You are on page 1of 592

Kelly Creagh

Nevermore
Kruk
Tytuł oryginału: Nevermore
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski

Martwą ciszę wiercąc wzrokiem,
nie ruszyłem się ni krokiem,
Tylko drżałem, śniąc na jawie sny.
o jakich nie śnił nikt.
– Edgar Allan Poe. Kruk
(przełożyła Jolanta Kozak )

Dla mamy, która zawsze zachęcała mnie, bym śniła
(nawet przerażające sny)

Od wydawcy
W grudniu ubiegłego roku przyszedł do naszego biura
katalog agencji Adams Literaty Agency, z którego okładki
gapił się na nas ponury, przypominający wokalistę
gotyckiej kapeli chłopak. Pierwsze wrażenie – kolejny
paranormalny romans. Opis – got i czirliderka? To
zakrawa na groteskę. Przejrzałam kilka pierwszych stron i
uznałam, że przeczytam maszynopis, może przynajmniej
setnie się ubawię...
Przeczytałam – w Boże Narodzenie. Książka Kelly
Creagh wygrała ze śledziem, pierogami i choinką, a chwil
spędzonych nad maszynopisem absolutnie nie żałuję.
Mimo że lat naście miałam w minionym wieku, historia
Varena i Isobel wciągnęła mnie bez reszty, Jednym z
powodów była zapewne moja niesłabnąca sympatia do
dzieł Edgara Allana Poego.
Poe to jeden ze sztandarowych przedstawicieli
czarnego romantyzmu, człowiek-legenda, postać kultowa i
tajemnicza, która wciąż inspiruje twórców na całym
świecie. W oparciu o jego dzieła powstało mnóstwo
filmów, piosenek, książek, a nawet komiksów – hołd
złożyli mu między innymi mistrz horroru, Stephen King
oraz znakomity reżyser. Tim Burton.
„Nevermore” nawiązuje bezpośrednio do jednego z
najbardziej znanych dzieł Poego, poematu „Kruk”, i
opowiada historię mężczyzny, którego marzenia stały

rzeczywistością. Uważaj, czego pragniesz – możesz to
otrzymać. Powieść Creagh to romans, ale romans
niezwykły – świat realny miesza się w nim z
fantasmagorycznymi wizjami, a miłość, tak wytęskniona,
ma siłę niszczycielską.
Zapraszam do świata Isobel i Varena, żywiąc
nadzieję, że pokochacie go równie mocno, jak ja.
Joanna Wasilewska Wydawnictwo Jaguar

Prolog
Październik 1849
Edgar otworzył jedno oko, ale zaraz je przymrużył.
Wagon zatrząsł się i z dołu rozległ się przeciągły
zgrzyt metalu o metal. Dźwięk wzniósł się ponad łoskot
szyn, a potem zagłuszyło go buchanie dymu z komina. W
końcu zlał się z szumem szeptów, które go obudziły.
– Śpi!
Edgar poczuł, że mięśnie mu tężeją. Bardzo się
wysilał, by zachować spokój, nie ruszać się, oddychać
równo i miarowo.
Gdy przejeżdżali przez ostatni tunel, świat znowu
pociemniał, a on wyczuł ich ponowną obecność. Demony.
Wróciły. Zawsze wracały. Aby przeciągnąć go z tego
świata do innego.
Przeszedł go dreszcz. Pozwolił, by powieka opadła.
– Obserwujcie go – wychrypiał inny głos. – Wsiądzie
do następnego pociągu.
Dłoń Edgara zadrżała. Pot gorączki stał się teraz
zimnym potem lęku. Perlił mu się na szerokim czole i
spłynął na skroń.
Nic mógł z nimi wrócić. Nie teraz, gdy był już tak
bliski ostatecznego zerwania więzi z ich światem – jej
światem. Dobiegł go ostry dźwięk odsuwanych drzwi
przedziału i ośmielił się ukradkiem jeszcze raz unieść

powiekę.
Tęgi mężczyzna w dopasowanym mundurze wcisnął
się do środka.
– Dojeżdżamy do Baltimore – oznajmił łagodnym,
monotonnym głosem. Edgar wiedział, że tamten nie ma
pojęcia o jego prześladowcach, o ich groteskowych
uśmiechach i diabelskich pazurach.
Konduktor ruszył dalej. Edgar zwietrzył swoją
szansę. Zgarbił się, wykorzystując szeroką sylwetkę
funkcjonariusza, by zasłonić swój ruch, gdy zsuwał się z
siedzenia. Instynktownie zacisnął dłoń na trzcinowej lasce
doktora Cartera, którą przemyślnie podmienił, by wejść w
jej posiadanie. Tę, w której drzemało lśniące, srebrzyste
ostrze.
Koła znowu zapiszczały. Pociąg bez ostrzeżenia
zatrząsł się i zatrzymał.
Edgar zachwiał się i głośno krzyknął. Złapał
równowagę, chwytając krawędzie drzwi, i odwrócił się w
samą porę, by zobaczyć, jak puste spojrzenia
prześladowców unoszą się i napotykają jego wzrok.
Puścił się biegiem.
Wymknęli się za nim, a ich gniewne szepty brzmiały
teraz jak strumień gnanych wiatrem liści.
Minął sąsiedni przedział, potem następny. Przejście
przed nim robiło się coraz węższe, gdyż podróżni zbierali
swoje rzeczy, ślepi na potwory podążające jego śladem.
Gdy zaczął się przepychać, niemal przewracając jakiegoś
jegomościa na podłogę, ktoś krzyknął.

Dotarł do najbliższych drzwi i wypadł na zewnątrz.
Zatoczył się na peronie, omal nie wypuszczając z dłoni
laski doktora. Mocniej chwycił srebrną rączkę, korciło go,
by wyciągnąć ukrytą w środku klingę, choćby w takim
tłoku.
Z przenikliwym sykiem lokomotywa wypuściła kłąb
pary. Edgar skrył się w tym obłoku i nasunął kaptur
płaszcza.
Patrzył, jak stwory wyłaniają się z pociągu, a ich
kształty rozmywają się w miazmatycznych zwojach
czerni. Wylały się najpierw przez drzwi i zaczęły się
kłębić wraz z parą, by po chwili z powrotem połączyć się
w całość.
Wysokie, chude, szalone demony trzymały się w
grupie tylko przez chwilę, po czym rozproszyły się,
ruszając na poszukiwanie.
Edgar wmieszał się w tłum. Przedzierał się przez
morze niczego nieświadomych podróżnych, skupiając się
jedynie na pociągu, który mógł go zawieźć z powrotem do
Richmond. Na jedynej nadziei, która tam czekała.
Dotarłszy na drugi peron, zaczął zwlekać, odwrócony
plecami do tłumu. W momencie gdy konduktor krzyknął:
„Proszę wsiadać!”
– Edgar złapał poręcz i podciągnął się.
– Tam! – usłyszał warkot jednego z nich.
Popędził do przedziału, oglądając się raz – tylko raz –
by zerknąć przez ciemne okna. Tak, podążały za nim,
ścigały go niczym piekielne ogary!

Dopiero gdy usłyszał sapanie parowozu, otworzył
najbliższe drzwi i wyskoczył z jadącego pociągu z
powrotem na peron. Chwiejąc się na nogach, pochylony,
pognał w tłum, podczas gdy za nim pociąg ciężko dyszał i
nabierał prędkości, wioząc jego prześladowców.
Wiedział, że niedługo dadzą się zwodzić.
Nieważne. Istniały inne sposoby, żeby dotrzeć do
Richmond.
Edgar przepchnął się przez ciżbę i wydostał się na
ruchliwą ulicę, gdzie przywołał powóz.
– Do portu! – krzyknął i zastukał laską w tylną
ścianę, zamykając za sobą drzwi.
Powóz zatrząsł się, zaturkotał i potoczył się naprzód.
Edgar rozparł się w środku, pozwalając sobie na
głęboki oddech. Przyłożył drżącą rękę do spoconego
czoła, gdzie za lewym okiem odezwał się tępy, pulsujący
ból.
Pojazd kołysał się, sunąc powoli wąskimi ulicami, a
ból w głowie ustąpił niebawem miejsca osobliwemu, lecz
znajomemu mrowieniu. Zawładnęło nim, przenikając jego
zmysły niczym nieznośne, choć lekkie, ciarki zdrętwiałej
kończyny.
Edgar powoli opuścił dłoń.
Przeniósł wzrok na zmieniające się cienie po prawej
stronie.
Obok niego siedziała ona, jej smukły kształt spowity
był świetlistą, białą tkaniną.
– Nie – szepnął.

Ale otaczająca ciemność zaczęła już wzmacniać
uścisk.
Opatulała go jak płachta materiału, a gdy jej zimna
niczym marmur dłoń ujęła jego rękę, poczuł, że mrok
zawładnął nim jak nigdy wcześniej.
W jednej chwili mrok pochłonął go, pozostawiając
pusty powóz.

1
Zadanie
Pod koniec czwartej lekcji szum w głowie Isobel,
wywołany dużą poranną kawą latte, już dawno ustąpił.
Ziewnęła, czując, że zbliża się klęska, i poruszyła się na
krześle, podczas gdy pan Swanson nawijał monotonnie o
zielonookim po worze, o Desdemonie, wżdy, zaiste i
zaprawdę. Raz za razem poprawiała spiralny wzór, który
dosłownie wyryła już na niebieskiej okładce zeszytu.
– To wszystko – powiedział pan Swanson, zamykając
wreszcie swój bardzo gruby podręcznik dla nauczycieli.
Cała klasa poszła za jego przykładem i rozległ się
jednobrzmiący trzask. – W poniedziałek tematem naszej
dyskusji będzie Jago i jego rzekoma uczciwość.
Isobel wyprostowała się na krześle, odgarnęła jasne
włosy i z rozkoszą zamknęła książkę.
– Zaraz, zaraz – powiedział nauczyciel ponad
szmerem i szuraniem krzeseł. Uniósł ręce, po czym je
opuścił, jakby cen gest miał moc zatrzymania klasy w
bezruchu i przywrócenia wywołanego literaturą
elżbietańską otępienia, które za jego sprawą ogarniało
wszystkich.
Uczniowie, którzy marzyli o obiedzie i zaczęli już

Dużo czasu. Z różnych miejsc w klasie podniosły się jęki. po czym polizał palec i zaczął kartkować kilka pierwszych egzemplarzy. który teraz rozdam – dodał. Następnie cofnął dłoń i wziął kolejny plik. pomyślała kwaśno Isobel. Takie projekty zajmowały – czas. – To będzie praca zespołowa – ciągnął Swanson. – . zaś jęk Isobel uwiązł jej w gardle. które dla Isobel miały podejrzany wygląd świeżo wyjętych z kopiarki. Swanson nigdy nie puszczał ich przed czasem.wstawać z miejsc. – Poczekajcie i nie denerwujcie się na mnie. a pod jego sztywnymi szarosiwymi wąsami pojawił się uśmiech. – Uwaga na materiał. że trafi jej się egzemplarz. Tak. Isobel pobladła. że starsi was przed tym ostrzegali. a podbródki z powrotem opierały się na dłoniach. na którym znalazło się stosunkowo niewiele śliny nauczyciela. widząc. Plecaki zsuwały się z ramion. – Jestem pewien. – Zwlekaliśmy z tym już wystarczająco długo – westchnął z udawanym żalem. Moim zdaniem lepiej mieć to za sobą już na początku roku. Nigdy. jak kartki zbliżają się do niej. Miała nadzieję. opadli na nie z powrotem. Można się było spodziewać. A na pewno nie kwadrans przed czasem. No i proszę. biorąc stos kartek. Projekt Swansona. a ich zadki połączyły się z krzesłami niczym magnesy. a potem jeszcze jeden. To jest to. moi drodzy – ostrzegł. zgadliście. – Ostatnie słowa wygłosił tonem radosnym (nawet entuzjastycznym).

Heather Grahams czy James Patterson nie wchodzą w grę. Czy Swanson . Zaraz... BlackBerry. Jej palec mocniej zacisnęły się na długopisie. dla waszego własnego dobra. Zupełnie jak. jak i szczegółowego wypracowania na dziesięć stron.. Stephen King. To Halloween. że to data meczu futbolowego z Millings? Opanuj się. zniknęła teraz niczym płaszcz magika. zresztą wszystkie odbiorniki ustawione były teraz na kanał Swansona. Wciągaj to. Powiedział: „Halloween”? A właśnie. co nazywamy powietrzem. Chcę. Ale żeby iść z duchem Halloween.. że nikt nie ma. od której jeszcze przed chwilą kończyny Isobel stały się ociężałe. – Ten projekt – powiedział – będzie się składał zarówno z prezentacji. Nie odrywała wzroku od nauczyciela angielskiego. a umysł się rozleniwił. Mam nadzieję. Nuda.Termin na ostatni piątek miesiąca. gdzie on miał swój kalendarz? Czyżby nie wiedział. Oddychaj. cholerny adres getrysburski. dobrze? Innymi słowy. Poza tym zadanie należy w całości wykonać poza szkołą. Swanson. którzy nie mają pod ręką swoich iPhone’ów. niech będą to autorzy nieżyjący. Jojo czy innych kalendarzy. Dziesięć stron? Dziesięć stron! Ogrom pracy. bo w tej chwili jesteśmy w połowie Otella. informuję tych z was. Dowolnego. żeby każda para pracujących razem uczniów wybrała sobie znanego amerykańskiego pisarza.

które wcześniej jej zadano. że wszystkie pary zostały dobrane losowo. gdy pan Swanson znowu się odezwał. Zwróciła wzrok na Julie Tamers. wybitną kujonkę pierwszego stopnia. Kiedy odczytam nazwiska z listy. że uczniowie nie mają żadnego życia poza szkołą. po zjedzeniu kolacji i nabazgraniu czegoś na stercie prac domowych. i – zaczęła układać w myślach strategiczną trasę w stronę pustego krzesła obok niej. że po powrocie do domu z treningu czirliderek. Na . że zarówno poszerzy to wasze horyzonty. opuszczonym podbródkiem i drucianymi okularami wspartymi na czubku nosa – w tym roku wprowadzani pewne nowości z nadzieją. Chcę przy tym zastrzec. Czemu Swanson musiał zadawać im ogromną pracę z terminem w dniu ważnego meczu? W tym tygodniu nigdy nic się nie robiło. Mógł przynajmniej dać im jeszcze weekend. i to szybko. I będzie zachwycony każdą chwilą lektury. Isobel szybko rozejrzała się po klasie. – Dla waszej wiadomości – zaczął. Zawsze ją to zdumiewało: nauczycielom najwyraźniej wydawało się. Nie docierało do nich. a potem iść na obiad. pomyślała.naprawdę miał zamiar siedzieć i czytać te wszystkie kartki? Pewnie tak. Nie rozumiała tego. z dziennikiem w dłoni. urządzić burzę mózgów. Musiała zlokalizować jakiegoś prymusa. jak i poprawi ogólne wyniki pracy. w zasadzie nadchodziła już pora na spanie. możecie usiąść razem.

wstawali z miejsc i szli do przydzielonych partnerów. skulony na swoim krześle. Ścisnęło ją w piersi. Powoli odwróciła głowę i z ociąganiem popatrzyła w przeciwległy kąt klasy. Zaraz. pomyślała. Isobel poczuła. czy nie poprosić o kogoś innego do pary. i patrzył prosto przed siebie przez potargane atramentowe kosmyki. – Dalej mamy Todda Marksa i Romelle Jenkins. Och! O nie! Nie ma mowy. nabijane groźnymi z wyglądu srebrnymi ćwiekami. że to dzieje się naprawdę. których nazwiska już wyczytano. Siedział w ostatnim rzędzie. Wokół niej ci. które z dziwacznych plotek na jego temat są prawdziwe. Niemożliwe. – Kadyn Binkly i Alanna Sato – ciągnął. Na szczupłych nadgarstkach miał paski czarnej skóry. że nie przejmie się tym bardziej niż mielonym ze . Naprawdę? Tylko ona odczuwała palącą niesprawiedliwość? Czy nikt inny nie zamierzał się odezwać? – Isobel Lanley i Varen Nethers. ale znała Swansona i zdała sobie sprawę. zastanawiając się.początek Josh Anderson i Amber Ricks. Zapomniała o głodzie i zamiast niego czuła teraz gryzący niepokój. Przez chwilę poważnie się zastanawiała. Isobel siedziała oszołomiona ich zapałem. On nie mógł mówić poważnie. że opada jej szczęka. Losowane pary to były w trzeciej klasie. Zaraz.

skoro wyglądało na to. że – halo! – mieli korzystać z danego im czasu. podczas gdy w myśli powtarzała wszystkie pogłoski krążące na jego temat. ciasno zasznurowane buciory skrzyżował na wysokości kostek. Zasłonięty kotarą farbowanych na czarno włosów. Mówiono. z jedną ręką wspartą na ławce. Zaczęła szukać dłonią paska swojego plecaka. wcale nie będzie tak źle. Podeszła do niego spokojnym krokiem. od razu zmieniła zdanie. Znoszone... Gdy jednak jeszcze raz rzuciła na niego okiem. nie mówiąc już o fakcie. A może. Właściwie zawsze wydawało się. wyglądał jak długa linia czerni. Że mieszka w podziemiach opuszczonego kościoła. Że pije krew. by rozmawiać o tym koszmarnym zadaniu. że on nie ma najmniejszego zamiaru ruszyć w jej kierunku.stołówki. Pod prawą ręką miał wyświechtany czarny brulion w twardej oprawie – kilka razy widziała. Zrezygnowana Isobel podniosła się i wzięła zeszyt. tak jak ktoś mógłby się zbliżać do śpiącego węża. że coś notuje albo . Zastanawiała się. że czasami rozmawia sam ze sobą. Może. że uprawia czary i że ma złe oko wytatuowane na lewej łopatce. nawet nie zauważył jej obecności. jak pogrążał się w lekturze podczas lekcji. Zgarbiony na krześle. Że sypia w trumnie. czy powinna wstać i do niego podejść.

bo nikt nigdy nie zwrócił na to Swansonowi uwagi. postanawiając przełamać dość grube lody za pomocą młotka pod hasłem: „Nie myśl sobie”.szkicuje na jego stronach. gdy dalej siedział i gapił się w przestrzeń. co to takiego. Głos miał spokojny. Ooobciach. czego się spodziewała. Zupełnie jakby podejrzewała. – Nie – przyznała. tak jak nigdy nie kazał mu czytać na głos ani nie wywoływał go odpowiedzi. wcale nie opryskliwy. że chłopak jest odlany z wosku. choć mogła się jedynie domyślać. partnerze”? Zerknęła na zegar na ścianie. pomyślała. niski i rozsądny. Nigdy. ale się odezwał. że Swanson nigdy go nie beształ. jakby wcale nie istniała. – Słuchaj. na pewno dobrze pamiętała. Czekała. Co samo w sobie też było dziwne. Co miała powiedzieć? „Czołem. niemal półtorametrowej odległości. tężejąc i pragnąc jedynie wybrnąć . Do przerwy obiadowej zostało siedem minut. – Powiedziałem coś takiego? Dźwięk jego głosu ją zaskoczył. Isobel zatrzymała się w bezpiecznej. Nawet nie drgnął. Jego entuzjazm był niemal zaraźliwy. A może wszystko zdawało się takie dziwne również dlatego. przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę. nie odwalę całej roboty sama – powiedziała w końcu. Nigdy dotąd jednak nie odezwał się w klasie.

Zamarła. – Też nie zrobię tego sam. Odwrócił głowę i pochwycił ją wzrokiem. Oczy miał surowe i zimne. że tak powiem – przemówił. – Skoro już wykładamy kawę na ławę. że przygląda . że oświadczenie nauczyciela. Pomyślała. lecz wpatrywały się w nią przez pierzaste kosmyki czarnych jak smoła włosów. Podkreślone rozmazanym czarnym cieniem. z powrotem przyciągając jej uwagę do ich wycinka przestrzeni w kącie klasy. jakoby wszystkie pary dobrano „losowo”. że ci powiem. że Nikki nigdy w to nie uwierzy. zielone niczym blady nefryt. Nabrała podejrzeń.. że nie oddała tego głupiego wypracowania o Don Kiszocie. spojrzeniem omiatając klasę. Zacisnęła zęby. w końcu więc zajęła miejsce obok niego. Miała wrażenie. nie mrugały. ty nic nie mówisz. no bo wiesz.. A ona wciąż tkwiła w tym samym miejscu. było jedną wielką ścienią. zdumiona intensywnością tego spojrzenia. który przybrał na sile. gdy wszyscy zaczęli przerzucać się pomysłami. zemsta za to. Dziwnie było słuchać jego głosu. Żeby ona była w parze z królem gotów? To ci dopiero wiadomość. W pojedynczych grupkach rozległ się cichy szmer. – Pomyślałam tylko. która jeszcze stała. Czuła się głupio jako ostatnia osoba w pomieszczeniu. próbując się porozumieć z żywym trupem. Po wymianie zapisanych kartek z zeszytu dwie pary nawet już wsiały i wyszły. To pewnie był jego swoisty dowcip.z niezręcznej sytuacji.

Za nią rozległ się szczęk łańcuchów. podniósłszy wzrok. który pojawił się nie wiadomo skąd i zaczął przesuwać się po jej skórze czubkiem równie zimnym i ostrym. Nacisk kulki długopisu łaskotał. zobaczyła go nad sobą. gęste i czarne niczym złoże ropy naftowej. Zesztywniała. szczerzącego się do niej z jego . zaciskając węzły w jej żołądku. obserwowała czarny długopis. posłuszna niczym pod wpływem zaklęcia. Opuściła rękę. Wezbrało w niej zakłopotanie. O mój Boże. czując żar na twarzy. „SOS. Jego twarz nie wyrażała emocji. Pisał na niej. jak długie palce oplatają jej dłoń. lecz potem. Słyszysz mnie?”. Patrzyła. a potem. po czym powoli uniósł dłoń i zgiął palec w przyzywającym geście. Swanson. które oplatało kącik jego dolnej wargi. Mrugnął powiekami. Stłumiła w sobie słowa protestu. gdy ujął jej rękę. Cofnęła się. jak te oczy. wyprostowanego i bladego. – Na co się gapisz? – szepnął. nie mrugając powiekami. ale nie mogła. nachyliła się nad nim.się jej zadowolony z siebie i wyrachowany kot. Mogła tylko patrzeć na pierścień w kształcie srebrnego smoka. Odwróciła się od niego i podniosła rękę. Próbowała wydać jakiś dźwięk. Zawahała się. Kim był ten facet i na czym polegał jego problem? Jej spojrzenie podążyło na krótką chwilę do metalowego kółka. wysokiego. a potem. staranne pociągnięcia. gdy wykonywał długopisem krótkie.

czy ktoś to zauważył. Ciemnofioletowym tuszem napisał: V – 555-0710. ledwie wyczuwalnym elektrycznym dreszczem – nie miała pewności. żując kanapkę i przeglądając szkolną gazetkę „Głos Jastrzębia”. że chyba nikt. czy sobie tylko tego nie wyobraża. a potem osoby. Bała się zobaczyć. Nawet Swanson Sokole Oko wrócił do swojego biurka. Jakby koniuszki jej palców w jakiś sposób zapadły w sen. najpierw swoje zmysły. i ze zdziwieniem stwierdziła. gdzie siedział. Czuła mrowienie skóry tam. Isobel opuściła wzrok na swoją dłoń. . po czym przewiesił przez ramię sfatygowaną skórzaną torbę. – Nie dzwoń po dziewiątej – powiedział. Twarz Isobel płonęła. jakby strofującym ukłuciu ostrego spojrzenia. które pozostały w klasie. odwrócił się. włożył sobie długopis za ucho i wymaszerował z klasy.środkowego palca. Gdy wreszcie skończył. puścił jej dłoń i po ostatnim. gdzie jej dotknął. Spróbowała wszystko ogarnąć. Wziął swój czarny brulion.

Jakby oznaczał swoją następną ofiarę czy coś. – Nie mruknęła i przykucnęła. wpychając wszystko z powrotem do kosmetyczki. by podnieść zestaw cieni do powiek. – Dlaczego nie? – Bo – odrzekła Isobel – zdaje się. – Izzy – powiedziała – popatrz na to! Napisał na tobie. . że pan Swanson lubi chłopaka. rozsypując zawartość. widniejące na jej skórze niczym insygnia. Drzwiczki otworzyły się i ze środka wypadła kosmetyczka. Podniosła się. a poza tym muszę dostać dobry stopień z powodu tego wypracowania. lecz Nikki ją powstrzymała.2 Siniak Powiesz Bradowi? – spytała Nikki z nazbyt gorliwym błyskiem w ładnych szafirowych oczach. i znowu dostrzegła pochyłe fioletowe cyfry. by włożyć kosmetyczkę z powrotem do szafki. która ze stłumionym trzaskiem uderzyła o podłogę. którego nie napisałam. w którym kostka brązowego barwnika rozkruszyła się na kawałki. Isobel wprowadziła szyfr i kopnęła wyszczerbiony dolny róg swojej szafki. Ciężko westchnęła. chwytając za nadgarstek i potrząsając jej dłonią.

która z brzękiem bransolet wyłoniła się zza otwartych drzwiczek szafki. gdy Nikki wtrąciła się. – Dobra! – odparła. Teraz będzie ci zostawiał martwe zwierzęta na ganku i potajemnie śledził twój profil na Facebooku. jaja sobie robisz? To numer telefonu. już mając bąknąć krótkie słowo podziękowania. Ręka ta długimi palcami przytrzymała jej spadający błyszczyk w kolorze „Lodowa malina”. Isobel znowu wyrwała rękę z uścisku przyjaciółki i rzuciła jej zjadliwe spojrzenie. – Po prostu wpakowali nas w to razem. – Nikki. Spoglądała w głąb otwartej szafki. Dostawia się do ciebie Lurch z rodziny Addamsów. – To nie tak. wkuwając niesforne pasmo włosów za ucho. – Popatrz na to! – zawołała. . wiem. Zerwała się. Isobel wzięła błyszczyk i cisnęła go do szafki. że trafiłaś na jego listę śmierci albo coś. – Isobel znowu westchnęła. – Tak. Ten gość to totalny świr w stylu mafii długich płaszczy. że to dziwak. ucinając przygotowaną ripostę Nikki. Brad nie musi wiedzieć. znowu łapiąc ją za nadgarstek. I na tym poprzestańmy.Isobel cofnęła rękę. wymieniając książki. zaskoczona tajemniczą ręką. – Ustaliłyśmy już. jakby zawierały jakąś ukrytą wiadomość. – To pewnie znaczy. podsuwając go sobie pod nos i uważnie oglądając cyfry.

czyli „ten facet”. uchyliła drzwiczki z powrotem. jak dłoń właścicielki sąsiedniej szafki znowu znika. a i to tylko wtedy. po czym chwyciła drzwiczki szafki Isobel i je przymknęła. gdy tajemnicza ręka znowu się pojawiła. po czym patrzyła. odwróciła się bez słowa i odeszła. by jej przeszkadzano.Dla niej Varen Nethers. gdy ktoś postanowił przypomnieć najnowszą zwariowaną plotkę o gotach. – Niech wraca do średniowiecza. Isobel ostrożnie wzięła szminkę „Różowa bogini”. Tym razem wyłoniła się nad drzwiczkami szafki. Isobel znowu podskoczyła. a następnie podeszła. Dziewczyna jednak – miała chyba na imię Grace albo Gabbie – zatrzasnęła swoją szafkę. wyobcowana istota. Isobel patrzyła za oddalającymi się plecami dziewczyny. – Kurczę – mruknęła Nikki. Wyjęła szminkę z dłoni przyjaciółki. Do tego roku nie chodzili razem na żadne lekcje. zbyt długie i zbyt proste. która dała popis mrugania powiekami. by przejrzeć się w lustrze w środku. że do tej pory ich kontakty ograniczały się do mijania się od czasu do czasu na korytarzu. ściskając w palcach znajomą tubkę w pistacjowym kolorze. i aż się zachłysnęła. której kasztanowe włosy. zawsze był jak przemykający cień. która sunęła przez korytarze. nigdy nie chcąc. kołysały się w jednym rytmie z sięgającą ziemi . Tak naprawdę myślała o nim ledwie parę razy. Zerknęła na Nikki. wyrwana z zamyślenia. a Trenton było szkołą na tyle dużą.

przechodząc od pełnej oburzenia rezerwy do obrazy i irytacji. że powinnaś powiedzieć Bradowi. Za to. Może za bardzo się uparła. – Tak czy siak – odezwała się Nikki. Z drugiej strony. jeśli wszystko wypaple Bradowi. – Nikki – jęknęła. by pożałować swoich słów. Nadal uważam. Nikki. związany wąską. ruszając za nią. by sprawę numeru telefonu utrzymać w tajemnicy. że jest zła na siebie. niebiesko-złotą gumką z pomponikiem. że powiedziała prawdę. – Wiesz – dorzuciła – nie da ci spokoju. – I ty też mu nie mów – dodała. Nikki była jej najlepszą przyjaciółką. W tym momencie wyraz twarzy Nikki zmienił się. Patrząc na podskakujący koński ogon przyjaciółki. Isobel miała poczucie winy. zanim przyjaciółka obróciła się na pięcie. . Isobel miała tylko ułamek chwili. skończywszy się malować i wsunąwszy szminkę z powrotem do kosmetyczki Isobel. Nie powiem Bradowi – warknęła Isobel. Należała do ekipy. podczas gdy powinna była coś zmyślić. Lekceważąco machnęła ręką i przyspieszyła kroku. zatrzaskując szafkę. jeśli będzie wiedział.spódnicą. Isobel stwierdziła. – Odpuść. Wydęła wargi i cmoknęła. Z ostatnim cichym brzękiem bransoletek dziewczyna zniknęła za następnym rogiem. że ujdzie mu to na sucho. Nie chciała się też oczywiście bawić w sekrety. jeśli teraz ją dogoni i przeprosi. – Wszystko jedno – wypaliła Nikki przez ramię. Nikki gotowa pomyśleć. że nic takiego się nie stanie.

Gdy straciła ją z oczu. Uderzyła o podłogę sali gimnastycznej. Posmarowała cyfry grubą warstwą płynu. zwłaszcza że zapewne przyjaciółce chodziło nie tyle o wcześniejsze . Trenerka Anne wydarła się na nią za to.Zwolniła kroku i pozwoliła. lądując na tyłku z bólem kości i szczękiem zębów. by pogadać. Stanęła przy umywalce. trudną choreografię. zawsze ktoś zobaczy”. *** Tego dnia na treningu pomyliła skok. Przesadziła i musiała łapać równowagę na piętach. odkręciła ciepłą wodę i wycisnęła sobie na rękę mydło z dozownika. przewrót na rękach w tył. Miały precyzyjną. by pozwolić na posadzenie kontuzjowanej dziewczyny na trybunach. Isobel nie zdziwiła się. Uznała. Nigdy jej się to nie zdarzało. Niczym kłęby dymu ciemnofioletowy tusz rozpłynął się w liliowe smugi i zniknął w odpływie. Zbyt precyzyjną i trudną. śruba. że „jak się wywalisz. Nic nie wkurzało trenerki bardziej. Trenerka ostatni raz dmuchnęła w gwizdek. że Nikki nie zaczekała na nią. Koniec obrotu. by Nikki poszła na obiad przed nią. niż byle jak wykonane. ma się rozumieć. i wstawiła jej stałą śpiewkę. że szczególnie jej to nie przeszkadza. zwłaszcza że zbliżały się grudniowe rozgrywki ogólnokrajowe. wskoczyła do najbliższej toalety dla dziewcząt. spartaczone figury.

Rozumiesz? Skręciwszy za róg. że nie musi wracać do kłótni przy szafce. nie miał szansy się przeciwstawić. ubrany w niebiesko-złotą skórzaną kurtkę.zajście. znowu z nią rozmawiać. Odziana w czerń postać kuliła się z plecami przyciśniętymi do rzędu niebieskich szafek. Dzięki temu fioletowiejący już siniak z tyłu uda wielkości piłki tenisowej zdąży zniknąć.. Varen podniósł wzrok. Czyżby przyszedł jej szukać? Pewnie spędziła zbyt wiele czasu. Wezbrał w niej gniew. Potrzebowała odpoczynku. Varen. stanęła. że przez kolejny tydzień nie było meczu. zwolniła jednak. okalając jego twarz. Opuścił głowę i czarne strąki włosów zwieszały się po bokach. Tak czy owak cieszyła się. Wyszła z szatni i jak zwykle poszła korytarzem na tylny parking. zanim będzie musiała znowu włożyć kostium. Dobrze się złożyło. Brad górował nad nim. która jeszcze poszerzała jego i tak potężne ramiona.. ile o spotkanie Marka po treningu futbolowym. – . a jeszcze bardziej cieszyła się. niemal . że już piątek. usłyszawszy głos Brada. którego nie umiała wyjaśnić. rzucając jej ostre. podchodząc bliżej. mógł jedynie się trzymać. – Hej! – zawołała. przyglądając się siniakowi na udzie w lustrze w szatni. Pod pachą trzymała powycierany czarny pamiętnik w twardej okładce. raczej chudy i delikatny.

– Co się dzieje? – Nic. Czy myślał. w połączeniu z zapachem dezodorantu i mydła Zest. lśniących we fluorescencyjnym blasku i wciąż mokrych po prysznicu. a teraz sam intensywnie gapił się na nią. niebieskozłote pomponiki odpadną. – Przestań – powiedziała. Odsunął się od szafek. które osadziło ją w miejscu. Nic – odparł Brad. lecz Brad mocniej ścisnął jej ramiona. . krzywiąc się. Twarz Varena pozostała bez wyrazu. aż te głupie. przyciągając ją do siebie. Byle tylko oddalić się od tych oczu. ale szła dalej.oskarżycielskie spojrzenie. Zamknęła usta. Opuścił rękę. przypomniał jej o jego obecności. Nadal działał w stylu macho i nadal miał w zasięgu dziwnego chłopaka który spytał ją. by wszystko wyjaśnić. na co się gapi. co sprawiło. mała. Drugą ręką objął jej ramiona i pocałował ją w głowę ze słyszalnym „mmm”. że świat wokół rozmył się i nie mogła się otrząsnąć. choć wbił w nią wzrok. przeciągnął dłonią po gęstych. że pobiegła powiedzieć Bradowi? Ale z drugiej strony – co innego miał myśleć? Otworzyła usta. Włożył rękę do kieszeni kurtki i podszedł do niej. Ten gest. by poklepać jej obolały tyłek. Miała ochotę dusić Nikki. by Brad ją odciągnął. Pozwoliła. bursztynowych włosach.

.

gdy wyjechał ze szkolnego parkingu i włączył się w sznur samochodów. by wyjrzeć przez okno od strony pasażera. i na kolana spadła mu paczka cameli. ale nic jej to nie obchodziło. – Dziś wieczorem mam jeść kolację z rodzicami – skłamała. – Nie? – odrzekł. czemu jestem zła” prosto z podręcznika dla ślicznotek.3 Po dziewiątej Chcesz się spotkać z brygadą w Zor’s? – spytał Brad. – Nie. Isobel uśmiechnęła się szyderczo i odwróciła. Tego było za wiele. by usiąść twarzą do niego. stosując taktykę: „Powinieneś wiedzieć. przesuwając swój fotel. – Nikki nic nie mówiła – odparł. gdy dojechali do świateł. – Zaprosisz mnie? – spytał. że wykonuje typowy numer dziewczyn. postanowiwszy bez ogródek przejść do rzeczy. . by znowu popatrzeć przez okno. Wiedziała. Wyciągnął rękę. skręcając. by opuścić osłonę przeciwsłoneczną. nie kłopocząc się włączaniem kierunkowskazu. Gwałtownie obróciła się na siedzeniu. – Dobra. – Co ci powiedziała Nikki? – spytała.

– Wybacz. Zawieź mnie do domu. – Mark mi powiedział – wyjaśnił. więc zostaw go w spokoju. by wyjąć camela z paczki. Połącz kropki.Nic cierpiała u niego palenia. – Słuchaj – odezwała się – Mam razem z nim zrobić głupi projekt. – Możesz wyluzować? – warknął. jedna jego ręka zsunęła się z. Znowu skręcił. nie więcej. – Ale zapisał ci swój telefon na ręce? – spytał. Między fotelami znalazł swoją zapalniczkę Zippo. pochmurniejąc. pomyślała. aż Isobel chwyciła się siedzenia. kierownicy. boby pękła. Otworzył ją i przytknął płomień do papierosa. Zamknął Zippo. by uchylić okno. Wcisnęła guzik. poruszając papierosem między zaciśniętymi wargami. żeby z tobą nie rozmawiał – mruknął. Teraz wszystko miało sens. Zupełnie jak w przedszkolu. powtórzył mu to przed treningiem. jako najlepszy przyjaciel Brada. On też nie chce ze mną pracować. – O co chodzi? spytał. głęboko zaciągając się dymem. – Nieważne. a ten. tym razem nieco zbyt ostro. które ostatnio stało się czymś więcej niż nawykiem po lekcjach. Po obiedzie Nikki musiała powiedzieć Markowi. że nie pozwalam wymalowanym pedziom pisać po swojej dziewczynie. No oczywiście. – Powiedziałem mu tylko. . a na jego ustach pojawił się uśmieszek rozbawienia. po czym rzucił na tylne siedzenie. po czym znowu położył obie ręce na kierownicy.

Wprowadziwszy samochód na podjazd przed jej domem. by otworzyć jej drzwi. żeby powiedział coś więcej. nie zamierzając przyznać. – Kiciu! To rozbawienie. bo o tym nie pomyślała. Uśmiechnął się tylko. sprawił. by zobaczyć. choć wolałaby. że gniew jeszcze w niej nabrzmiał. jakby to go usprawiedliwiało. On jedynie wzruszył ramionami.Isobel zgromiła go wzrokiem. Tym razem jednak Isobel otworzyła sobie sama. ten śmiech. Podeszła do drzwi wejściowych. Brad wysiadł jak zawsze. – Ej! – zawołał. . rozkładając ręce. – W takim razie mam zostawić swoje rzeczy na ganku? Przystanęła na schodku przed domem. Skrzyżowała ręce i patrzyła przed siebie. łoskot poniósł się echem po okolicy. który brzmiał w jego głosie. – Oj jest? Zignorowała go i bez słowa ruszyła chodnikiem. uznając. Przemaszerowała przez trawnik i wyrwała mu torbę. po czym odwróciła się. – Dobra. – Oooch – powiedział i puścił do niej oko. jakby pomyślał. Była zła na siebie. – Izo! – krzyknął. jak Brad stoi za otwartym bagażnikiem swojego mustanga i trzyma w wyciągniętej ręce pas. Zatrzasnęła je za sobą. że przesadziła z reakcją. W porządku! – zawołał za nią. aż. i zła na niego o ten szeroki. prostacki uśmiech gwiazdora filmowego. na którym wisi jej sportowa torba. że najlepiej zbyć go milczeniem. że jest urocza.

Choć bardzo chciała. dwunastolatkiem. jakby uważał. daj spokój. Odwróciła się. – Nie musiałeś tego robić. którego cała egzystencja obracała się wokół gier wideo. Isobel otworzyła drzwi na oścież i weszła do domu. co widzisz w tej grze – mruknęła. Iz. – Dobra. postanowiła nie odpowiadać na miłe słowa. ale zawarczał silnik i samochód ruszył z głośną muzyką i piskiem opon. – Słyszałam. Zmusiła się do zaciśnięcia ust. aparat słuchowy albo badanie psychiatryczne. Rodzice tego wieczora wyszli. gdy dobiegł ją trzask bagażnika. gdzie mnie szukać! Zamknęła drzwi za sobą i rzuciła torbę na podłogę w przedpokoju. zostawiając ją samą z Dannym. a porem odgłos zamykania drzwi od strony kierowcy. usiłując wykręcić się sianem. – Nie rozumiem. – Do widzenia – powiedziała i ruszyła do drzwi. by złapać go. Wiedziała. żując ostatni kęs pizzy. wiesz. że przydałyby się jej okulary. tylko z nim pogadałem. gotowa wybiec z powrotem na zewnątrz. konsol i . mała – westchnął.– Brad! – warknęła. – Pozdrów tatę. – Oj. że po prostu sprawdza jej reakcję. – W porządku! – zawołał. zanim odjedzie. Słyszałaś. Krzyknął jeszcze za nią: – Gdybyś zmieniła zdanie. kręcąc głową. – Też cię kocham. – Znowu się roześmiał. co mówiłem. Stała bez ruchu. jak mu groziłeś! – Nie groziłem mu.

bulwiastej lampy. choć niewyraźne. – A jaka jest różnica? – spytała bez prawdziwego zainteresowania. – Sama jesteś ohydna choroba. który położyła na stoliku obok pilota do telewizora. cichy i nieruchomy.sieciowych imperiów RPG. jakby dzięki temu odziana w zbroję postać na ekranie miała skoczyć dalej. Przewróciła oczami. pochylając się w lewo w nadziei. na wypadek gdyby ta zdrajczyni Nikki przysłała jej esemes. Zerknęła na swoją dłoń. – Ech! A w końcu musisz walczyć z Zorthibusem Klaksem. na szczelinie między pośladkami. Przyniosła go ze swojego pokoju. Nie mogła uwierzyć. na bladofioletowe kreski. bo muszę się skupić. które. . wciąż były widoczne. a wcześniej naładowała. – Ciągle to samo. wystającej nad pas. Leżał tam. Isobel skupiła wzrok na tyle jego szkolnych spodni. i popatrzyła na swój metaliczny różowy telefon komórkowy. – Każdy poziom jest trudniejszy od poprzedniego – wyjaśnił. – Brzmi jak jakaś ohydna choroba. tylko tło się zmienia. że ekranowa postać w zbroi zrobi to samo. że po powrocie do domu nie chciało mu się nawet przebrać Zamiast tego jak zwykle zasiadł przed telewizorem. – Wcale nie – odparł chłopiec i machnął kontrolerem w prawo. w blasku beżowej. A teraz się zamknij. Podparła głowę dłonią. kładąc łokieć na oparci u kanapy.

czy dziewiątką? Postanowiła zgadywać i zaczęła naciskać odpowiednie klawisze. kłucie końcówki wkładu. że pobiegła prosto do niego i wypaplała. Czy w ogóle zdołają przygotować ten projekt? Jej wzrok padł na telefon i tam pozostał. Nic mogła jednak zapomnieć o tym. że powiedziała Bradowi o wszystkim. jeśli się skupiła. Pewnie jego mama. I dzwonił. znowu zdenerwowana tym wspomnieniem. i dzwonił. co się stało. co z nich zostało. biorąc komórkę.. . pomyślała Isobel. patrząc na cyfry na ręce. a potem pokazała rękę ze słowami: „Dorwij go”. Wreszcie wstała. Na drugim końcu linii telefon dzwonił. by mu dopiec.Albo gdyby zadzwonił Brad. że chyba spodziewała się chrypliwego tonu i kaszlu nałogowego palacza.. Z roztargnieniem gładziła palcami wierzch dłoni. Otworzyła telefon i weszła do kuchni. Pewnie myślał. Uważał. wciąż czuła dotyk długopisu. – Nic podpal domu – warknęła do Danny’ego. Opadła na poduszki kanapy. w miejscu gdzie po niej pisał. a raczej to. Czy ta ostatnia była zerem. przyznając w duchu. chwyciła kołnierzyk koszulki i ugryzła. wagę jego dłoni. słodki kobiecy głos. – Halo? – odezwał się łagodny. jak Varen patrzył na nią w korytarzu.

że to dość dziwne słowa: „Nie dzwoń po dziewiątej”.– Eee. Czy mogłabym rozmawiać. czy jego własny wymysł? Czemu był taki dziwny? Isobel wróciła do salonu. – O.. Jęknęła. – Halo? – powtórzył głos. – Nie możemy pooglądać telewizji czy coś? – spytała z westchnieniem. Znowu usiadła na kanapie i patrzyła. . – Uważaj! Nie zwrócił na nią uwagi i podniósł kontroler. – Kurde! – jęknął i rzucił kontrolerem w stronę konsoli. jakby chciał się z nim pogodzić.. a wysoki głos obwieszczał w tle złowrogie zwycięstwo. rodem z tablic ostrzegawczych.. wpatrując się w niego. jak restartuje grę. Jej palec odruchowo nacisnął guzik końca połączenia. tak.. – Ej! – krzyknęła. Przez chwilę bezmyślnie trzymała aparat w dłoni. przypominając sobie. Telewizor migotał jaskrawym odcieniem oranżu.. co mówił o dzwonieniu po dziewiątej. gdzie go zostawiła. Jak to: „Nie dzwoń po dziewiątej”? Co się działo o dziewiątej? Czy wtedy kładł się do grobu? Czy to jakaś głupia zasada jego rodziców. gdzie zobaczyła Danny’ego dokładnie tam.. Dziewiąta trzydzieści. Telefon zamilkł. – Podniosła wzrok i zobaczyła elektroniczny zegar na kominku. Zastanawiała się nad tym i stwierdziła. przepraszam – wymamrotała Isobel.

– Halo? Isobel wyciągnęła rękę. Jej rozmowy telefoniczne stanowiły sferę nietykalną. – Danny. Danny puścił pilota i złapał komórkę. zanim ją złapała. a tymczasem znowu rozległa się muzyka z gry. – Ech! Ale z ciebie menda! – Cisnęła pilota na dywan. żeby nie dosięgła. i zabrał aparat. by chwycić sterownik obiema rękami. Rzucił telefon w jej stronę i schylił się po sterownik. – Wymiana – rzucił. szarpiąc w swoją stronę. – To twój chłopak! Zeskoczyła z kanapy i ruszyła w stronę brata. – Chwileczkę. Danny. Zadzwonił jej telefon. – A ty nie masz? – warknął. – Tak. ciągnąc ze wszystkich sił. niż przypuszczała. wyciągając rękę po pilota. – Naprawdę. nie masz pracy domowej. cofając się i trzymając komórkę za plecami. – Sięgnęła po pilota. Komórka podskoczyła między jej dłońmi. Isobel rzuciła telefon. .– Nieeeee! – jęknął. – Z uśmiechem pomachał telefonem. – Nie! – obrócił się i rzucił na nią. ale Danny miał szybszy refleks. kolegów albo czegoś takiego? – wystękała. jasne – powiedział. grasz cały wieczór bez przerwy. gotowa do walki.

– Jego ton z zimnego stał się lodowaty.. – Poza tym nie jesteś w moim typie. Nie cierpiała siebie za to. niektórzy poczuli. starając się nie zwracać uwagi na gorąco. bez namysłu dobierając słowa. Sama do mnie zadzwoniłaś. że. – Moi starzy mają identyfikację numerów. – Skąd masz mój numer? – Wyluzuj. .Przycisnęła telefon do ucha. – No tak – powiedziała. że im coś grozi. Za kogo ten koleś się uważał? – Wcale nie powiedziałam. że nie mówiłam Bradowi o tej akcji z numerem. co pierwotnie zamierzała powiedzieć – Chciałam tylko. Rzuciła szybkie spojrzenie na brata. przypominając sobie. kuląc się. – On po prostu tak ma.. – Nie przystawiałem się do ciebie – oznajmił. Serce jej załomotało. – Brad? – Niezupełnie – odparł zimny głos. po czym wymknęła się z pokoju. rozmawiałam z nim na ten temat – odparła szybko. zwłaszcza że jego ton brzmiał obojętnie. – No wiesz. Miała jednocześnie ochotę rzucić telefonem o ścianę i zwinąć się w kłębek. żebyś wiedział. które pełzło w górę jej szyi. – Słuchaj. – Słuchaj – zaczęła. – wymamrotała. zatykając drugie ucho palcem. Usta same jej się otworzyły. że mówi w tak urywany sposób.. – A.. jakby ustawiał ją do pionu. by jej nie słyszał.

Słyszała trzeszczenie po drugiej stronie. – Chyba żartujesz. – Jeśli nie olewasz tego projektu. Co to w ogóle za typek? Narzeczona cholernego Frankensteina? . będę jutro w głównej bibliotece – oznajmił przyciszonym głosem.– No to chyba bez znaczenia. że ty go usprawiedliwisz. – Idę spać! – Nie słyszę! – odkrzyknął przez ramię. ją wkurzył. Teraz. – Chryste – syknął.. – Po pierwszej. że ramy obrazów zaczęły się przekrzywiać. po czym go ścisnęła. że fajnie. tupiąc tak mocno. – Zrobię to sam. Isobel mocno przygryzła wewnętrzną stronę warg. – Ale jutro sobota. Odsunęła telefon od ucha. słysząc. – Wiesz. Urwała jednak. – Przycisz! – zawołała do Danny’ego.. skoro może liczyć. – Połączenie zostało przerwane. przyjdzie. – Ale nie dał jej skończyć. przechodząc jak burza przez salon. Chciała krzyczeć. – Nieważne – warknął. jakby chodził w kółko. Już zaczęła mówić. Zaczęła wspinać się po schodach. Chciała rozwalić telefon na kawałki albo cisnąć go do śmieci. wszystko jedno. Mężczyzna. że w tle ktoś go woła.

.

zadzwoniła do Nikki. . „Dlaczego się nie pojawiłaś?”. poddała się pragnieniu. że wszystkie zwykłe wygłupy ich paczki odbyły się bez jej udziału. Isobel oparła się o wezgłowie łóżka i wyciągnęła się. który zwykle pełnił w grupie funkcję rozjemcy. Wciąż niegotowa na rozmowę z Bradem. ale gdy wzięła prysznic i pochłonęła owsiany batonik. Odłożyła telefon. Zero. Esemesy? Zero. gdzie jesteś?” czy. postanawiając zapomnieć o tej zniewadze. słuchając. Wszyscy. Wyjęła ze skrytki magiczną kulę z wróżbami. Znajomy sygnał przyjaciółki zabrzmiał w jej prawym uchu – marny popowy kawałek o muzyku podrywającym jakąś laskę. Wyglądało na to. Zero Brada. czy w komórce zapisały się jakieś nieodebrane połączenia. Nie. Piosenka wciąż brzmiała. a co najgorsze.4 Tytuły Z samego rana Isobel sprawdziła. bez najzwyklejszego: „Ej. Ani jednego telefonu od Nikki. Beznadziejni. zero Marka. by do kogoś zadzwonić. Alyssy czy nawet Steviego. gdy dziewczyna przewróciła się na brzuch. twarzą do poduszki.

podrasować ją w Photoshopie. prosiłam. że on tylko pogadał z chłopakiem i że to tobie odbiło. I nie powiedziałam. nikomu by nie odbiło. by wymyślić dobrą odpowiedź. Bradowi totalnie odbiło i się pokłóciliśmy. – Nie – przemówiła w końcu. – Stevie w końcu pobił rekord Marka w Fighter Borg X. Bez wątpienia wykorzystywała milczenie. pasujących do wszystkiego odpowiedzi: „Spytaj później” Isobel prychnęła. Wiedziałaś o tym? – Ej. gdzie byłaś wieczorem? – spytała Nikki wciąż radosnym głosem. – Nikki. Z drugiej strony dobiegł cichy syk i Isobel czekała. – Izzy! Isobel usiadła. by kula odturlała się na bok. patrząc w czarne okrągłe okno. co się wczoraj stało. żebyś nic nie mówiła o tym. żebym nie mówiła Bradowi. – Za to powiedziałaś Markowi. – Prosiłaś. pozwalając. „Czy Nikki odbierze telefon?” Mały trójkącik wypłynął z mroku. przynosząc jedną z enigmatycznych. gdybyś nic nie mówiła! . Czemu? – A czemu nie? Co z tobą? Brad mówił. wesoły głos Nikki. podmalować i nabłyszczyć. wyobrażając sobie przyjaciółkę w głębokim zamyśleniu.Potrząsnęła nią. gdy piosenka urwała się w połowie refrenu i rozległ się pogodny. – Skarżypyta z ciebie. – Nikki. Właśnie miała się rozłączyć.

robiąc tajemnicę z jakiegoś głupiego projektu. Dziwnie się czub. Jestem zapisana do dentysty. okłamując przyjaciół. przerywając krępującą ciszę. patrząc na fałdki na różowej kołdrze. – W jej głosie pobrzmiewała lepka słodycz. że chodzi jej o unikanie Brada. jeśli zmienisz zdanie albo wreszcie przestaniesz się boczyć”. na razie – mruknęła Isobel. – Na razie. że tego nie kupiła. – Dobra. podjechałby po cieeebie. Nikki nie była taka głupia i obie wiedziały. A tym bardziej – z kim. – Dlaczego? – Muszę. – Na pewno gdybyś do niego zaaaadzwoniła. Isobel zmarszczyła brwi. Oczywiście nie mogła powiedzieć przyjaciółce. – Uuu. – Słuchaj.– Wszystko jedno – odparła Nikki. idziemy na chińszczyznę do Double Trouble. Odkąd to zdarzały im się chwile krępującej ciszy? – Tak czy owak – ciągnęła Nikki – jeśli wyjdziesz wcześniej czy coś. – Kłamstwo wyszło z jej ust. zadzwoń do mnie na komórkę. Chociaż tak naprawdę sama żadnych planów nie ułożyła. . choć Isobel poznała po głosie. To znaczyło: „Zadzwoń. – Nie mogę.. Kiepsko – powiedziała Nikki po chwili. marszcząc czoło. zanim zdołała je powstrzymać. Isobel pokręciła głową. Nie.. Brad też idzie. że zaplanowała coś innego. – No dobra – odezwała się Nikki.

pogrążony w jakimi ogromnym otwartym tomiszczu. patrząc na nią spod uniesionych brwi. – Pa – rzuciła Nikki. gdzie siedział i czytał. – Pa – odrzekła Isobel. starając się. nie podnosząc głowy. odosobnione. jakby żadna z nich nie chciała tak naprawdę kończyć rozmowy. tuż za działem literatury XIX wieku. Pomachała mu palcami. Po niemal piętnastu minutach chodzenia między regałami i zaglądania do poszczególnych pomieszczeń znalazła go w końcu na drugim piętrze. Czekała. Zaskakująco podekscytowana tym faktem Isobel z rozmysłem upuściła torebkę na stolik tuż przed miejscem. i powiedział. wróci. po czym weszła do środka. Zostawił ją przy bocznym wejściu. Łagodny blask biurkowych lamp połyskiwał na krzywiźnie kolczyka w wardze. „Ha – zdawał się mówić ten . że około trzeciej. by rozpocząć poszukiwanie Varena. po umówionej wizycie u fryzjera. Bez wątpienia specjalnie wybrał miejsce dość ukryte. pod starym pomnikiem poważnego Abrahama Lincolna. ale tym razem Nikki się rozłączyła. by ją odebrać.Nastąpiła przerwa. by jej ton był weselszy niż samopoczucie. Zerknął w górę. Tego popołudnia do biblioteki podwiózł Isobel tata. Isobel wbiegła po schodach i ledwie zauważalnie pomachała ojcu na pożegnanie.

Patrzył na nią. Odwrócił wielką księgę i pchnął w jej kierunku. – Co robimy? Znowu wykonał numer z przeciągającą się ciszą. pełne rozpaczy i dzikie zarazem. palcem pokazując miniaturowe. czy przegnać ją precz. który go pochłaniał. jakby potrzebował czasu na decyzję. ona z kolei wbiła spojrzenie w olbrzymi tom. Zapadnięte i otoczone wielkimi ciemnymi kręgami. Osunęła się nieco na krześle. po czym zaczęła kartkować. zerkając na mego. Nachylił się nad stołem i nabazgrał coś w żółtym notesie. co ożenił się ze swoją kuzynką czy coś? – Facet to bóg literatury.gest – znalazłam cię”. – To ten. czarno-białe zdjęcie Przedstawiało chudego mężczyznę o szerokim czole. dotykając stron księgi. z niesforną czupryną i czarnym wąsikiem. Otworzyła ją. Jego oczy wydawały się smętne. wydawały się emanował bólem. a ty tylko tyle masz do powiedzenia? Wzruszyła ramionami i wzięła jakąś książkę ze sterty na blacie. Jej oczy spoczęły właśnie na czarnej . – No – odchrząknęła. Według Isobel wyglądał jak elegancko ubrany pacjent szpitala psychiatrycznego. pilnie potrzebujący snu. leżącym na tym jego czarnym brulionie w twardej oprawie. gdy siadała naprzeciwko na wyściełanym obrotowym krześle. – Robimy – odezwał się w końcu – opracowanie na temat Poego.

ale wiedziała. że nie powinna pytać. zastanawiając się. kołysząc się w przód i w tył na obrotowym krześle. Nigdy nie mogłabyś być Lenore – odparł i wrócił do bazgrania. Patrzył. przewracając kolejną stronę. tak? Podniósł wzrok. – Aha – powiedziała. czy ją obraził.okładce. Skrzyżowała nogi i poprawiła się na krześle. Przestał pisać i podniósł głowę. – No to jak zamierzasz zrobić prezentację? Będę musiała odgrywać martwą laskę? To miał być żart. – Tak? A to dlaczego? – Po pierwsze – powiedział. czy to jakiś pamiętnik i dlaczego wszędzie nosi go ze sobą. Uśmiechnęła się. – Aha – odrzekła. Isobel parsknęła. Wymownym gestem oderwał długopis od papieru i . Co? Powiedziała coś nie tak? – Jego zmarła miłość – odparł w końcu. – Kto to jest Lenore? – spytała. ciągle gryzmoląc – nie jesteś martwa. żeby jakoś złagodzić jego drażliwą postawę. W takim razie ty będziesz Lenore. co za różnica. Mimowolnie zastanawiała się. próbując zdecydować. – Poego? – Narratora.

. – Maska Śmierci Szkarłatnej. aż znalazła długopis. a ja napiszę wypracowanie. – Dobra – powiedziała. Zmarszczyła nos na widok tego słowa. Czemu miała wrażenie.nastąpiła kolejna przerwa. . a dodała dodatkowe „r”. gorączkowo machając długopisem. a Isobel notowała na kartce. odkładając teczkę i znowu skupiając uwagę na książce z fotografią. więc wyszło „Ushrrów”. a Isobel musiała się pospieszyć. Wszystko wielkimi literami – ciągnął. Isobel położyła sobie torebkę na kolanach i zaczęła szperać w przedniej kieszonce. – Zaraz! – zawołała. – Zagłada domu Usherów – zaczął. Poczekał. że robi napis na czyimś nagrobku? – Zabójstwo przy rue Morgue – mówił dalej. – Zapisz to – powiedział. patrzyła nu niego ponad postrzępioną górną krawędzią papieru. – Ty będziesz mówiła na prezentacji. Wzięła ją. tyle że zapomniała o „e”. po której powoli mrugnął powiekami.. Odchyliwszy się na krześle. by napisać słowo „Usherów”. – Wyrwał pierwszą kartkę z notatnika i przesunął w jej stronę. gdy schylił się. kończąc „ci” w wyrazie „Śmierci”. – Zabójstwo. tuż pod napisanymi wcześniej jego ręką słowami: „Najważniejsze dzieła”. by wyciągnąć z torby ciemnofioletową teczkę.

Wiedziała.. żeby się rozchmurzył.. Popatrzyła na niego z namysłem. – Dalej. Kruk. szczerze zaciekawiona. jakby liczył. a ty jak chcesz to widzieć? Jego oczy błysnęły nad otwartą księgą. zupełnie ją zaskakując. . że nie jest typem Ronalda McDonalda. Otworzył fioletową teczkę i spojrzał na wsuniętą tam kartkę z zadaniem od nauczyciela. że chłopak ją ignoruje. O rany. uznając. aż końcówki jego czarnych włosów niemal musnęły litery. Z dłonią w gotowości czekała na następny makabryczny tytuł. a ona znowu wzięła długopis. by zajęła się pracą. Oderwała długopis od papieru i podniosła wzrok. nie przestając notować. – Nie wiem – powiedział jednak.– Ten facet miał poważne problemy – mruknęła w stronę kartki i pokręciła głową. że wpadnie do środka. Była to nieco złagodzona wersja śmiercionośnego wzroku. czego my nie wiemy – powiedział. – Na przykład? – spytała. by znowu się w nią wbić. a on opuścił wzrok na otwartą książkę. – Większość ludzi chce właśnie tak to widzieć – stwierdził. ale nie odpowiedział uśmiechem. – Posłała mu lekki uśmiech. ale chciała. Przerwała pisanie. – No. – Może wiedział coś. Przez dłuższą chwilę nic nie mówił. – To uzasadnione pytanie – odparł. – I zdecydowanie ma związek z projektem.

mrużąc oczy przed światłem. jak się zdawało. a niektórzy twierdzą. Tym razem co ona powoli zamrugała powiekami.W jego wypowiedzi sprzed chwili było coś dziwnego. nie mógł powiedzieć. co się stało. gdzie był ani co się z nim działo? W . Potem. A potem. jej sceptycyzm. Dostrzegłszy. że z jakiegoś powodu próbował zawrócić. – Znaleziono go półprzytomnego w rynsztoku w Baltimore. – Wracał do domu z Richmond. – Nic. których tam nie było. – Czemu? – spytała. zaczął kogoś wołać. Ktoś przyprowadził go do pobliskiego baru. – I nikt nie wie. wolno obracając długopis w palcach. – Co powiedział? Varen uniósł brwi i rzucił spojrzenie w kierunku jednego z pobliskich okien. Zupełnie zaginął – powiedział. Tak jakby w istocie wiedział. Zmierzał do Nowego Jorku i zaginął na pięć dni. Ale i tak jego słowa nie miały sensu. Kiedy zabrali go do szpitala. że znaleziono go w tym barze. wziął głęboki wdech.. mówił do osób. – Nie wiadomo. na dzień przed śmiercią.. kiedy znaleźli go w Baltimore. co miałoby sens. bo raz po raz tracił przytomność. Umarł. – A potem po prostu umarł? – Po kilku dniach w szpitalu. Ale nikt nie wiedział kogo. – Nigdy tam nie dotarł. – Jak umarł? – spytała. Isobel słuchała. zanim zaczął mówić dalej. tak. a niektórzy mówią. a przynajmniej miał jakieś pojęcie.

Jego wzrok znów stał się nieobecny i pierwszy raz zdawało się. – Jest wielu zwolenników teorii. To jedna z popularniejszych teorii.. delikatnych palcach. Paznokcie też miał długie. Nigdy nie widziała u chłopaka takich dłoni. – Dlatego poruszymy to w opracowaniu. – To był dzień wyborów – dodał – więc wielu ludzi przypuszcza. Zmarszczył brwi. ostro spiłowane. – Niektórzy uważają nawet. lecz wciąż męskich. – Że jest wiele teorii? – spytała. Rozpuszczano wiele plotek. niemal krystaliczne.. – Wzruszył ramionami. – Hmm. – Tak. ale nie dało się poznać. jak u jakiegoś Mozarta. gdy odchylił się w tył. o długich. Do takich dłoni pasowałyby koronkowe mankiety. . – No i miał wrogów. spojrzenie mu pociemniało. tylko dlatego że lubił koty. że pił? – Relacje są niejasne – odparł. – Krzesło Varena zaskrzypiało. że złapał wściekliznę. pięknych. że jego żelazna osłona nieco opadła. – A twoim zdaniem co mu się stało? Ku zaskoczeniu Isobel zrobił minę. Spojrzenie Isobel powędrowało do jego dłoni. jakby to było dla niego przykre pytanie. że zapił się na śmierć.ogóle? – Jest wiele teorii – odparł. że odurzono go narkotykami i zmuszono do kilkakrotnego głosowania.

która zdawała się zagęszczać powietrze między nimi. choć nie wiedziała co. ruszając między regały i zostawiając ich jeszcze bardziej samych niż przedtem. – Ale nie ten poeta. Sięgnęła po inną z leżących na stoliku książek. podniosła rękę i zasalutowała. Otworzyła usta. Isobel zatrzasnęła książeczkę z wierszami i pochyliła się do przodu. Ale własnej nie mam. Gdy zniknął jej z oczu. sztywnym ruchem głowy wskazując książkę. Cokolwiek. małą i cienką niby czasopismo. – Wydaje mi się. Zajrzała do środka i rozdzieliła strony. że te teorie są zbyt proste. o kapitanie! Mój kapitanie! Odwrócił się. czy znajdziesz wiersz Annabel Lee. Zebrał książki i minął ich. Łysiejący mężczyzna w szarym garniturze podniósł się z miejsca przy sąsiednim stoliku. gotowa coś powiedzieć. Muszę jeszcze raz iść sprawdzić coś na półce. Uprzedził ją jednak i bez ostrzeżenia wstał zza stolika. Odsunęła żółty notes i uniosła róg czarnego brulionu w twardej oprawie. wciąż tylko lekko . – Właściwa epoka – mruknął. Potem wszedł między półki. Nie mogąc powstrzymać uśmieszku. – Tak jest. którą trzymała – i zobacz.– Nic wiem – powiedział. Mijały kolejne chwile. byle tylko przerwać ciszę. – Przejrzyj ją – powiedział. Zapanowała namacalna wręcz cisza.

Zdumiało ją. Przewróciła następną stronę i tym razem odważyła się przeczytać kawałek tego. Isobel podniosła wzrok. Stała we mgle. że ktoś może siedzieć i poświęcać czas na takie mozolne kaligrafowanie. a tekst wyglądał perfekcyjnie i jednorodnie niczym drukowana czcionka. wychylając się lekko. gdzie poszedł. zobaczyła jeszcze więcej tekstu. znowu na niego czekając. o co chodziło z tym fioletowym tuszem? Było to jednak najpiękniejsze odręczne pismo. zanim przewróciła stronę. jakie kiedykolwiek widziała. by lepiej widzieć. lecz mimo to układały się w obrazy. Jego grzbiet wydał cichy. Obejrzała się jeszcze raz. trzeszczący dźwięk. co tam napisano.uchylając zeszyt. Fioletowe pismo pokrywało każdy centymetr białego papieru. Łatwo poszło. gdzie. unosząc się. Wyglądały raczej jak luźne szkice – linie nie były zdecydowane. z brakującymi częściami twarzy. tak jak podejrzewała. gdy otworzyła go do końca. jakby zrobiono je ze szkła. by . Wszystkie zawijasy łączyły się czysto. I to było dziwne. Rzuciła szybkie spojrzenie między regały. Chłopak był normalnie Szekspirem. Tu i ówdzie pisał wokół rysunków. jakby te strony częściej były rozłożone niż ściśnięte między okładkami. Zawsze w tym samym miejscu. Nie zobaczywszy go. znowu spojrzała na brulion. Ludzie z dziwnymi włosami.

– Ja tylko.. Przymrużyły się z pogardą i patrzyły na nią tak.. Nie mogła. aż z ociąganiem napotkały parę umalowanych oczu. i sięgnął po czarny dziennik. Sekrety świadomego snu. w poszukiwaniu miejsca. – Położył na blacie książkę. Isobel popatrzyła najpierw na palce ze srebrnymi pierścieniami. Widocznie poszedł do przeciwległego końca biblioteki. jakby Varen lada chwila miał użyć Mocy. z którą wrócił. Czarny brulion zamknął się. Jej oczy znowu skierowały się w dół. żebym zrobił? Nigdy nie odpowiadała. by tonął w smutku tych bezdennych czarnych wód.sprawdzić. Nic było po nim śladu. by wydusić z niej życie. Przeczytała jeszcze kawałek. czy za półkami i stosami książek nie porusza się czerń bądź srebro. zerkając na tytuł nowo przyniesionej książki. na papier. gdzie przerwała lekturę. To chyba nie był jego osobisty dziennik ani nie podobnego. które przyciskały okładkę. sięgając do niego jedynie spojrzeniem. – Węszyłam. po czym wepchnął go do torby. Ale . Mogła tylko patrzeć. – Nic nie widziałam – skłamała. wciągając go. a potem jej oczy podążyły stopniowo w górę odzianej w czerń ręki i jeszcze dalej. – Co chcesz. Zawsze zadawał to samo pytanie.

– Masz kartę biblioteczną. – Zacznij czytać – polecił. wieszając sobie torbę na ramieniu. zniknął między półkami. nie? Nie czekając na odpowiedź.to także zabrał jej szybko sprzed oczu. – Czekaj. – Muszę lecieć – oznajmił. . Co z projektem? Wskazał jej listę tytułów.

– Wzruszyła ramionami. – Trochę po trzeciej – odparł ojciec. – A tak. Próbowała powstrzymać uśmiech. . Nie odziedziczyła po ojcu ciemnokasztanowej. – Zielone światło. Właściwie zostały tylko trochę przystrzyżone. fryzjer uporządkował je w tym stylu co zwykle. – Nic nie powiedziałaś o mojej fryzurze – zauważył. która godzina? Isobel zastanawiała się. niemal czarnej czupryny. choć jej włosy były tak samo delikatne I proste. przyglądając się jego włosom. by przygładzić wyobrażone loki z tyłu głowy. który Isobel często nazywała „kudły a ta kloszard”. tak jak Danny. Patrzył na nią z głupawym uśmiechem. aż znów się odezwała. gdy ich sedan zatrzymał się na skrzyżowaniu. czy ekipa może jeszcze być w Double Trouble. – A co? – Tak się zastanawiałam. Cudna – powiedziała.5 Ostrzeżenie Hej. tato. odrywając rękę od kierownicy.

Na chwilkę oderwał wzrok od drogi. że Isobel jeszcze nie wiedziała. – Po krótkiej chwili zatrzymali się przed znakiem stop i spytał: – A co jest tematem tego opracowania? – Poe – westchnęła. którym Danny nie bardzo się interesował. bo mogli pogadać o sporcie. – Nie – zaprzeczyła. że ich zdaniem związek córki z Bradem stał się „poważny” od początku przedostatniej klasy. Nie miała ochoty wracać do tego tematu. – Jesteś dziś okropnie ponura – stwierdził. Nic więcej. „Powinnaś myśleć o studiach” – mawiała mama. gdzie i co chce studiować. że nie może na tym poprzestać. Wzięła jedną z książek. i zaczęła kartkować w poszukiwaniu zdjęcia. – Rozumiem.Znowu skierował wzrok przed siebie. Tata lubił Brada. trzymając obie dłonie na kierownicy. tuż przed . Znalazła jedno z większych (wszystkie wyglądały dla niej tak samo) i wyciągnęła otwartą książkę w jego stronę. a potem uznała. Kłopot polegał na tym. zakracze kruk”? – Tak. ten – potwierdziła. które miała na kolanach. – Poe? Czyli Edgar Allan od „Nevermore. Rodzice nie byli natomiast zachwyceni tym. – Brad i ja chcieliśmy po prostu spędzić ten weekend osobno. skręcając na zachód. – Jakieś kłopoty z Bradem? – spytał. w kierunku ich dzielnicy.

Isobel zatrzasnęła szafkę.wprowadzeniem samochodu na podjazd. by popatrzeć prosto na nią. Varen. W jej wyobraźni wyglądał raczej jak Charlie Chaplin. a jej zeszyt wylądował na podłodze. że robi jej numery rodem ze Świtu żywych trupów. Tuż za otwartymi drzwiczkami jej szafki. – A co z wąsami? – Przytknął palec wskazujący nad górną wargą. – Co myślisz? Uśmiechnęła się na ten widok i niemal parsknęła. Wyobraziła sobie ojca z czarnymi. by przejść obok. odwrócił się na siedzeniu. że aż puste. Kąciki jego ust uniosły się w triumfalnym uśmiechu. – Co? – spytała. tu i teraz. a nie Poe. za to. przy wszystkich. – Przechylił głowę w bok. Nic nie powiedział. – Może następnym razem też powinienem pozwolić. jakby nagle stała się przezroczysta albo coś w tym rodzaju. wciąż . żeby włosy tak mi urosły. bo nie spodziewała się. że może się roześmiać. Ruszył. patrząc na nią w oczekiwaniu reakcji. tak opanowane. niesfornymi lokami i schludnym czarnym wąsikiem. zdawały się patrzeć przez nią na wskroś. – Nie rób tego! – krzyknęła. a ona zapragnęła nawrzeszczeć na niego. gdy już zaparkował. – Aj! – pisnęła. Uniósł brwi. a potem. Wtedy poczuła na swojej dłoni jego palce. tylko stał i patrzył. Jego oczy.

jak kartka szeleści jej w ręce. którą podała Varenowi. że ktoś oderwał palec od przycisku spowalniającego akcję. stojących pod oknem przy kaloryferze. by za nim popatrzeć. Trzymała czerwoną kopertę. Oddech uwiązł jej w gardle. potem z niedbałą miną udała. by to złapać. Gdy pochłonął ich zatłoczony korytarz. gładząc kciukiem złożony kawałek papieru. rozjaśniającym jej pełne. umalowane ciemną szminką usta. Odwróciła się z gorącym uśmiechem. okryte ciemnozieloną kurtką. i na krótką chwilę chwyciły jego palce. Ostrożnie się rozejrzała. Czuła. a ona stwierdziła. leżącego na grzbiecie z nóżkami zadartymi w górę. by sprawdzić. Co on wyprawia? A jeśli ktoś zobaczy? Wcisnął jej coś w dłoń. przypiętego do kurtki agrafkami. Na kawałku białego materiału.zimne od porannego chłodu. gdy wpatrywała się w jego plecy. podniósł rękę i dotknął ramienia dziewczyny o ciemnych włosach i miedzianej cerze. Isobel odniosła wrażenie. . Jej palce zacisnęły się. tym razem drzwiczki uchyliły się bez problemu i sięgnęła do środka. W następnej chwili ruszył dalej. że zapomniała czegoś z szafki i znowu ją otworzyła. rozwijając karteczkę w ciemnym wnętrzu. Podszedł do grupki gotów. czy ktoś zauważył. a oczy szerzej się otworzyły. widniała sylwetka martwego ptaka. że odwraca się.

Serce Isobel waliło jak młotem.Wiedzą. Coś musiało się za tym kryć. – Hej. Nikki! Zaczekaj! – zawołała Isobel. i zamknęła drzwiczki. Nikki już nie było. że będzie się tym martwić później. co oznaczała karteczka. który wisiał w szafce. Nieprzyjemnie ścisnęło ją w żołądku. a następnie przekręciła gałkę zamka szyfrowego. Może Nikki miała rację. Nagłe dokładnie zrozumiała. co to znaczy. Kiedy skłamała i komuś skąd on o tym wiedział? Szczególnie ta ostatnia myśl wywołała zimny dreszcz. który przebiegł jej po plecach i dotarł aż do ramion. ze skłamałaś. Z początku nie miała pewności. wychodzącymi na dziedziniec. gdy z tacą z obiadem zbliżała się do stałego miejsca swojej ekipy. Niczym na dany znak Nikki przeszła obok. czyli stolika przy długiej ścianie z oknami. przeszła niecałe dwa metry od niej. Postanowiła. gdy zaczęła układać sobie w głowie wydarzenia tego poranka. . Gdy znowu się odwróciła. Może naprawdę próbował ją wystraszyć. po czym złożyła tajemniczą karteczkę z powrotem i wsunęła ją do kieszeni niebiesko-fioletowego rozpinanego swetra. Czyżby jej nie słyszała? Mało prawdopodobne.

Wydął wargi. Nie podobał jej się ten niedbały ton. Nikki fuknęła i przesunęła się.. Alyssa. pomyślała. na nic nie patrząc.. wyglądał przez okno. by zrobić miejsce. przeglądała wiadomości. od kiedy doktor Morton przyjmuje w soboty? – Właśnie – włączył się Mark z drugiego końca stołu. by wszystko przestało się trząść. gdy znalazła się przy stoliku. Isobel zgasiła uśmiech i napotkała jego spojrzenie. a Stevie. Popatrzył prosto na nią tymi wspaniałymi. Isobel ściskała brzegi tacy. a ona podeszła do ławki naprzeciwko niego.. To byli jej przyjaciele. Gwar przy stole umilkł. Po prostu zachowuj się normalnie. który podniósł wzrok. Nikki oglądała swoje paznokcie.– Idzie – dobiegł ją szept Alyssy. był Brad. pobrzękując swoją racą. wykonując w jej stronę gest parówką w cieście. niemal neonowo niebieskimi oczami. Brad pociągnął łyk swojej coli.. Mark kręcił w keczupie końcem parówki w cieście. trzymając komórkę na kolanach. Izo – ciągnął. – Ponieważ ty i ja chodzimy do tego samego dentysty. Zachowuj się normalnie. – Zastanawialiśmy się z Markiem. Nie odrywając od niej wzroku. Brad po prostu siedział. powiedz. Czym się tak przejmowała? Jedynym. odezwał się: – No. – Tak z ciekawości. nagle zainteresowany stadkiem gołębi na dziedzińcu. Nikt się nie odezwał. .

– Miałam coś do zrobienia – oznajmiła. Nikki wstała i wzięła swoją tacę. przesiadam się. że Isobel zmyśla? Więc czemu teraz miało to takie znaczenie? Nie wiedziała. jakby i tak wiedziała. by dalszy ciąg obiadu miał normalny przebieg. lecz zamiast apetytu czuła teraz podsycane poczuciem winy mdłości. Mógł to zrobić. by się nie pogrążyć. żeby to przerwał. – Z tymi słowami wydobyła spod blatu swoje długie nogi i pomaszerowała . jakby był to przykry obowiązek. a potem porozmawiają o zbliżającym się piątkowym meczu z Ackerman. wciąż trzymając się więdnącej nadziei. co powiedzieć. jakich użyć słów. Mógł sprawić. rzucając widelec na tacę. zanim zacznie się na dobre. że to nie poważnego. wycisnęła keczup na kotlet. osiągnie cel. i pozwolił. więc spróbowała po prostu wzruszyć ramionami. – Coś tu śmierdzi.Isobel odetchnęła głęboko i skupiła uwagę na Bradzie. lecz dźwięk ten utonął w ogólnym stołówkowym gwarze. że nie była to właściwa reakcja. Syknięcie Nikki szybko jej jednak uświadomiło. Odwrócił od niej wzrok. Może jeśli sprawi wrażenie. rozrywając torebkę z keczupem. Brzęknął głośno. Czy wczoraj przez telefon Nikki nie sprawiała wrażenia. że po prostu jej odpuszczą. błagając go spojrzeniem. Isobel opuściła wzrok na swoje danie. żując kotlet. – Więc nas okłamałaś? – Tym razem przemówiła Nikki. Nie wiedząc. że wszyscy zaczną się śmiać.

Zanim zebrała siły. że trzęsą jej się ramiona. który mówił. że blat znowu się trzęsie. a teraz zaczęła po prostu zawalać sprawę. to chyba dobry powód. Brad wstał od stolika. by odpowiedzieć. Zadał to pytanie łagodnym. Poczuła ostre pieczenie w okolicy oczu. zostawiając ją zupełnie samą. Nikt nie ośmielił się jej zatrzymać. pustego stolika w kącie. Alyssa była następna i w końcu podniósł się nawet Stevie. że odrabiała zadanie domowe. bo się wkurzysz. Na tę myśl zapłonęły jej policzki i spróbowała zasłonić oczy dłonią. Poczuła. który Isobel uznała za przepraszające chrząknięcie. Jeszcze jak. – No. który poszedł dołączyć do Nikki.do odległego. poczuła. a już zwłaszcza Isobel. zanim ta zdąży nabrać kształtu. by otrzeć łzę. ona i Brad. – Gdzie naprawdę byłaś? – spytał po dłuższej chwili. Nie podnosząc wzroku. gdy wstał ktoś inny. Kątem oka dostrzegła barwy szkolnej reprezentacji i wiedziała. zabrał tacę i oddalił się w kierunku pozostałych. która między nimi zapanowała. że wszystko można wybaczyć. że patrzy na nią cała stołówka. Wydawało jej się. przerywając niezręczną ciszę. – Nie mogę ci powiedzieć. Nie mogła przecież usprawiedliwiać się przed swoim chłopakiem tym. gdy próbowała . rozsądnym tonem. Od piątku w ogóle nie punktowała. siląc się na cierpliwość. wydając z siebie dźwięk. że to na pewno Mark. żeby mi powiedzieć – odparł. Podniosła palec. Zostali tylko we dwoje.

kiedy to wydało się. Pamiętasz? – Wybrałeś dziwny moment na popisywanie się poczuciem humoru – warknęła i znowu spuściła wzrok. O Boże. a drugą wbijała widelec w sałatkę. zakrywając mokre oczy przed resztą stołówki. – Proszę – bąknęła do swojego kotleta – nie rób tego. – Nie może – odparł. Czuła na sobie wzrok Brada. – Nie żyje – stwierdził. że poprzedniego wieczoru mama kazała jej umyć włosy majonezem. Zobaczyła parę czarnych butów. Czy ten chłopak był zupełnie tępy? Brad mógł nim wybrukować szkolny dziedziniec. usiłując przekonać świat. by wiedzieć.złapać oddech. Nie jadła obiadu sama od piątej klasy. – Tylko pogarszasz sprawę! – syknęła i wciąż. . by na niego spojrzeć. Wszystko. że wszystko jest w porządku. – Raczej nie słyszy. odchyliła głowę. z kim spotkała się w sobotę. Siedziała i jedną ręką zasłaniała twarz. że ją obserwują. Nie spotkamy się. Nie musiała zerkać w stronę swojej paczki. – On cię zabije. – Kiedy znowu spotkamy się w sprawie projektu? Do czego zmierzał? Naprawdę nie rozumiał? – Odejdź. – Do twarzy ci z tym – powiedział. że rozmazał się jej makijaż. tylko nie to. I jeśli dotąd nie zdołał odgadnąć. – Już nie żyję. teraz już wiedział. Łzy płynęły już ciurkiem i była pewna. pomyślała. które zatrzymały się przy jej stoliku.

– Pan Swanson przydzieli ci innego partnera. Odejdź. – Czyli jednak będę to robił sam? – spytał chłodno.– Może po szkole? – Mam trening. Tak po prostu. . – Zabawne. a przyjaciół musiała okłamać. że jemu mogła powiedzieć prawdę. Ku jej zaskoczeniu odszedł.

Był to jednak jedyny sposób. Do tego dochodziła jeszcze wyznawana przez trenerkę zasada: „Opuszczasz trening. czego nie widać Isobel nie chciała iść dziś na trening. Podniosły ją i podłoga została w dole. by jakoś odkuć się za ten dzień. Skacząca musiała być drobna i silna. Gdyby nie poszła. Od miesięcy ćwiczyły ten układ. dosłownie oddając się w ręce dziewczyn. Alyssa z kolei nigdy nie potrafiła wybić się wystarczająco wysoko. Isobel wsparła jedną rękę na ramieniu Nikki. a drugą na ramieniu Alyssy i wsunęła tenisówki w ich czekające splecione dłonie. Isobel przygotowała się. .6 To. które obecnie jej nienawidziły. że wyciąga się w górę niczym kwiat. nie tylko naraziłaby się swojej paczce. a w większości figur odgrywała jedną z głównych ról. ale też reszcie drużyny. ale o długości kończyn strusia. a Nikki miała wprawdzie zabójcze nogi. opuszczasz mecz”. Nie po wydarzeniach podczas obiadu. I nie zamierzała z tego rezygnować. Poczuła. z korzeniami tkwiącymi w ziemi. dążący ku słońcu. Ale z uwagi na spotkanie motywacyjne przed piątkowym meczem nie miała wyboru.

podczas gry trenerka Anne poszła majstrować przy odtwarzaczu CD. świdrujący jej potylicę. Isobel pomyślała. a drugą – Alyssy. szykując się do wyrzutu. Gdy rozległa się rytmiczna muzyka i zaczął się właściwy fragment. Isobel obróciła się i stanęła twarzą w warz z Nikki. Tak! Obróciła się raz. Jej kręcone włosy. przypominające sierść niedźwiedzia. jak ją łapią. pięć. podskakiwały przy każdym kroku.. – Nie obniżajmy lotów. Świat stał się wirującym kalejdoskopem rozmazanych twarzy.. – Sześć! Wypchnęły ją w powietrze. patrzyły teraz lodowato. Bardzo szybki półobrót – i poczuła... – Bardzo dobrze. Isobel obciągnęła treningowe szorty i przybrała pozycję. złotym i jasnym od świateł. że przynajmniej znowu ze sobą . Opadła w rozkroku. Iz – pochwaliła trenerka nieco bardziej odprężonym tonem. Nikki zajęła miejsce dokładnie za Isobel. Rozumiecie? Nie obniżajmy lotów. zazwyczaj tak radosne. błękitnym. Tym razem z muzyką. Posadziły ją na podłodze. – Dobra. Na „pięć” opuściły ją. a mokasyny skrzypiały na parkiecie sali gimnastycznej. drugi. jedną ręką obejmując plecy Nikki. – Cztery. której niebieskie oczy. – Czemu skłamałaś? – syknęła. która czuła wzrok przyjaciółki. chłopcy i dziewczęta.Trenerka liczyła głośno. – Drużyna zareagowała chóralnym jękiem.

że powinna zmienić pozycję przed następną formacją i nagle . Gdy nadszedł czas na wielki skok Isobel. płaszcz? Spadła w przygotowaną kołyskę i znowu postawiono ją na nogach. a co nie! Naprawdę nie dało się ciągnąć tej rozmowy. przodem do drzwi sali. które teraz były puste. – Bo chodzisz i wszystko rozpowiadasz! – Nie wtedy. obrotem czy przewrotem. ale w połowie drugiego z nich Isobel zdawało się. podpory czekały już w gotowości. skupiając wzrok na opustoszałym wejściu. miał na sobie coś. rozpierzchały i tworzyły nowe konfiguracje. i to ty decydujesz. kiedy to coś ważnego! – Tak.. Ciemną postać. że dostrzega coś w jednym z używanych przy treningach luster.. Isobel znowu popatrzyła na lustra i zmrużyła oczy. waląc piętami o podłogę. Trenerka lubiła też efekciarskie zmiany formacji. więc ustawiały się w różne kształty. Zapomniała.rozmawiają. Elektroniczna muzyka przyspieszyła i każdy takt wiązał się z wymachem. co wyglądało jak czarny kapelusz i. hop! Dwa szybkie obroty zgrały się w czasie z „uuuhuuu” wokalisty. Uniosły ręce. rozdzielały. pięć. co jest ważne. Widziała ją przez mgnienie oka – ktoś stał w wejściu do sali. Zdążyła zobaczyć tylko rozmytą sylwetkę. Muzyczny wstęp rozbrzmiewał niskim rytmem coraz głośniej. ale ktokolwiek to był. Cztery.

– To są niebezpieczne ćwiczenia. dalej! – wrzasnęła trenerka. wciągając powietrze przez zęby. Jutro spróbujemy znowu. – Co się. by jej ulżyć. jakby chciała jak najszybciej znaleźć się poza wszelkim podejrzeniem.. Idźcie do domu. by coś powiedzieć. – Machnęła ręką i wszyscy się odwrócili. Słuchajcie. by zabrać swoje torby i butelki z wodą.wpadła na nią Stephanie Dorbon. stało? – krzyknęła trenerka z czerwonymi plamami na okrągłej twarzy. – Nieźle. Muzyka umilkła. Isobel powstrzymała się od komentarzy. po czym ruszyli. rozkwaszonych nosów ani zapłakanych rodziców. Gdy Alyssa mijała Isobel. Złożyła ręce na piersi i znowu rzuciła krótkie spojrzenie w stronę drzwi prowadzących do sali. – No. Wokół niej cały wyćwiczony układ gwałtownie się zatrzymał. a to zawsze był zły znak. Pozbierała się przy wtórze narzekań drużyny. – Upadłam – powiedziała Isobel. dobra. Puste. mamrocząc pod nosem.. A mogłaby przysiąc. przedzierając się do miejsca. gdzie siedziała Isobel. a Stephanie stała tuż obok. Isobel mocno uderzyła o podłogę i ból zeszłotygodniowego siniaka obudził się z rykiem. pozostawiając swoją godność na podłodze. Podreptała w . Skuliła się. Podstawa: trzeba uważać! Nie chcę żadnych złamanych kości. do licha. Odchyliła swoje szerokie biodra w bok. albatrosie. nachyliła się. trzymając się za ramiona.

Nikki tylko raz zerknęła w tył. Łatwiej było się po prostu wkurzyć. Isobel zamknęła oczy i nie otwierała ich przez pełne trzy sekundy. białych w niebieskie i żółte paski. gdzie wciąż nikogo nie było. stając za jej plecami – ty zostajesz. podczas gdy chłopcy składali i wynosili lustra. . czy ten rok mógł się stać jeszcze gorszy! Zostawiła torbę i usiadła na trybunach. Czy ten dzień. przyciśnięte jej ciężarem.. po czym pospieszyła za Alyssą. by patrzeć. – Co się dzieje. Musimy porozmawiać. Isobel podparła podbródek dłońmi i skupiła się na swoich tenisówkach. – Isobel – powiedziała trenerka. który widzieli inni. Drewno i żelazo zaskrzypiały. Po wypłakaniu się na obiedzie miała dosyć żalu. panienko? Czas porozmawiać – powiedziała trenerka.stronę trybun po swoją torbę i wyciągnęła ją spomiędzy ławek. Może nie było z nią tak źle. Miała ochotę cisnąć ją na jezdnię i patrzeć. sadowiąc się na trybunach obok niej. – Minęła ją i poszła zwinąć przewód odtwarzacza CD. Może jednak było z nią źle. – Po prostu się zdekoncentrowałam – mruknęła Isobel. jak wszyscy pozostali wychodzą. Zerknęła w kierunku drzwi sali. jak przejeżdża po niej tir. Znowu popatrzyła na swoje dłonie i zaczęła wyskubywać nieistniejący brud spod paznokci.. Czuła raczej gniew niż żal.

Była wdzięczna za te słowa otuchy.. że dziś na obiedzie byłaś zdenerwowana. To. to nic takiego – upierała się Isobel. To wszystko.. Zahaczyła kciukiem o żółty sznurek na szyi. Po prostu nie chciałabym stracić swojej najlepszej skaczącej. Miło było spotkać się z uznaniem..– Dobra – odrzekła Anne. Czy jedno z drugim ma coś wspólnego? Isobel poczuła. – Wiem.. by się zasłonić. czego tak naprawdę nie było? I nie prosiła się o telefon do rodziców. Mogła powiedzieć. Czy już wszyscy wiedzieli o wydarzeniach ze stołówki? – Słuchaj. – Czy dzisiaj zdekoncentrowało cię to samo co w zeszły piątek? Dwa upadki w dwa tygodnie. jakby dziewczyna potrzebowała wizualnego potwierdzenia. – No – odezwała się trenerka. Co tylko? Zobaczyła coś. lecz nie przychodziła jej do głowy żadna odpowiedź. by pobawić się gwizdkiem. Dziewczyna kiwnęła głową ze wzrokiem wbitym w podłogę. – Słyszałam. – Jak na ciebie to nie jest normalne. przerywając przedłużającą się ciszę. Isobel – zaczęła trenerka. – Akurat. – Zawiesiła głos. . – Nie musisz mi nic mówić. że na jej policzkach wykwitają ogniste pąki i mimowolnie uniosła dłoń do czoła. – Podniosła dwa palce. – Ja tylko. nachylając się w przód z łokciami na kolanach. że się postara.

Ale do trenerki słowa nigdy nie przemawiały tak jak czyny. Isobel podniosła głowę. by później ją zmienić. że ktoś po ciebie przyszedł. – Zdaje się. – Odejdź. mokrymi i ciemnymi po prysznicu. gdy wyciągnął rękę i zaczął kręcić gałką. Odłożyć na bok wszelkie bzdury... Po prostu następnym razem będzie musiała lepiej się spisać. – Ej! – Trenerka ją szturchnęła. na jakiś czas o wszystkim zapomnieć i zwyczajnie się skupić. Z tym zarozumiałym uśmiechem i dołkiem w policzku. gęstymi włosami. Szedł za nią przez całą drogę z sali gimnastycznej do szatni. z kręconymi. notując sobie w pamięci. Odwróciła się od niego i ze wszystkich sił próbowała sobie przypomnieć szyfr do szafki. i zamarła.Mogła powiedzieć cokolwiek. Brad stał w drzwiach ze sportową kurtką przewieszoną przez ramię. . Odepchnęła jego dłoń i sama dokończyła wprowadzanie kombinacji cyfr. Isobel zmusiła się. – Lepiej już idź – powiedziała. by patrzeć prosto na niego. ale przestała. gdy to mówiła. A gdy do uśmiechu dołączyć mokre kosmyki opadające na twarz Wyglądał bardzo pociągająco. Trenerka wstała za jej plecami i ławka zadygotała ze skrzypiącym jękiem.

przewiesiła torbę przez ramię i pomaszerowała w stronę głównego wejścia. który zostawiła na weekend. – Nie chcesz. Drzwiczki otworzyły się na oścież.Pociągnęła za klamkę. żeby podwieźć cię do domu. że zniknął z haczyka w szafce. – Stój! – Chwyciła sweter i wciągnęła go na siebie. – Nie. błyskając żółcią i czerwienią. lecz okazało się. Otworzyła uchylne drzwi biodrem. Najpierw wzięła segregator. Drzewa na dziedzińcu machały gałęziami. Zamrugała powiekami i odwróciła się. z którymi mogłaby się umówić. Kilka suchych liści sunęło pustym podjazdem dla autobusu. ze szukają schronienia. postanawiane. ale drzwiczki się zacięły i Brad. szybko i mocno. by zobaczyć. ten. sprawiając wrażenie. że wieczorem zajmie się algebrą. jakby chciały przed czymś ostrzec. kopnął ich lewy dolny róg. – Żebyśmy mieli jasność! – zawołał za nią. Potem sięgnęła po rozpinany sweter. Stał i patrzył. że wisi za kołnierzyk na palcu Brada. wilgotnego powietrza omiótł jej twarz i potargał włosy. z rękami wsuniętymi w kieszenie kurtki. Powiew chłodnego. powiedziałam! – warknęła. – Odejdź. Ze złością zatrzasnęła szafkę. zanim zdążyła go powstrzymać. przekładając przy tym segregator z ręki do ręki. gdy wyszła i stanęła na betonowych schodach. skoro nie ma już przyjaciół. .

Oczywiście. . lecz. to tym lepiej. To jej jednak nie przeszkadzało. niewykluczone więc. podczas gdy z radia sączyła się cicha muzyka popowej stacji. Na dworze rozległ się grzmot. Unosząc brwi.Niebo. rozkoszując się wonią wody po goleniu. że mogłaby zadzwonić do mamy. bo zazwyczaj to on ją odwoził. piżmową i ostrą. pustych żwirowych parkingów w parku Cherokee. która lubiła czuć pod opuszkami palców i na policzku. Chciała. Obejrzała się na Brada przez ramię. mama jednak chodziła w poniedziałkowe wieczory na jogę. Powiedział. lecz nie całkiem gładką. Wdychała jego zapach. a jeśli w tym celu mieli udawać. trochę jak wygładzony papier ścierny. w takim wypadku musiałaby się pewnie zmierzyć z serią pytań o Brada. gdy ustami szukał jej warg. mogła też zatelefonować do taty. wydawało niski pomruk. Pomyślała. Okna mustanga zaparowały. miękką. pomachał kluczykami od samochodu. Lekki deszcz zabębnił o szyby. Isobel uwielbiała skórę na twarzy Brada po porannym goleniu. Miała w sobie szorstkość. że nic się nie zdarzyło. gdy się całowali. że chce porozmawiać. że już wyłączyła telefon. Wrócił już pewnie z pracy. ale jak dotąd niewiele rozmawiali. zasnute szarością. by wszystko wróciło do normy. Po drodze Brad zatrzymał się na jednym z.

Pomimo spadku temperatury na zewnątrz. i znowu jego dłoń powędrowała w górę. Wydał dźwięk. ale ten jego ukradkowy upór ją rozbawił.. ochryple. – Brad. Potrząsnęła ramionami. po prostu próbujesz się wymknąć na spotkanie ze swoim nowym chłopakiem. odsuwając sweter.Poczuła. – Mmm. gdzie wgłębiły się w materiał między bluzą a koszulką. który miał oznaczać „nie wiem”. – Mmm. Mruknął w odpowiedzi i ściągnął sweter z jej nadgarstków. zsuwając ją z pierwotnej ścieżki ku klatce piersiowej i kładąc ją sobie na talii. gdy się do niej nachylił. Znieruchomiała. w samochodzie zrobiło się ciepło. a jego dłonie podążyły niżej. łagodnie. Skórzane siedzenia zaskrzypiały.. by jej głos brzmiał surowo. że dłonie Brada zsuwają się na jej ramiona... – ... by pomóc mu zrzucić z niej tę zewnętrzną warstwę ubrania. Brad? – szepnęła przy jego ustach. Uśmiechnął się. lecz. że tak. Wiem. . muszę wracać do domu! – nalegała wśród chichotu. – Pewnie już siódma. po czym rzucił go na tylną kanapę. walcząc z pokusą. i lekko uszczypnął w bok. – Brad! – Zaczęła się wić w jego objęciach i starała się. – Wymyślasz – szepnął do niej. aż drgnęła. Która godzina? – spytała i chwyciła jego rękę. wciąż ją całując. Zamknęła oczy i zacisnęła usta.

po czym znowu rozsiadł się w swoim fotelu. Potem popatrzył w przód przez zaparowaną szybę. Jeszcze dwie sekundy temu było wszystko w porządku. Iz. – Obudzisz się wreszcie. Zapewne jednak był to zły pomysł. że się z nią droczy. Zmarszczyła brwi i znowu go odepchnęła. że Varen już wyjaśnił kwestię. – Nie będę już robić z nim tego opracowania. musi pomyśleć. Isobel? On patrzy na ciebie tak. ale słowa i tak wryły się głęboko. Odtrącił ją.Wiedziała. czy powiedzieć mu. – Nie mogła w to uwierzyć. czy nie. razem z pulsującą szyją i szaleństwem w oczach. Nie zamierzał odpuścić. czy ona jest w jego typie. – No – mruknął w takim razie czemu chodzisz taka wkurzona? – Wcale nie. ja tylko.. by na nią spojrzeć. A dziewczyna jak ty? Jeśli gadasz z takim facetem. Przyglądał się jej przez dłuższą chwilę.. – To nie było tak. To znaczy. dobra? .. bo takie słowa mogły wprowadzić Brada w tryb Hulka.. jakby nie mógł się doczekać kiedy cię zwiąże! – Brad! O mój Boże! – Ty po prostu nie rozumiesz. To kompletny świr. Wyciągnęła do niego rękę. Czuła się jak latawiec. że wygrał na cholernej loterii! Przez chwilę zastanawiała się. spadający z powrotem ku ziemi. – Mówiłam ci – powiedziała. wcześniej niesiony wysoko podmuchem wiatru. Rozpromienił się i pochylił z powrotem.

Gdy szczęknęło zapięcie. – Wybacz. – Wyciągnął rękę. – Zapnij pas. . obracając mustanga w kierunku drogi. Brad wdepnął gaz. Obróciwszy się. Tylne opony wzbiły fontannę żwiru. Isobel chwyciła pas i przeciągnęła go sobie przez biodra. żeby włączyć klimatyzację. Isobel skuliła się. że nie jestem załamany tą informacją.– powiedziała szybko. odgarniając włosy za uszy.

ale może jeśli porozmawia z nim w poniedziałek. jeszcze nie wymyśliła. by poprosić o pożyczenie złotego lakieru do paznokci. że tak naprawdę potrzebował tylko czasu. zastanawiając się. by ochłonąć po tej całej sprawie Varena. Znowu. Między nią a Bradem też było lepiej.7 Maelstrom Było co dziwne. powie. a potem wygłosiła długą tyradę. a następnego ranka po przyjściu do szkoły zastała go przy swojej szafce i z pomocą paczki czekoladek Hershey’s Kisses pogodzili się. Isobel nie rozmawiała z Bradem przez resztę wieczoru. by zrobić podejście do przystojnego chłopaka. narzekając na fatalne taco i gotowane kotlety. w jaki sposób zasłużyć na dobrą ocenę u Swansona. Oczywiście. z którym chodziła na chemię. czy rzucić Marka. Nikki cieplej traktowała Isobel i zadzwoniła w czwartek wieczorem. Wyglądało na to. Reszta tygodnia minęła bez wybuchowych sytuacji i znowu jedli razem obiad. Potem nikt nie wracał do sprawy z „dentystą” (ani do słowa na V) i wszystko zdawało się wracać do normy. że jej plan zajęć zbytnio koliduje z .

że wszyscy dostali kota na punkcie meczu – wygranego. . gdy pisał na jej dłoni – odpychała te myśli i próbowała myśleć o czymś innym. jeśli po prostu się o tym nie mówi. jeśli po prostu będą trzymali się z dala od siebie. ale niezwykły wydawał się fakt. które zakręciły się jak w kalejdoskopie. W końcu doszła do wniosku. Bradowi udało się nawet zaliczyć przyłożenie w drugiej kwarcie. Właśnie tak powinno być w szkole średniej. To wszystko. o tym. Po prostu wzbudził w niej ciekawość. jak jego głos brzmiał w telefonie albo jak skupiony wydawał się tamtego dnia. jak próbował ją ostrzec. Nie narzekała. No i żadne z nich nie ponosiłoby winy. że najwyraźniej wszystko można wybaczyć. Musiała jednak przyznać. że się spotkali. ma się rozumieć. Lepiej dla nich obojga. Mówiła sobie. ale nawet Alyssa stała się dla niej wyjątkowo miła. że tak będzie lepiej. podając te karteczkę. Gdyby mu powiedziała. byłaby to w zasadzie prawda. nauczyciel przydzieli jej samodzielny projekt albo pozwoli dołączyć do którejś z pozostałych grup. A kiedy tylko przyłapywała się na myśleniu o nim. przez Trenton. Spodziewała się czegoś takiego po Nikki. oślepiających świateł stadionu i pełnych trybun.planem Varena. wirując na tle czystego jesiennego nieba. o czymkolwiek. Tylko ciekawość i nie więcej. ale współpraca nie układała się najlepiej. Isobel wykonała swój skok jak gwiazda. że nieco dziwiła ją postawa ekipy. Układ czirliderek w przerwie też wyszedł bez pudła.

Rozległ się ryk silnika. – Ej. został. – Wrzucił bieg. Nikki i Mark tłoczyli się z tyłu. którego okna przyozdobione były wypisanymi mydłem hasłami: NAPRZÓD. Isobel zajęła miejsce obok Brada. a Alyssa. przekazując mu znajomy niebieski sweter. – Znam dobre miejsce. które wyglądały jak mała wysepka na morzu sosu czekoladowego. rumieniąc się na to wspomnienie. Złożyła go sobie na kolanach. by się nią zająć. Patrzył na nią jeszcze przez chwilę. Pojechali do małego lokalu pod nazwą Dessert Island. i powiedział. Stevie. JASTRZĘBIE i GIŃCIE. który narzekał na ból w kostce. mrugnął do niej bez uśmiechu.Po meczu Brad zaproponował lody dla uczczenia zwycięstwa i wszyscy wcisnęli się do jego mustanga. po czym uruchomił zapłon. NIEDŹWIEDZIE. że może dołączy do nich później. przekrzykując warkot. – W poniedziałek zostawiłaś to na tylnym siedzeniu. – Masz. z palmą . – Ze swetrem w dłoni Brad popatrzył wymownie na Isobel. – Jedziemy na lody. Nikki – odezwał się Brad. dobrze? – Ja go mam – oznajmiła Alyssa. – No dobra – powiedział. – Nie ma za co. – Dzięki. Isobel rzuciła mu z ukosa zaciekawione spojrzenie. Szyld przedstawiał lody. sięgając ręką do tylnego siedzenia. – O – powiedziała. – Podaj mi to.

ale neonowy napis OTWARTE jaśniał elektrycznym różem. Ręcznie wykonane malowidło na ścianach przedstawiało brzeg oceanu. – Jest tu ktoś? Isobel podeszła do wystawionych za szybą lodów. Za batem nikogo nie było. – Heja! – zawołał Brad przez bar. jakby ktoś je podparł. Wewnątrz lokal był ciasny i miał niewiele miejsc. Postukał w stojący na kontuarze dzwonek. Razem z prowizorycznymi dekoracjami i wypisanym kredą menu nadawało mu to kiczowato-rodzinną atmosferę. a drzwi na zaplecze były szeroko otwarte. ale wzruszyła ramionami.sterczącą pośrodku. Dźwięk dzwonka oznajmił ich przybycie. gdy dotarli do drzwi. jak i uchwyconymi w locie. Wyglądało na to. którego dźwięk wzniósł się ponad wyspiarską muzykę. Z głośników rozbrzmiewała tandetna muzyka perkusyjna. Isobel zastanawiała się. czemu idą właśnie tutaj. . zarówno siedzącymi na gałęziach. gdy zmierzali do wejścia. palmami i tropikalnymi ptakami. a nie do Greaters. a pośrodku każdego blatu położono muszlę. z piaszczystą plażą. Cały wystrój nawiązywał do motywów tropikalnych: oryginalne krzesła na bambusowych nogach stały wokół wiklinowych stołów. z wyraźnie nakreślonym upierzeniem. znajdującego się najbliżej szkoły. że we czwórkę są jedynymi klientami.

Przez chwilę zastanawiała się. – Mogę prosić malinowe z białą czekoladą w pucharku? – spytała słodko Nikki. dopracować część akrobatyczną i wprowadzić parę poprawek do końcowej piramidy. . a gdyby zdołała lądować ułamek sekundy wcześniej. Izo? – usłyszała pytanie Brada. w końcu jednak zdecydowała się na swój ulubiony smak – mieszankę banana z toffi. – Dla mnie to samo – powiedział Mark. – Alyssa. rozmyślając o meczu i udanym występie czirliderek. co bierzesz? – Jeszcze nie wiem. Patrzyła przez szkło. w którym czekała reszta.Klasyczne smaki sąsiadowały ze śmielszymi zestawieniami. Mogłaby też zdynamizować obroty. czy nie zaryzykować wściekle różowego „Rumu. – Chyba tak. To musi być coś dobrego. – A ty już wiesz. dajcie mi chwilkę. co chcesz. przeciągając palcem po małych prostokątnych plakietkach z opisami. Przed rozgrywkami krajowymi będą musiały tylko wzmocnić środek. – To co zwykle? Isobel przeszła wzdłuż długiego szeregu lodowych deserów do miejsca. Wsparła się biodrem o cicho szumiącą zamrażarkę. dopóki możesz”. „Ananasowa rozkosz” i „Guajava go-go”. – I bananowe z toffi w pucharku. takimi jak: „Szał makadamii z kawą”. – Koktajl czekoladowy – rzucił Brad.

gaszące całą wcześniejszą radość z tego wspólnego wieczoru i zmierzające do brzucha. gdyby patrzył na nią z nienawiścią. – Dostaniemy to dzisiaj? – odezwał się Brad i zastukał w kontuar między nimi. Lepiej by było. gotyckimi literami. VAREN – głosiła plakietka grubymi. że . Chociaż przeczytała imię na tabliczce i tak przeżyła wstrząs. wyrywając Isobel ze zdumienia. Nie odrywały się od niej. Choć serce waliło jej jak młotem. Z ociąganiem podniosła wzrok. jak jego elegancka dłoń sięga pod ladę i wyciąga z kubełka z wodą srebrną łyżkę do lodów. gdy zobaczyła jego spojrzenie. Pierwszy raz. który miał na sobie. Patrzyła.synchronizacja byłaby doskonała. Wszystko znowu rozgrywało się w zwolnionym tempie. pomyślała sobie. Spojrzenie Varena zatrzymało się na niej. Isobel zamarła ze spojrzeniem wbitym w ten napis. wyraźnie ujrzała jego twarz i oczy. jeszcze gdy się odwracał. gdzie rozpłynęło się w ból niepokoju. W jednej chwili zaschło jej w ustach. Zza pleców słyszała chichot Marka i Alyssy. a ich wyraz pozostawał nieodgadniony. Usłyszała klikanie klawiszy kasy i jej wzrok podążył bezmyślnie do identyfikatora sprzedawcy. poczuła. W rękach i nogach poczuła mrowienie. dzięki zielonemu daszkowi.

by lepiej widzieć. Wielobarwne rurki wysypały się na ladę i za nią. Zanim skończył. – Chcę jednak cynamonowe. niektóre wylądowały w otwartych pojemnikach z lodami. przyciśnięte do szyby. przepraszam – powiedziała.. – Wzruszyła ramionami i .. pod bacznym okiem Nikki. by wyskrobać resztki lodów z dna jednego z pojemników. w którym teraz stał Varen.. jak przewraca metalową puszkę ze słomkami. – Uważaj. – Zmieniłam zdanie. Podniósł spojrzenie. a jej dłonie.zamarło. – Nie mamy. co już robili. co jej przyjaciele zamierzają zrobić. gdy odbijały się od linoleum. – Ej. wydając ciche pacnięcia. by zobaczyć. a reszta spadła na podłogę. Isobel w milczeniu podniosła wzrok znad rozsypanych słomek do miejsca. nachylając się. – Ojoj – Brad. żeby nie dotknąć – powiedziała. co się dzieje. Nikki zastukała w szybę niby w akwarium. – No to nic nie chcę. gdy zrozumiała. – Co mam powiedzieć? – Wzruszył ramionami. – Jestem jak huragan. ozdobionego palemkami. Wyprostował się i starannie nałożył lody do małego papierowego kubka.. ty fajtłapo – zagruchała Alyssa. która stała na palcach. – Brad – powiedziała i obróciła się w samą porę. zostawiły duże rozmazane ślady balsamu do rąk.

Izo – odparł. Isobel chciała umrzeć. Iz? Wyluzuj. – Tylko wezmę swój koktajl. który wziął kubek i rzucił go na podłogę. ale zobaczyła jedynie zadowolony z siebie uśmiech Kota z Cheshire. jak Brad podał go Markowi. to pewne. gdyby próbowała ich powstrzymać. – Zastukał w ladę. – Odwróciła się i ruszyła ku drzwiom. a palce świerzbiły ją. który już przygotował. Wszyscy byli w zmowie. Warkot miksera przerwał ciszę. Wtedy do niej dotarło. Varen postawił pierwszy koktajl na ladzie przy kasie. – Jakie znowu hej. – Trzyma go w swoim zielonym fartuszku – włączył . Zdrada paliła. Czy Brad by z nią zerwał? W najlepszym razie musiałaby odejść z paczki. Plastikowa przykrywka odpadła i brązowa lodowa mieszanka rozbryznęła się na podłogę oraz pobliskie stoły i krzesła. by szturchnąć Marka w ramię. by zacisnąć się w pięści. złożone ramiona i spojrzenie utkwione w łopaty sufitowego wentylatora o kształcie palmowych liści. To był wypadek.machnęła ręką na deser. Patrzyła z niemym przerażeniem. Poza tym hrabia Pedziula na pewno ma gdzieś mop. – Można szybciej z tym koktajlem? Isobel zwróciła oczy na Nikki. – Jasne. Chciała po prostu umrzeć. – Brad. Gdyby jednak coś powiedziała. że wszyscy znowu ją znienawidzą. – Chcę iść do domu. wiedziała. – Hej! – wykrzyknęła i ruszyła naprzód.

Zanurzył w niej swoją dużą dłoń. – Nie możemy – westchnął Brad. Brad rzucił. . Nikki przywarła do szyby. – Nie! Nie! – krzyknęła Isobel. który podniósł klapę i przeszedł na drugą stronę kontuaru. Trzymając opakowanie lodów niczym piłkę futbolową. Alyssa pisnęła i uchyliła się. Pudełko poleciało w kierunku Marka. – Nadal nie dostaliśmy lodów bananowych z toffi i koktajli.się Brad. szykując się do rzutu. tutaj! – krzyknął Mark. – Wyjdźcie – warknęła Isobel. a tamci dwoje zanieśli się śmiechem. odchylił się. po czym szuflada się wysunęła. Podszedł do zamrażarki. Brad zrobił dziką minę. gdy na boisku prosił o podanie. przez co uderzyło w ozdobioną muralami ścianę za jego plecami. gdy wyciągnął plik dwudziestek. – Ej. Zbliżył się do kasy i wprawnie nacisnął kilka guzików. pozostawiając brązową czekoladową plamę na środku papugi kakadu. pokazując im drzwi. jak wtedy. nie odrywając wzroku od pudełka. Isobel odwróciła się w poszukiwaniu Varena i ujrzała Brada. – Dawaj! – zawołał. a Isobel aż się zachłysnęła. Brad. Mark parsknął śmiechem i cofnął się do samych drzwi. Zmiażdżone opakowanie zsunęło się i pacnęło na podłogę. który w ostatniej chwili ukucnął. klaszcząc w uniesione dłonie. otworzył drzwi i wyciągnął półlitrowe pudełko lodów.

aż wyglądały jak dwie supernowe. by sięgnąć po pieniądze. a gniew przydawał jego oczom nienaturalnego blasku. Zanim stanął prosto. tłumiąc odruch. – Wynocha – wycedziła przez zęby. Poczuła. że cała drży. jeśli nie liczyć cichej muzyki perkusyjnej i ledwie słyszalnego szumu zamrażarki. żeby kiedyś w życiu była na kogoś lub na coś aż tak wściekła. Wymierzyła mu policzek i trzask jej dłoni o jego szczękę wstrząsnął pomieszczeniem. Nie pamiętała. miał je niemal na wyciągnięcie ręki. Twarz mu stężała. Cofnął się. nie wiedząc za bardzo. przerażenie chwyciło Isobel za serce. a dłoń zacisnęła się w pięść. Zapadła cisza. Brad stracił równowagę i upuścił pieniądze. jak bomba zegarowa.Wtedy Varen ruszył. Bez namysłu. Wpadła na niego z impetem. który zatoczył się do tyłu i uniósł rękę z otwartą dłonią w pojednawczym geście. że całe jej ciało się wzdryga. gniotąc je w mocnym uścisku. gdy Brad odepchnął Varena. Gdy ta scena rozgrywała się przed jej oczami. Przełknęła ślinę. gotowe lada chwila wybuchnąć. – Powiedziałam: wynocha! . Isobel rzuciła się ku niemu. oberwał. co robi. Czuła. a jego teka wyglądała niczym pyton gotowy do ataku. Bradowi o to chodziło. łapiąc go za rękę. Brad patrzył na nią. Znalazł się na tyle blisko. by znowu go uderzyć.

bo usłyszała trzask. po czym zasunęła ją z powrotem. Dopiero gdy Brad wyszedł. po czym z tylnej kieszeni dżinsów wyjął pogniecioną paczkę papierosów. mijając ją. roztrzęsionymi rękami wepchnęła je na chybił trafił do szuflady w kasie. ale nie widziała. jakby nie się nie stało. Pochyliła się. że cofnie swoje słowa. próbując się jakoś zakotwiczyć i odpowiedzieć sobie na pytanie. Nic zrobiła tego. ale Varen zniknął. po czym rzucił zmięty kawałek papieru. jakby wcale go to wszystko nie obchodziło. by pozbierać pieniądze. Ktoś inny poszedł w jej ślady. wydobyty z kieszeni kurtki. Brad patrzył na nią przeciągle i ostro. czy to Mark. zanim doszedł do drzwi. jakby czekał.Nikki pierwsza wymknęła się przez drzwi. Przeciągnął dłonią po włosach. czy . na jeden z brązowych wiklinowych stolików. Gdy w końcu dzwonienie trzeci raz dobiegło jej uszu. zmierzając do drzwi. poczuła. bo była zbyt zajęta. co poszło nie tak. Przytrzymała się boków kasy i wbiła wzrok w ponumerowane klawisze. przewiercaniem na wylot swojego byłego chłopaka. Isobel to spostrzegła. Przystanął. – Więcej się do mnie nie odzywaj. czy Alyssa. w końcu więc zrozumiał i ruszył przed siebie. zapanowała nad głosem. Rozejrzała się. jakby mieściło się w niej wszystko. że drżenie ustępuje. a po nim dźwięk dzwonka. by mówić cicho i powoli. Dzwonek nad drzwiami rozbrzmiał czwarty raz.

Liścik od Varena. napisany. Z ręką na klamce zatrzymała się. topniejące na podłodze lody i nadal ani śladu Varena. Przewrócone krzesła. gdy reflektory samochodu Brada omiotły okna wystawowe. na zgnieciony karteluszek. jasne niczym szperacze. jak wóz odjeżdża z parkingu. by ją ostrzec. by obejrzeć obraz zniszczeń dookoła. Wzdrygnęła się. Zadrżała. a jej spojrzenie powędrowało na stolik. . Pod wpływem impulsu pognała w kierunku drzwi. co to takiego. Zesztywniała. który wsunęła do kieszeni swetra. z piskiem opon. ale ogarnęło ją coś na kształt ulgi. Isobel zacisnęła powieki.„tu i teraz” jest niemożliwe. Już nigdy nie będzie mogła. czy też prawdziwe. Nasłuchiwała. Swetra zostawionego w samochodzie Brada. Uciekły gwałtownie. odwróciła się powoli i znowu otworzyła oczy. Nie mogła w tym momencie przed nim stanąć. zanim samochód wtopił się w mrok nocy. Ten. Nie po czymś takim. Nagle uświadomiła sobie. który rzucił tam Brad. Zmodyfikowany tłumik ryknął.

paczkami serwetek i pudłami z papierowymi kubkami. W końcu. że drzwi są zablokowane małą drewnianą skrzynką. jesteś tam? Nic było odpowiedzi. po czym spoczęło na drzwiach do chłodni. że . wzdłuż ścian o popękanym tynku w obrzydliwym kolorze jaskrawej zieleni. a świetlówki zajaśniały z cichym trzaskiem.8 Ligeja Z plecami przyciśniętymi do ściany Isobel stała tuż przy drzwiach dla personelu. Palcami natrafiła na włącznik światła i przesunęła go w górę.. Drżącą ręką sięgnęła do środka i pomacała ścianę. odepchnęła się od ściany i nieśmiało zastukała dwa razy we framugę.. Chwyciła za klamkę i pociągnęła. dodając sobie otuchy urywanym oddechem. Jej badawcze spojrzenie minęło szarą szafkę i tylne wyjście. – Halo? – zawołała w atramentową ciemność. – Jesteś. Weszła do pomieszczenia. Zbliżyła się do chłodni i zerknęła w dół. Ujrzała półki załadowane kartonami wafelków do lodów. zauważając. zaskoczona. Były otwarte i przez szczelinę sączyła się mgła.

– zaczęła. Skuliła się bardziej. właściwych słów.. Przeprosiłam cię.. Puściła drzwi chłodni. na chybił trafił szukając dalszych słów. – Wiem – odparł. Isobel zacisnęła usta... gdy wydało jej się.. że ma na sobie golf i niebieskie spodnie od dresu. – Po co to zrobiłaś? . – powiedziała. które przyszło jej do głowy. a gniew malował się na jego twarzy... że przez opary dostrzega czarny but. – Ja.. obejmując tułów rękami... wypuszczając potężny podmuch zimnego powietrza prosto na jej trampki. choć zabrzmiało to nieporadnie nawet w jej własnych uszach i rozumiała.. czując przypływ frustracji.. – Co tu robisz? – To było pierwsze i najbezpieczniejsze pytanie. Najpierw wsunęła głowę. – Włożyłam. – Słuchaj.otworzyły się tak łatwo. – Przepraszam.. Siedział w kącie.. które uderzyły o drewnianą skrzynkę. a weszła dalej dopiero wtedy. wsparty na ławce złożonej z opakowanych w folię pojemników z lodami. – Dzięki.. które włożyła po meczu. zadowolona.. Próbuję. że to nie wystarczy. przygarbiła się i skuliła. – Nie wiedziałam. że oni. pieniądze z powrotem do. Weszła nieco dalej w ziąb.. Daszek leżał na podłodze między jego butami i włosy znowu zasłaniały mu twarz. więc nie mogła odczytać jej wyrazu. – Po co? – Podniósł na nią ostry wzrok.

po czym odchrząknęła. że co udowodniłaś. Faktycznie. Znowu to samo. – Co masz na myśli? Nie mogłam po prostu. Ta jego blokada. by odpowiedzieć.. podchodząc na tyle blisko... czirliderko? – Podniósł się nagle. – Obchodziło cię – szepnęła i własny oddech otoczył ją obłokiem bieli. Szczękając zębami. – Jej wzrok opadł na matową metalową podłogę.. by przełknąć ślinę i pomyśleć.. znowu uwięziona przez moc tych oczu. przestała się kulić i wyciągnęła rękę. . drżąc z zimna i zdenerwowania... nie było w porządku. – N-nie. który ją otoczył. niż na nie odpowiedzieć. – To po prostu. nie dobyło się z nich żadne słowo. – zająknęła się. – To byli twoi przyjaciele. Gwałtownie pokręciła głową. – A.. aż poczuła bijący od niego gniew. by stanąć nad nią.. a ona mimowolnie zrobiła krok w tył. wciąż świadoma jego obecności nad sobą niczym burzowej chmury. Spodziewała się jego gniewu. owszem. – wyjąkała. Podniosła wzrok. Przerwała.. – Czemu cię to obchodzi? – spytał. ale takie otwarte wyzwanie? Gdy otworzyła usta.– Ja. by odepchnąć jego pytania.. prawda? – Tak. a czemu obchodzi ciebie? – Kto tak powiedział? Wzdrygnęła się. trzymając drżącymi palcami świstek.. raczej po to. czemu ją to obchodziło? Zastanowiła się. – Uważasz. ale.

Szybko zerknął na liścik. ma.. czy pójdzie za nią. Odwrócił się i niedbale wskazał drzwi gestem. – Bo. gdy z powrotem znalazła . – Nieważne – powiedziała. że oni wiedzą o moim kłamstwie na temat soboty? – Ktoś. ze sztywnymi ramionami. Otoczyło ją cudowne ciepło. – Podniosła na niego wzrok. Zawahawszy się tylko przez chwilę. – Skąd w ogóle wiedziałeś? – naciskała. Jak on mógł to znieść? Zamknęła oczy na jedną długą sekundę. – Zapomnijmy o tym. Twarz mu się zmieniła. wyśliznęła się na zewnątrz. Moglibyśmy.. – Nie wiem – przyznał. by pobudzić krążenie. – Chyba po prostu doszło to do mnie pocztą pantoflową. A jakie to ma znaczenie? Ma. – Znowu zmienił ton. – zaczął. że słuchał. Cofnął się.. – Trzęsła się coraz mocniej i poruszyła kolanami.. a potem równie szybko odwrócił spojrzenie. pomyślała. niepewna. po czym odwrócił się do ściany. szczękając zębami. Gdy znów je otworzyła.. przyglądając mu się. Bo to by znaczyło. powiedziała: – Słuchaj. który oznaczał: „Ty pierwsza”.. że się interesował. Patrzyła na jego plecy z nadzieją. możemy wyjść z tej zamrażarki? Proszę. – Skąd wiedziałeś.który Brad zostawił na wiklinowym stole. ale po chwili przerwał. Chciała wiedzieć. niepewność zajęła miejsce urazy. – Kiedy zostawiłeś mi tę kartkę. że pytanie rozładuje jego gniew.

Spryskała to miejsce windeksem i wytarła szybę szmatą. bo w środku znajdowała się zarówno komórka. Przyniósł ją razem z torbą Isobel. Wyszedł w ślad za nią i odkopnął prowizoryczną blokadę. jak i klucze do domu. Znalazła puste wiadro i stos poskładanych szmat. by ogromne drzwi chłodni zasunęły się i zatrzasnęły. by oczyścić szybę z gumy do żucia. Podeszła do podwójnego zlewu pod przeciwległą ścianą i przykucnęła. Zanim zabrali się do sprzątania bałaganu pozostawionego przez ekipę. Przez chwilę siłowała się z wiadrem. Nos jej odtajał i zaczęła chuchać w dłonie. Nie czekała. Zerknęła na niego przez ramię. którą Brad. zostawił na parkingu. gdzie znajdzie środki czystości. która. jak przypuszczała. którą wyciągnął z samochodu.się na zapleczu. by zajrzeć pod spód. Była mu jednak naprawdę wdzięczna. Varen zmienił CD z perkusyjną muzyką na jedną z płyt ze swojej kolekcji. kto to? – spytała. . należała do Alyssy. – Cemetery Sighs – odparł. zginając i prostując palce. zanim odjechał. używając serwetki. wyprostowała się i odkręciła gorącą wodę. kiwając głową w ponury rytm energicznej. pozwalając. ani nie spytała. natarczywej muzyki. by je wyciągnąć. jak na dżentelmena przystało. by odzyskać czucie. – Masz mop? – Przypomnij. aż każe jej wyjść.

– Jakie to romantyczne – zadrwiła.. a potem wstaje z grobu. – Mnie wydaje się makabryczne.. To ja. – Ale to dziwne słowa. że natarczywa muzyka umilkła i rozległ się damski wokal a cappella. gdy byli w chłodni. by opłukać szmatę. że miłość może pokonać śmierć? – Chyba tak.. ale tak naprawdę nie chciała o tym myśleć. który zupełnie rozpuścił się na podłodze. Niech całun śmierci stanie się welonem. – Przykro mi. – Makabra może być romantyczna. Przestał sprzątać i odwrócił się. not gone – powiedział. piękny i smutny. .– Ta piosenka nosi tytuł Emily not.. – Pokręciła głową i się skrzywiła. Ciemniejsze niż wśród nocy krucze skrzydła. Me oczy dla ciebie nadal rozpalone. żeby być ze swoim ukochanym. – Faktycznie – przyznał i przeciągnął mopem po resztce brei z koktajlu. – Wzruszyła ramionami. Skrzywiła się na myśl o całowaniu trupa i podeszła do zlewu za ladą. To ja. Ponad szumem zimnej wody usłyszała. która umiera. Chociaż usta blade i skóra przebrzydła. – Nie uważasz tego za romantyczne? Idei. by na nią popatrzeć. Na myśl przychodziło jej tylko sformułowanie: „oddech śmierci”. – Opowiada o kobiecie.

która powraca z zaświatów i zajmuje ciało innej kobiety. Lady Ligeja. żeby trwać przy ukochanym. Aha. lady Ligeja. kierując je w stronę zaplecza.. że jest zbyt głupia? – Lady Ligeja – zaczął znowu – to postać w literaturze. po czym stanęła w drzwiach zaplecza. przesunął wiadro za ladę. – To jedno z najbardziej znanych opowiadań Poego. Stała przez chwilę ze skrzyżowanymi ramionami i myślała. Isobel przerwała.Twoja zaginiona miłość. że jej słowa wyrwały go z transu. Uroczo. – Co? – spytała. – Zgadza się. hipnotyzujące wibrując. jakby się zastanawiał. po czym umilkła. – Isobel zbladła. – O tak. To dlatego nie chciał rozwijać tematu. – Urwał jednak i przestąpił z nogi na nogę. okrążywszy kontuar. Wsparła dłonie o .. oderwał mop od podłogi i zanurzył go w brudnej wodzie. Zakręciła kran i odwróciła się. głos kobiety cichł. cisnęła szmatę do zlewu. pomyślała. wsparta biodrem o szybę chłodziarki z lodami. czy nie. że nazywała się Emily – powiedziała i zdawało się. – Pewnie ta druga laska nie miała nic przeciwko temu? Uśmiechnął się i ściskając kij od mopa. Następnie. czy to wyjaśnić. Czy czegoś nie rozumiała? Czy uważał. Popatrzył na nią. a melodia rozbrzmiała znowu. – Chyba mówiłeś...

Obserwowała. Następnie złapał jeden z worków na śmieci. – Daj mi chwilę – poprosił. a gdy ruszył do drzwi. Znowu podniosła wzrok i w milczeniu patrzyła. – Trzeba go skończyć za dwa tygodnie. Jeśli czegoś się dowiedziała o Varenie. myjąc ręce. – Muszę to wynieść. jak podnosi wiadro i wlewa brudną wodę do odpływu. które napełnili podczas sprzątania. Była przekonana. niż zanim Brad i paczka narobili bałaganu. – Czy to nie ty powinnaś się tym martwić? – Chyba tak – bąknęła i skierowała spojrzenie na wymytą podłogę. Wszystko wyszorowali. – Tak. pociągnął za plastikowe tasiemki i zawiązał. – Ej! – zawołała. jak otwiera szafkę w rogu i wyciąga swój portfel z przyczepionymi trzema różnymi łańcuszkami. ciągnąc . – Skoro o tym mowa. wiem – odparł. po czym na jednym z wiklinowych stolików położył portfel. zeszła mu z drogi. że teraz jest czyściej. Odstawił wiadro i stanął do niej plecami. to tego.framugę i nachyliła się do środka. Minął ją i poszedł do głównego pomieszczenia. jak znowu znika na zapleczu. Drugą ręką wyjął coś jeszcze. zrobiłeś już ten projekt? – Nie. zwinięte łańcuszki oraz garść pierścieni. Patrzyła. aż lśniło. że jest dokładny.

za sobą worek. jakby w milczeniu zachęcała patrzącego. było przezroczyste okienko na zdjęcia. że jeden z nich to sygnet szkoły. Isobel przypomniała sobie. a potem znowu na portfel. w każdym razie ptaka. zbierającej się co rano przy kaloryferze obok bocznych drzwi. Nikt by tego nie zauważył. Jej spojrzenie przesunęło się z pierścieni na portfel. Usłyszała. widniał profil wrony czy kruka. który jastrzębiem nie był. że była jego dziewczyną? Panienka ze zdjęcia nie uśmiechała się. czyli paczki smutasów. Pierwszą rzeczą. owalna fotografia. gdzie na ogół znajdował się herb z głową jastrzębia. Jej okrągła warz miała wyzywający wyraz. Isobel szybko chwyciła portfel i go otworzyła. który zastąpił tradycyjny niebieski szafir szkoły Trenton. Na zewnątrz rozległ się łoskot śmietnika. a z boku. Zerknęła na otwarte drzwi dla personelu. Pośrodku onyksowego oczka widniała srebrna litera V zamiast T. by zwrócił się do niej bezpośrednio. patrząc z oddali. Gęste pukle czarnych włosów nie mieściły się w kadrze. że to właśnie ona dała mu czerwoną kopertę. że otwierają się tylne drzwi prowadzące na zewnątrz. Czy płynął z tego wniosek. W środku znajdowała się pojedyncza. przedstawiająca dziewczynę z porannej grupy Varena. Chyba nazywała się Lacy. Zauważyła. . Kanciaste srebrne obramowanie otaczało czarny prostokątny kamień. Opuściła wzrok na portfel i niewielką kolekcję pierścieni. którą zobaczyła.

Wyłonił się z zaplecza z czarnym futerałem na płyty CD w jednej ręce. lecz wciąż widziała jego odbicie przez przyciemniane . Drżącymi rękami Isobel zamknęła portfel i położyła go z powrotem na stoliku. Odłożył futerał i włożył swoją znoszoną zieloną kurtkę myśliwską. że kończą się lokami potraktowanymi czerwoną farbą. starając się wyglądać nonszalancko. by przypiąć łańcuszki do paska. w połączeniu z miedzianą karnacją. Wyjrzała przez szybę wystawową. Cisza zdawała się pulsować. a kurtką w drugiej.lecz Isobel wiedziała. Pod workowatą koszulką był chudy i blady. przypiętym agrafkami do pleców. wykonał półobrót i uniósł koszulkę. ale wyglądał na silnego. czy też zimna jak u wampira. czy jego skóra jest w dotyku ciepła. Muzyka Varena ustala nagle. Odwróciła się. a dzięki ostrym pociągnięciom konturówki jej duże ciemne oczy wydawały się jeszcze większe. Starała się nie zarumienić. gdy nagle przyłapała się na pytaniu. nadawały jej wygląd egipskiej bogini. tę z wizerunkiem martwego ptaka. Czarny pas ze srebrnymi ćwiekami okalał jego wąskie biodra. Isobel ukradkiem zerknęła. Opadła na jedno z krzeseł i założyła nogę na nogę. umalowane szminką o głębokim bordowym odcieniu. między pierścieniami. Miała też pełne usta. włożył portfel do tylnej kieszeni. Te oczy. Przystanął przy stoliku. tam gdzie go zostawił.

nie? Myślała o tym przez całą drogę do domu. jak w lodziarni znowu wypłynął temat Poego. – Chodź – powiedział. Isobel nie spieszyła się z odpinaniem pasa. Lecz w tym momencie. z ciemnobordowym wnętrzem. Obróciła się w fotelu. – Słuchaj – zaczęła. jakby wypełniał jakiś rytuał. gdy była już przed domem i zaraz miała wysiąść z samochodu. od której wziął nazwę. Patrzyła. Może . wziął futerał z płytami. by spytać. a ona się ocknęła. Nie zebrała się jednak na odwagę. Jeździł czarnym cougarem z 1967 roku. Jego ręce. To chyba nie mógł być zbieg okoliczności. Lotus Grove. by na niego popatrzeć. obserwując każdy jego ruch. niezdolna do odwrócenia wzroku. Właściwie myślała o tym. rycząc i mrucząc niczym puma. – Odwiozę cię do domu. wtoczył się na podjazd przed domem i stanął. odkąd zaprezentował jej zespół Cemetery Sighs. Zamrugała powiekami. ale nie odpowiedział spojrzeniem. poruszały się tak. nie mogła zignorować palącego w piersi ponaglenia: „Teraz albo nigdy”. pojedynczo nakładać pierścienie na palce. gdy zaczął metodycznie. muskularne i zgrabne.szkło. gdy wiózł ich przez jej osiedle. Zwlekała. – Przy fontannie. Na pewno celowo do tego nawiązał. – Następny po prawej – oznajmiła. Światła reflektorów samochodu Varena omiotły piętrową fontannę. przypominając sobie. Fajna bryka. Gdy skończył. Cougar.

ale postanowiwszy nie wstrzymywać oddechu. uznała jego milczenie za potwierdzenie. – Będę tam o wpół do szóstej – oznajmił. tylko dalej wyglądał przez przednią szybę Isobel czekała. Co miała do stracenia? – Czy jesteś.. – W niedzielę kończę pracę o piątej – powiedział. Wiesz. po czym wzięła swoje rzeczy i wysiadła. zdecydowany robić ten projekt sam? Nic nie powiedział. usiłując nie narobić hałasu. Poszło. – Zakątek Nobita to księgarnia przy Bardstown Road. do licha. że na to zasługuje. Zatrzasnęła drzwi. lecz gdy nacisnęła klamkę. okazało się. jako że rodzice położyli się zapewne spać około jedenastej. przyznając w duchu. Zajaśniało podświetlenie. . pomyślała. pokazując siedem nieodebranych połączeń – co takiego? O. – W niedzielę o wpół do szóstej – powtórzyła jak echo. a ona zatrzymała się z jedną nogą na chodniku. zanim zdąży zmienić zdanie. Wkradła się do środka. Wyłowiła z torby swój mrugający telefon i otworzyła go.. że drzwi są otwarte. pomachała i pobiegła do drzwi wejściowych. – Możemy się potem spotkać? – Tak. Pogrzebała w torbie w poszukiwaniu kluczy.się tego spodziewał. – To dobrze – odparł. I tak już zaryzykowała. Chwyciła klamkę i pociągnęła. gdzie to jest? Przytaknęła.

a obok niej – tatę. .. bo nie cierpiała ich dzwonienia dobiegającego z szatni. Odwróciła się i zobaczyła mamę siedzącą przy stole w jadalni.trenerka zawsze kazała wyłączać telefony przed meczem. – Gdzie byłaś? – dobiegł z ciemności znajomy głos. Czyżby cały czas komórka była wyciszona? Rodzice ją. Isobel szeroko otworzyła oczy. Żadne z nich nie miało zadowolonej miny.. – Kto to był? – spytał ojciec.

tylko wzruszyła ramionami i odparła. A już zwłaszcza nie była gotowa. Powiedziała. dlaczego wcześniej nie sprawdziła telefonu. by nie kłamać. Na pytanie. Przede wszystkim jednak miała opory przed wspominaniem imienia Varena. że zerwała z Bradem. że ktoś ze szkoły. że tacie bardzo nie spodobała się ta odpowiedź. kto odwiózł ją do domu.9 Nieuchwytne kształty Szlaban. o głupim zachowaniu Brada czy o zakłopotaniu czekającym ją w szkole w poniedziałek – Isobel próbowała opracować plan. Tak brzmiał wyrok na resztę weekendu. Nie była gotowa na rozmowę o wydarzeniach w lodziarni. ale też nie drążył dalej. że nie znalazła zadowalającej wymówki. gdzie się podziewała. robiła. jak spotkać się z . że ekipy już nie ma. Gdy mama i tata spytali. że poszli z ekipą na lody po meczu i stracili poczucie czasu. by powiedzieć rodzicom. Albo choćby przyznać. jakby to mogło pociągnąć za sobą kolejną katastrofę. co mogła. A zatem przez większość soboty – pomiędzy dąsami i próbami zapomnienia o utracie wszystkich przyjaciół w jeden wieczór. głównie dlatego. Widziała. Sama nie zdążyła wszystkiego przemyśleć.

Oczywiście wiedziała już. Na to przewrócił oczami i sztywno uścisnął jej dłoń. że rodzice i tak kazaliby go wozić. Danny. zanim przyjęła jego wyciągniętą rękę. gdyby się wycofała z któregokolwiek „punktu umowy”. że przez tydzień będzie wykonywała wszystkie obowiązki za niego. że będzie się musiała wymknąć. Negocjacje kojarzyły jej się z rokowaniami mafii. kiedy to wreszcie dostanie samochód. proponując niezwykłą umowę: Isobel miała na pewien czas zostać jego szoferem – po swoich urodzinach na wiosnę. – Ale nie będę jeździła po twoich kolegów ani rozwoziła ich do dziesięciu różnych miejsc – uprzedziła. ani jej kieszonkowe za najbliższe dwa tygodnie. gdy tata usadowił się przed telewizorem. zwykle łasy na natychmiastową nagrodę. odkąd poszedł do gimnazjum. że Danny ogląda za dużo telewizji. w końcu się zgodziła. Tym razem jednak nie wystarczyła ani ta oferta. Uświadomiła sobie. . gdy rozpaczliwie potrzebowała jego pomocy.Varenem następnego dnia. Stwierdziwszy więc. że jeśli chce zminimalizować możliwość przyłapania. Późnym niedzielnym popołudniem. Zaczęła od propozycji. Namówienie Danny'ego okazało się trudniejsze niż zwykle. zdała sobie sprawę. Uznała jednak. tym bardziej że Danny zagroził zatruciem jej życia. jak przedsiębiorczy zrobił się braciszek. zaskoczył ją. zwykle załatwiało to sprawę. musi wystawić obserwatora. bo w przeszłości.

– Wiesz. opierając się o jej toaletkę i otwierając jedną z szuflad. niż Isobel lubiła. Naprawdę. z umowy nici. Ech! – To co mam robić. Usiadła okrakiem na parapecie. ale nie będę mógł ich powstrzymać. Oboje wiemy. jeśli rodzice będą chcieli wejść do twojego pokoju? – Danny zadał to pytanie. długopisy i książki o Poem. że sam ledwie umiem się powstrzymać. Do środka wpadało chłodne powietrze. Pomyślała. na które mogła się wymykać i na nich siadać. jak siostra ląduje do plecaka notes. które potrząsało firankami i niosło zapach rdzawych liści oraz tę przypaloną. kiedy chciała zostać sama. – Nie wpuszczaj ich – odparła. Włożyła plecak i podeszła do otwartego okna. z pokojami na różnych poziomach. że jeśli się dowiedzą. – Ostatnie słowa wypowiedział. – No to lepiej się postaraj – odrzekła i zamknęła szufladę z powrotem. Jak dotąd dzień był ładny. nie brakowało więc występów. Isobel złapała równowagę na pochyłości. obserwując.– Po to mamy rowery. niemal pikantną woń jesieni. Szorstkie . Mieszkali w domu na stoku. zanim wspięła się na dach. które wypożyczyła z biblioteki. przecież już to przerabiali. Ale przynajmniej nie zanosiło się na deszcz. po czym wychyliła głowę. że przyda się taki dodatkowy bodziec. choć trochę zimniejszy. – Tak.

uważając. Danny odgrywał to wszystko. czemu ryzykujesz życie. Czubek jej buta wsunął się w otwór w pergoli. gdy dotarła na krawędź.. ramię i zobaczyła Danny’ego. macając nogą w poszukiwaniu podparcia. kryjąc pulchną twarz w dłoniach. – Może to nie moja sprawa – dobiegły ją z tylu słowa Danny’ego – ale czy mogę spytać. to rozbolała cię głowa i poszłaś spać. żeby popatrzeć za siostrą. wolność i kości. gdzie.dachówki chrzęściły pod jej butami. – Zdjęła plecak i zrzuciła go na trawę. – Muszę odrobić lekcje. – Jeśli zaczną pytać. Starała się nie wyglądać za krawędź rynny. który wychylił się. żeby zdążyć na kolację. zmienisz się z powrotem w kosmitkę i zostaniesz deportowana na rodzimą planetę. – Zyskawszy podparcie. ale nie musiała kończyć. – Ale skoro już pytasz... Zamiast tego obejrzała się przez. jak wiedziała. a jeśli nie. Potem odwróciła się i opuściła. – I? – I muszę pilnować drzwi garażu. – powiedziała. Isobel przewróciła oczami i poczłapała dalej przez dach.. . by mocno opierać stopy na pochyłym podłożu. Na koniec posłał jej uśmiech. – Pamiętaj. zaczęła schodzić. żeby się wymknąć? – Zazwyczaj – zaczęła. biała drewniana pergola jej mamy przylegała do dachu – taka informacja byłaby ściśle tajna. wsparty łokciami o parapet. bo wrócisz o wpół do ósmej.

dostrzegła ladę. pełne solidnych regałów. Właściwie . żeby zawołać. Wewnątrz czuć było zatęchłe powietrze. Isobel spojrzała w górę. Pomyślała. ale z jakiegoś powodu nie mogła się zmusić do przerwania martwej ciszy. na grzbiety niezliczonych książek. Pomieszczenie było długie i wąskie. Nigdzie nie widziała Varena. jakby szła przez katakumby. że oddychało się tu z trudem. że złamano tutaj przynajmniej pięć różnych przepisów przeciwpożarowych. że budynek był kiedyś czyimś domem. gdy przekroczyła próg starej księgarni. Z malowanych cegieł odłaziła zielona farba. Ruszyła między dwa regały i przyszło jej do głowy. Zmęczone lampy w górze rozsiewały złotawy blask. rozpraszając nieco nagromadzone cienie.*** Skrzypnęły drzwi i zadźwięczały zardzewiałe dzwonki. Z zewnątrz widać było. Każda oznaczona była numerem oraz datą i dziewczyna czuła się niemal tak. Gdy dotarła do końca. Ostrożnie okrążyła ustawioną przy samych drzwiach stertę ksiąg wyglądających na bardzo stare. a z jednej strony dachu sterczał pokruszony komin. a zapach kurzu i starych książek sprawiał. które sięgały niemal do sufitu. Isobel ostrożnie weszła do środka. ale na razie w ogóle niewiele widziała.

podczas gdy drugie pozostawało zamknięte. Aż podskoczyła. Może pan. – bąknęła i kciukiem wskazała za siebie... szybko mrugając powiekami i pociągając nosem. – Szukam kogoś. oprawny w skórę tom. Zrobiła krok w tył i znowu wskazała za siebie.. – Umilkła niczym zahipnotyzowana tym okiem.. świdrując ją jednym szarym okiem. Nawet nie mrugnął. przypadkiem wie. Chrząknął. donośnie i niespodziewanie. – Ojoj – mruknął.... Mogli po prostu iść się pouczyć do Starbucks.. Przyglądał się jej tym jednym okiem. Na jego kolanach spoczywał duży. by tam poczekać na Varena. jakby należało pokazać.. przywodząc na myśl ptaka.. że jedno z nich jest . że weszła tu przez drzwi. jakby tego ranka przy śniadaniu wetknął widelec do kontaktu. Wyprostował się i popatrzył na nią. Zauważyła. Za nią siedział starszy mężczyzna o zmierzwionych siwych włosach. gotowa wybiec na zewnątrz. – O. Zanim jednak zdołała cofnąć się choćby o krok. piętrzących się na czymś. otwarty gdzieś pośrodku. – Hm. mrużąc oboje oczu. Przeszły ją ciarki. sterczących na wszystkie strony. Skrzywił się. który taksuje gąsienicę. – Pozwolę sobie. Poruszył się na krześle. bo tutaj dostawała dreszczy.zobaczyła masę książek. eee. zamknięte dotąd oko mężczyzny otworzyło się. co kiedyś musiało być ladą.

pełne. że przyszłaś. a potem pożałowała. z policzkami wydętymi na podobieństwo kolcobrzucha. Gdy przestał kaszleć.ciemnobrązowe i mętne. po czym musiała odwrócić wzrok. by zerknąć znowu na drzwi wejściowe – na blask słońca na chodniku i normalnych ludzi. wskazując czubkiem palca duże. wyprowadzających psy na spacer. że otworzyła usta. – Śmiech przerodził się w urywany kaszel. – Wydał z siebie wymęczony śmiech. jak zauważyła (co . – Miło. – Jest na górze – mruknął i sękatym palcem wskazał łukowate przejście na zaplecze. – Skąd się tu wzięłaś. Tutaj nie było nawet gdzie usiąść. – Inaczej przespałbym cały dzień – dodał. gdy sapał w zwinięte palce. Ramiona mu się zatrzęsły. nie przejmuj się tym – powiedział. Nie miała pewności. – O. – Ach. szare oko. Po drodze minęła przyjemną kawiarnię. chociaż w słabym oświetleniu wydawało się prawie czarne.. wydał z siebie westchnienie ulgi. młoda damo? Isobel popatrzyła na niego.. – Miałam. miałam się tu z kimś spotkać – mruknęła. – Jest szklane. która mogłaby stanowić kompromis jako miejsce wspólnej pracy. tak? – Znowu zakaszlał. Tak naprawdę chciała tylko wyjść na zewnątrz i stanąć na chodniku. chociaż może był to śmiech. Zacisnął pomarszczoną dłoń w pięść i przyłożył ją do ust.

ale nie widziała żadnych innych drzwi. W przeciwległej ścianie zobaczyła drzwi. dziękuję – powiedziała. Isobel przeszła do tylnej części sklepu. Drugi. Chwyciła zmatowiałą mosiężną klamkę i nacisnęła. Nie zwracaj uwagi na napis na drzwiach. a potem po schodach. a na tych widniał napis. Trudno było orzec. Nie miała ochoty wracać i zadawać kolejnych pytań kaszlącemu dziadkowi. nakreślony ręcznie na pożółkłym skrawku szorstkiego papieru. UWAGA NA BESS Kim albo czym jest Bess? – zastanawiała się Isobel. wyglądały jak wieko trumny. A nawet dwa. Na pierwszy rzut oka pomyślała. stanowił kolejne ostrzeżenie. kolejnych książek. – Ooo. że to schowek na szczotki. na który z napisów miała nie zwracać uwagi? Obejrzała się przez ramię na księgarnię. Odwróciwszy się. ale staruszek pochylił już głowę i wrócił do lektury. . Albo zasnął.za niespodzianka). a poza tym wyraźnie powiedział. NIE WCHODZIĆ Tak brzmiał pierwszy. – Do końca. żeby poszła na górę. Wysokie i wąskie. I co ważniejsze. o których mówił.

Stopnie skrzypiały i trzeszczały pod jej nogami.Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem. Nic doczekała się odpowiedzi. że słyszy szelest papierów. nie zamykając drzwi za sobą. Zobaczyła. zaczęto ją ogarniać dziwne uczucie. Snopy światła sączyły się z okna na górze. więc wyciągnęła ręce na boki i oparła dłonie o ciemną boazerię. Zaczęło się od żołądka – nudności połączone z lekkim zawrotem głowy. jakby szeptem przekazywały sobie sekrety. pomyślała. Dostała gęsiej skórki. wąskie i strome schody. Trzask! Krzyknęła. wdrapała się zatem po schodach. że ktoś zatrzasnął drzwi. No dobra. . Zatrzymała się na schodach i zaczęła nasłuchiwać. ukazując długie. Jeśli to schody. Kolana się pod nią ugięły i kurczowo chwyciła się poręczy. drobniutkie włoski na jej rękach zjeżyły się. Wspinała się noga za nogą. ale zdawało jej się. gdzie jest ta Bess? – Halo? Jej głos zabrzmiał cicho nawet w jej własnych uszach. wywołanym wysokością. którymi mam wejść na górę. a w ich blasku tańczyły miliony drobinek kurzu. a gdy znalazła się bliżej szczytu schodów. Nic było żadnej poręczy.

leniwy i spokojny. drugą zaś trzymając na brzęczących i popiskujących słuchawkach. niczym skalp łysiejącego potwora. Jego buty wydawały głuchy odgłos na wysuszonych deskach podłogi. Pośrodku podłogi leżał brzydki. Oprócz stosów książek w . po czym odwrócił się i wszedł do pomieszczenia. Isobel powoli odwróciła głowę. a nawet maleńkie – zapewne kiedyś używano go jako stryszku. aż jej wzrok skupił się na parze czarnych butów na szczycie schodów. w jednej ręce dzierżąc diseman. gdy zmierzał do małego stolika w kawiarnianym stylu. zaledwie trzydzieści centymetrów od jej nosa. wielkiego i znudzonego. lecz z lekką nutką irytacji. w którym kręciła się płyta CD. poprzecierany. brązowopomarańczowy dywanik. Patrzył na nią. spoczywających na jego szyi. Odchyliła głowę i jej spojrzenie napotkało chłodną zieleń oczu Varena Nethersa. – Ten stary wariat zatrzasnął drzwi! Skarcił ją spojrzeniem. które było małe.10 Dusze zmarłych Co robisz? Znała ten głos. stojącego po przeciwległej stronie pomieszczenia i zawalonego papierami.

– Bruce nie cierpi hałasu – odezwał się Varen – więc nie wyobrażam sobie. a już jej nie lubiła. jest Bess? – Ręce Isobel powędrowały w górę. że Varen jest staroświecki. nie podnosząc wzroku. – Co takiego? . po czym zaczyna szperać w stercie papierów. Zamiast tego skrzyżowała ramiona i powiedziała: – Czyli zarzucasz. myśląc. Powstrzymała się jednak od komentarza. żeby trzaskał drzwiami. a ona mimowolnie przypomniała sobie. Isobel wydęła wargi. Zerknęła na discmana. – Poltergeist. – To kto zatrzasnął drzwi? – Bess – odparł takim tonem. skoro ciągle go używa i nie ma iPoda albo innego odtwarzacza MP3. – A kto to. – No.każdym rogu nie było tu nie więcej. do licha. okrągłe i wychodziło na ulicę. Okno było małe. Pod oknem stał stolik. – Wyciągasz pochopne wnioski. jak chłopak siada przy stole i odstawia odtwarzacz CD. zasugerowałeś. które od niego usłyszała. Jeszcze nawet nie poznała Bess. po czyni w geście desperacji spoczęły na biodrach. jakby każdy mógł dojść do tej logicznej konkluzji. Patrzyła. mi kłamstwo. – Powiedziałem coś takiego? – spytał. że tak właśnie brzmiały pierwsze słowa.

niczym małe pajączki o elektrycznych odnóżach. które przeszły jej po plecach. – Znaczy co? – prychnęła. – Duch? – Coś w tym rodzaju. strzepując odrobinę szarego kurzu. – Wszystko jedno – powiedziała. – On wymaga pewnej pomocy. którą zauważyła na swoich dżinsach. tylko pisał. by brzmiało to jak niedbałe spostrzeżenie. staranne ruchy długopisem. – Nie spojrzał na nią. Starała się. . akcentując każdą sylabę. co się stało. a nie wścibstwo. gdybyś nie mu nie wspominała o tym. – Zastanawiałam się. czemu byłeś tam zupełnie sam – powiedziała.. Isobel nie zwróciła uwagi na ciarki. byłbym wdzięczny. Zabrudzenie powstało zapewne na tych ponurych schodach. gdy chciał się czegoś dowiedzieć. Chłopak wyraźnie znowu próbował ją przestraszyć. Skąd znasz tego faceta? – Bruce jest właścicielem lodziarni.. używając sztuczki. – To twój szef? – Mniej więcej – odparł i naskrobał coś w swoim notatniku. docierając do karku. by wbić się w nią z pełną powagą.– Pol-ter-geist – powtórzył. Chyba. – Mówisz serio? Jego spojrzenie podniosło się znad stolika. A skoro o tym mowa. którą stosował jej ojciec. – Pracujesz tutaj? Nie rozumiem. wykonując niespieszne.

Isobel wróciła myślami do listy tytułów. – Wiesz. Umilkła. – No pewnie. bo muszę poczytać wiktoriańską literaturę grozy. – Właściwie nie – odrzekł.– Czemu? Wyrzuciłby cię z pracy? – Nie. – No. które jej podał. – Tutaj też pracujesz? – spytała. można znaleźć w Internecie – powiedział tonem. Od tamtego czasu tyle się wydarzyło. A. Westchnął. Potem zajęła miejsce na krześle naprzeciwko niego. – Wiele razy. Skrzywiła się. Zdjęła plecak i opuściła go na podłogę. . Tylko poproszę swojego stukniętego brata.. – Czyli co. niczym oddech umierającego. że to jak pytać papieża.. żeby na parę godzin przestał zabijać ninja zombie i pożyczył mi komputer. Książki. powstrzymując uśmiech. – Przeczytałaś? – spytał.. Jeśli o to chodzi. w którym kryto się ostrzeżenie: „Następnym razem nie będziesz miała wymówki”. Po prostu ma wystarczająco wiele zmartwień. tak. większość opowiadań i wierszy Poego. po prostu spędzasz tu sobie czas? Z Bruceem? I z Bess? – dodała. czy czytał Biblię. o ile nie wszystkie. uświadamiając sobie. Był to cichy dźwięk. rozglądając się dookoła. – Oczywiście – stwierdziła.. – No a ty czytałeś? – zapytała.

– Po szkole. – Nie mogę. – Ooo. jak sobie poradzi z tematem szkoły. Na okładce lśniące. – Masz.– Doomed Kingdom jedynka czy dwójka? – Co? – Gra w Doomed Kingdom jedynkę czy dwójkę? Tylko w tej serii są ninja zombie. Isobel przygryzła wargę i zastanowiła się. – Dobra. – Wszystko jedno – odparł. – No to we wtorek. nie mogła ustąpić pola. gdy szło o treningi. – Ostrożnie położył przed nią dużą czarną książkę ze złotymi tłoczeniami. by wyciągnąć coś z torby. Nie . więc musisz wpaść do lodziarni. Mam trening. gdy pochylił się. dzięki – odparła. – Dzieła zebrani. Na razie możesz to pożyczyć. – Jest bardzo ładna i poręczna. – Nieważne. jakby znowu straciła kilka punktów jego szacunku. zachowując czujność pod jego bacznym spojrzeniem. – Skąd mam wiedzieć? – Hmm – mruknął. złote litery głosiły: Edgar Allan Poe. – Ale jeśli coś się z nią stanie. jak stawi czoło Bradowi i Nikki. Nie mogła sobie pozwolić na nieobecność – tak blisko rozgrywek ogólnokrajowych. O której? – Jakoś po szkole. opuszczając wzrok. – Zgromiła go wzrokiem. zabiorę twoją duszę. Ale pracuję. – Musimy się spotkać jutro – powiedział. Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Chociaż jeszcze nawet nie zaczęła się zastanawiać.

Isobel przebiegła wzrokiem pierwszą strofę: Idąc w ciemny szlak nieznany. Nie dość. to po zerwaniu z Bradem trudno jej się będzie poruszać. Spojrzała znowu na Dzieła zebrane. [przełożył Antoni Lange] No dobra. jakie to będzie trudne. . że miała szlaban. że wyszła. w gwiaździstej lśniąc koronie. wystającą niczym beżowy język. No dobra. otworzyła książkę na zaznaczonej stronie. Na swym czarnym siedzi tronie – Świeżom wrócił w nasze światy. – A możesz mnie tam podrzucić? Wzruszył ramionami. Spoza Thule lodowatej – Ze sfer – co w mgłach się promienią – Poza czasem i przestrzenią . kędy Bóstwo – Noc Samowładną dzierży moc I. Od złych duchów opętany – Z krain. zupełnie bez sensu. o ile tylko wymyśli dobrą wymówkę. postanowiła uznać co za zgodę. Teraz potrzebowała już tylko sposobu na powrót do domu. Na dole zauważyła cienką jedwabną wstążkę. Przesuwając palcem po górnej krawędzi.zdawała sobie sprawy. Kraina snu – głosił tytuł. Zapewne mogła iść piechotą.

nieustraszone serce i umysł przenikliwy. . nagły zawrót głowy. a polem – obfity przez wszystkie pory wyciek potów i rozłąka z życiem. Nigdy dżuma nie bywała tak nieodparta. aż rozpoznała jeden z tytułów. Czy mówił poważnie? Pierwszy akapit przypominał lekturę streszczenia kiepskiego. Albo aktu zgonu. Jej oznaką widomą była – krew – czerwień i szkarada krwi. Purpurowo plamistość ciału. Kciukiem przewróciła kartki i naliczyła sześć stron. Napad. Zaczęła czytać pierwszy akapit: Śmierć Szkarłatna od dawna pustoszyła ową krainę.] Znad książki spojrzała na Varena. Z ociąganiem z powrotem opuściła wzrok na tekst. Towarzyszyły jej bóle ostre. pozbawiając ją wszelkiej pomocy i wszelkiego współczucia. niskobudżetowego filmu akcji z domieszką dziewiętnastowiecznego stylu. Nie tak źle. a szczególniej twarzy – usuwali ofiarę poza koło żyjących. który wciąż był pochłonięty swoimi notatkami. które Varen kazał jej zapisać w bibliotece: Alaska Śmierci Szkarłatnej. tak straszliwa. Atoli książę Prospero – szczęśliwą miał gwiazdę.Isobel kartkowała książkę. [Fragmenty Maski Śmierci Szkarłatnej w przekładzie Bolesława Leśmiana. rozwój i skutek choroby były sprawą półgodzinnych zabiegów.

zamiast zadawać tysiące pytań. nie przestając pisać. by chwilę pomyśleć. z pomocą pieców i krzepkich młotów zalutowała rygle. Oznacza na przykład kogoś. pochyliła się i znowu pogrążyła w lekturze. Tęgi a wysoki mur przysparzał mit obwodu. Wykrzywiła do niego twarz. Przerwała. Musiała przyznać. Zapewne oznaczało to. w stylu cudacznym. w hotelu Prospera nie można się było ani zameldować. – Co to znaczy „przenikliwy”? – Przenikliwy – odparł. to przymiotnik. zaledwo przedostawszy się do wnętrza. z której strony drzwi się człowiek znajdował. a wszakże godnym podziwu. wybranych spośród rycerzy i dworek jego świty. i wraz z nimi usunął się od świata w ustronną samotnię jednego ze swych warownych opactw. zwołał tysiąc dzielnych. chwackiego przyrodzenia druhów płci obojej.Podniosła głowę. twór iście książęcy. ani wymeldować. oznaczający szczególną domyślność. żeby znaleźć słownik. że niezależnie od tego. Świta. Ów mur spiżową miał bramę. Gdy jego długopis się zatrzymał. Był to obszerny i wspaniały budynek. Postanowiono zawarować się przeciw nagłym zakusom rozpaczy od zewnątrz i zamknąć wszelki odwrót weselnym szałom od wewnątrz. że . Gdy dżuma na wpół wyludniła jego obszary. kto w księgarni mógłby wpaść na pomysł.

pitu. skoro nie było wyjścia? Spojrzała na dół strony. Wewnątrz – zbiór wszelakich cudów i bezpieczeństwo. było – wino. Zewnątrz – Śmierć Szkarłatna. poruszających się w zwolnionym tempie.było w tym trochę grozy i że chciałaby wiedzieć. Było ich siedem – w głównym przestrzale pałacu. co było dalej. byli żonglerzy. Pitu. Każda z siedmiu komnat. miała własny kolor i wysokie gotyckie okna w odpowiednim odcieniu. tancerze. Przewróciła kartkę. Co za rozkoszna to była maskarada! Lecz niechże mi wprzód dane będzie opisać komnaty. Słowa zaczęły powoli znikać. – Nie – skłamała gładko. – Czytasz po łebkach? – spytał. czytała. Zupełnie jakby w jakiś sposób dostosowała się do gęstości języka. ustępując miejsca obrazom dworek. a zamiast nich pojawiło się uczucie szybowania przez tę scenę. . w których się spełniła. grajkowie. Właśnie w tym miejscu Isobel pierwszy raz poczuła wewnętrzne ukłucie. – Po prosta czytam szybko. Byli tam wesołkowie. jakby zmieniła się w kamerę filmową i przemykała przez komnaty ponad głowami aktorów w kostiumach. Jak Poe chciał wyciągnąć z tego swoje postacie. Wkrótce wyrazy odpłynęły ze strony. był czar pod wszelką postacią.

brzemiennych trojgiem tysiąców i sześciorgiem dziecin sekund dopełnionej godziny – następował nowy śpiew . uśmiechając się na myśl o własnej wrażliwości i nierozsądku. jak przez cały czas brzmienia kurantów najzuchwalsi – bledli. Wahadło jego kołysało się z głuchym. Grajkowie spoglądali po sobie i. z mosiężnych płuc olbrzyma dobywał się dźwięk czysty. że grajkowie kapeli co godzina musieli zaprzestawać na mgnienie swych akordów. pomarańczowa. W tej samej właśnie komnacie – u zachodniej ściany – stał olbrzymi zegar hebanowy. głęboki i nad wyraz melodyjny lecz o tonie tak swoistym i tak napiętym. a godzina miała zadzwonić. a najstarsi wiekiem i najdojrzalsi umysłem prowadzili dłonią po czole niby w zadumie lub w gorączkowym majaczeniu. aby słuchać gry godzin – tancerze wbrew woli poniechiwali swych wirowań. że następny śpiew kurantów nie wywrze na nich podobnego wrażenia. Chwilowy popłoch ogarniał wesołą gromadę – i widziano. Ciszkiem przyrzekali sobie nawzajem. jednostajnym cykaniem i gdy wskazówka minutowa dokonała swego wokół tarczy obiegu. potem purpurowa. ciężkim.Najpierw była komnata błękitna. zielona. skrzydlaty śmieszek przelatał po całym zgromadzeniu. a później – po upływie sześćdziesięciu minut. Lecz gdy ostatnie echo zamarło. Ostatnia jednak miała barwę czerni z ciężkimi draperiami i czerwonymi jak krew szybami w oknach. donośny. biała i fioletowa.

gdzie książę Prospera. ale zarazem fajne. od stóp do głów opatulona w całun. Przewróciła stronę i przebiegła ją wzrokiem do samego końca.nieodpartych kurantów i powtarzali się ten sam popłoch. zbliżył się na . Isobel przebiegła wzrokiem dalej. jeśli nie pochwalić. zaczął przemierzać wszystkie komnaty. że właśnie wtedy należy się spodziewać początku najważniejszych wydarzeń. Wszakże maska posunęła się aż do przyswojenia godeł Śmierci Szkarłatnej. te same majaczenia. zrobiło się naprawdę dziwnie. w każdym razie ścierpieć ów żart potworny. Maska tająca oblicze tak trafnie wyobrażała twarz zesztywniałego trupa. Okropne. Potrząsając obnażonym mieczem. Oglądała wiele horrorów i wiedziała. Mimo to – wszyscy rozbawieni hulajdusze mogliby. Z lewej i z prawej wszyscy zaczęli się gapić na jakiegoś tajemniczego nieznajomego. na maksa wkurzony. a jej wysokie czoło oraz wszystkie zarysy marzy były zbryzgane straszliwym szkarłatem. który pojawił się znikąd. ten sam dreszcz. a najszczegółowsze badanie z trudem wykryło by fortel. Gdy czarny zegar wybił dwunastą. pomyślała. Osobistość była smukła i chuda. Jej ubiór był pokalany krwią. aż w opowiadaniu nastąpiła północ.

stawiając czoło swemu prześladowcy. który na kształt wyniosłego posągu trwał wyprostowany i nieruchomy w cieniu hebanowego zegara. A może? Przełknęła ślinę. – Zatrzasnęła książkę. Rozpoznano wówczas obecność Śmierci Szkarłatnej. Co? To już? Jeszcze raz przeczytała ostatnie zdanie. – Dobra. Zaraz. by pozbyć się grudy. których pochwycenie kosztowało je tylu nadludzkich wysiłków. famy masek rzuciły się społem do czarnej komnaty – i schwyciwszy nieznajomego. skropionych rosą krwawego chrztu. odwrócił się znienacka. zdobywając się na ślepą odwagę rozpaczy. i Ruina. doznały strachu bez nazwy. Przyszła jako złodziej nocny. z wszyscy biesiadnicy – jeden po drugim – padli w komnatach hulaszczych. ześliznął się na żałobne dywany. i Śmierć Szkarłatna rozpostarły wszędy swą widzę nieograniczoną.odległość trzech czy czterech kroków da uchodzącej zjawy. żaden kształt namacalny nie ma swego pobytu. gdy nagle ów ostatni. że pod całunem i pod trupią larwą. aż stolik się zatrząsł i . dotarłszy do krańca komnaty aksamitnej. którą czuła w gardle. Rozległ się krzyk przenikliwy – i miecz. I żary trójnogów wygasły. I życie w zegarze hebanowym zamarło wraz z życiem ostatniego z tych wesołych chwatów. stwierdzając naocznie. i każdy skonał w rozpaczliwych odruchach swego upadku. Moment. I Ciemność. Wówczas. błysnąwszy. gdzie książę Prospero padł martwy w chwilę potem.

przyznając przed sobą. Spoważniał. garbiąc ramiona. – Możemy teraz pogadać o tej całej masce i o tym. Skuliła się w środku. po co Poe napisał o jakimś luksusowym pałacu i poświęcił tyle miejsca na te wszystkie różnokolorowe komnaty. o co mu chodzi. ludzie zaczynają się o ciebie martwić. Ale tak poza tym. że Prospero to „ten dobry”? Poruszyła szczęką. że mówiąc „ten zły”. bo spojrzał na nią z uniesionymi brwiami. zatrzepotała rzęsami i westchnęła. ale kiedy mówisz takie rzeczy. Oderwała ręce od blatu i położyła je na kolanach. zamknął się przed chorymi i urządził wielką imprezę dla bogatych kumpli. podniosła oczy. Zrozumiała. bijący zegar. – Wiesz – powiedziała – bez obrazy. że nie chciała. Niezbyt fajnie. przyglądając się jej z pewnym rozbawieniem. – Dobra. kapuję. jakiegoś przenikliwego księcia i jego koleżków od kieliszka. masz na myśli Śmierć Szkarłatną i sugerujesz. wszystko jedno.Varenowi chyba omsknął się długopis. Patrzył na . gdy się nad tym zastanawiała. by zabrzmiało to tak bezceremonialnie. skoro na końcu i tak chciał wszystkich zabić? – Bo – odparł Varen – na końcu Śmierć zawsze zwycięża. że na końcu ten zły wygrywa? Oderwał długopis od kartki i rozsiadł się na krześle. Isobel wzdrygnęła się na te słowa. – Rozumiem.

jakby to mogło pomóc w ograniczeniu poczynionych szkód. – Ścisnęło ją w żołądku. – Ktoś idzie? – spytała. – To znaczy. Zerknął w inną stronę. a jednak zdolnego przewiercić ją na wylot... ewidentnie czekając na odpowiedź. że to pewnie drzwi na dole znowu się otworzyły. – Tylko Bess – mruknął. uświadamiając sobie. Podążyła za jego wzrokiem. głośno szurając krzesłem. ale tym razem nie tak łatwo było się ich pozbyć. – Która godzina? Znowu poczuła ciarki na karku.nią. – Czyli – powiedział – martwisz się o mnie? Podniosła wzrok. Patrzył na nią spokojnie i z przesadną powagą. wywołując elektryczne dreszcze wzdłuż jej pleców. Pajęcze nóżki wróciły. a ona znów poczuła się nieswojo pod tym świdrującym spojrzeniem.. Uratowało ją ciche skrzypnięcie. – Hmm. palcami szukając srebrnego zegarka w kształcie serca na łańcuszku. – Muszę iść – oznajmiła.. Włożyła plecak i ruszyła na schody. – zaczęła. Mówił poważnie? Czy znowu stroił sobie z niej żarty? Mrugnął powiekami. wciąż zdenerwowana. . Sięgnęła po plecak. ale nie mogła wytrzymać tego spojrzenia spod cienia do powiek. na wpół ukrytego za kosmykami włosów. – O nie. gestykulując.

Zawróciła z jękiem i wkroczyła z powrotem do księgarni. że znowu jest na nią zirytowany. gdy pracowali? Pomyślała o Lacy. Wzdrygnęła się. pozwalając. że jego długopis stuknął o stolik. po czym natychmiast otworzyła drzwi i wdrapała się na górę. Zatrzymała się. Znowu. że zostawiła książkę Poego na górze. wołając: – Zapomniałam. Czarnego . drugi zaś łagodny i cichy. Przepraszam. przebiegła przez zaplecze i wypadła do księgarni. Obok niej zapaliła się latarnia.. minęła chrapiącego Bruce’a i wbiegła na zaplecze. by zamknęły się z hukiem. minęła Bruce’a. Pognała po schodach na dół. Pchnęła drzwi wejściowe. Zniknął. że Isobel widziała parę swojego oddechu.– Czekaj! – zawołał. lecz stwierdziła. Na dworze temperatura spadła i powietrze stało się rześkie do tego stopnia. Sięgnęła do klamki. który siedział skulony na krześle i zdawał się śledzić ją szeroko otwartym szklanym okiem. – Nie mogę – odparła. aż dzwonki głośno zadźwięczały. Z kim on rozmawiał? Czy ktoś się tam schował w czasie. widząc. ale przystanęła.. nad którymi można się ponuro zadumać. – Wiedziała. usłyszawszy głosy – jeden głęboki i niski. że drzwi z napisem „uwaga na Bess” są zamknięte. dotarłszy na górę. Mógł to sobie dopisać do swojej (bez wątpienia długiej) listy rzeczy. Wtedy przypomniała sobie. że nie na to nie poradzi. Usłyszała.

że szybki marsz nie wystarczy. Rzuciła się naprzód. a blask latarki i wystaw sklepowych zdawał się jaśniejszy z każdą chwilą. że tym razem drzwi się przed nią nie zatrzasnęły. szukając potwierdzenia. złapała książkę Poego i zbiegła po schodach. tylko jego notes leżał na stoliku. Obróciła się szybko. Horyzont między budynkami rumienił się barwą ciemnej brzoskwini. a dziwny nastrój nie opuszczał jej aż do chwili. znowu przemknęła przez księgarnię i wypadła na dwór. Z duchem. obok discmana i książki Poego. wdzięczna. ani nikogo innego. ale w zapadającym zmroku uświadomiła sobie. ale nie zobaczyła choćby śladu ani jego. Puściła się biegiem. . gdy wywiał go rześki wietrzyk. w których można by się schować. Czyje więc głosy słyszała? Z lodowatym dreszczem niepokoju zdała sobie sprawę. Jak to możliwe? Jakim cudem wyszedł tak szybko? Jeszcze raz omiotła pomieszczenie wzrokiem. że jest tu sama. że nie ma tam żadnych drzwi czy szaf.brulionu też nie było. Wcisnęła książkę do plecaka. Ruszyła w kierunku domu.

którym już z pewnością zainteresowali się rodzice. jak ciężar książki Poego wbija jej . że później przyjdzie jej zapłacić za bieg ze wszystkich sił bez jakiejkolwiek rozgrzewki. a z zewnątrz. przebiegła na drugą stronę ulicy. Światło się zmieniło i dziewczyna. Zawahała się przez chwilę. przyciskając go do pleców. dysząc i rozmyślając. gdy usiądą do kolacji. Widziała. gdzie widać było jedno z bocznych wejść do parku. i poczuła. A nawet jeśli nie. Zatrzymała się i popatrzyła w stronę. a jesienne powietrze kłuło w płuca. Pociągnęła ramiączka plecaka do przodu. czy nic nie jedzie. by odwrócić uwagę od jej nadzwyczaj cichego pokoju. marznie od potu. Zrobiła obrót wokół słupa sygnalizacji świetlnej i stanęła. Zwolniła jednak. to zaczną się zastanawiać. na Willow Avenue. rozejrzawszy się.11 Szept Jej stopy tupały po chodniku. co w jego mocy. gdy przez głowę przemknęła jej nowa myśl. w którym w środku odczuwa ciepło. że jej ciało wchodzi w ten nieprzyjemny stan. a jej nie będzie. by stuknąć dłonią w srebrny przycisk. Isobel czuła. Próbowała sobie wyobrazić Danny ego robiącego.

pomknęła do wejścia. Nie miała wątpliwości. Zwieszające się nad jej głową konary splatały się. słuchając cichego rytmu swoich trampek. . Isobel biegła dalej. Podjąwszy decyzję. uderzających o asfalt. Pomyślała. Droga zwęziła się. Wokół niej pojawiły się rzędy drzew i zarośla. Gdy ona i Danny dorastali robili to latem co weekend. ale mrok jeszcze nie zapadał Jeśli wybierze drogę przez park. droga przezeń stanowiła znaczny skrót. Im dalej Isobel wbiegała w park. Wkrótce budynki i latarnie zostały z tylu. zakręcającą w górę. tym gęstsza wydawała się roślinność dookoła. Pragnęła znaleźć się już w domu i wejść pod gorący prysznic. z całą pewnością zdąży. Chociaż park był ogromny. A pokonanie zamkniętego wejścia wymagało jedynie przedostania się przez niską drewnianą furtkę. zmieniając drogę w ciemniejący tunel. Ich okna zdawały się na nią patrzeć. wijących się między drzewami i stromymi pagórkami. prosto do parku. pełen krętych alejek. przeradzając się w pojedynczą krętą asfaltową alejkę. Po obu stronach ulicy wznosiły się wysokie i Wyniosłe wiktoriańskie domy.się w kręgosłup. Ponad siecią gałęzi przesuwały się gęste chmury. Zerknęła na niebo. będzie cały czas biec i zdoła nie zabłądzić. że zaparzy sobie mięty i może nawet wcześniej położy się spać. Nad nielicznymi chmurami trzy wczesne gwiazdy lśniły już na ciemniejącym błękicie. gdy szła jednokierunkową ulicą.

a własny oddech bardzo głośno rozbrzmiewał jej w uszach. że gdyby jechał tędy samochód. Gdy dziewczyna zbliżyła się do rozwidlenia alejki. by rozmazać je w jedną czarną plamę. Cisza. a kierowca ją zobaczy. Zmarszczyła brwi. ciche. że powinna podążać prosto przed siebie. by zdecydować. że odkąd znalazła się w parku. Biegła dalej. Podniosła wzrok. ona go usłyszy. to będzie miał włączone światła. Ale czy to w ogóle były liście? Na jednym z drzew poruszył się jakiś cień i Isobel dostrzegła sylwetkę dużego czarnego ptaka. Wiatr.. by popatrzeć na zastygłe w bezruchu gałęzie i liście. który powitał ją przed księgarnią. Nie wydawał żadnego dźwięku. rozumiała. ale tylko na chwilę. słuchając osamotnionego odgłosu swoich trampek. o co chodzi. ale miała nadzieję.. choć zdawał się ją obserwować z . Ciemność zakradała się do parku. Inne dźwięki do niej nie docierały. że miasto nie oświetla parkowych dróżek. Z jakiegoś powodu zapomniała. rozcapierzając palce wśród drzew. czuje się jakoś dziwnie. Tyle że dopiero teraz z. że nie mogła się doczekać jutra. gdzieś zniknął. Wszystko wokół niej było nieruchome i bardzo. Zwolniła do truchtu.oczywiście nie dlatego. zwolniła. przyznając przed sobą w końcu.

że dzięki treningom czirliderek jest w tak dobrej formie. ale potrafiła biec długo. Pewnie. prawda? Świerszcze grały ostatni raz gdzieś na początku września. Czy te poltergazy. że przez jej żyły – płynie lodowata woda. mogły kogoś śledzić? Przyczepić się do człowieka niczym pasożyty? Otrząsnęła się z konwulsyjnego drżenia. Drugi ptak. że powinna słyszeć jakieś dźwięki. Miała wrażenie. Może ten bezruch istniał tylko w jej wyobraźni. Na przykład szczekanie . Są tylko durni chłopcy mający upodobanie do makabry i starcy. Nic ma żadnych duchów. Jeden z liści obok niego drgnął. jeśli musiała – a teraz musiała. W końcu to był park. nie była najlepszą biegaczką świata. Ciche.gałęzi. chrapliwym i szorstkim. gdy zaczęła się zastanawiać. Parki z reguły bywają spokojne. Wkrótce rozległ się szelest piór i zobaczyła kolejnego. do ramion. czy Bess mogła ją śledzić. zadowolona. którzy lubią trzaskać drzwiami. Głupi pomysł. Przestraszona dziewczyna znowu zwiększyła tempo. które przedarło się w górę ciała. czy jak tam się nazywały. Może po prostu brakowało jej odgłosów ulicznego ruchu i ludzi oraz blasku sztucznych świateł? Poza tym jesienią wszystko zamiera. Jeden z nich przerwał ciszę krakaniem. a po drugiej stronie alejki – jeszcze jednego. niemiłym dla uszu. Wciąż jednak nie mogła pozbyć się myśli.

Nie umiała tego wyjaśnić. że człowiek może się czuć obserwowany. Jakiś królik czy coś. zaczęła zacieśniać uścisk wokół niej. Odkąd przestała biec. czarną niczym atramentowa wstęga. Coś jednak było nie tak i nie chodziło jedynie o ciszę. To wydawało się dziwne. że wyjście na jej osiedle znajduje się na wprosi miejsca. że spomiędzy nich coś ją obserwuje i czeka na jej następny ruch. nie mogła się pozbyć uczucia. Ptaków już nie było. w którym teraz stała. Znowu popatrzyła w przód. nienaturalna w swoim spokoju. Znowu zwolniła i zatrzymała się. splątanych w bezgłośnej walce o przestrzeń. Pochyliła się. Przeszły ją ciarki. Teraz jednak. powietrze wokół niej zdawało się sprężać. Wszystkie wioski na karku i rękach stanęły dęba. jak odtruwały. . ale miała wrażenie. ale sądziła. gdy rozglądała się dookoła. zawsze wydawał jej się banałem w stylu Scooby'ego-Doo. bo nie słyszała. opierając ręce na kolanach. Obejrzała się przez ramię na ciemną drogę za sobą. że sama noc. tym razem dla złapania tchu. Jeśli ma rację. a jej oddech wibrował wśród ciszy. Albo szelest buszującej w zaroślach wiewiórki. Nic była pewna. gęstnieć. patrząc na czarne drzewa o kościstych ramionach. Nasłuchiwała.psa. wyjdzie na przecznicę za swoim domem i wróci nawet nieco przed czasem. Pomysł.

. spomiędzy drzew po prawo dobiegł jakiś odgłos – szybkie „szuuu”. czując w środku sztylet strachu. że wsłuchiwanie się w budzącą lęk ciszę może być gorsze niż słyszenie. że na moment zapomniała. lecz wolniejszym krokiem. Dźwięk dochodził z drzew po drugiej stronie alejki. Znowu rozległ się z tylu. było to duże. lecz mimo kaskady nagłych trzasków i szmerów z żadnej strony nie wyczuwała najlżejszego ruchu. jak się oddycha. aż przerodziła się w tępy szum w jej uszach. że kątem oka widzi skraj czegoś ciemnego. Obróciła się dookoła. Z czymkolwiek miała do czynienia. i gdy już zaczęła myśleć. Postacie. Usłyszała trzask gałązki i szelest suchych liści. zacisnęły się na ramiączkach plecaka i poczuła książkę Poego. poruszając się zbyt szybko. Cokolwiek było wśród tych drzew. Bicie serca przyspieszyło trzykrotnie. Podskoczyła. obijającą jej plecy. jak tylko pozwalały jej nogi. Dostrzegała też coś po lewej. Dłonie. zimne i spocone. Zdawało jej się. karmiąc się sama sobą. Cisza narastała. tak lodowaty. Jak duży człowiek. Odwróciła się i znowu puściła biegiem tak szybko. Ruszyła dalej. Niemożliwie szybko.Nic. podążało za nią. – Kto tam jest? Szuuuuu! Isobel obróciła się. wysokie i smukłe. przemykały czarnym tunelem drzew po obu stronach. Ścisnęło ją w gardle i w piersi.

a w bokach czuła tępy ból. Mężczyzna. Zaryzykowała i spojrzała prosto na niego. Dlaczego nie poszła dookoła parku. Nie mogła się zatrzymać. Czuła zawrót głowy. ale nic nie zobaczyła. by pomknąć wzdłuż kępy drzew tuż obok niej. Oderwał się od pozostałych. splątane gałęzie i bezruch. by krzyknąć. cichy szloch. Nie mogła zyskać nawet niewielkiego dystansu. ale nie starczyło jej tchu i była w stanie dobyć z siebie tylko zdławiony. Głos dobiegł z rzędu drzew obok niej. dotrze do domu . parła naprzód. że jeśli pokona bramę. jak wcześniej? Dlaczego po prostu nie. ale teraz nie zamierzała się zatrzymywać W jakiś sposób wiedziała. Brama! Dokładnie na wprost. Isobel chciała wezwać pomocy. Nie zważając na ból. poprzez zarośla. ale nie mogła też dalej tak biec. Poruszał się poprzez drzewa. że się mnożą. jedynie czerń.. pędząc nad suchą ziemią – falujący kształt. a w boku poczuła już kolkę wielkości piłki tenisowej. Tam! Widziała ją. Nie mogła przed nimi uciec. Biec. niewyraźne kształty zrobiły to samo. Płuca piekły ją z zimna. Biec! – Biegnij! – syknął ktoś. kimkolwiek albo czymkolwiek byli. Nie była już w stanie oddychać. Wydawało się. bo nagle zauważyła jeszcze jeden. To było niemożliwe! – Odejdźcie! – krzyknęła.Gdy przyspieszyła. Biec..

Szepty i syki. – Isssobel. Swoje imię. . Po lewej i prawej uciekały w tył znajome domy. gdy jej własny dom pojawił się w zasięgu wzroku. Dopadła bramy i zacisnęła dłoń na drewnie. a potem zaginął w szeleście liści pod jej nogami. Dźwięk jej imienia przemknął obok. Ktoś się roześmiał.I nie jej się nie stanie. Ale i tak je słyszała. wciągając powietrze dużymi haustami. Łańcuchy zamykające uchylną bramę zagrzechotały za jej plecami. poczuła ukłucie grubej drzazgi. pomimo dręczącego bólu w płucach. pochwycony przez wiatr. Jej stopy uderzyły o żwirową ścieżkę po drugiej stronie. Dźwignęła się. Usłyszała coś podobnego do brzęku talerzy. Ktoś wyszeptał jej imię. która wbiła się jej w dłoń. Gnała obok nich i nie zwolniła nawet wtedy. Zaczerpnęła tchu. by się zatrzymała. Nic odważyła się odwrócić. które w słabym ulicznym świetle wyglądały niczym zdumione twarze. Zatoczyła się pod ciężarem plecaka z książką i opadła na kolana. omiatając otoczenie czujnym wzrokiem. ale dźwięk przerodził się w piskliwy krzyk. po czym pobiegła. Odwróciła się. Gdy przechodziła górą. by ciało poruszało się dalej pomimo krzyku mięśni. choć własne ciało błagało ją. potykając się i szurając nogami. To ją w końcu zatrzymało na skraju trawnika przed domem. Chciała.

Ściągnęła plecak i zbierając nutki Sił, rzuciła go na
ziemię. Rozległ się głuchy dźwięk, gdy książka uderzyła o
zmarznięty, twardy grunt.
Ktokolwiek to był, wypowiedział jej imię. To
oznaczało, że ją znali.
Jak za naciśnięciem guzika, miejsce strachu zajął
gniew.
– Kto tam jest? – zawołała, ciężko dysząc. – Kto tam?
Czemu po prostu nie wyjdziecie?
Otarła cieknący nos rękawem, w ogóle o to nie
dbając.
– Brad? – ryknęła w kierunku dębu przed domem
pani Finley.
– Mark? Wiem, że tam jesteście! – Tym razem
odwróciła się do krzaków, rosnących wzdłuż białego
ogrodzenia pana Anchora.
– Brad, jeśli to ty, to nie jest śmieszne, przysięgam na
Boga, ze nie jest! Gdziekolwiek jesteś... kimkolwiek
jesteś! – Gdy krzyczała, pochyliła się pomimo
wyczerpania i z zawalonej liśćmi trawy podniosła grubą,
sękatą gałąź. Machnęła nią i zachwiała się. – Wyłaźcie
już!
– Znowu zamachała drągiem w powietrzu. –
Wyłaźcie, żebym mogła wziąć ten kij i wepchnąć wam
w...
– Isobel!
Obróciła się i upuściła kij. Trzasnął o asfalt.
Mama wychyliła się przez drzwi. Jej sylwetkę okalał

miękki blask lampy na ganku. Ze skrzyżowanymi
ramionami, kuląc się z zimna, patrzyła przez przymrużone
powieki na Isobel, a jej mina wyrażała coś między troską
a oburzeniem.

12
Niewidzialne widzialne
W tym momencie Isobel chciała tylko uciec do
mamy, wypłakać się i wszystko opowiedzieć. Chciała,
żeby tata przeszukał ogródek, wezwał policję i nakłonił ja
do zamknięcia parku. W tym momencie, gdy mama na nią
patrzyła, a z kończyn dziewczyny odpływała energia,
wywołując poczucie zupełnego wyczerpania, stwierdziła,
że nic jej nie obchodzą tarapaty, w które wpadnie. Może
nawą zostać w domu do końca życia.
Gdy już miała się przewrócić na trawę i wszystko
wyśpiewać, z boku domu rozległ się głos Danny’ego.
– Powiedz im, Iz! – krzyknął.
Poderwała głowę i zobaczyła, że zdyszany człapie w
jej stronę. Za sobą ciągnął jeden z dużych plastikowych
kubłów na śmieci, które stały na tylnym ganku. Isobel
patrzyła, niemal nie zdając sobie sprawy ze swoich
szeroko otwartych ust.
Danny wesoło pomachał mamie, która wyszła na
werandę. Prychnął i powiedział:
– Znowu ten szop.
– Co wy robicie? – spytała matka. Wciąż krzyżowała
ramiona. Przestąpiła z nogi na nogę, taksując ich oboje

wyrokiem. – Może mi ktoś powie, co się tu dzieje.
Isobel patrzyła to na brata, to na matkę.
– Wszystko w porządku, mamo – zapewnił Danny i
postawił wielki kubeł tuż przy skrzynce na listy, wciąż
dysząc i sapiąc. Poklepał pokrywę. – Wynosimy tylko
śmieci. Pomyślałem, że lepiej zrobić to przed kolacją,
żebyśmy nie musieli zajmować się tym rano.
– Isobel? – Głos mamy brzmiał tak, jakby dobywał
się z wnętrza butelki.
Dziewczyna próbowała poruszać ustami, czując się
niczym ryba, która wypadła z akwarium.
– Pomaga mi – odpowiedział za nią Danny.
Stwierdziła, że łatwiej jej kiwać głową, niż mówić.
– No i – ciągnął chłopak – ten głupi szop znowu
wrócił. Cholerny szop! – wykrzyknął, a jego głos poniósł
się echem po okolicy.
– Danny!
– Przepraszam, mamo. Przeklęty szop! – zawołał.
– Oboje – warknęła matka – do domu! Ale już!
Możesz wynieść resztę śmieci po kolacji, Danny. Ty nie,
Isobel. Wyglądasz jak śmierć na chorągwi. Wracaj do
środka, zanim się rozchorujesz.
Gdy się odwróciła, by otworzyć im drzwi, Isobel
poczuła, że brat szturcha ją łokciem. „Gdzie ty, do diabła,
byłaś?” – spytał bezgłośnie, poruszając tylko ustami. Nie
czekał jednak na odpowiedź. Skrzywił się, po czym,
kręcąc głową, pospieszył do domu. Isobel podreptała w
stronę drzwi i przejętej matki. Znowu pociągnęła nosem i

otarła go rękawem.
– Mam nadzieję, że się nie biliście – powiedziała
mama i nachyliła się, by strzepać kredowy pyl z kolan
córki. – Oboje jesteście już na to za duzi. Zwłaszcza ty,
Isobel.
Wchodząc do środka, dziewczyna ostatni raz
obejrzała się przez ramię i popatrzyła w ciemność.
Zauważyła, że na gałęzi dębu przed domem pani
Finley przycupnął jeden czarny ptak, który przekręcił
głowę. Wydawało jej się, że jego spojrzenie zatrzymało
się właśnie na niej.
Na kolację jedli indyka i tłuczone ziemniaki, ale
Isobel z, dolała wmusić w siebie ledwie kilka kęsów. Tata
raz po raz pytał, czy dobrze się czuje, a mama co trzy
sekundy przytykała jej dłoń do czoła, więc dziewczyna i
tak nie mogła się skupić na jedzeniu. W końcu przeprosiła
i poszła wziąć prysznic.
Ciepła woda i samotność miały w sobie coś, co
ułatwiało myślenie.
Czuła, jak napięcie zsuwa się z jej ramion i wirując,
znika w odpływie wraz z brudem i potem. Jej mięśnie się
odprężyły i poczuła się bezpieczna, zamknięta w małej,
ciepłej przestrzeni.
Zakręciła wodę i wyszła spod prysznica, po czym
zawinęła ręcznik na włosach i włożyła puchary różowy
szlafrok, który dostała od mamy pod choinkę.
Chyba powinna podziękować Danny’emu za to, że
nie wpadła w tarapaty. Pomysł z szopem był dość sprytny,

bo nocami taktycznie przychodziło jakieś zwierzę i
przewracało kubły. Oczywiście, wiedziała, że powód, dla
którego przyszedł jej z pomocą, nie miał nie wspólnego z
braterskim poczuciem solidarności, chodziło jedynie o
pakt, który zawarli. Gdyby wiosną nie dostała samochodu,
on nie zyskałby szofera.
Isobel pozbierała swoje brudne, poplamione potem
ubrania. Wyszła z zaparowanej, ciepłej łazienki i opatuliła
się szlafrokiem, pokonując zimnym korytarzem
trzymetrowy dystans do swojego pokoju. Zamknęła drzwi,
rozejrzała się i stwierdziła, że Danny nie zadał sobie
trudu, by zaciągnąć firanki po jej wyjściu, tak jak mu
poleciła. Mruknęła z niezadowoleniem, wrzuciła ubrania
do kosza na brudną odzież i podeszła do okna, by je
zasłonić. Przystanęła i wyjrzała w noc. Ten ptak. Ciągle
tam był i siedział na rej samej gałęzi sękatego dębu po
drugiej stronie ulicy. Zdawał się patrzeć prosto na nią.
Zasunęła roletę i zaciągnęła firanki.
Siedząc na skraju łóżka, odwinęła z włosów turban z
ręcznika i poklepała, by wchłonął więcej wilgoci.
Odłożyła go na bok i wzięła z nocnej szatki suszarkę w
kolorze metalicznej zieleni (którą rzadko wyłączała z
kontaktu albo chowała) i włączyła ją na najniższym biegu.
Przechyliła głowę i niedbale machała suszarką przy
włosach. Wolną ręką wzięła komórkę ze stolika przy
łóżku, gdzie ją zostawiła, by się ładowała. Otworzyła i
sprawdziła nieodebrane połączenia. Zero. Skontrolowała
esemesy. Też zero.

Westchnęła. W sumie, w zaistniałej sytuacji, to jej nie
zdziwiło.
Popatrzyła na ścianę i jej wzrok przestał się na
czymkolwiek skupiać. Miło było czuć cieple powietrze na
skórze głowy, które w połączeniu z niskim szumem
suszarki przyprawiało ją o senność. Nie przypuszczała, że
zdoła tej nocy zasnąć, lecz teraz, po powrocie do domu, w
otoczeniu normalności, wspomnienie koszmaru zaczęło
blednąc, jakby dotyczyło czegoś, co wydarzyło się przed
miesiącem, a nie przed godziną.
Już kilkanaście razy odtwarzała bieg w myślach.
Gdyby nie była raka przerażona, może by zobaczyła, kto
to był. Ale nie chciała się zatrzymać i zaczekać, aż ktoś
się pojawi. Próbowała oswoić się z myślą, która zdawała
się rozsądna, gdy wymachiwała kijem – że gonił ją ktoś,
kto ją znal. A jeśli tak, najpewniej chodziło tylko o
idiotyczny dowcip, prawda?
Zmarszczyła brwi, wiedząc, że to nie ma większego
sensu. Tak naprawdę nie tu nie miało sensu. Wydawało
się nieprawdopodobne, by Brad lub ktoś z pozostałych
mógł zrobić coś takiego. Nie mogła sobie tego wyobrazić.
Poza tym Brad śledziłby ją do księgarni, a potem zaczekał
na zewnątrz. Choć mogła sobie wyobrazić, że ją
szpieguje, coś nie pasowało jej w pomyśle, że mógłby
gonić ją w parku o zmierzchu. Był zbyt bezpośredni na
takie akcje. Już nie mówiąc o tym, że zbyt dumny.
Nie, nawet jeśli był gdzieś w pobliżu, nawet jeśli ją
szpiegował, znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że nigdy

nie próbowałby jej tak przerazić. Właściwie, gdyby za nią
szedł, to niezależnie od tego, czy ze sobą zerwali, z
pewnością nie pozwoliłby jej iść samej przez park. Było
to głupie posunięcie – teraz już to rozumiała. Brad zawsze
miał do niej pretensje, gdy popełniała głupstwa pod
wpływem impulsu, Isobel przygryzła wargi. Jej dłoń
zacisnęła się na telefonie, gdy walczyła z nagłym
pragnieniem, by wybrać jego numer. Chciała do niego
zadzwonić, opowiedzieć, co się stało.
Wiedziała jednak, co by powiedział. Najpierw byłby
zadowolony że do niego zatelefonowała, że uległa już po
jednym dniu. Potem zadawałby rozmaite rozsądnie
brzmiące pytania. W końcu powiedziałby, że to sprawka
Varena, i zacząłby swoją śpiewkę pod hasłem: „A nie
mówiłem?”. A potem... co potem? Dalszy ciąg tego, do
czego, jak już pokazał, jest zdolny?
Isobel skrzywiła się na tę myśl. Wspomnienie Brada
atakującego Varena miało w sobie coś, na co wzdrygało
się całe jej ciało, jakby ktoś stłukł wazę z dynastii Ming
tylko po to, by udowodnić, że potrafi.
Z drugiej strony zastanawiała się – co z Varenem?
Czy mógł ją śledzić po tym, jak wyszła z księgarni?
Nic prostszego. Tylko po co miałby to robić? Żeby zrobić
jej kawał? Udowodnić jakąś chorą tezę? Przecież słyszała
głosy na górze, gdy wróciła po książkę Poego. Czy to
planował? Zemsta za wydarzenia z łodziami? Było w nim
tyle mroku, że nie miała pewności, czy go nie
podejrzewać.

Zdawało jej się, że ponad szumem suszarki słyszy
ciche pukanie do drzwi.
Wyłączyła suszarkę. Zerknęła na drzwi, po czym
zebrała wciąż wilgotne włosy jedną ręką i powiedziała:
– Proszę.
Drzwi pozostały zamknięte. Patrzyła na nie i czekała.
– Mama? – odezwała się. – Tata?
Nie było odpowiedzi.
Odłożyła telefon, suszarkę zostawiła na łóżku i
podeszła, by je otworzyć. Wyjrzała na korytarz i usłyszała
dźwięki z telewizora na dole, odległy ryk tłumu, podczas
gdy tata wołał z entuzjazmem: „Dawaj, dawaj!”. Światło
w łazience było zgaszone i wciąż czuła woń żelu do mycia
o zapachu kwiatów wiśni, którego użyła. Drzwi do pokoju
Danny’ego na końcu korytarza były otwarte na oścież i ze
środka migotało błękitno-białe światło, a każdemu
rozbłyskowi towarzyszył udręczony krzyk zombie. Poza
tym nie było nic.
Zdezorientowana Isobel zamknęła drzwi, a następnie
podeszła do komody, otworzyła górną szufladę i
wyszukała swoje ulubione krótkie spodnie od piżamy w
różowo-czarne paski, a do tego dopasowaną koszulkę.
Ubierała się, rzuciwszy szlafrok na podłogę, ale
przerwała, naciągnąwszy koszulkę przez głowę, zdawało
jej się bowiem, że znowu słyszy stukanie, tym razem z
tyłu.
Podniosła wzrok. Jej spojrzenie ominęło własne
odbicie w lustrze toaletki i zatrzymało się na oknie.

Zaczekała i dźwięk rozległ się znowu. Ciche, delikatne
stukanie. Tym razem towarzyszył mu szelest, jakby ktoś
pocierał szorstką tkaniną drewno.
Patrzyła na okno, nadstawiając uszu.
Szmer dobiegł ponownie, tym razem głośniejszy. Za
firankami, pod wąziutką szczeliną na dole rolety, coś się
poruszyło.
Serce zabiło jej mocniej.
Przez chwilę rozważała, czy nie podejść do drzwi, by
zawołać tatę. Po chwili skrobanie stało się jednostajne.
Miała też wrażenie, że z miejsca, w którym stoi, dostrzega
skrawek czarnego materiału, przypominający rękaw
koszulki, jakby ktoś próbował złapać się parapetu.
Szybkim ruchem Isobel sięgnęła do komody i wzięła
nagrodę dla „skaczącej numer jeden”, którą zdobyła
podczas pierwszego roku w szkole. Na komodzie został
ślad – krąg wypolerowanego drewna, odcinający się od
warstwy kurzu. Ścisnęła posążek czirliderki z fałszywego
złota i ujęła ją do góry nogami, wymachując granitową
podstawką niczym pałką.
Każdy krok wtapiał się w miękki dywan, gdy
podchodziła do okna.
Z zewnątrz dobiegało przeciągłe, szeleszczące „szirrrszrrrruuuf” Gdy zmrużyła powieki, zdawało jej się, że
widzi coś na kształt długich, szczupłych palców w czarnej
rękawiczce, próbujących sięgną pod parapet.
Isobel szarpnęła roletę, która z trzaskiem strzeliła w
górę. Coś zaskrzeczało. Czerń rozlała się po jej oknie

niczym rozchlapany atrament. Cofnęła się z krzykiem.
Cisnęła statuetką w stronę okna, mijając szybę o
centymetry i robiąc wgłębienie w ścianie.
Wachlarz czarnych piór uderzył gniewnie w szybę, po
czym nastąpiło stukanie ostrego dzioba i niskie, chrapliwe
krakanie.
– Głupi ptak! – wykrzyknęła dziewczyna, a serce
zabiło jej tak mocno, że czuła puls w skroniach.
Dźwignęła się, czując palący ból na udzie, które
otarło się o dywan. Zignorowała go i skoczyła do łóżka,
by chwycić dwie różowe poduszeczki. Rzuciła nimi w
okno. Olbrzymi ptak potężnie machnął czarnymi
skrzydłami. Zaskrzeczał, gdy pierwsza poduszka trafiła w
szybę, a następnie, po drugiej, zerwał się i odfrunął w
ciemność.
Isobel z powrotem zaciągnęła roletę i zasunęła
firanki.
Wróciła do łóżka. Zmagając się z dreszczami, wzięła
po drodze szlafrok i narzuciła go na piżamę. Zepchnęła
suszarkę z łóżka na podłogę, chwytając komórkę.
Chodziła po pokoju. Wyświetlacz telefonu pokazywał
godzinę 20:52 cyframi w kolorze elektrycznego błękitu.
Dochodzi dziewiąta, pomyślała. Trudno, będzie musiał to
przeżyć.
Wstukała numer. Rozległ się jeden sygnał... drugi... i
trzeci. Spróbuje jeszcze raz...
– Halo?
Zamrugała, zaskoczona. Nie spodziewała się, że to on

Czy on w ogóle oddychał? Jezu. Znowu przez dłuższą chwilę słuchała cichego szumu w słuchawce. – Hej – powiedziała. Powiedziała to. Chyba lepiej upewnić się. Skrzywiła się. zanim w końcu zaczerpnął powietrza. by jej głos brzmiał rzeczowo. o czym mówisz. czemuś przywołała mnie z mego grobu?”. – Hej – odrzekł. jak zareaguje. ale postanowiła poczekać i zobaczyć. choć z mniejszą pewnością. niż chciała. w takim razie postanowiła przejść do rzeczy. przerywając ciszę – to uważam. – No i już. zanim zacznie nawijać o niewidzialnych prześladowcach. aż poczuła się nieswojo. Z drugiej strony panowała cisza. No dobra. że powinieneś się po prostu przyznać. – Słuchaj – powiedziała – muszę z tobą pogadać. – Jeśli to byłeś ty – powiedziała. starając się. Nie było cię dzisiaj wieczorem w parku. ale sądzę. jaki kwas wrzuciłaś po wpół do siódmej – powiedział – ale nie mam pojęcia. Pozwoliła. że to nie było śmieszne.odbierze. a w jego głosie słyszała niewypowiedziane pytanie: „O prosta śmiertelniczko. prawda? – Może zabrzmiało to bardziej oskarżycielsko. że to nie on. – Nie wiem. by milczenie trwało. – Park – odparła. . by przemówić.

że to bardzo głupie. – Przede wszystkim – przerwał. – A po co zadzwoniłaś? Bo nie chodziło o . Nie po to zadzwoniłam. Skuliła się. że nie ma za co. Przepraszam – powiedziała. – Ktoś mnie gonił – wypaliła. Po drugie. powinnaś zdawać sobie sprawę. – Nie chciałam cię oskarżać. nie mogąc znieść tego. że można było podejść do tematu w lepszy sposób. Oj! – Dobra.. – Powiedzmy. – I sądzisz. Nie chciała powiedzieć. – Jego ton stał się protekcjonalny. dzięki. Wolną ręką objęła klatkę piersiową. – Co z parkiem? – spytał niecierpliwym tonem. Z pochyloną głową znowu zaczęła chodzić po pokoju. Chciała tylko uzyskać odpowiedź.. że to był on. – Tego nie powiedziałam. że to ja? Ojoj. – ciągnął – naprawdę musiałaś coś wziąć. ale moja egzystencja nie jest aż talu smutna. – Tak. że własne słowa obracają się przeciwko niej..Zaczynała myśleć. słuchaj.. Przykro mi. że mógłbym za tobą iść. skoro zakładasz. łapiąc się za drugi łokieć. kręcąc głową. a co dopiero cię gonić. – Ale zasugerowałaś. – Ale mnie oskarżyłaś. nie pozwalając jej skończyć – jeśli byłaś wieczorem sama w parku. – Ja.

– To. – Hej! – wtrąciła.. podnosząc głos. – Usłyszała.. że widocznie używa telefonu bezprzewodowego. – Wiesz – mówił dalej. mam nadzieję.. zwłaszcza tobie.. że byś nie zrozumiała. jeszcze nie oznacza. czy w ogóle ma komórkę. co krzyczy: „Błagam o uwagę” bardziej. wszystko pędziło prosto do piekła w wielkiej. i zaczęła się zastanawiać. to. nie miała nie przeciwko temu. No tak. niż ubieranie się jak kostucha i zapisywanie strasznych tekstów w jakimś brulionie? – Proszę. czy jest coś. Ale mnie to wkurza. co wszyscy ci zawsze mówili. jak parsknął ponad chrobotliwym szumem. świat nie kręci się wokół ciebie. – Nie muszę się tłumaczyć. lubię swoje jasne włosy i noszę strój czirliderki. że ubieram się na czarno i prowadzę prywatny . Zrozumiała. – Słuchaj – warknęła – przeprosiłam! Nie musisz zachowywać się jak osioł. z coraz większym jadem w głosie – wbrew temu. Śmiało. płonącej rakiecie. – To. Pomijając fakt. że jestem głupia. bo też dysponowała działami. – To znaczy. Miała już dosyć tego wymądrzania się i wywyższania. Skoro chciał wytoczyć ciężką artylerię. Jeśli ktoś uważał się tu za lepszego. – Czemu nie mówisz za siebie? – syknęła. to właśnie on.pogawędkę. – Mówię tylko to. że wychodzę na słońce. – Tak? – odrzekła. czego nikt inny ci nie powie.

kimkolwiek byli – . Przepraszam. – A jeśli tak? Isobel natychmiast zasłoniła usta. skoro już o tym mowa. przeciągając palcami po włosach. i tyle. Zamknęła oczy i przycisnęła opuszki palców do czoła. nie oznacza. Że masz manię wielkości. że zwariowałaś. Nie chciałam. bo powiedziałaś. Nieważne.. – Akurat cię to obchodzi. to prędzej. – Jesteś złośliwy. Albo będę terroryzował bezmyślne czirliderki. – Miałem pomyśleć. – Dbasz tylko o swoje puchate.. jak inaczej ci to powiedzieć. że wysadzę szkolę w powietrze. że może to twój pomysł na dowcip. Poczuła pod dłonią. żebyś pomyślał. dobra? Tak naprawdę nie sądziłam. Skąd jej to przyszło do głowy? – Nie obchodzi cię – zapewnił. po czym zmarszczyła brwi na widok rąbka swojego puchatego różowego szlafroka. że jej policzki robią się gorące. różowe ego. że zwariowałam czy coś. – To nieprawda – odparła i podeszła do łóżka. Kiedy wszystko poszło nie tak? Czy na stryszku się nie dogadywali? A w lodziarni? Czy to się nie liczyło? – Nie wiedziałam. że to ty. że ktoś gonił cię przez park i powinienem się przyznać? Nie. by znowu na nim usiąść. Nie widziałam ich. – Co mi powiedzieć? – O tym parku – westchnęła. – Pomyślałam tylko.dziennik. – Po prostu.

Usłyszała trzaski. Możesz tam zajrzeć i sprawdzić. nie przychodzi ci do głowy nikt inny? – Jego głos ociekał sarkazmem i nie musiała zgadywać. że ci się nie zdawało? Wiesz. . – Nie zrobiłby tego – stwierdziła. Poza tym słyszałam głosy i trzask bramy za sobą. W końcu ściszonym głosem zapytał: – Jesteś pewna.. Na drugim końcu linii znowu zapadła cisza. czyli się poruszał. czytałaś tuż przed wyjściem. Przy okazji powinnaś też wiedzieć. że to byłem ja. jak już wyszłam z parku. że wielu rzeczy. – Ja po prostu – zaczęła łagodnie – po prostu potrzebowałam to komuś powiedzieć. – Widzę. bo jej pewność siebie sczezła niczym więdnąca roślina. czy ktoś go nie kupił. że w zeszłym tygodniu oddałem swój płaszcz niewidzialności do lombardu. kto to był? – zapytał. twoim zdaniem. jak porywająco by to nie zabrzmiało – przemówił – byłem w księgarni jeszcze godzinę po twoim wyjściu. Miał ją za przedszkolaka? – Umiem odróżnić fikcję od rzeczywistości. – A oprócz oczywistego przypuszczenia. – No. kogo ma na myśli.. – W ogóle nie widziałaś. by nie zrobił. Nie odpowiedziała.powiedziała głosem słabym i cichym.

– No. Eee. właśnie w tym rzecz. już dziewiąta – przemówił głos. że porozmawiacie jutro... – Powiedz.. Umilkła i nasłuchiwała. widzimy się jutro w szkole? Cisza. – Muszę kończyć – oznajmił. Wiesz o tym. Isobel usłyszała. jakby telefon owinięto tkaniną. że chodzi. że Varen bąknął coś w odpowiedzi. – Nie ma telefonowania po dziewiątej. Ze słuchawki znowu dobiegło szuranie.. – Pewnie.. a potem głos Varena. ale nie dotarło do niej. – Dobra. – Halo? – Tak – odparł. Znowu słyszała. – Varen.. potem otworzyły się drzwi i rozległ się męski głos. . – Kto to jest? Z kim rozmawiasz? – spytał głos. bo wszystko brzmiało tak. – Czekaj – powiedział. Co takiego? Miał godzinę policyjną na telefon? Koszmar. co takiego.– Nie. pora się pożegnać – polecił mężczyzna.

po czym wypadła za drzwi. patrząc na płatki pływające w jej śniadaniowej miseczce. co też zrobiła ze swoim.13 Pod obserwacją Isobel siedziała przy kuchennym stole. – Isobel? – spytał tata z drugiego końca stołu. w miejsce. Wszystkie dźwięki – brzęk naczyń w zlewozmywaku. żując. która brzęknęła głośno o miseczkę. jakby dochodziły z głębi ziemi. Czuła się zupełnie jak jednodniowa padlina na drodze – rozmiękła i rozpłaszczona. Głęboki ból sączył się z kości i przenikał . Zaczęła się zastanawiać. Upuściła łyżkę. Podniosła wzrok znad stołu. Poranne powietrze uderzyło ją chłodem i wilgoć zalała jej płuca. Zerwała się z krzesła. Nie zawracała sobie głowy odpowiedzią. Zupełnie jakby magiczne króliczki odwiedziły ją w ciągu całych czterech godzin snu i wypchały jej głowę mokrą watą. Pognała korytarzem. Była też obolała i ospała. szelest gazety ojca – brzmiały tak. I wtedy sobie przypomniała. i popatrzyła w głąb korytarza. ponownie budząc wczorajsze dolegliwości. szuranie nóg w przedpokoju. gdzie plecak Danny'ego leżał obok stojaka na parasole.

i ze środka wyciekła ozdobna różowa ciecz z brokatem na tarczę i na materiał. patrząc przy tym na zniszczoną błyskotkę na dłoni. Jej oczy zwęziły się. Dzięki Bogu. Obróciła ją w rękach. rzuciła plecak przy drzwiach wejściowych. Odetchnęła z ulgą. Mokra trawa smagała brzegi nogawek jej dżinsów. gdzie znowu opadła na krzesło. dokładnie nad tarczą w kształcie serduszka. podążając za lśniącym śladem. podnosząc go opuszkami palców. – Co tam? – spytał tata. Podbiegła i przykucnęła przy plecaku. nawet nie zadając sobie . Oj. po czym poszła do kuchni. Pokrywała go rosa i nylon był wilgotny. Powoli podreptała z powrotem do domu. niech nie ci się nie stanie. Właśnie wtedy zauważyła połyskującą breję z przodu plecaka tuż pod swoimi haftowanymi inicjałami. ale nie przemoczony. gdy zmuszała się do ruchu.mięśnie. a ciężar książki zmiażdżył zegarek. I całe. Widocznie zbiło się. – O nie – jęknęła. przeciągnęła palcem po grzbiecie. Wstała i wolną ręką włożyła plecak na ramię. Chwyciła Dzieła zebrane Edgara Allena Poego i ostrożnie wyciągnęła książkę. prowadzącym do srebrnego zegarka na łańcuszku. Odpięła go i wzięła do ręki. Sprawdziła strony. kiedy wieczorem rzuciła plecak. proszę. Niespokojnymi palcami odsunęła suwak. Wydawały się suche. Szkiełko pękło pośrodku. Proszę! W trawie. Ciągle tu był. niczym flaki wróżki.

gdyby rodzice pozwolili jej zdać egzamin na prawo jazdy. Isobel nie miała siły. Czy mogła to zrobić? Gdzie znajdował się przycisk do wyjęcia płyty z życiem? Nie musiałoby tak to wyglądać. Zepsuł się. – Ojoj – powiedział. wylewając połowę mleka z płatkami Lucky Charms z powrotem do miseczki.trudu. by odłożyć gazetę. odkładając zegarek na podkładkę pod talerz. dłuższe oczekiwanie stanowiło element umowy. zamiast czekać. którą zawarli. przykładając rękę do czoła. A jakby tego było mało. Tego popołudnia miała trening. i to z połową ekipy. Niestety. – Tato? – Mmm? – Możesz odebrać mnie dziś z treningu? Około wpół . podnosząc wzrok. – Przykro mi. Miała ochotę się poddać. pomyślała. – No – odezwał się Danny ze swojego końca stołu. I tak szykował się ciężki dzień. żeby się odgryźć. O nie. – Mój zegarek. – Tak – mruknęła. kochanie. aż wiosną skończy siedemnaście lat. Wzięła łyżkę i zanurzyła w mleku z płatkami. – Następnym razem będziesz miała wymówkę. jak się spóźnisz. Brad. gdy pierwszy raz poprosiła ich o samochód. że nie uda jej się uniknąć przynajmniej jednego spotkania z Bradem. miała pewność. Jak wróci z treningu do domu? Wbiła spojrzenie w stół.

. że nieźle zna się na samochodach. garbiąc się. – Setny raz powtarzam. tato. Głośno ją kartkował. była ścigana przez widmowych prześladowców i czuła się jak żywa pacynka ze skarpetki. jego samochód jest w warsztacie. To załatwiło sprawę i ojciec odłożył gazetę. Czy Brada też trzeba podwieźć? – Nie. – Ohyda! – wykrzyknął. znowu rozwijając gazetę. – Na pewno dobrze się czujesz. że w jeden weekend straciła wszystkich przyjaciół. po czym spytał: – Czy między wami wszystko w porządku? – Tak. – Hmm – mruknął.. Możesz przyjechać? – Uhm – odparł – chyba mogę. daj spokój. Izzy? Nie wyglądasz najlepiej. – Dziwnie się ostatnio zachowujesz. – O? Myślałem. Dzięki. – Hormony – mruknęła. – No ale coś się stało. wszystko było wprost znakomicie. po czym złożył z powrotem. Zmierzył ją wzrokiem. że spytałeś. Tata odpowiedział kolejnym krótkim „mmm”.do piątej? – Chyba zwykle Brad cię odwozi? – On. – Tak. Oj.. po drodze z pracy. tato – odrzekła. że tak. Nie licząc faktu. tato. Danny trzasnął łyżką o stół.

które wkładała na ciasne bluzki. przypominała Isobel gęś. Obok usłyszała szelest kartek. a Danny pokręcił głową i jęknął. – Chyba mamy nawet czas na kawę z okienka. – Jesteście gotowi do wyjścia? Isobel. Nosiła też okulary w owalnych oprawkach i miała proste. Z oparcia krzesła ściągnęła swoją brązową sztruksową kurtkę i ruszyła do drzwi. kasztanowe włosy. Obejrzała się i zobaczyła tę dziwną chudą dziewczynę. Po drodze złapała plecak. Zwykle przepasywała je bandaną albo związywała w koński ogon na karku. a potem ciężkie dudnienie książek. że mogłaby na nich usiąść. która tylko czekała na pretekst. wzięła zepsuty zegarek. tak długie. Zawsze ubierała się w długie i zwiewne kwieciste spódnice oraz czarne trykotowe spodnie. – Jeszcze wcześnie. Wątła. Kogo podwieźć na przystanek? – spytała mama. Przy swojej szafce Isobel odgarnęła za ucho kosmyk nie do końca wczoraj wysuszonych i zagniecionych od poduszki włosów. o długiej szyi. z którymi Isobel normalnie by .W tym momencie weszła mama. a do tego dopasowane swetry. po czym nachyliła się po segregator. Nie należała do osób. która miała szafkę obok. – Mnie – mruknęła spragniona kawy Isobel. przetrząsającą gąszcz papierów z brzękiem bransoletek. by wstać.

Isobel mimo woli gapiła się. Tak jak w przypadku przygotowywania z kimś projektu. Postawiła plecak i . – Hej – odezwała się Isobel. czy coś zgubiłam. Zupełnie nie tego się spodziewała. nic nie zgubiłam. Pięknie.rozmawiała. Może z wyjątkiem zdolności do dziwienia się czemukolwiek. że opada jej szczęka i do ust wpada podmuch powietrza. ale z jakiegoś powodu w tym momencie uderzyło ją. po czym wstała i odchyliła się. w których człowiek skazany jest na towarzystwo kogoś. Nagle tamta na nią popatrzyła. – I to ona. – Czego szukasz? Zgubiłaś coś? – Ona mówi – powiedziała dziewczyna. krótki. pyta mnie. z kim normalnie by się nie zadawał. trochę ostro brzmiący. zanim zdążyła ugryźć się w język. Czy sąsiadujące szafki nie czyniły z nich przynajmniej znajomych? Była to jedna z tych sytuacji. która wszystko upuszcza. Nie. – Obiema rękami wepchnęła stertę papierów do szafki. używając nogi do ich dopchnięcia. a następnie znowu udeptuje papiery. – Co zrobiłaś z włosami? Isobel poczuła. Dziewczyna najbardziej na bakier z modą w całej szkole zauważyła jej kłopoty z włosami. zmienia nogę. – Spałam z mokrymi – bąknęła. jak dziewczyna chwyta boki swojej szafki. że to dość dziwne: widywały się codziennie i nigdy nie zamieniły ani słowa. – Kto by pomyślał. Miała jakiś nowojorski akcent.

O mój Boże. – Wydajesz się trochę mniej nadęta. Proszę bardzo. jeśli chodzi o zawieranie znajomości. Może dzisiejszy dzień nie będzie jednak taki zły. a wtedy oczywiście okazało się. zanim znaleźli się na tyle blisko. trzymając się za ręce. w jej stronę. Szybko odwróciła wzrok. i wtedy ich zobaczyła. mogli mieć siebie nawzajem. by ją zobaczyć. Nie zamierzała dać im satysfakcji publicznego przedstawienia. by pójść do klasy inną drogą. Patrzcie ją. To tyle. I Nikki. Wzięła gumkę i założyła ją na nadgarstek.ukucnęła. ale poradziła sobie. Uśmiechała się do wszystkiego dookoła. Gdy jednak weszła na schody i znalazła się poza . Mimo całej tej sytuacji nie mogła powstrzymać lekkiego uśmiechu. – Z tymi słowami odwróciła się i odeszła z szumem włosów i spódnicy No dobra. pomyślała Isobel. Przekręciła gałkę i zaryzykowała jeszcze jedno spojrzenie. – Wyglądają nieźle – stwierdziła tamta. Szli korytarzem razem. zamykając drzwiczki swojej szafki. Brada. Zatrzasnęła szafkę i chwilę zmagała się z zamkiem szyfrowym. No i Nikki. jakby właśnie zdobyła tytuł miss Ameryki czy coś. że Brad patrzy prosto na nią. że Brad tego właśnie chce. Wiedziała. Odwróciła się. by w swojej awaryjnej kosmetyczce poszukać gumki do włosów. trzymając dłoń Nikki i splatają z nią palce.

Nie spodziewali się.zasięgiem ich wzroku. że zobaczy Brada dosłownie zespawanego z Nikki zaledwie dwa dni po tym. których zupełnie się nie spodziewała. Była wściekła . że z jej dumy uchodzi powietrze.prawdę wściekła ale zarazem zdezorientowana. . jak z nim zerwała. poczuła. Ale może powinna była. Ogarnęła ją fala emocji.na.

Hipisi w kącie. Chociaż nie patrzyła prosto na nich. Widziała ich kątem oka. Ruszyła naprzód. gdy zbliżała się do początku kolejki po obiad. jakby starała się bardzo uważać. Siedzieli przy tym samym stoliku. Maniacy komputerowi przy przeciwległej ścianie.14 Wszystko to. egzotycznych ptaków. żeby wszyscy widzieli. niby stado ciemnych. co widzę Isobel nie miała pewności. aż spróbuje usiąść z nimi – albo gdziekolwiek. czemu wcześniej się nad tym nie zastanawiała. by nie rozlać lemoniady. w rogu najdalszym od okien. Gdzie miała usiąść? Nie chciała. pytanie stało się oczywiste. że się gapią i czekają. Jak zwykłe. Sportowcy przy stolikach z widokiem na boisko. przesiadywali goci i świry. niektórzy na podłodze. zwłaszcza że ekipa będzie ją obserwować. wiedziała. . Bez wątpienia już rozgłosili jej upadek. ale teraz. co zwykle. A tam. Wśród nich dojrzała Varena. Omiotła pomieszczenie wzrokiem. wychodząc z kolejki i robiąc powoli kilka kroków do sali. wszyscy siedzieli w swoich grupach. jak miota się po stołówce.

Żeby interweniował. Zupełnie jakby oglądali ostatni odcinek jakiegoś ważnego serialu dramatycznego i czekali. kto zginie. co właściwie robią jej nogi. które się w nią wbiły. minęła szansę. usiłując nie zważać na takt. odwrócili głowy. cała stołówka. omal nie zboczyła z obranej drogi. Za bardzo czekała na reakcję Varena. Zacisnęła usta. jak na budzącym dreszcz obrazie. docierało to do niej ze wszystkich stron niczym ledwie wyczuwalna wibracja. słowa do niej dotarły. i ruszyła prosto do czarnego zgromadzenia. gdzie wszystkie postacie zdają się patrzeć na widza. że czuje się niczym jagnię prowadzone na rzeź. Żeby coś powiedział. Słyszała dziewczynę. Teraz już wszyscy się na nią gapili.Zanim sama się zorientowała. jaką stwarzał pusty stolik. że popatrzył na nią ostatni? – Czego chcesz. Barbie? – zapytała dziewczyna siedząca obok niego. Niektórzy popatrzyli w jej stronę. Wśród tych lodowatych spojrzeń szukała tylko oczu Varena. czekając – na obronę swojego imienia i na miejsce przy stoliku. Podeszła bliżej i usłyszała szmer uwag. Raz obrawszy kurs. ale z jakiegoś powodu nie mogła odpowiedzieć. Mogła tylko nie odrywać od niego oczu i tak stać. poniosły ją w tamtą stronę. . jakby mieli jakiś sonar czy radar. Czemu jednak zdawało się. by się dowiedzieć. Przez wszystkie te okolone czernią konturówek oczy. Potem.

– Hej! – odezwała się znowu tamta i zamachała
między nimi dłonią, aż zaklęcie prysło.
Varen się odwrócił. Oszołomiona Isobel popatrzyła
na dziewczynę i od razu poznała, że to ca, która podała
Varenowi czerwoną kopertę, ta, której zdjęcie trzymał w
portfelu. Lacy.
– Nie wiem, czy zabłądziłaś, czy co – powiedziała
Lacy głosem głębokim, miękkim i zblazowanym. – A
może za trudno ci zapamiętać, przy którym stoliku masz
miejsce? – Wśród pozostałych rozległ się chichot. – Ale
nie możesz siedzieć tutaj.
Isobel znowu zwróciła spojrzenie na Varena. Powiedz
im, pomyślała. Czemu po prostu im nie powiesz?
Siedział i patrzył przed siebie z zaciśniętymi
szczękami.
Niczym elektryczny wstrząs przeszła ją fala lęku,
upokorzenia, rozdrażnienia i gniewu. Wszystko to
przepłynęło przez jej grzbiet, śmiercionośna mieszanka,
która wypełniała ją od wewnątrz.
Z każdą mijającą sekundą coraz mocniej ściskało ją w
żołądku. Czuła, ze wszyscy na nią patrzą, i twarz jej
płonęła.
Więc tak to będzie wyglądało?
– Nic wierzę ci – powiedziała, a jej głos był ledwie
szeptem. Mówiła jednak do niego. Prosto do niego.
Dlaczego nie chciał na nią spojrzeć?
Pozostali poszli za jego przykładem. Odwracali się do
swoich talerzy z, brzękiem łańcuchów i szelestem

czarnych koronek. Na umalowanych ustach zagościły
nieliczne mroczne uśmiechy. Możesz odejść, zdawały się
mówić.
Nic, pomyślała, nie będzie tak łatwo.
– Myślicie, że jesteście inni. – Głos jej się łamał i
była na siebie zła, że brzmi tak słabo. – Myślicie, że
jesteście tacy inni – powtórzyła, tym razem głośniej. –
Robicie wszystko, żeby być inni – wypaliła.
Cisza przy stoliku i w całej stołówce powróciła w
jednej chwili.
– Ale wcale nie jesteście – oznajmiła w końcu. –
Jesteście tacy sami jak wszyscy.
Odwróciła się i odeszła. Rzuciła tacę na pusty stolik
obok. Wylądowała na blade z głośnym klangiem. Nic
patrząc na nikogo, Isobel wymaszerowała przez drzwi
stołówki, otwarłszy je szeroko obiema rękami.
Znalazła się sama na korytarzu i mocno przygryzła
wewnętrzną stronę dolnej wargi, na tyle mocno, by
poczuć metaliczny smak krwi. Uderzyła pięścią w
drzwiczki szafki.
Głupia.
Głupia, głupia, głupia!
Szła dalej, prosto do najbliższej toalety dla dziewcząt.
Przepchnęła się przez drzwi i rękawem swetra
dotknęła powiek, nienawidząc łez, które go zmoczyły.
Będzie musiała wyprać go ręcznie w płynie Woolite, by
usunąć plamy z rozmazanego tuszu. Co już gorsze, on
mógł się domyślić, że płakała.

Złapała kosz na śmieci, wypełniony papierowymi
ręcznikami czym cisnęła nim ze wszystkich sił.
Przewrócił się na bok, a metal brzęknął o kafelki na
podłodze.
Naprawdę miała to gdzieś. Sytuacja była kłopotliwa,
nic więcej. Upokarzająca. Ale z drugiej strony czego się
spodziewała? Nie powinna być zaskoczona ich
zachowaniem. Nikogo z nich. Ani Brada ani Nikki... a już
zwłaszcza jego.
Nie obchodzi mnie to. Powtarzała to sobie w myślach
raz za razem, krążąc po toalecie i depcząc mokre
papierowe ręczniki. Zależało mu tylko na projekcie Liczył
się dla niego jedynie stopień.
Ona nie była ważna.
– Nie obchodzi mnie to! – krzyknęła do kosza i
kopnęła go. Brzęk odbił się echem od ścian, a pojemnik
wypluł na podłogę kolejne pomięte papierowe ręczniki.
Była głupia, bo krzyczała. Głupia, bo płakała, a
przede wszystkim głupia, bo uwierzyła, że mogą zostać
przyjaciółmi.
Wzięła garść papierowych ręczników z metalowego
podajniki. Nie wróci na korytarz z rozmazanym
makijażem i opuchniętymi zaczerwienionymi oczami.
Wzięła oddech, odwróciła się do umywalki i spojrzała
na swoje odbicie.
Suchy skrzek ugrzązł jej w gardle.
Stał w drzwiach kabiny za nią. Mężczyzna ubrany na
czarno. Patrzył na nią. Wyświechtana Fedora ocieniała

jego rysy, biały szał zakrywał usta i nos, zasłaniając
twarz.
Otworzyła usta, żeby... żeby co? Krzyknąć? Coś
powiedzieć? Nagle odbite w lustrze drzwi łazienki
otworzyły się. Chuda dziewczyna, ta od sąsiedniej szafki,
wsunęła głowę do środka. Isobel się obróciła.
– To się nazywa puszczenie kantem – powiedziała
przybyła. – Wszystko w porządku?
Isobel patrzyła na puste miejsce, w którym stał
mężczyzna. Ręką ściskała zimną krawędź umywalki za
sobą. Przeniosła wzrok na dziewczynę, . 1 potem, szybko
odwracając głowę, znowu spojrzała w lustro. Zobaczyła w
nim własną, pozbawioną koloru twarz oraz kabinę za
sobą. Pustą.
Jej wargi układały się w słowa.
– Czy ty... – Pytanie uwięzło jej w gardle.
– Ja... – zaczęła dziewczyna. – No, pomyślałam, że
może lepiej... no, nie wiem... sprawdzę, co u ciebie?
– Czy przed chwilą widziałaś... – Isobel odwróciła
się, wskazując kabinę.
Tamta wzruszyła ramionami.
– No... – Rzuciła krótkie spojrzenie przez kościste
ramię na korytarz. – Przykre, że dowiadujesz się tego ode
mnie, ale można spokojnie powiedzieć, że wszyscy
widzieli.

15
Siła słów
Dobra, dziewczyny, pięć minut przerwy!
Rozdzierający gwizdek trenerki Anne wwiercił się w
głowę Isobel, rozbrzmiewając w niej niczym alarm
pożarowy i oficjalnie nadając jej dolegliwościom status
migreny.
Nie odwracając się, by pogadać i porozciągać się z
innymi, jak zrobiłaby zazwyczaj, Isobel wyszła z formacji
i poczłapała do trybun, gdzie zostawiła torbę. Obciągnęła
krawędzie niebieskich szortów i opadła na najniższą
ławkę. Jednym płynnym ruchem otworzyła i do końca
opróżniła butelkę Gatorade, po czym znowu ją zakręciła i
wcisnęła pustą do torby między buty a dżinsy.
Gdy tak siedziała, zdawało jej się, że nie może się
zdobyć nawet na jedną spójną myśl. Musiała nakazać
swojemu mózgowi, by zaprzestał nieustannych prób
racjonalnego wyjaśnienia tego, co widziała wcześniej w
toalecie dla dziewcząt: mrocznej postaci, która
przyglądała jej się, a potem zniknęła.
Postanawiając, że lepiej poczekać, aż choć trochę się
wyśpi, spróbowała myśleć o czymś innym. To jednak
tylko dało jej umysłowi okazję, by po wielokroć
odtwarzał bolesną scenę z obiadu.
Raz po raz widziała, jak Varen podnosi na nią wzrok

znad zatłoczonego stolika i kamienne, zielone oczy
wbijają się w nią, na początku z lekkim zaskoczeniem, a
potem stopniowo roztapiają się w dwie kałuże nicości – aż
w końcu patrzą tak, jakby ledwie ją poznawał, niczym
kogoś widzianego kiedyś na plakacie.
I ta dziewczyna. Lacy.
Isobel przypomniała sobie, w jaki sposób zgromiła ją
spojrzeniem – jakby broniła terytorium.
Wyobraziła ich sobie razem, trzymających się za
ręce, i mimowolnie zaczęła się zastanawiać, jakim był
chłopakiem.
Potrafił być taki cyniczny. Taki oschły i zgorzkniały.
Pusty jak niezapisana kartka. Czy bywał też czuły?
Wzdrygnęła się na tę myśl, rozgniewana na swój
umysł, że zapuścił się tak daleko poza obszary, o których
już coś wiedziała. Varen nie różnił się od ludzi, od
których chciał niby być lepszy. Udowodnił to podczas
obiadu.
Westchnęła, nie otwierając oczu, próbując choć
częściowo uwolnić się od stresu tego dnia przeciągłym
wydechem.
Na domiar złego, była już teraz skazana na to, że
wyleci z drużyny.
Bez wątpienia. Gdy tylko przyjdzie następny piątek, a
ona zostanie z wielkim dorodnym zerem za projekt z
angielskiego dla pana Swansona.
Nie będzie czirliderką Trenton High. Nigdy więcej.
Nieobecność na dzisiejszym treningu byłaby jednak

przyznaniem się do klęski.
Poza wszystkim w ten sposób osobiście
wybrukowałaby chodnik i rozwinęła czerwony dywan
przed Alyssą, by ta przejęła rolę środkowej skaczącej. A
mimo że nikt z ekipy już jej nie lubił, Isobel wciąż
uwielbiała być czirliderką. Świetnie jej to wychodziło i
wbrew wszystkiemu nie zamierzała ułatwiać sprawy
Alyssie ani nikomu innemu, kto chciałby zająć jej
miejsce.
– Wszystko w porządku, Iz?
Otworzyła jedno oko i zobaczyła gwizdek na żółtym
sznurku kołyszący się na szyi trenerki niczym wahadło
zegara.
– Tak – odrzekła, powoli mrugając powiekami i
zmuszając się do uśmiechu, dopóki Anne nie odeszła. –
Głowa mnie boli – dodała. Przynajmniej to nie było
kłamstwem.
– Dobrze się dzisiaj prezentowałaś – rzuciła trenerka
przez ramię.
Isobel patrzyła na jej plecy, gdy ta szła przez salę,
przystając po drodze, by napełnić butelkę wodą z kranu.
Normalnie pochwała by ją ucieszyła. Zwłaszcza po takim
dniu jak dzisiejszy. Ponieważ jednak reszta drużyny stała i
słuchała, wolałaby, by trenerka nic nie mówiła, bo
dziewczyny zaraz zaczęły szeptać między sobą.
Udawała, że nie zwraca na nie uwagi, szukając
czegoś w torbie, przerwała jednak, gdy usłyszała odgłos
zbliżających się trampek. Podniosła wzrok na tyle, by

naliczyć osiem par ze złotymi i niebieskimi akcentami.
Spojrzawszy jeszcze wyżej, zobaczyła, że to Alyssa
prowadzi grupę, a Nikki trzyma się tylko o krok za nią.
– Dziwię się, że postanowiłaś się dziś pojawić –
powiedziała Alyssa, rozpuszczając platynowe włosy,
związane przedtem w koński ogon.
Isobel podniosła podbródek.
– Chociażby po to, żeby oszczędzić wszystkim
patrzenia przez resztę sezonu, jak wykonujesz najwyżej
jeden obrót.
W grupie koleżanek rozległy się chichoty. Isobel
pozwoliła sobie na chłodny, triumfalny półuśmiech.
Policzki Alyssy zapłonęły różem i jej twarz się skrzywiła,
jakby właśnie ugryzła wyjątkowo kwaśne jabłko. Śmiech
za jej plecami przerodził się szybko w pociągnięcia nosem
i chrząknięcia.
– Co ci się stało w nogę? – spytała Alyssa.
Wietrząc postęp, Isobel powstrzymała się od
spojrzenia na swoje nogi.
– Nie wiem, o czym mówisz – odparła, odwracając
wzrok. Pragnęła, by trenerka już wróciła. Co ją tak długo
zatrzymało?
– O, myślę, że wiesz – powiedziała tamta. – Mówię o
śladzie z tyłu twojego uda. Może wstaniesz i wszystkim
pokażesz?
Isobel nie ruszyła się z miejsca. Próbowała odgadnąć,
co jest grane, przypomnieć sobie, czy zrobiła cokolwiek,
po czym zostałby ślad z tyłu nogi.

Podłożyły jej coś, na czym usiadła? Co?
I wtedy sobie przypomniała.
– Otarłam o dywan – bąknęła, niezadowolona, że nie
umie przejrzeć gry Alyssy. I za późno zdała sobie sprawę,
że lepiej było nic nie mówić.
Odwróciła się, by zapiąć torbę, gdy w grupie
nastąpiła erupcja chichotów. Przerwała i powoli znowu
podniosła wzrok na twarze dziewczyn, zastanawiając się,
jak to możliwe, że były jej przyjaciółkami.
– Aha. – Usta Alyssy miały zaraz wykrzywić się w
tym jej promiennym, oślepiającym od przesadnie
wybielonych zębów uśmiechu. – Zabawne. Właśnie
myślałyśmy, że to coś w tym stylu, skoro masz tego
nowego nieumarłego chłopaka i w ogóle. Ale teraz pewnie
żałujesz. Kurczę. Po tym, jak cię wystawił? Powiedz, jak
to jest, kiedy sobie uświadamiasz, że jesteś pasztetem i
jeszcze rzucają cię dwa razy w jeden dzień?
Isobel zerwała się z ławki i ten nagły ruch wywołał
zbiorowy pisk cofających się trampek i samych
czirliderek. Mocno popchnęła Alyssę, na tyle mocno, że ta
przeleciała przez całą grupkę i runęła na podłogę.
Gwałtownie uderzyła o nią tyłkiem, a jej wyszminkowane
usta zastygły we wstrząśniętym: „O!”.
– Hej!
Donośny dźwięk gwizdka znowu wdarł się w
pulsujący ból głowy Isobel i dziewczyna kątem oka
zobaczyła trenerkę, maszerującą w ich stronę z owalną
twarzą w kolorze dojrzałego buraka. Isobel trzęsła się z

wściekłości. Oczy wciąż wbijała w Alyssę, która patrzyła
na nią z podłogi, zaciskając dłonie w pięści. Trenerka
złapała Isobel za ramię i silnym szarpnięciem zakończyła
tę bitwę na spojrzenia.
– Co z wami, do diabła? – wrzasnęła, tym razem
skupiając uwagę na Alyssie. – Wiecie, że nie toleruję
bójek w drużynie! – Odwróciła się, aż fioletowa na
twarzy, by z kolei zgromić wzrokiem Isobel. – Do mojego
pokoju! Obie!
Następnie obróciła się na pięcie i niczym burza
ruszyła w stronę drzwi swojego pokoju na przeciwległym
krańcu sali gimnastycznej.
Alyssa uśmiechnęła się do Isobel, wstając z podłogi.
Wykonała powolny obrót, po czym poszła za trenerką.
Palące rumieńce wystąpiły na twarz Isobel. Nie
mogła się zmusić choćby do jednego kroku w stronę tego
pomieszczenia. Nie w chwili kiedy wszystkie oczy znowu
skierowane były na nią. Nie, kiedy tak bardzo chciała
przyłożyć pięścią w te doskonałe ząbki Alyssy, rozkwasić
ten idealny nos i na zawsze zmazać ten próżny uśmiech z
jej głupiej twarzy.
Gorąca wściekłość krążyła w jej żyłach niczym
śmiercionośna trucizna.
Musi stąd wyjść. Natychmiast. Inaczej wybuchnie.
Pod wpływem impulsu chwyciła swoją torbę.
Założyła pasek na ramię i szybkim, zdecydowanym
krokiem skierowała się do wyjścia z sali.
– Lanley! – usłyszała za sobą ryk trenerki. Z

opuszczoną głową parła naprzód. Musi iść dalej. Musi, w
przeciwnym razie się obejrzy. Zobaczy, że wszyscy się na
nią gapią, i wiedziała, że wtedy eksploduje.
– Lanley, natychmiast stój!
Skuliła się i zasłoniła uszy.
– Jeśli wyjdziesz przez te drzwi, wypadasz z drużyny!
Słyszysz mnie?
Słyszała. Ale teraz włączył się już jej autopilot i bez
względu na wszystko nie mogła się zatrzymać.
Gdy wyszła z sali, przyspieszyła i niemal biegła przez
opustoszały korytarz, wokół niosło się ciche klapanie
trampek. Skręciła za róg i minęłaby swoją szafkę, gdyby
nie zauważyła zwiniętego kawałka białego papieru,
sterczącego z górnego otworu wentylacyjnego.
Zatrzymała się, aż za dobrze wiedząc, czyj charakter
pisma zobaczy na tym świstku. Pozwoliła, by pasek
ciężkiej torby zsunął jej się z ramienia, po czym
wyciągnęła karteczkę ze szczeliny i rozwinęła ją.
Mimo że wiedziała, czego się spodziewać, i tak
poczuła tępy ból na widok ciemnofioletowego tuszu.
Musimy pogadać.
– Nie – powiedziała głośno, drąc karteczkę na pół. –
Nie musimy. – Przedarła świstek znowu i jeszcze raz, i
jeszcze, aż w końcu pozwoliła strzępom opaść na podłogę
na podobieństwo popiołu.
Wprowadziła szyfr, kopnęła wyszczerbiony dolny róg

ale była mu wdzięczna. że on o tym nie wie. nie musiała się też martwić. że skłamała na temat jego zepsutego samochodu. Położyła go na podłodze przy stopach i szybko otworzyła suwak. żeby ją odebrać. Odwróciła się. po czym wzięła Dzieła zebrane Edgara Allana Poego. Ale coś innego się cieszyło. Coś w niej drgnęło. podeszła do najbliższego kosza na śmieci i rzuciła książkę na posłanie z papierów oraz plastikowych butelek po napojach. Zignorowała pragnienie ocalenia książki. Na szczęście tego dnia tata Isobel przyjechał do szkoły trochę wcześniej. zanurzyła twarz w poduszkach. Isobel poszła prosto do swojego pokoju. błagając. W żadnym razie nie chciała rozmawiać o dzisiejszych wydarzeniach. rozsypując je na książce. Wiedziała. po czym wróciła do kosza i wrzuciła do środka. by wyciągnęła ją z powrotem. Niczym kwiaty na trumnie. Opadła na łóżko. nie musiała więc czekać w obecności kogoś z drużyny.drzwiczek i cofnęła się. Zmięła je. Dotarłszy do domu. Zagłębiła się w szafce i wyjęła plecak. Jazda do domu przebiegała w milczeniu. że pojawi się Brad i tata się dowie. bo tata wyjątkowo nie był wścibski i nie zadawał pytań w rodzaju: „Czemu siedzisz tak cicho?” albo: „Czy coś się dziś stało?”. podeszła do pobliskiego stojaka i wzięła kilka ulotek. gdy się otworzyły. . ciągnąc za jedno ramiączko.

że coś jest nie tak Usiadła na łóżku. Zupa nie brzmiała tak źle. Gdy znowu otworzyła oczy. zejść po schodach i podnieść łyżkę. gdy zajrzała do niej mama po powrocie z zebrania w szkole Danny’ego. jakby coś wciągało ją do głębokiej. że ma już dosyć. – Izzy? Isobel przekręciła się na bok. – zdołała z siebie wydobyć Isobel. może spytała.zamknęła oczy i zapadła w błogi sen. To uczucie nią zawładnęło i znowu usnęła. że musiałaby wstać.. targana między czuwaniem a snem. Było jej gorąco i częściowo skopała z. że mama powiedziała coś jeszcze. siebie kołdrę. a potem zamarła. pompony i przenośny odtwarzacz CD – . czy córka chce piwa imbirowego. jakbyś marnie się czuła. ciemnej wody. – Tata mówił. gorzej. podobnie jak inne przedmioty – nagroda dla „skaczącej numer jeden”. Błyskotki z toaletki. chłodną dłoń mamy na czole. Isobel zdawało się. miała wrażenie. – Mmm? – mruknęła. pluszowy królik Max.. – Chcesz zejść na dół i zjeść kolację? Zupę i smażony ser? – Brr. że wyglądasz. Poczuła miękką. – Chyba masz gorączkę – usłyszała. ale znowu wszystko stało się zamglone. szminka. Obudziła się dopiero po kilku godzinach. a jej ciało zdawało się zgadzać z umysłem.

Przestrzeń z tyłu znowu rozświetlił oślepiający biały błysk. skądś wiedząc. w który niespodziewanie zmienił się jej pokój. Przynajmniej do chwili. jakby szybowała nad dywanem. ukazując czarny płaszcz i sfatygowaną fedorę. Jej wzrok padł na otwarte drzwi i tam się zatrzymał. odpływając w kierunku szafy. niezdolna mrugnąć powiekami. dziewczyna zobaczyła biały szalik na dolnej połowie twarzy i natychmiast . gdy suszarka podleciała tuż przed jej twarz. krążąc powoli. Jej plecy natrafiły na ścianę. Podniosła rękę i odepchnęła urządzenie. przypominających błyskawice podczas burzy. że nie zrobiłaby dobrze. po czym patrzyła. by obejrzeć pas asteroid. Zwiesiwszy nogi z łóżka. wstała i wykonała powolny obrót. i patrzyła. z kablem dyndającym na podobieństwo ogona.unosiły się w powietrzu. Gdy postać przekroczyła próg. Wyprostowała się. Tuż przed drzwiami Danny’ego Isobel dostrzegła nad schodami kontur stojącej wysokiej postaci. między którymi zapadała ciemność o niebieskim odcieniu. jak się kręci. Isobel cofnęła się. W przedpokoju oślepiające białe światło migotało w krótkich rozbłyskach. Ogarnęło ją przerażenie. jakby cały pokój przeniósł się w jakiś sposób w odległy zakątek przestrzeni kosmicznej. gdy postać ruszyła w jej stronę. gdyby rzuciła się naprzód i zatrzasnęła drzwi. zupełnie już przebudzona.

a potem wejście budzącego lęk tajemniczego mężczyzny. próbując powiększyć dystans pomiędzy sobą a panem Stachem McStrachem. z dłońmi płasko przyciśniętymi do ściany za sobą. i powietrze wypełniła woń perfumowanego rozkładu. pomyślała Isobel.poznała mężczyznę z łazienki – tego z lustra. Tak. – Nie bój się – przemówił mężczyzna głosem suchym. ochrypłym i niskim. podobnym do dźwięku zapalanej zapałki. jakby namacalna obecność muru miała moc osadzenia jej w rzeczywistości. niczym zwiędłych róż. Pochyliła się. błyskawice w korytarzu. przez chwilę rozważając sytuację – latające rzeczy. Przyniósł ze sobą zapach. Przez kolejną chwilę stała bez ruchu i bez słowa. zasłaniając białe błyski.. unoszące się w powietrzu rzeczy Isobel spadły na podłogę ze zbiorowym. – To jest sen. Sen? No. kim jesteś? – Nazywam się – zaczął tak. – Kim. stłumionym przez dywan stukotem. zapewne mogła kupić informację. . Gdy drzwi się zatrzasnęły. jakby spodziewał się tego pytania – Reynolds. jak drzwi same się za nim zamykają. Znad białego szala jego oczy świeciły niczym grudki węgla i zdawały się wbijać prosto w nią. słodki i zatęchły zarazem.. Z bijącym sercem patrzyła szeroko otwartymi oczami. czy nie powinna się bać. że to sen. Odsunęła się. Nie miała natomiast pewności.

.. które zdołała wchłonąć. którą godzinę wskazywać. gdybyś była cicho i słuchała. Zamrugała powiekami.. I tamtego dnia na treningu.. – Więc wygląda na to. traumy. że sobie ciebie wyobrażam. Nie mam wiele czasu. Tak jak wyobraziłam sobie ciebie w lustrze. a on się odwrócił i szeroki płaszcz zawirował. Bo teraz ona ściga ciebie.. – Jeśli to sen – powiedziała – to bardzo możliwe. – No to szkoda – powiedział szorstko i spoczęło na niej zimne spojrzenie jego zwężanych oczu – że on ciebie też naraził na wielkie niebezpieczeństwo. – Twojemu przyjacielowi grozi wielkie niebezpieczeństwo – przerwał jej urywanymi. jak wchodzi głębiej do pokoju. – Mądrze byś postąpiła. że. gdy lewitował w kierunku .starając się nie spuścić go z oczu. Jesteś. która spadła na podłogę. Isobel opuściła szczotkę.. że trafiłeś do złego snu. O ile to byłeś ty. – Próbowała wycisnąć ze swojego mózgu całe słownictwo z lekcji psychologii. jakby zegar nie mógł się zdecydować. bo głupia broń wydawała się lepsza niż żadna. Patrzyła. Trzymała ją teraz w wyciągniętej ręce. Cyfry na elektronicznym budziku drgały i same się zmieniały. przejawem frustracji z dzieciństwa. „Ona"? Nie spuszczała go z oczu. W najgorszym razie mogła go uczesać. bo ja nie mam przyjaciół. krótkimi słowami. i podniosła szczotkę do włosów.

W jej wnętrzu wezbrały jakieś emocje. Delikatnie położył książkę na szafce i przeciągnął dłonią w rękawiczce po złoconym tytule. cała. wystającą u dołu. Widziała językowatą beżową wstążkę. którą wrzuciła do kosza na śmieci w szkole. Oraz lęku. – Zapamiętaj te słowa – powiedział. połączenie ulgi i dezorientacji. że. – Hej! – Odeszła od ściany i upuściła szczotkę. dziewczynie wydało się. – Jedyny sposób. zatrzymując koniuszki palców na słowach: Edgar Allan Poe – Dzieła zebrane. Pokręciła głową. – Nie postępowałbym z nią tak beztrosko. zanurzając dłoń o długich palcach w fałdach płaszcza. nie mogę ci pomóc. – Myślę. znowu zwracając na nią węgle swoich oczu. że mężczyzna trzyma książkę – znajomą. Gdy materiał odsunął się w bok. tym bardziej jego słowa kojarzyły się z ciasteczkiem z wróżbą. . jest uświadomienie sobie. i łagodne zagięcie wzdłuż grzbietu. że otrzymałaś tę książkę nie bez powodu – stwierdził. Tę samą. z pozłacanymi stronami i grubą czarną okładką. Isobel z niedowierzaniem patrzyła na książkę. Im więcej ten facet mówił. że dostrzega ozdobną rękojeść staromodnej broni. co się z tobą dzieje w świecie snu. – Sądzę. Poły ciemnej i ciężkiej tkaniny znowu jednak opadły i zobaczyła.. Jeśli nie umiesz tego zrobić.. próbując zwalczyć narastające zagubienie.jej szafki nocnej. A jednak w jakiś sposób znalazła się tutaj. żeby zyskać władzę nad tym. że śnisz.

. Jak sen mógł wydawać się tak realny? Gdy zbliżała się do okna. W oddali dostrzegała zarys ciemnego lasu. Ukazał się niewyraźny szary obraz. Isobel. – Skoro o imionach mowa. niczym stary film.. – Kto? – Chodź. czemu mnie ściga? – Ponieważ – odparł. ciemność pojaśniała. I tam. Stojąc tak blisko niego. skąd znasz moje? I czemu ta „ona”.. Brakowało w nich tęczówek. kimkolwiek jest. Gdy patrzył. Słaby fioletowy blask promieniował od cienkich czarnych drzew. by wyjrzeć przez okno. Podeszła bliżej do czarnego kwadratu otwartego okna. muskające jej szyję. Czarne otwory wielkości monet wbijały się w nią. Słowa.– Co ja mam z tym wszystkim wspólnego? Kto mnie ściga? – Imienia lepiej nie wypowiadać. Pamiętaj o tym. zawsze mają groźną moc przywoływania rzeczy do istnienia. postanawiając odpowiedzieć tylko na drugie z jej pytań – on o tobie śni. poruszając firankami. Podążyła za jego spojrzeniem. Chłodny wietrzyk wdzierał się do środka. na . Poczuła własne włosy. zanim się odwróciły. rozmyty na krawędziach i postrzępiony pośrodku.. najpierw zerknęła na Reynoldsa. – Z szumem płaszcza odwrócił się do okna i jego pająkowata dłoń odsunęła białą firankę. widziała jego oczy nad białym szalem – naprawdę je widziała.

chuda postać. – Varen? . Wysoka.skraju lasu. odziana w ciemnozieloną kurtkę. Isobel zobaczyła znajome kwadratowe ramiona.

tym szybciej uczucie zdawało się zanikać. W jakiś sposób pominęła normalne u siebie etapy budzenia. takie jak przewracanie się z boku na bok i uderzanie poduszki – po prostu otworzyła oczy. Wzrok Isobel powędrował w oszołomieniu do okna. On. niczym szponiaste dłonie wyciągające się ku słońcu. Coś ważnego. Śniła o nim. . Jęknęła i tępy ból popełzł po jej plecach. Słabe mrowienie wciąż nie ustępowało. O nie. który wydarzył się poprzedniego dnia. patrząc na sufit. to znowu się pojawiając. przenikało ją niczym łagodne wibracje. Coś jej się śniło. Słońce. by usadowić się w piersi. by przypomnieć sobie. Przekręciła się na brzuch. chociaż im bliżej była pełnej świadomości. Nieznajome mrowienie przeszło po jej nogach i rękach. Nie była gotowa. on. zacisnęła powieki i wtuliła twarz w poduszkę. co zaszło. wrócić myślami do koszmaru. Nie chciała nawet w myśli wymówić jego imienia.16 Ultima Thule Isobel zamrugała powiekami. niczym słabe ładunki elektryczne. to znikając z pola widzenia. za którym kołysały się na wpół nagie gałęzie drzew. Uch.

po czym spadł na dywan. Nic nastawiła budzika! W tej właśnie chwili powinna być na lekcji u pana Swansona! Dlaczego nikt jej nie obudził? Dlaczego. – Jedenasta trzydzieści pięć. Przełknęła ślinę mimo bólu i zwlokła się z łóżka. a za nią – swoją nagrodę dla „skaczącej numer jeden”. Trzasnął o drewnianą ramę łóżka. Oczami omiatała pomieszczenie. Jej wzrok coraz bardziej się rozmywał.. aż od patrzenia rozbolały ją oczy. – Mamo! – Głos uwiązł jej w gardle. Dopadł ją obraz lewitujących przedmiotów. gdy wspomnienie snu z poprzedniej nocy walczyło. a następnie poczłapała do drzwi i otworzyła. nie na podłodze. Zobaczyła szczotkę do włosów. ściskając go w dłoniach. jak budzik się rozregulował.. Znieruchomiała. niczym wiązka energii płynąca do mózgu.. ściskając kołdrę pod sobą. Czy . bojąc się odwrócić.– O. zaciskając dłoń na klamce. szlag! – wychrypiała. Książka. Dlaczego wspomnienia wydawały się tak istotne? Niebieskie cyfry stały się niewyraźne na czarnym dc. – Reynolds – szepnęła. Upuściła budzik. kiedy. Usiadła i zdjęła budzik z wezgłowia łóżka. cichy korytarz. Patrzyła na pusty. o mój Boże! Przespała resztę wczorajszego dnia i kawał poranka. Pomyślała o cym.. by wyłonić się na powierzchnię. lecz na toaletce. Zamarła. Wbiła wzrok w zegar.

Zimne. Palcami muskała ściany. gdzie zamierzała znaleźć zimne piwo imbirowe i może coś do jedzenia. mijając zbiór rodzinnych fotografii. ale dom wydawał się martwy i pogrążony w półmroku. . Czuła się głupio. Obok stała lampa z kloszem wykończonym różowymi i białymi frędzlami. – Mamo? – zawołała znowu Isobel. co pochodziło z jej podświadomości.ram będzie. mimo że w środku wcale nie było tak ciemno. Zobaczyła zakurzony album ze zdjęciami z zeszłorocznych występów czirliderek. że tak poważnie potraktowała coś. pod którą leżało kilka gumek do włosów. kiedy spojrzy? Powoli zwalniając uścisk. Cisza była zbyt gęsta. Po kolei pstrykała każdym włącznikiem światła. po czym znowu zamknęła drzwi. a jej wzrok powędrował na szafkę nocną. że jej gardło to koci drapak. która nie miała już wrażenia. Isobel wypuściła powietrze przeciągłą strugą. Nie było książki. że wstrzymuje oddech. zdecydowała się na spritea i wypiła połowę. odwróciła się. Otworzyła lodówkę. białe światło dnia wpadało przez szyby w drzwiach wejściowych i przez firanki w salonie. Uświadamiając sobie. idąc korytarzem w kierunku kuchni. Nie było Poego. która pod koniec przerodziła się w śmiech. Wyszła na korytarz i zeszła po schodach. do którego doszła. Sztuczne światło niezbyt podniosło ją na duchu.

Ściskając rączkę drzwi lodówki. Isobel. Sięgnęła do drzwi szafki i zatrzymała się. Jakiś facet. że z powodu tej wieczornej gorączki mama zadzwoniła rano do szkoły. próbując powstrzymać obraz gładkich. Przecież to kompletnie pokręcone. który w jej snach śnił o niej. Ale gdzie była teraz? Nie szła dziś do szkoły. Butelka uderzyła o podłogę i napój rozlał się na kafelki z cichym sykiem.. bladych rysów Varena. O co chodzi? Czemu nie możesz się otrząsnąć? To tylko jakiś facet”. taki. oparła czoło o zimną powierzchnię. Nie przetrwałaby powtórki poprzedniego dnia. blask jesiennego słońca odbijał się od złoconych krawędzi stron. „Obudź się.Doszła do wniosku. Na kuchennym stole spoczywała znajoma duża czarna książka. a tłoczone litery głosiły: Edgar . Zamknęła oczy. ale przez to zmaterializował się jeszcze wyraźniej.. Czemu musiał być taki. Wydała z siebie jęk frustracji. Głośno siorbnęła spritea i ruszyła prosto do spiżarki. Musiała przyznać. że jest wdzięczna. Zamierzała zrobić coś zakazanego i znaleźć ciasteczka czekoladowe Chips Ahoy. Chłód na twarzy był taki przyjemny.. Popatrzyła w tamtą stronę i sprite wysunął jej się z ręki. żeby zjeść je zamiast śniadania. żeby uprzedzić o jej nieobecności. by przycisnąć tam także policzek. formujący się w jej umyśle.. Kątem oka dostrzegła błysk złota na tle czerni. odpychając się od lodówki. Odwróciła się.

przyciskając ręce do ciała i trzymając pięści pod brodą. Książka uderzyła o podłogę i otworzyła się na kafelkach. Luźno zawiązany fular oplatał mu szyję niczym elegancka pętla. niecały rok przed tajemniczą śmiercią poety. Isobel cofnęła się. że niemal wtapiała się w tło fotografii. że się trzęsie. Szerokie czoło mężczyzny ustępowało pola smutnym skośnym brwiom. Patrzyła. tak czarną.. czarno-białym portrecie bladego mężczyzny o zapadniętych oczach. który zaczął tworzyć kałużę przy jej krawędzi. na dużym. Wyrzuciła książkę. Zmiętą marynarkę. jak strużka napoju pełznie po podłodze w stronę książki i wbrew wszystkiemu. Czuła. Jej cień spoczął na zdjęciu w książce.Allan Poe – Dzieła zebrane. co próbowało ją powstrzymać. Przykucnięta Isobel wyjęła książkę z napoju. Pozbyła się jej. bo zdawały się patrzeć prosto na nią. Mroczne studnie. Opuściła spojrzenie. dagerotyp Poego wykonany 9 listopada 1848 r... zahipnotyzowana. Pomyślała. pochyliła się naprzód. . o co? Jej wzrok powędrował na podpis: „Ultima Thule". Od razu poczuła się pochwycona przez te oczy. – Nie! Sięgnęła po nią i ściągnęła ją ze stołu. spinał pojedynczy guzik pośrodku. Wydarzenia ostatniej nocy były snem. że to nie może być prawda. A dalej oczy. z powagą prosząc o.

Coś w sobie miały. . Zatrzasnęła książkę. Przycinały ją. ledwie odbijały światło i przypominały dwa czarne otwory wielkości monet.Ultima Thule. Czemu brzmiało to znajomo? Jeszcze raz popatrzyła mu w oczy.

17
Przerwa w emisji
Isobel siedziała i patrzyła nieobecnym wzrokiem na
obrazki z gry wideo, które migały jej przed oczami. Nie
miała bladego pojęcia, co właściwie ogląda – była to jakaś
przedramatyzowana gra o zabijaniu wampirów, którą
Danny włączył po powrocie ze szkoły. Świstały klingi,
tryskała krew, zombie krzyczały.
Większą część dnia spędziła tutaj, na kanapie. Z
początku włączyła telewizor z uwagi na hałas, chciała, by
otoczyły ją jakieś normalne dźwięki, dopóki mama nie
wróci ze sklepu. Ponadto potrzebowała czegoś, co ją
zakotwiczy, udowodni jej, że już nie śpi, że nie została
uwięziona w jakimś niekończącym się śnie wewnątrz
innego snu.
Nie znalazła jednak szczególnej pociechy w
świadomości, że to nie sen, lecz jawa. Zwłaszcza biorąc
pod uwagę wszystko, co się stało, co widziała w swoim
śnie... co zastała w kuchni.
– Isobel!
Podskoczyła i podniosła wzrok na matkę, która stała
za kanapą i zasłaniała dłonią mikrofon przenośnego
telefonu.
– Isobel – powtórzyła, ściszając głos i ściągając brwi.
– Naprawdę nie słyszałaś, że cię wołam?

Dziewczyna wbiła w nią spojrzenie.
– Powiedziałam: „telefon". Isobel, na pewno nie
powinnaś iść do lekarza? Od wczoraj zachowujesz się,
jakbyś znalazła się na jakiejś innej planecie.
– Nic mi nie jest, mamo – mruknęła, sięgając po
słuchawkę. – Jestem tylko zmęczona, nic więcej.
Przyłożyła telefon do ucha, tępo patrząc na plecy
matki, która znowu zniknęła w kuchni.
– Halo?
– Nie rozłączaj się.
Wnętrzności jej zapłonęły.
Może dlatego, że jej nie pozwolił, a może nie mogła
znieść jego głosu tak blisko ucha. Rozłączyła się.
Przez chwilę patrzyła na telefon w swojej dłoni,
dumna z siebie, a zarazem wstrząśnięta własną śmiałością.
Zupełnie jakby przerwała rozmowę z Drakulą. W tym
samym czasie narastało w niej intensywne poczucie żalu.
Czemu tak pragnęła powiedzieć mu (właśnie jemu!) o
wszystkim, co się działo?
Może z powodu słów Reynoldsa, że rzecz dotyczy i
jego. A może dlatego, że ta przeklęta książka należała do
niego.
Telefon znowu zadzwonił i czerwona dioda zamigała
ponaglająco. Isobel popatrzyła na ekranik. DESSERT
ISLAND – głosił napis, a poniżej wyświetlił się numer.
Jej kciuk przesunął się w kierunku przycisku do
odbierania połączeń.
Po co w ogóle do niej telefonował? Na pewno się nie

spodziewał, że ona przyjdzie na umówione spotkanie w
lodziarni. Był arogancki i gruboskórny, ale nie tępy.
– Danny – odezwała się, wstając, gdy telefon dzwonił
trzeci raz. Rzuciła słuchawkę na podłogę obok leżącego
na brzuchu brata. – Pięć dolarów mówi, że to pomyłka.
– Liiz-oł-bel? – powiedział z udawanym hiszpańskim
akcentem. – Nie znam żadnej Iiiz-oł-bel.
Odwróciła się i szybko pomaszerowała do kuchni,
gdzie mama stała przy kuchence i szykowała obiad.
Zignorowała, na ile potrafiła, leniwe „haaalooo?” brata,
które dobiegło z drugiego pokoju.
Wystarczył jednak rzut oka na książkę Poego, leżącą
tam, gdzie ją zostawiła na stole kuchennym, by
natychmiast zawróciła.
– Isobel – zatrzymała ją matka. – Nie jesteś na mnie
zła, prawda;
– Miała zatroskany, badawczy głos.
– Nie, czemu?
– No, wiesz. – Mieszając coś, co zdaniem
dziewczyny pachniała jak ryż z grzybami (jedna z jej
ulubionych potraw), mama wzruszyła ramionami. –
Pomyślałam, że mogłaś się pogniewać, bo posprzątałam ci
pokój, kiedy spałaś.
– Co?
– Trochę uporządkowałam podłogę. Myślałam, że nie
masz nie przeciwko temu, bo spałaś. Musiałaś być
zmęczona. Nie obudziłaś się nawet, kiedy zdejmowałam
ci buty – gadała dalej. – Może odłożyłam coś nie na

miejsce. A, i pożyczyłam książkę z twojej szatki nocnej,
mam nadzieję, że nie masz nie przeciwko temu. Skąd ją
masz? Nic zauważyłam naklejki biblioteki. Tata mówił, że
czytasz Poego do szkoły.
Pytanie nie dotarło do Isobel. Jej spojrzenie
powędrowało z powrotem na książkę Poego. Skoczyła
naprzód i porwała ją ze stołu, po czym wymaszerowała z
kuchni i poszła do przedpokoju, na schodach poprawiając
wygląd. Pomyślała, że to na pewno sprawka książki.
Dopóki nie wpadła jej w ręce, nie działo się nie dziwnego.
Musi się jej pozbyć. Nie mogła jej znów wyrzucić, ma się
rozumieć. Może powinna wykopać dół i zagrzebać ją pod
ziemią? A może spalić? Z drugiej strony, Reynolds
powiedział, że ma ją zachować, że to ważne. Ale kim –
albo czym – był ten Reynolds?
Co by się stało, gdyby po prostu książkę... oddała?
Z pokoju dobiegł głos Danny’ego.
– Tak, ale pierwsze Transylvania Wars jest trochę
oldskulowe, nie sądzisz?
Isobel przystanęła przed drzwiami do salonu i powoli
odwróciła głowę, by zobaczyć brata z telefonem
wciśniętym między ramię a ucho, przebierającego palcami
po kontrolerze, gdy tymczasem wirtualny zabójca
wampirów zadawał skomplikowaną serię ciosów mieczem
grupie oszalałych nieumarłych.
– Dobra, jestem przed drzwiami lochu Nosferatu –
powiedział Danny. – Przypomnij, jak otworzyć bramę
Gothiki?

Dziewczyna poczuła, że opada jej szczęka.
Niemożliwe. Zakradła się do salonu i wbiła wzrok w
potylicę brata.
– Z kim rozmawiasz?
– Poczekaj – rzucił przez ramię, przybliżając się do
telewizora tak bardzo, że nosem dotknął ekranu. – Ooo –
powiedział. – Teraz widzę! Rany! Jak na to wpadłeś?
– Danny, daj mi telefon. – Isobel wyciągnęła rękę po
słuchawkę. – I możesz zapomnieć o pięciu dolcach.
– I tak zamierzałem cię skasować na trzy pięćdziesiąt
odparł, trzymając telefon poza jej zasięgiem. – Wiedział,
że nie wybrał złego numeru, więc musiałem mu
powiedzieć, że poszłaś do kibla.
– Co? Danny! O mój Boże. – Rzuciła się naprzód i
wyrwała mu aparat. Paliły ją policzki. Gdy wypadała z
pokoju, zastanawiała się, czy znów się nie rozłączyć, tym
razem z powodu upokorzenia. Zrozumiała jednak, że nie
zdoła go już długo unikać, i uniosła słuchawkę do ucha. –
Czego? – warknęła. Z książką Poego pod pachą wspinała
się po schodach, tupiąc po drodze na stopniach. Kierowała
się w ostatnie miejsce, w którym chciała przebywać, ale
zarazem jedyne, gdzie mogła być sama – do swojego
pokoju.
– Twój brat... – odezwał się cichy głos z nutką
wesołości.
– To mały kretyn – prychnęła. – Czego chcesz?
– Nie możesz na chwilę wyluzować?
Dłoń trzymająca telefon zadrżała z wściekłości.

– Nie! – wydyszała. – Nie wyluzuję!
– Muszę...
– Musisz po prostu paść trupem, dobra?
– Isobel, posłuchaj...
Czy naprawdę dopiero pierwszy raz wypowiedział jej
imię? Odepchnęła tę myśl.
– Nie! – krzyknęła. – Ty posłuchaj! Straszny z ciebie
hipokryta.
Cisza. Czy w ogóle jeszcze tam był?
Nie dbając o to, mówiła dalej.
– Co? – rzuciła. – Jesteś w szoku, że ta głupia
blondynka, czirliderka, zna jakieś słowa oprócz: „Brawo,
chłopaki"?
Teraz się odezwał obronnym tonem:
– Ja nigdy...
– Nie robiłeś nie, tylko się wywyższałeś. A ja
nadstawiałam za ciebie karku! Uważasz, że po tym, co
wczoraj zrobiłeś, możesz mi zostawiać jakieś karteczki i
dzwonić z tekstem, że musimy pogadać Spodziewałeś się,
że powiem: „Dobra. Powiedz mi, jaki kwas wrzucasz”?
– Isobel...
– Nie, Varen. Nie dzwoń już do mnie. Możesz wziąć
sobie ten głupi projekt i zrobić go sam.
– Nie dzwonię w sprawie projektu.
– No to spotkał mnie zaszczyt – odparła, nie mogąc
powstrzymać drżenia głosu. Po ułamku sekundy wahania
kciukiem przycisnęła guzik końca rozmowy, przerywając
połączenie.

18
Druga połowa
Isobel zeszła na dół na kolację tylko ze względu na
matkę. Nie była ani trochę głodna, dokuczały jej nawet
lekkie mdłości, lecz pod badawczym spojrzeniem
rodziców podniosła widelec, nabrała ryżu i zaczęła żuć.
– Lepiej się czujesz? – spytał tata, przerywając w
końcu milczenie. Isobel zobaczyła, że mama rzuca mu
ostrzegawcze spojrzenie. Najwyraźniej dyskutowali, czy
się wtrącać, gdy rozpaczała w swoim pokoju.
– Tak – odrzekła. – Trochę.
Mama wstała od stołu.
– Skończyłaś, kochanie? – spytała i zatrzymała dłoń
nad talerzem córki. Isobel z wdzięcznością skinęła głową i
odłożyła widelec.
– Myślisz, że wrócisz jutro do szkoły? – spytał tata
tonem, który domagał się odpowiedzi twierdzącej. Jako
maniak sportu nie chciał, by córkę ominął trening
czirliderek. Niestety, i tak ją ominie. Kiwnęła głową w
odpowiedzi. Osunęła się na krześle, rozważając, jak
powiedzieć rodzicom, że odeszła z drużyny.
– To dobrze – stwierdził, wbijając widelec w
więdnące liście sałaty. Isobel patrzyła na pustą podkładkę
na stole przed sobą i końcem palca przeciągała po
kwiatowym wzorze. Otworzyła usta i zaczerpnęła tchu,

dochodząc do wniosku, że najlepiej wypalić teraz i mieć
to z, głowy. Muszą potraktować ją łagodnie, skoro jest
chora, prawda? W kuchni zadzwonił telefon.
Plecy Isobel natychmiast się wyprostowały.
– Halo? – odebrała mama.
Dziewczyna siedziała sztywno na krześle, licząc, że
to pomyłka albo zastępowy Danny’ego, może szef ojca...
do diabła, a niechby i trenerka Anne.
– Czekasz na telefon? – spytał tata.
Znowu przeniosła uwagę na ojca, który siedział z
dziwnym uśmiechem na ustach i omiatał ją
zaciekawionym spojrzeniem. O Boże, pomyślała, dobrze
wiedząc, co oznacza ta mina. Sądził, że wszystkiego się
domyśla i że w całej tej sprawie chodzi o Brada.
– Isobel – powiedziała mama i wychyliła głowę z
kuchni. Wyciągnęła rękę z bezprzewodową słuchawką. –
Telefon.
Nie odważyłby się, pomyślała. Podniosła się, wzięła
aparat i poszła do kuchni. Odwrócona plecami do matki,
odezwała się cichym, ostrzegawczym tonem:
– Halo?
– O, to dobrze – odpowiedział jej bezceremonialny
dziewczęcy głos. – Jednak nie umarłaś.
– Co? Kto mówi?
– To ja, Gwen.
– Gwen? Jaka Gwen?
– Gwen Daniels. Mamy sąsiednie szafki. Niech
zgadnę, nie wiedziałaś, jak się nazywam, prawda? Znowu

jakoś mnie to nie dziwi.
– Skąd masz mój numer?
– Sprawdziłam w sieci.
– To tak można? – spytała Isobel z ukłuciem
niepewności.
– White Pages w Internecie. Phi! Co się z tobą dzieje?
Nic ci nie jest? Pół szkoły myśli, że się zabiłaś. –
Nastąpiła chwila przerwy, nim Gwen dodała: – Drugie pół
myśli, że zwiałaś z Varenem.
– Co?
– Czekaj... Nikt ci nie powiedział, co się stało?
– Nie. A co się stało? – zdaniem Gwen, kto miał jej
powiedzieć? Halo, najnowsze wiadomości! Czy nie
widziała jej klęski w stołówce? – Zaraz – mruknęła Isobel.
Szybko wyszła z kuchni i wspięła się po schodach. Gdy
zamknęła drzwi swojego pokoju, nie musiała ponaglać
rozmówczyni.
– Wiedziałaś, że twój chłopak zna szyfr do twojej
szafki?
– Chodzi ci o Brada? Zerwaliśmy. Myślałam, że to
oczywiste. – Drażniło ją, że niektórzy w szkole nadal
uważają ich za parę albo, co gorsza, za pokłóconych.
– Oj, wiesz, co miałam na myśli. Nie o to chodzi.
Naprawdę podałaś mu szyfr?
– Zna go – mruknęła Isobel, z każdą chwilą bardziej
się irytując. Czy to sprawa Gwen, komu ona daje szyfr?
Łączyły ich tylko sąsiednie szafki, a nie wspólne
mieszkanie. – Co to ma do rzeczy?

– To było zaraz po ostatniej lekcji. Ten wielki
futbolista, twój eks... Mówiłaś, że nazywa się Ben?
– Brad.
– No tak. Z jakiegoś powodu koleś znalazł się przy
twojej szafce. Mnie jeszcze wtedy tam nie było, więc nie
mogę ci powiedzieć, jak to dokładnie wyglądało.
Wszystko zrozumiałam już po takcie, z tego, co mówili
inni.
– Inni? – wzdrygnęła się.
– No, w każdym razie ten Brad wyciągał rzeczy z
twojej szafki, wyglądało na to, że chce je zabrać.
Isobel próbowała sobie przypomnieć, co dokładnie
miała w szafce. Wiedziała, że był tam segregator, trochę
książek i pudełko tamponów – po co była mu
którakolwiek z tych rzeczy? Dowody, uświadomiła sobie
natychmiast. Widocznie szukał jakiegoś dowodu na temat
jej i Varena. Chyba. Bo co innego?
– Ale wtedy... zgadnij, kto się pojawił.
– Nie.
– Tak.
Coś wewnątrz niej wykonało roztrzęsione salto.
Varen podszedł do Brada? Źle. Bardzo źle.
– Co się stało? – Głos niemal jej się łamał.
– To już widziałam. Najwidoczniej Varen chciał,
żeby Brad oddał mu twoje rzeczy. Wtedy Brad złapał
doktora Dooma za koszulkę i walnął nim o szafki. Mocno.
Znaczy, widziałam, jak mu głowa odskoczyła. I to jedną
ręką, Bruno nie musiał nawet odłożyć twoich rzeczy.

Isobel jęknęła. Nagle nie mogła oddychać. Pokój
wokół niej wydawał się kołysać. Skuliła się, a dłoń
trzymająca telefon osłabła.
– I chyba wtedy się zaczęło.
O Boże. To nie wszystko? Musiała usiąść. Opadła na
róg łóżka, czekając na najgorsze. Czego się zaraz dowie?
Jeśli Varen dzwonił z pracy, to znaczy, że czuł się
przynajmniej w miarę dobrze. Skoro był w pracy, nie trafił
do szpitala, prawda?
– No – ciągnęła Gwen, zniżając głos – powiem ci
tylko, że kiedy uderzył w te szafki... szafki oddały.
– Jak to oddały?
Przez chwilę w słuchawce rozbrzmiewał tylko szum.
Isobel przycisnęła ją do ucha, drugie ucho zatykając
palcem. Przechyliła głowę i kolejna fala szumów dotarła
do jej błony bębenkowej.
– Szafki... huknęły – powiedziała tamta. – Jedna po
drugiej. Wszyscy padli na podłogę, bo brzmiało to jak
ostrzał... przysięgam. Widziałam, jak wokół latały zamki.
To wydarzyło się bardzo szybko... jakby coś uruchomiło
jakąś wariacką reakcję łańcuchową – dodała, jakby już
rozpatrywała tę teorię w swojej głowie – bo zaczęło się z
drugiej strony korytarza. Przestało dopiero, jak doszło do
twojej szafki. Zatrzasnęła się... sama. A Goliat, chociaż
próbował, nie mógł otworzyć jej z powrotem.
– Gwen – odezwała się Isobel. Jej wzrok spoczął na
książce Poego, wciąż leżącej na dywanie. Kopnęła ją pod
łóżko. – Zmyślasz.

że Isobel odwróciła się w stronę okna. – Wierzę ci. żebyś do mnie zadzwoniła i mówiła te wszystkie rzeczy? – Słuchaj – odparła tamta. Wiesz. pomyślałam. . ale nie jestem aż tak pomysłowa. – Coś słyszę. gdy zza zaciągniętej rolety dobiegł kolejny odgłos. ale jeszcze o spisek. – Jestem. – Słuchaj – powiedziała. chociaż zaczynam się zastanawiać po co. Przez chwilę w słuchawce panowała cisza. – Oczywiście – paplała dalej Gwen – gdybym wiedziała. – Nic dzwonię dla jakiegoś wygłupu. bo zdaje się. nie musiałam do ciebie dzwonić. Mam lepsze rzeczy do roboty. – Nic uciszaj mnie. – Gwen? – zagadnęła Isobel. że tamta się rozłączyła. Ale teraz nie mogę ci o tym opowiedzieć. Cichy zgrzyt. Gwen – powiedziała Isobel.– Przykro mi. w miarę jak chrobot narastał. Jakiś chrobot sprawił. ćśśś! Dźwięk rozległ się znowu. pełna obaw. a ponieważ wydarzyło się to w bezpośredniej bliskości twojej szafki. Dzwonię. – Ćsśś! – syknęła Isobel. – Nie. W sumie działo się sporo dziwnych rzeczy. zrobiłabym inaczej. Na przykład pracę domową z trygonometrii. że może chcesz wiedzieć. – Czy ktoś cię podpuścił. że coś jest za moim oknem. bo dzieje się coś bardzo dziwnego. – Gwen. Zniżała głos. Opisałabym to wszystko w artykule i oddała do gazetki szkolnej. że zostanę oskarżona nie tylko o kłamstwo.

patrzyła. mocno przyciskając telefon do ucha. rozkojarzona chrobotem. jak jej dłoń nadzwyczaj spokojnie przybliża się do okna. przesuwającym się za krawędziami szyby widocznymi wokół rolety. no. oszalały głos Gwen. żebym zadzwoniła na policję czy coś? – szepnęła Gwen. na razie nie. Isobel wrzasnęła i cofnęła się. Telefon wypadł jej z ręki i wylądował poza zasięgiem. wiesz. załomotała w szkło. – Isobel? Co się dzieje? Jesteś tam czy nie? Niczym zahipnotyzowana dużym czarnym kształtem. a palcami drugiej ręki sięgając do rolety. ptak czy coś. – Może chcesz.. Raz po raz słyszała odległy. – Ptak? Wygłupiasz się? – Nie – mruknęła Isobel. tym razem bliżej.. Chuda. Palcem leciutko odchyliła skraj płótna i zmrużyła powieki. Roleta poleciała w górę. Podkradła się bliżej. chcę. który rozbrzmiewał znowu.Nastąpiła chwila pełnej napięcia ciszy. wołającej ją po imieniu. pająkowata ręka. żebyś została na linii. próbując przez światło odbite od szyby wyjrzeć w zmierzch. a ja spróbuję spojrzeć. Przez ciemny kwadrat okna Isobel patrzyła w . Słuchaj. Coś szurało o jej parapet. Cokolwiek to było. Isobel wytężyła słuch. niemal świecąca w półmroku na biało. – Czekaj – powiedziała. To może być tylko. – Nie. zdawało się znacznie większe niż ptak. padając na dywan.

która odwzajemniła spojrzenie.przerażeniu na bladą. . świetlistą twarz.

wciskają się obok. – Gwen – powiedziała – to Varen. – Oj! – Obróciła się. każdym spotkaniem ich oczu te chłodne. Z każdym spojrzeniem. że jego palce. Podbiegła do okna. dzwonię na policję.19 Odwiedziny Varen! – Isobel zerwała się z podłogi. ale potem do mnie zadzwooo. gotowa poderwać okno w górę. wsunęła palce w rowki i szarpnęła w górę. – O mój Boże. aż uniosło się o centymetr.. Kucał niepewnie na pochyłym dachu i patrzył na nią. – Isobel. poczuwszy. Wymacawszy zamek. pozbawiona wyrazu twarz znajdowała się na poziomie jej oczu. brzęczący głos. napięty. zimne od październikowego powietrza.. – Isobel! Isobel! – rozległ się gdzieś z tyłu cichutki. a jego spokojna.. Ciągnęła i szarpała. otoczone cieniem do powiek kawałki nefrytu wwiercały się w nią. Isobel odrzuciła telefon i skoczyła. jakby małe elektrody posyłały impulsy przez jej wnętrzności. po czym schyliła się po słuchawkę. Dobra. odciągnęła rygiel. Wsunęła dłonie pod spód. Biiip. pokazując gestem „czekaj” w stronę okna. Muszę kończyć. zamarła jednak. .. by znowu zmagać się z oknem. wpuszczając chłodny wieczorny powiew.

Isobel znowu odetchnęła. Zwalczyła chęć zamknięcia oczu i patrzyła z przerażeniem. – Nie teraz! – krzyknęła niedorzecznie głośno i nerwowo. – Tylko. uderzając plecami o okno. gdzie zobaczyła Varena. – Isobel? – Był to ojciec. Skoczyła przez pokój i zaczęła grzebać w szafie. Rozległo się ciche pukanie do drzwi i aż podskoczyła. Torba zahaczyła o krzywą dachówkę i wy padła mu z ręki. rozległo się przekleństwo. dobra? – Rozsupłała węzły na firankach i ściągnęła je razem. Znowu pojawiło się to wrażenie elektrycznego napięcia. delikatne brzęczenie w miejscu zetknięcia się ich skóry. Obróciła się. podciągnęła się i złapała roletę. Pukanie do drzwi zabrzmiało tym razem natarczywiej. który zsuwał się po pochyłości dachu głową naprzód. lecz w ostatniej chwili obcasami zaczepił o rynnę. aż stłumiony krzyk przybrał postać pisku. Zatrzymał się. Ciągnął za sobą jakąś torbę. – Isobel. jak chłopak przybliża się do krawędzi.. ściągając ją. Zasłoniła usta.. Zerwała z wieszaka różowy . którą wciąż ściskał w zbielałej dłoni. Zsunął się na skraj dachu. a potem przeciągły chrobot. wszystko w porządku? – Świetnie! – odkrzyknęła. Postawiła nogę na parapecie. daj mi chwilę. rozkładając ręce na boki. Na zewnątrz coś się poruszyło. – Chwileczkę! – Odwróciła się i znowu spojrzała na okno.Jej oddech zamarł.

że nic nie wie. – Okej. – Okej – powtórzyła jak echo i nacisnęła na drzwi. zawczasu przygotowawszy tę wymówkę. Pchnęła jego stopę swoją. – Zdawało mi się. – Nic.szlafrok. – Poczekaj. – Rozmawiałam przez telefon – odparła. – Nie! – odpowiedziała szybko. Popatrzył podejrzliwie. aż wejdę pod prysznic! Jestem goła! . by tata nie zobaczył koszulki. – Powiedz – zaczął. potem zajrzał dalej. że chyba znowu hałasował ten szop. – Wszystko w porządku? – Tak! – uśmiechnęła się. Podniosła kołnierz. – Tak? – spytała. – Wsunął ręce do kieszeni. Tata podszedł bliżej i wsunął czubek buta między drzwi a framugę. ale wciąż nie odchodził. by jej głos brzmiał normalnie. może zbyt szybko. – Nie – powtórzyła. po czym zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. że krzyczałaś. znowu blokując je stopą – nie słyszałaś przypadkiem czegoś na dachu? Mama mówi. Kłamstwo zdało egzamin i ojciec się odsunął cofając but. podreptała do drwi i uchyliła je. Starała się zrobić wrażenie. Isobel naparła na drzwi. – Tato – powiedziała – Idę pod prysznic. – No to – powiedział – mogę wyjrzeć? – Tato! – wrzasnęła. – Aha – mruknął. starając się. ponad jej głową. narzuciła go na siebie i byle jak przewiązała się w pasie.

pobrzękując łańcuchami i trzymając kolana wysoko. Widziała go nad krawędzią dachu. aż oddalił się od skraju przynajmniej o pół metra. Pochylił się i podniósł małą nylonową torbę chłodziarkę. gdy układał torbę między swoimi butami. Przez krótką chwilę znaleźli się twarzą w twarz. a jego kruczoczarne włosy poruszały się lekko na wietrze. obrócił się i usiadł. gdy patrzyła. że ojciec człapie w dół schodów i mruczy coś pod nosem. jakby przygotowywał się do . Po chwili oderwał od niej wzrok. i poruszając się ze zwinnością linoskoczka. Ich oczy się spotkały. Patrzyła na niego bez słowa. przyciskając do nich ucho i nasłuchując. Isobel przykucnęła na parapecie i wychyliła się z okna w ostre powietrze. Zaczął iść bokiem po nachylonym dachu w jej stronę. leciutko je uchyliła i zobaczyła. po czym podeszła znowu do okna i otworzyła. Nic nie powiedział. – Go robisz? – syknęła w ciemność. która zaczepiła się o przekrzywioną dachówkę. Zamknęła drzwi na zasuwkę. chwycił się parapetu i podciągnął. Gdy podszedł wystarczająco blisko. Usłyszawszy ciche szuranie. jedną za drugą. a lodowaty wiatr chłostał jej włosy.– Dobrze! Dobrze! Poczekam. jak chłopak się podnosi. poczekam! Isobel stała jeszcze chwilę przy drzwiach. gdy się zbliżył. ostrożnie suwając stopy. pełzł powoli niczym krab z powrotem w kierunku jej okna.

Rozprostowawszy nogi. Kolejny podmuch zatrząsł gałęziami drzew i wypełnił powietrze ostrym zapachem zwiędłych liści i dymu z komina. Następnie wyciągnął łyżeczkę i patrzył na nią zza krzywizny białego plastiku z intensywnością. W bladym świetle sączącym się z jej pokoju dostrzegła małpki bujające się na lianach na pudełku. Ogarnęło ją dziwne uczucie. że może masz ochotę na jakieś paskudne lody – powiedział. że wyciąga niewielki walec. uświadomiwszy sobie. jak Varen otwiera suwak torby. starała się przybrać jak najwygodniejszą pozycję po zewnętrznej stronie parapetu. i zobaczyła. – Pomyślałem. które wzięła w rękę. przenikające całe ciało. Nieokreślony ładunek elektryczny wisiał w powietrzu między nimi i przez jakiś czas żadne nic nie mówiło. Isobel wbiła oczy w karton i coś w jej wnętrzu pękło. która ją przeraziła. jakby unosiła jakiś . aż koniuszki jej palców zapłonęły wskutek kontaktu z lodowatym opakowaniem. która z pewnością miała wiele pętli. jakby właśnie zaczęła jazdę kolejką górską – taką. W końcu usłyszała.pikniku czy coś podobnego. Zalała ją fala ciepła. Przez głowę przemknął jej obraz szpitalnych woreczków z krwią wraz ze słomkami jak od soków w kartonikach. BANAN I TOFFI – głosiła etykieta. Powoli wzięła łyżeczkę gestem. że on naprawdę pamięta. Czuła to – istna lawina. Poczuła ukłucie.

w których ruchu kryła się specyficzna gracja. która stała się nieznośna. Jego oczy odwróciły się i została uwolniona. Skrzywił się i wydawał się szczerze urażony.. Isobel też wzięła kęs. – Dzwoniła Gwen Daniels – wypaliła. Srebrne pierścienie połyskiwały w świetle z okna..ogromny ciężar. przynajmniej dla niej. aż powie coś jeszcze. – Ścisnęło ją w żołądku. gdy patrzyła. W kąciku jej ust zagościł uśmiech zaciekawienia. rzeźbiąc małe ścieżki i pagórki. yyy. – I dlatego teraz przyszedłeś? – Nie. by przemówić.. którego jeszcze dobrze nie rozumiała. rozkoszując się połączeniem smaków. że on. – Aha. Skupiła się na jego kłykciach. po czym przełknęła ślinę. od smukłych palców. Opuściła wzrok na swoje lody i zaczęła grzebać w nich łyżeczką. że próbowałeś powstrzymać Brada przed zabraniem rzeczy z mojej szafki. Dobrze się czujesz? – spytała. Z torby wyciągnął drugą łyżeczkę. – No bo powiedziała. lecz się nie odezwał.. To dlatego do mnie dzwoniłeś? – Częściowo – przyznał. po czym bez słowa zanurzył ją w lodach. Nie mogła oderwać wzroku od jego dłoni. jak chłopak otwiera swoje opakowanie. Czekała. . przerywając ciszę. – Powiedziała.

na poły zaskoczona. o czym mówisz – mruknął. że ty wiesz. – Wiesz.Odpowiedziała spojrzeniem. – Gwen mówiła – Isobel ostrożnie badała grunt – że coś dziwnego stało się ze wszystkimi szafkami. Pokręciła głową.. po czym. a potem. nie cofając pytania. W takim razie jeszcze nie zapuści się na ten teren. w pełni teraz świadoma. jak sądzę – dodała. Uniósł brwi z wyczekiwaniem. że poświęcił jej całą uwagę bez zwykłego lekceważącego komentarza.. choć Varen najwyraźniej zamierzał uparcie udawać.. – Myślałem. że dzielą ich ledwie centymetry. Czy. Jego chłodny wyraz twarzy nie zmienił się. Zsunęła się z okna i opuścili się na dach obok niego. – Nie wiem. biorąc do ust kolejną grudkę lodów. – Muszę ci coś powiedzieć – szepnęła.. czy co widziałeś? Twarz mu pociemniała. Odwrócił od niej spojrzenie. – Wczoraj coś mi się śniło – ciągnęła. Znowu zjadła trochę lodów. po co chciał wziąć moje rzeczy? Przestał dłubać w lodach i popatrzył na nią przez postrzępione kosmyki włosów. a może nawet z lekką ciekawością. że go nie słyszał. Wetknął łyżeczkę w lody. drżąc. postawił je na parapecie. . – O Poem. pomyślała. Dobra. odstawiła je na parapet obok siebie.

bo uświadomiła sobie. – Idź – powiedział. Jego pytanie było sygnałem. a czubki butów stały się jedyną jego częścią widoczną w snopie światła. chociaż może sprawiło co jej spojrzenie. Zerknęła na niego. najwyraźniej traktując ją wystarczająco poważnie. – Isobel? – zawołała mama. Może należało nieco zmienić fakty i powiedzieć. – Dlaczego drzwi są zamknięte? Starając się wyglądać przy tym jak dama. że ją zgubiła. jak porusza się klamka w drzwiach. – Isobel? – zawołała znowu macka. szeroko otwarte oczy. że może jednak zostać z tą sprawą sama. że jeśli chce powiedzieć resztę. przygryzając dolną wargę. Wtedy powstrzymało ją coś jeszcze. jak wtapia się w cień na dachu. błagające. by uwierzył. Co to miało być? Wieczór kontaktów rodziców z córką? – Uch! – jęknęła. – Poczekam. by ujrzeć. – Twoja książka Poego – powiedziała. – Skinęła głową. że wyrzuciła ją do śmieci. – Co się stało? – spytał.– O Poem? – Tak. wychylając głowę nad parapetem. które sączyło się z okna. Pomiędzy dwoma opakowaniami lodów widziała. po czym urwała. na który czekała. w samą porę. Isobel przeczołgała się z powrotem przez okno i zamknęła je . obawiając się. Z wnętrza pokoju znowu dobiegło pukanie do drzwi. Wyciągnięte nogi skrzyżował w kostkach. to musi przyznać.

– Próbuję się przygotować. – Isobel. Zaciągnęła roletę. Isobel zmarszczyła brwi.najciszej. – O co chodzi? – Przyszedł Brad. . co ty. doznając poczucia winy na widok słabo maskowanej ulgi matki. Mama przez chwilę patrzyła na nią dziwnie z koszem z brudnymi ubraniami Danny’ego wciśniętym pod pachę. skoro mi się odszczekujesz. jak potrafiła. – Nie odszczekuję się – odparła.. Przyniósł twoją pracę domową. po czym otworzyła drzwi. że córka wróciła ze świata zombie.. by zasłonić lody. Zdobyła się na półuśmiech i powiedziała: – Chyba naprawdę czujesz się już lepiej. żeby wziąć prysznic.

wnioskowała. A chłopak. Wiedział. Wykrzywiona twarz dziewczyny stężała. Poprzez dźwięki z telewizora nie mogła jednak rozróżnić żadnych słów. gdy stanęła w drzwiach i gromiła go wzrokiem. może nie poza tym. Zdjąwszy szlafrok i narzuciwszy zbyt duży sweter. . wkurzała ją do tego stopnia. dobrze wiedział. bo najwidoczniej spostrzegł jej minę. że tak dobrze przewidział jej posunięcia. że półtora roku całowania tyłka jej ojcu musiało się właśnie Bradowi opłacić. Czy wspomniał o Varenie? Z wyrazu jego twarzy. a między nimi piętrzyły się osławione już książki i segregatory z jej szafki. siedzący tam z błyskiem w oku. a teraz. bo stało się jasne. jak rata wspomina swoje futbolowe wyczyny.20 Bez zaproszenia Zastała Brada przy stole kuchennym. nasłuchując głosu Brada. że miała ochotę złapać coś ze ściany i w niego rzucić. gdy odezwał się tata. Myśl. Sprawa jeszcze się pogorszyła. z tego głupkowatego uśmiechu. Tata siedział naprzeciwko. jak wiele powiedział. że najpewniej nie powiedziała rodzicom o ich rozstaniu. że tylko gawędził z jej ojcem. – Isobel – zaczął ojciec ostrożnie. zastanawiała się. zeszła ukradkiem po schodach. że tak właśnie będzie. Słuchał.

– Tak. z uniesionym podbródkiem pokiwała głową. – Słuchajcie. Zrozumiano? Z uporem patrząc przed siebie.. proszę. co jest grane. A teraz idź już. by zrobić to cywilizowanym tonem.. nie ufając sobie na tyle. Z sarkazmem parafrazując jego słowa. musicie to wyprostować.. podnosząc rękę. Isobel. – wyciągnął w jej stronę oskarżycielski palec.– Uspokój się. – Dzięki.. kim są. Po tych słowach ojciec przeszedł obok niej do salonu. Jeśli usłyszę jakieś krzyki – zwrócił się wyraźnie do Isobel – Brad pójdzie do domu. – Wykonał nieokreślony gest. – Isobel – warknął ostrzegawczo ojciec. Brad przyniósł tylko pracę domową. nie wiem. . bo niezależnie od tego. gdzie telewizor zaczął grać nieco głośniej. nienawidziła tego – w tym domu nie mówimy tak do gości. bardzo uprzejmy z ciebie chłopak. i została z Bradem sama. co się z wami dzieje – powiedział. bez względu na to. – Ale. a ty dostaniesz szlaban na kolejny tydzień. – Wyjdę teraz z kuchni. po czym oparł się o stół między nimi. by udzielić ustnej odpowiedzi. – Nie chcę tego słuchać – stwierdził. – Ale. – Ale musicie przebywać razem wystarczająco długo. – Utkwiła spojrzenie w zwodniczo przystojnej twarzy. niczym sędzia odgwizdujący faul. Zawsze określał Brada jako „bardzo dobrego chłopaka” i być może posunęła się trochę za daleko.

– Nie mam ci nie do powiedzenia. – Nic martw się. zanim wyciągnie jakieś wnioski. Podbiegła ku niemu i pchnęła go w kierunku tylnych drzwi. aż chłopak sobie pójdzie. aż on odezwie się pierwszy.Patrzyli na siebie i Isobel czekała. czekając. jak wyciąga papierosa ze zmiętej paczki w wewnętrznej . a potem się wykrzywiła. Stał jak przyśrubowany. Nic podobał jej się sposób. Zapaliła światło na ganku. że twarz jej płonie. demonstracyjnie zamykając za sobą drzwi. Nie spieszył się. załatwię to. – Przyszedłem pogadać. Chciała dokładnie wiedzieć. o co chodzi. Skrzyżowała ramiona. po czym otworzyła tylne drzwi i wyszła w chłodną noc. że nie zamierzał zabawić zbyt długo. w jaki na nią patrzył. Po chwili odsunął krzesło i wstał. gdy wychodził wolnym krokiem. jakby oceniał szkody. że łatwiej byłoby jej przesunąć drzewo. Może oznaczało to. – Złożyła ręce przy ciele. znowu z tym drwiącym uśmieszkiem. – Domyśliłem się. – Próbuję cię ostrzec na temat tego świra. i otuliła się swetrem. że im nie powiedziałaś – oznajmił z uśmiechem. Isobel poczuła. które poniosła. z gniewem na twarzy i ogniem w ostrych niebieskich oczach. Rzuciła nerwowe spojrzenie przez ramię. Odpuściła. Patrzyła. co zauważyła z zadowoleniem. tym razem z powodu zimna. i przeszła obok. z którym kręcisz. wiedząc. – Hej – powiedział głośniej. nadał w kurtce. w stronę salonu.

Gdy go zapalał.kieszeni kurtki. – To teraz palisz w domu moich rodziców? – Naskarżysz na mnie? – Czego chcesz? Zaciągnął się papierosem. zaciągnął się. – Musisz po prostu o tym zapomnieć. Jej brwi uniosły się z niedowierzaniem. – Między nami koniec. Akurat ty powinieneś to rozumieć. trzymanym między kciukiem a dwoma palcami. wczoraj po prostu kazał ci spadać. jeśli to cię uszczęśliwi. a ja dam wszystkim znać. że możemy zapomnieć o całej sprawie. Iz – stwierdził. – Może jutro po prostu znowu z nami usiądziesz. Izo – powiedział i oparł plecy o ceglaną ścianę pod lampą na ganku. w zamyśleniu mrużąc oczy. – To się robi naprawdę cienkie. Na chwilę zatrzymał dym w płucach. – Rzucił cię przy całej szkole. A poza tym co z Nikki? Znowu przytknął papierosa do ust. – Więc o to chodzi? – Słuchaj – ciągnął. gdy strzepnął popiół na werandę. – Co? – Nie będę się już nawet czepiał tego pedzia. uśmiechnęła się szyderczo. . – Pogódź się z tym. – O czym konkretnie? Drwiący uśmieszek pojawił się znowu. po czym wypuścił go z westchnieniem.

co chcesz. – Ale z ciebie palant. a twarz mu . Czy on w ogóle wiedział. Niech wyluzuje. – Nieważne. trochę przecząco. że to dość żałosne? – Twoje miejsce jest wśród nas – powiedział. żebyś mogła odzyskać miejsce w drużynie. by znowu na niego spojrzeć. – Izo! – Rzucił papieros i zgasił go czubkiem buta. żebym była nadal twoją dziewczyną? Nie sądzisz. – Odwróciła. pomieszanej z dymem tytoniowym i gumą miętową. Podszedł. gdy się zbliżył na tyle. czy jesteś moją dziewczyną. a trochę z niedowierzaniem. – Słyszysz to. by poczuła zapach jego wody kolońskiej. Odwróciła się. co mówisz? Próbujesz mnie przekupić. żeby się uspokoiła. którą zawsze żuł. – Słuchaj – powiedział i przysunął się. Brad. – Pokręciła głową.jakby tylko to mogło go powstrzymać od uśmiechu. gotowa wejść z powrotem do domu. Wzruszył ramionami i zamrugał z leniwą obojętnością. – Powiem Alyssie. – Ten gość jest totalnym świrem. że powinnaś być z nim? – Nie jestem z nikim. W tym momencie zmarszczył czoło. czy nie. Wcale nie. – Przestań tak o nim mówić. – Słyszałem co innego. – Nie. – Słyszysz to. żeby mama się nie domyśliła. jak to brzmi? – Uważasz. Nie cofnęła się i patrzyła na niego podejrzliwie.

Szarpnęła się. – Nie. ale on właśnie tego chciał. – Przestań – ostrzegła. – Co to było? – Puszczaj! – warknęła. że ma nad nią władzę. Nachylił się i pocałował ją w szyję. lecz nie dość daleko. Wydała stłumiony dźwięk. – . Gdyby tak wszedł do kuchni i wyjrzał przez okno. Pchnęła go. jaki Brad potrafi czasem być. Wyczuwała to. powiedziałam! Przycisnął usta do jej ust. Chciał wiedzieć. by ojciec usłyszał ją przez ryk telewizora. że ciągle ma na nią wpływ. gotowa ugryźć jego dolną wargę. odchylając się w tył. choć zdołała jedynie pognieść mu kurtkę.lekko stężała. Czuła ręce. Zrobił ci pranie mózgu albo coś. Woń tytoniu wypełniła jej nozdrza. – Przestań. Zesztywniała. Poczuła. chociaż wiedziała. Wtedy by zobaczył i wiedziałby. Podniosła ręce. opiekuńczego głosu. przyciskając dłonie do jego kurtki. jak tylko mogła. oplatające ją w talii. tak bliski krzyku. Brad – zdołała zaledwie pisnąć. że cała się jeży od jego bliskości. że nie ma szans. a jego wargi podążyły do jej podbródka. wyrywając się i odpychając go z całej siły. gdy nagle napiął mięśnie i się cofnął. i chciała się cofnąć oddalić od znajomego zapachu i niskiego. – W tym wszystkim coś nie gra. przyciskające ją do niego.

bo wiem. Brad najwyraźniej też to wiedział. bo bez zwłoki zaczął schodzić z ganku. Brad błyskawicznie odwrócił ku niej głowę. Varen. Jej oczy się rozszerzyły. – Ale z ciebie palant! – zawołała jak najgłośniej. Powiedz. – Isobel.Co z tobą? Syknął. Powtórz mu to ode mnie. Iz? Isobel patrzyła za nim z przerażeniem. Nie powinnaś w ogóle wychodzić po tej chorobie. badawczo przyglądając się jej gniewnymi błękitnymi oczami. że to on. – Znowu – mruknął. że zatłukę go za to. . Co zrobił? Usłyszała za plecami otwierające się drzwi. – Zobaczysz. by się uciszyła. Uniósł palec i wycelował w nią. wciąż się cofając. wracaj do środka. – Zobaczysz – powiedział. Widocznie z dachu usłyszał ich kłótnię. Z góry dobiegł ciężki chrobot. nasłuchując. że go zabiję. a potem głos matki. i przechylił głowę. – Idź sobie! – krzyknęła znowu. że lada chwila ktoś się pojawi. A tymczasem powiedz lepiej temu pedziowi. dobrze. Zrobiła kilka chwiejnych kroków w tył. niedowierzaniem i narastającą dezorientacją. co zrobił. wiedząc. Co robi? Idzie w tę stronę? Zwariował? Jej umysł rozpaczliwie szukał sposobu na odwrócenie uwagi.

gdzie przedtem leżał rozparty. że jest w warsztacie. który do połowy wychylał się ze swojego pokoju. gdzie bez wątpienia zaparkował swojego mustanga. a potem zatrzymała się i serce jej podskoczyło na widok Varena Nethersa. – Gdzie mustang Brada? Zmrużył oczy. Mustang. gdzie skoczyła do okna. który wstał właśnie z fotela. czarne bmw jego mamy. przebiegła obok mamy. przycupniętego na rogu jej rozgrzebanego różowego łóżka z zeszłorocznym albumem zdjęć czirliderek rozłożonym na kolanach. a telewizor był wyciszony. Gromił ją wzrokiem. – Nie pytałem – odparł spokojnie – bo wczoraj mi powiedziałaś. odgradzając się od niego. Czemu nie słyszała samochodu? Odwróciła się. – Oho. . Rozsunęła zasłony i zobaczyła. – Zapomniałam – mruknęła i obróciła się ku schodom. ktoś ma kłopooo. patrząc za Bradem.Dziewczyna stała bez ruchu. Isobel znowu zatupotała na schodach. – Właśnie miałem ci to doradzić – powiedział i z powrotem włączył dźwięk w telewizorze... który odwrócił się i skierował ku frontowi domu. Zatrzasnęła drzwi. przemierzyła salon i wpadła do kuchni. unikając spojrzenia Danny’ego. Odwróciła się i ujrzała ojca. jak Brad wsiada do innego samochodu – poznała eleganckie. – Idę się położyć.

. . bo potwierdziły się jej podejrzenia. by wyrwać album z jego rąk. Widział zdjęcie z zeszłorocznej imprezy drużyny. przenikliwym spojrzeniem. – Sama zrezygnowałam – warknęła. – Skoro już słyszałeś. – Co się z tobą dzieje? – wydyszała. Czarne na różowym. Przycisnęła album do piersi i odwróciła się. próbując wziąć się w garść. Podniosła oczy do sufitu. nie chcąc. O Boże. zobaczyła. kładąc się na jej łóżku i podpierając łokciami. – Czemu wypadłaś z drużyny? Znowu poczerwieniała. że na nią patrzy. Odwróciła się. na której otworzył. pomyślała. na którym Isobel wpychała sobie do ust cały kawałek pizzy z ananasem. – Słyszałem wszystko – przyznał. – Robi wrażenie – powiedział.. Znowu to robił.– Co ty wyprawiasz?! – Panika pchnęła ją naprzód. by zobaczył intensywną czerwień na jej twarzy. monotonnym głosem. – Nie można tak po prostu wparować w osobistą przestrzeń jakiejś osoby i grzebać w jej rzeczach! Pomaszerowała do szafy i wrzuciła album do środka. dodając jej odwagi. rozbawiony jakimś wewnętrznym żartem. Obserwował ją intensywnym. że słyszał rozmowę z Bradem. spoglądając na stronę. i jej żołądek wykonał kilka fikołków na widok tego chłopaka rozłożonego na jej łóżku. które nie do końca rozumiała. – Naprawdę? – spytał irytującym.

dobrze? – Podszedł do okna. drugie zaś pakując do torby – że przez jakiś czas powinnaś trzymać się z dala od swojego byłego. co zrobiłeś. że przez jakiś czas raczej powinieneś trzymać się z dala od Brada. Zdawszy sobie sprawę. siadając. Nie wiem. widząc ten gwałtowny ruch. i nieprzewidywalny.. o co mi chodzi. Zauważył to i znieruchomiał. – Tym bardziej że zwykle tak często się spotykamy. Wstał i podniósł kołnierz swojej zielonej kurtki. ale. To było nierealne. W ten sposób zrobi coś dla niego? – Varen? – Isobel. by na nią popatrzeć. – A co? – Posłuchaj własnej rady. Odwróciła wzrok. pocierając rękę. no. opuściła ręce. – Zrób coś dla mnie. – Co masz na myśli? „Posłuchaj własnej rady? – Mam na myśli to – odrzekł. zagubiona i spięta. – Zabawne jest to – powiedział. że splata dłonie. na oko nieporuszony groźbami Brada ani jej ostrzeżeniami – że ja też nie wiem. . podając jej opakowanie nieco już rozpuszczonych lodów bananowych z toffi. – No to słyszałeś też. że tak się wkurzył. Zesztywniała...Czuła się od tego nerwowy. Po prostu czasami był taki władczy. wkurzył się. – Wiesz. Przechyliła głowę i popatrzyła na niego ze zdziwieniem. że tak stoi w jej pokoju..

. – Czemu. żeby przeprosić.. – Bo miałaś rację – stwierdził w końcu. po prostu przepraszam. by usiąść okrakiem na parapecie... że już nigdy nie będziesz miała co do mnie racji. Oczy Isobel zrobiły się większe.. odkąd przydzielono ich do tego samego projektu. – Znowu na nią patrzył oczami pełnymi mrocznej. I chciałem mieć szansę. odkąd się spotkali. wywołany sposobem. Czy naprawdę właśnie ją przeprosił? Nachylił się. odwrócił się do niej plecami i chwycił framugę okna. Minął ją. Isobel odstawiła lody na toaletkę. w jaki wypowiedział jej imię. Wtedy jego uwagę przyciągnęło coś na jej dywanie. a nie ona. nie odpowiedział od razu. – Mogę ci obiecać. lecz ich oczy się nie spotkały. – Chociaż teraz. Wstał. No to.Przebiegł ją zimny dreszcz. Z trudem przełknęła ślinę. Zmarszczył brwi i na jego czole pojawiły się bruzdy. wręcz monarszo. przez co zabrzmiało tak uroczyście. – Nigdy? Pierwszy raz. lecz wciąż miał nadzieję. Jego ręce pozostały naprężone. co się szykuje. wdrapując się z powrotem do środka. – Hej – powiedział. – Wczoraj miałaś rację. to on odwrócił wzrok. jakby wiedział. Stanęła przy oknie i skierowała na niego wzrok i przemówiła. Jak zwykle. czemu przyszedłeś? Odwrócił głowę. . poświęcając uwagę każdej sylabie. zasłużoną czy nie.. ukradkowej radości. że zdoła uciec.

by go zatrzymać. Nie skończyła opowiadać mu o swoim śnie. Zostawi ją samą z tą książką. w tym momencie zdolna się tylko gapić. Nie zdążyłam ci powiedzieć. ale nie mogła zawołać za nim. ale powstrzymała się przed złapaniem go za ramię. Jak mogła zapomnieć? Jego obecność działała jak zaklęcie. – Muszę ci opowiedzieć sen. gdy wymknęła się na spotkanie z nim.podążając za nim. A teraz wychodził i było już za późno.. Odwrócił się i przez ramię zgromił ją spojrzeniem. po czym zszedł po pergoli jej matki. Stała jak wryta. Wstał i z karcącym wzrokiem położył książkę na szafce nocnej. gdy dotarł do końca. podnosząc Dzieła zebrane Edgara Allana Poego. – Czekaj! – zawołała. – Trochę więcej szacunku. Na widok książki poczuła przypływ paniki. tak samo jak ona tego dnia. Zanim zdołała wypowiedzieć kolejne słowo. jak idzie po dachu. Patrzyła. – Nie możesz jeszcze iść. usłyszała cichy szczęk łańcuchów. Przykucnął i wyciągnął coś spod spodu. . gdy podchodził do łóżka. – Jutro – odparł i wymknął się na zewnątrz. gdy jego buty zetknęły się z gruntem. by wspiąć się na okno. – Wyciągnęła rękę. Odwrócił się.. co się. proszę – powiedział i znowu przeszedł obok niej.

by tego nie robić. a oczekiwanie ponownego spotkania z Varenem z każdą sekundą wzmagało napięcie. sprawiając wrażenie. Weszła do klasy z opuszczoną głową. Miejsce Varena pozostawało puste. W końcu chodziło tylko o lekcję. jakby to mogło jej pomóc spowolnić puls. mimo że mówiła sobie. Ruszyła prosto na swoje miejsce. jej serce waliło jak oszalałe. Nie wiedziała. Uczniowie wchodzili do klasy. ryzykując tylko szybkie spojrzenie w stronę krzesła Varena. nie chciała się spóźnić i w ogóle nie mieć szansy na rozmowę. po czym. Stało puste w swoim kącie. Krzesła się przesuwały. Z drugiej strony. Usiadła. Zegar na ścianie odmierzał minuty. Ale czy on z nią porozmawia? Przycisnęła książki do piersi. a Isobel miała . czemu sprawa wydaje się jej tak poważna. Musiała się uspokoić. nie chciała przyjść zbyt wcześnie i siedzieć. zaczęła patrzeć na drzwi. że na niego czeka. Łomotało w żebrach i pulsowało w uszach.21 Pstra intryga Pomimo że następnego ranka Isobel wyjątkowo powoli szła na lekcję pana Swansona. Rozległ się dzwonek.

– No dobrze. Przez pierwsze dwadzieścia minut lekcji. że on się tylko spóźni. – Uśmiechnął się. gdy wszyscy zaczęli wychodzić. że nie przyjdzie. Raz po raz zastanawiała się.wrażenie. – Dla waszego dobra mam nadzieję. W umyśle odgrywała różne scenariusze. jestem zresztą pewien. Potem jednak. Jej spojrzenie wciąż wędrowało z pozbawionych sensu notatek na drzwi. że w jej brzuchu jakimś cudem zmaterializował się głaz. gdy rozbrzmiał dzwonek na przerwę – że projekty i ich prezentacje mają być gotowe w ten piątek. W końcu zrezygnowała i odpuściła temat lekcji. a w większości z nich ważną rolę odgrywał gniew pewnego byłego chłopaka. że nie okażą się zbyt straszne. by przekrzyczeć jęki uczniów. ze smutkiem zdała sobie sprawę. Dotyczy to także jego partnera. rozglądając się na prawo i lewo. gdy Swanson gryzmolił na tablicy. że nie muszę wam przypominać. co jakiś czas rzucając okiem na puste krzesło Varena. i zaczął mówić głośniej. że nie uprzedzałem: kto będzie nieobecny bez zwolnienia lekarskiego. pamiętajcie – dobiegł ją głos pana Swansona. wigilię Wszystkich Świętych. ten obleje. miała nadzieję. w tym Isobel. I żeby porem nie było. W korytarzu Isobel przystanęła. Gdy nie dostrzegła jego zielonej kurtki ani . po półgodzinie. Do końca patrzyła w rozkojarzeniu na nauczyciela. gdzie mógł się podziać.

Zebrawszy szeroką spódnicę. – Najpierw się rozłączasz. Stań w kolejce. – Podniosła . Gdy podniosła do ust widelec z sałatką. na stoliku z brzękiem wylądowała druga taca. by wsunąć pod stół chude nogi w legginsach. jak byłaś mała? – złościła się tamta. Zapłać. upuścili cię na głowę. Zero kontaktu wzrokowego. wszystkie myśli zaś poświęciła przetrwaniu najbliższych dwudziestu minut. Gdy wyszła z kolejki. jaki ktokolwiek wykonał wobec niej od ponad tygodnia. Czy Gwen całkiem serio chciała z nią siedzieć? Wezbrała w niej przejmująca wdzięczność i łzy omal nie napłynęły jej do oczu. Zero rozmów. Był to najmilszy gest. Isobel opuściła widelec i podniosła głowę. – Co jest. Nie zamierzała dawać nikomu okazji. nie spoglądając na ekipę ani na gotów. by choćby krzywo dziś na nią spojrzał. Zza swoich sowich okularów Gwen gromiła ją wzrokiem.czarnych włosów. niepewna. Isobel otworzyła usta. który poprzednim razem ominęła. Utkwiła wzrok w tacy i skupiła się na jedzeniu. co powiedzieć. ruszyła prosto do pustego stolika. usadowiła się na ławie naprzeciwko Isobel. i postawiła tacę na końcu. – Co z tobą? – spytała. Gdzie on jest? Weszła do stołówki z niezachwianym postanowieniem. znowu upadła na duchu. Weź jedzenie.

– No to ja zaraz „o przepraszam”. przepraszam. – O nie – mruknęła Isobel. Patrzyła na coś ponad ramieniem Isobel. – Przerwała jednak. zapomnę. nie powiem. – Halo. do jasnej Anielki. Ziemia do Isobel! – Gwen brzęknęła łyżką o tacę. żeby powiedzieć. a jej oczy zrobiły się okrągłe. zastępcę dyrektora. Isobel obróciła się na swoim miejscu. – O rany. nie oddzwoniłaś? – O. Po całej stołówce przebiegi szmer. czego się dziś rano dowiedziałam. a potem rano nawet nie pojawiasz się przy szafce. z którą. Z zadowoloną miną skrzyżowała ramiona. czemu nie oddzwoniłaś! Isobel zaryzykowała spojrzenie w kierunku siedzącej na podłodze grupki. Napotkała kilka zaciekawionych spojrzeń chłopaków o niechlujnym zaroście i więcej niż kilka drwiących uśmieszków ze strony dziewczyn w bandanach. – Czego? Tamta się uśmiechnęła. – Nie oddzwaniasz. jak jej się zdawało. Zapomniałam.. Oparła obie dłonie na stole i lekko się uniosła. który wszedł przez dwuskrzydłowe drzwi z Bradem przy jednym boku i mrocznej. by lepiej widzieć. zazwyczaj jadała Gwen. – Czemu.dłoń i pstryknęła palcami.. znajomej postaci przy drugim. Wszystkie oczy skierowały się na pana Notta. – Nic. przeszedł ją dreszcz ekscytacji pomieszanej z . Gdy go zobaczyła.

nie zwracając uwagi ani na siebie nawzajem. Jego twarz wciąż wydawała się równie doskonała. Ruchem głowy wskazał tacę Isobel. Isobel siedziała przez chwilę oszołomiona. wywracając swój kubek z jogurtem. Isobel gwałtownie zaczerpnęła powietrza. . jak chłopak podchodzi. – Hej – rzucił do Gwen. To nie było pytanie. Przyjrzała mu się. podnosząc dłoń. gładka i spokojna. szukając jakichś siniaków. Varen zaś minął swój stolik i ruszył prosto w jej stronę. opadając na ławkę obok niej. dokładnie naprzeciwko Isobel. krwi bądź dowodów na uszkodzenie czaszki. – Szalom – odparła.nerwowością. patrząc. jak poprzedniego wieczoru. gdy poczuła na nodze muśnięcie jego kolana. – Co to. ani na niezliczone spojrzenia. Brad skierował się ku zwyczajowemu miejscu ekipy. a w jej umyśle panowała pustka. Obaj chłopcy oderwali się od pana Nona i rozeszli w przeciwnych kierunkach. z napiętymi ramionami i dłońmi zaciśniętymi w pięści. do diabła. Brad jednak stał wykrzywiony. by zrobić mu miejsce. Gwen w mgnieniu oka przesunęła się. – Mogę się dosiąść – powiedział. Torebka śniadaniowa z brązowego papieru opadła na stolik. Idzie tutaj – szepnęła Gwen i zamachała rękami. – O kurde bele. jest? – spytał Varen.

czy nie? – Kciukiem wskazała drzwi.. Varen siedział bardzo spokojnie. – Sloppy Joe [Potrawa z mielonego mięsa. Po niekończącej się chwili zamrugał powoli powiekami i odwrócił się znowu do Isobel. Proste. Gwen rozerwała na pół swoją kanapkę ze smażonym serem. a Varen wyciągnął z torebki plastikowy pojemniczek. w przeciwieństwie do niej. Kilka par oczu zwróciło się w ich stronę. – Hmm – mruknął z powątpiewaniem.)] – zdołała z siebie wydusić. Oczy Isobel skierowały się na Varena. by bez ogródek zadawać kluczowe pytania. (przyp. . – Niech spoczywa w pokoju. tłum. cebuli i sosu pomidorowego lub keczupu. najwyraźniej była dość śmiała. omiatając Gwen tym miażdżącym wzrokiem.– No. Gwen. pod którym Isobel zawsze pragnęła wtopić się w otoczenie. co to miało znaczyć. Czemu nie mogła jasno myśleć? Zerknęła na gęstą zawartość swojego talerza. – Co? – wykrzyknęły chórem Isobel i Gwen. co to jest. Popatrz i powiedz. Po prostu powiedz mu. – Wygląda na to – powiedział – że podczas wczorajszego treningu futbolowego ktoś przewrócił samochód twojego chłopaka na szkolnym parkingu. Isobel dłubała widelcem w sałatce owocowej. Cała trójka opuściła głowy.. przez które weszli wraz z Bradem. – Nie chcę być niegrzeczna – wtrąciła Gwen – ale powiesz nam. Ta dziewczyna wywierała na niej coraz większe wrażenie. skupiając się na jedzeniu. – Pokręciła głową.

– Chwileczkę. skupiając uwagę na czymś za jej plecami. prawda? – Umilkł. Varen posłał Isobel ostrzegawcze spojrzenie. – Czemu o tym nie wiedziałam? – zastanawiała się na głos Gwen. że mogłeś to zrobić? – spytała Isobel. – I co? Twierdzi. kiedy to się stało. że to ty? – Zanurzyła kawałek jabłka w jogurcie. – Przez większą część ostatniej godziny siedziałem w gabinecie Fincha na przesłuchaniu. – Poważnie myślą. próbowałem wyjaśnić. To powinno wystarczyć. co się stało w lodziarni? – Fo fię fao? – spytała Gwen z pełną buzią.Isobel nachyliła się nad stołem. miała wrażenie. – Powiedziałem. – Pewnie o to mu chodziło wczoraj wieczorem – szepnęła. Kiedy tak na nią patrzył. – Nie powiedziałeś im. mówię ci. że próbuje się z nią porozumieć za pomocą jakiejś formy telepatii. – Hmm – mruknął po chwili. że byłem w pracy. Z twoim byłym i jego starym. . wpychając sobie do ust połowę kanapki naraz. niemal lękliwy śmiech. na co Gwen wydała się z siebie cichy. który bardzo pragnęła rozszyfrować. że moje moce umysłowe nie działają we wtorki – powiedział. Napotkała jego oczy i znowu coś zatańczyło jej w brzuchu. – No tak. niezła impreza – powiedział. histeryczny. Był to język. Stłumiła go szybko. – Wstał.

Stanęła na palcach i nachyliła się bardzo blisko. – Właśnie o tym miałam ci powiedzieć. – Ooo. Było jej niedobrze. podczas gdy jej boskie oczy zerkały w stronę Isobel. czy to hummus? – Gwen chwyciła plastikowy pojemniczek. Na stół wypadł zamykany foliowy woreczek pełen chlebków pita. Na stolik padł długi cień. że stoją tam we dwoje. wygląda na taki ubijany. Poczuła.– Hej. Isobel zobaczyła. Obejrzawszy się przez ramię. Gwen pokręciła głową. by coś mu szepnąć. Isobel znowu odwróciła się do Gwen. jaki mama kupowała w delikatesach Cohena jeszcze na Brooklynie. jak Varen zatrzymuje ciemnowłosą Lacy o egipskich oczach. głośno przełykając. I wtedy ta dziewczyna wyciągnęła okrytą koronkową rękawiczką dłoń o miedzianej karnacji. – Mmm! – mruknęła. zmierzała prosto do ich stolika. że nagle krew pod jej skórą staje się gorąca. – Gwen chwyciła kawałek pity i wydłubała grudę hummusu wielkości piłeczki pingpongowej. – Wcinaj – odparł i odwrócił papierową torebkę. . Gwen uciekła od niej spojrzeniem i zaczęła skubać kolejny kawałek pity. by odgarnąć kilka kosmyków z jego ucha. usiłując pochłonąć pitę z hummusem. jak się zdawało. zwijając serwetkę w zaciskającej się pięści. W jakiś sposób ją drażniło. która.

celując w goleń Gwen. gdy już odchodził. gdy zatrzymał się przy jej szafce. Wzruszyła ramionami. Isobel odwróciła wzrok. – Jasne – powiedziała. Isobel wiedziała. robiąc parę kroków do tyłu. wyciągając z tylnej kieszeni pomiętą czerwoną kopertę. ale spudłowała.. – Poczekaj chwilkę.. Skinęła głową. Powinno wystarczyć. którą Lacy dała mu tego ranka. Pod stołem dostała kopniaka w kostkę. Zostało prawie dziesięć minut. – Nadal mam szlaban. Popatrzyła na stołówkowy zegar. którzy się przed nim rozstępowali. a on odwrócił się i ruszył między sprzątających tace drugoklasistów. – Czyli naprawdę zrobimy ten projekt? Wzruszył ramionami. na której spoczywał nietknięty Sloppy Joe. – Ale spróbuję – dodała wbrew sobie. – .– Możemy się spotkać wieczorem? Żeby popracować nad projektem? – spytał Varen. Słuchaj – powiedział. – Dobrze. Podniosła swoją tacę. że to ta sama koperta. Gwen zerwała się z miejsca i podążyła za Isobel. która zmierzała z tacą do okienka. zawołała za nim: – Hej! Odwrócił się. – Dobra – powiedziała Isobel i wstała. ale później cię znajdę. Odpowiedziała kopnięciem. Potem. – Jeśli nie nastąpi jakaś nieprzewidziana katastrofa. – Teraz muszę iść coś oddać.

.Zaczekaj na mnie! Muszę ci jeszcze powiedzieć.. Dokąd idziesz? Z Gwen depczącą jej po piętach Isobel pospiesznie wyszła ze stołówki. . – Muszę coś zrobić.

Wiem od Trevora. Usłyszała. szybciej. – Pewnie. wyglądało to. Isobel popatrzyła na nią spod zmrużonych powiek. Gwen ledwo wyhamowała i niemal na nią wpadła. jak się kłócili. przeciągając głoski i dramatycznie trzepocząc rzęsami. czy dostanę od niej jakąś wiadomość. że widziała. ale . po czym obróciła się na pięcie i znowu ruszyła korytarzem. słuchaj. – Od kogo? Isobel. o co chodziło w tamtej chwili. która wie od Ellen. a ja nie wiem. która powiedziała. – Zaczekaj na mnie! – Chodź. Niedługo dzwonek. że tamta znowu za nią pognała. – Ale wygląda na to – dodała – że od początku byli tylko pseudoparą. który wie od Sary. – Dziś rano. pędząc za nią przez pusty korytarz. – Dobra. nie wiem.22 Głowa do góry Zaraz! – piszczała Gwen. z plastikowym pojemniczkiem Varena w jednej ręce i nadgryzionym kawałkiem pity w drugiej. oni zerwali! Isobel zatrzymała się. Gwen oparła się o rząd szafek ze skrzyżowanymi ramionami. jakby zerwali. – O czym ty mówisz? – Varen i madame Kleopatra – powiedziała Gwen.

Hej.. samochód Brada.. że nie są razem. Sloppy Joe"? Proszę. yyy. Strasznie się w nim zabujałaś. Isobel.. by znaleźć się twarzą w twarz z Gwen... mój Boże. jak na ciebie . – I co. – Znaczy. – Żartujesz? To znaczy. kiedy ona podeszła? Wyraźnie nie był zadowolony. Znaczy... myślisz. Gwen przybrała tajemniczy wyraz twarzy.. Wszystko wiem. a wtedy Isobel poczuła się jeszcze gorzej. – Nikomu nie możesz powiedzieć. – Nie możesz nikomu powiedzieć. – Czego? Że idziesz do sali gimnastycznej? – Nie – odparła. – Co? Chcesz powiedzieć. ooo. że go lubisz? – Przysięgnij – poprosiła Isobel.wiem na pewno. czemu idziemy do sali gimnastycznej? Isobel zatrzymała się przed dwuskrzydłowymi drzwiami i obróciła się. Szeroki uśmiech wykwitł na jej twarzy.... o Varenie. – Akurat. kto mówi „eee. że on też cię lubi? – A ty? Uśmiech tamtej stał się szerszy. Przede mną tego nie ukryjesz. musisz mi powiedzieć. – A co mnie to obchodzi? – Wszystko jedno! – odparła Gwen. co się w ogóle stało wczoraj wieczorem? Czy mi kiedyś powiesz? No ale. Ej.. nie zauważyłaś.. Nie widziałaś jego reakcji.. Masz pomysł. kto mógł to zrobić? i o co chodzi z tą lodziarnią? Co się wydarzyło w lodziarni? Daj spokój.

zdecydowana zrobić i powiedzieć wszystko. Potarła twarz. – Odeszłaś z drużyny. co potrzeba. Isobel zawahała się i uniosła brwi. Chcę jechać na rozgrywki krajowe. Jej oczy rozbłysły. Lanley. jak wygrywamy. Odchyliła się na krześle i rzuciła długopis na biurko. Podniosła wzrok dopiero. Aż się człowiek zastanawia. – Trąciła Isobel łokciem i rozpromieniła się. – Chodź – powiedziała.zerka? Nie. dlaczego panna Morticia Adams stroi fochy? Ale nie bój się. – Chcę wrócić do drużyny – powiedziała dziewczyna. by tego słuchać. Chcę patrzeć. Isobel stała nieporuszona. Isobel zastała trenerkę Anne w jej pokoju. byleby znowu skakać. Był w tym bardzo dobry. – A jak myślisz. Zaciekawienie trenerki obecnością Gwen natychmiast minęło. . – Postąpiłam źle. I głupio. po czym zwęziły się i skierowały na Isobel. – A teraz chcę wrócić – odparła dziewczyna. Odwróciła się i pchnęła drzwi sali gimnastycznej. potem jednak zahaczyła swój mały palec o palec Gwen. pewnie nie zauważyłaś. – Przysięgam na paluszek. – Uniosła pięść z wyciągniętym małym palcem. w czym jeszcze jest dobry. Potrząsnęły dłońmi. słuchającą stacji ze starymi przebojami i pochyloną nad papierami. Gwen wpadła za nią do środka. nie powiem. jakby była zbyt zmęczona. gdy Isobel zastukała w otwarte drzwi.

dziobiących kawałek pizzy. Wzrok Isobel padł na stołówkowy pojemnik na śmieci. gdy znikała za pniem. – Masz dwie godziny na przygotowanie oficjalnych przeprosin wobec drużyny. by popatrzeć na ich rwany lot. – Co jest? – spytała Gwen. gdzie zdawało jej się. Zabierajcie zadki do klasy. dostrzegła przez kilka . – Nie piszę żadnych usprawiedliwień. Potem spojrzała na dąb pośrodku dziedzińca. Dostrzegła jakąś ciemną. machając ręką w stronę drzwi. – Isssobel. zrozumiano? – Tak! – wykrzyknęła Isobel i podskoczyła. podbiegając do niej truchtem. – Zabieraj tyłek z powrotem do klasy. Osłaniając oczy przed słońcem. odleciało z furkotem. rozmytą plamę akurat w chwili. – Idziemy! – ponagliła Isobel. Razem wybiegły z sali i pomknęły na skróty przez dziedziniec. niosąc szum zeschłych liści i zalatujący spalenizną zapach jesieni. Walające się liście szeleściły im pod nogami. Usłyszała cichy szmer. I mają być w formie dopingu. Lanley – powiedziała kobieta. – Idźcie – rzuciła trenerka. Po szkole echem poniósł się dzwonek obwieszczający koniec przerwy.Trenerka z namysłem wydęła wargi. Stanęła i obróciła głowę. Odchyliła głowę. że kogoś widzi. Pobliskie stadko gołębi. Omiótł je powiew.

a ich łebki obracały się drobnymi.. Po prostu. Zadowolona: – powiedziała Gwen. W oszołomieniu spoglądała na dziedziniec i na budynek. by mieć lepszy kąt widzenia. – Na nie. – I na co patrzysz? Isobel zatoczyła powolny krąg. Przez ciebie się spóźnimy. – Ale co? – spytała Gwen. Ktoś zachichotał. zasypane przeróżnymi śmieciami. Miała na sobie ciemnoniebieski sportowy . były w istocie wrony.. co narobiłaś. że tym. Nic tam jednak nie było. spoglądających na nią i na Gwen ze skraju dachu. Opuściła wzrok. Niemożliwe. co z początku wzięła za kontury ludzkich głów. Siedziały na krawędzi dachu i grzebały dziobami w piórach. urywanymi ruchami. Tego popołudnia weszła do sali gimnastycznej ubrana i przygotowana. cofnęła się. Gdy dotarły do drzwi na jego przeciwnym końcu. i popatrzyła znowu. Wzięła ją za nadgarstek i poprowadziła w stronę drzwi. omiatając wzrokiem pusty dziedziniec i opustoszałe betonowe stoły. Teraz zobaczyła. mogła zerknąć na drugą stronę dębu i za pojemnik na śmieci. W budynku rozległ się dzwonek. Isobel posłusznie ruszyła za nią.ciemnych postaci. – Co to było? – szepnęła Isobel. – Zobacz.

Isobel chce coś powiedzieć. Trenerka Anne ostro dmuchnęła w gwizdek. . które zdążyła przećwiczyć tylko w głowie. Oparła się o ławki trybun. głęboki wdech. Ja nie chcę awantury. pomyślała. który przypominał prychanie kotki. Isobel wymaszerowała przed niezbyt rozentuzjazmowaną publiczność. dziewczyny – powiedziała. a parę dziewczyn skrzyżowało ramiona. ile sił w płucach. w której sama krzyczy. – Dobra. – Możesz zaczynać. – Gotowe? Okej! Rozpoczęła kroki. Z tymi słowami też zajęła miejsce na trybunach. – Siadajcie. Wziąwszy powolny. podnosząc rękę. raz kozie śmierć. ukłoniła i gwałtownie opuściła ręce wzdłuż boków. odwróciła się z dźwiękiem. Isobel potoczyła wzrokiem po apatycznych twarzach koleżanek. że drużyna posłusznie ucichła i zaczęła słuchać. starając się nie zważać na niedorzeczność sytuacji. Lanley – oznajmiła trenerka. by je uciszyć. – To chyba żarty – jęknęła Alyssa. Dobra. Na to poniósł się szmer. Alyssa. krzyżując chude nogi i układając ręce na brzuchu. Wyprostowała się.top i krótkie szorty z symbolem małego żółtego megafonu na nogawce. która znalazła miejsce obok Nikki. ale kolejny krótki dźwięk gwizdka sprawił. Pochyliła się w przód i wsparła łokcie o kolana.

że cię popchnęłam. Rzuciłam się z łapami. wkładając w ewolucję tyle zapału. Bo to nie był wypadek! Niewiele brakowało. Zadowolona mina w jednej chwili zniknęła z twarzy Alyssy. że wmieszałam. Z kolanem w górze. dziewczyna skoczyła do przodu. Ale o pewnej sprawie Pogadać dziś musimy. Rozpromieniła się w najszerszym uśmiechu. zagłuszone po chwili ochrypłym rechotem. na jaki było ją stać. Sorki. Kątem oka Isobel dostrzegła błysk gwizdka. Rozłożyła ręce na boki. co podczas . To źle. po czym skoczyła i wykonała szpagat w powietrzu. który trenerka uniosła do ust. Wylądowała z ukłonem. ciągle się uśmiechając. Bo nikomu nie wolno Bić się z czirliderkami! Teraz odwróciła się do Alyssy. Zanim jednak coś ją powstrzymało. pięścią wspartą na biodrze i jedną ręką w górze. opuściła palec i wycelowała prosto w nią. Twarz jej poczerwieniała.Nie chcę robić zadymy. Kopnęłabym cię w zadek! Po sali poniosło się chóralne „ooo".

rozlegały się chichoty i szepty. Po . Chcę dostać drugą szansę. by ustawiły się do układu. a może nawet pełnych obaw spojrzeń skierowało się na Alyssę. – Lanley. raczej ze zgrzytaniem zębów niż z uśmiechem. Zakończyła klaśnięciem. wygrać! Każde „wygrać” zaakcentowała podskokiem. udam. jak zaraźliwy bywa entuzjazm czirliderki. Na trybunach zapanowało ogólne poruszenie. że nie słyszałam tej środkowej części – oznajmiła. kolejnym krótkim ukłonem i krokiem do przodu z rękami wyciągniętymi na kształt litery V. która patrzyła spode łba i mruczała coś do Nikki. która przedstawiała sobą obraz nieszczęścia. Nie będę z wami igrać! Chcę jechać na mistrzostwa I wygrać. Ciężko dyszała i oczekiwała werdyktu. po czym odwróciła się do drużyny i krzyknęła: – Witamy z powrotem! Prowadzisz rozgrzewkę. Kilka niezdecydowanych.zawodów. kiedy trenerka dmuchnęła w gwizdek. Trenerka wstała. tylko dla szpanu. Trenowały wyrzut z podpórki. wygrać. a potem wykonała jeszcze skok ze skłonem. wiedziała bowiem.

by szepnąć: – Cieszą się. jakby wszystko było cacy. Zaraz po treningu Isobel włożyła na szorty parę granatowych spodni od dresu. czekającego. pomyślała. widząc puste przejście. ale nie dawała sobie rady. – Uśmiechnął się porozumiewawczo. gdy nikogo nie zobaczyła. i zdaje się. że ktoś na ciebie czeka. W niewyjaśniony sposób ogarnęło ją znowu uczucie. Właściwie nawet ją pogarszało. Nerwowo strzelała oczami ku drzwiom. Nie zrobiłby tego. wypadła przez drzwi. Usłyszała chrzęst żwiru i odwróciła się w kierunku plamy . chociaż to w żadnym stopniu nie poprawiało sytuacji. Potem nie mogła się w pełni skupić na ćwiczeniach rozciągających. by ją podwieźć. zwłaszcza trenerka. że zna wszystkie twoje sztuczki. Zmrużyła oczy. jakiego doznała wcześniej na dziedzińcu. stojącego tam podczas ich treningu. które tymczasem wykonywał Stevie. Jej wzrok podążył w kierunku. wyobrażając sobie Brada. ale przystanęła. pomyślała. Alyssa zgłosiła się na ochotnika i powiedziała. obserwującego ją. nawet jeśli tego nie pokazują. – Nie martw się – powiedział i nachylił się. Isobel zmarszczyła brwi. Wziąwszy sportową torbę i plecak. Czego Brad od niej chce? Czy naprawdę nie rozumie? A może po prostu czeka na Nikki. a do tego ubrała się w żółtą koszulkę Trenton. że wróciłaś. który chłopak wskazał ruchem głowy. – O.próbie przy muzyce podszedł Stevie i stanął przy niej.

który stał plecami do ściany. a ona zerknęła w dół. gdy próbowała znowu złapać oddech. po czym podniósł się znowu. – Brad? – Zgaduj dalej – odpowiedział głos za nią. ale mnie przestraszyłeś. sączącego się przez drzwi na parking. – Zostałeś po lekcjach? Jego wzrok opadł na buty. bo do środka wpadło parę zeschłych liści. Isobel przekroczyła próg. które zatrzymały się u jej stóp. Wydało jej się. a w jego eleganckich ciemnych okularach odbijała się jej zdumiona mina. Odwróciła się. Wsunął dłonie do kieszeni kurtki i wzruszył . – Zostaję – odrzekł. – Tylko tyle zdołała z siebie wydusić. – Eee. – Już słyszałem.światła. Plama światła na podłodze zamigotała. że tak działam na innych – odparł tym swoim śmiertelnie poważnym tonem. Isobel podniosła głowę i szeroko otworzyła oczy. Przemknął przez nią cień. bo coś zaświtało jej w głowie. Isobel przechyliła głowę i utkwiła w nim spojrzenie. patrząc na otwarte puste drzwi. jak długo tu stoisz? – spytała. które ktoś otworzyła na oścież. niezależny od śmiechu. by ujrzeć Varena. aż oparła się o ścianę. Odchylił głowę. Isobel nie mogła powstrzymać lekkiego uśmiechu. Powiało chłodem. – Czasami. – Rany. że na zewnątrz słyszy stłumiony śmiech.

. W końcu odepchnął się od ściany. a tylko przyglądał jej się zza swoich okularów.. teraz mówisz po francusku? Na to przestał się już ironicznie uśmiechać. a potem przez otwarte drzwi. – Ty chyba nie. – No to.. – Pomyślałem. zasłaniających oczy. – spytała. termin „obserwacja" – stwierdził. – Wolę. o co. .ramionami.. że może trzeba cię podwieźć – stwierdził i przeszedł obok niej. – Czekaj – powiedziała. – Mniej kojarzy się z voyeurismem. Ze wszystkich sił starając się powstrzymać uśmiech. gapiłeś się na mnie? Odpowiedział po dłuższej chwili... które mogłyby powiedzieć jej więcej... czy. – Co.. ruszyła za nim.. Przez dłuższą chwilę nic nie mówił. mrużąc oczy.

wsuwając się na fotel pasażera obok Varena. Zajął miejsce kierowcy. po czym pozbyła się także plecaka. lecz trudno było wyczytać coś z jego twarzy. Zauważyła. Isobel mimowolnie uśmiechnęła się na myśl o niespodziewanej nowej przyjaciółce. – Wróble ćwierkają. Wzięła swoją torbę i wrzuciła ją do środka. zaczął obracać płytę. odsunął na bok łańcuszki swojego portfela i przekręcił kluczyk. który leżał między nimi. nawet jeśli nie miał okularów. Gwen. a przenośny odtwarzacz CD. – Powiedziałam ci. który przełożył do swojej torby. że w bagażniku panuje zadziwiający porządek. Cougar obudził się z rykiem. że zrezygnowałam. Oprócz jej rzeczy znajdowały się tam tylko zgrabnie zwinięte kable zapłonowe i futerał z płytami CD. . równie dobrze mogłaby próbować przejrzeć uczucia kamienia. Zerkała na niego kątem oka. Sięgnął do torby i wyciągnął plastikowy pojemniczek po drugim śniadaniu. czekając. że zastaniesz mnie na treningu? – spytała Isobel. gdy zaś je włożył.23 Świętej pamięci Skąd wiedziałeś. Uniósł go. aż się odezwie. gdy otwierał bagażnik.

po czym. – Uhm – mruknęła. Od razu rozpoznała symbol zespołu na zewnętrznej krawędzi dysku. znalazła w końcu płytę. Zaczęła przeglądać płyty. a on wrzucił wsteczny. jak prowadzi (nigdy nie sądziła. że czynność prowadzenia samochodu da się wykonywać z gracją). by obserwować. pouczając. – Czemu? . utrzymującą urządzenie w całości. Podał jej Futerał z płytami. którą zawsze nosił. Nacisnęła eject i na chwilę. oglądając porysowaną obudowę i przepaskę z czarnej taśmy klejącej. zanim z drugiej płyty rozbrzmiała poruszająca. z białym tłem i sylwetkami poskręcanych bezlistnych drzew. Isobel podniosła discmana. Zwalczając w sobie ochotę. przeciągnęła staroświecki pas bezpieczeństwa przez klatkę piersiową i zapięła go. donośnej perkusji i kogoś. – Czemu w ogóle jeszcze masz coś takiego? – spytała. – Masz szlaban – odezwał się. którą zajęła jej wymiana płyty. – Pas. by włączyła „tę z drzewami". o którą mu chodziło. jak na plecach zielonej kurtki.Przez samochodowe głośniki popłynął Szybki rytm elektrycznych gitar. mroczna i nieziemska ballada. w samochodzie zapadła błoga cisza. kto wykrzykiwał chrapliwe błaganie o ocalenie duszy. postanowiwszy na tym zakończyć śledztwo. – Bo muszę spłacać samochód – odparł. Był to taki sam leżący martwy ptak.

wrzucił bieg i znowu jechali. Po prostu pominęła fakt. – Za krzyczenie na dworze wczoraj wieczorem – powiedziała. jak dojadą do domu? – Masz dość surowych rodziców? – spytał takim tonem. – A co? Odwróciła się. Próbowała nie zważać na falę wewnętrznych pytań. Hamulce zapiszczały. zadowolona. jeśli chodzi o ścisłość. Doznała tego uczucia wewnętrznego spadania. gdy wiedziała.Isobel uznała. – Chyba tak – przyznała. gdy jednocześnie przetrząsała pamięć w poszukiwaniu czegoś. Zaskoczyła ją obcesowość tego stwierdzenia. Światło zmieniło się na zielone. co mogła powiedzieć lub zrobić. Nagle zmarszczyła brwi. Co powie mamie. które dopadało ją zawsze. Wcale nie musiała kłamać. . że ma pretekst do rozmowy. że w poprzedni piątek wróciła do domu po ustalonej godzinie w dziwnym samochodzie – jego samochodzie. by zatrzymać się na czerwonym świetle. Patrzył przed siebie co tylko pogarszało sprawę. że z jakiegoś powodu czekają ją kłopoty. że to dobry moment. by skłamać albo przynajmniej poćwiczyć naginanie prawdy. by na niego popatrzeć. która ją zalała. gdy auto zwolniło. – Chcę cię o coś spytać – oznajmił. I już. że wcześniej miała szlaban za to. – Tak? – powiedziała. choć tym razem nie miała pojęcia z jakiego. jakby już znał odpowiedź.

. żeby proponował jej randkę. Odwróciła głowę... żebyś poszła – powiedział. Szybko je zamknęła. że tego popołudnia wróciła do drużyny. by jej policzki nie stały się ani blade jak popiół. chociaż nie wszyscy o tym wiedzą. po czym skręcił za fontanną w kierunku jej domu i dopiero wtedy. jakby jej usta żyły własnym życiem. – Odbywa się co roku.– W piątek wieczorem jest pewna impreza – powiedział. Przez chwilę prawie pożałowała. przejęła nad nią władzę. by patrzeć przed siebie. Cokolwiek to było. wiedziała bez cienia wątpliwości. ani czerwone jak wóz strażacki. że właśnie zadała najdurniejsze pytanie roku. W piątek jest mecz – powiedziała.. – Znowu ukradkiem na nią zerknął. Musiało chodzić o coś innego. zrozumiała. – Zaczyna się bardzo późno. .. jakby jej alter ego. – Chcę. Prawic. mam się wymknąć? – Dopiero gdy to powiedziała. Zesztywniała. To nie mogła być prawda. że na pewno nie zaprasza jej na. zanim zdążył zauważyć. – Ze mną – dodał. No i proszę. – To znaczy. zawzięta czirliderka. Usta jej się otworzyły.. gdy ujrzała swoją osłupiałą minę w szkłach jego okularów. Niemożliwe. że on czeka na odpowiedź. – Ja. Rzucił jej krótkie spojrzenie. dotarło do niej. Słowa same z nich wyskakiwały. i ze wszystkich sił starała się.

Chyba się uśmiechnął. Gdy wciąż nic nie mówił. widniał tekst „jedna osoba”. – Co to właściwie jest? – spytała. Tam gdzie identyfikator wymagał wpisania nazwiska. taką samą. w jednej linii ze słowami: „Sprawa nr". wykaligrafowane jego eleganckim pismem (i fioletowym tuszem. Podniosła wzrok znad kartonika. Otworzył swoje drzwi i . Podał ją dziewczynie. poniżej zaś. jaką dała mu Lacy. – Nie znają cię – odparł. „Ponura Fasada” – głosiły ozdobne litery na górze. – To niezupełnie szkolna akademia – stwierdził – więc się zastanów. że celowo nadano mu wygląd identyfikatora. ma się rozumieć). Wyłączył silnik i sięgnął do tylnej kieszeni. że to jakiś bilet. lecz dopiero po chwili zorientowała się. otwierając kopertę. zakładanego na palec u nogi w kostniej. Twoi przyjaciele mnie nie cierpią. wiedziała. a poniżej zobaczyła jego nazwisko w rubryce: „wpisał". Datę oznaczono po prostu jako „wigilia Wszystkich Świętych”. Taką samą. Stwierdziła. W środku znalazła kremowy kartonik z czerwoną wstążką. jaką wyjął z kieszeni w stołówce. – Eee. Podjechał pod jej skrzynkę na listy i wyłączył bieg. Fuj. ujrzała swoje... tyle że ta była zaadresowana do niej. że to potwierdzenie – to miała być potajemna sprawa. podajemy wiadomości. po czym wyciągnął czerwoną kopertę.

Wstała. a potem plecak. oparł o nie i wbił w nią wzrok. na ich nazwiska. Odwrócił się jednak. który wydaje się zbyt fajny. ze złożonymi rękami. gdy zamykał drzwi i obchodził samochód. przy . Jego oczy. lecz jego spojrzenie znowu skryte było za jej własnym odbiciem. jak pytanie dzieciaka do kolegi. Następnie odwrócił się i oparł o zderzak. spotkały się z jej oczami. Varen wszedł do środka. co można by powiedzieć. po czym grzecznie stanął z boku. – Poza tym – dodał – będziesz ze mną. żeby się z nim bawić.. wejdziesz? – spytała i słowa te zabrzmiały w jej własnych uszach głupio i prosto. – Mam wejść? – Mamo! – zawołała Isobel do wnętrza domu. nie spuszczając z niego oczu. Czy to się właśnie wydarzyło? Znowu popatrzyła na zaproszenie. Pociągnęła za klamkę i wysiadła z samochodu. – Czy. Wyglądał trochę nieswojo i bardzo nie na miejscu. Gapiła się na niego. te dwa nefryty. Przytrzymała za sobą otwarte drzwi. Jej umysł szukał czegoś. Zdjął okulary. a kartonik omal nie wysunął jej się z palców. Serce jej waliło. Spod otwartej klapy podał jej torbę.wysiadł. tak po prostu wpisane obok siebie. trzymając ręce w kieszeniach czarnych dżinsów. – Nie wiem – odparł. przy stojaku na parasole i przed wieszakiem na okrycia. widząc go tutaj. Poczuła nagłą falę paniki.. Zastała go przy bagażniku.

żeby nie świrowała. zaskoczona. jak studiowałam w Waszyngtonie – głos matki dobiegł uszu Isobel. Dziwne. – Mamo! – odwróciła się. że nie zdążyła opowiedzieć Varenowi o śnie. Wyjrzała przez drzwi wejściowe i ulżyło jej na widok samochodu Varena. by zawołać jeszcze raz.oprawionej w ramkę modlitwie „Ojcze Nasz”. trzymając książkę obiema rękami. wciąż zaparkowanego na zewnątrz. Zatrzymała się nagle. – Zaczekaj tutaj – powiedziała. Isobel zbiegła z powrotem po schodach. Pokręciła głową. o ile znajdzie matkę i nakłoni ją. wzięła Dzieła zebrane Edgara Allana Poego z szafki nocnej. nagle zadowolona. Następnie. że miała książkę i że dokończy opracowanie. ani o tym. że wyrzuciła. że Dupin Poego stał się inspiracją dla postaci Holmesa. Isobel rzuciła torbę w swojej sypialni. która podeszła bliżej kuchni. To znaczy. że miejsce przy wieszaku i stojaku na parasole jest puste. – Właściwie przygotowywałam pracę o sir Arthurze Conan Doyleu. że ją wyrzuciła. Szybko ściągnęła strój treningowy i wbiła się w ulubione dżinsy Narzuciła czystą koszulkę i potarła się dezodorantem. słowo daję. Teraz liczyło się tylko to. jak odległy wydawał się teraz sen z Reynoldsem. A może raczej myślała. gdy o tym pomyślała. w chwili. naprawdę wciągnęły mnie opowiadania kryminalne Poego. . ani o pojawiającej się książce. – Ale kiedy się dowiedziałam. wyhaftowanej przez jej matkę.

pochwycił jej spojrzenie i lekko się uśmiechnął. żałowałam. Właściwie zdziwiła się. czy też wstydzić. a ja zatrudniłam go do pomocy przy kolacji. na przykład czy bielizna gościa też jest czarna. Varen stał nieco dalej przy blacie i kroił seler w cienkie półksiężyce. że ci to nie przeszkadza. Czy ten dzień mógł się stać jeszcze dziwniejszy? Spróbowała wyobrazić sobie Varena przy rodzinnym stole i miała tylko nadzieję. że Danny nie narobi jej strasznego wstydu. Już słyszała. gdy weszła. że jemu to nie przeszkadza. rozcinającą gotowanego kurczaka za pomocą nożyc kuchennych o czerwonych uchwytach. – Tak – potwierdziła – powinieneś zostać na kolacji. że to nie o nim pisałam pracę semestralną. Zostawiłaś swojego gościa. Wydawało się jednak. czy się cieszyć. że postanowiła odgrywać szefową kuchni przy osobie. której w całym Trenton najbliżej było do Pana Ciemności. – Zostaniesz i zjesz z nami. – O. Isobel weszła głębiej do kuchni. że matka nie przeżyła załamania na kosmiczną skalę. Z wprawą.Pamiętam. jak brat zadaje przeróżne głupie pytania. Podniósł wzrok. Mam nadzieję. Isobel – odezwała się matka – jesteś. Podeszła do chłopaka i położyła na blacie książkę . Isobel przekroczyła próg kuchni i zobaczyła przy zlewie matkę. że tak umiejętnie sieka seler. prawda? – spytała mama. Varen szybko zerknął na Isobel. nie wiedząc.

. dobrze – odpowiedziała mama. – Zrobiłam pół godziny temu. zatargała . że zajmowałam się Poem na studiach – ciągnęła kobieta. że on dobrze się bawi. – Właśnie opowiadałam Varenowi. zanim matka narobi jej większego wstydu. Skradziony list. Isobel.. Imbirowo-brzoskwiniowa. że razem pracujecie nad projektem – powiedziała mama. żeby wszystko porozkładać. – Varen. która wciąż miała czerwone uszy. W lodówce jest też lemoniada. Auguste Dupin był wtedy moją sympatią – plotła dalej. Wziąwszy torbę Varena. nie czekała na drugie zaproszenie. – Tyle że czytałam głównie jego opowiadania detektywistyczne. odstępując od zlewu. wymawiając nazwisko z najgorszym francuskim akcentem w dziejach. że płoną jej uszy. – Varen mówi. że monsieur C. chcesz mrożonej herbaty? – spytała matka. by Varen mógł umyć ręce. Zdaje się. Isobel poczuła. – Możemy iść się pouczyć? Jeśli nie masz nie przeciwko temu. zanim zdołał odpowiedzieć. by dać nogę z kuchni.Poego. – Może usiądziecie przy stole w jadalni. Cieszyła się. którą znalazła na jednym z kuchennych krzeseł. Zabójstwo przy rue Morgue. – Dobrze. który posłał dziewczynie rozbawiony uśmieszek. żebym wam nie przeszkadzała? Jest tam mnóstwo miejsca. – Isobel nigdy wiele nie czytała – dodała niby na stronie do Varena. – Mamo – wtrąciła Isobel.

– Co? – spytała. Wysunęła drugie krzesło dla siebie i usiadła. Isobel położyła książkę Poego na stole między nimi. które wydadzą ci się najbardziej pamiętne. przewracając strony. Gdy położyła torbę na jednym z krzeseł o wysokich oparciach w jadalni. co mówiłeś – wypaliła. Westchnęła. – Miłą masz mamę – powiedział tylko. czekając na jakąś ciętą uwagę z jego strony. – Nie przeczytałam nic z tego. – Nie przejmuj się – powiedział. ciągle miał na ustach ten uśmieszek. chłopak wszędzie za nim pójdzie. którą obrócił i pchnął w jej stronę. by choćby próbować znaleźć . niczym lekarz. Isobel wzięła książkę. zbyt onieśmielona. Muszę dokończyć podsumowanie. dumna z siebie. który potwierdził swoje podejrzenia co do diagnozy. Zaczęła żałować. Potem znajdź wiersz Annabel Lee i zrób to samo. Skinął głową. a potem możemy zacząć układać materiały do prezentacji z podziałem na kategorie. że skoro w środku jest jego czarny dziennik. ale wyglądałoby to dziwnie. – Przejrzyj Maskę Śmierci Szkarłatnej i wypisz cytaty. wiedząc. że nie usiedli bliżej siebie. że patrzy mu prosto w oczy. postanawiając od razu mieć najgorsze za sobą i się przyznać.ją do jadalni. gdyby teraz wstała i zmieniła krzesło. oznaczający: „Po cichu bawi mnie twoje intrygujące życie rodzinne". które nieświadomie mu wyznaczyła. Przesunął swoją torbę i zajął miejsce.

W końcu zabrała się do pracy i pozwalała sobie ukradkowo na niego zerkać za każdym razem. Momentalnie zesztywniała. Rozegraj to spokojnie. co było jeszcze dziwniejsze – Isobel uświadomiła sobie bowiem. lecz gdy zajrzał do jadalni. wzrok mu spochmurniał. Minęła niemal godzina. i podniosła wzrok dopiero na dźwięk otwieranych drzwi wejściowych. Skoro mama potraktowała Varena ze spokojem. Wyraźnie nie zdawał sobie sprawy. wdzięczna za ten nietypowy pokaz cierpliwości. że ten gest wyglądał absolutnie staroświecko. a wyluzuje. ale postanowiła podejść do sprawy na luzie. Tata wszedł do środka i odstawił teczkę. . na co Varen odłożył długopis i wstał. tato – spróbowała. Wygląd Varena może na początku drażnić. W pewnej chwili weszła mama. a mina się zmieniła. a potem nie usiadł z powrotem. dopóki nie wyszła z pokoju. gdy zapisała w całości jakieś godne uwagi zdanie. że zrobił to bez zastanowienia. – Cześć. niosąc dzbanek mrożonej herbaty. badając grunt. W porządku. dwie szklanki i talerz ciasteczek malinowych. Izzy – odrzekł dość beztrosko. zanim skończyła wypisy. czemu miała się spodziewać czego innego po tacie? – Cześć. pomyślała dziewczyna.właściwe słowa podziękowania. by podziękować.

ale. – Tato! – Tak. jak zdawało się Isobel. Tata zmarszczył brwi i przybrał zacięty wyraz twarzy. Tata zakończył go ze słowami: – Czy to twój samochód stoi przed domem. Nie zwracając na nią uwagi. Mina taty stała się jeszcze bardziej surowa.. – Gestem wskazała rozłożone na stole papiery i książki. bez skruchy. że ściska rękę Varena mocniej niż to konieczne. aż napięcie ustąpi. – Dzień dobry – powiedział. ojciec wyminął ich oboje i poszedł do kuchni. Varenie? – Tak. wciąż czekając. Razem pracujemy nad opracowaniem z angielskiego. – Tato. wołając mamę dziewczyny. proszę pana.– Tato – powiedziała – to jest Varen. że to ty odwiozłeś moją córkę do domu po północy parę dni temu? Isobel zerwała się na nogi. proszę pana – odparł Varen twierdząco.. kolega ze szkoły. . „Widzisz. Wszedł do pokoju i widziała. nałożyła się też na nią warstwa podejrzliwości. tato? Dowód rzeczowy A". – Czyli można bez wątpliwości stwierdzić. Poczuła złość. Żenada kropka com. ale nie wstała z miejsca. Uścisk dłoni trwał mniej więcej pół sekundy. Varen znowu wstał i wyciągnął dłoń z pierścieniami nad stołem w stronę jej ojca. Isobel wstrzymała oddech.

Był to cichy szept. powstrzymując się. by nie położyć mu ręki na ramieniu. Omiótł ich zimny podmuch. po czym okrążył pojazd i otworzył drzwi kierowcy. nadstawiała bowiem uszu na pomruk rozmowy rodziców w kuchni. Upiorny dźwięk. aż Varen wsiądzie i odjedzie. że Varen też słyszał. a potem na zewnątrz. Zdawało jej się. który Isobel ledwie usłyszała.. czekając. Znowu przytrzymała mu drzwi i wyszli na frontowy ganek. Bez słowa przeszli przez podwórze do samochodu. W blasku lampki z kabiny zdawał się na nią . On tylko. Stanął przy drzwiach samochodu. Isobel stała bezradnie na skraju trawnika. zdolna tylko trząść się i patrzeć. skinęła głową i ruszyła przez jadalnię na korytarz. który potrząsnął też dzwonkiem wiatrowym gdzieś w oddali..– Jeannine – powiedział – możemy chwilę porozmawiać? Isobel patrzyła za nim z przerażeniem. No tak. Otworzył drzwi pasażera i wrzucił torbę. trzymając je otwarte. Czy wczorajszy wykład nie dotyczył między innymi traktowania gości? Wciąż oszołomiona zachowaniem ojca. Isobel mocno otuliła się rękami. że Varen zbiera swoje rzeczy i pakuje je do torby. W obawie. nie idź – powiedziała błagalnym tonem. – O nie – jęknęła. – Proszę. dopiero po chwili zauważyła. że padło słowo „chuligan” (jeden z ulubionych wyrazów ojca). – Odprowadzisz mnie? – spytał i zarzucił torbę na ramię. – Wszystko gra.

. robiąc. Spojrzała na niego. a ona omal nie zamknęła bezwiednie oczu. – Nie przejmuj się – powtórzył tak łagodnie. – Słuchaj – powiedział. Isobel ostrożnie zstąpiła z krawężnika i obeszła samochód dookoła.czekać. Ścisnęło ją w gardle i znowu skupiła uwagę na swoich stopach. znowu częściowo zasłonięte przez ciemne. by się upewnić. ściśniętej w szczękach czaszki – po czym podążyła spojrzeniem w górę. czując jego oddech na policzku. Okrążyła drzwi.. żebym poszła z tobą w piątek – powiedziała. na kołnierz kurtki i kosmyki włosów. by jej słowa nie zabrzmiały jeszcze żałośniej. nie chcąc. patrzyły prosto na nią. Jego oczy. zaskakując samą siebie. gdy tylko przyszła jej do głowy. – Chcę pójść – ciągnęła cicho – ale. na ile miała odwagę. by zęby nie szczękały jej z zimna i gniewu. gdy czubki jej pantofli znalazły się zaledwie o centymetry od jego butów. – Muszę iść – oznajmił – bo w tej . Nachylił się. Wzrok miała opuszczony i podeszła na tyle blisko. Najpierw skupiła się na nadruku na jego koszulce – więdnącej róży. by stały się barierą między nimi. – Nie przejmuj się – powiedział. by mówić szeptem. wyrzucając z siebie tę myśl. poszarpane pukle. – Przepraszam – szepnęła. co w jej mocy.. że nie wyobraziła sobie tej nikłej nutki rozbawienia. Chyba nie ma żadnej możliwości. – Varen. że znowu musiała podnieść na niego wzrok.. – Szybko zamknęła usta.

Poczuła muśnięcie palców Varena na swoim podbródku. zanim zdołała go zatrzymać. by mógł zamknąć drzwi. a potem krzyk: – Hej. jak wrzuca bieg i odjeżdża. odsunął się od niej i usiadł na miejscu kierowcy. mrukliwe podziękowanie do osoby. który właśnie skręcił w jej ulicę. Isobel cofnęła się od cougara. Uruchomił zapłon i ciszę przerwało zawodzenie głośników. . Isobel! Kto to był? Wciąż otulona rękami. Zaskoczona. usłyszała jego szybkie. stojącego w pomarańczowożółtym świetle jadalni i obserwującego ich z okna przymrużonymi oczami niczym jakiś straszny olbrzym ze skrzyżowanymi ramionami i ponurą warzą. – Spotkamy się jutro – powiedział. Zbliżające się auto podjechało pod jej dom. a gdy z tylnego siedzenia wygramolił się Danny. która go podwiozła. Patrzyła za cougarem. Wpadła do środka i zobaczyła ojca czekającego w przedpokoju. Oczy Isobel otworzyły się szeroko. Jej skóra zdawała się wibrować w miejscu. a snopy reflektorów krzyżują się ze światłami innego samochodu. aż jego tylne światła – niczym demoniczne czerwone oczy – zniknęły za następnym zakrętem.chwili twój tata obserwuje mój każdy ruch. Potem. zignorowała brata i ruszyła do domu. Zobaczyła. gdzie jej dotknął. Obejrzała się przez ramię i zobaczyła ojca. znowu zwróciła wzrok na niego.

– Nie jest dzieciakiem – wydyszała Isobel – i dla twojej informacji. włącznie z zianiem ogniem i dymem. ja też nie jestem. dom zamieniał się w jaskinię smoka. zajmująca się ogniem. czy moja jedyna córka prowadza się z bandziorem. z grozą odmalowaną na pulchnej buzi. – Próbuję się dowiedzieć. popatrzył na Isobel i tatę. Ojciec rzadko się złościł. – Ta bryka była czaderska! – oświadczył. Isobel ze wszystkich sił starała się nie zważać na strach. – Kto. Pojawiła się w przejściu wiodącym do kuchni z dłońmi owiniętymi ścierką do naczyń.. Z czym masz w ogóle problem? – Mocniej objęła się rękami. przygotowana do kłótni. że zawsze się denerwowała. który tlił się w jej wnętrznościach niczym sucha hubka. z tym mam problem! – zirytował się. – Sam – dobiegł z korytarza głos mamy. Danny. a zdarzały się one na tyle rzadko. wskazując drzwi. Jego słowa podkreśliło trzaśnięcie drzwi. a cały entuzjazm z niego odpłynął.24 Las Weir Spotykasz się z tym dzieciakiem? – spytał ojciec. wszedł do przedpokoju. – Ooo – mruknął głosem kojarzącym się z . – Nagle urwał. ale jeśli już. w brązowym skautowskim mundurku. Nie cierpiała sporów z ojcem..

Ojciec bez powodu dostał szału! Odbiła mu palma tylko dlatego. – Wiesz.oponą. Isobel nie mogła w to uwierzyć. który uważa się za wampira! – Umawiasz się z wampirem? spytał zaintrygowany Danny. który zaczynał już krzyczeć – nie mogę znieść tego. Nie zamierzała . zupełnie zaskoczony. proszę! – krzyknęła Isobel. – Trzeba było skorzystać z tylnych drzwi. którzy strzelają w szkołach! – Tak. – O kim rozmawiamy? – spytał Danny. – Nie możesz znieść. – Zerwałaś z tym tępakiem? – Nie – odparł ojciec. naprawdę – odezwała się mama – nie rozumiem. Pracują razem nad projektem. nie? – Danny – odezwała się mama – idź posiedzieć w kuchni. – Nooo – wtrącił Danny. Chłopiec nie ruszył się z miejsca. rozkładając ręce. że odrabiała lekcje. Był bardzo grzeczny i gdybyś nie dostał szału. z której uchodzi powietrze. że zerwałam z Bradem. że one gryzą. Jeannine? Wygląda jak jeden z tych szaleńców. Odwróciła się na pięcie i biegiem popędziła po schodach. że po północy odwozi cię jakiś szczeniak. o co ta afera. – Widziałaś tego smarkacza. – Sam. – Oj. tak? – warknęła. może sam byś się przekonał. widziałam go! I z nim rozmawiałam. jakby spodziewał się deszczu.

– Chodzi o tego kolesia. – Powiedziałem. – Isobel. – Wzruszył ramionami. skoro tyle wie o ich zabójcach? – Danny – powiedziała mama z wyraźnym ostrzeżeniem w głosie. Weszła na najwyższy stopień i wychyliła się przez balustradę. – Bo ja tak! – Jak może być wampirem. że masz tu zejść. – Mam szesnaście lat. opierając się w połowie schodów o barierkę. który dzwonił? – znów przemówił Danny. – Szkoda! – odkrzyknęła. płonąc . z kim się umawiam! – Odwróciła się i dopadła drzwi pokoju. – Ja tylko tak.tak stać i dać się przesłuchiwać niczym pięciolatka. kierując to pytanie ogólnie do całego pomieszczenia. albo miną następne dwa tygodnie. Isobel! Albo o tym porozmawiamy. – Gdybyście mówili po japońsku – zauważył Danny – to by mogło być anime. pokonując resztę drogi na górę. tato! I to nie twoja sprawa. po czym zatrzymała się przed nimi. zanim będziesz mogła wyjść z tego domu! – Też mi nowina! – wrzasnęła. zatrzymaj się. przestań na nią krzyczeć! – krzyknęła matka. Jeszcze nie skończyłem! – zawołał tata. – Isobel! – Sam. – Isobel! – zawołał znowu tata.

proszący. Pomyślała. że pierwszy raz w życiu walczy sama ze sobą. a po nich delikatne pukanie do drzwi. W swoim pokoju rzuciła się na łóżko. skulona na boku. jeszcze zanim usłyszała cichy głos. i starała się nie zważać na tępy ból. że poniosło się echo. Nie odpowiedziała. ale nie znała jej numeru. Mama. by zechciała zejść na kolację. a ponieważ Gwen dzwoniła na telefon domowy. wydając niepohamowany krzyk prosto w poduszkę.gniewem. Isobel odgadła. Później przez dłuższy czas leżała bez ruchu. Isobel miała wrażenie. który pojawił się w jej głowie. że to ona. ale do kogo miałaby zadzwonić? Mogła spróbować do Gwen. skoro już o tym mówimy! – ryknęła i trzasnęła drzwiami tak mocno. ale w tym celu musiałaby iść do pokoju brata. by nie odczuwać nienawiści do ojca. a potem oddalające się zrezygnowane kroki. Zastanawiała się nad wykorzystaniem sposobu Gwen z internetowymi White Pages. – Albo kogo rzucam. Co się działo z jej życiem? Kiedy wszystko stało się takie skomplikowane? To była praca domowa! Jakim cudem jej życie wywróciło się do góry nogami z powodu pracy domowej? Rozległ się szybki tupot nóg na schodach. że mogłaby wydobyć z plecaka telefon komórkowy. numer nie zapisał się w komórce. . a nie miała siły na kolejną kłótnię. Po chwili dobiegło ją westchnienie.

gdy stali przy samochodzie. A może to przez Varena był taki nabuzowany? Czemu wobec Varena wszyscy stawali się nabuzowani? Co było w nim złego? Co tak bardzo różniło ich światy? Jego twarz. Już . pomyślała. Z dołu dobiegł dzwonek telefonu. głęboki wdech. jak mógł nie dostrzegać drugiego oblicza Brada. trójkątna i pogodna. wezmę i sprawdzę. wysoka. znowu zamykając oczy i biorąc przeciągły. wytężając słuch. by wyjrzeć przez ciemne okno. Teraz oczyma duszy widziała Varena tam. jaki był. gdy głośno rozmawiał przez telefon. spłynął na nią łagodny spokój. Jej myśli znowu podążyły do Varena i próbowała nie zwracać uwagi na ciężkie kroki brata na schodach oraz na jego głos. jakby przy odpowiedniej koncentracji mogła sprawić. – Tak. choć zdawała sobie sprawę. Trevor. gdzie był w jej śnie. Usłyszała głos brata w przedpokoju. a potem krzyk Danny’ego: – Ja odbiorę! Otworzyła oczy i przekręciła się na plecy. Przeturlała się. jest na górze. Gdy wspomniała jego spojrzenie. jak mógł być raki nieuczciwy albo ślepy. Czekaj.Nic rozumiała. czy to telefon do niej. że nie będzie mogła rozmawiać. – Cześć. zmaterializowała się w jej myślach. omiatana wiatrem. bo chciała wiedzieć. Wyobraziła go sobie takim. Stał tak blisko. otoczona lasem przypominających zapałki drzew. Odległa postać. by znalazł się przy niej.

– Słucham? – Isobel.. Isobel szybko wycofała się do pokoju i przyłożyła słuchawkę do ucha.. Usiadła. – O co chodzi? Isobel słyszała. Które chcesz na początek? Isobel wygramoliła się z łóżka i podeszła do drzwi. głośniej rzucił: – Dobra. że w pomocy brata musi się kryć jakiś haczyk. Wiedziała. – Varen tu był – wyszeptała Isobel. dziewięć. ale w tej chwili odczuwała wdzięczność. Gotowy? Dobra. jak mówi: – Tak. pierwszy kod do Blood Thirst Traitor 3. szepczący przez szparę pod drzwiami. – To był Danny. a następnie .. – To do ciebie. dwa. że za drzwiami Danny nawija dalej. czyli szaleństwo jest rodzinne. – Znowu podniósł głos i usłyszała. który wyciągał do niej przenośny telefon. – Czego chcesz? – Otwórz – powiedział. gdy rozległo się pukanie do drzwi jej pokoju. Dwa. – Tylko szybko! – szepnął. mam tu całą listę kodów. wyrzucając z siebie zmyślone kody. – Co jest? – spytała Gwen. zero. Wzięła go. mam rację? – Gwen! – zachłysnęła się Isobel. po czym. – Halo? – Dobra. po czym uklękła na dywanie.. oszołomiona. opierając się o barierkę. żeby zatrzymać odliczanie na poziomie siódmym.miała znowu zamknąć oczy. Uchyliła je i zobaczyła brata.

zanim zdążyła skończyć. jak spotkać się z Varenem w tym tygodniu. ale było super. bo ten emo.. jakby nie słyszała ani słowa o kłótni.przedstawiła tamtej skrót wydarzeń od jazdy do domu po wybuch ojca. Próbuję wymyślić. – Słuchaj – powiedziała – można spokojnie założyć. halo! – Isobel postukała palcem w słuchawkę. Musisz to zobaczyć. Gwen. nie ma to tamto. czy ty mnie słuchasz? Nie słyszałaś. – Nie słuchasz mnie. pójdziesz. – Gwen. gdzie zaczynała ją boleć głowa. przerywając jej. że nie będę miała zbyt wielu kontaktów towarzyskich poza szkołą przynajmniej do Nowego Roku. Potem. o którym mówię? On mnie ometkował. Poza tym jeśli znowu . Potarła skroń w miejscu. spytała: – Ometkowali cię do Ponurej Fasady? Ja nie mogę! Czy ty w ogóle wiesz. – O. Hej! Pewnie da się namówić i zaprosi mnie znowu. z nastroszonymi włosami. – Poważnie? – wykrzyknęła Gwen. Możesz mi w tym pomóc? Proszę. Chyba że już się z kimś umówił. – W co się ubierzesz? Isobel zacisnęła powieki. Mikey.. że nie mogę. Poszłam dwa lata temu. Koniec. Nie mogę iść. Wiesz. Nie idę. Pewnie. jakie to ważne? – Gwen. sama byłam tylko raz. żeby skończyć ten projekt. Już mu powiedziałam. że tata właśnie dał mi szlaban do końca doczesnego życia? – Żartujesz? – pisnęła. kropka.

na twojej barmicwie. Tak. i jeszcze weźmie lornetkę. Jej rodzice – a przynajmniej ojciec będzie robił notatki. . no. – Na meczu? – Nie. na ile to możliwe. Isobel podskoczyła. Gwen to przypadek psychiatryczny. Niedawno uciekła z ośrodka pod wezwaniem Najświętszej Panienki od Świrów. zanim tata się połapie. Nie było mowy.. i wyśle cię na dziewięć lat na orbitę. gdy Danny wpadł do jej pokoju i wyrwał jej telefon z ręki. – Mogę! – To dobrze! – Gwen.. – Twoi rodzice tam będą? – spytała Gwen z przebiegłą nutą w głosie. na meczu! – Po tym. by Isobel zdołała się wymknąć w ten piątek... i tak w ten piątek gramy ważny mecz. Halo! To Halloween.nie wywalą mnie z drużyny.. – Morze jest szerokie i głębokie. – Bądź tylko tak miła i spróbuj nie wkurzyć taty jeszcze bardziej.. jeśli córka choćby kichnie.. Do zobaczenia rano. Teraz miała już całkowitą pewność. Isobel wpatrywała się w telefon.. że gadasz przez telefon. A teraz idź do łóżka. co dzisiaj zaszło? Żartujesz? Mój tata pewnie zajmie środkowe miejsce w pierwszym rzędzie. zagwarantować? – Tak! – syknęła Isobel. – Może. – Możesz to. – Trzask.

by zobaczyć matkę. Złapała klamkę i wyjrzała. Detrodon jest najlepszy! Usłyszała kroki na schodach. zagrzebała się w pościeli. – Isobel – odezwała się mama cichym. przymilnym głosem. Dziewczyna poczuła. Isobel zastanowiła się przez chwilę. a po chwili ciepła dłoń dotknęła jej ramienia. gdy matka usiadła. żebyś wiedziała. Wróciwszy do łóżka.– Przerwij. Kiwnęła głową. że w końcu ma sprzymierzeńca. przyniosłam ci książkę. W pierwszym odruchu chciała podbiec i zatrzasnąć drzwi. o tak. że twój ojciec i ja porozmawiamy. rzucając się do swego pokoju niczym bombowiec nurkujący i krzycząc do słuchawki: – Tak. – Chcę. żeby się spotkać w tym tygodniu? – spytała mama. Z reguły rodzice zajmowali denerwująco . Zmarszczyła czoło i odwróciła się. Był jeszcze Zakątek Nobita oraz. wdzięczna. ma się rozumieć. dobrze. biblioteka. zamiast tego jednak podniosła się po cichu i stanęła przy framudze. przerwij! – wychrypiał. gdy matka położyła Dzieła Wybrane Poego na pościeli tuż przy jej głowie. zmierzającą na górę. Proszę. by usiąść. gdyby wszystko inne zawiodło. – Tymczasem zrób plany i dokończ ten projekt. – Macie jakieś inne miejsce. Przekręciła się. ale zostawiła drzwi otwarte. Wyobraziła sobie lodziarnię. Oczy Isobel otworzyły się szerzej. że jedna strona łóżka lekko się zapada.

.. – Chyba się boi. że dorastasz. Ale wydaje się. – Czego? Przecież nie brałam narkotyków ani nic. jak dłoń matki muska jej czoło. Myślę. – Wiem – odrzekła mama. Tyle że trochę dziwak. – Nie wiem.. że to najbardziej wystraszyło twojego ojca. bo widzi. Matka odpowiedziała z westchnieniem: – Myślę. klepiąc ją po ramieniu. a opuszki palców głaszczą włosy. Isobel kochała śmiech matki. zbyt doświadczony. – To czemu się z nim nie umówi? .. zwijając się w kłębek na boku. my się uczyliśmy. – Isobel poczuła. Chyba bardzo przywykł do towarzystwa Brada. – Nie rozumiem – mruknęła. surowy i może trochę. że na początku wydaje się trochę.. Isobel skrzywiła się i obróciła w pościeli. – Przesunęła palcem po rękawie lawendowej bluzki mamy.jednolite stanowisko w większości spraw dotyczących jej życia towarzyskiego. Był lekki i zwiewny. – Twój kolega rzeczywiście jest trochę inny – powiedziała. Mamo. że on się po prostu boi. – No to musi się z tym pogodzić. na czym polega problem. niby dźwięk. Isobel parsknęła w poduszkę. że to miły chłopak. – Twój ojciec też to w końcu zrozumie. którego można by oczekiwać od disneyowskiej księżniczki. sama nie wiem.. On po prostu. To mamę rozśmieszyło. – Chyba po części dlatego.

– Oj. – Dobrze – powiedziała mama i znowu ją poklepała. Znowu się przekręciła. – Izzy? – Uhm? – mruknęła Isobel z namysłem. jeśli nie masz nie przeciwko temu. co zaszło miedzy tobą a Bradem? Skrzywiła się. – Tak tylko pytam. ból głowy trochę zelżał. próbując wyprostować kołdrę. – Nie – odparła. że jesteś głodna – powiedziała. gdy krzyczał. Więc trochę mu odpuść. że w ogóle rzadziej się spierali. gdybyś uznała. Nie znosiła kłótni z którymkolwiek z rodziców. Przypominała Isobel kogoś. dlatego. Albo. by mama miała rację. że budził większy lęk. Dziewczyna pokiwała głową w poduszkę. Może dlatego. – Zresztą i tak nie ma o czym mówić. by złożyć pocałunek na skroni córki. co bardziej prawdopodobne. Izzy – westchnęła mama. by nie owijała się wokół niej jak ciasny kokon. Jakby za sprawą magii. Pójdę teraz poczytać. a co dopiero wrzeszczeli na siebie nawzajem. . gdy kłóciła się z ojcem. On po prostu chce cię chronić. Żeby pomyśleć. Chciała być sama. że ojcu przejdzie. – Chcesz porozmawiać o tym. – W lodówce zostało trochę sałatki z kurczaka. Zerwaliśmy i tyle. – Odpuścić mu? – Isobel powątpiewała. a potem się pochyliła. choć miała taką nadzieję. – Nie bądź taka. ale z jakiegoś powodu sprawy zawsze przybierały szczególnie zły obrót. kto próbuje zgasić niewielki ogień.

Podniosła wzrok. Pozwoliła jej spaść na podłogę z ciężkim łoskotem. Ponad nią. Tym bardziej że lektura Poego przypominała próbę rozszyfrowania jakiegoś prastarego martwego języka. nie zdoła się skupić nawet na jednym słowie. że po wszystkim. Zwiędłe liście zasłały podłoże okrągłej polany. co zaszło dzisiejszego wieczoru. Za drzewami widniało ciemnofioletowe tło niczym promienna kurtyna. Popiół. za pajęczą siecią splątanych czarnych gałęzi. a potem sięgnęła nad głowę i nacisnęła guzik budzika. by złapać jeden z nich – nie śniegu. pomyślała Isobel. Isobel wzięła tom i wyciągnęła poza krawędź łóżka. niczym nieprzeliczone więzienne pręty. Poza tym książka wciąż przyprawiała ją o dreszcze. Otaczały ją wysokie i cienkie drzewa. zostawiwszy zapalone światło. Wokół łagodnie opadały płatki śniegu. otworzyć książkę i zacząć czytać. że powinna usiąść. wiedziała też jednak. Znowu się skuliła i zamknęła oczy. Wiedziała.Gdy mama wyszła. wyciągając rękę. Isobel leżała i gapiła się na lśniący tytuł na grzbiecie Dzieł zebranych. wszystkie czarne. burzowe niebo. na której stała. Roztarła płatek między kciukiem a palcem wskazującym i poczuła suchy pył. nadając wszystkiemu upiorny kontur. . Nieruchome i ciche drzewa wydawały się nieme. wszystkie martwe. Nie. malowało się fioletowe.

– Czyli. że nie wie.. Leży w przestrzeni pomiędzy snami a każdą z rzeczywistości.. – Okeeej. Przebywanie we śnie oznaczało. o ile to w ogóle możliwe. znowu śnię? – Tak – odparł – i nie. – Dobra. Wśród widmowych drzew jego postać sprawiała jeszcze groźniejsze wrażenie niż w jej pokoju. Obróciła się i zobaczyła go na skraju polany.Pokrywał las niczym gruby kobierzec. która nie będzie brzmiała jak z czarodziejskiej kuli? . – Poczuła zimny dreszcz na plecach. Przyczepiał się do pni i zbierał w miseczkowatych. co zrobić. czy owo miejsce w ogóle istnieje. kiedy uzyskam od ciebie odpowiedź. nie odrywając od niego oczu. do którego rzadko dociera się świadomie. Biały szal zasłaniał dolną część twarzy. Co gorsza. Nie podobało się jej to miejsce. okrytego długim. tak jak przedtem. Miejsce. Wydawał się nawet wyższy.. prawda? Więc dlaczego to się wydawało takie rzeczywiste? Niepewna. wysuszonych truchłach szarawofioletowych liści. dalej powoli szła w tył. nie podobało się jej. choćby po to. Oszołomiona Isobel cofnęła się o krok. a fedora skrywała jego oczy w cieniu. – Gdzie. a pod jej stopami szeleściły kruche liście pokrywające ziemię. czarnym płaszczem. że człowiek znajduje się we własnej wyobraźni. – zastanawiała się na głos. by przerwać ciszę.. – To pogranicze. – To jest las zwany Weir – rozległ się głos za nią.

. lecz nie doznawała oświecenia. Najwyraźniej jednak tej właśnie odpowiedzi oczekiwał. Puste istoty z . – Zrozum. ledwie nią poruszając. Jego oczy nie odrywały się od niej. – Co to było? – Duchy – odparł. – To znaczy. – Duchy przekory. Wtedy oboje zamarli. Usłuchał dopiero. za kogo możesz mnie uważać – odrzekł.Poruszył się lekko. Poczuła narastającą panikę. podnosząc rękę. Odwróciła się. Poczuła się głupio. że dziewczyna zwiększa między nimi dystans. słuchając echa.. – Kim jesteś? Czego chcesz? – Nie jestem tym. W oddali rozbrzmiewał stłumiony śmiech. Jego stopy nie wydawały żadnego dźwięku na pstrokatym dywanie martwych liści i popiołu. bo skinął głową. Co było nie tak ze sposobem mówienia tego faceta? Czuła się. – Powinnaś jednak wiedzieć. I czemu ciągle szedł w jej stronę? – Zatrzymaj się – powiedziała. Z lasu sączyły się szepty. Poem? – spytała. nie mam innego wyjścia niż mówić do ciebie zagadkami. że i on ma z tym wiele wspólnego. jakby słuchała Wielkiego Mistrza Jedi Ninja Buddysty. jakby w jakiś sposób mu przeszkadzało. mówiąc to na głos. gdy jej stopa natrafiła na suchą gałązkę i ją złamała. nie mrugał też powiekami.

że jedyną szansą. jest wiedza. zastanawiając się. Z tą wiedzą przyjdzie możliwość kontroli. bo cię tu przywiodłem – odrzekł Reynolds – byś poznała to miejsce. jak rozumiem suahili. by orientować się w tej przestrzeni. Nasłuchują. – Musisz trzymać się blisko – powiedział. a noc. Musisz. Po nim rozległ się . dopóki będę stał z tobą. zbliża się wielkimi krokami. Patrzyła na niego. by cię obserwowały. Wysłano je. Na jego palcach osiadł opadający kurz. – Rozejrzyj się – powiedział – a zobaczysz. gdy stanie się najcieńsza w twoim świecie. a w dodatku nie widziała żadnej tabliczki wskazującej wyjście. czy propozycja wzajemnej asekuracji miała poprawić jej samopoczucie.tego świata. Rozumiesz? – Mniej więcej tak. – Po co? Czego? – Isobel znowu się cofnęła. szukając drogi ucieczki. Rozejrzała się. czym ona jest. walcząc z drżeniem.. bo nie tylko ja mogę cię tu teraz sprowadzić.. wiedza. że oto jesteś we śnie. Dlatego musisz zrozumieć. Wszystkie strony wyglądały jednak tak samo. Z oddali dobiegł cichy chichot. Isobel przerwała swój marsz do tyłu. – Skąd się tu wzięłam? A przede wszystkim jak się stąd wydostać? – Jesteś tu. – Ona słabnie. – Zachowają dystans tylko. jak działania twojego przyjaciela już zaczęły zdzierać zasłonę. – Wyciągnął dłoń w rękawiczce. Nic poprawiła i dziewczyna objęła się rękami.

Musisz iść. powiedziała sobie. od której dostała zawrotu głowy. Nie wiedziała. Isobel zawahała się. Obróciła głowę. promienne i eteryczne. To sen. Usłyszała szelest gdzieś w lesie. Gnali przez labirynt martwego lasu. Drzewa przemykały obok w rozmytej plamie. a potem swoje szeptem wypowiedziane imię. Miękki jak mąka popiół tłumił dźwięk jej kroków. Wydawało się niemożliwe. W oddali. przebijało się przez półmrok niczym latarnia morska. – Nie mogę powiedzieć nic więcej. Lada chwila się obudzisz i będzie po wszystkim. jasne światło. – Wyciągnął w jej stronę wyprostowaną dłoń w czarnej rękawiczce. że tu jesteśmy – stwierdził. coraz gwałtowniej skręcając. – Teraz! Ponaglenie w jego głosie podsyciło w niej płomień paniki. – Cicho – nakazał Reynolds. gdy biegli. by poruszali się tak szybko. aż polana zniknęła za nimi i wszystkie kierunki zaczęły wyglądać tak samo. jakby była to ręka śmierci. To tylko sen. jakim cudem dotrzymuje mu kroku. za drzewami.sykliwy krzyk: – Tekeli-li! – Co to? – szepnęła Isobel. Długi i wąski snop światła zamigotał pod osłoną . Po chwili nasłuchiwania z innego końca lasu ich uszu doszła odpowiedź. patrząc na nią tak. – Tekeli-li! – Ona wie. Mocno złapał ją za rękę i pociągnął w stronę linii drzew.

Zobaczyła postać wyłaniającą się z wnętrza gasnącego światła – kobietę o anielskich kształtach. Nie mogła się powstrzymać od rzucania spojrzeń za siebie. która pojawiła się dokładnie w chwili. – Jesteś dla niej jedynym zagrożeniem. trafiając prosto do swojego pokoju. by zlewały się z lasem. otwierając drzwi i odsłaniając różowy dywan oraz kapę na łóżko w tym samym kolorze.falującego białego całunu. choć szczegóły niknęły w oddali. Zupełnie jakby drzwi pomalowano tak. Wepchnął ją do środka i dziewczyna potknęła się o próg. Tam. gdy jego dłoń się na niej zacisnęła. przesłonięte zwiewnymi niczym pajęczyny woalami. w łóżku. Reynolds zatrzymał się i szarpnął Isobel. nabierając kształtów. pogrążoną we śnie. – Naucz się budzić w swoich snach. by stanęła twarzą do niego. Isobel! – zawołał za nią. – Inaczej wszyscy będziemy zgubieni. W powietrzu chwycił za klamkę. zobaczyła samą siebie. a zatem naszą jedyną nadzieją – powiedział pospiesznie. . Drzwi zatrzasnęły się za nią.

– Cieszę się. gwałtowne szarpnięcie na wysokości talii. Isobel? – Jej ton wyrażał teraz troskę. ciężko dysząc. przyłożyła rękę do czoła córki. W pełni przebudzona. Doznała wrażenia pędu niczym na karuzeli. Drzwi jej pokoju otworzyły się. W tym momencie elektroniczny budzik przy wezgłowiu wskazał szóstą trzydzieści. Rozległ się przenikliwy dźwięk i jednocześnie poczuła szybkie. by podążyć w głąb korytarza. Pokój rozmazał się w barwne smugi. Swoje własne ciało. które ciągle wędrowało nad ramieniem kobiety. patrząc na samą siebie. Mama weszła do środka i wyłączywszy budzik. – Izzy – powiedziała matka. Dotyk palił jej skórę jak . Dziewczyna starała się skupić na twarzy matki. patrzyła w miejsce przed drzwiami. w którym jeszcze przed chwilą stała. że wstałaś na czas.25 Podwójne widzenie Isobel wlepiła wzrok w śpiące ciało na łóżku. Zerwała się. ale nie mogła zapanować nad spojrzeniem. zaglądając do środka. więc nie masz przed kim demonstrować. a potem wszystko nagle ustało z oszałamiającym trzaskiem. ale czy musisz o tej porze trzaskać drzwiami? Poza tym twój ojciec wyszedł już do pracy.

sączące się z łazienki a także częściowo otwarte drzwi Danny’ego.ogień. Żadnego Reynoldsa. Chyba nie jesteś znowu chora? W korytarzu Isobel widziała żółte światło. – Isobel – odezwała się znowu matka. Żadnego lasu. – Wydajesz się blada. . Żadnych drzew.

czy dobrze się czujesz. zastanawiała się dziewczyna. że jej podświadomość wciąż przeżywała ucieczkę przez park. cóż. jakby myła szybę. – Co? – spytała Isobel.. Oczywiście.. co przed chwilą powiedziałam? Spytałam. dorzucić teorię o świadomych snach – i Isobel uznała sprawę za w zasadzie rozwiązaną.26 Świr Centrala do szeregowej Lanley. Jak mnie słyszysz? Zanim Isobel dotarła tego ranka do swojej szafki. czyli dziwne białe światło i tajemnicza widmowa kobieta. jakbyś wpadła w katatonię. postać ta symbolizowała Lacy? Drzwiczki szafki obok zamknęły się z hukiem. aż Isobel podskoczyła. który nie pasował do tej zabawy w „połącz kropki”. I wydajesz . Wyglądasz dziś. zataczając dłonią kręgi przed jej twarzą. – Pstro! Naprawdę nie słyszałaś nie z tego. bieg przez las wynikał z tego. cześć – powiedziała Gwen. – No. Reynolds pewnie miał coś wspólnego z jej ojcem. Może. Wystarczyło wsadzić to wszystko do szufladki z napisem „zły sen”. obmyśliła zgrabne i (przynajmniej w większej części) logiczne wyjaśnienie niemal wszystkiego. Las wziął się z płyty Varena z czarnymi drzewami. a Reynolds. był też element.

przysięgam. Isobel jęknęła i wzięła liścik. zastąpiony krzywym uśmiechem. jakby obserwowała coś w szalce Petriego. Dziś rano. Serce zabiło jej mocniej. I bez rodziców. V. – Zanim zapomnę. wciąż patrząc na Isobel tak. próbując ukryć twarz za drzwiczkami. U niego? Uśmiechnęła się. Możemy się spotkać po szkole? U mnie. Nad ich głowami rozbrzmiał pierwszy dzwonek. Wiesz. Do zobaczenia na lekcji u Swansona. – Kiedy go widziałaś? – Na parkingu. – Wyciągnęła przed siebie złożony kawałek papieru z imieniem Isobel wypisanym z boku ciemnofioletowymi literami. Po chwili jej niepokój złagodniał i zniknął. – Isobel rozwinęła karteczkę. Po prostu źle spałam. Isobel odwróciła wzrok.się dość zmęczona. – Nie przeginaj. niektórzy z nas mają samochody. – Przeczytałam tylko raz. wykonując kilka salt. tłumiąc w umyśle wizje rezydencji rodziny Addamsów. Bez rodziców. – Hej – odezwała się Gwen. Bez rodziców? . – Nic mi nie jest.

że gdy podniosła wzrok. – Hej – zagadnęła Gwen. którzy budzą lęk. Potem. – Gwen puściła do niej oko. by dołączyć do tłumu podążającego korytarzem. dobra? Moja delikatna natura motyla każe mi przysiadać przy stolikach. I nie miej takiej zmartwionej miny.Przeczytała to jeszcze raz. po namyśle. – Spotkamy się w stołówce. Isobel przewróciła oczami i wsadziła liścik do szafki. raz po raz unoszącą brwi Gwen. że myśl o pozostaniu z nim sam na sam budzi w niej wcale niemały niepokój. jeśli im pozwolisz! Isobel zatrzasnęła szafkę. zdając sobie nagle sprawę. Wciąż nie zmieniła szyfru. po czym pospieszyła w przeciwnym kierunku. wetknęła ją jednak do prawej kieszeni dżinsów. Starała się nie uśmiechać. Isobel stwierdziła. by Brad zobaczył tę wiadomość. a z pewnością nie chciała. jak najdalej od odwracających się głów. więc spodziewaj się odwiedzin. cofając się. Pozostała część poranka wlokła się niemiłosiernie i każda minuta zdawała się ciągnąć przez pięć minut. że ci. co robią. Jakiego to słowa użyła mama? Doświadczony? Szybko zwinęła karteczkę. zobaczyła wyszczerzoną. Najgorsze. z reguły wiedzą. Z doświadczenia wiem. po czym złożyła rękę wokół ust niczym megafon i zawołała: – A gryzą tylko. że nie może się skupić na lekcjach. W .

Ciągle spoglądała na zegar i chociaż postanowiła trzymać się swojej teorii. Podniosła wzrok. W drodze do klasy Isobel znowu zatrzymała się przy swojej szafce. to jeszcze książka ważyła tyle. Aby skupić się na czymś milszym. Chwilę później z brzękiem łańcuchów wszedł Varen. Kilka osób odwróciło się na krzesłach. aula się niespokojna i spięta. Minął jednak ledwie moment i napięcie z niej opadło. że zostaną sam na sam. nadeszła w końcu czwarta lekcja. Musiała zakryć usta dłonią. że życie i twórczość Poego chciała mieć już z głowy. Nie mogła się doczekać zakończenia projektu. przeradzając się w śmiech. by zabrać segregator z notatkami z angielskiego oraz książkę Poego. nadal wprawiała ją w zdenerwowanie. bo jego obecność jak zwykle wywołała u niej pełną czujność. myślała o spotkaniu z Varenem na lekcji u pana Swansona i jeszcze raz po południu. drugie spotkanie z Reynoldsem we śnie ciągle wkradało się tylnymi drzwiami do jej umysłu. to na drugie. Nie dość że twórczość ta budziła dreszcz i przyczyniała się do nocnych koszmarów. Na koszulce pod kurtką chłopaka widniały gotyckie litery układające się w . prostując się na krześle. by czas sobie mijał. chociaż świadomość. kiedy to udało jej się odłączyć i pozwolić. patrząc z ciekawością to na jedno. głównie dlatego. co betonowy pustak.przeciwieństwie do poprzedniego dnia. grając w ciuciubabkę z pamięcią. Gdy cała wieczność minęła już z dziewięć razy. Isobel zajęła miejsce w klasie przed lekcją pana Swansona.

Niespokojnie zerknęła na Varena. gdy lista się wydłużała. Odpowiedział wzruszeniem ramion. po czym ruszył do swojej ławki. Gdy usiadł. zapisując na tablicy jej nazwisko – Isobel i Varen przedstawią naszego gościa honorowego na Halloween. A jednak słyszał. pana Edgara Allana Poego. potem Josh i Amber z Waltem Whitmanem. Zadzwonił dzwonek i nauczyciel rozpoczął lekcję. którego znaczenie odczytała jako: „A co tam”. panie Nethers – powiedział pan Swanson. Musiała się też powstrzymywać od rzucania ukradkowych spojrzeń w kierunku Varena. którego wczoraj wieczorem użył ojciec Isobel. jeśli pan łaskaw. podczas gdy Isobel wciąż próbowała pozbyć się z twarzy głupkowatego uśmiechu. Varen zdjął okulary z gestem salutu. uświadomiła sobie z ukłuciem wstydu. Swanson". Isobel zaczęła nerwowo bawić się długopisem. „Pięknie zwiększasz presję. Pod koniec lekcji pan Swanson zapisał na tablicy nazwiska pracujących nad projektami uczniów zgodnie z kolejnością prezentacji następnego dnia. Na tę prezentację czekam szczególnie. rozległ się głośny chrzęst łańcuszków od portfela o plastikowe siedzisko i metalowe nogi krzesła. lecz po . Najpierw Romelle i Todd z Markiem Twainem. – A na koniec – powiedział nauczyciel. po nich jedyna grupa trzyosobowa z Richardem Wrightem. – Uśmiechnął się i skinął głową w ich stronę. – Proszę zdjąć okulary przeciwsłoneczne. Był to wyraz.słowo CHULIGAN.

że chodzi właśnie o to. jeśli odczyta je na głos. trenerka nie miałaby nie do powiedzenia i żadne wykrzykiwane wierszyki z przeprosinami nie uchroniłyby Isobel przed wykluczeniem z grona czirliderek. ale pomimo tego zapewnienia z jego strony. Rozległ się dzwonek i mogli iść na obiad. że jutro nie może sobie pozwolić na porażkę. W końcu oboje doskonale wiedzieli. bo tego dnia w ogóle nie mieli czasu na pracę w grupach. kładąc książkę Poego na segregatorze. Gdyby dostała kiepski stopień z angielskiego. a ona sama mogłaby tylko pomachać na pożegnanie autobusowi odjeżdżającemu na finały. że pewnie ma jakiś plan. Żałowała. dziwne uczucie w trzewiach nie chciało ustąpić. Jej podejrzenia co do tożsamości rozmówcy potwierdziły się jednak. nie oprócz zanotowania paru przypadkowych cytatów. otoczonego bransoletką. Isobel pozbierała rzeczy i wstała. Jej oczy zwęziły się. kogo zasłaniała ściana. Wsunęła swoje rzeczy pod . być może uchronią ich przed oceną zero. Jej rolę przejęłaby Alyssa. Z naciskiem na „być może”. że przynajmniej ona jeszcze nic nie zrobiła. Dostrzegła go za to na korytarzu. No. Isobel zamknęła oczy. A gdy podniosła wzrok. nie zobaczyła już Varena przy ławce. że w ogóle wyciągała ją z szafki. przez chwilę usiłując wbić sobie do głowy. rozmawiającego z kimś.chwili pomyślała. Już raz niemal straciła miejsce w drużynie. Próbowała się uśmiechnąć w nadziei. gdy mignęły jej czarne włosy i miedziana skóra nadgarstka. które.

Odwrócił się szybko i popatrzył na nią oczami niczym dwa głębokie stawy zdumienia. by się powstrzymać. Nieprzesadnie kołysząc biodrami. Potem. Gdy podeszła bliżej. nachyliła się i cicho im przerwała: – Hej. spotkamy się po szkole. Królowa Saby stała oszołomiona. że przeszedł ją elektryczny dreszcz. wyszła na korytarz i stanęła obok Varena.pachę i ruszyła do drzwi. Jej spojrzenie przeniosło się z chłopaka na Lacy i w odpowiedniej chwili zadbała o kombinację uśmiechu z porozumiewawczym mrugnięciem. Isobel wyszła z kolejki po obiad. Czwartki były w Trenton dniami pizzy od zewnętrznego dostawcy i Isobel. dobrze? Nie czekała na odpowiedź. zdało jej się. . Tacę trzymała w obu rękach. że wyłapała słowo „bimbo”. dla większego efektu. Wciąż się uśmiechając. delikatnie dotykając jego ramienia. ze lśniącymi rdzawymi wargami rozchylonymi w bezbrzeżnym zdumieniu. gdy pusty żołądek w końcu dał znać o sobie. Ten kontakt sprawił. kto przy nim siedzi. Isobel odwróciła się na pięcie. do chwili gdy była już gotowa postawić tacę. niosąc pod pachą zarówno książkę Poego. wzięła największy kawałek grzybowej pizzy z Tony Tomo. Zanim choćby pomyślała. jak i segregator. ruszyła w stronę stołówki. Przez całą drogę do stolika musiała walczyć o utrzymanie równowagi i nie widziała. Siłą woli trzymała dłoń nieruchomo na jego rękawie. jaki znalazła.

Wzięła z talerza kawałek pizzy. Zdaje się. by poruszać temat grupy. co to dla niego oznacza. i miała nadzieję. przy okazji. by pizza wyśliznęła jej się z ręki z powrotem na talerz. kiedy wszedłem. Wstał i wyciągnął ręce. że z drugiej strony po tym. bo muszę z tobą porozmawiać. gdyby ekipa już go wykopała ze . Zaczęła żuć wolniej... Stłumiła w sobie chęć. Postawiła tacę na stoliku i uważnie mu się przyglądała. – Hej. – Co masz na myśli? – Słyszałem. – Tak? – zdążyła jeszcze powiedzieć. jeśli tu dziś usiądę? Pokręciła głową. że jak zwykle ma na sobie bluzę Trenton. Pomyślała. Zauważyła. by wziąć od niej książki. jak wsparł ją wczoraj na treningu. – Nie przeszkadza ci. Może jeśli nada rozmowie lekki ton. – Przyszedłem tu. że Stevie zdaje sobie sprawę. by zerknąć na miejsce. . chłopak nie poczuje presji. Usiadła. że Mark i Brad coś szykują – powiedział cichym głosem. – Isobel. – Ale przerwali. – Hej – zagadnął. zanim ugryzła. swojego grona.Stevie. jak Brad rozmawiaj z Markiem po trzeciej lekcji – jęknął. Pozwoliła. dzięki za wczoraj – powiedziała. nie zdziwiłaby się. gdzie zwykle przesiadywała ekipa. niebieską z dużą żółtą literą T na piersi. po czym wytarła palce w serwetkę i spróbowała przełknąć.

zniżając głos do szeptu. Lacy zresztą też nie. czy powiesz. to opowiada.. Czemu Brad nie moje po prostu zostawić tego w spokoju? Czemu nie może zostawić jej w spokoju? – Isobel. że Brad dziwnie się wobec ciebie zachowywał. Brad jest przekonany. To znaczy. Nikki też . lecz nie zobaczyła Varena. Marka. Coś w niego wstąpiło z powodu tej całej sprawy między robą a tym chłopakiem. – Brad bez przerwy o tobie mówi. co się stało z jego samochodem. Isobel znieruchomiała. Opuściła ręce na kolana. Alyssę i Nikki siedzących razem. słuchając tych słów. czy dobrze słyszała. że to. wciąż ściskane serwetkę. Stevie mówił bardzo cicho i nie miała pewności. słysząc słówko „on”. co zrobi temu Varenowi. Odwróciła się do niego. myślę. Zmarszczyła brwi. – Dzieją się różne rzeczy. Wiedziałaś. to sprawia Varena. A wtedy Brad rzucił coś w stylu: „On nie będzie mógł niczego udowodnić".. że policja znalazła na oponach ślady pazurów? – Że co? – Isobel pochyliła się.. jak Mark pita Brada. i omiotła stołówkę wzrokiem.Słyszałem tylko. To znaczy. – Isobel – odezwał się Stevie. Zobaczyła Brada.. kręcąc głową. zanim zrobi to. Zamarła. kurczę. jeśli akurat nie mówi u tobie. Następnie zerknęła na stolik gotów. myślę. I. co sobie zamierzył. że on może zrobić coś poważnego. że powinnaś komuś powiedzieć. a on przechylił się przez stół.

bo uznała. A sam nawija tylko o tym. posłuchaj mnie – powiedział.. – Wiesz. – Nie podeszła tu dzisiaj ze mną tylko z jednego powodu. by zaznaczyć coś na nadgarstku. Uważa. – Gwen – odezwała się Isobel – co ty wyprawiasz? – Tym się nie przejmuj – mruknęła tamta. że to zwróci twoją uwagę. że Gwen zdejmuje z szyi centymetr krawiecki. dźgając Isobel palcem w żebra. że jej nienawidzisz. I nie . – To znaczy – przyznała – nie jest teraz moją ulubioną osobą na świecie. zanim zdążyła je powstrzymać. Ta pisnęła i wyprostowała się. Tyle że on nie pozwala jej nikomu o tym mówić. że ze sobą nie rozmawiacie. Isobel podniosła wzrok i zobaczyła. Albo próbowali ją wrobić. umówiła się z Bradem. – Słowa dobyły się z jej ust. – Isobel. Dobija ją. jaki masz wyprany mózg i jaki wycisk da temu kolesiowi. Kolejna taca wylądowała na stoliku. Poza tym oni nawet już się nie spotykają. i tylko dlatego. – Nikki? – Zmięła serwetkę i rzuciła ją na tacę. – To nieprawda. Zwinęła taśmę i ze związanych w kucyk włosów wyjęła długopis. jak Gwen opasuje centymetrem talię koleżanki. bo nie chce. – Wyciągnij ręce. ale. Teraz to już na pewno żartował. To trwało tylko chwilę. – Czemu szepczemy? – szepnęła Gwen. Isobel podskoczyła. – Usiądź prosto – poleciła. Zerknęła na Steviego.tak uważa. który szeroko otwartymi oczami patrzył. żebyś ty się dowiedziała..

– To Stev.bądź źle wychowana. Stev-au – powiedziała Gwen. – Oj. – Cześć. au! – Wzdrygnęła się. ma to coś wspólnego z Ponurą Fasadą. że muszę pożyczyć twoją bluzę i chciałam . by sprawdzić. Wiedziała też. że cokolwiek Gwen wyprawia. okropna jesteś – narzekała Gwen. wskazując jego bluzę. naciągając tymczasem taśmę wokół biustu Isobel. że cokolwiek Gwen zamierza... machając rękami. Skinęła chłopakowi głową. Chłopak rzucił szybkie spojrzenie Isobel. sorki – rzuciła Gwen. – O rany – powiedziała nagle Gwen. – Oj. pozwalając się mierzyć i katalogować. i tak nie ma mowy. Znowu wzięła miarkę. Gwen! – Głowa Isobel obróciła się szybko w obie strony. czy nikt nie patrzy. który zamarł z widelcem spaghetti uniesionym do otwartych ust. by zmierzyć obwód. Upuściła taśmę i utkwiła spojrzenie w Steviem. Było to głośne i wyraźne wołanie o pomoc. – Mój Boże. Przedstaw mnie wreszcie. Isobel prychnęła i poddała się. – Co pod tym nosisz? – spytała. Krzywiąc się. – Chodzi mi o to. Wiedziała. żeby ona mogła uzyskać zgodę na wyjście. sorki. gdy Gwen skakała wokół niej. skrobiąc coś na nadgarstku. Kim jest twój kolega? Isobel przycisnęła ramiona do siebie niczym kura skrzydła. gdy tamta uszczypnęła ją pod pachą. tym razem wyciągając w bok jedną rękę koleżanki. – H-hej – zająknął się Stevie i pomachał jej ręką.

– Wielkie dzięki – powiedziała. Następnie pochyliła się nad swoją tacą i zanurzyła łyżkę w gulaszu. nie? – No tak. czy smak. wskazując łyżką talerz koleżanki. Przycisnął dłonie do ramion. jakby nie mógł się zdecydować. – No to o czym tak poważnym rozmawiamy? O. Stevie siedział oszołomiony. Gwen podskoczyła i podeszła do niego z boku. . – Tylko do pojutrza. czy masz coś pod spodem. bezgłośnie powiedziała „przepraszam” do Steviego. Isobel przewróciła oczami. odpowiada mu. ale. to na drugą dziewczynę. po czym zwija bluzę w kłąb i siada obok niego. a jego krótkie ciemnokasztanowe włosy dosłownie ożyły.się upewnić.. Gdy patrzył. gdy ściągnęła mu ją przez głowę. jak Gwen pochłania resztę swojego obiadu w trzech ogromnych kęsach. – Chcesz pożyczyć moją bluzę? – powtórzył. który spoglądał to na jedną. – Też powinnam wziąć dziś pizzę. miał dziwną minę. – Właśnie tego potrzebowałam. Isobel patrzyła ze zdumieniem. dobrze to wygląda – odezwała się Gwen. który ma w ustach. tak były naelektryzowane. Kręcąc głową. Podniosła róg jego bluzy i zaczęła ją odrywać od żółtej koszulki pod spodem. Pod spodem nosisz koszulkę.. jak Gwen zrywa rękawy z nadgarstków chłopaka. czy nie. jakby za wszelką cenę chciał utrzymać tę część garderoby na miejscu.

śmierć i najważniejsze dzieła Edgara Allana Poego Wypracowanie Autorzy: Isobel Lanley i Varen Nethers – Ojej. Odsunęła tacę od tamtej i znowu wzięła kawałek pizzy. Chwyciła pracę i przeczytała stronę tytułową: Ten. Życie. który przesunął się o jedno miejsce. lecz teraz spróbowała poddać go analizie. Ugryzła go w chwili. Dotąd nie zwracała na niego uwagi. Sama też się przesunęła. Poczuła jego słaby zapach. – . Chłopak położył między nimi plik spiętych razem kartek. Już niemal nauczyła się odnajdywać je wśród gąszczu jego ciemnych włosów. przełykając kęs w całości. gdy na stole spoczął długi cień.Skończyłaś? – Nie! – warknęła Isobel. Był torfowy i soczysty. – Skończyłeś – stwierdziła. zostawiając strużkę sosu na jej podbródku. Gwen szturchnęła łokciem Steviego. Złapała zgniecioną serwetkę i przycisnęła ją do ust. – Próbujesz pobić własny rekord? – spytał cichy głos. wygląda super – powiedziała i znowu popatrzyła mu w oczy. by Varen mógł usiąść naprzeciwko Isobel. lecz zarazem w jakiś sposób delikatny. Pizza wysunęła się z dłoni Isobel i spadła na talerz. który napisał „Kruka”.

Naprawdę myślisz. to jest Stevie – powiedziała Isobel. że może najlepiej przeczytać to więcej niż raz na wypadek. – Varen. – Tłumaczenie: to fajny koleś. jeśli nie liczyć donośnego chrupania Gwen. Otworzyła okładkę książki Poego i wsunęła pracę pod nią. jakby dopiero teraz zauważył jego obecność. – Stevie. że nie nabierze podejrzeń? – Wątpię – odparł. Stevie uniósł dłoń. Varen skinął głową i jego mina złagodniała. robicie prezentację na temat Poego? – spytał Stevie dla zagajenia rozmowy. które fragmenty napisała ona. jakby obawiał się. Pomyślała. – Jest ze mną w drużynie. by powstrzymać uśmiech. Przy stoliku zapadła cisza. – To co. zobaczyła. – Tylko koniecznie to przeczytaj. zapadł się w sobie. opuszczając wzrok na swoją tacę. rozlegającego się tuż przy lewym uchu Varena. tak że jej ramię naciskało na Varena z niedbałą pogardą dla granic jego prywatnej przestrzeni i niepisanej zasady „nie dotykać”. to ten gość. . gdyby Swanson chciał dokładnie wiedzieć. Isobel skinęła głową. zdawałoby się. że jego brwi powędrowały niemal pod sufit. – Tak – potwierdził. który ożenił się z kuzynką czy coś? – spytała Gwen. – O Poem. – Ej. Stevie z kolei. Isobel musiała ściągnąć wargi. to Varen. Gdy zerknęła na Steviego. lekko rozparta. Varen odwrócił się w jego stronę. po czym ugryzła zielone jabłko. że zbyt długi kontakt wzrokowy zmieni go w kamień.

– Van Gogh – powtórzyła. że się ożenił. odchylając się i wymachując jabłkiem. Ale czy już nie wiedział? W końcu groźby ze . po czym dodała: – A czy to nie on obciął sobie ucho i wysłał swojej dziewczynie? – Van Gogh – odparł Varen monotonnym głosem. najpierw zerkając tam. Odwróciła się twarzą do niego. aż Gwen zapadnie się pod ziemię. w której trzymała nadgryzione jabłko. który zdawał się świadczyć o cierpieniu. rzucił Isobel przez ramię znaczące spojrzenie. zdematerializuje albo roztopi. Powinna go uprzedzić. – Bo wiem. Gwen zamyśliła się. Pokiwała palcem. Spojrzenie Varena pozostawało nieruchome. że nie – powiedziała. wyrazistymi mrugnięciami powiek. przerywane tylko powolnymi. – Co to miało być? – spytał Varen. przypominając sobie jego ostrzeżenie dotyczące Brada i Marka. Tamta jednak wyciągnęła w stronę jego nosa palec dłoni. Zmarszczyła brwi. Stevie natychmiast wstał. że może mu powiedzieć. Gdy szedł z tacą w ręce. co usłyszał Stevie. gdzie ich ramiona się stykały. Powoli odwrócił głowę. – Edgar Allan Poe. a potem prosto w jej nachalne oczy. by na nią popatrzeć. Pomyślała. – Nie mów.Varen potraktował bliskość dziewczyny po swojemu. gdy wstał. Isobel czekała. Blisko! Rozbrzmiał dzwonek kończący przerwę obiadową.

Oczy wciąż miał utkwione w Isobel. – A zatem monarchia podupada pod twoją nieobecność – powiedział z namysłem. . choć trochę smutno. ponieważ w szkole nie wolno było używać komórki. – Właśnie się zastanawiasz. – Urwała. – Wasza Mroczność – odparła z ukłonem. Czub się uwięziona przez to spojrzenie i próbowała go usłyszeć. Na te słowa uśmiechnęła się. Pominęła szczegół. zanim Gwen się odezwała. postanawiając. – Gwen – powiedział z uznaniem. jakby formułowała własną opinię. A czy i bez tego nie mieli wystarczająco wielu zmartwień? Pokręciła głową. W końcu oderwał od niej wzrok i odwrócił się. że powinna poczekać przynajmniej do jutra. Nastąpiła chwila przerwy. – Nic – bąknęła.strony Brada nie były żadną nowiną. gdzie będzie. czy wkurzające. Isobel zajrzała do sekretariatu i zadzwoniła do mamy. – Niech zgadnę – powiedziała. Znowu to robił: przemawiał do niej samymi oczami. po czym wyszedł ze stołówki. – Po prostu dzisiaj chciał usiąść tutaj. W końcu stwierdziła: – To było totalnie fajne. gdy rozpoczął powolny marsz w tył. gdy już będą mieli z głowy prezentację. Zanim obiad się skończył. odczytać ukrytą wiadomość. by ją poinformować. czy to było fajne. że w domu Varena nie będzie rodziców.

Odwrócił się w jej stronę. ale nic nie powiedział. w czasie gdy mieli zajmować się zadaniami. Odpowiedź mamy brzmiała: – To już moje zmartwienie. zanim się rozłączyła. Przynajmniej nie zadawała zbyt wielu pytań. ze prezentacja ma być gotowa jutro i że mają zaległości. Varen skinął głową. zwłaszcza gdy Isobel jej przypomniała. i sprawiła. Duże zaległości. że Isobel martwiła się jeszcze bardziej. skoro i tak trzeba je oddać w poniedziałek. że zadania może skończyć w weekend. wróci najpóźniej o dziesiątej. Varen odwiezie ją do domu i tak. W zasadzie. – Hej – odezwała się. Zapewniła ją. kiedy rodzice się kłócili. podchodząc bliżej do otwartych drzwi. a jej zakręciło się w głowie na widok tego uśmiechu. Po ostatnim dzwonku zastała Varena czekającego na nią w tym samym miejscu co wczoraj. ledwo.Mama przyjęła to spokojnie. Razem . we wpadającym do środka jesiennym słońcu. że tak. Uznała. że wywołała w nim tak rzadką reakcję. na myśl. a czerń jego włosów zalśniła w promieniach światła. – Co powiesz tacie? – spytała. w których stał. okalającym jego kontur złotą krawędzią. Przeczytała dziesięciostronicową pracę na matematyce. – Dobra robota z tym wypracowaniem – stwierdziła. Nie znosiła. Zwłaszcza kiedy sama stanowiła powód kłótni. ledwo. Uśmiechnął się.

– Dosyć tego. Zwolniła kroku. Zawróciła gwałtownie. – Co? – spytała Isobel.. straci całe zdecydowanie. opleciony wokół jej serca. ale nie odwróciła się ani nie zatrzymała. jak i Mark byli graczami reprezentacji szkoły i mieli dzianych rodziców. Znowu . proszę bardzo.wyszli na parking i chłopak nasunął okulary na nos. Zarówno Brad. NIE ŻYJESZ ŚWIRZE – głosiła. prosto do źródła. Jeśli będzie musiała skopać Bradowi tyłek w obecności wszystkich kumpli z drużyny i zostanie za to zawieszona.. że jeśli teraz spojrzy. Tym razem posunął się za daleko. że za nią idzie. Napis wyryto w lakierze cougara. Miło było iść obok niego. lecz wiedziała. Niech będzie. wszyscy starali się na ogół patrzeć precz pałce. która potęgowała się z każdym krokiem. czując. Wydrapana kluczem albo innym ostrym przedmiotem wiadomość raziła szarością na gładkiej niegdyś. Postanowiła iść na boisko treningowe. Nie. dlatego gdy o nich chodziło. pomyślała. że wzbiera w niej nowy rodzaj złości. Odwróciła się na pięcie i pomaszerowała z powrotem do szkoły. czarnej powierzchni. że pociągnął za sznurek. Ciągnął się przez drzwi kierowcy aż do tylnego błotnika. zmieniwszy zdanie. Zupełnie jakby. nie pójdzie do sekretariatu. – Cholera – wydyszała Isobel. oficjalnie byli parą. – Dokąd idziesz? – dobiegło ją wołanie Varena i miała wrażenie. Słyszała. Zatrzymał się. Gdy nie odpowiedział. podążyła za jego spojrzeniem.

Żółte autobusy warczały. na tyle mocno. gdy poczuła dłoń. ciągle ściskając jej ramię. zaparkowane w dwóch rzędach. krawężnik i krzewy. by ją przytrzymać. Isobel nie widziała ogrodzonego płotem boiska treningowego z tyłu. I zobaczyła Brada. Uderzyła ją woń gorących spalin i wstrzymała oddech. – Nic rób tego – powiedział. który ciągnął się przed szkołą na kształt szerokiego podjazdu. Uśmiechnął się jeszcze . On też ich zauważył i ruszył w stronę ogrodzenia. Przeszła między autobusami i była już niemal po drugiej stronie asfaltu. bo nie chciała odezwać się tak ostro. z futbolowym kaskiem w ręce. rozpromieniony. – Co? – Odwróciła się do niego i zarumieniła się. Brad robił to ze względu na nią. I dlatego naprawienie sytuacji było jej zadaniem. Przeszła przez parking na przystanek autobusów. wiedziała jednak. który ciągle podążał za nią. żeby ich nie wdychać.przyspieszyła. przecinając trawiastą wysepkę. Szła dalej. łapiącą ją za ramię. Odwróciła od niego spojrzenie w kierunku boiska. – Isobel! – zawołał Varen. W ochraniaczach na ramiona i futbolowych spodniach wyglądał niczym jakiś potężny czarny charakter z komiksu o superbohaterach. szykują sprzęt i przechwalają się przed jutrzejszym wielkim meczem. że zawodnicy właśnie się tam zbierają. a uczniowie przechodzili między nimi parami i grupkami.

że jemu właśnie o to chodzi? – szepnął do niej Varen. jakby spotkał dwójkę starych przyjaciół. by wpaść na boisko i walnąć go w głowę tym głupim kaskiem. Patrzyła na Brada chwilę dłużej. . Całe jego ciało stężało. pomyślała. Isobel patrzyła. lecz jego mina okazała się równie nieodgadniona. – Idziemy. że podoba się wam przedstawienie. Zatrzymała się w połowie jezdni. Odwróciła się od tych wszystkich oczu gotowych paść się jej życiowym dramatem. gdzie grupka innych zawodników stała i patrzyła. W końcu jednak odwróciła się i ruszyła za Varenem. jak Brad przestaje machać i wyciąga palec w kierunku Varena. choć ledwie go słyszała wśród warkotu autobusów. jakby zapuściła korzenie.szerzej i pomachał im. Z palcem wciąż wycelowanym w Varena. jak zawsze. po czym potruchtała za ciemną postacią przed sobą. puszczając ją. wciąż zmagając się z pragnieniem. – Nie widzisz. Ogarnęło ją przerażenie i odwróciła się do Varena. tocząc wzrokiem po oknach autobusów. Stała. Trener Logan zawołał Brada i krótko zadął w gwizdek. Cieszę się. Tak wiele twarzy zwróconych na nią. Twarze. – Chodź – powiedział Varen. tamten zaczął się cofać w kierunku miejsca.

– Można spolerować. Znowu popatrzyła przed siebie. – Da się naprawić? – spytała. a ona będzie siedziała obok i aula się głupio. że najgorsze jeszcze nadejdzie. Rozmyślała też. Wzruszył ramionami. którą podsłuchał Stevie. Wiedziała jednak. przerywając w końcu ciszę. dotyczyła właśnie oszpecenia samochodu Varena. . czy rozmowa Brada i Marka. że słyszy powątpiewanie. że otworzyła usta. i zastanawiała się. jak i złowieszczo wciągnięty palec Brada kazały przypuszczać. Chciała mu powiedzieć. że Varen nie odpowie. też miał hopla na punkcie tej głupiej męskiej dumy. Polakierować. czemu nie zrobili czegoś więcej – choć zarówno treść wydrapanej wiadomości. na barwy jesieni. Isobel patrzyła przez okno na mijane drzewa. Będzie milczał. że się martwi. Chciała powiedzieć. Chociaż różnił się od innych chłopaków. że przykro jej z powodu samochodu. że już nie wie. patrząc na drogę. niemal neonowe na de szarości chmur. – Będzie wyglądać jak przedtem? – Oby.27 Zielony człowiek Jechali w milczeniu. do czego Brad jest zdolny. – Wydało jej się.

co widziałeś w tej całej Lacy – odparła i rzuciła mu ostre spojrzenie. że pakuje ją z powrotem do szufladki.– Co ty w ogóle w nim widziałaś? – spytał. kiedy tak robił. – Ma? Nienawidziła. Kiedy obracał każde pytanie o sto osiemdziesiąt stopni i odbijał piłeczkę. Skinął głową na swój charakterystyczny sposób. jakby chciała coś powiedzieć na swoją obronę. Isobel wyciągnęła szyję. i . Nie chciała w to wierzyć. jakby bez wyjaśnień rozumiał zasady funkcjonowania jej umysłu. uświadomiła sobie. – A ma powody? – Nie wiem – odparł i natychmiast spoważniał. bo ta mina zdawała się zupełnie do niego nie pasować i przez chwilę miała wrażenie. Czy kiedykolwiek wcześniej widziała go uśmiechniętego? Nic. – Naprawdę się dzisiaj wkurzyła. Zdołała jednak wydukać tylko: – Nie wiem. Znowu poczuła się mała i prosta. po prostu nie-na-wi-dzi-ła. odsłaniając zęby i w ogóle. – Co? – spytała. odmawiając uczestnictwa w tej zabawie. by zobaczyć. przerywając bieg jej myśli. wiesz. jakby nie mógł nie na to poradzić. gdzie się znajdują. że jedzie z nieznajomym. miała wrażenie. Jej usta otworzyły się. Uśmiechnął się. Złożyła ręce i znowu wyjrzała przez okno. Jakby dokładnie tego się po niej spodziewał. Naprawdę się uśmiechał. Samochód zjechał z głównej drogi na mały parking. – Równie dobrze mogłabym cię spytać.

To ją zaintrygowało.ze zdziwieniem stwierdziła. że lubisz chińszczyznę – powiedział i wrzucił bieg. Otworzył drzwi i podał ją dziewczynie. Wyszedł po chwili. bo mężczyzna za kontuarem uśmiechnął się i podał mu plastikową torbę. Isobel wyprostowała się i patrzyła. jakby warczał tam wściekły pies. w której znajdowało się kilka pudełek z chińskim jedzeniem. kurczaka z grzybami i wołowiny z brokułami. zostawiając samochód na jałowym biegu. W brzuchu jej zaburczało. Zamknął za sobą drzwi. Widziała go tylko częściowo przez rozświetloną słońcem szybę. Samochód wypełnił się niebiańskim zapachem sajgonek. że musiał wcześniej złożyć zamówienie telefonicznie. niosąc torbę. Podszedł do kontuaru i wyjął portfel. jak wchodzi do restauracji. że Varen nie ma telefonu komórkowego. złożoną z dwóch długich jednokierunkowych jezdni. Dzielił je pas zieleni. i nawet nie próbowała się pocieszać. a za . Pomyślała. Obudził się w niej głód. – Mam nadzieję. sądziła bowiem. FRANCIS COURT. – Zaczekaj tutaj – powiedział. Zjechali z wąskiej uliczki. bardzo głośno. że zatrzymali się przed szybą wystawową. po czym rozpiął pas i wysiadł. że nie słyszał. Warkot cougara poniósł się echem. przy których parkowały rzędy samochodów. mijając tablicę z napisem ST. gdy potoczyli się szeroką aleją. za którą widniał neon z napisem DOUBLE TROUBLE II.

by lepiej przyjrzeć się fontannie. by patrzeć przez okno. niosąc tysiąc maleńkich żółtych listków. łagodniejszy podmuch. otoczonej pełnymi wdzięku łabędziami i cherubinami o poważnych twarzach. który zatrzymał się w czasie. tworząc przejrzystą kurtynę wokół wysokiej podstawy. Wychyliła się. Wszystkie świeciły żywym płomieniem. chłodząc jej twarz. Do auta wdarło się rześkie jesienne powietrze. znacznie większa niż ta w jej okolicy.szerokimi chodnikami po obu stronach wznosiły się wiktoriańskie domy. jedyny słyszalny dźwięk oprócz warkotu silnika cougara. – Mieszkasz tutaj? Zadął silny wiatr i zakołysał liściastymi koronami starych drzew. stojące naprzeciwko siebie niczym pary szykujące się do walca. Dwa rzędy ozdobnych latarń gazowych ciągnęły się po obu stronach pasa zieleni. . Isobel opuściła szybę po swojej stronie. rozświetlając środek alei. gdy ją mijali. Zaczęły opadać. migoczącym w szklanych kloszach. Słońce przebiło się przez chmury. Z samego szczytu fontanny spoglądał na nich posąg ponętnej nagiej kobiety. który zakrywał dolną połowę ciała i zdawał się powiewać za nią w łuku. Trzymała kawałek tkaniny. Aleję omiótł kolejny. gdzie stała duża fontanna. Isobel obróciła głowę i nachyliła się. Tryskająca woda wydawała przyjemny szum. Żelazny lew wykrzywiał się do niej z kamiennego piedestału. Samochód okrążył ją i ruszył drugą jezdnią alei. Woda lała się ze wszystkich stron ogromnego zielonego basenu.

– Jak tu pięknie – szepnęła. zbudowany wyłącznie z kamienia. pokazując płaskorzeźby. o kształcie . małe ganki i portyki. Mają odpędzać zło. ale nigdy dotąd nie miała powodu. każdy był właściwie osobnym zamkiem. Isobel skupiła się na jednym kamiennym obliczu. które nadawało im wygląd płatków złota. gdzieś w dzielnicy historycznej. – Te twarze? Nazywają je „zielonymi ludźmi” – objaśnił i zwolnił do żółwiego tempa. jak jego towarzysze. z ustami otwartymi na kształt litery o i groźnie ściągniętymi brwiami. by lepiej widziała. To obrońcy. Miały ozdobnie wykończone. Wiedziała. które zwróciło jej uwagę. wyrzeźbione na fasadzie. z innych zaś obłe wieżyczki o szpiczastych dachach. ceglano-kafelkowe fasady. Wiedziała. przypominający twierdzę dom. z którego okna samochodu jest ładniejszy widok. okolone filarami z rzeźbionego kamienia. Budynki wyglądały niesamowicie. Z niektórych wystawały balkony. że widzi małe twarze. było inne od pozostałych. nie mogąc się zdecydować. Gdy mijali szary. Ten zielony człowiek miał taką samą surową i złowrogą minę. – Co to takiego? – spytała. że ta dzielnica istnieje.chwytając światło. Isobel miała wrażenie. że znaleźli się w jednej z najstarszych części miasta. by tu przyjeżdżać. lecz oczy duże. – Podobne do goblinów czy gargulców.

a spod niego wyrastał mniejszy daszek. zdawały się raczej milcząco prowokować niż odpędzać intruza. Isobel popatrzyła na dom. osłoniętych prostym werandowym dachem. by nie przechylić torby z jedzeniem. prostego w porównaniu z innymi.migdałów. mógł być strychem. tworząc wierzchołek. ta zaś wydawała się gładka i niemal ludzka. Znowu nabrali prędkości i dziewczyna odwróciła wzrok. przykrywający prostokątne trójdzielne okno. Patrzyła na niego ponad maską samochodu. uważając. Dwie pochyłości dachu spotykały się tam. Drzwi z matowego złotego szkła połyskiwały bladym. wznoszącymi się wokół. gdy ze zmarszczonym czołem oglądał bok cougara od strony . Niewielki betonowy ganek prowadził do frontowych drzwi. a najwyższy. – Nie chce mi się wierzyć. Varen wyłączył silnik i wysiadł. żółtym blaskiem w popołudniowym słońcu. a może nie chcąc zamaskować zazdrości w głosie. Isobel też wyszła z auta. Miał trzy poziomy. że tu mieszkasz – powiedziała i pokręciła głową. nie umiejąc. Varen wrzucił wsteczny i tyłem wjechał na wolne miejsce przy ulicy. poprzedzielane białymi iksami. Nic nie powiedział i podjechali do wielkiego domu z czerwonej cegły. jak sądziła. opartym na pomalowanych na biało filarach. Inne twarze miały liściasty zarost i zniekształcone rysy.

ich kroki poniosły się echem po polerowanej drewnianej podłodze. Gdy weszli do środka. W środku pysznił się kominek. zniknął w wąskim . Nic czekając na odpowiedź. pomyślała. ale nie dotykaj”. – Wyszli – odparł. ustawiony na długim stole w korytarzu. Isobel zadarła głowę. Jakaś aukcja dobroczynna czy coś. Odgłos kroków umilkł. że pomieszczenie ma styl: „Patrz. – Kto wie? Wrócą późno. Isobel pomyślała. zachwycona wysokością sufitu.kierowcy. Ktoś tu musi lubić stare statki. – Chcesz coli? – spytał. odwrócił się i podszedł do bagażnika. Po prawej stronie widziała otwarty salon z wysokimi przesuwnymi drzwiami z drewna. a Varen po drodze szukał właściwego klucza. przedstawiający żaglowiec miotany sztormem. a potem na duży obraz. – A gdzie twoi rodzice? – spytała. a przy nich widniały wysokie lampy podłogowe z fantazyjnymi szklanymi kloszami w stylu Tiffany’ego. Wzięli rzeczy i ruszyli chodnikiem. gdy weszli na gruby złotoczarny dywan. Zanim zdążyła coś powiedzieć. który sięgał aż do dużych schodów przy ścianie po lewej. gdy otworzył drzwi. który wyglądał na szkuner. Przy ścianach stały regały. głównie właśnie z powodu tych lamp. by go otworzyć. gdy jej wzrok najpierw natrafił na model. ozdobione szklanymi bibelotami i kolejnymi statkami.

bo sama czuła się nieswojo. większego pokoju po prawej. Łokciem uderzyła w półkę za sobą. Obróciła się. z drewnianą mozaiką na podłodze. Gdy weszła do środka. jakby nie było wolno niczego w nim dotykać. – No. miała wrażenie. Oczy miał lekko podkrążone.. przez co wydawał się przedwcześnie zmęczony życiem.. jasnowłosego chłopca w wieku najwyżej dziesięciu lat. Podeszła do fortepianu i położyła torbę z jedzeniem na stoliku do kawy o cienkich nóżkach. Też wyglądał. ale przystanęła. Gwałtownie cofnęła rękę. jasne – odparła. wykończony w barwach starego złota i łagodnego różu. Dźwięk wyraźnie rozstrojonego instrumentu rozbrzmiał wokół niej.. Miał na sobie szarą kamizelkę. Krzywiąc się. patrzył na fotografa. ciężkimi draperiami i ozdobnymi starymi krzesłami.. jakby oburzał go sam pomysł tego zdjęcia. Isobel przybliżyła fotografię do twarzy. Ruszyła za nim. szukając w tej małej . Zdjęcie obejmowało go od ramion w górę. zrzucając ramkę ze zdjęciem. chwyciła fotografię. opuszczając jedno stulecie i przenosząc się do innego. gdy doszła do drugiego.korytarzu. białą koszulę i ciemnoniebieski krawat. i zamarła na widok zielonookiego. Stanęła przy instrumencie i musnęła palcami klawisze. że niemal przekracza bramę czasu. Wybrała jeden pośrodku i lekko nacisnęła. W jednym kącie stal lśniący czarny fortepian niczym przysadzisty dżentelmen w smokingu.

zanim przybrał zamyślony wyraz twarzy. gdy delikatnie zabrał jej zdjęcie i wyciągnął rękę nad jej ramieniem. znowu przesunęła palcami po klawiszach. Puściła ją i obróciła się. Nie. a potem na klawiszach. Świadczył o tym sposób. – Kto gra? – spytała. przyjdę do ciebie w nocy. – Nikt. – To znaczy. – Moja mama grała – przyznał niespodziewanie. Aby odwrócić swoją uwagę od tej myśli. Jak wszystko inne. żeby dręczyć twoją nieśmiertelną duszę. że już nie gra? – Nie wiem – odparł. by nagle ujrzeć te same oczy. Isobel cofnęła palce. Jego spojrzenie spoczęło na jej dłoni. Serce przyspieszyło jej trzykrotnie.twarzy cech chłopaka. Nie jest nawet nastrojony. – I jeśli komuś powiesz. za tym kryje się coś więcej. stoi tu tylko na pokaz. że omal nie powiedziała tego na głos. by postawić je z powrotem na półce obok innych. – Tak naprawdę jesteś blondynem – stwierdziła tonem niemal oskarżycielskim. gdy ramkę otoczyły smukłe palce z pierścieniami. – Nikt? – naciskała. Wzdrygnęła się. Obiecujesz? Isobel szybko odwróciła się do fortepianu. wstrząśnięta. pomyślała. w jaki jego oczy powędrowały na wypolerowaną powierzchnię instrumentu. którego znała. Jego wzrok znowu . – Może gra.

Zamrugała powiekami.. – Eee. Nie wiedziała. przykro mi – wydusiła w końcu z siebie.. które widocznie przyniósł z kuchni. – A – rzuciła. Zastała go czekającego na schodach z jedną ręką opartą o barierkę.. odetchnęła i znowu zapadła cisza. kiedy miałem osiem lat – wyjaśnił. pomyślała. oglądając się na puste miejsce przy fortepianie. – To było dawno. Bez wątpienia nie był to żart.. znaleźć słowa. które zatarłyby wrażenie z pokoju z fortepianem. które zostawił na stoliku do kawy i ruszyła do drzwi. więc nie otworzyła ust. – Przez telefon rozmawiałaś z moją macochą. – Mówił poważnie. Skupiła wzrok na przewróconym ptaku na plecach jego kurtki i próbowała powstrzymać chęć. – Odeszła. Takich słów nie było. palcami wolnej ręki przesuwając po mahoniowej poręczy. by powiedzieć coś jeszcze. Trzymając cole pod pachą.stał się obecny i podał jej dwa srebrne widelce. co powiedzieć. dobrze? Gdy wyszedł z pokoju. zaczęła iść na górę. Wzięła obie cole. Dziwne. – Weź cole. Wspięła się za nim. – Z tymi słowami podniósł torbę z chińszczyzną i skierował się na korytarz. z widelcami w dłoni. Żartował? Czasami trudno było stwierdzić. – Niepotrzebnie – odparł. zupełnie zaskoczona. – Więc z kim. To była pierwsza prywatna .

A później. mimo woli zastanawiała się. czekając na nią na górze. że wręcz przeciwnie. widząc. Ból w udach nasilił się. że ten fakt wiele wyjaśnia. przez które widać było niewiele więcej niż mur sąsiedniego budynku. gdy znowu ruszyli .informacja. – Ten dom ma dziwny układ. że chłopak wchodzi na następne stopnie. Gdy jednak zobaczyła. wiedziała. – Jest ogromny – mruknęła. wiem – stwierdził. znajdujące się nieco z boku. jaką od niego uzyskała. Co sprawiło. gdzie znajdowały się drzwi do wielu pomieszczeń. Schody prowadziły do pojedynczych wąskich drzwi. Patrząc. Skręcili za ostatni róg. wydają się bardziej strome i węższe. – Wiele razy go przebudowywano. mieszkania. w latach siedemdziesiątych. W milczeniu pokonali kolejne schody i dotarli na drugie piętro. jak czarne kosmyki jego włosów omiatają postawiony kołnierz kurtki. Isobel uniosła brwi na widok okienka. że następne schody. a poszczególne stopnie – grubsze i wyższe. że nie zatrzymają się tutaj. Tutaj dywan się kończył. Po epoce wiktoriańskiej urządzono tu dom spokojnej starości. że jego matka odeszła? Najpierw pomyślała. co się stało. Mieli się wdrapać jeszcze wyżej. Jęknęła w duchu. – Skąd macie taki dom? – spytała. wkroczyli na nagie drewno i ich kroki rozległy się echem po domu. Znaleźli się na kolejnym poziomie z oknem w ścianie po lewej. by już po chwili uznać.

Na ścianach widniały nadgryzione zębem czasu bladofioletowe tapety. – Co ty powiesz? – Nie przesuwała już dłonią po poręczy. W kątach gromadziły się cienie pomimo dwóch okien. a pochyły sufit wyglądał jak dach namiotu. – A nie gdzie? – zawołała za nim. – O – westchnęła. . Światło błysnęło z małego żyrandola.pod górę. – Do innego miejsca – odparł. – Mój tata go odziedziczył – wyjaśnił.. a nie tylko o ten pokoik na samym szczycie. lecz mocno ją chwyciła. Podniosła wzrok.. przekroczyła próg jego pokoju. znowu wbijając spojrzenie w jego plecy. a ona się zatrzymała. że dobrze zrozumiała i że chodzi mu o dom. – Wchodzisz tu codziennie? – Kiedy przychodzę tutaj. przesiąkniętego wonią stęchłego powietrza i kadzidełek. Sięgnął ręką do ściany obok niej i pstryknął przełącznikiem. a nie. nie oglądając się. że nie przychodzisz do domu? – spytała. Nawet Quasimodo w drodze na dzwonnicę nie musiał pokonywać aż tylu stopni. jakby się zreflektował: – Pierwotnie były to schody dla służby. Drzwi skrzypnęły i Varen wszedł do środka. wiszącego nad wąskim łóżkiem z metalową ramą. – Jak to. chcesz powiedzieć. – odparł. a potem dodał. które stało wciśnięte pod jedną ze ścian. gdy podszedł do drzwi i nacisnął klamkę. Chciała mieć pewność. Dotarłszy do szczytu schodów.

Jednak zamiast eliksirów wszystkie zawierały suszone kwiaty. przybierając ten kąśliwy ton. że nie przychodzę tutaj. Stały obok siebie niczym kręgle albo flakoniki z miksturami w zapomnianym kredensie czarodzieja. na którym zawieszono żyrandol na haku sterczącym z sufitu. nie rozumiejąc. Pomyślała. Isobel zacisnęła usta i powstrzymała kolejne pytanie. i ani słowa więcej. które ciągnęły się w dół ściany i znikały za wezgłowiem łóżka.– Powiedziałem. ile chce. widniało kilka szklanych buteleczek. wpleciono czarne przewody elektryczne. Isobel odwróciła wzrok od kominka i rozejrzała się . taki jaki widziała w salonie na dole. Chyba nie otworzył przed nią drzwi. W pokoju znajdował się też mały gazowy kominek. że Varen zawsze mówi tylko tyle. każda w innym kształcie i kolorze. bo zamiast zwykłych żarówek tkwiły w nim plastikowe świece z czerwonymi żaróweczkami w kształcie płomieni. Znowu zwróciła spojrzenie na łóżko i żyrandol. tyle że prostszy. gdzie powinien płonąć ogień. – No to gdzie? – Wszystko jedno – odrzekł. Pokręciła głową. Miała jednak wątpliwości. W łańcuch o średniowiecznym wyglądzie. Jej uwagę przyciągnął żyrandol. przypominając sobie. ale raczej tylko je uchylił. że musiał zrobić go sam. czy kominek działa. wyłożony białymi kafelkami. który ostrzegał przed dalszym indagowaniem. bo w miejscu.

Ułożył się na szarej kapie.po ścianach. które widziała z zewnątrz. Zapewniało kosmiczny widok na dach sąsiada. które były puste z wyjątkiem jednego czarnobiałego plakatu Vincenta Pricea. tym o trzech pionowych szybach przekreślonych białymi iksami. że jeszcze przed chwilą go tam nie było. Kot powoli zamrugał powiekami. Drewniana podłoga skrzypiała. gdy zdała sobie sprawę. Natychmiast poznała okno. minęła szafę ze składanymi drzwiami i musnęła palcami białe listewki. że śledzi ją para zimnych niebieskich oczu. Na podłodze w kącie stał telewizor zintegrowany z magnetowidem i odtwarzaczem DVD. . Grobowiec Ligei. Drugie okno było mniejsze i znajdowało się bliżej podłogi na bocznej ścianie przy łóżku. Zatrzymała się. Między grami dostrzegła też kilka DVD z filmami. Niektóre widziała już w ogromnej kolekcji Danny’ego. Widziała. Alfred Hitchcock przedstawia. Miasteczko Halloween i Donnie Darko. podłączony do dwóch starych konsol do gry. Obok łóżka położono prosty biały dywanik. Varen postawił jedzenie na prostym biurku pod oknem. wszystkie zastawione – niespodzianka – książkami. W pokoju były też inne półki. to znów odsłaniając przeszywające szczeliny źrenic. choć mogłaby przysiąc. Gdy weszła głębiej do pomieszczenia. to je zaciskając. że na półkach za telewizorem stoją gry. takimi jak Edward Nożycoręki. – To jest Slipper – oznajmił Varen. Odwróciła głowę i popatrzyła na zwiniętego na łóżku pulchnego syjamskiego kota.

wyciągając notes. . zgodnie z kocią etykietą. – Niech cię nie zwiedzie ta udawana elegancja – powiedział Varen. odkładając widelce i napoje.– O rany. Wyciągnęła rękę do obwąchania. – Cudowna – poprawił. a Slipper demonstracyjnie odwróciła łebek. – Ona puszcza bąki. jest cudowny – mruknęła. Isobel podeszła bliżej do łóżka. po czym przycupnęła na krawędzi.

że to ona przepisze je na ponumerowane kartki. jego wpływ na literaturę współczesną oraz tajemnicze okoliczności śmierci. wyławiając kluczowe fakty. Zaczęła głośno mruczeć i uderzać ogonem o podłogę.28 Ulalume Rozłożyli się na podłodze. mało tego. Otworzyli małe czerwono-białe pudełka z chińszczyzną i podawali je sobie bez skrępowania – Isobel zauważyła. po czym zsunęła się z łóżka. Chciała. Z początku Slipper obserwowała ich z łóżka. Isobel nalegała. kartkowali sterty książek z biblioteki. obojętnymi oczami. Varen nie protestował. na wypadek gdyby Swanson podejrzewał. że żadne z nich nie zwraca uwagi. który widelec jest czyj. żeby opracowanie było choć częściowo napisane jej charakterem pisma. najwyraźniej podobała mu się ta metoda odnajdywania dłuższych . mrugając zimnymi. Czekała. aż w pełni zaangażują się w pracę. Zajmując się poszczególnymi kategoriami. że zrobiła zbyt mało. jak się zdawało. a na koniec rozłożyła się na ich papierach. odstawiła cały spektakl z przeciąganiem się i ziewaniem. Postanowili podzielić prezentację na trzy główne kategorie: najsłynniejsze dzieła Poego. siadając na białym dywaniku przy łóżku.

czy może mu przeszkodzić i podzielić się swoją nową troską. Stwierdziwszy. Gdy tego nie zrobił. nie odrywając oczu od swojej książki. umilkł nagle podczas czytania. Isobel podniosła wzrok znad własnej lektury i zamachała długopisem. gdy będą już to mieli za . że nasza prezentacja nie będzie zbyt. że ta sama wątpliwość przyszła mu do głowy już wcześniej. Lecz jednocześnie przypominała sobie. jak bardzo jesteśmy przyciśnięci do muru. zrozumiawszy. czy mamy inny wybór? Skinęła głową. który zajrzał na ostatnie strony książki biograficznej o masie sporej cegły. To znaczy. czekając. – zaczęła – myślisz. mimowolnie zastanawiała się. że ma rację. no nie wiem. Wiedziała też. wydęła wargi i z namysłem postukała długopisem o podbródek.. Dzięki temu systemowi pracy w nieco ponad godzinę doszli do ostatniej kategorii.... gdyby mogli się na nim skoncentrować od samego początku. jak mogłoby wyglądać ich opracowanie. jest trochę nudna. aż chłopak ponagli ją do zanotowania następnego faktu. że może. powolnego. opuściła długopis i przemówiła. zastanawiając się. Varen. – Biorąc pod uwagę. kartonowe arkusze i kartki. Zerknęła na papiery.informacji i skracania ich podczas głośnego czytania. Chociaż wszystko musiało wyglądać tak.. a nie inaczej. – Ale... by nadążała z pisaniem. nie sądzisz? Odpowiedział. że nie jest szczególną miłośniczką Poego i że poczuje dużą ulgę..

wciąż pochłonięty tajemniczymi informacjami o Poem. powtarzając się bez końca. żeby mogła znowu być czirliderką. pozwoli jej chociaż pozostać w drużynie. skrzyżowanymi w kostkach.sobą. że to przez te oczy. a potem umieszczać na półeczce na kredę. I wiedziała. te głębokie. Nic szczególnego. żeby klej wyschnął. gdy tak siedział. Bezwstydnie wykorzystała okazję. który opuścił głowę. Miała nadzieję. po czym nalepiła ponury portret na arkusz i odłożyła na bok. że to. przedstawiający samego Poego. Przysunęła sobie jeden z wydruków. oparty plecami o łóżko. A jednak wbrew sobie ciągle na niego patrzyła. Posmarowała tylną stronę klejem w sztyfcie. na które natrafił. Patrzyła na Varena. zapadnięte czarne dziury. co sprawiało wrażenie. że Poe bezgłośnie błaga o coś patrzącego. Wsunęła kartki z notatkami między strony i zamknęła książkę. przynajmniej opracowanie. co zdołają dziś sklecić. i otwartą książką na . które Varen miał pokazywać w odpowiednich momentach prezentacji. zmagając się z dreszczem. Wydawały się przewiercać ją swoim smutkiem. Isobel westchnęła. by przyjrzeć się jego sylwetce. Trzeba było jeszcze przykleić do arkusza kilka zdjęć. Bardzo standardowy szkolny projekt. po czym zwróciła uwagę na stertę wydrukowanych zdjęć z Internetu i sąsiadujące z nią kartonowe arkusze. „Samotny” było słowem. z nogami wyciągniętymi na podłodze. które wciąż przechodziło jej przez głowę. No. miały w sobie coś. Isobel odwróciła spojrzenie.

by wysunąć jeszcze jeden czarno-biały wydruk spod Slipper. Po wszystkim. jedyną widoczną częścią były usta. i wbrew sobie zaczęła się zastanawiać. jak odczułaby metal przyciśnięty do jej własnych warg. kiedy powiedziała mu. ona i Varen. Natychmiast opuściła oczy i wyciągnęła rękę. Potarła tylną stronę klejem. że poróżowiały. lalkowatej postaci w ozdobionym wstążkami czepku. Chłopak nie powinien mieć takich ust. że nie może? Jeśli uznał. Isobel odwróciła portret matki Poego. bo myśli skupiły się na nowym zmartwieniu. młodej. że wykorzystuje swojego tatę jako pretekst? Jej ruchy spowolniały. że płoną jej policzki. Poczuła. i niemal podskoczyła. Jej uwaga skupiła się na krzywiźnie srebrnego kółka. A co. Co sobie myślała do tej pory? Że po zakończeniu pracy nad projektem będzie miała szczęście i on znowu ją zaprosi? Po chwili dotarło do niej coś jeszcze. jeśli pierwszy i ostatni raz znaleźli się sam . i była pewna. co się wydarzyło. pomyślała. że teraz przynajmniej będą przyjaciółmi. co się stanie później. obejmującego kącik jego dolnej wargi. która pacnęła go chciwie łapką. Właśnie w tym momencie zaczęła się zastanawiać.kolanach. Wiedziała. gdy podniósł wzrok i pochwycił jej spojrzenie. jak mogli nie być? Ale czy jeszcze kiedyś się z nią umówi? A jeśli pomyślał. Gdy pochylał głowę i włosy zasłaniały mu twarz. że ona tak naprawdę nie chce iść do Ponurej Fasady.

. No. że dziś wieczorem musi coś powiedzieć. Zamknął książkę i odłożył ją. by w końcu dojść do ukradkowego machania sobie ręką między lekcjami. to łatwiejsze niż można się było spodziewać. bo jedyną inną możliwością było ich odepchnięcie. czy to będzie koniec? Niemal widziała przebieg ich dalszej znajomości. Zrozumiała. . pomyślała. co słychać?”. by własne uczucia ją przestraszyły. Co się z nią dzieje? Cieniu nie może po prostu powiedzieć. Czy obserwował ją przez cały ten czas? – Czy. Isobel powtórzyła sobie w myślach kilka zdań. I co teraz? W chwili niezwykłej odwagi Isobel podniosła się z miejsca. Z determinacją podniosła na niego wzrok. będą się widywali w szkole. że go lubi? Może dlatego. że to było coś więcej. w którym siedziała naprzeciwko niego. że na nią patrzy. gdy zauważyła. Usiadła plecami do łóżka.na sam? Pewnie. ale jeżeli teraz się nie odezwie. słabnącej i ograniczającej się do okazjonalnego i niezręcznego: „Cześć. możemy zrobić przerwę? – spytała.. która ze wzburzeniem zamachała ogonem. jeżeli czegoś nie powie. minęła kotkę. czy w ogóle się jeszcze spotkają poza klasą pana Swansona czy stołówką. Wszystkie brzmiały nędznie w jej wewnętrznym uchu i wydawały się wręcz lekko obraźliwe. Ta myśl w niej zawirowała. Przeszedł ją dreszcz lęku. Odłożyła klej i pozwoliła. znacznie mniej niż pół metra od niego. Nie mogła mieć pewności.

Isobel opuściła spojrzenie na książkę. że chyba masz chociaż ulubiony wiersz czy coś? Przez chwilę siedział cicho. – Ten – oznajmił. Tak więc – w dzieciństwie już. Ani się zrodził w owej strudze Mój smutek. ni radosny zbudził Ton. na pojedynczą szpaltę wyśrodkowanego tekstu. chcę powiedzieć. lat dziecinnych Żyć ani patrzeć tak jak inni Nie mogłem. Wzruszył ramionami. po czym wyciągnął ręce ponad nią. skrupulatnie. po czym wzięła książkę i rozłożyła ją sobie na kolanach.oddzielona tylko Dziełami zebranymi Edgara Allana Poego. – Czemu tak bardzo lubisz Poego? – spytała bez zastanowienia. który inne serca dotknie – Co miłowałem. krzyżując je w kostkach. Od lat najmłodszych. ze wspólnego zdroju Nie płynie też namiętność moja. u świtu . – No. W końcu się zatrzymał. pojedynczo. – A czemu ty tak bardzo lubisz krzyczeć i skakać? Westchnęła i spróbowała jeszcze raz. kochałem samotnie. Wyciągnęła nogi przed sobą tak jak on. Przeczytała po cichu. palcami odnalazł róg książki na jej kolanach i zaczął przewracać strony.

co przyszły potem – Z dna dobra czy też zła dobyty Czar dziwny jakiś mnie omotał: Potokiem bystrym. Zawahał się. wodotryskiem. który przeszedł ją całą. Który się stawał najwyraźniej Demonem mojej wyobraźni. po chwili. Zdała sobie sprawę z tykania zegara gdzieś na dole. – Jak większość z nich. prawda? Na to nie odpowiedział. I błyskawicą. że przysunął się bliżej.Burzliwych dni. gdy po niebie Mija mnie dążąc gdzieś przed siebie. Zmarszczyła brwi. chwytając boki książki. Szkarłatem gór i skał urwiskiem. gdy się toczy wokół W złocie jesiennej pory roku. przewracając kartki.] – To bardzo smutne – stwierdziła. burzą lub obłokiem (Gdy niebo czyste i wysokie). I słońcem. Później. Jego ramię otarło się o nią. i próbowała zamaskować drżenie rąk. Jeszcze raz zaczął przekładać . podnosząc głowę. jakby ktoś inny przemawiał przez nią. [Przełożył Roman Klewin. poczuła. aż wszystkie jej zmysły uległy intensyfikacji. Piorunem. – Przeczytasz mi coś? – usłyszała własny głos. wywołując dreszcz. – Ale nie wszystkie.

które wymawiał jako „Ju-ta-lum".. oplatając ją niczym pająk swoją zdobycz. Serce waliło jej w piersi.. lecz nie mogła patrzeć. nawet gdy kciukiem przeciągnął po miejscu tuż nad jej kłykciami. a ona opuściła wzrok na ciąg wydrukowanych słów. Pozbawione znaczenia linijki tekstu gapiły się na nią – nie były niczym więcej niż czarnymi patykami w białym świecie. a nagrodził ją ten wymieszany . lecz nie odważyła się spojrzeć w te oczy. Isobel przestała oddychać. Chmura niebo mroczyła surowa I od liści powiędłych szedł szmer – Od gałęzi powiędłych szedł szmer. zamknęła się na jej dłoni. Powoli odwróciła głowę w jego stronę. popłynęło z niego niby cicha muzyka. utkwione były w otwartej książce. Przez cały czas jej oczy. najpierw gdy się unosiła. W końcu przestał.strony. a myśli rozpadły się na bezsensowne kawałki. Czuła ruch każdej kartki całym swoim ciałem. Złożył jej dłonie między swoimi i poczuła. gdzie kiedyś zapisał numer ciemnym fioletem. – Ulalume – zaczął i to słowo. Wciągnęła powietrze. Jego dłoń. ciepła i spokojna. którymi w ogóle nie mrugała. jak srebrne pierścienie przyciskają się do jej skóry. Poddała mu się. a potem spoczywała na pozostałych. nie mogąc zrozumieć ani jednego z nich.

przenikającym ją niby muzyka. niż na samych słowach. co w mroku się chowa. coś bowiem zakłóciło spokój jej chwilowego raju.zapach. całe jej ciało zdawało się szumieć w środku niczym radio. I wilgotny. Najstraszniejsza z mego życia er. Znoszona skóra. Gdy wciskała rękę między jego dłonie. niski i równy. zatrzymane między stacjami. Teraz. Pokruszone liście. Był to Aubr. którego wcześniej nie umiała określić. Była ciemna noc październikowa. To zdanie w jakiś sposób zmąciło jej wnętrze. zdało jej się. wzbijając osad osiadły w podświadomości. Czoło Isobel przedzieliła głęboka bruzda. Kadzidełko. ostra i orzeźwiająca jak suszona skórka pomarańczowa. . że niemal może go rozszyfrować. który we mgle się chowa. Palce zacisnęła odruchowo na jego dłoni. które zdążyło wsączyć się w ubranie. Aubr – jezioro... a ona skupiała się bardziej na tym głosie. by w końcu je zamknąć. Była w nim też esencja przypraw.. Zatrzepotała powiekami. gdy był tak blisko. Jego głos płynął.. Czy dobrze słyszała? Otworzyła oczy i dopiero teraz słuchała naprawdę uważnie. pomroczny las Weir.

Ołowiane stopy łomoczące o stopnie. – Co? Kto to? – Wrócili wcześniej – powiedział. Złapał ją za rękę tuż nad łokciem i pociągnął przez pokój. omal nie trafiając Slipper. co innego mogłaby zrobić. Przycisnęła ją do piersi. Kroki na schodach. Przeszył ją strach. zaskoczona tym nagłym żelaznym uściskiem. ciężką niczym kotwica. puszczając rękę Varena i podskakując. ciągnąc za sobą książkę. Usłyszała głos kobiety.. – Co? Podniosła się na kolana. . – Nie – mruknął pod nosem. choć nie widziała..] Donośny trzask jak wystrzał poniósł się po domu. Isobel poszła. Isobel spojrzała na Varena. która pędem wypadła spod łóżka. który już stał na nogach. Tupot się przybliżył. – Varen? Ciężkie kroki na drewnie. jak się podnosił. [Fragmenty Ulalume w przekładzie Antoniego Langego. aż książka zsunęła jej się z kolan. Jej serce przyspieszyło.I od wiedźm opętany las We. Z łoskotem spadła na podłogę i zamknęła się. nie wiedząc. – Wejdź do szafy. a potem wstała. Isobel wzdrygnęła się gwałtownie.

jak cię wołałem? – wrzasnął mężczyzna. rzucając pasiasty więzienny wzór światła na jej rozdygotaną sylwetkę. Oderwała rękę dopiero. – Co to? Co to za bałagan na podłodze? Wiesz. aż Isobel podskoczyła i pisnęła. gardłowego kociego pomruku. podczas gdy w drugiej ręce wciąż ściskała książkę Poego. słyszałeś? Drżąca dłoń Isobel oderwała się od ust i powędrowała do ucha.– Joe – powtarzała kobieta raz za razem. tonem. – Czemu tak stoisz i nic nie mówisz? – spytał mężczyzna. Między listewkami widziała buty Varena. Szerokie oczy Slipper połyskiwały srebrem wśród mroku. Przyprowadziłeś kogoś. Drzwi jego pokoju otworzyły się na oścież z kolejnym trzaskiem. że nie wolno ci tu przynosić jedzenia. który się cofnął. upakowana w ciasnej przestrzeni pośród niezliczonych czarnych rękawów. w czarnych eleganckich spodniach i butach wyglansowanych na wysoki połysk. Widziała teraz drugą parę nóg. kto próbuje uspokoić rozjuszonego psa. Zasłoniła usta dłonią. gdy zdała sobie sprawę z niskiego. – Pytam. – Nie kłam! . Drzwi szafy zasunęły się. kiedy mnie nie było? – Nie. męskich. dobiegającego spod łóżka Varena. Isobel znalazła się w ciemności. – Słyszałeś. jak ktoś. by je zasłonić. teraz ciszej. który ociekał groźbą.

Darcy. Varen wstał. Bruce . – To mój samochód. – Zamknij się. – Nie stój rak! Na podłogę i sprzątaj! – Znowu pstryknął palcami i jeszcze raz. – Pytam. – To nie zejdzie.. Mówiłem. że to śmieszne? – Tato. ja nie. I módl się. bo nie zapłacę za naprawę. choć była nieodgadniona pod włosami. – Co zrobiłeś ze swoim samochodem? Cisza. – Chwila przerwy.. – Porozmawiajmy o tym jutro. którą. Mam dosyć tej twojej gry. że on nie może mieć auta. Właściwie zaraz to zrobisz. tato. Nie spojrzał w jej stronę. Jego twarz znalazła się w jej polu widzenia. zejdziesz i zajmiesz się też tamtym... że to tajne? Uważasz.. Sam go kupiłem. – Uważasz. – To ma być zaraz posprzątane. Varen nachylił się. i jeszcze. Jak posprzątasz ten bałagan.– Joe – prosił kobiecy głos ze schodów. a ty nie będziesz jeździł tym rzęchem w takim stanie. że Varen się waha. Mówiłem. Nie chcę tego słuchać. – Jeszcze nie pozwoliłem ci mówić. Odpowiadaj! – Ja nie. Wskazał opakowania z jedzeniem.. – Już! – Mężczyzna pstryknął palcami. Isobel widziała. by zebrać pudełka. odstawiając pudełka. Mam dosyć tej czarnej rewii.. Nie chcę słyszeć ani jednego cholernego słowa.. co zrobiłeś z samochodem. żeby zeszło.

Puścił i Varen zatoczył się w tył. możesz też zapłacić za odholowanie. jakby apatia syna budziła jeszcze większą wściekłość niż bunt i opór. A ponieważ to twój samochód i za niego zapłaciłeś. Rozumiemy się? – Wszystko jedno. żebyś więcej chodził do tej księgarni. Koniec. ale siłą woli zmusiła się. niedojdo – mówił mężczyzna i . zadzwoń do Bruce’a i niech on holuje! Sam do niego zadzwonię. że sprawy przybiorą jeszcze gorszy obrót.. a nie ty. nie chcę. a jego głos znowu dudnił. Albo jeszcze lepiej. potrząsając chłopakiem. Możesz jeździć do szkoły cholernym autobusem. Ręka mężczyzny wyskoczyła szybko niczym żmija i chwyciła rękaw Varena mocnym uściskiem. I jeszcze jedno. Potknął się. – Dosyć tego! Wiesz co? Nie będziesz miał tego złomu. by zostać w środku. obaj. ale oparł się o ścianę. opuszczając głowę. – Spójrz na siebie.. A może byłeś zbyt pijany i nie pamiętasz? – Varen – odezwała się kobieta. jeśli tata Varena dowie się o jej obecności. To nie będzie stało przed moim domem. – Po prostu przestańcie.poręczył. Isobel przytknęła dłoń do wewnętrznej strony drzwi szafy. gotowa je pchnąć. Wiedziała. Znajdę ci mnóstwo pracy tutaj. – Kiedy się wreszcie obudzisz? – krzyczał tamten. skoro wyraźnie nic do ciebie nie dociera. słyszysz? Mam dosyć podkopywania mojego autorytetu przez tego inwalidę.

Kobieta. Kolejna szuflada dołączyła do pierwszej. wystarczy – szepnęła kobieta. jesteś zupełnie jak twoja matka. Isobel zamknęła oczy. jak wyciąga rękę. Zobaczyła. Do końca życia będziesz gamoniem. Trzymał otwarte dłonie nad masą zapisanych i czystych kartek. gdy przechodził obok szafy. jakby sprawa była nie do rozwiązania. a z nimi długopisy.jego słowa zlewały się ze sobą. Isobel przykucnęła. jak z łoskotem spada na podłogę i wysypują się papiery. jeśli się za siebie nie weźmiesz. Dotknęła ramienia mężczyzny. Widziała. że posprząta. Kartonowe teczki i wiersze walały się po podłodze. . ze skrzącą się bransoletką na nadgarstku. a potem zobaczyła. Westchnął i jego głos wydawał się teraz zmęczony. – Lepiej posprzątaj – mruknął ojciec – bo wrócę tu i sprawdzę. Usłyszała. Ojciec Varena kopnął stertę wypolerowanym butem. Boże. szczupłą i opaloną. że kobieta wchodzi do pokoju. który nakłada lody. długą. – Joe. Twarde obcasy eleganckich butów trzaskały o deski podłogi. Przygaszony. wyglądając między listewkami. że szuflada biurka Varena otwiera się ze zgrzytem. – Zobacz. choć jej twarz pozostawała zasłonięta. a potem rozsypana zawartość trzeciej. Zejdź na dół. Powoli wstała. Isobel odwróciła głowę. – Powiedział. macocha Varena. wyciągnęła go z pomieszczenia. ile zmarnowanego czasu.

przez co na krótkie chwile wokół Isobel zapadała zupełna ciemność. które syczały i mówiły jednocześnie. Gdzieś w pokoju zamiauczała Slipper. które przygasało i rozjaśniało się na nowo. . Usłyszała jakąś szamotaninę. jakby żyrandol nad łóżkiem Varena kołysał się na łańcuchu. Otworzyła oczy. Na podłodze tuż przed szafą zobaczyła światło.przyciskając książkę Poego do piersi. Echo kroków na schodach stało się odległe i zniekształcone. Bezkształtne cienie przemykały nad podłogą i przed drzwiami szafy. Trzasnęły drzwi. Przekleństwo. W jednej chwili pokój wypełniły szepty – dziesięć osób. jakby dochodziło z oddali i spod wody.

Isobel ostrożnie wyszła z szafy. złapawszy jej plecak. Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem. było teraz puste. Stał tam ze swoją sfatygowaną torbą i patrzył przez dziewczynę na wskroś.29 Odwieziona Isobel zagrzechotała drzwiami szafy. dostrzegła czarną . Obrócił się bez dalszych słów. Wydawały się sączyć ze ścian. w którym stał. Wymknął się w mrok i zniknął jej z pola widzenia. Za nim światło wisiało nieruchomo na swoim łańcuchu i już nie migotało. miejsce. z książką Poego wciśniętą pod pachę. jak chwyta okno i je podciąga. Zaczęła walić w listewki. Szepty stały się głośniejsze. podszedł do okna pod przeciwległą ścianą. Wszystko było bezgłośne. wzrokiem omiatając podłogę. Isobel pognała do okna. z twarzą zimną i pozbawioną wyrazu niczym szkło. zdawał się lewitować. Nie widziała już Varena. ściany. Odskoczyła w tył. choć dziewczyna wciąż słyszała warczenie Slipper. Spojrzała w dół i gdy jej oczy przywykły do ciemności. Próbowała pchać drzwi obiema rękami. Szepty ustały. – Zabieram cię do domu – powiedział. szafę. po czym. Patrzyła. Nie chciały się otworzyć. Zobaczyła go tuż przed domem.

gdy zimny wiatr uderzył w ścianę domu i omiótł ich oboje. Okrążył samochód i otworzył drzwi kierowcy. Niezdolna mu się oprzeć. . Wrzucił swoją torbę na tylne siedzenie. nie pozostawiając wyboru. Hebanowy ptak na dachu zaskrzeczał ostrzegawczo. a jej drżenie przerodziło się w prawdziwe dreszcze. gdy minęli pierwszy zakręt. oddając plecak. na której stał. zanim zdołała się zorientować. gdzie i po co. trzymając na kolanach plecak i książkę Poego. Varen chwycił jej wolną rękę. przerdzewiała droga pożarowa. wyszła na chłodne powietrze. Isobel opadła na fotel pasażera. która zwieszała się na końcu drogi pożarowej. Poczuła. wsiadł i zatrzasnął drzwi za sobą. Zawahała się. Varen pierwszy zeskoczył z drabinki. wciąż z książką Poego pod pachą. w dół i w dół. Isobel odwróciła się i zaczęła opuszczać. pociągnął ją i wprawił w ruch. że ręce Varena obejmują ją w talii. skręt. W dół. kołysząc się mocniej. Dotarli do krawężnika i gdy ją puścił. szczebelek po szczebelku. Chwiejne schody skrzypiały i trzeszczały. Do ceglanej elewacji przylegały rozkładane żelazne schody. Trzęsąc się. Znajdowali się bardzo wysoko.powierzchnię. że ma wsiąść do cougara. Niczym echo odpowiedziało mu ochrypłe krakanie i furkot skrzydeł. wiedziała. Złapał ją za rękę jeszcze raz i znowu ruszyła. Jego i tak już mocny uścisk jeszcze się zacieśnił. Dźwignął ją i postawił na ziemi. a gdy jej stopy odnalazły metalowe podłoże.

zobaczywszy Isobel. Była wysoką blondynką. że w każdej chwili może ruszyć. że odjeżdża. Zobaczyła jego dłoń. Isobel krzyknęła. Widocznie chce. smukłą niczym świeca. gdy muzyka rage zatrzęsła całą kabiną. pomyślała. Kobieta zatrzymała się. że zapala się światło na ganku. Macocha chłopaki wybiegła na zewnątrz. Plecy Isobel uderzyły o oparcie i pomknęli ulicą. która połyskiwała w blasku księżyca niczym woda. i zaledwie lekkie skrzywienie na twarzy. Pierwszy zakręt w prawo wziął niemal bez hamowania. próbując trafić w zapięcie. Pokonał następny zakręt. i miała na sobie długą srebrną suknię wieczorową. obawiając się. Obejrzała się na dom i zobaczyła. stukając obcasami i wołając Varena. Chwyciła pas i przeciągnęła przez siebie. Zapiszczały opony. Isobel szybko zamknęła swoje drzwi. Zagrzmiały głośniki. podkręcającą głośność muzyki na cały regulator.Czy powinna coś powiedzieć? Czy też tylko pogorszyłaby sprawę? Uruchomił silnik i dodał gazu. Drzwi z barwionego szkła zostawiła otwarte i pognała chodnikiem w ich stronę. . Ruszyli. Pędzili ulicą i nagle zjechali z lewego pasa na prawy. Dźwięki gitar i ostrej perkusji wypełniły samochód i ktoś zaczął raczej krzyczeć niż śpiewać. gdy samochód przed nimi zahamował przed światłami. Znowu zwiększył obroty. zarzucając tyłem. żeby wiedzieli. Na całą sekundę ich spojrzenia się skrzyżowały.

Lampki na tablicy rozdzielczej przygasały i mrugały. stój! Boję się! Zignorował ją i z piskiem opon wjechał w kolejny ostry zakręt. zatopiony w chór szeptów. Przemknęli przed sygnalizatorem. a potem zaczęła chwiać się w górę i w dół. lecz nie potrafiła umiejscowić pędzących za oknem widoków. Błyskawicznie zostawiali w tyle znaki drogowe. starając się w miarę możliwości nadać swojemu głosowi surowe brzmienie i przekrzyczeć muzykę. Isobel pomacała wokół rękami. Budynki i latarnie przemykały obok rozmytą plamą. to znów w lewo. czego mogłaby się złapać. Silnik ryknął. gdy wskazówka prędkościomierza powędrowała wyżej. W muzykę wdarły się trzaski. Niski. gdy wóz gnał przez tunel. Nic takiego nie było. jakby jej mózg miał się za chwilę rozpłynąć albo pęknąć. Niezrozumiały pomruk przeszedł w zbiorowy syk. Cały świat dookoła zlał się w jedną smugę. Przyspieszył. – Varen. szukając czegoś.Żółte zmieniło się na czerwone. – Zwolnij. Złapała się swojego siedzenia. Głowa Isobel obracała się to w prawo. suchy głos przedarł się przez szum radia. Samochód przetoczył się obok z rykiem potwora. – Varen – odezwała się. Donośna muzyka syczała i świstała. . Ktoś krzyczał do nich z chodnika. Pośród muzyki i dużej prędkości Isobel miała wrażenie.

gdy samochód zatrzymał się z poślizgiem. Jej strach narastał. Znowu skręcił. Uderzyła dłonią discmana obok siebie. – Prowadzisz jak Brad! Jego dłonie zacisnęły się na kierownicy i miała tylko krótką chwilę. kiedy jechała z. Elektryczne poczucie prędkości krążyło przez fotel i wstrząsało jej ciałem. Lodowata woda zastąpiła krew. wszystko znowu nabrało ostrości. by pożałować swoich słów. gdy zdawało jej się. a lampki na tablicy zajaśniały jednostajnym czerwonym blaskiem.. wyłączając muzykę. Zapiszczały opony. Budynki. Zacisnęła powieki i krzyknęła: – Zabijesz nas! Nie słuchał. Na tę komendę szum zafalował. po czym . światła. Uderzyła ramieniem o drzwi pasażera i przycisnęła dłoń do szyby. – Zatrzymasz się? – krzyknęła. Do kogo on mówił? – Varen. Jej oczy przeniosły się z radia na Varena.. Muzyka znowu zagrzmiała z pełną mocą.– Odejdź! – warknął Varen przez zaciśnięte zęby. Siła hamowania szarpnęła Isobel w przód. samochody. szaleńczo krążącą w żyłach Isobel. że nad niczym nie panuje. przekradając się z głębi świadomości i paraliżując.. a potem odpłynął. zanim wdepnął pedał hamulca. by złapać równowagę. Otworzyła oczy. Nie cierpiała tego uczucia. Właśnie to zawsze doprowadzało ją do szału.. ulice. nie pozwalając jej skończyć.

. Białe światło reflektorów przecięło tylną szybę. W końcu się poruszył. Znowu siedzieli w milczeniu. że czołem niemal dotknął kierownicy. z obiema rękami wciąż zaciśniętymi na kierownicy. w którą skręcili. czy jeszcze kiedykolwiek zdoła oddychać. Przekradały się wzdłuż jego konturu.znowu wcisnęła ją w oparcie. wśród warkotu silnika. gdy mijało ich inne auto. Patrzył przed siebie. Patrzyła na niego z urywanym oddechem. po czym znowu ruszyli. a kierowcy krzyczeli przez otwarte okna. kryjąc się w zakamarkach. że brakuje jej słów. a światła znikały razem z nim.. ostre i szybkie. Zacisnęła zęby. Wiózł ją do domu. zapierając dech. wypełniając samochód w takim samym stopniu cieniem. że lepiej nic . – Varen. Wokół roztrąbiły się klaksony. na wciąż drżące kolana i znowu stwierdziła. Prowadził w absolutnie opanowany sposób i nagle Isobel poznała estakadę. – Przepraszam – powiedział ledwo słyszalnym głosem. Cisza. Przemykały nad nim czarne kształty. W głębi duszy wiedziała. nachylił się tak bardzo. Samochody wymijały ich i jechały dalej. Odchylił się na oparcie i wrzucił bieg. co jaskrawym światłem. a napięcie między nimi stało się tak silne. że Isobel zastanawiała się. – Nie – powiedział. Isobel spojrzała na swoje nogi.

On nie chciał. .nie mówić. By wiedziała. by ona to zobaczyła.

Patrzyła na swoje trampki i przez chwilę próbowała sobie wyobrazić. przynajmniej raz zadowolona. przypominając sobie. Przytuliła książkę Poego. dokąd teraz pojedzie. „Wszystko jedno” – powiedział na strychu. By wszystko mu powiedzieć. . Jedyne połączenie z jego nieprzeniknionym światem. że owo „wszystko jedno” nie oznacza domu Lacy. bez choćby: „do zobaczenia jutro”.30 Prezentacja Isobel upuściła swoją torbę w przedpokoju. że ją ma – jedyną namacalną więź z Varenem. by się z nim spotkać. Stała oszołomiona. Nie miała pojęcia. bo poczuła się nieswojo. kiedy zamknęła drzwi. że inne połączenia nie istnieją. Varen zostawił ją po prostu przed domem. A jednak widziała w domu Nethersów wystarczająco wiele. jak cougar wystrzelił do przodu w chwili. gdyby po dzisiejszym wieczorze okazało się. Po chwili przestała. jak by to było nie móc wrócić do domu. gdy tylko przekroczyła próg. że do domu nie wróci. miała jednak pewność. Zmarszczyła brwi. złocone strony i czarną okładkę. by odgadnąć. Jeśli zawałą projekt – a raczej kiedy go zawalą – książka stanie się ostatnim pretekstem. mając nadzieję. Oparła policzek o chłodne. że nie była świadkiem najgorszego.

Powie mu. Isobel odwróciła głowę mniej więcej w kierunku lodówki. położyła książkę Poego na stole. Gdy już przywykła do jego powściągliwego sposobu bycia. Pomyślała. a zegar kuchenny tykał. podobnie jak korytarz i kuchnia.pomyślała. do niewzruszonego spokoju. kto będzie akurat w pobliżu i usłyszy. powiedziała sobie. Poczłapała korytarzem. co powinna mu była powiedzieć do tej pory. że wszyscy muszą być na górze. Przynajmniej . Poczuła. Salon był ciemny i pusty. a potem do zlewu. podeszła do szafki po czystą szklankę. Zrobi coś niewyobrażalnego. Zupełnie nad sobą nie panował. Odważne myśli. Dzisiaj ją przestraszył. Zmywarka szumiała. że odpływają z niej resztki adrenaliny. że nie może przestać o nim myśleć i że po prostu chce być przy nim. Tylko myśli. Wszystko. widok Varena w takim stanie zwyczajnie ją przeraził. by jej powieki się zamknęły. Postawiła szklankę na blacie i usiadła przy stole. nie bacząc. po czym otarła usta rękawem. Podniosła plecak i rzuciła go na najbliższe kuchenne krzesło. by ją napełnić. Wyrzuci to wszystko z siebie. pozwalając. Odchyliła głowę w tył i opróżniła szklankę. opuszczając ramiona. otwierając oczy. ciągnąc za sobą torbę z książkami niby kulę na łańcuchu. Wsunie ręce pod jego kurtkę i go obejmie.

gdy przemówił na głos do radia. nie dbając o to. Ona też pewnie by tak zareagowała w odwrotnej sytuacji. którą czasem lubił podkradać. przypomniawszy sobie. Ale same cytaty to zbyt mało. To nie był on. – Isobel. że mogłaby podjąć próbę sklecenia prezentacji dla nich obojga.nic go nie obchodziło. Jak każdy. wszystkie dzwonki alarmowe rozbrzmiały jednogłośnym klangorem. stojącego w drzwiach. Westchnęła. Ostatecznie poprzestała jednak na zignorowaniu go. Wyszedł z siebie. Złożył ramiona i przybrał taką pozycję. po tym wszystkim. oboje zawalą projekt. by ujrzeć ojca. Gdyby całą noc się nie kładła. które budziły jej lęk od samego początku. Może. czy rozmaić makijaż. Czy będzie pamiętał. że miała ochotę rzucić jakąś sarkastyczną uwagę. Może dałaby radę. czując nagle wielkie zmęczenie. A potem. Jak do tego wszystkiego doszło? Tyle spraw stanęło im na drodze i teraz. Uniosła ręce do twarzy i potarła. . nawet jeśli zdjęcia na arkuszach i notatki zostały na podłodze w pokoju Varena. Rozpięła suwak plecaka i wyciągnęła zeszyt. przypominając o plotkach i ostrzeżeniach. Przestała trzeć twarz. Rozcapierzyła palce i otworzyła oczy. by je przynieść? Czy w ogóle go to jeszcze obchodziło? Przez chwilę myślała. ubranego w podarte dżinsy i czerwoną flanelową koszule. – Wcześnie wróciłaś. że ma przynajmniej listę cytatów.

– Pytam. Jeśli nie położy się spać. Gdy usiadł. od czego zacząć. – Skończyliście opracowanie? – spytał. Odepchnęła zeszyt zniesmaczona i złożyła ręce na stole. o czym chcesz porozmawiać? – Nie – mruknęła prosto w swoje ręce. Udając. że nie słyszała pytania. Czy nie do niego nie docierało? Nie była jeszcze gotowa na rozmowę. czy skończyliście opracowanie. że nie wiedziałaby. poczuła zapach żelu pod prysznic i wody po goleniu. lak została. zdecydowanie nie. Jak mieliśmy to zrobić.Brzmienie głosu ojca ją irytowało. które nie dałyby mu kolejnego powodu. otworzyła książkę Poego. kiedy jeden i drugi tata ciągle nam przeszkadzali. Popatrzyła na drobne litery wydrukowane w ciasnych linijkach. Opuściła twarz w chłodną. by uziemić ją w domu aż do studiów. nie potrafiła odnaleźć słów. który miał w sobie coś dziwnie kojącego. jak wiele zdoła zrobić? Niezależnie od wszystkiego nie mogła liczyć. Pomijając fakt. O ile w ogóle zdecyduje się na studia ale to już była zupełnie inna kwestia. – No a zrobiliście cokolwiek? . Usłyszała kroki ojca i szuranie kuchennego krzesła o terakotę. jeśli tata będzie nad nią stał. że osiągnie cokolwiek. – Stało się coś. słuchając własnego oddechu. – Nie – odparta. – Nie skończyliśmy. A przede wszystkim nie miała nastroju na pogadankę w klimacie „po prostu martwię się o ciebie . ciemną przestrzeń między nimi.

Czy to było u porządku? Jak to możliwe.Jego ton był raczej zaciekawiony niż wścibski i zastanowiło ją. Jęknęła. Z kolejnym ukłuciem w brzuchu pomyślała o rozgrywkach krajowych. nawet jeśli nie mogłaby już być czirliderką. Wymagało to zbyt wielkiego wysiłku. – Nie. – Brzmi to dość melodramatycznie. już po nas. Była zbyt zmęczona. która zajmie miejsce środkowej skaczącej. – Dziwak był z niego. – To na nic bąknęła. W ten sposób by zaliczyła. Usłyszała szurgot książki Poego na blacie. Może. bardziej chyba do siebie niż do niej. a potem szelest przewracanych stron. zaciskając ręce w pięści. po części po to. skoro naprawdę się starali? – Mogę jakoś pomoc? – spytał. skoro mieli wypracowanie. przyglądając się ojcu. by pozbierać myśli. czemu jest taki miły. nie sądzisz? Poddajecie się? Wzruszyła ramionami. kołysząc głową w przód i w tył. Powoli podniosła głowę. co? mruknął. chyba że potrafisz czynić cuda. podpisanym Ultima Thule. o drużynie. nauczyciel przynajmniej za to wystawi im ocenę. Wydala z siebie kolejne westchnienie. Rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie i patrzyła. a po części. by powiedzieć „nie". która bez niej pojedzie do Dallas. o Alyssie. by nadal się na niego gniewać. . jak zatrzymuje się w końcu na portrecie pisarza. tym razem połączone z warknięciem.

– I dziwnie wyglądał dodał.
Ręka Isobel wystrzeliła do przodu. Popatrzył na nią z
niepokojem.
– Tato – zagadnęła, uważnie obserwując jego twarz.
Ścisnęła jego ramię mocniej, bo przypomniała sobie, co
ojciec powiedział jakiś czas temu, podczas jazdy do domu
z biblioteki, tego pierwszego dnia, gdy spotkała się z
Varenem. – Tato, naprawdę chcesz pomóc? Naprawdę?
Jego spojrzenie złagodniało i uniósł brwi. Oczy Isobel
otworzyły się szerzej.
– Tak, Izzy – odparł, kiwając głową niemal z ulgą. –
Naprawdę, naprawdę chcę.
– O rany – powiedziała, zrywając się z łóżka i
przyciskając dłoń do czoła, bo do jej umysłu wdarła się
fala wielu pomysłów naraz. Potrząsnęła ramieniem ojca,
po czym puściła, skoczyła do ściany przy drzwiach do
garażu i zdjęła kluczyki z haczyka. – Mam pomysł –
oznajmiła. – Walmart! – wykrzyknęła. – Musisz mnie
zawieźć do Walmartu, już!
– Dobrze, dziecko, dobrze. Pojedziemy do Walmartu.
– Wstał z niepewną miną, a Isobel rzuciła się do niego,
uściskała, a potem wsunęła mu kluczyki do rąk.
Pytająco rozłożył ręce.
– Nie powiesz mi, co się dzieje?
Rozwarła na oścież drzwi do garażu, zeszła po
schodach i otworzyła drzwi samochodu po stronie
pasażera.
– Po drodze – odrzekła. – Wsiadaj.

Następnego dnia Isobel spóźniła się do szkoły. Nie
było jej na dwóch pierwszych lekcjach. Ale w dniu
ważnego meczu i tak nikt nie traktował szkoły zbyt
poważnie (nikt z wyjątkiem pana Swansona, ma się
rozumieć), więc nie sądziła, by ominęło ją cokolwiek
ważnego. Niosąc radioodtwarzacz, szła przez korytarze,
obwieszone plakatami i niebieskimi oraz żółtymi
balonami. Zaglądała do klas, licząc, że zrządzeniem losu
uda się jej dostrzec lśnienie srebrnych łańcuchów albo
czarnych butów. Nie znała jego rozkładu zajęć, nie licząc
angielskiego na czwartej lekcji, ale dużą ulgę
przyniosłaby jej sama świadomość, że jest w szkole.
Chciała dać mu znać, że przynajmniej mają plan gry.
Mogła podnieść go na duchu. Przede wszystkim chciała
go zobaczyć. Musiała z nim porozmawiać.
Ale to wszystko musiało zaczekać.
Zbliżając się do klasy, w której odbywały się lekcje
historii, Isobel doszła do wniosku, że nie może tracić
czasu na poszukiwania. We wszystkich szkołach w
hrabstwie obowiązywał przepis, że do uczestnictwa w
zajęciach pozaszkolnych, takich jak przedstawienie, klub,
a zwłaszcza mecz futbolowy, wymagana jest obecność na
przynajmniej połowie zajęć lekcyjnych danego dnia. Nie
chciała przesadzić, zwlekając z pokazaniem się aż do
czwartej lekcji. Na ostatnią lekcję zaplanowano przed
meczowy apel i nie miała pewności, czy to się liczy jako
zajęcia, czy też nie.

Poprawiając plecak, złapała klamkę i weszła do
środka, ze zmiętym usprawiedliwieniem w dłoni.
W drzwiach zamarła, gdy spadla na nią nagła
kanonada gwizdów, okrzyków i walenia w ławki. O Boże,
pomyślała, co znowu? Potem wstał ktoś z tyłu, przyłożył
złożone dłonie do list i wrzasnął:
– Co jest, Tren-ton?
Spłynęła na nią wielka ulga. Balsam na dusze
czirliderki.
Rozpromieniła się i pozowała (trochę niezdarnie,
wciąż bowiem trzymała radioodtwarzacz), wyciągając
pieść w górę. Nawet pan Freudenburg odłożył kredę i
klaskał. Niemal zapomniała, że ma na sobie strój
czirliderki, niebieską spódniczkę z żółtymi plisami na
niebieskich spodniach od dresu, żółty golf, a na nim top w
niebiesko-żółte pasy z żółtą literą H jak Hawks, czyli
Jastrzębie, na piersi. To było normalne, przypomniała
sobie, maszerując w jednoosobowej paradzie do swojej
ławki. Normalność, normalność, jaką uwielbiała. Ciągle
była czirliderką. Skaczącą. O to w tym wszystkim
chodziło.
Dziś wieczorem, nawet jeśli nie zaliczy projektu,
nawet jeśli to będzie ostatni raz, wykona obroty, zawiśnie
w powietrzu, a tłum będzie wył z zachwytu. Dziś
wieczorem będzie latać.
Lekcja historii szybko się skończyła i rozległ się
dzwonek na przerwę. Isobel przeciskała się przez pełen
entuzjazmu niebiesko-złoty tłum do klasy pana Swansona.

Roześmiana grupa drugoklasistów z pomalowanymi
twarzami minęła ją w podskokach. Dziewczyny trzymały
za ręce chłopaków w sportowych kurtkach. Pasma
niebieskich serpentyn w spreju strzelały nie wiadomo
skąd, przyczepiając się do włosów i ubrań, szafek i ścian.
Pośród zamieszania Isobel słyszała, jak pan Nott próbuje
przywołać wszystkich do porządku.
Ogólne podniecenie było zaraźliwe.
Zdawało się, że w całą szkołę wstąpił nowy duch, jak
zawsze w dniu ważnego meczu, i Isobel odkryła, że
desperacko pragnie wziąć udział w zabawie. Chłopcy
gwizdali, gdy szła korytarzem, schodzili jej z drogi,
wołali: „Co jest, Tren-ton?” i pomiędzy okrzykami walili
w szafki. Rytm: „Co jest, Tren-ton?”, bam, bam,
towarzyszył jej przez całą drogę do schodów. Isobel
próbowała panować nad swoim uśmiechem, chociaż tak
naprawdę chciałaby pozbyć się głupiego radioodtwarzacza
i kręcić gwiazdy przez korytarz w rytmie skandowanych
okrzyków i uderzeń w szafki. To był jej żywioł i chciała w
tym uczestniczyć, czirliderka pośród hałasu i podskoków.
Tak będzie, zapewniła sama siebie. Zanim jednak mogło
do tego dojść, pozostała do zrobienia jeszcze jedna rzecz:
operacja: „Skończyć Sprawę z Poem, Żeby Życie Mogło
Trwać Dalej”.
Isobel zdecydowanym krokiem ruszyła na lekcję
angielskiego. Serce jej zatrzepotało, gdy zobaczyła, że
wszyscy zebrali się już w grupach, by zająć się ostatnimi
przygotowaniami przed dzwonkiem. Zobaczyła pana

Swansona i szybko się odwróciła, udając, że patrzy winną
stronę. Varena nie było. Jego krzesło stało puste.
Zajęła miejsce, ustawiając odtwarzacz przed sobą.
Gdzie się podział? Naprawdę zostawił ją samą? Dopiero
teraz zdała sobie sprawę, lak napięte ma nerwy.
Wydawały się naprężać jeszcze mocniej, w miarę jak
realizacja planu była coraz bliżej. Przypomniała sobie
ostrzeżenie pana Swansona. Podczas prezentacji musieli
być obecni oboje.
I wtedy pojawił się drzwiach. Skoczyła na równe
nogi, omal nie przewracając radioodtwarzacza. Był nieco
niechlujny, miał na sobie wczorajsze dżinsy i jak jej się
zdawało, wczorajszą koszulkę, wywróconą na lewą stronę,
a oczy znowu skrył za ciemnymi okularami. Włosy miał
bardziej potargane niż zazwyczaj, co nadawało mu dziki
wygląd. Jego widok poruszył cos potężnego i
niepokojącego w głębi jej duszy, a uczucie to jeszcze się
spotęgowało, gdy przypomniała sobie, co postanowiła mu
tego dnia powiedzieć. Czy posłucha?
Hałas w klasie narastał. Do dzwonka zostało pół
minuty i tyle musiało wystarczyć, by wprowadzić go w
plan. Czekała na niego, ale z jakiegoś powodu odwrócił
wzrok i ruszył nie do niej, lecz do biurka pana Swansona.
Zaraz. Co on robi?
Rzuciła się między ławkami w tamtym kierunku.
– A tak – powiedziała, stając między Varenem a
nauczycielem.
– Zapomniałam. Chcieliśmy spytać, czy możemy

używać radioodtwarzacza. – Posłała panu Swansonowi
swój najbardziej przekonujący uśmiech.
Nauczyciel popatrzył na nich z dziwna miną. Może
chodziło o jej strój czirliderki w zestawieniu z Varenem,
który wyglądał jak grabarz. Czuła na plecach wzrok
uczniów i miała dziecinną ochotę odwrócić się i pokazać
wszystkim język.
Pan Swanson wzruszył ramionami.
– Dlaczego nie? – odparł z twarzą wyrażającą
konsternacje.
– Widzisz: – powiedziała Isobel, odwracając się do
Varena. – Mówiłam. – Jego skryte spojrzenie przecięło się
z jej wzrokiem. Patrzyła na niego znacząco, a jej uśmiech
odbijał się w okularach. Dźwięk dzwonka wypełnił
pomieszczenie. Czas minął.
Nachyliła się, szepcząc szybko pod osłoną hałasu.
– Wiem, że nie chcesz nic mówić, ale musisz zająć
się tematem śmierci, bo nie doszliśmy tak daleko. Ja
zacznę. Włącz się, jak będziesz mógł, i podążaj za mną.
Odsunęła się od niego, by zająć swoje miejsce po
przeciwnej stronie klasy.
– Proszę zdjąć okulary, panie Nethers.
Isobel patrzyła, jak Varen zmierza na swoje miejsce.
Poruszał się wolniej niż zwykle i tym razem nie raczył
zdjąć okularów na polecenie pana Swansona. Może,
pomyślała, nie usłyszał? To wydawało się jednak mało
prawdopodobne, jako że ostatnio był to już między nimi
stały rytuał na początku lekcji, sposób na okazanie

wzajemnego szacunku. Dziewczyna patrzyła, jak siada
przy swojej ławce, zupełnie jakby wymagało to więcej
wysiłku niż zwykle. Szybkie spojrzenie kątem oka i już
wiedziała, że nauczyciel też patrzy. Podobnie jak
najwyraźniej wszyscy pozostali.
Varen usiadł. Minęła chwila, podczas której pan
Swanson chyba się zastanawiał, czy powtórzyć polecenie.
Ku uldze Isobel, nie zrobił tego. Może z uwagi na
wyjątkowo niechlujny wygląd chłopaka. A może coś
wiedział albo coś podejrzewał. Tak czy inaczej, więcej o
to nie poprosił.
Wezwał pierwszy zespół. Todd i Romelle włączyli
DVD, na którym, jak się okazało, mieli wideoklip o życiu
Marka Twaina. Pomysł był dobry, tak dobry, że Isobel go
pozazdrościła. Przygotowania wcale nie zajęłyby wiele
czasu i mogliby wykorzystać którąś piosenkę z kolekcji
Varena.
Wkrótce nadeszła kolej na następny zespół i Walta
Whitmana. Potem byli Richard Wright i Washington
Irving. Pomiędzy prezentacjami Isobel usiłowała
pochwycić spojrzenie Varena. Czemu nie chciał na nią
spojrzeć? Zastanawiała się, czy nie przekazać mu liściku,
stwierdziła jednak, że to zbyt duże ryzyko.
– Isobel i Varen!
Dziewczyna wstała i tętno jej przyspieszyło. Zerknęła
w kierunku Varena, ale nie potrzebował znaku z jej
strony. Podniósł się machinalnie i oboje podążali przed
klasę. Isobel podała mu radioodtwarzacz i kabel. Gdy je

wziął, na urządzeniu zapaliła się obok przycisków
czerwona dioda. Rozległ się szum, coraz silniejszy, i
Isobel przystanęła, zdezorientowana, pamiętała bowiem,
że tego ranka wyciągnęła baterie, by sprzęt był lżejszy.
Patrzyła na Varena, maszerującego pod tablicę,
podczas gdy radio skakało po stacjach. Postawił
radioodtwarzacz na biurku pana Swansona i zanim zabrał
ręce, przez szum przebił się kobiecy głos. Odległy i
niewyraźny, brzmiał, jakby pochodził ze starej,
porysowanej płyty.
– ... skupić – powiedział głos. – Traktuj to wszystko
jak pustą stronę.
Z ukłuciem niepokoju zdała sobie sprawę, że już
słyszała ten głos. Dobiegał z poddasza w Zakątku Nobita.
Tamtego dnia ona i Varen pracowali, a potem wróciła po
książkę Poego i odkryła, że pomieszczenie na górze jest
puste. Tuż przed pójściem do parku.
Zaniepokojona przełknęła ślinę. Podczas gdy Varen
podłączał radioodtwarzacz, przysunęła dwa krzesła do
biurka pana Swansona, szczególnie dokładnie ustawiając
to z nich, które znalazło się bliżej miejsca nauczyciela.
Ucieszyła się, że Varen zrozumiał aluzję. Podszedł do
tego krzesła i usiadł. Próbując zapomnieć o sytuacji z
radiem, Isobel okrążyła biurko i usadowiła się na
obrotowym fotelu pana Swansona. Nauczyciel, który zajął
puste krzesło w klasie, nic nie powiedział.
Isobel wzięła swój plik kartek i odetchnęła. Chwila
prawdy nadeszła.

Uśmiechnęła się do klasy, wyciągnęła rękę i nacisnęła
guzik odtwarzania. Rozbrzmiała muzyka – chwytliwy,
niemal teleturniejowy motyw z syntetyzatora z bonusowej
rundy jednej z gier komputerowych Danny’ego. Wszyscy
patrzyli z beznamiętnymi minami, włącznie z Varenem.
Muzyka umilkła i Isobel wcisnęła pauzę.
– Zapraszamy na kolejny odcinek dyskusji o
umarłych poetach – powiedziała. – Jak zwykle wita
państwa Isobel Lanley. W naszym specjalnym odcinku w
wigilię Wszystkich Świętych zaprosiłam kilku
specjalnych gości. Jeden z nich jest już z nami. Powitajmy
pana profesora Varena Nethersa, słynnego znawcę
ponurych umarłych poetów i autora bestsellerowych
książek: „Uwolnij swój Poe-tencjał – poradnik pisarza"
oraz „Pa, pa, Poe – może już wystarczy”. Witamy,
profesorze.
Nacisnęła guzik wyboru kolejnego utworu,
uwalniając odgłos braw. Varen popatrzył na nią
zasłoniętymi przez okulary oczami z miną, która zdaniem
Isobel mogła wyrażać ból. Zgrzytnęła zębami, wciąż się
uśmiechając, i wzrokiem poprosiła go, by pociągnął tę
grę.
Dźwięk aplauzu umilkł.
– Ale to nie wszystko – brnęła Isobel, starając się, by
jej głos brzmiał zachęcająco i wszystkim poprawiał
nastrój.
– Mamy dziś jeszcze jednego specjalnego gościa –
ciągnęła. – Przybył do nas aż z cmentarza Westminster w

uroczym Baltimore w stanie Maryland. – Przerwała, nie
przestając się uśmiechać. Wyciągnęła rękę w stronę drzwi
w geście prezentacji, tak jak robili prowadzący wieczorne
talk-show. – Powitajmy w naszym programie pana Edgara
Allana Poego!

31
We własnej osobie
Drzwi otworzyły się. Isobel znowu nacisnęła guzik i z
odtwarzacza rozbrzmiały kolejne oklaski. Edgar Allan Poe
wmaszerował do klasy. Stał przez chwilę z twarzą
wyrażającą połączenie ponurego żalu i melancholii i z
dłonią opartą na sercu.
Isobel pomyślała, że mama świetnie się spisała, jeśli
chodzi o makijaż. Jego bladość i worki pod oczami
wyglądały bardzo naturalnie. Z drugiej strony,
rzeczywiście nie spali prawie całą noc i pewnie były
prawdziwe. Uznała, że czarna peruka ze stoiska z
przebraniami w Walmarcie wygląda trochę tandetnie, ale
zrobiła, co mogła, przycinając ją i czesząc. Jej ojciec miał
na sobie frak, w którym brał ślub, teraz bardziej niż
przyciasny, nogawki spodni miał podwinięte, jakby chciał
brodzić w wodzie, i czarne skarpetki były odsłonięte.
Długa biała ścierka do naczyń, zawiązana na szyi,
zastępowała fular, a resztki włosów z peruki przykleili mu
tego ranka nad górną wargą za pomocą specjalnego kleju.
Cały ten strój (w połączeniu z dramatyczną miną) mógłby
naprawdę wywierać wrażenie, gdyby nie pluszowy tukan,
pomalowany czarnym sprejem, zwieszający się drętwo z
jego prawego ramienia, gdzie umocowali go taśmą
klejącą. Ptak głupio podskakiwał, gdy mężczyzna kroczył

na środek klasy. – Witamy. Potem jej ojciec zajął krzesło obok Varena. by podać w nich fakty i prosić raczej o potwierdzenie niż o informację. Isobel przeszukała stos kartek i odnalazła tę. który gapił się na niego. czy pamięta on przynajmniej jeden fakt. z jaką przesadą ojciec odgrywał teraz swoją rolę. panie Poe – powiedziała dziewczyna. które minęły od pańskiej przedwczesnej i tajemniczej śmierci w 1849 roku? – Strasznie. – No. . – Dziękuję. Zresztą wcale tak nie było. W sali zapadła cisza i wszyscy czekali. – Zawsze to miło wrócić między żywych. Isobel wbrew sobie zastanawiała się. dziękuję – zapiał Poe z udawanym południowym akcentem. paradowali po salonie. panie Poe – zaczęła – jak się pan miewał przez ponad sto pięćdziesiąt lat. zaciskając ręce na podłokietnikach własnego krzesła. wywołując wybuch śmiechu i aplauz. że jej tata wykonał całą pracę. Zapisała wszystkie swoje pytania tak. próbując przezwyciężyć napięcie. która była jej potrzebna w pierwszej kolejności. Biorąc pod uwagę. Ojciec najwyraźniej zrozumiał i nie próbował mu podać ręki. co nastąpi. Przecież nie mogło wyglądać na to. Isobel wstała zza biurka i podała rękę fałszywemu Poemu. odpowiadali „nevermore” na każde pytanie i wymyślali sposoby na włączenie w prezentację fatalnych tekstów Poego. który mu podała. Przez większą część nocy wygłupiali się.

– Jestem nim. Isobel patrzyła. ale przypuszczała. Przypomniała sobie. profesorze? Ta część budziła w niej największy niepokój. Właśnie w tej kwestii chciała go uprzedzić. gdyby mieli okazję. – Tata uśmiechnął się do Varena. Studnia i wahadło oraz Alaska Śmierci Szkarłatnej. . które oznacza: „Jesteś czystą esencją beznadziei". żeby podjął grę. które zdołał wytrzymać z zatrzymaną grą. – Panie Poe. – Mam rację. że są dziś panowie z nami. Znowu śmiech. Wszystkie poruszają tematykę śmierci i zawierają elementy nadprzyrodzone. Parła dalej. I to tak. pomysłem podsuniętym w ciągu dziesięciu sekund. że jest pan też uważany za ojca współczesnej literatury kryminalnej? – O tak. że chłopak patrzy na fałszywego Poego tym swoim przeszywającym spojrzeniem. że w obecnych czasach wielu nazywa mnie „Szekspirem Ameryki”. Z uwagi na ciemne okulary nie mogła być pewna. gestykulując dłonią. Czy to prawda. Musieli w jakiś sposób wciągnąć w to Varena.– A jak teraz wygląda plutoński nocy brzeg? – Strasznie. jak głowa Varena powoli obraca się w stronę jej ojca. do pańskich najważniejszych dzieł należą: Zagłada domu Usherów. oczywiście – odrzekł Poe. że właśnie ten moment był jedynym wkładem Danny’ego w całą prezentację. – Bardzo się cieszymy. Słyszałem też. panie Poe i profesorze Nethers – mówiła z przyklejonym uśmiechem czirliderki.

Uniósł palec. – Zatem to prawda. – Nie – odparł chłopak – tyle że Poe nie zarobił na Kruku żadnych pieniędzy. Skinęła głową i kontynuowała. proszę pana – powiedział ojciec Isobel. – Oczywiście że zarobiłem! – Piętnaście dolców. zakładając nogę na nogę i rozpierając się na krześle. Zostałem kimś w rodzaju. tak – odpowiedział chłopak. – Jeśli mowa o pieniądzach. by pogłaskać poczerniony dziób nieruchomego fałszywego kruka. Poe wyprostował się. Muszę powiedzieć. – To... że był pan bardzo biedny – improwizowała dziewczyna. byłem biedny – .– No.. Elvisa literatury. opierając się i wygładzając ubranie – nie ma nic do rzeczy. że to zdumiewający sukces. Czy mógłby pan coś powiedzieć o sukcesie tego konkretnego utworu? – Rzeczywiście – odparł Poe. Varen pobladł na to porównanie. – W pańskim dorobku najbardziej znany jest jednak zapewne wiersz Kruk. – Czy ma pan inne zdanie. profesorze? – spytał Poe. chwytając krzesło. jeśli można tak powiedzieć. Po klasie poniósł się śmiech. niż mogłem sobie wymarzyć.. wiercąc się na krześle. a czarny ptak na jego ramieniu zahuśtał się. – Ten wiersz stał się popularniejszy. tak.

– A czy to prawda. że nie spadły mu okulary. – Po śmierci pańskiej żony Virginii – odezwała się – próbował pan ożenić się drugi raz. Varen wciąż na niego patrzył. – Często – mruknął Poe. że cały ten numer przejdzie. pomyślała.odrzekł jej tata. spoglądając na kolejną kartkę. – Widzę. prawda? . czasami – poprawił się Poe. który przynosiły najczarniejsze rozpacze mojego życia. odchylił się i jeszcze mocniej zacisnął swój i tak ciasny frak. kierując te słowa do ogółu. ale jeśli piłem. że nawet pan Swanson zachichotał. rzucając Varenowi gniewne spojrzenie. Poe prychnął. a w końcu odejście mojej najdroższej Virginii. że od mojej śmierci Ameryka trochę się zmieniła pod względem obsesji na punkcie dolara. Czyli coś jednak zapamiętał. to tylko po to. – Ale nie można powiedzieć. no” – Isobel była pod wrażeniem. by utopić posępny ból. a potem powiedział po prostu: – A tam! Głowa Varena obróciła się błyskawicznie w kierunku jej ojca i dziewczyna aż się zdziwiła. że w sercu nie byłem dżentelmenem – zauważył Poe. „No. Zgarbił się na krześle. – No. takie jak długa choroba. Może to oznacza. – I nie chcę się usprawiedliwiać. Tym razem Isobel zdawało się. że nadużywał pan alkoholu? – spytała Isobel. Dobrze.

jakiś czas zabiegałem o względy panny Sary Helen Whitman. Trochę zbastuj. – I Annie – wtrącił Varen. Isobel zamknęła oczy na dłuższą chwilę.. starając się powstrzymać rumieniec. – A potem była Elmira. pomyślała i otworzyła powieki z powrotem. Annie – przyznał. przez. Później uśmiechnęła się mimo woli. Ja. – Nikt nie wie. – Która była mężatką. – Mama poradziła jej.. że brzmią jak wypowiedź tandetnej wróżki. skulił się i odwrócił. choć Isobel uważała.. od . informacje o pańskim zgonie są w najlepszym razie niejasne. – To dość ciekawa historia. Znowu śmiech. Poe umilkł z uśmiechem na ustach. by ubrać to w takie słowa. – Panie Poe. – Poe skrzyżował ramiona. Podniósł palec. – A potem była Elmira. tato. wypełzający na policzki.. Wkrótce do omówienia pozostał już tylko jeden temat: śmierć. tak. – I. – Dziewczyny lubią wąsik. podając fakty i wywołując wesołość swoim oschłym spokojem. – Co mam powiedzieć? – mruknął Poe. Zadawała kolejne pytania. niż się spodziewała. Istnieją różne teorie. a Varen dalej wtrącał się w mgliste odpowiedzi ojca. bo plan sprawdzał się lepiej. co się stało tej brzemiennej w skutki nocy.– Cóż. zgadza się. Z tyłu klasy rozległy się śmiechy i podszyte drwiną okrzyki: „ooo". by poluzować fular.

– Mmm. po drogą ciotkę Moody.. obawiam się. wyjeżdżałem z Richmond. Najpierw chciałem wrócić do domu. jednak w jakiś sposób fascynująca.. że nie do końca pamiętam. ale ma pan rację. do Nowego Jorku. prawda? Czuję się zatem w obowiązku zachować dla siebie rozwiązanie tajemnicy swojej śmierci. Tak. przechylając głowę. Ale najpierw.. – Wyciągnął drżącą dłoń w stronę publiczności i posępnie zacisnął palce w pięść. – Muddy. tyle lat temu. Umysł staje się ciężki. – Stęchłe powietrze grobu! Cisza wiecznego snu. że był w jakiś sposób powiązany z przestępstwem? – Nie. – Powoli wstał i zaczął się przechadzać z rękami złożonymi na plecach. Isobel przewróciła oczami.. Miałem się ożenić. – Zgadza się – szepnął Poe.wścieklizny po morderstwo. – Za bardzo lubię zagadki kryminalne. – Z Richmond do Nowego Jorku – poprawił Varen. – Przyznaje pan. Morderstwo – powtórzył Poe – to najohydniejsza. – W tym momencie Poe urwał. – Poza tym. co się wydarzyło tamtej nocy.. przykładając dłoń do czoła. nie przyznaję – odparł. jakby nasłuchiwał czegoś z . ożenić.. gdzie w końcu się zaręczyłem.. Tak.. Sam je wymyśliłem. Nigdy nie podejrzewała ojca o takie zdolności! – Byłem w drodze z Nowego Jorku do Richmond. ze znanych człowiekowi rozrywek. tyle eonów temu. – Tak właśnie powiedziałem. pamięć szwankuje.

wtedy. – Profesorze Nethers. – Znaleziono go pod barem w Baltimore w stanie delirium. Gdy patrzyła. Wszyscy patrzyli.. Zmarszczyła brwi. – Pamiętam. może – zaryzykowała Isobel – zechce nam pan podać garść szczegółów związanych z tą zagadką? Varen. być może przypominając sobie wyszeptane błaganie Isobel. siedział prosto i słuchał. który zwykle kładł głowę na ławce.. Kuzyn i znajomy lekarz zabrali go do szpitala. Nawet Bobby Bailey. a szczęki jej się zacisnęły.. – Tak. – Pomiot zła! Isobel doznała dziwnego uczucia. że Poe całymi dniami majaczył. w cudzym ubraniu. – Demon! – wrzasnął nagle ojciec Isobel. teraz pamiętani – szepnął Poe. a myśli i pamięć powoli podążyły ku budzącym się na nowo lękom. – Z relacji lekarza wynika. Wszyscy z chóralnym okrzykiem podskoczyli na krzesłach.oddali. jak ojciec improwizuje. wyciągając palec w kierunku jakiegoś punktu na suficie. że Varen wspomniał o .. Oczy Isobel oderwały się od ojca i omiotły twarze uczniów. – Poe zaginął na pięć dni – powiedział i jego głos przecinał panującą w klasie ciszę. przemawiając do zmyślonych osób i niewidzialnych przedmiotów na ścianie. podjął wątek. jej dłoń mocno przywarła do blatu biurka. że jechałem pociągiem z kufrem pełnym rękopisów i notatek. Pociąg zatrzymał się i wtedy. Przypomniała sobie teraz.

Ten ktoś nazwał się Reynolds.. na dzisiaj to już koniec – wyjąkała i znowu wdusiła odtwarzanie w nadziei. z oczami wlepionymi w Varena. zanim zarejestrowała głos pana Swansona. przy żywych. wzywać kogoś.. majstrując przy radiu. Końcówka kolejnych oklasków popłynęła żałośnie z głośników. jak Poe krzyczał do niewidzialnych rzeczy na łożu śmierci. – Na. by znał go Poe. – bąknęła. Siedziała oszołomiona. Nic nie wiadomo też o tym. zamrażając jej umysł i spowalniając ciało.tym w bibliotece. – W noc przed swoją śmiercią – ciągnął Varen poważnym tonem – zaczął wykrzykiwać jakieś nazwisko. Jednak wystarczająco wiele. że zamaskuje brak panowania nad tekstem. w końcu stop. podczas ich pierwszego spotkania w sprawie projektu. – Isobel – spytał – dobrze się czujesz? Jak przez mgłę zobaczyła ojca. który wypadł z roli i patrzył na nią z pytaniem: „co się dzieje” wypisanym na twarzy.. O tym. Isobel słyszalnie się zachłysnęła. by domyślił się. – Eee. Jej ojciec ukłonił się z wahaniem. Przeszyły ją ostre kolce strachu i paniki. po czym umilkła. potem pauzy. podczas gdy pamięć podsuwała jej obraz odzianej na czarno postaci. choć .. Nie umiała stwierdzić. ile czasu minęło. Podenerwowana. nacisnęła guzik odtwarzania.. że nie ma do czynienia z kolejną częścią prezentacji.. kogo nikt nie znał.

. co też ich ominęło. by przed wyjściem pstryknąć kilkakrotnie włącznikiem światła. śmiejąc się i rozmawiając. – Tak – potwierdził. Stopnie podam w przyszłym tygodniu. jak sądzę – dodał. kończąc lekcję czymś. wycofując się do drzwi. Rodzice też. Odezwał się dzwonek. Wszyscy bardzo dobrze się spisaliście. Wszyscy zerwali się z krzeseł. od którego normalnie przełknęłaby nerwowo ślinę. Odchodzę i nie wrócę do tego świata nigdy już. Isobel skrzywiła się. wtedy też porozmawiamy trochę szerzej o panu Poem. rzucając Isobel znaczące spojrzenie. Nevermore! Isobel patrzyła w odrętwieniu. Dłoń w czarnym rękawie wsunęła się z powrotem zza drzwi i pochwyciła maskotkę. przekrzykując zgiełk: – No dobrze. Pan Swanson też się podniósł i oznajmił. co przypominało tornado. Tylko na tyle było ją stać. Czarny ptak spadł mu z ramienia na linoleum. – Ehem. by darował sobie tę zabawę światłem. znowu odwracając się do klasy. przystając przed drzwiami na chwilę wystarczająco długą. pierwszej połowie dziewiętnastego . że błagała go. Bez wątpienia zastanawiali się. to na Varenie. już was zostawię – powiedział ojciec. jak jej ojciec dramatycznym krokiem opuszcza klasę. zabierając zeszyty. Rzucił córce pytające spojrzenie. Skinęła mu głową. szeleszcząc papierami. – Poproszę o wypracowania. przypominając sobie..trochę rzadkich brawach widzów. którzy skupiali uwagę na przemian to na Isobel.

a jej umysł powtarzał to słowo. Zobaczyła tylko ich wypracowanie. panie Levery. że to jedyne wyjaśnienie. Miała kłopoty. Tylko to tłumaczyło wszystko. którą wybrał na tytuł. Czy były prawdziwe? Uświadomiła sobie. – Varen? – spytała bezgłośnie. Proszę podciągnąć spodnie. . Obraz w lustrze. Tępo obserwowała. Reynolds. a potem zajmiemy się pisarzami z czasów wojny secesyjnej.. której tematem był. Nie. grzebiąc pod sobą ładną gotycką czcionkę. Pusta. Nie była wariatką – a może była? Skupiła uwagę na pojedynczym czarnym sęku w drewnie. Bieg przez park. to by pamiętała. Podniosła głowę i popatrzyła na ławkę w kącie. próbując sobie przypomnieć coś innego.. Książka Poego. Postać w drzwiach podczas treningu. Życzę wam bezpiecznego Halloween. Głos na poddaszu. Wyrzuciła ją. Jej sny. nie muszę oglądać pańskich bokserek. Jego torba i czarny dziennik zniknęły. Czy nie był wytworem jej podświadomości? Albo czy Varen nie wspomniał o nim wcześniej? Nic.. Isobel patrzyła na ziarnistą fakturę blatu biurka pana Swansona. I nie wpadnijcie w żadne kłopoty. jak zaczynają się na nim piętrzyć inne prace. Wstała gwałtownie i spojrzała na krzesło obok. naprzód Jastrzębie z Trenton.wieku i romantykach. proszę! Kłopoty. wpięte schludnie w plastikową okładkę. Wypowiedź.. co powiedział jej Reynolds.

Isobel rozejrzała się w obie strony po korytarzu w poszukiwaniu znajomej ciemnej sylwetki Varena. jak nam poszło? Hej. by spojrzeć na zegarek. by podnieść czarnego ptaka. gościu. żebym mógł po ciebie wrócić przed meczem. wysoki na ponad metr osiemdziesiąt Bobby Bailey stanął między nimi. dzięki – odparł mężczyzna. że tak myślisz. jak potrafił. zupełnie ją zasłaniając. słuchaj. – Złapał ją za ramiona i przytrzymał. – Pochylił się. – Ej. – Lepiej pojadę już do biura.32 Pióra Zaraz po wyjściu za drzwi Isobel wpadła na swojego ojca i prowizoryczny kruk znowu spadł mu z ramienia na podłogę. – Eee. Widziałeś. – Ej. – Jak myślisz. – Tato.. Iz! Ciągle tu jestem. uczestnicząc w rytuale przybijania piątki najlepiej. fajnie.. to było super – powiedział. by się odsunął. i zanim Isobel zdołała wydusić z siebie choćby jedną sylabę. – Ej. – Opuścił rękę. to ważne. halo. wciągając jej ojca w skomplikowany ciąg uścisków dłoni i stukania się pięściami. Gdy go nie zobaczyła. w którą stronę poszedł Varen? .. gościu. szturchnęła Bobby’ego łokciem..

Znowu się . Właśnie w takich chwilach złościła się na swój niski wzrost. nie. Pusto.Bobby ostatni raz stuknął się z jej ojcem pięściami. pośrodku ogarniętego chaosem korytarza. – Tato. Tata wsunął maskotkę pod pachę i zmarszczył czoło. – Varen! Nie słyszał jej? Pognała za nim i niemal go dogoniła. to było świetne. Potem otworzyło się przejście i nagłe pojawił się w polu jej widzenia. – Uściskała go szybko. nie oglądając się. a teraz. – Tam – odrzekł. by zobaczyć coś ponad czubkami rozkołysanych głów. wyciągając rękę. Nawet się nie przywitał ani. Na początku go nie zobaczyła. – Możesz to zabrać? Muszę lecieć! Odwróciła się. nie podziękował. w miejscu gdzie powinien być. Nie było go. – Poszedł w tamtą stronę.. po czym się oddalił. Wiesz. i pobiegła przez tłum. w przebraniu Poego i z jej niebieskim radioodtwarzaczem w rękach. lecz za zakrętem wyhamowała. no wiesz. Zajrzała do najbliższej klasy. Zaczęła się do niego przepychać.. dziękuję. że tak zostawia tatę. Znowu go zawołała – czemu się nie odwrócił? Skręcił za róg. Pobiegła za nim. Złościła się też. po czym wetknęła mu w ręce radioodtwarzacz. Podskakiwała. nie czekając na odpowiedź. Jeszcze dwie sekundy temu znajdował się tuż przed nią.

Isobel stwierdziła. . Stevie też tam był. Czy raczej. Na przykład wczorajszego. śmiejąc się i gawędząc. by się odwrócić albo zerknąć ukradkiem w miejsce. że ten obrót spraw ją denerwuje. Nie miała teraz czasu na dramaty. i żałowała. Doszła do wniosku. Po wejściu do stołówki Isobel od razu zobaczyła siedzącą przy ich stoliku Gwen. gdzie siedziała ekipa. Skoro Nikki próbowała dołączyć do jasnej strony (jeśli rzeczywiście o to jej chodziło). ty mów Buldogi! Dziady! Buldogi! Dziady! Buldogi! Coraz więcej uczniów przelewało się falą obok niej. zataczając powolny krąg. że Nikki nie wybrała innego dnia. poprawiła się w myślach. Trzaskały szafki. dłubiąc w nietkniętej sałatce taco i wyglądając ponuro pomimo wesoło dyndających kolczyków. Zwróciła spojrzenie na Steviego. siedziała Nikki. Nie spodziewała się jednak trzeciej osoby – na końcu stolika. Wyglądało na to. Gdzieś z oddali usłyszała swój ulubiony okrzyk na dwa głosy: – Ja mówię Trenton. co zostało z ekipy. że ekipa zgrabnie podzieliła się na pół. to. Isobel powstrzymała chęć. że nikt nie zauważył zupełnego zniknięcia jednej osoby. bez wątpienia stojąc po stronie Nikki w tej próbie bezbolesnej zmiany sojuszy. ty mów Jastrzębie! Trenton! Jastrzębie! Trenton! Jastrzębie! Ja mówię dziady.obróciła. co niespecjalnie ją zaskoczyło. który jej pomachał. Ich oczy na chwilę się spotkały.

– To długa historia. – Pokręciła głową. – Hej – odezwała się Gwen. W ten sposób była odwrócona plecami do Steviego i Nikki. – Wiesz – powiedziała Gwen. że jeśli w ogóle chce się spotkać z Varenem. – Gwen. że nie chce iść. by mieć kolana skierowane na zewnątrz zamiast do środka. – Słuchaj – powiedziała cicho. – Isobel – odrzekła Gwen. że nazywał się Rambo. że nie chcesz iść. Czemu zmieniłaś . Chciała iść. Nigdy nie mówiła. musi znaleźć go dzisiaj. – Możesz mnie jeszcze zabrać na tę imprezę dziś wieczorem? Tamta odgryzła kolejny kęs gumowatej kanapki i uśmiechnęła się. Nie u ciebie. – Chyba mówiłaś. przełknąwszy kęs czegoś.– Hej. przedrzeźniając jej poważny ton. co zdaniem Isobel wyglądało na kanapkę z masłem orzechowym i bananem – widziałam już tę minę. szturchając żebra Isobel kościstym łokciem – co z tobą? Znowu robisz ten okropny numer z patrzeniem w inną stronę. Isobel obróciła się w miejscu. Isobel zmarszczyła brwi. w Ponurej Fasadzie. Iz – zawołał. właśnie tam. – U kogoś innego. a potem usiadła tak. – Gdzie się podziewałaś? Zatrzymała się przy stoliku i opuściła plecak na podłogę. Zdaje się. tym bardziej że miała poczucie. – Ledwie dało się zrozumieć te słowa.

zaciskając pięść. Powinien być tutaj. Była zła. – Będziesz tak siedzieć i mnie ignorować? – rozległ się głos Nikki. który błaga kata o pośpiech. obróciła się i wsunęła nogi pod stół. że przy stoliku brakuje między innymi Lacy. Spojrzała w kierunku stolika gotów.zdanie? Nie. W dodatku dziś było Halloween. niczym skazaniec. Isobel uciekła przed jej spojrzeniem ze szczerym poczuciem winy. Przyszła jej do głowy nowa myśl i podniosła głowę. Oparła łokcie na stole i skryła twarz w dłoniach. Bez wątpienia szykowali się na własne święto w Ponurej Fasadzie. – Objedź mnie albo coś. że właśnie teraz musi się tym zajmować. Isobel nie mogła nie zauważyć. skoro już nakłoniłam Mikeya. żeby mnie ometkował. Isobel podciągnęła stopy. . – Po prostu powiedz. że mnie nienawidzisz – ciągnęła Nikki. Towarzystwo było tam nieliczne. Dlaczego nie jesz? Gdzie twój obiad? Rozmawiaj ze mną Skończyliście ten projekt czy nie? I gdzie w ogóle jest Mroczny? Nie widziałam go cały dzień. Nagle wciągnęła powietrze z powrotem w płuca. przy tym stoliku. pewnie chcieli uniknąć przedmeczowego apelu. pomyślała Isobel. by omieść salę wzrokiem. żebym w ogóle zamierzała dać ci wybór. – Podbródek jej zadrżał. – Tylko mnie nie ignoruj. – Nikki – westchnęła.

– Nikogo nie widzę. lecz w odpowiedzi zobaczyła tylko wzrok pełen bólu i niepewności. jak i Nikki odwrócili głowy. Tuż obok Brada. widzisz go. że .. co się dzieje? Bardzo chciałam to zjeść.– O mój Boże. Doskonale pasował do jego patykowatej sylwetki. a jednak lekko nastroszonych. Nosił czarny skórzany strój i łańcuchy. Kanapka z bananem nie trafiła do ust Gwen. który wyglądał niemal jak kaftan bezpieczeństwa. – O mój Boże. – Gdzie? – spytała Gwen. gładkich. – Iz – wtrącił Stevie – Nikki chciała powiedzieć. Gwen. – Siedzi z Bradem. Miał na sobie cienki czarny płaszcz z licznymi zapięciami. Obok Brada siedział chłopak o porcelanowobiałej cerze i krwistoczerwonych włosach zaczesanych w tył. zaciskając dłoń na ramieniu Gwen.. – Siedzi tam. – Zgrywasz się ze mnie czy jak? – Co? Nie! Ja. prawda? – Isobel zerknęła na byłą najlepszą przyjaciółkę. – Co to za facet? – Jaki facet? – Tamten facet – odparła Isobel. Pod stołem dostrzegła ciężkie buciory i spodnie pełne sprzączek oraz matowych srebrnych łańcuszków. Nikki. Zarówno Stevie. – Wyciągnęła rękę i zacisnęła ją na kształt szponów na ramieniu tamtej. lecz wysunęła jej się ręki i spadła na podłogę.

Stevie podniósł się z ciężkim westchnieniem. że nie powinna wskazywać na niego. – Zostawiła tacę i oddaliła się. – Isobel – zaczęła Gwen. ale w tej kwestii muszę się z nimi zgodzić. – Wiedziałam. Szybko opuściła rękę. że żołądek spada jej na podłogę. Pomachał do niej. który siedział najbliżej. – Nie o to chodzi! Patrzcie! – Wskazała ręką. bo coś jej powiedziało. Isobel jak sparaliżowana patrzyła na czerwonowłosego chłopaka. Nawet Brad. – Nie! Wiem! – Phi! – Odsunąwszy tacę na bok. To nie jest śmieszne. aż w końcu obejrzała się i zobaczyła. Stevie odwrócił się. niezwykle długą rękę. że chłopak obok Brada obrócił głowę i patrzy prosto na nią. Usta miała suche jak pieprz. Nie zważając na nią. – Bez obrazy. popatrzył na Isobel ze złowrogą dezaprobatą. Nikt go nie widział. szybko zmierzając w stronę drzwi dziedzińca.żałuje. a ona poczuła. Nikki wyciągnęła swoje strusie nogi spod stołu i wstała.. – Jest tam! Siedzi. zakończoną długimi i czerwonymi pazurzastymi paznokciami. w ogóle nie . że nie posłuchasz. Ma. Nikt oprócz niej.. który podniósł chudą. Zanim ruszył za nią. Wzrok Isobel podążał przez chwilę za nimi. by odprowadzić Nikki do drzwi. Pokręciła głową. Nie widziały go.

łapiąc się stolika. gdy Alyssa. zaraz wracam – wymamrotała Isobel. że Gwen łapie ją za rąbek plisowanej spódnicy. Hej! Zwariowałaś? Siadaj! Poczuła. z jednym wciąż niepomalowanym paznokciem. Isobel zamarła. Nie chciała jednak rozmawiać. postukała w blat między nimi. ukazując drugą stronę twarzy. niczym kawał .. brzęk i stukot sztućców oraz tac. – Zaraz. prosto ku stolikowi ekipy. który sprawiał wrażenie. jakby spory kawał jego twarzy został po prostu odłupany. takie normalne. Alyssa zaś słuchała beznamiętnie. pochylił się w przód i odwrócił głowę w jej stronę. – Zobaczcie. – Ej – powiedziała. Wydawało się to takie realne. z całkowitą obojętnością nakładając lakier na paznokcie. Wyrwała się jednak. Nachylał się nad stolikiem i rozmawiał z Markiem. Rozmowa między Bradem a Markiem urwała się. wbijając spojrzenie w postrzępiony czarny otwór w policzku. który najwyraźniej też niczego nie zauważał. W każdym razie nie z nimi. Przy stoliku gdzieś za nią rozległ się wybuch śmiechu. – Co? Poczekaj chwilę..zwracał na chłopaka uwagi. Nie możesz tam pójść. dokąd to? Isobel. by wstać. przy samym oknie. Czerwonowłosy. Otaczał ją cichy szum rozmów. siedzący na miejscu obok Brada. kto przyszedł pogadać. z sercem wybijającym jednostajny rytm w jej uszach i ruszyła w kierunku szerokich okien.

porcelanowej wazy. lecz grubymi piórami. – To bardzo ciekawe – ciągnął – że mnie widzisz. cześć. ciemnoróżową jamę. Zaskoczył ją dźwięk słów. ukazując groźną. że nie śpi. w których zauważyła teraz brak tęczówek. a zarazem fascynację. ciemniejsze u nasady wyglądały jakby wcale nie były włosami. – Co za niespodzianka. Brzmiał dziwnie znajomo. sztyletowatych zębów w środku. równy i cierpki. Z tak bliska widziała. a jednak stała jak zahipnotyzowana. Oczy chłopaka podążały za nią. pełen kantów. – Więc mnie widzisz – odezwał się chłopak. Isobel – zagadnął Brad z ironicznym entuzjazmem. dobywających się z jego ust. Isobel przełknęła ślinę. oczy. Głos miał cichy. – Kim jesteś? Brad odłożył widelec na tacę i Isobel aż podskoczyła . Uśmiechnął się. by móc dobyć z siebie głos. skrzypiący. Z nadzwyczajnym tupetem znowu ruszyła naprzód. jakby przykryty cienką warstwą radiowych zakłóceń. ostrych linii i grozy. pełną ostrych zębów o koralowej barwie. Budził przerażenie. – O. zupełnie czarne. Przez dziurę widać było szczękę oraz dwa rzędy czerwonych. że jego włosy. wyrastającymi z głowy. niczym skorpion gotowy do ataku. zdecydowana udowodnić sobie. a to wszystko dzieje się naprawdę. że to nie halucynacja. Zaczął w niej pulsować strach.

– Co. ścięgien ani chrząstek. Znowu patrzyła w dziurę w jego policzku.. nie mogąc oderwać oczu od szkarłatnych zębów i ruchów szczęki. – Nie wciskaj mi tych starych bredni w stylu „nawet już nie wiem. – Zamrugał powiekami. nie wykonując żadnego ruchu. Pinfeathers cofnął rękę. gdy mówił. kim jesteś”. Jego paznokcie. jakby na dłoni podał jej zdechłego szczura. Cofnęła się o pół kroku.. – Znam cię. – Oj. by wskazać .na ten brzęk. Jesteś czirliderką. przełożył rękę przez Brada i wyciągnął ku niej dłoń o czerwonych szponach. Isobel przeniosła uwagę na niego. – To wszystko? Próbujesz pokazać głębię czy coś? Nie rozumiem. przypominające raczej szkarłatne zęby jakiegoś jadowitego węża. Podniósł zaopatrzony w szpon palec. – Nazywam się Pinfeathers. Nagle czerwonowłosy poruszył się. Nie było tam mięśni. urywanych ruchów. nie musisz się przedstawiać – stwierdził. już się spotkaliśmy. daj spokój. a jedynie pusta czerń. błysnęły w promieniach światła. by go dotknąć. – O. już idziesz? – spytał Brad. gdy serią szybkich. a jedynie patrząc. niczego. co utrzymywałoby go w całości. – Może nie zdajesz sobie z tego sprawy – dodał – ale ty i ja. Niemal zapomniała o jego obecności. że cię nie ostrzegałem. przechylając głowę na bok. I nie udawaj. no. Iz – powiedział.

że twoje przyjście ma z tym jakiś związek. nie przejmuj się tym. wyciągając ten sam pazur w jej stronę. – Siedzę. – A. Cały dzień go nie widziałem. Ten niespodziewany grymas tak zaskoczył dziewczynę. tak myślałem. co? . – Phi – wtrąciła Alyssa. Zdarza się najlepszym. – Przestań. – O. – Podobają mi się twoi przyjaciele tutaj – oświadczył Pinfeathers. – Wyciągnął pazur w stronę twarzy Brada i lekko dźgnął go w ucho.brakującą część twarzy. nakładając kolejną warstwę lakieru na paznokieć kciuka. – Co tu robisz? – spytała. – Nie sądziłem. Ten akcent na słowie „go” mógł oznaczać tylko jedną osobę. Brad prychnął. Pinfeathers cofnął dłoń... jak Brad ogania się od nieistniejącej muchy. – Co. że przez chwilę odwrócił jej uwagę od dziwnego Pinfeathersa. – Więcej go nie dotykaj. z trudem skupiając uwagę na jego zadowolonej z siebie twarzy. że jesteś taka zazdrosna. – Zwłaszcza cen duży. Brad uśmiechnął się szeroko. Isobel zobaczyła z przerażeniem. czyli musiał ci powiedzieć. Znowu zwróciła spojrzenie na Brada.

że powinniśmy pogadać. Mark ma o nim lepsze zdanie. – Co jest grane? – spytała. Złożył ręce na stole. – O czym wy mówicie? – zwróciła się do całej trójki. małpując postawę Brada. Co mnie ominęło? Co tu się działo? Popatrzyła na Alyssę w nadziei na wyjaśnienie. jakby była to najprostsza rzecz pod słońcem. jak cię podwiózł. W cztery oczy – . – Wczoraj wieczorem dogoniliśmy twojego wampirycznego chłopaka. – No – powiedział Brad.. że od razu poleci do ciebie. tym razem w kierunku Pinfeathersa. a potem pojechaliśmy za nim – powiedział Mark. Stwór puścił oko i postukał wąskie. Zaraz. białe wargi czerwonym szponem.. założyliśmy się z Markiem. – Odepchnął tacę i złożył dłonie na stole.– Ojoj – mruknął Mark i ugryzł bułkę. Później się roześmiali. – Czekaliśmy przy twoim domu. ale zrozumiała swój błąd.. po tym.. Wytarł ręce w serwetkę. wspomniał coś na ten temat? Widzisz. czego nie mogła usłyszeć. – Słuchaj. Czy eee. i tyle. pomyślała Isobel. posłała jej jedynie porozumiewawczy uśmiech. – Czułem. znowu zajęta paznokciami. ale Mark. że najlepsze jeszcze przed nimi. Ja powiedziałem. Iz. jak Mark nachyla się. gdy tamta. Przyglądała się tępo. by szepnąć do ucha Brada coś. Pinfeathers też słuchał. jakby dawał jej znać. po czym zmiął ją i rzucił na tacę.

– Daliśmy mu wybór – dodał Mark. – . – Nie rozumiesz? – Zanim zdołała się powstrzymać. Mark pokręcił głową. gdy napój pociekł mu na kolana. – Tak – przyznał Brad. – No nie. Alyssa wrzasnęła i odsunęła się. – Nie. bo tak nie było. – Nie – zaprzeczył Brad. – Zrobił na nas wrażenie. lód wysypał się z grzechotem z wysokiego niebieskiego kubka i ciecz wylała się na blat. – Zaskoczył nas – stwierdził Mark niemal z podziwem w głosie. że chodziło o ciebie. – Kłamiecie. żebyśmy rozwalili mu samochód. – Byłabyś z niego dumna. Brad zerwał się z krzesła. – Tak. zamachnęła się i przewróciła jego colę. – Tak. zasłaniając Pinfeathersa i patrząc jej w oczy. – Brad pokiwał głową. mówimy prawdę. a wiesz. Ścisnęło ją w gardle. Ściszył głos. że coś gorącego wzbiera w niej i trzeszczy niczym kabel elektryczny. – Nachylił się w przód. co zrobił. – Ale nie. Na te słowa Isobel poczuła. – I nie myśl sobie.wyjaśnił Brad – o niszczeniu własności prywatnej. że na pewno spęka i zgodzi się. myśleliśmy. Zasłużył sobie na to. Byliśmy bardzo dyplomatyczni. równie dobrze jak ja. Iz. Iz.

że miewa zadrapania czy siniaki. szybkie pobrzękiwanie kluczy. przywykła więc. jakbym kłamał? Wyszedł zza stolika. który przyglądał się. przerażona. Próbowali tylko wywołać reakcję. – I wiem. – Czy wygląda. niezdolna do niczego poza słuchaniem. stanowczym głosem. – Hej! – z przeciwległego końca pomieszczenia dobiegł okrzyk pana Notta. a pan Nott wszedł w poszerzającą się przestrzeń między nimi. Brad pochylił się nisko. czego nie powinienem. Małym palcem Brad wskazał duży krwiak na górnej wardze. Nic mu nie było. którego dotąd nie zauważyła. by mówić jej do ucha. Przywalił mi tylko raz.On nawet nie tknął twojego samochodu! – krzyczała Isobel. Jej oczy uciekły na chwilę w stronę Pinfeathersa. że kłamiesz! – Pogrywali z nią. – Co się tu dzieje? – Rozlałem colę. po czym zadał obowiązkowe pytanie swoim głębokim. proszę pana – oznajmił Brad w . ale wtedy było już po wszystkim i odpuściłem. nie mrugając powiekami. Iz. Brad był w drużynie biegaczem. zastanawiała się w gonitwie myśli. Czuła się bezradna. Skuliła się. bo powiedziałem coś. a zaraz po nim ostre. może właśnie dlatego tak się garbił na krześle. – Naprawdę się starał. A może. Może dlatego nie chciał zdjąć okularów. by stanąć nad nią. Widziała Varena niecałe dwadzieścia minut temu. Coś o tobie. I może dlatego jej unikał.

Nawet nie drgnęła. jak na niego patrzysz. .. Czekałaś. – Isobel. zza którego przyglądał jej się Pinfeathers. czirliderko – powiedział. Błyskawicznym ruchem Pinfeathers rzucił się na nią. Ale nie słuchałaś. że niezgłębiona czerń tych oczu może ją lada chwila pochłonąć.. która zdawała się zmagać z różnymi uczuciami i w końcu wykrzywiła się w grymasie złośliwości i cierpienia. Dla ciebie. coś pomiędzy wrzaskiem umierającej kobiety a wyciem demona. Wszystko stało się zbyt szybko. – Nie bądź taka zagubiona. mówię. a teraz jest za późno. zbyt szybko. cały jego humor zniknął i zdawało się. rozwierając szczęki i poszerzając czarną dziurę w swojej twarzy. Z obnażonymi zębami i wyciągniętymi pazurami wydał z siebie piekielny odgłos.. Isobel znowu zwróciła wzrok na stolik. Trema przed meczem. to teraz już tak. by jej uniesione ręce w czymś pomogły. – Widziałem. dla nas. – To był wypadek. Spadły na nią jego pazury. słyszałaś mnie? – spytał pan Nott. Jego mina wydawała się teraz mroczniejsza. Próbowałem cię nawet ostrzec. od jego twarzy.. Nie mogła oderwać oczu od Pinfeathersa. by też zdążyła krzyknąć.nagłej ciszy. Dlaczego z tą miną wyglądał nagle tak znajomo? – Panno Lanley. – Powiedziałem. ogłuchłaś? Usiądź. Przy stoliku obok rozległy się chichoty. Jeśli nawet wcześniej nie patrzyła na nich cała stołówka. to znaczy na nas. żebyś usiadła.

Poleciała w tył i wpadła na stolik za sobą. Jego kształty rozwiały się. . niczym demon wessany do piekła. Zniknął w podłodze. Rozwrzeszczana chmara czarnych piór pochłonęła światło. przemieniły w poruszający się szybko dym.

a gdy podniosła wzrok. trzęsąc się. którzy siedzieli przy stoliku za nią. w której zacznie rozpadać się na kawałki. wyraźny i szorstki. Isobel. stwierdziła. spodziewając się lada chwila rozdzierającego bólu. ostatnia chwila zawieszenia broni. że patrzy na nią cały świat. przy tym. że w stołówce zapadła cisza. Gwałtownie się podniosła i stanęła prosto. od oburzenia po niepewność. jesteś chora? Pytanie padło z ust pana Notta. szukając śladów szkarłatu. Nic się nie stało. Powinna być rozszarpana. – O Boże. Wciąż na wpół skulona w sobie. Może była w szoku. Potem milczenie przeciął głos Alyssy. – Panno Lanley. Jego cichy głos sprowadził ją nagle na ziemię. spoglądając w twarze tych. Te pazury zadały cios przez sam środek jej ciała. W jednej chwili zdała sobie sprawę. jakby czekała na chwilę. na który wpadła. wstała. To była ostatnia chwila ciszy.33 To tylko ptak Krew. Rozlane napoje. ale z ciebie oferma! . Wszyscy patrzyli na nią z minami wyrażającymi różne emocje. porozwalane potrawy i nasiąknięte serwetki pokrywały cały blat. Ta chwila jednak nie nadeszła. Fala gorąca oblała jej twarz. Gdzie krew? Dlaczego nie krwawiła? Isobel obejrzała swoje ręce.

kładąc dłonie na jej bocznych krawędziach. by drzwi zamknęły się za nią z hukiem. Oparła się o środkową umywalkę. Co się z. Nie wiem. Okropny. – Wiem. Stała tam. ale nie zwróciła na niego uwagi. Proszę. do kogo mówi. który coś za nią krzyczał.Śmiech. morski błękit własnych oczu i czuła się samotna jak nigdy. – Potrzebuję pomocy – szepnęła. Wpatrywała się w głęboki. ale teraz już słucham. zobaczyła czerwony błysk swoich nozdrzy. co się . Głośny wybuch rechotu rozdarł niesamowitą ciszę na strzępy. że słyszy Brada. że gdzieś tam jesteś i słuchasz. że wcześniej nie słuchałam. Zdawało jej się. Blada i potargana. próbowała wyrównać oddech i zmagała się z nudnościami. Jak to możliwe. nią dzieje? Przecież teraz na pewno nie śni. nawet nie zerkając na Gwen. Nie ma innego wyjaśnienia. gdy brała kolejny wdech. Do Reynoldsa? Do siebie? Do Varena? – Hej – powiedziała – przepraszam. Pospiesznie minęła własny stolik. pchnęła dwuskrzydłowe drzwi i puściła się biegiem przez korytarz. prawda? Z ociąganiem spojrzała w lustro. Wypuściła powietrze ustami i zamknęła oczy. bezwzględny. dręczący. że znowu przeżywała ten koszmar? Isobel pobiegła do drzwi. Coś jest z nią nie tak. Kątem oka dostrzegała rozmazane twarze. Traci rozum przy świadkach. Wpadła do toalety dla dziewcząt i pozwoliła. – Zastanawiała się.

bo cokolwiek to jest. a co nie. że pomimo owacji na stojąco raczej po nią nie wrócisz. Drzwi łazienki uchyliły się i Gwen wsunęła głowę do środka. wywołując go po nazwisku. Co za książki w ogóle w tym nosisz? Można by pomyśleć. Usłyszała za sobą skrzypnięcie i wyprostowała się. kończąc przerwę obiadową przenikliwym. – Uznałam. otworzyła oczy i obserwowała w lustrze przestrzeń za swoim ramieniem. naprawdę zaczynam się o ciebie bać. Nie wiem już. nie wpływa dobrze na twoje życie towarzyskie. – Gwen! Jeździsz do szkoły samochodem. cały opatulony. Czekała. co jadasz na śniadanie. – Książki? – Isobel obróciła się. . – Reynolds! – szepnęła. Teraz spytam cię tylko raz: dobrze się czujesz? Isobel popatrzyła na odbicie koleżanki w lustrze. musimy pogadać o tym. wnoszącej jej plecak do łazienki. – Przyniosłam ci torbę – oznajmiła Gwen.ze mną dzieje. aż on pojawi się przed drzwiami jednej z kabin. że dźwigasz ze sobą papierową kopię całego Internetu. Gwen przestała się szamotać z jej torbą. tak jak już bywało. Na widok Gwen. W korytarzu rozbrzmiał dzwonek. – A małpy rzucają kupą. drażniącym hałasem. aż coś się wydarzy. Isobel. co jest prawdziwe. Wypowiedziawszy te słowa. do głowy przyszła jej nowa myśl. która do tej chwili jakoś jej nie zaświtała. słowo daję. – Isobel.

przekradały się wzdłuż ściany budynku i między rzędami samochodów nauczycieli w kierunku parkingu dla uczniów. bo właśnie ona była jedną z czworga szkolnych laureatów nagrody krajowej. – Nie musiałaś iść. Zakradły się do kotłowni. Będą musiały znaleźć inną drogę. – No jasne. Zamknęła je za nimi. by wrócić. i pozwolić ci odjechać cadillakiem mojego ojca bez prawa jazdy. to złapią. Była niemal pewna. a po spotkaniu z Pinfeathersem nie mogła powiedzieć. zdoła uchronić Gwen od poważnych kłopotów. że jak przyjdzie co do czego.– Gwen. wyciągając rękę po kluczyki. woźny. Z Gwen depczącą jej po piętach Isobel pospieszyła wśród szumu i skwaru kotłów do tylnych drzwi. zostawił otwartą. Muszę pożyczyć twoją brykę. . że towarzystwo Gwen nie było mile widziane. Tylna ściana Trenton była pełna okien. Jeśli ją złapią. Mimo wszystko podjęła już decyzję. podczas gdy sprzątał stołówkę. którą pan Talbot. a cichy trzask upewnił ją. – Przez ciebie zawieszą nas obie. tylko z zaświadczeniem o kursie? Przygarbione. że automatycznie się zaryglowały. To będzie najtrudniejsze: niezauważenie wsiąść do samochodu i odjechać. – To szaleństwo – szepnęła Gwen. – Zwariowałaś? Po co? Jest środek dnia! – Proszę – powiedziała. W tej chwili jednak musiała znaleźć Varena.

W porównaniu z jaskrawymi sportowymi autami. stojącymi po bokach. że za niecałą godzinę powinna być gotowa do występu z drużyną przed całą szkołą. niczym para krabów. Rozdzieliły się. – Mogłaś włożyć coś mniej rzucającego się w oczy – narzekała Gwen za jej plecami. zaparkowanego w środkowym rzędzie między dwoma innymi. gdy wszyscy będą walili w szafki i szli do sali gimnastycznej na apel przed meczem. wskazując starego granatowego cadillaka z lat dziewięćdziesiątych. że opuszczanie terenu szkoły to naruszenie przepisów. wyglądał raczej jak czołg. Przynajmniej miała plan. że jeśli zdołają niepostrzeżenie wymknąć się ze szkoły i wrócą po piątej lekcji. Gwen podeszła do samochodu od strony . Nisko pochylone przechodziły między rzędami pojazdów. – Dziś jest dzień meczu. – Rany – powiedziała Isobel. przecinając chodnik i przykucając. Samochód do ucieczki – jak znalazł. Muszę to nosić! Parły naprzód. Była niemal pewna. – Twój tata jest w mafii? – Prawdę mówiąc. przekraczając ostatnią uliczkę dojazdową.Mogła szukać Varena tylko w jednym miejscu i w tej chwili nie obchodziło jej. – Ten – oznajmiła Gwen. jest ortodontą. to plan może się powieść. Nic dbała nawet o to.

Szybko je zamknęła i zablokowała. wyrywając pióra. Cofnęła się. usta miał czerwone od krwi. lecz zatrzymała się.kierowcy. i wgryzał się w niego ostrymi zębami. Nie mógł być. że sam stanie się smacznym kąskiem. aż usłyszała. jakiś skrwawiony szary strzęp. Otworzyła drzwi i wsiadła. Był zajęty jedzeniem czegoś. by otworzyć drugie drzwi. przechyliła się. Siedział najwyżej trzy metry od niej. szarpiąc mięso. kuląc się na fotelu. . Trzymał coś w obu dłoniach. ale to nie był on. gdyż zauważyła coś w lusterku wstecznym. ubrany na czarno jak Pinfeathers. Isobel zaś – od strony pasażera. a także połowa nosa. na masce czarnego BMW. Wślizgnęła się do środka. które lubiły dreptać po dziedzińcu. że zamek ustępuje. gdy Gwen wsunęła kluczyk do zamka i otworzyła samochód. Gołąb nigdy nie przypuszczał. zrozumiała Isobel z tępym przerażeniem i zebrało się jej na wymioty. Chłopak zdawał się nie zauważać ani jej. po czym. – Ruszaj. szukając okruchów i smacznych kąsków. Na parkingu był ktoś jeszcze. Isobel chwyciła klamkę i nacisnęła chromowany przycisk. Brakowało mu całego oka. ziejącą w miejscu. Chłopak o krwistoczerwonych włosach. jednego z tłustych gołębi. by odciągnąć drzwi. Nawet z oddali widziała dziurę. Ptak. bo w przeciwieństwie do niego nie brakowało mu policzka. On zjadał ptaka. Pochylały głowy. Odwróciła głowę. by mu się przyjrzeć. ani Gwen. – Jedź – powiedziała Isobel. gdzie powinno się znajdować oko.

Ptak uderzył w szybę z tępym plaśnięciem. Było ich teraz dwóch. Zniknął. by przybliżyć do szyby czarne i pozbawione duszy oko. puk w okno. Isobel znowu zerknęła w boczne lusterko i serce jej omal nie stanęło. Ku jej uldze Gwen szybko wyjechała z miejsca parkingowego i ściskając kierownicę obiema rękami. Samochód zaprotestował wysokim. Isobel odwróciła głowę. by wyjrzeć przez tylną szybę. I to już. – A co? Nauczyciel? Isobel znowu spojrzała w lusterko i zobaczyła. Rozległo się ciche puk. – Gwen. Obróciła się na siedzeniu. że stwór opuszcza poszarpanego krwawego ptaka i podnosi głowę. jeśli . Jego twarz była cała. obserwując ją niczym rekin przez szkło akwarium. ale zamarła. że stwór wyszczerzył się i zaczął opuszczać na chodnik. Pierwszy – ten bez oka – nachylał się. Mrugnął do niej.Gwen włożyła kluczyk do stacyjki i przekręciła. – Co to było? – szepnęła Gwen. gdy zobaczyła. Jej stopa wdusiła pedał hamulca. powoli. które mu pozostało. musimy jechać. poprowadziła samochód w kierunku wyjazdu. noga za nogą. ujrzawszy jedynie rząd zaparkowanych samochodów. Przez chwilę siedziały w zupełnym szoku. Gwen krzyknęła. ale po chwili z warkotem obudził się do życia. puk. Drugi stał tuż za nim i uśmiechał się. zgrzytliwym jękiem. Tamta wrzuciła wsteczny.

Isobel podrapała ramię Gwen. cofając rękę z szybkością wymykającą się ludzkiemu oku. Isobel poczuła. Zapięła go i odwróciła się. zaciskając palce na klamce. Spojrzała w przód i dostrzegła warz Gwen. Zeschłe liście wirowały w wietrznym tunelu. ukośnego pęknięcia. Zapiszczały opony i samochód wyjechał z parkingu na główną drogę. gdy tamten bezskutecznie próbował je otworzyć. a możliwość przyłapania przez władze szkolne stała się nagle dla dziewczyn najmniejszym zmartwieniem.nie liczyć cieniutkiego. a drzewa wzdłuż ulicy uciekały w dal. która patrzyła. by wyjrzeć przez tylną szybę. Powoli podniósł pięść i wystawił kciuk. Czy je zablokowała? Tak. który zostawiały za sobą. bladą i . Była to prośba. niczym autostopowicz. Rzucona w tył Isobel usłyszała. Oko drapieżnika. Skierował go. że wszystkie mięśnie jej ciała naprężają się. zostawiając lepką smugę. że stwór syczy. Stwór bez oka złapał teraz drzwi. nikt ich nie gonił. w którą były ustawione. Bez ostrzeżenia stopa Gwen wdepnęła gaz i przyspieszyli. – Gwen – powiedziała. w stronę. Isobel z przyzwyczajenia sięgnęła za siebie i pociągnęła pas. gdy patrzyła w to oko. Miał tylko jedną rękę. pomyślała. pomyślała. Bogu dzięki. jak okaleczony gołąb zsuwa się po przedniej szybie. O ile dobrze widziała. niemal błaganie.

Spadł na jezdnię z mokrym plaśnięciem. by zobaczyć coś przez martwego gołębia i jego rozprutą pierś. W tym momencie nie mogła już trzymać Gwen z dala od tej spraw. – Skręć w prawo na następnych światłach – powiedziała Isobel. Isobel odwróciła głowę. Spojrzała na Isobel. – Trzeba dziś było zostać w domu – dodała. a piąty i ostatni. skręcając w drogę wskazaną przez Isobel. Pienisty. marszcząc brwi. ale to się mogło udać. zarazem jednak nie miała prawa jej w to wciągać. która przywierała do szyby. Cztery ruchy wycieraczek wystarczyły. ukazując biel żeber. Jedno z tych marnych romansideł. – Wypożyczyłam film. – Ohyda – mruknęła Gwen i odtrąciła rękę koleżanki. Oczywiście i tak chce mi się rzygać. Pomyślała o Pinfeathersie. Ptak wydawał się ciężki. z łatwością znajdując właściwy przełącznik. przy których chce się rzygać. Nachyliła się w poszukiwaniu włącznika wycieraczek. Cisza. a następnie z powrotem na drogę. – Ciągle mam wrażenie. niechcący uruchamiając spryskiwacz. by na dobre zrzucić go z szyby. niebieski płyn trysnął na szybę i zmoczył gołębia. która nastąpiła. Zwolniła i uruchomiła wycieraczki. że nie miała czasu nie zjeść na obiad. nagle zadowolona. by przesunąć ptaka na bok.przerażoną. dała Isobel czas do namysłu. siedzącym obok . że czegoś mi nie mówisz – stwierdziła Gwen. wytężając wzrok.

by posłać samochód prosto na pojazdy nadjeżdżające z przeciwka. Po prawej minęły grupę studentów koledżu. zupełnie nieświadomi. naprawdę widziałaś coś dzisiaj w stołówce – spytała – czy tylko się wygłupiałaś? Isobel przełknęła ślinę. Gwen gwałtownie . – Skręć tutaj – poleciła odruchowo. Słuchasz mnie. która po prostu prowadziła z braku lepszego pomysłu. – Czy ten ptak specjalnie uderzył w szybę? Bo wiesz. Gwen włączyła kierunkowskaz. Strzałka zamrugała na zielono. Pomyślała o koleżance jadącej do domu. O cadillaku na autostradzie. czy powinna odpowiadać. Chyba że później będę ci mogła wysyłać rachunki za terapię. na swoim miejscu. Co miała odpowiedzieć? O ile było jej wiadomo. Wyglądali tak zwyczajnie w swoich kurtkach i niebieskich dżinsach. a potem wyobraziła go sobie tutaj. Isobel? – To tylko ptak – mruknęła Isobel. – Isobel. gdy dojechały do skrzyżowania z Bardstown Road. – Tutaj w lewo – pokazała. Zazdrościła im. Zapewne rozmawiali o następnych zajęciach albo planach na Halloween. przy Gwen. Zjechała na pas do skrętu w lewo.Brada w stołówce. kwestia: „Widzę martwych ludzi” była już zajęta. w szalikach. Z tym kłamstwem odwróciła się do okna. niepewna. z rękami w kieszeniach. którzy na chodniku czekali na zielone światło. o tym. że wystarczyłby lekki ruch kierownicą. długo tego nie zniosę.

Razem przekroczyły próg maleńkiej księgarni.pokonała zakręt. ciężką woń stęchlizny i zardzewiałe dzwonki zabrzęczały. Poczuła znajomą. Gwen poszła w jej ślady. też wysiadła. albo była nienormalna. przechodząc nad stertami książek. lecz nie znalazły ani Bruce’a. Bruce stał miedzy rzędami i pojedynczo wyjmował książki z . pomyślała Isobel. która najwyraźniej nie chciała czekać w samochodzie. Isobel chwyciła klamkę. Będzie tutaj. Jeśli wyszedł ze szkoły. gdy drzwi zamknęły się za nimi. Isobel otworzyła drzwi i wkroczyła do środka. Albo tak się trzęsła. Zaparkowała cadillaka. – Co tu robimy? O rany. ani Varena. Podążyła za tym dźwiękiem po uginającej się podłodze i trafiła na zaplecze pełne książek niebeletrystycznych o nowszym wyglądzie. Gwen. Ta myśl dodała jej odwagi. na pewno przyjechał właśnie w to miejsce. Wskazywała drogę i podążały między półkami w stronę pustej lady. Varen musi tu być. Dobiegał z tylnej części sklepu. – Co to za miejsce? – wyszeptała Gwen. Po chwili usłyszała znajomy suchy kaszel. to pierwsze wydanie? Isobel przyłożyła palec do ust. a ona będzie mogła wszystko mu powiedzieć. wyłączyła silnik i położyła sobie kluczyki na kolanach. – Tutaj – powiedziała. Koleżanka posłuchała. Nie mógł iść nigdzie indziej. wskazując Gwen miejsce do zatrzymania się.

– Przepraszam. aż ją zauważy.. Opuścił książkę.kartonowego pudła z napisem PRZYRODA. To nie był ten nieco pomylony. że nie miałaś z tym nie wspólnego. – Gdybym wiedział. czekając. bo nie chciała go przestraszyć. – Zdaje się.. gdzie jest? – spróbowała. Gwen nie ruszyła się z miejsca. że są celowo ignorowane. świadczą. a kluczyki pobrzękiwały nerwowo między jej palcami. skąd się wzięła jego nagła niechęć.. że krew z nosa. że kłopoty już go znalazły. Każdą książkę przybliżał do twarzy. w jego piersi zacharczał śluz. którą trzymał. Mówił prawdę. starannie wykaligrafowanym ręką Varena. by obejrzeć ją zdrowym okiem przed znalezieniem jej miejsca na półce. Ale jak to możliwe. Zmarszczyła brwi. Czyżby jej nie pamiętał? – Myślę. tylko patrzyła.. Potem znowu zaniósł się ochrypłym kaszlem. – Może! – prychnął. – Nie ma go – mruknął. nie powiedziałbym ci.. marszcząc brwi na widok stroju czirliderki. lecz miły mężczyzna. że może mieć kłopoty. Rozkojarzona Gwen wpadła na nią z tyłu. podchodząc bliżej. i w końcu na nią spojrzał. Szukam Var. wydając z siebie ciche „uch". Isobel stanęła w drzwiach. Otaksował ją zdrowym okiem. – Wie pan. Isobel się zdziwiła. i Isobel zyskała pewność. którego zapamiętała z poprzedniej wizyty. skoro . Brad. dalej szperając w pudle. i rozkwaszona warga. Pewnie zaraz mi powiesz... niepewna. panie Bruce..

Poszedł na górę i spał do południa. odwróciła się w kierunku drzwi na strych. wskazując im drogę do drzwi. – Chodź. z umysłem otępiałym od prób przetworzenia zalewu sprzecznych informacji. Jego usta zacisnęły się i zadrżały z gniewu. Jeśli Varen wyszedł dopiero pół godziny temu. pomyślała. Przecież starym ludziom często wszystko się myli.. – Zadzwonię na policję. Bruce skrzywił się do niej. gdzie się podział. – Mówię ci. jakby oganiał się od much. Isobel znowu się odwróciła i popatrzyła na Bruce’a... nie wiem. Widziałybyśmy jego samochód na zewnątrz. Nie poszedł do szkoły. – Chwyt Gwen na jej ramieniu zacieśnił się . – Isobel – powiedziała Gwen. Musimy iść. odkąd dziś rano zjawił się w takim stanie. Isobel. Był stary. najwyraźniej uznając jej milczenie za potwierdzenie podejrzeń. jeśli chcecie. – Nie powinnyście być w szkole? – machnął ręką. Wyszedł pół godziny temu. Przed ruszeniem w ich stronę powstrzymała ją jednak miękka dłoń na ramieniu. – Isobel. wyglądała dobrze.widziała Varena ledwie godzinę temu? Jego twarz. Nie ma go tutaj. Idź na górę i sama poszukaj. jak mógł być w szkole podczas prezentacji projektu? Czy ktokolwiek mógł przebywać w dwóch miejscach naraz? Może Bruce coś pokręcił. próbując ocenić.. Nic odezwał się do mnie ani słowem. czy mówi prawdę.

jakby stawy w jego kolanach już nie działały. żeby tak się o niego martwić. lecz po chwili zniknął niczym dogasający żar. Chciała powiedzieć. Był chory. przemieniając się w gorycz. Atak kaszlu nie ustępował i starzec bez słowa minął je.. zwiększając kaszel. gdy próbował pociąć ją na plastry. a potem kapitulację. Poczłapała za nim. Poza tym w głębi duszy skąd mogła mieć pewność. Pokuśtykał do lady i sięgnął do pudełka z chusteczkami. – Chodź – powiedziała. przechodząc do głównego pomieszczenia. Ugryzła się jednak w język. w którą ciągnęła ją koleżanka. Zobaczy go wieczorem. Znowu kaszel. pamiętasz? Zdawało się.i Isobel zrobiła mimowolny krok w stronę. Starzec . Wokół niego unosił się kurz. Kiwnął się na nim w przód. Chciała wyciągnąć ręce. Pinfeathers powiedział to. Czuła się rozdarta. że zdrowe oko Bruce’a rozbłysło na chwilę ze zdziwienia. powiedzcie mu. wiedząc.. Spodziewała się tego. że go znajdzie? Szybko odepchnęła tę myśl. Bardzo chory. – Jestem za stary. Powtórzcie mu to. i że znajdzie Varena. Czuła to. niezdolna zrobić nie więcej. Znajdzie go. pomóc mu usiąść na krześle za ladą. Isobel stała w miejscu i obserwowała go. tak jak na jej miejscu uczyniłby Varen. – Zobaczymy go wieczorem. Bruce sam trafił na krzesło. że to jednak jej wina. Pokręcił głową. że jej przykro i że to nie jej wina. Zajaśniał w nim blask nadziei.

. – Nie martw się – powiedziała. której się najbardziej obawiała. Za jej plecami ze sklepu wyłoniła się Gwen. – Nie. – Gwen. ja go muszę znaleźć. – Nie słuchaj go – powiedziała. gdy na głos padła prawda. jakby to ona odpowiadała za ten nagły atak.. Isobel odepchnęła się od lady. znowu ciągnąc ją za ramię. – Chodź. Muszę tam być dziś wieczorem. Gwen kiwnęła głową. Wyrwała rękę z uścisku koleżanki i wypadła przez drzwi wejściowe. musimy wracać. Zaparło jej dech.. – Isobel – odezwała się Gwen. – Znajdziemy go. Zaczerpnęła powietrza.zgromił Isobel wzrokiem. Zimny podmuch uderzył ją w twarz niczym rozbryzg świeżej wody. nie zasługujesz na niego. – Po prostu się przejął i tyle.

Uczniowie wybiegali z klas przez otwarte drzwi. któremu niczym echo towarzyszył przybliżający się rytm bębnów szkolnej orkiestry i pocztu sztandarowego. szykujących się do przemarszu przez przybrane złoto-niebieskimi barwami korytarze. że na jakiś czas się jej pozbyła. Gwen zaś dołączyła do grupy podążającej w stronę wschodnich schodów.34 Złapana Wróciły do szkoły. chociaż już dawno straciła ochotę na przedmeczowy apel. gdzie mieściły się pracownie sztuki. czy Gwen będzie zadowolona. Gdy Isobel patrzyła za koleżanką. chłopcy podskakiwali. by klepnąć framugę na szczęście. Uśmiechnęła się nieśmiało. Po budynku niósł się odgłos walenia w szafki. a Isobel starała się odwzajemnić uśmiech. dziewczyny krzyczały. Podczas jazdy umówiły się na spotkanie na wieczornym meczu. pomachała jej lekko ręką. nikt tego nie zauważył z wyjątkiem Nikki. Wszystko to wydało się jej nagle głupie jak nigdy – cały . po czym się rozdzieliły – Isobel ruszyła kierunku szatni. zastanawiając się. która przyglądała się jej z zaciekawieniem podczas rozgrzewki. Gwen i Isobel wmieszały się razem w tłum. wkradając się przez skrzydło. Gdy wśliznęła się do szatni.

tupiąc nogami. która parę razy miała kłopot z nadążeniem za rytmem. podczas którego wszyscy się zapominają. Wszyscy krzyczeli. pomalowane twarze były roześmiane. która nie ma pojęcia o bombie pod podłogą. który pełnił funkcję trzeciej bazy. Stevie. W sali gimnastycznej usłyszała nadejście orkiestry. Omiatała wzrokiem trybuny w poszukiwaniu opatulonej w czerń postaci albo kolejnego demona o porcelanowym obliczu. Wyglądało to jak szaleńczy karnawał. Gdy drużyna zaczęła występ. a potem krzyczeli i zachowywali się jak wariaci. Wymachiwali balonikami i chorągiewkami. głosami grzmiącymi. . Drużyna wybiegła razem. Walenie bębna przeniknęło ją do kości. – Ja mówię Trenton. machinalnie klaszcząc i krzycząc z resztą drużyny. Stała przed tłumem. ty mów Jastrzębie! Trenton! – Jastrzębie! – Trenton! – Jastrzębie! Tłum krzyczał na całe gardło.ten pomysł. ciągle coś do niej szeptał. by wszyscy zebrali się w jednym miejscu. zagubieni w błogim chaosie. ciżba. obraz Varena dalej prześladował Isobel. z muzyką pulsującą w ciałach i przy blasku świateł. rozbrzmiewając w jej uszach bardziej jak marsz pogrzebowy niż wezwanie do apelu. żądnymi krwi. aż ławki trzeszczały i skrzypiały na stalowych podporach. Dwie godziny temu Isobel z radością zostałaby jedną z nich.

a na wpół szedł. naprzód! – Klask! Klask! Zapowiedziano drużynę futbolową. Uniosła nogi w szpagacie. Została złapana i jej trampki odnalazły podłogę. Brad na wpół truchtał. by coś szepnąć. ale w pewnej chwili przebiegł obok niej Jastrząb Henry. Iz? – spytał tuż przed skokiem. Wykrzykiwano ulubione numery. Isobel wybiła się wysoko w powietrze. Zagrzmiały werble. po czym biegli po podłodze. Wtedy go zobaczyła. Podparcie. Isobel patrzyła na niego. wymachując skrzydłami. jakby już wygrali. dotykając dłońmi palców u stóp. powtarzał się najczęściej. Trybuny eksplodowały wrzaskiem. gdy drużyna zajmowała miejsca na trybunach. wszedł przez dwuskrzydłowe drzwi jako ostatni. Tłum wiwatował.– W porządku. rozwijając formację na podobieństwo armii zdobywców. Drużyna klaskała. gdy się mijały. Zawodnicy w niebiesko-złotych koszulkach z numerami wskakiwali przez drzwi do sali gimnastycznej niczym stado byków. dwadzieścia jeden. Zostając w tyle za resztą zespołu. a numer Brada. . i dziewczyna podskoczyła. Trenton. wydając cichy okrzyk. i nachyliła się. Isobel ruszyła na swoje miejsce w formacji. chociaż jeszcze nigdy nie było aż tak nie w porządku. – Tak – odparła. Podrzut. Rozległ się gwizdek trenerki Anne i nadeszła pora na występ. krzycząc w jednostajnym rytmie: – Naprzód. Alyssa szturchnęła ją.

Następnie wysunęła nogę w tył. Wykonała skorpiona. jak to się robi. Dumne słowa zapowiedzi. Wszyscy byli teraz na podłodze i uczestnicy . Złapali ją i Stevie oparł plecy na jej stopach. a potem w Dallas za niecałe dwa miesiące. i znalazła się w powietrzu. Ze sztywnym ciałem wyciągnęła ręce wysoko. Trenton lubiło wygrywać. Muzyka zaczęła się od donośnego akordu z syntetyzatora. ofermo. które pamiętało układ. że zaraz zobaczą układ drużyny Trenton na rozgrywki krajowe. że opada. który zaczęli trenować latem i który będzie dziś zaprezentowany ponownie podczas meczu.– Spróbuj nie nawalić. spiralny obrót. Isobel pozwoliła się nieść swojemu ciału. Każdą przerwę w wypowiedzi trenerki tłum wypełniał krzykiem i entuzjazmem. niosły się echem wokół nich. elektroniczny i szybki. który przerodził się w jednostajny rytm. Takie rozciąganie było bardzo przyjemne. krzyżując je przed twarzami z dłońmi zaciśniętymi w pięści. niczym łodyga przez gęstwinę zarośli. opadła do podłogi. jeszcze zanim sobie przypomniała. Drużyna była gotowa. Poczuła. Wszyscy unieśli ręce. ten. wyginając plecy w łuk i wypinając klatkę piersiową. wirując. i instynktownie przeszła w ciasny. a potem znowu wystrzeliła w górę. oznajmiając wszystkim. zgięła ją za głowę i złapała się za czubek trampka. Złapana. który przyniesie szkole nagrodę za pierwsze miejsce trzeci raz z rzędu. układając je w literę V. które trenerka wypowiadała przez mikrofon. Układ.

Poczuła. niebiesko-złoty kalejdoskop. lecz białej jak porcelana dłoni. Isobel poczuła. Drużyna utrzymała pozycję przy wtórze ogłuszających wiwatów. zaciśniętej mocno na jej nadgarstku. choć nie mogła oderwać spojrzenia od Nikki. przerażona bólem i wysiłkiem. Zmienili formację i podstawa piramidy przygotowała się do podrzutu. jak chciała trenerka. Isobel poczuła gdzieś w trzewiach dziwne ukłucie. Piramida była gotowa w trzy sekundy. niemal tak szybko. Isobel runęła. Wymachiwała rękami. Muzyka zakończyła się efektem wybuchu. Nadgarstek Nikki cofnął się gwałtownie i dziewczyna wydała z siebie krótki okrzyk. Nie na widok cierpienia Nikki. a potem czyjś zduszony krzyk. Napotkała oczy Nikki – dwie studnie paniki – i twarz poróżowiałą z wysiłku. czirliderko – usłyszała głos. Usłyszała jęk tłumu. znowu wzniosła ręce na kształt litery V. Następnie. Świat wokół niej pomknął w górę. i usztywniła je. uniesiona wysoko. rozkładając i składając ręce. – Łapcie ją! . stopami wybijając rytm. że trzęsą jej się nogi. Isobel wspięła się. wsuwając jedną stopę w czekające dłonie Alyssy. które tasują się same. że nogi znowu jej się trzęsą. a drugą w podpórkę z rąk Nikki. spadając w przód. że zerknęła w dół. z jakim utrzymywała ją w powietrzu.zamieniali się pozycjami niczym talia kart. – Witaj. tym razem do tego stopnia.

że postać krzyczy. polecający. cała ręka wniknęła w jej pierś. niby czarny cień. które przypominało szkolną salę gimnastyczną. Wyciągnął ją w jej stronę i jego pazury. że czuje na plecach dłonie. Zdawało jej się. widmowych postaci. wyraźniejsza. wołający ją po imieniu.. dziewczyna rejestrowała tylko ciche. niemal bezkształtną twarz kogoś. gromadzących się na biało-szarym tle. w polu jej widzenia pojawiła się inna postać. że to jeden z tych stworów. układający się w jej imię. Za nim zobaczyła więcej niewyraźnych sylwetek. Zmrużyła powieki. Bezradnie patrzyła. Trenerka? Chociaż wyglądało na to. Stwór zbliżył się i stwierdziła. nieokreślone dźwięki i ruch ust. podążając wzrokiem za ruchami stwora. nie. biały kolaż kantów i ostrych krzywizn. Z przerażeniem poznała. jakby nieodwracalnie straciła ostrość widzenia. że nie może uciec. Wyszczerzył się do niej w uśmiechu. który uniósł szponiastą dłoń. by wyrwać się z trzymających ją rąk. jak twarz stwora. by się nie ruszała.Wokół niej pływały obrazy i sylwetki. zamglone. zamglonych. .. jakby składała się tylko z powietrza. w odcieniach brudnej bieli i stonowanej szarości. Odróżniała tylko jedną. Po chwili. że słyszy niewyraźny głos jednej z szarych. coraz bardziej się przybliża. kogo chyba znała. przechodząc przez nią. choć wciąż nieco zamglona. a ona zaczęła się wiercić. Zdawało jej się. podtrzymujące jej ciężar.

Kanciasty. .Poczuła w ciele skurcz. Jeszcze tu utkniesz. – To ty? – Tak. To ghule. – Gdzie Varen? – Już po nim. bezładny cień odleciał od niej. – Co się dzieje? Co to za stwory? Dlaczego tylko ja je widzę? Jego oczy znowu zwróciły się na nią. a donośny łoskot zmusił pozostałe czarne postacie do ucieczki. Szare kształty i czarne kontury rozmnożyły się w całe morze form. Na chwilę wszystko zrobiło się podwójne. – Gdzie jestem? – Między światami. ja. – Nazywają się Nokami. Musisz natychmiast wracać. a potem szarpanie. a jego czarne oczy wyraźnie odcinały się od bieli szala. – Nie ma czasu. – Musisz zdać sobie sprawę – powiedział – że nie jestem psem. Rozpadły się w wiry czarno-fioletowej mgły i w jednej chwili Isobel znalazła się z powrotem w świecie mglistych. Z kolejnym chrobotem jej wybawca pochylił się nad nią. Mroczne istoty z krainy snów. – Nie dokończył. a potem wrzask stwora. którego można sobie wzywać.. jakby ktoś wyciągał ją z jej własnego ciała. Rozległ się metaliczny chrobot. – To bardzo niebezpieczne. – Rozejrzał się.. rozmytych obrazów.

– Isobel. dopóki możesz. Znowu zamrugała.– Nie! – Isobel. trenerki. One wrócą. a na koniec tę najbliższą. jakby ktoś zwiększał głośność w telewizorze. Ty. to wszystko ma związek z. jakby krzywą czterolistną kończynę. Ich głowy układały się w świetle w ładny kształt... – Nie wrócę bez niego! – Ciągle jest w twoim świecie. patrząc w górę. na gromadę ludzi wokół.. Ruszaj. musisz wrócić. – A co z tobą? – Teraz mogę z łatwością dotrzeć do twojego świata. A jej bez wątpienia przydałoby się teraz trochę szczęścia. Gdy odpłynął. Zamknęła oczy przed blaskiem. Kształty koleżanek z drużyny stawały się wyraźniejsze. potem Nikki. Wszystko przepadnie tylko wtedy. Ruszaj. mokrą od łez. otworzywszy je z powrotem.. bladą z przejęcia. to nie jest dobry moment. czekaj. Isobel zamrugała powiekami i spod bieli wyłoniły się barwy. najpierw poznała twarz Steviego. Będę w pobliżu. – Z kim ona rozmawia? – spytał ktoś. a potem. – Zawiesił głos. – Reynolds. Isobel! Bardzo przepraszam! – . jeśli zostaniesz. – Przepraszam. Szum głosów rozbrzmiewał w jej uszach. całą w czerwonych plamach. – Jest jeszcze szansa. ostrzejsze.

– Jesteście pewni. To było nadzwyczaj upokarzające. wyciągając dłoń. by usiąść. Anne zerknęła na swoją otwartą dłoń. – Tym razem odezwał się Jason. Dziewczyna i tak usiadła. Cztery to nie była dobra odpowiedź. Izzy – poleciła trenerka. skarbie – ciągnęła – ile widzisz palców? Isobel jęknęła. – Lepiej poleź. po czym wyciągnęła szyję i przez zmrużone powieki popatrzyła na resztę drużyny. – Kciuk nie liczy się jako palec. . Czy rzeczywiście ten test stosowano w prawdziwym życiu? – Cztery. Jak i kiedy zrobiła z siebie widowisko? – Właśnie że dobra – odparła. Polej jej twarz odrobiną wody. Isobel.. by ją powstrzymać... co się stało! Ja. – Czy ktoś może ją stąd zabrać? Stevie. wyprowadź Nikki na korytarz i spróbuj ją uspokoić. Ku jej zdziwieniu i uldze trenerka się roześmiała i odchyliła w tył. że nie uderzyła się w głowę? – Myślałem.. Trenerka odwróciła się. zapewne Stephanie. by zrobić jej trochę miejsca. – Nic jej nie jest! – krzyknął ktoś z drużyny. że tylko zemdlała. Isobel znowu jęknęła i podparła się łokciami.beczała Nikki. tylko. – Nie ruszaj się. – Nie wiem.

– Nie wiem. po czym odkręciła ją i podała Isobel. – Iz. a potem zabrała ją z sali i poprowadziła do szatni. że przeżyje. Izzy. Wszystko gra. pomyślała Isobel. Dziewczyna pociągnęła długi łyk i opróżniła butelkę niemal do połowy. powiewając platynowym końskim ogonem. chociaż teraz Dallas i mistrzostwa były ostatnią rzeczą. Nachyliła się. – Tak. dzięki. w porządku. by wyjąć z lodówki butelkę wody. Inaczej zostawię wasze zadki tutaj i pojedziemy do Dallas bez was dwóch. gdy otworzyła drzwi i wprowadziła ją do szatni. – Idź zobaczyć. Podniosła rękę. i to szybko. Poślizgnęłam się. która szła za nimi ze skrzyżowanymi rękami. Alysso – powiedziała trenerka. – Nikki jest wyraźnie zdenerwowana.Wokół rozległy się oklaski. Isobel kiwnęła głową. mówię ci. by pokazać masom. nie ci nie jest? – spytała trenerka. . – Wiesz co? – powiedziała trenerka. tak. że ona robi to specjalnie – dobiegł z tyłu cierpki głos Alyssy. – Jesteś pewna? Isobel przytaknęła. o której myślała. co się dzieje między tobą a Alyssą. – Wczoraj w stołówce zrobiła to samo. żeby to naprawić. po czym obróciła się na pięcie. ale cokolwiek to jest. Alyssa uśmiechnęła się do siebie. że pytacie. – Dosyć. zanim ją opuściła. gdy trenerka pomogła jej się podnieść. co z Nikki. że tego nie zrobimy. I nie myśl. lepiej znajdźcie sposób. a ja nie sądzę. – Wie pani.

. Wieczorem nie będziesz skakać. – To dobrze – odrzekła trenerka. podnosząc głos. żebyś skakała. – Bo nie mam czasu na primadonny i nie ma go nikt w drużynie.. wywinęła taki numer. Dziewczyna podniosła wzrok. Skinęła jednak głową. że jeśli w tym. Znowu opuściła głowę. ale i tak chcę cię widzieć na meczu. ale powiem ci też.żebyś zrobiła coś takiego celowo. Słowa Alyssy wywarły na trenerce większe wrażenie niż jej własne. Gra toczyła się o znacznie wyższą stawkę. bo miała większe zmartwienia niż rywalizacja z Alyssą czy miejsce w drużynie... Rozumiemy się? Możesz dołączyć do okrzyków. i ta myśl paliła ją do głębi. jest choć trochę prawdy. by wyglądało na to. że tak bezceremonialnie wyznaczono jej rolę rezerwowej. . ale nie chcę.. – Nie spadłam celowo – oświadczyła. co mówi Alyssa. Isobel skrzywiła się.. że dąży do kłótni. nie chcąc.

wygłodniała. wydawał się zadowolony i wyjątkowo nie powiedział nie więcej. na które Danny wybierał się później ze swoim zastępem skautów. Rozmowa gładko przeszła do wspólnego oglądania strasznych filmów. tyłem do publiczności. gdy już skończą zbierać słodycze po domach. . Kupił tylko po drodze pieczonego kurczaka (Isobel pochłonęła go w samochodzie. bo w ostatniej chwili okazało się. Wyglądało na to. Ulżyło jej. gdy tata nic nie powiedział po przeczytaniu karteczki od trenerki na temat jej małej wycieczki na podłogę. Nie wspomniał nawet o rzekomym wypadku mamie. Gdy bez wahania przytaknęła. czy córka na pewno chce jechać na mecz. Isobel siedziała na ławce przy linii bocznej. że nie mają opiekunki. zawieszone nad morzem zgromadzonych twarzy.35 Serce oskarżycielem Stadionowe jupitery świeciły jasno niczym lampy błyskowe. W rezultacie imię Varena nie padło ani razu i Isobel odczuwała za to najwyższą wdzięczność. Gdzieś za nią jej ojciec oglądał mecz z trybun. że mama też pójdzie. bo nie jadła obiadu) i spytał. Głównym tematem konwersacji przy stole uczynił za to sukces ich wystąpienia. gdy dotarli do domu.

jak Reynolds je nazwał? Nokowie? Ile ich w ogóle było? Zastanawiało ją. Pierwszy raz w karierze czirliderki Isobel stwierdziła. Isobel odwróciła się. Nikki – powiedziała Isobel. – Niech zgadnę. Chodziło o coś innego: właśnie tutaj umówiła się z Gwen. by znowu popatrzeć na trybuny. Odwróciła się. jak rośnie trawa. że to dobry znak. że nie obchodzi jej. Co kilka minut rozglądała się po trybunach. siedząc na zimnej ławce i patrząc. ale gdzie? Dlaczego zawsze musiał być taki tajemniczy? – Iz? – Ktoś zajął miejsce obok niej. czujnie szukając tych stworów. Trzymała się za nadgarstek. Nikki patrzyła na nią szeroko otwartymi niebieskimi oczami. nie potrafiła o nim nie myśleć. tym razem w nadziei. że zobaczy coś. Chciała myśleć. a im bliżej było do przerwy. tym hardziej się denerwowała.. na której rozgrywano mecz. – Cześć. że będzie w pobliżu. że nalegała na pójście na mecz nie z powoju poczucia obowiązku czy szkolnej dumy. ściągając brwi. . czemu żadnego nie widziała od wyjścia ze szkoły. nie mówiąc już o wyniku na tablicy. które dawniej mogłyby ją zmotywować. Powiedział.Lecz nawet teraz. Na boisku drużyna rozproszyła się. ciasno owinięty beżowym bandażem. by zrobić miejsce wchodzącej orkiestrze.. ale nadzieja wydawała się złudna. Tylko ona wiedziała. Jeszcze jej nie widziała. co by świadczyło o obecności Reynoldsa. Z kim gra szkolny zespół.

I muszę ci to powiedzieć. Udręczona mina Nikki przerodziła się w wyraz pełnej . bo wiedziałam. że nie może przewinąć czasu do przodu. Ale nie jest najgorzej. Isobel odwróciła się i popatrzyła jej prosto w oczy. ale. Wiem. – Wierzę ci. nie zrobiłam tego. pokazując opatrunek. To było jak.. Przysięgam. – Mówię poważnie. nie masz nie przeciwko temu. zobaczyć jego twarz.. co się działo. żebym tu siedziała? Isobel pokręciła głową i siedziały przez chwilę w krępującym milczeniu.. – Wiem – powiedziała po prostu Isobel. Przynajmniej nie specjalnie. Żeby po prostu wszystko znowu wyglądało normalnie. Żałowała. jak to powstrzymać. Nie. upewnić się. że mi nie uwierzysz. – Wiem.. że nie mu nie jest. Znowu obejrzała się przez ramię. by ona i Gwen były już w drodze na to. Chciała poznać prawdę o tym.Ciebie też trenerka posadziła na ławce? – Tak – odparła tamta. Ale zdecydowałam się w ostatniej chwili. – Isobel – zaczęła Nikki – myślałam. Nie puściłam cię dzisiaj. że dziś tu nie przyjdę. Chciała wiedzieć. ale i tak powiem.. – Dla podkreślenia tych słów chwyciła się za obandażowany nadgarstek. Chciała znaleźć Varena. Pragnęła. że tu będziesz. – Zwichnięty. by mecz już się skończył. jakby coś mnie złapało. co miało się zacząć w Ponurej Fasadzie. że głupio to brzmi.. – Nikki. na co zechcesz. Przysięgam.

– Tęsknię za nami.. ekipa się skończyła. – Tęsknię za tobą – oznajmiła Nikki. że już się na mnie nie gniewasz? Tak daleko to bym się nie posunęła. o których nigdy nie będzie mogła powiedzieć Nikki.. Zdarzeń. W ostatnich dniach zaczęło wyglądać na to. czy nie lepiej.. że Nikki spędza zbyt wiele czasu w towarzystwie Alyssy. że to było całe wieki temu. ale po chwili. dodała: – Nie. że sama rzeczywistość się skończyła. że Isobel zaneguje jej stwierdzenie. Skoro niebo waliło się na głowy. Nastąpiło zbyt wiele zdarzeń. nie gniewam się. zanim nastąpi najgorsze? Isobel wybrała nic nieznaczące wzruszenie ramion. Czy cios w plecy i odejście z twoim byłym to nie dwie pierwsze pozycje na liście zakazów w biblii najlepszych przyjaciółek? Z drugiej strony. odkąd się pokłóciły. Zbyt wiele innych myśli kłębiło się jej w głowie. Nikki i ona. jakby spodziewała się. że jest inna? Zmieniła się. zdawało się. ta reakcja uświadomiła Isobel. niepewna. że. I w tej chwili . Opuszczając wzrok na buty. Isobel kiwnęła głową. zawstydzona bezwzględnością tego gestu. żeby dawne papużki nierozłączki przytuliły się i pogodziły. pomyślała Isobel. Jak mogła jej wytłumaczyć. czy to znaczy. skoro Nikki chce się pogodzić? Jej związek z Bradem się skończył. Naprawdę.. – Czy to. rozmyślała – czemu nie? Jakie to wszystko ma znaczenie teraz. czy mogłaby powiedzieć to samo.niepokoju dezorientacji. no cóż.

Nie jesteś taka tępa. ponurym. a zarazem nieco smutnym uśmiechem. kierując oczy na Nikki. – Przynajmniej raz to nie ja dowiaduję się o czymś ostatnia. – Zaśmiała się głośniej.. lecz Isobel sądziła. wiecznie przygnębionym Varenie Nethersie? . bo. – Ale ja jestem zazdrosna. bo nigdy się nie przekonałam. jak to jest się zakochać. W jednej chwili przestała oddychać. która się do niej uśmiechała. – Jestem zazdrosna. Szybko podniosła głowę. Zakochana. słowa zaś tak zaskakująco proste. – Wszyscy są o ciebie zazdrośni. o której naprawdę mogła powiedzieć. Isobel. Isobel zesztywniała. tym razem kłykciem palca wskazującego. że za nią tęskni. wiesz.myślała tylko o jednej osobie. Znowu otarła oczy. – Oj – powiedziała Nikki ze śmiechem. Zakochana w stoickim. widząc zdumiony wyraz twarz Isobel. a jej wesołość była tak zaraźliwa. by się nie rozpłakać. – Teraz śmiała się już szczerze.. – Co masz na myśli? Nikki pokręciła głową z błyskiem w oczach. starając się ocalić makijaż. że wbrew wszystkiemu Isobel też się roześmiała. Słodkim. Isobel zachowała czujność. jak zareagować. nie wiedząc. że przede wszystkim po to. – A może i jesteś – dodała Nikki. – Nie patrz tak na mnie. Isobel zamrugała kilka razy powiekami. no.

– Przegrywacie. – Złożył ręce nad ogrodzeniem. bo zrozumiała. Wstała. – Co się z wami dzisiaj dzieje? Idzie wam nędznie. najmniej przenikliwi istota na ziemi. by opuścić ławkę. Obie się obróciły. Nie patrzyłaś na wynik? – Wyciągnął rękę. co jest z Bradem? – Z Bradem? – Tak. Momentalnie przyszło otrzeźwienie. by dojść do siebie. Cieszyła się z pretekstu. – Hej. podczas gdy ona potruchtała na spotkanie z ojcem. Trzydzieści jeden do zera. że to prawda i że dotąd ukrywała ją przed nim tylko z jednego powodu: nigdy nie pozwoliła sobie ubrać swoich uczuć w stówa. Stał tam jej tata i opierał się o ogrodzenie. No. I to jak! – Co? – Czy mówił o drużynie? Nie uważała. z chwili. Izzy! Isobel podskoczyła. omal nie spadając z ławki. A Nikki. Faktycznie przegrywali. starając się . zdołała wszystko przejrzeć. którą zyskała. Przywołał ją gestem. – Ej. no.Nigdy by na to nie pozwolił. Naprawdę przegrywali? Isobel popatrzyła na tablicę. która została na miejscu. Wysoko. – Zaraz wracam – mruknęła do Nikki. Nagle perspektywa spotkania z nim zaczęła budzić grozę.

– O rany! Zdaje się.. stal przed nim i strofował go na podobieństwo hałaśliwego psa..zachowywać nonszalancko.. Cofnęła się od parkanu. Podczas gdy pozostali zawodnicy zmierzali do szatni. Jeszcze nigdy nie widziała jej w spodniach. potrząsając rękawami swojej o wiele za dużej bluzy. skoro już wypowiedział imię na B. Była to Gwen. Na wszystkie klęski czirliderek. Isobel rozejrzała się teraz w poszukiwaniu Brada. o dwie głowy niższy od Brada. co się dzieje? – Isobel! Tu jesteś! Odwróciła głowę i skupiła wzrok na ubranej w niebiesko-złote barwy nieznajomej. że trener ostro po nim jedzie – powiedział tata. nie mówiąc już o czymś. trener Logan. podskoczyła do jej auta i stanęła. by lepiej się przyjrzeć. która biegła w jej stronę wzdłuż drugiej strony ogrodzenia. – Nie widziałaś. poprawiła się w myślach Isobel. który szczeka na wiewiórkę na drzewie. Zobaczyła. gdy dostrzegła żółtą literę T. Widzisz. co przypominałoby szkolne barwy (czy Gwen w ogóle miała . – Isobel! – wydarła się znowu. aż fioletowy na twarzy.. ale może powinnaś z nim porozmawiać. rękawami o wiele za dużej bluzy Steviego. – Ej. złapała się rękami za głowę. że stoi z drużyną przy linii bocznej. nie chcę się wtrącać. nie. Iz. Napełnił kubek wodą i polał sobie koszulkę mimo chłodnego wieczoru – było tylko dziesięć stopni. jak upuścił piłkę? Spałaś na tej ławce czy co? To chyba jego najgorszy mecz jaki widziałem.

Nie mogła przeoczyć taktu. – No to gdzie jest tai maskotka? – Gdzieś się tu kręci.. eee. Bardzo przypominały te. nie wiedząc. Próbowałam skończyć to . które tamta miała na sobie. – Ooo – włączyła się odpowiednio posępnym tonem. W szerokim uśmiechu błysnęła idealnie białymi zębami. – Zapomniałam odpowiedzieć. A do tego długie mysie ogonki. tak – zaczęła Isobel.. przyjdziesz na moją imprezę z okazji zwycięstwa czy nie? Nie odpowiedziałaś na zaproszenie na facebooku. chciała powiedzieć. – Imprezę z okazji zwycięstwa... W tym momencie Isobel zrozumiała geniusz Gwen. nie wiem. które sama zdjęła wcześniej w szatni. – Eee. No. związane równie znajomymi niebiesko-złotymi gumkami z pomponikami. – A – bąknął tata. – Jestem asystentką maskotki oznajmiła Gwen... Ona. Iz. do czego zmierza koleżanka. wyglądają cokolwiek znajomo. Spróbował się rozejrzeć. to jest Gwen. – Opiekuję się maskotką – dodała.jakieś spodnie?). Nie zaglądałam do sieci. gdzie Gwen się podziewała przez cały ten czas. że dresy w kolorach Trenton. na ile pozwalał mu uścisk Gwen. to twój tata? Dobry wieczór.. – Tato. – „…ma kuku na muniu”. ona. Wypierza się czy coś. powtórzył jak echo tata. panie Lanley! – Chudą ręką otoczyła jego ramiona. bo byłam bardzo zajęta. Łatwo już było odgadnąć. – O rany..

tato. To znaczy. Dobrze. – Zaraz. bez chłopaków. naprawdę mogę iść? – Właśnie. gdzie to będzie. – Udała. – Dokończyłam. – Z nocowaniem.. – Oooch – mruknęła Gwen. – O rany.. – Fame! .. skoro twoja drużyna przegrywa? – spytał tata. – Czemu nie? Nie dokończyłaś opracowania? Isobel wzruszyła ramionami. wychwytując w jego oczach błysk niezdecydowania. by jej ręka zsunęła się z ramion taty i opadła. – Gdzie będzie ta impreza? Isobel uchwyciła się swojej szansy.. że nagle zrozumiała. dzięki tacie. to na jej tatę. już tam są i szykują sprzęt do karaoke. – Jak możesz urządzać imprezę z okazji zwycięstwa. Dla większego efektu pozwoliła. – Po prostu nie wiem. – Co? – Gwen oklapła i twarz natychmiast jej się ściągnęła. i udając. spoglądając to na Isobel. tylko dla dziewczyn.opracowanie z angielskiego. – Popatrzyła żałośnie na ojca. pomyślała. wiesz? Tak czy owak. – A twoi rodzice będą? – O. naprawdę może iść? – Spytałem tylko. przegrywamy? – Gwen wyciągnęła szyję w poszukiwaniu tablicy wyników. Po prostu. czy mogę. że trzyma mikrofon i zakołysała się obok niego. Trzeba tylko trochę pociągnąć tę grę. – U mnie w domu – odparła Gwen. raczej nie będę mogła przyjść.

patrząc ze zdziwieniem na córkę. zapewne usłyszawszy swoje imię. – Kto jeszcze idzie? Gwen wskazała postać czekającą na ławce. nie wyobrażała sobie. Dużo było tego kiwania. Pomimo niedawnego pokazu przenikliwości... – mruknęła Isobel. – Idziesz. . – Wiesz – ciągnęła – na imprezę. – No. – No bo. Zobaczyła. Myśląc gorączkowo. że drzecie koty.Im gonna live forever. nie? – Co? – odkrzyknęła tamta. – Nikki idzie? – spytał. Może tata mnie teraz puści – powiedziała Isobel.. – Ej. wypaliła: – Pogodziłyśmy się. kiwając głową i próbując porozumieć się z nią oczami. – Ona. że Nikki wstała z ławki i rusza w ich stronę. – Ktoś was tam zawiezie? – spytał ojciec. znowu kiwając głową. przyglądając się ubraniu Gwen. panie Lanley. by Nikki mogła od razu załapać. – Na imprezę – dodała Isobel. Badawcze spojrzenie Nikki spoczęło na Isobel. Tata Isobel położył dłoń na jej podetkniętej pięści i delikatnie odsunął ją od swojej twarzy. Niech pan to weźmie.. czy to nie bluza Steviego? – Ojoj. – Nikki! – krzyknęła Gwen. przyglądając się Gwen. którą dziś urządza Gwen. – Urządzasz imprezę? – spytała Nikki.. – Myślałem. dobra – powiedziała w końcu..

na krótką chwilę zapominając. usiłując wskrzesić swój uśmiech. Odwrócił się i Isobel patrzyła za nim. przyciągając go do siebie i całując w policzek. Myślisz. – A Nikki może mnie rano odwieźć do domu – dodała Isobel. Zaczęła podskakiwać i piszczeć jak szalona.sprawdzając godzinę w telefonie komórkowym. żeby wynik mógł się zmienić. gdy odchodził i wtapiał się w tłum. Chyba pozwoli jej iść. że jego postanowienie legło już w gruzach. genialna. Rozłożył ręce. Serce Isobel aż podskoczyło z radości. . – Dobrze – obiecała. przedsiębiorcza Gwen. by zarzucić mu ręce na szyję. Stara. dobra. by ją uściskać. – Bądź grzeczna i nie wyłączaj telefonu – polecił i wsunął własny telefon do kieszeni. – Dzięki. – W takim razie – powiedział – ja już pójdę. Może jeszcze zdążę na końcówkę meczu Uniwersytetu Kalifornijskiego w telewizji. – Może jechać ze mną – odrzekła Gwen. a ona wychyliła się nad ogrodzeniem i stanęła na palcach. – I nie zapomnij pogadać z Bradem. Westchnął i wiedziała. że na ganku zostały jakieś słodycze? – Nie liczyłabym na to – odparła Isobel. że okłamuje swojego ojca. pomysłowa. Nie wygląda na to. Znowu. Stara dobra Gwen. tatusiu – powiedziała.

by słyszeć. że serce jej się kraje. że zgiełk na trybunach narasta (zapewne z powodu przewrotu w tył. Ze środka dobiegał donośny głos trenera Logana. że nie może zawołać go z powrotem i powiedzieć mu prawdy. – No dobra. po czym. gdy znowu stanęła na ziemi. Żałowała.Poczuła. Tymczasem drużyna wyszła na boisko. gdy odszedł na tyle daleko. Przesunęła dłonią po godle Jastrzębi. a potem powiedziała Nikki. by posłuchać. znowu gotowa do wykonania układu przygotowanego na rozgrywki krajowe. Czyżby dalej krzyczał na zawodników? Isobel zbliżyła się do wejścia i oparła dłoń o framugę. aż zacznie się muzyka. Usłyszała. Zdecydowanie nie musiała się wysilać. a teraz serio – odezwała się Nikki. ale by jej nie uwierzył. że nie mógł ich usłyszeć. Żałowała. Gwen poszła się przebrać i spotkać z Mikeyem na parkingu. wymalowanym na murze. i zsunęła się z ławki. wykonywanego przez drużynę w formacji rozchodzącej się fali) i wymknęła się za ceglaną ścianę trybun dla kibiców zespołu gospodarzy. szybszym krokiem ruszyła w stronę wejścia do szatni futbolistów. Usłyszała znajomy rytm rozbrzmiewający ze stadionowych głośników i mimowolnie zaczęła w myślach odtwarzać swoje ruchy. – Co to wszystko miało znaczyć? Gdy tata Isobel zniknął. . nachylając się. Isobel poczekała przy linii bocznej. że zaraz wróci. już niewidoczna z boiska.

że jak już złapiesz tę przeklętą piłkę. słowo daję. Powstrzymała się. oparta plecami o zimną betonową ścianę. i patrzyła na wszystkie plecy po kolei w poszukiwaniu numeru dwadzieścia jeden. Widocznie został w szatni. chyba nie muszę ci powtarzać. Stała z boku. by nie odpowiedzieć podobnym grymasem i skupiła wzrok na podłodze między swoimi trampkami. co tam wyprawiacie. primadonny. Powietrze było tu wilgotne. wydawało . że pozostanie niewidzialna. co wzięła za dezaprobatę. gdy ze środka wyłonili się futboliści. że żaden jej nie zauważa. Obijali się o drzwi i o siebie nawzajem. Wszyscy byli milczący i markotni. Zaczekała i po chwili ze środka wyszedł trener Logan. podczas gdy on pognał w kierunku boiska. gdy zawodnicy wstawali z miejsc i kierowali się do wyjścia. uciekający z szatni niczym para z szybkowaru. żeby wynik na tablicy zmienił się w następnej kwarcie.– Nie wiem. a na jego rumianej twarzy odmalowało się coś. wypełnione wonią potu. Isobel musiała się cofnąć. Brada jednak między nimi nie było. Miała nadzieję. Po cichu wśliznęła się w wąskie drzwi i zeszła po trzech stopniach wiodących do szatni. trawy i ziemi. zdawało się. Gdy wciągnęła je w płuca. ale radzę wam. wezmę zawodników z drużyny rezerwowej! Borgon. bo inaczej. Isobel odkleiła się od ściany. Odwrócił się i popatrzył na nią. to masz ją utrzymać! Zrozumiano? Czy to jasne? A teraz wszyscy zabierajcie stąd tyłki i odwróćcie przebieg tego meczu! W środku rozległ się szurgot.

którą był wyłożony. sygnalizując swoją obecność spokojnym głosem. by stanąć przed nim. że ślad na jego górnej wardze poczerwieniał. jakby nie zawierało tlenu. opuściła wzrok i spojrzała do wnętrza kasku. Wytrącona z równowagi dziewczyna chwiejnie podniosła się na nogi. Jego spojrzenie nadal utkwione było w kasku. Czerń rozszerzonych źrenic niemal zupełnie przykryła jasny błękit tęczówek. Przypominało to wejście do sauny. Jego mokre kosmyki miały barwę starych monet. a potem wpatrywał się w środek.się gęste. wstając. – Nie dotykaj mnie! – warknął i wyrwał się jej. tak że wyglądały jak cienkie aureole. dobrze się czujesz? Uniósł na nią oczy i poczuła falę przerażenia. z kaskiem w rękach i zwieszoną głową. Zrobiła kilka kroków w jego stronę. – Brad – powtórzyła i podeszła jeszcze bliżej. Połysk potu na skórze sprawił. zaskoczona. na czarną piankę. Brad siedział sam na ławce pośrodku. ze spoconymi włosami lepiącymi się do czoła. że nie podnosi wzroku. Przykucnęła przed nim i położyła mu dłonie na nadgarstkach. A może to przez nagłą bladość? Zatrzymała się. – Brad – powiedziała. Odwrócił się od niej i ruszył do . Podniosła głowę i spojrzała mu w twarz. – Brad. wąskie pierścienie koloru wokół ciemności. Obracał go powoli w dłoniach.

Pod jego oczami widniały pręgi z czarnej farby. Pobiegła za nim. zaczekaj! – Powiedz im. Wstrząśnięta Isobel patrzyła. Przytrzymał ją i przyjął jej impet. Potykając się i zataczając. z kaskiem w ręce. które pojawiły się znikąd. by odzyskać ostrość widzenia. po czym złapała się ściany. by ją odepchnąć. Isobel zamrugała powiekami. z twarzą surową i ściągniętą. jak chłopak wychodzi z szatni. wężowate smugi oleistego dymu. czerwonymi uśmiechami. mroczne postacie nabierały kształtów. . – Brad. Zobaczyła. Brad! Isobel rzuciła się naprzód. wbiegając na trzy stopnie. Cztery postacie o bladych obliczach zaczęły maszerować za nim. lecz drogę zatarasował jej Mark. lecz Mark zagrodził jej drogę szerokim ramieniem. Isobel podskoczyła i próbowała coś zobaczyć ponad jego powiększonymi przez ochraniacze ramionami. po czym wykorzystał go. Zgromił ją wzrokiem. materializując się w powietrzu wokół niego. po dwie z każdej strony. że Brad zbliża się do boiska i przykłada rękę do czoła. Powietrze wokół niego zdawało się wirować i migotać. lecz tym ostrzejsze stały się ciemne. żeby zostawiły mnie w spokoju! – krzyknął i wbiegł po schodkach. zbiegła z powrotem po schodach. świecąc ostrymi. Niczym kłęby fioletowego atramentu w wodzie. Próbowała się przepchnąć. – O Boże.drzwi. W jednej chwili kilka par czarnych buciorów ruszyło naprzód.

gdy w otartych dłoniach poczuła ból. a może się spodziewał. Musiał jednak usłyszeć odgłos jej trampek. i trzeci raz ruszył w stronę boiska. Patrzyła na niego w zdumionym milczeniu. złapał ją i odepchnął z całej siły. wystarczająco długo. to na graczy zbierających się na boisku.– Nie wiem. – Posłuchaj mnie. przynajmniej do pewnego stopnia. W dłonie wbiły jej się drobinki piasku. Pochylił się. by podnieść kask. Z trudem dźwignęła się na nogi... zdeterminowana. Poleciała w tył. jak i troski. – Mark. Czekała jeszcze tylko chwilę. zaczekaj! – zawołała. Szła za nim. Wiedziała. by zobaczyć. Mark popatrzył na nią groźnie. po schodkach i na zewnątrz. Choć teraz nie byli przyjaciółmi. Nie rozumiesz! Jej oczy wędrowały to na jego plecy. starając się. po czym popędziła naprzód. jak odwraca się plecami. Uderzyła o beton. lądując na tyłku z głuchym odgłosem. bo nagle się obrócił. Z głośników poniósł się głos . wymachując rękami. z miną wyzutą zarówno z żalu. kiedyś nimi byli. że spróbuje czegoś podobnego. że na oczach rodziców i trenerów raczej nie jej nie zrobi. co zrobiłaś – powiedział – ale trzymaj się od niego z daleka. Upuścił kask. dopóki nie znaleźli się na widoku z trybun. by przemknąć obok niego. by w jej głosie nie było słychać bólu. Skuliła się i gwałtownie wciągnęła powietrze przez zaciśnięte zęby. zachowując bezpieczny dystans.

Zimny wiatr targał jego cienkie siwe włosy i zaczerwienił jego spierzchniętą twarz o ostrych rysach. – Musi pan zdjąć Brada z boiska! – Słowa wypłynęły z niej jednym ciągiem. któremu Mark pozwolił iść za sobą. że nie widzi mrocznych kształtów. – Mark – powiedziała. – Denson! Oboje podnieśli głowy. jakby była zwierzątkiem. Pominie Marka i pójdzie prosto do źródła. które podążały za nim. wskazując Isobel. Zobaczyła. żeby zostawiła go w spokoju. – Gdzie twoja trenerka? Czemu dokuczasz moim zawodnikom? – warknął Logan. wyrywając się. – Zostaw mnie! – krzyknął. żeby ściągnął Brada! – nalegała. Szedł do nich trener Logan. że w ten sposób odciąć się od świata. – Musisz powiedzieć trenerowi.spikera. machając ręką w kierunku drużyny. – Brad powiedział jej. nie dotykaj mnie! – ryknął. Nie obejrzał się i Isobel zrozumiała. – Co to ma być? – spytał. że Brad zmierza wraz z innymi zawodnikami na środek boiska. jakby liczył. a czerwień na jego twarzy pogłębiała się z każdą chwilą. ustawiającej się przy linii bocznej. Dobra. poganiając się nawzajem. trzymał go obiema rękami. Znowu go chwyciła. Włożywszy kask. – Nie powinnaś być gdzieś tam? – spytał. – Musisz! – Powiedziałem. ale i tak za nim łazi – powiedział chłopak. ogłaszającego wynik. pomyślała Isobel. – Coś . łapiąc go za ramię.

Całe jego ciało drżało z wściekłości. z tym dziwnym. Teraz jego twarz zrobiła się fioletowa. – Dobrze poszło. Nic patrząc na nią. Kilka kosmyków grubych. lecz szorstki. przypominających pióra włosów opadło i zwisało nad poszarpaną dziurą ziejącą w jego białej twarzy. Odwróciła się i zobaczyła go. Szczeka zaczęła mu drżeć i w chwili. no – powiedział cichy głos. czy to nie atak serca. by uchronić się przed lecącymi kropelkami śliny. Odezwał się za nią. opartego o ceglany bok trybun. Miał skrzyżowane ręce i dłonie wciśnięte pod łokcie. Spod linii brwi patrzyły na nią czarne oczy. wrzasnął na nią. Musi go pan zdjąć – powtórzyła. jak masz dopingować?! Isobel musiała się skulić. – No. elektrycznym tembrem. po czym odwrócił się. Isobel patrzyła na ich oddalające się plecy. gdy Isobel zaczęła się już zastanawiać. wskazując pole gry. – Denson! – krzyknął trener. zapinając kask. by ruszyć do linii bocznej. – Czy ja ci mówię. łagodny. z czerwonymi pazurami rozcapierzonymi po obu stronach na kształt śmiercionośnych wachlarzy. Bezradnie omiotła spojrzeniem boisko i kolejny zimny podmuch przyprawił ją o drżenie. szorstkim niczym dźwięk piłowania stali. głosem chrapliwym i gardłowym. Jego widmowe. Mark ruszył za Loganem. szczupłe ciało częściowo zasłaniało namalowany herb z jastrzębią głową.jest nie tak. .

– Witaj znowu. czirliderko. ..Posłał jej karmazynowy uśmiech..

Pinfeathers pojawił się przy jej boku.. W jednej chwili zrozumiała. z pięściami zaciśniętymi po bokach. i to z powodzeniem. by pokazał swoją głupią. – Zrób to! – Nie powiesz nawet „proszę"? – Czego od niego chcesz? – zapiała. ta byłaby idealna. a jego postać nabrała kształtów pośród wijących się pasm fioletowego dymu. . Ze wszystkich odpowiednich chwil. jakby miała w sobie coś. patrząc prosto na Pinfeathersa. o co Pinfeathersowi chodziło: próbował ją zatrzymać. które oddzielało ją od pola gry. Zawsze zjawiał się po fakcie. – Odwołaj ich – powiedziała. – Brad nie ma z tym nie wspólnego! Twarz mu spochmurniała. – Nie ma? Jej wzrok podążył na boisko. – Ładnie poproś – odparł z uśmiechem. co zwróciło jego szczególną uwagę. Zaklęła pod nosem i popędziła do ogrodzenia. uśmiech zniknął..36 Bez odwrotu Isobel zaczynała nienawidzić Reynoldsa. opatuloną twarz. patrząc na nią z przechyloną głową.

Zakrakał na nią ochryple. Złapała liścik. z łatwością prześlizgując się przez siatkę. Dotarła do ogrodzenia i złapała górną krawędź. – A ja dla ciebie. pokazując mu otwartą dłoń. między którymi trzymał złożony świstek białego papieru. Pinfeathers uśmiechnął się skromnie. . po czym wzbił się w powietrze i odleciał. postrzępione kształty piór i zdawało się rozpuszczać i jednocześnie tężeć. który w jej dłoni wydawał się solidny i prawdziwy. jakby przyjęcie przez nią liściku zwolniło jakiś mechanizm. rysy jego porcelanowej twarzy zaczęły się zmieniać. a potem znowu nabierając kształtów po drugiej stronie. Jego postać rozmyła się w te same gęste kłęby dymu. Pokonał ogrodzenie przed nią. Czy naprawdę mogła sama przerwać mecz? Czy raczej zostanie zmiażdżona na naleśnik? – Nie obchodzi cię nawet od kogo? – spytał Pinfeathers. zataczając kręgi. Następnie. Isobel zatrzymała się i serce podeszło jej do gardła. rozmywając się. że widzi zarys fioletowych linii. szykując się do skoku. Jego ciało przybierało czarne. Spadaj! – warknęła. pojawiających się niczym ciemne żyły pod bladą skórą. z których na jej oczach wyłaniali się już inni Nokowie. Podniósł dwa szpony. gdy zdało jej się. zamachał skrzydłami.– Mam dla ciebie wiadomość – oznajmił. a twarz wyostrzyła się w końcu w krzywiznę czarnego dzioba.

Zwycięsko sycząc. aż w pewnej chwili jej uwagę przyciągnął inny przedmiot w powietrzu. Brad leżał nieruchomo na boisku z nogami wygiętymi pod nienaturalnym kątem. przemykających obok. w mgnieniu oka. że wyparuje. które powędrowały do ust. bezlitosny trzask. Isobel usłyszała ostry. Stało się to bardzo szybko. Isobel nie mogła powstrzymać swych dłoni. Uśmiechały się jak piranie.. jakby się obawiała. bieli. z gracją podążając za każdym jego ruchem.Jej oczy śledziły go. Gdzieś rozbrzmiał gwizdek sędziego. zieleni. Brad przycisnął ją mocno do siebie i nachylił się. i czerni. ściskając w dłoni liścik. Ktoś . łoskotu i stęknięć zderzających się zawodników. jak numer dwadzieścia jeden łapie piłkę. Opadły go ciaśniej. biegnąc w stronę drugiego krańca boiska. Nawet wśród krzyków z trybun. Brad podążył za nią. Isobel przeskoczyła parkan jednym ruchem. Piłka upadla na ziemię.. Isobel patrzyła. niemal tańcząc. a koledzy z zespołu otwierali mu drogę. Nokowie rozpłynęli się w smugi dymu. chóralny jęk żalu. Piłka. Po wykopie zataczała w powietrzu szeroki łuk. kierując go z całym impetem na nadbiegającego gracza. Na widowni rozległo się westchnienie. znikając na chwilę w bezładnej mieszaninie błękitu. który stał z ugiętymi kolanami i rozłożonymi rękami. Gnał jak autostradą w towarzystwie czterech ciemnych kształtów. blokując przeciwników. Leciała w stronę niepilnowanego skrzydłowego. by je zasłonić. złota.

biegnąc wzdłuż boiska w miejsce. Poczuła. nie – wymamrotał. Mokre miedziane loki kleiły się do skroni i czoła. – Odejdź. Poddała się. Odciągnęli ją w tył i postawili na nogi. Postawił walizkę i ukląkł obok Brada.rzucił się. sterczącej spod kolana. Jego głowa przekręciła się na bok. – Pogładziła mu dłonią czoło. niezdolna do oporu. Reszta tęczówek została pochłonięta. która przesączała się przez futbolowe spodnie w kolorze metalicznego złota. – Nie. przykryta kręgami najczystszej czerni. Zaczęła się przepychać i opadła na kolana przy jego boku. – Brad. gdzie Brad leżał w otoczeniu kolegów z drużyny i przeciwników. że ktoś łapie ją za ramiona. – Zbliżają się – mruknął. który leżał na trawie. – Brad! – Przyłożyła dłoń do jego chłodnego policzka. by ją zatrzymać. Ściągnęła mu kask. Całe jego ciało się zatrzęsło. a z przystojnej twarzy odpłynął cały kolor. Mięśnie jego pobladłej twarzy zadrgały pod jej palcami. Ukazała się tylko wąska obwódka wyrazistego błękitu. – Cofnąć się. wszystko dobrze. z oczami uciekającymi w tył głowy i . ale minęła go. przepychając się. Otworzył oczy. na krew. – Drżenie się wzmogło. Dwa otwory wielkości monet zatrzymały się na niej. wszyscy! – zawołał ktoś. Lekarz. starając się nie patrzeć na srebrzystą biel kości. a ona złapała oddech.

napisane fioletowym tuszem. – Isobel! Znowu ktoś złapał ją za ramiona. Dobrze? Isobel skinęła głową w odrętwieniu. całkowicie przytomna. Była absolutnie. co? Pokręciła głową. Nigdy nie chciałem Cię w to wciągać Nigdy. Isobel! Nie znałem innego sposobu. Nie. Przywarli do ogrodzenia i patrzyli. Proszę. którą wciąż trzymała w garści. – Wracaj do linii bocznej i zaczekaj – poleciła kobieta. a ciało spełniało polecenia bez udziału umysłu. Po dzisiejszym wieczorze wszystko zniknie.opadającymi powiekami. Przeciągnęła kciukiem po gładkiej powierzchni karteczki. gdy trenerka odwracała ją plecami do całej tej sceny. W jaskrawym blasku jupiterów przeczytała eleganckie linijki. – Isobel – powtórzyła trenerka Anne. Rozwinęła ją. żeby do Ciebie dotrzeć. potrząsnął nią. . z twarzami zmienionymi w maski niedowierzania. Zatrzymała się na środku boiska. Nogi powoli poniosły ją naprzód. ale nie mu nie będzie. – To poważna kontuzja. – Chyba nie zemdlejesz znowu. zobaczyła Steviego i Nikki. Zmierzając w stronę linii bocznej. Dziewczyna zamrugała powiekami i skupiła wzrok.

by tak się to skończyło. . Twój na zawsze V. Pragnę tylko znowu Cię zobaczyć. że nie chciałem. czego nie mogłem powiedzieć wcześniej. A przede wszystkim żałuję. uwierz.uwierz. Chciałbym powiedzieć Ci wszystko. Cokolwiek się teraz stanie. W jakiś sposób straciłem nad wszystkim kontrolę. że nie da się zacząć od początku. proszę.

chudy chłopak z potarganymi włosami. by niepostrzeżenie uciec. Nie chciała. działała szybko. dokąd się wybiera. miała na . że nie może sobie pozwolić na opóźnienie. jakby zobaczył coś zabawnego. już się przebrała i nie udawała kibica. wyobraziła sobie. gotowa na ripostę. by Nikki czy Stevie (albo ktokolwiek. Choć wydawało się to okropne. które miał na sobie. Isobel wymknęła się bocznymi drzwiami ze stadionu i poszła na ciemny. zastawiony samochodami parking. Stało się jasne. musiał znaleźć w dziale dziewczęcym w Target. Obok niej stał wysoki. gdy przeczytała liścik od Varena. Otaksował wzrokiem nadchodzącą Isobel i uśmiechnął się. A liczyło się tylko jedno: musiała go znaleźć. skoro już o tym mowa) dogonił ją i spytał. wiedziała bowiem. Straciła już i tak zbyt wiele czasu. – Co się stało? – spytała Gwen. Gdy zmierzała przez parking w stronę cadillaka.37 Ponura Fasada Wziąwszy z szatni dla dziewcząt sportową torbę. że czarne dżinsy. W odpowiedzi zgromiła go spojrzeniem. gdyby powiedział choć słowo o jej stroju czirliderki. Gwen. jak musi wyglądać – posępna i blada. wykorzystując zamieszanie wywołane wypadkiem Brada.

– Co się stało? – Tamta zmrużyła oczy. do czego zdolni są Nokowie. Wyglądała na niej niemal równie niedorzecznie jak za duża bluza Trenton. wiedziała. – Komuś coś się stało? – Brad – odparła Isobel. – Chodźmy. by Gwen nie dowiedziała się zbyt wiele. otworzyła tylne drzwi cadillaka i wrzuciła torbę. Minęła ich. – Widzieliśmy odjeżdżającą karetkę – powiedziała. – A u ciebie w porządku? – Tak – odrzekła. Wsunęła karteczkę od Varena do torby. która z powodu rozszerzanych rękawów i braku wcięcia w talii robiła wrażenie nocnej koszuli wampira. starając się nie przypominać sobie widoku strzaskanej kości. – Au! Ale będzie dobrze? Isobel skinęła głową. że musi dotrzymać złożonej samej sobie obietnicy. obok metki do Ponurej Fasady. jaśniejącej bielą pod krwawym strzępem skóry. Zakołysała się . gdy przekonała się. Ukrywanie szczegółów nie miało sensu. Teraz tylko zmarszczyła brwi. gdy Isobel podeszła bliżej. żeby Gwen ją zobaczyła. nie chciała bowiem. – Ma złamaną nogę – wyjaśniła. Gwen najwyraźniej się zastanawiała. Po dzisiejszym wieczorze. W innych okolicznościach Isobel mogłaby parsknąć śmiechem. Gwen skrzywiła się.sobie czarną sukienkę z dekoltem.

W końcu mrugnął do niej i zajął miejsce kierowcy. nie chcąc tracić czasu na spory. Miał kanciaste. Rzuciła jej pudełko na kolana. Z przodu Mikey odwrócił się i leniwie się do niej uśmiechnął. Wśliznęła się na prawą stronę tylnej kanapy. Gwen sięgnęła w przód. Isobel. Świetnie. po czym wgramoliła się do auta. Lecz. – Hej – powiedział. jakby nie miała pewności. W obu jego uszach tkwiły rzędy kolczyków o kształcie ćwieków. – Posuń się – powiedziała Gwen. – Co to? – spytała Isobel. wystawił głowę i wydał z siebie przeciągle. – Czemu nie siadasz z przodu? – To – Gwen postukała w pudełko – jest twój kostium. Po prezentacji odwróciła się i okrążyła samochód. ostre rysy. na niego patrzyła. by złapać go za kaptur od bluzy. Dziś Halloween. to jest Mikey. z każdą chwilą bardziej nim zniesmaczona. – Hej – odrzekła. Mikey. i . Otworzyła bagażnik i zaczęła w nim szperać. co włączało dzwonek alarmowy w jej głowie. ale nic nie powiedziała. To on miał prowadzić? Skrzywiła się. pojawiając się obok z podłużnym białym pudełkiem pod pachą.na nogach. W końcu przemówiła. donośne wycie do księżyca. Tymczasem Mikey gapił się na Isobel. Szturchnęła Isobel. w którą stronę się odwrócić i co powiedzieć. – Isobel. siląc się na uśmiech. zapomniałaś? Mikey odkręcił szybę. Miał w sobie coś.

Cadillac zaskomlał. Radio włączyło się z szumem i trzaskiem. nie mogę tam wejść ubrana w coś takiego. do diabła? . czy nie mogła pojąć. z szybkimi. było marnowanie czasu na przebieranie się w głupi kostium. jakiej chciała po dotarciu na miejsce. – I co? – spytała Gwen. któremu bomba wybuchła w rękach. – Gwen. Isobel złapała się fotela. że nie możesz iść w tym. Cadillac pomknął. która kojarzyła się z osmalonym bohaterem kreskówki. a potem warknął. Isobel opuściła wzrok na pudełko na swoich kolanach. Obok niej niecierpliwa Gwen zdjęła pokrywkę z pudelka. Nawet jeśli Gwen nie znała wszystkich okoliczności. odsłaniając zwoje koronkowej tkaniny. Oczy Isobel zrobiły się szersze. że Isobel musi tylko znaleźć Varena? Że to jedyny powód.wciągnęła go z powrotem do środka. Rzuciła gniewne spojrzenie na tył absurdalnej fryzury chłopaka. – Dlaczego. naciskając pedał gazu. Głośniki wybuchły dudniącą muzyką. Wyjechali na główną drogę. chrapliwymi wokalami. dla którego w ogóle się tam wybiera? – Otwórz i już – poleciła Gwen. szorując tylnym zderzakiem po krawężniku. rzucając wszystkich w tył. gdy samochód pędem oddalał się od stadionu. po czym zaczęło skakać po stacjach. co masz na sobie. Zabiliby cię. – Mięso z czirliderki! – ryknął Mikey. Zaśmiał się i wetknął kluczyk do stacyjki. Ostatnią rzeczą. – Wiesz.

– Przerobiłam – przyznała tamta. by walnąć go w głowę. – Czekaj.. – Tu są buty – oznajmiła Gwen i rzuciła jej na kolana parę różowych pantofli. – O połowę taniej w sklepie Prawie Nowe.– To jest różowe! – No to co? – Eee. . zbita z tropu. halo. sama to uszyłaś? – spytała Isobel. wygładzając fałdy swojej sukienki – przygotowanie tego stroju trwało wieki. Jak on ma cię znaleźć? Naprawdę. – Gwen. nie! – Słuchaj. że posyłam cię na ofiarę z dziewicy. – Poza tym – dodała Gwen. – Robisz cyrk – stwierdziła Gwen i ułożyła jej sukienkę na kolanach.. nie oglądałaś Carrie? – Zatkaj sobie! – wykrzyknął Mikey i zaczął szybko uderzać kierownicę w rytm perkusji. można by pomyśleć. więc musisz go włożyć. Przyjedzie cały underground stąd do Indiany. tam będzie tłok. Isobel zgromiła go wzrokiem. Isobel zacisnęła usta we wściekłą. Wzruszyła ramionami. rozpinając suwak. Mocno chwyciła jeden pantofel i walczyła z pragnieniem. milczącą kreskę. – Nie włożę różowej sukienki na imprezę gotów. – Poważnie jesteś dziewicą? – zapiał z przodu przewidywalny do bólu Mikey.

– Sprawdź w słowniku.. – Co ty wyprawiasz? – pisnęła. Następnie Gwen. żeby dorzucili je gratis. więc się nie przejmuj. nie dając Isobel chwili wytchnienia. Isobel poczuła. który uniósł podbródek i patrzył na nie w lusterku. A.Przy okazji. zanim noc się skończy. poruszając brwiami. – Patrz na drogę albo będziesz eunuchem. jak to się zdejmuje? – Chwyciła koleżankę za ramiona i obróciła.. Nadeszła kolej na golf. ale nakłoniłam ich.. że rozpina suwak stroju czirliderki. Czekaj. chichocząc. – To chyba trochę niebezpieczne? – zaprotestował Mikey. na czubku lewego buta jest plama. a potem na sportowy stanik. Co to w ogóle za koleś? Gwen nachyliła się. Zrezygnowana Isobel zdjęła bluzkę. – Nie będę się tu przebierać! – Czemu nie? – Bo. Wyciągnęła rękę i przekręciła lusterko ku podsufitce. chłopak! – krzyknęła i wskazała Mikeya.. jesteś mi winna dwadzieścia pięć dolarów. choć jej oczy nawet na chwilę nie odrywały się od potarganej głowy chłopaka. – Co to jest eunuch? – spytał. Gwen znowu oparła się na tylnej kanapie i od razu zajęła się sukienką. narzuciła jej sukienkę na głowę . Pędzili teraz autostradą. Jeśli choćby zerknie. Isobel prychnęła z niesmakiem.

Isobel wyjrzała przez okno. by ją strojono. – Pochyl się – poleciła Gwen i pchnęła Isobel w pasie. jak ulał. gładka i chłodna. Gwen szarpnęła sukienkę. Zbyt szybko. z falbankami. sercowaty dekolt i bufiastą spódnicę. Nawet w półmroku widziała. że żadnych rękawów ani ramiączek nie ma. Tkanina ściśle przylegała do ciała. – A teraz usiądź – powiedziała. która po wstaniu zapewne ułoży się w falbanki i opadnie tuż poniżej kolan. Przechyliwszy głowę. bez ostrzeżenia. Palce przedzierały się dalej. szukając ramiączek albo rękawów. aż zaparło jej dech. Takiej sukienki Isobel nigdy sama by sobie nie wybrała – była aż za ładna. Zapięła suwak. Satynowa podszewka przesuwała się po jej nagiej skórze. znowu ciągnąc ją w swoją stronę. że krój jest klasyczny. Odkryła jednak. Sukienka miała koronkowe naszywki. Pasowała. Trzymał kierownicę niczym przeciwnika w . że tym razem prędkość wyjątkowo jej się podoba. Ze złożonymi rękami Isobel pozwalała.i pociągnęła w dół. gdy Mikey ostro wchodził w jeden zakręt za drugim. Isobel spojrzała na siebie. by przełożyć ręce przez wąską talię. Następnie Gwen zdjęła jej niebieskie i złote wstążki z włosów. i ponaglała samochód w myślach. Isobel zmagała się z różowymi fałdami. lecz nagle. nie krzywiąc się nawet przez chwilę. z różową jedwabną szarfą w pasie w stylu Alicji w Krainie Czarów. podczas gdy Gwen się nią zajmowała. która znalazła się na swoim miejscu i wtedy Isobel zrozumiała. Jechali szybko.

Co miał na myśli. by przybić piątkę z sercem. gęsty szereg zdawał się dopasowywać do rytmu muzyki. pisząc. czy mogła jeszcze mieć pewność w jakiejkolwiek kwestii? Rzeczywistości? Rozsądku? Samej siebie? Opuściła wzrok na swoje kolana i dłonie. że pewnie są już daleko od miasta. przypominając sobie. że po dzisiejszym wieczorze „wszystko zniknie”? Zacisnęła powieki. gdzie Varen zapisał swój numer za pierwszym razem. Chciała sięgnąć do torby i znowu przeczytać wiadomość. jakby wytatuował je w jej duszy.zapasach. by „tak to się skończyło"? Dlaczego miała wrażenie. Zacisnęła dłoń. Patrząc na gęstniejące drzewa. że są gdzieś w hrabstwie Henry albo Spencer. Nie spoglądała na przydrożne tablice. choć nie mogła mieć pewności. potem drugiej. Obróciła lewą rękę. Z drugiej strony. Wkrótce samochód zjechał z autostrady i zaczął krążyć po labiryncie czarnych ulic. pomyślała. których kościste cienie wydawały się coraz groźniejsze. że nie chce. Bez blasku latarń ciemność na zewnątrz przerodziła się w czerń. że ten liścik to pożegnanie? I dlaczego napisał. a ich jednostajny. ale doszła do wniosku. Isobel poczuła na głowie drapanie spinki do włosów. ale było tak. Cyfry już zniknęły. Drzewa przemykały obok. Auto gnało w dół pochyłej ulicy i żołądek jej podskoczył. Zupełnie jakby liczyła. że słowa . rozświetlone promieniami księżyca i długimi światłami cadillaka.

chwyciła oparcie fotela kierowcy i mrużąc powieki. – Cokolwiek zrobisz – powiedziała – nie zgub tego. niemal odcinając dopływ krwi. Pod oponami chrzęścił żwir. krętych alejek. A może był to element tego. Właściwie zresztą. chwyciła ją za nadgarstek i oplotła go czerwoną wstążką. czy to nie on ich przysłał – w końcu Pinfeathers przyszedł z jego listem. rozważała. opuszczając ręce.się zmieniły. co zrobią Nokowie. zaciskając supeł. wątpliwości i strachu. gdy przednie koła podskoczyły na czymś. czemu nie. Rzędy czarnych samochodów stały po obu stronach niczym uśpione potwory. Gwen wyrwała jej zaproszenie z ręki. Wyciągnęła metkę ze sportowej torby. Kurz i pył wirowały w światłach reflektorów na podobieństwo mgły. . Co gorsza. gdy nie patrzyła. Cadillac niespodziewanie zwolnił i Isobel naprężyła mięśnie. Isobel nachyliła się. Zastanawiała się. po czym zajęła się mocowaniem własnej metki. Mikey wyłączył długie światła i teraz światła mijania rzucały żółtawobiały blask na szeroki plac z bladej ziemi i kamieni. co nazwał utratą kontroli? – Gotowe – oznajmiła w końcu Gwen. – Gdzie twoja metka? Uwolniona Isobel otworzyła oczy. Jechali ostatnią z długich. trujący pąk niepewności. Gwen jakby spodziewała się wstrząsu. skoro wszystko inne dookoła wydawało się zmieniać? W jej żołądku zakiełkowało okropne uczucie. aż wstążka wpiła jej się w skórę. co zdawało się kłodą drewna. Zawiązała. czy Varen wiedział.

lecz bez wątpienia całe. blask reflektorów omiótł kilka wysokich. Z mocno bijącym sercem odwróciła się i popatrzyła na parking. Przysunęła się do okna. a ich ostre nosy i kontrastowo umalowane oblicza były groźne. – Zobacz. . Ze środka emanowało pulsujące zielone i różowe światło. układających się w nienawistne słowo ŚWIRZE na boku cougara. Gdy samochód podjechał bliżej. Drzwi otworzyły się. poświęcając chwilę. – Ej – zagadnęła Gwen i ją szturchnęła. Spoglądali na dziewczynę ponuro. Zobaczyła grupki osób stojące przed długim. co jest? – krzyknął Mikey. Isobel odchyliła się. bladych postaci. każda twarz po kolei odwracała się w jego stronę. Wnętrzności Isobel stężały na ich widok. Pociągnęła klamkę. Światło reflektorów prześliznęło się po znajomym samochodzie i Isobel wydała cichy okrzyk na widok koślawych liter na czarnym lakierze. a z oddali Isobel bardziej czuła. a gdy cadillac przejeżdżał obok. Spomiędzy nich unosiły się kłęby dymu. niż słyszała niskie dudnienie muzyki. gdy kulili się razem obok czarnej hondy. a trochę na magazyn. przyglądając się ich twarzom.wyjrzała przez przednią szybę. dwupiętrowym budynkiem. dzieląc się papierosem. – Ej. by odetchnąć i nakazać swojemu sercu zmniejszenie tempa. który trochę wyglądał na szopę. a cadillac zahamował i stanął.

Zmagając się ze swoimi instynktami. nadawał światu wokół widmową bladość i sprawiał. Przebiegł ją dreszcz. że naprawdę tam jest. Opadł na kolana. które omiotło jej odsłonięte ramiona. oświetlając wirujący tłum odzianych na czarno ciał. gdy wyciągał rękę do publiczności. pobiegła co sil w nogach do budynku i tupot jej stóp połączył się z donośnym. niemal w pełni. Lśniąc niczym leniwe oko węża. Na prowizorycznej scenie pod jedną ze ścian grał zespół. chaotycznym rytmem muzyki. W środku szalały kolorowe światła. by popatrzeć na morze zamaskowanych twarzy. Zerknęła na niebo. Perkusista i gitarzysta podawali gwałtowny rytm. Isobel wciąż słyszała szelest swojego stroju. Chłopak w długim czarnym płaszczu. Isobel weszła . że różowa satyna i koronka jej sukienki zdawały się świecić.. Nawet ponad huczącą perkusją. Zwolniła. z twarzą wymalowaną jak u śmierci. krzyczał do mikrofonu. Szerokie drewniane drzwi stały przed nią otworem. i Varen też musi być gdzieś blisko. Księżyc. która towarzyszyła rzężeniu gitary basowej.. sączył srebrzystobiały blask przez cienką zasłonę chmur. Fioletowe i zielone rozbłyski mrugały i pulsowały. wyśpiewując błaganie o modlitwę za siebie. żyje. – Isobel. dobiegając do wejścia. źródło dręczącej muzyki. czekaj! Nie zważając na Gwen. ale miło odbierała tę rześkość – kolejny dowód.Zsunęła się ze swojego siedzenia prosto w chłodne powietrze. że nie śpi.

by wyjaśnić. dopiero poniewczasie rozumiejąc. ukryć jej w tłumie. wiedząc.nieco dalej. gdy oglądał fioletowe pismo. na sekundę zmieniając róż jej sukienki w głęboki fiolet. Podniosła głowę i zobaczyła grupki osób stojące na drewnianej galeryjce otaczającej całe pomieszczenie. że nie ma sensu przekrzykiwać ogłuszającej muzyki. Na szyi miał psią kolczatkę. jakby chciał najpierw sprawdzić autentyczność. Tym razem pozwoliła mu sprawdzić metkę. Szybko odwróciła wzrok. Żałowała. zamkniętą na kłódkę. zafarbować tkaniny. Rozdrażniony znowu sięgnął po jej nadgarstek. Isobel nawet nie drgnęła i patrzyła na jego twarz. że ktoś klepie ją w ramię. skąd się tu wzięła blondynka z falbankami. Wysoki chłopak z niesfornym czarnym irokezem. Jego pełne usta pokrywała czarna szminka. Na chwilę pochwycił ją rozbłysk ultrafioletu. że chodziło mu o metkę. w małych okrągłych okularach. . bez pytania wziął ją za nadgarstek. że to światło nie może się utrzymać. gromadzili się przy krawędziach. Wyglądał. Pochwyciła kilka spojrzeń skierowanych w jej stronę. wspierając eleganckie dłonie na balustradzie. Wyrwała mu się. postanawiając za wszelką cenę trzymać się z dala od jatki. Kilka razy obrócił metkę. Poczuła. Niczym ozdobne gargulce i cmentarne anioły. i obróciła się. z którą kojarzył jej się parkiet do tańca. Z niedowierzaniem spojrzał jej w oczy. a nie o jej żyłę. zanim ją w końcu przeczytał.

Grupka. ale wtedy tamta ją zobaczyła i było już za późno. który burzył doskonałość jej hebanowych ust. Isobel cofnęła rękę. Było tam trzech młodych mężczyzn. wyglądała jak okazały. Wyglądała jak królowa w długiej krwistoczerwonej sukni z czarnymi akcentami. choć trochę niezwykły kondukt pogrzebowy. że nie zamierza jeszcze jej puścić. że ubrała ją w ten dziewczęcy róż. okrytych rękawami z czarnej koronki. Zaraz zjedzą ją żywcem. Pozostali też odwrócili głowy i opuścili kielichy. Skrzywił się i wskazał pobliskie zgromadzenie. Lacy. Zgiętym palcem pokazał. Przyglądała się przez dłuższą chwilę z drwiącym uśmieszkiem. Dlaczego nie mogły się zamienić? Trochę . by podeszła bliżej. Gęste ciemne włosy upięte miała pod srebrną opaską. Niczym mysz sparaliżowana spojrzeniem kobry Isobel stała bez ruchu. i tym razem to ona pokręciła głową. być może uznawszy. Isobel przełknęła ślinę. Wyglądało na to. w stronę której wyciągnął rękę. że nie warto zadawać sobie trudu i krzyczeć. W myślach przeklęła Gwen za to. w tym dwóch z otwartymi czarnymi parasolami. ale się nie odezwał. Przez chwilę Isobel chciała ruszyć prosto w tłum. ale on pokręcił głową. które trzymali nad głową dziewczyny o złocistobrązowych rękach.jakby chciał coś powiedzieć. Tamta zmrużyła umalowane oczy i patrzyła na nią surowo. ozdobione dużymi różami i długimi kawałkami czarnej wstążki.

Parła naprzód. Jak miała go w ogóle znaleźć? Czy był na dole. oderwała się od grupy i pognała prosto w czarną ciżbę. Lacy oddała swój kielich temu z irokezem. Wyraźnie zniecierpliwiony chłopak z irokezem położył jej wielką dłoń na jej plecach i posunął w kierunku grupy. by się uwolnić. że upuścił napój Lacy. Isobel. a gdy podniosła wzrok. która jęknęła z przerażeniem i puściła metkę. że go widziano. czy na górze. by wiedzieć. nie wiedząc. gdzie ją pchnięto. Obejrzała się. że Varen jest obecny. Jej sukienka zaczepiła się o czyjąś kolczastą bransoletkę i musiała przystanąć. Był to ostateczny dowód. przeszukując tłum z tyłu. poszła tam. Chłopcy z parasolami wyglądali najwyżej na dwadzieścia parę lat i każdy nosił wysoki cylinder oraz długi płaszcz. co innego mogłaby zrobić. Nie traciła czasu. Nosił skórzaną kurtkę z łańcuchami. popatrzyła ponad jej ramieniem.konturówki. Ciecz rozbryznęła się po podłodze i ciemne krople poleciały na sukienkę Lacy. potrącając jego ramie tak. Jej ciemne oczy przymknęły się podczas czytania. gdzieś na galeryjce? . a włosy miał na jednej połowie płowy nastroszone. którego potrzebowała Isobel. Isobel. przeciskając się i lawirując między ciałami. na drugiej zaś – ostrzyżone na zapałkę. po czym złapała metkę Isobel. nadąsana mina i mogłaby całkiem zniknąć z pola widzenia radarów. Trzeci miał ostrzejszy styl. chwytając okazję. Pchnęła chłopaka z irokezem. a następnie obróciła i ruszyła w inną stronę.

wściekłą i gotową ją oskalpować. Albo wyssać jej całą krew. zastanawiając się. głosem metalicznym i ostrym. w większości albo śnieżnobiałe. Ktoś na nią wpadł i została odepchnięta w bok. Jęknęła i pobiegła przed siebie.. – Isssobel! Podskoczyła. Ktoś złapał ją w talii i krzyknęła. Dziwne twarze odwracały się do niej. czy tylko wyobraziła sobie dziurę w policzku. ubrany od stóp do głów w różne wersje szkockiej kraty. To zaniepokoiło ją bardziej. Ostre czerwone paznokcie wyciągnęły się z ciemności. raz po raz się potykając. lecz hałaśliwa muzyka zagłuszyła jej głos. tym więcej oczu zdawała się przyciągać. Wokół niej rozlegały się szepty. Obejrzała się przez ramię. Odwróciła się i przepychała dalej.. albo zakryte maskami.Im dalej wchodziła w tłum. Nadepnęła komuś na palec u nogi i podniosła wzrok. że dwa kroki za sobą zobaczy Lacy. kobiecym. Stały się . Wyrwała się. Popatrzyła za nią. czy były prawdziwe. uśmiechnął się do niej. mając w gęstniejącym tłumie coraz mniej miejsca. Zamrugała powiekami i patrzyła. pozostawiając ją w niepewności. Zupełnie jakby ktoś wypowiedział je we wnętrzu jej głowy. Roześmiana twarz została z tyłu i zagubiła się wśród kolorowych świateł. wciąż spodziewając się. dłonie zniknęły. jak ciemne postacie wokół zaczynają się ze sobą stapiać i łączyć. Podobnie jak wcześniej twarz. Chłopak. niż gdyby zgromił ją wzrokiem. słysząc swoje imię.

by się oprzeć. Isobel zamknęła oczy. jakby odpływała od samej siebie i traciła kontakt? Czemu wydawało się. Czemu nagle miała wrażenie.jednością i ruszyły na nią niczym czarna fala. ten sam natarczywy syk Włoski na jej rękach zjeżyły się. nie mogła się teraz obudzić. kiedy znalazła się już tak blisko.. – Isssobel. To nie mogło dziać się naprawdę. że ze wszystkich stron jest odcięta przez bezkształtne czarne cienie. lecz okazało się. a dudnienie w uszach się nasiliło.. a potem jeszcze raz. nie zdając sobie z tego sprawy. nie się jednak nie zmieniło. jakby zostały pochłonięte tak jak ona. – Isssobel – dyszał głos. Sala zakręciła się wokół własnej osi. . tańczące w czerni. Naprawdę tu była. Niemożliwe. Teraz. po czym je otworzyła. Była tutaj. tłumiąc muzykę. Wszystkie dźwięki zdawały się odpływać coraz dalej. Dziewczyna straciła równowagę i wyrzuciła ręce przed siebie. że świat przewraca się do góry nogami? Zasypiała czy może właśnie się budziła? – Isssoooobell. Poczuła zawrót głowy. Coś innego. To nie było normalne. Wszędzie wokół wyczuwała ludzi. A nawet jeśli to był sen. Krew zatętniła jej w uszach. Kto wołał ją po imieniu? Trenerka? Mama? Nic. Mocno objęła się rękami i znowu się odwróciła. poruszające się kształty. by śniła. Ktoś inny. Znowu ten głos.

że ktoś z tyłu złapał ją za rękę i pociągnął. W jednej chwili odgłosy imprezy znowu osiągnęły pełną głośność Syreni dziewczęcy głos zastąpił teraz chrapliwe pienia chłopaka z czaszką wymalowaną na twarzy. W całej sali wibrował jej śpiew przy niepokojącym akompaniamencie brzdąkania na wiolonczeli i łagodnej perkusji. Powietrze przed nią połyskiwało. . pozostawiając za sobą mroczną sylwetkę. Postacie wokół oddzieliły się od bezkształtnych cieni i znowu stały się ludźmi. – To ty – zachłysnęła się.Isobel wyciągnęła rękę. która teraz stała przed nią z twarzą ukrytą pod białą maską. Obróciła się ostro i impet tego ruchu mocno nią wstrząsnął. Poczuła. Świat znowu wskoczył na swoje miejsce.

Isobel nie mogła się powstrzymać. Jego ręce otoczyły ją spontanicznie. objęły jej talię. gdy skracała dzielący ich dystans. gdy się do niego przytulała. w cieple jego ciała. Nie mogła. czuła jego realność w tkaninie znajomej kurtki. te dwie nefrytowe kule o wejrzeniu tak ostrym. gdy podnosiła ręce. od której zakręciło jej się w głowie. Trzymała się go mocno. biło w jednym rytmie z jego sercem. Przyciągnął ją. . po czym oderwała odeń jedną rękę i wyciągnęła ją. by zarzucić mu je na szyję. tak jak wiele razy wcześniej. rozjaśnione teraz dziwnym. Nie mogła. ukazując ciemnofioletową śliwkę pod lewym okiem i pękniętą skórę nad wargą. Serce dziewczyny waliło w klatce piersiowej. Obramowane otworami w prostej białej masce patrzyły na nią płomiennie. nawet gdyby próbowała. Pomimo maski upiora nie mogła z niczym pomylić tych oczu. by zdjąć maskę. wdychała jego zapach – skondensowaną dawkę przypraw i kadzidełek. Nie mogła.38 Poza czasem i przestrzenią Zdradziły go oczy. Poznałaby je wszędzie. nieziemskim światłem. że mogłoby ciąć jak nóż. Popatrzyła na niego. Zsunęła się od jednego ruchu.

Złapał ją jednak i przyciągnął. Czymś zwiędłym i wyschniętym. a oczy się zamknęły. Pochylił się. by dotknąć obolałych miejsc. przycisnąć jej wargi do swoich. Trochę jak dym. gdy ją całował. Słodka. a ten pierwszy pocałunek musiał być ostatnim. Czas się zatrzymał. znajomą. aż ciemne końce jego włosów musnęły jej policzki lekko niczym piórko. ale chwycił ją za rękę. Wyciągnęła palce. zanim nakrył je swoimi ustami. Niczym przerażające szkielety myśli czaiły się w jej . Trochę jak zgnilizna. Myślał. że wyśliźnie mu się z ramion i zniknie? A może obawiał się. przyciśniętego do jej skóry. Natarczywie. a jednak w jakiś sposób obcą. Poczuła chłód metalowego kółka. Brad mówił prawdę. mrugnąć powiekami i rozchylić usta. Zdążyła tylko wciągnąć powietrze. lecz delikatnie. Odległą esencją. Jego twarz była gładka. Smakował goździkami i kawą. Ale jak to możliwe? Widziała Varena na lekcji pana Swansona. Popiół. jakby liczyła się każda sekunda. że sam może zniknąć? Uniósł obie dłonie.Zmarszczyła brwi. by ująć jej twarz. zaplątały się w jej rzęsy. Jej serce przestało bić. miękka destrukcja. I czymś jeszcze. Bardzo powoli. Wymknął jej się cichy okrzyk niepokoju. Odsunęła się. Zupełnie jakby ta chwila była wykradziona.

Otworzyła usta. mówiąc. Przez usta przebiegł mu grymas udręki. zasłaniając je przed innymi. W końcu przedarli się przez masę ciał. że nie powinna tu być? Nie chciał. że się cofnęła. pełnych . diabłów. kiedy lawirował wśród gromady duchów. Na wargach poczuła łagodne pieczenie. lecz muzyka w dc zaczęła piętrzyć się i narastać.głowie. – Znalazłam cię – szepnęła Isobel. Jego miękkie włosy oplotły im warze. jakby dotknęła nimi baterii. Tym razem jej na to pozwolił. – Nic powinnaś tu być. by odpowiedzieć. żeby była tutaj? Z nim? Napędzony kolejnym mocnym uderzeniem perkusji taniec zmienił się w przepychankę i ciała w kostiumach zaczęły się przybliżać. Złapał ją za rękę i mocno ścisnął. mrocznych elfów i wampirów. a ona podążyła za nim przez tłum ciał w kostiumach. wziął swoją maskę i mów ją nałożył. aż łatwo za nim nadążała. gdzie gapiło się na nich kilkoro uczestników imprezy o pomalowanych twarzach. Odwrócił się. gdy się odwracał. Poprowadził ją do przeciwległej ściany. psując ten moment. przycisnął czoło do jej czoła. Chwycił ją za kark. strasząc ją do tego stopnia. ale puścił ją. Dokąd ją zabierał? Co miał na myśli. by omieść mrokiem osoby wokół nich. by pochłonąć jej głos i znowu podążyć w stronę nieuchronnego chaosu. Patrzyła na niego zdezorientowana. Dziewczyna na scenie dalej tęsknie wyła.

które wyglądało na niewielkie biuro. wciąż do niej przyczepionych. Wciągnął ją do środka. zwartą w uścisku. Znaleźli się w pomieszczeniu. które zawsze wiedziały więcej od niej. – Złapał ją za nadgarstek i znowu ruszyli. Varen ciągnął ją za sobą. poruszając się coraz szybciej. co się dzieje. szarpnął sznurek zapalający światło i zamknął drzwi.obojętności i apatii. Próbowała wyrwać rękę z jego uścisku. Pachniało trocinami i stęchłym tytoniem. przewrócone na poprzecierany dywan. z ustami połączonymi głębokim pocałunkiem. Chciała znać odpowiedzi. Okrążyli parkę z kolczykami w różnych częściach ciała. ale ten tylko się wzmocnił. W kącie stało zniszczone biurko. pożółkłych i pomarszczonych ze starości. Oprócz tego oraz żarówki wiszącej na kiblu z sufitu nie było tu nie. starając się go okiełznać. nad którym wisiała przekrzywiona tablica korkowa. Przynajmniej kiedyś pełniło taką funkcję. Uwagę zwracało złamane krzesło. – Powiedz mi. Przepchnął się przez tłumek sobowtórów Kuby Rozpruwacza i dalej Isobel zobaczyła drzwi skryte w zacienionej niszy. Męczyła ją już ta ciemność oraz otoczenie cieni i złowrogich form. Znowu pociągnęła i wreszcie się odwrócił. Na . Ciągnęła jego rękę. Varen otworzył drzwi. Kilka kartek papieru. – Nie tutaj. poruszyło się od powiewu po ich wejściu.

– Ona? – Chyba to niemożliwe. – Powiedz mi. skierowały się prosto na nią. Przed czym ich zabarykadował? – Varen? Podniósł rękę.. żeby dalej przejmował się Lacy? Jego oczy. co się dzieje – poprosiła. – Złapała go za kurtkę. – Sam mnie zaprosiłeś. tak nieznajomy. stłumiona jednak przez ściany. pamiętasz? . Był ożywiony. Nie wiedziała. Znowu się do niej odwrócił i szybko stanął przy jej boku. przyczynił się do spotęgowania jej lęku. co spodziewała się zobaczyć. Nigdy nie widziała go w takim stanie. – Nie wypowiadaj mojego imienia – syknął. nasłuchując. by ją uciszyć. Na ten widok dreszcz przeszedł Isobel. – szepnęła. Jego strach. po czym podniósł złamane krzesło. i zatrzymał się przy drzwiach.. niemal rozgorączkowany. Varen zdjął maskę i położył ją na biurku. – Nie powinnaś tu przychodzić. – Ona nie może cię tu ze mną znaleźć. Oparciem zablokował klamkę. Nawet go sobie takim nie wyobrażała. szeroko otwarte i niespokojne. zaciskając palce. zalękniony. – Nie mów tak. Pokręcił głową. – Varen. ale na pewno nie to.zewnątrz grzmiała muzyka. Musisz się schować.

nakłonić do odpowiedzi. Brad powiedział. czemu mówisz coś takiego! Twój list. Już raz jedno jego słowo ją zatrzymało. Nie rozumiem. Roztrzaskała się i odłamki porcelany zasłały podłogę.. ale potem zobaczyłam ciebie. Zerknęła za zasłonę tego bezwzględnego opanowania.– To był błąd. za .. próbując poukładać swoje myśli. Pomimo całej tej mrocznej zbroi. – Odwrócił się do niej plecami. konturówki. Czy cokolwiek do siebie pasowało? Od czego powinna zacząć? – Najpierw tam byłeś. – Nie. Czemu? Co to za stwory? Czemu mnie śledzą? Czemu zaatakowały Nikki i Brada? Skąd się wzięły? Czego chcą? – Chcą tego samego co ja! – wykrzyknął niespodziewanie i odskoczył od niej. Wziął maskę z biurka i rzucił nią o ścianę. ale zniknąłeś jak duch! A teraz jesteś tutaj i nie chcesz mi nie powiedzieć. co się dzieje... – Varen. obudzić go. to wszystko nie ma sensu.. ale to się dzieje też ze mną! Powiedz mi. a po minucie już cię nie było. twarzą do drzwi. wieczystej Ponurej Fasady Varena. co się stało z twoją twarzą. swoją pamięć. gdy udało jej się zajrzeć za cmentarny fronton własnej. – Pokręciła głową.. Wyciągnęła drżące ręce w jego stronę.. Chciała nim potrząsnąć. Ale nie tym razem. czarnych buciorów i łańcuchów.. Nie teraz. widziała go teraz wyraźnie. Szukałam cię. dlaczego.

Zaplotła ręce na jego talii i zatopiła twarz w jego kurtce. – Proszę.. Miała poczucie. ale się zatrzymał. Przybliżył się nieco. poczuć jego pocałunek. Ale wtedy było prawdą. w sylwetce martwego ptaka. – Chciałem po prostu uciec. a pod tym wszystkim ujrzała prawdziwe piękno. Odsunął się i odwrócił w kierunku drzwi. że tak się stanic – powiedział. powiedz! Obrócił się w jej uścisku i przycisnął wargi do jej ucha. jakby skorupa jej duszy wyparowała. nawet gdyby nie było prawdą. Muzyka na zewnątrz. Cisza wręcz pulsowała. Że chciałem tylko znaleźć drogę do innego miejsca. Nawet gdyby trwało to tylko chwilę. Wydawało się. miękki jak płatki kwiatu i palący zarazem. Nie wiem. – I sny się zmieniły. W pokoju zrobiło się zimno. czy możesz to zrozumieć. szepcząc. – Czego? Czego zatrzymać? – Potem poznałem ciebie – powiedział. – Nie wiedziałem. Skuliła się. krzyki i rozmowy.groźne wejrzenie i wampiryczne zamiłowania. Było prawdą i nie mogłem tego zatrzymać. Jego oddech owiewał ją ciepłem i miała ochotę znowu mu się poddać. poczuć jego dotyk. drżąc na wspomnienie wieczoru w lodziarni i czasu spędzonego w chłodni. Nigdy wcześniej tak jej nie całowano. odgłosy szalejącego tłumu – wszystko ustało. że . a jego usta znowu zbliżyły się do jej warg.. Isobel wzięła głęboki wdech.

grożąc atakiem. dźwięk. Światło mrugało. – Znaleźli nas. Potem jednak głosy stały się wyraźniejsze i syczały przez szparę pod drzwiami. Tak ciche. Mijały sekundy. Varen podniósł wzrok. że Isobel nie miała pewności. . błyskało. Z początku były ciche. a jej spojrzenie podążyło za nim. Ciemność droczyła się z nimi. ustawiając się przed nią. gnając jak zwierzę. Bujała się w przód i w tył niby wahadło zegara. na ściany i podłogę.to było tak dawno. Rozbrzmiał śmiech. to w drugą stronę. Ten ruch rzucał ich podwójny cień to w jedną. Szybki cień poruszył się. przez co pomieszczenie wydało się nagle bardziej zatłoczone. co to za dźwięk ani czy w ogóle go słyszy. huśtającą się na postrzępionym kablu. jakby pochwycił ją podmuch nieistniejącego wiatru. – Co to? Zrobił ostrożny krok. Ochrypłe szepty rozległy się tuż pod drzwiami. Patrzyli na nagą żarówkę. Isobel złapała Varena za rękaw. Stłumione żółte światło na ścianach zaczęło kołysać się i migotać. który kojarzył się z suchymi liśćmi trzaskającymi w ogniu.

jak krzesło tarasujące drzwi zaczyna się trząść. W jednej chwili szepty umilkły. Cisza. W szczelinie na dole pojawiło się białe krystaliczne światełko. Muzyka. aż w końcu mogła określić. Coś mocno uderzyło w drzwi. Powoli przesuwało się w tę i z powrotem. Jedyny dźwięk to ich oddechy. Isobel patrzyła. że to nie jest . Po drugiej stronie rozległ się dźwięk przypominający szelest zwiewnej tkaniny na drewnianej powierzchni drzwi i Isobel zdusiła w sobie chęć krzyku.39 Szaleństwo Szczęknęła klamka. przypominające blask. jakby szukało drogi do środka. – Słyszysz to? – szepnęła. wciąż się go trzymając. Orkiestra? – Nic słuchaj – powiedział. – Udawaj. Cichy i daleki. co słyszy. Pojedyncze instrumenty i nuty składały się w całość. Melodia narastała. Potem białe światełko zamrugało i zgasło. który widziała w lesie. A potem nowy dźwięk. i dziewczyna podskoczyła. wydając z siebie krzyk. Drzwi przestały drżeć. wstrząsając nimi we framudze.

aż zlały się w jeden pomruk. Do chóru dołączało coraz więcej głosów. posłuchaj mnie – powiedział i odwrócił się do niej. To nie miało sensu. Zza drzwi zaczęły się sączyć nowe głosy. jak głosy prawdziwych ludzi. Przejdź przez nie i nie czekaj na mnie. Isobel wtuliła się mocniej w plecy kurtki Varena. z każdą sekundą pojawiał się nowy. Gdy już tam będziesz. szorstkiej muzyki gotyckiej. Oderwała wzrok od drzwi i patrzyła mu w oczy. inne od szeptów. Pomimo lekkiego śmiechu. nie rozumiem. .. – Co? Ale. Nie ufaj niczemu. Czy to mógł być kolejny zespół? Niemożliwe. nie takie jak powinno. – Co się dzieje? – Isobel. Potrząsnął nią. Nie słyszała żadnych gitar.prawda. Żadnego udręczonego śpiewu. którzy śmiali się. Brzęk cymbałków zasygnalizował zmianę melodii. żywsze. Narastały stopniowo i tym razem towarzyszyło im delikatne podzwanianie szklanych naczyń. Jeszcze głośniej rozbrzmiał walc.. co ujrzysz. gdy mówił: – Poszukaj drogi do lasu. wirującego trylu. Poznasz je. tak inny od ogłuszającej. Instrumenty smyczkowe grały walca. Były wyraźniejsze.. gdy je zobaczysz. które słyszeli przed chwilą.. – Kto tam jest? – spytała. Wszystko wydawało się. nie. odnajdź drzwi.. Muzyka stawała się równiejsza. rozmawiali i krzyczeli.. bardziej zdecydowana i z pewnością była prawdziwa.

Potem ją puścił. – Nie! Wśród syków cieni poleciał w tył. – Znajdź drzwi – polecił. spajając się. Głos zamarł jej w gardle i zapadło milczenie. ale stanęła jak wryta. próbując pochwycić go niczym niezliczone macki jakiejś bezkształtnej zjawy. pomimo że rozpaczliwie starała się je utrzymać. Złapała go za ramię i przez chwilę mocno trzymali się nawzajem.– Obiecaj! – Varen. z wyjątkiem dwóch czarnych dziur wielkości monet. która gęstniała. Poczuła. Otoczyła go ciemność. Nad jego ramieniem na mgnienie oka pojawiła się blada kobieca twarz o pustych oczodołach. Nic. – Varen! . ja. zaczęły się dobywać zza jego ramion. Z wnętrza spienionego mroku wyłoniły się dwie oślepiająco białe dłonie. Na podobieństwo szponów uczepiły się jego piersi. Jego ramię wyśliznęło jej się z ręki. w otwartą ranę mroku. Isobel w panice wyciągnęła rękę. przypominające tysiące pełzających owadów. gdy obserwowała.. a potem czerń zagięła się nad nim i pochłonęła go. gdy czarno-fioletowe smugi atramentowego dymu. jak rozszerzają mu się źrenice i błysk lęku pochłania zieleń tęczówek. by w końcu zniknąć razem z nim. Te pasma owijały się wokół jego rąk. Wyciągnęła do niego dłonie. że cała zaczyna się trząść.. aż nic nie zostało.

Obracał się i obracał. Dostała zawrotu głowy. Dopadła do ściany i przyłożyła dłonie do drewna. Śmiech. blady. Pobiegła na środek pomieszczenia i zatoczyła pełny krąg. Dopadły ją mdłości. czerwonawy blask. które go zabrało. Zadźwięczał} małe dzwonki. Za drzwiami dostrzegła gruby czarny dywan i róg grubej czarnej zasłony. Drzwi przed nią były uchylone. zamknęła oczy i zasłoniła uszy rękami. Światło na suficie dalej się kołysało. – Varen! Obróciła się i przeszukała pomieszczenie wzrokiem. po czym krzyknęła: – Dosyć! Do jej świadomości przedarł się cichy trzask. lecz pokój dalej się kręcił. Światło. Opuściła głowę. serce mocno jej waliło i patrzyła na nie. W przód i w tył. aż wszystko rozmyło się w jedną plamę. Pomieszczenie przestało wirować. Jego głos z wyraźnym akcentem wznosił się ponad szum rozmów i odległy piskliwy śmiech. a kolana uderzyły o podłogę. – Dosyć – powiedziała. Głosy i muzyka. – Chodźmy – odezwał się jakiś mężczyzna. coraz szybciej.Rzuciła się w miejsce. Podniosła spojrzenie. by odciąć się od dźwięków. W przód i w tył. . Nogi jej osłabły. Zatrzymała się. patrzyła na nie tak. Do środka wpadało światło. jakby kolejny wahadłowy ruch mógł ściągnąć go z powrotem. Jej ciało osłabło. Ciężko oddychała. Pomieszczenie wirowało jeszcze szybciej. waląc w nie i krzycząc. kojarzący się z otwieranymi drzwiami.

– Krypty są nieznośnie wilgotne – odezwał się jeden z męskich głosów. – Jest w nich dużo saletry. Otoczyła ją muzyka. Jedną rękę trzymała na framudze. Zapach cynamonu. gdy przechodziła do pomieszczenia. Przed nią rozciągała się wspaniała. że już może to zrobić. Zwieszały się ze . Uznawszy. – Chodźmy mimo wszystko – odparł drugi i Isobel rozpoznała włoski akcent. świeżo upieczonego chleba i mocno przyprawionego mięsa sączył się przez drzwi. niczym nieruchome czarne wodospady. rzucając cienie na atramentowe ściany i czarne jak sadza dywany. podniosła się. by potem zacząć się od nowa. – Do twoich krypt. Grube aksamitne zasłony zwieszały się z wysokich okien. inaczej niż poprzednio. która narastała i opadała. Rozejrzała się i zobaczyła więcej czarnych zasłon. zdałoby się. hebanowa komnata. Widmowe światło sączyło się przez szyby bawione na kolor krwistej czerwieni. Drżącym krokiem podążyła ku drzwiom. melodia zdawała się naśladować samą siebie. nasłuchując i zmagając się z nudnościami. Dzwonki na jego czapce znowu zadźwięczały i ten dźwięk wygnał ją z biura. Pozostała bez ruchu. Drzwi otworzyły się na zewnątrz. Roztrzęsioną ręką sięgnęła do klamki. że od samego dotyku – nie musiała nawet pchać. aż ścisnęło ją w żołądku. w którym zapach perfum i wina mieszał się z aromatem wykwintnych potraw. i poruszały się bardzo lekko.– Dokąd? – spytał inny mężczyzna.

Kim byli? O czym rozmawiali? I dokąd właściwie trafiła? Ten w czapce z dzwonkami wziął drugiego za ramię. gdy odwracała się w kierunku źródła dźwięku. gdzie jeszcze przed chwilą znajdowały się drzwi. Potem ten drugi uniósł maskę do twarzy. wyrazisty dźwięk rozległ się za jej plecami. Ale gdzie się podział ten magazyn? Goci i Ponura Fasada? I dlaczego to miejsce wyglądało tak znajomo? – Chłód to doprawdy nie takiego. Luchesi zaś nie potrafi odróżnić sherry od amontillado. niby twarz bezlitosnego bóstwa. w których stała. Isobel ruszyła naprzód. w kierunku drzwi. Obaj mężczyźni znajdowali za drzwiami naprzeciwko tych.sklepienia. Donośny. zatrzymując ją w pół kroku. przez które weszła. świeciła biało wśród . Jak mroczny wartownik olbrzymi hebanowy zegar stał teraz w miejscu. Mocniej zacisnął płaszcz i pospiesznie się oddalili. Amontillado! Dałeś coś sobie wmówić. jeden w przeciwległym końcu pustego poza tym pomieszczenia. Hałas wstrząsnął dywanem i był na tyle silny. Przerażenie rozlewało się w niej niczym trucizna. Przetoczył się przez buty Isobel i mocne czarne ściany. że poruszył zasłonami. Jego tarcza. a ich sylwetki otoczone były mgiełką bladofiołkowego światła. gdzie wcześniej stali. W połączeniu z oknami o barwie głębokiej czerwieni wszystko wyglądało jak krypta w grobowcu królewskim.

Tymczasem zegar wybijał godzinę. krótsza – w jedenastą. Cztery. że już tu była. Dziesięć. . Muzyka z imprezy umilkła. prawdziwy jak samo życie. matowe. który górował teraz nad nią. jak ostatnie uderzenie wibruje. Która godzina? Dziewięć. Zamiast nich zobaczyła srebrne wahadło. Długa. Sześć. podczas gry kurant wygrywał nieharmonijną melodię. tępe. które kołysało się zupełnie jak przedtem żarówka. by w końcu rozpłynąć się w nicości. Zaraz. niemal dorównujące jej wielkością. podobnie jak głosy i śmiech. czysta i złowroga. Dziewczyna słuchała. Isobel nie słyszała już nie oprócz pulsowania własnej krwi w uszach. Zdała sobie sprawę.otaczającej czerni. Pięć. Każdy szczegół. przypominająca włócznię wskazówka mierzyła w godzinę dwunastą. Potem rozległy się brzęki. i strach Isobel począł narastać. żałobnym pogłosem. choć tylko w swoim umyśle. Włącznie z zegarem. rezonując na podobieństwo fałszywej kołysanki. Gdy ucichła wreszcie z przeciągłym. Oraz cichych obrotów mechanizmu zegara. Pieśń zegara poniosła się po komnacie. Popędziła z powrotem do zegara. przez które się tu dostała. Oczy Isobel wzniosły się na tarczę zegara. ale zniknął ślad po drzwiach. Dokładnie tak to sobie wyobrażała.

Położyła dłoń na czole. Odwróciła się i pobiegła do fioletowych drzwi. Nie. To nie była prawda. Wahadło drgnęło znowu. Podniosła wzrok na tarczę zegara i zobaczyła. Z pewnością śniła. wpadające przez czerwone okna. Po nim rozległo się brzdąkanie strun i narastające niemal natychmiast głosy. Nie. Wahadło zegara przecinało powietrze niczym kosa. Z każdym ruchem jego zdobiona żłobieniami srebrna tarcza ukazywała nakrapianą wersję lustrzanego odbicia Isobel. Spojrzała na zegar i wahadło znowu ruszyło. . Nikogo tam nie było. próbując sięgnąć pamięcią wstecz. strzelił korek od szampana. Zrobiła krok w tył. Muzyka znów zagrała. Nie. To był sen.Nastąpiła chwila zupełnej ciszy. tnąc sekundy. Szybko zerknęła w bok i dostrzegła cześć uciekających cieni. odbijając tylko obraz jej samej. Mechanizm zegara przestał się obracać. przypomnieć sobie nocne wydarzenia w odwrotnej kolejności. rzucanych przez migoczące światło. Krzyknęła i obróciła się. prezentując w srebrnym kręgu białą twarz postaci o pustych oczach. O tej porze wydarzyło się to w opowiadaniu. a potem z jakiejś odległej komnaty dobiegł lekki kobiecy śmiech. która stała teraz za Isobel. że wskazówka minutowa drgnęła. To nie mogło dziać się rzeczywiście. Północ. omal nie wpadając tyłem na zegar.

Niezliczone złote ornamenty zwieszały się z sufitu. Isobel omiotła wzrokiem ich zamaskowane twarze. wyglądającym niemal jak tunel korytarzu. skrzące się suknie z bufiastymi rękawami. że go zostawi? A jeśli nie znajdzie go przed północą. pragnąc uciec z czarnej komnaty. Podczas gdy czarna komnata była pusta. nosząca ozdoby z białych strusich piór i diamentów. za demony i królowe. o których mówił Varen? Sądził. to co? Wyrzuciła tę myśl z głowy i przeszła przez drzwi. cylindry i długie płaszcze. leżała wyciągnięta na otomanie. Fioletowe ściany tuliły się blisko niej w krótkim. wypełniając przestrzeń niczym pozłacany układ słoneczny. sylwetki. Z pantofelkiem koloru kości słoniowej. z kieliszkiem wina w dłoni. szukając kogoś – lub czegoś – znajomego. uświadomiła sobie z nowym przypływem paniki. Kimkolwiek była i cokolwiek się tu działo. . gdy drobniutki mężczyzna w zielono-żółtym stroju błazna raz po raz celowo się przewracał. lecz o barwie wyrazistego fioletu i z oknami w kształcie szlifowanych ametystów. zakrzywionym. śmiała się histerycznie. Były tu maski z piór i z jedwabiu. mniej więcej tej samej wielkości. wiszącym na palcach u nogi. we śnie czy nie – miała godzinę. jedną godzinę.I o tej porze się wydarzy. poprzebieranych za pawie i trefnisiów. Doprowadził ją do innego pokoju. Na co? Na znalezienie drzwi. Młoda kobieta. w fioletowej stały grupki ludzi.

Muzycy. blade kobiety wyglądały jak niedopieczone ciastka. siedzieli w jednym kącie. Isobel odskoczyła i potykając się. Tańczący kręcili się jak derwisze. chciał złapać ją za rękę i pociągnąć za sobą. mężczyzna w masce psa o oklapniętych uszach. biała niczym śnieg i przyozdobiona pastelami. przebrani za opalizujące ważki. – Varen! – Isobel pobiegła po kryształowej posadzce. by uniknąć stratowania przez długi korowód uczestników zabawy. . Złocone detale widniały na zakrzywionych ścianach i wysokim sklepieniu. pełnego obracających się tancerzy. Przy przejściu do następnej komnaty musiała usunąć się na bok. Dostrzegła znajomą postać. Grali na swoich instrumentach z zapałem. wpadła do następnego pomieszczenia. raz-dwa-trzy. Ostatnia osoba. które udawali. a struny trzepotały niczym skrzydełka owadów. zajęty tańcem z ciemnowłosą dziewczyną w czerwieni.Ruszyła przez pokój. Odwrócił się. przebiegli obok niej. rozciągała się szeroko wokół okrągłego parkietu. Trzymając się za ręce. wrzeszcząc i piszcząc ze śmiechu. Wysocy mężczyźni w jaskrawych kanciastych maskach przypominali drapieżniki. Ta komnata. Utrzymywali jednostajny rytm: raz-dwa-trzy. powiewając strojami zdobnymi w paciorki i klejnoty. Upudrowane. Cała sala lśniła i połyskiwała niby wnętrze jaja Faberge. przemykając między grupkami i parami.

Isobel krzyknęła. lecz po chwili znowu ich zobaczyła i pognała w ich kierunku. budowa ciała – wszystko pasowało. Czuła muśnięcia czerwonej sukni. Wszystko z wyjątkiem pozbawionej rysów. zanim zdołała się wyrwać. złapała go za ramię. Świat rozpłynął się w mieszaninę zamętu. Czarne oczy popatrzyły na nią przez otwory w równie czarnej ptasiej masce. Naprawdę wszystko wyglądało jak u Lacy. i starała się podążyć za nimi. Para znikała i pojawiała się w tłumie dworzan w kostiumach. wzrost. torując sobie drogę przez połączone ręce jakiejś tańczącej pary. Czy to była Lacy? Pędziła w ich stronę. Gdy w końcu do nich dopadła. że to on. Odwrócił się. Straciła parę z oczu. przemykając pod dłońmi w rękawiczkach i szeleszczącymi wachlarzami. . – Co? Nie! Obrócił ją. której suknia okazała się identyczna jak strój Lacy. gdy ją mijali. – Chcesz się przyłączyć. Była pewna. Wysunął się z ramion dziewczyny w czerwieni. Postać uśmiechnęła się. a potem obok. wstrząśnięta. Jego włosy. I dziewczyna. mięsistej przestrzeni tam. przepychając się. i zawirowali w ciasnym kręgu. gdzie powinna się znajdować twarz.wymijając tancerzy. ukazując karmazynowe zęby. za nią. czirliderko? – spytał Pinfeathers. włącznie z plamami. Pinfeathers wziął ją za ręce i przyciągnął do siebie. Wirowali przed nią. które powstały wcześniej z winy Isobel.

Wyglądasz dziś pięknie. Popatrzyła na nich zdezorientowana. że nie masz nie do ukrycia? – Ciągnął ją. – Chodziło mi o twojego drugiego przyjaciela – powiedział. Taki silny. – Chociaż w sumie masz ich tak wielu. ze wszystkich sił próbując . której przebrania kojarzyły się z pomalowanymi na czarno sprejem tukanami. cały wieczór rozmawiałem z twoim przyjacielem. milczący typ. że masz jednostronnie ukierunkowany umysł. Można by pomyśleć. wprowadzając ją w obrót za obrotem i omal nie rzucając jej na inną parę zamaskowanych tancerzy. Uderzyła o niego i znowu nią zakręcił. – Varen? Gdzie on jest? – Doprawdy.. niemal wpadając na parę. nadając rytm jej krokom. czirliderko. a oni w odpowiedzi spojrzeli na nią groźnie. – Wszyscy je noszą. Pochłonięta jego słowami.. dopóki Pinfeathers nie pociągnął jej z powrotem do tańca. – Puść mnie! – Wiesz. – Stój! – krzyknęła. oprócz ciebie. Ciężko to nawet ogarnąć! Nie powiedziałbym. – Gdzie twoja maska? – spytał. która ze śmiechem odskoczyła w bok. że jest szczególnie rozmowny. swoją drogą.barw i hałasu. Przynajmniej dopóki nie zacznie krzyczeć. ale nie zwrócił na nią uwagi. Chcesz pokazać. czirliderko. – Odepchnął ją gwałtownie i zatoczyła się. czy już ci to mówiłem? – Uśmiechnął się.

Skoro nie mówił o Varenie. Zupełnie jakby doskonale umiała walca. masz wrodzony talent. to o kim? Wprowadził ją w następny obrót. kiedy nie uważała. zapomniała o tańcu. jedną ręką trzymając ją w talii i kierując nią podczas kolejnych kroków. odchylając głowę w tył. spoczywającą na jej boku i ściskającą różową wstęgę czerwonymi pazurami. jakby czekał na ripostę. że przychodzi jej to bez wysiłku. teraz lepiej – stwierdził. oddalić. że znowu miał przed sobą jej twarz. Bezradnie dawała się prowadzić. proszę. Jej stopy powtarzały kroki. jak przesuwają się po podłodze. zanucił melodię. Chciała się cofnąć. – Proszę. Spojrzała w dół na swoje różowe pantofle. Uciekać. Isobel zapomniała na chwilę o świecie wirującym szaleńczo wokół niej. W jakiś sposób. a jej wzrok wędrował na białą dłoń. ale czyjaś lawendowa spódnica . Okręcił ją tak. Głos wewnętrzny mówił jej. zdziwiona. – No.zrozumieć ich znaczenie. Ale nogi pochłonięte były tańcem. – Obrócili się przy dźwięku dzwonków i Pinfeathers. i splótł swoje pazurzaste palce z jej palcami. Nic jednak nie odpowiedziała. jej ciało podchwyciło rytm tańca. by się odsunąć. Pod maską dostrzegła postrzępioną krawędź dziury w jego twarzy i ostre czerwone zęby w środku. Badawczo mu się przyglądała. mimo że nie tańczyła go jeszcze nigdy w życiu. Tym razem poczuła. Z uśmiechem odpowiadał spojrzeniem. znowu ciągnąc ją w swoją stronę.

Złapał ją i znowu zwrócił twarzą do siebie. – Zatrzymał się w walcu i uniósł zakończoną szponami dłoń ku jej warzy. po czym przechylił ją mocno w tył. – Nic tu nie jest prawdziwe.. czego chcesz najbardziej. nad którą mogliby rozmyślać. stał przed nią Varen. co zechcesz. – Nie rozumiesz. Nie było śladu konturówki pod oczami ani kolczyka w wardze. . aż zrobiła krok w jego stronę. – Widziałaś kiedyś coś podobnego? Mają wszystko. – Ty jesteś prawdziwa. Tańczyli w całkowitym zapamiętaniu. Stopami popychał jej nogi.zafurkotała obok i przestraszyła ją. Isobel wyrwała rękę z jego zimnego. głupia dziewczyno? Nie wiesz. Wiem. a potem Ol1 zbyt szybko ją wyprostował i wszystko zakołysało się w jej oczach. – Popatrz na nich – szeptał jej prosto w ucho.. nie? Spróbuj. ale najpierw musisz zamknąć oczy. – To nie jest prawdziwe – powiedziała. Gdy znowu je otworzyła. – Patrz! – syknął. Znowu chwycił ją za ręce. ponaglając do tańca. Chwycił ją mocniej. Mimo woli zamknęła powieki. Podniosła głowę. prawda? Wszystko oprócz choćby jednej troski. Czekaj. z głowami przechylonymi na boki. Siniaki i rozcięcie zniknęły z jego twarzy. że tutaj możesz zrobić wszystko? Możesz mieć. gliniastego uścisku. Pomyśl o czymś. Świat się odwrócił. Tancerze kręcili się wokół nich jak rzucane wichrem kwiaty.

że nie czuje twardego dotyku smoczego sygnetu ani ostrych kantów pierścienia klasowego. i dobrze w niej wyglądał... – Ale ja. przyglądając się jego twarzy. a jego oczy były jakby cieplejsze. Wydawał się taki. Podniosła dłoń.Jego włosy nie miały zaś czarnej barwy. zielone niczym las. którą znała. Skóra była taka ciepła. Zaplótł palce na jej wolnej dłoni i zdziwiła się. w jej ulubionym odcieniu. jak on zrobił tamtego wieczoru przed jej domem. normalny. Uśmiechnął się do niej. .. – Po prostu odpuść. była subtelna. lecz razem składały się na dramatyczną przemianę całej jego osoby. – Zaufaj mi – szepnął. tylko delikatny kolor zboża. Była niebieska. tak samo.. Każda ze zmian. Spojrzała na jego zapinaną na guziki koszulę. Podniosła oczy. by musnąć jego podbródek. które w nim zaszły.

Don Kiszot? Czy w ogóle kiedykolwiek to napisała? – Już prawie skończyła. Pan Swanson stał przed drzwiami klasy i ponaglał uczniów. nadal czekam na wypracowanie o Cervantesie. gdy się zbliżyli. lecz teraz. ale możemy się umówić na przyszły tydzień? Wypracowanie. W szkole. słyszysz mnie? Powiedziałem: chodźmy. Cervantes. Trzaskały szafki. wchodzących do środka. że w ten piątek jest mecz. – Na lekcję do Swansona. Isobel? Nad ich głowami rozbrzmiał dzwonek. gdy już się pojawił. i zaczął przeciskać się przez tłum. Isobel. Chyba ci przy tym pomagałem. Wiem. wciąż trzymając ją za rękę. piskliwy i . o którym nie miała dotąd pojęcia. a dokąd by? – Odwrócił się. Jak się tu znaleźli? – A. że chociaż raz się nie spóźniliście. Var-obel – odezwał się nauczyciel. Byli w Trenton. – Milo. – Co? Dokąd idziemy? Roześmiał się i w jego policzku pojawił się dołeczek. zdawał się doskonałe do niego pasować. Uczniowie wkładali plecaki i zabierali książki.40 Wizja Isobel.

Dlaczego nie pamiętała poprzedniej lekcji? I skąd w ogóle wzięła te dżinsy i różową koszulkę w serek? Varen ją pociągnął i myśl pękła niczym bańka mydlana. ale chyba wspominał. – Dzisiaj szykuje się ciekawy dzień. dobrze. Przez chwilę Isobel jeszcze stała. Gestem zaprosił ich do środka. że mają tam też dobrą anglistykę. Usiądźcie. nie? – Tak – potwierdziła. Czemu po tej stronie klasy było tak dziwnie? Czy nie siedziała tu cały rok? – Czy jesteśmy umówieni dziś wieczorem na kolację z twoimi rodzicami? Gwałtownie odwróciła do niego głowę. bo zajmiemy się Robertem Frostem i Ezrą . – Dobrze – zaczął pan Swanson. wierzę wam – westchnął Swanson. Rzeczywiście.głośny. zastanawiając się. czy to stamtąd przed chwilą przyszli. bo potrzebował pomocy z grą. Kolacja z rodzicami? – Chciałem zadać twojemu tacie kilka pytań o uniwersytet w Kentucky. że mieli jeść lasagnę. bo zdawało się jej. No i chyba Danny zadręczał ją cały tydzień pytaniami. że pamięta. że poszedł tam ze względu na futbol. – Dobrze. Wiem. Podniosła wzrok w poszukiwaniu jego źródła. kiedy przyjdzie Varen. Weszła za nim i poprowadził ją na ich stałe miejsce. Zerknęła na korytarz za sobą. Pomyślała. – Wejdźcie. Uczcie się. Odruchowo zajęła ławkę obok niego. w której utknął.

gdy usiadł obok niej i poprosił. by zaczęła go nosić. Niebieskie oczko Trenton w środku połyskiwało w świetle. A czy ledwie w zeszłym tygodniu nie dał jej swojego pierścienia klasowego? Zerknęła na swoją prawą dłoń. gdy siedzieli w samochodzie przed jej domem.. Tak się właśnie poznali. pomyślała. żeby zapisała swój numer na jego dłoni. żeby poszła z nim na bal z okazji zakończenia roku. zaproponował. Ale nie martwcie się. A teraz otwórzcie książki na stronie dwieście dwudziestej szóstej i rzućmy okiem na Drogę niewybraną. Pierwszego dnia szkoły. w której poprosił ją. Do eleganckiej chińskiej restauracji.Poundem. Gruby złoty pierścień trzymał się na jej palcu dzięki paseczkowi miękkiego aksamitu. by na nią pasował. Promienie słońca igrały z jego jasnymi włosami. Możecie być pewni. Uśmiechnęła się do siebie na to wspomnienie. że się nie da jechać dwiema naraz. To tamtego dnia. jak wbija wzrok w otwartą książkę przed sobą. bo w ten sposób go nie zgubi. Kto przeczyta na ochotnika? Emma? Z tyłu klasy rozległ się głos Emmy Jordan. którym go okręcił. – Dwie drogi w żółtym lesie szły w dwie różne strony Żałując. przywołując wspomnienie chwili. To moi dwaj ulubieńcy. Isobel znowu rzuciła okiem na Varena. Patrzyła. Na zewnątrz jesienne słońce mrugało do niej przez . Na pierwszą randkę zaprosił ją na obiad. Pewnego dnia mi podziękujecie. że te wiersze wryją się w każdy zwój waszych podatnych móżdżków..

– Tak. o której pisze. Zerknęła na egzemplarz Varena. wyciągając Język angielski – wydanie siódme. panno Andrews. co pan Frost nam tutaj mówi. O dokonywanie wyborów. Nachylił się nad biurkiem. Pochyliła się i otworzyła plecak. pan Swanson otworzył oczy i poprawił okulary. dobrze. Ktoś jeszcze? Isobel opuściła wzrok na swoją ławkę i zdała sobie sprawę. prawda? Być może różnice byłyby ogromne. wszystko potoczyłoby się dla niego inaczej. Czy ktoś ma jakieś przemyślenia na temat metafory? Słucham. Mowa nie tylko o dosłownym wyborze realnej dróżki w lesie. To jest ta „reszta”. – Dobrze – powiedział. Dzięki temu zawsze można było poznać. – Chodzi o różne ścieżki w życiu. Odwróciła się i obserwowała pana Swansona. gdy ta czytała. – Teraz pomówmy o tym. które fragmenty lubi najbardziej. przypominającą watę osłonę chmur. To bez wątpienia jedno spojrzenie. że jesteśmy ukształtowani przez własne wybory. Gdyby podmiot liryczny wybrał drugą drogę. Gdy Emma skończyła czytać. powtarzał kluczowe słowa za Emmą. Oczy mu się zamknęły i bezgłośnie poruszając ustami. że jeszcze nie wyjęła książki. po czym otworzyła podręcznik na czarno- . by sprawdzić numer strony.puchatą. Bardzo dobrze. trzymając w rękach otwarty podręcznik. ale o rozstaju dróg życiowych i podejmowaniu decyzji. Można powiedzieć.

poruszając maleńkim pokrętłem z boku. Przecież jeszcze nie doszli do Frosta. Nie. Nagle to też wydało jej się dziwne. Książka. gdy brokat zatrzymał się w miejscu. Znowu popatrzyła na otwarte stronice książki. Ale to się nie zgadzało..białym portrecie Roberta Frosta. Znowu. Książka Poego. Park. Czy nie zepsuła tego zegarka? Może jej się to przyśniło. bo książki nie wracają same. trzymał kartkę papieru w pewnej odległości od twarzy i czytał. A może to nastąpiło później? Ale w takim razie to naprawdę musiał być sen. Wskazówka minutowa nie chciała nawet drgnąć. zauważywszy godzinę na różowym zegarku w kształcie kłódki. Wyrzuciła książkę. Potrząsnęła zegarkiem i różowy płyn z brokatem w środku zawirował. na zdjęcie Roberta Frosta. bo to wszystko nie miało sensu. . Powoli i ostrożnie odłożyła zegarek na ławkę. pomyślała. który siedział w fotelu. bo do niej wróciła. Książka zgniotła zegarek. Wskazywał 11. 20. Następnie sięgnęła po ołówek i zeszyt. patrząc na tarczę zegarka. Zatrzymała się jednak. nie. Ale. Czyżby zegarek się spieszył? A może Danny przestawił go dla kawału? Odpięła zegarek od plecaka i wzięła go w palce. Ucieczka. Złapała . przypiętym do torby. To było prawdziwe. Lekcja zaczynała się o jedenastej. Skupiła się na odbiciu swoich oczu w przejrzystym szkiełku. Zawahała się. Isobel skrzywiła się..

Jak jeden mąż wszyscy zamrugali powiekami. – Eee. Wszyscy się na nią gapili i nagłe przeszedł ją dreszcz. unosząc brwi. Nie podnosząc głowy. – Ale nie przerabiamy jeszcze Frosta – syknęła – tylko Poego i romantyków. – Panno Lanley. Wyprostowała się na krześle i zobaczyła dwadzieścia skierowanych na siebie par oczu. zerknęła na Varena. Pan Swanson przestał mówić. Ze wszystkimi. Coś było z nimi nie tak. z frustracją w . Kartkowała swój podręcznik.... nie ma go tutaj – wyjaśniła. po czym musiała przełknąć ślinę. Przyglądał jej się z dziwną srogością. ukazując czarne oczy.. – Myślałam. – Kogo? Isobel odwróciła głowę. Co? Gdzie jest. Pope. że mamy się uczyć o twórczości Edgara Allana Poego. W jednej ręce trzymała podręcznik. – Poe – szepnęła. by jej pomóc.. czy masz coś do dodania? – spytał. Pan Swanson opuścił okulary. Plath. by spojrzeć na Varena. Pasternak. – Nie. – Podniosła wzrok. Wyrwała mu książkę. Popatrzył na nią... i zamarła pod spojrzeniem nauczyciela. – Gdzie jest Poe? – Strona dwieście dwudziesta szósta – powiedział i wyciągnął rękę.książkę i zajrzała do indeksu.. Poe – powiedziała.

Pomieszczenie rozciągało się przed nią i wydłużało na podobieństwo tunelu. Za drzwiami słyszała muzykę i gwar. Obróciła się i stwierdziła. Ich twarze przybierały demoniczny wyraz. Stawiając ciche kroki. Jego twarz. Zerwała się z krzesła. Jego przypominająca stracha na wróble sylwetka zajmowała teraz ławkę. – Zawsze uciekasz. w której wcześniej siedział fałszywy Varen. tym szybciej poruszały się także one. wykrzywiona gniewem.oczach. Wszystko psujesz – rozległ się za nią brzęczący głos. Drzwi oddalały się. Sięgnęła do klamki. Zatrzasnęły się z hukiem. które stały się czarne jak atrament. – Możesz. czując chłód ich powierzchni na swoich nagich ramionach. a wtedy drzwi odsunęły się jeszcze bardziej i zaczęły się zamykać. Opuściła spojrzenie i zobaczyła. mieć to wszystko. wsuwając sobie ołówek za ucho. Zaczęła biec szybciej. Powoli się podniósł i Isobel przywarła płasko do drzwi. ale wyrwała się i pokonała labirynt ławek. w ogóle ledwo przypominała Varena. Rzuciła się do otwartych drzwi. lecz klamki nie było. gdy do nich dopadła. zbliżył się do niej. Ręce wyciągały się do niej ze wszystkich stron. Rozległy się krzyki widmowych kolegów z klasy. że to nie Varen. wiesz? Gdybyś tylko . mizerna i zapadnięta. że znów ma na sobie sukienkę z imprezy. Im szybciej biegła. Właśnie wtedy uświadomiła sobie. że została w klasie sama z Pinfeathersem.

że w jego słowach kryje się choćby krztyna prawdy. – Powiedz mi. wdzierając się głęboko w zakątki umysłu. po co to robisz.odpuściła – powiedział. nie chcąc uwierzyć. Złożył ręce za plecami i opuścił podbródek. – Nie? Otaksowała go wzrokiem. nie mogąc zanegować pewnych podobieństw do Varena. Isobel patrzyła z niedowierzaniem. prawda? – spytała. a jego głos podszyty był groźbą. Możesz zobaczyć. wzroście. że ten stwór. Może nawet prawdziwszej. Nie mogła pogodzić się z myślą. pozwalając. – Nie chcę kłamstwa. wywołując wątpliwości. może mieć jakikolwiek związek z Varenem. choć nie miała dokąd uciec. wyraźnie dawały o sobie znać w posturze. spłoszona. ten pusty zombie z sennych koszmarów. – Tym razem to nie jest tylko gra na czas. jakby pozował do zdjęcia. by go obserwowała. Jego słowa wsiąkały w nią. Tak naprawdę nie mniej prawdziwej niż poprzednia. jak by to było. Choć nie dało się ich odnaleźć w jego twarzy czy zachowaniu. Przystanął w pewnej odległości. – Czemu nie pomyślisz o tym jak o innej wersji? Lepszej wersji. Uznaj to za kolejną szansę powrotu do drogi niewybranej. Przeżyć to. Westchnął i przewrócił oczami. których dotąd nie zauważyła. Pokręciła głową. . budowie ciała. – Nie jesteś nim.

Nie chcę. zaciskając dłonie w pięści. potem o jeszcze jeden. za to cię lubię. Bo prawda jest taka. – Pij – powiedział. Uśmiechnął się smutno. – Tylko tyle. Zrobił jeszcze jeden krok naprzód. Chyba po to. czirliderko. w których kryło się pytanie. – Czy zagrasz w tę grę. plecami uderzając o drzwi. choć wiedziała. choćby było bezużyteczne. Zamrugał do niej czarnymi oczami. ściszając głos. co takiego czai się pod tą potworną porcelanową skorupą. Zaczerpnęła powietrza. że jej nie znajdzie. zmuszając. ku jej zdumieniu – o ile „szczere” było słowem. jeśli mogę tego uniknąć. Zastanawiała się. To spojrzenie przeraziło ją bardziej niż jakiekolwiek słowa. które dało się odnieść do Pinfeathersa. potańczysz ze mną jeszcze trochę? – Przechylił głowę w bok. – I to twój wybór – dodał łagodniejszym tonem.– Blondynkom trzeba wszystko tłumaczyć. – Widzisz. Jeśli jego poczynaniami nie kierowała dusza. że nie chcę cię zabić. nawet gdy powinnaś. to co? A przede wszystkim czego od niej chciał? Zbliżył się o jeden krok. Potrzebujemy odrobiny twojego zdecydowania. szczere. Pokonał dzielącą ich odległość serią ruchów zbyt szybkich. by je dostrzec. po czym przygwoździł ją do drzwi. Jej dłoń sięgnęła po klamkę. by spojrzała . Chwycił ją za podbródek. żeby zapomnieć. – Pij nepenthes. Nigdy się nie poddajesz. – Jego oblicze spoważniało. Zgromiła go wzrokiem.

zanim zniknął. Smakował gliną i atramentem. grożąc rozcięciem skóry. nagle niematerialna. Jego paznokcie wpiły się jej w policzek. Jego uścisk zacieśnił się. który w sobie dusiła. gładkie. popychając lekko. Isobel runęła na ziemię. Przez otwór pozostały po jej upadku wpadał popiół. Poleciała w dół i krzyk. roztrzaskała się pod nią. Oderwał się od niej ze śmiechem i wypuścił ją. wyrwał się wreszcie na wolność. Podłoga. które migotały wokół niej pośród czerni i lada chwila mogły ją pociąć. Szeroko otworzyła octy. wydawały się ostre niemal jak szkło. Zakryła twarz dłońmi. pochwycona przez kilka par rąk. Odwróciła głowę. Jego wargi. Ponad nimi poprzez rozbity witrażowy świetlik ukazywał się ruch burzowych chmur na niebie. aż nie mogła już oddychać. osłaniając oczy przed poszarpanymi kawałkami szmaragdowego szkła. rozpłynął się w kłębach dymu. Jego ciało wydawało się sztywne i wydrążone w środku. Spadała.mu w oczy. krwią i śmiercią. zimne i twarde. Grupa wydała z siebie wesoły okrzyk po jej schwytaniu i szybko postawiła ją na nogi. by w końcu zatrzymać się gwałtownie. Otworzyła oczy i zobaczyła wokół krąg masek. ale otoczył ją ramieniem i szarpnął w swoją stronę. Szkło spadało niczym śmiercionośne konfetti i jeden kawałek utkwił w jej ramieniu. Następnie . Przycisnął usta do jej ust. drugi zaś przeciął skórę na kostce. Pusie. a razem z nią krzyk. ułożonych w kołyskę. Do gardła podeszła jej żółć.

jakby na straży. mimo że się wyrywała. nim się z nich wydobył. żeby już była dwunasta! Czyżby przegapiła ostatnie bicie zegara? Nie zdążyła się oddalić ani choćby drgnąć. Mroczna postać pojawiła się przed nią w rozmazanej wizji niczym miraż. Odsłoniwszy małe sekretne drzwi. Wokół unosiła się ciężka woń pachnideł. Wyłoniła się z tłumu i ruszyła ku niej jak sama śmierć. kiedy ten ktoś ją pochwycił. Jedno spojrzenie wokół upewniło ją. czarny egipski sarkofag z granitu. Zaciągnął ją w jeden koniec komnaty. Niemożliwe. powstrzymując krzyk. z twarzą rozmytą i na poły zasłoniętą.postacie rozproszyły się ze śmiechem. wepchnął ją do środka. od których Isobel doznawała zawrotu głowy. Dłoń w rękawiczce zatkała jej usra. wyciągnął rękę ku ścianie i odsunął róg ciężkiego gobelinu. prostokątnego pomieszczenia stał ciężki. Owładnięci letargiem dworzanie siedzieli przygarbieni i stali przy fajkach wodnych oraz misach z płonącymi kadzidełkami. że wróciła na maskaradę i stoi teraz pośrodku komnaty o barwie głębokiej zieleni. Na podłodze leżały haftowane poduszki i dywany. Isobel przebiegła po zimnej i wilgotnej kamiennej posadzce. w powietrzu zaś unosiły się gęste chmury słodkiego dymu. . Zadrżała. który przedstawiał konia tratującego swojego jeźdźca. W każdym kącie szerokiego. Na ścianach wisiały ogromne gobeliny.

W wąskim korytarzu pochodnia. pełen wyrzutu głos. gdzie zabójca chowa się. Ogień rzucał postrzępione kształty na mury i okna ze szkła barwionego na szmaragdowy kolor. wysoki i srogi. Reynolds. za którymi sylwetki dworzan poruszały się na podobieństwo teatrzyku cieni. umieszczona na stojaku. jak w starej powieści kryminalnej.Podniosła wzrok i stwierdziła. Ochrypły. jakie niebezpieczeństwo ci grozi? – spytał stłumiony głos. by obserwować ofiary przez otwory w oczach wiszących portretów. W samą porę. paliła się żółtopomarańczowym płomieniem. aż natrafiła na wilgotną ścianę. a nawet ostry. że znalazła się w ukrytym przejściu. – Masz pojęcie. Zamaskowany porywacz wśliznął się do środka i stanął nad nią. . Cofała się. który od razu rozpoznała.

zarzucić mu ręce na szyję i ukryć twarz w jego płaszczu. podziewał? – piekliła się. że Reynolds nie lubi czułości. – Gdzieś ty się. But z łoskotem uderzył w ścianę przy nim. Pomimo maski i kapelusza nie sposób było nie zauważyć zaskoczenia w jego oczach.41 W samotności Co z tobą? . nie robiąc mu krzywdy. i podniosła rękę. i tak wolałby by rzucać w niego butami. Była tak wściekła. że nie ma już czym rzucać. Krew sączyła się z jej ramienia.wykrzyknęła. Drżenie głosu zdradzało jej emocje. że mogłaby go udusić. Dalej się gapił. że gdyby miał wybór. Nie tracąc czasu. że ramię omal nie wypadło jej ze stawu. by je wyrwać. gdy Isobel niepewnie dźwignęła się . która spływała po ramieniu i plamiła dekolt sukienki. jedynie ciepłą strużkę krwi. Żałowała. Cisnęła w niego z taką siłą. i przypuszczała. Zasłonił się przedramieniem i pantofel spadł na podłogę. Uznała jednak. do diabła. – Nie patrz tak na mnie! – warknęła. zdarła ze stopy drugi but i rzuciła w jego klatkę piersiową. A jednak w tej samej chwili równie dobrze mogłaby doskoczyć do niego. gdzie wbiło się szkło. szczękając zębami. Prawie nie czuła bólu. zdejmując pantofel.

– Gdzie on jest? – spytała. Trzęsły się jej kolana. żeby mnie straszyć. A potem te ręce wciągnęły go w . wyrzucona przez okno. Jakim prawem mówił do niej tak. ani nikt inny nie powie mi. a później. napastowana przez.. że Varen wspomniał wcześniej o „niej". a teraz właściwie porwana! Czego ode mnie chcesz? Czemu ani ty. która to powie.na nogi. by zgasić gotujący się w niej gniew. – To wszystko twoja wina! – krzyczała. – Jak dotąd byłam szarpana. chłopaka i jego zupełną beztroskę – poprawił Reynolds z taką nagłą zaciekłością. co się dzieje? Czemu nie wiem. – Przez. – Nie! Nie będę ciszej! – wrzasnęła rozdrażniona.. za to te inne stwory są wszędzie! – Isobel. dopóki się nie pojawiłeś! Nawet nie wiem. że nie powinnam tu być. Pojawiasz się. że mi pomagasz. ale potem po prostu znikasz. tym razem ciszej. jakby była dzieckiem? – Mówisz.. oberwie! Wiem. co jest prawdą. – Nit takiego się nie działo. to przez ciebie. kiedy najbardziej cię potrzebuję. Nie powinno cię tu nawet być. – Z kim? – Przypomniała sobie. nigdzie cię nie ma. jakby wygłaszał wyrok śmierci. kim jesteś! Nic wiem. ale jestem. i na ile się orientuję. potwora. a co nie? Czemu uczestniczę w tej koszmarnej historii? – Nie ma na to czasu. – Dosyć tego! Następna osoba.. czym jesteś! – Ciszej. – Z nią – szepnął tak. że przełknęła ślinę.

gdy zaprowadził ją do lasu Weir. Musimy dotrzeć do lasu. O swojej rodzinie. Poświęciłabyś wszystko w imię czegoś. Wyciągnął do niej dłoń w rękawiczce. Szybko. Uwierz mi. Czy mówił prawdę? jaki miałby powód. Musisz zamknąć to przejście. by nie kłamać? Gdy już o to chodziło. Nie masz pojęcia o skali. którymi się kierował. by kłamać? Z drugiej strony. że nie umarło. by się skulić. cokolwiek w waszym świecie nie umrze po takim połączeniu. Gdy ważyła słowa. z pewnością pożałuje. co już jest stracone? Pomyśl o swoim domu. odbijającej się w wahadle zegara. co właściwie wiedziała o nim i motywach. o ile widziała. Chodź. Musisz natychmiast wrócić do swojego świata. W przeciwnym razie cały twój świat ulegnie temu tutaj. poza tym że. w grę wchodzą niezliczone rzeczywistości. które powstało. Pomyślała o białym świetle z lasu i postaci o czarnych oczodołach. jakby chciał wybadać. że bym go tu zostawiła? Zrobił krok w jej stronę i musiała stłumić w sobie chęć. te motywy zawsze dotyczyły jego samego? . – Isobel.ciemność. Całe byty. – Nigdzie z tobą nie pójdę. bo ja nie mogę. – Odmawiasz? – Myślisz. – Nie ma czasu. w jej pewność zakradły się wątpliwości. jaki miałby powód. Przyglądał się jej swymi ciemnymi oczami. tak jak tej pierwszej nocy. ile jest powagi w jej słowach.

Mówił szybko. co zechcesz. Edgara. Jego chłód przeszył ją niczym lodowa klinga. – To dlatego teraz tu jesteś. jak go znaleźć. – Przeszłość też jest martwa. – A jeśli teraz za mną nie pójdziesz. – Czyli go znałeś – powiedziała Isobel z naciskiem. gdy tylko wypowiedziała je na głos. – Nie wierzę ci. – Dobrze – powiedziała w końcu. Patrzyła na niego z niedowierzaniem. – Edgar nie żyje. Wyraźnie oczekiwał. . – Nie widzisz. prawda? To wszystko zdarzyło się już wcześniej.No dobra. Pomóż mi. – Ty jesteś Poe? – Sama siebie zaskoczyła tym pytaniem. a zrobię. pewna prawdziwości swoich słów. na których ci zależy. będzie za późno dla ciebie i dla wszystkich. to jest gra dla dwóch osób. Ma szczęście. podczas gdy jakaś niewidzialna siła zdawała się pulsować między nimi – niepojęte uczucie niby odpychanie się dwóch magnesów. – To prawda – odparł. Odwrócił się i znowu ruszył do przejścia po prawej. rozgorączkowanym głosem. – Najpierw powiedz. Dalej stali naprzeciwko siebie i żadne się nie ruszało. że dziewczyna pójdzie za nim. co się z nim stało? Nie należy już do twojego świata. Dowodów było aż zbyt wiele. tak? Spotkało to jego. Zbyt wiele faktów.

nie jest wszystkim tym. – Stój! – nakazał. że korytarz ostro skręca.Isobel nawet nie drgnęła. zobaczyła. że nie ma sposobu! – Isobel. – On by mnie nie zostawił! – zawołała. – Nie potrzebuję twoich sekretów. – I chociaż teraz tak mówisz. i skierowała się ku przejściu po lewej. Jednostajnym krokiem zmierzała w ciemność i wilgoć. Zostawi go z tym. Bo tak jak ty. co? Pomogłeś mu wrócić. co udaje – odrzekła. Przecież nie opuściłeś Edgara. – Podniosła się. – Nie potrzebuję cię! – zawołała za nim. że za rogiem będzie zupełnie sama. stał się teraz ostry. Nowe koszmary. – Sama go znajdę. Znowu przystanął. by wziąć buty. Jej cios na oślep nie tylko musnął prawdę. poprzez plątaninę cieni. a przynajmniej zdołał trącić jakąś głębszą strunę w tym monotonnym. – Jesteś pewna? – Tak. Zraniony... teraz oblepione pyłem. odgarniając niesforny kosmyk włosów z oczu. – Jego głos. Wiedziała. nie zostawisz mi wyboru.. też będę musiał się . – Isobel – syknął za nią. prawda? Więc nie mów mi. Dotarł do samego sedna. lamentującym Reynoldsie. – Jeśli odwrócisz się do mnie plecami. pewna. – Włożyła różowe niegdyś pantofle. że przed nią znajdują się nowe komnaty. szept.. Nie zwróciła na niego uwagi i szła dalej. Przed sobą. Odwróciła się od niego i pochyliła.

Nie spodziewała się.. by rozumieć. Nawet głosy za ścianą umilkły. które chciał ścigać. Miał własne plany. tylko może. co znajduje się przed nią ani ile zostało jej czasu.odwrócić. Ciemność i nie więcej. skręcając za kolejny róg. może ona sama jest bliżej. co myśli. że północ już blisko. a staniemy się przeciwnikami.. – No to przynajmniej wiem. Mogła jednak bez ryzyka pomyłki stwierdzić. . Własne duchy. że mówi. Wiedziała o nim już wystarczająco wiele. by Reynolds poszedł za nią. Przed nią rozciągał się kolejny wilgotny korytarz. gdzie ujrzała mglistą aurę ciemnofioletowego światła. Nie mogła wiedzieć. Tylko tak dalej. Ale może. nawet się nie oglądając. Własne kroki były teraz jej jedynym towarzystwem. rozmyślała. Z determinacją ostro skręciła.

nacięcie wielkości drobnej monety . ale wkrótce do jej uszu dobiegło ciche trzepotanie. Ostrożnie okrążyła pochodnię. prowadzącego do środka. osadzone w kamiennym murze. opuściła wzrok i skupiła się na purpurowych szybach. ani w ścianie. rzucając jej cień na ścianę obok. Ogień ogrzewał jej twarz i ręce. że dalej znajduje się purpurowa komnata z opowiadania Poego. Odsunęła się. po czym zbliżyła się do wąskiego okna i przycisnęła dłonie do kamiennej ściany obok. W rogu okna dostrzegła wąski promyk żółtego światła. Na początku nic nie słyszała. A przynajmniej nie mogła niczego podobnego dostrzec. gdzie stała następna pochodnia. jakby to miało wzmocnić ten szelest. Była to dziura. próbując wymacać wejście.42 Obietnica Isobel doszła do miejsca. by usłyszeć jakiś głos albo ruch. ani w podłodze. Przesuwała palcami po rowkach i zaprawie. Oparła się ramieniem o ścianę i nadstawiła uszu. Tutaj wilgotny korytarz cuchnął naftą i moszczem. Nie było tu jednak ukrytych drzwi ani tajnego zaułka. i wiedziała. jak w wypadku komnaty zielonej. Pomarańczowe płomienie rzucały blask na okno ze szkła o barwie ciemnej purpury.

pod jakim patrzyła. szarofioletowych chmur. Przykucnęła. Wzdłuż ścian stały regały pełne zakurzonych książek i natychmiast przypomniała . Od razu zobaczyła źródło trzepotu. pozostawiając znacznie większą dziurę. Wielkie fiołkowe zasłony poruszały się na wietrze. albo coś jeszcze gorszego. Wsunęła palec w otwór i czekała. by jej cień nie padł na okno. żółte światło i but. I fragment czarnego buta.w barwionym szkle. Za tym oknem splątane kontury nagich konarów drapały skłębione tło złowieszczych. Przy następnym szeleście zasłon. Duże okno stało otworem po przeciwnej stronie pomieszczenia. Nawet jednak z większej odległości widziała teraz pomieszczenie znacznie bardziej szczegółowo.. Niezależnie jednak od kąta. ale jeśli to była tylko kolejna sztuczka? Kolejna iluzja? Jeżeli na tym krześle nie siedział Varen. uważając. Zmieniła pozycję.. pociągnęła. Myślała. Wyjrzała przez otwór pod kątem. musiał to być jeden z Noków. że nikt w środku nie dostrzegł usunięcia szybki. Wewnątrz komnaty w plamic żółtego światła dostrzegła róg miękkiego krzesła z purpurowego aksamitu. dostrzegała tylko zasłony. Cała szybka o wielkości pięści i kształcie rombu wypadła z czarnej ramki. czy nie krzyknąć. Ostrożnie podniosła rękę. śliwkowy dywan. niż się spodziewała. Skuliła się i cofnęła o parę centymetrów z nadzieją.

Spojrzenie Isobel natychmiast wróciło na to właśnie krzesło. Isobel skuliła się pod parapetem. Przestępując z nogi na nogę.sobie Zakątek Nobira. Tnąc powietrze szerokimi skrzydłami. Zaskoczona jego widokiem Isobel upuściła szklaną płytkę. Jej oczy podążyły w górę rękawa zielonej kurtki. Na pobliskim stole widniała staroświecka lampa naftowa. Varen siedział z opuszczoną głową i patrzył na śliwkowy dywan przed sobą. Znajomy srebrny pierścień połyskiwał na palcu. ściany i rzędy książek. na rękę. Paliła się nikłym płomykiem i stanowiła częściowe źródło żółtego światła w pomieszczeniu. z czarnymi włosami okalającymi twarz. złożył skrzydła. . która spoczywała na obitym aksamitem podłokietniku. gdy ciszę w pomieszczeniu rozdarło krakanie. czarnymi jak sadza oczami. patrzył w mrok paciorkowatymi. Wzrok Varena znowu skierował się w przód i w tej samej chwili jakiś ciemny obiekt przemknął przez pomieszczenie. Innym źródłem był dogasający żar w ogromnym kominku przed purpurowym krzesłem. wylądował na oparciu krzesła Varena. rzucając widmowy cień na rozkołysane zasłony. Głowa chłopaka poderwała się w kierunku dźwięku. która brzęknęła o kamienną posadzkę. należącym do jeszcze bardziej znajomej dłoni. lecz powstrzymała się i nie zawołała go. W ciszy wstrzymała oddech i czekała. Ptak sfrunął z wysokiej półki i znalazł się w polu widzenia. Przygarbiony. podłogę. Isobel otworzyła usta.

– Znowu nasz przyjaciel. Potem rozległ się daleki łoskot. który w porównaniu z tamtym wydawał się gładki i suchy. Tym razem Varen zachował milczenie. Dochodził z zupełnie innej strony. obiema dłońmi zasłaniając usta. głosem. który chlastał jej umysł niczym lancet. Jego ton był wyraźnie gorzki. stawał się głębszy. – Ty to zrobiłeś. . naprawdę. – Moja wyobraźnia – odrzekł Varen. – Daj spokój – powiedział. – Przestań. Odeślij go z powrotem – mruknął Varen. a on dalej swoje. – Oj. – A – odezwał się ptak z chrapliwym kaszlem. a bardziej złośliwy. gdy ptak mówił. nie ja. Przez korytarz wokół niej poniósł się kolejny udręczony krzyk. stłumiony i odległy. Poza tym to był twój pomysł. Isobel wtuliła się w ścianę. mniej zgrzytliwy. Był to wyraz czystego przerażenia. – Oczywiście że ja. Aż tak ci to przeszkadza? – Głos zmieniał się. – Nie ze mną te sztuczki – odparował ptak. Minęła ponad godzina. Puść go. Do jej uszu dobiegł nowy dźwięk.– Co to był za dźwięk? – zachrypiał szorstki głos. – Myślałem. Zamknęła oczy i uważnie nasłuchiwała. Ale dopiero kiedy ty o tym pomyślałeś. Ktoś krzyczał. że po tym wszystkim będzie ci to sprawiało jakąś przyjemność. który mógł oznaczać śmiech.

zdoła jakimś sposobem dotrzeć do nich. by znaleźć źródło światła. Pomyślała. patrzącego sponad ozdobnie rzeźbionych. Świeciło jasno zza popiersia starożytnego greckiego wojownika o okrągłych oczach. Myślałem. Stwierdziła. że zapewne prowadzą do kolejnej kolorowej komnaty. Varen nie odpowiedział.Przechyliwszy się w jedną stronę. podczas gdy wysoka postać Pinfeathersa zataczała wokół niego szerokie kręgi. – Tak było. Jeśli znajdzie drogę do tych drzwi. czy podążając korytarzem. że nie licząc otwartego okna. że to ona . – Choć brzmi to zabawnie – powiedział Pinfeathers – ty zadziwiasz mnie najbardziej ze wszystkich. Isobel podniosła wzrok. właśnie one stanowiły jedyne wyjście z pomieszczenia. Uwaga Isobel skupiła się na tych drzwiach. Zastanawiała się. dwuskrzydłowych drzwi. Jego długi i chudy cień. – A raczej powinienem chyba powiedzieć. z plecami przyciśniętymi do ściany. z warzą ukrytą w dłoniach. rzucany przez żółty blask. – Ale teraz zmieniłeś zdanie. Varen siedział na krześle niemal zgięty w pół. padł na Varena. że właśnie tego chcesz. Isobel jeszcze raz zajrzała przez otwór. i tak nie dałaby rady się tamtędy przecisnąć. czy nie okażą się zamknięte na klucz? W końcu nawet gdyby zdołała wybić wszystkie szybki z barwionego okna.

– Nastąpiła dłuższa chwila ciszy. Obaj mamy chyba poważny problem. możesz mi wierzyć. Pinfeathers westchnął. Tyle że ty teraz masz już wszystko. że chodzi także o to. i to wcale nie trochę. – Nudzą mnie te twoje humory. I to w tak różny sposób. Muszę przyznać. co mówię. czym jesteśmy. bo chcemy rzeczy. że ona jest silna. – I myślę. bo czirliderka w ogóle nie jest w twoim typie. A przynajmniej stała się silna dla ciebie. Słuchasz mnie? – Nie. że jestem zazdrosny. mam rację? – Zamknij się. Wiesz. Tak czy owak. biorąc pod uwagę. musimy mieć podobny gust. Ale to już wiedziałeś. prawda? – ciągnął. podczas której Pinfeathers przemierzył pomieszczenie i stanął między zasłonami. dziwne. – Zwłaszcza kiedy się złości. Zbyt wiele wielbicielek i zbyt mało do wielbienia. powinienem cię chyba uprzedzić.. Z drugiej strony. których po prostu nie możemy mieć. czy. Ale trudno się nie zastanawiać. że to mówię. – No to odejdź – odparł Varen. – Zamknij się. – Może trochę podniesie cię na duchu świadomość.. To najwyraźniej ponad twoje siły. dla ciebie.zmieniła twoje zdanie. – Ale urocza jest. to dlatego masz takie kłopoty. Ta czirliderka. obie są urocze. Ze złożonymi rękami wyglądał na zewnątrz. powiedziałem. że ty i ja. Wiem. . Oczywiście.

Powoli zwrócił spojrzenie w jej stronę. Może pójdę znowu zajrzeć do naszego przyjaciela. zanim go wyniesiemy. jak Pinfeathers znowu się zmienia. żeby znalazła drzwi w lesie. – Powiedziałem jej. – Varen! – zawołała znowu. okrążywszy pomieszczenie. wygiął i jego szczupłe ciało okryło się mrokiem za smugami fioletu. Skurczył się. – Varen – szepnęła. puk do drzwi jego komnaty. – Isobel – powtórzył monotonnym głosem. Isobel. odwracając się. Jego suchy śmiech przerodził się w ochrypły rechot. rozumiesz? Isobel patrzyła. – Varen. Przez romboidalną ramkę ich oczy się spotkały. Jeszcze raz puk. a do tego czasu na twoim miejscu chyba zmieniłbym zdanie w kwestii jej prośby. – Isobel odeszła – powiedział. Gdy zniknął. Następnie zamachał skrzydłami. Jego twarz. Pani niedługo wróci. by popatrzeć w kominek. po czym. To ja. ha! Gdybym był tobą. aż znowu wyłonił się spośród nich jako duży czarny ptak. tym razem głośniej. blada i ściągnięta. przypominała oblicze upiora. . żeby dokończyć robotę. Ha! Powiem ci coś pod rozwagę. Isobel odsunęła na bok stojak z pochodnią i stanęła przed barwionym oknem. to ja. puk. wyfrunął przez okno.– Może to zrobię. Dogasający żar rzucał słaby pomarańczowy poblask na jego twarz. – Tak. Ha.

jak Reynolds kiedyś jej powiedział. – Varen.– Nie. pełne cierpienia wycie narastało i tym razem towarzyszyła mu salwa donośnych łomotów. że rozpoznaje ten głos. Zza ramki okalającej otwór patrzyły na nią jego czarne oczy. rozsypując się u jego stóp. czy się pokaleczy. nie dbając o to. Nie odeszłam. Jestem prawdziwa. przeciągłe. Przypomniała sobie. mizerna i wyprana z emocji. Nie mogłam bez ciebie. a serce boleśnie podskoczyło jej w piersi. – Jesteś snem – powiedział – jak wszystko inne. Posiniaczona twarz. zdawało się jej. To ja i mogę to udowodnić. że Varen o niej śni. która ich dzieliła. Dochodził z kolejnego pomieszczenia. a Isobel . Proszę! Jak wejść do środka? – Nie możesz – mruknął. Spójrz na mnie. Z tą myślą uniosła pięść. Isobel zmarszczyła brwi. i ogarnęło ją przerażenie. Brad. – Nawet gdybyś była prawdziwa. by wybić dalsze szybki. Kawałki szkła spadły na dywan w purpurowej komnacie. Bicie jej serca przyspieszyło trzykrotnie i Isobel zwróciła spojrzenie w kierunku tego piekielnego zgiełku. Stłumione. Ale to niemożliwe. Skąd by się tu wziął? Isobel obejrzała się na okno i wzdrygnęła. Przez chwilę. Nagle krzyk rozległ się znowu. wydawała się w słabym świetle niemal obca. Przyszłam cię odnaleźć. pomimo dzikości wrzasków. Varen stał przed poplamioną barwioną szybą.

. – Starała się mówić spokojnym tonem. Przekręcił głowę i odwrócił się tyłem do niej. że pogłos dotarł do nich z prawej strony. Wywołały elektryczny dreszcz. nie mogąc pojąć przyczyny ani tonu jego pytania. Jej oczy znowu spoczęły na Varenie.przełożyła rękę przez poszerzony otwór. dobrze? – Czemu? – warknął. spoglądając między kamienne ściany za sobą i próbując rozeznać. – Zasłużył sobie na karę. Dziewczyna cofnęła rękę. – Dotknij mnie – powiedziała. że to rozumiesz. – Oni. ostrożnie dobierając słowa. od którego skóra zdawała się niemal wibrować. – Posłuchaj! – Chwyciła ramę okna. robią mu krzywdę – powiedziała. ale nie na śmierć. Wrócę także po ciebie. – Naprawdę istnieję. – Naprawimy . Wiem. Kolejny krzyk. z której przyszła. przeciwnej niż ta. Przełknęła ślinę. wdarł się w korytarz niczym wrząca ciecz. – Słyszysz to? Muszę pomóc Bradowi. lekkie jak pył. na pęknięciu nad jego wargą. głośniejszy. Była pewna. muskające jej dłoń. Mijały sekundy. Poczuła jego palce. Nawet jeśli to wszystko jest snem.. lecz wciąż stłumiony. – Bo cię kocham. Podniósł na nią oczy i pomimo ich czerni nie sposób było nie dostrzec płonącej w nich nienawiści. ja nim nie jestem. skąd dochodzi wycie. które musiała teraz wypowiedzieć. patrząc znowu w głąb komnaty. – Bo – aż się zachłysnęła. – Varen. Temu. i przeraziła się słowami.

przeszywając ją niczym szpony. oni go zabijają. Zupełnie jakby Varen. ty i ja. z duszą schowaną tak głęboko. Wbił w nią spojrzenie. Zrobiliśmy razem to opracowanie. – Był to ledwie słyszalny szept. Jeśli będziemy razem. jakiegokolwiek światła. – Varen. Nie mogła znieść jego widoku w takim stanie. Wiesz. że wrócę. Muszę ich jakoś powstrzymać. Varen? Znowu omiótł ją spojrzeniem. a ona szukała w jego oczach swojego odbicia. Proszę! – powiedziała. – Już za późno. zamknął jej serce w mocnym uścisku. na pewno się znajdzie. którego znała. powiedz to. Mimo że wszyscy stawali nam na drodze. został pożarty i zastąpiony tą żałosną skorupą. Ale najpierw musisz się zgodzić. nie? Mimo że wszystko szło nie tak. – Nie mów tak! Znajdzie się sposób. że nie mógł tam dotrzeć żaden promień . Po prostu się zgódź. tak czystą. Dla mnie! Opuścił wzrok. Skrzywiła się. dobra? Znajdziemy sposób. Pokręciła głową. Proszę. tak przerażająco bezdenną. po czym. Ale odpowiedziały tylko czernią. – Nie wierzysz mi? – Oczy ją zapiekły i lada chwila mogła zalać się łzami. Przenikliwy dźwięk wspiął się po jej kręgosłupie. że musiała użyć całej siły woli. Ciszę rozdarł kolejny krzyk. by nie odwrócić wzroku.wszystko. – Zgódź się.

Przejechała dłońmi po sukience. Gdy się cofnęła. Obietnicę. po czym zsunęła z siebie z cichym szelestem. jakiś dowód. – Słuchaj – powiedziała.. Przez postrzępiony otwór w oknie podała mu szarfę. Albo po prostu coś mu zostawić.. zobaczyła. Dla mnie. czego nie mógł zrozumieć.. byle było to równie prawdziwe i materialne jak ona sama. a nie jakaś widmowa oszustka. Musisz o nią zadbać. Pilnować jej.. Ścisnął ją i zdawało się. – Jest moja i zamierzam po nią wrócić. Później ich palce zetknęły się. po chwili jednak uniósł dłoń. że jego palce zwierają się na tkaninie w pięść. jakby różowa wstęga. którą miała przewiązaną wokół talii. Gdyby mogła mu coś dać.światła. by go dotknąć. Gdyby tylko mogła w jakiś sposób dowieść. otaczająca teraz jego dłoń.. które przybierały na sile. Zmarszczył brwi ze zdziwieniem. Rozumiesz? Na początku tylko patrzył na materiał. więc jej nie zgub. wznosząc się do . Natrafiła na szarfę. przebierając palcami i szukając czegoś. że stoi przed nim naprawdę ona. – Proszę – powiedziała. Zwinnymi palcami rozsupłała ją. Wokół dalej rozlegały się krzyki Brada. miała w sobie coś. po czym powoli wyciągnął jedwabną szarfę z jej ręki i zawiązał sobie na dłoni. co mogłaby mu podarować. – Weź to – poprosiła. Cokolwiek.. że coś w nim drgnęło. Przesunęła palcami po jedwabnej tkaninie aż do kokardy na plecach. Jakiś znak.

po prostu zaczekaj na mnie tutaj. pomyślała. – Zostań tu – powiedziała. Obiecuję.. mój przyjaciel mówi. Cokolwiek się z nim działo. Na mnie. że zostawi go tu samego. niemal nie mogąc znieść myśli.. Obiecuję. raz za razem powtarzają to zobowiązanie w myśli.. Isobel z trudem skupiała się na swoich słowach. gdy w jej uszach rozbrzmiewały udręczone wrzaski. Reynolds. obiecuję! – Te ostatnie słowa poniosły się echem przez korytarz. spróbuj otworzyć drzwi. . Nie mogła pozwolić. oddalać od okna. które rozlegały się teraz pomiędzy seriami łoskotów przypominających walenie pięściami w zaryglowane drzwi.. to możesz nad wszystkim zapanować. – Zostań tu i czekaj. – Spróbuj. Puściła się biegiem. Musiała jednak zrobić coś dla Brada. by umarł albo nadal był poddawany takim torturom. dobrze? Spróbuj. Jeśli nie dasz rady.. Więc spróbuj otworzyć drzwi.crescendo przerażenia. – Isobel! – Wrócę. musiała to powstrzymać. że śnisz. że jeśli wiesz. że jeśli. – Isobel? – zawołał szeptem Varen. Wstała i zaczęła się cofać. – Odwróciła się w kierunku źródła krzyków..

z trudem starając się nadążyć za przeciągłym niskim jękiem. który przebijał się przez syczące śmiechy i chrapliwe rechoty. Kręte przejście. czy też wybrała . Znowu zaczęła nasłuchiwać krzyków. Zawahała się. Skręciła za następny róg i znalazła się w dużej okrągłej komnacie. przemierzając nieznane pomieszczenie. Tak głęboko. czy powinna zawrócić. Wiedziała. znajdujące się po drugiej stronie. Na ścianach i kamiennych nawisach dostrzegała skrystalizowaną białą substancję. Głosy zdawały się przechodzić obok niej. że to jęk Brada. W ścianach widniały ciemne otwory drzwiowe. węższy i bardziej Jej oddech zmieniał się w parę.43 Podłużna skrzynia Korytarz przed nią stawał się coraz chłodniejszy. ale do jej uszu dobiegły jedynie szepty. gładząc go palcami i wytężając słuch. Sączyły się przez ściany. Popędziła korytarzem. rozmyślając. widoczną nawet w przygasającym świetle. zaprawy i wilgoci zdawało się prowadzić coraz niżej. Wybrała przypominające tunel drzwi po lewej. a każdy wyglądał jak otwarty pysk potwora. Isobel zwolniła i przywarła mocniej do wilgotnego kamienia. pełne kamieni. że szepty i jęki zaczęły niknąć.

Mężczyzna pracujący w dole przerwał z cegłą w dłoni. jaki materiał pokrywa podłoże. z kielnią w dłoni. które przemieniły się w hebanowy zegar. Cofnęła się z jękiem. Tam. Natychmiast przypomniała sobie dwóch mężczyzn. Rozległy się dzwonki. aż spojrzał jej w oczy. a Isobel zamarła i otworzyła szeroko oczy. że w niszy ktoś jest. po czym rzuciła się w mroczną ścieżkę. kuszona wśród ciemności przez obietnicę promyka. które rozjaśniało przypominającą most część przejścia. Weszła w plamę bladego światła. Jej wzrok podążył za pomarańczowożółtym migotaniem do jego wątłego źródła – pochodni. Zrzuciwszy płaszcz i marynarkę. by ta prowadziła ją naprzód. zajmował się zamurowywaniem ziejącego czernią sklepionego przejścia.dobrą drogę. Czy w ogóle istniała dobra droga? Parła naprzód. Coś twardego zachrzęściło jej pod nogami i Isobel zmusiła się. by nie spojrzeć. zmieniającego się światła. otwartą kryptą katakumb. . pracował samotny mężczyzna. których słyszała po przekroczeniu drzwi. Jeden miał maskę i płaszcz. by nawet sobie nie wyobrażać. a drugi chyba czapkę z dzwonkami. zawieszoną nad ogromną. nisko w dole. uświadomiwszy sobie. Szczęk niósł się echem z wnętrza dołu niczym odgłos łańcuchów. Powoli obrócił głowę. które tańczyło na fragmencie kamiennej ściany w oddali. Przygarbiła ramiona z powodu wilgoci oraz zimna i jedną dłoń przesuwała po pokrytej pyłem ścianie.

Jej stopy pośliznęły się na poszczerbionej krawędzi czegoś twardego. Podłoże zasłane było kośćmi i popiołem. po czym uderzyła o kamień. po czym nagle znalazła się w dużej marmurowej krypcie. Okazało się jednak. zaraz. ku któremu biegła. po czym przyłożyła je do obu ścian. Światło potwierdziło jej najgorsze obawy. by się podeprzeć. a ziemia trzeszczała i chrzęściła jej pod nogami. wzbijając tuman pyłu. Nic. przekraczając w końcu snop niebieskiego światła i wchodząc w wąski luk. Szczęka. Wszystkie fragmenty można było zidentyfikować z równą łatwością. Tam – kawałek ramienia. Nie ma tu żadnych kości. Ucho. Isobel odrzuciła odłamek. Połamane palce. walały się w pyle. co jeszcze przed chwilą wyglądało jak ciemię prastarej czaszki. Przeskoczyła próg i jeden stopień w dół. pomyślała. Sączyło się przez otwarte łukowate przejście. gdy odepchnęła się od ziemi i dźwignęła na kolana.Biegła. ujrzała snop łagodnego niebieskiego światła. Wstała. Wsunęła palce drżącej ręki pod coś. . na końcu długiego korytarza. wyraźnie teraz dostrzegała krzywiznę policzka. wycierając dłonie w oblepioną kurzem sukienkę. Jej palce wbiły się w warstwę pyłu. niczym miniaturowe nagrobki. że to pęknięty odłamek porcelanowej twarzy. Za następnym rogiem. Tu połowa dłoni. potknęła się i runęła w przód. Ruszyła dalej korytarzem.

W środku panowała sucha. która pochłonęła Varena. padającego niczym przejrzysta gaza na zajmujący środek krypty wysoki sarkofag. Osadzone w nim barwione na niebiesko szyby stanowiły źródło szafirowego blasku. wiodące w dół z postumentu pod sarkofagiem. Isobel poznała tę twarz. kamienne dłonie trzymały równie zamrożony bukiet róż. Dalsze. Jej marmurowa suknia. ciągnące się wzdłuż czterech wysokich ścian. ciężka i fałdzista. jak u czarownicy. tak jak warz – iluzję życia. podczas gdy ozdobny tren opadał w delikatnych zmarszczkach na stopnic. zwieszała się z obu stron sarkofagu. kręconych puklach. leżały rozrzucone wokół głowy. Żelazne drzwi z przodu krypty stały otworem. Jej zimne. na marmurowe półki. Zupełnie jakby Isobel mogła się w każdej chwili spodziewać. Niezliczone potrzaskane twarze patrzyły. nie większych niż koperty. ostra woń. nietknięte kończyny walały się po bokach niczym szczątki porzuconych marionetek. nie widząc. Widziała. jakby palonego papieru. Fałdy i niezliczone zagięcia marmurowego stroju tworzyły iluzję lekkości. że pierś kobiety uniesie się i . Na szczycie sarkofagu spoczywał wyrzeźbiony w gładzonym marmurze posąg pięknej kobiety o zamkniętych pośmiertnie oczach. Włosy kobiety.Pasy niebieskoszarego światła spływały z umieszczonych wysoko w górze kwadratowych okien. niczym szata koronacyjna królowej. puste w środku. jak się wyłania z ciemności. Spływały z boków sarkofagu w długich.

Jego zęby. Jego włosy nie przechodziły z czerwieni w czerń. Cofnęła się i ostrożnymi krokami przeszła na drugą stronę sarkofagu. lecz z głębokiej czerni w niebieski fiolet. że niewyobrażalnie ciężka pokrywa została odsunięta. Jej dłoń zatrzymała się przed drzwiami z żelaza i szkła. Zamiast tego ruszyła po kobiercu pokruszonych twarzy i części ciała. chrypliwego. że od znalezienia w środku wysuszonych zwłok jeszcze gorsze byłoby ich nieznalezienie. włosy te stanęły na czaszce niczym nastroszony grzebień ptaka. Gdy oderwał głowę od ściany. aż w końcu dotarła do drzwi krypty. w połowie skryty w cieniu. stanęła jak wryta. Powiedz. W całym sarkofagu najbardziej jednak niepokoił fakt.opadnie wraz z wdechem i wydechem. lśniły . – Pani? Na dźwięk tego głosu. – Pani. czy to ty? Wróciłaś? – zapytał z zaciekawieniem. ostre niczym końcówki niezliczonych zatemperowanych ołówków. Zauważyła to od razu. skupiając na niej mroczne oczy. Nok. niskiego. wiedząc. Isobel nie odważyła się wspiąć po stopniach i zajrzeć do środka. jaki demon cię tu skusił? Różnił się od innych Noków. Podniósł wzrok. – A – powiedział z uśmiechem – to ci dopiero niespodzianka. Siedział zgarbiony pod przeciwległą ścianą.

Nic nosił koszuli ani kurtki. której łuskowaty ogon sięgał w dół ręki. fal i morskich bałwanów. w połączeniu z demonicznym uśmiechem i postrzępionymi dziurami w jaskrawo białym ciele. mogłaś mnie pozbawić ręki i nogi. że od dłuższego czasu się nie ruszał. Wyszła zza sarkofagu. Na piersi. że wykuto je w jego skórze niczym płaskorzeźby. – Jaki? – Jestem zdumiony – odrzekł – jak ty. – Nie kim.niepokojącą barwą indygo. częścią brzucha i nogą poniżej kolana. co dowodziło. – Pomachał w jej stronę niebieskim pazurem. przyglądając mu się czujnie. Warstewka pyłu pokrywała jego ciemne spodnie. taka subtelna. Isobel zwróciła uwagę głównie na fakt. Pełne zawijasów rysunki pokrywały znaczną część jego odsłoniętej skóry. brakowało mu niemal połowy ciała po jednej stronie. – jaki jestem. – Kim jesteś? – spytała. – Gdybym wiedział o twoim zamaskowanym . widniały wizerunki żaglowców. przydawała im pewnej wulgarności. włącznie z ręką od ramienia. Jego jedyne ramię zdobiła długowłosa syrena. co pozwalało dostrzec jego najbardziej zadziwiającą cechę. – Dobrze – zgodziła się. Choć twarz miał w całości. Cała partia morskich wyobrażeń nikła w otworze ziejącym w miejscu brakującego boku i choć same rysunki mogły być piękne. Ta cecha. kształtnej i gładkiej niczym grecka rzeźba.

jak ocalałą dłonią grzebie w stercie pyłu obok siebie.przyjacielu – ciągnął – i jego sprawności w fechtunku. gdzie oparta o bok otwartego sarkofagu leżała wydrążona ręka. Przyglądała się. w miarę jak dziewczyna się cofała. – Też mi wdzięczność – mruknął. Uśmiechnął się i wskazał coś za nią palcem ocalałej ręki. . kto próbuje sprawdzi. i podaj staremu Scrimshawowi tamtą pustą kończynę. by to Pin pierwszy ruszył w pościg. Podniósł wzrok. – Bądź tak miła – powiedział. – Nie? – spytał. a potem wyciąga spory odłamek. pozwoliłbym. w którym miejscu element układanki pasuje do reszty. zapomniawszy o wszystkich pytaniach. choć bez dłoni. Składał się z powrotem w całość. – Aha – powiedział. od ramienia do nadgarstka. – Pościg? – powtórzyła. Znowu odwróciła głowę ku niemu i patrzyła z niedowierzaniem. Zerknęła przez ramię w miejsce. słysząc chrzęst pod swoimi stopami. po czym zaczął melodyjnie nucić. Czy to było możliwe? Cofnęła się o krok. Przyłożył go do dziury w swoim ciele jak ktoś. – Pokaż. a jego postać znowu pogrążała się w cieniu. Zrobiła następny krok w tył. a słowo poniosło się pogłosem po krypcie. z przerażeniem uświadomiła sobie. ile jesteś warta. co on robi.

.Czy mogły to być leśne ghule – Żałosne.. Znasz ty Aubr. litościwe ghule – Czy to one ci zamknęły drogę Do sekretów. I wilgotny. tłum. (przyp. co się kryje w tej puszczy? [Fragment ostatniej strofy Ulalumr. lecz od jej sukienki oderwał się strzęp koronki.] Chwyciła krawędź drzwi i pociągnęła.)] Isobel odwróciła się i ruszyła biegiem do żelaznych drzwi.. a jego budząca grozę pieśń stała się głośniejsza. by mogła się przecisnąć. zamieszczonej tylko w pierwszej publikacji wiersza w „American Review (grudzień 1847 roku) i usuniętej przez autora z wydań późniejszych. aż w końcu przejście stało się wystarczająco szerokie.. po mroczny las Weir. Z tego powodu strofa nie znalazła się w polskim przekładzie. Za jej plecami stwór zaśmiał się. który we mgle się chowa. pomroczny las Weir. Znasz ty Aubr. drzwi ustępowały centymetr po centymetrze. co leżą w tej puszczy – Do tego. . I wilgotny. który we mgle się chowa. Wyśliznęła się na zewnątrz. [Na podstawie przekładu Antoniego Langego. Zgrzytając donośnie.

niczym grzbiet drzemiącego smoka. zupełnie jak wywołujący dreszcz ożywiony szkic węglem. strzępiaste i paskudne.Isobel zamknęła drzwi za sobą. w którym trwała maskarada. Jego wieże mierzyły w popielate niebo. Do chwili gdy donośne stukanie zburzyło ciszę sanktuarium. Kamienne anioły i posępne postacie w długich szatach płakały przy grobach. Isobel trzymała się blisko boku krypty i przyciskała dłoń do zimnej marmurowej ściany. Naliczyła ich sześciu. by gromadzić się niczym śnieg na niezliczonych powykrzywianych nagrobkach. zębatą rysą. takich samych jak w lesie. które obsiadły ziemię w niewielkich skupiskach. Płatki bieli spadały z fioletowego nieba przez jałową atmosferę. opactwo z opowiadania Poego. odcinając się od tego głosu ze zgrzytem żelaza i rdzy. rozciągając się. gdy wyłonili się zza żelaznych drzwi innej krypty. Za nią wznosił się połączony z kryptą przypominający katedrę zamek. Przechylały się w różne strony na podobieństwo połamanych zębów. jak okiem sięgnąć. . Za cmentarzem postrzępiona krawędź urwiska oddzielała niebo od ziemi. Na zewnątrz szary pył pokrywał teren cichego cmentarza. podczas gdy wśród tego wszystkiego rosło kilki chudych czarnych drzew. Był to widok nieruchomy i spokojny. Wkrótce Nokowie znaleźli się w jej polu widzenia. oddalając się od drzwi z barwionymi szybami.

zapuszczając się w gęstwę drzew. jakby w odpowiedzi na dochodzący ze środka stukot. Razem z nim było ich siedmiu. Ich styliska. Zatrzymała się u boku wysokiego skrzydlatego serafina. stał wysoki. Ze środka dobył się krzyk. dziobał wieko. jego nieprzytomne ciało pozostało na boisku. jak na boisku oczy Brada zrobiły się czarne. i obserwowała ich z oddali. Ale choć oczy Brada się zmieniły. Z podłużnej skrzyni dobiegło kolejne rozpaczliwe wołanie o pomoc i tym razem była już pewna. kryjąc się za posągami i nagrobkami. Podczas chwil przerwy w suchym krakaniu. Podążyła za nimi. sterczały z ziemi. a potem brzęk i znowu stukanie. płaczącego w kamienne dłonie. Pinfeathers. niczym drogowskaz. w którym od razu rozpoznała długą drewnianą trumnę. również otoczoną czarnymi drzewami. Niczym dziwaczni karawaniarze nieśli trumnę przez mglistą polanę. . w jednej sekundzie straciły całą żywotność i barwę. Jakim więc cudem został przeniesiony tutaj? Wymknęła się z krypty. W pobliżu czekała sterta ziemi. gotowe do pracy. niczym igły w poduszce. Przed hałdą. Zupełnie jak oczy Varena. Serce jej zadrżało na ten widok.Na ramionach nieśli przedmiot. Na trumnie rozsiadł się duży czarny ptak. Ale w jaki sposób go tu przynieśli? Isobel pamiętała. W trumnie znajdował się Brad. w którą wbito kilka łopat.

. po czym otworzyła je znowu. Rozszarpaliby ją na strzępy. Isobel odetchnęła gwałtownie. wyciągnięte w stronę ziejącego dołu czarnego grobu. Inni Nokowie zgromadzili się wokół wykopu. który ją zasłaniał. Zamierzali pogrzebać go żywcem. Scena nie zmieniła się. Oraz Nokowie. jakby to w jakiś sposób mogło jej dodać sił. Przybrał zwykłe kształty i stanął u szczytu grobu. Nokowie parsknęli śmiechem i wspólnymi siłami zdjęli trumnę z ramion. Nie obudziła się jednak. – Wypuśćcie mnie! – krzyknął Brad. Zmusiła się. by znowu spojrzeć. jak Pinfeathers traci swoją ptasią postać. – Proszę! Wypuśćcie mnie! – wydzierał się Brad. Szaleństwo. by powstrzymać cokolwiek? Była tu tylko ona. gdy skrzynia z donośnym łoskotem uderzyła o dno wykopu. patrząc w dół. Długa szata z kapturem skrywała głowę i spowijała ręce postaci. Ze środka wzbił się obłok popiołu. Wszystko wyglądało tak samo.opatulony posąg. Czemu poszła tu za nimi? Co chciała zrobić. a ona nie mogła nie na to poradzić. by ich powstrzymać? Co w ogóle mogła zrobić. że aż poczuła dzwonienie w uszach. Pinfeathers zakrakał i poderwał się z wieka. tyle że Nokowie zdjęli trumnę z ramion. Isobel zacisnęła powieki. Chwyciła się podstawy kamiennego anioła. a serce waliło jej tak mocno. Widziała. Brad zawył.

Dzierżąc ją niczym pałkę. Białe palce pochwyciły stylisko łopaty po obu stronach jej dłoni.– Proszę! – wrzasnął Brad. – Nie powinno cię tu być! Tego było już za wiele. Łopata trafiła w cel. w którym Nok rozleciał się na kawałki. Przeszła przez jego ciało. Bez zastanowienia wyrwała z ziemi jedną z łopat. co może zrobić. gdzie rozpadł się na wieku trumny. z trzaskiem robiąc w nim dziurę. Nie miała pojęcia. – Ty! – ryknął. Isobel wpatrywała się w miejsce. i nie zatrzymała się. Nie mogąc tego dłużej znieść. Do chwili. wstrząśnięta skutkiem własnego działania. Waliła w nie na oślep. Isobel wyskoczyła z kryjówki. z porcelanową twarzą wykrzywioną w maskę wściekłości. w gniewie zaciskając krwistoczerwone zęby. Jak jeden mąż rozmyli się w fioletowy dym. przekształcając się w oszalałe ptaki.. Pozostali chóralnie zawyli. Rozproszyły się w panice.. w której dopadła do grobu. Isobel oderwała jedną rękę od . Isobel bez przeszkód wymachiwała łopatą wśród chmary piór i dzikiego furkotu. nie czuła nie oprócz przypływu adrenaliny. po czym runął do grobu. by ocalić chłopaka. zamachnęła się stalową częścią na plecy jednego z niczego niepodejrzewających Noków. Pinfeathers górował nad nią. Kaleczone kruki skrzeczały i krakały. Nagle poczuła wstrząs. Nic miała planu. Obróciła się i znowu wzniosła narzędzie. Stwór pisnął. znowu waląc i skrobiąc.

po czym rzuciła mu buntownicze spojrzenie. Cisnęła w niego.. Jej pięść wystrzeliła naprzód. Odrzucona w tył dziewczyna poczuła. – Weź mnie za rękę. Nad krawędzią pojawiło się chude ciało Pinfeathersa. rozeźlony. która wpadła do środka razem . Wyciągał do niej szpony jednej dłoni. – Po co wróciłaś? – wydyszał. Obróciła się. wydzwaniając godzinę. Isobel wypluła popiół. Otarła pot i piach z oczu. że ścisnęło jej się serce. Nastała północ. Głośny.łopaty i wzięła zamach. – Znowu! – warknął. – Czirliderko! Obejrzała się przez ramię. mosiężny ton poniósł się echem po cmentarzu. zatroskany? – Trzeba było odejść.. kiedy dałem ci szansę! Zacisnęła dłoń na grudzie ziemi. Pinfeathers klęczał nad krawędzią grobu. Sprawił. Zostaw go! Isobel chwyciła łopatę. lecz zarazem jakby. Grzmotnęła o wieko trumny. – Ratunku! – dobiegł chrapliwy bulgot z sosnowej skrzyni pod nią. gdy dostał w twarz. że się potyka i wpada do otwartego grobu. kuląc się. Gdzieś w oddali na wieży zegarowej rozległ się kurant. Pinfeathers uchylił się przed atakiem. Z dłońmi i kolanami wspartymi na trumnie. Syknął. puszczając narzędzie. Północ. oczyściła wierzchnią warstwę z ziemi i fragmentów Noków.

odłamaną rękę i odwróciła się do trumny. Rozejrzała się w poszukiwaniu łopaty. na chwile wystarczająco długie. Jego skrzydła biły powietrze w nierównym rytmie. wydająca z siebie ochrypłe krakanie i nieludzkie zawodzenie. Nie puściła łopaty. Opierając jedną nogę o ścianę grobu. posługując się styliskiem jak dźwignią. obróciła ją i nacisnęła. W oddali wciąż rozbrzmiewało głębokie bicie zegara i nie sposób było stwierdzić. – Przestań ze mną walczyć i chodź! – ryknął. Ledwie drgnęło. by na nią ryczeć.z nią. niczym fioletowa mgła. Spróbowała jeszcze raz. ptasie ciało krążyło po spirali. Isobel odrzuciła na bok pustą. gubiąc czarne pióra. z wysiłkiem próbując nabrać wysokości. Jego warz pojawiała się wśród oparów. a potem wycie. ile uderzeń jeszcze pozostało. ale to nie wystarczyło. Unosił się nad grobem. Potem. Złapała ją i uderzyła o bok trumny. Dziewczyna warknęła coś przez zaciśnięte zęby. Jego ciało znowu stało się niewyraźne i zmienił się w mieszaninę dymnych smug i ptaka. Po cmentarzu poniósł się głośny trzask. po czym machnęła nią w jego stronę. podczas gdy wyłaniana ręka Pinfeathersa spadła jej bezwładnie na kolana. odleciał. Szarpnęła drewniane wieko. mroczna masa. Uwolniła się i wylądowała na plecach na wieku trumny. Drewno zatrzeszczało. w której zapadła cisza. – Brad! – zawołała. – Brad! . Złapał ją z łatwością wyprostowanym przedramieniem. Cofnął się z przeciągłym sykiem. które opadały do grobu jak jesienne liście.

która jednak przeniknęła przez niego. – Is. zatrzymuje ją. ciągnąc. Rzuciła łopatę... Jego oczy nie patrzyły na nią. Czyżby była ranna? Kolejna plama pojawiła się na jej otwartej w niepewności dłoni.Znowu walnęła stalą o drewno i tym razem odłupała fragment jednego rogu. Isobel? – wybełkotał. Wsunęła dłonie w otwór i pociągnęła w górę. po czym odrzuciła ją na bok w chwili. a złamaną nogę okrywał gruby niebieski gips. Strugi czerwieni spływały po jego szatach. mokrego i ciepłego bryznęło jej na rękę. Podniosła wzrok. wbite w coś ponad jej głową. Coś gęstego. – Brad! – krzyknęła. gdy na cmentarzu zadźwięczało ostatnie uderzenie z wieży zegarowej. Wyciągnęła rękę. między . Wewnątrz trumny leżał Brad. Popatrzyła na to i ujrzała ciemnokarmazynową plamę krwi. Wybiła północ. cichy i roztrzęsiony. Zatrząsł się jeszcze mocniej. ale także tym razem jej ręce przeszły przez niego jak przez zjawę. która lśniła na jej przedramieniu. Miał na sobie czysty szpitalny fartuch. aż pokrywa odpadła. z oczami skierowanymi w niebo. Wieko zaczęło się powoli odrywać. Zebrała wszystkie siły. Znowu spróbowała go chwycić. Krew wyciekała z górującego nad nią posągu. jakby był jedynie hologramem.

gdy wniknął w nią do końca. Jego błyszczące demoniczne . a zakrwawiony materiał porusza się wokół jego postaci. Ciągnął się przez pył. Jego zdławione krzyki umilkły. Kamień przemienił się w jasnokarmazynowe fałdy. mijając ją. wsysany centymetr po centymetrze w oblicze rzeźby. Ciężki tren z czerwonej tkaniny podążał za nią. i rozlewały się w kałużę na ziemi. – Brad? Posąg zatrzymał się. Isobel patrzyła w bezruchu i przerażeniu. jak widmo okrąża ziejącą w ziemi dziurę. która raczej lewitowała niż szła. Wciągnęła go i wygięła w łuk w chwili. Odwrócił głowę i zszedł z granitowego postumentu. Zmrużyła oczy i jak zahipnotyzowana patrzyła przez obłok pyłu na postać krążącą wokół krawędzi otwartego grobu. Pod ciemnym kapturem zajaśniały dwa promienie rubinowego światła. Uniósł się. wykrzywił i rozciągnął. jego kształt wydłużył się. – Isobel! Brad poleciał w górę. Krew przesączała się przez falującą tkaninę szat i posąg się poruszył. gdy niewidzialna siła wyszarpnęła jego ciało z grobu niczym szmacianą lalkę. wpadając do pustej już trumny. obsypując dziewczynę kaskadą zabarwionych na krwisty kolor drobinek. Isobel zakaszlała i zatoczyła się w tył.fałdami kamiennej tkaniny.

po kawałku pochłaniając światło. ale ziemia osuwała się dalej. Obsypywała się po jej ramionach. a ziemia uciskała ją coraz bardziej. Ziemia zasypywała ją ze wszystkich stron. wyciągając je ku otwartemu niebu. Isobel sięgnęła obiema rękami ku krawędzi grobu. Wierzgała.spojrzenie padło na dziewczynę. Zasypała jej nogi i uwięziła. popielatego nieba i czerwonego. zdawał się ją miażdżyć. by w końcu runąć w dół istną falą. skrwawionego oblicza Śmierci Szkarłatnej. Poczuła. nagrobków. wstrząsy przybierały na sile. do piersi. po głowie. Wraz z nim znikał widok drzew. Usiłowała wstać. że ziemia pod nią drży. próbując uwolnić się od deszczu ziemi i popiołu. nad nią. który lada chwila mógł ją pochłonąć. przykrywając ją do pasa. Zakrwawione kościste palce zwinęły się powoli w pięść. Szeroki rękaw szaty uniósł się nad wykopem. Ponad nią brzegi dołu zadrgały. wzbierała wzdłuż rąk. Ciężkie grudy spadały na jej ciało. wymachując rękami. – Nie! – krzyknęła. a ziemia i kamienie zaczęły się obsypywać. . ten ciężar przyduszał ją.

gdzie jesteś? Nie doczekała się odpowiedzi i stopniowo znowu popadła w bezruch. W panice zdała sobie sprawę. Lecz kto miał ją usłyszeć? Nie mogła ruszyć rękami. Varen. Isobel naparła na otaczającą ją ziemię. Umrze. Raz za razem powtarzała to słowo w głowie. Zamknięta w dławiących objęciach ziemi. jeszcze bardziej się zacieśniając. Nie mogła oddychać! Mimowolnie otworzyła usta. Serce waliło o żebra. gniotła płuca. Ani nogami. łaknąc powietrza. na zamykającą się ciemność. Niczym. umrze. Wyjść! Musi wyjść! Z zaciśniętymi ustami wydała z siebie gardłowy okrzyk. Płuca płonęły.44 Śmierć Szkarłatna Narastająca cisza budziła w niej lęk. które natychmiast wypełniły się szorstkimi drobinami. Ziemne więzienie odpowiedziało na jej ruchy. Przełknęła i całe jej ciało wzdrygnęło się od cierpkiego smaku. Wiedziała o tym. Jeśli się stąd nie wydostanie. Varen. Ubita ziemia uciskała jej klatkę piersiową. słuchała jedynego dźwięku – trzepotu własnego . że wstrzymuje oddech. błagając o uwolnienie.

wciągała hausty chłodnego powietrza..serca. Zachłysnęła się powietrzem. kurczowo łapiąc się rąk. tkaniny? W jednej chwili miażdżący nacisk zelżał. Ktoś wyciągał ją na wolność. że do niego wróci? Skoro na nią czekał? Zacisnęła powieki i poczuła. Jej puls przypominał tykanie nienakręconego zegara. że przynajmniej udało jej się go zobaczyć. co czuje. Ziemia wypuszczała ją ze śmiertelnego uścisku. Płuca usiłowały wyrzucić grudki ciemnoszarej sadzy. który ma stanąć na zawsze. Jej głowa wydostała się na powierzchnię. Pomyślała. że centymetr po centymetrze wysuwa się w górę. która odbierała jej oddech. Kaszląc. powiedzieć mu. Zdała sobie sprawę. Jak mogła umrzeć. która próbowała ją pochwycić. Wrażenie się ponowiło. Łzy napłynęły jej do oczu. że czuje wiatr. Coś chłodnego musnęło opuszki palców.. które wydobywały ją z grobu. Pociągnęła ją i dziewczyna poczuła. skoro obiecała. – Varen! – Czemu nie zważasz na moje słowa? Okryta rękawiczką dłoń mocniej zacisnęła się na jej . Przynajmniej wiedział. – Varen? – wycharczała. Coś zagłębiło się w ziemię i Isobel natychmiast złapała rękę. a wraz z nim ostatnią nadzieję. że tylko niewielka część jej ciała wciąż znajduje się nad ziemią. zgięła palce i poczuła miękki dotyk. Słabnąca świadomość powiedziała jej. skradzione przez ziemię. że łzy od niej uciekają. którego rytm zaczął zwalniać. Przynajmniej próbowała.

. – Tak. przestraszone? Potrząsnął nią.ramieniu. Isobel otworzyła oczy. można zapłacić za to najwyższą cenę. Isobel naparła na Reynoldsa. Gdyby mnie tu odkryto. w którym odbywała się maskarada. Nie pozwól. jaka mi jeszcze została. Zamrugała. naprawdę. – Varen – zachrypiała. byśmy zapłacili ją na próżno. Przeciągły. burzliwego fioletu. – Czemu mnie nie słuchasz? Mogłabyś przejąć kontrolę! Świat wokół zdawał się pływać.. . by się go pozbyć. Jak przez mgłę widziała otwarte drzwi pałacu. Ten stwór – Śmierć Szkarłatna – wszedł do środka. Wzmagający się powiew poderwał w wirze chmurę opadającego pomiędzy nimi popiołu. ale chwycił ją za rękę i przytrzymał za ramiona. I ciebie też – dodał z najgłębszym przekonaniem. Zza białego szala wwierciło się w nią mroczne spojrzenie Reynoldsa. – O czym ty mówisz? Gdzie on jest? – Uciekł. Niebo nabrało barwy głębszego. Puściła Reynoldsa i z trudem usiadła. Popiół spadał teraz bardzo gęsto i zatrzymywał się na jej rzęsach niczym płatki śniegu. gniewne i. niski jęk wiatru poruszył skrajem jego płaszcza. Próbowała wstać. – Tam go nie znajdziesz. jego uwolnienie mógłbym przypłacić resztką duszy.. niespokojne. Wbiła w niego spojrzenie.

ten świat zawsze będzie się o niego upominał. – Skąd to wziąłeś? – Ofiarował mi ją jako dowód. że naprawdę należy do Varena. Zawahała się. ani dla nikogo – odparł.. – Nie dałaś mi wyboru. Oby mnie nie widziano. Dopóki trwa. wypełnionych w równym stopniu bólem i rozpaczą.Pokręciła głową. – Pomóż mi spełnić obietnicę. – Świat snów i twoja rzeczywistość . – Powiedziałeś. bo nazwałaś mnie przyjacielem. Wzięta ją w oblepione brudem ręce i po zapachu poznała. – Jak. czeka teraz po drugiej stronie. – Poszedłem za tobą – powiedział ostrym tonem. Znajoma kurtka. trzymając go za rękaw i pragnąc uwierzyć. że nie ma sposobu! – Tak naprawdę nie ma ucieczki dla niego. Zatem teraz. Varena.. Wiedziałem. tak jak ja pomogłem spełnić twoją. jako przyjaciel. próbując zrozumieć. – Chyba że połączenie. w twoim świecie.. które stworzył. Cofnął się i spod płaszcza wyciągnął kłąb zielonego materiału. jak wejść do purpurowej komnaty. zostanie zniszczone. zaklinam cię. na rękawach widniały zaś naszywki jego ulubionych zespołów. – Podniosła wzrok znad kurtki i zobaczyła szczere błaganie w czarnych oczach. Do pleców przypięty był wizerunek ptaka. – Zwiewne płatki popiołu zaczęły padać gęściej. Jeśli nie został schwytany. Zaskoczona Isobel sięgnęła po kurtkę..

jego ciało pozostanie w twoim świecie. Ale musisz zakończyć to teraz. – Co z Bradem? – Jego duch. znalazło się w niebezpieczeństwie. Podniósł się i Isobel poczuła. Ten grób. skoro nie mogłam go nawet dotknąć. Tutaj. – Co masz na myśli? Przez kogo wtłoczony? Albo przez co? – Nie ma już czasu na pytania. Wtłoczono go w rolę Śmierci Szkarłatnej. o ile wcześniej nie pozwolisz. Jeśli pragniesz ich uratować. – Wskazał . istnieje tu jedynie w postaci astralnej. To samo spotkało Edgara. jest zniszczenie.zaczęły się zrastać. Musisz zmienić sen. że ciągnie ją w górę i stawia na nogi. Dopóki zachowasz nadzieję i ja tak uczynię. Nie zakończyło się. pozostawiony przez Śmierć Szkarłatną. złowieszczy trop.. czarny ślad krwi. – Nic możesz go teraz dotykać.. – Ale jak mam go uwolnić. w pułapce między światami. podczas gdy umysł. Isobel. trwać będzie tutaj. której jedyną rolą. na gęsty. postaci. w uwięzieniu. jak dobrze wiesz. by to ono nad tobą zapanowało. To bolesna więź. musisz działać natychmiast. skradziony przez Noków. którą tylko śmierć może zerwać. Jej wzrok powędrował na przekopaną ziemię. esencja. masz możliwość panowania nad otoczeniem. Wszystko. więc ciągle istnieje nikła szansa. w tym świecie. Łączenie już trwa. co znasz. Dopóki trzymają go tutejsze moce.

niż obdarzyć nim mnie. Próbował uratować Edgara. ta istota. Ostrzegał ją od samego początku. Ta osoba. – Czekaj! – zawołała za nim. Szlakiem krwi kierował się ku opactwu. że mogę ci ufać? Odpowiedział jej. Popatrzyła na niego wściekłym wzrokiem i przeszło ją drżenie. Czas minął. – Najpierw mi powiedz. ty również nie masz innego wyboru. Skąd mam wiedzieć. Uratował ją. nie odwracając się – tylko ty. zażądać jednej. by nazwać ją przyjacielem. Zawsze tak krążył i pozostawiał ją z większą liczbą pytań niż odpowiedzi. Tak albo nie. – Chodź – powiedział i puścił ją. A teraz starał się jej pomóc . przeleciał przez nie niby piasek i nie pozostawił innej możliwości. wyraźniej odpowiedzi.dół. Zrobiła chwiejny krok w jego stronę. o której nie wiedziała niemal nie. wciąż się nie zatrzymując. a zarazem wiedziała wystarczająco wiele. Przecieki jej przez palce. Miała ochotę krzyczeć. Wiedziała jednak. niż obdarzyć cię zaufaniem. – Mogłaś z niego wyfrunąć. po co wróciłeś. że Reynolds ma rację.. Isobel. – Ale powiedziałeś. Z niedowierzaniem spojrzała na dół. Czemu zmieniłeś zdanie? – Nie ja zmieniłem – odparł. – Musimy natychmiast udać się do lasu. – Podobnie jak ja nie miałem innego wyboru. tuląc do siebie kurtkę Varena. jak tylko mu zaufać.. – Ruszył przed siebie.

Podbiegła. by nadążyć. gdy koszmar wreszcie dobiegnie końca. by wsunąć ubłocone ręce w rękawy kurtki Varena. że wciąż jest szansa. Że znowu się spotkają. . co należało do tego drugiego.w ocaleniu Varena. jak to kiedyś u niego podpatrzyła. Potwierdzenie. gdy patrzył na nią przez zasłonę opadającego popiołu. Ogarnął ją jego zapach. Coś. Podwójne zobowiązanie. Ciasno otuliła się materiałem i postawiła kołnierz. znowu pewnie stawiając stopy. Reynolds odwrócił się i czekał. a czarny płaszcz powiewał wokół niego. Teraz każde z nich miało coś. co należało zwrócić. kolana bowiem miała bardzo osłabione. Przystanęła. wypierając z jej umysłu gorzki smak ziemi i metaliczny zapach krwi. Ruszyła za nim. choć nogi chwiały się pod nią niepewnie. Kiedy ona go zakończy.

. Zerknęła w dół. aż przez ułamek sekundy miała wrażenie. gdzie purpurowa komnata powinna się znajdować. kołysząc się leciutko wśród niesamowitego bezruchu. zerkając w kierunku otwartych drzwi. Między jej stopami podłogę znaczyła długa. wiodących do purpurowej komnaty. mokra smuga krwi. a wszyscy patrzyli na nią z minami równie zdumionymi. Zamiast tego znalazła się ponownie w magazynie – w Ponurej Fasadzie – gdzie donośna gotycka muzyka grzmiała na cały regulator i ten nagły hałas zupełnie ją zaskoczył. że świat naprawdę się już skończył. Uczestnicy zabawy przerwali swoje błazeństwa i opuścili parkiet. A raczej do miejsca. Stali w zagubionym i zalęknionym tłumie. zawieszone w powietrzu. obejrzała się. a smuga krwi zaprowadziła ich do pierwszej komnaty – błękitnej. Depcząc Reynoldsowi po piętach. jak jej własna. Zagubiona. Kryształowe śnieżynki zwieszały się ze sklepienia.45 Drzwi Dwuskrzydłowe drzwi pałacu zastali otwarte. z opuszczonymi maskami. Łukowate wejście do komnaty pozostało na swoim miejscu. który zajął teraz miejsce wcześniejszego gorączkowego chaosu maskarady. Isobel pognała do sali.

Na jej widok zapiszczał z przerażenia i rozwiał się. Reynolds. Jego cios przeciął liliową mgłę i Nok odpłynął ze śmiechem. W jego miejsce pojawił się inny. – Uważaj – warknął i popchnął ją. podczas gdy w powietrzu zmaterializował się jeszcze jeden. Reynolds pojawił się nagle u jej boku. a jej spojrzenie zatrzymało się na rąbku szaty. a zanim to nastąpiło. cofając się przed tym zamieszaniem. wyćwiczonym ruchem. biorąc zamach jedną ręką. Gdzieś . na jego twarzy odmalował się szok. precyzyjnym. chwycił go za szyję i grzmotnął nim o ziemię. Za jego plecami inny Nok zaczął nabierać kształtów w mętnym fioletowym obłoku. który zerwał Reynoldsowi kapelusz i włożył go sobie głowę. Reynolds obrócił się.Podążyła za nią wzrokiem. Lewicowała pomiędzy innymi przebierańcami. Śmierć Szkarłatna. Isobel skoczyła do Noka szykującego się do ataku. ręką szybką niczym atakująca kobra. wśród których Isobel dostrzegła zarówno gotów. jak i dworzan ze snu. poznaczonej czerwonymi plamami. Obydwa światy dopiero zaczęły zauważać się nawzajem. wyciągając rękę. gdy jakiś Nok znalazł się miedzy nimi. Syczący dźwięk wdarł się do jej uszu. gdzie stwór rozpadł się na kawałki pod wpływem uderzenia. – Reynolds! – jęknęła Isobel. Kilkoro przebierańców i gotów wrzasnęło. unosząc karmazynowe szpony.

Połączenie między naszymi światami znajduje się w środku.. – To już się toczy – stwierdził Reynolds. U jej stóp leżała jedna z tancerek ze snu. a po nim kolejne uderzenie. kiedy zobaczysz. – Musisz iść teraz do lasu. Poznasz je. aż przycupnęli na balustradzie galeryjki. Pozostali Nokowie zajęczeli z przerażeniem. Powodzenia i strzeż się białej. Tylko ty możesz zerwać połączenie. rozproszyli się i przybrali ptasie formy.. Tam krakali. ciemne. jak Reynolds wkłada kapelusz na gęste.. – Tylko ty możesz zmienić sen. Ciemne skrzydła poniosły ich w górę. Głowa Noka. po czym cofnęli się jak jeden mąż. Dziewczyna tupnęła i zmiażdżyła twarz. Gotycka muzyka stopniowo milkła. który ukradł Reynoldsowi kapelusz. w srebrnej sukni poznaczonej karmazynowymi plamami. podskakując. kierując w górę puste oczodoły. jak. Gdzieś w tłumie krzyknęła dziewczyna. . ? Ale nawet nie wiem. Pod maską gołębia jej twarz krwawiła lśniącą czerwienią ze wszystkich porów. Wszyscy zaczęli cofać się na widok Śmierci Szkarłatnej.. potoczyła się i zatrzymała przy jej stopach. który rozbrzmiał jak echo.z prawej usłyszała krzyk. jękliwy głos wokalisty również. – Idź – ponaglił. oddzielona teraz od ciała. Isobel zerknęła w dół i zdążyła jeszcze zobaczyć. gładko zaczesane włosy. a brzmiało to jak miotane przekleństwa. – Co. znaleźć drzwi ze znakami.

by go powitać. Jakby zaalarmowany jakimś dodatkowym zmysłem. . – Co? Brad? Nie! Ale. Zaskoczenie rozświetliło od wewnątrz mrok jego oczu. Rozległ się metaliczny zgrzyt i po chwili wyłoniły się dłonie w rękawiczkach. Pokręciła głową. Wiedz. nie uśmiercając chłopca. Isobel – pouczył ją. Idź już. co będę musiał. – Nic mogę zwyciężyć Śmierci Szkarłatnej. Połyskiwały w promieniach stroboskopowych świateł. ale nawet nie wiem. – Kiedy nie ma drogi. – Dla mnie najgorsze dawno nastąpiło. – Jego ręce zniknęły pod połami płaszcza. Mogę jedynie trzymać ją na dystans. Nic mogę.. musisz ją sobie zrobić. odmierzonym krokiem ruszył prosto w stronę Śmierci Szkarłatnej.. Ich spojrzenia się spotkały. Dwie srebrne szable. – Ale. blask oczu upiora zajaśniał niczym ogień piekielny i Śmierć odwróciła się. zakrzywione ostrze. że zrobię. Pewnym. A potem roześmiał się gorzko. jak stąd dostać się do lasu! – Utwórz drzwi. – A co z tobą? – Będę walczył tutaj.. Bez dalszych słów odwrócił się od niej.. i to do czasu. którego duszę uwięziła. – Nie to miałam na myśli.Zawahała się. W każdej dzierżył teraz krótkie.

Jedna w czerni. znowu się poszerzyła. poruszane burzą.Isobel patrzyła. Nawet w tych okolicznościach nie mogła się powstrzymać i wzniosła oczy. dezorientacja. niepewność. Błyskały klingi. złożona z Noków widownia . które mogłyby należeć do szkieletu. Jedno z ostrzy Reynoldsa trafiło płaszcz Śmierci Szkarłatnej. jakby chciały przerwać napiętą żółtą skórę. Krew kapała z zapadniętych oczu. jak w jednej chwili dwie postacie ze świata snów stanęły naprzeciwko siebie. Żebra prężyły się. skoro lubowali się w takich pokręconych klimatach? Powyżej. Płaszcze szeleściły i powiewały. Niczym wysuszone liście. Przestrzeń. Uważali. że to widowisko. że to się nie dzieje naprawdę. a na ich twarzach malowały się przerażenie. A właściwie czemu nie. Typowe – tylko taka myśl przyszła do głowy Isobel. lecz obaj wirowali w niekończącej się furii. Druga w czerwieni. z pomarszczonych ust i koniuszków wyciągniętych palców. Kiedy napięcie między nimi pękło i nastąpił ruch. Goci myśleli. przypominało to walkę ciem o światło. gdy wszyscy się cofnęli. a w końcu – podniecenie. niby figury na szachownicy. Przesiąknięta czerwienią tkanina zsunęła się. Goci zdjęli maski. z której wcześniej ustąpił tłum. na galeryjce. krążyli wokół siebie i żaden nie zadawał ciosu. odsłaniając głowę i tors. przylegającą do ciała stwora na podobieństwo mokrego materiału. W pewnej chwili ktoś wzniósł okrzyk zagrzewający do walki.

Popatrzył na nią spod . – O mój Boże! – wykrzyknęła i opadła przy nim na kolana. a on obrócił się. złowieszczą plamę. górując nad nim jak cień. Sięgnęła po ostrza. żądnymi krwi oczami. Zostawiła po sobie ciemną. Niczym domek z kart Śmierć Szkarłatna zapadła się w sobie. Donośny szum powietrza rozległ się ze środka otwartej przestrzeni. lecz za bardzo się bały. W następnej chwili wyłoniła się za Reynoldsem. Runął ciężko na deski podłogi i sunął po niej bez przytomności. niby ogłupiałe motyle. Jej spojrzenie padło na biały szal. Czy pierwsza pomoc w ogóle wchodziła w grę? Otworzył oczy i krzyknęła. ale zaraz cofnęła ręce. W masie gapiów podniósł się zbiorowy krzyk. by przyjąć ciosy na pierś. by sfrunąć w dół i zadawać ciosy. gdy Śmierć Szkarłatna z mocą pchnęła Reynoldsa w tył. aż zatrzymał się u stóp Isobel. pochłonięta przez podłogę. Co powinna zrobić? Jej dłonie zatrzepotały nad nim bezużytecznie. W powietrzu obydwa ostrza zwróciły się w jego stronę. jakby pragnęły się włączyć. a w nim piskliwy wrzask Isobel. zdolny przysłonić wszystko. Ptaki podskakiwały wzdłuż balustrady i śledziły walkę paciorkowatymi. Wyrwała się naprzód i puściła się biegiem. okrywający jego nos i usta.krakała i chrypiała gorączkowo w ptasich postaciach. Niczym za sprawą magnesu broń wyleciała z dłoni Reynoldsa.

posypał się szary popiół niczym piasek. czerwono-czarną ciecz. po czym chwycił rękojeści obu ostrzy. . plamiąc śnieżną biel szala Reynoldsa. przebranych za upadłe anioły. Reynolds ruszył do ataku i umieścił je w plecach Śmierci Szkarłatnej. która rozwiała się z wrzaskiem i przekształciła w syropowatą. W każdym razie do chwili. Jednym ruchem wyciągnął je sobie z piersi. Z miejsc. Nic było chwili do stracenia. Klingi skrzyżowały się. znowu stanowiąc całość. – Czemu tu jeszcze jesteś? – warknął. Reynolds szybkim ruchem rozkrzyżował ostrza. powstrzymując jej marsz ku cofającej się grupce dziewcząt. zadając czyste ciecie. Dziewczyna podskoczyła i zachwiała się w tył. które powinny być ranami. Isobel patrzyła jak oniemiała.ronda kapelusza. gdy jedno z ostrzy Reynoldsa poszybowało w jej stronę i wbiło się w podłogę tuż przy jej nodze. Demon wygiął się i zawył niczym stado oszalałych psów. oczarowana rozgrywającą się na jej oczach walką z innego świata. Zebrał się w jednym miejscu i niczym upiór wychodzący z grobu spowita szatami postać powstała. Potem otwory się zasklepiły i wszelkie ślady obrażeń zniknęły wśród czerni ubrania. Przeszły przez środek postaci. W rubinowych oczach błysnęła wściekłość. Isobel stała jak wryta. Płyn na podłodze przelewał się i wirował. Podobnie jak wszyscy inni. po czym poderwał się z podłogi.

aż pośle w jej stronę drugą broń. Upadła z ostrym. Czarnym butem Pinfeathers przycisnął do podłogi jej wyciągniętą rękę. Dopiero teraz zrozumiała. nie? Odepchnęła się od podłogi. poszarpaną część utraconej ręki. a on ją obrócił i rzucił na plecy. podpierając się rękami.– Idź! – huknął. Dłonią. Uznała. że ją tam zostawiła. przepychała się między niezliczonymi pustymi spojrzeniami zza masek. po czym oparł to na jej ramieniu ku zachwytowi innych Noków. gotowa do biegu. – Już ci dzisiaj jedną dałem. gdy coś złapało ją za nogę i potknęła się. Za nim zafurkotała istna nawałnica i pozostali Nokowie po kolei przybierali prawdziwe kształty. Ale dokąd się wybierała? Odpowiedź nadeszła. Zrozumiała. Oczy Isobel zrobiły się szersze na widok klingi Reynoldsa. Runęła na podłogę. Nogą przygwoździł ją z powrotem. która mu pozostała. – Czekaj – powiedział Pinfeathers. . Odwróciła się i pognała na złamanie karku przez ciżbę oszołomionych gapiów. wyciągając ku niej pustą w środku. by wzięła broń. że widocznie chciał. Unosił się nad nią. po czym otoczyli ją jak stado żarłocznych sępów. jaka była głupia. – Ojej! Podać ci pomocną dłoń? Ten głos! Obróciła się i zobaczyła go. że lepiej nie czekać. pełnym bólu jękiem. cofając kończynę. podniósł coś zakrzywionego. Torując sobie drogę. ostrego i błyszczącego.

zaczęła macać palcami w . Nokowie zanieśli się ochrypłym śmiechem. choć chyba bardziej z wściekłości niż z bólu. by pochwyciła światło. oko za oko i tak dalej. – Wiesz. – Trzymajcie ją! – rozkazał Pinfeathers.. czekając na ból. nie. gorączkowo się rozglądając. żeby zrobiła sobie drogę. które zaprowadziłyby ją do lasu. Wstrzymała oddech i zamknęła oczy. Nokowie usłuchali jak jeden mąż.. Wyobraziła sobie drzwi za sobą. Ku własnemu zaskoczeniu trafiła i poczuła. gdy przyciskali ją do podłoża. a szpony wbijały się w nogi. oddalali się od niej. dla podkreślenia swoich słów machając klingą. Isobel wierzgała i rzucała się w ich uścisku. gliniaste ręce uczepiły się jej przedramienia. czego dałoby się użyć jako broni. no – westchnął Pinfeathers. Inni Nokowie. których rechot przerodził się w pełne współczucia syki. jak część jego tułowia zapada się pod obcisłą kurtką. ani nikogo. tam gdzie teraz znajdowała się podłoga. jak to mówią. czego mogłaby się chwycić. obracając klingę. – Nie! – Przekręciła się.– No. Przysuwając rękę jak najbliżej do boku. Zimne. Ryknął. Ale wokół nie było nie. wijąc się i kuląc na podobieństwo węży. Pomyślała o takich. kto by jej pomógł. dokładnie za plecami. Reynolds powiedział. Poukładała myśli i w głowie stworzyła sobie obraz drzwi. wymierzając silnego kopniaka prosto w jego bok.

że jej umysł nie zablokował po prostu uczucia bólu. Otworzyła usta w bezgłośnym krzyku. – Tego się obawiałem. – Hmm – mruknął. podniósł rękojeść strzaskanej broni. pęka? Wśród Noków podniosły się szepty.. którą utworzyła w podłodze. podszyte podejrzliwością i lękiem. Spojrzała w dół. Chwyciła klamkę. aż dotknęła czegoś twardego. że odetnie jej rękę. Ale to ostrze leżało z boku. Zaskoczony Pinfeathers spadł obok.poszukiwaniu klamki. ze świstem tnąc powietrze. by spojrzeć.. który. by nie gruchnąć o ziemię. Jej szeroko otwarte oczy natychmiast skierowały się na Pinfeathersa. Dziewczyna wykorzystała okazję. wciąż nad nią górując. gdy jej ciało zatrzymało się z szarpnięciem i zawisła nad światem popiołu. połamane. by się jej przyjrzeć. lecz wiedziała. upewnić się. Isobel naprężyła wszystkie mięśnie. i zobaczyła. między swoje stopy. Chwyciła klamkę. jak. Ostrze spadło i poczuła. Grunt pod nią otworzył się i runęli w dół. Puścili ją i cofnęli się. że nie zdąży już jej nacisnąć. jak Pinfeathers przemienia się w gęste spirale atramentu. a nie jakaś część jej ciała.. podczas gdy Isobel mocno trzymała klamkę. gotowa na to.. jakby podjęli jednogłośną decyzję. Zachłysnęła się i otworzyła oczy. i pociągnęła. Isobel podniosła głowę z podłogi. zwiędłych liści i czarnych jak węgiel drzew. . W ułamku sekundy klinga opadła.

ujrzała dwa napisy. to drzwi szukały jej. Włosy Isobel były już zupełnie potargane. Puściła i przygotowała się na upadek. Słowa napisane były od tyłu. Gdy się zbliżyła. Drzwi. podczas gdy pozostali Nokowie. Zaciśnięta na klamce dłoń Isobel zaczęła się z niej ześlizgiwać. obserwując i czekając. Od razu rozpoznała w nich te. ale wylądowała na nogach. Fioletowe niebo w górze było wzburzone niczym oko cyklonu. spoglądając po sobie. otwarte i zawieszone na niebie. Krąg głów innych Noków pojawił się wokół otwartych drzwi nad nią. znajome. Były węższe. Rozejrzała się po drzewach i dostrzegła inne drzwi. Stanął w pewnej odległości od niej. Albo czekały przyczajone. by ją pochwycić. uświadomiła sobie. Udało się. zaczęli wlatywać przez otwarte drzwi. Zupełnie jakby. ale nie musiała . szybko rozglądając się dookoła. Pinfeathers jeszcze raz przybrał ludzkie kształty. Odwracali głowy. że gromadził się na ramionach kurtki Varena. zamknęły się z następnym powiewem. Wróciła! Udało jej się dotrzeć do lasu. Ich szepty nie ustawały. których szukała. ale żaden nie wykonał najmniejszego ruchu. Ptaki siadały na gałęziach przypominających szkielety drzew. ośmieliła się pomyśleć.znajdującą się trzy metry niżej. przeobrażając się w ptaki. na tyle ciężkiego. a jej twarz smagały podmuchy zimnego wiatru. Wokół nich padał deszcz popiołu. przyklejone taśmą.

. by znać ich treść. Wiedziała.czytać. dolny zaś: UWAGA NA BESS. że górny brzmi: NIE WCHODZIĆ.

– Nie rób tego – ostrzegła go. Jego działanie miało w sobie coś bardzo dziwnego. Przyczepione do drzwi kartki z napisami zaszeleściły od tych podmuchów i lada chwila mogły odlecieć. Jego oczy spoglądały to na drzwi. Wiatr szarpał jej włosy. Inni Nokowie umilkli i znieruchomieli na drzewach. Spokojnie odpowiadała chłodnym spojrzeniem. jak chwiejnie zbliża się do niej Pinfeathers.46 W zasłonach Isobel stanęła przed drzwiami. pozostając w odległości paru metrów. Najwyraźniej oboje już wiedzieli. Sięgnęła do klamki. to na nią. do czego jest zdolna. Za nią Nokowie nawoływali i chrypieli. podczas gdy Pinfeathers taksował ją ostrożnym wzrokiem. po czym szybko odwróciła głowę. co myślisz – powiedział. bo wiatr szybko nabierał gwałtowności. która tym razem znajdowała się po lewej stronie drzwi. by zobaczyć. – Dlatego kieruję do ciebie to samo ostrzeżenie. Zamarł. odwrotnie niż w księgarni Bruce’a – było z nią podobnie jak z napisami. Popatrzyła na niego przez zmrużone powieki. – Wiem. Obok niej rozległ się szelest i stanęła. dyplomatyczny ton. a jego brzęczący głos przybrał gładki. Czy jeszcze . kurtkę i skraj porwanej sukienki.

zacisnęły się w pięści. Krył w sobie jakiś głębszy sekret. rwanymi ruchami. – Możesz mnie dotknąć. musiała je zatem zachować. co znasz – odparł ze śmiechem. który wydawał się przywódcą Noków. – Co znajdę za tymi drzwiami? – spytała. – Ach. Jej ręce. wraz z tyloma innymi. – Chodzi mi o to. otoczył jej klatkę piersiową. – Drugą stronę tego. że może ci się nie spodobać to. że to zbyt niebezpieczne pytanie. – Jego uśmiech zgasł. było oczywiste od samego początku. i tyle. Ręką. Przebiegł ją dreszcz. jaką była jego twarz. ale nie możesz skrzywdzić – . Kim dla siebie byli? Wiedziała. – Pokonał dzielący ich dystans szybkimi. by zadać je stworowi. poza pustą maską. ale sama słyszała nutkę niepewności i strachu w swoim głosie. by zabrzmiało to jak żądanie odpowiedzi. który stał przed nią. Miała jednak inne pytania do tego. że chciał się nią bawić. tolerując jego bliskość. Ale w tym było coś więcej. dla Varena. co tam zobaczysz. Myślami wróciła do purpurowej komnaty.przed chwilą nie próbował ciąć jej szablą? Więc dlaczego nagle zachowywał się jak Mówiący świerszcz z Pinokio! I dlaczego po zacieklej walce na cmentarzu w ostatniej chwili się zmienił i zaproponował jej pomoc? To. Zesztywniała. – O co ci chodzi? – Starała się. do dziwnej rozmowy Pinfeathersa i Varena. aż stanął tuż za nią. opuszczone wzdłuż boków. która mu pozostała. – To zupełnie jak ze mną.

Usłyszała turkoty i szmery. – Bo. przesunął dłoń na jej kołnierzyk.. co nam każą. gdy pierwszy raz znalazła się w lesie. czego chcemy. czirliderko! – zawołał Pinfeathers. by odsunąć się na bok. Pojawił się znowu. zawsze jest ta cienka linia. jego postać zamigotała i nabrała kształtów. Dotyk miał lekki jak piórko. Złapała klamkę i w n ni momencie Nokowie na drzewach znowu się ożywili. Usunął się z pełnym lęku szeptem. Rozpłynęła się pod jej dotykiem i zacisnęła palce na własnej skórze.. – Tak właśnie jest – przyznał. tarasując drzwi. a tym. – Jego zimne palce zawinęły się na jej gardle. Ale musisz zrozumieć. Strach błysnął w jego oczach i znowu się rozpadł. Przesunął się wokół niej jako zwoje fioletu i czerni. złapała go za rękę. Już to słyszała wtedy. Ochrypłym krakaniem powtarzali okrzyk niczym echo: – Tekeli-li! – wołali suchymi głosami. by go odepchnąć. który brzmiał jak: Tekeli-li! Inni Nokowie natychmiast podjęli ten zew. – To trochę tak jak z tobą i twoją buzią – odpaliła i ruszyła. Isobel. a bez względu na wszystko już ich nie zanikniesz – uprzedził. Chwytając powietrze. Ale co to znaczyło? Poderwali się z czarnych gałęzi i machali . wymieszane z wirującymi popiołem. – Między tym. – Gdy mówił. pamiętaj. – Tam nie wystarczą przewroty w tył i zgrabne sztuczki.zgadła. – Otwórz te drzwi. nie chcę cię skrzywdzić.

Siady ładunków elektrycznych migotały nad tą sceną. po czym pociągnęła klamkę. Same schody. gdy dziewczyna szła naprzód.skrzydłami. Unieśli ze sobą dziwne słowo i zniknęli w smugach fioletu. Isobel została sama i znowu skupiła uwagę na drzwiach. Powietrze na schodach było stęchłe jak w starej szafie. że na strych. Elektryczne mrowienie utrzymało się na jej skórze niczym igły i szpilki. Popiół wypadał z rękawów kurtki Varena. Przyłożyła dłonie do obu ścian. prowadziły w górę. by zobaczyć. wciśnięte między dwie wyłożone drewnem ściany. który zaskrzypiał pod nogą. Przypominało to wibracje szumiące w powietrzu albo kamerton umieszczony gdzieś w głębi . Gdy przekroczyła próg. zagubione istoty. która wyglądała jak w wyciszonym telewizorze. odniosła wrażenie. by pokonać pierwszy stopień. Wzięła szybki wdech. Obejrzała się. jak świat popiołu i węgla trzęsie się i kołysze. Drobinki kurzu unosiły się w jaskrawym blasku jak małe. Serce mocno zabiło jej w piersi. że przechodzi przez ekran z energii statycznej. wiedziała. Wiatr za jej plecami natychmiast ucichł. gdy znalazła się w wąskiej przestrzeni pod schodami. Zimne snopy szarobiałego światła wpadały przez kwadratowe okno nad wąskimi drewnianymi stopniami. pompując krew do uszu i adrenalinę do organizmu. Drzwi skrzypnęły i otworzyły się do środka. Wyczuwała czyjąś obecność w pomieszczeniu na szczycie schodów. zmagając się z ruchem powietrza. Weszła na drugi schodek.

które w prawdziwym świecie wychodziło na ulicę. podobnie jak kilka książek. unosiły się teraz w powietrzu. U szczytu schodów wyjrzała przez okno. gęsto zapełnione jego pięknym pismem. Odwróciła się przez ramię i zobaczyła. Z grubsza naszkicowane twarze patrzyły na nią. Jej spojrzenie podążyło do znajomego cienkiego brulionu. miała wrażenie.jej ciała. Było to miejsce. twarze. na których siedziała kiedyś z Varenem. że jest na strychu sama. który unosił się blisko stołu. a sfatygowany dywan krążył leniwie nad podłogą. patrząc na to wszystko. Od razu poznała czarny notatnik Varena i podeszła. Otworzyła brulion i zaczęła przewracać strony. okazało się. Stół i krzesła. Splątane gałęzie patykowatych drzew chwiały się. uświadamiając sobie nagle. przed którym teraz stała. Zatrzymała się na rysunkach. szaleńczo szarpiąc się nawzajem. jak podczas burzy piaskowej. Gdy tak stała. Zamiast tego ujrzała tylko targany wichurą las poniżej. owalnym. by po niego sięgnąć. Wciąż jednak nie docierał do niej żaden odgłos tego chaosu. że od tej chwili minęły lata. w . Tak samo było z drugim oknem. Gdy Isobel pokonała ostatni stopień. Powinno jej ukazać ceglaną ścianę i okna sąsiedniego budynku. Trzymała go między dłońmi i przesuwała palcami po okładce. Popiół kręcił się w dzikich wirach i zbierał w chmury. w którym pierwszy raz czytała Poego. że burza na zewnątrz się wzmogła. że już je widziała. znajdującym się nad stołem.

Ucieczka. z bladą skórą rozświetloną do widmowej bieli w świetle .których brakowało sporych fragmentów. Powrót. Przewróciła następną kartkę. Ona. Kartkowała brulion coraz szybciej. Prawda. Zatrzymała się i zaczęła czytać od góry strony. Znowu stał w tym miejscu. w środkowej krainie. Poczuła. Widziała te strony w bibliotece. Obróciła notatnik. Przybyła. Pośrodku ujrzała znajome oblicze Pinfeathersa. Ona. choć portret nie był podpisany. Nokowie Nokowie W podłodze mieszkają Nokowie Nokowie Do drzwi znów pukają Nokowie Nokowie W grupach się zjawiają. a papier zdawał się szeptać do niej o swojej treści. że ma w żyłach lód. potem kolejną. Wszystkie zapisane były słowami. i czekał na nią. Marzenia. by zająć się projektem. wciśnięty między rysunki a krawędź strony. zauważywszy wiersz. zapisany w pionie. które zdawały się przechodzić jedno w drugie. w lesie między światami. Sen. gdy pierwszy raz się spotkali. Pragnienie. gdzieś w środku notatnika.

– Tej nocy najważniejszej spośród nocy w całym roku. Nie może. Jej usta. Niebo wirowało. co pisać. a jej czarne włosy były rozpuszczone i omiatały ramiom o barwie kości słoniowej. bym pisał. Szary popiół spadał z nieba. Isobel. Patrzyła z niedowierzaniem na swoje imię. To powinno go uszczęśliwić. bo boję się. złożyły pieczęć na jego ustach i związały ich. Przeczytała jedynie fragment na samym dole. Bo nie mogę myśleć. próbując sobie wyobrazić jego. i nie mogę myśleć. Isobel. bo nie wiem. – Moje więzienie – powiedziała – się rozpada. Ciepła fala rozlała się po niej i rozgrzała jej skórę. To powinno go zmienić. Nie mogę myśleć. co pisać. Lecz nie zmienia. zapisane tak rozpaczliwie na śnieżnobiałym papierze. lecz nie wiem. On już się zmienił. równych liter w nieczytelne bazgroły. Kiedy wreszcie napiszesz moje zakończenie? Kiedy ukochany mnie uwolnisz? – O północy – szepnął. – Ruszyła ku niemu. a ona prosi. co dalej pisać. Nie mogę myśleć. co będzie. jak tu siedzi i to . blade i zimne. I nie wiem. Przysunęła brulion.błyskawic. – Dobrze się spisałeś. Isobel znowu przewróciła kartkę i tutaj charakter pisma uległ przemianie z eleganckich. wyraźniejszy od reszty. Isobel. Pierwszy raz go pocałowała.

strona była pusta. stół i krzesła spadły na podłogę z donośnym brzękiem. Isobel podskoczyła i omal nie upuściła brulionu. Kiedy? Nie było daty. Głos miała głęboki i gardłowy. czując nagłą suchość w ustach. zupełnie jakby materiał utkano z promieni księżyca. Za jej imieniem. Isobel przełknęła ślinę. zanim Isobel zdołała dobyć z siebie głos.. lecz postanowiła go nie zadawać. Pukle lekko kręconych włosów. Warstwy połyskującej bieli spowijały krągłości jej drobnej. Książki. choć wysokiej sylwetki. Na szczycie schodów stała kobieta. jeśli nie liczyć małego czerwonego kleksa w dolnym rogu. Zza woalki patrzyło dwoje dużych onyksowych oczu. Jestem Lila.pisze. Jestem Ligeja. spływały poniżej jej opuszczonych dłoni.. gęstych i kruczoczarnych. a jednak w pełni kobiecy. ostro kontrastując z bielą. że znany i lubiany tekst: „Jesteś dobrą czy złą czarownicą?” nadawałby się w sam raz na drugie pytanie. Bess. ty jesteś Bess? – Mam wiele imion – odparła zjawa. Drzwi. że nie jest już sama. Jestem Ita i Li-li. Lilith czy kto tam. nie . Isobel odwróciła się i odkryła. – Ty jesteś. Schizofrenia czy jak? Pomyślała. napisanym trzy razy. Przejrzysta biała woalka zakrywała jej głowę niczym strzęp wycięty z gasnącej gwiazdy. Jestem Lilith. Minęła chwila. Krew? Gwałtowny łoskot rozdarł ciszę.

i odzyskała równowagę.. by „strzegła się białej”? Wspominając te słowa. to na jej wyciągniętą dłoń. więc dziewczyna tym mocniej trzymała brulion. Milczący gest sugerował dawanie bądź wymianę.. nienaturalny. szczegółową radę. gdy patrzyła. Oparła się ręką o blat. Wszystkie alarmy wewnątrz dziewczyny wyły. jak przejrzysty rękaw opada. którą Varen puścił przez głośniki. I pomimo tej bieli nie sprawiała też wrażenia dobrej czarownicy. Mocno przycisnęła czarny brulion do siebie i jej myśli wróciły do tekstu piosenki. kiedy sprzątali. . Czy Reynolds nie uprzedzał jej. Czemu tamta go chciała? Kobieta zrobiła krok w jej stronę i tren jej sukni zaszeleścił na podłodze. Tym razem Isobel nie sprzeciwiła się swojemu instynktowi. Jej otwarta dłoń była bielsza od otaczającej ją tkaniny.sprawiała wrażenia kogoś. – Ligeja. Cofnęła się i wpadła na stół za sobą. Ruch zdawał się nagły. O ile go jeszcze kiedyś spotka. musi mu podziękować za tak przydatną. kto lubi żartować. Kobieta wyciągnęła rękę. by się nie cofnąć. – Przecież to tylko bohaterka opowiadania. którą słyszała w lodziarni. skóra zaś wyglądała jak doskonały marmur. Isobel zacisnęła szczęki. – mruknęła Isobel. i Isobel musiała zmagać się sama ze sobą. w drugiej ściskając czarny notatnik Varena. by odsłonić rękę kobiety. – Czy nie jak my wszyscy? – spytała tamta. Jej wzrok wędrował to na postać kobiety. tej.

kto z kolei sam się komuś śni. że właśnie ta myśl przyszła jej do głowy. nie mogła jeszcze odejść.– I ty. Isobel – mówiła kobieta – możesz być zaledwie cieniem. Poprzez zasłonę woalki czarne studnie oczu śledziły każdy ruch dziewczyny. I miałabym powód. – Na początku byłaś tylko kolejnym węgielkiem dorzuconym do ognia. Sam . snem kogoś innego. Gdzie jest połączenie między światami. Z drugiej strony. że pozna je. by ci dziękować. – Nieproszona wdarłaś się w zakątki jego podświadomości i w nasz czas. – Pod woalką jej głowa odchyliła się w bok i delikatne brwi ściągnęły się. jakby kobieta nie do końca pojmowała własne spostrzeżenie. tylko dlatego. Później jego sny się zmieniły. Paliwem dla jego nienawiści. Kobieta obróciła się i biała zwiewna tkanina ciaśniej owinęła się wokół jej ciała niczym strój mumii. Z plecami przyciśniętymi do ściany Isobel centymetr po centymetrze przesuwała się w stronę klatki schodowej. gdy pierwszy raz weszłaś w jego sny. – Moim zdaniem nie ma to większego sensu – powiedziała Isobel. które kazał jej znaleźć Reynolds? Czy to nie z jego powodu tu trafiła? Czemu go jeszcze nie znalazła? Czy Reynolds nie mówił. Jeśli zdoła przeciągnąć tę pogawędkę. gdy zobaczy? A nawet gdyby znalazła. może uda się jej dostać na schody i do drzwi. jak niby miała je zniszczyć? – Obserwowałam cię – oznajmiła kobieta – od tej nocy.

które mnie zdradzą. Za nim Isobel zobaczyła nowe światło. – Z czasem odkryję takie jego i szybko się przekona. który szeptał do niej. – Czemu Varen? – Nie jest taki jak inni. gdy wyszła z księgarni i trafiła do parku. Przypomniała sobie. Isobel już po sekundzie zrozumiała. jaki szczególny los szykuję tym Zagubionym Duszom. prawda? – odrzekła tamta niemal tęsknie i podpłynęła do owalnego okna. że mowa o wieczorze. to Reynolds próbował ją ostrzec. Dopadliby cię tamtej nocy. – W tym pomieszczeniu to nie ja byłam duchem. dawania życia i ciała nowym. nawet w porównaniu z tymi. Wysłałam ich zatem po ciebie. W końcu wtedy byłaś jeszcze w jego umyśle czymś niepewnym.twój obraz stał się utrapieniem. – Ostatecznie jednak nie bardzo masz za co dziękować swojemu tajemniczemu koleżce – powiedziała Lilith. lecz ty. gdyby nie wsparcie i ochrona twojego zamaskowanego strażnika. Czy i on tam był tamtego wieczoru? A głos. dopóki jeszcze byli posłuszni. – Po co to robisz? – spytała Isobel. ciepłe i pomarańczowe. jak blask latarni ulicznej. . Teraz wszystko nabierało sensu. – Tak jak oni posiada zdolność odbierania i interpretacji barw i cieni świata snów. by uciekała? Czy niebieski Nok nie wspomniał o „zamaskowanym przyjacielu”? Oczywiście. co powiedział niebieski Nok z krypty. którzy przyszli przed nim – ciągnęła. odwracał uwagę. – Jest szczególny. – Jej dłoń zacisnęła się w pięść.

Nie zastanawiałaś się nad tym? . Drzwi Varena do świata snów. Noków. gdy znikniesz na dobre. coraz bliżej i bliżej schodów. To dlatego potrafisz widzieć nas w pełni w swoim świecie. Co takiego? Przewińmy do tyłu. co stworzył. Połączenie. gdy napisał twoje imię na tych stronicach. niezależnie od tego. Już samo to czyni z niego doskonałość. Ten most. czy połączenie między światami zostało zerwane. Najwyższa pora. bo odwróciła się i przewierciła ją swymi czarnymi jak puste dziury oczami. Właśnie wtedy uderzyła ją ta myśl. Zawierała wszystko. cofając się niezdarnie. czy nie. Dzisiejszej nocy dokończy moją opowieść. Pani Pięknowłosa nie rozumiała. Historię Lilith.takim jak Nokowie. łączący dwie krainy miał się stać jej wyjściem. które według Reynoldsa miała poznać – trzymała je w swoich rękach! Lilith zauważyła najwyraźniej olśnienie Isobel. która wiedzie go do niszczenia tego. Instynktownie mocniej chwyciła brulion. stałaś się bowiem częścią opowieści. ta energia. Co oznaczało co: „Znikniesz na dobre”? Zmusiła się do uśmiechu. mimo że Isobel nosiła jego kurtkę. to kontrola. by Isobel też wyszła. Jedyne. Najwyraźniej. – Przeklął cię tej nocy. Ale jest też coś więcej. pomyślała dziewczyna. Ojoj. Dzisiejszej nocy. że Varen jest już gdzie indziej. – Już za późno – powiedziała – żebyś cokolwiek zrobiła. on mnie uwolni. Odpowiedź przyszła do niej w mgnieniu oka i nagle nabrała sensu. czego mu brakuje.

którymi się z tobą dzieli. Ale to się nie musi tak skończyć. – Nie rozumiesz. razem ze wszystkim innym. Pewnie uznałby to za niedogodność. o czym ty mówisz? – Czyżby twój zamaskowany strażnik zapomniał powiedzieć ci o twoim własnym losie? Chyba mnie to nie dziwi. aż obcasy znalazły krawędź najwyższego schodka. – A co będzie z tobą. wrócisz tam. cichym i niemal melodyjnym dźwiękiem. gdybyś podejmowała zbyt wiele samodzielnych decyzji. Twoje imię na tych kartach zmieniło cię i stałaś się lepsza niż szkicownik biednego. że ty sama masz teraz o wiele większą wartość? – Jak to? – spytała Isobel. Isobel? Z tobą.– Jeśli zniszczę ten brulion – odparła dziewczyna – wszystko zniknie. który i tak jest skazany na zagładę? – O czym. Ty. Podejrzewani. Wydaje mi się. Kolejne kroki wciąż prowadziły ją w tył.. natarczywym. czego chce druga. – Mimowolnie stałaś się połączeniem między światami. że mężczyźni nastawili nas przeciwko sobie. a jednak pięknym. skąd przybyłaś. Dlaczego? Skoro każda z nas ma coś.. – Nie dam ci tego brulionu – oświadczyła dziewczyna.. że bardzo wybiórczo podchodzi do informacji. niezdolna ogarnąć umysłem.. Lilith roześmiała się. zagubionego . która stoisz jedną nogą w każdym ze światów? Rozerwiesz się? Zginiesz w imię tego. co też tamta ma na myśli.

lecz mocą samą w sobie. sprawiały.chłopaka. Zostałby wypuszczony i wolny. nie miałabym już żadnego wpływu na twojego Varena. miały w sobie siłę. które łączy z mocą. obce i zagadkowe. śniąc. masywne fale jedwabiu. Była taka piękna. że Isobel stała jak urzeczona. mętne morze dezorientacji. W taki właśnie sposób musiała skusić Varena. Kobieta zbliżyła się i woalka zsunęła jej się z twarzy Była ciemnowłosą pięknością o królewskich wysokich kościach policzkowych. – Weź mnie za rękę – szepnęła zjawa i znowu uniosła białą dłoń. przebijając się na powierzchnię przez głębokie. Te oczy przyciągały jak magnesy. Ale przede wszystkim oczy. niczym ciemne. Isobel zawahała się. Po co. z nami. Okolone ciemnymi rzęsami bezdenne studnie atramentu uwięziły ją i stwierdziła. Isobel poczuła. że jej ręka się unosi. skoro żyłybyśmy wiecznie? Zjednoczona z tobą. a ty. której nie sposób było się przeciwstawić. Myśl przyszła do niej nagle. – Chodź ze mną. Jej skóra miała w sobie lśnienie gwiezdnego pyłu. . zdawały się okalać ją niby czarna aureola. a jej palce zawisły nad tamtymi. bo ja znam każdą drogę. mógłby być z tobą. zimnymi i białymi. bo nie jesteś ogniwem. Razem zyskałybyśmy władzę nad wszystkim. Nie potrzebowałabym już zakończenia. że nie może już nawet mrugać powiekami. potrafisz ją przemierzyć. a włosy.

która stała przed nią. że Varen jest bezpieczny w jej własnym świecie. Znacznie więcej. Wreszcie.wątpliwości i tęsknoty. które składały się na jej imię. Bez wysiłku składała mu obietnice. które wcześniej nękały jego umysł. Wraz z łagodnymi. że już zawsze sylaby. Isobel wyobraziła sobie przyszłość. zwiewnymi rysunkami właśnie te linie będą ich ostatnim pożegnaniem. Jakie to dla niej musi być łatwe. takie jak ta. Przyszłość bez swojego udziału. przynajmniej w ten skromny sposób. pomyślała. ten demon oplótł jego serce. Niczym wąż. Ta wiedźma nie miała jej nie do zaoferowania. to ona zostanie jego Lenore. Czy będzie pisał o niej? Pragnęła myśleć. „ Nigdy nie mogłabyś być Lenore” – powiedział jej Varen. Niczym harpia. jego pragnieniem „Lenore”. żywił się jego zupełnym wyobcowaniem. Siedział przy biurku i zapisywał strony nowego notatnika przy blasku świecy. Ale także bez udziału istoty. Tyle że jemu obiecała więcej. Fioletowe wersy zapełniały bielutkie połacie papieru i w tych wykaligrafowanych liniach jej imię pojawiało się więcej niż raz. Gdy . Zamrugała wreszcie powiekami. skoro Isobel wiedziała. Pragnęła myśleć. że tak. Wyobraziła sobie Varena bezpiecznego w domu. będą przylatywały do niego na skrzydłach snów – snów wolnych teraz od duchów i demonów. Nic mogła rzucić żadnego zaklęcia. Jej palce zadrgały i cofnęły się.

Jesienią wszystko umierało. po czym buchnął płomieniem nad brulionem. – Co ty wyprawiasz? – rozległ się głos podobny do krzyku sowy. Isobel skupiła się na żarze w swojej piersi. – Nikt ci nie mówił. . że nie czuje bólu. Zacisnęła powieki. gdy ten sen się skończy. jak płomienie migoczą na jej przedramionach.połączenie zostanie zamknięte. Obiema rękami mocno chwyciła notatnik. Ktoś krzyknął. Brulion rozpadł się jej w rękach. że trzy osoby to o jedną za dużo? Czarne oczy otworzyły się szerzej ze zdumienia. Tańczyły na notatniku. Cieszyła się. Blask lampy w oknach pojaśniał – a może był to refleks ognia? Spojrzała w dół i zobaczyła. taki stan przetrwa na zawsze. Biały żar pochłonął ją. który trzymała przy sobie. Prowadzony przez jej umysł powędrował do rąk. że odejdzie. To wciąż był jej sen. – Już za późno – szepnęła Isobel – żebyś cokolwiek mogła zdziałać. i patrzyła. Może był to dar jej podświadomości dla świadomości? Wizja białej czarnookiej postaci odpłynęła jak halucynacja. nawet gdyby miało to znaczyć. od oranżu przez brąz po czerń. mieniąc się wszystkimi odcieniami jesieni. obrócił w popiół. Popatrzyła prosto w oczy Lilith. pożarł. Ona? Otworzyła oczy. jak brzegi kartek zwijają się i zmieniają kolor.

a wraz z nim cały świat.Płomień zgasł pośród czerni. .

lecz okazało się. skoro o tyle łatwiej byłoby znowu odpłynąć. był ruch. Chciała odwrócić od niego głowę. którego doznała. Poruszała się. A może nie żyje i zamknięto ją na zawsze w pełnej kwiatów trumnie? Czy zmarli śnią? Zdała sobie sprawę z nacisku na swoje ramiona i tylną stronę kolan. Po co. w tym pustym miejscu między marzeniami sennymi a rzeczywistością.. odpocząć w kokonie snu. Aromat znacznie potężniejszy. Martwych róż. przenikając całe ciało. niż zapamiętała. Zimne powietrze wywołało gęsią skórkę na jej rękach. by się ruszyć.47 Z ksiąg pociecha Już kiedyś czuła ten zapach. że z jakiegoś powodu ma niewiele miejsca. Ból dotarł do jej umysłu niczym złe wspomnienie. ale zarazem tego nie chciała. gdzie się znajduje. Zastanawiała się.. lecz zbyt silny w tak skoncentrowanej dawce. głęboka won rozkładu. Była to aż nazbyt słodka. w jaki sposób się przemieszcza i dokąd zmierza. Nie był przykry. Następnym uczuciem. gdzie słowo „nie” odnajdywało prawdziwą definicję? . Natarczywy. Chciała otworzyć oczy i zobaczyć. Czy to jeszcze sen. czy to sen.

to były ręce. który rondo szerokiego kapelusza rzucało na jego oblicze. co najwyraźniej było czyimś czarnym płaszczem. a przez powieki wyczuła światło. Wtedy zrozumiała. połyskiwał w świetle i dziewczyna zauważyła. Jej spojrzenie podążyło do podbródka i nosa. na których leżała. Wbrew woli nabierała coraz większej świadomości samej siebie. a wreszcie tego jednostajnego. ani ciepłe. Srebrny łańcuszek. które z . Otworzyła oczy i ujrzała kamizelkę z czarnego materiału. które skrywał ubrudzony krwią szal. Niebo wokół jego zarysu usiane było gwiazdami. Odzyskała zmysły na tyle. że nacisk. że nie mogłaby już pogrążyć się na powrót w przypominającej śmierć otchłani odpoczynku. którą zbierała także palcami. zwisający z małej kieszonki. tak blisko. że mogła policzyć szwy. lecz nie oddychał. było rzeczywiste. ręce. próbując bez powodzenia przeniknąć wzrokiem cień. widocznymi poprzez plątaninę sękatych konarów. Ciało tego kogoś nie wydawało się ani zimne. niezliczonych obolałych miejsc na ciele. który czuła na plecach i pod kolanami. Własne włosy połaskotały ją w czoło pod wpływem kolejnego powiewu. rytmicznego ruchu pod sobą. Zmrużyła oczy. ręce. że trzyma coś. ale w jakiś sposób niezupełnie żywe.Poczuła na policzku dotyk jakiejś tkaniny. Nasłuchiwała. które ją niosły. Jej myśli wyrwały się z mroku niepamięci i poruszyła się.

lęk tamował w niej bowiem nadzieję.pewnością nie mogły należeć do drzew z lasu. Chciała zatrzymać czas i po prostu nie ruszać się jeszcze przez chwilę. Pociągnęła go i w jej dłoni znalazł się mały. – To twoje prawdziwe imię? – spytała. gdybyś tylko zechciała nie zajmować się sprawami. Jej głos wydał się cichy i pusty. Pokryte liśćmi gałęzie wyglądały zbyt spokojnie. gdy nad jego ramieniem ukazał się między splątanymi gałęziami blady fragment księżyca-że przytrafiałoby ci się o połowę mniej kłopotów. które nie należą do ciebie. że wróciła do swojego świata? Na początku nic nie powiedziała. – Augustus? – Śmiem przypuszczać – odrzekł Reynolds. zbyt normalnie. Otworzyła zegarek. oraz trzy czarne wskazówki. Miał prostą białą tarczę. Odwróciła go. Augustusie. odkąd go ostami raz użyła. . jakby minęło wiele czasu. podążając oczami za światłem. Wewnątrz okrągłej kopem1 widniało wygrawerowane kursywą imię. a jej palce z zaciekawieniem przesunęły się niczym pająk do połyskującego łańcuszka. – Augustus – przeczytała. zgniły odór. – Dobrze. który od niego bił. okoloną rzymskimi cyframi. nie przeszkadzał jej tak bardzo jak przedtem i czuła się przy nim niemal spokojna. Bezpieczna. tykający zegarek kieszonkowy. by jej zmęczony umysł i obolałe mięśnie mogły odpocząć. Isobel puściła płaszcz. które odbijało się od polerowanej powierzchni. Czy to możliwe. Stęchły.

dziwna.. gdzie jesteśmy? – Już prawie przeszliśmy przez park za twoim domem – odparł. które chciały napłynąć jej do orni. Jak? Jak udało im się przeżyć. a Varen? – Jest. skoro śmierć wydawała się pewna? Znowu zamknęła oczy i przeciągle wypuściła powietrze.. przerywając jej myśli. Był bezpieczny. Bezpieczny. Podniosła na niego wzrok. – Zamknęła zegarek i wsunęła z powrotem do jego kieszeni. teraz też jest w domu.. masz wielkie szczęście.. Powstrzymała łzy. Dom.Westchnął. – Gdzie. Nigdy się nie . pomyślała z nagłym ukłuciem tęsknoty.. bardziej przypominał zdławione szczekanie niż cokolwiek innego i potężnie wstrząsnął jej ciałem. Zacisnęła usta i poczuła. – Augustus już od dawna jest martwy. że twarz ściąga jej się od nagłej emocji... – Tyle że nie własną. zaskoczona. I rodzinę – odezwał się Reynolds. – Aha. pełna zagadek dziewczyno. – A... – Miałem kiedyś dom. i zmusiła się do śmiechu. – A ja. czy ja nie żyje? – Ty. że w nietypowy dla siebie sposób czyni jej wyznanie. Jej mięśnie odprężyły się. – A ty nie? – Niezupełnie. Dźwięk.. który się z niej dobył.

ale zamiast postawić ją na nogach. że pewnie wszyscy śpią. a jednak ciągle pamiętam ich takimi. – A czemu chcesz o nich zapomnieć? Z początku nie odpowiedział. Pomyślała. Papierki po cukierkach walały się po ulicy razem z porozrzucanymi liśćmi. – Pewnie za nimi tęsknisz – usłyszała własne słowa. Światło wokół pojaśniało i Isobel zauważyła latarnie. jakby w jej milczeniu domyślił się jakiegoś pytania. z którym byłem szczególnie blisko związany. Gdy się cofnął. Odwróciła głowę i ujrzała zbliżający się kontur swojego domu z ciemnymi oknami i zaciągniętymi roletami. Zaniósł ją do drzwi. podczas gdy blask latarń i oświetlenia w domach stał się jaśniejszy. Zatrzymał się jednak i ukucnął przy niej. wiodącej do tylnego ganku. że może ją zostawić bez słowa. . – Czasami się boję. Westchnął. że znaleźli się w jej okolicy. Kroki Reynoldsa nie wydawały żadnego dźwięku na żwirowej ścieżce.ożeniłem – dodał. Od razu wiedziała. jacy byli. Isobel usiadła. obiecujący blask. Biała maska upiora leżała w trawie niczym popękana twarz jakiegoś Noka. zaniepokojona. – Tak jak ty miałem matkę i ojca – ciągnął – a także dziadka. Minęło wiele czasu. że nigdy ich nie zapomnę. porzucona i zapomniana. rozsiewające ciepły. Księżyc znowu schował się za rondem jego kapelusza i światło gwiazd osłabło. ułożył delikatnie na poduszce na długiej wiklinowej ławie jej matki.

gdy mówił tak dużo. Powiał wiatr i jego płaszcz zaszeleścił. – Opuścił wzrok.– Isobel – zaczął. – Czemu mi to mówisz? – spytała. Nie zgadzasz się ze mną? Zmarszczyła brwi. których nigdy nie zyskamy. niepewna. Był moim przyjacielem. że pierwszy raz słyszy jego śmiech. – Nie ma nie z wyjątkiem cierpienia i żalu. Inni. których nie możemy mieć. dobrze go znałem. Zazwyczaj można . niczym otwieranie zardzewiałej furtki. Zawsze odpowiadał wymijająco. Był to cichy. Wystarczy. tak jak się stało z Edgarem. a tym bardziej jak na nie odpowiedzieć. kolejny raz omiatając ją wonią sfermentowanych róż. Dziwnie się czuła. – Edgar. Podniósł rękę i oparł dłoń w rękawiczce o drewnianą belkę. – Masz rację.. To najgorszy możliwy ból. skrze kii wy dźwięk. gdzie przystanął plecami do niej. a jednak tacy sami. których kiedyś kochaliśmy i mieliśmy przy sobie. gdy myślimy o rzeczach i ludziach. Pomimo licznych dzielących nas różnic byliśmy jak dwie strony jednego medalu. skąd się wzięło to pytanie. lecz nigdy więcej ich nie przytulimy – ciągnął – to zupełnie nieznośna udręka. jakby rzadko pozwalał sobie wypowiedzieć to imię. o możliwościach. Isobel słuchała. – Ale tęsknota za tymi. – Czy jednak umarłam? Zachichotał i Isobel uświadomiła sobie. by przestać być sobą.. Powoli się podniósł. Przeszedł na skraj werandy.

Stanowią najgłębszy element jego podświadomości. że spróbuję ci to wyjaśnić za pomocą przykładu. Nokowie.. – Odszedł częściowo za własną sprawą. że Lilith go zabiła? – Była. Dlaczego ciągle tu jestem? Dlaczego nie umarłam? – Chciała zadać to pytanie. że to po części zasługa twojego przyjaciela..było całkowicie odwrócić jego słowa i miały tyle samo sensu. choć przypuszczam. – Co się z nim tak naprawdę stało? – spytała. – Chcesz powiedzieć. jego opowieści. A jako demony. który zrozumiesz. Skoro on nie mógłby cię skrzywdzić. – Nie rozumiem – powiedziała bez tchu. że i oni nie mogą. – Umarł – odparł Reynolds. – Ach – mruknął Reynolds. – Sam do końca tego nie rozumiem. a zatem.. – Pozwól.. uwolnione od duszy i konfliktów ludzkiej świadomości. to logiczne. Najlepiej tak to zostawić. a częściowo za sprawą innych.. mają te same pragnienia i wątpliwości co ich stwórca. Odłamek jego wnętrza. są zmuszone prawem do słuchania królowej. torowało sobie drogę wśród wielu innych. Dlatego . – Spaliłam brulion. powstałe w świecie snów. odpowiedzialna – odrzekł. Jako odrębne byty. To część jego wyobraźni. część jego. Mężczyzna odwrócił się do niej. – Varen? Niby jak on mógł. rozwijają jednak własne umysły.. Jak być może się przekonałaś.

– Chciała. który podlega zasadom swojej królowej. ale także wpływom wyobrażeń i pragnień. Na koniec. przestał istnieć w chwili zerwania więzi. mnie nie spalił. ale ostatecznie nie mogły tego zrobić. napędzanych przez zewnętrzną siłę. Niezniszczalność w fizycznej postaci między dwoma światami? Nie mogłaby nawet marzyć o większej władzy. dlaczego ogień. zniszczyłaś też stronę. aż zrobiło jej się niedobrze i pożałowała. a ty znowu zaistniałaś w pełni tutaj. być może. A zatem ta sama moc. że wiesz o mocy. która cię ochroniła. czyli brulion. – Wiedziałeś o ochronie? – zapytała. – Rozpaliłaś ogień w świecie snów. która chroni cię przed Nokami. Przez dłuższą chwilę pytanie wisiało między nimi jak coś martwego. obroniła cię. że wypowiedziała te słowa na . żebym za nią podążyła – wypaliła Isobel. – To nie wyjaśnia. Węzeł zakłopotania w jej brzuchu zacieśnił się. także przed ogniem. w chwili gdy oba światy się rozdzieliły. – W takim razie – powiedział bez najmniejszego zaskoczenia w głosie – przypuszczam. jako że ogień został przez ciebie stworzony w świecie snów i sam zasadniczo był snem. Twoja jedyna więź ze światem snów została zerwana. choć znała już odpowiedź. który rozpaliłam. – A ty? – ponagliła.próbowały cię skrzywdzić. kiedy zniszczyłaś połączenie. na której widniało twoje imię. w swoim świecie. czyli twojego przyjaciela. powiedzmy sobie szczerze. Co więcej.

poplamione fałdy różowej kiedyś sukienki. Powoli zamrugała powiekami. wąskiemu paskowi skóry wokół oczu. spełniającego ofiarę. czemu przeżyła. które doprowadziły do jego śmierci. gdy zrobię. i tak bym. W końcu nie musiałby zgadywać. – Myślałeś. zwłaszcza że wyraźnie kierował się moralnością azteckiego kapłana. jeszcze kiedyś zagroziły jego światu. Zerknęła na swoje dłonie. Wzruszyła ramionami. że jej to nie obchodzi. Obserwował ją. próbując udawać. dało się go uratować. złożone na kolanach. a jego milczenie potwierdziło. że ... aż Reynolds coś powie. co mówiłeś. pomyślała.. Czekała. że trafiła w sedno. że znajdowała się pod ochroną Varena.. Kto mógłby wiedzieć.. Właśnie to miała na myśli Lilith.. gdyby od początku wiedział.. to ja byłam ceną – powiedziała w końcu.. by wydarzenia. gdy stwierdziła. – Dawno temu – przemówił w końcu – złożyłem przyjacielowi obietnicę. Aż oświadczy. albo jakiemukolwiek innemu.. – Mogłeś mi powiedzieć. Znowu spojrzała na swoje dłonie na kolanach. że nie powiedziałeś mi wszystkiego. – Zerknęła na niego z ukosa.głos. że za żadną cenę nie pozwolę.. a ona z kolei przyglądała się fragmentowi jego twarzy. i na poszarpane. ile ten facet ma naprawdę lat? Był pewnie stary jak świat. wiesz – stwierdziła. gdyby tylko tak. – I. Były to młode oczy. że będzie po mnie. Zwodniczo młode. który widziała. – Czyli.

że wysłał ją na zatracenie. zabrzmiało to jednak dość pusto. I ją także ściągnął do domu. – Czy to samo spotkałoby Varena? Gdybym ja nie. Pomógł Varenowi wrócić. że mówi poważnie. Przynajmniej. nie jest mi przykro. Parsknęła śmiechem.. Po chwili odwrócił wzrok i potwierdził. – Możliwe – przyznał. że czemu nie. Tak naprawdę nie najlepiej znosiła świadomość. Pomyślała.tak naprawdę nie wierzył w jej śmierć. On jednak stwierdził: – Nie.. Ale mimo wszystko przyszedł po nią. gdy było po wszystkim. Z trudem przełknęła ślinę. A w jego wypadku takie wyznanie znaczyło naprawdę wiele. skoro oboje stali się tak obcesowi. . – Co to znaczy być Zagubioną Duszą? Może chodziło o nutkę współczucia w jej głosie. bo widziała. Było to zabawne.. Chyba przynajmniej na tym mu zależało. – Lilith nazwała cię Zagubioną Duszą. Pochyliła głowę w jego stronę.. może sobie na to pozwolić. że przeżyłaś. – To bez znaczenia. Jego głos zabrzmiał tak okropnie smutno.. nawet o tym nie uprzedzając. że nie zdołała się powstrzymać od następnego pytania. dodając cicho: – Tak. z czasem. – To zapewne jeden z punktów widzenia na moją egzystencję – odparł. – Czym ty w ogóle jesteś? – spytała..

Odwrócił się i zaczął schodzić z werandy. – Dokąd pójdziesz? – Wrócę. co? To miał być żart. tym pytaniem najwyraźniej przekroczyła granicę.która wydala mu się obraźliwa. może nawet rozpłynie się w powietrzu na jej oczach. po czym. ostatni raz spełnić jej zachciankę. że chociaż postanowił jej wysłuchać.. Zamilkła. Zamrugała powiekami. a może po prostu o to. że jej uwaga przeniosła się z Varena na niego. to i tak gwarantuje sobie to wkurzające . A jednak się zatrzymał. lecz Reynolds się nie roześmiał. zgodnie z obietnicą. Spodziewała się. którą on trzymał ledwie kilka sekund wcześniej. że Reynolds pójdzie dalej. by dalej czuwać. po dzisiejszym wieczorze więcej mnie nie zobaczysz. Przez chwilę kołysała się na nogach i obraz w jej oczach się rozmywał. że ją podtrzymają. Chodzi o Varena. proszę. Uśmiechnęła się smutno. Niezależnie od przyczyny. – Czekaj! – zawołała za nim i wstała. jakby chciał podkreślić. nie obejrzał się. Zatoczyła się w przód. Tak czy inaczej. – Jeszcze jedna rzecz. Odwrócił się nagle ku niej i znowu przybrał ostry ton. że w ten sposób skończył zarówno ten temat. Wiedziała. skrajem płaszcza muskając wyblakłe drewno. by zrezygnowała. – Isobel. Zostało jednak zbyt wiele pytań. a tylko lekko odwrócił głowę. – Dla ciebie impreza nigdy się nie kończy. jak i wszystkie inne. nie ufając swoim kolanom. chwyciła się belki.

Potem. że go widziałaś? – Tak – potwierdziła. a jego czarne oczy otworzyły się szerzej. Później dowiedziałam się. Do tej chwili nie przypuszczała. że cały czas był w księgarni i spał.. – Wczoraj – zaczęła. zniknął. Zesztywniał po tej odpowiedzi. jak mógł być w dwóch miejscach naraz? Ku jej wielkiemu zaskoczeniu Reynolds obrócił się gwałtownie i spojrzał na nią. Szczegółów było zbyt wiele. mówiąc do jego pleców. – Jesteś pewna. powiedział Bruce. – Mówisz.. by ułożyć je w spójne pytanie. ale. Zdaje się. – Wszyscy widzieli. – Spojrzała na niego z zaciekawieniem. Wyglądał inaczej. Ale przyszedł na lekcję pana Swansona. jakby przesypywał się w nim piasek jak w klepsydrze – zanim to wszystko się zaczęło.... że oddałaby wszystko. Nic widziałam go cały ranek.prawo. zdziwiona pytaniem. spiesząc się.. po lekcji. Tak. – Pokręciła głową. – Jak. – Co? – spytała. że spał? – Tak. spotkałam go. że nikt nie widział. że zdumienie mieści się w wachlarzu emocji Reynoldsa. Ale podjęła próbę.. jakby coś w jej słowach wzbudziło jego zainteresowanie.. by poznać myśli przepływające mu . Nie rozumiem. tak uważnie. jego twarz. żeby przedstawić opracowanie. by odpowiedzieć milczeniem. A kiedy zobaczyłam go wieczorem. Stał i patrzył na nią uważnie.

– Będzie lepiej dla wszystkich.. co ci dzisiaj powiedziałem – stwierdził. że jeśli z jakiegoś powodu przyjdzie ci do głowy znowu mnie szukać. który wżarł się pod paznokcie. czym mogłaby rzucić. po tym wszystkim. mimo że ocalił Varena. – Muszę już odejść – oznajmił. Przewróciła oczami. mimo że ją uratował i przyniósł do domu. Zadrżała i zerknęła w dół na swoją dłoń.przez głowę. Słysząc to. – Ale. – Isobel? – Co? – warknęła. nie zdołasz mnie znaleźć. skrzywiła się i kopnęła belkę. by popatrzeć na brud. jeśli zapamiętasz. Najlepiej coś cięższego i twardszego. Skrzyżowała ramiona i opuściła spojrzenie na swoje zniszczone pantofle. W tym momencie niemal chciała znaleźć coś innego. No pewnie. Niemal usłyszała. którymi wcześniej w niego rzucała.. jak drzwi zamykają jej się przed nosem. te same. Zapyta Varena. jak już się spotkają. obracając ją w bladym świetle. – I wiedz.. Trzask. że musisz. – Może to pytanie należy zadać zainteresowanemu – odpowiedział. nawet nie racząc na niego spojrzeć. pomyślała z goryczą.. Czasami potrafił ją tak wkurzyć. żeby zaprosić . No dobrze. pomyślała. – Tak jakbym mogła choćby pomyśleć. Nawet teraz.

Już go nie było. – Z kim rozmawiasz? Rzuciła okiem na miejsce. Światło na ganku zapaliło się i dziewczyna spojrzała spod zmrużonych powiek. że ujrzy znikającą fałdę jego płaszcza. wiesz? – oznajmił. patrząc na młodszego brata. Chyba przede wszystkim ją to drażniło. – Mama i tata wyszli cię szukać. – Przegrałaś walkę z kosiarką? – Patrzył na nią oczami okrągłymi niczym studzienki kanalizacyjne. że na zawsze odszedł z jej życia. Masz maniery grabarza. Ren. Danny wychylił głowę przez tylne drzwi. Nic został po nim jednak żaden ślad i nie umiałaby powiedzieć. co ci się stało? – spytał Danny. Ścisnęło ją w żołądku i odwróciła się. – Cholera.cię na spotkanie. w którym stał Reynolds. – Mówię ci. co czuje wobec faktu. niemal spodziewając się. Odwróciła się w kierunku rogu domu. masz przerąbane – oznajmił Danny. .

A gdy rzeczywiście się pojawiła. gdyby Isobel się pojawiła. że zaraz zemdleje. gdy usłyszał o bójce. Mimo wszystko udało jej się wziąć prysznic i przebrać się. ani Mikey nie mogli jej znaleźć. a w tle Isobel słyszała pełne ulgi łkanie mamy. by czekał na wypadek. którą znaleźli w sportowej torbie. Było dużo krzyku. by ukryć siniaki i skaleczenia. zadzwonił na policję. by tam czekała. Tata. aż myślała. Włożyła dżinsy i bluzkę z długim rękawem. aż będzie ją mogła zwrócić właścicielowi. poczuła zmęczenie tak skrajne. Zostawili Danny ego w domu. które usłyszała tej nocy. do dolnej szuflady komody. posłużyli się jej komórką. by zadzwonić na komórkę ojca. Kazanie. Gdy się rozłączyła. Następnie złożyła kurtkę Varena i schowała ją w najgłębszych zakamarkach szafy. zanim rodzice wrócili. Gdy ani ona. zrelacjonował jej bieg wydarzeń i dziewczyna z ociąganiem zmusiła się. Potem razem z mamą wsiedli do samochodu i ruszyli do hrabstwa Henry.48 Jęk niewidzialnych mąk To Gwen zadzwoniła do domu Isobel. było bardzo długie. . po czym wcisnęła to. która wybuchła. co zostało z różowej sukienki.

Nie było pola do dyskusji. – Czy. Odwróciła się i popatrzyła na mizerną twarz i ściągnięte rysy mamy. – Przez jakiś czas nie będzie go w szkole. w szkole. – Izzy. a już zatrzymał ją głos matki. a także. Ale już to. Szlaban do odwołania miała jak w banku. jak i budzących prawdziwy lęk. Do krzyków Brada. W końcu odesłano ją do pokoju... . Zakaz wyjazdu na krajowe mistrzostwa należał do tych pustych.. a mama się tym razem nie wtrąciła. Isobel wróciła myślami do trumny... Ale numerem jeden na liście drakońskich kar.. nałożonych przez ojca.. bo. że nie dostanie samochodu na urodziny. czy wszystko z nim w porządku? – spytała. – Jego mama dzwoniła do mnie. Zatrzymała się. zarówno pustych. – W porządku. biorąc pod uwagę okoliczności – odparła. że Brad miał tego wieczoru operowane kolano.. Powiedziała Isobel. bo kiedy on. Że wykazał silną reakcję alergiczną na znieczulenie i omal nie wpadł w śpiączkę. do cmentarza. mogło się okazać prawdą. w miarę możliwości. i pełne ciętych pytań retorycznych oraz gróźb. lecz ledwie dotarła do schodów. był zakaz rozmów i jakiejkolwiek komunikacji z Varenem poza szkołą. Dziewczyna skinęła głową.pomimo późnej pory. Znowu popatrzyła na schody.

suchej ziemi i gryzących drobin żwiru. wreszcie w pokoju. Jasne. padła pod przytłaczającym ciężarem zmęczenia. Dźwięk rozległ się w jej głowie niczym echo i wyrwał ze snu. by Brad zechciał ją jeszcze kiedykolwiek widzieć. Widmowych postaci ani krążących cieni. Ciało nie dało jej wyboru. Zasnęła. Poczuła. jeśli chcesz. w której stał się Śmiercią Szkarłatną? Pomyślała. Pragnąc uciec. że wołał twoje imię. podkurczonymi rękami ściskając kołdrę. kiedy będzie już przyjmował odwiedziny – stwierdziła mama. a jej serce zabiło trzy razy szybciej. Nie mogła powiedzieć matce. Tylko zimne. zdziwiona. Znieruchomiała i zaczęła nasłuchiwać. Czy w ogóle zdoła sobie przypomnieć krainę snów? Albo chwilę. Ścisnęło ją w piersi. Nic było martwych drzew ani czarnych ptaków.mówiła. Isobel znowu tylko skinęła głową. że wątpi. rozglądając się dookoła. – Zawiozę cię. Nie było nagrobków. że powinnaś do niego pójść. popędziła na schody. Dłoń dziewczyny zacisnęła się na balustradzie. – Myślę. Zastanawiała się. białe światło dnia. że nie czuje szorstkiej. Późnym rankiem obudziło ją pukanie. Znalazłszy się. co się zdarzyło na boisku. że tak czy owak nie zapomni. aż usiadła jak oparzona. choć . ile on pamięta. że ramiona jej sztywnieją. Jęknęła i wygramoliła się z łóżka.

Varen. że otoczenie się nie zmieniło. Jej ciało znowu odruchowo stężało. że ktoś stuka do drzwi. Dotarło do niej. Rytm jej oddechu zwolnił i wreszcie odważyła się uwierzyć. tym razem głośniejsze. Świat snów.przymglone. Otworzył drzwi wejściowe. W połowie drogi zatrzymała się. okrążyła balustradę. plecami do niej. sączyło się przez okno. Gdy się odprężyła. Lilith. niosąc ze sobą wspomnienie ostatniego wieczoru. Wybiegła z pokoju na korytarz. Wszystko wróciło do niej w serii rozbłysków. ból w ciele przesączył się do jej świadomości. wpuszczając do środka powiew zimnego porannego powietrza. Jej tata stał u podnóża schodów. że naprawdę jest w domu. oblewając różowe ściany przejrzystą jasnością i nadając każdemu przedmiotowi w pokoju własny nimb. stali dwaj mężczyźni. Isobel zamknęła oczy. których nigdy przedtem nie widziała. Bezpieczna. Brad. Reynolds. Dźwięk dochodził z dołu. gdzie spodziewała się ujrzeć Varena Nethersa. dudniąc bosymi stopami o wykładzinę na schodach.. po czym otworzyła je znowu. Varen? Wciąż miała na sobie bluzkę z długim rękawem i dżinsy. Obaj mieli na sobie wykrochmalone białe . bardziej uporczywe. Pukanie rozległo się znowu. które wczoraj włożyła. w miejscu. Poczuła ulgę. Ponura Fasada. Przed nim na ganku.. Mecz.

– Mogę spytać. Spoglądał to na nią. Wyczuwała to jak czyjąś niewidzialną obecność w pokoju. gdy wzrok tego wysokiego przeniósł się nagle z jej ojca prosto na nią. gdy ją zobaczył na schodach. Przypatrywał się jej. o których pańska córka może posiadać jakieś informacje. – Nazywasz się Isobel Lanley? Ojciec odwrócił się. Było już jednak za późno. – Śledczy Scott i March – powiedział mężczyzna. Pokręciła głową. nabierając wyrazu niepewności i podejrzliwości. ciemnowłosy mężczyzna otwiera portfel i pokazuje coś ojcu. że kolana się pod nią uginają. Teraz odezwał się niższy. Sprawy przybrały zły obrót. pragnąc. brązowe płaszcze. Zdezorientowana patrzyła. – Prowadzimy dochodzenie w sprawie zaginionych osób. Policja? Co tu robi policja? Wychyliła się nieco dalej nad schody. o co chodzi? Isobel poczuła. chowając portfel do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Twarz mu spochmurniała. . Dostrzegła srebrną odznakę. by wszystko zaczęło się od nowa. to na obu śledczych. by ta scena się skończyła. rudowłosy funkcjonariusz. Chciała znowu się obudzić. Nosili też długie. zanim sprawy przybiorą zły obrót. trzymając się bliżej ściany. lecz zamarła. W piersi wezbrało jej przerażenie. a ich twarze były zupełnie pozbawione wyrazu. jak wyższy.koszule i ciemne krawaty. wyraźnie zaskoczony.

jak się nazywa. Skoro okłamał ją. Jej myśli znowu pogalopowały przez chaos i piekło poprzedniej nocy. Oszołomiona. straszliwa prawda znalazła się na swoim miejscu. przypomnieć. wszystko to stopiło się w całość i odpłynęło. Na cmentarzu. aż każdy z tych elementów stał się jedynie odległą drobinką w jej świadomości. jak sądzę? – spytał rudowłosy detektyw. gdy na nią patrzył z opuszczonym podbródkiem. Jego brwi uniosły się. przedpokój. lecz Isobel wiedziała już o kogo. tak prosta i jaskrawo oczywista. Niby brakujący element układanki. Niczym iluzja. Okłamał ją.. śledczy. Mógł mu powiedzieć cokolwiek i być może chłopak wciąż był uwięziony i czekał. skoro przyniósł kurtkę Varena? Przecież Varen musiał mu ją dać! No jasne. – Ty jesteś Isobel.. ostre światło poranka i jej ojciec. nic nie mogło go powstrzymać przed okłamaniem także Varena. Dom w jej oczach zdawał się tracić wyraźne kontury. „Jest. W tym momencie prawda wydała jej się tak prosta. Okłamał. teraz też jest . Na nią. patrzyła w miejsce między dwoma mężczyznami. Ale w takim razie jak to możliwe? No jak. jakby chciał jej podpowiedzieć. Reynolds.– O kogo chodzi? – spytał tata. Słowa Reynoldsa wróciły do niej. Poczuła nagły zawrót głowy i mdłości.

Uratował ją i z tego powodu chciała wierzyć. Jak mogła być tak głupia? Powinna była się domyślić.w domu”. Nazwał ją przyjaciółką. Mówił poważnie. że jest gotów powiedzieć wszystko. Lilith miała rację. pomyślała z nagłą goryczą. – Panno Lanley – naciskał wysoki śledczy – czy wiesz cokolwiek o miejscu pobytu Varena Nethersa? . Do rozdzielenia światów. Strata. Nabrał ją i zdaną na siebie. Poczuła szarpnięcie w ciele. Słyszała tę wypowiedź raz za razem. że odrywa się od rzeczywistości. A zatem takie było znaczenie jego przemowy na ganku. Ostatni monolog przed wielką sztuczką ze znikaniem. zdrada. Dlatego spijała każde słowo z jego ust jak najświętszą prawdę. Istna salwa uczuć uderzyła w nią w jednej chwili. byle tylko nakłonić ją do zerwania połączenia. „Nie zdołasz mnie znaleźć” – powiedział. gniew. Uraza. wysłał na śmierć. że przestała oddychać. gdy nazwał ją swoim wrogiem. z fałszywą nadzieją. Nakryła usta dłonią. Nawet nie zauważyła. że uratował także Varena. Zeszła o jeden stopień. Reynolds cały czas zachowywał prawdę dla siebie. jego głos wibrował w jej umyśle wyraźnie niczym dzwon pogrzebowy. czując. Tak łatwo przełknęła jego truciznę. gdy mimowolnie wciągnęła powietrze.

Nie chciała mówić. Znowu pokręciła głową. Tak. – Myślałem. Wóz stał na parkingu. ale po nim nie było ani śladu. To by w niczym nie pomogło. jasne. by policja sobie poszła. jak sądzę. nie mogła. – Tym razem próbę podjął jej ojciec. Chciała. czarnych drzew i popękanych ludzi. Ściany i przedpokój. Powoli. W świecie popiołu. że Varen odwiózł cię do domu. Nie. – Jego ojciec wcześnie rano zgłosił zaginięcie syna. Nie chcę więcej słów. wiem. Proszę. – Isobel? – spytał tata. To nie mogło dziać się naprawdę. gdzie nikt nie może do niego dotrzeć. że cię nie odwiózł? Isobel? – Nie – szepnęła. Nic chcę więcej słów. który opętał go na wieczność. znaleziono samochód chłopaka. – Mówisz. Nie. gdzie widziano go z pańską córką. że doszło do zakłócenia porządku? – To ja dzwoniłem – odparł jej ojciec. zakładnik kobiecego demona.Pytanie dotarło do niej jak z oddali. gdy wszystko się uspokoiło. Nie. Chciała. metodycznie. pomyślała. Tak. Tak czy inaczej. Przebywa w straszliwym miejscu. – Isobel. by wszystko się zatrzymało. . Powoli pokręciła głową. – A tak. nazbyt jasne światło poranka i nowa świadomość – niech to wszystko po prostu odejdzie. Wie pan. – Coś o tym wiesz? Nic nie powiedziała. Nie wrócił wczoraj ze szkoły i wieczorem poszedł na zabawę.

pokręciła przecząco głową. mieliśmy ciężką noc. aż tata w końcu stanie do niej twarzą. Jeśli tymczasem coś wam się przypomni. dzwońcie do nas bez wahania. Przystanęła. – W takim razie zostawię swoją wizytówkę i może spróbujemy innym razem. co powiedzieć.. – Przykro mi – usłyszała głos ojca. ale tylko na chwilę. Wszyscy. że to nie pierwszy raz.. jak jej ojciec żegna śledczych. Potem pomknęła po schodach niczym duch i zniknęła w swoim pokoju. co uznała za najłatwiejsze wyjście dla nich obojga. odcinając dostęp zimnego powietrza i rażącego światła. Rzuciła na niego jedno spojrzenie i odwróciła się. No. Poza tym zdaje się. – Rozumiem – powiedział wyższy z funkcjonariuszy. pewnie wystraszył się syren policyjnych i po prostu zabrał się z kimś innym. jakby zastanawiał się. Często zajmujemy się takimi sprawami i w dziewięćdziesięciu procentach przypadków zaginieni się odnajdują. jak się właściwie czuje. Następnie zamknął drzwi. – My. czekając. W końcu zrobiła to. aż cień padł na nich oboje. . Przez dłuższą chwilę stał tyłem do niej. z dłonią na klamce. – Isobel! – zawołał. Tak jak pańska córka. zmieniając ton. Isobel usłyszała. Dziewczyna zawahała się. Albo chciał sam sobie odpowiedzieć na pytanie. Ale – ciągnął. jakby kierował te słowa do Isobel – zanadto bym się nie przejmował.

.

że nikt tam nie siedzi. Ćwiczyła układ. Przerwę obiadową spędziła w sali gimnastycznej.49 Ciemny szlak Isobel w poniedziałek wróciła do szkoły. a ona nie zdawała sobie z tego sprawy. Wspomnienie jego rozpaczy spalało ją. że po niego wróci. które przemierzały przestrzeń wokół niej. w poruszające się automaty. ale nie umysłem. Trenowała figury raz za razem. zamkniętego w purpurowej komnacie. . gdzie miał na nią czekać. nie opuszczały miejsca. Godziny mijały. kręciła gwiazdy i rundki. Ludzie przeobrazili się w przedmioty. Słowa stały się niezrozumiałe. Przez cały czas jej myśli się nie zmieniały. jakby mógł się w jakiś sposób zmaterializować. Pokonywała korytarze ciałem. Steviem czy Nikki. Tam wykonywała przewrót za przewrotem. Podczas lekcji pana Swansona prześladowało ją puste krzesło chłopaka. Pozbawione znaczenia i kształtu cienie. by usiąść przy stoliku z Gwen. że świat się zagęścił. Obiecała. Choć wiedziała. czas nie miał znaczenia. ciągle spoglądała w tamtą stronę. Zupełnie jakby cała jej świadomość uległa odwróceniu. aż ta powtarzalność i konieczność skupienia sprawiły. Nie poszła do stołówki. w którym ostatni raz widziała Varena.

Co wieczór dzwoniła do niej do domu. Ze go zostawiła. chociaż ojciec za każdym razem wyraźnie powtarzał. na każdym kroku robiła też wszystko. Mimo to nie było ucieczki przed duchem pamięci. który zaczai określać Gwen mianem „tej dziewczyny z północy”. by nie spotykać się z Nikki ani Steviem. nie przejmując się spóźnieniami. bo przecież mu obiecała. by unikać Gwen. Pierwszy raz w życiu Isobel była zadowolona. które nosiła. w książkach. że wróci. W Iren ton plotki związane ze zniknięciem Varena zaczęły krążyć po korytarzach. powtarzane szeptem z ust . chociaż wiedziała. że ma szlaban. żeby została tylko ona i parkiet. Chodził za nią krok w krok. że zawiodła Varena. Czuła go na swojej skórze. W tym tygodniu opuściła trening. w papierze. Potem Gwen próbowała nawet zmieniać głos. Nie mogła znieść myśli o zasypywaniu jej pytaniami. o co chodzi. Niemal każdy z tych telefonów kończył się przerwaniem połączenia przez tatę. na które nie znała odpowiedzi. wyczuwała we wszystkim.Żeby nie musiała myśleć. Ani o przypominaniu. na którym musiała pisać. Obiecała. że rodzice Isobel mają identyfikację numeru dzwoniącego. czekającego na próżno na jej powrót. Podczas gdy Stevie i Nikki najwyraźniej rozumieli. zachowanie Isobel tylko podjudzało Gwen do coraz radykalniejszych metod. że Isobel nie wolno odbierać telefonów. Podchodziła do szafki o dziwnych porach albo chodziła do klasy okrężną drogą.

– brzmiał tekst – Jeśli chcesz porozmawiać. pochyłego pisma. niektórzy pletli o tym. ładny ptak. Chodził między rzędami. dochodzących ze strychu księgarni tej nocy. dobrze? Dołączyłem też artykuł internetowy z „Baltimore Sun”. możesz na mnie liczyć. Udało się. Dobru robota – napisał nauczyciel czerwonym długopisem na stronie tytułowej. wymykającej się tylnym wyjściem ze sztywnym ciałem w ramionach. które napisali w ramach projektu. Przez lśniącą. że został zamordowany przez swojego dziwnego jednookiego szefa. Tym razem na niebiesko i gęstszą. tak dyskretny i miły. że po prostu uciekł. kiedy zniknął. Okoliczni mieszkańcy informowali o dziwnych światłach i dźwiękach. Ten drobny gest. Pod spodem Swanson dodał coś jeszcze. odniosła wrażenie. zanim poszedł dalej. przezroczystą okładkę dziewczyna zobaczyła czwórkę. poruszył w niej jakąś czułą strunę. lecz. który może zainteresować was oboje. – Ale następnym razem zapytaj o uczestnictwo rodziców. że stał nad nią chwilę dłużej. Gdy położył przed Isobel wypracowanie. rzucając prace na co drugą ławkę.do ust. Większość sądziła. Pod koniec tygodnia Swanson oddal wypracowania. a jego ciało jest pogrzebane pod podłogą w Zakątku Nobita albo gdzieś w parku. które oddali z Varenem. wywołując niespodziewany moment . a nie o radioodtwarzacz. PS. bardziej zwartą wersją swojego pełnego zawijasów. Przy okazji. było też jedno doniesienie o zakapturzonej postaci.

Nic wiem. Przyjemnie było wiedzieć. Znowu zamknęła szalkę. gubiąc luźne kartki. – Tego mi było trzeba. by otworzyły się z powrotem. Tego popołudnia Isobel popełniła błąd i poszła do swojej szafki. gdy Gwen zrobiła krok naprzód i przydeptała je. nie licząc tego jednego pustego krzesła w kącie. niż mogła przypuszczać. że nie mogła skorzystać z zaproszenia. Notes wysunął się i spadł na podłogę. notes i podręcznik do angielskiego.jasności myśli. Na jej twarzy pojawił się smutny uśmiech. by świat znów mógł umilknąć. Właśnie skończyła upychać w środku segregator. Isobel skrzywiła się i kopnęła róg metalowych drzwiczek. Zsunęła pracę z ławki i włożyła ją do plecaka. tym razem z donośnym łoskotem. pusty i bezbarwny. że . co się stało tamtego wieczoru. że ty wiesz. że Swanson dopisał to zdanie. że z kolei ona lubi swojego nauczyciela angielskiego bardziej. dźgając ją palcem w plecy – okropną przyjaciółką. – Nie! – warknęła. bo lubił Varena. by pozbierać rozsypane kartki. – Jesteś – powiedziała. wystarczająco długo chodzisz w tej swojej skorupce samotności i dąsów. – Dzięki – mruknęła. ale przestała. Stał się cichy. nie miał bowiem znaczenia fakt. ale wiem. I dzięki temu Isobel przekonała się. gdy Gwen pojawiła się za nią i zatrzasnęła drzwiczki. I wiem. Już. – Trzeba ci testu rzeczywistości. nie chcąc patrzeć na nazwisko Varena. Pochyliła się.

że zniknęłaś na jednym końcu miasta. Pokręciła głową. Isobel zamrugała powiekami. I wiem. – I jeśli czegoś nie zrobisz. jeśli spytają mnie. Widziałam cię z nim tej nocy. żeby pojawić się na drugim. co widziałam.. Jeśli on nie żyje. co się stało. Isobel gapiła się na nią. że się poddajesz. ale w przeciwieństwie do innych wiedziałam. – Mam dosyć ganiania za tobą – stwierdziła w końcu Gwen. – On żyje! – krzyknęła nagle Isobel piskliwym głosem podszytym paniką. w ogóle masz pojęcie. a w jej oczach połyskiwała zawziętość. poruszona do głębi oskarżeniem zawartym w tych słowach. Ci dwaj śledczy byli wczoraj w szkole. – Nie! Nie mam. Gwen natychmiast się wyrwała. nie pojmując. gdzie on jest. powiem im. Byłam tam. nie będę cię dłużej kryła. nieustępliwa. że to na serio. Jeśli wrócą. Możesz nabierać wszystkich pozostałych. że ty wiesz. Isobel Lanley. Zrobiła krok w tył i przez dłuższą chwilę obie stały i patrzyły na siebie.. pamiętasz? Widziałam tę walkę na własne oczy. ale mnie nie nabierzesz.. Wiem też.to nie było normalne. – Nie patrz tak na mnie. Złapała Gwen mocno za ramię i potrząsnęła. – Nie mów tak. nagle oniemiała. .. – Czegoś nie zrobię? – powtórzyła.. – Czy ty. Gwen zgromiła ją wzrokiem. – Nie! – wypaliła tamta. Nie mam pojęcia! Tak naprawdę wiem tylko jedno: wygląda na to..

co się wydarzyło? Z gniewem. – Z tymi słowami szybkim. wyszarpując sportową torbę Isobel. Ale prawda była taka. rozważnymi ruchami zaczęła zbierać swoje rzeczy. Jak mogła powiedzieć Gwen. że nie da się go uratować. Tyle że nie istniał sposób. Komórka . – Masz. Wpisałam swój numer na samej górze twojej listy. I masz to – dodała. bo połączenie między światami zostało zerwane? Jak mogła liczyć. która patrzyła na swoją zmiętoszoną torbę i zastanawiała się. który wyostrzył jej łagodne rysy. Zarzucając długimi włosami. by wprowadzić szyfr i otworzyć swoją szafkę. Teraz twoja kolej. Gwen odwróciła się. że wiedziała.. Różowy telefon komórkowy. czy można czuć jeszcze większy pustkę. – Moja szafka to nie magazyn. Nagle przerwała na widok jednej z kartek. Rozwarła metalowe drzwiczki. po czym wcisnęła to w dłoń Isobel. oddaliła się i zostawiła Isobel. prosto na rozsypane kartki. skoro sama ledwie potrafiła ogarnąć to. Mechanicznie opadła na kolana przed swoją szafką i powolnymi. Opuściła ją na podłogę między nimi. gwałtownym ruchem przełożyła sobie przez głowę pasek od torby. chcąc zaprzeczyć. sięgnęła do środka i złapała coś z górnej półki.Wargi Isobel rozsunęły się z drżeniem. Zaczęła coś mówić. no to. jak się tego używa. że ktokolwiek coś z tego zrozumie. – Kiedy już się z powrotem połapiesz.. by się do niego dostać.

co tam zobaczyła. widniejącą wśród białych papierów. Tajemnicza postać odwiedził grób Poego w Baltimore wczesnym rankiem 19 stycznia. zapisana grubymi. pochłonięta czarno-białą fotografią. Omiotła ją wzrokiem. Róże? Jego rysy skrywał biały szal. i który oddał jej razem z wypracowaniem. zamglonym. czarno-białym wizerunku na środku strony. Trzasnęła o podłogę. choć . Zauważony pierwszy raz w 1949 roku rytuał powtarzał się przez kolejne lata. a czarna fedora zasłaniała jego pochyloną głowę. że musiała sobie wyobrazić to. Chwyciła róg kartki i wyciągnęła ją spomiędzy pozostałych. Mężczyzna klęczał z pochyloną głową przed dużym nagrobkiem. Przeczytała podpis: Jedyne znane zdjęcie „Czciciela Poego". Nosił ciemny płaszcz. owinięty wokół dolnej części twarzy. wzniesionym koniakiem. pewna. Zorientowała się. Na górze strony widniała winieta „Baltimore Sun”. Mężczyznę widziała jednak wyraźniej. który pan Swanson chciał pokazać jej i Varenowi. Ręką układał na grobie kwiaty. wykonane w 1990 dla magazynu „Life”.wysunęła jej się z dłoni. Skupiła się na niewyraźnym. aby uczcić urodziny poety różami oraz toastem. drukowanymi literami. Na płycie dało się z trudem dostrzec sylwetkę kruka. lecz dziewczyna niemal tego nie zauważyła. że to artykuł.

jak wokół trzaskają szatki. Patrzyła na przyjaciółkę. że Varen nie wrócił. Goś w jej wnętrzu zaskoczyło i pierwszy raz. Weszła w listę kontaktów i podświetliła pierwszą pozycję. otwarcie na widoku wszystkich. Przez tłum kłębiących się uczniów zobaczyła. – Reynolds! – syknęła Isobel i chwyciła kartkę tak mocno. podobnie jak sposób. Podniosła wzrok i w przeciwległym końcu korytarza dostrzegła rozkołysaną szeroką spódnicę Gwen.tożsamość Czciciela. gdy wszyscy zmierzali do autobusów. uszczęśliwiona. uwieczniony na zawsze na kliszy. czy nie. Na zdjęciu Reynolds klęczał przed grobem i składał hołd. czy odebrać. że aż ją pogniotła. Patrzyła z absolutnym niedowierzaniem. Nawet z oddali i minio gwaru w korytarzu. usłyszała tryl komórki Gwen. Ściskając w dłoni artykuł. jej umysł obudził się do życia. że tamta się zatrzymuje i sięga do pstrokatej torby. Isobel podniosła telefon. dzięki któremu wchodzi na zamknięty cmentarz. jawnie. . że bateria jeszcze się do końca nie wyczerpała. Zewnętrzny świat ponownie wkroczył w obszar jej egzystencji. Słyszała. która wyciągnęła dzwoniący telefon i przez dłuższą chwilę spoglądała na wyświetlacz. Trampki skrzypiały po obu stronach. Otworzyła go i włączyła. do dziś pozostają tajemnicą. jakby nie mogła się zdecydować. po czym nacisnęła przycisk połączenia. odkąd się dowiedziała. a ludzie śmieją się i rozmawiają. którzy mieli odwagę patrzeć.

Nagle umilkła i Isobel zobaczyła. w jej świecie. patrzyły na siebie nawzajem przez przestrzeń pustoszejącego korytarza. Proszę. Proszę. . Po chwili Isobel usłyszała głos. Tymczasem myślą powróciła do chwili. bardzo ważny detal... Muszę tam być. Wbrew temu. ale już nie chcesz pozwolić na dramatyczne odejście. – Dziewiętnasty stycznia. Wyciągnęła rękę z artykułem. wyraźny i namacalny. – Hej! – powiedziała. Gwen wyrwała jej go z dłoni. tak? – Baltimore – wypaliła Isobel. ruszając z powrotem w jej stronę i torując sobie drogę między grupkami maruderów. widząc jednocześnie. całą tyradę. Wraz z tym wspomnieniem przyszła jej do głowy nowa myśl. że jej oczy robią się szersze za szkłami okularów. – Czyli pozwalasz mi na tę całą gadkę. – Co? – spytała Gwen. gdy Reynolds położył ją na wiklinowej ławie matki. powiedziała w myślach. Isobel opuściła telefon. Z telefonami przy uszach. jak usta tamtej się poruszają. Potrzebuję cię. który do tego momentu udawało jej się zupełnie przeoczyć. Gwen powoli uniosła komórkę do ucha. Gwen odwróciła się twarzą do niej.Isobel stała. co mówił o rozdzieleniu światów i zniszczeniu połączenia. stał tam. Zbliżywszy się. – To ten facet! Z Ponurej Fasady.

do którego doszła już koleżanka. kobei pojedzie do Baltimore. Miała co do tego pewność. kiedy trybiki w mózgu zaczęły się kręcić.Czy to nie Varen stworzył owo połączenie? Czy w takim razie Poe uczynił to samo? Przymrużyła oczy. Jej spojrzenie padło na artykuł w ręce Gwen. I wbrew temu. Na twarzy Gwen malowało się zdumienie. W taki czy inny sposób. zmierzając do tego samego wniosku. Ich oczy się spotkały. . lecz jej mina uległa kilku szybkim omanom. jeszcze się spotkają. co sądził Reynolds. w chwili gdy ta opuściła kartkę.

które potem mogłaby wykorzystać do szantażu. Nie zważając na jego jęk.. Na monitorze pojawiła się strona internetowa . – Śpij. jakim była podłoga jego pokoju. z rękami owiniętymi wokół ogromnej poduchy z Transformersem. bo usłyszała. Pchnęła drzwi. skulony na boku. zaczęła pisać. Gdyby miała inny nastrój. które cicho skrzypnęły. że Danny poruszył się za jej plecami. Komputer z szumem obudził się do życia. – Co ty robisz? – mruknął chłopak. – Wynoś się z mojego pokoju. Jej młodszy brat leżał na łóżku i chrapał. Po cichu usiadła na krześle przed komputerem. – Ćśśś – syknęła Isobel.50 Cień Tego wieczoru Isobel zaczekała. poruszyła myszką i ujrzała widok uśpionego ekranu. idąc na palcach przez pole minowe. aż wszyscy zasną. Na pluszowym ramieniu robota zbierała się ślina. Zaskrzypiało i nadstawiła uszu. po czym wymknęła się korytarzem do pokoju Danny’ego. Teraz jednak wkradła się do środka. Pokręciła głową. może nawet zaryzykowałaby zrobienie zdjęcia. przyglądając się tej scenie. a gdy otworzyło się okno Google.

Po rozgrywkach krajowych. – Jest druga w nocy – jęknął Danny. kliknęła pierwszą opcję i sportowa witryna rozbłysła na ekranie czerwienią. – Byłem jedynakiem. by pojechać do Baltimore pod pretekstem zwiedzenia uczelni. Wcisnęła „cofnij" i powróciwszy do „Google". jeśli Trenton zdobędzie w tym toku mistrzostwo. To Gwen. i tu mogły zacząć się schody. Trzeba się będzie wymknąć i dostać na zamknięty cmentarz. oznaczało to. mama i tata z pewnością nie odmówią jej prośbie. gdy znajdzie się na miejscu. mimo pewnych oporów w kwestii planu Isobel. wpisała: „Uniwersytet w Maryland + sport". Oczywiście. że odwraca się ku ścianie. Usłyszała. – Miałem miły sen – wymamrotał Danny. w Baltimore.uniwersytetu w Baltimore. Zwłaszcza jeśli z własnej woli wypowie słowo „uniwersytet". – Niech to! – syknęła. żółcią i czernią. Jedynym wynikiem był klub lekkoatletyczny. Później nie przewidywała żadnych trudności do czasu. Gdy strona się załadowała. W polu wyszukiwania wpisała „sport". – Chyba dalej masz zakaz wszystkiego? Isobel popatrzyła przez zmrużone powieki na zdjęcie . W samym środku widniało zdjęcie drużyny Futbolowej. – No to śpij dalej. – Tarapeny? – szepnęła. że Trenton musi wygrać. wpadła na pomysł.

uśmiechnięte od ucha do ucha. pomyślała. a ona patrzyła na jego potylicę. Przez dłuższy czas pozwalał jej leżeć. Dziwne. w jaskrawoczerwonych strojach z czarnymi wykończeniami. Wyłączyła monitor. Odwróciła się twarzą do jego pleców i położyła mu rękę na ramieniu. Dziewczyny. Strona na chwilę zrobiła się czarna. podczas ćwiczeń o dużym stopniu trudności. – Czego chcesz? Podciągnęła kolana i położyła się na skraju wąskiego. . kopnęła na bok jego szkolne buty i usiadła na brzegu jego łóżka. Najwyraźniej tarapena była jakimś gatunkiem żółwia. a potem na ścianę. Kilka zdjęć ukazywało je w powietrzu. po czym zamigotała i wyświetliła czirliderki. lak. na górujący nad nimi plakat z Darthem Vaderem. na ciemne włosy. wypełniły monitor. – Guuuch – mruknął w poduszkę. – Jesteś beznadziejna.maskotki. by się odsunąć albo ją odepchnąć. Przewinęła stronę w dół i tuż pod fotografią z mistrzostw znalazła potrzebną informację. – Jesteś nienormalna – mruknął. Obeszła dookoła puf Danny’ego. drużyna uczestniczyła w rywalizacji. ale nie wykonał żadnego ruchu. po czym wstała. Otworzyła menu i kliknęła w „drużynę wspierającą”. – Zejdź ze mnie – warknął. Całkiem nieźle. Zamknęła stronę. choć podwójnego materaca brata. – Zgaś ten ekran! – warknął Danny.

Przycisnęła kołnierz do warg. by delikatnie zamknąć za sobą drzwi. Postawiła bose stopy na dywanie i przeszła przez pokój do drzwi. gdy . Szorstkie włókna wciąż miały w sobie jego esencję i przywoływały chwilę. Nacisnęła klamkę. – Mam nadzieję. Patrzyła i czuła. Ścisnęło ją w gardle i przełknęła ślinę. że go znajdą – dodał.– Wiem – szepnęła w odpowiedzi. wdychając jego zapach. by rygiel trzasnął zbyt głośno. Ten jednostajny ruch przenosił się na jej przedramię i koił ból niczym balsam. że twój chłopak zaginął – powiedział i te słowa całkowicie ją zaskoczyły. uważając. bo zupełnie się ich nie spodziewała. nie chcąc. starając się znowu go nie obudzić. po czym umilkł. – Przykro mi. A potem zrobiła coś. jak jego bok podnosi się i opada. by powstrzymać chęć płaczu. gdy maszyna znowu weszła w tryb uśpienia. usiadła z nią na brzegu łóżka i przyłożyła ją do piersi. Isobel ostrożnie wyplątała się z pościeli. o czym do tej chwili nie pozwalała sobie nawet myśleć: wyjęła z szały kurtkę Varena. a uczucia dławiły jej głos. – Tak – zdołała z siebie wydusić. Poczuła nagłe pieczenie w oczach. – Ja też. Wymknęła się na ciemny korytarz i skierowała do swojego pokoju. Zamknęła oczy i pomimo starań ciepła łza spłynęła jej po policzku i spadla na pościel. że jego oddech staje się głębszy. Danny znowu umilkł i pod ręką poczuła. Szum komputera ścichł.

Nic patrząc. Jej oczy podążyły za linijkami tekstu i chłonęła każde zdanie. lecz ładnymi zawijasami. Wyciągnęła złożoną kartkę. a nie to puste okrycie.byli tak blisko. Ciężar ubrania spoczął na jej ramionach. Objęła się rękami. zapełniało stronę pospiesznymi. Fioletowe pismo. Zamarła. wsunęła dłoń do środka.. kiedy się do niego przytulała i smakowała jego usta. Powoli go rozłożyła. i dotknęła gładkiego papieru. Po nierównych. że to on ją trzyma. Liścik. że pod wpływem jej dotyku rozpłynie się w powietrzu. ca ostatnia relikwia. jego pismo. Patrzy na rozwarte . zanim ktoś zdąży ją przechwycić. Nie rozpłynął się. obchodząc się z nim jak z zatrutą strzałą. jaka po nim została. Palcami przeciągnęła po rękawie. że autor pospiesznie wepchnął karteczkę do kieszeni. Narzuciła kurtkę. słowo po słowie. Z otwartymi ustami patrzyła na ten kawałek papieru. Z warstewki popiołu nic nie zostało po jednym dotknięciu kciuka. na poły się spodziewając. jakby chciał ją schować. wyobrażając sobie. Wśród cieni krainy snów – czeka. jak się czuła. wkładając ręce w rękawy. pomarszczonych zagięciach poznała. Poczuła i usłyszała szelest w prawej kieszeni. wspominając..

Bo wiem. nigdy. w którym przytknął . bym czekał. Byli teraz złączeni.na oścież okno na świat. Moja Miłości. To jego miejsce. tę ostatnią linijkę. „W jednakim wiecznie krążąc kole". Więc czekam. ponure i puste. ciepłych juk niebo latem. przełożył Antoni Lange. Teraz już wie. bez jego udziału. A kiedy ze snu wreszcie się zbudzimy znowu Cię zobaczę. [Z wiersza Robak zdobywca. pomimo palenia w oczach. Moja piękna. zdolna tylko raz po raz czytać. moja Isobel. wiedziała. Prosiłaś. zrujnowane – jak on sam spełnia jego życzenie. szeroko otwarte. Od dnia. która po głuchej północy – w zbyt późnej godzinie – toczy się dalej sama. Gdyby tylko mógł spaść do jej świata. już nieodwołalnie. Że zawsze miała się tak skończyć. Teraz pisze zakończenie opowieści. które tak pragnął odemknąć. Nigdy. Teraz. Po tysiąckroć. lazurowych. Pomimo jej dosłownego znaczenia.] Isobel patrzyła na kartkę w drżącej dłoni. że to wszystko jest tylko snem. pomyślała. Zrobiłby to. muskając palcem te starannie wykaligrafowane litery. że to pożegnanie. Nie może się równać ze wspomnieniem jej oczu.

Złożywszy go. Patrzyła. Firanki zatrzepotały i zaszeptały w rześkim powiewie. jak wokół kwadratu czarnej i pustej nocy białe koronki firanek drgają i furkoczą. przejrzystą formę – o śnieżnobiałej skórze. Było otwarte. Obeszła łóżko i podeszła do okna. obejmując się rękami. aż w pewnej chwili. Isobel wstała z lekkim drżeniem. by je podnosiła. Podmuchy szarpały kartką w jej dłoni. jakby chciały wyrwać papier. niosąc ostry.swój długopis do jej skóry. bo nie mogła sobie przypomnieć. Mocniej opatuliła się kurtką. Wiatr poderwał się znowu i przybrał na gwałtowności. nadal musiała wierzyć. sięgała aż poza granice czasu i przestrzeni. Zmarszczyła brwi. a ich biała zwiewna tkanina ślizgała się po panelach na ścianie z każdym ruchem powietrza z odgłosem podobnym do szumu odległych fal. I nawet jeśli rozpadlina. przysunęła jednak na widok swojego odbicia w lustrze. jak jej się zdawało. Poczuła za sobą podmuch lodowatego powietrza i aż podskoczyła. by ją przebyć. by dotrzymać obietnicy. snów i rzeczywistości. Okno. Odwróciła się. która teraz się między nimi rozciągała. by spojrzeć przez ramię. gorzki zapach nadciągającej zimy. . że istnieje sposób. Wiatr zakłuł ją w mokre policzki i zimnymi palcami zmierzwił jej włosy. Machały do niej niby dwie zjawy na wietrze. Musi istnieć. jedna przybrała kształty znajomej postaci – zawoalowaną.

.

aż nie zdawał już sobie sprawy z niczego oprócz szumu statycznej energii. Varen zamknął oczy. Gdyby spojrzał. która oddzielała je od rozdartego fioletowego nieba. białe jak płótno i zastygłe jak śmierć. miękkim dotyku różowej jedwabnej szarfy. W oddali napotykało cienką. – To dlatego co noc wracasz w to miejsce? Na dźwięk głosu. Wielkie. która stała się dla niego równie znajoma jak oddychanie. rozciągało się przed nim szeroko i daleko. Skupił uwagę na chłodnym. lecz się nie odwrócił. znowu dałby się uwięzić. pozwalając. Varen otworzył oczy. Za jego plecami wznosiły się przypominające szkielet ruiny wspaniałego niegdyś pałacu.Epilog Stał na najdalszym skraju urwiska w butach uwalanych popiołem. którą zaciskał w pięść. melodyjnego i głębokiego. okoloną nieskończonymi falami czerni. zawiniętej na jednej ręce. sypiącej się teraz budowli. tej jednostajnej wibracji. by martwa pustka wokół przeniknęła jego umysł i wyciszyła rytm ciała. złożonej z zapomnianych słów i od dawna uśpionych myśli. czarną linię. pochwycony przez tę alabastrową twarz jak u serafina. wskazując odległy horyzont. Spojrzenie utkwił w horyzoncie. Czarne skały sterczały niczym szpony ponad zdrętwiałymi wodami poniżej. Zachował milczenie. nieruchome morze. .

Wiatr muskał zimnymi palcami skórę na jego nagich ramionach.. podrywając jej welon do szaleńczego tańca. Morze zakotłowało się i niestrudzone fale uderzały w skalny klif. że to ona cię tu zostawiła. jakby chciały sprawdzić jego wytrzymałość. Wiatr przybrał na sile. gdy kobieta podsunęła. taki samotny. – Nie – odparł. Nie jest ci zimno? – usłyszał pytanie. Daleko w dole śnieżnobiałe wody zaczęły się burzyć.. Fale z łoskotem rzucały się na ostre skały. Wicher wył wokół nich. by stanąć przy nim. . Patrzył przed siebie i nawet nie mrugnął. jakby próbowały popełnić samobójstwo. Szum morza pod nimi przeszedł z szeptu w ryk.podczas gdy powiew odgarnął mu włosy z oczu. Po lewej wezbrała biel. – Stoisz tu tak długo. rozwiewając jej włosy. podobna do pajęczej sieci. Jedwabna szarfa furkotała i marszczyła się. – Nie zapominaj. gdy nóż błękitnej błyskawicy rozpłatał niebo. Varen ścisnął ją mocniej.