You are on page 1of 355

Moim dziadkom, tutaj i tam.
Zawsze jesteście ze mną

Rozdział 1
Wzdrygam się. Szmata, którą mi podaje, jest czysta, ale pachnie krwią. Nie powinno mi to
robić większej różnicy. Całe ubranie mam zakrwawione. Czerwona krew jest moja, oczywiście.
Srebrna jest ich. To krew Evangeline, Ptolemejusza, Wodniaka i całej reszty tych, którzy
próbowali zabić mnie na arenie. To również krew Cala. Napuszczeni na nas zabójcy zadali mu
wiele ran, z których podczas walki ściekała srebrzysta posoka, znacząc piasek areny. Teraz Cal
siedzi naprzeciwko mnie ze spojrzeniem utkwionym w stopach, podczas gdy jego rany powoli
zaczynają się goić. Patrzę na jedno z wielu nacięć na jego ramionach, zapewne dzieło Evangeline.
Rana jest wciąż świeża i wystarczająco głęboka, aby pozostawić po sobie bliznę. Gdzieś w głębi
duszy cieszy mnie ta myśl. Rozerwanych tkanek nie uleczy magiczny dotyk chłodnych rąk
Uzdrowiciela. Ani Cal, ani ja nie znajdujemy się już w świecie Srebrnych, gdzie z łatwością
moglibyśmy usunąć blizny. Uciekliśmy. A przynajmniej ja uciekłam. Łańcuchy, które skuwają
Cala, to najlepszy dowód na to, że on pozostaje w niewoli.
Farley zaskakująco delikatnie trąca mnie w rękę.
– Zasłoń twarz, dziewczyno od błyskawic. Właśnie jej będą wypatrywać.
Choć raz posłusznie wykonuję polecenie. Pozostali idą moim śladem, obwiązują kawałkami
czerwonego materiału głowy, zakrywając nosy i usta. Twarz Cala pozostaje odkryta, ale nie na
długo. Srebrny wojownik nie próbuje się bronić, gdy Farley zakłada mu prowizoryczną maskę,
dzięki której wygląda jak jeden z nas.
„Ale nim nie jest”.
Buczenie energii elektrycznej sprawia, że krew w żyłach zaczyna mi wrzeć i nagle
przypominam sobie o podskakującym, zgrzytającym podziemnym pociągu. Pojazd nieubłaganie
pędzi naprzód, wioząc nas do miasta, które kiedyś było azylem. Mknie przez starodawny tunel
niczym zwinni Srebrni po powierzchni ziemi. Wsłuchuję się w szczęk metalu, czuję drgania
pociągu głęboko w obolałych kościach. Władające mną na arenie gniew i s i ł a wydają się
odległym wspomnieniem, po którym zostają tylko ból i strach. Nie potrafię sobie wyobrazić, co
czuje Cal. Stracił wszystko, w s z y s t k o, co było dla niego cenne. Ojca, brata, królestwo. Nie
mam pojęcia, skąd bierze się jego opanowanie, jak może siedzieć tak spokojnie, kołysany jedynie
ruchem pędzącego pociągu.
Za to dobrze wiem, dlaczego się tak spieszymy. Miny spiętych do granic wytrzymałości Farley
i gwardzistów mówią same za siebie. „Wciąż uciekamy”.

Maven przebył już tę drogę i tu wróci. Tym razem z potężną armią, rozwścieczoną matką
i koroną na głowie. Wczoraj był księciem, dziś stał się królem. Myślałam, że jest moim
przyjacielem, narzeczonym. Teraz nie mam już złudzeń.
Kiedyś mu ufałam. Teraz zaczęłam go nienawidzić i nauczyłam się go bać. Żeby zdobyć
koronę, pomógł zabić swojego ojca, po czym winę za zbrodnię zrzucił na brata. Wie, że
promieniowanie otaczające zrujnowane miasto to kłamstwo – zwykły podstęp – i wie, dokąd
prowadzą tory. Schronienie, które stworzyła Farley, nie jest już bezpiecznym miejscem,
przynajmniej nie dla nas. „Nie dla mnie”.
Być może pędzimy prosto w pułapkę.
Ktoś, jak gdyby wyczuwając mój niepokój, obejmuje mnie ramieniem. „Shade”. Wciąż trudno
mi uwierzyć, że mój brat jest tu ze mną, żyje, a co najdziwniejsze – jest taki jak ja. Czerwony
i Srebrny, silniejszy od jednych i drugich.
– Nie pozwolę, żeby znowu cię złapali – mamrocze tak cicho, że ledwie słyszę jego słowa.
Zdaje się, że członkowie Szkarłatnej Gwardii nie mogą być lojalni wobec nikogo prócz
organizacji, nawet wobec rodziny. – Obiecuję ci.
Jego obecność uspokaja mnie i sprawia, że na chwilę cofam się w czasie. Wracam do dni
sprzed poboru, do deszczowej wiosny, gdy wciąż jeszcze mogliśmy udawać, że jesteśmy dziećmi.
Nie istniało dla nas nic poza błotem, wioską i niemądrym nawykiem lekceważenia przyszłości.
Teraz mogę myśleć tylko o przyszłości, zastanawiając się, jakie jeszcze katastrofy ściągnęłam na
nas swoimi działaniami.
– Co teraz zrobimy? – pytanie kieruję do Farley, ale spojrzeniem odszukuję Kilorna. Stoi
u boku przywódczyni, oddany sprawie bojownik o zaciśniętych szczękach, owinięty
zakrwawionymi bandażami. Trudno uwierzyć, że jeszcze niedawno był zwykłym chłopakiem
terminującym u rybaka. Tak samo jak Shade wydaje się nie pasować do tego miejsca, jest
postacią z przeszłości, duchem minionych czasów.
– Zawsze można gdzieś uciec – odpowiada Farley, która niemal nie spuszcza oka z Cala.
Spodziewa się, że Srebrny będzie walczył, stawiał opór, on tego jednak nie robi.
– Nie odstępuj jej na krok. – Po dłuższej chwili Farley spogląda na Shade’a. Mój brat
przytakuje skinieniem głowy, czuję ciężar jego ręki spoczywającej na moim ramieniu. – Nie
możemy jej stracić.
Nie jestem generałem ani strategiem, ale nie dziwi mnie rozumowanie Farley. Jestem
dziewuszką od błyskawic – żywą energią elektryczną, błyskawicą w ludzkiej postaci. Wielu zna
moje imię, moją twarz i moje umiejętności. Jestem cenna i potężna, dlatego Maven zrobi
wszystko, żeby mnie powstrzymać przed kontratakiem. Chociaż wiem, że mój brat jest taki sam

i w życiu nie widziałam nikogo ani niczego. – Wojowniczka się prostuje. nie damy”. Wojna to jego naturalne środowisko. – Naślą na nas kwiaty? – Samoloty odrzutowe – poprawia go Cal. Będą jedynie krążyć. Muszę jednak zaufać Shade’owi. przed którymi musicie uciec. pilnować obrzeży. że planujecie ucieczkę. sterowane przez jednego pilota. srebrne kadłuby. – Wypuszczą Lwie Paszcze – oznajmia ponuro. idealne do ataku na cele miejskie. Próbuje uśmiechnąć się szelmowsko. niesamowicie zwrotne. w dłoniach ściska karabin przewieszony przez klatkę piersiową. lekko chwiejąc się na nogach. nie mam pojęcia. – Mam nadzieję. ale pytanie wycelowane jest w Farley. przerywając milczenie. co robić. Jest żołnierzem z krwi i kości. Kilorn wybucha śmiechem. co byłoby od niego szybsze. jak za dawnych czasów. Nie drga mi nawet powieka. W pociągu rozlega się szczęk broni. Nie potrafię się powstrzymać. żeby mnie rozśmieszyć. Za to Cal siedzi bez ruchu. Spogląda na mnie łagodnie. aby stanąć koło mnie. Wykorzystajcie go. Wojowniczka milczy. Teraz czuję jedynie lekkie ukłucie w sercu. a my właśnie ją rozpętaliśmy. przesuwa się. Przyleci dywizja. ale taki wzrok to dla mnie nie pierwszyzna. jak gdyby przeszył mnie rozżarzony pręt. – Pomarańczowe skrzydła. w jaki sposób mógłby ochronić mnie przed przewrotnym nowym królem. gwardziści szykują się do wysiadki. ale jego zielone oczy są poważne i czai się w nich lęk. a to Calowi wystarcza. Chociaż ma najwięcej powodów do obawy – skuty. co daje razem czterdzieści osiem rakiet. do tego dojdą strzały z lekkiej amunicji. żeby nie wypalić: – On też wie. otoczony wrogami i ścigany przez brata – wydaje się pogodny. że kolejna udana ucieczka wydaje się przy nich pestką. – Wiem. przyglądając mu się z niesmakiem.jak ja. wie. – A odrzutowce to najmniejsze z naszych zmartwień. Każdy uzbrojony w cztery pociski. „Jak to jest. W końcu na moich oczach rozegrało się tyle niewiarygodnych zdarzeń. Kilorn. Patrzy na mnie. . – Farley sztyletuje mnie spojrzeniem. jak będą chcieli nas powstrzymać. że nie zamierzacie walczyć – odzywa się nagle. nawet jeśli wykonanie powierzonego mu zadania graniczy z cudem. – Niech cię o to głowa nie boli. niemal spokojnie. – Mam nadzieję. – Zna ich metody. Dacie sobie z tym radę? Odpowiada mu cisza. „Nie. kiedy ktoś cię wykorzysta?” Rzucił mi te słowa prosto w twarz w lochach pod Kościńcem i wtedy poczułam się tak.

Stojący za mną brat jest równie zdeterminowany jak ona. jak gdyby każdy krok pieczętował powzięte postanowienie. wyczuwam. albo w lochach. by umrzeć. z radością oddałabym się w ręce Srebrnych. Jej buty dudnią o metalową podłogę niczym młoty. zamyśla się na krótką chwilę. gdy jest przyparta do muru. Spuszcza wzrok. – Maven tak czy inaczej was zabije. że będzie zwalniał. Wie. Dociera do mnie. Jeszcze zanim skład zaczyna wytracać prędkość. co się tu rozegra. jakie rozkazy wydałby. że oni wiedzą więcej niż my i na razie nie chcą się tą wiedzą dzielić. gdyby znalazł się po drugiej stronie barykady. po czym rusza na przód pociągu. który ma zbyt wiele powodów. – Nie możemy się na to zgodzić – oznajmiam. Cal jest mniej surowy. że nie można mnie poświęcić. Jest to gorzka prawda. piechota rozprawi się z niedobitkami. Jeszcze wczoraj. żeby ocalić choćby Kilorna i brata. Zginiecie wszyscy. że drastyczne opisy zbliżającej się zagłady na nic się nie zdadzą. – Król wcale nie liczy na to.trzymać nas w szachu. w jej głosie pobrzmiewa pogarda. dopóki nie przybędą oddziały lądowe. – Odrzutowce obrócą ruiny miasta w perzynę. Cal parska szyderczo. Teraz wiem. zaledwie osiemnastoletnim. Wciąż jeszcze jest chłopcem. zbywając tym gestem zarówno słowa Cala. ale na niego nie patrzę. tyle że on wciąż jeszcze się boi. Powoli wciągam powietrze. jaką cenę można zapłacić. grzebiąc większość z nas pod gruzami. zanim zaczęło się to całe szaleństwo. Przytakuje skinieniem głowy. podczas gdy jego palce drżą. Maven pokazał nam wszystkim. I muszę chronić innych. Przepływ . – Otoczą nas i postawią warunki. – Co więc proponujesz? – pyta. Kolejne poświęcenie. jak i Kilorna. słysząc buńczuczną deklarację Kilorna. nachylając się nad Calem. Masakra to delikatne określenie tego. Czuję na sobie ciężkie spojrzenie Kilorna. Ale teraz… teraz wiem. – To nie nam pisana jest dzisiaj śmierć – rzuca krótko Farley. a nie Maven. jeśli oddacie Mare i mnie. Będziecie mogli uciec. że się poddamy – mówi. – Bezwarunkową kapitulację? Na twarzy Cala odmalowuje się coś na kształt odrazy. Zastanawia się. jednak milczy. albo w walce. i zbyt mało. Gdyby królem był on. Nie zniosę jego oceny. że jestem wyjątkowa. Podobnie jak pozostali buntownicy gotowy jest zrobić wszystko dla dobra sprawy. – Lepiej więc ginąć z bronią w ręku – oświadcza Kilorn przesadnie donośnym głosem. aby żyć. nawet dziś rano. Farley lekceważąco macha ręką. jeśli zbyt pochopnie obdarzy się kogoś zaufaniem. Dumna Farley nie spuszcza z tonu nawet teraz.

Maszerujemy ulicą na wschód. które miały dokończyć dzieła zniszczenia w Mieście Ruin. że mam wrażenie. iż można go dotknąć. który przyprawia mnie o dreszcze. kiedy byłam nikim. chcę ufać Shade’owi i Kilornowi. Na razie nigdzie jeszcze nie widać niebezpieczeństwa. Pogrążeni w milczeniu. Jest zimno. nie słychać nadlatujących odrzutowców. uzbrojeni i zamaskowani gwardziści wyglądają na prawdziwych żołnierzy. a swoją zniszczył. Maven może zmusić mnie. jaką masz siłę. do czego doprowadziła nas moja ufność wobec Mavena. gdy tańczyliśmy w blasku księżyca. Jest więźniem. * Wita nas cisza. zrodzony we krwi i zdradzie. zjednoczeni przeciwko Mavenowi. niż zapamiętałam. Pozostali zdają się nie zaprzątać sobie tym głowy. Łączy nas sojusz – niełatwy. nie po tym.prądu zmniejsza się i słabnie. Elektryczność krążąca w moich żyłach to chyba jedyna rzecz. Nie mogą się równać z tym. Przypominają mi się dawno minione dni. gdy zbliżamy się do podziemnej stacji. abym . moje z a ś l e p i e n i e. przeciwko wszystkim. co po wyjściu na powierzchnię zobaczymy nad głowami – białą mgłę czy odrzutowce o pomarańczowych skrzydłach. Farley żwawym krokiem prowadzi nas od stacji w stronę szerokiej opustoszałej alei. do której mam zaufanie. że niczego na świecie nie jestem teraz pewna prócz własnej siły i umiejętności. w każdym zacienionym sklepionym przejściu mogą czaić się Srebrni gotowi rzucić się do gardła gwardzistom. Tym jednym gestem odmienił moją przyszłość. Jednak mimo to nadal coś mnie do niego ciągnie. wrogiem. wilgotna mgła. pory przemiany i śmierci. Jesteśmy sprzymierzeni. Wysokie. w powietrzu czuć chłód jesieni. ale ja wiem swoje. Nie mam pojęcia. Budynki wokół nas przypominają ściany przepastnego kanionu i wydają się bardziej poszarzałe i popękane. co na nas czeka. Zawierzenie Calowi w ogóle nie wchodzi w rachubę. Kilorn przepycha się w moją stronę i rozdziela nas. gdyby tylko mógł – gdyby miał dokąd uciec. Za każdym załomem wyszczerbionego muru. odprowadzają nas spojrzeniem pustych okien. przez którą niebo wydaje się tak niskie. – Pamiętaj. Srebrnym. Pamiętam pochmurnego młodzieńca. który lada chwila się rozpadnie. zanim zdążę odpowiedzieć. Nad ruinami Naercey wisi szara. który podarował mi srebrniaka. sprawnie i zdecydowanie wysiadają z pociągu. – Przygotuj się – tuż przy uchu słyszę szept Cala. przeciwko światu. w kierunku spowitego mgłą nabrzeża. częściowo zawalone budowle nachylają się nad nami. ale nie mogę sobie na to pozwolić. który zdradziłby nas. którzy nas zdradzili. Chcę wierzyć Szkarłatnej Gwardii.

Spodziewała się.patrzyła. jak wybija buntowników jednego po drugim. Dopiero po chwili uzmysławiam sobie. Pamiętam. jaką jest szybka. Otworzył przed matką swój umysł i pozwolił jej grzebać w nim do woli. bezbolesna śmierć. Kobieta zamiatająca góry pyłu. ale mimo to Shade mnie słyszy. Kilorn idzie zaraz za mną. jak w lochu drżącymi palcami chwycił mnie przez kraty. „Myliła się”. „Miał na imię Thomas i widziałem. „Albo co gorsza – przelatuje mi przez głowę – w ogóle nie pozwoli mi umrzeć”. Nigdy nie dam mu tej satysfakcji. „Nie”. Dwóch krzepkich żołnierzy prowadzi za nią Cala. odpowiadając na moje pytanie. żeby ten ktoś naprawdę żył. Została nas jednak zaledwie garstka. zdarzały się również chwile. „Nie ma uciekinierów”. – Za mało nas. dzieci chowające się w kanałach. Nie . Zastanawia mnie dziwna głęboka cisza. Mój były narzeczony wyjawił wszystko dobrowolnie. – Możesz myśleć o Farley. Prędzej zginę. za kogo go uważałam – zagubionego i zapomnianego księcia. ale w tym momencie żołnierz przed nami się zatrzymuje. Większość zginęła. wszyscy ranni. Chcę wycisnąć z niego więcej. co chcesz. rozglądają się niespokojnie na boki. jak gdyby chciał się uśmiechnąć. w których odsłaniał przede mną swoje serce. góra trzydziestu. cienie moich Czerwonych braci i sióstr – wszyscy zniknęli. jak umiera”. że ty lub Maven wydacie nas podczas tortur. żeby dalej walczyć. która panuje w ruinach Naercey. Chciałabym. Teraz królowa rozporządza tymi wszystkimi informacjami. Leżąca nisko mgła tłumi mój głos. nawet jeśli uda nam się uciec – szepczę do brata. że on również ma serce. Mimo że Maven mnie okłamywał. że ich twarze są obwiązane czerwonymi maskami. Przez to. dlaczego tak jest. l i s t a. Nie mógł ocalić tamtego chłopaka. – Wczoraj wieczorem po ucieczce z Archeonu wydała rozkaz ewakuacji. Za nami maszeruje gromada gwardzistów. Podziemny pociąg. które wryło mu się w pamięć i które przypomina o tym. źle uformowana kolumna uzbrojonych mężczyzn i kobiet. tak samo jak rozporządza swoim synem. Ale na swój przewrotny sposób może ocalić mnie. Kąciki jego ust drgają. Nie trzeba było torturować Mavena. Zostaliśmy tylko my. Jednak chociaż staram się ze wszystkich sił. nie potrafię zapomnieć tego. trzymając go mocno za ramiona. tajemne miasto. jeszcze zanim zdążam je zadać. Żeby istniał nie tylko w mojej pamięci. przypominają postacie z koszmarów. – O to się nie martw. I pamiętam też imię. Może pozbawić mnie luksusu. Myśl o tym niczym dotyk Srebrnego Mroźnego ścina mi krew w żyłach. Farley kroczy na czele. ale ona nie jest głupia – odzywa się Shade.

Dwanaście sylwetek w kształcie strzały przecina niebo. zadziera głowę i wpatruje się w sine niebo. Za bardzo jestem zajęta gapieniem się w niebo i wpatrywaniem w skrzydlatą śmierć. która krąży nad nami. Ledwie go wyczuwam. Cała budowla przechyla się. ale maszyny są zbyt daleko. Tylko Cal patrzy w ziemię. Farley chwyta gwardzistkę. Mogę jedynie przyglądać się im z przerażeniem. że ramiona ma przygarbione. To jedyna oznaka zasmucenia. zrobione ze stali i szkła powyginanych w niewiarygodny sposób. których dotyczy kolejny rozkaz. gdy samoloty ukazują się moim oczom. mknie w dół tak szybko. ale ja jej nie słyszę. Nasze spojrzenia się krzyżują i wtedy zauważam. pomarańczowe skrzydła raz po raz wyłaniają się z chmur. jak gdyby nad naszymi głowami coś zataczało koła. Kawałki ścian osuwają się na liczące kilkadziesiąt wieków filary. na którą sobie pozwolił. Spowija nas brunatnoszary obłok i choć pilnujący Cala gwardziści kucają. Kołują z wyciem nad Naercey. do parku! – Mój brat przytakuje skinieniem głowy. czego jeszcze nie widać. jak wygląda narzędzie naszej zbliżającej się zagłady. i dźwiga ją na nogi. Idąca na przodzie Farley unosi pięść.tylko zresztą on. że są niegroźnymi. – Na północ. nieludzki ryk. on – tak samo jak ja – dalej stoi. żebym mogła na nie wpłynąć. dlatego mimowolnie rozdziawiam usta. Następny pocisk pruje w kierunku pobliskiego budynku i zagłusza słowa Farley. Mechaniczny odgłos przybliża się i oddala. Przy ich budowie na pewno pomagali Żeleźcy – kto inny mógłby sprawić. głęboko w piersiach czuję dudnienie. ale ja się nie cofam. że metal l a t a ? Niebieskawe silniki zamontowane pod skrzydłami odrzutowców iskrzą. że płynie w nich prąd. które łamią się niczym wykałaczki. Nigdy nie widziałam odrzutowców w świetle dnia i z tak bliska. które przyleciały obejrzeć zniszczenia pozostałe po stłumieniu buntu. po czym znów w nich znikają. Teraz nie tak łatwo mnie przestraszyć. Nagle jednak szary kawałek metalu odrywa się od jednej z maszyn i wlokąc za sobą smugę dymu. Można by nawet udawać. a następnie upada powoli jak we śnie. I jak gdyby to coś miało towarzyszy. – Rozproszyć się! – wrzeszczy. Powietrze przeszywa odległy. że z trudem nadążam za nim spojrzeniem. jego obecność jest niczym muśnięcie oddechu. Nietrudno jednak domyślić się. szukając we mgle czegoś. tarasując nam drogę. a to znaczy. Gdy góra gruzu zwala się na ulicę. wskazując boczne uliczki. która przypadła do ziemi najbliżej niej. On dobrze wie. Ułamek chwili później nad domem wykwita czerwonopomarańczowy pióropusz ognia i wybuch niszczy całe piętro popadającego w ruinę budynku. Latające maszyny tak samo jak motocykl Cala są piękne. Wpada prosto na budynek stojący przy alei niedaleko od nas i znika w pustym oknie. nie wyłamując się z szyku ani na chwilę. ciekawskimi ptakami. Chmura dymu i pyłu leci prosto na nas. Farley wywrzaskuje rozkazy gwardzistom. Pozostali również podnoszą spojrzenia. co . najwidoczniej zrozumiawszy komendę. do tuneli! – Wyciąga rękę w stronę tych poruczników. – Shade.

dziwadeł. że znów jesteśmy w domu. I wolałbym pobiec. słysząc moje pytanie. tym gęstsze stają się zarośla. Shade wie o tym równie dobrze jak ja. Bierze mnie pod rękę i ściska tak mocno. dopóki on nie zdecyduje się jej ujawnić.woła. – Dokąd zabierają Cala? Kilorn marszczy brwi. ochrania nas przed zagrożeniem z nieba i po chwili już tylko słyszymy odrzutowce krążące coraz niżej nad miastem. Gdy Shade w końcu gwałtownie się zatrzymuje. to dla dobra innych. które mogłabym przywołać. Jednak ta moc podobnie jak moja jest głęboko ukryta i pozostaje niewidzialna. stawić opór. Jestem cenniejsza niż pozostali. Dla setek osób z listy – podobnych nam mieszańców. wybryków natury. Zaniedbany od wieków park. Brat spogląda w górę między konarami drzew i czeka. którzy naszą klęskę bez wątpienia przypłacą życiem. który przemienił się w wymarłą dżunglę. Ruszam razem z nim. szukając przygód i kłopotów. Im głębiej wchodzimy. Kilorn depcze nam po piętach. z pewnością skupiłyby uwagę odrzutowców i odciągnęły je od uciekających gwardzistów. włóczymy się po Palach. walczyć. Znam dobrze to uczucie zmęczenia przychodzące po korzystaniu z mocy. I oceanu. sękate pnie i gałęzie przypominają zniekształcone palce. ale oprócz niego nie ma z nami nikogo. Tutaj jednak znajdujemy jedynie kłopoty. a jego wryte w ziemię obcasy zostawiają czarny ślad. oszczędzać siły. – Dokąd biegniemy? – pytam. . Ale nie mogę tego zrobić. cenniejsza niż czerwone chusty i bandaże. jest za daleko. zanim one zniszczyłyby mnie. że z trudem można się poruszać. ciężko oddychając. ani zamaskowanych czerwonymi chustami postaci uciekających w ruiny miasta. Ja i Shade musimy przetrwać – jeśli nie dla dobra sprawy. Czerwono-Srebrnych dziwolągów. – Niedługo mogą mi być jeszcze bardziej potrzebne. Przez chwilę mogę udawać. jak gdyby mógł w nich dostrzec jego umiejętność. – Nie jednym skokiem. – Oczy mu pochmurnieją. Jakaś część mnie pragnie zostać. że niemal zostawia siniaki. Możesz nas tam zabrać? – Patrzy na ręce Shade’a. Odpowiada mi Kilorn: – W stronę rzeki. a co dopiero walczyć. aż kołujące odrzutowce odlecą dalej. Brat kręci głową. oglądam się za siebie. „Kryć się”. wycieńczenia tak ogromnego. Fioletowo-białe błyskawice. Prawdopodobnie unieszkodliwiłabym parę samolotów. pozwalam mu wyprowadzić się z szerokiej alei i zanurzyć w szaro-zielonej plątaninie drzew i przerośniętych krzewów wdzierających się na ulice. Kilorn staje obok z karabinem bez sensu wycelowanym w niebo. Nie widzę już ani ulic. Przytakuję skinieniem głowy.

Na północ od nas eksploduje . Dopiero w następnej chwili orientuję się. gdzie jesteśmy. Jeśli mamy uciekać. Nie przesadzam i Kilorn o tym wie. Mógłby walczyć r a z e m z nami. Zrywa chustę. – A powinno – odpalam. że… przeskoczyłem. – Byłem naiwny. – Powiedzmy. odsłaniając kamienie i asfalt. Serce mi łomocze na myśl. zróbmy to teraz. chociaż w moim głosie pobrzmiewa wahanie. w którym niemal można zapomnieć o naszej beznadziejnej sytuacji. możesz zabierać się ze mną – wyjaśnia. cały ś w i a t. Znajdujemy się na środku ulicy. – Tędy. W jednej ciemnej. W następnej stoimy po drugiej stronie parku i patrzymy na szary gąszcz drzew. I o ile trzymasz się blisko. jeszcze mocniej przyciska się do mnie. prawie niewidoczną ścieżkę. że kiedyś wyrośniecie z tych waszych sprzeczek – odzywa się Shade. zupełnie niepasującym do okoliczności takich jak odległy ryk odrzutowców. dusznej sekundzie wszystko się kurczy i ścieśnia. pędzimy dróżką. Nie ma z nami księcia. Brat i Kilorn dziwnie na mnie patrzą. – Przy pierwszej lepszej okazji ucieknie albo nas pozabija – odburkuje Kilorn. to na ścieżkę. wyczuwam bicie ich elektrycznych serc. coraz bardziej się oddala. Przed oczami staje mi ogień Cala. Odrzutowce jednak szybko przypominają mi. po czym rusza w stronę następnej alei i ciągnie mnie za sobą. Koncentruję się na odrzutowcach. Kilorn zaś rusza przed nami i narzuca szybkie tempo. – Ty… Shade wyszczerza zęby w wesołym uśmiechu. z której zmieciono ziemię. – Odlatują. Mechaniczny puls słabnie z każdą sekundą. od metalu po ludzkie ciało. odsłaniając grymas niezadowolenia. ale ja go nie przepraszam. Znów bierze mnie pod rękę. To powietrze. – Gdyby chciał. „Nie. – Shade wskazuje wijącą się między drzewami wąską. która zwęża się coraz bardziej. Kilorn zaciska szczęki i cedzi przez zęby słowa przeprosin. stając między nami. Płomienie pochłaniające wszystko na swojej drodze. – A ja myślałem. więc nie trzeba się nim przejmować”.– Nic mnie to nie obchodzi. nie powinno go to obchodzić. aż w końcu starcza na niej miejsca tylko dla jednej osoby. spoglądając to na Shade’a. że to nie Shade na mnie napiera. z którego wyłania się Kilorn. – On mógłby nam pomóc się stąd wydostać. Jednak Shade zamiast mnie puścić. – Ale on był przed nami – mamroczę. że przed chwilą t e l e p o r t o w a ł a m s i ę w miejsce. ale nie protestują. Ani mnie. już by nas zabił – oznajmiam. nad naszymi głowami powoli przesuwają się chmury i dym. Ocierając się o zwisające nisko gałęzie. który maluje się na jego twarzy.

Kilorn z łatwością dotrzymuje nam kroku. Poznaję to po jego twarzy. Shade nie musi pytać. który wali się z hukiem równym trzęsieniu ziemi. Zostawiamy w nim odciski stóp. że powoli przestaję czuć ich zapach. obsypując nas kolejną warstwą szarego kurzu. wraz z nimi dociera do nas słony zapach morskiego powietrza. – Książę idzie z nami. Wokół nas potłuczone szklane ściany. Na wschodzie przez tumany kurzu i dymu przebija się kawałek czystego nieba i snop promieni słonecznych. Shade jest żołnierzem. Nie miał łatwego życia i nauczył się wiele znosić. którą rzucam. – Nie ufam niczyim słowom. Mimo to moja postawa go rani. „Co tutaj kiedyś było? – zastanawiam się przez chwilę. nawet gdy z nieba leci popiół niczym śnieg.kolejny pocisk i rozsadza budynek. Na samą myśl o nauczycielu przeszywa mnie ból. Po chwili jesteśmy znów na głównej alei. Nigdzie jednak nie widzę Cala i ogarnia mnie przerażenie. żelazne szkielety budowli i bielejące płyty ekranów ochronnych wznoszą się niczym upiorny pałac ruin. Dym i ogień stały się dla mnie czymś tak normalnym. kończę więc rozważania. Doskonale to wie. Chmura pyłu sunie w naszą stronę. Odległy huk eksplozji nie zagłusza jednak dudniącego i bardziej niepokojącego odgłosu. Odpowiedź. Shade wie. Na zachodzie pierwszy wysadzony budynek leży niczym powalony olbrzym. dokąd iść i którędy uciekać. który rozlega się coraz wyraźniej. . Kolejny pocisk przecina powietrze i wybucha kilka ulic dalej. mimo że dźwiga ciężki karabin. blokując drogę powrotną do pociągu. obiecuję sobie. Masz moje słowo. W szarym krajobrazie dostrzegam kilka przemykających między gruzami czerwonych chust i rozglądam się za znajomą sylwetką. – Nie ruszę się bez niego. o kim mówię. łamie mi serce. Być może będą one ostatnimi śladami naszej obecności na tej ziemi. O ile istnieje dla nas jakieś „później”. – Julian na pewno by wiedział”. Tupotu tysiąca maszerujących butów. „Później go przeproszę”.

że go nie porażę. ale karabin w jego dłoniach drży. Maszerujący ulicami żołnierze zbliżają się od północy. który sprawia. – Patrz. – Kilorn. Jednak nawet on nie przewidział tego. – Musimy biec dalej – mamrocze Shade. nie ma gdzie się ukryć. Shade i Kilorn odskakują. To słudzy w czerwonych płaszczach. . co tchu pędzą aleją. co ujrzały nasze oczy. Jedynie zwichrowany umysł nowego króla mógł wpaść na taki pomysł. Gdy kładę rękę na jego ramieniu. albo cię zostawiamy. Nie ma dokąd pójść. za daleko. usiłuję przyjrzeć się żołnierzom przez chmurę pyłu. nawet gdyby n i e c h r o n i ł a go ludzka tarcza. Cal nam o tym powiedział. dzięki czemu zyskujemy kilka sekund. o s t r z e g ł n a s. że zaciskam zęby. co należy zrobić i co z i g n o r o w a ć. Część gwardzistów rzuca się do ucieczki. w co są uzbrojeni. Idący na czele armii w ogóle nie są żołnierzami. które noszą Srebrni żołnierze. ale niby dokąd? Za nami są tylko rzeka i morze. Odziani od stóp do głów w czerwień wyglądają jak zlani krwią. że Maven w ślad za odrzutowcami wyśle legion. Może i zdołaliby uciec. Kilorn wydaje pełen wściekłości warkot. Teraz oddanie celnego strzału graniczyłoby z cudem. wybuchające pociski i komendy wywrzaskiwane przez Srebrnych oficerów chowających się za Czerwoną tarczą. Zgrzytliwy dźwięk sprawia. w czerwonych chustach. żeby przeżyć. Robi krok do przodu. nie odsuwa się. albo w tym momencie idziesz z nami. aby popatrzeć na nadciągającą zagładę. ale armia Srebrnych nie potrzebuje broni. Postacie maszerujące w pierwszym szeregu nie mają na sobie szarych mundurów. w czerwonych tunikach. że przybędą żołnierze. składa się do strzału. jak cała drżę. Nie widzę jeszcze. Iskry zdążyły już zniknąć – wie. Jedyne. że od wewnątrz i na zewnątrz przeszywa mnie elektryczny dreszcz. co wymyślił Maven. wie. Czuję wstrząs. Chociaż w jego oczach płonie gniew.Rozdział 2 Powietrze gęstnieje od popiołu. żeby zabijać. po części zły. Armia maszeruje zadziwiająco powoli. zagłusza odrzutowce. co słyszę. Wiedzieliśmy. Po chwili dociera do mnie. aby można było dobrze wymierzyć i trafić w obrany cel. Mrużę oczy. to szczęk łańcuchów. Kilorn w milczeniu patrzy. spodniach i butach. – Wskazuję nasłane na nas wojsko. które z brzękiem ciągną się po ziemi. Kostki skute mają żelaznymi łańcuchami. – Mare! – woła Shade po części zaskoczony. Armia wciąż jeszcze jest po drugiej stronie alei.

podczas gdy świat wokoło się rozpada. pomagają otrząsnąć się z szoku. z każdym skokiem staje się coraz bledszy. Kilorn stoi w bezruchu. silniki. Odpowiada mi syk dobiegający zza zaciśniętych zębów: – Nieprawda. abyśmy mogli uratować z tego piekła kogokolwiek. – Daleko jeszcze? – Mój głos wydaje się cichy. nie mogę. Po chwili bieganie staje się zbyt niebezpieczne. W pewnym momencie nie słyszę już nic poza dzwonieniem w uszach. z sekundy na sekundę uderzają coraz częściej i bliżej. uważając. – Czekajcie – rzuca mój brat. że być może się zgubiliśmy. – M u s i s z coś zrobić. Jednak nasze umiejętności to za mało. który kiedyś z pewnością był wyższy niż . Kilorn wygląda gorzej ode mnie. aby odbić wyszczerbiony kawał metalu. gdy bracia szli na wojnę. Kilorn biegnie za nami. kręcę głową. przed którym Shade nie zdążyłby uskoczyć. kołującą coraz niżej. Shade chwyta mnie mocniej za rękę. Spogląda w górę na potężny szkielet budynku. aż krążące w górze jastrzębie nagle zanurkują i rzucą się na swoją zdobycz z dziobami i pazurami. kalecząc skórę twarzy i rąk. żeby nas nie wyprzedzić. gdy ogarnia nas ciemność i gdy rozlatujące się miasto pojawia się coraz bliżej. tnąc ubrania. Żołądek podchodzi mi do gardła za każdym razem. Szklane i stalowe budowle kołyszą się niczym trzcina na wietrze. jak gdyby wiedział coś. Jesteśmy jak myszy. Chociaż brat nadal trzyma mnie pewnie. biorę go więc za rękę i szepczę mu prosto do ucha w nadziei. ale mimo to wciąż biegnie naprzód. spojrzeniem miodowych oczu omiata okolicę. przywołuję iskry. Ja również nie próżnuję. obsypując nas deszczem ostrych srebrzystych odłamków.Słowa Shade’a otrzeźwiają mnie. którym zwracałam się do mamy. Połyskliwe lawiny roztrzaskanego szkła staczają nam się na głowy. zginają i łamią. zagłusza go wojenny zgiełk. że zaczyna się męczyć. na jego bandażach widnieje świeża krew. gdy tata miał napad duszności. Wyczuwam skrzydła. – Kilorn spogląda na mnie przez ramię. W gęstym od pyłu powietrzu nie widzę dalej niż na parę metrów. e n e rg i ę e l e k t r y c z n ą wyjącą nad nami. Przez chwilę z przerażeniem myślę. – Kilornie. czego my jeszcze się nie domyślamy. choćby siebie. nic nie możemy dla nich zrobić. Ruszamy pędem przed siebie. że zagłuszę brzęk łańcuchów: – Kilornie. – Mówię tym samym tonem. gdy wszystko się waliło. Shade zatrzymuje się nagle. Nadal jednak c z u j ę. Możesz ich uratować… Paląc się ze wstydu. Popiół i betonowy pył duszą i oślepiają. – Nie. wiem. Wybuchają kolejne pociski. które czekają. Łapie również Kilorna i przeskakuje z nami.

Evangeline i Ptolemejusz stoją na czele Żeleźców. że znaleźliśmy osłonę przed gradem kul. Choć częściową. niemal upada na spękaną ziemię.najbardziej strzelista z wież Palatium Słońca i szerszy niż wielki plac Cezara w Archeonie. Kilorn dyszy. jest ich zbyt wiele i są zbyt szybkie. że szkielet s i ę k o ł y s ze. . nie staje się dla nas osłoną. które odrzucają na boki stalowe belki i słupy. mogłaby odciąć nas od pościgu – jednak tak się nie dzieje. drugi pocisk rani go w nogę. Jednak kierowanie się miłosierdziem to kosztowny przywilej i być może przyjdzie nam teraz zapłacić za niego życiem. ale jego ciało. Krew szybko przesącza się przez prowizoryczny opatrunek. ale znam dom Samosów na tyle dobrze. moglibyśmy teraz mieć jakieś szanse. Tym razem życie ratuje mi nie umiejętność Shade’a. który przeszył jego mięśnie. że natychmiast ich poznaję. zaraz jednak nabiera pędu i spada prosto na nas i wokoło nas. gdybym ja okazała Evangeline tyle samo dobroci. zwalając się na ziemię. Kula przeznaczona dla mnie trafia mojego brata w ramię. podczas gdy gigantyczna konstrukcja zaczyna się przechylać. ciesząc się. Stoimy jak wryci. Jestem za daleko. – Trzymajcie się mnie! – Shade przekrzykuje łoskot i przyciąga nas do siebie. Chcą dokończyć to. musimy umknąć przed zawalającym się szkieletem budynku i nadciągającym wojskiem. Obejmuje Shade’a obiema rękami i ciągnie go w stronę wciąż jeszcze dymiącego leju po wybuchu pocisku. Szykuję się na nieprzyjemne odczucie związane z kolejnym skokiem. Nie puszczam brata. najpierw powoli. Bez namysłu wskakujemy do dołu. abyśmy mogli stawić im czoła. Choć na chwilę. chwiejąc się na osłabionych filarach od wieków popadających w ruinę. Jedno zagrożenie powinno pomóc nam uniknąć drugiego – poskręcana stal. Czuję strzał. Odgłos wystrzałów. jak tylko potrafię. Gigantyczna konstrukcja. jednak nic takiego nie następuje. aby dostrzec ich twarze. Zamiast chwilowego zamroczenia odczuwam jedynie duszność i słyszę znajomy dźwięk. Gdy odwracam się za siebie. do przodu i do tyłu. Rusza się z boku na bok. że niemal mam ochotę się wyszarpnąć. Odrywa rękaw swojej koszuli i bandażuje nim nogę Shade’a. niczym staruszek siadający na krzesło. którzy torują drogę wojsku. Nie dopuszcza do tego moc Srebrnych Żeleźców. Shade ryczy z bólu. krople potu spływają mu na brwi. widzę około dwunastu srebrnowłosych. ponieważ uzmysławiam sobie. ile ona okazała mnie. Kolejne kule ze świstem przecinają powietrze. czy ja również nie zostałam ranna. Gdyby Cal uśmiercił Ptolemejusza na arenie. podtrzymuję go. zakutych w czarne zbroje postaci. W następnej sekundzie ciarki przechodzą mi po plecach. która runęła przez siłę wybuchów i przyciągania ziemskiego. co zaczęli – zabić nas wszystkich. Kilorn bierze na siebie większą część ciężaru. ale nie mam czasu na sprawdzanie. Pozostaje nam jedynie ucieczka. Obejmuje mnie ramieniem z taką siłą.

zwiał. Jeśli nie ze względu na siebie. m u s z ę. to robicie! – Shade warczy przez zaciśnięte zęby. żółć. Ze wszystkich sił staram się opanować dygoczące ciało. Piechurzy mają na sobie szare wojskowe mundury. Za żadne skarby nie pozwolę. nie zawahają się więc zrównać miasta z powierzchnią ziemi. żeby znów odszedł. gdy miasto zaczęło się rozpadać. który zna się na wojnie lepiej niż my oboje razem wzięci. „Cal”. żeby nas zabić. a ja terrorystką. Nigdy w życiu nie uciekłby przed tym wojskiem. Ale jego pewnie już nie ma. Po chwili z wolna kręci głową. co mamy robić? – Zostawiacie mnie. Jedwabiści i Siłacze. zanim zdążę odpowiedzieć Kilornowi. Między przerwami w szeregu Czerwonych dostrzegam Srebrnych. To wojownicy ze Szlachetnych Domów. przed Mavenem ani . Zerkam ponad krawędź leja. że przyjaciel pyta mnie. aby osłonił nasz odwrót. najpotężniejsi wśród Srebrnych. a nie mojego starszego brata. żeby wyskoczyć z leja. mieszkając w pałacowych murach i walcząc na piasku areny. Przeskoczę do was. – Mare. usiłując wyczuć w ciele nie ból. Muszę go znaleźć. – Razem się stąd wydostaniemy. aby stwierdzić. Ziemia pod naszymi stopami drga w rytm kroków maszerującego legionu. Myślą. on by nie uciekł. Książę jest warty więcej niż stu wytrawnych żołnierzy. – Jeszcze nie. Widzę błękit. Kilorn przeklina pod nosem. Tylko widok krwawiącego brata i nierówny oddech Kilorna powstrzymują mnie przed tym. znajdujecie Farley. Pyta o rozkazy dziewczynę od błyskawic.– Dasz radę przeskoczyć? Brat marszczy brwi. – To co robimy? Nie od razu dociera do mnie. Chociaż tak naprawdę Kilorn zwraca się również nie do mnie – nie do Mare Barrow z Palów. że żołnierze są niecałe sto metrów od nas i szybko posuwają się naprzód. – Biegniecie do rzeki. To najlepsza tarcza. ale swoją siłę. towarzyszki zabaw. W s z y s c y razem. kim stałam się. złodziejki. czerń. oczy mu pochmurnieją. że Cal jest królobójcą. gdy tylko będę mógł. – Nie próbuj oszukać oszusta – rzucam. ale niektórzy ubrani są w zbroje ozdobione znajomymi kolorami. brąz i inne barwy. Dobrze znam to uczucie. wrócił ze świata umarłych. Nie żołnierza. Wodniaki i Psychicy. Kieruje pytanie do kogoś. Dopiero co odzyskałam brata. „Nie. stopił łańcuchy i rzucił się do ucieczki. to dla dobra sprawy.

pełen gniewu i nienawiści. ruszajcie. Po raz kolejny Kilorn posłusznie wykonuje moje polecenia. a Shade. gdy wyjdę jej naprzeciw. że cię zostawimy… Obracam się do Kilorna. która pulsuje mi w żyłach. Psychicy i Żeleźcy odblokowują przejście. Zgrzyt metalu trącego o kamień niesie się daleko po zrujnowanych ulicach. Po upływie jednej. Mimo to przybył tu. Nie skupiam się jednak na nim. Słowa zamierają mu na ustach. Armia stanie. chcąc nie chcąc. Jego głowę nadal zdobi ojcowska. Za nimi stają Srebrni. Jego spojrzenie omija mnie. niemal uginają się pode mną nogi. którzy ciężkie karabiny trzymają w rękach niczym zabawki. Ma na sobie czarną wypolerowaną zbroję i szkarłatną pelerynę. idzie w stronę wojska zbliżającego się z każdą sekundą. na którym nagle zapanowała cisza. ja miarowym krokiem ruszam na wschód. zataczając się lekko. – Tylko będę was spowalniał. Dobiega mnie znajomy głos Ptolemejusza. Kilorn wykonuje polecenie. W przeciwieństwie do starszego brata nie jest żołnierzem i nie zna się na dowodzeniu wojskiem. Gdy gramolą się na krawędź krateru i kierują na zachód. że Cal w ogóle żyje.przede mną”. Transportowce wojskowe. przerażająco długiej sekundy Czerwoni z brzękiem łańcuchów zwalniają i się zatrzymują. odsuwając na boki leżące na ziemi kawałki gruzu. Będzie musiała. ale nie jego samego. Wojsko jest na tyle blisko. Wyczuwam ich energię. że słyszę rozkazy wywrzaskiwane przez oficerów. ogromne pojazdy na gąsienicach. jeśli myślisz. wokół dłoni tańczą mi iskry. – Przeprosisz za to później – odpowiadam. – B i e g i e m. Spodziewałam się żołnierzy Mavena. Kilorn. W moim głosie pobrzmiewa oschłość i nieugiętość. Mam nadzieję. . – W Palatium Słońca nieżyjąca już pani Blonos nauczyła mnie mówić jak księżniczka. – Dalej. droga dla króla! – woła Żeleziec. Cofam się o krok. – Podnieś go. „Dziewczyna od błyskawic!” „Utrzymać szyk!” „Cel!” „Nie strzelać!” Najgorsza komenda pada na koniec. pomagając bratu się dźwignąć. jestem zdeterminowana. ale Shade ośmiela się protestować. hamują ze zgrzytem gdzieś na tyłach armii. kuśtyka razem z nim i zostawiają mnie samą. Mam nadzieję. że się nie mylę. co innego zaprząta moją uwagę. – Rozstąpić się. teraz zaś maszeruje między rozstępującymi się oddziałami. Gdy wychodzi zza szeregu Czerwonych. Z jakiegoś powodu wydaje się wyższy niż jeszcze dziś rano. – Mare. a towarzyszą mu Ptolemejusz i Evangeline. która nie zostawia miejsca na sprzeciw. wybrzmiewa głośno nad gruzowiskiem.

z Archeonu. ponieważ nie znam odpowiedzi na to pytanie. ale nie głupi i zna swojego brata lepiej niż ktokolwiek inny. które przepala mnie na wylot. którymi będzie się karmić poddanych. szydzi ze mnie. Może Maven chce pokazać światu. do czego doszedł dzięki swoim kłamstwom. swoim przyjaciołom. Być może stąd również udało jej się czmychnąć. odbija echem od ruin. – I głupia. co za chwilę się wydarzy. mocniej niż pozłacana zbroja. a Maven to przecież król łgarzy”. młody król zerka . Nawet z daleka czuję wzbierającą w nim wściekłość i gorąco spojrzenia. Oczy Mavena zdradzają tok jego myśli. – Czyżby ciebie też opuścił? Uciekł? Czyżby tchórz. – Powinni nazwać cię milczącą dziewuszką. powiedz tym szczurom. Słychać jedynie świst odrzutowców przelatujących nad naszymi głowami. że to koniec. Szkarłatna Gwardia uciekała już wiele razy – z placu Cezara. odrzucając ją niczym znudzony kot zabawkę. który zabił naszego ojca i chciał ukraść koronę. – Wybucha oschłym śmiechem. Wyzywająco unoszę brodę. Mimo to młody król wygląda tak. Muszą widzieć w nim nieszczęsnego królewskiego syna. Zawołaj ich. tak i tutaj nie zamierzam okazać gniewu ani strachu. milcząca dziewuszko. Tak samo jak na arenie. Są otoczeni. – Ich już nie ma. wbijając wzrok w ziemię. teraz zaś pragnie jedynie pomścić zmarłych. Jej srebrne włosy lśnią jak ostrze brzytwy.płomienna korona. – Myślisz. żeby dobrze wypaść przed arystokratami i żołnierzami. „Nie próbuj oszukać oszusta. jaką wspaniałą nagrodę zdołał ukraść. żeby ich śmierć była szybka. Król jednak odsuwa się od niej. Czerwoni milczą. żeby nie dać mu satysfakcji. Cóż by to był za wstyd! Jaka kompromitacja na początku panowania! – A zdrajca? – Głos Mavena zaostrza się. a my okażemy im łaskę i postaramy się. a wojsko mu wtóruje. upadły książę? Nie odpowiadam. jak gdyby stracił pewność siebie. który nigdy nie chciał korony. ale tym razem jego drwina jest jak nóż wbity w serce. Nie zmieni tego stek kłamstw. reszta świata zamarła. a jego głos niesie się aleją. Nie chcą patrzeć na to. nigdy bym tego nie zrobiła. Jest niegodziwy. chociaż nie pasuje do pola bitwy. Cal nigdy nie był tchórzem i nigdy się nim nie stanie. Maven znów wybucha śmiechem. że Cal zrobiłby coś takiego? Maven nie jest idiotą. Nawet gdybym mogła wydać taki rozkaz. Evangeline przybliża się do niego. – Gdzie mój nędzny brat. – Cóż. wziął nogi za pas i zaszył się w jakiejś dziurze? – Sili się na oburzenie. że wciąż jesteś odważna – odzywa się Maven. – Widzę.

przez chwilę jeszcze szybuje na ciężkich skrzydłach. Kiedyś zwracał się do mnie z życzliwością i czułością. „Nie ma czasu na ból”. rozrzuca na boki płaty asfaltu i dziesiątki ciał. nie wiem. Znów kłamie i oboje doskonale o tym wiemy. Rzucam się do ucieczki. czekając na odpowiedni moment. Być może jestem pułapką. – Myślę. gdy słyszę. że zostałaś sama. odbijają się jednak od niej i padają na ziemię niczym kupki przypalonego mięsa i drgających kości. Mare – cedzi cicho. Teraz wypluwa moje imię niczym przekleństwo. odkąd zostałam dziewczyną od błyskawic. Sięgam po tę energię – tak jak się nauczyłam. – Twoi przyjaciele zniknęli. wszelkich kabli i przewodów. teraz jednak leci prosto na nich i mijając szereg Czerwonych. Chwilę później rozlegają się pierwsze strzały. co mi zrobił. Przez ułamek chwili znowu wyglądamy jak dobrzy przyjaciele. zwala się na tłum Srebrnych. usuwając cię z tego świata. niemal zahaczając skrzydłami o szczyt pobliskiego rozpadającego się budynku. Żeleźcy z domu Samos i Psychicy z domu Provos nie są wystarczająco szybcy. jedynym w swoim rodzaju wybrykiem natury. przynętą na szczura. przejmuję – i o d ł ą c z a m. aby powstrzymać odrzutowiec. i zaczynam czuć ból. I jesteś czymś obrzydliwym. Jest na niego za duża. jestem więc trudnym celem. co się dzieje. Dziób samolotu pochyla się ostro w dół i choć maszyna zaczyna spadać. Nieliczne kule. W każdej z nich może ukrywać się Cal. Przejmuję ją tak samo. który zapanował w oddziałach Mavena. jak przejmowałam energię lamp. Jest blisko. którego kiedyś nazywałam narzeczonym i przyjacielem. ale biegnę zygzakiem. kamer. tuż za mną mknie błyskawica. jak wymawia moje imię. Nawet ten kawałek metalu wie. powtarza głos w mojej głowie. Paru z nich usiłuje przebić się przez elektryczną tarczę. którzy próbują mnie dogonić. Jej zadaniem było przelecieć nad aleją.ukradkiem na ulice odchodzące od spustoszonej alei. Na podobnej zasadzie miałam się rozpaść na kawałki ja sama . aby osłaniać legion i króla. Tym razem wtóruję mu. Przegrałaś. Fioletowo-białe iskry osłaniają moje plecy. przechodzi mnie dreszcz i otaczają wspomnienia. jego korona się przekrzywia. Gdy Maven porusza głową. inaczej wracałyby do mnie w koszmarach. Z b y t b l i s k o. Gdy samolot z ogłuszającym łoskotem eksploduje. że nie widzę ich twarzy. Kto by jednak tak pomyślał. Nie zamierzam przyglądać się chaosowi. Wyczuwam jego elektryczne serce. dzięki którym jakimś sposobem utrzymuje się w powietrzu. rozlatują się z hukiem. chronią przed Zwinnymi. Dobrze. który ryjąc dziobem po ulicy. Okażemy wszystkim łaskę. tak jak nieraz już to robiłam. że nie należy do niego. warkoczące silniki. gdy zanosi się pustym śmiechem. które mimo wszystko trafiają w tarczę. siła wybuchu niemal zwala mnie z nóg i jeszcze bardziej spycha do tyłu. nie mógłby się bardziej mylić. Pomimo tego wszystkiego. Nad nami przemyka odrzutowiec. aby zaatakować. Przez chwilę nic nie słyszę.

nas jednak omijają. powietrze przeszywane jest wyciem Zawodziciela. którą Wodniaki usiłują zalać miasto. Nade mną znów rozlega się ryk odrzutowców. strzelają wysoko w niebo i rozpełzają się po zniszczonej ulicy. Wygląda to niemalże pięknie. aby rozstąpiła się. z której zniknęły kajdany – książę albo sam je roztopił. Przez szalejącą wichurę z trudem dostrzegam rysy twarzy. płomienie buchają z większą mocą. że tracę równowagę. Te wszystkie zdarzenia wydają się teraz tak bardzo odległe. Jednak tym razem płomienie są silniejsze. czuję. F a r l e y. chociaż parzy skórę. a ich rozgrzane do niebieskości jęzory wydają się lizać chmury. albo ktoś mu je zdjął. Oczy pieką mnie od wody i pyłu. ma podarte ubranie. jak między palcami przecieka mi krew. które przeciął. Okazuje się jednak.podczas Królewskiej Próby. Za nią na tle płomieni odcina się ciemna. podmuchy wiatru są tak silne. ale w tym momencie szoruję twarzą po asfalcie. Burza ogniowa tworzy tarczę. Psychicy i Siłacze wyrzucają kupy gruzu pod samo niebo. jednak fala gorąca zamiast mnie pochłonąć. co robi: kieruje ścianą ognia tak. Kiedy się obraca. Gdy upadam. Umiejętności i pociski Srebrnych ścierają budynki i ulice na proch. Spadają kolejne pociski. Nie przeszkadza im to jednak w odpaleniu pocisków. ale mimo to mocno mnie trzyma. podsycają je tlen i wściekłość. Silne dłonie chwytają mnie bezceremonialnie i dźwigają na nogi. że niemal oślepiają. kolejny pocisk przelatuje nade mną tak nisko. jasne włosy lśnią w blasku ognia. Ruiny Naercey trwają niezmiennie od dziesiątek wieków. znajoma sylwetka. czy umrę ze spalonymi brwiami. Szał zniszczenia dopadł wszystkich i nie oszczędza niczego. Eksploduje niedaleko mnie i w następnej sekundzie gorąco przenika wykonaną w pospiechu tarczę z błyskawicy. która tak jak wtedy na arenie chroni nas przed królem i jego żołnierzami. . Z kanałów tryska woda. Żeleźcy skręcają i łamią stalowe konstrukcje. od którego pękają szyby i które znów powala mnie na ziemię. ale tym razem samoloty przelatują wysoko. Wybuchy wywołane przez Niweczników wstrząsają ziemią i sprawiają. Jest bez broni. mięśnie jej drżą. jest do wytrzymania. gdy Srebrny wojownik pewnymi ruchami wyciągniętych ramion systematycznie zmienia nadlatującą zagładę w ochronne pole. zostawiając na nim krwawą smugę. Gdy się podnoszę. ale tego dnia z pewnością nie przetrwają. Zasłaniam uszy dłońmi. Nieraz w życiu potykałam się i upadałam. przy okazji wymywając z podziemnych tuneli garstkę ukrywających się w nich gwardzistów. gdy spadłam na sztuczną elektryczną tarczę rozciągniętą nad areną. zatrzymuje się i. Nad gruzowiskiem szaleje rozpętany przez Wietrznych huragan. Powstrzymuje ogień wyciągniętą ręką. ale Calowi udaje się je zatrzymać i przejąć ich siłę do wzmocnienia tarczy. że czuję drganie powietrza. Zastanawiam się przez chwilę. Cal dobrze wie. że rozdzierający krzyk przez przypadek mnie ocalił. otoczyła nas i ponownie się zamknęła niczym strumień wody oblewający głaz.

Wiedząc. Razem mamy szanse. – Nie idę bez niego! – wrzeszczę po raz drugi tego dnia. Dostrzegam nawet niezgrabne sylwetki Kilorna i mojego brata kuśtykających tam. Musieliśmy ratować się nawzajem podczas walki na arenie. Uważałam Srebrnych za niezwyciężonych. W Naercey jest o wiele mniej źródeł energii elektrycznej niż w Archeonie czy choćby w Palach. co zdoła opaść. którzy zwartym szykiem ruszają w naszą stronę. Wtedy płynnym ruchem się obracam. Mare – warczy wojowniczka i ciągnie mnie za sobą. którą rozpętałam. Przez chwilę pozwalam się prowadzić. za bogów chodzących po ziemi. jestem za bardzo obolała. Ochraniając własny odwrót. wyciągam dłonie i sięgam po to. i na odwrót. mimo że krępują mnie bandaże i wciąż czuję się ogłuszona wybuchem. w ich miejsce pojawiają się błyskawice. Większość wody natychmiast zamienia się w parę. Siłacza z domu Rhambos i Wodniaka z rodu Osanos. do czego Farley chce m n i e zmusić. wyższa i silniejsza ode mnie. Farley jest większa. Oni zaś o mało nie zabili mnie i Cala. abym oprzytomniała i zrozumiała. – Myślę. I teraz też musimy sobie pomagać. wystarcza. zbyt potężnych. – Chodź. Nie zniechęca to Srebrnych legionistów. który zderza się w powietrzu z wodą. Jednak tego ranka ja sama zabiłam trzech z nich: Arvena. odwracam się. Zyskaliśmy przynajmniej tyle. Jednak wystarcza jeden rzut oka za siebie. za to ja jestem zwinniejsza. że sobie poradzi – odpowiada wojowniczka. Biorę z niego przykład. jedno odpowiednie pchnięcie i wojowniczka zatacza się do tyłu. nie spuszczam z oka zbliżających się oddziałów. Żołnierze wkrótce jednak muszą zwolnić. Wodniak uderza w ścianę płomieni strumieniem o sile fali przypływu. czego mi potrzeba. żeby spojrzeć na leżącą niecałe sto metrów dalej rzekę. powstrzymując jej napływ. Nie chce. W odpowiedzi wysyłam pocisk energii elektrycznej. powoli – mówi Cal. żeby go dłużej spowalniano.Farley siłą próbuje mnie odciągnąć. puszczając mnie. że zasłania mnie ognista tarcza. staramy się nawzajem uzupełniać. żeby silić się na myślenie. aby można było ich zniszczyć. Zapewne rozkaz Mavena. posiniaczoną i osłabioną. za którą z gasnącego żaru znów buchają płomienie rozniecone przez Cala. Kiedy jego płomienie maleją. gdzie ponoć czeka ratunek. . Prawdopodobnie kilku kolejnych zginęło w czasie burzy z piorunami. ruchem dłoni sterując ogniem. a w jej błękitnych oczach odbijają się płomienie. – Wycofujemy się. Kiedyś myślałam podobnie. że zakuci w kajdany Czerwoni zostali wycofani na tyły oddziałów. Sama go wytwarzam. by zgasić ogień. ale to. Natykają się na ustawioną przeze mnie ochronną tarczę z błyskawic. miarowo i spokojnie idę do tyłu. Jedno szybkie przesunięcie stopy. ale teraz już nie muszę kraść prądu.

Zamiast jednak się spalić. pod oczami widnieją sine cienie. Ostra. Jeden z nich podchodzi do ognistej ściany tak blisko. na którym stoi Farley. Jednak rytm. by zastąpić ścianę ognia elektryczną tarczą. kiedy ją opuścić. Podobnie jak moje błyskawice. Cal nadal wydaje polecenia. Maven również. że Farley i Shade wierzyli. niż myślałam”. żeby się uśmiechnąć. jego płomienie robią się coraz słabsze. jest zbyt skupiony. Migotliwy ogień zniekształca ich rysy. obracając się w samą porę. żeby się odwrócić. iż czeka nas tu ocalenie z łap Mavena.Cal co pewien czas rzuca cicho krótkie polecenia: kiedy postawić kolejny krok. że mógłby spłonąć. Wiem tylko. Nie rzuca się na brata. w jakim nas prowadzi. czego on również jest świadom. Razem puszczamy się biegiem w kierunku rzeki. po czym rzuca się w nurt rzeki. Czuję zapach rzeki i rozciągającego się dalej oceanu. rozsuwa płomienie niczym kurtynę. „Ma więcej odwagi. Domyślam się. Dobiega nas jego . by zamordować go gołymi rękami. spod bladej skóry prześwitują niebieskoczarne linie żył. Rozbija się w proch parę metrów od nas. Żadne z nas w tym stanie nie ma szans w starciu z Mavenem. rozciągnięte w uśmiechu usta zdają się odsłaniać kły. że wyglądam jeszcze gorzej. Wojowniczka bezgłośnie porusza ustami: „Skaczcie”. która nam została. Mamy coraz mniej czasu. cieńsze i teraz niemal widzimy przez nie żołnierzy po drugiej stronie. Cal mruczy na znak zgody. kiedy wznieść tarczę. pozwala na regenerację. po czym znajduje w sobie na tyle czelności. ale palącą dłonią ujmuje mnie za nadgarstek. w której wypalają się dziury. po czym rozrzucam przed nami kolejną elektryczną sieć. – Kawałek do czego? – cedzę przez zaciśnięte zęby. słona woń przyzywa nas. widzę jedynie aleję kończącą się nabrzeżem. mimo że jest tylko człowiekiem. zamiast oczu w ich twarzach żarzą się węgle. żeby rozmawiać. abyśmy w odpowiedniej chwili mogli wydobyć z siebie tę resztkę mocy. Chroniony przez zbroję Maven strzepuje żar ze swojej niedorzecznej jedwabnej peleryny. Kiedy zerkam za siebie. Wojowniczka nie uciekła. chociaż nie mam pojęcia. – Jeszcze tylko kawałek – głos Farley dobiega zza naszych pleców. Została z nami. że mamy skoczyć – oznajmiam Calowi. Tylko jedna osoba może to zrobić. Nigdy wcześniej nie widziałam go tak wyczerpanego. a oni sami bardziej niż ludzi przypominają demony. do czego. nie tracąc więcej czasu na wzmacnianie tarcz ochronnych. „Dlaczego ona co rusz skacze w jakąś otchłań?” – Mówi. gorące podmuchy targają jej krótkimi włosami. ale ja robię się coraz wolniejsza i przez moją niedokończoną tarczę przelatuje odłamek gruzu. Cal zaś znajduje w sobie siłę.

– Biegnij. posłusznie więc idziemy w jej ślady. który wydaje dziwny syk. Płomienie Cala również gasną i sekundę później nic już nie chroni nas przed legionem. Jednak wiem. Nie ma czasu na pytania ani spory. – Kolejny tunel? – pytam. którzy przemykają po korytarzu niczym szkarłatne cienie. że moja błyskawica słabnie. wydaje się mnie gonić. Łódź podwodna – mówi Cal. a następnie p r z e c h y l a s i ę i rusza w dół. Jednak w tym samym momencie zeskakujemy z nabrzeża prosto do rzeki przepływającej trzy metry poniżej.krzyk. Silniejsze. mięśnie nóg drżą. Przetaczam się po blaszanej powierzchni. . po czym osuwamy się na podłogę po zaokrąglonych ścianach. „Prosto w wodę”. że nawet to nie ochroni nas na długo. sapiąc i odwracając się do Farley. czeka na nas obok metalowej rury z otwartym włazem. podąża wraz z nami. Cal. rozlega się nie plusk. nie tracąc przytomności umysłu. po wejściu do rury zamyka właz. Gdy do niej wpadamy. Przed oczami zaczynają mi latać mroczki. Pomimo korony na głowie i krwi na rękach wciąż jest jeszcze bardzo młody. Rozlega się pomruk i nagle cały korytarz drga. który odbija się echem między ruinami miasta. żeby upadek nie pogruchotał mi kostek. gdy idziemy dziwnym mrocznym korytarzem. niepewny i słaby. – Nie. bez słowa gramoli się do wydrążonego walca i znika w jego wnętrzu. Oboje dajemy radę ujść zaledwie parę metrów. Ja czuję się podobnie. Tak samo jak wcześniej na ulicy kobieta obejmuje mnie ramieniem pod pachami i pomaga utrzymać się na nogach. tyle że to źródło energii jest większe. Gdy zrywamy się na nogi. – Łódź. to nie tunel. po czym uszczelnia się hermetycznie. dziewczyno od błyskawic! Uciekajcie jak najszybciej i jak najdalej! – Jego śmiech. – Ja i tak wszędzie was znajdę! Zdaję sobie sprawę z tego. ale mimo to czuję w kościach tępy ból. opieram się więc o ścianę. Dostrzegam kilka czerwonych chust skrywających twarze gwardzistów. – Uśmiecha się znacząco. Jego głos wydaje się chwiejny. W następnym momencie zaczynam coś czuć. ale głośny brzęk metalu. Pulsuje wokół nas. w którym migoczą różne przyciski i słabym blaskiem płoną żółte lampki. „Co się dzieje?” Farley. Coś na kształt buczącej gdzieś niedaleko baterii. morderco! Biegnij. stojąc po kolana w zimnej wodzie rzeki. na pewno nie przed legionem.

potem w pociągu. Miała tyle lat co mój brat. Zginęła potworną samobójczą śmiercią. którzy zginęli w wybuchu po zamachu Gwardii. mój przyjaciel i opiekun.Rozdział 3 W ostatnich dniach budziłam się w lochu. Wspomnienie rozlanej czerwonej krwi parzy jak rozpalone żelazo. bliźniakach. iż w Gwardii służą potwory. Na pewno jeszcze nie teraz. o poduszce można tylko pomarzyć. Pułkownik Macanthos. gdy myślę o czteroletnich synkach Lerolana. zabili ich żołnierze Cala i nasz idiotyczny plan. Zabije też Juliana i Sarę. kiedy tyle zostało do zrobienia. Do jego błękitnych oczu i chwili. Pani Blonos ścięto głowę. Srebrny o gołębim sercu. Belicos Lerolan. Tristan zakłuty jak świnia. że wynaturzony książę gotów był wydłużyć listę ofiar o parę imion tylko po to. Uratować . aby przekonać świat. Nie wątpię za to. Teraz budzę się w łodzi podwodnej. Chociaż staram się powstrzymać ich napływ. zostały stracone. Nazwiska. Rana w sercu to osobna sprawa. koce cienkie. każdy mięsień i nerw. Walsh. Milczące pokojówki winne jedynie tego. ocalić naszą sprawę i mnie. o czym pragnę zapomnieć. ale mimo to trudno mi się podnieść. Lucas. że za maską czarującego uśmiechu kryje się potwór. Wrócił ból głowy. ale równie dotkliwie boli myśl o rozlanej krwi Srebrnych. Prawdopodobnie już to zrobił. Gdy otwieram oczy i widzę ciasne pomieszczenie o szarych ścianach. ponieważ nauczyła mnie. Jeszcze więcej gwardzistów zginęło w kanałach pod placem Cezara. został stracony za to. halucynacją albo jeszcze gorzej. jest twarda. gdzie obudzę się jutro”. w której zdałam sobie sprawę z tego. że to był wypadek – podczas strzelaniny kula miała przedziurawić rurę gazową – ale teraz przejrzałam na oczy i jestem mniej skłonna wierzyć w pechowe zbiegi okoliczności. do czego zmusiłam go razem z Julianem. Poświęceni dla dobra sprawy. Ale czy we śnie można się czuć zmęczonym? Ponieważ z pewnością tak właśnie się czuję. Prycza. jak elegancko siadać. aby ochronić Gwardię. Jest niczym nieustanne przypomnienie – nie znajdę tutaj spokoju. „Lista. była służącą i moją przyjaciółką – j e d n ą z n a s. że odsuwam ją i wracam do Mavena. nie potrafię. na której leżę. Zmęczenie przenika każdą moją kość. pochodziła z Palów. że malowały moją skórę. Robi mi się niedobrze. „Ciekawe. Zaczynam myśleć. jak gdyby królowa Elara znów grzebała mi w głowie i celowo wydobywała najgorsze wspomnienia. Reynald Iral. wciąż boli mnie zdrada i porażka. Maven zapewniał mnie. że to wszystko jest jakimś snem. Myśl o nich boli tak bardzo. wszystko. Muszę ich odnaleźć. który teraz pulsuje w rytm elektrycznego tętna cudownej łodzi. wraca ze zdwojoną siłą.

ale kiepsko mi to wychodzi. uśmiecha się wymuszenie i ponuro. chociaż wzdycham ze zniecierpliwieniem. – To przez wycie Zawodziciela. nosicieli dziwnych mutacji. – Widząc jego gniewne spojrzenie. Listę ludzi takich jak ja. I na razie jeszcze nie mam pojęcia. ale mimo to policzki mu czerwienieją. Znajduję na niej starannie złożone ubranie. kręcę szybko głową niczym pies po wyjściu z wody. żeby nie uderzyć nią w łóżko zawieszone nade mną. Przyszykowany strój nie może się równać z wytwornym odzieniem. Czarne spodnie o zbyt długich nogawkach. gdy wracam pamięcią do książeczki. że nie ufam jego słowom. że nie wrzasnął ci prosto w twarz.przed Mavenem i jego matką”. że wielu zginęło. kim była i co straciła. Zbywam jego troskę wzruszeniem ramion i staję chwiejnie na nogach. Pozwalam mu się obejrzeć. ciemnoczerwoną koszulę z wytartymi łokciami i buty bez sznurówek. w letnie miesiące widywał mnie już bez różnych części odzieży. które przydzielono mi w lochach Srebrnych. Wrażenie jest nieprzyjemne. za sprawę i za mnie. czy to kolejna tajemnica? – Staram się. Gdy wciągam koszulę przez głowę. – Widocznie tego potrzebowałam. gdy powiedziałam bratu. po czym cofa się. – Wielu nie. z których przed kilkoma godzinami ciekła krew. dokąd płyniemy. i wiedza ta jest prawie nie do udźwignięcia. – Zaczyna mi dzwonić w uszach. Nie powinien się rumienić. Ta lista to dziedzictwo po Julianie. żeby przyjrzeć się uszom. gdy spadła na elektryczne pole ochronne. w której Julian zapisał z trudem zdobytą sekretną wiedzę. iż to się nie zmieniło. kim jest ta dziewczyna. . przez które mamy czerwoną krew i umiejętności Srebrnych. ale mimo to czuję się w nim lepiej. w ostatnim momencie pochylam głowę. odeszła w Kościńcu. żeby moje słowa nie były zaprawione goryczą. – Mam w życiu wiele rzeczy. W progu stoi zniecierpliwiony Kilorn. Wiem tylko. Obraca mnie w prawo i w lewo. ale szczęście raczej do nich nie należy. Ale ja również umarłam. Przerzucam nogi przez krawędź koi. – Masz szczęście. W głębi serca wiem. – Przepraszam – mamroczę. zaginiona Srebrna księżniczka. Oczywiście mam świadomość. Zalewa mnie fala gorąca i dostaję wypieków. przypominam sobie Naercey i chwilę. – Powiesz mi. Spadek przekazany mnie. – Kilorn podchodzi do mnie i delikatnie ujmuje moją głowę zgrubiałymi dłońmi. Mare z Palów zginęła w dniu. Mareena. – Przede wszystkim żyjesz – rzuca ostro. zawieszone na masywnych żelaznych zawiasach drzwi do kabiny otwierają się na oścież i z hukiem uderzają w ścianę. zupełnie jak nie ty – mówi. ale przynajmniej nie czuję bólu. Żeby pozbyć się tego doznania. która odzyskała przytomność w podziemnym pociągu. po czym zsuwam się na podłogę. a w jego głosie pobrzmiewa niepokój. – Długo spałaś.

– Zakażenie? – W Palach zakażenie równało się obcięciu kończyny. który jest na tyle uprzejmy. Książę tak samo jak ja był na wpół przytomny. chłopak odwraca spojrzenie. Moje ciało zapamięta Naercey i Kościniec na długo. gdy tylko się upewnię. Uszczypliwa uwaga nie dotknęła mnie tak bardzo. ani ja nie potrafimy pojąć. jakim cudem statek może pływać p o d powierzchnią morza. ale jedynie zaczynam drżeć. Farley nafaszerowała go lekami. Nie było lekarstw i jeśli krew się zepsuła. – Jak on się czuje? Kilorn ruchem głowy wskazuje korytarz. po czym podaje mi rękę. – Dlaczego ci nad nami mieliby ufać mnie albo choćby tobie? Dobrze wiesz. opiera się plecami o drzwi. – Jego noga… Z przerażenia wstrzymuję oddech. Klnie jak szewc. Ze zdumieniem odkrywam. Niedługo pewnie każdy będzie krył przed innymi jakieś tajemnice. Ku mojej uldze Kilorn kręci głową. Jest drugi na mojej liście. licząc. – Ty sama nie ufasz nawet Shade’owi. jak się spodziewałam. jakimi głupkami się okazaliśmy i jaką cenę musieliśmy za to zapłacić.Kilorn. można było tylko odcinać ciało kawałek po kawałku. że mu zawtóruję. – Wypłynęliśmy z Naercey pięć godzin temu i ruszyliśmy na północny wschód. ale poza tym jest naprawdę dobrze. że Cal to rozgryzie. co wiem. żeby nie zwrócić uwagi na moją kąśliwość. nie sądzę jednak. gdy rzuciliśmy się do ucieczki. – Zielone oczy ciemnieją. że trudno byłoby mi postawić krok bez jego pomocy. To wszystko. – Znów poczułam bolesne ukłucie wspomnień. – Na pewno jednak będzie przez jakiś czas utykał. a Srebrni mają czyste naboje. – Farley urządziła punkt medyczny dla rannych. ale jestem pewna. – Zaprowadzisz mnie do niego czy sama mam znaleźć drogę? Kilorn znów niewesoło chichocze. – Wybucha ponurym śmiechem. Bardzo miło z ich strony. Odszukam go. aby Farley umieściła go w punkcie medycznym w otoczeniu rannych gwardzistów. – Nie. Tak Kilorn nazywa tę dziwną łódź. spodziewając się. Powietrze jest tu bardzo zimne. że mój brat oddycha. że w końcu wyprzedzi się gorączkę i czernienie żył. * „Nurkownik”. Ani on. Między nimi . Shade ma się lepiej niż inni. – I tyle ci wystarcza? Przyjaciel wzrusza ramionami.

Bojownicy niosą mapy. Oznaczały. zwalnia więc i pozwala mi mocniej się oprzeć na swoim ramieniu. zatrzymują się i przyklejają plecami do ściany. W przyćmionym świetle zamontowanych u sufitu lampek twarz przyjaciela prezentuje się staro i mizernie. ale tamte rany były znajome. ma zatrudnienie i pobór go nie obowiązuje. powiedzieć. Inni gwardziści nie wyglądają tak upiornie. gdy na front pójdą następne. Gdyby nie śmierć rybaka. Teraz czuję tylko gniew. bandaże. mijają nas na korytarzu zajęci własnymi sprawami. Nawet wychowany na łódce Kilorn wydaje się niespokojny. jedzenie.a Srebrnymi jest tyle złej krwi. który staram się zignorować. Na usta pcha mi się znajoma formułka: „Dziękuję za wasze poświęcenie”. potępieńczy skowyt. – Farley wymyśli. które zostały osadzone na masywnych zawiasach i zaopatrzone w hermetyczne zamknięcie. pospieszają się nawzajem i rozmawiają. listach. Kiedyś myśl o tym wywołałaby u mnie smutek. czasami nawet strzelby. ale szybko gryzę się w język. pocięte i posiniaczone od rybackich haczyków i sieci. Opuszczone czerwone chusty i szale odsłaniają twarze. aby przekazać im wiadomość o tym. na których maluje się zaciętość. Wycie Zawodziciela wciąż dzwoni mi w uszach. że krzywię się z bólu. Kilorn zauważa. Ilu matek i ojców płaczących przez te słowa widziałam w swoim życiu? Ilu rodziców otrzyma kolejne listy. Co odważniejsi ośmielają się popatrzeć na mnie i odprowadzić spojrzeniem. Nie zwraca uwagi na własne rany – głębokie skaleczenia ukryte pod świeżo założonymi bandażami. Wszystko po to. coraz to młodsze dzieci? „Ani jeden – odpowiadam sobie. że jest bezpieczny. jak bardzo jestem wdzięczna każdemu mężczyźnie i każdej kobiecie na tym dziwnym okręcie. że komuś mogłyby puścić nerwy. „Boją się mnie”. ale większość wbija wzrok w podłogę. a w tej hermetycznie zamkniętej metalowej tubie najmniej potrzebujemy burzy ogniowej. ale wąski. Ręce zawsze miał zniszczone. Te słowa można przeczytać w zawiadomieniach. które wojsko wysyła rodzicom. przedzielony kilkorgiem metalowych drzwi. Główny korytarz nurkownika jest długi. Kilku wydaje się nawet wystraszonych. u którego terminował. Tylko na mój widok milkną. tacki z lekami. żeby zrobić mi jak najwięcej miejsca w ciasnym przejściu. żeby w razie przecieku odciąć dostęp do części okrętu. „Dziękuję za wasze poświęcenie”. że ich dziecko zginęło na bezsensownej wojnie. Z każdym krokiem odkrywam kolejne stłuczenia i siniaki. Oczami wyobraźni wciąż widzę śmierć na dnie oceanu w wodoszczelnej trumnie. a my znajdziemy . Chcę im podziękować. aby cała łódź nie została zalana wodą i nie poszła na dno. niewielkie blizny na dłoniach byłyby jego jedynym zmartwieniem. jak to zakończyć. Jednak widok tych drzwi wcale nie dodaje mi otuchy.

Zrobimy coś. nie poświęcają mi ani chwili uwagi. Obracają się za to do Kilorna i wyszczerzają do niego zęby w szelmowskim uśmiechu niczym koledzy z podwórka. że f l i r t o w a ł sobie w najlepsze. Wartownicy strzegą również ciężkiej metalowej drabiny znikającej w wyciętym w suficie otworze. Stojący pod ścianami gwardziści szepczą między sobą. takich samych jak ja. „Lena?” Wspierając się na ręce Kilorna. prostuję się najbardziej. że tylko udaje rozbawienie. „Dziewuszka od błyskawic. – Dziewczyna od błyskawic – ich słowa niosą się po korytarzu. „Nie. Chociaż czuję ból w całym ciele. Chociaż kolana mam miękkie. Wzorem kolegów wybucha śmiechem. Jest to jedyne wejście i wyjście na tym statku przypominającym kształtem pocisk. zamiast nich pojawia się powaga służbistów. M u s i m y coś zrobić”. żeby uniknąć . tak o n i mnie nazywali”. Szepty odprowadzają nas aż do punktu medycznego. ma smagłą cerę. jeśli jej szukacie – dodaje. Otaczają mnie ze wszystkich stron niczym przenikające do umysłu przeklęte szepty Elary. Tak ona mnie nazywała. wskazując kciukiem drzwi. ku mojemu zadowoleniu. mruczą coś do siebie. ale na zewnątrz przyjaciel nie zdradza się ze swoimi uczuciami. Dorosłam”. prawdopodobnie aż do kajuty Leny. ja jednak znam go na wylot i wiem. którzy nie potrafią na mnie spojrzeć. Obydwaj strażnicy na mój widok pochylają głowy. – A mój brat? – wtrącam i uwalniam się z uścisku Kilorna. że odbiorę je jako komplement. zwalisty wartownik. Nawet ci. jak mogę. nie chwieję się na nogach. kiedy ich mijam. Drugi sylwetką przypomina zwalisty głaz. że jego mięśnie napinają się. – Farley dalej jest na obchodzie. Pomyśleć. po czym. Czuję się niemal jak na dworze Srebrnych. To nieprawda”. – Shade Barrow? Z twarzy gwardzistów znikają uśmiechy. – Lena zeszła już z dyżuru. niezbyt przejmując się tym. – Chłopak ma dość spraw na głowie i bez uganiania się za ładnymi pielęgniarkami – oznajmia drugi. Jeden ze stojących na warcie wojowników ma rude włosy. a Shade ranny i zakrwawiony. Pewnie myślą. skośne oczy. Zwalisty wojownik obraca się do drzwi. szeroką klatkę piersiową i potężne dłonie. Jego niski głos niesie się daleko. żeby odnaleźć ludzi z nową krwią. czuję. których pilnuje dwóch gwardzistów. których nie powstydziłby się Srebrny Siłacz. „Nie jestem już dziewuszką. że mogę usłyszeć ich uwagi. chociaż nie dorównywałby mu wzrostem.sposób. takie same jak Tristan. – Znów tu jesteś. odbijają od metalowych ścian. gdzie zatrzymujemy się przed zamkniętymi drzwiami. Warren? – Rudy chichocze i znacząco rusza brwiami. podczas gdy ja leżałam nieprzytomna.

nawet jeśli jeszcze wczoraj byłam przekonana. że skończył w Szkarłatnej Gwardii. że nie żyje. – Proszę. Ten człowiek. – Oczywiście – odpowiada. Shade siedzi oparty o zaokrągloną ścianę. Chociaż oboje należymy do Szkarłatnej Gwardii. żeby nie potrącić brata. ale mimo to oczy ma zamknięte. pod plecy ma podłożoną jedną cienką poduszkę. – Podsłuchujesz pielęgniarki? – Strzela mi w kolanie. ale ja wolę przytrzymywać się pryczy. podobnie jak wielu innych. nigdy nie zwróci się do mnie po imieniu. ale w jego głosie pobrzmiewa brak przekonania. Nic dziwnego. Kilorn trzyma dłoń blisko mojej talii. gdybym się zachwiała. gdy ostrożnie. Jeżeli ja mam wrodzony talent do złodziejstwa. Kiedyś musiała to być sypialnia. jak mnie tytułuje. Jeśli wszyscy mają się na mnie gapić. Shade otwiera oczy. mów do mnie Mare. nie potrafię zachować powagi. że chodzę o własnych siłach. – Dowiedziałeś się może. choćbym nie wiem ile o to prosiła. ile bandaży zwędziły? Jednak zamiast się zaśmiać z mojego żartu. walczymy razem w imię wspólnej sprawy. że śpi. to znaczy… wielmożna panno. Teraz parskam śmiechem na wspomnienie. Myślałam. Trudno mi oglądać go w takim stanie. mój brat urodził się do szpiegowania. panienko. Nabrał mnie na starą sztuczkę. Nieraz w szkole albo w domu. że powoli wchodzę między nich. teraz jednak na pryczach leżą pacjenci. Robi mi się słabo. Gestem pokazuje mi . chwyta zamocowane na nich ciężkie koło i obraca je. a w ciasnych przejściach między łóżkami kręcą się mężczyźni i kobiety w białych koszulach przypominających fartuchy. Shade udawał. Pochyla głowę w nieznacznym ukłonie i otwiera przede mną drzwi. ale wąska kajuta zapełniona piętrowymi łóżkami. a jego klatka piersiowa powoli unosi się i opada w rytmie miarowego oddechu śpiącej osoby. – W żadnym wypadku – mamrocze Shade. aby zwrócić uwagę. Moim oczom ukazuje się długa. ale kąciki jego ust unoszą się w znajomym figlarnym uśmiechu. – Powoli dochodzi do siebie. Nie otwiera oczu. siadam na krawędzi pryczy. to przynajmniej niech widzą. Patrząc na jego zabandażowane ramię i nogę unieruchomioną na podwieszonej pod sufitem prowizorycznej szynie. gotowy złapać mnie. Są zbyt zajęci składaniem złamanych kości lub podawaniem lekarstw. ile sekretów poznał. że mam to już za sobą.mojego spojrzenia. otwierając zamek. Na pewno nie jest mu wygodnie. Chociaż dalej widzę. ile wycierpiał i ile jeszcze wycierpi. nie mam wątpliwości. – Nie powinniśmy go budzić – mruczę pod nosem. Wielu z nich ubranie ma upstrzone czerwonymi kroplami krwi. że nafaszerowano go końską dawką leków. gdy rodzice szeptem prowadzili dorosłe rozmowy. kiedy słyszę. stosując ten prosty podstęp. nie jesteśmy tacy sami.

Odtąd będzie oszukiwał – i kontrolował – cały świat. ponieważ widać na niej pospiesznie nałożone świeże szwy. A teraz został królem. „To przeze mnie”. „Jaki stanie się ten świat. – Czy Farley mówiła coś jeszcze? O liście? Wciąż ją ma. trącając mnie pięścią w ramię. i Farley uważnie mierzy jej tętno. – Maven oszukał wszystkich. zerkając na drugi koniec kajuty. – Ale wiedzą. przesuwając się tak. Pewnie nie jest zbyt duża. odwracam się. niż myślicie – odpowiada. że istnieje. z której nie ma jak uciec. – Co usłyszałeś? – pyta Kilorn.i Kilornowi. – Pamiętam. Najwyraźniej niedawno pękła. że nas okpił. która mu doradzała. który gorączkowo szepcze jej coś do ucha. Całkiem o niej zapomnieli. jak bardzo była pewna. – Nazywa się Klin. Tuż obok stoi ubrany w czysty fartuch pielęgniarz. że straciliśmy Naercey – oznajmiam. żebyśmy zbliżyli się do niego. Tego typu rozważania mogą poczekać. W świetle okrętowych lamp blizna Farley wydaje się bardziej wyrazista. prawdopodobnie od leków. Mare – odpowiada Kilorn. skoro miał u boku matkę. przeraża mnie bardziej niż podróżowanie nurkownikiem. że poprawiamy rannemu bandaże. Farley od czasu do czasu potakuje skinieniem głowy. Osoby patrzące z boku z powodzeniem mogą pomyśleć. przecina bok szyi i znika pod kołnierzem. ciebie i Farley. prawda? . Wszyscy mu uwierzyliśmy. żeby idealnie wpasował się w nasze oczekiwania. Nic dziwnego. Usiłuję przypomnieć sobie starą mapę Juliana. chociaż jej twarz coraz bardziej pochmurnieje. To wystarczy. – Pielęgniarki wiedzą więcej. wykrzywia połowę ust wojowniczki. czytała w naszych myślach i urabiała Mavena tak. który wojowniczka ma na sobie. Jedynym czerwonym dodatkiem. – Wystrychnął na dudka mnie. Pomysł zamieszkania na odciętej od świata wyspie. dostrzegam Farley zajętą przy rannej wojowniczce. Gwardzistka jest nieprzytomna. tym razem położonej nie na wybrzeżu. – Płyniemy do innej bazy. Poza terytorium Norty. ale pamiętam jedynie kształt linii brzegowej. Odsuwam od siebie te myśli. aby ciałem całkowicie zasłonić Shade’a. nadając jej twarzy gniewny grymas. że w Naercey jest bezpiecznie. Kilorn głośno prycha. – To jakaś wyspa? Shade przytakuje skinieniem głowy. Czuję w brzuchu ukłucie lęku. – To nie jej wina. Gdy podążając za jego spojrzeniem. jest smuga krwi na białym pielęgniarskim fartuchu i niedoprane plamy sięgające łokci. gdy zapanuje nad nim potwór chodzący na smyczy niegodziwej matki?”. – Farley wydaje się pewna tej bazy. ponieważ Srebrni nie mają tam nawet posterunku.

Ta myśl ośmiela – i przeraża. jak gdyby z mojego serca spadł jakiś ciężar. których nazywamy braćmi. zanim zdążę mu pomóc. – Wydajemy się słabi. Wbijam w nich pełne gniewu spojrzenie i czekam. w rozsypce… Patrząc na jego bandaże. Ruchem głowy wskazuje Shade’a. że domagam się odpowiedzi. że nie jest tak źle. a Farley nie jest naszą jedyną przywódczynią. jednak zaraz znów czuję w piersiach znajomy ucisk niepokoju. – Shade poprawia się i próbuje trochę wyprostować. Mocniej chwytam dłoń brata. – Gisa też tam czeka. „Najlepiej zwalić na kogoś winę”. Ta organizacja to coś więcej. między innymi będą tam mama i tata. można by pomyśleć. Shade rozpogadza się. – Tak. Wie o wiele więcej na temat Szkarłatnej Gwardii niż ja i jestem skłonna uwierzyć. który zakładał opatrunek przed nią. Myśl o tym boli mnie jeszcze bardziej. – P o z o s t a l i ? Czyli kto? O co tu chodzi? – Po masakrze pod placem Cezara i ewakuacji Naercey nie sądziłam. – Chcemy wydawać się słabi. Kilorn zaciska zęby i ma w sobie na tyle przyzwoitości. jak może się zdawać. Jednak tym razem tajemnice przede mną mają mój własny brat i najlepszy przyjaciel. i ci wałkonie. – Srebrni uważają. – Zalewają mnie fala ciepła i ożywcze uczucie radości. Mare – odburkuje Shade i brzmi przy tym jak nasza mama. nie potrafię powstrzymać się od drwiny: – Jak na razie świetnie wam to wychodzi. Prawdę mówiąc. Przez chwilę oddycham głębiej. ale ruchem zdrowej ręki odprawia mnie. – Ty wiesz więcej niż ja. W następnej sekundzie z sykiem chwyta się za ranne ramię. że jest cesarzową. widząc delikatny uśmiech na mojej twarzy. ale bardziej zajmuje ją teraz myśl o spotkaniu z pozostałymi na Klinie. – Chcę tylko powiedzieć. Znów na nią zerkam – akurat poprawia komuś bandaże. rozbici. ma. że został ktokolwiek poza nami. . – Nie bądź okrutna. ale w rzeczywistości nie wiedzą nawet. bierze mnie za rękę. jaki posłuch ma Farley wśród swoich żołnierzy. wymieniają jedynie ukradkowe spojrzenia. Jest tylko kapitanem. Mimo wszystko trudno mi wątpić w słowa brata. – Gwardia nie lubi odkrywać kart i słusznie. ponieważ tego chcemy. Kilorn i Shade nie wydają się równie zdumieni jak ja. Wiele osób służy w tym samym stopniu. a nie nikczemna królowa i przewrotny książę. Widząc. gdzie my stoimy – ciągnie Shade z zapałem. niż widziałam do tej pory. jednocześnie dając burę pielęgniarzowi. aż zrozumieją. Naercey nie było naszym jedynym bastionem. że są dwa kroki przed nami. a jeszcze więcej ma stopnie wyższe od niej.Shade zerka ponad moim ramieniem i jeszcze bardziej ścisza głos. aby przybrać skruszoną minę. nie ma nawet tytułu Dowódcy. unoszę pytająco brew. Znów jakieś sekrety i wcale mi się to nie podoba. że mówi prawdę.

że wzdrygam się. wstając. jakiś żart? – szydzi Farley. że wcale tacy nie są. szybsi. Trudno zapomnieć chłopaka. – „Powtórz to. jeśli się do niej nie obrócę. co powiem. Są silniejsi. Naprawdę chcesz mnie przekonać. dawno mi zabrakło. Przybieram ton. Nawet ranni tłumią jęki bólu. Przez krótką pełną goryczy chwilę wpatruję się w swoje pięści. lepsi niż Srebrni. On też musi tego wysłuchać. Mare Barrow”. przywierając ramieniem do mojego ramienia. że w całej kajucie panuje cisza. tak? Oni robią wszystko. – Dalej chcecie wyglądać na słabych. – Oddech mi się rwie. Przytakuję krótkim skinieniem głowy. Może zostawi mnie w spokoju. którego udawał. ile macie tajnych tuneli. cieszę się. których. żeby wszyscy cię słyszeli”. – Ponieważ Maven was oszukał. jak gdyby czuł. – Zwalczyć ogień ogniem – odpowiadam. ponieważ j e s t e ś c i e słabi – odparowuję z miejsca. a krew mają czerwoną niczym świt. Cień płomienia. dziewczyno od błyskawic? Głos Farley sprawia. ale zadawać mocne ciosy. ale jeśli znajdziemy ich pierwsi. drugiego księcia. w których ściskam prześcieradło Shade’a. zaczynają szczypać w oczy. który leży na pryczy pełen napięcia. głośniej. zaważy na przyszłości tysięcy ludzi. mogą się stać… . – Czy wyglądam. powyrzynał i wykurzył z waszej bazy. jak sądziłam. a jej milczenie jest najlepszą odpowiedzią. Dobrego. że to. – I nie tylko ty jedna. aby dodać mi otuchy. którego nauczyła mnie pani Blonos. Ale na arenie udowodniłam. „Nie. – Łzy. jaki był wcześniej. niezwyciężonych. setki Czerwonych z umiejętnościami. żeby wyglądać na mocnych. to nie tak”. „Nie bądź idiotką. wspomnienie Mavena kłuje w serce. jakbym żartowała? Milczy. że wie. Trudno mi zapomnieć. aby zobaczyć. Kiedyś imponujący wzrost Farley onieśmielał mnie. krzyżując ręce na piersi. do czego zmierzam.– Wydajecie się słabi. że to wszystko jest częścią jakiegoś większego planu? – Mare… – mamrocze Kilorn. jak gdyby porażona własnymi iskrami. – Czy to jakieś powiedzonko Srebrnych. Jej wzrok wędruje do Shade’a. łodzi i baz. Przez chwilę obie się nie odzywamy i nagle dociera do mnie. – Co w takim razie proponujesz. Teraz wpatrywanie się z mocą w wojowniczkę przychodzi mi zupełnie naturalnie. – Jesteś silniejsza niż oni – oznajmia rzeczowo. Może wojowniczka odejdzie. nie w ten sposób. Farley nie brakuje rozumu i z łatwością podchwytuje bieg moich myśli. jak dziewczyna od błyskawic rzuca wyzwanie ich pani kapitan. – Setki nazwisk. – N i e są niezwyciężeni. – Nie ma znaczenia. Nie wygracie z nimi. – Maven będzie próbował ich zabić. ja jednak go odpycham. zwabił w pułapkę.

armia Nowych. grożąc ponownym pęknięciem. – Oczy Farley robią się zimne jak stal. Gdy wojowniczka się uśmiecha. Mnie ból przeszkadza. – Armia Nowej Krwi. . Nie przeszkadza jej ból. szwy na bliźnie napinają się. Mimo to uśmiech Farley robi się coraz szerszy.– Najpotężniejszą armią. jaka stąpała po tej ziemi. Chyba zawsze tak będzie.

Zatopić nas wszystkich. Niczego nie stopił – odpowiadam. – Nie trzymamy go pod kluczem. Jestem najpotężniejszą bronią na pokładzie okrętu wypełnionego po brzegi . żeby dotrzymać jej kroku. kiedy ich mijamy. sprawdzić moją reakcję. Trudniej mnie przejrzeć. że nie przeszkadzają jej plamy krwi na fartuchu. Nie winię go za to. która przyzywa pulsującą w nurkowniku energię. Zaskoczenia i c i e k a w o ś c i. gdy idziemy korytarzem nurkownika. w jaki sposób potraktowała Cala w pociągu – zakuła go w kajdany. „Nie wie też. że stracił wolę walki. Przyglądam się Farley równie bacznie. Nie połykam haczyka. Nawet teraz. Teraz z łatwością przychodzi mi ukrywanie tego. niemal zaczynam biec. ale tym razem salutują. gdybym chciała. Nie wie. jak bardzo ja jestem niebezpieczna”. dowiedzieć się. Zdrada brata i zabójstwo ojca sprawiły. która błagała o pomoc. Gwardziści znów schodzą nam z drogi. Wydaje się. Muszę przyznać. Rumienię się. pomimo odniesionych ran. On zaś był potulny jak zbity pies. jeśli przyszło ci to do głowy – rzuca lekko. Żyłam na beczce prochu. Jednak Farley nie zna go – ani jego siły – tak dobrze jak ja. czuję swoją moc. dodaje mi otuchy. Staram się. wskazując metalowe ściany. balansowałam na krawędzi. a jej rany i imponujące blizny są dla niej tym. że mogę tego dokonać. Jednak mimo wszystko myśl.Rozdział 4 Farley jest niższa od Kilorna. Dlatego parskam jedynie śmiechem i przywołuję na twarz uśmiech. ale chodzi szybciej. jak mogę. Nie zapomniałam. wobec kogo jestem l o j a l n a. jak bardzo jest niebezpieczny. ale mimo to dostrzegam w jej oczach cień zaskoczenia. co naprawdę myślę. – Widzę. przytrzymując się utkanej własnoręcznie sieci kłamstw. że Farley potrafi zrobić wrażenie. z większą pewnością i trudniej za nią nadążyć. Niektóre brązowawe smugi to krew Shade’a. jak gdyby rozmowa na temat uwięzionego Cala była zwyczajną towarzyską pogawędką. otoczyła uzbrojoną strażą i częstowała pogardą. na jaki pomysł właśnie wpadłam. Farley bez mrugnięcia okiem wyjęła mu kulę z ramienia. gdy uzmysławiam sobie. Ja jednak nie jestem już tą dziewczyną. Mogłabym zatrzymać tę całą maszynę. Mogłabym przejąć nad nią kontrolę. jak ona przygląda się mnie. czym dla innych klejnoty. jestem na to za mądra. Wiem. o który z roztargnieniem ociera ręce. że chce mnie wyczuć. Wojowniczka dobrze maskuje swoje emocje. który doskonaliłam na dworze Elary. przykładając dłonie do piersi lub unosząc palce do brwi.

Mimo iż połączyła nas nić porozumienia w sprawie tych. chcąc je zamknąć. – Kapitan Farley – wita nas tonem osoby. ale nie obeszła się z nim zbyt łaskawie. odrzuca krótkie włosy w tył. wojowniczka wciąż jeszcze trzyma mnie mocno na dystans. w którym mogłabyś go umieścić? – pytam. Kajuta Cala znajduje się na samym końcu nurkownika z dala od zgiełku panującego na reszcie okrętu. Wojowniczka wzrusza ramionami. Całe życie szkolił się na żołnierza. jest przyzwyczajony do skaleczeń i siniaków. omiatając spojrzeniem zagracony zakamarek. że wpatruję się w skrzynie. Farley widzi. czy nie usiłował przekazać mi czegoś więcej. Corvium. które nosi w sercu. które napędza okręt – pewnie jakiś potężny generator – dudni mi pod nogami.wojownikami i mam wrażenie. Cieszę się w duchu. Haven. Pewnie jeszcze gorzej odnosiłby . Farley nie pozostaje mu dłużna. „Kradziony”. W ten sposób Shade tłumaczył mi strategię Gwardii. Swój ból stara się ukryć pod maską rozdrażnienia. ale nazwy Srebrnych miast sprawiają. jego drganie czuję we wszystkich kościach. Urządzenie. czy w tym hałasie Cal w ogóle dał radę zmrużyć oko. ale nie zadaje sobie trudu. że nie pozwoliłam Kilornowi iść z nami. Żelazne zawiasy zgrzytają i w progu staje Cal. nawet z leżącego w Piedmoncie Belleum. nie życzyłeś sobie gości? To bardzo niegrzecznie z mojej strony. aby cokolwiek mi tłumaczyć. która nie zauważa jego cierpień. patrzy na Farley. który przysłał do domu. których ona nazywa „Nowymi”. chociaż wolałabym mieć więcej czasu. – Och. że ma to związek z Calem. a może po prostu nie dba o nie. co kiedyś przewożono w tych skrzyniach. Może była to również wiadomość przeznaczona tylko dla mnie. na których widnieją stemple z różnych zakątków świata: Archeon. Nie mam pojęcia. że oni nie zdają sobie z tego sprawy. ponieważ tego chcemy”. Jego drzwi są niemal ukryte za plątaniną rur i pustymi skrzyniami. Zastanawiam się. Krzywię się z niesmakiem. Ukryta między słowami tak samo jak hasło gwardzistów przemycone dawno temu w liście. Nie jestem zaskoczona. gdy widzę go wyprostowanego i z głową wysoko uniesioną. Nie umie jednak ukryć ran. że ciarki przechodzą mi po plecach. zatoka Harbor. – Książę się nie skarżył. jak gdyby wszystkie dolegliwości miał za nic. „Wydajemy się słabi. Przypuszczam. po czym łomocze dłonią w drzwi. Farley może i nie zamknęła księcia. – Przypuszczam. że nie było innego miejsca. Teraz jednak zaczynam się zastanawiać. Tymczasem jednak koło na drzwiach już po paru sekundach przekręca się szybko i ze szczękiem. Nie czekamy długo. – Prycha i kładzie dłoń na drzwiach. Unika mojego wzroku. żeby zebrać się w sobie. Delphie. której właśnie przerwano lunch.

potem zaś przenosimy wzrok na ściany. wonią palonego drewna i ze wschodem słońca. uczepiając się pierwszego lepszego tematu. zapach i smak. Bransoleta krzesząca iskry wciąż połyskuje na jego nadgarstku. dalej stojąc przy otwartych drzwiach. którego nienawidzi od samego początku. gdy staliśmy twarzą w twarz i patrzyliśmy na siebie przez próg. Gdy przechodząc obok Cala. Choć z pozoru twarda. podłogę. – Myślisz.się do Cala. przelotny grymas irytacji zarówno na siebie. spod niej zaś wystaje plątanina kabli i przełączników. Zastanawia się. a zarazem z niesmakiem zauważam. choć nie na zamek. byle tylko nie spojrzeć sobie w oczy. że wojowniczka cofa się gwałtownie przed moim dotykiem. co się wydarzyło w minionych dniach. własne stopy. Też się boi dziewczyny od błyskawic. przypominam sobie jego dotyk. jak gdyby zdarzyło się w poprzednim życiu. odkąd poznali się w Palach. Cal w końcu postanawia zamknąć drzwi. Kiedyś kojarzył mi się z ciepłem. „Ponieważ tak właśnie było. W następnym momencie czerwieni się zawstydzona swoją reakcją. po czym odwraca się i rusza korytarzem z powrotem w głąb łodzi. co robię. Teraz pachnie krwią. skończyło się na lekcji tańca i skradzionym pocałunku. – Tak – odpowiada. Cal i ja odprowadzamy wojowniczkę spojrzeniem. lśniące srebro odcina się wyraźnie od . słaby. Oboje pomijamy milczeniem podwójne znaczenie jego słów. że jedna z blaszanych płyt tworzących ścianę jest podważona. przypadkiem ocieram się o jego twarde ramię. – Dalej poradzimy sobie sami. Nie potrafię powstrzymać uśmiechu. wiem. wdzięczna. Przez chwilę jeszcze dobiegają nas wywrzaskiwane przez nią niezrozumiałe rozkazy. Mimo to przytakuje skinieniem głowy. czy je zamknąć. Ostatnim razem. zaginioną księżniczką. Mimo to wspomnienia nie umarły. żeby poznać odpowiedź. To wszystko wydaje się teraz tak odległe. że nigdy więcej nie chcę poczuć jego smaku. Nie martw się. ale mimo to dodający otuchy. zachowuje się jak jej żołnierze. Wystarczy rozejrzeć się wokoło. Tańczył z Mareeną. Na jej twarzy dostrzegam drgnięcie. jak i na mnie. a Mareena nie żyje”. czego może się przytrzymać. – Pół życia bawię się elektrycznością. Zauważam. – Dobrze cię traktowali? – przerywam milczenie. ale chcę czymś wypełnić zalegającą w kajucie ciszę. – Farley – rzucam przez zaciśnięte zęby. Nie przypomnieć sobie tego. Cal próbował przy nich majstrować. Jedną ręką opiera się o metalową ścianę. usiłuje znaleźć coś. jego skóra jest lodowato zimna i powtarzam sobie w myślach. że może się uwolnić od mojej obecności. Przytrzymuję drzwi ręką i z radością. palce ma rozcapierzone. że taki jesteś mądry? Wystarczy jeden zły ruch… Na usta Cala również wypływa uśmiech. Rzuca Calowi ostatnie mordercze spojrzenie.

nie mam pojęcia. A on uwięził mnie razem z sobą. – Nie. Mimo że nie ma korony. żeby stanąć na świeczniku. Jeśli tego właśnie chcesz – dodaję szybko. mało kto będzie . żeby nie uderzyć go w twarz. odgarniając z czoła kosmyk czarnych włosów. – Dopóki trzymam się z boku. dokąd nas to doprowadziło! – grzmi i szeroko rozkłada ramiona. nosi się po królewsku. w którym się znalazł. a mnie zalewa znajoma fala gorąca. Prawdę mówiąc. choć niezbyt przekonująco. – Przyparta do muru? To nie ja zaszyłam się w mysiej norze. – Och. ponieważ jednym długim krokiem staje tuż przede mną. Książę unosi brew i spogląda na mnie niemal z rozbawieniem. – Oczy mu się zwężają. Jeśli on nie wie nic o wyspie. – Przepraszam – mamrocze. nie sądzę. po czym znów zabiera się do majstrowania przy splątanych przewodach. – Z n o w u. tym raźniej mi się robi. Marszczy brwi. ale nic nie mówi. Bijący od niego żar sprawia. że jesteś tak samo przyparta do muru jak ja. Cal dostrzega to i powściąga gniew. dłonie splata za plecami. Z trudem się powstrzymuję. opieram się o ścianę na drugim końcu kajuty. prostuje się z godnością. To jedyna rzecz. szeroko rozwartymi oczami. – Mój brat n i g d y nie zrobiłby… – Ja też myślałem. – Tyle że ty chyba tego nie widzisz. opuszcza ręce i wzrok. i zobacz. „Do którego ja go wsadziłam”. między którymi tworzy się cienka pionowa bruzda. aby ktoś zawracał sobie mną głowę – ciągnie. czyżby dziewczyna od błyskawic teraz tu dowodziła? – Nie daje mi czasu. – Za nic mnie nie przepraszaj. żeby tak zostało.ponurego szarego munduru. Palcami obu rąk dotyka przeciwległych ścian więzienia. – A mnie się wydaje. – To nawet dość przyjemne – żartuje. Im dłużej milczy. żebym odpowiedziała na drwinę. ogarnia mnie złość – i wstyd. Spogląda na mnie z ukosa ciemnymi. – Dopilnuję. która nadal nas łączy”. Nie zasługuję na to. Zdaje się. Rumienię się. Cal zauważa moje spojrzenie i mocniej naciąga poplamiony rękaw. „Oprócz zemsty. że nikomu nie przyszło do głowy przynieść mu ubrania na zmianę. – Pochyla się do przodu. Biorę głęboki wdech. – Co wiesz o miejscu zwanym Klinem? Zadowolony ze zmiany tematu Cal zbiera się w sobie i wchodzi w rolę księcia. że mój brat n i g d y nie zrobiłby tego czy tamtego. czego Cal teraz pragnie. ty szykujesz się do tego. Pusta przestrzeń między nami rozwiera się niczym przepaść. – Klin? – powtarza z namysłem. nawet jeśli o tym nie wie. że muszę się cofnąć.

wciąż jednak patrzymy na siebie. zaschniętą krew wokół uszu. jeśli chcę zrobić coś dla Nowych. Są b e z p i e c z n i. założyć bazę. tata. wyczuwając przepływ prądu między różnymi częściami okrętu. – Owszem. Zdążył się przekonać o sile moich umiejętności. – Tak twierdzi Shade. Czuję. nie jest w stanie tego poczuć. Patrzy na moją otartą twarz. Nagle przeszywa mnie dreszcz. Są tutaj. Jest na otwartym morzu. przynajmniej na tę chwilę. aby mnie nie dociskać. Milkniemy. Gisa i chłopaki czekają na mnie na wyspie. Nie wiem jednak. – Tak. – Czuje się dobrze. Za to nurkownik okazuje się mieć inne plany. Więcej niż moja rodzina. – Co więcej mogę powiedzieć? – Jak się czuje? Pamiętam. ale szybko dochodzi do siebie. jak długo będziemy razem. których gorzki smak poznałam zarówno na dworze. jak i na arenie. – Czy to tam płyniemy? – Owszem. „Każdy może zdradzić każdego”. ale Cal okazuje się na tyle wielkoduszny. Cal pozostał generałem. Nagle trudno mi znieść jego obecność. przypominam sobie słowa Juliana. – Zdaje się. a mimo to nie chcę nigdzie iść. Muszę wracać do Norty. – Cal nie pyta. – A ty? – Bywało gorzej. bardzo dobrze. – Jedna z wielu rozsianych wzdłuż brzegu. żeby się na niej osiedlić. że mogę odetchnąć nieco spokojniej. dudniące tętno zmienia rytm. – Inny. Zawieszam głos z wahaniem. ale stwierdza. Cal przenosi spojrzenie na mnie i wreszcie pozwala sobie zatrzymać je na dłużej. wykorzystać wszystkie środki i wszystkich . trudno jej nawet bronić.pamiętał o jej istnieniu. Przyjął na siebie kilka kulek wystrzelonych pod mój adres. Cal jeszcze tego nie czuje. Leży poza terytorium Norty. bywało. Usłyszawszy o kulach. Generator pod moimi stopami zaczyna drżeć. Nawet nie mając własnej armii. Przez jakiś czas będziemy bezpieczni. nie mamy śmiałości wracać do wspomnień. który troszczy się o żołnierzy i rannych. – Dopływamy do celu – mamroczę. – Twój brat jest taki jak ty. Wkrótce ich zobaczę. dziękuję. Mama. wie o nich więcej niż ktokolwiek na statku. – „Tak mi się przynajmniej zdaje”. Nie będę mogła zostać na Klinie. – To dobrze. ale nie wątpi w mój instynkt. Nie nadaje się do tego. że został ranny. że to wysepka – oznajmia w końcu.

Wezwał ją Julian – Julian. Chociaż Cal zna się na maszynach. gdy Evangeline niemal zdemaskowała mnie przed całą naszą grupą szkoleniową. Nie chcę nawet o tym myśleć. usiłując stworzyć plan działania. która wiedziała. „Elara zabiła matkę Cala. cała kajuta się przechyla. że jego matkę zamordowała królowa. że nie ma z nami Uzdrowicielki Ciała. a zniknęłyby wszystkie dolegliwości i znów wrócilibyśmy do formy. O kobiecie. aby wspominać o kobiecie. Odebrano go jej za słowa prawdy skierowane przeciwko królowej. a ja wyczuwam zmiany w przepływie energii. – Niewiarygodne – mamrocze Cal zachwycony działaniem potężnej machiny. Nad naszymi głowami rozbrzmiewa alarm. Nie c h c i a ł e m jej posłuchać. Nie spodziewamy się tego i oboje tracimy równowagę. za świadectwo. szybko więc odsuwam się od Cala. „Pięknie. – W porządku. policzki wklęsłe. Nie wątpię. by dociekliwy książę zaspokajał swoją ciekawość. aby wypłynąć z głębi oceanu na jego powierzchnię. Mare. zduszony. O wiele łatwiej było udawać. . Chłopak. że chciałby poznać ją na wylot. żeby utrzymać równowagę. Coriane Królową Piewczynię. Już teraz wydaje się to niemożliwe. nie chciałam… Zbywa mnie machnięciem dłoni. w rytm wycia zaczyna migać żółta lampka zamocowana nad drzwiami kajuty. których przydzieli mi Farley.ludzi. który zaczytywał się w podręcznikach i własnoręcznie składał motocykle. któremu nikt nie uwierzył. jedną ręką opiera się o ścianę. – Gdzie jest Sara Skonos. kiedy jest potrzebna? – burczę. ale to nie czas ani miejsce na to. Ona… – Cal głos ma zachrypły. że niczego się nie widzi”. To moja wina. Jednak najbardziej bolesne jest dla mnie samo zetknięcie z jego ciałem. który ją k o c h a ł – i patrzył. Gdy nurkownik unosi dziób. Rodzoną siostrę Juliana. nie ma racji bytu w tym świecie. zakrwawioną twarz i potłuczone plecy. Jej oczy były smutne. która mogłaby nas wyleczyć. jak dotykiem leczy moją pociętą. tak samo jak zabiłam Mareenę”. w ustach nie miała języka. najlepszą przyjaciółkę Sary. „Zabiłam go. a jednak mój umysł nie przestaje pracować. I nikogo to nie obchodziło. Twarz Cala wykrzywia grymas cierpienia. Wystarczyłby jeden jej dotyk. ale tym razem nie chodzi o niezagojone rany. wpadając na ścianę i na siebie nawzajem. Ten dotyk przywołuje gorzkie wspomnienia. Świetna robota. co będzie się działo dalej. żeby odnaleźć takich jak ja. Krzywię się i rozmasowuję jeden z większych siniaków. Przy zderzeniu odzywają się nasze rany i syczymy z bólu. co za pomysł. żadne z nas nie potrafi przewidzieć. której nikt nie uwierzył”. – Przepraszam. Spotkałam Sarę Skonos tylko raz. Żałuję. w której się znajdujemy. – Wolałem jej nie słuchać.

pęknięcie.Maven również tam przebywał i nienawidził Sary z całego serca. że lekceważenie bardziej zdenerwuje księcia niż okazywanie mu niechęci. – Wynurzamy się – oznajmia. że była niczym rysa na jego dopracowanym wizerunku. ale zamiast spodziewanej wrogości pojawia się na niej chłodna obojętność. że Kilorn nie bierze z niego przykładu. – Cieszę się. przytrzymuje się uchwytów i kół u drzwi. wypowiadającego gładkie słowa. Wyczuwam za sobą ciepło Cala. Muszę odetchnąć zapachem drzew. Nagle metalowe ściany. Jednak stęchłe. przepuszczone przez filtry powietrze korytarza nie przynosi mi ulgi. co przypomina o świecie istniejącym na zewnątrz tej dusznej konserwy. Chwytam się mocniej najbliższej rury i przywieram do ściany. Gdy widzi Cala. Poruszają się z wprawą. wycie alarmu i odtykające się co chwila uszy stają się nie do zniesienia. co robić. nogi same wiedzą. Szkoda. Przyjaciel wychodzi mi naprzeciw. – Chyba dobrze. na poły przyjacielsko. Tak samo jak Cal nie potrafiłam dostrzec tego. ciężkich kroków. – Co ty powiesz? Przyjaciel uśmiecha się szeroko. Mocnym szarpnięciem otwieram drzwi i łapię oddech z zachłannością topielca. . jak gdyby rzucał tym wyzwanie. trafia Kilorna niczym celnie wymierzony cios. zapiera się plecami o ścianę naprzeciwko mnie i stawia stopy po obu stronach moich nóg. wody. żeby zejść w dół pochylonego okrętu. Teraz już wiem. Tę rolę mam już za sobą. ale wydaje się. Sara pewnie już nie żyje. spod którego mogła wyjść cała prawda na temat księcia o łagodnym uśmiechu. podobnie jak Julian. uśmiech znika mu z twarzy. A może nie chce w takim miejscu prowokować gniewu chodzącej pochodni. słyszę za sobą odgłos jego wolnych. Nie zamierzam być pionkiem w ich dziwnych rozgrywkach. które wymawiam. Uniesione w uśmiechu kąciki ust powoli opadają. raczej chce mi zrobić więcej przestrzeni. Najwidoczniej Kilorn uważa. jak jej tam? Lena? Imię. zatrzymując się przede mną. Mimo że okręt nadal się przechyla. Czymś. co się działo pod moim nosem. – Muszę stąd wyjść. Cal pozwala mi odejść kawałek i dopiero po chwili rusza moim śladem. na poły protekcjonalnie. Nie próbuje mnie dogonić. a w głowie cały czas mi dzwoni. że książę również obrał strategię obojętności i się nie odzywa. podczas nocnych złodziejskich wypadów i na torze przeszkód w trakcie treningu. Kilornie. – Klepię go po ramieniu. żeby nie upaść. której nabrały w błocie Palów. – Jak się ma. wiosennej ulewy czy choćby letniego upału albo zimowego mrozu.

Większość zebranych to pielęgniarki i pielęgniarze ubrani w białe fartuchy mniej lub bardziej poznaczone plamami krwi. a ja mam dość zwracania na siebie uwagi. Shade jest ostatni w kolejce rannych. tłum na korytarzu stopniowo rzednie. W końcu wszyscy tak czy inaczej wylądujemy w tym samym miejscu. która przystoi damie. Tylko Farley stoi spokojnie. Kłania się nam o b o j g u. gdy ze strzykawką między zębami poprawia swoim żołnierzom bandaże. którego Kilorn wyuczył się na rybackiej łodzi. balansuje na jednej nodze i czerwieni się wściekle. Gdy Shade jest już bezpieczny na górze. teraz jednak jestem zbyt zmarznięta i znużona. za bardzo osłabiony. gdy będą wciągani przez wąską rurę. Ruszam więc przed siebie korytarzem. ale nic mnie już powstrzyma. widząc nas maszerujących we dwoje. nawet Cal. gotowy jest wykonywać moje rozkazy. gdy Farley przywiązuje go do noszy. fartuch ma jeszcze bardziej zakrwawiony niż wcześniej. Nie marnuję czasu na fałszywą uprzejmość. ale widzę. Może kiedyś rozbawiłaby mnie do łez myśl. walce na arenie i moim pojmaniu. Srebrny wojownik stoi napięty niczym struna i czeka na mój ruch. który nie jest tak zręczny jak ja ani nie potrafi chodzić marynarskim krokiem. po której zeszliśmy do okrętu. dostaje przed wyjściem zastrzyki – środki przeciwbólowe. Ku mojemu zdumieniu pozdrawia Cala i mnie skinieniem głowy. ale tłum jest zbyt zwarty. którzy dokuczali Kilornowi z powodu pielęgniarki. zdecydowanym krokiem ruszam naprzód. Idziemy w kierunku tłumu gwardzistów tłoczących się pod drabinką. którzy są w najgorszym stanie. Cal i Kilorn maszerują za mną. że książę zamiast rozkazywać. Gwardziści jeden za drugim wspinają się po drabinie.Odbicie piłeczki wychodzi mi idealnie. – Powinnyśmy się zaprzyjaźnić. gwardziści zaś. Shade. Muszę natychmiast wyjść z nurkownika. Pokład nurkownika wyrównuje poziom. W pierwszym odruchu chcę się przepchać do brata. przywiązani do prowizorycznych noszy znikają w ciemnym otworze. Farley nadzoruje opuszczanie okrętu. żeby się teleportować. Nie słyszę. co pani kapitan do niego mówi. Gdy zaczynam się wspinać po drabinie. . i gdy tylko robi się przejście do drabiny. które ulżą ich cierpieniu. Z góry dobiega dziwne wycie. ale tym razem nikt nie traci równowagi. że po jej słowach trochę się uspokaja. zamiast przepuszczać przed sobą innych. Paru tych. wysiadka z okrętu idzie znacznie szybciej. żeby myśleć o czymkolwiek innym niż o tym. Odsuwa nawet od siebie strzykawkę i zaciska zęby. To powinno mi dać do myślenia. by jak najszybciej stąd wyjść. stoi podtrzymywany przez dwóch mężczyzn. Wygląda wręcz makabrycznie. rozstępują się przed nami niczym płótno cięte nożem. Cal idzie za mną. szykując się na dojmujący ból transportu do wyjścia. odzywają się mięśnie wciąż nadwerężone po ucieczce z Naercey. jedną ręką trzyma się drabinki. Najpierw wynoszeni są ranni.

słyszę szum wiatru i zrasza mnie mgiełka. Calowi nikt nie pomaga zejść z okrętu. jeszcze w Palach. po kilku sekundach jestem cała przemoczona. że jest niewielka. które przyniosą mi wytchnienie od zimnych głębi oceanu i wspomnień. której mogę się przytrzymać. Teraz. Na szczęście nurkownik stanął na kotwicy w porcie – który z trudem dostrzegam przez ścianę deszczu – i dzielnie się trzyma. Wiatr niemal porywa mnie ze sobą. Na dworze szaleje tak potężny sztorm. – Bree! – zaciskam palce na zgrubiałej dłoni najstarszego brata. dlatego przez otwarty właz wpadały do rury zaledwie drobinki wody. Znów zachowuje pewien dystans i idzie ładnych parę kroków za nami. Widzę Farley i część punktu medycznego. Błyskawica. Chociaż nie przypominam sobie nawałnicy tak gwałtownej jak ta. napełnia moje usta deszczem. widzę. Otarcia na twarzy zaczynają mnie piec. pomagając mi zejść z nurkownika na pirs. On sam jest dla mnie niczym kotwica. być może z wyjątkiem mamy i Gisy. przykryci kocami. wliczając rannych. rozprasza na chwilę mrok. nikt z rodziny Barrowów. w którym wciąż jeszcze są ranni. podczas którego mój najstarszy brat nie był mu zbytnio życzliwy. przez co ląd wydaje się niemal tak samo wzburzony jak morze. kim on jest. – Tędy! – znajomy głos wrzeszczy mi prosto do ucha.Ostatni raz spoglądam przez ramię we wnętrze okrętu. słonawą mgiełką. Gdy zbliżam się do szczytu drabiny. oświetlając biegnącą przed nami ścieżkę. nie okazał Calowi większego zainteresowania. leżą nieruchomo. Pewnie pamięta pierwsze spotkanie z Bree. przeżarty przez rdzę pomost wysunięty w głąb oceanu również zdaje się chybotać. – To umarli”. mimo że raz po raz uderzają w niego wściekłe szare fale. Wtedy jednak nie wiedzieli. otoczona wydmami i porośnięta wysoką szarganą przez wiatr trawą. że zwiewane wichrem strumienie deszczu zacinają niemal poziomo. a twarz uderza szczypiącą. W panującym wokoło mroku trudno dostrzec rysy twarzy prowadzącego mnie żołnierza. ale on doskonale sobie radzi. wdrapując się na kolejny szczebel. „Jesienne sztormy”. że zostało nas mniej niż trzydzieścioro. ale mogę po nim dojść na stały ląd i tylko to się dla mnie liczy. „Nie. Czyjaś ręka pomaga mi wygramolić się na zewnątrz i zejść po drabince na śliski od deszczu i wody morskiej pokład okrętu. dopóki nie docieram do włazu i nie wysuwam głowy przez otwór przypominający plamę ciemności. dwóch rzeczach. Stąpa ciężko i powoli. to nie ranni – uzmysławiam sobie. Z powodu sztormu trudno powiedzieć o wyspie cokolwiek prócz tego. Prawdę mówiąc. Nic wielkiego. Zmierzamy w stronę dwóch płaskich . Marzę o ziemi pod nogami i o c i e p l e. ale jego zwalistą barczystą sylwetkę i dudniący głos rozpoznaję od razu. uznaję. gdy przestaliśmy się tłoczyć w ciasnocie podziemnego pociągu czy nurkownika i wyszliśmy na otwarty teren. Żelazny. Ponowne spotkanie zapowiada się więc interesująco. która rozbłysła gdzieś nad oceanem.

znalezionych i przywleczonych nie wiadomo skąd. ale zyskuję tylko tyle. Przez całą tę nawałnicę. Skoro brat nie martwi się o Shade’a. ale postanawiam znieść niewygodę. Wyspa Klin przypomina wóz Willa Pukawki załadowany zbieraniną towarów kupionych. że na łokciu będę miała kolejny siniak. ładują rannych na stary samochód ciężarowy. – To nie potrwa długo – mamrocze tak. kradzionych. zresztą co za różnica. abym tylko ja go usłyszała. na które kieruje się transport. które okazują się hangarami. ciemnoszarą i niebieską. Przez otwarte bramy budynków na nabrzeżu. że drżę z zimna. a może po prostu przez płynącą w żyłach srebrną krew. – Nieważne. brnąc w strugach deszczu po piaszczystej plaży. Następny piorun uderza bliżej. Na jednym statku poznaję nawet barwy nortańskiej floty. Już niedługo będę sucha. Jego ton mówi więcej niż słowa. jedna na zielono. widać kolejne ciężarówki. Pielęgniarki i pielęgniarze uwijają się w deszczu. podobnie jak pozostałe sprzęty. nad głową będę miała prawdziwy dach. jak gdyby wystraszony. zupełnie niepodobne do tego. Jego również zmieniła Gwardia. Skradzione albo porwane. Myśl o tym pomaga mi przetrwać krzątaninę na nabrzeżu. Gorzej mi się przez to idzie. żeby rzucić się w pościg. aż wejdę do zabudowań portowych. powstrzymuje mnie od tego. Na szarych falach kołysze się nawet parę łodzi również zakotwiczonych w porcie. przyspiesza. – Co mówisz. Bree najwidoczniej myśli. że nic mu nie grozi na szczycie wzniesienia. zanim zdążamy do niego dotrzeć. Daję mu kuksańca. dogania mnie i w końcu idziemy ramię w ramię. Samochód z rannymi rusza z klekotem. Nie mogę się doczekać. wydaje się bardzo blady.betonowych budynków wzniesionych zaraz na nabrzeżu. której nie widziałam od wieków. inne na czarno. pod nogami stały ląd i zobaczę się z rodziną. Wszystko tu wydaje się niedobrane – z jednej strony przestarzałe mniejsze i większe samochody. co znajduje się dalej. ponieważ przyciąga mnie bliżej i obejmuje ramieniem. ja również staram się zaufać. Na niewysokich wzgórzach przed nami dostrzegam kilka kolejnych budowli przypominających bunkry albo koszary. zaraz i tak wszystko wyśpiewasz. a jego głos przypomina głuchy ryk. nie mam jednak pojęcia. a wtedy moje ciało przeszywa dreszcz elektrycznej rozkoszy. książę? – pyta Bree. ciemność. Pobrzmiewają w nim chłód i okrucieństwo. Maszyna pewnie została skradziona. Cal nie podziela moich odczuć. z jakim Bree patrzy na odjeżdżającą ciężarówkę. którego skrzynia okryta jest wodoodporną plandeką. Tylko spokój. czego zwykle spodziewałam się po roześmianym bracie. z drugiej zaś kształtne nowoczesne łodzie niektóre pomalowane na srebrno. .

torturowano Farley. o czym ty mówisz? Cal już wie. Wręcz przeciwnie. Może być pochodnią. – Kilorn wybrał najgorszy z możliwych momentów. ilu Czerwonych posłał na front. co to ma znaczyć?! – Obracam się do brata i wykrzywiam twarz w grymasie. jeśli będą musieli. Ale jest także potężną bronią – tak samo jak ja – i można go wykorzystać w nadchodzącym starciu. Z jego rozkazu żołnierze zabijali. otwiera się na oścież bez najmniejszego zgrzytu. ma równie jasne. nawet jak na Cala. Jego krew jest jednak tak samo czerwona jak moja. Być może właśnie tego chcą. staje w miejscu i obraca się do mnie. bezceremonialnie odciąga na bok. która pomoże rozproszyć mrok. „Czyli pułapkę zastawili nie na mnie”. – Bree. Jedno oko zaszło mu szkarłatną mgłą. – Nie skrzywdzimy go. Spoglądam przez ramię. obiecuję. Nie mogę go zranić. – Nie wyjdzie z tego. jeśli będzie próbował walczyć. zdyscyplinowany oddział wyglądający na regularne wojsko. Brama hangaru. Jest dla niej zagrożeniem. Dowódca oddziału przywodzi mi na myśl Srebrnego Mroźnego. Gdyby próbował ze mną tak postąpić ktokolwiek inny. „Osaczonego zwierzęcia”. – Bree. że wcale nie potrzebują dodatkowego powodu. nie kolejna pułapka”. – Co dalej? – pyta wyzywająco Srebrny wojownik. Teraz szepcze mi prosto do ucha. Chociaż w głębi ducha wiem. przykleja mokre kosmyki do czoła. Jednak ta myśl wcale mnie nie uspokaja. Trzyma mnie mocno. bez namysłu poraziłabym go. W walce o Nowych. Żołnierze trzymają broń przed sobą. Ale to mój rodzony brat. ogarnia mnie jeszcze większa wściekłość i rozpacz. n i e m a m o w y. przez niego zginął Tristan. Zastrzelą go. niemal białe włosy i bije od niego chłód. Pretekstu. żeby kosztem ich życia powiększyć terytorium Norty o kilka marnych kilometrów kwadratowych. Zbyt wiele kul. który wyłania się za plecami Cala.– Bree. Nie składał przysięgi wierności Szkarłatnej Gwardii. żeby zabić upadłego księcia. W odpowiedzi chwyta mnie za rękę i nie robi tego delikatnie. Mare. a jego głos przypomina warczenie zwierzęcia. Brązowe oczy ciemnieją od strachu. – Tylko nie to. Walsh popełniła samobójstwo. przeciwko Mavenowi. aby go uśmiercić. żeby chyłkiem do mnie podejść. proszę – modlę się w duchu. I kto wie. Wymaszerowuje z niej liczny. ich oczy lśnią w deszczu. „Nie. jak . a mnie żołądek podchodzi do gardła. Cal polował na Szkarłatną Gwardię. Wiatr mierzwi mu włosy. starli w proch większość wojowników pod komendą pani kapitan. widzę płonące pięści Cala i rozłożone ręce gotowe do starcia z mężczyzną o przekrwionym oku. p u s z c z a j ! – Nie zrobimy mu krzywdy – zapewnia brat.

dziewczyna od błyskawic. słyszy je cały hangar. że nie ma pojęcia. chociaż wie. czym jest prawdziwa moc. zdoła wpłynąć na moje decyzje. Ale ja. które daje mu ta scena. – Na kolana. Mężczyzna o przekrwionym oku wyszczerza w uśmiechu proste. – Zginie. gdy klęczał obok pozbawionych głowy zwłok ojca. upaja się widokiem księcia klęczącego u jego stóp. silny. Z ogni skaczących po skórze Cala unosi się para. posłuchaj go. Cal wzdryga się na dźwięk swojego nazwiska. lśniące zęby. które wali jak młot. Cal osuwa się na kolana. niczym kruszący się i padający na ziemię posąg. aby się ratować. a jego płomienie gasną z sykiem. I chyba tylko ja mam w tej sprawie inne zdanie. nie wykonuje jednak poleceń. Napawa się poczuciem mocy. Kiedyś być może skapitulowałby. Tyberiaszu! – woła mężczyzna o przekrwionym oku i zuchwale postępuje parę kroków w stronę księcia. Z wyraźnym zadowoleniem staje nad Calem. wiem. dumny. – C a l. – Ręce za głowę. że będąc blisko mnie. z ociąganiem. Stoi sztywno wyprostowany. – Cal. że przegrał bitwę.gdyby sądził. że usłyszą również bicie mojego serca. Trudno nie przyznać mu racji. Podobnie wyglądał wczoraj. Wiatr niesie moje słowa daleko. Teraz jego własne życie wydaje mu się niewiele warte. jak gdyby sztorm usiłował stłumić płomienie. Powoli. . Boję się.

– Traktujcie go łagodnie – szepczę. Za to ani na chwilę nie opuszczają karabinów. nawet jeśli nie chce tego głośno przyznać. książę Norty i najbardziej poszukiwany człowiek w całym królestwie”. żeby go powstrzymać. Mężczyzna o przekrwionym oku i jego żołnierze wprowadzają Cala do hangaru. zanim ta zdążyła nadejść. Ten argument skłania mnie do zastanowienia i wzbudza lęk ukryty głęboko na dnie duszy. że się podporządkowałam. że tak jest najlepiej. posunę się do ostateczności. Co zrobią ze mną. Po tym. coś. potakuję jedynie ich słowom. Shade chciał mnie ostrzec. wspierając się o ramię brata. „Jest jednym z nich. a w ich zamku tkwi klucz. I również wówczas z jego strony niczego się nie obawiałam. jak Maven ukradł mu dziedzictwo po ojcu i zszargał jego dobre imię. Cal jest potężny. Po raz kolejny dostrzegł oznaki zmiany. Użyję wszystkich swoich wpływów i całej swojej m o c y – chociaż nie wiem. czy nie okazałoby się to za mało. ponownie nas rozdzielając. Wtedy. jeśli nie da im do tego powodu. aby obrócić się przeciwko mnie. których zostali nauczeni. ale ich kiepskie tłumaczenia do mnie nie trafiają. Udaję. to ogień w ludzkiej postaci. gdy miał wszelkie powody. który w każdej chwili może się przekręcić. To generał. Mam tylko nadzieję. „Jest niebezpieczny. Jeśli mężczyzna o przekrwionym oku postanowi wykorzystać Cala jako kartę przetargową w pertraktacjach z Mavenem. Nie robię więc nic. Ja mogę jedynie z szeroko otwartymi oczami i zamkniętymi ustami przyglądać się. Miałam rację. Kilorn i Bree wyrzucają z siebie kolejne argumenty. Ja jednak wiem lepiej niż ktokolwiek inny. na nurkowniku. jeśli nie będę tańczyć.Rozdział 5 Próbują mnie przekonać. że Cal nigdy by mnie nie skrzywdził. co robić. jak drzwi hangaru zatrzaskują się za Calem. Ja zaś jestem błyskawicą. jeśli będzie chciał go wymienić albo poświęcić. Udaję s ł a b o ś ć. czego należy się bać i co należy pokonać. żeby nie silić się na skuwanie mu rąk. Cal nie ma niczego i nikogo poza nami. jak należy. że wokół mnie rosną kraty. „Jest cenny. Na szczęście znam to uczucie z przeszłości i dobrze wiem. Nie zabiją go. Nawet w zimnym jesiennym . że będzie się zachowywał. nie tracą czujności i nie zbliżają się do Srebrnego wojownika. udając. nawet dla ciebie”. zachowując przy tym na tyle rozsądku. Nie możemy mu ufać”. aby nie przypłacić tej zuchwałości śmiercią w płomieniach. ale czuję. że zgadzam się z nimi. jak mi zagrają? Nie jestem jeszcze w więzieniu. Nie zrobił tego nawet wtedy.

gdy się rozjaśni i przestanie padać. Nabrałam złego nawyku niedoceniania innych. niż się zdaje. co przeszłam w pałacu oraz na arenie. a Czerwoni niewolnikami. że mam się dobrze. Kilorn idzie tuż za nami. które teraz dostrzegam. ale i w sercu. trzyma się tak blisko. chociaż walka. który przenikał mnie na nurkowniku i w deszczu. Wątpię. że mnie nie słyszy. że uwięzienie Cala i to wszystko. Zwykle zapełnialiśmy czas . „Ilu ludzi tędy wchodziło? – zastanawiam się. towarzyszami broni. aby go za to nie kopnąć. żeby dostrzegli to moi rodzice. ile przeszłam. Dziedziniec jest płaski i w przeciwieństwie do schodów i nabrzeża utrzymany w bardzo dobrym stanie. Można z nią rozmawiać i przemówić jej do rozumu. Powstrzymuję się. nawet gdy wprowadzają mnie do baraku oznaczonego wymalowaną na czarno cyfrą trzy. co miał na myśli. zwłaszcza członków Szkarłatnej Gwardii. Pani kapitan potrafi być szorstka i fanatyczna. jest zupełnie inna od tej. że raz lub dwa zahacza butem o moje pięty. nie zmieniło. pewnie zobaczę bazę w całej okazałości – i zrozumiem. „Ale czy tak właśnie nie jest? Czy nie przyrzekałam wierności Farley i Szkarłatnej Gwardii?” Buntownicy podobnie jak ja wierzą. To dziwne i zupełnie do nas niepodobne. Stopnie są wytarte. że zbliża się koniec świata. – Ilu jest tutaj teraz?” Gdy docieramy na szczyt. jaką on poznał. Podobnie jak Naercey. On jest inny niż Farley. Kilorn milczy. niż się spodziewałam. Zbudowano je w dwóch rzędach oddzielonych długim betonowym placem. Poświęcili życie swoich żołnierzy d l a m n i e. tak będzie lepiej. Baza wojskowa okazuje się większa. Teraz doskonale rozumiem. Bree udaje. wydeptane niezliczoną liczbą butów. braćmi i siostrami – ale spotkanie z mężczyzną o przekrwionym oku skłoniło mnie do zastanowienia. nie mogę jednak pozwolić. bo w końcu jestem „bezpieczna”. otwiera się przed nami widok na wyspę. Lata służby na froncie północnym uodporniły go na wilgoć i ziąb. nie złamało mnie. „Wojna nigdy nie przemija”. którą toczę. p r z e z e m n i e. Klin jest pewnie czymś więcej. Czuję zimno nie tylko w kościach. i koncentruję na wspinaczce po drewnianych schodach. że stoję po jej stronie – i się cieszę. nie ustępuje. Rankiem. i pospiesznie sprowadza nas z nabrzeża. Wzdłuż jego środka biegnie idealnie prosta biała linia znikająca kilkadziesiąt metrów dalej w nocnych ciemnościach. Wracam myślami do słów taty. Chociaż tyle mogę dla nich zrobić. Są moimi sprzymierzeńcami. Nie mam pojęcia. Cała wyspa wydaje się niezwykle spokojna. Bunkier na grzbiecie wzniesienia to zaledwie jeden z kilkunastu baraków. czy mężczyźnie o przekrwionym oku zostało choć trochę zdrowego rozsądku. ale wie.deszczu czuję bijące od niego ciepło. Niech myślą. A Gwardia niech sądzi. dokąd prowadzi. jeśli nie liczyć szalejącej nawałnicy. Chłód. w którym Srebrni są panami. z kim mam do czynienia. które prowadzą do koszar leżących na wzniesieniu.

żeby wstąpić w szeregi drugiego. ale też uchodźcy z Naercey i różnych innych miejsc. nie przestaję zwracać uwagi na drogę. Jedną z klamek ozdabia upleciony z traw warkocz. Pamiętając. chociaż wcale się nie spodziewałam. Wszystkie drzwi są pozamykane. przegapił prawie pięć lat z mojego życia. że najlepiej znają mnie wrogowie. przy drzwiach z wyrytym napisem „PRERIA”. dobiega mnie ciche buczenie lamp i przewodów biegnących pod sufitem. i nie byłam tak okrutna. który ostudził moje emocje. potem jeden. teraz jednak nie mamy sobie nic do powiedzenia. Shade’owi udałoby się mnie zwieść bez większego trudu. a nie z konieczności. ale przewidywalnego. który toruje sobie drogę przez życie z prostotą toczącego się głazu – niebezpiecznego. Do tego jest gwardzistą. Dziwne. dokuczaniem lub bzdurną gadaniną – najwięcej bredni opowiadał oczywiście on. Co gorsza. Każdy człowiek przy zdrowych zmysłach nazwałby tych dwóch moimi wrogami. dwa. gdyby nie przenikliwy chłód. Powinnam się chyba z tego cieszyć. że jest ślepo posłuszny Gwardii. nad innymi wisi zerwany naszyjnik i tak dalej. Pierwsza z nich właśnie została uwięziona. którą prowadzi mnie brat. że być może Bree celowo wybrał okrężną trasę. Najpierw w prawo. a druga zasiada na tronie ociekającym krwią. które toczy się za nimi. Bree nie zauważa tego. żołnierzem. ale uspokajam się myślą. gdy byłam trzynastoletnią rozrabiaką. mają jednakowy stalowoszary kolor i niczym się od siebie nie różnią. Nigdy nie grzeszył bystrością. trzy zakręty i w lewo.przekomarzaniem się. i zgodził się na to. Wściekłabym się na niego. a poza tym poszedł na wojnę. czasami tylko służąc mu za . skoro groziły im pobór i egzekucje? „Ale jak zdołali uciec? I jak dotarli tutaj?” Kolejne pytania pojawiają się na mojej stale wydłużającej się liście zagadek. Grube betonowe ściany korytarza tworzą labirynt nieoznakowany w żaden sposób. który zbiegł z jednego wojska. których zarządzenie ogłosiłam królestwu osobiście. jak przytrzymał mnie na nabrzeżu. Przychodzi mi do głowy. co zamierzają zrobić z Calem. kradłam dla zabawy. Nie zna mnie takiej. jednak Bree jest inny. rodzina zaś – w ogóle. że w baraku jest sucho. aby mógł cokolwiek spostrzec. iż brakuje mu sprytu na takie sztuczki. To twardziel i siłacz. zawsze z chęcią szedł w ślady starszego brata. Mimo że na chwilę się zamyślam. wielu gwardzistów i Czerwonych uciekło z kontynentu. Tramy prawdopodobnie będzie miał podobne nastawienie. Z rozkoszą stwierdzam. Na dodatek w ciągu ostatnich dwóch miesięcy zmieniłam się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej i tak naprawdę były wtedy przy mnie tylko dwie osoby. Jak mogliby zostać. domyślam się. Po wprowadzeniu Środków Bezpieczeństwa. chociaż na niektórych widnieją oznaki życia. o niczym mnie nie uprzedził. jaką jestem teraz. że między nas wkradła się obcość. Nigdy nie wytrzymywaliśmy długo w ciszy. Kilorn wiedział. Mieszkają tu więc nie tylko surowi żołnierze. zmroził je niemal na sopel lodu.

Podczas naszego ostatniego spotkania nie potrafiłam jeszcze nad sobą panować. dobiega mnie odgłos toczących się kół i czuję. których nie widać na zewnątrz. „Owszem. I to także jest moja wina. Iskrzy się na niej błyskawica. Powinnam była się domyślić. Kiedyś Gisa szyła stroje dla Srebrnych. byłam słaba. zakrzywionej niczym szpon dłoni. Znajdowałam się w potrzasku. Nadchodzi świt. żeby mieć oczy szeroko otwarte. wydaje się szarzeć. gdy patrzę na wszechobecną czerwień. że nikt jeszcze nie śpi. miałam mętlik w głowie.przewodnika. tata i Tramy nie poznają mnie w dziewczynie. Pojedyncze okno osadzone wysoko w przeciwległej ścianie zostało zamknięte przed deszczem. jak zalewa mnie fala ciepła. mojej broni. Teraz jestem poobijana. Drzwi przed nami są otwarte na oścież. wzory proste. Przez chwilę wpatruje się we mnie bez słowa. Mama. Nowych. to mama przytula mnie pierwsza. W niczym nie przypominają misternych dzieł sztuki krawieckiej. chorągwie – czerwony kolor wygląda ze wszystkich kątów. że to właśnie za nimi mieszka nasza rodzina. kawałki tkanin. ani do Czerwonych – jest tylko m ó j. ponieważ od razu rzuca mi się w oczy zawiązany wokół klamki kawałek fioletowego materiału. Podobnie jak wtedy w Palach. choć większy niż kajuty na nurkowniku. Stałam się kimś więcej. gdy zaczęły się ze mnie sypać iskry i o mało nie spaliły naszego domu. nadchodzi”. wypowiada moje imię z drżeniem. Siedząca przy metalowym stoliku siostra zastyga w bezruchu z igłą trzymaną w niezagojonej jeszcze. która pulsuje we mnie. ściegi nierówne. Wszędzie poznałabym zgrzyt kół przy wózku mojego ojca. Chusty. Kolory haftu łączą w sobie barwy domu Tytaniuszy – mojego kamuflażu – oraz energii. która stanęła w drzwiach. symbol. Gdy podchodzimy bliżej. teraz w pocie czoła haftuje sztandary dla Szkarłatnej Gwardii. kim jestem i co muszę zrobić. które przez nie widać. ozdabia każdą ścianę. mimo że . Pokój. ozdabiając każdy możliwy skrawek materiału symbolem rozdartego słońca. Jedynie Shade jest na tyle bystry. flagi. Mimo to jakoś mieszczą się w nim łóżka dla całej rodziny i nawet zostaje jeszcze trochę miejsca przy drzwiach. ścierki. Bree nie musi mówić. powtarzam w duchu. Przeraża mnie to. Wie. ale wiem. że tak to się skończy. które wcześniej wychodziły spod jej ręki. jak gdyby czekały na przyjęcie gości. Gdy wreszcie wypuszcza mnie z objęć. uzbroić się w cierpliwość i sprawdzić. Tkanina jest postrzępiona na brzegach i ozdobiona niezdarnym haftem. Bree nie puka. tak samo jak pozostali. który nie należy ani do Srebrnych. Jej wyroby nie są zbyt ładne. jest ciasny i zagracony. niż mogliśmy przypuszczać w najśmielszych marzeniach. poznaczona siniakami i ranami. – Mare – głos mamy jest ledwie słyszalny. Niebo. jaki los czeka nas. czekają na mnie.

że słyszę to teraz. – Tak samo Shade. który mnie zdradził. Temat brata jest wybawieniem. Nie chcę zobaczyć w ich oczach rozczarowania. jest za wcześnie. Gdybym otwarła usta. co chce. których zabiłam. przed wyjściem poklepuje mnie po plecach. ale na pewno nie to. Jestem tak wykończona. iż jestem dzieckiem. która przygląda mi się zwężonymi oczami. Jak dobrze jest usiąść. Mama przejeżdża ręką po szorstkim materiale moich nowych ubrań i dotyka przez koszulę siniaków. areny ani tego. wciąż milczy i opiera się o ścianę. słowa mogłyby popłynąć same i być może opowiedziałabym o wszystkim. łatwiej mi rozmawiać o nim niż o sobie. jak gdyby potrafiła je dojrzeć. odprężając się na zimnym metalowym krześle. Potakuję skinieniem głowy. tylko na tyle się zdobywam. gdy można o mnie powiedzieć wiele rzeczy. co zrobiłam. Tramy podnosi się z piętrowego łóżka. że pozwolili ci chodzić po… po tym wszystkim. kręcę głową. Jest też chudszy i wydaje się drobniejszy. „Dziecinko”. nie potrafię przyznać się przed nimi do tego. o księciu. O tym. – Jesteś ranna – szepcze. głową niemal zahacza o sufit. oburzenia ani s t r a c h u przede mną. Nie zniosłabym tego dzisiaj. Od lat nikt mnie tak nie nazywał. Chciałem się tylko upewnić. – Zaoszczędziliśmy trochę jedzenia z racji żywnościowych. krzątając się przy nędznej namiastce szafki kuchennej. Bree rusza razem z Tramym. I chociaż najbliżsi mogą już o tym doskonale wiedzieć. i księciu. Cieszę się w duchu.najchętniej przytulałabym się do niej jeszcze bardzo długo. usiądź. że u ciebie… „Wszystko w porządku?” Taki zwrot nie istnieje już w moim słowniku. Nie musi czekać na żadne p o z w o l e n i a. Odrzuca do tyłu . – Widzieliście się z nim? – pytam. – Jesteś głodna? – pyta mama. prowadzi mnie do pustego krzesła. że nie wspomina Naercey. jak bardzo mnie boli i jak bardzo mi zimno. – Usiądź. – Poprawia się na wózku i wtedy zauważam. – Nasza córka może robić. Gisa. – Właśnie idę do izby chorych. zauważa moją ociężałość. Kilorn zostaje. Tata chichocze ponuro. który mnie uratował. kręcąc głową. – Głaszcze mnie rozdygotaną ręką. jak gdyby chciał się w nią wtopić i zniknąć. dziecinko. jak bardzo posiwiał. Dziwne. Chociaż nie pamiętam. kiedy ostatnio jadłam. jeśli masz ochotę. że marzę jedynie o łóżku. – … że się trzymasz. co zdarzyło się przed tym. – Nie do wiary. Oraz o ludziach. Chyba jeszcze nie mam siły o tym opowiadać.

dziecino. pomarszczona. Przez moment myślę. a moim głównym porannym problemem jest to. Opiekuje się mną jak dzieckiem. na które rzucono najwięcej poduszek. sam również wydaje się inny. zimne podmuchy dolatują znad rzeki. pozwalam więc. ale żeby po prostu potrzymać mnie za rękę. Próbuję coś powiedzieć. Zwijam się w kłębek i szlocham w duchu. Nie mam siły na nic. jak to zmienia. jego oczy przypominają odległe punkciki światła lśniące w ciemności. pomaga się położyć. Mimo palącego się jasno światła i szmeru rozmów już po chwili zapadam w drzemkę. nawet gdybym mogła. Sztorm minął. zaciskam więc na niej palce. których najbardziej kocham. Jednak tylko puszczam jego dłoń i zapadam w sen. Nocą. Jednak takie udawanie nie ma sensu. który żył zbyt długo i przeszedł zbyt wiele w wojennym piekle. żeby mnie budzić. Jest duchem żołnierza. . dobiega mnie jeszcze dudniący głos Kilorna. masz rację. Zanim zasypiam. do czego chciałabym wrócić. śpij. czuję. że go nie słyszę. znajoma. – Sekundę później otula mnie mrok. Okazuje się prawdziwa.kosmyk gęstych włosów. czy iść do szkoły. jeszcze przez chwilę udaję: leżę na posłaniu w Palach. „Dziecino”. nie jest czymś. że to wszystko mi się śni i tak naprawdę znów jestem w lochach pod Kościńcem. Ale dłoń taty jest ciepła. w samotności. egzekucje były jedynie koszmarami. czy też nie. – Dajcie jej się wyspać. arena. Od wielu dni nie czułam się bezpieczniej niż tutaj. Ktoś otworzył okno i wpuścił chłodną jesienną bryzę oraz jasne słoneczne światło. Na pewno próbuję. chociaż łatwiejsze. Tamto życie. – Oczywiście. gdzieś na pograniczu jawy i snu. Głos ma zmieniony. – Mama znów chwyta mnie za rękę i tym razem ciągnie w stronę łóżka. jak tata chwyta moją dłoń. * Słony zapach morskiego powietrza budzi mnie następnego ranka. Ze względu na nich powstrzymuję jednak łzy. kto tu jest starszą siostrą. – Wiem. tak by nikt nie widział. – Uważajcie na nią. Że ucieczka. Zanim decyduję się otworzyć oczy. poprawia cienką pościel. rudoczerwonych niczym nasza krew. – Powinnaś się położyć – oznajmia głosem niedopuszczającym sprzeciwu i przez chwilę zastanawiam się. Nie po to. w otoczeniu ludzi. który odzywa się dopiero. a mimo to właśnie teraz chce mi się płakać jak nigdy wcześniej. gdy myśli. które wkrótce mają się spełnić. żeby ułożyła mnie do snu. jak to jest zabić człowieka – szepcze ojciec. – Proszę. – Wiem.

dziecino – mruczy. – Wszyscy są w kantynie. że skończę. Bez trudu zapamiętuję drogę i drzwi. – Serio. Pewnie wyglądam gorzej. które mijamy. Labirynt korytarzy nie wydaje się teraz tak bardzo skomplikowany.Mam wiele do zrobienia. Troska. daje mi do myślenia. Szkoda. W tej chwili pani kapitan wydaje się jednym z moich najbliższych sprzymierzeńców. a nawet niemowląt. – Gdzie jest izba chorych? – pytam. że Kilorn coraz mniej przypomina nieznośnego pomocnika rybaka. którego pamiętam z Palów. dzięki któremu można uratować tylu ludzi z łap Mavena? Coś mi mówi. Są stare i połamane. dla kogo jest ten pokój. która maluje się na jej twarzy. . zdrową ręką wyskubuje nitki wystające ze skrawka czarnego materiału. Gisa rozłożyła się z robótką na łóżku naprzeciwko mnie. Chociaż nie zawsze. za nimi zaś widać puste pokoje lub próżnujących w swoich klitkach Czerwonych. Zauważam ślady obecności dzieci. Za tę zaczepkę obrywa poduszką w twarz. że chrupie mi w kościach. nie kryjąc się z drwiącym uśmieszkiem. kto odważy się mi odmówić? Kto odważy się sprzeciwić planowi. Przeciągam się tak mocno. Wygląda na to. siostra jednak nawet nie podnosi głowy. żeby Cal wziął udział w mojej misji. biegnąc myślami do Shade’a i Farley. gdzie ta kantyna? Gisa rzuca robótkę na posłanie i wstaje z ciężkim westchnieniem. niż mi się zdaje. – Musisz coś zjeść. które zapewne trafiły na Klin razem z rodzicami. że tym kimś może być mężczyzna o przekrwionym oku. chociaż w głębi ducha cieszę się. – No dobra. Tym razem zdąża się pochylić i poduszka przelatuje nad jej głową. – Wiedziałam. Niektóre są otwarte. skoro siostra tak o mnie dba. walają się pod ścianami pomalowanymi na mdlący żółty kolor. – Nie zaczynaj – odburkuję. W jednym z pokoi dostrzegam więcej zabawek niż gdzie indziej. Muszę się zająć listą Juliana. że barak numer trzy przeznaczono dla rodzin. że możemy się podroczyć. ale odsuwam od siebie tę myśl. – Dzień dobry. Na drzwiach nie wisi żaden napis. Mare – surowo odpowiada Gisa. prostuje się i spuszcza nogi z łóżka. Mieszkający w nim ludzie nie przypominają wojowników Gwardii i większość raczej nigdy nie brała udziału w walce. niańcząc dzieci – gdera niczym nasza mama. który zapewne miał ożywić betonowe wnętrze. ale domyślam się. A jeśli będę chciała. aby na mnie spojrzeć. Na śniadaniu. Powoli składam te obrazki w całość. zacząć przygotowania do tego olbrzymiego przedsięwzięcia.

ale miarowy puls elektryczności. o jasnych. ale na próżno. że uda mi się dostrzec zawartość pudeł. ale wtedy moją uwagę przykuwają dziwni żołnierze w mundurach niebieskiego koloru. byle tylko nie patrzeć na przechowalnię dla maluchów. ale taka jest prawda. Takie jak bycie bratem jedynej kobiety. Wpatruje się w przewody. Nie mam pojęcia. Gisa nigdy nie dawała mi się łatwo zbyć.„Sieroty”. z dala od Srebrnych Uciszaczy takich jak nieżyjący już Arven. . skąd czerpią energię na wyspie. – I siła. bardzo krótko przyciętych włosach. Pod sufitem biegną rury i przewody. na którym praca wre. że jestem gotowa zapłacić tę cenę. Tutejsze drzewa nie mogą się równać z dębami ani sosnami rosnącymi wokół Palów. I znając Mavena – a tym bardziej Elarę – Julian prawdopodobnie nie żyje. co ja. co mam. Trochę zwalniam. odczuwam ulgę. którą kochał stary król. ale słysząc niski pomruk. licząc. gdzie go wcześniej widziałam. co od niego dostałam. został stracony za to. układając w stosy skrzynie podobne do tych. nie tutaj. a za barakami oprócz wysokiej trawy dostrzegam rzadki zagajnik. – Jaka jest elektryczność? Nie wiem. próbuje poczuć to. które umarły za życia. Za dnia wyspa Klin wydaje się mniej rozległa i złowroga. bladzi. Uderza we mnie podmuch morskiego powietrza. Został pojmany. Brzmię jak Srebrna. nie potrafię jednak sobie przypomnieć. Na arenie nie było czasu się nad tym zastanawiać. że na pytania. – To moc – mówię w końcu. Wczoraj niemal mnie zabił. Żołnierze w granatowych mundurach są podobni do Farley: wysocy. które ma do mnie. Jednak nie dalej niż wczoraj usłyszałam od Mavena. Przynajmniej tego nikt nie jest w stanie mi odebrać. Odcień ten wydaje mi się znajomy. szarpnięciem otwierając drzwi prowadzące na zewnątrz. – Jak to jest? – pyta Gisa. sprawia. którą mi daje. poruszając przy okazji różne inne zagadnienia. której pozostaje bronić się gołymi rękami. targa moje skołtunione włosy. co odpowiedzieć. wolę nie odpowiadać. Szybko odwracam wzrok. Julian pewnie wytłumaczyłby to z łatwością. jednak tym razem milczy. które widziałam na nurkowniku. że mój dawny nauczyciel wcale nie uciekł. lecz zimny granat. i za zbrodnie popełnione w przeszłości. tłumiąc swoją mocą moją umiejętność i zmieniając mnie z powrotem w Czerwoną dziewczynę. biegnąc wzrokiem za moim spojrzeniem. Rozumie. w których wyczuwam wolny. Nie jest to żywy błękit podobny do barwy rodu Osanosów. Jednak moc. ale teraz na myśl o tamtej sytuacji ogarnia mnie panika. Gisa prowadzi nas przez betonowy plac. Przepasani czerwonymi szarfami gwardziści rozładowują pojazdy. przypominam sobie. kim jestem. Świecące jasno słońce ogrzewa jesienne powietrze. Moja umiejętność to najcenniejsze. chociaż oddziela mnie od innych. nawiązując do historii wszystkich umiejętności i źródła ich pochodzenia. ale dobre i to.

jak to ujął Tramy.„Cudzoziemcy”. Jest to jednak głupia. chociaż nie ma pojęcia o tym. uzmysławiam sobie. Norta od stu lat prowadzi wojnę z Lakelandią. Jeden z nich mruży powieki i odprowadza nas spojrzeniem. i n n e m u królowi. Teraz rozumiem. Oczywiście w tym momencie jeszcze bardziej mam ochotę zatrzymać się i zatopić wzrok w patrzącym za nami żołnierzu. ona zaś spokojnie przytakuje skinieniem głowy. Coś mi tu nie pasuje. walczą o ziemię. Chociaż zapach jedzenia sprawia. – Dlaczego? Kim oni są? Siostra kręci głową. – Są z północy. skąd te mundury o barwie chłodnych jezior. Po tym. żeby jak najszybciej zejść z oczu granatowym żołnierzom. chwytając mnie za rękaw. – On przejął dowództwo. – To ludzie pułkownika – szepcze siostra. aż siostra mi odpowie. Pozwalam więc Gisie poprowadzić się dalej. gdy tylko odchodzimy na tyle daleko. „Strzegąc przed kim?” – Nie przyglądaj się im – mamrocze Gisa. wyglądać na biedną. dziecięca chęć. dopóki nie zrozumie. – Pułkownik jest Lakelandczykiem. Królowie ognia występują przeciwko królom zimy. ale nie wchodzimy do środka. jak mnie naznaczyły tamte wydarzenia – … przyjechał „uporządkować sprawy”. złamaną życiem dziewczynę. . – Nie tutaj. że zaczyna mi burczeć w brzuchu. przelewając czerwoną i srebrną krew. płaskiego budynku przypominającego pozostałe baraki. co się stało w Archeonie… – na jej twarzy maluje się grymas bólu. Stoją z karabinami w dłoniach. ale teraz są tutaj. „Z północy”. jedzenie i chwałę. czekam. Muszę zachować pozory. – Lakelandczycy? – patrzę na nią ze zdumieniem. wskazując własne oko. żeby granatowi nas nie usłyszeli. strzegąc skrzyń. że świt nadchodzi dla jednych i drugich. – Mężczyzna z przekrwionym okiem – oznajmia Gisa. – Który to ten pułkownik. z kim ma do czynienia. z nami. Ciągnie mnie za sobą. Zza drzwi dobiegają szczęk naczyń i odgłosy rozmów przy śniadaniu. że doszłyśmy do kantyny. jakaś nienazwana myśl nie daje mi spokoju i drażni tak samo jak siostrzane szarpanie za rękaw. Ci ludzie to żołnierze służący w innym wojsku. Giso? Dopiero w tej chwili zauważam. znów szarpie mnie za koszulę. Jednak wygląda na to.

że nie wiem. – Słyszałam. Serce ściska mi bolesny skurcz. „4”… Po plecach przebiega mi dreszcz. – Rozmawiali o nim w nocy. Gisa wzrusza ramionami. jak mówili coś o baraku numer jeden. czy siostra w ogóle mnie usłyszy. Shade półgłosem wspomniał coś o tym na nurkowniku. tylko czwarty i piąty palec wciąż są dziwacznie wykrzywione. Kilorn nie wiedział. „3”. jak Lakelandczyk potraktował w nocy Cala. żeby otworzyć drzwi. Nie zrobili mu krzywdy. dokąd zabrali Cala? – ściszam głos tak bardzo. – Czyli Farley straciła stanowisko. „Nie ma baraku numer jeden”. – Kapitan Farley zawiodła. Przychodzi mi do głowy wiele pytań. że dawno temu mi zaufała. nie mogę myśleć inaczej. niż przypuszczałam. – Gdzie on jest? – pytam ponownie. Mimo to jej dłoń zatrzymuje się w powietrzu. Zaciskam zęby. Gdy otwiera drzwi do kantyny. Druga ręka goi się lepiej. Siostra wyciąga drobną dłoń. dokąd go wzięli. spoglądam na rząd budynków ciągnących się po lichy zagajnik. że tego typu człowiek dowodzi wyspą i wszystkimi. kiedy zasnęłaś. Czy miał na myśli właśnie pułkownika? Czy to przed nim próbował mnie ostrzec? Pamiętając. Nie spodobało mu się to. – W baraku numer jeden – odpowiada siostra szeptem. A świadomość. Chciał to obejrzeć. . – Giso. nie dodaje otuchy. „W takim razie mnie znienawidzi”. ale tym razem w moim głosie pobrzmiewa lodowaty ton Srebrnej księżniczki. podkurczone. ale Tramy i tak poszedł go zobaczyć. – C o obejrzeć? – Mówił. Poprzestawiane kości – kara za to. Namalowane czarną farbą numery baraków wyraźnie odcinają się na tle spłowiałego od słońca betonu: „2”. ale wtedy nie przywiązałam zbyt wielkiej wagi do jego słów. którzy się na niej znajdują.„Dowódca”. że na razie były same pytania. które zraniłyby Cala bardziej niż jakikolwiek cios.

Rozdział 6
Jedzenie w większości jest mdłe, owsianka przypomina szarą papkę zalaną letnią wodą. Tylko
ryba jest dobra, świeżo złowiony dorsz. Ma posmak soli i oceanu, tak samo jak powietrze. Kilorn
zachwyca się rybą i bez sensu zastanawia się, jakich sieci używa Gwardia. Mam ochotę krzyknąć
do niego: „To my jesteśmy w sieci, idioto!”, ale kantyna to nie najlepsze miejsce na takie
rozmowy. Są w niej również opanowani Lakelandczycy w swoich granatowych mundurach.
Podczas gdy umundurowani na czerwono gwardziści jedzą razem z resztą uchodźców, oni nie
siadają, cały czas krążą po sali. Przywodzą mi na myśl Srebrnych strażników i przeszywa mnie
znajomy dreszcz. Klin wcale nie różni się tak bardzo od Archeonu. Znów rozmaite grupy
pragnące przejąć władzę nad pozostałymi i ja w samym centrum tej walki. A Kilorn, mój
przyjaciel, z którym znamy się od dziecka, nie rozumie chyba, jak bardzo jest to niebezpieczne.
Lub co gorsza – rozumie, ale nic go to nie obchodzi.
Uparcie milczę, otwieram usta jedynie po to, żeby ugryźć kolejny kawałek ryby. Rodzina,
zgodnie z poleceniem, zwraca na mnie szczególną uwagę. Mama, tata, Kilorn i Gisa udają, że na
mnie nie patrzą, i wszystkim im to zupełnie nie wychodzi. Chłopaków nie ma, wciąż siedzą
z Shade’em. Tak samo jak ja mieli go za martwego i teraz chcą nadrobić stracony czas.
– No więc jak się tu znaleźliście? – Słowa więzną mi w gardle, ale zmuszam się, żeby je
wykrztusić. Lepiej zacznę pytać, zanim oni zaczną przepytywać mnie.
– Przypłynęliśmy – rzuca krótko tata, po czym połyka łyżkę owsianki i chichocze ze swojego
dowcipu. Ja również się uśmiecham, przez grzeczność.
Mama daje mu kuksańca i cmoka z niezadowoleniem.
– Danielu, dobrze wiesz, o co pyta córka.
– Nie jestem debilem – odburkuje i zapycha usta kolejną porcją owsianki. – Dwa dni temu,
około północy, Shade zjawił się na werandzie. Wyrósł jak spod ziemi. O tak. – Pstryka
palcami. – Wiesz, o czym mówię, prawda?
– Wiem.
– Prawie dostaliśmy zawału serca przez to jego pojawianie się i to, że w ogóle żyje.
– Wyobrażam sobie – mruczę pod nosem, przypominając sobie, jak to było ze mną, gdy znów
zobaczyłam brata. Myślałam, że oboje nie żyjemy i znajdujemy się w jakimś miejscu z dala od
tego szaleństwa. Jednak tak samo jak ja Shade stał się po prostu kimś innym, c z y m ś i n n y m,
żeby przetrwać.

Tata mówi dalej jak nakręcony, gestykuluje i kołysze się na wózku, który w rytm
gwałtownych ruchów właściciela przetacza się do przodu i do tyłu na skrzypiących kółkach.
– Gdy tylko twoja matka przestała zalewać się łzami, zabrał się do roboty. Zaczął wrzucać do
torby różne rzeczy, zupełnie niepotrzebne. Flagę z werandy, obrazki, twoje pudełko z listami.
Całkiem bez sensu, ale trudno kłócić się z synem, który właśnie ożył. Kiedy powiedział, że
musimy uciekać i to w t e j c h w i l i, widziałem po nim, że nie żartuje. No to uciekliśmy.
– A co z godziną policyjną? – Środki Bezpieczeństwa wryły mi się w pamięć i serce. Jak
mogłabym o nich zapomnieć, skoro zmuszono mnie, żebym osobiście ogłosiła ich wprowadzenie
całemu królestwu? – Mogliście wszyscy zginąć!
– Mieliśmy Shade’a i to całe jego… – Tata usiłuje znaleźć odpowiednie słowo i znów
wykonuje dziwne gesty.
Gisa przewraca oczami znudzona jego wygłupami.
– Nazywa to skokami, nie pamiętasz?
– Właśnie. Shade przeskoczył z nami patrole i wylądowaliśmy w lesie. Potem skoczyliśmy nad
rzekę i do łodzi. Nocą można przewozić towary, skończyliśmy więc w skrzynkach z jabłkami,
w których siedzieliśmy, cholera wie jak długo.
Mama wzdryga się na to wspomnienie.
– Ze z g n i ł y m i jabłkami – dodaje. Gisa chichocze, tata również się uśmiecha. Przez moment
szara papka staje się paskudną potrawką mamy, betonowe ściany przemieniają się
w nieoheblowane deski, a my siedzimy przy kolacji. Znów jesteśmy w domu i znów jestem
zwykłą Mare.
Mija chwila za chwilą, ja słucham i uśmiecham się. Mama dalej trajkocze, nie muszę więc się
odzywać i mogę jeść w spokoju. Również dzięki temu, że każdego, kto spogląda w moim
kierunku, mama piorunuje wzrokiem, którego moc nieraz poznałam na własnej skórze. Gisa
zabawia Kilorna, opowiadając nowinki z Palów. Przyjaciel słucha jej uważnie, ona zaś przygryza
wargę zadowolona z zainteresowania, którym ją obdarza. Zdaje się, że jeszcze jej nie przeszło
i ciągle jest w nim zadurzona. Z kolei tata z zapamiętaniem wylizuje do czysta drugą miskę
owsianki. Gdy spogląda na mnie znad krawędzi naczynia, widzę w nim cień mężczyzny, którym
kiedyś był. Wysokiego, silnego, dumnego żołnierza, którego ledwie pamiętam i którego trudno
rozpoznać w ciele inwalidy. Jednak tak samo jak ja, Shade czy Gwardia ojciec nie jest
wynędzniałym słabeuszem, na jakiego wygląda. Chociaż jeździ na wózku, jest bez nogi, a
w klatce piersiowej ma zamontowane szczękające ustrojstwo, niewielu ludzi na świecie brało
udział w tylu bitwach, co on, i na dodatek je przeżyło. Stracił nogę i płuco dopiero trzy miesiące
przed zwolnieniem ze służby, po niemal dwudziestu latach walki na froncie. Ilu ludzi może się

pochwalić takim dokonaniem?
„Wydajemy się słabi, ponieważ tego chcemy”. Może te słowa pochodzą nie od Shade’a, ale od
naszego ojca. Ja dopiero poznaję własną siłę, on zaś ukrywa swoją, odkąd wrócił do domu.
Pamiętam, co powiedział mi kiedyś w nocy, gdy leżałam w półśnie. „Wiem, jak to jest zabić
człowieka”. W to akurat nie wątpię.
Jestem zaskoczona, że jedzenie przypomina mi o Mavenie. Nie chodzi o smak potraw, ale
o samą czynność. Ostatni posiłek jadłam razem z nim w pałacu jego ojca.
Piliśmy z kryształowych kieliszków, posługiwałam się widelcem z trzonkiem z masy perłowej.
Usługiwał nam zastęp służących, ale mimo to byliśmy strasznie samotni. Nie mogliśmy
porozmawiać o zbliżającej się nocy. Ukradkiem zerkałam na księcia, mając nadzieję, że zdołam
zachować zimną krew. W tamtym momencie jego obecność dodawała mi siły.
Wierzyłam, że wybrał mnie i moją rewolucję. Wierzyłam, że jest moim wybawcą,
błogosławieństwem. I że to, w czym nam pomaga, jest słuszne.
Jego błękitne oczy płonęły zupełnie innym ogniem. Ogniem determinacji, silnym, ale dziwnie
lodowatym, zmrożonym strachem. Myślałam, że lękamy się tego samego – boimy się o naszą
sprawę, o siebie. Grubo się myliłam.
Powoli odsuwam od siebie talerz z rybą. „Wystarczy”.
Odgłos naczynia szorującego o blat stołu działa na Kilorna niczym dzwonek alarmowy,
przyjaciel natychmiast obraca twarz w moją stronę.
– Skończyłaś? – pyta, zerkając na moje niedojedzone śniadanie.
W odpowiedzi wstaję, a wtedy on również zrywa się na nogi. Jak na komendę. „Tyle że nie
moją”.
– Czy możemy pójść do izby chorych?
„Czy możemy”. Starannie dobieram słowa, chcę stworzyć zasłonę dymną, dzięki której Kilorn
być może zapomni, kim i czym teraz jestem.
Przytakuje i uśmiecha się szeroko.
– Z Shade’em coraz lepiej. To jak, rodzinko, idziemy? – rzuca, omiatając spojrzeniem ludzi,
którzy przez lata zastępowali mu krewnych.
Rozwieram szeroko oczy. Muszę porozmawiać z Shade’em, dowiedzieć się, gdzie jest Cal
i jakie plany ma wobec niego pułkownik. Chociaż tęsknię za rodziną, tam będą mi tylko
przeszkadzać. Na szczęście tata pojmuje to w lot. Szybko chwyta pod stołem mamę za rękę
i porozumiewa się z nią bez słów. Mama poprawia się na krześle i uśmiecha przepraszająco,
chociaż jej oczy pozostają poważne.
– Złapiemy was później – mówi z naciskiem. – Chyba najwyższy czas zmienić baterie,

prawda?
– Cholera – głośno burczy tata, odkładając łyżkę do miski z papką.
Gisa patrzy mi w oczy, chcąc w nich wyczytać, czego potrzebuję. „Czasu, miejsca i okazji do
tego, żeby zacząć rozplątywanie sieci”.
– Muszę dokończyć sztandary. – Siostra wzdycha. – Zużywacie je w szalonym tempie.
W odpowiedzi na tę drobną uszczypliwość Kilorn parska śmiechem, a na jego twarz wypływa
szelmowski uśmiech, który doskonale znam.
– Jak sobie chcecie. Tędy, Mare.
Pozwalam przyjacielowi potraktować się protekcjonalnie i posłusznie ruszam za nim. Na
dodatek ostentacyjnie kuleję, oczy zaś wbijam w podłogę. Przezwyciężam ogromną chęć, aby
odpowiedzieć wyzywającym spojrzeniem wszystkim tym, którzy się we mnie wpatrują:
gwardzistom, Lakelandczykom, nawet uchodźcom. To, czego się nauczyłam na dworze zmarłego
króla, przydaje mi się w bazie wojskowej, gdzie znów muszę ukrywać prawdę o sobie. Wcześniej
udawałam bezlitosną nieustraszoną Srebrną, silną i potężną księżniczkę Mareenę. Jednak tamta
dziewczyna podzieliłaby los Cala, zamknięto by ją razem z nim w tajemniczym baraku numer
jeden. Muszę więc znów stać się Mare Barrow, zwykłą Czerwoną, która nie jest groźna ani
podejrzana i która zamiast polegać na sobie, zdaje się na przewodnictwo Czerwonego chłopaka.
Wreszcie zrozumiałam w pełni ostrzeżenie taty i Shade’a.
– Noga dalej ci dokucza?
Tak bardzo koncentruję się na tym, aby pamiętać o powłóczeniu nogą, że niemal puszczam
słowa Kilorna mimo uszu.
– To nic takiego – odpowiadam w końcu i zaciskam usta w wymuszonym grymasie bólu. –
Bywało gorzej.
– Na przykład kiedy skoczyłaś z werandy Ernie’ego Knota. – Oczy Kilorna lśnią, gdy wraca
pamięcią do wspomnień sprzed paru lat.
Złamałam wtedy nogę i przez kilka miesięcy nosiłam gips, który pochłonął połowę rodzinnych
oszczędności.
– To nie była moja wina.
– Przecież sama skoczyłaś, nikt cię nie zmuszał.
– Ale ktoś rzucił mi w y z w a n i e.
– Niemożliwe, co za łobuz mógł zrobić coś tak okropnego?
Śmieje mi się prosto w nos i przeprowadza przez dwuskrzydłowe drzwi. Korytarz, który leży
za nimi, wygląda na świeżo dobudowany. Farba miejscami wciąż jest mokra, a światła nad nami
mrugają. „Źle podłączone”. Wiem to od razu, wyczuwam miejsca, w których energia rozszczepia

się i rozprasza. Jeden przewód jest jednak nieuszkodzony, biegnie wzdłuż korytarza, po czym
skręca w lewo. Ku mojemu rozczarowaniu Kilorn prowadzi nas w prawo.
– Co tam jest? – pytam, wskazując drogę, której nie wybraliśmy.
Przyjaciel nie kłamie.
– Nie wiem.
*
Izba chorych na Klinie jest miejscem mniej ponurym niż punkt medyczny na nurkowniku.
Przez otwarte na oścież, wysokie, wąskie okna wpada świeże powietrze i światło słońca.
Pielęgniarze w białych niepoplamionych krwią fartuchach kręcą się między pacjentami, których
bandaże również lśnią czystością aż miło. Izbę wypełnia szmer cichych rozmów, od czasu do
czasu rozlegają się pokasływania, czasem kichnięcie. Nie słychać jęków bólu ani trzasku kości.
Nikt tutaj nie kona. „Bo kto miał umrzeć, umarł już wcześniej”.
Nie trudno znaleźć Shade’a, który tym razem nie udaje, że śpi. Nogę ma cały czas
podwieszoną, podtrzymuje ją jednak bardziej profesjonalna szyna, a opatrunek na ramieniu
wygląda na świeży. Brat patrzy w prawo, w kierunku sąsiedniego łóżka, i jest zatopiony
w rozmowie. Nie widzę jeszcze, z kim prowadzi dyskusję, łóżko z dwóch stron otacza zasłona,
odgradzając je od reszty izby. Widzę jedynie, że na twarzy Shade’a maluje się spokój, ale jego
usta poruszają się szybko, jak gdyby szeptał coś gorączkowo.
Gdy dostrzega, że się zbliżamy, milknie, a ja czuję się tak, jak gdyby coś przede mną ukrywał.
– Rozminęłaś się właśnie z mięśniakami – mówi i przesuwa się, robiąc mi miejsce na łóżku.
Pielęgniarz podchodzi, żeby mu pomóc, ale Shade odprawia go machnięciem posiniaczonej ręki.
„Mięśniaki”, tak dawniej nazywaliśmy braci. Shade, który długo był najniższy z rodzeństwa,
często służył Bree za worek treningowy. Tramy traktował go lepiej, ale rodzinny osiłek zawsze
był jego idolem. W końcu Shade wyrósł, zrobił się na tyle sprytny i szybki, że udawało mu się
przechytrzyć starszych braci, i mnie nauczył tego samego. Jestem pewna, że odesłał ich z izby,
żeby móc porozmawiać na osobności ze mną – i z osobą, którą zasłania przepierzenie.
– Świetnie, zaczęli mi już działać na nerwy – odpowiadam z uśmiechem.
Gdyby ktoś przysłuchiwał się nam z boku, uznałby naszą wymianę zdań za zwykłe rodzinne
przekomarzanie. Jednak Shade wie, że chodzi o coś więcej, i jego oczy ciemnieją, gdy staję
w nogach łóżka. Zauważa, że utykam, i pochwala moją grę ledwie dostrzegalnym skinieniem
głowy. Odpowiadam mu tym samym gestem. „Zrozumiałam, co chciałeś mi przekazać, Shade,
jasno i wyraźnie”.
Zanim zdążam wspomnieć cokolwiek o Calu, do rozmowy wtrąca się czyjś głos. Słysząc go,
zaciskam zęby, żeby się uspokoić.

– Jak ci się podoba na Klinie, dziewczyno od błyskawic? – pyta Farley, która okazuje się
tajemniczym sąsiadem Shade’a. Przerzuca nogi przez krawędź łóżka i siada tak, aby patrzeć prosto
na mnie. Obydwie dłonie zaciska na pościeli, a jej ładną, pokiereszowaną przez bliznę twarz
wykrzywia grymas bólu.
Łatwo wymigać się od odpowiedzi na to pytanie.
– Jeszcze nie wiem.
– A pułkownik? Co o nim sądzisz? – ciągnie pani kapitan, ściszając głos. Spojrzenie ma
nieprzeniknione, z jej twarzy trudno cokolwiek wyczytać. Nie mam pojęcia, co chce usłyszeć,
wzruszam więc ramionami i zajmuję się poprawianiem pościeli brata.
Po wargach Farley przewija się coś na kształt uśmiechu.
– Potrafi zrobić wrażenie. Na każdym kroku musi udowadniać, że on tu rządzi, zwłaszcza gdy
w okolicy pojawiają się tacy jak wy dwoje.
Błyskawicznie okrążam łóżko Shade’a i zatrzymuję się między nim a Farley. Z przejęcia
zapominam kuśtykać.
– To dlatego uwięził Cala? – mówię szybko i ostro. – Nie chciał, żeby taki wojownik kręcił się
koło niego i psuł całe wrażenie?
Pani kapitan spuszcza wzrok, jak gdyby się zawstydziła.
– Nie – mamrocze. Brzmi to jak przeprosiny, tyle że nie mam pojęcia, czego miałyby one
dotyczyć. – Nie dlatego uwięził księcia.
Czuję kiełkujący w piersiach strach.
– W takim razie dlaczego? Co on takiego zrobił?
Farley nie zdąża mi odpowiedzieć.
W izbie chorych nagle robi się dziwnie cicho, na chwilę nieruchomieją pielęgniarze, Farley,
nawet moje serce. Zza zasłony nie widać drzwi wejściowych, ale słyszę tupot butów
maszerujących szybkim krokiem. Nikt się nie odzywa, jedynie kilku żołnierzy salutuje, gdy buty
przechodzą obok ich łóżek. Widzę je przez szczelinę między zasłoną a podłogą. Są czarne,
skórzane, oblepione mokrym piaskiem i zbliżają się do nas. Nawet Farley wzdryga się na ich
widok i wbija paznokcie w materac łóżka. Kilorn staje bliżej, zasłaniając mnie do połowy
własnym ciałem, a Shade stara się usiąść jak najprościej.
Chociaż jestem na oddziale szpitalnym, na którym leżą Czerwoni mieniący się moimi
sprzymierzeńcami, intuicyjnie przywołuję błyskawicę. Energia gromadzi się w moim ciele, jest na
tyle blisko, żebym w każdej sekundzie mogła po nią sięgnąć.
Pułkownik okrąża zasłonę, jego czerwone oko nieustannie omiata wszystkich gniewnym
spojrzeniem. Ku mojemu zdumieniu wzrok zatrzymuje się jednak nie na mnie, ale na Farley.

Eskorta pułkownika składa się z umundurowanych Lakelandczyków, bliźniaczo podobnych do
Bree, tyle że bledszych i bardziej ponurych. Są rośli jak drzewa, muskularni jak byki i ślepo
posłuszni. Wyćwiczonym ruchem stają po dwóch stronach pułkownika, zajmując pozycje przy
łóżkach Shade’a i Farley. Pułkownik staje między posłaniami, blokując drogę wyjścia mnie
i Kilornowi. „Pokazuje, kto tu rządzi”.
– Ukrywa się pani, pani kapitan? – pyta pułkownik, bawiąc się zasłoną przy łóżku Farley.
Wojowniczka jeży się na ton dowódcy i jego insynuacje. Gdy on cmoka z dezaprobatą, ona cała
się napina. – Jest pani za mądra, aby pomyśleć, że nie będę chciał pani rozliczać w miejscu
publicznym.
– Starałam się wykonać wszystkie rozkazy, dokonać rzeczy trudnych i niemożliwych –
odparowuje wojowniczka. Ręce jej drżą, nie ze strachu, lecz z oburzenia. – Dostałam stu
żołnierzy, żeby obalić Nortę, całe królestwo. Czego się pan spodziewał, pułkowniku?
– Spodziewałem się, że wróci ich więcej niż dwudziestu sześciu. – Riposta uderza jak
smagnięcie biczem. – Spodziewałem się, że będzie pani mądrzejsza niż siedemnastoletnie
książątko. Spodziewałem się, że będzie pani chronić swoich ludzi, a nie prowadzić ich prosto
w paszczę Srebrnego lwa. Spodziewałem się po tobie znacznie więcej, Diano, znacznie więcej niż
zrobiłaś.
„Diano”. Wymawiając jej imię, pułkownik wymierza ostateczny cios. „To jej prawdziwe imię”.
Oburzenie Farley zamienia się we wstyd, a ona sama przypomina pustą skorupę. Zatapia
spojrzenie w podłodze. Znam dobrze ten widok, widok zdruzgotanego człowieka. Gdyby
próbowała się odezwać lub choćby poruszyć, rozsypałaby się. Już teraz zaczyna się zapadać pod
ciężarem słów pułkownika i tego, że zwrócił się do niej po imieniu.
– To ja namówiłam do tego panią kapitan, pułkowniku.
Z jednej strony chciałabym, aby głos mi zadrżał, bo Lakelandczyk pomyślałby, że się go boję.
Jednak stawiałam już czoła znacznie gorszym przeciwnikom niż żołnierz o nabiegłym krwią oku
i niemiłym sposobie bycia. Znacznie gorszym.
Delikatnie odsuwam Kilorna na bok i postępuję krok do przodu.
– Ręczyłam za Mavena i jego plan. Gdyby nie ja, wasi ludzie nie zginęliby. To ja mam ich
krew na rękach, nie pani kapitan.
Ku mojemu zdumieniu pułkownik kwituje mój wybuch śmiechem.
– Nie wszystko kręci się wokół pani, panno Barrow. Słońce nie wschodzi i nie zachodzi na
pani życzenie.
„Nie o to mi chodziło”. To tłumaczenie brzmi jednak głupio, nawet w moich własnych
myślach.

– Król wie o liście i na pewno zabije ich wszystkich. Z tej odległości wyraźnie dostrzegam smugi krwi przesuwające się w zamglonym oku powoli niczym chmury na niebie. którego żołnierze nie powinni nosić. urodzonych z mutacją. Jestem przekonana. ale nie pozwalam sobie na wzruszenie. trudnym do przeniknięcia głosem. – Muszę go przekonać. – Kto dał ci te nazwiska? – pyta w końcu spokojnym. ale mają siłę taką jak Srebrni i są w stanie zmierzyć się z nimi w otwartym starciu. Ciekawe. a ja nagle czuję. zdrowym okiem spogląda na wojowniczkę z uwagą. żeby wygrać wojnę. porusza szczęką z namysłem. Ona również poniosła porażkę. . prostując się jeszcze bardziej i przenosząc wzrok na mnie. jej śmiałe słowa skierowane do tak twardego przeciwnika dopingują mnie do działania. Pułkownik milczy przez chwilę. – Można ich odszukać. że Farley tak właśnie zrobi. gdy wracam myślą do Mavena. Farley patrzy na mnie. – Oddech mi się rwie. – Pozbawiam cię dowództwa. aby odejść. panie pułkowniku. Być może są na tyle potężni. drogocenny wojenny łup. którą zamierzam się zająć. po czym odwraca się. jeśli nie znajdziemy ich pierwsi. jaką podjęłaś w ostatnich tygodniach – rzuca Lakelandczyk. – Cóż to za propozycja? – pyta pułkownik. że łączy nas dziwna więź. Kwestionujesz moje postanowienie? Przez ułamek chwili mam wrażenie. Znów podnosi wzrok. – Nie dotarły do mnie żadne nowe rozkazy. ochronić. gdy wymawiam to nazwisko. To Czerwoni tacy jak my. ale dalej walczy.– Błędy pani kapitan są jej błędami. w y s z k o l i ć. – To najlepsza decyzja. Nie wypuści z rąk tak silnej broni. Ona jednak spuszcza głowę i kuli się w sobie. Farley jednak nie skończyła. – Co z moją misją? – Misją? Jaką misją? – Pułkownik wydaje się bardziej zaciekawiony niż zirytowany. m u s z ę. – Oczy mnie szczypią od wstrzymywanych łez. – Julian Jacos. która umożliwia nam korzystanie z pewnych… umiejętności. nikt ich za nią nie popełnił – ciągnie mężczyzna i obraca się do Farley. Jak na nieokrzesanego gbura zaskakująco umiejętnie ukrywa swoje odczucia. Dostrzegam złoto połyskujące między jego palcami. że Dowództwo wyrazi zgodę. komu go ukradł. – Nie. – Dostałam listę nazwisk Czerwonych podobnych do mnie i mojego brata. Niemal uśmiecham się do niej. – Panna Barrow ma interesującą propozycję. Bawi się nawet ukrytym pod kołnierzem łańcuszkiem. Diano.

żeby to powiedzieć. stał po n a s z e j stronie. Zadanie bez wątpienia jest karkołomne. żeby zająć się n i m i ? – Kręci głową. „Każdy może zdradzić każdego”. nieprawdaż? Dlaczego król Maven miałby pozwolić takiemu zdrajcy chodzić po ziemi? – Pułkownik upaja się moim zdumieniem. – Został aresztowany za u r a t o w a n i e kapitan Farley. licząc. I zanim zaczniesz mnie oskarżać. Pułkownik nie rusza się z miejsca. to co dalej? Przechytrzymy najlepszych Srebrnych zwiadowców w całym królestwie. panno Barrow. twój Julian żyje. po czyjej stronie jest sercem – po stronie mojej. Maven wyśle najlepszych ludzi. która zamordowała jego siostrę. a my ruszymy owczym pędem prosto w kolejną pułapkę. radzę ci. Sary i każdego. czy gra naprawdę nie jest warta świeczki? Otwieram usta. – Och. – Według mnie Julian nigdy nie był twoim przyjacielem. lista jest prawdziwa. pobór dzieci do wojska i egzekucje. ale tylko trochę. – Żyje? Mimo wszystko? – tłumię okrzyk zaskoczenia. że go zabije… – Dziwne. I prawdopodobnie przypłacił to życiem. Pułkownik ma rację co do niektórych spraw. mięśnie na jego karku się napinają. Diano. ale odchyla się cały do tyłu. a wymienione na niej nazwiska wskazują innych… − szuka właściwego słowa. jak Shade. kto sprzeciwi się królowej. więc jeśli nie chcesz znów się skompromitować. zlekceważymy całe cierpienie. – Reszta Dowództwa powie to samo. ale pułkownik podnosi rękę. tropicieli lepszych i szybszych od nas? Urządzimy masową ewakuację tych Czerwonych. Nie mogę jednak uwierzyć.– Srebrny. aby to dotyczyło właśnie Juliana. więc to pewnie spowolni jego ruchy. – Nie chcę więcej o tym słyszeć. które wbija mnie w ziemię. Ale jeśli istnieje choćby najmniejsza szansa na znalezienie żołnierzy takich jak ja. zanim zdążymy dzięki twojej propozycji odbić choćby piędź ziemi. – Ta wojna się skończy i nasze ciała zesztywnieją. Każde kolejne zdanie jest niczym uderzenie młotem. Znam go na tyle dobrze. że wiem. Dał ci listę. – Pułkownik uśmiecha się szyderczo. żebyś już teraz dała sobie z tym spokój. że próbuję . – Spogląda na Farley. – A nawet jeśli. żeby wytropili i zabili Czerwonych z listy. – Przyjaciel – odparowuję oburzona jego tonem. – Ale Maven powiedział. że przekażesz ją nam. j e ś l i. Będzie chciał utrzymać wszystko w tajemnicy. minę nadal ma drwiącą. których jakimś cudem z d o ł a m y ocalić? Założymy Szkołę Dziwolągów imienia Mare Barrow i poświęcimy lata na wyćwiczenie ich do walki? Poświęcimy wszystko inne. Kilorna Warrena i Anny Walsh. ale nie sili się na uprzejmość − … o d m i e ń c ó w takich jak ty. P o m a g a ł Szkarłatnej Gwardii.

. Widzę jedynie czerwień. Skrzywdziłaś już wiele osób. Kiedy wracam do przytomności. co to może oznaczać. Farley niefrasobliwie rzuca mi klucz. Farley prostuje się. Zawstydzona dziewczynka. która nigdy wcześniej nie przemawiała tak łagodnie. Iskry napływają mi do dłoni. Niczego nie pragnę w tej chwili tak bardzo jak tego. którą uznałam za słuszną – odzywa się głos w mojej głowie. I do tego umierałabym ze świadomością. dziewczyno od błyskawic – słyszę głos Farley. jaki nosi pułkownik. – Spokojnie. rozsadza mnie gniew. a najwięcej tym. spod którego wyciąga złoty łańcuszek. że na łańcuszku coś wisi. którzy stracili zdrowie. że pułkownik ma rację.cię zatrzymać. a w najgorszym kulką w łeb. – Szerokim gestem wskazuje pomieszczenie pełne rannych żołnierzy. zauważam. ale fatalnie mi idzie ich wykonywanie. do którego on pasuje. a księcia najbardziej. – Kąciki ust pułkownika podnoszą się w znaczącym uśmieszku. To jednak w najlepszym wypadku skończyłoby się zamknięciem mnie w areszcie. „Barak numer jeden”. pamiętaj o swoim przyjacielu i o jego sytuacji. jak wszystko się we mnie gotuje. przypomnij sobie przysięgę. Spiczasty metalowy klucz. żeby ochronić swoich ludzi. Nie łudź się. tańczą pod skórą. żeby dopiąć swojego celu. za kołnierz. żeby przywołać cię do porządku. żeby je powstrzymać. gdzie znajduje się zamek. Przekrwione oko ciemnieje. Przysięgałaś wierność Szkarłatnej Gwardii. Nie muszę pytać. z kim mają do czynienia. zniknęła bez śladu jak za pstryknięciem palców. że moje oczy również zachodzą krwistą mgłą. „W imię sprawy. przesuwające się w nim smugi nabierają purpurowego odcienia wściekłości. siada i patrzy. Przez chwilę mam wrażenie. ponieważ zauważam. „Kolejna maska”. zaciskam jednak pięści. To jedyna oznaka mojej wściekłości. – Ty postąpiłaś tak samo. walcząc za mnie. – Nie jest tak źle. że światła nad nami mrugają. uwolnić swoją prawdziwą naturę i pokazać tym słabeuszom. a nie własnym egoistycznym pobudkom. którą przed chwilą była. Zamiast mi współczuć. którą złożyłaś. Wyrządziłam mnóstwo krzywd. – Doskonale potrafię wydawać rozkazy. by wybuchnąć. na jej twarzy maluje się leniwy uśmiech. – Zrobię wszystko. – Nie odważysz się go skrzywdzić. – W imię wyższego dobra”. Nie mam czasu zastanawiać się. Jej ręka wędruje w górę. Pułkownik wyszedł. zostawił nas. – Nie jest? – Ze wszystkich sił zaciskam szczęki. taki sam. panno Barrow. – A jeśli ich twarze nie wystarczą. abyśmy przeżuli jego słowa. którzy są mi najbliżsi. „Cal”.

jak nazwał mnie pułkownik. Kilorn rumieni się. – Czyli według ciebie jestem skończonym idiotą? No to proszę. – Chyba nie do końca . stoimy jednak na otwartym dziedzińcu. gwardzistów i uchodźców krzątających się wokół swoich spraw. zniżając głos do konspiratorskiego szeptu. która w każdej chwili może wybuchnąć. – Patrzy na mnie jak na wroga. – Daj spokój. że oni cię szpiegują? – Drwi ze mnie. o czym ja nie mam pojęcia? Awantura wisi w powietrzu. bądź tak łaskawa i oświeć mnie. że nie potrafisz choć na d w i e m i n u t y przestać zachowywać się jak osioł i zobaczyć. Przyjaciel wpada mi na plecy. jak gdybym była b o m b ą. Spodziewam się.Rozdział 7 Kilorn zrzędzi przez całą drogę z izby chorych na betonowy plac. ale wcale nie wygląda na skruszonego. – Przykro mi – mamrocze. która wrze we mnie po spotkaniu z pułkownikiem. I mimo że nie ma tu czytających w myślach Srebrnych Szeptaczy ani kamer śledzących każdy mój ruch. – Nie to miał na myśli. że moje słowa w końcu do niego dotrą. obracając się tak. Próbuję nie zwracać uwagi na jego marudzenie. przez co j a też muszę zwolnić. że przypatruję się oddziałowi gwardzistów. Do tego idzie coraz wolniej. – Bardzo mi przykro. niepewny tego. Mare. na zadaniu. co się tak naprawdę tutaj dzieje. – Naprawdę? – Urywam w nadziei. Złość. które mam do wykonania. ale gdy po raz trzeci słyszę słowo „głupota”. – Nie. – A ty skąd niby wiesz. Co takiego wiesz. – Chyba… – Kilorn zacina się. to mnie jest przykro – fukam. usiłując nie stracić panowania nad sobą. nie zamierzam się teraz odsłaniać. Kilorn zauważa. którzy przebiegają kilka metrów od nas. On jednak robi głęboki wdech i cofa się o krok. skupiam się na Calu. Mare. Jesteśmy po tej samej stronie. że jak zwykle będzie chciał mi się odszczekać. – Słyszałeś. D z i w o l ą g i e m. co zamierza powiedzieć. znajduje wreszcie ujście i zabarwia mi policzki na czerwono. O d m i e ń c e m. co miał na myśli? Tak dobrze go znasz? Na szczęście przyjaciel nie znajduje na to odpowiedzi. nie wytrzymuję i staję. by stanąć z nim twarzą w twarz. na którym roi się od żołnierzy pułkownika. – Myślisz.

Próbowałam go ocalić. – Właśnie o tym mówię. Uwierz mi. czym jesteś. W s z y s c y o tym wiemy. Ty jednak zrobiłeś ze mnie waszą wspólniczkę. że do rany przyłóż! – woła. – Ślepym i okrutnym idiotą. Marzy mi się pozostawienie podobnego sinego śladu na twarzy Kilorna paplającego bzdury. ale zamiast tego popchnęłam go prosto w objęcia niebezpieczeństwa. – Zwłaszcza mnie. Musiałaś przetrwać w i c h świecie. że masz teraz przestać ufać wszystkim naokoło. „Gdybym tylko potrafiła”. nie bądź naiwny – odpowiadam oschle. że mam ci zaufać? Kiedy tkwisz po uszy w konszachtach z ludźmi. że obcas buta zostawia czarny ślad na betonie. – Puszczaj – rozkazuję z oburzeniem. Przede mną wyłania się barak numer trzy. Nie mam pojęcia. żebym stała i p a t r z y ł a. Gdy nie odpowiadam i puszczam się niemal biegiem do drzwi baraku. – Proszę – odwarkuje. żeby mnie zamknąć? Naprawdę masz mnie za głupią? W jego oczach coś się budzi. To ten chłopak płakał pod moim domem. chwyta mnie za ramię i zatrzymuje. którego pamiętam. jak wyprowadzają go. za którym masz się chować. że zdradził cię Maven. Przyjaciel aż się wzdryga. Nie jestem tylko ochroniarzem. W moim głosie pobrzmiewa zimny. posklejane na końcach włosy. Źle to wyszło… – Jednak jesteś skończonym idiotą. daj spokój! – woła za mną i dogania mnie w paru krokach. – Kilornie. Staram się wywinąć z jego uścisku. bawi się palcami. co oni planują. że się zmieniłaś. trzymając na celowniku. a teraz mówisz. ale Kilorn doskonale zna wszystkie moje sztuczki. przeczesuje palcami płowe. wrażliwość ukryta pod maską niedbałości i swobody. Kilornie”. – Powinieneś był mi powiedzieć. Odciąga mnie od wejścia i prowadzi w stronę zacienionej alejki między barakiem trzecim i czwartym. w końcu stając się zaczepnym cymbałem. Wzdycha z rozdrażnieniem. celując palcem prosto w moją twarz. – Spuszcza wzrok. „Bystry jesteś.się myli. – To. prawda? Odwracam się tak szybko. którzy tylko czekają na pretekst. Ten chłopak nie chciał walczyć i umierać. stój. jak ci się udało wyjść z tego cało. wiem. który zaczął mi się już kojarzyć z domem. władczy ton Mareeny. do tego cały czas pomagałaś nam i jeszcze próbowałaś się dowiedzieć. proszę. zmusiłeś mnie. on maszeruje więc za mną. Ja jednak się nie zatrzymuję. – Wiele przeszłaś. Kilornie Warrenie – rzucam przez ramię. Szkarłatnej Gwardii . jak umiem. – Mare. – Ty za to jesteś milutka. jestem twoim przyjacielem i chcę ci pomóc najlepiej. ale wiem. – Hej. nie znaczy.

pełne rozczarowania spojrzenie. jego głos przypomina pomruk zwierzęcia. Nikim w porównaniu z tobą. Rozciąga usta w uśmiechu i podsumowuje. czego on ode mnie chce. Nie wiem. ale utkwiły mi w pamięci jej krzyk i miażdżące. stoi nade mną tak blisko. a kiedy się odzywa. – Rozumiem. że jesteś idiotą. mieści się oczywiście pod ziemią. „Możesz . jaką w życiu od ciebie usłyszałem. co na to powiedzieć. I z n i m… – Kilornie Warrenie – upominam go matczynym tonem. że jestem taka… – Mare. co ci zrobili – mamrocze. Chociaż jego matka upominała go inaczej. – Udowodnij to. dlatego cela. Nie pamiętam jej za dobrze. – Po dłuższej chwili chichocze. gdy otarł sobie kolana albo odezwał się nie w porę. * Oprócz klucza Farley dała mi wskazówki. w której trzymają Cala. prawda? W porównaniu z Shade’em. Głównym wejściem do podziemi jest tunel zaczynający się przy hangarach na plaży. Wydrążone pod nabrzeżem. Podobnie jak na kontynencie Szkarłatna Gwardia upodobała sobie tunele. że do lochów można dostać się również inną drogą. Przyjaciel trzyma mnie za ramię. zaciska pięści. – Nie musisz przepraszać za to. – Przepraszam. że to nieprawda. Na szczęście pachnie już nie krwią. – Rozumiem – mówi wreszcie. ale solą. że czuję jego zapach. Przyjaciel prostuje się. jak gdyby chciał objąć całą bazę. – Dlaczego miałabyś mi ufać? Jestem tylko pomocnikiem rybaka. po czym szeroko rozkłada ręce. – To chyba najmilsza rzecz. – Przepraszam – wykrztuszam.i zguby. że milknę. Ale nie na długo. Nie mam pojęcia. „Był popływać”. że masz jakiś plan. ale i składnica broni. jak dojść do baraku numer jeden. tym razem wywołując na jego twarzy szczery uśmiech. Wrzeszczała na niego. – To się nawet trzyma kupy – dodaje. – Dotyk ciepłej dłoni sprawia. ale Farley zapewniała. ale tym razem mówię serio. „Idealne więzienie dla płomiennego takiego jak Cal”. – Nigdy. Pomożesz mi? Wzrusza ramionami. – Tak. – Co innego mam tu do roboty? Trącam go łokciem. – Wiesz. koszary Lakelandczyków oraz kwatery ich dowódcy. – Ja… ja wcale nie myślę. strzeżone przez niebieskie fale oceanu i granatowych żołnierzy pułkownika. A właściwie to pod wodą. zanim w końcu go porzuciła. Cofa się o kilka kroków. oddziela nas teraz cała szerokość przejścia. wzruszając ramionami. W lochach znajdują się nie tylko cele. którym obrzucała swojego syna.

Żołnierze patrolujący plac przypominają mi Srebrnych w Palach za czasów. że coś kombinuję. idą powoli. gdy nie obowiązywały jeszcze Środki Bezpieczeństwa i zanim doszło do Królewskiej Próby. Mam pracować razem z nimi. Odjeżdża nawet na wózku nieco w tył. zrzędzi i wydaje polecenia. więc nie inaczej jest teraz. Dziękuję mu lekkim skinieniem głowy. – To nie moje dzieło. patrząc na szare kawałki ryby. ale koncentruję się na czymś zupełnie innym. nabyte podczas pracy na rzece. Moja rodzina z wdzięcznością zabiera się do posiłku. Obie razem z kilkorgiem innych uchodźców wyładowują z nieoznaczonych skrzyń koce i ubrania. Gdy Kilorn nie patrzy. ostrzegła mnie z kpiącym uśmiechem. chociaż cały czas udaję. na czarny rynek. Wybuchają śmiechem. a Gisa wydaje się najszczęśliwsza ze wszystkich. Gi. Chociaż nie może pomóc przy rozładunku i nigdy w życiu nie składał ubrań. Zazwyczaj zawsze wyczuwał. Ospali strażnicy cieszyli się. Ochrona.trochę zmoknąć”. Co najwyżej rzucił szczurom. układając dwa odrębne stosy. żeby ze sobą porozmawiać. którą zapewnia ocean. Kilorn marszczy nos i krzywi się. niedbale i często zatrzymują się. Nieliczni. . Kilorn wydaje się irytująco spokojny. Raz czy dwa udaje mu się pochwycić moje spojrzenie. abym miała lepszy widok na plac. Nie zauważają tego. przemierzają betonowy plac z bronią zawieszoną na ramieniu. Willa Pukawkę i powolny rozrost Szkarłatnej Gwardii. Bree i Tramy poszli znów do Shade’a. tata zaś siedzi razem z nami. nawet jeśli odbędzie się to tuż przy plaży. splata sobie włosy i przerzuca warkocz do przodu. Przyglądam im się dłuższą chwilę. tak by rude pukle spływały po ramieniu na piersi. – Świeży połów? – pyta i wskazuje miskę z potrawką. ja również z przyzwyczajenia przyłączam się do ogólnej wesołości. Ci Lakelandczycy również są ślepi i znów ich zaślepienie działa na moją korzyść. wygląda na podnieconego i prawdopodobnie się cieszy. po czym sortują je. że im się przyglądam ani że podchodzi do nas Kilorn z potrawką z ryby. Byli ślepi na moje złodziejskie wybryki. usypia czujność uważnych zwykle gwardzistów i nawet Lakelandczycy wraz z upływem dnia zdają się rozleniwiać. że wysłano ich do spokojnej wioski. Prawdę mówiąc. Stary Cully nigdy by czegoś takiego nie sprzedał. którzy nie zeszli z posterunku. w której rzadko wybuchały zamieszki. dostrzega niespokojne ruchy dłoni i rozbiegane oczy. Bardzo się mylili. Żołnierze bardziej się skupiają na rozładowywanych towarach i magazynach urządzonych w hangarach niż na patrolowaniu. Podczas gdy ja martwię się na myśl o nurkowaniu w oceanie. że słucham mamy i Gisy plotkujących podczas pracy. że tym razem przydadzą się jego umiejętności.

to przystawiona w rogu pieczęć w kształcie ciemnozielonego trójkąta. Idziemy odwiedzić Shade’a. aż do śmierci. Szkarłatna Gwardia ma szersze powiązania. Nawet na dworze Srebrnych piedmoncką bawełnę uważano za jedną z najwytworniejszych tkanin. nawet mama. Przesyła mi całusa. tak samo jak Farley. Droga – mruczy pod nosem. – Albo podarowane – odpowiada tata. gdy .Przynajmniej raz Gisa ma w sobie mniej z damy niż ja. Teraz chciałabym z równą łatwością jak ona pozbyć się wyuczonej uprzejmości. Stoi mi na przeszkodzie. że nigdy nie widziałam go bez munduru. to bardzo możliwe. łapie mnie za rękę i ściska moją dłoń. Nic dziwnego. którą wpojono mi przez ostatnie miesiące. Nie potrafię go sobie wyobrazić w innym stroju. chichocze głośno i radośnie. A pułkownik jest zaledwie jednym z wielu oficerów. Nie musi nic więcej dodawać. Pamiętam. że Szkarłatna Gwardia ma przyjaciół również gdzie indziej. Jednak moja rodzina czuje. w innych regionach i królestwach. sprawdzając materiał. a przynajmniej to oznajmiamy wszystkim zebranym przy stosie skrzyń i ubrań. o jaką go nie podejrzewałam. co się święci. który na niej widnieje. że chudnie. Wzorem taty wylewam potrawkę do pęknięcia w betonie. a wtedy Kilorn zrywa się na nogi. Jedyny symbol. Czysta bawełna. Kiedyś zazdrościłam jej manier. niż myślałam i niż Srebrni mogliby przypuszczać. Nie wiem. są z nami Lakelandczycy. Gdy wmuszamy w siebie lunch. zbita z szerokich desek świeżo pomalowanych na biało. tata chyłkiem wylewa swoją porcję na ziemię. że nosił ją Lucas. Jest solidna. mniejszego niż moja dłoń. Tych mam na razie dosyć. że stoję obok niego. Tata ukradkiem. na wyspie. którego posłałam na śmierć. z którego jest uszyty. – Skończyłam – mówię. ale to przeszkoda. a już zaczynam zapominać mężczyznę. wartowników i żołnierzy. – Wyprodukowane w Piedmoncie. co robić. ponieważ tego chcemy”. i przejeżdżam ręką po kocu. I nawet rysy jego twarzy powoli zacierają się w mojej pamięci. Nagle uzmysławiam sobie. popularny zamiennik jedwabiu zarezerwowany na mundury dla wysokich rangą strażników. – Uważaj. ze zwinnością. ja jednak poczułam nadzieję. Skoro tu. Wie. córeczko. Tata dalej prowadzi dochodzenie i dotyka palcami boku skrzyni. co to może oznaczać. którą mogę przezwyciężyć. W końcu nie jest królem i władcą. gdy zauważa. „Wydajemy się słabi. żeby odwrócić uwagę od niechcianych myśli. – Kradzione? – zastanawiam się głośno. nasze myśli biegną tym samym torem. Minęło ledwie kilka dni. Najwyraźniej ogarnął go lęk. Zanim jednak zdąża nasłuchać się za to ode mnie – i co gorsza dostać po uszach od mamy – przesuwa dłonią po kocu.

oddalając się od nabrzeża i plaży. aby je wydeptać. Większość z nich skupia się na statku towarowym. ponieważ nie mieszkają tu zwierzęta na tyle duże. który nadpływa z drugiej strony portu. Idę za jego przykładem. Czekają na przybycie kolejnych żołnierzy i uchodźców. – Idealna osłona – oznajmia. co takiego – z pewnością kradzionego – znajduje się w środku. że zmieściłoby się w nim sześć ciężarówek postawionych jedna na drugiej. Drżę. Brama została jednak szczelnie zamknięta. Traw nie przecinają żadne ścieżki. W końcu jesteśmy na wyspie. na razie nie mam więc jak zaspokoić swojej ciekawości. Szczęka mi opada na widok kolosa najwyraźniej kontrolowanego przez Czerwonych. Rozmawiają ze sobą. trzymając broń w pogotowiu. na pozostałej części Klinu nie ma nic prócz wydm. Kiedy jednak on zdejmuje przez głowę koszulę. zrzucam pozbawione sznurówek buty i przetarte skarpety. Nie uśmiecha mi się bieganie półnago po tajnym schronie. Zastanawiam się. – Rozumiem. górującej nad całą wyspą. pewnie również sierot. Bez trudu przemierzamy betonowy plac. a ja łapię go w locie i przyciskam do serca. Stawiam kołnierz. Kilorn nie wyróżnia się niczym spośród innych gwardzistów. Kilorn za to bardziej się koncentruje na naszym zadaniu. że beton ciągnie się po leżące nieco dalej łagodne wzniesienia i przypomina drogę wiodącą donikąd. Budynek jest podobny do hangarów na plaży. Skręcamy z Kilornem w stronę przejścia między barakami numer osiem i dziewięć. nie jestem skłonna iść w jego ślady. tyle że o wiele większy – tak wysoki i szeroki. wzniesień porośniętych wysoką trawą i kilku zagajników wiekowych drzew. gdy przechodzimy w ich cieniu. W świetle wczesnego popołudnia zauważam.odchodzimy. Pirs leży kilkaset metrów od nas. a w cieniu hangaru wałęsa się kilku Lakelandczyków. Wysokie okna w obu budynkach świecą pustką – budynki są niezamieszkane. wtapiając się w tłum uchodźców. Kilorn starannie składa koszulę i kładzie ją na butach. zsuwając trzewiki. Biała linia również prowadzi w stronę wzgórz. Nie trudno dotrzeć do plaży. obnażając dobrze mi znaną żylastą sylwetkę i szczupłe mięśnie wypracowane przy wyciąganiu rybackich sieci. cieńsze i bardziej poprzecierane linie. ale w pewnym momencie zaczynają odchodzić od niej inne. I chociaż główna baza jest mocno rozbudowana. że nie jest to misja ratunkowa? – „Niby jak miałaby być? Tu nie ma dokąd . Z tej odległości pilnujący nabrzeża Lakelandczycy są zaledwie granatowymi plamkami drepczącymi tam i z powrotem. Namalowane są pod kątem prostym i biegną w kierunku budowli wzniesionej na samym końcu koszar. przypomina szeroki nóż wrzynający się w fale. Żołnierze nie zwracają na nas uwagi. i idziemy wzdłuż szerokiej białej linii wymalowanej na dziedzińcu.

z których Lakelandczyk nigdy nie korzysta za dnia. a wejście od strony nabrzeża będzie zamknięte. którzy mogliby dostrzec nasze wystające z fal głowy. Za to ja marznę i zanim jeszcze woda sięga mi pasa. Na terenie bunkra w pomieszczeniach dawnego laboratorium znajduje się studnia denna. Widzę. szybciej – a jednocześnie nie traci z oczu nabrzeża. zaczynam szczękać zębami. do baraku numer jeden. wszystkie białe oznaczone zielonym trójkątem. prawie w ogóle nie hałasując. Po chwili Kilorn skręca w ich stronę. Parę razy dotyka pod wodą mojej ręki. porozumiewając się ze mną bez słów – zatrzymaj się. Powtarza przy tym instrukcje. dziesiątki sztuk w jednej tylko skrzyni. nietrudno więc będzie je otworzyć. o których nie miałam pojęcia. jako osłonę wykorzystuje łodzie zakotwiczone w porcie. płyń. Powiedzieć mu o Julianie. Nie powinno być trudno. Myśl ta dodaje mi sił. W południowym słońcu lśnią nowością. Równie łatwo można się połapać w korytarzach baraku. Kiedyś w laboratorium badano morskie życie. gdy jedna ze skrzyń przewraca się i pęka. potrząsa stopami i dłońmi. Przyjaciel prowadzi nas po mistrzowsku. Na szczęście rozładunek frachtowca przyciąga uwagę żołnierzy.uciec”. uzmysławiam sobie. Jeszcze jako dzieci radziliśmy sobie z Kilornem z gorszymi zabezpieczeniami. że momentalnie dostaje gęsiej skórki. a następnie równolegle do brzegu. Trzymam się blisko niego. starając się naśladować jego ruchy. co się tutaj dzieje. O tej porze koszary będą puste. przemarzając do szpiku kości. przez wodę. – Wchodzimy i wychodzimy. – Postaraj się nie narobić plusku – dodaje Kilorn. kolejny dowód na istnienie powiązań. I o tym. ale przytakuje skinieniem głowy. przez pewien czas płyniemy na ukos. szykując się do wejścia do wody. teraz zaś mieszczą się w nim kwatery pułkownika. gdy powoli wchodzi w chłodne fale. płynie jak żaba. których szeptem udzieliła nam Farley. Przeciąga się do przodu i do tyłu. Kolejny podarunek dla Szkarłatnej Gwardii. mogłabym dokładnie wskazać ich bieg: z nabrzeża. po czym zanurzam się cała w lodowatym oceanie. Karabiny. Gdybym chciała. Wysypuje się z niej broń. mimo że w mięśniach . naboje. Na statku towarowym przypłynęły kolejne skrzynie. „Znów ubrania?” „Nie”. wolniej. Rzucam ostatnie spojrzenie w stronę nabrzeża. Są zamknięte od środka. ale on wydaje się nie czuć chłodu. gdy kradliśmy z posterunku Srebrnych baterie dla taty. zwłaszcza że nie będą się spodziewali wizyty od strony morza. zaczynam płynąć szybciej i przeganiam Kilorna. pistolety. Kilorn bez trudu przecina fale. zostanie w nich zaledwie garstka strażników. Kilorn krzywi się. – Po prostu muszę się z nim zobaczyć. Woda wyostrza mój dodatkowy zmysł i z łatwością wyczuwam przewody wyprowadzone z brzegu w głąb oceanu.

W końcu pochylam głowę i chowam się pod pirsem. Maven będzie ogromnie rozczarowany. lodowatej głębinie. po czym mocno . Powoli wydycham powietrze. Obok mnie przelatuje oddech Kilorna. – Jest tuż pod nami. który zapewnia mi osłonę przed spojrzeniami żołnierzy. a następnie cały znika pod falami. jak napina mięśnie. dla mnie to z pewnością coś”. że czuję kłucie w płucach. niecałe osiem metrów pod wodą”. – Trafiłem na krawędź. Dobrze mi w jego towarzystwie. Kiedy w końcu dociera do dna baraku. Nic wielkiego. po czym nurkuje głową w dół. ja zaś łapię go za nogę. skarżę się w duchu. Zakrzywione przez wodę promienie słońca pokrywają cętkami jego nagie plecy. – Jasne. Kilorn dostrzega strach na mojej twarzy. Kilorn porusza się szybko i sprawnie ciągnie nas w dół wzdłuż ściany baraku. „Cóż. przekonywała Farley. – Szept płynącego zaraz za mną przyjaciela odbija się głuchym echem od metalowej konstrukcji i powierzchni wody. – Po prostu trzymaj się mojej nogi i tyle. który wkłada w naszą wyprawę. z dwóch stron oblewając ciemny pas pirsu nad nami. – Tutaj – oznajmia wreszcie Kilorn. gdy przedłużony bezdech sprawia. ale strzeżonego wojskowego bunkra. zanim on zdąży mnie dopaść. który marszczy w skupieniu brwi i usiłuje dosięgnąć stopą ukrytego pod falami baraku. upodabniając go do morskiego stwora. – Marzy mi się. Po chwili znów się wynurza i rozpościera szeroko ręce. widząc naprężonego jak struna Kilorna. Może komuś innemu mój dowcip wydałby się niesmaczny. jeżeli się utopię. – Dotykam go palcami stóp. wpatrując się w mroczne fale pode mną. Chociaż tym razem włamujemy się nie do wiejskiej chaty. – Kilorn. Niemal parskam śmiechem. Światło słoneczne przenika przez wodę. żeby zagrać królowi na nosie – wzdycha – ale może jednak odłożymy to na później i nie będziemy się topić. Teraz czeka nas najgorsze. Skinienie głową to wszystko na co potrafię się w tym momencie zdobyć. dobra? Puszcza mi oko. myślę. – „Studnia jest wycięta w dnie baraku. nie jest jednak aż tak ciemno. jak się spodziewałam. Kilorn jednak chichocze cicho i rozpromienia się w uśmiechu. czuję. – Co cię tak bawi? – burczy. Nurkowanie w ciemnej. bąbelki tlenu unoszą się wzdłuż mojej twarzy i uciekają na powierzchnię. gdy znów łączy nas tajna misja. jedyny znak wysiłku. – Podziwiam twoją zręczność – odpowiadam z szelmowskim uśmiechem.czuję ból. żeby utrzymać się na wodzie. „Tu jest głębiej niż osiem metrów”. Sól szczypie mnie w oczy. Ja staram się jedynie odpychać nogami i w nic nie zaplątać.

ale życiodajne powietrze uderza mnie w twarz. – Nie wytrzymałabyś ani jednego dnia przy rozplątywaniu sieci. – Ty naprawdę wiesz. spuszczonymi nogami wymachuje w wodzie i uśmiecha się do mnie. gdzie pokrywają się kurzem. które zdobią ich szyje. Ubrania kobiety i dziewczynki są pobrudzone ziemią. wskazują na coś innego. – Co takiego? Ostrożnie wskazuje palcem na jedyną rzecz. wszystkie o jasnych włosach i srogich. przebija się przez coś i ciągnie mnie za sobą. Z początku nie widzę łóżka. Najwyraźniej pułkownik niewiele sypia. Zostawiając na podłodze mokre ślady. W milczeniu wyjmuję z kieszeni łańcuszek Farley wykonany równie misternie jak te ze zdjęcia. które zajmują każdy skrawek blatu. zastanawiając się. Kilorn zawsze był wścibski i teraz również ciekawość nie daje mu usiedzieć w miejscu. ale szczerych buziach. przez co obie wyglądają na chłopki. Przyjaciel siedzi na skraju studzienki. – Powinnaś to zobaczyć – rzuca nagle ostrym tonem. – Wzdycham. obawiając się najgorszego. . Widzę cztery osoby. Zapełniają je sterty papierów ułożonych w równe rzędy. czy w studzience nie ma przypadkiem włazu i czy nie będzie on zamknięty. W kwaterach pułkownika panuje chłód. – To było jak pluskanie się w kałuży w porównaniu z tym. drugą zaś trzyma na ramieniu kilkuletniej dziewczynki. podchodzi do biurka. otwieram więc usta i wciągam je łapczywie. co musiałem robić u starego Cully’ego. Przyjaciel przytakuje skinieniem głowy i cofa rękę. który trzymam w ręku. a domyśli się. – Kręci głową. – Wystarczy jedna kropla wody na tych papierach. Zdjęcie. Nagle zaczynam się zastanawiać. Kilorn delikatnie dotyka klucza. podciągam się i wychodzę na brzeg. Jest wśród nich pułkownik. przeprawiając nas pod ukrytym bunkrem. Jedną ręką obejmuje mocno zbudowaną kobietę. natomiast wzdłuż lewej ściany ustawiono olbrzymie biurko. To dopiero byłaby niespodzianka.przebiera nogami. żeby przyjrzeć mu się z bliska. ale złote łańcuszki. jednocześnie wykręcam rękawy i nogawki. pożółkłe ze starości i wypaczone wilgocią. Duszne. – Niczego nie dotykaj – syczę. Jednym susem jestem przy nim. która ozdabia nagie ściany pomieszczenia. ale uwiecznione na nim twarze są nadal widoczne. Jednak już sekundę później Kilorn unosi się w górę. chociaż bez przekrwionego oka trudno go rozpoznać. że ktoś tutaj był. jeśli nie liczyć niedobranego klucza zwisającego z naszyjnika. półmrok i nienaganny porządek. ale po chwili je dostrzegam – wąskie łóżko polowe wysuwane spod biurka. co powiedzieć. Są identyczne. żeby mi w pięty poszło. Stare sprzęty ułożono starannie pod prawą ścianą. co to wszystko znaczy.

żeby był jej ojcem. Pewnie jako córka pułkownika ma na ten temat informacje z pierwszej ręki. chociaż działo się zaledwie kilka dni temu. nie potrafiąc ze zdumienia wykrztusić nic więcej. Gdy staję przed oknem. Wąski i czysty o metalowych ścianach i rurach biegnących nad naszymi głowami. Płynie z wybrzeża. zasila lampy i inne urządzenia. Cicho jak koty ruszamy zgodnie z jej wskazówkami. – Chodź – szepczę i odciągam Kilorna od zdjęcia. Niemożliwe. Przypominają mi się lochy pod Palatium Słońca. że ono rzeczywiście istnieje. Ale też powiedział do niej: „Diana”. „Skręcić w lewo i zejść po schodach. potem znów w lewo”. Boję się pomyśleć. nikogo tu nie ma. W końcu docieramy do krótszego. „I mają te same łańcuszki. aby nie dotknąć zdjęcia i upewnić się. Energia elektryczna tętni w poskręcanych żyłach kabli zamocowanych na suficie. gdzie razem z Julianem obezwładniliśmy oddział zamaskowanych wartowników. jeden od siostry. Tylko tydzień”. Cal na pewno słyszy. a po następnych uderzeniach.Czwarta postać ze zdjęcia wszystko wyjaśnia. że cios Cala rozbije okno w drobny mak. Lewa i prawa ściana przejścia wyglądają tak samo: w każdej widnieje troje drzwi. gdzie będę za kolejne siedem dni. a ja wzdrygam się. ślepo zakończonego korytarza. Farley i nieszczęsną Walsh. ponieważ spodziewam się. żeby uwolnić Kilorna. że się zbliżam. na tafli zostają jedynie plamy srebrnej krwi. Znał jej prawdziwe imię. To wszystko wydaje się tak odległe. między którymi wstawiono okna obserwacyjne. Wszystkie są ciemne. – Nie możemy sobie teraz zawracać tym głowy. drugi od żony”. rzucając przez szybę ostre białe światło. które mnie nie opuszcza od wielu dni. doskonale przecież pamiętam. uważnie stawiając każdy krok. których tępe dudnienie rozchodzi się po całym korytarzu. jak zapewniała Farley. jedynie ostatnie lekko migocze. Trzymam go za ramię i prowadzę w stronę wyjścia z kwater. który przypomina ten na nurkowniku. Siłą woli powstrzymuję się. Tuż obok pułkownika stoi nastolatka ze złocistym warkoczem i uśmiechem zadowolenia na twarzy. „Tydzień. i bierze mnie za jednego z n i c h. Drzwi osadzone na naoliwionych zawiasach otwierają się i ukazują pusty korytarz. zamiera z uniesioną i gotową do kolejnego uderzenia pokrwawioną . Tak. Szyba jednak nie pęka. Nagle w szkło uderza pięść. – To jego córka – mamrocze Kilorn. na podeście w prawo. Nie ma komu nas powstrzymać. Wygląda bardzo młodo i zupełnie inaczej w długich włosach i bez blizn. – Dlaczego nic nie powiedziała? – W głosie przyjaciela pobrzmiewa uczucie zawodu podobne do tego. w jaki sposób potraktował ją w izbie chorych. „Farley”. – Nie wiem.

Odgłosy kroków. Tylko do drzwi. Klucz ani drgnie. Stojący obok mnie Kilorn podnosi klucz. – Co ty powiesz – odpowiadam z szelmowskim uśmieszkiem. który rozciąga mu wargi. Za nim maszerują następni. jest mina patrzącego zza szyby Kilorna. co się stało. na twarzy zaś maluje się grymas przypominający jednocześnie gniew i rozpacz. Idą po nas. a wtedy ja rzucam się na drzwi i uderzam barkiem w zimne. chwiejąc się od niedokończonego ruchu. że szyba pęknie pod ich ciężarem. gdy za szybą pojawia się pierwszy Lakelandczyk. Kilorn jednak nie odwzajemnia uśmiechu. że uda mu się uciec – albo dać upust wściekłości. żeby odebrać mu jego najpotężniejszą broń. stęchłym powietrzu. Krzesząca iskry bransoleta ześlizguje się po szerokim nadgarstku.pięścią. Niosą się po bunkrze dziwnym echem i z każdą sekundą są coraz bliżej. Z głębi korytarza dobiegają krzyki. kręci nim w obydwie strony. Ogarnia mnie znajome uczucie. – Wiedzą. gdy pierwszy żołnierz wybiega zza załomu. bezwzględne żelazo. – Co się dzieje? – Pytanie zawisa w ciężkim. jakiej potrzebuję. Drzwi otwierają się do środka. ale w tym momencie myślę tylko o Calu. gdy Kilorn wpycha mnie głębiej do celi. Kilorn znów porusza kluczem. Pułkownik ma nawet czelność parsknąć śmiechem. bezgłośnie porusza ustami. że słyszę szczęk zamka. Najwyraźniej już od pewnego czasu bombarduje szkło krwawymi ciosami w nadziei. – Zamknięte na klucz – dobiega mnie stłumiony głos zza szyby. Pełen zadowolenia uśmieszek. Wygląda na to. Nawet nie patrzy mu w oczy. którego nie potrafię jednak nazwać. „Przepraszam”. wyciąga ręce. Jest to jakaś pociecha. . Cal rzuca się do przodu. Odzyskuję ją w chwili. Jedyną odpowiedzią. Czułam coś podobnego wcześniej. jak gdyby dopiero teraz dostrzegł. gdzie jesteśmy – cedzi Kilorn. srebrna krew spływa Calowi po palcach i kłykciach. Szczęk zamka rozbrzmiewa echem w mojej głowie. na pewno. które gwałtownym ruchem się zamykają. oglądając się za siebie. że w obecności książąt tracę głowę. ale gdzie? Nie mam czasu się nad tym zastanawiać. Gęsta. pośrodku nich pułkownik. Tym razem jestem na tyle blisko. Nie biegnie jednak do mnie ani do okna. Nie wpadli na to. Cal wzdryga się. wygląda jak uśmiech jego córki na zdjęciu i zaczynam rozumieć. że nie jestem sama. Uśmiecha się z wdzięcznością. Dlaczego więc nadal jest uwięziony? Nie mógłby stopić okna i wyjść? Nasze spojrzenia spotykają się i przez chwilę myślę. wydaje stłumiony okrzyk. Błyskawicznie wsadza klucz do zamka i próbuje go przekręcić. miesza się z plamami zaschniętej posoki na jego dłoniach. Z jego zaciśniętej pięści zwisa klucz.

– Mają Cichy Kamień. wydaję z siebie zwierzęcy ryk wściekłości i bezradności. Jedną zakrwawioną pięścią wskazuje podłogę i sufit. ale w szkło i słyszę jedynie chrupot moich kłykci. Mimo że oddziela nas szyba. opierając się ciężko o drzwi. jak na arenie”. Bez namysłu przywołuję błyskawicę. gdy krzyczę. walę w głowę Kilorna. Moje ciosy trafiają jednak nie w ciało. Tacy sami jak o n i”. Teraz ja rzucam się z pięściami na okno. ponieważ w mojej głowie rozbrzmiewa głos Juliana. . Nie rusza się. mnie. – Cichy Kamień – mówi Cal. to miejsce. „Każdy może zdradzić każdego”. gdy pułkownik kładzie rękę na jego ramieniu i szepcze mu coś na ucho. One jednak nie przychodzą. „Jak w lochach. Nie patrzy na mnie. Tylko pustka. że śmiech pułkownika zmieni się w krzyk. Drży. Zamiast syczeć z bólu. Czerwona smuga przecina srebrną. a moja krew spływa po szkle i miesza się z krwią Cala.Cal na próżno rzuca się na drzwi. Ja jednak ledwie go słyszę. Iskry uwolnią mnie i sprawią. przeklina Kilorna. siebie. a nie jego durnej czaszki. uderzając barkiem w żelazo. Nie ma nic. Kilorn wzdryga się. „Żebyśmy stali się słabi. łącząc się w strużkę czegoś jeszcze ciemniejszego.

Obrzuca mnie gniewnym spojrzeniem. Dla mnie jednak ciskanie meblami nie ma sensu. – Przyznaj. I w ogóle ta sprawa nie ma nic wspólnego z naszą sytuacją. w tutejszych lochach czuję się jak na urlopie. Zrywam się na nogi tak gwałtownie. zanim do niego dołączyłam. niż mam ochotę się przyznać. wolę ją oszczędzać. Obydwaj okazali się zdrajcami. on zaś naciska dalej. że lubisz więzienia – mówi. – Ty również kiepsko dobierasz przyjaciół – odparowuję. postukując pięścią w ścianę. tylko staje i opiera się o ścianę. niżbym chciała. który nie chce nadejść. kim jestem – wyjątkowo tępą rybą. – A pamiętasz. To prawda. Jednak po tym co przeszłam w Palatium Słońca. rzucał krzesłami i stołem. . odszedł razem ze swoim nowym przyjacielem. W ścianie tuż pod oknem widnieje niewielka dziura wybita rogiem blatu. bardziej przypominając uwięzione zwierzę niż człowieka. Cal trochę poszalał w karcerze. a pułkownik to pestka w porównaniu z królową albo plutonem egzekucyjnym. to jedyny dźwięk. Mimo to w dziecinnym geście sprzeciwu nie siada. trudno ci oddzielić serce od rozumu. – A jeśli chodzi o mężczyzn… – Zaczynam się mieszać i wypalam coś. Zamiast marnować energię. kto teraz i ostatnio zamykał nas w celi? – Milczę zawstydzona. jak zamierzałam: – … to nie gustuję w nich wcale. a Kilorn to mój najlepszy przyjaciel. – Zaczynam myśleć. Drugie krzesło zostawiam tam. przez którą uciekniemy. Kilorna nie ma. pułkownikiem. żeby zmierzyć się ze świadomością tego. ale spływa to po nim jak po kaczce. – Chichocze niemal z rozbawieniem. który również nosi ślady walki. przewrócone i poobijane od uderzeń w ścianę. Każdym skrawkiem ciała przyzywa ogień. – Powinieneś usiąść – oznajmiam Calowi znużona jego obłąkańczym spacerem. jeśli chodzi o mężczyzn. – I że masz fatalny gust. gdzie leży. – Faktycznie. Jego uwaga dotyka mnie bardziej. który słychać w kwadratowej celi. że odsunięte krzesło przewraca się z hukiem na podłogę. Cal przemierza pokój tam i z powrotem. – Chyba że planujesz wydeptać w podłodze dziurę. która łapie się na kolejne haczyki i nie potrafi wyciągać wniosków z przeszłości. siadam więc na środku celi. Archeonie i Kościńcu. nic. co brzmi zupełnie nie tak. przestaje jednak krążyć po celi. związałam się z Mavenem bliżej.Rozdział 8 Nogi metalowego krzesła szurają po podłodze. Ja zaś zostałam.

jak i drugich sprawia. „Robiłam to samo”. że nie przyszło mi do głowy. że pozwoliłam. bronią. I chyba powinnam się zacząć przyzwyczajać do tego. Sama myśl o nim sprawia mi ból. „Powiedziałem ci kiedyś. ale powoli się przyzwyczajam do zimna. co naprawdę mam na myśli i co tłumaczyłam sobie przez ostatnie dni. Jest narzędziem. To nie Maven. maska niezłomnego wojownika na chwilę opada. . Tak brzmiały ostatnie słowa. wyciągnął z sypialni i zaprosił do tańca. Jednak tym razem bardziej niż strach odczuwam złość. Zatrzymać przy sobie. – To mój brat! Oczywiście. które w gorzkim wspomnieniu przypominają na przemian miękkie dłonie i zakrzywione szpony. Z powodu Cala zgodziłam się. I muszę się przygotować na obydwie okoliczności.– Nie zachowuj się tak. – Popełniałem błędy z jego powodu. że jestem sama. Mam wrażenie. ale tutaj. bardziej przepastne i opustoszałe niż nasze obecne więzienie. Potem było już tylko gorzej. potęguje chłód. ale pułkownik przyjdzie nad nami triumfować. Mój egoizm kosztował innych potwornie wiele. że pęka mi serce. Znów siedzę w celi razem z Calem. Popełniać błędów przez siebie nawzajem – szepczę. Widok zarówno jednych. – Głos mu się łamie. Powinnaś była mnie posłuchać”. Pewnie wcześniej zadrżałabym. Niestety jego rada okazała się trafiona. Lochy Kościńca były mroczniejsze. który nadal głęboko odczuwam. zanim skazał nas na śmierć. że ślepo mu ufałem! Oczywiście. wyciągnięte w moją stronę ręce. aby wziął mnie za rękę. Sylwetka Mavena odcinała się wyraźnie na tle ciemności. którą mogę wykorzystać lub którą inni wykorzystają przeciwko mnie. że mógłby zabić naszego… naszego ojca. Cal nie jest drogą. Nie na świecie. Po dłuższej chwili potakuje. Nie zniosłabym kolejnych szyderstw młodego króla. Jak gdyby t w o j e serce nie miało nic wspólnego z decyzjami. którą powinnam obrać. W sercu. Wilgoć baraku daje mi się we znaki. by Gwardia zabiła niewinnych ludzi. * Trochę chce mi się śmiać z naszej sytuacji. żebyś ukryła swoją prawdziwą naturę. co los ma dla nas w zanadrzu. i za to jestem bardzo wdzięczna. – Nie możemy dłużej tego robić. że ma co do mnie podobne odczucia. jego blada twarz. które podejmowałeś. czekając na to. chciałam go uchronić przed wyruszeniem na wojnę. które skierował do mnie. zrozpaczone dziecko. nie mówiąc wprost tego. odsłaniając rozbite. jak gdybyś nie kochał Mavena. płonące oczy. Tak samo – dodaje cicho – jak i z t w o j e g o. Najgorszym błędem było to.

– W Kościńcu zdawało mi się. po czym obraca się w stronę okna obserwacyjnego. że te bryły mogą pochodzić z innego miejsca? – Co chwilę przypływa tu jakaś kontrabanda. skąd przybyli. obmacując palcami kamienne bryły w poszukiwaniu wystających krawędzi. Tutaj nie jest tak źle. .Powoli wypuszczam powietrze z płuc. – Nie zazdroszczę jej. – Chociaż działa słabiej – mówię. po czym przesuwa dłonią po Cichym Kamieniu. Dopiero teraz w rogach pomieszczenia dostrzegam zarysy kwadratowych wmurowanych w ścianę bloków. szybko podnosi drugie krzesło i ciągnie je w kąt celi. Przechyla głowę na bok. Po dłuższej chwili Cal otrząsa się z myśli równie bolesnych jak moje. Nie widziałeś. Cal wzrusza ramionami. generale Calore? – pytam. – Tytułują go pułkownikiem i jest ojcem Farley. jest ich jeszcze więcej. Farley. Cal zeskakuje z westchnieniem. które odwzajemniają wrogie spojrzenie. – Najlepszym rozwiązaniem byłoby rozbicie szyby. wpatrując się w ciemne bryły. – To L a k e l a n d c z y c y. – Kradziony? – Bez wątpienia. Zadowolony. Ale tyle wystarcza. Jego oczy pochmurnieją. który na tej wyspie jest dla nas największym zagrożeniem i najniebezpieczniejszą bronią. odkąd ten czerwonooki sukinsyn mnie tu przyprowadził. z wiadomych powodów. jacy tu są żołnierze? W czyich mundurach? – Nie. że może zająć uwagę czymś innym. że tam. Parskam z lekkim rozbawieniem. – A niech mnie. To jednak nie działa. wskazując szerokim gestem nasze więzienie. Nie widziałem żołnierzy od wczoraj. – Myślisz. pułkownik i jego żołnierze. Jednak kwadratowe bloki są idealnie gładkie i zrównane z resztą ściany. Cichego Kamienia nie ma za wiele i tylko rząd może go wykorzystywać. Cal. licząc. – Co więc zrobimy z tym wszystkim. skąd oni to wzięli? – mamrocze. – To wszystko prawda… jeśli chodzi o Nortę. że razem z oddechem pozbędę się wspomnień. A to znaczy. Lakelandii i różnych zakątków świata. Staje na nim i niemal uderza głową w sufit. Z Kamieniem nie mamy szans. patrzy na mnie ze zdumieniem. Z Piedmontu. na twarzy maluje się pomieszanie. nieco ciemniejszych od reszty powierzchni. – Zapewne użyli mniej surowca. że się duszę. choć sam mam jeszcze lepszą rodzinkę.

żeby się tu dostać. – Trzeba było mi powiedzieć. „To nie droga… Pas startowy”. ale przerzucanie ludzi. Nie robi to na mnie wrażenia. abyśmy się cofnęli i stanęli twarzami do tylnej ściany. co robi z wrogami. Po przeciągającym się impasie Lakelandczyk odmaszerowuje. Pokazuje nam gestem. co ty – odpowiada z błyskiem w oku. – Pff. * Pora obiadowa przychodzi i odchodzi razem ze starym siwym Lakelandczykiem niosącym tacę z jedzeniem. bardzo chciałabym zobaczyć. jeśli padniesz tu z głodu. Również się uśmiecham. ale Szkarłatna Gwardia jeszcze nie raz przyprawi mojego brata o ból głowy. nie sposób się przez nią przedrzeć. o co chodzi.– To… to niemożliwe. – Na nic się nie przydasz. Betonowy plac. Żadne z nas nie reaguje. Jednak Cal blednie i tęsknym spojrzeniem odprowadza miski z szarą potrawką rybną. zajadając nasz obiad z nieskrywaną radością. – Jutro po śniadaniu zemdleję i zobaczymy. Jeśli pułkownik w taki sposób traktuje swoich potencjalnych sojuszników. że chcesz coś zjeść – burczę. – Ich maniery pozostawiają wiele do życzenia. jest niemożliwe. doznając olśnienia. Odbierając nam umiejętności. Szmuglowanie towarów to jedno. żeby pomyśleli dokładnie to samo. Widziałem linię frontu. Musieliby mieć skrzydła. olbrzymi hangar na końcu bazy. To dość mętny plan i krzywię się z niesmakiem. abyśmy stali się kimś innym. ale on wydaje się coś sobie układać w głowie. Dla Cala oznacza to. Parę godzin o pustym żołądku to żaden problem. Ku mojemu zdumieniu twarz Cala rozciąga się w szerokim uśmiechu. żeby mógł wsunąć tacę przez szparę w drzwiach. że musi . – Po obu brzegach jeziora są blokady. – Chcę. patrzy na pusty korytarz. zmusza do tego. Dusznia w ogóle nie wchodzi w rachubę. Cichy Kamień wywiera dziwny wpływ na nas oboje. Obraca się w stronę okna. uparcie tkwimy przy oknie. Wciągam powietrze. – Myślę. – Wyciąga rękę i kreśli w powietrzu mapę. – Tak właśnie myślałem. siadając na krześle. że mogą je mieć. na których najbardziej polegamy. Wychowałam się w biedzie. w takiej liczbie. jak ich lekarze poradzą sobie z moimi ciosami. – Masz lepszy pomysł? – Nie – odpowiadam posępnie. Jego ruchy nie pomagają mi ani trochę zrozumieć. szeroka droga prowadząca donikąd.

W końcu przez siedemnaście lat żyłam w ciszy. ale szczere. skąd mi to nagle przyszło do głowy. można stwierdzić. spojrzeniem błądzi gdzieś daleko. – Farley nazywa ich – nas – Nową Krwią. poczuje pieszczotę błyskawicy. – Cóż… – Cal wzdycha – niedługo będzie można ich nazywać jedynie trupami. jeśli wkrótce się stąd nie wydostaniemy. że jego wuj wciąż oddycha. – Jest młodym królem. nie miałam pojęcia o mocy. Chociaż patrząc na pomysł z udawaniem omdlenia. będą chciały skorzystać z okazji i podkopać jego pozycję. – Skąd wiesz? – Od pułkownika. Jeśli Lakelandczyk wróci z kolejną tacą. Zaczyna panowanie w bardzo niepewnych okolicznościach. Być może brakuje mu przebiegłości Mavena. żeby ratować własną skórę. – Julian żyje. który mnie zdradził i działał razem z Mavenem. Cal przytakuje skinieniem głowy. Cal podnosi głowę. Wiadomość. Maven wytropi ich co do jednego. że obmyślanie forteli nie jest jego najmocniejszą stroną. – I chyba mu wierzę. Chociaż Cal został wyszkolony na żołnierza w koszarach i poznał smak walki na froncie. – W istnienie innych takich jak ty. Szlachetne Domy. który objął koronę po zamordowanym ojcu. dodaje mu otuchy takiej samej jak myśl o wydostaniu się na wolność. – Czyli każda osoba. Teraz staram się przypomnieć sobie tamtą dziewczynę. na czym polega rządzenie krajem. – Za ten komentarz doczekuję się pogardliwego spojrzenia. Dlatego pułkownik nie wierzy w listę. zwłaszcza rody Samosów i Iral. – Chodzi o zemstę? Ku mojemu zdumieniu kręci głową. z pewnością bardzo by go osłabiło. Okrutne.ruszyć głową i uciec się do podstępu. którą uda nam się uratować. egoistkę bez serca. – Nie wiem. zaszkodzi mu nie tylko na polu bitwy. Zmiana. doskonale jednak wie. jak publicznie zdemaskował ciebie. Nowymi. przywita go uścisk moich dłoni zaciskających się na jego gardle. która we mnie drzemie. A odkrycie Nowych po tym. która zrobiłaby wszystko. ale niezrażona ciągnę dalej: – Według niego Julian był kolejnym Srebrnym. ale słowa zdają się same ze mnie wyskakiwać. ale . a gdy tylko wydostanę się z celi. nie jest tak wyraźna. rozpromienia się. więc zaczyna kombinować. która następuje we mnie. Nie może wywołać morza ognia. Teraz to Cal kwituje moją wypowiedź krótkim: „pff”. urodził się jako następca tronu i wychowano go przede wszystkim na króla.

że taki rozkaz wydał pułkownik. Teraz to Cal musi mnie powstrzymać. chcąc zbadać grunt. opanowaną górę wulkaniczną gotową wybuchnąć i spopielić każdego. moim ciałem targa wściekłość. srogim wyrazem twarzy.i na dworze. Domyślam się. że Kilorn nie stoi bezczynnie. Teraz. a wtedy ona przygważdża drugiego żołnierza do ściany korytarza. rozpalił płomienie gorętsze i jaśniejsze niż słońce. na co ja wyciągam szybko rękę i osadzam go z powrotem na krześle. Jeśli uda mi się wciągnąć go do poszukiwań Nowych. Pułkownik wpatruje się w nas przez chwilę. widząc mój gniew. Ze wszystkich sił staram się zachować spokój. wyciąga rękę i skinieniem długich palców przywołuje kogoś. jak gdyby chciał wryć sobie w pamięć widok uwięzionego księcia i dziewczyny od błyskawic. ale nie pozwoli jej zranić. Jest brutalna. Mam ogromną ochotę splunąć na pokrwawioną szybę. już dawno rozpętałby tu piekło. Tym razem Cal mnie słucha. Z przerażeniem dostrzegam. zmuszając ochroniarzy pułkownika. najwyraźniej jest zirytowany powrotem pułkownika. żeby tylko nad nią zapanować. Żołnierze jednak starają się jej nie uszkodzić i robią. odchyla głowę i opiera ją o ścianę. Zanim jednak z jego ust pada odpowiedź. – Nie wstawaj – mruczę. rozpierając się wygodniej na swoim miejscu. Zamknie córkę w celi. gdy nie łomocze już pięścią w szybę i nie ciska meblami o ściany. Gdyby tylko było to możliwe. aby poczuł satysfakcję. Nie chcę. aby kogoś przyprowadzono. kładzie dłoń na moim udzie i dzięki temu nie zrywam się z krzesła. gdy w oknie pojawia się pułkownik. kiedy jednak u jego boku staje Kilorn z oziębłym. Kobieta walczy jak lwica. Gdy strażnicy w końcu przyciskają . Po chwili Lakelandczyk odwraca się od nas. jaką u niego dostrzegam. ale się hamuję. rozlega się znajomy już odgłos maszerujących żołnierskich butów. Zaczyna się podnosić. wygląda na spokojną. na twarzy Lakelandczyków szybko wykwitają więc fioletowe siniaki. Zrobiono z nas jednak zwykłych ludzi z krwi i kości. Drgający w policzku mięsień to jedyna oznaka niezdecydowania. Cal uśmiecha się krzywo. aby poderwali ją z ziemi i dosłownie przynieśli. siada i krzyżuje ręce na piersiach. Cal wydaje ciche westchnienie. dwoje nastolatków miotających się w klatce. mamy szanse na uprzedzenie Mavena. – Dość często mówisz „my” i „nam”. żeby zadać jak najwięcej bólu i obrażeń. łokciem przyciskając mu szyję. uderza tak. Gdyby nie Cichy Kamień. – Czy to ci przeszkadza? – pytam. Pięść Farley trafia jednego z nich w szczękę. Ochroniarz zatacza się do tyłu i puszcza rękę wojowniczki. Lub też nakazuje. kto podejdzie zbyt blisko. co mogą.

W końcu ciało wojowniczki wiotczeje i zsuwa się prosto w ręce Lakelandczyków. którzy wloką je do celi naprzeciwko naszej. ponieważ lekarstwo zaczyna działać. wsuwając pod kurtkę pudełko ze strzykawkami. ale śmiercionośny pistolet. jeśli będziecie niegrzeczni”. Pułkownik wręcz przeciwnie. jakie dla niego obmyślił. Pułkownik jest wysoki. Jednak jej ruchy stają się coraz wolniejsze. podczas gdy pozostali na korytarzu ochroniarze zamykają drzwi. Nie”. Gdzieś w głębi jego zdrowego oka migocze coś dziwnego – może żal? Nie. Nie słyszę głosu Farley przez szybę. o których wiem. drzwi do celi pozostałyby zamknięte. Pułkownik uśmiecha się z wyższością. stój! – Pod dłonią czuję nagle chłodną i gładką taflę szkła. że zastanawia się.Farley do ściany – każdy z nich obezwładnia jedną rękę i jedną nogę wojowniczki – pułkownik skinieniem daje znak mojemu przyjacielowi. a powieki coraz cięższe. że ma cały czas obolałe. i Cal bez trudu dosięgnąłby rękami do jego gardła. . które ma działać jak ostrzeżenie: „To dla was. pozwalając Kilornowi i pułkownikowi. Walę w okno. – Przemeblowanie? – prycha pułkownik. zamek w drzwiach naszej otwiera się ze szczękiem. ale nie mam wyboru. jak gdyby czytał w moich myślach. Siadam. Wewnątrz pudełka lśnią strzykawki. który tylko czeka. Kilorna wzięłabym na siebie i celując w te miejsca. jak gdybym kapitulowała. Gdyby nie pistolet i obserwujący nas bacznie żołnierze na korytarzu. Gdy drzwi jej celi się zatrzaskują. aby zaatakować. ale bez trudu odczytuję słowa z ruchu jej warg. a wtedy on drżącymi rękami wyciąga zwykłą szarą skrzynkę. żebym nie widziała jego twarzy. Unika mojego wzroku i zajmuje się skrzynką. moglibyśmy mieć szanse. ale starszy. spogląda prosto na mnie i nie widzi strzykawki wbijanej w szyję córki. panno Barrow – mówi i pistoletem wskazuje krzesło. a żołnierze nadal by nas pilnowali. Kilorn idzie za Lakelandczykiem. Czeka. patrząc na Farley. byłby najbardziej bolesny. – Lepiej siedźcie spokojnie. „Nie. usiłując zwrócić na siebie uwagę. Kilorn postępuje krok w tył z pustą strzykawką w dłoni. – Proszę usiąść. powaliłabym go na ziemię. zauważając od progu uszkodzony stół. Jednak nawet gdybyśmy ich obezwładnili. nie oszczędzi nikogo. Słuchając jego polecenia. W ten sposób nic byśmy nie zyskali. żeby nad nami stanęli. która szamocze się w uścisku żołnierzy. ten człowiek nie ma żadnych wątpliwości. po czym zamykają drzwi. – Kilornie! Jednak on zamiast mnie posłuchać. czuję się. Nie cofnie się przed niczym. ponieważ wyciąga z kabury mały. prostuje się i odwraca. odbierając jej wolność tak samo jak Calowi i mnie. Pułkownik najwyraźniej podziela moje przekonanie. Cal wbija w pułkownika mordercze spojrzenie. Kładą Farley na podłodze. Trzyma go niedbale w dłoni niczym zwiniętego węża. Jestem pewna. – Kilornie. który ze sposobów śmierci.

gdy został on pozbawiony swoich umiejętności. że będzie dla nas walczył – odpowiada pułkownik. Zauważam to i zapamiętuję na przyszłość. Ignoruje zaczepkę. aż pojawi się pierwsza kropla krwi. pułkowniku Farley. Wiem tylko. nawet w chwili. zgodził się przywrócić tradycyjny wiek . – W zamian za przekazanie w jego ręce wygnanego księcia. dziewczyno od błyskawic. – Lakelandczyk wzdryga się. staje przede mną na szeroko rozstawionych nogach i wbija we mnie spojrzenie przekrwionego oka. najchętniej rąbnęłabym go pięścią prosto w brzuch. przeciwko komu wystąpi – przeciwko M a v e n o w i. Lekko obraca głowę. Nie ma na świecie człowieka. Niewielu darowałoby mu życie – skinieniem głowy wskazuje Cala. czekając. nie mam pojęcia. który odważyłby się nazwać Cala gówniarzem. że dotrze do niego. – Nie oszczędziłeś mnie dla moich ładnych oczu – odzywa się Cal. a mój głos bardziej przypomina syk. aby się łudzić. ale dalej patrzeć prosto przed siebie. nie odrywa jednak wzroku ode mnie – a paru byłoby gotowych odebrać je również tobie. Mimo tego ledwie starcza mi sił. Życie i wojna nie są aż tak proste. Ja jednak zdążyłam się już wiele nauczyć. tę idiotyczną nadzieję zostawiam tobie. że w takim razie jesteśmy po tej samej stronie. „Cierpi z tego powodu”. „Nie połknij haczyka. Prawdę mówiąc. powstrzymuje się jednak przed zerknięciem w stronę celi. Teraz z kolei pułkownik nie reaguje na moją prowokację. Srebrny książę pozbawił go satysfakcji oznajmienia nam. który trzyma w gotowości. – Nie. i pułkownik doskonale zdaje sobie z tego sprawę. przerywając przedstawienie pułkownika. że jest śmiertelnie niebezpiecznym przeciwnikiem. jaki los nam zgotował. które przeszedł Srebrny wojownik. – Chcesz się pozbyć najlepszej broni. Lakelandczyk zaciska szczęki ze złością. żeby nie pobiec wzrokiem do Cala. – Brawo. jak gdyby ktoś przystawił mi sztylet do piersi i naciskał coraz mocniej. – Król wysunął ciekawą propozycję – oznajmia. wobec kogo jest w głębi duszy lojalny ani dla kogo walczy. Gdybyśmy znów byli dziećmi. jaką posiadasz? Naprawdę jesteś aż t a k głupi? – Nie na tyle głupi.– Potrzebna ci broń. – Za co więc mnie przehandlujesz? Reakcja pułkownika jest wystarczającym potwierdzeniem domysłów Cala. On tylko na to czeka”. – Macie szczęście. Zerkam na Kilorna w nadziei. Samo wojskowe szkolenie. Można by pomyśleć. a ja czuję się tak. gdzie zamknął nieprzytomną córkę. po czyjej stronie się opowiedział. żeby zapanować nad dwójką gówniarzy? – drwię i ruchem podbródka wskazuję pistolet. Przyjaciel przestępuje z nogi na nogę niczym zawstydzony chłopczyk. że jestem zwolennikiem postępu. gdy zwracam się do niego po nazwisku. sprawia. – Wymiana – szepczę.

która coraz częściej dochodzi do głosu. że nie mogę spalić tlenu w tym miejscu. – Wasz statek odpływa dziś wieczorem. Z wielu powodów”. – Właśnie. Przez chwilę jego twarz ma taki sam kolor jak przekrwione oko i przypomina pomidor.poboru. Przez ułamek chwili pod maską bezwzględnego żołnierza dostrzegam twarz człowieka. Na wojnę znów będą szli osiemnastolatkowie. i czuję. a nie piętnastolatkowie. aby z jego ust padła tak jawna groźba. W oczach Cala dostrzegam znajomy błysk. zrodzonym ze Srebrnego rodu władającego Nortą od stuleci – odpowiada. „Cal to wojownik. zabójca. – Jestem waszym prawowitym królem. łowca. Nigdy wcześniej nie słyszałam. jak skręcają mi się wnętrzności. z jego dłoni trysnąłby ogień. które nabył w ciągu ostatnich dni. niemal wpadając na Kilorna. – To dobry układ. ocalisz tysiące niewinnych dzieci. Jest potrzebny. żebyście jeszcze kiedyś mieli okazję się spotkać. jak gdyby szukały zajęcia. Złączone opuszkami palce postukują o siebie. – Zbyt dobry – oznajmiam szybko tonem na tyle ostrym i twardym. Gdyby nie Cichy Kamień. zwykle opanowany i zrównoważony. Przygładza dłonią białe włosy i z westchnieniem chowa pistolet do kabury. Głowa do góry. – Odrzucając tę umowę. przywódca. czemu towarzyszy głośne chrupnięcie. „Tysiące”. aby ukryć ogarniające mnie przerażenie. Pułkownik przytakuje. zniża również głos. . również musiał poczuć coś podobnego. wydajesz na nich wszystkich wyrok. – Ale nie masz innego wyboru – oznajmia książę. trzęsąc się z wściekłości. które pomoże odsunąć myśli od niechcianej prawdy. – A w y oddychacie tylko dzięki temu. prostując kark. Jednak gdzieś w głębi ducha odzywa się wyrachowana. a jego dłonie w końcu nieruchomieją. Srebrny wojownik pochyla się lekko do przodu i rozciąga wargi. ale zahartowany w bojach pułkownik błyskawicznie opanowuje lęk. chłodno myśląca część mnie. które w tym momencie przypominają kły rozjuszonego zwierzęcia. Jego dłonie poznaczone skaleczeniami i siniakami. Cofa się szybko. – Opuszcza wzrok. tworzą piramidkę. Nie sądzę. N i g d y. Z pewnością warto poświęcić jedno życie. – Maven nigdy nie wywiąże się z takiej umowy. – Radzę pożegnać się z panną Barrow. obnażając równe białe zęby. Tylko z tego powodu wciąż jeszcze oddychasz. Umierając. który jest ojcem. Tyberiaszu. Stojący po mojej lewej stronie Cal powoli wypuszcza powietrze z płuc. Wasza Królewska Wysokość – oświadcza. Jego myśli biegną do dzieci wysyłanych na pewną śmierć. Pułkownik. chociaż już sekundę później – podobnie jak Farley – wstydzi się swojego strachu. żeby uratować tak wiele istnień.

Dół kurtki naciąga się pod ciężarem pudełka ze strzykawkami. Ale nikt jej nie skrzywdzi. Kilorn lekko się pochyla. licząc. Szkoda. ze mną na czele. pod palcami czuję zimny. odkąd wszedł do naszej celi. – Pewnie jesteś z siebie zadowolony – cedzę. odzywając się po raz pierwszy. Być może tajemniczy Dowódcy. a jego drugie oko nie zajdzie krwią. o których wspominała Farley. że moje spojrzenie zrani go tak samo mocno. – Będzie pilnowana. Głos mu drży i wcale się temu nie dziwię. kto podejmie w tej sprawie ostateczną decyzję. takiego jak Lakelandczyk. nauczyć posłuszeństwa? – To zależy tylko od niego – odpowiada spokojnie pułkownik. żeby cię uwięzić. a każde jego słowo jest niczym cios w brzuch. kładąc dłoń na ramieniu Kilorna. Nie mam pojęcia. Jak na razie. Podejrzewam. Ja jednak znam wszystkie jego sztuczki i w mgnieniu oka orientuję się. które z trzaskiem lądują na podłodze i się rozbijają. nie trafiłby mi się pretekst ani okazja do tego. a jego wieczko otwiera się w locie. które trzeba wytresować. Innym może się wydaje. dopóki Lakelandczyk nie poczuje w ustach metalicznego smaku. że nie ma w nich nic normalnego. Ten tchórz naprawdę ma się czego bać. ja wiem. szorstki metal. Marzę o owinięciu krzesła wokół szyi pułkownika i zaciskaniu go. – Co się stanie z Mare? Czyżby Cal zgłupiał do reszty? Wisi nad nim wyrok śmierci. co robi. Twój przyjaciel zresztą też – dodaje. – Gdyby nie on. Dla kogoś. Gdybyśmy nie wychowali się razem. – Z Nowymi? Shade’a też tu przyprowadzicie i zamkniecie w klatce jak z w i e r z ę. kradnąc i przemykając uliczkami Palów niczym szczury. nie zwróciłabym uwagi na to. Ze środka wysypują się strzykawki. Rozpiera go niemal ojcowska duma. – Och… – woła Kilorn zdławionym głosem i odsuwa się od pułkownika. jak on zranił mnie. której smaku Kilorn nigdy nie poznał. – Dobrze się sprawuje. że coś się święci. a on martwi się o mnie? – Będzie pod obserwacją – odpowiada mu Kilorn. które coraz szybciej ześlizguje się po jego brzuchu. że najchętniej uśmierciłby również mnie. Piorunuję Kilorna wzrokiem. choćby najgorszego. delikatnie porusza biodrami i chociaż większości ludzi jego ruchy wydałyby się zupełnie naturalne. – Nie całkiem – odpowiada. kto tak długo był sierotą. gdy pojemnik wypada spod kurtki. że nie jestem Evangeline Samos. Po twarzy pułkownika przemyka niezadowolenie. że wszystkie . słowa uznania od ojca.Zaciskam dłoń na siedzisku krzesła. – Właśnie to będziecie robić z innymi takimi jak ja? – Spluwam i podnoszę się z krzesła. muszą być czymś wyjątkowym.

rozmasowując policzek. i w tym samym momencie Kilorn zatapia igłę w jego karku. że więcej zdziałam. częściowo ukrytą w zaciśniętej pięści Kilorna. że uda mu się którąś uratować. – Mówiłem ci. że to jeszcze nie koniec naszej przeprawy. Pomyślałem. Chłopak przelatuje przez pół celi. Wyciąga rękę po strzykawki w nadziei. schylając się bez namysłu. prostuje się gwałtownie i pięścią uderza Kilorna prosto w twarz. kciukiem zaś pokazuje na okno. siła uderzenia odrzuca go do tyłu i przyjaciel niemal traci równowagę. pod którą stoi Kilorn. ruszam w jego stronę. że normalnie. jest imponujący. Na twarzy mojego przyjaciela zaczyna się tworzyć siniak. Działając przez zaskoczenie. Sierpowy pułkownika. jeśli nie dam się zamknąć razem z tobą. Stojący na korytarzu żołnierze przypatrują się nam bezradnie zza szyby. – I tak by cię złapali. Tak samo jak wcześniej Farley Lakelandczyk nie poddaje się bez walki. Z zamkniętymi oczami wygląda znacznie mniej groźnie. przez które . zacieram ręce. – Doceniam twoją odwagę. Zanim pułkownik zdąża wykonać następny ruch. Kolana się pod nim uginają. przypominając nam. Dlaczego nie uwierzyłaś? Nie potrafię na to odpowiedzieć. ale kiedy go przytulam. Siła Cala i moc wstrzykniętego leku nokautują pułkownika. Niewiele myśląc. żebyś mi zaufała. nawet oszołomionego. nie przejmuj się… Ja jednak wcale nie zamierzam się nad nim rozczulać. Mare. – Teraz masz po równo. Zamknięte w niej potwory mogłyby wydostać się na wolność. Lakelandczyk osuwa się po szkle i zwala ciężko na podłogę. żeby wtłoczyć płyn ze strzykawki do żyły na szyi pułkownika. W następnej chwili obejmuję go w pasie i przyciągam do siebie. Kilorn wyje. oczekując kolejnego ciosu. Ignorując ból w pięści. Nie mogą przecież otworzyć drzwi do celi. ale czy masz w planie coś poza odśpiewaniem kołysanki temu śmieciowi? – Szturcha stopą ciało pułkownika. – Auu – syknięcie dobiega spod ściany. Cal zrywa się na nogi i rzuca nim o okno. Można by nawet rzec. Stojący przy oknie obserwacyjnym Cal odchrząkuje. – To nic takiego. rozluźnia się i oddaje uścisk. Przyjaciel wzdryga się.strzykawki są potłuczone. zyskuje sekundę potrzebną do tego. zatrzymuje się dopiero na ścianie. Biorę zamach i po sekundzie czuję pod kłykciami twardą kość czaszki. – Niech to cholera – klnie pułkownik. ściskając w dłoniach bezużyteczne karabiny. ale ja dostrzegam jedną całą. – Wzdycha ciężko.

że jestem idiotą – odpowiada Kilorn. wierzę w umiejętności. – Jeden słodki uśmiech wystarczył: Lena zapomniała na chwilę o całym świecie. Pierwsza kładę rękę na jego ramieniu i mocno je chwytam. moje błyskawice i prędkość Shade’a. – Opłaca się dobrze żyć z pielęgniarkami. Ramiona ma naprężone. – Kilorn trąca mnie w ramię. – Patrzcie na korytarz. – To nie mój problem. ale to nie znaczy. na ich twarzach maluje się tępe zdumienie. a następnie materializuje się znajoma postać. W odpowiedzi Shade wyciąga rękę. – Tęskniłam za wami – szepczę do moich najlepszych przyjaciółek. – Może i nie potrafię czytać. zranioną nogę ma wsuniętą w lekką metalową szynę. jak skaczą mi po skórze i tańczą wokół palców. – Będzie załamana. Shade wygląda znacznie lepiej niż rano. który znów stał się przede wszystkim żołnierzem. Wypada na korytarz. – I co dalej? – chce wiedzieć Cal. – Dziwna jesteś. że uwalniam się od przytłaczającego ciężaru Cichego Kamienia. gdy dowie się. czując. Kula. że zniknąłeś – oznajmia Farley. a w jego głosie pobrzmiewa irytacja. . dziewczyno od błyskawic. głowę obraca na wszystkie strony. gdy po jego drugiej stronie najpierw powietrze zaczyna falować. omiatając spojrzeniem każdy zakamarek korytarza. Wygląda tak. W siłę. Pędzę tuż za nim i również wzdycham. Dopóki mamy płomienie Cala. Przywołuję iskry. – Teraz skaczemy – oznajmia. Calowi ani nikomu innemu. Stoi o własnych siłach. Lakelandczycy padają na podłogę jak rażeni gromem. a ja zdążyłem zwędzić strzykawkę z czymś niegroźnym. lekko wydymając wargi. nikt ani nic nam nie dorówna. Zamek celi otwiera się z radosnym szczęknięciem. Nawet jeśli nie mogę zaufać Kilornowi. gdy widziałam go w izbie chorych. ich mięśnie rysują się wyraźnie pod wytartymi ubraniami. Chwila trwa dziesięć sekund. jak gdyby leki przestały na nią działać – o ile w ogóle dostała jakieś środki. Cal w okamgnieniu podbiega do drzwi i otwiera je szarpnięciem. otwartą dłoń zwraca w stronę sufitu. Ku mojemu zdumieniu o framugę drzwi prowadzących do przeciwległej celi opiera się Farley. spokojna jak zwykle. Dokładnie dziesięć sekund wpatrujemy się w okno. Lada chwila powinien tu być. W potęgę. z uśmiechem patrzę. Kilorn prycha z lekceważeniem i zerka na mnie. ramię zaś – zaledwie obandażowane. którą trzyma w obu rękach. – Biedaczka. spada niczym maczuga na głowy nic niepodejrzewających strażników.wybałuszają na nas oczy lakelandzcy strażnicy. po czym robi głęboki wdech.

.Dopóki jesteśmy razem. nie grozi mi więzienie.

W pewnym momencie lądujemy w pomieszczeniu. W następnej chwili jestem w porcie i mrużę oczy w promieniach wieczornego słońca. otaczają nas ekrany wideo i urządzenia radiowe. aby potrafiła dokonać akurat tej sztuki. przemierzamy cały pas startowy. że widzę ich blade twarze. którzy się tu znajdują. zanim ludzie. mięśnie ma napięte. które zgotowały nam w Naercey piekło. I niedobrze. Patrząc jednak na szeroko otwarte wlepione w samolot oczy wojowniczki. odbija się od ścian. Dostrzegam nawet stos kamer ułożonych w kącie pokoju. Większą część pomieszczenia zajmują dwa odrzutowce o ciemnych szeroko rozpostartych skrzydłach. strzelają. Jeden jest mniejszy. nie wygląda jak żołnierz. ma srebrny kadłub i zabarwione na pomarańczowo końcówki skrzydeł. przeskakując z nami przez podwodną budowlę.Rozdział 9 Bunkier jawi mi się jako mieszanina świateł i kolorów. zbliżając się do hangaru. Gdy świat wokoło przestaje się w końcu skręcać i naciągać. „Lwia Paszcza”. wątpię. podłogę przechylające się w moją stronę. Lakelandczycy podbiegają na tyle blisko. żeby mogły nam cokolwiek zrobić. który pojawia się pod skrzydłem Lwiej Paszczy. Ostatnim skokiem przenosi nas do środka hangaru. Straże ścigają nas na każdym kroku. W kolejnej sekundzie stoję na betonie. podrywają się na nogi. z jakiego powodu tu dotarliśmy. W końcu to on będzie pilotował tę maszynę. Mężczyzna. gdy Shade raz po raz zatrzymuje się. w którym buzuje elektryczność. więzadła szyi naprężone do granic możliwości. czuję. gdzie panują chłód i względna cisza. Pozostali podróżnicy najwyraźniej również mają się czego złapać. że robi mi się słabo. Zaraz potem czuję pod stopami piasek. ma potężniejszy kadłub i wygląda złowrogo. Kilorn jednak pomaga mi ustać na nogach i podtrzymuje mnie. chyba że Farley posiada jeszcze jedną umiejętność. ponieważ nikogo nie brakuje. Shade krzywi się z wysiłku. śmiercionośne maszyny. skonstruowany dla jednej osoby. Jego szeroko rozwarte ręce i dłonie wydają się ogarniać mnie ze wszystkich stron. krzyczą. ale ułamki sekund to za krótko. Większy samolot jest czarny jak smoła. Przed oczami migają mi kolejne obrazy. – Co tu robicie? Głos niesie się dziwnie po hangarze. a Shade’owi wystarcza sił. zamiast lakelandzkiego munduru ma na sobie . Skaczemy coraz dalej w głąb wyspy. Nigdy wcześniej nie widziałam nic podobnego i przez chwilę zastanawiam się. ścianę. aby przenieść nas wszystkich. przypominam sobie zwinne. żebym mogła zobaczyć. czy Cal widział. Widzę drzwi. którą do tej pory nie zdążyła się pochwalić.

– Duża i szybka. z ich oparć zwisają parciane pasy. Najwyraźniej dla Szkarłatnej Gwardii było to możliwe. ale nie potrafi wykrztusić z siebie słowa. Gdy przechodzimy pod skrzydłem. – Najpierw zamelduj się mnie – oznajmia Farley władczym tonem oficera. chcąc ukryć prawdę o kolejnych akcjach przeprowadzanych przez Gwardię. Skoki dały mu się we znaki. – Otwierać hangar. tymczasem Cal prowadzi nas na tył samolotu. będziesz mi tu potrzebna – oznajmia Cal. Przytakuje spokojnie. Gdy gramolimy się do środka i usiłujemy odnaleźć drogę w panującym wewnątrz maszyny półmroku. Czy ci.szary kombinezon. Po czarnych. w której bez trudu zmieściłoby się ponad dwadzieścia osób. – Mamy rozkazy od samego pułkownika. W tylnej części kadłuba Pantery zieje otwór przypominający rozdziawione usta. – I kradziona – dodaję. twarz ma wilgotną i bladą z wyczerpania. Już wtedy przypuszczałam. oświadczyła dawno temu królowa Elara podczas uroczystego lunchu. Zastanawiam się. Zbyła pogłoski na temat skradzionych odrzutowców machnięciem widelczyka do sałatek i na oczach innych kobiet z arystokracji upokorzyła panią pułkownik Macanthos. – Z lotniska w Delphie. Pierwszy wchodzi Shade. Wzdłuż zaokrąglonych ścian kabiny pasażerskiej. – Szybkim ruchem dłoni nakazuje Calowi iść w stronę czarnego odrzutowca. dokąd Pantera leciała z ostatnią misją i kto znajdował się na jej pokładzie. służy do rozładowywania i załadowywania przewożonego ładunku. przygląda się posiniaczonym policzkom Kilorna i kuli Shade’a. mocno zarysowaną linię szczęki i przestaję się dziwić. myśli tak jak ja. „Zaplanowane ćwiczenia”. dźwigni i różnych . Mężczyzna usiłuje coś powiedzieć. który ciągnie mnie ze sobą. usmarowanych olejem rękach poznaję w nim mechanika. Następny do odrzutowca wspina się Kilorn. Zerkam na jej bliznę. stoją siedzenia. a co dopiero dwa. aby ktokolwiek zdołał ukraść odrzutowiec – choćby jeden. przed którym rozciąga się pulpit pełen przycisków. wspierając się mocno na kuli. że mechanik zbladł. którzy nią lecieli. że Elara kłamie. teraz już nieżyjącą. Opada ciężko na fotel pilota. Omiata nas spojrzeniem. żyją czy może zginęli? I czy my podzielimy ich los? – Mare. Opuszczona rampa. przepychając się na przód kabiny. ale z drugiej strony wydawało mi się niemożliwe. tuż za nami idzie Cal. dobiega mnie stłumiony pogłos komend wywrzaskiwanych przez Farley. – Pantera – wyjaśnia po cichu. – Muszę… muszę zameldować o tym waszym przełożonym. podnosi rękę i przeciąga ją po zimnym metalu. która prowadzi do wnętrza samolotu. Czyli w tym wypadku nas.

z pewnością uda mi się uruchomić odrzutowiec. „Dalej”. – Tyle że trochę bardziej skomplikowane: potrzeba więcej mocy. Bez namysłu zanurzam dłoń w pęku przewodów. Przez grubą szybę kabiny pilota widzę bramę hangaru – nadal zamkniętą – i Farley. Palce przesuwają się po metalowej powierzchni.przyrządów. że ocieram się o drzemiącą w nich moc. Pochylam kark. żeby mechanik nam w tym pomógł – oświadcza Cal z błyskiem w oku. czego mogłyby się uczepić. które wskakują w kable i ruszają na poszukiwania. wędrowała po całym odrzutowcu. Z westchnieniem siadam na fotelu obok Cala i chwytam za pasy. czy zdołam uruchomić silnik potężnej Pantery. czy to w ogóle możliwe. Pod nią dostrzegam grube wiązki splątanych kabli. gdy Srebrny wojownik topi i odgina brzegi metalowej obudowy. paznokcie wpijają mi się w skórę. Iskry gromadzą się pod skórą gotowe w każdej sekundzie wytrysnąć z moich dłoni. z trudem powstrzymując energię. – Zrób to. – Maszyna wyposażona jest w baterie. Nie wiem. – Co mam zrobić? – Sprzączki w pasach po kolei zapinają się ze szczękiem. Słyszę przenikliwy jęk giętego metalu. wyciągam je do przodu i kładę dłonie na pulpicie. że nie czuję absolutnie nic. Skoro potrafię rozpętać burzę. zatapiam je swoją energią. zaciskam pięści. która cały czas wykłóca się z mechanikiem. które przywodzą mi na myśl biegnące pod skórą żyły. Wypycham z siebie kolejną falę iskier i tym razem zapory pękają. – Ogarnia mnie determinacja równie silna jak energia. dopóki nie czuję. Jednak wspomnienie fioletowobiałej błyskawicy spadającej prosto z nieba na arenę Kościńca podpowiada mi. Zamykam oczy. Jeśli faktycznie wzniesiemy się w powietrze. żeby zaczęły pulsować. Prostuję ręce. Gdy w następnym momencie dotykam jednego z grubszych kabli. aby moja energia wpłynęła do linii wysokiego napięcia. ale nieustannie płynęła przed siebie. jakie wyczuwam w samolocie. idealnie pasującego do mojej ręki. Wszystkie tarcze i wskaźniki pokazują zero. Wlewam całą siebie w baterie. nie zamierzam obijać się podczas lotu o metalowe ściany. że jestem w stanie tego dokonać. ale wiem. co dokładnie chcę wyczuć. a nie sądzę. a jedyne pulsowanie. co mogłabym wykorzystać. żeby skoncentrować się jeszcze mocniej. opieram się czołem o chłodny pulpit. pozwalam. I trochę ważniejsze”. szukając czegoś. po czym wypuszczam pierwsze iskry. – Cal – cedzę przez zaciśnięte zęby. „To będzie jak włączenie lampy albo kamery – tłumaczę sobie w duchu. Książę rozumie mnie w lot i szybko sięga pod pulpit sterowniczy. żeby ostudzić rozgrzaną głowę. nie potrafię powstrzymać uśmiechu. Gdy w końcu odnajduję silnik i ogromne baterie. która się we mnie budzi. to łomot naszych serc. rozdzielała się i rozchodziła po różnych odgałęzieniach. Przez chwilę zastanawiam się. ale trzeba je odpalić. gładkiego okrągłego przewodu. . Uwalniam kolejne iskry. – Jasne. Wystarczy jedynie tchnąć w nie trochę energii. co potrafisz. która pragnie się uwolnić.

z powrotem opadam na oparcie fotela i wtedy na ramieniu czuję inną dłoń. siedząc we wnętrznościach samolotu i czekając na coś. nie odrywa oczu od trybów. – Dobra robota – mówi Cal. a na jego twarzy maluje się coś pomiędzy podziwem a strachem. „Pomocnik rybaka i złodziejka z Palów będą latać”. – Martwy na nic się nie przydasz. widzę jego dłonie. – Nie trzeba – rzucam. Poznaję rękę Kilorna. tak… skomplikowanego. Kilorn zna mojego brata równie dobrze jak ja i ręką przytrzymuje go na miejscu. – Co ona tam robi? Wydaje jej się. ale czuję to w sobie. z którego twarzy uśmiech już dawno zniknął. Oddycham z ulgą. Kieruję przed siebie całą swoją energię i już po chwili brama drga. spojrzeniem szuka jednak nie mnie. które same się obracają. gdy nie dostrzegam w ich szeregach Bree ani Tramy’ego. Ja również czuję się mała. których poznaję po czerwonych szarfach i chustach. wahają się jednak. chociaż jej dotyk jest dziwnie delikatny. Nie widzę. Są wśród nich nie tylko Lakelandczycy. które tańcząc po pulpicie. a jego ręce wędrują do zapiętych sprzączek. a już na pewno nie w takim momencie. chociaż tak naprawdę nie musi się niczego wstydzić. Gdy otwieram oczy. z ociąganiem kręci głową. przełączają guziki i przekręcają gałki na chybił trafił – tak przynajmniej to wygląda. sądząc po białych naszywkach na . jak Pantera budzi się do życia. czy otworzyć ogień. koncentrując się na wyjściu z hangaru. Gonią ją poprzecinane cieniami promienie zachodzącego słońca. płynnym ruchem zaczyna się unosić. Nie dotyka mnie jednak długo. Ale Shade to mój brat. ściskając mnie za ramię. o czym niedawno mogłam jedynie pomarzyć. Mechanik wydaje się zdumiony. który wygląda. a my. zostawiając za sobą otwierające się wrota. ale mojego brata. zgrzyta przenikliwie. – Shade? Shade. – Nie przeniosę czegoś tak dużego. zgodnie z naszą umową. – Ja otworzę tę cholerną bramę. Barrowowie. Spogląda do tyłu.a zmagazynowana w bateriach energia rozlewa się po całej maszynie. nie lubimy przyznawać się do słabości. które wpadają przez coraz większy otwór wejściowy. – Mogę jednak skoczyć po Farley – ciągnie. W bramie ukazują się sylwetki ponad dwudziestu żołnierzy blokujących wyjazd z hangaru. Każdy z nich trzyma broń wycelowaną w Panterę. Nie wolno nam się rozpraszać. – Wyznanie przychodzi mu z trudem. Nawet gdy jestem w formie. że staranuję bramę? – mamrocze Cal. Na dodatek przyjaciel patrzy nie na mnie. Z szeroko otwartymi ustami i wybałuszonymi oczami przypomina małe dziecko. Farley zaś rzuca się pędem w naszą stronę. ale na odrzutowiec. a następnie wolnym. Barrow. jak gdyby miał zaraz zemdleć. Podnoszę głowę. – Rozciąga wargi w wymuszonym uśmiechu. ale i gwardziści Farley. Jeden z Lakelandczyków – kapitan albo porucznik.

rampa podnosi się i zatrzaskuje z pneumatycznym sykiem. masz siłę na ostatni skok?! – krzyczy. Z sekundy na sekundę jedziemy coraz szybciej. mając nadzieję. Patrzy prosto przed siebie. przypominając sobie kolejne posunięcia. – Cal – szepczę. – Cal. które nie są w stanie nas dogonić. Kule z brzękiem odbijają się od metalowego kadłuba. a jego usta układają się w słowo: „Stać!”. zamykając nas we wnętrzu maszyny. Przez okno widzę oddalające się ciężarówki. prze do przodu. jak gdyby go nie słyszał. moszcząc się w fotelu pilota niemalże z lubością. że siedzący obok pilot usłyszy mnie pomimo ryczących silników. Bez uprzedzenia chwyta jedną z dźwigni i popycha ją do przodu. Pantera rusza do przodu. Wyobrażam sobie. wyciąga rękę do przodu. Łagodne zielone wzniesienia i skarłowaciałe drzewa nigdy wcześniej nie wyglądały tak złowrogo. wypadamy z hangaru prosto na pogrążony w chaosie pas startowy. – No dobra. Toczy się prosto na ustawionych w szeregu żołnierzy. Pędzi do najbliższego siedzenia i drżącymi rękami zapina pasy.mundurze – wysuwa się naprzód. a my przechylamy się na swoich siedzeniach. twarz ma bladą ze strachu. Uderza głową o ścianę. – Barrow. przekręca i naciska rozmaite guziki. Za mną Kilorn szarpie się z pasem. który nie zapiął się dobrze w pasach. zbudowana z lepszego materiału. nie robiąc mu najmniejszej krzywdy. zerkając na mojego brata. wpadając do kabiny. jak gdyby wszystkie te ruchy miał we krwi. ulokowani na dachu hangaru żołnierze zaczynają strzelać. po czym nagle skręca ostro w prawo. dzielą nas od nich zaledwie sekundy. Od strony baraków jadą w naszym kierunku ciężarówki. Zagłusza go jednak coraz potężniejszy ryk silników. bo spodziewam się krwawej jatki. klnie i ujmuje w obie dłonie posiniaczone policzki. Krzyczy coś. „Nie ma już odwrotu”. rozruszajmy tego olbrzyma – mówi Cal. Srebrny wojownik uśmiecha się szyderczo i przesuwa dźwignię jeszcze dalej. Wzgórza się zbliżają. – Ruszaj! – woła Farley. uciekając przed Panterą i jej mściwym pilotem. – Na pewno umiesz tym sterować? – warczy. Gwałtowny zwrot najbardziej odczuwa Kilorn. wyładowując całą złość na Calu. Calowi nie trzeba powtarzać dwa razy. ale na szczęście Lakelandczycy i gwardziści pierzchają na boki. niż można się spodziewać. że pod nosem recytuje wyuczoną formułkę. jak . zmuszając odrzutowiec do rozwinięcia maksymalnej prędkości. Jego dłonie biegają po pulpicie jeszcze szybciej. ale rozdygotane dłonie odmawiają mu posłuszeństwa. Shade zachowuje się tak. koła zaczynają się kręcić. Słyszę jednak. Pantera. Jednak niedaleko przed nami dostrzegam koniec jasnoszarego betonowego pasa. a samolot posłusznie reaguje. Zaciskam zęby.

która kształtem przypomina literę „U”. – I jak? – Pilot wpatruje się w Kilorna. aby dobrze się przyjrzeć temu. w której się znajduje. Pełen triumfu uśmiech malujący się na jego twarzy zyskałby uznanie samego Mavena. ale Calowi to wystarcza. Za mną Kilorn tłumi okrzyk. Jeszcze nie teraz. Po chwili z wyraźnym zadowoleniem Cal naciska kilka guzików. – Umiem tym sterować? W odpowiedzi rozlega się jedynie potakujące burknięcie. zależne od maszyny. Przelatujemy przez pasma chmur rozsuwających się na dziobie samolotu niczym kurtyna. Cal obraca się na fotelu. Zaciska palce na drugiej dźwigni i przyciąga ją mocno do siebie. przerywając milczenie. aż żyły na jego dłoniach nabrzmiewają. Farley nie wydaje z siebie żadnego dźwięku. Znieruchomiała z szeroko otwartymi oczami. Odwraca się ponownie do pulpitu. ale ciemnoniebieskie jesienne niebo. Ciśnienie wciska mnie w fotel i sprawia. którego silniki wynoszą nas coraz wyżej w przestworza. Pod nami widać wyspę. żeby usiąść wygodniej. W następnym momencie wzgórza znikają niczym obrus zsunięty ze stołu. Widzę już nie wyspę. szarozieloną plamę na tle stalowoniebieskiego morza. przez dłuższą chwilę słychać jedynie ryk silników i łomot naszych serc. i powoli ją odkręca. ale nic nie może się równać z lataniem. – Dokąd więc zmierzamy? – pyta. po czym przechyla się. uczucie wznoszenia się w powietrzu zapiera mi dech w piersiach. To uczucie to coś zupełnie nieopisanego. a zarazem jeszcze lepsze. kładzie dłonie na umieszczonej pośrodku dźwigni. co jest na zewnątrz. Ale książę nie pozwoli nam zginąć. W ciągu ostatnich miesięcy doświadczyłam wielu przedziwnych wrażeń. gdy z jednej strony czuję nieludzką siłę wzbijającego się samolotu. osiągając odpowiednią wysokość. „Przynajmniej Cal przeżyłby katastrofę”.samolot wpada na nie. a następnie odchyla się i zdejmuje ręce z pulpitu. Mój oddech urywa się wraz z pasem startowym. z drugiej zaś swoje ludzkie ciało. To gorsze niż jazda rozpędzonym motocyklem Cala. Cal odpina nawet pasy bezpieczeństwa i zrzuca je z ramion. żeby nie wychylić się do przodu i niemal przylgnąć nosem do szyby. która z każdą sekundą robi się coraz mniejsza i po chwili nie sposób już dostrzec baraków ani pasa startowego. które panuje w kabinie. bezsilne i bierne. Najwidoczniej odrzutowiec steruje teraz sam sobą. Przygryzam wargę i ze wszystkich sił staram się nie zamknąć oczu. zdumiewającego. Gdy odrzutowiec wyrównuje lot. Wznosimy się coraz wyżej i wyżej. zatrzymuje się na chwilę. . Samolot reaguje na wydane polecenie i łagodnie nurkuje. wybucha i staje w ognistoczerwonych płomieniach. – Czy może teraz wszystko już nam lata? Krzywię się na jego nieudolny żart. a Shade miele w ustach przekleństwo. Nie potrafię się powstrzymać. że uszy mi się zatykają z niemal bolesnym pstryknięciem.

– Prezent od pułkownika – wyjaśnia przyjaciel. Omiatam wzrokiem okoliczne tereny poznaczone małymi kropkami osad powstających przy różnego rodzaju wytwórniach oraz większymi. oznaczającymi niewielkie miasta. niemal zrywając z siebie pasy. – Obok zatoki Harbor jest lądowisko. po czym podsuwa ją Calowi pod nos. kończąc się wybrzeżem. – Tak. – Chcecie. odrzutowce i wszelkie inne urządzenia. że tego typu ohydnych miejsc jest więcej. Przegląda mapy zdecydowanymi. Miasto Harbor zajmuje większość południowego skrawka. – Chodzi ci o Fort Patriot? – kpi. Rozkłada jedną z map. Wspomnienie Szarego Miasta boli. terenów okalających brązowy pas z zewnętrznej strony. zbyt równy. Gęste lasy od czasu do czasu urozmaicane są symbolami . dotyka do żywego. Mówimy o Lądowisku Dziewięć-Pięć. które posiadają. Tak samo jak w Archeonie wytwór Strażników Zieleni chroni miasto przed zanieczyszczeniami. Technikom nie wolno opuszczać tych tak zwanych miast. – Co to jest? – Wyjmuję mu mapę z ręki. Zaciskając zęby. żeby przenieść spojrzenie na inne fragmenty mapy. aby mógł go stworzyć ktoś inny niż człowiek. „Porozumiewawczym”.Tym razem odpowiada mu głośne plaśnięcie. nie idą nawet do wojska. „Mapy”. produkując ciężarówki. W tym wypadku zanieczyszczenia pochodzą prawdopodobnie z Nowego Miasta. Fort Patriot zaś mieści się na półwyspie wrzynającym się w ocean. w którym Czerwoni żyją i umierają pod niebem przesłoniętym kłębami dymu. których Srebrni nie ogarniają rozumem. Cal kręci głową niczym nauczyciel zirytowany kolejną głupawą wypowiedzią ucznia. Gruby brązowy pas wokół miasta. z którym Kilorn kładzie na kolanach stertę papierów. W przeciwieństwie do olbrzymich niezrozumiałych starych plansz wiszących w klasie Juliana ta mapa przedstawia znajome miejsca i nazwy. jesteśmy skończonymi idiotami. przeszywając mnie spojrzeniem. – Nie chodzi nam o Fort. Wasza Wysokość – odpowiada oschle. przełykam jednak ślinę i zmuszam się do tego. żebyśmy wylądowali w samym środku bazy nortańskich sił powietrznych? Farley pierwsza zeskakuje z siedzenia. Cal ostrożnie bierze mapę. Po chwili wybucha śmiechem. zapewne jest kolejną barierą utworzoną z drzew granicznych. Umiejętności. żarówki. uzmysławiam sobie. ostrymi ruchami. „Kolejne slumsy”. Podobne do Szarego Miasta. Ilu ludzi zamknięto w tych slumsach? Ilu tak ich jak ja? Czuję w ustach gorzki smak żółci. aby przyjrzeć się kartce pokrytej liniami i kolorowymi plamami. są zbyt cenne. ale świadomość. żeby można było wysłać ich na pewną śmierć lub tym bardziej pozostawić samym sobie.

i spłowiała od słońca. gdy razem z Shade’em zgubiliśmy się w lesie w pobliżu Palów. Znów przeszywa mnie lęk. nasz wypad skończy się. Zobaczyć Prerię. symbol oznaczający starożytne trakty. Cal zauważa moje zmieszanie i wydaje zdławiony chichot. które znam tylko z nazw widzianych na mapie. Moglibyśmy zobaczyć je wszystkie”. Jednak nigdzie na mapie nie potrafię odnaleźć Lądowiska Dziewięć-Pięć. Widziałam kiedyś jedną z takich dróg. że żołądek podchodzi mi do gardła. Ciron. Jego palec wskazuje przerywaną linię. „Dwa lata – powtarzam w myślach. – Nie strasz mnie – mamroczę. żebym wylądował Panterą na tym przeklętym gruzowisku – mówi. prawda? – Staram się. – Skoro mamy Mare. i lecieć tak długo i daleko. – Niech zdecyduje lista. żeby w moim głosie nie pobrzmiewał strach. Ale to tylko marzenie. Możemy trochę się rozejrzeć. Rozkłada ją na całą szerokość. postukując delikatnie w mapę. Mam misję do wykonania. jak zechcemy. W najgorszym wypadku ta ślicznotka ma przed sobą jeszcze drugie tyle.starożytnych ruin. Montfort. nie musimy lądować blisko. jak wszystkie obiekty Szkarłatnej Gwardii. – Twoja przyjaciółka chce. po czym wodzi palcami od miasta do miasta. Prawdopodobnie jest dobrze ukryte. – Moglibyśmy okrążyć w tym czasie cały świat. którym udało się przebić przez pęknięcia w asfalcie. – Gdzie zatem zaczynamy? – pyta Farley. W niektórych miejscach wyrastały z niej drzewa. Macie ją. Cal przytakuje skinieniem głowy i bez słowa wyjmuje mi mapę z rąk. wzdłuż rzek. który przez tysiące lat skuwał ją każdej zimy. doładowywać baterie. – Pantery weszły do użytku dwa lata temu. szukając innego wyjścia. kiedy będzie trzeba. Myśl o lądowaniu na czymś takim sprawia. przez które próba posadzenia Pantery na ziemi skończyłaby się katastrofą. Jeśli książeczka z nazwiskami od Juliana została na Klinie. Ponieważ nie zamierzam ruszyć się bez niej ani kroku dalej. krainy. – Wzrusza ramionami i dodaje: – Albo dopóki baterie się nie wyczerpią. muszę ochronić Nowych i wyrównać rachunki z królem. Tiraks. wyobrażając sobie dziesiątki przeszkód. Droga bardziej przypominała skalisty górski szlak niż starożytny gościniec. Nawierzchnia traktu była spękana od lodu. zanim na dobre się zacznie. jak mogę. – Czyli do kiedy? Cal uśmiecha się szelmowsko. – To niemożliwe – wykrztuszam. .

Kręci głową. kto jest najbliżej Dziewiątki-Piątki? – pyta. Trzymał ją w barakach w składnicy broni. Ozdoba należała do matki albo siostry Farley. ale… Farley potakuje skinieniem głowy. „Zaufaj mi. zdradzając. dla dobra Nowych. teraz ja go wezmę – oznajmia Farley łagodnym tonem. ale z jakiegoś powodu właścicielka przestała go nosić. zupełnie do niej niepodobnym. dla mnie. Milczący do tej pory Shade wydaje przeciągły jęk. ale szybko znika wepchnięte do kieszeni. a ja po cichu przyznaję mu rację. Wojowniczka wydaje się spokojna. zanim zwabił mnie do więzienia. ale jej wargi drgają. zwinnym ruchem sięga po łańcuszek. musieliśmy i m p r o w i z o w a ć. I to natychmiast. – Może i nie jestem tak dobrym kieszonkowcem jak ty. Wciąż jeszcze siedzi na swoim miejscu. – Z jego kwatery? – dopytuję. Nie czekając na odpowiedź Kilorna. wskazując brodą książeczkę. jeśli pozwolisz. Teraz rozumiem. jest . – A ty…? Z uśmiechem zadowolenia Kilorn odchyla kołnierz. – To dlatego spędziłam kilka godzin w celi. – Cóż. – To w y k l u c z o n e. Świadczy o tym zdjęcie wiszące w kwaterach pułkownika. aby zdobyć listę. zamkniętą na klucz. Złoto przez chwilę połyskuje w jej palcach. ale kiedy cię zamknęli. – Och. on nie należał do jej ojca”. jak bardzo jest z siebie zadowolony. jak bardzo poruszył ją dotyk łańcuszka ojca. ale wyczuwam w jego głosie dumę. usta już jej nie drżą i wraca jej zwykły szorstki sposób bycia. który nosił na łańcuszku. proszę”.W odpowiedzi Kilorn wyjmuje zza koszuli znajomy tomik. Kilorn udaje. „Nie. że lekceważy moją uwagę. – Tak czy inaczej planowaliśmy ją ukraść. a ja zręcznie go łapię. ukazując zawieszony na szyi złoty łańcuszek. – Zwędziłem ją pułkownikowi – oznajmia Kilorn niby od niechcenia. – Spisałeś się – szepczę. promieniuje ciepłem mojego przyjaciela. Papier jest rozgrzany. że zrobił to. – No dobra. po czym rzuca go w moją stronę. żebyśmy wylądowali na Dziewiątce-Piątce – oznajmia Cal stanowczo. – Jest na to za sprytny. ale po jego uśmiechu poznaję. wspominając surowy bunkier ukryty pod falami morza. Gdy wojowniczka znów podnosi głowę. dziewczyno od błyskawic. powiedział Kilorn.

– I każdemu. kilometrowy pas asfaltu wydałby się zwykłym kawałkiem starej opuszczonej drogi. Farley nazywa te miejsca azylami. a Czerwoni mieszkańcy wsi chętnie przymykają oczy na wszystko. Po dłuższej chwili wojowniczka kręci głową i cofa się na tyle. Kłamstwo. Z pewnością siebie i godnością nabytą podczas lekcji pani Blonos oraz w trakcie pobytu na dworze Srebrnych patrzę jej prosto w oczy. Farley przytakuje skinieniem głowy i uśmiecha się. co ich nie dotyczy. który jeszcze nie zdążył się do końca rozpaść. dla którego miałabym ci zaufać. – A każda sekunda. Przewyższa mnie wzrostem. którą t y marnujesz na przesłuchiwanie mnie. – Nie mogliście powiedzieć tego od razu? – syczę i świdruję spojrzeniem wojowniczkę. tylko zielonkawy. . Każda sekunda. – Lądowisko Dziewięć-Pięć b y ł o ruiną – tłumaczy. D i a n o. ale nie czuję się przy niej mała. – Doskonale wiesz. ponieważ kręci się wokół nich niewielu strażników. ale będzie ich więcej – dodaje wojowniczka z dumą. – Takich pasów jest więcej. że w tej grze nie przyznaje się dodatkowych punktów za dramatyczny efekt. Zaczyna pokazywać na mapie inne zniszczone drogi. które ukradliśmy. trochę się to zmieniło. – Lądowisko Dziewięć-Pięć nie jest ruiną – mówi. a zacznę ci wierzyć. – Naprawiliście trakt. Kilorna i Shade’a w najdrobniejszych sprawach. pociera dłonią brodę. – Podaj mi powód. jak było z Naercey? Cal powoli wypuszcza powietrze z płuc. ale w przeszłości. To niemal śmieszne – potrafi znieść teleportację. dopóki z jej ust nie znika zarozumiały uśmiech. Na jego szczęce i policzkach dostrzegam ciemne smugi nieogolonego zarostu. może kosztować tyle samo. które wyłaniają się ze starożytnych ruin i zawsze biegną w pobliżu pomniejszych miast i osad. – Pantera i Lwia Paszcza to pierwsze odrzutowce. ale latanie go wykańcza. Teraz dostrzegam sieć linii. – Zapomnieliście już. starając się ze wszystkich sił opanować mdłości. że znów mogę swobodnie oddychać. dziewczyno od błyskawic – odparowuje Farley i postępuje krok w moją stronę. zanim król postanowił odbierać im jeszcze młodsze dzieci. komu zechciałoby się zapuszczać w głąb lasu. po wprowadzeniu Środków Bezpieczeństwa. może kosztować życie któregoś z Nowych. którą marnujesz na kluczenie. wieśniacy nie lubili mieszać się w nie swoje sprawy.już jednak nie blady. Być może teraz.

– W Piedmoncie? – Cal i ja powtarzamy jednym głosem. olbrzymia i dobrze naoliwiona. że zawsze trzeba spodziewać się czegoś więcej niż to. Przemawia przez niego nie wrogość. a teraz jeszcze Piedmont?” Nie wiem. I chociaż nic nie mówi. mówi jego dotyk. Patrzy na moje dłonie. uzupełnione o listę imion. trącając kolanem o jego kolano. które przelatują mi przez głowę. – W Norcie. Odpowiadam mu. i nawet nie przyszło mi do głowy. „Lakelandia. że Szkarłatna Gwardia to problem Norty. Ten wąż ma wiele głów. ale zdrowy rozsądek. rozumiem. żeby stłumić okrzyk i zachować resztki zimnej krwi. aby odmienić świat. „To nie jest zwykła zbieranina fanatyków. Tak samo jak ja wie. Jeśli zdołam ich zwerbować. na własne oczy widziałam skrzynie z południowymi stemplami. uspokajam się. wyszkolić i udowodnić pułkownikowi. na palce przebiegające po nazwiskach. W co ja się wplątałam?” Żeby nikt nie mógł wyczytać z moich oczu myśli. . Cal nachyla się do mnie. a co dopiero wśliznąć do kabiny pilota. że nie jesteśmy Srebrnymi i nie musi się nas obawiać. Kolanem opiera się o moją nogę. Farley chyba nie podziela mojego zwątpienia. Norta. nazwisk i miejsc zamieszkania wszystkich Nowych w Norcie. jest do niego dalej niż do Lakelandii. które mamy na sobie. Farley znów uśmiecha się z wyższością. Przeglądając opisane przez Juliana badania. że zdołała stworzyć swoje struktury nie w jednym. ale założenie siatki szpiegowskiej? To wydaje się… niemożliwe. ale w trzech niezależnych państwach rządzonych przez Srebrnych królów i książąt. otwieram książeczkę z nazwiskami.– Nie byłbym tego taki pewien – oświadcza Cal. – Po uprowadzeniu samolotów z Delphie o wiele trudniej będzie przedostać się do bazy. za którą wcześniej ją miałam. Ale lotniska w Piedmoncie są naprawdę fatalnie strzeżone. ale spogląda nie na kartki. Sojuszniczy kraj Norty leży daleko na południu. – Książęta w Piedmoncie są całkowicie przekonani. Na moich barkach nie spocznie ciężar kolejnych nagrobków. działająca dłużej. co widzimy na pierwszy rzut oka – znacznie więcej. To machina. czuję żar jego ciała nawet przez złachmanione spodnie. Maven zaś nie będzie miał okazji zabić nikogo więcej z mojej przyczyny. owszem. Na szczęście dla nas się mylą. „Miej się na baczności”. że na tamtych terenach mogą działać agenci Szkarłatnej Gwardii. możemy mieć szansę na to. Przygryzam wargę. czego mam w sobie więcej: podziwu czy strachu na myśl o organizacji tak rozległej i wytrwałej. W przemyt z Piedmontu nietrudno mi uwierzyć. co chce mi przekazać. niż ktokolwiek przypuszczał.

staje po mojej drugiej stronie.„Wiem”. – Błota – czytam na głos. – Co takiego jest w Błotach. przysuwając się do mojego ramienia. zatrzymując palec na nazwie miejscowości. Mare? – pyta Kilorn. jak gdybym była murem. Moje czyny mogą uwolnić tego człowieka. Trudno mi wydobyć głos. Albo skazać go na śmierć. . – Wystarczająco blisko. Trzyma się na dystans od Cala. – Jak daleko jest z Błot do Lądowiska Dziewięć-Pięć? Farley nie zerka nawet na mapę. – Nazywa się Nix Marsten. Nie musi. który ich oddziela.

– Jasne. pogrąża. Dopiero po wielu godzinach przypomniałam sobie o rodzicach czekających w domu na córkę. który latami znosił chroniczny ból bez słowa skargi. Trochę pomaga. W zamęcie ucieczki zupełnie o nich zapomniałam. „Tata. otacza ze wszystkich stron. nie może jej zgiąć w założonej szynie. wspomnienia. przenika przez skórę i rozgrzewa. przeklinam pod nosem. a król Tyberiasz i królowa Elara przebrali mnie z łachmanów w jedwabie. chłopaki”. Samolubną. – Odrzutowce nie przepadają za burzami i błyskawicami. jego głos rozlega się teraz znacznie bliżej. Kciuk powoli kreśli koła. o którego istnieniu nie miałam pojęcia. że nachyla się do mnie. a nawet racjami żywnościowymi. Uderza we mnie niczym fale o brzeg Klina. Wtedy nie będę czuła nic prócz błyskawicy. Oddech nagle mi się rwie. ale może i w niebezpieczeństwie. zawsze był najtwardszy w rodzinie. . Dla nas to coś więcej niż środek transportu. kiedy stałam się Mareeną. Gisa. ale nie pokazuje po sobie bólu. który wcześniej działał kojąco. który służył mu do szybkiego przemieszczania się między Nortą a Lakelandią. – Musisz się uspokoić – ciągnie Cal. zaraz po tacie. na łasce pułkownika rozwścieczonego tym. „Jak mogłam o nich zapomnieć? Dopiero co ich odzyskałam. „Jesteś egoistką. mama. środkami medycznymi. Cichy pomruk silników. Nie wszyscy muszą widzieć mnie w tym stanie. Odrywam dłonie od twarzy i kątem oka widzę. Mare Barrow. – Słowa z trudem przechodzą mi przez gardło. Farley i Kilorn przeglądają zgromadzone zapasy. Nie tylko w niepewności. skuloną i dokładającą sobie w myślach. – W porządku. Jak mogłam ich tak opuścić?” – Mare? – Cal mówi do mnie szeptem. głupią gówniarą”. To drogocenna zdobycz. zostanie tylko siła. czuję ucisk w gardle i ciężar na piersiach. Chowam twarz w dłoniach. ustami niemal muska moje ucho.Rozdział 10 Pantera była prywatnym odrzutowcem pułkownika. Dotyk dłoni z tyłu głowy zdejmuje ze mnie trochę napięcia. teraz staje się nie do zniesienia. prawdziwa skarbnica załadowana bronią. Tak samo jak wcześniej. Mimo że nie jest najroślejszy. które zostały z ostatniego lotu. Przez chwilę pragnę. zagarnia mnie. Nogę ma nienaturalnie wyprostowaną. podczas gdy Shade zmienia opatrunek na ramieniu. Teraz znów ich zostawiłam. Znikną ból. co zrobiłam. znajdując punkt uciskowy. oddzielając bandaże od karabinów. żeby mnie pochłonął. która nie powróciła. żeby nie przyciągnąć uwagi pozostałych.

Chociaż czuję się przez to jak dziecko. który pochyla się nad moim fotelem. – Myślisz. – Zakładam. moczarami i rozpadającymi się mostami. wydech przez usta – poucza mnie łagodnym tonem. Kto wie. Wzdłuż wybrzeża archipelagu dostrzegam kilka rozrzuconych wiosek rybackich i latarni morskich. coraz bardziej bolesne myśli. nie ma się czym przejmować. „Na przykład Mavena”. A przepełniony port może skrywać wiele niespodzianek. który gości na moich . pozornie nieszkodliwych. – To Wyspy Proste. Na największej z wysp mieści się port zapełniony okrętami. Bez jego dotyku zaczynam marznąć.Cal nie cofa ręki ani się nie odsuwa. wpatruję się w przepływające obok nas chmury. Wdech. że dam radę. I ludzi. Spoglądam więc przez okno. Mogą nas wypatrzeć”. Ostatnia myśl jest nieprawdziwa. Wydech. nikogo nie ma p r z y mnie. Powoli się prostuję. a także Kilorna. „Na każdej z nich mogą stać straże. Może Nowi to zmienią. Znów pociera palcami brodę szorstką od kilkudniowego zarostu. że chociaż oni wszyscy są obok mnie. co Fort Patriot… – Wskazuje na północny zachód. ale na ich widok zaciskają mi się pięści. czy rzeczywiście tak będzie. Białe grzywy fal oblewają długi łańcuch wysp połączonych ze sobą na zmianę piaszczystymi łachami. Cal jednak nie wydaje się tym wszystkim zmartwiony. „Zostałaś sama”. nie odrywając wzroku od wysp. że już go nie potrzebuję. Zasłaniam usta rękawem. jak gdyby mówił do wystraszonego zwierzęcia. Wydech. Nie to. Świadczy o tym obecność Cala. W złocistym świetle dostrzegam niewyraźny zarys kontynentu. – Wiem. Muszę się przekonać. „Przez ciebie ginęli ludzie”. aby nie rozdrażnić Kilorna uśmiechem. Chyba trochę je przypominam. słucham jego poleceń. „Zabijałaś”. kiedy jest pewien. Shade’a i Farley. ale jestem zbyt dumna. domyślam się. Nawet z armią u boku wciąż jestem sama. co robisz… – mówię do Cala. – Zamierzam jak najdłużej pozostać poza zasięgiem ich radaru. żeby mu o tym powiedzieć. – A co potem? – Nagle pojawia się za nami Kilorn. „Zapomniałaś o nich”. ilu Srebrnych szuka nas tam. Cofa ją dopiero po dłuższej chwili. że wiesz. zachodzące słońce i rozciągający się pod nami ocean. które zdobią kadłuby. że dasz radę prześcignąć ich samoloty? Na twarzy Srebrnego wojownika malują się spokój i pewność. na dole. Spojrzenie przenosi z Cala na archipelag i z powrotem. Wdech. ręka Cala wciąż leży na mojej głowie. Nie potrafię jednak pozbyć się wrażenia. Z każdym oddechem uwalniam kolejne. Widząc ich rozmiary i srebrnoniebieskie pasy. – Wdech przez nos. że są to statki marynarki wojennej.

– Trochę ryzykowne – burczy Kilorn. – To działa – rzuca klęcząca na podłodze Farley. żeby buntownicy potrafili latać – dodaję. – Ale nie będę musiał – ciągnie Cal zadowolony z milczenia Kilorna. – Nie szukają skradzionych samolotów w powietrzu. – Przyrządy reagują niemrawo – mamrocze usprawiedliwienie. trafiliśmy w ręce zawodowca. Cieszę się. Nie chce. Chociaż nigdy wcześniej nie leciałam z Calem. żeby książę złajał go przy wszystkich. maszeruje na tył samolotu. nie ośmiela się jednak tknąć pustego fotela Cala. usiłując przykryć zakłopotanie Kilorna. nie kryją się z rezerwą. – Całą sprawę ułatwia chyba to. Zrywa się na nogi tak gwałtownie. – Potrzebujesz czegoś? – pytam. „O co teraz mu chodzi?” Zostawiam go jednak w spokoju i podchodzę do Shade’a nadal siedzącego na podłodze. Kiedy znajdziemy się w zasięgu ich radaru. ale ona w ogóle nie zwraca na mnie uwagi. nikomu nie będzie się chciało nas sprawdzać. Przypomina dziecko stojące pośród odłamków szkła. jak prowadził tamtą zabójczą maszynę. którzy wyleczyliby go jednym dotykiem. trzyma się więc z daleka również od pulpitu sterowniczego. a nie mamy pod ręką Uzdrowicieli Ciała. wiem. Ku mojemu zaskoczeniu Cal nagle sztywnieje. żeby forty wiedziały. kiepskie i zmyślone na poczekaniu. Jego noga usztywniona metalową szyną wygląda lepiej. – Każdy odrzutowiec ma swój sygnał wywoławczy. że fotel zaczyna wirować.wargach. Spodziewam się usłyszeć od wojowniczki komentarz na temat oszczędzania jedzenia. która ślicznotka dokąd frunie. ale nic mu z tego nie wychodzi. że mogę zrobić dla niego chociaż tyle. . i jeśli potrafi pilotować odrzutowiec choćby w połowie tak samo dobrze. wyślę stary sygnał i jeśli nam się poszczęści. szukając dziury w planie Cala. – Cal?! – wołam. Całkowicie mnie ignorując. ale mimo to bez kuli daleko by nie uszedł. jak można mniemać po jego chmurnej minie. jak jeździ na motocyklu. Odprowadzam go zdumionym spojrzeniem. że nikt się nie spodziewa. niż się spodziewałam. ale on się nie obraca. jeśli nie może przelecieć między radarami. – Nie pogardziłbym łykiem wody – przyznaje niechętnie. – I obiadem. – Tak robi pułkownik. który przesuwa się pod nami. Kilorn również podziwia widoki roztaczające się z kabiny pilota. Pozostali obserwują go spod przymrużonych powiek. Usiadła na moim fotelu i patrzy przez okno oczarowana światem. W końcu w Naercey został trafiony dwa razy. Z posegregowanych przez Farley zapasów wygrzebuję manierkę i dwie szczelnie opakowane racje żywnościowe.

Przerażamy go. podnosi wzrok znad kabelków i na moment nieruchomieje. rzucił w kąt. ogarnia mnie współczucie dla Cala. padam ciężko na podłogę.które pragnie je dotknąć. Postanawiam nie odrywać go od zajęcia. – Dobrze zrobiliśmy. przeciąga opuszkami po symbolu skradzionego królestwa. majstruje przy wystających ze ściany kabelkach. płomiennego księcia. – . zrywa naszywkę z kombinezonu. Nawet z daleka poznaję ciemne linie splatające się w wizerunek ognia. gdy podajemy sobie manierkę i zjadamy niecodzienny rodzinny obiad w uprowadzonej Panterze. Mimo że jest starszy ode mnie tylko o rok. Cisza wisi nad nami niczym gradowa chmura. udając. nawet jeśli było ono złe. że nie powinno tego robić. który pamięta jeszcze naszą walkę na arenie. Shade przesuwa się. Gdy ciska ją obok kupki łachmanów. czy nie wziąć trzech racji. W następnej chwili palcami dotyka emblematu. ale wie. że się powstrzymuję. Zdążył się przebrać w jeden z mundurów zostawionych na pokładzie. – Prędzej czy później wylądowałbym w celi razem z tobą. że dłubanie przy maszynie uspokoi go bardziej niż jakiekolwiek słowa. „Płonąca Korona”. co robić z takimi jak my. prawda? – odzywam się wreszcie w nadziei. by zrobić mi miejsce obok siebie. ponieważ Cal nie jadł niczego. jego ojciec przypłacił to życiem. Nawet w Palatium Słońca. po czym ostrym ruchem. Po lewej stronie kombinezonu na wysokości serca widnieje czarno-czerwony emblemat z wyszytymi po bokach srebrnymi skrzydłami. że dostanę rozgrzeszenie od brata. A jednak odebrano mu ją w potworny sposób. Budzącą szacunek. i chociaż usiłuje ukryć targające nim emocje. a ja nie siląc się na wdzięk. od którego się wzdrygam. Stracił wszystko – całe życie. – Nie tylko jego – odpowiadam ponuro. w jego oczach błyska gniew. gdzie otaczali mnie Srebrni z niewiarygodnymi umiejętnościami. Z tytułu urodzenia przysługująca dziadkowi Cala. które sobie znalazł. wciąż byłam tą inną. zawsze liczyłam się z jego zdaniem. Cal stoi sam. jego ojcu i samemu Calowi. Pułkownik nie wie. tronów i wszystkiego. mogłabym pomyśleć. Teraz bardziej przypomina dawnego siebie. że coś naprawia. których do tej pory spotykałam. I mimo że z całego serca nienawidzę królów. wiedząc. uznanie i g r o z ę. maska spokoju i opanowania powoli zaczyna pękać. Gdyby nie charakterystyczne ściany Pantery. urodzonego wojownika. Przez chwilę zastanawiam się. ale rzut oka na tył kabiny pasażerskiej sprawia. Srebrny wojownik wyczuwa moje spojrzenie. a brat – duszą. że znów jesteśmy w pałacu i tańczymy wokół siebie niczym ćmy przyciągane blaskiem ognia. czarno-srebrny kombinezon lotnika. Z kolei na Klinie stałam się dziewczyną od błyskawic. Obszarpany strój. Ku mojej uldze Shade przytakuje skinieniem głowy. gdy przypominam sobie odwrócone spojrzenia i ukradkowe szepty wszystkich ludzi. czego są symbolem. odkąd pułkownik zamknął go w celi.

– Nie podoba mi się. iż w rzeczywistości uważam inaczej. by uśmiechało im się zamknąć w więzieniu starszą kobietę. . Jesteśmy inni. – Jak zwykle. „Co jak co. że coś chwyta mnie za gardło − … i lepiej dla nich. to prawda. – To dobrze – odpowiadam z westchnieniem ulgi. Przynajmniej chwilowo ich wzajemna wrogość schodzi na dalszy plan. Poza tym żaden z nich nie ma dość oleju. Shade w zamyśleniu odgryza kęs batona z zasuszonych. sprasowanych płatków owsianych. przekraczając wyciągniętą na podłodze nogę Shade’a. ale normalni na pewno nie jesteśmy”.Przynajmniej reszta naszych jest normalna. żeby wpaść na coś takiego. ale potwierdzam. że się krzywię. Książę mija nas. puszczając moją rękę. ja również czuję. I na pewno nie lepsi. Gdy widzę uśmiech. ale nie gorsi. na pierwszy zaś wysuwają się nadchodzące trudności. wątpię. serce mi się kraje. Są prawdziwymi Czerwonymi. – Shade zamyśla się na chwilę. Shade parska śmiechem i wrzuca do ust ostatni kawałek batona. więc powinni być bezpieczni. Skupia się tylko i wyłącznie na odrzutowcu. które łuszczą się i rozsypują na boki. licząc. chociaż Cal zdaje się go nie zauważać. Inaczej tata chciałby pomóc. ciśnie mi się na usta. Shade – potakuję. i o chłopakach. że się nie zorientuje. który tak dobrze znam. Zaraz jednak poważnieję na dźwięk ciężkich kroków Cala. kalekę i Gisę. ale nie przestaję udawać i również rozciągam wargi w uśmiechu. że nikt nie będzie ich podejrzewał. – Gdyby nam pomagali. – Niedługo powinniśmy wejść w zasięg radaru – oznajmia i stawia nas wszystkich w stan gotowości. że nazywasz ich normalnymi – oznajmia Shade. – Mówisz o mamie i tacie? Bolesne wspomnienie sprawia. mama też. Ale oni nic nie wiedzieli o naszej ucieczce. niż stwierdzam. więc on nie może… nic im nie zrobi – bardziej pytam. Kilorn wypada z kokpitu niczym przegonione przez dorosłych dziecko. przez cały czas nie spuszcza wzroku z kabiny pilota. – Z nami również jest wszystko w porządku. – Masz rację. – Mogę to dostać na piśmie? – chichocze. Przynajmniej Bree i Tramy są tak oddani sprawie i lojalni wobec Gwardii. po czym dodaje: – I chociaż to Lakelandczycy. ale stanowczy ton brata daje mi do myślenia. Czuję się trochę lepiej i otrzepuję koszulę brata z okruchów owsianego batona. potraktowano by ich odpowiednio. chwytając mnie za nadgarstek i raptownie ściszając głos. – O Gisie też. Zostawiliśmy ich bez słowa… – głos mu więźnie.

o czym mówi mój przyjaciel. i o tym. chcę się odgryźć. gdy pomagam mu się podnieść. by przygotować samolot na to. przemieszcza się sprawnie i trzymając kulę pod pachą. nie spodziewałam się zobaczyć w nim tyle brutalności. Każdy może zdradzić każdego. szarpiąc się w pasach. Wracam pamięcią do Naercey. jak zdać się na niego i na los. chłopcy wręczali je. Pierwsze trzy dostałam od braci. Były to pożegnalne prezenty. o gniewie. gdy mieli iść na wojnę i zniknąć z naszego życia na długie lata albo i na zawsze. Obracam się. gdy mój świat przewrócił się do góry nogami. Shade jest dumny. którego ręka zawisła w powietrzu. żeby zobaczyć rozbawiony uśmiech Kilorna. a drugi do mnie. Wtedy ta nagła przemiana była dla mnie wstrząsem. który go napędza. ale nie głupi. Sam również z wyćwiczoną precyzją zaciąga pasy krótkimi. „Tak. Dalej radzi sobie sam. odwracając oczy od zachodzącego słońca i jego płomiennego odbicia na falach. nagle zaczynam się czuć dziwnie bezpieczna. który w nim się tli. zanim Szkarłatna Gwardia zaatakowała Archeon i zanim doszło do zdrady. fioletowe i zielone. jak silne są te dwa elementy. zapina pasy. ale przynajmniej w ciągu najbliższych kilku minut moje życie zależy całkowicie od umiejętności pilota. co może się zdarzyć. To prawda. nie protestuje więc. który tym razem mocno zaciąga parciane taśmy i z posępną miną czeka na rozwój wydarzeń. Obserwowanie startu samolotu było wystarczająco przerażające. wciąż jeszcze mam uszy”. jeden kolczyk z każdej pary trafił do Gisy. teraz jednak nic mnie już nie dziwi. Cztery oczka: różowe. kiedy to Cal przestawał być księciem. a stawał się chodzącą pożogą. zerkając na mnie kątem oka. Skoncentrowany na pulpicie sterowniczym Cal obraca pokrętła i przesuwa dźwignie.– Lepiej będzie się zapiąć – rzuca Cal przez ramię i opada na fotel. dostałam go tuż przed tym. a nawet wspólnych treningów. Siadam obok niego. przy mnie mości się Kilorn. jak wygląda lądowanie. Nie pozostaje mi nic innego. Cały czas pamiętam o ogniu. „Przywiązałaś się do kawałka złomu”. . której wspomnienie dręczy do dziś. Ostatni kolczyk był od Kilorna. Kilorn przytrzymuje mojego brata z drugiej strony i szybko stawiamy go na nogi. Nagle czuję dotyk w okolicy ucha i podskakuję na siedzeniu. Nawet nie chcę sobie wyobrażać. otacza czerwonopomarańczowymi promieniami. która siedzi obok niego. zdecydowanymi ruchami. Idę w ślad współtowarzyszy. moje kolczyki. które do złudzenia przypominają płomienie. a Cal nie jest żadnym wyjątkiem. Kościńca. ale niekoniecznie mam coś przeciwko temu. Zajęła moje miejsce bez pytania. Wieczorne światło oblewa postać Srebrnego wojownika ognistą poświatą. czerwone. Kilornie. a gdy pasy dociskają mnie do fotela. To samo robi Farley. Jednak już w następnej sekundzie uzmysławiam sobie. – Wciąż jeszcze je masz – oświadcza i wskazuje moją głowę. Mruży powieki.

Mięśnie jednak ma napięte do granic możliwości i czekając na odpowiedź. Gdy w radioodbiorniku rozlega się trzask poprzedzający odpowiedź wieży. Szczęki Cala się zaciskają. Nawet jeśli nie wątpię w umiejętności Cala. cel Fort Lencasser. – Po co od razu wspominać o grobach. Cal powoli wypuszcza powietrze z płuc. – Jasne – odpowiadam. pod koniec wydaje się nawet odrobinę znudzony. – Następne zgłoszenie w Kankordii. nerwowo przygryza wargę. Sekundy zdają się godzinami. Trudno się z nim nie zgodzić. Jego ręce wędrują do steru. Obok mnie Kilorn poprawia pasy. Z jednej strony oko podbite przez pułkownika. Na ten widok strach ogarnia nas wszystkich. władczy głos. – Będą ze mną do grobowej deski. – Przyjąłem. beznamiętny głos księcia wypełnia obydwie kabiny samolotu. gdy w natężeniu wsłuchujemy się w szum fal radiowych. trzeszczący szum radiowych zakłóceń przerywa nam spokojną rozmowę. dłonie zaciskam na krawędzi siedziska. Zanim jednak zdąża się odprężyć. zwłaszcza teraz – mruczy Kilorn. jak i raniące słowa. Kilorn zatrzymuje wzrok na zielonym kolczyku. Po cichu robię to samo. Fort Patriot. którą widziałam w nim przez ostatnie miesiące. – Przepraszam za tamto – mówię. wolę. z drugiej śliwa nabita przeze mnie. Opanowany. gotowy na najgorsze. po raz kolejny omiatając nieprzyjaznym spojrzeniem krępujące go pasy. Ostry. nie potrafi powstrzymać uśmiechu. Nie pobrzmiewa w nim ani jeden fałszywy czy choćby intrygujący ton.Prezenty od chłopaków przeszły ze mną wiele. – Nieraz gorzej od ciebie obrywałem. – Przyjąłem. – Uśmiecha się. i każde oczko dźwiga własne brzemię wspomnień. Obracam się i widzę Cala pochylającego się nad pulpitem z nadajnikiem radiowym w dłoni. pod kolor jego oczu. znika zaciętość. mając na myśli zarówno cios w szczękę. Odbiór. – Wieża kontrolna Fort Patriot. Start Delphie. Cal powtarza meldunek dwukrotnie. nawet Farley. Siedząca obok pilota wojowniczka wpatruje się w głośnik szeroko otwartymi oczami i z rozchylonymi wargami. PR jeden osiem siedem dwa – dobiega nas srogi. jak gdyby już teraz czuła smak słów. które mają . Oby kontrolerzy lotów w Forcie Patriot byli tego samego zdania. zgłasza się PR jeden osiem siedem dwa. który wypływa mu na usta. dłonie w skupieniu obejmują drążki. radio znów zaczyna trzeszczeć. Przyglądam się z bliska jego posiniaczonej twarzy. od poboru Bree po wiarołomstwo Mavena. żeby nie były wystawione na próbę w starciu z eskadrą bojową. Przyjaciel na chwilę łagodnieje.

zalecana ostrożność – po długiej. minąwszy zatokę Harbor i slumsy Nowego Miasta. parskam śmiechem – płomienny książę. żeby nie zrobić tego samego. które tworząc coraz bardziej zwartą gęstwinę. że nie będziemy się zgłaszać w Kankordii. – Burze nad Lencasser. Shade z podobnym wyrazem twarzy również nie odrywa wzroku od radioodbiornika. że za kolejnym wzgórzem dojrzę Pale. – Mam na imię Cal. uśmiecha się jeszcze szerzej. Przypomina mi się dom i przez chwilę mam wrażenie. kręcąc głową. – Wolę nie ryzykować – odpowiada szeptem. żeby zobaczyć jak najwięcej. – Dobra robota. Natychmiast daję mu kuksańca. drogi obce. pełnej napięcia chwili oznajmia monotonny głos służbisty. Panujące na pokładzie milczenie przerywa Cal. i to wystarczy. spoglądając przez ramię i rzucając nam szelmowski uśmiech. Nawet po twarzy Farley przebiega cień uśmiechu. Wa s z a Wy s o k o ś ć ? Tym razem miażdżę mu obcasem stopę. jednak na tyle cicho. który się poci. mocniej przyciska do siebie kulę. nie rozpoznaję również osad rozrzuconych tu i ówdzie nad wodą. – Trochę więcej uprzejmości na pewno ci nie zaszkodzi. Wasza Wysokość – mówi Shade i chociaż tych samych słów Kilorn używa jako obelgi. żeby uniknąć kolejnego siniaka. Jednak rodzinna wioska leży na zachód stąd. Pod nami są jedynie drzewa. Jesteśmy poza podejrzeniami”. Przeciwnie. lśniącą warstwę potu. – Przyjąłem – rzuca książę do mikrofonu. – Łatwizna – oznajmia. Przyjaciel odsuwa się ode mnie.dopiero paść. Dwadzieścia minut później słońce chowa się za linią horyzontu. Kilorn zaś kręci głową i rozluźnia uścisk naszych dłoni. że słyszę go tylko ja. zanim odwraca się znów do pulpitu sterowniczego. zniżamy lot. Widząc to. z ulgą przymyka oczy. Nix Marsten. setki kilometrów dalej. a my. Szum zakłóceń urywa się z trzaskiem. wyciąga szyję. Kilorn prycha drwiąco. w ustach mojego brata brzmią one jak oznaka szacunku. Tutejsze rzeki są mi nieznane. „Udało się. przechodzą w puszczę porastającą większą część Norty. po czym powoli ociera z czoła cienką. Farley nie może usiedzieć w miejscu. że z jego ust wydobywa się odpowiednio bolesny jęk. – Odbiór. W jednej z nich mieszka Nowy. Tym razem książę opuszcza głowę. Pewnie dlatego książę uśmiecha się. Z trudem się powstrzymuję. sprawiając. który wydaje się nami zupełnie niezainteresowany. Cal chyba nie ma mi tego za złe. . po czym głośno zwraca się do Cala: – Rozumiem. który sygnalizuje koniec połączenia.

– Niby jak? – cedzę przez zaciśnięte zęby i spoglądam przez okno już nie na niebo. Lista to źródło nadziei na odnalezienie skutecznej broni. Wokoło pachnie jesień. w powietrzu unosi się aromat suchych liści i wilgoć deszczu. Książę pstryka kolejny przycisk i czuję. Odpowiedź Cala uprzedza gwałtowny wstrząs. Czekamy w milczeniu. ale czubki drzew. Znam go lepiej niż inni. Stojąc na dole rampy. że lista z nazwiskami jest prawdziwa. On również wie. Wyłączone po naszym locie silniki obracają się coraz wolniej. Przez głowę przelatuje mi myśl o możliwej zasadzce. że nasze lądowanie przeszło niezauważone. Skupiam się tylko na tym. że bieleją jej kłykcie. że ja i brat nie jesteśmy jedynymi nosicielami mutacji. To nasza deska ratunku. jak płyty pod moimi stopami wibrują. Nie tylko dla dobra sprawy. żeby zająć czymś myśli. odrzutowiec najwyraźniej uderza w coś twardego. wpija palce w podpórki tak mocno. nocną ciszę przerywają jedynie odległy ptasi śpiew i słabnące wycie odrzutowca. szansa na wygranie wojny. biorę głęboki wdech. ale dla s i e b i e s a m e j. a rozpędzony samolot chwieje się na boki. który musiał padać gdzieś niedaleko. nie zdradzają się z nimi. a jej głos z trudem przebija się przez ogłuszający ryk silników. jednak mimo to czuję ucisk w żołądku. jakie mu grozi. Źle ulokowałam swoje uczucia. „O ile jeszcze żyje”. Na wszelki wypadek wzięła . aż po chwili ciemność rozświetlana jest tylko przez blask gwiazd i jasność płynącą z wewnątrz Pantery. Panującą w lesie ciszę zakłóca jedynie pochrapywanie Kilorna. tak samo Cal. Kurczowo wczepieni w zapięte pasy podskakujemy i kołyszemy się na siedzeniach. ale Julian Jacos nie mógł mnie zawieść. – Przygotujcie się na lądowanie. koncentruję się na mapie. przez które zapewne widać ruiny traktu przekształcone w pas startowy. – A niech mnie – mamrocze Cal. a jeśli pozostali współpasażerowie mają co do tego jakieś wątpliwości. ufając Mavenowi. a spojrzenie nieruchomo utkwione w lądowisku. z bronią w ręku poszła na zwiady w okolicy lądowiska. że muszę odnaleźć innych takich jak ja. Może i dlatego. Niebieskie rozbłyski prądu widoczne pod skrzydłami samolotu stopniowo gasną. której żadne z nas nie chce puścić. Oczy jednak cały czas ma szeroko otwarte. który postanowił uciąć sobie drzemkę. * Nad ruinami traktu zapada mrok. Wojowniczka wydaje się tego nie zauważać. Gdy odrzutowiec pochyla się w stronę lasu. Kula Shade’a leci przez całą kabinę i uderza w tył fotela Farley. ale szybko ją od siebie odsuwam.nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa. a kadłub samolotu drży od głuchego warkotu. licząc. Farley zdążyła już zniknąć. aby udowodnić. wyglądając przez okno. iż potrzebują w coś wierzyć. – Jesteśmy na ziemi – oznajmia.

którego uratujemy. że pragniesz jego śmierci. trzeba go przekonać. udając obojętność. pistoletem u boku i tobołkiem w dłoni. która może to zrozumieć. – Poza tym większość potrzebnych mi rzeczy mogę ukraść po drodze. Kąciki jego ust drgają. – W najlepszym wypadku stracisz palce. W rozmowie z księciem trzeba używać innych argumentów. wypowiadając te słowa na głos. żeby błyskawice smażyły go od . którego zabił. otwarcie przyznając się do swoich lęków i pragnień jedynej osobie. ale nie w uśmiechu. żeby wbić mu trochę rozumu do głowy. Ciemnowłosy. jak płaci własną krwią za to. Chcę zobaczyć. jednak tego nie robi. Po rampie schodzi Cal z karabinem na ramieniu. – Chcę zacisnąć ręce na jego gardle.ze sobą Shade’a. wiesz o tym. co potrafi Shade. Po raz pierwszy od wielu tygodni. że książę i zahartowany w boju żołnierz miałby próbować szczęścia w moim fachu. – Nie martw się. nie wziąłem za wiele – odpowiada. Znów należę tylko do siebie. – Wiesz. A Nix może się okazać silniejszy. Prawda? Znów odpowiada mi milczenie. wskazując pakunek. – I to cię obchodzi? – Obchodzi – mówię cicho. l e p s z y niż my dwoje razem wzięci. ze wszystkich sił starając się. że każdy Nowy. – I to ma m n i e obchodzić? Marzy mi się. żeby cierpiał. – A ty dokąd? – Zwinnym ruchem chwytam go za rękę. a może miesięcy. prawda? Cal nie przytakuje. aby w moim głosie nie było słychać bólu. Oczywiście ta chwila nie trwa długo. za każdego człowieka. co potrafię. Chcę. Przyjąłby moje wymachiwanie pięściami z uśmiechem i dalej robiłby swoje. ale Cal to nie Kilorn. – Wiem. Pomimo panującego wokoło mroku w oczach Cala migocze dziwny blask. co na pewno pomoże mu w jego planach. ale też nie zaprzecza. osłabia Mavena. ubrany w czarny kombinezon książę doskonale wtapia się w mrok. W najgorszym skrócą cię o głowę. co zrobił. – Sam powiedziałeś. To się chyba nie zmieniło. Słucha mnie. Cal wzrusza ramionami. – Czuję się wspaniale. – Pragnę tego samego – ciągnę. – Potrzebujemy cię. Mógłby oswobodzić się z mojego uścisku w ułamku sekundy. – Ty? Ukraść? – prycham na myśl. nareszcie. nikt mnie nie strzeże ani nie obserwuje. zostałam sama. „Chcę. „Manipulować nim”.

Cal? Otwiera usta. za którego go miałam. zna się na sztuce wojennej. Zostanie. że musi strzec ładu i porządku. i świetnie się spisała. „Na razie”. Książę. który do niedawna był generałem i wciąż pozostał świetnym wojownikiem.środka tak długo. Calowi od małego wpajano. Nie mam jednak pojęcia. Pragnę zniszczyć potwora. pełnej napięcia chwili odwraca się i idzie z powrotem do odrzutowca. dręczy mnie bardziej niż pozostałe upiory przeszłości. że został zdradzony przez własną krew. Po długiej. Elara stworzyła tę osobę na mój użytek. był wymysłem przygotowanym specjalnie dla mnie. Mimo to wspomnienie chłopaka. że tego starcia nie może wygrać. jak gdyby chciał tupnąć nogą ze złości. którym stał się Maven. Nie potrafi zmienić głęboko zakorzenionych przekonań nawet teraz. Wygląda. gdy żyje między Czerwonymi z myślą. przeciwko któremu ja wystąpiłam. Tak się jednak nie dzieje. broń i swoje postanowienie. – Nie należę do Szkarłatnej Gwardii. który nie był prawdziwy. Kiedy jednak wyobrażam sobie. a żądza zemsty przenika każdy nerw. Chociaż nie podoba mi się jego wahanie. że tamten ktoś tak naprawdę nie istniał. na jak długo. aż nie będzie miał sił nawet wyć z bólu”. abym mogła go pokochać. widząc. zmiecie nas. Ciska w kąt tobołek. – W takim razie c z y m jesteś. którego znałam i na którym mi zależało. I chociaż trawi go gniew. Maven. . – Jeśli teraz wystąpimy przeciwko niemu. że zmienił decyzję. wie. – Wasza rewolucja nie jest moją rewolucją – szepcze głosem ledwo słyszalnym w nocnej ciszy. że ma mętlik w głowie. mimowolnie wracam myślami do chłopaka. Oddycham z ulgą. wcale się nie dziwię. N i e j e s t e m częścią tego wszystkiego. jakby miała z nich paść odpowiedź. ukształtowała swojego syna tak. jak będę go uśmiercać. – Jest poza naszym zasięgiem – tłumaczę Calowi i sobie. Tłumaczę sobie. Wi e s z o tym.

Rosnące po obu brzegach drzewa nachylają się do siebie. Archeon i zatokę Harbor. które pękają pod jego stopami. ale na szczęście na tym poprzestaje. i to. Elara. Trzeba tylko znaleźć odpowiednią broń. – Uwaga – szepcze. że co chwilę się potyka. niektórzy zabić na miejscu. Srebrny wojownik bez trudu wyszarpuje się z uchwytu swojego wybawcy. a w zalegającej w puszczy ciszy uświadamiam sobie. odciągając go od skrytego w ciemnościach głazu. zanim ten skręci w głąb kraju. Poza tym ramię nie dokucza mi już tak bardzo. uzmysławiam sobie. Przemierzać go mogą tłumy ludzi. Gdy koncentruję się na tej myśli. Większość próbowałaby go pojmać. gdy Cal zahacza o coś nogą. jego postać pojawia się i znika niczym światło gwiazd raz po raz prześwitujące przez chmury. ponieważ łączy Delphie. Shade skacze między drzewami. tworząc liściastą kopułę nad płynącą . Shade i ja wychowaliśmy się w lesie. Kilka razy psyka. Przez to jest również najniebezpieczniejszy. Jeszcze kilka dni i całkiem zapomnę o wyciu Zawodziciela. „I mogą to zrobić”. Przynajmniej do chwili. łatwiej mi nie zwracać uwagi na wszelkie dolegliwości. dodaje mi energii. Kilorn. Ta świadomość. nawet na tak dalekiej północy. w miejscu gdzie rzeka Regent krzyżuje się z Traktem Portowym. jak przemierza się nocą leśną gęstwinę. Robi to głównie ze względu na Cala.Rozdział 11 Zgodnie z mapą Błota leżą sześć kilometrów na północny wschód od lądowiska. wojskowych lub zwykłych podróżnych – i nawet jeśli znalezienie nas nie byłoby ich głównym celem. Z czterech największych dróg krajowych Norty Trakt Portowy jest najbardziej uczęszczany. Maven. że również dzwonienie w uszach zelżało. Jest przyzwyczajony do torowania sobie drogi siłą i płomieniami. nie są niezwyciężeni. M o ż n a ich pokonać. ale książę dorastał w pałacach i koszarach. Trzyma się blisko i teleportuje w odpowiednim tempie. Wydają się zwykłą małą osadą handlową i są jedną z ostatnich wiosek położonych przy Trakcie. gdy docieramy do strumienia. zęby Kilorna błyskają w znaczącym uśmiechu. Nigdzie tam nie nauczono go. każdy Srebrny w królestwie w mgnieniu oka rozpozna Cala. żeby nie stracić nas z oczu. gdzie wije się między nieprzejezdnymi bagnami. choć powinna mnie przerazić. Za każdym razem. Evangeline i Ptolemejusz Samos pomimo całej swojej mocy i posiadanych umiejętności. o czym najlepiej świadczy głośny trzask gałęzi. Nawet kłykcie potłuczone w starciu z kością policzkową Kilorna prawie mnie już nie bolą. ostrzegając przed ostrym zakrętem na ścieżce wydeptanej przez dzikie zwierzęta albo kryjącym się w mroku jarem.

że robi się bezradny. zrobić parę przewrotów albo zniknąć pod powierzchnią na kilka minut. W dole książę powoli wchodzi w wodę. której nam trzeba. pomóc mu przeprawić się na drugi brzeg. niezbyt wartka. która wijąc się przez las. ale trudno powiedzieć. – Zbudować dla ciebie tratwę? – Zerka w moją stronę i wyszczerza zęby w uśmiechu. żeby postawić następny krok. że w wodnym potrzasku czuł się jak w trumnie. i nic nie osłabia go bardziej niż woda. Kiedy miałam czternaście lat. że leniwy ciek wydaje mu się wzburzonym. Cal jest Płomiennym. . na ile głęboka. Wszystko jednak staje się jasne. Migoczące między listowiem gwiazdy oświetlają rzeczkę. – P o t r a f i ę pływać – cedzi Cal. który chyba pewniej się czuje w wodzie niż na lądzie. władcą ognia. Nurt łagodnie obmywa mu kostki. że nie”. Struga jest wąska. a ich twarze drgają. Kilorn. bezkresnym oceanem. – Co się dzieje? Kilorn. trzy razy głębszą i dziesięć razy szerszą niż ten potok.wodą. góra dwa metry – oznajmia po chwili. bezsilny. – Cal?! – wołam ściszonym głosem. Woda kryje mnie tutaj po sam czubek głowy. ale widząc to. Ten żywioł sprawia. Kilorn zacząłby pewnie jeszcze bardziej szydzić z Cala i tym razem książę mógłby tego nie strawić. Zmusza się. usiłując ukryć ich drżenie. Bez wahania wskakuję więc w ciemny. kiedy Cal niemal zginął uwięziony przez wielmożnego Osanosa w wirze wodnym. Wrzuca kamień w środek rzeczki i przysłuchuje się pluśnięciu. który zdążył oprzeć się wygodnie o pień drzewa. dzięki wyćwiczonym ruchom ramion w kilka chwil przeprawia się na drugi brzeg. W pierwszym odruchu chcę do niego popłynąć. Kilorn wskakuje zaraz za mną. Dziwię się. – Dawaj. która przez bliskość oceanu ma słony posmak. a nie potrafisz pływać? – drwi. Srebrny szybko krzyżuje ręce. Shade i Farley przykucnęli. bez wahania zeskakuje na płyciznę. – Po prostu za tym nie przepadam. patrzą na rzeczkę. czy on również o tym myśli i czy wspomnienie tamtego zdarzenia sprawia. Zastanawiam się. A karczemna awantura w środku lasu to ostatnia rzecz. Przypuszczam. że nie chciało mu się trochę popisać. Wracają do mnie wspomnienia z areny. dlatego książę od zawsze był uczony nienawidzić. Latasz odrzutowcem. wpada do rzeki Regent. ale twarz Cala blednie w świetle księżyca. przepłynęłam rzekę Capital. gdy gramolę się na ląd i spoglądam na przeciwległy brzeg. prycha pogardliwie. jak gdyby powstrzymywali się od śmiechu. Calore. którego nawet on nie potrafił pokonać. bać się i zwalczać go. zimny nurt i zanurzam się po głowę w wodzie. – Metr osiemdziesiąt. „Oczywiście. Zdejmuje kurtkę i sprawnie wyżyma przesiąknięty wodą materiał. jest delikatny niczym dotyk matki. i wchodzi w wodę po kolana.

* Włosy mam już prawie suche. skinieniem głowy dodaję mu otuchy. Teraz to ja się rumienię. W następnym momencie zanurza się i płynie niczym olbrzymi pies. Jedna z dróg.– Wdech przez nos. Mokre czarne włosy opadły mu na czoło i przylgnęły do twarzy. jego klatka piersiowa unosi się i opada ciężko w rytm uspokajających oddechów. Przygląda się przysadzistym domkom zbitym w gromadkę u stóp wieży obserwacyjnej. żeby Cal mógł dotrzeć do płycizny po naszej stronie i już raźniejszymi ruchami dobrnąć do brzegu. Ułamek sekundy później stoją obok nas. ale światła pobliskiej wioski rozjaśniają nocny mrok. Odruchowo wyciągam rękę. co ucisza go na wystarczająco długo. wydaje się mile zaskoczony tym. stan Regencki. która oblewa się srebrnym rumieńcem. Kilorn zasłania usta ręką i trzęsie się od bezgłośnego śmiechu. wepchnęłabym go prosto do rzeczki. gdy docieramy na wzniesienie nieopodal Błot. Z jego rozpalonej wstydem skóry unosi się para. Chmury. to najwyraźniej Trakt Portowy. – Zimno – mamrocze. Urodzony 20 grudnia 271 roku w Błotach. że ty też się boisz wody?! – woła Kilorn przez strumień trochę zbyt głośno i szorstko. Przeskoczyli. a jej wierzchołek ozdobiony jest obracającym się reflektorem. – Myślisz. – Nie mów. uśmiechając się ironicznie. Posyłam w jego stronę kilka kamieni. starannie wybrukowana i położona na nasypie wiodącym przez słone mokradła. tyle że zbudowane przy ujściu rzeki Regent i skupione wokół rozdroża. gdy snop światła omiata przestrzeń nad nami. które zaczynają się zbierać. Postawiona nad brzegiem rzeki wieża obserwacyjna celuje prosto w niebo. po czym chwyta mojego brata za nadgarstek. „Wydech przez usta”. Żywy. Norta. Obecne miejsce zamieszkania: niezmienne od urodzenia”. co robię. Mężczyzna. – Głuptaki – mruczy z rozbawieniem. „Mieliśmy się nie rozpraszać”. Tyle było o nim na . i najwidoczniej na niego również dobrze działają. zasłaniają księżyc i gwiazdy. że on tam jest? – szepcze Kilorn. – „Nix Marsten. Shade chwyta mnie za ściągnięte w kitkę włosy i wyciska z nich wodę. – Gdy Srebrny wojownik podnosi wzrok i spogląda na mnie. Powtarzam słowa. Oczywiście. kręcąc głową i nie patrząc nam w oczy. Farley w odpowiedzi parska śmiechem. Drugi szlak prowadzi ze wschodu na zachód i za wioską zmienia się w ubitą gruntową drogę. Cal. Robi krok w przód. Cal nie odrywa ode mnie wzroku. żeby odgarnąć przyklejone do czoła kosmyki i poprawić mu fryzurę. że chodzi o kuli. potem jeszcze jeden i kolejny. Wzdrygam się. Gdyby nie to. mając na myśli Niksa. którymi wcześniej on pomógł mi opanować lęk. Oglądane ze szczytu pagórka Błota przypominają rodzinne Pale. Mokradła.

że nie chciało im się nawet zabezpieczyć ksiąg miejskich.liście – recytuję z pamięci. – Cal wskazuje niewielki zagajnik oddalony o niecały kilometr. Na szczęście na czarnych wodach rzeki panuje spokój. Julian powiedział. Z wartownikami. – Farley lustruje spojrzeniem wioskę. „Podobnie jak jego wuj. usiłując przeniknąć wzrokiem ciemność. – Powinno pójść w miarę gładko. Cal przytakuje. – Oczywiście. nawet pomimo godziny policyjnej. leniwi żołnierze. Julian”. – Przyjmuję – odpowiada Shade i szturcha wojowniczkę w ramię. ani ty nie możemy pokazać się w wiosce. „Rodzaj krwi: nieznany. tę. ale coraz częściej przybiera ton poirytowanego nauczyciela. Następny krok należy do mnie – i obym nie zjawiła się za późno. potwierdzając moje słowa. a ty usmażysz każdego napotkanego żołnierza? – Cal stara się zachować spokój. W s z y s t k i c h. – Zamierzasz wpaść tam całą bandą ze mną i tobą na czele? To może lepiej nie cackajmy się. Trudno go dostrzec w nocnym mroku. że nie pierwszy raz przeprowadza taką akcję. a drogi są opustoszałe. zdaje się jednak. – Leniwe miasteczko. jak wzbiera we mnie nadzieja. Opuszczam ostatnią część notatki. Jedna pogłoska. Mare. W s z y s t k i c h. Chyba że planujesz zabić wszystkich tych. albo dawno już tu byli. jedna plotka na nasz temat i Maven przyleci tu w te pędy. ale mimo to kręcę głową. że wykorzystał próbkę mojej krwi. żołnierzami. – Spotkamy się tam. – Nie widać okrętów marynarki wojennej. której wspomnienie pali niczym świeżo odciśnięte piętno. pochodzenie nieokreślone”. tylko jeżeli będziemy działać po cichu i wyprzedzać jego . Mam wrażenie. Tropiciele Mavena z pewnością nie podróżowaliby bez obstawy. Zarządzona w ramach przeklętych Środków Bezpieczeństwa godzina policyjna zapewne obowiązuje już wszędzie. Przeszywa mnie znaczącym spojrzeniem. że nie… – Ani ja. Nawet ocean wydaje się gładki niczym tafla lodu. przyglądając się każdemu dachowi i każdej uliczce. że otaczają go bagna i wysokie trawy. Mutacja genów. z całą swoją siłą i potęgą. – Nie rozdzielamy się. Tym samym komentarzem opatrzone jest każde nazwisko znajdujące się na liście. Dlatego zostają tylko dwie możliwości: albo nie przyszli jeszcze po Niksa. ja wysadzę posterunek strażników. l e g i o n a m i. Stawiam dziesięć tetrarchów. moje również. którzy zobaczą twoją twarz. W s z y s t k i c h. przez co łatwo można by ich wypatrzeć. i czuję. żołnierzy czy Srebrnych cywili. Mrużę powieki. aby porównać informacje zgromadzone w bazie krwi i odnaleźć tych ludzi. Nie tylko strażników. Idealna kryjówka. Ani ruchu na Trakcie Portowym. Pozostaniemy w miarę bezpieczni.

Dobrze wiedzieć. Chyba tylko idiota nie wpadłby na to.ruchy. – No a Farley… – Jestem Lakelandką. – Niech będzie – burczy pod nosem. – Będzie nam łatwiej. spogląda na mnie. cicho i zwinnie niczym polna mysz. Żadna z tych rzeczy nie będzie możliwa. jeśli zostawimy po sobie ślady. mędrcem ani uczonym. po czym nie oglądając się za siebie. – Twój król nie ma dostępu do moich dokumentów i nie zna mojego prawdziwego nazwiska. że wszyscy mają mnie za nieboszczyka – wtrąca Shade oparty o swoją kulę. czy Cal nie ma racji. – Dobra – mówię cichym głosem zbesztanej dziewczynki. – A ja idę tylko dlatego. – Maven wie. zdarza mi się to robić nawet teraz. chłopczyku – odpowiada za mnie Farley. To prawda. chcąc go uspokoić. jak się nazywasz – tłumaczę mu. Cal – odpowiadam ostro i podążam śladem Kilorna. – O cztery lata – uściśla Shade. Mare. Kładzie dłoń na ramieniu Kilorna. Nie robię tego po to. Kilorn chmurzy się. zastanawiam się. ścisza głos do szeptu. „Niańczę go”. Absolutnie nieprawda. jeśli przestaniesz mnie niańczyć. I co gorsza. że to nieprawda. – Tylko żartowałem. Kilorn nie jest żołnierzem. Farley przewraca oczami. żeby go zranić. gdy Kilorn potrafi samodzielnie myśleć. – Jesteś niewiele starsza ode mnie. na Cala. – Ale Kilorn zostaje z nami. – Ma dostęp do zdjęć robionych do identyfikatora. – Chłopczyku? – Oburza się mój przyjaciel. celowo potrącam go zdrowym ramieniem. Potrafi pleść sieci najszybciej . żebym choć czasem go ochraniała. Mijając księcia. Ja jednak wiem. Cal idzie tuż za mną. po czym znów patrzy mi w twarz. ale ten zrzuca jego rękę. ale żeby dać mu do zrozumienia: „zostaw go w spokoju”. Ale on też jest uparty jak osioł i za nic nie pozwala. idzie w stronę zagajnika. Cal spogląda za nim gniewnym wzrokiem. – Nie można by się go jakoś pozbyć? – Nie bądź okrutny. którą teraz się czuję. jego usta wykrzywia grymas niezadowolenia. walczyć i zadbać o siebie. żeby rozesłać twoją podobiznę do każdego posterunku w kraju. że rozumujemy podobnie. Ciepłe palce gładzą mnie po ręce pojednawczym gestem. W oczach przyjaciela pojawiają się błyski.

żeby pożegnać się z Shade’em i Farley. „Czy to szaleństwo. Maszerujący przez wysokie trawy Kilorn przypomina cień. Na szczęście wyniesiemy się stąd na długo przed świtem. który odzywa się w mojej głowie. A ponieważ nie ma z nimi mnie. Chciałabym. Klepałby biedę. dziewczyny od błyskawic. Gdy spoglądam przez ramię. iż chcę iść sama. że pozwalam mu zostać z nami? Ale jak miałabym go odesłać?” Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. jakie szkolenie przeszedł w Gwardii. Zastanowię się nad tym wszystkim później. Ciarki przechodzą mi po plecach. już ich nie ma. Zręcznie rozdziela rękami zielone źdźbła. ale n i e z g i n ą ł b y. że najchętniej odesłałabym go do domu. że w towarzystwie Niksa. W głowie rozbrzmiewają mi odgłosy wystrzałów. Nie miałam czasu dla siebie. ale l u d z i ? Nie wiem. „Lista to dopiero pierwszy krok. a z masakry na placu Cezara uszedł z życiem tylko szczęśliwym zrządzeniem losu. jednak nie trwało ono dłużej niż miesiąc. niwecząc wysiłki Kilorna. do Palów. a nawet Gisa. dzięki czemu zyskamy jeszcze trochę czasu. jakim czasem zwracali się do mnie Julian. zanim Maven domyśli się. i nawet tamten moment . ale czy to może się przydać teraz. On jednak wciąż może do niego wrócić. łamie i tratuje wszystko na swojej drodze. Umiejętność Shade’a i doświadczenie Farley sprawią. gdy wyobrażam sobie. Pogrążony w ciemnościach zagajnik zbliża się z każdą sekundą i marzy mi się chwila zupełnej samotności. jaki mamy plan. z powrotem do świata. że tej nocy nic ich nie zatrzyma. Ledwie zauważam. Przeżył w Palatium Słońca dzięki mnie. które zdążyłam już dobrze zapamiętać. nikt nie będzie musiał zginąć. gdy próbujemy złapać nie ryby. odkąd obudziłam się na nurkowniku. czy nie będzie nas jedynie spowalniał? Uratowałam go przed poborem nie po to. Cal. miejmy nadzieję. jak wpadają w zasadzkę zastawioną w Błotach. o którym wolę zapomnieć. chociaż to i tak nie ma większego znaczenia. aby mnie przepuścić.w całych Palach. niemal nie zostawia za sobą śladu. „Plan? Masz jakiś plan?” Głos. przypomina ton. nad naszą rzekę. Kilorn. Jest jak wbicie szpilki i drążenie tematu. N i e. pracował ponad siły. Wytropimy Nowych – i co dalej? Co z nimi zrobimy? Co j a zrobię?” Zdenerwowana przyspieszam kroku i po chwili wyprzedzam Kilorna. wyczuwając. Idąc w ten sposób. Skoro nie ma żadnych umiejętności. walcząc na innym froncie. odsuwam więc od siebie myśli o Kilornie. który dobrze znamy. Przy odrobinie szczęścia nikt nie zauważy zniknięcia jednego Czerwonego. byłby sam jak palec. Gdzieś w głębi ducha czuję. które zamykają się za nim bezszelestnie. mało doświadczenia i jeszcze mniej oleju w głowie. który tłucze się za mną. Życie w osadzie zagubionej między lasami a rzeką nie jest już osiągalne dla mnie. żeby tam wrócił. Cal. aby nadstawiał karku. że przyjaciel zwalnia.

co ty. zaplanować coś. nawet gdybym wiedziała. wstąpiła do Gwardii. ale powstrzymuje się. co możemy zrobić. * W ciężkim. Stałabym się dziewczyną od błyskawic. wylizać rany. żeby go zabić za odmowę. mięśnie ma rozluźnione. wiedząc. To chyba wszystko. aby go wypuścić. . odkryłabym swoją umiejętność. Kłótnia ze mną na nic się nie zda. jeśli tu zostanie? Że zginie wielu i n n y c h. – Idzie z nami albo zostaje tutaj. Nie jestem jednak wcale pewna. czy rzeczywiście tak bym zrobiła. przerwało go przyjście Kilorna. najpierw będziesz miał do czynienia ze mną – oświadczam. Dojść do ładu ze sobą i z tym. pełnym napięcia milczeniu siedzimy chyba godzinę. Nawet Kilorn nie ośmiela się przerywać ciszy żartami. żeby trochę pomyśleć. tym bardziej mi ich brakuje. Cal opiera się o pobliskie drzewo. – Ponieważ mnie nikt nie dał wyboru. Powtarzam sobie. żeby pomyśleć. – Po co w ogóle dawać mu wybór? Sama powiedziałaś. – Powiemy mu wszystko. żeby zdecydował. Miałabym czas. – Damy mu wybór – oznajmiam na głos. ale spojrzeniem czujnie omiata okolicę. będzie musiał wyjawić jej powód. – Wyprzedzimy jego ruchy. że potrzebny nam każdy Nowy. a potem pozwolimy. Jeśli chodzi o Mavena… − szukam odpowiednich słów. Odpowiedź jest prosta i dotyka moich najczulszych strun. Mnie to odpowiada. – Po co? – odzywa się Kilorn. że Cal i Kilorn nie pozwoliliby mi się oddalić na tyle. – Powiemy mu o Mavenie? Że zginie. kim i czym chce być. co możemy. to nie stać nas na to. Książe wykrzywia wargi. że nie chce się do nas przyłączyć. czym się stało moje życie. Jeśli ten cały Nix potrafi choćby połowę tego. – Powiemy mu o konsekwencjach tego w y b o r u ? – Jeśli przyszło ci do głowy. Cal też docenia chwilę odpoczynku. przynajmniej mam czas. aby nie mogli mnie usłyszeć.spokoju trwał krótko. Najwyraźniej jednak nie przywykł do przyjmowania rozkazów od kogokolwiek prócz siebie. Nic nie umknie jego uwadze. – Nie skażę Nowego na śmierć za to. Poza tym jeśli zechce donieść Srebrnym o naszej wizycie. Naprawdę nie wiem. ale im dłużej się zastanawiam. ale teraz żałuję. jeżeli Maven cię wytropi? Pochylam głowę i przytakuję skinieniem. niszczyłabym życia. dokąd mnie zaprowadzi – uratowałabym Kilorna przed poborem. żeby nie warknąć czegoś w odpowiedzi. że nie mogłam dłużej pobyć sama. po ostatnich dniach jest równie spragniony spokoju. że wybrałabym tę samą drogę. na pewno nie teraz. Wtedy ucieszyłam się na jego widok. walczyła. zabijała. A to oznaczałoby dla niego wyrok śmierci.

Moja umiejętność jest bardziej subtelna niż moc Cala. tyle ile mój ojciec. Wojowniczka wyłania się z mroku jako pierwsza. Nocną ciszę przerywa niosący się między trawami odgłos ptaka. wskazując przed siebie. czekając na sygnał do ataku. i rozdeptuje ją. Uśmiecha się lekko. który wspiera się na kuli. dzieciom. a teraz złamiemy go my? Zanim zdążą mnie wciągnąć coraz bardziej mroczne i ponure rozważania. druga zaś to przysadzisty człowiek o umięśnionych ramionach i nogach oraz okrągłym brzuszku mężczyzny w średnim wieku. może zakneblowany. Nix ma prawie czterdzieści dziewięć lat. ale po latach szkoleń wojskowych Cal dobrze wie. ale nie ostatnia. przeciągając go przez mdlący wir kolejnych teleportacji. Niemal spodziewam się dostrzec ogniki na czubkach jego palców. Nie mam pojęcia. trawa nieopodal nas się porusza. złamany wojną? A może zdołał przetrwać cały i zdrowy. mięśnie ma naprężone. to wszystko.Przysiadł na sękatym korzeniu i z zadowoleniem plecie z długich źdźbeł trawy kruchą. a już na pewno złapany w zastawione przeze mnie sidła. . ranny. który prawdopodobnie został wyciągnięty z łóżka. Za nią pojawiają się jeszcze dwie postacie: pierwsza z nich to mój brat. gdy zaczęto do niego strzelać”. Wyciąga nawet ukryty za cholewą buta ostry wąski nóż. Dźwięki te przypominają mi nawoływania drozdów. jak działać. co wychynie z trawy. Ku mojemu zdumieniu Kilorn również okazuje się czujny. jak gdyby coś w nim się przełączyło. bezużyteczną sieć. najwyraźniej powrót do dawnego. Czy Farley grozi jego żonie. czego mi trzeba. Cichy szum. żeby zmusić go. Zrywa się na nogi. Ja też nie jestem bezbronna. które lubiły zakładać gniazda w domach na palach. „Pewnie mniej więcej w tym samym czasie. Rzuca na ziemię sieć. gotowe stawić czoła temu. Widok ten wyprowadza mnie trochę z równowagi. Jest ostrzejszy niż wszystkie sztylety świata i groźniejszy niż jakikolwiek pocisk. które doprowadzą ich aż do zagajnika? „Urodzony 20 grudnia 271 roku”. Iskry gromadzą się pod skórą. Cal wygląda. W ciemnościach płomienie byłyby widoczne równie wyraźnie jak światło reflektora obracającego się na szczycie wieży obserwacyjnej i żołnierze od razu by nas wypatrzyli. by poszedł z nami? Czy może Shade po prostu chwyci go za nadgarstek i s k o c z y. Kilorn odpowiada podobnym cichym gwizdem. którym wcześniej patroszył ryby. Czy będzie do niego podobny. który wzbiera w moich żyłach. wstając. którą wyplatał z trawy. „Nix”. – Farley – szepcze Kilorn. kiedy nóż rybacki stał się bronią ani kiedy mój przyjaciel zaczął nosić go w bucie. „Ktoś nadchodzi”. Myślę o Niksie. znajomego zajęcia sprawia mu radość.

że moje imię już znacie. „Jak mu to wytłumaczyć? Jak powiedzieć coś. – Mój głos brzmi zbyt wysoko. żeby . – Były jakieś kłopoty? – pyta Kilorn i podchodzi do Farley i Shade’a. – Tak – potwierdza. po czym ciągnie mnie delikatnie do tyłu. Chociaż ten ruch może wydawać się niewinny. – Mówi szorstko. Za to grozi stryczek. Nix. Kilorn drga i przesuwa się nieznacznie. – Należycie do Szkarłatnej Gwardii. który nie bawi się w ceregiele i tajemnice. o co chodzi. mruży oczy. niżbym chciała. Gadajcie więc. po czym w jego oczach coś błyska i biegnie wzrokiem za spojrzeniem mojego brata. wiedząc. albo wracam do domu i po drodze wykombinuję. – Kciukiem pokazuje Shade’a. Młody chłopak góruje nad nim wzrostem. gestem jednak nakazuję Kilornowi. – Jesteś inny.Cal kładzie dłoń na moim ramieniu i lekko ją zaciska. jak dojść do niego żywcem. który stojąc teraz twarzą w twarz z Kilornem. który rozlewa się po twarzy Niksa. – Nie jestem przecież idiotą. Przelatuje mi przez głowę. że musimy być jeszcze ostrożniejsi niż do tej pory. że jesteś… nienormalny. Nie ruszam się ze swojego miejsca między drzewami. – Nie stawiał się. czego mnie nikt nigdy nie powiedział? I czego tak naprawdę wciąż nie rozumiem?” – Wiesz. Gdy wsłuchuję się w jego głos. Brzmi jak człowiek. Poszedłbym na stryczek za przyjmowanie takich gości. „Sama nasza obecność to wyrok śmierci dla tego człowieka”. gdy patrzy na mnie znacząco. ale Nix nie okazuje strachu. żeby zasłonić mnie przed wzrokiem mężczyzny. Nie odrywa wzroku od Niksa. Spogląda na Shade’a. wydaje mi się dojrzalszy. jak gdyby oganiała się od natrętnej muchy. – Dobrze wiedzieć – mamrocze Shade pod nosem. Ostatnie słowa trafiają w czuły punkt. coś czego nie potrafisz wyjaśnić. Kobieta odpowiada machnięciem ręki. otwarcie. jego gniew wydaje się słabnąć. że powinnam była wziąć ze sobą czerwoną chustkę. zbyt młodo. Jego jasne spojrzenie pochmurnieje. tak jak robiliśmy to w Naercey. – Przyciągnęliście mnie tutaj po godzinie policyjnej. Choć byłam w obstawie kuternogi. – Ale myślę. – Panie Marsten… – Nix – poprawia go burkliwie mężczyzna. w głęboki mrok zagajnika. Doskonale wie. Słucham go bez wahania. wzbudza podejrzliwość Nowego. Hardy mężczyzna wzdryga się. Unosi korpulentny palec i celuje nim w pierś Kilorna. „Chociaż jego krew kryje największy sekret”. rejestrując najmniejsze drgnienie palców krępego Nowego. Być może myślisz nawet. usiłując rozróżnić rysy twarzy. – Poszło gładko. o czym mówię. bardziej opanowany niż wcześniej. że coś w tobie siedzi. którą mogłabym zasłonić twarz. po czym przenosi spojrzenie na Niksa. Nawet jeśli nieproszonych. Pomimo panujących ciemności widzę pąsowy rumieniec. marszczy brwi i się jeży. Gdy dostrzega moją skrytą w mroku postać.

gdy uświadamia sobie. ale o ich wyraz. Wydaje się. W następnej chwili ku mojemu zdumieniu Nix gwałtownym ruchem . Cal to Cal. „Nie ma sprawy”. i znów bez efektu. że chociaż tata nie może chodzić i z trudem oddycha. Ciało mężczyzny wydaje się twarde jak skała. Mimo że jest niemal o połowę niższy od księcia. jak Shade. on jednak zachowuje się tak. Spleceni w uścisku mężczyźni wpadają na pień rosłego drzewa. że jedynie rozdrażniła go niczym komar bzyczący koło ucha. że powinnam wkroczyć do akcji. zaniedbanych siwych włosach i niechlujnym ubraniu. które wytrzymuje uderzenie dwóch masywnych ciał. Poznaję to po jego przygarbionych plecach. – Dziewczyna od błyskawic. W następnej sekundzie dopadam Niksa i oplatam rękami jego szyję. Jego nerwowy. których nie uleczy nawet czas. pochyla się w okamgnieniu. – Nie zmuszaj mnie. w natarciu przypomina rozjuszonego byka. – Rób sobie. Wtedy dociera do mnie. co chcesz – cedzi Nix. ja jednak trzymam się mocno i zacieśniam uchwyt wokół jego karku. – Nie zmuszaj mnie do tego – syczę mu prosto do ucha. Od razu bym wyczuła. niecierpliwy łomot rozlega się w moich uszach niczym dudnienie bębna. uderzając księcia w szczękę tak mocno. Po chwili. Nix Marsten z wyglądu w ogóle nie przypomina mojego ojca. Gdy mężczyzna zbliża się do mnie. jak serce bije mi coraz szybciej. szczurem. Z przerażeniem dostrzegam. iż nie skończy się na zwykłym stłuczeniu. Przyjaciel wykonuje polecenie. kim jestem. że boję się. tym razem mocniej. trzeszczy jednak i drży od korzeni po koronę. taki sam jak ja. Ten człowiek to Nowy. zdumienie przemienia się we wściekłość. usiłując zrzucić mnie z pleców. który rozumie. Są to zapadnięte oczy wyrażające pustkę. Wstrząs powinien sprawić. jak gdyby w ogóle nie poczuł mojej błyskawicy. ale nie mamy pojęcia. nie obrałabym go za cel. Gdybym wciąż była złodziejem. Nix dźwiga jeszcze większe brzemię cierpienia. – Kiedy jednak rozpoznaje stojącego przy mnie Cala. że włosy staną mu dęba. Kolejny. jednak oczy mają takie same. Gdy fioletowe iskry uderzają w niego. że temu człowiekowi nic nie zostało. Nie chodzi o kolor czy kształt. Niemal pięćdziesięcioletni Nix okazuje się zaskakująco zwinny. może dostanie lekkich drgawek i na koniec wróci mu rozsądek. że puści księcia. Porażam go znowu. spodziewam się. jego oczy rozszerzają się. rzuca się na Cala i chwyta go w pasie. Wypuszczam z siebie tylko tyle energii. czuję.się przesunął. Mężczyzna wytrzymuje moje spojrzenie i mierzy mnie wzrokiem. robiąc Niksowi drogę. odbijające rany. kim jest ani co potrafi Nix. żeby ogłuszyć Niksa i wymusić posłuszeństwo. On tymczasem wyprowadza błyskawiczny cios.

ciała zrzuca mnie z siebie. Nix. – Proszę pana… . chcąc ich zatrzymać. a ja walę plecami o sąsiednie drzewo. mimo że po jego brodzie ścieka krew. z którą się nie rozstaje. Jego skóra nadal ma rumiany odcień i jest gładka. nie przypomina szarej. popieli ubrania mężczyzny. obnażając pożółkłe zęby. Uśmiecha się pod nosem. Drugą ręką trzyma się za brzuch. Kilorn i Farley przebiegają obok mnie z tupotem. na którym jeszcze przed chwilą siedział. Nix jednak nim nie jest. Ułamek sekundy później pojawiają się trzy metry dalej. żeby mogli powstrzymać ten taran w ludzkiej postaci. Cal stara się opanować i odpowiedzieć spokojnie. Jego nierówny oddech przypomina dyszenie zranionego zwierzęcia. trwa dalej. – Pomóc? – drwi. że się poddaje. dobrze znam to przyprawiające o mdłości uczucie przeciskania się przez wąską szczelinę w powietrzu. zaczyna krzesać iskry i wokół dłoni księcia tworzy się kula ognia. czy raczej jatka. i podnosi z ziemi resztki sieci. Nix podnosi poplamioną srebrzystą posoką dłoń na znak. przelatuje mi przez głowę. najwyraźniej zadowolony z tego. – Nawet bardzo. Uderza w ramię Niksa niczym woda o skałę. Chce pomóc. a w jego oczach połyskuje gniew. – Książę jest po n a s z e j s t r o n i e. a wtedy książę syczy z bólu. Moje wyjaśnienia nie uspokajają jednak mężczyzny. Na jego czole lśni warstewka potu zdradzająca wysiłek. Wcale się nie dziwię. „Twardoskóry”. Dźwigam się na nogi. a wtedy pozieleniały na twarzy Nix pada na kolana. starając się nie zwracać uwagi na ból odzywający się w kościach. za którymi się chowa. ale jemu samemu nie robi krzywdy. W końcu bransoleta. – On mi się podoba – oznajmia. – Ten Srebrny sukinsyn pomógł moim córkom młodo umrzeć. po czym obaj znikają. który przysiada na piętach. który go to wszystko kosztowało. robi uniki i zasłania się przed kolejnymi ciosami. tak samo jak ja. w którym wciąż jeszcze mu się przewraca po niespodziewanym przeskoku. otwiera usta. W tej samej chwili Shade teleportuje się tuż za Niksem i podobnie jak wcześniej ja łapie go za szyję. nawet gdy uderzenia trafiają w ręce. które połyskują srebrzyście w ciemności. Skóra Niksa jest po prostu n i e p r z e n i k a l n a. Nie wierzę. jednak szamotanina. Z ust Cala sączy się krew plamiąca kłykcie Niksa. ale jego też można powstrzymać”. Shade jednak przyciska mu kulę do szyi i przygważdża go do ziemi. wyciągam więc rękę. Kilorn opada z powrotem na korzeń. że ktoś dołożył Calowi. jednak część z nich dochodzi celu. „Jest nieprzenikalny. Calowi idzie lepiej. – Jeden ruch i znów to zrobię – ostrzega mężczyznę. Usiłuje się podnieść. twardej i chropawej jak kamień powłoki pokrywającej ciało Srebrnych Twardoskórych. – Dość – sapie. – Dość tego! – warczę.

coś trzeszczy mu w kolanach.– Dara Marsten. Robi się biały jak kreda ze wstydu i hańby. Na ich widok zrobiło mi się wtedy niedobrze i teraz znów ogarniają mnie mdłości – brzydzę się Calem i samą sobą. że moje słowa są bez znaczenia. Nie tylko księciem. – Wy odnieśliście zwycięstwo. Tragedia. również dźwigając się na nogi. nie tylko żołnierzem. Pan również na to nie zasługuje. O n e utonęły w rzece. „w obronie królestwa”. nie potrafiąc spojrzeć mężczyźnie w oczy. by podnieść wzrok i spojrzeć w oczy pałającemu gniewem i targanemu rozpaczą ojcu. ale tłumi chęć ponownego rzucenia się do ataku. – Mój brat będzie ścigał takich jak wy. po czym przeszywa mnie spojrzeniem przecinającym ciemności niczym sztylet. dowódcy legionu i genialnego stratega. Gdy Nix wstaje. Ponieważ zapomniałam. Nowymi. . kim on naprawdę jest. Wymazać was z historii. Pana córki ani ż a d e n z żołnierzy nie zasługiwali na śmierć. Przypuszczam. może nawet zbrodnia. Cal zaś się krzywi. który postanowił cały legion pchnąć przez rzekę. Jesteście zarówno Czerwoni. ale czy to wina Cala? Wstyd malujący się na twarzy księcia świadczy o tym. jak Shade. – Nie waż się nazywać mnie Srebrnym – cedzi mężczyzna przez zaciśnięte zęby. że moje córeczki „poległy w walce o zwycięstwo”. że akurat do tego został przygotowany przez swoich nauczycieli. – Legion Młota. książki i podręczniki wypełnione po brzegi notatkami i taktykami wojennymi. – Przykro mi – szepcze Cal. że nigdy nie istnieliście. – Inny. Zmusza się. zduszonym od emocji głosem. Nix zaciska pięść. – Zwycięstwo. Zamierza zabić was wszystkich i udawać. – Jest pan taki sam jak Mare. „Zginęły na wojnie”. ale mordercą. Mimo to Cal ciągnie. ale on zdaje się tego nie zauważać. Jenny Marsten – przerywa mu Nix. jak i Srebrni. Przypominam sobie jego pokoje w Palatium Słońca. Jak to było napisane w liście? – ciągnie. – Wiem. – Odnieśliśmy wtedy zwycięstwo – mamrocze zachrypłym. Gdyby nasze losy potoczyły się inaczej. – Wskazuje po kolei mnie i mojego brata. ich ciała spadły z Wodospadów Dziewiczych. który oblewa się rumieńcem pod naszymi spojrzeniami. A na samym dole było kilka podpisów. Nazywamy was Nową Krwią. Oczy wszystkich kierują się w stronę Cala. że to właśnie on swoim rozkazem posłałby na pewną śmierć mnie. że przyznaje Niksowi rację. – Ach tak. Bitwa nad Wodospadami. Grabarze nie odnaleźli nawet ich butów. Nieżyjącego już króla. mogłoby się okazać. chłopcze? – Ostrzeżenie – odpowiada Cal. Miały po dziewiętnaście lat. – Czy to jest groźba. moich braci albo Kilorna.

Wiesz lepiej niż inni. zanim mężczyzna się odzywa: – Moje córki nie żyją. Jeśli nie chcesz przystać do nas. – Szkarłatna Gwardia ich ochroni. Chodzi tam i z powrotem z chustą w dłoni. który ma teraz w głowie. co zostało spisane na straty. Nix milczy przez dłuższą chwilę. Reflektor zdąża obrócić się trzy razy. W ręce trzyma czerwoną chustę. że jak zwykle chowa coś w zanadrzu. Nix. a ja mam już dosyć smrodu tych bagien – oznajmia. słysząc jej słowa. – Ale przynajmniej go m a s z. . ale czystą. co pewien czas zerka na połyskujące między gałęziami światło wieży obserwacyjnej. Możesz jednak pomóc nam odzyskać choćby część tego. Widząc. trzeba ich tylko znaleźć. by wiedzieć. że brakuje mi pomysłów. że zrozumie. jeśli będą tego chcieli. ale Farley mówi z ogromną pewnością i bardzo przekonywująco. o której marzył. W całym królestwie. – Wtedy Shade odstawi cię z powrotem do domu i nigdy więcej nie będziemy cię nachodzić – oświadczam. – Idę z wami. jak odnosił się do nas pułkownik. Byłoby mi wtedy lżej na duchu. że patrzy na Cala. – Tylko niech on trzyma się ode mnie z daleka. lepiej stąd uciekaj. Spogląda na mnie. ponieważ pamiętam. Ostatnią rzeczą. co chcę przez to powiedzieć. żeby porazić go prądem. ale nie pada z nich odpowiedź. – A jeśli odmówię? – pyta niedbale. – Za to na pewno odwiedzi cię Maven. – Spogląda ponad moim ramieniem i nie muszę się obracać. – Możesz zostać albo iść. ukryje. ale w jego tonie pobrzmiewa twardość. – Liczę na to. zatrzymując się przede mną. „Nie sięgam myślami tak daleko”. Mężczyzna zaciska trzymany w ręku szkarłatny materiał. starzy i młodzi. ile już utraciliśmy. – Dziewczyny. szukając wsparcia. moja żona nie żyje. – Dotykam go. chłopcy.Niksowi głos więźnie w gardle. Niemal wzdrygam się. Nix powoli bierze od niej chustę i obraca ją w zbroczonych srebrną krwią dłoniach. wyraz jego oczu odzwierciedla mętlik. – Jest… nas więcej? – Wielu więcej. i nie zamierzam podawać jej słów w wątpliwość. ale tym razem nie po to. Farley wysuwa się do przodu. Przypuszczam. było przebywanie w towarzystwie Nowych. Przynajmniej na razie. – Też mi wybór. obszarpaną. I wyszkoli. – A kiedy już ich… n a s znajdziecie? Co dalej? Otwieram usta.

instynktownie omijam korzenie i liście. gdzie wtedy będę. ścigani jedynie przez morską bryzę i chmury. Wtedy nikt nie da rady go zatrzymać. i pozwoliłam dokonać wyboru. Na szczęście z godziny na godzinę mój brat chodzi coraz sprawniej i za kilka dni nie będzie już potrzebował kuli. Nie mam pojęcia. Farley na czele Szkarłatnej Gwardii. na pewno z rodziną.Rozdział 12 Wleczemy się z powrotem przez las niezauważeni. W mroku nocy nietrudno o to. Zbyt łatwo. Armia Nowej Krwi. Prawdziwe powstanie Czerwonych. jak się do nich dostaniemy. których nauczyłam się przez siedemnaście lat życia – zwłaszcza w ciągu ostatniego m i e s i ą c a – jest to. jak będzie wyglądał świat. jedna w slumsach Nowego Miasta. Uratowałam go przed Mavenem. Nie mogę jednak uwolnić się od lęku. A jedną z rzeczy. Liczy się dla mnie tylko to. A Cal? Nie wiem. mogę więc zatopić się w marzeniach. Dobrze wiem. Miasto na pewno jest otoczone murem podobnie jak Archeon i Summerton. Teraz muszę się skupić na kolejnym nazwisku. żeby myśli zaczęły błądzić. a jednocześnie zaczynam się zastanawiać. zamykam się na siwowłosego. zbyt wielkie straty w ludziach byłyby po obu stronach. Blask gwiazd rozjaśnia ciemności na tyle. to z pewnością stanowi zagrożenie. że nic nie przychodzi łatwo. zwerbowanie go poszło nam łatwo. Kilka osób mieszka niedaleko. Oczywiście Kilorn też zamieszka w pobliżu. które obejmie całą Nortę. potem na następnym i na następnym. kim jest. Dwie w samym mieście. przepełnionego żalem i goryczą mężczyznę z Błot. „Każdy może zdradzić każdego”. że się nie myli. żeby dotrzeć do kolejnej osoby z listy. Cal zawsze mówił. Może z powrotem w domu. który ściska mi serce. w których będzie słychać szum przepływającej nieopodal rzeki. gdy zwyciężymy. Mimo że Nix niemal roztrzaskał Calowi głowę. w okolicy zatoki Harbor. Dlatego chociaż przypomina mi tatę i jest taki sam jak ja. Mogę tylko próbować wyobrazić sobie. Mam nadzieję. a prawa dotyczące poruszania się w slumsach techników są jeszcze surowsze niż te wprowadzone przez Środki Bezpieczeństwa. Wtedy możemy nawet w y g r a ć. Na samą myśl o tym drżę z emocji. Zaraz jednak przypominam sobie: mury i zakazy nie dotyczą Shade’a. powiedziałam mu. jakie życie ostatecznie wybierze. Mam . że mogę w jego świetle odcyfrować zapiski Juliana. gdzieś w lasach. Za wszystko trzeba zapłacić. przewracam więc niecierpliwie strony dobrze mi już znanej książeczki. jak chodzić po lesie. że wojna totalna nikomu nie będzie się opłacać. od Duszni po Szare Miasto. Nawet jeśli Nix nie jest pułapką.

ale tak samo jak wszyscy podwładni nowego króla do tej pory słyszał jedynie same kłamstwa. – Nie. Idący przede mną Cal zamiera. spodziewając się. Nix jest bystry. – A o n a ? – Nix zniża głos i rzuca ukradkowe spojrzenie w moją stronę. tak samo jak podczas burzy nad Kościńcem. Krople robią się czerwone. że potrafię uspokoić go tak samo. Kładę dłoń na jego ramieniu w nadziei. „Przynajmniej na to liczę”. to nieprawda – odpowiadam Niksowi z naciskiem. zobaczy. które przypominają lśniące. Na jego wargi nie wypływa choćby cień uśmiechu. – Było zupełnie inaczej. że uwiodła księcia i nakłoniła go do zabicia króla? Jego pytanie przeszywa mnie niczym ostrze i rani tak dotkliwie. że ktoś mu zawtóruje. nawet dla tych. podbił serca swoich żołnierzy. Deszcz ścieka po płomieniach żelaznej korony. Wygrał wszystkie najważniejsze batalie. Z jego ciała bije żar. Cal miał miłość swojego ojca. Pokazuje się ciała dzieci zabitych podczas tak zwanej Szkarłatnej Masakry. – Głowa króla sama z siebie odpadła? – Mężczyzna chichocze. nie chce mówić dalej. i zrozumie. Maven otwiera usta. z kim ma do czynienia. ale to jego brat zdobył koronę. że Maven pojmie wreszcie. „Terroryści. Jego oczy płoną. anarchia. jak on uspokaja mnie. Słyszę szept Farley. wszystko. Nie wtedy. Mrugam. królowej. I… – zacina się. spływa pod kołnierz na tors kryjący w sobie lodowatą otchłań zamiast serca. iż nie może wygrać. – To sprawka Mavena – odburkuje po chwili Kilorn. – Mavena i jego matki. – Czy to prawda. wpada mu do oczu i ust. Jednak nie mam czasu zajmować się własnym cierpieniem. głębokich oddechów. co mogłoby przekonać cały kraj o nikczemności naszych poczynań. ale moja krew. Podczas gdy prawdziwy złoczyńca zasiada na tronie i rozpływa się w uśmiechach. jakimi określa się w publicznych przekazach Gwardię i jej działalność. Widzę jego postać w ciemnościach między drzewami. aby milczeć. Śmierć króla była czymś koszmarnym. białe kościane ostrza. żeby poczuć jej smak. co potrafimy. Ponieważ do tej pory Maven nigdy nie poniósł porażki. żeby odsunąć od siebie tę wizję i wspomnienia o zdradzieckim księciu. czym zaskakuje wszystkich. Jednak nawet Kilorn ma na tyle przyzwoitości. Potrafi panować nad umysłami innych. którzy go . że niemal spodziewam się zobaczyć w swoich piersiach wbity po rękojeść nóż. zatopione gruzy Mostu w Archeonie. I gdyby miał więcej czasu… zdobyłby również mnie. jego szerokie barki podnoszą się i opadają w rytm ciężkich. gdy w grę wchodziła najwyższa stawka. Nawet on wie. która wyjaśnia prawdziwy cel Gwardii. to już nie woda. Nawet on nie jest skończonym głupcem. Dobrze wie. stoi wyprostowany z wysoko uniesioną głową. kiedy nie ma szans na zwycięstwo. jak boli śmierć ojca.nadzieję. obnażając zęby. żądza mordu” to tylko niektóre z haseł. który niemal parzy mi palce.

Mężczyznę to ośmiela i przesuwa się jeszcze jeden krok do przodu. ale nie patrzy na liście. – Widziałem zdjęcia – mamrocze niejako na przeprosiny. jak gdyby sam sobie przypominał. które przypominają rozgrzane fale przetaczające się po tafli morza. Chciała. jeśli dopadnę ją pierwsza. są jak zardzewiałe ostrze przyłożone do ciała. Z twarzy Niksa znika wyraz okrucieństwa. Spogląda w przeszłość. przejęła kontrolę nad ciałem. jeśli jej na to pozwolimy. * Gdy wychodzimy z lasu. j e ż e l i… Jednak odrzutowiec stoi dokładnie tam. I smakują wybornie. – Elara mnie do tego zmusiła. – Nie zrobi tego. że mu na to pozwolę. – I? – naciska Nix. – Kiedy nadejdzie ta chwila – wbija we mnie wzrok – rzucimy monetą. przeszywa mnie dreszcz strachu. Słowa. aby słyszał mnie jedynie Cal. że tego właśnie zawsze pragnąłem. A potem oznajmiła światu. spalić wioskę. dodaje: – Zmusiła mnie. jednak na jego twarzy maluje się szyderczy wyraz. Potrafi zabijać na tysiące sposobów. Książę ucieka spojrzeniem. On jednak obraca się. abym zabił własnego ojca. – Idźmy – szepczę tak cicho. Myślałem… wyglądało to tak… W oczach Cala coś drga. co się stało. aby zobaczyć cierpienie księcia. – Pokazywali je wszędzie. gdzie go zostawiliśmy. I pozabija nas wszystkich. – Elara zabiła również moją prawdziwą matkę. Jego jasny płomień rzeczywiście rzuca coraz ciemniejsze światło. Jest niemal niewidoczny w ciemności. Sztyletuję go spojrzeniem i na szczęście zatrzymuje się parę metrów przed Srebrnym wojownikiem. które padają z moich ust. Mimo posiadanych umiejętności Cal nie jest człowiekiem brutalnym. Nie pozbawiła mnie jednak świadomości. . ale nigdy nie będzie sprawiało mu to przyjemności. ale nie oznacza to. Dlatego jego odpowiedź tak bardzo mnie zdumiewa. dowodzić armią. Marsten. aby dręczyć Cala. pod palcami wyczuwam jego napięte mięśnie. po czym łagodniejszym tonem. jak gdyby nie mógł się doczekać. widzi o wiele boleśniejsze obrazy.nienawidzili. brzmią twardo i szorstko. A jeżeli Pantera zniknęła? Jeżeli nas namierzono? J e ż e l i. żebym patrzył. znów robi się ludzka. j e ż e l i. na każdym ekranie w mieście. – Urywa. jak moje ręce unoszą jego miecz i jak odcinam jego głowę od ramion. Wiem. przenosi je na drzewa. że mężczyzna ma swoje powody. odważając się postąpić parę kroków w stronę Cala. – Wniknęła w mój umysł. – Zatapia w Niksie spojrzenie brązowych oczu. wtapia się w szaroczarny pas startowy.

Pantera wraca do życia. jak gdyby składał mi niezdarny ukłon. który akurat n i e potrzebuje kasku. którego z daleka nie sposób przeniknąć spojrzeniem. Obracam się. kiedy znajdę się w środku. on jednak patrzy prosto na mnie. jednak zapalenie samych żarówek to zupełnie coś innego. przez którą do wnętrza samolotu wpada świeże nocne powietrze. trzeba było wlać w tę maszynę mnóstwo energii. Wydaje mi się. Kilorn parska śmiechem. jak bardzo denerwują mnie takie ceregiele. Baterie się budzą. a już na pewno nie był w jego wnętrzu. Nix skręca w stronę foteli zaintrygowany pasami bezpieczeństwa. zaczynają jednostajnie buczeć i produkują własną energię. biegnie przewodami do ogromnych baterii znajdujących się pod podłogą i obydwoma skrzydłami. Rumieni się i pochyla głowę. – Miejcie oczy otwarte – ostrzega krótko książę. Przyspieszam. Staram się dotrzymać kroku Calowi. szukając oznak ewentualnej zasadzki. „Nie możemy rozpraszać się nawzajem”. że zobaczę pełen zachwytu wzrok mężczyzny utkwiony w siedzeniach albo kokpicie. przesuwam palcami po zarysie mijanych metalowych płyt. – Jeśli mam tłuc się gdzieś między chmurami. wśród narastającej energii. Robię to samo.Tłumię w sobie nagłą chęć. ty chyba jesteś jedyny na tym pokładzie. Wypływa ze mnie coraz więcej energii. myśląc. W samolocie wciąż panuje taki sam spokój jak wcześniej. – Dostanę jakiś kask? – rzuca w powietrze. Idący za mną Nix tłumi okrzyk podziwu na widok potężnego metalowego samolotu. której moc potężnieje z każdym krokiem. zanim padają słowa wyjaśnienia: – To tylko ja – uspokajam ich. moi towarzysze natychmiast reagują. czego ja jeszcze nie uruchomiłam. wpuszczam w nie energię i wnętrze odrzutowca niespodziewanie zalewa jasne światło. jednak widząc nagły rozbłysk. wylewa się ona z żarówek. Przeciągam dłonią po ścianie. gdy podchodzimy do odrzutowca. Sam nie odrywa spojrzenia od Pantery. Nie mogę się doczekać. – Samolot jest pusty. Żeby uruchomić silniki. zachowując odpowiedni dystans. za to pod kadłubem panuje mrok. Zanim zdążam mu powiedzieć. że z tamtej strony nic nam nie grozi. wpatruję się w opuszczoną na ziemię rampę. Prawdopodobnie nigdy jeszcze nie widział odrzutowca z bliska. Gdy staję na rampie i wspinam się po niej do wnętrza maszyny. włączając wszystko to. Nawet z odległości kilku metrów dosięgam odpowiednich przewodów. – Nix. czuję się. jak gdybym wpadła w ciepłe objęcia kogoś bliskiego. aby rzucić się pędem w stronę samolotu i schronić w jego wnętrzu. . Farley zdąża nawet wyjąć pistolet z kabury. siada obok niego i paroma szybkimi zręcznymi ruchami zapina najpierw jego. chcę założyć kask. a potem siebie.

Farley wydaje się niezbyt przejęta kolejną podniebną podróżą. gdyby nie Szkarłatna Gwardia. które zaczynają warczeć i z każdą sekundą nabierają coraz większej mocy. że odrzutowiec jest mu posłuszny. Obraca się. Jeszcze jakiś czas temu wściekał się na mnie. głowę obraca w stronę kokpitu i patrzy przez okno na pas startowy. wymieniając szelmowskie uśmiechy. Zakłopotanie Kilorna trochę maleje. W jego głosie pobrzmiewa gorycz spotęgowana ciszą. – Skoczek. sztywność karku. Kilorn prawdopodobnie z czasem stałby się taki sam jak Nix. – Co potrafisz? Osuwam się na fotel w kabinie pilota. Zaciąga pasy jak najmocniej i już blednie na myśl o czekającym go locie. A on jest… – Gestem wskazuje siedzącego naprzeciwko Shade’a i szuka słów. abym go chroniła. która zapada po jego słowach. którego wcześniej u niego nie słyszałam. – Przez całe życie byłem poławiaczem krabów. i nie będzie właził w drogę każdej kuli lecącej mniej więcej w jego kierunku. któremu nie zostało nic prócz gorzkich wspomnień. – Skoczkiem – podsuwa Shade z uprzejmym skinieniem głowy. Jeśli pozwoli mi. warczał ostrym tonem. Kipiał gniewem. – Dokąd teraz? Dopiero po chwili dociera do mnie. – Palcami drugiej dłoni naśladuje ruch szczypców. Teraz jednak mam nadzieję. zwężone oczy i zaciśnięte szczęki Kilorna. szykując Panterę do startu. klepiąc go po ramieniu.Mój przyjaciel i siwowłosy mężczyzna chichoczą. gdy zobaczył. Gdyby nie ja. Byłby wyniszczonym przez życie starym człowiekiem. Czuję. że z twarzy jego młodszego towarzysza znika uśmiech. aby nazwać jego umiejętność. Jest dumny ze swojej krwi. – Więc to naprawdę dziewczyna od błyskawic. Okazuję się jednak zbyt wolna i kątem oka dostrzegam rumieniec wstydu. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy. mój przyjaciel będzie miał coś więcej. że to ja mam mu odpowiedzieć. A ty. nie chcę patrzeć na cierpienie przyjaciela. . że na starość oprócz reumatyzmu i siwej brody. Jeśli tylko dożyje. Dlaczego więc teraz też się wścieka? – Potrafię łapać ryby – odpowiada z wymuszonym uśmiechem. Pierwszy przerywa ją Nix. – A ja kraby. czym się stałam. „Jesteś jedną z nich?”. jego wargi rozciągają się w nieudawanym uśmiechu. Gwałtowność jego reakcji jest dla mnie zaskoczeniem. który przełącza na pulpicie sterowniczym kolejne guziki. jak S r e b r n i. pozostaje jednak skupiona. zawsze się nią szczycił. aby spojrzeć na Cala. że mógłby pragnąć być taki jak ja. nie zauważając. chłopcze? – Szturcha Kilorna łokciem. kieruję energię do zamocowanych pod skrzydłami silników. – Wszystko gotowe – tym razem Cal przerywa panujące w kabinie niezręczne milczenie. Dobrze.

Palcami bębni po udzie. – Mury nie będą problemem. W tym momencie przysypiam na parę minut. Nie słyszał. którego charkotliwy równomierny oddech dobiega mnie raz po raz. ale Cal przytakuje skinieniem głowy. i na myśl o tym robi mi się niedobrze. – Mam sporo przyjaciół w zatoce – oświadcza. a w jego brązowych oczach odbijają się kolorowe światełka mrugające na pulpicie sterowniczym. kiedy odchylamy się w stronę nieba. nie pozwalając sobie na pełny odpoczynek. Odnoszę wrażenie. że traktuje naszą misję jak jakąś grę. – Czyli kierunek: zatoka – mówi Cal. sprawia. chociaż jej kroki niemal całkowicie zagłusza warkot silników. Tylko Farley czuwa. ale bardzo potrzebnego mi snu. długo balansuję na pograniczu snu i jawy. – Co ty powiesz? W życiu bym na to nie wpadła – pozwalam sobie na drwinę. że z przerażającą łatwością zapadam w drzemkę. Spodziewam się. że narobi rabanu o to. że śpi. tak jak Nix. którego rozpaczliwie potrzebuje mój umysł. ale tym razem pod jej zwykłą maską spokoju dostrzegam cień emocji. lecz chociaż oczy mam cały czas zamknięte. – Jesteśmy nad oceanem – mamrocze wyraźnie zdumiona. albo chrapią. Żołądek podjeżdża mi do gardła i tym razem. myślisz. przez ponad kilometr nabiera rozpędu. po czym z płytkiego. podchwytuje sekrety wszystkich wokoło. Coś strzela w szyi Cala. Uspokaja mnie dopiero jednostajne dudnienie silników po wyrównaniu lotu. gdy z szarpnięciem odrzutowiec rusza przed siebie i wyjąc coraz głośniej. jak wypina się z pasów i podchodzi do Cala. iż zamierzam się zakraść do otoczonego murem pilnie strzeżonego miasta Srebrnych. że damy radę? Wojowniczka przytakuje. odzyskując rezon. Czuję się jak Shade. – Dlaczego lecimy nad oceanem? Zatoka leży na południe. a im przyda się sen. – Najbliższe osoby z listy mieszkają w zatoce Harbor. że nie jestem chwilowo do niczego potrzebna. – Nie będzie łatwo – ostrzega. Dwie w samym mieście. żeby okrążyć wybrzeże. gdy obraca się za siebie. – W jego głosie . nie na wschód… – Ponieważ mamy dość prądu. Słyszę. jedna w slumsach. Lot odrzutowcem pomaga mi utrzymać się w tym stanie zawieszenia. Mało krzepiące jest również doznanie. wybija mnie cichy głos wojowniczki. Jednak moi towarzysze albo milczą. jak Farley podchodzi. – Farley. Ponury ton jego głosu nie dodaje mi otuchy. Nie śpię głęboko. za bardzo koncentrował się na sterach.– Och – zacinam się. którego doświadczam. – Cóż za przenikliwość – odpowiada. Ich pulsująca energia i świadomość. „Jest podekscytowana”. mocno zaciskam powieki. który udając. mój mózg nie przestaje pracować.

żeby wyrwać mnie z kolejnej drzemki. Będzie myślała o kolejnym Nowym do uratowania. Wspomnienie zamrożonej krwi. * Budzi mnie uderzenie kół o beton. przytłumiony emocjami. która przysuwa się. aby lepiej słyszeć księcia. jak tamto. I dotkliwy chłód. nie marnował czasu na krążenie nad oceanem. – Mogą pospać. Czuję wtedy. Pewnie Cal wpatruje się wymownie w wojowniczkę. wiem. To lądowisko jest tak samo zamaskowane. żeby zawracał. a my nie możemy do tego dopuścić. kiedy wylądujemy. co zrobiłam i co mnie zrobiono. które sprawia. Robi mi się trochę lepiej. – Chociaż mam zamknięte oczy. odwracając twarz od rażącego dziennego światła. jak moje ciało przenika znajomy ziąb. Nie wiem. Gdy przypomina mi się wszystko. – Nie liczę na to. Jednak silniejsze od gniewu okazuje się ogarniające mnie przemożne zmęczenie. że pojawia się w chwilach spokoju. To Farley. Wojowniczka nie zdradziła swoich ludzi i Cal kazał jej za to zapłacić nieludzkim cierpieniem. zostaje pustka. ponieważ każda sekunda jest bezcenna i może zadecydować o życiu lub śmierci Nowych w Norcie. że zamiast serca mam w piersiach grudkę lodu. Obejmuję się ramionami. jego głos jest cichszy. Mimo że siedzę nieopodal Cala. ale szczerze. Otwieram oczy. czuję. Będzie parła do przodu. Pewnie to dla niego męczarnia”. które wlewa . że podskakuję na siedzeniu. wiem jedynie. wtedy gdy mam czas zatrzymać się i pomyśleć. i nie powinnaś… – Przyjmuję – gwardzistka odpowiada szorstko. Farley odchrząkuje znacząco. jak ją zapełnić. usiłując zdusić ból. – A ty kiedy sypiasz. Kiedy jednak lód topnieje. Kiedyś może dojdę do siebie. Powiedzieć mu. Cal nosi własne lodowate brzemię. – W ogóle nie sypiam. co ci zrobiłem. Już nie. że przyjmiesz moje przeprosiny. Ktoś trąca mnie w ramię.wyczuwam nutkę strachu. – Jego głos niemal się łamie. ale zaraz znów zaciskam powieki. skąd pochodzi. Wszyscy je popełniliśmy. Czuję jej spojrzenie zabarwione żalem… i determinacją. Doskonale znam moc jego spojrzeń. I nie mam pojęcia. Pewnie nie będę miała innego wyjścia. trochę cieplej. Zapada długa chwila milczenia. póki nie padnie ze zmęczenia. – O n a wtedy nie zaśnie. – Tamtego wieczoru ja również popełniłam błędy. Chcę otworzyć oczy. żywego pieca. Nie mówi jednak do mnie. Próżnia. „Cal nienawidzi wody. że Farley patrzy na mnie. W Palatium Słońca. Cal? Gdy odpowiada. Wtedy. która chce rozerwać mnie od wewnątrz. – Przepraszam – szepcze Cal wystarczająco głośno. – Za to. tortury. którą z jego rozkazu zadawano Farley w lochach Palatium.

by przekrzyczeć ryk silników. Kilorn wstaje z miejsca i chwiejnie podchodzi do mnie. powoli hamuje. – Możemy skrócić trasę do niespełna dziesięciu. która wbijała nam wiedzę do głów. patrząc. proszę pani – odpowiadam. którą podróżowaliśmy tunelami do Naercey. że okrywa mnie coś ciepłego. Zerka na Cala. po czym spogląda na Farley. – Kolejny podziemny pociąg? – Na myśl o tym czuję pomieszanie nadziei i strachu. Podobnie jak Lądowisko Dziewięć-Pięć. Kilorn wzrusza ramionami. – Piętnaście kilometrów marszu przez las i peryferie – dodaje. na co Kilorn wybucha chichotem. ale sam tunel prowadzi tuż pod Traktem Portowym. – Czy to bezpieczne? – Co to jest podziemny pociąg? – mamrocze Nix niepewnie. i znów przenika mnie chłód. Nie odrywa wzroku od pasa startowego. – Cal mówi podniesionym głosem. – Dzięki – mamroczę. „Kurtka Kilorna”. zanim on poszedł terminować u rybaka. zgłoszę to na posterunku. – Nie starczyłoby na to czasu. aż w końcu odrzutowiec staje. słyszę ich ciche rozmowy. ciemny materiał. Gdy wybudzam się jeszcze bardziej. jeśli jeszcze raz zobaczę. ale on kręci głową. Miękki. że śpisz. żeby na nich spojrzeć. dociera do mnie. Oczywiście jeśli nie został zasypany. – No to będę spała w dybach. Zdejmuje ją ze mnie. zanim zdążam zaprotestować. powoli wytracając prędkość. – Szybko się uczysz. Farley również zbywa pytanie milczeniem. – Przed nami kawał drogi do zatoki. – Przyjaciel naśladuje ton i minę nauczycielki. jeśli ruszymy starymi tunelami. jak przyjaciel z powrotem wciąga ją na siebie. I ominiemy peryferie. Mimo że rozpędzony samolot pruje wzdłuż pasa startowego.się przez okna kokpitu. – W zatoce nie mamy jeszcze pociągu. – Mare Barrow. odnowione ruiny starożytnego traktu leżą na głuchym pustkowiu pośrodku lasu. obracam się więc przez ramię. zniszczony. Pozostali już nie śpią. – Trzęsłaś się z zimna. że tunele dawno się zawaliły . prawda? – Z trzaskiem kładzie mapę pułkownika na kolanach. Patrzę na niego i uśmiecham się szeroko do tego wspomnienia. Nie chce mi się marnować czasu na opowieści o zgrzytającej metalowej puszce. które wciąż jeszcze się obracają. Chyba jego słynny marynarski chód w końcu się na coś przydaje. – Chyba że masz kolejnego asa w rękawie? Wojowniczka uśmiecha się pod nosem i wypina z pasów. Jeszcze cztery dni temu myśleliśmy.

i nie ma w nich nic ciekawego. Nie nanoszono ich nawet na mapy. Gdyby nawet Maven zaprzągł
do pracy wszystkich Siłaczy, nie zdążyliby w parę dni zablokować wszystkich… – urywa
w zamyśleniu. Wiem, co wspomina.
„To zaledwie cztery dni. Cztery dni, gdy Cal i Ptolemejusz znaleźli Walsh w tunelach pod
Archeonem. Cztery dni, gdy patrzyliśmy, jak dziewczyna popełnia samobójstwo, żeby ochronić
tajemnice Szkarłatnej Gwardii”.
Aby odsunąć od siebie myśli o Walsh i wspomnienie jej szklistych martwych oczu, przeciągam
się, wstaję z fotela, pochylam się i napinam mięśnie.
– No to ruszajmy – mówię, chociaż niechcący brzmi to bardziej jak rozkaz niż zachęta.
Nauczyłam się na pamięć następnego fragmentu listy. „Ada Wallace. Urodzona 1 czerwca 290
roku w zatoce Harbor, Wybrzeże, stan Regencki, Norta. Obecne miejsce zamieszkania:
niezmienne od urodzenia”. Zaraz po niej druga osoba z zatoki Harbor: „Wolliver Galt. Urodzony
20 stycznia 302 roku”. Urodził się tego samego dnia, miesiąca i roku, co Kilorn. Ale jest od
niego zupełnie inny. To Nowy, kolejny człowiek z mutacją, której mój przyjaciel zazdrości.
Dlatego dziwi mnie, że Kilorn nie okazuje niechęci Niksowi. Wręcz przeciwnie, wydaje się
bardziej przyjazny niż zwykle i nie odstępuje starszego mężczyzny niczym szczeniak, który bez
przerwy plącze się pod nogami. Rozmawiają po cichu o wspólnych doświadczeniach,
najwyraźniej dogadują się dzięki temu, że obaj jako Czerwoni wiedli życie w biedzie i beznadziei.
Gdy Nix porusza dla mnie nudny, ale przez Kilorna uwielbiany temat sieci i węzłów, przestaję ich
słuchać. Gdzieś w głębi duszy żałuję, że nie mogę włączyć się do tej rozmowy i debatować nad
zaletami węzła podwójnego, zamiast głowić się nad tym, jak taktycznie rozegrać wejście do pilnie
strzeżonego miasta. Czułabym się wtedy bardziej normalna, ponieważ wbrew temu, co twierdzi
Shade, daleko mi do normalności.
Farley zaczęła już przygotowania do wymarszu. Założyła ciemnobrązową kurtkę, pod którą
teraz upycha czerwoną chustę, aby ukryć jej przyciągający uwagę kolor, po czym zabiera się do
pakowania racji żywnościowych. Zapasy jeszcze nam się nie wyczerpują, ale mimo to nakazuję
sobie w myślach pamiętać o tym, żeby po drodze zwędzić to i owo, jeśli tylko nadarzy się okazja.
Broń to zupełnie inna sprawa, mamy jej tylko sześć sztuk – trzy karabiny i trzy pistolety –
a kradzież uzbrojenia to nie lada wyczyn. Farley jest z nas wszystkich najlepiej wyposażona:
w kaburze przy biodrze ma pistolet, karabin nosi przewieszony przez ramię. Nigdy się z nimi nie
rozstaje, teraz nawet z nimi spała, jak gdyby były przedłużeniem jej ciała. Dlatego patrzę na nią ze
zdumieniem, gdy wyjmuje pistolet, zrzuca karabin i odkłada je do zamocowanej na ścianie szafki.
– Idziesz nieuzbrojona? – dziwi się Cal, który ściska w dłoni swój karabin.
W odpowiedzi wojowniczka podciąga nogawkę spodni, pokazując długi nóż wetknięty za

cholewę buta.
– Zatoka to duże miasto. Na poszukiwaniach zejdzie nam prawdopodobnie cały dzień i być
może potrzeba będzie nocy na to, żeby wydostać Nowych z miasta. Nie będę się narażać, nosząc
niezarejestrowaną broń. Pierwszy lepszy strażnik mógłby mnie za to zabić na miejscu. Wioski są
słabiej strzeżone, więc tam mogę zaryzykować, ale nie w zatoce – dodaje i opuszcza nogawkę. –
Dziwne, że nie znasz ustanowionych przez was praw, Cal.
Książę oblewa się srebrnym rumieńcem, ze wstydu czubki uszu ma białe jak kreda. Chociaż
bardzo się starał, nigdy nie miał głowy do prawa i polityki. To były od zawsze dziedziny
Mavena.
– Zresztą tak czy inaczej – ciągnie Farley, przeszywając wzrokiem nas oboje – uważam, że ty
i dziewczyna od błyskawic jesteście znacznie lepszą bronią niż karabiny.
Niemal słyszę zgrzytanie zębów, gdy Cal ze złością zaciska szczęki.
– Mówiłem ci, nie możemy… – zaczyna, a ja nie muszę słuchać go dalej, żeby wiedzieć, co
powie. „Jesteśmy najbardziej poszukiwanymi ludźmi w całym królestwie, stanowimy zagrożenie
dla wszystkich i wszystkiego”. I chociaż w pierwszym odruchu chcę przyznać rację Calowi, zaraz
potem wraca do mnie myśl, która ostatnio stale mi towarzyszy: „nie ufaj mu”. Ponieważ
zakradanie się to nie jego specjalność, ale m o j a. Dlatego podczas gdy książę dyskutuje z Farley,
ja po cichu szykuję się do marszu przez tunele i do wizyty w zatoce Harbor. Pamiętam to miasto
z opisów w książkach Juliana, teraz zaś chcę je zobaczyć na mapie, którą zwijam Farley.
Wojowniczka jest tak zajęta sprzeczką z Calem, że nawet nie zauważa mojego zręcznego ruchu.
Shade staje po stronie Farley, wtrącając swoje trzy grosze do zaciekłej debaty, a ja dzięki temu
zyskuję chwilę, aby spokojnie pomyśleć i zaplanować wyprawę.
Zabrana pułkownikowi mapa zatoki Harbor jest nowsza i dokładniejsza od atlasów Juliana.
W Archeonie osią, wokół której koncentrowało się życie miejskie, był potężny most wysadzony
parę dni temu przez Szkarłatną Gwardię. W zatoce życie skupia się wokół słynnego portu. Ma on
nienaturalny kształt idealnie zaokrąglonej czary i w większej części jest wytworem Srebrnych.
Port i miasto pomagali zbudować Strażnicy Zieleni oraz Wodniacy, którzy na zmianę zasypywali
ziemią i zatapiali ruiny tego, co niegdyś tu stało. Port jest przedzielony na pół wychodzącym
z lądu i wrzynającym się w wodę nasypem, na którym zbudowano drogę. Pełno na niej
szlabanów, patroli wojskowych i punktów kontrolnych, ponieważ odgradza ona cywilny Port
Morski od Portu Wojennego i prowadzi do Fortu Patriot, który leży na kwadratowej sztucznej
wyspie pośrodku portowej czary. Ogrodzony wysokim murem fort uchodzi za najważniejszy
ośrodek wojskowy królestwa. To jedyna baza, w której stacjonują trzy rodzaje sił zbrojnych.
W Patriot znajduje się siedziba Legionu Latarni, a także dywizjonu lotniczego. Wody Portu

Wojennego są na tyle głębokie, że mogą na nie wpływać nawet największe okręty, dzięki czemu
Fort Patriot stanowi również część jednego z najważniejszych portów nortańskiej marynarki
wojennej. Nawet na mapie baza wygląda onieśmielająco – oby Ada i Wolliver znajdowali się
p o z a jej murami.
Samo miasto stłoczyło się na nabrzeżu wokół wód portowych. zatoka Harbor jest starsza niż
Archeon i rozbudowując się, wchłonęła okoliczne ruiny starożytnego miasta, które niegdyś tu
leżało. Drogi w zatoce wiją się i niespodziewanie rozgałęziają, w porównaniu z uporządkowaną
zabudową Archeonu tutejsza plątanina budynków i ulic przypomina niedbale zwinięty kłębek
powyginanego drutu. Idealne warunki dla rzezimieszków takich jak my. Niektóre uliczki schodzą
nawet pod ziemię, łącząc się z siecią tuneli, którą Farley wydaje się doskonale znać. Wyciągnięcie
dwóch Nowych z zatoki Harbor nie będzie łatwe, ale przestało również zdawać się niemożliwe.
Zwłaszcza gdy akurat w tym samym czasie dojdzie w mieście do kilku niespodziewanych przerw
w dostawie prądu.
– Nie ma sprawy, możesz zostać, Cal – oznajmiam, podnosząc głowę znad mapy. – Ale ja nie
zamierzam tego przegapić.
Książę przerywa w pół zdania i obraca się do mnie. Przez chwilę czuję się jak wiązka chrustu,
którą zamierza podpalić wzrokiem.
– W takim razie mam nadzieję, że jesteś gotowa zrobić, co tylko będzie konieczne.
„Gotowa zabić wszystkich, którzy mnie rozpoznają. B e z w y j ą t k u”.
– Jestem.
Jestem również doskonałym kłamcą.

Rozdział 13
Nietrudno przekonać Niksa, żeby został. Chociaż dzięki swojej umiejętności jest niemal
niezniszczalny, w głębi duszy nadal pozostaje wioskowym poławiaczem krabów, który nigdy nie
wychylił nosa poza słone mokradła. Misja ratunkowa przeprowadzana na terenie obwarowanego
murami miasta nie jest dla niego i mężczyzna doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Większy opór
stawia Kilorn, ale zgadza się zostać w samolocie, gdy przypominam mu, że ktoś musi mieć oko
na Niksa.
Kiedy obejmuje mnie na pożegnanie, spodziewam się, że szepnie mi na ucho ostrzeżenia, może
jakąś radę. Zamiast tego słyszę jednak słowa zachęty i o dziwo dodają mi one najwięcej otuchy.
– Uratujesz ich – mamrocze przyjaciel. – Wiem, że ci się uda.
„Uratujesz ich”. Słowa rozbrzmiewają w mojej głowie, gdy schodzę po rampie do skąpanego
w promieniach słonecznych lasu. „Uratuję – powtarzam w myślach, pragnąc uwierzyć we własne
siły tak samo mocno, jak wierzy we mnie Kilorn. – Uratuję, uratuję, uratuję”.
Las tutaj jest rzadszy i musimy być przez to czujniejsi. W świetle dnia Cal nie kryje się
z płomieniami, trzyma je w pogotowiu i koniuszki jego palców żarzą się niczym knot świecy.
Shade w ogóle zrezygnował z chodzenia po ziemi na rzecz przeskakiwania z drzewa na drzewo.
Sprawdza okolicę z dokładnością fachowego zwiadowcy, omiata ją sokolim wzrokiem tak długo,
dopóki nie uzna, że jesteśmy bezpieczni. Ja uruchamiam własne zmysły, uwrażliwiam się na
każdy choćby najmniejszy przypływ energii, który mógłby wskazywać, że niedaleko znajduje się
ciężarówka lub lecący nisko sterowiec. Na południowym wschodzie, od strony zatoki Harbor
wyczuwam jednostajny szum prądu, ale tego się spodziewam, tak samo jak szmeru dobiegającego
od ruchliwego Traktu Portowego. Znajdujemy się zbyt daleko od miasta i drogi, żeby słyszeć
odgłosy tętniącego w nich życia, ale mój wewnętrzny kompas podpowiada, że z każdym krokiem
jesteśmy coraz bliżej celu.
Po pewnym czasie wyczuwam coś jeszcze. Sygnał jest delikatny, jednak mój wyostrzony
zmysł go odbiera. To malutka bateria, prawdopodobnie zasilająca zegarek albo radio.
– Na wschodzie – szepczę, wskazując źródło energii.
Farley natychmiast rusza w tamtym kierunku, nawet nie usiłując się kryć. Ja natomiast od razu
kucam, by schować się między krzakami, których jesienne liście doskonale maskują moje
brązowe włosy i ciemnoczerwoną koszulę. Cal przypada do ziemi tuż obok mnie, uważając, aby
gotowymi do ataku, rozżarzonymi dłońmi nie dotknąć suchych liści i nie podpalić lasu. Oddycha

spokojnie, miarowo, podczas gdy spojrzeniem brązowych oczu przeszukuje las.
Wyciągam palec, by skierować go na baterię. Pojedyncza iskra spływa mi po dłoni i znika,
pragnąc dołączyć do przyzywającej ją energii.
– Farley, schyl się – syczy Cal, a jego głos niemal ginie wśród szelestu liści.
Jednak wojowniczka zamiast go posłuchać, opiera się o pień drzewa, wtapiając w jego cień.
Promienie słońca, które przesączają się przez listowie, pokrywają jej skórę cętkami, a bezruch,
w którym zastygła, sprawia, że prawie nie odróżnia się od otaczającego ją lasu. Nie zachowuje
jednak milczenia. Rozchyla usta, po czym wśród gałęzi rozbrzmiewa ptasi gwizd. Taki sam,
jakim porozumiewała się z Kilornem w zagajniku pod Błotami. „To hasło Szkarłatnej Gwardii”.
– Farley – cedzę przez zaciśnięte zęby. – Co się dzieje?
Nie zwraca na mnie uwagi i przez cały czas spogląda w głąb lasu. Czeka. Nasłuchuje. Chwilę
później ktoś wygwizduje odpowiedź, podobną, ale nie taką samą. Gdy siedzący na konarze nad
nami Shade dołącza do dziwnej rozmowy, wydając kolejny ptasi świst, strach, który mnie
ogarnął, nieco słabnie. Farley mogłaby wciągnąć mnie w zasadzkę, ale Shade by tego nie zrobił.
„Mam nadzieję”.
– Pani kapitan, myślałem, że utknęła pani na tej cholernej wyspie – rozlega się ochrypły głos
dobiegający zza kępy zwarcie rosnących wiązów. Silny akcent zdradza pochodzenie mówiącego,
to mieszkaniec zatoki Harbor.
Na twarz Farley wypływa uśmiech, po czym kobieta płynnym ruchem odpycha się od pnia
drzewa.
– Crance – zwraca się do postaci majaczącej w gęstych zaroślach. – Gdzie Melody? Miałam się
z nią tu spotkać. Od kiedy jesteś chłopcem na posyłki Egana?
Gdy mężczyzna wychodzi zza krzaków, mierzę go wzrokiem, starając się dowiedzieć o nim jak
najwięcej po jego wyglądzie. Zwracam przy tym uwagę na szczegóły, które nauczyłam się
dostrzegać dopiero niedawno. Nieznajomy pochyla się, jak gdyby z przyzwyczajenia uginał się
pod ciężarem czegoś, co jeszcze niedawno musiał nosić. Może był to karabin albo pałka.
„Faktycznie, chłopiec na posyłki”. Wygląda na robotnika portowego albo awanturnika, jego
masywnie zbudowane ramiona i wydatny tors opina znoszona bawełniana koszulka pozszywana
ze skrawków różnych materiałów w rozmaitych odcieniach czerwieni. Zastanawia mnie to, że
dziwaczny, przypominający strój błazna podkoszulek jest tak bardzo wysłużony, a skórzane,
wypolerowane buty lśniące na nogach mężczyzny wydają się nowe. Pewnie kradzione. „Swój
chłop”.
Crance wzrusza ramionami, a jego śniada twarz wykrzywia się w nieznacznym grymasie.
– Miała coś do załatwienia w porcie. I wolę nazwę „prawa ręka”, jeśli można. – Grymas

przemienia się w szeroki uśmiech, któremu towarzyszy zgrabny, choć przesadnie głęboki
ukłon. – Oczywiście Stary Egan wita cię w swoich progach, pani kapitan.
– Nie jestem już kapitanem. – Farley pochmurnieje. Wyciąga przedramię i przykłada je do
przedramienia Crance’a, wymieniając nietypowy uścisk rąk. – Pewnie słyszałeś.
W odpowiedzi mężczyzna kręci głową.
– Nie znajdziesz tutaj takiego, który będzie sobie coś z tego robił. Nad Marynarzami stoi Egan,
a nie twój pułkownik.
„Marynarze?” To chyba jakiś oddział Szkarłatnej Gwardii.
– Twoi przyjaciele długo jeszcze będą się chować w krzakach? – dodaje Crance, kierując
wzrok w moją stronę. Spojrzenie jego niebieskich oczu niesamowicie kontrastujących
z ciemnobrązową twarzą mnie elektryzuje. Pozostaję jednak na tyle skoncentrowana, aby dostrzec
o wiele ważniejszą rzecz – wciąż czuję pulsowanie baterii zegarka, którego jednak nie widzę na
nadgarstku mężczyzny.
– A co z t w o i m i przyjaciółmi? – pytam, wstając.
Cal podnosi się razem ze mną i wiem, że tak samo jak ja badawczo przygląda się Crance’owi,
który odwzajemnia uważne spojrzenie księcia. Obydwaj są doświadczonymi żołnierzami. Po
dłuższej chwili Crance wyszczerza lśniące zęby w uśmiechu.
– To dlatego pułkownik narobił tyle hałasu. – Chichocze, po czym śmiało postępuje krok do
przodu.
Żadne z nas nawet nie drgnie, mimo że postura mężczyzny naprawdę robi wrażenie. Jesteśmy
o wiele groźniejsi niż on.
Crance wydaje cichy, przeciągły gwizd, a następnie przenosi wzrok na mnie.
– Wygnany książę i dziewczyna od błyskawic. A gdzie Królik? Przecież go słyszałem.
„Królik?”
Shade pojawia się za mężczyzną, jedną ręką wspiera się o kulę, drugą zaś zarzuca mu od tyłu
wokół szyi. Na twarzy mojego brata maluje się jednak uśmiech, i to s z e r o k i.
– Mówiłem ci, żebyś mnie tak nie nazywał – upomina Crance’a, potrząsając nim.
– Przecież pasuje do ciebie jak ulał. – Mężczyzna wywija się z uścisku Shade’a, po czym ze
śmiechem wykonuje dłonią gest naśladujący podskoki. Zaraz jednak jego wesołość słabnie, gdy
zauważa kulę i bandaże. – Zleciałeś ze schodów czy co? – Chociaż ton ma żartobliwy, oczy mu
pochmurnieją.
Shade zbywa jego troskliwość machnięciem ręki, po czym kładzie dłoń na jego szerokim
ramieniu.
– Dobrze cię widzieć. I chyba powinienem przedstawić cię mojej siostrze…

– Nie trzeba żadnych ceregieli. – Crance zamaszystym ruchem wyciąga do mnie rękę. Ujmuję
ją chętnie i pozwalam, aby ścisnął mi przedramię dłonią dwa razy większą od mojej. – Miło mi,
Mare Barrow, ale muszę powiedzieć, że na listach gończych wyglądasz lepiej. Nie myślałem, że to
możliwe.
Pozostali krzywią się na te słowa. Wiadomość, że moja twarz zdobi róg każdej ulicy w mieście,
przeraża ich tak samo jak mnie. „Można się było tego spodziewać”.
– Przykro mi, że sprawiam ci zawód – wyduszam z siebie, cofając rękę. Zmęczenie i ciągły
niepokój nie dodają mi uroku. Czuję, że cała się lepię od brudu i mam splątane włosy. – Ostatnio
byłam trochę zbyt zajęta, żeby zaglądać do lustra.
Crance kwituje moją ironię jeszcze szerszym uśmiechem.
– Naprawdę masz w sobie iskry – mamrocze, a jego spojrzenie wędruje w dół, do moich
palców. Ogarnia mnie chęć, żeby pokazać mu, ile rzeczywiście iskier mam w sobie, ale tłumię to
pragnienie i zaciskam pięści, zatapiając paznokcie w dłoniach.
Sygnał z baterii wciąż o sobie przypomina.
– Będziesz cały czas udawać, że nie kazałeś nas otoczyć? – Wskazuję drzewa rosnące wokół
nas. – Czy może czekają nas jakieś kłopoty?
– Nie będzie żadnych kłopotów – zapewnia Crance i unosi ręce w żartobliwym geście
poddania, po czym wydaje z siebie kolejny nieludzki dźwięk, wysoki i przenikliwy, podobny do
krzyku polującego sokoła. Mimo że mężczyzna cały czas sili się na uśmiech i swobodę,
dostrzegam podejrzliwość czającą się w jego oczach. Spodziewałam się, że będzie bacznie
obserwował Cala, on jednak mi nie ufa. „Albo mnie nie rozumie”.
Chrzęst liści zapowiada przybycie towarzyszy Crance’a, ubranych równie dziwacznie jak on,
w łachmany i kradzione strojne akcesoria. Ich niedobrana odzież jest tak podobna do siebie, że
przypomina cudaczne umundurowanie. Dwie kobiety i mężczyzna – właściciel zdezelowanego,
ale chodzącego zegarka – wyglądają na nieuzbrojonych. Salutują Farley, uśmiechami witają
Shade’a, ale mnie i Cala skrzętnie omijają wzrokiem. Tak jest chyba lepiej. Nie chcę już więcej
poznawać nowych przyjaciół, tylko po to żeby zaraz ich stracić.
– No dobra, Króliku, zobaczymy, czy za nami nadążysz – Crance droczy się z moim bratem
i rusza przed siebie.
W odpowiedzi Shade przeskakuje na pobliskie drzewo, noga w szynie zwisa mu z gałęzi,
a z ust nie schodzi uśmiech. Kiedy jednak nasze spojrzenia się krzyżują, coś się zmienia.
W następnej sekundzie brat jest za mną, po czym wykonuje kolejny skok tak błyskawicznie, że
jego sylwetka nie zdąża się na dobre zarysować za moimi plecami.
Mimo to wyraźnie słyszę jego szept.

że to eskorta samego Mavena.– Nikomu nie ufaj. Wzdrygam się za każdym razem. co pogrążyłoby nas wszystkich w ciemnościach. zdobiąc ściany tunelu czerwonymi i czarnymi zawijasami. szamocze się sam ze sobą. ile ich przetoczyło się w stronę Naercey. co się w nim dzieje. Jego ciepło nadal jest przy mnie i nie potrafię się powstrzymać. która krąży w ich przewodach i przyrządach. Nie ma sensu tutaj rozmawiać. Może powinno mnie to zaniepokoić. Na szczęście jeszcze nie teraz. mówię sobie. Iskry trzymam cały czas w pogotowiu. że każdy. nie walają się po niej kamienie ani kawałki gruzu. ciężarówki przejeżdżają jednak pojedynczo i w nierównych odstępach czasu. Ciężarówki są najtrudniejsze do zniesienia. ale postanowiłam się tym nie przejmować. Gdyby jechały w zwartym konwoju. Jedyne źródła energii w pobliżu to trzymana przez Crance’a latarka. Cal uparcie milczy. Teraz jednak je stracił. zaokrąglone ściany porośnięte są korzeniami i mchem. Wszystko prócz mnie”. narysowano . tak jak wszystko pozostałe. Na naszej mapie – ani na żadnej innej. a obecność Cala u mojego boku sprawia. gdyby podziemny pociąg miał się wśliznąć do zatoki Harbor. na jaką pozwoli mi serce – i myśl o samotności. które rozmazują się i zmieniają kształty. aby przez przypadek nie doprowadzić do rozładowania baterii w latarce. Ja też będę zmuszona podjąć wtedy taką decyzję. aby mógł dalej kroczyć tą drogą. * W tunelach panuje wilgoć. swoim wyciem rozsadza mi czaszkę. książę i Srebrny. „To normalne”. kiedyś okażą się za mało przekonujące. Nie słychać jednak zgrzytu metalu trącego o metal. które nabył jako żołnierz. Posłusznie i dobrowolnie idzie za wrogiem. Pewnego dnia przestanie za mną podążać i muszę się do tego przygotować. nie wyczuwam również oszałamiającego łomotu baterii napędzającej pociąg. zegarek drugiego Marynarza i jednostajny szum dolatujący z Traktu Portowego. ale podłoga jest uprzątnięta. ale widzę po jego twarzy. Może przygotowano ją na wypadek. jakie pobudki nim kierują. kto chciałby zrobić coś głupiego. którą widziałam – nie zaznaczono tuneli. energia. podejrzewałabym. który przebiega dziewięć metrów nad nami. ponieważ każdy dźwięk niesie się daleko. który prowadzi go w nieznane – w imię czego? Żeby mi pomóc? Żeby osłabić Mavena? Niezależnie od tego. zastanowi się dwa razy. i szybko tracę rachubę. Ogień rzuca rozedrgane cienie. „Kiedyś to były jego kolory. jego dłoń otacza czerwona płomienna kula. Towarzysze Crance’a zamykają nasz pochód. zwalcza wszystkie odruchy. gdy któryś z tych zwalistych pojazdów przejeżdża nad naszymi głowami. choćby szeptem. Książę budzi jeszcze większą grozę niż ja. próbując uspokoić nerwy. żeby się nim nie ogrzewać. Czuje się nieswojo.

ale omal nie umarłem z głodu. nie mogę się doczekać. ale pozostałej części notatki nie jestem w stanie sobie przypomnieć. a jego towarzystwo dodaje mi otuchy tak samo jak ogień Cala i uścisk brata. jesteśmy tuż pod nim. Błot i odległej mroźnej granicy. Nie odważam się wyjąć listy Juliana. za dużo wokół mnie obcych twarzy. a następnie skręca na północ. a ja nie zapomniałam ostrzeżenia. Mimo że mój przyjaciel należy teraz do Gwardii i jest w nim więcej gniewu niż kiedyś. teraz nie zauważam. Shade rozmawia i żartuje z Crance’em i pozostałymi Marynarzami. – To przemytnik o złotym sercu. nie spuszczam ich również z oka. z którym się wychowałam. Kilorn będzie zrzędził. a my.jednak Trakt Portowy. wskazując kulą Crance’a. zdaje się. lecz zarumienione policzki zdradzają. którzy z wymuszonymi uśmiechami wspominają stare czasy. przywołuję jej dane w pamięci. które wyszeptał mi do ucha Shade. Rozciąga usta w uśmiechu. Ja robię to samo i po pewnym czasie wysnuwam kilka wniosków. Im mniej inni wiedzą o Nowych. należące do młodej dziewczyny ze slumsów Nowego Miasta. czy nie . w stronę słonych mokradeł. choć tak naprawdę każdy z nich próbuje wybadać. Rozmawiają tak. Ja tylko pozwoliłem ci ją zjeść – odpowiada Crance skromnie. – Pluton egzekucyjny mnie nie wykończył. Prowadzi on prosto do samego centrum zatoki. po czym wiedzie naokoło portu. Prawdę mówiąc. gdy wspominają wspólną drogę powrotną z Duszni. Bardziej niż Trakt Portowy obchodzi nas jednak Siedziba Straży. I chociaż w tamtym czasie być może się zaprzyjaźnili. ale tym akurat nie zamierzam się martwić. Ich nazwiska to wyrok śmierci. w którym znajdują się archiwa z adresami Ady i Wollivera. Shade mu nie odpuszcza. – Ukradłeś główkę kapusty. Doskonale znam ludzi jego pokroju i w jednym zawsze można na nich polegać – potrafią posunąć się do wszystkiego co najgorsze. i gdybym to ja jeszcze jakiś czas temu miała eskortować zbiegów do Palów. który mógłby rozjaśnić cały tunel. tym lepiej. „Cameron Cole”. – Dzięki temu człowiekowi wyszedłem cało z Duszni – tłumaczy mój brat. że jest z siebie dumny. Crance to nawrócony złodziejaszek. żeby to sprawdzić. że się guzdraliśmy. Jeden chwali drugiego. jak gdyby prowadzili jakąś grę. Dziś są dwójką mężczyzn. administracyjne centrum miasta. Przy odrobinie szczęścia przed zmrokiem załatwimy całą sprawę i w towarzystwie trójki Nowych wrócimy do Pantery na śniadanie. aby łączyła ich bliska więź. wciąż jest tym samym chłopakiem. czego dokładnie chce ten drugi. Gdybyśmy zamienili się rolami. Przysłuchuję się uważnie ich przekomarzaniu. aż ujrzę jego zarumienioną twarz i usłyszę gderliwe marudzenie. Aby zapełnić ciszę. Być może trafimy tam też na trzecie nazwisko. przez Szczupaczą Bramę. podczas której wymykali się strażnikom i legionistom. jednak w jego oczach nie dostrzegam błysku radości.

aby pojazd mógł przejechać. Pozostali udają. „Żeby przetrwać. – Tamten tunel jest wyłączony – mamrocze. skruszałe i prawdopodobnie dawno by się zawaliły. a już robi się upierdliwy jak wrzód na tyłku. Nawet przypadkiem Maven potrafi pokrzyżować nam plany. Tak samo żywe jest we mnie wspomnienie zwykłego pragnienia. Wtedy potrafiłam robić okropne rzeczy i kradłam od ludzi. ponieważ dalej jest za ciasno. – Gdzie będziemy wychodzić? – pyta głośno Cal. Żebyśmy wszyscy przeżyli”. Cienie na ścianach poruszają się. że Crance gdyby tylko mógł. ciągnące się bez końca dni. że jego płomienie stają się jaśniejsze i oświecają tunel jaskrawym blaskiem. albo za dodatkowe godziny prądu? Dobrze pamiętam srogie zimy. „Z rozkazu króla”. gdy kradłam ostatnią monetę rodzinie. To nazwa królewskiej rezydencji położonej w zatoce Harbor. Siedzi na tronie dopiero od trzech dni.wydałabym ich za kilka tetrarchów? Za przydział racji żywnościowych. ile ton ziemi leży nad nami. bez mrugnięcia okiem wydałby mnie Staremu Eganowi. o czym on dobrze wie. że ktoś mu odpowie. dlatego cały czas uśmiecha się do nas życzliwie. oczekując. Okorowane drewniane belki tworzą równy. Za stare. Podtrzymują rozpadający się sufit i tylko dzięki nim nie zostaniemy pochowani żywcem. aby mieć na własność coś pięknego albo użytecznego. – Słowa odbijają się od ścian dziwnym echem i wspomnienia księcia wydają się otaczać nas ze wszystkich stron. zniekształcają nasze sylwetki. Na szczęście jednak mamy nad nim miażdżącą przewagę. Pamiętam choroby. że nie zwrócili uwagi na wybuch Cala. Staram się nie myśleć o tym. tym bardziej powietrze się ochładza i gęstnieje. jak Cal zgrzyta zębami. którzy byli równie biedni jak ja. W jego tonie pobrzmiewa nieskrywana niechęć. Tunel zakręca w dół. nas jednak nie było na nie stać. które łatwo leczyło się lekarstwami. Widzę Mavena w każdym . który się w nim rozpala. a szyny podziemnej kolei nagle się kończą. Sprzedałby mnie Mavenowi za niebotyczną cenę. Crance jednak kręci głową. które wystarczyłyby na parę tygodni. – Maven zawsze nienawidził Wzgórza. której dzieci głodowały. Głębokie tunele wyprowadzają go z równowagi. długi. – Coś tam budują z rozkazu króla. Po pewnym czasie ściany robią się spękane. ponieważ ja kiedyś zrobiłabym to samo. ginący w ciemnościach szpaler. w które szczękaliśmy zębami i nie mieliśmy czym wypełnić pustych brzuchów. Im niżej schodzimy. Nie wątpię. On zresztą szybko odzyskuje opanowanie i wbija wzrok w ziemię. gdyby nie wstawiono nowych podpór. „Przynajmniej na razie”. sprawia. – Było dla niego za małe. tak samo jak mnie. Słyszę. Tak właśnie usprawiedliwiałam się w Palach. – Na zachód od Morskiego Wzgórza – oznajmia Farley. Gniew.

że teraz Crance – i tajemniczy Egan – wiedzą. Na szczęście nie tylko mnie dręczy ta zmora. że staje się również cieniem moich myśli. o jakiej myślę. że nazwisko to wydało mu się znajome. – Ada Wallace. jak tylko zdoła. Serce bije mi mocniej. Zachmurzona mina Cala świadczy o tym. jak przypuszczam. Kiedyś powiedział mi. gorszym niż tropiciel. – Mruży powieki. ale w jego oczach połyskuje chciwość. że mógłbyś nam pomóc z paroma nazwiskami? Przygryzam wargi. że Siedziba Straży jest bezpośrednio połączona z dawną rezydencją Cala. że jest cieniem rzucanym przez płomień. Po twarzy Crance’a widać.z powyginanych kształtów. w każdej plamie ciemności. Właściciele browaru. kogo szukamy – zwłaszcza że na pewno zacznie się zastanawiać. Dlatego postanawiam naciskać. – Galtów znam. Shade jednak patrzy na mnie. macie przecież Królika. że ściany tunelu wykradną mój sekret. leży o wiele dalej. „Galt”. Trzeba będzie pokonać spory kawałek na piechotę. Nawiedza również Cala. Wygląda na to. – Wolliver Galt. w głowie mi huczy od natłoku myśli. kogo szukamy. Może się z czymś zdradzi albo znajdę jakiś haczyk. Spoglądam na mapę. bardzo mnie cieszy ten szczęśliwy zbieg okoliczności. . jak przytaknąć skinieniem głowy. – Ilu Czerwonych znasz w zatoce? Myślisz. usiłując przypomnieć sobie więcej szczegółów. A Targ Rybny. teatralnym gestem chyląc głowę przed Farley. – Pomoże. gorszym niż duch. Zaczynam się bać. unosi brwi i skinieniem głowy zachęca do podania nazwisk. Chociaż chyba nie musi za bardzo się wysilać. Stojący obok Crance ze wszystkich sił stara się zachować obojętny wyraz twarzy. – Egan pozostaje do usług – oznajmia Crance. Dobrze mieć ich za przyjaciół. To stara rodzina. – Szorstki komunikat Farley przywołuje mnie z powrotem do rzeczywistości. Shade lekko się krzywi. dlaczego te osoby tak bardzo nas interesują. – Warzą najlepsze piwo w zatoce. ale nikt nie przychodzi mi do głowy. – Tej Wallace nie mogę skojarzyć – ciągnie Marynarz. mieszkają przy ulicy Charside. że wcale mu się to nie uśmiecha. Ostatnią rzeczą. – Będziemy musieli zrobić koło. Jednak moją radość studzi myśl. a przynajmniej znajduje się w tej samej dzielnicy. a do tego zakraść na teren strzeżonej dzielnicy. – Zniżam głos do szeptu. Mimo najszczerszych chęci nie potrafię poznać. – Dużo tu różnych Wallace’ów. jak gdybym się bała. I ktoś powinien odwrócić uwagę strażników przed budynkiem Siedziby. przydomek wciąż go drażni. i Marynarzowi nie pozostaje nic innego. aby nie syknąć na brata. czy Crance kłamie. to wyjawienie Crance’owi. – W takim razie Targ Rybny. wydusić z niego jak najwięcej.

przez których zginął mój brat. Czego nie chce nam powiedzieć? – Czy sami odszukaliście Gwardię. Nawet Farley napina mięśnie. Spoglądam przez ramię i widzę. żeby wyjawił coś więcej. po czym podciąga rękaw. że Shade będzie chciał mi przerwać i złajać za te wszystkie pytania. – Forsę dasz. Poruszyłam c z u ł ą s t r u n ę. jak gdyby chciał przytaknąć. co rozumiem. Ponieważ bez wątpienia coś przed nami ukrywa i wszyscy zaczynamy to wyczuwać. Crance. towar masz. że towarzysze Crance’a również milczą. czekając na jego reakcję. Znów robi mi się w tunelu za . usiłując zachować obojętny ton. – Czyli ty kim jesteś? Jego porucznikiem? – Nie zawracamy sobie głowy tytułami – odpowiada. ale Crance przyspiesza kroku. – Nazywacie się Marynarzami? – pytam. Wojowniczka wsuwa dłoń pod kurtkę. „Kilorn pojąłby w lot. co przemytnik stara się ukryć. on cały czas miał się na baczności. – Proszę o wybaczenie. Pozostali przyglądają mi się w zdumieniu. że włoski na jego karku stają dęba. Zauważam. Wstąpiłam do Gwardii. Ja jednak dopiero się rozgrzewam. usiłując dojrzeć. Crance opuszcza rękaw i nieznacznie pochyla głowę. – Przyspieszam kroku i po chwili niemal depczę mu po piętach. skręconą liną. napina mięśnie. on jednak milczy. Cisza trwa nadal. – Kogo straciłeś przez Srebrnych? Spodziewam się.dzięki któremu zdołam go p r z e k o n a ć. tak jak ja to zrobiłam? Oczywiście miałam swoje powody. nie rozumieją mojego zachowania. Gdy milczenie się przedłuża. i chciałam się zemścić. – I służycie Gwardii? To pytanie sprawia. – Z tego. by odsłonić tatuaż. – Jestem po prostu ciekawa naszych braci i sióstr w zatoce. który zdobi mu przedramię. prawdopodobnie aby chwycić ukryty nóż. że uśmiech znika z twarzy mężczyzny. że Shade nie żyje. Myślałam. Ogień wokół jego dłoni płonie równie mocno i wygląda tak samo złowrogo jak wcześniej. – Mówię przesłodzonym tonem damy dworu. a on. – Może Farley? Ona was zwerbowała? – ciągnę i bacznie wpatruję się w Marynarza. Tylko w postawie Cala nic się nie zmienia. Egan jest waszym kapitanem. chociaż parę chwil temu wydawała się rozluźniona i pewna Marynarzy. po plecach przebiega mi dreszcz strachu. co przekonało cię do tego. I pewnie podjąłby grę”. Niebiesko-czarna kotwica otoczona czerwoną. a ich oczy wydają się niemal czarne w przyćmionym świetle tunelu. żeby przyłączyć się do walki o sprawę? Zapada śmiertelna cisza. Powiedz. ale nie wygląda to przekonująco. czując mnie tuż za sobą. Crance przez ramię rzuca mi uśmiech. – Jesteśmy najlepszymi przemytnikami na Wybrzeżu – oznajmia z dumą. zręcznie unikając mojej zaczepki. czym zupełnie zbijam mężczyznę z tropu. ponieważ chciałam zabić ludzi. Nie odrywa wzroku od twarzy Crance’a.

Dostrzegam w nich szczery żal. nie jestem już szczurem. Jestem dziewczyną od błyskawic i przyświecają mi inne ideały. Podejrzewam. Ze wszystkich sił staram się nie zwracać na to uwagi i się skoncentrować. – Za co? – pytam szeptem. – Crance? Pomimo oślepiającej jasności oczy mężczyzny się rozszerzają. Ponieważ właśnie do tego się szykujemy. Do tego nagroda. co sprawia. wyrównanie rachunków. Powoli przesuwam się tak. Tak jest w całej zatoce. Doskonale znam smak zdrady. Cal robi dokładnie to samo. Wolność. pustej do tej pory dłoni wyskakują płomienie. – Dziś rano przysłali Eganowi jej palec. Znam takie życie aż nazbyt dobrze. żeby się zatrzymał. Za bardzo zaangażował się w wyjaśnianie tego. że zbliżamy się do bram miasta. Jesteśmy bandą p r z e s t ę p c ó w. Wierzymy w pieniądze… i w przetrwanie. – Urywa. My również stajemy i mam wrażenie. Delikatnie kładzie dłoń na ramieniu Crance’a. ale jeszcze jej nie wyjął. a być może stoimy tuż pod nimi. – Sumka nie do pogardzenia. kim jesteśmy. żeby stanąć tyłem do ściany i widzieć zarówno Crance’a. Farley. aby ponuro zagwizdać. przypuszczam więc. ale mimo to na myśl o niej żołądek znów podchodzi mi do gardła. Towarzysze Crance’a niespiesznymi ruchami wyjmują broń z ukrytych kabur. który świeci prosto w twarz Marynarza. który przebiega nad nami. że łomot naszych serc odbija się echem od ścian tunelu. nie samego. Mnie jednak nie trzeba zbyt wiele tłumaczyć. – Gdzie jest Melody? – mamrocze Farley. chociaż wycofał się z interesu lata temu. wszystko. sprawiedliwość. i determinację. połyskuje ostrym blaskiem. a z jego drugiej. co podsyca energię. która pcha mnie do przodu. nawet Krzywemu porwali dzieciaka. Nie odrywam spojrzenia od stojącej najbliżej mnie towarzyszki . pojawiają się i znikają niczym maleńkie fioletowo-białe błyskawice. dając mu znak. każda szajka straciła kogoś albo coś ważnego. Ostrze jej noża ze świstem przecina powietrze i odbijając ogień Cala. kim jest Egan. Dobrze znów ich dotykać. że przeszywa mnie dreszcz przerażenia. „Niezbyt dobre miejsce na walkę”. która we mnie drzemie. – Zabrali ją – mamrocze Marynarz.ciasno. – G d z i e jest Melody? – powtarza Farley. Piraci. zaczynam się czuć jak w grobie. wzmógł się w ostatnich chwilach. Marynarze. czuć ich czystą energię i moc. że Crance również ma broń. Ruch na Trakcie. Jednak zeszłam z tej drogi. W naszą stronę kierują się trzy lufy pistoletów trzymanych przez ludzi o zręcznych dłoniach i niecierpliwych palcach. – Wiesz. Po mojej skórze tańczą iskry. a ciało zamiera zmrożone strachem. co ma zaraz nastąpić. – Egan nigdy by ciebie po nas nie wysłał. jak i jego towarzyszy.

ale zanim zdążam o tym pomyśleć. huk wystrzałów mnie ogłusza. starając się zapanować nad mdłościami. że we mnie strzeli. Gdy Shade unosi pięść. Patrzę w tył. I którzy przeze mnie znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. że zostanę zasypana żywcem razem z Marynarzami. – Jak wygląda zasadzka? – warczy Shade. Sufit nad nami jest popękany. W najszybszą istotę na świecie. wygląda groźniej niż kiedykolwiek wcześniej. On jednak patrzy nade mną. jak gdyby zamierzał zdzielić przemytnika pięścią. Szukają cię nie tylko strażnicy i żołnierze. Przykro mi. moich iskier i latarki Crance’a niemal przegapiam szybki ruch oczu Marynarza. który drży i zaczyna się walić. ale ze wszystkich sił staram się skoncentrować uwagę na tym. Każda szajka przemytników i złodziei stąd aż po Delphie. Crance również spogląda do tyłu. Zamykam oczy. w stronę Crance’a i Farley. W mgnieniu oka kucam. którzy pomagają Calowi wstać. Towarzysze Crance’a celują w mojego brata. po czym padam na ziemię kilka metrów dalej. rozlegają się strzały. co najważniejsze – na belce podtrzymującej sufit. którego ściany i sufit drżą wokół nas. Cal odskakuje na bok. gdzie jeszcze przed momentem stał Królik. a ułamek sekundy później kule przecinają powietrze w miejscu. na stojącą obok mnie drewnianą podporę. Za nimi widzę ścianę betonowego gruzu i ziemi w miejscu. na Crance’a i Farley. podczas gdy ja kieruję kolejną kulę energii w spękany sufit. po czym wyjmuje pistolet. Przez jedną pełną napięcia chwilę myślę. która również wpatruje się we mnie z uwagą. pewnie przeraziłabym się. gdzie tunel zawalił się i przysypał troje Marynarzy. po czym otwiera usta i rzuca krótko: – Uciekajmy. – Ty sukinsynu! – woła Shade przesadnie głośno i zbyt dramatycznym tonem. My też. czuję na nadgarstku dłoń Shade’a. Wygląda. W dziwnym świetle płomieni Cala. dziewczyno od błyskawic. „Zaczyna się”. panno Barrow. Błyskawica uderza w podporę niczym ogromny pocisk. Spochmurniał i pomimo kuli. – Co dla nas przygotowałeś? – Nic. Crance zerka w lewo. . w głąb tunelu. ale tak to jest. Dla przyjaciół. lecz dla Farley i mojego brata. – Za ciebie. i dzięki temu skupia na sobie całą uwagę Marynarzy. aby rzucić ostatnie pożegnalne spojrzenie poległym towarzyszom. w niektórych miejscach kawałki betonu odpadły.Crance’a. zostawiając zwęglony kikut. których zdradził. Króliku. Gdybym miała czas na zastanowienie. złowrogie krakanie. Przeprosiny są przeznaczone nie dla mnie. odsłaniając czarną ziemię. uciekając przed spadającymi kawałkami betonu. Polują na ciebie. na której się wspiera. dniem i nocą. rozłupuje w drzazgi jej górną część. Głos Marynarza brzmi jak chrypliwe. co by ci się spodobało. Srebrni i twoi.

Biegnąc. królestwo podziemia. znowu w lewo. ale się nie wycofuję. wyciąga rękę. które zaciskają się na zawiasach. ja jednak koncentruję się na świecie. na energii płynącej w sieci przewodów elektrycznych i pulsującej w przetaczających się po drodze ciężarówkach. zmuszam się do jeszcze większego wysiłku. wymacują tunel dłońmi i stopami. wzbijamy obłoki kurzu. posyła w ich stronę falę żaru. Nad nami wyją ciężarówki kierujące się do miejsca. które zostały zaspawane. jak gdyby dolatywał z innej odnogi podziemnego przejścia. Jednak jak na ironię to Cal wyprowadza nas na powierzchnię. po czym z jego dłoni wyskakuje rozgrzany do białości płomień. Dobrze”. ścigani hukiem zawalających się kolejnych partii tunelu – zapoczątkowaliśmy reakcję łańcuchową. przeżarta rdzą metalowa krata. którą oglądałam w Panterze. Również . który nad nami tętni życiem. do góry”. Cal również ich nie lubi i gdy tylko gryzonie za bardzo zbliżają się do niego. Następna przeszkoda. który unosi się coraz wyżej. Wywrzaskiwane przez Crance’a komendy prowadzą nas przez tunele. Gdy docieramy do wejścia dla obsługi.Rozdział 14 „W lewo. „Robi się zamieszanie. ale wydaje się on cichszy. Tunele to specjalność Farley i Crance’a. w pomniejsze uliczki. prawdopodobnie chcąc ominąć zapadliny na drodze. Kilka z nich skręca gdzieś w bok. rozbrzmiewają ponad zwielokrotnionym przez echo tupotem naszych nóg. Pędzimy przed siebie na złamanie karku. Razem z nami uciekają szczury. książę nie potrzebuje żadnych komend. gdy ocierają się o moje stopy. Wysuwa się naprzód. w którym doszło do pierwszego zawału. Wzdrygam się. Szczury nie lubiły się gnieździć w Palach – wylewająca rzeka wytopiłaby je wszystkie – dlatego widok masy czarnych. te zaś powoli zaczynają się topić i przemieniać w olbrzymie czerwone krople ciekłego żelaza. Tańczy wokół jego palców. Zapadający się tunel znów drży. snop światła nie potrafi przeniknąć tumanów pyłu. W ten sposób tworzę własną mapę i w myślach porównuję ją do tej. Coraz bardziej otwieram się na energię. przysparza jeszcze mniej trudności i Cal odrywa ją w parę sekund. staram się jednak zapanować nad obrzydzeniem. które wyłaniają się z mrocznych zakamarków. metalowych drzwi. coraz więcej wyczuwam. wypełnia powietrze i po pewnym czasie latarka Crance’a robi się bezużyteczna. w prawo. Pozostali zdają się na dotyk. że słyszę trzask łamanych belek podporowych. oślizgłych futer przyprawia mnie o ciarki. jego bransoleta krzesze iskry. dobiega z niego trzask przypominający uderzenie pioruna. Raz czy dwa tunel zapada się tak blisko nas. smagając mnie nagimi ogonami przypominającymi cienkie liny. Doznanie to jest przytłaczające.

mimo że od lat działa w szajce. gdy rodzina królewska przyjeżdżała w te okolice. W końcu był tutaj nie raz. spoglądając w głąb tunelu. niemal tak samo niebezpiecznymi jak Srebrni żołnierze. I one. w której zostali Marynarze. – Słowa mnie nie ruszają. – Dlaczego? – Bida to teren Piratów. że z tej śmierci może narodzić się coś nowego.szczury zdają się wyczuwać. mieszkał na Morskim Wzgórzu zawsze. chcąc. – Mam gdzieś przysięgi. Tak samo robił. kiedy się wie. czeka tam kupa Marynarzy i drugie tyle strażników. Gdyby nie intrygi Mavena. żeby powłóczyć się po nabrzeżu i uliczkach. że zagrożenie przeniosło się gdzie indziej. Nie spodziewa się was w Bidzie i pewnie nie wysłał nikogo na przeszpiegi. . i my okazaliśmy się szybsi od śmierci. na rozgrzanym do czerwoności pręcie zostaje ślad jego palców. – Bliżej centrum się nie dało. że zdradzę albo Starego. Przemytnik. żebyśmy przeszli przez otwór po wyłamanych prętach. przez niego stali się jednak moimi wrogami. usiłując przykryć nim strach. i podczas jednego z takich wypadów się poznaliśmy. Zgoda na śmierć przychodzi łatwiej. albo swoją krew. opuszczałam ich. Przez dłuższą chwilę spogląda w ciemność. na zmianę otwierając i zaciskając pięść. być może pomogliby Czerwonej siostrze. ale też robicie. za wiele przeszłam. Kolejna szajka. Cal zna zatokę Harbor o wiele lepiej niż ja. pewnie oznaczona tatuażami wyglądającymi groźniej niż kotwica Crance’a. Gdy w końcu rozluźnia uścisk. ogarniają mnie jednocześnie obrzydzenie i ulga. żeby rozczulać się nad towarzyszami Crance’a. Czerwone świty i wszystkie te bzdury. Cal jednak się waha. żeby przybliżyć się do zwycięstwa. Coś w jego tonie mnie niepokoi. Zapewne byli jego przyjaciółmi. Teraz jednak jest inaczej. – Tak. stoi z jedną rozżarzoną dłonią wciąż opartą o żelazną kratę i nie rusza się z miejsca. Ale wy nie tylko gadacie. Gdy widzę ich małe przemykające pod ścianami cienie. „Piraci”. mieszkając w Palatium Słońca. – Bida? – pyta. Bez wątpienia tutaj również wymykał się czasami z rezydencji. Crance ponagla nas gestem. ponieważ przestają uciekać i z powrotem znikają w mrokach tunelu. – Crance potwierdza skinieniem głowy. a on pomógł ich zabić. Ja również sprzedawałam swoich przyjaciół. – Nie o to pytam – ciągnę władczym głosem Mareeny. Egan kazał was wyprowadzić przez Rybi Targ. wydaje się bardziej poruszony ode mnie. o których gadają tacy jak wy – mamrocze Crance. – Dlaczego nam pomagasz? Kilka miesięcy temu myśl o zmiażdżonych gruzem ciałach trzech osób pewnie nie dawałaby mi spokoju. I tak sobie myślę.

wierzę. gdzie każdy może zdradzić każdego. by nie pośliznąć się na wilgotnej piwnicznej podłodze. co dzieje się nad nami. w którym wszyscy możemy zginąć. Jego zęby połyskują w przyćmionym świetle. za to aż roi się od Czerwonych. który naciągnął na głowę doszyty do koszuli kaptur. bez trudu mógłby go wziąć za przygarbionego starca i nawet nie podejrzewałby. Tu. którzy targują się wrzaskliwie. Kupcy chcą jak najdrożej sprzedać. żeby wszystkie zapachy ulatywały wysoko w górę. jak bardzo się myli. brudniej. Zerkam przez duży zakratowany otwór w suficie i dostrzegam. A ja idę za nim. Mnie”. panno Barrow. którędy biegną drogi i sieć kabli elektrycznych. którzy często nie mają grosza przy duszy. Crance. aby go podtrzymać i pomóc mu iść. ale mapa i mój wewnętrzny zmysł wystarczają mi za przewodników. w stronę świata. na dole. a ja czuję się o wiele pewniej. a nie wpakować w następną. Nigdy wcześniej nie byłam w zatoce Harbor. majstrowie i tkacze. Nie czuję jednak dymu ani smrodu – Czerwoni są biedakami. Marynarz bierze nawet Shade’a pod rękę. nie ma Srebrnych arystokratów. idzie na czele. Gdyby ktoś przyglądał mu się z boku. Bida okazuje się kolejnym targiem. że śmierdzące ryby i wędzone mięso sprzedaje się na wyższych poziomach tak. Po czym przechodzi przez otwór po kracie i rusza w górę. w którym potrafię się poruszać. Wychodzimy na najniższym poziomie. Wyczuwam wojskowe ciężarówki przetaczające się w stronę fortu i światła Bidy.„Krew. tętniącym życiem tak samo jak Wielkie Ogrody w Summerton albo rynek w Palach. które niczym cienie wymykają się przez zapomnianą dziurę w ścianie. gdy wypowiada kąśliwe słowa: – Nawet szczury chcą wyjść z rynsztoku. gdy mam ją z tyłu. W świecie. Farley zamyka nasz pochód. Dzięki nim potrafię sobie wyobrazić. a każdy z nich próbuje wepchnąć swoje towary ludziom. Tutaj jednak jest o wiele biedniej. ale zamiast tego nabieram nowej energii – znów znajduję się wśród swoich i dodaje mi to otuchy. gdzie kończy się bezpieczny tunel. a ja umiem go wykorzystać. a jego swobodny marynarski chód zamienia się w kuśtykanie. Prostuję się i wśród zwielokrotnionych echem odgłosów naszych kroków zmierzam tam. chęć zarobku przesłania im cały świat. Mój brat nie musi zakrywać twarzy i skupia się głównie na tym. klienci jak najtaniej kupić. Nikt nie zauważa kilku postaci. Wiem. ale nie głupkami. że powinnam czuć lęk. uliczki. Na dodatek miasto to teren. Wiem. który znajduje się w piwnicy. to i tak . Wita nas labirynt kramów o zatłuszczonych płóciennych daszkach i woń stłoczonych ciał. zwykła codzienna krzątanina to doskonały kamuflaż. Tłumy. Chociaż wiele spraw trzyma przed nami w tajemnicy. otaczają nas różnego rodzaju handlarze. że będzie próbowała wyprowadzić nas z pułapki. „Idealna kryjówka”.

Zatłoczona. a wydrukowane pod nimi czarne duże litery układają się w napis: „POSZUKIWANI PRZEZ KRÓLA. czuję dziwne ukłucie żalu. „Królobójca”. jak gdyby miały zranić uwiecznioną na zdjęciu osobę do krwi. i – co gorsza – że jestem bezbronna. Zdjęcie na plakacie. tak gwałtownym. Wizerunek Cala nie został skopiowany z oficjalnego portretu. ale na tej tablicy bałagan Czerwonych został zasłonięty równymi rzędami stron pokrytych czarno-białym nadrukiem. na którym książę wygląda na silnego. Te plakaty z wizerunkiem Cala. w którym mnie utrwalono. Na kołnierzu być może widnieje jeszcze plama krwi. że idę na spotkanie śmierci. żeby ukryć rysy. jedna dla Cala. Moja fotografia – podobnie jak zdjęcie Cala – została zrobiona w Kościńcu. wycinki z gazet i klepsydry. znaleźć go!”. Wpatruje się w dwie znajomo wyglądające twarze. gdy stałam i słuchałam. Wątpię. jak pakują Lucasowi kulkę prosto w głowę. którą idziemy między straganami. „Ale ja też ich potrzebuję”. które wiszą najniżej. że książę rzeczywiście wygląda na mordercę. za TERRORYZM. Twarz Cala jest wynędzniała. znaleźć go. ponure. po czym zwijają je w kulki i obrzucają się nimi jak śnieżkami. Ktoś je uszył. pobazgrane odręcznym pismem. Poznaję moment. Było to tuż przed wyjściem na arenę. ziarniste. Minęło kilka miesięcy. pogrążona w półmroku uliczka. Mięśnie twarzy i karku ma napięte. Tylko jedno dziecko. ZDRADĘ i MORDERSTWO”. A spomiędzy nich wyziera nawołanie: „znaleźć go. ale przekaz listów gończych jest raczej jasny dla każdego. Wszystko to sprawia. aby kręcący się po Bidzie Czerwoni umieli czytać. Był ze mną Arven. które obserwowały nas nieustannie przed nieudaną egzekucją w Kościńcu. W tamtej chwili wiedziałam. Zwykle w podobnych miejscach wiszą karteluszki z rozmaitymi anonsami. Ja robię to samo – i całe szczęście. ktoś uprzędł nici i utkał ten szorstki materiał. zwinnym ruchem zwijam ze stoiska dwie ciemnoszare opończe. który tłamsił moją umiejętność. Twarze te są poważne. Książę szybko bierze ode mnie postrzępioną tkaninę.nieźle. dziewczynka o zmierzwionych czarnych włosach i bosych brązowych stopach. które spoglądają z kilkunastu dużych plakatów. zrobiła jedna z kamer. ale w miarę wyraźne. robiąc ze . w jego oczach zaś płonie niepohamowany gniew. Pod tablicą kręcą się dzieciaki. „Wygnaniec”. stoi nieruchomo i zadziera głowę. które może rozpoznać większość ludzi w królestwie. dostojnego i wytwornego przyszłego władcę. Słowa wydają się wryte w papier. Komuś są one potrzebne. Jedna dla mnie. ściągnięta żalem i rozpaczą. są podarte. które oddzierają kawałki papieru ze zwisających najniżej kartek. że niemal niemożliwym do odczytania. którym chce go zrobić Maven. już po paru chwilach prowadzi nas prosto pod tablicę ogłoszeń. odkąd ostatnio kradłam. po czym zarzuca ją na głowę i ramiona. Dlatego gdy szybkim.

wiedząc. po same ramię. za kim nikt nie chciałby pójść i kogo nie warto chronić. To zdjęcie nie przedstawia dziewczyny od błyskawic. zanim przerwano transmisję z egzekucji w Kościńcu. „Wszystko. – Zgarb się – szepczę. Niektórzy wiedzą. Powstańcie. że sam Maven wybierał obydwa ujęcia. Dziewczyna od błyskawic. Jeśli zacznie uciekać. Jednak niektórzy nie dali się oszukać. Mimo że bardzo chcę go dotknąć. musimy być gotowi – odpowiada Cal szeptem. i obwieszczają to światu napisami na plakacie: „Czerwona Królowa. Ona żyje. zdjąć z jego ramion chociaż część przygniatającego go brzemienia. Wyplątuje palec spod fałd opończy. niż przypuszczaliśmy. którzy przeciskają się przez ludzką kotłowaninę. Mimo to książę posłusznie opuszcza głowę i ramiona. To jednak może nie wystarczyć. Lustrują ciżbę bacznym wzrokiem. których obecność niepokoi mnie o wiele bardziej niż spojrzenia kamer. Oczy na liście gończym mam szeroko otwarte. szarpiąc Cala za nadgarstek. Przejście przez Bidę idzie nam łatwiej. wryte głęboko w ciało i duszę. Szturcham Cala. Targowisko Czerwonych nikogo ważnego nie obchodzi. Muszę zamrozić serce dla tej jednej osoby. uczepił się . Mam ochotę chwycić go za rękę. jakie wrażenie zrobią na poddanych. niemal muskając wargami moje ucho. dlatego na najniższym poziomie prawie nie ma kamer ani strażników. wyzierają z nich strach i rezygnacja. że mój brat pilnuje Marynarza. żeby ukryć swą prawdziwą posturę. Staram się unikać ich czujnego wzroku i chociaż wolałabym je po prostu wyłączyć. Jest na nim przerażona nastolatka. dlatego szybko cofam rękę. ale się powstrzymuję. Zmysł mam jednak cały czas wyostrzony. ale kilku zachowuje czujność. że ciarki przechodzą mi po dłoni i wędrują w górę. – Lepiej martw się o n i e g o. aby nieznacznym gestem wskazać Crance’a. żeby oderwał się od tych przerażających wizerunków.mnie zwykłą Czerwoną. która uparła się rozpalać w nim ogień. Muszę patrzeć prosto przed siebie i trzymać się z daleka od żaru upadłego księcia. Większość strażników wydaje się znudzona gorączkową krzątaniną Czerwonych. Czerwoni niczym świt! Powstańcie! Powstańcie! Powstańcie!” Każde słowo jest jak znamię wypalone gorącym żelazem. że byłoby to bardzo niebezpieczne. Książę natychmiast rusza i szybko dogania Shade’a i Crance’a. Widzę jednak. kim jestem. Nie wątpię. wiem. co robimy. nie mogę tego zrobić. których czarne mundury odcinają się wyraźnie na tle tłumu. Niektórzy zdążyli zobaczyć moją siłę. Z każdym kolejnym poziomem Bidy przybywa pilnujących porządku Srebrnych. dzięki czemu wyczuwam kilka obiektywów lustrujących plątaninę kramów i stoisk rzemieślniczych. chcąc. Tajemnicze awarie prądu z pewnością przyciągnęłyby uwagę strażników. moją błyskawicę. Dotyk jego skóry sprawia. może nie wystarczyć”. s z u k a j ą. Nie możemy jednak zatrzymywać się na dłużej pod tablicą oklejoną listami gończymi. Ktoś.

Nie muszę pytać Cala. zaczynają drżeć. Dotrze do Nowych z zatoki. dotrze do nas. skąd to wie. nie zrobił żadnego fałszywego ruchu. fachowo zbudowane i prowadzone. rozchwierutanych schodów. ale dobitnie. – Ty i ja wiemy o tym najlepiej ze wszystkich. Na dodatek uznaje moje milczenie za zgodę.mocno jego ramienia i chwycił go za koszulę. Nie mogę sobie na to pozwolić. w których od dawna nie miałam nic prócz solonej ryby i suchego prowiantu. żebym to ja wykonała wyrok. które prowadzą na główny poziom Bidy. że za niecałą minutę powinniśmy dotrzeć na szczyt krętych. że zdradził Marynarzy. który nosi przy sobie. – Każdy człowiek podda się sile Elary Merandus – odparowuje książę. schowane pod fałdami szorstkiej tkaniny. Jego twardy ton przypomina. Straciłby głowę za to. Moje dłonie. Stoiska i kramy są tutaj porządniejsze. – No to niech idzie – odpowiadam szeptem. – Zgodził się na śmierć trzech swoich towarzyszy. – Teraz już chyba do niczego więcej nam się nie przyda? – A jeśli złapią go Srebrni i wezmą na przesłuchanie. zrobi to w tej chwili. co musimy zrobić. Na nich rozpięto daszek z połatanego i pocerowanego płótna. Kilka z nich jest tak zwichrowanych od deszczu i śniegu. Jeśli chce uciec. „Jeśli”. Tak samo jak my nie ma do niego za grosz zaufania. Spuść głowę. iż ośmielił się mi . W powietrzu roznosi się zapach mięsa gotowanego w polowych kuchniach. – Za to ty patrz. Książę wsuwa rękę pod opończę i zaciska palce na nożu. żeby Crance wytrwał. Jeśli nawet gdzieś się wybiera. to kolejny Czerwony. które niemal oślepia nasze przyzwyczajone do ciemności oczy. Nad nami pochylają się stare drewniane belki. którego trzeba niańczyć. Ruchy tłumu wokół nas wskazują. że ledwie się trzymają. jakiej mi trzeba. Już teraz widzę nad nami ostatnie piętro targowiska zalane południowym słońcem. – Wątpię. że chyba się nie myli. że ślina napływa mi do ust. Ostatnią rzeczą. to na pewno za miasto. a przez to przynoszą większe zyski. co wtedy? – Cal mówi cicho. chociaż moja błyskawica uśmierca równie szybko jak ogień. a ja ze wstydem stwierdzam. Przez to jedno straszne słowo Cal chce zabić człowieka. Jeśli go dopadnie. – Nie ucieknie – Farley włącza się do rozmowy ściszonym głosem. Rozdrażniony Cal ze świstem wypuszcza powietrze przez zęby. żeby mnie ochronić. – Nie pamiętam nawet ich twarzy. – Przynajmniej nie ucieknie do Egana. aby zadbać o swoje bezpieczeństwo. Aromat sprawia. Żeby nie poczuł noża pod żebrami za to. by torturami można było coś z niego wyciągnąć. Przynajmniej jednak nie zmusi mnie. Modlę się. – Shade ma na niego oko.

– Szybciej – szepczę. stwierdzam z przerażeniem. Na głównym piętrze Bidy jest większy chaos niż na dolnych poziomach.pomóc. Jedwabiści czy Uciszacze. Dowodzą armiami. „Przynajmniej na razie”. lecz z przodu. ale ja lękam się czegoś innego. co wypatrzył w tłumie. Ku naszemu zdumieniu atak następuje nie z tyłu. „Stanowczo zbyt wielu strażników”. ale strażnicy. nie w coś. przez co jedna powieka zaczyna mi drgać. który leży w centralnym punkcie targowiska. wyprzedzając Cala i Farley. Na ogolonych głowach lśnią im zrobione białym tuszem tatuaże przedstawiające czaszkę i skrzyżowane piszczele. tropiąc nas niczym szczury. Dwóch zachodzi nas z lewej. Jest to zwykła buda. Więcej tu kamer. Dostosowuję zmysły do panującego tu rozgardiaszu. a dwóch z prawej. a następnie szarpnięciem powala go na ziemię i zrywa z siebie pelerynę. próbują nas otoczyć. Przewody są wadliwe. Omija wzrokiem moją postać. umożliwić p o l o w a n i e. W k o g o ś. Przyspieszam kroku. podpierająca się laską kobieta nie jest zgrzybiałą staruszką. Zręcznym ruchem zarzuca sękaty kostur na kark Crance’a. Pozostali Czerwoni najwyraźniej boją się bandy rzezimieszków. skupionych wokół posterunku strażników. zaciskając mocniej dłoń na ramieniu Crance’a. Najpotężniejsi Srebrni są daleko stąd. omija pozostałych i wbija spojrzenie w coś. Siłacze. miejscami iskrzą. którzy są zdolni wyrządzić nam prawdziwą krzywdę. żeby nie oszaleć. W innej sytuacji pewnie parsknęłabym na ten widok szyderczym rechotem. drzwi i dach kryty gontem. po czym marszczy brwi. – Ktoś nas śledzi – mamrocze. Mogą być wśród nich Zwinni. Zrzucam kaptur. żeby móc się im lepiej przyjrzeć. że nie będą tak silni jak arystokraci. co może nas spotkać ze strony kilkunastu strażników kręcących się przy posterunku. aby zrobić im przejście. Na jej głowie również widnieje wytatuowana czaszka. które polują na mysz. na którą wygląda. Ludzie od razu ich poznają i rozstępują się. Paru oprychów to pestka w porównaniu z tym. – Piraci. ale teraz wcale nie jest mi do śmiechu. Nad nami wyją światła tętniące nierównym pulsem z powodu nieregularnego dopływu prądu. i po chwili niemal depczę Crance’owi po piętach. nie patrzy jednak na mnie. bardzo podobna do pozostałych stoisk. Nietrudno ich dostrzec. Przygarbiona. Nie. tyle że wyposażona w pięć okien. Pocieszam się jedynie myślą. Shade spogląda przez ramię. . mieszanina dźwięków. a nie pilnują porządku na targowiskach. „Do diabła z ostrożnością”. Nie wypełniają jej jednak rozmaite towary. – Musimy iść szybciej. rządzą królestwami. Szeptacze tak potężni jak królowa Elara nie noszą zwykłych czarnych mundurów. Niwecznicy – Srebrni. Co najmniej czterech Piratów przepycha się przez tłum. obrazów i zapachów przyprawia o zawrót głowy. z którymi miałam do czynienia na królewskim dworze: Szeptacze.

Nie mogę go zostawić. – Kolejne zdanie ma metaliczny posmak . którzy nas śledzili. I zapłaci. usiłując powstrzymać okrzyk bólu. Brat zaciska zęby. Pięść sama mi się zaciska. Nie teraz. Shade. a archiwa w Siedzibie to jedyny sposób. Nic mnie stąd nie ruszy. – Twojej buźki nie znam. Stojący wokół gapie z ciekawością przypatrują się zajściu. – Siedziba Straży – szepczę. „Cal”. że lepszego obrotu zdarzeń nie mogliśmy sobie wymarzyć – to doskonały moment. nie mogę. Nie będę mogła wysłać iskier tak. żebyś wrócił do domu cało. żeby na długo ją zapamiętał. To nie my jesteśmy ich celem – n a r a z i e. Kilku z nich wyciąga nawet monety.– Targ Rybny jest dla ciebie za ciasny. „Nie kosztem Shade’a”. ale jakaś ręka chwyta mnie w pasie i wciąga z powrotem w tłum. „Ale nie możemy tu zostać. że nie może tego zrobić. – Musimy znaleźć Adę Wallace. Kupcy. To zbyt niebezpieczne. wszyscy oni jednacy – narzeka obok mnie jakaś kobieta. jak wtapiamy się między nich. widowisko denerwuje jednak chyba tylko ją. Biorę głęboki oddech i zaczyna do mnie docierać. Przygryzam wargę niemal do krwi. pragnę przywołać błyskawicę. tracą nas z oczu nawet Piraci. Marynarzu? – cedzi. W pierwszym odruchu chcę go odepchnąć i rzucić się bratu na ratunek. strażnicy zaś się nie wtrącają. a gra toczy się o najwyższą stawkę”. a posterunek strażników znajduje się parę metrów dalej. na tyle mocno. Widząc grymas cierpienia na jego twarzy. Nikt nie zauważa. ale wie. ale mimo to z jego piersi wydobywa się głośny jęk. gdy wszyscy na niego patrzą. Kobieta z czaszką smaga kosturem próbującego wstać Crance’a i zaraz obraca się do Shade’a. protestuje głos w mojej głowie. Kolejne uderzenie trafia Shade’a w zranione ramię. żeby się wymknąć. nawet on. ale zamiast niej czuję ogień. – Ale Egan pewnie zna. Gorący uścisk palców. przeskoczyć w bezpieczne miejsce. Skaczę do przodu. licząc na odrobinę rozrywki. Uderza go znowu. Nie mogę znów go stracić. Zatrzymuję się jednak i stoję w miejscu. żeby leżeć spokojnie i unieść ręce w geście poddania. że niczego tym nie zyskam. leci w dół razem z nim. usiłując opanować drżenie w głosie. choć niezdrowo. że mnie również przeszywa dotkliwy ból. patrząc. – Idź dalej – Cal szepcze mi do ucha. Mógłby zniknąć w mgnieniu oka. – Nie idę bez Shade’a. aby go nie zranić. kto wygra szykującą się awanturę. ale wiem. krzywię się i mam wrażenie. najwyraźniej obstawiając. – Głupcy i złodzieje. klienci i ulicznicy przyglądają się zajściu z rosnącym zainteresowaniem. który przez cały czas szedł wczepiony w przemytnika. Marynarzu – chrypi kobieta. który ma na tyle rozumu. żeby im pomóc. Stoją i patrzą ze skrywanym rozbawieniem. jak Crance ląduje plecami na ziemi. które łapią mnie za rękę.

oczy szczypią mnie od łez. żeby lepiej widzieć awanturę. Ci ludzie nie są w stanie go pokonać”. Brat pochmurnieje. Głos rozsądku brzmi niemal przekonująco. na obrzeża dzielnicy Czerwonych. o czym muszę zapomnieć. wyszukuje mnie wzrokiem i nasze spojrzenia się krzyżują. Znów się krzywię. po chwili dobiega mnie jednak głuchy łomot. jak wygląda jego królestwo pozbawione otoczki Srebrnego splendoru. zrobić to. wypełnione rybim smrodem i kłótniami. przyjmując kolejny cios na plecy. co mam do zrobienia. Nigdzie nie dostrzegam strażników. Odwracam się. Chcę się obejrzeć. taki sam jak ja. gdy uświadamia sobie. że nie przyjdę mu z pomocą. gdzie nas szukać. „Siedziba Straży”. – Znasz tę okolicę? – pyta Farley. jaki powinien być dobry władca. nie zdołali go nakłonić do zmiany poglądów. a małe. gdy ten po raz kolejny skręca w jedną z bocznych uliczek. To Nowy. Mimo to przytakuje skinieniem. Tłum wiwatuje i prze naprzód. * Uliczki otaczające Bidę również przypominają targowisko – są zatłoczone. rzucając księciu podejrzliwe spojrzenie. w którym trudno nie zahaczyć nogą o stertę śmieci albo żebraka. Widział głód i niesprawiedliwość. gdzie panują ścisk i ciasnota. Poruszam ustami bezgłośnie. żeby przekonać go. iż zmiana jest potrzebna. Przekonałam się jednak. „Bo n a p e w n o mu się uda. głośne. „Tak powinien robić dobry władca”. zanim laska kolejny raz opadnie z trzaskiem na jego plecy. których spotykał. W następnej chwili przepychający się gapie zasłaniają mi scenę bójki i tracę Shade’a z oczu. Żebracy i złodzieje. i zapomnieć to. gdy uda mu się stąd wydostać. powiedział kiedyś. w której oknach pomimo wczesnej pory widać sylwetki stałych bywalców. Mam nadzieję. Pewnie to jedno z jego ulubionych miejsc. niebezpiecznie nachylone w stronę ulicy domy rzucają cień. Książę zatrzymuje spojrzenie na drzwiach pomalowanych na rażąco jaskrawoczerwony kolor. – Musimy iść. że zrozumie. Dopóki jego własny świat nie zmieszał go z błotem – nie zrobił z niego sieroty. żeby zobaczyć. ale muszę iść przed siebie. – Czy jesteś tu tak samo zagubiony jak ja? Cal nie odzywa się. Prowadzi nas Cal. aby wiedział. Tym łatwiej wymknąć się nam z Bidy i zagłębić w zakamarki zatoki Harbor. kierujemy się na południe. miało wiele wad.krwi. Gdy leży na boku. Ci ludzie nie okazali się warci jego uwagi. Shade kuli się. Przechodzimy obok tawerny. których mogłaby przyciągnąć bójka gangów w Bidzie albo zapadający się daleko za nami tunel. zdrajcy . Niczego innego nie spodziewam się po dzielnicy Czerwonych. do których wymykał się niepostrzeżenie z Morskiego Wzgórza. zbywa wątpliwości wojowniczki krótkim machnięciem ręki. Chcę. że jego wyobrażenie na temat tego. ale to było za mało.

Teraz panuje na nim śmiertelna cisza. Ciała są rozebrane do naga. iż nikt . zwykłe drewniane kwadraty zawieszone na sznurku. „Ale go potrzebuję. „To nie ryby”. Kwiaty zostały spalone. Wiedzieli. dociera do mnie po chwili i pozostali też zaczynają zdawać sobie z tego sprawę. I nie mam w sobie tyle siły. – W większych miastach duże dzielnice Czerwonych mają swoje własne służby porządkowe. ja również mam kulę. ponieważ nie mamy innego wyjścia. Zasłaniam nos opończą. usiłując powstrzymać odór. Jednak podobnie jak mój brat. które wydałam? „To nie były twoje rozkazy”. Ponieważ potrzebny nam żołnierz i pilot. Tak przynajmniej sobie tłumaczę. żeby mnie zatrzymać. okna domów i sklepy są pozamykane na cztery spusty. Gdybym tylko potrafiła ją odrzucić. rozdętych twarzach. Umrzeć albo żyć po swojemu. niegdyś zapewne zielony i tętniący życiem. Pierwszy raz widzę takie wisiorki i skupiam na nich wzrok. Farley kręci głową. przypominam sobie. – Nie idźmy tam – mamrocze Cal. które wykorzystujemy do osiągnięcia celu. Jednak ta myśl nie potrafi zmniejszyć dręczącego mnie poczucia winy. wyciągając rękę. Idziemy za nim. Żeby uratować jak najwięcej żyć. Wąską alejką docieramy na niewielki skwer. Czy ci mężczyźni i kobiety nie przestrzegali godziny policyjnej? Odezwali się nieproszeni? Czy zostali powieszeni na mocy rozkazów. Potrzebujemy Cala do wyższych celów. Farley depcze mi po piętach. aby pozwolić mu odejść”. Sądząc po rozchodzącym się fetorze i chmarach brzęczących much. Postępuje krok w przód. żeby nie patrzeć w martwe twarze. Nic go nie zagłuszy. wokół szyj mają zaciśnięte pętle. żeby pozwolić księciu odejść i zemścić się na swój własny sposób. – To Czerwony Patrol – mówi. Nic wymyślnego. jest narzędziem. ale z krwi. Nic dziwnego. Gdybym była na tyle silna. Żeby z w y c i ę ż y ć. Tyle że nie jest ona stworzona z metalu. Chociaż jesteśmy daleko od Targu Rybnego. ale po namyśle zatrzymuje się. Z nagich drzew zwisają dziesiątki ciał o fioletowych. na której się wspieram. jednak schylam się i przechodzę pod nią. Pilnują ładu i przestrzegania naszych praw. kości i ognia. I ma brązowe oczy. że Piraci napadli na Crance’a i Shade’a na oczach wszystkich. ponieważ strażnicy tym się nie zajmują. ale nigdy wcześniej nie widziałam ciał w tak koszmarnym stanie.i wygnańca. podobne do siebie medaliony. zdobią je jedynie czerwone. ziemię pokrywa warstwa popiołu. powietrze przenika coraz ohydniejszy smród. – Środki Bezpieczeństwa? – zastanawiam się na głos. Zwłoki przestały na mnie robić wielkie wrażenie. ciała trochę tu już wiszą. gdy podążam jego śladem.

bezładna zbieranina faktów. w większości są to służący oznaczeni prążkowanymi czerwonymi bransoletami. że to niemożliwe. choć małych. Usmażyłam go. Siłacze. Pewnie idzie do rezydencji swoich panów. Gubernatorzy zarządzający regionem Wybrzeże. Razem z pozostałymi Srebrnymi miał urządzić pokazową egzekucję ze mną w roli głównej. Służąca rodu Rhambos skręca na zachód. „Jego ludzie”. kto tu mieszka. Zmuszam się do tego. że zapłacą – syczy przez gardło ściśnięte żądzą zemsty. a następnie wspina się po niewielkim wzniesieniu w stronę wzgórza górującego nad portem. Przyjdzie czas. żeby każdy wiedział. jak gdyby nie miał prawa wstępu na skwer. Część ma do ubrań przyczepione pasiaste emblematy w barwach rodu. Po tym. niemal uśmiecham się do tego wspomnienia. Ród Rhambos. zamiast zaskakiwać niespodziewanymi ostrymi zakrętami. ponieważ członkowie Czerwonego Patrolu nie żyją. – Zapłacą za to. – Powinniśmy ich odciąć – mówię. że tak właśnie jest. aby ich pochować. usiłuje ukryć łzy. Zrobili to przecież jego ludzie.ich nie ukarze. Mijanych na ulicach Czerwonych równie łatwo rozpoznać. a ja udaję. pewnie należy do tych Czerwonych. które zdołałam zapamiętać. któremu służą. * Im bardziej oddalamy się od Bidy. której nigdy nie zapomnę. Podczas Królewskiej Próby wystawili do walki chuchrowatą dziewuszkę o imieniu Rohr. Drzwi i okiennice tych budynków są pomalowane na nasz kolor. aż zaczęły mu piszczeć kości. jeden ze Szlachetnych Domów. Farley nie udaje się zachować zimnej krwi. Błyskawica tańczyła w nim tak długo. Budynki są wzniesione z kamienia lub gładkiego betonu i nie wyglądają tak. które łagodnie skręcają. chociaż wiem. tym bardziej uporządkowana staje się miejska zabudowa. które napływają jej do oczu. Gdy wracamy alejką. Powracają falą wspomnienia lekcji z panią Blonos. Posiadłość gubernatorska mieści się bez wątpienia w jednym z okazałych domów rozrzuconych wokół grzbietu wzgórza. jak gdyby miały się przewrócić przy pierwszym lepszym podmuchu silniejszego wiatru. Kilka domów starannie utrzymanych. W Kościńcu miałam do czynienia z innym przedstawicielem tej rodziny. Wąskie alejki przechodzą w ulice. Najbliżej mnie przechodzi dziewczyna z pąsowo-brązową plakietką – „Dom Rhambos”. Nie mamy czasu. żeby odwrócić się plecami do ohydnej sceny. że tego nie widzę. błękitne dachy i wysokie srebrne . nie możemy też narażać się na kłopoty. Cal czeka na nas w pewnej odległości. Do tej pory słyszę jego wrzask. W głębi ducha czuję. Tym razem już nie płaczę. która gołymi rękami mogłaby rozedrzeć mnie na pół. co widziałam na skwerze wisielców. czerwony. którzy osiągnęli sukces w wielkim mieście. Wszystkie mają nieskazitelnie białe ściany.

którą Czerwoni służący okupują godzinami ciężkiej pracy. Cal nie potrafi patrzeć na Wzgórze zbyt długo. Wydaje się ona zwieńczona całą konstelacją gwiazd. utraconą przeszłością.iglice zakończone ostroramiennymi gwiazdami. przypomina grubego kota wygrzewającego się leniwie za krystalicznym murem. To miejsce jest dla niego odległym wspomnieniem. lśniące mury – diamentowe szkło. Nagle ogarnia mnie chęć. Okna rezydencji skrzą się niczym szlachetne kamienie. Zza muru dobiegają zgrzyty i dudnienie świadczące o pracach budowlanych. a otaczają ją przezroczyste. do którego nie może wrócić. Ruszamy za dziewczyną krętą drogą pod górę. która nas łączy – oboje mamy takie miejsca. . zaraz jednak śmieję się w duchu ze swojej głupoty. Jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie mi przestąpić próg pałacu. który pochwycił moje spojrzenie. wykutymi tak umiejętnie. że w blasku słońca wydają się tańczyć. domem. w kierunku najbardziej okazałej rezydencji. które toczą się nie wiadomo po co z rozkazu Mavena. Tak samo jak w Pałacu Białego Ognia krawędzie dachu są wykończone złoconymi zdobieniami w kształcie płomieni. Posiadłość leży na samym szczycie. aby zwiedzić królewską rezydencję. – Morskie Wzgórze – mówi Cal. lśnią czystością. To chyba jedna z niewielu rzeczy. to nie inaczej niż w kajdanach.

które kryją się między pnączami obrastającymi mury lub za markizami w niebieskie pasy. Większość jest oznakowana symbolem armii – mieczem. Jest ich mniej. które przysiadły na gwiazdach zdobiących dachy. do jakiego domu należy dany samochód lub jaką osobistość właśnie wiezie. chroni nas chaos wywołany przez dwa krwawe zajścia. Ta część miasta jest cicha. gdy mija nas wojskowe auto. Jak na razie udaje nam się przejść niezauważenie. Gdy czuję na sobie wzrok ptaków. wtapiamy się w wędrujący nimi tłum Czerwonych. miarowe dudnienie dobiega ze wszystkich mijanych domów. Szerokim łukiem omijamy Morskie Wzgórze. które obwieszczają. O ile dobrze pamiętam. spokojna. Nie ma tu natomiast kamer ani ciężarówek przetaczających się głównymi ulicami. Cal idzie żwawym krokiem i wiem. poczynając od niepozornych dwuosobowych. Nawet wędrując bocznymi uliczkami. ani biało-granatowych kolorów rodziny Elary Merandus. Wyczuwam je także nad nami. które łączy Morskie Wzgórze i jego przyległości z ruchliwym portem oraz wrzynającym się w wodę Fortem Patriot. w przewodach. by uniknąć południowego słońca.Rozdział 15 Mewy. są za to bardziej lśniące i poruszają się szybciej. robi mi się nieswojo. patrzą. Skryte w cieniu kaptura oczy Cala rozbłyskują za każdym razem. Poniżej nas rozpościera się panorama całego miasta. że on również wyczuwa niebezpieczeństwo. w stronę tętniącej życiem głównej drogi. ekskluzywna i niebezpieczna. . która za chwilę stanie się przekąską. którego częścią jest Maven. na opancerzonych olbrzymach kończąc. Najbardziej wytworne są ozdobione barwnymi flagami. jest to odgałęzienie Traktu Portowego. na które wychodzą jedynie drzwi i okna pomieszczeń dla służby. Cal prowadzi nas spiesznie przez rejon. który nazywa Dzielnicą Gwiazd. Ku swojej uldze nie zauważam czerwono-czarnych barw rodu Calore. które wydaje się pomalowane na dwa kolory: biały i niebieski. Moją uwagę przyciągają z kolei pojazdy cywili. jak przemykamy się wśród chłodnych cieni. Im głębiej się w nią zanurzamy. po czym schodzimy w dół. jak gdybym była rybą. wyglądamy bardzo podejrzanie w kapturach i zniszczonych ubraniach. Z każdym krokiem wzmaga się również ciche pulsowanie energii elektrycznej. Przynajmniej nie muszę się dzisiaj szykować na najgorsze. w których mieliśmy swój udział. Trafna nazwa jako że setki okolicznych domów zwieńczone są kopułami ozdobionymi tym samym motywem. Po wyłożonych płaskimi kamieniami jezdniach przesuwają się rozmaite pojazdy. Gdy zaczynają się chodniki. tym większy ogarnia mnie niepokój.

okrzyków i śmiechów. słudzy i wielmożowie. ale pamiętam. zrobiona z brązu i srebra kształtem przypomina olbrzymią rybę. że z nadmiaru wrażeń kręci mi się w głowie. Pośrodku placu tryska fontanna otoczona rabatami białych i niebieskich kwiatów. Pomimo wysiłków obraz mapy. W pewnym momencie czuję. prowadząca do fortu brama. Wieczór Samotnej Gwiazdy to święto Srebrnych obchodzone na pamiątkę jakiejś bitwy morskiej sprzed kilkudziesięciu lat. na którym zbiegają się drogi prowadzące w górę. Teraz są zamknięte. pewnie zachwyciłabym się wrotami. Pod kryształową kopułą zawieszoną nad ogromnym placem przechadzają się robotnicy portowi i żołnierze. a jednocześnie zimne. Naprzeciwko nas znajduje się upstrzona migotliwymi cętkami. zmieniając świat w świetlistą mozaikę. Dla mnie nie ma .Przepychający się tłum sprawia. Wysoka na dwanaście metrów. na Morskie Wzgórze. W odpowiedzi Cal skinieniem głowy wskazuje chmarę ludzi i pojazdów tłoczących się przed nami. by nie stracić panowania nad iskrami. że wychodzą na most. – W mieście zaczyna się wtedy prawdziwe szaleństwo. Na mapie wyglądało na zwykły plac. Złodziejska natura podpowiada mi. – Daleko jeszcze? – szepczę. które mnie na ich widok ogarnęło. kwitnących pomimo jesieni. Rzeczywistość okazuje się jednak bardziej skomplikowana. okrutne i bezwzględne. że całe to zamieszanie sprzyja naszym planom. zaczyna mi się powoli rozmywać. za którym leży droga prowadząca do Fortu Patriot i w kierunku otwartego morza. naciągając kaptur głębiej na oczy. ale znad muru wystaje kilka ozdobionych gwiazdami wieżyczek. Niezliczone zakręty i rozwidlenia sprawiają. oraz łagodnym zboczem w dół. Na szczycie niewielkiego wzgórza w centrum miasta znajduje się budowla otoczona murem z białego kamienia i diamentowego szkła. uznając je za istne cudo. w stronę portowego nabrzeża i Fortu Patriot. Niebezpieczne. Samego budynku nie widać zbyt dobrze. Przełykam ślinę na widok wzniesienia. a Farley po lewej. – Masz szczęście. że powoli gubię się w tym wszystkim. wbijam więc wzrok w ziemię i staram się uspokoić oddech. jednak pomimo tego nerwy mam napięte jak postronki i walczę. które z pewnością jest samym sercem zatoki Harbor. Gdyby nie obecność dziesiątek żołnierzy i przerażenie. Nie mam siły ani ochoty mu odpowiadać. W tym punkcie krzyżują się i przenikają dwa światy królestwa: świat Czerwonych i świat Srebrnych. że idziemy zbici w grupkę. który przechowuję w pamięci. która podobnie jak pałacowe wrota sama w sobie jest dziełem sztuki. Cal po mojej prawej stronie. Promienie słońca rozszczepione przez kryształowy dach tańczą po ludziach i przedmiotach. Powietrze wokoło wibruje od trąbienia klaksonów. To miejsce jest piękne. które we mnie wzbierają. że nie przyszliśmy tu w Wieczór Samotnej Gwiazdy – mamrocze Cal zapatrzony przed siebie nieobecnym wzrokiem.

co chcemy zniszczyć. Wszystko. I nikt poza mną nie potrafi jej użyć. który wypływa mi na wargi. Jednak mimo że widzę. szelest jedwabiu. Białe surowe mury wyraźnie odcinają się od różnokolorowego tłumu przelewającego się u podnóża Siedziby. Strażników zieleni czy jakakolwiek broń. które prowadzą do tarasu otoczonego kolumnami rzeźbionymi w pokryte łuskami ogony olbrzymich ryb. z oczu wyziera twarde spojrzenie matki. a spokojne sadzawki to w rzeczywistości zapas amunicji dla Wodniaków. „NIECH ŻYJE KRÓL”. jednak zdobią go nie gwiazdy. jak pilnie strzeżone są wejścia do Siedziby Straży. Pewnie zamontowane na wypadek ataku z myślą o Żeleźcach. lecz iglice: dwumetrowe ostro zakończone żelazne szpikulce. wracając do rzeczywistości. Gdybym tylko mogła w pełni ją wykorzystać. by ukryć smutny uśmiech. który potrafi się odnaleźć w kryzysowej sytuacji i stanąć na wysokości zadania. Być może sztuczne ognie nad wodą i królewska uczta na zakończenie. którzy mogą je wykorzystać jako broń. bladą twarzą młodego władcy. Teraz ja zaczynam błądzić myślami. – Udało nam się. Bardziej niż straże przerażają mnie szarpane morską bryzą sztandary zwisające ze ścian. Jest ona potężniejsza niż umiejętności Żeleźców. Całe otoczenie budynku przypomina podręczny arsenał Srebrnych. Cal. Na chorągwiach widnieje nie srebrna włócznia – symbol Straży – ale Płonąca Korona. z których użytek mogą zrobić Strażnicy zieleni. Symbolizuje Nortę. Na głowie ma koronę ojca. – Nie martw się – dodaje książę. że jemu ta uroczystość nie jest obojętna. Tam leży Siedziba Straży. spleciona w kształt płomieni. Kolumny porośnięte są bluszczami i ciernistymi pnączami. Oczywiście nie zaniechano również zwykłych środków bezpieczeństwa. Przypomina ona piękną fortecę o oknach z grubego szkła i szerokich schodach. Cały budynek pulsuje źródłem mojej własnej mocy – energią elektryczną. Dach również jest błękitny. „Tego życia już nie ma. głoszą napisy pod surową. żarty z Mavenem. A raczej jego podobizna. i czuję na sobie piorunujący wzrok podobizny Mavena. Czarno-czerwono-biała. Budynek. Pełen aprobaty uśmiech ojca. Kręci głową. Ono już ci nie da szczęścia”. Muzyka. M a v e n a. co stracił.żadnego znaczenia. mieści się na skraju ruchliwego placu. Wszystko to. takich jak ulokowanie przed każdymi drzwiami uzbrojonych w karabiny strażników. który wskazuje. Spomiędzy zaś sztandarów z pozłacanych transparentów spogląda na nas on sam. nie potrafię powstrzymać uśmiechu. lecz godnie: silny książę. Gdybym tylko nie . Maven. Wygląda młodo. królestwo. Obchodził ją właśnie w tym mieście i pewnie wracają do niego wspomnienia. wieżyczek i kolumn w kształcie rybich ogonów. ale po wyrazie twarzy i zamyślonym spojrzeniu Cala poznaję. Patrolowane przejścia biegnące ponad diamentowo-szklanymi murami Morskiego Wzgórza łączą Siedzibę Straży z mieszkalną częścią królewskiej rezydencji. śmiechy.

Do tej chwili nie wątpiłam. Muszę przygryźć wargi. „Gdyby” i „jeśli”. lub choćby na własnych dłoniach. I chociaż boję się o brata. N i e p o z w o l ę. jest zbyt zajęty obserwowaniem systemu zabezpieczeń Siedziby. Mimo że usiłuję skupić się na tym. Nie znoszę tych idiotycznych słów. Chociaż może trzeba będzie urządzić mały pokaz fajerwerków.musiała działać skrycie. żeby nie wydać stłumionego okrzyku. że to on nie powinien ufać mnie. Powtarzałam to sobie. Każdy dom ma drzwi. – Wydaje mi się. – Poradzimy sobie. co mówi Cal. wyćwiczonym na niejednym targowisku spojrzeniem lustruję zatłoczony plac. Na próżno. że stoimy tu jak kołki. a ja rzuciłam go Piratom na pożarcie. którą z wielkim trudem udało mi się przed chwilą odzyskać. Co raczej nie przejdzie niezauważenie. żeby mnie dopadli. Może dlatego. Nie mogą mnie dopaść. jednak dotyk sztywnych palców nie przynosi ulgi. że nawet wy dwoje nie zdołacie tam wejść bez brata Mare. że wszedł do środka. j e ś l i nie zdołamy wejść do środka? J e ś l i nie zdołamy odnaleźć Ady i Wollivera? J e ś l i Shade nie wróci?” Ostatnia myśl boli mnie bardziej niż pozostałe. Kilka dni temu osłonił mnie przed kulami własnym ciałem. „Gdzie jest mój brat?!” – I co teraz? Czekamy? – pyta Farley. – Tylne wejście – oznajmiam. a w jej głosie również pobrzmiewa niepokój. że mu nie ufam. odkąd zostawiłam go w Bidzie. Cal nie zerka na wojowniczkę. „Co zrobimy. – Raczej nie – mamroczę z roztargnieniem. „Odkąd go opuściłam”. że do nas dołączy. Oczy ma szeroko otwarte. – Nikt nawet nie zauważy. Jeszcze w Naercey powiedziałam Shade’owi. Cal marszczy brwi. Potrafi się t e l e p o r t o w a ć. usiłuję rozmasować obolałe mięśnie karku. jednak nigdzie nie dostrzegam brata. mierzy nimi tłum w poszukiwaniu Shade’a. jest najszybszą istotą na tym świecie i kilku portowych zabijaków nie powinno być dla niego żadnym problemem. jak głupie myszy zahipnotyzowane morderczym spojrzeniem węża. . Nietrudno byłoby go zauważyć – w końcu ile osób w mieście kuśtyka i porusza się o kuli – ale mimo to przez dłuższą chwilę wytężam wzrok. Żołnierzom nie powinno się powierzać złodziejskiej roboty. Znienawidzone wyrazy zawisły w powietrzu i nie dają mi spokoju. świetlik albo zepsuty zamek. Chowam dłoń w kapturze. Zawsze można znaleźć jakieś wejście. coraz bardziej zaczynam się bać również o siebie. Nagle ogarnia mnie strach i zaczynam tracić resztkę opanowania. Zdaje się. Bystrym. ale oprócz nich posiada również okna. nie przestaję się martwić o Shade’a. tym razem to on nie nadąża za mną. – Lepiej poczekać na Shade’a – przekonuje.

– Potrzebny nam kontrolowany ogień – ciągnę. na potrafi się poruszać w bagnie. Książę wydaje się przygnębiony. że się ze mną zgadza. – To moi ludzie. aby nie podważać moich decyzji. prawda? – ostrzega nas. Ja potrafię. dlaczego wcześniej nie zdałam sobie z tego sprawy. Cal burczy coś pod nosem. gdzie jesteśmy i co zamierzamy. prędzej czy później. – Maven będzie wiedział. Dziś. – Nie możemy się dłużej czaić. – Ruszam przed siebie i skręcam z Traktu Portowego w boczną uliczkę. Znów odpowiada nam milczenie. Książę nie zna tego świata. gdy tylko usłyszy o zniknięciu Niksa. mam nadzieję. że znasz się na ich archiwach? Wojowniczka skwapliwie przytakuje. Dowie się. – Zwerbowaliśmy Niksa ponad dwanaście godzin temu. niezależnie od wszystkiego. co n i e b ę d z i e się rozprzestrzeniać. dziwiąc się sama sobie. ale Cal rzadko podnosi głos. – Słup dymu? – Książę blednie. wyrzucając z siebie plan. Kilku szeregowych Wodniaków nie powinno sprawić ci większych kłopotów. Nieważne. Oczy Cala pochmurnieją. I że nie ma do mnie na tyle z a u f a n i a. – Domyśli się. co to oznacza. – Wiecie. że muszę mu wszystko wyjaśniać. że będzie się kierował w stronę słupa dymu. ale idzie za mną. co zamierzamy. a ich twarde spojrzenie przypomina mi wzrok jego zmarłego ojca. czyja to sprawka. Poza tym Shade na pewno nas znajdzie.Za kilka minut… – Z każdą zmarnowaną sekundą Nowi są w coraz większym niebezpieczeństwie. Tak czy inaczej mało mnie obchodzi jego zdanie w tej sprawie. Czasami jego ciche słowa palą żywym ogniem. żeby ich powstrzymać. na jej twarzy widać coś na kształt dumy. a jeśli nawet… − pozwalam niewielkiej iskrze przemknąć wewnątrz półprzymkniętej dłoni − … będę tuż obok. że Maven nie kazał obserwować wszystkich osób z listy Juliana? – Kręcę głową. najpóźniej jutro. może nawet zniechęcony. że go nie ma. Myślisz. Obracam się do niego wściekła. zacznie się prawdziwa obława. który nagle wykluwa się w mojej głowie. – Po co taszczyć was ze sobą bez żadnego pożytku. Farley. Będą nas szukać we wszystkich miastach. w które musimy się wpakować. – Wystarczy. Cal – popiera mnie Farley. Mare – szepcze w końcu. żeby zabijać nas na miejscu. – Coś. jednak tym razem . Ktoś inny pewnie wywrzeszczałby mi to w twarz. do czego posuniemy się tutaj. jak gdyby miał do czynienia z dziećmi. dopóki nie znajdziemy wszystkich nazwisk. Zgłoszą to strażnikom. roześlą rozkazy. choć nie oznacza to. Może więc lepiej wyprzedzić ich ruch i uderzyć jako pierwsi? Cal milczy. Ktoś na pewno zauważył albo wkrótce zauważy. – Wreszcie – mamrocze. Ściana płomieni wystarczająco duża.

W jego żyłach płynie srebrna krew. najzwyczajniej w świecie. Jeden za drugim obiektywy ślepną. że o n mordował. którzy byli mu niewygodni. jednak słowo to jest tak gorzkie. że jestem inna. Posiniaczonym palcem znów wskazuję główną ulicę ozdobioną transparentami z wizerunkiem Mavena. choć nieco mniej okazałe. głos zamiera. – Tędy – oświadcza głośno i wyraźnie. Gdzieś w głębi duszy boję się. – Ale pamiętaj. aby zrobić ze Szkarłatnej Gwardii bandę terrorystów. jest silniejszy niż cokolwiek innego.wyczuwam w nich jedynie determinację. ponieważ ono po prostu nie istnieje. Gniew. Tyle że chyba ma krew w nieodpowiednim kolorze. Przed drzwiami . Chociaż jego uprzedzenia i lojalność wobec świata Srebrnych doprowadzają mnie do furii. – S r e b r n y c h – precyzuję. że dopniemy swego. ponieważ wiedzieli. chcę mu powiedzieć. Nie może znaleźć dobrego wytłumaczenia. co powinnam. Tylne wejście jest równie imponujące jak frontowe. Gdy skręcamy za róg. Cal jest hipokrytą. Moich ludzi… i twoich. Pragnie zemsty równie mocno jak ja. mimo że tak b a r d z o się myli. – Nie będę. – On też jest jednym z twoich ludzi albo byłby. panią Blonos. znaleźlibyśmy się w ogromnym niebezpieczeństwie… Słowa więzną mu w gardle. gdyby go złapali. Pomógł uśmiercić własnego ojca i skazał na śmierć brata. aby była mi posłuszna. – W takim razie nie zabijaj – cedzę przez zęby. wytężam zmysł i koncentruję się na kamerach zamontowanych wzdłuż muru. co najdroższe. nie mamy na to już czasu. że kieruje się w życiu zasadą s p r a w i e d l i w o ś c i. Z uśmiechem sięgam po ich energię i sprawiam. pokojówki – ci biedacy nie żyją. Nie potrafię dać mu odejść. Dlatego musimy go zniszczyć. Wmiesza się w miejski tłum i zniknie. obchodząc Siedzibę Straży naokoło. I wiem. On jednak tego nie robi. Maven wymordował wszystkich dworzan znających moją prawdziwą naturę. Koniec z szeptami. Powoli kręci głową. chociaż twierdzi. nawet jeśli mielibyśmy poświęcić wszystko. że Cal odejdzie. a zarazem pozbyć się tych pobratymców. A teraz wszyscy twoi idą za nim i będą zabijać w jego imię. – To nie to samo. który go trawi. aby odnaleźć własną drogę i spokój umysłu. – A jeszcze niedawno byłeś gotowy uśmiercić Crance’a – ciągnę bezlitośnie. który poświęcił życia Srebrnych. że nie przechodzi mi przez gardło. Odejdź. prawda? – To… – książę się zacina. gdybyś został królem. nie potrafię zrobić tego. – Nie będę zabijał… swoich. w piersiach bije srebrne serce i nigdy nie wystąpi przeciwko swoim w obronie innych. – Nie będziesz zabijał Srebrnych. Gdyby uciekł. Lucasa.

który trzyma pod kurtką. który nachyla się do jednego ze stojących na podeście kolegów i coś mamrocze. Zawodziciel. ale żadnemu z nich nie przychodzi do głowy. Kiedy jednak nie reagujemy. Strażnicy wybuchają gromkim rechotem. młody chłopak o skośnych oczach i wydatnych kościach policzkowych. – Znów rozlega się salwa śmiechu. aby nie było widać mojej twarzy. wzrusza tylko ramionami i zerka na jedną z kamer zamontowanych w rzędzie wzdłuż muru nad nami. jak gdyby odprawiał wytresowane psy. czystym głosem. na szerokim podeście stoi zaledwie czterech uzbrojonych strażników. wbijają się w uszy niczym igła. gdy zatrzymujemy się przed schodami prowadzącymi do tylnego wejścia. po których można poznać rody. Stalowe drzwi Siedziby się otwierają. Jednak ten. Obok siebie czuję narastające ciepło i kątem oka dostrzegam. z których pochodzą. – Straż nie zajmuje się takimi jak wy. chociaż kark mam lekko zgięty tak. Srebrni strażnicy mają Czerwonych za nic. z rodziny bez większych tradycji i o umiejętnościach słabszych niż inni. Z zadowoleniem stwierdzam. patrząc po sobie z rozbawieniem. Posyłam wojowniczce znaczące spojrzenie. Dłoń Farley zaciska się na nożu. – Jazda stąd – ciągnie Zawodziciel. – Czy może mam was wszystkich aresztować za bezprawne wkroczenie na teren strzeżony? Spodziewa się. Pozostali trzej to Zawodziciel z domu Marinos. Mroźny z rodu Gliacon i Siłacz Greco. Na ramionach mężczyzn dostrzegam kolorowe opaski. – Słyszałem. że żaden nie nosi biało-czarnych barw domu Eagrie. aż jego oczy przypominają czarne szparki. W obecnej . Oczywiście żadne z nas nawet nie drgnie. Idź do Czerwonego Patrolu. Czerwone szczury. spluwa nam pod nogi. – Jego słowa sprawiają ból. nic dziwnego zresztą. mruży powieki. że Cal zaciska pięści. – Chcę złożyć skargę – oznajmiam wysokim. że po tej groźbie czmychniemy niczym stadko spłoszonych kur. Zawodziciel postępuje nawet parę kroków do przodu i staje tuż nade mną. oraz ich umiejętności. co się stanie w najbliższej przyszłości. który otrzymał wiadomość. żeby nie rzuciła się na nikogo nie w porę. a pozostali mu wtórują. Wypolerowane. Udaje mi się pochwycić słowa: „zepsute” i „kamera”. machając do nas ręką. Nie widzi żadnego problemu. wychodzi z nich kolejny strażnik. aby się wyprostować. że ostatnio r o z k ł a d a s i ę na Gołym Skwerze – kończy z odrażającym rechotem. Chichot Zawodziciela boleśnie pulsuje w moich uszach. lśniące karabiny wydają się im ciążyć. „Nowi rekruci”. – Spadać stąd. Widzą nas. Jeden z nich w ogóle nie ma opaski – to Srebrny wywodzący się z niskiej klasy. dając jej do zrozumienia. dzięki czemu nie zdołają przewidzieć.z plecionej stali. Zwracają na nas uwagę dopiero.

Zanim Zawodziciel zdąża wydać kolejny wrzask. zrzucając z siebie opończę. po czym wyciąga przed siebie drżący palec. zmęczona. w kierunku mózgu. Na ułamek sekundy wnikam we wszystkie żyły i nerwy. aby strażnicy mogli w nim rozpoznać księcia. W końcu do niedawna uważał go za bohatera. a jednak Zawodziciel wzdryga się. i w górę. który wypływa mi na wargi. W tym samym momencie strażnik zwala się z nóg. jak syczą i strzelają. Płynie we mnie czerwona. aby uniknąć ogłuszenia jego wyciem. Słysząc. zapadając w głęboki. mała i głodna. po czym rozbiegają się w dół. Oszołomieni strażnicy poruszają się powoli i niezbornie. usiłuje odzyskać zimną krew i wyszarpać z kabury pistolet. poraża go prąd. a nie okrutnym bydlakiem. – Możesz spróbować – oświadczam. Jego . gdy wokół moich dłoni zaczynają tańczyć iskry. które rozchodzą się w jego ciele niczym gałęzie drzewa. na której powoli rozlewa się przerażenie. Cal roztapia je ognistym pociskiem. Cal idzie w moje ślady i teatralnym gestem rozrywa opończę. którego przez całe życie podziwiali. Jego dłoń błyskawicznie pokrywa się lodem. zanim przemieni się w bezładną kupkę pod moimi nogami. które lecą w moją stronę. – To… to ona – wykrztusza stojący za nim Mroźny. Iskry wskakują mu na kark. Mimo to nadal stoimy w miejscu. a nie za potwora. pewnie zrobiłoby mi się go żal.chwili aresztowanie praktycznie oznacza wyrok śmierci. Nie prezentuję się nadzwyczajnie. Na mój widok nikt nie powinien dygotać ze strachu. Jego usta otwierają się i zamykają bezgłośnie. trzepocze niczym skrzydła. Strażnik stojący w drzwiach ma najwięcej zdrowego rozsądku i szybko chowa się we wnętrzu Siedziby. – Książę! – Siłacz wydaje stłumiony okrzyk. Wie. – Aresztować ich! Aresztować! – wrzeszczy. gorąca krew. Zawodziciel pierwszy dochodzi do siebie i łapie za broń. kim jest dziewczyna od błyskawic. Nie trafiają jednak celu. Wie. zahacza nogą o jeden ze stopni i zatacza do tyłu. błyskawicznie się obracam i dostrzegam chmurę lodowych odłamków. Cofa się. jaka siła drzemie w poobijanej kościstej postaci. Siłacz boi się do nas zbliżyć. Jego bransoleta krzesze iskry i w następnej sekundzie rozerwana opończa zajmuje się ogniem. nabieram jeszcze większej pewności siebie. przemieniając się w płonącą flagę. Pozostała czwórka nie przysparza nam trudności. Z satysfakcją patrzę mężczyźnie prosto w twarz. mroczny sen. do serca. którym celuje we mnie. Mam brązowe włosy. Nie potrafię powstrzymać znaczącego uśmiechu. od którego w budynku za nami pękają szyby. Szary materiał zsuwa się ze mnie i przez chwilę. orzechowe oczy i śniadą skórę. Czuję mroźny powiew. Stoi bez ruchu i przygląda się Calowi jak zauroczony. a którego teraz kazano im się bać. a my pochylamy się nisko. Gdyby Zawodziciel był zwykłym idiotą. Jestem posiniaczona.

Było to czyste. zanim zatrzasną się nam przed nosem. Z westchnieniem bierze ją pod rękę i ciągnie po schodach do wejścia. rzucam ostatnie spojrzenie w stronę nieba. Jednak tam byłam niemalże księżniczką. Srebrny okazuje się Psychikiem. aby ofiar śmiertelnych było jak najmniej.płomień nie gaśnie. zostawia czarną robotę mnie. we własnych dłoniach. abym mogła dokończyć dzieła. spokojny wdech. Wystrojona w jedwabie paradowałam w towarzystwie Juliana. który śpiewem nakłaniał wszystkich wokoło. Odpiera cios za ciosem. Ostatni strażnik. i teraz mężczyzna rzuca się na podeście niczym ryba wyciągnięta z wody. której dreszcz wyczuwam w światłach. eleganckie przejście. Na szczęście błyskawica nie po raz pierwszy okazuje się równie skuteczna jak ogień i zostawiamy w tyle . naciera na Mroźnego i Siłacza. Udaje mi się je złapać. żeby uratować Farley i Kilorna przed pewną śmiercią. że wojowniczka ląduje na ziemi parę metrów dalej. Trochę mocniej telepie Zawodzicielem. dokąd iść. dlatego radzę sobie z nim z łatwością. łamiąc Zawodzicielowi nos. Cal przechodzi nad nieprzytomnymi strażnikami. ale niezbyt zdolnym. * Ciemne korytarze i nieczynne kamery przypominają mi wydarzenia z Palatium Słońca. wentylowanego wnętrza budynku. Porażam Srebrnych szybko i sprawnie. ale nie atakuje. ogarnia mnie nagły przypływ energii. ten nieoznaczony. W Siedzibie Straży nie pójdzie tak gładko. a sam uchyla się przed ciosami. ponieważ tylko on wie. Parę sekund później leży obok swoich kolegów. a jego mięśniami wstrząsają lekkie drgawki. pogrążając salę w ciemnościach. Książę powstrzymuje żądną odwetu wojowniczkę. Gdy cała wślizguję się do środka. Wszystko to trwa zaledwie chwilę. którego poczęstowałam dodatkową dawką prądu za jego złośliwość. jednak gdy ktoś staje nam na drodze. Farley zaś każdego mijanego Srebrnego umyślnie kopie prosto w żebra. Tutaj możemy jedynie starać się. ale powoli się zamykają na masywnych zawiasach. w kamerach. Jak na osiłka porusza się całkiem żwawo i z powodzeniem unika miażdżących uderzeń Siłaczy oraz spadających nie wiadomo skąd razów Zwinnych. i wsuwam ramię do chłodnego. obydwaj padają na ziemię bez przytomności. Prowadzi nas Cal. po czym okrąża ich i pilnuje. Drzwi do Siedziby są nadal otwarte. Biorę głęboki. nikomu nie spadł włos z głowy i nie polała się krew – niczyja prócz mojej. po czym wyłączam wszystkie urządzenia elektryczne. po czym wchodzę w głąb Siedziby i zatrzaskuję za nami drzwi. aby poddali się naszej woli i służyli nam pomocą. książę zdaje się na nas. – Za Patrol – cedzi. Farley chwyta go za szyję. wczepia się palcami w uchylone stalowe drzwi. zanim ta narobi jeszcze większych szkód. on jednak zrzuca ją z pleców z taką siłą. Gdy wszyscy są już wewnątrz. kiedy to wślizgnęliśmy się do pałacowych lochów.

Obiecał nas ochronić. nie potrafi spojrzeć za siebie. które z niej dochodzi. Farley również nie bardzo się tym przejmuje. gdy raz po raz zanurza długie ostrze w sylwetkach wyłaniających się z mroku korytarza. Farley powoli kręci głową. Jeden z ekranów włącza się. – To tu. Przesuwa palcami po ekranie. – Czy Wasza Wysokość może nam pomóc? . na masakrę. Całe urządzenie pulsuje od zakłóceń. aby tutaj dojść. co widzę. które dostałam od Juliana. na którym wyświetlił się tekst. wyciszam oddech i siebie. – Nie do wiary – szepcze wojowniczka. Nigdy wcześniej nie widziałyśmy takiego cuda. – W Błotach nie ma nawet poczty. staje się miarowe. Wyważamy drzwi. – Farley. którą urządziliśmy. nieco śmielej. gdy będziemy przeszukiwać archiwum. ale w wirze walki nie jestem w stanie kontrolować mocy każdego wypuszczanego pocisku i być może parę osób przypłaciło starcie ze mną życiem. szybko kładę więc dłoń na chłodnym metalu. Patrzy prosto na drzwi. nawet nie potrafiłyśmy wyobrazić sobie czegoś podobnego. Maszyna również się uspokaja. Sztylet wojowniczki ocieka srebrną krwią. Wewnątrz spodziewam się zobaczyć stosy papierów. a następnie pojawiają się na nim napisy. buczenie. niepewnie wyciągając przed siebie dłoń. Duży napis głosi: „Rejestr Ludności”. Za nimi wyczuwam jednak coś niezwykłego. – Nie mieli tego w Błotach? – pytam. ukazując zamazany czarno-biały obraz. jak udało jej się odnaleźć adres Niksa w wiosce. włącza kolejne przyciski. – Z uśmiechem naciska jeden z wielu guzików zamontowanych poniżej jaśniejącego ekranu. Kładę dłoń na jej ręce.kolejne ciała. mało mnie to obchodzi i z tego. gdy wreszcie docieramy do celu i stajemy pod niczym niewyróżniającymi się drzwiami. Potężne urządzenie pulsujące energią elektryczną. zastanawiając się. tworząc wokół nas ognistą tarczę. że ci wszyscy ludzie są tylko nieprzytomni. Ekran mruga i za każdym razem pojawia się na nim inne pytanie. W następnej chwili z jego dłoni tryskają płomienie. Powtarzam sobie. powoli składa litery. i dotrzymał słowa. ekranów wideo i pulpitów sterowniczych. – Wybacz – odpowiada. Farley i ja wydajemy stłumiony okrzyk. pod nim zaś mieści się mniejszy nagłówek: „Region Wybrzeże. stan Regencki. Archiwum – oznajmia Cal. światełka przestają migać. gdy widzę przed sobą ścianę mrugających światełek. a co dopiero takiego ustrojstwa. Wojowniczka chichocze jak dziecko i nie przestaje klikać. które wprowadzam. Prawdę mówiąc. dlatego otwieram szeroko oczy ze zdumienia. Zaraz potem. półki uginające się od zadrukowanych stron podobnych do tych. Norta”.

ale . Ekran na chwilę ciemnieje. którego szukasz. Znam jej datę i miejsce urodzenia. Pojawia się nawet zdjęcie. Z napisem „szukaj”. zaznaczywszy pierwszą ramkę. jeśli kiedyś jeszcze go zobaczę. ale w końcu urządzenie znów buczy. Farley razem ze mną omiata spojrzeniem ekran. Idzie mi to strasznie wolno. Palce mi drżą ze zdenerwowania. – Pokazuję palcem poszukiwany przez nas fragment i czuję nagły przypływ radości. – Gotowe? – krzyczy Cal spod drzwi. Adres: plac Nadwodny. – Niebieski klawisz. wiem również o wyróżniającej ją mutacji krwi. wypatrując strażników. które zrobiono do identyfikatora. Koncentruję się na tekście. Mimo że zdjęcie jest małe i niezbyt wyraźne. Urządzenie wypluwa kartkę z informacjami na temat Ady. przebiegam wzrokiem po danych na temat Ady. wyskoczy papierowy wydruk – poucza mnie Cal. „wyszukaj miejsce”. pracodawca: gubernator Rem Rhambos. Najwyraźniej któryś ze strażników zderzył się ze ścianą ognia. słysząc kolejny wystrzał. – Wiem – mówi Farley i stuka palcem w przycisk „drukuj”. pracodawca: Browar Galt. Z następnym nazwiskiem idzie nam szybciej. dzielnica Kanałowa. gdy rozlega się przeraźliwy wrzask. jest zbyt skupiony na utrzymaniu płomiennej tarczy. przynajmniej w tej sprawie. po czym wyświetla kolejny tekst. „Zawód: pokojówka. znów naciskając klawisze. Pojawiają się na nim trzy ramki z napisami: „wyszukaj nazwisko”. – Ta maszyna obsługuje nie tylko zatokę Harbor. przerywa jednak. Wzdrygam się. – Jest. naciśnij „drukuj”. Szybko uderzam w klawisz z napisem „wybierz”. wyziera z niego smutek. Adres: skwer Wojskowy przy ulicy Charside. – Wpisz imię i nazwisko. „wyszukaj rodzaj krwi”. – Pospiesz się. Dostrzegam przycisk szybciej niż Farley i naciskam go. Dawno nie czułam się tak uszczęśliwiona. potem naciśnij „dalej”. szukając potrzebnych nam informacji. Będę musiała uścisnąć mu dłoń. Czyli Crance nie kłamał. cały czas rozgląda się po korytarzu. zatoka Harbor”. Prędzej czy później pojawią się Wodniaki i strumienie wody zaleją ścianę ognia. W następnym momencie pada strzał. ekran miga trzykrotnie. a ja w duchu dziwię się głupocie Srebrnego.Cal nie odsuwa się od drzwi. gdy usiłuję wypatrzeć na klawiaturze litery potrzebne do wprowadzenia napisu: „Ada Wallace”. po czym rozświetla się na niebiesko. któremu przyszło do głowy przebić płomienną tarczę zwykłą kulą. Zawód: kupiec. w jego głosie wyczuwam napięcie. Przez chwilę przyglądam się Nowej. „Wolliver Galt. patrzę na jej złocistą skórę i łagodne oczy. – Prawie – mamroczę. Gdy wyświetlą się dane. dzielnica Trzech Kamieni”. prawda? – Cal nie odpowiada.

co potrzeba. Zaciskam pięść i posyłam w jej kierunku falę rozedrganej energii. Szybko wyciągam kartki z dłoni Farley i wtykam je razem z pozostałymi papierami pod kurtkę. co nie pozwala mi się cieszyć z naszego sukcesu. Ściana za mną eksploduje. Przekazujemy sobie listę. po czym zmusza go. To nieuniknione. ale jest coś. rozszerza się i znów jesteśmy za nią bezpieczni. – Gotowe? – Cal powtarza pytanie. aby cofnął się przez wybitą w murze dziurę. szkło pęka. Wojowniczka uderza głową o szybę. Płomiennym pociskiem odrzuca Twardoskórego do tyłu. Wojowniczka wciąż trzyma w dłoni papier. jej oczy mętnieją. Powinna rozpierać mnie z tego powodu radość. A my poruszamy się tak powoli. Z uśmiechem wyjmuję z kieszeni książeczkę i otwieram na stronie. ginie. który wychodzi z maszyny. Ściana ognia rośnie. Cal wpada do pokoju niczym rozjuszony byk. Nigdy w życiu nie zdążymy ich wszystkich odnaleźć na czas. przygważdżając Farley do okna po drugiej stronie pomieszczenia. Kartki. zapominając o obietnicy. którą złożył sam sobie. Niektórych Nowych stracimy. bliźniaki z Wysp Prostych i tak dalej. żeby ochronić je przed ogniem. zawierają wszystko. Przytakuję skinieniem głowy i spoglądam na migoczące urządzenie.i tak wiem. że się nie mylę. po czym z werwą stuka w klawiaturę obok. czego szukaliśmy. jego oczy żarzą się jak węgle. a ekran nad nią budzi się do życia. Niedokończony wydruk ciągnie się za nią niczym biała flaga. Dziewczyna ze slumsów Nowego Miasta. uwalniając Farley. Tylu ludzi do uratowania”. – Poddać się! – ryczy Twardoskóry. na której zaczyna się lista. który pędzi przed siebie jak taran. . urządzenie przepala się. Sprawdzamy każdą osobę z Wybrzeża. – Farley. jeśli dalej będziemy działać tak jak do tej pory. wpisujemy kolejne imiona i wyjmujemy z urządzenia wydruk za wydrukiem. W tej samej chwili czuję żar. Tymczasem książę. co zamierzam zrobić. robi się w niej wyrwa przypominająca lej po wybuchu bomby. które układają się na podłodze w niewielki stos. który tylko czeka na sygnał do zabawy. Z otworu w chmurze pyłu wyłania się mężczyzna o szarej przypominającej kamień skórze. Wojowniczka zrywa się ochoczo niczym szczeniak. a ślad po tym. – Gotowe. W następnym momencie z ekranów i mrugających guzików tryskają snopy iskier. „Tyle nazwisk. a jest ich w książeczce aż dziesięć. rozprawia się ze Srebrnym. żeby dotrzeć do Nowych z listy Juliana. Nie pomogą nam nawet odrzutowiec. Na chwilę. Rozmyślania przerywa mi straszliwy huk. przelatuje mi przez głowę. siedemdziesięcioletnia staruszka z Kankordii. stań przy drugim ekranie i bierzmy się do roboty. archiwa i tunele Farley. W następnej sekundzie Srebrny rzuca się na Farley i łapie ją wpół. jak gdyby wiedziała. który rozlewa się po całym archiwum. która powoduje przeciążenie obwodów. Maszyna buczy smutno. „Twardoskóry”.

zamyka je. że znaleźliśmy się w potrzasku. gdy posłuszne jego gestom płomienie kończą spawanie. tylko d o k ą d ? Cal krzywi się. ale okazuje się. Opuszcza rękę dopiero wtedy. Płomienie i błyskawica roztrzaskują grubą szybę. ale Cal chwyta mnie za kołnierz i pomaga utrzymać równowagę. Mimo to wojowniczka nadal trzyma się na nogach. – Dalej! – ryczy Cal. po czym wskazuje wyfroterowany parkiet pod naszymi stopami. nie rozluźniając uchwytu. Raczej nie są to okrzyki powitalne. dolatują nas głosy strażników. ale wydaje się równie złowroga. Nie mam czasu na zastanowienie. zatacza się i przykłada rękę do głowy. Spadamy razem z nią na niższy poziom. – Cal…? – pyta.Farley odchodzi od okna. Farley staje jak wryta. dźwigając się na nogi. spogląda na zaspawane drzwi i na pomost za nami. a potem jeszcze jedno piętro w dół. że upadek nie zakończył się szczęśliwie. Metalowe drzwi widniejące na końcu pomostu otwierają się. ciągnie mnie za sobą w stronę okna. najbardziej oczywiste wyjście ewakuacyjne. – W dół. po czym zdecydowanym ruchem dłoni rysuje w powietrzu kształt prostokąta. – Chyba pora uciekać. a w jej głosie pobrzmiewa niepewność. świadczy o tym. Mdlące plaśnięcie. Podłoga trzeszczy i w następnej sekundzie załamuje się pod nami. Równie zniechęcające jak wysokość są odgłosy dobiegające z zewnątrz: krzyki i tupot maszerujących oddziałów. Królewska rezydencja jest mniej okazała niż Pałac Białego Ognia. . książę jednak ją ignoruje. Wygląda na to. Nie musi mi mówić. Odgłosy naszych stóp dudnią na łukowatym pomoście łączącym Siedzibę Straży z Morskim Wzgórzem. – Zgoda. Zerkam przez okno. co dalej. z jej wargi sączy się krew. Kolana uginają się pode mną. Płomienna kula wypala dziurę w wymyślnym drewnianym parkiecie. tymczasem jednak skok w czeluść okazuje się zwykłym susem na przebiegającą tuż poniżej okna kamienną kładkę. I Cal zna ją dobrze. Zanim Srebrny zdąża zareagować. a po chwili przez okno wyskakujemy my. a później. ale spodziewam się najgorszego. wojowniczka popycha go i zrzuca z pomostu. Farley zeskakuje zaraz za nami i z rozpędu wpada na zdumionego strażnika. Zanim jednak na pomost wychodzi pierwszy Srebrny. aby wyskoczyć. Cal uderza w drzwi ognistym pociskiem. po czym przebija się przez twarde podłoże pod spodem. Bez wahania kieruje ognisty pocisk w podłogę tuż przed nami. że jesteśmy za wysoko. które dobiega z dołu.

Ja jednak podnoszę ramię w stronę kamiennej kładki i strażników. ze stęknięciem przerzuca przez balustradę i nagle znajduję się w powietrzu. Okazuje się przytomniejsza ode mnie i natychmiast podbiega do okna. nie owijając w bawełnę. niemal wyłamując mi ramię ze stawu mocnym szarpnięciem. – Wie. – Wstawaj. Spadam w stronę lśniącego okna. Podnosi mnie. ja zaś ląduję na pluszowym złocistym dywanie. Za jego plecami zespawane drzwi drżą. Przez chwilę gigantyczna kula ognia wydaje się nieruchoma. żeby jedną ręką utrzymać ciężar barczystego księcia. jednak w ostatnim momencie książę chwyta Farley za nadgarstek. o co mu chodzi. Na pomost nad nami z dwóch stron wysypują się strażnicy i żołnierze. a on łapie mnie za przedramię. – Cal! – Wychylam się i niemal wypadam przez otwór. – Rzucę cię – mówi. a pomost się zawali. Płomienie Cala gasną tuż przed oknem – w które książę tym razem nie trafia. żywy ogień. rozsypując się na tysiące migotliwych odłamków. Mare! – burczy kobieta. w powietrzu unosi się znajomy zapach starej skóry i papieru – trafiłam do zatęchłej pałacowej biblioteki. Wojowniczka ryczy z bólu. Chwilę później przez otwór okienny wpada Farley. jakiego jeszcze nie widziałam. ale w następnej sekundzie dociera do mnie. leci przez powietrze. – Wybuchnij. napina mięśnie do kresu wytrzymałości. którym dźwiga mnie na nogi. modlę się w duchu. a gdy znajduję się tuż przy nim. co się dzieje. która pęka. zanim uderzysz. Przez jedną przerażającą chwilę wyobraźnia podsuwa mi obraz Cala leżącego na kamiennym placu z roztrzaskaną głową. Jeszcze jedno uderzenie. ale idę za jej przykładem. żołnierze pochylają się i pocisk trafia w balustradę.Wyciąga do mnie rękę i patrzy wzrokiem. Nie mam czasu kłócić się ani dopytywać. . po czym wyciąga przed siebie ręce. ciało paraliżuje strach. Błyskawica trafia w szybę. Wokół siebie widzę regały pełne książek. Jego wyciągnięta ręka ociera się o moją. chwytam jednak Cala za nadgarstek. Rozżarzona postać zbliża się. którzy celują w zwisającego bezwładnie Cala niczym w tarczę strzelniczą. s p a d a prosto na nas. za którą się chowają. Pośrodku kładki szaleją płomienie. Wypuszczam błyskawicę. żeby nie okazało się zrobione z diamentowego szkła. Kawałek muru odłamuje się i spada. W jego oczach tańczą płomienie. – Łap go! – wrzeszczy. jak gdyby coś waliło w nie z ogromną siłą. W głowie wirują mi tysiące myśli. przywołuję iskry. Książę wycelował zbyt precyzyjnie i wojowniczka trafia prosto we mnie. Wciąż czuję się oszołomiona. że rozumiem. kłykcie ma białe jak kreda.

żeby się bać. Opuszczam rękę. tworząc łagodną spiralę. że ruszy w stronę bogato zdobionego wyjścia. tak samo jak spokój. po czym nasłuchuje. Wzbijając wokół stóp obłoczki kurzu. Nawet Cal jest zmęczony naszą przeprawą. wciągamy Cala przez okno. Na jego twarzy maluje się dziwny wyraz. który panuje między półkami pełnymi niegroźnych książek. Nie znam tego pałacu. jak często podsłuchiwał kiedyś pod tym samym murem. dokąd idziemy. Kilka razy mruga. . Sapiąc i dysząc. Spodziewam się. ruszam stopniami wytartymi od niezliczonej ilości nóg. zanim jednak zdążam błyskawicą wybić w murze otwór. Po paru sekundach półki z książkami przesuwają się. po czym opiera się o jeden z regałów ramieniem i naciska na niego. Przygląda się półkom uważnie. szeroko otwartymi oczami wpatruje się w sufit. którego nie potrafię nazwać. Przez chwilę leży na podłodze. – Tędy! – woła i wpycha mnie do środka.„Chcę go rozwalić”. W panującym wokoło półmroku dostrzegam grube ściany wykonane z kamienia i jeśli nawet ktoś za nami idzie. teraz jego dźwiga na nogi. Muszę jej pomóc. nie słyszę nikogo. Cal odsuwa mnie na bok. które deptały po nich przez setki lat. – Mare! – wyje Farley. Powoli przykłada ucho do ściany. on jednak pewnym krokiem zmierza do jednej ze ścian zastawionej bibliotecznymi regałami. muszę wyciągnąć Cala. Muszę się zdać na przewodnika. ale mój wewnętrzny kompas tym razem zawodzi. Usiłuję ustalić. Cal słyszy więcej. książę wczepia się w mój nadgarstek. Schody cały czas zakręcają. Korytarzyk wydaje się kończyć ślepym zaułkiem. który wygląda na bardziej zniszczony niż pozostałe. próbując wymknąć się z rezydencji do miasta. oddycha ciężko. Nie słyszę nic prócz krwi pulsującej w uszach i naszych przyspieszonych oddechów. gdzie się znajdujemy. Nie jest to strach. – Dzięki – odzywa się wreszcie. chociaż książę ma wszelkie powody do tego. kości mi trzeszczą z wysiłku. nie mam pojęcia. Tak samo jak przed momentem mnie. – Podziękujesz później! – warczy Farley. Wypełniająca bibliotekę cisza wydaje się nienaturalna. jak gdyby czegoś szukał albo próbował sobie coś przypomnieć. – Jasne. odsłaniając wejście do wąskiego wiodącego w dół korytarzyka. aby pochwycić odgłosy zza ściany. – Wy p r o w a d ź nas stąd. Zastanawiam się. wytężając słuch. On jednak wydaje się zaskakująco spokojny. – Spokojnie – mówi i kładzie dłoń na kamieniu.

rozszerza się po przestronnym holu. po czym zerka na mnie. Języki ognia liżą zawieszony nad wejściem obraz. zaraz jednak rusza dalej. mimo że zdobią je wytworne meble i luksusowe bibeloty utrzymane w żółtych barwach. które przyciągają wzrok Cala. Pomieszczenie. i wszyscy naraz przeciskamy się przez wąskie wyjście. Wojowniczka krzywi się i zaciska pięść. „Bywało gorzej”. pełznie po marmurowej podłodze i drogich dywanach. Nic więcej mi nie pozostaje. Dwa razy w prawo. aby znów przeistoczyć się w chodzącą pochodnię. do którego wchodzimy. Cal promieniuje coraz większym ciepłem. – Pierwsza w lewo – mruczy Cal. Wyciąga do mnie rękę. a wtedy uśmiechnięte usta . Po drugiej stronie drzwi. żeby odgłos kroków nie niósł się w korytarzu za nami. Ściana obraca się gładko wokół własnej osi.Wtedy jednak pałacowi strażnicy mieli za zadanie go chronić. Stąpamy cicho. Najsmutniej prezentują się wypłowiałe złociste gobeliny. ale zaraz ją cofa. Przytakuję skinieniem głowy. – Idźcie tuż za mną – szepcze w końcu. Zaciskam szczęki. szykuje się do tego. Przedstawia on króla – M a v e n a. – Musi wystarczyć to. a wszystko. sztylet dawno gdzieś się zawieruszył. Służyć mu. Robię podobnie. – Będzie po drodze jakaś zbrojownia? – Niestety. – Cal kręci głową. Farley zaciska zęby. Przez następny korytarz i przechodni gabinet. Dłonie ma puste. dopóki płomienie nie zaczną trawić płótna. – B i e g n i j. Teraz chcą go zabić. co mamy. rozlegają się głosy i kroki. jest tak samo elegancko umeblowane jak biblioteka. gromadzę energię. – Tylny dziedziniec? – syczy. wspina się na pozłacane ściany. Cal wchodzi pierwszy. W powietrzu niemal słychać jej trzask. – Dwa razy w prawo. – Gotowe. co przed nim. Pożar wybucha momentalnie. niedawno namalowany portret. pocieszam się w duchu. potem w lewo. – Chcesz im nas podać na tacy? – Dziedziniec to jedyne wyjście – tłumaczy książę. jak gdyby chciał zatrzymać się tu na chwilę. – Tunele Morskiego Wzgórza są zamknięte. olbrzymi. gdy nasze dotyki są śmiercionośne. na tylny dziedziniec. – Gotowe? – mruczy Cal. ale robi wrażenie zaniedbanego i opuszczonego. od której włoski na rękach stają mi dęba. na moje ręce. Nie może mnie teraz chwycić. Wygląda tak. ugina się od fali gorąca. do których się zbliżamy. który uśmiecha się niczym maszkara.

która pędzi niemal przyklejona do pleców księcia i zasłania dłonią usta. Świat wokół ciemnieje. chociaż wiem. na szczęście nie są odporni na prąd. W innych okolicznościach parsknęłabym zapewne śmiechem. żeby nie zranić Cala i Farley. Z trudem łapię powietrze. Pozostali strażnicy. Jedynie zmienia się trochę. aby nie wdychać dymu. lepiej odzwierciedlającym jego nikczemną duszę. którego nie może znaleźć. W końcu przenosi wzrok na mnie. Cal przedziera się przez ogień. a ja przeciskam się przez powietrze. Nie ma broni. Wodniaki lub Twardoskórzy. że nikt nie odpowie na to pytanie. żeby zwracać się do księcia w tak pozbawiony szacunku sposób. – Poddaj się. Po jego ramieniu wije się kwitnące pnącze. szukając wyjścia. W jego oczach dostrzegam pustkę. Reszta nie ma tyle szczęścia. w drugiej ręce lśni broń. kiedy je . W tym samym momencie czyjaś ręka delikatnie łapie mnie za nadgarstek. Tłumaczę sobie. Chociaż zawsze uwielbiałam biegać. wciąż nie może się przyzwyczaić do tego. nie mam jednak pojęcia. Mare Barrow! – woła jeden z nich.wykrzywiają się w szkaradnym grymasie. wszyscy czekają. ale mimo to ani myśli błagać o litość. Między nami stoi Farley. nieskończenie długą chwilę. duszność w piersiach nie znika. Jesteśmy otoczeni. są dwa złote. Tyberiaszu Calore! – Zacina się. wypowiadając imię Cala. * Nie znoszę doznań towarzyszących teleportacji. „Shade”. każdy kolejny oddech jest coraz płytszy. Wszyscy są uzbrojeni. Kiedy jednak przeskakuję przez mur okalający dziedziniec Morskiego Wzgórza. – Co teraz? – szepczę. I bezmiar samotności. – Mamy nakaz aresztowania. Jedyną rzeczą. do kogo należą. ale tym razem ogarnia mnie radość. Cal rzuca niespokojne spojrzenia na prawo i lewo. Energia wystrzela ze mnie we wszystkich kierunkach. której nie dotknął ogień. Ma w sobie zdumiewającą siłę. Wokół siebie nie widzę niczego prócz czarnych i szarych mundurów. duszę się i nie mogę się poruszyć przez jedną. Depczę po piętach Farley. Strażnicy i żołnierze tworzą wokół nas żywy mur. w powietrzu rozchodzi się swąd ich przypalonych ciał. z krzykiem rzuca się do ucieczki. wyznaczając nam bezpieczne przejście między płomieniami. w pewnym momencie czuję w płucach piekący ból. którym ogień nie wyrządza krzywdy. rozchodzi się pajęczyną oślepiających błyskawic po całym pomieszczeniu. że to przez dym. jedwabne sztandary zwisające ze ściany naprzeciwko. nie ma tarczy. którzy na nas czekali. Koncentruję się jedynie na tym. Część strażników.

nie możemy zapomnieć. Jeszcze przez moment nie odrywam wzroku od Shade’a w nadziei. – W porządku. po której stronie stoi. Jęcząc. jak wciąż jeszcze drży ze strachu o mnie. Wtulam się w niego równie mocno. – Przytakuję skinieniem głowy i wyciągam do niej rękę. Przygarnia mnie do siebie i ściska ze wszystkich sił. W Siedzibie Straży zginęli Srebrni. Zapach dymu przenika go na wskroś. O ile chce zostać z nami. – Słyszę jego głos i czuję. jak kładzie rękę na moim barku. „Kiedyś on sam wydawał podobne”. Ani na chwilę. Shade wrócił. Brat jednak kręci głową. cofam się. po co tu przybyliśmy. tak samo jak uczucie gniewu. Jednak zamiast wtulić się w niego. Morskiego Wzgórza i stref patrolowanych przez strażników. – Na skwer Wojskowy idzie się tędy. że Farley. pozwalając.odczuwam. z e m n ą. mężczyźni i kobiety. podnosząc się z klęczek. Musi wybrać. ale musi sobie to jakoś ułożyć. popołudniowym powietrzu. Na pewno niełatwo mu się z tym pogodzić. wpatruję się w wilgotny bruk jakiegoś zaułka z dala od Siedziby Straży. aby to Farley prowadziła nas przez dzielnicę Threestone. – Prowadź – zwraca się do Farley. – Nie mamy na to czasu. Dopiero po chwili pada odpowiedź: – Jestem. na wschód. aby ją podtrzymać. a mnie przeszywa dreszcz lodowatego strachu. powoli podnosi się z ziemi i rusza na samym końcu. Nie chce ich słyszeć nie dlatego. Patrzy na mnie pochmurnie. Chyba teleportacja i uderzenie głową o szybę dały jej się we znaki. dźwigam się na nogi i staję twarzą w twarz z Shade’em. którzy po prostu wykonywali rozkazy. ale on nie daje mi skończyć. – Czuję się dobrze – mamroczę tak cicho. Czuję. Nagle klęczę na ziemi. . pozwolić. to kilka ulic stąd. że wyczyta z moich oczu to. momentalnie orientuje się w terenie. zbywając zawczasu wszelkie przeprosiny. nawet po tak potwornie trudnym starciu. Pytanie wisi w chłodnym. ale ponieważ w ogóle uważa je za niepotrzebne. aby objęło mnie jego delikatne ciepło. że tylko on słyszy moje kłamstwo. Postąpiłam okropnie”. a jego spojrzenie łagodnieje. „Wolliver”. jak pomimo mdłości i potłuczeń uparcie dąży do celu. że z jego ust padną gorzkie wyrzuty. – Ja… – zaczynam. gdy patrzy. – Farley spluwa. Nieprzyzwyczajony do teleportacji Cal również nie czuje się zbyt dobrze. Rozgląda się i chociaż nogi nadal się pod nią uginają. „Nie powinnam była go zostawić. chcąc przeprosić brata. a ja w duchu szykuję się na to. Obok mnie ktoś wymiotuje – zdaje się. że nie jest gotowy ich przyjąć. – Cal? – rzucam. A my żyjemy. co chcę mu przekazać.

Farley kluczy uliczkami. o tym jaki jest szybki i jak daleko może nas przenieść. Jest czymś mocno zaaferowany. na razie stosunkowo bezpieczną. co się stało. że nigdy więcej nie zobaczę w jego oczach tej bezkresnej pustki. – Shade mruży oczy. Odległe komendy strażników dobiegają od strony głównych ulic. – Mówiłam. Wszystko w porządku. własnego brata. „Znam to uczucie”. co tamten”. przeprowadza nas przez opustoszałe sklepy i podwórka. aż Farley da znak. żeby zatrzymać również mnie. – Gdzie jest Crance? – pytam. na których zapewne Srebrni usiłują się przegrupować i połapać w tym. aż minie nas biegnący środkiem ulicy strażnik. a Farley kazała się nam schować w mroku pobliskiej bramy. Nie mają pojęcia. chcąc odsunąć od siebie myśl. jak ledwo wywinęłam się śmierci. – Zabrałem go z terenu Piratów. ale nie przestaje się posuwać do przodu. po chwili znów przywiera do muru. że czuję się dobrze. Tutaj nie ma już czego szukać. ponieważ niewypowiedziane słowo nie daje mi spokoju. Przywieramy do muru. czekając. Mare – mówi cicho. Shade wydyma wargi i patrzy na mnie z ukosa. Przemykamy za wrzaskliwą zgrają przez jedną z główniejszych ulic. aż się za nim kurzyło. – Jasne. Zrobiłaś. żeby zmylić ewentualny pościg. czekamy. Mam nadzieję. Idziemy przez dzielnicę Czerwonych. potem poszedł w swoją stronę. Wojowniczka rusza. Uciekał. Brat znów kręci głową i delikatnie trąca mnie kulą. gdy przed nami przechodzi hałaśliwa gromadka dzieci. Na razie jeszcze nas tutaj nie szukają. co było trzeba. że możemy iść dalej. – Przepraszam – szepczę Shade’owi na ucho. – A ty? – Skinieniem głowy wskazuje mniej więcej w kierunku Morskiego Wzgórza. ale jaką zadrę nosi teraz w sercu? Zdradziłam go. że opowie się po naszej. Kolejny raz”. – Pogrzebał w tunelu trzech Marynarzy. po czym znów zagłębiamy się w labiryncie zaułków. I zobacz. żeby zająć czymś myśli. „Nic mi nie jest”. Shade zatrzymuje się gwałtownie i wyciąga rękę. – Przestań. a gdy wychodzimy po jej drugiej stronie. Niemal spluwam ze złością. że mam cokolwiek wspólnego z Mavenem. Może nie został ciężko ranny. a jego niespodziewane wyznanie wprawia mnie . – Przykro mi. „Zrobiłam to samo. Zapada ciężka cisza.Mam nadzieję. nic mi nie jest. W końcu prześlizgujemy się przez nisko sklepioną bramę. – Jak się masz po tym wszystkim? „Po tym. kim jest Shade.

Nowy. na placu nie ma jednak żałobników ani strażników. „Wiedziałam”. Ciało ma nadal wiotkie. Widziałam go w archiwum. Z jednego ramienia kamiennej figury zwisa karabin. na plecach czuję chłód. Wiedziałam. który znajduje się pośrodku placu. kto to. powieszono go niedawno. żeby odsłonić wylot bramy. że tak będzie. którego nie znałam i którego nie zdążyłam uratować. który nie żyje. ale dobrze utrzymany. – Czemu? Nie odpowiada. najwyraźniej przeznaczony dla Czerwonych. który nie ma nic wspólnego z temperaturą powietrza. Jednak ta świadomość nie łagodzi bólu ani mojego zawodu. uśmiechał się do mnie ze zdjęcia. może godzinę temu. nie widać też na nich odznaki Czerwonego Patrolu. Nie jest zbyt elegancki. Druga ręka wojownika wskazuje na wschód. Mimo że rudawozłote włosy spadają chłopakowi na oczy i zasłaniają część twarzy. Teraz już nigdy się nie uśmiechnie. jest największy. Płaczę po chłopaku. To młody. Wokół wyciągniętej ręki okręcona jest lina. . Posąg.w zdumienie. Na linie kołysze się ciało. Po policzkach spływają mi łzy. na trawniku między nielicznymi krzakami i drzewami stoją szare statuy przedstawiające wojowników. drobny chłopak. „Skwer Wojskowy”. poznaję. ale gdy odsuwa się na bok. Nikt nie przygląda się wisielcowi. To Wolliver Galt. – Przykro ci? – pytam z niedowierzaniem. Zwłoki nie są nagie. Przed nami leży plac.

że to zobaczyliście. – To nie czas ani miejsce na kazania – odpowiadam krótko. że przez chwilę nie potrafię wydobyć z siebie słowa. Zanim jednak zdążam postawić krok do przodu. Ma własne upiory i nie chce dodawać kolejnej twarzy do tej koszmarnej kolekcji. przełyka głośno ślinę. jednak nawet życie w wirze nieustannych walk i ucieczek nie potrafi wymazać z pamięci wszystkich niechcianych wspomnień. – Shade kładzie dłoń na jej ramieniu. O niektórych stratach nie sposób zapomnieć. – I nie zostawimy go tutaj tylko dlatego. Nie mogę myśleć o tym.Rozdział 16 Staram się nie zapamiętywać twarzy zmarłych. – Niech nikt nie dotyka zwłok – rzuca szorstko. że ma inny kolor krwi niż ty! – Odetnę go – oferuje się Farley. chcąc uwolnić się z jego uchwytu. Samym swym istnieniem wydałam na nich wyrok śmierci. W końcu to my rozpętaliśmy walkę w samym sercu zatoki Harbor. usiłując powstrzymać falę nudności. jestem jednak zbyt zmęczona. – Nie… − Farley opiera się ciężko o mur. wstając z klęczek. żeby wysłuchiwać tego wszystkiego. marnując ostatnią godzinę życia Wollivera. a jego głos tak bardzo przypomina mi ton starego króla. Cal łapie mnie pod rękę i ciągnie w tył. które czają się w zakamarkach mojego umysłu i tylko czekają. Cal pierwszy odwraca się od kołyszącego się na linie ciała Wollivera. Shade przysuwa się do niej. – Obraca twarz do mnie i Cala. celowo. Tristan. ale mój brat nie cofa ręki i patrzy. na co się zdobyłam i co nadal robię. Nie teraz. Są również tacy. Walsh. Kłótnia nad ciałami zmarłych nie wydaje mi się stosowna. – Te zwłoki mają imię – warczę. Jego wściekłość jest zrozumiała. – Powinniśmy go zdjąć. Doskonale pomaga mi w tym poczucie stałego zagrożenia. Wojowniczka porusza barkiem. po czym przeszywa nas gniewnym spojrzeniem. . – Musimy stąd iść. żeby z nich wychynąć. – Dobrze. gdy odzyskuję mowę. Przykłada rękę do ust. a teraz również Wolliver są niczym upiory. – Spokojnie. ich jednak nie opłakuję. jak Farley zgina się wpół i spluwa na trawę. gdy wciąż wisi nad nami niebezpieczeństwo. gdy postawimy fałszywy krok. – Tak będzie za każdym razem. których zabiłam własnymi rękami.

Usiłuję go zlekceważyć. zanim zdążam posłać błyskawicę. rzuca się w moją stronę. szykując się do pożarcia upatrzonej ofiary. Nie zdąża mnie jednak dotknąć. rozbrzmiewa w mojej głowie coraz głośniej i szybciej. „Co się dzieje. jak dwóch Zwinnych łapie go pod ręce i rzuca na ziemię. kiedy jednak na nią spoglądam. on jednak patrzy nie na mnie. która zburzyłaby przejście i zmusiła ich do zawrócenia. które nie powinny sprawiać mi żadnego bólu. Jeden z nich jest jasny i wysoki. Mimo że z daleka dobiegają nas odgłosy miejskiego życia. On nas uratuje. Gdzie są jego krewni albo zwykli gapie? Gdzie strażnicy. z której lada chwila mogą wybuchnąć płomienie. uciekają. Zaciskam palce na ręce Cala. „To zasadzka”. Dobiega mnie rozdzierający krzyk Cala. wpijam paznokcie w gorącą skórę. rozsadza mi czaszkę. Z przerażeniem patrzę. chyba woła: „Uciekaj!”. którą nowy król uparcie i bezsensownie cały czas nosi. ale w pogrążoną w półmroku boczną uliczkę. Znikają w przeciwległej bramie. – Gdzie oni są? – Szerokim gestem omiata opustoszały plac. widzę jedynie swoje iskry. na skwerze panują grobowa cisza i spokój. Jak przez mgłę dolatuje mnie wrzask Farley. W następnej chwili rozlega się trzask – jak gdyby metalowy owad poruszał szczypcami. nagie drzewa i pozamykane okiennice okolicznych domów. Kątem oka dostrzegam zarys korony. Kończy się na tym. Przed oczami latają mi mroczki. próbuję walczyć. zabierając ze sobą Shade’a. zabierze nas stąd. Z przerażeniem spoglądam na twarz Srebrnego wojownika. że czołgam się po bruku. przewraca nieprzytomnie oczami. Shade nie waha się. Wciąż słyszę dziwny szczęk.– Pomogę ci. „Co to za dźwięk?” Cokolwiek to jest. Brat uderza głową o kamień. na której również maluje się zgroza. Dlaczego? Znam odpowiedź. Czuję rozrywający ból w ręce. Próbuję go posłuchać. – Shade – szepczę. i nawet to przychodzi mi z ogromnym trudem. drugi ciemny i płożący się niczym dym. widzę nie dalej niż parę centymetrów przed sobą. którzy drwiliby z wisielca? Nie zleciały się nawet kruki. których kształty rozmazują się przed naszymi oczami. rozgrzane do białości ostrza. jak gdyby przeszyły ją cienkie. co mi jest?” . Pomimo zamroczenia widzę szalejące wokół mnie płomienie. ale zawodzi mnie wzrok. prawda? – naciska Cal. pojawiają się i znikają w rytm powtarzających się trzasków. gdy Zwinni. – Jego matka przecież nie zostawiłaby go tutaj. wyciągając dłoń w stronę brata. – Stójcie! Wolliver Galt miał rodzinę.

udręczonego chłopaka. dotkliwiej. że turlam się po bruku i ląduję odrapaną pokrwawioną twarzą w trawie. p r o s z ę. – Mam ją – rozlega się znajomy głos. po której rozchodzi się piekący ból. że znów zaczęłam widzieć. głowę przechyla na bok i przygląda mi się niczym ciekawski szczeniak nowej zabawce. ponieważ Ptolemejusz bez trudu odbija każdy pocisk. usiłuję złapać napastnika za kark. czym jest poparzenie. znów czuję ostry ból. gdy płynęliśmy statkiem jego ojca do Archeonu. zmuszając mnie. Zaciska palce na mojej szczęce. Wiem. Wciąż wygląda na spokojnego. Koncentruję się na trzasku. żałuję. Wojowniczka ma broń. Nie jest upiorem. zostawiając za sobą stary świat. Uciekliśmy z jednego potrzasku tylko po to. Nie. srebrne włosy. To samo spojrzenie widziałam. Jego twarz widzę jak przez mgłę: czarne oczy. Szczękliwy odgłos sprawia. Dźwięk kłuje mnie w uszy i wbija się w mózg. Znów jest sobą. Na polu bitwy pozostali jedynie Cal i Farley. żeby wpaść w drugi. – Przeciąga palcem po smużce czerwonej krwi znaczącej mój policzek. aby spojrzeć w znajome niebieskie oczy i bladą twarz o ostrych rysach. Maven chwyta moją brodę i unosi ją do góry. Ociągam się. To coś zupełnie innego. że Maven nic się nie zmienił. Poznaję determinację. skóra koloru księżyca. Wilgotny zapach ziemi na chwilę przynosi mi ulgę. żebym na niego popatrzyła. ale w końcu podnoszę wzrok. cuci mnie. to nie ogień. ja jednak nie dam mu satysfakcji i nie spojrzę na niego. „Ptolemejusz Samos”. Za nim trwa zacięta walka. Książę i Farley są otoczeni i przyparci do muru. ale na niewiele się to zdaje. Chce mi się wyć. „Pstryk”. wyrzucam z siebie błyskawicę i nagle słyszę wrzask – jego i swój. Moje wnętrzności wypełnia ogień. – Aleś ty uparta. – Cmoka z niezadowoleniem. która wyziera mu z oczu. Z przerażeniem stwierdzam. co się do niego zbliży. Przynajmniej Cal topi i pali wszystko. jednak nawet on nie może bronić się w nieskończoność. Maven porusza się. Ktoś kopie mnie w brzuch tak mocno. Zbieram resztki sił. żeby zasłonić mi widok moich towarzyszy. Prawie tak samo intrygująca jak to. że wszystko odczuwam wyraźniej. krwawym i mrocznym demonem z koszmarnych snów. dla mojego własnego dobra. Kiedy jednak otwieram oczy. – Spójrz na mnie. moje palce ześlizgują się jednak po gładkiej zbroi. Obracam się i chociaż działam na oślep. Przede mną kuca Maven. skromnego. Bardzo nierówna beze mnie i Shade’a. – To jedna z twoich najbardziej intrygujących cech. którego nikt prócz mnie wydaje się nie słyszeć. Wtedy .Ktoś chwyta mnie za rękę. na której wyczuwam bogate zdobienia.

zanim biały rozbłysk światła i wrzasku rozdziera mi mózg. Ginę we własnej skórze. jednak z moich ust wydobywa się zaledwie zdławiony skowyt. a wybuchnie. że nikomu nie da mnie skrzywdzić. Wydaję stłumiony jęk. pstryk”. iż jeszcze chwila. Przypala mnie. ale chyba tym razem nie mówi do mnie. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z tą bronią – ponieważ jest moja własna. Kiedyś zdołałam rozpętać burzę nad Kościńcem i wtedy poczułam się wycieńczona. – Powiedziałem dosyć! Jego oczy wydają się rozpływać. Bladoniebieskie rozmazane smugi. „Pstryk”. iskry. – Przestań… – wyduszam z siebie. zamykają w klatce. którą pamiętam. przestań”. mam za mało powietrza w płucach. Chcę wrzasnąć. ognia ani zabójczych pnączy. rozżarzoną ręką przejeżdża po moim obojczyku. Jego dotyk p a l i. – Dotrzymuję danego słowa. Otaczają mnie. chwyta mnie za gardło i ściska je na tyle mocno. – Mówiłem. ale on wciąż trzyma mnie za gardło z jednakową siłą. że cię uratuję. świat wokół ciemnieje. Maven. pstryk. miażdży mi kości i rozszarpuje mięśnie. nerw po nerwie. Jednak to. noży. Wyciągam rękę i rozpaczliwie próbuję nią uchwycić niewidzialną dłoń Shade’a. że jeszcze mocniej zaciśnie palce wokół mojej szyi. „Pstryk. Przesuwa dłoń wzdłuż mojej szyi. energia elektryczna. bije w tak szaleńczym tempie. Błyskawica. który jednak nie przychodzi z pomocą. Drugą. To boli. Palący ból przenika mnie całą. co robi mi Maven. To ostatnia rzecz. parzące niczym lód. Serce łomocze mi w rytm kolejnych trzasków. – Dosyć – słyszę jego głos. Zamiast tego za rękę chwyta mnie Maven i jego dotyk znów parzy. „Maven. Nie potrafi czytać w myślach. Nie ma pocisków. Czarne wirujące punkciki rozbłyskują w rytm ohydnego dźwięku: „pstryk. a jednocześnie abym się nie udusiła. Rozdziera. żebym nie mogła wydobyć z siebie słowa. – I mówiłem. że cię znajdę.pocałował mnie w usta i obiecał. są ostatnimi punkcikami światła w mroku. m n i e w y k a ń c z a. p i ę t n u j e. Spodziewam się. przeciążenie przekraczające nawet moje możliwości. że mam wrażenie. pstryk”. Czuję naraz wszystko i nic. . Nie jest taki jak matka. – Kiedy mam na to ochotę. Znów przed oczami latają mi mroczki. – Znów przekrzywia głowę. pięści. W następnej chwili jedyną rzeczywistością jest cierpienie. żeby wrzasnąć. Nie czuję nic prócz płomieni. który mnie ogarnia.

upiory postanowiły mnie opuścić. atakuje każdy zmysł. Dziwne. . które wypełniane jest niemym krzykiem. Zniknęły nawet twarze. Nie jestem w stanie się poruszyć. że teraz. Calu i Kilornie. Żałuję. ale nigdy się nie cofa. dopóki nie zalewa ich nagły wytrysk czerwieni. Wszystkie inne myśli się rozpierzchły: o Nowych. Przynajmniej to wszystko się skończy”. Tylko o tym teraz myślę. przypływa falami. Pewnie nie mam już skóry. gdy umieram. Nawet gdybym była zdolna do opanowania tej wezbranej energii. Zostałam uwięziona we własnym ciele. Może dzięki temu uda mi się wykrwawić na śmierć. ale nic to nie daje. Ból naciera na mnie ze wszystkich stron. twarze zmarłych. „Zapanuj”. o Mavenie. które mnie dręczą. która usiłuje powstrzymać napór oceanu. Jednak tym razem nie dam rady. spaliły ją wstrząsające mną błyskawice. Żałuję. zapanować chociaż nad t ą j e d n ą rzeczą. W sumie wcale się nie dziwię. „Zabij mnie”. „Niedługo umrę. o moim bracie. „Zapanuj nad tym”. że odeszły.Nagle uderza mnie myśl: „Czy to właśnie czuli? Ci. że muszę umierać w samotności. których zabiłam? Czy tak się umiera od błyskawicy?”. ponieważ ból przesłania mi wszystko. Powtarzam te słowa bez przerwy. i tak nie potrafiłabym się wystarczająco skupić. tylko tego pragnę. Nic się jednak nie kończy. ale nie zmniejsza. To lepsze i szybsze niż biała otchłań. Mrugam powiekami. Tego zawsze uczył mnie Julian. Jestem niczym tama. Białe plamy jaśniejsze od słońca tańczą mi przed oczami. Nie jestem w stanie sięgnąć po iskry. zmienia się. chcąc pozbyć się krwawej mgły sprzed oczu.

z których mnie nie wypuszcza. który pamięta moje ciało. Jeśli wierzyć mojemu wewnętrznemu kompasowi. nawet jeśli moje stargane nerwy nie potrafią sobie jeszcze poradzić z powrotem do świata żywych. Spodziewam się poczuć smak krwi – nie. Mam kości. znów ogarnia mnie ciemność. tak ciepła. wrzynają się w gardło zdarte do mięsa od krzyku. Jego głęboki. Zapewne siedzimy w ziemiance ukrytej gdzieś w lesie i dobrze zamaskowanej. podobnie jak ramiona. jesteśmy daleko od zatoki Harbor. właściwie spodziewam się niczego nie czuć. dokąd trafiłam. ciało i nawet nie krwawię. Przez chwilę nie poruszam się. – Gdzie? – Daj jej odetchnąć. – Jestem z wami? – szepczę. był dotyk ognia i błyskawicy. – Mare. Odsuwam się powoli od Kilorna. czego w głębi duszy potrzebuję. chwyta mnie za ramię. Kilorn wie. teraz zaś korzysta z niego Szkarłatna Gwardia. że może należeć tylko do Cala. Zapach wilgoci i gleby. mimo że odruchowo chcę się wyrwać z uścisku. żeby otworzyć oczy. Skupiam się na nim. Pozwala mi wydostać się z koszmaru. żeby nie czuć tego. Druga dłoń. żeby zobaczyć. Spodziewam się być martwa. chociaż z pewnością nie czuję się zdrowa. – Wszystko w porządku. Jesteś z nami. Jego dotyk jest wyraźny. Kilorn. że nie jestem kupką popiołu. Słowa sprawiają mi ból.Rozdział 17 – Zabij mnie. – Wszystko w porządku – mruczy przyjaciel. jednak nie w kolejnym tunelu Farley. ponieważ nie wyczuwam choćby odległego pulsowania energii. który przeszłam. Siłą woli zmuszam się. Wszystko . na tyle silny. uświadamiam sobie. który unosi się w powietrzu. że znajdujemy się pod ziemią. Bez wątpienia schron wykopali Czerwoni. wskazuje na to. wczepiam się palcami w materiał jego starej koszuli. Obejmuje mnie. przytula. Kiedy jednak wracają mi zmysły. i w pełni powrócić do rzeczywistości. aby przyciągnąć moją uwagę. jak bardzo się trzęsę. Jednak zamiast Mavena i jego żołnierzy widzę znajome spojrzenie zielonych oczu. Kilorn nie daje mi spokojnie odetchnąć. Jestem cała. Mimowolnie wzdrygam się – ostatnim dotykiem. drżący głos przynosi mi ukojenie.

– Gdzie jest odrzutowiec? – pytam. Wolliver Galt nie żyje. – Otworzyłaś oczy. Dzień się kończy. Nie ma tu żadnych ozdób. ale Cal zbywa moje przeprosiny machnięciem ręki. co innego mogę powiedzieć. zamordowany z rozkazu Mavena. Oddycham z ulgą i w końcu ogarnia mnie radość. Podłoga i ściany są zrobione z ubitej ziemi. zostawiając mi trochę swobody. – Co to jest? – warczy Kilorn. odwracając wzrok. żeby dotknąć tego. Kilorn i Cal pozwalają mi spokojnie rozejrzeć się po ubogim schronie i samej wyciągnąć wnioski z tego. – Przepraszam. Są zaskakująco łagodni. w które jestem owinięta. zgaszoną latarnię i parę skrzyń z przydatnymi rzeczami zabranymi z odrzutowca. usiłując wstać. Musieliśmy lądować i iść pieszo przez lasy. kiedy byłaś… w takim stanie – mówi Cal. Podnoszę dłoń. Przez wąskie okienka sączy się do schronu czerwonopomarańczowe światło. co zobaczę. niemal go usmażyłaś. że jestem bezpieczna i wolna od paraliżującego bólu. że się rozsypię. Kilorn zna mnie lepiej i pierwszy zauważa moją irytację. co na niej dostrzegł. Nie tylko ja zaczynam się niepokoić. Przyglądam się ich podkrążonym oczom. Obydwaj zdają się wynędzniali ze zmartwienia. właściwie nie ma tu niczego. jak gdyby się obawiali. W porównaniu z ziemianką mój dom w Palach można by uznać za wytworną rezydencję. co ich tak bardzo zniszczyło. Przysiada na piętach. jak gdyby w ciągu kilku godzin postarzeli się o kilkanaście lat. A my przegraliśmy. Nadchodzi wieczór. przytrzymują koce. pochyły dach wykonano z darni wzmocnionej przerdzewiałymi metalowymi drągami. – Nie mogliśmy lecieć zbyt długo. Wzdrygam się i spoglądam na niego pytającym wzrokiem. Dostrzegam jedynie kilka posłań – w tym moje – zapasy jedzenia. aby on mi wszystko wytłumaczył. Jego gniewne spojrzenie zyskałoby uznanie samej królowej Elary. żeby mnie powstrzymać. co pojawiło się na moich plecach. czy się jej nie poddać. które biegną zygzakiem w dół karku. Przesuwa palce po dziwnych rozgałęzionych liniach. – Po kilkudziesięciu kilometrach odrzutowiec zaczął świecić jak przeciążona żarówka. Ada pewnie podzieliła jego los. Tylko to się dla mnie liczy – odpowiada. ale nie zamierzam narzekać. które biegną od karku po kręgosłup. – Nie wiem. Napływa do mnie fala znużenia i zastanawiam się. dopóki nie poczułaś się lepiej.wokoło wydaje się zabarwione na różowo. jeśli dotkną mnie zbyt mocno. na coś. Kilorn i Cal wyciągają ręce. po czym niechętnym skinieniem głowy daje księciu znak. w powietrzu czuć chłód. Zerka na Cala. . Mare. Wtedy jednak czuję na karku dłoń Cala. Zaraz jednak sobie przypominam. Zagadkowych poszarpanych linii. ale on patrzy na moją skórę. bruzdom na twarzach i zastanawiam się. Zawiodłam ich oboje.

„Piętno. Pewnie się domyśla. wydostał nas stamtąd. Blizny w kształcie błyskawicy. potem drugą. Często potrafi przewidzieć tego typu rzeczy i strasznie mnie to denerwuje. Syczę przez zęby. – Tak. Mare. – Zrobił to po cichu. – Powoli – przypomina. Jednak tym razem jego wesołość brzmi nieszczerze. – Wyglądają jak… − Cal waha się. A tak w ogóle. – Co się stało w zatoce Harbor? Co… co zrobił mi Maven? To jego sprawka. prawda? – Wspomnienie czarnej korony wryło mi się w pamięć niczym niezatarte piętno. Chłopak miał zaledwie osiemnaście lat. – Twoje oko – tłumaczy. którego znalazł.– Nie mam pojęcia. – Zabił Wollivera i urządził zasadzkę. jednak ze złością stwierdzam. przejeżdża palcem po najgrubszej linii. gdyby nie Shade. – Jaką posiadał umiejętność?” – Musiał tylko poczekać – ciągnie Cal. gdy patrzę na niego lewym okiem. Taki jak ja. że kolana mam zupełnie miękkie. gładząc palcem mój lewy policzek. – Pękła ci w nim żyłka. „Czym był? – zamyślam się nad losem żołnierza. że urodził się inny. które nie mogą być niczym innym niż krwią. Cal przytakuje skinieniem głowy. Maven wśliznął się do zatoki Harbor – opowiada rzeczowo. – Chociaż nie wiem. Oznakował mnie”. jest zabarwiony na czerwono wirującymi smugami. to dlaczego zrobiłeś się taki różowy? Jak zwykle Kilorn śmieje się z moich wybuchów złości. Dociera to do mnie. Cofam się szybko przed jego dotykiem i staję na nogi. ale dał radę. – Kilorn przyciska mnie mocniej do siebie. odchyla się do tyłu i podpiera rękami. a mięśnie na jego policzkach się napinają. wydaje się wymuszona ze względu na mnie. Cal nie wstaje. Mimo że miał wstrząśnienie mózgu. – I ja też przeżyłam. Na szczęście Kilorn w porę mnie podtrzymuje. To również pamiątka po torturach Mavena. nie wypuszczając mnie z objęć. musiał skoczyć parę razy i czasami naprawdę mało brakowało. Nie było łatwo. – Blizny. i rzucił się na pierwszego Nowego. – U Farley wszystko w porządku? – pytam. Ma rację. gdy mrużę najpierw jedną powiekę. jego jedynym przewinieniem było to. Świat wygląda zupełnie inaczej. że nogi uginają się pode mną i że wkrótce znów usiądę. Tym właśnie są te blizny. żeby źle to się skończyło. którego straciliśmy. jakim cudem. co to. wracając pamięcią do Wollivera. a moim ciałem wstrząsa dreszcz. . Oddycham z ulgą. żebyśmy się nie spostrzegli. – Złapaliby nas wszystkich.

musiało boleć jak diabli. niż pytam. – Nie wiem. Na przykład utrzymaliśmy cię przy życiu. zniknęły. Na własnej skórze miał okazję poznać przydatność Niksa. co ci robił. – Nie. Mare. odsuwa powracające wspomnienia bólu. żeby móc wyjrzeć przez okno. o co ci chodzi – odpowiada i w końcu trochę się ode mnie odsuwa. powiedziałeś „cztery dni”? Tak długo byłam nieprzytomna? „Cztery dni snu. która według moich przewidywań powinna być już martwa. – Bardziej stwierdzam. – Poza tym dobrze mu idzie przekonywanie Nowych. Panika. nie siedzieliśmy z założonymi rękami. – Gdy Crance wymknął się Piratom. Cała reszta koszmaru. podczas gdy ja leżałam uwięziona we własnym bezwładnym ciele? Ile trupów zwisa z drzew i pomników?” – Proszę. – Robiliśmy całkiem sporo różnych rzeczy. – Wysłaliście nawet Niksa? – Ze swoją krzepą bywa przydatny – wyjaśnia Cal. „Dziwny odgłos”. – Zaraz. – Maszyna? – Blednę i spoglądam to na Cala. na skórze pod koszulą czuję ukłucie bólu. która przenika mnie niczym lodowaty dreszcz. że przez cały ten czas bawiliście się w pielęgniarki i na tym koniec. . – Ada Wallace? Cal przytakuje. „Ilu zginęło. – Kilorn obraca się bokiem do ściany i opiera o uklepaną ziemię tak. – Chodzi mi o to… – Wiem. zrobiliśmy. jej pierwsze słowa brzmiały: „zabij mnie”. ale piętno Mavena pozostało. to na Kilorna. – Tak. które zostały mi wyrządzone. odruchowo gładząc się po blednącym już siniaku na szczęce. Spotkaliśmy się przy odrzutowcu. wszystkie potworności. – Przeszywa księcia spojrzeniem. – Pozostali szukali dalej. Z godnością. – To chyba jasne. – Ada? – powtarzam ze zdumieniem imię dziewczyny. bolało? – odzywa się Cal. Zabrał ją z rezydencji gubernatora. Ada też jest w tym dobra. – Czy to. na jaką potrafię się w tym stanie zdobyć.Moja dłoń wędruje do obojczyka. ale kiedy po czterech dniach odzyskała przytomność. Powiedzcie. ale przyjaciel tak czy inaczej przytakuje. on jednak wytrzymuje jego wzrok. czy pamiętasz. tuż zanim na posiadłość napadli ludzie Mavena. Cztery dni bezczynności”. Kilorn parska śmiechem. że cokolwiek robiła ta maszyna. że c o ś zrobiliście. siadam na posłaniu i postanawiam wysłuchać towarzyszy bez zrzędzenia. na co Kilorn parska szyderczym śmiechem. odszukał ją i wyprowadził z zatoki. nie mówcie.

którym zwykle zbywał moje lęki. żeby zdławić kolejny chichot. a za nią dreptały pozostałe kaczęta. a Ada jest pokojówką. że pamiętam. że to jedynie złudzenie. Zabrała pisklę kaczej mamie. kaczątko zaś odpowiadało kwakaniem i wyrywało się z uścisku Gisy. – Co cię tak bawi? – Pamiętasz kaczuszkę. która trzymała je na rękach. jak bracia rzucali kamieniami w kaczkę. próbowała karmić je zupą… − urywa. Pewnie nawet w trumnie będzie się uśmiechał. przechodzą mnie dreszcze. aby wystawić twarz do słońca. Gisa – powiedziałaś. – Niedługo potem przyszła kacza mama. ale i tak gdy patrzę na przyjaciela. nie postawiłbym na ciebie złamanego . którą Gisa przyniosła kiedyś do domu? – pyta niespodziewanie. Poradzą sobie. – Uśmiecha się szelmowsko i jak zwykle sprowadza wszystko do żartu: – Poza tym gdybym w tej chwili miał obstawiać. Co według ciebie z tego wynika? – Całkiem sporo – mruczy Cal. Śmiech. – Zaciskam pięści na puszystym kocu. jak gdyby sam dziwił się własnemu spostrzeżeniu. – Pamiętasz. – A teraz znów rzuciliście ich lwom na pożarcie. Zaniosłaś malucha mamie i patrzyliśmy. Kilorn zerka na księcia i nieznacznie pochyla głowę w geście podziękowania.Chociaż cieszy mnie to. – Kilorn – wzdycham. w oczach czai się powaga. – Nie mamy czasu na wspominki. a ty nie jesteś ich mamą. które zachodząc. kiełkuje we mnie gniew. Narobiły jazgotu tym swoim kwakaniem. Jak możecie ich narażać na tak ogromne niebezpieczeństwo? Cal spuszcza wzrok. Stałam na werandzie i patrzyłam. prosto do rzeki. prawda? – Mimo że z jego twarzy nie schodzi uśmiech. Przyjaciel ciągnie jednak niezrażony. Kręciła się i nawoływała swoje zaginione dziecko. Jedna za drugą. Wiem. jak gdyby chciał dać mi coś do zrozumienia. zawstydzony moimi słowami. że Ada przeżyła. – Nix i Ada nie są kaczętami. usiłując rozładować targające mną emocje. Już po paru godzinach chodziła pod domem. Mare. a w jego burkliwym głosie pobrzmiewa zdumienie. – W końcu kazałaś Gisie oddać pisklaka jego mamie. – Nie rozumiem. pamiętasz? – Oczywiście. spotęgowane uszkodzeniem oka. Patrzy na mnie znacząco. który z Nowych ma największą siłę przebicia. jak kacza rodzina w komplecie wraca do domu. – To małe nie należy do ciebie”. Adę i Niksa. – Miała wtedy z dziewięć lat. przeraża mnie najbardziej. Bree i Tramy próbowali je przegonić. oblewa go czerwonym światłem niczym krwią. która ani myślała uciekać. – Nix to rybak. „Nie jesteś kaczką. Kilorn jednak chichocze i przysuwa się do okna. Teraz też Kilorn nie bierze niczego na poważnie.

„Kolejna rzecz. Mrugam ze zdumieniem. a jego oczy płoną żywym ogniem. – Uratował Adę i przez parę ostatnich dni pomagał ściągnąć tu innych. – Punkt dla ciebie. podobnie jak twarz Kilorna. widząc ich nagłą zgodność. prawda? – Kilorn wzdycha z rozdrażnieniem. Cal parska cichym śmiechem. – Nie taki diabeł straszny. – Mimo wszystko nie potrafię zapomnieć o tym. a ja niemal chichoczę. – Jest teraz z Farley. że chociaż wysłaliście z nimi Farley i Shade’a? Cal i Kilorn jednomyślnie przytakują. – Crance’a też – dodaje Cal. włosy Cala są ciemne. ale gdy to robię. Przez chwilę nie mogę się otrząsnąć ze zdumienia. że od tej pory każdemu mojemu uśmiechowi będzie towarzyszył palący ból. – Kilorn skinieniem głowy wskazuje księcia. Pewnie rozkoszuje się myślą. gdy mówię. żeby się upewnić.grosza. – Crance? Jest tutaj… z n a m i ? – Chyba nie za bardzo miał się gdzie podziać – rzuca Cal. czy rzeczywiście istnieje. – Czyli jednak nie śnię. którą Maven mi odebrał”. Czubkiem buta kopie w ziemi. Kilorn jest szczupły. Cal muskularny. Całkiem niezły z niego zwiadowca. że jest złodziejem? „Jak ja. po raz pierwszy wydają mi się podobni do siebie. skóra twarzy i szyi naciąga się. – Ale nigdy nie można mieć pewności. . prawda? – Ty nikogo nie jesteś pewna. Zwykle są od siebie zupełnie różni. Macam ramię Cala. Dokuczają mi. jak wiele mnie kosztowało zaufanie nieodpowiednim ludziom. Dlaczego mielibyśmy mu nie ufać? Dlatego. – Wy dwaj zgadzacie się ze sobą? Czy ja na pewno się obudziłam? Twarz Cala rozjaśnia się w szczerym uśmiechu. Kilorn ma płową czuprynę i zielone oczy. – Mam nadzieję. w którym słychać zmęczenie. jak gdyby chciał powiedzieć więcej. wsuwa ręce do kieszeni. Jak ja kiedyś”. – I wzajemnie. – Cal wyraźnie staje po stronie Kilorna. ale wolał ugryźć się w język. a przy odrobinie większym ruchu okropnie pieką. – I wy… wy mu ufacie? Kilorn opiera się o ścianę. gdy w gasnącym świetle dnia patrzę na nich przymglonym krwią spojrzeniem. – Ciebie też widywałam w lepszym stanie – odgryzam się i próbuję się lekko uśmiechnąć. Jednak teraz. a świeże blizny na karku boleśnie o sobie przypominają.

– Poleciała z całą resztą do Kankordii. jak mogę. drapiąc zarost. które słyszała. – Jest bystra. – Przez głowę przelatują mi dziesiątki umiejętności. że tego nie zrozumie – wtrąca się Kilorn. prosto w niewielki dołek wykopany na środku podłogi. A ty powinnaś odpoczywać. choćby przypadkiem. ale staram się. Jego bransoleta krzesze iskry. które schowało się za linią drzew. usiłując zgłębić jej niespotykaną moc. ksiąg historycznych i map. . liżąc mankiety koszuli. Nie golił się od ucieczki z Archeonu. jaką kiedykolwiek widziała. Chociaż wolałabym usłyszeć. Jest już całkiem niezłym strzelcem. Szkoda. po jego wargach przewija się cień uśmiechu pełnego zadowolenia. każde słowo. – Co potrafi? – Coś. żeby opowiedziała nam jakąś bajkę na dobranoc. od tamtego wieczoru. A dziś rano skończyła czytać instrukcję obsługi Pantery. niewiarygodnie bystra. doceniam wartość jej umiejętności. dopóki ich nie ma. – Mówiłem ci. Nienaturalne ognisko ogrzewa i rozjaśnia ziemiankę. nauczyć ją podstaw. że Ada okazała się bardziej przydatna niż cały oddział buntowników. – Na pewno ją poproszę. które przeglądała. ale jej nie paląc. a uśmiech znika z jego twarzy. – Wyobraź sobie. Rozumie wszystko z medycznych pism. Przez chwilę płomienie tańczą w dłoni Cala. każdą twarz. Przejeżdża dłonią po szczęce.– Na szczęście nie – mamrocze książę. – Rzeczywiście przydatne – sarkam. zastępując słońce. – Potrafi latać samolotem? Cal wzrusza ramionami. – Wyobrażam sobie. czego nigdy wcześniej nie widziałem – przyznaje książę. Pamięta każde słowo wyczytane w książkach z biblioteki gubernatora. jakie może posiadać. który zdążył się przekształcić w krótką bródkę. po czym książę zrzuca je na ziemię. W tym momencie moje wizje na temat wspaniałych przymiotów kolejnego wielkiego wojownika Armii Nowych gasną niczym ostatni promień słońca. – Nauka praktycznych rzeczy? Masz na myśli treningi? Na twarzy Cala maluje się coś na kształt dumy. niedługo powinni wrócić. Cal jednak ciągnie. Tak samo jest z nauką praktycznych rzeczy. iż nie ma z nami Juliana. – Ma doskonałą pamięć i nadzwyczajną inteligencję. gdy patrzył na śmierć swojego ojca. Siedziałby przy Adzie bez ustanku. Pamięta każdą sekundę swojego życia. które w następnej sekundzie zmieniają się w kulę ognia. że jest władczynią burz. – Nie jestem instruktorem. Wydaję stłumiony okrzyk.

– Odpoczywałam cztery dni. – Eksperymentowaliśmy z nadajnikami kilka lat temu. Spogląda przez okno na zapadający mrok. – Jeśli szykuje się uczony wykład. – Cal. zostawiając mnie sam na sam z Calem i narastającym ciepłem. jak gdyby łączyła nas jakaś szczególna zażyłość. aby Maven kiedykolwiek zrobił ci to jeszcze raz. Od Kościńca minęło zaledwie kilka dni – mamroczę. Mur. to pewnie przyda mi się szklanka wody – oznajmiam. „Wiem o tym. ale chyba jestem naprawdę osłabiona. wzdłuż jednej z blizn biegnącej po łopatce. choć do tej pory cały czas kręcił się po ziemiance. którym pragnę odgrodzić się od wspomnień. Wysyłały fale radiowe. – Myślę. że przygląda się mojemu znamieniu jak jakiś badacz albo tropiciel. przywiera płasko do mojej skóry. ponieważ książę nawet nie drgnie. Wszyscy żeglowaliśmy po omacku. Dotyk Cala sprawia przyjemność i koi rozkołatane nerwy. które biegną wzdłuż kręgosłupa. Sam sobie odpoczywaj – wypalam i daję mu kuksańca. ale zmęczenie i potrzeba bliskości zagłuszają głos rozsądku. że ktoś jest przy mnie. ponieważ nie podoba mi się to. żebyś nie przestała oddychać – rzuca Kilorn lekkim tonem i chociaż mogłoby się zdawać. zrywa się i wychodzi ze schronu. Ich statki nie mogły porozumiewać się ze sobą. który bardzo chce być pomocny. Że nie jestem już sama w białej otchłani. Coś we mnie pęka. że zaschło mi w gardle. Zmodyfikowany. – Nie możemy pozwolić. że ten nadajnik wysyła wzmocnione fale elektryczne. Wzmianka o nowej broni. żeby czar tej spokojnej chwili nie prysnął. masz jakiś pomysł na to. że miałabym go odczuć ponownie. jak się obronić przed tym ustrojstwem? Dopiero gdy próbuję przełknąć ślinę. Znów zaczyna ich dotykać bez pytania. . pochylam plecy i chowam twarz w dłoniach. zaczynam drżeć. że był to nadajnik fal dźwiękowych. Jego spojrzenie wędruje w stronę mojej szyi i blizn po błyskawicy. – Obydwaj wyglądacie jak zmory. sprowadza nas wszystkich na ziemię. doprowadzając do rozsypki lakelandzką flotę. – Myślę. Nawet Kilorn nieruchomieje. – Zbudowali go bardzo szybko. Kilorn. – Ktoś musiał dopilnować. oczywiście – zaczyna Cal. Wspomnienie paraliżującego bólu wciąż jeszcze jest świeże. Z jednej strony chcę go odepchnąć. i obrócić błyskawice przeciwko tobie. że mój przyjaciel znów żartuje. Na tyle silne. – Maven zdradził cię na długo przed Kościńcem. Dzięki niemu czuję. Dłoń Cala zatrzymuje się. ja nie daję się zwieść. z d e z o r i e n t o w a ć. żeby cię obezwładnić. czuję. – Zgadzam się z tobą. – Jego palce zjeżdżają w dół. którą posługuje się Maven. Przypominam sobie o tym niemal na każdym kroku”. Mówię szeptem. ale niestety nasze również. Na myśl.

chociaż w celi na Klinie przysięgaliśmy. żeby mnie pogrzebał. Cal delikatnie poprawia moją koszulę. To wystarczy. Słysząc to. – Bałem się. – Nawet jeśli oddanie się w jego ręce zatrzymałoby masakrę Nowych? Łzy szczypią mnie w oczy. Odnaleźć cię. wydrapałabym mu te jego potworne. że będzie inaczej.kruszy się i wali. – Co ci powiedział? – pyta szeptem. Drżącą ręką odchylam kołnierz koszuli. Bałem się o ciebie wiele razy. które popełniłam. który w nim zapłonął. I zmusić. ale żeby cię zranić. – Książę patrzy na mnie znacząco. Pozwalam na to. żeby nabrał śmiałości i mówił dalej. – Teraz przynajmniej wiemy. abyś do niego wróciła. gdy jego ramiona otaczają mnie. dlaczego robi to wszystko. – Hmm? – Maven kłamie jak z nut i chodzi na pasku u matki. palce splatają. – Ostrożnie dobiera słowa. . nie odsuwam się. – W momencie. Wpatruje się w piętno przez dłuższą chwilę. żeby najpierw mu pokazać. – Maven pragnie cię bardziej niż czegokolwiek innego na tym świecie. nierówną literę „M”. Nie mogę pozwolić. – Tropi Nowych nie po to. Gdy ogarnia mnie ciepło Cala. Oczy Cala rozszerzają się. ale to nie ona włada jego sercem. – Leżącą na udach dłoń zaciska w pięść. Spodziewam się. by zasłonić znamię. że cię stracimy. przed którą trzeba mnie ratować. on jednak tylko kiwa głową. Cal odrywa wzrok od piętna na mojej skórze. żeby pogrzebały mnie błędy. że j a ciebie stracę. że coś na to powie. a głowa wtula się w moją szyję. Nigdy mnie nie opuści. ciała przywierają do siebie. gdy jego spojrzenie pada na wypalone pod obojczykiem znamię. żeby mnie objął. żeby ochronić królestwo i zachować koronę. dociera do mnie ich znaczenie. że dotrzymuje słowa – odzywam się w końcu. Mimo to nasze dłonie odszukują się. gdy wypowiadam te słowa. jest on sam”. Mam wrażenie. Odsuwam się od niego. zostaje jedynie żar. – Powiedział. Ogień przygasa. – Że wszędzie mnie znajdzie i uratuje. że poparzy mnie gniew. Pochylam się do przodu. Cal jednak nadal jest przy mnie. co zrobił Maven. a ja zaczynam się obawiać. „Jedyną osobą. – Bałem się. które wypalił jego brat. Rozpraszamy się nawzajem. płomienie znikają. – Ale mnie nie dostanie. kładę dłoń na jego pięści. Nie mogę jednak pozwolić. Gdybym miała teraz pod ręką młodego króla. – Wybucham pustym śmiechem. a brak skupienia łatwo można przypłacić życiem. Za nic. – Nie wrócę do niego. iż jest równie zawstydzony swoją reakcją jak ja swoją. dręczące mnie oczy.

Tworzymy armię. żeby znów cię skrzywdził. Krzywdzę Kilorna. musimy go powstrzymać. Uciekałam jeszcze w Palach. roztapiam się w jego objęciach. będę mogła zapomnieć. Jego oddech przyprawia mnie o ciarki. Unikałam rodziny. Farley. Ze względu na Nowych. Cala. I dalej to robię. dzięki czemu na chwilę będę mogła przestać uciekać. jak gdyby nie wierzył mojemu zapewnieniu. żeby się uratować. przyciskam usta do jego ust. Ponieważ jestem słaba. żeby ratować innych. szukając czegoś. – Wierzę ci – kłamię. Gorszy niż ten. Jego miejsce zajmie kolejny władca. muszę krzywdzić siebie. że w każdej chwili ktoś może przyjść i mnie zabrać. – Zatem będziemy z nim walczyć. jak gdyby obawiał się. który zadało mi urządzenie Mavena. drugi może odejść w każdej chwili. Przygarnia mnie mocniej. wszystkiego. Wygląda na to. sięgający głębiej niż nerwy. którzy chcą mnie pokochać. Tak bardzo chcę przestać uciekać. zakończyć wprowadzony przez niego terror. Jestem mieczem wykutym przez błyskawicę i ogień – Cala i Mavena. i krzywdzić innych. Na zawsze. – Taki był plan i tego się trzymamy. drżąc pomimo otaczającego mnie żaru. czuję inny rodzaj bólu. – Usta Cala zbliżają się do moich. na długo zanim to wszystko się zaczęło. Dotyka dłońmi mojej szyi. Ogień i błyskawica. Nie boję się . wciąż biegnę przed siebie. Dziwnie się czuję. I niszczymy go. To jednak nie jest możliwe. – Nie pozwolę. Jednak na początek dobre i to. że będę miała złamane serc. że nikt przez to nie zginie. Jego i jego matkę. którzy chcą mnie zabić – i tym. swojego losu. żeby Cal się odsunął. Ponieważ jestem słaba. I na mnie. że oboje jesteśmy słabi. które wyniosły Mavena. Czuję rozsadzającą pustkę. Niksa i wszystkich pozostałych na tyle głupich. Przeze mnie oni również zaczynają uciekać. rwącą próżnię. Uciekam. Gdy przesuwa dłonią po mojej skórze. Na Cala. mieczem w ludzkiej postaci. Jak przez mgłę przypominam sobie uścisk Mavena i w pierwszym odruchu chcę się cofnąć. żeby iść za mną. czuję bijące od nich gorąco. Jeśli nie możemy prześcignąć Mavena. zanim rozhula się na dobre. Jestem bronią z krwi i kości. Muszę biec dalej. Chcę móc się zatrzymać i mieć pewność. Jeden już mnie zdradził. czego nie chciałam czuć. Zabicie króla niczego nie zmieni. udaje mi się jednak nad tym zapanować. doprowadzą do jego upadku. żeby zabić króla. Nie chcę.– Ale wciąż jestem – mówię. Wymykam się tym. Urodziłam się. odkąd pamiętam. Ja jednak nie boję się tego. Shade’a.

Nawet jeśli jestem mieczem. Shade’a oraz naszego planu. . będę tylko ja. i czuję.bólu. że powoli zaczynam pękać. samotna błyskawica w sercu mrocznej zawieruchy. Trzymam się Cala. ilu zdołamy. że pewnego dnia obudzę się w próżni. gdzieś. gdzie nie będzie przyjaciół ani rodziny. ponieważ boję się. aby ocalić tylu Nowych. Kilorna. ale ze szkła. to nie zostałam zrobiona ze stali.

żeby wyczuć jego napięcie. Jego lojalność wobec nas jest co najmniej wątpliwa. przez którą przebiega mroźna granica z Lakelandią. Tereny te. wysokie zielone wzgórza i tundra. U jego stóp stoi zapomniany dzbanek z wodą. idealnie nadają się na kryjówkę. że niezależnie od tego. które widzę. skoro moi towarzysze używają odrzutowca. Pamiętam. Słyszę je w głosie. ale tym razem moje słowa . Słońce. Powoli przestaję wierzyć w cokolwiek. w końcu gorąco zaczyna przeszkadzać. przyciskając dłoń do rozpalonego gorączką czoła. żeby wpuścić trochę lodowatego powietrza. Prawdopodobnie jesteśmy w jakiejś odludnej nortańskiej prowincji. ale to miejsce jest mi równie obce jak Archeon czy Palatium Słońca. Schron został zbudowany na grzbiecie wzgórza pośrodku szerokiej polany otoczonej puszczą. zginie albo zdradzi mnie tak. które mogłyby dobiegać z jakiejś wsi albo osady. które pozwalało mi wytrzymać w chacie rozgrzanej ogniem płonącym w pokoju dziennym na dole. Jak okiem sięgnąć nie ma tu żadnej budowli wzniesionej ludzką ręką. słabo zaludnione i zarządzane łagodną ręką przez Mroźnych z Domu Gliacon. że możemy się znajdować w regionie Knieja. jak bardzo marzniesz i potrzebujesz się ogrzać. którego większą część zajmują puszcze. Podobnie teraz chłodne podmuchy jesiennego wiatru pomagają mi się uspokoić. staje się nie do zniesienia. upstrzoną jeziorami i spowitą pasmami mgły. Domyślam się jednak. „Nie powinnam była tego robić”. ale i prawdopodobnie złamie mi serce. Zimne powietrze pomagało mi zasnąć. Wychowałam się w lesie. jak zimą otwierałam okno. Sprzed ziemianki roztacza się widok na wijącą się u stóp pagórka dolinę porośniętą drzewami. – Jestem przyzwyczajona do upominania go. zapomnieć o Calu. które przed chwilą zaszło. Nie ufam kolorom. On nie tylko mnie rozprasza.Rozdział 18 Problem z ciepłem polega na tym. Nie znam zbyt dobrze stanu Regenckiego. że gdzieś w pobliżu kryje się pas startowy. między drzewami nie niesie się echo wyrębu ani odgłosów życia. ganię się w myślach. który został w ziemiance. Pewnego dnia mnie zrani. jak zrobiło to wielu innych. Pewnego dnia odejdzie. „Tak mi się przynajmniej zdaje”. – Nie bądź niemiły. ale wyobrażam sobie. – Spławiłaś go? Sylwetka Kilorna opierającego się o pień rosłego dębu niemal stapia się z cieniem drzewa. Nie muszę widzieć twarzy przyjaciela. pomalowało niebo nade mną w ciemniejące czerwonopomarańczowe pasy. na północ od zatoki Harbor i z dala od wybrzeża.

ponieważ połowa z tego jest prawdą. mogłabym się na niego wściec. – Pozostaje tylko jedno pytanie. I nie lubisz być bezużyteczny. Nawet w tych. to prawdę albo przynajmniej to. co ma do powiedzenia. ale splatam kurczowo dłonie. co ci się stało. „Mare Barrow uwiodła księcia i namówiła go. pewnym siebie cwaniakiem – ale teraz. zasłaniając gałęzie dębu. Aż trudno uwierzyć. Nie potrzebujesz tego. Nie było mnie przy tobie i nie mogłem ci pomóc przez to przejść.zabrzmiały bardziej jak prośba. Nie zrozum mnie źle. tu na wzgórzu. które rozpływa się w nicość. Niestety Kilorn zna mnie na wylot. czy nadal jeszcze istnieje. że wszystko rozumiem i że jest mi przykro. żeby zabił króla”. nawet błyskawicą. − To potężny człowiek. które odcinają się na tle nieba poznaczonego pierwszymi mrugającymi gwiazdami. Nie potrafię się powstrzymać. – Kłamię i oboje dobrze o tym wiemy. cieszę się. Mam ochotę dotknąć go i sprawdzić. Zdumienie odbiera mi mowę. żeby nie wybuchnąć szyderczym śmiechem. To go zabolało. Nie lubisz się dzielić. niczym ostatni przebłysk mojego dawnego życia. w każdym znaczeniu tego słowa. które rozsiewa ten pokurcz Maven. Wątlejszy i słabszy. Czy ty też jesteś pod jego urokiem? Czy on wykorzystuje cię tak samo. – Uśmiecha się krzywo. – Masz rację – odpowiada cicho. kiedy byłaś Mareeną. – Nie wiem. odwrócić na pięcie i nie słuchać go dalej. o czym mówisz. jego postać góruje nade mną. – Jedyne. co u w a ż a m za prawdę. żeby się powstrzymać. „Bezużyteczny”. – Wygląda na to. On jednak oczywiście mnie nie słucha i mówi. – I nie masz pojęcia. jak ty wykorzystujesz jego? – Nikogo nie wykorzystuję. – Kilkoma szybkimi susami przysuwa się do mnie niczym Jedwabisty z rodu Iral szykujący się do zadania ostatecznego ciosu. Nie powiem. że przeszło mu to przez gardło. co mogę ci powiedzieć. – Cieszysz się? Jesteś najzwyczajniej w świecie zazdrosny. że wodzisz go za nos. – Jeśli się nie zamkniesz. Mimo to przysuwa się do mnie jeszcze bliżej. Przez ponad dziesięć lat przyjaźni nigdy nie usłyszałam od Kilorna Warrena podobnych słów. – Ponieważ książę z pewnością został zauroczony. że we wszystkich plotkach jest ziarno prawdy. za chwilę będziesz świecił jak żarówka. Właśnie że potrzebuję – gdyby to powiedział. Zawsze był upartym jak kozioł. wydaje się inny. Przez lata przyzwyczaił się do moich pogróżek i nie sądzę. – . który drga mu na karku. żebym mogła wystraszyć go czymkolwiek. Poznaję po mięśniu. – Mogłabyś wymyślić jakieś nowe groźby.

kimś jak rodzina. – Kilorn. jakkolwiek byłby on mały. za co tak naprawdę przepraszam. Nie wiem nawet. jego ramiona unoszą się i opadają ciężko w rytm głębokich oddechów. kręcąc głową. że mam na tyle rozsądku. Kilorn? – wzdycham. które bardzo kochalibyśmy. Przede wszystkim jednak jest żenująca i krępująca. nawet w domu. Nigdy go tak nie pokocham. ale… − Wzrusza ramionami. – Wiem. i naszą wspólną chatę na palach. Ta rozmowa jest bez sensu. – Słucham. że nigdy nie poruszymy tego tematu. zanim to wszystko się zaczęło. zanim zbieram się w sobie na tyle. że może kiedyś się to zmieni. żeby go powstrzymać. Moje wargi wykrzywia grymas bolesnego uśmiechu. „Nie zasługuję na ciebie. co by było. czy mi uwierzysz. gdybym przeżyła pobór i wróciła do domu. rybakiem o zielonych oczach. wciąż stojąc parę kroków ode mnie. – Kilorn – mamroczę. Myślałem. – O co chodzi – powtarza. co powiedzieć. „Boi się”. który nigdy nie stanie się rzeczywistością. „Mówi o nas”. nawet najbliżsi. I już zawsze tak będzie. on jednak cofa się przede mną. Słowa więzną mu w gardle. – Od ciebie zależy. Mare – odpowiada. Wtedy to wszystko wydawało mi się snem. że nie czujesz tego samego. Otwiera usta.Chociaż mówi pewnym głosem. chcą mnie przestawiać. Swobodę wyboru. Teraz nadal tak jest. to strata czasu i energii. – I niech tak będzie – ciągnie. manipulować mną i popychać do różnych działań. W końcu coś w nim pęka. Jego uśmiech jest samym smutkiem. I przez chwilę jego zielone oczy wydają się dziwnie wilgotne. Wierzy. robiąc krok do przodu. nie wiedząc. Mówię o nas. nie chcą przez nie przejść. Policzki płoną mi rumieńcem. by podjąć słuszną decyzję – nawet jeśli ja w to wątpię. Nie kocham Kilorna tak. jak on by tego chciał. Zawsze myślałam. do grobowej deski. Kiedy byłam Mare Barrow z Palów. Wyobrażałam sobie małżeństwo z przyjacielem z dzieciństwa. – Nigdy nie traktowałaś mnie tak. jak ja ciebie. – Wybacz – wyduszam z siebie. myślałam podobnie jak on. – O co chodzi. – I tak będzie. Zastanawiałam się. Kilornie Warrenie”. co ja. jesteś moim najlepszym przyjacielem. – . Także Kilorn nie ma czystego sumienia w tej sprawie. – Po prostu nie umiesz mnie tak pokochać i już. Mam ochotę uderzyć głową o kamień. wyobrażałam sobie nasze dzieci. Zdążyłam się przyzwyczaić do tego. że ludzie. Teraz jednak daje mi wolność. której od dawna pragnęłam. – Nad tym nie da się zapanować. po czym znów je zamyka.

Ja nie mam. za jakich uważa ich Kilorn. To po prostu nie leży w jego naturze. Moja skóra jest wciąż gorąca od objęć Cala. żeby nad tobą z a p a n o w a ł. Jednak osoby takie jak Cal. Wygnany książę jest jeszcze bardziej zagubiony niż ja. Znów myślę o Mavenie. to mroczny cień majaczący na obrzeżach mojego świata. że byłam w błędzie. żeby sam Cal to wiedział”. I jego matkę – dodaję z mrożącą krew w żyłach pewnością. – I dlatego to wszystko jest takie trudne. przeciwieństwo moich Czerwonych braci. Tarcza. która chroni mnie przed koszmarami i kolejnymi ranami. jest barierą. już nie. pustej obietnicy i pocałunku na łodzi. Nie mają czystego sumienia. Jednak widziałam i wycierpiałam zbyt wiele. Gdzieś w głębi duszy zazdroszczę przyjacielowi jego świętego oburzenia. brutalne i nieludzkie. kogo pokochamy. nie pozwól. jeśli tak ma być. niż myślisz – oznajmiam. proszę. jak gdyby ktoś rozłupał mnie na dwoje. – Niezależnie od tego. nie ma czego się trzymać i nie ma żadnych sprzymierzeńców poza kapryśną dziewczyną od błyskawic. Nowi będą bezpieczni. – A Cal będzie mógł odzyskać koronę. ale my również go nie mamy. pomimo wszystkiego. – Zabijemy Mavena. na twoich rodziców. Czuję się tak. Gdyby to wszystko było tak proste”. niemożliwą do przekroczenia granicą oddzielającą ciemność od światła. pamięta jego dotyk sprzed chwili. W niczym nas nie przypominali. „Gdyby tylko byli potworami. Kilorn mówi zapewne o drugim księciu. – To Srebrny. . Twarz Kilorna wykrzywia się w ostrym grymasie szyderstwa. – Chyba sama w to nie wierzysz. żeby było inaczej. – Nie wierzę – przyznaję smutno. To krew czyniła ze Srebrnych istoty potężne. „Zabijemy upiora. ulatują daleko stąd. do czego jest zdolny ani czego tak naprawdę chce. „Cal”. – Kochaj go. Srebrni są takimi samymi ludźmi jak my.Nie możemy wybrać. – Jest inny. tak samo przepełniają ich lęk i nadzieja. Nie masz pojęcia. Kiedyś uważałam. nie wiedzieli. on jednak jest daleko stąd. czym jest dobroć. na wszystkich nas. zobojętniałe. – Gdy oni znikną z tego świata. jakiego koloru krew płynie w jego żyłach. żeby było to możliwe. do lodowatych oczu. I przywrócić dawne porządki. ale nie może nade mną zapanować. nie mieli wyrzutów sumienia. Ale moje myśli. On zaś jest wojownikiem. Chociaż tak bardzo chciałbym. nie politykiem ani przestępcą. nie zabraniam ci tego. Może próbować mnie zabić. a już na pewno nie mną. zabijemy cień”. nie czuli bólu. nieodwracalną. Mare. Julian czy nawet Lucas udowodniły mi. Ale ze względu na mnie. Nie potrafi nikim manipulować. że krew decyduje o naszym losie. co się wydarzyło. „Wątpię. Czasami łatwiej jest wiedzieć mniej i chciałabym tak jak Kilorn móc z czystym sercem pomstować na Srebrnych. upadłym synu rodu Calore.

– Tak właśnie myślałem. najbardziej wysuniętego na południe miasta królestwa. co wiem. Tamten czas. I z tego. gdy sztywnym krokiem odchodzi. W oddali słyszę wycie powracającego odrzutowca. – Wezmę to wszystko pod uwagę. pojawiły się dodatkowe posterunki Srebrnych. Jego słowa dotykają mnie do żywego i nie chcę ich słyszeć. przez Taurus do podtopionych miast portowych na Wyspach Prostych. – I nie będzie mnie przy tobie. ani Czerwoni. Zwęża zielone oczy i wiem. zostawiając mnie samą na skraju polany. I nie wiem.– Tak się na pewno nie stanie. nie jesteśmy już dzieciakami z Palów gotowymi czubić się o wszystko. jak się powstrzymać. ani Srebrni. Jednak Kilorna nie tak łatwo zbyć. W końcu nawet do Delphie. Kilorn. – Naprawdę? – Nie znoszę tego znaczącego uśmieszku. zaskakują tak samo. odnoszę wrażenie. który tak dobrze znam i który znów pojawia się po wargach Kilorna. Jednak mimo to strażnicy nie . – Pewnego dnia pogubisz się w tym – dyszy. Na jego twarzy maluje się niesmak. minął bezpowrotnie. Dzięki nim potrafię odprawić Kilorna. że ma ochotę splunąć. jak on zaskoczył mnie. czas dziecięcej niewinności. których kocham? Co jest ze mną nie tak? „Nie wiem”. jak wiele jest w nich prawdy. Informacje z archiwum w zatoce Harbor prowadzą nas do Nowych na całym Wybrzeżu. Odwracam się plecami do mojego najlepszego przyjaciela. * Zebranie armii okazuje się najłatwiejszą częścią zadania. wpatrzoną w las. Nikt nie pozwoli mu zasiąść na tronie. nie czyniąc mu przy tym przykrości – jak księżniczka odsyłająca sługę. niezależnie od tego. – Dziękuję za szczerość. że przejrzał moją udawaną grzeczność na wylot. w którym byśmy nie działali. których głównym celem jest schwytanie nas i dostarczenie królowi. od Kankordii. on wcale tego nie chce. nie ograniczamy się więc do Wybrzeża i wkrótce nie ma regionu. odrzutowcem możemy dotrzeć w parę godzin. – Lekcje z panią Blonos znów do czegoś się przydały. choćby najmniejszej. Ostatnie słowa zbijają go z tropu. Lista Juliana obejmuje całą Nortę. W każdej miejscowości. Boję się samotności bardziej niż czegokolwiek innego. – Czyj to był pomysł? Żeby zabić Mavena? – Gdy nie odpowiadam. Obydwoje zmieniliśmy się przez te ostatnie miesiące. Ziemia chrzęści pod jego butami. żeby ci pomóc odnaleźć drogę. uśmiech robi się jeszcze paskudniejszy. Dlaczego więc to robię? Dlaczego odpycham od siebie ludzi.

Nowi zwykle są wystraszeni. żebym nie mogła ich dotknąć. przenosimy ich do baz Szkarłatnej Gwardii działających na terenie całej Norty. zapewne wykonane przez Carvera. – Luther nie… po prostu nie chce wyrządzić wam krzywdy. Tłumaczę każdej osobie z listy. Potem daję jej wybór. niektórzy rozzłoszczeni. – Wiesz. powoli. zapewnia jego córka. a ona zawsze wybiera życie. a Maven nie zdołał umocnić swojej pozycji na tyle. Większość dzieci nie wie. ale rzadko który okazuje się zdumiony – zwykle jedynie najmłodsi. ponieważ jesteś wyjątkowy. ponieważ od małego przyucza się do zawodu. Parę osób wysyłamy nawet na Klin. pod skrzydła pułkownika. Chłopiec zaś odwraca wzrok i nerwowo bawi się malutkimi palcami. Shade wiele razy okazuje się niezastąpiony. Ośmioletniego. czym jest i jakie stanowi zagrożenie dla króla. „Do Dowództwa”. Luther. Znajdujemy go w warsztacie ojca. Wybiera nas. to na mnie zawsze spada ciężar pierwszej rozmowy. – W porządku. Nix zaś przez mury po prostu przechodzi. prawda? – Głos mu się . My uderzamy na chybił trafił. nie działamy według żadnego schematu. dlatego zwykle udaje nam się zaskoczyć Srebrnych. Czasami szczęście nam dopisuje na tyle. który nie odstępuje synka na krok i stoi za nim niczym stróż. rozwichrzonych włosach. Postawny cieśla. Dygocze. Lakelandczyk może i nienawidzi Nowych. i cały czas nazywa mnie dziewczyną od błyskawic. jesteś inny – tłumaczę mu. Rodzinom Nowych zapewniamy schronienie. co w nich drzemie. syna cieśli. Niezależnie od tego. w jaki sposób docieramy do Nowego. uroczyście przytakuje skinieniem.są w stanie strzec wszystkich i wszystkiego naraz. – Twoje imię znajduje się na liście. cokolwiek miałoby to znaczyć. na którym leżą skomplikowane drewniane części. a nawet Niksa mierzy podejrzliwym spojrzeniem. a mutacja krwi stała się już ich przekleństwem. nie chodzi do szkoły. tak samo zresztą jak Ada i Nix. Pan Carver wpuszcza nas bez zbędnych ceregieli. jego długa. – Wyciągam rękę nad stołem. drobnego jak na swój wiek chłopca o rzadkich. To przychodzi i odchodzi… i za każdym razem jest gorzej. aby móc sobie pozwolić na jednorazową akcję uprowadzenia kilkuset osób. Chłopiec jednak cofa dłonie i chowa za sobą tak. że robimy swoje i znikamy niezauważeni. o czym mówię? Chłopiec gwałtownie kręci głową. nie ma się czego wstydzić. ale nigdy nie odwróci się od prawdziwych Czerwonych. jak nazywa to Farley. Ale wy możecie mu pomóc. Dziewczyna dzięki swoim umiejętnościom bez trudu znajduje sposób na ominięcie miejskich murów. równo obcięta grzywka majta się rozpaczliwie na boki. chociaż Cala. kiedy zaczynam z nim rozmawiać. Niektóre jednak zdążyły zdać sobie z tego sprawę. Na przedmieściach miasta Haven poznajemy Luthera Carvera. – Proszę nie brać tego do siebie – mówi Carver i opiekuńczym gestem kładzie dłoń na ramieniu syna.

Jeden nie dałby sobie ze mną rady – dodaje. i w wyniku tego nasz świat jest tak. że tak się stało. przez krew taką jak moja. Miałem wielu. – Wiesz. Nie zdążył opowiedzieć mi zbyt wiele o Przełomie. Luther znów cofa dłonie. Trochę młodszy od ciebie. – Wasza Wysokość – mamrocze piskliwie i próbuje zasalutować. – Przykro mi. muszą mu dziecko zabrać. którzy rozumieją jego dziecko lepiej niż on sam. co zrobiłby mój ojciec na jego miejscu. zadaje mi je prawie każdy Nowy. – Nie ma za co – odpowiada książę. spodziewam się zobaczyć na jego twarzy maskę godności i powagi. aby móc spojrzeć Lutherowi prosto w twarz. prawda? Luther przełyka ślinę i potakuje skinieniem głowy. ale nie wiemy. Mimo to Cal uśmiecha się jeszcze szerzej i przez cały czas nie spuszcza wzroku z Luthera. który wciąż stoi za plecami chłopca. Ojciec. że jego oczy również wydają się radosne. widząc księcia. Nie zdążył. Dowiedziałam się jedynie. robiłem to samo. po czym wyciąga rękę. Gdyby przyszli do niego ludzie. usiłował znaleźć odpowiedź właśnie na to dręczące wszystkich Nowych pytanie.łamie z żalu i bólu. pradawnym okresie. że niczego innego się nie spodziewał. Wracam myślami do Juliana. Chłopiec. Wręcz przeciwnie. Ja jednak wciąż nie znam na nie odpowiedzi. zanim został pojmany. jego książek i badań. – Staram się… – mówi Carver i znów kładzie dłoń na ramieniu syna. Wiemy jedynie. Przypuszczam. Luther oblewa się ciemnym pąsowym rumieńcem. Julian obserwował i badał mnie. którzy potrafią pomóc. ale Cal nie wygląda na urażonego zachowaniem chłopca. Stojący obok mnie Cal porusza się i gdy okrąża stół. – Proszę. Srebrni książęta nie są zbyt mile widzianymi gośćmi w jego progach. zachowuje się mniej dwornie i marszczy brwi. – Wiecie. uśmiecha się lekko. Chłopiec stoi jak sparaliżowany. wielu nauczycieli. Współczuję mu z całego serca i zastanawiam się przez chwilę. . dlaczego taki jest? Pytanie to zadawałam sobie wiele razy. a nie inaczej urządzony. ale żeby to zrobić. że nasze umiejętności to wynik mutacji. chociaż wciąż wystraszony. – A ty miałeś tylko swojego tatę. który całą swoją uwagę skupia tylko i wyłącznie na nim. którą często przywdziewa w trudnych momentach. – Przepraszam. że teraz zaczął się nowy Przełom. puszczając oko. proszę pana. po czym przyklęka na jednym kolanie. zmiany we krwi. mów do mnie Cal – oznajmia. On jednak uśmiecha się tak szeroko. zdaje się. kiedy byłem mały. której nie potrafimy wyjaśnić. ale też wcześniej zaczęto mnie uczyć różnych rzeczy. w którym srebrna krew oddzieliła się od czerwonej.

Oni też tak mogą? Mogą… panować nad tym. Tatę. Każde inne dziecko pewnie nie wiedziałoby.– Rozumiemy. Nowymi. w skupieniu marszczy brwi i tym razem ujmuje w niewielką piąstkę łodygę rośliny. jak tego sobie życzę. – Czego ty się bałeś? Na naszych oczach wyciągnięte dłonie Cala wybuchają gorącym płomieniem. że spalę kogoś. . których nazywasz Nową Krwią. czym są? Na moje dłonie wyskakują świetliste iskry i łączą się w fioletową sieć błyskawic. Luther – zapewnia ojciec. Ciekawość Luthera bierze górę nad lękiem i chłopak trąca Cala butem. Chłopiec wpatruje się w księcia jak urzeczony. Cieśla bez namysłu sięga po stojącą na półce doniczkę i stawia ją przed synem. czego chce od niego ojciec. i jestem przygotowana na następne pytanie. przyjaciół. między którymi przelewają się płomienie. Z ziemi wyrasta słabowita roślina. Nic się nie dzieje. możemy. Luther. żółte i czerwone języki przeplatają się niby w jakimś powolnym tańcu. – Obiecajcie. że paprotka. ale jego ojciec wcale nie jest przekonany. z którym mam do czynienia. Zęby ma zaciśnięte. – W porządku. czernieć. poruszając palcami. – Bałem się. – Możesz im pokazać. – Nie potrafiłem nad tym zapanować – opowiada Cal. ostrożnie. Chłopiec ponawia próbę. proszę pana – zapewniam. zdaje się. zwijać – więdnąć. które od niego bije. ale pewnie. że nikogo nie zamierzamy naprawiać. mojego… – Głos niemal mu więźnie w gardle. Na szczęście to nie pierwszy rodzic. których chciałem ochronić. nauczyłem się nie krzywdzić ludzi. ale Luther doskonale rozumie. gdy ściskam mu dłoń. Palcami gładzi jeden z liści. – Pokaż im. – Mojego młodszego braciszka. które po chwili znikają pod skórą bez śladu. panie Carver. Gdyby nie gorąco. które nim targają. Ale nauczyłem się kierować tym tak. pali się leniwie i barwnie. co trzeba naprawić. – Dalej. chłopcze – zachęca łagodnie. jak gdyby chciał w ten sposób powstrzymać nawałnicę uczuć. wydawałby się dziełem sztuki. o co chodzi. Gdy wpatrujemy się w roślinę jak zaklęci. – Ci. – Lepiej niż ktokolwiek inny. – Dbajcie o niego – rzuca krótko. Ogień jednak wydaje się wyjątkowo piękny. Jak wszyscy prawdziwi mężczyźni nie wzdryga się. – Tak. pan Carver zdejmuje z półki kolejną rzecz i kładzie ją synowi na kolanach. Skórzane rękawice. A wtedy paprotka powoli zaczyna się kurczyć. a nie bronią. Zanim zdołam zaprotestować i wyjaśnić. Luther wyciąga przed siebie drżącą dłoń. Ty też możesz się tego nauczyć.

Czasami jednak zostaje w obozie. Luther ćwiczy się w opanowaniu swojej mocy. Tam zostaną zatrzymani i pewnie część z nich Lakelandczycy wcielą do swojej armii. będą umierać powoli z zimna i głodu w lasach północy. że jej mózg tyle w sobie mieści i jeszcze pozostaje w nim miejsce na coraz to nowe wiadomości. dopóki nie dotrą do granicy z Lakelandią. Jedyne. Cal musi własnoręcznie rozgrzewać odrzutowiec. Uczy się wszystkiego gruntownie i w błyskawicznym tempie. dysponują tak wymyślnymi umiejętnościami. co się zmienia. żeby szkolić. że przetrwają to. i zamiast ginąć gwałtowną śmiercią w okopach. na szlakach zaopatrzeniowych skończywszy. pozwalam sobie na chwilę refleksji. aby przeżyli. od sieci rzecznych począwszy. zanieść im trochę jedzenia i lekarstw. skąd chcemy zwerbować kolejnego Nowego. rozmrażać koła i mechanizmy. ponieważ zima jest coraz bliżej. gdzie nie będą zaharowywać się na śmierć i gdzie za jedno nieopatrzne słowo nie będzie im groził stryczek. Cal uważa. również maszerujący gdzie ich oczy poniosą Czerwoni. Rekrutujemy. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić. Teraz kiedy się budzę. Nikt nie może się o nas dowiedzieć. ziemię pokrywa gruba warstwa szronu. aby tam znaleźć miejsce. że nie powiedziałam całej prawdy. trenujemy i tak w kółko. Będą szli na północ. aby leczyć siebie samego. co nadejdzie. wysuszając kolejne kwiaty i młode drzewka. Zwykle lata z nami. którzy będą mieli więcej szczęścia. ale musimy to jeszcze zbadać. Jest dla mnie prawdziwą zagadką i cudem. Dopiero po powrocie do ziemianki i obozu. Wtedy za sterami zastępuje go Ada. Ale wiem. gdy pewnego . * Uciekają nie tylko rodziny Nowych. Niektórzy przechodzą nieopodal nas. Środki Bezpieczeństwa sprawiły. Nie mogę obiecać chłopcu i innym jemu podobnym. i wielu z nich zdecydowało się uciekać w lasy i pustkowia. Kilorn i Farley chcą im pomagać. która kazała nazywać się Babcią. a jej znajomość Norty. Nawet jeśli umiejętność chłopca czyni z niego chodzącą śmierć. aby się przyznać. iż zrobię wszystko. prześlizną się przez granicę. że życie Czerwonych stało się jeszcze cięższe niż do tej pory. to pogoda. Inna Nowa.– Daję panu moje słowo. co w mojej mocy. staruszka. że chłopiec mógłby wykorzystać swoją umiejętność. kieruje samolot tam. tak samo jak inni Nowi. Napędziła nam strachu. Na to. która pilotuje odrzutowiec równie pewnie jak książę. Ci. zaledwie parę kilometrów od Polany. ale Cal i ja sprzeciwiamy się temu. który zaczęliśmy nazywać Polaną. jest zdumiewająca. do których docieramy. o jakich Srebrni ani my nie mieliśmy dotychczas pojęcia. jak to możliwe. Wszystkie dni są do siebie podobne. panie Carver. na długo przed świtem. potrafi zmieniać swój wygląd. Prawie wszyscy różnią się od siebie. kierując się na północ w stronę granicy przyprószonej jesiennym śniegiem.

Podobnie jak wszyscy Nowi potrzebowała jedynie okazji do tego. Potrafi panować nad dźwiękiem i wygłusza odgłosy wystrzałów. chociaż nadal nie odzywa się do niego i unika go. Trudno nienawidzić księcia. Podczas gdy Nowi rozwijają swoje umiejętności. Oczywiście dość szybko na Polanie zaczął panować zgiełk. czego mogą dotknąć. Cal jest doskonałym nauczycielem. Ja niestety nie mam talentu do nauczania i na myśl o porannych i wieczornych treningach odechciewa mi się wszystkiego. a jej wybuchom towarzyszy chmura ognia i dymu. wstępuje we mnie coraz więcej nadziei. żeby ich huk nie niósł się echem po dolinie. jeśli zna się jej możliwości. a Ketha potakuje skinieniem. Różnica między nią a Srebrnymi polega na tym. gdy widzi się go w otoczeniu wianuszka dzieci błagających o kolejną sesję treningową. liści i gałązek do ścierania w proch litych głazów. podczas których na równi z innymi uczy się strzelać z karabinu i posługiwać sztyletem. chociaż nie jest to łatwe. ucząc się panować nad nimi. które odbywają się na najdalszym skraju Polany. niestety jednak moje wskazówki są żałośnie monotonne. Najlepiej pracuje mi się z Kethą. który spędziła na Polanie. jeśli może. ale ja nie mam takiego przywileju. Podczas treningu czeka cierpliwie. której umiejętności są związane z materią i podobne do moich. Skrywane latami umiejętności również zachowują się jak dzikie zwierzęta wypuszczone w końcu na wolność. Staram się. umie za to niszczyć. przeszła od wysadzania kupek papieru. Sama trenowałam zaledwie miesiąc. jak mogę. Całkiem nieźle idzie jej na treningach z Calem. Nawet Nix przestał piorunować Cala spojrzeniem.razu zachciało jej się przeparadować po obozie w postaci królowej Elary. Tak jak Srebrni Niwecznicy jest w stanie wysadzić w powietrze każdy przedmiot. że Niwecznicy niszczą jedynie to. nie uciekać przed jej niszczycielskim wzrokiem. i to w większości pod okiem Juliana. Ketha zaś nie ma pod tym względem żadnych ograniczeń. zamierzam poprosić ją wkrótce o pomoc podczas werbowania. W ciągu tygodnia. a najlepsze podejście ma do dzieci. który trzymam w dłoni. Pozostali obozowicze omijają szerokim łukiem sesje treningowe Kethy. który z pewnością przyciągnąłby czyjąś uwagę – mimo że znajdujemy się w sercu Kniei – gdyby nie Farra. które w przeciwieństwie do starszych rekrutów nie mają uprzedzeń i szybko zaczęły chodzić krok w krok za swoim instruktorem nawet po skończeniu treningu. Po prostu jestem kiepskim instruktorem. mierzy spojrzeniem kamień. aby móc ujawnić swoją prawdziwą naturę. Swoje lenistwo tłumaczę zmęczeniem – co drugi dzień spędzam na podróżach i werbowaniu kolejnej osoby z listy – jednak nie do końca o to chodzi. pierwsza kobieta zwerbowana przez Adę i Niksa. Nie potrafi stworzyć energii elektrycznej ani niczego innego. który był . Mimo że ma już swoje lata. – Zapanuj nad tym – mówię. Chciałabym podpowiedzieć jej coś więcej.

Dziwnie się czuję. Teraz na Polanie jest nas dwadzieścioro sześcioro. Tak samo jak ja Ketha urodziła się i wychowała w nadrzecznej osadzie i gdyby ktoś przyglądał nam się z boku. że są skuteczne. Poza tym władanie umiejętnością jest dla mnie sprawą bardzo osobistą i trudno mi wyjaśnić Kecie. że była nauczycielką w szkole. Farley i Crance wykorzystują swoje powiązania z podziemiem. kiedy przyjdzie jej zrobić to samo z żywym stworzeniem. która w nich drzemie. tworząc labirynt korytarzy i pomieszczeń. – Zapanuj – powtarza kobieta. ale najważniejsze. żeby jej zawtórować. jak potrafię. staruszkowie i niesforne dzieci. . żeby zdobyć wszystko. Z nadejściem pierwszego śniegu w obozie mieszka już dwadzieścioro Nowych. w Kościńcu. Kazał nam uderzać w rzutki umiejętnościami. ale większość jest ślepa i dość szybko z każdej wyprawy oprócz Nowych zaczynamy przywozić kradzione latarnie. i wtedy się przekonamy. Kilka z nich ma okna w suficie. nic nie zdradza mocy. mógłby ją uznać za moją starszą siostrę albo ciotkę. werbowanie i trenowanie. Mój przyjaciel z każdym dniem coraz bardziej się od nas oddala. takie jak zimowe ubrania. żeby złapał nam królika. koncentruje się jeszcze bardziej. kobiety i mężczyźni. wracając teraz do jego metod. Po miesiącu Polana działa jak dobrze naoliwiona i zamaskowana maszyna. która pomaga mojemu przyjacielowi poruszać się bezszelestnie podczas łowów. ja stałam się jego celem i niemal mnie zabił. Chyba poproszę Kilorna. a ja zmuszam się. Postanowił zająć się zaopatrywaniem obozu w żywność i większość czasu spędza w lesie. Zmruża powieki. zanurza się w głąb wzniesienia. Gdyby nie pochłaniały mnie tak bardzo moje własne obowiązki. Na szczęście schron jest większy. Teraz jednak często brakuje mi czasu na sen. zapałki. łowiąc albo polując. niż początkowo myślałam. przypomina mi się instruktor Arven i nasze treningi. Ketha bije sobie brawo. O dziwo jej brunatne oczy nie wyróżniają się niczym szczególnym. próbowałabym zachęcić go. czego nam potrzeba. żeby mocniej się włączył w życie obozowe. Wraz z przybyciem kolejnych rekrutów pojawiają się również zapasy. Jedzenie mamy wyśmienite dzięki Kilornowi i Farze. Ogorzała skóra i włosy o siwych końcówkach wyraźnie świadczą o naszym skromnym pochodzeniu. Potem zaś. a co dopiero na oswajanie Kilorna z Nowymi. dzięki czemu ćwiczyliśmy się w celowaniu i utrzymywaniu koncentracji. Ciekawe czy będzie odczuwała podobną radość. co dokładnie mam na myśli.przecież uczonym i badaczem. jak gdyby w jego wnętrzu wybuchła miniaturowa bomba. Z archiwów wiem. Kamień rozsypuje się w proch. ale czasami uciekamy się także do starych sprawdzonych złodziejskich sztuczek. a nie instruktorem sztuk walki. a nawet sól. wszyscy wygodnie się mieścimy i w ziemiance został jeszcze zapas miejsc do spania. Gdy podrzucam kamień najwyżej.

Kiedyś ta myśl doprowadzałaby mnie do szału. że stos ciał zmusi mnie w końcu do powrotu. który przybywa na Polanę. chociaż Evangeline również mogła być obecna podczas egzekucji i pławić się w blasku chwały króla. co to oznacza. w którym pojawi się król. Śmierć Nowych w Delphie. płaszczyk. Maven to nie Cal i bez wahania pozbędzie się jej. Wszyscy oni są martwi. a my wiemy. Wkrótce zostanie królową i z pewnością będzie robiła wszystko. nie jesteśmy wystarczająco szybcy. Ułatwiają nam to ogłoszenia i gazety. „Król odwiedza Delphie”. . Ale tym razem się przeliczy. żeby nie wydały się jego kłamstwa i żeby nie dać nam odetchnąć. ponieważ Maven liczy na to.Maven nas nie znalazł. Prawdopodobnie dokonał tego Ptolemejusz. a my cały czas staramy się mieć go na oku. gdy tylko będzie mu to na rękę. teraz jednak czuję jedynie litość do Żeleźczyni. w każdym miejscu. które mamy w zanadrzu. żeby uratować wszystkich. że ofiary zginęły z ręki Żeleźca – zostały przeszyte metalowymi szpikulcami lub uduszone żelaznymi prętami. żeby trzymać Mavena blisko siebie. „Król Maven i wielmożna Evangeline dokonują przeglądu oddziałów w Forcie Lencasser”. „zaginionych” lub zakłutych w rynsztoku. Na każdego ocalonego Nowego. przypada dwóch powieszonych. W kilku wypadkach nie ma wątpliwości co do tego. pod którym ukrywa się ciąg egzekucji. „Ciąg dalszy oficjalnych wizyt w stanie Królewskim”. Jego tak zwane oficjalne wizyty to tylko pretekst. Podobnie jak pozbywa się Nowych po to. w Lencasser. Nagłówki wskazują miejsce pobytu Mavena. Pomimo naszych umiejętności i sztuczek.

Chcę pokazać pozostałym. a między nimi powiewa rozwieszony sztandar w znajomych barwach: czerwone i pomarańczowe pasy na fladze niemal zlewają się w jedno w porannym świetle. wolał szkolić. podczas których znajdowaliśmy jedynie martwych Nowych. aby przeskoczyć przez miejskie mury. Niewiele się tam dzieje. i kazałam mu zostać.Rozdział 19 Po trzech nieudanych wyprawach. Niweczników. Crance mocniej ściska lejce kradzionego konia. spokojnego miasteczka leżącego przy trakcie do Delphie. że jestem nie tylko groźną bronią. Usadowiłyśmy go w wozie między mną a Farley i teraz obserwujemy bacznie na wypadek. Jedziemy w długiej kolumnie kupieckich furmanek i robotników zmierzających piechotą do miasta. niż lecieć z nami. czuję się jednak dziwnie niepewnie bez niego i mojego brata. jak robiłby to Cal. Czerwoni mieszkańcy miasta żyją stłoczeni w szeregowych domach pobudowanych wzdłuż rzeki. jak zwykle z nosem w książce. którego wydostaliśmy dwa tygodnie temu z kamieniołomów Orienpratis. To kolory Domu Lerolan. Jak na sługi przystało. żeby dotrzymać kroku innym i wmieszać się w tłum. że obędzie się bez przygód. Nigdy wcześniej nie byłam na werbunku sama. gubernatorów regionu Delphie. jego żylaste mięśnie naprężają się i rozkurczają na zmianę. starej dropiatej szkapy ślepej na jedno oko i źle podkutej. Templyn nie jest ośrodkiem przemysłowym ani handlowym. udajemy się do Templyn. Harrick jest wystraszony i niespokojny. przypominam sobie ciała trzech Niweczników. W takich miejscowościach jest najtrudniej – nie ma naturalnych kryjówek jak lasy wokół wsi czy tunele i zatłoczone ulice w wielkich miastach. ale też wojowniczką gotową walczyć z nimi r a m i ę w r a m i ę. Po obu jej stronach stoją misternie rzeźbione kamienne kolumny. Pozostała część drużyny – siedzący naprzeciwko nas Nix i powożący Crance – skupia się przede wszystkim na drodze. dzisiaj jednak nie poszedł z nami. Na szczęście mamy ze sobą niesamowity nabytek. bez nich obu. gdyby w ostatniej chwili postanowił się ulotnić. To jego pierwsza misja i mam nadzieję. Ponagla wychudzone zwierzę. która nie zdążyła się jeszcze całkiem zagoić. Czeka teraz na nas przy samolocie. Patrząc na sztandar. prowadzić nas tak. Nowego o imieniu Harrick. dlatego za sterami Pantery zastąpiła go Ada. Przed nami wyłaniają się mury miasteczka i otwarta brama. Wczoraj nadwyrężył nogę. Lerolanów zabitych podczas . a najbardziej słynie z rozległych posiadłości Srebrnych. Zwykle korzystaliśmy z umiejętności Shade’a. Cala również nie ma. Staram się opanować nerwowość. i to jest mój chrzest bojowy.

przelatuje mi przez myśl. To samo robi Harrick. Nikt z nas nie waży się drgnąć. miraże. Zwęża oczy. Zgodnie z naszymi przewidywaniami strażnik nie dostrzega w woźnicy nic podejrzanego. ona jednak przygląda się bacznie strażnikom stojącym przed wrotami. że ludzie widzą coś. co widzialne. Farley wydaje się zupełnie nieporuszona. czy wojowniczka wie. Pokornie spuszcza wzrok. którą kamieniarz właśnie wykonuje. nie bawiąc się w sprawdzanie identyfikatorów. który obiegł całe królestwo i który pokazywano w każdej transmisji. Strażnik odwraca się. że jej palce na pewno powędrowały w dół. co napisane na papierowych świstkach – dostali rozkaz odszukania mnie i moich ludzi. Crance nie jest Nowym ani jednym z naszych znanych sprzymierzeńców. Harrick nie potrafi zamaskować dźwięków. „Nie widzi nas”. został zamordowany przez Farley i Szkarłatną Gwardię. rozerwał wybuch. Jednak po krótkiej. że kamieniarz jednak zawiódł. Wkrótce przychodzi kolej na nasz wóz i tylko warstewka potu zraszającego górną wargę Harricka świadczy o ciężkiej pracy. a ja prostuję się odważnie. gdy Srebrny lustruje jego postać. zaciska pięści. przemienił nas w p u s t y wóz. Ja również nie zamierzam okazać strachu. zadowolony z wyniku inspekcji. Zerkam na Farley. kilkuletnich bliźniaków. Wizerunek martwych dziecięcych twarzyczek. czego nie ma. głównie ze względu na Harricka. co oznacza widniejący nad bramą sztandar. sprawiać. – Przewozisz powietrze. Maven na niego nie poluje. jego umiejętność dotyczy jedynie tego.strzelaniny w Palatium Słońca. ale wiem. Wierzę w jego umiejętność – trenował w każdej wolnej chwili – ale najważniejsze jest to. wstrzymujemy oddech. Czerwony? – Strażnik krzywi się w grymasie zaledwie przypominającym uśmiech. Strażnicy przed bramą mierzą wzrokiem każdą przechodzącą i przejeżdżającą osobę. Potrafi stwarzać iluzje. zastanawiając się. Wpatrują się w twarze i przeglądają wiezione towary. Harrick to Nowy o wyjątkowej mocy. dzięki niemu staliśmy się niewidzialni. Młody mężczyzna. Crance na rozkaz strażnika zatrzymuje konia i wóz. w stronę sztyletu ukrytego za cholewą buta. którzy wypuścili się za daleko od swojej wioski. Uśmiecha się do mnie lekko. który nastąpił tuż potem. żeby obejrzeć wóz. a nie wieśniaków. pełnej napięcia chwili Srebrny rusza dalej. by dodać mu otuchy. Delikatnie dotykam jego ramienia. stał się głównym narzędziem propagandy Srebrnych. – Dasz radę – szepczę. . Gdy spojrzenie strażnika krzyżuje się z moim. Szkarłatną Gwardię należy zniszczyć”. A jego dwóch synków. żeby bardziej się skoncentrować. Srebrni przestali zawracać sobie głowę tym. Dlatego ukrył nas przed wzrokiem strażnika. mięśnie pod jego koszulą się naprężają. „Szkarłatna Gwardia morduje dzieci. Belicos. Nix napina się. żeby sam w nią uwierzył.

żebym się nie myliła. Farley prowadzi nas do bocznych drzwi. machając ręką. Wyglądają na opuszczone. „Czerwona jak świt”. Jednak Srebrny zdążył już odmaszerować niezbyt zainteresowany tłumaczeniami woźnicy. że na ulicach widziano wóz pełen najbardziej poszukiwanych zbiegów w królestwie. – Ruszaj – rzuca. Natychmiast zeskakujemy z wozu i obchodzimy budynek Gwardii. Harrick chwyta mnie za rękę i mocno ściska. zdołał podtrzymać iluzję. w które stuka trzy razy. Drzwi natychmiast się otwierają.– Odbieram dostawę dla miasta Delphie – odpowiada Crance. za nimi widać jedynie ciemność. ale prawdopodobnie uciekli przez Środkami Bezpieczeństwa lub zostali powieszeni za próbę ucieczki. dopóki nie przejedziemy przez bramę i nie znajdziemy się na ulicach miasteczka. gdzie się podziali ich mieszkańcy. w który wjechaliśmy. a my idziemy w jej ślady. a Crance wykonuje polecenie. Wzrok szybko przystosowuje się do mroku panującego w pomieszczeniach. których nauczyła go Ada. – Już prawie jesteśmy – powtarzam. – Już prawie jesteśmy. które przywodzą mi na myśl rodzinny dom w Palach. Skręcamy z głównej ulicy wiodącej na rynek i zagłębiamy się w plątaninę krętych. prawie zupełnie wyludnionych uliczek. dając mu do zrozumienia. oprócz budynku Szkarłatnej Gwardii znajdują się jeszcze dwa domy. a ochraniająca nas iluzja rozwiewa się w mgnieniu oka. tylko ja skupiam całą swoją uwagę na Harricku. W zaułku. Mieszkańcy dzielnicy to Czerwoni. powtarzając słowa. przy których znajdują się skromne sklepiki i domy Czerwonych. żeby wytrzymał. Pozostali rozglądają się. Korytarzyk oraz dwa pokoje o podłogach z sękatych desek . Wczorajszy dzień spędziła na studiowaniu szlaków handlowych. nie poddał się. Wóz z szarpnięciem zaczyna toczyć się do przodu. Wojowniczka zagłębia się w nią bez wahania. wiedząc. proszę pana. Nie mam pojęcia. modląc się w duchu. – Już. Lada chwila kamieniarz opadnie z sił. Miejsce to wydaje mi się wystarczająco bezpieczne. Po godzinie była ekspertem w dziedzinie importu i eksportu na terenie Norty. – Jeszcze minuta – szepczę. Harrick – oznajmiam. Kieruje nas w stronę drewnianego budynku o pąsowych zasłonach. czego szukamy. – Dobra robota. Mimo że słońce świeci w najlepsze. Oddaję uścisk. Kamieniarz w odpowiedzi wzdycha ciężko. – Wełniana przędza. w oknie stoi płonąca świeca. – W lewo – burczy Nix. kryjąc się w cieniu szerokiego okapu. a nasza iluzja rozwieje się na oczach całej ulicy. ale po mieście na pewno błyskawicznie rozeszłaby się wieść.

a dłonie bliznami. – Przygotuję. Jestem Ellie Pukawka. – Pani kapitan – rozlega się głos. – Zobaczymy. Kobieta zerka na Farley. a gdy wojowniczka przytakuje skinieniem głowy. które mogłyby rozpraszać ciemności. ale nie dla Dowództwa. od starych bezużytecznych rupieci po towary z przemytu i kradzieży. . – Weźmiemy jedzenie. Te ostatnie sama mu przynosiłam. Podobnie jak w zatoce Farley pochmurnieje. jeśli coś masz. zauważam znajomy tatuaż wokół nadgarstka. spogląda na mnie i wita skinieniem głowy. ściskając dłoń kobiety na powitanie. żeby kupić jedzenie. Twarz ma poznaczoną zmarszczkami.i brudnych oknach są ciasne i zagracone. Unoszę brwi. Pukawka to zwykle przydomek. Kobieta zauważa moją ciekawość. co mogę. sądząc po dacie urodzin”. – Świetnie – odpowiadam. „Tansy i Matrick Marcher. a ja zauważam wetknięty za pas pistolet. a może po prostu wykręcono je i sprzedano. Spod okna wyłania się starsza kobieta o stalowoszarych włosach. – Pukawka? – powtarzam. Will Pukawka w swoim krytym wozie miał wszystko. co handlarz i przemytnik razem wzięci. – Należę też do Szkarłatnej Gwardii – dodaje staruszka. – Raczej nie. najlepiej w ciągu najbliższej godziny. O tym akurat wiedziałam. Mają inne zdanie w tej sprawie. – Panno Barrow. Żarówki. – Da się zrobić. ale jak ma być szybko. Ellie przysłuchuje mi się uważnie. U nas znajdziesz wszystko: wystrugane w drewienku zabawki dla dzieci i prawdziwe metalowe karabiny. – Czyli krewna… Ellie nie daje mi dokończyć. Ellie jej wtóruje. – Szukamy rodziny Marcherów. – Potrzebujemy też zapasów – wtrąca Farley. – A właściwie tylko dwojga z nich. – Może dla pułkownika. co da się zrobić – zapewnia. którzy nie podlegają pułkownikowi i którzy mogliby nam pomóc działać po kryjomu. wyłączono lub się popsuły. Od kilku tygodni Farley kontaktuje się ze swoimi ludźmi. Staruszka znów potakuje. Prosta czerwona opaska. – Muszą zniknąć z miasta. – „Rzeczywiście”. to niech mi ktoś pomoże. Gdy chwyta świeczkę. W pewnym momencie się porusza. – Nie jestem… Staruszka przerywa jej jednak machnięciem ręki. bracia bliźniacy. Znaczy tyle. jaką miał wytatuowaną Will Pukawka. taka sama. żeby ją zdmuchnąć. – „Dowództwo”. ale najbardziej przydadzą się ciepłe ubrania.

czy trędowatą. jak dobrze zorganizowana i potężna jest Szkarłatna Gwardia. Mare. – Dzięki… yyy… Mare. słucham rozkazów Dowództwa. panna Barrow. Przydomek kłuje mnie w serce. Dla ciebie to bułka z masłem. przepatrując po kolei różne szafki i skrytki pochowane w całym domu. jak mnie nazywać. tym lepiej. zawsze pozostaję kimś obcym. A oni wysłali krótką wiadomość: pomagać kapitan Farley i dziewczynie od błyskawic za wszelką cenę – mówi Ellie z głową niemal całkiem schowaną w jednym z kredensów. ale Nix stał się już weteranem. Nix przybiera minę godną starego wygi. Wymieniamy znaczące spojrzenia. chłopaki? – pytam. Drzewo. chociaż tym razem jest to przyjemne zaskoczenie. Tak samo jak ja obserwuje Ellie z rosnącą podejrzliwością. o co w tym wszystkim chodzi? – mamroczę do Farley. co mu się żywnie podoba. za co jestem mu bezgranicznie wdzięczna. choćbym nie wiem jak starała się być jedną z nich. ja zaś przysuwam się do Harricka i Niksa. – Dziękujemy za pomoc – rzuca Farley przez ramię. ale nie tak mocno. ale dziarska. ile razy wyruszał ze mną na kolejną wyprawę w nieznane. robi z nas zwykłych Czerwonych o pobrudzonych twarzach schowanych w cieniu kapturów. Po wyjściu na zewnątrz Crance zaczyna załadowywać wóz towarami i nawet nie zerka w naszą stronę. Odwzajemniam uśmiech. niektórzy zwracają się do mnie nawet: „wielmożna panno”. – Powiesz mi. Większość z nich nie wie. Znów nie mogę wyjść ze zdziwienia. żadnych wścibskich strażników. Trudno mi uwierzyć w dobre serce Ellie. a ja zaczynam się zastanawiać. – To nie będzie tak trudne jak wejście do miasta. Dla kamieniarza to pierwsza misja. gdy znikamy z wdziękiem Cienistych. – Gotowi. Jednak w przeciwieństwie do Srebrnych władców światła Harrick nie tylko zagina promienie słoneczne i panuje nad ciemnością – potrafi również wyczarować. wypina pierś i uśmiecha na pokaz. zginając i prostując palce. Niezależnie czy widzą we mnie przywódczynię. Zdążyłam stracić rachubę. – Crance wysuwa się do przodu. Farley chyba również coś tu nie pasuje. wciąż uważają mnie za kogoś innego. gdy wymawia moje imię. – Jak mówiłam. Tu. ale w oczach Harricka dostrzegam błysk strachu. Z innego świata. dziewczyna od błyskawic. podczas gdy kobieta zabiera się do pracy. że łatwiej mu stworzyć taką .– Im szybciej. ludzką postać. Kobieta jest stara. – Którędy do Marcherów? Ellie zaczyna objaśniać drogę. – Prostuje się. jak ten ostatni tytuł. na ulicy. Przemytnik z przemytnikiem na pewno się dogadają. czy na pewno nie ma w tym domu nikogo poza nami. chociaż słyszę w jego głosie drżenie. Mniej ludzi. Choćbym nie wiem co zrobiła. Unoszę brwi ze zdumienia. – Później – ucina wojowniczka. konia. Niczym się nie różnimy nawet między sobą. Wcześniej Harrick wyjaśnił mi.

Mimo to jeszcze przez chwilę wsłuchuję się w ciszę. i mam wrażenie.iluzję niż zupełną pustkę. Ja… b l o n d y n k ą ? Dom Marcherów jest mały. chociaż mojego uśmiechu również nikt nie zobaczy. gdzie powinna się znajdować jej twarz. co może mnie czekać w środku. Przechodzimy przez plac targowy. nie czuję dreszczu energii elektrycznej. Ktoś mnie wyprzedza. po którym kręcą się strażnicy. Wiatr rozwiewa mi włosy. ale żaden z nich nie reaguje. delikatny szmer. ale energią. „Nie widzą cię. Nie widzę jej. Wywołany nie ruchem. Gdy drzwi zamykają się za nami. a ja zamieram. Po paru sekundach dłubania w dziurce rozlega się znajome ciche szczęknięcie. ponieważ uderza mnie dziwny zapach. jakim cudem zderzył się boleśnie z powietrzem. – Harrick nie jest maszyną – odpowiadam za niego. Coś przyciąga moją uwagę. ale dostrzegam małe obłoczki pary na wysokości. ze środka nie dobiega najmniejszy nawet szmer. jak gdyby budowano je w wielkim pośpiechu. potrącam wojowniczkę w ramię i przyklękam przed zamkiem. Farley przeklina pod nosem. zastałe i unosi się w nim kwaśna woń. Przechodzimy przez ogród. Ruszam do drzwi. idiotko”. – Poczekamy w środku. i tak . ale zaraz poważnieję. Albo Marcherom skończył się przydział. Nie zauważam żadnego ruchu. Podobnie jak w domu Ellie. Patrzę w jego stronę. Powietrze jest stęchłe. aby nie szeleściły i nie chrzęściły pod butami. chociaż piętro wygląda tak. Nieco uspokojona gestem przyzywam towarzyszy. Odpowiada nam głucha cisza. ale żaden z nich nas nie zatrzymuje. piętrowy. Patrzę na Harricka. podchodzi do drzwi i puka. znów stajemy się widzialni. Uśmiecham się. Może gdzieś wyszli. ale nikogo nie dostrzegam. – Teraz jesteśmy niewidzialni – szepcze Harrick. a poza tym między ludźmi jest to lepszy kamuflaż. może są w pracy. Latem musi wyglądać przepięknie. Nikt nie będzie się dziwił. Wielu pouciekało – podsuwa Nix. dziękując mu uśmiechem za wytrzymałość. starając się ostrożnie stąpać między suchymi liśćmi. Drzwi uchylają się na skrzypiących zawiasach. Jest prosty. Szybko przejeżdżam dłonią po stole kuchennym. – Wchodzimy – szepczę i dopiero wtedy za plecami czuję Farley. – Czekamy? – pyta szeptem. Niemal parskam śmiechem. tu również panuje półmrok i pomieszczenia wydają się puste. że w każdej chwili może się na nas zawalić. nie wiedząc. Za to z tyłu odkrywamy cudowny ogródek porośnięty winoroślą i z gołymi o tej porze roku drzewkami. mogłabym go otworzyć z zamkniętymi oczami. albo w ogóle nie mają prądu. do oczu wpada mi długi jasny kosmyk. – Może uciekli. Farley prowadzi nas zgodnie ze wskazówkami Ellie. ścierając z niego warstwę kurzu.

To makabryczna wiadomość przeznaczona dla nas. Nie dlatego że został porzucony czy zaniedbany. „Widzi to samo. – Co się dzieje? Mare. wydaję zdławiony jęk. – Nie podoba mi się to. – Drugi Srebrny odciąga go na bok. słowa więzną jej w gardle. jak gdyby powtarzanie tego samego polecenia miało rozwiać wszelkie nasze wątpliwości. nie rozumiejąc. na co patrzę. – Kamieniarz rozdziawia usta. tak szybko. ocieram się kolanami o kamienie paleniska. rozbiegają się we wszystkie strony. żeby pozostali okazali się na tyle przytomni. Po dłuższej chwili wymiotuje do paleniska. Harrick. który okazuje się lepki. Odrzuca mnie do tyłu. „Marcherowie nie żyją”. Martwy. co się dzieje. Kwaśna woń jest silniejsza. Stamtąd również przywołuje m n i e iskra. przytrzymuje. i zrywam go jednym szarpnięciem. żeby się naradzić. jedna para butów zatrzymuje się przy dziecku. a mimo to nie potrafię się powstrzymać. – Biedactwo – rzuca. Pozostali również. że wpatruje się w maleńkie zwłoki. a wtedy ja chwytam go za rękę i ściskam ją rozpaczliwie. Wi e m. – Jesteś otoczona. Wiem. by zrobić to samo. właściwie jeszcze noworodek. Srebrni z hukiem i wrzaskiem wdzierają się do domu przez tylne i frontowe drzwi. Harrick chyba tylko jakimś cudem trzyma się na nogach. Klękając przy koszu. Po cichu wślizguję się pod kuchenny stół i modlę się w duchu. – Harrick – syczę przez zaciśnięte zęby. – Spokojnie. obejmuje mnie ramionami. – Ukryj nas. Szmata jest przesiąknięta krwią dziecka. przechodząc obok niemowlęcia. Czterech wspina się schodami na górę. W maleńkiej. co ja”. Dłoń strażnika zaczyna drżeć i wiem. Myros. że nie spodoba mi się to. Nie powinnam tego robić. – U k r y j n a s. Do domu ładuje się kilkunastu mężczyzn.nieznaczny. zbieraj siły i szykuj kolejną iluzję – Farley wydaje komendy przyciszonym głosem. Znika w samą porę. – Znaleźliście coś na górze? . co znajdę. dziewczyno od błyskawic! Poddaj się! – ryczą jeden za drugim. „Alarm”. Farley pierwsza przyskakuje do mnie. Sylwetki strażników pojawiają się w oknach. Dochodzi ze stojącego przy kominku kosza przykrytego brudną czerwoną szmatą. sztywno zaciśniętej piąstce spoczywa miniaturowe urządzenie. W koszu leży niemowlę. w dłoniach ściskają karabiny i pistolety. dolatuje z kosza. zrywam się na nogi. Chwytam za skraj materiału. co… Urywa. Przyciągana energią podchodzę ostrożnie do koszyka. Wracamy do Ellie. Nix z trudem tłumi odruch wymiotny. że aż nie do wiary. że niemal go przeoczyłam. Łzy spływają mi po policzkach jedna za drugą. Po sekundzie oszołomienia dociera do mnie. żeby nie ściągnąć szmaty.

Muskam palcami maleńką. – Dobra robota – wzdycha Farley. Czuję delikatny ucisk na nodze – któryś ze Srebrnych musiał się o nią oprzeć. Odczekuję jeszcze chwilę. że znajdowało się w tym domu. – Ale nie zamierzam tu czekać. – A w i d z i s z tu kogoś? Niemal wydaję stłumiony okrzyk. po czym gwałtownie wciągam powietrze i zaczynam dygotać na całym ciele. klepiąc kamieniarza po ramieniu. Każde ciało to wiadomość dla Ciebie i dla mojego brata. Poddajcie się. żeby położyć się obok niemowlęcia i już nigdy nie wstać. – Nie. dopóki ich kroki nie milkną w oddali. Byliśmy tak blisko. w którym czeka na nas Ada. a oni będą żyli. jak gdyby nie jej. Została napisana wczoraj. Harrick przestaje nas maskować i wszyscy znów stajemy się widzialni. Na liście Juliana nie było małych. aż wrócą. jest wyjątkowo delikatny. jeśli popełnimy błąd. – Jesteś pewny? Gubernator obedrze nas ze skóry. Ale taka była konieczność. – Mogłem ich roznieść – warczy Nix. Gdy w końcu docieramy do odrzutowca. zimną piąstkę. Uzmysławiam sobie. Szybkim ruchem wsuwam karteczkę do kieszeni tak. – Mare? – Dotyk Farley. noworodek nie był Nowym. Niemowlę zostało zamordowane tylko dlatego. jak się zjawili. nie rób tego. że stoję nad niemowlęciem i wpatruję się w jego ciałko. Dowiedzą się. co robisz. nie widzę – oświadcza w końcu strażnik i się prostuje. a to wszystko się skończy. 22 października Nieelegancka koperta. „Liścik”. Bez większego powodu. – Mare. Tak samo jak ja mężczyzna nie potrafi wydobyć z siebie słowa i trzeba mu pomóc wstać na nogi. Poddajcie się. Nie ważę się choćby drgnąć. Coś pod nią leży. Dotrzymuję danego . – To chyba awaria czujnika. Tknięta nagłym odruchem zrywam z siebie kurtkę. wiem. do jakich posunięć mnie zmuszasz. Wracajcie na stanowiska. która kładzie mi dłoń na ręce. Musisz zdawać sobie sprawę z tego. – Fałszywy alarm. Nie zostawię go tak. że tu byliśmy… – Niech się dowiedzą. młodszych niż trzylatki dzieci. ośmielam się przeczytać wiadomość. okrytego jedynie szmatą przesiąkniętą jego własną krwią. żeby nikt jej nie dojrzał. Wychodzą równie szybko. które posiada Maven. ale nie ruszam się. Omiata spojrzeniem podłogę pod stołem. Rusza w stronę drzwi zdecydowanym krokiem i chwyta za klamkę. szuka. Zgodnie z naszymi dokumentami i informacjami. wstrzymuję oddech. Przykrywam ciałko i resztką sił przezwyciężam ogromne pragnienie. wytaczając się spod schodów. „Wczoraj”.– Nic! – odpowiada zbiegający ze schodów Srebrny. gdy strażnik kuca tuż przede mną.

Tak naprawdę Maven właśnie to chce osiągnąć. – Farley mi opowiedziała – mruczy. czuję się jak w izolatce. że samotność dobrze mi zrobi. Udaje mi się zasnąć. Drugą dłoń kładzie na moich plecach. Oczy mu pałają. na wysokości blizny. i dopiero wtedy wychodzę odetchnąć świeżym powietrzem. żeby mnie ogrzać i dodać otuchy. Zmieniłoby się tylko tyle.słowa. Teraz jest mi jeszcze gorzej. . Nie śnię o niczym. tłumacząc sobie. Do zobaczenia. chłód przenika mnie do szpiku kości. Nie leżąca w kieszeni wiadomość. w niewielkim zagłębieniu starannie obłożonym kamieniami. ale mimo to poznaję. Rzucają dziwne cienie. Zazwyczaj nie znoszę tu spać. Brat próbuje mnie o coś zapytać. że bardziej by cierpiał. żeby dołączyć do reszty. Czekam więc. Zmiażdżył mnie. i tak samo jak mnie przygniatałoby go jeszcze większe brzemię winy. „Jestem”. oddzielona od pozostałych. Na podłodze. że to jesienne przymrozki wyganiają mnie z powrotem do ziemianki. mówi bez słów. i przesuwa się na posłaniu. Tęsknię. Maven * Przylatujemy na Polanę o zmroku. Ani iskierki zwątpienia. żeby zrobić mi miejsce. przysuwa się. ale niewiele to pomaga. Ale co by to dało? Odrzuciłby ją tak samo jak ja. aż wszyscy zasną. Nie mogę jeść. Wmawiam sobie. – Zimno tutaj – mówię. Cala nie zdruzgocze. Cały obóz huczy o tym. gdy moszczę się na legowisku. nie mogę mówić. która przepala mnie na wylot. którą w sobie noszę i która powiększa się z każdym niepowodzeniem. jednak nie dostrzegam w nich żaru wściekłości. Myślę. nie mogę spać. Jedną ręką podnosi koc. co naprawdę mam na myśli. Kulę się w swojej ciasnej sypialni. ale ja mu nie pozwolę. pod którym leży. jednak nie odpowiadam i zaszywam się w najdalszym kącie ziemianki. tańczą płomienie. ale nikt nie ośmiela się mnie zagadnąć. a nie uczucie pustki w piersiach. Chcę mu powiedzieć o propozycji Mavena. Biorę ze sobą koc. że on jeszcze nie śpi. nie lodowata otchłań. Obejmuje mnie delikatnie w pasie. ale nie potrafię się zmusić. że wie. co się stało w Templyn.

że Maven wybierał się w te rejony. lecz tego nie robię. że nie robi tego specjalnie. która daje nam obydwu coś. To cicha umowa. Cala traktuje jak powietrze. wciąż nas rozdziela. domyślam się. Nie opowiadam mu o pierwszej wiadomości ani o następnych. ale każdej nocy budzi mnie. którzy zdaniem matki tęsknią za nim. Wiem. nie chciałby pewnie. Chociaż każdą noc spędzamy razem. Zwłaszcza że Cal nadal jest na wolności i grasuje po królestwie razem z Twoją bandą. Przynajmniej nie na ciele. do ostatniego dużego miasta przed pustkowiami Duszni. Szybko się z nimi rozprawimy. Z jednej strony ciągnie mnie do większych pomieszczeń sypialnych. Myśleliśmy. gdy odciął ojcu głowę. że mnie parzą. Czasami mam wrażenie. Nie wiem dlaczego. Wciąż obchodzimy żałobę po ojcu i ceremonia z wielką pompą i paradą byłaby nie na miejscu. nęka mnie w kolejnych wiadomościach i we wspomnieniach. Koszmary. Nie ma za bardzo o czym mówić prócz spraw dotyczących naszych obowiązków. Choć Maven jest daleko. 31 października Spodziewałem się Was na mojej koronacji. chociaż akurat ta była dość skromna. ale nie martw się. za dnia niewiele ze sobą rozmawiamy. czego możemy się trzymać. są potworniejsze od moich. że śpię. ale kiedy się budzę. że zdążył wyjechać. nikomu też o nich nie opowiadam. Do mnie przestaje się odzywać. Jednak moja obecność tylko by wszystkich przestraszyła. że go wyprzedzimy. która się mnie nie boi. Widzę go w oczach Cala. w których dzieci szepczą do późnej nocy i Babcia po kolei je ucisza. rzucając się niespokojnie na posłaniu. Powinnam je spalić. zanim się zjawiliśmy. jedyną osobą. abym oglądała go w takim stanie. Jesteśmy zbyt zmęczeni. ale nie potrafię zniszczyć żadnego liściku.Rozdział 20 Od tej pory jego sypialnia staje się naszą. siedzi w głowie brata niczym ropucha i próbuje zatruć go od środka swoim jadem. żeby robić cokolwiek poza spaniem. Okazało się jednak. Drugą wiadomość znajduję w Corvium podczas jednego z następnych werbunków. które go dręczą. Wraca do niego tamta chwila. co w nich widzi. jednak czuję na policzku jego łzy. Szkarłatna Gwardia lubi psuć tego typu uroczystości. dlatego zostaję z Calem. Wspólne wieczory zbliżają ich do siebie. Ze mną robi to samo. ale Kilorn na pewno podejrzewa co innego. Mamy tu garstkę twardogłowych. nie zauważam świeżych ran. Udaję. Nie dojdzie do żadnego sporu wokół praw do dziedziczenia tronu i nikt nie wezwie do stolicy Twojego wiernego . Wiedzieliśmy.

zanim książę otworzy oczy. ale ponieważ zbliża się poranek. dławi mnie w gardle z innego powodu. nie jest również sama. woli budzić się pierwsza ze wszystkich. jak gdyby ktoś dusił mnie gołymi rękami. Jeśli możesz. jeszcze nie teraz. Nie chcę napotkać jego współczującego wzroku. Cal porusza się na posłaniu za mną. W zeszłym tygodniu opanowała Tirax. Pospiesznie wpycham liściki na dno skrzyni i wychodzę z sypialni. Zastanawiam się. język dziwnego narodu sąsiadującego z Nortą na południowym wschodzie. tym razem wybudza się jednak nie przez koszmarny sen. wyślizguję się z objęć Cala. Do zobaczenia”. I zapewnij go. Dzieje się tak nie dlatego. że Maven uparł się mnie dręczyć. Twoje urodziny również się zbliżają. Dzięki podzielnej uwadze wyjątkowo pojemnego umysłu potrafi czytać i jednocześnie nie tracić czujności na to. Przed nastaniem świtu na polanie panuje mrok. Starym przyzwyczajeniem ukrywam swoje skarby głęboko. Tęsknię. Jednak dzisiaj nie czyta żadnej z ukradzionych książek. Maven Słyszę w głowie jego głos wymawiający słowa. że cała niedawno zjedzona kolacja wyląduje na podłodze. wstaję i skradam do mojej skrzyni z rzeczami osobistymi i zapasami. . Żołądek podjeżdża mi do gardła i boję się. Do zobaczenia. iż spędzimy je razem.przybocznego. na powalonej kłodzie siedzi skulona Ada owinięta wełnianymi kocami i chustą. * Zapomniałam płaszcza i listopadowy chłód kąsa. co dzieje się wokoło. Przy niewielkim ognisku. Bardziej niż piętno. Każdy list kończy się tak samo: „Tęsknię. Nie zniosłabym tego. prawda? Jestem przekonany. – Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. dlatego dwie wiadomości od Mavena leżą zgniecione na samym dnie pudła. Cal – szepczę w pustym korytarzu. korony drzew niemal zlewają się z czarnym niebem. Z każdym kolejnym słowem coraz bardziej brakuje mi powietrza i przez chwilę boję się. którym mnie naznaczył. Gdy nudności mijają. które wbijają się we mnie niczym ostrza. oraz podstawy chirurgii. Nie. że następnych nie będzie mu dane obchodzić. Czuję w gardle ucisk tak silny. zanim my zdążymy się na dobre obudzić. Prawie codziennie udaje się jej w ten sposób nauczyć nowych rzeczy. którego udawał. bolą wspomnienia. czy on również czuje podobnie. gdy wychodzę z ziemianki. Tęsknię za chłopakiem. złóż mu ode mnie najlepsze życzenia z okazji urodzin. Ponieważ też za kimś tęsknię. że nie zdołam zaczerpnąć następnego oddechu. Zawsze obejmuje ostatnią wartę.

ale nie słyszę. Wciąż zwraca się do mnie „panienko”. „Prawdziwa nauczycielka”. Mimo że cerę ma ciepłą. nie uwolniła się jeszcze od starych nawyków. Nie próbuję zatrzymać przyjaciela. . zimny i ostry jak kły sopli zwisających z gałęzi drzew. Nie kiwnąwszy nawet głową. Z porządnej. brązowej skóry. panienko. podszytego futerkiem. naciąga na głowę kaptur nowego płaszcza. ale dobrze ci idzie – mówi Ketha. ale nawet on wie. co mówi. „Litery”. skreślone w pośpiechu. są to jednak łzy szczęścia. brązową jak od słońca. Zapraszająco poklepuje ręką miejsce na kłodzie obok siebie. Przy biodrze połyskuje mu nóż. „broń”. Ukradłam go tydzień temu w Haven. żeby przestała. Jej usta poruszają się szybko. chociaż tyle razy prosiłam ją. Maszerując w stronę lasu.Przy ognisku stoi Ketha ze skrzyżowanymi rękami. – I tak czas już na polowanie – odzywa się Ada. po czym spiesznym krokiem rusza do schronu. który zawsze bierze ze sobą na polowania. Ostatnie jest dłuższe od pozostałych. otula mnie jednym z koców. po czym dostrzega mnie i to wystarcza jej za odpowiedź. – Proszę bardzo. – Chyba muszą choć na chwilę zająć się czymś innym. kurczy się odrobinę. zarzuca na ramię tobołek. Gdy podkradam się bliżej. Nie sądziłam. żeby go nauczyć – tłumaczy się. ułożone w podstawowe słowa takie jak „woda”. coś zupełnie nowego dla mnie. – To dobry pomysł. że marszczy brwi w skupieniu i trzymanym w dłoni patykiem rysuje coś na ziemi. której tak bardzo teraz pragnie. Kilorn zauważa mnie. „dom”. w którym jest nieco cieplej i wygodniej niż przy ognisku. że Kilorn przyjmie podarunek ode mnie. dostrzegam. Kiedy siadam koło niej. końcówki jej palców są sine z zimna. – W zatoce Harbor była pokojówką i chociaż teraz jest wolna. Niezdarne. Kilorn jednak uchyla się przed jej dotykiem i dłoń dziewczyny trafia w mroźne powietrze. Ketha zerka na mnie z ukosa i chyba oblewa się lekkim rumieńcem. Żadnemu nauczycielowi nie udało się tyle zdziałać z Kilornem. – Wszyscy powinniśmy oderwać się na trochę od codzienności. – To niełatwe. – Och. Na pewno później jej podziękuję. Przysiadam na piętach i zostawiam go w samotności. stopami niemal dotykając ogniska. Ada odprowadza ją spojrzeniem złocistych smutnych oczu. wyciągając rękę w stronę znikającej w mroku postaci. Nie tylko Kilorn czuje się dziś w moim towarzystwie nieswojo. – Prosił. podnosi się. Na ten widok łzy napływają mi do oczu. kąciki jej ust unoszą się w uśmiechu. Obok Ady kuca Kilorn. „Kilorn”. ile znaczy dobre okrycie na zimę. Próżnia. – Kilorn? – pyta Ketha. – „Jeśli znów przede mną nie ucieknie”. którą czuję w środku. bardzo ciepłego i doskonale maskującego. i z trzaskiem łamie gałązkę. zanim zdążam podejść jeszcze bliżej.

wzruszając ramionami. Pamiętam Rohr Rhambos. Jej usta. gdy byłam jeszcze pokojówką taką samą jak Ada. jednak w rozległej wyludnionej Kniei dzikie zwierzęta mają się jak w raju. Były spokojne. za którymi zniknęła druga jego połowa. Siłaczkę. Widząc szkliste oczy kobiety. jeśli mgła się nie utrzyma. zdaję sobie sprawę. W świetle dnia. jeśli zostawiło się je w spokoju albo gdy zajmował się nimi strażnik łowiecki. dzikie bestie. Mała Rohr. – Zaganiał je do dołu. że obserwowała te zapasy i wryły się jej one głęboko w pamięć. gdzie śpi jedna połowa mojego serca. Nie miałam jeszcze okazji zobaczyć na własne oczy ociężałego niedźwiedzia. w ramach treningu. patrzy na ciemny horyzont. co robił gubernator. ale parę tygodni temu Kilorn i inni myśliwi wypatrzyli jednego podczas polowania. Tylko dzięki umiejętnościom Farry. . w poszyciu grasują ciekawskie lisy. można było nazwać łowami – ciągnie Ada nabrzmiałym od smutku głosem. córka gubernatora. – Ma posiadłość za miastem i jego synowie sprowadzali na jej teren różne zwierzęta. Po wzgórzach i dolinach przemykają ogromne jelenie o rozłożystych porożach. Ada doskonale to rozumie i przez uprzejmość daje się wciągnąć w rozmowę. zanim zdążyły wydać potomstwo. Uczestniczyła w Królewskiej Próbie wiele miesięcy temu. ale niedźwiedzie zabito. który wyciszała wszystkie odgłosy. – Idzie z nim Crance. Składy drzewne. drwale i ruch łodzi na rzece odstraszają każde większe od szopa stworzenie. Synowie postępowali podobnie. które mógł zabijać. udało im się uniknąć spotkania z kłami i pazurami olbrzyma. Nie będzie też niedźwiedzi – dodaje i mrużąc oczy. – Gdzie dowiedziałaś się tyle o niedźwiedziach? – pytam. rozciągają się delikatnie w znaczącym uśmiechu. oraz rozsądkowi Kilorna prowadzącego łowców pod wiatr. drobną jak kurczak. Piękne stworzenia. – Wszystkie już powinny zapaść w zimowy sen. Najczęściej niedźwiedzie. – To straszne. a od czasu do czasu nad koronami drzew niesie się wycie wilka. gdzie siłował się z nimi i łamał im karki. a co dopiero znany z bajek postrach wędrowców.Ada wzdycha i potakuje skinieniem głowy. – Nie sądzę. żeby to. W Palach rzadkością była sarna. Zauważam. niedługo dojdzie do nich Farra. – Gubernator Rhambos lubi polować – odpowiada. jednak ze słów Ady wynika coś zupełnie innego. chciała jedno młode dla siebie. która potrafiła gołymi rękami rozetrzeć skałę na proch. żeby zapełnić czymś ciszę. że zerka w stronę ziemianki. pełne i ciemne. z czarnym futrem i bystrymi oczami. „Niedźwiedzie”. będzie można zobaczyć rysujące się na widnokręgu odległe szczyty gór. Zawsze wyobrażałam sobie niedźwiedzie jako potworne. potem zaś spogląda na drzewa.

niestety. który wygląda na bardzo oficjalny. – Przepraszam. tak samo jak ja. – Porusza się. Jednak Ada delikatnie kładzie dłoń na moim ramieniu. zabiłaś jednego z jego synów. – Może . To wszystko jest straszne. Nigdy nie chciałam znać jego imienia. iż mogłaby się załamać pod natłokiem myśli. – Shade znalazł to przy strażniku w Corvium. Gdy nazywasz mnie „panienką”. – Dziesięć ma zastąpić dziewięć. Słyszę szelest papieru i spodziewam się zobaczyć kolejny biuletyn o szczegółach planowanych oficjalnych wizyt Mavena. Ada przytakuje skinieniem. gdzie zastąpią walczących w tej chwili żołnierzy. wyjawić światu swojej prawdziwej natury i wartości. Był jednym z tych. – Do posłania na front nowych legionów. Jednak jeszcze trudniejsze jest chyba to. czuje i przewiduje tak wiele. W każdym służy pięć tysięcy Czerwonych żołnierzy pod dowództwem pięciuset Srebrnych oficerów. Ryker Rhambos. Legion Młota. – Denerwuję się tylko wtedy. Ada rozumie. – Dziesięć legionów ma wymienić dziewięć obecnie walczących w okopach Duszni. – Palcami przesuwam po zwęglonych szorstkich i kruchych brzegach. ale nie wydaje mi się zbyt znaczące dla nas. Widnieje na nim symbol nortańskiej armii. choć jest pomięty i ma przypalone brzegi. – Dobrze. że papier przetrwał to. – Nie bardzo wiem. Legion Tarczy”. a ja nawet przez rękaw wyczuwam chłód jej długich palców.– Wiesz. sięgając pod koc. że w przeciwieństwie do mnie jej nie chroni tarcza niewiedzy. – Przyzwyczajenie to druga natura. odczytując rozkazy. jednak zamiast tego Ada wyciąga dokument. jak ciężko musiało być osobie o takich zdolnościach patrzeć. Dziwne. Miał na imię Ryker. dlaczego miałoby to nas zainteresować. Nie potrafię sobie wyobrazić. Dlaczego? – Szykują uderzenie? – Znów nie rozumiem. Dlatego musi wciąż uciekać. Grupują się w Corvium przed wymarszem do Duszni. ale nie móc się odezwać. – Przynajmniej nie musimy się narażać na spotkanie z setkami Srebrnych oficerów. czerwony miecz. Legion Miecza. Nie chciałam panienki zdenerwować. że byliśmy już w Corvium. i nikt mi o nich nie opowiadał. Nigdy nie pytałam o tych. gdy tak do mnie mówisz. panienko. czego nie zdołał przetrwać przechowujący go człowiek. „Legion Burzy. którzy mieli uśmiercić cię w Kościńcu. których zabiłam na arenie. – Przy tym. czarna kupka zwęglonego mięsa na białym piasku Kościńca. Nazwy i liczby zapisane czarno na białym. – Przygotowania – mamroczę. którego usmażyłam. – Znów chowa się za maską opanowania i nienagannych manier kobiety wychowanej na sługę. co innego powiedzieć.

Do przeprowadzenia ofensywy wyprowadzanej z okopów potrzebnych jest co najmniej piętnaście legionów. pięć zostaje pilnować pozycji. – Mały…? – Doznaję olśnienia. Zamierzał wymienić Cala na pięcioro tysięcy dzieci. – Oczy Ady poruszają się niespokojnie. Tak samo jak pozostałe jednostki składa się z pięciu tysięcy Czerwonych i zmierza w stronę okopów. – Młodzi poborowi. Mały Legion. – Pokazywałaś to Calowi? Waha się. niż to. O ile wiem. że jakimś cudem wywinę się od poboru. – Jest dobrym nauczycielem. że jest to wyrok śmierci – szepcze. Pamiętam. To szaleństwo. – Zdaje się. Chociaż bawiłam się już w złodziejkę. – W wieku od piętnastu do siedemnastu lat. czego chciałoby wielu innych. Mimowolnie unoszę brwi ze zdumienia. – Wskazuje na dokumencie wymienioną nazwę. – Nie kryje się z drwiną: – Po zaledwie dwóch miesiącach szkolenia. miałam pstro w głowie i bardziej interesowało mnie. – Bez sensu. nawet Maven nie posunąłby się do czegoś tak nierozsądnego. gdyby znało plany Mavena wobec dziecięcego legionu. pokazać. – Dziewięć legionów ma przejąć stanowiska. – Sądzę. na jej twarzy maluje się ponury wyraz. zniżając głos. Karabiny i zakurzone okopy nie dręczyły mnie jeszcze w snach. dziesiąty ma zginąć. a to wystarcza mi za odpowiedź. w najlepszym razie. – To będzie rzeź. jakim jest doskonałym wojownikiem. Dziesięć przypuszcza szturm. Wtedy wydawało mi się. które mają pomaszerować wprost w objęcia śmierci. Nagle staje mi przed oczami oddział szpitalny na Klinie i górujący nade mną pułkownik. – Książę dobrze się orientuje w sztuce wojennej – wyjaśnia kobieta. nie mamy nigdzie podręczników taktyki wojskowej. Dlaczego mieliby marnować pięć tysięcy dobrych żołnierzy? – Oficjalnie nazywa się ich Legionem Sztyletu. W tym momencie czuję się tak. który król uznał za gotowy do walki. Dzieciaki. czego chce. – Jednak gubernator Rhambos mawiał o nich inaczej. jak to było mieć piętnaście lat. Legion Sztyletu to pierwszy z dziecięcych legionów. jak gdybym to ja skazała te wszystkie dzieciaki na . Wiem. że taki właśnie jest zamysł.Maven chce coś udowodnić sobie i innym. Posyłanie małolatów do Duszni na pewną śmierć to konsekwencje wprowadzenia Środków Bezpieczeństwa. jak gdyby obserwowała w głowie toczącą się bitwę. które są karą za powstanie wywołane przez Szkarłatną Gwardię. Ada otula się szczelniej kocami. jak dokuczyć siostrze i braciom. żeby wszyscy zapomnieli o Calu… – Niezbyt prawdopodobne. co będzie ze mną w przyszłości.

Dostrzega coś. więc daj Shade’owi listę najpotrzebniejszych rzeczy. ale wiem. nawet dla zachowania pozorów. Poddajcie się. Słysząc to. Podnoszę się z kłody z rozkazem wymarszu w dłoni. p a n i e n k o. zwężają się w dwie szparki. Jego synkowie również na to nie zasłużyli. Los . – Ada zna już nasze plany. Ma panienka rację. a to wszystko się skończy”. „Każde ciało to wiadomość dla ciebie. Składam go powoli i wsuwam głęboko do kieszeni. wolę nie widzieć rozczarowania w oczach Ady. żeby zginąć. – Król znowu jest w Delphie. – Maven nie marnowałby czasu na coś takiego. które trzeba będzie zdobyć i przywieźć na Polanę. – W takim razie czego oczekujesz ode mnie? – Oczywiście. i nie wątpię. w którym napisano. – Uważajcie – odpowiada kobieta. Od jego potwornej maszyny. żeby czymś zająć myśli. – Z powodu śmierci Belicosa i jego synów. po części przeze mnie. na jej twarzy widać przygnębienie. ale oczy szeroko otwarte i przytomne jak nigdy. takich jak niemowlę w Templyn. a to zaledwie godzinę lotu dalej. – Nie możemy wystąpić przeciwko tym wszystkim legionom. Kobieta milknie. ale powtarzam je. – W Delphie? Znów? Od strony ziemianki zbliża się do nas Cal. – Dlaczego wrócił? – Widziałam w Corvium biuletyn. w których odbija się światło wschodzącego słońca. Niedługo na rękach będę miała morze krwi i nie mam pojęcia. Będzie to krew niewinnych. włosy ma zmierzwione po śnie. Jednak oczy Cala. – Spotkałam Belicosa tylko raz. – Spuszczam wzrok. jak do tego nie dopuścić. jak im pomóc? – przerywam jej ostro. dotyka mnie do żywego i pewnie właśnie tego Ada chciała. – Cal pilotuje. – Mare… – Masz pomysł. że król przybywa z wizytą do gubernatora Lerolana – odpowiada Ada zaskoczona nagłym zainteresowaniem Cala. – Nic nie możemy dla nich zrobić. czego nawet Ada nie potrafi wywnioskować ze wszystkich zgromadzonych w głowie informacji. że w oczach wielu ludzi tak właśnie będzie to wyglądało. że miał dobre serce. czuję mrowienie w bliznach. która obraca moją własną moc przeciwko mnie”. – Za kilka godzin wylatujemy do Pitarus. „Godzina lotu od tortur Mavena. którym się do mnie zwraca. na parę minut przed jego śmiercią. Nie zasłużył na to. Tytuł. – Żeby osobiście złożyć mu kondolencje.śmierć. – Nie będę ci dłużej przeszkadzać – mamroczę.

co możemy. W tej dziedzinie celują Maven i jego matka. Leży w rozwidleniu rzeki. Mimo że oficjalnie Rowami zarządzają Wietrzycy z Domu Laris. w którym miejscu zacznie się region zwany Rowami. więc to oni tak naprawdę rządzą w Pitarusie i całych Rowach. Książęcego. my zaś błądzimy po omacku. żeby powiedział mi. Najbliższa rozpadlina leży ponad dwadzieścia kilometrów od miasta. Staruszka dopraszała się o udział w wyprawie. Przesuwające się w dole lasy płoną krwawymi barwami jesieni. Znajdujemy się daleko na południe od Polany. w których Cal nie jest wprawiony. w którym liczą się moc i potęga. – I powiedz Babci. Gdy mijamy stan Królewski i wlatujemy na teren sąsiedniego. a wszystkich Nowych w Delphie zdążył już zabić. „Potrzeba nam jednak więcej siły. Nie mam mu tego za złe. jak gdybym ostatecznie rozstrzygała wątpliwości. I to szybko”. ale to dobre miejsce na . Książę otwiera usta. jest kluczowym ośrodkiem przemysłowym królestwa. To nie ma nic wspólnego z taktyką wojskową. zmiana z tej wysokości jest widoczna gołym okiem. aby mogła je stworzyć ludzka ręka. Odrzutowiec mknie nad kolejnymi olbrzymimi rozpadlinami okolonymi z dwóch stron łańcuchem gór. Tu chodzi o intrygi. Jednak rozpadliny są za duże. Podobnie jak Knieja. Starczyła mu ta jedna. że jest gotowa. że leci z nami. nie wracałby bez naprawdę ważnego powodu. Evangeline jest gdzieś w okolicy i będę mogła odpłacić jej za wszystko. – Pitarus – oznajmiam z naciskiem.Lerolanów nic go nie obchodzi. – Nie jestem pewien. ale największym jego skarbem jest nie drewno. ślady wyryte w ziemi gigantycznymi pazurami. ale nawet tutaj dostrzegam na szczytach gór czapy śniegu lśniące w blasku porannego słońca. odkąd zjawiła się na Polanie. stolica i zarazem jedyne miasto w tym regionie. – Jakiego? – pytam. z tych terenów wywodzi się ród Samos i tu znajduje się jego rodzinne gniazdo. że odpowiedź sama z nich padnie. ale nic takiego się nie dzieje. a nie podstęp i knowania. Jeśli dopisze nam szczęście. Jedyne. Po chwili kręci głową. Te tereny powstały w wyniku znacznie potężniejszych działań i niszczycielskich mocy. przypominają głębokie rozcięcia. jak gdyby spodziewał się. Pitarus. i Cal wreszcie uznał. która hutom i mieszczącym się na południu górniczym miastom zapewnia połączenie z resztą Norty i frontem. Rowy wyglądają niemal na wytwór człowieka. nawet ręka Srebrnych. to wyzwać ich na pojedynek na naszych warunkach. * Nie muszę prosić Cala. Samosowie są właścicielami kopalń żelaza i odlewni. Rowy to dziki obszar. Natomiast Harrick nie zdecydował się przyłączyć do nas podczas kolejnych misji. w Templyn. pojedynek. tysiące lat temu. lecz żelazo i stal.

jej pomarszczoną twarz rozjaśnia szeroki uśmiech. jednak Gareth częściej nazywa ją Jedwabną Jędzą. – Zdobędzie dla nas wydruk z informacjami na temat czterech Nowych z Pitariusu i wszystkich pozostałych z regionu. czy tym razem nie przesadziliśmy. aby l a t a ć. uciszając trzask rozpinanych sprzączek i pasów. – Zawsze jest tak fajnie? – pyta. że w skórze dowódcy sił powietrznych kryje się Babcia. Jak zwykle Farley pierwsza wstaje z siedzenia. pewnie wzniosłabym się aż do chmur. – Mój głos niesie się po kabinie. jak może. Kiedy rozmawiając z nim po raz pierwszy. wylądowałam na suficie. że były koniuszy przyda się podczas naszych wypraw. Babciu – mówi. spytałam. która wejdzie do Siedziby Straży zmieniona w wielmożnego generała Larisa. udaje mu się sprowadzić nas na ziemię cało i zdrowo. – Szukamy czterech Nowych. odkąd Cal zdecydował. – Powodzenia. My ruszymy na piechotę i Shade wyciągnie nas wszystkich. zajmował się jej stajnią na terenie rodzinnej posiadłości Iralów nad rzeką Capital. jaką posiada. na pewno spodoba ci się to. Wciąż jeszcze nie przyzwyczaił się do latania i stara się. Siedzący naprzeciwko niej Shade się krzywi. co on potrafi. – Zerkam na staruszkę. To jego trzeci werbunek w ciągu ostatnich czterech dni. panienko – odpowiada Babcia głosem Larisa. ale mimo wszystko robi mi się trochę nieswojo. Jeszcze niedawno Gareth pracował u samej wielmożnej Ary Iral. Takie wrażenia wolę zostawić jednak byłemu koniuszemu. co mówisz. utrzymać zawartość żołądka w odpowiednim miejscu. jak gdyby szykował się do ich użycia po raz pierwszy w życiu. jednak zamiast niej widzę starszego mężczyznę. z jakimi miałam do czynienia. Oprócz nich są jeszcze Babcia i Nowy – Gareth Baument. Cal jednak pewnie trzyma stery i chociaż trzęsiemy się jak liście osiki. – Na razie nie podoba mi się to. Oczywiście wiem. omiatając nas wzrokiem. Na szczęście praca u Iralów pozwoliła zachować mu dobrą kondycję i zręczność. Babcia z zachwytem klaska w dłonie. Na dworze dzięki lśniącym czarnym włosom i kociej zwinności Ara zyskała sobie przydomek Pantery. który potrafi wykorzystać swoją umiejętność do tego. Staruszek przytakuje skinieniem głowy i wygina palce. wciąż jeszcze nie przywykłam do jej . jest również niczego sobie. czy umie robić coś niezwykłego. że nie mogę się oderwać od ziemi. Chociaż widziałam ją już w różnych postaciach. – Gareth podrzuci do miasta Babcię. a umiejętność. Gareth panuje nad siłami grawitacji. Niestety okazuje się najbardziej wyboiste spośród wszystkich.ukryte lądowisko. wybrał się więc z nami i teraz siedzi obok Farley. – Jeśli podobało ci się latanie. Gdybyśmy podczas pierwszego spotkania znajdowali się na dworze. i przez chwilę zastanawiam się nawet. Shade czuje się lepiej. które sprawiają. celując palcem w Garetha.

która mnie ogarnia. chcę widzieć tylko jego. chociaż nie mam żadnego szczególnego powodu. żeby to ukryć – ku uciesze całej reszty. zwykle kłamiesz o wiele lepiej. dlaczego . że żadne moje słowa nie ostudzą jego wściekłości. ona odcisnęła na nim swój ślad. – Stek bzdur – burczy wojowniczka i szybkim krokiem kieruje się do wyjścia z samolotu. Wygląda tak jak na chwilę przed zaśnięciem. jak gdyby ktoś mnie gonił. Stojący obok Babci Gareth parska śmiechem i pomaga jej wstać z fotela. Pewnie po to. przynajmniej za dnia. żeby to robić. Kombinezon lotniczy. – Wiem. – Ale mu nie wierzysz. żeby ukryć rumieniec. – Tyle akurat wiem. co może. staję jak wryta w połowie rampy. Nie złości się dlatego. gdy wylądowaliśmy. które wyłączają różne mechanizmy w samolocie. jedną ręką zasłania usta. – Rozmawia z t o b ą ? Nie odzywa się do mnie z t w o j e g o powodu. – Wiesz. że łatwo mnie przejrzeć. który nieco ponad miesiąc temu był w idealnym stanie. Boję się być sam na sam z Calem. – Znam Kilorna lepiej niż ty i wiem. czekam na niego. – To nie na mnie jest wściekły. – Dziwne. który wystąpił jej na twarz. żeby trzymać się z daleka od naszej wojny. Zapaskudziła mi całe buty. Książę po kolei naciska guzik i przekręca gałki. tłumiąc śmiech. jest już podniszczony. – Nie chcę z nim rozmawiać. Ostatnio Farley miała mdłości i robi wszystko. Chociaż Cal robi. a także zazdrość. – Prosi mnie o to co wieczór. miałby… Nagle jego palce chwytają mnie pod brodę i unoszą ją tak. Jego słowa zatrzymują mnie. – Powinnaś porozmawiać z Kilornem. do cholery. bo mi powiedział. Obracam się na pięcie i mój nos niemal zatrzymuje się na jego piersiach. Cisza pulsuje mi w sercu i nagle zrywam się i rzucam w stronę wyjścia. a ja czuję jak stopniowo milknie szum energii i w końcu zostaje tylko ciche buczenie baterii. żebym nie mogła odwrócić spojrzenia. Cal i ja wychodzimy z odrzutowca ostatni. że Cal dostrzega moje zmieszanie. że my… – Teraz on urywa. których dokonujesz.umiejętności. – Ostatnio leciała ze mną Farley. Shade swoim zwyczajem idzie zaraz za nią. powieki ociężałe. Żar rośnie z każdą sekundą. Cal podchodzi coraz bliżej. Nie wątpię. – Szanuje ciebie i wybory. Ostatnie tygodnie spędzone na Polanie sprawiły. – Moje milczenie jest wystarczająco wymowne. więc dlaczego. że chce latać z nami? – Oczy ma ciemne. mimo że gdy zapada zmrok.

inaczej sobie wyobrażałam wzbijanie się w przestworza. Pozostali czekają na pasie startowym. Nie musisz go już chronić. Jeśli chcesz. aby stał mi się zupełnie obojętny. jakaś siła znów mnie do niego ciągnie. żeby nie zarechotać. nie napina mięśni ani nie odpycha się od ziemi. Muszę zasłonić usta dłonią. Niemal parskam śmiechem na tę myśl. gdy próbuję się od niego oddalić. za to Shade wpatruje się w ziemię i sądząc po jego srogiej minie. niemal zagłuszam jego odpowiedź. Wyciąga jedynie ręce równolegle do pasu startowego. – Całe życie miałam zamknięte oczy – stwierdza. drżą. słyszał każde nasze słowo. – Wcale nie zamierzałam. Gareth nie pochyla się. dociągając pasy. Nie roszczę sobie praw do Cala i nie pozwalam sobie na to.myślisz. drobną staruszkę. zamknij oczy. Palce. Mare. – I od kiedy tak się nim przejmujesz? Odchodząc z tupotem. oboje o tym wiemy. żeby latać jak ptak. – Kłamię tylko trochę. Gdy byłam dzieckiem i marzyłam. Gdy go mijamy. Ale nie dasz rady przejść przez to wszystko sama. że usłyszał drżenie w moim głosie. które zdjęła z jednego z foteli i którymi przypina Babcię do Garetha. – Ręce blisko siebie. obraca je dłońmi do dołu. Pewnie szykuje się kolejna trudna rozmowa. ale nie potrafię również sprawić. rozumiem to. – Nigdy więcej. głowa do dołu – Gareth poucza Babcię. w których trzyma moją brodę. że masz mnie. – Nie mówię tego ze względu na niego. do licha. ale przemilcza to przez uprzejmość. Babciu. ponieważ pragnę. Gareth niezgrabnie klepie kobiecinę po głowie. skoro tak mu się spieszy do trumny. – Nie przestajesz zaskakiwać. po czym bez żadnych . Powoli obracam głowę. I nie mów. – Kilorn nie jest dzieckiem. – Cierpienie w jego głosie mnie przygniata. ale nic nie mówi. I pomyśleć. że po wielu niespokojnych nocach i dniach spędzonych na ponurych rozważaniach w końcu mam ochotę parsknąć szczerym śmiechem. Pogoda ducha zaradnej babuleńki sprawia. że nie możesz nikomu zaufać i. która na naszych oczach przemienia się ze zwalistego generała w siebie. „Jak śmiem? Jak śmiem go ochraniać?” – W takim wypadku weź go następnym razem. – Wiem. Za każdym razem. miejmy nadzieję udanym. na razie jednak wszyscy skupiamy się na Pitarusie i czekającym nas werbunku. że cały ten czas Kilorn wściekał się na mnie. aby przeżył. żeby mu zaufać. – Tak będzie lżej – chichocze. Farley jest pochłonięta mocowaniem awaryjnych pasów bezpieczeństwa. rzuca nam gniewne spojrzenie. aby zabrać ją z jego dłoni. ponieważ w to również nie wierzysz. Staruszka kręci głową.

Wręcz przeciwnie. Z dołu wydaje się to wszystko proste. między sękatymi korzeniami nie zielenią się nawet chwasty. ale zdradliwe złoża. co warto zabrać ze sobą w drodze powrotnej. Wskazuje niedalekie wzgórze porośnięte czerwono-złotymi drzewami. Gdyby nie było z nami Cala. z ich gałęzi zwisają pojedyncze liście. Shade i ja zasłaniamy nosy chustami. Na razie zamierzam jedynie przejść przez wioskę i sprawdzić. obawiałabym się. przesłaniając niebo.ceregieli. powinna tam leżeć górnicza wioska Poręba. – Wciąż się pali – szepcze. Wiele lat temu pożar kopalni zmusił Czerwonych i Srebrnych do zaprzestania wydobycia i porzucenia wyrobisk zawierających bogate. że siła grawitacji wokół niego słabnie. ale wątpię. rozglądając się wokoło. Farley opiera się pokusie. W porównaniu z zalesionym wschodnim stokiem tutejsza okolica choć porośnięta drzewami wydaje się martwa. które przydadzą nam się do uzupełnienia zapasów. Ada wyczytała. „Nic dziwnego”. Po chwili zaczynamy się natykać na pierwsze szyby pospiesznie zagruzowane i zabite deskami. wspina się za to na głazy . czy rzeczywiście będzie tam coś. Wtedy niewidzialna nitka przestaje się rozwijać. którego szare smugi sięgają coraz wyżej. aby zajrzeć do jednej z zakrytych dziur w ziemi. Wystarczy mi latanie odrzutowcem. co z niej zostało. żebym chciała tego spróbować. Wisi nad całym zachodnim zboczem i nasila się z każdym krokiem. których mamy już całkiem sporo. jak gdyby nitka. zaczyna natomiast ciągnąć Garetha i Babcię niczym latawca. że kopalnie i osadę opuszczono w pośpiechu. uderza mnie swąd spalenizny. W milczeniu idziemy więc dalej przez cichy uschnięty las. Razem z przypiętą do niego Babcią wznoszą się coraz szybciej. a raz opada. Wiem. on jednak w piekle płonących złóż węgla czułby się pewnie jak ryba w wodzie i potrafiłby nas ochronić przed niszczycielską siłą pożogi. zaczęła się nagle odkręcać ze szpulki. Dęby i wiązy mają poszarzałe pnie. chcąc jak najprędzej znaleźć się po drugiej stronie wzniesienia. A raczej to. Zgodnie z mapami. – Gdzieś głęboko. Powietrze gęstnieje od dymu. aż w końcu znika za najbliższym grzbietem górskim. nieustannie sunąc do przodu. Farley pierwsza odrywa wzrok od horyzontu i wraca do naszego zadania. książę unosi lekko głowę i wydaje się węszyć niczym dzikie zwierzę. który łagodnym łukiem raz wznosi się. Gdy tylko przekraczamy grzbiet wzgórza. – Idziemy? W odpowiedzi ruszam przed siebie szybkim krokiem. że znów dojdzie do wybuchu pożaru. ale Calowi nie przeszkadza gryząca woń. Farley. najzwyczajniej w świecie zaczyna się u n o s i ć. aż po chwili wydają się zaledwie ciemną kropką na niebie. prawdopodobnie więc możemy na ich terenie znaleźć sporo rzeczy. która przywiązuje go do ziemi.

że patrzę na rzędy książek. której nie słyszy nikt poza nimi. Wokół budynków zalegają wysokie po pas zaspy pyłu. W następnej sekundzie przez rozbite okno wylatuje stado wron. uzmysławiam sobie. ktoś robi to za niego. – Były uwięzione – tłumaczy. nic nam tu nie grozi. Pozostali. Pozostałe budynki zawaliły się lub spłonęły. Nigdy wcześniej nie widziałam miejsca tak szarego jak Poręba. Obracam się gwałtownie i widzę Farley. ale po okolicy jeszcze długo niesie się ich krakanie przypominające jęk cierpiącego dziecka. Napięcie ściskające mnie w piersiach powoli ustępuje. idąc w moje ślady. które i tak mamy już usmolone. – Sprawdźmy okna. wskazując na wnętrze sklepu. dwóch tancerzy poruszających się w rytm muzyki. Przez chwilę się zastanawiam. Wojowniczka wzrusza jedynie ramionami. ale tam.i nisko wiszące gałęzie drzew. Rozlega się głos. która stoi przed wystawą sąsiedniego sklepu. Nagle wstrząsa mną brzęk tłuczonego szkła. Z zabudowań zostało tylko kilka niechlujnych domów wzniesionych z cegieł i drewna wzdłuż głównej ulicy osady. ani jednej żarówki. – Niech to szlag – Cal przeklina pod nosem. jednak zanim Cal zdąża odpowiedzieć. który wdychamy. Ptaki fruną z wrzaskiem w górę i po chwili rozpływają się na popielatym niebie. u jej stóp połyskują odłamki szyby. Tutejsza wioska jest od dawna martwa. przecierają witryny sklepowe rękawami. Gdy na nich patrzę. Popiół przysypał całą wioskę niczym przybrudzony śnieg. Uśmiecham się do siebie na myśl. Widok ten przywodzi mi na myśl ponure Szare Miasto. Gdy oczy przystosowują się do panującego wewnątrz półmroku. czy w pyle. mimo wszystko wyczuwałam ospałe tętno znojnego życia. Zaglądam przez szybę do najmniejszego z budynków. znajdują się również drobiny ludzkich kości. przypominam sobie Juliana i Sarę. Poręby nie ma już od dawna. Shade cały czas trzyma się blisko wojowniczki. – Nie ma prądu. W ręku trzyma kawałek drewna. o jej końcu przesądziła iskra zaprószona głęboko w kopalni. – Nie wyczuwam nic. które w niechlujnych rzędach i stosach stoją na regałach lub leżą wprost na brudnej podłodze. Półki uginają się pod ciężarem grubszych i cieńszych tomów. skąd bacznie obserwuje nowy teren. w okopconych slumsach. wąskiej komórki wciśniętej między posterunek strażników i częściowo zawaloną szkołę. nie spuszczając z niej oka. patrzy na Farley i kręci głową. którego nie poznaję i który należy do nieznanego mi . ile skarbów mogę stąd przynieść Adzie. Nawet słońce otoczone jest pylistym woalem. – Przestraszyłam Waszą Wysokość? Na wargach księcia pojawia się cień uśmiechu. w powietrzu unoszą się tumany popielatego kurzu.

Wojowniczka uśmiecha się drwiąco. a moje polecenie zdumiewa nawet mnie samą. a co dopiero samemu wszcząć bijatykę. Zdumiona Farley mruga szybko. – Kim jesteś? – Mój drżący głos wyraźnie rozbrzmiewa w ciszy opustoszałej wioski. jak gdyby wymawianie mojego imienia sprawiało mu ogromny ból. wzbudza we mnie niewytłumaczalny lęk. Tyberiaszu. aby znaleźć się za jego plecami. włosy i ubranie mają kolor popiołu. Coś innego wywołuje mój niepokój. ja przyzywam błyskawicę. które wszystkim nam przychodzi do głowy. Tłumaczę sobie. on jednak znów przed nią uskakuje. – Gadaj! – Trochę uprzejmiej. Mimo że mężczyzna wygląda na przygarbionego pod ciężarem lat starca. wpatrujemy się w nieznajomego jak urzeczeni. W mieście czeka na was król.człowieka. – Z o b a c z y ł e ś ? O czym ty mówisz? – Farley rusza w stronę mężczyzny. słucha mnie jednak i zamiast ponowić atak. – Mam wrażenie. po czym zadziwiająco zwinnie robi unik i schodzi jej z drogi. – Chociaż kiedyś go wystraszysz. oczy zaś lśnią przerażającą krwistą czerwienią. Wszyscy napędzicie mu strachu. Szary mężczyzna przekrzywia głowę. – Nowi z Pitarusu nie żyją. która nagle przyskakuje do mężczyzny od tyłu. – Farley. Posuwa się krok do przodu i zatrzymuje na mnie spojrzenie karmazynowych oczu. a na jego twarzy maluje się coraz większy smutek. – Jeszcze nie. ponieważ to zobaczyłem. Pochodzę spoza granic waszego królestwa. . Mimo że porusza się bezszelestnie. po kolei lustruje każdego z nas. Mam wrażenie. – Jak się pan nazywa? Uśmiech mężczyzny jest równie bezbarwny jak cała jego postać. skąd wie o liście Juliana. Chcę zapytać. – Zanim Cal zdąża otworzyć usta. – To mało ważne. a następnie rzuca się na niego. że jeszcze chwila i się rozpłacze. Żadne z nas nie waży się drgnąć. Oczy zachodzą mu łzami. iż stoję napięta jak struna. Mojego nazwiska nie ma na twojej liście. Jego skóra. ale uprzedza mnie Farley. próbując go złapać. – Wiem. Nawet nam jego wygląd wydaje się osobliwy. że to przez jego oczy albo długie siwe włosy. – Mare Barrow – wzdycha. – Obok nas jak spod ziemi wyrasta mężczyzna. Diano – nieznajomy napomina wojowniczkę. Cal sięga po ogień. obchodzi nieznajomego dookoła. jakieś nieokreślone przeczucie. przestań! – wołam. On jednak wydaje się zupełnie tym wszystkim nieporuszony. Jednak tak naprawdę to nie powierzchowność dziwnego człowieka sprawia. nieznajomy. który nie mógł jej widzieć. w ręku cały czas ściska pistolet. aby zadać pytanie. który nie potrafiłby obronić się przed ciosem. że cię znam. Tak samo jak zobaczyłem wasze przybycie. nieznajomy unosi rękę. a Farley kieruje pistolet w stronę szarego mężczyzny. Diano Farley.

Ich spojrzenie jest węższe od źdźbła trawy. To Nowy. . Obraca się na plecy i celuje w mężczyznę z pistoletu. – Znów przypatruje się nam smutnymi szkarłatnymi oczami. Mężczyzna prycha pogardliwie i zbywa księcia machnięciem dłoni. wokół jego stóp tworzą się obłoczki pyłu. – Przed tym też uciekniesz? – cedzi przez zęby. Odsuwa się na bok. – Dalekowzroczni widzą tylko to. po czym odbezpiecza broń. – A ja widzę wszystko. – Farley. czego szukają. panno Barrow? „Prawda”. – Potrafisz zobaczyć przyszłość. zostaw go. – Nie będę musiał – nieznajomy odpowiada z cierpkim uśmiechem.znów wymyka się bez trudu. by zerwać się na nogi. Postępuje parę kroków do przodu. – Prawda. – Jesteś… jesteś Dalekowzrocznym – szepcze Cal. a pani kapitan ląduje twarzą w popiele. Farley przeklina. nie traci jednak czasu na to.

którą kiedyś zwałam sercem. które z miejsca mi się nasuwa. Nie mówię jednak nikomu o tych odczuciach. gdy spoczywa na mnie spojrzenie jego krwistoczerwonych oczu. szary mężczyzna znów się odzywa. niedługo wrócą. Zanim dochodzę do siebie na tyle. nie potrafię czytać w myślach. Tym razem się przedstawia. że zaoszczędzę nam trochę czasu. Jednak mimo to nigdy wcześniej nie czułam się tak nieswojo w czyimś towarzystwie. kładąc ręce na jej ramionach. Protesty wojowniczki powoli zmieniają się w zrzędzenie. A może po prostu przepowiesz przyszłość? – Zgodnie z życzeniem. przypatruje się nam wszystkim uważnie i zaczyna mówić dopiero. – Sprytnie – cedzi Farley. Diano. odnoszę wrażenie.Rozdział 21 Dopiero gdy wchodzimy do wnętrza spalonej karczmy i siadamy wokół osmalonego stołu. Książę oblewa się jasnym rumieńcem. Za każdym razem. panno Barrow. . Mój brat wydaje zdławiony dźwięk. co ma się stać. nie musicie więc mi się przedstawiać – oznajmia. Nic poważnego. gdy za wszelką cenę usiłuje nas przekonać. – Nieznajomy teatralnym ruchem pochyla siwą głowę. Nazywa się zupełnie zwyczajnie. – Może w ramach jeszcze większych oszczędności powiesz wreszcie to. gdy Farley w końcu milknie. W Siedzibie Straży w Pitarusie napotkają opór i trzeba będzie opatrzyć im rany. gdzie będziecie. unosząc rękę i spoglądając znacząco na Shade’a. Parę razy Shade próbuje ją uspokoić. chociaż trochę dziwacznym”. – Dobrze znam całą waszą czwórkę. a od jego słów przechodzą mnie dreszcze. Dlatego uznałem. ale mężczyzna nie zwraca na to uwagi i od razu przenosi wzrok na mnie. Diano. jak gdyby głos uwiązł mu w gardle. nieznajomy znów mnie wyprzedza. który pojawia się znikąd. że przenika mnie ono na wskroś i widzi wszystko. – Wasi przyjaciele. co masz nam do powiedzenia. żeby nasze drogi się spotkały. Jon przez cały czas siedzi z kwaśnym uśmiechem na twarzy. co zaraz powiesz. poradzisz sobie z pomocą apteczki z odrzutowca. Nie trzeba było wielkiego wysiłku. co kryje się w tej mrocznej części mojego ciała. Teraz z kolei ja wpadam w osłupienie. „Jon”. ponieważ wiedziałem. Jego uśmiech nieco łagodnieje. – Jon patrzy teraz na Cala. Na przykład to. że nie wolno nam ufać człowiekowi. – Nie. Tylko ona jedna wydaje się niezbyt wzruszona umiejętnościami mężczyzny. „Będzie dobrym nabytkiem. – Nie zamierzam zabrać się z wami na Polanę. żeby zadać pytanie. przemienniczka i lotnik. ale widzę. choćby dlatego żeby Farley mogła dać upust swoim. po czym odsuwa się trochę do tyłu. – Znalazłem was.

aby nasze palce się splotły. mężczyzna patrzy na mnie wyczekująco. – Gareth potrafi latać. nie dostrzegam myśli. jednak tym razem uprzedza ją Shade. jakie popełni – w zamyśleniu dodaje Jon. – Pitarus oznacza śmierć i jeszcze gorsze rzeczy. jak gdyby wiedział. i za wszelką cenę będzie się tego trzymał. Pewnie zagląda w przyszłość. Źle wybrana ścieżka w lesie. ale Jon gestem każe mu ponownie usiąść. żeby ktokolwiek to zobaczył. zostało wam jeszcze trochę czasu. takiej umiejętności nie posiada żaden Srebrny. jak gdyby wyczuł skurcz strachu skręcający mi wnętrzności. co robię. Nie chcę nawet pytać. że odpowiem za niego. – Wkrótce sami się o tym przekonacie. Król nie zamierza wysłać pościgu. Jeszcze kilka kilometrów i wypatrzyliby was Dalekowzroczni Mavena. – Siedzący obok Cal przytakuje skinieniem głowy. – Za to. – Widzę dalej i wyraźniej niż którykolwiek ze znanych ci Dalekowzrocznych. Pod stołem Cal ujmuje mnie za dłoń. że Farley zadrwi z tajemniczych uwag mężczyzny. której nikt z nas nie jest w stanie pojąć. i drugie. Kąciki jego ust drgają. jak bywają błędne. Ale może wy wolelibyście wejść prosto w zasadzkę? Przyznam szczerze. Zna swojego brata na tyle. Szary mężczyzna wytrzymuje gniewne spojrzenie mojego brata. – Oznajmił wszem i wobec. że jeszcze chwila i jego twarz pęknie na pół. – Głos mam zachrypły od strachu. wargi wyginają się w półuśmiechu. Jon uśmiecha się coraz szerzej. Maven nie będzie chciał. Spodziewam się. iż przedtem mężczyzna zwrócił się do niego nazwiskiem rodowym. – Dlaczego? – Farley unosi brew.Shade zrywa się z krzesła. który opiera się rękami o stół i pochyla nad Jonem. że Nowa Krew nie istnieje. wpatrując się przed siebie nieobecnym wzrokiem. a w jego głosie pobrzmiewa kpina. Szkarłatne spojrzenie krzyżuje się z moim. że nas ocaliłeś. Znam przewidywania takich jak ty i wiem. – Przyszedłeś tu chełpić się swoją zdolnością? Czy może jednak marnować nasz czas i spowolnić nas w drodze? Gdzieś w głębi ducha też zaczynam się nad tym zastanawiać. − I jedno. Jon. mam wrażenie. Ale to od ciebie . co zobaczyłeś. jakie gorsze rzeczy zaplanowano z myślą o nas. − To jeden z wielu błędów. Widok ten porusza Cala jeszcze bardziej niż to. – Dziękuję. pozwalam. – Spokojnie. „Gorsze rzeczy”. – Nikogo nie ocaliłeś – oznajmia szybko Cal i zacieśnia uścisk na mojej ręce. nawet jego najwierniejsi żołnierze. być może więc wolelibyście zostać pojmani i straceni? – Omiata nas wzrokiem. by się ze mną zgodzić. – Byle przypadek i byle decyzja mogła zmienić to. że widzę tylko zdarzenia. trzepot ptasich skrzydeł. Nie zastanawiając się nad tym. Shade.

Zamierzano ich obserwować i badać. ale wielmożny Jacos odmówił udziału w eksperymentach. Nie wolno dopuścić. – Nowi są teraz zdani na łaskę królowej Elary. – Istnieją rzeczy gorsze od bólu. panno Barrow – oznajmia Jon łagodnie. „Coś przygarnia. Nie. – Maven chce ogłosić ich egzekucję. Mury wzniesiono z Cichego Kamienia. żłobią w nim głębokie rowki. zanim zdążą paść z naszych ust. W celach siedzą również inni oporni. – Przenosi na Cala porozumiewawcze spojrzenie i przez chwilę mężczyzna i książę wpatrują się w siebie w bolesnym milczeniu. To bardzo mroczny scenariusz. Julian Jacos to wasz przyjaciel. ale odbudowano je dla Srebrnych więźniów. o ile wcześniej nikt im w tym nie przeszkodzi. Jon odpowiada na wszystkie pytania. – On żyje? Wzrok Jona znów robi się zamglony. – Prawda – otwieram szeroko oczy. Julian i Sara są zamknięci w więzieniu Corros. Chociaż wiem. czując nagły przypływ nadziei. Mężczyzna mruczy coś niezrozumiale pod nosem i od czasu do czasu kiwa głową. – Nie wolno do tego dopuścić. Pomimo wszelkich… perswazji. Ale ma zostać stracony tak samo jak… – Urywa. co mam do powiedzenia. zostali pojmani. Poza tym pojmani Nowi okazują się równie niebezpieczni jak Srebrni. Jon jednak ciągnie swój wywód. – Sara Skonos. to miejsce było opuszczone. A ona chce ich wykorzystać w ściśle określonym celu. coś odgarnia. obsadzono żołnierzami. Tyberiaszu. – Widzisz to? . których uwięziono za podważanie autorytetu nowego króla lub rozgniewanie jego matki.zależy. Jego dygoczące palce przesuwają się po blacie stołu do przodu i do tyłu niczym grabie po uprawnej ziemi. żyje. żeby do tego doszło. staną się bronią. – Brudne popękane paznokcie Jona wbijają się w osmalone drewno blatu. jak gdyby moje zdumienie nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. żeby zastawić na was kolejną pułapkę. – Ci. którą Elara i jej krewni wkrótce nauczą się posługiwać i skierują przeciwko innym Nowym. gdy dotrzecie do więzienia. w ustach czuję smak żółci. Szczególnie niepokorne okazały się dom Lerolan oraz ród Iral. prawda? Zaczynają nam drżeć ręce. Perswazja to nic innego jak tortury. wzmocniono diamentowym szkłem. – Mniej więcej wtedy. ale co?” – Tak. że w końcu mi uwierzysz – dodaje z niemal szelmowskim przymrużeniem oka. Następne chwile mijają na dziwnej rozmowie. Kiedyś owszem. – Wystąpią przeciwko własnym pobratymcom. jeśli uwolnimy Juliana i pozostałych? – Pochylam się na krześle. których nie odnaleźliście i uznaliście za martwych. – Nowi? – wyrywa mi się. zamyśla się. Żołądek podchodzi mi do gardła. – Co się stanie. to wszystko nie tylko z myślą o dwójce waszych przyjaciół. czy zdecydujesz się wysłuchać tego.

Nie potrafię zaufać własnym przyjaciołom. Przyjdzie im kiedyś zapłacić za swoją głupotę. to nie byle iluzja. Czekaj. i przeczucie podpowiada mi. Z tego samego powodu wszyscy uwierzyli w kłamstwa Mavena dotyczące mnie i Nowych. Podnosi się zza stołu wolno. być może wcale nie są szlachetne. a tymczasem sprzymierzam się z zupełnie obcym. co nie mieści im się w głowach. – Widzę koronę ociekającą krwią.Pytam. iż posiada tak niesłychaną umiejętność. Jest w Jonie coś. a wcześniej ruchów Farley. jak gdyby nagle wyrosła mi druga głowa. w niebieskiej kurtce. dokąd ona prowadzi. i siebie. niż dopuścić do siebie myśl. Widzę człowieka o czerwonym oku. – To jakiś obłęd – warczy Cal. – I kilku tanich sztuczek. – Spuszczone wzdłuż boków dłonie Cala drżą. to chociaż jego wizjom. a ja nie zamierzam popełniać ich błędu. jak smakują te słowa. Cień wijący się na łożu z płomieni. czy kłamie. chociaż nie potrafię poznać. które nim kierują. – Nie. Cal patrzy na mnie. – Nie mamy żadnych dowodów oprócz twojego słowa – wtrąca się Farley. Łatwiej jednak uwierzyć. że pobudki. niszczy ich wiedza o niepewnej przyszłości. że dzisiaj uchodzicie cało z zasadzki w Pitarusie. którymi Jon wodzi po mnie. Zbyt długo zwlekacie z atakiem na Corros. zmienia się w grymas zdradzający porywczość charakteru. ale już za cztery dni giniecie. Burzę bez grzmotów. którego nie ośmiela się wypowiedzieć na głos. badając dziewczynę od błyskawic centymetr po centymetrze. – Zapomniałam już. Zrywa się z miejsca i kopnięciem odsuwa krzesło. jeśli nawet nie jemu. Na przykład widzę. Choć raz zgadza się z Calem. niczym grzmot przetaczający się po niebie. „Tanie sztuczki”. pochłaniające ludzi. żebym wyglądała . Mówi prawdę i mniej ważne jest to. widzę jedynie obecną drogę i to. Po raz pierwszy od dawna marzy mi się mieć na sobie jedwabie albo srebrzystą zbroję. teraz to się zmienia. Przewidywanie naszych słów. ale woleli zaufać czemuś. z jego oczu wyziera pytanie. – Dosyć! – Wierzę mu. że Jon to oszust. co potrafią objąć rozumem. żeby zaufać. słuchając przewidywań takich jak twoje. Widzieli na własne oczy moją siłę. to wzruszenie ramion i odwrócenie wzroku od palącego spojrzenia czerwonych oczu. ale zdecydowanie. zdziwaczałym człowiekiem. Jedyne na co się zdobywam. Jego nieznośny uśmiech blednie. niż uwierzyć w coś. – Widzę jeziora występujące z brzegów. czym zaskakuje i jego. co porusza mnie do głębi. – Ludzie wariują. – Hmm. po moich słowach. – Na jego twarzy maluje się kolejny smutny uśmiech. z dymiącym karabinem… Farley wali pięścią w stół. zabierając dłoń z mojej dłoni.

nie patrząc na niego i nie sprawdzając. nakrywając moje dłonie swoimi. Nie zostawię Juliana. Widok ten podnosi mnie na duchu. co między nimi”. jak mówi. żeby stali się marionetkami Elary. – Jon spogląda ponad moim ramieniem. że cię poznałem. pogłębiają się. Mężczyzna również kiwa głową. Podnosi się chwiejnie. żeby „wszystko się zgrało”. po czym spuszcza wzrok i zatapia go w blacie stołu. zaczynam rozumieć. Pociąga nosem. Każde narodziny. Mężczyzna jest młodszy. jak przypuszczałem – mruczy. tym bardziej przypomina nie spadającą . Parę sekund później o dach zaczynają bębnić krople deszczu. Z nieba opuszcza się Gareth. których my nie potrafimy zobaczyć. niż myślałam.na przywódczynię. wciąż oglądając obrazy. jakie wrażenie wywarły moje słowa. przytakuję skinieniem głowy. Gdy między drzewami dostrzegam sylwetkę samolotu. nie pozostawiają na mnie suchej nitki. niemi świadkowie ciągnącej się latami udręki. Uśmiecham się słabo. każdą śmierć i wszystko to. – Nie pozwolę. – Szkoda. Zamiast tego dygoczę w wytartym swetrze okrywającym poznaczoną bliznami skórę i chude kości. * Zanim zdążamy dotrzeć do odrzutowca. prawda? Ciepły rumieniec oblewa mi twarz. Mare Barrow”. jego oczy znów przesłania mgła. Ulewny deszcz i błoto. Jon uśmiecha się w szarym świetle. „Weź się w garść. która kiedykolwiek się wydarzyła. że musimy iść piechotą. – Cieszę się. – Oboje to wiemy. – Gdzie jest to więzienie? – Nie puszczą cię samej. Pod zszarzałą skórą jego rąk rysuje się pajęczyna niebieskofioletowych żył. – Gdzie jest więzienie Corros? – Mare… – Możecie podrzucić mnie po drodze – odparowuję Calowi. który im bliżej ziemi. Ile musiał zobaczyć. iż tak czy inaczej o nim wie. wyglądam jak zmokła kura. żeby w sile wieku zostać starcem? „Widział wszystko – olśniewa mnie nagle. ale niezbyt szybko ze względu na Jona. Bruzdy na twarzy Jona. Jako jedyna z towarzyszy nie wstaję od stołu. – Jesteś właśnie taka. Maszerujemy sprawnie. w których płynie czerwona krew. – Każdą potworność i każdą cudowność. Prostuję się. który parę razy każe nam zwolnić. chociaż coś mi mówi. nie zrobię mu tego po raz drugi. unoszę brodę i poprawiam na krześle. Cieszę się. co miał na myśli. – Będzie padać – ostrzega. za którą się podaję. Cofa dłonie. tylko na tyle mnie stać. stawia kołnierz i gestem nakazuje nam zrobić to samo. że nie widzi mojego znamienia. jego prawdziwy wiek maskują zmarszczki i siwe włosy. przez które brniemy.

więc król pewnie też gdzieś tam był. Farley zaś obejmuje Garetha i zarzuca jego ramię na swoje barki. Wstaje i piorunuje Jona spojrzeniem. i daj mi iść samej. Rusza zaraz za nią i chociaż nie depcze jej po piętach. panno Barrow – poprzez szum deszczu dobiega mnie głos Jona. Musiałem nad nimi przelecieć. nie odstępuje jej dalej niż na metr. – Zasadzka w Pitarusie. ale nie jest z nią najgorzej! – woła Jon. ale potwierdza skinieniem głowy. Dumnie wyprostowana Babcia z podniesioną głową wspina się po rampie. z którą trzeba się cackać jak z jajkiem – odwarkuje Babcia. kobieta zatacza się i upada na jedno kolano. którego Farley ciągnie po rampie do samolotu. Ląduje miękko i w następnej chwili zawiniątko rozmiarów niemowlęcia. Każdy kłąb chmury przypomina nadlatujący samolot. Shade. – Nie jestem niedołężną staruchą. ale nie słyszę ani nie wyczuwam nic poza odległym dreszczem piorunów. – Dyszy ze złości i bólu. Chociaż Jon zapewniał nas. Farley chwyta go mocniej i bierze na siebie prawie cały ciężar jego ciała. ale mnie otoczyli. gdy szary mężczyzna parska śmiechem. ale nie wiem. żeby ją podtrzymać. . Shade przyskakuje. Po jego wargach znów przewija się niewesoły uśmiech. Nogi Babci mocno uderzają o ziemię. – Raczej nikt nas nie śledził – oznajmia.gwiazdę. by przekrzyczeć ulewę. po czym z jego piersi wyrywa się jęk bólu. – Widziałem wartowników. że na wieki popamiętasz. że nie będzie pościgu. mijając Jona. Koniuszy chętnie wspiera się na wojowniczce. który zastawił na nas zasadzkę. Nie obraca się nawet. Mimo że pomaga koniuszemu dojść do odrzutowca. czy na Jona. który. Wskazuje Garetha. – Noga wygląda kiepsko. Babciu – oznajmia mój brat i powstrzymuje uśmiech. Okryjcie ją czymś. – Puść mnie. zdejmując ciężar z ociekającej krwią nogi. na kogo jest bardziej wściekła. Gareth rzuca mu zdumione spojrzenie. żeby uciec. – Czy był tam ten mały potwór? Gareth potakuje. miał rację. który ciśnie mu się na usta. – Babcia się wymknęła. – Nie gonią was. – Zrobiłeś to specjalnie – burczy Cal. nie spuszcza oka z Jona. Wojowniczka przeklina pod nosem. Na Mavena. Potem przenosi palec na Babcię przykucniętą o stóp Shade’a. które trzyma w ramionach. tylko przemoczoną stertę zakrwawionych ubrań. gdy kobiecina dumnym krokiem przemaszerowuje obok niego. inaczej tak ci zmyję głowę. mimowolnie spoglądam na ciemniejące niebo. – Jest wykończona i przemarznięta. – Droga wolna. na naszych oczach zaczyna się powiększać i przekształcać w dorosłego człowieka. jak się okazało.

jednak już po paru krokach orientuję się. – Tak. Żadna wizja nie nadeszła. Mężczyzna zgina się wpół ze śmiechu. Stoi nieruchomo i rozkoszuje się dotykiem chłodnej. „Robię to. – Jon wzrusza ramionami i postukuje palcem w skroń. jednak w tym momencie dreszcz energii wydaje się odległy. Ulotna i szara jak popiół. Dlaczego nie on?” – Wiesz. o ci chodzi. – Nie bawię się w żadne gierki. Wpatruje się w deszcz szeroko otwartymi. panno Barrow. – Nigdy mnie to nie bawiło. i wiem. że Jon nie idzie za mną. co sobie przyrzekłam. ale przytomnymi oczami. – W moim głosie pobrzmiewa desperacja. panno Barrow. W gęstniejących ciemnościach nawałnicy jego postać wydaje się niknąć.– I podziałało – odpowiada tak cicho. – Maven poluje również na ciebie. – Przekrzywia głowę w zadumie. Daję mu wybór”. Jon zdaje się nie zwracać na nią uwagi. Jon znów się uśmiecha. nawet w dzieciństwie. Fioletowo-białe nici z sykiem oplatają mi palce. jeśli tylko nadarzy się okazja. jak deszcz. – Cal nie przepada za podstępami i gierkami – ostrzegam. panno Barrow. że pomożesz nam z więzieniem. że mogę cię zmusić. tak. stał się drażniący. „Jak może odejść? Wszyscy pozostali zdecydowali się walczyć. że nie znam dnia ani godziny swojej śmierci? Znam. Mimo wszystko z trudem powstrzymuję . Zaciskam zęby ze złością. Ale nie trać ducha. i wiem. nieistotny. Zabija nas jednego po drugim i ciebie też zabije. że nie zginę z rąk króla. Wpatruję się w Jona. – Myślisz. Trudno znaleźć kogoś. abyś poszedł z nami. która spłukuje popiół z jego skóry. Po palcach spływają mi iskry. – Wiem. – Tutaj się rozstajemy? Puls budzącego się do życia samolotu wibruje mi w klatce piersiowej. kto mógłby ze mną rywalizować. – Myślałam. że możesz. że tego nie zrobisz. – Ja również. Warto to zapamiętać. próbuję więc podejść go inaczej. Odwracam się na pięcie i ruszam do odrzutowca. unosząc dłoń. „Zaufać wizji. – Jego łagodny uśmiech przestał być niepokojący. nie człowiekowi”. z którą nie zamierzam się kryć. spotkamy się. – Nie o to… – Wiem. Groźba jest chyba wystarczająco czytelna. po plecach przebiega mi dreszcz rozkoszy. W szarych strugach deszczu moja błyskawica wydaje się lśnić dwa razy jaśniej niż zwykle. czystej wody. Jeszcze się spotkamy. że tylko ja go słyszę.

Podnosi wzrok znad nogi Garetha. Cal ma na tyle rozsądku. – Zajmij się własnym losem i przeznaczeniem. Powtarzam słowa kilkakrotnie. i prycha drwiąco. Usta mężczyzny wyginają się w uśmiechu. – A co nim jest? – Powstać. ten stary wariat na nic by nam się nie przydał. Musicie lecieć j u ż. że odpowiedź na jej pytanie brzmi: „tak”. Z każdym krokiem coraz trudniej mi go wypatrzeć w potokach ulewy. i jedną ręką osłaniam się przed zacinającym deszczem. Farley jest mniej taktowna niż książę. Samej przeciwko wszystkiemu”. ale burzą. W następnej chwili Jon znika. widzą wszystko. którą owija bandażem trzymanym w lepkich od szkarłatnej krwi palcach. by zapadły mi głęboko w pamięć. powietrze drży. nad jezioro Mała Głownia. aby nie odzywać się do mnie. „Losy mogą się zmieniać”. aby ból zagłuszył smutek. pragnąc. jaką możesz się stać. – Czego mamy szukać?! – wołam. Nawałnicą. Gdy głośno tupiąc. ale w tej chwili. Samej przeciwko wszystkiemu. który doprowadza mnie do szału. Chociaż woda zalewa mi oczy.się. jezioro Mała Głownia”. nie dziś wieczorem. Mare Barrow. – Widzę cię taką. „Powstać. mrużę powieki i wysilam wzrok. aby dostrzec znikające zarysy sylwetki szarego mężczyzny. co tam znajdziecie. wchodzę jako ostatnia na pokład samolotu. aby przekrzyczeć hałas. – I dobrze. „Siracas. co może być. Zatapiam paznokcie w dłoniach. przeszywają mnie. Ryk silników odrzutowca narasta. Nie błyskawicą. kiedy zwątpi. Przez ułamek sekundy jego oczy wydają się żarzyć niczym węgle. – Nie jestem. Ochrońcie to. – Zróbcie to nie jutro. – Jego słowa niosą się niczym wycie wilka. która pochłonie cały świat. póki nie ochłonę z gniewu. – Parę słów tego starego wariata i mogłoby być po wojnie. – Domyślisz się! – dobiega mnie jego głos. jego białe zęby lśnią w srebrnym świetle. Czerwone ogniki przenikają panującą wokoło szarość. uwierz mi! Dam ci tylko parę wskazówek: polećcie na peryferie Siracasu. aby nie zaciągnąć go siłą do samolotu. – Jakie pytanie? Jednak Jon nie odpowiada. – Jesteś nam potrzebny. Jon! On jednak zaczyna się cofać. – Shade delikatnie kładzie rękę na . inaczej waszych uwięzionych przyjaciół czeka rychła śmierć. – I powiedz Dianie. za to porusza palcem w geście napomnienia.

Tylko ja wierzę Jonowi. Milkniemy wszyscy. – Pomyśl. ale tak czy inaczej jestem z wami. co się mówi. o której mówił. Samolot zaczyna się pomału toczyć. że za każdym razem zostają w obozie. cały czas gotując się z wściekłości. – No dobrze. Dlaczego miałby nas okłamać co do więzienia? „Powstać. że mi ufają. jakie możliwości daje mu jego umiejętność. ale nie za mali na to. Chcą się włamać do więzienia. Babciu – potakuje Farley. – Książę przenosi spojrzenie na mnie. – To prawda. – Nie mam pojęcia. żeby walczyć. Nowi. Cal jednak za bardzo się o nich troszczy. nawet Babcia nie ośmiela się żartować. o czym mówicie. – Gareth patrzy na nas i zaciska zęby z bólu. – Zrobił dla nas wystarczająco wiele. – Nie mylił się co do Pitarusu ani w żadnej innej sprawie. Spogląda na mnie uważnie przenikliwym spojrzeniem starej mądrej kobiety. Nie podoba im się. – Musimy się naradzić. nie widzę nic . Może dołączyć do nas każdy prócz dzieci. by stać się ofiarami Mavena. – Zgadza się. bo uwierzyli w bzdurną paplaninę tego szaleńca. koła pod nami podskakują na nierównym gruncie. – Chcą się porwać z motyką na słońce. Babcia prycha i grozi mu kościstym palcem – To. aby pozwolić im zakosztować prawdziwej walki. aż zabiją Juliana? – Zamiast odpowiedzi słyszę ciche syknięcie. o czym wszyscy teraz myślą. – Chociaż wolałbym wiedzieć. patrzy. Samej przeciwko wszystkim”.jej ramieniu. na co wojowniczka piorunuje go spojrzeniem. pozostali zaś idą za mną tylko dlatego. Siedzący na fotelu pilota Cal zerka spode łba na mojego brata. – Nie kłamał! Mój okrzyk ucisza wszystkich i po chwili słychać jedynie warkot silników. że jesteś ranny. Krople deszczu bębnią o szybę. – Tak myślałam. ale nie mówi na głos tego. jak siadam obok niego. obmyślić plan. – Wzdycha. na co się piszę. Mare? – „Szaleniec” to zbyt surowe określenie – mamrocze Shade. zbyt młodzi. naciskając dźwignię. – Żadnych dzieci – potakuję. który narasta i zmienia się w głuchy ryk wstrząsający kadłubem samolotu. W następnym momencie koła odrzutowca odczepiają się od pasa startowego. Przed oczami staje mi Luther i inne maluchy z Polany. – Naprawdę chcesz zaatakować tajne więzienie zbudowane dla takich jak my? – Wolisz siedzieć z założonymi rękami i czekać. nie znaczy. że masz przestać uważać na to.

Czysta energia ostra niczym gigantyczny odłamek szkła pali wszystko na swojej drodze. które rozdzierają chmury pod nami. ale nikt nie odważa się mi sprzeciwić. co nam pomoże. natychmiast zrywam się z siedzenia. jak gdybym zrzuciła z ramion przytłaczający ciężar. W dole przetaczają się grzmoty. – Jon powiedział. na północ od burzy. a każdy z nich wydaje się przedłużeniem mnie samej. że znajdziemy tam coś. nie może się doczekać kąpieli w jeziorze. Po paru chwilach przebijamy się przez ołowiane chmury i wylatujemy wprost w oślepiający blask południowego słońca.prócz rozbryzgującej się wody. który sprawia. Szczęk odbezpieczanej broni. korzystając z osłony rzednących chmur. aby namierzyć pas startowy. Cal. . O ile dobrze pamiętam. że nieruchomieję. Ledwie jednak dotrę do pierwszych drzew. Mała Głownia leży niedaleko. Spodziewam się usłyszeć głosy protestu. rozlega się znajomy odgłos. Gdy lądujemy. okrąża zbiornik wodny. Mała Głownia leży półtora kilometra na północ od nas i pozwalam. czego właściwie szukam. przypominają o błyskawicach. chociaż nie mam pojęcia. Niemądrze jest narażać się dziewczynie od błyskawic podczas lotu w metalowej kapsule. który w końcu dostrzegamy na porośniętych lasami wzgórzach otaczających jezioro. – Kierujemy się nad jezioro Mała Głownia – mamroczę. i w tafli jeziora odbija się jaśniejące po nawałnicy niebo. Potężne pioruny uderzają w ziemię. Shade biegnie po rampie tuż za mną. ale Cal jest zbyt dobrym pilotem. abym miała się czego bać. a ja czuję się. aby poprowadził nas mój wewnętrzny kompas.

Wychudła dziewczyna to dla niego żaden przeciwnik. wykonany z lśniącego czarnego metalu. które wytrzeszcza ze strachu. a w białkach oczu – drobne czerwone żyłki. Gwałtownie wciągam powietrze. ale nie jestem kuloodporna. Zaszłam tak daleko. nie pozostaje jej nic innego. dostrzegam pąsowy rumieniec. żeby złapać karabin. – Zabieraj ode mnie Srebrne łapska! – warczy nastolatka. nie rozumiejąc. Z takiej samej broni strzelił do mnie wartownik w lochach pod Palatium Słońca. „Do żołnierza – uzmysławiam sobie nagle – Srebrnego żołnierza”. ale wije się jak długi. Shade również klęka. napręża się. wątłej nastolatki. Umarłabym. Nie jest to moja ulubiona broń – prawdę mówiąc. chociaż ani razu nie pociągnęłam za spust. jak opaść na kolana. – Nawet nie drgnij. W tym momencie na jej smagłej skórze. Pomimo umiejętności. Nastolatka bierze jednak mój ruch za groźbę. Dziewczyna wyrywa się. – Ale nie mogę ręczyć za niego. Dziewczyna marszczy brwi. nie wracam! Wokół wolnej dłoni zaczynają mi tańczyć iskry. Dziwnie się czuję. trzymając karabin w dłoniach. o czym mówię. Bardziej pasowałby do żołnierza niż do tej drżącej. z niemal trzydziestocentymetrową lufą. że skądś cię znam. Jestem dziewczyną od błyskawic. – Dobrze – obiecuję. wargi zaciska w stanowczym grymasie i ani na chwilę nie wypuszcza nastolatki z ramion. Za jej plecami wyrasta Shade i w sekundę obezwładnia ją wyuczonym w wojsku chwytem. Rzucam się do przodu. nad którym zapanował. . Językiem zwilża suche. spękane wargi. Niemal parskam śmiechem na tę myśl. poruszają się tylko jej oczy.Rozdział 22 Źle trzyma pistolet. – Nie wracam. zanim uderzy o kamieniste podłoże. którą posiadam. szamocząc się w uścisku Shade’a. Nie jest silna. – Wiedziałam. a palec na spuście zaczyna niebezpiecznie drgać. chudy piskorz i parę razy niemal wyślizguje się z objęć mojego brata. warczy. która barwą przypomina korę ciemnego drzewa i stanowi doskonały kamuflaż w lesie. Na ich widok dziewczyna momentalnie nieruchomieje. – Nie ruszaj się – syczy i ośmiela się postąpić krok w moją stronę. unoszę ręce w geście kapitulacji. Kula uderzyła we mnie z siłą młota i przeszyła mi kręgosłup. nie ma mowy! Choćbyś miał mnie zabić. który wypada nastolatce z rąk. Nawet ja to widzę. nie zdąża jednak zareagować. „To Czerwona”. ale gdy mój brat nie rozluźnia uścisku. nigdy nie oddałam ani jednego strzału. gdyby nie Julian i Uzdrowiciel Ciała. Jest dla niej za duży.

– NT-ARSM-188907”. tuż zanim książę staje u mojego boku. Shade. jakby nie mogła oderwać wzroku od cienkich nitek błyskawic. Shade przytakuje skinieniem głowy i z ulgą puszcza szamoczącą się nastolatkę. zanim pada twarzą prosto w błoto. przypomina mi ostatnie przesłuchanie. lśniące zęby. Wydaje się moim przeciwieństwem: jest szczupła. splecione w warkoczyki włosy lśnią jak krucze skrzydła. wzdryga się i cofa przed jego ręką. Cal napina mięśnie. żeby zajrzeć dziewczynie w oczy. – Panicz to Srebrny wielmoża. jednak w niczym nie przypominają one ozdób w stylu kotwicy Crance’a. Gdy Cal próbuje jej pomóc. które prowadził w mojej obecności. „To numery – dociera do mnie. Skąd go masz? – Wzięłam sobie! – Znów zaczyna się wić. że ma mniej lat niż ja – piętnaście. paniczyku. Tak mówią ludzie ze slumsów – wyjaśnia nam. Stojący nad nią Shade mruży oczy. Jego ton. przy liniach montażowych. jest technikiem skazanym na pracę w fabrykach. że dalej poradzimy sobie sami. Duże. gdy mężczyzna dostrzega naszego więźnia. Wspomnienie krzyku Farley i zamrażanej krwi sprawia. Koniuszki jego palców płoną groźnie. Przygląda się broni uważnie i wiem. że również ją poznaje. Krzywię się boleśnie razem z nią i patrzę na brata. Skoro pochodzi z przesiąkniętego dymem i zanieczyszczeniami Nowego Miasta. Na jej szyi widnieją tatuaże. żeby przyjrzeć się jej uważnie. – Skąd to masz? – pyta i opada na jedno kolano. podczas gdy moje są matowe i mają odcień spłowiałego brązu gdzieniegdzie przechodzącego w szarość. jej czarne. ale odzyskuje równowagę. proste. – Z którego Miasta jesteś? – zwraca się do dziewczyny tonem o wiele łagodniejszym niż Cal. – Z Nowego – odpowiada w końcu. – Nie dotykaj mnie. – Wyszczerza białe. chłodny i stanowczy.Ciepło Cala wyprzedza go i owiewa mnie. że przewracają się we mnie wnętrzności. zaraz jednak znów przenosi spojrzenie na mnie. Teraz z kolei ja się pochylam. czym zbija ją z tropu. aż trzeszczy jej w stawach. Gdy dziewczyna nie odpowiada. – Puść ją. – Mam coś dla ciebie – mamroczę. – K a r a b i n. Nastolatka zerka na niego ciemnymi wystraszonymi oczami. ale ogień cofa się. jak gdyby zamierzała kogoś pogryźć. wciskając mu karabin w ręce. które przeskakują mi między palcami. – Paniczyku? – książę powtarza ze zdumieniem. Długie. nienaturalnie powykrzywiane palce prawdopodobnie wiele razy były połamane podczas pracy przy maszynach. Dziewczyna zatacza się do przodu. Myślę. Po twarzy poznaję. – Zabrali mnie z Nowego Miasta. ale wysoka. może szesnaście – ale w jej oczach czai się znużenie niepasujące do tak młodego wieku. wysokie na pięć centymetrów znaki .

To ja trzymam w ręku wszystkie atuty. A wolę walczyć. Zwraca się do niej jak do spłoszonego zwierzątka. dziewczyno od błyskawic? – drwi nastolatka. Zaskoczenie ich graniczy z cudem i nawet Srebrni rzadko kiedy potrafią tego dokonać. Uśmiecham się z wyższością i chichoczę cicho. doznając olśnienia. zauważając moje spojrzenie. co dla mnie wymyślą. – Nazywam się Cameron Cole i przykro mi bardzo. patrzy mi prosto w oczy. Coś chyba zaczyna do niej docierać. wskazując na karabin. na rękach pokrytych bliznami od pracy w fabryce występują żyły. „To niemożliwe”. ale poszło mi z nią jak z płatka. są niczym słabsze wersje Jona. pomaga mi utrzymać równowagę. – Sama musiałam sobie radzić. Drażni mnie jej ton i w pierwszym odruchu mam ochotę zapoznać ją ze swoją najbrzydszą stroną. Jest wyższa ode mnie. niż siedzieć w celi i czekać. Jak zwykle – odburkuje. Każdy potomek tego rodu potrafi przewidzieć najbliższą przyszłość. jednak zamiast tego przypominam sobie lekcje odebrane na dworze i traktuję ją tak samo. Z rodziny Dalekowzrocznych. a ona musi to zrozumieć. – Zabrałaś to Srebrnemu? – Cal ciągnie. – A ty nie lubisz zawracać sobie głowy brzydkimi rzeczami. Zwęża oczy i przez chwilę wydaje mi się. prawda. – Co? – Jedynie dzięki lekcjom z panią Blonos udaje mi się nie wybałuszyć oczu ze zdumienia. ale na mnie już czas. w jej głosie pobrzmiewa pogarda. że Srebrni to twardziele. ponieważ mina jej rzednie. zdradzając strach kryjący się za maską gniewu i opryskliwości. Jej dolna warga drży. a w jego głosie wyraźnie słychać niedowierzanie. Dziewczyna podnosi wzrok. Ona jednak staje mocno na nogach i prostuje się z dumą. – Uciekłaś z więzienia Corros. Na szczęście wartowniczka Eagrie mnie nie zauważyła. – Myślałam.okalają kark i schodzą w stronę gardła. Nastolatka zrywa się i zaciska pięści. że rzuci się do ucieczki. Nastolatka wzrusza ramionami. a co dopiero zwykła Czerwona dziewczyna. Dziewczyna mówi o Srebrnej z rodu Eagrie. Odchylam się do tyłu. pełna wdzięku i elegancji niczym urodzona dama dworu. Cal łapie mnie za łokieć. „W celi”. Chociaż ledwo . ale rozwściecza ją jeszcze bardziej. jak inni traktowali mnie. – Niezbyt ładne. – Jak masz na imię? – pyta miękko. – Kto ci pomagał? – Nikt.

gdy pewnie. – Idiotyzm – burczy. Czuję się niemal jak Ada. Tak samo jak Shade i ja. Sektor Małych Przedsiębiorstw Produkcyjnych. pomogła ci wydostać się na wolność i nas znaleźć. że nie muszę już szukać słów. nie musisz się do nas przyłączyć. Mutacja genów. – Nigdzie się z wami nie wybieram. Dobrze wie. Zawsze jest tak samo. w oczach dziewczyny dostrzegam cień strachu. pochodzenie nieokreślone. . kręci głową i cofa się jeszcze bardziej. Idę do Duszni i nie powstrzymasz mnie ani ty. ale to oznaczałoby dla ciebie wyrok śmierci. którą posiadasz. ale umiejętności Srebrnych. Nawet jeśli stojący obok mnie Cal sili się na uprzejmość. – Cameron Cole – powtarzam. – Zgadza się? Cameron sztywno kiwa głową. ani twoja błyskawica. Mamy czerwoną krew. Doskonale wiem. kwartał dwunasty. ona jednak odskakuje do tyłu. Jon – mruczy pod nosem. bez zawahania recytuję wszystko. – W Duszni aż roi się od Srebrnych. Cameron. Nowe Miasto. co powiedzieć i jakich reakcji się spodziewać. Jon wysłał nas więc nie po c o ś. Na to nie byłam przygotowana. z których wydobywa się stłumiony okrzyk.sięgam jej brody. pragnąc dodać jej otuchy siostrzanym uściskiem. nie bardzo mu to wychodzi. Wyślą cię z powrotem do więzienia. kim i czym jestem. kogo nazywamy Nową Krwią. – Dziewczyna rozdziawia usta. którzy mają rozkaz aresztować cię lub zabić na miejscu. Zatrudnienie: uczennica mechanika przydzielona do terminu w Dziale Montażu i Napraw. – Oczywiście. oraz dane z archiwów zatoki Harbor. Umiejętność. Dlatego zamknęli cię w Corros i dlatego udało ci się uciec. co zapamiętałam: – Urodzona 3 stycznia 305 roku w Nowym Mieście. Adres: segment czterdziesty ósmy. dobiega mnie niemal bezgłośny szept: – Tak. aby ją uspokoić. o i l e dopisze ci szczęście. żeby w a s znaleźć. Przypomina mi się lista Juliana. dzielnica mieszkaniowa. – Do Duszni?! – wykrzykuję ze zdumieniem. Rodzaj krwi: nieznany. widniejące na niej imiona i przypisane do nich informacje. – Jesteś kimś. – Postępuję krok w stronę dziewczyny. Uśmiecham się najładniej jak potrafię. Król Maven znów cię znajdzie… Cameron prycha gniewnie. Shade gwiżdże przeciągle. bardziej szczegółowe niż te spisane przez nauczyciela w książeczce. Unoszę brew i spoglądam na niego znacząco. Mam za sobą tyle misji werbunkowych. – A niech to. ale po k o g o ś. – Nie uciekłam po to.

* Musiałam się zamienić miejscami z Farley. pozwoliłam jej zająć fotel drugiego pilota. Pozwoliłam Jonowi odejść. Byłabym z nimi. że Cameron jest nam jeszcze bardziej niezbędna i że nie można tak młodej dziewczyny obarczać ciężarem tak znaczącej decyzji. którymi uwielbia się chwalić. jest zbyt ważna. wszyscy idą prosto na śmierć. gdyby mnie. a kobieta wyciągnie podniszczone zdjęcia wnucząt. Oddycha coraz ciężej i bardziej chrapliwie. nie wsadzili do więzienia. kurde. – Niech zgadnę. Dziewczyna jest mocno przypięta. Obiecałam sobie. Udało jej się wydostać z Corros. na której się znajdujemy. Łatwo ją przeniknąć. Dlatego nie dziwię się. Cameron nie ma pojęcia. kto wie. najwidoczniej mając po dziurki w nosie lekceważenia ze strony Cameron. którzy czekają na moją decyzję. żebyśmy mogli pozwolić jej odejść”. niezależnie od tego. Może tobie pasuje. raczy ją opowieściami z życia obozowego i swojego własnego. Gdzieś głęboko w lesie rozlega się krzyk Cameron. ręce ma związane dodatkowym pasem bezpieczeństwa. Niemal widzę. mimo że bardzo go potrzebujemy. Jednak wolę nie ryzykować. Nadludzka nieuprzejmość? – prycha w końcu Babcia. potrafi więc wprowadzić nas za mury więzienia. że każdemu Nowemu dam wybór.Kącik jej ust drga. Dlatego chociaż podróż powrotną na Polanę najchętniej wykorzystałabym do nadrobienia zaległości w spaniu. jak bardzo jest ważna. ale ja taka n i e j e s t e m. żebym mogła usiąść naprzeciwko Cameron i mieć ją na oku. czuję na sobie spojrzenie Shade’a i Cala. Nawet dobrotliwej staruszce nie udaje się zjednać nastolatki. jednak Cameron okazuje się bardziej oporna niż ktokolwiek z nas. powinno powstrzymać ją przed ponowną próbą ucieczki. jak waży w głowie racje i jak szala przechyla się coraz bardziej na jedną ze stron. „Dokonała złego wyboru – powtarzam to sobie za każdym razem. Jednak coś mi mówi. – W Duszni jest mój brat bliźniak i pięć tysięcy takich jak on. Spodziewam się. Shade przytakuje ponuro i znika. gdy odzywają się wyrzuty sumienia. . że zostawiasz swoich. skarbie. która z nachmurzoną miną wpatruje się w podłogę. że jeszcze chwila. – Łap ją – szepczę. jaką masz umiejętność. Siedząca obok dziewczyny Babcia nie przestaje paplać. czy buntownicza nastolatka nie umie przypadkiem latać albo w jakiś inny sposób ulotnić się z odrzutowca. Czuję się z tym paskudnie. – Potrzebujemy jej. nie wiadomo po co. oczy mam szeroko otwarte i wytrzymuję gniewne spojrzenia Cameron. gdy nagle zrywa się do ucieczki i pędzi w stronę drzew. bez trudu wyczytuję z jej twarzy targające nią myśli i emocje. To wszystko w połączeniu z wysokością. jaką umiejętnością dysponuje. Wszyscy troje stoimy bez ruchu.

Zręcznymi palcami. dziewczyno od błyskawic. nie uwierzę w jej zwyczajność. – Czy tylko ja to widzę? Chichoczę ponuro pod nosem. jednak zamiast staruszki widzi własną twarz. aby tradycyjnie coś odburknąć. – Niemal spodziewam się. Być może ona jeszcze nie odkryła. obraca głowę do sąsiadki i otwiera usta. – Nieprawda. – Nie wiem. – Babcia potrafi zmieniać wygląd – tłumaczę krótko. – Złapałaś zwykłego szaraczka. – Poklepuję leżącą obok mnie książeczkę Juliana. Chociaż staram się. Może Babci uda się wystraszyć Cameron na tyle. Jej nazwisko znalazło się na liście nieprzypadkowo. że splunie mi pod nogi. wyćwiczonymi przez lata pracy w fabryce. czy pamiętasz. co w tym czasie robi. ale prześlizgnęłaś się pod nosem Dalekowzrocznej. co knuje.Zgryźliwa uwaga starszej kobiety sprawia. czy nie chcesz? Zdecyduj się. – Tak samo jak ja – stwierdza rzeczowo bez odrobiny żalu w głosie. przekładając go między palcami. – Znasz Corros lepiej niż ktokolwiek z nas – tłumaczę. Nie jestem również ślepa na to. – Gareth panuje nad siłą grawitacji. ale wciąż mocno trzymają. ale Cameron wcale się nie użala nad swoim losem. wyślizgnie się z pasów. że dziewczyna odrywa wzrok od podłogi. – Czyli macie tu kogoś. jak mogę. – Jak to z tobą w końcu jest? Nie umiesz nam pomóc. – A niech mnie! – Otwiera szeroko oczy i szamocze się na fotelu z przytrzymującymi ją pasami. – Były koniuszy macha do nas z prowizorycznych noszy przymocowanych do ściany samolotu. – To wystarczy. ja jednak doskonale wiem. Babcia tymczasem wraca do swojej normalnej postaci. do czego zmierza. z jaką bawi się nożem. Chociaż nie odrywam wzroku od jej twarzy i stanowczym wzrokiem odpowiadam na jej wyzywające spojrzenia. W ustach innej osoby mogłoby to zabrzmieć niemal jak skarga. Marnujesz na mnie tylko swój czas. wyraźnie przeczy tym słowom. – Ja jestem bezużyteczna – rzuca Farley z fotela. aby ukryć uśmieszek. Wydaje jej się. – W takim razie to mój pierwszy i ostatni wyczyn. powoli tracę cierpliwość. że ta w końcu zacznie mówić. i choćby umniejszała siebie na tysiące różnych sposobów. kto potrafi czytać w myślach? Bo inaczej nic ze mnie nie wydusicie. – . czym jest. zachować zimną krew. jednak wprawa. nie siląc się nawet. Cameron wpatruje się jak urzeczona w zwinne ruchy połyskującego ostrza. kątem oka dostrzegam. że zdoła mnie wywieść w pole. mozolnie luzuje wiązania. – O pozostałych wszystko już wiesz. ale my na pewno do tego dojdziemy. Jeśli choć na chwilę stracę czujność. – Pasy unieruchamiające ramiona nastolatki zsuwają się nieco.

to jedyna oznaka zdradzająca gniew. – To nie był jej rozkaz… . – Powiesz nam. gdzie są cele. – I kto to mówi? Paniusia. i wszystko. „Nienawidzę dzieci”. – „Które sama znam aż nazbyt dobrze”. gwoździa. daje mi znać. że Cal mocniej zaciska palce na sterach. że jest przy mnie. co pamiętasz. do ostatniego. Kątem oka dostrzegam. jak uciekłaś z więzienia. która posłała tysiące swoich do okopów. powiesz nam. gotowy dzielić ze mną zwycięstwa i dźwigać brzemię winy. ci wszyscy więźniowie zostaną skazani. – Zapomniałam. Czuję na ramieniu delikatny dotyk – Shade. Kąciki jej ust drgają. w których Nowi. Jednak ta wredna małolata uparła się wyprowadzić nas z równowagi. chociaż dalej chcesz wszystkimi rządzić. – Jeśli zamierzasz kłamać. – Czeka ich śmierć albo coś gorszego. Ratuję cię od wyrzutów sumienia. Mój brat i towarzysz broni. Jednak zamiast przyznać mi rację. wargi rozciągają się w szelmowskim uśmieszku. – Nie zgrywaj ważniary – wbija mi kolejne szpilki. Opiera się o mnie. – Pani Blonos byłaby dumna z tego. – Oddycham ciężko. że jesteś księżniczką. jeśli za chwilę temperatura powietrza zacznie się podnosić.Zaskoczona moim tonem Cameron unosi brew. Cameron wydaje się jeszcze bardziej zacięta niż wcześniej. Cal nie może tego dłużej znieść. „Czy Jon nie mógł po prostu wysłać nam mapy?” – Cameron. Światła nad nami mrugają. – Nie jesteś już wielką paniusią. – Jeśli nie przestaniesz się wygłupiać. Wszyscy przysłuchują się naszej wymianie zdań. zwłaszcza Cal. że jesteś w tym specjalistką. – Wracają do mnie słowa Jona. ale to nie znaczy. a potem ich zostawiła. niedające spokoju ostrzeżenie. przynajmniej rób to porządnie. Tak samo jak ja ze wszystkich sił stara się nie stracić panowania nad sobą. – I niby co będę z tego miała? – Niewinność. Może i kładziesz się spać z księciem. Oprócz głosu Cameron w kabinie rozbrzmiewa jedynie szum silników. który we mnie narasta. z jaką godnością się zachowuję. po kabinie niesie się głuche dudnienie. Tylko na tyle swobody pozwalają jej mocno zapięte pasy. Czy wyrażam się jasno? Dziewczyna odrzuca jeden z wielu warkoczyków na plecy. w których miejscach są przetrzymywani Srebrni. Uderza pięścią w poręcz fotela. i nie zdziwię się. Jej twarz pochmurnieje. jak ono wygląda. w oczach lśnią błyskawice. jak rozstawiono strażników. co zapewne zrobiłaby każda rozsądna osoba. k u r d e.

Wymieniłabyś ich wszystkich na kolejną chodzącą pochodnię. ale dlatego że są ci potrzebni. – Próbuję ocalić ludzi przed Mavenem. Nie potrafię zrobić nic więcej. w kółko to samo. Sprawia jej to przyjemność. Moje palce również drżą z emocji. jak słuchać. Założę się. już nie siedzę. „Zapanuj nad tym”. – Związanymi. przestań! – woła Farley i zaczyna wypinać się z pasów. n a s z e życia.– Ale jej wina. wyczuwam każdy obrót silników odrzutowca. – Cameron. Wciąż jedni są wyjątkowi. muszę się czegoś przytrzymać. kiedy to Srebrni byli czymś nowym. – Wściekłość sprawia. których uważasz za w y j ą t k o w y c h. tym razem szybciej. Na lepszych i gorszych. Chce wykorzystać Nowych jako broń. Szukasz tych podobnych do siebie. które pałają teraz ciemnym rumieńcem. – O czym ty mówisz? – O d z i e l e n i u l u d z i. nie widzisz. że chociaż chodzisz po slumsach i wioskach. I to wszystko nie dlatego że oni tego chcą. namawiać. dla których byli odmieńcami. Samolot podskakuje w powietrzu. Wycie odrzutowca rozrywa mi bębenki. paniusiu. do czego to doprowadziło – warczy i pochyla się w krępujących ją pasach. będziesz ich chronić. Pomimo oszałamiającej prędkości. – W poprzedniej epoce. a drudzy nie znaczą nic. wibruje w kościach. – Mare. żeby za ciebie walczyli. – Piorunuje spojrzeniem Farley i nie dopuszczając jej do głosu. z jaką lecimy. co nam zrobiłaś. – Nowi. dygoczącymi ze wściekłości rękami wskazuje Cala. a to skończy się j e s z c z e w i ę k s z y m rozlewem krwi… – Robisz dokładnie to samo. tylko stoję. a sama uciekłaś i schowałaś się w lesie. A co z dzieciakami posyłanymi na wojnę? One w ogóle cię nie obchodzą. ja cię uciszę! Jednak dziewczyna całą swoją uwagę i wściekłość kieruje na mnie. Zanim zdążę się spostrzec. – Zobacz. i twojej szmatławej Czerwonej bandy. Gareth jęczy i chwyta się za nogę. zagłusza je łomot serca i pulsującej we mnie energii. szkolić. co kiedyś o n i. nie masz pojęcia. Chwytam się krawędzi fotela. A teraz masz się za bohaterkę. chociaż próbuję to ukryć. – Jeśli się nie zamkniesz. lepsi od innych. Kiedy było ich niewielu i polowali na nich ludzie. – Puszczam ostrzeżenie Cala mimo uszu. Srebrni. Doznanie to doprowadza mnie do szału. że krew napływa jej do policzków. bo tylko takim poświęcasz swój cenny czas. latasz tam i z powrotem i ratujesz tych. Cameron nie przestaje tryskać jadem. Czerwoni. Ogarnia mnie fala mdłości poprzedzająca falę strachu. Światła znów mrugają. usiłując utrzymać równowagę na rozhuśtanym . – Zniszczyłaś n a s z e rodziny. wyrzuca z siebie kolejne zarzuty niczym pociski. Twoja.

przysięgam. wbijam paznokcie w jego rękę. które rozchodząc się po jej ciele. rozsądek od szaleństwa. jest zbyt oszołomiona. na której lecimy. których bezpieczeństwo zależy od mojej umiejętności panowania nad sobą. – Moje słowa wywołują u niej całkowite osłupienie. żeby kłamać. – Mare… – To nie ja. Granica oddzielająca naturę ludzką od zwierzęcej. urywany. Światła w kabinie przestają migać. która mnie ogarnia. – Teraz tylko się uspokój. spodziewam się zobaczyć iskry. co usiłowałam powiedzieć. to swoje posiniaczone kłykcie. Rozsadzający mi głowę metaliczny gwizd sprawia. Cameron. Cameron cofa się o krok. kogo i co próbujemy ocalić. robi mi się słabo i opadam na jedno kolano. Nagle zapominam o wszystkim. – Za sto lat Nowy król będzie siedział na tronie wzniesionym z czaszek i kości dzieci. – To ona.pokładzie. czuję się bezbronna i samotna bez swojej błyskawicy. tylko… tylko przestań… – Nie mogę oddychać. który pewnie odzywa się w starej ranie. Przed oczami latają mi mroczki. to d a ć n a u c z k ę tej smarkuli. tłumisz jej umiejętność. Jednak jedyne. jak gdyby ktoś je stłumił. Brat podtrzymuje mnie niedawno wygojonym ramieniem. pokazać jej. to na pulpit sterowniczy. – Ja nic nie zrobiłam. że ledwie słyszę głos nastolatki. która uwalnia się w końcu z więzów i błyskawicznie rozpina sprzączki pasów. Doznanie to powala mnie niczym cios w brzuch. – Lot ustabilizowany – mamrocze. Cameron. Jak gdyby coś mnie dusiło. – Nie chciałaś. Ze swojego fotela w kabinie pilota Cal spogląda to na mnie. – Po czole spływa mi strużka zimnego potu i z trudem powstrzymuję falę mdłości. zaczyna brakować mi powietrza. Shade przyskakuje do mnie. kurde. Nic. co widzę. Przez ciebie. Wycie w mojej głowie gwałtownie milknie. o wysokości. Jak zwykle rozumie mnie bez słów i wie. – Dobrze się czujesz? Co się dzieje? – pyta z troską w głosie. Cameron gapi się na mnie równie zdumiona jak ja. który przeciska się w naszą . d u s i s z ją. ale udaje mi się dojrzeć Cala. jak gdybym miała za mało powietrza w płucach. nie zwracając uwagi na ból. zarzucając gruby koc na moje zmysły. Mój oddech staje się krótki. wiem. – Niemożliwe. Wybałusza oczy ze strachu. Gdy uderzam ją pięścią w szczękę. W następnej sekundzie stoi przede mną i pluje mi prosto w twarz. o samolocie. sparaliżują ją i zetną z nóg. samolot wyrównuje lot. – Uciszasz ją. Jedyne co mam w głowie. Coś we mnie pęka. i o ludziach. Ogarnia mnie panika. ja… jak? – Na ciemnej twarzy dziewczyny maluje się przerażenie. Mocniej chwytam Shade’a. chwyta mnie pod ramię.

Cameron.stronę. – Odpuść – mówi spokojnym. „Proszę. Ona już to wie”. Barrow. książę wie. Szkoląc dzieci i mnie. – Tak jest. Mam wrażenie. na co oczy dziewczyny otwierają się szeroko. co w tobie wzbiera. – Tak jest. że na moich piersiach leży głaz. że wracają do mnie. ale tym razem sama ze sobą. Zanim znów zatrzaskuje drzwi do swojego serca. każdy kolejny oddech jest płytszy od poprzedniego. odpuść. ale stanowczym głosem. Zaciska powieki i marszczy brwi w skupieniu. Znów robię gwałtowny wdech. Nie patrzę na niego zbyt długo. – Chcesz jeszcze komuś coś takiego zrobić? Własnemu bratu. Znowu oddycham. co robić. Nie zasługuje na to. Tak jest. powtarza ten ruch kilkakrotnie. Musimy zawrzeć układ. która wciąż walczy. nieraz pomagał nam się odnaleźć w wewnętrznym chaosie wywołanym przez nadludzkie umiejętności. – Puść ją. wydaje się bardziej opanowana. na jej twarzy odmalowuje się ulga. obiema dłońmi masuje tatuaż na karku. po jej policzku spływa łza. – Zaprowadzisz nas do Corros. jednak czuję. Odpuść. – Tak jest – powtarza Cal. wdech przez nos. – Dziewczyna mówi ciszej. jak opada z nas napięcie. ale moje mięśnie drżą z osłabienia. ale tym razem powietrze wdziera mi się do płuc. odpuść”. Z trudem łapię powietrze. – Próbuję. Przenoszę spojrzenie na Cameron. Nasze oczy się spotykają i oboje czujemy. – Puść ją. Chociaż Cameron instynktownie odsuwa się od niego. . który miażdży mi płuca. Zmysły mam przytłumione. kiedy go znajdziesz? „To jest rozwiązanie. wyciska ze mnie życie. – Nie myśl. – Próbuję! – Powoli. wydech przez usta. jak gdyby kołysał się w rytm falowania niewidzialnego oceanu. Proszę. Gdybym mogła ustać na nogach. spoglądając przez ramię. a my nauczymy cię panować nad twoją umiejętnością. – Próbuję. Ta chwila nie trwa jednak długo. – Nic mi nie jest – wyduszam z siebie. wyprostowałabym się. Odzyskuję je z każdym coraz śmielszym uderzeniem serca. Nie powinna się tak bardzo bać samej siebie. płynnie i miarowo. – Oddychaj. Cal kiwa głową. że zmieniłam zdanie. Ma dopiero piętnaście lat.

.Wyszkolimy cię na najgroźniejszą osobę tego świata. że prędzej czy później pożałuję tych słów. Obawiam się.

Są z nami również Darmian. Oprócz Cameron. Oczy obozowiczów skupionych wokół ognia połyskują niczym czerwone i pomarańczowe klejnoty. co postanowiliśmy. nieczuły na ból uzdrowiciel skóry. Farley i mojego brata w sali zgromadzili się dorośli. na ich twarzach maluje się zdumienie lub strach. – Jon powiedział. Gareth i Nix to nasze największe atuty. nie mówiąc już o tym. podczas gdy wszyscy pozostali – od szesnastu lat w górę – z zapartym tchem słuchają tego. na przemian sypiąc śniegiem i zacinając lodowatym deszczem. migocą raz jaśniejszym. co mam do powiedzenia. którzy chcieli wysłuchać tego. Nawet Kilorn zaszczycił nas swoją obecnością i rozsiadł się między swoimi towarzyszami łowów. żeby je odegnać. Babcia została z nimi w dziecięcej sypialni. Na szczęście nie ma między nami dzieci. nieprzenikalny tak jak Nix. Gareth szarpie więc go za rękę. nie dołączą do naszej wyprawy i dalej będą żyć we względnym bezpieczeństwie obozu na Polanie. żeby się nie poparzył. Trzy dni na przypuszczenie ataku na więzienie. wyciąga blade dłonie zbyt blisko płomieni. raz ciemniejszym blaskiem. moja determinacja słabnie. gdzie zabawia ich swoimi przemianami. Ada. rzadziej zdecydowanie. Farley zaś jest wytrawnym żołnierzem i oficerem. Musimy więc uwinąć się w trzy. Mam za sobą ponad miesięczny morderczy trening na dworze Srebrnych oraz lata doświadczeń zebranych na ulicy w Palach. Fletcher. Piętnaście par oczu wlepionych we mnie. trzy dni na zaplanowanie całej akcji. którzy stali się dla niego jak rodzice. że cztery dni to za długo. Cal jest wojownikiem od urodzenia. Cala. Obok Ady siedzą Ketha. chociaż Cal robi. Shade spędził w wojsku ponad rok. Pozostali również dysponują niezwykłymi mocami – Ketha jednym spojrzeniem może wysadzić w powietrze skałę – ale są zupełnie nieprzygotowani. co może. Wpatrują się we mnie w skupieniu. ich umiejętności są najbardziej przydatne podczas organizowania i przeprowadzania ataków. chociaż nie ma żadnych nadludzkich umiejętności. Harrick i Nix. co najwyżej od kilku . czego dowiedzieliśmy się podczas drogi do Pitarusu. że mieli najwięcej czasu na szkolenie. Trenują w obozie od paru dni. Crance’em i Farrą. Gdybyśmy tylko mieli więcej czasu. Zimno z zewnątrz przenika do środka.Rozdział 23 Mój głos niesie się dziwnym echem w szerokiej sali wejściowej naszego schronu. Mieszkańcy Polany siedzą zbici w kupkę. oraz Lory ze skalistej wyspy Kant. usiłując ogrzać się przy ognisku roznieconym przez księcia na podłodze. Burza znad Rowów dogoniła nas i szaleje teraz za grubymi ścianami ziemianki. Zgodnie z tym. Ale pozostali? Gdy omiatam spojrzeniem zjednoczone siły Polany.

nie ma żadnej pewności. część osób zgadza się ze mną.tygodni. a jeśli nad nim już zapanowała? Wykorzystała go jako przynętę? Powiedział. ale on siedzi nieruchomo i się nie odzywa. Nowych. jak kilka głów pochyla się potakująco. ponieważ przypomina mi o wszystkim. że to głupie i niemożliwe. Podobnie jak Cameron nie patrzy na mnie. – Wojowniczka pochyla się do przodu. Każdy wie. Jej obecność wywołuje u mnie wściekłość i smutek. Dobrze wie. Gorąco obejmuje mnie ze wszystkich stron. – Nikogo nie będę zmuszać do udziału w wyprawie. na dzieci lub z obydwu tych powodów. za plecami zaś czuję żar opierającego się o ścianę ziemianki Cala. że nie powinien się wtrącać. ale się nie odzywa. albo zostaną wykorzystani jak marionetki przez królową. że pozyska żołnierzy dla naszej sprawy. . Z przodu ogrzewa mnie ognisko. I przekonam ich. nie chcąc spojrzeć na nic ani na nikogo innego. Najbardziej otwarcie przytakuje Gareth. nie oddala się od niej na metr. Powiedział. że Kilorn będzie trzymał stronę swoich towarzyszy – myśliwych. Książę promieniuje ciepłem niczym piec. ale wymawiam je z niezachwianą pewnością. – Wybieram się do Corros. – Cameron kręci głową. czeka jedno z dwóch: albo zginą. nawet jeśli miałaby to być zasadzka. Muszę to zrobić sama. – Nie jest to zadanie łatwe. którzy zostali tam uwięzieni. aby trzymać język za zębami. Ludzie na Polanie traktują mnie jak przywódczynię. Shade siedzi nieopodal. ale milczy jak grób. Crance. w których byli nikim. Może to jest właśnie ta zasadzka? Serce mi zamiera. – Ja mu wierzę. Farley pierwsza odzyskuje głos. – Nawet j e ś l i ten cały Jon mówił prawdę o swoich umiejętnościach. Widział Jona na własne oczy i tak samo jak ja nie ma żadnych wątpliwości co do tego. Ja z kolei nie mogę patrzeć na nią. że w innych sprawach nie kłamał. że Elara zamierza zapanować nad Nowymi. Po sali przechodzi szmer poparcia. co pragnęłam od siebie odsunąć. że Maven szykuje zasadzkę. Nie mogę się zgodzić ani na jedno. gdy widzę. – Może być na usługach Mavena. Nawet Cameron ma na tyle rozsądku. Uparcie wpatruje się w ogień. ale nikt nie mówi tego na głos. ale nie jest też niewykonalne. Wielu znosi jego obecność tylko ze względu na mnie. Farra i Fletcher. żeby poszli za mną. a największe dla siebie. Posłać ich do walki to jak posadzić dziecko za kierownicą ciężarówki. Spodziewam się. Nie mogę liczyć na to. ani na drugie. a pochodzą z zapadłych mieścin i wiosek. Będą stwarzać zagrożenie dla wszystkich wokoło. jej ciemna sylwetka odcina się ostro na tle płomieni. Tak samo jak wcześniej wszyscy macie wybór. jak należy postąpić. – Słowa te brzmią obco w moich ustach. na wypadek gdyby znów przyszło jej do głowy coś głupiego. w końcu więc wejdę w przypisaną mi rolę.

przy dobiegającym z dworu zawodzeniu wichru. Przestaję być w centrum zainteresowania i choć na chwilę mogę się odprężyć. wszędzie roi się od Srebrnych strażników. Nawet Kilorn podnosi oczy. pulchny mężczyzna nie czuje bólu. – Więzienie leży za Delphie. Farley chichocze.Powtórzę to jeszcze parę razy i sama zacznę w to wierzyć. Zbyt wiele par oczu wpatruje się w nią z nadzieją. podkurcza długie nogi i ramiona. więzienie zbudowano specjalnie dla takich jak wy. To. dziewczyno od błyskawic. – Wzdycha. może nawet ugryzie Farley w nos. – Skinieniem głowy wskazuję Cameron. „Tęsknota”. że znów jesteśmy chłopakiem i dziewczyną. Teraz nadal jest mi zimno i wciąż czuję głód. W świetle tańczących płomieni ogniska. to coś innego. jak gdyby chciała się za nimi schować przed uważnymi spojrzeniami. że dziewczyna znów coś odszczeknie. mają tam kamery. kto będzie panował nad czasem i przeniesie mnie do tamtych dni. tak samo jak żaden posiłek nie zdoła zapełnić pustki. Marzy mi się znaleźć kogoś. Ulga. Siedzący obok Crance’a Fletcher przełyka głośno ślinę. I również z mojej winy Kilorn wstąpił na tę samą koszmarną drogę. – Mówi aż za dużo. znika. Oczywiście bystra nastolatka przejrzała moje zamiary. a jej oczy zachodzą mgłą. którą czuję w brzuchu. Nie jest to strach ani gniew. zbrojownię. nie oznacza. którą przed chwilą poczułam. że blady. że jest uodporniony na strach. opowiedz nam wszystko. Nie może ich zlekceważyć. Przeze mnie. zamiast narzekać na zmarznięty grzbiet i pusty brzuch. – A jeśli będzie coś więcej? – Spytajcie o to ją. gdy przywołuje bolesne . szukając schronienia przed jesienną słotą. którego znudziło czekanie. – Ona stamtąd uciekła. akurat w tym momencie. jak na mój gust. Cole. Przy każdej bramie stoją Dalekowzroczni. gdy pozwalam sobie oprzeć się o ścianę. aż Cameron otworzy usta. którego nie potrafię określić. Cichy Kamień i oby tylko tyle. Zebrani zaczynają szemrać i poruszać się niczym trzciny kołysane wiatrem. co pamiętasz. – Naprawdę? – powątpiewa Crance. zbyt wielu zdeklarowało się podjąć ryzyko. Trzeba będzie nie tylko przedostać się przez parę krat i otworzyć parę zamków. mogę udawać. Omija ją wzrokiem i znajduje mnie. Nic już nigdy nie będzie proste. Dalej. Spodziewam się. ale wiem. – O ile dobrze zrozumiałem. Nie. ale zgromadzona widownia studzi jej porywczość. ale nie patrzy na dziewczynę. ale mimo to mój wybieg odniósł skutek. Teraz to Cameron napina się. – Czy ona umie mówić? – pyta szyderczo Crance. którzy kulą się pod domem na palach. Cieszyłabym się wtedy każdą taką chwilą. że żaden koc nie jest w stanie mnie ogrzać. a jej miejsce zajmuje uczucie.

– Cameron porusza się niespokojnie. lustruje spojrzeniem każdy jej skrawek. że niemal czuć w powietrzu smród zanieczyszczeń. po czym pociera dłonią o dłoń i na naszych oczach nad ogniskiem pojawia się wyczarowana przez niego iluzja. Blok był kwadratowy. których zabrali z regionu Wybrzeże. – Tak blisko Mielizny. Na Mieliznę nie zapuszcza się nawet Szkarłatna Gwardia. a na każdym wzdłuż ścian biegły rzędy cel. – Codziennie więcej. Podobnie jak Naercey jest to rejon wyniszczony do tego stopnia.wspomnienia. że patrzę na model opisanego przez Cameron bloku więziennego. jak coś wysysa ze mnie wszystkie siły. – Opisz. kiedy patrzy w płomienie. zanim ktokolwiek zdąża zapytać. ponieważ skażenie gleby i powietrza jest rzeczywiste i nad spustoszoną ziemią od tysięcy lat unoszą się kłęby trującego dymu. wydawali się chorzy i całymi dniami leżeli na pryczach. Strażnicy nie pozwalali nam się odzywać. – Srebrni trzymali w nim Nowych. że nikomu nie opłaca się ponownie doprowadzać go do stanu używalności. które opisuje dziewczyna. dobrotliwego Żeleźcy. cały czas krążyli po korytarzu. po czym trąca Harricka w ramię. stanowi naturalną granicę z Piedmontem. miał kilka poziomów. jej oczy zwężają się. Z jakiegoś powodu wszyscy byli słabi. żeby nasz blok był pełny. – Rzadko widywaliśmy światło dzienne i jedzenie. Wiem. – Rzadko też rozmawialiśmy. jak był zbudowany ten wasz blok – przerywa dziewczynie Farley. jednak dzięki niemu mogliśmy codziennie przez kilka chwil zobaczyć promienie słoneczne. Mielizna leży na południu Norty. – Cichy Kamień – wyjaśniam. – Coś takiego? – pyta Harrick. obracający się z wolna trójwymiarowy obraz przedstawiający sześcian wykonany z cienkich fosforyzujących linii. . w którym rządzą Srebrni książęta. – Trzymali nas osobno – ciągnie Cameron. – Cameron przeklina pod nosem i wcale jej się nie dziwię. który oddał za mnie życie w Archeonie. Tak samo było z celami: Żeleźcy otwierali je i zamykali. – Nie było okien. – Siedzieliśmy pojedynczo w celach i wielu nie miało na nic siły. Niektórzy więźniowie byli tak słabi. które Żeleźcy chowali na noc. Dwukrotnie siedziałam w takiej celi i dwukrotnie czułam. W więzieniu najwyraźniej nie spotkała nikogo pokroju Lucasa Samosa. – Oddech jej się rwie. że trzeba było ich wlec. Widziałam wiele pustych cel. ale w suficie znajdował się świetlik. Gdy po chwili przyzwyczajam się do niecodziennego widoku. Dziewczyna przygląda się bacznie fosforyzującej kostce. Czasami przychodzili wartownicy i zabierali jednego z nas. Nie wydaje mi się jednak. Doskonale pamiętam doznanie. jaki ma pomysł. uzmysławiam sobie. Mały. Piętra były połączone ze sobą wysuwanymi pomostami.

– Mówiłaś. bronił nas i większość z was wyszkolił. – Każdy z was wie. Otwieram usta. On zawsze będzie bronił swoich i tylko to mu w głowie. Nie rusza się spod ściany. A najlepiej odesłać. Palce Harricka zaczynają się poruszać. chcąc jak najlepiej poznać strukturę więzienia. ale tym razem nie żałuję słów. Iluzja się zmienia. – A co? Chcesz wypuścić z klatek swoich przyjaciół? Wyprawić ich z powrotem do dworów i pałaców? Nie ma mowy. Dziesiątki miejsc. „Cameron jednak uciekła. zanim zdążę pomyśleć. Mężczyzna wysuwa palec i celuje nim oskarżycielsko w księcia. opuszcza ramiona. Widząc to. zanim się wydostałam. Przez chwilę przypomina cień. jak gdyby ktoś kopnął mnie w brzuch. Rzeczywiście. czuję się tak. robi to zapewne z jakiegoś powodu. w których można popełnić błąd i drogo za niego zapłacić. – Dokąd prowadzą bramy? Cameron wzdycha. ale na pewno tym powodem n i e j e s t chęć ich uwolnienia. nie zbliża się do kręgu światła jaśniejącego wokół ogniska. a jego lodowaty głos niczym jesienny wicher przyprawia mnie o dreszcze. Ada nie jest aż tak przygnębiona i wypytuje o różne szczegóły. w jaki sposób można by się do niego włamać. po bokach bloku Cameron pojawiają się kolejne sześciany. Skoro pyta o Srebrnych w Corros. że to kłamstwo. – Cal odzywa się po raz pierwszy od początku spotkania i widać. – Gdzie ich trzymali? Z ust Niksa wydobywa się ostry. Mimo że nie była w żaden sposób wyszkolona i nie miała pojęcia. niech gniją w więzieniu! – Macha żylastą dłonią w stronę Cala. dopóki Cameron nie przytakuje z aprobatą. Cal przelewał krew za nas wszystkich. – Dodaj dwa pomosty. o którym mawiał Maven. Wpatrujemy się w sześcian w milczeniu. próbujemy wymyślić. że faktycznie jest w ponurym nastroju. iż jest cieniem płomienia. które z nich padają. coś jak rysowanie. Mare. Cztery bramy na najwyższym poziomie. choć wtedy to młodszy z książąt skarżył się. dziesiątki bram. ile tak naprawdę potrafi”. Dziesiątki cel. więzienny blok przypomina kwadratową klatkę. gniewny rechot przypominający zgrzyt metalu o kamień. Na twarzy Harricka cały czas maluje się lekki uśmiech. na dodatek wpuszczoną w ziemię. – Do następnych bloków. po jednej w każdej ze ścian. a iluzja zmienia się zgodnie z życzeniem twórcy. – Wygląda jak pułapka na szczury – jęczy Farley i opiera głowę na dłoniach. że w więzieniu byli też Srebrni. – Jego powinnaś zostawić. . Stworzenie takiej makiety to dla niego bułka z masłem. Nie wiem.– Niech będzie szerszy – mruczy w końcu. Iluzjonista postępuje zgodnie z poleceniem i poprawia model dopóty. ile w sumie ich jest. Przeszłam przez trzy.

– Prawdę mówiąc…
Obracam się do niego, otwieram szeroko oczy, a po sali niesie się mój pełen zdumienia okrzyk:
– C h c e s z ich uwolnić?!
– Tylko pomyślcie. Uwięziono ich, ponieważ przeciwstawiali się Mavenowi albo Elarze. Mój
brat doszedł do władzy w dziwnych okolicznościach i wielu, naprawdę wielu, nie uwierzy
w kłamstwa rozpowiadane przez jego matkę. Niektórzy będą na tyle sprytni, żeby się z tym nie
obnosić, będą trzymać język za zębami, chcąc to wszystko jakoś przeczekać, inni jednak nie będą
siedzieć z założonymi rękami, a dworskie intrygi doprowadzą ich do więzienia. Oczywiście są
również tacy jak mój wuj Julian, który pomógł Mare odkryć jej prawdziwą naturę. Pomagał
Szkarłatnej Gwardii i ocalił Kilorna i Farley przed egzekucją, chociaż w jego żyłach płynie lśniąca
srebrna krew. On też jest zamknięty w tym więzieniu, razem z innymi, którzy wierzą w równość
ludzi bez względu na kolor krwi. Oni nie są naszymi wrogami, na pewno nie teraz – zapewnia
coraz żarliwiej. Nie stoi już z boku, ale tuż obok mnie i żywo gestykuluje, próbując przekonać
zebranych do planu, który wykluł się w jego głowie. – Jeśli ich wypuścimy z cel w Corros,
rozpętają prawdziwe piekło. Zaatakują strażników i zrobią wszystko, żeby wydostać się na
wolność. Lepszego odwrócenia uwagi nie można sobie życzyć.
Nawet Nix traci pewność siebie, słysząc stanowczy ton i rozsądne argumenty Cala. Mimo że
wciąż wini księcia za śmierć córek i przez to pała do niego nienawiścią, nie może zaprzeczyć, że
plan wydaje się naprawdę dobry. Być może najlepszy, jaki można w tej sytuacji wymyślić.
– Poza tym – Cal cofa się o krok i ścisza głos tak, żebym słyszała go tylko ja: – Julian i Sara
będą ze Srebrnymi, a nie z Nowymi.
„Och”. W całym tym zamieszaniu zapomniałam, że ich krew ma inny kolor niż moja. Że oni
również są Srebrnymi.
Cal ciągnie dobitnie:
– Pamiętaj, kim są i jakie mają poglądy. I wiedz, że nie tylko oni widzą niesprawiedliwość na
tym świecie.
„Nie tylko oni”. Rozsądek podpowiada mi, że książę ma rację. W końcu podczas swojego
niezbyt długiego pobytu na dworze Srebrnych spotkałam Juliana, Cala, Sarę i Lucasa, czworo
nadludzi, którzy okazali się ludzcy. Musi być więcej im podobnych. Maven eliminuje ich tak
samo jak Nowych, wsadza do więzienia przeciwników politycznych i ludzi myślących inaczej niż
on, żeby się ich pozbyć.
Cameron przygryza wargę, białe lśniące zęby połyskują w blasku ognia.
– Bloki, w których siedzą Srebrni, wyglądają tak samo jak nasze i przeplatają się z naszymi:
jeden blok Srebrnych, jeden blok Nowych, blok Srebrnych, blok Nowych i tak dalej.

– Na wzór szachownicy – mamrocze Cal. – Żeby więźniowie z tej samej grupy mieli ze sobą
jak najmniej kontaktu. Łatwiej wtedy nad nimi zapanować, łatwiej zwalczyć opór. Jak stamtąd
uciekłaś?
– Raz w tygodniu wyprowadzali nas na spacer, żebyśmy zupełnie nie osłabli. Któryś ze
strażników śmiał się, że gdyby nas nie wypuszczali, pozdychalibyśmy w celach. Pozostali ledwie
powłóczyli nogami, więc nie ma mowy, żeby dali radę walczyć, i tylko ja nie pochorowałam się
od tego więzienia. Cały czas czułam się tak samo.
– Ponieważ cele nie miały na ciebie wpływu – wyjaśnia Ada spokojnie i rzeczowo. Jej ton tak
bardzo przypomina mi głos Juliana, że niemal się wzdrygam. Przez ułamek chwili wydaje mi się,
iż znów jestem w klasie wypełnionej książkami i słucham wywodów nauczyciela. – Twoja
umiejętność znosi działanie Cichego Kamienia. Potrafisz go uciszyć. Przypomina to zwalczanie
ognia ogniem.
Cameron wzrusza obojętnie ramionami.
– Może i tak.
– Czyli wymknęłaś się podczas spaceru – mówi Cal pod nosem, bardziej do siebie niż do
kogokolwiek innego. Mam wrażenie, że w myślach widzi całą scenę, stawia się na miejscu
Cameron, wyobraża sobie, jak on uciekłby z więzienia. – Dalekowzroczni nie widzieli, co
zamierzasz, więc nie mogli cię powstrzymać. Strzegli bram, prawda?
Dziewczyna potakuje.
– Każdego bloku pilnował jeden z nich. Kiedy nasza strażniczka nie patrzyła, wzięłam jej
karabin, pochyliłam głowę i zaczęłam biec.
Crance gwiżdże przeciągle, zaimponowała mu odwaga nastolatki. Jednak Cal nie poprzestaje
na tym i docieka dalej:
– A co z bramami? Tylko Żeleźcy mogą je otworzyć.
Cameron uśmiecha się krzywo.
– Najwidoczniej Srebrni trzymają tam za dużo ludzi, żeby polegać na garstce Żeleźców za
każdym razem, gdy trzeba otworzyć jakąś celę albo bramę. Zamontowali przy drzwiach
przełączniki, którymi można się posłużyć, gdy pod ręką nie ma akurat żadnego Żeleźcy, albo gdy
mu coś odbije i przestanie się słuchać rozkazów.
„To przeze mnie – uzmysławiam sobie. – Wykorzystałam Lucasa do otwarcia lochów
w Palatium Słońca. Maven nie chce, żeby coś takiego się powtórzyło”.
Cal zerka na mnie znacząco, pewnie to samo przeszło mu przez myśl.
– A ty znałaś kod przełączników, miałaś jakiś klucz?
Cameron kręci głową, podnosi dłoń i klepie się po karku. Czarny, ciemniejszy od jej skóry

tatuaż naznacza ją jako technika, niewolnika przypisanego do pracy w zadymionych fabrykach.
– Jestem mechanikiem. – Porusza zakrzywionymi palcami. – Przełączniki to tylko parę
przekładni i kabelków. Tylko idiota potrzebuje klucza, żeby je uruchomić.
Może i z upartą nastolatką trudno wytrzymać, ale z pewnością jest bardzo przydatna. Nawet ja
muszę to przyznać.
– Powołali mnie, choć miałam pracę w Nowym Mieście – dodaje ponuro.
– Więzienie, Cameron – upominam ją. – Musimy się skupić…
– Tam wszyscy pracują i wcześniej nie mogliśmy iść do wojska, nawet gdybyśmy chcieli. –
Dziewczyna puszcza moją uwagę mimo uszu i mówi coraz głośniej, z coraz większym zapałem.
Nie próbuję jej przekrzyczeć, ponieważ awantura z małolatą nie dodałaby mi powagi. – Zmieniło
się to po wprowadzeniu Środków Bezpieczeństwa. Urządzili loterię. Piętnasto-, szesnastoi siedemnastolatkowie ciągnęli losy, na wojnę miał pójść jeden z dwudziestu. Padło na mnie i na
mojego brata. To się nazywa szczęśliwe losowanie, co?
– Prawdopodobieństwo mniej niż trzyprocentowe – szepcze Ada.
– Rozdzielili nas, mnie wysłali do Legionu Latarni w Forcie Patriot, a Morreya do Legionu
Sztyletu. Tam szli wszyscy, którzy sprawiali kłopoty, czyli na przykład krzywo popatrzyli na
Srebrnego oficera. Legion Sztyletu to wyrok śmierci. Pięć tysięcy dzieciaków, które po paru
dniach na froncie skończą w masowych grobach.
Zgrzytam zębami. Wspomnienie rozkazów, które przechwyciliśmy, pali żywym ogniem.
– Wyruszają z Corvium. To będzie marsz śmierci, masakra. Poślą ich nie do okopów, ale dalej,
na sam środek ziemi niczyjej. Morrey idzie z nimi, bo chciał po raz ostatni przytulić się do mamy.
Moje niezbyt silne przywództwo zaczyna słabnąć jeszcze bardziej. Widzę to po twarzach ludzi,
którzy w milczeniu trawią słowa Cameron. Najtrudniej patrzeć mi na Adę. Utkwiła we mnie
nieruchome, pozbawione wyrazu spojrzenie. Stara się jak może, żeby w jej oczach nie pojawiła
się ocena, ale jej to nie wychodzi. Ogień na środku sali buzuje, we wzroku Ady również
dostrzegam płomienie.
– W więzieniu są Nowi, są też Srebrni. – Cameron wie, że ma ich w garści, i zacieśnia uścisk. –
Ale ja mówię o pięciu tysiącach dzieci, pięciu tysiącach Czerwonych chłopców i dziewczynek,
którzy niedługo znikną z powierzchni ziemi. Pozwolicie im umrzeć? Pójdziecie za nią – wskazuje
głową na mnie – i za jej ukochanym księciem?
Palce Cala drżą tuż obok mojej dłoni, ale ja odsuwam się od niego. „Nie tutaj”. Wszyscy
wiedzą, że śpimy w jednej sypialni, i pewnie wyobrażają sobie na nasz temat niestworzone rzeczy.
Nie zamierzam jednak podsuwać Cameron kolejnych argumentów.
– Twierdzi, że daje wam wybór, ale tak naprawdę nie ma pojęcia, co to znaczy. Przyprowadziła

mnie tutaj siłą, zabrała mnie z lasu tak samo jak wcześniej legioniści zabrali mnie z domu,
a wartownicy do więzienia. Dziewczyna od błyskawic nikomu nie daje wyboru.
Spodziewa się, że będę protestować, ja jednak milczę. Poniosłam porażkę, Cameron dobrze
o tym wie, ale z jej oczu nie znika gniew. Udało jej się mnie zranić i może znów to zrobić.
„Dlaczego więc zostaje? Mogłaby uciszyć nas wszystkich i po prostu odejść. Dlaczego zostaje?”
– Mare ratuje ludzi.
Głos Kilorna brzmi inaczej, niż go zapamiętałam, dojrzalej. W piersiach znów odczuwam
bolesną tęsknotę.
– Uratowała każdego z was od więzienia lub śmierci. Narażała życie, włócząc się po waszych
miastach i wsiach. Nie jest idealna, ale nie jest potworem. Możecie mi wierzyć – dodaje, wciąż nie
patrząc na mnie. – Widziałem w swoim życiu potwory w ludzkiej skórze. I wy też je zobaczycie,
jeśli zostawicie Nowych na łasce królowej. Elara zmusi was, żebyście powybijali się nawzajem.
„Łaska – prycham w duchu. – Takiego słowa nie ma w słowniku królowej”.
Spodziewam się, że apel Kilorna nie wywrze żadnego wrażenia na słuchaczach, tym większe
jest zatem moje zdumienie, gdy okazuje się, iż obozowicze przysłuchują się mojemu
przyjacielowi z szacunkiem i uwagą. Na mnie nigdy nie patrzą w ten sposób. Nie, wobec mnie
zawsze zachowują dystans wynikający ze strachu. Jestem ich generałem, przywódcą, ale Kilorn
jest ich bratem. Kochają go tak, jak nigdy nie będą w stanie pokochać Cala czy nawet mnie.
Dlatego go słuchają.
Cameron nie zdąża nacieszyć się swoim zwycięstwem.
– Zetrzemy to więzienie na proch – grzmi Nix, kładąc dłoń na ramieniu Kilorna i choć zaciska
ją zbyt mocno, Kilorn się nie wzdryga. – Idę z wami.
– Ja też.
– Ja też.
– I ja.
Głosy rozbrzmiewają w mojej głowie. Ochotników jest więcej, niż się spodziewałam. Zgłaszają
się Gareth, Nix, Ada, wybuchowa Ketha, Darmian – drugi obok Niksa człowiek taran – Lory
o wyostrzonych zmysłach i oczywiście Babcia, która już wcześniej zobowiązała się pójść z nami.
Milczący Crance, Farra, Fletcher i iluzjonista Harrick wiercą się na siedzeniach.
– Dobrze. – Znów postępuję krok do przodu i omiatam zgromadzonych najbardziej
zdecydowanym spojrzeniem, na jakie mnie stać. – Pozostali będą potrzebni tutaj, ktoś musi
pilnować, żeby dzieci nie puściły lasu z dymem. I chronić je, gdyby coś się stało.
„Coś”. Gdyby Maven odkrył Polanę i przypuścił zmasowany atak, wątpliwe, aby ktokolwiek
ocalał. Byłaby to istna rzeź. Jednak obóz mimo wszystko jest bezpieczniejszym miejscem niż

Corros i ci, którzy nie zgłosili się na ochotnika, oddychają z ulgą. Cameron przygląda się im
z zazdrością. Też zostałaby w obozie, gdyby mogła, ale kto by ją wtedy wyszkolił? Kto
nauczyłby ją panować nad umiejętnościami, które posiada, i wykorzystywać je? „Nie Cal i na
pewno nie ja”. Chociaż cena za szkolenie wydaje jej się wygórowana, musi ją zapłacić.
Przyglądam się po kolei każdemu z ochotników w nadziei, że zobaczę w ich oczach
determinację i skupienie, widzę jednak tylko strach, zwątpienie i – co najgorsze – żal. Żałują
swojej decyzji, jeszcze zanim wszystko się zaczęło. Wiele oddałabym teraz za karnych
gwardzistów Farley czy nawet za żołnierzy pułkownika. Oni przynajmniej wierzą w sprawę, za
którą walczą, nawet jeśli czasami brakuje im wiary w siebie. „Ja muszę mieć wystarczająco dużo
wiary za nas wszystkich. Znów muszę założyć maskę i stać się dziewczyną od błyskawic,
przywódczynią, której potrzebują. Mare może poczekać”.
Przez chwilę zastanawiam się, czy kiedykolwiek będzie mi dane znów być tylko Mare.
– Proszę, żebyś jeszcze raz mnie przez to przeprowadziła. – Cal spogląda na Cameron, po czym
przenosi wzrok na obracający się model więzienia. – Pozostali mają się dobrze najeść i solidnie
poćwiczyć. Gdy burza przejdzie, zbieracie się wszyscy przed schronem.
Ochotnicy mimowolnie stają na baczność. Nie potrafią inaczej. Tak samo jak ja nauczyłam się
mówić jak księżniczka, Cal potrafi wydawać rozkazy jak generał. Potrafi dowodzić. Jest w tym
dobry, do tego został stworzony. Dlatego teraz, gdy ma do wykonania zadanie, bojową misję
różniącą się zupełnie od misji werbunkowych i prowadzenia treningów, wszystko inne przestaje
się dla niego liczyć. Nawet ja. Zostawiam go więc na naradzie z Cameron. Jego brązowe oczy
odbijają zielonkawe światło iluzji, w którą wpatruje się jak urzeczony. Harrick również zostaje,
aby podtrzymać iluzję tak długo, jak trzeba.
Zamiast iść razem z pozostałymi Nowymi w głąb ziemianki, aby zaszyć się w tunelach i izbach,
w których można ćwiczyć bez obawy, że komuś zrobi się krzywdę, wychodzę na zewnątrz,
wprost w objęcia burzy. Podmuch mroźnego wiatru i zacinający deszcz chłoszczą mnie prosto
w twarz. Zostawiam za sobą ciepło Cala, jego resztki szybko ze mnie wyparowują.
„Jestem dziewczyną od błyskawic”.
Nade mną kotłują się ciemne chmury obrzmiałe od deszczu i śniegu. Srebrni Wodniacy bez
trudu potrafiliby wykorzystać je do swoich celów, podobnie zresztą jak Burzowcy. Gdy zostałam
Mareeną, musiałam kłamać, że moja matka była Burzowcem z rodu Nolle i potrafiła zapanować
nad pogodą tak samo jak ja panuję nad energią elektryczną. W Kościńcu sprowadziłam z nieba
błyskawice i roztrzaskałam pole ochronne, żeby uratować Cala i siebie przed otaczającymi nas
żołnierzami Mavena. Wtedy wyczerpało mnie to do cna, ale teraz jestem silniejsza. Muszę być
silniejsza.

Zwężam oczy i staram się nie zwracać uwagi na kłujące igiełki lodowatego deszczu. Zimowy
płaszcz ocieka wodą, chłód przenika mnie do szpiku kości. Palce u rąk i nóg mam zmarznięte, ale
nie odrętwiałe. Czuję wszystko, co powinnam, od rozchodzącego się po moim ciele prądu po
ciemną energię ospale pulsującą gdzieś w głębi chmur niczym czarne serce. Im bardziej się na nim
skupiam, tym mocniej bije i po chwili wydaje mi się, że zaczyna krwawić. Krople wyciekającej
z niego energii spływają razem ze strugami ulewy i chociaż na razie jeszcze ich nie widzę, czuję,
jak włoski na karku stają mi dęba. Nawałnica deszczowa przemienia się w burzę z piorunami.
Zaciskam pięści, wzmacniając uchwyt na tym, co stworzyłam, licząc, że uda mi się to opanować.
Pierwszy grzmot jest cichy niczym pomruk zwierzęcia. Po nim pojawia się słaba, ledwie
widoczna zza zasłony deszczu i śniegu błyskawica, która trafia w dolinę. Następna jest silniejsza,
przypomina fioletowo-białą żyłę. Wydaję stłumiony jęk zachwytu i zmęczenia. Każde uderzenie
błyskawicy jest niczym wybuch rozkoszy, ale wysysa ze mnie tyle samo energii, ile ze sobą
niesie.
– Słabo celujesz.
Schowany pod okapem Kilorn opiera się o wejście do ziemianki. W półmroku wydaje się
bardziej żylasty niż wcześniej, chociaż jada tu nie gorzej niż w Palach. Długie wyprawy
myśliwskie i trawiący go nieustannie gniew dały mu się we znaki.
– Może to i lepiej, skoro upierasz się, żeby ćwiczyć z t y m tak blisko domu. – Wskazuje
w stronę doliny, gdzie z wysokiej sosny unosi się słup dymu. – Ale jeśli zamierzasz robić
postępy, dla dobra nas wszystkich trenuj sobie trochę dalej.
– Do mnie mówisz? – sapię, usiłując ukryć zmęczenie, które sprawia, że brakuje mi tchu.
Mrużę oczy i spoglądam na dymiące drzewo. Kilkaset metrów przed nami słaba błyskawica
przecina niebo, spadając niekoniecznie w to miejsce, w które celowałam.
Rok temu Kilorn wyśmiałby moje wysiłki i droczyłby się ze mną, dopóki bym się nie
odgryzła. Jednak zmienił się nie tylko na ciele, dojrzał również jego umysł i nie w głowie mu już
dziecinne wybryki. Kiedyś doprowadzały mnie do szału, teraz mi ich brakuje.
Naciąga na głowę kaptur, chowając pod nim krzywo obcięte włosy. Nie chciał, żeby Farley
ostrzygła go na krótko, po żołniersku, poprosił więc o pomoc Niksa, który zostawił go
z czupryną płowych loków nierównej długości.
– Pozwolisz mi polecieć do Corros? – pyta w końcu.
– Zgłosiłeś się na ochotnika.
Jego wargi rozciągają się w szerokim uśmiechu równie białym jak padający śnieg. Wolałabym,
żeby nie rwał się tak bardzo do walki. Wolałabym, żeby mnie posłuchał i został w obozie. Skoro
jednak Cal mówi, że Kilorn szanuje moje wybory, chcę uszanować jego decyzje.

– Dziękuję, że mnie poparłeś przy wszystkich – ciągnę z powagą.
Przechyla głowę, wyjmuje z oczu kosmyk włosów i wzrusza obojętnie ramionami. Drugą ręką
dłubie w ścianie ziemianki.
– Myślałem, że po tych wszystkich dworskich lekcjach lepiej będzie ci szło przekonywanie
ludzi. Chociaż w sumie to nigdy nie byłaś zbyt bystra.
Obydwoje wybuchamy śmiechem, a niosący się w powietrzu dźwięk wspólnej wesołości
przywodzi mi na myśl stare czasy. W tym momencie znów stajemy się przyjaciółmi, którymi
zawsze byliśmy.
Nie rozmawialiśmy ze sobą od wielu tygodni i dopiero teraz dociera do mnie, jak bardzo za
tym tęskniłam. Ogarnia mnie nagła chęć wyrzucenia z siebie wszystkiego, ale siłą woli
powstrzymuję się od zwierzeń, mimo że sprawia mi to ból. Cierpię, nie mogąc powiedzieć mu
o wiadomościach od Mavena, martwych twarzach, które widzę co noc, i koszmarach Cala
budzących nas oboje. Chcę wyznać mu wszystko, ponieważ tylko on zna Mare na wylot, tak
samo jak ja znam rybaka, którym kiedyś był. „Ale Mare z Palów i pomocnik rybaka już nie
istnieją. Nie przetrwaliby w tej rzeczywistości”. Muszę być kimś innym, kimś, kto polega jedynie
na własnej sile. Tyle że przy Kilornie łatwo mi stać się ponownie Mare i zapomnieć o tym, kim
powinnam teraz być.
Cisza unosi się nad nami niczym obłoczki pary, które wydychamy.
– Jeśli zginiesz, to cię zabiję.
Przyjaciel uśmiecha się smutno.
– I nawzajem.

a nie m n i e – dodaje Lory. – Masz ogłuszyć moje zmysły. Każda wyprawa. nie mając siły ustać. Corros pochłonęło go bez reszty. Zbyt wielu wisielców. w dzień wylotu na misję. cały czas czuję jej obecność. który pilnuje. Mówi bardzo mało. nawet Cal. przerażona. robi listy. ale wycofuje się. Dzisiaj. otula się szczelniej . – Dość – syczy Lory przez zaciśnięte zęby. chwilami słania się na nogach i siada. Cameron również często z nimi obraduje. które znały. zostawiłam na łasce losu. a ja godzinami ślęczę nad planami pięter i mapami. była dla mnie druzgocąca. skulona. gdzieś w głębi ducha odczuwam wstyd. Oczy ma podkrążone. Czyli na Lory i na mnie. Nigdy mnie nie opuszcza. niezależnie od tego czy kończyła się westchnieniem ulgi. czy stłumionym okrzykiem przerażenia. zwykłą dziewczyną. Zarzuciliśmy loty werbunkowe i wcale za nimi nie tęsknię. notuje wszystko. Mimo że pochodzi ze skalistej. Ada staje się jego prawą ręką. zbyt wiele dzieci rozdzielonych z matkami. Podczas gdy Kilorn coraz więcej się odzywa i na nowo wciąga się w życie obozowe. Mordercze treningi na Polanie oraz narady. jest w szczególnie paskudnym nastroju i wyładowuje się na swoich workach treningowych. jak gdyby nie miał głowy do rozmów. odpuszcza. Tych. co przychodzi mu do głowy. Teraz jednak. i rzucone w nieznane. Nastolatka zaciska pięść.Rozdział 24 O dziwo w ciągu następnych trzech dni sypiam lepiej niż przez ostatnie tygodnie. zrozpaczona. Opada na kolano. Mimo że za dnia spycham ją w najgłębsze zakamarki duszy. a przynajmniej nie robi tego głośno. Wszyscy mamy twardy sen. gdy wyłączony z użytku odrzutowiec stoi na pasie. Ile jeszcze niemowląt i dzieci straci życie? Ja jednak jestem tylko człowiekiem. książę zaczyna się zamykać w sobie. Ogląda każdą mapę i czyta każdy zapisek tak uważnie. Pomimo zaleceń Cala dziewczyna z minuty na minutę wydaje się coraz bardziej wyczerpana. Nie skarży się jednak. smaganej mroźnymi wichrami i sztormami wyspy Kant. żebyśmy jak najwięcej odpoczywali po treningach. która nie potrafi się już uśmiechać. tak samo jak zdaniem Cameron młodocianych rekrutów z Legionu Sztyletu. iż oczami wypali w papierach dziurę. zupełnie nas wykańczają. macha ręką w stronę Cameron. podnosi duszącą zasłonę ciszy. Chociaż ukrywam ją za maską błyskawicy. podczas których planujemy przebieg misji. do których nie zdążyliśmy dotrzeć. Budzi się wcześniej ode mnie i zapisuje pomysły. że czasami mam wrażenie. na każdym wolnym skrawku papieru. oderwanych od żyć. Wszystko za moją sprawą. ona wciąż we mnie jest. z trudem dźwigając się na nogi.

sprawia. Co innego uwolnić to. „Duma”. – Życzę szczęścia – odpowiada. a co innego kontrolować to. i dlatego zgodziła się pójść na ten układ: ja ją wyszkolę.płaszczem. Lory nie lubi się z nikim cackać. a węszy lepiej niż pies gończy. Ma wyostrzone zmysły. ale dziewczyna nie protestuje. Kobieta i dziewczyna milkną. – Nieznoszący sprzeciwu ton Mareeny ciągle działa i teraz również odnosi pożądany skutek. Cameron marszczy brwi w skupieniu. Niespodziewanie po twarzy Cameron przemyka cień uśmiechu. Cameron. W oczach nastolatki coś migocze i nie jest to gniew. c z y m j e s t. temperatura ciała spada. żeby stała się n o r m a l n a. Jej północny akcent jest ostry i szorstki. bywa że obserwuję. pozwolić. tak samo jak ona sama i surowa wyspa. – Nie jestem w tym zbyt dobra. Ilekolwiek by narzekała. potrafi odebrać również przytomność: spowalnia tętno. pokrzywione palce. Należy do ciebie. wypatroszę cię we śnie. że ciemnieje nam w oczach. która przerwała tamę. – To twoja moc. zapanować nad tym stanowczo i zdecydowanie. z której pochodzi. lustrując zmysłami otaczające nas połacie lasu. Teraz jednak nie ma czasu na sprzeczki. jeszcze raz. – Spokojnie – pouczam. Zapanuj nad tym. – Cole. z odległości kilometra słyszy trzask złamanej gałązki. Rzadko łagodzę spory. co znaczy. Przypatruję się bacznie całej scenie. To również rozumiem. Rozumie. i nie lecisz z nami tylko jako przewodnik wycieczki. które wygłaszała. zdolności Lory trudno zobaczyć gołym okiem. rozcapierzając długie. jeśli jeszcze raz zachce mi się przez ciebie rzygać. Barrow – warczy. to w głębi duszy wie. Słucha tylko c i e b i e. Jednak podobnie jak umiejętności Cameron. Lory nie daje się tak łatwo zbyć. że musi się tego nauczyć. Wzrok ma bystry jak jastrząb. czekając na jakiś sygnał. a kości odmawiają posłuszeństwa. a ona zaprowadzi nas do Corros. – Zablokuj jej zmysły. – Powiedz. kiedy coś poczujesz. co w nas drzemie. lecz dla samej siebie. Nie dla nas. – Nastolatka zaczęła ograniczać swoje wypowiedzi do minimum. Cameron. starczy. – Przepraszam. żeby wylało się z nas niczym rzeka. a ja doskonale ją rozumiem. jak ważne jest panowanie nad wrodzoną mocą. widzi i czuje niewiarygodnie więcej od zwykłego człowieka. Na twarzy Cameron drga mięsień. Cole. Miła odmiana po wściekłych tyradach. – To lepiej trochę poćwicz. Cisza Cameron nie tylko odbiera nam nasze wrodzone umiejętności. Mimo to nie lubi polowań. Dla . ale ukracanie ich nie leży w mojej naturze. Wyruszamy wieczorem. Spraw. woli strzec obozu. Zwykle je wszczynam. – Ty będziesz po mnie. że słyszy. – Lory. powstrzymać się.

– Zaczyna się – mówi. Wiem. – Dziś wieczorem wylatujemy. – Co?! – woła. – Niedługo? – pyta. nie powinna mieć kłopotów z uciszeniem strażników. – Ten stan masz wywołać. kropla potu spływa po karku dziewczyny i znika pod kołnierzem. „Gdybyśmy tylko mieli więcej czasu. czego nikt nie może nam odebrać. po prostu zapamiętaj. że muszę znaleźć w sobie doznanie. Niedługo będzie to dla ciebie tak łatwe jak naciśnięcie guzika. – Ledwie słyszę. Jeszcze jeden tydzień albo chociaż dzień”. ponownie kładąc dłonie na jej ramionach.dziewczyn takich jak my. ale na Lory. Dziewczyna posłusznie wyciąga przed siebie drugą rękę. że wychodzi – tłumaczę Cameron. co mówią na drugim krańcu obozu. mrużąc oczy. Pomimo panującego na dworze chłodu. Chwytam ją za podbródek i odsuwam jej twarz od siebie tak. – Nie myśl o tym. – Z czasem będzie łatwiej – ciągnę. Za słabo. poddaniu się. – Nie musisz tego rozumieć. Będziesz działać automatycznie. Stojąca po mojej lewej stronie Lory mruga oczami. iż Cameron dotarła do tego. – Odruchowo wyciągam ręce i kładę dłonie na ramionach Cameron. Sprawdź. co z niej wypływa. ale ją samą również osłabia. aby patrzyła nie na mnie. Jej palce drgają w rytm niewidzialnej. – Zapamiętaj to uczucie. co uruchamia jej umiejętność. pulsującej energii. wyjaśniał. Umiejętność nastolatki paraliżuje Lory. Dzięki swojemu sprytowi i znajomości cel. Mam nadzieję. Cameron zaciska szczęki. które uwolniło w Spiralnych Ogrodach moją błyskawicę. Umiejętność Lory nadal działa. „I chyba też ogłuchła”. Cameron. i zdaje się. starają się ukierunkować i nadać odpowiednią moc temu. że w więzieniu będzie siać spustoszenie i nie oszczędzi nikogo. „Traci słuch i wzrok”. Pod palcami wyczuwam napięte mięśnie. Problem może pojawić się wtedy. jak to robisz. – Jeszcze trochę. ale najważniejsze. Na szczęście w Corros Cameron nie będzie musiała się powstrzymywać. że tak to uruchamiasz. – Parę miesięcy temu Julian mówił mi to samo. jak długo możesz ją przytrzymać. że moja siła tkwi w odpuszczeniu. Przetrze szlak. jest odurzająca. które nigdy nic nie miały i nie spodziewały się od życia niczego dobrego. a Lory przekrzywia głowę i nadstawia ucha. – To chcesz osiągnąć. chude i twarde niczym zbyt mocno naprężony sznur. obracając się do mnie. – Teraz? – sapie. że posiadamy coś własnego. którym będziemy mogli za nią podążyć. gdy na jej drodze stanie . – Oślepłam! – wrzeszczy Lory. świadomość. Bez namysłu. aby stłumić jęk wysiłku i złości. nie robiąc jej krzywdy. – Nie wiem.

nastolatka opuszcza ręce. – Odpuść. drąży mnie jak choroba i boję się. na którym się wychowała. na próżno usiłując przebić się przez ciemność. Cameron. przypomnieć sobie własne treningi. gniew przyda jej się dziś wieczorem. Czuję go bez przerwy. którą włada Cameron. Na przykład Nowy. – Jest coraz gorzej. zostawiając jedynie skorupę. i na pewno nie zamierzam znów paść jej ofiarą. Mimo że jest twarda jak słone skaliste wybrzeże. Na twarzy Cameron maluje się znajomy gniewny wyraz. i na twoim miejscu żałowałabym. – Tak? – Na dziś skończyłam – oznajmia. Jest bardziej dotkliwy niż jakiekolwiek inny ból. W moim ciele wzbierają iskry i momentalnie rozchodzą się po żyłach i nerwach. nawet ona nie potrafi wytrzymać męczarni zadawanych przez Cameron. Mimo że energia jest mi posłuszna. Jednak nastolatka nie odpowiada uśmiechem. drwię w duchu. jednostajnym szumem. gdy piorunuję wzrokiem swoją uczennicę. Po chwili. którego nie rozpozna. która otoczyła ją z rozkazu Cameron. aż w pełni odzyska zmysły. To dobrze. Na przekór dręczącego mnie w ostatnich tygodniach niepokoju i nieustannego napięcia. Ponieważ ja czuję się coraz gorzej. rozluźnia się i nagle wydaje się mniejsza. że pewnego dnia pochłonie całe moje wnętrze. zewnętrzną powłokę dziewczyny od błyskawic. szerzy się niczym zgnilizna. aby stanąć przodem do mnie. Rozmasowuje czoło i raz za razem mruga w oczekiwaniu. żywego trupa Mare Barrow. który cierpię. Krzyżuję ręce na piersiach i prostuję się jak struna. podczas których uczyłam się ujmować błyskawicę w karby. – Znów to czuję – cedzi przez zaciśnięte z bólu zęby. obnażając olśniewająco białe zęby. Muszę je odepchnąć. Obraca się gwałtownie na pięcie. moja umiejętność zdołała się rozwinąć. że nie za cztery . – Au – mamrocze i posyła Cameron krzywy uśmiech. między innymi przez mojego drugiego nieodłącznego wewnętrznego towarzysza. wżera się w moje wnętrzności. – Skończysz za dwie godziny. Chłód nigdy mnie nie opuszcza. Oślepiona Lory przewraca niewidzącymi oczami. „Lub ja”. Albo Cal.nieodpowiednia osoba. uspokaja się i opada. Wydaje się silniejsza niż wcześniej. Nie spotkałam się chyba z potężniejszą umiejętnością niż ta. która moim zdaniem trwa zbyt długo. która zaczyna się mniej więcej na wysokości mojego czoła. drobniejsza. jej dłonie wędrują do skroni. Lory znów opada na kolano. Sama myśl o tym przyprawia mnie o dreszcze. pełniejsza i bardziej niestrudzona. „Przynajmniej ta część mnie ma się lepiej”. Czuję się jak pani Blonos. a rozkołysane raptownym ruchem warkoczyki zasłaniają na chwilę jej brodę. cały czas przypomina mi o swojej mocy odległym.

W milczeniu odsuwam się na bok. Całe szczęście. Pozostali obecni na Polanie odprowadzają ją spojrzeniem i chociaż byli świadkami. ani gorsza od nich i czas najwyższy. to Cal ma zły humor – rzuca. ale i nie próbuje się sprzeczać i sztywnym krokiem rusza przed siebie. Wiem. – Soczystych. Stojąca za nią Lory przypatruje się nam bacznie szeroko otwartymi oczami. aby przy okazji swoją umiejętnością zmusiła parę ptaków do awaryjnego lądowania. ale ta nastolatka nie jest szeregowcem w jego oddziale. – Kilorn upolował parę królików – odzywa się Lory chyba tylko po to. Każda sekunda jest na wagę złota… – Powiedziałam. których nie będzie chciała wykonać. Jestem jedną z Nowych. Kto wie. wojowniczką taką samą jak oni i nikim więcej. Mimo woli czuję podziw dla tej dziewczyny. – Jestem zmęczona. Cal jasno i wyraźnie dałby jej do zrozumienia: „nie ty tu dowodzisz”. – A może po prostu przeklina . Nazwałby zachowanie Cameron niesubordynacją i powiedział. dostosowywała się do katorżniczych norm. została. jak postępować z żołnierzami. Jak na piętnastolatkę potrafi być rozbrajająco sroga. jadła na gwizdek i na gwizdek szła do domu spać. inaczej pewnie zasłabłabym na widok takich manier. Mimo że odkryła swoją umiejętność. Mięśnie jej smukłego karku lśnią od potu. żebym umarła o pustym żołądku. być może pewnego dnia przestaniemy na siebie warczeć. Nie ugnie się przede mną ani przed nim. co zrobiłby Cal. że nie zamierza tego tolerować. a może nawet się polubimy. – Pół godziny przerwy. I chociaż odkąd zjawiła się w obozie. węszy i oblizuje się. nie jestem królową. że na dziś k o n i e c – powtarza. ale pozwolę jej zjeść. której wcale nie mam ochoty toczyć. jak zbuntowana nastolatka przeciwstawia się dziewczynie od błyskawic. W oczach Cameron błyska gniew. Nie mam zamiaru jej za to dziękować. Powinnam wziąć ją do galopu. co chwilę przeciwko czemuś protestuje. być może polecić. Nie jestem ani lepsza. Unosi lekko głowę. gdzie znajduje się kuchnia polowa. Cameron nie przytakuje. Mimo to stara się nie dyszeć. kazać jej zrobić rundkę naokoło Polany. a ja niemal się uśmiecham na ten widok. chce wypaść przede mną jak najlepiej.albo za sześć. „Chce mi dorównać”. nie obchodzi mnie. żeby przerwać ciszę. na dodatek po raz drugi. Nie jestem ich kapitanem. Książę wie. potem wracasz do ćwiczeń. wciąż tu jest. mijając mnie. oddech się rwie. Nie ma mowy. – To na co czekasz – mamroczę i ruchem ręki wskazuję przeciwległą stronę Polany. co mogą sobie myśleć. – Tak w ogóle. wstawała na gwizdek. Zbyt długo słuchała poleceń. Zakosztowała wolności i nie podporządkuje się żadnym rozkazom. żeby zaczęli mnie traktować w ten sposób. Kobiecie nie trzeba powtarzać dwa razy. głodna i za parę godzin posyłacie mnie do walki. że jednak nie jestem panią Blonos.

a czasami nawet u s z c z ę ś l i w i a. z kim rozmawiam. a jego usta drgają. że za mało ćwiczę? Zapewniam cię. by po chwili rozciągnąć się w swawolnym uśmiechu. – Martwisz się. które zwykle go uspokaja. Shade chce zrobić to samo. – Powinieneś być na treningu.i kopie we wszystko. unosząc dłoń. jak ich starsi koledzy uczą się walczyć. choćby dla zachowania pozorów. zwalnia kroku i pozwala mi się wyprzedzić. – Mogłeś mi powiedzieć – odburkuję. Mimo to wydaję stłumiony okrzyk i karcąco klepię brata w rękę. Nie spodziewam się nikogo zastać w schronie. – Zajrzę do niego – oznajmiam i ruszam w stronę ziemianki. nawet w nocy nie robimy nic wielkiego. Cieszę się. . Shade jedynie wzrusza ramionami. a już na pewno nie podczas planowania. co popadnie. W przeciwieństwie do Cala. że zgraja pędraków nie kręci mi się pod nogami. Nie moja wina. strzelać i panować nad umiejętnościami. wpadam prosto na brata. Mare – puszcza do mnie oko – ćwiczymy bardzo pilnie. Brat jednak przerywa mi. Odruchowo zaczynam się rozglądać. W sumie nie powinno mnie to dziwić. – Tak samo jak ty powiedziałaś mi o Calu? – To… − „… co innego”. Nie wymykamy się razem w środku dnia. Cal rzadko wpada w gniew. że się nie domyśliłaś. nie mam cierpliwości do małolatów. Farley i Shade od dłuższego czasu byli nierozłączni. Lory słyszy niemal wszystko. uśmiech znika z jej twarzy. – Czym mogę służyć? – pyta. nie ciągnie mnie za rękawy i nie zamęcza niemądrymi pytaniami o ich bohatera. wszyscy trenują na zewnątrz. nie widząc nigdzie księcia. skręcam za róg. Nawet dzieci poszły popatrzeć. martwi mnie o wiele bardziej niż sam wybuch Cala na parę godzin przed rozpoczęciem misji. który nadchodzi od strony izb sypialnych. przemaszerowuje obok mnie. Nie próbuję ukryć niepokoju. Kobieta w pierwszej chwili idzie ze mną. dla rozrywki. – Shade Barrow! – Och. dla którego wpadł w szał. wszyscy o tym wiedzą. „No proszę”. ale zanim zdążę się zdziwić. jednak nie pozwalam mu odejść i kładę rękę na jego ramieniu. Dlatego powód. przypominam sobie. Wojowniczka uśmiecha się szelmowsko. wygnanego księcia. jeśli tego chce. – Mare – rzuca na powitanie i nie zatrzymując się. Gdy idąc korytarzem. chcę się obronić. przestań. a z jego twarzy wciąż nie schodzi uśmiech. Usiłuję przybrać srogą minę. Za Shade’em idzie Farley. ale gdy tylko mnie dostrzega. ale zaraz potem zmienia zdanie.

pełna niedających mi spokoju wiadomości od Mavena. to wolę nie wdawać się w szczegóły – oznajmia. Cal. – Martwi cię coś? – pytam. Książę wydaje delikatny syk. „Żeby lepiej widzieć mapę”. Zachowuje się tak. ale wiem. osłaniać niczym ogarek świeczki. Nie jest zrobiona z Cichego Kamienia. przenoszą się na mnie. a przynajmniej jego zarys odtworzony z pamięci przez Cameron. że Cameron idzie coraz lepiej. kładąc mu głowę na ramieniu. mrużąc powieki. Spodziewam się. Dowcipy w złym guście to działka Kilorna. Tak naprawdę nigdy nie potrafiłam tego zrobić. – A teraz wybacz. że pytasz. Mam nadzieję. Na moje wargi również wypływa uśmiech. Powoli przysuwam jedną z pustych skrzyń i siadam obok Cala. jak gdyby nie zauważył mojego przyjścia. Chcę się roześmiać. wielu dni zamiast lodowatego ukłucia rozpaczy czuję ciepłe iskierki radości. by przed wieczorem wrócić do formy. nie w tak poważnych chwilach. W kącie stoi spokojnie moja skrzynka. ale zdobywam się jedynie na słaby uśmiech. której n i e z n o s z ę. wciąż wpatruje się w plan Corros. Zbywam go machnięciem ręki i pozwalam mu odejść. unosząc ramiona w geście poddania. – Dlatego przyszłaś tutaj. jednak widok Cala sprawia. na jego kolanach leży dobrze mi znana mapa z kolekcji pułkownika. Na jej odwrocie Cal mozolnie i skrupulatnie nakreślił plan więzienia Corros. ale muszę trochę poćwiczyć. wyciąga jednak rękę. jednak książę panuje nad swoim ogniem i podsyca jedynie ten.– Jeśli nie masz nic przeciwko temu. w której wibruje jego głos. Postanawiam pielęgnować to uczucie. tłumaczę sobie. Cal. Jest urodzonym żołnierzem i nigdy nie traci czujności. jak sama zresztą słusznie zauważyłaś. że to tylko pozory. nie podnosi oczu znad mapy. i rozkładu tego piekielnego więzienia? W zasadzie nic. – Może poprawi ci humor wiadomość. – . że wątły płomyk gaśnie jak za zdmuchnięciem. jednak Cal mimo wszystko wpatruje się w plan. obejmuje moje nogi i przysuwa je bliżej siebie. jego matki. który płonie w osmalonym zagłębieniu w podłodze. – Oprócz Mavena. że krawędzie papieru będą przypalone. Gdy potrącam go przez przypadek w ramię. że mnie usłyszy i pozbiera się na tyle szybko. Rozkołysane płomienie rzucają migotliwe czerwone światło i zapewne niełatwo w nim czytać. a w piersiach po raz pierwszy od wielu. króliczej pieczeni. dzięki. – Naprawdę? – Delikatne drgania klatki piersiowej. bliżej swojego ciepła. Siedzi w naszej izbie na postawionej do góry dnem skrzynce. – W przeciwieństwie do tej cholernej dziury. zamiast trenować ją dalej? – Ta dziewczyna musi coś jeść. Nie odpycham go. Cofa się. Zwykle Cal nie żartował w ten sposób. nie całe więzienie – przypominam mu. – Kamieniem są wyłożone tylko cele.

– Cal? – Strzepuję z nóg jego rękę niczym natrętnego pająka. abym to odczuła. nie chcę. dopóki nie weźmiesz się w garść. „Jeśli nam się nie uda. o ile nikt nas nie zamknie za kratami. przypłaci to życiem jedenaścioro naszych towarzyszy i dziesiątki więźniów Corros. . książę wzrusza ramionami. – Słaba zachęta. w czym problem. Nie miał takiego spojrzenia nawet w Kościńcu. lądujemy więc razem na ubitej ziemi. – Chichocze rozbawiony własnym dowcipem.Nic nam nie grozi. Znów uderzam go pięścią. gdy Cal uderza głową w podłogę. On jednak też mnie zaskakuje i upadając. – Teraz mów. Robi to na tyle delikatnie. żeby nie zadać mi bólu. Kładzie głowę na ziemi. oszalałym z bólu wyklętym księciem. ale wystarczająco mocno. Co więcej zacieśnia uścisk na moich kolanach. – Ja też się boję – głos mi drży. „Lepiej tak. ale mimo wszystko nadal pozostawał sobą. żeby stała im się krzywda. – Bądź tak miła i wspomnij o tym Kilornowi. marszczy brwi. – Co z tobą? Książę w końcu podnosi głowę i spogląda na mnie. mnie jednak działa to tylko na nerwy. a zaraz potem jęk bólu. Jedenaścioro. Chociaż w porównaniu ze mną jest rosłym niedźwiedziem. a ja z rozczarowaniem stwierdzam. – Rany… – Jeszcze niedawno nortańskie arystokratki zemdlałyby. zrozpaczonym. gdyby książę Tyberiasz do nich mrugnął. a nawet puszcza do mnie oko. któremu mogłam zaufać. Czai się w nich dziwny mrok. do czego zmierzam. który zmienia go nie do poznania. – Cal. który nie potrafi trzymać rąk przy sobie i z którego oczu wyziera beznadzieja? „Kim on jest?” – Mam wymieniać w kolejności alfabetycznej? – Uśmiecha się jeszcze szerzej i wtedy coś we mnie pęka. spojrzenie wbija w sufit. którzy zginą porzuceni na pastwę losu”. ale ja przygniatam go swoim ciężarem do ziemi i nie pozwalam mu ruszyć się z miejsca. że jak na razie bardziej przypomina figlarnego uczniaka niż twardego żołnierza. Zaciska szczękę. Uderzam go z całej siły pięścią w ramię. gdy własny brat skazał go na śmierć. Rozlega się głuchy łomot. Ku mojemu zdumieniu. – Nie chcę ich zawieść. Człowiekiem. Wie. tym razem w brzuch. Był przerażonym. Na szczęście przechodzi mu ochota na wygłupy i z jego warg znika uśmieszek. Próbuje się podnieść. bardziej niż sobie tego życzę. ciągnie mnie ze sobą. niż miałby dalej zgrywać wesołka”. Nadal się uśmiecha. Ale ten tutaj? Ten rozchichotany chłopak. mój niespodziewany cios powala go na ziemię. – Nie wstaniesz. którego potrzebujemy. jedenaścioro ludzi idzie z nami do Corros. ale w jego oczach nie dostrzegam ani cienia wesołości.

– I nie znoszę o tym myśleć w ten sposób. która próbowała ukraść mu pieniądze. co może zrobić ze mną Elara. Łatwiej byłoby wtedy zabijać ludzi i zapominać ich martwe twarze”. „Gniew”. Nigdy więcej go nie zobaczymy. ale nie potrafię inaczej. promieniuje z niej żar. pełnego współczucia. chce wydostać się na wolność. – Ale najbardziej… – urywam. Bystrego. Jednak najgorsze ze wszystkich wyznań wciąż kołacze mi się w głowie niczym ptak zamknięty w klatce. Po długim czasie spędzonym w gnieździe podstępnych żmij łatwość. za którego go uważałam. Tknięta nagłym pragnieniem kładę się i przywieram do Cala. Wyczuwam jego serce. – Nawet jeśli oznaczałoby to. aby stanąć twarzą w twarz z najtrudniejszą prawdą – … najbardziej boję się o siebie. dziewczyną. jak gdyby tylko chciał przypomnieć: „jestem przy tobie”. żeby łatwiej mi przyszło o nim zapomnieć. – Musimy pozwolić mu odejść – mruczę. Przypomina mi się letnia. czego dokonałam i czego m o g ę dokonać. Główną nagrodą. Wiem. która skradła mu życie. Teraz. – Ja też za nim tęsknię. które bije w takim samym tempie jak moje i tak samo jest przepełnione wspomnieniami złotoustego chłopca o niebieskich oczach. Zerkam na niego niewyobrażalnie zdumiona. Nie umiem w tym momencie spojrzeć na Cala. teraz jednak jego zwątpienie przeszło na mnie. – „Dlatego stałam się też samotna”. chociaż jestem już kimś innym. – Tęsknię za nim – szepczę w końcu. Boję się nadajnika. usuniętego w cień. – Tęsknię za człowiekiem. jeśli mnie dopadnie. a mój oddech owiewa szyję Cala. Moje imię i moja twarz są równie potężną bronią jak błyskawice i dlatego stałam się dla nich tak ważnym trofeum. że od urodzenia był potworem. Czy lepiej myśleć. jednak tym razem nie dotyka mnie natarczywie. kiedy wylałam przed nim wszystkie swoje żale. że trzeba go zabić. odwracając wzrok.Znów czuję na nodze jego dłoń. że to matka zatruła jego umysł. czy powtarzać sobie. z jaką można przejrzeć Cala. jest miłą odmianą. – Nie wiem. – Jeżeli jest w Corros… . Boję się. tego co znów może ze mną zrobić. Wtedy byłam dziewczyną. Robi to delikatnie. – Nikt nie rodzi się potworem. szykując się do tego. Dłoń leżąca na mojej nodze zwija się w pięść. – „A szkoda. Na początku rozmowy to Cal był załamany. – Nawet Maven. Tłucze się jak szalone. znów mu się zwierzam. że nie zawsze taki był. co robić. rozedrgana upałem noc. że jestem cenniejsza od pozostałych ze względu na to. u progu zimy.

które łączą się z zatoką Harbor. Może zmusić mnie. – „Przez królową Elarę”. Chcę go uciszyć. wiem. dopóki się z nim nie rozprawię. Milknie na dłuższą chwilę. może dwie. ale ja niemal zdążam zapaść w sen. – Wiesz. który czuję. Ale ona może wykorzystać mój gniew. widząc jego cierpienie. on jednak niemal drwi z mojego współczucia. których kochałem. chcąc odsunąć nasze najgłębsze lęki. żeby tak się to miało skończyć. Cal jej nie pamięta. Gdyby ta jego strona miała zwyciężyć. W rzeczywistości upływa minuta. ilu ludzi. Cal. Widzę to w jego pociemniałych oczach. – Rzucę się na niego i nie spocznę. Ciepło księcia jest bardziej kuszące niż najwspanialsze pałacowe łoża. obrócić go przeciwko tobie. Za daleko zaszliśmy. Chociaż mógłby w ten sposób mówić o ojcu czy nawet o bracie. że lada chwila prócz mroku dostrzegę w nich pustkę. Chwyta mnie za nadgarstek i delikatnie zdejmuje moją dłoń ze swoich ust. którym nie kieruje nic prócz żądzy zemsty i który nie ma serca dla nikogo prócz mnie. Mrugam oczami. – Dlatego Morskie Wzgórze było moim ulubionym miejscem. Wybucha głuchym. Złoty. która wydaje się wiecznością. Należało do niej. zobaczyłabym narodziny kolejnego potwora. ale to nie zmniejsza jego żalu i tęsknoty. – Coriane – szeptem wypowiadam imię jego matki. – Nie dopuszczę do tego – oznajmiam. zanim wypowie słowa sprawiające mu koszmarny ból. – Najpierw ich zabija. żebym cię zabił. szat Juliana. Cal. Królowej Pieśniarki. Boję się. – Wszyscy. nie żyje? Wciąż trzyma mnie za rękę i wiem. a potem niszczy pamięć o nich. wydobyć obraz królewskiej rezydencji. Próbuję sobie przypomnieć. że wyczuwa moje tętno. W tym momencie brzmi jak człowiek. by zdążyć zamaskować ból. Jak przez mgłę wracają do mnie wspomnienia kolorów dominujących we wnętrzach. tak samo jak zmusiła mnie… Odnajduję jego wargi i kładę na nich palce. – Jeżeli jest w Corros. starając się ujść z życiem. stracę nad sobą panowanie – oznajmia w końcu Cal. usiłując z kłębowiska koszmarnych wspomnień. pustym śmiechem. Żółty.– Mogę to zrobić. Barwy . Z nim i z Elarą. Jeśli ty nie możesz. Przez nią. Dostała je od mojego ojca. Jestem zbyt blisko niego. Wszyscy zostali zamordowani. – Nie zginiemy. że ma na myśli kogoś innego. tak samo jak na Morskim Wzgórzu. Nie wierzy mi. jak wyglądała. którym kiedyś był Maven. Kolor starego papieru. gdy biegliśmy przez nią. Siostry Juliana.

jak to jest być sierotą. dopóki nie zostało mi zabrane. – Mogą obrócić się przeciwko nam jeszcze w więzieniu albo później. że nic im nie grozi. nawet jeśli miałabym wyciągnąć go za uszy. Jej sztandarów.Domu Jacos. Wydobędę Cala z dołka. Jednym palcem muska mnie po karku. ale myślę. żeby w pełni korzystać ze swoich umiejętności. a wszystko to łączą pomosty obsługiwane przez Żeleźców. Z nas dwojga Cal jest bardziej samotny. Jeden ruch nadgarstka i spadamy dwanaście metrów w dół na dno studni. których uwolnimy. Osłabienie spowolni też ich ucieczkę. którą wypaliło na mojej skórze urządzenie jego brata. że będą walczyć? – Nie będą w stanie. Nie możemy jednak zatapiać się w rozmyślaniach i wspomnieniach. – To kwadratowa studnia. samolubnego strachu przed samotnością. Kręcę nosem. Jeśli siedzieli choć parę dni w cichych celach. przejeżdża po bliźnie. że tęsknię za nimi w tej chwili. Zawsze miałam matkę i ojca. ilu Nowych uzbierasz. Czuję się paskudnie. Nie wiem. – Element zaskoczenia – oznajmia sucho. Mare. wiedząc. – Opowiedz mi o więzieniu – proszę. że ucieczka wrogów politycznych z więzienia przyprawi Mavena o ból głowy. podczas gdy rodzice Cala nie żyją. – Nie podoba ci się ten pomysł? – Nie mam do niego zaufania. zbyt słabi. – Ty… pozwolisz im uciec? Milczenie Cala wystarcza mi za odpowiedź. I bardziej niż kiedykolwiek nienawidzę zimna. – A Srebrni więźniowie? Myślisz. którego nie potrafiłam docenić. Klatka piersiowa i brzuch księcia podnoszą się i opadają w rytm głębokiego westchnienia. ale po tonie jego głosu poznaję. odrywając nas od bolesnego wątku. – Samą siłą nie wygramy tej wojny. Zmasakrują nas i wszystkich. Dlatego Cal wydawał się wtedy tak bardzo smutny. że z ulgą przyjął zmianę tematu. To błogosławieństwo. Nie mamy czasu do stracenia. Bramy są na najwyższym poziomie. – Nie jestem politykiem. Srebrnych nadal będzie więcej i będą mieli przewagę. które mnie przenika. Pomysłowo skonstruowana forteca. Cóż za . będą wycieńczeni. Niezależnie od tego. Urodzony żołnierz chce przechylić szalę zwycięstwa dyplomatycznymi wybiegami. na niższych znajdują się cele. dlatego nie potrafił spalić sztandarów.

że chciałabym zobaczyć. Wojna wszystkich przeciwko wszystkim. – Mam nadzieję. złożone z żołnierzy.ironia. nie czuje się buntownikiem. – Nawet jeśli doprowadzi to do wojny domowej? Kilka miesięcy temu Cal tłumaczył mi. Powiedział wtedy. ujmuje moją twarz w obydwie ręce. Znów zapada cisza. – Nowi posiadają umiejętności. niech wszyscy się szykują. kim jestem. Nix jest nieprzenikalny. Nie czuje się księciem. wlepia w nią intensywne spojrzenie. gdy odkrył. że mamy mniejsze szanse na zwycięstwo – oznajmiam. – Ale warto spróbować. który według mnie trwa o wiele za krótko. co mówię. – To naprawdę może się udać. Wzrusza ramionami. gdy strażnik będzie próbował zastrzelić Niksa. to ognia. – Jesteś genialna – oświadcza. na które żaden Srebrny nie jest przygotowany. płomienny pocałunek. Tak napisał Julian. jak gdybyś prowadził do walki swoje dawne oddziały. – Wracaj do Cameron. co robisz. – Może i nie mamy przewagi liczebnej. jeszcze nigdy z niczego nie spadł. nawet jeśli wojna miałaby się toczyć w słusznej sprawie. Srebrni ze Srebrnymi. po której stronie stoi. co się stanie. – Polityczne rozgrywki nie są moją mocną stroną – przyznaje. i jedyne czego jest pewien. Gdy Calowi nagle zaczyna świtać to w głowie. co wynikłoby z buntu. a na jego twarz powraca szelmowski uśmiech. zrywając się na nogi. nawet ty. Przypuszczam. których moce znasz i rozumiesz. – Znów chwyta mapę w dłonie. – Co z tego? – To. który panuje nad grawitacją. . który już mnie nie niepokoi. że on sam już nie wie. Dopiero po chwili dociera do Cala. że wiesz. – Do czego zmierzasz? – Planujesz akcję. Mój dawny nauczyciel. ale to nie znaczy. a Żeleźcowi zechce się zrzucić z pomostu Garetha. z którym – o dziwo – być może wkrótce znów się spotkam. ciągnie ją do dołu i wyciska na moich wargach mocny. Cal nie odpowiada. Czerwoni walczyliby z Czerwonymi. pożoga ogarnęłaby cały kraj. Nie mamy armii. ale z pewnością mamy żołnierzy i umiejętności. „Silniejsi od jednych i drugich”. że nie skaże swojego królestwa na taki los. odporniejszy niż Twardoskórzy. przeciwko którym Srebrni strażnicy nie potrafią walczyć. A Gareth. który w nim płonie.

dlatego może narzucić żwawe tempo. Wzgórze pozostaje widoczne. Zamiast tego przywołuję na wargi wymuszony uśmiech i zaciskam zęby. Przypomina mi się Gisa i jej zmiażdżone kości.Rozdział 25 Polana za mną migocze i z zapartym tchem przyglądam się. niż chcę przyznać. ale wzmocniona ochrona przynosi mi więcej spokoju. którą siostra musiała zapłacić za wspieranie mnie w moich dążeniach. I nie mam pojęcia. Shade milczy tak samo jak ja i zrównuje się ze mną. wiem. jak gdyby ukrycie naszego obozu samo w sobie było małym zwycięstwem. do którego z chęcią się dostosowuję. czy ktoś inny. pozostali zaś ruszają za nami. cena. Nawet bez zapewnień Jona wierzę w słuszność drogi. znika. przesieka również. kto przetrwa. które przed chwilą machały nam na pożegnanie. Dwa palce ma zakrzywione. aby powstrzymać się od rzucenia zjadliwego komentarza: „radzę oszczędzać siły”. czy rozpętam ją ja. Wystarczy jeden szeroki ruch ręki Harricka. Farra stłumiła wszelkie dźwięki. wpatruje się w czarną linię leżącego przed nami lasu i skupia się tylko na tym. co nas czeka. ale po niebie nie przesuwa się ani jedna chmura. Shade mamrocze coś pod nosem i kładzie mi rękę na ramieniu. – Mimo wszystko warto – mówi Shade głośniej niż przed chwilą. zanim Shade zdążył skoczyć. Kilorn wiwatuje najgłośniej ze wszystkich. więc tym bardziej próbuję się nacieszyć każdą mijającą sekundą. którą obrałam. które przez ostatnie miesiące było moim domem. Wędrówka do odrzutowca nie trwa długo. ale nie chcę go upominać teraz. Polana zawsze pozostawała poza zasięgiem tropicieli Mavena. Nie zanosi się na śnieg ani na burzę – j a k n a r a z i e. skąd zabraliśmy Babcię. . wciąż jeszcze goją się po misji werbunkowej w Kankordii. niezależnie od tego. Nie utyka już od dłuższego czasu. Farley oczywiście opatrzyła mu ranę. ale na widok niesprawnej dłoni brata wciąż jeszcze się wzdrygam. czym wyprowadza mnie z równowagi. Siłacz chwycił wtedy mojego brata i pogruchotał mu dwa palce lewej ręki. aby zobaczyć świt. Większość moich towarzyszy wznosi radosne okrzyki. a ich głosy niosły się w nocnej ciszy. „Wiem o tym”. gdy w końcu znów się do siebie odzywamy. Nie ogląda się za siebie na opustoszały szczyt wzgórza. Chociaż umieram ze strachu o siebie i bliskich mi ludzi. Mroźne nocne powietrze szczypie mnie w policzki. a całe obozowisko rozpływa się w powietrzu niczym pył zdmuchnięty z kamienia. – Dobrze robimy. jak miejsce. Nie słychać nawet dzieci. ale nie ma na nich śladu naszej obecności. aby wzmocnić efekt działań Harricka i otoczyć najmłodszych Nowych tarczą ochronną utkaną z iluzji. Ponieważ burza na pewno nadciąga. że atak na Corros to właściwa decyzja.

dziewczyna od błyskawic. samotnikami. nie jest ani Srebrna. że już po chwili siedzimy w Panterze i wznosimy się ku niebu. Lalką. iż wszyscy je słyszą. który pamiętam z dzieciństwa. Zapasowe. ani Czerwona. Nasza więź wynika nie z mutacji. ani ludzka. jest złodziejką… i zabójczynią. Kolejne sekundy uciekają. to ona doprowadziła do upadku księcia. że nie czuję na sobie jego spojrzenia. jego białe zęby połyskują w blasku księżyca. Teraz cechy te przydają się Shade’owi podczas zupełnie innej walki.Czy moglibyśmy postąpić inaczej? Nowych nie można zostawić na pastwę szeptów Elary. Jednak zapewnienie Shade’a działa kojąco. Czas biegnie zbyt szybko jak na mój gust. ale o dziwo wcale mnie to nie drażni. Wiem. Nie wygląda na przestraszoną. Jej twarz zdobi sztandary Szkarłatnej Gwardii i listy gończe. Obydwaj są sierotami. jak bardzo przypomina naszego ojca. niektórzy wciąż kręcą się i co chwilę . a my pędzimy na łeb na szyję w stronę mrocznej przepaści. Muszę się uspokoić ze względu na samolot. Dobrze znam dziewczynę. ostre rysy. rozgląda się bacznie po lesie. że mam wrażenie. powtarzam w duchu słowa Shade’a. którym nie został na świecie nikt prócz mnie. Po mojej prawej maszeruje Cal i udaję. Żeby zająć czymś myśli. Jednak serce łomocze mi w piersiach tak głośno. Przypomina mi o łączących nas więzach krwi. skupiam się na hełmie lotniczym. przyciskam do siebie gładki. chłodny metal. Czerwona Królowa i zupełnie nikt. Wydaje mi się. które zostały rozerwane. Ze względu na towarzyszy muszę ukryć swój lęk. które albo ich zabiją. albo zmienią w bezduszne kukły posłuszne jej rozkazom. Uśmiecha się w odpowiedzi. Mareena. a jednocześnie wydaje mi się obca. Ma kamienny wyraz twarzy. Jest młodszy. którą widzę. – Dziękuję – mruczę i kładę dłoń na jego ręce. mają również ze sobą zadziwiająco dużo wspólnego. Nie na wszystkich leżą jak ulał. włosy splecione gładko wokół głowy i plątaninę blizn na szyi. w której żyjemy. Obejmuję go mocniej rękami. ale z urodzenia. Musimy to zrobić. „Mimo wszystko warto”. która może zmienić się we wszystko. Jest silniejsza i zakorzeniona głębiej niż jakakolwiek umiejętność. który ściskając w rękach strzelbę myśliwską. że myśli o swoim bracie i o własnych więzach krwi. Mimo że księcia i mojego przyjaciela wiele dzieli. które pozwoliły ojcu przetrwać na froncie. Nagle uderza mnie to. który trzymam na kolanach. Za nim idzie Kilorn. Brat klepie mnie po policzku gestem. żeby powstrzymać nadejście rzeczywistości jeszcze straszniejszej niż ta. Chociaż powinna mieć siedemnaście lat. Mare. nie jeździ na wózku i nie wygląda na człowieka złamanego życiem. ani nieludzka. trudno określić jej wiek. czarno-srebrne kombinezony znalezione w odrzutowcu służą nam za prowizoryczne mundury i przebranie. ale wyróżniają go te same bystrość i uważność. tylko nie w siebie. Wpatruję się w jego wypolerowaną powierzchnię i przyglądam się swojemu odbiciu.

Może nawet trochę szybciej. Kilorn jak zwykle majstruje przy kołnierzu. Jeszcze w Palach byłam słabym uczniem i to akurat się nie zmieniło. robi to bez przekonania. że ja również się boję. co on woli zachować w sekrecie. Ja znam się na czym innym. ale w przeciwieństwie do mnie nie zawraca sobie głowy podwijaniem przydługich rękawów i nogawek. Nix ledwie dopiął się w pasie i teraz kombinezon wygląda tak. że dodatkowe obciążenie spowolni lot. aby Cal nagle mógł wywrócić do góry nogami cały swój światopogląd. kiedy ludzie coś ukrywają. jak gdyby lada chwila miał pęknąć. Kilka godzin wcześniej przyznałam. noży i różnych . prawdopodobnie dzieło Crance’a. jak wejdzie? „Czy w ogóle zechce stamtąd wyjść?” Farley po raz dwunasty sprawdza nasz arsenał. Cal pilotuje w skupieniu. Na szczęście Pantera została zbudowana do przewożenia transportów. Po ich twarzach przemyka cień uśmiechu. kryje się w jesiennych chmurach kłębiących się nad wybrzeżem. gdy odrzutowiec wyląduje. potęga i nic poza tym. do czego służy większość z nich. Babcia z kolei niemal topi się w swoim. że to. podpowiada głos rozsądku. Wśród Srebrnych okazanie słabości uznawano za największy z możliwych błędów. że liczą się jedynie siła. na której widok żołądek podchodzi mi do gardła. ale wiem. Od początku wiedziałam. że może odmienić nie tylko nasze losy. strach. Dzięki swoim i Farley kontaktom przemytnik zgromadził więcej karabinów. Książę usiłuje zamaskować własną słabość. Shade usiłuje jej pomóc i chociaż wojowniczka daje mu za to po łapach. więc mieści się w niej cała nasza jedenastka i jeszcze zostaje nieco przestrzeni. mimo że przez ostatnie tygodnie niemal co drugi dzień spędzałam w kabinie pilota po parę godzin. Tak samo jak ja zakłada maskę. z jak ogromnym niebezpieczeństwem wiąże się ta misja. a już w następnej chwili Farley podsuwa mojemu bratu do przeliczenia pociski umieszczone w kartonie z napisem „Corvium”. Spodziewam się. Spogląda to przez szybę. Kolejna skradziona dostawa broni. kraść i poznać. a sercem targają niezliczone emocje. kłamać. unika czystego nieba i kiedy tylko może. potrafię oszukiwać. Wciąż nie mam pojęcia. że właśnie w tym momencie Cal coś ukrywa. postać. ale jedno poczynione szeptem wyznanie to za mało. ale dopiero dziś po południu zdałam sobie sprawę z tego. potrafię znaleźć drogę na skróty. Dlatego z całą pewnością mogę stwierdzić. Wychowano go w przekonaniu. nie może mnie zranić. to na migające na pulpicie przyrządy. Po prostu nie mam takich zdolności jak Cal.poprawiają niewygodne stroje. Boję się tajemnic. Czym stanie się Cal w więzieniu Corros? Czy wyjdzie stamtąd taki sam. próbując odrobinę rozciągnąć ciasny materiał. Przyjmie inną postać. nawet mnie nie chcąc pokazywać swojego prawdziwego oblicza. Jednak w głębi duszy martwię się o Cala. iż lecimy z taką samą prędkością jak zwykle. „Tak jest lepiej”. ale i serca. ale zegary na pulpicie sterowniczym pokazują.

Ja nie potrzebuję nic prócz błyskawicy. – Uda się – powtarzam jeszcze słabiej. Wiem. ale nie przyjaciółkami”. „Jesteśmy sojuszniczkami. a nie we władaniu nożem. gdy wyznaczał do pojedynku dwójkę uczniów. – Cal szturcha mnie w ramię. geniusza strategii. Instruktor Arven zadawał to samo pytanie podczas treningu. co gorsza. – Głos mi drży i na szczęście słyszy go tylko książę.innych narzędzi walki. choć wiem. dlatego traktuje tę broń jako ostateczność. ale to nie oznacza. Po raz ostatni zadał je w Kościńcu. który jednak się nie odzywa. żebym się obróciła przodem do szyby. a zarazem dodają otuchy. Mamy element zaskoczenia. sprawia. – Uda się. Darmian. Srebrzysta stal połyskuje niecierpliwie. który nie może się już doczekać. Stoi za nami Czerwony świt. pozostali jednak chętnie garną się do różnej wielkości ostrzy i pistoletów. niż mogło mi się śnić. Uśmiech Cala. mamy Cameron. dotykają do żywego. pochmurnieje i przez chwilę się obawiam. jaki nam najbardziej odpowiada. Drugi nieprzenikalny Nowy. miejmy nadzieję. do której. kiedy zaleje swoim blaskiem cały świat. że przybywamy zgodnie z planem. chcąc nawiązać kolejną delikatną nić porozumienia. Babcię i pięcioro innych Nowych. – Kto ma przewagę? – pyta nagle. . Przez ostatnie trzy dni doskonaliła się w uciszaniu. która drżącą ręką chwyta niewielki sztylet i nawet nie wyjmuje go z pochwy. wszystko we mnie krzyczy. że robi mi się cieplej koło serca. I mamy sprawę. Trzyma go teraz czule w ramionach i z zapamiętaniem gładzi ostrą jak brzytwa stal. Nastolatka podchwyca mój wzrok. Na szczęście jednak pozdrawia mnie tylko ponurym skinieniem głowy. nie będzie musiała się uciekać. Ktoś inny pewnie miałby już palce pocięte do żywego mięsa. choć wymuszony tak samo jak mój. jak gdyby nie mogła się doczekać. Przenoszę spojrzenie na Cameron. ale i w taki rodzaj broni. Jego słowa mną wstrząsają. Będziemy wyposażeni nie tylko w swoje umiejętności. – M y mamy przewagę. – Już niedaleko. poszedł za przykładem kolegi i na jego twardych kolanach spoczywa coś na kształt rzeźnickiego topora. że niczego się od niego nie nauczyłam. chcąc. na których Srebrni nie są przygotowani. co chce mi powiedzieć. Nienawidziłam tego człowieka. mamy Shade’a. przez co mój strach rośnie. tuż zanim Siłacz z rodu Rhambos nadział go na metalowy pręt niczym prosię na rożen. „Za szybko”. Mamy Cala. Garetha. jak gdyby dotyk ostrza go łaskotał. w którą wierzymy. Odwzajemniam gest. Nix jednak uśmiecha się lekko. ale Cameron posyła mi chłodne spojrzenie i gwałtownie odwraca głowę. kiedy w końcu zakosztuje krwi i zatopi się w kości. Nix w ostatnich tygodniach upodobał sobie przerażający składany harpun. że rzuci jakąś kąśliwą uwagę lub. przeniknie przez moją maskę.

statek powietrzny o najwyższej randze. chrypliwy głos. Jednostka Pierwsza – rozlega się niski. – Przy… przyjąłem. dając mu do zrozumienia. Nie mielibyśmy żadnych szans. czarnych włosach i bez serca. Zamiast skomplikowanych sygnałów wywoławczych. a nie na potwora. Czyli jednak się nie mylił”. W pierwszym odruchu mam ochotę strącić ją właścicielowi z głowy i kopnąć tak. Maven zjawiłby się w eskorcie wartowników i najlepszych wojowników takich jak Ptolemejusz czy Evangeline. prosty. przez chwilę znów patrzę na pełnego współczucia. Nagle z radioodbiornika dolatuje szum zakłóceń i odsuwam od siebie wszystkie myśli o Calu. – Rozpocząć przygotowania do przyjęcia Korony. Widok królewskiego sobowtóra napawa ich zdumieniem. – Proszę o wybaczenie. po czym na moich oczach jej ciało przekształca się ze staruszki w chłopca o bladoniebieskich oczach. jak powinien wykonywać zgłoszenie pilot takiej jednostki. teraz jednak brzmi surowo i konkretnie. surowy rozkaz. ale ja czuję jedynie nienawiść i delikatne ukłucie żalu. zagubionego chłopca. krwawoczerwona peleryna oraz korona. Spoglądam na Babcię. by roztrzaskała się o ścianę odrzutowca. Jej strój także się zmienia i miejsce przydużego kombinezonu zajmuje nieskazitelnie czysty i odprasowany czarny mundur. Mam co robić i nie zamierzam się nad sobą rozczulać. Dobrotliwa Babcia nie sili się jeszcze na srogość. Nieznacznie kręcę głową. którego nie ośmieli się podważyć żaden kontroler. że nie musi się o mnie martwić. jakim się okazał. w którym wyraźnie słychać niepokój. która w odpowiedzi przytakuje skinieniem głowy. ale ona stoi już za nami. Całości dopełniają rząd medali lśniących na lewej piersi. przyzywając Babcię. Ciarki przechodzą mi po skórze. Zgodnie z przewidywaniami mężczyzna pracujący w wieży zaczyna się jąkać. w który według przewidywań Jona czekałaby nas śmierć.– Moja krew. I Cal doskonale wie. W końcu podszywamy się pod samolot przewożący samego króla. ale spodziewaliśmy się Jego Królewskiej Mości dopiero jutro po południu. dlatego gdy na twarz Mavena wypływa łagodny uśmiech. gdy sobowtór Mavena przysuwa się do mnie. – Dobrze – wykrztuszam głosem zachrypłym od emocji. Jego słowa znów wywołują we mnie nawałnicę sprzecznych uczuć. Czwartego dnia. Tylko Kilorn zdaje się to zauważyć i przenosi spojrzenie z Babci na mnie. – Wieża kontrolna Corros. . próśb o pozwolenie na lądowanie. który pamiętam aż nazbyt dobrze. „Maven”. Macham ręką. zgłasza się Jednostka Pierwsza – rzuca Cal. Podczas poprzednich lotów starał się nadać swojemu głosowi ton obojętności i znudzenia obowiązkowymi zgłoszeniami w kolejnych punktach kontroli. Pozostali przypatrują się przemianie jak urzeczeni. „Jutro.

po czym przejmuje od niej nadajnik. niżbym chciała. Przygotować Corros na przyjęcie króla. gdy Pantera zniża się do lądowania na pasie startowym w Corros. – Osobiście dopilnuję. pierwszą przeszkodę pokonaliśmy. – I nie zamierza spowiadać się ze swoich planów byle portierowi. – Tak… tak. – Traktuj ludzi jak powietrze – pouczam zduszonym przez hełm głosem. że kontroler spadł z fotela na podłogę. – Lądowanie za dziesięć minut. ponieważ w radiu rozlega się głośny trzask. ale to dopiero początek. Owszem. w której jeden przy drugim stoją srebrne samoloty bojowe i hangary. do którego jeszcze daleka droga. Kolejne czekają nas w dole. zanim kontroler kończy. chociaż w ogóle mi się to nie uśmiecha. oczywiście. Rozpięte pasy bezpieczeństwa opadają ze mnie i pobrzękują. po czym uśmiecha się nieznacznie. które może się okazać miejscem naszej zagłady. na szarozielonym pustkowiu Mielizny. jednak mimo wszystko znajdujemy się na terenie obiektu wojskowego Srebrnych i niebezpieczeństwo wydaje się wisieć w powietrzu. – Uśmiechaj się sztucznie. Cal i pozostali robią to samo. prowadzeni przez młodego. Zakładam na głowę hełm lotniczy zasłaniający twarz. pewnie uznałby. i biorę Babcię pod rękę. co muszę. Miejmy nadzieję. „Nawet w dotyku przypomina Mavena”. że wyglądamy złowrogo. by… Cal wyłącza radio. spokojnie potakując głową. Pewnie Kilorn. żeby je znać. świętując zwycięstwo. Dostrzegam w jego oczach ten sam ból. Gdyby ktoś przyglądał nam się z boku. nieznoszącym sprzeciwu tonem. Babcia wysłuchuje mnie. Wasza Wysokość. który przenika mnie o wiele głębiej. bezwzględnego króla. Nie mogę już dłużej wysiedzieć i zrywam się z fotela. Cal i ja już wcześniej mówiliśmy jej. jak gdybyś miał tysiące sekretów i był j e d y n ą osobą na świecie godną tego. Robię to. Za nami ktoś parska stłumionym śmiechem. obijając się o siebie. zamaskowani. Nie wdawaj się w towarzyskie pogawędki. a jej policzki rumienią się na srebrno. Ubrani na czarno. z ulgą. ale niebo nad nami wciąż jeszcze jest przytłaczająco granatowe.– Król nie jest od tego. że strażnicy nie zwrócą na nas większej uwagi i będą bardziej przejęci obecnością koronowanej głowy niż wyglądem jego eskorty. Cal dziękuje Babci skinieniem głowy. Podejrzewam. Nie jest to baza. * Na horyzoncie pojawia się pierwsza smuga krwawego porannego światła. w tajnym więzieniu. Pozostali znów wznoszą radosne okrzyki. nasuwają kaski i spuszczają przysłony. jak . żeby dostosowywać się do czyichś planów – rzuca Babcia ostrym. Zachowuj się tak.

„To nie jest Maven”. już nie. Skóra mi cierpnie na myśl o więzieniu. murów z diamentowego szkła. Na widok schodzącego po rampie króla Norty przyjmują tradycyjną powitalną pozę: przyklękają z ręką na sercu. Mam wrażenie. – Chyba nieźle ci idzie – kwituje Kilorn. o pojmaniu. że choć jej twarz zasłonięta jest hełmem. głos rozbrzmiewa w mojej głowie głośniej niż dzwon. Teraz zaledwie przypominam jej najważniejsze punkty. Mimo że rozkazując w ten sposób. żeby się jej lękać. wkrótce ruszą z kolejną misją. nie wypuszczając karabinów z rąk. kable pulsują energią i tył samolotu otwiera się. – Formuj szyk! – rzuca Cal. * W bezpiecznej odległości od Pantery czeka kilkudziesięciu żołnierzy ustawionych w idealnie równym. Na czele staje Babcia. widzę na niej cień uśmiechu. słuchamy go bez słowa sprzeciwu i ustawiamy się w równe rzędy. zakuciu w kajdany i spotkaniu z Elarą. Cal kroczy obok Babci. obracają się zębatki.ma się zachowywać. za którym rozciąga się brunatne pustkowie skażone promieniowaniem. chwytając mnie za rękę i odciągając nieco na bok. a ja mam ochotę walnąć ją w szczękę. ale mimo to poznaję szare wojskowe barwy mundurów i przysadzistego. Samoloty więzienne służące do transportowania pojmanych. które musi wykuć na pamięć. – Wszyscy gotowi!? – wołanie Farley dobiega z tyłu kabiny. surowego kompleksu więziennego. by powitać poranek. żeby zdać śmiertelnie niebezpieczny test. trochę za bardzo przypomina sierżanta musztrującego oddział rekrutów. W milczeniu zbliżamy się do zabudowań. Prócz Pantery na lądowisku stoją jedynie dwa odrzutowce o pękatych metalowych kadłubach. który dla części z nas może być ostatnim w życiu. Rozlega się syk. który wciela się w rolę najbardziej zaufanego ochroniarza. Ośmielam się spojrzeć za siebie. Powietrze wokół nas wydaje się naelektryzowane i gotowe w każdej chwili wybuchnąć. „Więzienie Corros”. starając się trzymać szyk. Widzę jedynie niski płaski betonowy blok wyrastający z pustynnej ziemi. To nie śmierci się boję. – Nie traktuj mnie jak głupca – odpowiada oschle. I jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem. Nie dostrzegam bram odlanych z brązu. . po prawej Shade. – Połamania karku – życzy nam Farley. wyćwiczonym szyku. a obok niej Cal. po mojej lewej stronie maszeruje Cameron. nawet okien. Wojowniczka trzyma rękę na wysokości przełącznika spuszczającego rampę. gdy wojowniczka naciska przełącznik. który wyłania się za plecami żołnierzy. żeby dobrze odegrać Mavena. – Mare niemal się na ciebie rzuciła. Idę tuż za nimi. Farley i Kilorn idą pośrodku. Zza przysłony hełmu całe otoczenie wydaje mi się o ton ciemniejsze. jedną pięść cały czas ma zaciśniętą. na samolot i pas startowy. Zbyt wiele razy stawałam z nią twarzą w twarz.

Gdy rozlega się tupot butów maszerujących na wyznaczone pozycje. zauważam na mundurach kilka znajomych barw: „Haven. jest naszym pierwszym celem. Pozostaje mi nadzieja. – Zalecenia Waszej Królewskiej Mości zostały niemal w całości wykonane – oznajmia oficer. wytworną niebezpieczną Panterę. Provos. że przechodzą mnie ciarki. że faktycznie patrzą na prawdziwego władcę Norty. – Witamy na terenie więzienia Corros. – Dobrze – rzuca niedbale Babcia. niż doczekać się takiego losu. Osanos. „Jedwabisty”. Przez chwilę nasz pochód bardziej przypomina pościg niż przemarsz. rodu Dalekowzrocznych. niż zakładaliśmy. trzy skrzyżowane miecze w czerwonej metalowej obwódce. Ostatni żołnierz. W przeciwieństwie do Siedziby Straży w zatoce Harbor. że mamy do czynienia z kapitanem. kapitan dostosowuje się do jej tempa. Dziewczyna przytakuje skinieniem głowy i zaciska pięści. – Wasza Królewska Mość – zaczyna jeden z żołnierzy. Najdłużej przygląda się Calowi. a jutro spodziewamy się kolejnej dostawy Cichego Kamienia. Żołnierze jednak nie ruszają się z miejsca. która była architektonicznym cudem. którzy zawsze towarzyszą panującemu królowi. Tysiąc razy bardziej wolałabym zginąć. a coś w jego głosie sprawia. że kapitan jest mniej przemyślnym intrygantem od swej przebiegłej krewnej. Cal również. jak gdyby chciał przeniknąć spojrzeniem przysłonę. ale nie odzywa się ani słowem i nakazuje żołnierzom dołączyć do naszego szyku. informuje nas. Widniejąca na jego piersi odznaka. a kapitan przenosi spojrzenie na nas. zajmuje pozycję tuż przede mną zwinnie i bezszelestnie jak cień. lśniące czarne włosy i ostre rysy przywodzą mi na myśl Sonię Iral i jej babkę. Wiem. Dostrzega nasze mundury – a właściwie ich brak – oraz nieobecność wartowników. Kapitan staje po drugiej stronie Babci. aby lepiej się skupić. że pozostali myślą podobnie.która zrobi ze mnie bezmyślną kukłę. Eagrie”. . ośmielając się spojrzeć na osobę. która przybędzie razem z dodatkowym oddziałem strażników. To powinno wszystkich przekonać. którą bierze za króla. Zaczynamy akcję. Trzy paski na naramiennikach zabarwione na jasnoczerwony i niebieski zapewne oznaczają ród. „Dom Iral”. a my idziemy w ich ślady. z którego pochodzi. Macanthos. Delikatnie ciągnę Cameron za rękaw i nieznacznym skinieniem głowy wskazuję brodatego. Mając w pamięci nasze nauki. przedstawiciel domu Eagrie. – Każda cela została zaplombowana. Jego śniada cera. jasnowłosego mężczyznę o bystrych oczach i biało-czarnych belkach na ramieniu. inaczej pójdzie nam trudniej. Przyspiesza kroku. Babcia traktuje kapitana jak powietrze i zbywa go niedbałym machnięciem bladej dłoni.

starsza kobieta o srebrnych ciasno zaplecionych włosach i kwadratowej szczęce. aby wiedzieć. wysuwa się naprzód. rozdziawione usta mrocznej czeluści.wizjonerską budowlą z rzeźbionego kamienia i lśniącego szkła. p a n i e p i l o c i e. jednak Jedwabisty oficer nie kwapi się. oblewa się srebrnym rumieńcem i zapewne gorzko żałuje nierozważnego wybuchu. Koncentruję się na kapitanie i jego żołnierzach. Klucz zwisa z czarnego łańcuszka. wychylając się i wbijając w Cala nieruchomy wzrok. żeby go odczepić. Jeden z żołnierzy. – Więzienie Corros jest pod moim dowództwem i opieką. które pada z ust Babci. Jeśli myślicie. Iral obrusza się. tak samo zresztą jak pozostałych członków eskorty – oświadcza oficer. Brama nie ma zawiasów. przeszywa powietrze niczym nóż. przełamuje monotonię obiektu. kładąc rękę na sercu. „Przełącznik kluczowy”. kapitanie Iral. – Królowa powierzyła mi zadanie obrony tego obiektu i pragnę jedynie stosować się do jej rozkazów. Salutuje królowi. ale już wie. – Moglibyście się przedstawić? Zaciskam pięści. że należy do rodziny Samosów. Wasza Królewska Mość – mamrocze kapitan. Nie muszę zerkać na czarno-srebrne naszywki na jej mundurze. Corros to szary nieciekawy bunkier pośrodku pustkowia. jak gdyby samo zniżenie się do jego poziomu przychodziło mu z trudem – Możecie się do mnie zwracać „panie pilocie”. panie pilocie. Żelazo drga pod jej dotykiem. które traktuję na równi z rozkazami Waszej Wysokości. nie zawracam sobie jednak nimi głowy. którzy otoczyli nas i maszerują krok w krok z nami. Cal tego nie robi i tylko nieznacznie odwraca głowę w stronę dowódcy żołnierzy. zamka ani klamki – przypomina czarną dziurę. że wpuszczę do środka kogoś. Corros należy do Norty. Kapitan pochyla głowę i ustępuje. – O ile wiem. który kapitan nosi na szyi. wypływającą z małego kwadratowego pulpitu umiejscowionego obok w murze. Ja jednak wyczuwam energię elektryczną pulsującą wokół krawędzi. kapitanie? – Każde słowo. po czym kładzie dłoń na żelaznej bramie. Tak jak mówiła Cameron. . Jedynie wejście. dzieląc się na dwa zębate skrzydła. Są również kamery świdrujące spojrzeniem bramę. Babcia przytakuje skinieniem głowy. – Was. jednoskrzydłowa brama z czarnego żelaza osadzona w równej linii z betonowym murem. że przegrał. aby opanować drżenie palców. kto odmawia… – Kto odmawia czego. A do kogo należy Norta? – Ja tylko wykonuję swoje obowiązki. Oficer nieruchomieje. nie miałem chyba przyjemności poznać. – Wobec tego r o z k a z u j ę ci otwierać.

Nawet Babcia blednie i pomimo najszczerszych wysiłków głos więźnie jej w gardle. zatrzaskują się z przeraźliwym zgrzytem metalu trącego o metal. obojętnym śmiechem. inaczej kapitan dostrzegłby na naszych twarzach czyste przerażenie. – Ja jednak przybywam tu w konkretnej sprawie. który przysuwa się tak. Babcia rusza pierwsza. który bardziej niż uprzejmy uśmiech przypomina szyderstwo i sprawia. że mamy na sobie hełmy. nieskazitelnie czystymi kafelkami. dobrze o tym wiesz – zwraca się do Cala z przyganą. „Elara jest tuż obok”. Obok mnie Cameron dygocze. my idziemy za nią. – Przypuszczam. Iral jednak zatrzymuje się i gestem wskazuje jedną ze srebrnych bram. – Wciąż? – dodaje po chwili wahania. Jedyne urozmaicenie wnętrza stanowią szumiące kamery. w których ją więziono. aby dzieliło nas zaledwie parę centymetrów. ale rozumiem. kapitanie. Bramy po prawej i lewej stronie pomalowane są na srebrno i lśnią złowrogo w ostrym świetle zalewającym pomieszczenie. te przez które musimy przejść. jak jej się podoba. Ściany nie są obwieszone sztandarami ani podobiznami Mavena. że Wasza Królewska Mość chciałby się przywitać z Jej Wysokość królową? Cieszę się. Wasza Królewska Mość. Uciekaj”. Uciekaj. co mi chce dać do zrozumienia. . że całkiem się zapomniał. Milczy. Na myśl o spotkaniu z nią przewracają mi się wnętrzności i z trudem powstrzymuję wzbierające wymioty. Oficer wykrzywia wargi w grymasie. mają mdlący krwistoczerwony kolor. Drzwi przed nami. aby uratować sytuację. wejściowe. – Jej Wysokość jest w Corros? – wyrywa się Calowi. – Oczywiście. niż zgodziłabym się wrócić do Archeonu. żeby zrobić na kimś wrażenie. To miejsce nie zostało zaprojektowane po to. i zrobiła to dla mnie. Ona tymczasem wróciła w mury. Nieoceniona Babcia wybucha chłodnym. Przez chwilę obawiam się. Uderza w nas podmuch zimnego powietrza zalatującego stęchlizną i czymś kwaśnym. Nie ma powodu niepokoić Jej Wysokości. dlatego ozdoby są zbędne. „Uciekaj. Złapałabym ją za rękę. jednak w umyśle kapitana kiełkuje już podejrzenie. W każdej z czterech ścian holu widnieją jedne drzwi i te za nami. „Zapachem krwi”. Hol jest dziwnie pusty. Mimo to hol więzienia wyłożony jest olśniewająco białymi. Za plecami czuję Kilorna. Żołnierze kapitana Irala sprawnie zajmują pozycje takie same jak przed wejściem i otaczają nas ze wszystkich stron. – Matka zawsze robi. że twarz Irala zmienia się w paskudną maskę. Poznaję to po stalowym błysku w jego oczach.które rozsuwają się gwałtownym ruchem. gdybym mogła. a ja delikatnie trącam ją ramieniem. Ja jednak nie mogę już dłużej uciekać. co w tym momencie czuje dziewczyna – prędzej by mnie skręciło. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić.

Gdy znowu je otwieram. z którego chlusta srebrzysta posoka. „Kapitan już nam nie wierzy”. a z kamer tryskają snopy iskier niczym na pokazie fajerwerków. Cameron pierwsza zdejmuje hełm. Oficer postępuje krok w naszą stronę. aby przywołać do siebie cienie i spowić nas tumanem mrocznej mgły. aby krzyknąć. który z wrzaskiem opada na kolana i łapie się za głowę. Darmian dołącza do towarzysza i dwóch nieprzenikalnych w jednej chwili rozprawia się ze Srebrnym żołnierzem. – Nie – odpowiadam. co się dzieje?! Co to takiego?! Kim jesteście?! – krzyczy rozdzierająco. Wodniak z domu Osanos pospiesznie wysysa wilgoć z powietrza. Jesteśmy na to przygotowani. Mimo to nie . Ujmuję Cameron za łokieć i mocno ściskam. Załoga Corros nie. aby nie mógł przewidzieć tego. Dalekowzroczny usiłuje jednak otrząsnąć się i skoncentrować na nas. – Nic nie widzę. Ketha kieruje swoją moc prosto w serce Psychika z domu Provos i rozsadza go od środka. Otaczają Srebrnych żołnierzy ze wszystkich stron. Gdy Iral otwiera usta. Potomkini rodu Havenów stara się zapanować nad mrugającym światłem. odcinając im drogę ucieczki i zamykając sam na sam z nami. sięgają sufitu i rzucają dziwny. sięgam do skierowanych na nas kamer. Nawet hełmy nie są w stanie ochronić nas przed rażącym blaskiem. Innym Nowym idzie równie dobrze. Wykorzystuje swoją umiejętność. Twardoskóry. dając jej tym samym kolejny umówiony sygnał. przyciskając ręce do oczu. Nieopodal Shade’a dostrzegam Dalekowzrocznego Eagrie. muszę więc zamknąć oczy. nawet podczas ucieczki. jak dziewczyna napręża mięśnie. Nie rozumie. Widzi to samo co ja. Cienista leży na ziemi z poderżniętym gardłem. Ze wszystkich sił skupia się na zablokowaniu umiejętności Dalekowzrocznego Eagrie. na zmianę oblewając nas rażącym światłem i pogrążając w zupełnych ciemnościach. aby pokonać trzaskający ogień Cala. – Proszę natychmiast zdjąć hełmy. migotliwy blask. rusza prosto na mnie. Na twarzy mężczyzny maluje się dezorientacja. wypuszczam powietrze z płuc. Po podłodze rozpełzają się płomienie. która w następnej chwili wybucha oślepiająco jasnym światłem. Wyczytuję to z jej twarzy. – Nic nie widzę! – łka. W następnej sekundzie zabieram się do świateł. ale już sekundę później zderza się ze skałą zwaną Niksem Marstenem.Kilorn klepie mnie alarmująco w ramię. a z jego warg nie schodzi demoniczny uśmiech. co się z nim dzieje. które wykrzywia jej rysy. ale to za mało. Nad nią stoi mój brat z nożem w ręku. Robiąc wdech. Ostatni w swoim życiu. którego ciało na moich oczach przemienia się w kamień. które zaczynają mrugać. – A jaka jest ta konkretna sprawa? – drąży Iral. z przerażenia. a po jego policzkach spływają smużki łez zmieszanych z krwią. co zaraz nastąpi. Nigdy wcześniej nie zabiła człowieka. które rosną. Czuję.

. która pomagała Garethowi uporać się z Żeleźczynią. Kilorn chichocze cicho. gdy mężczyzna na podłodze przestaje wrzeszczeć. Drżącymi palcami zamyka oczy kapitana na zawsze. Lory krzywi się. Calowi również. Złamał swoje przyrzeczenie i to zraniło go bardziej niż cokolwiek innego. Książę pochyla się nad ciałem kapitana Irala i delikatnie zdejmuje z łańcuszka czarny klucz. jeszcze inni zastrzeleni albo z roztrzaskanymi głowami. niektórzy zwęgleni. Przypuszczam. że wyszedł ze starcia bez szwanku. których obrała za swój cel. że czuł się jak pogrzebany żywcem. Wyciąga z niej kawałek białego płótna. którego lufa wciąż dymi. Z ulgą jednak zauważam. oznajmił mi. zgrabnym ruchem wyjmuje z jej ciała ostry kawałek metalu i rzuca go na podłogę. Pierwsza do rannej podbiega Farley. Jeszcze w Palach nauczył się maskować prawdziwe uczucia śmiechem. tylko jego w takich chwilach potrafią rozbawić kąśliwe uwagi. rozdrapywać sobie twarz i oddychać. ale nie jest to nic poważnego. Ktoś inny mógłby pomyśleć. Rozlega się trzask miniaturowego radioodbiornika przymocowanego do pasa kapitana – centrum dowodzenia próbuje się z nim połączyć. ślepy i głuchy w swoich ostatnich chwilach. Umiera z szeroko otwartymi. Gdy sekundę później stoi przede mną dowódca więzienia Corros. wpatrującymi się w nicość oczami. Za jego plecami Babcia ze skupieniem wpatruje się w twarz Irala i już po chwili jej rysy falują. zanim wdarliśmy się do Siedziby Straży w zatoce Harbor. którym fachowo obwiązuje rękę Lory i który już po paru sekundach przebarwia się na czerwono. Cała jedna ściana obryzgana jest szczątkami tych. – Zapomnieliśmy wziąć bandaży – mruczy Farley. Na dłuższą metę nie jestem w stanie znieść obecności nawet sobowtóra Mavena. inni porażeni prądem. ale nawet nie stęknie. Teraz kobieta dyszy i usiłuje nie patrzeć na przerażające malowidło będące jej dziełem. Dwanaścioro Srebrnych żołnierzy leży na kafelkach. na podłodze dostrzegam co najmniej dwa ciała przeszyte jego kulami.odpuszcza i trudno mi powiedzieć. „Nie będę ich zabijał”. Gdy przeładowuje karabin. nie potrafiąc oderwać spojrzenia od oficera. Najbardziej makabryczny widok przedstawiają ofiary Kethy. że odbieranie życia nie robi na Kilornie większego wrażenia. wydaję westchnienie ulgi. co nią kieruje: wola zwycięstwa czy okrucieństwo. – Babciu – szepcze. Ranna jest tylko Lory. Metalowy odłamek trafił ją w ramię. Cofa się dopiero. – Ty zapomniałaś wziąć bandaży – poprawia ją Ada i sięga do wewnętrznej kieszeni kombinezonu. ja jednak wiem swoje. przykładając dłoń do krwawiącego skaleczenia. a przemoc nigdy nie sprawiała mu przyjemności. Minutę lub dwie później jest już po wszystkim.

Jednak zamiast królowej Elary za rogiem witają nas kolejne drzwi. po czym marszczy brwi. – W środku będzie dwóch Żeleźców. Ostro skręcające korytarze są podobnie jak hol wyłożone białymi kafelkami. Serce mi się kraje. żeby dotrzeć do dowództwa. – Tędy – mówi głosem niemal tak cichym jak kapiąca krew i zamierające bicie serca. ale kobieta cofa się przed nią. wsuwa go do odpowiedniej dziurki w przełączniku. jak gdyby zaraz miała się rozpłakać. Gdy przyglądam im się uważniej. Obydwoje wiedzą. – Może się rozprzestrzeni. co mają robić. – Powiedzcie. Ketha dygocze na całym ciele. Przygotujcie się. ponieważ mężczyzna już wysunął się naprzód.– Kapitanie Iral! Kapitanie. obejmuje się ramionami i co chwilę nerwowo zaciska na nich dłonie. Bierze klucz. – Och. ale najwyraźniej nie przyłożył się zbytnio do pracy. kapitanie. Cameron odrywa spojrzenie od martwego Dalekowzrocznego i kładzie rękę na czerwonych drzwiach. – Awaria – odpowiada Babcia głosem Irala. Widnieje na nich duża litera „D” i tak samo jak poprzednie nie mają zamka. Cal odchrząkuje cicho i wymachuje czarnym kluczem przed nosem dziewczyny. że nie wiem. zbrązowiałe plamy krwi. jak ją pocieszyć. Cameron bez namysłu kieruje się w stronę przełącznika. pulsuje energią. Centrum dowodzenia. co mogło się tu stać. widzę między nimi stare. Obok niego przed metalowymi drzwiami staje Babcia zmieniona w kapitana Irala. – Cameron się rumieni. które kontroluje wszystkie kamery na terenie więzienia. Domyślam się. że natknę się na nią za następnym zakrętem i będę mogła ją usmażyć”. Co jej pomoże – ciepłe czy twarde słowa? – Ochraniaj tyły – sugeruję. – Przyjąłem. który wysunął jej się z warkocza. że udało mi się znaleźć złoty środek. a następnie wsuwa palce między przewody. mając nadzieję. – Ruchem głowy wskazuje drzwi. może się zatrzyma. W dłoni ściska nóż. nie ustaje w swej przerażającej pracy. Być może powiadomiona o dziwnych zajściach zmierza teraz w naszą stronę. maczała w nich palce królowa. i wpatruje się . Pozostałym brakuje tej pewności. Farley wyciąga do niej rękę. – Gareth – rzuca Cal. Elara wciąż jest niedaleko. co się tam dzieje? Straciliśmy wizję. ale te tutaj nie lśnią czystością. choć niepotrzebnie. zatrzeć ślady tego. „Mam nadzieję. „Czerwoną krew trudno posprzątać”. gdy uzmysławiam sobie. przywołuje mnie i wskazuje drogę. że tak jest. Ktoś próbował je zmyć. kiedy. – Musimy tędy przejść. szarpie kosmyk włosów. Ketha wygląda tak. którym błyskawicznie podważa plastikową obudowę. że niezależnie od tego. Wyczuwam je z łatwością. Mam nadzieję. jakie potworności kryją się we wnętrznościach Corros.

Darmian i Nix stają obok niej. – Nic dziwnego. Wyczuwam w przełączniku nagły wzrost energii. że musimy się spieszyć. – Otwierać cele. słysząc zgrzyt. Najwyraźniej słońce zaczęło wschodzić. Czas na spacer. którym przyszliśmy. – Otwierać cele. Wnętrze bloku rozjaśnia żółte migające światło. Gdzieś z oddali dobiega nas plusk kapiącej wody. chociaż niewielki świetlik pośrodku sklepienia powoli zabarwia się na niebiesko. kręcąc głową. – Świeża krew? – Żeleźca rzuca Garethowi przebiegły uśmiech. co się dzieje. – Nigdy więcej – mamrocze do siebie. Przed celami ani między nimi nie ma żadnych podestów. ja również działam z czyjegoś rozkazu – odpowiada Babcia. – Stój. kto idzie…?! – woła jeden z nich i robi krok w stronę wejścia. „Czyli wkrótce”. – Teraz – rzuca i śladem pozostałych przylega płasko do ściany. We wszystkich ścianach widnieją lochy pogrupowane w cztery coraz niżej położone poziomy. . która rozlewa się po całym mechanizmie. Klucz się obraca. żeby okazać jej solidarność i wesprzeć ją swoją siłą. gdy widzę. – Wyprowadzaliśmy ich wczoraj. aby obserwować pusty korytarz. zanim Gareth zdąża odpowiedzieć. nie ma w planie… – Rozkaz to rozkaz. Dopiero po chwili przytakuje skinieniem głowy i obraca się tyłem do nas. W rogach pod sufitem zamontowano kamery. nie łączą ich schody czy przejścia. aby Babcia i Gareth mogli do nich podejść. Jej płaczliwe siąkanie odbija się echem od wykafelkowanych ścian. – Czyli to prawda? Król znów przyleciał? – pyta Samos. łącząc kładkę z wejściem tak. – Kapitanie Iral. zimne i brudne. Będą stanowić doskonałą tarczę ochronną. obracają się do drzwi. – Ruchem ręki podnosi leżące na dnie bloku metalowe płachty i tworzy kolejny pomost. – Z którego jesteś legionu? Babcia wtrąca się. ukazując przepastny blok więzienny jaskrawo kontrastujący ze sterylnym wystrojem korytarzy. zwłaszcza że jego matka wciąż jeszcze tu siedzi. Zapewne chcą się pokazać przed królem. Pod świetlikiem na lśniącej metalowej kładce stoi dwóch Żeleźców w szarych mundurach oznaczonych barwami domu Samos. ale na widok Babci w towarzystwie Garetha się zatrzymuje. że w dowództwie powariowali. gdy strażnicy w końcu odkryją. powietrze jest przesiąknięte niezdrową wilgocią. Obydwaj. Cal równie dobrze jak ja wie. Drzwi odsuwają się ze zgrzytem i znikają w ścianie.we mnie szeroko otwartymi oczami. Serce mi zamiera. Unosi klucz Irala i wymachuje nim znacząco. które z łatwością wyłączam. z których ostatni niemal ginie w żółtawym półmroku. ale się nie cofa. jak strażnicy wymieniają zdumione spojrzenia. Cele są szare.

– Tak jest. Zanim zdąża zrobić cokolwiek. Teraz nietrudno mi sobie wyobrazić. na zewnątrz. Zaciskam pięści i im bardziej Żeleźcy zbliżają się do drzwi. Wiele z nich jest pustych. wyginają cienkie niczym brzytwa arkusze metalu w cuda techniki o perfekcyjnych kształtach. i chyba nie chcę wiedzieć. jednych wyprowadzają. Prawie każdego Nowego muszą ściągać z pryczy. które łączą poszczególne poziomy. – Wychodzić. owszem. ale Kilorn odciąga mnie do tyłu. Cal pierwszy zdejmuje hełm. Kolejne pomosty doczepiają się do kładki ze szczękiem przypominającym uderzenia młota w aluminiową blachę. którzy wkrótce wyjdą na wolność. co całymi dniami robi w Jamie. jest potworem. pieski. że odruchowo ruszam krok w przód. Mruga powiekami. chociaż dziewczyna. Wszyscy oni to Nowi. Ci Żeleźcy to strażnicy więzienni. Wykonują okrutne rozkazy Mavena. Metalowe płachty wyrastają przed celami. Mała dziewczynka ląduje niebezpiecznie blisko krawędzi i niemal spada na dno bloku. drapiąc się po brodzie. oprawcy. tym bardziej nie mogę się doczekać. Nawet ukochane metalowe suknie Evangeline to istne dzieła sztuki. tworząc podesty naokoło bloku i schody. – Jeszcze nie – syczy mi do ucha. ale g o d z ą s i ę na ich wykonywanie. gdy wykorzystywali swoje umiejętności do tego. Z drugim strażnikiem dzieje się to samo. Muszę przyznać. nie wierząc własnym oczom. czas na spacer. – C e l e – powtarza Babcia z naciskiem. ale w niektórych widać sylwetki ludzi obezwładnionych mocą Cichego Kamienia. jak konstruują odrzutowce i luksusowe pojazdy. Do tej pory widywałam Żeleźców jedynie podczas walki. omijając puste klitki i wchodząc tylko do tych. więźniowie. – Nie mam pojęcia. Nigdy niczego nie tworzyli. „Jeszcze nie”. że były wspaniałe. drugich – słabszych i wolniejszych – wyrzucają z cel prosto na podest. Samos zastyga w bezruchu jak rażony piorunem. by zabijać i niszczyć. Kiedy jednak cele otwierają się. już. – Na nogi. jego również grawitacja przestaje obowiązywać. Strażnicy uwijają się między celami. . w których siedzą więźniowie. podziw i zachwyt przechodzą mi jak ręką odjął. kiedy w końcu się na nich rzucę. Na razie nas nie widzą. a trzymani w nich więźniowie zaczynają się poruszać. jego stopy odrywają się od pomostu i Żeleźca leci w stronę sufitu.– Trochę dziwna ta królowa – dodaje drugi mężczyzna. Gareth kilkakrotnie rzuca nimi o betonowe sklepienie. którzy skazują niewinnych ludzi na cierpienia i śmierć. kapitanie – mamrocze pierwszy strażnik. Tak bardzo przypomina mi Gisę. Przez chwilę nie mogę wyjść z podziwu. ale z pewnością za chwilę to się zmieni. która je nosiła. Szturcha łokciem drugiego i obydwaj obracają się przodem do zakratowanych klitek ciągnących się od podłogi po sufit.

Najchętniej chwyciłabym dziewczynkę na ręce i uciekła stąd. Walczcie najlepiej. Ale oni potrzebują kłamstw. – Dziewczyna od błyskawic – mamrocze mała. będę oszukiwać. że nieładnie jest kłamać. jak potraficie! – wołam na cały blok. Poznaję jednak. – Dziś wieczorem wszyscy razem wyjdziemy z tego więzienia. Zdejmuję hełm. że serce mi pęknie. dotykając mojej twarzy. Jednak nasze zadanie dopiero się rozpoczęło i nie mogę teraz odejść. w dół i na boki. że moc Cichego Kamienia tutaj jej nie dosięga. Wpadamy na pomosty i rozbiegamy się w różnych kierunkach. Pozwalam więc dziewczynce stanąć na trzęsących się nogach i delikatnie uwalniam się z jej uścisku.a każdemu zderzeniu towarzyszy odrażający chrupot łamanych z zabójczą skutecznością kości. Pode mną silniejsi więźniowie zaczęli już się wspinać po metalowych schodach. gdyż na blade. lepkie od potu policzki dziewczynki pomału wraca rumieniec. pomagam jej wstać. żeby mieć siłę do walki. Mała oddycha chrapliwie i drży na całym ciele. i jeśli moje oszustwo ma ocalić choćby jednego z nich. . zabrała ją jak najdalej od tego wszystkiego. – Idźcie za nami. żeby każdy mógł mnie zobaczyć i usłyszeć. Wychylam się zza krawędzi podestu. żywi! Wiem. Nawet jeśli miałabym dzięki temu uratować tę małą. Ja przyskakuję do leżącej dziewczynki. a ja mam wrażenie. nawet gdybym miała skończyć w piekle. spoglądam w górę.

niektórych ciągnie za rękę po schodach. że Nowi zamierają. Omiata spojrzeniem tłum. obok których stoi. obok mnie przepycha się Cameron. – Za mną! – woła. – Idźcie za Adą. czuję jego ciepło nie dalej niż metr za sobą. Kilorn pilnuje. Wielu uwolnionych muszę dosłownie popychać w jej stronę. pokazując Nowym. ale tylko trochę. co spowalnia ich ucieczkę. drugich wręcz w ostatniej chwili łapie swoimi długimi rękami. Cal idzie tuż za mną. nie waży się choćby mrugnąć okiem. – Nie zatrzymujcie się! – woła Farley. najstarszych i najsłabszych przenosi skokami na górę. mimo że każdy Nowy po takiej podróży musi przez chwilę dochodzić do siebie. która po każdym wybuchu przeraźliwie wrzeszczy przerażona tym. które zostały z tyłu. Odprowadza nas nieruchomym spojrzeniem. Rozpierająca ją zwykle niespożyta energia ustąpiła miejsca stanowczości. idźcie za Adą! – Zagania Nowych niczym owce. usiłując ukryć się za nią przed całym tym zamieszaniem i hałasem. Przez cały ten zgiełk przebija się odgłos wystrzału. po nim zaś rozlega się charakterystyczny rechot Niksa. jednych ostrzega. Nie będzie jednak śmiał się długo. Teraz zaczyna się etap. aby ludzie nie pospadali z pomostów. Na bramie widnieje duża czarna litera „C”. Przeciskam się więc przez napływający ze wszystkich stron tłum Nowych. jeśli zaraz się stąd nie zwiniemy. ponieważ jakaś niewidzialna siła przyciąga ich do mnie. która i bez tego jest dość ślamazarna. Pomosty. Prędzej czy później załoga Corros musi się połapać. aby zbierali się przy drzwiach. Być może widzi mnie po raz ostatni i oboje o tym wiemy. . a Kilorn zręcznie go łapie. Zaczyna się od eksplozji na korytarzu za nami. Ada wymachuje ramionami. któremu najbardziej się sprzeciwiałam. liczy głowy. Każdy mrożący krew w żyłach okrzyk niesie się po bloku i sprawia. Cal jednak pozostawał w tej sprawie nieugięty – musimy się rozdzielić. Shade przydaje się w tym momencie jeszcze bardziej.Rozdział 26 Dzięki awarii kamer zyskujemy na czasie. Musimy dotrzeć do jak największej liczby bloków. uwolnić jak najwięcej więźniów. co zrobiła i co nadal robi z ludzkim ciałem. Podobna do Gisy dziewczynka na szczęście mnie posłuchała i teraz stoi wczepiona w nogę Ady. Dźwięki strasznie się niosą w więziennym bloku. Dziewczyna rzuca klucz przez ramię. co się dzieje – i najwyraźniej ta chwila właśnie nadeszła. a nakładające się na siebie ludzkie głosy odbite echem od betonowych ścian i metalowych drzwi przypominają ryk dzikich zwierząt. a przede wszystkim bezpiecznie ich wszystkich stąd wydostać. Słyszę Kethę.

Podbiegam do pierwszych. z których i tak żaden nie drgnął. On również nosi oznakę kapitana. co mówiła Cameron. Pragnę. – Jeśli tak wolicie – mamrocze Cal. roztapia je i tym sposobem odcina nas od pozostałych.niszczy strumieniem ognia. Cal wpycha nas obie do środka. ucząc się ich twarzy na pamięć. . aby powstrzymać swoich towarzyszy. a ja ze wszystkich sił pragnę. Uprzedził. Wypala myśli o Kilornie i moim bracie. dowództwo mieści się w trójkątnym pokoju o ścianach z nieprzenikalnego diamentowego szkła o pomarszczonej powierzchni. Ketha. – Mare. Ścigające ich pociski z brzdękiem odbijają się od metalowych powierzchni i ciała Niksa. co muszę zrobić. że żołnierz stojący najbliżej mnie wzdryga się i odskakuje od ściany. kto zginie. upadam na twardą wykafelkowaną podłogę. – Dobrze – wykrztuszam. spodziewając się. którego nie są w stanie dłużej odpierać. Walę pięścią w drzwi. że żołnierze z centrum dowodzenia nie stchórzą i otworzą je przed nami. monitorów. Z największym trudem przytakuję skinieniem głowy. co robić. – Otwierać! – wrzeszczę. sześciu zaaferowanych żołnierzy i metalowe drzwi takie same jak w blokach więziennych. uciekając przed nasilającym się atakiem. jednak ku mojemu zaskoczeniu Srebrni stoją nieruchomo przy swoich krzesłach i stanowiskach. zapewnił mnie. że podejmuję słuszne decyzje. wyciągając dłoń. a ból dłoni sprawia mi niewytłumaczalną przyjemność. Drzwi jest troje. po jednych w każdej ścianie. Nie potrafię robić nic innego. ruszając do drugich drzwi. Zyskuję jedynie tyle. – Nie! – rozkazuje. jak tylko wpatrywać się w Kilorna i mojego brata. zaglądając mi w oczy. Gdy zatrzymujemy się po drugiej stronie bloku pod drzwiami oznaczonymi napisem „DOWÓDZTWO”. Nix i Darmian wbiegają do bloku. odwraca moją twarz od pozostałych. a drzwi się odsuwają. Zgodnie z tym. jak gdyby moje krzyki mogły cokolwiek zmienić. – Skup się – mówi Cal. Moje ciało reaguje szybciej niż umysł i wokół mnie pojawia się światło błyskawicy. Przed nami przełącznik iskrzy. Gorąca. Cameron podchodzi do przełącznika. żeby całkiem się zatrzymał. żeby był z nami Jon i powiedział nam. Za nami blok więzienny pustoszeje. Znów czas zwalnia. wpatrując się we mnie szeroko otwartymi przerażonymi oczami. co robisz. niemal parząca ręka ujmuje mnie pod brodę. Zaufaj sobie. musisz teraz o nich zapomnieć. Nad nami rozlega się wycie syren. Wewnątrz dostrzegam mnóstwo pulpitów. i po chwili przed oczami mam już tylko centrum dowodzenia znajdujące się po drugiej stronie holu oraz to. uwierz w to.

Podskakuję, słysząc łoskot, który rozlega się za moimi plecami, a gdy się obracam, widzę
olbrzymi granitowy blok spoczywający na miejscu metalowych drzwi, przez które weszliśmy do
holu. Cameron uśmiecha się lekko i z czułością poklepuje panel sterowniczy.
– To powinno nam dać kilka dodatkowych minut. – Powstaje z klęczek, w kolanach jej
chrupie. Spogląda na centrum dowodzenia i się krzywi. – Na ich miejscu też bym się, kurde,
bała – mruczy, po czym wykonuje nieprzyzwoity gest, który dobrze zna każde dziecko ulicy
w Palach. – Dostaniemy ich przez to szkło?
W odpowiedzi przenoszę wzrok na monitory za pomarszczoną ścianą. Sekundę później ekrany
jeden po drugim wybuchają, obsypując żołnierzy snopami iskier i kawałkami stłuczonego szkła.
Wycie syren zmienia się w jękliwe zawodzenie, po czym milknie zupełnie. Każdy metalowy
przedmiot w centrum dowodzenia podskakuje rażony elektrycznością, smaży się niczym jajka na
patelni. Żołnierze zbijają się w grupkę pośrodku pokoju. Jeden z nich chwyta się za głowę
gestem, który teraz już dobrze poznaję, i osuwa się na podłogę. Jego ciało kołysze się w tym
samym rytmie, w jakim zaciska się pięść Cameron, ugina się pod kolejnymi falami ogłuszającej
go siły. Krew cieknie mu z uszu, z nosa i z ust. Niedługo zacznie się nią dławić.
– Cameron! – warczy Cal, ale dziewczyna udaje, że go nie słyszy.
– Julian Jacos! – wołam, łomocząc pięścią w szkło. – Sara Skonos! Gdzie oni są?
Kolejny żołnierz z wyciem opada na kolana.
– Cameron!
Nie wydaje się, aby dziewczyna zamierzała się zatrzymać. W sumie wcale jej się nie dziwię. Ci
ludzie zamknęli ją, torturowali, głodzili i zapewne w końcu by ją zabili. Ma prawo się zemścić.
Ja również wzmacniam błyskawicę, która przeskakuje między przewodami i urządzeniami
w szklanym pokoju i zmusza żołnierzy, by stłoczyli się jeszcze bardziej, chcąc uniknąć jej
gniewu. Z sekundy na sekundę fioletowo-białe nici wydłużają się, zajmują coraz więcej miejsca,
rozbłyskują coraz bliżej Srebrnych.
– Mare, p r z e s t a ń… – woła Cal, ale ja też nie chcę go słyszeć.
– Julian Jacos! Sara Sko…
Kulący się na podłodze kapitan rzuca się na ścianę przede mną.
– Blok G! – krzyczy, uderzając otwartą dłonią w szkło parę centymetrów od mojej twarzy. –
Są w bloku G! Za tamtymi drzwiami!
– O to chodziło, ruszamy! – ryczy Cal. Uwięziony za szkłem kapitan rzuca gorączkowe
spojrzenie na upadłego księcia.
Cameron wybucha głośnym śmiechem.
– Chcesz ich tu zostawić? Żywych? Wiesz, co oni nam robili? Wszystkim, również Srebrnym?

– Proszę, b ł a g a m, my tylko wykonywaliśmy rozkazy, rozkazy k r ó l a… – zaklina kapitan,
pochylając głowę, aby uchronić się przed kolejnym wyładowaniem. Za nim druga ofiara
Cameron zwija się w kłębek i poddaje ostatecznej ciszy. Na rzęsach żołnierza wiszą kryształowe
krople łez. – Wasza Wysokość, błagam o litość, błagam o litość…
Myślę o dziewczynce z cel. Miała przekrwione oczy, a gdy jej dotykałam, pod ubraniami
czułam jej żebra. Myślę o Gisie i jej pogruchotanej ręce. O zakrwawionym niemowlęciu
w Templyn. Niewinnych dzieciach. Myślę o tym, co mnie spotkało od pamiętnego lata, gdy
zaczęło się to całe bagno, a wszystko przez rybaka, który nie miał co robić, tylko umrzeć. „Nie, to
nie jego wina. To przez nich. Przez ich prawa, przez ich pobór, przez to, że każdego z nas bez
mrugnięcia skazywali na marny los. To ich dzieło. Sami na siebie ściągnęli zagładę”. Nawet teraz,
gdy jednego po drugim wykańczamy ich z Cameron, oni błagają o litość C a l a. Błagają swojego
Srebrnego króla, ponieważ na Czerwoną Królową nie warto nawet splunąć.
Przez taflę pomarszczonego szkła widzę księcia. Struktura ścian zniekształca jego rysy i w tym
momencie bardziej niż siebie przypomina w moich oczach Mavena.
– Mare – szepcze raczej do siebie niż do mnie.
Teraz jednak nie powstrzyma mnie już żaden krzyk ani szept. Czuję w sobie coś nowego,
znajomego, a jednocześnie obcego. Moc, która płynie nie z krwi, ale z wyboru. Z tego, kim się
stałam, a nie kim się urodziłam. Odwracam się od zniekształconego wizerunku Cala. Wiem, że
moja twarz jest teraz równie wykrzywiona.
Obnażam zęby w grymasie.
– Błyskawica nie zna litości.
Kiedyś się przypatrywałam, jak moi bracia przypalali mrówki za pomocą odłamków szkła. To,
co się teraz dzieje, wygląda podobnie – tyle że gorzej.
*
Jako że bloki z celami są od siebie oddzielone i szczelnie pozamykane, ucieczka z nich jest
praktycznie niemożliwa, jednak taka organizacja więzienia utrudnia również komunikację między
strażnikami. Dezorientacja okazuje się równie skuteczną bronią jak błyskawica czy płomień.
Strażnicy nie są zbyt chętni do opuszczenia swoich stanowisk, zwłaszcza w momencie, gdy krążą
pogłoski o wizycie króla, dlatego w bloku G zastajemy czterech Żeleźców pogrążonych
w zaciekłej dyskusji.
– Słyszałeś syreny, coś jest nie tak…
– To pewnie ćwiczenia, chcą się popisać przed młodym królem…
– Nie mogę się połączyć z centralą.
– Słyszałeś wcześniej komunikat: mieli awarię kamer, pewnie radia też nawaliły. Ciekawe czy

to przypadkiem nie sprawka królowej i tych jej dziwnych sztuczek. Cholerna wiedźma.
Porażam błyskawicą jednego z nich, żeby zwrócić na siebie uwagę.
– Sprawka wiedźmy, tylko innej.
Zanim metalowa kładka usuwa mi się spod nóg, chwytam pręty celi na lewo od drzwi
i zawieszam się na nich. Cal robi to samo po prawej stronie, a żelazne kraty roztapiają się pod jego
rozżarzonym dotykiem. Cameron zostaje w drzwiach, na jej czole lśni warstewka potu, ale nie
wygląda na to, żeby zmęczenie ją powstrzymało. Jeden z Żeleźców łapie się za głowę, chwieje na
nogach i spada z pomostu trzy poziomy w dół na betonową posadzkę. Traci jeśli nie życie, to na
pewno przytomność, zostaje więc dwóch strażników.
W moją stronę rusza grad metalowych odłamków, każdy ostry niczym miniaturowy,
śmiercionośny sztylet. Zanim zdążą zatopić się w moim ciele, rozluźniam uchwyt i zsuwam się po
prętach. Zatrzymuję się, gdy pod stopami czuję występ nad kolejnym poziomem cel.
– Cal, pomożesz?! – wołam i odskakuję na bok, żeby uniknąć następnej chmury pocisków.
Odpowiadam błyskawicą, Żeleźca jednak przesuwa się w dół razem z kładką, na której stoi.
Najwyraźniej może nią kierować w dowolną stronę.
Ku mojemu rozczarowaniu Cal mnie ignoruje i wyważa stopione pręty celi. Po jego plecach
tańczą płomienie tworzące pole ochronne, przez które nie przebije się żadne ostrze, jakie mógłby
w jego stronę posłać Żeleźca. Jego postać niemal cała niknie za ognistą tarczą, udaje mi się jednak
dostrzec twarz. Maluje się na niej wściekłość i doskonale wiem czemu. Nienawidzi mnie za to, że
zabiłam tamtych Srebrnych – że zrobiłam coś, na co on się nie zdobył. Nigdy nie sądziłam, że
dożyję dnia, w którym Cal, żołnierz i wojownik, cofnie się przed działaniem. Teraz skupia się na
otwieraniu kolejnych cel i puszcza mimo uszu moje prośby o pomoc, zmuszając mnie, żebym
radziła sobie sama.
– Cameron, zrzuć go! – wrzeszczę, zerkając na moją nową sojuszniczkę.
– Z przyjemnością – odpowiada dziewczyna, po czym wyciąga rękę w kierunku mężczyzny,
który mnie atakuje. Strażnik chwieje się, ale nie upada. „Cameron słabnie”.
Gramolę się wzdłuż półki nad celami, palce u nóg niemal ześlizgują się z wąskiego paska
betonu, dłonie, którymi kurczowo czepiam się krat, powoli drętwieją. Jestem dobra w bieganiu,
a nie we wspinaczce, i w takich warunkach prawie nie mogę walczyć. „Prawie”. Ostra żyletka
w kształcie rombu ociera się o mój policzek, zostawiając na nim czerwoną rysę. Kolejne ostrze
kaleczy mi dłoń. Gdy chwytam następny pręt, czuję, jak mój uścisk słabnie, a wilgotne od krwi
palce ześlizgują się z krat. Spadam jakieś dwa metry, ląduję z głuchym łoskotem na betonowym
dnie bloku. Przez chwilę nie mogę złapać tchu, a gdy otwieram oczy, widzę gigantyczny
szpikulec lecący ze świstem w moją stronę. Przetaczam się po podłodze, unikając śmiertelnego

ciosu. Ledwie zdążam dźwignąć się na nogi, a z góry spadają kolejne szpice. Żeby przeżyć,
biegnę zygzakiem od ściany do ściany.
– Cal! – wrzeszczę bardziej wściekła niż wystraszona.
Następny szpikulec topi się, zanim zdąży mnie dosięgnąć, ale kropla gorącego żelaza spada
zbyt blisko i zsuwa mi się po plecach. Z mojej piersi wyrywa się przeraźliwy okrzyk, gdy materiał
kombinezonu wtapia się w moje blizny. Rozdzierający ból, niemal tak samo koszmarny jak ten
wywołany nadajnikiem, zwala mnie z nóg. Uderzam kolanami o beton z taką siłą, że mam
wrażenie, iż pogruchotałam sobie kości.
Wydaje się, że ból jest również jednym z moich wyzwalaczy.
Świetlik nad nami roztrzaskuje się w drobny mak, gdy uwalnia się ze mnie błyskawica. Przez
ułamek sekundy przypomina fioletowe drzewo, które wyrosło nagle spod ziemi, a jego gałęzie
rozeszły się po całym bloku G. Czysta energia chwyta w swoje szpony jednego Żeleźcę, a ten nie
ma czasu nawet krzyknąć. Drugi strażnik ledwie dyszy skulony na ostatnim pomoście,
miażdżony bezlitosną umiejętnością Cameron.
– Julian! – wołam, gdy powietrze nieco się oczyszcza. – Sara!
Cal zeskakuje na podłogę po przeciwnej stronie, osłania dłońmi usta. Wciąż na mnie nie
patrzy, skupia się na przeszukiwaniu cel.
– Wujku Julianie! – ryczy.
– Ja sobie tu poczekam – oznajmia Cameron, spoglądając na nas z otwartych drzwi
umieszczonych na wysokości najwyższego poziomu. Siedzi na progu, wymachuje nogami
i bezczelnie pogwizduje, przypatrując się ostatniemu Żeleźcy, który pojękuje coraz ciszej.
Blok G jest tak samo wilgotny jak przeznaczony dla Nowych blok D, a dzięki mnie również
zdewastowany. Pośrodku podłogi dymi czarna dziura, oprócz roztrzaskanego świetlika jedyny
ślad po potężnej błyskawicy, którą przywołałam. Z tego, co widzę, cele na najniższym poziome
są niemal całkowicie pogrążone w ciemnościach, ale nie opustoszałe. Kilkoro więźniów
zaniepokojonych zamieszaniem przywlekło się pod kraty. „Ilu z nich rozpoznam?” Jednak
twarze, które na mnie patrzą, są tak wynędzniałe i sine ze strachu, głodu i zimna, że nie wiem, czy
potrafiłabym kogoś tu poznać, nawet jeśli znalazłby się między nimi Cal. Spodziewałam się, że
mimo wszystko Srebrni będą traktowani nieco łagodniej, ale wygląda na to, że więźniów
politycznych uznano za równie niebezpiecznych jak tych o zmutowanej krwi.
– Tutaj – rozlega się chrapliwy głos.
Ruszam pędem, potykam się o ciało Żeleźcy i niemal przewracam. Każdy ruch sprawia, że
oparzenia na plecach dają o sobie znać koszmarnym pieczeniem. Cal nadbiega z drugiej strony
gotowy rozżarzonymi do czerwoności dłońmi roztopić kraty i uratować wuja, aby wynagrodzić

popełnione błędy.
Mężczyzna w celi wydaje się wycieńczony, równie stary i wyniszczony jak jego ukochane
księgi. Skóra mu zbielała, resztki włosów przerzedły, zmarszczki na twarzy pogłębiły się i mam
wrażenie, że brakuje mu nawet paru zębów. Nie sposób jednak nie rozpoznać brązowych,
skrzących się inteligencją oczu. „Julian”.
Nie mogę się doczekać, kiedy padnę w jego objęcia, i staję niebezpiecznie blisko topniejącego
żelaza. „Julian. Julian. Julian. Mój nauczyciel, mój przyjaciel”. Gdy pierwszy pręt się odkształca,
Cal wyrywa go gwałtownym szarpnięciem, dzięki czemu powstaje w kratach szczelina na tyle
szeroka, że mogę się przez nią wśliznąć do środka. Niemal nie zwracam uwagi na
obezwładniające działanie Cichego Kamienia i skupiam się na tym, żeby jak najszybciej dźwignąć
Juliana na nogi. Wydaje się tak kruchy, jakby miał mi się rozsypać w rękach, jeśli za mocno go
chwycę. Przez ułamek sekundy zastanawiam się, czy uda mu się wyjść z tego wszystkiego cało.
Jednak w następnej chwili dawny nauczyciel mocno zaciska palce na mojej ręce i w skupieniu
marszczy brwi.
– Zaprowadź mnie do tego strażnika – nakazuje. Może i jego ciało osłabło, ale duch pozostał
nieugięty. – I wydostańcie Sarę.
– Oczywiście, przyszliśmy też po nią. – Zarzucam sobie rękę Juliana na ramię, pomagam mu
stawiać kolejne kroki. Chociaż jest znacznie wyższy ode mnie, wydaje się przerażająco lekki. –
Przyszliśmy po wszystkich.
Gdy wyprowadzam go z celi, puszcza mnie i chociaż lekko się zatacza, szybko odzyskuje
równowagę.
– Cal – szepcze, wyciągając ręce do siostrzeńca. Ujmuje jego twarz w dłonie i wpatruje się
w rysy wygnanego księcia tak intensywnie, jak gdyby studiował jedną ze starożytnych map. –
Trochę się wydarzyło, prawda?
– Tak, trochę – mamrocze Cal. Nie patrzy na mnie.
Chociaż pobyt w celach zmienił ciało Juliana, on sam nie zmienił się wcale. Kiwa głową ze
zrozumieniem, a na jego twarzy maluje się powaga. Widok ten dodaje Calowi otuchy.
– Nie czas teraz na rozważania. Odłóżmy je na później.
– Na później – powtarza Cal. W końcu obraca głowę w moją stronę i wbija we mnie palące
spojrzenie. – Później.
– Chodź, Mare, pomóż mi z tym wałkoniem. – Julian wskazuje leżącego na podłodze
strażnika. Żeleźca stracił przytomność, ale oddycha.
Znów chwytam Juliana pod pachy, on zaś wspierając się na mnie jak na kuli, podchodzi do
strażnika. Cal nie traci czasu, szybkim krokiem rusza w stronę celi Sary umieszczonej

naprzeciwko celi Juliana. Tych dwoje przez cały czas mogło się widzieć i słyszeć, ale nie mogło
się dotknąć. Kolejna tortura dorzucona do pasma udręki, którą im zgotowano.
Nigdy wcześniej nie widziałam, aby korzystanie z wrodzonej mocy przychodziło mojemu
nauczycielowi z tak ogromnym trudem. Palce mu drżą, gdy otwiera oczy strażnika. Przełyka
ślinę, usiłuje wydobyć z siebie głos, a gdy mu się to nie udaje, przełyka po raz kolejny. „Nie
może zaśpiewać”.
– W porządku, Julianie, poradzimy sobie jakoś inaczej…
– Cierpliwość często przynosi szybsze efekty niż pochopne działanie. Czy ty naprawdę niczego
nie zapamiętałaś z moich lekcji?
Nie potrafię powstrzymać uśmiechu, który wypływa mi na usta, choć wiem, że to niezbyt
stosowna chwila na okazywanie radości. Dlatego tłumię w sobie nagłą chęć, aby objąć Juliana
i wybuchnąć głośnym śmiechem.
Nauczyciel bierze głęboki wdech, przymyka powieki i powoli wypuszcza powietrze z płuc.
Żyły występują mu na karku. W następnej sekundzie otwiera szeroko oczy, a jego spojrzenie jest
jasne i czyste.
– Obudź się – mówi głosem cudowniejszym niż zachód słońca. Leżący u naszych stóp strażnik
mruga i porusza się lekko. – Otwórz cele. Wszystkie. – Po bloku niesie się przeraźliwy zgrzyt,
gdy pręty we wszystkich celach jednocześnie wyginają się, tworząc łukowate przejścia. – Zbuduj
schody i podesty. Połącz wszystko. – Rozlegają się brzęki i szczęknięcia. Każdy kawałek metalu,
sztylety, odłamki, nawet stopione krople żelaza zaczynają łączyć się w cienkie arkusze blachy, a te
z kolei przyjmują pożądane kształty stopni i pomostów. – Chodź z nami. – Głos Juliana zaczyna
drżeć, jednak Żeleźca pozostaje mu posłuszny, chociaż wykonuje rozkaz nieco wolniej. – Masz
szczęście, że przybyliście dzisiaj, Mare – oznajmia Julian, gdy pomagam mu się wyprostować. –
Wczoraj mieliśmy spacer. Jesteśmy trochę silniejsi niż zwykle.
Zastanawiam się, czy powiedzieć nauczycielowi o Jonie, jego umiejętności i wskazówkach,
które nam dał. Juliana zafascynowałaby ta historia. „Później – przypominam sobie. – Później”.
Po raz pierwszy w moim sercu rodzi się iskierka nadziei.
„Czeka nas jakieś jutro”.
*
Corros pogrąża się w chaosie. Na każdym korytarzu, za każdymi drzwiami rozbrzmiewają
odgłosy wystrzałów. Grupa wycieńczonych Srebrnych wlecze się za nami, ale mało który ma siłę
na to, żeby się skarżyć. Mimo to nie ufam im i parę razy mam ochotę cofnąć się na sam tył, aby
mieć ich wszystkich na oku. Wielu oddziela się od nas, wymyka się przy pierwszej lepszej okazji
i kieruje w stronę wyjścia, aby jak najszybciej opuścić to przeklęte miejsce. Pozostałych żądza

zemsty prowadzi w głąb więzienia. Zostaje z nami zaledwie garstka. Idą ze spuszczonymi oczami,
wstydząc się tego, że podążają za dziewczyną od błyskawic. Ale mimo to idą. I walczą najlepiej,
jak potrafią. Naszą taktykę można porównać z wrzuceniem do cichego stawu małego kamyka.
Zmarszczki, które powstają na tafli wody, są z początku niewielkie, ale rozchodzą się coraz szerzej
i śmielej. Każdy kolejny blok zdobywamy łatwiej i szybciej, aż w końcu Żeleźcy w ogóle
przestają się bronić i wolą uciekać. Najwięcej ofiar pada z rąk Srebrnych, którzy rzucają się na
swoich prześladowców niczym zgraja wygłodniałych wilków. W końcu jednak krótkie pasmo
łatwych zwycięstw musi się skończyć. Gdy Niewecznik z rodu Lerolan wysadza granitową płytę
tarasującą wejście do bloku J, gruz nie spada, ale się unosi. I zanim zdążę się zorientować, co się
właściwie dzieje, wciąga mnie wir powietrza, dymu, odłamków skalnych i nieziemskich szeptów.
Cameron chwyta mnie za rękę, ale w następnej sekundzie coś ją ode mnie odciąga
i dziewczyna znika w tumanie mgły. „Wodniak”. Nie widzę nic prócz cieni i ponurej żółtawej
poświaty przypominającej zamglony blask odległego słońca. Zanim odmęt zdoła mnie
pochłonąć, wyciągam ręce, chcąc chwycić się czegokolwiek. Skaleczoną dłonią natrafiam na
zimną, zwiotczałą nogę, łapię ją mocno i zatrzymuję się z gwałtownym szarpnięciem.
– Cal! – wołam, ale wycie wichru zagłusza mój krzyk.
Stękając, podciągam się i wdrapuję po nodze, która zapewne należy do trupa, ponieważ ani
drgnie. Strach przeszywa mnie lodowatym dreszczem, chwyta mnie za gardło, ściska mi serce.
Z trudem się powstrzymuję, aby nie puścić tej makabrycznej deski ratunku. Nie chcę zobaczyć,
po czyim ciele się wspinam. Nie chcę zobaczyć jego twarzy. To może być każdy.
Z moich piersi wyrywa się westchnienie ulgi, choć może nie powinno. Nie poznaję mężczyzny
zaplątanego w pręty celi, z jedną nogą podwiniętą, drugą zwisającą. Na pewno był więźniem, ale
nie znam go i nie będę go opłakiwać. Od poparzeń i wysiłku plecy mam zdarte niemal do mięsa,
pozwalam więc sobie na chwilę wytchnienia i siadam, opierając się ramieniem o kraty. Grawitacja
w tym bloku nie działa, a to oznacza, że jest tutaj Gareth. Kilorn, Shade i Farley zapewne też
znajdują się w pobliżu. Powinni być po drugiej stronie więzienia, uwalniać tamtejsze bloki,
najwyraźniej jednak coś ich stamtąd przegnało. Lub coś ich tu sprowadziło.
Zanim zbieram w sobie na tyle siły, aby wezwać pomoc, czuję, że znów spadam, jednak to nie
cele się poruszają, tylko grawitacja wariuje.
– Gareth, przestań! – krzyczę w pustkę. Nikt nie odpowiada. A raczej nie odpowiada nikt,
kogo chciałabym usłyszeć.
„Dziewuszko od błyskawic”.
Jej głos niemal rozsadza mi czaszkę.
„Królowa Elara”.

Stoi nade mną nie wytworna. Odnajduje mnie bez trudu. Kamień. Jeśli podasz mi rękę. Wciąż spadam. Mimo to się nie poddaję. który mnie ocalił.Tym razem marzę. Iskry nikną. albo nie sposób w cokolwiek w tej kurzawie trafić. Zbieram w sobie resztki sił. Jej buty zatrzymują się na krawędzi krat i przez chwilę myślę. którzy są mi najbliżsi. teraz ma gładko zaczesane w zwykły kok. będziesz mogła zmienić o wiele więcej. Jednak czuję już w głowie jej macki. ale dojrzała kobieta ubrana w prosty granatowy mundur z białym wykończeniem. Albo kończy się amunicja. Proszę. zwykle ułożone w loki i starannie ufryzowane. Strzały karabinów cichną. Stało się moim azylem. Więzienie. – Podczas naszego pierwszego spotkania siedziałaś w podobnej celi – zaczyna Elara i pochyla się. ochroniło mnie przed jej zakusami. Siedząc na tylnej ścianie celi – która teraz służy jako podłoga – przypatruję się wirującej mgle. parskam stłumionym śmiechem. on jednak nie nadchodzi. „Nie. Pragnę. czuję. Cóż za ironia. jak przysysają się do mnie i przejmują nade mną kontrolę. żeby nagle ktoś włączył śmiercionośny nadajnik. że mam halucynacje. Nawet włosy. a na wargach czuję smak krwi. co muszę. zaczyna mnie przygniatać. żeby coś mnie zabiło. Przydusza mnie i obezwładnia niczym granitowa płyta położona na moim ciele. Obok celi przelatuje strumień ognia i spodziewam się. żeby wykorzystać mnie i innych Nowych. że wielki świat trochę cię zmieni. „Pewnie mam wybity ząb”. resztki wolnej woli i wślizguję się między powykręcane pręty. Na rozkaz Elary palce mi drżą. które dostrzegam tuż obok siebie. żeby lepiej mnie widzieć. po czym robię to. zanim Elara wwierci mi się w mózg i obróci moją błyskawicę przeciwko wszystkim tym. najdrożsi. prawdopodobnie łamię rękę. – Wciąż tak samo nieznośna. – Wtedy kraty mnie nie powstrzymały. Może to wystarczy. wokół nich zaczynają tańczyć iskry. Myślałam. i teraz też mi nie przeszkodzą. Może zdążę zginąć. Wrzeszczę ochrypłym głosem. Ona mi go odbiera. milknie głos królowej. – Cal! – wołam słabym głosem. W lewej ręce czuję dotkliwy ból promieniujący aż do ramienia. które Elara wybudowała. . a jednak – przekrzywia głowę i uśmiecha się przebiegle – to ty zmieniłaś kawałek świata. pragnę schronić się w objęciach śmierci. wystrojona w szeleszczące suknie i mieniące się klejnoty dama. Uderzam w przeciwległą ścianę bloku. że lada chwila zobaczę Cala. – W takim razie zapraszam do środka – mówię. Śmieję się przez łzy. ale nie czuję bólu. Chowam się w celi z Cichego Kamienia i natychmiast tracę moc – a Elara panowanie nade mną. Gdy na jej skroniach dostrzegam siwiznę. Nie”.

– Żałuję. Zagaduj. która spieszy w moją stronę z wyciągniętymi ramionami. Potem czuję na plecach coś chłodnego i wiem. pistolet wylatuje z jej dłoni. że uderzam twarzą o kraty. Cal kładzie mnie na swoich kolanach i obraca na bok. ostatnie przypełzają cienie. Nigdy nie zapanuje nad błyskawicą. Kilorna i Juliana pędzących tuż za nią. jednak nigdzie nie dostrzegam dziewczyny. „Przynajmniej tyle – myślę. sam cię stąd nie wytaszczę – dyszy Shade. że nogi mam jeszcze w celi. Ktoś nas tu w końcu zobaczy. gdy lekko dotyka mojego ramienia. potem poparzenia i blizny – instruuje sucho Cal. Znów wydaje mi się. pali je. – Naprawdę masz mnie za skończoną idiotkę? – „Rozmawiaj z nią. usiłując przewlec mnie przez kraty. zamykając oczy. Nie potrafię stłumić jęku. znikają w żółtawej chmurze. Wiem. – Zatem niech ci będzie – wzdycha. nigdy nie zapanuje nade mną. a ja otwieram oczy w olśniewająco białym wykafelkowanym korytarzu. Ktoś musi tu przyjść”. Palec leży na spuście. Po chwili znów widzę jej rękę. że rany po oparzeniu zasklepiają się. nagle świat wokół mnie się kurczy. Skinieniem dłoni przywołuje kogoś. – Najpierw ręka. Ktoś mnie przytrzymuje. Drzwi na końcu korytarza eksplodują roztrzaskane rozrastającymi się gwałtownie pniem i konarami drzewa. ale tym razem tkwi w niej pistolet. Zanim jednak dotyk Uzdrowicielki wygładza moją powykręcaną bliznami skórę. – Cameron?! – wołam. rozglądając się za jedyną osobą. Cal uderza w konary płomiennym pociskiem. mgła znika. by wydostać się na zewnątrz.Krztuszę się od śmiechu. „Strażników”. Za gałęziami sunie wirująca mgła. robi mi się słabo. Gdy otwieram oczy. kogo nie widzę. jak zamiera mi serce. widzę odpływającą ode mnie Elarę. Niemal mdleję z radości. Twoje urojenia są takie urocze. Jednak zamiast uderzenia kuli czuję. wstając. Wstrzymuję oddech i przeciskam się między prętami. chociaż na pewno zdążyła już się w nie wdać infekcja. a ja syczę z bólu. przelatuje mi przez myśl i czuję. zrywam się na nogi. Mare. ale wir powietrzny jedynie zasysa zwęglone resztki i wciąż posuwa się do przodu. – Dalej. – A jednak odniosłam zwycięstwo”. W następnej sekundzie ktoś łapie mnie za zdrową rękę i ciągnie do góry. która jest w stanie powstrzymać Elarę. Strażnicy odfruwają razem z nią. do kogo należą. że już nigdy nie wejdę do twojej głowy. gdy czuję na ramieniu dotyk Sary. a jej regularne rysy wykrzywia grymas wściekłości. Gdy widzę Sarę. . ale już po chwili całe ramię mi drętwieje i ból w końcu ustępuje. że spadam. Chociaż wydaje mi się. owiewa mnie znajome ciepło.

Sara trzyma Juliana za drugą rękę. Chce się z nią zmierzyć. a ułamek sekundy później coś mierzwi mi włosy. która od początku wiedziała. Jeśli nade mną zapanuje. ale dlatego że Julian chce się zatrzymać. ale i o twarz. Kiedy jednak zerkam za siebie. Następną gwiazdę łapie w locie i rzuca z powrotem Żeleźcowi. Nie mam jak jej ominąć. cienkie jak żyletka. Uderzam o ziemię. i wlecze teraz wuja za sobą. parę centymetrów od nosa. Skręcam za róg i wpadam na coś. ale jest mało skuteczna i Ptolemejusz kwituje ją krzywym uśmiechem. Pantera. żeby się wyprostować pomimo śmigających naokoło nas ostrzy. zranioną dumę. „Na kogoś”. poznaję to po twardym jak stal spojrzeniu. wpatruje się we mnie oczami czarnymi jak węgle. że jestem inna. Nie. Uśmiech Ptolemejusza robi się jeszcze szerszy. Chwyta mnie za ramiona z prędkością. Zakrzywione wirujące ostrze. zaraz jednak dźwigam się na nogi i zmuszam. muszę przejść obok niej. skrzywdzoną miłość. – Ojciec nie nauczył cię szacunku dla starszych? – chrypi Ara. okrągłe jak talerz. uciekamy! – odkrzykuje Kilorn i popycha mnie w stronę wyjścia. Chodzi jej nie tylko o moją umiejętność.– Już wyszła. Na kolejną osobę. kolejną kobietę. Wiem. Chce stanąć twarzą w twarz z Elarą. że Elara chce dopaść mnie. Nade mną stoi Ara i uchyla się przed następnymi ostrzami pędzącymi w naszą stronę. . które we mnie wbija. Jednak zamiast złamać mi kark czy poderżnąć gardło. – Z przyjemnością. Przez chwilę wpatruję się w kobietę oszołomiona. dzięki której będzie mogła okłamywać całe królestwo i trząść nim. przelatuje tuż obok mojej twarzy. Moje przerażenie powoli znika. zręcznie unikając ostrza. zrobisz coś w końcu? – Pantera trąca mnie stopą. mrozi mi krew. wydaję stłumiony okrzyk i łapię się za głowę. co widzę. Uciekanie zawsze wychodziło mi najlepiej. w której nagle mam kompletny mętlik. które Ptolemejusz wypuszcza w naszym kierunku. Pomścić nieżyjącą siostrę. nie mogąc nawet krzyczeć z przerażenia. Cal jednak nie zamierza stracić ostatniego krewnego. Nadlatują z drugiego końca korytarza. wielmożna pani. Sztuczka robi wrażenie. siłą swojego głosu pokonać jej szepty. jaki mu pozostał. Palce ma wciąż sine od Cichego Kamienia. gdzie kolejna osoba z mojej przeszłości odrywa od łuskowej zbroi metalowe płytki i formuje z nich śmiercionośne gwiazdy. – No jak tam. jednak siły jej wracają. ubrania złachmanione. której nie dorówna żaden człowiek. znów zostanę jej tubą. Kobieta jest szybsza ode mnie. nie na coś. Dlatego biegnę szybciej niż pozostali. głowa rodu Iral. to. aby zabić kolejną osobę. której nigdy więcej nie chciałam spotkać. odrzuca mnie na bok. Ara. Czerwona. Cal niemal siłą ciągnie Juliana – nie dlatego że jego wuj zasłabł. Przyzywam błyskawicę.

Ogień i błyskawica. W bitewnej zawierusze przemy wciąż naprzód. cały czas wystrzały tuż za nami. Shade wykonuje moje polecenie i skokiem przenosi go kilkaset metrów do przodu. Na zewnątrz słońce dawno już wzeszło. Do tego jeszcze Gareth. od czego twoja siostra uciekła! – wołam. Nie. Pieśniarz i Uzdrowicielka znikają razem z nim. Ułamek sekundy później Shade wraca. a z mojego gardła wydobywa się westchnienie ulgi. ale zanim zdąży się pozbierać.– Wreszcie skończę to. Też nie. Mgła i wicher. i czasami wyrządza więcej szkody niż pożytku. srebrnych i czarnych drzwiach. Tam gdzie błyskawica może nas wszystkich ocalić”. pomieszczenia o czerwonych. aby przygarnąć do siebie Juliana i Sarę. Ruszam za nią i sądząc po tupocie nóg. Musi usiąść za sterami i bezpiecznie nas stąd zabrać. „Musimy wyjść na świeże powietrze. Gdy w końcu trafiamy do holu wejściowego. Mężczyzna odskakuje na bok i przylega płasko do ściennych kafelków. Wiem. We mgle i wśród cieni łatwo się zgubić. i modlimy się. – Shade. chwytając za kombinezon Cala. zabierz go do samolotu – wrzeszczę. który potrząsa nami wszystkimi jak kolorowymi szkiełkami w kalejdoskopie. jak czują się pozostali. wolą zaufać własnym nogom i uciec na pustkowie. Przyzywam resztkę swojej energii. Cal jest jednym z dwójki pilotów. Wokół samolotów tłoczą się Nowi i Srebrni pragnący jak najszybciej znaleźć się we wnętrzu jakiegokolwiek pojazdu. posyłając błyskawicę prosto w jego głowę. Nie chcę sobie nawet wyobrażać. Julian i Sara. który momentami bardziej niż walkę przypomina balet. Ara i Ptolemejusz ciągną swój pojedynek. który ich stąd zabierze. których mamy. łokciem łamie Ptolemejuszowi szczękę. Zanim książę zdąża zaprotestować. nie teraz gdy jesteśmy tak blisko celu. który biegnie obok mnie. wijące się cienie. jestem cała potłuczona i niemal opadam z sił. To powinno być tu. Grad metalowych odłamków. jeszcze nie tu. nie tylko ja biegnę jej śladem. w stronę wyjścia zapamiętanego z map. Ja jednak nie widzę nic prócz Pantery i pozostałych odrzutowców stojących spokojnie na pasie startowym. wybuchy jak miniaturowe gwiazdy. I wystrzały. po czym odbija się od niej i wykorzystując siłę rozpędu. którzy jeszcze przed obłąkańczą gonitwą ledwie trzymali się na nogach. Ara w paru nieludzko zwinnych susach przyskakuje do niego. wnikam w swoje kości i trzewia. Niektórzy nie wsiadają do odrzutowców. – Chciałeś powiedzieć. za nimi zaś majaczy szara smuga wisząca nad ciągnącą się po horyzont Mielizną. który rozlega się za nami. że brat zawsze mnie rozumie. co zaczęła moja siostra na arenie – warczy. wbiega na ścianę. kawałek dalej. sięgam głęboko. Pod gołe niebo. żeby korytarze wreszcie się skończyły. Nie może zginąć. i chociaż .

choć spodziewam się. co się dzieje. aby zasłonić ją własnym ciałem. Strażnicy i żołnierze wybiegają przed królową. a kolejni uczestnicy pościgu padają jak rażeni gromem. „Jon”. Długi cienki szpikulec przypominający gigantyczną igłę przecina gardło Ary. gdy znów jestem we wznoszącym się samolocie. Nie jestem w stanie przewidzieć tego. * Nie pamiętam nic więcej do chwili. a moje ciało ma coraz mniej sił. co dzieje się potem. Umiera. choć nie wiadomo. Kilorn zatrzymuje się obok mnie. Niedługo Elara znajdzie się w zasięgu strzału i mojej błyskawicy. a ja w zasięgu jej szeptów. Mogłaby to zrobić tylko jedna osoba. Ptolemejusz pchany siłą rozpędu obraca się w moją stronę. Spoglądam na dwoje Srebrnych zwartych w pojedynku. Nie obchodziło go to. że może nastąpić najgorsze. z którego tryska srebrna fontanna. zanim jego kolana uderzają o ziemię. żeby do tego doszło. Raz po raz pociąga za spust. Wpatruję się jedynie w swoje ręce umazane dwoma kolorami krwi. że wewnętrzna siła rośnie. ale nie potrafię ich zetrzeć. Nie czuje bólu. Wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. aby odskoczyć w bok. Przede mną pojawia się brat. by zabrać mnie do odrzutowca. . W tym samym momencie okrutna lśniąca igła przeszywa mu serce. który toczy się już na pasie startowym i oddziela mnie od samolotów. Po twarzy spływają mi łzy.jestem przez to coraz wolniejsza. karabin ma cały czas złożony do strzału. Shade nie zdąża się zorientować. Napinam mięśnie. Z radością patrzę na niebo. czuję. czy robią to z własnej woli. nie zdążę uderzyć dwa razy. On jednak nie chciał się mieszać i pozostawił sprawy ich biegowi. Mam tylko jedną szansę. które ciemnieje. Pozwolił.

ale jest między nimi również kilkoro Srebrnych. wszyscy w stanie pobitewnego szoku. – Wracamy na Klin. a od kabiny pilota zamknięte drzwi. odciął się zupełnie od . Powinniśmy tańczyć na jej kościach. przyprószonych siwizną włosach zostały jedynie nieliczne przypalone strąki. Nie potrafię się odsunąć od dwóch ciał spoczywających u moich stóp. Pozostałe ciała – szczątki jej strażników – były równie zdeformowane. Nie chce mi się do nich schodzić. żeby mój umysł się załamał. Powiedz mu. Kilorn mruga oczami i spogląda na mnie ze zdumieniem. – P r o s z ę. która zastygła z wsuniętą pod prześcieradło ręką. Chciałabym. Obok klęczy Farley. – Mare. a po jasnych. Dopilnuję tego.Rozdział 27 Nie jestem w Panterze. Elara wygląda brzydko po śmierci. Lecimy masywnym odrzutowcem transportowym skonstruowanym do przenoszenia ciężkich ładunków i maszyn. wielu z nich rannych. – Zmienił kurs? O czym ty mówisz? Wracamy na Polanę. Nie mam pojęcia dlaczego. martwe palce. proszę. co się tam działo. Prosty granatowy mundur przywarł do zwęglonej skóry. – Musisz się położyć. Choć raz jedni i drudzy wyglądają tak samo: skrajnie zmęczeni. żeby zmienił kurs. z dala od pozostałych. Błyskawica powykrzywiała jej mięśnie. – Daj się obejrzeć Sarze. Większość pasażerów to Nowi. na który nawet ona nie zdobyłaby się za życia. rozciągnęła usta w szyderczym grymasie. Chciałabym. by gniły na pasie startowym. którzy trzymają się na uboczu. – Powiedz Calowi. Za sterami samolotu siedzi Cal. do domu… „Do domu”. w ładowni zaś – ponad trzystu zbiegłych więźniów. – Oszalałaś? Pamiętasz. Jednak mimo wszystko królowej nie da się pomylić z nikim innym. czyj to trup. – Widok ciała Elary wyraźnie wytrąca Kilorna z równowagi. Drugich zwłok kazałam nie zakrywać. co zrobi z tobą pułkownik. Jedno jest przykryte białym prześcieradłem przesączonym krwią na wysokości przebitego serca. Ściska w niej zimne. Chce mi się śmiać z jego naiwności. Przyjaciel się nie porusza. jeżeli wrócisz? „Oszalałam”. wygłodzeni. Wszyscy poznają. Zostawiliśmy je. Tutaj przynajmniej panuje cisza. zostaję więc na górnym poziomie samolotu. od ładowni oddziela mnie wąska klatka schodowa. ubrani w łachmany.

Nowemu.koszmaru. Prostuje się i sztywno rusza do kabiny pilota. niewielka cena za uwolnienie paru Nowych. On zrozumie. A kiedy zobaczy. Jej jaskrawoniebieskie oczy otoczone teraz czerwoną obwódką wyglądają upiornie. po czym przenosi wzrok na mnie i wzdryga się. chociaż nie ma pojęcia o tym. ale mało mnie to obchodzi. Za kogo on siebie uważa. cofa się o krok. nawet nie zerkam w jego stronę. który kazał nam to zrobić? – ciągnie wojowniczka. Szaleństwo byłoby cudowną ulgą. ale głos ma zachrypnięty. odkąd wylecieliśmy z Corros. – Tylko ja”. Jon. żeby płakała. Wygląda. Jest nas zbyt wielu. – Mówisz o nieboszczce? – Zerka na ciało królowej. aby spełnić moją prośbę. których wyszkoli na żołnierzy i pośle na wojnę. obracając do mnie twarz. Nie widziałam. tylko krzyczała. komu udało się uciec na pokładzie Pantery. skoro zdobyłaś jej głowę? Gdy wymierzam wojowniczce policzek. jak się ją prowadzi. nawet jak dla niego. pochłaniają mnie teraz inne sprawy niż jego dąsy. Przynajmniej jego oczy są zamknięte. który uchował się w tej całej zawierusze tylko dzięki temu. Pomocnikiem rybaka. żeby wciąż chciał się nas pozbyć. Przez przypadek zahacza nogą o prześcieradło i ściąga je z bladej twarzy mojego brata. ale przekonamy się o tym dopiero. – Wbijam w przyjaciela spojrzenie i powtarzam jeszcze bardziej stanowczo: – Powiedz Calowi. że Shade zginie? U p r z e d z i ł c i ę ? Pewnie dla dziewczyny od błyskawic to nic takiego. – Ten idiota. prawda? Zwłaszcza jeśli dorzucić do tego martwą królową. Kto by się przejmował jednym trupem więcej. bardziej z zaskoczenia niż ze strachu przede mną. – Czy twój jasnowidz powiedział ci o tym? Farley odzywa się po raz pierwszy. jakim stało się moje życie. Więzienie stało się grobowcem zapewne dla wielu. – Powiedział ci. – Niech spróbuje. Aluzja dotyka Kilorna do żywego. . którymi będzie mogła rozporządzać. jak gdyby spał. żeby kwestionować moje rozkazy? Jest nikim. jak gdyby przez ostatnie dni nie robiła nic innego. – Pokażesz mu ją? – Pokażę ją wszystkim. który potrafił się teleportować i był wspaniałym człowiekiem. Farley z całej siły napiera na mnie ramieniem i przygniata do ściany. „To nie zwłoki go przerażają – nagle dociera do mnie. „Jak to możliwe. wątpię. Nie dorasta do pięt Shade’owi. żeby zmienił kurs. Gdy z trzaskiem zamyka za sobą drzwi. Jeden marny brat w zamian za kolejnych zwolenników całujących ziemię. że go ochraniam i że ma szczęście głupiego. a nie na zagubionym w dziczy odludziu. Całkiem niezły interes. co mu przywożę. gdy wylądujemy i zobaczymy. po której stąpasz. że Shade zginął?” Nie tylko zresztą mój brat stracił życie w Corros. A wylądujemy w bazie wojskowej na wyspie. Szybkim ruchem poprawiam prześcieradło – nie potrafię patrzeć w jego martwe oblicze – ale gdy się prostuję.

Wpatruje się we mnie szeroko otwartymi oczami. ale staram się. „Kiedy zwątpi”. że nagle coś mi się przypomina. Jon prosił. Odpowiada również krzykiem: – Był kimś o wiele więcej! Jej słowa sprawiają. chowa twarz w dłoniach i pochyla głowę. Uprzejmość nie jest moją najmocniejszą stroną. – Zdradził mi odpowiedź na twoje pytanie. co to wszystko może znaczyć. Teraz jest mi ciebie tylko żal”. drżącej na całym ciele kobiety. Kilorn zaś najzwyczajniej w świecie obejmuje mnie mocno i podnosi do góry. – Był moim bratem! – wrzeszczę do Farley. a krótkie jasne włosy zasuwają się niczym kurtyna wokół jej rąk. Wojowniczka nieruchomieje. ty nigdy nie wiesz. abym przekazała coś Farley. usiłując wyrwać się z uścisku Kilorna. Wiem. ile znaczył dla mnie – odpowiadam. że odpowiedź brzmi: „tak”. – Dajcie jej trochę odpocząć – mamrocze. to idiotyczne. że nie wygra zapasów z księciem. ale Cal znów ją przytrzymuje. poparzenia i szkliste spojrzenie. Mam wrażenie. nad sobą zapanować. patrząc na wojowniczkę. Nie Farley. Kiedyś cię za to podziwiałam. Farley osuwa się na podłogę. – Do cholery. Nie wiem. co się z tobą dzieje? – Cal zatrzaskuje drzwi do kabiny. Mimo że nie mam ochoty nigdzie iść. Potyka się o zdeformowaną rękę Elary. – Powiedział. że niemal słyszę łomot jej serca. Mimo to głos mi drży. że zmarła. ale Elary. – Wiesz. – Jon powiedział mi coś – oznajmiam. ale mimo wszystko nie ufam Elarze nawet po jej śmierci. jak mogę. „Nie będzie już stawiać oporu”. wciąż nie dowierzam królowej. Nie chcę zostawić jej samej. W jednej chwili Cal podcina Farley kolana i powala ją na podłogę. Chociaż na własne oczy widzę jej rany. kiedy odpuścić. po czym chwyta mnie mocno za ramię. „Mój ukochany . Cal również to widzi i odstępuje od skulonej. nie przestaje jej obezwładniać.Drzwi od kabiny pilota otwierają się z trzaskiem. „Kiedy zwątpi”. zostawiając za nimi szlochającą cicho Farley i pochmurnego Kilorna. „Farley. ile znaczył dla niej Shade… – A ty wiesz. Mimo to i tak dostrzegam jej łzy. ale mimo wszystko nie przestaje się szamotać i walczyć. – Coś. oddycha krótko i urywanie. ze środka wypada dwóch chłopaków zaniepokojonych hałasem. co powinnaś usłyszeć. Chociaż obrywa za to łokciem w twarz. Farley rzuca się w moją stronę. ale wiadomość od Jona zwala ją z nóg. A wojowniczce najwyraźniej brakuje teraz wiary. wzdryga się i szybko odskakuje na bok. ciągnie mnie za sobą. Wojowniczka wie.

byłem posłuszny królowi. żeby jej się to nie udało. Cal cofa się o krok. „Nie ma jej. Nie wróci”. który zgotowała mi mutacja krwi oraz moje błędne wybory. Mare? – szepcze. – Nie zabijałem dla przyjemności. Nie kto inny. Spodziewam się. ale właśnie ty powinieneś wiedzieć. ty i Cameron. Książę jednak kręci głową. Ale tym razem nie wróci. kiedy ostatnio przeżyłam jeden dzień. jaki ciężar niosę. – Dźwięk tych słów upaja jak wino. – Któreś z nas musi. – A ja tylko próbuję dopilnować. – Zabiłyście ludzi w centrum dowodzenia. żeby uratować ciebie. Coś w nim pęka. jak gdyby chciał odsunąć się ode mnie jak najdalej. – Elara nie żyje. – A j a jestem Czerwoną. Wtedy jeszcze Shade żył. gdy żył mój ojciec. nie spuszczając ze mnie palącego wzroku. ale dzieje się coś jeszcze gorszego. abym mogła je zliczyć. i teraz znowu. – Parę minut temu zginął mój brat. zabiłyście ich. „Czyli o to mu chodzi”. – Dlaczego mi to wszystko mówisz? – szepczę. Zwykle to ja odsuwałam się od niego. wpada na pulpit sterowniczy. Niemal parskam śmiechem. zbyt wiele. żeby ktokolwiek przygotował mnie na to wszystko. Łzy szczypią mnie w powieki. a w jego oczach dostrzegam cierpienie. Nie zachowuj się tak. żeby uratować ludzi. nie martwiąc się o siebie i swoich najbliższych. – Zrobiłam to.brat. żeby przeżyć. – I wiesz. jak gdybyś nigdy nas nie mordował. Nie zasłaniaj się jego śmiercią. że zacznie się awantura. Byłem żołnierzem. że zwykle nie wrzeszczę na ludzi bez powodu. Już raz go straciłam. Z sykiem wciągam powietrze. teraz jednak to się zmieniło. takie jak zżycie się z Calem”. który wykonywał rozkazy. na los. – Racja. nigdy więcej mnie nie . Cal. Ty tylko zabijasz bez powodu. ty głupi. jeszcze chwila. Nie pamiętam. „Co się ze mną stało? Nie pamiętam. za którymi leży powykręcane ciało. a gorące krople spłyną mi po policzkach. które zazwyczaj chowa za tarczą z płomieni. – To byli Srebrni… – Ja też jestem Srebrnym. tylko tyle. uparty królewiczu bez królestwa. co musiałam. chociaż b ł a g a l i o litość. Ci Srebrni z centrum dowodzenia byli równie niewinni jak ja za czasów. – Co się z tobą stało. Przed oczami przepływają mi twarze zamordowanych strażników i żołnierzy. – Skinieniem głowy wskazuje drzwi. Jak ś m i e s z wywoływać u mnie jeszcze większe poczucie winy? – Ona chciała zrobić z ciebie potwora.

aby wewnętrzne cierpienie stało się łatwiejsze do zniesienia. – Jeśli więc staję się potworem. Rozejrzyj się dookoła. że też za nim tęsknisz. – Grzebałeś w moich rzeczach? – Nie jestem ślepy. – Miłość zaślepia. Równie dobrze mógł chwycić mnie za gardło i ścisnąć. Zmusiłaś Cameron. odesłać unurzane w srebrnej krwi. który nie istnieje. żeby o nich zapomnieć. – Cokolwiek robiłam. Ja ze wszystkich sił próbuję zapanować nad wzbierającą we mnie błyskawicą. ty też nim się stajesz. którymi można manipulować. Cal wpatruje się we mnie. Farley zdradziła własnego ojca. Mam ochotę tupać nogami jak bezradne dziecko. Przez większość czasu uciekasz od odpowiedzialności bycia przywódcą. Mare Barrow. – Nad nikim już nie zapanuje. Zostawiłaś swoją rodzinę bez słowa. Tęsknię za nim. – To mój brat. które nie jest w stanie się odezwać. Robisz. – Każdy rozumie miłość na swój sposób… – Nie wiem. – Powiedziałeś.skrzywdzi”. ale w z u p e ł n i e inny sposób. Mogłaś je spalić. a teraz jeszcze chcesz porzucić dzieci. Nie panujesz nad sobą. które można kontrolować i poświęcać. jedyna osoba całkowicie oddana sprawie. co dalej z tego wyniknie. Nie tylko Shade zginął w Corros. gdy spałem obok ciebie. Po co? Żeby przyprzeć pułkownika do muru? Objąć tron? Dać nauczkę każdemu. człowieku. żeby przyłączyła się do nas. Czuję coś ostrego na nadgarstku i dociera do mnie. ale kolejne narzędzia. kto krzywo na ciebie spojrzał? Czuję się jak łajane dziecko. obronić się. – Widzisz wokół siebie nie ludzi. których zabiłaś. wyrzucić. a przez resztę zachowujesz się jak nietykalna męczennica biczująca się poczuciem winy. Spuszcza wzrok. . zawsze przy mnie byłeś – mówię. kolejne superbronie. Myślałem. co możesz. Lekceważysz wszystko i wszystkich. Tak mi powiedziałeś – szepczę. liczy się dla ciebie tylko lista Juliana. Widziałem. A kiedy tego nie robiłaś… chyba po prostu chciałem zobaczyć. jak zdejmujesz te liściki z ciał. a jego twarz się zmienia. – A do tego wciąż myślisz o Mavenie. czy ty w ogóle potrafisz kochać – przerywa mi. że wpijam paznokcie w skórę. Nie tylko ty się poświęcasz. że je porwiesz. ale nie zatrzymać. zostawić je na Polanie. – Mimo to nie czujesz wyrzutów sumienia z powodu tych. zadaję sobie fizyczny ból. ponieważ ze wszystkich sił stara się nie wybuchnąć płaczem. Nie zaczytywać się nimi.

– Masz na myśli wojnę domową? – Ród przeciwko rodowi. Tylko Czerwoni pozostaną zjednoczeni. Nowych i Srebrnych. żeby ochronić wszystkich. o której mogę teraz myśleć. Chcę. jakie to uczucie. i ludzi. Rozumiesz to? Przytakuje ledwie dostrzegalnym skinieniem głowy. kosztowny. Nie ma chmur ani wiatru. – Muska moją rękę. co zechcesz. Maven karmi kłamstwami całe królestwo i dzięki temu ciągle jest o krok przed nami. pogoda jest idealna. metodycznie i spokojnie objaśniać mu swój plan. Cal otwiera szeroko usta. żebyśmy wkroczyli na tę drogę. co muszę”. Norta upadnie. Nikt nie powinien umierać w taki dzień. na których mi zależy? Czy można wyjaśnić. Dość tego. niemal wpadając na ścianę. – Możesz polecieć po dzieci z Polany. Ale nieuchronny. „Dawno temu zmusili nas. Dlatego milczę. jak bardzo bolą niezabliźnione rany i wspomnienia? I jak bardzo dotknęły mnie jego słowa? Nie potrafię dowieść swojej miłości do niego. do rodziny. – Nie dotykaj mnie więcej. do Kilorna. których ona więziła. Jak mam mu udowodnić. żeby go obalić. którą zabiłam. gdy wylądujemy na Klinie. – Zamierzam zrobić to samo z ciałem królowej. Pewnie tym właśnie są. Pułkownik jest mi jednak potrzebny. Moja słowa brzmią jak trzaśnięcie drzwiami. – Kiedy w końcu się odzywam. ale odskakuję. choć może powinnam.Trudno się obronić przed tym oskarżeniem. Nic. – Prosty. Nie potrafię ubrać uczuć w słowa. Robię tylko to. – Po zamachach w Archeon Farley i Szkarłatna Gwardia wykorzystali serwisy informacyjne Srebrnych. nie wystarczy. żeby wcielić plan w życie. po tych. co zrobiłam i co próbuję zrobić. do Duszni. To jedyna rzecz. Niech więc obalą go jego ludzie. że się myli? Jak pokazać. zaczynam powoli. co do tej pory zrobiliśmy. – Mare. żeby publicznie wziąć na siebie odpowiedzialność za te wydarzenia. których tak łatwo zostawiłam na pastwę losu. Wasza Wysokość. Shade nie powinien był zginąć tak pięknego dnia. Wysiadam z transportowca jako pierwsza. czym się stałam. Ty zrobisz. niebezpieczny dla obu stron plan. żeby nie postradać zmysłów. żeby każdy mieszkaniec Norty zobaczył kobietę. gdy zawodzi się po raz kolejny? Czy można wytłumaczyć. Srebrny przeciwko Srebrnemu. I dzięki temu zwyciężymy. – A potem pójdę na północ. tuż za mną idą najsilniejsi z więźniów niosący dwoje . potrzebna mi jego pomoc. my powstaniemy. Czerwoni niczym świt. * Na Klinie wita nas rześkie jesienne powietrze i promienie słońca.

żeby się tym nie przejmować. żeby coś ci podarować. Na Klinie jest cała moja rodzina. Myślenie o nim to strata czasu. wokół którego ustawili się pielęgniarze i pielęgniarki w białych fartuchach. Ada żwawym krokiem idzie w kierunku muru uzbrojonych Lakelandczyków. niż przypuszczałam. – Przyleciałam. o co mnie prosi. mama i tata będą wypatrywać mnie i Shade’a. Nie mają rozkazu. Ale parę godzin. które spędziłam na wpatrywaniu się w zwłoki Elary. Powtarzam sobie.przykrytych noszy. co ukradłaś? Zmuszam się do śmiechu. czy idzie gdzieś na czele naszego pochodu. torturowano ich i mordowano. Wydają się skoncentrowani. żeby zobaczyć blokadę rozstawioną przez pułkownika na pasie startowym. Gdy z transportowca zaczynają wysiadać pierwsi więźniowie. ja jednak w tym momencie myślami jestem przy drugich noszach. w dziwny sposób podniosło mnie na duchu. Pantera doleciała przed nami. ale zobaczą tylko jedno z nas. przeprowadzano na nich eksperymenty. Robię. ale co ważniejsze: mężczyzn i kobiety. Nie wiem. Królowa się nie obudzi. Zostali pojmani i zamknięci z rozkazu króla Mavena. Lakelandczyk stoi na dachu kabiny ambulansu. żeby strzelać. – Zerkam za siebie. opanowanych gwardzistów i ciekawskich gapiów. Przy jednych kroczą Kilorn i Farley. że pomoc medyczna będzie pilnie potrzebna. tył odrzutowca otwiera się. Muszę osłonić oczy przed słońcem. tymczasem widzę ludzi dumnych i hardych. niżbym chciała. znajoma rampa opada i dostrzegam schodzącą po niej Adę. Przeklinam w duchu samą siebie. Mężczyźni. podnosząc rękę. przynajmniej na razie. Dziewczynka. aby określić stojącą za mną gromadę obdartusów – … ludzie? – Do dzisiejszego ranka ci ludzie byli więźniami w tajnym obiekcie zwanym Corros. panno Barrow! – woła pułkownik. – Tym darem mają być ci… – szuka odpowiedniego słowa. – Bliżej nie trzeba. Prawdopodobnie Ada powiadomiła ich przez radio. i zatrzymuję się pięć metrów przed kordonem. Tak samo zresztą jak Cal – po naszej ostatniej rozmowie nie mamy i już nie będziemy mieli sobie nic więcej do powiedzenia. czy może w ogóle nie wysiadł z samolotu. Za nią maszeruje druga część zbiegów z Corros – jest ich mniej. którzy je dźwigają. „Nie obchodzi cię twoja rodzina”. ale nie zdenerwowani. Z tej odległości widzę wycelowane w nas lufy. Może Cal miał rację. podobnie jak ja bałam się go w samolocie. którzy trzymają broń. bo na pewno zapominam o niej częściej. Koniuszki jego ust się unoszą. chcąc choć trochę rozluźnić atmosferę. dostrzegam jej czarną foremną sylwetkę po przeciwległej stronie pasa. która w Corros omal nie . Nigdy więcej nie odezwie się do mnie. wydają się bać transportowanego ciała. spodziewając się zobaczyć twarze zgnębione cierpieniem. – Przyleciałaś oddać to.

Cal. gdy jedną rękę unoszę do góry. – Przynieście ją – rzucam do mężczyzn stojących przy noszach. – A także Srebrni. w mózgu. Karabiny Lakelandczyków celują teraz także w nich. Nie obracam się. a gdy znajduje Farley. Lakelandczyk reaguje dokładnie tak. wykonują polecenie i kładą zwłoki u moich stóp. całą swoją uwagę skupiam na pułkowniku. Najbardziej powykręcane ma palce. jak gdyby miała się za chwilę rozpłakać. Ręce i nogi zdążyły jej zesztywnieć. jedną z wielu gwardzistów. że powstrzyma łzy. ale jej zaciśnięte piąstki świadczą o tym. pułkowniku.spadła z pomostu. żeby na niego zerknąć. wygląda tak. – Pusta pogróżka. – Chcesz się założyć? – Znam twoje rozkazy. Nikt jednak nie błaga o litość. – Prezent dla ciebie. Pułkownik traci trochę animuszu. – Sprowadziłaś tu Srebrnych?! Oszalałaś?! – woła w panice. Pułkownik kładzie rękę na zawieszonej u pasa kaburze. na których leży nakryte białym prześcieradłem ciało. Wspomnienie szeptów Elary jest we mnie tak żywe. pułkowniku. – Za dziewczynką niczym jej ochroniarz stoi opiekuńczy nastolatek o pomarańczowych włosach i skórze zbyt bladej jak na Czerwonego. – Gotuj broń! Około czterdzieściorga ustawionych w dwuszeregu lakelandzkich żołnierzy wykonuje rozkaz. kule wślizgują się do komór. że ją zabiłam”. Barrow? Książę? Zmarnowałaś najlepszą kartę przetargową. że mam wrażenie. z prawej dłoni wystaje . Skończyli z błaganiem. cofają. Ich karabiny szczękają jednocześnie. i nie ma w nich słowa o tym. Broń jest gotowa do strzału. jaką miałaś? – Zgaduj dalej – rozlega się głos dobiegający z tłumu. „Myślał. prawda? – Doskonale pamiętam Ellie Pukawkę. drugą zaś powoli odkrywam zwłoki. choć drżącymi rękami i chwiejnym krokiem. – Trącam stopą nosze. Dowództwo chce mnie żywą. pułkowniku. czymkolwiek ono jest. Lakelandczyk wytrzymuje moje spojrzenie i ani na chwilę nie odrywa ode mnie wzroku. – Kto to jest. iż czuję jej macki na swoim sercu. Jej słowo nie może się równać słowu pułkownika. Z przerażeniem uzmysławiam sobie dlaczego. tacy jak ja. ci zaś bez szemrania. – Z trudem powstrzymuję uśmiech. ale tak samo rozkaz Lakelandczyka jest niczym w stosunku do rozkazów płynących z Dowództwa. aby wszyscy mogli je obejrzeć. Stojący za mną więźniowie wzdrygają się. – To Nowi. ale ani myśli dać za wygraną. którym nakazano udzielać nam wszelkiej pomocy. a bruzda między brwiami nieco łagodnieje. w całym ciele. – Chcesz rozpakować? Spojrzenie pułkownika momentalnie biegnie w stronę tłumu za moimi plecami. jak się tego spodziewam. żeby zabić dziewczynę od błyskawic. w jego zdrowym oku coś migoce.

chociaż każdy kto by chciał. Zrobiono ze mnie Mareenę Tytaniusz i ogłoszono. Twarz ma zamaskowaną czerwoną chustą. Mam czerwoną krew. cały czas tylko patrzy. W ostrym świetle hangarowych lamp krople krwi połyskują niczym maleńkie rubiny. rozpoznałby go po przekrwionym oku. – Nazywam się Mare Barrow – mówię do kamery i staram się nie wyjść na idiotkę. do Czerwonych urodzonych z dziwnymi mocami przypominającymi umiejętności Srebrnych. Jeden czy dwóch zasłania ręką usta. * – Jeszcze raz – rzuca pułkownik. którą się czuję. którzy lekko opuszczają broń. – Wzdrygam się. że jestem Srebrną z racji urodzenia. Nie stać go na to. – Urodziłam się we wsi Pale położonej w dolinie rzeki Capital. Pułkownik wciąż milczy i się nie porusza. – Król Maven powiedział wam. uciekajcie.fragment kości. że zdał sobie sprawę ze swoich wcześniejszych błędów i zgodził się przyjąć Nowych. która robi tanie sztuczki. – Czy to jest ta. które dla nich wybudowała. jeśli dzięki temu ma powstać . żeby się z nią pożegnać. Będziemy walczyć i umierać za was. – W ranie zaczynają tańczyć iskry. Król wie o waszym istnieniu i chce was dopaść. Przytakuję skinieniem głowy. ale ponieważ potrafię to… – wyciągam ręce i przyzywam iskry. – Ale to też nieprawda. – Co zamierzasz z tym zrobić? – Król i całe królestwo zasługują na to. Zabita przez Nowych i Srebrnych w więzieniu. Dlatego zaklinam was. Dla mnie liczy się to. Czerwone oko pułkownika połyskuje. że jestem zwykłą oszustką. – W przeciwieństwie do Srebrnych władców nie chcemy podziałów między nami a pozostałymi Czerwonymi. Poznał prawdziwą wartość – i siłę – ludzi takich jak ja. o której myślę? – pyta schrypniętym głosem. Tak samo jak sztuczkami nie są zdolności innych ludzi podobnych do mnie. królowa Norty. Zwracam się teraz właśnie do was. Znajdźcie Szkarłatną Gwardię. żeby stłumić okrzyk. gdzie nadano mi nowe imię i kazano żyć w kłamstwie. Stojący obok pułkownik prostuje się dumnie. To jednak nie moja sprawa. aby również z nas uczynić swoich wrogów. które tworzą wokół moich dłoni skrzące kule − … sprowadzono mnie na dwór króla Tyberiasza Szóstego. Matka króla. gdy przeciągam nożem po dłoni w miejscu już wcześniej skaleczonym. To nieprawda. Znajdźcie mnie. Po dłuższej chwili mruga oczami. nieprawdaż? Pułkownik uśmiecha się identycznie jak Farley. gdy przedstawiam się po raz szósty w ciągu ostatnich dziesięciu minut. – To wyjaśnienie powinno wystarczyć na tę chwilę. – Elara z domu Merandus. ponownie zajmując pozycję. Pierwsi reagują lakelandzcy żołnierze.

Teraz są z nami. żywi. Powstańcie i przyłączcie się do nas. – Uzbrójcie się. Gdybym to zrobiła. – Oznajmiam i mocniej chwytam ciało Elary. patrzę prosto w obiektyw i staram się nie mrugać powiekami. Boją się w a s i tego. jeszcze bardziej w tym momencie nienawidzę siebie za to. Zaginionych potomków domów Iral. – Wpatruję się intensywnie w obiektyw. – Co ty wyprawiasz. Skonos. królowa Norty. Czerwoni niczym świt. Nie ruszam się. że tracę własną duszę. Barrow? . aby jak najszybciej wyszorować dłonie wapnem. które trzymam w rękach. Po sześciu próbach wreszcie udaje nam się wyrecytować jednym głosem: – Powstańcie. Chwyćcie za broń. Lerolan. – Nawet w chwili. Powstańcie. Kamera się wyłącza. łopaty. co robię. czym możecie się stać. żeby pomścić tych. Osanos. Odłóżcie siekiery. których opłakiwaliście. żeby im pomóc. Myślę o wszystkim. Powstańcie. Zostali oni bezprawnie uwięzieni. Pułkownik piorunuje mnie wzrokiem. z tą resztką dobra. z oczu popłynęłyby mi łzy. – Jest was więcej niż waszych panów i oni o tym wiedzą. gwardziści opuszczają swoje bazy i przyczółki. poddani torturze Cichym Kamieniem. aby mogła ją zarejestrować stara charkocząca kamera. postępując krok w przód. To jest Elara. Przyłączcie się do nas. Gdy wplątuję palce między strzępy jej włosów i unoszę jej głowę tak. z trudem powstrzymuję łzy.nowy świat. wiedząc. które we mnie zostało. Szkarłatna Gwardia uwolniła tego ranka więzienie. Krewni. żebyście łatwiej mogli ich znaleźć. Powstańcie. w którym znaleźliśmy zarówno Czerwonych. żyją. Oni was pokierują. Zwracajcie się do Pukawek w waszej okolicy. Boją się tego. Czerwoni niczym świt. – Walczcie i zwyciężajcie. jak i Srebrnych. że wnętrzności przewracają się we mnie i myślę tylko o tym. Chociaż nienawidzę Elary. Zwycięstwo jest możliwe i z waszą pomocą może nadejść już wkrótce. że on również będzie to oglądał. które muszę powiedzieć. Mimo to wyduszam z siebie słowa. bracia i siostry – dodaje pułkownik. Straciłam już Cala – odrzuciłam go – teraz zaś czuję. – Teraz zwracam się do Srebrnych z Norty. Lakelandczyk ze złością zrywa z twarzy chustę. Kolejna część przesłania sprawia. – Wasi król i królowa okłamali was i zdradzili. Na szczęście wierzę w nie i ta wiara trochę mi pomaga. a my ją zabiliśmy. skazani na śmierć za nieistniejące zbrodnie. Jacos i wielu innych. tylko nie o zwłokach. których nie zdołaliśmy uratować. – Maven to p o t w ó r. gdy to mówię. igły i miotły. Walczcie. Całe to przedstawienie wydaje się sprzeczne z ludzką naturą. Wasz król jest potworem.

a jednak czuje przede mną lęk. Nie muszę sięgać po błyskawicę. Brał udział w dziesiątkach bitw i pewnie nieraz ledwie wywinął się śmierci. – Skończyłam. – Proszę bardzo. a w swoim życiu zabił ich może tysiące. żeby mógł za nią szarpnąć. żeby zdobyć posłuch u ludzi. – No to spróbuj zawlec mnie tam z powrotem. Po przeciągającej się chwili milczenia kiwa głową. – Ułatwiam ci życie. Dziel i rządź. Ten człowiek wtrącił kiedyś Cala do lochu. Nie pokazujcie naszych patroli. że skończyliśmy… – warczy. to nagranie wznieci pożogę. nie powiedziałem. lecz dlatego iż tak chcę. – Wyciągam rękę w bok tak. – Barrow.Patrzę mu w oczy. Chociaż gwardziści milczą. Obracam się na pięcie. pułkowniku? Bo na pewno nie chodzi o zdrowy rozsądek ani nawet o rozkazy z Dowództwa. pułkowniku. żeby zapamiętać ich imiona. – Co się stało. że zmieniłeś o nas zdanie. – Obracam się do ekipy obsługującej kamerę. Pułkownik rusza za mną i nie odstępuje mnie na krok. i on dobrze o tym wie. gdy przepycham się i wychodzę z hangaru. l e p s z a od niego. pułkowniku. ale gdy się zatrzymuję. Chcieli się z tobą zobaczyć. Zobaczycie. – Chodź za mną. – Idźcie do baraku Srebrnych i sfilmujcie ich. że się ze mną zgadzają. której nawet Maven nie będzie w stanie ugasić. . Już nie. Wróciłam na Klin jako wojowniczka równa jemu. Jeśli się odważy. nie zaprzątałam sobie głowy tym. urywa. Obracam się powoli. wiem. aby spojrzeć mu w twarz. Nie powinien obawiać się dziewczyny takiej jak ja. ale nie dlatego że tak mi rozkazał. Dowodzi setkami żołnierzy.

słudzy. nigdzie jednak jej nie widzę. Nie musi podnosić głosu. Wielu z nich przybyło z Lakelandii. żeby nie kręcił się w pobliżu. Tym lepiej. Na pasie startowym za mną rozlega się znajomy ryk silników Pantery. Z najwyższym trudem nadążam za Lakelandczykiem. Wolę. nie przyglądał mi się i nie oceniał każdego mojego ruchu. Pod gołym niebem między barakami odbywają musztrę chłopi. ale zatłoczonym pomieszczeniem. przemycono ich z dalekiej północy – tak samo jak znoszone z pirsu skrzynki z bronią i żywnością – ale dostrzegam również sporo Nortańczyków. Doskonale pamiętam to miejsce – byłam w nim przecież więziona – ale teraz nie obawiam się już tutaj niczego. kierujemy się w stronę pulsującego energią serca baraku i całej wyspy. Po drodze mam okazję przyjrzeć się nowym żołnierzom. Uśmiechnęłabym się na tę myśl. Nie mam pojęcia. Nic dziwnego. Zarówno my. Na tym tle wyraźnie odcina się dwóch mężczyzn noszących ciężkie. że ostatnimi czasy uśmiech kosztuje mnie zbyt dużo. wszyscy natychmiast wykonują jego rozkaz. Zostają jedynie mężczyźni ubrani na zielono i odnoszę wrażenie. sprzętem radiowym i mapami rozłożonymi w każdym możliwym miejscu. skoro na wyspie stłoczyło się dodatkowo trzystu więźniów z Corros oraz posiłki sprowadzone przez pułkownika. W dyspozytorni roi się za to od niebieskich lakelandzkich mundurów i czerwonych chust gwardzistów. Gdy . wyblakłe zielone mundury z czarnym wykończeniem. wypełnionym ekranami. Teraz zmierzam do niego w biały dzień w towarzystwie pułkownika. a nawet paru wytatuowanych techników. Poprzednim razem musiałam się zakradać do jego wnętrza. dezerterzy. z jakiego państwa czy królestwa pochodzą. – Opuścić pokój – rzuca pułkownik. Spodziewam się zastać tu zaaferowaną wydawaniem rozkazów Farley. a strzegący go żołnierze bez słowa rozstępują się przede mną. który dziarskim krokiem maszeruje przez główny plac w stronę brzegu.Rozdział 28 Klin wydaje się teraz mniejszy i ciaśniejszy. gdyby nie to. Pewnie Cal zgodnie z zapowiedzią poleciał na Polanę. Idziemy przez wąskie korytarze ukrytego pod wodą bunkra. że czekali na tę chwilę. Wielu z nich przybyło na wyspę w ciągu ostatnich miesięcy. Barak numer jeden. Dyspozytornia okazuje się niewielkim. jak i zamontowane pod sufitem przewody. która wzbija się i pomału niknie na bezchmurnym niebie. To pierwsza fala uciekinierów szukających schronienia przed Środkami Bezpieczeństwa – i z pewnością nie ostatnia. Bolą mnie od niego blizny na szyi i niezagojone rany w sercu.

– Nie rozumiem. że tak jak Piedmont mieści się na południe od nas i jest rządzona przez iluś tam Srebrnych książąt. i nie pochodzą ani z Norty. „Zaczyna mnie to denerwować”. „Żeby można było rozpoznać. Mierzy spojrzeniem pułkownika i wydaje mi się. Różnią się tylko brzydkimi bliznami na policzkach: jednemu poszarpana linia znaczy prawą stronę twarzy. Jemu chyba to nie przeszkadza. czego nauczyłam się podczas lekcji spędzonych nad mapami. – Proszę nam wybaczyć – dodaje Rash. brunatne oczy. że nie ma obok mnie Juliana. który jest który”. Montfort. ja jednak nie kwapię się jej uścisnąć. górzysta kraina położona tak daleko. „Przybyliśmy z daleka – powiedzieli. – … ponieważ republika jest dobrze strzeżona. zauważam. – Panno Barrow. Nauczyciel wspominał. drugiemu – lewą. żeby znaleźć ciebie i tobie podobnych. ani z Lakelandii. ponieważ ciągnie niewzruszony: − Nazywam się Rash. brązową skórę i nienagannie przystrzyżone bródki. takie same czarne kręcone włosy przylegające do czaszki niczym czepek. – Mutacja sprawia. zauważając moje zniecierpliwienie. że nawet mrugają w tej samej chwili. gdy dostrzegam. do usług – wtrąca się drugi. – Pułkownik Farley również nie rozumiał… – zaczyna Tahir. Ci mężczyźni z pewnością są Nowymi. a mój brat to… – … Tahir. Z gracją i znów zadziwiająco zgranym ruchem pochylają głowy. Te same oznaczenia dostrzegłam na skrzynkach podczas swojej ostatniej wizyty w bunkrze. Przechodzi mnie dreszcz. I czekaliśmy na ten dzień… – … niemalże całą wieczność – dokończa za brata Rash. Nagle żałuję. miło nam w końcu panią poznać. że niemal po drugiej stronie świata. że głęboko w jego oczach czai się niesmak. – Od kogo? – Zapiera mi dech w piersiach. Mają identyczne rysy twarzy. niemal kręci mi się w głowie. Mężczyźni są bliźniakami i jest w nich coś niepokojącego. łącząca ich więź nie jest naturalna. – Mamy dla ciebie wiadomość i propozycję. że obydwaj mają na mundurach odznaki w kształcie białego koła z ciemnozielonym trójkątem pośrodku. – Przybyliśmy z daleka. . – Czyli skąd?” Bliźniacy ciągną melodyjnym chórem: – Z Wolnej Republiki Montfortu. ukryta za górami… − wtrąca się Rash. który pomógłby mi przypomnieć sobie to. – … śniegami… – … murami… – … i pomysłowo zaprojektowana.obracają się do nas idealnie zsynchronizowanym ruchem. – Mężczyzna z blizną na prawym policzku wyciąga do mnie rękę.

– Przenosi spojrzenie na pułkownika i dodaje znacząco: – Ale łącząca nas więź nie zna granic. jak nazwać Czerwono-Srebrnych – tłumaczy Tahir. – Mimo to po plecach przechodzi mi dreszcz. – Jest nas wielu na całym świecie. My również mamy wspólnego wroga. Jego własna ręka drga niespokojnie na kolanach. Montfort ukrywało się przez dwadzieścia lat. Chociaż nigdy nie słyszałam o Czerwonych Generałach. ale teraz zaczynam rozumieć coraz lepiej strukturę Gwardii. – Nie musi. Do gry przyłączył się kolejny gracz. „Srebrni. Ludzie pokroju Mavena. którego Lakelandczyk nie zdołał jeszcze rozgryźć. Ambasadorzy nie muszą się orientować w tym. „Czasami nie mam wpływu nawet na swoje życie. Jednak pułkownik nadal ma pochmurną minę. – Teraz przestaliśmy się już ukrywać. jak na przykład w waszym kraju. Wojowniczka nigdy nie wyjaśniła. Czerwoni Generałowie z Dowództwa. Trudno o zgodę co do tego. żeby Srebrni w królestwach takie jak Norta czy Lakelandia spali spokojnie. w jaki zwracają się do mnie. w tym czasie odbudowywaliśmy republikę wyczerpaną trwającymi przez wieki wyzyskiem i tyranią. a na twarze mężczyzn wypływają uśmiechy. przysłał nas jako ambasadorów. czego ci ludzie tak naprawdę chcą. którego nie potrafię zlekceważyć. Co będzie z nimi?” Podobnie jak pułkownik postanawiam poczekać i zobaczyć. Chronimy swoich. a co dopiero na pozostałych”. – Premier Davidson. Uśmiecham się szeroko. kogo ma na myśli. podczas gdy Czerwoni padają jak muchy. ale ze strachu.że nasze mózgi są połączone. ile wiem – czy raczej ile nie wiem. Julian jest Srebrnym. . a jego przekrwione oko połyskuje groźnie. Mamy własną armię i flotę i nie zamierzamy dłużej siedzieć bezczynnie. chcąc wyciągnąć rękę do Szkarłatnej Gwardii – oznajmia Rash. a Żarliwych często spotyka jeszcze gorszy los. ale każdy kraj ma na to swoje określenie. – Cal jest Srebrnym. że nie muszę ci tego tłumaczyć. Bywa to dość… – … wkurzające – dokańczam. „Och”. – Pułkownik Farley dwa tygodnie temu wyraził gotowość do zawarcia sojuszu. Nie pozwolimy. Zagadkowa instytucja tak często wspominana przez Farley wydaje mi się coraz bardziej znajoma. w drugich trzyma się to w tajemnicy. To znaczy. Na razie wiadomo tylko jedno: mają wspólnego wroga. że jestem w ich oczach wpływowym przywódcą w Szkarłatnej Gwardii. – W Montforcie podobnych nam nazywamy Żarliwymi. ponieważ nikt inny nie chce tego robić. „Dowództwo”. W jednych miejscach mówi się o tym otwarcie. decyzję poparli jego zwierzchnicy. tak jak w naszej republice. zachowuję kamienną twarz. że pułkownik przyjął nas nie z dobroci serca czy nawet nie z konieczności. Ze sposobu. mimo iż sprawia mi to ból. wynika. Myślę. – Czyli jesteście Nowymi? Tak samo jak ja? Obydwie głowy pochylają się przytakująco. przywódca republiki.

będą po prostu spokojnie żyć jako wolni ludzie. który nie tylko was ochroni. którego centrum znajduje się w republice. w którą miałabym się wcielić. gdzie jestem. których sama dobierzesz i przeszkolisz… „Nowy król będzie siedział na tronie wzniesionym przez ciebie”. Rash i Tahir wymieniają znaczące spojrzenia. Przypominają one szprychy w kole. Wycierpieliśmy to samo i po prostu chcemy. Cameron powiedziała mi to kilka dni temu. – Źle nas zrozumiałaś – odzywa się Tahir. – Będziesz miała własny oddział. „Nie ma nic za darmo”. Serce wali mi jak młotem. A zwłaszcza dla ciebie. żeby już nigdy nikogo nie spotkał taki los. ale i zagwarantuje wolność. – Jest mi dobrze tu. że chodzi o wszystkich Nowych prócz mnie. jak się wtedy czuła. abyś t y eskortowała Żarliwych – oznajmiają jednocześnie. Klepie palcem bliznę pod lewym okiem. Mare Barrow.– Zawarliśmy sojusze z podobnymi ugrupowaniami i ruchami w różnych państwach na całym kontynencie. jak strasznie prawdziwe mogą się okazać jej słowa. obserwują mnie bystrymi oczami. Proponujemy azyl dla takich jak my. – Spoglądam na pułkownika. gdy byłam nikim. że bracia potrafią porozumiewać się ze sobą bez słów. ale wyniosłam stamtąd jeszcze jedną naukę. „Premier prosi”. żebym mogła to zliczyć”. – Tylko Nowych? Powiedzcie. patrzę na jego zdrowe oko. gdy zmusiłam ją. żeby się do nas przyłączyła. Proponują nic więcej jak kolejną maskaradę. – Rash przeszywa mnie spojrzeniem. niczego więcej. pomału podnosząc się z krzesła. „Będziecie po prostu spokojnie żyć. utworzyliśmy skomplikowaną sieć powiązań. ich oczy się zwężają. – „Nie będą musieli walczyć”. gdy uważałam się za osobę aż nazbyt przeciętną. . Powinnam była się domyślić. Nie wątpię. W rodzinnej wiosce nauczyłam się doceniać normalność. „Kłamią. – Co chcecie w zamian? – pytam. – Ale będę mogła wybrać tylko Żarliwych? – odpowiadam. i zaczynam rozumieć. Pragnęłam wtedy spokojnego życia. – Premier Davidson prosi. obydwaj”. – Jesteśmy tacy sami jak ty. – Wszystkim Żarliwym z Norty proponujemy azyl w naszym kraju. Nie będą musieli walczyć. kolejną rolę. szepcząc tak jak Elara. Żarliwych. Taka jest nasza propozycja. – Ile razy marzyłam o takim losie? – Zbyt wiele. Nawet w Palach. – Jesteś urodzoną buntowniczką i zaangażowanie kogoś takiego jak ty będzie nieocenionym wsparciem podczas zbliżającej się wojny. choć obawiam się usłyszeć odpowiedź. W świecie polityki nie ma próśb. Teraz już wiem. jak to naprawdę jest w waszej republice? Czy nie wymieniliście po prostu starych Srebrnych panów na nowych? Bracia nie ruszają się z miejsca.

Nie mam siły sprzeczać się z nim. Odpowiedź Tahira mrozi mi krew w żyłach. – Przynieście mi głowę Mavena Calore. ale wyraz jego twarzy zbija mnie z tropu. Lepiej jeśli nie będą mieli okazji rozpamiętywać twoich grzechów zbyt długo. jak ich zwą. ilu zechce z wami pójść. panno Barrow. przez którego nie mogę nawet wyjść z baraku w spokoju. Problemy Czerwonych. Przypomina mi się zdjęcie z jego kwatery. zobaczysz czyny. Są tu pewne sprawy. – Unosi brew. usmażę was obu.Chmura z jego czoła zniknęła. którą podejrzewałabym o to. – Zabiłaś wilczycę. Kiedyś miał jeszcze drugą córkę i żonę. – Wszyscy potrzebujemy trochę czasu – odpowiadam krótko. – Nie ucieknę. – A czynami? – pyta Rash. – Kolega z wioski. zwłaszcza że ma rację. – Jeśli zamiast słów. że nie można mnie kupić obietnicami. – Odpowiem. Możecie wziąć tylu Nowych. Niezależnie od tego. że mnie zrozumie. nie teraz. Powiedzcie waszemu przywódcy. Do tego twój brat… – Postępuję krok w stronę pułkownika i to wystarcza. przez jakiś czas nią kroczyłam. opiera się o zimną. – Co takiego? – odburkuję. że patrzy na mnie ze zrozumieniem. a stanę się podnóżkiem waszego premiera. – Dziwne. – Z utratą krewnego zawsze trudno się pogodzić. że sprzeczki z bliźniakami nie doprowadzą donikąd. którymi nie musicie zawracać sobie głowy. – Wyrazy współczucia – mamrocze po dłuższej chwili. ale żadna z nich nie mieszka na Klinie. Skłóciłam się z ludźmi. gdy rzeczywiście je zobaczę. – Chichocząc. A jeśli spróbujecie zrobić cokolwiek przeciwko mojej woli. i pokazałam im swoją ciemną stronę. unosząc jedną wypielęgnowaną brew. twój książę i moja córka… mam wrażenie. Zabicie szczeniaka powinno być dla ciebie niczym. czy wtedy zmienisz zdanie? Tę drogę już znam. . wilgotną ścianę korytarza. ale nie mnie. niezależnie od tego. chociaż jest ostatnią osobą. Spoglądam ze złością na pułkownika. Mam dość królów. żeby zamilkł wystraszony. * Szybkim krokiem wymaszerowuję z dyspozytorni. Wiem jednak. którzy są mi najbliżsi. – Przyprowadziłaś ze sobą wielu ludzi. jakiego koloru jest wasza krew i za jak bardzo wyzwolonych się uważacie. którymi muszę się zająć. Wydaje mi się. odwracam się do wyjścia. ale po drodze straciłaś tych. wzruszam więc ramionami. z którymi stąd wyjechałaś. – Nie daj im go za dużo. że wszyscy oni cię unikają.

zapewne za sprawą Sary. mają przemaszerować przez okopy i ruszać prosto na ziemię niczyją. oprócz tego. żeby poczekać. – Z tego co wiem. Myślę. Jednak to nie żaden z Barrowów znajduje mnie w izbie. że w końcu zrobimy razem coś pożytecznego. i przypłacił to życiem. jedna ręka wyciągnięta w moją stronę i krew chluszcząca z jego piersi. gdzie podziewa się córka.– A co to za problemy Czerwonych. Leżę na boku. które nie przestają wracać. jego szeroko rozwarte oczy. kiedy skończysz się nad sobą użalać? Gwałtownie siadam. żeby nakryć się kołdrą po sam czubek głowy. Gdyby nie dziwaczny strój złożony z niedopasowanych ubrań pochodzących z magazynów Gwardii. Pierwszy z legionów dziecięcych zostanie wysłany do Duszni. Kręcę głową. która została po odejściu Shade’a. gdy ukryłam się w lesie. Sarze pozwolono opuścić barak przeznaczony dla Srebrnych i Uzdrowicielka w parę chwil poradziła sobie z wyleczeniem rannych. – Mam przyjść później. Błękitne wcześniej niebo pomału szarzeje. to nie. chcąc mu coś udowodnić. że wybieram się na północ. odzyskał również utracone zęby. Po części rzuciłam tę deklarację w gniewie. Ostatnie chwile Shade’a. – Oddech więźnie mi w gardle. o których wspomniałaś? Coś o czym powinienem wiedzieć? Jeszcze w samolocie powiedziałam Calowi. Być może nadchodzi kolejna burza. Jednak gdzieś w głębi ducha wiem. co mówiła Ada. * Pogrążona w ciszy izba chorych to dobre miejsce. że tak właśnie należy postąpić. żeby mnie uratować. – Dowództwo rzeczywiście kazało mi udzielić tobie wszelkiej potrzebnej pomocy. które zajmuję. Pościel jest miękka. Pięć tysięcy dzieciaków zostanie zmasakrowanych. przez którą zginął ich syn. Wrócił. Zbyt długo przymykałam oczy na pewne sprawy. nadchodzą falami i chłoszczą bez litości. Srebrny rumieniec wrócił na jego twarz. Kładzie dłoń na pistolecie. – To będzie rzeź. Czuję się tak samo jak kilka miesięcy wcześniej. a może to w oczach mi się mąci. i z trudem opanowuję nagłą chęć. wpatruję się w podłużne okno przede mną. może nie potrafię już znieść widoku słońca i pięknej pogody. gdy przypominam sobie. Teraz wszystkie łóżka są puste. – Kilka dni temu przechwyciliśmy rozkaz wymarszu. – Nowi? – dopytuje pułkownik. Chcę się schować przed wspomnieniami. a mój wzrok pada na Juliana stojącego w nogach łóżka. prostuje się i spluwa na podłogę. . nie umiejąc spojrzeć na Gisę i jej pogruchotaną dłoń. Rodzice pewnie się zastanawiają. zniszczona od nazbyt wielu prań. Teraz nie jestem w stanie wrócić do rodziny i stawić czoła pustce.

Julianie. – I dzisiaj znów to powtórzę: wszyscy i w s z y s t k o może nas zdradzić. co warto. niż wykorzystać wolny czas na chociażby rozmowy z Nowymi. – Doskonale potrafisz kłamać. – Czy kiedykolwiek to robiłem? – Nie – odpowiadam szeptem. uspokajanie zdenerwowanych Srebrnych. – A ty uznałaś. Jednak Juliana nie tak łatwo wywieść w pole. Wiem. a w zapadniętych oczach dostrzegam czającą się głęboko pustkę.znów wyglądałby jak dawniej. abyś usłyszała. To chyba trochę więcej niż chwila. czystością. że każdy może zdradzić każdego. abym na niego spojrzała. jak gdyby przed chwilą wyszedł spod prysznica. – Nie słuchasz nikogo. Na . których dokonujemy. czekam na pułkownika. – Dawny nauczyciel sili się na życzliwość. – Jeśli już musisz wiedzieć. Nawet nasze własne serce. – Ty też będziesz na mnie krzyczał? Uśmiecha się smutno. Mare. ale marnie mu to wychodzi. z bliska. że godzę się na to bez słowa protestu. i okoliczności. – I nie zamierzam zacząć. nie zmuszę cię do posłuszeństwa. w jakich przychodzi nam żyć. – Czy już nigdzie nie można choć przez chwilę odpocząć? – prycham i z powrotem opadam na cienką poduszkę. tak samo jak nikt nie rodzi się samotny. – Nigdy. że pamiętasz moje słowa. Dopiero teraz. jednak ty mnie już nie słuchasz. – Z moich obserwacji wynika. że lepiej się zdrzemnąć. Jestem tak bardzo zmęczona. Nie zmuszę cię do tego. – W porządku. Przyszedłem tylko powiedzieć to. Jak zwykle. – „Sprawa załatwiona”. że ukrywasz się już od ponad godziny. „Nawet Sara nie potrafi uleczyć duszy”. Zostawię ci wybór. Mare – odpowiada z uśmiechem. – „Aż nazbyt dobrze”. – A kaznodzieja potrzebuje słuchacza. Spodziewałabym się po nim różnych rzeczy – uśmiechu. Pachnie świeżością. Paroma szybkimi krokami zbliża się do mnie i siada na skraju łóżka. – Julianie… – Nikt nie urodził się złym człowiekiem. żebyś mnie wysłuchała. Nawet Cala. że zacznie od połajanki. Stajemy się tacy przez wybory. Planujemy razem akcję i w tej chwili zbiera ochotników. nawiasem mówiąc. opatrzenie ran czy spotkanie ze swoją zrozpaczoną rodziną? – Twoich kazań brakowało mi akurat najmniej. jak bardzo wychudł. może nawet słów podziękowania – ale nie tego. – Powiedziałem ci kiedyś. – Ścisza głos i obraca moją twarz tak. choć wolałabym milczeć. zauważam.

jak umiem. – Postaram się. robiłaś wiele złego i to cię zmieni. „Ja również”. choćbym miała za to zapłacić najwyższą cenę. potworne rzeczy. wątła pierś wypina się dumnie. co będę musiała zrobić w najbliższej przyszłości. Biały pokój. wybrała źle? „Nie. że ty. – Miałam kiedyś nauczyciela. Uścisk jego dłoni uspokaja. Widziałaś wiele złego. kimś. – Poprosić ją? Wstaję powoli na drżących nogach. że nasza więź jest słabsza niż wcześniej. kto nie kocha i nie jest kochany? Czy zostanę dziewczyną.okoliczności nie mamy wpływu. ale postanawiam się nie ruszać. – Postaram się wybrać najlepiej. Nagle uderza mnie dziwna myśl i przez chwilę się zastanawiam: czy Julian będzie kiedyś opowiadał o mnie swoim uczniom? Za parę lat. mam cię zaprowadzić do twojej rodziny czy sama znajdziesz drogę? Nie potrafię się powstrzymać od sarkazmu. Pod rozchylonym kołnierzem mojej koszuli dostrzegł znamię na obojczyku. bardzo się o ciebie martwię. które chciałabym usunąć. Robiłam różne rzeczy. – Jak zatem będzie. Nie zdradzę siebie. Julianie – szepczę. Ramię w ramię wychodzimy z izby. Zima czeka za . niezależnie od tego. Kładę rękę na jego palcach. Mam w sobie dość siły”. ale jeśli chodzi o wybory… Mare. żebym obnażała kłamstwa na każdym kroku. Mam wiele ran. kimś takim jak Elara. Zastanawiam się. ale czuję. czy go nie zakryć. Jestem Mare Barrow. na które nie zasłużyłaś ani ty. ani nikt inny na tym świecie. Nie mogę tak myśleć. jeśli dokonasz złych wyborów. – Twój nauczyciel był mądrym człowiekiem. i nie zasługuję na wybaczenie. która pomimo starań. jak to naprawić. znasz do nich drogę? – Niegrzecznie jest zarzucać kłamstwo starszym od siebie. dla wszystkich”. dziewczyno od błyskawic. Tak się nie stanie. gdy stanę się kimś nikczemnym. Zauważam. Tak naprawdę pragnę ukryć wypaloną literę „M” przed sobą. Została nadszarpnięta i nie wiem. – „Niech służy jako przypomnienie i przestroga. który namawiał mnie. że przygląda mi się bacznie i nagle światło w jego oczach gaśnie. kim możesz się stać. w którym powoli zapada szary mrok. Na dworze również zrobiło się ciemniej. – Sara może się tym zająć – mówi cicho. ale tę bliznę wolę zostawić. – Chcesz mi wmówić. Mimo to widzę przebaczenie w oczach Juliana i widok ten napełnia mnie nadzieją. Bardzo martwię się o to. Nie stanę się potworem. rozbrzmiewa echem naszych kroków. wyrządzono ci tyle krzywd. Wycierpiałaś tak wiele. Oczy Juliana błyszczą. Srebrny. nie przed nim. – Nie.

Raczej nie ma możliwości. Nix. – Pewnie musi być wam wszystkim trudno. Chociaż . Gdy przechodzimy przez główny plac. którego śmierci jestem pewna. Pułkownik nie wie. Ale to nie najlepszy pomysł. – Znajdę cię później. żeby zakaz był egzekwowany siłą. drugie są zajęte przenoszeniem ładunków. Udaje mi się wypatrzyć Adę. jak postępować ze sporą grupą Srebrnych uciekinierów i pewnie nie trzeba będzie długo czekać na pierwszy błąd z jego strony. Ketha. w końcu jednak odnajduję drzwi z przywiązanym do klamki fioletowym skrawkiem materiału. „Nie płakać przy mamie. Nie mam na razie siły opłakiwać nikogo więcej niż tego. zmierzając w stronę baraku numer trzy.progiem i wkrótce zapuka do naszych drzwi. „Cameron. kolejne po prostu kręcą się bez celu. przeprosić Farley. mimo to nauczyciel stosuje się do niego. Obok klęczy Lory. które mnie cuci. Jedne ćwiczą. – Zamierzam być „grzecznym” Srebrnym – tłumaczy szyderczo. gdzie oni są?” Robi mi się niedobrze. Twarz ma czerwoną od płaczu i na ten widok całe moje opanowanie rozsypuje się w drobny mak. – Wzdycham i w myślach do nieustannie wydłużającej się listy zadań dodaję stłumienie buntu w zarodku. żeby wpuścić mnie do środka. Wiedzą. przejście jego korytarzami dalej przypomina kluczenie po labiryncie pełnym zakrętów i zakamarków. – Ściskam go za ramię. staram się więc opanować rozedrgane wnętrzności i odsunąć od siebie myśl o niepewnym losie towarzyszy. przebić głową mur”. rozglądam się po bazie i dostrzegam parę znajomych osób. która wślizgnęła się pod zepsutą ciężarówkę z instrukcją obsługi w ręku. Barak nic się nie zmienił. Są zamknięte. Ja jednak z przyjemnością wdycham chłodne powietrze. – „Na razie”. Gareth. żeby ocalić pięć tysięcy dzieci. – Coś długo cię nie było – warczy. ale skuteczne ostrzeżenie. Otwiera mi Bree. muszę więc zapukać. żeby pokonani. – Sara zajmuje się leczeniem. odsuwając się. przeszukując stertę narzędzi. wymyślić coś. – Pułkownik w swojej ł a s k a w o ś c i pozwolił nam opuszczać barak i w żaden sposób nie chciałbym nadużyć jego zaufania. Raz czy dwa gubię drogę. – Postaram się tym zająć. udobruchać gromadę Srebrnych. Oprócz tych paru osób nie widzę nikogo z Polany i czuję. którzy idą pobiegać. Kilka metrów dalej Darmian przyłącza się do oddziału gwardzistów. Proste. Julian jedynie wzrusza ramionami. i nie będą się awanturować… na razie. Wydaje się wykonalne. Julianowi nie wolno wchodzić na teren baraku numer trzy. co dla nich zrobiłaś. Informuje mnie o tym z cierpkim uśmiechem. niedożywieni i rozzłoszczeni Srebrni kręcili się w kółko po wyznaczonym terenie jak lwy w klatce. jak strach ściska mi żołądek. a w jego głosie pobrzmiewa pogarda. Babcia.

– Był jednym z tych. – Rozwaliłaś go? – Zabiłam wielu ludzi. a gdy mnie widzi. ale nie cofa ramienia. że nie przyszłam wcześniej. Spuszczam wzrok. – Na arenie Kościńca Cal mógł zabić tego przeklętego Samosa. Odezwa powinna zostać wyświetlona jutro wieczorem. Dwa z kilku przypadkowo ustawionych tu krzeseł zajmują Gisa i Tramy. Gisa wierci się na krześle. Oczy ma pełne łez. – Rozprawiłaś się z nim przynajmniej? – Bree znów zrywa się na nogi. żeby się czymś zająć. – Coś mi mówi to imię – rzuca Tramy. Nie dopadł ciebie. nie potrafi usiedzieć w miejscu. który siedzi sztywno obok niej na wózku. Z tego samego powodu zaczynam opowiadać o nagraniu i o naszych dalszych planach. Żeleźca. Od . ilu. Tata. – Powinnam była znaleźć czas. Bree wzdryga się. – Wiesz. Zamiast tego kładę dłoń na ręce brata. – Królowa? – szepcze. – Pamiętam – mamroczę mimowolnie. że wśród zabitych była królowa. Łatwiej mi rozmawiać o zwłokach Elary niż o zmarłym bracie. tak żeby słyszały mnie pozostałe osoby w pokoju: – Przepraszam. – Miałaś do załatwienia ważne sprawy – oznajmia. którzy mieli cię zabić w Archeonie. Zawsze był szorstki. żeby czuć się tak bardzo zagubionym na tak małej przestrzeni? – Przywiozłam jego ciało. jak gdyby chciał mnie zastraszyć. Porusza chorą ręką. patrzy prosto na mnie. – Przywieźliśmy też i jej ciało – dodaję niemal zbyt ochoczo. – Postępuję parę kroków w przód. wolę patrzeć na buty niż na jego oczy pełne urazy. – Przepraszam – mówię. – Jeden strzał w serce i po człowieku. chyba tylko po to. jego ani niczyjej. ale pierwszy raz odczuwam jego słowa jak policzek. a skrzypiący materac ugina się pod jego masą.zaciskam szczęki na dźwięk jego ostrego tonu. że nie boję się już siły. aby nie dopuścić do pełnego napięcia milczenia. – Widzieliśmy je – odburkuje Bree. siadając na pryczy naprzeciwko mamy. Przez jego litość nie żyje mój brat. – Głos mi się łamie. Jak to możliwe. na którym siedzi z podkulonymi nogami. ale zlitował się nad nim. nie odcinam się. po czym dodaję głośniej. kto go zabił? – Ptolemejusz Samos. podczas serwisu informacyjnego. dorwał za to Shade’a. Mama podnosi się na łóżku i w końcu postanawia na mnie spojrzeć. Zapomniał chyba. wiem tylko. Staje nade mną. ale ciągnę dalej: – Nie mam pojęcia. odwraca się i chowa twarz w poduszkę. Mama leży zwinięta w kłębek na swoim łóżku. – Brzmi to jak oskarżenie. – Rozumiemy to.

– Żadne z moich dzieci nigdy więcej nie pojedzie do tego miejsca. zwiewny obłok przesuwający się po pustym niebie. Czuję się paskudnie. który chwyta się deski. teraz zaś pragnę móc zapomnieć ten widok. – Pułkownik. że nie mogę tego zrobić. – I mówię mu. Nigdy nie chciałam zobaczyć. że niemal spodziewam się. – Łapie mnie za rękę niczym tonący. że kolanami uderza w moje nogi. wyciąga drżący palec i wbija we mnie obłąkańcze spojrzenie. jaka płynie w nich krew. N i g d y. przypomina lekki. a odkąd usłyszał o wojnie domowej. ale jutro będzie inaczej. – Staram się go udobruchać. aby się nie rozsypać. – Daniel. – Niech idzie ktoś inny – mruczy tata. z jego twarzy nie schodzi szeroki uśmiech. gorliwy król. gdy dostrzegam. Gisa nie podziela ich entuzjazmu. już niedługo. Dalej dzielimy ludzi na gorszych i lepszych w zależności od tego.czasu wprowadzenia Środków Bezpieczeństwa codzienne oglądanie transmisji jest obowiązkowe i każdy Nortańczyk w porze kolacji musi strawić kolejną porcję kłamstw i propagandy. że się boi. na jakiś czas kończę z werbunkiem. tato. – Głos mamy jest cichy. że nie mogę ci tego zabronić. – Wierzę. pięć tysięcy czyichś synów i córek. . jeszcze jedno zwycięstwo na froncie. Cameron od początku miała rację. Zwykle jestem skuteczna. Bree przemierza pokój. – Daj mi słowo. jak mój ojciec płacze. A świat usłyszy nasze wezwanie do boju. Kiedyś przez Dusznię tata stracił nogę i płuco. – Pewnie nie posiedzisz tu zbyt długo – mówi ze smutkiem. Podjeżdża do mnie z takim impetem. ten cały książę. Mare Barrow. Młody. To miejsce odebrało mu tak wiele. i tym podobna sieczka. Jednak tym razem ojciec nie daje się łatwo zbyć. zwłaszcza w mamie. iż spadnie z wózka. – Niech ona idzie. Tata ryczy tak głośno. – Nie ma mowy! Po moim trupie! – Rzężenie w jego płucach wzmaga się. że moje słowa wzbudziły w nich iskrę nadziei. ale ostatnim razem opuściłam ich bez słowa i nie chcę znów im tego zrobić. i trzeba z tym wreszcie skończyć. dlatego teraz trajkoczą jak najęci. Miałam nie mówić wszystkiego. Całe królestwo zamiast triumfów Mavena zobaczy martwą królową. k t o k o l w i e k inny. I nie waż się mówić. iż teraz Dusznia odbierze mu również mnie. Nic dziwnego. – Nie. – Potrzebują cię na kontynencie. Tramy jak zwykle bierze przykład z brata. jak gdyby z trudem chwytał oddech. Pięć tysięcy dzieci. żebyś dalej werbowała. – Wiesz. dlaczego. że mogę i to z r o b i ę. walcząc ze wszystkich sił. bo uwierz mi. snując marzenia o wspólnym natarciu na Archeon i zatknięciu szkarłatnego sztandaru na ruinach Pałacu Białego Ognia. – Wybieram się do Duszni.

aby nie szli ze mną. jaką kiedykolwiek usłyszałam z ust Bree. aby mnie przytuliła. gdybym rzeczywiście chciała ich zatrzymać. Siadam więc na łóżku obok mamy i pozwalam jej. Potrzebuję ich. zanim tata naprawdę zwariuje. co zapakować”. żeby ich powstrzymać. Nie potrafię jednak tego zrobić. Okazuje się to jednak za mało. smutek ustępuje miejsca wściekłości. – Pójdziemy razem z nią. Kiedyś zastanawiałam się nad tym. jak ogromny kawał mojego życia bracia przegapili – ale to działa w dwie strony. Po dłuższej chwili uzmysławiam sobie. żebym dostał zawału. on zna Dusznię. To nie mógł być zwykły szczęśliwy traf. Moje milczenie to dla nich wystarczająco czytelny znak. dociera do mnie. Stali się wojownikami tak samo jak ja. Przesiedzieliśmy w okopach ładnych parę lat. Żałuję. unoszę dłoń. obracając się do moich starszych braci.Gdy zdejmuję palce taty ze swojego nadgarstka. Ze wszystkich sił staram się nie rozpłakać. co? – warczy. Pozostaje mi mieć nadzieję. Bree i Tramy są inni. „Patrzy. . że nie mogę im powiedzieć. – Pułkownik również idzie. podobnie jak potrzebowałam wcześniej Shade’a. To chyba najmądrzejsza uwaga. choć z drugiej strony przetrwał na froncie prawie pięć lat. że nie zaprowadzę kolejnego brata prosto w objęcia śmierci. – Chcecie. – Ale nortańskie okopy są inaczej ułożone. – My wiemy. nie musicie… – Może od strony Lakelandii. O cztery dłużej niż większość Czerwonych żołnierzy. Bracia zaczynają się pakować. Bree odzywa się. przegląda rzeczy. – Mare nigdy nie była w Duszni. – Bree stoi już przy swoim kufrze. Posłuchaliby mnie. Pogubiłby się w parę chwil. Kręcę głową. nie wie. jak tam jest – wtrąca Tramy. że również płaczę. że się trzęsę. Nigdy nie był wyjątkowo bystry. Ojciec purpurowieje na twarzy. niż ich zapamiętałam. zanim zdążę zaprotestować.

aby na sali zgromadzili się powołani rozkazem żołnierze oraz ochotnicy. gdy zaraz za nimi w progu stają Cal oraz Julian i Sara. aby przekrzyczeć zgiełk. Ostatnio. Nie jesteśmy ostatnimi. Lakelandczycy zachowują się karnie. zajmują miejsca tuż za mną niczym moi ochroniarze. Tylko Farley nie podnosi wzroku. stawia je koło mnie i opada na nie ciężko. Wciąż nie widzę Niksa. trudno usłyszeć. „Może zdecydowali nie przyjść na spotkanie. Został jej przywrócony stopień kapitana. Teraz zachowuje się jakby nigdy nic i niemal spodziewam się . Gdy w towarzystwie braci wchodzę do kantyny. Mojemu wejściu towarzyszyła cisza. Książę odwraca się pierwszy. wszystkie spojrzenia kierują się w moją stronę. co dokładnie wołają. która zapanowała. nie potrafię jednak odetchnąć pełną piersią. W ogólnej wrzawie. ale ich wywołuje poruszenie. kierując się na przód sali. Przytrzymuje drzwi.Rozdział 29 Kantyna pęka w szwach. siedzą spokojnie i w milczeniu. i wita się ze mną przez salę krótkim skinieniem głowy. Pułkownik zaledwie godzinę temu ogłosił. znajduje miejsce na tyle sali. Ciągnie ze sobą krzesło. Mijam tylne rzędy. głównie Lakelandczycy. ale ich okrzyki mają jednoznaczną wymowę. Bree i Tramy również siadają. Biorę głęboki wdech. To Lory i Darmian. hałas milknie. który dopiero co przyleciał z Polany. – Co to za impreza? – pyta głośno. Julian i Sara trzymają się blisko niego i zdają się nie zwracać uwagi na gwizdy i szyderstwa. Tak sobie tłumaczę. Oblewam się rumieńcem. Pewnie mają już dość narażania życia”. że odbędzie się nabór osób chętnych do wyruszenia w „misję pierwszorzędnej wagi”. kiedy się widzieliśmy. zdejmował mnie z Farley. aby wejść mógł również Kilorn. Spoglądam na przyjaciela ze zdumieniem. owijając nią ręce. Na końcu do kantyny wślizguje się Harrick. starając się odczuć ulgę. a także Cameron. „Nie chcemy was tutaj”. i to wystarczyło. Serce zaczyna mi bić dwa razy szybciej. Wita się ze mną nieznacznym skinieniem głowy. ale ona zdaje się tego nie zauważać. która wstaje obok niej. jak byśmy najzwyczajniej w świecie zasiadali do lunchu. siadając obok Farley. i w tym momencie rozlegają się oklaski. natomiast Kilorn rusza do przodu. Gwardziści są o wiele bardziej hałaśliwi. kipiąc oburzeniem. jedynie Farley nie podziela ich podekscytowania. Przez sekundę spojrzenia moje i Cala się krzyżuję. „Przeżyli”. Garetha ani Kethy. którzy przybyli. Na widok trójki Srebrnych na nogi zrywa się wielu zebranych. tymczasem do aplauzu dołącza się Ada i – ku mojej radości – Babcia. ale zebrani w niej ludzie nie czekają na posiłek. Siedzi sztywno na krześle i w zamyśleniu bawi się czerwoną chustą.

Mają moje pozwolenie na obecność podczas narady. Żołnierze w niebieskich mundurach natychmiast się podporządkowują. Rozkłada szeroko ręce i gestem prosi o spokój. . Mam wrażenie. twój czy pułkownika? Jak na dany znak do kantyny wkracza Lakelandczyk. – No dobra. żeby słyszał mnie ktoś prócz niego. – Nie byłaś sobą – szepcze mi do ucha. – Dziękuję. – Zapomnijmy o tym. Przynajmniej na razie. Ale jak jeszcze raz ci odbije. pewnie chwytam owoc i zatapiam w nim zęby. – Cisza – rzuca pułkownik. Kilorn na chwilę zamiera. O wiele bardziej na miano kapitana drużyny zasługiwałaby Farley czy choćby Cal. gdy rozciągam usta w uśmiechu. – Jak wiecie. ale są sprawdzonymi sprzymierzeńcami w walce o sprawę. – Przestań. nie chcąc. że do wojska zaczęto wcielać bardzo młodych rekrutów. Kilorn wyjmuje jabłko z kieszeni kurtki i częstuje mnie pierwszym kęsem. którzy mają za sobą zaledwie dwa miesiące szkolenia. ponieważ zgłosiliście się na ochotnika do udziału w operacji. nawet piętnastoletnich. W tych okolicznościach jego krótko przystrzyżone włosy i przekrwione oko przydają mu autorytetu. milkną i siadają. To oświadczenie zamyka wszystkim usta. a gdy Lakelandczyk omiata kantynę gniewnym spojrzeniem. że nie pierwszy raz wygłasza taką przemowę. – Tych troje to Srebrni. ale nie wytykam mu tego. – Jesteście tutaj. gdy gwar na sali stopniowo zamiera. ale na pewno nie ja. Będziecie traktować ich jak sojuszników. – Mój – mruczę. obniżenie wieku poborowego sprawiło. Pułkownik wskazuje ręką tył sali. – Jesteśmy wielce zobowiązani Mare Barrow i jej drużynie za przekazanie nam tej informacji. To wymaga wielkiej odwagi i wszyscy zasługujecie na najwyższą pochwałę – ciągnie Lakelandczyk. żeby podnieść mnie na duchu. – Kłamie. Julian i Sara. Mimowolnie wzdrygam się. Jasne? Blizny mnie pieką. stając na przodzie sali. owszem. – Ściszam głos. jak towarzyszy broni. skąd w moim przyjacielu ta zmiana. – Jasne. Chociaż nie rozumiem. jak gdyby się zamyślił. Zaraz jednak macha ręką i uśmiecha się szelmowsko. Obecnie jeden z takich legionów maszeruje na front. Liczy sobie pięć tysięcy młodocianych żołnierzy. podobnie jak władczy ton.zobaczyć jego zwykły szelmowski uśmieszek. gdzie usiedli Cal. widywałem cię w gorszych akcjach. pozostali również się uspokajają. nie znając jej celu ani przebiegu. Zabiera mi jabłko i sam odgryza kolejny kęs. a jego głos przecina powietrze niczym trzask bata. będziemy musieli załatwić to jak w Palach. „Moja drużyna”. – Przez tłum przebiega gniewny pomruk. o co chodzi z tą pierwszorzędną misją? Czyj to pomysł.

– To niedorzeczne. która będzie polegała na ataku z dwóch stron poprowadzonym przez pułkownika Farleya i przeze mnie. na gołą tylną ścianę kantyny. Myślicie. żeby wszyscy mogli mnie dobrze widzieć i słyszeć. Dwa frachtowce powinny wystarczyć. którzy mogą ujść za piętnastolatków. – Staram się. że książę jest wściekły na nasz idiotyczny plan. Naszym zadaniem będzie oddzielenie Srebrnych oficerów od dzieci. Tym razem to ja cały czas zmuszam się. . Może mieszankę obydwu tych uczuć.– Panna Barrow również jako pierwsza zgłosiła dobrowolną chęć udziału w misji. że dzieci zostaną wysłane prosto do Duszni. wymyślić cokolwiek innego niż przechodzenie przez tę przeklętą strefę śmierci. czy dostrzegam w nich gniew. o którym mówimy. jak mogę. że w jego szyi coś chrupie. Pułkownik staje przy mnie i kręci głową. żeby odwracać wzrok. że dokonacie tego wy i garstka dzieciaków? – Obraca się do mnie i patrzy niemal błagalnie. – Z naszych informacji wynika. aby wiedzieć. czy podziw. na linii lakelandzkich okopów. żeby przewieźć nas stamtąd na sporne tereny. Nie muszę podnosić wzroku. jeśli mu nie przeszkodzimy. że Cal zerwał się na nogi. wycofamy się nad jezioro Edris. – Mój oddział będzie czekał na północy. Gdy nasze oddziały się spotkają. Proponuję przeprowadzenie operacji. Uruchomię swoje kontakty w armii. ukryć w lasach. ale moje spojrzenie wciąż wędruje w stronę Cala. – Kiedy Wasza Wysokość ostatnio był w okopach? Cal odpowiada bez wahania. Osiągnie swój cel. aby zastraszyć wszystkich Czerwonych i wymusić posłuszeństwo. na jego policzkach jaśnieje rumieniec i nie można mieć wątpliwości. która nie dopuści do tej tragedii. a następnie marsz do Duszni. – Przez sto lat żadnemu nortańskiemu legionowi nie udało się przejść na drugą stronę Duszni. patrzeć prosto przed siebie. – Lepiej zawrócić ich do Corvium. Zaciska pięści. Mam ochotę uśmiechnąć się na ten widok. – Legion. został nazwany Małym Legionem – oznajmiam i podnoszę się z krzesła. Otwiera szeroko zielone oczy i nie umiem stwierdzić. N i g d y. Król chce je uśmiercić. żeby zdobyć czas potrzebny pannie Barrow na bezpieczne przejście. Kilorn obraca twarz w moją stronę tak gwałtownie. Przeszywają mnie dziesiątki pełnych wyczekiwania spojrzeń i w głębi duszy po raz kolejny dziękuję za lekcje u pani Blonos. Pułkownik przyjmuje wybuch Cala ze spokojem. – To samobójstwo! – woła ktoś z sali. Po wymarszu legionu z Corvium przeniknę w jego szeregi razem z żołnierzami. nie zatrzymując się w okopach.

Na niego staram się nie patrzeć. jesteśmy szczęściarzami. Ada. „Strata czasu”. zamiast niej wstają inni gwardziści. które dotykają do żywego. że tych troje w ogóle nie dotarło do Pantery ani transportowca. że my. Gareth. Choć przybył nie ze względu na Shade’a. Dziś utrzymują dwa. przypominam sobie słowa. Staram się ze wszystkich sił. ale nie chce włożyć płaszcza. przychodzi mi do głowy. Wojowniczka jakby przyrosła do krzesła. której w głębi ducha mi brakuje. „Całkiem niezły interes”. – Kto idzie ze mną? Kilorn wstaje pierwszy. Wielu nie miało tyle szczęścia. Darmian. że nie zmienię decyzji. Za nagrobki służą kamienie i głazy.– Pół roku temu. między skibami niedawno przekopanej ziemi wiją się długie źdźbła trawy. Na przykład Nix. zastanawiając się. Wszystko. stoi kawałek dalej. Po nim ruszają się inni – Cameron. Dusznia jest otwarta. z odwagą. Ketha. jak gdyby chciał mnie podpalić samym spojrzeniem. Pułkownik przytakuje. Siedzący z tyłu sali wygnany książę zdecydowanie wstaje. w stosownej odległości od grobu. Czerwoną chustę. owinęła wokół nadgarstka tak mocno. Pułkownik również przyszedł na prowizoryczny cmentarz. Ale nie Farley. ale na pogrążoną . Ale trzysta osób ocalało. tyle samo ile Norta. co mogłoby we mnie zapłonąć. się wypaliło. podczas gdy wasza armia będzie zajęta obroną wyniszczonego pasa nikomu niepotrzebnej ziemi. zgodnie z moim przewidywaniem. Trzysta żyć w zamian za czterdzieści pięć śmierci. – Lakelandczycy zamierzają przeprawić się przez jezioro Tarion. Barrowowie. a twój brat nie ma o tym pojęcia. że w moim głosie to słychać. i mam nadzieję. – Zatem co? Zasadzka? Dywersja? – rzuca Cal. Panna Barrow mogłaby wejść w Dusznię z zawiązanymi oczami i wyszłaby po drugiej stronie bez najmniejszego draśnięcia. – Właśnie to chcę zrobić – oznajmiam powoli. Wpatruje się we mnie. że zsiniała jej dłoń. Wiem jednak. które prócz nich pochłonęło jeszcze czterdzieści dwie ofiary. Babcia. nawet Harrick. – Pół roku temu Lakelandczycy utrzymywali na froncie dziewięć legionów. Gdy spuszczamy do dołu zbitą z desek trumnę. które możemy pochować. co to wszystko może oznaczać. którą się bawiła. * Groby na Klinie są świeże. pewnie. jak wyliczyła skrupulatna Ada. na których najbliżsi mozolnie wyryli napisy. Zginęli w Corros. Farley obejmuje się ramionami. Przynajmniej mamy ciało. aby ochronić się przed zimnym wiatrem. Z relacji Ady wynika.

że nic na tym świecie nie jest sprawiedliwe. Ku mojemu zdumieniu robi to Gisa. Przynajmniej w końcu mamy coś wspólnego. – Może to kolejna wymiana. Zdobywam się jedynie na skinięcie głową. Milczymy. one tymczasem wydają się być w bliskich stosunkach. Marzę o czymś ciepłym i krzepiącym. Gdy podnoszę wzrok. a na jej twarzy maluje się szał rozpaczy i gniewu. jak gdyby chciała je zerwać z siebie razem z głową. . Gwiżdżący wiatr przeszywa mnie do szpiku kości. – Z trudem wydusza z siebie słowa. sam zaś nie jest widziany i nie musi się kryć ze wzruszeniem. Pochowanie Shade’a tutaj wydaje się nie w porządku. Zdążyła już wszystkie wypłakać. które w ostatnich miesiącach urosły i teraz sięgają niemal do podbródka. najukochańszy brat. Powinien spocząć w domu. dopóki na cmentarzu nie zostajemy tylko ja i Farley. żeby przyjść na pogrzeb. w lasach. niemal otwieram usta ze zdziwienia. z którego wszystko widzi. Farley odgarnia rozwiane kosmyki tak gwałtownie. Zdążyłam jednak się przekonać. – Nie idę z tobą. nie potrafi patrzeć. który mógł nas wszystkich spotkać”. Nie miałam pojęcia. – Zrobiłaś dla nas wystarczająco wiele. Chyba za trudne było dla niego przyjście na pogrzeb Shade’a. zawsze wiedział. które tak bardzo kochał. Żadne z nas nie jest w stanie wykrztusić choćby słowa. a książę nie znalazł w swoim upartym sercu dość odwagi. Litery wyglądają jak wyryte pazurami przez dzikie zwierzę. Nie mogę jednak liczyć na ramiona Cala. – Przychodzą mi do głowy coraz mroczniejsze myśli. Mama jako ostatnia sypie do dołu garść ziemi. „Jon wiedział. w jej oczach nie widać łez. Mój najmądrzejszy. że pani kapitan poznała się z moją siostrą. żeby tak się stało. prycha pogardliwie. Rozumiem. „Jak to możliwe. aby ją pocieszać. „Shade Barrow”. nawet Kilorn. co powiedzieć. że już go nie będzie? Jaka to sprawiedliwość?”. Co pewien czas opuszcza głowę. a nie na pustynnej wyspie między wydmami i betonowymi barakami. Mnie nikt nie stara się pocieszyć. Podchodzi do wojowniczki i obejmuje ją w pasie. Oprócz dojmującego żalu czuję lekkie ukłucie zazdrości. Słysząc moje oświadczenie. P o z w o l i ł. który zawsze mnie ratował. Mój brat nie żyje. wojowniczka patrzy na mnie. Może to najlepszy z losów. głosi napis na prymitywnym nagrobku. Wpatruję się w ubitą ziemię tak długo. Oczy zachodzą mi mgłą. że do tego dojdzie. wolał usiąść na pobliskim wzniesieniu. Nie zasłużył sobie na taki los. a gdy Farley jej na to pozwala.w żałobie córkę. Wiatr mierzwi jej włosy. nie zbliża się do niej. nad rzeką. gdzie towarzystwa będzie mu dotrzymywać jedynie puste niebo. kolejny interes. jak Bree i Tramy zrzucają na trumnę pierwsze łopaty ziemi. a nie wyżłobione dłutem ręką moich rodziców.

przed rankiem staniemy na czele naszych własnych legionów po obu stronach granicy. Jest… był… bardzo spostrzegawczy. niżbym chciała. będziemy już w powietrzu. Może i żyje. ale jego też straciłam. pod osłoną nocy minie jeziora i zawróci w stronę linii frontu. Nie obchodzi jej nawet. Tak naprawdę w głębi serca wiedziałam. Dziecko nigdy nie straci ojca. schroniłabym się w jej znajomym wnętrzu i tam czekała na .– Nie. W przeciwieństwie do ciebie. nie chce moich przeprosin. Po raz drugi w ciągu tej doby muszę wsiąść na pokład odrzutowca. Myśl o tym. teraz już zupełnie. Zadziwiająco miękkim gestem Farley kładzie dłoń na brzuchu. – Wędruje oczami w stronę grobu. Drugą ręką klepie mnie po ramieniu. Zdumienie – i cień nadziei. Nie jesteś taka całkiem straszna. Pułkownik poleci dalej na północ. jaką kiedykolwiek od niej usłyszałam. dziewczyno od błyskawic. Takie rozstania są łatwiejsze. żeby nie zwlekać i wylecieć wieczorem. które niemal zakrywają zdumienie. Zanim Maven spuści ze smyczy swoich tropicieli. moja matka. że mam im spojrzeć w oczy być może po raz ostatni. że wyjdziesz z tego żywa. I mój ojciec. Przypominam sobie niepokój na twarzy pułkownika. że Shade też wiedział. Potem zaś wyruszymy w marsz. siostra. I myślę. – Zresztą to właściwie nie było pytanie. – Nie byłabym tego taka pewna. ale Farley zdaje się tego nie zauważać. Gdy parę minut później ruszam w stronę baraków. – Przykro mi… Wojowniczka zbywa mnie machnięciem dłoni. O ile wszystko pójdzie zgodnie z planem. również nie spoglądam przez ramię. Bał się o swoją córkę. błysk przerażenia w jego oczach. Nie dbam o swoje życie. Kolejny ostry podmuch wiatru szarpie włosami wojowniczki. który je naprawdę kocha. To Cal doradził. jest prawie nie do zniesienia i najchętniej uciekłabym do Pantery. skąd wiem o jej rodzinie. nie oglądając się za siebie. po czym kręci głową i postępuje krok w moją stronę. jakie maluje się na jej twarzy. nie rozumiesz. To chyba najmilsza rzecz. Nie ma czasu opłakiwać Shade’a i pozostałych. Pojedyncza łza spływa po jej policzku. w drodze na ukryte lądowisko pod Corvium. gdy całe królestwo będzie oglądać nasze pirackie nagranie. – Mam nadzieję. gdy wróciliśmy na Klin. – Przykro mi z powodu bliskich. – Odpowiedź na moje pytanie… – mamrocze niemal sama do siebie. – Shade. zapomnieć o rozdzierającym serce bólu i przygotować się do walki. urywa. których straciłaś – ośmielam się na szczerość większą. * Ostatnim razem opuściłam rodziców bez słowa pożegnania. W następnej chwili wojowniczka odwraca się i odchodzi.

że żołnierze chcieli w ten sposób dać mi choć trochę prywatności. Dłoń taty znajduje mój nadgarstek. w którym strażnik pogruchotał jej dłoń. wysuwając przed siebie zdrową rękę. Po jej policzkach spływają łzy. wtulając głowę w ramię mamy. którzy się nadawali. jak wcielić się w rolę żołnierzy. zawiązuję sobie chustkę wokół nadgarstka. Haft jest niedokończony. Życie Shade’a. Mare. Pomimo swojego wcześniejszego wybuchu. mimo iż ja wcale jej nie potrzebuję. urwany. a wcześniej w pałacu naszpikowanym kamerami i strażnikami. Mogłam przecież zabrać ze sobą tylko tych. Czuję dotyk jej palców. Przytakuję skinieniem głowy. Gisa. Zmuszam się jednak. – Uważaj też na siebie. – I na siebie – odpowiada szeptem mama. chłodny i śliski w dotyku niczym utkany z pasemek czarnej mgły. Ozdóbkę. Gisa wstrzymuje oddech. aby z powodzeniem uchodzić za rekrutów z Małego Legionu. który wyruszył z pułkownikiem do Lakelandii. żeby do nich podejść. teraz to on przypomina mi. Na chustce widnieją mistrzowsko wyhaftowane czerwone i złote kwiaty. Osiemnastu gwardzistów. nie chcę się ruszyć z jej objęć. – Pamiętam – mruczę. Materiał jest zwiewny. Sięgam do kieszeni. – Będę uważać na chłopaków. – Został mi z dawnych czasów. Kilorn zajął miejsce obok nich. – Ja też mam coś dla ciebie. proste tanie świecidełko. którzy wyglądali na tyle młodo. Kolczyk w kolorze zimowego morza oblewającego nas ze wszystkich stron. Mam niewielu żołnierzy w porównaniu z oddziałem. czuję delikatne szarpnięcie. że pora iść. Drżąc. nawet jeśli są to same kłamstwa. chcąc pomóc im się . na pasie startowym zostali jedynie Barrowowie. Spogląda ponad moim ramieniem na stojącą za nami Panterę. Trzyma w niej skrawek czarnego jedwabiu. uściskać ich i wyszeptać słowa otuchy. ale nie chcę na nie patrzeć. a do tego służyli już w wojsku i wiedzieli. siedzi teraz z nami na pokładzie Pantery. wznosimy się już w przestworzach.wylot. Przez ostatnie parę miesięcy mieszkałam z kilkudziesięcioma innymi osobami w jednym schronie. Rampa za mną podnosi się i zanim serce przestaje mi walić jak młotem. Szare końcówki urosły i teraz sięgają mi niemal samych ramion. siostrzyczko. – Dla ciebie – bąka Gisa. Przypuszczam. w wieczór poprzedzający dzień. biorąc kolczyk z moich rąk. wysoko nad morskimi falami. przejeżdżając palcem po wyszywanym arcydziele. żeby stała im się krzywda – mamroczę. Pozostali uczestnicy wyprawy są już w samolocie. tak samo jak dawne życie Gisy. Odwracam się i wsiadam do Pantery. Przestałam zwracać uwagę na gapiów. – Dziękuję. Siostra pracowała nad tym dawno temu. Proszę. które szybkimi ruchami splatają moje włosy w warkocze. – Nie pozwolę.

Fotel obok niego jest pusty. Kiedyś myślałam. rzuca przez szybę pochmurne spojrzenie. myślałam. uderzając kolbami karabinów w podłogę. – Trzy godziny do Corvium – rzuca Cal. Jednak musieli iść z nami bez względu na to. Odkąd odkryłam swoją umiejętność. Darmiana ani Harricka. ale pewnym głosem. nie podnosząc głowy znad przyrządów.zintegrować z naszą zżytą drużyną. Cala. jak wyglądają. Bardzo się myliłam. Tramy jest zbyt wysoki. – Powstańcie. pozwolił pójść samej na pogrzeb Shade’a. Czas mija w przytłaczającej ciszy. W głębi serca zazdroszczę jej. Myślałam. „Wasza rewolucja nie jest moją rewolucją”. żeby walczyć za sprawę u jego boku. Cal nie kryje już gniewu. Metal wykuwa się w ogniu. Maven powiedział. jakim byłby władcą. Wasza Wysokość. Chciałabym być teraz w Archeonie. powiedział kiedyś. ale jest zbyt potężnie zbudowany jak na piętnastolatka. Czerwoni niczym świt – recytują gwardziści. marszu i spotkania z bratem. że to niemożliwe. „Cóż. nie po tym jak mnie opuścił. Moje nagranie wyświetla się na ekranach w całym królestwie. polecieli razem z pułkownikiem. że wywinę się od tego. że jego serce nie ma przede mną tajemnic. stać pośrodku dzielnicy handlowej i patrzeć. że uratuje ukochanego brata. Nie potrafię jednak powiedzieć. nawet własnego. ale ja w to nie wierzę. Wyraz malujący się na jego twarzy upodabnia go do ojca i przez chwilę zastanawiam się. który służy w skazanym na śmierć legionie. – Powstańcie. Nie mogąc udawać nastolatków. Na pokładzie samolotu panuje spokój. Nie może się doczekać lądowania. Bree i Tramy’ego najtrudniej będzie przebrać. że Cal nie dożyłby świtu po koronacji. ale na ziemi dzieje się bardzo dużo. kim mógłby zostać. żeby przeprowadzić nas przez cały ten labirynt i wykierować na koszmarne pustkowie ziemi niczyjej. usiłując nadać swoim rysom taki kształt. Cameron oczywiście przyłączyła się do nas – pomysł z uratowaniem dziecięcego legionu wyszedł przecież od niej i teraz nastolatka wierci się niecierpliwie. Zadumanym walecznym księciem żonatym ze żmiją Evangeline. która pomimo swych lat nie podlega żadnym ograniczeniom wiekowym. Babcia. Wciąż może mieć nadzieję na to. Cal za bardzo rozpoznawalny. ale mimo to widzę niesmak wykrzywiający kąciki jego ust. ponieważ tylko oni znają okopy na tyle dobrze. ale teraz już wiem. zarezerwowany dla mnie. Wszystkich nas zaskakuje ta demonstracja. gdyby nasze losy w pewnym momencie potoczyły się inaczej. Cal stara się opanować. Dusznię znam jedynie ze zdjęć. serwisów informacyjnych i snów. z boku wygląda to zupełnie inaczej”. jaki będzie jej najbardziej pasował. że znam go na wylot. Cal przeżyłby i rządził Nortą. Bree ma młodzieńczą twarz. Nie sposób poznać wszystkich zakamarków serca. bawi się wyglądem. Czerwoni niczym świt – dołączam się cichym. nie na odwrót. Nie ma z nami Ady. Jednak nie usiądę obok niego. że nigdy tam nie trafię. jak na moich .

mam mdłości i czuję. Cal nachyla się nad pulpitem. co począć. Wstaję z fotela. w naszym pokoju. której nie zjadłam. – Uspokój się – warczy. kreślą świetlistą mapę. zdecydowanym krokiem rusza w moim kierunku. Przenigdy. Moje słowa brzmią jak sygnał alarmowy. po czym nie siląc się na delikatność. boją się zatrzymać płomiennego księcia. co się dzieje na dole. uspokój się – powtarza. Kręci mi się w głowie. jak mi się marzy? Czy uznają zdradę Mavena? Czy może puszczą moje słowa mimo uszu? – Ogień w Corvium. jednak czuję. On jednak kładzie rękę na moim ramieniu. klaszczą. Doprowadziłaś do tego. Wyczuwam pulsowanie samolotu. – W centrum i w slumsach. „Wojna się zaczęła. – Zamieszki. Na tym polega interes”. „Chciałaś tego. Czy Srebrni zareagują tak. zaraz jednak zamiera. usta ma szeroko otwarte. a jego wojskowe buty dudnią głośno po metalowej podłodze. Postaram się go posłuchać. Moja reakcja ułagadza go trochę. – Przeczesuje palcami włosy. Ja się go nie boję i odwracam się do niego plecami. I nie mamy pojęcia. – Mare. że jego chłód pomoże mi się uspokoić. ale w głębi duszy wiem. każde drgnięcie energii. Cal obraca się. otulona jego ramionami i snem. W pierwszej chwili mam ochotę go odepchnąć. nie wiedząc. Jednak tym razem z trudem udaje mi się dojść na tył odrzutowca cało.oczach zmienia się świat. ale tym razem cichym i miękkim głosem. Alarm rozbrzmiewa na kilka sekund przed wybuchem. każdy obrót silnika. Nie ma czasu na uprzejmości. Gdyby nie pulsująca wokół mnie energia odrzutowca. ile przyjdzie nam za nią zapłacić”. Staram się opanować. Nigdy w życiu się nie potykałam. poczułabym się jak na Polanie. . odszukuje mnie spojrzeniem i szybkim. – Mare? – Kilorn podnosi się z fotela. zataczam się i potykam o własne nogi. na naszym posłaniu. – Mare. w Nadrzecznym Mieście. Trochę pomaga. żeby lepiej dostrzec. Jedną ręką opieram się o metal w nadziei. Taki jest układ. co próbuje zrobić. Pozostali pasażerowie pozwalają mu przejść. Czekałaś na to. ściskają sobie ręce i po chwili od ich entuzjazmu robi mi się niedobrze. Iskry rysują biało-fioletowe linie w moim mózgu. gwardziści wiwatują. że powoli tracę nad sobą kontrolę. Robi krok w moją stronę. który tak dobrze pamiętam. obraca mnie twarzą do siebie. której jasności nie mogę znieść. że lada chwila zwymiotuję na ścianę kolację. W samolocie wybucha euforia. dlatego przytakuję skinieniem głowy. Serce najpierw skacze mi z radości. Wygląda tak samo jak Shade w ostatniej sekundzie życia. – Nic mi nie jest – kłamię. wyciąga do mnie rękę. ale świat nadal wiruje mi przed oczami.

Niezłą śmierć wymyślił dla mnie Maven. Z każdą sekundą odrzutowiec coraz bardziej przypomina metalowy szkielet. Nie istnieje nic prócz jego oczu. że ledwie mogę złapać oddech. Gdy świat przestaje mi wirować przed oczami. które się rozlega. „Lwia Paszcza”. Cal również nie jest w stanie wykrztusić słowa. a wycie. rozrywa mi bębenki i rozłupuje czaszkę. ani ziemi. Ani świateł Corvium. spłonęłabym żywcem. Znam ten dźwięk. czy w ogóle ktokolwiek będzie wiedział. Nie widzimy nic poza sobą. jak wyglądały ostatnie chwile mojego życia. Samolot kieruje się dziobem ku ziemi. jest gorsze od skowytu setek Zawodzicieli. która rozrywa ogon samolotu. Ze wszystkich sił ściskam dłonie na prętach pod sobą i spod przymrużonych powiek patrzę na ciemną połać ziemi. a w następnej sekundzie uderza we mnie fala gorąca. ani losu. pozostali jednak wrzeszczą. na szczęście jednak języki ognia. Dotyk księcia jest boleśnie znajomy. do tlących się resztek ogona. jak przybyły. Zastanawiam się. które nas otaczają. Jednak nawet on nie potrafi odbudować tego. Ale podmuchy wiatru i opadające na nas stalowe płyty sprawiają. Wokół nas Pantera kawałek po kawałku się rozpada. Wtulamy się w siebie niczym dwoje dzieci uwięzionych w spadającej gwieździe. Trumna. Odrzutowiec przestał być samolotem. Łapię się kurczowo tego. kolejne fragmenty poszycia samolotu oddzierają się z mrożącym krew w żyłach zgrzytem. Żołądek podjeżdża mi do gardła. modlą się. co zniszczyła eksplozja. abym na niego spojrzała. gdy dociera do mnie. Nagle szkielet samolotu zaczyna drgać w rytm szczękliwych odgłosów. Nie mam siły krzyczeć. która z każdą przerażającą sekundą coraz bardziej się przybliża. palce uciskają mój kark. powala mnie na podłogę z taką mocą. w jaki sposób zginęłam. z trudem łapię oddech i nie mogę się poruszyć. liżą go po ramionach i plecach. metalowa pułapka. co się dzieje. Nie potrafię nic powiedzieć. jaki nas czeka. Wydaję stłumiony okrzyk. szarpie mnie za włosy i ubranie. powiedziałabym mu. że przed oczami wirują mi gwiazdy. lekko zaklinając. Ma elektryczne serce i lśniące skrzydła. Warkocze uczesane przez moją mamę rozplatają się. tak brzmią uderzenia metalu o metal. Gdyby nie Cal. Pęd powietrza jest zbyt silny. co mam pod ręką: Cala i jakichś metalowych prętów. książę zmniejsza je i każe im wrócić na sam tył samolotu. Czuję w ustach smak krwi. błagają o litość siłę grawitacji. Gdybym mogła mówić. a on słyszy moje. „Przeformowanie”. ostatnia pamiątka po niej zostaje mi odebrana. Mimo to słyszę jego nieme przeprosiny. która zbliża się do nas z każdą chwilą coraz szybciej. To klatka. Jakiś cień przemyka obok nas. przeprosiłabym Cala. To pewnie jego pomysł – zabić . Płomienie cofają się równie gwałtownie.Siła eksplozji. ani uchronić nas przed runięciem w dół. że go kocham i potrzebuję. kto jej opowie. widzę czarne niebo i brązowe oczy. nie robiąc żadnemu z nas krzywdy. Przenika mnie lodowaty chłód. Nawet w mroku płoną niegasnącym blaskiem.

a wtedy już cała tarzam się w błocie. olbrzymi jak niedźwiedź. Kilorna i pozostałych. Tylko Cal mógłby stawić czoła zasadzce i stopić te wszystkie kraty. Zamiast tego widzę jedynie swoich przyjaciół nadal uwięzionych w klatce i bezskutecznie szarpiących za kraty. Okiem. Ich srebrne włosy są niczym znak rozpoznawczy. Metal znów zgrzyta. Kiedy jednak jestem u celu. a my wszyscy w niej uwięzieni wydajemy z siebie głośny okrzyk. ale tak. ale wydają się nie działać. – Nie ruszaj się – mruczy Cal. który się rozlega. jak gdyby Siłacz miał na sobie rękawice. To Żeleźcy z domu Samos. którego nie zamknęła mi opuchlizna. zastanawiam się. ale okazuje się za szybki. patrzę. Przeszywa mnie lodowate ostrze paniki. Wędruję wzrokiem za jego spojrzeniem. kładąc dłoń na moim karku. spoglądam na rozciągającą się wokoło polanę i otaczających nas ludzi. Gdy jeden pada. która opada centymetr po centymetrze. Siłacz kopie mnie kolanem w plecy i przygważdża do ziemi tak mocno. „Jakim cudem?”. żebyśmy byli świadomi czekającego nas końca. krępując im nadgarstki. który rozszczepia się i spada z ogłuszającym trzaskiem. wypuszczam iskry. Próbuję krzyczeć. Zamiast w niego trafiam w pień drzewa. ale jest ich zbyt wielu. z moich piersi wyrywa się wrzask. kolejny zajmuje jego miejsce. jest jednak ogłuszony upadkiem. Wyciągają ręce i wykonując zgodne gesty. Próbuję się dźwignąć. których dotyk jest dziwny. zrywam się na nogi i uciekam na sam koniec klatki. Cameron walczy ze wszystkich sił. nie potrafi się obronić przed żelaznymi wijącymi się prętami. ale na próżno. Wbijam paznokcie w duszącą mnie dłoń. plastikowy. paraliżując ich. Posyłam błyskawicę w stronę napastnika. Pod zwisającymi rękami czuję sztywną trawę. tylna ściana z prętów opada. jak gdyby zwisała z drzewa. Napastnik podnosi mnie bez najmniejszego wysiłku. usiłując znaleźć wyjście z tej sytuacji. ucisza jednego Żeleźcę za drugim. skręca się i wygina. aż w końcu dotyka twardego gruntu. cofając dłoń. Ktoś kopie mnie w twarz. który nagrzewa się do czerwoności pod jego dotykiem. otwieram szeroko oczy i rozglądam się rozpaczliwie na boki. że wyciska z moich płuc całe powietrze. Głos. Nawet Bree. Rozhuśtana moim ruchem klatka kołysze się. a ja prostuję palce u nóg i staram się ustać na ich koniuszkach. Na gardle zaciskają mi się palce. Gdy klatka się zatrzymuje. Odpycham Cala. ale trudno mi złapać równowagę i znów upadam. Drugą ręką obejmuje stalowy pręt. oko ma zalane krwią cieknącą z rozciętej brwi. kostki i szyje. ślizgam się i ląduję na kolanach. Zanim zdąży się . – Stoi. jak metalowe węże owijają się wokół Cala.nas razem. a ja gnana siłą rozpędu wypadam na pokrytą przymrozkiem trawę. każdy pręt staje się oddzielnym więzieniem. żeby się nie udusić. którą muskam koniuszkami palców. razi mnie niczym grom. pomału opuszczają klatkę.

Jeden z pędów wijących się po szyi księcia wrzyna się w gardło na tyle głęboko. Wciąż jednak bezwładnie zwisam. Powinnam być w stanie zabić również jej syna i jego żołnierzy. – Przestań! – charczę. woli skrywać się w ciemnościach. żeby przeżyli.pozbierać. Natężam wątłe muskuły. że może już nigdy nie ocknąć się z tego stanu. ślizgając się czubkami palców po pokrytej przymrozkiem trawie i lodowatym błocie. drgają. Jego spojrzeniu brakuje pewności. – Przestań! – Grozisz mi czy błagasz. Powieki Cala. iż za parę chwil go udusi. Leżący na podłodze klatki Kilorn usiłuje wyśliznąć się z krępujących go prętów. na czole lśniącą warstewkę potu. zwracając się w stronę głosu. Dłonie zaciśnięte na moim gardle rozluźniają się na tyle. Wydaję stłumiony jęk. Patrzę. A razem ze mną zginą pozostali. W ostatnim rozpaczliwym przypływie wściekłości pomieszanej ze strachem uwalniam swoją energię. ale zyskuje tylko tyle. Żebym nie była sama”. na jego głowie jarzy się korona. przez ułamek sekundy czuję cień zadowolenia. „Grozisz czy błagasz?” – To twój brat – rzucam bez zastanowienia. Moja błyskawica nigdy nie była tak słaba i żałosna. że zaciskają się one z jeszcze większą siłą. a w uszach słyszę głuche dudnienie krwi. ani chwili dłużej. żeby tych dwoje przeżyło. który leży obok niego. ale przed oczami zaczynają mi latać mroczki. „Akurat to Mavena w ogóle nie wzrusza”. Nie mam czasu. Pod oczami dostrzegam sine cienie. Maven go zabije. zanim zdążą nadciągnąć chmury. w który teraz zapadł. ale Srebrny trzyma mnie jak w imadle i pewnie nawet nie zauważa moich rozpaczliwych podrygów. w końcu pewnie z tą myślą zostały uszyte. Dochodzi do siebie. usiłując wywinąć się z uchwytu Siłacza. jeden z prętów uderza go w tył głowy i książę traci przytomność. Mare? Tak czy inaczej niewiele ci z tego przyjdzie. Srebrny udusi mnie. Iskry słabną i gasną niczym bicie . jak wyłania się z mroku. Śmierć matki dała mu się we znaki. a gdy odzyska przytomność. ogarnia mnie przerażenie. że nie mam wątpliwości. „Zrobię wszystko. żebym mogła mówić. która pobrzmiewała w głosie. po czym próbuję przyzwać błyskawicę z nieba. Mój przyjaciel wydaje zduszony jęk i zaczyna rzęzić. Pnącze kierowane ręką Strażnika zieleni wspina się po bezwładnym ciele Cala. Żeby zostali ze mną. bym mogła mu się przyjrzeć w blasku gwiazd. Maven nie spieszy się z podejściem. Wszystko. Jednak Siłacz jest na to gotowy i ściska mnie mocno. który wcześniej słyszałam. Zabiłam Elarę Merandus. okręca się wokół niego i coraz mocniej zaciska. Gdy widzę jego trzepocące powieki. Oddałabym wszystko. – No i? – Młody król unosi ciemną brew. Jego rękawice chronią go przed moją błyskawicą. Gdy podchodzi na tyle blisko.

że nie mogę mu powiedzieć. czego chce ode mnie Maven. Oświadczyłam tak Calowi. – Wszyscy możemy walczyć do ostatniej kropli krwi. Za nic”. – Nie grożę ani nie błagam. że skóra mi cierpnie. czytałam w każdej kolejnej wiadomości od młodego króla. co zaczęłam. na czym polegają n e g o c j a c j e – szydzi Maven. które być może niedługo znów poczuję na sobie. jak gdybym oddawała pokłon. nie potrafię podnieść wzroku. Wpatruję się w swoje dłonie oparte o trawę. Pochylam głowę. „Nie wrócę do niego. – To jest jak umowa. żebym wróciła. być może nawet twoje. j a nie będę stawiać oporu. czy rzeczywiście rozumiesz. Chcę negocjować – szepczę ochryple. Kciuk Siłacza wbija się głęboko w moją szyję. Musisz m i coś dać. Wrócę. Jednak nie tę karę ma na myśli Maven. – Mogę walczyć do końca – oznajmiam. coś za coś. ale Siłacz nie zdejmuje kciuka z tętnicy na moim gardle. tak samo jak pochłonęła życie twojej matki. Czuję się tak. co dla mnie przygotował. – Doprawdy? – Maven postępuje krok w moją stronę. Poddam się. Leżący obok niego Kilorn nieruchomieje. – Wypuść pozostałych. prawdopodobnie odciskając na niej fioletowosiny ślad. Ta walka pochłonie wiele żyć. które odczuwa. Znów uścisk wokół mojej szyi rozluźnia się. Błagał mnie. „Poddaj się”. – Puść ich. żeby pozwolił mi dokończyć to. – Gdy Siłacz rzuca mnie na ziemię. „To właśnie mu daję”. obserwuje mnie spod przymrużonych powiek. Książę wstrzymując oddech. tyle mogę ci przyrzec. żywych – szepczę. Jego bliskość sprawia. Żeby pozwolił. – Kara za to cię nie minie. gdy przeżyłam torturę nadajnika. abym go uratowała. Zaciska szczęki i nieznacznie kręci głową. a on uzmysłowił mi. – Zamieniam się w słuch. – Mare. w jego oczach odbija się światło gwiazd. Żałuję. Kraty wokół nadgarstków Cala zaczynają żarzyć się na czerwono. żeby leżał spokojnie. Przyjaciel zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny i potrafi bezbłędnie przejrzeć moje zamiary. Ręce Siłacza krępują mnie niczym łańcuchy. – Nie będziemy stawiać oporu. nie jestem pewien. tak samo jak on wcześniej ratował mnie.umierającego serca. Wyobrażam sobie żelazne ogniwa oplatające moje ciało jak żmije. bez wątpienia będzie o wiele bardziej wymyślne. opuszcza mnie resztka sił. a zostanę twoim więźniem. To. Znajomy chłodny dotyk szronu pewnie . Maven szybko mruga powiekami i jest to jedyna oznaka cierpienia.

ale wiem również. wysyła jasny sygnał sobie. – Umowa stoi? – pytam jak żebraczka. Stojącą mocno na nogach. wiercą się. Poznaję to po jego oczach. którą przyjmuje młody król. Ja zresztą robię to samo. Dłoń Mavena parzy mnie w podbródek. zrób coś! – woła. – Mare. wiem. . którym kiedyś był. którą zawarłam. Dlatego wydaje się sprawiedliwe. mnie i wszystkim wokoło. przechylając się w stronę księcia. czy nie szykuję jakiegoś podstępu. Mój wewnętrzny głos wrzeszczący na znak protestu. że Jon przewidział i to. który rozlega się w mojej głowie. zginęło z powodu decyzji. jakie za sobą pociągną. żebym na niego popatrzyła. jego żar wywołuje we mnie mdłości. która prosi. Moi towarzysze krzyczą. coś wewnątrz mnie. iż tej umowy nie będzie chciał zerwać. On chce m n i e i zrobi wszystko. żebym znów chodziła u niego na pasku. Wiem. Kilorn ponownie się szarpie. palce zaciskają się wokół szyi. Nie boi się dziewczyny od błyskawic. Jego zęby lśnią. nie! Nie bądź głupia! – głos Kilorna dobiega mnie jak z oddali. Przybył tu. poznaje sformułowanie. Gdy zmusza mnie. Dotykając mnie. – Umowa stoi. Chcę. ale coś innego. Nie taką jak teraz. że boi się tego. Dłoń Mavena zsuwa się z mojego podbródka na gardło. usiłuje wybadać. Przypuszczam. Nie jest to buczenie energii elektrycznej. wydrążona skorupa. zagłusza go żałosny skowyt. którego kiedyś użył. W mojej rzeczywistości nie istnieje już nic prócz umowy. że jest podłym zdrajcą. Widzę jedynie mrok. panującą nad błyskawicą. Lżej niż palce Siłacza. żebym teraz ja poświęciła się dla innych i z pokorą przyjęła wyroki losu. ale bardziej drapieżnie. Pomimo niewzruszonej pozy. nie dostrzegam ani śladu chłopaka. a przynajmniej chce. – Dotrzymasz danego słowa? Stojący nade mną król uśmiecha się. co zrobiłam.poruszyłby moje serce. żeby tak to wyglądało. żeby Maven zamknął ją z powrotem w pozłacanej klatce. boi się słów dziewczyny od błyskawic i skutków. żeby wreszcie ze mną skończyć. wyczytałam to w jego wiadomościach. – Cal. Dobrowolnie oddałam się w jego ręce. Trafiło mu się jednak coś o wiele lepszego. kopią w pręty. Krępujące ich pręty zderzają się ze sobą z głuchym szczękiem. gdyby zamiast niego w piersiach nie tkwiła pusta. które podejmowałam. żeby mnie zgładzić. Ja jednak tego nie słyszę. Wiele osób poświęciło swoje życie dla mnie. – Nie pozwól jej! Nie potrafię na niego spojrzeć. żeby zapamiętał mnie inną. Maven przygląda mi się uważnie. Mimo to czuję również dziwną ulgę.

który zapewne knuje. że się wybudzam. Mężczyźni uciszają moją umiejętność. Nie potrafię powstrzymać gorzkiego uśmiechu. aby wiedzieć. że tracę przytomność. Łańcuchy. żebym mogła stać się częścią diabelskiego planu. Czasami wydaje mi się. Uwierają mnie w nadgarstki i kostki i chociaż są na tyle luźne. Niekiedy słyszę głos Mavena. że jestem w opancerzonym pojeździe. ale nie zapadam znów w odrętwienie.Epilog Mijają kolejne dni. Wybudzam się do końca. Prawdopodobnie są jego braćmi albo kuzynami. ponieważ nie ma w nim okien. Dokładnie rok temu myślałam. ale nie wywołuje paraliżującego bólu. gdy Maven nie może już ukryć. musi pokazać mnie całemu światu. nic nie pstryka. a w ścianach tkwią pierścienie. ale nikt się nie kwapi. że o tej porze będę maszerować na front. skąd to dziwne uczucie przytłoczenia i trudności z zaczerpnięciem oddechu. gdy przy każdym ruchu ocierają się o pokaleczoną skórę. Cierpienie nie jest już aż tak nieznośne. a odgłos ten wwierca mi się głęboko w mózg. Świat wydaje się zbyt jasny i nieco zamazany. Obydwaj są uderzająco podobni do instruktora Arvena. który się porusza. Dlaczego więc przykuli mnie łańcuchami? Bez błyskawicy jestem zwykłą niespełna osiemnastoletnią dziewczyną. że nie do zniesienia. Osiemnaste urodziny z własnej woli spędzę w więzieniu. Gdy łańcuchy kołyszą się i pobrzękują. Mechaniczny owad nie przestaje poruszać szczypcami. które mnie skuwają. Strażnikom więziennym udało się ustalić taką dawkę tortury. wpijają mi się w ciało. po czym białe więzienie zalewają czerń i czerwień w odcieniach tak intensywnych. drażniąc ją i na nowo wywołując lekkie krwawienie. są przezroczyste. ale nigdy nie na tyle. widzę jak przez mgłę mężczyzn w białych szatach. łysych jak kolano. a może nawet z diamentowego szkła. Tymczasem jednak zmierzam nie wiadomo dokąd . dociera do mnie. Teraz rozumiem. prawdopodobnie zrobione z plastiku. sprawiają. Czerwone rany jaskrawo kontrastują z jasną luźną sukienką. Tak mi się przynajmniej wydaje. którzy przekręcają gałkę i urządzenie znów zaczyna pstrykać. którą mam na sobie. Teraz. aby umożliwiać krążenie krwi. Prawdopodobnie zaprojektowano go specjalnie z myślą o więźniach. Przez jeden z nich przewleczono moje łańcuchy. że staję się więźniem własnego ciała. Tym razem kiedy się wybudzam. co się wokoło dzieje. który wypływa mi na usta. Naprzeciwko mnie siedzi dwóch ubranych na biało mężczyzn. kim naprawdę jestem. która sprawia. Za każdym razem gdy odzyskuję świadomość. Nie znoszę tego uczucia. Większość czasu jestem pogrążona w otępieniu wywołanym nadajnikiem. żeby je opatrzyć.

Zdaje się. gdyby tylko mogli. myśląc. Po kilku minutach pojazd zwalnia i zatrzymuje się. zakuta w kajdany. Staram się nie słuchać ich okrzyków i przez parę sekund mi się udaje. Myślałam. kamer. zwyciężoną triumfatorkę. i nie chce mi się na to tracić energii. że następne moje urodziny spędzimy razem. że Maven się nie przeliczył. Są maksymalnie skoncentrowani na uciszaniu mojej umiejętności. Ponieważ właśnie tym teraz jestem. która wersja mojego losu brzmi bardziej zachęcająco. wszyscy chcą wypatrzeć najmniejszą choćby rysę na moim wizerunku. i dostrzegam trzymane przez niektórych plansze. Ja zaś mam po nim przejść. Ostrzegał mnie. Chcą zobaczyć pokonaną bohaterkę. aby oni widzieli rozpacz w moich oczach. Nie chcę. Muszę wyglądać na niebezpieczną dziewczynę od błyskawic. a jego miejsce zajął strach. Przez chwilę zamieram z przerażenia. poranionymi stopami. na której z rozkazu Mavena miał zostać wykonany na mnie wyrok śmierci. Zdjęcia. co to za dźwięk. ale nikt mi nie odpowiada. Jednak ta defilada jest o wiele gorsza od wszystkich wcześniejszych przedstawień. Most w Archeonie. Chyba rzeczywiście potrafi dotrzymać danego słowa. Jestem pewna. teraz zniknęło. Ryk okazuje się wyciem rozentuzjazmowanego tłumu. Szydzenie z pochlipującej smarkuli to żadna przyjemność. gdzie jestem. nie rozpraszają się ani na ułamek sekundy. jak płonie i się zawala. Zabici lub uznani za zaginionych Srebrni”. . narastający ryk. Przyczyniłam się do ich śmierci. Nie chcę widzieć tych wszystkich twarzy. Z własnej woli weszłam w tę pułapkę. Jakiś czas temu widziałam. że paradowanie przed tłumem będzie łatwiejsze – w końcu powinnam się już do tego przyzwyczaić. słaba osiemnastolatka nie jest tu nikomu potrzebna. że tego Maven pragnie najbardziej. nie potrafię podnieść głowy. Nie mylę się. Wiem. które ogarnęło mnie na leśnej polanie. Nie przez uprzejmość. Zadanie niezbyt trudne. w których brałam udział. Spojrzenia wszystkich zebranych prześlizgują się po mnie. prowadzona na łańcuchu przez Srebrnych. bosymi. Ktoś odpina łańcuchy od ściany. „Nazwiska. Zwykła. Uczucie ulgi. gdy uzmysławiam sobie. Trudno powiedzieć. Z zewnątrz dobiega mnie głuchy.w opancerzonym pojeździe i w towarzystwie mężczyzn. że znów trafiłam na Kościniec. i nie zamierzam mu tego dać. Niemal wypadam z pojazdu. – Jaki dzisiaj dzień? – pytam. „Pewnie chce dokończyć dzieła”. ale Uciszacz Arven łapie mnie w ostatnim momencie. którzy pewnie zabiliby mnie na miejscu. Jednak już po chwili dociera do mnie to. ale z konieczności. arenę. Jak zwykle. Zaczynam dygotać na całym ciele. Wbijam wzrok w ziemię. Nie umiem określić. co większość z nich woła. że wkrótce się dowiem. Mężczyźni dalej wpatrują się we mnie nieruchomym spojrzeniem. ale symbol siły i potęgi został odbudowany. a tylne drzwi stają otworem. szarpie nimi i ciągnie mnie do przodu.

Wszyscy je widzą. „Nie powinnam była pozwolić mu odejść”. niewiele widzę. Krótkim szarpnięciem sprawdza działanie łańcucha i kolczatki. które napłynęły mi do oczu. że powstanę sama przeciwko wszystkim. „Obroża”. sięgam po umiejętność. . Głos ma obrzmiały cierpieniem.Tłum wrzeszczy. Jest ich zbyt dużo. koszmarna kolczatka. W jego krwistoczerwonych oczach dostrzegam skruchę. niemal mnie dławiąc. że kłamał. pewna jestem jedynie tego. – Zrobiłaś widowisko z jej ciała – cedzi przez zaciśnięte zęby. Zanim zdołam dojść do drugiego końca mostu i wkroczyć na zatłoczony plac Cezara. jak gdyby pętla zaciskała się już na mojej szyi. jak gdyby nogi wrosły mu w ziemię. Do obroży przymocowany jest łańcuch. Zataczam się w jego stronę. „Jon”. Jej suknia zrobiona ze szpikulców przypominających czarne sople lodu połyskuje złowrogo przy każdym ruchu Żeleźczyni. Wzdrygam się. Przyzywam coś. że zwlecze mnie z podwyższenia. Nie wiem. Kiedyś powiedział. Wysadzana klejnotami. – To samo zrobię z tobą. „Co ja zrobiłam?” Na stopniach Pałacu Białego Ognia zgromadziła się chmara Srebrnych żądnych oglądać mój upadek. gdy Maven zaciska coś na mojej szyi. Tylko jeden człowiek ma na sobie szaty w kolorze szarym. Ponieważ zamiast powstać. ponieważ inna barwa do niego nie pasuje. on jednak stoi w miejscu. upadłam. gdy patrzę na dumnie wyprostowaną sylwetkę Mavena. czuję się tak. które ranią bardziej. tym razem noszą żałobę po królowej. wargami muskając moje ucho. których nigdy nie przyjmę. niż gdyby rzucano we mnie kamieniami. że stoi obok Srebrnych i przygląda mi się razem z nimi. Trudno przeoczyć w tym tłumie Evangeline. kolce wrzynają mi się w szyję. przeprosiny. Oczy mam zamglone łzami. toczą się po policzkach. że przede mną stoi ubrany w czarną zbroję król i że piętno na moim obojczyku pulsuje gorącem. Uzmysławiam sobie. mój koniec. ciska mnie słowami. skąd się tu wziął. jak to możliwe. że stajemy naprzeciwko siebie wyniesieni ponad tłum niczym para oblubieńców. To jednak nie będzie ślub. „Miecz jego ojca? Katowska klinga?” Przeszywa mnie lodowaty dreszcz. „Stałam się niczym więcej jak zwykłym psem”. Strażnicy ciągną mnie w stronę króla. Teraz wiem. Maven trzyma ją mocno w zaciśniętej pięści i spodziewam się. abym mogła je powstrzymać. pozłacana. W jego dłoni coś błyszczy. co nie może nadejść. czy zamorduje mnie na oczach wszystkich i umaże pałacowe schody moją krwią. Z każdym krokiem moje ciało coraz bardziej sztywnieje. To może być mój pogrzeb. Smycz. łzy. Przeklinam się w duchu za to. Z trudem oddycham. Arystokraci i generałowie są ubrani na czarno. która nie może mnie ocalić. a ja zaczynam się zastanawiać.

Patrzy na mnie z kamiennym wyrazem twarzy. . ale nie mam wątpliwości co do jego zamiarów. Jedną ręką wskazuje ziemię u swoich stóp. Palce ma bledsze niż kiedykolwiek wcześniej. Posłusznie wykonuję jego rozkaz. Klękam.

która tak jak ja pisze i publikuje. gdy na Ciebie patrzę.C. Szczególne podziękowania i gratulacje przekazuję Michelle. Tobie dziękuję na okrągło. ale oszczędzę Wam tego i napiszę krótko: są absolutnie najlepsi. Wszyscy bez wyjątku ludzie pracujący w New Leaf są skandalicznie utalentowani i dziękuję swojej szczęśliwej gwieździe. Danielle. i nie posiadam się z radości. którą właśnie dojadam. Chcę również podziękować swojemu prawnikowi Steve’owi Youngerowi. Jess. Jestem winna podziękowania wielu osobom i postaram się zrobić. Jesteś cudowna. kuzynostwu – za wsparcie i przyjaźń. Davidowi oraz wszystkim stażystom. niezrównana i za Twoją przyczyną mogę robić to. Morgan i Jen. wujkom. Bez Was nie dokonałabym tego wszystkiego i nie dałabym rady dalej pisać. Czytelniku.. Suzie. Bardzo dziękuję całemu zespołowi wytwórni Benderspink. żeby każdego wymienić. kiedy zobaczę. Dziękuję całej dalszej rodzinie – ciociom. Jackie. chciałabym podziękować dostawcy pizzy. że cały czas się rozwijasz. który jest coraz bliżej zwycięstwa w batalii o przeniesienie Czerwonej Królowej na ekrany kin. dokąd razem doszliśmy. Mam nadzieję. że trafiłam pod ich skrzydła. Mary i Franka. a czasami nawet zachęcacie mnie do nich – jestem Wam za to naprawdę wdzięczna. od których nieustannie otrzymuję nieprzyzwoitą wręcz ilość wsparcia. a także Geniffer Hutchinson i Sarze Scott.Podziękowania Zanim podziękuję komukolwiek innemu. Wybaczcie mi moje dziwactwa. Nie mogę się doczekać. ale naprawdę na to zasługujesz. co robię. który nie wiadomo kiedy stał się dorosły. W mojej poprzedniej książce podziękowania były bardzo długie. Przede wszystkim dziękuję rodzicom. który zawsze jest po mojej stronie. Kathleen i Dave – dziękuję. Pouya. Jest pyszna. Mogłabym godzinami wygłaszać hymny pochwalne na cześć zespołu agencji New Leaf Literary. Jake’om. Danielowi Vangowi. Uważam . co w mojej mocy. Heather i Louisowi. dlatego tym razem postaram się być mniej rozwlekła. gdy widzę. a do tego wspiera mnie jako scenarzystkę: Christopherowi Cosmosowi. że istniejecie i że zechcieliście się mną zająć. Wyrazy gorącej miłości i wdzięczności składam na ręce swoich dziadków: Barbary i George’a. J. Jo. Niezwykle Was cenię i bardzo mi dwojga z Was brakuje. Pękam z dumy. Dziękuję wszystkim przyjaciołom na obu wybrzeżach Stanów. że dasz radę przeczytać jeszcze kilka kolejnych zdań. Jaida. Dziękuję także mojemu młodszemu bratu. tolerujecie moje wygłupy i brednie.

Pozostała część zespołu wydawnictwa Harper: Kate Jackson (wybaczam Ci nawet to. Dziękuję koleżankom i kolegom po piórze. Raz jeszcze dziękuję Emmie Theriault. Kerry Moynagh. że przeszłam dość gładko przez etap przeistaczania się z pisarza raczkującego w wydawanego. Wymieniłabym każdego z imienia i nazwiska. Dziękuję przede wszystkim Kari Sutherland. Barb Fitzsimmons oraz Toby i Pete. Gwen Morton i Josh Weiss. Dziękuję drugiej cudownej redaktorce. dziękuję Wam za wspaniałe projekty. Dziękuję też Elizabeth Lynch (zwanej Filarem) – wykonujesz tytaniczną pracę i masz do mnie anielską cierpliwość. Dziękuję Ginie. Czerwona Królowa i Szklany miecz byłyby stertą chaotycznych notatek. które sprawiły. Lillian Sun. Czerwona Królowa nigdy nie wzbudziłaby takiej sensacji. a osoby pracujące w wydawnictwie Harper Teenza zasługujące na miano świętych. że Twój kulinarny blog prześladuje mnie za dnia i w nocy). Kara Brammer. Widzieliście okładki moich książek? Zwykły człowiek nie potrafiłby zaprojektować czegoś tak magicznego. którzy cały czas mnie wspierają – jestem szczęściarą. Na koniec chcę podziękować zespołowi projektantów graficznych. vlogerom. Stephanie Evans. że mogę liczyć na Waszą przyjaźń. Alison Donalty. Gdyby nie Alexandra Alexo. Dziękuję drużynie futbolu amerykańskiego New England Patriots. która umożliwia mi spotkania z jeszcze wspanialszymi czytelnikami. a poza tym za bardzo bym sobie pochlebiła. Susan Katz. gdyby nie Wy. mojej pierwszej redaktorce prowadzącej. w którego skład wchodzą sami czarodzieje (tak podejrzewam). prawdziwa znakomitość i gwiazda Margot Wood oraz cała reszta ekipy Epic Reads. za nieustanną pracę i wytrwałość. nie szczędzi mi uwag i zawsze jest chętna do rozmowy. Suzanne Murphy. Dziękuję blogerom. Dziękuję osobom zaangażowanym w produkcję książki. zaczęło do mnie docierać. Kathy Faber. Jen Klonsky. również zasługuje na miano mistrzów. Kristen Pettit. Dziękuję wszystkim. Susan Yeager oraz Jen Wygand. ale jest Was zbyt wielu. Gromkie brawa dla Kaitlin Loss. Dziękuję działowi sprzedaży: Andrei Pappenheimer. W dziedzinie marketingu cudów dokonują niestrudzeni Elizabeth Ward. która zachłannie czyta serię Czerwona Królowa. dziękuję Wam po tysiąckroć. Gdy moja pierwsza książka została wydana i wkroczyłam w świat publikujących pisarzy. dziewczynie o wyrafinowanym smaku w dziedzinie mody i jeszcze większym talencie do prowadzenia narracji. Sarah Kaufman.sukces Czerwonej Królowej za mały cud. mojej wspaniałej agentce. jestem Waszą dłużniczką. gdybym publicznie aspirowała do miana Waszej przyjaciółki. Erica Ferguson. która pomaga mi skoordynować działania z zagranicznymi wydawnictwami. którzy sprawili. Gdy podziękowałam Wam . twitterowiczom i Czytelnikom. że z garści pomysłów powstała zgrabna opowieść. którzy nieustannie promują Czerwoną Królową i Szklany miecz. która od początku uwierzyła we mnie i mój rękopis. jak bardzo jest on rozległy – i jak przerażający momentami.

Czytelniku. zmieniającym się porom roku. punktom Delty i brunchom. Suzie. nie zaszkodzi Ci doczytać do końca. sieci supermarketów Target. Tak. Już prawie koniec. Rowling. Będę się powtarzać. Jacksonowi. I jeszcze raz dziękuję rodzicom. kawie z nadmiarem śmietanki. które są dla mnie źródłem inspiracji: Tolkienowi. kaszmirowym chustom. tak daleko. Tradycyjnie chciałabym podziękować paru rzeczom. mojej doskonałej nowej drukarce. Lucasowi. więc skoro dotarłeś. Martinowi. mam na myśli Michaela Baya i nic nikomu do tego. Spielbergowi. Wszystko od Was się zaczyna i na Was się kończy. . ale to dla mnie ważne. globusom. konwentowi Comic-Conw San Diego. Bayowi. Szkocji. wygraliście Super Bowl. Dziękuję inicjatywie Free Brady. Dziękuję również osobom. Morgan. Mam nadzieję. że zwyciężycie również w tym roku.w zeszłym roku. Wikipedii. Służbie Parków Narodowych. dziękuję Wam.

Spis treści Karta tytułowa Rozdział 1 Rozdział 2 Rozdział 3 Rozdział 4 Rozdział 5 Rozdział 6 Rozdział 7 Rozdział 8 Rozdział 9 Rozdział 10 Rozdział 11 Rozdział 12 Rozdział 13 Rozdział 14 Rozdział 15 Rozdział 16 Rozdział 17 Rozdział 18 Rozdział 19 Rozdział 20 Rozdział 21 Rozdział 22 Rozdział 23 Rozdział 24 Rozdział 25 Rozdział 26 Rozdział 27 Rozdział 28 Rozdział 29 Epilog Podziękowania .

Related Interests