożaru zimną krew.. Wystąpił z szeregu. amigo – odparł Quinn. On. To by rozdrażniło Quinna. co w sumie nie było takie dziwne. Czy Astrid uważała. ale Sama to niepokoiło.

Chodzę z nim i pomagam. – Nie chcesz. – Tak. ukazując dwa wózki golfowe z logotypami hotelu Clifftop po bokach. To uprościło decyzję. Uniósł je. Nawet Quinn musiał dostrzec logikę tej wypowiedzi. ukrytych na tyłach basenowej przebieralni. że nie mają się czego bać. – Czy wolisz patrzeć. Nie samochód. – Edilio poprowadził ich do drzwi garażowych.– Pomyślałam. – Jak będziemy się przemieszczać? – spytał Edilio. ale lepsze to niż przejście piętnastu kilometrów piechotą. co mają robić. że od razu przejdę do rzeczy i skończymy z tym męskim pozerstwem. – Możemy pojechać prostą drogą do autostrady – zaproponował Sam. żeby dzieciaki podchodziły do ciebie i pytały. Jako gospodarz terenu. – Może coś mam. – Omijasz centrum – zauważyła Astrid. – Nie jestem pozerem – mruknął Sam. – Raczej nie powinniśmy próbować prowadzić samochodu. – Dobra – powiedział z niechęcią w głosie. jeśli to masz na myśli – odrzekł Sam. – Prowadziłeś już coś takiego? – spytał Sam. Tata bierze czasem fuchę na polu golfowym. – Dozorcy i ochroniarze jeżdżą nimi na pole golfowe po drugiej stronie autostrady. – Ty prowadź. oprócz samego strachu? . jak stoję i mówię ludziom. – Chcesz dojechać do PBNP? – spytał Sam. – Skręcamy w pierwszą w prawo.

wózek golfowy zwolnił do prędkości niewiele większej niż tempo marszu. Nie chcę się zatrzymywać i gadać z bandą dzieciaków. – Pamiętasz – stwierdziła. Pamiętam. Jadąc pod górę. zdziwiony. Zatrzymali się i patrzyli z powagą na nieoczekiwaną przeszkodę. – To mewa – stwierdził Sam.Roześmiała się i zdaniem Sama był to najsłodszy dźwięk. Przecięli parking i wyjechali na drogę. Czasami. jaki kiedykolwiek słyszał. Ostro skręcili w prawo w niedawno wybetonowany zjazd. Jeszcze to – przyznał Sam. – Jak w kreskówce o Strusiu Pędziwietrze – odezwał się Quinn. Wielki Kryzys. ale Kojot walnie w barierę. Roosevelt. Astrid zeskoczyła z siedzenia i potruchtała z powrotem do czegoś białego przy skraju drogi. Nie zbliżamy się do placu – powiedział Sam. – Obrona przez żart – zadrwiła Astrid. Wracamy na drogę nad urwiskiem. – Jeśli namalujesz na tym tunel. ale przez boczne uliczki dostajemy się na autostradę. Poza tym nie chcemy. będziemy mogli przejechać. – Właśnie. że droga kończy się na barierze. Uklękła i wzięła patyk. – Dobra. – Tak. – Musimy znaleźć małego Pete’a. żeby ktoś ukradł wózek – dodał Edilio. Wkrótce zobaczyli. jeśli mocno wysilę umysł. – Stój! – krzyknęła Astrid i Edilio wdepnął hamulec. wychodzi mi nawet mnożenie. – Tak. że dziewczyna .

– Uniosła patykiem ptasią nogę. Ale spójrz na to. Quinn parsknął śmiechem. Jak u drapieżnika. Quinn. – Tak? – Ma błonę. oczywiście. co normalnie.się przejmuje. co? – Możliwe. Więc ich nie mają. To szpony. Astrid szykowała się. – Jesteś pewna. jakby powiedziała sobie „nie”. – Nieważne. – Czyli ten ptak jest jakiś porąbany – powiedział Quinn. A ty przejmujesz się tym? Nogą ptaka? – Ten ptak może być pojedynczym odmieńcem. – Możemy już jechać? Astrid wstała. – To nie jest normalne. by coś powiedzieć. – Astrid. Jak wspomniałeś. – To nie jest normalne. Wyewoluował. – No i co z tego? – zapytał Quinn. nie jesteśmy nawet w tej samej strefie czasowej. Jak u jastrzębia albo orła. – Może rozbiła się o barierę. Tak jak powinna. Znowu wsiedli do wózka i ruszyli z prędkością . przypadkową mutacją – powiedziała dziewczyna – albo nagle pojawił się zupełnie nowy gatunek. Potem pokręciła lekko głową. że to zwykła mewa? – Znam się na ptakach – wyjaśniła. Mewy nie potrzebują pazurów. daleko nam teraz do normalności. Ale zwróć uwagę na te sterczące pazury.

Była to ulica w starej dzielnicy mieszkalnej. oddalając się od miasta. Zderzenie było czołowe i tak zgniotło samochód. przechodzących przez jezdnię. albo rozbite. że to film z DVD. nawet bez dostępu do sieci. jeden i drugi – stwierdził Quinn. – Kierowcy wyparowali. a potem pojechali Czwartą. Nie wyglądał najlepiej. – Chyba że w samochodzie było dziecko – zauważyła . – O! Można dostać gęsiej skórki. były albo zaparkowane. – Przynajmniej prąd ciągle jest – powiedział Quinn. – Przynajmniej nikomu nie stała się krzywda – powiedział Edilio. szybko jednak doszli do wniosku. – Nie zabrali nam DVD. – „Oni” – zauważyła Astrid. Sam ciągnik stał prosto.dwudziestu kilometrów na godzinę. Dotarli do autostrady i zatrzymali się. Pośrodku autostrady rozkraczył się tir firmy UPS. niedaleko od domu Sama. W dodatku się spalił. Nie widzieli żadnych ludzi. Ciągle mamy muzykę. niczym porzucona zabawka. Wszystkie samochody. O jego przód rozbił się kabriolet chrysler sebring. bardzo nędzną. Skręcili w Trzecią ulicę. że miał teraz połowę swojej normalnej długości. Naczepa odpadła od ciągnika i leżała na boku. z wyjątkiem kilkorga dzieciaków. a teraz „oni”. które widzieli. cichą i zacienioną. MP-trójki też będą działać. Z wnętrza domu dobiegły dźwięki z telewizora. ale zjechał na pobocze. – Najpierw był Bóg.

że lada chwila przejedzie nas jakaś wielka ciężarówka. Nikt nie chciał sprawdzać. czy na tylnym siedzeniu nie ma małego ciałka. nawet w środku nocy. – Ciągle się spodziewam. Jechali wolniej niż dobry rowerzysta po autostradzie. Było to dziwne doświadczenie. Żaden z pasażerów nie mógł przetrwać wypadku i późniejszego pożaru. Edilio wcisnął pedał. gdzie zwykle nikt nie poruszał się mniej niż setką. Autostrada miała po dwa pasy ruchu w każdą stronę plus pas pośrodku.Astrid. – Prawie by mi ulżyło – mruknął Quinn. gdzie mieściła się kancelaria prawnicza i biuro rachunkowe. A teraz panowały tu tylko cisza i pustka. Nikt nie zaproponował. Zawsze panował na niej ruch. a potem przysadzisty biurowiec. Zapakowane w folię ubrania walały się na masce samochodu i na siedzeniach. Jedynymi odgłosami był szum opon i nasilony terkot elektrycznego silnika. tłukąc szybę. Po prawej teren . żeby to sprawdzić. elektryczny silnik zwiększył obroty i wyjechał na autostradę. omijając przewróconą naczepę UPS. W kilku miejscach samochody z autostrady uderzyły w zaparkowane auta. Edilio parsknął nieco drżącym śmiechem. Wszędzie po drodze panowała cmentarna cisza. Jakiś kabriolet wjechał do pralni. Miasto znajdowało się po lewej stronie. Minęli sklep z tłumikami i warsztat Jiffy Lube.

– Jeśli będą tam jakieś dzieciaki. Na stacji bez wątpienia byli ludzie. ta cicha. a także stąd się wydostać. – Nie przeginaj. stanowiła jedyny szlak. bracie. pusta droga. uśmiechniemy się. Ale kto wie? – Mnie się wydaje. że się nam spieszy – zaproponował Sam. ocean od zachodu i południa. Lekki wiatr niósł w . który pozwalał tu dotrzeć. Tamten wzruszył ramionami. tworząc ostry górski grzbiet.wznosił się stromo. – Nie chcę wpadać w paranoję. że powinniśmy jechać dalej – powiedział Sam. Głosowaliśmy – odparł Sam. – Tak. że miasto już wcześniej odgradzały od świata bariery – góry od północy i wschodu. – Powinniśmy jechać dalej – stwierdziła Astrid. – Tak jest. – Jestem głodny. Nigdy dotąd Sam nie uświadomił sobie z taką mocą. proszę pana – rzucił Quinn. Przed nimi znajdowała się stacja benzynowa Chevron. że dostrzega jakiś ruch. – Edilio? – naciskał Sam. Ta droga. który górował nad Perdido Beach i stanowił coś w rodzaju muru. – Może mają jedzenie. Samowi wydało się. pomachamy i powiemy. Jasne. nie? – przypomniał Quinn. – Stajemy? – spytał. Jest tam sklep samoobsługowy. Edilio skinął głową i zjechał wózkiem na lewą stronę jezdni.

– Czekajcie – nakazał Cookie. gdy zbliżyli się na dwadzieścia metrów. Gdy pojawił się wózek golfowy. Edilio nie przestawał jechać. – Cześć. – Nie.ich stronę rozdartą torebkę po Doritos niczym czerwono-złoty liść. debilu! – zawołał. Obuch odłamał się i o włos minął głowę Quinna. W ich stronę biegł Howard. kolego – ostrzegł Edilio. – Sam im pomachał. na drogę wyszedł chłopak. – Szukamy młodszego brata Astrid. omal nie urwałeś mi głowy. – Zatrzymać wózek! – zawołał jakiś głos ze stacji. Drugi chłopak mocno zamachnął się młotkiem. – Uważaj. Ten drugi trzymał młotek do krokieta w zielone paski. przyjedziemy później. Od tamtych dzieliło ich kilka metrów i lada chwila mieli ich minąć. a za nim drugi. Cookie w ostatniej chwili odskoczył. Quinn odwrócił się. Sam – odrzekł Cookie. podtrzymujący daszek wózka. – Ej. drugiego Sam nie rozpoznał. Cookie! – zawołał. ominąwszy napastników. a Edilio nie zdjął nogi z pedału gazu. . Pierwszym był Cookie. Ujechali może z dziesięć metrów i wciąż się oddalali. Drewniany trzonek uderzył w stalowy pręt. stary. Miał metalowy kij bejsbolowy. mamy misję do wykonania. a za nim Orc. Cookie zastąpił pojazdowi drogę. – Hej.

Tamten potknął się i runął jak długi. ale dyszał coraz ciężej. biegł tuż za wózkiem. Sam złapał trzonek i wyrwał mu go z rąk. Obejrzał się i zobaczył. Astrid i Quinn patrzyli ze spokojem. – Co za pościg – prychnął Edilio. radził sobie lepiej. Pięć minut później już nikt się nie śmiał. jak już nas dogonisz? Chłopak zrozumiał i zwolnił. wymachując chudymi rękami. biegnąc obok. trafię cię tym kijem – zagroził chłopak. – Koleś. – Musimy . Niezdarnie zamachnął się złamanym końcem trzonka. stary? – spytał Quinn rozsądnym tonem. ale nie szybki.gdy Orc wrzasnął: – Łapcie ich. – Raczej nie – odparł Sam. co ty w ogóle wyprawiasz. głupki! Cookie był wielki. Chłopak z młotkiem dogonił uciekających. Howard znalazł się bliżej. jak gna ze wszystkich sił. że Orc za nim nie nadąża. Lecz ten drugi. który pędzi za ciężarówką. – Lepiej się zatrzymajcie – wydyszał. – Jesteś jak pies. ale też biegli. Sam z pogardą odrzucił kij. Odpowiedział mu nerwowy śmiech. Puścił się biegiem. Co zrobisz. – Howard. – Ściga nas terenówka – zauważyła Astrid. więc Howard zostawił go w tyle. Orc okazał się zbyt ciężki i wolny. Howard i Orc znajdowali się dalej. – Może pokażą nas w wiadomościach. trzymający złamany młotek.

– Nie uderzą w nas – odparł Quinn. – Szykuje się niezła zadyma. – Może chcą w nas uderzyć.zjechać. – Nawet Orc nie jest aż takim wariatem. Naprawdę chcesz być na jego drodze? Quinn skinął głową. . a może nie – powiedziała dziewczyna – ale tego hummera prowadzi czternastolatek.

27 MINUT Hummer lawirował po drodze. założył mu dźwignię i pchnął go w przód z całym impetem. Ci dwaj znaleźli się przy nim.. Cookie i chłopak od młotka wysiedli i pognali za Quinnem. – Trzeba było się po prostu zatrzymać. Mówiłem. puszczając się biegiem. – Teraz skopią nam tyłki! – krzyknął Quinn. ale nie. to w drugą stronę. Quinn próbował przeskoczyć rów przy drodze. lecz gwałtowną bójkę. Kłykcie jego zaciśniętych na kierownicy dłoni zupełnie pobielały. Cookie uderzył go pięścią w plecy. żeby się zatrzymać. Quinn wyskoczył z wózka. ale źle wylądował. – Zatrzymaj się – rzucił Sam. a zanim zdołał się pozbierać. żeby mieć wolne ręce do bójki i teraz Sam zwinnie sięgnął po porzucone narzędzie. Młotek. po której Edilio i . ruszając przyjacielowi na pomoc.Rozdział 10 274 GODZINY. Sam rzucił się na Cookiego. lecz było pewne. – Jechać dalej czy stanąć? – spytał Edilio. – Rąbną w nas! – zawołała Astrid. Hummer zmniejszał dystans z szokującą prędkością. W tej samej chwili hummer stanął. zbaczał to w jedną. że w końcu ich dogoni. Wcześniej pozbył się kija. Wyskoczył. Edilio i Quinn stoczyli krótką.. Cookie upadł ciężko na brzuch.

. – Nikt nie chce się ze mną bić. by znaleźć się pomiędzy Orkiem a Ediliem. a nie smutna. Twarz jej poczerwieniała. Astrid. Była jednak wściekła. – Odejść? – odpaliła Astrid. Po chwili jednak te słowa do niego dotarły. Orc i Howard zdążyli już jednak wysiąść z terenówki. podczas gdy tamten leżał na ziemi. – Nie chcę się z tobą bić! – krzyknął Sam. Włosy miała w dzikim nieładzie. Ściskając kij Cookiego. Orc zamachnął się swoim kijem bejsbolowym i trafił Edilia z tyłu na wysokości kolan.. ty bezkręgowcu. – Niepotrzebne nam te bzdury. Naładowany adrenaliną Sam niemal go nie słyszał. że nie chcesz – odparł z pewnością siebie Orc. Sam pognał naprzód. ale ledwie mógł ustać. co mam robić. więc nie otworzył już ust. Edilio usiłował trzymać się na nogach.Quinn utrzymali się na nogach. O dziwo.. Dziewczyna wzięła głęboki wdech. – Wiem. W końcu. – Astrid. Orc powiedział: – Ej! Pozwól Astrid mówić. – Natychmiast przestańcie! – zawołała. Miała zaciśnięte pięści. nie mieszaj się – powiedział Sam. Astrid podeszła do nich szybkim krokiem. Edilio padł jak worek cementu. Łzy napłynęły jej do oczu. Orc musi dać temu gnojkowi nauczkę. ty. – Odejdź. Howard stanął między Orkiem a dziewczyną. – Nie będziesz mi mówił.

usiłując nie dopuścić do dalszej bójki. Howard z rozbawieniem skinął głową w jego stronę. – Trzeba było posłuchać kumpla. Mówiłem ci wczoraj. ale dał spokój kolejnym żartom. – Tak. odważny. gdy Orc stał tuż za nim. że musisz zadbać o Orca. Sam. bąknęła: – Nie szukamy zwady. – Howard cmoknął wargami. – Zadbać? Co to znaczy? – spytała Astrid. z żalem kręcąc głową. Kapitanowi. Mały Pe-tyn. Ktoś musiał wyjść przed szereg i objąć dowodzenie. więc kapitan Orc zgłosił się na . – Też mu to mówiłem. – Kapitanowi? – Sam powstrzymał się od śmiechu. Sammy. – Orc się wyszczerzył. – Mów za siebie – mruknął Cookie. Howard zwrócił na nią swoje zimne oczy. I tak już wąskie niby szparki oczy Orca zwęziły się jeszcze bardziej. może surfowałeś czy coś. Howard podszedł bliżej. wściekły na Sama. – Tak. – Trzeba się było zatrzymać. – Tego kretyna? – To autystyk – warknęła Astrid. – Szukamy tylko mojego brata. – Trzeba okazać kapitanowi Orcowi trochę szacunku. A teraz co? – Quinn gestykulował gwałtownie. o to mi chodziło. – To szaleństwo – ciągnęła Astrid. nie? Ty pewnie byłeś zajęty.

kto by je uspokoił albo zmienił im pieluchy. O walce wszyscy już niemal zapomnieli. żeby miały opiekę. Liczebnie siły były wyrównane – cztery osoby na cztery – . gdy obie strony stały naprzeciwko siebie. nie było wątpliwości. A przynajmniej dopilnował. które biegają tu i tam. – Właśnie – przytaknął Orc. co tylko chciały – ciągnął Howard.. – Dowodzić czym? – spytał Quinn. – Jest dokładnie tak. więc Orc to zrobił – ciągnął Howard. jakby pierwszy raz usłyszał o swoich dokonaniach. – A te wszystkie szczyle. nie wybrałby do tego zadania Orca. kto by wygrał. żeby ktoś to zrobił. – Pocieszył je. Teraz. Rzeczywiście ktoś musiał się postarać. – Małolaty wywalały wszystko do góry nogami i brały sobie. ale prawdą też było. Co prawda. – Właśnie. gdyby zaczęła się znowu. – Howard uśmiechnął się szeroko. Nie było nikogo. jak mówi kapitan. – I teraz jest kapitanem. Orc dopilnował. – Tyle że oni nie wracają – wtrącił Orc. dopóki nie wrócą dorośli. że nie chciał się tym zająć sam. – Żeby wszyscy przestali biegać jak wariaci. żeby ludzie przestali zachowywać się jak wariaci..ochotnika. Sam zerknął na Astrid. żeby dowodzić. – Zgadza się – potwierdził Howard. – Nikt inny nie próbował zapanować nad sytuacją. – Zgadza się – powiedział Orc takim tonem.

– O – powiedział Howard. Widzisz. – Chcemy tylko poszukać małego Pete’a – powiedział w końcu Sam. – Już nie – odparł chłopak. ludzie płacą podatki. ja cię znam – ciągnął Howard. ale lęk w jego oczach zepsuł cały efekt. – O tym właśnie mówię. – Weźcie wózek – zgodził się Sam. kryjąc gniew. – Właśnie – zgodził się Howard. – A kim ty w ogóle jesteś? – wyzywającym tonem zwróciła się do Młotka Astrid. nie? – odezwał się Młotek. Sammy. tracisz czas. – Tak? Kiedy czegoś szukasz. – Nie próbuj zgrywać cwaniaka. – To taki podatek. – Młotek próbował wypowiedzieć to zdanie jak żart. – Howard rozłożył ręce w pojednawczym geście. – Sam Autobus. – Są tam jacyś dorośli? – spytał z nadzieją Sam. – Chodzę do Coates Academy. – Chcecie wziąć ten wózek golfowy – domyślił się Sam. Pan . – Dlaczego jesteś tutaj? – Nie umiałem się z tamtymi dogadać. – Sammy chce do mamusi. – Znaczy. który liczył się przynajmniej za trzech. najlepiej poruszać się powoli – rzucił Howard ze znaczącym uśmieszkiem. – Moja mama jest tam nocną pielęgniarką. – Nigdy nie widziałam cię w szkole.ale w skład czwórki chłopców wchodził Orc.

– Nudzi mnie to – mruknął Orc. Sam czuł. Ale jaki by to miało sens? Wyczuwał pełne napięcia oczekiwanie zebranych na placu dzieci. bo nie może się ciągle zadawać z takimi przeciętniakami. ale potem znikasz. zawsze będziemy w pobliżu. Możecie poszukać małego Petyna. „ – Astrid nie jest moją dziewczyną – zaoponował Sam i natychmiast tego pożałował. swoją dziewczyną. lepiej miejcie miły prezent dla kapitana. że wystąpi naprzód.strażak. aż zaprzeczy słowom Howarda. Wczoraj wieczorem wszyscy nawijali: „Gdzie jest Sam? Gdzie jest Sam?” A ja musiałem tłumaczyć: „Dzieciaki. pojawiasz się i znikasz. i nasi chłopcy. – Dobra. Sam musiał iść z tą piękną blondynką. tak jak powiedział Howard. że Astrid i Quinn patrzą na niego. Sam poszedł sobie z Genialną Astrid. jak my. my wchodzimy. . zawsze musisz przebywać w swoim małym świecie. że go sprowokował. Sam. Sam. czekając. ale kiedy wrócicie. Howard uśmiechnął się. – Widzisz. Najpierw jesteś bohaterem. za dobry dla wszystkich. A on chciał tylko uciec. Ty odchodzisz. Howard wybuchnął śmiechem. Skorzystał z szansy. żeby odejść stamtąd z Astrid. Kapitan to szef ETAP-u. – Czego? Howard wyraźnie ucieszył się z pytania. zachwycony. Prawda? Tak już masz. a ja i kapitan Orc.

– Nie martw się. Sierść miał posklejaną zakrzepłą krwią. zaschnięta krew była wyraźnym dowodem. Wyczuwała tam strup. Słońce mocno grzało w twarz. czuł się już lepiej. rozemocjonowany. Sępy patrzyły na nią i czekały. Rozejrzała się w poszukiwaniu ciała swojego nieszczęsnego psa. pewne rychłego posiłku. Astrid. powracały.– Sam to wymyśliłem. ETAP. Rana się zabliźniła. zachęcając ją do zabawy. a Patrick. Ale żadnego ciała nie zobaczyła. Podniosła zdrową rękę i dotknęła psiego karku. Lana otworzyła oczy. to tylko ETAP. Ekstremalne Terytorium Alei Promieniotwórczej. ale krew przestała płynąć. Dobiegło ją znajome szczekanie. przesłaniały słońce. Modliła się? Czy to był cud? . Powinien być obok niej. Język miała tak napuchnięty. sądząc po zachowaniu. że wypełniał jej usta. by przypomnieć sobie ostatnie świadome chwile tej nocy. Wargi spękane. – Patrick? Przypadł do niej w podskokach. niemal dławiąc. Złowrogie skrzydlate kształty unosiły się wysoko. Ogarniasz? Tylko ETAP. Aleja Promieniotwórcza i zero dorosłych. Dotknęła miejsca śmiertelnego ugryzienia. – Zaniósł się złowrogim śmiechem. Umierała. Wysiliła umysł. Czyżby wszystko jej się przyśniło? Nie.

czarne z zielonymi krawędziami. było ciemne. cała roztrzęsiona. Wariowała z bólu. który wyzdrowiał mimo śmiertelnej na pozór rany. wyginając nieopierzoną szyję. gdy tkanki obumierały albo krążenie było odcięte. wiele. Wyczuła jakiś paskudny zapach. Czy ona to spowodowała? Czy w jakiś sposób wyleczyła Patricka? Niemal się roześmiała. ale nie należała do osób. Lana zaczerpnęła kilka głębokich oddechów. które ledwo utrzymywało połamane kości. Chorobliwe słodki i paskudny. Na pewno. Ptak też znał ten zapach. Był przy niej jednak Patrick. Ten smród był wonią gnijącego ludzkiego ciała. Patrick wrócił biegiem i sęp odleciał z ociąganiem. Sępy ją dopadną. Wyobrażała sobie różne rzeczy. pragnienia i głodu. – Nie dostaniecie mnie – wychrypiała Lana. Zaczynała majaczyć. Traciła zmysły. rozciągnięte mięso. ale słabość własnego głosu tylko jeszcze bardziej ją przestraszyła. Jej ręka umierała. Słyszała o gangrenie. walcząc z falą przerażenia. Spojrzała na swoją strzaskaną rękę. Śmierdziało potwornie. naprężone. które zaprzątały sobie głowę modlitwą. Przyglądał jej się paciorkowatymi oczami. Sęp wylądował z łopotem skrzydeł ledwie parę metrów od niej. . Następowała. Mięso. Wariowała.Nie pamiętała.

A wewnątrz tego strasznego monstrum widniało serce. chytra bestia o płonących. że unosi się na cienkiej skorupie stałego lądu. . kolekcja azjatyckich wachlarzy. Wtedy odpłynęła. Po prostu za nimi tęskniła. Nie chcę umierać. czarnych oczach. Przebudziła się gwałtownie od własnego płaczu. zapomniane maskotki w wiklinowym koszu. Wykuty z żywego kamienia – szorstka. chcę teraz tego samego dla siebie. powolna. myśląc o domu. Wiedziałby. I przypominało jajo. pełna wirujących chmur i nagłych strumieni ognia. cokolwiek uleczyło Patricka. I taty też. Zamknęła oczy i pomyślała: cokolwiek to sprawiło. którą wszyscy uważali za dziwactwo. Nie chcę umierać. Dręczyły ją gorączkowe sny. Czuła. obrazy. coś rodem z jej dzieciństwa. a nie czerwonym blaskiem. jak ją uratować. tak popękane. Zdawało się opuchnięte pod skorupą zakrzepłej krwi. Ląd przypominał powłokę balonu. jej serce waliło niczym młot pneumatyczny. Bardziej niż czegokolwiek innego pragnęła bliskości mamy. łapacz snów wiszący na oknie. Jeszcze dalej był potwór. potwór. Tyle że to serce świeciło zielonym. wypchana ubraniami szafa. od których ciężko dyszała.Lana przyłożyła lewą dłoń do mięsa tuż poniżej kości prawej ręki. bolesne światło. że sączyło się z niego jasne. który często zaskakiwał ją we śnie. Poniżej znajdowała się otwarta przestrzeń. Nie czuła już złości na rodziców. O swoim pokoju. Plakaty na ścianach. Było gorące w dotyku.

Zajęło wiele czasu. Znów tworzyło prostą linię od łokcia do nadgarstka. plecach i nodze.. Patrzyła na coś. Gangrena też zniknęła. Ręka się poruszyła. W głowie pulsowała krew. To nie było możliwe. – Chyba czekałyście na próżno – oznajmiła im . Skórę wciąż pokrywała warstwa zakrzepłej krwi. Drżąc na całym ciele. Ale ból nie kłamał. Lana położyła lewą rękę na złamanej nodze. To nie było możliwe. Nie nastąpiło to szybko. co nie mogło się zdarzyć. jak zawsze po koszmarach w swoim łóżku. bo była bardzo osłabiona pragnieniem i głodem. Przez chwilę zapomniała o oddychaniu. Podobnie jak odór śmierci. Spojrzała na swoją prawą rękę. Zapomniała o tym wszystkim. uniosła ją w górę. ale to było nic. A palący ból w prawej ręce stał się teraz niczym więcej niż tępym pulsowaniem. aż godzinę później zrobiła coś. Bo ból w prawej ręce zniknął. Powoli zacisnęła dłoń w pięść.Usiadła. Zapomniała nawet o bólu w głowie. Ból był potworny. Dwa sępy przycupnęły na wywróconym pickupie. Przedramię było proste. Usiadła. Palce się złączyły. jak ręka wyglądała wcześniej. Plecy. Trzymała jednak dłoń na nodze.. czego miała nie zrobić już nigdy: Lana Arwen Lazar wstała. zupełnie nic w porównaniu z tym.

dziewczyna. .

– Quinn. że bez powodu dostałem łomot. czuję się doskonale. zostaliśmy pobici i upokorzeni. żeby zignorować blokadę. by nakrzyczeć na przyjaciela. który pewnie będę miał na środku pleców? – odrzekł Quinn. Quinn. – Muszę się tylko rozruszać. który pewnie nawet nie wie.Rozdział 11 273 GODZINY. Edilio i Astrid poruszali się pieszo. jaki jest naprawdę. Słowa Howarda bolały. Sam głosował za tym. super. to drobiazg – zwrócił się Edilio do Astrid. a potem za to zapłacili. Nie że uważał się za lepszego od wszystkich – tu Howard się mylił – ale że nie chciał wystąpić z szeregu. Oprócz tego. Edilio. A teraz mamy przejść całą drogę do elektrowni? I po co. żeby poszukać jakiegoś dzieciaka. bracie. Zupełnie jakby ten mały drań zerwał z niego skórę i pokazał światu. że zawstydzono go przed przyjaciółmi. bądź twardy – zadrwił Quinn. Sam czuł chęć. a wszystko przejdzie. że zaginął? . – O tak. – Nic mi nie będzie. – Nie licząc wielkiego siniaka. 39 MINUT Sam. Sam miał swoje powody. Świetny plan. ale one teraz nie liczyły się tak bardzo jak to. Ja nie. ścigani obelgami i śmiechem. – Jasne. jak cię biją. Wyszło ekstra! Oddaliśmy wózek golfowy. Quinn miał trochę racji. – Może lubisz. ale się powstrzymał. wszystko gra? – spytała Astrid.

– Cichszym głosem dodał: – Możesz objąć przywództwo. kto umarł i zrobił cię królem? – spytał Quinn. Jękliwym głosem Quinn mówił dalej: – Chcę tylko wziąć nasze deski i iść na plażę. że powinienem odejść? – Nie. – Chodzi mi tylko o to. Posłał posępne spojrzenie Ediliowi i ostrożnie zerknął na Astrid.. – Chcesz powiedzieć. Chcę. bracie. żeby wszystko było jak dawniej. – Mówisz. powiedział: – Bracie. Jak to się stało? Dlaczego słucham twoich rozkazów? – Nie słuchasz rozkazów – odparł gniewnie Sam. jak umiał. Gdybym tego chciał. nikt cię nie zmusza. że. Najłagodniej. – Nie chcę. żeby ktokolwiek słuchał moich rozkazów. żebyś szedł. Ale złość już mu przechodziła. – Zachowujesz się. zostałbym w mieście i mówił wszystkim.Sam musiał znowu powstrzymać przypływ gniewu. Wcześniej byliśmy tylko we dwóch. – Potem niespodziewanie wykrzyknął: – Gdzie są wszyscy? Dlaczego po nas nie przyszli? Gdzie są moi ro-dzi-ce? . Jesteś moim najlepszym przyjacielem. stary. co mają robić. jakbyś był tu szefem. – Jedynym. Quinn. że nie powinienem? – Quinn zrobił dwa szybkie kroki i złapał go za ramię. – Nie powiedziałem. że chcę – naburmuszył się Quinn. Zgadza się – przyznał Sam. – To po prostu dziwne. nie? – Tak – zgodził się Sam. – Tak..

widząc pod nogami żółtą linię. Szli środkiem autostrady. Dziwnie się czuli. – Trochę się mnie boi. – Nie jestem pewna. Więc w taki czy inny sposób elektrownia ciągle działa. – Uśmiechnęła się cierpko. – Może naprawdę chodzi o Aleję Promieniotwórczą? Sam spojrzał na nią ostro. nieustannie zakłopotany jej obecnością. Ale nie możemy za bardzo na to liczyć. – Ej. Perdido Beach czerpie zasilanie z elektrowni. Sam szedł obok Astrid. czy w ogóle mam coś na myśli. Edilio lekko utykał. Edilio przystanął. Światła się palą. . mamrocząc coś pod nosem. że te sprawy mogą być powiązane? Że elektrownia wybuchła albo coś? – Prąd ciągle płynie. – Ekstremalne Terytorium Alei Promieniotwórczej – powiedziała Astrid. Quinn zaś zostawał w tyle. – Masz na myśli awarię w elektrowni jądrowej? Wzruszyła ramionami. – Tak. Pewnie się przyjmie.Znowu ruszyli w drogę. – Ale sądzisz. – Dobrze poradziłaś sobie z Orkiem – zagadnął. – Dzięki. – Pomagałam mu na zajęciach wyrównawczych z matmy. Dlaczego idziemy piechotą? – Bo ten cymbał Orc i jego przyboczny Howard ukradli nam wózek golfowy – odparł Quinn. co? – Może to nie tylko żart – ciągnęła Astrid.

to opadała. . To ETAP. Zauważyłam. pokrytych wyschniętą trawą i więdnącymi. – Źle bym się czuła. Na bagażniku dachowym zamontowane miał dwa rowery. jak na przejeździe kolejowym. lekko drażniąc. po dwie osoby na jednym. Strome zbocza. łąki i wyschnięte strumienie. Wzięli rowery i pojechali. który zjechał z drogi i zatrzymał się w rowie. Jej rozwiane włosy omiatały mu twarz. Widok zapierał dech w piersiach. Ale żałował. – Nie zauważyłaś? To zupełnie nowy świat. Droga wiła się wśród zboczy. Ze wszystkich stron otaczały ją dziesiątki hektarów bez żadnych zabudowań. Ominęli go na rowerach. były teraz łagodne. żółtymi kwiatkami polnymi. krążącą niedaleko. Dalej droga skręcała ku skalistemu wybrzeżu. zwykle rozszalałe. Autostrada nie dochodziła do samej elektrowni. Quinn. zabierając komuś rower – stwierdziła Astrid. Przy zakręcie znajdowała się imponująca kamienna wartownia i czerwono-biały szlaban. – Tak. gdy znaleźli jeszcze dwa rowery. ale fale. Droga to się wznosiła. Przy elektrowni nie było domów ani biur. Był opuszczony. Musieli skręcić w boczną drogę. – Daj spokój – rzucił Quinn. potulne.– Patrzcie – powiedział Edilio i wskazał samochód. Astrid – na Sama. Quinn usiadł na kierownicy Edilia. Dziewczyna podniosła głowę i popatrzyła na mewę. rzadkie kępy drzew.

– Nożyce-papier-kamień? Trzej chłopcy zagrali w nożyce-papier-kamień i Sam przegrał. Tutaj wznosiła się znacznie większa wartownia. rzucę mu się na szyję – odrzekł Quinn. patrząc na przeszkodę. Brama była podwyższonym fragmentem siatki. – Jak tam wejść? – zastanawiała się Astrid. Zdjął koszulkę i owinął ją wokół tej części drutu. Wyglądała. kryła się między wzgórzami. – Cały ten teren jest bez przerwy obserwowany i patrolowany – stwierdziła Astrid. zwieńczonej drutem kolczastym. by kawałek dalej odsłonić kolejny widok na ocean.kilka razy skręcała o sto osiemdziesiąt stopni. – Już nie – zauważył Sam. Ostrożnie . – Stary. Sam szybko wdrapał się na siatkę. Podeszli do ogrodzenia ze stalowej siatki. jakby mogła wytrzymać zmasowany atak. – Każdy wie. Ogrodzenie sięgało skał po lewej i znikało wśród skał po prawej. Przestali pedałować i stanęli. – Niedługo jest następna brama – powiedziała Astrid. niemal twierdza. która pilnuje elektrowni. – Ktoś musi się wspiąć na bramę – powiedział Sam. – Jeśli będzie tam strażnik. który otwierał się po naciśnięciu przycisku. ale drut kolczasty go zatrzymał. – Mają tu niemal prywatną armię. która mogła sprawić najwięcej kłopotów. Papier? No co ty – zadrwił Quinn. że w pierwszej rundzie trzeba pokazać nożyce.

Klimatyzacja była włączona na maksimum i od razu pożałował straty koszulki. Broń automatyczna kontra kije bejsbolowe. Zostawił stojak i mocno zatrzasnął drzwi. Zeskoczył na ziemię. Widać też było kilka wejść do elektrowni. Przez chwilę jego dłoń spoczywała na klamce. zostawiając koszulkę na drucie. W łazience Sam zauważył zawieszony na haczyku elektroniczny identyfikator na pasku. choćby przez sekundę. których sforsowanie wymagało użycia karty z kodem. Nie. że w ogóle. . skały i góry. Potem pokręcił głową. Jeszcze nie. to rozważał? Nacisnął guzik. Długo patrzył na pistolety. Pomieszczenie cuchnęło olejem i siarką. którą właśnie przyjechali.przełożył nogę na drugą stronę i krzyknął. a także zmieniające się widoki z zewnątrz: ocean. – Daj sobie z tym spokój – mruknął do siebie. Co się z nim działo. Wszedł do wartowni. skaleczywszy się w udo. by otworzyć bramę. Pokusa przyprawiła go o zawroty głowy. o kilka rozmiarów za dużą. Rząd kolorowych monitorów pokazywał drogę. W schowku przy głównym pomieszczeniu znalazł szaro-zieloną koszulkę w wojskowym stylu. Po chwili znalazł się już po drugiej stronie. Przy ścianie stał zamykany stojak z pistoletami maszynowymi. Sprawy nie zaszły tak daleko. Założył go sobie na szyję.

– Nigdy nie widziałem jej z bliska. To te dwie wielkie kopuły. – Przypomina mi się. tak na wszelki wypadek. kolczastą bestię. dzwoniaste kopuły. tę wielką katedrę – odezwał się Quinn. przykucniętą nad morzem. co? – spytał Edilio. Myśli sobie.– Co tak długo? – zapytał podejrzliwie Quinn. więc gdyby coś się stało. słuchał recytowanych z pamięci zapewnień. Można było odnieść wrażenie. – Głupie pytanie. kiedy patrzy na coś takiego. Dorastając. że pracuje w niej połowa mieszkańców Perdido Beach. Jest wielka. stanowiąc rozległy. u stóp gór – zaczął się denerwować. wiem. . zdominowany przez dwie ogromne. Tutejsze reaktory znajdują się w obudowach bezpieczeństwa. Nie bał się energetyki atomowej. radioaktywne gazy czy para zostaną w środku. – Można by tu pomieścić wszystkie domy z Perdido Beach – powiedział. – Wiecie. jak byłem w Rzymie i widziałem Bazylikę Świętego Piotra. człowiek czuje się mały. – Tam nie mieli nawet obudów bezpieczeństwa. przytłaczający kompleks przypominających magazyny budynków. Sam całe życie spędził w cieniu elektrowni. widząc elektrownię na własne oczy – jasną. Ale teraz. Elektrownia znajdowała się na zupełnym odludziu. – To nie jest Czarnobyl – odparła cierpko Astrid. betonowe. ale nie będziemy napromieniowani. – Szukałem koszulki. że może powinien uklęknąć.

który gna w dół z niewiarygodną prędkością. – Bo wbił się w ziemię i zabrał do krateru koło dziewięćdziesięciu procent uranu z reaktora. Sam ujrzał ten obraz w swojej głowie. ale na użytek Edilia Astrid wskazała dalszą z dwóch kopuł. Zastanawiam się. Walnął w reaktor i leciał dalej. że zdarzy się pierwszy raz? – mruknął Quinn. lecący z ogromną prędkością – ciągnęła Astrid. Ale jakie są szanse. Skoro wszystko jest bezpieczne i w ogóle. – I dlatego nie ma się czym przejmować. udając przyjaciela. że leciał tak szybko. W tamtą trafił meteor. – Dlaczego dobrze? – spytał. – Mały meteor. że coś takiego znowu się zdarzy? – A jakie były szanse. Prawie piętnaście lat temu. czemu.Quinn klepnął Edilia w plecy. – Meteor? – powtórzył Edilio i spojrzał na niebo. eee. – Uderzył w obudowę bezpieczeństwa i ją rozwalił. Tyle że. Wyobraził sobie wielki kosmiczny kamień. ciągnie za sobą smugę ognia i rozbija betonową kopułę. nazywają tę okolicę Aleją Promieniotwórczą. Quinn i Sam znali tę historię. Zapadł się na głębokość niemal trzydziestu metrów. Więc w zasadzie po . – Widzisz. że różnią się kolorem? Jedna kopuła wydaje się nowsza. Dosłownie wyparowała. Słońce dawno minęło już zenit i chyliło się ku zachodowi nad wodą. W sumie nawet dobrze.

każda większa od lokomotywy. nierzucające się w oczy drzwi w ścianie jednego z budynków. – Słyszałem. Wiele razy bywała w elektrowni ze swoim ojcem. Sam przeciągnął kartę przez szczelinę i drzwi otworzyły się ze zgrzytem. – Masa uranu i kości jednego faceta – uzupełnił Quinn. Znajdowały się tam cztery potężne maszyny. Astrid ich poprowadziła. zabetonowali i odbudowali reaktor. Astrid skinęła głową. – Czyli turbin nie napędzają gigantyczne chomiki?! – wydarł się Quinn. że pracował blisko reaktora.prostu zasypali dół. – To są turbiny! – zawołała Astrid. obraca turbiny i wytwarza prąd. Para przechodzi tutaj. Wewnątrz ujrzeli ogromne pomieszczenie o wysokim sklepieniu z krzyżujących się żelaznych belek i malowanej betonowej podłodze. – Witaj w Perdido Beach. – Chcesz powiedzieć. Znalazła nieoznakowane. Panował nieznośny hałas. . – Jeden z inżynierów. – Uran wchodzi w reakcję. – Ktoś wprowadził mnie w błąd! – Najpierw rozejrzyjmy się tutaj! – wykrzyknął Sam. nasze motto brzmi: „Promieniowanie? Jakie promieniowanie?”. Zdaje się. że pod ziemią jest masa uranu i nikt nie powinien myśleć. że to niebezpieczne? – spytał Edilio sceptycznym tonem. która rozgrzewa wodę i powstaje para. że ktoś zginął – wtrącił Sam. przekrzykując zgiełk.

Istniał tylko jeden sposób. że nieco się skurczyła. szyderczy salut. kołysząc się lekko w przód i w tył. W końcu Astrid dała im znak. grając w grę na podręcznej konsolce z wyłączonym dźwiękiem. – Petey – powiedziała spokojnym głosem. – Chodźmy do nastawni – zaproponowała Astrid i poprowadziła ich mrocznym korytarzem do wyglądającej nieco przestarzałe nastawni. Przypominała pomieszczenie kontrolne NASA z czasów podboju kosmosu. Astrid przypomniała im. przełącznikami i złączami starej generacji. Właśnie tam siedział na podłodze. wreszcie znowu słyszeli się nawzajem. Gdy przeszli przez dwoje drzwi. że zobaczyła go zupełnie samego w . by go znaleźć: zajrzeć w każdy kąt. rozmigotane monitory i zdecydowanie zbyt wiele paneli ze zbyt wieloma światełkami. Quinn oddał mu powolny. gdy ktoś go woła. która według Sama wyrażała coś podobnego do rozczarowania. Staroświeckie komputery. Jakby nigdy nie zaginął. gdzie dziecko mogłoby stanąć. Małego Pete’a nie było w hali. Rozeszli się po hali. że mały Pete zwykle nie wychodzi. Patrzyła z miną. jakby cały czas byli razem i nie było nic dziwnego w tym. Mały Pete. w każde miejsce. Ale potem zmusiła się do uśmiechu i podeszła do brata. usiąść albo się schować.Popatrzył na Quinna. Astrid nie podbiegła do niego. by szli dalej. Zdawało się wręcz.

– Głodny? – powtórzyła wolno. powoli. Po chwili zmieniła pytanie: – Głodny? Miała szczególny sposób rozmawiania z Pete’em. Trzymała jego głowę w swoich dłoniach. Właściwie. – Zamierzałem powiedzieć głośne NIE-E-E. by zwracał na nią uwagę. był ślicznym dzieckiem. gdybyśmy mieli tam szukać. z wyraźną artykulacją. Dopiero po niemal minucie podniósł rękę znad konsolki i dotknął jej włosów w jakimś nieobecnym geście. Edilio przyglądał się przestarzałym urządzeniom elektronicznym. Edilio skinął głową na znak zgody. pokrywającym większą część jednej ze . Piegowaty. gdy chciała. Przybliżała jego twarz do swojej i mówiła spokojnie.środku elektrowni jądrowej. że nie był przy reaktorach – odezwał się Quinn. – Dzięki Bogu. niemal dziewczęcy. ograniczając mu pole widzenia i na wpół zakrywając uszy. uznałby go za zwykłe. pewnie nawet mądre dziecko. Mały Pete miał cztery lata i jasne włosy jak starsza siostra. – Jadłeś coś? – spytała dziewczyna. Gdy jednak Astrid go przytuliła. Skinął głową. – Dobra – powiedziała Astrid. jakby nawet tego nie zauważył. Nie wydawał się opóźniony czy głupi. ale z naciskiem. gdyby ktoś nie znał prawdy. W oczach małego Pete’a pojawił się błysk. grającego w Pokemony na Gamę Boyu.

czy możesz przełączyć na inny kanał. które wydawało się tu najnowocześniejsze – ekranu plazmowego. On. Zmarszczył czoło.. – Same cyfry i symbole. – Pójdę do kuchni poszukać czegoś do jedzenia dla Pete’a – oznajmiła Astrid. Przypominało to dźwięk wydawany przez szczeniaka. przymocowanego do ściany. bo ten . ale się powstrzymała. wpatrując się w jeden z ekranów. – Nawet nie mogę tego przeczytać – przyznał. – Na ogół nie zdaje sobie sprawy z mojej obecności. Myślę. nie? – Podszedł do niskiego.. – Wszystko wygląda normalnie – poinformował. ale Pete zaczął kwilić. łukowatego stołu. Nie chcę go zostawiać. że zielony znaczy „dobrze”. Edilio podszedł do urządzenia. stary. obracając się powoli na jednym z inżynierskich krzeseł.ścian. – Coś mu przyniosę – obiecał. ale i inżynierem jądrowym? – Patrzę tylko na odczyty. – Chciała coś powiedzieć. Ruszyła do wyjścia. podtrzymującego trzy monitory komputerowe przed trzema sfatygowanymi obrotowymi krzesłami. który czegoś chce. Quinn przybrał drwiący ton. – Przepraszam. Astrid popatrzyła na Sama błagalnie. jesteś nie tylko kierowcą wózka golfowego. Quinn też patrzył na ekran. – Zobacz. kiedy nawiązuje kontakt. – Co lubi? – Czekolady nigdy nie odmawia. – Przyniosę jedzenie – powiedział Sam.

zależnie od pogody. w samym środku. Albo przechodzi przez park narodowy. – Różowy i czerwony. To obszar. – Czerwony to najbliższy obszar intensywnego promieniowania. bielą i różem. – Ale to dziwne – powiedziała Astrid. Czasami ten obszar rozciąga się aż do Santa Barbara. Pokazuje obszar aż do San Luis. wiecie. – Różowym oznaczona jest strefa potencjalnych opadów. żeby tak to wyglądało. – Komputer nie odbiera danych o pogodzie z satelitów . Obszar czerwony wyglądał jak tarcza wewnątrz tego zewnętrznego kółka. Różowy wzór stanowił idealne koło. Zwykle opad idzie w głąb lądu. żeby dopasować obraz. prądach morskich i tak dalej. – To mapa – stwierdził Edilio. z powodu przewagi wiatrów od morza. – Tak.jest nudny. ukształtowaniu lądu. – Spory teren – stwierdził Edilio. na wypadek. Pomogła Pete’owi wstać na nogi i podeszła bliżej do mapy. gdyby kiedyś nastąpiła emisja – wyjaśniała Astrid. – Tu jest Perdido Beach. Mapa jaśniała jasnym błękitem. z czerwonym kółkiem. tam jest zagrożenie? – spytał Edilio. niczym tarcza celownicza. – Nigdy nie widziałam. gdzie opad przekroczy dopuszczalny poziom. Tu jakieś miasteczka na wzgórzach. Komputer zbiera dane o wiatrach.

– Przechodzi dokładnie przez Clifftop. – Nie sądzę. – Tak – powiedziała powoli. Ale najdziwniejsze. by sprawdzić. czy widzi to. czy obejmuje całą czerwoną strefę. – Tak. że. – Myślę. Sam popatrzył na mapę. – Dlatego powrócił pewnie do ustawień standardowych. ETAP . plaże. że nastąpił jakiś wyciek promieniowania? Astrid pokręciła głową. Potem zaczął dostrzegać miasto. że to jak związek przyczynowo-skutkowy. – Całe miasto znajduje się wewnątrz czerwonego kółka – zauważył. Nie wiemy. – Rzeczywiście. – Tak – odrzekła. – Czerwona strefa sięga południowego krańca Perdido Beach. Wszędzie wokół wyłyby alarmy. – Po chwili dodała: – Przynajmniej z tego. Astrid skinęła głową. – Myślisz.– stwierdziła Astrid. które znał. co o niej wiemy. że to zdumiewający zbieg okoliczności. Bariera wydaje się pokrywać ze skrajem obszaru zagrożenia. czyli czerwonego koła o promieniu piętnastu kilometrów i różowego o promieniu stu pięćdziesięciu kilometrów.. co on. ostrzegające przed radiacją. Sam zerknął na nią. inne miejsca.. – Czy to znaczy. tylko na odwrót. z początku nic z niej nie rozumiejąc.

Ruszył korytarzem w kierunku wskazanym przez Astrid. a potem mapa pokazuje wartości domyślne. Pójdę poszukać czegoś do jedzenia. wpatrzona w mapę. odetchnęła głęboko. . jakby ją na czymś przyłapał. – Chyba jestem zmęczony. Pogubiłem się. Kiedy obejrzał się. przez co komputer wszedł w tryb standardowy. Ich oczy się spotkały. spojrzała w dół. Obronnym gestem objęła ramieniem małego Pete’a. stała nieruchomo. który znów zajął się grą. Wzdrygnęła się.odciął dostęp do danych meteorologicznych. Astrid zamrugała powiekami. który sama wywołała? Sam pokręcił głową i uśmiechnął się z żalem. urywanie i rozmyślnie odwróciła wzrok. Zauważyła. Więc dlaczego bariera miałaby odwzorowywać układ mapy. Najpierw ETAP. z ponurym wyrazem twarzy. że na nią patrzy.

Weszła do zagraconego. To właśnie robiła jej mama. Były to Huggies dla noworodków. Była tak nieprzytomna. Przysłał ponad osiem litrów mleka oraz kilka paczek chipsów i krakersów Goldfish. to było popołudnie – czuła się zupełnie zdezorientowana. 47 MINUT – Kawa – Mary wypowiedziała to słowo tak. Ludzi wciąż było o wiele za mało. Tego mi trzeba. który okazał się bardziej niż bezużyteczny. Wszyscy to robili. która nie chciała jeść. co można by podać małej dziewczynce. Niemal wpadła do lodówki. gdy czuła się zmęczona. jak groził laniem płaczącemu trzylatkowi. Później jednak. małego pokoju nauczycielskiego w przedszkolu Barbara’s i zaczęła szukać w lodówce czegokolwiek. ale Mary zdołała przynajmniej przespać pełne dwie godziny. Mary podsłuchała. i wyrzuciła go z budynku. Bezużyteczne. tak była zmęczona. gdy czuli się zmęczeni.Rozdział 12 272 GODZINY. i wtedy zauważyła ekspres do kawy. – Kawa. W odpowiedzi na jej rozpaczliwą prośbę o pomoc Howard dostarczył jedną paczkę pieluszek. Natomiast bliźniaczki Anna i Emma przyszły pomóc z własnej woli. . Przysłał też Pandę. jakby mogło mieć magiczną moc. że nie tylko nie miała pojęcia. gdy obudziła się tego ranka – nie.

ale lepsza niż poprzednio. ale widywała. gdzie się znajduje. bezowocnym oczekiwaniem. Zaczęła od dwóch łyżeczek. Teraz kawa była lepsza. jak to się robi. maszyna buchnęła strumieniem pary. Może nie dobra. – O Boże. Zaniosła filiżankę z powrotem do głównej sali. miała za to trochę cukru. Trzeba było zmienić pieluchy. – Co się stało? – John podbiegł natychmiast. Obok leżały łyżka i filtry. I nakarmić najmłodsze dzieci. Mała krzyknęła. Nalała ją do filiżanki i ostrożnie skosztowała. Nigdy dotąd nie parzyła kawy. Siedziała i w stanie podobnym do śpiączki przez dziesięć minut wpatrywała się w urządzenie. Znowu. Kiedy naprawiła swój błąd. Nie mogła marnować mleka. Płakało przynajmniej sześcioro dzieci. Dziewczyna bez namysłu sięgnęła w dół. ale przez pierwszych kilka sekund nie wiedziała nawet. Trzyletnia dziewczynka o rzadkich jasnych włosach zauważyła Mary i podbiegła. .która godzina. Po kolejnych pięciu minutach Mary miała już dzbanek aromatycznej kawy. Napój okazał się bardzo gorący i bardzo gorzki. Kawa rozlała się na szyję i ramię dziecka. Przyglądała się teraz ekspresowi zaczerwienionymi oczami. nim zdała sobie sprawę. Pierwsza próba skończyła się długim. Mary jęknęła ze strachu. że zapomniała nalać wody.

bezgłośnie. Patrzyła na słoje drewna. z którego wykonano stół. Powstrzymała swój przejmujący szloch. Potem wybiegła z pomieszczenia i z budynku. że jej łkanie brzmiało jak chrapliwy głos zwierzęcia. że słoje zdawały się wirować. – O mój Boże. wszystko będzie dobrze. Ale czas na łzy już minął. Przez łzy niewiele widziała. Z płaczem pognała do swojego domu. który znajdował się dwie przecznice dalej. Było jednak cicho. Nie była w stanie uwierzyć. Gdzie byli? Gdzie oni wszyscy byli? . które powtarzała dzieciom. Usiadła przy stole kuchennym. Oparła głowę na rękach. Mary ostrożnie odstawiła filiżankę na blat. co się stało? Dziewczynka nie przestawała krzyczeć. Była tak wyczerpana. Otworzyła drzwi. To samo kłamstwo. – Wszystko będzie dobrze. Mary zamarła. Szloch wstrząsał całym jej ciałem. Pędem dopadła do nich Anna z małym dzieckiem na rękach. chcąc popłakać jeszcze trochę.Dziewczynka zaczęła wyć. Przez chwilę słuchała po prostu własnego oddechu. Próbowała się uspokoić. – Co powinniśmy zrobić? – wykrzyknął John. W środku panowały chłód i spokój. tak cicho. Wszystko wyglądało jak zawsze. że mamy i taty nie ma w domu.

Gdyby zaczęła. Kontrolowała swoje odżywianie. nie powstrzymałaby się. nie mogłaby przestać. Jej nieszczęsny brat. że powinna wziąć buteleczkę z szafki z lekarstwami. Dzieci jej potrzebowały. by długo ukrywać swoją chorobę. raz za razem. Gdyby zasnęła. ale w końcu rodzice się dowiedzieli. Miała wystarczająco dużo sprytu. Przyjmowała teraz prozac i czuła się lepiej. a gdy to nie pomogło. przypomniała sobie. Mogła je zjeść. a wtedy poczułaby się gorzej. Gdy o tym pomyślała. a wtedy poczułaby się lepiej.Na piętrze miała swój pokój. a w końcu wstyd stałby się tak wielki. na leki. Mogła je zjeść. Obżarstwo. Gdyby zaczęła jeść. Odkąd skończyła dziesięć lat. Nie mogła tego zrobić. Przyszedł czas na terapeutów i specjalny obóz. gdy ona straciła panowanie nad sobą. musiał dawać sobie radę. Nie mogła iść spać. łóżko. . cierpiała na bulimię. a jej zęby stały się szorstkie i odbarwione od kwasów żołądkowych. mając takie samopoczucie. w przyspieszającym cyklu coraz mniej obfitych wymiotów. Lody Ben & Jerry’s o smaku toffi i czekolady. nie obudziłaby się przez wiele godzin. że zmusiłaby się do zwymiotowania wszystkiego. Już nie wymiotowała. a potem zwracanie. Z tego powodu miała w pewnej chwili osiemnaście kilogramów nadwagi. John. Batoniki Dove. Mary otworzyła lodówkę.

Lody. samotna i taka zmęczona. Wzięła łyżkę. Pochłonęła go niczym wilk. Wyciągnęła dwa duże. czekolada – miała je przed sobą.Zrzuciła część nadwagi. taki pyszny. wkładając je do mikrofalówki. przepyszne. Chciała siorbać przy jedzeniu. tłusta czekolada rozpuszczała się na języku. Polewa chrupnęła pod jej zębami. duszkiem. do zupy. Wylizała wieczko. wlała sobie do gardła pół litra czekolady. niespokojnymi palcami rozerwała opakowanie. „Dosyć”. Ale czemu teraz miałaby nie jeść? Czemu? Owionęło ją zimne powietrze z lodówki. powiedziała sobie. Tylko jeden batonik Dove. gdy była śmiertelnie przerażona. W mgnieniu oka batonik znalazł się w jej ustach. czekoladową zupę. by nabrały płynnej konsystencji. Aksamitna. waniliowe nadzienie. otrząsała łyżkę. Rozległ się dzwonek mikrofalówki. . by przypominały zimną. Płakała i jadła. Zjadła cały batonik. Przecież jej nie zaszkodzą. a ze środka wypłynęło miękkie. Tylko raz. a potem wprost z opakowania. Złapała lody Ben & Jerry’s. w swojej łapczywości niemal nie czując smaku. Zerwała wieczko i najpierw łyżką. Znowu zaczęła płakać. oblizywała ręce. by topniały przez dwadzieścia sekund. czarne foliowe worki na śmieci. taki zimny. taką dużą. Chciała. Teraz. Wyciągnęła go z pudełka i drżącymi.

do swojej łazienki. Zielono-pomarańczowe. Poza tym mają tu automat ze . że mały Pete nie utrzyma równowagi na kierownicy roweru – odezwał się Sam do Astrid.Do jednego wrzuciła wszystko. popijając wodą z podetkniętej pod kran dłoni. – Przypomniawszy sobie wcześniejsze narzekania Quinna. mogły bowiem zastąpić pieluchy. Zostały tylko dwie. papier toaletowy. czwarta? Może lepiej zostać tu na noc i ruszyć rano. masło orzechowe. Gdy skończyła. Znalazła buteleczkę z prozakiem. Starannie zamknęła za sobą drzwi. Quinn? Zostajemy czy idziemy? Przyjaciel wzruszył ramionami. Wzięła jedną i połknęła. batoniki Nutri-Grain. Drugi worek zaniosła na górę. podłużne tabletki. – Nie utrzyma – przyznała. Która jest. ryżowe płatki Chex. ręczniki – zwłaszcza ręczniki. miód. podniosła klapę i wetknęła sobie palec do gardła. w takim razie pójdziemy pieszo. czym mogła nakarmić dzieci: krakersy. Chwyciła worki i zaczęła wlec je do przedszkola. wyszczotkowała zęby. Potem wróciła na górę. – Dobra. – Przypuszczam. aż odruch wymiotny wyrzucił jedzenie z jej żołądka. orzechy nerkowca. Otworzyła ją i przechyliła nad dłonią. Zaciągnęła worki pod drzwi frontowe. Wepchnęła do niego poszewki i prześcieradła. spytał: – Co ty na to. – Jestem skonany. Znów zeszła na dół. Uklękła przed sedesem.

na której Astrid mogła się położyć z małym Pete’em. Żaden z nich nie znał się na znajdujących się tu urządzeniach. maską przeciwgazową i małą butlą tlenową. ale miejsce wydawało się właściwe. – Właśnie. Sam zaś odkrył. – Ja też tak umiem. każdy z kapturem. dopóki nie wpadł na ścianę. bracie. że Edilio znalazł pięć skafandrów przeciwradiacyjnych. które wyglądały niemal jak kosmiczne. Zaparkowali łóżka w nastawni.słodyczami. rozpędził łóżko na kółkach. Okazało się. Miał wrażenie. – Dobra – powiedział Sam. Quinn roześmiał się. – Ładnie – powiedział Quinn. Przez kilka minut „surfowali” na łóżkach po pustych korytarzach. aż natrafili na izbę chorych. na wszelki wypadek. Sam zawahał się. W gabinecie dyrektora elektrowni znajdowała się kanapa. Ale wtedy Quinn ruszył biegiem. Odrętwiałemu Ediliowi zaproponowała poduszki. wskoczył na nie i nawet zdołał utrzymać równowagę. . – Jest dobra fala. Były tam szpitalne łóżka na kółkach. Sam i Quinn przeszukali budynek. że ostatni raz surfował z Quinnem sto lat temu. – Tak na wszelki wypadek? Edilio wydawał się nieswój. że nadal potrafi się śmiać.

znudzony dyskusją. że wszystko zdarzyło się z powodu tego miejsca? Spójrz na tę mapę. Sam czekał na odpowiedź Astrid.Gdy Quinn uśmiechnął się drwiąco. wiesz? Ekstremalne Terytorium Alei Promieniotwórczej? Co za niezwykły zbieg okoliczności. – Promieniowanie może cię zabić – zgodziła się dziewczyna. chłopie. Może też powodować mutacje. – Może zabić cię szybko albo powoli. mimo że Astrid znalazła wyłącznik światła. – Ale jest śmiertelnie groźne. Quinn westchnął i wepchnął swoje łóżko w ciemny kąt. ale na to potrzeba bardzo długiego czasu. Astrid była wyraźnie znużona. gdzie jest bariera? Może ten cały Howard miał rację. Nastawnię rozświetlał przyćmiony blask. Edilio. ni z owego ma szpony jak jastrząb? – spytał znacząco Edilio. które przypadkiem kończy się tam. Albo w ogóle nic. wywołać raka albo tylko złe samopoczucie. tamten dodał: – Nie sądzisz. Czerwone kółko. – Wstała i wzięła małego Pete’a za rękę. – W rodzaju mewy. przez noc nie staniesz się mutantem. Świeciły monitory i ciekłokrystaliczne . Sam wyciągnął się na swoim łóżku. – Muszę położyć go do łóżka. która ni z tego. – Tak. – Nie martw się. – Od promieniowania nie pojawiają się bariery ani nie znikają ludzie. Nie wystarczy jedna doba. – Obejrzała się jeszcze przez ramię. prawda? – naciskał Edilio.

niebiesko-zielono-biała. czy noc. czy na zewnątrz panuje dzień. listopadowe słońce. Edilio chrapał na . Po kolei sprawdził. Wydawała się słaba i bezradna. Ale nie mogła go usłyszeć. każdego kraba. kwiecistą. Chciał krzyknąć. by zapomniał o troskach i przyszedł się bawić. Jej włosy. Fale wzywały go. Zsunął się z łóżka i wstał. Widział w nich każdy głaz. uśmiechając się i machając do niego. Potem sceneria się zmieniła. Gwałtownie przebudził się ze wspomnienia. portfelową spódnicę i białą bluzkę. co u pozostałych. by cofnęła się od krawędzi. by udało mu się zasnąć. Krzyczał do niej. Miała na sobie niebiesko-białą. oświetlonego złotymi promieniami. Na szczycie urwiska stała matka. W jego pamięci każda fala była cudowna. Nie było tu okien. Ale wszyscy inni spali. zachęcały. Świeciło blade. Leżał. starając się nie wydać żadnego dźwięku. Tym jednak razem przyszła popatrzeć. wspominając ostatnie wspólne surfowanie z Quinnem. kamyk. które stało się snem. Dzień po Halloween. Quinn wyjątkowo nie mówił przez sen. ale wspomnienia były jasne i wyraźne. Sam wolałby chyba zostawić więcej światła. Pamiętał ten dzień. a ona go nie słyszała. Niemal zawsze przesypiała poranne godziny. gdy on surfował.wyświetlacze. Wątpił. powiewały na wietrze. niemal jak żywa istota. więc nie dało się zobaczyć. znacznie jaśniejsze niż jego.

Ale Sam nie przypuszczał. Mały Pete otworzył oczy. Obszedł biurko. Na biurku w gabinecie dyrektora zauważył iPoda. Po drugiej stronie spał Pete. Szczur. Dźwięki uwięzły mu w gardle. jak tylko umiał. . w elektrowni. Pragnął odzyskać matkę.. niemal muskając rękę Astrid. Odskoczył i wpadł na gablotę. Nie mógł oddychać. Druga noc bez rodziców. – W porządku – powiedział Sam. – To. Gdzie spędzą jutrzejszą noc? Sam nie chciał wracać do siebie.. który – sądząc po rodzinnym zdjęciu na blacie – miał około sześćdziesiątki. Nie mógł mówić. powtarzający się krzyk. Pierwsza w hotelu. a druga tutaj. Był to zwierzęcy odgłos. by udało mu się z powrotem zasnąć. ale zanim zdołał wypowiedzieć kolejną sylabę.poduszkach. leciutko odsuwając krzesło i starannie unikając gabloty z pucharami. Rozdzierający. Ona z kolei skuliła się na skraju kanapy. Nie liczył za bardzo na muzyczny gust dyrektora. Przekradł się przez gabinet tak cicho. ale nie dom. głównie golfowymi. chłopiec zaczął wrzeszczeć. Dostrzegł nagły ruch u swoich stóp. w gabinecie. Rozległ się donośny brzęk. – Przepraszam – zaczął Sam. natarczywy. które dała mu Astrid.

tuląc go do siebie. Petey. lecz nie mogły wciągnąć powietrza. W porządku. Sam. W jej oczach widniały rozpacz i strach. Serce mu waliło. próbujący zerwać się do lotu. Pete. Masz tu swoją grę. co ty wyprawiasz? – spytał Quinn.Chwycił się za gardło. stalowe palce. Kiedy się boi. Sam zatoczył się na biurko. a mały Pete cały czas krzyczał i machał rękami niczym ptak. wszystko w porządku – powiedziała Astrid. . Sam chciał krzyknąć. które zaciskały się na jego szyi. – Dusi się! – zawołał Edilio. że nic nie jest w porządku. że się dusi. – Petey. w porządku. miejsce przy oknie. – To go przestraszyło. – Ej. Płuca wysilały się. Miejsce przy oknie. Sam poczuł. Edilio i Quinn już biegli w ich stronę. – Możesz uciszyć tego głupiego dzieciaka? – wykrzyknął Quinn. Tłukł w nie dłońmi i próbował je oderwać. Mały Pete krzyczał. miejsce przy oknie. – Miejsce przy oknie. że krew napływa mu do oczu. szaleje. głaszcząc go po głowie. Kręciło mu się w głowie. uspakajając brata. – Co się dzieje? – wykrzyknął Quinn. jestem przy tobie. przesłaniając pole widzenia. Petey. – Usłyszał hałas – zawołała w odpowiedzi Astrid. odbierające mu powietrze. Poczuł niewidzialne ręce. ale nie mógł wydać z siebie dźwięku. Astrid znalazła Gamę Boya. Włączyła urządzenie.

– Nic mu nie jest? – spytała Astrid z paniką w głosie. Leżał na plecach. – Czy on żyje? – spytał Quinn głosem. nagły haust powietrza. – Widzieliście je? – Stary. – Miejsce przy oknie. – Oczy Quinna . Nagle rozbłysło jasne światło. Mały Pete milczał. Zupełnie jakby w dyrektorskim gabinecie wybuchła mała supernowa. a nad nim pochylały się przestraszone twarze Quinna i Edilia. Jego piękne oczy były wlepione w grę elektroniczną. Nieprzytomny Sam padł na ziemię.– Nie przestanie. starała się jednak nie zdenerwować znowu Pete’a. Potem jeszcze jeden. – Skąd się wzięło to światło? – spytał Edilio. Sam opadł na jedno kolano. widzieli je nawet na księżycu. Jego świat czerniał. Ręce odpychały pustkę. Zawładnął nim strach. który zdawał się płynąć z bardzo daleka. dopóki wszyscy się nie uspokoją – powiedziała Astrid przez zaciśnięte zęby. – Nic mi nie jest – wychrypiał. Sam zaczerpnął ostry. idź na swoje miejsce przy oknie. Dziesięć sekund później odzyskał zmysły. Petey. Wkrótce miał umrzeć. To było szaleństwo.

– Słusznie – stwierdził Quinn. Samowi ciągle kręciło się w głowie i drżały mu nogi. – Wychodzimy stąd – rzucił Edilio. Puścili się biegiem. więc wskazał tylko drzwi i skinął głową. czy zdoła cokolwiek powiedzieć. – zaczęła Astrid. To nie był właściwy moment. Wyciągnął rękę i pociągnął Sama. – Gdzie możemy. . żeby się kłócić albo coś wyjaśniać. Nie wiedział.. Edilio przerwał jej: – Nie obchodzi mnie to. Opór nie miał sensu. Byle nie tutaj.były szeroko otwarte.. pomagając mu wstać. na wszystkich twarzach wokół niego widniała panika.

59 MINUT Niczego ze sobą nie wzięli. tyle wiem – odrzekł. – Wymówka była kiepska. Astrid i mały Pete. . co to było? – chciał wiedzieć Quinn. zataczając się. przystanęli i zgięci w pół. że tego nie kupują. – Ale co ze światłem. – Tak. – Co to było? – Po prostu Petey spanikował – odparła Astrid. – Co cię dusiło. przez co majaczące powyżej wzgórza wydawały się jeszcze ciemniejsze. Oświetlały ją dziesiątki punktowych reflektorów.. gonił ich Sam. może. bracie? – Dusiłem się i już – odparł Sam. które zgasło? – Nie wiem – z trudem wychrypiał Sam.Rozdział 13 258 GODZIN.. Zdyszani. oparli dłonie na kolanach. po prostu biegli. O tej porze elektrownia jeszcze bardziej kojarzyła się z żywym.. wziąłem coś do jedzenia i się zadławiłem. za nim gnali Edilio. może lunatykowałem czy jakoś. oddychającym stworem. aż minęli główną bramę.. – Dusiłeś się i już? Powietrzem? – Nie wiem. Biegli. – Dobra. na końcu zaś. Prowadził Quinn. Pełne niedowierzania spojrzenia Quinna i Edilia świadczyły. Dookoła panowała ciemność.

– Wziął głęboki wdech i próbował poukładać . I Astrid też. jak cię wyciągnąłem z tego płonącego budynku. Astrid. ale gadasz bzdury. że tamten ma rację. skoro mnie okłamujesz? Sam dał się zaskoczyć. pozostali zresztą też nie. – Coś się tu dzieje. – Bez urazy. Nie musiał zmagać się z tym samotnie. Szanuję cię. Ale jak mam cię szanować. Nie tylko on miał swoje tajemnice. Jeszcze nigdy nie widział Edilia rozzłoszczonego. żebyś zaczął mówić prawdę. – Co innego mogło sprawić. chłopie. – To światło? Widziałem je już wcześniej. – Co? Co ty gadasz? – Mur i znikający ludzie to jeszcze nie wszystko – wyjaśnił Edilio. że się dusił? – ciągnęła. Sam. Poczuł ulgę. pora. co dotyczy ciebie. Coś. – Co masz na myśli? – Próbował zyskać na czasie. Jej słowa były tak niespodziewane. Tuż przed tym. – Dzieje się tu coś jeszcze. – Edilio oparł ręce na biodrach. Quinn odwrócił się gwałtownie. że nawet Sam nie zdołał ukryć zdumienia. – Dobra. Sam z zaskoczeniem zdał sobie sprawę.– Pewnie tak – powiedziała Astrid. podszedł do Sama i dodał: – Stary. Astrid też wiedziała. – A to światło stanowiło pewnie jakiś wewnętrzny system alarmowy. i chodzi o ciebie. prawda? – mówił Edilio. skoro tak od razu próbowała was kryć.

że to brzmi jak brednie. Totalny odpał. Brednie są wtedy. Wiem tylko tyle... światło.. – Właśnie powiedziałeś. skąd się to bierze.. jak to się dzieje. – Mogę. jasne? – zaczął cicho. Quinn parsknął śmiechem. jak to robisz. bracie? – spytał Quinn. pojawia się. – Nie. – To prawda – odezwała się Astrid. Jeśli prawda. Pokażcie. że zdarzyło się to cztery razy. A to jest już choroba psychiczna.myśli. ale czasami światło po prostu tak jakby strzela z moich rąk. Sam podniósł ręce. zróbcie to. – Nie wiem jak – przyznał Sam. Widziałem teraz.. Pokaż.. – Bzdura. tylko kiedy wpadnę w panikę. nie wiem. Stary. Nie kontroluję tego. że lepiej ode mnie śmigasz po falach. kiedy mówisz. to się po prostu dzieje samo. to nie brzmi jak brednie. co to takiego. – O czym ty mówisz. – Znam cię prawie całe życie i teraz zmieniłeś się w Green Lanterna? Akurat. – Nie wiem. – Zdarzyło mi się to cztery razy. zanim zacznie wyrzucać je wszystkie z siebie. Widziałem błysk podczas pożaru. kierując dłonie w stronę przyjaciela. – Po pierwsze. wiem. ale nie umiem zrobić tego na zawołanie. – Próbuję ci wytłumaczyć – odparł Sam – że dzieje się tak. – Cztery razy strzeliłeś laserami z rąk? – Głos Quinna balansował na granicy między śmiechem a krzykiem. że czasem. Nie wiem. A dwa pozostałe razy? .

– To znaczy byłym ojczymem? – Tak. – Twoim ojczymem? – spytał ostro kumpel. zwiększając dzielącą ich odległość. prawda? – Myślałem. Było ciemno. – Moja mama wiedziała. a potem ten błysk strzelił mi z rąk. Cały czas wiedziałaś. ta żarówka. Edilio nie dawał za wygraną. Imię to nic nie znaczyło dla Edilia. – Napotkał spokojne spojrzenie Astrid i nagle zapaliła się inna żarówka.. Jakby ogromny ciężar spadł mu z barków. A jeśli chodzi o Pete’a. to znaczy ja zrobiłem. Spałem. – Nie mówisz tego. Raczej ulgę. Nie odczuwał smutku. ma się rozumieć.. Zrobiło się. Kryła mnie .. Ale jednocześnie dostrzegł. tutaj. – Widziałaś światło w moim pokoju. obudziłem się.. co mi się wydaje. – Pierwszy raz to zdarzyło się z Tomem – powiedział Sam. ale Quinn je znał. Takie jak z żarówki. w sumie trzy razy. – Tak – przyznała. – Widziałaś to – oskarżył ją. że Quinn cofnął się o krok. – Wiedziałam od pierwszego dnia. – Pożar. Quinn patrzył na niego surowo. Jeszcze nigdy nikomu o tym nie mówił. to światło. Poczuł.. oni byli w kuchni i krzyczeli. zobaczyłem Toma z nożem. wiem jeszcze dłużej.. – Myślałem. zszedłem po schodach.– Poprzednio w moim domu. że chce skrzywdzić mamę – wyjaśnił Sam. że do oczu napływają mu palące łzy. Śnił mi się koszmar.

że pasierb strzelał do niego promieniami światła. że Tom wpadł na piekarnik. chłopie – wyjaśnił Quinn. więc wiedzieli. co ma na myśli. czy wspierać męża – stwierdziła Astrid. że to ona wznieciła ogień.na ostrym dyżurze. zaraz. Miał taki jakby hak. w San Luis. czy chronić ciebie. Na mój widok wpadła w panikę.. Kupował papierosy i podawał sprzedawcy pieniądze tym hakiem. jeśli dalej będzie mówił. zdał sobie sprawę. czy jest zdenerwowany. Co zrobił? – spytał Edilio. – Wykonał na własnym przedramieniu gest rąbania siekierą. że to nie postrzał. że do niego strzeliłem. Tym razem to on był zaskoczony.. Tom krzyczał. Mama wcisnęła im jakieś kłamstwo. – Tak. – Ta dziewczynka z pożaru. – Ej. – Jego ojczym ma hak zamiast dłoni. – Spaliłeś rękę swojego ojczyma? – głos Quinna zabrzmiał piskliwie. – Nie ja jedyny – powiedział Sam obronnym tonem. A Tom zdał sobie sprawę. – Musieli mu obciąć rękę. – Zademonstrował obrazowo. Lekarze zobaczyli oparzenie. Zupełnie jakby z . mniej więcej tutaj. że skończy na oddziale psychiatrycznym. – Musiała wybrać. czy coś w tym stylu. – Widziałem go jakiś tydzień temu. używając dwóch palców w charakterze szczypiec protezy. – Czyli jesteś jakimś dziwolągiem? – drążył. Myślę. czy rozbawiony. ze szczypcami czy czymś takim. kiedy już uśmierzyli mu ból. Najwyraźniej nadal nie podjął decyzji.

Chodzi o krzesło przy oknie w moim pokoju. obojętny na ich obecność. – On też – oskarżycielsko stwierdził Quinn. Quinn i Edilio zwrócili teraz uwagę na chłopca.rąk tryskał jej płynny ogień. Cieszę się tylko. jak nad tym panować. że zrobiłeś jej krzywdę. – Jaki numer odstawia? Strzela rakietami z tyłka czy jak? Astrid pogładziła włosy braciszka i przesunęła palcami po jego policzku. A być może nad niczym się nie zastanawiał. Nie wiem. – Niezbyt mnie to pociesza – warknął Quinn. może nawet nieświadom ich istnienia. – Właśnie to cię gryzło. Mały Pete przetarł zaspane oczy i skierował wzrok gdzieś obok nich. Być może zastanawiał się. by się tego pozbyć. co robi – odparła Astrid. – Miejsce przy oknie – odezwał się niespodziewanie mały Pete. Pomaga mu znaleźć spokojne miejsce. Dusiłem się. – Sam widział w mroku tylko zarys jego twarzy. że nie skrzywdziłem małego Pete’a. co zrobić. – Zrobiłeś tę swoją sztuczkę. – Więc też strzeliłeś – domyślił się Edilio. czemu stoi w wilgotną noc przed elektrownią jądrową. Myślisz. – Nie wie. – On mówi – zauważył Edilio. – Nie wiem. A potem zwróciła się do pozostałych: – Miejsce przy oknie to takie zaklęcie. – Dziwoląg. Nie prosiłem o to. . – Miejsce przy oknie – szepnęła.

a w następnej już u siebie. tego dnia miał chyba zły humor. powiedz: nabrałem was. W jednej chwili byłam w jego pokoju. wiem o tym od jakiegoś . Może trochę za mocno złapałam go za rękę i przytknęłam jego palec do obrazka. W pięcioro stali na środku drogi. a przed sobą ciemną jezdnię. – Znaleźliśmy się w nowym świecie – wtrąciła Astrid. jasno oświetloną elektrownię. – Wydaje się zdolny do wielu rzeczy. Rozzłościł się. Znowu milczenie. Nie wiem. Świetnie. bo na tym polega terapia. którą czasem ogląda. Zapadła grobowa cisza. Że tylko mnie wkręcasz. pracowaliśmy z książką z obrazkami. Co jeszcze robi? – spytał z przekąsem Quinn. Powiedz. – Ale nieczęsto mu się to zdarza. Zwykle tak naprawdę mnie nie zauważa. by wypowiedział odpowiednie słowo. I nagle już mnie tam nie było. – To może zdoła zabrać nas z ETAP-u i przenieść z powrotem do naszych rodziców – odezwał się w końcu Quinn. aż się roześmiejesz. Pokazuję mu obrazek i próbuję nakłonić. Ale kiedyś prowadziłam z nim terapię. – Wiesz. – Słuchaj.– Umie mówić – wyjaśniła Astrid. jeśli chodzi o Pete’a. Sam – powiedział Quinn. że to jakiś numer. gdy cała czwórka spoglądała na małego Pete’a. – Ciągle czekam. Między nami na ogół dobrze się układa. – Umie mówić. Za sobą mieli buczącą.

że rzeczy niemożliwe się nie zdarzają. albo zasady w jakiś sposób się zmieniły. że robi to Bóg. że zgodnie z prawami biologii i fizyki dzieją się rzeczy niemożliwe. A to. co zrobił Petey.czasu. zanim jeszcze zaczął się ETAP. – Jak to? – spytał Edilio. Więc albo to się nie dzieje. że prawa fizyki trzeba napisać od nowa. – Zostały tylko dzieciaki. W ludzkim ciele nie ma żadnego narządu. – Wiem tylko. mówią. Wiem tylko. a mój . – Jakby ktoś włamał się do komputera wszechświata i na nowo go zaprogramował. – Z trudem radzę sobie na zaawansowanym kursie fizyki. chciałam wierzyć. mówicie. że to się działo. – Jakby ktoś włamał się do komputera wszechświata – powiedział Quinn. – Jak się pisze od nowa prawa fizyki? – spytał z namysłem Sam. że chłopak zrozumiał. umiejętność przenoszenia obiektów z miejsca na miejsce? Naukowcom udało się dokonać tego z paroma atomami. że to jakiś cud. Tak jak ty. zaskoczona. Astrid rozłożyła ręce. To wymagałoby więcej energii. niż wytwarza cała ta elektrownia. Aby zrozumieć. – Właśnie – potwierdziła Astrid. Nie z całymi istotami ludzkimi. ale to nie znaczy. Quinn. Próbowałam wierzyć. Co w zasadzie oznacza. – Znaczy. to ten poziom. co się dzieje. – Słuchaj. jest jakiś wielki mur. że jestem mądra. który wytwarzałby światło. że coś z tego rozumiem – przyznała Astrid. człowiek musiałby być Einsteinem czy Heisenbergiem.

. Pragnął ciszy i . – A może nie – odrzekła Astrid z nadzieją w głosie. – Tak. cokolwiek się dzieje. To wystarczy – odrzekł Sam. że ludzie się z tego ucieszą. która umarła. tacy jak Sam i Petey. nadal mam swojego brata. Ruszyli w kierunku odległego miasta. których uważają za lepszych od siebie. Ludzie nie lubią takich. prawda? – Są pewnie jeszcze inni – odezwała się Astrid. ale jeśli myślisz. Edilio ma chyba rację – przyznała dziewczyna. – Nadal jestem twoim przyjacielem. – Wy wiecie. Potem Quinn wysunął się na czoło. – A myślałem sobie: dobra. No. Sam pozwolił sobie zostać trochę z tyłu. Tamten westchnął. – Przynajmniej na razie.najlepszy kumpel został nagle magikiem – ciągnął Quinn. A zwłaszcza nie możemy puścić pary z gęby na temat Pete’a. – Inni. – Nic nie powiem – potwierdził Edilio. – Jesteś mądra. swojego najlepszego przyjaciela. – Musimy utrzymać wszystko w tajemnicy – uznał Edilio. Jeśli zwykłe dzieciaki się dowiedzą. zaczną się kłopoty. to nie znasz ludzi – stwierdził Edilio. Astrid nie odstępowała małego Pete’a. – Nikomu nie możemy powiedzieć.. ale nie jest tak samo. – Ja na pewno nie będę kłapał dziobem – zapewnił Quinn. Edilio oddalił się nieco w bok. Najpierw zwartą grupą. Szli w milczeniu. I dziewczynka. Astrid. – Dobra. Quinn – stwierdził Sam.

Przyspieszył kroku. . kim – czym – jest.spokoju. Jakaś jego część chciała oddalać się coraz bardziej. by dogonić przyjaciół. Wiedzieli. I nie zwrócili się przeciwko niemu. Znali jego tajemnicę. Był jednak teraz związany z tymi ludźmi. śpiewającego „Pieski małe dwa”. Dobiegł go głos Quinna. by w końcu pozostali o nim zapomnieli.

balansując niepewnie. Nie widział jednak swoich przyjaciół. Wschodzące słońce wyławiało kontury gór za nimi i rozświetlało zbyt spokojny ocean. piętnastokilometrowy marsz był zwykłym spacerem. Quinn i Edilio padli wyczerpani na trawnik na placu. 42 MINUTY Sam. Może poszli szukać jedzenia? Sam był głodny. Astrid. Spytał. Dołączył do tej fali. I po chwili już spał. Wzruszyła ramionami. Obok zobaczył znajomą dziewczynę. aż tłum zaczął zwalniać. co się dzieje. która przesiąkła przez koszulkę Sama. Obudziły go promienie słońca na powiekach. Trawa była mokra od rosy. – Po prostu idę za resztą. Zamrugał i usiadł. zupełnie obojętny. ale za to widząc wszystko ponad głowami .Rozdział 14 255 GODZIN. Mały Pete wciąż stał. Wszyscy zmierzali w tym samym kierunku. Wtedy wskoczył na oparcie parkowej ławki. do kościoła. zauważył. że tłum się porusza. Gdy wstał. Sam też szedł. jakby całonocny. Pomyślał: nigdy nie zdołam tu zasnąć. Rosa już wyschła i trawa stwardniała od upału. Wokół kręciło się wiele dzieciaków. grając w swoją grę.

Miały na sobie czarne spodnie i białe koszule. potężne. Ze wszystkich samochodów wysiadły dzieci. Wszystkie cztery były ciemne. podjechał do krawężnika u szczytu placu i zatrzymał się. – Ktoś jedzie nam na ratunek? – zawołał do Sama jakiś piątoklasista. młody. Cztery samochody jechały przez Armada Avenue. kosztowne. Wszyscy przyjezdni nosili też krawaty w granatowo-czarno-złote paski. naszytą na wysokości serca. niczym na paradzie. Poruszały się jednostajnym tempem. Kolumnę zamykała czarna terenówka. a nie BMW. wyszyte złotą nicią na tle. Podobnie jak chłopcy. miały granatowe marynarki z dużą tarczą. – Czy to kosmici? – Wtedy zobaczylibyśmy raczej statki kosmiczne.innych. . – Nie widzę radiowozów. które przedstawiało złotego orła i pumę. Na tarczy widniały ozdobne litery „C” i „A”. „Do wielkich osiągnięć przez wąskie ścieżki”. Pod spodem umieszczono łacińskie motto Coates Academy: Ad augusta per angusta. więc wątpię. że trzeci samochód był kabrioletem z opuszczonym dachem. Lepiej trzymaj się z boku. Dziewczyny nosiły czarne plisowane spódniczki i dopasowane kolorystycznie podkolanówki. Wrażenie potęgował jeszcze fakt. Pojazdy miały włączone reflektory. Konwój czy jak to nazwać.

jakby czytała Samowi w myślach. podobnie jak on. gdzie majętni rodzice posyłali uczniów. – Był to głos Astrid. . pozbawioną jednak arogancji czy protekcjonalności. nawet Sam to dostrzegał. Ona i mały Pete stali obok Edilia. Może nie dorównywali porządkiem i precyzją oddziałowi wojskowemu na defiladzie. Wydawał się autentycznie skromny. że to ćwiczyli. Zawsze istniała rywalizacja między dziećmi z miasta. co robi. Po chwili w kabriolecie podniósł się chłopak. autoironicznie machnął dłonią. jakby chciał pokazać. tłum cofnął się o krok. Był przystojny. których inne szkoły uznały za „trudnych”. Ale twarz chłopca zdawała się świecić wewnętrznym blaskiem. że sam nie wierzy w to. Miał ciemne włosy i ciemne oczy. które uważały się za „normalne”. Sam zeskoczył z ławki. ubrany w jasnożółty sweter w serek zamiast marynarki. Coates Academy było miejscem. Lekko. Gdy ci z Coates wysiedli z samochodów. Przybysze ustawili się w szeregu. – Prawie jak armia – odezwała się Astrid cichym głosem. Uśmiechnął się niepewnie i zwinnie wspiął się z tylnego siedzenia na bagażnik.– To dzieciaki z Coates. a tymi z Coates. na ogół bogatymi i – choć akademia starała się to ukryć – dość dziwnymi. – Starannie wyćwiczony pokaz – powiedziała Astrid. Promieniał pewnością siebie. by znaleźć się przy nich. ale widać było.

Kątem oka Sam zauważył Młotka. – Lekki dowcip. żeby rozluźnić atmosferę – odezwała się Astrid. Zniknęli wszyscy. że wpakowaliśmy się w to. Umiał tak patrzeć na tłum przed sobą. którzy mieli piętnaście lat albo więcej. Chłopak odwracał wzrok i kulił się. Albo że wszyscy mamy kiepski gust w kwestii ubioru. ciągnąc swój szeptany komentarz. . Wygląda na to.nawet gdy stał tak naprzeciw wszystkich i patrzył ponad ich głowami. co się stało? – spytał jakiś glos. Jak on to powiedział? Ze nie umiał się z nimi dogadać? Coś takiego. – Nie. – To stare dzieje. razem. W tłumie rozległy się pojedyncze śmiechy. Caine pokręcił głową. – Jestem Caine Soren. nie sądzicie? W odpowiedzi wiele osób pokiwało głowami. że jesteśmy z Coates Academy. by sobie z nimi radzić. jakby każdemu z osobna spoglądał w oczy. bariera. ale silny i zdecydowany. że ja. że między dzieciakami z Coates Academy i z Perdido Beach toczy się tradycyjna rywalizacja – mówił dalej Caine. co się dzieje. jakby próbował się ukryć. I powinniśmy współpracować. – Wiem. Pewnie już się zorientowaliście. Pewnie nie wiemy nic więcej od was. – Cześć – powiedział.. Mamy teraz takie same problemy. – Wiesz. I jest jeszcze mur.. Był z Coates. Głos miał wyraźny i może ciut wyższy niż Sam.

co wszyscy czuli.– Nazywamy to ETAP-em – powiedział głośno Howard. Wierzę. Kapitana Orca. jakby odcinał się od przeszłości. Wszyscy ucichli. – Trzeba zachować poczucie humoru. a potem parsknął śmiechem. Caine natychmiast to zauważył. ale na tyle głośno. Malec powiedział to. – Wszyscy. Przez tłum przeszedł szmer niepokoju. – E-T-A-P. – Etapem? – zainteresował się Caine. Caine myślał nad tym przez chwilę. że ty i kapitan Orc dołączycie do mnie i do pozostałych. – Wszyscy chcemy odzyskać rodziców – powiedział łagodnie. Ekstremalne Terytorium Alei Promieniotwórczej. Bo my mamy pewien plan na przyszłość. Ty to wymyśliłeś? – Tak. – Podkreślił ostatnie zdanie machnięciem dłoni. I wierzę. – Mam nadzieję. – Chcę do mamy! – wykrzyknął nagle jakiś mały chłopiec. że . Przyklęknął i wziął go za ręce. by stojący najbliżej wyraźnie go słyszeli. Jestem prawą ręką kapitana. że to nastąpi. – Doskonałe. Jak się nazywasz? – Howard. kiedy świat nagle zdaje się bardzo dziwnym miejscem. którzy chcą usiąść i pogadać o planach na przyszłość. Caine zeskoczył z samochodu i podszedł do chłopca.

Razem musimy przez to przejść. Jeśli będziemy współpracować. choć Samowi zdawało się. starszych braci i siostry. ale z dużym szacunkiem. Caine przytulił go mocno ze słowami: – Bądź silny. Ale ciężko było nie zauważyć. Nie dowierzał urokowi osobistemu. by wybrać dobrych przywódców i robić. co robić. przygnębioną grupę. na pewno damy radę. . że nikt inny kompletnie nie wie. to chyba dobrze? Wyglądało na to. Bądź silnym chłopcem swojej mamy. Pozostali otoczyli go kręgiem. co należy. Wierzę w to. On też był sceptyczny. choćby tylko trochę. wcześniej zmęczonych i przestraszonych. A jeśli chłopak naprawdę miał plan. że dostrzega w jej oczach chłodny błysk sceptycyzmu. a nawet nauczycieli. Wyćwiczone pokazy nie budziły jego zaufania. Caine wstał. W zaledwie kilka minut Caine tchnął nadzieję w zalęknioną. stając blisko. że Caine przynajmniej próbuje dotrzeć do dzieciaków z Perdido Beach. pojawił się wyraz determinacji.zobaczymy nasze mamy i ojców. Caine znowu podniósł głos. – Wszyscy musimy być silni. Na twarzach. Astrid też wydawała się urzeczona. A ty? – Tak – chlipnął mały. Dzieci stojące w tłumie wydawały się teraz nieco wyższe. Trudno mu było nie wierzyć. Sam był wręcz zahipnotyzowany tym widowiskiem.

Zawahał się. jak się domyślam. Orcowi opadła szczęka. Zdobył też policyjny kask. w obecności naszego Pana. Sam pomyślał.– Jeśli nikt z was nie ma nic przeciwko temu. plastikowych kasków. – To dla mnie zaszczyt. Chłopak był wyraźnie zdezorientowany. Orc chrząknął. – Oddaje ci hołd. kapitanie. próbując ocenić sytuację. Howard spoglądał to na Orca. Chciałbym usiąść z waszymi przywódcami. jeden z tych czarnych. – Tak. które mogą mówić w waszym imieniu? – Ja – odezwał się Orc. Caine chwycił ją oburącz i z powagą popatrzył osiłkowi w oczy. Wciąż trzymał kij bejsbolowy. których chcielibyście dokonać. – Gładko poszło – mruknęła Astrid pod nosem. i omówić mój plan. że zapewne pierwszy raz w burzliwym życiu Orca ktoś powiedział. no. to na Caine’a. przełożył kij z prawej dłoni do lewej i wyciągnął swoją grubą łapę. może dziesięć osób. że spotkanie z nim to zaszczyt. kapitanie – stwierdził. Zerknął na Howarda. chciałbym pożyczyć wasz kościół. I pewnie pierwszy raz ktoś zechciał podać mu rękę. . – Kapitan Orc. To ja. a także wszelkie zmiany. Caine omiótł osiłka przenikliwym spojrzeniem. jakie nosili funkcjonariusze z Perdido Beach podczas swych rowerowych patroli. Caine wyciągnął dłoń. przepychając się naprzód. Czy znajdzie się.

Caine podszedł prosto do niego. Potrzebuję jej. Przez ten ułamek sekundy dostrzegł wyraz triumfu na twarzy tamtego. Caine rzucił: – No. kto jeszcze reprezentuje Perdido Beach? Odezwała się Skacząca Bette. – Nie dziwię się. by ratować małą dziewczynkę.. wyciągając rękę. ale i skromny. przyjazny i bezpośredni. Tamten jednak złapał go za łokieć i nie dał za wygraną. cofając się. że ma dzielnego syna – powiedział Caine z uczuciem. dopóki nie uścisnął mu dłoni. – Tak. Widzę.Wciąż trzymając rękę Orca. – Na pewno znajdą się lepsi ode mnie – powiedział Sam. Rozległ się pomruk aprobaty. że Sam nie był pewien. Uśmiech Caine’a pojawił się i zniknął tak szybko. tak? Wygląda na to.. – Sam Tempie wszedł do płonącego domu. – Tak. . – Sam. Jesteś spokrewniony z naszą szkolną pielęgniarką. – To bardzo dobra kobieta. – Mógł zginąć – poparł go inny. ale ja. Sam to prawdziwy bohater – dał się słyszeć jakiś głos. czy naprawdę go widział. Proszę cię o pomoc. że jesteś nie tylko odważny. Może wystąpić przynajmniej w moim imieniu. że prawdziwy z ciebie bohater. Connie Tempie? – To moja matka. Sam to nasz człowiek.

chciał odwrócić wzrok. albo któryś z pozostałych zrobi coś poważnego. Pozostali wybrańcy podążyli za nim. – Ach – westchnęła. ale jakoś nie potrafił. ciemnooka. – W takim razie chodźmy razem – powiedział Caine. Caine. jakby ktoś powiedział jej coś fascynującego. – Sam Tempie. zatrzymała Sama i wyciągnęła dłoń. Oczy Caine’a wędrowały od Sama do Quinna i na ułamek sekundy pojawił się w nich cyniczny. bardzo ładna dziewczyna. zastąpiony przez wyćwiczony wyraz pokory i zdecydowania. – Jeśli inni tego chcą. Jakie istniały szanse. Sam uścisnął ją. Padło kilka innych imion. że „C. z T. a Sam bez przekonania. Momentalnie jednak zniknął. ale lojalnie zaproponował Quinna. – Jestem Diana – powiedziała. Potem puściła jego rękę i uśmiechnęła się . czując się nieswojo. Jak S. Odwrócił się i ruszył po schodach kościoła. – Dobra – powiedział Sam. znaczący błysk. Jej oczy o barwie nocy napotkały jego spojrzenie i Sam. wszystkie elementy układanki zaczęły do siebie pasować.Po wzmiance o matce. „ to jakiś inny uczeń Coates? Prędzej czy później C. „C”. nie puszczając go. Komuś stanie się krzywda. – Diana Ladris. Jedna z uczennic Coates.

i w ich miejsce wstawiono tańsze witraże o abstrakcyjnym wzorze. – Proszę. – Tak. pogody. ze swoimi strzelistymi łukami. Kościół był wzniesiony sto lat wcześniej przez bogatego właściciela fabryki konserw. Sam zaś osobiście niezbyt interesował się religią. proszę. Pokryty cynowymi płytami. Jego matka była niepraktykującą żydówką. – Tutaj chodzisz do kościoła? – spytał szeptem Sam. O wyznaniu ojca się nie mówiło. żeby Nieustraszony Przywódca został bez świty. Caine pewnym siebie krokiem podszedł do ołtarza. Trzy pozostałe padły przez lata ofiarami wandali. że zdawał się nie pasować do Perdido Beach. Świątynię katolicką. przedstawiające różne epizody z dziejów Jezusa. a może trzęsień ziemi. Kościół. A ty? Pokręcił głową. Spośród sześciu szpiczastych okien. Pierwszy raz był w środku. Sam .drwiąco. patrząc na przytłaczająco wielki krucyfiks nad ołtarzem. Gdy Astrid weszła do kościoła. ewidentnie brzydki budynek stał w pobliżu przystani. w trzech zachowały się oryginalne witraże. był tak duży. W tym kościele czuł się mały i zdecydowanie nie na miejscu. Chyba lepiej chodźmy do środka. Nie chcemy. sfatygowanymi ławami z drewna. zniszczoną i porzuconą. kilkoma posągami świętych i pięknymi. uklękła na jedno kolano i przeżegnała się.

jak się dało. że ci z Coates przećwiczyli wszystko rano. Ze strony Coates Academy. W sumie do środka weszło piętnaście osób. poczynając od przyjazdu kawalkady samochodów – co musiało wymagać kilku godzin treningu w prowadzeniu aut – aż po tę prezentację. Quinn. w tym Sam Tempie. najlepszy sportowiec z dziewiątej klasy. Orc. wyglądający na zagubionego piątoklasista w dużych okularach. ot. Astrid i mały Pete. uśmiechnięty i wesoły chłopak o złośliwym spojrzeniu i potarganych włosach barwy piasku. Howard Bassem i Cookie. stojąc przy jego prawym boku. Elwood Booker. I jeszcze jasnowłosy. tak daleko od innych. którego prawdziwe nazwisko brzmiało Tony Gilder. . oprócz Caine’a Sorena. którego przedstawiono Samowi jako Komputerowego Jacka. do którego prowadziły trzy stopnie kryte czerwonym dywanem. Komputerowy Jack usiadł z boku. i jego dziewczyna Dahra Baidoo. był Drake Merwin. Sam kolejny raz uświadomił sobie. przy czym w pierwszym rzędzie rozparł się Orc ze swoją bandą. Drake Merwin stał i uśmiechał się drwiąco.ołtarz nie był zbyt okazały. zwykły prostopadłościan z białego marmuru. z dłońmi złożonymi na piersiach. Alfred Hillsborough i Mary Terrafino. Diana Ladris patrzyła na pozostałych. Wszystkie dzieciaki z Perdido Beach usiadły w ławach. Dołączyła również Diana Ladris. który naprawdę nazywał się podobno Charles Merriman. po lewej stronie od Caine’a.

jak zaczął się ETAP. opieką nad chorymi i działalnością przedszkola. Kiedy bariera zniknie i wrócą ludzie. Kapitanie – zwrócił się bezpośrednio do osiłka – na pewno nie chcesz zajmować się rozdziałem żywności. co musiałbyś napisać. schodząc po schodkach w kierunku Orca. i rozwiązywać problemy na bieżąco. zobaczą. Zgodnie ze słowami Astrid. co musiałbyś czytać i pisać tego. których nie ma. – Trzeba zorganizować to tak. który wyglądał na urzeczonego Caine’em. Dlaczego kapitan Orc ma wykonywać całą pracę sam? Uważam. – Ale to ciężkie brzemię. co jest. żeby nic nie uległo zniszczeniu. Wzruszył ramionami. czytać wszystkiego. że Orc to prawie analfabeta – szepnęła Astrid.Musieli zacząć planowanie i próby tuż po tym. – Musimy pracować razem – ogłosił. po wzmiance o czytaniu i pisaniu poczuł . by wprowadzić w Perdido Beach jakiś system. Orc zerknął na Howarda. Myślę. – Kapitan już to robi – wtrącił Howard. że wykonaliśmy kawał dobrej roboty i utrzymaliśmy porządek. – Domyślił się. Caine żwawo przeszedł do wyjaśniania swojego planu. Gdy wszyscy zostali już sobie przedstawieni. – Bez wątpienia dobrze się spisał – zgodził się Caine. że przede wszystkim powinniśmy dbać o zachowanie tego. że potrzebujemy systemu i planu. Ta myśl budziła niepokój.

a wy? Obecni zaczęli kiwać głowami i rozległy się potakiwania. co opowiadano o jego śmiałej akcji podczas pożaru. – No właśnie – powiedział Caine.się nieswojo. że mamy niezawodne źródło energii elektrycznej. że da się uruchomić sieć komórkową. jakby wzruszenie ramion Orca oznaczało potwierdzenie. – To potrwa. że będziemy mogli zadzwonić do kogokolwiek poza. bo jego ojciec to porucznik policji drogowej – będziemy potrzebowali szefa straży pożarnej do nagłych wypadków i na tę funkcję mianuję Sama Temple’a.. poprawił okulary i oblał się rumieńcem. który pilnowałby przestrzegania zasad – a do tego zadania moim zdaniem największe kwalifikacje ma Drake Merwin. przytaknął skinięciem głowy. . Dla podkreślenia swojego zdecydowania uderzył zaciśniętą prawą dłonią w otwartą lewą. W związku z tym. Ale łączność wysiadła. ale razem damy radę – ciągnął Caine. – Przeciąga cię na swoją stronę – szepnęła Astrid.. – Nie mówię. Wszystkie oczy skierowały się na Komputerowego Jacka. – Rozległ się podniecony pomruk i Caine wzniósł ręce. który przełknął ślinę. Mój przyjaciel Komputerowy Jack uważa... jak brzmiało to genialne określenie Howarda. – Oprócz szeryfa. wybór uważam za oczywisty. Wrócił na scenę i zwrócił się do wszystkich: – Wygląda na to. ETAP-em? Ale przynajmniej będziemy mogli porozumiewać się między sobą.

– Wie.. – Z Bożą pomocą nie będzie więcej takiej potrzeby. – Co wcale nie znaczy. jedzenia i.. Dużo pomocy. pomógł jej wstać i otoczył ją ramieniem. – Właśnie – powiedział Caine. – Nie ufasz mu – mruknął na to Sam. ale ktoś musi grzebać zmarłych. – No i prawie uratował tę małą. Brakuje nam pieluch. znaczy przedszkolakami – stwierdziła. – Nasza dwójka i może jeszcze czworo innych – . ktoś powinien ją pochować. Może być w porządku. – Szlachetna z ciebie osoba. Jak myślisz. że jest zły. Podszedł szybko do Mary. A skoro już o tym mowa. Ty i twój brat będziecie mogli wybrać sobie pomocników. jakby się wzruszył. John i ja znamy już te dzieci i możemy wszystko nadzorować. – Mary świetnie zajmowała się smarka. – Ale potrzebujemy pomocy – wtrąciła szybko Mary.. ilu ludzi trzeba do opieki nad maluchami? Mary dokonała w głowie obliczeń.. Mary. Głos zabrała Dahra Baidoo.. – westchnęła – wszystkiego. No i ktoś powinien opiekować się małymi dziećmi. niemal jakby lada chwila miał uronić łzę. że stanowisz dla niego konkurencję. żeby się przespać. – Manipuluje ludźmi – dodała dziewczyna. ale potrzebna nam pomoc. Tak jak ktoś musi pomagać tym. Caine wyglądał. – Ona i jej brat John. – Nie mamy czasu. którzy się rozchorują albo zranią.. – Sam uratował sklep z narzędziami i przedszkole – odezwała się Mary.

I jeszcze pieluch i mleka w proszku. W przeciwieństwie do Howarda. Drake i jego ludzie. – Nie ma nic ważniejszego niż opieka nad najmłodszymi. dopilnują. na przykład jedzenia. co takiego? Wcześniej nic nie powiedziałem. – My nie pracujemy dla nikogo. który właśnie wyszczerzył się w uśmiechu niczym rekin. macie pełne prawo dobrać sobie tylu ludzi. Drake. wciąż się uśmiechając. No i musimy mieć taką możliwość. i żądać dostawy wszelkich rzeczy. który jednak błyskawicznie zniknął. Sam zobaczył. że Orc ma pracować dla tego gościa? – Kciukiem • wskazał Drake’a. Mary wydawała się oszołomiona i wdzięczna. Jeśli ktoś się sprzeciwi. . a Cookie poszedł za jego przykładem. Nie słucha niczyich rozkazów. ale mówisz. Mary i John. bo wstał. żebyście wszystko dostali. czterech po południu i czterech w nocy. Kapitan Orc nie pracuje dla nikogo ani pod niczyim przywództwem. Obaj ściskali kije bejsbolowe. które się wam przydadzą. stanął między nimi a Caine’em. w tym kapitan Orc. żeby prosić innych o przynoszenie nam różnych rzeczy. Caine pokiwał głową. Orc też musiał to dostrzec. Kroiła się bójka. ilu potrzebujecie. że przez przystojną twarzy Caine’a przemknął wyraz zimnej wściekłości. Potem. nabrawszy pewności dodała: – Właściwie potrzebujemy czterech osób rano. – Zaraz.oznajmiła.

podobnie jak większość Kalifornijczyków. zaciętą. Wszyscy zerwali się na nogi. Na ołtarz spadł deszcz kawałków tynku i kamyków. Wszystko to zdarzyło się tak szybko. Wokół jego ramienia pojawiła się plama krwi. Krzyż runął naprzód. Leciał niczym drzewo. Pozioma belka krzyża trafiła go w prawe ramię. stal i drewno zaczęły się skręcać i krucyfiks oddzielił się od ściany. które utrzymywały go na miejscu. Caine opuścił ręce po bokach. Zerwał się ze śrub. Orc i Howard odskoczyli w bok.Diana Ladris. jakby Orc jej nie obchodził. ścięte piłą łańcuchową. spadł z impetem na pierwszą ławę. Naraz rozległo się dudnienie. Twarz miał posępną. że dzieciaki. uważnie patrzyła na Sama. o dziwo. jakby szarpnął nim jakiś niewidzialny olbrzym. uniósł ręce i obiema dłońmi przygładził włosy. Nieznaczny wstrząs. Uderzenie było głośne i nagłe niczym samochodowa kraksa. gniewną. W jednej chwili padł na ziemię. Sam. przynajmniej trzyipółmetrowy. Potem jednak rozbrzmiał rozdzierający dźwięk. które . Caine westchnął. Krucyfiks. Nikt nawet nie drgnął. Cookie był zbyt wolny. co robić w razie trzęsienia ziemi. które poniosło się po posadzce i ławach. przeżywał podobne chwile już wiele razy. doskonale wiedząc.

Znaczący uśmieszek na jej twarzy nawet nie drgnął. by go wynieść. odezwał się: – To straszne. Pete.. – Wyjdźmy stąd – szepnęła. – Muszę go stąd zabrać. miejsce przy oknie. pomocy. Czy ktoś zna się na pierwszej pomocy? Sam? Twoja mama była pielęgniarką. – Nie jestem pielęgniarką – wybuchnął Sam. Orc i Howard nie zrobili najmniejszego ruchu. – Miejsce przy oknie. aaa. nie miały nawet czasu puścić się biegiem. . Zamachał rękami. – Pomocy. jakby opędzał się od roju pszczół. Leżał na posadzce i wył. Wciąż trzymał skrzyżowane na piersi ręce i wydawał się zupełnie niewzruszony. – Musimy pogadać. – Nie wiem. ale boli! – darł się Cookie. zupełnie spokojny. Elwood zepchnął z niego krzyż i Cookie wrzasnął. o rany. Caine ani drgnął. pomocy! – krzyczał Cookie.zerwały się na nogi. Drake Merwin nie odrywał zimnego spojrzenia od Orca. po czym wzięła brata.. Krew przesączała się przez materiał koszulki i spływała na płyty posadzki. Astrid złapała Sama za ramię. by pomóc leżącemu towarzyszowi. – Aaa. nakręca się – oznajmiła Astrid. który dotąd siedział cicho i nieruchomo niczym kamień. zaczął się coraz szybciej kołysać. Mały Pete. Caine. Diana Ladris nadal skupiała uwagę na Samie. Diana to widziała.

– Zdaje się. obowiązki. Musimy ustalić wasze. podekscytowany i przejęty nie mniej niż dyrektor szkoły. dopóki nie pomożemy naszemu rannemu przyjacielowi. obejrzał się i pierwszy raz się odezwał.. . dorzucił wesoło: – Później. – Wykrzywiając się w uśmiechu. o Boże. Caine poprowadził Drake’a i Dianę nawą. – Zebranie zostaje odroczone. Zdobył się na pusty uśmiech i niepostrzeżenie skinął Dianie głową. po czym wyszli z kościoła w ślad za Astrid i małym Pete’em. pomóż mi. – Boli. ogłaszający nazwisko wyróżnionego ucznia. ci. eee. którzy nie są ranni. jak on się nazywa? Cookie? Głos Cookiego był jeszcze bardziej naglący. ustawią się na zewnątrz. – Trochę znam się na pierwszej pomocy. – Kapitanie Orc? – powiedział rozbawionym głosem. Diana odwróciła się. że mamy nową pielęgniarkę – oznajmił Caine.. Elwood.. jakby po kolei ich oceniał. błagał o pomoc. krzyczącym Cookiem... – Niech twoi ludzie.. Ciemne oczy chłopaka omiatały wstrząśniętych obecnych. by uklęknąć przy miotającym się. Drake przystanął w połowie drogi. ocierał się o histerię. bardzo boli. obok Sama. podeszła do Caine’a i szepnęła mu coś do ucha...Dahra Baidoo pierwsza wyrwała się z oszołomienia.

.

Hałas przyciągnął uwagę cichego chłopca. – To tam. A gdzie indziej mógłby być nasz nowy przywódca? Jackowi często umykały niuanse w wypowiedziach innych. spojrzała mu w oczy. wiesz. co zaszło wewnątrz. oraz jej młodszego brata.Rozdział 15 251 GODZIN. – Poprawił okulary na nosie. nazwanego wcześniej przez Caine’a bohaterem. którą widział w środku. gdzie poszli Caine i reszta? Dziewczyna. Pospiesznie wyszedł na zewnątrz. 32 MINUTY Do Jacka dopiero po dłuższym czasie dotarło. Jack zauważył wysoką. – Przepraszam – rzucił Jack. Przed kościołem kłębiło się wiele osób. uderzając się przy tym o ławę. Wychwycił jednak jej zimny sarkazm. Z początku nie zobaczył żadnych kolegów z Coates. Zbyt gwałtownie wstał. próbując się jednocześnie uśmiechnąć. – Wskazała ręką. A potem dodała: – Jestem . jasnowłosą dziewczynę. Wycie Cookiego było tylko trochę stłumione. – Przepraszam. rozmawiających o tym. – Są w ratuszu. nie pamiętał jej imienia. – Przepraszam za kłopot. że powinien pójść za Caine’em i pozostałymi i opuścić kościół. Przechylił głowę i rozejrzał się w poszukiwaniu ratusza.

Drake Merwin ostrzegł wszystkich. Aż się wzdrygnął. – Sprawdź mnie. że nie możemy dosięgnąć satelity? – spytała. zamrugał powiekami i zrobił chytrą minę. Zanim przyjechali z Coates Academy. Zaskoczony. a później w dół. – Wątpię. tak? – Mówił protekcjonalnym tonem. Braciszek Astrid zdawał się patrzeć na dłonie Jacka. powiedzmy. którą robił zawsze.. najwyraźniej nadążała za wszystkim. Teraz sygnał idzie z twojego telefonu do wieży. żebyś zrozumiała. że . Jack niepokoił się. więc. by służyły jako prymitywne routery sieci telefonicznej. – Skąd wiesz. Naprawdę myślisz. – Potem jest przesyłany do satelity. kilkanaście połączeń jednocześnie. Zaczął więc tłumaczyć. co mówił. do routera. jak mógłby przeprogramować kilka dobrych komputerów. – Nie byłby to szybki system. Przerwał mu wstrząsająco głośny krzyk bólu z wnętrza kościoła. a dłońmi starał się ukazać kształt wieży i promieniujących od niej fal.Astrid.. ale na podstawowym poziomie powinien działać. Ale to potrwa. To znaczy. gdy ktoś kwestionował jego znajomość techniki. którymi ten nerwowo teraz gestykulował. mały – odparła. że możesz włączyć telefony? – Jasne. przebywając z dala od Caine’a. Ku zaskoczeniu Jacka. Ale teraz nie możemy wysyłać sygnału do satelity. nie mógłby obsłużyć więcej niż.

– Czyli znasz się na komputerach. Astrid go zatrzymała. Technika to moja specjalność. Gdy skończył sześć. ale dla mnie to łatwizna. rodzice zwracali się do niego. – Lepiej już pójdę – powiedział Jack. Nigdy nie był nieśmiały. A ostrzeżenie ze strony Drake’a to była poważna sprawa. który ojciec jego kolegi dostał za przekroczenie prędkości. . Rodzice wciąż opowiadali. – Ile masz lat? – Dwanaście. by pomagał im przy komputerze. by skasować mandat. gdy szło o jego zdolności techniczne.mają do minimum ograniczyć rozmowy z uczniami z Perdido Beach. Zaśmiał się lekceważąco. Jako ośmiolatek miał własną stronę internetową. – Nic z tego. W wieku pięciu lat z łatwością instalował już programy i nawigował po sieci. – Tak. jak tego pierwszego dnia spędził przy maszynie czternaście godzin. Pierwszy prawdziwy komputer dostał na swoją czwartą Gwiazdkę. nie jest takie trudne. co mówiłem. W wieku dziewięciu lat włamał się do systemu komputerowego miejscowej policji. a w szkole pełnił nieoficjalną funkcję pomocy technicznej. robiąc przerwy tylko na batoniki Nutri-Grain i soki w kartonikach. Może większość by tego nie potrafiła. – Młody jesteś jak na takie umiejętności.

że nazywamy to ETAP-em.. W kolejnym semestrze był już w Coates Academy. Powiedz mi. poznał uczniów. . Jack.. Jack? – spytała Astrid. więc dość łatwo byłoby ustawić Wi-Fi. – A co byłoby dla ciebie trudne. że mamy jakieś dwieście dwadzieścia pięć porządnych komputerów. W każdym razie pobyt w Coates Academy wcale nie pomógł mu trzymać się z dala od kłopotów. która słynęła jako odpowiednie miejsce dla inteligentnych. Powierzchnia jest stosunkowo mała. Tutaj. w ETAP-ie. Uśmiechnął się radośnie na tę myśl. A czasem po prostu Jack. – Dobra. Przeciwnie. Co zamierza Caine? Dał się zaskoczyć.. A gdybym miał do dyspozycji choćby parę G5. jak to się tam nazywa. których rodzice Jacka mogliby uznać za nieodpowiednie towarzystwo dla swojego syna. Komp. w tym.. Myślę. ale trudnych dzieci. To proste. Ale on nie był trudny i czuł się dotknięty. – Tak. Tutaj. naprawdę powinnam nazywać cię Komputerowym Jackiem? – Wszyscy tak do mnie mówią. – Zdaje się.Jego rodzice dowiedzieli się o tym i wpadli w panikę. mógłbym uruchomić przynajmniej ograniczony system lokalny. – Ale najbardziej chciałbym uruchomić Internet. sądząc po liczbie domów i firm. – Prawie nic – odparł zgodnie z prawdą. – Byłoby wspaniale.

– Ale nie wydaje mi się. Boją się twojego talentu. – Jesteś bardzo mądry. pytanie zaś wisiało w powietrzu. A Caine? Nie odpowiedział. – To łobuz.– Co? – Co zamierza? Mądry z ciebie chłopak. nieobecne oczy. – Coś jest z nim nie tak. że jesteś miły – powiedziała. Jej młodszy brat skierował na Jacka swoje okrągłe jak spodki. Nie jest. jak to zrobić. Popatrzył na jej rękę. o co mi chodzi? Tamten powoli pokręcił głową. ale nie miał pojęcia. więc ludzie nie zawsze dobrze cię traktują. Astrid podeszła bliżej i położyła mu dłoń na ramieniu. – Caine – powtórzyła wreszcie Astrid. więc też nic nie mówiła. Jack chciał odejść. – Wiem. Potrafił zrozumieć maszyny znacznie szybciej niż ludzi. że coś knuje – ciągnęła dziewczyna. prawda? Opór Komputerowego Jacka skruszał. jednak nie było to łatwe. żeby Drake był miły. w . Jack przyłapał się na tym. na pewno czegoś się domyślasz. – Uważam. Jack przełknął ślinę i próbował odwrócić wzrok. – Tak myślałam. że kiwa głową. Nie chciał niczego zdradzić. prawda? Jack zachował milczenie. prawda? Znaczy Drake. Wzruszył ramionami. Ludzie na ogół nie byli równie interesujący. I próbują cię wykorzystać. – Wiesz.

Pewnie nie. nic mu nie jest. pomyślałam. że może jest chory. blisko chodnika. – Nie. Zwykle potrzebowała więcej czasu. jakby chciała ją uścisnąć. – Edilio – wyjaśniła Astrid.. do czego zmierza. – Jack. czy mogłaby skończyć z Astrid. – Mam nadzieję. Zniżył głos do szeptu. Chłopiec o latynoskich rysach jechał koparką przez ulicę. by odczytać poziom mocy danej osoby. Astrid cofnęła dłoń. – Co on robi? Chłopiec w koparce zaczął kopać rów na samym środku trawnika. – Kto to? – spytała Diana. Tu jesteś. – Szczęściarz z niego. Oboje podskoczyli. teraz jednak zniknął z jej twarzy. że cię ma – powiedziała Diana.przeciwieństwie do jego czujności. . Jack zastanawiał się. – Umie robić różne rzeczy – przyznał. gdzie pod kocem leżały omijane przez wszystkich zwłoki dziewczynki. Odgłos diesla powstrzymał nadciągającą konfrontację. – Chyba chce pogrzebać zmarłą – odrzekła cicho Astrid. Diana miała miły uśmiech. Wesoło skinęła głową w kierunku Astrid. Z tymi słowami ujęła rękę Astrid. Jak stamtąd wybiegłaś.. – Co on robi? – powtórzyła Diana. że twojemu braciszkowi nic się nie stało. – Umie. Ale Jack wiedział. Była to Diana Ladris.

czy mogę pomóc. co to mają masę świetnych pomysłów i przejmują się ratowaniem planety czy takimi tam. Astrid. ale też się nie wykrzywiła. To się stało. Nieważne. a teraz przeprowadziła się na ulicę.Diana zmarszczyła brwi. Bóg. – Wiesz. Nagła zmiana w kontinuum czasoprzestrzennym. Większość ludzi nie potrafiła . – Trzeba to zrobić. co jest przyczyną ETAP-u? – spytała Astrid. Jack nie mógł uwierzyć. Wiesz. nie dając się zastraszyć. – Caine nie powiedział mu. – Wydajesz się miła. że jesteś jedną z tych zdolnych dziewczyn w typie Lisy Simpson. żeby to zrobił. – Kosmici. jak ktoś nazwał cię Genialną Astrid. że Astrid nie czuje się onieśmielona wobec pewnej siebie Diany. Wiesz. jak to jest? Jakbyś przywykła do życia w dobrej dzielnicy. Chyba pójdę tam i zobaczę. To jakby. Z większością ludzi tak właśnie było. Diana nie uśmiechnęła się. To już nie jest twoje dawne życie. – A co to ma za znaczenie? – spytała Astrid. Nie wyglądasz mi na twardą. Słyszałam.. – Czego chce Caine? – spytała Astrid. Astrid – powiedziała. A my w tym tkwimy. o ile Caine nie miałby nic przeciwko temu. których ja nawet się nie domyślam. więc pewnie przyszły ci do głowy wyjaśnienia.. gdzie trzeba walczyć o swoje. Diana wybuchnęła śmiechem. co Jack widział już nie raz. – Dam głowę. Ale wszystko się zmieniło.

nie zaskakując tym nikogo. W jego oczach pojawił się błysk. kto go znał. Caine. psim posłuszeństwem. Nie wchodź mi w drogę. Jack? Dźwięk własnego głosu wyrwał Jacka z transu. że Diana go kryje. Zaczęli wchodzić po schodach ratusza. obitym czerwoną skórą. A gdy próbowali. – Tak? – Mówią na nią Genialna Astrid. Siedział za masywnym mahoniowym biurkiem. – A gdzie się podział nasz Komputerowy Jack? – Nigdzie – odparła. Jack ze zdumieniem zdał sobie sprawę. zajął gabinet burmistrza. – Gdzie byłaś? – spytał. . Chyba jest związana z tym chłopakiem od pożaru. – Poszłam po Jacka. czego chce. że ciemne oczy Diany rozświetlił błysk podziwu. – Natknęłam się na tę dziewczynę – ciągnęła.stawić jej czoła. I dostanie to – odpowiedziała Diana. to żałowali. Jackowi zdało się. – Czego chce Caine? Tego. – A teraz pędź na ten pogrzeb. Ruszył krok w krok za nią. kołysząc się powoli na boki w zbyt dużym krześle. – Tak. – Tę blondynkę z dziwnym młodszym bratem. wyraźnie jednak zawstydzony swoim nagłym. – Po prostu się zgubił. – Chodź. I opiekuj się braciszkiem.

Nie miał już oczywiście Internetu. co to za moc? Zapalarka? Śmigaczka? Kameleon? Oby nie następna Dekka. dwa. że nie kolejna Czytaczka. po czym westchnął. Jack. Caine pokiwał głową. Ciężko z nią było. Znak zapytania. Tylko jednemu przypisano czwórkę: Caine Soren. że powinniśmy mieć na Astrid oko. Genialna Astrid: dwie kreski. Przy każdym nazwisku znajdowała się cyfra: jeden. Astrid. ale inne funkcje ciągle działały. Lista rozwinęła się. więc nie mam pewności. Wpisał kod PIN i otworzył plik. Nie jestem nawet pewna. Ze znakiem zapytania. . trzy. – Myślę. jak ty. Z irytacją rozłożył ręce. Jack skupił się na wprowadzaniu informacji. – Uzyskałam tylko częściowy odczyt. Jack wyciągnął swój palmtop. jakby na jego barkach spoczywał ciężar spraw całego świata. Dwie kreski. Widniało na niej dwadzieścia osiem nazwisk. – Czemu muszę błagać o informacje? Powiedz. – Ma jakieś dwie kreski. – Masz jakieś pojęcie. – Odczytałaś ją? – spytał. – Wpisz ją na listę. – Nie mam pojęcia. wyłącznie uczniów Coates. Diana pokręciła głową. I mam nadzieję.– Nazywa się Sam – przypomniał jej Caine. czy ma dwie kreski.

Była jednak słaba. aż będziemy gotowi. czy też nie. jak Diana wzięła Sama za rękę. – Zrób to. Odczytaj go. – Widziałaś. żeby się nim zająć. czy sobie z nim poradzi. Dlatego zdumiał się. Pragnienie było najgorsze. głodna. jak tylko nadarzy się okazja – polecił Caine. – Odczytałaś go? Jack widział. czy wykonała odczyt. Nie miałam okazji. spragniona. Ale to byłoby głupie. Jeśli ma moc. Jak zmarszczył brwi.Starał się nie myśleć. Nie miała pewności. niż myślałem – zwrócił się Caine do Diany. z którym będziemy sobie musieli poradzić. I mówiłem. a na przywódcę trzeba mieć oko. jasnowłosej dziewczyny. że to syn siostry Tempie. – Ja będę go miała na oku – zaproponowała Diana. Dziewczyna na pewno wiedziała. żeby sobie z nim poradzić. – Poszło lepiej. – Jest uroczy. że będzie jakiś naturalny przywódca. jego nazwisko padło pierwsze. jak wszyscy na niego patrzą? A kiedy spytałem o nominacje. Osiłek ma pracować dla nas. – Przewidziałem. Nie podoba mi się. Lana wyzdrowiała. Fatalny zbieg okoliczności. gdy odparła: – Nie. niepewny. . co to oznacza dla tej ładnej. że pojawi się jakiś miejscowy osiłek. może nie będziemy mogli czekać. czy powinien jej przypomnieć.

że ma największe szanse. Słońce wisiało wysoko. Marsz nie należał do łatwych. pomimo rozbitych kolan i obtartych dłoni. Było po prostu zbyt stromo. – Tkwimy w tym oboje. niż skakał. Miejscami trzeba było omijać gęstwiny ciernistych krzaków. Raz nie dało się ich obejść i Lana musiała przedrzeć się środkiem z czasochłonną ostrożnością. ale jeszcze nie dotykało jej swoimi promieniami. zbierając zadrapania. Patrick ciężko dyszał i częściej dreptał. Pozostawało tylko iść dnem rozpadliny. piesku? – zagadnęła. Nawet Patrick nie mógł wdrapać się na górę. jeśli dotrze z powrotem do rancza. że wciąż może mówić. Gałęzie krzewów kaleczyły jej nogi.Przeszła jednak przez piekło i przeżyła. Lana wiedziała. Po chwili zrozumiała. W większości miejsc ziemia była twarda. Gdy jednak przeszła. – Nie myśl o jedzeniu – wychrypiała. przyłożyła dłonie do zadraśnięć i . zanim ziemia stanie się gorąca niczym ciasto zaraz po wyjęciu z piekarnika. kamienie raniły stopy. równie zmęczony i obolały jak ona. że nic z tego. w innych jednak dziewczyna ślizgała się i lądowała na czworakach. prawda. aż dokądś ją ona zaprowadzi. Próbowała wspiąć się z powrotem na drogę. Podniosło ją na duchu odkrycie. które niczym ogień paliły jej odsłonięte nogi. Po każdym kolejnym upadku trudniej było wstać. Wąwóz pogrążony był w cieniu. I to dawało nadzieję.

o co chodzi. że nie zwracała większej uwagi na układ terenu. Żałowała. czego nigdy dotąd nie widziała. minąć kolejną kępę jeżyn albo gdzie w tej spieczonej okolicy znaleźć wodę i jedzenie. To na pewno dobry znak.ból ustąpił. wypatrując węży. z czegoś. Jej umysł skupiał się na pilniejszych sprawach: jak pokonać następne wzniesienie. znacznie wyżej niż ściany jaru. Nie miała pojęcia. Mur wznosił się niewiarygodnie wysoko. w jaki sposób do tego doszło.. – Co jest. piesku? – Sama jednak zobaczyła.. Ale najwyraźniej nic się w jej pobliżu nie działo. Lana była przekonana. Jar się zwężał. gdy jeździła na ranczo i z powrotem. Nie posiadała mocy uzdrawiania psów ani ludzi. Mur był po prostu murem. wciąż jednak wydawały się strome. Wąwóz był przegrodzony murem. gdy nagle Patrick stanął jak wryty. to chyba zbliżała się do jego końca? Opuściła wzrok na ziemię. że to cud. Sama wielkość nieoczekiwanej przeszkody w połączeniu z niedopasowaniem do tego miejsca wzbudziła w niej lęk. a zrobiono go z. Wydawał się . Mniej więcej po dziesięciu minutach nie było już śladu po obrażeniach. Nigdy dotąd tego nie robiła. Czy wąwóz prowadził do rancza czy też je omijał? Czy dom dziadka był daleko? Czy szła na ślepo w głąb pustyni? Czy ktoś jej szukał? Ściany rozpadliny nie były już tak wysokie. Skoro się zwężał i stawał płytszy.

gdzie nie miało prawa być żadnego muru. co to takiego. Lana była niemal pewna. przechodząc po obalonym głazie na kruszącą się półkę. piesku – ponagliła. Nie zamierzała jednak dotykać przeszkody ponownie. To było niedorzeczne. a z tej strony wspinaczka była niemożliwa. Z bliska zobaczyła swoje niewyraźne odbicie. widząc włosy sztywne od zaschniętej krwi. Podeszła bliżej. – Auć! Zawyła i cofnęła rękę. Ubranie miała podarte i nie chodziło wcale o artystyczny. – Musimy zobaczyć. co znaczy prawdziwy ból.przejrzysty niczym rozwodnione mleko i lekko połyskiwał. co to takiego. Mur tam. że zdoła wspiąć się z prawej. o ile . Patrick miał inne zdanie. Ale wtedy. ale Patrick nie chciał iść w jej ślady. modny styl. Pokonała kilka ostatnich kroków i dotknęła bariery palcem. – Jakieś elektryczne ogrodzenie? – spytała Patricka. musiała wdrapać się na ścianę wąwozu. Sądziła. – To pewnie dobrze. Była brudna. Niestety. Było całe w strzępach. Przed kraksą określiłaby ten ból jako nieznośny. że nie widzę siebie lepiej – mruknęła. Potrzebowałaby lin i karabińczyków. Nie był w najmniejszym stopniu zainteresowany. Teraz wiedziała już. – Skąd się tu wzięło? Teraz nie miała już wyboru. że ranczo znajduje się na lewo od rozpadliny.

złej sile. Gdy w końcu dotarła na górę. o którym Lana zaczęła myśleć jak o żywej istocie. że minęła wieczność. Z jednej strony drogę przegradzał jej wąwóz. z którego wyruszyła. połyskująca w . chcącej zatrzymać ją za wszelką cenę. Umarłaby w miejscu. Wynośmy się stąd. zanim wróciłaby do punktu wyjścia. z trzeciej zaś mur. jakby spadł z nieba.nie pomyliła kierunków. którą przyszła. Minąłby cały dzień. Czy naprawdę była to plama zieleni. Dotarcie tutaj zajęło jej pół dnia. Patrick. który przecinał krajobraz i wyglądał. nim wdrapała się na ścianę wznoszącą się po prawej. Osłoniła oczy i zamrugała w promieniach słońca. – Czekaj – powiedziała do psa. po pokonaniu której będzie musiała przystąpić do dalszej wspinaczki. – Chodź. Zdawało jej się. Wąski pasek płaskiego obszaru wił się wzdłuż rozpadliny. Mur. wąwóz odgrodziłby ją od rancza. Przytulone do bariery. Wszystko to pod milczącym. złowrogim spojrzeniem muru. Ani śladu drogi. Ani śladu rancza. I nadal ten mur. Jedyna droga prowadziła z powrotem tam. Niemal się załamała. skąd Lana przyszła. niedaleko podnóża gór. Mogła też wrócić tą samą drogą. Jedynie górski grzbiet i najwyżej półtora kilometra równiny. – Tam coś jest. z drugiej góry. osłoniła oczy i uważnie się rozejrzała. potężnej. zamrugała powiekami. którego nie powinno być.

Przez kilka sekund dziewczyna zachowywała czujność. rosła. Zginie. – Co myślisz. Domek był naprawdę niewielki. trzy i pół na trzy i pół metra. Do reszty stracił ducha. Nie był włączony. Ostatkiem sił ścigała miraż. Gumowy wąż prowadził za mały drewniany domek. Lana zachwiała się. Ale plama zieleni nie znikała. . Przeciwnie. Za nim stała waląca się drewniana szopa. Ruszyli przed siebie. Patricku? Pies stał zupełnie obojętnie. Czuła. w miarę jak zmniejszał się dzielący ich dystans. że jej ciało się poddaje. Był w jeszcze gorszej formie niż jego pani. Był to maleńki trawnik.rozedrganych falach upału? Na pewno jakiś miraż. Pośrodku znajdował się obrotowy zraszacz. gdy nagle zauważyła. niemal oślepła od nieustępliwego blasku słońca. a tak naprawdę było śmigłem samolotu. I coś co wyglądało na wiatrak. Rozbłyskała i przygasała. Jej stopy poczuły sprężyste źdźbła. Świadomość Lany przypominała teraz rozmigotaną świecę. by po chwili gubić się w oparach snu. miał tylko jedną izbę. że z piachu przeszła na trawę. a duszę dręczą wątpliwości. podążając za głupią fatamorganą. Słońce prażyło niemiłosiernie wprost w nieosłoniętą głowę dziewczyny. – Chyba nie mamy lepszego wyjścia niż miraż – stwierdziła Lana. zamontowanym na pięciometrowej.

. Wąż przymocowany był do kranika. Zardzewiała rura sterczała z ziemi. przyspawanego do zbiornika. gorąca i przesycona zapachem minerałów oraz rdzy. By rozmiękczyła pozlepiane włosy. Odczepił się. By spłukała krew. A potem. by dotrzeć do jego początku. – Jeszcze żyjemy. co. Ostatnia kropla zadrgała na mosiężnej krawędzi kranu. Patricku. Dziewczyna wzięła ją na palec i użyła do obmycia zakrwawionego oka. – To studnia. pierwszy raz od dawna. Przekręciła kurek. przysypanego piaskiem. Lana zaczęła gorączkowo majstrować słabymi palcami przy złączce węża. Nie pokonała jednak tak długiej drogi dla jednej chwili przyjemności. piesku? – powiedziała. Trysnęła woda. Wydobywał się ze stalowego zbiornika. Zakręciła kurek.rozsypującej się wieży. Pozwoliła. Lana chwiejnym krokiem poczłapała wzdłuż węża. Lana piła. Obok Lana dostrzegła zawory i złączki. ustawionego na podwyższeniu z podkładów kolejowych pod prowizorycznym wiatrakiem. – Jeszcze żyjemy. by woda omyła jej twarz. Patrick też. roześmiała się.

– Z milion razy widziałem. to się nie zagotuje – odezwał się Edilio. 12 MINUT – Najpierw musisz zagotować wodę. Sam nie zwrócił na niego uwagi. – Jak będziesz się gapił. Potem wrzucasz makaron – wyjaśnił Quinn. – Skąd wiesz? – Sam marszczył czoło. To nie jest prawda.Rozdział 16 171 GODZIN. Sam i Quinn odwrócili oczy. jak moja mama to robi. – Tak się tylko mówi. Remiza była dwupiętrowym budynkiem z pustaków. – No dobra. Woda najpierw musi się zagotować. Edilio parsknął śmiechem. obracając niebieskie pudełko makaronu rotini w poszukiwaniu instrukcji. w którym stały wóz strażacki i ambulans. nie wiedziałem. Żarty Quinna na ten temat tylko go drażniły. Na dole znajdował się garaż. – Może po prostu podgrzejesz ją swoimi magicznymi rękami – podsunął Quinn. Sam i Quinn gapili się na duży garnek z wodą stojący na kuchence. A po chwili się zaśmiał. Drugą kondygnację zajmowały pomieszczenia . – Wiedziałem – odparł Sam.

Na ścianach wisiały zdjęcia strażaków. że nie dostaną wezwania. nieco już czerstwymi. Wszystkie zaczynały się słowami „Drogi Panie Strażaku”. jeśli potrzymało się je przez piętnaście sekund w mikrofalówce. lecz dlatego. że najwyraźniej tego oczekiwali po nim inni. Sam objął funkcję szefa straży pożarnej. okrągły stół. chipsy. w oficjalnych pozach. choć nie do końca. Duży pokój z kuchnią. od pierwszoklasistów. jak uruchomić wóz strażacki. Miał nadzieję. ale nie mieli pojęcia. zarówno sztywnych. Raz zdarzyło się. Wisiały listy dziękczynne od różnych ludzi. pudełka makaronu. że przybiegł dzieciak. cygara w popielniczkach. Były tu drzwi. uczestników wycieczki szkolnej. wąskiego pokoiku z piętrowymi łóżkami dla sześciu osób. krzycząc „Pożar!”. jak go prowadzić albo wykorzystać do konkretnych celów. Quinn i Edilio z wielkim trudem . Była tu także zadziwiająco dobrze zaopatrzona spiżarnia: sos pomidorowy w słoikach. ale nawet jadalnymi. podłużnym stołem i kilkoma niepasującymi do siebie leżankami. Pośrodku stał duży. Nie dlatego. Sam. W głównym pomieszczeniu panował nastrój niemal pogodny. jak i wygłupiających się z kolegami. na którym widniały ślady gwałtownie przerwanej partii pokera – porzucone karty. że chciał.mieszkalne. w tym te ilustrowane. bo po trzech dniach w remizie wszyscy troje wiedzieli tylko. a nawet czerwona puszka z ciasteczkami domowej roboty. zupy w puszkach. prowadzące do osobnego.

przeciągnęli wąż strażacki i klucz do hydrantu sześć
przecznic dalej tylko po to, by przekonać się, że brat
dzieciaka wsadził puszkę do mikrofalówki. Dym
pochodził po prostu ze spalonej kuchenki.
Wiedzieli za to, gdzie w karetce znaleźć rzeczy
przydatne w nagłych wypadkach. Poza tym ćwiczyli na
zewnątrz z tym wielkim wężem i hydrantem, mogli więc
być szybsi i skuteczniejsi niż Edilio podczas pierwszego
pożaru.
Znakomicie opanowali też zjeżdżanie po rurze.
– Skończyło się pieczywo – oznajmił Edilio.
– Nie potrzebujesz chleba, jeśli masz makaron – odparł
Sam. – Jedno i drugie to węglowodany.
– A kto tu mówi o zdrowym żywieniu? Do posiłku
powinno być pieczywo.
– Myślałem, że u was jada się tortille – powiedział
Quinn.
– Tortilla to pieczywo.
– No ale nie mamy pieczywa – stwierdził Sam. –
Żadnego.
– Za jakiś tydzień już nikt nie będzie go miał –
zauważył Quinn. – Pieczywo musi być świeże. Po jakimś
czasie pleśnieje.
Minęły trzy dni, odkąd Caine ze swoją grupą przyjechał
do miasta i w zasadzie przejął władzę. Przez te trzy dni
nikt nie przybył im na ratunek. Trzy dni pogłębiającej się
depresji. Trzy dni powolnego oswajania się z myślą, że
tak wygląda życie, przynajmniej na razie.

ETAP – wszyscy posługiwali się już tą nazwą – trwał
od pięciu dni. Pięć dni bez dorosłych. Pięć dni bez matek,
ojców, starszych braci i sióstr, nauczycieli, policjantów,
sprzedawców, pediatrów, księży, dentystów. Pięć dni bez
telewizji, Internetu i telefonów.
Na początku Caine został zaakceptowany. Ludzie
chcieli mieć świadomość, że ktoś wszystkim zawiaduje.
Chcieli odpowiedzi. Chcieli zasad. Caine świetnie sobie
poradził z umocnieniem swojej władzy. Za każdym
razem, gdy Sam miał z nim do czynienia, był pod
wrażeniem – tamten umiał wszystko robić z całkowitą
pewnością siebie, jakby właśnie do tego się urodził.
Ale w ciągu trzech zaledwie dni narosły też
wątpliwości dotyczące głównie Caine’a i Diany, a jeszcze
bardziej Drake’a Merwina. Niektórzy twierdzili, że
potrzebny jest ktoś, kto budzi lekki strach, bo gwarantuje
to przestrzeganie zasad. Inni się z tym zgadzali, ale
zwracali uwagę, że Caine budzi coś więcej niż lekki
strach.
Ci, którzy sprzeciwiali się Caine’owi albo któremuś z
jego tak zwanych szeryfów, narażali się na to, że ktoś ich
uderzy, popchnie lub przewróci. W jednym przypadku
skończyło się zaciągnięciem do toalety i wepchnięciem
głowy do sedesu. Lęk przed Drakiem zaczął zajmować
miejsce lęku przed nieznanym.
– Mogę zrobić świeże tortille – oznajmił Edilio. –
Potrzebuję tylko mąki, trochę tłuszczu, soli i proszku do
pieczenia. Mamy wszystko.

– Zostaw to na wieczór meksykański – powiedział
Quinn. Wziął od Sama makaron i wrzucił do garnka.
Edilio zmarszczył brwi.
– Słyszeliście coś?
Sam i Quinn zamarli. Najgłośniejszym słyszalnym
dźwiękiem był bulgot gotującej się wody.
A potem wszyscy to usłyszeli. Zawodzący głos.
Sam zrobił trzy kroki w stronę rury, oplótł ją nogami i
rękami, po czym zjechał przez dziurę w podłodze, by
wylądować w jaskrawo oświetlonym garażu poniżej.
Garaż był otwarty. Ktoś leżał na progu – dziewczyna,
sądząc po długich, rudawych włosach. Próbowała pełznąć,
poruszała się, ale bez wyraźnego kierunku.
Trzy postacie zbliżyły się do podjazdu od strony ulicy.
– Pomóżcie mi – poprosiła cicho dziewczyna.
Sam ukląkł przy niej. Wzdrygnął się, wstrząśnięty.
– Bette?
Lewy bok Skaczącej Bette pokrywała krew. Jej głowa
była rozcięta nad skronią. Dyszała i jęczała, jakby padła
po przebiegnięciu maratonu i próbowała wykrzesać z
siebie resztkę sił, by przeczołgać się przez linię mety.
– Bette, co się stało?
– Próbują mnie złapać – załkała i złapała go za ramię.
Trzy mroczne sylwetki zbliżyły się do granicy kręgu
światła. Jedną z nich był bez wątpienia Orc. Tylko on był
tak wysoki. Edilio i Quinn stanęli w bramie garażu.
Sam puścił Bette i stanął obok Edilia.
– Chcecie oberwać, to oberwiecie! – krzyknął Orc.

– Co tu się dzieje? – spytał Sam. Przymrużył oczy i
rozpoznał dwóch pozostałych chłopaków: Karla,
siódmoklasistę ze szkoły, i Chaza, ucznia ósmej klasy z
Coates Academy. Wszyscy byli uzbrojeni w aluminiowe
kije bejsbolowe.
– Nie twoja sprawa – odparł Chaz. – Coś tu
załatwiamy.
– Co? Orc, uderzyłeś Bette?
– Łamała zasady – powiedział osiłek.
– Bijesz dziewczynę? – spytał z oburzeniem Edilio.
– Zamknij się, ty Meksie – warknął Orc.
– Gdzie Howard? – spytał Sam, by trochę zyskać na
czasie i zastanowić się, co dalej. Jedną bójkę z Orkiem już
przegrał.
Tamten przyjął pytanie jak zniewagę.
– I bez Howarda dam ci radę.
Podszedł prosto do Sama, stanął pół metra przed nim i
oparł sobie kij na ramieniu, jakby szykował się do gry.
Niczym pałkarz, gotowy na następną piłkę. Tyle że głowa
Sama była znacznie większa niż bejsbolowa piłka i pudło
było raczej niemożliwe.
– Odejdź, Sam – nakazał Orc.
– Dobra, nie będę znów przez to przechodził – odezwał
się Quinn. – Pozwól mu ją zabrać, Sam.
– Nie ma żadnego „pozwól” – wtrącił Orc. – Robię, co
chcę.
Sam zauważył jakiś ruch za plecami osiłka. Ulicą ktoś
się zbliżał, dwadzieścia osób, może więcej. Orc też ich

dostrzegł i odwrócił głowę.
– Nie uratują cię – powiedział i mocno zamachnął się
kijem.
Sam uchylił się. Kij świsnął tuż przy jego głowie, a Orc
wykonał półobrót, gnany impetem uderzenia.
Sam stracił równowagę, ale Edilio był w pogotowiu.
Wydał z siebie ryk i rzucił się na Orca. Sięgał mu do
ramienia, ale zdołał zwalić napastnika z nóg. Osiłek legł
jak długi na betonie.
Chaz przyskoczył do Edilia i próbował odciągnąć go od
Orca.
Tłum dzieciaków, które przybiegły ulicą, ruszył
naprzód. Rozległy się gniewne słowa i pogróżki,
wszystkie skierowane pod adresem Orca.
Sam zauważył, że krzyczą, ale nikt nie rzucił się do
nierównej walki.
Przez zgiełk przedarł się jakiś głos.
– Nie ruszać się! – wrzasnął Drake.
Orc odepchnął Edilia i skoczył na nogi. Zaczął kopać
przeciwnika, buty Nike w rozmiarze pewnie z pięćdziesiąt
raz po raz trafiały w ręce, którymi zasłaniał się Edilio.
Sam skoczył na pomoc koledze, ale Drake był szybszy.
Stanął za Orkiem, złapał go za włosy, odciągnął jego
głowę w tył i uderzył go łokciem w twarz.
Orc zawył ze wściekłości, a z nosa popłynęła mu krew.
Drake uderzył go jeszcze raz i puścił. Orc upadł na
chodnik.
– „Nie ruszać się”. Którego słowa nie rozumiesz? –

spytał Drake.
Orc podniósł się na kolana, a potem ruszył na Drake’a z
impetem. Ten błyskawicznie odskoczył w bok. Wyciągnął
rękę i zwrócił się do Chaza:
– Daj mi to.
Chaz podał mu kij.
Drake przyłożył Orcowi w żebra krótkim, ostrym
wyrzutem kija w przód. Potem poprawił uderzeniem w
nerki i jeszcze w bok głowy. Każdy cios był starannie
wymierzony, dokładny, skuteczny.
Orc przewrócił się na plecy, bezradny.
Drake przyłożył mu grubszy koniec kija do gardła.
– Facet, naprawdę musisz nauczyć się słuchać, kiedy
mówię.
Potem roześmiał się, cofnął o krok, zakręcił kijem w
powietrzu, złapał go i oparł sobie na ramieniu.
Wyszczerzył się do Sama.
– A teraz może mi powiesz, co tu jest grane, panie
komendancie straży.
Sam stawiał już czoło szkolnym brutalom. Nigdy nie
widział czegoś takiego, jak akcja Drake’a Merwina. Orc
był od niego przynajmniej dwadzieścia kilogramów
cięższy, ale Drake dał sobie z nim radę jak z figurką ze
sklepu z zabawkami.
Sam wskazał Bette, wciąż się kulącą.
– Zdaje się, że Orc ją uderzył.
– Tak? No i?
– No i nie zamierzałem pozwolić, żeby zrobił to znowu

– odparł Sam najspokojniej, jak potrafił.
– Nie wyglądało to, jakbyś szykował się do ratowania
kogokolwiek. Raczej, jakby on zaraz miał ci urwać głowę
– stwierdził Drake.
– Bette nie zrobiła nic złego – zawołał młody, piskliwy
głos z tłumu.
– Zamknij się – powiedział Drake, nawet się nie
odwracając. Wskazał Chaza. – Ty. Wyjaśnij, o co tu
chodzi.
Chaz miał wygląd sportowca, niemal sięgające ramion
jasne włosy i modne okulary. Ubrany był w mundurek
Coates Academy, brudny i pomięty po wielu dniach
noszenia.
– Ta dziewczyna coś robiła. – Wskazał Bette. –
Używała mocy.
Sam poczuł zimny dreszcz, wędrujący wzdłuż
kręgosłupa.
Powiedział „mocy”. Jakby chodziło o coś, o czym
można niedbale wspomnieć w przypadkowej rozmowie.
Jakby było to powszechne zjawisko, o którym wszyscy
wiedzieli.
Drake uśmiechnął się znacząco.
– Co masz na myśli, Chaz? – W jego tonie wyraźnie
pobrzmiewała groźba.
– Nic – odparł szybko tamten.
– Pokazywała magiczną sztuczkę – zawołał jakiś głos. –
Nikomu nie zrobiła nic złego.
– Kazałem jej przestać. – Orc znowu stał na nogach i

patrzył na Drake’a z nieskrywaną nienawiścią, ale i
pewnym respektem.
– Orc jest zastępcą szeryfa – zauważył Drake. – Więc
kiedy komuś mówi, żeby przestał robić coś złego, ten ktoś
ma przestać. Jeśli ta dziewczyna nie chciała słuchać...
chyba dostała to, na co zasłużyła.
– Nie macie prawa bić ludzi – oświadczył Sam.
Uśmiech Drake’a kojarzył się z rekinem: zbyt wiele
zębów, zbyt mało humoru.
– Ktoś musi pilnować, żeby ludzie przestrzegali zasad,
prawda?
– Jakieś zasady zabraniają magicznych sztuczek? –
spytał Edilio.
– Tak – odrzekł Drake. – Ale niektórzy chyba o tym nie
wiedzieli. Chaz? Daj komendantowi straży egzemplarz
najnowszych reguł.
Sam bez patrzenia przyjął pomiętą, złożoną kartkę
papieru.
– Proszę – powiedział Drake. – Teraz już znasz zasady.
– Nikt tu nie uprawia magii – odezwał się pojednawczo
Quinn.
– W takim razie wykonałem swoją robotę – odparł
Drake i zaśmiał się z własnego żartu. Rzucił Chazowi kij
bejsbolowy. – Dobra. Niech wszyscy wracają do domów.
– Bette zostanie tu jakiś czas – powiedział Sam.
– Wszystko mi jedno.
Orc i pozostali ruszyli za Drakiem. Tłum rozstąpił się
przed nimi.

Sam ukląkł przy Bette.
– Opatrzymy cię.
– O co chodzi z tymi magicznymi sztuczkami? – spytał
równocześnie Quinn.
Pokręciła głową.
– To nic takiego.
– Małe kule światła wychodziły jej z rąk – wyjaśnił
jakiś głos. – To był fajny numer.
– Dobra, słyszeliście, co powiedział Drake: idźcie stąd
– powiedział głośno Quinn. – Wracajcie wszyscy do
domu.
Sam, Quinn i Edilio wnieśli Bette do środka i posadzili
ją w ambulansie. Edilio użył sterylnych chusteczek, by
otrzeć jej krew z twarzy, potem nałożył maść
antybiotykową i wreszcie, za pomocą dwóch plastrów,
zamknął ranę.
– Możesz zostać tu na noc, Bette – zaproponował Sam.
– Nie, muszę iść do domu, brat będzie mnie
potrzebował – odrzekła. – Ale dzięki. – Zdobyła się na
uśmiech, skierowany do Edilia. – Przepraszam, że przeze
mnie cię skopał.
Zawstydzony Edilio wzruszył ramionami.
– Nic takiego.
Sam wyszedł, by odprowadzić Bette do domu. Quinn i
Edilio poczłapali po schodach na górę.
Quinn podszedł do garnka i za pomocą łyżki
durszlakowej wyciągnął kilka rotini. Skosztował.

– Smakuje jak breja.
– Rozgotowane – zgodził się Edilio, patrząc mu przez
ramię.
– Cheerios? – zaproponował Quinn.
Wziął sobie trochę i zaczął nucić pod nosem, nie chcąc
wdawać się w rozmowę z Ediliem. Doszło do tego, że
ledwie mógł go ścierpieć. Za jego wesołość. Za
znajomość niemal każdego tematu. A teraz jeszcze za to,
że rzucił się na Orca niby jakiś meksykański komandos.
To była głupota, myślał Quinn, atakować kogoś takiego
jak Orc. To straszne, co spotkało Bette, ale jaki sens miało
wszczynanie walki z kimś, kogo nie można pokonać?
Załóżmy, że Drake by się nie zjawił – Edilio ma
szczęście, że jeszcze chodzi.
Wrócił Sam. Skinął głową Ediliowi, a na Quinna ledwie
spojrzał.
Quinn zacisnął zęby. Wspaniale. Teraz Sam był na
niego zły, że nie nadstawił karku. Wielki bohater. Quinn
pamiętał wiele sytuacji, gdy kumpel robił się blady na
widok fal, na które on wskakiwał. Wiele takich sytuacji.
– Makaron jest do niczego – oznajmił.
– Odprowadziłem Bette do domu. Mam nadzieję, że nic
jej nie będzie – powiedział Sam. – Mówiła, że dobrze się
czuje.
– Bette ma to samo, co ty, prawda? – spytał Quinn, gdy
Sam usiadł i zaczął jeść swoje płatki.
– Tak. Może w trochę mniejszym stopniu, tak mi się
zdaje. Z tego, co mówiła, potrafi tylko sprawić, że jej

dłonie świecą.
– Czyli jeszcze nikomu nie spaliła ręki, co? – Quinna
męczyło już spojrzenie Sama, w którym kryła się
mieszanka współczucia i pogardy. Miał dosyć obrażania
tylko dlatego, że zostało mu trochę zdrowego rozsądku i
pilnował swoich spraw.
Sam podniósł głowę. Oczy zwęziły mu się w szparki i
wyglądał, jakby miał ochotę zacząć kłótnię na ten temat.
Zacisnął jednak tylko usta w cienką, posępną linię,
odepchnął miskę z jedzeniem i nic nie powiedział.
Quinn ciągnął:
– To dlatego nie możesz nikomu powiedzieć. Ludzie
uznaliby cię za wybryk natury. Widzisz, co się z takimi
dzieje.
– Bette nie jest wybrykiem natury – odpowiedział Sam
z wymuszonym spokojem przez zaciśnięte zęby. – To po
prostu dziewczyna ze szkoły.
– Nie gadaj głupstw, Sam – odparł Quinn. – Bette, mały
Pete, dziewczynka z pożaru, ty. Skoro jest was czworo, to
jest i więcej. Normalnym ludziom się to nie spodoba.
Uznają, że jesteście niebezpieczni albo coś.
– A ty tak uważasz, Quinn? – spytał cichym głosem
Sam. Ale nadal starał się nie patrzeć mu w oczy.
Znalazł w tylnej kieszeni kartkę z zasadami, rozłożył ją
i rozprostował na stole.
– Mówię tylko, żebyś rozejrzał się dookoła –
powiedział Quinn. – Dzieciaki mają wystarczająco wiele
powodów do strachu. Jak normalni ludzie...

– Możesz przestać mówić o „normalnych ludziach”? –
warknął Sam.
Odezwał się Edilio, który zawsze łagodził spory między
tymi dwoma:
– Przeczytaj na głos te zasady, stary.
Sam westchnął. Ostrożnie rozłożył kartkę, przebiegł ją
wzrokiem i wydał z siebie nieelegancki odgłos.
– Punkt pierwszy mówi, że Caine jest burmistrzem
Perdido Beach i całego obszaru znanego pod nazwą
ETAP.
Edilio parsknął.
– Jaki skromny!
– Punkt drugi. Drake został mianowany szeryfem i ma
prawo egzekwować przestrzeganie zasad. Punkt trzeci, ja
jestem szefem straży pożarnej i mam reagować w nagłych
wypadkach. Świetnie. Szczęściarz ze mnie. – Podniósł
wzrok i poprawił się: – Szczęściarze z nas.
– Miło, że pamiętasz i o nas, mizernych – wypalił
Quinn.
– Punkt czwarty, nikomu nie wolno wchodzić do
sklepów ani niczego brać bez pozwolenia burmistrza albo
szeryfa.
– Masz z tym jakiś problem? – spytał Quinn. – Ludzie
nie mogą po prostu grabić sklepów, kradnąc, co popadnie.
– Nie mam z tym problemu – zgodził się niechętnie
Sam. – Punkt piąty mówi, że musimy pomagać Mateczce
Mary w przedszkolu, dawać jej to, o co poprosi i udzielać
pomocy, jeśli jej zażąda. Dobra. Szóste: nie zabijaj.

jak cię odesłać do Meksyku. jak go napisano – ciągnął Sam.– Poważnie? – spytał Quinn. Sam uśmiechnął się lekko. – To znaczy. – Punkt szósty: wszyscy musimy pomagać w takich zadaniach. gdy miał dosyć kłótni i spodziewał się. kiedy świat wokół nas rozpada się na kawałki – wyjaśnił Sam. jak przeszukiwanie domów i tym podobne. – Próbuję tylko zachować poczucie humoru. przestań się wygłupiać i czytaj dalej. Przeczytam tak. – Czyli mamy być donosicielami – sprecyzował Edilio. że wszyscy inni też będą mieli dosyć. tu nie ma policji imigracyjnej – powiedział Quinn. – Nie do Meksyku. – Punkt ósmy. Mówią. że Caine najwyraźniej wie o mocy. Znaczy. że Caine ma moc. – Żartowałem – powiedział. Mówię to z dziesiąty raz. że on jest jak mag. – Edilio pokiwał głową nad swoją miską płatków. jak magik. . – Nie martw się. – Dobra. gdyby ktoś wiedział. Siódmy: wszyscy mamy przekazywać informacje o złych zachowaniach Drake’owi. – Zakazane są sztuczki magiczne oraz wszelkie działania mogące wywołać lęk lub niepokój. – Co to znaczy? – spytał Quinn. Zawsze powtarzałem. wiecie. jakby chodziło o dzieło Boga. jadę z tobą. jak to czynił wtedy. – Do Hondurasu – poprawił Edilio. – A zresztą. – Dzieciaki mówią o tym tak. – Też mi nowość.

Quinn wzruszył ramionami. – Czyli nie możemy nic powiedzieć? – Sam z niedowierzaniem kręcił głową. gdyby sam miał moc. którzy jej używają. Próba pojednania nie powiodła się. – Brzmi. – Pewnie. – Nastąpiła sytuacja wyjątkowa. – Nie wolno obrażać nauczycieli. co nim jest. Znowu czuł się zawiedziony Quinnem. – Sformułować – prychnął Quinn. – No. jakby Astrid pomagała to pisać. . – Gdyby chciał mieć ją jako jedyny. nie kazałby Orcowi i Drake’owi ścigać tych. to nie wiem. W takich przypadkach szeryf ma prawo sformułować nowe zasady. chłopie. – Pogięło cię. prawda? Jeśli to nie jest kryzys. niezbędne do zachowania porządku i zapewnienia bezpieczeństwa ludziom. faktycznie mamy kryzys.Odpowiedział mu Quinn: – E tam. ani też im w tym przeszkadzać. że by kazał – odparł Sam. – Zupełnie jak w szkole. Podczas trwającego kryzysu nikomu nie wolno krytykować ani ośmieszać osób wykonujących swoje oficjalne obowiązki. – W takim razie na pewno spodoba ci się punkt dziesiąty: Szeryf może uznać powyższe zasady za niewystarczające w sytuacjach wyjątkowych. No. przynajmniej nie w ich obecności. bracie? – Punkt dziewiąty – czytał dalej Sam. nie? – argumentował Quinn.

więc o to ci chodzi? Że to niby moja wina? – Quinn wstał i odgarnął włosy z czoła. Sam stracił cierpliwość. Dlaczego nie jesteś wkurzony? Dlaczego nie przeszkadza ci. położył je na stole i oznajmił: – Nie podoba mi się to. żeby wszystko toczyło się po staremu. To nie jej styl. żadnej policji. – Ludzie zaczynają podejrzewać się nawzajem. Zachowujesz się. że ludzie są prześladowani. – Nie rozumiesz. że Bette zasłużyła na bicie. bo noszą nieodpowiednie ciuchy. Takie . dobra? Ale czego się spodziewasz? Już tak jest. – Do tego się to sprowadza – zgodził się Sam. – A ty zachowujesz się. którą znamy i która nikomu nic nie zrobiła. Ludzie już są podejrzliwi. coś tu nie gra. – Słuchaj. są kiepscy w sporcie czy coś. – Nie. – Splótł dłonie. co chcą i kiedy chcą. i jeszcze. nie mamy żadnych dorosłych. Edilio miał na twarzy taki sam wyraz niepokoju. – Tak. kiedy obok są nauczyciele i rodzice. jakbyś chciał. stary. jakby nie było ETAP-u. Quinn wybuchnął śmiechem. nie mówię. jakbyś uważał. nauczycieli ani rodziców. bez obrazy. obrywa od Orca? – A. Sam. To nie są normalne czasy. nie? Jesteśmy odcięci od świata. bracie. że to bicie było w porządku. I to wtedy. niektórzy z nas ulegają mutacji czy czemuś podobnemu. że dziewczyna.Sam odsunął papier od siebie. Napisali. Caine ich na siebie napuszcza. że Caine i Drake mogą robić.

takich jak ty i Bette. Edilio skinął głową. Niektórzy z mocą. więc zostajesz ofiarą. kiedy wszystko się pochrzaniło. Po hiszpańsku mówimy cabeza de turco. ludzie zaczną myśleć: „O. Zawsze byli chuliganami. ale jeszcze nie kumasz. – Ale inni będą zazdrościć albo się bać. Dawniej najgorsze. – Kozioł ofiarny – przełożył Quinn. ale fajnie”? Nie. że jestem obywatelem drugiej kategorii. inni bez. – Właśnie. – Posłał Quinnowi posępne spojrzenie. co mogło nas spotkać. dostać naganę. pałę czy coś. bracie. To inna gra. Gramy według . które ten zignorował. ale wcześniej rządzili dorośli. to wpaść w kłopoty. będą kłopoty. szlachetny. na kogo można zwalić winę. to nie tak. A teraz? Teraz chuligani rządzą. zupełnie inna. Jeśli nawalisz teraz. Jeśli jest więcej ludzi. – A co ja mówiłem? Właśnie tak: jesteś inny. Ku zaskoczeniu Quinna i jeszcze większemu zaskoczeniu Sama. wtrącił się Edilio. Ja przywykłem. dostajesz w łeb kijem bejsbolowym. Quinn szeroko rozłożył ręce w geście urażonej niewinności. Myślisz. Ktoś. wiesz. Sam. Sam umie strzelać piorunami z oczu i w ogóle. kogo obwiniasz o wszystkie swoje problemy. bracie. a zresztą wszyscy są nakręceni. Kozioł ofiarny. więc będą szukali kogoś. – Ma rację. Starasz się zachowywać jak ktoś lepszy.jest życie. że teraz.

.zasad chuliganów.

18 MINUT – Potrzebuję więcej pigułek – krzyknął Cookie głosem. Problem polegał także na tym. który ku przerażeniu Dahry Baidoo w ogóle nie słabł ani nie chrypł. że podawała mieszankę wszystkiego. Był wiernym przyjacielem. – Daj mi te cholerne pigułki! – darł się Cookie. – Za wcześnie – powtórzyła Dahra setny już raz w ciągu trzech ostatnich dni. gdyby tylko nadal miała Internet. łącząc trochę tego i trochę tamtego.Rozdział 17 169 GODZIN. przynajmniej jeśli chodzi o dotrzymywanie jej towarzystwa. który ktoś przyniósł jej z jedynego gabinetu lekarskiego w Perdido Beach. co czytała. ale nie mając niczego w wystarczającej ilości. skulił się nieprzytomny w fotelu. Zawsze . od ibuprofenu przez vicodin po tylenol z kodeiną. jak uśmierzać ból. próbując coś zrozumieć z tego. Dahra przycisnęła ręce do uszu. W książce nie napisali. chłopak Dahry. Elwood. Wystarczyłoby otworzyć Google i wpisać „vicodin” oraz „przedawkowanie”. Trudniej było uzyskać konkretną odpowiedź z grubego Podręcznika medycznego o pozaginanych rogach. Pewnie bez trudu dowiedziałaby się. co robić. – To boli! Tak bardzo boli.

padającego na niemal bezużyteczną książkę. Robiła to Dahra. by wsunąć mu basen pod tyłek. Dahra odwróciła się na krześle od biurka oraz kręgu światła. Mary – przywitała ją Dahra. Dziewczynki uścisnęły się. Ashley. Jak masz na imię? – Ashley. kiedy pacjent musiał oddać mocz. jaka jesteś zajęta. Nie chciał czyścić basenu. których bez wątpienia robić nie chciała. ale teraz były dla siebie jak siostry. Nie znały się. – Cześć. Dahra robiła najróżniejsze rzeczy. co mógł zrobić. – Cześć. że zawracam głowę – powiedziała Mary. włącznie z aplikowaniem siedmioletniemu cukrzykowi codziennych zastrzyków insuliny. które nigdy wcześniej nie przyszłyby jej do głowy. miało jednak swoje granice. zmierzymy ci temperaturę i . odkąd została osobą odpowiedzialną za to zaniedbane. Przez trzy dni. skarbie. Przyszła Mary Terrafino z dziewczynką. gdy tego potrzebował. Rozległo się pukanie do drzwi. – Dobra. Ale ona ma bóle brzucha. pozbawione okien i radości podziemne królestwo cierpienia pod kościołem. Rzeczy. zanim zaczął się ETAP. – Wiem. To. – Co się dzieje? – Przepraszam. która wyglądała na jakieś cztery lata.pomagał jej też podnieść Cookiego. mroczne. Nie chciał przytrzymywać kaczki. Dahra uklękła. by spojrzeć małej w oczy.

Czyli w normie. Pewnie musi się załatwić.zobaczymy. – Trzydzieści siedem. Niespodziewanie wrzasnął Cookie. – Sprawdzam. – Lepiej z nim? Znaczy z tym ramieniem? – Nie – odrzekła Dahra. Mogę tylko oczyszczać ranę. kochanie. – Sprawdziła termometr. co się dzieje. – Bolało? – Łaskotało. może to być wszystko. – Wzruszyła ramionami. – Nie. – Dasz mi zastrzyk? – spytała dziewczynka. co wiem. – Nie będzie lepiej. Połóż się i pozwól mi zbadać. Zabraliśmy wszystko z gabinetu lekarskiego i czasami dostajemy lekarstwa. – Nieźle to opanowałaś – stwierdziła Mary i uśmiechnęła się. Chcę tylko sprawdzić twój brzuszek. czy to nie zapalenie wyrostka. znalezione podczas przeszukiwania domów. Może trochę łaskotać. – To w sumie wszystko.. – Kończą mi się środki przeciwbólowe – westchnęła Dahra. Kiedy sprawdzam „ból brzucha”. – Co badasz? – spytała Mary.. Możesz tu podejść i usiąść na stole? Dahra wsunęła elektroniczny termometr w nową plastikową osłonkę i włożyła go w usta małej. – Nie wiem. Ale jego tak boli. po czym puściła. tak głośno i okropnie. Nacisnę na twój brzuszek. że Ashley omal nie połknęła termometru. – Dahra nacisnęła opuszkami palców jedno miejsce. co robić. od zaparcia po raka żołądka. – .

– Wiem.. pewne problemy. to trochę krępujące. – Mary. ale dobrze cię mieć. Znaczy. Wiem.Zwróciła się do małej: – Robiłaś dziś kupkę? – Chyba nie. Istnieje milion chorób. Tamta pokiwała głową. Rzecz w tym. Dahra westchnęła. zniżając głos do poufnego szeptu. Mary ścisnęła ją za rękę. jak inne . że mi się skończył. że to dziwne i w ogóle – zaczęła Mary. – Posadzę ją na sedesie – powiedziała Mary. Dahra spytała. – Wiem. ja już nie wiem. co ją gnębi? – Słuchaj. Mary wyraźnie się ociągała.. Teraz normą jest „poniżające” i „obrzydliwe”. To nie. – Z nikim nie rozmawiam o tym. – Niech wypije trochę wody. wiem. Ale przede wszystkim się jej boję. o których nawet nie słyszeliśmy i o których wolę nie myśleć.. co się tu dzieje – zapewniła Dahra dość chłodnym tonem. Przepraszam. co powiesz. biorę prozac. – Wyobrażam sobie. co to znaczy „krępujące”. – Próbuję czytać tę książkę. że nie jesteś lekarką. – Ale cokolwiek ci powiem. Wiesz. wiesz. więc nie ruszy mnie nic. że to nie takie ważne. parę kubków.. – Po co? – Mam pewne. Splotła palce i pospiesznie oznajmiła: – Słuchaj.

inne w mniejszych. – O. – Rzuciła okiem na Cookiego. – Gwałtownie wciągnęła powietrze i wydała z siebie westchnienie. Wiesz. – Masz tu zapas na tydzień. kurczę! Zasnąłem. Po chwili jednak odpuściła. – Mhm – mruknął chłopak.rzeczy. – Po prostu. Przepraszam. . raz dziennie. – Zobaczę. niemal szloch.. ale nie mam buteleczki ani nic. brązowych. które robisz. Mogę dać ci trochę tabletek dwudziestomiligramowych. jakie dokładnie tabletki bierzesz? – Czterdzieści miligramów. że lepiej dać spokój. w której trzymała leki. Miała też parę paczek z próbkami. – Muszę się odlać – jęknął żałośnie Cookie. Chciała pociągnąć ją za język. – Jest do niczego – odparła ostro Dahra. – Ale przynajmniej tu jest. wziętych z gabinetu lekarskiego. że ci pomaga – zagadnęła Mary. Elwood obudził się z prychnięciem. to. – Nie ma sprawy – zapewniła Dahra. – Miło z jego strony. Niektóre umieszczone były w dużych. – Cześć. zakręcanych buteleczkach. oparł głowę na dłoni i znowu zasnął. Mary z wdzięcznością wzięła leki. kiedy nie mam tabletek. białych flakonach aptecznych. żebyś brała po dwie. Elwood – powiedziała Mary. – Wytrząsnęła tabletki na dłoń tamtej. co mam.. ale instynkt podpowiedział jej. Dahra podeszła do szafki.

muszę dostać więcej pigułek! – zawył Cookie. Dahra. – Nie mówiłam do ciebie. Jak to wszystko się skończy. – Niech wszyscy będą cicho. . kiedyś. – O Boże. Obie dziewczyny odwróciły się gwałtownie i zobaczyły Skaczącą Bette. Bette – zapewniła Dahra. a na wpół zaciągnęli Bette na stół. – Spojrzała jej w twarz i zwróciła się do Elwooda: – Przynieś książkę. – Cicho bądź! – krzyknęła Dahra. wisiała sztywno u boku. gdzie wcześniej badana była Ashley. jaki bym sobie wybrała. Dahra podbiegła. że powłóczy lewą nogą. Dahro. możesz zostać lekarką. Ledwo można ją było zrozumieć. szepcząc: – Przepraszam. Zatkała uszy rękami i zacisnęła powieki. obudź się! – zawołała. – Połóż się. mówiła bardzo niewyraźnie.– Dobry z ciebie człowiek. Weszła chwiejnym krokiem. dostrzegły. Jej lewa ręka wydawała się bez życia. Elwood i Mary na wpół zanieśli. – Chcę kupkę – oznajmiła Ashley. – To ostatni zawód. Dahra zaśmiała się gorzko. wiesz. by złapać mdlejącą dziewczynę. – Elwood. Gdy zrobiła parę kroków naprzód. – Brzmiało to raczej jak „sefrasam”. Bette leżała teraz na stole. – Głowa mnie boli – wydusiła z siebie. Szpitalne drzwi otworzyły się nagle. przyciskając prawą rękę do głowy.

jakby pytanie nie miało sensu. Bette? – spytał Elwood. – Zobaczcie. jak należy – powiedziała Dahra. Cookie na przemian domagał się pigułek i krzyczał. – Co robimy? – Nie wiem.Położyła otwarty Podręcznik medyczny na brzuchu Bette i zaczęła szybko kartkować indeks. Nie pasują do siebie. Złapała Mary za ramię. . A potem jej rysy wygładziły się. Mary patrzyła na Dahrę tak. Dahra próbowała zaczerpnąć kilka głębokich wdechów. Bette zdawała się zdezorientowana. może przeprowadzę trepanację czaszki? – Głos Dahry zbliżał się do pisku. I oczy. Przecież mam tę głupią książkę. Jej twarz wykrzywiła się z bólu. jak opadają jej usta. – Ajmije je oim bjaem – odezwała się Bette. że musi siusiu. Stęknęła z bólu. – Ktoś cię uderzył. – A potem szybko zrobię operację Cookiemu. – Mm o boji – jęknęła Bette. że bardzo boli ją głowa – domyśliła się Mary. – Chyba chce powiedzieć. jakby ta straciła rozum. Mała Ashley płakała. – Mmm bajo boji – jęknęła Bette. – Mnim im bja. – Bette – powiedziała Dahra. – Jedna strona jej ciała nie działa. Podniosła zdrową rękę. by dotknąć krwawego guza z boku głowy. – Poderwała książkę i cisnęła nią przez pomieszczenie. Podręcznik zaszeleścił na śliskim linoleum. Zmarszczyła brwi. Żaden problem.

zdawały się potwornie głośne i nie na miejscu. Odpowiedziała mu Mary: – Chyba prosiła. – Pewnie miała krwotok wewnętrzny. która musiała zostać z Cookiem. wycie silnika i gwałtowne ruchy łyżki. Nie mieli miejsca do przechowywania zwłok ani sposobu. Elwood. – Nie wiem. by przygotować je do pochówku. który przyszedł z McDonald’sa. Pogłaskała ją po twarzy. idź do remizy po Edilia. a także bliźniaczki Anna i Emma. Albert. . O pierwszej w nocy pogrzebali Bette na placu. też tam był. zastępujący Dahrę. – Mary nie była w stanie dokończyć pytania. Quinn wolał nie brać w tym udziału. – Tak – szepnęła Dahra. – Czy ona. Edilio wykopał grób koparką. Dahra oderwała palce od szyi Bette.– Bette. Szlochał w objęciach Mary. Młodszy brat Bette. Przyłożyła dwa palce do jej szyi. Elwood. że musimy pochować Bette. Ktokolwiek uderzył ją w głowę. – Co powiedziała? – spytał Elwood. czy w ETAP-ie jest Bóg – odparła Dahra.. zabił ją. a nie tylko zewnętrzny. Mary. Na pogrzebie był Sam. – Jest teraz z Bogiem – szepnęła Mary.. Powiedz mu. żebyśmy zaopiekowali się jej bratem. dziewięciolatek. obok małej podpalaczki. Odgłosy maszyny. Nie rób tego! – Bette – szepnęła znów Dahra. razem z Astrid i małym Pete’em.

– Może jakieś wspomnienia o Bette. Odeszli po kilku minutach. co byś zrobił? Pytanie brzmi: co dalej? – Co zamierzasz? – spytał Sam. opowiadając nieliczne zapamiętane historie. Astrid zaczęła modlitwę. a Edilio dokończył dzieła za pomocą koparki. – Źle zrobiłem. Pozostali. A zresztą. dzielących podziemia kościoła od placu. – Mały Pete powtarzał za nią. Nie potrafili wymyślić sposobu na łagodne i godne opuszczenie Bette do grobu. Gdy ceremonia dobiegała końca. – Nie jesteś lekarzem. – Powinniśmy coś powiedzieć – zaproponowała Anna. Żadne z nich blisko się z nią nie przyjaźniło. któryś jest w niebie. niż ktokolwiek słyszał z jego ust. Tak zrobili. że pozwoliłem jej iść do domu – zwrócił się Sam do Astrid. gdy skończył. więc w końcu po prostu ją wturlali. że ma krwotok wewnętrzny. Rozległ się odgłos. – Orc zamordował Bette – stwierdziła beznamiętnie . – Ojcze nasz. wszyscy z wyjątkiem Sama. – Jutro zrobię krzyż – oznajmił. pojawili się Orc i Howard.Sam i Edilio przenieśli ciało Bette przez kilkadziesiąt metrów. święć się imię twoje. dołączyli do modlitwy. Chwilę stali w mroku niczym zjawy i patrzyli. Nikt się do nich nie odezwał. Wypowiedział więcej słów. Nie mogłeś wiedzieć. Po kolei każde z nich rzuciło garść ziemi i cofnęło się. jakby ktoś rzucił tam worek z piaskiem.

Zabił ją. Więc co planujesz? – Możemy przynajmniej zażądać. Wydawało się. – Chcesz domagać się sprawiedliwości od Caine’a? – Pytanie retoryczne – skomentowała Astrid. – Masz jakąś propozycję? – spytał chłodno Sam. – Słyszycie? Jeśli odpuścimy. zabierając młodszego brata Bette. na które nie spodziewam się odpowiedzi? Astrid skinęła głową. – Nie można nad tym przejść do porządku dziennego – stwierdził. do czego to doprowadzi? Nie wolno pozwolić. czy Dahra długo tak jeszcze wytrzyma. Zapiął kurtkę na suwak. odwrócił się i odszedł. nawet nie znam tych ludzi. Robiło się chłodno. – Zażądać od kogo? – odrzekł Sam. – Kopnął w górkę świeżej ziemi z całej siły. że chce powiedzieć coś więcej. ale tylko przygryzł wargę. komu chciał zrobić krzywdę. – To fakt. jakby był to ktoś.Astrid. Nagle odezwał się Elwood. żeby ludzie się bili i żeby znów ktoś kogoś zatłukł na śmierć. Nie jestem geniuszem ani nie mam żadnych mocy. – Może nie chciał. Edilio stanął obok Sama i Astrid. żeby ukarano Orca. ale to i tak morderstwo. nie zwracając się jednak do nikogo konkretnego: – Nie wiem. – Czyli takie. Mary i bliźniaczki wróciły do przedszkola. Przez chwilę żadne z nich nie miało nic do powiedzenia. – Ja? Jestem Meksykańcem. zapomniałeś? Nie urodziłem się tu. . – Potem wyprostował się i pomaszerował z powrotem do szpitala.

– Popatrzyła na jego twarz. czego chcecie. – Boisz się ich? – spytała Astrid. żebym został anty-Caine’em. Żal. zobaczcie. Chcecie. a władza absolutna psuje absolutnie. Przypływ energii. Myślisz. I jeszcze jedno. I pewnie jeszcze paru innych.Odezwał się Sam: – Caine ma Drake’a i Orca. boję się. To wszystko. – Na pewno się mylisz. – Dobra – odrzekła – ale bałeś się też wejść do płonącego budynku. – Tak. . – Pewnie lęk.. Pomyślałem: o mój Boże. – Tak – przyznał z sarkazmem w głosie. co potrafię! Wielki. ty i inni. – Tamtej nocy. – Podniósł dłoń i o centymetry od jej nosa zacisnął palce w pięść. Kiedy skrzywdziłem swojego ojczyma. – Władza psuje – powiedziała cicho. Nie podobają wam się jego działania i chcecie. że co czułem? – Smutek. jakby tam mogła wyczytać odpowiedź. – Słyszałem o tym. Zobaczcie. żebym go wykopał. szalony przypływ energii. – Czułem przypływ energii. Czegoś nie skumaliście. nie byłbym lepszy od niego. Astrid. Nawet gdybym to zrobił. że Młotek się z nim dogadał. – Wiem. że dziewczyna cofnęła się o krok. kiedy pierwszy raz użyłem mocy. Sam.. Jesteś. – Władza psuje. jaką mam moc. – Tak. – Nie rozumiesz tego? – spytał tak zapalczywie. Pandę i Chaza. słyszałem też.

że całe jego ciało zaczęło drżeć. a nie Caine’em. że wie lepiej. by zmniejszyć dzielący ich dystans. nie leży to w twojej naturze. To sprawiło. – Mam? – Tak. Drakiem czy Orkiem. kto to powiedział. – Nie bądź taka pewna. Przez dłuższą chwilę czuł się zagubiony i patrzył jej w oczy. Nie będziesz robił takich rzeczy. Wcześniej się odsunął. że władza wywołała przypływ energii. Jego serce biło coraz szybszym rytmem. Stała tuż obok. Nie chcę być drugim Caine’em. a odepchnąłeś. – Skąd ta pewność? – Z dwóch powodów. Podeszła bliżej. To powód pierwszy. który sprawił. Astrid.Zapomniałam. Nie chwyciłeś. – Popełniam wiele błędów.. Po pierwsze. – Nie będziesz zepsuty. – I powód drugi: masz mnie – dodała Astrid. bezradnym geście. Zmniejszył jeszcze ten dystans o połowę. że gniew i frustracja zupełnie z niego odpłynęły. Jesteś sobą. Tego nie chcę popełnić. Nie chcę być taki. Ale ty to odepchnąłeś. .. Chcę. Dzieliły ich ledwie centymetry. – Rozłożył ręce w szerokim. Sam chciał przytaknąć. – Chcę tylko iść posurfować. ale miał poczucie. Oczywiście. przyjąć jej słowa do wiadomości.

by patrzył gdzie indziej.– Nie mogę cię pocałować. złapała małego Pete’a za ramiona i odwróciła go. kiedy twój brat patrzy – szepnął. – A teraz? . Astrid cofnęła się.

dręczącego jego umysł. Żałował. czując w nozdrzach zapach świeżej ziemi i pełen niepokoju. zamordowanej przez tych drani.. ale nocny pogrzeb młodej dziewczyny. Tęsknił za mamą. martwił się o braci i siostry. wolałby oglądać jeden z . stał się odpowiedzialnym i szanowanym członkiem tego dziwnego. przepracowanego i niedocenianego. by owionął go mrok i złe przeczucia. Ale tłumek rozproszył się. Ale w jednej chwili z najmłodszego spośród sześciorga dzieci.. 32 MINUTY Albert opuścił ceremonię pogrzebową i przeszedł przez plac do McDonald’sa. nie należał do zjawisk. nie licząc buczenia przewodów wysokiego napięcia. Był urodzonym optymistą. Albert cieszył się samotnością od początku ETAP-u. To wszystko nie zmieniało faktu. Owszem. które podnoszą na duchu. że teraz. że nie ma z kim porozmawiać. Albert stał z kluczykami w ręce i czapeczką pracownika baru McDonald’s w drugiej – zdjął ją z szacunku dla zmarłej – i pozwolił. nowego społeczeństwa. Zrobiło się cicho.Rozdział 18 164 GODZINY. zanim chłopak zdążył otworzyć drzwi wejściowe do McDonald’sa – swojego McDonald’sa – i plac opustoszał. Może gdyby zapalił światła. ktoś przyszedłby na późnego hamburgera. z kozła ofiarnego.

było potem brudniejsze i bardziej zdewastowane. Wszyscy tylko zabijali czas.makabrycznych seriali kryminalnych. czas musiał w końcu zabić ich. żyjące w opuszczonym domu: jedli. Należał do osób praktycznych. by go słuchali. zabójstwo Bette – tu sytuację powinni rozwiązać Sam i Caine. niż przedtem. oprócz Mary i Dahry. „dlaczego” i „jak” – nieszczególnie zajmowały Alberta. Wiedział to. A wydarzenia tego wieczoru. ani z mądrością i dystansem. Kiedy Albert się odzywał. co się nawinęło. które tak lubiła jego matka. a jeśli nie zamierzali robić nic innego. jak Astrid. Niepokój Alberta budziło zupełnie co innego: nikt nie pracował. Taka sytuacja nie mogła dłużej trwać. wszczynali bójki albo po prostu bez ustanku grali w gry wideo i oglądali filmy na DVD. Nie potrafił mówić ze spokojem i pewnością siebie. nie umiał nakłonić innych. co im się podobało. Nie umiał jednak nikomu tego wytłumaczyć. Albert wierzył. Potrzebował słów kogoś innego. co . ludzie nie słuchali go z takim skupieniem jak Sama. podkradając przy tym prażoną kukurydzę z salaterki na jej kolanach. że tak się stanie. Przypominali szczury. jak Caine. robili. Najważniejsze pytania dotyczące ETAP-u – zaczynające się od „co”. a zresztą były to kwestie zajmujące raczej kogoś takiego jak Astrid. a czasami jeszcze Edilia. Nikt. Wszyscy pozostali snuli się i rozczulali nad sobą. a gdy czegoś dotknęli. by wyjaśnić.

Astrid i Komputerowy Jack mieli swoje sprawy. Sam. Wiedział jednak. Caine. by poczęstowały się nimi dzieci. nisko sklepione pomieszczenie uderzyło go wonią stęchlizny. Filia biblioteki okręgowej w Perdido Beach nie robiła wielkiego wrażenia. że musi się czegoś dowiedzieć. – Musimy być. że drzwi są otwarte. nie umiał znaleźć właściwych słów. Wyglądały. Wiedział. Wkrótce zacznie świtać. ciemne. Nigdy nie wiadomo. Albert rozejrzał się i parsknął śmiechem. gdy otworzył drzwi wejściowe. który odbijał się echem od pogrążonych w mroku witryn. a neonowe rurki szyldu nadal migoczą i brzęczą. którymi się zajmowali i na których się znali. – Nie możemy być szczurami – mruknął do siebie.podpowiada mu instynkt. – Nikogo tu nie było. gdzie można znaleźć batonik. Nigdy dotąd tu nie wchodził i był zdziwiony.. że nie zaśnie. Wsunął klucze do kieszeni i ruszył ulicą zdeterminowanym krokiem. – Ale nawet gdy próbował wytłumaczyć to samemu sobie.. odkąd zaczął się ETAP – powiedział do regału z pożółkłymi książkami w miękkiej oprawie. ale nie wiedział . które nigdy nie przyszły. jakby czekały tam od dłuższego czasu. Zakurzone. Włożył jedną do ust i zaczął iść między regałami. Spojrzał na stare. dębowe biurko bibliotekarki. Znalazł puszkę miętówek. ale ta sprawa należała do Alberta. Najmądrzej byłoby iść do domu i się przespać.

co czyta. a dalej do drugiego. a po jakimś czasie przebudził się gwałtownie. a potem za innym. Wysunął z półki tom z literą „P” i odnalazł hasło „praca”. Albert nigdy nie traktował nauki zbyt poważnie. A ta wiedza się liczyła. nie miało w jego mniemaniu najmniejszego znaczenia. Usiadł na wyświechtanym dywanie i otworzył pierwszy tom. zerwał na nogi i głośno odetchnął z ulgą. jakby ostatni raz ktoś sięgał po nie jeszcze przed narodzinami Alberta. – Właśnie – mruknął Albert. ale dosyć. co klikanie w hiperłącza. Nie wiedział. od czego zacząć. rozumiejąc tylko część z tego. tyle że była papierowa i bardzo nieporęczna. „Praca” doprowadziła go do „siły roboczej”. Powoli zapadł w sen. czego szuka. Jedna dotyczyła pracy jako terminu z dziedziny fizyki. Były dwie główne definicje. Większość książek sprawiała wrażenie. ale po chwili zrozumiał. Ale też to. chociaż dłużej trwało i wymagało przewracania stron. Polegało to na tym samym. czego uczył się w szkole. czując na sobie czyjś wzrok. Zaczął czytać. Przypominała Wikipedię. kto nazywał się Karol Marks. Teraz liczyło się wszystko. Przeskakiwał z jednego tomu do drugiego. Znalazł wielotomową encyklopedię. Druga definicja mówiła o „rodzaju działalności niezbędnym do przetrwania społeczeństwa”. jakiegoś Adama Smitha. – O to mi chodzi.czego. Obrócił się. by podążyć za jednym wątkiem. a potem „wydajności” i kogoś. .

pewnie stary. że to tylko kot. wzywając pomocy. pewny siebie i opanowany. Zniknął. Nic nie poruszało się z taką prędkością. chcąc uderzyć zwierzaka. Atakował go jak szalony. Kota już nie było. Siedział spokojnie na biurku bibliotekarki. na jego twarzy i wbijał mu w głowę ostre pazury. Ten mocniej wbił w niego pazury. . To było niemożliwe. Stał. twarz nagle zapłonęła mu bólem. kotku – powiedział Albert. Rudy i pasiasty. Miał różową obróżkę i mosiężną tabliczkę w kształcie serca. Nic. Bez żadnego ruchu. Kot zniknął. Ogon mu drgał. Albert zatrząsł się z przerażenia. kot znalazł się na jego karku. obnażając we wściekłym grymasie podobne do igieł zęby o milimetr od oczu chłopaka. Albert został – z nabitym guzem na czole. który Albert mógłby dostrzec. Albert wrzasnął. Kot był na nim. trochę gruby. Spróbował odpędzić kota krzykiem. Albert wziął urywany wdech i zaczął cofać się w stronę drzwi na ulicę. dokładnie pośrodku przejścia między regałami. Zamachnął się. Kot natomiast znajdował się teraz po drugiej stronie pomieszczenia. Patrzył na chłopaka zielonymi oczami. Zwierzę syknęło. Chłopak wciąż trzymał w prawej ręce tom encyklopedii – ten z literą „S”.zobaczywszy. – Cześć.

Z tylnej okładki sterczała tylna część kota. Jeśli jednak był to sen. jak oczy kota ciemnieją i jak uchodzi z niego zwierzęca dusza. Sposób. w jaki poruszał się kot też był nieprawdopodobny. To coś na podłodze – to było nieprawdopodobne. – Koszmar. w równym stopniu z przerażenia. jak księga drga gwałtownie w jego dłoniach. raczej ją przenikał. Nie.. bo teraz kot przycupnął na regale i patrzył na niego zielonymi oczami. to wyjątkowo realistyczny. które wyrażały drwinę i chłodną pogardę. A kot był w . oprawny w niebieską skórę tom przepołowił kota tuż za przednimi łapami. Upuścił encyklopedię na podłogę. Chłopak znowu zamachnął się ciężkim tomem i znowu cios trafił prosto w niego. Poczuł.drapiąc. znalazł się o centymetry od jego twarzy. by zasłonić twarz. . Albert dyszał. Albert instynktownie uniósł encyklopedię. Zamierzał znowu zaatakować. sycząc. Zupełnie jakby ktoś przeciął zwierzę i przykleił dwie jego połówki do księgi. Wstrząśnięty chłopak patrzył. Przyśnił ci się koszmar – powiedział do siebie. Ciężki.. wykrzywiony gniewem. księdze. Ale księga wciąż była na swoim miejscu. Koci pysk. szarpiąc. co z wysiłku.

.. wyjrzawszy wcześniej przez judasza. O Boże.. zbyt duży. Nieprawdopodobne zjawisko.. Ale musiał to komuś pokazać. Zapomniał. Zapomniał o bólu. ale to nie była sprawa dla Sama. Łączna waga kota i księgi wynosiła z dziesięć kilogramów.. Nie mogła mu się przyśnić zawartość kociego pęcherza i jelit. jak musi wyglądać. puder.. Drżącymi rękami wysypał jej zawartość na blat: szminka. – No to. portfel. Podniósł encyklopedię. – Język odmówił mu . Ale nie po to przyszedłem. Potrzebował kogoś innego. Potrzebuję. – Tak. Tyle że prawdziwe. Dwie minuty później stał już na jej jasno oświetlonym ganku. Astrid ostrożnie otworzyła drzwi. kto by potwierdził. – Astrid. Potrzebuję pomocy. by łatwo zmieścić się do torebki. – Albert? Jest środek. Nie mógł to być Caine. opróżnionych w chwili śmierci. Była ciężka. a raczej dla Astrid. że przy biurku widział torebkę bibliotekarki. że mu się to nie przyśniło. co się stało z twoją twarzą? – Przydałyby mi się plastry – odparł. ani że nie zwariował. Albert przypomniał sobie. Ten „kot w książce” był masywny. telefon komórkowy.Zapach stęchlizny nie mógł mu się przyśnić. Sam? Pewnie przebywał w remizie.

. jak się rusza. że się jej nie doczeka. – Co to jest. Po chwili. Zdławionym głosem wydusił z siebie tylko: – Po prostu spójrz. – zaczął jeszcze raz i znowu nie zdołał powiedzieć nic więcej. tylko patrzyła. Coś absurdalnego... by ostrożnie dotknąć księgi. Nawet nie widziałem. Był taki szybki. ogarnął go strach i przez chwilę chłopak nie mógł wydobyć z siebie słowa ani w ogóle żadnego dźwięku. która zdawała się ciągnąć bardzo długo. Astrid umilkła i znieruchomiała. Nie udzieliła mu jednak odpowiedzi i po dłuższej chwili chłopak pogodził się z faktem. Teraz. dziewczyna szepnęła: – Chodź. Albercie. ale ciało kota przechodziło przez wszystkie strony i spajało je ze sobą. Kot nie zrobił w tomie dziury. Zróbmy coś z tymi zadrapaniami.. Astrid? – spytał Albert błagalnym tonem. Nie skoczył. Astrid wciągnęła go do środka i zamknęła drzwi. Nie dało się wyjaśnić czegoś. – Zaatakował mnie. gdy był już bezpieczny. pojawił. Ale widziała to coś. Albert niemal widział trybiki. Rzucił dziwną hybrydę kota i książki na orientalny dywan. Po prostu się. obracające się w jej głowie.posłuszeństwa. Nie zwariował. co nie mogło istnieć. Nic nie powiedziała. a potem był na mnie. Astrid uklękła. – Potrzebuję.. Najpierw był w jednym miejscu. Próbowała ją otworzyć. Raczej stopił się w jedno z papierem.

Miała wodę. skrzyp. które przesuwały wyblakłe drewniane łopaty o ćwierć obrotu. Chrapał. Nie było prawdziwego wiatru. o pumie. wydając odgłos przypominający piszczenie pisklęcia.. Wszystkie obrażenia zostały w cudowny sposób wyleczone.. Lecz chociaż były to drastyczne sceny. Z centrum handlowym. niczym dłoń. skrzyp. Ze szkołą. co wydawało jej się bardzo ujmujące. Coś innego rozbrzmiewało niczym werble – jakiś mały owad-dobosz – które po kilku sekundach zwalniały i cichły. jedynie ciche podmuchy. Coś wydawało cichy. by po chwili zagrać znowu. skrzyp. Krótko.. ustawiony na zawrotne obroty. Jej ciało wyzdrowiało. śliski dźwięk. bez ładu i składu.. przypominały jedynie świeżą farbę. Wiatrak skrzypiał denerwująco. Z samochodem taty i . a raz na jakiś czas cicho skomlał. głaszcząca jedwab. Zmyła z siebie zaskorupiałą krew.Lana leżała w pogrążonym w mroku domku. wirując wśród wspomnień o bólu i przerażeniu. o pustym siedzeniu dziadka.. Ale umysł Lany był jak silnik. albo ledwie je trącały. nasłuchując tajemniczych odgłosów pustyni. przestawał i znowu chrapał. o upadku ze zbocza. Na obrazach wiążących się z domem. Na tle tych wszystkich dźwięków rozbrzmiewało uspokajające chrapanie Patricka.. żywność i dach nad głową.. płynących z zewnątrz. Trybiki jej myśli kręciły się jak oszalałe.. rozchlapaną na trwalszych wspomnieniach. o drapieżnych ptakach. albo o pół obrotu.

skrzypienia. Miała wrażenie. To matka była wszystkiemu winna. palący gniew. a tej brać nie chciała. wirujące w jej głowie. Z przyjaciółkami. bo nie pasowała do stroju. I to nie byle jakie miasto. Ale była sama i słuchała niesamowitych odgłosów. z koralikami. rozmigotaną panoramą Las Vegas. chrapania. . nie tak surowy i wymagający. W Las Vegas Lana musiała sobie radzić z presją. Gdyby była trochę ostrożniejsza. Musiał ją popierać. O co taka afera? Że chciała dać Tony’emu butelkę wódki? Przecież nie prowadził samochodu. tej ulubionej. a nie tutaj. W Vegas dzieciaki szybciej dorastały.. Wszystkie te obrazy razem. A teraz. że utonie we własnym gniewie. Próbowała wepchnąć butelkę wódki do torebki. Powinna przebywać w swoim pokoju.. Ojciec robił tylko to. Vegas to nie Perdido Beach.. widoczną z okna jej pokoju. Nie sama. Z fantastyczną. Ogarnęła ją potężna fala wściekłości na matkę. Z powodu mody. a nie miasteczko. ale wystarczające rozmiary miała tylko jej torba na książki. To było miasto. podsycały tylko nieustanny. szykownego wyglądu. co mu kazała. chociaż był milszy.minibusem mamy.. Matka Lany po prostu nie rozumiała Las Vegas. I dlatego ją złapała. Z basenem miejskim. Powinna być w domu. Torebka była zbyt mała.

milcząca i przestraszona. To jej wina. Butelka wódki nie była jedyną rzeczą. po czym przykucnęła w ciemności. Słyszała ruch. Ta myśl zdała się Lanie dziwnie pocieszająca. Na zewnątrz coś było. Ale i ona go na swój sposób wykorzystywała. Głupia matka. jak w Wojnie światów.i ósmoklasistów. Może po tej jego stronie była bezpieczna. – Co się dzieje. budzący grozę mur na pustyni. Patrick warknął i bardzo gwałtownie podniósł łeb. takiej jak ona. Może teraz jakieś okropne stwory goniły jej rodziców przez ulice Las Vegas. nawet wobec siódmo. Nigdy nie wierzyła. Ciche stąpanie miękkich łap. które i jej przynosiły pożytek. piesku? Zawinęła się z wąskiego łóżka. Chociaż trudno winić matkę o bezbarwny. Wiedziała. którą wykradła dla Tony’ego. Może ten mur stanowił obronę przed kosmitami. że Tony ją kocha. Nie była naiwna. Może. Podprowadziła też dla niego trochę xanaksu matki. a co dopiero wobec dziewczyny z dziewiątej klasy.Tam były wymagania. A raz ukradła butelkę wina ze sklepu całodobowego. o to trudno ją winić. Tak. Tony miał w szkole wysokie notowania. . W końcu jej przynajmniej nie gonili żadni obcy w wielkich trójnożnych machinach. że ją wykorzystuje. Może to była sprawka kosmitów.

Patrick wstał w dziwny sposób. Patrick powinien szczekać. Wpatrywał się intensywnie w drzwi. zupełnie jakby inny pies próbował dostać się do środka. W każdym razie nic. Nic. Stał sztywno. musiała pobiec do wychodka. Patrick w podskokach pognał za nią. ale nie szczekał. Nie miała wyjścia. Podkradła się do drzwi i zaczęła nasłuchiwać. – Wyjdź – znów dobiegł ją chropawy szept. Zerknęła na Patricka. Może wiatr. jednak w domku nie było pomieszczenia przypominającego łazienkę. – Wyobraźnia płata ci figle – mruknęła do siebie. Lekko uchyliła drzwi. Rozległo się drapanie. chcąc dodać sobie otuchy. co mogła zobaczyć. Zagrożenie. Zjeżył sierść na grzbiecie. Oczywiście nie było w nim światła. że słyszy – niewyraźny szept: „Wyjdź”. Może to tylko złudzenie. surową. Lana poczuła. Nic. Brak odpowiedzi. oddaliła się. Wychodek był zwykłą. niezbyt cuchnącą i dość czystą. A potem Lana usłyszała – albo zdawało jej się. że musi oddać mocz. ale trochę się rozluźnił. drewnianą kabiną. dyszał nieco zbyt głośno i patrzył z przesadnym skupieniem. czymkolwiek było. Pies wciąż jeżył sierść. – Jest tam ktoś? – zawołała. jakby w zwolnionym tempie. musiała więc po omacku znaleźć deskę i . a Patrick wyraźnie przestał się denerwować.

Tamte nie osiągały nawet rozmiarów Patricka. Przez chwilę patrzyła na nocne niebo. O kojotach. czemu tak uważa. które pokazywał jej dziadek.. o ile ktoś nosił buty i miał otwarte oczy. Do domku wracała już niespiesznie. W pewnej chwili zaczęła chichotać. gwiazdy wyglądały dziwnie. Patrick nie widział ani nie słyszał. które nie stanowiły zagrożenia. z psem na straży. jak zwierzę się zbliża. sprawiał wrażenie niepewnego i zastraszonego. siusiać w wychodku. tak różnych od swoich udomowionych pobratymców. Cóż. Gwiazdy. I o grzechotnikach. podobnych raczej do przerośniętych szczurów niż do Bambiego. Księżyc opuszczał się już w stronę zachodniego horyzontu. W końcu to dość zabawne. O jelonkach. ale nie ze strachem. Nie wyglądał jednak jak żaden z kojotów. płowej barwy zwierzak dorównywał wielkością wilkowi. i teraz zdawał się niemal zbyt wstrząśnięty. – Sio! – krzyknęła Lana i zamachała rękami. który skoczył do walki z pumą. zaskakujących niespodziewanym przyspieszeniem.. O jaszczurkach. by zareagować. Dziadek opowiadał Lanie o pustynnych zwierzętach. jak kazał jej robić dziadek. Drogę do domu zagradzał jej kojot. O dzikich osłach. Pies. gdyby kiedyś zanadto zbliżyła się do . Choć nie miała pewności. Ale ten potargany. Podjęła powrotny marsz i zamarła.papier toaletowy. które należało traktować z szacunkiem.

Lana minęła go w mgnieniu oka. zaskoczone. Patrick wyprzedził ją w panice i wpadł do środka. Zwierzę wzdrygnęło się. że zmyli kojota. Teraz Patrick zareagował. odsłonił zęby i zjeżył sierść. Lana nie miała wyboru: musiała dostać się do domku. Kojot nawet nie drgnął. Dziesięć schodków przed drzwiami domku. a wtedy. bierz go! – ponagliła bezradnie psa. Dziesięć. Kojot jednak zignorował psa.. – Patrick. Lana słyszała. osiem.. że kojoty nie stanowią zagrożenia dla ludzi. Za kilka sekund dotrą pozostałe kojoty.. Gwałtownie uskoczyła w prawo z nadzieją. aż dziewczyna odskoczyła w tył. Wyhamowała. odwróciła się. siedem. i puściła się biegiem prosto na kojota na swojej drodze.kojota. Lana zatrzasnęła za sobą drzwi.. Ale Patrick nie zdobył się na nic więcej niż warkot. nawet nie zwalniając. ale teraz w to nie wierzyła. sześć. Wrzasnęła najgłośniej. Zamiast tego zaskomlał głośno. trzy albo cztery zwinne cienie. Kojot zapiszczał z bólu. W mroku mignęło coś małego i ciemnego. Albo zginąć. a jego towarzysze szybko się przybliżali. ale zwierzę okazało się o wiele za szybkie. dziewięć. podbiegła z powrotem do . Warknął złowrogo. jak umiała. Kątem oka dostrzegała ciemne kształty gnające w jej stronę.

bo latające węże i szepczące kojoty wielkości doga niemieckiego. Lana odsunęła tę myśl. Po jakimś czasie skomlenie stało się rzadsze i cichsze.. A jednak miała pewność. A potem cisza. . romboidalnej głowie. Lana znalazła kojota martwego.. Żadna z tych rzeczy nie była możliwa. aż w końcu ustało. odgłosy bólu i wściekłości. że widziała. Został przegryziony na pół. Kojoty jednak jej nie ścigały. a wszystkie nocne strachy ulotniły się. Bez wątpienia był to wąż. w odległości trzydziestu metrów od drzwi. Słyszała skomlenie. – Wygląda na to. Rozległ się inny głos kojota: dzikie wycie.drzwi i rzuciła się na nie. który słyszała. wycie do księżyca. Rano. że dziadek nie był wcale takim znów wielkim specem od pustynnych zwierząt – powiedziała do Patricka. A jednocześnie zapomniała o szepcie. Przez dłuższy czas wpatrywała się w głowę gada. Miały inne problemy. gdy słońce jasno świeciło. ale wcześniej zdążył wstrzyknąć jad do układu krwionośnego kojota. U jego pyska wisiała połowa ciała węża o szerokiej. Istniało słowo na określenie ludzi wierzących w niemożliwe rzeczy: wariaci. jak ten wąż lata.

Mieli sprawdzić. . a zapalić światła na ganku. ale on robi dobre rzeczy. Drugi dzień. Mieli też wyłączyć automatyczne systemy nawadniające i bojlery. powinni dopisać to do listy dla Edilia. odkąd Sam pocałował Astrid przy świeżo wykopanym grobie. Pomysł polegał na tym. niemowląt. by wejść do wszystkich domów przy każdej z czterech ulic. 46 MINUT – Nie musisz gościa lubić. Caine zorganizował dziesięć grup poszukiwawczych.Rozdział 19 132 GODZINY. Quinn i dziewczynka z Coates. Stanowili „grupę poszukiwawczą numer trzy”. Grupy miały też szukać zagubionych dzieci. Gdyby nie umieli sobie z czymś poradzić. telewizory i światło wewnątrz. na początek sprawdzając systematycznie kolejne kwadraty ulic. które miały poruszać się po mieście. Był ósmy dzień ETAP-u. odkąd Caine przyjechał i przejął władzę. Edilio zawsze umiał rozgryźć kwestie techniczne. Piąty dzień. bracie. Chodzili we trójkę: Sam. by zapukać do drzwi ich trzeciego już tego ranka domu. – Quinn szykował się. Biegał po Perdido Beach z pasem z narzędziami i dwojgiem dzieciaków z Coates w roli „pomocników”. Brooke. czy wyłączone są piekarnik i klimatyzacja.

Ale Caine nie podjął żadnych działań przeciwko Orcowi. Tak . i zabierać wszystkie leki. by zażądać interwencji. – Co mam zrobić? – spytał Caine. A zatem Orc wciąż krążył po ulicach Perdido Beach. To był dobry plan. W każdym domu robili listę przydatnych rzeczy. A także zwierząt domowych. ile znaleźli jedzenia. Zakładał. na przykład broni czy narkotyków.które mogły zostać bez opieki. I teraz lęk przed tak zwanymi szeryfami wzrósł dziesięciokrotnie. Caine miewał dobre pomysły – bez wątpienia. – Bette łamała zasady. Przydzielił Komputerowemu Jackowi zadanie opracowania awaryjnego systemu łączności. oraz tych niebezpiecznych. To była tragedia dla wszystkich. takich jak komputery. remizie. O ile Sam wiedział. Nie zamierzał wdawać się w dyskusję na temat Caine’a w obecności Brooke. uwięzione w łóżeczkach. Pieluchy i mleko w proszku trafiały do przedszkola. Sam poszedł do niego. że dziesięciolatka jest szpiegiem. na jego kiju wciąż była krew Bette. Jack postanowił skorzystać ze starych rozwiązań: umieścił krótkofalówki w ratuszu. Mieli notować. przedszkolu i opuszczonym domu. by wysłać je Dahrze. Orc czuje się z tym fatalnie. w którym przebywał Drake i część jego szeryfów. a Orc jest szeryfem. – Miejmy to za sobą – powiedział Sam.

– Złapał za klamkę. – Młotem? Po to żyję. Drewno pękło i Quinn pchnął drzwi. tuż poniżej klamki. że Sam ujął ją za nadgarstki i przytrzymał. Quinn zapukał. – O rany. albo pożyczony z czyjegoś ogródka. nie chcąc wchodzić do środka. W wózku wozili ciężki młot. bo wśród domów. chcąc powierzyć zadanie Quinnowi. leżał smoczek. – Zajmiesz się tym? – spytał Sam. Quinn dźwignął młot i uderzył nim w drzwi. Nikt też jednak nie potrafił zamknąć drzwi i po prostu odejść. Nie mogę tego zrobić – jęknęła Brooke. – Nie. a potem zadzwonił. zanim wszystkie domy w Perdido Beach zostaną przeszukane i zabezpieczone. miał zły nastrój. Cała trójka wbiła w niego wzrok. W ich nozdrza uderzył odór. Żart jednak nie wypalił. – Dawajcie młot. Wszyscy troje stali na ganku. co tu zdechło? – powiedział Quinn.czy owak. Każda grupa miała wózek albo zabrany ze sklepu z narzędziami. . Minie wiele czasu. Ręce Brooke trzęsły się tak mocno. bracie. nie. nie. które mieli wkrótce odwiedzić. był także jego własny. Tuż za drzwiami. jakby to był dowcip. – Nic. Drzwi były zamknięte na klucz. na drewnianej podłodze. Sprawdzanie pierwszych dwóch domów zajęło im dwie godziny.

Potem zwrócił się do Quinna: – Nie możemy tak tego zostawić. Quinn oderwał worek od rolki. że najchętniej by komuś . po Coates. – Nie widzę. – zająknęła się. Czuł taki gniew. – Jak wynoszenie śmieci – powiedział do nikogo. co należało.. Nie żartowała. tylko robiła to. – Może powinniśmy porozumieć się z Caine’em. Podniósł go za taśmę zaciskającą i wyniósł na wózek. – Nic. Powlókł worek ze smutną zawartością przez dywan do drzwi frontowych. rude włosy. Wiesz. wszyscy dorośli zniknęli. Dziesięć minut później Sam skończył. – Siedzi na tyłku i zachowuje się jak cesarz Perdido Beach. że powinna powiedzieć coś jeszcze. – Czując. piegowata i miała suche jak słoma. dodała: – Nie chcę już widzieć więcej strasznych rzeczy. nie śmiała się. Zaczerwieniła się. – Co z Coates? – spytał Sam. – Jest tam ktoś? – krzyknął Sam. żeby chodził od domu do domu – warknął Sam. Nosiła mundurek Coates i aż do tej chwili zdawała się bardzo tajemnicza. – Gdy nikt nie podjął tematu. – Po prostu. – Tam jest martwe małe dziecko. żeby się tego dowiedzieć.. Nie musimy wchodzić. Była pulchna.. Ręce mu się trzęsły. słuchając poleceń Sama.. ten jednak wzruszył tylko ramionami. dobra? Sam posłał Quinnowi porozumiewawcze spojrzenie. – Nie musisz wchodzić.– W porządku – powiedział. Sam polecił: – Dajcie mi jeden z tych dużych worków na śmieci.

Miała małego synka. Już. Quinn cofnął się o krok. – Wkurzam cię? Może po prostu spalisz mi rękę. żeby sprawdzić. Gdyby dorwał w swoje ręce tego.przyłożył. Quinn wyciągnął rękę w niemal szyderczym geście. Stali . Był zły głównie na samego siebie. trudno byłoby nawet nazwać ich znajomymi. Był to dom samotnej matki.. ale zapomniał. Wpuśćcie trochę powietrza. – Stary. – Bracie. – Wziąłem to dziecko i włożyłem do worka. Widząc jego minę. kiedy już nie będzie tak.. Ale odkąd zaczął się ETAP. po prostu by go udusił. a zwłaszcza odkąd Sam powiedział kumplowi prawdę o sobie. tak? Więc teraz ty tam idź i otwórz okna. Sam szybko pokonał dzielący ich dystans. kiedy ten zapach się ulotni. zwykłe nieporozumienia szybko robiły się bardzo toksyczne. ja tam nie wejdę – oświadczył Quinn. Możemy wrócić. Powinien był o tym pamiętać. – Nie. Ich rodziny nie przyjaźniły się. – Nie jestem na twoje rozkazy. czarodzieju? Przez lata swojej znajomości Sam i Quinn kłócili się wiele razy. Sam odezwał się: – Otwórzcie okna. permanentnie zmieniającej narzeczonych. Tak naprawdę nigdy nie znał tej rodziny. Nie oglądając się na Quinna i Brooke. naprawdę powinieneś wyluzować – zauważył Quinn. ty jesteś na rozkazy Caine’a – odparował Sam. co z dzieckiem. kto był za to wszystko odpowiedzialny. ale mimo wszystko powinien był pamiętać.

by zacząć bójkę. wypadł na zewnątrz. dokładnie w miejscu. powiedział: – Nie chcę. sprawdź. Dopiero po dłuższej chwili się zorientował. żeby między nami tak było. A potem idź do Edilia. że laptop mamy zniknął. gdzie stał komputer. zrozumiem. jakby chciał się upewnić. Sam zwrócił się do Brooke. Nie mówiąc już ani słowa do Quinna. tylko porozrzucano. że szuflady i szafki są otwarte. czy wyobraźnia nie płata mu figli. Na poły oślepiony niespodziewanymi łzami. jakby za chwilę w ruch miały pójść pięści. Żywności nie zabrano. – Ja to zrobię – odezwała się Brooke. Sam był wystarczająco wściekły. żeby wykopał następny grób. i zatrzasnął za sobą drzwi. Ale jeśli nie dasz rady. Ja pójdę do swojego domu. – Otwórz okna. gdybyś mogła zaciągnąć wózek do centrum. Quinn rozluźnił mięśnie i zmusił się do uśmiechu.. lecz przystanął na końcu chodnika. ruszył ulicą. i część trafiła . Dobrze by było. wciąż patrząc w twarz Quinna z odległości zaledwie centymetrów. czy znajdziesz jego zdjęcie z mamą. A potem zauważył. Dotknął blatu.teraz twarzą w twarz. Sam. poczłapał po schodach do swojego domu. – Nie ma sprawy. dobra? Nie chcę. którego nie znosił. Nie mógł powiedzieć nic więcej. – Brooke.. Powinien. Podszedł do stołu. żeby był pochowany sam.

szepnęła: – Sam. gdybym wpadła pod autobus. po czym parsknęła śmiechem i przyciągnęła syna do siebie. – Może. Tuląc go. Przeprosić za to. płaską. Zesztywniał w jej ramionach. Ubrania. Sugerowała. zostały zrzucone. W sypialni jego matki też przetrząśnięto szuflady i szafę. Wymieniono tam trzy nazwiska: jego własne. Mama trzymała w szafie zamykaną. Spytać.na podłogę. Ale to nie wszystko. Ktoś wiedział. – Gdyby cokolwiek mi się stało. Chciał coś powiedzieć. bo mama mu o niej wspominała. Pognał do swojego pokoju. że ma szansę sprawdzić. Przytuliła go mocno. – Tylko od ciebie zależy. dlaczego ciągle się spóźniają – powiedziała. w środku jest też twój akt urodzenia. tam jest mój testament. czy zechcesz go zobaczyć. szarą skrzynkę z metalu. czy w jakiś sposób wystraszył też . To chyba tłumaczy. – Była bardzo poważna. Sam o tym wiedział. by go uściskać. którymi nieudolnie próbował je zasłonić. co się stało z Tomem. ale delikatnie się odsunął i stanął przed nią. – W Perdido Beach nie ma autobusów – zauważył. Światło ciągle tam było. A może nie – odrzekł. – Dobra. Potem dodała: – Wiesz. matki i ojca. – Hmm. co mówi jego akt urodzenia.

Sam wiedział o skrzynce od kilku miesięcy.swojego prawdziwego ojca. Wiedział też. maszerującą przez ulicę. Dwoje innych nastolatków. że Sam ma moc. Jak na grupę maluchów. Tylko ona mogła nadać temu wszystkiemu sens. Emma pchała wózek dziecięcy. Wziął swój rower. kto przeszukał dom. raz nawet umówił się z Anną na randkę. bo w pewnej chwili Mary krzyknęła: – Julia i Sophie. a Anna wózek ze sklepu . Teraz Caine wiedział już. ujrzał całą procesję najmłodszych. prowadziło kolumnę mniej więcej trzydzieściorga przedszkolaków. Emma i Anna. Teraz skrzynka zniknęła. gdzie jest kluczyk. że nie chce. W tej chwili rozpaczliwie chciał być z Astrid. I chociaż matka złożyła tę propozycję. Większość dzieciaków poruszała się teraz na rowerach – nie zawsze swoich – albo deskorolkach. Gdy przejeżdżał przez plac. wracajcie do szeregu! Bliźniaczki. Nie miał większych wątpliwości. Jakaś dziewczyna w mundurku Coates niosła dziecko na rękach. Tylko najmłodsi chodzili pieszo. choć nie obywało się zupełnie bez harców. panowała tu wyjątkowa powaga. zmierzając do domu Astrid. Ale jego życie kryło wiele tajemnic. Mateczka Mary pchała dwumiejscowy wózek. kto ją zabrał. szły na końcu. Sam znał je w miarę dobrze. by poznał wszystkie sekrety. mających dziś dyżur. Prowadził Brat John. był świadom.

złóż Annie i mnie życzenia urodzinowe! – . – Męczarnia – uznał.Ralph’s. Zrobimy sobie piknik. Caine wprowadził zasady także w tej kwestii: nikt nie mógł prowadzić. Anno? – spytał uprzejmie Sam. z wyjątkiem niektórych ludzi jego i Edilia. jeśli to jedynka. załadowany przekąskami. jak to się robi. maszerujące przed nią. pieluchami i butelkami do karmienia dzieci. No to na razie – pożegnał się Sam. – Cześć. – Nawet mniej. Gdzie się podziewałeś? Wzruszył ramionami. często z opłakanymi skutkami. – Byłem w remizie. Lepiej. – Dokąd się wybieracie? – Na plażę. Sam. który teoretycznie mógł usiąść za kierownicą karetki albo wozu strażackiego. – Co tam. że słusznie. Jeśli tylko nauczy się. Niektóre dzieciaki próbowały prowadzić samochody. – Całkiem w porządku. Anna pomachała mu. – Obowiązki przy dzieciach. – Zmiana pieluchy zajmuje mi niecałą minutę – oznajmiła Anna ze śmiechem. Sam zatrzymał się i poczekał. odchodząc. Nawet to lubię. aż przejdą. Trzymały się przejścia – uznał. Teraz właściwie tam mieszkam. – Super. Anna wskazała maluchy. – I jest w tym świetna – zawołała Mary przez ramię. żeby maluchy uczyły się przechodzić przez jezdnię tak. jakby panował normalny ruch. – Hej.

Podwiozła ich jego matka. Nie chciał. weź swoje! Anna i Emma zaparkowały sklepowy wózek. bez tchu . Poczuł lekki smutek. żeby inni mieli go za głupka. bo czuł. śmiały się i zdejmowały buty. pieluch i butelek. Wtedy jednak randki niezbyt go jeszcze interesowały. – Sprawdź mu pieluchę – przypomniała jej Mateczka Mary.zawołała Emma. Stanął na pedałach i rozpędził rower. Wycieczka właśnie dochodziła do plaży. kierując się do domu Astrid. Była miłą dziewczyną. które przywiozła w wózku. Pamiętał nawet film: Gwiezdny pył. Urodziny? Sam ostro zawrócił i pomknął rowerem z powrotem w stronę miejsca. nie zgubcie ich! Alex. Doścignięcie ich nie zajęło mu wiele czasu. Maluchy gramoliły się przez wydmę. że tak trzeba. by wbiec na piasek. więc zabrał Annę do kina. Matka też ciągle go pytała. czy z kimś chodzi. Emma odpinała pasy dziecku. Sam rzucił rower i puścił się biegiem. Poszli jeszcze z Anną do pizzerii California Pizza Kitchen i zjedli na spółkę pizzę z grillowanym kurczakiem. gdzie napotkał przedszkolaki. Tego wieczoru miała wolne. Zostawiła ich pod kinem i odebrała po seansie. – Wszystkiego najlepszego – powiedział. pełny jedzenia. wspominając swoją randkę z Anną. Umówił się z nią. a Mateczka Mary tonem nauczycielki krzyczała: – Pilnujcie butów.

– Czy my znikniemy? – Kiedy się urodziłyście? – spytał. – O mój Boże! – krzyknęła Anna. – Co? – Które urodziny. – Piętnaste – odpowiedziała szeptem. wyczuwając nastrój bliźniaczej siostry. więc prawdopodobnie. O Boże! Chwyciła dłonie Sama. – Sam. co się stało? – Które urodziny? – wydyszał. – O mój Boże – powiedziała Anna.przypadając do Anny. Pozostali też to zauważyli. Emma. Zanim dotarła do niej przyczyna tego lęku. – Emma. zanim dziewczyna pojęła jego strach. – Nic – szepnęła Anna. . a on mocno ją przytrzymał. – Nie wiemy. Mary podeszła bliżej. – O co chodzi? – spytała Emma.. – O jakiej porze dnia? Wymieniły przestraszone spojrzenia. Strach udzielił się niektórym z małych dzieci. – To nic nie znaczy. – Pewnie macie rację – przyznał Sam. Anno? Minęła dłuższa chwila. Anna wrzasnęła. także maluchy.. I wtedy Emma zniknęła. – Nikt nie zniknął od pierwszego dnia.

Anna tylko patrzyła w niemym przerażeniu. Anno. Sam – powiedziała. Anna tak mocno naciskała palcami na jego dłonie. że odczuwał ból. Sam – błagała. – Pójdziemy tam. Wbiła w niego spojrzenie szeroko otwartych oczu. – Gdzie Emma? – spytała znowu Mary. Mary stała teraz przy nich z dzieckiem na rękach. . – Nie. Niektóre z dzieci patrzyły z powagą i niepokojem na twarzach. – Nie puszczę. jak to jest. Podszedł też John. gdzie są nasi rodzice? – Nie wiem. Sam. nie wiem.– Co się dzieje? Straszycie dzieci. Nie umrzesz. – Co się dzieje? Sam nie chciał tego tłumaczyć. – W jakim odstępie się urodziłyście. Gdzie Emma? Anna powtarzała tylko „o mój Boże” i wołała siostrę po imieniu.. – Czy ja umrę? – Nie. – Trzymaj mnie za ręce.. Anno. – W jakim odstępie się urodziłyście? – spytał. – Nic ci się nie stanie. – Nie chcę umrzeć – powtórzyła Anna. – Nie puszczaj mnie. Sam ściszył głos do naglącego szeptu. – Co się stanie? – Nie wiem. Anno? – Sześciu minut – wyszeptała. Nie puszczę cię – zapewnił. Anno. – Nie puszczaj mnie.

. Wpatrywał się w miejsce. Kiedy wyszliśmy razem. przedszkolaki zaniosły się płaczem. a Sam mógłby niemal przysiąc. Wiedział. co się święci. Zbyt szybko. Nadal widział jej błagalny wzrok. – To była miła randka. że uśmiechnęła się jeszcze. Kiedy zniknął jego nauczyciel. Nie mógł się powstrzymać i wyciągnął rękę w miejsce. Kontury jej postaci się rozmyły. Tym razem wiedział. Chciał dotknąć twarzy. Samowi zrobiło się niedobrze. – To prawda. Przez bardzo długi czas nikt się nie ruszył ani nic nie powiedział. Maluchy nie płakały. Jego palce zacisnęły się w pustce. której już nie było.Uśmiechnęła się. Ktoś krzyknął. gdzie była jej twarz. niezdolny. jakby stał skamieniały na torach kolejowych. . Dołączyły do niego inne głosy. Starsi tylko patrzyli przed siebie. gdzie stała dziewczyna. że dziewczyna zmienia się w niewyraźną plamę.. by była to prawda. Przez ułamek sekundy zdawało się. zupełnie się tego nie spodziewał. Ktoś załkał. by odskoczyć na bok. Palce Sama wciąż zdawały się pamiętać dotyk dłoni Anny.

obgryzał paznokieć u kciuka. Co gorsza. Caine – ostrzegła. – To ja powiedziałam.Rozdział 20 131 GODZIN. wyrwał magazyn z rąk Diany i cisnął nim przez pomieszczenie. jak to mówi ten głupek Quinn. Caine siedział w swym za dużym skórzanym fotelu. Właśnie wykonały wielki skok. który wcześniej należał do burmistrza Perdido Beach. o czym mówimy? Dziewczyna westchnęła i powoli usiadła. co się dzieje wokół. Caine zerwał się na nogi. – Nie wkurzaj mnie. – Wcale nie wydawał się zadowolony z faktu. Obszedł biurko i ku wielkiej radości Drake’a. . że powinniśmy zacząć zbierać akty urodzenia. – Może byś tak uważała. Wydawał się w nim bardzo mały. – Tak jak przewidywałem. strzepując jakieś kłaczki ze swojej bluzki. Diana leżała na kanapie. a więc wyglądało to prawie tak. I taki młody. – Co się stało? – Te dwie dziewczyny. które kazałeś mi śledzić. jakby ssał palec. że miał rację. Zrobiły „puff. czytała czasopismo i niemal nie zwracała uwagi. 03 MINUTY – To się po prostu stało – oświadczył Drake.

Sam – odezwał się Drake. ale było widać. co mówi. – Gdybyś się ich bał. Nie znalazł ich jednak. że Caine przełknął jej bezczelną odpowiedź. – Tak. kiedy znikała – dodał. oboje – przerwał im Caine.Drake nie omieszkał poszukać papierów Diany w gabinecie szkolnego psychologa. to był dobry pomysł – przyznał Caine. Diana nie odpowiedziała na zaczepkę. Dziewczyna zostawiła za to otwartą teczkę Drake’a i narysowała uśmiechniętą buźkę przy słowie „sadysta”. – Bardzo dobry. . żeby znaleźć na to sposób. Ale po tym wydarzeniu nienawiść do Diany stała się niemal treścią jego egzystencji. pierwsza dziewczyna odpada i już wszyscy wiedzą. co się kroi. nie byłbyś psychopatą. – Nie boję się słów. Drake rozciągnął usta w swym rekinim uśmiechu. – Jest siedemnasty listopada. Byłem za daleko i nie słyszałem. Wkurzyło go. – Sadyzm – powiedziała Diana. – Czerpanie przyjemności z cierpienia innych. – Był tam ten chłopak Diany. że prawie się zmoczyła. Opadł z powrotem na zbyt duży fotel i znowu zaczął obgryzać kciuk. – Patrzył jej prosto w oczy. – Przestańcie. – Trzymał jedną z bliźniaczek za rękę. Wiecie. Ta druga zaczęła się mazać. Drake już wcześniej jej nie cierpiał. dzień po nastaniu ETAP-u. Mam pięć dni.

niosąc otwarty laptop. nie patrzyłem dokładnie na nią. Gdy w odpowiedzi napotkał tępe spojrzenia. – Nie wiem. wyjaśnił: – To laptop siostry Tempie. – Czego? – warknął Caine. – Włamałem się do niego – oznajmił z dumą Jack. a potem już nie. co byśmy zrobili. jak zwykle podekscytowany i z wytrzeszczonymi oczami. Mam ważniejsze problemy. – Mniej więcej.. kiedy to się stało. – Co? A! Świetnie. odpłynęła? – Jeśli chodzi o pierwszą. – Nie interesuje mnie „mniej więcej”. Od drugiej już nie odrywałem oczu. W jednej chwili była. Caine walnął dłonią w biurko. Daj go Dianie. – Drake. Komputerowy Jack podał laptop dziewczynie i wymknął się za drzwi. Komputerowy Jack. – Posłał Dianie spojrzenie. gdyby cię zabrakło. że dokładnie wiedział. wpadł do pomieszczenia. nie? – skomentował Drake. Na twarzy Caine’a odmalowała się konsternacja. – O pierwszej siedemnaście? Tamten wzruszył ramionami.– Pięć dni – powtórzył jak echo Drake. – Odczep się od niego. kiedy dziewczyna.. co by wtedy zrobił. idioto! – . – Mała gnida. I wyjdź. Jest użyteczny – uprzedził Caine. które mówiło. co dokładnie widziałeś.

– Umilkła. – Wyłam ten zamek. Nie chodzi tylko o mnie. – Wygląda to jak testament. Podniosła się z kocią gracją i gwałtownym szarpnięciem otworzyła szafkę z dokumentami. – A co? – Przydaj się na coś. Diana otworzyła skrzynkę. Drake – wtrąciła Diana. – Bardziej interesował mnie laptop siostry Tempie – odparł Caine. Wyciągnęła szarą metalową skrzynkę i z niemal nabożną czcią postawiła ją na biurku Caine’a. Będziesz czekał na zniknięcie. żebym zapamiętała dokładny dzień. to ciekawe. ale było wyraźnie widać. czytając coś z komputerowego monitora.. Rygiel puścił. wsunął ostrze w tani zamek i przekręcił. wycinek z gazety o tej historii z autobusem szkolnym.. Diana zignorowała go.. Drake – nakazała Diana. – Próbuję to rozgryźć. Uniósł się i .. Popatrzyła na niego i wybuchła śmiechem. chroniącą wymyślnie wydrukowany akt urodzenia. o której słyszeliśmy.krzyknął. Też kiedyś znajdziesz się w tej sytuacji. – Co? – spytał Caine.. godzinę i minutę czy. – Dwunastego kwietnia. Drake wziął nóż do listów. Wszyscy dorastamy. jest! Uniosła plastikową koszulkę. – Dosyć tego. Diano – ostrzegł Caine. No i.. Drake. ledwie minutę po północy. I. – Nie. że znalazła coś nad wyraz ciekawego w pamiętniku Connie Tempie. o. – Nikt jej jeszcze nie otwierał? – spytała.

Żadne z nich jednak nie zwróciło na niego uwagi. że masz jakąś niewiarygodną moc i . że nie jesteś podobny do swoich rodziców? – To nie ma sensu – wydyszał Caine. Drake nigdy nie widział go w takim stanie. Była miła. – A tak. – Jest od ciebie o trzy minuty starszy. jakby lada chwila miał zemdleć. ci sami rodzice. – To przypadek. Wlepił w niego spojrzenie i zmarszczył brwi. jakby był marionetką. Wyciągnął dłoń do Diany. której ktoś odciął sznurki. – Zbieg okoliczności – odparł Caine. którzy nie są identyczni? – Diana przyłożyła palec do ust. – W pamiętniku też o tym jest – powiedziała Diana. że jesteś mutantem. dwa różne jajeczka. niemal współczująca. – O czym wy mówicie? – spytał Drake. – Żaden z was nie zna swojego prawdziwego ojca – przypomniała Diana. – A ile razy mi mówiłeś. uśmiechając się mściwie. Przypuszczała. która po chwili wahania pozwoliła się złapać za rękę. To samo łono.wyrwał jej dokument z ręki. – Dwudziesty drugi listopada – powiedziała Diana. że jako jedyny nic nie rozumie. – Siostra Tempie. Caine wyglądał tak. Potem opadł ciężko na fotel. Wiedziała. parodiując głębokie zamyślenie. Nie podobało mu się. bliźnięta dwujajowe. Nie jesteśmy do siebie podobni. – Jak nazywają się bliźniacy. – To niemożliwe.

choć nie było jasne. Był pokonany. których powodu nikt inny się nie domyślał. Drake. Jakaś siła poderwała go z ziemi i rzuciła na ścianę. Chciał się zerwać i rzucić na Caine’a. Jakby wpadł pod ciężarówkę. Drugiego adoptowała inna rodzina. Caine odsunął się od Diany i wyciągnął ręce w stronę Drake’a. – Jeden został z matką. wykończyć go. kto tu rządzi – upomniał go niskim. Podejrzewała cię o spowodowanie różnych obrażeń. śmiejąc się radośnie z upokorzenia Caine’a. – Błąd – powiedziała dziewczyna. z czerwoną twarzą i odsłoniętymi zębami. . że siostra Tempie była matką Caine’a? Twarz Caine zapłonęła nagłym gniewem.najwyraźniej miała też domysły co do innych. Coś uderzyło Drake’a w pierś. – Mówisz. – Pamiętaj. zanim ten dziwoląg znowu zdoła go uderzyć. Drake skinął głową. – Była twoją matką. do którego z nich się zwraca. Rozbił szklane ramki dwóch oprawionych druków i bezładnie spadł na podłogę. Ale Caine stał tuż nad nim. – Dwaj mali chłopcy urodzili się dwudziestego drugiego listopada – powiedziała Diana. gardłowym. Na razie. – Zamknij się. Drake parsknął śmiechem. ale cię porzuciła i zostawiła sobie Sama? – spytał Drake. niemal zwierzęcym głosem. Otrząsnął się. gdy w końcu zrozumiał.

Zawsze była blada i nie należała do osób dbających o opaleniznę. – Mamy robotę. drobne zmiany. Samochody nie ruszały się z miejsca. przy której mieszkała Astrid. rozsypując na . jak wszędzie w miasteczku. Jej gołe nogi świeciły bielą w słonecznych promieniach. kto zechciał się nim zaopiekować? Na ulicy. białym. by złapać trochę słońca. pokonując za każdym razem ledwie parę centymetrów. nastąpiły podczas ETAP-u. Czy to tłumaczyło. Nie było żadnego ruchu. Zastanawiała się. że potrzebuje słońca. ale dzisiaj czuła. Trawniki zarastały.– Wstawaj – nakazał tamten. czekając na listonosza. Kwiaty w ogródku dwa domy dalej. traciły barwę i więdły. dlaczego matka po spędzeniu z chłopcem kilku dni i nocy zaczynała gwałtownie szukać pierwszej lepszej wymówki. by wcisnąć go każdemu. Chorągiewki na kilku skrzynkach pocztowych uniesione były w górę. Po kilku takich dniach dom zmieniał się w więzienie. o które pan Massilio zawsze tak dbał. Astrid wyszła na ganek z małym Pete’em. Siedziała w dużym. czy tak się czuła jej matka. Było to najlepsze miejsce. Czas z małym Pete’em spędzała najczęściej pod dachem. Po jezdni przesuwał się ospale poruszany wiatrem otwarty parasol. który nie przychodził. wiklinowym fotelu bujanym i opierała stopy o barierkę. Kilka domów dalej jakieś dzikie zwierzę – a może głodny domowy pupilek – przewróciło pojemnik na śmieci.

Chciała go zobaczyć. Astrid zauważyła Sama. by zabrać ją do sklepu. kiedy to się stało. mokre gazety i kości kurczaka. Ale w przeciwieństwie do Pete’a. – Anna i Emma właśnie zniknęły. Astrid podniosła się i bez zastanowienia objęła go ramionami. A potem Anna. – Anna. – Cześć. ulegając nieprzyjemnej huśtawce emocji. jak Emma zniknęła. I bardzo się tym denerwowała. I zdawało się. że mogą znowu to zrobić. Czyli najpierw Emma. Trzymałem Annę za rękę. Powiedział. że przyjedzie. ale potem. – Co? – Stałem przy nich. niezgrabnie odpowiadając na uścisk. Patrzyłem. Pocałunek był bez wątpienia pomyłką. tak jak obejmowała małego Pete’a. i czekała na niego. znowu się pocałować. która na to czekała. oboje jednocześnie. Opuściła nogi i usiadła prosto. Sam rzucił rower na trawnik i wszedł po schodach. gdy próbowała go pocieszyć. – W głosie Astrid pobrzmiewała nerwowość. Jego twarz znalazła się w jej włosach i usłyszała tuż przy swoim uchu jego urywany oddech. Widziała. Sam zareagował. – Bała się – mówił Sam. pedałującego zawzięcie na rowerze. Sam. . A może nie. odsunęli się od siebie. Urodziły się w odstępie sześciu minut.podjeździe poczerniałe skórki od banana.

Pokręciła głową. jakby mogła znać rozwiązanie. Nawet nie tydzień. więc powiedział: – Nikt nawet nie szuka wyjścia z ETAP-u. – Może jest sposób. – Przestań.Wiedziała. To potwierdzenie wyraźnie go uspokoiło. jak dołujące będzie w ETAP-ie Święto Dziękczynienia. Nie opowiadaj mi. że to nie nastąpi. Widział w niej odbicie własnego lęku i teraz próbował go opanować. – Ale wszystko ma swoje dobre strony. – Pięć dni. ale i w przyszłości. O ile mieli jakąś przyszłość. Chodź do środka. – OK – odparła. nie tylko teraz. głównie chyba na jej użytek. Nie będzie. Może . Astrid przyszło do głowy. dobra? Po prostu przestań. Wypił połowę jednym haustem. Jak zwykle grał na swojej konsolce. co zaraz nastąpi. że w ten sposób może pomóc Samowi. Z jakiegoś powodu piętnaście lat to granica. Nie muszę się martwić. – Rzuciła okiem na braciszka. po osiągnięciu której znikasz. – Mam pięć dni – oznajmił z przejęciem. Wmawiałem sobie. – Nie wiesz tego na pewno. – Zmusił się do cierpkiego uśmiechu. – To straszne. – Unikałem tego. Zaprowadziła Sama do kuchni i nalała mu szklankę wody. by sobie z tym poradzić – powiedziała ostrożnie Astrid. Popatrzył na nią z nadzieją. że wszystko będzie dobrze. Potrzebował prawdy podanej bez osłonek. – Masz rację. Nie myślałem o tym.

to znaczy. by określić jego domniemania jako „chwytanie się brzytwy”. – Był teraz spokojniejszy. miało to sens. zablokowana nagle autostrada. Kurczaczek wybija sobie wyjście z jajka. Skończyły mi się jajka. Gdy nie odpowiadała. pomyśl o jajku. Nikt nawet nie szukał. że w barierze jest jakaś szeroka. Siedział na jednym ze stołków barowych. Na przykład na morzu. otwarta brama. co się stało. Przeciągnął dłonią po granitowej powierzchni. elektrownia. – Wykonał palcami ilustrujący to gest. Zaprzęgli pewnie do pracy połowę naukowców świata. sposępniał i stwierdził: – Kiedy się nad tym zastanawiałem. Astrid powstrzymała chęć. A cały świat musi wiedzieć. Perdido Beach. A przecież oni mają więcej ludzi i środków niż my. – Wiem o tym. Albo na pustyni czy w parku narodowym. Ale my nadal jesteśmy w tym samym miejscu. Powiedziała coś innego: – Jeśli można stąd wyjść. Był wyraźnie zaskoczony. to można i wejść. by świat to przeoczył. W oczach zalśnił mu błysk. a możliwe. jakby napawał się gładkością kamienia. niemożliwe. . całe się rozpadnie.istnieje droga ucieczki. stojących rzędem przy kuchennym blacie. – Właściwie pewien sens to ma – przyznała. – Myślałem o tym. – Nie. A może jajko? – Hmm. Nic nie wiemy. prawda? Ale jeśli ty spróbujesz dostać się do jajka.

– Ja też nie – zapewniła. ale i tak nie żałuję. żeby mi przypomnieć.który lubiła. ale dobrze się z tym czuli. I tamci o tym wiedzą. Być może cały świat czeka i patrzy. – Pierwszy raz? – Tak. – Nie żałuję. – Trochę tak. że jeśli ludzie z zewnątrz spróbują przebić barierę. – Otworzyła szafkę i wyjęła na wpół opróżnioną paczkę ciastek... – Tak. – Dla mnie to był pierwszy raz. Wiesz. – Mówisz o analogii. złe miejsce. wiesz – odezwał się. – Zaskoczyłem cię – zauważył. a na ustach pojawił się półuśmiech. co do tej skorupki jajka: mówisz. to może nam to czymś zagrozić. Ich oczy się spotkały. W końcu odezwała się Astrid. że jesteś ode mnie mądrzejsza – zażartował. Położyła je na blacie i . Analogia może się okazać trafna. jeśli nie liczyć tego pocałunku z Alfredem Slavinem w pierwszej klasie. A po chwili dodał: – Ale pierwszy raz na serio. – Chodzi ci o. – Sam. Po chwili oboje z zawstydzeniem odwrócili wzrok. w nadziei. zły czas. A dla ciebie? Pokręcił głową i skrzywił się z żalem. Zapadło milczenie. że będziemy umieli się wykluć. Że być może tylko my możemy bezpiecznie przerwać barierę i się wydostać. – Znaczy.

wiesz? Moja mama. Umiał robić to w sposób. jeśli znajdziesz bramę. A drogi powrotnej może nie być. którzy zostaną w ETAP-ie? – Też wyjdą. umknęło. – Co będzie. czy nie ma jakiejś bramy. Nie ma mnie. Cokolwiek chciał powiedzieć. – Nie będziesz miał pewności. – Nie psuj sielskiej wizji – odparł. Może jednak z ETAP-u można jakoś wyjść. – Wiem. który nie wyrażał wątpliwości czy niepewności. Ale nie chcę tu po prostu bezczynnie siedzieć i czekać. – To dobra teoria..wzięła jedno. Może wystarczy przez nią przejść i wszyscy tam będą. – No tak. – Przecież to nie fair. ale zdajesz sobie chyba sprawę. za pięć dni znikam. lecz kojarzył się bardziej ze zrzucaniem ciężaru. czy to brama. musisz myśleć o sobie – powiedziała bezbarwnym tonem. Wydawał się dotknięty. – Nauczyciele – podsunęła. Anna i Emma. aż przyjdzie na mnie czas. w tej bowiem .. – Co zamierzasz? Wzruszył ramionami. Puff. Sam? Przejdziesz przez nią? Co będzie z tymi. dopóki przez nią nie przejdziesz. twoi rodzice. – Na początek chcę pójść wzdłuż bariery i zobaczyć. – Astrid. że mało prawdopodobna. uwalnianiem się od czegoś.

chłopak z Coates. nieustraszona w swoim gniewie. Sam – odezwał się Quinn. Astrid pobiegła do drzwi. o imieniu Chris i Quinn. wpadła do pomieszczenia i zastała Pete’a zwiniętego w kulkę. – Kogo nazywam gnojkiem? Każdego. Opadła na kolana tuż przy chłopczyku. drugim zaś wrzask małego Pete’a. . kto rzuca kamieniami w małe dzieci – odparł Sam. Jednym był łoskot. – Rzucanie kamieniem w bezbronne dziecko to wygłupy? – spytał Sam. A na chodniku ze śmiechu zwijali się Panda. na granicy ataku histerii. – I co ty w ogóle robisz z tym gnojkiem? – Kogo nazywasz gnojkiem? – spytał Panda. że tak naprawdę nie zamierza bić. Obok niego na podłodze leżał kamień. – Rzuciliście kamieniem w mojego brata? – zawołała Astrid. – Co zrobiłeś. W środku znajdowała się konsola do gier. dobiegający z zewnątrz. Sam był już w połowie trawnika i zmierzał zdecydowanym krokiem w ich stronę. Pando? – Ignorował mnie – powiedział tamten. nie ustępując. wyjącego.chwili rozległy się dwa donośne dźwięki. Panda i Chris trzymali kije bejsbolowe. choć widać było. – Panda się tylko wygłupiał. Ten drugi miał też biały worek na śmieci. roztrzęsionego. Stanął pomiędzy kumplem a Pandą. Mocniej zacisnął dłoń na kiju.

. – Słuchaj. – Robicie coś dobrego? Co? Kradniecie? – Sam wskazał worek w ręce Chrisa. Mały Pete krzyczał teraz Astrid do ucha. – Robi się do niczego. żeby rzucić kamieniem w autystyczne dziecko? – Ej. a jedynie strzępki gniewnych zdań. Potem Sam obrócił się na pięcie i ruszył z powrotem do niej. Przez dziesięć minut. których potrzebowała Astrid. Wykonywaliśmy tylko drobną misję dla Mateczki Mary. że muszą ją odbyć prędzej czy później.Quinn uniósł pojednawczo ręce. – A wracając pomyśleliście. nie? Robiliśmy coś dobrego. wyluzuj. a Quinn pokazał mu za plecami wyprostowany środkowy palec. które wymieniali coraz bardziej naburmuszony Quinn i ogarnięty zimną wściekłością Sam. Astrid miała ochotę zakończyć tę rozmowę. Poprosiła Pandę o pomoc. wysłała go na poszukiwanie misia jakiegoś dzieciaka. po czym pomaszerował dalej ulicą z Pandą i tym chłopakiem z Coates. Po chwili napięcie trochę zelżało i dodał: – Poradzimy sobie z tym. odczep się – odarł Quinn. Sam wrzał z wściekłości. Sam opadł gwałtownie na krzesło na ganku. Zrozumiała jednak. by uspokoić braciszka i znowu zająć go grą. – Niesiemy tę grę Mary. – Znaczy ty i Quinn? – Tak. Gorzej niż do niczego – oznajmił. więc nie słyszała całej rozmowy. żeby miała czym zająć dzieci. bracie.

Będziemy siedzieć w ciemnościach. Kto będzie nami wtedy dowodził? Caine? Orc? Drake? – Wiesz – odrzekł oschłym tonem – mówisz tak. – Dobra. jakby chodziło o zabawę. Nie wierzyła w przeznaczenie. – Chcę. – Różnicie się od siebie. nie będę ci się naprzykrzać – powiedziała. jestem taki strasznie przystojny – powiedział. – No jasne. – Nie znasz go zbyt dobrze. żebyś był tym. jesteście prawie tacy sami. ale wyciągnęła dłoń i wzięła Sama za rękę. Kiedy życie toczy się zwyczajnie. Nie jest silny. kim jesteś. Teraz wszyscy są w szoku. Boją się. kiedy następuje kryzys. że powinna ustąpić. żebym był wielkim bohaterem.– Nie sądzę. Ale kiedy staje się dziwne i przerażające. stajecie się nagle zupełnie innymi ludźmi. – Jest o ciebie zazdrosny. jak bardzo powinni się bać. Ale nawet nie zdają sobie sprawy. żeby mu przeszło. – Sam. Żądała niemożliwego od tego chłopaka. Całe życie . Wiedziała jednak. ale Quinn nie jest dzielny. Wierzyła w niego. głodni i zrozpaczeni. – Nadal chcesz. siląc się na dowcip. Tak naprawdę to nie jego wina. A ty jesteś. Zastanawiała się dlaczego. Tak naprawdę nie było to logiczne. Prędzej czy później skończy się żywność. – Została przy braciszku. sprawy przybiorą gorszy obrót. którego ledwie znała. czując. Prędzej czy później elektrownia stanie. że właśnie to należy zrobić.

. jakaś pogrzebana. urywany wdech. by Sam nie zobaczył malującej się na niej troski. zaniedbana część umysłu. Teraz pchała ją do tego jakaś jej część. jak Astrid patrzy na swoje dłonie z wyrazem skupienia na twarzy. Wciąż jednak trzymała go za rękę. – Tak – powiedział. Wzięła głęboki. na rozumieniu faktów. Zwróciła twarz na małego Pete’a. z której istnienia ledwie zdawała sobie sprawę. by wywierać na Samie presję. Zmuszała ją. więc nie zauważył. dopóki jeszcze możemy. czymś przejęty. Myślami był gdzie indziej. – Chodźmy do sklepu – odezwała się. Tak jakby zapytano ją. ile jest dwa plus dwa. Jeszcze bardziej zmarszczyła czoło. Miała pewność.polegała na swoim umyśle. Puściła jego dłoń. Ale miała pewność. – Lepiej iść. Po chwili wytarła je o szorty. I teraz nie miała już pewności.

Rozdział 21
129 GODZIN, 34 MINUTY
– Pokaż mi swoją listę – zażądał Howard. Siedział
przed sklepem Ralph’s, na krześle ogrodowym z nogami
na drugim krześle. Na przenośnym odtwarzaczu DVD
oglądał Spidermana 3. Ledwie podniósł wzrok, gdy się
zbliżyli.
– Nie mam listy – odparła Astrid.
Howard wzruszył ramionami.
– Musisz mieć. Bez listy nikt nie wejdzie.
– Dobra, masz kawałek papieru i ołówek? – spytał Sam.
– Tak się składa, że mam – odrzekł tamten. Wyciągnął
mały kołonotatnik z kieszeni luźnej skórzanej kurtki, po
czym podał go Astrid.
Sporządziła listę i oddała Howardowi.
– Możecie wziąć tyle świeżych towarów, na przykład
warzyw, ile chcecie. I tak się zepsują. Lody się prawie
skończyły, ale może zostały jakieś Popsicle. – Zerknął na
małego Pete’a. – Lubisz Popsicle, Petynie?
– Mów dalej – wtrącił Sam.
– Jeśli chcecie coś w puszkach albo na przykład
makaron, musicie mieć specjalne pozwolenie od Caine’a
albo jednego z szeryfów.
– O czym ty mówisz? – spytała Astrid.
– Mówię, że możecie wziąć sałatę i jajka, ciastka i

mleko, bo niedługo minie im termin przydatności, ale
oszczędzamy na przykład zupy w puszkach i w ogóle
rzeczy, które się nie psują.
– OK, to chyba ma sens – przyznała.
– Tak samo papier. Wszyscy dostają po jednej rolce
papieru toaletowego. Więc niech wam starczy na długo. –
Znowu zerknął na listę. – Tampony? Jaki rozmiar?
– Zamknij się – zgasił go Sam.
Howard roześmiał się.
– Wchodźcie. Ale wszystko sprawdzę przy wyjściu i
jeśli coś będzie nie tak, każę wam odnieść.
W sklepie panował straszny bałagan. Zanim Caine
wyznaczył wartownika, ukradziono niemal wszystkie
przekąski. A młodzi rabusie nie byli porządni ani ostrożni.
Na podłodze walały się rozbite słoiki z majonezem,
przewrócone półki i kawałki szkła ze stłuczonych drzwi
chłodziarek.
Wszędzie latały muchy. Zaczynało już cuchnąć jak w
śmietniku. W kilku lampach sufitowych przepaliły się
żarówki, więc wokół panował mrok. Kolorowe plakaty
wciąż wisiały pod sufitem, informując o promocjach i
obniżkach.
Sam wziął wózek, a Astrid podniosła małego Pete’a i
posadziła go w środku.
Kwiaty w małym kąciku kwiaciarskim były w kiepskim
stanie. Parę balonów, może dziesięć, z folii poliestrowej
mylar z napisem „Urodziny” albo życzeniami na Święto
Dziękczynienia wciąż unosiło się w powietrzu, stopniowo

jednak traciły wysokość.
– Może poszukam indyka. – Astrid lustrowała
wzrokiem wystawione produkty, związane ze Świętem
Dziękczynienia: proszek do placków z dynią, mielone
mięso, sos żurawinowy, farsz do indyków.
– Umiesz upiec indyka?
– Mogę znaleźć przepis w sieci. – Westchnęła. – Nic z
tego. Może mają gdzieś tu książkę kucharską.
– Co z sosem żurawinowym?
– Nie możemy wziąć niczego w puszkach.
Sam poszedł do działu warzywnego, a potem
przystanął, zauważając, że Astrid wciąż patrzy na
sezonową ekspozycję. Płakała.
– Co się stało?
Astrid otarła łzy, ale do oczu napłynęły jej kolejne.
– Zakupy zawsze robiliśmy we troje: mama, Petey i ja.
Co tydzień. Mieliśmy wtedy czas na rozmowę. Wiesz,
chodziliśmy po sklepie wolno, rozmawialiśmy o tym, co
by tu zjeść i o innych sprawach. Nigdy dotąd nie byłam tu
bez mamy.
– Ja też nie.
– Dziwne uczucie. Wygląda tak samo, ale jest inaczej.
– Nic nie jest już takie samo – powiedział Sam. – Ale
ludzie dalej muszą jeść.
Odpowiedziała mu niepewnym uśmiechem.
– Dobra, róbmy zakupy.
Spakowali sałatę, marchew i ziemniaki. Sam poszedł za
ladę, by wziąć dwa steki i zawinąć je w papier. Muchy aż

roiły się na kawałkach mięsa, które zostały na wierzchu,
gdy ekspedienci zniknęli. Ale mięso z wnętrza gabloty
wydawało się nietknięte.
– Coś jeszcze dla pani? – spytał.
– Skoro nikt inny jej nie chce, mogę też wziąć tę
pieczeń.
Sam pochylił się w przód i popatrzył na towary.
– OK, poddaję się. Gdzie ta pieczeń?
– Tamto duże. – Postukała w szkło. – Mogę ją włożyć
do lodówki.
– Oczywiście. Pieczeń. – Podniósł mięso i położył na
płachcie woskowanego papieru do pakowania. – Wiesz,
że kosztuje dwadzieścia pięć dolarów za kilo czy coś koło
tego?
– Proszę dopisać mi do rachunku.
Ruszyli dalej w stronę szafki z nabiałem. Stał tam
Panda, nerwowo trzymając w pogotowiu kij.
– Znowu ty? – warknął Sam.
Panda nie odpowiedział.
Astrid krzyknęła.
Sam odwrócił się i zdołał dostrzec Drake’a Merwina,
zanim coś uderzyło go w bok głowy. Zatoczył się na
puszkę z parmezanem, rozrzucając jakieś zielone
pojemniki.
Zobaczył ruch kija, próbował go nawet zablokować, ale
kręciło mu się w głowie i nie mógł skupić wzroku.
Kolana ugięły się pod nim, kiedy osunął się na podłogę.
Jakby za mgłą zobaczył szybko poruszające się

dzieciaki, czworo lub pięcioro. Dwoje z nich złapało
Astrid, wykręcając jej ręce.
Rozległ się głos dziewczyny. Sam z początku go nie
poznał, aż usłyszał, jak Panda mówi:
– Diana?
– Zakryjcie mu dłonie – nakazała Diana.
Sam opierał się, ale mięśnie odmawiały mu
posłuszeństwa. Coś chwyciło go za lewą rękę, potem za
prawą. Silne palce trzymały go mocno.
Kiedy udało mu się w końcu skupić, popatrzył tępo na
to, co się stało. Nadgarstki miał związane krawatem, a na
każdą dłoń naciągnięto balon z mylaru, umocowany taśmą
klejącą.
Diana Ladris uklękła, zniżając twarz do jego poziomu.
– To mylar. Powierzchnia, która odbija światło. Więc
nie próbowałabym używać tego twojego hokus-pokus.
Sam byś sobie usmażył rączki.
– Co robicie? – zająknął się Sam.
– Twój brat chce odbyć z tobą miłą rozmowę.
To nie miało sensu i Sam nie był pewien, czy dobrze
usłyszał. Jedyną osobą, którą kiedykolwiek nazywał
„bratem”, był Quinn.
– Puśćcie Astrid – powiedział Sam.
Drake minął Dianę i kopnął Sama, przewracając go na
plecy. Stanął nad nim i przytknął koniec swojego kija
bejsbolowego do jego jabłka Adama. Poprzedniego
wieczoru tak samo postąpił z Orkiem.
– Jeśli będziesz grzeczny, będziemy mili dla twojej

dziewczyny i jej braciszka debila. Jeśli sprawisz kłopoty,
dam jej popalić.
Mały Pete zaczął wyć.
– Ucisz tego dzieciaka, albo zrobię to za ciebie –
warknął Drake do Astrid. A potem zwrócił się do
Howarda, Pandy i pozostałych: – Weźcie naszego
bohatera i wrzućcie go do sklepowego wózka.
Sam został podniesiony, po czym opuszczono go do
wózka.
Pchał go Howard.
– Sammy, Sammy. Sam Autobus to teraz Sam Wózek,
co?
Drake nachylił się i ostatnim, co Sam zobaczył, był
pasek taśmy izolacyjnej, którą zaklejono mu oczy.
Pchali go autostradą w sklepowym wózku przez miasto.
Nic nie widział, ale czuł wstrząsy. Słyszał tylko śmiech i
szyderstwa Howarda i Pandy.
Usiłował zorientować się, dokąd zmierzają. Po jakimś
czasie, który zdawał mu się bardzo długi, poczuł, że pną
się pod górę.
Howard zaczął narzekać:
– Kurczę, niech ktoś mi pomoże pchać ten wózek.
Freddie, pomóż!
Wózek przyspieszył na chwilę, a potem znowu zwolnił.
Sam słyszał ciężkie oddechy.
– Weź paru tych ludzi, którzy stoją z założonymi
rękami – zażądał Freddie.
– Ej, ty, chodź tu i pomóż mi pchać.

– Nie ma mowy.
Quinn. Serce Sama podskoczyło. Quinn mu pomoże.
Wózek zatrzymał się.
Howard odezwał się:
– Co, boisz się, że twój koleżka dowie się, co robiłeś?
– Zamknij się – odparł Quinn.
– Sammy, jak myślisz, kto dał nam cynk, że idziesz po
zakupy z Astrid? No?
– Zamknij się, Howard – powiedział Quinn z rozpaczą
w głosie.
– Jak myślisz, kto nam powiedział o twojej mocy?
– Nie wiedziałem, że to zrobią – zapewnił Quinn. – Nie
wiedziałem, bracie.
Do Sama dotarło, że nawet nie jest zaskoczony. Mimo
to zdrada Quinna bolała bardziej niż cokolwiek, co zrobił
mu Drake. Chciał na niego nawrzeszczeć. Chciał go
nazwać Judaszem. Ale krzycząc, złoszcząc się czy
płacząc, wydałby się słaby.
– Nie wiedziałem, bracie, naprawdę – powtórzył Quinn.
– Tak. Myślałeś, że może chcemy tylko urządzić
zebranie fanklubu Sama Temple’a – Howard zarechotał z
własnego dowcipu. – A teraz łap i pchaj.
Wózek znowu ruszył.
Sam odczuwał ból. Quinn go zdradził. Astrid była z
Drakiem i Dianą. I nic nie mógł zrobić.
Zdawało się, że droga trwa wieczność. Ale w końcu
stanęli.
Bez ostrzeżenia wózek przechylił się i Sam wylądował

na chodniku. Przewrócił się na dłonie i kolana, po czym
próbował ukradkiem rozedrzeć mylar o beton.
Od kopniaka w biodra zaparło mu dech.
– Hej! – krzyknął Quinn. – Nie musisz go kopać.
Czyjeś dłonie złapały Sama za ramiona i po chwili
dobiegł go głos Orca:
– Jeśli wywiniesz jakiś numer, oberwiesz.
Poprowadzili go, potykającego się, w górę schodów.
Były tam drzwi, które sądząc po odgłosie sprawiały
wrażenie dość dużych. Potem dźwięk ich kroków poniósł
się echem po linoleum.
Przystanęli. Otworzyły się kolejne drzwi. Orc kopnął go
z tyłu w zgięcie kolan i Sam padł na twarz.
Orc usiadł na nim okrakiem, złapał go za włosy i
gwałtownie pociągnął jego głowę w tył.
– Zdjąć taśmę – rozkazał jakiś głos.
Howard chwycił krawędź taśmy i oderwał ją razem z
częścią brwi Sama.
Sam natychmiast poznał pomieszczenie, w którym się
znalazł. Szkolna sala gimnastyczna.
Leżał na gładkich klepkach podłogi, a Caine stał przed
nim ze skrzyżowanymi ramionami i patrzył nań z
satysfakcją.
– Hej, Sam – powiedział.
Sam przekręcił głowę w lewo i w prawo. Orc, Panda,
Howard, Freddie i Chaz, wszyscy uzbrojeni w kije
bejsbolowe. Quinn starał się zniknąć mu z oczu.
– Masz tu dużo ludzi, Caine. Muszę być groźny.

Caine z namysłem pokiwał głową.
– Lubię być ostrożny. Oczywiście Drake ma
dziewczynę. Więc na twoim miejscu nie próbowałbym
sprawiać kłopotów. Drake to brutal i świr.
Howard roześmiał się.
– Dajcie mu wstać – rozkazał Caine.
Orc zszedł z pleców Sama, ale najpierw wbił mu kolano
w żebra. Sam wstał, roztrzęsiony, ale zadowolony, że nie
musi już leżeć na podłodze.
Uważnie przyjrzał się Caine’owi. Spotkali się na placu,
zaraz po przyjeździe tamtych dzieciaków, później
widywał go już tylko przelotnie.
Caine obserwował go z równą uwagą.
– Czego ode mnie chcesz? – spytał Sam.
Caine zaczął obgryzać paznokieć u kciuka, a potem
opuścił ręce wzdłuż boków, co wyglądało niemal tak,
jakby stawał na baczność.
– Gdybyśmy się mogli zaprzyjaźnić.
– Marzysz o tym, żeby zostać moim nowym kumplem?
Caine wybuchnął śmiechem.
– Widzisz? Masz poczucie humoru. Nie mogłeś go
odziedziczyć po matce. Nigdy nie wydawała mi się zbyt
zabawna. Może masz to po ojcu?
– Nie wiem.
– Nie? Czemu?
– Masz laptop mojej mamy. Masz wszystkie jej
osobiste dokumenty. I masz Quinna, który odpowiada na
pytania na mój temat. Więc domyślam się, że już znasz

odpowiedź.
Caine pokiwał głową.
– Tak. Twój ojciec zniknął wkrótce po twoich
narodzinach. Pewnie nie był tobą zachwycony, co? –
Zaśmiał się z własnego dowcipu, a paru jego
przybocznych zawtórowało mu bez przekonania, nie do
końca rozumiejąc, o co chodzi. – Ale nie przejmuj się.
Tak się składa, że mój biologiczny ojciec też zniknął.
Matka również.
Sam nie odpowiedział. Ręce zdrętwiały mu od więzów.
Bał się, ale za nic w świecie nie chciał tego okazać.
– Nie wolno nosić wyjściowych butów w sali
gimnastycznej – powiedział bez sensu.
– Czyli twój ojciec znika, a ciebie nawet nie interesuje,
dlaczego? – spytał Caine. – Ciekawe. Ja zawsze chciałem
wiedzieć, kim byli moi prawdziwi rodzice.
– Niech zgadnę. Jesteś młodym czarodziejem,
wychowanym przez mugoli.
Uśmiech Caine’a stał się lodowaty. Wyciągnął rękę.
Niewidzialna pięść uderzyła Sama w twarz. Zatoczył się
w tył. Ustał, ale kręciło mu się w głowie, a z nosa
pociekła krew.
– Tak. W pewnym sensie – powiedział Caine.
Wyciągnął teraz obie ręce i Sam poczuł, że odrywa się
od podłogi.
Caine uniósł go mniej więcej na metr, po czym złączył
palce i Sam ciężko spadł.
Podniósł się powoli. Lewa noga mu dygotała. Chyba

miał zwichniętą kostkę.
– Mamy system mierzenia mocy – oznajmił Caine. –
Właściwie wymyśliła go Diana. Umie odczytać
człowieka, jeśli złapie go za ręce. Określa, jaką ma moc.
Opisuje to jak zasięg w komórce. Jedna kreska, dwie, trzy.
Wiesz, co ja mam?
– Świra? – Sam wypluł krew, która napłynęła mu do
ust.
– Cztery kreski, Sam. Jestem jedyną sprawdzoną przez
nią osobą, która ma cztery kreski. Mógłbym cię podnieść
do sufitu albo rzucić o ścianę. – Zilustrował swoją
wypowiedź zamaszystymi ruchami rąk.
– Znalazłbyś pracę w cyrku – odparował przytomnie
Sam.
– Ooo, twardziel z ciebie. – Caine wydawał się zły, że
Sam nie podziwia jego zdolności.
– Słuchaj, Caine, mam związane ręce, a wokół mnie
stoi pięciu twoich zbirów z kijami bejsbolowymi, i mam
się ciebie bać, bo znasz sztuczki magiczne? – Specjalnie
powiedział o pięciu zbirach, nie zaś sześciu. Nie zamierzał
do nich zaliczać Quinna.
Caine zauważył to i posłał Quinnowi podejrzliwe
spojrzenie. Ten wciąż wyglądał jak dziecko, które nie wie,
gdzie stanąć ani co ze sobą począć.
– A jeden z tych pięciu – ciągnął Sam – jest mordercą.
Morderca i banda tchórzy. Oto twoja świta, Caine.
Oczy Caine’a otworzyły się szerzej. Odsłonił zęby,
wściekły, i nagle Sam pofrunął jak wystrzelony z

katapulty.
Sala gimnastyczna zawirowała wokół niego.
Mocno uderzył w obręcz kosza do gry i o szklaną
tablicę. Na chwilę zawisł na obręczy, a potem spadł na
plecy.
Pociągnęły go niewidzialne ręce o przerażającej sile,
zupełnie jakby porwało go tornado. W końcu spoczął u
stóp Caine’a.
Tym razem wstał bardzo powoli. Do strużki krwi z nosa
dołączyła druga, płynąca z czoła.
– Niektórzy z nas zyskali dziwne moce. Zaczęło się to
kilka miesięcy temu – wyjaśnił swobodnym tonem Caine.
– Byliśmy jak tajny klub. Frederico, Andrew, Dekka,
Brianna, kilkoro innych. Razem pracowaliśmy, by je
rozwijać. Dopingowaliśmy się nawzajem. Widzisz, na
tym polega różnica między ludźmi z Coates a wami, z
miasteczka. W szkole z internatem ciężko utrzymać coś w
tajemnicy. Ale wkrótce stało się jasne, że moja moc to
zupełnie inna sprawa. Co ci właśnie zrobiłem? Nikt inny
tego nie potrafi.
– Tak, to było super – odparł buntowniczym tonem
Sam. – Możesz powtórzyć?
– Podpuszcza cię. – Do pomieszczenia weszła Diana,
wyraźnie niezadowolona z tego, co widzi.
– Próbuje udowodnić, że jest twardzielem – warknął
Caine.
– Tak. I udowodnił. Mów dalej.
– Uważaj, jak ze mną rozmawiasz, Diano – syknął.

On się w niej kocha. Skrzyżowała ramiona na piersi i pokręciła głową z udawaną troską. Nie było gróźb. chyba że wrócę i powiem. Może ją zabić.Dziewczyna podeszła do niego wolnym krokiem i stanęła obok. – Będzie wyglądał jeszcze gorzej – zagroził Caine. ale Drake jest po prostu rąbnięty. ataku na dziewczynę.. nigdy nie okazywali sobie otwarcie sympatii. I zacznie za pięć minut. jakie to proste? O dziwo. . uraza i. A powinieneś wiedzieć. Gdy widział ich razem. – Jakie pytania? Diana przewróciła oczami i odwróciła się do Caine’a. że Drake ma nie po kolei w głowie. a Caine ma manię wielkości. patrząc na Sama. Sam przełknął krew i żółć. tylko dlatego. – Czemu nie spyta Quinna? – On ich nie zna. żeby cię przestraszyć. tylko kipiący gniew. Sam: Caine chce od ciebie paru odpowiedzi. Sam. a ty znasz.. ale to było jedyne możliwe wyjaśnienie. więc słuchaj: jeśli nie odpowiesz na pytania naszego Nieustraszonego Przywódcy. żeby tego nie robił.. akceptacja. Drake zacznie bić Astrid. uświadomił sobie ze zdumieniem Sam. – Kiepsko wyglądasz. Caine to przyjął. że to prawda. Nie mówię tego. – Widzisz. Ja jestem zła. – Układ jest taki. Diana westchnęła.. Więc.

– Tak. Bardzo rzadkie. na akcie urodzenia. którego nigdy nie . – Słuchaj. w rubryce „ojciec”? Jest tam napisane „Taegan Smith”. co się dzieje. – Nazwisko na twoim akcie urodzenia. – Twoja matka. – Zgadza się. Ojciec: Taegan Smith. Data urodzenia: dwudziesty drugi listopada. Niezwykłe imię. Siostra Tempie. Mama nie lubiła o nim mówić. Na liście moich zmartwień biologiczny ojciec. Jak go zatrzymać albo jak z niego uciec.– Opowiedz mi o swoim ojcu – odezwał się Caine. – Taegan – powtórzył Caine. Szpital Regionalny w Sierra Vista. Matka: Constance Tempie. – Interesuje mnie. – Tutaj. – Taegan. odpowiadam na twoje pytania. – W ogóle cię to nie interesuje? Sam westchnął. – Nie było go w moim życiu. Sam wzruszył ramionami i aż się skrzywił z bólu. Dlaczego zaczął się ETAP. Takie. Godzina urodzenia: dwudziesta druga dwadzieścia. wypuść Astrid. by ukryć swoją prawdziwą tożsamość. którego można użyć. – Więc teraz możesz mi postawić horoskop. wywołanego tym ruchem. – Co z tego? – Z kolei „Smith” to dość pospolite nazwisko.

Interesuje cię to? – Wypuść Astrid. braćmi. Czegoś szukał. . – Interesuje mnie kwestia znikania. Wiesz czemu? Bo nie chcę umrzeć. – Ty pierwszy. – Czy ona tu jest? – Kto? – spytała Diana. Podoba mi się w ETAP-ie. – Tak jest. – Wypuść Astrid. – Rzecz w tym – ciągnął Caine – że ty i ja mamy coś wspólnego. Do środka wszedł Drake Merwin. – Możliwe – odparł Caine. – A jak myślisz? Ta blondyna i jej przygłupiasty braciszek. A potem ja. – Nie – powiedział Sam. Do rzeczy – powiedziała Diana. – Trzy minuty – powtórzył tamten. Sam. – Wypadasz za pięć dni. I nie chcę nagle znaleźć się z powrotem w zwykłym świecie. – To niemożliwe. Po plecach Sama przeszedł dreszcz. podchodząc bliżej. Urodziliśmy się w odstępie ledwie trzech minut. Drzwi otworzyły się.. – Myślisz. zajmuje bardzo odległe miejsce. że tak się właśnie dzieje? Przeskakujemy do zwykłego świata? – To ja zadaję pytania – warknął Caine.. Caine uśmiechnął się szyderczo. – Dalej. Jesteśmy.znałem i który nic dla mnie nie znaczył. Caine.

A zresztą jej brat ma cztery lata. – Debil? – To autystyk. – Nie – powiedziała na to dziewczyna. – Co o tym wiesz? – Uniósł rękę w geście groźby. czemu miałabym go odczytywać? Caine odwrócił się do Sama. – Miała jeszcze parę miesięcy do piętnastych urodzin. Nie ma mowy. Jego twarz znalazła się o centymetry od Sama i krzyknął: – Gadaj! – Wiem. Ma ledwo-ledwo dwie kreski. I już. Caine. na chwilę zapominając o Samie. – Odczytałaś go? – To małe autystyczne dziecko.– Pozwoliłeś jej uciec? – zdziwił się Caine. Byli ze mną w pokoju. Dziewczyna mnie wkurzała. więc jej przyłożyłem. Caine posłał Dianie mordercze spojrzenie. Wtedy zniknęli. Niewidzialna pięść powaliła go na łopatki. jak się boisz. żyje w swoim świecie – zaprotestowała Diana. – Odczytałam Astrid znowu po drodze tutaj. – Czy to może być moc? Diana pokręciła głową. . Teleportować dwie osoby? Twarz Caine’a pobladła. – Nie pozwoliłem. że lubię patrzeć. – Więc jak? – Caine zmarszczył brwi.

– Gdy wymawiała słowo „cztery”. – Jak mam ich złapać. żeby nie mógł zdjąć tych balonów z rąk. Drwiący uśmieszek zniknął z jej twarzy. spojrzała prosto na Sama. Zastrzel ich. Jeśli ten dzieciak może teleportować siebie i siostrę przez ściany. zwiążcie go. zanim cię zobaczą. – Chwycił Drake’a za ramię. – Weź broń. Sam uderzył przeciwnika głową w nos. czego wam potrzeba. Howard. Zwariowałeś? .. – Znajdź Astrid i tego dzieciaka. Caine. – Nie wolno ci zabijać ludzi. Caine zaczął wydawać polecenia: – Orc. a potem weźcie Freddiego do pomocy. co robić. Caine powoli usiłował się podnieść.Diana pierwszy raz okazała niepokój. że masz ich złapać – odparł Caine. ale najpierw Drake i Orc dopadli Sama i zaczęli go kopać. Sam rzucił się na Caine’a i wpadł na niego. Sam jęknął z bólu. – Jedyny raz widzieliśmy teleportację u Taylor w Coates. Ale ona mogła przemieścić się tylko przez pokój. wie. Weźcie to. – Może nawet więcej. skoro w każdej chwili mogą zniknąć? – Nie mówiłem.. – Może mieć cztery – powiedział cicho Caine. – Tak – potwierdziła. Kiedyś kładł już tynki. Impet rzucił obu na podłogę. Miała trzy kreski. – Może mieć cztery. ze sklepu z narzędziami. zamknijcie Sama. zanim ten zdążył zareagować.

matka. jak znikasz. Orc. Muszę zobaczyć. – Tak – odrzekł Caine. – Nie strzęp sobie języka – zwróciła się do niego Diana. – Nie znasz Drake’a. – Ciągle mi to mówią. Drake. – Masz świra. Twoja dziewczyna już nie żyje.. dotykając swojego nosa i krzywiąc się z bólu. . zabierz stąd tego bohatera. Sam. Jesteś szaleńcem.– Uderzyłeś mnie w nos – powiedział tamten. Drake! – Jeśli zrobisz im krzywdę. żeby to samo nie spotkało mnie. że muszę mieć cię przy sobie. Potrzebujesz pomocy. wytropię cię i zabiję! – krzyknął Sam. No idź. To samo powiedziała mi siostra Tempie. Ciesz się. znaleźć sposób..

że lubisz takie rzeczy. tym podobno wspaniałym darem. – Usiądź. jak podłym trzeba być człowiekiem. choć wyglądała podobnie. Wprowadzono ich oboje z udawaną uprzejmością do sali lekcyjnej. W tym wieku powinna żyć z fantazją. uświadomić im. Możesz poczytać książkę. – Tak. Żywiła do niego urazę. jeśli chcesz – zaproponowała Diana. matematyka dla czwartej klasy. niekochany brat o pustej twarzy. Wszystko było boleśnie znajome: otwarte na ławkach książki. Po prostu uwielbiam. zażądać wyjaśnień. prace uczniów na ścianach. 32 MINUTY Astrid chciała zwymyślać Drake’a i Dianę. Brat był dla niej najważniejszy. błyszczeć swoim intelektem. To nie było w porządku. choć miała tylko czternaście lat. Musiała jednak uspokoić małego Pete’a. . Nie była to klasa. – Wiem. by wykorzystywać ETAP jako pretekst do posługiwania się przemocą. w której Astrid miała lekcje. Przez niego musiała zachowywać się jak matka.Rozdział 22 128 GODZIN. Ten bezradny. Astrid podniosła jedną z książek. potępić ich. A tymczasem została niańką autystycznego dziecka.

– Wiesz. chociaż nie aż tak. – Przecież to oczywiste. Wprost idealny. zdaje sobie sprawę. naprawdę cię nie lubię – oznajmiła Diana. Drake oderwał się od ściany. że jest chory. a nie twoje sekretne myśli o tym. Ale nie martw się. – Tak – odparła lakonicznie Diana. Wiesz? Nawet jeśli to w sobie tłumi. Diana ją wyśmiała. Jest uroczy. prawda? – Popatrzyła na Dianę jak na okaz w laboratorium. – Nie czuję się gorsza od nikogo. Diana ujęła ją w swoje dłonie i przytrzymała. jak ktoś robi złe rzeczy. Drake oparł się o ścianę i uśmiechnął z drwiną. Astrid wyciągnęła rękę. Oczy Diany zabłysły. że mnie nie lubisz – odparła Astrid. że coś z nim jest nie tak. – Przy mnie czujesz się gorsza. jak ty. Dzielny. to ma świadomość. – Naprawdę? Zwykle. – Nie. – Źle mi z tym. Mądry. – Powinnam się była domyślić wcześniej. – Czytasz ludzi – stwierdziła Astrid. – Oczywiście. Masz moc. . – Co? – Obiecuję. Zmuś ją. Astrid wbrew sobie zarumieniła się. – Drake. że cię nie zarażę swoją podłością. jak bardzo chciałabyś chodzić z Samem Tempie. Daj rękę. Daj mi rękę. – Tak – przyznała tamta i puściła rękę Astrid. – Czytam ludzi. odczytuję tylko poziomy mocy. Z moim złym sercem i w ogóle.

od tego mamy Drake’a. Astrid czuła na sobie wzrok Drake’a. czego Sam nie mógł mu dać. niezborny i nieczuły. Niedługo się dowiemy. Drake wyglądał tak. – Caine cię zabije. co w jego mocy. Poczuła się zażenowana własnym gniewem. – Mhm. . że cię mamy. który siedział i grał w swoją głupią grę. że nie potrafi spojrzeć na zbira. Jeśli nie powie Caine’owi wszystkiego. jak dobry z niego przyjaciel. Astrid zrobiło się słabo.– To przyjaciel. podnieś na mnie rękę – powiedziała szyderczym tonem. jakby miał ochotę przyłożyć Dianie. Potem zerknęła na braciszka. ale nie mogła na niego spojrzeć. co Caine chce wiedzieć. i nie zrobi tego. Wie. – No. bo jest cały nabuzowany. – No dalej. że Sam zrobi. co Caine zechce. Jego wąskie. Lubi zadawać innym ból. Ale Caine mógł poprosić o coś. – Co? Diana westchnęła. gadzie oczy zwęziły się jeszcze bardziej. Diana spostrzegła to. by ją ratować. Nie trzymamy go tu z powodu jego elokwencji. Drake zrobi ci krzywdę. który niefrasobliwie opiera się o ścianę. Zażenowana. – A potem zwróciła się do Astrid: – Lepiej bądź grzeczna. Wlepiała oczy w podręcznik do matematyki. Nie miała wątpliwości. I wyszła.

Nie miała cienia wątpliwości.Musiała pomyśleć. Debil. że wszędzie łazisz z tym przygłupem? – odparował Drake. Musiała opracować plan. – Że debil trzyma się ciebie jak przyklejony? – Nie jest debilem – powiedziała spokojnie Astrid. że chłopak chce ją skrzywdzić. którą wyczuwała w Drake’u Merwinie. Była przestraszona. Popatrzyła na niego. Ma przynajmniej przeciętny iloraz inteligencji. Żadnej reakcji. W sumie chciałbym usłyszeć. Astrid poczuła. którego się już nie używa. Astrid przemówiła: – Nie przeszkadza ci. . ale nic nie okazywał. – Debilizm to słowo. a może nawet wyższy. że Diana traktuje cię jak jakąś dziką bestię na smyczy? – A ty się nie przejmujesz. jak ty je wypowiadasz. Przysunęła swoją ławkę do małego Pete’a i położyła mu dłoń na ramieniu. Zmusiła się. – Debil – upierał się tamten. Bo ja lubię słowo „debil”. – Tak? Hmm. Wciąż nie patrząc na Drake’a. Kiedy go używano. Bała się pustki. przemoc fizyczna zawsze napawała ją lękiem. oznaczało upośledzenie umysłowe. Więc to słowo nie pasuje. – O! Debil to złe słowo? – To autystyk. pochłonięty swoją grą. Petey nie jest w tym sensie upośledzony. Wiedział o jej obecności. by popatrzeć mu w oczy. że przerażenie odbiera jej siły.

– Debil – nalegał.... że ledwie dostrzegła ruch jego dłoni. że jest dzielna. No dalej. Twój wybór. mów ze mną. który podniósł wzrok znad gry i zdawał się rejestrować. gdy ten psychopata znalazł się tuż obok. Oparł pięść na stole i pochylił się. że omal nie spadła z krzesła. wiedziała. Mój. ale potem opuściła oczy.Przez chwilę wytrzymywała jego spojrzenie. – Powiedz to. – Mój brat to debil – powiedziała drżącym głosem.. brat. – Powiedz: „Mój brat jest debilem”. co się dzieje. albo zaraz ją rozkwaszę. Drake zbliżył się do niego. Mój.. Drake roześmiał się z zadowoleniem i podszedł do małego Pete’a. – Mój... Drake wolnym krokiem przeszedł przez pomieszczenie. Mój brat to debil.. – Głośniej.. Nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa. Nie potrzebował. – szepnęła. tak by jej usta . – Mów. Nie miał broni. – Debil – powtórzył.. – Mój. Chciała wierzyć. Przełykała łzy. Mów! Wymierzył jej policzek tak szybki. Mój brat to debil. ale teraz. chcę. żeby ten mały debil słyszał. Twarz jej płonęła. po czym jedną ręką pociągnął Astrid za włosy. – Powiesz to. – Nie – szepnęła. dopóki masz jeszcze ładną buzię. Drugi cios był tak mocny. że to nieprawda.

W jednej chwili w szkole. – Jeszcze raz. przecież ty nie możesz na to spokojnie patrzeć – błagał Sam. co potrafi Drake. W swoim pokoju. żeby Caine zabił Astrid i małego Pete’a. Orc. Nie chciałeś zabić Bette.znalazły się przy uchu chłopczyka. ale jeszcze bardziej ze wstydu. Pete siedział po turecku na miejscu przy oknie ze swoją grą elektroniczną w ręce. co się stało. Twarz płonęła jej od uderzeń. Pozwólcie mi iść za Drakiem. Ale i tak czuła się zdezorientowana. – Dziękuję. Howard rozejrzał się. To przekracza wszelkie granice – przyznał Howard z przejęciem. – Nie możesz pozwolić. Ja widziałem. głośno i wyraźnie – nakazał. Od razu wiedziała. Sammy.. Petey – wyszeptała. – Musicie mi pomóc. Nie mogła spojrzeć mu w oczy. Na . To przekracza wszelkie granice. co potrafi Caine. wykrzywiając usta w jedną stronę. I wtedy Astrid opadła na swoje łóżko. w następnej – we własnym pokoju. – Raczej nie. A obaj widzieliśmy. co zrobić.. – Howard. Orc zaciągnął Sama z sali gimnastycznej do siłowni. – Tak. Na swoje łóżko. – Następnie Howard zwrócił się do Orca: – Połóżmy go na tej ławce. Przytknął twarz dziewczyny niemal do skroni małego Pete’a i krzyknął: – Mój brat to!. nawet tobie musi to przeszkadzać. zastanawiając się.

.plecach. Jesteście łobuzami. – Zresztą matmy już nie ma. – Ile umiesz wycisnąć. Orc podniósł Sama i rzucił go na ławkę. Zajmie się utrzymywaniem gryfu nad swoją szyją. Sznurem przywiązali jego łydki do nóg ławki. Innym sznurem skrępowali go w pasie. – Ja cię nie zabiję. – Chyba masz rację. Howard westchnął. – Drake idzie zamordować Astrid. – Miała nikomu o tym nie mówić – mruknął Orc. – To nie jest w porządku. że to nie w porządku. Przywiążemy ręce Sama do drążka i opuścimy w prowadnicach. To nie w waszym stylu. ale nie mordercami. Przywiążemy mu nogi do tego słupka. Wtedy Orc nałożył ciężary na gryf. to będzie zabójstwo z zimną krwią – powiedział Sam. Możesz temu zapobiec. – W życiu tyle nie wyciśnie – uznał Orc. – Orc. Ona pomogła ci zdać matmę. Orc nie rozumiał. koleś – odparł Orc. więc Howard mu pokazał. teraz będzie dobrze – powiedział Howard. – Ja cię tylko wiążę. – Wiesz. żeby go nie udusiła. – Może nałożymy po dwie dwudziestki? Razem z gryfem wyjdzie sto kilo. Będzie co najwyżej w stanie utrzymać sztangę. – Założymy obciążenie na gryf. Sam? – spytał Howard. Howard – odezwał się Sam. – No.

– Roześmiał się. ale przystanął przy drzwiach. ale nie miał szans podnieść sztangi. a on nie miał czasu. Drake ich tam znajdzie. Sam. Ale nie. a Drake załatwi twoją dziewczynę. by dalej oddychać. zakrywającego mu ręce. jeśli nie będziemy uważać. lepiej wracajmy do Caine’a. to zupełnie inny świat. przeoczył jeden szczegół: w tej pozycji Sam mógł dosięgnąć zębami mylaru. Sam z całej siły pchnął sztangę do góry. które naciskały na jego jabłko Adama. lecz szło to powoli. Stać go było tylko na to. – Jasne. Howard ruszył za nim. Sam próbował chwycić mylar między zęby. że mały Pete teleportował siebie i Astrid do domu. mimo swojego sprytu. to niezła laska. nie zauważyłeś? To ETAP. Nie wątpił. nie dałby rady. stary. bo ominie nas zabawa. folia . Bez słowa poszedłeś sobie z Astrid. co? A teraz Caine rządzi ETAP-em. ale nawet w najlepszej formie nie wycisnąłby stu kilogramów. Tej pierwszej nocy pomyślałem: Sam Autobus niedługo zacznie wszystkim rządzić. Nawet gdyby chwycił ją pod odpowiednim kątem. – To trochę dziwne. ty tak tego nie rozegrałeś. Orc wybuchnął śmiechem. Sam zmagał się z obciążeniem. Orc opuścił sztangę. Wiesz o tym. Próbował rozerwać folię. – Chodź. Gryf spoczął na związanych dłoniach Sama. Wszyscy na ciebie liczyli. Ale Howard.– Sammy.

by zdobyć broń? Astrid na pewno wiedziała. bracie. zapomniał o trzymaniu sztangi nad szyją. Ale ledwie łapał oddech. Zaczerpnął tchu. Ale czy umiała działać wystarczająco szybko? I dokąd mogła pójść? Sam poczuł. Usłyszał szybkie kroki i jeden z okrągłych obciążników zsunął się z gryfu. Niemal nie zauważył. próbując zrobić dziurkę. A gdy się na tym skupił. – Trzymaj się. A nawet gdyby uwolnił ręce. . że drzwi się otworzyły. Nie panował nad swoimi mocami. Ciężar przycisnął mu kłykcie do gardła. Mógł rozedrzeć mylar i nadal nic by mu to nie dało. Wygryzł dziurę. jak Caine. Mógł rozedrzeć mylar i uwolnić ręce albo bronić się przed uduszeniem. Wiedziała. Gryzł ją. Pchnął. Quinn zdjął pozostałe obciążniki. że niebezpiecznie byłoby zostać w domu. że jego zęby się zetknęły. to co? Nie był taki. Mięśnie słabły. Nie był w stanie robić obu tych rzeczy naraz. Gryf zsunął się niżej. Sam miał folię w zębach. że po nią przyjdą. Czy musiał jeszcze zatrzymać się po drodze. ale łapały go już skurcze w rękach. którą mógłby powiększyć.jednak była śliska i twarda. Drake z pewnością wyszedł już ze szkoły i zmierzał do celu.

żebym nie przeżył. Quinn. Quinn? – Jeśli mnie tu zostawisz. oczy miał czerwone i opuchnięte. bracie. – Nie jestem twoim bratem. – Majstrował przy sznurach. jakby nigdy w życiu nie widział słońca. . Sam miał już swobodne nogi. żeby mnie wystawić. – Nie musisz mi grozić. – Bóg mi świadkiem.Drżącymi rękami Sam odsunął gryf od swojej szyi. że płakał. A jeśli robisz to. – Wiem. Quinn nerwowo oblizał wargi. – Jak mogę ci zaufać. stary – przekonywał Quinn. postaraj się. Sam usiadł. – Czy to kolejna sztuczka? Pójdą za mną do Astrid? – Nie. Był tak blady. – Musisz mnie zabrać ze sobą. Pobiją mnie. jeśli się dowiedzą. – Musisz mi wierzyć. jak myślisz. że cię wypuściłem. – Quinn rozłożył ręce w błagalnym geście. więc spróbował wstać. – Lepiej się módl. bracie. To wszystko porąbane. – Nie wiedziałem. żeby Astrid nie spotkała krzywda. – Muszę dotrzeć do Astrid przed Drakiem – gorączkował się Sam. stary. Podjął szybką decyzję. nie wiedziałem. nie wiedziałem. co mi zrobi Caine? Sam nie miał czasu na kłótnie. Sam. Widać było. – Nie nazywaj mnie tak – odparł Sam. że to zrobią. Quinn przypominał wrak człowieka. Wiem.

że to mały Pete. co się wydarzyło. co robić. gdzie Drake nie będzie szukał. Na pewno Caine albo ta wredna Diana domyśla się. Jej mózg pracował w zwolnionym tempie. że to nie Astrid dokonała teleportacji. Ona i Pete muszą odejść. Drake potrzebował tylko kilku sekund. Będzie wiedziała. A teraz odczuwała większą złość wobec siebie niż kiedykolwiek wobec niego. Ale dokąd? Tam. będzie wiedziała. i zdradziła go. Ręce jej się trzęsły. O ile uciekł.Rozdział 23 128 GODZIN. Zdradziła swojego brata. Nazwała małego Pete’a debilem. Kolejnych kilka sekund i Caine zrozumie. kim był. by do nich pobiec i o wszystkim opowiedzieć. po której napłynęła jeszcze silniejsza fala nienawiści do samej siebie. Pozwoliła się Drake’owi sterroryzować. co się stało. 22 MINUTY Astrid poczuła przypływ ulgi. by ratować siebie. O ile jeszcze żył. Nie znosiła go za to. Drake znowu ją złapie. Jeśli Diana naprawdę potrafiła odczytywać moc. Musiała pomyśleć. Zupełnie nie . I to szybko. a Sam ich znajdzie.

gdy zdradziła brata. ale i tak przekonanie Pete’a. wymagało wysiłku i czasu. Nie. Nie mogła znów stawić mu czoła.mogła się skupić. Nie mogli iść przez miasto. – Trzymajmy się z dala od ulic – powiedziała sobie. by się na niego wspiął. Sam się domyśli. chorą twarz. Po schodach na dół. głupia – zbeształa się. Raz po raz w myślach słyszała własne słowa: „Mój brat to debil”. Teraz pewnie ruszył już za nimi. Nie było jednak czasu na rozważanie za i przeciw. czuła na policzkach pieczenie po ciosach otwartej dłoni. Pokój. Drewniany płot był dość niski. w którym nocowali. które pozostawało i łączyło się ze wstydem. – Myśl. Astrid zawahała się. Ale Quinn też tam był. Nie mogli wziąć samochodu – było za późno na naukę jazdy. gdy nie mogła już wytrzymać. Nie miała czasu. – Myśl. lepiej tylnymi. musimy iść. Tylko w tym jesteś dobra. – Petey. Drake by się nie zastanawiał. Jej myśli obsesyjnie powracały do chwili. Szli – bo małego Pete’a rzadko dało się nakłonić do biegu – przez podwórko. Drzwi frontowe. Clifftop. gdy strach wziął górę. Przeszli przez podwórko sąsiada. Mógł dojść do tych samych wniosków. by się zatrzymywać. gorąco. . Wciąż widziała tę straszną. Tak. – Astrid złapała brata za rękę i pociągnęła za sobą.

– Dokąd idziemy. które wyznaczało skraj miasta i początek terenu Clifftop. One nic nie znaczyły. który zrobili sobie pierwszej nocy. Ale nie mogła się wytłumaczyć z lęku. czy nikt ich nie obserwuje. W holu nadal panowała czystość. Zaczęli się przedzierać przez porastające wydmy zarośla. za wszelką cenę chcąc poruszać się szybko. Astrid ciągnęła za sobą małego Pete’a. co mogłoby wywołać u brata atak histerii. jak jej się wydawało. Bariera wciąż tam była. Przyłożyła sobie zimną dłoń do policzka. Mogła wytłumaczyć się ze słów. Bała się jednak zrobić coś. raz wymknęli się na ulicę. które Drake włożył w jej usta. Astrid miała elektroniczny klucz. a potem znowu wrócili na podwórka i w zaułki. Znalazła apartament. Nie obchodziły małego Pete’a. by sprawdzić. Po prostu słowa. Dotarli do wzgórza. Wstydziła się go. Do jej uszu dochodził szum klimatyzatora. czy faktycznie wciąż jest taki gorący. Clifftop się nie zmienił. jasność i pustka. otworzyła drzwi i opadła na łóżko. Leżała tak. Ale nie mogli mieć pewności. Nikogo nie widzieli. . Sam? – spytał z niepokojem Quinn.Mijali podwórko za podwórkiem. gdy przejście okazało się zatarasowane. dysząc i patrząc na sufit.

– Dobra. – Sprawdźmy w jej domu. przez plac. czy zrobi coś głupiego. Edilio siedział w szoferce wozu strażackiego z włączonym silnikiem. Wybrał prostą drogę zamiast ukrywać się między innymi dlatego. Weźmiemy łódź i popłyniemy wzdłuż brzegu.. bo nie musisz się zastanawiać. Na pewno wie. Sam prowadził ich prosto przez miasto. chciał wiedzieć. czy Quinn zdradzi go przy pierwszej nadarzającej się okazji. – Do elektrowni? – Tak. zamiast zasuwać przez środek miasta? Sam nie odpowiedział. – Dokąd by poszła? Sam pomyślał przez chwilę.Poruszali się dość szybko.. znaczy. Zauważył Sama i Quinna i wychylił się przez okno. tym większe szanse na zwycięstwo miał Caine. zanim zrobi to Drake – wyjaśnił. stary. że musi wiać z domu. Im dłużej toczyła się gra. więc on musiał zrównoważyć to szybkością działania. A po drugie. Dobrze. – Do elektrowni. nie powinniśmy być trochę dyskretniejsi. że miał nadzieję zgarnąć Edilia z remizy. . Była też kwestia taktyki. którą Sam intuicyjnie rozumiał: Caine miał więcej władzy. jakby nie obchodził go pościg. Dotarli do remizy. że jest genialna. może nie biegiem. – Znajdziemy Astrid. bracie. Ale. – Nie. ale truchtem.

. Przystań nie była duża. Musimy iść. Myślę. że kilku zbirów wciąż włóczy się po mieście. – Edilio! Chodź. Był też suchy dok i pordzewiały. Edilio wyskoczył z wozu. chłopie. – Dobra. zaledwie czterdzieści miejsc na łodzie. lecz zobaczył tylko. Dostrzegli Młotka i jakiegoś chłopaka z Coates. blaszany magazyn.– W samą porę. – Co bierzemy? – spytał Sam. Żaden ich nie zaczepił. To oznaczało. ujrzawszy krew na twarzy Sama. Weźmiemy łódź. z czego mniej więcej połowa zajęta. Niektóre łodzie tkwiły na blokach. wezmę tylko.. dziś natomiast – warsztaty szkutnicze. jak tamten wzrusza ramionami. Drake zmierzał do domu Astrid. Wszyscy trzej potruchtali w kierunku przystani. Sam wiedział. Nikt nie zagrodził im drogi. wyciągnięte z wody. ale nic nie wiedział o łodziach. jakby najlżejszy powiew mógł je przewrócić. zamierzam go wypróbować. Zerknął na Edilia. . którzy rozsiedli się na schodach ratusza. – Nie. Osiągnął swój pierwszy cel. Drake szuka Astrid. – Dokąd? – Do przystani. gdzie kiedyś znajdowała się fabryka konserw. wybrać się na. że Astrid pójdzie do elektrowni. że Orc i Howard zostali w szkole z Caine’em. Teraz. Zamierza ją zabić. – Umilkł.. Wyglądały niezdarnie. gdy przebiegali obok. Nikogo nie było.. ale Sam nie przejmował się zbytnio żadnym z nich.

Rozdzielili się i zaczęli iść przystanią. Edilio z lewej. co zabierze pięć osób. którą oglądał. To działało na ich korzyść. Nagle rozległ się ryk silnika. – Zatankowana do pełna – zawołał Quinn. W drogę. że mogę dostać choroby morskiej. przyskakując do każdej łodzi. przekrzykując niemrawy warkot silnika. – Edilio. – To chyba nie jest nasze największe zmartwienie? – prychnął Sam. Sam skoczył z łodzi. Zapewne starał się zachować ostrożność w obawie. szukając kluczyków. Drake nie wiedział. że Pete nie panuje nad swoją mocą. Quinn. próbując oszacować ilość paliwa. Oczyma duszy Sam ujrzał Drake’a. Coś. ale nie wiem. Im mniej pewnie czuł się Drake. jak sterować – . Wskoczył do łodzi. Motorówka. na pewno więc starał się działać dyskretnie i cierpliwie. – Włączyłem silnik. siedzącego dumnie w otwartej motorówce Boston Whaler. sprawdź łodzie z prawej. Edilio zdjął cumy z knag i wsiadł do motorówki. – Ostrzegam. – Dobra robota – pochwalił Sam. A czas uciekał. tym wolniej się poruszał. z powrotem na pomost. I to z pełnym bakiem. która wyglądała obiecująco. Pognał przez przystań i zobaczył Quinna. że Astrid i mały Pete po prostu znowu się teleportują.– Dobra. Ja pójdę na koniec portu. odpływamy. przeszukującego dom Astrid z pistoletem w ręce.

Teraz Orc nie miał już szans . Dziób otarł się o pachołek i przypadkiem skierował się na otwarte wody. pędząc pomostem. – Hej! Hej! – Był to grzmiący głos Orca. – Ja też nie – przyznał Sam. Edilio złapał się relingu. – Tym się przyspiesza. a niezacumowana łódź oddalała się od przystani. Trzech łobuzów puściło się biegiem. Sam lekko przesunął dźwignię w górę. – Stać! Zatrzymać łódź! – krzyknął zdyszany Orc. – Młotek – pokiwał głową Sam. Nawet Orc mógł z łatwością przeskoczyć pas wody. dzielący ich od pomostu. – Zatrzymać się! Orc. – Gaz – Edilio wskazał dźwignię z czerwoną gałką. – Jasne. – Przywalę ci w ten głupi łeb! Sam sterował – miał nadzieję. – Może lepiej trochę wolniej – powiedział z wahaniem Edilio. lecz o wiele za wolno. Silnik warczał. Łódź szarpnęła w przód i uderzyła w sterczący z wody pachołek. – Widział nas. – Ale chyba się nauczę. Quinn ciężko usiadł na dziobie.oznajmił Quinn. Sama omal nie zwaliło z nóg. że w dobrą stronę – i powoli oddalał się od brzegu. Musiał im powiedzieć. Howard i Panda znajdowali się na krańcu przystani. na szczęście utrzymał równowagę. Trzymajcie się. Sam gorączkowo popatrzył na kontrolki.

. tylko dopóki Orc nas widzi. Nie były to przeprosiny. w stronę elektrowni. – Co do. Sam uniósł wysoko nad głowę rękę z wyprostowanym środkowym palcem. – Będzie w Clifftop. Łódź była już w bezpiecznej odległości od brzegu. – Powiedz im. że cię zmusiłem – poradził Sam. Quinn aż usiadł. lekko popchnął dźwignię do przodu i skręcił na północ. – Musiało wypaść wiarygodnie – wyjaśnił Sam. . – Zrób to – nalegał Sam. Odsunął się od Sama. ty zdrajco! – wydarł się Howard.. Quinn wstał. – W co ty grasz? – spytał Edilio ze zdziwieniem.. Płyniemy na północ. – Co? – Zrób to – syknął Sam. Sam puścił koło sterowe. – Quinn. – Caine was zabije! – krzyknął Panda. gdyby ten postanowił przyłożyć teraz jemu. – I pokaż. przytknął złożone dłonie do ust i wrzasnął: – Zmusił mnie! – Teraz powiedz im. że płyniemy do elektrowni. odwrócił się i mocno uderzył go lewym sierpowym. na wypadek. – Płyniemy do elektrowni! – zawołał Quinn i ręką wskazał północ. – Stary.pokonać dzielącego ich dystansu.. – Nie będzie jej w elektrowni – powiedział Sam.

Dotykał swojego podbródka. wypolerowane na wysoki połysk. Orc. Howard i Panda zniknęli im z oczu. Wahał cię. coś. Drake zajął pusty dom niedaleko od placu. Właściciel – Drake zapomniał. Leżały na stole w jadalni.30 z celownikiem optycznym i półautomatyczny pistolet Glock kaliber 9 milimetrów. tak jak Drake lubił. upewniając się. Broń pachniała stalą i oliwą. miał tylko dwa pokoje. Kiedyś dom należał do mieszkającego samotnie mężczyzny. Drake bez przerwy trzymał wszystkie trzy sztuki broni naładowane. niecałą minutę piechotą od ratusza. by przekazać informacje Caine’owi. przesunął dźwignię całkowicie do przodu i skierował się na południe. jak się nazywał – posiadał broń. bardzo schludne i uporządkowane. że sobie poszli. że jego szczęka wciąż trzyma się na miejscu. Był mały.– Okłamałeś mnie – stwierdził Quinn oskarżycielskim tonem. . Teraz podniósł strzelbę. zyskawszy pewność. W sumie trzy sztuki: dwulufową śrutówkę. – Tak. Łoże było gładkie niczym szkło. myśliwską strzelbę na naboje . na co mógł popatrzeć z uwielbieniem. obrócił koło sterowe. – Nie ufałeś mi. Sam. czy brać strzelbę. zapewne pobiegli z powrotem do miasta. jak na wystawie. bo nigdy dotąd nie strzelał z broni długiej. Nie miał tak naprawdę pojęcia.

Pstryk. Zabezpieczony. – Jeśli strzelasz do celu. sposób. bo obaj mieli nauszniki. Odciąganie zamka. Ale to przecież nie mogło być trudne. Ścisnął karbowaną rękojeść i palcem dotknął spustu. musisz widzieć muszkę pośrodku szczerbinki! Unieś broń. Drake wciąż pamiętał pierwszy raz. Założył skórzany pas i sprawdził. podobnie jak inne wspomnienia. Potem wziął pistolet. Pstryk. aż celownik znajdzie się tuż pod celem! Powoli wypuść powietrze i naciśnij! Ten pierwszy huk. czy jego ramiona mają swobodę ruchów. ale bez przesady. jak ojciec uczył go trzymać rękojeść mocno.jak się posługiwać celownikiem optycznym. Pstrykanie bezpiecznikiem. Odbezpieczony. w którą mógłby celować przeciwnik. w jaki pistolet podskoczył o piętnaście centymetrów – wszystko to było wyraźnie zapisane w pamięci Drake’a. by zmniejszyć powierzchnię. Uważał jednak. Ładowanie nabojów do magazynka. Strzelba była ciężka i dość długa. Gumowana kolba sięgała mu z tyłu do uda. że da sobie radę. Przypomniał sobie. Ojciec nauczył go strzelać ze swojego służbowego pistoletu. Ojciec musiał krzyczeć. . Uwielbiał trzymać tę broń w dłoni. ustawić się bokiem. Oprzeć prawą dłoń na lewej i starannie wycelować. Wsuwanie magazynka w rękojeść. odrzut. by wprowadzić nabój do lufy.

Ale potem się rozluźnił. jak postrzelił Holdena. Tak jakby lufa była szóstym palcem. – Co. To był . paf. że może się czymś podzielić ze swoim sprawiającym kłopoty synem. to sama prędkość pocisków powali go na ziemię. Po prostu wskazuję go. mierzysz w środek i liczysz na szczęśliwy traf. jeśli trafisz tylko w ramię czy brzuch.Pierwszy strzał zupełnie minął cel. Tak samo stało się z drugim. Drake nie sądził. w co mierzył. Ze szczegółami. Wskazujesz i jeśli musisz strzelać. Ale jeśli o mnie chodzi. bo poczuwszy odrzut za pierwszym razem. paf.. by potrzebował aż sześciu nabojów do zabicia Astrid. – Dlaczego strzelasz tyle razy? – Bo jeśli już musisz strzelać. że zatrzymuję samochód i widzę. Przy trzecim strzale trafił w dolny róg tarczy. W takiej sytuacji nie celujesz dokładnie w głowę czy serce. to strzelasz. – Różne osoby podadzą ci różne techniki. Tego pierwszego dnia wystrzelał całe pudełko amunicji i kiedy skończył. kiedy strzelam do człowieka? – Nie strzelaj do ludzi – powiedział mu tata. zużywasz pół magazynka. że kierowca sięga po broń i może będę musiał oddać szybki strzał. kiedy nie strzelam do tarczy? – spytał ojca. paf. – A co. odruchowo się wzdrygnął. żeby zabić. niczym w zwolnionym tempie przypomniał sobie. ale jeśli ci się nie uda. dzieciaka z sąsiedztwa. powiedzmy. paf. trafiał już we wszystko. wyraźnie zadowolony. który lubił przychodzić i go drażnić..

Przez ten „wypadek” Drake wylądował w Coates. A kiedy Caine i Diana będą już miały wszystkich tych poparańców pod kontrolą. Szukał jakiegoś znaku. dwa naboje”. dla którego to Caine. złoży meldunek Caine’owi i powie: „Dwa cele. w dodatku z broni małokalibrowej.postrzał w udo. że należy kontrolować dzieciaki. Jeden strzał powinien wystarczyć. Jeden w tę przemądrzałą blondynkę i jeden w debila. by znowu zniknąć. Teraz trzymał Glocka kaliber 9 milimetrów. w którym pokoju przebywa dziewczyna. Sztuka polegała na tym. Obserwował dom Astrid z pewnej odległości. nie tak potężnego. Obszedł dom i wszedł na tylny taras. Ale Caine rozumiał. które dysponują mocą. którego użył przeciwko Holdenowi. że musiał ją dorwać. a i tak tamten omal nie umarł. zanim jej braciszek użyje swojej mocy. jak dziesięciomilimetrowy Smith & Wesson ojca. Drake nie cierpiał mocy. co mogło powstrzymać Drake’a przed przejęciem władzy za pomocą dziewięciomilimetrowej magii? Ale na to jeszcze przyjdzie czas. a nie Drake wszystkim rządził: Caine miał moc. ale i tak groźniejszy od pięcioipółmilimetrowego pistoleciku. Wróci. Był tylko jeden powód. To zgasi ten wkurzający uśmieszek na twarzy Diany. To będzie super. Drzwi były . który wskazałby. Dom Astrid nie znajdował się zbyt daleko.

by dosięgnąć okna. Otworzył kanister. Wspiął się po spiralnych schodach. ale zapewniała dobry widok. A tam. w jadalni – na stół i jeszcze na kotary przy drzwiach frontowych. tym bardziej zamykał frontowe. co by się stało. nie zamykając ich za sobą. Zadał sobie pytanie. Pchnął klapę . Kościół miał dzwonnicę. Astrid mogła być wszędzie. poszedł do kuchni i zaczął rozlewać benzynę na blaty. – Tutaj się już nie ukryje – powiedział do siebie. a potem w salonie. Dokąd mogła pójść? Sprawdził w garażu. zaglądając do szaf. kanister z benzyną. Rzucił płonący zwitek papieru na stół w jadalni i wyszedł głównymi drzwiami. Ale może nie okna. Nie była zbyt wysoka.zamknięte. powinien też być. Oderwał z rolki papierowy ręcznik i podpalił go od kuchenki. Każdy. Nic.. Była jednak kosiarka. tak.. Pognał z powrotem na plac i po schodach wbiegł do kościoła. na zasłony. nie robiąc przy tym hałasu. kto zamykał na klucz tylne drzwi. Na chwilę ogarnęła go panika. Przez dziesięć minut przeszukiwał wszystkie pomieszczenia. Wyjdzie na głupka. gdzie była kosiarka. gdyby dziewczyna i debil teleportowali się do płonącego budynku. Z łatwością je otworzył. Niełatwo było prześliznąć się przez okno. a nawet na pawlacze. jeśli jej nie znajdzie. pod łóżka i za zasłony. Ani samochodu. Nie mógł znaleźć zapałki. Wskoczył na poręcz i wychylił się. ani Astrid.

Ale żadna z poruszających się postaci w dole nie wyglądała jak Astrid. Za pomocą kolby wybił pierwszą z nich. Dzieciaki na placu podniosły wzrok. gdy już miał się poddać. I nagle. by go nie dotknąć. Okiennice były zatrzaśnięte. w chwili. Wskoczył na łódź. bo dźwięk poniósłby się daleko. Astrid nie było. Przesunął strzelbę i nagle w jasnym kółku celownika wyraźnie ukazał się Sam Tempie. Na chwilę celownik zatrzymał się na jego piersi. że ktoś idzie. przyglądał mu się przez celownik strzelby. Nie. Czuł się jak Bóg. biegnie albo jedzie na rowerze. poleciały na dół w ślad za pierwszą. gdzie w oczy rzucał się przede wszystkim dzwon. Jak on się . Musiał tylko nacisnąć spust. Ale potem chłopak zniknął. Nie przegapiłby tych jasnych włosów. zakurzonego. dostrzegł jakiś ruch na przystani. Teraz miał nieograniczony widok we wszystkich kierunkach ponad pomarańczowymi dachami Perdido Beach. ale dawało się przez nie patrzeć tylko w dół. Niemożliwe. pełnego pajęczyn pomieszczenia. Spadła na ziemię. Zaczął od domu Astrid. który zaczynał już dymić. Caine trzymał Sama w szkole. Za każdym razem. Rozwalił trzy pozostałe okiennice. które wpuszczały powietrze i wypuszczały dźwięk.umocowaną na zawiasach i wdrapał się do ciasnego. gdy zauważył. Wprawdzie miały ukośne otwory wentylacyjne. Uważał. Zlekceważył je.

Bez wątpienia. stojącego za . spienioną wodę za śrubą. Drake zaklął i znowu przez chwilę poczuł niemal rozpaczliwy lęk.. To dzięki niemu Sam uciekł. Zmierzał na północ. zupełnie bezradny. – Ale nie dość sprytny. Drake widział białą. Ale zaraz. który wymachiwał kijem bejsbolowym i krzyczał.. Do elektrowni. Quinn. Samochodem? Może. Na pomoście dostrzegł Orca. Nie martwił się. będzie mógł tylko ich gonić. Jak dotrzeć do elektrowni przed Samem? Nie miał szans. a poza tym łodzią było bliżej. Motorówka zawracała. Odłożył strzelbę. Łódź nabrała prędkości i zatoczyła łuk na północ. Za nic w świecie nie chciał sprawić zawodu Caine’owi. że Sam spróbuje znaleźć Astrid. Sam – szepnął Drake. – Sprytny jesteś. Diana go wyśmieje. Odpływali. Nie znał jednak drogi. że Caine coś mu zrobi – w końcu go potrzebował – wiedział jednak. że jeśli nie zdoła wypełnić rozkazów. Nie było wątpliwości. pozostawiając długi.wydostał? Edilio i Quinn także byli w łodzi. Drake postanowił odbyć z Quinnem miłą pogawędkę. zanim dotrze do przystani i. Przez celownik widział twarz Sama. rysujący się na wodzie niczym strzałka. Chwileczkę. Minie trochę czasu. Nie było innej możliwości. biały ślad. Nawet jeśli weźmie łódź.

Jeśli była. z włosami. Skierował broń na południe i zatrzymał celownik na barierze.sterem. pewny siebie. . powiedzmy. Ale jeśli nie. Ona zatrzyma Sama.. w tym hotelu. o ile będzie działał szybko. w Clifftop? Wtedy może zdążyć. Wiedział o tym. przechytrzył Orca i teraz. to po wszystkim.. Plaża u podnóża klifu? Jeśli dziewczyna tam była. pędził na południe. Jeśli tam była. Sam uciekł Caine’owi. które rozwiewał wiatr. Jak wspaniale byłoby zastrzelić ją na oczach Sama Tempie. zanim Sam dopłynie tam motorówką. Drake nie miał szans dotrzeć na miejsce. Drake nie miał szans trafić z takiej odległości.

Zdawało jej się. – Amciu. I wtedy kątem oka dostrzegła motorówkę. amciu? . Przez krótką chwilę zastanawiała się. – Chodź. którzy płynęli łodzią. Podczas poprzedniego pobytu ona. zanim przybędą tu ci. A może nawet nigdy. ale nie była w stanie zobaczyć. Zmrużyła oczy. Ale bez wątpienia motorówka się zbliżała. Może cztery. by zaciągnąć zasłony. amciu? – dodała. kto jest na łodzi. kto przybywał. używając słów. Nie miała pewności. że nikt się nie zjawi. Musiała nakarmić małego Pete’a. Do jedzenia zostało tylko trochę orzeszków nerkowca. Amciu. że dostrzega trzy osoby. i to jak najprędzej. gdyby ratunek przychodził spoza ETAP-u. 45 MINUT Tylko dzięki przypadkowi Astrid zobaczyła łódź. A zresztą Astrid była przekonana. Uklękła. Podeszła do okna jedynie po to.Rozdział 24 127 GODZIN. co zostało w chłodzonym barku. zjemy coś. Gdyby tylko miała lornetkę. by sprawdzić. – Chodź. które czasem przynosiły efekt. Petey – podniosła go z krawędzi łóżka. by uratować ich z ETAP-u. nie byłaby to pojedyncza łódź. jedyną rzecz na wodzie. Ale nie. Sam i Quinn opróżnili go niemal do cna. czy to dorośli – ktoś. Nie teraz.

Mogli iść do hotelowej restauracji i pewnie coś by tam znaleźli. Za szybko. za zakrętem. Jeszcze raz i usłyszała. Ale może do wszystkich pasuje ten sam kluczyk? – Wracamy do naszego pokoju – powiedziała. Zielona dioda znowu się nie zapaliła. Wyjrzała na korytarz. – Amciu. Petey. Sprawdziła jeszcze trzy pokoje. – Amciu. Winda znajdowała się na końcu korytarza. Mogli też po prostu opróżnić barki w innych pokojach. nim do niej dotarło. Otworzyła drzwi. . Znowu wyszli na korytarz i wtedy usłyszała dzwonek windy. – Niech będą batoniki – powiedziała. amciu – potwierdziła. że pierwszego wieczora miała po prostu szczęście. Był pusty. Astrid miała kilka sekund. – Chodź. Jeszcze raz. Drżącymi palcami wsunęła kartę do szczeliny i wyjęła ją z powrotem. Strach zwyciężył. – Idziemy – syknęła i lekko popchnęła małego Pete’a naprzód. Czy to Sam? Znieruchomiała. by zejść do restauracji. Wszystkie lodówki były zamknięte. uświadamiając sobie. W pokoju obok był barek. amciu – zaprotestował Pete. że po prostu nie ma dość odwagi. jak drzwi windy się zamykają. Może dałoby się zrobić kanapkę z kurczakiem albo przynajmniej zjeść jakiś jogurt. rozdarta między strachem a nadzieją. ale brakowało kluczyka w zamku.

– Petey. ogarnięty furią. Mały Pete mógł ich uratować. amciu – sprzeciwił się. ale wytrzymały. Obojętnie. Dioda mrugnęła na zielono. Nacisnęła na klamkę. Mógł. To jedyna droga.To on! Nagle zrozumiała. jaka przyszła jej na myśl.. Potem jeszcze zaciągnęła łańcuch. Pan z tobą. I wtedy go zobaczyła.. Bał się. Rozległ się niewiarygodnie głośny huk. Rygiel nadal tkwił na swoim miejscu. Spróbowała znowu. że to Drake. Kolejna eksplozja i klamka zawisła. – Zdrowaś Mario. Drake strzelał raz za razem. W drzwiach widniała dziura wielkości dziesięciocentówki. Stał na końcu korytarza ze strzelbą na ramieniu i pistoletem w ręce. Drake naparł na drzwi. Drake wyszczerzył się w uśmiechu. że dziewczyna i Pete znowu się teleportują. Balkon. Astrid wepchnęła Pete’a do pokoju i wpadła tam za nim. Astrid omal nie zemdlała. . Podniósł pistolet i wycelował. Był bezużyteczny. Zatrzasnęła i zaryglowała drzwi. Miał moc. chodź! – Amciu. z której sterczał kawałek metalu. – Była to jedyna modlitwa. Ale wciąż zachowywał się spokojnie. łaskiś pełna. na wpół oderwana od drzwi.

Ziemia była za daleko. prawą chwyciła małego Pete’a za nadgarstek. Astrid usłyszała. chodź. – Święta Mario. Gamę Boy. . śmiertelnie przerażona i rozdygotana. Jezus – zatkała. by też skoczył? Był mały. – Chodź. zbyt nieprzewidywalny.. odsunęła drzwi i spojrzała w dół. by użyć swej mocy. Lewą ręką złapała barierkę. że tak się stało. których potrzebowali. Wiedziała. Jak miała nakłonić małego Pete’a. na tej głupiej grze. Był oszołomiony. To było twarde lądowanie. zbyt spokojny. a potem puściła. Trafił wprost na krzesło na balkonie poniżej. I utrzymać tak przez kilka sekund. by poszedł w jej ślady? Zafiksował się teraz na jedzeniu. Rozhuśtała go. Matko Boża.Musiała sprawić. że Drake znowu rzuca się na drzwi. Zaciągnęła brata do balkonu. ale jak miała zmusić swojego braciszka. bo znów skupił się na grze. ale nic innego jej nie pozostało. Mogła go podnieść. Przecież to nie ma prawa się udać. Poprowadziła go. – Gamę Boy – syknęła i niemal przytknęła mu zabawkę do twarzy.. przytrzymała końcami palców. że sama da radę. Petey. położyła jego dłoń na barierce. tylko jedną dłoń. Jednak dokładnie pod nimi znajdował się inny balkon. Przeszła przez balustradę. – Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego. o wiele za daleko. by uwierzył.

Podniosła wzrok i zobaczyła go. Chyba że wychyli się wystarczająco daleko. Teraz utrzymywał je tylko słaby łańcuch. Nie miała czasu myśleć o ostrym bólu w nodze. Usłyszała. przyciskając mu usta do ucha. Upuścił grę. Panie” – modliła się w duchu Astrid. o krwi i rozcięciu.. teraz i w godzinę śmierci naszej” – dokończyła modlitwę w myślach. Teraz Pete chciał uruchomić grę. Wieczko się otworzyło i jedna z baterii gdzieś się poturlała.. Słyszała. Mógł go bez trudu sforsować. – . miejsce przy oknie – szepnęła. Złapała Pete’a... Drake przestał kląć. Pomyślał. przytuliła go.Rozległ się trzask. gdy wylądował na balkonie.. Na jego twarzy rysował się szeroki uśmiech . – Miejsce przy oknie. Astrid omal nie rozpłakała się w głos. Opuściła się i spadła niemal prosto na małego Pete’a. „Dziękuję.. Wtedy mały Pete zajęczał. przytrzymała przy sobie i cofnęła się. że zniknęli. Udało im się. szklanych drzwi balkonowych. mały. wychylonego daleko za barierkę. mocno trzymając brata. ale nie mógł. miejsce przy oknie. „. Słyszała Drake’a w pokoju powyżej. przywierając plecami do przesuwnych. módl się za nami grzesznymi. „Amen”. Byli poza zasięgiem jego wzroku. jak Drake przeklina. gdy rygiel ustąpił. jak wychodzi na balkon.

ale nie mógł wycelować. Astrid doskoczyła do balustrady. – Astrid! – Sam stał na górnym balkonie. Złożył się do strzału.rekina. pistolet zaś wypadł mu z ręki. W dłoni miał pistolet. Strzelba znalazła się pod nim. – Zabrzmiało to głupio i niemal parsknęła śmiechem. którą uderzył Drake’a w rękę. A potem spadł. – Na brzegu stoi łódź. Teraz widział ich wyraźnie. tak jak wcześniej Astrid. wciąż trzymając lampę. Drake leżał na trawie. nieprzytomny. roześmiał się. I nagle zawył z bólu. na plecach. – Dokąd płyniemy? – Może gdzieś dalej? . – Sam! – Wszystko dobrze? – Tak. więc przełożył jedną nogę przez balustradę i przycupnął. tylko muszę znaleźć baterię Pete’a.

mimo że sam postanowił żyć tutaj. odkąd życie uratował jej latający wąż. Nie znalazła zdjęcia. Ale teraz stali się zespołem. Buntował się. może nawet parą przyjaciół. Świat oszalał. 42 MINUTY Minęły dwa dni od spotkania Lany z mówiącymi kojotami. Podlewanie trawnika wydawało się niezbyt rozsądnym. Zwracała uwagę na każde szczeknięcie. Zmysły Patricka i jej inteligencja. A zatem. by porzucić cywilizację i podjąć życie . Tego ranka Lana podlała trawnik. czy wody wystarczy dla niej samej. Dwa dni. Partnerami w grze o przetrwanie. na kompletnym odludziu. skoro nie miała pewności. Ale właściciel tej sypiącej się pustynnej siedziby uwielbiał swój trawnik. Może tak właśnie wyrażał się jego bunt wobec pustyni. więc zdaniem Lany był nieco zbyt młody. do którego należał domek. nazywał się Jim Brown. że miał tylko czterdzieści osiem lat. To był jej systemem wczesnego ostrzegania. warknięcie czy ruch Patricka. starając się mieć na baczności przed kojotami i wężami. Dawniej byli właścicielką i zwierzęciem. Dowiedziała się tego z dokumentów w szufladzie jego biurka. czy pielęgnacja trawnika była aż takim szaleństwem w tym szalonym świecie? Mężczyzna.Rozdział 25 127 GODZIN. ale obliczyła.

Z urządzeń mechanicznych znajdował się tu jedynie wiatrak napędzający pompę. Może spotkało go to . która doprowadzała wodę z warstwy wodonośnej w ziemi. Nie było tam niczego świeżego. i kamień szlifierski na pedały do ostrzenia kilofów. stalowe beczki. mielonki i dań wojskowych wystarczyłoby dla Lany i Patricka na przynajmniej rok. Telefonu tu nie było. W ogóle nie było elektryczności. głównie starych desek ze śladami po gwoździach. Z tyłu znajdował się stos schludnie poukładanych podkładów kolejowych. a obok dwie czerwone. które śmierdziały tak. Brakowało klimatyzatora. masła orzechowego. łopat i pił. jakby były pełne benzyny. pił i młotów. Nie było też telewizora ani żadnych urządzeń elektronicznych. przylegającej do jednej ze ścian domu. Odciski opon wiodły przez piasek do wiaty. Szopa na tyłach domku była wyładowana po sam dach racjami żywnościowymi. który złagodziłby ostry popołudniowy skwar. może nawet na zawsze. Dostrzegła też ślady samochodu osobowego albo ciężarówki. Widziała również sporo kilofów. ale puszkowanych sucharów. Jim Pustelnik – jak Lana zaczęła o nim myśleć – musiał wyjechać.pustelnika. chili. brzoskwiń. Może na dłużej. sałatek owocowych. łopat. stulitrowe. W pojemniku na śmieci leżały puste bańki po oleju. Obok leżała sterta mniejszych kawałków drewna.

Nie było piekarnika. Za jedyną ozdobę służył wyświechtany perski dywan pośrodku jedynego pomieszczenia. ale . ale nie zamierzała narzekać na takie drobiazgi. Przy stole stało krzesło. który żył w rozpalonej dolinie pomiędzy pylistymi wzgórzami.samo. a tylko jednopalnikowa kuchenka. W domku było gorąco jak w piecu i Lana już od progu zaczęła się pocić. Miała wodę. Puszka z chili była bardzo duża. a pod ścianą – niewygodna prycza. a ona była jedyną osobą. Najlepiej siedziało się na cuchnącym. – Chcesz trochę chili. co jej dziadka. Poprowadziła go z powrotem do środka. jedzenie i wszystkie kości całe. przez co przeszła. Żadnego zlewu. dopóki się nie skończy. która przetrwała na całym świecie. piesku? – spytała. Lana skończyła podlewać trawnik i przed zakręceniem wody wesoło opryskała wężem nos Patricka. nim by się zepsuło. więc czekało ich chili na wszystkie posiłki. Nie chciałaby przebywać w domku. a przy tym miał trawnik zielony niczym pole golfowe. Ale przynajmniej mieli sałatkę owocową na deser. Nie po tym. Gorąco? Wielka rzecz. między którymi nie było żadnej drogi. gdyby wrócił. Z braku lodówki musieli zużyć wszystko. czy można ufać człowiekowi. Skąd miała wiedzieć. Może jutro Lana otworzy jedną z wielkich puszek budyniu waniliowego i przez kilka dni będzie jadła wyłącznie budyń.

Moi przyjaciele na pewno się martwią. więc przez większość czasu siedziała na drewnianym fotelu i czytała albo po prostu patrzyła na pustynny krajobraz. Były wśród nich stosunkowo nowe powieści Patricka O’Briana. nabrała wątpliwości. Podciągała fotel pod drzwi. Ale akurat czasu przecież jej nie brakowało. Dokonawszy przeglądu zapasów żywności. Jim Pustelnik miał dokładnie trzydzieści osiem książek. gdzie . Nic jej szczególnie nie zachwyciło. Ale już wypowiadając te słowa. gdy pies rzucił się na miskę z chili. Były też klasyki. K. To nie były łatwe książki. jak Thoreau – filozoficznych. nie miała wiele do roboty. Właśnie to jej teraz odpowiadało: wygoda i pełne dystansu spojrzenie na świat. Dana Simmonsa. Sporządziła ich spis. który stał na tym dywanie. Ivanhoe. których tytuły brzmiały znajomo: Oliver Twist. Nawet mama i tata.wygodnym fotelu. Pewnie myślą. nie znalazła książek J. – Prędzej czy później trzeba będzie iść. Patricku – powiedziała. Wszyscy się martwią. Ale pierwszego dnia przeczytała całą Dumę i uprzedzenie. a teraz brała się za Wilka morskiego. Rowling czy Meg Cabot ani w ogóle żadnej literatury dla młodzieży. – Nie możemy tu zostać. ale Lanie to nie przeszkadzało. a także trochę książek takich autorów. Wielki sen. Stephena Kinga i Dennisa Lehane’a. Wilk morski. Fotel zaciął się w pozycji półleżącej. Jedyną rozrywkę stanowiło czytanie. jak przypuszczała. że nie żyjemy.

że serce wali jej jak młotem. Machał głową. Patrick wbiegł na dywan. – Wypluj to. który nigdy nie był szczególnie silny. po czym wracała do lektury. liczę na ciebie. podnosiła wzrok i rozglądała się. zerkała na Patricka. przeturlał dwa razy i usiadł. potknął się. Coś żywego. który gnał w jej stronę. znowu spoglądając na trawnik i nagle zobaczyła Patricka. Znajdowała się za domkiem. – Legwan rogaty? Złapałeś go? Przeraziłeś mnie niemal śmiertelnie z powodu jaszczurki? – Poczuła. i spoglądała na trawnik oraz wzgórza dookoła. Bariera wciąż tkwiła na swoim miejscu. a Patrick miał w sumie prawo do własnego szaleństwa. . Nachyliła się. poza jej polem widzenia. Wielkie nieba. Legwan i tak już nie żył. Po jakimś czasie poczucie nieskończonej pustki odcisnęło piętno na jej optymizmie. – Do domu! – krzyknęła. Lana podeszła ostrożnie. piesku. Miał coś w pysku. Przytrzymała drzwi otwarte.miała trochę cienia. Lana podeszła do drzwi z blaszanym kubkiem wody. Patrick wpadł do środka. Miał zjeżoną sierść. sprawdzając czy nie zbliża się jakieś zagrożenie. Zatrzasnęła drzwi i zaciągnęła zasuwę. chyba że Lana odchodziła trochę dalej. jakby dostał jakiegoś ataku. by zobaczyć. Nauczyła się nowego odruchu: czytała jeden akapit. Lana postanowiła mu ją zostawić. a ty dostajesz świra przez głupią jaszczurkę? Patrick nie chciał oddać zdobyczy. Zamierzała ją wypić.

Pociągnęła. Patrick ze zdziwieniem zajrzał do dziury. – Tu jest mnóstwo kolczyków – powiedziała.– Wynieś go na zewnątrz i możesz go sobie zatrzymać – powiedziała. ile warte może być złoto. dwa razy mniejszej szerokości i trzy razy mniejszej grubości. – Złoto. Sztabki były ciężkie. Wybiegła na dwór. – Wiesz. kierując się w stronę wiaty. Było ich w sumie czternaście. co to znaczy. może dwudziestu centymetrów. Lana nie miała najmniejszych wątpliwości. niepewna. Zobaczyła stalowe kółko we wgłębieniu deski. Może Jim Pustelnik okaże się Jimem Seryjnym Zabójcą? Ale nie miała nic lepszego do roboty. ile kosztuje para złotych kolczyków. co się kryje pod podłogą. Lana nie miała pojęcia. może więcej. by wyprostować dywan. Czternaście razy przynajmniej dziesięć kilo. ważyły po około dziesięć kilogramów. Skierowała się ku drzwiom. I wtedy zauważyła klapę w podłodze. zakładając go na fotel. czy chce zobaczyć. Odwinęła dywan dalej. Zawahała się. ale najpierw przykucnęła. Odsunęła fotel i zrolowała dywan. ale wiedziała. Pod spodem leżały równo ułożone sztabki o długości piętnastu. piesku. co to takiego. Złoto. piesku? Całe to złoto i wszystkie kilofy i łopaty na zewnątrz? Jim Pustelnik to poszukiwacz złota. w której .

prowadziły na południowy wschód. Napiła się. na oko starsze. Kojoty też mogły się gdzieś czaić. licząc na zabawę. Nieco świeższe kierowały się ku podnóżu góry.Jim musiał parkować swój samochód. Nasmarowała się wyciągniętym z apteczki kremem z filtrem przeciwsłonecznym. co oznaczało bardzo długi marsz w upale. Czasami rzucała mu złamany trzonek od siekiery. dystans wydawał się przynajmniej dziesięć razy mniejszy. Jim Pustelnik i jego samochód mogli przebywać właśnie tam. nawet jeśli pojechał gdzie indziej. Jedne odciski. Pomysł ponownego zapuszczenia się w głuszę wywołał w niej opór. Jakieś trzydzieści metrów od domu ślady rozdzielały się. Ale dwa kilometry do kopalni? To leżało w zasięgu jej możliwości. Zresztą i tak mogła go znaleźć. na północ. że Perdido Beach leży o jakieś dwadzieścia pięć czy trzydzieści kilometrów od domku. Ostatnim razem znalazła się o krok od śmierci. Kieszenie załadowała sobie racjami żywnościowymi. – Patrick. Sądziła. idziemy na spacer. Lana pierwszy raz ruszyła za śladami opon. Patrick pomknął za nią. Stawały się coraz mniej wyraźne. zapewne w stronę Perdido Beach. Jeśli jednak kopalnia złota znajdowała się u stóp góry. ale dzisiaj pies miał przeżyć rozczarowanie. Napełniła plastikowy dzbanek wodą. Więcej jedzenia włożyła do ręcznika. . po czym napoiła psa. ale wciąż były widoczne. który związała w tobołek.

Edilio wyszczerzył się w uśmiechu. Przez tych osiem dni widział tyle szaleństwa. ale gdy motorówka lądowała na nich z cudowną siłą. poczuł się znacznie lepiej. a raczej płynęli tą samą łodzią. Wokół latały słone kropelki. Było to najbliższe surfowaniu uczucie. gdy Astrid zajęła miejsce po lewej stronie motorówki Boston Whaler. Uświadomił sobie. a Sam nie umiał być ponury. że Drake nie żyje. Mamy teraz przynajmniej na łódce kogoś inteligentnego. Edilio i Quinn zepchnęli motorówkę z piasku z powrotem na łagodne fale. – Dzięki. w stronę bariery. Nie miał jednak pewności i chciał się oddalić. drżenie przenosiło się na jego nogi i wywoływało uśmiech. po czym wysunęli stopy za burtę. odkąd zaczął się ETAP. Niskie fale nie robiły wrażenia. ale teraz wszyscy jechali na tym samym wózku. kiedy . Liczył. Wciąż był wściekły na Quinna. Quinn – powiedział. Tobie też. Minęło osiem dni. – Dzięki Bogu. Weszli na pokład. Kiedy pchnął przepustnicę w przód i znalazł się poza zasięgiem wszelkich pocisków. że nigdy dotąd nie życzył nikomu śmierci. a przynajmniej odniósł poważne obrażenia. zanim ten psychopata znów zacznie do nich strzelać. gdy wodna mgiełka chłostała go po twarzy. jak mi będziesz dziękował. jakiego doznał od początku ETAP-u. Edilio. – Zobaczymy. A teraz marzył o śmierci jednego ze swoich rówieśników. Sam wyprowadził łódź na morze. by otrzepać je z piasku. że mogło mu wystarczyć na całe życie.

bochenek chleba. przytłaczający mur. by utrzymywać bezpieczny dystans od bariery. przypominając tylko plamę we mgle. że napotkają jakąś wyrwę. masło orzechowe i dżem. Wciąż łudził się nadzieją. Sam czuł się jak ryba w akwarium. – Z głodu nie umrzemy – stwierdziła. otwór. Fale uderzały o nią niecierpliwym rytmem. przycupnięta na wąskim. bramę. Quinn zaś odmówił. ale zarazem chciał płynąć blisko niej. Daleko na północy widział klify. jak na lądzie. Astrid odszukała kamizelki ratunkowe i właśnie wkładała jedną małemu Pete’owi.zarzygam cały pokład – odparł Edilio. Bariera ciągnęła się po lewej stronie. Astrid znalazła też małą lodówkę. że Clifftop wydawał się nie większy niż budowla z klocków LEGO. Dalej. aż znalazła się na tyle daleko. Sam napomniał się w duchu. przez który będą mogli wypłynąć i zostawić całe to wariactwo poza sobą. Stanowił tu taką samą tajemnicę. niczym straszliwy. który pozieleniał na twarzy. Motorówka mknęła wzdłuż bariery. Edilio również wziął kamizelkę. okalające zatoczkę przy elektrowni. rysował się kontur najbliższej z kilku prywatnych wysepek. a w niej chłodne napoje gazowane. a mur ETAP-u przypominał ścianę zbiornika. – Przynajmniej nie od razu. .

tworzące zarys miasta bez ukazywania szczegółów. – Poszukam. Zdawało się. że jest aż tak głodny. znalazł jednak plastikowe odboje. że Astrid robi kanapki z masłem orzechowym i dżemem. Zgasił silnik i pozwolił łodzi się kołysać.piaszczystym pasie. gdy Edilio zwracał obiad. Perdido Beach wyglądało jak obraz olejny – kropki i plamy koloru. nie mów o jedzeniu – jęknął Edilio. Wziął od niej jedną. które powiesił na burcie. na wypadek gdyby otarł się o barierę. – Mamy kotwicę? – spytał Sam. Nie zdawał sobie sprawy. aż znalazł długi śrubokręt. Sam przeszukał niewielką łódź. Był tu prąd – slaby. – Właśnie dlatego nazywają cię Genialną Astrid – wymamrotał niewyraźnie. – Chłopie. Chwilę grzebał w którejś bakiście. . Nigdzie nie było kotwicy. Zauważył za to. Wepchnął sobie pól kanapki do ust. zostając w samych szortach. – Chciałbym czegoś spróbować – oznajmił Sam. Jeden jej koniec umocował do knagi. a jednak wyraźny. Nie znalazł kotwicy. że motorówka ma zamiar dryfować wzdłuż muru. Ściągnął koszulkę i zrzucił buty. W odpowiedzi usłyszał odgłos torsji. drugim zaś obwiązał sobie nogę w kostce. Był też zwój niebiesko-białej nylonowej liny. Oddalając sie od lądu płynął wzdłuż bariery w stronę pełnego morza. Odwrócił wzrok. – Nieważne – powiedział.

Twarz Astrid wyrażała sceptycyzm i niepokój. ale mimo . wtedy jednak miał inne zmartwienia. wyciągniętej dłoni trzymał śrubokręt. – Edilio. że nie – odparł Edilio przez zaciśnięte zęby. żeby wziąć sprzęt do nurkowania. Odezwał się Quinn: – Wciągnę cię. że dziewczyna jest pogrążona w myślach. ale przyjemna. że w przystani nie przyszło mu do głowy. a przynajmniej maskę i płetwy. przeżyjesz? – Mam nadzieję. mocno machając nogami i wolną ręką. Woda wydawała się dość czysta. Nurkował coraz głębiej.– Co robisz? – spytał Quinn. Uwielbiał wodę. Dotknięcie bariery palcem bolało. Sam skinął głową. Płynął. Pewnie musiała oswoić się ze świadomością. Roześmiał się. jeśli utkniesz. czy mogę się dostać pod barierę. Żałował. aż przyprawiała o dreszcze. Nie miał pewności. Gdyby było to ramię albo udo. czując smak soli. ale Sam widział. uważając by przypadkiem nie dotknąć muru. Nie chciał na niego wpaść. Zimna. Sam nie zwrócił na niego uwagi. Wyskoczył za burtę. – Zanurkuję i zobaczę. że omal nie zginęła od kuli. podczas gdy w drugiej. wciąż nie mając chęci rozmawiać z Quinnem. wstrzymał ostatni z nich i zanurkował. też nie byłoby miło. Zaczerpnął kilka głębokich oddechów. czy kiedykolwiek to nastąpi.

– Zbliża się łódź! Szybko! – zawołał. by zaczerpnąć powietrza. by martwić się. Jeśli nawet miała swój koniec. – Hej! – krzyknął. Łódź kołysała się o piętnaście metrów od mlecznego muru. gdy Astrid otworzyła puszkę coca coli dla małego Pete’a. – Szybko – powtórzył. Zamachał nogami. trzymając linę. Sam niespiesznie podpłynął do łodzi. machnął śrubokrętem w stronę przegrody. W nic nie trafił i poczuł chwilowy przypływ euforii. że nie znalazł wyjścia z ETAP-u. Quinn usłyszał silnik w tej samej chwili. Bariera sięgała przynajmniej na pięć metrów pod powierzchnię wody. Usłyszał charakterystyczny trzask i syk. – Skąd? – Z miasta – zameldował Quinn. Pomknął ku powierzchni. Gdy zaczęło brakować mu powietrza. by unieść głowę nad wodę i się rozejrzeć. a Edilio wciąż wyglądał tak. zanim jeszcze zobaczył motorówkę. jakby lada chwila miał znowu wymiotować. do jego znalezienia potrzebował akwalungu i płetw. . która jednak zniknęła. gdy następne uderzenie napotkało na twardy opór. zbyt zachwycony kontaktem swojej skóry z wodą. Usłyszał dźwięk silnika i odgłos prującego fale dziobu.to widoczność w cieniu bariery była ograniczona. Quinn siedział na dziobie.

Quinn wciągnął go na pokład. Drake’a na łodzi nie było. bo istniała obawa. po czym upadł i przeturlał się po pokładzie. Nie mogli pozwolić. że adrenalina uspokoiła perystaltykę Edilia. Zdawało się. którego Sam nie poznawał z tej odległości. ale nie dowiemy się. Powodowała potężną falę dziobową. – Może i nie. jeśli nie spróbujemy. jak potrafił. Za sterem stał chłopak. i wkrótce jego dłoń chwyciła krawędź burty Boston Whalera. – Astrid. by ciągnęła się po wodzie. płynąc wzdłuż bariery. że wkręci się w śrubę. pilnuj małego Pete’a. Edilio gwałtownymi ruchami rąk wybrał linę. Obok niego Howard i Orc w tak bojowych postawach. Sam pchnął przepustnicę i łódź szybko nabrała prędkości. ślizgacz. – Nie. – Nie uciekniemy im – stwierdził Quinn. Sam przełazi przez burtę. W mgnieniu oka stanął na nogi i ujrzał zbliżającą się dużą motorówkę.Rozdział 26 126 GODZIN. Dzieliło ją od nich najwyżej czterysta metrów. Motorówka Orca wykonała zwrot i . jakby walczyli o życie. 10 MINUT Sam płynął najszybciej. Quinn ma rację – powiedział Sam. Gdy tylko lina znalazła się na pokładzie.

nabrał prędkości. Gdyby ścigająca ich motorówka popłynęła pod odpowiednim kątem. a prędkość zbyt duża. Fala. tak blisko. mogła z łatwością odciąć im drogę. Sam dopiero po chwili zrozumiał. ale wytrzymał. Astrid. ale nie próbuje przechwycić! – zawołała. Boston Whaler stanął dęba i gdy śruba na powrót odnalazła wodę.rozpoczęła pościg. Sam zachwiał się. skoczyła naprzód i minęła Whalera. Ale sternik na to nie wpadł. Motorówka otarła się prawą burtą o barierę z zaskakująco donośnym łoskotem. Po chwili. młócąc śrubą jego kilwater. Ale druga łódź była znacznie szybsza. – Trzymajcie się – uprzedził Sam. że Sam mógłby wyciągnąć rękę i przybić z Howardem piątkę. gdy śruby znowu zaczęły młócić wodę. wyjrzała za burtę. Sternik oprzytomniał i z rykiem gnał za Samem. co miała na myśli. Wystrzelili po prawej stronie ślizgacza. skacząc z jednego grzbietu fali na drugi. bosymi stopami zapierając się o rozkołysany pokład. wywołana przez wyścigową motorówkę. przyciskając braciszka do siebie. próbując znaleźć się tuż za Samem. uderzyła w Whalera i pchnęła go na barierę. W ostatniej chwili skręcił w prawo. a bariera przemykała za ich lewą burtą. – Goni nas. . ale zwrot okazał się nieudolny. Oddalali się od lądu.

odbierali sygnał. przymocowany obok przepustnicy. zobaczył wyraz zdumienia na twarzy Howarda. Jak mógł uciec? Miał wolniejszą łódź. – Zatrzymajcie się albo was staranujemy! – krzyknął Orc. – Nie wiem.– Zatrzymaj się. Jego myśli pędziły. Astrid. – Nie bądź głupi. że mogła bez trudu zmiażdżyć Boston Whalera. Sammy! – zawołał Howard wyższym głosem. – Masz plan? – Niezbyt dobry. Chwycił mikrofon radia. to się po prostu dzieje samo z siebie.. Także Edilio był już obok nich. ale zdecydowanie wolniejszą. ledwie słyszalnym przez ryk silników i szum wody. A to nie jest odpowiedni moment. – zaczęła pełnym napięcia szeptem. Obejrzawszy się. Zwrotniejszą. – Mówisz o. A tamta motorówka była na tyle wielka i ciężka. Howard podniósł swój mikrofon i zmarszczył brwi. Astrid znalazła się nagle przy jego boku. Sam włączył przycisk na swoim radiu. Słyszycie mnie? Odbiór. głupku! – wydarł się do Sama Orc. Tak. Nacisnął guzik. – Sam! Możesz coś zrobić? – Mam pewien pomysł. jak to zrobić. . Sam zignorował żądanie.. – Mówi Sam. żeby bawić się w rycerza Jedi.

. – A. nawet .– Howard. Astrid jest z nimi? Odpowiedział mu Sam. Odbiór. napawając się tą chwilą. że mógł jej dotknąć. ale słyszalny. – Wszystko w porządku.. puści was wszystkich wolno. jest z nimi Astrid i debil. Drake próbował zabić Astrid. – Jak już skończysz. Posługiwał się radiem. Ty i Orc omal nie zabiliście mnie. Teraz odezwał się Howard: – Hej. słaby. przedszkolem i remizą. możecie wpakować się na barierę – ostrzegł. Odbiór. – Załatwcie go – rozkazał głos. Odbiór. Caine zmienił zdanie. Znowu przycisnął guzik. Musiał dochodzić z radiostacji na brzegu. a jego głos zabrzmiał szorstko przez mały głośnik. I Quinn. Mówi. trzymaj guzik wciśnięty – wyjaśnił. – Jeśli spróbujecie mnie staranować. Płynęli teraz tak blisko. Caine. – Wierzę ci bez zastrzeżeń – odrzekł z sarkazmem Sam. mówisz „odbiór” i puszczasz. – Musicie się zatrzymać – powiedział Howard. Jeszcze bardziej przybliżył łódź do bariery. – Załatwcie go albo nie wracajcie. Caine. A potem odezwał się inny głos. że jeśli będziecie grzeczni. odbiór. Wymyślenie jakiegoś kłamstwa zajęło Howardowi całą minutę. – Raczej tego nie zrobimy. – Odbiór. Sammy. – Co? Powtórz. Nastąpiła chwila ciszy. za pomocą którego utrzymywał łączność z Drakiem.

bracie – powiedział Quinn. – Osiem. padnijcie na pokład. Edilio pociągnął Astrid w dół. – Liczę od dziesięciu. to. zrób to – powiedziała Astrid.. ale nie mamy wyboru. Caine. Radio znowu zatrzeszczało. Położyli się na płask na pokładzie. Bez odbioru. Astrid i mały Pete. Ryk wszystkich trzech silników odbił się echem od bariery.. ty też. – Co? – spytał Edilio. – Zgadza się. – A.jeśli triumf miał trwać bardzo krótko. – Żadnych wymówek. czerwony tasak. Sam – oznajmił Howard. Sześć. – Lepiej. który dał się słyszeć nawet za pośrednictwem radiowych fal. Dziób motorówki tamtych wznosił się za rufą Whalera niczym wielki. zniekształcony i . a mały Pete znalazł się między nimi. – Sam.. Twój ulubiony psychol cię zawiódł. – Dziewięć. Nie musi tak być.. – A jeśli użyją mocy? – zaskamlał Howard. – Potem dajemy gaz i was taranujemy. – Załatwić wszystkich – rozkazał Caine. jeśli umiesz. – Edilio. torujący sobie drogę do nich. – Gdyby mogli użyć mocy. żeby to był dobry plan... kołyszący się w górę i w dół. Po chwili przykucnął przy Astrid. już by to zrobili – odparł Caine z chichotem. Załatwcie ich. Quinn. – Siedem. Dziesięć.

– Trzymajcie się! Kucnął. Tyle że samobójczy. Miał plan. a następnie wyrównał. Przykrył głowę wolną ręką. – Wszyscy gotowi? – Na co? – Trzy. – Pięć. Rozległ się trzask rozpruwanego włókna szklanego. ostry jak sztylet dziób przejechał po lewej części rufy Boston Whalera. Szarpnął nim w prawo. krzycząc.. . jedną ręką trzymając koło sterowe. by lewą burtą otrzeć się o barierę. – Mniej więcej – odparł Sam. Czerwony tasak dziobu skoczył naprzód.. Motorówka wyścigowa – nie. Sam przesunął dźwignię przepustnicy na luz i skręcił tak.. jak dwa silniki szybkiej motorówki wchodzą na wysokie obroty. Boston Whaler zwalniał.. Whaler gwałtownie zwolnił. by trzymali nerwy na wodzy.... – Uderzy w nas! – To twój plan? – zaskrzeczał przeraźliwie Quinn. – Cztery. a potem przyklęknął na mokrym pokładzie. – Jeden! Sam słyszał. – Dwa. Zupełnie jakby łódź miała silnik rakietowy.wzmocniony.. Wysoki.

Rozległ się huk.Wstrząs odrzucił Sama od steru. wyskoczył w górę niczym samochód kaskadera po najechaniu na rampę. Whaler miał poważne uszkodzenia. Sam myślał już. a dźwignia przepustnicy została wyrwana ze swojego miejsca i wisiała luzem. Dwa wielkie silniki ryknęły. tak że koło sterowe wykrzywiło się. . które młóciły wodę tuż nad jego głową. relingi z lewej strony zniknęły. ale po chwili wynurzyła się z powrotem niczym okręt podwodny i wyprostowała. upadając bokiem pięć metrów przed Boston Whalerem. choć wciąż się trzymał. Po pokładzie przelewało się jakieś pół metra wody. Zamiast tego. Obrócił się w powietrzu i grzmotnął górną częścią w barierę. a silnik z czarną osłoną przekrzywił się. W poszyciu z włókna szklanego na dziobie widniała spora wyrwa. że zatonie. Panel z instrumentami przechylił się w przód i w bok. Ale ślizgacz nie do końca zmiażdżył przeciwniczkę. roztrzaskując sobie szybę i miażdżąc relingi. byle nie dostać się w zasięg śrub. Krzyczał i wierzgał. uderzywszy Whalera pod pewnym kątem. Zalany wodą silnik zgasł. Tylna część Whalera zanurkowała. Motorówka Orca przesłoniła słońce jaskrawą czerwienią i śnieżną bielą. Motorówka uderzyła mocno w wodę. Sam zaczął krzyczeć. a potem motorówka tamtych weszła głęboko pod powierzchnię. a cała piątka wraz z łodzią znalazła się nagle pod powierzchnią. Rufa była strzaskana.

Drżącymi palcami Sam odwiązał linę od swojej kostki i chwycił luźny koniec w zęby. Teraz albo nigdy. gdy nie zobaczył jej od razu.Ale Samowi nic się nie stało. dzielących Whalera od szybkiej łodzi. – Płynie tutaj! Jego łódź tonie! – zawołał sternik. Zobaczyli smukłą dłoń Astrid. ale pchając z całej siły. Mały Pete stał i patrzył. szukając kamizelki ratunkowej. Potężny silnik Mercury ryknął. wyglądało na to. Orc unosił się na wodzie i krzyczał z wściekłości. – Wszystko z nią w porządku? Edilio skinął głową. Sam przekręcił kluczyk. zbyt przemoczony. Niestety. przerażony. zdołał przesunąć ją w przód. że nie są uszkodzone. Quinn i Edilio podskoczyli i wychylili się z tyłu. podczas gdy sternik usiłował ponownie uruchomić silniki. Wskoczył do wody i przepłynął kilka metrów. licząc na szczęście. Wciągnęli ją na pokład. Howard miotał się w kółko. Przepustnica się zacięła. unieruchomiona. Smukła motorówka dryfowała tuż przed nimi. Skrzywione koło sterowe nadal się obracało. jakby ostatnie wydarzenia przedarły się wreszcie do jego świadomości. . – Astrid! – krzyknął. by odpowiedzieć. podtopioną i krwawiącą ze skaleczenia na nodze. ściskającą reling.

Silnik zaskoczył. Gdy śruby zaczną się kręcić. jak potrafił. że Sam straci palce albo nawet całą dłoń. Obie śruby drgnęły i obróciły się. . a Howard skoczył na rufę i wykrzykiwał wściekłe pogróżki. Istniało też zagrożenie. by pozostać pod wodą. Lewa wirowała jeszcze przez chwilę i także stanęła. Sam zanurkował. Jeden ruch jego dłoni i. że silniki znowu ruszają i jeszcze raz się zacinają. Potem przesunął się w lewo. – On coś kombinuje. Usłyszał kliknięcie zapłonu – chłopak za sterem przekręcał kluczyk. wydmuchując resztkę powietrza. Ale Howard nie dał się zwieść. Sam utrzymał się pod powierzchnią. Zmagając się z siłą wyporu. Zaraz jednak prawa się zatrzymała.błędnie interpretując sytuację. Usłyszał. Sam w panice odepchnął się od motorówki. zanim tamten uruchomi silniki. Jedna śruba. Musiał to zrobić teraz. Ostatkiem sił Sam owinął linę wokół lewej turbiny. nogami odbił się od rufy i wynurzył parę metrów dalej.. będzie za późno. Jest... co się stało. szeroko otwierając oczy i palcami starając się wyczuć. Sternik szybkiej motorówki zrozumiał już. by zaczerpnąć powietrza.. Owinął nylonową linę wokół prawej turbiny i zacisnął najmocniej.

co robić: unikać paniki. gdy spadł z deski. padając na niego całym ciężarem. Jedną ręka próbowała chwycić Sama za szyję. Nie mógł skupić wzroku. ale za późno. a ona wróciła i go uderzyła. Sam rzucił się naprzód. aż umysł się rozjaśni. Tamten puścił bosak i upadł na lewy silnik. Howard stracił równowagę. trafiając w obojczyk. Orc już go dopadał. że Howard wznosi długi. poczekać kilka sekund. – Sam! – rozbrzmiał krzyk Astrid. Poznał już ten stan. aluminiowy bosak do trzeciego ciosu i tym razem bez trudu zrobił unik. – Za tobą! Cios nadszedł znikąd. Zobaczył. Samowi zakręciło się w głowie. tak więc cios był spowolniony. Ostry ból pomógł mu się skupić. ale to pięść drugiej okazała się szybsza. Mięśnie kończyn mu się rozluźniły. Tak samo było wtedy. który obijał się o barierę. a dopiero potem w nos Sama. Mimo to wystarczająco silny. Gdy bosak plasnął o wodę. a Sam szarpnął. Sam zwinął się w kłębek i obiema nogami z całej siły kopnął napastnika w splot słoneczny. Sam znowu odwrócił się w stronę Whalera. Orc trafił jednak najpierw w wodę. Jakiś zakątek jego umysłu wiedział. Kolejne uderzenie przeszło obok głowy.Sam zaczął płynąć w stronę Whalera. Jego kopniak również okazał się wolniejszy z powodu oporu wody. Tyle że to nie była deska surfingowa. ale .

tym razem bokiem. Osiłek płynął w kierunku Sama. Sam odepchnął się nogami. podczas gdy Sam. że kiedy głowa Orca się zanurzy. z pomocą Astrid i Quinna. uderzył bosymi stopami w kadłub. Orc wrzasnął. ten wpadnie w panikę i puści go. używając ciała przeciwnika jak pływackiego słupka. Howard zerwał się już na nogi i wykrzykiwał w kierunku Orca słowa zachęty oraz pochwały. Zaczekał. Sam wykonał przewrót w tył. lecz jego przeciwnik miał więcej siły. . Orc zaryczał jak zwierzę. Udało się. ale uwięziony w ciasnym kącie pomiędzy murem ETAP-u a dziobem łodzi. Sam lepiej pływał.pchnął Sama w tył. Zaciekle zamachał rękami i zawył znowu. Kopniak pchnął tamtego na mur. odepchnął się i zanurkował. obrócił się i. po czym złapał Orca za koszulkę. Sam był wolny. podciągnął się na pokład. używając jego własnego impetu. Walka toczyła się tuż przy zgruchotanym dziobie Whalera. – Edilio. Sam podpłynął do łodzi i chwycił się prawego nadburcia. ruszaj! Edilio pchnął dźwignię naprzód. Wolny. tamten złapał go za pasek szortów i mocno przytrzymał. więc ten nie miał wyboru. Gdy Sam próbował uciec. Liczył. Twarz przeciwnika zmieniła się w przerażającą maskę furii. Z wody dobiegały niewyraźne przekleństwa Orca. pchnął go twarzą na barierę.

Ostrzeżenie nadeszło w samą porę. – Uważaj na linę. – Mówi Howard. teraz przygaszony i pełen lęku. braciszku. lepiej żebyś wiedział. – Przeszła ci już choroba morska? Radio zatrzeszczało i ożyło. Knaga nie miała szans tego wytrzymać. – Sam – powiedział Caine. Słaby głos z brzegu odpowiedział: – Dlaczego mnie to nie dziwi? Znowu odezwał się Howard: – Nasza łódź nie działa. Edilio odwrócił Whalera od bariery. omal nie łamiąc przy tym Samowi ręki. – Jeśli mnie słyszysz. . Knaga oderwała się od pokładu. ale ostre pociągnięcie mogło zniszczyć przynajmniej jedną z zatrzymanych śrub. Rozległ się znajomy głos Howarda. Lina była mocno przywiązana do knagi na pokładzie.Howard wyciągał do niego rękę. co robić. – To było szaleństwo – stwierdził ze śmiechem Edilio. że cię zabiję. – To długa historia. Ale napęd szybkiej motorówki nie nadawał się już do użytku. a sternik stał jak wryty. Sam – powiedział. bo lina naprężyła się i wystrzeliła z wody. Uciekli. – „Braciszku”? O co mu chodzi? – spytała Astrid. niemal płaczliwy. nie wiedząc. Whaler zatrząsł się.

Udało im się uciec. – Pozostała nam tylko ucieczka. Mieli mnóstwo czasu na opowieści. Jednak zwycięstwo okazało się połowiczne.Uśmiechnął się. Astrid znalazła butelkę po wybielaczu z obciętą szyjką i przystąpiła do żmudnego zadania wybierania wody z łodzi. . – Dobra – odezwał się Sam. by podążać wzdłuż łuku bariery. Nastawił ster na taki kurs. Nie mogli teraz wrócić do domu.

To miejsce budziło dreszcz. co wyglądało jak opuszczona osada górnicza. Było ciche. okazał się liczyć niemal pięć. który oceniła na półtora kilometra. Wzniesiono ją z tego samego szarego drewna. nie dłuższej niż sto metrów. Kiedyś musiała być spora: około tuzina budynków wciskało się w wąski skalny wyłom o stromych ścianach. poza zasięgiem wzroku przypadkowego przechodnia – choć Lana nie wyobrażała sobie. Za pozostałościami głównej ulicy.Rozdział 27 125 GODZIN. gdy. 57 MINUT Dojście do końca śladów kół zajęło Lanie znacznie więcej czasu. brzydkiej osady – widniała solidniejsza budowla. wyglądającymi jak wpatrzone w nią oczy. Teraz trudno było odróżnić jeden od drugiego – wyglądały po prostu jak sterty poszarzałego drewna – dawniej jednak tworzyły zapewne coś na kształt ulicy. Tam jej zdumionym oczom ukazało się coś. powłócząc nogami. niż się spodziewała. A dźwiganie wody i jedzenia w takiej spiekocie nie ułatwiało sprawy. wciąż jednak trzymała się mocno i przykryta była . ponure. Było już popołudnie. Odcinek. obeszła wystające skały u podnóża góry. z oknami bez szyb. po co ktoś miałby przychodzić do tej opustoszałej.

– Inaczej byś zaszczekał. Bez skutku. Światło słońca wpadało do środka przez dziesiątki dziur i szczelin w blaszanym dachu. Nieco zdenerwowana. W środku stała półciężarówka. zaczęła przeczesywać resztę pomieszczenia. Większa od samochodu jej dziadka. powąchał chwasty przy drzwiach i wrócił z uniesionym wysoko ogonem. a także otworów po sękach w ścianach. Potem powtórzyła znowu: – Halo? Najpierw sprawdziła samochód. Albo znajdziemy kluczyki i pewnie zabijemy się. Mimo to było dość ciemno. Przeszukała każdy centymetr kwadratowy półciężarówki. – Halo? Halo? – Zaczekała. W kącie stała butla z gazem.blaszanym dachem. Otworzyła drzwi na oścież. Ślady prowadziły właśnie tam. – Chodź. Miała mniej więcej wielkość garażu na trzy samochody. Znajdowała się tu głównie jakaś maszyneria. Patrick wybiegł naprzód. z dłuższą platformą. nie chcąc wkradać się do środka niby jakaś bohaterka horroru. Coś. Bak był do połowy pełny. prowadząc – Lana przedstawiła sytuację słuchającemu uważnie Patrickowi – albo spróbujemy przejść w upale nie wiadomo ile kilometrów do Perdido Beach i może . co przypominało dużą kadź z podstawionymi palnikami. co wyglądało na kruszarkę. Kluczyków nie mogła znaleźć. Coś innego. – Dobra. – Czyli w środku nikogo nie ma – zapewniła sama siebie Lana. piesku – powiedziała dziewczyna.

na podobieństwo bezgłośnej lawiny. – Chyba nie chcemy tam wchodzić – odezwała się Lana. Do kopalni prowadził wąski tor kolejowy. mijała cmentarzysko zardzewiałych maszyn i kończyła się okolonym drewnem otworem w ziemi. były też mniejsze. – Masz rację. nierówny kwadrat czerni z dwoma złamanymi wspornikami z grubych belek. przypominającymi sterczące zęby. która wiła się wśród hałd kamieni. Oprócz wysokich podwójnych drzwi frontowych. Wyglądał on niby otwarte ze zdziwienia usta. W panice obejrzała się przez ramię na szopę. Gdy się zbliżały. Lana usłyszała. Musiało jej się wydawać. Górskim zboczem. Za nimi Lana znalazła mocno wydeptaną ścieżkę.. że mówią pełnymi napięcia. Zjeżył sierść na karku i warknął. która teraz znajdowała się daleko w dole. pokarm. pędziła wataha kojotów. – Nie – powiedziała do siebie. Lana usłyszała kroki miękkich łap.umrzemy z pragnienia. Patrick szczeknął. z tyłu. Szukajmy dalej kluczyków. Prawe skrzydło watahy już . gardłowymi głosami.. Nie patrzył jednak na wejście do kopalni. Nie. – Pokarm. licząca około dwudziestu lub więcej osobników. Gnały z góry z oszałamiającą szybkością. Patrick ostrożnie zbliżył się do otworu.

by przywyknąć do mroku. macała w ciemności w poszukiwaniu czegoś – czegokolwiek. Sio! Wynoście się! Żaden z pocisków nie trafił w cel. ruszył naprzód z wysoko podniesionym łbem.nadbiegało. W chwili. Patrick odwrócił się przodem do kojotów i zjeżył się. Po prostu gorączkowo ciskała kamienie w stronę drapieżników. Lana. Jeden z drapieżników. by odciąć jej drogę. Zaczęła rzucać nie celując. Zupełnie jakby znaleźli się w klimatyzowanym pomieszczeniu. ale z pewnością najbrzydszy. – Idźcie sobie. na wpół oślepiona. i oczy Lany nie miały czasu. . Stado rozdzieliło się na dwie grupy. ale nie wchodziły. Znalazła kamienie wielkości męskiej pięści. które sączyło się z zewnątrz. nie największy. W powietrzu unosił się paskudny słodkawy zapach. Kojoty bez większego wysiłku robiły zgrabne uniki. – Patrick! – krzyknęła i rzuciła się ku wejściu do kopalni. jakby się z nią bawiły. a zęby po lewej były odsłonięte wskutek jakiejś dawnej rany. gdy weszli. na bocznej części chytrego pyska widniały plamy nagiej skóry. miał też świerzb. temperatura spadła o dziesięć stopni. Jedno z przerośniętych uszu było na wpół oderwane. Kojoty kłębiły się przed wejściem do kopalni. Nie było tu światła oprócz tego.

jakby już do reszty zwariowała. – Chodź. To było niemożliwe. że słowa dobiegły z pyska zwierzęcia. Widziała. ale uniosła duży kamień w geście groźby. – Nie umiesz mówić – rzuciła. Tym razem nie było mowy o pomyłce. Drapieżnik nie odpowiedział. Wyglądało jednak na to. Przez kilka długich sekund Lana tylko patrzyła. – Tak. to umrzesz szybko. wchodząc głębiej w ciemność. – Czemu nie mogę zostać w kopalni? – Ludzi nie ma. – Zabijecie mnie – odparła. – Głos był niewyraźny. – Ludzi nie ma. dostrzegła ruch języka za ostrymi zębami.Przywódca stada warknął na Lane. ale miał w sobie wysoką nutę. – Cofnij się – ostrzegła. czując się tak. – Umiesz mówić – stwierdziła. . Zaczęła cofać się. Wyjdź. – To nie jest prawda. Patrick – powiedziała drżącym szeptem. Wzdrygnęła się. – Co? – Wyjdź – powiedział kojot. będziesz umierać powoli. – Wyjdź. Jeśli zostaniesz. – Dlaczego? – Wyjdź. brzmiał jak chrzęst butów na mokrym żwirze. Lana grała na czas. jak porusza szczęką.

które ukazywało jedynie poszarpane skały i naprężone drewniane stemple. Kojoty. A potem ruszyły na nią. cofnęły się. Jim Pustelnik nie żył już od dłuższego czasu. Znalazła włącznik i nagle kopalniany korytarz wypełnił się niesamowitym światłem. Wokół panowała już niemal absolutna ciemność. a zęby układały się w niewyraźne. prostokątną latarkę. zaciskające się wokół niej. – Dlaczego? – Zauważyła dużą. Kojot szczeknął jakiś rozkaz do swojej watahy i pozostałe osobniki wbiegły do tunelu. by ją podnieść. Szybko zerknęła w dół i zobaczyła nogę. Ich oczy błyszczały. Cienie wyglądały jak szponiaste palce. Omal się nie przewróciła od ostrego bólu w kostce. tak że znalazły się pomiędzy nią a kojotem. Lana i Patrick odwrócili się i zaczęli uciekać. Biegnąc. zaskoczone światłem. Znalazła źródło smrodu. Szczęki jednego zacisnęły się na jej łydce i dziewczyna . – Tak. sterczącą z zakrwawionego kombinezonu. dziewczyna manipulowała przy latarce. Przeskoczyła nad zwłokami w tył. ale zatoczyła się i ruszyła dalej naprzód.Natrafiła na coś stopą. białe grymasy. – Zabiłeś go – rzuciła go oskarżycielskim tonem. Szybko się schyliła. przeskakując nad trupem. próbując znaleźć włącznik. – Ludzi nie ma.

Schyliła się nisko i przyłożyła dłoń do najgorszego z ugryzień. Coś w ich niezgłębionych psich umysłach. że jego uderzenia za chwilę połamią jej żebra.padła bezładnie na ziemię. Lana wysiliła słuch. Ból złagodniał i rana zaczęła się zabliźniać. Jakby coś słyszały. Przywódca stada zbliżył się powoli i obwąchał ją. Kojoty tłoczyły się nad nią. że już nigdy się nie podniesie. Nadstawiły uszu i obróciły się w stronę głębszego cienia w dalszej części korytarza. Spróbowała podeprzeć się łokciami. zdawało się. Zawyły. zaczęły skakać i kręcić głowami na lewo i prawo. wiedząc. Drugie szczęki zacisnęły się na jej ramieniu i znów upadła. Nagle drapieżniki ją puściły. Czuła ich odór i ciężar. Coś w powietrzu. rzucanego przez latarkę. Panowało wśród nich nerwowe poruszenie. Coś się zmieniło. Serce waliło jej niczym kafar. krwawiąc od dziesiątków ukąszeń. Kojoty już nie atakowały. Słyszała przerażone ujadanie Patricka. Przywódca stada warknął i kojoty uspokoiły się. Ze zdobyczy zmieniła się w więźnia. Lana leżała. przynajmniej trochę. ale jej własny chrapliwy oddech był zbyt głośny. Krew wciąż jednak wypływała z licznych drobnych . znacznie głębsze i głośniejsze niż podniecone szczeknięcia kojotów. – Idź. człowieku. w kręgu niesamowitego blasku. chociaż wyraźnie coś je przestraszyło – i nadal się tego bały.

gdy wstała i ruszyła w głąb tunelu. że w głąb kopalni ciągnie ją jakaś potężna wola. W końcu Patrick skapitulował. Jej nogi zdawały się ważyć po pięćdziesiąt kilogramów. uciekaj!”. aż mięśnie nie wystarczały. przeciskając się między pełnymi pogardy dzikimi psami. żołądek zaś – żółcią. Chciała go przywołać. Nie mogłaby jednak biec.skaleczeń. Podkulił ogon i zaczął uciekać. Przeżyła już paniczny. zdawało się wysączać ciepło z jej krwi. by je podnosić i popychać naprzód. Szyny skończyły się i weszli do części tunelu. Marzła do szpiku kości. uciekaj. . To tutaj pracował Jim Pustelnik. wciąż były tu zielone. nie była do tego fizycznie zdolna. wypełniając tętnice lodowatą wodą. którymi podparto strop. Podłoża nie pokrywała tak gruba warstwa pokruszonych kamieni i pyłu. która nie należy do niej. która sprawiała wrażenie nowszej. przekopując się w dół i podążając za żyłą jasnożółtego metalu. Schodzili coraz niżej. kojoty zaś trzymały się z tyłu. Lana doznała nowego rodzaju lęku. Jedyna droga prowadziła naprzód i Lana czuła. Idąc. Patrick szedł tuż obok. ale z jej pozbawionych czucia warg nie dobył się żaden dźwięk. Nowe uczucie zmieniało jej mięśnie w galaretę. a łebki gwoździ lśniły. Belki. To było coś innego. dławiący strach przed śmiercią. Marzła. Każda cząstka jej umysłu krzyczała: „uciekaj.

ile to trwało. Czymkolwiek było. czy umrze. Latarka wypadła z odrętwiałych palców. zielonym blaskiem. To było blisko. Takiego bólu. było blisko. że ściany świecą nikłym. Jej plecy wygięły się w łuk i dziewczyna przewróciła się na bok. To. o ile w ogóle były to słowa. W jej głowie zagrzmiał głos. obojętna na ból wywołany przez ostre kamienie. czy przeżyje. Nigdy się nie dowie. Coraz zimniej.Coraz głębiej. Każde zakończenie nerwowe. Lana czekała klęcząc i nic prawie nie widząc. Obudzi się później. I cierpliwie czekały. Nigdy też nie przypomni sobie słów. Światło latarki osłabło i dziewczyna zauważyła. które usłyszała. Wywlokły ją z tunelu w noc. . wyciągnięta z jaskini przez dwa kojoty. każda komórka krzyczała z bólu. jakby gotowano ją żywcem. Oczy uciekły jej w górę i gwałtownie upadła na kolana.

Fale wciąż były spokojne. – Wolałbym. – Jak tu pięknie – powiedziała Astrid. Sam zastanawiał się. ale niewiele było trzeba. W murze nie było żadnej wyrwy. a potem zaczęli się znów do niego zbliżać. Chciał za wszelką cenę zbadać całą barierę. Astrid i maty Pete płynęli wzdłuż muru ETAP-u w stronę morza. ale żeby dało się wylądować – odrzekł Sam. Słońce zachodziło. oblewanych złotym blaskiem słońca. żeby było brzydko. Brzeg był niezdobyty. gdy od północy mijali kilka prywatnych wysepek. Mur ETAP-u dochodził do brzegu pośrodku parku narodowego Stefano Rey.Rozdział 28 123 GODZINY. 52 MINUTY Sam. Żadnej drogi ucieczki. by przyjrzeć mu się bliżej. niczym twierdza z poszarpanych skał i klifów. Edilio. Jeśli miał żyć uwięziony jak złota rybka. chciał przynajmniej zobaczyć całe akwarium. zatoczywszy długi półokrąg na dziwnie spokojnym morzu. ale w końcu postanowił tego nie robić. by skały wybiły otwór w i tak uszkodzonym Boston . Quinn. Podążając za krzywizną bariery. Przy jednej osiadł na mieliźnie jacht. najpierw oddalali się od lądu. czy nie skręcić.

Łódź jednak wkrótce nie będzie nadawała się do użytku. zanim skończy się paliwo i zapadnie noc. – Ile mamy paliwa. – Niedużo. celując prosto w maleńką plażę. o długości najwyżej trzech i pół metra i dwukrotnie mniejszej szerokości.Whalerze. licząc na miejsce do lądowania. Ze dwa i pół centymetra. zanim upadła. pełen obaw. Sam uznał. płynąc wzdłuż brzegu. że malec w każdej chwili może dostać szału. Astrid zachwiała się. Ruszyli na południe. Łódź wpłynęła na piasek. teleportuje się albo choćby będzie . że przy odrobinie szczęścia zdoła wpłynąć tam łodzią i wyciągnąć ją na brzeg. by leniwa fala nie rzuciła go na skały. bez mapy. że zacznie kogoś dusić. – Dobra. Zauważyli maleńki spłachetek piasku. co groziło. Zapnijcie kamizelki ratunkowe. u podnóża dwudziestometrowego urwiska. ale Edilio złapał ją. Chyba nie mamy wyjścia. Małego Pete’a nie dało się skłonić. Sam zatem. a oni zostaną zmuszeni. Cała czwórka szybko wysiadła. Sam pchnął dźwignię naprzód. by samodzielnie opuścił motorówkę albo choćby zauważył istnienie pozostałych. Musiał utrzymać właściwą prędkość. piętrzące się po obu stronach. Edilio? Edilio wsunął patyk do zbiornika i wyjął go z powrotem. by poruszać się pieszo.

na wypadek.. Edilio zabrał z łodzi zestaw przetrwania. – Raz wszedł na drzewo za kotem. – Petey. Trzej chłopcy wbili w nią zdziwione spojrzenia. – Czasami wchodzi na drzewa. – Muszę sobie tylko przypomnieć odpowiednie słowa.wrzeszczał. – Umie się wspinać – stwierdziła Astrid. – Dobra. ale.. Kiedy chce. pójdziesz pierwszy. wyniósł go na brzeg. – Umie – powtórzyła dziewczyna. pudełko zapałek. Na twarzach Sama i Edilia odmalował się identyczny wyraz powątpiewania. a mały Pete ruszy za tobą. – Nazywał się Charlie Tuńczyk. – Nie jest to zbyt ciężka wspinaczka. – Przykucnęła przy braciszku. niemal wyprzedził siostrę w . Okazało się. że Astrid miała rację – chłopczyk umiał się wspinać. czy nadal mamy tu pływy – odezwał się Quinn – ale jeśli tak. dwie flary alarmowe i maleńki kompas. Quinn i ja pójdziemy z tyłu. Astrid. gdyby Pete się pośliznął. potem ty. Coś z kotem. – Kot – wyjaśniła. – Dobra. Edilio. – Charlie Tuńczyk – powiedziała Astrid. niedługo tę plażę zaleje woda. na który składało się parę plastrów. Charlie Tuńczyk? Charlie Tuńczyk? Pamiętasz? – To zupełne wariactwo – mruknął pod nosem Quinn. – Jak wprowadzić małego Pete’a na ten klif? – zastanawiał się głośno Sam. Prawdę mówiąc. – Nie wiem. a może ty.

– Rozpalmy ognisko – zaproponowała. Mimo to dopiero o zmroku dotarli na szczyt klifu. które zabrał Edilio. – Astrid. – Dzikie zwierzęta często widują ogień. – Jest ciemno – stwierdził Sam. co? – zgodził się Edilio zdenerwowanym tonem.drodze na górę. – To mit. – Wierz mi. Edilio żałośnie pokręcił głową. skoro naprawdę masz w sobie jakąś magię. jak wszystkie dzikie zwierzęta. ale. – Edilio zerkał nerwowo w atramentowo czarne cienie pod drzewami. podczas gdy Sam i Quinn szukali drewna na opał. – Wiem – odrzekł Sam. – Chciałam powiedzieć. – Rozumiem – odrzekła. panicznie boją się ognia. bracie. – Żeby niedźwiedzie nie podchodziły. że niedźwiedzie. gdybym wiedział. jak jej używać. . Gdy w końcu opadli na trawę i sosnowe igły u stóp strzelistych drzew. niestety – odparła Astrid. – Chyba musimy spać tutaj – powiedział Sam. Astrid i Edilio pilnowali małego Pete’a. – Ściemnia się. Jakoś szczególnie się go nie boją. potrzebowali wszystkich plastrów. czasami twoja wiedza niezbyt pomaga. już bym to zrobił. odezwał się: – Nie chcę ci się naprzykrzać ani nic. Quinn. jak zapalić światło. – Jest ciepło – zauważyła Astrid. którego zdenerwowanie miało więcej niż jeden powód. Sam. to powinieneś się uczyć.

Nie musieli ogrzewać się przy ogniu. – To nic takiego. choć mocno dymiące ognisko. No i nie jestem już na tej łodzi. Zebrali dosyć drewna oraz sosnowych igieł na rozpałkę i wkrótce zapłonęło wesołe. – Chyba boję się być nikim.. – Wiecie. jazdą konną i tym okropnym śpiewaniem przy ognisku. Wtedy mi . – A ty czego się boisz? – Ja? – Quinn przystanął.. Każdy się czegoś boi – powiedział cicho Quinn. i zastanowił się. Edilio wlepił wzrok w płomienie. – Nie sądziłem. przez co noc zdawała się jeszcze ciemniejsza. Sam odpowiedział dopiero po dłuższej chwili. Wielkim. ale Sam i tak cieszył się ciepłem. mogli udawać.– Zawsze bałeś się ciemności. To był tradycyjny obóz z łowieniem ryb. że są bezpieczni. I z jedzeniem krakersów z piankami. Lubię stały ląd. Byłam kiedyś na obozie. nawet jeśli to nie odstrasza niedźwiedzi. że o tym wiesz. Pomarańczowy blask odbijał się słabo od pni i konarów. na co bym miała ochotę? – odezwała się Astrid. trzymając kilka patyków. – Na krakersy przekładane piankami. Ale gdy ogień płonął. – Zna ktoś jakieś historie o duchach? – zapytał półżartem Edilio. – Od razu lepiej. zerem.

Jedno po drugim. Ogień przygasał. Zaczął przebierać palcami i przygryzł wargę. Mały Pete siedział i gapił się w ogień. A przez to.nie smakowały. Jaka moc kryje się za tymi niewinnymi oczami. Wykrochmalone białe bluzki z czasów przed ETAP-em ustąpiły miejsca T-shirtom. głównie dlatego. zasnęli. poczuli. Ale teraz. Sam zastanawiał się. teraz każda myśl o niej wywoływała falę wspomnień. że czasami musiał odwracać wzrok. jak to nazywali. że ich powieki stają się ciężkie. włosach i skórze. że nie chciałam być na tym obozie. Ciemność napływała ze wszystkich stron. Wciąż jednak była tak piękna. umilkli. że ją pocałował. smaków. – Nie czas i nie miejsce – mruknął pod nosem. – Wiem. gdy tyle razem przeszli. by ból nie pozwolił mu dalej myśleć o Astrid.. Jutro zdobędziemy jedzenie. Sam popatrzył na nią poprzez płomienie. gdy chodził do przedszkola – po czym odwrócił dłonie wierzchem do góry i oparł je na kolanach. – Głodny – odezwał się chłopczyk. – Amciu. amciu. doznań. Nie budziła już w nim takiego lęku. Sam został ostatni. braciszku. Po kolei wyciągnęli się na ziemi.. jej koszulce. zapachów. Nie po tym. Astrid przytuliła go. Usiadł ze skrzyżowanymi nogami – po turecku. co się dzieje w jego głowie. Jak? Jak to się stało? Jak go to spotkało? Jak miał .

by się zatrzymał – albo jak pastor. – Chcę ci powiedzieć o czymś okropnym. panikę. która go ogarniała. – Okropnym? . Przywołał swój strach przed koszmarem. że mało brakowało – odparł. jak umiał. Zatrzymał się dopiero wtedy. gdy mała podpalaczka próbowała go zabić. lecz nie byt w stanie ich poczuć. Przestraszyłaś mnie tak. tak jak robił to Caine. błogosławiący wiernych. Najciszej. Nietrudno było przypomnieć sobie te emocje. jakby pokazywał komuś. Zmierzał w stronę swojego lęku. Sosnowe igły chrzęściły mu pod nogami. Wzniósł ręce.kontrolować moc. Ciemność pod drzewami mogła skrywać tysiące zagrożeń. kryjącym się w jego pokoju. prawda? – spytała Astrid. – Nic z tego. błyskawiczną reakcję. Obrócił się. To się nie uda. odszedł od ogniska. a próby wzbudzenia w sobie lęku przed ciemnym lasem też nie dawały efektu. Podeszła bliżej. Za nim rozległ się jakiś dźwięk. wyciągając dłonie. Nic. Nie mógł udawać strachu. gdy z trudem dostrzegał blask żaru za sobą i nie czuł żywicznego dymu. – Prawie wyszło. gdy dusił go mały Pete. by pojawiała się na życzenie? Zamknął oczy i próbował sobie przypomnieć panikę. gdy zdarzało mu się wywoływać światło.

Wskazała więc policzek. że samo patrzenie sprawiało ból. że nie żyje. – Sam – szepnęła. Drake. miejsce. Miał zaciśnięte pięści. – Teraz! – krzyknęła. może chcąc poczuć jego ramiona wokół siebie. – Podeszła bliżej. Chciał. – Sam. Ale ja się bałam. żebym obraziła brata. ale. Zdawało mu się.. – Aaaaaach! – krzyknął i z jego rąk wystrzeliły . Sam cofnął się o krok.. Uniósł ręce. – Uderzył cię? Astrid skinęła głową. że głowa latała jej na boki. – Co zrobił? – Nic.– Zdradziłam Pete’a. Jego oddech stał się płytki i chrapliwy. Uspokoiła się i spróbowała jeszcze raz. Sam. Patrzył nie rozumiejąc.. – Mam nadzieję. – Tylko co? – Uderzył mnie parę razy. Chciała wyjaśnić. – To nic wielkiego. Sam ujął jej dłonie. że on nie żyje – powiedział. wymierzył w drzewo. – Mam nadzieję.. gdzie dłoń Drake’a trafiała z taką siłą. nie było tak źle. wyciągnął dłonie. – Tak mocno zaciskała palce. bo inaczej go zabiję. – Spróbuj teraz. – Uderzył cię? – Czuł się. Tylko. jakby połknął łyk kwasu. tak się bałam. ale głos odmówił jej posłuszeństwa. że mózg gotuje mu się w czaszce.

jak ci powiedziałam – odparła. Sam. – Przepraszam. z początku powoli. – Tak. Zaczęło upadać. Sam. – Przepraszasz? – Nie możesz przywołać strachu. kiedy tylko chcesz. Opuścił ręce po bokach. potem szybciej. – Miał dziwne poczucie klęski.. – To była manipulacja? – Rozsunął jej ręce i odwrócił się twarzą do niej. – Z Drakiem było tak. Więc pomyślałam. że to strach pozwala twojej mocy działać. jej oddech w swoim uchu. Ale gniew to strach. – Ale nie zamierzałam ci o tym mówić. jak próbujesz. Powtarzałeś. nie? – odrzekł z gorzką ironią. a nie przestraszony..błyskawice jasnego. aż w końcu gruchnęło ciężko o kępę krzewów. – Czyli muszę być wściekły. dopóki nie zobaczyłam. dysząc. czego dokonał. skierowany na zewnątrz. . Odczuwał jednak smutek. – To dopiero będzie coś. a nie radość. zielonkawego światła. Gniew jest łatwy. Astrid stanęła za nim i otoczyła go ramionami. Właśnie pierwszy raz przyzwał światło z własnej woli. by używać mocy. Poczuł jej łzy na swoim karku. – Będziesz lepiej sobie z tą umiejętnością radził i nie będziesz musiał wzbudzać w sobie rzeczywistych emocji. oszołomiony tym. – Nauczysz się nad tym panować – powiedziała. Drzewo zwęgliło się. Muszę chcieć wyrządzić komuś krzywdę.

nic nie czując. – Czasem łapiesz falę. patrząc ponad nią. A czasem to fala łapie ciebie – przemówił w końcu. choć dzieliło ich tylko pół metra. każde osobno. To nie ty.– Będę mógł kogoś spalić. odkąd był małym dzieckiem. by przyciągnąć go do siebie. . Sam. A może tylko o osiem dni. które wydawały się odległe o milion lat. Masz prawo bać się swojej mocy. że to musi się stać. – Przykro mi. widział ciemność wszędzie wokół. Umysł Sama znajdował się gdzieś daleko. Ale tak naprawdę potrzebujemy jej. To znaczy przykro mi z twojego powodu. To tylko ETAP. Widział ognisko. ciemność. przykro mi. naprawdę. która budziła w nim grozę. Oparł podbródek na głowie dziewczyny. – To ETAP. Sam. Stali. odtwarzając wspomnienia. – Przykro mi – szepnęła znów Astrid i wsunęła dłonie pod ręce Sama.

Gryz stał nisko w hierarchii stada i koniecznie chciał dowieść swojej wartości przed Przywódcą Stada. już wstaję – mruknęła. Gryz kąsał ją po łydkach.Rozdział 29 113 GODZIN. zwierzęta lawirowały między bylicami. Patrick podskoczył. – Już wstaję. jak szybko biegła. jak niektóre z kojotów. Nie miało znaczenia. Gryz. Był dużym. przystawały. Zakrwawione kolana. Kiedy jednak opóźniała przemieszczanie się stada swoim powolnym. ale . by obwąchać nory gryzoni. 33 MINUTY Lana zaczepiła stopą o korzeń i upadła na ręce i kolana. Patrick miał najniższy status ze wszystkich. najczęściej tylko warczał i szczerzył kły. Miała podrapane dłonie. Przywódca Stada warczał na Gryzą i przewracał go. więc nie szarpał i nie rwał jej zębami. Nie był jednak brutalny. nie tak. silnym psem. czasami do krwi. ludzkim biegiem. Wataha gnała daleko z przodu. kojoty zawsze ją wyprzedzały. kłapnął na nią zębami. podczas gdy ten skamlał i korzył się. by na nią spojrzeć. niższy nawet niż Lana. ale utrzymywał dystans. osobisty dręczyciel Lany. Lana nie mogła nadążyć. i szły dalej. a gdy zostawała z tyłu. niezdarnym. przeskakiwały przez rowy.

Nie do wiary. Teraz jednak miała za zadanie przeżyć. Śmieszne. tylko przeżyć.podskakiwał. Jej buty zaczęły się już rozpadać. zwykle chodził głodny. merdając ogonem i wywieszając język. które nastąpiły w głębi tej jaskini. tam. rozcinane przez ciernie. Absurd. gdzie kryła się dysząca ciemność. Obłęd. Patricka zostawiły samemu sobie. że otaczająca rzeczywistość była nieprawdopodobna. jak szybko pogodziła się z realiami świata. że świat zwariował. Pojęła. Jeszcze. lecz wciąż półżywego zająca – nie była jednak głodna. kąsane przez komary. Jej nogi i ręce były raz po raz obcierane przez ostre skały. wyznaczanymi przez ogromną barierę. czym wzbudzał pogardę kojotów. jak pies. a że był znacznie wolniejszy. zabiły w niej resztki wątpliwości. Raz . Nie analizować czy rozumieć. i to po angielsku. Musiała załatwiać się na dworze. Była brudna. iż Przywódca Stada potrafi mówić. z dala od krainy rozumu. że ona sama zwariowała. Kojoty polowały w pojedynkę i potrafiły łapać nawet najszybsze zające i wiewiórki. choć zniekształcając wyrazy. Lana dostała jedną ze zdobyczy Przywódcy Stada – na wpół zjedzonego. Ale wydarzenia. że potrafiła leczyć dotykiem i miała tego świadomość. Niesamowite. że pogodziła się z faktem. z dala od słońca. Niemal zapomniała. Ubranie miała podarte w kilku miejscach.

pustynnej nocy. Dieta kojota. mamo – powiedziała na głos. wśród ciemnej. Stanął na skalnym nawisie i popatrzył na nią z góry. Lana rozmawiała z Patrickiem albo z matką. Bardziej dojmujące było wyczerpanie. Nie minęło więcej niż dwanaście godzin. za każdym razem bolały. To też było szaleństwo. . – Czemu mnie więzicie? – spytała. – Jestem człowiekiem – powtarzała sobie. nieludzkim głosem. – Bardzo mi się tu podoba. nie miała przewagi. Ale ból potrwa tylko minutę. – Ciemność mówi: nie zabijać – odparł kojot swym wysilonym. Ból był potworny. Kojoty goniły za następnym posiłkiem. ale zdawało się. jak jej kostka wykręca się i pęka. Aby dodać sobie otuchy. – Odchudzam się. wysokim.ugryzł ją osaczony szop. ale Lana je leczyła. Bolały. Wpadła do dziury w ziemi i poczuła. – Biegnij szybciej – nakazał. w głuszy. niezdarna. Sama. słabsza. – Jestem mądrzejsza od niego. Była wolniejsza. że upłynęła cała wieczność. Biegli przez całą noc. – Zabijcie mnie albo wypuśćcie. Jestem istotą ludzką. Pojawił się Przywódca Stada. Nic nie jeść i cały czas biegać. Mam przewagę. a rozpacz boleśniejsza. Jednak tutaj. Ale za każdym razem rany goiły się błyskawicznie.

Wszystko dla Przywódcy Stada. na dnie kopalni złota Jima Pustelnika. o jakiej „Ciemności” mowa. Żadnych ludzi. gdyby umiał mówić. Słyszała jej głos w swojej głowie. żebym szła z wami? – Ciemność mówi: ty nauczasz. to nikt nie będzie zabijał kojotów – sprzeciwiła się Lana. – Nie mógł długo ciskać gromów swym wysilonym. Długa strużka śliny opadła z jego pyska na jej policzek. – O czym ty mówisz? Przywódca Stada skoczył na nią. ale wystarczyło mu kilka słów. – Trzymajcie się z dala od miast. – Tylko wam przeszkadzam – załkała. by wyrazić wściekłość i nienawiść. wobec której jej moc była bezradna. – Nienawidzimy ludzi. – Zabijać ludzi? Dlaczego? Kojot ślinił się. ale nie miała wątpliwości. Dlaczego chcecie. Była to blizna na jej duszy. – Wszystko dla kojotów. – Zabijać ludzi. że ten tutaj był obłąkany. – Zostawcie mnie tutaj. Ludzie zabijają kojoty.Nie spytała. blizna. Przywódca Stada przywódcą wszystkich. jak brzmiałby głos zdrowego na umyśle kojota. Lana nie wiedziała. przewrócił na plecy i stanął z obnażonymi zębami nad odsłoniętą szyją Lany. Zwierzęta nie cierpią na manię wielkości. – Czego się uczysz? – wykrzyknęła. nie myślą o . nieziemskim głosem. Przywódca Stada się uczy. Zwoływać wszystkie stada. Zabijać ludzi.

– Śmiało. lecz poczeka. Ciemność wykorzystała okazję. miauczący dźwięk. Także jej wiedza była ograniczona. Odchyliła głowę. Ten pomysł nie pochodził od Przywódcy Stada. Ciemność otworzyła drzwi w jej umyśle. Ciemność wypełniła Przywódcę Stada swoją złą ambicją. Gdy Lana pojawiła się w kopalni złota. Zwierzęta myślą o pożywieniu. co musi robić. nadstawiając się prowokacyjnie. Dziewczyna już wiedziała. Kojot zachwiał się. Nigdy nie schwytał bezradnej . aż tętnice wypompują z niej życie na pustynny piach. niezależnie od tego. – Dalej. To coś w kopalni. przetrwaniu i prokreacji. Nie była jednak w stanie nauczyć go sposobów walki z ludźmi. Wydał z siebie niespokojny. czy nie blefuje. o ile w ogóle myślą. jak sama Ciemność. – Dalej. zabij mnie. zabij mnie – powiedziała. a zarazem sługą. Drzwi do czegoś niemal równie przerażającego. Pozwoli. by się dziewczyną posłużyć. Przywódca Stada był jej ofiarą. jaką budziła grozę.unicestwianiu całych gatunków. Nie uleczy rany. W tym momencie jakaś jej część nie miała pewności. Moc Ciemności miała swoje granice. Musiała posługiwać się kojotami – i Laną – by wypełnić swoją wolę. by krew płynęła. Ciemność. Jedno szybkie ugryzienie i będzie po wszystkim. – Dalej – rzuciła zwierzęciu wyzwanie.

że nie może okazać słabości. kierującymi się głodem. Zabij go. wymagającej przewidywania. Myśl była złożona. Przywódca Stada wzdrygnął się. co się stanie dwa lub trzy posunięcia później. Kojoty w pewnym stopniu się zmieniły. . to zabij. Wiedziała jednak instynktownie. Przyjęta taktyka zdała egzamin. były też większe i silniejsze niż normalnie. wciąż odczuwając ból w kostce. ale nie cofnęła się. umożliwiające wysiloną mowę. niczym w partii szachów.zdobyczy. prostymi stworzeniami. Brązowo-żółte oczy zwierzęcia świdrowały ją. krzywym spojrzeniu. Nie będziesz miał czym mi grozić. – Jeśli chcesz mnie zabić. Tym razem to Lana się wzdrygnęła. niż by wynikało z ich natury. Lana odepchnęła mokry pysk Przywódcy Stada. Tak. zdolną do myślenia. która nie walczyła o życie. górowały nad nią siłą i szybkością. – Zabić psa. – Dalej. Zawierała w sobie więcej niż jeden ruch. Wstała. – Nie boję się ciebie. Ale ona była istotą ludzką. Ale potem jego oczy skierowały się na Patricka i znów na nią w chytrym. Pobrużdżony pysk kojota znów wyrażał zagubienie. Serce Lany zabiło mocniej. Niektóre miały pyski i języki. Ale wciąż były kojotami. a nawet mądrzejsze.

wkraczając z powrotem na znajomy teren. – Dobra – odparła Lana. że nie umiesz nade mną zapanować. jak poprowadzić tę rozmowę. . intensywnie rozmyślając i próbując podjąć decyzję. do połowy zeżartego zająca. Takie. I powiedz Ciemności. gdy kolejne posunięcie ułożyło się w jej umyśle. Wiesz. Odwrócił się od niej z wściekłością. A Ciemność nie nauczyła ich kłamać ani blefować. ty brudny. by nic nie zdradzić. a nie brudnego. I przynieście mi porządne jedzenie. które jedzą ludzie. gdzie rośnie trawa. tłumiąc triumf w swoim głosie i nadając twarzy obojętny wyraz. – Zauważyłam – powiedziała. Wtedy będę was uczyć. – Więc zabierzcie mnie w miejsce. niezdolny ani do opanowania. gdzie na pustyni jest kawałek zieleni. Przywódcy Stada się to nie spodobało i wyraził swoją frustrację nie ludzką mową. – Ludzkiego jedzenia tu nie ma. – Zostawcie mojego psa. – Ciemność mówi: ty nauczasz – powtórzył Przywódca Stada. Ludzkiego jedzenia tu nie ma. „Zgadza się. po których reszta watahy zaczęła się nerwowo kulić. pragnieniem posiadania swojego miejsca w stadzie. Tam. Zabierzcie mnie tam albo zaprowadźcie z powrotem do Ciemności.poszukiwaniem partnera. lecz serią gniewnych szczęknięć. o czym mówię. Szukając przewagi. ani zamaskowania swoich prostych emocji. wyleniały zwierzu” – pomyślała Lana.

– Dzisiaj wielki dzień – oznajmiła Diana. – Wielki dzień? Czemu? . Nie było to proste. wyglądając przez okno na plac. Wyciągnęła puszkę z napojem. I odrywało myśli od innych spraw. Zbudziła go Diana. Jack. – Ale nie ode mnie. powoli. mamo – szepnęła Lana. Spędzał noce w ratuszu. by Lana mogła nadążyć. Komputerowy Jack zasnął przy klawiaturze. W końcu Przywódca Stada bez słowa poczłapał na północny wschód. piesku – szepnęła Lana do swojego psa. podniosła roletę i piła. – Klawiatura na policzku? Nie do twarzy ci z nią. Patrick ruszył krok w krok za swoją panią. że uruchomi prymitywny system telefonii komórkowej. w takim tempie. Poruszał się. przechodząc przez pomieszczenie do małej lodówki. – O. przyciskając uzdrawiające dłonie do swojej kostki. Ale podobało mu się. – Są mądrzejsze od ciebie. – Obudź się. Szarpnęła go za ramię. Komputerowy Jack poprawił okulary. pracując nad spełnieniem swojej obietnicy. otworzyła ją. Jack dotknął policzka i zaczerwienił się. – Czasami nieposłuszeństwo to dobra rzecz. Z jednej strony były trochę krzywe.– Widzisz. cześć – wymamrotał. Miał na nim kwadratowe odciski po klawiszach. a wataha za nim.

Czytałeś kiedyś tę listę.. którą Caine każe ci trzymać? Pamiętasz Andrew? Farciarz obchodzi piętnaste urodziny. zwłaszcza gdy miał przy tym szansę popisać się swoją wiedzą. prezentującym swoją sztuczkę. akcja zapowiadała się fascynująco.Roześmiała się znacząco. Jack. – Do domu? – Jack załapał dopiero po kilku sekundach.. jakbyś się ucieszył. A jednak czasami taki tępy. Uwielbiał wszystko.. jakby była iluzjonistą. Annę i Emmę. będziemy potrzebowali szczęścia. powiedz to tak. – Taki mądry. – Po co jedziemy do Coates? Podeszła do niego i położyła mu dłoń na policzku. Jack był zarazem przestraszony i podniecony tym pomysłem. A jednak.. żeby uchwycić dokładnie ten ułamek sekundy. Musimy tam dotrzeć przed godziną zagłady. – Nieustraszony Przywódca ma plan. Ale – podobnie jak wszyscy – słyszał. co dotyczyło techniki. tym lepiej – zaczął myśleć na głos. co spotkało bliźniaczki.. Rozłożyła ręce w dramatycznym geście. Nie chciał patrzeć.. – Muszę jechać? Mam tyle pracy. który dotyczy też ciebie – odparła. – Znaczy do Coates? – No co ty. już pracując nad problemem. – Jedziemy do domu z wizytą. już wyobrażając sobie rozmieszczenie sprzętu. – Im więcej kamer. Kamery . – Jeśli to się dzieje błyskawicznie. – Sfilmujemy tę doniosłą chwilę. jak ktoś umiera albo znika.

czekaj. – Nie mówię. Niezupełnie. Jack jeszcze nigdy nie pozwolił sobie przy Dianie na tak gniewną reakcję. Każda musi mieć statyw. może nie biała. Najlepiej. co ci każe Caine. wiesz. – I co jeszcze? – Słuchaj.cyfrowe. czasami mnie niepokoisz – stwierdziła Diana. tak samo jak ja. I jeszcze. nie chcę. za kogo ty się uważasz? Robisz. – Wiesz. w które wycelowane będą kamery. jakie Drake zdoła znaleźć. może zielona. – Co mam robić? A zresztą. zawstydzony. Nie podobało mu się to.. Poczuł. Skulił się. spodziewając się . jak na łobuza. – Nie moja wina – zapewnił żarliwie. Andrew był całkiem miły. – I co jeszcze. – Ale jeśli wyjdzie z kadru. gdybyśmy mieli proste tło. Jack.. Nie to chciał powiedzieć. żeby był związany – powiedział. że się czerwieni. Najdroższe i najbardziej zaawansowane. kładąc nacisk na słowo „chcę”. co jeśli Andrew nie będzie chciał po prostu spokojnie stać? Jeśli się poruszy? Albo spróbuje uciec? Trudno było odczytać wyraz jej twarzy.. że go poniosło. wtedy mogę wykorzystać technikę chroma key. – No. co chciał za chwilę powiedzieć.. z miejsca. Jack? – naciskała Diana... – urwał. że chcę. żeby Andrew stała się krzywda. żeby był związany? Jack odwrócił wzrok. I będziemy potrzebowali dużo oświetlenia. Nie. – Chcesz. takie jak biała ściana czy coś podobnego.

które mamy w domu. czyli byłam młodsza od ciebie. – Przez chwilę naśladowała osobę. – Wiem. Nie należę do miłych osób. A Diana była piękna. Matka chciała rozwodu. – Tak. – Przykro mi – powiedział. że czuł się nieswojo. ale nie może już nic robić. dając sygnał. dlaczego mój ojciec posłał mnie do Coates? – spytała. Jack pokręcił głową. Weź torbę ze . Były straszne sceny. Mnóstwo krzyku. Nie zdążyli. – Chodźmy. bo nie chciał mi kupić konia. Byłam zła na ojca. kim jestem. – Ma pielęgniarkę na pełny etat i tylko leży w swoim pokoju. kto to jest kochanka? Wiedział. Wiesz. Jack dopiero niedawno zaczął w ogóle zauważać dziewczęta. Jack. – Więc powiedziałam matce o tej kochance. która ledwie potrafi unieść głowę. że mój ojciec ma kochankę. odkryłam. Na tyle blisko. – Klasnęła w dłonie. – Wiesz. – Kiedy miałam dziesięć lat. że to koniec wspólnego spędzania czasu.uszczypliwej riposty. Nie umarła. A przynajmniej tak mu się zdawało. – Przyciągnęła obrotowe krzesło i usiadła obok niego. Odpowiedź jednak okazała się łagodna. Następnego dnia moja mama pośliznęła się i spadła ze stromych schodów. – Rozwiedli się? – Nie. Matka dostała szału.

Chcę powiedzieć. – To tylko część historii. I mam poczucie. co spotka popaprańców. Jego biznes się sypnął. – Co masz na myśli? Jak to „co jest grane”? – Daj spokój. Że widziałam. – Twoja mama zrobiła sobie krzywdę. ale to nie znaczy. że jesteś zła – powiedział. trzymając w ręce dyndające douszne słuchawki. Jack. – Powiedziałam policji. że później. kartonik z sokiem. jak ją popchnął. że kłamię. będzie ci z tym źle. Trzymam tylko listę dla ciebie i Caine’a. o co chodzi z tą listą. pisali o tym we wszystkich gazetach. – Jak to? . Zaczął się pakować – drobne narzędzia. którą trzymasz dla Caine’a? Wszyscy popaprańcy? Wiesz. pendrive. Jack usłuchał. – Nic nie robię. Przestał się pakować i wyprostował się. że to sprawka ojca. Gliniarze w końcu się połapali. No. Diana puściła do niego oko. A ojciec wysłał mnie do Coates Academy.sprzętem. Twój mały palmtop zagłady? Lista. wiesz. Wiesz. Nieustraszony Przywódca nie lubi zwlekania. że nie wydajesz mi się złym człowiekiem. Wszystko włożył do torby ze znakiem Hogwartu. Aresztowali go. – Ale jak będziesz się z tym czuł? – spytała. poczucie winy. żeby trafić do Coates – przyznał. – Chyba faktycznie zrobiłaś coś gorszego niż ja. co jest grane. kiedy się zorientujesz.

którzy są mu wierni. Zakładając. – Masz dwie kreski. Ciekawe dlaczego? Wiesz. – Co umiesz robić? Jack przeszedł przez pomieszczenie na rozdygotanych nogach. Jack. kiedy Caine zajmie się tymi z listy? – To nie moja wina – odparł z rozpaczą. Zastanawiam się. Otworzył szafę. – Nie dopisałeś do listy własnego nazwiska. że mocy przybywa. Wiesz. że Caine wykorzystuje wszystkich. nic ci nie grozi. To znaczy. bardzo solidne. – Spisz jak kamień. Nie musisz się o mnie martwić. – Jestem absolutnie lojalny. funkcjonalne. wzięłam cię za tę pulchną rączkę. Nie wiadomo. niespodzianka. Jack wiedział.. co Diana za chwilę powie. że w ogóle lubisz dziewczyny. A miałeś zero. Jack? Jaką masz moc? Pokręcił głową z obawą. na przykład. .– Nie rżnij głupa. Przed chwilą. Wyciągnął krzesło. co to oznacza w kwestii twojej lojalności? – Jestem lojalny – wypalił Komputerowy Jack. że czuł jej oddech. Mam rację? Skinął głową. co to jest. że dopóki będziesz całkowicie lojalny. – I nie raczyłeś nas poinformować. – No. że twoje moce się rozwijają. Jak się będziesz czuł.. To znaczy. że nie zdoła nic powiedzieć. – Nachyliła się tak blisko. Jack.. Bez żadnego ostrzeżenia życie stało się nagle niebezpieczne. Dostrzegła jego lęk i uśmiechnęła się triumfalnie. Było stalowe. czy jeszcze kiedyś będziesz trzymał dziewczynę za rękę. Oprócz oparcia..

– Tak. że tego nie zrobiłaś. tak? Sam. końcami palców przesuwając po krawędzi odcisku. że robiłaś odczyt Samowi Tempie. znaczy. Ale Jack. Złapałem krzesło. co by ci zrobił? – spytała. gwałtowny okrzyk Diany. – Powiedziałaś Caine’owi. Diana zbadała metal. Jakby wykonano ją z gliny. kiedy skakałem na jednej nodze i krzyczałem. Załamał się. gdyby wiedział. I Caine by oszalał.gdzie metalową ramę ściśnięto. Jesteś silniejszy. aż pojawił się na niej idealny odcisk palców. Usłyszał nagły. Wiedział. Żadnej broni. Przerażała go ta dziwna dziewczyna – jej postępowanie zdawało się nie mieć sensu.. – Wiem. Twoje słowo przeciwko mojemu? Jak myślisz. ale to nieprawda. – Proszę. Zatrzymała się. Widziałem cię – rzucił oskarżycielsko. a nie ze stali. proszę. – Nie pozwól. Ma cztery kreski. że jeszcze ktoś ma cztery kreski. Sam ma cztery kreski. – Jak myślisz. Nagle znał już odpowiedź. Caine dostałby świra. – Bardzo bolało. żeby mnie skrzywdził – szepnął. komu uwierzyłby Caine? Jack nie miał już nic. – Uderzyłem się w palec u nogi – wyjaśnił Jack. co? – Nie mów Caine’owi – powiedział błagalnym tonem. jak się odgryźć. niż się wydaje. Ogarnęło go przerażenie. Nawet przez chwilę się nie zawahała. ..

– Powiedz to. Umieści cię na liście. Uśmiechnęła się. – Należysz do mnie. – Będę cię chronić. Bez zadawania pytań. – Wiem. ty to zrobisz. I jeśli będę cię potrzebowała.– Zrobi to. Znowu skinął głową. – Tak. . Wydawało się.. I masz nikomu nie mówić o swojej mocy ani o naszej umowie. Nie do Drake’a. proszę. – Zrobię. Pocałowała go w policzek. że jej oczy topnieją. że zrobisz – szepnęła mu do ucha. – A teraz chodźmy. Do mnie. Ale jest jedna rzecz. Nie do Caine’a. Od tej chwili należysz do mnie. Chyba że ja będę cię chronić. Jack. Kiedy cię o coś poproszę. Prosisz mnie o ochronę? Dostrzegł promyk nadziei w swoim osobistym mroku. Jesteś moim własnym małym Hulkiem. co tylko zechcesz. pieczętując układ. z lodowatych stały się niemal ciepłe.. Tak. – Chroń mnie.

Insect Surfers. Drzewa były tu mniejsze i rosły rzadziej wśród wysokiej. Mieli teraz plecaki. Edilio i Sam zaopatrzyli się w dobre noże. Świetny koncert. Wychodzili z parku narodowego Stefano Rey. ale zostało jej i tak dosyć. Weezer. Jack Johnson. Tego ranka natknęli się na kemping. należące do obcych ludzi. które znaleźli. wyschniętej trawy. Mały Pete prawie się uśmiechał. – Nigdy o nich nie słyszałam – stwierdziła Astrid. Śniadanie nieco poprawiło wszystkim humory. – To zespół Weezer – powiedział Quinn.Rozdział 30 108 GODZIN. – No. jedzenie i śpiwory. żeby cała piątka zjadła porządne śniadanie. to raczej skapunk. Ale Jack Johnson pewnie by ci się spodobał. podążając w dół po suchym górskim zboczu. . Jej tekst stanowił coś w rodzaju ponurego hołdu dla surfingu. 12 MINUT Quinn śpiewał piosenkę. a Quinn miał za zadanie nieść latarki i baterie. – Jaka radosna – skomentowała oschle Astrid. – Kapele surferskie – wyjaśnił Sam. – Wiedzieliśmy ich z Samem w Santa Barbara. Niedźwiedzie zżarły większość znajdującej się tam żywności. Weezer może nie za bardzo.

każdy kanał. Bariera często przecinała drzewa na pół. – Klasyczną. – Właściwie. . po czym podniósł się z zażenowaną miną. ich konary sięgały muru i znikały. Od czasu do czasu Sam sprawdzał jakiś rów albo zaglądał za głaz. – Niech zgadnę – wtrącił Quinn. zachowując jeszcze większą ostrożność.Szli. gdzie stali Sam i Quinn. Było to niesamowite doświadczenie. Sam uśmiechnął się. I jazz.. Bariera zasłaniała każdy wykrot. wykonano ją doskonale.. gdzie bariera nie sięga. Obejmowała każdą skałę i przecinała każdy krzak. – Pokażcie – powiedziała z zapałem Astrid. – Nie lubię węży – przyznał Edilio. ale wyraźnie obumierały. mając barierę po lewej stronie. – Wąż! – wykrzyknął Edilio. nie opadały. Nie miała przerw. najwyraźniej odcięte od substancji odżywczych. szukając miejsca. – Komicznie przeciągnął słowo „jazz”. Gałęzie. Cofnął się niemal tanecznym krokiem. Wkrótce jednak uznał to za bezcelowe. które wystawały z bariery. Jak zauważyła wcześniej Astrid. – Jaką muzykę lubisz? – spytał Sam. Albo sterczały z niego. potknął się i upadł. Nie miała końca. Ostrożnie zbliżyła się do miejsca. Po chwili spokojniejszym tonem dodał: – Tu jest wąż. Liście były zwiotczałe.

I ujrzał to. co wyglądało jak różowe żyłki. – To nie wąż – stwierdziła. ale szarej i poprzetykanej czymś. kiedy się z takim wdziękiem odsunąłeś. – Co to? – Przy wężowym ciele zwieszały się płaty skórzastej skóry.– Tak. pełnej opadłych liści. – Sama sobie spójrz – odparł Edilio. Sam podszedł z ociąganiem. Na początku zobaczył tylko trójkątną głowę. zorientowałem się. – Strzepnął z pleców Edilia trochę pyłu i suchych liści. – Powinniście na to spojrzeć! – zawołała nagląco dziewczyna. co tam było. powiedziała: – Zobacz. Ale nie chciał też okazać się tchórzem. – Ja już raz widziałem. Tak naprawdę nie chciał oglądać węża. – Może być zdolny do lotu. – To grzechotnik? – Już nie – odrzekła Astrid. Przynajmniej krótkiego. Podkradł się bliżej. Mniej więcej piętnaście centymetrów za głową. – Stań za mną. Raczej nic nam nie grozi. wystającą z głębokiej na jakieś trzydzieści centymetrów jamy. niepokrytej łuską. – Gdy zajął wskazane miejsce. leży w szczelinie w ziemi. Jeden rzut oka na węża zupełnie mi wystarczy. – Przynajmniej nie tylko wąż. Sam zamarł. – Słucham? – Podchodź powoli. . – Wyglądają jak szczątkowe skrzydła – stwierdziła. – Tylko go nie przestrasz – powiedziała Astrid.

– Ruszmy się – powiedział Sam. na co mogą nadepnąć. Musiał pomyśleć. ze wzrokiem wbitym w ziemię.– Węże nie mają skrzydeł – zauważył Sam. po czym usiadł w pewnym oddaleniu od pozostałych. Wszyscy szli teraz ostrożniej. – Aha. mutacja musiała się zacząć przed ETAP-em. To dobrze. Teraz to. że mamy za mało zmartwień – skomentował Quinn. Oboje cofnęli się powoli. Właściwie. – Grzechotnik ze skrzydłami – odrzekł Sam. Wszyscy czekali. głównie dlatego. a potem wziął swoją puszkę brzoskwiń i batonik Power. czuł to. bo myślałem. Gdy wszystkie oczy skierowały się na nią. – Co to było? – spytał Quinn. że ETAP przyspiesza ten proces. usiadł i ogłosił strajk. jakby się spodziewał. aż przedstawi jakiś plan. Na powrót dołączyli do Edilia. wyjaśniła: – Znaczy. że nie było sensu tak stać i gapić się. . – Kiedyś nie miały – odparła ponuro. że ktoś pojawi się z tamtej strony. Sam pomógł przygotować posiłek. Quinna i małego Pete’a. gdy mały Pete zaczął tracić cierpliwość. biorąc pod uwagę Pete’a. Sama i innych. – Mnie to nie dziwi – odezwała się Astrid. że w ETAP-ie trwa jakaś przyspieszona mutacja. bardzo uważając. Potem był teleportujący się kot Alberta. Widzieliśmy zmutowaną mewę. Ale podejrzewam. Zatrzymali się na drugie śniadanie. to oczywiste. który podnosił wzrok ku niebu.

Nie wiem. Po prostu odbijała światło i czasami zdawało się. ale Astrid miała rację: nieważne. Lekko połyskiwała w słońcu. Jest pod nami i nad nami. Może jakieś odbicie. że Astrid podchodzi do niego z tyłu. – Celowo stąpnęła na małą gałązkę i z trzaskiem złamała ją na pół. która ciągnęła się i ciągnęła. – To sfera. – Może to iluzja. Raczej poczuł. była taka sama za dnia i nocą. ale właściwie się nie zmieniała. na otwartej. Z tej wysokości powinni zobaczyć także coś ponad nią. gdzie się stało. Słońce paliło. Nie wyglądało na to. – Naprawdę nie wiem. gra świateł i cieni. że widać otwór. bariera wydawała się równie wysoka i równie nieprzenikniona. Widzieli tylko barierę. . które sięga za barierę czy element terenu. pozbawionej cienia przestrzeni. – Nie cierpisz mówić „nie wiem”. – Dlaczego w nocy widzimy gwiazdy? Dlaczego widzimy słońce? – Nie mam pewności. Zawsze miała tę samą barwę lekko skrzącej się szarości. niż usłyszał. czy widzimy słońce – odparła. prawda? Roześmiała się. bez końca. Grunt był kamienisty.Znajdowali się wciąż nieco powyżej dna doliny. drzewo. Zawsze jednak było to tylko złudzenie optyczne. – Tak mi się wydaje – przyznała. – Otacza nas ze wszystkich stron. który przechodzi przez jakąś dziurę. prawda? – powiedział. żeby mieli natrafić na jakieś schronienie czy skrawek cienia.

– Pokręciła z żalem głową. jak Quinn użył sformułowania. Podobała mi się twoja idea jajka. – Pamiętasz. To nie są tylko mutacje.– Zauważyłeś. ale nie dotykając go. szukanie wyjścia. że bariera to nie tylko mur. – A co by to wyjaśniało? – Podniósł rękę. jak my je pojmujemy. co się z nami dzieje. Mur nie wyjaśnia tego.. że . nie? Znaczy. z Pete’em. I dalej znikają. Z tobą. z ptakami. – Czy świat ciągle tam jest? Po drugiej stronie bariery? Usiadła przy nim. – No i? – No i. że ktoś włamał się do komputera wszechświata? – Przejmujesz teraz pomysły Quinna? Gdzie się podział twój geniusz? Zignorowała tę drwinę. że Caine umie przemieszczać przedmioty siłą umysłu. czemu nagle zniknęli wszyscy. To pogwałcenie praw natury. To. I nie wyjaśnia. – Może nie być wyjścia – potwierdziła Astrid. żebyś znowu powiedziała: nie wiem. którzy mają więcej niż piętnaście lat. nie chcę cię zmuszać. – Czekaj. nie wierząc. – Wszechświatem rządzą określone zasady. myślę. Nic z tego. nie może się dziać pod oprogramowaniem naszego wszechświata. To. – To strata czasu. Ale prawdę mówiąc. co widzimy. że ty strzelasz światłem z rąk. Sam westchnął i zwiesił głowę. Przynajmniej w takim znaczeniu.. z kotem Alberta i z wężami. – Wiele o tym myślałam. dość blisko. Jak systemem operacyjnym komputera.

stało się coś. Może nastąpiło kilka takich zdarzeń. Ty. że to inny wszechświat. – Nie jestem pewna. ale do Stephena Hawkinga sporo mi brakuje. – Jakby ktoś zawirusował oprogramowanie starego wszechświata. łatwiej je zmienić. – Właśnie. jakby właśnie pozbyła się wielkiego ciężaru. Bardzo mały. bo nie są w pełni ukształtowane. Od przemian.. mam na myśli. – Jest tylko jeden wszechświat. co zaburzyło równowagę. – Teoria wielu wszechświatów powstała już dawno temu – zauważyła Astrid. które unoszą się obok siebie i mogą się połączyć. – Tylko wiesz co. – Ale może stało się coś. – Jak się przedostać przez tę barierę. a nie dorośli. że nie jesteśmy już w starym wszechświecie. Ale może te . Kiedy mówię. tego ranka. z ulgą..wypowiada te słowa. – Odetchnęła głęboko. Powstał nowy wszechświat. Zaczęło się od czegoś małego. Petey. Caine. Tylko w małym stopniu. Ale efekt tych działań rozprzestrzeniał się i w pewnym momencie stary wszechświat nie mógł już pomieścić nowej rzeczywistości. czy w ogóle można się przedostać. na niewielkim obszarze. Wbił w nią wzrok. A potem. Astrid? Położyła dłoń na jego ręce. – No i to chyba oznacza. Może jesteśmy jak bańki mydlane. co zaczęło zmieniać zasady rządzące starym wszechświatem. zachodzących w jednostkach. że możemy nie mieć żadnego punktu stycznego ze starym wszechświatem. Sam? Dużo wiem. Dzieci.

Siedzieli razem i patrzyli na pustynię. . Po jakimś czasie Sam odwrócił się do Astrid i znalazł jej usta. by zabrzmiało to beztrosko. – Nie ma drugiej strony. – Co? – Nie mogę spędzić następnych czterech dni. – Mogę się mylić.. skulony ze strachu. opuszczonym nosem usiłując wywęszyć zdobycz. Bariera to koniec wszystkiego.. – Wiesz co? – odezwał się w końcu Sam. A potem oparli się o siebie. Skinęła głową. Tak proste i naturalne. a on bardziej poczuł. w tym nowym wszechświecie. co istnieje. W oddali człapał samotny kojot. aż Sam miał wrażenie. Astrid nie miała na to odpowiedzi. Zdawało się to proste i naturalne. niż zobaczył ten ruch. – Dołujesz mnie – stwierdził. tutaj. – Więc co jest po drugiej stronie bariery? – Nic – odparła. wiesz? – powiedział. Odsunęli się bez słowa. Splotła swoje palce z jego palcami. – Pewnie się dowiemy za. bezskutecznie starając się. napawając się tym tak zwyczajnym kontaktem fizycznym. Para myszołowów zataczała na niebie leniwe kręgi.bańki dzieli miliard kilometrów. – Dodajesz mi odwagi. Którego mamy dzisiaj? Za niecały tydzień. że serce wyrwie mu się z piersi.

żebyś był bezpieczny i nie szukał kłopotów. więc łatwo namieszać ci w głowie. – Za późno – rzucił z wymuszoną lekkością. jedząc liofilizowane porcje turystyczne. wiesz? – spytał. – Nie. – zaczęła. jeśli zniknę. – Nie jesteś taki mądry jak ja. że już nie chcę. – Mieszasz mi w głowie. Potem znów spoważniał.– Właśnie myślałam. Quinn. Dłonią pogładził jej włosy. Wziął Astrid za rękę i pociągnął ją za sobą. Astrid. Nie możemy po prostu ukrywać się wśród drzew.. Uśmiechnął się. że mogę spędzić ten czas.. Jakby dla podkreślenia swoich słów. Albo mogę spędzić go z podniesioną głową. Przynajmniej ja muszę. Popełniłem wiele błędów. Nie możemy po prostu się chować. Sam wstał. co spotka ciebie i małego Pete’a? – Sami damy sobie radę – skłamała. – Edilio. Nie możemy. tylko został ze mną. Razem wrócili do pozostałych. Chcę.. żebyś był odważny – odparła Astrid. I może teraz . – Rzecz w tym. bojąc się i szukając możliwości ucieczki. żebyś był blisko. – Jeśli zniknę. Wargi Astrid zadrżały i dziewczyna otarta łzy. – Musimy wrócić. Może wtedy. żebyś był ze mną. Muszę stawić im czoło. przynajmniej ty i mały Pete.. – Chcę. – Możemy wszyscy po prostu. które właśnie zaczęły napływać do oczu.

Isabello – Albert. Sałatki zniknęły bardzo szybko. Zmęczyły mnie próby ucieczki. – A dla Isabelli zestaw dziecięcy. Albert – odrzekła Mary. Ale zmęczyło mnie już unikanie walki. – Dla mnie chyba Big Mac i duże frytki – poprosiła Mary. – Isabella jest nowa. Bardzo. Grupa poszukiwawcza właśnie ją znalazła i przyprowadziła. – Witamy w McDonald’s – powiedział Albert. To jest Isabella. – Nareszcie – odetchnął Edilio. Ale muszę wrócić do Perdido Beach. Koktajli mlecznych nie było.popełniam następny. Podniosła wzrok na menu. Musicie sami postanowić. – O. – Będziemy walczyć z Cainem? – spytał Quinn z niepokojem. gdzie wiele pozycji zasłonięto przyklejonymi taśmą kawałkami czarnego kartonu. która zauważyła ten uśmiech. – Nie ma mojej mamy i taty – oznajmiła mała. Albert czekał cierpliwie i uśmiechał się do dziewczynki towarzyszącej Mary. przepraszam – powiedziała – powinnam was sobie przedstawić. – Moich rodziców też nie ma – odrzekł Albert. – Nuggetsy z kurczaka czy hamburger? . czy chcecie iść ze mną. – Czym mogę służyć? – Cześć. – Witaj w McDonald’s – rzucił chłopak. bo zepsuła się maszyna. że wszyscy przeze mnie zginiecie. ale to bardzo się martwię.

Rozległ się sygnał timera. – No to niech będzie bagietka. Podniósł kosz. wycisnął trochę sosu. – A tego Big Maca chcesz z bagietką. po czym wrzucił frytki do opakowania. Następnie . Albert przewrócił kotlety na drugą stronę i nałożył pokrywę. Szybki ruch solniczką. No i oczywiście nie ma sałaty. Włączył oba timery. potrząsnął nim. posypał siekaną cebulą. Dziewczynka była poważna i zdawało się.– Nuggetsy. bułką angielską czy z gofrem? – Z gofrem? Wzruszył ramionami. Wyjął bagietkę. nigdzie nie można znaleźć świeżego pieczywa. Używam wszystkich mrożonek. że lada chwila może zalać się łzami. Albert opuścił kosz z frytkami do wrzącego oleju. jak w części jadalnej Mary próbuje rozweselić Isabellę. Czekał i patrzył. Na twoim miejscu wziąłbym bagietkę. by pozbyć się resztek oleju. Sprawnie przemieścił się do grilla i rzucił na niego trzy mięsne krążki. – Nadal masz specjalny sos? – Mam ze dwieście litrów sosu do Big Maców. Zacznę szykować zamówienie. ale o tym wiesz. by przyspieszyć smażenie. dodał dwa plasterki ogórka. które się nadają. W drugim koszu umieścił porcję nuggetsów. starczy ich na wieki. – Przykro mi. Jeśli chodzi o ogórki konserwowe.

– Mięsa do hamburgerów mam mnóstwo. Napawał się swoimi tanecznymi ruchami. Więc w zestawie Happy Meal jest zabawka. ale zabawkę wzięła. Położył zamówione rzeczy na dwóch tacach i zaniósł je do jedynego zajętego stolika. Tyle że nie taka. Pierwszego dnia ETAP-u przejeżdżała ciężarówka dostawcza. a przynajmniej w jego pobliżu. Tak czy siak. wiesz..wyciągnął nuggetsy. W restauracji nie było teleportujących się kotów. silnik ciągle pracował. – Ale mam inne. Albert pozostawał w McDonald’sie. Musiałaś ją widzieć. które ćwiczył i doskonalił przez ostatnich. – Super – powiedział Albert z cichą satysfakcją. Ile dni minęło? Osiem? Dziewięć? Dziewięć dni prowadzenia baru McDonald^. które wszyscy określali teraz sformułowaniem „Kot Alberta”. Cała tutejsza chłodnia jest pełna. jak zwykle. kiedy tam poszedłem. Do tego mam hamburgery w zamrażarkach w . Nie uśmiechnęła się.. – Skończyły się normalne zabawki promocyjne – oznajmił Albert. Od czasu zdarzenia. Isabella wyciągnęła ze swojego opakowania małą plastikową laleczkę z jasnoróżowymi włosami. drobiazgi z Ralph’s czy coś. uderzyła w sklep z tłumikami. – Dzięki – powiedziała Mary z uśmiechem wdzięczności. – Jak długo ten lokal może być otwarty? – spytała Mary. więc działała też chłodziarka.

Dzięki tobie ludzie myślą. Ale chyba mogę zrobić sobie przerwę i usiąść przy stoliku obok. jaką od kogokolwiek w życiu usłyszał.całym mieście. – Co potem? Albert zawahał się. czy powinien zagłębiać się w temat. ale potem. – W podręczniku jest napisane. nie możemy żyć bez końca. do tego jedzenie w sklepie spożywczym i w domach. zadowolony. – Kiedy skończy się ETAP. Frytki skończą się wcześniej. które zostało. i . Mary uśmiechnęła się. – Z zadowoleniem pokiwał głową. Czyli starczy plus minus na dwa miesiące. Mamy do dyspozycji wszystko. że to najmilsza rzecz. – Szesnaście tysięcy dwieście osiemdziesiąt kotletów. Poczuł się nieswojo. że to mówisz. Usiądź z nami. żeby przyszedł tu menedżer regionalny i powiedział: „No. że ma z kim podzielić się swoimi troskami. Albercie”. no. – To coś więcej niż dobra robota. chciałbym. powiedział: – Słuchaj. wiesz? – Dzięki. że nie siadamy z klientami. jakby nie miał pewności. że istnieje jakaś nadzieja. Albert skinął głową. fajnie. Sprzedaję około dwustu pięćdziesięciu dziennie. licząc tylko na jedzenie. dobra robota. tak? – To mnóstwo żywności. – Pomyślał. Mary. – Wciągnąłeś się w to. co jest tutaj.

– Czy Caine o tym wie? – Mówiłem mu. kto rządzi. .. nie kiedy ktoś jadł to. Skinęła głową. – To chyba zadanie dla Caine’a albo. – A kiedy będzie „w końcu”? – Nie wiem. Ale to Mary zadała pytanie. Wiele dzieciaków przychodziło i tylko narzekało. dla kogoś podobnego – powiedział ostrożnie. że nie ma dokładnie tego. Niedługo skończą się napoje gazowane. Prawie nie ma batoników ani chipsów. a w mniemaniu Alberta Mary była święta. – To dość poważny problem – stwierdziła. – Możemy wytwarzać żywność? – zastanawiała się na głos Mary. co przygotował. Wzruszył ramionami. zupełnie jak święci w kościele.. Ale niedługo ludzie zaczną walczyć o jedzenie. – Ale martwisz się. A w końcu zostaniemy bez niczego. Ale już występują braki. Ale pochłaniają go inne sprawy. – Staram się robić swoje. – A ja mam ten lokal – zgodził się Albert. co będzie dalej? – drążyła Mary.aż się zaczerwienił. – Wiesz co? W sumie mnie nie obchodzi. Zużywamy to. – Teraz jest dużo jedzenia. – Ja muszę zajmować się dziećmi. co mamy. czego sobie życzyły. Albert nie chciał rozmawiać na smutne tematy. Mary odgryzła dwa kęsy Big Maca. Nie wytwarzamy żywności.

Dla Alberta była to dziwna chwila. że z bagietką smakuje lepiej niż zwykle. uważał. chciał. Biorąc pod uwagę wszystkie aspekty. co się dzieje w Perdido Beach. Ale jedyna osoba. – Tak. co się stało. A Albert nie widział. co miałby ze sobą zrobić. . czy może. Ale nie miał pewności. I była ścigana. A jeśli Mary patrzyła na to inaczej? Co. która mogła stawić im czoło i rządzić. W szkole był po prostu jednym z uczniów. Podziwiał Mary. – A Sam miał remizę. I pierwszy raz w swoim życiu był kimś ważnym.– A Dahra ma szpital – dodała Mary. – Myślę. gdyby stracił bar. jeśli powie Drake’owi. – Jak kanapka? – spytał Mary. A teraz stał się Albertem Hillsborough – biznesmenem. jaką kiedykolwiek poznał – nie licząc jego mamy – i chciał jej ufać. – Wiesz co? – Uśmiechnęła się i zlizała keczup z palca. Praca pozwalała mu nie myśleć o tym. by Caine i Drake zniknęli. przebywała gdzieś daleko. że Albert narzeka? Drake mógłby kazać mu zamknąć lokal. Martwiło go to. że to najpiękniejsza osoba.

to Caine ogłosi swój sukces. jeszcze bardziej nerwowy niż zwykle i – jak się Jackowi zdawało – przerażony. Ciągle na . o czym zdecydował Caine. 13 MINUT Z Perdido Beach do Coates wlekli się okropnie. Drake nie potrafił zostawić broni w spokoju. Bardziej szary. Jack zastanawiał się. niż czarny. Jeśli się uda. którego uważał za wariata. a potem próbował się zorientować. Było ciemno i Panda powtarzał. Kilka razy dokładnie odpytywał Jacka z procedury nagrywania wielkiego odejścia Andrew. że nigdy nie prowadził po ciemku. Caine siedział przy nim i obgryzał kciuk. Przez całe pięć minut szukał włącznika świateł. miała wyjątkowo mało do powiedzenia. czy obawia się powrotu do Coates w takim stopniu jak on. która siedziała obok Jacka.Rozdział 31 100 GODZIN. Z jakiegoś powodu Jack stał się odpowiedzialny za to. W przeciwnym razie wina bez wątpienia spadnie na Jacka. lecz przejęty. Jack był wciśnięty między Dianę a Drake’a. A już z pewnością nigdy nie widział pistoletu w rękach chłopaka. jak on działa. Diana. Drake trzymał na kolanach automatyczny pistolet. Jack nigdy nie widział pistoletu z bliska. Za kierownicą siedział Panda. milczący.

I miał już dosyć Drake’a Merwina. widocznie zasnął – nakazał Drake. jeszcze wyższych kolumn.przemian zabezpieczał ją i odbezpieczał. A wiesz. Spędził ten czas z Drakiem. gdy w pośpiechu zbierał potrzebny sprzęt. chociaż wieczór był chłodny. Otworzył okno i celował do mijanych znaków drogowych. Pistolet działa na ludzi uspokajająco. Zbliżyli się do bramy. że Caine nie pozwoliłby mu zostać w domu. – Wiesz. . dwa skrzydła z kutego żelaza wznosiły się na sześć metrów. Jack się pocił. Była imponująca. żeby Andrew był grzeczny. Diana parsknęła swoim charakterystycznym śmiechem. widniało na dwóch pozłacanych tablicach. po czym znowu umilkła. a Caine opuścił szyby. mnie zupełnie uspokaja – odparła Diana. jak się tym posługiwać? Czy może postrzelisz się w stopę? – spytała w końcu Diana. – To tylko rekwizyt. że jest chory i nie może jechać. – Nie będzie z niego strzelał – warknął Caine. zanim Drake zdążył odpowiedzieć. Motto Akademii. – Tak. szukając w domach kamer i statywów. ale nie strzelał. wiem. – Zamknij się – powiedział Drake. jaki potrafi być trudny. kto pilnuje bramy. Przymocowana była do kamiennych. wiedział jednak. że może zwymiotować. które łączyły się po zamknięciu bramy. – Zatrąb. Jack czuł. Miał ochotę powiedzieć. Chcemy. Przez cały dzień czuł się coraz gorzej. Ten. Ad augusta per angusta.

stłumiony przez drzewa. Panda przejechał przez bramę. Jack nigdy go nie lubił – zresztą nie lubił go nikt – ale Caine miał rację: Benno był draniem. We wszystkich oknach paliły się światła. Jechali w milczeniu. Benno był osiłkiem. Wyłonił się z niej po kilku sekundach i wsiadł z powrotem do samochodu. że może zlekceważyć rozkazy Caine’a. Caine zmarszczył brwi. co każe większy drań. Jedno z okien na pierwszym piętrze zostało zniszczone. by sądzić. – Coś tu nie gra – stwierdził Panda. przed budynkiem. Nie miał własnego zdania. Otworzył ją i przeszedł do kamiennej wartowni. Dźwięk brzmiał płasko. Benno zawsze wypełnia rozkazy. Pod jedną ze ścian piętrzyły się deski. Panda zatrzymał samochód na końcu podjazdu. Od szkoły dzieliło ich jeszcze czterysta metrów. – Nic tu nie gra – odparła Diana. tak że wyraźnie widać było salę lekcyjną. Gdy nie doczekał się odpowiedzi. który robi to. – To niepodobne do Benna. któremu Caine powierzył władzę nad Coates. . patrząc we wsteczne lusterko.Panda krótko nacisnął klakson. I nie był na tyle głupi. Drake wysiadł z pistoletem w dłoni i ruszył do bramy. przytrzymał go dłużej. – Drake – rzucił Caine. Tablica była popękana i uszkodzona. Wszystkie rysunki i plakaty.

Nie chciał zastanawiać się nad prymitywnym i okrutnym rozwiązaniem problemu . – Chodźcie – polecił Caine i wysiadł na żwir. – Noga mnie boli. przerażone. wyjące. Jack starał się o tym nie myśleć. – Benno stracił kontrolę – skomentował Drake. Ze środka wylało się światło i Jack ujrzał kilka kształtów. – Mówiłem. – Niedobrze – powiedziała Diana. – Chłopak. Na trawniku leżał spory fragment ceglanej ściany. a potem znów się przewrócił. Zabetonowano im dłonie. a reszta poszła w jego ślady. jak na kogoś z trzema gwiazdkami. krzyczące. Ale Jack oczywiście wiedział. – Nie ma mowy – odrzekł Panda drżącym głosem. do którego przyjechaliśmy – odparła.które kiedyś ozdabiały klasę. W tym momencie drzwi otworzyły się. Nie mogę nią ruszyć – jęknął. że Benno to mięczak. Zobaczymy. Uderzył o drzwi i bezwładnie spadł na ziemię. co nas czeka. wejdź po schodach i otwórz drzwi. Postacie niezdarnie zbiegły ze schodów. że wcale nie niosą tych bloków. uderzając leżącego Pandę. – Tchórz – Caine wyciągnął dłonie przed siebie i nagle Panda wzbił się w powietrze. Każda niosła grubo ciosany blok betonu. próbujące się wydostać z budynku. Podniósł się powoli. przeciągając samogłoski. – Panda. – Kto ma taką moc? – spytał gniewnie Caine. które przypominały małpy. spłonęły albo zwinęły się od gorąca. – Chociaż to spore zniszczenia.

Zaobserwował to. Benno nas karmił. a twarz pokryta brudem. Nie było ucieczki. Diana podniosła Jacka i pchnęła go naprzód. ale zniknął. a Drake podbiegał. A Caine kazał Drake’owi zrobić tę straszną rzecz. pełnych rozpaczy głosów. Nie może tu zostać. Odwrócił się.. że nadnaturalne moce najwyraźniej skupiają się w dłoniach. Jack zgiął się wpół i zwymiotował na żwir. upadła u stóp Jacka. Jack – powiedziała Diana. do kogo należysz – szepnęła mu do ucha Diana. nie „odkryli” – to on odkrył. że posiada moc. że Jack odczuł panikę. tak błagalnych. Caine wchodził już po schodach. ale Drake złapał go za ramię i pociągnął naprzód. Ale odkąd zauważył. Był to chór słabych. której przedramiona powyżej betonu były całe poczerwieniałe. Błagam.. Nic nie jedliśmy. I powiedział Caine’owi. Dość wcześnie odkryli. Dziewczyna o imieniu Taylor. by go dogonić.nielojalnych osób. obok . – Pamiętaj. – Jack – wychrypiała. obdarzonych mocami. – Dramatyzujesz. Dziwolągi domagały się jedzenia. Nie... Nie może być wśród tych ludzi. Jack poprawił się surowo. – Dajcie jeść! Dajcie jeść! Musimy jeść! – wykrzyknęli nieszczęśnicy z blokami betonu. niemal nie myślał o niczym innym. – Głodzą nas.

– Andrew. Drake pędził. Cegły zaczęły się przez nie przebijać. Drake poleciał w tył. . by stanąć z przodu.dzieciaków z zabetonowanymi rękami. – Twoje czary zaczęły działać. jakby przeleciał nad nimi ponaddźwiękowy odrzutowiec. jakby wyrosły im skrzydła. na Caine’a. przypominającym walenie młota pneumatycznego. Przelatywały obok głowy Caine’a i ku otwartym drzwiom. Drewno pękało z hukiem. Caine utrzymał równowagę. – Ale i tak mi nie dorównasz. kto stał po drugiej stronie drzwi. szybkie niczym pociski z karabinu maszynowego. Jack zobaczył sylwetkę Caine’a w drzwiach. Unosiły się teraz i odlatywały. Andrew! – wołał. ale Drake padł na kolana i jęczał. wciąż ciskając w powietrze ceglanymi pociskami. Caine roześmiał się. Drzwi zatrzasnęły się. Raptem rozległ się huk. jedna za drugą. że możesz ze mną walczyć? Ruszył naprzód. Caine wyciągnął rękę przed siebie. Rozcapierzył pałce. Fragment ściany na trawniku rozpadł się na pojedyncze cegły. Pistolet wypadł mu z ręki. nawet się nie oglądając. szydząc z tego. zatykając dłońmi uszy. W ciągu kilku chwil drzwi zmieniły się w stertę kawałków drewna. jak przystało na wiernego pieska. to ty? Myślisz.

– Chyba nie chcesz przegapić tego widowiska. Wola walki opuściła Andrew. dopóki nie ujawniła się jego moc – stał jak wryty mniej więcej trzy metry od Caine’a. – Nie zmuszaj mnie. zdominowany przez masywny żyrandol. Jego spodnie znaczyła mokra plama na wysokości krocza. – Caine. a na jej twarzy malowało się podniecenie. Andrew niepewnie ruszył do drugich schodów. Czuł się winny. Diana uchylała się przed lecącymi cegłami. przyłapane właśnie przez matkę na czymś niewłaściwym.. którego Jack zapamiętał jako dosyć miłego – nawet nie gnębił innych. – Głos mu drżał. Andrew. no wiesz. Przestraszony. Z dwóch stron bliźniacze schody prowadziły na górę. Wysoki na trzy piętra. żebym te schody też zniszczył – ostrzegł Caine. Myślałem. – Chodź.. jak się zaczęła. Nie wiedziałem. Dłońmi próbował zasłonić plamę na spodniach. Jack – powiedziała. atakuje nas Frederico. stary. Kanonada cegieł skończyła się równie niespodziewanie. Chciał się jakoś dogadać. . Wyglądał jak dziecko.. W środku znajdował się wielki hol.. – Mielibyśmy spory kłopot. który Jack dobrze znał. że.Przeszedł przez zniszczony otwór drzwiowy. Hałas był potworny. że to ty. Cegły roztrzaskały już część schodów na kawałki. chłopak. Ręce mu opadły.

Caine.. – Benno wyparował. który szykuje . – Za kogo ty się uważasz. że przejmuje władzę. Ale ja chciałem cię tylko zastąpić. chcąc dowieść. Andrew? – A co miałem zrobić? – wił się Andrew.. A ktoś musi rządzić. chociaż Benno kumplował się bardziej ze mną niż z nim. Zresztą i tak mamy Andrew. Caine to cienias. Wiesz. że. że próbujesz rządzić. teraz ja rządzę. Frederico nawijał. że Jack nie popełniłby błędu z liczbami. nie? Frederico próbował przejąć władzę... Zrobiło mu się niedobrze. A potem zaczął majstrować przy swoim palmtopie. zapomnijcie o nim. Frederico gadał. – Freddiem zajmę się później – przerwał mu Caine. no wiesz.. i potem. – Caine. Caine dalej wbijał wzrok w Jacka.. – Jakim cudem przegapiliśmy urodziny Benna? Jack nie miał odpowiedzi. Odezwała się Diana. a może czasami w szkolnych aktach są błędy? Może jakaś zgrzybiała sekretarka wpisała jedynkę zamiast siódemki czy coś? Nie obwiniaj Jacka.. W końcu wzruszył ramionami. Caine przestał go słuchać i posłał wściekłe spojrzenie Jackowi. – Możliwe. – Ten pomysł wyraźnie dopiero przed chwilą przyszedł mu do głowy. Bezradnie wzruszył ramionami. że urodziny Benna nastąpiły zbyt wcześnie..– Freddie? A co on ma z czymkolwiek wspólnego? – Benno zniknął. – Nic więcej nie robiłem. po prostu cię zastępowałem.

– Co to znaczy? – Chcemy tylko popatrzeć – wyjaśnił Drake. Caine. . zastrzel tę szuję – powiedziała Diana. – Jack. Nie. no wiesz. nerwowym śmiechem. M-m-muszę po niego wrócić. czemu się boisz zabetonowania. zabierz tego jąkałę i przynieście rzeczy – nakazał Caine.. ale spał wtedy. – Myślę. że jeśli masz moc.. gdybym wiedział. – Drake. o ile nie śpisz i jesteś. – Nie. Benno spał. Widzisz. Koleś miał moc. w życiu nie użyłbym mocy przeciwko tobie.się do swojego wielkiego skoku. Więc myślę. Caine wzdrygnął się. weź Andrew za rękę i zaprowadź go do stołówki. a potem próbował się roześmiać. że to ty. A potem przemówił: – Ciekawa teoria. Sprawdzimy ją. Diana wybuchnęła głośnym. – Pozwalasz tym popaprańcom głodować – warknęła Diana. – Diano. Znaczy. – Tylko nie. gotowy. – Nie zamierzam stąd spadać. Andrew oblizał wargi. Nie zamierzacie mnie zabetonować. – Drake. co? Nadal jestem twoim człowiekiem. masz swój sprzęt? Jack aż podskoczył ze zdumienia. że znów się do niego zwracają. to nie znikasz. – Kończy nam się jedzenie – jęknął Andrew. – Rozumiem. że zrobimy to w stołówce – oznajmił Caine. Andrew. Drake tylko się roześmiał.

Parę godzin wcześniej natknęli się na głęboki. że może coś zrobić. i wszyscy się bali. Hawaje. więc posuwali się powoli i ostrożnie. – Jak tylko znajdziemy w miarę płaskie miejsce do rozłożenia śpiworów. stary? – zainteresował się Edilio. – Hawaje. gdy mały Pete wył. – Może trzeba było rozbić obóz w tamtym wąwozie – odezwał się Edilio. a nie z powrotem do domu Astrid. – Nie przejmuj się nim. chętnie się zatrzymam – przyznał Sam. – Jeśli zwariuje i postanowi zabrać nas w magiczną podróż.Gdy świeciło słońce. chcę trafić na Hawaje. stromy jar. Jego ściany właściwie uniemożliwiały wspinaczkę. szczekliwe wycie przyprawiało ich o dreszcze. – To tylko kojot – stwierdził Sam. – Dlaczego ciągle mówisz „Hawaje”. Lecz teraz. Ledwie widzieli. gdzie stawiają stopy. – Jestem za. w ciemnościach. Pete. ten dźwięk wydawał się niemal intrygujący. Mały Pete bardzo się przeraził. którego nie dało się ominąć. – Hawaje – zaczął powtarzać Quinn. gdy ciągnęli go na górę. Hawaje. Edilio myślał nad tym przez chwilę. Ale mały Pete nikogo nie próbował teleportować ani .

budynek czy coś. – Patrzcie! – Sam wyciągnął rękę. – Tam coś jest. Sam postanowił nadal podążać za nią. Nie widać . Rozległo się zaskakująco głośne poszczekiwanie. – Chyba nie myślisz o kojotach. Chyba. jaki przyszedł mu do głowy. że kojoty to pryszcz – mruknął Edilio. – Za kiepsko widzę. Po lewej stronie bariera coraz bardziej oddalała się. – Tam jest po prostu ciemniej niż dookoła. tak czy owak. żeby mieć pewność – stwierdził Sam. Nie miał już nadziei. co? – Myślałem. – Z tamtej strony.. a coraz mniej kamieni – zauważyła Astrid. – Petey od dłuższej chwili się nie potknął. ale blisko – powiedział Edilio. – Nic nie widzę – powiedział Quinn. – Ale zatrzymajmy się za pięć minut. Wygląda jak. Prędzej czy później krzywizna bariery doprowadzi ich z powrotem do Perdido Beach. Zazwyczaj. – Bo tak jest. – Kurczę. że jest coraz więcej piasku. Po drodze wszyscy szukajcie drewna na ognisko.. – Skoro nie widzę ziemi.. że znajdzie wyjście. niemal niewidoczna w blasku wschodzącego księżyca. Nie wiem.dusić.. – Myślę. jak mam szukać drewna? – spytał Quinn. Może trochę skręcimy. którym wyrastają skrzydła – powiedział Edilio. ale był to jedyny sposób na odnalezienie drogi do domu. Sam skinął głową.

Nagle stopa Sama natrafiła na sprężystą powierzchnię. Pochylił się i dotknął czegoś. gdy chodziło o używanie latarek. ciemność nie. – Do środka. Quinn powoli omiótł otoczenie snopem światła. które mieli. Światło przeskoczyło z biegnącego psa na przerażoną . niczym fale szarości w mroku. Dostrzegł też inne poruszające się kształty. Poświeć tu trochę. białym świetle. idioci! – krzyknął czyjś głos. Quinn błyskawicznie obrócił snop światła – coś pędziło w jego stronę. który po chwili padł na jakiś domek.gwiazd. że znajdą jedzenie. Ostrożnie podeszli bliżej i cała piątka stanęła przy drzwiach. Dziewczęcy głos. Quinn oświetlił klamkę. chwycił i zamarł. która skojarzyła mu się z miękkimi igłami leśnego poszycia. Sam zachowywał ostrożność. Tego koloru nie dało się z niczym pomylić. Obok stał wiatrak. nawet w ostrym. Skręcili w tamtą stronę. co mogło być tylko trawą. mogły się wyczerpać. – Quinn. – Czekajcie. Baterie. Liczyli. Usłyszał odgłos biegu. stłumione tupanie w ciemności za nimi. wodę albo dach nad głową. a Sam dotknął jej.

tego dzikiego. upadł na drzwi. Pysk zwierzęcia. a pies ujadał i warczał. . a potem poczuł w nodze nagły ból. ciągnąc za sobą dywan. dziewczyna wpadła na niego i przewróciła go. że mogły kruszyć kości. warknięcie. Zgubił latarkę. coś szybkiego i zaciekłego. W jej blasku Sam zobaczył nogi Astrid i upadającego Edilia. odbił się i skoczył dalej. Rozległ się chór gniewnych szczęknięć. tak silne. – Uciekajcie! Uciekajcie! – krzyknęła. a zwinne sylwetki pospiesznie się do nich przybliżały. więc runął jak długi na drewnianą podłogę i poślizgnął się. Sam nacisnął klamkę. Żelazne szczęki zaciskały mu się na kolanie.twarz potarganej. która przewróciła Sama. Wciąż jednak świeciła – na podłogę z desek. Rozbrzmiewały też inne warknięcia. Rzucił się po nią. warczącego. Sam zerwał się na nogi. zatrzaskując je. Dziewczyna. Usłyszał skamlenie. usiłowała wstać. Coś na nią skoczyło. Zęby kłapnęły o centymetry od jego oczu. Pies wylądował mu na piersi. brudnej dziewczyny. warczącego stworzenia. Zanim jednak zdążył otworzyć drzwi. ale uniemożliwiało mu to jakieś porośnięte sierścią stworzenie. Sam pośliznął się. Quinn krzyknął z bólu. – Drzwi! Zamknijcie drzwi! – wrzasnęła rozpaczliwie dziewczyna. znalazł się naprzeciwko jego twarzy. złapał drzwi i próbował je zatrzasnąć.

że jego własne ręce nie należą już do niego. Dla Sama wszystko odbywało się w zwolnionym tempie. Kolejny łoskot. Z szyi płynęła krew. opadał w ciemność.Wyciągnął ręce do przodu i napotkał szorstką sierść. która stała nad nim. ostry ból w ramieniu i wiedział. rozrywając jego ciało. Poczuł potworny. Krew polała mu się na pierś. a pod nią naprężone mięśnie. Oczy Sama uciekły w tył. I żelazne szczęki zwolniły uścisk. gdy dziewczyna opuściła coś ciężkiego. Całe ciało wydawało się odległe. Wszystko na nic. Miał wrażenie. Wznosiła splecione dłonie nad głową. potarganą dziewczynę. Zobaczył wszystkie gwiazdy. głuchy odgłos. Cichy. ale atak był zbyt zaciekły. wyciągając przed siebie dłonie. Zęby błyskawicznie przeniosły się z ramienia na szyję. Krzyknął ze strachu i pozbawionymi czucia pięściami zaczął okładać bestię. Wirując. Wzniósł ręce. żółtego i prostokątnego na łeb kojota. wgryzając się głębiej. że to zęby bestii zacisnęły się na nim. . dostrzegł przez ułamek sekundy dziką. ale zanim stracił przytomność. Zwierzę potrząsało nim.

– A ty? – spytała ładna. by nadać mu imię. Ale zginął w ten sam sposób. by nie polubić jej od pierwszego wejrzenia: tamta wyglądała jak jedna z tych . Nazywam się Quinn. jak się zachować.Rozdział 32 97 GODZIN. Drugiego kojota nie znała na tyle dobrze. Lana skłaniała się ku temu. okazywał takie samo zmieszanie. aż zmęczyły jej się ręce. dziwny czterolatek o nieruchomym wzroku i jeden półżywy chłopak leżący na podłodze. – Kim jesteś? – zwróciła się do surfera. by dostrzec niebezpieczeństwo. speszony. – Quinn. 43 MINUTY Lana zapaliła jedną z lamp Jima Pustelnika i rozejrzała się dookoła. nie wiedząc. Tyle że teraz były w nim dwa martwe kojoty. gdy go opuściła. Patrick leżał w kącie. Kopnęła Gryzą. troje przestraszonych nastolatków. zbyt skupiony na zdobyczy. – Dobry piesek – powiedziała Lana. a Patrick słabo zamerdał leżącym na podłodze ogonem. zmieszany. Jeden z tamtych trojga. jasnowłosa dziewczyna. Domek wyglądał dokładnie tak jak wtedy. Waliła w niego raz za razem. głowę zmiażdżyła mu sztabka złota. chłopak. Żadnej reakcji. który wyglądał na surfera.

dodała: – W pewnym sensie. by lepiej widzieć. też zauważyłam – odparła szyderczym tonem Lana. – W tym momencie urwała i nachyliła się bliżej. ostrzyżonych na jeża włosach. mocno oberwał. Po jego piersi płynęła struga krwi. – Astrid. Potem. – Jak wyleczysz? – wykrzyknęła blondynka. – O Boże.. osłaniała tego dziwnego chłopczyka. Nic mu nie będzie. To twój chłopak? – Nieważne – warknęła Astrid. Zobacz. – Wyleczę go. ale za parę minut dojdzie do . by popatrzeć. ale co to ma za znaczenie? On. że kiedy nie krwawi. by pozostali usłyszeli. Rozdarła leżącemu koszulkę. – Tak. Lekarza. Chłopak o okrągłej twarzy i ciemnych. jak to zabrzmi. jest całkiem przystojny. Lana odepchnęła ją i położyła dłoń na krwawiącej ranie. – Słuchajcie... – Jak się nazywasz? – spytała Lana. Blondynka przycupnęła przy nim. – Tu potrzeba szwów. jakby nie chciała. – Wiem. jak krwawi. Z drugiej strony. ukląkł przy rannym. tuląc go w ramionach. więc może nie była taka zła. – Krwawienie ustępuje. nie – załkała.idealnych dziewczyn. – Będzie żył – powiedziała.. – Spokojnie. przy których ktoś taki jak Lana zupełnie gasł. cichszym głosem. – Przekręciła głowę. Właściwie. – Właściwie myślę.

dopóki Przywódca Stada nie wróci z samotnych łowów. Teraz lepiej. – I właśnie uleczyła twoją ranę. Ale zasuwa mocno trzymała. Sam miał wątpliwości.siebie. kojoty jeszcze z nami nie skończyły. która już się zagoiła. Zdaje się. – Już się robi – zakrzątnął się Edilio. – Nie pytajcie jak. Słuchajcie. Lana wepchnęła oparcie krzesła pod klamkę i zastanawiała się nad następnym ruchem. Lana pokiwała głową. – Nazywa się Sam – oznajmiła Astrid. to mój młodszy brat. – Niemożliwe – pokręcił głową chłopak ostrzyżony na jeża. z której jeszcze przed minutą tryskała krew. Znowu ją zakryła. Zerknął na Astrid. Pete. żeby drzwi nie puściły. co robić. – To jest Edilio. – Resztę też ci zagoję. – Ja jestem Lana. Sięgnął do szyi. Na zewnątrz kojoty szczekały zajadle i rzucały się na drzwi. Dziewczyna okazywała jej szacunek. ukazując szarpaną ranę. – Lana cofnęła rękę. a ja mam na imię Astrid. . – Uratowała nam życie – wyjaśniła dziewczyna. Ranny chłopak ocknął się gwałtownie. – Będziesz żył – oznajmiła Lana. że właśnie uratowałaś nam życie. Drzwi w końcu puszczą. Tylko pozwól mi przyłożyć rękę. Ale wataha nie będzie wiedziała. Popatrzył na martwe kojoty. Musimy się postarać. Spojrzał na krew na swoich palcach.

Lana zaśmiała się sardonicznie. Nie wiadomo. – Kim jesteś? – spytał chrapliwym głosem. – Dzięki.Sam pozwolił Lanie przyłożyć dłoń do swojej szyi. jesteśmy bogaci. Na razie jeszcze tak naprawdę nie próbują . Skrzywił się z bólu. jeśli zdejmiesz koszulkę. – Lana. Przesunęła dłoń w dół jego szyi. to sztabka złota? – Edilio połamał łóżko i przybijał jedną z desek do drzwi. Przez chwilę słuchał odgłosów z zewnątrz i wzdrygnął się. – Jak to robisz? – spytał. na ramię. Chłopak skinął głową. – Za parę minut będzie lepiej. – Tak. Ale nie przesadzaj z wdzięcznością. gdy jeden z kojotów rzucił się na drzwi. Lana Arwen Lazar – odrzekła. wyczuwając masę drobniejszych ukąszeń. – Dzieje się mnóstwo dziwnych rzeczy. ale jak mówiłam. – Chyba nie mogę. Dzięki za uratowanie życia.. – Nie ma za co.. Zauważyliśmy. czego Edilio używa jako młotka. ile jeszcze pożyjesz. – Tak. Lana wsunęła rękę pod cienką bawełnę. ten spokój może być chwilowy. – Czy to. Skinął głową. Mamy mnóstwo złota. – Podziała lepiej. – Nie ma sprawy. Patrick i ja.

. – Co o tym wiesz? – spytała ostrożnie. .dostać się do środka. zajmę się twoją – zapewniła Lana. Potem sztywno dźwignął się na nogi. sytuacja może się zmienić. Sam skinął głową. Teraz dostrzegała inteligencję pod powierzchownością ładnej dziewczyny. Lana wbiła w nią spojrzenie. że niektóre zwierzęta przechodzą mutację. – Mamy spory zapas żywności i mnóstwo wody. – Czy to. z którym chciałabyś się zakolegować. Miałam nadzieję. czy to zwykły kojot? – spytała Astrid. Wpuściłam go w maliny. – Tobie też leci krew – zauważył. Kojoty są niegłupie. Przycisnęła zakrwawioną dłoń do nogi. że uda mi się uciec. ale to w zasadzie nadal tylko psy. – Kto to jest Przywódca Stada? – spytał Sam. poruszając się jak starzec. – W sumie już przywykłam do takich czy innych skaleczeń.. Są silne i mądre. A przynajmniej zjeść coś innego niż padlinę. Pytanie brzmi. starczy na jakiś czas. żeby pozwolił mi tu przyjść. czy Przywódca Stada zdoła odnaleźć tu drogę. – Mówisz o tym kojocie tak. jakby był człowiekiem – zauważyła Astrid. Jesteście głodni? Bo ja tak. – Jak tylko skończę leczyć swoją nogę. – Wiem. – Najważniejszy kojot. – Na pewno nie człowiekiem. Kiedy wróci Przywódca Stada. – Poradzę sobie – odparła niemal obojętnie. Lana roześmiała się.

Widzieliśmy mewę ze szponami. Przywódca Stada powiedział. że jest nieco zbulwersowany jej wilczym zachowaniem. – Też dawno pożegnałem się z uprzejmością – powiedział. Śnił mi się nawet. Nie czekała na talerz czy łyżkę. tyle wam mogę powiedzieć. Z bliska. . Raz nawet uratowały mi tyłek. Płakała. Widzieliśmy też. ale dzięki tym skrzydłom mają trochę większy zasięg ruchu niż kiedyś. i wy też. Kojoty śmiertelnie się ich boją. jak zabiły kojota. zapomniałam o uprzejmości. Przez chwilę stała jak zaczarowana. że go lubi. Przyniosę wam puszkę. Parę godzin temu widziałam. Sam pokuśtykał za nią i wziął budyń.. tylko zanurzyła dłoń w budyniu i uniosła ją do ust. – Powiedział? – powtórzył jak echo Edilio. Sam. węża z czymś. co wyglądało jak małe skrzydła. ale najpierw coś zjedzmy. Te grzechotniki niezupełnie potrafią latać. też takie widziałam. Chociaż proponowano mi wiewiórkę na surowo.. Uznała. chociaż widziała. – Tak. – Opowiem wam o tym. Nie miałam nic do jedzenia. pochłonięta cudowną słodyczą. Wyciągnęła puszkę i zaczęła gorączkowo manipulować otwieraczem do konserw. A teraz mam ochotę na budyń z puszki... – Słuchaj. gdy odezwała się znowu: – Przepraszam. musicie o czymś wiedzieć. Lana skinęła głową.

Znaczy po ludzku. tak. Przywódca Stada umie mówić. Widziałam barierę. – 94. Dotknęłam jej. – O. powierzchnia 706. Bariera rozciąga się w promieniu jakichś piętnastu kilometrów. nie jest dobrym pomysłem. wyraźnie zmieszana. Uważamy. To jakiś mutant czy coś w tym stylu. Astrid otwierała puszkę z sałatką owocową. – O ile wiemy.żebyście się nie przerazili.25 kilometra obwodu. czyli ma ze trzydzieści kilometrów średnicy. ETAP. – Albo może sferą. otacza nas i jest wielkim walcem – odezwał się Sam. że pewnie uznacie mnie za wariatkę.838 kilometrów kwadratowych – powiedziała Astrid. wspaniałego budyniu. – To po prostu wynika z wartości pi – ciągnęła . – Tak na to mówią. – Co to znaczy? – Widziałaś barierę? Skinęła głową. co. – Co wiesz o ETAP-ie? – spytała Astrid. Lana przestała jeść i popatrzyła na nią. – Przecinek 838 – powtórzył Quinn ze swojego kąta. nawiasem mówiąc. Ekstremalne Terytorium Alei Promieniotwórczej. Trzymała teraz blaszany kubek Jima Pustelnika i za jego pomocą nabrała kolejną porcję pysznego. że jej centrum to elektrownia. Wiem. – To bardzo ważne. – O czym? Astrid wzruszyła ramionami.

– Ale mam tylko gwoździe. że nie poczuł bólu w ramieniu.... A potem po prostu okazało się. a jest ta bariera... przestanę. prowadząc półciężarówkę. że to elektrownia jest przyczyną? Sam wzruszył ramionami. żeby wzmocnić drzwi – oświadczył Edilio. – Może to my. myślisz. Lana ciągle czuła głód. i ludzie. Lane zastanawiał jej młodszy braciszek. jakim cudem. Gangrena. – Wiecie. co mogłem. 3. zwierzęta. A zatem blondynka bez wątpienia była inteligentna. Ktoś w końcu może je wyważyć.. Zostały tylko dzieciaki. . z ciała sterczały mi kości. I nie wiem. Jak na małe dziecko. Wyparowali. Nabrała sobie sałatki owocowej. po czym na jego twarzy odmalowało się zaskoczenie. Samochód się rozbił. chociaż właściwie nie ma różnicy. Lana domyśliła się. Nagle wszyscy powyżej piętnastu lat znikają. zachowywał się zaskakująco cicho. A ja już umierałam. Dorośli i nastolatki.. – Sam.14159265. – Zrobiłem. – Mój dziadek zniknął. To znaczy. Swojego psa. że umiem uzdrawiać. Lana pomału chłonęła nowe informacje. – Może oni wszyscy nie zniknęli – zastanawiała się Lana. – Wcięło ich. Siebie. Dobra. Tak naprawdę na jedno wychodzi.dziewczyna. – Nikt nie wie. – Znaczy wszyscy dorośli? Zniknęli? – Puff – wtrącił Quinn. Odpowiedziała jej Astrid: – To na pewno jedna z możliwości..

Podeszła do zlewu i podniosła nóż Jima Pustelnika. Idź i powiedz o wszystkim swojemu panu w kopalni. – Dotarł już Przywódca Stada – stwierdziła Lana. Reakcją była przedłużająca się cisza. że strach kurczy jej serce. – Lekcja numer jeden. – Dźgnę go w serce. – Człowieku. Wyjdź. – Chciała powiedzieć. jeśli tu wejdzie. Lana poczuła. – Dalej.Zza drzwi dobiegł nagły chór podnieconych szczęknięć. że nie boi się Ciemności. Człowiek naucza Przywódcę Stada. – Nie! – wykrzyknęła Lana. – To dlaczego ten kojot o tym mówi? O co chodzi z tą ciemnością? . – Człowieku. – Niezłe – powiedziała. Wyjdź. – Ciemność – warknął Przywódca Stada. paskudny. ty brudny. – Wypchaj się i ustaw w muzeum zoologicznym – odparła dziewczyna. Astrid uśmiechnęła się. Sam i Edilio również wyciągnęli noże. warczący głos. – O co chodzi z tą kopalnią? – zainteresował się Sam. – O nic. wyleniały zwierzaku: nigdy nie ufaj człowiekowi. Człowiek mówi. brzydki. – Człowieku. Ale te słowa zabrzmiałyby fałszywie. Odwróciła się do Sama z zaciekłym wyrazem twarzy. Zza drzwi rozległ się zdławiony. Wyjdź.

– Widziałaś to? – Nie wiem. – Nie wiem. Nie pamiętam. Kojoty słuchają tego czegoś. Jeśli chodzi o wystrój. To stara kopalnia złota. które zatrzęsły się w zawiasach. – Ale nadal chcemy wiedzieć. Lana splotła palce na rękojeści noża. Długie. które Jack pamiętał ze swojego pierwszego roku w Coates i przy których mieściło się po sześćdziesięcioro uczniów. Stołówka Coates Academy zawsze zdawała się Jackowi dziwnym. ciężkie stoły z ciemnego drewna. Tak naprawdę nie chcę pamiętać. nieprzyjaznym miejscem. uratowałaś nam życie – powiedział Sam. – Nie wiem. Nic więcej. – Słuchaj. W tej kopalni coś jest. Drzwi wieńczył łuk ozdobiony jasnymi hiszpańskimi kafelkami. Miała podłużne. co się dzieje. Coś uderzyło z łoskotem w drzwi. by opanować strach. Zabrały mnie tam.Lana pokręciła głową. znajdźmy więcej gwoździ – powiedział Sam. . boją się i robią. pionowe okna i strzeliste sklepienie. mniej okazałych okrągłych stolików z wykonanymi przez uczniów dekoracjami z masy papierowej. co im każe. wymieniono ostatnio na dwa tuziny mniejszych. – Edilio. Nic więcej nie wiem. wydawała się przestronna i kolorowa. co się dzieje.

Andrew wspiął się na krzesło. Panda. wejść na stół? – spytał Andrew. Nie podobało jej się to. Drake wyciągnął sznur z torby. albo uniosę cię w powietrze i tam postawię – zagroził Caine. którego noga nie była złamana. Do środka zajrzały głowy kilkorga dzieciaków. Ale im bardziej próbowano ubarwić pomieszczenie. jakby te drobne barwne akcenty podkreślały tylko jego przygniatającą wielkość. albo wejdziesz na stół.W najdalszym końcu stołówki powstała mozaika z barwnych. co. a przedstawiała wielką strzałę. i wcale nie ukrywała swojego zdania. opadł na krzesło z posępną. Komputerowy Jacku? Zacznij wszystko rozstawiać.. wskazując jeden z okrągłych stołów pod mozaiką ze strzałą. – Andrew. – Wypad – powiedział Drake i wścibskie głowy zniknęły.. kwadratowych kartonów. Zawiązał jeden koniec na nodze od stołu. tym mniej przyjazne się wydawało. – Nie rozumiem. . Diana stała obok. biegnącą od podłogi ku sufitowi. wiek i formalny charakter. – Przywiązać go. – Właź. którą przyniósł z samochodu. a z niego na stół. – Jak to. kretynie – warknął Drake. Andrew – rozkazał Caine. co za chwilę miało się rozegrać przed jej oczami. Jej tytuł brzmiał „Razem naprzód”. lecz skręcona. pełną urazy miną. – Wejdź na stół.

Caine. Jack spojrzał w ciekłokrystaliczny wizjer jednej z . a ten skinął głową.odmierzył nieco ponad metr. przeciął sznur i zaplótł drugi koniec na nodze Andrew. – Tak się nie robi. Jack zaczął ustawiać reflektory i statywy kamer. żeby używać mocy. A zatem Drake podwiesił obie ręce chłopaka za nadgarstki. – Co to ma znaczyć? – spytał Andrew. – Stary. ciężki. i podciągnął go tak. Drake przywiązał drugą nogę Andrew. kto próbuje się poddać. muszę mieć wolne ręce. żelazny żyrandol. – A teraz przestań się mazać. To nie w porządku. Drake zerknął na Caine’a. – Postaraj się. który uczniowie z Coates nazywali w żartach dziesiątym Nazgulem. by mocno skrępować mu ręce na plecach. Drake przepasał Andrew sznurem. – Co robicie? – To eksperyment. bo daję ci szansę przeżycia wielkiego mgnienia – powiedział Caine. Przerzucił koniec sznura przez ozdobny. po czym wskoczył na stół. który następnie wsunął mu pod pachy. żeby ta jego fala uderzeniowa powywracała kamery. – Andrew. – Nie chcę. żeby nie mógł skierować rąk w tę stronę – polecił Caine. Drake rozwiązał ręce Andrew i podniósł wzrok. że stopy chłopaka ledwie dotykały blatu stołu. masz farta. przez co Andrew wyglądał jak ktoś.

– Dlatego naprawdę liczę. – Nie chcę umierać – powiedział. cztery. – Byłbym pierwszy. Jack. Na Andrew padało światło dwóch reflektorów. – Jack.. Jack wyregulował obiektyw. Andrew wciąż mógł uciec z kadru.. – Hmm. Wtedy Drake przywiązał sznury do szyi Andrew.kamer. – Uruchomię już kamery. Nadal może się ruszać w prawo i w lewo. – Rób. Zasięg ruchu Andrew wynosił teraz najwyżej trzydzieści centymetrów w każdym kierunku. . – Dziesięć minut. nie opowiadaj o tym – upomniał go Caine. Było mu żal chłopaka. ile czasu? – spytał Caine. – Pierwszy i jedyny – odrzekł Caine. nie? – rzucił tamten. Do oczu napływały mu łzy. by obejmować nim całe ciało chłopaka. – Pięć minut – oznajmił. Jack spojrzał na swój palmtop. więc nie chciał nic mówić. Andrew był oświetlony niczym jakiś gwiazdor filmowy. kołysząc się w jedną albo w drugą stronę. – Ja też nie – zgodził się Caine. Pociągnął nosem. że nie znikniesz. – To nie fair – powiedział Andrew. co trzeba. ale jeśli film nie wyjdzie. przymocowane do stołów po czterech stronach. Zajął się sprzętem – na statywach stały trzy kamery wideo i aparat fotograficzny.

co się stanie. – Masz cztery kreski. Zniknięcie mogło nastąpić wcześniej. pozwól mi żyć. – Może ockniesz się poza ETAP-em – powiedział Panda. Caine? – błagał Andrew. dobrze? W imię Ojca. – Może ockniesz się w piekle – rzuciła Diana. przebacz mi. Trudno było przypuszczać. i Ducha Świętego. i proszę. bardzo za nią tęsknię. odzywając się pierwszy raz. amen. – Panie Boże. Jack zakrył uszy i patrzył na to z fascynacją i z . że akt urodzenia Andrew jest precyzyjny co do minuty – w wypadku Benna rozrzut wynosił parę tygodni. – Tam twoje miejsce. że jestem świnią. gdybyśmy użyli mocy w tej samej chwili. – Dziesięć sekund. przebacz mi wszystkie złe rzeczy. nie wiedząc. co? Nikt mu nie odpowiedział. kiedy włączyć aparat fotograficzny. więc pozwól mi żyć. – Jezu. która głodzi ludzi? – podsunęła Diana. – Będę się modlił – powiedział Andrew. aż tynk na suficie zaczął pękać. Pomieszczenie wypełniła eksplozja dźwięków z uniesionych rąk Andrew. – Boję się. jestem tylko dzieckiem. Denerwował się. wiecie? – jęknął Andrew i teraz łzy popłynęły mu już ciurkiem. – Minuta – oznajmił cicho Jack. – Nie wiem. Może ty i ja. które zrobiłem i zabierz mnie do mamy.– Nie możesz mi pomóc. i Syna. Jack włączył aparat.

Potem zaczął odtwarzanie i oglądał wszystko na małym ekraniku LCD. nagle luźne. Andrew stał. z wysoko wzniesionymi dłońmi. ale wciąż obecny. Andrew wciąż tam był. Sznury opadły. o ile masz moc. jeśli chodzi o teorię. Płakał. I zniknął. – O Boże – powiedział. – Tylko tak dalej.. – Dopiero . Zerwał się na równe nogi. Sufit pękał głębiej i Jack zastanawiał się. pełen zapału i wiary. że nie znikasz. – Plus dwadzieścia – powiedział Jack. – No – zaczęła Diana – to tyle. – Przestał jej używać – zauważył Caine. Jack wcisnął przycisk przewijania na jednej z kamer wideo. nagrywających obraz z wysoką prędkością. czy się nie zawali. Nikt nie odezwał się nawet słowem. – Plus dziesięć! – krzyknął Jack. szlochał. – Dzięki. że zniknięcia da się jednak uniknąć.przerażeniem. aż wreszcie w jego oczach pojawiła się nadzieja. – Teraz! – nie zapomniał krzyknąć z całej siły. Andrew! – zawołał Caine. Nadal stał.. sypiąc w dół deszczem szklanego pyłu. Kawałki tynku spadały niczym grad. wyczerpany. Kanonada dźwięków dobiegła końca. Wszystkie żarówki w żyrandolu pękły na kawałki. Cofnął o dziesięć sekund. klatka po klatce.

Zobaczył. jak Andrew wysyła fale dźwiękowe. – Tutaj. oświetlone niebieskawym blaskiem. klatka po klatce. Znaleźli dwudziestosześciocalowy monitor o wysokiej rozdzielczości. pełne napięcia twarze. Wydawał się zniechęcony. przestaje. każdą wypowiedzianą sylabę. Jack? – spytał Caine. Panda pokuśtykał do krzesła i usiadł. Jack nie tracił czasu na zgrywanie materiału.. Zanieśli kamery do sali komputerowej. Czas zapisuje jakaś położna. – Uśmiecha się. – Musimy to odtworzyć na większym ekranie – powiedział Jack. – I na coś . chwilę. co się dzieje. Zobaczył nerwowy półuśmiech. zostawiając statywy i reflektory. Przesuwał film po jednej klatce. Niektóre pewnie mylą się o pół godziny. a potem. Jak wyczerpany.. Caine. Patrzcie. Widzicie? – powiedział Jack. gdy chłopak otworzył usta. lecz po prostu podłączył kabel i zaczął odtwarzanie. – Patrzcie – tłumaczył Jack. to może być pięć minut w tę czy w tę. – Akty urodzenia nigdy nie będą w stu procentach dokładne. – Co to? – spytała Diana. – Nagrałeś coś.potem zniknął. – Przestał i dziesięć sekund później zniknął – powiedziała. Drake i Diana stanęli za jego plecami i patrzyli mu przez ramię. Jack przesuwał obraz naprzód.

że to niemożliwe. – Cofnął film o jedną klatkę. Kierował je ku czemuś.. by aparat fotograficzny wychwycił coś przydatnego – Jack dobrze o tym wiedział – ale i tak go podłączył i wybrał odpowiedni znacznik czasowy. odbicie jakiegoś światła. Jack? – spytał Caine niemal błagalnym tonem.patrzy. a on zdążył zmienić minę z takiej. rozległ się chóralny okrzyk.. tyle że miało barwę fluorescencyjnej zieleni. uśmiechnięty. gwałtownie zmieniającego pozę. – Na taką. a jego ręce – wyciągnięte. Sznury były luźne. przeobrażony. ma wolne ręce. z wyciągniętymi rękami. Także tu widać było nieostrą postać Andrew. – Zrób zbliżenie na tę zieloną plamę – polecił Caine. Najdziwniejsze. – Co to znaczy. co wyglądało jak raca. Andrew był wyraźnie widoczny. – To problem z głębią ostrości – wyjaśnił Jack. Trzy klatki do przodu i już w ogóle go nie ma. jak poruszył głową. – Dajcie mi sprawdzić pozostałe kamery – ociągał się Jack. Gdy zdjęcie się załadowało. – Spróbuję ją poprawić. A tutaj sznury puszczają. – Chce kogoś przytulić – stwierdziła Diana. szczęśliwy. – Dopiero po kilku sekundach . Wydawało się nieprawdopodobne. Do tego spójrzcie. Z dwóch pozostałych kamer wideo tylko jedna zarejestrowała samą chwilę zniknięcia. a wszystkie światła w pomieszczeniu były białe. bo ten kadr obejmuje jakąś jedną trzydziestą sekundy.

co wyglądało jak otwór. Coś zobaczył. Wyciągnął do tego ręce. – Ale nie jak coś. co się tak po prostu dzieje. Wtedy Caine zupełnie go zaskoczył... myśląc na głos. Gdybym miała zgadywać? Obstawiam. . – zastanowił się Jack. Dla niego było to dziesięć sekund. do czego wyciągasz ręce. dla Andrew musiało wyglądać zupełnie inaczej. że wyciągnął do tego ręce. przyspieszyło czas dla Andrew – stwierdził Jack. Mieliśmy mnóstwo szczęścia.udało się skupić obraz na zielonym obłoku. że cokolwiek udało się zarejestrować. – Wygląda jak. Po paru próbach zwiększenia ostrości ujrzeli coś. Drake przemówił pierwszy raz od dłuższego czasu. klepiąc po plecach. To zielone. – Tylko co? – Coś. że Andrew widział tam swoją matkę.. – Nie umniejszaj swojej roli. – Więc to całe wielkie mgnienie to nie jest coś. – Coś. które dla nas wygląda jak jakiś potwór. nie wiem. chociaż dla nas wszystko nastąpiło w mgnieniu oka. co chciał zobaczyć – odparła. Jack. czego w tym momencie pragnął tak bardzo.. a może nawet dziesięć minut. okolony ostrymi niczym igły zębami. Odezwała się Diana: – On nie wyparował tak po prostu. – Czyli dla niego trwało to znacznie dłużej niż dla nas. – Widział coś innego – stwierdziła Diana. – Co to jest? – zdumiał się Drake. – To coś zmieniło jakoś bieg czasu.

. Rozmarzonym głosem powiedział: – Czy da się powiedzieć „nie”? Ciekawe. – Co to za zęby? . Kłamstwo. – Uwiedzenie – stwierdziła Diana. i przeżyć? – Dobra.. – Jak te mięsożerne rośliny. – Podstęp.– Nie. czaję. o co chodzi z tą matką.. to jakieś oszustwo – potwierdził Caine. Czy możemy powiedzieć „nie” jaskrawemu kwiatu? Powiedzieć „nie”. Ale mam inne pytanie – odezwał się ostro Drake. – Zamknęła dłoń na niewidzialnym owadzie. Caine wydawał się zahipnotyzowany nieruchomym obrazem.. które wabią robaczka zapachem i jaskrawym kolorem. a potem.

– A my jesteśmy zamknięci – zauważyła Lana. Więźniowie zdecydowali się spać na zmianę. Nie było jeszcze dość jasno. ja chcę budyniu. 24 MINUTY Przez całą noc kojoty rzucały się na drzwi. by dwoje czuwało. Quinn i Edilio ogołocili domek ze wszystkiego. – Możesz to zrobić? – Astrid zwróciła się do Sama. to okej. że wlezą ze dwa naraz. – Nie wiem – przyznał. Niebo zaczęło się przejaśniać. nabierając barwy perłowej szarości. Jeśli się uda. to będzie pryszcz. próbując rozładować atmosferę. – Są od nas odcięte – powiedział.. po dwoje naraz. Czy to nie ułatwi sprawy? – Tak. by . żeby to zrobić. Ale Sam. – Będą musiały przejść przez drzwi. – Sam uniósł swój blaszany kubek.Rozdział 33 88 GODZIN. Ale jeśli nie.. zawsze pilnując. – Chyba. Przynajmniej przez jakiś czas. – Quinn. To znaczy. – Lepiej tu zostać – zaproponowała Astrid. próbując je wyłamać. i te musiały wytrzymać. – Chce ktoś jeszcze budyniu? – odezwał się Quinn. Ale muszę wyjść. co nadawało się do wzmocnienia drzwi. Sam był tego pewien. Po kilku długich godzinach kojoty zmęczyły się atakowaniem drzwi.

że w okolicy jest ich przynajmniej dwa razy więcej. nie? – spytała Astrid. Znowu usiadła i zabrała się do szycia. jak stado rozszczekało się podnieconymi głosami. ale wystarczająco. . Niektóre polują. przez którą mógł obserwować podwórze. – Wiem już co nieco o kojotach – odparła Lana. – Prędzej czy później im się znudzi. aż wróci. jeżąc sierść. to znaczy. Ale to nie są zwykłe kojoty. Może czekają. by Edilio znalazł dziurę po sęku. ziewając i przecierając zaspane oczy. Patrick wstał. – To znaczy? – Nie widziałam Przywódcy Stada. Lana. Nagle usłyszeli. to jasne.wyraźnie widzieć. która cerowała sobie ubranie. – Musi ich tam być ze sto – poinformował. Za każdym razem widzieli kojoty. – Skoro tyle ich widzimy. Kojoty polują dzień i noc. – Gdyby chodziło o zwykłe kojoty. – To więcej niż jedno stado – zauważyła. – Po czym poznajesz? – spytała Astrid. Czekali nadal i mniej więcej raz na godzinę Sam albo Edilio wyglądał na zewnątrz. Lana pokręciła głową. podniosła teraz wzrok. – Na coś czekają.

żeby zobaczyć. usłyszy mysz w norce z piętnastu metrów – warknęła. – Mają ogień – powiedział. potrzebuje mnie. że nas zabije – przypomniała Astrid. – Ciemność – szepnęła Lana. . – To Przywódca Stada – potwierdziła. zawrzeć jakiś układ z Przywódcą Stada. Dłońmi zakrywała uszy małego Pete’a. – Ten domek spłonie jak zapałka – stwierdził Sam. Musiał to zrobić ktoś. – Przywódco Stada. nie może mnie zabić. to pochodnia – oznajmił Sam. żebym nauczyła ich ludzkich zwyczajów. – Nie znalazł jej. z gałęzią by tak nie było. Lana przecisnęła się obok niego. co zechcesz. – Przywódco Stada! – zawołała Lana. Nie chcę się spalić! – wykrzyknęła Lana. Sam znowu był przy judaszu. – Ma płonącą gałąź. – To nie jest po prostu płonąca gałąź. chcą. – To kojot. – Chcą mnie żywą. – Nie słyszy cię. Ktoś mu ją dał. – Nie. – Powiedziałaś.Sam podbiegł do prowizorycznego judasza. kto ma ręce. Lana oświetliła go latarką. tak powiedziała Ciemność. ot tak. Pali się tylko z jednego końca. – Spróbuj – powiedział Sam. – Musimy się wydostać. Potem podniosła głos do krzyku: – Przywódco Stada! Przywódco Stada! Zrobię.

Dym gromadził się pod krokwiami. Edilio ją puścił. Jednak usunięcie desek okazało się równie ciężkim zadaniem. Dym zaczął wpełzać do środka przez szpary i szczeliny w tylnej ścianie. – Wychodzimy! – krzyknęła Lana. Domek szybko stanął w płomieniach. Edilio złapał ją za ręce. – Znasz wyjście – odparła Astrid. które przybili do drzwi. Do akcji wkroczył Edilio. Żółty język ognia liznął podłogę pod drzwiami. – Ogień! – Nie chcę się spalić – załkała Lana. nie rób tego – błagała Lana. – Na pomoc! – krzyknęła Lana. patrząc na Astrid. – To dym zabija – szepnął Sam. kierując snop światła z latarki na próg. – Dym – powiedział Edilio. Gorąco już stało się nie do zniesienia. Lana podniosła sztabkę złota i zaczęła walić w deski. – Musi być jakieś wyjście. – O Boże. – Przywódco Stada.– Jest tuż obok – szepnął. jak wcześniej przybicie ich. – Wychodzimy. – Wszystkie się cofają. – Musimy wyjść. . łomocząc w deski. Lana waliła w deski. – Chcesz się spalić żywcem? – spytała. pomagając odrywać deski. Sam nagle odskoczył od judasza.

Lana. Wszędzie były płomienie i dym. – Nie pozwól. – To nie była moja wina – szepnął do tej wizji. Sam zamknął oczy. – Co robisz? – wykrzyknęła. przed oczami jego umysłu nie stawał obraz przywódcy kojotów ani nawet Caine’a. Łatwo było odnaleźć w sobie gniew. Nieuczciwe z jego strony. dławiący dym. A jednak. – Uratowałaś mi życie swoją mocą – odrzekł. Złe. gdy próbował się skupić na brutalnym ataku. To było głupie. w której trzymała sztabkę złota. gdy szukał w sobie gniewu.Sam pochylił się nad głową małego Pete’a i pocałował Astrid w usta. Ale w tym momencie na wpół spalone drzwi otworzyły się na oścież. – Moja kolej. Ale z jakiegoś powodu. Edilio i Quinn odsunęli się od drzwi. I z tego piekła wyskoczył kojot wielkości doga niemieckiego. – Dobra. szeroko rozcapierzając palce. zbyt cicho jednak. by pozostali go usłyszeli. Złapał Lane za rękę. Wszyscy cofnąć się od drzwi – nakazał Sam. Podniósł ręce. żebym stał się Caine’em – poprosił. . pojawiał się właśnie obraz matki. Widział za to własną matkę. a nawet okrutne. Tak wiele rzeczy go gniewało. – Będę miała cię na oku – obiecała.

ciągnąc za ramię Astrid. i front domku rozpadł się. że to ułatwia sprawę. Rozbłysk zielono-białego światła wystrzelił z jego wzniesionych dłoni i kojot padł na podłogę. Drugi błysk. Kilkanaście kojotów zajęło się ogniem. dwudziestocentymetrowa dziura. inne dostały konwulsji. przedostając się przez dziurę w drzwiach. Pomarańczowy blask wyłowił z ciemności setkę nic nierozumiejących psich pysków. wzniósł ręce i znowu eksplodowało światło. jeszcze inne czmychnęły z piskiem w noc. Nagłe podciśnienie pochłonęło część płomieni. Rzędy groźnych zębów pod zimnymi. skupionymi oczami. niczym tysiąc lamp błyskowych. Przywódca Stada wyszedł spomiędzy innych. Oboje wydostali się z domku. W ciele zwierzęcia widniała wypalona na wylot. Domek runął z łoskotem za ich plecami i płonął niczym wielkie ognisko. – Przywódca Stada – ostrzegła Lana głosem ochrypłym od kłębiącego się wokół dymu. stając . Opierała się na ramieniu Edilia. Oczy i zęby zwierząt lśniły. ale na trawniku nie mogli czuć się bezpiecznie. więc Sam ruszył. która z kolei ciągnęła małego Pete’a. Pozostali otrząsnęli się z szoku i ruszyli w ich ślady. lecz nie wszystkie. Sam puścił Astrid. Piekło przygasło tylko na chwilę. Kojoty rzuciły się naprzód. jedne padły.Sam pomyślał.

patrząc na pustynię. Niektóre z uciekających zwierząt płonęły i suche krzaki zajmowały się od nich ogniem. Nie wiedział. Całe stado pobiegło z podkulonymi ogonami w noc. że Sam nie nadaje się do rozmowy. nie mógł jej winić. powarkujące. Sam stal. nie prowadził już innych kojotów. – Wejdziemy tam i wszystko naprawimy. wściekłe. Szczeknięciem wydał rozkaz i całe stado zaczęło poruszać się jak jedno zwierzę. – Nie sądzę. Matka starała się. – Wrócimy do Perdido Beach – powiedziała. Przerażone zwierzęta odwróciły się i pognały do tyłu. Pierwsza fala kojotów natychmiast stanęła w ogniu. lecz podążał za nimi. – No. żeby wróciły – stwierdził Sam. zielono-białego światła. wciąż tak ciemną. Astrid widziała. Sam opuścił ręce po bokach. Robiło mu się od tego niedobrze. Chciało mu się płakać. – Dokąd teraz? – spytał go Edilio. nieustraszony. . że nosi w sobie tyle złości. stary – odezwał się Quinn pełnym podziwu głosem.przed Samem ze zjeżoną sierścią. siejąc całkowitą panikę. pędził. jak mogła. że pochłaniała blask pożaru. by dogonić swą pokonaną armię. Z wzniesionych wysoko rąk Sama wystrzeliły strumienie czystego. A Przywódca Stada nie był już nieustraszony. kryjąc się między swoimi pobratymcami. Astrid stała przy nim.

To dla nas wyzwanie. Edilio pokręcił głową. jakie zespoły muzyczne widział na żywo i jakie gwiazdy filmowe poznał. że on pewnie trzyma się blisko bariery. – Caine mówi. – Słońce niedługo wzejdzie. więc Drake zabrał dwoje innych dzieciaków z Coates. Panda wciąż dąsał się z powodu skręconej kostki i był niemal bezużyteczny. Panda stał się niemal nieprzydatny. grubas chińskiego pochodzenia o imieniu Chunk. pełniąca funkcję kierowcy. co to dla nas. Ojciec Chunka był agentem filmowym w Hollywood. zaliczał się do przeciętniaków. z jakimi Drake normalnie by się nie pokazywał. – Żadne tam wyzwanie. Usta mu się nie zamykały i bez przerwy gadał. Astrid poczerwieniała ze złości. czarnoskóra dziewczyna o imieniu Louise. że będzie łatwo. Będziemy mogli coś zobaczyć – powiedział Drake. głównie chwaląc się tym. To będzie wojna. – Caine myśli. żeby znaleźć drogę powrotną. – Co zobaczyć? – zakwilił Panda. Towarzyszyła im drobna. chuda. więc Drake . O ile Hollywood jeszcze istniało. – Tam nie ma nic oprócz pustyni. – Łatwizna.– A Caine po prostu ustąpi – odezwał się Quinn. Pierwszy z nich. że Sam wróci? – W głosie Pandy kryło się zdenerwowanie. – Nie mówię.

małym maniakiem komputerowym – Jackiem – doszli do porozumienia z Frederikiem i próbowali znowu opanować bieg spraw w Coates. że przyłoży Chunkowi. Po zniknięciu Andrew. A zatem pomimo panujących wciąż ciemności. a także ciągłych narzekań Pandy i paplaniny Chunka. Drake wściekał się. że musi wykonać ten rozkaz. Caine i Diana. nasłuchując wycia kojotów z doliny. Drake zagroził. do tego w nocy. Chciało mu się spać. jak to raz spotkał Christinę Aguilerę. razem z tym okropnym. bez jedzenia. wjechali na górę Piggyback i wkrótce znaleźli punkt widokowy. Drake był wściekły. by spróbował odnaleźć Sama. nawet jeśli ten nadal trzymał się bariery? – Jest droga. – To co się stało z Andrew? – spytała Louise podczas . że Louise w porównaniu z ostrożnym Pandą. jeśli ten nie przestanie opowiadać. bez napojów gazowych i w ogóle bez niczego. faktu. jak więc miał znaleźć Sama. W dodatku – jak powiedział Caine’owi – obszar do przeszukania był ogromny. Caine wysłał Drake’a. która prowadzi na górę Piggyback – odrzekł Caine. – Pamiętasz z wycieczki szkolnej? Rozciąga się stamtąd widok na wiele kilometrów. Spędzili tam jakiś czas. że musi przebywać na takim pustkowiu. jeździła jak szalona. mając tylko butelkę wody i towarzystwo tych durniów.potrzebował kogoś na jego miejsce.

Było to niemal niewykonalne. gdzie mieszkają wszyscy ci znani aktorzy i w ogóle. do barierki. mam tylko trzynaście lat – oznajmiła Louise. w której siedzieli i podszedł do skraju punktu widokowego. – Wcięło go. – Jest jak w Hollywood Hills. nie? – Lepiej żeby szybciej – stwierdził Drake – bo ja już mam tylko miesiąc. Widział ją przez chwilę. – Wychodzę – powiedział Drake. Wyglądało jak zapałka. migoczące światło pędzi zygzakiem daleko w dole. Zrobił wypad – powiedział Panda. gdy Chunk milczał. Raz poszedłem do domu takiego gościa..jednej z rzadkich chwil. – Chunk! Lornetka! Chunk przybiegł kilka chwil później. którego reprezentuje mój tata i. Drake wyrwał lornetkę z rąk Chunka i spróbował przyjrzeć się lepiej iskrze w dole. Tymczasem Drake patrzył jak małe. Chunk zaczął mówić. Zaczął się rozglądać i wtedy coś zobaczył. – Spod znaku Raka – dodał Chunk. wiesz? Przy Mulholland Drive. – Święte słowa – mruknął Drake pod nosem.. niesiona przez ciemność. co to znaczy? Jestem Rakiem. a potem znikała z . Wysiadł z terenówki. Nie dało się określić odległości. – Wiecie. – Został mi jeszcze ponad rok. – Mnie został czas do czerwca – wtrącił Chunk. to był reżyser. jakby kogoś to obchodziło. – W ciągu roku ktoś przybędzie nam na ratunek.

– Myślę. nawet wyjątkowo szybki. Drugi błysk był jeszcze wyraźniejszy. i wieża albo coś takiego.. wędrujący przez pozbawioną wyrazu pustkę. czego szukamy – stwierdził Drake. Bez wątpienia jednak poruszał się zbyt szybko. Chłopak oderwał lornetkę od oczu i krzyknął. – Jest jakiś dom. stary – wzruszył ramionami Panda. że znaleźliśmy to. że to ten dzieciak. Panda podszedł.. że w rozprzestrzeniającym się blasku widzi jakaś budowlę. I Drake zauważył. I jeszcze. którego próbujecie . A potem iskra przestała się poruszać. no. nie mógł rozróżnić szczegółów. Nawet gdy udawało mu się podążać za nią wzrokiem przez kilka sekund. by mógł go nieść człowiek. – Nie wiem. z przestrachem w głosie.. Drake podał mu lornetkę.pola widzenia. te. Teraz przemówił Chunk.. Trzeci wybuch oślepiającego światła przyniósł jeszcze więcej wirujących szaleńczo iskier. – Myślisz. ciągnące się przez mrok wczesnego poranka. psy albo coś. co to jest? Panda popatrzył i w tym momencie nastąpił rozbłysk. Panda spojrzał znowu. Wpatrywał się intensywnie i wydało mu się. kulejąc. był to tylko pomarańczowy płomyk. teraz widać było też snopy iskier. że płomień stopniowo rośnie. może dom. – Jak myślisz.

podekscytowany i przestraszony. Andrew i Frederica. próbował zorientować się w topografii. – Nie. To jest moc. Myślicie. Chunk złapał się za spodnie i opadł na kolana. z tysiąca metrów zastrzelę ich z pistoletu – odparł z sarkazmem Drake. – Nie ma wiatru. Drake też to zauważył. – Co zrobisz. – Założę się. Spojrzał w kierunku. Koleś potrafi robić takie rzeczy. że pójdą w stronę Coates.złapać? Koleś ma moc. – Kretyn. że Caine boi się tego gościa. Żaden nie znał takich numerów... To uciszyło Chunka na parę chwil. – Nic dziwnego. Bariera jest tam. że może załatwić Caine’a? Drake obrócił się na pięcie i na odlew walnął Chunka w twarz wierzchem wolnej dłoni. Gdy ten zatoczył się w tył. z którego przybyli. – Coates jest z tamtej strony. – Wskazał ręką. Jak w tym filmie. zastrzelisz ich.. Drake podszedł i kopnął go w krocze. jasne. że ma cztery kreski – ocenił Chunk. więc ogień podejdzie pod górę. – Pewnie wszystko tam wyschło i krzaki palą się bez trudu. Drake wyszarpnął pistolet zza pasa. – Tak. jak będą nas mijać? – spytał Chunk. Zakwilił: – O co chodzi? .. – To co zrobimy? – odezwał się Panda. A to znaczy. – Widziałem w Coates różne akcje Benna. I to ja ją mam – oznajmił. – Ogień się rozprzestrzenia – zauważyła Louise. Będą przechodzić pod nami.

co zrobiliśmy z tymi popaprańcami w Coates? Myślisz. Chodzi o to. że kto wyciągnął ich we śnie z łóżek. że kto się tym zajął? Wszystkie te dzieciaki ze swoimi głupimi tak zwanymi mocami. – Pan Laserowe Ręce nawet nie dojdzie do miejsca. A wtedy nie miałem pistoletu. – Zgadza się. co trzeba.– Mam cię dosyć – warknął Drake. Wzniecanie pożarów. kretyni. Nie chodzi o to. I kto zrobi. na ich rękach zastygał właśnie beton? – To byłeś ty. przenoszenie przedmiotów i czytanie w myślach. . Chunk dźwigał się już na nogi dzięki pomocnej dłoni Pandy. Drake – powiedział Panda. tylko mną – oznajmił Drake. – To nie Samem Tempie powinniście się przejmować. w którym mógłby walczyć z Caine’em. Widziałeś. Wykończę go na długo przedtem. kto ma moc. kto się nie boi. gnojki. – Dorwałeś ich wszystkich. ani nawet nie Caine’em. spuścił łomot? Jak to się stało. – Mam dosyć tych wszystkich bzdur o mocy. że kiedy się budzili. Myślisz. próbując go udobruchać.

Mały Pete upadł bezgłośnie i został z tyłu. Ze zmęczenia nogi mieli jak z ołowiu.Rozdział 34 87 GODZIN. przez co ich marsz był jeszcze wolniejszy i bardziej niebezpieczny. Lena. która wszystkiemu odbierała kolor. . Mogli kierować się tylko na południe. gdy chłopcy nie mogli już zrobić następnego kroku. wspinał się na wzgórza na północy. Nareszcie nadszedł świt – ponura szarość. Potem Edilio i Sam na przemian nieśli go na plecach. dopóki Astrid tego nie zauważyła. Teraz wszyscy podążali za nim. tym bardziej. może przez dwie godziny. – Biegałam z kojotami. o barwie żółci i oranżu. Ogień. – Dziewczyny są zmęczone. Sam. Edilio. obudził się i zaczął iść na własnych nogach. nawet płomieniom. by się z nim spierać albo próbować go prowadzić. że zmierzał w zasadzie we właściwym kierunku. gdzie stawiają stopy. Chodzenie z wami to odpoczynek. a później. zbyt zmęczeni. Quinn. odcinając im drogę. Pete spał przez jakiś czas. Astrid i mały Pete. Widzieli już. Porzucili już plany podążania do domu wzdłuż muru ETAP-u. 46 MINUT Było ich sześcioro. – Nic mi nie jest – odezwała się Lana. – Musimy się zatrzymać – stwierdził Edilio. lecz i tak ciągle się potykali.

co było albo wyjątkowo dużym krzewem. albo małym drzewem. uwięzione w twardym bloku betonu. – O rany. Ich uwagę zwróciły jednak przede wszystkim ręce. ale nie chciał wracać. – Petey! – krzyknęła Astrid. – Szybko! Sam sądził. bardzo wychudzoną. Lana momentalnie oceniła sytuację. – Wracaj. gdzie stał mały Pete. że jest zbyt wyczerpany. Astrid przeżegnała się szybko i przycisnęła dwa palce do szyi dziewczyny. Była Azjatką. obok czegoś.– Ja mam dosyć – oznajmił Sam i stanął w miejscu. Zatrzymujemy się. Nie podziałało. W pyle drogi leżała dziewczyna. z każdym krokiem odczuwając ból. – Sam! – zawołała. – Nie widzę żadnych obrażeń. Astrid powlokła się do niego. co ktoś zrobił z jej rękami? – Nie umiem leczyć głodu – stwierdziła Lana. – Próbowałam tego na sobie. Może jest wygłodzona albo na coś chora. Miała poszarpane ubranie i potargane czarne włosy. – Skąd się tu wzięła? – zastanawiał się na głos Edilio. . – Lana! – wykrzyknęła. a obok klęczała Astrid. niemal skóra i kości. ładną. choć nie piękną. Mały Pete przystanął. ale w jakiś sposób znów wprawił swoje nogi w ruch i podszedł do miejsca. kiedy wędrowałam ze stadem. by zareagować.

– Zwykle nie patrzy na ludzi w ten sposób. – Tam jest droga – powiedział Sam. – Sam. przełyka. Edilio odłamał kawałek batonika. naprawdę mocno. – Pewnie nigdy nie widział. Dla niego nie są zupełnie prawdziwi. – Przynajmniej tak mi się wydaje. – Ktoś tędy przejeżdżał i wyrzucił ją tutaj – zgodziła się Astrid. ukląkł i ostrożnie polał wodą policzek leżącej. po czym wsunął jej go delikatnie do ust. no wiesz. możesz.. – Petey raczej nie odczuwa więzi z innymi ludźmi. do czego zdolne są niektóre kanalie – powiedział Edilio. Kiedyś skaleczyłam się w kuchni nożem. – Patrzcie. tak że kilka kropel spłynęło jej do ust. a on nawet nie mrugnął. Sam wskazał ślad w pyle. przyglądając się dziewczynie. Po chwili usta dziewczyny poruszyły się z trudem – żuła. – Kto by zrobił coś takiego? Mały Pete stał. Astrid to zauważyła. jak ciągnęła ten blok. – To jakieś chore – mruknął ze złością Edilio. A jestem dla niego najbliższą osobą na całym świecie. wypalić ten beton z jej rąk? . – Nie – powiedziała z namysłem Astrid. – Widać. Polna droga.. leciała mi krew.Edilio odkręcił swoją butelkę wody. Odezwała się Lana.

– Wolałbym nie spotkać palanta. zrywami. Wszyscy skulili się instynktownie. – Znam go – stwierdziła Astrid. a ty weźmiesz blok. to zwalniając. Nie umiem tak precyzyjnie celować. – Pewnie jesteśmy niedaleko od tego mrocznego miejsca. – Ja złapię ją. W ciszy wyraźnie słyszeli dźwięk silnika. dowiemy się. który to zrobił. Prowadził go. Astrid nachyliła się w stronę otwartego okna. Pomachała. – Jest strasznie ciężki – powiedział Edilio. – Jak mamy zabrać tę dziewczynę? – spytał Edilio. – Jeśli spróbujemy rozbić to młotem albo nawet młotem i dłutem. Ktoś prowadził go niezbyt umiejętnie. Pewnie połamalibyśmy jej wszystkie kości w dłoniach. Samochód zatrzymał się gwałtownie. stary. karmiąc dziewczynę kolejnym maleńkim kęsem. – Chodźcie. – Nawet nie wiem. ale nie z tym kawałem betonu. samotny chłopiec. – Komputerowy Jack? . – Coś słyszę. będzie bardzo bolało. kim ona jest – powiedział Sam. – Cśśś – syknęła Lana. – Może dałbym radę ją nieść. – Kto mógł jej to zrobić? – zastanawiała się Lana. o ile Sam dobrze widział.– Nie. co można zrobić – powiedział Edilio. to przyspieszając. – To mundurek Coates Academy – odparła Astrid. Postąpić tak z innym człowiekiem? Co za bestia może zrobić coś takiego? Samochód okazał się terenówką.

O ułamek sekundy za późno. ale patrzył prosto na Sama. więc szukałem jej i. – Nie ruszam się – powiedział Sam. Wiem wszystko o mocy. Pewnie dlatego nazywają . – Decyzje podejmuje ten. żebym spróbował wziąć ciebie i twojego braciszka żywcem. Jakie wielkie słowo.. – Muszę pomóc nieść tę dziewczynę. – Nie zostawimy jej tutaj – oświadczyła Astrid. Drake podniósł się zza trzeciego rządu siedzeń. – Nawet o tym nie myśl. Już po niej. Szukałem jej. że to pułapka. Ręce masz mieć opuszczone. – Szukałeś jej? – Tak. na głowę. Znaleźliście Taylor. Caine chciał. że jesteś bardzo szybki. W tym momencie Sam zorientował się. – O nie. Jest chora. koleżko. Podniósł ręce w geście kapitulacji. wymierzony w głowę Astrid. – No. no.. Oddaliła się od szkoły. Ale jeśli wykonacie swój numer ze znikaniem. – Cześć – odezwał się chłopak. Drake – powiedziała Astrid. – O. Nawet jeśli ci się wydaje. Wiecie. Astrid. – Nikt jej donikąd nie zaniesie. zastrzelę Sama. Trzymał pistolet. siedziałbym cicho. świetnie. ale właściwie nigdy z nim nie rozmawiał. – Na twoim miejscu. – Jesteś psychopatą. kto ma broń – odparł Drake i wyszczerzył się w uśmiechu. mnie wystarczy tylko nacisnąć spust.Sam widywał tego maniaka techniki w mieście.

jakie jeszcze słowo jest dobre? Debil. – Jack jest jak śrubokręt . co? Wiesz. – Dobra. co kumpel postanowi. że tego nie nagrałem.cię Genialną Astrid. szukając odpowiedzi. Drake wydał z siebie teatralne westchnienie. Podnieście ją i wrzućcie na przednie siedzenie obok Jacka. Grzecznie i powoli. pojedynczo. to tam. – E tam – powiedział Drake. Na razie patrzył szeroko otwartymi oczami. Wsiądziecie do samochodu. Sam widział konflikt. – Nic mi nie będzie. spoglądał to tu. że jest dla ciebie jakaś nadzieja. by się ruszać. Czy powinien trzymać się Sama. Quinn nawet go nie usłyszał. Zajęła miejsce dokładnie za Jackiem. No dobra. Astrid wsiadła do samochodu. Dziewczyna żyła. ale była niezupełnie przytomna i zbyt osłabiona. Quinn zesztywniał ze strachu i niezdecydowania. – Mój brat to debil – przedrzeźniał ją Drake. Wymagało to nieco wysiłku. Jack. wargi mu drżały. – Szkoda. jakby ją uderzył. – Nie zostawimy tej dziewczyny – stwierdził kategorycznie Sam. Quinn – szepnął Sam. malujący się na jego twarzy. czy raczej przypodobać się Drake’owi? Sam zastanawiał się. – Naprawdę myślałam. – Właśnie – zgodził się Edilio. Astrid skuliła się.

Jedno z pomieszczeń na piętrze było odsłonięte. Sam już raz tam był. w tym miejscu.albo obcęgi. co miało nadejść. Głównie drzwi zostały wysadzone. Ale nie rozbili się. w którym uwielbiała pracować. Ale nawet Sam wiedział. Widok tego miejsca wywołał u Sama przypływ smutnych wspomnień. stary budynek wyglądał jak po ostrzale. – Wygląda jak pole bitwy – skomentował Edilio. przyprowadzony. wręcz karygodne. To tylko narzędzie. Drake – powiedział Sam. co mogła. teraz. – To ze mną masz problem. a Coates jako miejsce. że nie zatrudniłaby się tutaj. – Ale nie narazisz swojego ulubionego Meksykańca ani swojej dziewczyny. Edilio i Sam siedzieli z tyłu. Jechali zrywami. biorąc pod uwagę to. co się mu każe. Mały Pete i Lana dzielili środkowy rząd siedzeń. Zatrzymali się przed Coates Academy. Robi. gdyby chodziło tylko o twoje życie – odparł tamten. by zobaczyć miejsce pracy matki. złe. Jak to powiedział Edilio? Cabeza de turco? Kozioł . by przedstawiać swoje zajęcie w sposób entuzjastyczny. – Podjąłbyś ryzyko. Jack często skręcał na pobocze. To było dziecinne. I wybrał fatalny moment. Drake przycisnął pistolet do potylicy Edilia. – ETAP to jest pole bitwy – odparł złowrogo Drake. Mama robiła. na co Sam liczył. Ponury. gdyby nie zniszczył jej małżeństwa. by o tym myśleć. Odkrył w sobie resztki gniewu na matkę.

– Nie wątpię – odparł Drake. – Nie masz do czynienia z Caine’em. Trzymali kije bejsbolowe. Ponad dwadzieścioro uczniów otaczało niską poręcz wokół altany. Wznosiła się tam niewielka scena. tylko ze mną – odparł Drake. że jest tu jego brat – nie dawał za wygraną Sam. Sznur sięgał od poręczy do szyi. wyglądająca jak altana. który zostawiał im niewielką swobodę ruchów. co kazał.ofiarny? Chciał obarczyć kogoś winą. – Powiedz Caine’owi. a gniew na matkę narastał w nim już na długo przed ETAP-em. Gęsiego obejdziecie budynek. czekał na nich Panda z paroma uczniami. – Najchętniej bym cię zastrzelił. . Wszyscy byli do niej przywiązani sznurem. Mieli pusty wzrok i zapadnięte policzki. „ Gdy się zatrzymali. którego oddała. Skręcili za róg i znaleźli się na dziedzińcu za głównym budynkiem. Więc mnie nie wkurzaj. A on tym. Sammy. jak u koni. To ja byłem tym synem. gdy wysiadł. którym zalano ich ręce. Zrobili. „Ale chociaż jestem wściekły – myślał – Caine musi czuć się jeszcze gorzej. Ciążyły im bloki betonu. – Chcę się zobaczyć z Caine’em – powiedział Sam. Stańcie w rzędzie. których Sam nie znał. – Ale najpierw musimy się zająć innymi sprawami. Najchętniej zastrzeliłbym was wszystkich. którego zatrzymała przy sobie.

– Trzeba coś zrobić z bezużytecznymi popaprańcami – stwierdził Drake. Sam. a potem. Po prostu wtykasz ręce. Sam. a przekonamy się. Tylko drgnij.Astrid użyła słowa. – Widocznie zobaczył u Sama jakąś reakcję. – Oto banda popaprańców – oznajmił Drake. skuleni. bo przytknął pistolet do głowy Astrid. jak naprawdę wygląda genialny mózg. Jeden z uczniów Coates uderzył ją z tyłu w zgięcie kolana kijem bejsbolowym. bo niektórzy wciąż wylizywali tace. cofając się. . Drake. – Zamknij się – warknął Drake. – Ładnie się wyrażasz – powiedział z szyderczym uśmiechem Drake. – Dobra. Przed każdym z więźniów postawiono tacę ze stołówki. Ty jesteś chory – odezwała się Astrid. – To chore. – Ej. – Nie możecie tak sobie biegać. Ty pierwszy. Jedno z nich wrzuciło do środka garść żwiru i pracowały dalej. To łatwe. – Nie mogę z tobą nawet rozsądnie dyskutować. ja nie mam mocy – przypomniał Quinn. Najwyraźniej zrobiono to niedawno. twarzą w dół. – Twoja decyzja. ręką wykonując zamaszysty gest konferansjera. Troje dzieciaków mieszało beton w starych. którego Sam nigdy się po niej nie spodziewał. niczym psy. – O nie – powiedziała Astrid. aż upadła na ziemię. skrzypiących taczkach za pomocą łopat z krótkimi trzonkami. bo jesteś zbyt pokręcony. – I to przy Petynie. jakby mieszały gęsty sos.

zostaną niewolnikami. które mieszały beton. Kolejny dołek w ziemi i procedura zaczęła się od nowa. mówiąc przez łzy: – Wszystko będzie dobrze. Sam klęczał z unieruchomionymi rękami i umysłem oszalałym od rozpaczliwych planów i obliczeń. Jeszcze pół łopaty i znów użył kielni. stary. Jeśli nic nie zrobi. ale Sam nie miał złudzeń: będą robiły to. Mieszający wlali do dołka łopatę betonu. Sam na drżących nogach podszedł do taczek. nie mam mocy. Sam zanurzył ręce w betonie. Astrid zginie. – Zrób to albo paf i nie ma naszego geniusza.hokus-pokus. – Sam to popapraniec. Quinn przybrał błagalny ton. Jestem normalny. wypełniając go w jednej trzeciej. mocy nie ma. po czym upchnął beton kielnią. co się im każe. Dzieciak z łopatą dorzucił jeszcze trochę. Sam – nakazał Drake. W ziemi wykopana była dziura o długości mniej więcej trzydziestu centymetrów i dwa razy mniejszej szerokości. głęboka na jakieś dwadzieścia centymetrów. wszystko będzie dobrze. po czym wrócił do taczek. Astrid. Dzieciaki. Astrid płakała. tym razem do wygładzenia betonu. ale ja nie. twoja kolej – powiedział Drake. wydawały się bardzo nieszczęśliwe z powodu wykonywanej czynności. – Dobra. . Pete. Jeśli się ruszy. – Włóż tam ręce.

przekazując mu swoje przerażenie. Nigdy nie widział Astrid tak zdenerwowanej. pokaż. Płakała. gdy chciał poruszyć palcami. co potrafisz. I tak właśnie było. prawda? Stanął za nim i pacnął go w tył głowy. Sam – odezwał się Drake.Jeden z mieszających beton zabrał się za kopanie trzeciej dziury. Mały Pete był pogrążony w swojej grze. okazało się. Sam padł twarzą na ziemię. – Jeśli planujesz jakiś akt odwagi. Nawet Caine się ciebie boi. ale widząc ją w takim stanie. – Znowu go uderzył. że beton twardnieje. Zupełnie jakby płakała na jego użytek. tym razem lufą pistoletu. Jej strach podsycał jego własne obawy. Drake. Nie mógł tego znieść. A jednak Astrid nie odpowiadała na jego spojrzenie.. – Spróbuj wyciągnąć ręce. Ale pomysł nie zdawał egzaminu. Pociągnął z całej siły. Podniósł się. w swoim świecie. – Zdaje się. masz jakieś osiem minut. nie próbując tego ukryć. że są unieruchomione. No. odgarniając ziemię kielnią. – To trwa jakieś dziesięć minut. Sam czuł. Już teraz. Nie możesz. Sytuacja była dla niego wystarczająco trudna. wprawnymi ruchami. jej uwagę skupiał wyłącznie mały Pete. że twój czas się kończy. Robił to szybkimi. Sam – powiedział ze śmiechem Drake. – Tak trzeba z popaprańcami – powiedział Quinn. Sam. więc musisz być twardy.. – Nie ma wyboru. ale jego dłonie były . – No.

przepraszam. – Proszę. Utrzymywał się na nogach. Płakała . Zaczął się zmagać z ogarniającą paniką. – Tak. – W końcu masz czternaście lat. Caine zbliżał się do niego wolnym krokiem. – Widzę – przyznał Caine. Odwrócił głowę i zobaczył Caine’a i Dianę. ale dostarczyłby tylko Drake’owi rozrywki. I to bez żadnej mocy. – Może podrapiesz Drake’a za uchem? Był takim dobrym psem – podsunęła Diana. idących przez trawnik. że małych przyjaciół Sama też udało się złapać. – Uścisnę ci rękę. Drake podszedł do niego bliżej. Próbując teraz wstać. Sam usłyszał trzaśniecie drzwiami. Bardzo dobra. Sam poczuł jego potworny ciężar. ale z ogromnym wysiłkiem. oporny Sam Tempie – powiedział. Widzę. A. a jego uśmiech z każdą chwilą stawał się szerszy.uwięzione. Miał ochotę kląć. nie? Ile ci zostało do zniknięcia? ETAP to tylko etap przejściowy. – Dorwałem go – oznajmił Drake. – Dorwałem wszystkich. – To kto tu jest mężczyzną? Kto dał radę tobie i pozostałym popaprańcom? Ja. pomyłka. znieś to jak mężczyzna – zapiał Drake. prawda? Chłopcy z łopatami wydobyli blok betonu z ziemi. proszę. Młodzi kopacze wydobyli ręce Astrid z ziemi. – Roześmiał się. Swędziały go. – Dobra robota. lecz brzmiało to bardziej jak rozładowanie napięcia niż cokolwiek innego.

A potem nadszedł ból. który jednak upadł. – Lepiej zostaw w spokoju tamtą dziewczynę. I nagle Sam zorientował się. wykręciła. poruszając się jak we śnie. powoli. rytmicznie machała swoim betonowym blokiem. Przytknął lufę pistoletu do kolana Sama. – Co? Uzdrowicielka? – Umie uleczyć wszystko. z głową zwieszoną nad Gamę Boyem. Noga. Chcesz zobaczyć? – Mam lepszy pomysł – odparł Caine. – Nie! – krzyknęła Astrid. Drake wybuchnął głośnym. . nie mogąc do końca wstać. każde obrażenie – potwierdził Sam. która wydawała się na wpół urwana. daj dziewczynie coś do uleczenia. co dziewczyna robi. – Ugryzł mnie kojot. Przewrócił się na bok niczym ścięte drzewo. – To uzdrowicielka. nazywa się Lana – powiedział. radosnym śmiechem. – Drake. Astrid stuknęła małego Pete’a blokiem betonu. zataczając nim niewielki łuk i uderzając w Gamę Boya swojego braciszka. wskazując ją ruchem podbródka. Mały Pete podszedł do niej. Musiał odwrócić uwagę od Astrid i małego Pete’a. Z początku ból nie przedarł się do świadomości Sama. ledwie zdolna do ruchu. Astrid. wygięła się pod nim. Brwi Caine’a uniosły się.histerycznie. Huk był straszliwy. – Uleczyła mnie – ciągnął Sam.

których więziono przez dłuższy czas. Dopiero teraz w ogóle zauważyła obecność małego Pete’a.Drake uśmiechnął się szeroko i z podnieceniem wykrzyknął: – Ha! Wstrząśnięta Astrid tak mocno zamachnęła się betonowym blokiem. odwrócił i uciekł w stronę budynku. Caine był szybki. łuszcząca się skóra. Betonowe bloki zniknęły. że wytrąciła braciszkowi konsolkę z rąk i odepchnęła go o krok w tył. martwa. niepewna. Po prostu zniknął. Diana zdawała się rozdarta. chociaż dłonie tych. jakby nigdy nie istniały. I wszystkich pozostałych. Po chwili jednak pognała za Caine’em. . Diana zmarszczyła z niepokojem brwi. dzieciak. że jej oczy otwierają się szeroko. Nastąpił rozbłysk światła. ty idioto. Cofnął się. pokrywała blada. Mały Pete podniósł swoją grę. Dzieciak! Astrid opadła na kolana. wciskając kłykcie w miękką ziemię. Jednak beton nagle zniknął z dłoni Astrid. opuszczając beton na Gamę Boya. Nie rozległ się żaden dźwięk. a palec celuje w chłopczyka. Blok zniknął na ułamek sekundy przed jej zmiażdżeniem. Teraz konsolka była brudna i przylepiły się do niej źdźbła trawy. Podobnie jak blok z rąk Sama. Astrid klęczała. – Drake. wciąż jednak działała. Przez czerwoną mgiełkę bólu Sam zobaczył.

. Spudłował z powodu oślepiającego. że wchłania go czarna dziura.. a pęd powietrza tylko podsycał płomienie. Zamrugał powiekami. Drake krzyknął i patrzył z przerażeniem.. w nieświadomość. Wracać do. Caine. zajęła się płomieniem. w którą zmieniło się jego kolano. dymiący po strzale w kolano Sama. Jego ręka. Krzyknął. – Celowałem w głowę – odparł Sam.. zielonkawego rozbłysku. – Zostawcie mnie. zaciskając zęby z bólu. – Musimy się stąd wynosić – zdołał wykrztusić Sam.Drake stał jak wryty. trzeba uciekać. Ciało czerniało od ognia. Wirując. Miał wrażenie. . Użycie mocy pochłonęło resztkę jego sił. Sam – stwierdził Edilio. Lana uklękła przy nim i przycisnęła dłonie do krwawej miazgi. cała ręka trzymająca pistolet. Ale nie mógł dokładnie wycelować. Podniósł broń i strzelił w kierunku małego Pete’a. Puścił się biegiem. Wciąż miał w ręce pistolet. – Dobry strzał. Dym był brązowy. Pistolet wypadł mu z poparzonych palców. spadał coraz głębiej. jak ogień pochłania jego ciało.

Astrid szła obok małego Pete’a. Edilio dostrzegł wyraz jego twarzy. Obejrzał się i stwierdził. – Zyskałeś zwolenników. że Edilio i jakiś nieznajomy dzieciak wloką go drogą. którego za rękę trzymała Lana. uwolnionych z Coates. z zawstydzenia stroniąc od reszty. Beton wyciągnął z ich skóry całą wilgoć. Uzdrawianie kolana dobiegło końca. – Caine nie zaczął nas ścigać? – Jeszcze nie. ujrzawszy dłonie dzieciaków z Coates. 11 MINUT – Gdzie jesteśmy? – Sam przebudził się gwałtownie i ze wstydem stwierdził. podczas gdy jej pies pognał do lasu w pogoni za wiewiórką. że wyglądają jak banda dzikusów. Skóra . Grupa rozciągnęła się na drodze. rozproszyła. Sam. Quinn wlókł się sam poboczem drogi. wędrując bez żadnej dyscypliny. W sumie czuję się nawet nieźle.Rozdział 35 86 GODZIN. – Możesz wstać? Sam sprawdził swoje nogi. Sam skrzywił się. Towarzyszyło im jeszcze ponad dwadzieścioro dzieciaków. – Nic mi nie jest. Edilio zatrzymał się.

– Tak – Edilio zorientował się. Od Perdido Beach wciąż dzieliło ich wiele kilometrów. za żelazną bramą. – Myślisz... Jest niesamowita. Znaczy. A potem możesz się z nią umówić czy jak tam będziesz chciał. Byli brudni. – Wiesz. czy uda nam się przeżyć. że słyszy w głosie Edilia coś jeszcze. – Jest też ładna. lubię się trochę zdrzemnąć. Znajdowali się na drodze z Coates... – wyjąkał Edilio i umilkł. niczym podarte bandaże u jakiejś mumii z filmu grozy. a potem wypuszczam lasery z rąk. że się ocknął. – Ona tylko. Samowi wydało się. Na nadgarstkach widniały czerwone kręgi – beton obtarł je do krwi.. . – Lana zajmuje się nimi po kolei. Leczy ich.. prawda? Edilio szeroko otworzył oczy i zaczerwienił się. no wiesz.. – Spojrzał jej w oczy i bezgłośnie dodał: – Dzięki. w niektórych wypadkach wisiała w strzępach. na co Sam patrzy. – Nareszcie się obudziłeś – stwierdziła.. – Za jej przykładem przybrał żartobliwy ton. znasz mnie. że ona. ja tylko. Sam klepnął go w ramię.była biała i sflaczała. i przyspieszyła kroku. – Powodzenia.. – Najwyższy czas. zobaczymy.. Astrid zauważyła. – Stary. – Zwykle jak mnie postrzelą. Sam rozejrzał się po okolicy.

Stracił Drake’a. jakby chciała powiedzieć: „drobiazg”.Wzruszyła ramionami. Wiesz. Najpierw musi opracować plan. przez co oni przeszli i w ogóle. – To priorytet. – Nie. mogli coś na to poradzić. I będzie się bał. – Musimy zdobyć jedzenie dla tych dzieciaków – zauważył Edilio. Zatrzymał się pośrodku drogi i zaczekał. Będzie nas ścigał – zgodził się Sam. Nic nie znaczyły. To prawda. – Czyli wracamy do Perdido Beach? – Ciągle jest tam Orc i paru innych. są z nami. że wszyscy się bali. – Mamy jakieś pięć. ćwiczyli to. Nie podobały mu się jednak własne słowa. – Wszyscy się boimy i niewiele możemy na to poradzić – oznajmił Sam. A nawet musieli. – Ale też się boją. ale owszem. Jest tu trochę trudnych przypadków. jak pierwszy raz wjechał do Perdido Beach – odparł. . może sześć kilometrów do Ralph’s – myślał na głos Sam. – Caine nie zaakceptuje takiego stanu rzeczy – spoważniała. – Miał plan. Mogą być z nimi problemy. – Dlaczego myślisz. – Dadzą radę? – Chyba muszą – stwierdził Edilio. że wszystkie dzieciaki. które posiadają moc i które go nienawidzą. że nie ruszy w pościg? – Przypomnij sobie. – Ale jeszcze nie teraz. aż inni go dogonią. Wydał instrukcje swoim ludziom.

Tam wszyscy się najecie. – Nie próbujmy więc udawać. że wszyscy słuchają. znowu zdał sobie sprawę. ale to nieprawda. ale wcześniej widzieli. – Tak. Sam pospiesznie opuścił ręce. Cierpliwie poczekał.– Słuchajcie. Przestraszeni. Chciałbym wam powiedzieć. – Wzniósł ręce. że to już koniec. Wiem. aż był pewien. Ja na pewno tak – dodał ze smutnym uśmiechem. Skulili się. Odpowiedziało mu kilka uśmiechów. – Przepraszam. – Wszystkich nas spotkały ostatnio złe rzeczy – powiedział Sam. Nie wiemy. że to nie jest straszne. poważniejsze nawet od strachu. by zwrócić na siebie uwagę i uspokoić ich. Mamy kilka kilometrów do sklepu spożywczego. gdy wykonał ten gest. – Chociaż głód to też nie żarty. Mogę prosić wszystkich o uwagę? – odezwał się łagodniejszym głosem. Zacznę jeszcze raz. że mają jeszcze inne zmartwienie. Nasze własne ciała i umysły zmieniły się w sposób jeszcze dziwniejszy niż za sprawą dojrzewania. Quinn ciągle stał w oddaleniu. Jesteśmy zmęczeni. że wszyscy jesteśmy roztrzęsieni. co się dzieje. ktoś bez przekonania zachichotał. Wiem. – Bardzo złe. Ale czasami to sam strach jest najgorszy. że część z was przeszła przez piekło. Dłonie trzymał przy biodrach. Wiecie? – Gdy jego wzrok prześlizgiwał się po ich twarzach. Cały świat stał się dziwny. najwyraźniej gotowi uciekać do lasu. co się stało. . Bo jest.

Może nie zawsze byliście dzielni. Jestem z wami. Przeżyjemy. że nie znamy swoich imion. też jesteś potrzebny. by przetrwać. Sam wyartykułował wszystko. wygramy i spróbujemy być szczęśliwi. Będziemy walczyć. dzieciaki z Perdido Beach. teraz jesteśmy razem. Razem. Jeśli masz moc. ale oni potrzebowali czegoś jeszcze. – Pierwsza rzecz. Nie poddamy się. Wymieniano spojrzenia. Była równie poważna. Też jestem z wami. jesteś potrzebny. jesteśmy braćmi i siostrami. Dobrze – ciągnął tak cicho. – Dobrze mówi! – wykrzyknął ktoś. Może robiliście różne rzeczy. Rzucił okiem na Astrid. jak wszyscy. – Coś wam powiem. – Odwrócił się do Astrid. Przez cały czas. Bracia i siostry. co zamierzał. Może porzuciliście nadzieję. którą musimy wyjaśnić: tu nie ma rozróżnienia na popaprańców i normalnych. głęboka cisza. – Nazywam się Edilio. Zaczynamy od nowa. zachęcając go. – Dzieciaki z Coates. . Nieważne. Jesteśmy braćmi i siostrami. – Mam na imię Sam. – Jestem Astrid. – Dobrze. że niektórzy musieli podejść bliżej. Tak jak mówili. – Dobra – odezwał się wreszcie Sam. by mówił dalej. – Teraz już po wszystkim. Kiwano głowami. Tu i teraz. Zapadła długa.Twarze obecnych sposępniały. Jeśli nie masz. Jakaś dziewczyna zaniosła się nagle szlochem. ale skinęła głową.

mocno zbudowana dziewczyna z włosami zaplecionymi w cienkie warkoczyki i z kolczykiem w nosie. Po kolei deklarowali swoją determinację. Kiedy znowu ruszyli w drogę. pewniejszy. Jesteśmy braćmi. – Quinn – powtórzył Sam. – Wchodzę w to. Nie liczy się nic. – Thuan Vong – przedstawił się szczupły chłopak z nieuleczonymi jeszcze dłońmi. Nic. nie rozchodzili się już na wszystkie strony. Teraz chodźmy po jedzenie – powiedział Sam. Ja. ale przybierały na sile. Każdy był głośniejszy. Potrafię to i owo. – Nazywam się Brianna. ale . – Dobra. Tylko Quinn zachował milczenie. stary? Quinn miał ściśnięte gardło. potrafię być bardzo szybka. tylko patrzył w ziemię. bardziej zdecydowany od poprzedniego. – Quinn! – zawołał go Sam. po policzkach popłynęły mu łzy. – Wchodzę. co było wcześniej. no.Hermanos... Ale w końcu cicho odezwał się: – Tak. które wyglądały jak martwe ryby. Zwiesił głowę. Jesteśmy braćmi. – Wszystko zaczyna się teraz od początku. Nie maszerowali jak wojsko. – Ja też – zawołała chuda dziewczyna z rudymi kucykami. Ten nie odpowiedział. Ich głosy brzmiały z początku słabo. – Dekka – odezwała się silna.

– Jeśli Sam wróci. którą trzyma Drake Merwin – wybuchnął Howard. Elwood jednak pognał już przekazać informację Dahrze i go nie słyszał. W jego głosie pobrzmiewała ulga. Howard zanotował w myślach. w drodze do McDonald’sa. chłopak Dahry Baidoo. na ile może grupa przerażonych nastolatków. że Elwood jest nielojalny. – Wystarczająco jasno. Wznieśli głowy nieco wyżej. Idzie tu autostradą. stary. Ktoś się nawet roześmiał.trzymali się na tyle blisko siebie. – Co? – Sam. ale w tej samej chwili uświadomił sobie. w którym wiozła . Mięśnie Howarda naprężyły się. po gofrowego hamburgera od Alberta. Wydawał się zadowolony. to na smyczy. Edilio klepnął go w plecy. Był to przyjemny dźwięk. że może mieć większe zmartwienia niż lojalność Elwooda. Wieść przyniósł Elwood. Astrid odezwała się przyciszonym głosem: – Jedynym. czego powinniśmy się bać. pchającą w stronę przedszkola sklepowy wózek. jest sam strach. czując się nieco zagubiony. Howard rozejrzał się. co robić. niepewny. nie dało się ukryć. – Sam wraca. Był w połowie ratuszowych schodów. Zauważył Mary Terrafino. – Chyba nie powiedziałem tego tak jasno – uznał Sam.

– Chyba twój czas się kończy – odparła i zaśmiała się. Wszystko gra. że stoję po czyjejś stronie. Howard żałował. dlaczego miałbyś bać się Sama? Mam rację? – Oparła się o wózek. że idzie tu autostradą. nie musiałby tolerować gadania Mary. Drake’a i Orca. W końcu skoro Caine jest taki świetny. Ale sytuacja sam na sam to co innego. który znów potoczył się naprzód.soki w kartonach. Ale coś zauważyłam. Wszystko gra. Mary? – zagadnął. – Nie powiedziałam. że stoisz po stronie Sama? – spytał. Tylko po stronie maluchów. żebym powiedział Caine’owi. – Co słychać. że prawie się posikałeś. Więc wiesz co? Może to ty jesteś nielojalny. gdy usłyszałeś o Samie. „To nic wielkiego”. że nie ma z nim Orca. – On jest tylko jeden. „Mamy Caine’a. – Powodzenia – odrzekła. maść A&D i parę poobijanych jabłek. którymi się opiekuję. Gdyby miał Orca u boku. – Tak myślisz? – Sam tu idzie. Zauważyłam. Howard przełknął ślinę i zaczął się zmagać z własnym strachem. – Chcesz. powiedział sobie. skopiemy mu tyłek. Zbiegł ze schodów i ją dogonił. „ . – Widziałaś go? – Trzy osoby mówiły mi. Lepiej się pospiesz i go zatrzymaj – powiedziała z triumfem w głosie.

Wierzył w to przez dobrych dwadzieścia sekund, zanim
się złamał i pobiegł po Orca.
Orc był w domu, który zajął i który teraz dzielił z
Howardem, naprzeciwko miejsca, gdzie mieszkał Drake.
To była krótka ulica, a bliżej ratusza mieszkać się już nie
dało. Dzieciaki nazywały ją Aleją Osiłków.
Orc spał na kanapie, oglądając film kung-fu na DVD z
głośnością ustawioną na cały regulator. Nabrał zwyczaju
życia nocą i spania za dnia.
Zdaniem Howarda dom był kiepski, marnie urządzony i
cuchnący czosnkiem, ale Orc o to nie dbał. Chciał być
blisko wydarzeń w mieście. Na tyle blisko, by mieć też
oko na Drake’a po drugiej stronie ulicy.
Howard znalazł pilot i wyłączył telewizor. Na szklanym
blacie stolika do kawy walały się puszki po piwie, a w
popielniczce – papierosy. Orc wypijał ostatnio po parę
piw dziennie.
Od czasu Bette. To wtedy zaczął pić na dobre. Howard
martwił się o Orca. Nie żeby go szczególnie lubił, ale ich
losy były ze sobą powiązane. Czasem wyobrażał sobie,
jak by wyglądał jego świat, gdyby Orc go porzucił, i ta
wizja wcale mu się nie podobała.
– Orc, wstawaj, chłopie.
Bez odpowiedzi.
– Orc. Wstawaj. Mamy kłopoty. – Dźgnął go w ramię.
Orc odemknął jedno oko.
– Czemu zawracasz mi tyłek?
– Sam Tempie wraca.

Orc potrzebował chwili, by przetworzyć te słowa.
Potem usiadł gwałtownie i złapał się za czoło.
– O rany. Łeb mnie boli.
– To się nazywa „kac” – wypalił Howard. Potem, gdy
Orc posłał mu mordercze spojrzenie, złagodniał. – Mam w
kuchni paracetamol – rzucił. Napełnił szklankę wodą,
wytrząsnął sobie na dłoń dwie tabletki i przyniósł je
Orcowi.
– W czym problem? – spytał Orc. Nigdy nie był zbyt
bystry, ale teraz jego tępota zaczęła działać Howardowi na
nerwy.
– Problem? Sam wraca. W tym problem.
– No i?
– Daj spokój. Pomyśl. Uważasz, że jeśli Sam idzie do
miasta, to nie ma jakiegoś planu? Caine’a nie ma, jest na
górze. Drake też. A to znaczy, że za wszystko tutaj
odpowiadamy ty i ja.
Orc sięgnął po jedną z puszek, potrząsnął nią i
westchnął z zadowoleniem, gdy usłyszał, że w środku
chlupocze jeszcze trochę piwa. Wlał je sobie do gardła.
– Czyli musimy skopać Samowi tyłek? – spytał.
Howard nie myślał tak daleko naprzód. Jeśli Sam
wróci, będzie niedobrze. Jeśli Sam wróci, a Caine nie?
Ciężko było to sobie wyobrazić.
– Pójdziemy go śledzić. Wybadamy, co kombinuje.
Orc zmrużył oczy.
– Jak go zobaczę, to mu przyłożę.
– Musimy się przynajmniej połapać, o co mu chodzi –

odparł z rozwagą Howard. – Powinniśmy zebrać
wszystkich, którzy są blisko ratusza. Może Młotka.
Chaza. Każdego, kogo znajdziemy.
Orc wstał i beknął.
– Muszę się odlać. Potem weźmiemy hummera.
Skopiemy parę tyłków.
Howard pokręcił głową.
– Orc. Posłuchaj mnie. Wiem, że nie chcesz tego
słyszeć, ale popieranie Caine’a może nie być najlepszym
wyjściem.
Orc wbił w niego swoje tępe spojrzenie.
– Stary, a jeśli to Sam wygra? Jeśli pokona Caine’a?
Gdzie wtedy będziemy?
Tamten nie odpowiadał bardzo długo i Howard sądził
już, że nie dosłyszał. W końcu Orc wydał z siebie
westchnienie, które brzmiało niemal jak szloch. Złapał
Howarda za ramię – niemal nigdy tego nie robił.
– Zabiłem Bette.
– Nie chciałeś – odparł Howard.
– Niby jesteś mądry – powiedział Orc ze smutkiem. –
Ale czasami bywasz głupszy ode mnie, wiesz?
– Dobra.
– Zabiłem kogoś, kto nic mi nie zrobił. Astrid już nigdy
nawet na mnie nie spojrzy, chyba że z nienawiścią.
– Nie, nie, nie – spierał się z nim Howard. – Sam będzie
potrzebował pomocy. Będzie potrzebował kogoś silnego.
Jeśli teraz pójdziemy do Sama, pokajamy się, wiesz,
powiemy: „Ty teraz rządzisz, Sammy... „

– Jak kogoś zabijesz, to idziesz do piekła – odrzekł Orc.
– Mama mi tak powiedziała. Raz tata mnie bił, to było
akurat w garażu, więc złapałem młotek. – Zaczął
odtwarzać tamtą scenę. Chwycił niewidzialne narzędzie,
popatrzył na nie, podniósł do góry. A potem opuścił. –
Powiedziała: „jak zabijesz ojca, będziesz się smażył w
piekle”.
– I co się potem stało?
Orc podniósł lewą rękę. Podsunął ją pod twarz
Howarda. Widniała na niej blizna, niemal dokładnie
okrągła, mniej więcej półcentymetrowa.
– A to co? – spytał Howard.
– Wiertarka udarowa. Wiertło trzy szesnaste. – Orc
roześmiał się posępnie. – Pewnie mam szczęście, że nie
trzy czwarte, co?
– To pokręcone, stary – powiedział Howard. Od dawna
wiedział, że Orc pochodzi z trudnego domu. Ale wiertarka
– to już nie mieściło się w głowie. On sam wychował się
w dość przeciętnym domu, jednak żadne z jego rodziców
nie upijało się, ani nie stosowało przemocy. Howard robił,
co musiał, by przetrwać, a był mały, słaby i nielubiany.
Lubił mieć władzę, lubił budzić lęk u innych, więc
przyjaźń z Orkiem mu odpowiadała.
Zaczynał jednak rozumieć, że Orc, choć głupi, ma
rację. On i Sam Autobus, ten wielki bohater, nigdy się nie
dogadają.
Howard znalazł się w tej samej pułapce co Orc.
W pułapce.

– No dobra – zdecydował. – Idziemy do Caine’a.
Orc beknął głośno.
– Caine jest na nas zły.
– Tak – potwierdził Howard. – Ale nadal nas
potrzebuje.

Rozdział 36
84 GODZINY, 41 MINUT
– Przytrzymaj go! – krzyknęła Diana.
Jej głos dobiegał z oddali. Drake Merwin słyszał, jak
przebija się poprzez czerwony hałas, który wypełniał mu
mózg.
Krzyki, krzyki, wszędzie krzyki. Zalewały jego umysł,
dobiegały z milionów ust, które otwierały się i zamykały,
nie mogąc złapać tchu.
– Mogę go trzymać – odezwał się inny głos. Caine. –
Cofnąć się na trzy. Raz... dwa...
Drake zaczął rzucać się szaleńczo, krzycząc i
wierzgając. Robił sobie krzywdę, ale nie mógł przestać.
Ból... nigdy takiego nie czuł, nawet nie wyobrażał sobie
czegoś podobnego.
Coś go przycisnęło, jakby tysiąc rąk trzymało go z całej
siły.
– Masz piłę? – spytał głos Diany. Nie słychać w nim
teraz zadowolenia z siebie. Był chrapliwy i przerażony.
Drake zmagał się z niewidzialną siłą, ale Caine przyparł
go do ziemi swoją mocą telekinezy. Drake mógł tylko
wrzeszczeć i przeklinać, ale mięśnie twarzy odmawiały
mu posłuszeństwa i nawet to mu nie wychodziło.
– Nie zrobię tego – załkał Panda. – Nie odpiłuję mu
ręki.

Po tych słowach do bólu dołączyło przerażenie. Ręki?
Oni chcą...
– Zabije mnie, jeśli to zrobię – ciągnął Panda.
– Ja też tego nie zrobię – dołączyły do niego inne głosy.
– Nie ma mowy.
– Ja się tym zajmę – powiedziała Diana z odrazą. – Też
mi twardziele. Dajcie mi piłę.
– Nie, nie, nie! – wydarł się Drake.
– To jedyny sposób, żeby powstrzymać ból – odparł
Caine, niemal okazując jakieś emocje, jakąś odrobinę
współczucia. – Z tej ręki nic już nie będzie, stary.
– Ta dziewczyna... – jęknął Drake. – Mogłaby to
uleczyć.
– Nie ma jej tu – wyjaśnił gorzko Caine. – Poszła razem
z Samem i całą resztą.
– Nie odcinajcie mi ręki! – wołał Drake. – Lepiej dajcie
mi umrzeć. Zastrzelcie mnie.
– Przykro mi – powiedział Caine – ale nadal jesteś mi
potrzebny. Nawet bez jednej ręki.
Ktoś wpadł do pomieszczenia.
– Znalazłem tylko tylenol i advil – oznajmił
Komputerowy Jack.
– Miejmy to już za sobą – warknęła Diana.
Niecierpliwiła się, by go okaleczyć. Nie mogła się
doczekać.
– Jeśli to zrobisz, zabije cię – ostrzegł Panda.
– A tam, Drake już i tak postanowił, że chce to zrobić –
odparła. – Zaciśnijcie opaskę uciskową.

– Wykrwawi się na śmierć – uprzedził Jack. – W ręce
ma na pewno ważne tętnice.
– Racja – powiedział Caine. – Musimy jakoś
zabezpieczyć kikut.
– Jest już zasklepiony – stwierdziła Diana. – Muszę
tylko ciąć poniżej oparzenia.
– No, dobra – zgodził się Caine.
– Nie mogę go dosięgnąć przez twoje pole siłowe.
Odsuń je tak, żeby miał lewą stronę sparaliżowaną, a
Panda albo inny z tych rzekomych twardzieli przytrzyma
kikut.
– Pozwólcie mi przynajmniej wziąć ręcznik. Nie chcę
tego dotykać – stwierdził Panda z obrzydzeniem.
– Nikt nie obetnie mi ręki – wychrypiał Drake. – Zabiję
każdego, kto mnie dotknie.
– Puść go, Caine – warknęła Diana.
Niewidzialny, ogromny ciężar ustąpił z piersi Drake’a i
chłopak znów mógł się ruszać. Ale teraz twarz Diany
znalazła się o centymetry od jego twarzy, a jej ciemne
włosy dotykały śladów łez na jego policzkach.
– Słuchaj, ty tępy łajdaku – powiedziała. – Usuwamy
ból. Dopóki masz ten przypalony kikut, będziesz w takim
stanie. Będziesz krzyczał, płakał i się moczył. Tak,
zsikałeś się, Drake.
Z jakiegoś powodu ten fakt uciszył Drake’a.
– Masz jedną szansę. Tylko jedną. Jeśli odetniemy
martwą część twojej ręki i to nie wywołując ponownego
krwawienia.

– Kto mnie potnie, ten umrze – odparł Drake.
Diana cofnęła się poza pole jego widzenia.
Odezwał się Caine:
– Zróbcie to. Panda. Chunk. Złapcie ten kikut.
Drake znowu poczuł ciężar, który go unieruchomił. Nie
czuł ręcznika, którym owinięto mu rękę, ani ucisku dłoni.
Ta część była nagą kością, mięśnie się wytopiły, a spalone
nerwy były martwe. Ból zaczynał się wyżej, gdzie
pozostało wystarczająco wiele zakończeń nerwowych, by
bombardować jego rozgorączkowany mózg kolejnymi
falami męczarni.
– To nie Diana ani Panda, ani nawet ja – odezwał się
Caine. – To żadne z nas, Drake. To Sam. Sam ci to zrobił.
Chcesz, żeby uszło mu to płazem? Czy jednak wolisz żyć
na tyle długo, by zadać mu cierpienie?
Drake usłyszał rozedrgany, metaliczny dźwięk. Piła
była zbyt duża i Diana z trudem sobie z nią radziła.
Brzeszczot trząsł się lekko, gdy zabierała się do pracy.
– Dobra – powiedziała Diana. – Trzymajcie go. Zrobię
to najszybciej, jak umiem.
Drake stracił przytomność, ale jego sny były równie
pełne bólu jak rzeczywistość. Raz po raz budził się i znów
omdlewał. Gdy odzyskiwał świadomość, krzyczał, gdy
spał – płakał.
Usłyszał odległy, głuchy odgłos, gdy resztki jego ręki
spadły na podłogę.
A potem zaczęła się nagła bieganina i krzyki. Padały
rozkazy, panował chaos, przez ułamek sekundy widział

Dianę, zakrwawionymi palcami nawlekającą nić na igłę.
Wszędzie na sobie czuł ręce, nacisk wypompowywał mu
powietrze z płuc.
Podnosząc wzrok z dna głębokiej studni, Drake ujrzał
obłąkane twarze, patrzące na niego dzikimi oczami.
Wydawało mu się, że to jakieś potwory.
– Chyba przeżyje – stwierdził jakiś głos.
– Niech Bóg ma nas w opiece, jeśli przeżyje.
– Nie. Niech Bóg ma w opiece Sama Temple’a.
A potem nicość.
– Astrid, powinnaś zacząć rozmawiać z tymi
dzieciakami – powiedział Sam. – Poznać ich moce.
Dowiedzieć się, na ile nad nimi panują. Szukamy
każdego, kto może pomóc w walce.
Astrid popatrzyła na niego niepewnie.
– Ja? Czy nie powinien tego robić Edilio?
– Dla Edilia mam inne zadanie.
Znajdowali się na placu, a żeby odpocząć, usiedli na
schodach ratusza – Sam, Astrid, mały Pete i Edilio. Quinn
gdzieś zniknął i nikt nie wiedział, dokąd poszedł.
Uwolnieni uczniowie z Coates – Popaprańcy z Coates, jak
teraz sami dumnie się określali – najedli się w sklepie
Ralph’s, a teraz znowu karmił ich Albert, który krążył
pośród nich i rozdawał hamburgery. Niektórzy zjedli zbyt
dużo naraz i zwymiotowali. Ale większość znalazła
jeszcze miejsce na hamburgera, nawet jeśli zrobiono je z
mięsa na podgrzanym gofrze z wiórkami czekoladowymi.

Lana już prawie skończyła leczyć dłonie uciekinierów.
Chwiała się na nogach ze zmęczenia i w końcu Sam
zobaczył, jak kolana się pod nią ugięły i padła na trawę.
Zanim zdążył się podnieść, żeby jej pomóc, część
uczniów Coates ułożyło ją z delikatnością, która
graniczyła z czcią. Zrolowali kurtki, by zrobić jej
poduszkę, i zabrali koc z małego namiotu, by ją przykryć.
– Dobra, pogadam z nimi – obiecała Astrid. Ale wciąż
wydawała się temu niechętna.
– Nie umiem odczytywać ludzi tak jak Diana.
– To cię gryzie? Nie jesteś moją Dianą. I mam nadzieję,
że ja nie jestem Caine’em.
– Chyba miałam nadzieję, że to wszystko się skończy.
Przynajmniej na jakiś czas.
– Myślę, że się skończy. Na jakiś czas. Ale najpierw
musimy ułożyć plan i upewnić się, że jesteśmy gotowi na
powrót Caine’a.
– Masz rację. – Uśmiechnęła się słabo. – W każdym
razie nie jest tak, że marzyłam tylko o obfitym posiłku,
gorącym prysznicu i całych godzinach snu.
– Tak. Nie chciałabyś teraz zmięknąć, co? – Przyszło
mu do głowy coś innego. – Ale czekaj, postaraj się, żeby
mały Pete był zadowolony. Nie chcę, żebyś nagle
zniknęła.
– Szkoda by było, co? – odparła z drwiną w głosie. –
Może spróbuję sztuczki Quinna: – Hawaje, Petey,
Hawaje.
Podeszła do swojego brata, upewniła się, że nic mu nie

jest, po czym wmieszała się w tłum.
Sam przywołał Edilia.
– Edilio. Chcę, żebyś coś zrobił.
– Co tylko każesz.
– Trzeba będzie prowadzić samochód. I dotrzymać
tajemnicy.
– Tajemnica to nie kłopot. Samochód? – Teatralnie
przełknął ślinę, niczym postać z kreskówki w obliczu
zagrożenia.
– Chcę, żebyś skombinował ciężarówkę i pojechał do
elektrowni. – Wyjaśnił, o co mu chodzi, a mina Edilia
chmurniała wraz z każdym słowem. Skończywszy, Sam
spytał: – Poradzisz sobie z tym? Będziesz musiał zabrać
jeszcze przynajmniej jedną osobę.
– Mogę to zrobić – odparł Edilio. – Choć niezbyt mnie
to cieszy.
– Kogo weźmiesz ze sobą?
– Chyba Elwooda, o ile Dahra go puści.
– Dobra. Idź i przez godzinę czy dwie spróbuj nauczyć
się prowadzić.
– Raczej przez dzień czy dwa – odparł Edilio. Ale
potem oddał Samowi parodię salutu i dorzucił: – Nie ma
sprawy, generale.
Sam siedział teraz przygarbiony, a w głowie szumiało
mu od braku snu i następstw bólu oraz strachu. Powiedział
sobie, że musi się zastanowić i przygotować. Caine na
pewno snuł plany.
Caine. Jego brat. Jego brat.

Ile mieli czasu? Trzy dni. zniknie. unicestwienie. To restauracja McDonald’s. Albertowi wyraźnie coś chodziło po głowie. kimś. Albert Hillsborough skończył rozdawać hamburgery dzieciakom z Coates. To pragnienie będzie silniejsze niż strach przed końcem. I zostawi Astrid. Może w jakiś sposób się zmieni. Caine będzie chciał zatriumfować nad Samem. Podobnie jak Caine. ale Albert stał się ważną osobą. – Super.. mając mnóstwo niewiarygodnych historii do opowiedzenia. Chociaż – przyznał – niezbyt trzymam się instrukcji. – Widziałem gofroburgery. co mogło oznaczać zniknięcie: śmierć. mógłby spędzać czas na przygotowaniach do tego. Albert uścisnął ją z powagą. Ale Sam wątpił. Cokolwiek to było. że wróciłeś – powiedział. Albert wydawał się lekko poirytowany. – Nie nazywamy tego paśnikiem. Wspiął się po schodach do Sama. które reagowały na to z wdzięcznością. Za trzy dni Sam. Z jakiegoś powodu Sam poczuł. – Nigdy nie lubiłem urodzin – mruknął Sam. Sam nie miał dość czasu ani energii. I zawsze nią będzie. że to zrobiłeś. że powinien wstać i podać mu rękę. ucieczkę. – Cieszę się. Gdyby Caine był normalnym człowiekiem.. by faktycznie się tym zajmował. Może umrze. Że paśnik ciągle otwarty. Może tylko przeniesie się bezboleśnie z powrotem do starego wszechświata. kogo nie wypadało po prostu .

Bardzo duże. a także pieczonych ziemniaków. Poważnym problemem będzie bita śmietana i lody do deserów. dla ośmiu. I nikt nie zabrał mrożonych indyków. chociaż muszę zobaczyć. powiedzmy.spławić. – W Ralph’s są piekarniki. mógłbym upichcić przyzwoitą kolację na Święto Dziękczynienia. – Farsz – powtórzył z powagą Sam. z farszem też nie. Sam chciał parsknąć śmiechem. Zamrugał. To w przyszłym tygodniu. trzeba będzie użyć świeżych. trzydziestu dwóch indyków. prawda? Jeden indyk wystarczy. – Mamy za mało batatów w puszkach. nikt na razie nie brał zbyt wiele farszu. jak to smakuje. jeśli pojawią się prawie wszyscy z Perdido Beach. że Albert poświęcił tej kwestii tyle myśli. Tu nie ma kłopotu. że to będzie jakieś dwieście pięćdziesiąt osób. – No tak. ale z drugiej strony fakt. jak zmieszać siedem różnych rodzajów i sprawdzić. wydał mu . – Co? – Święto Dziękczynienia. – Trzydzieści jeden indyków? – Z sosem żurawinowym nie ma problemu. zrobiłem inwentaryzację w Ralph’s i myślę. że gdybym dostał odpowiednią pomoc. Albercie? – No. więc potrzebujemy trzydziestu jeden. bo w sklepie jest ich czterdzieści sześć. Myślę. Sam wbił w niego wzrok. – O co chodzi.

Chyba dam radę. przerywając wypowiedź Sama. Ludzie będą mieli na co czekać. – Tak? – Tak. – Przypuszczam. – Na pewno dasz – powiedział serdecznym tonem Sam. że lodów już prawie nie ma.. Dzieciaki brały też bitą śmietanę w sprayu. Sam. I słyszałem. ale pomimo niezbyt czystej bluzki.. Ale. przetłuszczonych blond włosów w strąkach i ubrudzonej twarzy. Wiem. Albert uniósł dłoń. – Wiem.. Dostrzegł Astrid. Pomyślał. Zostało ich bardzo mało. pochłoniętą rozmową z trojgiem uczniów Coates. że doznała najróżniejszych potworności.się ujmujący i podniósł go na duchu. – Mateczka Mary zrobi z przedszkolakami dekoracje. Będę potrzebował przynajmniej dziesięciu osób do pomocy. – Słuchaj. że wcześniej może nas czekać ciężka walka.. – Byłoby fajnie – odrzekł Sam. – Ale ciasto będzie? – Jest trochę mrożonych ciast. – Muszę zacząć trzy dni wcześniej. Może się zdarzyć masa złych rzeczy. że niedługo twoje piętnaste urodziny. Albert poszedł i Sam stłumił ziewnięcie. Tym razem to Sam nie dał mu skończyć. – Tak. Mamy też trochę takich do upieczenia. – Bierz się za planowanie tej wielkiej uczty. wciąż wygląda . Mogę wy taszczyć stoły z podziemi kościoła i ustawić na placu.

Chciał tylko wziąć Astrid za rękę i zaprowadzić ją na plażę. Święto Dziękczynienia. rozłożyć koc na gorącym piasku. położyć się przy niej i spać przez jakiś miesiąc. Gdy podniósł wzrok. jeśli w jakiś sposób wszyscy przeżyją. Co dopiero szukanie drogi ucieczki albo przetrwanie ETAP-u. – Zaraz po deserze. – Zaraz po wielkiej kolacji na Święto Dziękczynienia – obiecał sobie. A co dopiero codzienność. I rozgrywka z Caine’em. .pięknie. Urodziny. Puff. widział drugą stronę placu oraz budynki naprzeciwko i sięgał spojrzeniem aż do nazbyt spokojnego oceanu.

Oboje patrzyli z nabożeństwem. Zacisnął palce w pięść. powoli kręcąc głową. Nogi wciąż miał słabe i drżące. Zatoczył ręką koło. – Nie boli – stwierdził Cookie. Sporo stracił na wadze. który odbył podróż do piekła i z powrotem. która wcześniej została zupełnie strzaskana. a także Elwood. Zupełnie nie boli – szepnął do siebie. niemal zielony na twarzy. który lada chwila się przewróci. W tym śmiechu pobrzmiewało niedowierzanie. – Nie boli. – Nie boli. 00 MINUT Cookie przekręcił się na bok. – Nieźle – mruknęła do siebie Lana. po czym wstał. Potem następny.Rozdział 37 79 GODZIN. Spróbował zrobić krok. jakby byli świadkami cudu. Trząsł się niczym niedźwiedź. Była tam Dahra Baidoo. chodzący na tylnych łapach. Żeby utrzymywać równowagę. . musiał opierać się o stół. Ale pomagał sobie ręką. Był blady. że coś takiego zobaczę – odezwał się Elwood. Wyglądał jak ten. Do przekrwionych oczu Cookiego napłynęły łzy. wyciągnął ją w przód i w górę. a nawet więcej niż blady. – Nigdy nie myślałem. Roześmiał się. kim był: dzieciak.

– Ujął jej dłoń i pochylił czoło. – Głos drżał mu od wstrzymywanych łez. Wyglądała bardzo nieswojo. Kiedyś był wielki i ciężki jak Orc. Nadal górował nad dziewczyną. Padł na kolana przed oszołomioną Dahrą. – Nie. Przebywała w szpitalu od ósmej rano. czego tylko zechcesz. tłumiąc ziewnięcie i przeciągając się.– Dziękuję – szepnął do Lany. Cookie.. – Wszystko. – Dziękuję. – To coś. budzona udręczonymi krzykami Cookiego. A potem zrobił coś. że na zewnątrz świeci słońce. Dahra wzruszyła ramionami. co umiem robić – powiedziała.. Była zmęczona. Zawsze. czego nikt się nie spodziewał. Jego obrażenia były jeszcze gorsze niż jej własna złamana ręka. O każdej porze. – Opiekowałaś się mną. by stanął na nogach.. Znowu ogarnęło ją zmęczenie. – To nie moja zasługa – odparła. – To po prostu. – Nie ma sprawy. – Po prostu. – Wszystko. Dahra podciągnęła go. . Leczenie Cookiego zajęło wiele czasu.. Wyleczenie go zajęło jej ponad sześć godzin i nie odczuwała już dobroczynnych skutków spania w parku. Cookie pokiwał głową. Wszystko. ale teraz tęskniła tylko za łóżkiem. sama nie wiem co. by rozprostować plecy. Była niemal pewna. – Musisz zacząć jeść – rzekła. takie coś.

Zawsze tak było. że chodzi głównie o Cookiego. w którym mogłabym się przespać? – spytała. na tej kanapie. – McDonald’s jest otwarty – oznajmiła Dahra. Dahra zwróciła się do Lany. jeść – powtórzył Cookie. Momentalnie . Cookie – odparła. – Wejdźcie – zaprosił Elwood. – Spróbuj hamburgera z tostem. Znajdował się o kilometr od placu i Lana niemal zasypiała na stojąco. zanim tam doszli. Lana leżała już twarzą w dół na kanapie. – A potem co mam robić? Dahra zdawała się lekko zirytowana. w łóżku? Elwood zaprowadził ją i Patricka do swojego domu. niż by się wydawało. – Znasz jakieś miejsce. – Idź poszukać Sama. odzyskam siły. wiecie. W obliczu wdzięczności Lana czuła się zakłopotana. nawet gdy chodziło o drobiazgi. Lana wpadła na pewien pomysł. – Wiesz. – Jak tylko coś zjem i.– Tak.. Szykuje się walka. Cookie poszedł. ale czuję się. Smakuje lepiej. – Wiem. jakbyś i mnie uratowała życie. – Umiem walczyć – potwierdził Cookie. Teraz dziękowano jej za dokonywanie cudów.. – Chcecie coś zjeść? Lana pokręciła głową. – Nie wiem. – Wystarczy mi miejsce. Odchodziłam od zmysłów. kiedy się nim opiekowałam. – Możesz skorzystać z którejś sypialni na piętrze.

kartonu mocno przeterminowanego mleka i bardzo. merdając ogonem i spoglądając łapczywie. Przeszukała kuchnię. Do odpływu ściekały . Gdy się obudziła. jak się obraca. – Też chcesz? – spytała. czując się jak złodziej. Zjadła pizzę.zasnęła. coś w plastikowym pojemniku i pizzę peperoni do przygotowania w mikrofalówce. Nie zostawiła nawet tego. Patrzenie. Elwood wykazał się troską i nakarmił Patricka. była już noc. a on złapał w locie. co spadło na blat. rolując lepkie kawałki. Dopiero po chwili zorientowała się. gdzie jest. – Wyszliśmy z tego. – O. Mogła tylko czekać. Na kuchennej terakocie stał teraz wylizany do czysta talerz. Zamrażarka wyglądała trochę lepiej. aż rozlegnie się dzwonek kuchenki. sosu sojowego. Pociekła jej ślina. fascynowało ją. Włożyła pizzę do mikrofalówki i wcisnęła odpowiednie klawisze. rozrywając ją gołymi rękami. gdy pojawił się Patrick. – Zdecydowanie. bardzo starej sałaty. Rzuciła mu kawałek pizzy. piesku? Znalazła prysznic na piętrze i spędziła pół godziny pod strumieniem gorącej wody. tak – powiedziała Lana. Lodówkę opróżniono ze wszystkiego oprócz soku cytrynowego. co. choć nie płonął w nim ogień. Pies zwinął się w kłębek przed gazowym kominkiem. Lana była głodna jak wilk. Znalazła skrzydełka kurczaka.

W końcu jednak zadowoliła się wepchnięciem zakrwawionych.. Owinęła się ręcznikiem i poszła zwiedzać dom w poszukiwaniu ubrań. wzięła ciepłą dietetyczną pepsi i wyszła na ganek. Patrick.. – Wiesz co? Usiądę sobie i chwilę popłaczę. Patrick. Potem zauważyła telefon. Od dawna nie czuła się tak dobrze. więc podwijając rękawy i ściskając się paskiem. Pies nie okazał zainteresowania. Podniosła swoje stare ubrania i omal nie zemdlała od smrodu. . cokolwiek. bo obuwie matki Elwooda okazało się o dwa numery za duże. natarła go szamponem. Chciała zadzwonić do mamy.zabarwione czernią i czerwienią strużki. Wiedziała tylko to. Lana zdołała skompletować sobie strój. ale jego mama była drobna. brudnych. co powiedziano jej na temat ETAP-u. Po chwili westchnęła. czy ja tak cuchnęłam? Trzeba gdzieś spalić te rzeczy. Niestety. opłukała i wypchnęła z kabiny. Otrząsnął się. – Nie ma sygnału.. Zeszła po schodach.. A jednak. śmierdzących potem i postrzępionych ubrań do worka na śmieci. Łzy jednak nie chciały płynąć. Potem wpuściła do środka Patricka. Elwood najwyraźniej nie miał siostry. Powiedzieć jej. – O mój Boże. musiała zachować stare buty. Nie mogła się powstrzymać i podniosła słuchawkę. rozpryskując kropelki wody po całej łazience.

Może teraz przynajmniej ludzie zaczną ją zauważać. Ten. – Mam ochotę dokądś iść – powiedziała do Patricka. – Jestem praworęczny. A przynajmniej byłem. świrusko – powiedział Drake. ale nie widziała kierowcy. . Pomachała ostrożnie. Postała jeszcze trochę na ganku. Dziewczyna znalazła się w mieście. ale za późno. Na ulicę wjechał samochód. Patrick zawarczał i zjeżył sierść. – Cześć. Cofnęła się. po czym skręcił i zniknął jej z oczu. Natknęła się na kilkoro dzieciaków. Lana zesztywniała. ale większość z nich nie poznała jej pod skorupą brudu. – Ale nie wiem dokąd. Na ulicy panowała cisza. – Jakiś patrol – zwróciła się Lana do psa. Chociaż przyszło jej do głowy. Natychmiast rozpoznała chłopaka stojącego w kuchni. wyraźnie nie był doświadczonym kierowcą. kto go prowadził. Poruszał się bardzo powoli. które kiedyś znała. Drake wymierzył do niej z pistoletu. że z kolei Sam. Astrid i Edilio pewnie nie rozpoznają jej takiej czystej. w którym się wychowała.Był środek nocy. zanim wróciła do środka. a ten najwyraźniej nie chciał zatrzymać się na pogawędkę. Samochód pojechał dalej. gotowa wbiec z powrotem do domu i zaryglować drzwi. ale którego nie odwiedzała przez całe lata. Ale z tej odległości i tak trafię.

– Czego chcesz? Drake wskazał kikut swojej prawej ręki. Teraz wydawał się wychudły. bardzo czujny. – Nie wiem. żeby cała ręka odrosła – powiedziała Lana. kogo poddano torturom przekraczającym granice ludzkiej wytrzymałości. – Spróbuję – zapewniła. Zwinął się z bólu. – Wyjdźmy tylnymi drzwiami. – Pomogłabym ci . Za kierownicą siedział chłopak. wykrzywił twarz. – Umiesz leczyć psy? Może rozwalę mu łeb? Uzdrowisz go. Została ucięta tuż nad łokciem. – Zrobisz więcej. Wyglądał jak ktoś. Jego spojrzenie. niegdyś groźne. lecz leniwe. – Jeśli mnie zastrzelisz. parkował z włączonym silnikiem w zaułku za domem. – A jak myślisz? Do tej pory tylko raz widziała Drake’a Merwina i wtedy przywiódł jej na myśl Przywódcę Stada: silny. czy zdołam sprawić. – Nie zmuszaj mnie – poprosiła Lana. nie pomogę ci – zauważyła Lana. uśmiech rekina zmienił się w ściągnięty grymas. a nie tylko spróbujesz – odparł. świrusko? Samochód. Z jego gardła dobył się niski. – Nie tutaj – syknął. wokół oczu widniały czerwone obwódki. Machnął pistoletem. który wcześniej przejechał obok. niebezpieczny. upiorny jęk. którego nazywano Pandą. – Daj dotknąć. teraz było natarczywe.

– A co chciałeś zrobić? Zostać w mieście z Samem? Było z nim ze dwadzieścia osób. nie wytrzymując. co to sumienie. Widział. – Skopałbym mu tyłek. Jeśli nawet Drake kiedykolwiek wiedział. Zawrócili. Odjechali przez śpiące miasteczko. Gdzieś po drodze źle skręcili i z zapadnięciem zmroku znaleźli się na drodze. – Jest ich zbyt wielu – stwierdził Howard. – To ty miałeś taki głupi pomysł – mruknął Orc. kierując się po swoich śladach z powrotem na główną drogę. W ciemną noc. co to oznacza? Daj spokój. Howard na własne oczy widział niewielką armię. jak szli do Ralph’s. – Jeśli nie ma Caine’a i nie ma Drake’a. . umarło ono wraz z jego ręką. Ale spór nie miał sensu. a Sammy dumnie wkracza do miasta. którą zebrał Sam. Sklep nie był strzeżony. ale to też nie zdało egzaminu. co świadczyło o tym. prowadzącej na pustynię. A zatem razem z Orkiem ukradli samochód i ruszyli do Coates Academy.bez względu na wszystko. Nie musisz mi grozić. że inni szeryfowie postanowili zejść Samowi z drogi i zniknąć. Świńskie oczka Orca stały się wąskie jak szparki. – Orc. nie bądź kretynem – warknął Howard. Wreszcie skończyła im się benzyna.

W ciemnościach coś było. – Widzę światło – stwierdził Orc. Potwora nie było widać. – Zamarł. Jego stopa na coś natrafiła i runął jak długi na ziemię. . – Howard wyskoczył z samochodu i puścił się biegiem. Orc poczłapał za nim. lecz coś. Pod nogami poczuł asfalt. Jak będzie trzeba. – Szybciej! – zawołał Howard. samochód ich ominie i nie zauważy. Jeszcze mógł zdążyć.. – Coś mnie goni! – krzyknął. próbując załagodzić zranione uczucia Orca. Nie Orc. co obrzydliwie śmierdziało i dyszało jak pies. ale pod kątem. Pozbierał się i dopiero wtedy poczuł ostry ból w kostce. Samochód zahamował z piskiem i zatrzymał się. – Co to. Howard stracił dwadzieścia minut. – Dobra! – odkrzyknął Howard. Jeszcze mógł.– Nie nazywaj mnie kretynem. Reflektory samochodu zbliżały się ku niemu. O ile potwór go wcześniej nie dopadnie. – Faktycznie. Dwa snopy światła z samochodu przesuwały się w ich stronę. A potem nadal siedzieli w unieruchomionym samochodzie na zupełnym odludziu. przerywając pościg i zwalniając. – Zatrzymaj! – popędził go Orc.. Jeśli zwolnią. Howard w mgnieniu oka podniósł się i rzucił do ucieczki. oświetlił go biały blask. wybiję ci zęby. O ile znowu się nie przewróci.

Upadł na asfalt. Byliśmy. Coś ciemnego i szybkiego skoczyło. Rozległ się krzyk.. Chłopak wrzasnął. – Nasłałeś na mnie te psy? – Mnie też pogryzły – zaprotestował Howard. łapiąc Pandę za ramię. Drake wycelował pistolet w twarz Howarda. Głośny huk i pomarańczowy błysk. Samochód szarpnął naprzód. ale nie odeszły. Kojoty cofnęły się poza krąg światła. Wewnątrz samochodu rozbrzmiało gorączkowe szczekanie psa. Następny strzał i jeden z kojotów zaskamlał z bólu. Wszędzie wokół Howarda tłoczyły się psy. podpierając się rękami. Howard powoli dźwignął się na nogi. „Nie. Kojoty. nie psy. Potem odwrócił się w stronę pustyni i krzyknął: – Orc! Orc. Męski głos. . niemal spleciony z kropelkami. cieszę się. Zwierzęta jednak nie stanęły. Orc. „ Drzwi samochodu otworzyły się i ze środka wypadł Panda. Zderzak zatrzymał się o piętnaście centymetrów od głowy Howarda. Z okna wychylił się Panda. – Panda? Stary. Orc został gdzieś w ciemnościach. Coś uderzyło Howarda w plecy. że cię widzę. Drake zatoczył się i stanął w blasku reflektorów.– Howard? Poznał ten głos.. – pomyślał – wilki. wyglądając niczym strach na wróble.

. że to właśnie kojot mówił. Cienie podpełzały bliżej. przez którą wyglądał. Howard omal się nie przewrócił. – Albo zabijemy wszystkich. – Ciemność mówi: przyprowadź samicę. próbując coś zobaczyć. gdy się zorientował. – Kim jesteś? Pustynia poruszała się powoli wokół samochodu. Howard wlepił wzrok w ciemność. który brzmiał jak chrzęst żwiru. – Nie – odparł Drake. To nie Orc. ale z dziwną. Ma moc. ale Drake nawet nie drgnął. – Jest moja. Jeden i drugi – w oczach Howarda wyglądali bardzo podobnie – świdrowali się nawzajem wzrokiem. Howard skulił się. – Ciemność? Co to niby znaczy? – Daj nam samicę – powiedział Przywódca Stada. – Jestem człowiekiem z pistoletem – odparł Drake. – Daj nam samicę.stary! Orc! Rozległ się głos. – Jesteś niczym – warknął kojot. szybko otrząsając się z szoku. – Kto tam jest? – zapytał. ze wszystkich stron. a ja chcę odzyskać rękę. – Daj nam samicę. W krąg światła wkroczył pokryty świerzbem kojot z blizną na pysku. wysoką nutą. jakby uśmiechał się złowrogo. Potrzebuję jej. żeby mnie uleczyła. Gdzie był Orc? – Jaką samicę? – spytał Drake. – Czego od niej chcesz? – spytał Drake.

że teraz on powinien się odezwać. który wabi się Ciemność? Przywódca Stada popatrzył na Howarda tak. ej! Mamy tu sytuację patową. kojocie. – Zginiesz – odrzekł z uporem kojot. w jaki sposób zagryźć go i zjeść. . – Myślę. eee. która uleczy twoją rękę? – Ona ma moc. Chcę odzyskać rękę..– Zabiję wiele z was. jakby się zastanawiał. Drake. – Panie.. Howard poczuł. – Ej. mówiłeś coś o samicy. że możemy się dogadać. Ma pan zabrać ją do jakiegoś innego psa. A może da się wypracować jakiś układ? – O czym ty mówisz? – Słuchaj... – Dobra – powiedział Howard drżącym głosem.

Petey i ja pomieszkamy przez jakiś czas u Mateczki Mary i Brata Johna. Sam oparł się pokusie zajęcia biura.. – Możesz zostać w remizie ze mną. Chłopczyk lubił jeść je na sucho. pełen ryżowych płatków Chex. a dzieciaki chcą wiedzieć. – Gdzie Sam? – spytała Astrid. Astrid i mały Pete – przebywała w gabinecie. Cała trójka – Edilio. – Nie trzeba.. uważając. a ostatnio zajmowanym przez Caine’a Sorena. .Rozdział 38 74 GODZINY. Samem i Quinnem – zaproponował Edilio. Posadziła małego Pete’a na krześle i podała mu foliowy woreczek. dobrze mieć towarzystwo. Prawie nigdy nie ma ich w domu. że wyszedłby na ważniaka.. że ktoś jest u władzy. – I dlaczego tu jesteśmy? Edilio wydawał się niespokojny. wiesz. 10 MINUT – Astrid – powiedział Edilio. że trudno mi było pogodzić się z takim widokiem. – Tak mi przykro z powodu twojego domu. – Muszę przyznać. Ale Astrid przekonywała. że symbole są ważne. bez mleka. Ścisnęła jego rękę. A kiedy są. należącym kiedyś do burmistrza Perdido Beach..

żeby je mieć. tak różnymi pomimo ich zbliżonej powierzchowności. – Brzmi złowieszczo – stwierdziła Astrid. Pierwsza to broń automatyczna z wartowni. Nieufnie zerknął na małego Pete’a. . po czym powiedział: – Astrid. że mały może posiedzieć z Ediliem w drugim pokoju. Nie tylko po to. Nie uśmiechnął się do Astrid. Podczas gdy Caine ukrywał arogancję i okrucieństwo pod łagodnością i opanowaniem. zmęczony i przejęty. – To mamy już wyścig zbrojeń – stwierdziła Astrid. I myślę. – Pistolety maszynowe? – Tak. Sam otworzył drzwi.– Chcemy ci coś pokazać. powinnaś coś zobaczyć. Sam opadł na fotel. by emocje malowały się na jego twarzy. – Pomyślałem. Astrid była zdumiona ich fizycznym podobieństwem. Wyraz twarzy Sama nie zaprzeczył tym słowom. W tej chwili był smutny. Przywitał się. ale żeby nie wzięła ich druga strona. – Wczoraj – zaczął – wysłałem Edilia do elektrowni po dwie rzeczy. że Pete nie powinien. Został z nim Edilio. Sam miał w ręce płytę DVD. Sam pozwalał. choć nie bez wysiłku. I własnymi reakcjami. zajmowany niedawno przez Caine’a. Zdołała nakłonić braciszka do przenosin. – Nie rozumiem.

Pamiętam. – Chcesz. Sam rozluźnił się. Wtedy nie wiedziałem. Astrid wstała tak gwałtownie. tak jak ty. – Nic dziwnego. co o tym myśleć. tylko. że się myli. – Naprawdę nie powinnam zostawiać Pete’a samego. Dziewiątoklasiści z pistoletami maszynowymi. Trudno. – Wiesz. co zobaczysz na tym nagraniu. żebym zostawił je Caine’owi? – Nie krytykowałam cię. – Nie wiedziałam. że zaskoczyła nawet samą siebie. Coś gorszego. Po słowach „dziewiątoklasiści z pistoletami maszynowymi” trudno spodziewać się życzeń „miłego dnia”. – Zastanawiałem się. Objęłaś małego Pete’a i bardzo dziwnie na mnie spojrzałaś. – Odgadłaś już pierwszego wieczoru. prawda? – To właściwie nie było pytanie. No i Edilio przejrzał cześć zapisu z kamer przemysłowych w elektrowni. no wiesz.Jej ton najwyraźniej rozdrażnił Sama. czy można ci ufać. że miałeś taką ponurą minę. – Owszem. czemu centrum ETAP-u znajduje się właśnie w elektrowni. Wsunął płytę do odtwarzacza i włączył telewizor. Miał jej coś jeszcze do powiedzenia. Chodziło o tę płytę DVD.. Nawet się uśmiechnął. – Wtedy cię nie znałam – odrzekła. .. że patrzyliśmy na mapę na ekranie. – Powiedziała to i od razu wiedziała. żeby wynikło z tego coś dobrego.

Na wszystkich twarzach malował się . Wszyscy w nastawni podskoczyli. W pomieszczeniu znajdowało się pięcioro dorosłych.– Dźwięk ma dość kiepską jakość. Zamigotało stroboskopowe światło ostrzegawcze. ruszając do monitorów. – Zaczyna się – powiedział Sam. do wskaźników. której brzmienie w głośnikach było ostre i zniekształcone. trzej mężczyźni i dwie kobiety. siedział mały Pete. by wypełnić jakieś papiery. A na krześle przy przeciwległej ścianie. Astrid ujrzała nastawnię elektrowni. Jej ojciec kołysał się na krześle. która nachyliła się. Rozbrzmiał drugi alarm. Na ten widok ścisnęło ją za gardło. niezrozumiały gwar rozmów. z wysoka. Był wśród nich ojciec Astrid. Ojciec Astrid rzucił zaniepokojone spojrzenie na synka. Do pomieszczenia wpadli inni ludzie i z ogromną sprawnością zajęli opuszczone stanowiska. bardziej piskliwy od pierwszego. Wykrzykiwano polecenia głosami nabrzmiałymi paniką. ukazaną w szerokiej perspektywie. Jedynym dźwiękiem był niewyraźny. Nagle rozległa się syrena. żartując z kobietą przy następnym stanowisku. z twarzą oświetloną blaskiem nieodłącznego Gamę Boya. ale potem nachylił się do swojego monitora i wbił weń spojrzenie.

– Nie chcę na to patrzeć – stwierdziła Astrid.. a mały Pete wrzeszczał i wrzeszczał. Liczba czternaście. odepchnął go. patrząc na monitor. zaczynasz się martwić. Żartował z tego. Ten kod określa topnienie rdzenia. Kod jeden-dwa. Kilka sekund zakłóceń. Pete zerwał się na nogi. alarm milczał. . Kod jeden-trzy. Kod jeden-jeden to drobne kłopoty. jak tata o tym mówił.. zagłada. Podbiegł do ojca. kod jeden-pięć to. alarmy wyły. Na nagraniu mały Pete oderwał ręce od uszu. Chłopczyk upadł na krzesło i znalazł się przed długim stołem.strach. przyciskając dłonie do uszu. rozgorączkowany. przesuwano przełączniki. Cały czas ludzie krzyczeli. Syrena wyła nieustępliwie. Kod jeden-cztery. Następny etap. modlisz się. czerwone ostrzeżenie. Dziesięć dorosłych osób. Nastąpił błysk i wizja zanikła. odgrywało budzącą grozę pantomimę skrywanej rozpaczy. Jej ojciec złapał grubą instrukcję i zaczął przewracać strony. Gdy obraz się ustabilizował. Naciskano klawisze. – Kod jeden-cztery – powiedziała Astrid z przygnębieniem. na którym raz po raz rozbłyskiwało jaskrawe. ale ten. A mały Pete kołysał się jak oszalały. Jego niewinną buzię wykrzywiał ból. dzwonisz do gubernatora. zasłaniając uszy. ale nie umiała odwrócić wzroku. – Raz słyszałam. które znalazły się teraz w pomieszczeniu.

Sam cierpliwie czekał. – Astrid. – Astrid. że tak się dzieje – powiedziała cichym. by mieli ją opanować. Nie rozumuje w taki sposób: jeśli coś zrobię. nastąpiła awaria. – Astrid. – Nie wie. godzinę dziesiątą osiemnaście. ale zdaje się. . Minęło kilka minut. Odwróciła ku niemu poznaczoną łzami twarz. Nie zanosiło się na to. na którym siedział wcześniej. zauważ. – Nie wiedział. zanim znów mogła mówić. co robi. Na ekranie mały Pete przestał płakać. to coś się stanie. tylko wrócił do krzesła. – Mały Pete spowodował ETAP – stwierdził beznamiętnie Sam. wziął swoją grę i zajął się znów zabawą. Robiła wszystko. że znacznik czasu na nagraniu pokazuje dziesiątego listopada. Wydawali się mocno wystraszeni. – Winić? – Sam usiadł przy niej. Nie w takim sensie. Dokładnie wtedy zniknęli wszyscy powyżej czternastego roku życia. topnienie rdzenia. Na tyle blisko. by się nie rozpłakać. Astrid ukryła twarz w dłoniach. Nawet się nie rozejrzał. – Wiem. które napłynęły jej do oczu z wielką siłą. że dotknęli się nogami. – Podniosła głowę. – Nie możesz go winić. nie wierzę.A mały Pete był sam. że ci to mówię. jak my. drżącym głosem. Zaskoczyły ją łzy. że czegoś nie zauważasz. W jej oczach płonął buntowniczy ogień.

a w końcu stanęła. – Wierz mi. Ale frajda. – Tak.Astrid wydała stłumiony okrzyk. Potem go puściła. Caine . bo to się może już nie powtórzyć. Miał rację: przeoczyła to. – Mutacje poprzedziły ETAP. Dwie kreski. Sam uśmiechnął się. Doprawdy. Ale przy okazji stworzył ten cały dziwny świat. – Powstrzymał topnienie – powtórzyła. – Możesz sobie do woli mówić „doprawdy” i „sine qua non”. Na Samie nie wywarło to wrażenia. wstała. dobrze o tym wiem. Uniosła jego dłoń do ust i pocałowała palce. które mogło zabić wszystkich w Perdido Beach. Bez nich ETAP by się nie zdarzył. – Nie cały – odparła. kręcąc głową. w jaki to zrobił. Nie zachwyca mnie sposób. wciąż nie do końca to ogarniając. – Powstrzymał topnienie. – Diana mówi o tym jak o wskaźnikach zasięgu w telefonach komórkowych. – Co cię tak śmieszy? – spytała. były dla niego warunkiem sine qua non. – Wziął ją za rękę i bardzo się ucieszyła. czując jego dotyk. ale być może uratował wszystkim życie. – Ocalił nas. Przez chwilę będę się tym napawał. trzy kreski. – Wpadłem na coś wcześniej niż Genialna Astrid. Nawet się zaśmiał. przespacerowała się po pomieszczeniu w jedną i w drugą stronę. – Proszę bardzo. I tak jestem z siebie dumny.

Koszmar powrócił. wiem ja. Jeśli to prawda. potykając się. to znaczy. – No i? – No i skąd ona się bierze? Idąc za tym porównaniem: gdzie jest antena sieci komórkowej? Co wytwarza moc? Sam wstał z westchnieniem.. – Szkoda – odrzekł Sam i na jego ustach pojawił się cierpki uśmiech. Albo spróbowali wykorzystać. – Jedno jest pewne: to nie może się roznieść. – Wiesz.. domyślam się. żeby to odkręcił. że chodzi o odbiór. – Czyli Diana uważa. Lana..ma cztery. – A gdyby.. Znowu z kojotami. szła przez mrok nocy. że ma sześć albo siedem. – Nie – powiedziała Astrid i bezradnie wzruszyła ramionami. który nie objął oczu. Sam pokiwał głową. Wie Edilio. – Albo dziesięć – przyznał Sam. wiesz ty. że nie wytwarzamy mocy. mój zegar tyka. – W żaden sposób nie da się go skłonić. Ty pewnie też. Jakby niektórzy z nas lepiej odbierali sygnał. Astrid skinęła głową. A teraz na domiar złego . nadajemy jej kierunek. Petey. – Ludzie by go znienawidzili. a jedynie jej używamy. Nikt więcej nie może się dowiedzieć.

Gdy tego nie robił. że nie chcesz – zapewniła. teraz chcę zobaczyć to. wyręczał go Drake. podnosili i biegli dalej. co cię tak przeraziło. – Nie zatrzymujemy się – warknął Przywódca Stada. Lana nie znała odpowiedzi. Najmniejszych. – Tak czy siak. – Uwierz mi. dobra? – poprosiła. – A jeśli nie pozwoli mi cię uleczyć? – Nie próbuj ze mną pogrywać – odparł krótko. Chyba że.. Nie usłuchała Ciemności. – Co to takiego? – spytał nerwowo. grożąc jej słowem. potykali się. co znajdowało się na jej końcu. by szła szybciej. I przeklinał ból.towarzyszyli jej Drake i Howard. jak ona. Każdy krok był trudniejszy od poprzedniego i Przywódca Stada poskubywał ją kilka razy. wymachując pistoletem. Howard zaś co i rusz wołał w mrok: – Orc! Orc! A gorszy od wszystkich nieszczęść był lęk przed kopalnianą sztolnią i przed tym. niemal równie przestraszony. gestem i . Postarała się znaleźć bliżej Drake’a. Drake trzymał swój pistolet. Teraz nie było szans na ucieczkę.. – Daj mi przynajmniej spróbować. Co rozwścieczony potwór jej zrobi? – Zatrzymajmy się i spróbujmy naprawić rękę Drake’a. Biegli. Kojot ją zignorował.

Była usztywniona. a poruszające się szybko cienie wyglądały jak duchy. czego nie umiał do końca wyjaśnić. Chciała pogłaskać Patricka. – Ktoś musi mi powiedzieć. że wypompowano z niej całą krew i zamiast niej w jej żyłach krążył teraz zimny szlam. Porzucił ich przy wejściu do jaskini. pomyślała Lana.spojrzeniem. wciśniętą między skały. co nas czeka – mówił. Ręka tak mu się trzęsła. Dotarli do opuszczonej osady górniczej. gdy księżyc już zaszedł. Oddychaj. Teraz nawet Drake wydawał się nieufny. Nakazywała sobie: oddychaj. Przez cały czas szli w dół sztolni. Zadawał pytania. jeszcze bardziej rozemocjonowany. by się pochylić. jak się kołacze. Umrę tutaj. milcząca. a gwiazdy bladły. co zobaczymy – nalegał. . Nigdy jeszcze nie czuła takiego przerażenia. by przemówić. zapowiadając brzask. Patrick zniknął. Ledwie mogła się ruszyć. że światło tańczyło po skalnych ścianach. – Ludzkie światło – wymamrotał Przywódca Stada. Czuła jak serce bije głośno. uzyskać od niego odrobinkę pocieszenia. Chodziło mu o latarkę. – Daleko jeszcze? – pytał. – Może powinniśmy pogadać o naszej umowie – proponował. Lana zmuszała się do każdego oddechu. ale nie mogła się zmusić. Howard przyskoczył i zapalił ją. przestraszony czymś. Miała wrażenie. – Chcę wiedzieć. surowa. odkąd weszli do zimnej niczym lodówka kopalni.

.. Przywódca Stada szczeknął jakiś rozkaz i dwa kojoty rzuciły się w pościg. zielony blask ścian.. niczym . – Puśćcie go – powiedział Drake. – Howard nie jest ważny – dodał. jakby sama siebie przedrzeźniała. – Ja jestem ważny – stwierdził. Z przodu Ciemność. ja. że Drake klęka obok niej. niedaleko. chrzęszcząca sterta świecących kamieni.. lodowe palce i Lana wiedziała. że ma na kim wyładować swoją frustrację. że to ona przemawia. pełzająca. Była tam. zabierając latarkę. tuż za ostatnim zakrętem. Lana zacisnęła powieki. Howard odwrócił się nagle i pomknął przed siebie. Jej głos brzmiał. – Zamknij się – warknął Drake. Czuła. poruszająca się. Mówił cichym głosem. – Uzdrowicielka – wykrzyknęła w udręce. Nie mogła iść dalej. Bezgłośne słowa były jak werble. Wciąż miała zaciśnięte powieki. ale zielone światło w jakiś sposób przedarło się do jej oczu. Bez światła latarki Lana widziała słaby. ale wyczuła. Opadła na kolana.– Kurczę. Z tyłu Ciemność. że jest tylko narzędziem w rękach Ciemności. ja. – Muszę. Już blisko. – Dlaczego do mnie przyszedłeś? – zawyła. nie mogę – odezwał się Howard. – Z trudem łapał powietrze.. zadowolony. Ciemność wbiła jej w umysł niewidzialne. uderzając ją w głowę. jakby przeświecało przez ciało. przez kości czaszki..

by je otworzyć. nie mogła jednak napełnić nim płuc. który nie należał do niej. rozpychała się. – Posłuszny. Dotykała krawędzi tego czegoś. „ Ale Ciemność wypełniała jej czaszkę.. przypominający sopel lodu. Ból. walcz. – Bądź dzielna. Długoletni nawyk nieposłuszeństwa dał jej siłę. A jednak otworzyła oczy. – Miała naprawić mi rękę – powiedział Drake. – Bunt – wychrypiała głosem. A potem ból zniknął. przypadając do podłoża kopalni obok Lany.. nogi pod Laną ugięły się i dziewczyna upadła na plecy. dźgał ją w oko i palił jej mózg. by spojrzeć w twarz niebezpieczeństwu. pełzając na brzuchu. wystarczająco silna. – Jeśli ją zabijesz. – Kojot. ramiona rozwarły się szeroko. Trzymała oczy spuszczone. – wydusił z siebie Drake. ale nie mogła wydobyć z siebie dźwięku. ale zbyt przerażona. Przywódca Stada płaszczył się przed tym.więcej. – Wierny Przywódca Stada – powiedziała Ciemność za pośrednictwem Lany. Nagle dziewczyna poczuła elektryczny wstrząs o porażającej sile. Bądź dzielna. postaw się. „Otwórz oczy – powiedziała sobie w duchu Lana. śmiała się z jej żałosnego oporu. nie będzie mogła mi pomóc. Jej plecy wygięły się w łuk. Chwytała powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. . choć jeszcze nieporównywalny z człowiekiem. Próbowała krzyczeć. Zobacz to. zaglądała w jej sekrety. Kamienie pod jej kolanami świeciły. głowa opadła w tył.

jakby każda sylaba sprawiała mu trudność. – Tak. Wciągnęła tlen. roztrzęsiony. w pozie poddaństwa. – Ten człowiek nauczy cię zabijać ludzi – przemówiła Ciemność przez Lane. odpiłowany kikut. – Ja nie. Przywódca Stada odważył się wstać. Dziewczyna zobaczyła. Lana odkryła. Jego ciało podrygiwało. Przywódco Stada. ale tak.. Ciemność puściła go. Drake wstał. Odepchnęła się od podłoża i pełznąc zaczęła centymetr po centymetrze oddalać się od Ciemności. ale zdecydowany. Głowę i ogon wciąż miał opuszczone.. Wyciągnął spalony. Ale. wyglądał. że znowu może oddychać. – Znalazłem dla ciebie znacznie lepszego nauczyciela. – Dam ci taką rękę.. który zgiął się w pół i ściskał obolały kikut. jakiej nigdy nie miał żaden . chcę odzyskać rękę! – zawołał bez ładu i składu Drake. Drake zaczął mówić. co przedtem z nią. – Ach – powiedziała i wykrzywiła usta Lany w zastygłym grymasie uśmiechu.– Śmiały jesteś. Drake krzyknął z bólu. – Podaj mi ją – powiedziała Lana i wbrew własnej woli podczołgała się do Drake’a. Zerknął na Drake’a. skoro stawiasz żądania – przemówiła Ciemność ustami Lany. moja ręka.. że dzieje się z nim to samo. jakby złapał przewód elektryczny.

że wypełnia całe jej ciało. Zimny jak lód. – Nie nosisz w sobie magii. – Tak. – Nie – szepnęła. człowieku. lecz zimny. – Tak – wydyszał Drake. Nie był jednak ciepły. Ręka Drake’a odrastała. Ale to nie było ludzkie ciało. Drake poruszał się ze zdumiewającą prędkością. – Weź moją rękę – syknął. Obrócił się i szarpnął Lane za włosy. Czuła ruch pod palcami.człowiek – przemówiła Ciemność poprzez Lane. Nie było w tym nic ludzkiego. ale dziewczyna będzie ci służyć. . czując pod nim świeżo uciętą kość. Blask stał się głębszy. Przytknęła drżącą dłoń do stopionego ciała. Zbierało jej się na wymioty. Lana poczuła.

jak dawniej. 37 MINUT And sometimes when you lie to me Sometimes I’ll lie to you And there isn’t a thing you could possibly do All these half-destroyed lives Aren’t as bad as they seem But now I see blood and hear people scream Then I wake up And it’s just another bad dream. Quinn był... czasami siedział . Ostatnio już nie wiedział.] Sam śpiewał razem z zespołem Agent Orange. który pojawiał się i znikał.Rozdział 39 36 GODZIN... gdzie jest Quinn.. Jego przyjaciel – czy to odpowiednie słowo? Jego przyjaciel stał się cieniem.. mając wrażenie. czasami żartował. [I czasem gdy mnie okłamujesz / Czasem ja okłamuję ciebie / I zupełnie nic nie możesz zrobić / Wszystkie na wpół zniszczone żywoty / Nie są tak złe. że znajomy tekst ze zwykłej. trochę niepokojącej piosenki zmienił się w opis jego życia. jak się zdaje / Lecz teraz widzę krew i słyszę ludzkie krzyki / wtedy się budzę / I to tylko kolejny zły sen. Był w remizie i bez przyjemności samotnie jadł obiad. którego słuchał ze swojego iPoda.

Sam zdał sobie sprawę. Obaj roześmiali się z przekąsem. – Potem puszczę ten stary kawałek. którzy radzą sobie jako . – Co znalazłeś. Rozmawialiśmy ze wszystkimi.naburmuszony i oglądał na DVD film. – A. który widział już setki razy. by starczyło dla innych. a potem zniknęła. po czym wyjął z uszu słuchawki. Edilio zmaterializował się bezgłośnie w drzwiach. – Właśnie – skomentował Edilio. – Szukałem tej uzdrowicielki. – Co to za piosenka? – Co? A! „A Cry For Help In A World Gone Mad”. to świetnie się ukrywa – odrzekł tamten. M. – Szukaliśmy. i przez jakiś czas uczyłem się strzelać z broni maszynowej. tak. – Mam zupę. „It’s the End of the World as We Know It”. Chcesz? Edilio opadł na krzesło. „To koniec świata. Lany nie ma. chociaż Sam zrobił tyle zupy. jaki znamy”. E. jak on się nazywał? – Sam poszukał w pamięci. Edilio? – Jeśli jest gdzieś w Perdido Beach. W każdym razie nie przyszedł na obiad do remizy. Sam rzucił odtwarzacz na stół. R. że śpiewał głośno i z zawstydzeniem wyłączył muzykę. „Wołanie o pomoc w oszalałym świecie”. Nie ma też jej psa. Była w domu Elwooda. Wydawał się nieswój. – I jak ci poszło? – Mam czterech chłopaków.

myślisz. Sam znowu spoważniał. którymi można walczyć. – Stary. tym lepiej się przygotujemy. Zaczynam myśleć. – Szkoda raczej tego. która umie zniknąć. Ale nie jesteśmy marines. Musiałem zrobić „padnij” prosto w psią kupę. wiesz? Taki jeden Tom omal mnie nie zastrzelił. wliczając Quinna. którzy umieją prowadzić. – Nie wiem. A nie jak ta jedna dziewczyna. ale tylko wtedy. Oprócz ciebie mamy jeszcze czterech innych mutantów. jutro w nocy mnie tu nie będzie – przypomniał Sam. No wiesz. żeby ich szpiegować? Sam odepchnął swoją zupę. Poczekaj. aż przyjdzie kolej na ciebie – wyartykułował wreszcie Edilio. które mogą się przydać. że nie wiem. – Nie wiesz tego na pewno – odparł zakłopotany Quinn. Mamy gości. . dysponujących mocami. Edilio natychmiast załapał. wiesz? Wejść na górę i zrobić to. że to śmieszne. Co mu przeszkodziło? – Po co się spieszyć? Im więcej mamy czasu. co powstrzymuje Caine’a. ale żaden z nich nie mógł już się powstrzymać. Sam starał się nie parsknąć śmiechem. Minęły dwa dni. – Mamy broń. mocami.tako. że powinniśmy sami do nich iść. o czym mówię. co się dzieje w Coates. – Mówisz o tym. – Nie wiem. – Tak.

– A ta jedenastoletnia dziewczyna. ale nie tak dobrze. – Co Bryza może dla nas robić. – Dziewięciolatka. która porusza się tak szybko. – To raczej nie powstrzyma Caine’a. – Edilio wzruszył ramionami. stary. więc wystarczy powiedzieć coś w stylu „masz ładne włosy” i nagle staje się niewidzialna. – Taylor pracuje nad teleportacją. żeby zrobił komuś krzywdę. Umie się już przemieścić o parę przecznic.gdy się bardzo zawstydzi. Poczuł silne ukłucie w piersi. dziewięciolatka. który umie robić ze światłem to co ty. – Chyba damy jej pistolet. jest naprawdę nieśmiała i w ogóle. kiedy będzie tak śmigać dookoła? Edilio wydawał się nieswój. – Bryza? Jak imię superbohaterki? – Z żalem pokręcił głową. Że niby jest szybka jak wiatr. – Nie. Będzie strzelać. – Żartujesz. że prawie jej nie widać? – Brianna? – Teraz mówi o sobie Bryza. ale jej nie widzisz. Tylko tego nam brakowało. mamy tego chłopaka. Nie możemy nakłaniać dziewięciolatka. – Ale jeśli chodzi o sprawy naprawdę użyteczne. Sam uśmiechnął się wbrew sobie. – To było jedno z ulubionych zdań jego matki – „tylko tego nam brakowało”. Możesz jej nawet dotknąć. szybko mu jednak przeszło. – Świetnie. .

Mówił. – Orc? Tylko Orc? Bez Howarda? Dekka wzruszyła ramionami. – Sam zwiesił głowę. ale głowę zostaw w spokoju. cały poobijany. – O Boże. Złe już w wypadku dzieciaków w naszym wieku. kiedy mnie kopnął – powiedziała wtedy. – Wylecz mi ręce po tym betonie. To naprawdę jest złe. Edilio nie miał na to odpowiedzi. – Nie widziałam nikogo więcej. nie zwalam winy na ciebie. – O co chodzi? – spytał Sam. Po prostu przyszedł i Quinn poprosił. Sam pomyślał. – Przepraszam. Zarówno Sam. wpadła do pomieszczenia i pośliznęła się na wypastowanej podłodze. a co dopiero czwarto – i piątoklasistów? Rozległ się tupot stóp na schodach. Właśnie przyszedł do miasta. jak i Edilio zerwali się na nogi. którego nie pozwoliła Lanie wyleczyć.. Orc. Na czole miała pięciocentymetrowe rozcięcie.błyskawicznie się oddalać i znowu strzelać. Dekka. że to druga interesująca cecha Dekki. spodziewając się najgorszego. Edilio. – Jedenastoletnia dziewczynka. a my dajemy jej pistolet? Żeby strzelała? Do ludzi? To chore. Pierwszą było zapewne to.. – To ślad po bucie Drake’a. żebym ci powiedziała. – Ten chłopak. że będzie . to szaleństwo. Po prostu. jedna z uciekinierek z Coates. Chcę mieć jakąś pamiątkę. że jej moc najwyraźniej pozwalała wyłączać siłę ciążenia w niektórych miejscach.

Wciąż był potężny. – A potem możecie mnie zabić. Był podrapany. poobijany. – Dajcie mi to wypić – mruknął. że teraz dam sobie radę z Orkiem – odparł Sam. – Jestem ci wdzięczny. Spodnie miał podarte i brudne. czy co tam chcecie. – Gdzie Howard? – spytał Sam. – Wejdźcie. – Robię. co mogę – powiedział Quinn. że mógłby dać sobie radę z Orkiem. gdy Quinn zapukał do drzwi. Chodziło o dom. Koszula przestała przypominać koszulę. – Myślę. Miał za sobą kilka kiepskich dni. To nie było daleko. prowizorycznie pozszywane. Sam podziękował mu w niemal oficjalnej formie. Jedno oko miał napuchnięte i poczerniałe. Zaskoczyła go własna pewność siebie. Sam i Edilio stali obok. że przysłałeś do mnie Dekkę i że masz na wszystko oko. Była porwana w strzępy. .go śledził w drodze do domu. ale wyglądał mniej groźnie niż przedtem. Quinn czekał przed domem. – Może przyniosę pistolet – powiedział ponuro Edilio. a zabrzmiało to bardziej gorzko. który Orc dzielił z Howardem. kretyni. Rozległ się aż nazbyt znajomy głos osiłka. Orc otwierał właśnie puszkę piwa. posiniaczony. Nigdy wcześniej nie pomyślał. niż zapewne chciał.

– Orc. niby kroki na wilgotnym żwirowym podjeździe. – Jest ciepłe. – Uśmiechnął się. – Z kim? – Z Drakiem. Dotknął tego palcem. – Mów z sensem. Sztywnymi rękami podciągnął poszarpaną koszulę i zdjął ją przez głowę. To psy mnie załatwiły. Zrobiły mi dziurę w bebechach. – Tak. Wzruszył ramionami i Sam usłyszał cichy odgłos. Jak to się stało? – spytał Sam. .. Wydawał się speszony. żwir unosił się i opadał. Kamyki miały zielono-szarą barwę mętnej wody. – Wcześniej bolało. Orc – warknął Sam. Psy zżarły mi nogę i bebechy. Gadający pies. jak ona się nazywała. o których wam nie powiem. I inne części. – Nie boli – ciągnął Orc. Edilio jęknął. Sam tylko patrzył. – To się rozszerza – powiedział Orc. zwariowałem. Orc beknął donośnie. A potem to coś tak jakby wypełniło te miejsca. Gdy Orc oddychał.– Z nimi – odparł Orc. Powoli wstał. Laną. Z tą dziewczyną. Westchnął. Quinn odwrócił wzrok. Zżarły mi udo. Chociaż trochę swędzi.. Odstawił piwo. – Mówiłem. – O czym ty mówisz.. – Kurde.. Orc? Napił się. Duże fragmenty klatki piersiowej i brzucha Orca pokrywał żwir. I z gadającym psem. Ale teraz już nie. ale dobre.

Caine nadzorował prace.. w górę. Zostawili go. Sam położył mu rękę na ramieniu. że wszyscy mnie nienawidzicie. – Będzie jeszcze gorzej – odrzekł posępnie Sam. nie wydaje się już takie straszne. Na zewnątrz Quinn przyspieszył. – Ale to. która powstała podczas poprzedniej walki z użyciem mocy. – Musimy zawrzeć jakiś układ z. mające na celu naprawę dziury. – Powinniśmy popatrzeć. po kilka naraz. – Przepraszam – powiedział Quinn. albo spadajcie. Więc albo mnie zabijcie. Wlewanie betonu w dołek w ziemi nie nastręczało problemów. Wszystko już dwa razy się zawaliło. Sam i Edilio dogonili go. co? – Drake’a nie ma od dwóch godzin – powiedziała Diana. – Tak czy owak – mówił dalej Orc – wiem. – Jestem zajęty – warknął Caine. Stali na trawniku przed Coates Academy. potem zatrzymał się gwałtownie i zwymiotował w krzaki. gdzie Młotek i Chaz usiłowali wbetonować je na miejsce. Chce mi się pić i jeść. Teleportował cegły. z miastowymi – powiedziała Diana. ale układanie cegieł okazało się znacznie trudniejsze. co tu mamy. że ktoś po prostu znika. ..– Matko Boska – mruknął cicho Edilio. – Chyba jestem słaby.

– A co chcesz zrobić. co do ciebie czuję. Precyzję.– Miastowi. Miała w zanadrzu przemądrzałą odpowiedź. Albo „twój brat”. że jest bardzo skupiony na lewitacji kolejnej partii cegieł przez drzwi wejściowe do szkoły na piętro. – Coraz lepiej mi idzie – ocenił Caine. Jestem jedną z dwóch najstarszych osób w ETAP-ie. gdzie Młotek i Chaz uchylili się przed nadlatującym ładunkiem. wziąć ślub? Caine poczerwieniał. Miała na głowie poważniejsze sprawy niż jego szczenięca miłość. ale nadal jesteśmy dziećmi. a Diana wybuchnęła głośnym śmiechem. Diana ugryzła się w język. U nas się kończy. że uważasz się za Napoleona ETAP-u. – Super! Caine przygarbił się. – Musimy zawrzeć jakiś układ z twoim bratem Samem. żeby nie powiedzieć „Sam”. I najpotężniejszą. Caine udał. Oni jeszcze mają jedzenie. – Dobra. jak na jeden dzień. Caine nie był zdolny do . – Zyskuję panowanie. – Wiek to rzecz względna. Masz mnie – przyznała. Bo też jego uczucie było niczym więcej. Bardzo uważasz. że mamy po czternaście lat. A ty tylko mi dowalasz. Wiesz. ale dokuczyła Caine’owi już wystarczająco. – Pamiętasz. – Mogłabyś czasem okazywać mi trochę wsparcia. nie? Wiem.

prawdziwej miłości. – Patrzyła na pracującego Caine’a. Wydawało jej się. Tak. wystarczyła jej namiastka. Mógłby zostać gwiazdorem rocka. Ciągnęło ich do siebie niemal od samego początku. Byli przyjaciółmi. głębokiej. puszył się i zdawał świecić jakimś odbitym światłem. Wspólnikami. popisywał się przed nią. Tak niewiele było trzeba. które wykonywał. by nim manipulować. Zrzucił książkę ze stołu. – Oczywiście. To ona zachęciła go do pracy nad mocą. jakiego kiedykolwiek poznała. . Nie wymagało wcale prawdziwej czułości. że się w niej zakochał. Zostali nimi. to nie było dobre słowo. że go lubi.. nie. Była pierwszą osobą. stojąc po drugiej stronie pomieszczenia. – Co? – Nic. do rozwijania jej. właśnie: wspólnikami. która z czasem by się rozwijała. Nie na czynności. gdy tylko Caine odkrył swoje zdolności. gdy wypowiadała jakąś pochwałę czy choćby tylko z podziwem kiwała głową. ja też nie jestem – mruknęła pod nosem. Za każdym razem. Był najbardziej charyzmatycznym człowiekiem. Z tego powodu tolerował jej zuchwałość. lecz na samego chłopaka. A gdy okazywała mu choćby cień życzliwości. gdy osiągał jakiś nowy poziom.. I wyraźnie myślał. przed którą dokonał ich demonstracji. do sekretnych ćwiczeń.

A potem szkolna pielęgniarka. który dał jej się we znaki. gdy spadały na ziemię.Diana prosiła Caine’a. . i nie żądającego nic w zamian. matka Sama – jak również Caine’a. który już zyskał opinię najniebezpieczniejszego łobuza w szkole. Przewrócił jakiegoś snoba. to robiąc coś dla Diany. że nauczyciel fizyki próbował ją obmacywać w pustym laboratorium. którego nie lubiła. choć wtedy żadne z nich o tym nie wiedziało – zaczęła się domyślać. obie relacje uległy zmianom. Caine posłał go w dół schodów i do szpitala. o co się go poprosi. pomimo swojego przerośniętego ego. Gdy moce Caine’a się rozwinęły. A potem przyciągnął uwagę Drake’a Merwina. Nigdy nawet nie spróbował jej pocałować. a także seria jęków i przekleństw z ust Chaza i Młotka. Cegły runęły niespodziewanie. czuł się bardzo nieswojo w kontaktach z dziewczynami. gdy o to poprosiła. w której od łobuzów aż się roiło. by używał dla niej swojej mocy. upokorzył nauczyciela. Od tego momentu Caine napuszczał ich na siebie nawzajem. przystojnej twarzy i uroku. Sprawiało jej to przyjemność. A gdy doniosła mu. Rozległa się seria łoskotów. Caine wydawał się niemal tego nie zauważać. Zyskała obrońcę gotowego robić. to znów coś dla Drake’a. że jej dawno zaginiony synek ma w sobie coś bardzo dziwnego. Caine.

– Nie to. – Siostra. Tempie. Ona. Drugiego oddaje do adopcji. Siostra Tempie. – Powtórzył nazwisko. Jednego sobie zostawia. – Podejrzewam. no. Pewnie była wtedy pokręconą nastolatką. Nie miała ochoty na tę rozmowę. że nie o to mu chodzi. – Myślę. Siostra Tempie. – Nie jestem psychologiem – odparła. Może doszła do wniosku. że byłem adoptowany. że musiała być dość zimna. że nie ma tu doktora Phila. Wiesz. Nigdy nie powiedzieli. marszcząc brwi ze sceptycyzmem. jak ją teraz nazywać. jak mnie urodziła. Ona o tym nie wspominała. ale moja matka. – Patrzył teraz na Dianę. by w pełni je poczuć. Byłem wtedy niemowlakiem. kobieta. – Trochę jak ty. że nie ułożyli ich wystarczająco równo – odparła. wiesz? Że moja rodzina nie jest moją prawdziwą rodziną. którą za nią uważałem. Connie. Mógłbyś mu o tym opowiedzieć. nie wiem. Caine. co to było? – zagadnął Dianę. ale nie z . jak matki mówią o porodzie i tak dalej. zwykle słyszysz. przechylając głowę.– Jak myślisz. W każdym razie nigdy nie opowiadała.. – Zawsze to czułem. Diana westchnęła. – Ma dwóch synów. – Szkoda. Moja tak zwana matka. jakby czytał jej w myślach. Wydała nieprzyzwoity dźwięk. dobrze wiedząc. że da sobie radę z jednym dzieckiem. – Postaraj się tak w to nie zagłębiać.. – Właściwie jej nie znałam.

Ciągle żył. który maszerował w ich stronę i wymachiwał rękami. – Nie! – krzyknął jakiś głos. A potem zobaczyła jego rękę. która wkrótce pochłonie ją i Caine’a. Kojoty zdawały się nadbiegać ze wszystkich stron naraz – zdyscyplinowana. którą odcięła. Diana zaklęła. Był rozciągnięty na kształt ciemnej. podczas gdy Drake krzyczał. Był to Howard. – Chcesz mi się podlizać? – Chcę. czerwonej ciągutki. żebyś się w tym nie babrał. płowych zwierząt. uzbrojony i gotowy. Owijał się dwa razy wokół jego ciała. ale nikt nie chciał wziąć Sama. gdy usłyszała jakiś dźwięk. że była zupełnie taka. to przyjaciele.dwójką. płakał i groził – zupełnie się zmienił. Za nim podążała ta uzdrowicielka. Potem zrobi się kiepsko. potarganych. wyciągając dłonie. . Caine podniósł ręce. Kogo obchodzą sprawy twojej mamusi? Mamy jedzenie na dwa. A za nimi szedł Drake. Diana już miała odpowiedzieć. – Nie rób im krzywdy. która wyglądała na zupełnie wstrząśniętą. Lana. – Widzisz. Spalony kikut – resztki kończyny. A może próbowała oddać was obu do adopcji. jak ty. wytrwała inwazja. co mam na myśli? Założę się. może trzy tygodnie. Caine był zaskoczony. Zimna i samolubna. Obróciła się na pięcie i ujrzała stado dzikich.

niż dotąd. płynącą z ramienia. drgała. wiła się. Diana krzyknęła z bólu. – Przepraszam – powiedział Drake.Nie. Niemożliwe. który kroczył w ich stronę. ani Diana nie odpowiedzieli. świsnęła jak pejcz. Oboje gapili się na Drake’a. – Drake – odezwał się Caine. – Drake – przemówił Caine. Podobny do huku po przekroczeniu bariery dźwięku tylko cichszy. tak szybko. – Czy Orc się pojawił? Ale ani Caine. że ludzkie oko ledwie mogło dostrzec ruch. Czerwona macka odwinęła się z jego talii. A potem. uśmiechnął się szeroko. Rozległ się głośny trzask. Howard przybiegł pierwszy. – I jestem jeszcze silniejszy. wypuszczający swoją ofiarę. pomimo krwi. – . – Nadal pracuję nad celnością. który płakał na widok stopionych szczątków swojej ręki. odzyskawszy całą pewność siebie – już nie był poszarpanym strachem na wróble. W oszołomieniu spojrzała na swoją rozciętą bluzkę i strużkę czerwieni. leżących na posadzce. Ręka – ten nieprawdopodobny. nawet nie siląc się na szczery ton. Diano? – spytał. – Myśleliśmy. czerwony wąż – oplatała głowę Drake’a. a potem. że nie żyjesz. – Podoba ci się. pomimo rany zadanej Dianie. – Wróciłem – odparł Drake. niczym pyton.

– To kiedy idziemy załatwić Sama Tempie? . – Sprowadziłem pomoc – oznajmił Drake. Wyciągnął lewą rękę i Caine uścisnął ją niezgrabnie prawą dłonią.Witaj z powrotem.

Albo zanim ja zniknę. Astrid. Albert dostał zaproszenie. który musi wygrać. że Caine czuje potrzebę. Tak czy owak. oraz Taylor. mała Brianna. czyli Bryza. W każdym razie nie pogodzi się z faktem. Dahra.. kto zajmie moje miejsce. mały Pete. – Niespecjalnie na nie czekam. musimy zdecydować. zanim zniknie. Spośród dzieciaków z Perdido Beach w naradzie uczestniczyli Sam. ale przynajmniej nie leżał już na podłodze. Zdaje się. że ma problem z własnym ego. – Musimy więc być gotowi. by mnie pokonać. Uciekinierów z Coates reprezentowały trzy dziewczyny: Dekka. ale był zajęty planowaniem Święta Dziękczynienia. że uwolniliśmy wszystkie te dzieciaki z Coates i zajęliśmy Perdido Beach – mówił Sam. a także eksperymentami z tortilla-burgerem. . Musimy też być gotowi na coś jeszcze: jutro moje urodziny. – Myślę. Elwood i Mateczka Mary. Nie znajdował się na swoim właściwym miejscu. Tym samym. jeśli. w którym Caine tak gładko przejął władzę..Rozdział 40 26 GODZIN. – Caine to gość. Ostatnią naradę wojenną odbyli w kościele. Krzyż został oparty o ścianę. Edilio. Musi wygrać. – Zrobił cierpką minę. 47 MINUT – Przyjdą jutro wieczorem – powiedział Sam.

jak uleczyła ich dłonie. Nie mamy pojęcia. Mary zajmuje się przedszkolakami i pilnuje. Odezwała się Astrid. że Sam niekoniecznie musi zniknąć albo że ucieczka z ETAP-u to dobra rzecz. Orc. Edilio stawił już czoło Orcowi i Drake’owi. no wiecie. – Mrugnęła do . Dahra odpowiada za leczenie tych. A świadomość.. że umie uleczyć każdego. gdyby. Kilka osób rzuciło pełne współczucia albo otuchy komentarze. czy co. Sam jednak uciszył wszystkich. Diana i inne dranie. Strata Lany była poważnym ciosem. wiceprezydenta. – Słuchajcie. Nie do końca wiemy.. podnosiła na duchu. że zostaną Drake. dobra wiadomość jest taka. – Muszę się opiekować małym Pete’em. Potrzebujemy numeru dwa. że nie miał do czynienia z Caine’em. co się z nią stało. ale Howarda przy nim nie ma. – Nie ma mowy.kiedy. W końcu przemówił. Astrid jest z nas najmądrzejsza. że kiedy ja zniknę. Elwood był tak zajęty w szpitalu z Dahrą. Gorzej. jakby mówiła o jakimś innym Ediliu. Edilio z początku nie zrozumiał.. – Wyznaczam Edilia do przejęcia rządów. czy sobie poszła. stąd zniknę. sprytny i sprawny.. czy jak to nazwiemy.. co się z nim dzieje. A Lana. to Caine też. którzy zrobią sobie jakąś krzywdę.. żeby nic im się nie stało. Drakiem ani nikim z Coates. wiceburmistrza... Wszyscy uciekinierzy z Coates uwielbiali ją za to. komu się coś stanie. No i zawsze był dzielny.

a może i trochę straszne. – No dobra – powiedział Sam. kiedy trzeba – odparowała Astrid. – Szacun dla Edilia – odezwała się Dekka – ale on nawet nie ma mocy. poklepał Edilia po plecach.. wiem. – Załatwione. – Super – rzuciła Dekka. umie zdobywać zaufanie i umie przetrwać. po czym przez chwilę patrzył. Wybierz kogoś. Edilio powie im. ty i ja wyruszamy. Wszyscy zebrali się do wyjścia. żeby jedna osoba zawsze czuwała. jeśli znajdziesz Quinnowi jakieś pożyteczne zajęcie. Edilio wszystkim kieruje. I nie przestawaj ćwiczyć. jak ten wychodzi. – Mamy ludzi na stanowiskach. staniesz się naszym systemem łączności. Sam skinął głową. . Nikt już nie zgłaszał zastrzeżeń. że to dla ciebie nudne. – Ma. Bryzo. – Czyli o ile nikt nie wnosi sprzeciwu. niech tak będzie. Taylor. – Wygramy – stwierdził Sam. ale dopilnuj. Jeśli coś mi się stanie albo jeśli zniknę. Dekka? Jak tylko wysłuchamy Taylor. zauważając jego skrępowanie.Edilia. – Słusznie – potwierdził Sam. Astrid została z tyłu. – Słuchaj. stary. Nieźle strzela. kto z tobą pójdzie. Sam trącił Edilia w ramię. śpijcie na zmianę. Postawię go na dachu przedszkola z pistoletem maszynowym. twoja rola jest zasadnicza: kiedy się zacznie. kiedy ruszać..

żebyś znalazła bezpieczne miejsce i schowała się tam.. ale drugie mam ja. żeby walkie-talkie działało zbyt dobrze. słonej wody i wodorostów. żeby strzelał do ludzi.. – Chcę. – Nie przydzieliłeś mi zadania.– Quinn z pistoletem maszynowym – mruknął. – Prosisz go. żeby bronił siebie i przedszkolaków – odparła Astrid. – Ale. Nie sądzę. Stąd widać prawie wszystko. – Ale. . – Do torby spakowałem ci trochę jedzenia i baterie do gry Pete’a. – A czego oczekujesz ode mnie? – spytała. – W niebie? – spytała z uśmiechem. Wiele domów wciąż było oświetlonych. Tego właśnie oczekuję. Jeśli chodzi o jutrzejsze popołudnie.. dopóki nie będzie po wszystkim. Jaśniał żółty neon McDonald’sa. – Tak. – Wyciągnął palec w górę. Poprowadził Astrid i jej braciszka na dzwonnicę. – Proszę przyjaciela. W przytulnej przestrzeni rozłożone były dwa śpiwory.. Wiatr niósł zapachy frytek i igliwia. Z tej wysokości światła Perdido Beach wydawały się niezupełnie normalne. potrzebuję cię tam. Przy papierowej torbie na zakupy leżała lornetka oraz dziecięce walkie-talkie. to wszystko zmienia – potwierdził z sarkazmem. Płonęły nieliczne latarnie. tak jak zostawił je Drake. – Chodź ze mną. Ażurowe okiennice były wyłamane.

– Pewnie – mruknęła bez przekonania. Gdyby coś nie wyszło. Ma taką moc. – Wszystkich innych prosisz. – Słuchaj. – Tak? – A po drugie. wiesz.. Albo dokądkolwiek.. że nic by z tego nie wyszło. Twoich spostrzeżeń. nie chcę cię zostawiać. – Zostawiłeś mi pistolet? Pokręcił głową. Pewnie postrzeliłabyś się we własną stopę. Nie ćwiczyłaś strzelania. – Jest? Jaka? – No. – Nie chcę. – Jest pewna różnica. Astrid i Sam stali blisko siebie przy dzwonie.. żeby mnie dokądś wysyłał – odparła Astrid. a ona zamknęła oczy i nachyliła się do niego. – Tak. A ja mam wyłącznie patrzeć. Potrzebuję twojej inteligencji. ale może powinnaś przemyśleć pomysł Quinna. Skinął głową. że to wariactwo. Mały Pete od razu usiadł w zakurzonym kącie. . żeby mały Pete wysłał was na Hawaje. żeby robili straszne rzeczy. A po drugie.. – Nie. wiem.. – Tylko tyle – stwierdziła.Panowała tu ciasnota.. czując się nieswojo. – Tak naprawdę myślę. Delikatnie przyłożył jej dłoń do policzka. to po pierwsze.

że to wszystko wielki plan Boga? ETAP i tak dalej? – Nie. to ja odejdę. Nie wiem. że nie za bardzo wierzysz w Boga. „ – Z radością przyjąłbym pomoc – stwierdził Sam. Słyszy nasze modlitwy. a On pomoże.– Astrid. Zrobiłem krzywdę Drake’owi. Modliłam się. co te głupki teraz wyprawiają... co się dalej stanie. żeby tak się nie stało. Mogłem go zabić. – Parsknęła śmiechem. Moim zdaniem wie. To jak. I nie wiem. Wierzę w wolną wolę. – Aha. – Wiem. Świat jest taki. zostawia to we mnie ślad. Wiesz o tym. kiedy Drake mnie postrzelił. – Mary Terrafino? – Nie. Ale coś wiem: kiedy zrobię komuś krzywdę. że tu jesteśmy. Uważam. no co ty. że nie mam pistoletu. – Szukał słów. a ona ciasno oplotła go ramionami. jakim go uczynimy. Czasami mi się wydaje. Jest już . Coś w rodzaju blizny. – Ale z ciebie poganin. – A ja żałuję. A nasze działania mają swoje skutki. Najświętszą Marię Pannę. Poprosiłam Marię o wstawiennictwo. Ale myślę też. że siada i mówi: „Jejku. Pokręcił głową. że czasami możemy prosić Boga o pomoc. – Zrobiłem krzywdę swojemu ojczymowi. – Jak moje kolano. – Nie. Chyba lepiej trochę im pomóc. że sami podejmujemy decyzje i wykonujemy własne działania. ale ja tak. – Myślisz.

Ale spalenie Drake’a? To siedzi we mnie. jakby nigdy nic się nie zdarzyło. dzięki Lanie. więc nic nie mówiłam. Ale nie przyłączyła się do jego nerwowego śmiechu. – Czemu? – Bo cię kocham. nie odsunęła się. wiesz. – Jakaś tajemnica? – Nie byłam pewna. – Jeśli nastąpi walka. inni to odczują. – Muszę ci coś powiedzieć. Intuicja to zwykle nazwa. Ciężko oddzielić to od IQ. – Zastanawiałem się. czy wiesz. . że ją zdenerwował. i Lana tego nie wyleczyła. Astrid długo milczała i Sam pomyślał. mamy to za sobą. czy to coś więcej niż zwykła intuicja. Diana mówiła. Nie chciałem. A jednak go nie puściła. którą nadajemy podwyższonej. która mieści się poniżej poziomu świadomej myśli. W końcu odpowiedziała: – Ja też cię kocham. – Przez długi czas nie miałam pewności. używając swojego „głosu tępaka”. lecz ciągle wtulała twarz w jego szyję. lecz normalnej percepcji. że masz dwie kreski. Czuł jej ciepłe łzy na swojej szyi. – Moc – stwierdził. Sam. w mojej głowie. – Ty nie jesteś „inni”.wyleczone. – Nie? – Nie. – No. Odetchnął z ulgą. – Mhm – mruknął.

nie panuję nad tym i nie zaczęłam się jeszcze w to wgłębiać. co to znaczy. by lepiej przyjrzeć się jej twarzy. Na zewnątrz panowała ciemność. – Smuga? Wzruszyła ramionami. – Twoja moc to moc metafory? Po tych słowach wreszcie doczekał się uśmiechu i szturchnięcia. a może jej los. ciągnącą za sobą iskry. Przytrzymał ją na wyciągnięcie ramienia. co w moim umyśle wygląda jak smuga ognia na niebie. długą albo krótką. – Miałam podejrzenia. Ale mam wrażenie. że jesteś najjaśniejszą gwiazdą na niebie. że jesteś w jakiś sposób ważny. ale w bardzo metaforycznym sensie. Jesteś spadającą gwiazdą.zmuszać cię. Komputerowy Jack obudził się i poczuł jej miękką dłoń na swoich ustach. – Bardzo metaforycznym – powtórzył. Ale to dziwne. – Ale wiem. – Mądrala. Nie wiem. ale pomieszczenie skąpane było w błękitnym blasku ekranu . – Czy jutro wpadnę prosto na ceglany mur? – Nie wiem – przyznała. co? Widzę ją jasną albo ciemną. żebyś o tym myślała. bo ja wiem. że widzę jakąś miarę. Po prostu od początku wiedziałam. – Dziwne. Dotykam czyjejś ręki i czasami widzę coś. ważności czy czegoś podobnego? Zupełnie jakbym widziała duszę danej osoby.

Pokazał. Jej oczy błyszczały. że ma na sobie dół od piżamy. po czym szybko się ubrał. aż poczuł dreszcz przebiegający po plecach. Skinął głową. będzie to niebezpieczne. Drake był potworem. żeby zrobić. Po chwili bardzo lekko klepnęła go w policzek. za mocno odczuwał jej bliskość. – Pytam. Zawsze wiedział. Nie chciał. bardzo. I czuł większe przerażenie. Serce mu waliło. Miał w głowie zbyt duży mętlik. za bardzo bał się. – Dokąd idziemy? . Coś było nie tak. – Cśśś – przestrzegła i położyła mu palec na ustach. Szybko. – Która godzina? – grał na zwłokę. by wydobyć z siebie głos. bez wątpienia. niż kiedykolwiek. co należy. – Ubieraj się. czego może chcieć. Drake wrócił. by się odwróciła. bardzo zadowolony. Jack wyszedł z łóżka. Milczał. – Jej usta wykrzywiły się w cierpkim uśmiechu. – Nawet jeśli z niewłaściwych powodów. Jack. – Co się dzieje? – Pamiętasz naszą umowę? Pamiętasz swoją obietnicę? Nie chciał powiedzieć „tak”. czy pamiętasz swoją obietnicę. – Odpowiednia godzina.komputera. że czegokolwiek zechce Diana. Diana pogładziła go koniuszkami palców po policzku. – Wstawaj.

że to mój pomysł. bardzo ostrożnie. Zeszli po schodach. A potem. – Ja? Tylko ja? Nie. Astrid. Przyjdą i powiem. – Genialną Astrid. Będzie . Diana lekko uchyliła drzwi i wyjrzała na dziedziniec. Wykradli się z pokoju na ciemny korytarz. Wsiadaj. Powiedz. To brzmiało wiarygodnie. Diana poprowadziła go do terenówki. Tylko ty. że jego opór kruszeje. nie. – Albo lepiej znajdź tę dziewczynę. zaparkowanej byle jak na trawniku. – Jack.– Na przejażdżkę. czy ma gotową wymówkę. – Dokąd jedziemy? – Do Perdido Beach. Jack był ciekaw. – Znów przybrała swój drwiący ton. Wyśle za mną Drake’a. Caine pomyśli. Ich trampki na żwirze podjazdu wydawały się głośniejsze w mglistym. gdyby ktoś ich zatrzymał. Jack poczuł niepokój.. albo zacznę krzyczeć. Poczuł. – Prowadziłem tylko raz i prawie wjechałem do rowu. Nauczysz się.. że przyłapałam cię na próbie ucieczki. Zupełnie jakby starali się oboje narobić hałasu. – Mądry z ciebie chłopak. – Kluczyki są w środku. Od strony kierowcy. Zadrżał. Drake. albo mnie posłuchasz. I nie my. że uciekłeś. – Po co? – spytał błagalnym tonem. a Caine by jej uwierzył. nie! Jeśli pojadę. Była gotowa to zrobić. nocnym powietrzu. Jack przełknął ślinę i kiwnął głową. – Znajdź Sama Tempie.

Drake zwróci się przeciwko mnie.chciała za wszelką cenę ocalić Sama. Powiedz Samowi o pokusie. Jeśli Sam zniknie. Dobra. Teraz i ona miała szansę ucieczki. jeśli powie „nie”. – Ćśśś. Mogła zostawić Caine’a i Drake’a i wszystko. ale może. Wcisnął gaz. a Caine nie zdoła go powstrzymać. – Powiedz im o Andrew. może. co oni reprezentują.. by wykonał skok. – Westchnęła. Odwróciła się na pięcie i pomaszerowała z powrotem do szkoły. by się uspokoić. Drake jest silniejszy niż przedtem. Zwolnił dźwignię i znowu nacisnął pedał. – Dobra. Po chwili sobie przypomniał: hamulec ręczny. Potrzebuję równowagi. Czyżby naprawdę kochała Caine’a? Zrobił głęboki wdech. Potrzebuję kogoś. Omal nie wpadł w panikę. – Tego ode mnie chcesz? – Tak. ćśśś – syknął. Diana dotknęła jego ramienia. – Uspokoił się. Nie był to dźwięk. Potrzebuję Sama żywego. postanowiła jednak zostać. – Pojadę. Nic się nie stało. Terenówka w ślimaczym tempie potoczyła się z . który budziłby nadzieję.. Powiedz. Jack zamarł z dłonią na kluczyku. Jack odprowadził ją wzrokiem aż do drzwi. kogo Drake będzie nienawidził. – A teraz idź. Wrzucił bieg. Za dużo hałasu.. Za mocno nacisnął pedał gazu.. Silnik ryknął. i przekręcił kluczyk. że będzie go kusiło.

. Odgłosy lasu. dokąd jedziesz? Howard. Co on tu robił w środku nocy? No jasne: dalej szukał swojego koleżki Orca. Wymagało zbyt wielu decyzji. Była zamknięta. Drake ze swoją potworną ręką. że Howard pędzi z powrotem do szkoły. Bieg. który ledwie poruszał listowiem. Przez chwilę stał i nasłuchiwał. znacznie większe niż Jack. miał największe doświadczenie jako kierowca. teraz zaniepokojony. było zbyt niebezpieczne. Jej górna część pękła mu w rękach. Ale prowadzenie samochodu przerażało Komputerowego Jacka.chrzęstem po żwirze. że narasta w nim lęk. Panda prowadził. – Ej. bez wątpienia. małe zwierzęta buszujące w poszyciu i lekki wietrzyk. Panda. Wysiadł i szybko ją otworzył. Za mocno. W lusterku zobaczył. Stój! Jack przejechał obok. Mina Howarda szybko się zmieniła: wcześniej był zaintrygowany. Ścisnął kierownicę. A potem warkot silnika. Jack poczuł. Powinien jechać szybciej. – Ej. stój. A obok Drake. Już go ścigali. szarpnięcie i przejazd przez bramę. zbyt wiele uwagi. Krople wody kapiące z liści. Zatrzymał się przy żelaznej bramie. koleś. Z powrotem do terenówki. Zostawił ją otwartą i pojechał. Brama nikogo by nie zatrzymała.

Jack szarpnął kierownicę w prawo i mimo niewielkiej prędkości miał wrażenie. Światła w lusterku. Chodziło o siłę przeciwko sile. Stroma ściana z ziemi i kamieni po lewej. Nie było wyboru.Wyrzucił piętnastocentymetrowy. Tam. Ani techniczna. Drake użyje tej ręki. o przemoc przeciwko przemocy. która wyglądała jak bicz. a mogła się kończyć po kilkunastu metrach. Był tylko kilkadziesiąt metrów za nim. – Myśl. Samochód. Napęd na cztery koła. To było coś prostszego. – Myśl. Droga gruntowa po prawej. był nisko zawieszony. starał się powstrzymać panikę i skupić na prowadzeniu. Terenówka. o nienawiść i strach. O Boże! Zabiją go. Ale czy na pewno? Może chodziło o prześwit. Jack zerknął na boki. przechodziła z gęstego lasu na bardziej otwarty teren i zakręcała. Tamten samochód zbliżał się z dużą prędkością. Jack! – wykrzyknął z niespodziewaną gwałtownością. Mogła prowadzić donikąd. który szybko zmniejszał dzielący ich dystans. że może się . To nie była kwestia informatyczna. Droga wiła się w dół zbocza. Głęboki rów wzdłuż prawego skraju drogi. plastikowy luk i zapiszczał ze strachu. Nadwozie terenówki znajdowało się wysoko nad drogą. Zmusił się do ostrożniejszego trzymania resztek kierownicy.

Jak jednak miał teraz dotrzeć do Perdido Beach? Znał tylko dojazd główną drogą. wtedy naprawdę byłoby po nim. skręcały to w jedną. Temu autu droga sprawiała większe kłopoty. Jechał. to w drugą stronę. Nic nie widział. W końcu snopy światła z reflektorów oddaliły się i stało się jasne. bo gdyby się rozpadła do reszty.wywrócić. Reflektory oświetliły jasny krąg ziemi i krzewów pośród atramentowej. Dla goniącego ją samochodu jazda była wręcz niemożliwa. że droga nie skończy się nagle urwiskiem. polegając na szczęściu. Reflektory sedana szalały z tyłu. że samochód się zatrzymał. Wjechała na wyboistą drogę. z nadzieją. Zostawił pościg za sobą. Ciężko było trzymać kierownicę.. bezksiężycowej czerni. by ułatwić sobie prowadzenie terenówki. podskakiwały... która gwałtownie podskakiwała razem z całym samochodem. Terenówka jednak nie przewróciła się. nic nie wiedział. Jack powoli oddalał się od ścigającego pojazdu.. Nie mógł jednak trzymać jej zbyt mocno. . Jack zwolnił. Czy ta polna dróżka mogła go dokądś doprowadzić? Wiedział tylko jedno: nie mógł zawrócić. Terenówce trudno było tędy jechać.

– Mów. potrząsnął łóżkiem Edilia. – Sześć samochodów jedzie autostradą od strony Coates. Zmieniał ubranie i myślał o konieczności zjedzenia czegoś pomimo nieprzyjemnego uczucia w żołądku. kopnął łóżko Quinna i zawołał: – Chłopaki! Wstawać! – Co? – spytał Quinn. – . Sam poszedł do drugiego pomieszczenia. – Widziałaś jakieś twarze? Caine’a albo Drake’a? – Nie. – Ej. Jadą powoli. Próbował pójść za własną radą. Wiedział. odpoczywać. zaspany i zdezorientowany. – Nadchodzą – powiedziała bez wstępów. gdy w remizie pojawiła się nagle Taylor. Caine zjawi się wieczorem.Rozdział 41 3 GODZINY. że niedługo się zacznie. ale nie był w stanie zasnąć. ładny masz kaloryfer na brzuchu. ale pozostałym radził spać. Za jakąś minutę będą przy Ralph’s. Sam był tego pewien. Sam wystawił warty na obrzeżach miasta. 15 MINUT Jasne godziny dnia szybko mijały. jeść. Sam miał akurat na sobie tylko bokserki. A za parę godzin się skończy.

– Wiesz. żeby się udało. dokąd idziemy. pełen napięcia: – Sam. czy dzielą się na grupy. Taylor mówi. że tamci ruszyli. Sam wciągnął dżinsy i zaczął szukać butów. czy wchodzą do Ralph’s.Myślałem. Sam i Edilio zjechali po strażackiej rurze. – Co mam teraz zrobić? – spytała Taylor. zniekształcony. że kazałeś nam trochę pospać. – Skocz z powrotem i zobacz. Widzę ich. A ty? Sam pokręcił głową. Taylor już nie było. – Trochę pospaliście. Wieczór. Odwiązał groźnie wyglądający pistolet maszynowy od wezgłowia. prawda? – Prosto do piekła? – mruknął Quinn. Tak jak myśleliśmy – powiedział Sam. Sam zmniejszył głośność i nacisnął guzik. . – Już czas? – Tak. – Bądź przygotowany – uprzedziła – że wrócę za chwilę. – Już wstaję. – Tak czy siak. Quinn sturlał się z łóżka. – Nie. Odezwał się głos Astrid. Będę tam – odrzekł Sam. – Edilio wytoczył się z łóżka kompletnie ubrany. postarajmy się. Walkie-talkie przy pasku Sama zatrzeszczało. – Gotowy? – zwrócił się Sam do Edilia. – Idź prosto na plac. bardzo głośno. lądując w garażu.

na wypadek. Bieg kojarzyłby się z paniką. Drake’a nie widziałam. że przyjadą tak samo jak za pierwszym razem. gdyby Sam nie dosłyszał. Sam przygryzł wargę i zastanowił się. Widzę sześć samochodów. tutaj! – A! Jadą w kierunku szkoły. – Myślałem. patrzyła w złym kierunku.. Caine na pewno z nimi jest. – Ostatnie zdanie wypowiedziała z nadzieją w głosie. To najkrótsza droga do centrum miasta. – Sam. by sprawdzić swoje oddziały.. że mogą skręcić w stronę szkoły. – Domyślam się. żebyśmy po nich przyszli – powiedział Edilio. Minęli Ralph’s. Dotarli do placu i Edilio pobiegł przodem. – Widzieli cię? . ale nie biegł. Zwrócił się do Edilia. – Wiem – szepnął. – Czemu tam? – Nie wiem. Taylor pojawiła się cztery metry od nich. – U ciebie i małego Pete’a wszystko gra? – W porządku. – Nie rozumiem – przyznał Sam. – Siedzicie tam. że mogą zająć sklep i zmusić nas. Zdaje się.. do ratusza. Astrid. – zaczęła.. Może nie żyje. Zaczął iść szybko. A potem. że nie żyje.– Taylor już mi powiedziała – oznajmił. – Ja też. dodała: – Mam nadzieję. – Taylor. ten wredny. Caine i Diana.

z naciskiem. – Dzięki. aż zapadnie noc? Albert wyszedł z McDonald’sa. – Trochę nuggetsów. Sam wyciągnął palec w jej stronę. Trzymaj się z daleka. Ten ruch ze szkołą był niespodziewany. pieszo. – Nie ma na to czasu – odparł Sam. chłopie. – Wierzymy w ciebie. – Dzięki. – Powodzenia.. Czy to zwiększa ich szanse? Jeśli Caine będzie poza samochodem.– Nie. Sam podniósł wzrok na wieżę. Jestem w tym już za dobra. z nogą opartą o brzeg fontanny. Mogę skoczyć od razu do szkoły. co kombinują. Gdybyś był głodny. – Wysiadają z samochodów i idą do szkoły.. w . stary. czemu nie zaczekać. Sam chrupał kawałek kurczaka i usiłował myśleć. Była tam.. bracie – rzucił. Podał Samowi torebkę. ale łagodnie. Sam. biegnącego z pistoletem maszynowym na ramieniu. – Lepiej przestań kozaczyć. Zresztą nie mogą mnie tknąć.. Nagle dostrzegł Quinna. Dlaczego? I po co przyjeżdżać za dnia. tak blisko. Sam. Szkoła. ja. Quinn stanął jak wryty. lecz wzrok kierowała na szkołę. Stał na placu. że mógł do niej krzyknąć. a nie na niego. sprawdzić. Idź. Słuchaj. Astrid zgłosiła się przez walkie-talkie. Nie chcę cię stracić. Taylor puściła do niego oko i zniknęła. – Albert zawrócił.

Nacisnął guzik walkie-talkie. nie mogłam cię znaleźć. że to Panda. Może dałby radę to zakończyć. Jak dużą masz kontrolę nad swoją mocą? Dekka wypuściła powietrze i zastanowiła się nad tym pytaniem.budynku szkolnym. że wychodzą ze szkoły? – Nie. – Nikt go nie widział. Zdaje się. – Jest tam Drake? – spytała Dekka. Dekka biegła w jego stronę. – Nie mieliśmy wiele czasu.. pojedynkiem z Caine’em. Wtedy nikt z pozostałych nie musiałby się angażować. który Sam znał o wiele lepiej od niego. W ogóle nie widzę Drake’a.. jakby miały dać jej odpowiedź. Już teraz. ramię przy ramieniu. – Sam! Przepraszam.. Może tylko ich dwoje. – A teraz. – I dobrze – powiedziała bez ogródek. – Caine jest w szkole – oznajmił Sam. Nikt nie musiałby ciągnąć za spust. – Muszę być dość blisko. To by podwoiło szanse. Może. Spojrzała na swoje dłonie.. Sam i Dekka. Tak by było najlepiej: jedno z Perdido Beach. Umiem nieźle zatrząść ścianą . Zostawili jednego gościa na zewnątrz jako wartownika. może nie chce się pokazywać. drugie z Coates. – Czy coś świadczy o tym. czy by do niego nie iść. – Myślę. po prostu nie mam wiele czasu i tyle. by się poznać – stwierdził Sam.

co odwróci ich uwagę. wciśnięty w fotel kierowcy. – Taylor zniknęła. zamknąwszy wszystkie drzwi. by dotarł do Sama. A potem musisz wspiąć się na wieżę. Jack przez cały dzień siedział w terenówce ukrytej w kępie drzew. – Tak? – Wchodzę w to – oznajmiła zdecydowanie. zbyt przestraszony. Dopiero gdy słońce w końcu zaszło. – Słuchajcie. To była jego pierwsza poważna decyzja taktyczna. ani nie zamierzał oddawać za nią życia. do Astrid. z . możemy potrzebować czegoś. Wziął przeciągły. Dekka i ja idziemy do nich. Miał nadzieję. – Wszyscy są w szkole. Jeden wartownik. co zrobimy. ale tylko z małej odległości. Taylor. Spał niespokojnie. że tak to wygląda – mruknął. Jack nie dbał o to. Jeśli Dekka i ja wpadniemy w kłopoty. – Dobra – powiedział Sam. jak bardzo Dianie zależy. o ile dobrze widziałam. dotycząca nadchodzącej walki. przekręcił kluczyk i wytoczył się z zacienionej kryjówki. Już się robi. powiadom Edilia. I z całą pewnością nie ma Drake’a. że nie popełnia błędu. – Pewnie kiedyś się przyzwyczaję.albo posłać kogoś w powietrze. by bardziej rozłożyć oparcie. Pojawiła się Taylor. ja się nie wspinam. tylko się pojawiam. Jechał polnymi dróżkami bez drogowskazów. – Kolego. urywany oddech.

mimo że Jack nie skręcił. Jeśli Sam zniknie. Przed nim przemknął zając. jakby zebrał od kogoś cięgi. było oczywiste. Księżyc wzeszedł i droga biegła dalej prosto. wbudowany w lusterko wsteczne. Pokazywał najpierw południe. A wtedy ETAP stanie się za mały. że musi się bezwzględnie przedostać do Sama. Sam stanowił ostatnią deskę ratunku. Znał datę i godzinę urodzin Sama. poruszając się niewiele szybciej niż piechur. w górę i w dół. ale jego wskazania nie miały sensu.wyłączonymi światłami. Nawet przy tej niewielkiej prędkości samochód tak bardzo podskakiwał i się trząsł. gdy minął go pickup. dokąd jedzie. w lewo. ale wtedy inni też by go dostrzegli. Jack szarpnął kierownicą i ominął zwierzaka. Caine wygra. Caine nigdy nie wybaczy mu zdrady. że Jack był cały obolały. a w następnej sekundzie już wschód. Terenówkę wyposażono w kompas. To. Prowadził więc po ciemku. ale tylko pod warunkiem. Nie miał pojęcia. w ślimaczym tempie. by znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Mógłby włączyć światła i lepiej widzieć drogę. więc jechał z nieco większą prędkością niż dotąd. by Jack zdołał ukryć się przed Caine’em i Drakiem. w prawo. Gwałtownie skręcił kierownicą i wrócił na drogę niemal dokładnie w chwili. Zostało mu nieco ponad dwie godziny. Spojrzał na zegarek na desce rozdzielczej. zmierzający w . ale zjechał z drogi na pole. Mijał ledwie widoczne wzniesienia i zakręty. że przeżyje zniknięcie.

półciężarówka wyhamowała z piskiem. Terenówka skoczyła naprzód. Jack zaklął i obejrzał się. że leży jak długi na plecach. Wskaźnik poziomu paliwa zbliżał się do zera. Terenówka na kilka chwil wzbiła się w powietrze. Pickup już jednak zawrócił i zaczął się zbliżać. potem okropny zgrzyt i Jack stwierdził. więc terenówka podskakiwała jak szalona. a potem samochód uderzył w przeciwległy brzeg i gwałtownie stanął. kto siedzi za kierownicą. na ziemi. Jack lekko zwolnił i skręcił. Za nim widniał ciemny. Nie zauważył koryta wyschniętego strumienia. by odciąć mu przejazd. gdzie pickup mógł się okazać niezdolny do pościgu. Jack przyspieszył. W ciemności nie było widać. Ziemia była zaorana. Rozległ się głośny huk odpalanej poduszki powietrznej. poczuł się dziwnie lekki. Zajaśniały światła stopu. walący się wiejski dom. ale zanadto . Na polu przed Jackiem zapłonęły potężne reflektory. zbudowany z dala od drogi. A półciężarówka go doganiała. Nie był ranny. Mieli go. Jack poczuł falę mdłości. Jedynym sposobem ucieczki wydawał się zjazd na leżące odłogiem pole.przeciwnym kierunku. ale w umyśle Jacka pojawiła się tylko jedna osoba: Drake. Pickup nie zmniejszył tempa. miękka. Jack wcisnął pedał gazu. W jakiś niewytłumaczalny sposób złapali go w pułapkę. Łkając. Jakiś traktor nadjeżdżał z zaskakującą prędkością.

jak jeździsz bez świateł – powiedziała dziewczyna oskarżycielskim tonem. . która wyglądała jeszcze surowiej w ostrym. Nazywają mnie Komputerowym Jackiem. by się ruszyć. – Nie strzelaj – powiedział błagalnym tonem. – Dlaczego mielibyśmy cię nie zastrzelić? – Muszę. ale i tak uzyskał odpowiedź. światła stopu i tak świecą. Jack zastanawiał się. a my jej bronimy – odparła. – Kim jesteś? – spytał chłopak.. jak mogli go zobaczyć w tak ciemną noc.. Wymierzyła ją w twarz Jacka. Dziecinne kucyki podkreślały surowość twarzy.. Dziewczyna trzymała w rękach strzelbę. – Nie mam wielkiego doświadczenia w jeździe samochodem – przyznał Jack. Jack. – Jesteś na naszej ziemi.. Jack ośmielił się oddychać. – Ja? Jestem. Światła terenówki oświetlały pole. Dziewczyna robiła dziwne wrażenie. stanie się coś strasznego.oszołomiony. Blask wyławiał z mroku sylwetki dwojga dzieciaków. Nie odważył się jednak wstać. na oko w jego wieku. Nie zapytał. jeśli nie dotrę do Perdido Beach. – Nawet jak masz zgaszone reflektory. białym świetle z terenówki. Żadne z nich nie było Drakiem Merwinem. Pewnie o tym nie pomyślałeś. Słuchaj. – Widzieliśmy. chłopaka i dziewczyny. na którym leżał.

że jest bardzo podobna do chłopaka. Mary – zagadnął Quinn. To bardzo ważne. najwyraźniej swojego brata. Miejmy nadzieję. – A dla mnie ważne jest moje Wii. – Dotknęła jego ramienia. że to równie ważne. Tamten rozmyślał o tym przez chwilę i w końcu spytał: – Umiesz zreperować Wii? Jack energicznie pokiwał głową. – Niech cię Bóg prowadzi. Zwrócił się do Jacka: – Dlaczego nazywają cię Komputerowym Jackiem? – Bo dużo wiem o komputerach. może dwanaście lat i Jack zauważył. Chłopak przemówił. żeby Emily cię zastrzeliła. Ale naprawdę muszę się dostać do Perdido Beach. – Mógłbym spróbować. Jeśli je naprawisz. – Boisz się? – Jeszcze jak. – Chciał zostać i z nią . – Nie chcę. Miała może jedenaście. Przypuszczam. – Nie wygląda na groźnego – ocenił. – Mary. ja też wolałbym jej nie oglądać – odparł. jak dotarcie się do Perdido Beach. żeby dzieci widziały broń – wyjaśniła. Mary szybko zamknęła za sobą drzwi. Spotkali się przy drzwiach do sali w przedszkolu. – Ja też. Sama wbijała wzrok w pistolet. wcierając sobie ziemię we włosy. co? – Cześć. nie pozwolę. – Idę na górę.Wydawała się nieporuszona. – Tak.

– Tylko nie nawal. Z plamy wyłoniła się sylwetka Brianny. a on swoje. – Za mocno się w to angażujesz – mruknął. – Zza paska wyjęła młotek z pazurem do wyciągania gwoździ i zważyła go w dłoni. z blokiem betonu na rękach. jak Sam i Dekka wychodzą. Starannie przewiesił sobie broń przez ramię i zaczął się wdrapywać po chwiejnej aluminiowej drabinie. . Quinn odwrócił się z bronią. Dach okolony był glazurowanym murkiem wysokości około metra. – Ile ty masz lat? Dziesięć? – Jedenaście. Za miesiąc skończę dwanaście. Wszystko. Był płaski. Uśmiechnęła się. Patrzył. że pragnie wejść do tej przedszkolnej sali i po prostu schować się tam z Mary. Poczuł wstyd. a widok urozmaicało jedynie kilka pionowych rur i dwa przestarzałe klimatyzatory. – Bryzo.porozmawiać. Przedszkole i sklep z narzędziami miały wspólny dach. wychodząc na alejkę na tyłach. Ale Mary miała swoje obowiązki. Przeszedł przez przedszkole. Quinn zajął pozycję w rogu od strony kościoła i ratusza. gdy zdał sobie sprawę. Drabina zagrzechotała i na dachu pojawił się jakiś ciemny kształt. byle nie wspinać się na dach z pistoletem maszynowym. – Nie rób tak więcej. Brianno – ostrzegł dziewczynę. – Nie nawal dzisiaj – nakazał sobie. – Caine i Drake głodzili mnie. kryty papą i smołą. Nazywam się Bryza. Dla nich nie byłam za młoda.

Dzieciaki z Coates często zadawały mu to pytanie. że mam dopiero jedenaście lat. – Jak szybko umiesz chodzić? – Nie wiem. – Bardzo dobrze znasz Sama. ale jej zadaniem było poruszanie się między nim. – Podniosła jedną nogę. – Quinn chciał. – To musi być dziwne uczucie. – To cię nie męczy? – Właściwie nie. gdy szedł z Dekką w stronę szkoły. – Ty żadnej nie masz? Pokręcił głową.żeby zginąć. – Nie. – No tak. żeby sobie poszła i zostawiła go w spokoju. – Myślisz. . – Dlatego właśnie to nieważne.. Ale buty się niszczą. – Dotknęła zaplecionego w warkocz mysiego ogonka. nie? Skinął głową. jeszcze nie tak dawno uwięzione w betonie. Żadnej. Ja to po prostu. Brianna popatrzyła na swoje ręce. że wygra? – Chyba powinniśmy mieć taką nadzieję. Na tyle szybko. Ediliem a Samem i przekazywanie wiadomości. by pokazać mu zużytą podeszwę trampka. Mieć taką moc.. ja. – I muszę wiązać włosy. Musimy wygrać. że ludzie niemal mnie nie widzą. Sam usiłował się zagłuszyć w sobie poczucie nadciągającej zagłady. bo inaczej wpadają mi do oczu.

. nie wiedział. bo Astrid byłaby zdruzgotana. – Coś się zmieniło? – Nie – odparła Astrid. Sam włączył walkie-talkie. W końcu i tak spodziewał się końca w dniu. Tak naprawdę. co oznaczało. I o jej bracie. Potem mógł nawet zniknąć. że nikt nie będzie naprawdę wiedział. Musiał zwyciężyć. Zatrzymali się o jedną przecznicę od szkolnego terenu. a wtedy. że Astrid jest bezpieczna. kierując się do szkoły. Prawdziwą grozę wywoływał lęk przed porażką. Sam? – Tak? – Zdaje się.. Caine. jakby dźwigał na swoich plecach cały świat.Właściwie nie bał się. dla wszystkich dzieciaków. że właśnie ten chłopczyk mógł być jedyną istotą zdolną zakończyć ETAP. w którym zniknie. Sam musiał pokonać Caine’a dla niej. Odbiegał od planu. Panda stoi przy drzwiach. co wtedy. więc nie mam pewności. gdyby coś złego spotkało małego Pete’a. Cokolwiek miało się z nim stać. że Panda ma broń. Ale im bliżej podchodził do szkoły. że coś mu się stanie. skoro to było nieuniknione. Nie wspominając o tym. tym mocniej wątpił w swoje postanowienie. Musiał mieć pewność. Światła jest coraz mniej. – Samochody zaparkowane. Dla nich. jaką ma rolę do odegrania. musiał myśleć o Astrid. I ta świadomość ciążyła mu tak dotkliwie. . wszystko zmienił.

Panda zawahał się. z napięciem. W końcu wychrypiała: – Jestem gotowa.– Dobra. widoczni jak na dłoni. wpatrywała się w ciemność. Muszę się pokazać. zanim dotrę do Pandy. zanim Panda ich zauważył i krzyknął. dwa. Oddychała ciężko. . Przez chwilę. Gotowa? Nie odpowiedziała. – Uważaj. – Mhm. Na trzy ruszamy. dzielący ich od ogrodzenia. – Raz. Panda wymierzył i strzelił. Piętnaście metrów. Chciał jeszcze raz powiedzieć jej. – Nie rób tego. – uprzedził go Sam. Jak tylko będę mógł. jak umiał. Bała się. że ją kocha. ważąc pistolet w dłoni. spróbuję poradzić sobie z Pandą. i pędzili już przez boisko. – Słuchaj. Pokonali dystans. Gazem. Usta miała zaciśnięte. trzy. I tak zbyt często myślał o Astrid i zbyt rzadko o Cainie. ale miał wrażenie. – Policzę do trzech. Wypadli z kryjówki i puścili się biegiem. co trzeba. Ty rób. – Rozłączył się. nie przerywając biegu. że igra z losem. jak dotrzemy do drzwi. nie mamy jak się tam zakraść. Dekka skinęła głową. Dekko. która zdawała się ciągnąć bardzo długo. – Nie chcę ci zrobić krzywdy! – zawołał Sam. najgłośniej. ale nie unosząc go do strzału. jakby w ogóle nie mogła ich otworzyć.

Zielono-białe światło minęło Pandę i wypaliło dziurę w cegle przy jego głowie. dysząc ciężko. Dekka opuściła ręce i pył opadł z powrotem na ziemię. Cała ściana. Cegły rozpadały się z trzaskiem. ościeżnica wybrzuszyła się i rozłupała. zatrzęsła się niespodziewanie. – Nie! – krzyknął Sam. Światło strzeliło z rąk Sama przez otwarte drzwi do ciemnego wnętrza. jakby widział ją pierwszy raz w życiu. rozcapierzając palce. Panda wlepił spojrzenie w broń. gdy tamten strzelił jeszcze raz. przeturlał się i przykucnął. odwrócił się i zaczął uciekać. Na jego twarzy zastygła maska strachu i przerażenia.Pocisk chybił celu. Pył i kawałki tynku wystrzeliły w niebo. jakby od drugiej strony uderzyła w nią ciężarówka. Razem z Dekką wpadli do środka i oparli plecami o przeciwległe ściany. drzwi! Dekka wysoko podniosła ręce i siła ciążenia pod drzwiami przestała działać. Sam padł na ziemię. Po czym Sam wyciągnął rękę. – Dekka. włącznie z futryną. w gotowości. Panda rzucił pistolet. Papierowe ogłoszenia i kolorowe niegdyś plakaty na ścianach spłonęły i pozwijały się od uderzenia . Panda znowu uniósł pistolet. Dziesięć metrów. Drzwi powoli się otworzyły. Trzy metry.

Przeciwnik odskoczył na bezpieczną odległość i szykował się do kolejnego ataku. – Dobra – powiedział. Nie było słychać żadnego dźwięku. krótką i grubą. Ostrożnie ruszyli korytarzem. Uśmiechnął się. jak on. szybki niczym dziki kot. Zajrzał do środka. Odwrócił się. waląc głową o podłogę. drżąc z napięcia.mocy Sama. Zobaczył gwiazdy. nie sprawdziwszy dokładnie sekretariatu? Jeśli w środku krył się jeden z ludzi Caine’a. Poleciało na niego coś dużego. a także z . Wydawała się równie przestraszona. Nagle tamten. ale dość niemrawo. Lampy wciąż się paliły. Szybko przemierzył korytarz i otworzył drzwi. A potem znowu skoczył. Na blacie biurka sekretarki przycupnął ciemnowłosy chłopak. odkąd zaczął się ETAP. Siła uderzenia aż go obróciła. Sam dał się zaskoczyć i upadł ciężko. W ręce trzymał drewnianą pałkę. Zerknął na Dekkę. za przejrzystą ścianą ze wzmocnionego szkła. Gwałtownie pokręciła głową. Sam podszedł bliżej. Nic. zaglądali w każde drzwi. ale został trafiony. on i Dekka mogli zostać otoczeni. instynktownie się uchylił. Dał jej znak: wejdź tam. Czy powinien iść dalej. – Ja to zrobię. razem z papierami na biurku. tak jak codziennie. Sekretariat był po prawej.

że skręca go w środku. – Gdzie Caine? – Tu go nie ma. – Skrępuj go taśmą. a twoja głowa zmieni się w popiół. – Astrid. Znajdź srebrną taśmę klejącą. . oderwał się od podłogi. zabierz mu pałkę. – Wyszli? Frederico dostrzegł strach w jego oczach. na tyle mocno. Nie spal mnie. wbił kolano w jego klatkę piersiową i złapał go obiema rękami za głowę. jak tylko tu dotarliśmy. Szybko. by przestał gadać. Chłopak zesztywniał. zanim Dekka przywróciła siłę ciążenia i zanim spadł jak kamień. Chłopak ryknął z bólu. Zostawili mnie i Pandę. – Chłopaka zaś zapytał: – Kim jesteś? I gdzie Caine? – Nazywam się Frederico. Miał dość czasu. by zdać sobie sprawę z własnego zaskoczenia i strachu. – Nie pokonasz Caine’a.samym biurkiem. On i Drake mają wszystko rozpracowane. – Tylko drgnij. Uderzył Frederica w nos. Sam poczuł. – Dobra decyzja – pochwalił Sam. – Mam go związać? – Chcieli odwrócić naszą uwagę – stwierdził Sam. – Włączył walkie-talkie. Sam dopadł do niego. poleciał prosto w górę i grzmotnął w niski sufit. – Dekka. Wszyscy wyszli tylnymi drzwiami. – Znalazłam taśmę – oznajmiła Dekka.

Ale wśród zakłóceń słyszał w nich strach. – Sam? O mój Boże! – Co się dzieje? Jej głos był zbyt zniekształcony. – To była ścierna.Jej głos był ledwie słyszalny. by cokolwiek zrozumieć. – Nawaliłem – powiedział. .

Jeden z czworonogów usłyszał ich i spojrzał w górę. czego chce – zaproponowała Brianna. dotarłszy ledwie do szczytu drabiny. przystawały na chwilę. Gestykulowała. – O mój Boże. by obwąchać śmieci. Ulicą od południa gnała cała masa płowych psów. 23 MINUTY – Quinn. Quinn zmrużył oczy i zobaczył ciemną sylwetkę Astrid. wymachującą gwałtownie rękami. Przemykały po zaparkowanych samochodach. – Co robić? – wykrzyknął Quinn. Zmieniła się w plamę. gdy w dole przebiegły pierwsze kojoty. Quinn! – Ktoś woła mnie po imieniu? – zastanawiał się Quinn.Rozdział 42 2 GODZINY. – Do kojotów? Strzelać do kojotów? – Nie znalazły się tu przypadkiem! – odparła. Quinn przyskoczył. – Strzelaj do nich – powiedziała dziewczyna. przeskakiwały hydranty. Brianna zaczęła wciągać drabinę. po czym nagle zatrzymała się. by jej pomóc. – Pójdę zobaczyć. Kierowały się prosto do przedszkola. patrz. Wciągnęli ją na górę w chwili. Brianna wskazała wieżę. ale i tak poruszały się ze wstrząsającą prędkością. krzyczała coś. .

– Nie wiem. Wymierzył.– Cicho – syknął Quinn. Drake znajdował się najwyżej dziesięć metrów od niego. Strzelał do drzewa i widział. Quinn oblizał wargi. Owinął spust palcem. Stąd nie mógł spudłować. na widoku. W ręce trzymał długi i gruby. Bicz i ręka stanowiły całość. Quinn ćwiczył strzelanie z pistoletu maszynowego. Quinn odblokował broń. wiesz. Za kojotami dumnie kroczył Drake Merwin. Nikt mi nie kazał strzelać do kojotów. poruszał się powoli. – Owszem. ale spopielała ze zgrozy twarz Brianny sprawiła. by mieć widok na ulicę. Podniósł się na tyle. – To on. – Nie mogę wycelować – wymamrotał Quinn. Quinn nie chciał patrzeć. I. – Zastrzel go – błagała Brianna. . Brianna wyjrzała za krawędź i bardzo szybko usiadła z powrotem. – Zrób to.. – Nie. Oparł krótką lufę o kafelki i wycelował. Gwałtownie pokręcił głową. one idą do maluchów – nagliła Brianna. czerwony bicz.. Przykucnął za murkiem i przycisnął pistolet maszynowy do piersi. co robić. że patrzenie zdało się mniej przerażające. A właściwie nie trzymał go w ręce. – Quinn. szedł samym środkiem ulicy. Drake nie biegł. Drake. – Kłamiesz – oskarżyła Brianna. jak pociski wgryzają się w drewno. coś jest z nim nie tak.

– zająknął się. wzięła więc silny środek na przeczyszczenie. drażniące. prozac i witaminy. Nacisnąć spust. przepełniał ją wstyd. posłodziła i zabrała ze sobą do sali. że wzięła też diazepam. Znalazła pudełko z małymi paczkami chipsów Doritos. Z przedszkola poniżej dobiegły krzyki przerażonych dzieci. była wykończona. by oczyścić się ze wstrętnej żywności. Mary zwykle łykała rano tabletki. . Właśnie wtedy przez przedszkole przeszedł Quinn. znaleziony w szafce z lekarstwami w łazience matki. Ten lek nadał jej umysłowi łagodną miękkość. Drake przeszedł dokładnie pod nim. Potem wszystko zwymiotowała. By zniwelować skutki diazepamu. jakby w tryby umysłu ktoś wlał melasę. że to za mało. rozmazane.. Wszystko zdawało się powolne. – Nie mogłem. Teraz bolał ją brzuch. przez który przez cały dzień musiała raz po raz biegać do łazienki. – Poszedł – szepnął Quinn. dyszała gniewem na samą siebie. Mary Terrafino miała bardzo zły dzień. Ale dziś czuła się tak wyczerpana. nalała sobie kawy do kubka z przykrywką..Wystarczy nacisnąć spust i w taki sam sposób wgryzą się w Drake’a. Ale i tak wydawało jej się. Usiadła i uporała się z dwudziestoma czterema paczuszkami. Tego ranka objadła się nieprzyzwoicie.

myśląc. układając klocki. że znała je niemal na pamięć. Krzyk. a kilkanaścioro dzieci z mniejszą lub większą uwagą słuchało. które ciągle nosiły pieluchy. Odwróciła się. Teraz siedziała po turecku. Czytała wszystkie książki już tyle razy. by spojrzeć. obalały je . Mary podążała palcem za czytanym tekstem. która chodziła za Mary jak cień. podrzucała na kolanie małego chłopczyka. też siedziała po turecku i zaglądała jej przez ramię. gdy kojoty odpychały dzieci na bok. Krzyki. jak czyta „Kocia mama ma trzy kocięta” i „Stado bizonów”. żółtych kształtów. malując. wdzierających się do pomieszczenia. Isabella. przebierając się. jak nazywali dzieci. odkąd trafiła do przedszkola. Krzyki i strumień brudnych. ale tuż przed jej nosem. słowo po słowie. że może uczy Isabellę czytać i czując się z tym całkiem miło. Jej brat John sprawdzał pieluchy maleństwom. dziewczyna imieniem Manuela.niosąc broń. Inne dzieci bawiły się w różnych częściach sali. jednocześnie próbując usunąć plamę po flamastrze ze swojej bluzki. Pewnie Quinn wrócił do środka. ale nawet dla niej samej pistolet maszynowy miał w sobie coś głęboko niepokojącego w prawdziwym świecie – nie w telewizji czy grze wideo. Jedna z pomocnic Mary. Mruczała coś pod nosem. Uchroniła dziećmi przed tym widokiem. Usłyszała odgłos otwieranych drzwi z tyłu.

Jeden z kojotów błyskawicznie znalazł się przy niej. Uderzyła pięściami w barki kojota. lecz ryknęła.na podłogę. wywrzaskując słowo. który nazywał się Jackson. – Zostaw ją! – krzyknęła. podniecone. przepełnione strachem. podskakiwały i kłapały szczękami na wszystkich dookoła. przewracały krzesła i sztalugi. przewrócił ją i stanął. Isabella skoczyła w panice. Kojoty. Któryś kojot trzymał w zębach tył jego bluzy z kapturem i potrząsał. krzyknął do jednego z nich: – Niedobry piesek! Niedobry! Zwierzę kłapnęło zębami i trafiło. ty wstrętna bestio! John próbował podbiec jej na pomoc i wydał z siebie zduszony okrzyk. Manuela stała jak sparaliżowana w kącie. dzikie. warcząc. błagalne spojrzenia. przyduszając chłopaka z każdym ruchem. – Mary! . – Mary! – zawołał. – Zostaw ją. Mary nie krzyknęła ani nie zapłakała. zesztywniała ze strachu. pozostawiając krwawe zadraśnięcie na kostce Jacksona. krzyki i drobne twarze. szczekały. którego przedszkolaki nie powinny słyszeć. Krzyki z małych gardeł. Chłopiec jęknął z bólu i strachu. Skoczyła na równe nogi. rozemocjonowane. niczym pies szarpiący maskotkę. z obnażonymi zębami. Jego zaśliniony pysk był o piętnaście centymetrów od jej gardła. z rękami na ustach. Mały chłopczyk.

dotyka rany na swojej twarzy. który stał przed nią. Ale wszystkie dzieci płakały i jęczały. wyliniały kojot warknął i zwierzęta trochę się uspokoiły. – Jak śmiesz tak straszyć dzieci?! Drake trzasnął swoim wężowatym ramieniem. że chce bezpieczeństwa dzieci. Jego koniuszek zostawił czerwony ślad na policzku dziewczyny. jak dziewczyna. – Caine’owi się to nie spodoba – ostrzegła. Tym razem pejcz. – Zawsze mówił. jakby to mogło cokolwiek znaczyć dla psów albo dla potwora. Mary. ale ten ani drgnął. Trzask pejcza uciszył część dzieci.Po chwili stary. – Zabierz stąd te zwierzęta – powiedziała Mary. Poczuła krew pulsującą w skroniach i bez skutku próbowała zaczerpnąć tchu. – Ty! – krzyknęła z wściekłością Mary. – O ile będziecie trzymać buzie na kłódkę i robić. – Którego słowa w „zamknij się” nie rozumiesz? – . – Będziecie bezpieczni – zapewnił Drake. świsnąwszy. a Manuela tuliła do siebie dwoje maluchów i starała się wyglądać odważnie. którą zaczęły uważać za swoją opiekunkę. John dygotał. A potem do pomieszczenia wkroczył Drake. owinął się wokół szyi Mary. – Już prawie pora do łóżek. co mówię. – Zamknij się. – „Do łóżek”. Patrzyły z przerażonym zdumieniem. Wbiła paznokcie w łuskowate mięso bicza.

jak zjadają króliki. wyliniały kojot przemówił: – Przywódca Stada się zgadza. musisz coś zrozumieć. Osunęła się na podłogę. Mary: dla tych psów te małe dzieci są jak mnóstwo hamburgerów. Zjadłyby je. – Umie mówić – powiedziała. Mary. Położyła dłoń . które zdawało się wąskie niczym słomka.. Drake roześmiał się okrutnie. – Biczoręki. Żywy pejcz był silny niby pyton. Odwinął swoją mackę z jej szyi. Nie zabijać. Ale dzieci nie wiedzą. Nie jeść. – Drake. ale na próżno. – Ej. Drake promieniał. wyszła z wyciągniętą ręką. Przywódco Stada! Twoi nie zjedzą dzieci. – Robisz się czerwona na twarzy. co się dzieje. – Cofnij się – syknęła Mary. Opierała się.Drake przyciągnął ją do siebie. – Wiesz. – ponaglił Drake. – Chyba że. – Chyba że Biczoręki każe. Isabella. wciągając powietrze przez gardło. i się boją. która wcześniej kuliła się w kącie. prawda? Ku zdumieniu Mary wielki. – Czego chcesz? – wycharczała.. musisz zabrać stąd te kojoty. Możesz wziąć mnie na zakładniczkę. Nadały mi takie czułe przezwisko. Ale Isabella nie zwróciła na nią uwagi. jakby chciała pogłaskać Przywódcę Stada.

. Przewidywaliśmy. Po prostu dom przy bocznej uliczce.. – Dał się nabrać. Ma jakąś zwariowaną moc. Ale nie kłapnął zębami. Kojot zjeżył się i wydał z siebie niski. jesteś genialny – powiedziała szyderczo Diana. Sprawia. wiedziałem. światła paliły się tak jak zwykle. Może jeszcze Taylor. – Tak. Nikt nie wchodził ani nie wychodził przez drzwi frontowe. Widzisz. za co się weźmiesz. bulgoczący pomruk.na karku Przywódcy Stada. który nie należał do żadnej ze znanych im osób. – Nawet ty nie zdołasz mnie wkurzyć. – Jest z nim dziewczyna. jakby. Isabella pogłaskała jego szorstką sierść. Story były zaciągnięte. jak to nazwać. – Dobry piesek – powiedziała. o ile rozwinęła swoje umiejętności. o przecznicę od szkoły. Odezwała się Diana Ladris: – To na pewno Dekka. – Tylko nie podchodź za blisko – uprzedził chłodnym tonem Drake. Znajdowali się w jakimś domu. – Caine uśmiechnął się drwiąco. że rzeczy odrywają się od ziemi. . że sprawi kłopoty. Ona i Brianna. – Połknął haczyk – zameldował Panda. Taki jestem szczęśliwy. – Jesteś mistrzem we wszystkim. Nie potrafił ukryć swojej radości. – Dobry piesek może zgłodnieć. sam nie wiem. że spróbuje zgrywać bohatera i przyjdzie po mnie. – Teraz mój brat pędzi do przedszkola – stwierdził Caine.

że odda go Drake’owi. jak nalewanie do szklanki wody z kuchennego kranu. Chunk. Co jakiś czas mruczał: – Normalnie dziura wypalona w ścianie. Chyba że złapią Jacka. oprócz Diany i Caine’a. Caine zagroził. w którym mieszkaliśmy. Nie wątpiła. W domu. Howard budził nie mniejszą irytację. Gdy Caine się skrzywił. że jeśli Caine dorwie technicznego geniusza w swoje ręce. Młotek i Panda. stary. Siedział. przebywali jeszcze Howard. Diana wiedziała. to będzie w domu. – Orc to żołnierz. Dzięki temu Caine i Drake nie wpadną na właściwy trop. Chunk próbował ich zabawiać tymi samymi hollywoodzkimi opowieściami. jeśli udało mu się wrócić. ten ją wyda. które słyszeli już tysiące razy. użalał się nad sobą i od czasu do czasu jęczał. udając przejętą ucieczką Jacka czy też dezercją. Jak wtedy zachowa się Caine? Tymczasem musiała sprytnie działać.– Gdzie Jack? – spytała Diana. co stało się później. dodała: – Widzisz? Nadal potrafię zagrać ci na nerwach. że trzeba iść szukać Orca. że Jack zjechał z autostrady na pustynię. To mogła być moja głowa. Nie miała jednak pojęcia. Panda był mocno wstrząśnięty po starciu z Samem i Dekką. Panda i Drake o tym zameldowali. Opanowała w sobie falę strachu i zamaskowała ją tak zwykłą czynnością. jeśli nie zamilknie. To nie tak .

. jakby ją drażniły. – Orc leży martwy na pustyni – odparł ostro Panda. Dobrze byłoby mieć go tutaj. raczej jakby przebywała w zupełnie innym miejscu. Kolejną osobą w domu była Lana. Odrzucała próby nawiązania rozmowy. Coates nigdy nie było przyjemnym miejscem. Odkąd ujawniły się jej uzdrowicielskie zdolności. przejęta. Jeszcze na długo przed ETAP-em. że kojoty go dorwały. uczył się nad nią panować i rozpoznawać innych. gdy Caine dopiero odkrywał swoją moc. Nie gniewnie. Wokół Lany czaił się cień. który trzymał z Caine’em od samego początku. Zatrzymał się. Znowu zaczął przygryzać kciuk w ten sobie właściwy głupi sposób. Caine nalegał. Połowę uczniów stanowiły takiego czy innego rodzaju łobuzy. by mieć ją przy sobie.daleko. W jej oczach widniała pustka. sobie podobnych. – Wiesz. Jej oczy zawsze zdawały się patrzeć na coś odległego. Caine krążył w tę i z powrotem. wzniósł ręce i zwrócił się do Diany: – Gdzie on jest? Gdzie Robal? Robal był jednym z dziwolągów. – Zamknij się! – wydarł się Howard. nie tak. między otwartą kuchnią a salonem. W tamtych czasach chodziło przede wszystkim o kontrolę nad szkolnym środowiskiem. zamyślona. widząca coś niedostępnego dla innych. Mógłbym się tam przekraść. Dla Diany pozostawała niepokojącą tajemnicą.

zawsze przypominał Howarda. z . Caine przyskoczył do niego. Zaledwie dziesięcioletnim. że spuści mu manto.Caine’a uznano za naczelnego łobuza. którego już żaden inny łobuz nie mógł dręczyć. Efekt nieraz przyprawiał o gęsią skórkę. Nie osiągnął poziomu prawdziwego chuligana. – Co widziałeś? Robal zrzucił kamuflaż i pojawił się wyraźnie. Wciąż można go było dostrzec. Ale jego skóra. coś trudnego do dostrzeżenia i rozpoznania. zdawało się raczej. naśladujące to. – Pojawi się. niski. co znajdowało się za nim. o ile się wiedziało. wazeliniarzem. – Znasz Robala – powiedziała Diana. takiego. Tyle że tak naprawdę nie zniknął. Coś się poruszyło. W oczach Diany Robal zawsze był nędzną kreaturą. żeby zebrać swoją porcję pochwał. na podobieństwo lustra. Aż pewnego dnia ujawniła się jego moc. Przerażony Robal zniknął. przesuwająca się po tapecie. Robal stojący przed kaktusem wydawał się zielony i porośnięty kolcami. kiedy to Federico zagroził. – No i już jest Robal – oznajmiła Diana. a nawet ubranie przybierały barwy ochronne. że tam jest. że wtopił się w tło. był lizusem. niczym fala. W tym momencie drzwi frontowe otworzyły się i zamknęły. niczym kameleon. Chyba że Sam albo jeden z jego ludzi go zauważył. zadzierającym nosa mistrzem ordynarności. odbijającego tło.

– Co to znaczy. – Co może zrobić? Drake i kojoty są tam z dzieciakami. wystającymi zębami i piegowatym nosem. jakby nic nie robił. Nie ma wyboru. Zrobi. Caine nie był przekonany. – Coś kombinuje. Sam jest w mieście. Caine wbił w niego wzrok. Pewnie się domyśla. Tymczasem knuje. Pewnie jest głodny. – Co? – Je. Wygląda.kasztanowymi włosami. czego chcemy. – Wie. – Wiele widziałem. co mu każesz. – Wie. że w jakiś sposób możemy go obserwować. – Raczej tak. dokładnie naprzeciwko przedszkola. . żebyśmy go widzieli. że Drake i Przywódca Stada mają dzieci? Robal wzruszył ramionami. Lana drgnęła. jakby dopiero teraz pierwszy raz go usłyszała. aż się dowie. – Co? – spytała Diana. że nic nie robi? – To znaczy. Więc się stara. Frytki. że mamy gnojków. – Nic – powiedziała Lana. – Zupełnie nic. – Coś kombinuje. że stoi i je żarcie z McDonald’sa. – I tak sobie po prostu stoi? – A czego się po nim spodziewasz? – spytała Diana. Caine gorączkowo przygryzł kciuk. Czeka. popatrzyła na Caine’a.

Masz całą tę moc. – Jesteś mądry. – A co miałem zrobić? Coates? I już? Jak możesz nie dostrzegać szansy? Jesteśmy w zupełnie nowym świecie. – I zebrał więcej ludzi. Mógł wpaść w szał. a potem robisz dokładnie to. Musisz spróbować przejąć władzę. co ci odradzałam. – Niby słuchasz mnie. Ale nie. A niektórzy z tych ludzi. Muszę się tylko zająć Samem i paroma innymi. – Zgodnie z planem mieliśmy czekać. naprawdę życzą ci śmierci. – Podeszła bliżej. Teraz zrobisz. żebyś pojechał do Perdido Beach i zawarł szybką umowę na dostawę żywności. że miał parę dni na przygotowania – odparła Diana. aż zbliży się godzina urodzin. którzy nie chcą się podporządkować. musiałeś posłuchać paranoicznej rady Drake’a. tak? – Myślę. To doskonały świat. – Twoja wiara we mnie jest wzruszająca – stwierdził Caine. stanęła z nim twarzą w twarz. nauczycieli. bez względu na wszystko. a potem będę mógł przejąć pełną kontrolę. że może mnie pokonać. Bez dorosłych. żebyś puścił tych. co chcesz. – Pod koniec tyrady bezwiednie zacisnął . Mówiłam. Ale twoje ego wymyka się spod kontroli. Doskonały dla mnie. gliniarzy. Wtedy przegra. Uroczy. zwłaszcza popaprańcy z Coates. lecz zamiast tego szeroko rozłożył ręce w geście bezradności. Bez rodziców. – Myślisz. Mówiłam.– Muszę teraz iść i to zrobić – stwierdził Caine. i pewnie w końcu wszystko zawalisz.

Pora wygrać. żeby się cofnąć. Wiedziała. ale tego nie zrobiła. Wiesz. Było to niemądre. – Mylisz się. – Ja będę rządził ETAP-em. Chciała cofnąć dłoń. I widziała podejrzliwy błysk w jego oczach. – Popchnął go i kameleon wtopił się w tło. Ten świat bez przerwy się zmienia. Caine. co masz mówić. Zwierzęta. Nie jestem głupcem. – Za późno. Gdy zostali tylko we dwoje. Uśmiechnął się – i było w tym mroczne echo jego dawnego uśmiechu. Kto wie. – Co ty wyprawiasz? – spytała sztywno. Ludzie. – Dzisiaj pewnie umrę.pięści. Idź. Howard ciężko dźwignął się na nogi. co dalej? Nie stworzyliśmy tego świata. Podobnie Lana. Caine przytulił się do Diany w niezdarnym uścisku. Caine wziął Dianę za rękę. co Caine powie. – Wszyscy wyjść – polecił Caine. – Nie masz racji. – Ja pójdę – zgłosiła się Diana. którzy w nim żyją. Drzwi otworzyły się i zamknęły. a nie ETAP mną. – To chyba dość melodramatyczne? W jednej chwili . – Nigdy nie przejmiesz pełnej kontroli. – Robal. – Klepnął się w pierś. Pora posłać Robala do Sama z moimi warunkami. jesteśmy tylko biednymi głupcami. To będzie mój świat.

Przy tej . Poza tym myślałem. co? – zakpiła... Nic nie powiedziała.. – Laska? To mi chciałeś powiedzieć? Najpierw jesteś panem ETAP-u.jesteś niepokonany. Przez dłuższy czas stali w ten sposób. Twarz mu pociemniała i od razu wiedziała. że posunęła się za daleko. Przerwał jej pospiesznym. Diana ledwie oddychała. Jego rozcapierzona dłoń znalazła się przed jej twarzą. Dziewczyna naprężyła się. no wiesz! – Pewność siebie Caine’a ustąpiła miejsca rozdrażnieniu. – Cała ta twoja poza i w ogóle. Potem go odepchnęła. a po chwili rozdrażnienie ustąpiło wstydowi i zmieszaniu. nie? – Jego głos brzmiał dziecinnie. – Jestem ci winna? – Jesteś. choć nie na tyle mocno. – Co mam powiedzieć? Niezła z ciebie laska. a po chwili zachowujesz się jak żałosny dzieciak przy swoim pierwszym pocałunku. tak? Diana odrzuciła głowę w tył i parsknęła śmiechem. Widzę strach w twoich oczach. by uwolnić się z jego uścisku. – Po co? – spytała.. gwałtownym pocałunkiem. Wciąż był groźny. – Przynajmniej tyle jesteś mi winna.. a zaraz potem. że ty. – A jednak się mnie boisz. Diano – szepnął Caine.. Pozwalała mu na to przez kilka sekund. ale pod tym wszystkim się boisz. jak sparaliżowani. czekając na uderzenie energii. – Nie jesteś w tym zbyt dobry.

Tutaj. co ci każę? – Grozisz mi? Pokiwał głową. czy jesteś tak potężny. tylko tu żyjemy. – Nie chcę wyglądać jak żałosny dzieciak przy pierwszym pocałunku – ciągnął. – Myślę. ostrożna. . lecz nieugięta. Ja ją mam. w ETAP-ie. liczy się władza. że się przekonamy.odległości moc pozwalała mu zabić ją za pomocą myśli. – Więc może po prostu daj mi to. A ty nie. – Jak sama mówiłaś. – Zobaczymy. czego chcę? Może od tej pory rób. jak ci się zdaje – powiedziała Diana. nie stworzyliśmy ETAP-u.

rozwinął swój bicz i leniwie zaciągnął zasłonę. Jestem dobry w podkradaniu się do ludzi. by zajrzeć w jedno z wysokich okien. przestraszone. Mimo wszystko zdawało mu się. – Mam dla ciebie wiadomość. ani kojoty. lecz jednym okiem spoglądały na ekran telewizora. Sam zakradł się w boczną uliczkę. – Tyle wiem. Kojoty od razu zauważyły jego obecność. poważne. – Kim jesteś? I skąd się tu wziąłeś? – Mówią na mnie Robal. – Tak? I czego chce mój brat? – Caine mówi. że czuje na sobie ich spojrzenia. – Na to wygląda. wychodzącego na plac. Sam wrócił na plac. albo on. że albo ty. patrząc mu w oczy. Tam nie mógł go widzieć ani Drake. na którym wyświetlano „Małą syrenkę”. Nie sposób było skrycie je podejść. 22 MINUTY W przedszkolu nie było okna. Widział już kojoty.Rozdział 43 2 GODZINY. . Dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę z obecności jakiegoś chłopaka obok siebie. Drake. Dzieci trwały zbite w ciasną grupkę. Potem wzdrygnął się na widok Drake’a.

wiesz. Caine wraca do Coates. nie ma sprawy. na plac. gdzie każdy może ich zobaczyć. – Chłopie. – Dlaczego to robisz? Dobrze się z tym czujesz? Tak grozić małym dzieciom? Robal wzruszył ramionami. czego chce. na schodach ratusza. – Co jeszcze? – Twoi ludzie składają pistolety czy co tam mają. Jeśli wszyscy będą się ukrywać. Jeśli wygrasz. zanim w ogóle zaczęliśmy walczyć. Robal wzruszył ramionami. żebym się poddał. Więc wszyscy muszą wyjść na otwartą przestrzeń. Wszyscy twoi popaprańcy wchodzą do kościoła. a potem Caine i ty zaczniecie pojedynek. co się stanie. Wszyscy twoi idą wolno. że jeśli będziesz się stawiał. – Powiedział. Wszyscy wasi ludzie.– Mówi. Drake zacznie spuszczać kojoty. by dać temu małemu potworowi pięścią w nos za ten zadowolony z siebie ton. . puści Drake’a i kojoty na przedszkolaki. – Chce. Na otwartą przestrzeń. jakim przekazał tę bezwzględną groźbę. po jednym na dzieciaka. Sam stłumił w sobie ochotę. Masz to wszystko zrobić. Drake puszcza maluchy. nie zamierzam zadzierać z Caine’em ani z Drakiem. – No! – Dobra. że jeśli nie zrobisz.

że tak powiesz. widząc tylko poruszające się zniekształcenia światła i obrazu. nawet jeśli jakimś cudem Caine uzna swoją porażkę. Ona mogłaby znać odpowiedź. Wkrótce już nawet tego .Sam skinął głową. by ruszyć z powrotem. że nawet jeśli wygra. Nie było czasu na rozmyślanie. Żałował. Powiedział. Był pewien ponad wszelką wątpliwość. Ramiona Sama opadły. Kameleon wtopił się w tło i niemal zniknął. a Robal patrzył niecierpliwie. Tak czy owak. – Powiedz Caine’owi. Tak albo nie. Tysiące myśli kłębiło mu się w głowie. tysiące lęków. Nie było czasu na planowanie. że odpowiem mu za godzinę. że nie było przy nim Astrid. że się zgadzam. – Wiedział. Jego myśli błądziły już gdzie indziej. że masz przesłać odpowiedź za moim pośrednictwem. Drake tak po prostu sobie nie pójdzie. Sam patrzył za nim. próbowały odnaleźć jakiś sposób. jak zamierzał Caine. zagłuszających się nawzajem. Sam zerknął na wieżę. musiał pokonać Drake’a. Dokładnie tak. i czekał tylko. Te warunki były niemożliwe do spełnienia. Widzisz? Sprytny jest. bez żadnych dodatkowych warunków. jakby właśnie usłyszał. że dostanie na obiad kurczaka. domagających się uwagi. – Dobra – odparł Robal przejęty w takim stopniu. nie tylko Caine’a. – Powiedz Caine’owi. Robal uśmiechnął się bezczelnie.

– Masz plan? – spytała Astrid. Caine powie: „Dopilnuj. Teraz. czy nasi ludzie są na placu i czy nasi koledzy z Coates idą do kościoła. Edilio obserwował wszystko ze swojego stanowiska w sklepie z narzędziami. w tym szkolnym autobusie. nikt nie zdawał sobie sprawy. Potem Robal ma sprawdzić. tak już dawno. A przynajmniej zarys planu. – Coś w tym stylu. Będzie działał szybko. To pewnie potrwa z pięć minut. Truchtem wybiegł na zewnątrz. że pojawił się jakiś problem. Ta gnida gada z Caine’em. Zbyt wiele oczu się w niego wpatrywało. Zbyt wiele osób chciało w niego wierzyć.nie dało się zauważyć. Musimy trochę zagrać na zwłokę. czy robimy to. dopóki Sam nie wziął spraw w swoje ręce. Mając przy sobie Astrid i Edilia. Sprawdzi. . Caine znów wyśle tego kameleona na przeszpiegi. Wtedy. Sam wyrównał oddech. Potem zamelduje Caine’owi. nie zechce dać nam czasu na przygotowania. gdy cały świat zdawał się śledzić każdy jego ruch. może ciut więcej. niezależnie od tego. z uwagą utrzymując minę pokerzysty. Sam szybko zreferował warunki Caine’a. Sam włączył walkie-talkie. – Zostało bardzo mało czasu. – Astrid. żeby wszyscy znaleźli się w środku”. gdzie jest Caine. wraca. Ale trudniej było wykazywać się odwagą. co nam powiedzieli.

Mary żałowała. Więc jeśli mój plan to wariactwo. Sam – oznajmił Edilio. dopóki nie zyska pewności. Dobra. Wszystko. Wnętrzności paliły. Ale żadnym sposobem nie umiała odwrócić uwagi dzieci od widniejącej przed ich oczami grozy. Musiała iść do łazienki. Masz rację. W każdym oku odbijała się zakończona biczem ręka. Spojrzał na zegarek. Ręce jej się trzęsły. Jej brat John zmieniał pieluchę jakiemuś maluchowi. Może trzeba będzie przekonywać niektóre dzieciaki.. niełatwo było odczytać cyfry w szybko zapadającym mroku. zawaliłem. zalęknionymi minami śledziły niemal każdy ruch Drake’a. Niektóre kojoty poszły spać.– Więcej czasu. może będą się opierać. – Jesteś naszym szefem. nic niezwykłego. tyle że jego wargi drżały i miały kształt . niech mi ktoś powie. że nie ma już żadnej tabletki diazepamu. – No to do roboty. ale nie wolno jej było zostawić dzieci. Astrid ścisnęła jego dłoń. – Tak. Mary czytała.. Z poważnymi. co do tej pory zrobiłem. który można określić tylko jako głodny. – Jeśli dopisze nam szczęście. Śpiewała. mamy pół godziny – stwierdził Edilio. – Nie spieszmy się. Inne jednak zerkały na dzieci wzrokiem. – Astrid skinęła głową na znak zgody. a może trzech albo i dziesięciu. Robiła niemal wszystko z wyjątkiem stepowania. Caine się nie pojawi.

Tylko Drake wydawał się rozluźniony. której nie mogła zatrzymać. jeśli. ciężka woń piżma i padliny. Zachowywały się nerwowo.. ale nawet on był podenerwowany. W powietrzu unosiła się dusząca. Kojoty jednak wcale nie były spokojne. Mary czytała dalej. wirowała myśl: Co robić? Co robić. Co robić? Mały Jackson podniósł rękę.. Uratować dzieci? Johna? Czy mogła kogokolwiek uratować? Czy mogła uratować samą siebie? Jak się . nienawykłe do przebywania w zamkniętej przestrzeni – i do towarzystwa ludzi.odwróconej litery U. niby szalona karuzela. Co robić. – Mateczko Mary? Psy śmierdzą. Mary czytała: – Nie chcę jeść zielonych jaj. na którym Mary karmiła maluchy i kołysała je do snu.. a na defekację wybrały sobie kąt z kostiumami. coś innego wnet mi daj. Wylegiwał się na bujanym fotelu. podnosił ją i oglądał. Rzeczywiście kojoty śmierdziały.. rozkoszował się nią. choćby cały rok był maj. zwijał i rozwijał. w żadnym razie. – Choćbym zjeździł cały kraj. Bez oporów oddawały mocz na nogi łóżeczek i stołów. kiedy. nie chcę jeść zielonych jaj. Był bezbrzeżnie zafascynowany swoją ręką-pejczem. Przywódca Stada utrzymywał porządek za pomocą warknięć i szczęknięć. A w jej głowie.

nie zdążył zareagować. zielono-białe światło i w ścianie. przyniosłam jedzenie – oznajmiła. zupełnie jakby rozciął ją palnik acetylenowy. Warczały i kłapały zębami na siebie nawzajem. Ściana zadrżała i popękała. by podkreślić swoją dominację i prawo do niespodziewanej zdobyczy. – Dekka – warknął Drake.zachować? Co robić. Ale Taylor już zniknęła. – Cześć. pośrodku pomieszczenia. zaskoczony. Ale Przywódca Stada dołączył do ogólnego szaleństwa. Ot tak. Drake. pojawiła się . I wtedy niemal jednocześnie wydarzyły się dwie rzeczy. Leżała na niej wysoka sterta surowych hamburgerów. a znajdujące się najbliżej niej kojoty nagle zawirowały w powietrzu. dzielącą przedszkole i sklep z narzędziami. Trzymała plastikową tacę z McDonald’sa. Rozbłysło oślepiające. Drake skoczył na równe nogi. Taylor. Kojoty wahały się tylko przez chwilę. potrącały. Taylor cisnęła tacą w ścianę. kiedy zaczną zabijać? Nagle pojawiła się dziewczyna. Głowy wszystkich kojotów odwróciły się gwałtownie. Mięso zsunęło się po kolorowo pomalowanych pustakach. wymachując łapami. Macka Drake’a strzeliła. zaciekle odpychając osobniki wokół siebie. przepychały się. zrób z nimi porządek! – wrzasnął. po czym rzuciły się w stronę mięsa. – Przywódco Stada. właziły jeden na drugiego w szale żerowania.

Kojoty z dużą siłą uderzały o podłogę. gdzie unosiły się nieważkie nagle kojoty. rozcinając go równo na pół. jak najdalej od strefy nieważkości. – Ty tchórzu! Śmiercionośny promień wystrzelił w jego stronę. pociągnięte jakąś niewidzialną ręką. ponad głowami dzieci. Znajdowała się wysoko. które stawały w płomieniach i unosiły się niczym ogniste balony. Jednego trafił promień. a Drake cofał się spod ściany.półmetrowa dziura. Dzieci krzyczały. ale bez najmniejszej chęci do walki. rozpylając pozbawione ciężaru kuleczki czerwieni. niemal dokładnie tam. jedne martwe. inne wciąż żywe. . a John rzucił się na uciekającego malca. trafiając kojoty. Dekko! – zawołał Edilio. i zwierzęta rzuciły się do panicznej ucieczki. Nowa dziura powstała niżej. pokryte wyblakłymi rysunkami. W otworze pojawiła się głowa Edilia. – Dobra. John krzyczał. – Dawaj. – Mary! Na podłogę! – Wszyscy na ziemię! – krzyknęła Mary. i tym razem promienie przeczesywały salę. niszcząc ściany. Przeklinając padł na podłogę i potoczył się w kierunku drzwi. przeskakując przez siebie nawzajem. Obie połówki ciała kojota wisiały w powietrzu. Sam! – krzyknął Edilio. – Przywódco Stada! – ryknął Drake. Drzwi otworzyły się. na wysokości klatki piersiowej nastolatka.

. to tam. ale też poczuł. Kilka chwil później zobaczył kojoty. Strzelił pejczem. rozwścieczona. Brianna krzyknęła: – Sam. wypadające w panice na uliczkę i biegające to tu. Brianna miała rację: Drake kucnął za śmietnikiem i czekał. – Poza tym pewnie już go nie ma. Brianna śmiało przyskoczyła. A potem pojawił się Drake. idiotko – syknął. – Schował się. ale nie mógł zobaczyć ukrytego Drake’a. – Schowaj się. jak pęka i wali się ściana pomiędzy przedszkolem a sklepem z narzędziami. Tylne drzwi sklepu z narzędziami otworzyły się i wyszedł z nich Sam. by się przyjrzeć. Teraz masz szansę. Brianna spojrzała jeszcze raz. na tyle. Quinn odważył się wyjrzeć. – To Drake. mięczaku. – Nawet nie wiesz. by coś zobaczyć.Quinn nie tylko usłyszał. chlasnął wyciągniętą w obronnym geście rękę Sama i rzucił się prosto ku niemu. Quinn skulił się za murkiem. tylko odrobinkę. ale Drake był zbyt szybki. za śmietnikiem! Obrócił się. Odwróciła się do niego. Biegł. – Daj mi broń. jak strzelać – jęknął. Rozejrzał się w lewo i w prawo. Jest za śmietnikiem.

– To ja cię załatwię. Sam osunął się. Drake zaplótł teraz mackę na szyi Sama. Quinn usłyszał budzące grozę chrupnięcie. Sam wyciągnął ręce do tyłu i strzelił na ślepo. Sam krzyknął.Sam wylądował na plecach i przeturlał się szybko. rozrywając mu koszulkę. ale zdradziła ją własna szybkość. zostawiając jasny pas na plecach Sama. Pociski zostawiły ślady na cegłach. cały roztrzęsiony. że każdy go widział. Wzniósł swój bicz. Promienie osmaliły twarz Drake’a. Mocno cisnął Samem o ścianę. Quinn strzelił. Drake obrócił się na pięcie. polegając na instynkcie. Bicz z niesamowitą prędkością przeciął powietrze. Nie celował. tak. że twarz kumpla czerwienieje. lecz nie dość szybko. która z łoskotem spadła na ulicę. ledwie przytomny. . Brianna zaczęła ciągnąć aluminiową drabinę w stronę krawędzi dachu. gotów opuścić go z taką siłą. gdy czaszka uderzyła o cegły. Próbował zabić. tak jak się tego uczył. a Quinn wstał. Quinn widział. ściskał. nie ściskał starannie spustu. Odrzut pistoletu w rękach zaskoczył go. – Zapomnij o Cainie – triumfował Drake. dusił. by rozpłatać Sama od bioder po szyję. po prostu strzelił. ale to go nie powstrzymało. Straciła panowanie nad drabiną. To nastąpiło bez jego świadomej decyzji.

dobra? Ale strzelaj w powietrze. który staje na nogi po tym. Sam wstawał bardzo powoli. zauważywszy Briannę. Quinn. – Wszyscy odstawiają przedstawienie. Podniósł jednak wzrok i wykonał gest na kształt salutu. żebyśmy wiedzieli. Tego było zbyt wiele dla Drake’a. – Nie chcę nikogo zabijać – oznajmił Quinn drżącym.– Ty – powiedział Drake. Sam pokręcił głową. otrząsnął się z wyczerpania i nakazał: – Bryza? Za mną. Istotnie znalazła się przy nim w ciągu paru sekund. że Brianna szybko go dogoni. – Z tym sobie poradzę – zapewnił Quinn. Quinn głośno przełknął ślinę i tym razem wycelował starannie. jeśli ktoś będzie wracał w stronę przedszkola. nie musisz zabijać. Sam pobiegł w stronę placu. zanim Drake wróci i powie . Jeśli dopisze nam szczęście. że nie chciałeś kogoś zabić. Quinn. jak pośliznął się na lodzie. – Jestem ci coś winien. – Przepraszam. – Co tam? – spytała. – Zginiesz za to. że niby spełniają warunki Caine’a. Quinn. Robal zamelduje. Z rykiem wściekłości uciekł z uliczki. ledwie słyszalnym głosem. – A potem. przekonany. że go nie załatwiłem – odparł Quinn. – Nigdy nie żałuj. Przypominał starca. że posłuchaliśmy.

że Caine nie wie dokładnie. Jak mężczyzna. że czekam. Zeskoczył. żebym poszła za Drakiem? – Użyj swoich szybkich nóg. Robalu. że jeśli nie jest tchórzem. Dzieciaki. że zrobiliśmy. czy ile z nich przebywało w miasteczku. jeśli zdołasz. nie zwracając uwagi na spojrzenia ponad setki przestraszonych dzieci. że odbiliśmy przedszkole. po prostu mi powiedz. że to Drake strzelał . Oby uznał. ale żądanie Caine’a umożliwiało pozostawienie kilku osób z Ediliem. Dekka. wszystkie. odgrywając swoje role. Sam liczył. stłoczonych na placu. niech tu przyjdzie i stawi mi czoło. wiem. Musiał się postarać. zanim zdążył dodać: „uważaj na siebie”. – Dobra. że patrzysz. Powiedz. gdzie jest. Idź i powiedz Caine’owi. który wydawał się żałośnie powolny w porównaniu ze sposobem. Znajdź go. Czy Robal widział. ile dzieci mieszkało w Perdido Beach. Sam puścił się biegiem. a ile kryło się w domach. Sam podszedł do fontanny i wskoczył na jej krawędź. Powiedz mu. by wszystko wyglądało wiarygodnie. Taylor i pozostałe dziwolągi z Coates wchodziły do kościoła.Caine’owi. – Chcesz. które dało się zgromadzić w krótkim czasie – kłębiły się na skraju placu. co zaszło w przedszkolu? Bez wątpienia słyszał strzały. czego się domagał. Zniknęła. w jaki poruszała się Brianna. Astrid i mały Pete. głośno protestując. te zwykłe – była ich ponad setka. ale nie próbuj z nim walczyć.

– Sam. Zatrzeszczało walkie-talkie. uśmiecha się smutno. – Nic wam nie jest w tym kościele? – Nikomu nic nie jest. że fiolka nitrogliceryny to trafniejsze porównanie. że lubię. każ wszystkim się położyć. by Caine oparł się pokusie konfrontacji twarzą w twarz. Dynamit jest w zasadzie dość stabilny. – A myślisz. jak wymyślasz trafne porównania. bo to wielka niewiadoma. że Drake zdoła ostrzec Caine’a. sprawiła. Przypomina ładunek dynamitu. Sam uśmiechnął się. Co z przedszkolem? – Bezpieczne. Tak czy owak. – Dzięki Bogu. zaledwie piętnaście metrów dalej.albo że ktoś ćwiczył celność. przestraszona. – Dbaj o spokój małego Pete’a. Tego się domagało jego ego. Sam zmniejszył głośność i musiał przycisnąć krótkofalówkę mocno do ucha. by usłyszeć Astrid. a oczy mu zwilgotniały. . Nie wiadomo. Równie groźna była możliwość. – Wiesz. że czemu to robię? Świadomość. – Słuchaj. że Sama ogarnęła fala tęsknoty i niepokoju. co może zrobić. że dziewczyna tam jest. – Myślę. – Czuję się tu niepotrzebna. to może zapewnić im jakąś ochronę. Sam wątpił. Wkrótce wszystko się okaże. Niech wejdą pod ławki. ale dzielna.

– Właśnie tego od ciebie oczekuję. że Quinn nie potrafił wyeliminować Drake’a. – Drake poszedł do swojego domu. Teraz chodziło już tylko o niego i Caine’a. tego. tak jak kazał Caine. – Dobra robota. Bryzo.Żałował. Powoli. w którym mieszkał. Czy Caine przyjdzie? Czy będzie sam? Zerknął na zegarek. – Chcę pomóc. jeśli patrzy. A teraz idź do kościoła. – Chodź. Zwykłe dzieci tłoczyły się po przeciwległej stronie placu. Niektórzy ludzie potrafili robić takie rzeczy. Caine – szepnął Sam do siebie. ale trudno go było nie używać – przebywały w kościele. że w takim przypadku dusza przyjaciela doznałaby uszczerbku. Oddaliła się teatralnym krokiem. Z niezbyt dużej odległości dobiegło wycie kojota. Inni nie. Dziwolągi – Sam nie znosił tego słowa. Za nieco ponad godzinę nie będzie to miało znaczenia. Brianna pojawiła się obok niego. Brianno. . – Załatwmy to. Ci drudzy byli zapewne szczęśliwsi. żeby Robal cię zobaczył. Ale podejrzewał. – Jest tam Caine? – Nie sądzę. Wiesz.

– Bezużyteczny gnojek. poszła w ich ślady.. a Diana miała wszystko obserwować z siedzenia pasażera.. jak wychodził. Chunk. Dopiero wtedy Caine się zorientował. – Gdzie Howard? – Nie. Wszyscy do samochodów.Rozdział 44 1 GODZINA. . rzucili się do kombi w garażu. Subaru kombi niemal natychmiast uderzyło w bok audi. Zaczęła się przepychanka do drzwi. że kogoś brakuje. Bez Orca stanowi tylko balast – stwierdził Caine. Caine zajął miejsce z tyłu. Panda złapał Lane za ramię i pchnął ją w stronę drzwi. 06 MINUT – Robią to! – wrzasnął Robal. Obie bramy uniosły się. Diana. Młotek i mocno speszony Frederico. nie wiem – przyznał Panda. wpadając przez drzwi. Panda usiadł za kierownicą. – Pora na przedstawienie. sterującym automatycznymi bramami garażu. – Zapomnijmy o nim. – W porządku – odezwał się Caine. – Nie widziałem. Drugim samochodem w garażu było luksusowe audi z szyberdachem. emanująca wszystkimi porami skóry tłumionym gniewem. Panda nacisnął guzik na pilocie. Chaz. Samochody ruszyły. który w końcu uwolnił się ze srebrnej taśmy.

– Jedź – rozkazał krótko Caine. Opuścił szybę.Chaz prowadził kombi. ograniczając prędkość do bezpiecznych trzydziestu pięciu kilometrów na godzinę. Przywódco Stada. – Niemożliwe – powiedział Caine. jeśli nie jesteś tchórzem. Co robić? – Ty mi powiedz. Kombi trzymało się o kilkadziesiąt metrów z tyłu. chodź za mną. Przywódca Stada odchodzi. – Świetnie się zaczyna – uznała Diana. Caine palnął pięściami w dach samochodu. Nieustraszony Przywódco. Panda nacisnął gaz i wyjechał na ulicę. Musi jeść. Następnie zwrócił się do Diany: – Mają przedszkole. – Przepraszam. Inni idą za Przywódcą Stada. Przez ulicę przechodziło kilkanaście kojotów. Caine wysunął się przez szyberdach i zawołał: – Co robicie? Dokąd idziecie? Przywódca Stada stanął i popatrzył na niego swoimi żółtymi oczami. – Dobra. Stado głodne. – Przestań – rzucił Caine. Pokonali dwie przecznice. gdy Panda wcisnął hamulec. – Co? Co się stało w przedszkolu? – Biczoręki odszedł. – Przywódca Stada podąża za Ciemnością. – Biczoręki odszedł – warknął. . – Tada dam tada dam tada dam tam tam – Diana zaczęła nucić uwerturę z Wilhelma Tella.

Przywódca Stada się zawahał. siedzącego na kanapie. Kojoty zawróciły ku niemu. – Jedziemy na plac. – Chodźcie z nami! – wołał Caine. co ci się stało. – Przywódca Stada nie zna strachu. – Jest tam plac pełen dzieciaków. w którym kiedyś mieszkali we dwóch z Orkiem. która złamała się pod jego ciężarem i zapadła pośrodku. może ktoś inny powinien zostać przywódcą. – No to jazda – rozkazał Caine. – O rany – jęknął Howard.– Mam dla was jedzenie – zapewnił Caine. To istny bufet. . – Kto? A. Sam. ale ja się nim zajmę. będzie tam. Zabierz wszystkie swoje kojoty. – Ognista Pięść tam jest? Caine zmarszczył brwi. Co do jednego. – Jeśli Przywódca Stada się boi. Kojot wyraźnie miał wątpliwości. Pójdziecie prosto do tych dzieciaków. Wszystko się uda. – To proste – ciągnął Caine. Przywódca Stada wydał szczeknięciem jakąś komendę. Zastał tam swojego protektora. – O Boże. Orc? Wymknął się z kryjówki Caine’a i przedostał do domu. podnieconym wzrokiem. ile chcecie. – Możecie iść z nami i wziąć tyle dzieciaków. ogarnięty szaleństwem już bez reszty. o Boże. Ognista Pięść? Tak. toczący dzikim.

stary? – Spotkała mnie kara – odparł beznamiętnie Orc. rozległ się dźwięk przypominający szuranie mokrych kamieni. niż się Howard spodziewał. by się odwrócić i uciec z krzykiem. – Możesz się ruszać? Możesz wstać? Orc stęknął i wstał z większą łatwością. Był przynajmniej o głowę wyższy niż przedtem. pozwalając na zachowanie tylko minimum przyzwoitości. a także całe usta pozwalały rozpoznać go bez żadnych wątpliwości.. – Moje palce są za duże. wykonany ze żwiru. które teraz zwieszało się z niego. chłopie.. ale nieustannie zerkał na to drugie. – Tak. To Bóg. Kiedy poruszył się na kanapie. lewe ucho i włosy nad nimi. wyglądające jak żółta ostryga pod kamienną brwią. Orc podniósł pada od konsoli. co ci się stało? Twarz Orca nadal w połowie była jego własną twarzą. żeby się tym posługiwać. żeby się wysikać – . Cała jednak reszta wyglądała jak jakiś kruszący się posąg.Wszędzie walały się puste butelki po piwie. Zesłał na mnie karę. Starał się patrzeć na ludzkie oko Orca. Lewe oko. Howard zwalczył w sobie chęć. jak to. – Jak to się stało. że uderzyłem Bette. – Orc. Nogi miały średnicę drzewnych pni. Wciąż muszę wstawać. – Co to znaczy? – Za to. Rozerwał sobą ubranie. a ręce grubością przypominały hydranty. Znaczy.

jasne? – Chcę tylko więcej piwa. co trafiło do jego ust. – Musisz wrócić do gry. – Jakby dla podkreślenia. Zbliża się wojna. – Rzecz w tym. to musisz mieć mnóstwo siły. – Tak. Ale swędzi. . – Orc zanurzył ręce w chłodziarce u swoich stóp i wyciągnął puszkę piwa. Reszta spłynęła mu po twarzy na kamienną pierś. wyglądającymi jak hałdy kamieni. żeby tylko wstać. Tak zrobimy. Mam za duże palce. Musisz wziąć w niej udział. żeby pociągnąć kółko. Odchylił głowę w tył i otworzył usta. – Tylko tak mogę je teraz otwierać. – Boli? – Nie. – Co się stanie. Jego ludzkie oko albo płakało. że prawie skończyło mi się piwo. – Co ty wyprawiasz. kiedy się rozprzestrzenia. aż trysnął płyn i piana. Przyniesiemy więcej piwa. stanąć po jakiejś stronie. – No dobra. Orc przełknął to. stary? Cały czas siedziałeś i chlałeś piwo? – A co mam robić? – Orc wzruszył ramionami. – Jak jesteś taki ciężki. Ścisnął górną część puszki.odparł. albo się zatarło. kiedy to się przeniesie na twoje usta? – Chyba już się nie rozprzestrzenia. Przestało parę godzin temu. jednym ze swoich kamiennych palców o rozmiarach kiełbasy przeciągnął po linii pomiędzy żwirowym nosem a ludzkim policzkiem. chłopie.

Jeśli – kiedy – Sam zniknie. zagubione. na południowym krańcu placu. I Dahrę w podziemiach kościoła. Co zrobi Orc? Gdzie był Caine? I co się stanie za godzinę. dziewczyną.. wyznaczając upływ dokładnie piętnastu lat. Zobaczył dzieci. Mary z maluchami w przedszkolu. W powietrzu poniósł się dziki lament. Ale nie martwił się o siebie tak bardzo. Zobaczył Edilia. kłębiące się. który sprawi. upiorny krzyk rozpaczy. Oczyma duszy Sam zobaczył mutantów w kościele. Na razie. W jakiś sposób musiał zniszczyć też Drake’a. wyparuje. nie chciał zostawiać Astrid na łasce Drake’a. Blask księżyca odbijał się od dzwonnicy. na którą mógł ukradkiem patrzeć.Niebo było pełne gwiazd. połączony – choć o tym nie wiedział – ze swoim bratem o imieniu Caine? Czy mógł pokonać Caine’a? Musiał go pokonać. Niecałe dwa tygodnie temu była abstrakcją. ideałem. Drake się wycofał.. Bać się tajemniczego procesu. ukrytego z garścią zaufanych dzieciaków w wypalonych ruinach kamienicy. jak o Astrid. że po prostu zniknie z ETAP-u. że powinien bać się końca. Zawył kojot. gdy zegar zatyka. przestraszone. dokona wielkiego skoku. Wiedział. nigdy nie . czekającą na ofiary. odkąd Sam przyszedł na świat.

na co Quinn nie umiał się zdobyć? Jaką niespodziankę Caine trzymał w zanadrzu? Taylor pojawiła się tuż obok. że kiedy nadejdzie jego kres. – Kojoty. Wyglądała. oczy szeroko otwarte. połyskujące w blasku latarń. – Nie. A teraz jego myśli wciąż do niej wracały. to w ciemności. nie on – wyjaśniła. Gdzie czaił się Caine? Czy Robal obserwował go także w tej chwili? Czy Edilio dokona tego. Zawsze wiedział. Czy wkroczy do miasta niczym rewolwerowiec w jakimś starym westernie? Czy staną o trzydzieści kroków od siebie i wyciągną broń? Kto okaże się potężniejszy? Bliźniak z mocą światła czy ten z mocą przemieszczania materii? To wszystko spowijał mrok. Twarz miała pobladłą. . – Gdzie? Taylor wskazała przez swoje ramię.przyznając się otwarcie do swojej fascynacji. – To dobrze – stwierdził. – Idą – zakomunikowała. świadomie opanował bicie swojego serca. Sam skinął głową. Sam nie cierpiał mroku. które nagle przyspieszyło. naprężył ramiona. Nadbiegały z dwóch kierunków. Jak Caine rozegra finał – tym bez przerwy zajmowała się pozostała część umysłu Sama. jakby właśnie wróciła z wywiadu z wampirem. Sam odwrócił się. podczas gdy zegar odmierzał bezlitośnie czas do nagłego i być może śmiertelnego odejścia Sama. I w samotności.

Niedysponujących zawrotną prędkością. . – Padnij! – Ale na nic się to nie zdało. – Ratujcie mnie! – krzyknął Komputerowy Jack.kierując się prosto na pozbawiony ochrony tłum dzieci. uniemożliwiając mu tym samym działanie. gdy kojoty zbliżyły się do ludzkiego stada. Wtem jednak rozległ się głośny ryk silnika samochodu. W panice rzucili się ku środkowi tłumu. zatrzęsła się i stanęła. Sam puścił się biegiem. Zatrzymał się. znowu odwrócił. Zupełnie jak w jakimś filmie przyrodniczym. – Na ziemię. na ziemię! – wrzeszczał gorączkowo. zasłoniętej tłumem uciekających w panice dzieci. wskoczyła na chodnik. Światła reflektorów migały wzdłuż ulicy przy kościele. Zakurzona terenówka uderzyła o krawężnik otaczający plac. dzieciaki bliżej krawędzi widziały już swoją zagładę. Sam wyciągnął rękę i zielony ogień wystrzelił w kierunku grupy kojotów po lewej. licząc że je obroni. rozsypując grudki wilgotnej ziemi. zbliżającą się na szybkich łapach. Nie mógł strzelać do drugiej kolumny. Tylko że stado składało się z ludzi. Za nią pędziły inne samochody. które biegły teraz do Sama. wyświetlanym w szkole. rozglądając się za celem i krzycząc. Rozległy się krzyki. Bezradnych. Jakby patrzył na lwy. podniósł zdrową rękę. atakujące stado antylop.

Przed kościołem wyhamowało audi. Zupełnie jakby niewidzialny olbrzym oparł się o stare wapienne płyty. wpadły do środka. W powietrze wzniósł się krzyk czystego przerażenia i bólu. lecz wcale nie w Sama. najsłabszy punkt. ruszając do ataku na kojoty. – Masz kiepski wieczór. Ktoś wychylał się przez szyberdach.wypadając z samochodu. Edilio wybiegł ze spalonego budynku wraz z trzema innymi. Caine wycelował ponownie i tym razem niewidzialny potwór nacisnął z ogromną siłą na frontową ścianę kościoła. Z dachu przedszkola otwarto ogień. – Będzie jeszcze gorzej. Ktoś padł na ziemię i walczył z kojotem. wszystkie stare i nowe witraże . – Astrid! – krzyknął Sam. Caine wzniósł ręce i wycelował. Witrażowe okno rozleciało się. wyrwane z zawiasów. bracie? – wykrzyknął Caine z triumfem. dwa razy większym od siebie. Nagle rozbrzmiał niesamowicie głośny terkot broni maszynowej. Na placu rozległy się pełne paniki wrzaski. Drzwi kościoła. – Edilio! Teraz! – ryknął Sam. Zamiast tego skierował nieprawdopodobną energię telekinezy na kościół. wymieszane z dzikim warczeniem i szczekaniem kojotów wpadających na dzieci. Boczne okna. Kamień zaczął pękać.

Sam znów strzelił. przewracając. – Jeszcze jedno pchnięcie i się zawali. powoli wali się do wewnątrz. Sam upadł ciężko. Sam? – triumfował Caine. ale nie runęła. – Mogę cię uratować przed zniknięciem. chwytając go. zaskakująco silny. – Astrid! – wykrzyknął znowu bezradnie Sam. żarłocznych warknięć i terkotu broni maszynowej. by zobaczyć. Dzwonnica zaczęła się chwiać.eksplodowały barwnym. Przewracając się. tynku i potężne drewniane belki spadały z hukiem. jak frontowa ściana kościoła wybrzusza się i powoli. – Jak chcesz ich ocalić. Sam poczuł uderzenie i stanął jak wryty. nie słysząc krzyków. nie zważając na pogrom za sobą. Dzwonnica zakołysała się. kopnął Jacka w ręce. Jack padł do nóg Sama. podczas gdy pozostali – których tożsamość Sama nie obchodziła – wypadli przez drzwi. Caine zrobił unik. Dach zatrząsł się i zapadł. – Mogę cię uratować! Ratuj mnie! – błagał Jack. jakby nastąpił koniec świata. Promień trafił w przód samochodu Caine’a. jakby wpadł . Ruszył prosto na Caine’a. Blacha zaczęła się wyginać i Caine wygramolił się niezdarnie przez szyberdach. Sam strzelił na oślep do Caine’a. Wycelował i strzelił. Całe tony wapna. wywinął się i wstał w samą porę. błyszczącym deszczem.

zabić. wciąż niewidoczny. Sam otrzymał potężne uderzenie energii. Kolejne strzały z pistoletów maszynowych i krzyk Edilia. niezdolny do. Caine odskoczył w bok. . krwawiąc z ust i uszu. że nienawiść pali go i tryska z jego dłoni. krzyki męczarni. zabić. nie strzelać. wskoczył na hydrant. wstał na jedno kolano. – Nie. Koszulka zapłonęła. desperackie. dzika. Caine runął na ulicę. po którym upadł płasko na plecy. Sam poczuł. Sam już biegł. błagalne. w odpowiedzi zwalił z cokołu posąg. hałas rodem z dziecięcego piekła. musiał go znaleźć.. zbyt wolno. krzycząca twarz. Caine biegł przed nim. Gdzie on się podział? Stłumione krzyki z wnętrza kościoła dołączyły do ryku w tle. Musiał znaleźć Caine’a. przeturlał się szybko. by ją zgasić. Caine. a chłopak z krzykiem wymachiwał ręką. i promień światła niczym pejcz smagnął jego bok. Nawet chodnik się palił. piskliwe wezwania zanoszone do matek. a ten z pluskiem wpadł do cuchnącej wody. Gorączkowo rozejrzał się za Caine’em. trafiacie w te dzieciaki! Sam okrążył płonące audi. Caine.. oszołomiony. Sam strzelił i ziemia pod nogami tamtego buchnęła płomieniem i czarnym dymem. Sam dostrzegł jakiś ruch i strzelił. nie. zdobiący fontannę. skrwawiona. nie.na ścianę.

Sam kopnął je. strzelając śmiercionośnymi promieniami ze swoich dłoni. roztrzaskując łokieć. Sam zachwiał się. ale wirowało mu w głowie. Po schodach w górę. Zwęglona belka poleciała w jego stronę. uchyliły się z wolna. Kolejny huk i Sam zobaczył. Caine’a nie było. wciąż cuchnącego dymem. smołowanego dachu. . które przypominały dziecięce zjeżdżalnie. Caine wpadł do wypalonego budynku. wciąż wiszące na zawiasach. Istny strumień gruzu zmusił go. przez które kiedyś wbiegł Sam. Sam uchylił się. ale pognał za nim. Następna trafiła go w lewą rękę. przez te same drzwi. Górne piętro wypełniła plątanina spalonych belek i fragmentów spadzistego. Nagle zobaczył Caine’a ledwie kilka metrów przed sobą. obrócił się i wystrzelił do wnętrza pomieszczenia. kawałków ścian i dziwacznie sterczących rur.Sam próbował wstać. – Chodź po mnie! – wykrzyknął tamten zdławionym z bólu głosem. mimo że ściana dookoła zniknęła. jak na wpół zburzona ściana pod nim faluje od uderzenia. – Caine. chcąc ratować małą podpalaczkę. Sam zlokalizował źródło dźwięku i pobiegł korytarzem. – Zwalę ten budynek na nas obu. skończmy to – wychrypiał. do osmalonego korytarza. pod blaskiem gwiazd. Skrzypiące drzwi. by się cofnął.

Sam strzelił w mur.Dłonie miał uniesione nad głowę. ale za późno. Odwrócił się i rzucił do ucieczki. wokół niego i na niego. Budynek się walił. Złapał się za głowę. Dostrzegł Caine’a. uciekaj! – krzyknął Sam. . wysadzającego następną ścianę. ale w jednej chwili podłoga zniknęła i biegł w powietrzu. Caine strzelił z najbliższej odległości i Brianna poleciała w tył. Sam upadł i świat pogrzebał go pod sobą. palce rozcapierzone. dzierżąc młotek. spadał. – Gra skończona – powiedział Caine. Poczuł. Brianna stała nad nim. na ścianę i przez ścianę. Sam prawą ręką złapał się za zgruchotany lewy łokieć. a budynek razem z nim. – Bryzo. Caine skoczył za nią przez otwór. Za jego plecami mignęła jakaś niewyraźna plama i Caine odwrócił się. Zataczając się. że podłoga pod nim się odkształca. wypalił w nim dziurę.

do . zupełnie jakby się potknął. gdy Caine atakował kościół. jakby pochwyciła go jakaś niewidzialna siła. krzyczał jego umysł. jak Sam celuje i chybia. Quinn – powiedział do siebie. pośliznął się i ciężko runął na ziemię. Pobiegł do drabiny. – Nie wolno. drżąc na całym ciele. Widział. Jeden. Zrobił trzy paniczne kroki w kierunku plaży. biegł z powrotem. potem puścił się biegiem. Sam biegł w stronę budowli. Wymierzył. bo bestie przemieszały się z dziećmi. patrzył.Rozdział 45 14 MINUT Quinn. Kojoty niemal go nie zauważały. zamarły z przerażenia. Quinn nie mógł strzelać. I już gdy wypowiadał te słowa. Było ich znacznie więcej niż dotąd. – Nie wolno ci uciekać. nie w dzieciaki – załkał i zacisnął spust. uciekaj stąd. – Nie! – krzyknął Quinn. – Nie traf w dzieciaki. Celował w kłębowisko kojotów. przewrócił się. ale już nie wstał. lecz po chwili przystanął. jak kojoty atakują dzieci. Widział jego ból w chwili. Uciekaj.

nie” do strzelających dzieciaków. uderzył pistoletem w czaszkę jednego z kojotów. co ono oznacza. i pognał na plac. Kopniakiem otworzył drzwi i pomaszerował w stronę placu. łkającym głosem i choć dobiegał jak z oddali. Mary przycisnęła do siebie Isabellę i przytuliła się do Johna. – Jezu. po czym rozwinął swoją rękę-bicz i machnął nią. że nie umie wyć do księżyca jak kojot. wyciągnął pistolet zza paska. nie. rozkoszując się . krew była wszędzie i chłopak stracił zdrowy rozsądek. warknięcia. krzyki. Zaczęła się bitwa. wystrzały. Usłyszał strzały. krzycząc i żałując. Mary wiedziała. trzymającej w ramionach jakieś dziecko. słysząc hałas za oknem. Jezu. krzycząc i uderzając raz za razem. – Już czas im wszystkim pokazać. że wydobywa się z jej ust. ocal nas – powtarzał ktoś przejmującym. który krzyczał „nie. Biegnąc i krzycząc na całe gardło. ocal nas. dzierżąc teraz pistolet jak pałkę. i po chwili krew zalała oczy Quinna. Był tam Edilio. Dosyć lizania ran. wymachując pistoletem. Przepchnął się obok Mary.przedszkola. – Już czas – powiedział. Rozległo się obrzydliwe chrupnięcie. Dzieci płakały. Drake usłyszał pośród nocy wycie kojota i w głębi swojego czarnego serca wiedział już. zalała mu mózg.

Chodźcie ze mną albo zaraz zginiecie. Jedna zdawała się niewiarygodnie mała. Jak zawodnik sumo. – Lepiej. ty zdrajco! – zawołał. Ale to druga była nadzwyczaj wielka. – Co to jest? – spytał ostrym tonem Drake. który potykał się i powłóczył nogami. na poły przerażony. rzucanego przez latarnię. – Nie radzę ci się w to mieszać. – Ty – mruknął stwór. która zdawała się czarna w ostrym świetle. żebyś szedł pomóc załatwić Sama – uprzedził Drake. które oddalały się od niego. – Właśnie przez ciebie to zrobiłem – powiedział z przygnębieniem Orc. który wydawała. Drake smagnął chłopaka przez klatkę piersiową. – Orc? – wykrzyknął Drake. Howard stanął. – Howard. na poły zafascynowany. Dwie niepasujące do siebie sylwetki znalazły się w plamie światła. także kierując się ku zgiełkowi bitwy. pozostawiając smugę krwi. Z przodu dojrzał dwie postacie. Wielka bestia przystanęła. – On chce tylko trochę piwa.trzaskiem. rozerwał mu koszulkę. – Zejdźcie mi z drogi – nakazał Drake. Drake – ostrzegł. Towarzyszący mu stwór szedł dalej. – Trwa walka. Drake – wyjaśnił . Odwróciła się powoli i zawróciła. Drake rozpoznał jedną z nich. Stwór o grubych kończynach.

Wzięła głęboki wdech. – Drake machnął swoją macką i trafił Orca z całej siły w ramię. – Rusz się. kretynie – rozkazał Drake. ale odłamek tynku wielkości plecaka wylądował na głowie dziecka. – Petey – szepnęła. by skupić wzrok na braciszku. – Petey. – Ty głupi wałkoniu. Otarła z oczu pył. – Potnę cię na kawałki. ale nawet nie drgnęły. by rozumieć swoją sytuację. Osłoniła większą część jego ciała przed walącą się ścianą. I Orc się ruszył.pojednawczo Howard. Mały Pete się nie ruszał. Astrid czuła przytłaczający ciężar na dolnej części pleców i na nogach. . trzymając się za ranę na piersi. Próbowała podciągnąć nogi. popaprańcu? – spytał Drake. Leżała twarzą w dół. brud i pot. a pod nią znajdował się mały Pete. ale zachowała dosyć przytomności umysłu. Orc ryknął z bólu. Była oszołomiona. – Kara Boża – wymamrotał Orc. – Mało ci Biczorękiego. skulony z bólu. Własny głos brzmiał obco. Ale nie w stronę placu. W uszach jej dzwoniło i dźwięki z zewnątrz dochodziły jakby z oddalenia. po czym zamrugała powiekami. Petey! – wykrzyknęła.

Mały Pete poruszył się i jęknął. – Pomocy – wychrypiała. . Jej głos był odległy. tłumiąc szloch. Przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź nam obroną. szatana i inne złe duchy. sięgające w głąb głowy.. – Ratuj Sama. by wyczuć puls. Czuła pod sobą jego płytki oddech. pokornie prosimy. Ratujcie mojego brata. – Niech nam ktoś pomoże. czy też szepcze.. Niczym drwiąca odpowiedź na jej błagania o litość. które zniekształcały słowa w jej ustach. Ratujcie go! – błagała i błaganie przerodziło się w modlitwę. – Niech go Bóg poskromić raczy. którą kiedyś słyszała. unoszącą się i opadającą pierś. czy krzyczy.. wokół spadł deszcz kawałków szkła i tynku.Przygryzła wargę. – . które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą. – Bardziej czuła.. nic nie słysząc przez to dzwonienie w uszach. – Święty Michale Archaniele. niepewna. przejmujące spazmy. A Ty. Przycisnęła dwa palce do jego szyi. Przekręcił głowę i zobaczyła głębokie skaleczenie. Mocą Bożą strąć do piekła. książę wojska niebieskiego. Zaczęła z pamięci recytować modlitwę. Ratuj nas wszystkich. niż słyszała własne łkanie. brzmiał jak głos należący do kogoś innego. niczym ślad po uderzeniu tasakiem. Niech nam ktoś pomoże. broń nas w walce.

poczłapał w stronę zburzonego kościoła. płacz i warczenie. Caine zatrzymał się i patrzył. Na schodach ratusza toczył się tytaniczny bój pomiędzy Drakiem a jakimś potworem o grubo ciosanych kształtach. Zataczając się. na chwilę zapominając o bólu. – Ale mogę to z ciebie ściągnąć. a skutkiem były męczarnie. odcinającą się na tle wysokiego sklepienia w nagłym rozbłysku zielonego blasku. wciąż jednak rozlegały się krzyki. wybijający bezładny rytm. – Raczej nie jestem aniołem. tak że wtopiła się w ciało.Ktoś stał na stercie ruin nad nią. Niebezpieczne zielono-białe światło spaliło mu koszulę. Pokonany. . Uniosła głowę z trudem i zobaczyła ciemną twarz. Pogrzebany. Próbował ogarnąć otaczający go chaos. Udało mu się. który Astrid ledwie rozpoznała. A do tego wszystkiego bęben. Strzelanina się skończyła. Ale Caine ledwie był w stanie cieszyć się tą chwilą. seria cichych eksplozji. Ból w zdruzgotanym lewym boku nasilał się potwornie. – Amen. I coś jeszcze. trzask bicza. a co dopiero archaniołem – odezwała się Dekka głosem. Sam znajdował się pod rumowiskiem. Caine zeskoczył ze szczątków zburzonej budowli. jakich nawet sobie nie wyobrażał.

smagając pejczem. Dość już tego. zadając niezdarne ciosy. – To kojoty – rzekł chłodnym tonem. – Samica mówi. żeby przestał – powiedziała dziewczyna. Kamienna pięść gruchnęła w jedną z wapiennych kolumn przed ratuszem. – Wygraliśmy. chrapliwy głos o wysokiej nucie ściągnął spojrzenie Caine’a w dół. które raz po raz chybiały. Kolumna pękła i omal nie rozpadła się na kawałki. – Ciągle atakują dzieci – wyjaśniła Diana. . Sam nie żyje. – Powiedziałam temu brudnemu psu. Odwołaj je. – Straciłeś rozum. Stwór zamachnął się i minął Drake’a o centymetry. – Co? – Caine nic z tego nie rozumiał. co jednak nie skłaniało bestii do odwrotu. Trzeba to skończyć. Warczący. Caine ponownie skupił się na bitwie pomiędzy Drakiem a potworem. Wygrałeś. Diana przyskoczyła do niego. podczas gdy Drake tańczył wokół niego. – Co przestał? – zdziwił się Caine. Wokół unosiły się małe kamienne odpryski.Drake strzelił swoją biczowatą ręką i wypalił z pistoletu. kroczącą ku niemu z rozwianymi ciemnymi włosami i wściekłością w oczach. Potwór rzucał się do przodu. ledwie panując nad sobą. aż zobaczył Dianę. żeby Przywódca Stada przestał – oznajmił gniewnie kojot.

– Nie! – powtórzył Caine. Caine jednak widział tylko czarną. rób. pokrytą sadzą. tylko pokręcony. która teraz kierowała się w jego stronę spomiędzy gruzów. jasnooką postać. – Lepiej idź po Lane. To światło mogło mieć tylko jedno źródło. Ale światło jaśniało. wymierzona w niebo. bijącym od słupa oślepiającego zielono-białego światła. Od uderzenia Diana zatoczyła się w tył i ciężko usiadła na kamiennych stopniach. jeden zwinnie i drugi ociężale. jeden szybko. co chcesz. Jestem ranny. – Może dlatego matka cię porzuciła – rzuciła Diana z wściekłością. Caine zareagował nagłym wybuchem. chory i zły. drugi wolno. – Nie – odezwał się Caine. wypalając gruz.– Bo co? – spytał. Wyciągnął ręce w kierunku potrzaskanego drewna i tynku frontowej ściany kościoła. Wyrastało w górę ze środka ruin budynku mieszkalnego. . unicestwiając przytłaczający ciężar zwalonego budynku. Światło zgasło. Następnie machnął nimi w kierunku Sama. zapominając o swojej mocy i wymierzając jej siarczysty policzek. Przywódco Stada. Za jego plecami Drake i Orc dalej toczyli swoją bitwę. Wyglądało jak włócznia. Wtem Caine ujrzał jej twarz nadspodziewanie wyraźnie w blasku. – Może widziała. że nie jesteś po prostu nieposłuszny. posyłając na niego zawartość wywrotki gruzu.

który runął z donośnym łoskotem. próbując podnieść braciszka. Lana mogła go uleczyć. obracając się w popiół. Dekka uniosła gruz. zanim zdążyły w niego uderzyć. ruszyła na pomoc innym. Ale co Dahra mogła zrobić? Czy w ogóle dało się dotrzeć do tak zwanego szpitala. Dekka wolną ręką wyciągnęła stamtąd Astrid. – Jest tu jeszcze wiele uwięzionych osób – oznajmiła Dekka i nie tracąc czasu. Umiejętność niwelowania siły ciążenia zniwelowała ją także pod Astrid i dziewczyna wraz z małym Pete’em kwitowała pośród wirującej chmury odłamków drewna i tynku. by dojść do piwnicy. na wpół ciągnąc Pete’a po ziemi i potykając się na rumowisku. oddalając się od kościoła. Następnie puściła gruz. Otoczyła ramionami jego klatkę piersiową i przytuliła go mocno niczym przerośnięte niemowlę.Sam podniósł ręce. czy może wejście zablokował . Jego ciało było bezwładne. Odłamki cegieł i ciężkie drewniane belki wybuchły w zielonym ogniu. Spłonęły w powietrzu. a przez to jeszcze cięższe. – Dzięki – jęknęła Astrid. Nie było to łatwe. która spadła na ziemię razem z małym Pete’em. Astrid myślała tylko o tym. przygniatający Astrid i małego Pete’a. po czym niezgrabnie powlokła się przed siebie. Astrid nachyliła się. ale Lany nie było. do Dahry.

że frontowa ściana kościoła po prostu zniknęła. jakby zobaczył ducha. Zatrzymał się. Nie odezwał się. osaczone zwierzę. znów osłaniając małego Pete’a. zielonkawe światło. metalowo-drewniane złącza. Fragmenty muru i kawałki boazerii. ostre trzaski bicza i mnóstwo płaczących głosów. ciągnąc małego Pete’a. Astrid padła na ziemię. niby przerażone. Docierało do niej warczenie zwierząt.spadający gruz? Dopiero teraz zauważyła. Kawałki gruzu przestały lecieć. wylatując sznurem przez zwalony front kościoła. – Caine – warknęła Astrid. Ktoś biegł do niej od strony ulicy. łypiąc wzrokiem. że cierpi. Astrid znowu dźwignęła się na nogi. Patrzył na nią tak. Zielone światło rozbłysło i rozległ się dźwięk eksplozji. a także pojedyncze. a potem światło stało się jeszcze jaśniejsze. a dzwonienie w uszach ustępowało. że jest ranny. dysząc. Widziała. Słuch jej powracał. W jego zamglonych oczach zaświtał groźny błysk. Twarz miał brudną od potu i kurzu. istny ryk. unosiły się niczym startujące odrzutowce i szaleńczo nabierały prędkości. Wtem nagromadzony wokół gruz wzbił się w powietrze. Astrid widziała nocne niebo i gwiazdy. . Widziała też jednak jakieś straszne.

na co cię stać. że mnie sprowokujesz? – odrzekł Caine. Nie zabijesz. Zniszcz go. zniszcz mnie – wyśmiewał się Caine. na schody z widokiem na koszmarną scenę. Przed front kościoła. bezsilna. To koniec dla nas obu – stwierdził Sam. – Roześmiał się dziko. Desperacko trzymała małego Pete’a. Odezwała się Astrid: – Sam. – Tak. bracie! – zawołał Caine.– Znakomicie – szepnął. – Chowasz się za dziewczyną. Chyba że przy okazji zabijesz też swoją dziewczynę. – Chodź się pobawić. Był zakrwawiony i posiniaczony. – Obaj znikniemy stąd za mniej więcej minutę. że odrywa się od ziemi. Dla mnie nie. – Pokaż bracie. używając jej jako tarczy. Sam. musisz to zrobić. – Liczy się tylko zwycięstwo. który jednak wyślizgnął jej się z rąk. Więc daruj sobie. Caine? – spytał Sam. bezradna. Znam sposób. – . pełną wściekłych psów i zaciekłych walk. Astrid unosiła się w powietrzu. a Caine przeszedł za nią. – Nie. Diana wdrapywała się po schodach. z triumfem. Sam stał u stóp schodów. – Myślisz. Astrid poczuła. Sam. Caine. – No chodź. – Zabiję cię. Wiem. jak zostać. a jedna jego ręka zwisała bezwładnie. spal mnie teraz – zapiszczał Caine. – Może dla ciebie. – Mam tu twoją przyjaciółkę.

– To koniec. – zaczęła Diana. a wtedy załatwisz i mnie. pamiętasz? I chcę. Nie wiem. kim jesteś. co to jest. Caine odwrócił się do niej. Wszystko będzie moje. własnej woli. na trawniku na placu. trzeba. Sam wyciągnął rękę. podniósł rękę i trafił ją w pół słowa. – Bez słowa wyjaśnienia. – Zdaje się. Caine zaniósł się wymuszonym śmiechem. nie wiedząc. Dalej tu będę. – Wychowywałem się bez ojca – odparł Sam. Tak samo jak ty. twoja kochana Astrid i cały ETAP. Upuścił Astrid. Wypal dziurę dokładnie pod nią. Ty pierwszy. Ten wysiłek odwrócił uwagę Caine’a. . zanim odejdziesz. – Nic o mnie nie wiesz. Nie dorastałeś. Caine – powiedział Sam.Masz moc. – Zostaw ją. może śmierć. zrobiła salto w tył i wylądowała po drugiej stronie ulicy. Poleciała w górę. Caine zerknął na zegarek. żebyś coś wiedział. ale po co umierając mieć na rękach jeszcze więcej krwi. że twój czas się skończył. Sam. – Sam. Ja przeżyję.. postaw ją na ziemi – odezwała się Diana. – Przynajmniej raz bądź mężczyzną.. Bez prawdy. Kończymy piętnastkę i wypad. – Caine. Ja. żeby nie zniknąć. Nie musiałeś tworzyć sam siebie przy użyciu własnej wyobraźni.

– Naprawdę jesteś już mężczyzną – jej usta wykrzywił cierpki uśmiech. – Nie. . – Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – powiedziała. wszystko klatka po klatce. która leżała bezładnie. tylko mózg jeszcze pracował. Caine wyglądał jak duch. taka. Bez namysłu mógł zabić Caine’a. Ciało Sama było odrętwiałe jakby obumarło. którego on nie czuł.Rozdział 46 1 MINUTA Miał pole do strzału. potwór. wydawała się wyprana z barw. powiedział jakiś głos. Znał ten głos – jego dźwięk był niczym nóż. – Nie – szepnął. podobnie jak ataki kojotów. Astrid. W tym momencie świat wokół niego zbladł. niemal przejrzysta. wbijający mu się w trzewia. chociaż jego usta się nie poruszyły. Jej błękitne oczy były jedynymi plamami prawdziwej barwy. Była piękna. Żadnego dźwięku. – Mój mały mężczyzna – dodała. Przed nim stała matka. zwierzę. Walka Drake’a z Orkiem rozgrywała się w zwolnionym tempie. człowiek. Już czas. jaką zawsze mu się jawiła. Krzyki dzieci dobiegały z oddali. Jej włosy falowały na wietrze. Wyciągnęła do niego rękę.

Sam wolno pokręcił głową. gdy był mały i nie chciał wziąć jej za rękę przy przechodzeniu przez jezdnię. – Sam. ten głos.. – Nie mogę – odparł... Chodź ze mną. – Mamo. Cały świat zamarł. – Nigdy nie skłamałam – przerwała i zmarszczyła czoło. – Chodź ze mną. lekko trzęsąc dłonią. Sam. rozczarowana. I zaraz ją cofnął. Astrid nie oddychała. dla kogo muszę tu zostać.. – Po prostu chodź – odrzekła.– Chodź. że mam brata. zielone światło. Wyciągnął do niej rękę. jak mucha w smole. który mówił: „bądź posłuszny”. – Po prostu wyciągnij rękę.. jestem twoją matką. – Okłamałaś mnie. – Będzie jak dawniej – przekonywała matka. Zmieniając się w małego chłopca instynktownie zareagował na ten maminy głos. Kocham cię. – Nie powiedziałaś mi. Będziesz bezpieczny z dala od tego miejsca.. Nie powiedziałaś.. jak wtedy.. – Nigdy nie było. – Nie mogę – szepnął Sam. bardzo wolno. Nie powiedziałaś. Coś działo się z czasem. Jestem bezpieczna. – zaczął. Nic się nie poruszało. zniecierpliwiona. W oczach matki zajaśniał gniew. . Mogę zabrać cię z tego miejsca. – Jest ktoś.

a nie ja? – dopytywał Caine. żeby obaj moi chłopcy do mnie dołączyli. a on popatrzył na nią ze zdumieniem. Idź z nią! – Teraz już krzyczał. Idź. odeszli stąd razem ze mną. Zdawało się. Matka nic nie powiedziała. – Dlaczego on. Sam. Twarz tamtego pociemniała z gniewu. – Ty pierwszy. – Teraz pora iść ze mną – upierała się kobieta. ale jego ruchy były chaotyczne. Matka Sama uśmiechnęła się do niego. – Nie – odparł Sam. jak we śnie. – Idź ze swoją matką. Sam – powiedział Caine. I wtedy. która nie do końca należała do nich obu. – Siostra Tempie – powiedział. – Będziemy rodziną. pchnąć go w stronę matki. – Dlaczego? – spytał głosem małego dziecka. w to światło wstąpił Caine. Znowu przez krótką chwilę jej oczy zalśniły tą upiorną zielenią. nie mógł oderwać wzroku od tej łagodnej. że chce fizycznie pochwycić Sama. Caine wydawał się zauroczony. dziwaczne. – Mama – poprawiła. – Idź. błękitnych oczu. nerwowe. aż zamrugała oczami i błysk zniknął. – Najwyższa pora. nierealnego świata. Daleko stąd. z pozbawionego kolorów. zanim przybrały barwę chłodnego błękitu.niesamowite. od tych przeszywających. Jak najdalej od tego miejsca. . uśmiechniętej twarzy.

Sam – zmieniła podejście matka. – Chodźcie do mnie. – A ja nigdy nie byłem twój – zakpił Caine. Caine. Caine patrzył na niego z przerażeniem. domagając się uwagi. – Należę tylko do siebie. Caine powoli pokręcił głową. – Nie – odrzekł Sam. Potwór roześmiał się. okrutny śmiech dobiegł z . Należysz do mnie. wypełnione ostrymi jak igły zębami. – Jesteś teraz głową rodziny. – Jack ci powiedział – stwierdził z przygnębieniem. – Nie. Łagodnie uśmiechnięte. – Nikt mi nic nie mówił – odparł Sam. – Nie – zaprotestował Caine. – Moim małym mężczyzną. Oczy jarzące się zielonym ogniem. matko. – Jestem waszą przyszłością. błagalne usta zapadły się w tył. Przyjdziesz chętnie.Przestał próbować. Delikatne ciało zdawało się rozpadać na fragmenty układanki. z wściekłością. Przyjdziesz do mnie w ciemnym miejscu. Twarz matki zafalowała. – Jeszcze was dopadnę – powiedział potwór gwałtownie. Chodźcie. Matka wyciągnęła do nich ręce. zirytowana. W ich miejsce pojawiły się inne. – Za późno. – Czym jesteś? – Czym jestem? – przedrzeźniało go monstrum. – Mam tu coś do zrobienia.

– Dalej. ETAP-em. Brianna pojawiła się. Ich światem. Ale nie możesz tu być. – Litość? – wyszczerzył się Caine. Wzrok miał wściekły i pełen sprzeciwu.potwornego pyska. Caine nie próbował się cofnąć. Orc i Drake znów poruszali się ze swoją normalną prędkością. Powietrze znowu pachniało prochem strzelniczym. znalazł się w jego zasięgu. Dłoń Sama znalazła się na skroni tamtego. mierząc w Caine’a. Astrid wydała stłumiony okrzyk. wyhamowała i opuściła pistolet. Caine – powiedział łagodnie Sam. – Nie chcę cię zabijać. wyciągając przed siebie dłonie. Lecz Sam okazał się jeszcze szybszy. Sam pokręcił głową. palce wplotły się we włosy. – Nie zmuszaj mnie do tego – uprzedził. Astrid zaczerpnęła powietrza. Uniósł ręce. i zdrową ręką chwycił brata za głowę. A potem zaczął powoli znikać. Sam – szepnął. – Nie. Skoczył w stronę Caine’a. szeroko otwierając oczy. – Musisz odejść. Caine był szybki. Diana patrzyła bez słowa. . Świat był światem. Sam i Caine stali naprzeciwko siebie. Jego kolory wtapiały się w świat wokół Sama i Caine’a.

– Nie rób tego. – Diano? – Może zostać tutaj – odezwała się Astrid. Następnym razem. – Odejdź. Nie miał już jednak szans. Nie wracaj. Nie ujęła jednak jego wyciągniętej ręki. Podeszła do Caine’a. – To błąd. A taka durna. I nawet się tu nie zbliżaj. by zaatakować Sama. Zbliżyła się do Sama. Sam. że puszczasz mnie żywego. by się jej przeciwstawić. Walka pomiędzy krańcowo wyczerpanym Drakiem a Orkiem nie została rozstrzygnięta. – Następnym razem jeden z nas zabije drugiego – dokończył Caine.. – Możesz. Sam – ostrzegł Caine. Caine zignorował ją ze wzgardą. Zła dziewczyna wybiera złego chłopaka. częściowo odzyskując dawny rezon. – Nic z tego – odparł tamten. ja to zrobię.. Minęła go i zeszła po schodach.– Jeśli Sam cię nie załatwi. Brianna była zbyt szybka. – Genialna Astrid – powiedziała Diana swoim drwiącym tonem. dotknęła jego policzka i złożyła lekki pocałunek w kąciku jego ust. Na pewno nie jesteś szybszy od Bryzy. – Przykro mi. Zwłaszcza gdy dotyczy to tego świata. Diano? – spytał ją Caine. – Tak inteligentna. Drake jeszcze wzniósł . że wrócę. – Wiesz. nawet na niego nie spojrzała. Tak to już jest na świecie.

przepełnione nieskończonym smutkiem. Edilio z ociąganiem opuścił pistolet. stary. Ratuj ich. Może ty zdołasz. Lano. Bryzo. Brianna usłuchała. On. czując przede wszystkim ulgę. Drake – rzuciła Diana. a w ślad za nim – Lana. – Nie – odparł. kiedy walka się kończy? – Nigdy – wydyszał Drake. Edilio podniósł broń i wymierzył w wycofujące się bestie. Caine wzniósł rękę i niemal niedbale pociągnął za sobą miotającego się. Odezwał się Sam: – Nie. on jest bardzo ważny. – Nie umiesz poznać. przeklinającego Drake’a. Zacznij od małego Pete’a. lecz jego ruchy były ciężkie. Daj już spokój – nakazał Sam. – Przestań. ołowiane. Posłał Samowi posępne spojrzenie. oboje byli gotowi. by wymierzyć cios w szerokie niczym pylony ramiona przeciwnika. Odłożył swój pistolet maszynowy na ziemię. wyszły z miasta w ślad za nimi. – Nic mi nie jest. Wtedy u stóp schodów pojawił się Patrick. te. Wojna się skończyła. Był zachlapany krwią. Kojoty. Jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem Brianny. Ja nie mogłem. .. by stanąć przy Ediliu. – Sam. – Odłóż to.. pokaż tę rękę – powiedziała. także te ludzkie. Idź do innych. które nadal żyły. Quinn wspiął się po schodach.biczowatą rękę.

– Chyba wygraliśmy – powiedział. – Pomóż mi – powiedziała błagalnym tonem i Lana podbiegła do niej. Był jednak tak wyczerpany. – Wezmę szpadel. Musiał. Muszę wykopać wiele grobów. Sam chciał iść do Astrid. – Tak – zgodził się Edilio. by znaleźć brata. Pojawiła się z powrotem.Astrid wróciła do kościoła. Wsparł zdrową rękę na silnym ramieniu Edilia. że nie mógł ruszyć się z miejsca. . trzymając go pod ręce i ciągnąc za sobą.

Jedli z papierowych talerzy i używali plastikowych widelców. a także łzy. płynęła muzyka. Rozbrzmiewał śmiech. Wraz ze swoim bratem Johnem przygotowała dla nich talerze. podając środki przeciwbólowe tym. że ludzie nie chcą znaleźć się daleko od grobów po stronie północnej. Dahra pomagała jej.ZAKOŃCZENIE Stoły uginały się niemal pod ciężarem jedzenia. Indyki z farszem. siedząc po kilku na krzesłach albo na trawie. lecząc wszystkich. Lana całymi dniami pracowała bez chwili przerwy. Mary wyprowadziła maluchy na wielką ucztę. organizując wszystko. który podłączył Komputerowy Jack. którzy musieli czekać. Ze sprzętu stereo. ustalając kolejność zajmowania się najgorszymi przypadkami. Po prostu chcieli włączyć zmarłych w to Święto Dziękczynienia. używając swoich gabarytów i siły. sos żurawinowy i największy stos placków. by nosić rannych. których dało się wyleczyć. Na początku stoły ustawiono od południowej strony placu. a także zmieniała pieluchy na . jaki Sam kiedykolwiek widział. gdy przypominano sobie przeszłe Święta Dziękczynienia. Potem jednak Albert zdał sobie sprawę. został jednak nieodłącznym pielęgniarzem Dahry. Było i pociąganie nosem. lecz wolą zostać blisko. karmiła niektóre z nich. Cookiego bitwa zupełnie ominęła.

Plac wyglądał strasznie. powinniśmy wysłać je do Coates – powiedział. na znak pokoju. – Nie. Ale może nie dzisiaj. To nie szaleństwo – odparła. że jeśli zostaną jakieś resztki. – Astrid. balansując pełnym talerzem i starając się nie rozchlapać sosu. stojąc nieco z boku.. i zapewne wystarczyłaby byle burza. a jego wieloznaczny ton zdawał się implikować różne rzeczy. – Tylko siedzimy? – Wiesz. Orc i Howard siedzieli na uboczu. W walce z Drakiem Orc doprowadził do sytuacji patowej. – . – Wieloznaczne implikacje to moja specjalność. Sam uśmiechnął się. czy to szaleństwo? Myślę.. Kościół miał teraz tylko trzy ściany. Skremowali martwe kojoty. Objęła go ręką w pasie.. które rozłożono na trawie. – Ruchem głowy . – Wiesz. powiedział Sam. powiedz mi. Ale nikt – z Orkiem na czele – nie zapomniał o Bette. od jakiegoś czasu coś mi się marzy. co się wydarzyło podczas zniknięcia? – Powiem. – Wiesz. Ich prochy i kości wypełniły kilka sporych koszy na śmieci. by dzwonnica runęła. – Powiesz mi. – Co? – Ty i ja siedzimy na plaży. Ze spalonego budynku została ruina. Sam obserwował zebranych..kocach.

A potem się poprawiła: – Wszyscy nadal się boimy.. – Tak. że ten uraz. bo Bóg pozwala nam wszystkim widzieć dobro. by dokończyć pracę. właśnie tak będzie – odparł Sam. że zebrani rzucają w jego stronę wyczekujące spojrzenia. – Dobra. ze stanowczością w tym. czy w ogóle wiesz. z życzliwością wobec wszystkich. która będzie tak brzmiała. który pochylał się nad pełnym talerzem i kołysał w przód i w tył. by zabliźnić rany narodu. a w powietrzu wisi atmosfera niedokończonych spraw. – Masz jeszcze jakieś dobre teksty. – To nie koniec – stwierdził. – Tak – odrzekła krótko. A potem z westchnieniem . „Bez złośliwości wobec nikogo. a potem chodźmy sprawdzić. – Nadal się boją – powiedziała. uderzenie w głowę. Wygłoś swoją mowę.wskazał małego Pete’a. zdał sobie sprawę. – Wygłoszę mowę. – Na dzisiaj koniec. a... mam jeden. Prezydent Lincoln. A potem dodała: – Myślę. Rzeczywiście. – Cieszę się. którą wykonujemy. dążmy do tego. co to znaczy „implikować”. Przynajmniej raz o nim nie mówmy. – Mowę? – Wszyscy czekają – uświadomiła mu.. że nic mu się nie stało. nieważne. „. które mógłbym spapugować? Zastanawiała się przez chwilę. – Mamy placki – zgodził się. – Wiesz o tym. co dobre.

I boimy się. bez wątpienia z uwagi na zastosowanie przedrostka „Mac”. . gdy oklaski ucichły. – Przede wszystkim dziękuję Albertowi i jego pomocnikom za ten posiłek. że ostatnie! – zawołał ktoś. Święte słowa – zgodził się Sam. Ale potem znowu się wyprostował. Stały się różne straszne rzeczy. albo losowi. bo bez nich byłoby nas tu mniej. Nawet najmłodsi przestali głośno chichotać. albo samym sobie. – Na chwilę stracił wątek.. Nietrudno było zwrócić ich uwagę. – Tak. jeśli w niego wierzycie. przynajmniej odrobinę. nam wszystkim. Zebrali się wokół. w którym nigdy nie chcieliśmy się znaleźć. – Ale jesteśmy tutaj. Nie będzie. a Albert nieśmiało pomachał do wszystkich. – Ale i tak składamy dzięki Bogu. I pewnie przed nami jeszcze więcej strachu. które nie było przewidziane w podręczniku McDonald’s.wdrapał się na skraj fontanny. tutaj zgromadzonym. Zmarszczył też lekko brwi. W miejscu. Teraz aplauz pełen był niemal nabożnej czci. Brawo dla prawdziwego Mac-Taty. I smutku. – Miejmy nadzieję. A ja nie będę kłamał i wmawiał wam. Będzie ciężko. Straszne rzeczy. – Nasze pierwsze Święto Dziękczynienia w ETAP-ie – powiedział Sam. Rozległy się gromkie oklaski i śmiechy. że od tej pory wszystko będzie łatwe. I samotności. – Słuchajcie.. – Muszę też wspomnieć o Lanie i Dahrze.

że wkrótce znajdziemy się w zwykłym świecie. – A inni nie. żeby ten świat był dobry. opiekować się sobą nawzajem. Nastąpiła długa. W ETAP-ie. trochę dziwni. Więc postarajmy się. Na schludnych. Wszyscy mamy nadzieję. siedzimy w tym razem. Niektórzy z Coates. Zbyt wiele imion. jakby się opędzał. – Nie. Nasz. których kochamy. pomagać jedni drugim. Wszyscy milczeli. drewnianych nagrobkach widniały nazwiska Bette i zbyt wielu innych.. zresztą poczuliby się tylko zakłopotani. Przetrwamy. – Wskazał na sześć rzędów po trzy groby i jeden. ale i tak wszyscy ich znamy. a niektóre także w stronę Quinna. – Większość z nas pochodzi z Perdido Beach. Ale na razie jesteśmy tutaj.. Sam! – krzyknął czyjś głos. Słuchający kiwali głowami. – Wszyscy mamy nadzieję.. . które są tu pogrzebane. przeciągła fala oklasków i wiele twarzy zwróciło się w stronę Edilia i Dekki. wśród ludzi. stanowiący początek siódmego rzędu. no.. Niektórzy są. by wszystkich wymienić. – Zamachał ręką.. Sam zszedł z fontanny. nie. Ale teraz jesteśmy tu wszyscy. – Tu i ówdzie rozległy się nerwowe chichoty. ręcznie malowanych. że to się skończy. Taylor i Brianny. – Nie.. I będziemy pracować razem. niektórzy przybijali piątki. to jest nasz świat. To znaczy. Jeśli to jest teraz nasz świat. Składamy dzięki dziewiętnaściorgu dzieciakom. którzy stoją w tej chwili wokół i jedzą indyka.– Tobie. – I składamy dzięki bohaterom.

– Daleko jeszcze? – spytał Caine. żebyśmy poszli z wami? – spytał Edilio. i Edilio. Lana wzięła go pod ramię i odpowiedziała. . Także Quinn. Sam. malując zbocze góry na niesamowity. Słońce chyliło się ku zachodowi. Sam! Inni dołączyli i wkrótce wszyscy obecni na placu. powtarzali jego imię. – Idziemy na plażę. – Dokąd się wybierasz? – spytał Edilio. rzucając długie cienie z głazów i krzewów. Chłopak szedł na sztywnych nogach. bracie. Kojot podążał przed nim. – Nie – odparł Przywódca Stada. pomarańczowy kolor. – Zrobisz coś dla mnie? Możesz mieć na oku małego Pete’a? – Nie ma sprawy. Edilio.A potem ktoś zaczął rytmicznie klaskać i skandować: – Sam. Sam zwrócił się do Quinna. wskazując drogę przez pustynię. – Ciemność jest tuż. – Sam złapał Astrid za rękę. Nie chcą. – Nie. uważając na częściowo zagojone oparzenie na boku. i Lana. nawet niektóre przedszkolaki. – Chcecie.