LEOPOLD TYRMAND

ZŁY
1955

Mojemu rodzinnemu miastu — Warszawie AUTOR

Wszystkie postacie, zdarzenia, sytuacje oraz dialogi występujące na kartach poniższej opowieści są fikcyjne i nie posiadają żadnych konkretnych odpowiedników w realnym życiu. Są zwykłym tworem imaginacji. Leopold Tyrmand Osoby które stykały się bezpośrednio lub pośrednio ze ZŁYM w pociągach podmiejskich, tramwajach, autobusach, trolejbusach, barach mlecznych, knajpach, nocnych lokalach, dansingach, restauracjach, zakładach zbiorowego żywienia, bufetach stacyjnych, kawiarniach, na ulicach Warszawy, placach, skwerkach, mostach, dworcach kolejowych, przystankach tramwajowych, targowiskach, bazarach, Koszykach, „ciuchach”, przed kinami, stadionami sportowymi, aptekami, ślizgawkami, w sklepach, w domach towarowych, w warsztatach samochodowych, w garażach i resztkach ruin, i wszędzie indziej: Marta Majewska — sekretarka Witold Halski — lekarz Edwin Kolanko — dziennikarz Juliusz Kalodont — Eugeniusz Śmigło — szofer MPK Fryderyk Kompot — cukiernik MicHal Dziarski — porucznik MO Jonasz Drobniak — buchalter Filip Merynos — prezes spółdzielni „Woreczek” Aniela — służąca Robert Kruszyna — były bokser Albert Wilga — inżynier Jerzy Meteor — hochsztapler Obywatel Kudłaty — herszt Kubuś Wirus — reporter Wiesław Mechciński — łobuz Lowa Zylbersztajn — działacz sportowy Olimpia Szuwar — kobieta dorodna przed czterdziestką Józef Siupka — kolejarz Hawajka — bufetowa Franciszek Życzliwy — ogrodnik Antoni Pająk — listonosz Szaja — drań Mefistofeles Dziura — fryzjer Roma Leopard — parkieciara, czyli kociak Zenon — hokeista Edward Łom — bileter Zofia Chwała — sędzia Jan Wcześniak — urzędnik Jussuf Ali Chassar — Egipcjanin Kitwaszewski — mechanik Maciejak — starszy sierżant MO Meto — bandzior Izydor Tkaczyk — krawiec

Klusiński — wywiadowca Doktor Dzidziaszewski — ginekolog Siostra Leokadia — pielęgniarka Paciuk — majster i wielu, wielu innych.

CZĘŚĆ

PIERWSZA

1
„Jestem ładna” — pomyślała Marta Majewska, ujrzawszy się w lustrze. Apteka miała stare, wypełnione meblową politurą wnętrze. Szufladki, wieżyczki z rżniętego w bejcowanym drzewie gotyku, zmatowiałe ze starości boazerie. I lustra; trochę wyszczerbione, trochę zżółkłe, za szkłem gablot w łukowych, niby romańskich oprawach — wszędzie lustra. „Chyba jestem ładna? — zastanawiała się Marta, gdy skręcony w ślimak, nabity ludźmi ogonek wypchnął ją tuż przed ladę, za którą były lustra. — To bzdura — powiedziała niemal szeptem — jaka tam ładna? Przyjemna i tyle. Znośna”. W lustrze widać było niewysoką postać, szczupłą twarz z zadartym noskiem, ciemnoblond włosy, których nieregularnie a modnie rozrzucone kosmyki wymykały się spod zgrabnego czarnego beretu. „Mam za duże usta i za jasne brwi. Głupia! O czym myśli”. Mimo woli uśmiechnęła się, ukazując równe, białe zęby, i wtedy twarz jej nabrała jakiejś jasnej, tkliwej wesołości, jakiegoś ujmującego ciepła. „Oryginalna — oto właściwe — słowo — zakonkludowała z satysfakcją — nie ładna, żadna tam piękność, ale oryginalna… — Zaraz też dodała: — Niewielka sztuka być oryginalną w tym tłumie zagrypionych, kaszlących, zakatarzonych, okutanych w chustki i szaliki klientów apteki…” Kolejka przedstawiała widok przygnębiający. „Ta pogoda…” — myślała Marta z najwyższą niechęcią. Za oknami zacinał deszcz ze śniegiem, plac Trzech Krzyży tonął w błocie, w migotliwym, mętnym świetle rozchybotanych wysoko lamp, otulonych brudnym welonem słoty. Co chwila ktoś mokry, parujący wilgocią i zimnem, wciskał się do ciepłej, przepełnionej apteki. Porcelanowe słoiki z czarnymi skrótami łacińskich nazw, równe emaliowane tabliczki na szufladkach budziły sympatię i zaufanie. Tu była pomoc przeciw wichrom i grypom, przeciw dojmującemu zimnu i przejmującej dreszczem wilgoci. — „Herba rutae… — przeczytała cichutko Marta. Znów się uśmiechnęła. — Magia apteki… Tajemnicze łacińskie słowa, oznaczające zwykłą trawę…” Zaczęła czytać przyszpilone pluskiewkami napisy: .Cibasol tylko na recepty lekarskie” — ogłaszała Naczelna Izba Aptekarska; „Tu sprzedaż odręczna”. Zapracowana farmaceutka po drugiej stronie lady liczyła błyskawicznie kolumienki małych cyferek na receptach. Myśli Marty powędrowały do domu. „Biedna mama, tak ją w nocy bolało… — To wyczekiwanie w nie kończącym się ogonku nużyło. — Tyle dziś do roboty, a chciałabym się spotkać jeszcze z Zenonem…” Zapracowana farmaceutka automatycznym ruchem wyjęła Marcie receptę z ręki. — Bilamidu nie ma. Ekstrakt z czarnej rzodkwi wycofany z lekospisu… — powiedziała szybko, po czym otworzyła jakiś skorowidz i czegoś szukała. — To… może jest coś zastępczego? — bąknęła Marta zaskoczona. — Jest. Isochol zamiast bilamidu. I sok z dziurawca albo cholesol. Ale musi pani przynieść nową receptę albo zapłacić pełną cenę. — Co za pech! — rzekła cicho Marta. — Ci lekarze — sarknęła jakaś kobieta

w opatulonym szalikiem kapeluszu, tuż za Martą — zapisują lekarstwa, których nie ma w aptekach… — Proszę pani… — zaczęła Marta, ale nie wiedziała, co powiedzieć. Stanął jej w głowie cały kołowrót od nowa: zwolnienie z pracy dla matki, skierowanie do ośrodka zdrowia, czekanie godzinami na lekarza rejonowego, nieudana randka z Zenonem. „Na wykup specyfików bez recepty nie starczy mi z pewnością pieniędzy”. — Tyle zachodu… — szepnęła znowu, po czym dodała głośniej: — Ile to będzie kosztować bez recepty, proszę pani? — Farmaceutka wymieniła cenę. Z tyłu kolejki ktoś powiedział całkiem głośno: — Co tak długo? Nie można tak długo załatwiać jednej osoby… — Proszę pani, mama… — zaczęła Marta. Ze zmęczonej twarzy, spod siwych, schludnie upiętych włosów spojrzały na nią przelotnie bystre oczy farmaceutki. — To dla pani? — spytała. — Nie — rzekła szybko Marta — dla mojej matki. Wątroba i woreczek żółciowy. — Farmaceutka zdecydowanym ruchem ołówka przekreśliła nazwy leków na recepcie i wpisała nowe, po czym wypisała kwit kasowy. Marta uśmiechnęła się z wdzięcznością. Coś na kształt uśmiechu rozluźniło skupioną twarz farmaceutki. Powiedziała: — Kto następny, proszę… — Tak już było, że uśmiech Marty budził uśmiech na twarzach innych ludzi ha zasadzie jakiegoś czarodziejskiego mechanizmu. Zamknęła za sobą drzwi apteki i stała przez chwilę na progu. Wicher, śnieg, deszcz, błoto, mżące, niepewne światło, gęsta maź lutowego wieczoru, w której ludzie biegną szybko, uciekając przed tym, co jest w powietrzu, tłoczą się do tramwajów, spieszą się, nie patrząc na nikogo. Długi rząd skulonych postaci dreptał w błotnistej papce trotuaru, czekając na 113, nieco dalej taki sam szereg wypatrywał niecierpliwie żoliborskiego autobusu. Marta szybkim krokiem, przechodzącym niemal w bieg, ruszyła w stronę Wiejskiej. Kiedy i jak to się stało, tego nie potrafiłaby w pierwszej chwili powiedzieć. W tej samej sekundzie oczy wypełniły jej się łzami i gryzący żal zalał jej serce. „Tyle trudu, tyle starań, takie potrzebne, takie strasznie potrzebne…” — kłuły szpilki bezsilnej goryczy. Obydwa flakony leżały rozbite na bruku; z jednego sączył się płyn, z drugiego bielały zmieszane z błotem tabletki. To była pierwsza reakcja. Następną była wściekłość, a w chwilę potem przerażenie. — Spokojnie, kochana… Złość piękności szkodzi… — seplenił wysoki wyrostek, zataczający się z lekka. Miał tłuste blond włosy, spoconą twarz i rozpiętą na szyi barchanową koszulę. To on gwałtownym ruchem wytrącił jej flakony z ręki. Przypadek, zaczepka czy nieuwaga, której winna jest pogoda, błoto, pośpiech? Jedno nie ulegało wątpliwości — facet był pijany. I nie był sam. Obok zaśmiewał się niski, gruzłowaty chłopak w letnim płaszczu. — Zwariował pan!… Jak pan chodzi?… Proszę się odsunąć!… — zawołała Marta. Wysoki usiłował ją objąć. — Po co ten krzyk, koleżanko?… „Pozbiera się, oczyści… he, he, he! — zaśmiewał się gruzłowaty, wgniatając butem tabletki w brudnoczarną maź. Z pobliskiego ogonka do 116 zaczęli się odwracać ludzie. Paru

przechodniów przystanęło w pewnej odległości. — Co pan zrobił z lekarstwem?!… Milicja!… — zaczęła krzyczeć Marta. Żal, złość i obawa dygotały w jej głosie. Czuła woń nic mytego ciała i brudnego ubrania napierającego na nią wyrostka. Od oddalonego o trzy kroki zaledwie kiosku „Ruchu” oderwała się jakaś postać. Był bez czapki, nosił welwetową, rozpiętą kurtkę. Jednym skokiem dopadł do wysokiego i Marty. Wokół nich narastał tłum niepewny, ciemny, niewyraźny jak pogoda. — Mietek! Gub się! Po co ten Hałas… — pchnął wysokiego w bok, po czym szybkim, bezczelnym gestem ujął Martę za podbródek i brutalnie poderwał jej głowę do góry. — Siostro! — rzucił przez zęby. — Siostrzyczko… Uważaj, jak chodzisz… Słyszysz!… Nie ładuj się na spokojnych ludzi, bo będziesz płakać!… A teraz… — No, tak… — dodał szybko niski gruzłowaty — wpakowała się na kolegę jak torpeda i ma żal… — Sam widziałem — rzucił ktoś z tłumu, zbierającego się bliżej wokoło — ta pani biegła jak szalona… — Wiadomo — tłum ożywił się — młody chłopak zabawił się… trzeba mu dać drogę… — Nieprawda! — zagrzmiało naraz z boku. Z kiosku wychylała się czerstwa twarz, zdobna w siwy, sumiasty wąs i uwieńczona piękną maciejówką z lśniącym daszkiem. — Nieprawda, proszę państwa! Ten łobuz winien! Wszystko dobrze widziałem! Zaczepiał, szczeniak, wytrącił tej pani!… Ja bym ciebie, draniu… — z okienka wynurzyła się sucha, koścista pięść, grożąca wysokiemu wyrostkowi. — Dziadziu — rzekł niski, opierający się łokciami o kiosk — zamknij japę, dobrze?… — Co teraz będzie? — zawołała Marta. Głos się jej łamał, nie mogła oderwać oczu od sponiewieranych lekarstw. — Ojejej… Żeby tacy chłopcy! Jak to można… — powiedziała nieśmiało jakaś kobiecina w chustce. — A pani co? — szarpnął się ku niej ten w welwetowej kurtce. — Do domu! Kalesony prać! Już… Nagle zwinął się nieoczekiwanie, gwizdnął przeszywająco przez zęby, pchnął z całej siły Martę na kiosk, roztrącił pierwszych z brzegu i krzyknął: — Chłopaki! Chodu!… To, co nastąpiło teraz, było rodzajem snu, zaś sen ten prześniło kilkanaście osób w ciągu ułamka sekundy. Kiedy przetarli oczy — było już po wszystkim. W błocie trotuaru leżał wyrostek w welwetowej kurtce, krwawiąc obficie. Mały gruzłowaty klęczał pod kioskiem, trzymając się oburącz za głowę. Podnosił się powoli, spojrzał błędnym wzrokiem ciężko pobitego człowieka, zatoczył się, spiął wszystkie siły i zaczął uciekać w stronę kościoła św. Aleksandra. Pijany znikł gdzieś bez śladu. Tłum ocknął się, zakołysał, zaczęto wołać ze wszystkich stron: — Pogotowie! Milicja! Człowiek ranny!… — Ktoś pomógł podnieść się Marcie, która oddycHała ciężko. Od strony Wiejskiej biegło dwóch milicjantów.

W dyżurce Pogotowia zabrzmiał telefon. Siostra podniosła słuchawkę. — Tak. Pogotowie. Który komisariat? Trzynastka. Dobrze. Zaraz sprawdzę, proszę położyć słuchawkę. Rozłączyła się, spojrzała na tablicę z wykazem komisariatów i nakręciła numer. Położyła słuchawkę, podniosła drugą. — Ambulatorium? Tu dyżur. Wzywa trzynasty komisariat. Ma u siebie rannego człowieka. Kto jedzie? Doktor Halski. Doskonale. Z oszklonej kabiny dyżurki widać było hali i korytarze. Siostra dyżurna nacisnęła dzwonek. Z pokoju szoferów wyskoczył ktoś i wypadł na dziedziniec, po czym rozległ się szum zapuszczanego motoru. W głębi korytarza ukazała się wysoka, szczupła postać w białym kitlu pod samą szyję i w narzuconym na ramiona płaszczu. Obok szła otulona w kożuch pielęgniarka. Lekarz uśmiechnął się do siostry dyżurnej. — Psia pogoda — powiedział i dodał: — Siostro, proszę mnie szybko połączyć z redakcją „Expressu Wieczornego”. — Siostra dyżurna nakręciła numer i podała lekarzowi słuchawkę. — Redakcja „Expressu”? Czy mógłbym mówić z redaktorem Kolanko? Dziękuję. Krótką chwilę czekał, bębniąc smukłymi palcami po szybie. W słuchawce odezwał się sympatyczny męski głos: — Tu Kolanko. Słucham. — Doktor Halski. Dobry wieczór, panie redaktorze. Dzwonię zgodnie z przyrzeczeniem. Proszę zaraz przyjechać do trzynastego komisariatu. Na Wiejską. — Wspaniale. A więc sądzi pan, że… znów? — Nie wiem nic na pewno. W każdym razie jakaś bójka uliczna i bardzo ciężkie pobicie czy nawet gorzej, iluż tam jadę. — Dziękuję. Jestem za dziesięć minut na miejscu. Doktor Halski położył słuchawkę. Uśmiechnął się raz jeszcze do siostry dyżurnej. — Może coś siostrze przywieźć z miasta? — spytał. — Mamy jeszcze całą noc przed sobą… — Miał miłą, młodą twarz i spokojne oczy. — Dziękuję — odparła siostra dyżurna — niczego nie potrzebuję. Powodzenia. — Doktor Halski spojrzał na wielki, elektryczny zegar: była siódma dwadzieścia. Wsiadł szybko do niskiej, szarej škody z żółtym krzyżem na drzwiczkach. Mały wóz wyprysnął w zasnutą deszczową zamiecią Hożą, przeciął Marszałkowską. Szofer włączył syrenę, przechodnie zaczęli przystawać, oglądać się. Nawet najsłoneczniejszy optymista nie byłby w stanie nazwać trzynastego komisariatu miejscem radosnym. Sprawiał raczej wrażenie ponure, na co składa się także fakt, że mieścił się na parterze starej, mocno nadszarpniętej przez wojnę kamienicy, w pokojach wysokich i ciemnych, którym — nawet codzienne malowanie nie odebrałoby brudnoszarej atmosfery wiejącej z odrapanych ścian. Doktor Halski wszedł pewnym krokiem i od razu skierował się do smutnej ławki, na której spoczywał kształt ludzki nakryty welwetową kurtką. „To samo — pomyślał szybko — identycznie to samo”. Sprawnie

odgarnął zmięty, mokry szalik, niechlujną, lepką od krwi chustkę do nosa i prowizorycznie założony opatrunek z waty. Szybkimi palcami obszukał kość szczękową: była nienaruszona. Przy drzwiach powstał szmer, stojący przy nich milicjant usiłował zatrzymać jakiegoś pana w zsuniętym na tył głowy kapeluszu. Pan ten powiedział: — Prasa… — i okazał coś milicjantowi, który usunął się z przejścia. Doktor Halski powiedział: — Siostro, surowicę przeciwtężcową. Gazę, bandaże… — Pielęgniarka już miała w ręku wygotowaną strzykawkę, niezmiernie szybko i celowo wyjmowała przybory z torby. Gdy Halski podniósł pełną strzykawkę do góry, wzrok jego padł na twarz leżącego. Wśród smug wytartej krwi i siniaków tkwiły czujne, przytomne oczy. Halski pochylił się nad obnażonym ramieniem i poczuł wyraźną woń alkoholu w oddechu rannego. Wszystko tak samo, wszystko się zgadza…” — pomyślał i wbił igłę. Pielęgniarka przemywała dolną szczękę wodą utlenioną. Halski szybko i bezlitośnie zdezynfekował ranę, ranny skurczył się z bólu i zawołał: — Auuu!… — Pielęgniarka posypała sowicie suliamidon, krew zmieszała się z żółtym proszkiem. Do Halskiego podszedł młody sierżant milicji o twardej, nie ogolonej twarzy, w narzuconym na plecy szaroniebieskim waciaku, i dziennikarz. Dziennikarz był mocno zbudowany, zagięte w dół rondo modnego kapelusza wisiało mu nad czołem. Powiedział: — No i co? — To samo — rzekł Halski. — Co… To samo? — spytał sierżant. — Niezwykle silne uderzenie w szczękę, tak zwany upper–cut w języku pięściarskim, cios podbródkowy. W dodatku wzmocniony czymś metalowym, małym kastetem albo dużym pierścionkiem. Oczywiście, poszarpane żyły w pobliżu tętnicy szyjnej i przełyku, okolica bardzo delikatna, ukrwiona, stąd bardzo obfity krwotok. Ale nic groźnego; w gruncie rzeczy kość cała, przełyk nie uszkodzony. — A więc to samo? — spytał raz jeszcze dziennikarz. — Bez wątpienia — rzekł Halski. — Co pan na to? — Nic nie rozumiem — obruszył się sierżant. — O czym panowie mówią? — Zaraz — rzekł dziennikarz, nie zwracając uwagi na sierżanta. — Zaraz, niech pan pomyśli…. — Panie — przerwał sierżant. — Kto pan w ogóle jest? — Oto moja legitymacja — podał mu dziennikarz. — Panie doktorze, to wtedy… — Redaktor Edwin Kolanko — czytał sierżant. — Kierownik działu miejskiego „Expressu Wieczornego”… — ze służbowego nawyku spojrzał na fotografię, po czym przeniósł wzrok na żywą osobę. Ta sama męska, energiczna twarz, jasne oczy i jakiś cień pobłażliwej ironii w kąciku ust, co mogło znamionować dobroć, trochę nieprzewidzianego niedołęstwa lub nieco bierny sceptycyzm. — Oczywiście. I to jest najbardziej zdumiewające — doktor zapalił papierosa. — A więc takie samo uderzenie, taka sama rana? — dziennikarz spojrzał na rannego. „Skądś znam tę twarz…” — pomyślał. — Należy stąd wnosić, że facet ma świetną znajomość boksu i coś twardego w ręku. Czyż nie? — Halski uśmiechnął się z lekką drwiną.

— Jaki facet? Co za facet? Więc to, że biła za każdym razem ta sama ręka, przyjmuje pan jako pewnik? — dziennikarz szukał po kieszeniach. Wyciągnął mentolowe, poczęstował sierżanta i wetknął papierosa w usta rannego. — Chyba mu nie zaszkodzi? To te zdrowotne… — rzekł do Halskiego. Lekarz skinął przyzwalająco i przytknął zapałkę. Ranny zaciągnął się chciwie. — Tak jest — powiedział Halski. — Idźmy dalej. Twierdzi pan, że ranę powoduje rodzaj kastetu, a może pierścionek. Skoro wiemy, że pierścionki nosi się na lewym ręku… — …tedy biorąc pod uwagę siłę ciosu — uśmiechnął się Halski — dojdziemy do wniosku, że facet jest albo mańkutem, albo żonatym, czyli noszącym pierścionek na prawej dłoni. Kochany redaktorze, nie tędy droga. Wydaje mi się, że metoda indukcyjna w stylu niezapomnianego Sherlocka Holmesa na nic tu się nie przyda. To jest warszawska sprawa, jak sądzę: tu należy szukać wyjaśnień w problemach i tradycjach naszego miasta, w jego nastrojach i kolorycie. Stara, klasyczna, detektywna szkoła zawodzi w takich wypadkach, gubi się w jaskrawościach warszawskich sytuacji i warszawskich temperamentów. — O czym panowie mówią, jak pragnę zdrowia? — zdenerwował się na dobre sierżant. Oczy rannego biegały niespokojnie, z najwyższą uwagą. — Bardzo obywatela kapitana przepraszam — odezwał się jakiś głos. Halski, dziennikarz i sierżant odwrócili się. Przy barierze, przecinającej pokój na dwie części, stało trzech mężczyzn, obok siedziała na krześle dziewczyna. Kilku milicjantów tkwiło pod ścianami. — Niech obywatel kapitan zechce mnie zwolnić — mówił do sierżanta jeden z mężczyzn, krępy, w palcie z wąziutkim, futrzanym kołnierzem, z teczką pod pachą. Sierżant przeszedł na drugą stronę bariery i przybrał postawę urzędową. — Zaraz sporządzę protokół — powiedział, siadając za biurkiem. — Obywatelu doktorze — zwrócił się do Halskiego — czy poszkodowany może zeznawać? — Oczywiście — rzekł Halski. — No, wstań pan — ujął rannego delikatnie, lecz stanowczo za ramię. — Nic już panu nie jest, prawda? — Jaki tam poszkodowany? — mruknął głośno stary człowiek z siwym wąsem, w maciejówce, stojący przy barierze. Ranny dźwignął się, usiadł, podtrzymywany przez pielęgniarkę, niepewnie wstał. Był wysoki i silny, miał na sobie tanią, zmiętą, granatową dwu — rzędówkę, pod nią brudny, zielony pulower pod szyję, z wyłożonymi rogami kołnierzyka niemiłosiernie brudnej, ongiś niebieskiej koszuli. Wyglądał najwyżej na dwadzieścia lat. Pochylił się ku zabłoconemu butowi z tandetnej namiastki zamszu, z przesadnym rantem na nosku, zawiązał sznurowadło. „Skąd ja znam tę twarz? — pomyślał znów dziennikarz. — Gdzie mi mignęła? Ma ładne zielone oczy, ale jakieś krzywe, złe. Ile takich twarzy przesuwa się codziennie przez dworce podmiejskie, domy towarowe, czwartorzędne jadłodajnie…” — Pozwolicie, obywatelu sierżancie — rzekł dziennikarz — że zostaniemy z doktorem przy przesłuchaniu? — Proszę bardzo — rzekł sierżant, ale nie sprawiał wrażenia zbytnio zadowolonego. — Ja nic nie widziałem — mówił po podaniu nazwiska i adresu krępy z kołnierzem, na który nie starczyło futra — ja mam żonę i dzieci i jestem strasznie zmęczony. Wie pan, obywatelu sierżancie, cały dzień w biurze.

Ciosów nie zdołałem zauważyć. panie rewirowy. — Oto mój dowód. Ten drań… — Kalodont wskazał trzęsącą się laską na faceta w welwetowej kurtce. podszedłem bliżej. jednym z nich jest ten oto. — Jak pan może. jestem studentem Politechniki. nie widziałem… — Możecie iść do domu. Gdy ten przeszedł do rękoczynów. prosto w oczy… i już ten pan leżał na ziemi. o . — Co dalej? — Dalej to. pisząc szybko. mieszkam na Żoliborzu. nieokreślony — wszystko skotłowało się błyskawicznie i po chwili ten drab leżał na bruku. ale kto. Marczak Anatol. Starzec trzymał się prosto. a drugi klęczał na ziemi. mam kiosk koło Instytutu Głuchoniemych. wszystko widziałem… Ten tu skoczył do tej pani i uderzył ją. Wyglądali na pijanych. — Zgoda. — Nie żartujecie chyba z tym?… — uczynił gest. w!… Do tego doszło. — Nazywam się Marczak Anatol. Kto następny? — To było olśniewające — zaczął młody człowiek w okularach. obywatelu — rzekł sierżant. Do bariery podszedł stary człowiek w maciejówce. Ja jestem komisantem „Ruchu”. Olśniewające. który znów usiadł. wydaje mi się tylko. nieuchwytny. to nie wiem. — Następny. Halski i dziennikarz nie wytrzymali i przechylili się przez barierę. że kobieta nie może przejść ulicą o siódmej wieczór. wszystko poszło w błoto… Ja widziałem. włóczykija. Zdaje się. — Przecież mówię: Juliusz Kalodont. trzymając się oburącz. z małym. Kozietulskiego cztery. sumiastym wąsem. jakby sobie czyścił zęby. Wytrącił jej lekarstwa z ręki. że go ktoś kopnął jeszcze kilka razy. czyż nie? Z takimi nie można inaczej… — Dziękuję — powiedział sierżant — jest pan wolny. Jestem zawsze gotów świadczyć na pani rzecz w sądzie. łotrów. laską. lecz czyściutki paltot. Zaraz jednak spoważniała aż do opryskliwości. Widziałem. jakiś cień.Stałem w kolejce do autobusu. że ja bym z nich pasy darł. którą miał w ręku. Trzeba raz na zawsze skończyć z tym łobuzerstwem. — Obywatelu… — twarz sierżanta złagodniała w zmaganiu z rozbawieniem. zbliżając się do bariery. Była to wspaniała maciejówka. Stałem w kolejce do autobusu. kopnął jeszcze kilka razy leżącego w głowę i w brzuch. To wszystko. A potem się wszystko jakoś skłębiło. a jego koleżka rzucił się na tę panią. o tak… za głowę. jak ta pani została zaczepiona w ordynarny sposób przez trzech drabów. z tych chuliganów. obywatelu Kalodont — rzekł sierżant z rezygnacją. ci państwo zaczęli się kłócić. W dowodzie widniało czarno na białym: Juliusz Kalodont. rozpinając znoszony. czyściutka. ciemnoniebieska. nagle w sam środek ktoś wskoczył. Ta maciejówka doskonale pasowała do rumianej. Wtedy podniósł się straszny krzyk. raczej wymachiwał. wszystko stało się tak nagle. że ów cień był niewysokiego wzrostu i zanim rozpłynął się w ciemnościach. niż się podpierał. — Kalodont Juliusz. usianej drobniutkimi żyłkami krwistości twarzy z siwym. — Nazwisko i imię? — spytał sierżant. panie rewirowy… — rzekł starzec z wyrzutem. lśniącym lakierem daszkiem. — Jak? Dziennikarz. ten deszcz ze śniegiem. oparł się ciężko o ścianę i palił resztkę starego sporta — ten podszedł do mnie po papierosy. Halski i sierżant jak na komendę spojrzeli na starca. dwaj uciekli. I to gdzie? Na placu Trzech Krzyży. — Proszę pani — zwrócił się młodzieniec w okularach do Marty — proszę sobie zapisać moje nazwisko.

chuligani. To. znamionujący narastającego w nim ducha boju. Ten pan pchnął mnie silnie na kiosk. jak się zjawił. — Tego to ja nie wiem. z czyjej winy. z deszczu. spokojne oczy. aż ściana w kiosku jęknęła. ci młodzi ludzie zachowali się w stosunku do mnie agresywnie. do chorej matki. — Z winy tych parszywców. lecz uprzejmie sierżant. Jestem sekretarką w dyrekcji Muzeum Narodowego. tak — rzekł sierżant — to są dla mnie sprawy drugorzędne. — Nic wiem. — Potem z tłumu wystąpił ogromny. Ale ja nie wiem… może to ten deszcz ze śniegiem. to mogło być przywidzenie. śniegu. Ale dobrze im tak. mgły. że utraciłam te lekarstwa. Marta Majewska. efekt napiętych nerwów. Uśmiechnął się do Marty i nieoczekiwanie dla siebie postąpił o krok naprzód. — Spokój — rzekł sierżant. było już po wszystkim i ten pan leżał na trotuarze. wręcz ordynarnie. Jestem gotowa przyznać się i przeprosić. Znikł tak. Rzeczywiście. W jej stronę. nie wnosi nic nowego. . niosąc lekarstwa. tym śmieciarzom. ja doprawdy nie wiem. ta pogoda… Nie chcę się wydać dziecinną. — Majewska. panie rewirowy. piękny pan. Może… tylko… — Co takiego? Proszę mówić. łapać za… Ja bym ich na rok czasu każdego!… — Pani nazwisko? — spytał sucho. W zasadzie była pani świadkiem poranienia tego człowieka. jak Boga kocham. ta wichura. pchnął z całej siły. może z mojej… — Z czyjej winy?! — huknął Kalodont. wspaniały człowiek. Co pani może o tym powiedzieć? — Niewiele. śmieszną… — Niech pani powie — rzekł łagodnie Halski. jakby z tego błotnistego. — Proszę pana — rzekła Marta do sierżanta — mnie się to wszystko wydaje jakimś nieporozumieniem. — No. straciłam na chwilę oddech i wtedy to wszystko się rozpętało. których zdobycie kosztowało mnie mnóstwo trudu. — Jak to… nic nowego?… Zechce pan przyjąć do wiadomości. Marta wstała i podeszła.tak. z grzywą jak u lwa… Jednym zamachem ramienia powalił tych wszystkich gówniarzy i… — Niech ja dostanę tego lwa w ręce… — mruknął sierżant ze złością. „Jaka świetna!…” — pomyślał szybko dziennikarz i zdjął kapelusz. Wyglądała smutno i źle. co pan mówi. ale nie w tym rzecz. „Biedna…” — zastanowił się doktor Halski. Ta pani może mnie jeszcze potrzebować… — Kalodont skłonił się rycersko w stronę Marty. Lat dwadzieścia cztery. zmęczona i zdenerwowana. gdzie znikł. — Pozwoli pani — rzekł sierżant grzecznie do Marty. — I co! Właśnie. A potem… — Co potem? — zawołał Halski. Marta odwróciła się do niego i ujrzała szczupłą. Nie wiem. Rzecz w tym. psia ich mać!… — Tu staruszek wykonał gest laską. chłopięcą twarz i błękitne. sam widziałem. ja zostaję. co?… — rzucił Halski. — Wie pan — rzekła Marta do Halskiego — w pewnym momencie wydało mi się. Raczej nic. że biegłam zbyt szybko i potrąciłam kogoś nieumyślnie. — Może pan już iść. być może. Biegłam do domu. uderzył. panie rewirowy! Zaczepiać się zachciało. Gdy po sekundzie wróciłam do siebie. burego półmroku.

— Halski uśmiechnął się. „Blondyni o złocistym odcieniu włosów i skóry. prosiłbym pana o pozostanie jeszcze przez parę minut. milicjanci zbliżyli się do Marty. mają naturalną przewagę nad rudawymi blondynami. Ponadto na mej twarzy z pewnością znać skłonności do alkoholowego obrzęku. to proszę się do nas zgłosić. chora i z pewnością bardzo już niespokojna. na Konopnickiej. — Co jest mamie? — spytał. do jakich należę. Sierżant chrząknął. Marta uśmiechnęła się po raz pierwszy. — Wątroba i woreczek żółciowy — odparła Marta. jak doktor. Gdyby zechciała pani złożyć skargę do Komisji Orzekającej Stołecznej Rady Narodowej. czego w żadnej mierze nie można rzec o obliczu doktora…” — zasępił się w duchu dziennikarz i z goryczą popatrzył na Martę. ile środków przeciw dolegliwościom wątroby zna współczesna medycyna. — Skaleczyła się pani — powiedział do Marty. zielarstwem i lecznictwem tybetańskim — rzekł Halski. — A może napiłaby się pani filiżankę gorącej kawy po tych przejściach? — Dziękuję również. Halski zdecydowanym ruchem zdjął jej beret z głowy i odgarnął włosy ze skroni. Przez chwilę patrzył zimno i lekceważąco na sierżanta. To wystarczy. wbite we mnie. „Śliczna jest… — pomyślał — właśnie teraz. Nie mam przy sobie recept. — To głupstwo — rzekła Marta — nawet nie czuję. zdenerwowana. po czym rzekł. — No. Kalodont. Marta ukryła twarz w dłoniach. a tak intensywnie. Świeża woń tych włosów przeniknęła mu do świadomości. Zaś zaraz po jej wyjściu przestał o niej myśleć. co spowodowało. — Dziękuję — rzekła z prostotą i podała adres. — Czy ja mogę już iść? — spytała Marta sierżanta. Teraz przypominam je sobie dokładniej… Były przeraźliwie jasne. ale jeszcze dziś wieczorem dostarczę pani ich tyle. Halski podszedł do Marty i rzekł: — Proszę się uspokoić… Co to jest?… — dodał z lekką obawą. Muszę być zaraz w domu.z tej kotłowaniny szarych postaci wpiły się we mnie jakieś oczy. — Oczywiście — odparł — protokół mam sporządzony. Kalodont poczuł się dziwnie nieswojo. po plecach dziennikarza przebiegł dreszcz. że w pokoju uśmiechnęli się wszyscy. Halski i dziennikarz zaczęli się zbierać ku wyjściu. — Proszę mi podać swój adres. Moja mama czeka na mnie. a przecież śliczna…” — Siostro — powiedział — proszę o jakiś antyseptyk i plaster. a teraz ty. łącznie z homeopatią. taka zmęczona. Marta. wolno cedząc słowa: — Nic… Dostałem w mordę i jestem poszkodowany. syneczku… — rzekł sierżant wstając i poprawił pas — co powiesz? Wyrostek zbliżył się do bariery. Na skroni Marty widniało cieniutkie pasemko krwi. Sierżant rzekł: — Panie doktorze. Opanował się i spytał: — Imię i nazwisko? . ty draniu!… — podsunął się z laską ku wyrostkowi. jakby same białka bez źrenic. Dziennikarz powiedział do Marty: — Czy pozwoli się pani odwieźć do domu? — Dziękuję — odparła Marta — mieszkam o trzy kroki stąd. aż do bólu. prześwietlone jakąś nieludzką mocą i pasją… Straszne!… Pielęgniarka poruszyła się niespokojnie. jarzące się. — Na pewno o kant kiosku — zawołał Kalodont — ach. Sierżant poczerwieniał lekko. wyrostek w welwetowej kurtce zamarł z papierosem na wpół wzniesionym do ust.

— Mechciński Wiesław. A teraz… wynosić się. — No więc. o jakimś kształcie zamazanym. panie sierżancie — rzekł — ja cały tydzień jestem na nocnym dyżurze. — Dowody. po chwili rzekł: — Jeśli chcecie złożyć skargę o pobicie. przed trzema dniami na Grochów. Po raz pierwszy do Rembertowa. sprecyzować. Legitymację z pracy — powtórzył flegmatycznie sierżant. jak mi natychmiast nie okażecie czegoś. przedwczoraj na dworzec w Podkowie Leśnej. Za każdym razem nikt ze świadków zajścia nie potrafi wytłumaczyć. . Za każdym razem zastaję kogoś powalonego piorunującym upper–cutem w szczękę. Sierżant spojrzał i rzekł ze złym uśmiechem: — Ach ty… Macie szczęście. niewyraźnym. zawsze łobuz pozostaje na placu jako bezwładna. skopanego bezlitośnie. gdyby nie moje ubranko… mnie nie wolno… Sierżant zwrócił się do Halskiego i dziennikarza: — Może panowie ze mną pozwolą. nic i nic… Jedno jest tylko pewne: za każdym razem na ziemi pozostaje ciało poszkodowanego. Was. nic nie można z tego pojąć. — Poszkodowany… — syknął — ja bym cię poszkodował. ceratowy portfel. piekielnie zwinnym. Stojącemu przy drzwiach milicjantowi złowrogo zabłysły oczy i zatrzęsły się ręce. — Zapomniałem w domu. — Widzi pan. Wyrostek zaczął grzebać po kieszeniach i wyciągnął jakiś strzęp papieru. na Kawęczyńskiej? — To teraz… — uśmiechnął się krzywo wyrostek — ale przedtem na Miedzianej… Sierżant pisał coś. — Adres? — Miedziana dwa. ująć. — Co wy mi tu dajecie! — głos sierżanta zadrgał pasją. A więc zawsze napastnik. co się stało. szybkim jak błyskawica. panie doktorze — zaczął sierżant — o czym panowie tak zagadkowo rozmawiali? — Halski zapalił papierosa i otulił się płaszczem. że… Dlaczego kłamiecie? Przecież mieszkacie na Pradze. pociągniemy do odpowiedzialności. I jeżdżę. Stanęli wokół biurka. jakim chociaż może być?… Nie wie się nic. kiedy i jak. twarz mu spurpurowiała — świadectwo szczepienia tyfusu sprzed dwóch lat?… Słuchajcie. o błysku ciosu. do nas. innym razem o kimś niewielkiego wzrostu. ze zmasakrowanym podbródkiem. to przez trzy tygodnie się stąd nie ruszycie! Aż do rozprawy za włóczęgostwo… Wyrostek wzruszył ramionami i wyjął postrzępiony. — Dowody. przed dwoma do kina „Ochota”. to tu. wczoraj do domu towarowego na Służewcu. Wszyscy bredzą o jakimś cieniu. kto to jest. zawsze prowokujący. kto był sprawcą. ty… poszkodowany… Wyrostek narzucił kurtkę i wyszedł. Za chorego kolegę. — Pracujecie gdzie? — W warsztatach na Karolkowej. a tym poszkodowanym jest niezmiennie ktoś w stylu pańskiego dzisiejszego klienta. — Przeprowadził ich do małego pokoju. uchwycić. za zachowanie się na ulicy i usiłowanie wprowadzenia władzy w błąd. z którego dobył poświadczenie zameldowania. Raz mówią o mocarnej postaci. pięści. nieuchwytnym jak mgnienie oka.

czy z czasem nie zaczną zostawać zwłoki… — Halski zaciągnął się mocno papierosem. lwia grzywa. wskazują raczej… — dziennikarz zawaHal się. Jestem niezmiernie ciekaw Pani samopoczucia. A kto wie. podniósł słuchawkę telefonu i nakręcił numer Komendy Głównej MO. Marta otworzyła kopertę i przeczytała: Szanowna Pani! Uprzejmie dziękuję za podziękowania. że nie jest ono aż tak potrzebujące pomocy. Sierżant tarł czoło. czy smucić? Pragnę Pani także donieść. że zostały odkryte rewelacyjne środki na dolegliwości wątroby. tam coś przesunąć. — Na to najbardziej wygląda. Ponadto. zaś samą teorię potwierdzałaby w tym wypadku prosta obserwacja: małe. No i oczy. Jak zwykle pierwsze ruchy Marty w mieszkaniu miały głęboki sens gospodarski — tu coś poprawić. czyli tyle prawie. Szerokość skali i warunki. Było tu dużo sprzętów. co powiedziałem. że obdarzyła ją nimi pani Majewska. złączonych ze sobą okolicznościami i metodą. ówdzie coś przestawić. stłoczonych przymusowo na ciasnej przestrzeni. konkretnie umiejscowiony wypadek. czy się z tego cieszyć. nie wiem… To. ale mnie wydaje się. co wiemy po dzisiejszym? — podchwycił dziennikarz. — Na co wskazują? — rzekł ostro sierżant. czyż nie tak? A więc coś nowego — rzekł Halski — oczy. Świetliste. lecz seria czynów. Gdy wyszli.nieprzytomna. co nic… — W porządku — rzekł sierżant. — Jakiś list do ciebie. lecz z pieczołowitym namysłem. aby telefonować do Pogotowia. krwawe sądy mętów wielkomiejskich… — Czyżby? — rzekł sceptycznie dziennikarz. w których się to wszystko dzieje. białe oczy. jarzące się. że tu nie wchodzi w grę jakiś jeden. pochodzące z mych upodobań do spraw ciekawych i niecodziennych… Wie pan. starsza pani podeszła do ozdobnej komody i wyjęła spod wazonika prostokącik koperty. że mamy do czynienia z… jakąś zorganizowaną akcją… Zresztą. Łączę serdeczny uścisk dłoni Witold Halski . Sam nie wiem. — Mamy zaledwie pewne dane. — A dzisiaj? Co było dzisiaj? — rzekł jakby sam do siebie. myślę jednak. — Dziękuję panom. — Student Politechniki mówił o kimś małego wzrostu. Takie gesty są najczęściej dziedziczne. skatowana ofiara. — Właśnie. z czego można wnosić. — Proszę się zastanowić. to wszystko są nowe elementy. takie fantazje… — Sierżant wydawał się tonąć w myślach. Szczupła. — Nic nowego — uśmiechnął się kpiąco dziennikarz — w gruncie rzeczy nic nowego. okraszonych ze smakiem dobranymi przedmiotami. przypuszczenia. przerażające oczy — oczy mordercy lub świętego. bo jaki wzrost? Jakie oczy. obserwacje. pan Kalodont — o kimś ogromnym. wzrost. gdy doktor Halski opowiedział mi przy kawiarnianym stoliku o swych pierwszych spostrzeżeniach i myślach. jednopokojowe mieszkanko lśniło schludnością i urokiem. — Ja nie chcę niczego sugerować — powiedział wolno Halski. — Porachunki? — powiedział. wiemy ciągle to samo. Marta zdejmowała płaszcz. sierżancie. że ma grzywę lwa. a zwłaszcza czyje? Już od tygodnia. Marto. może być niezwykle mylne.

smukła. co podobało się Marcie najwięcej. mateczko… Ale nie zwracaj na mnie uwagi. wprost w miły. stary. sama nie wiedząc dlaczego. Wiedziała przez chwilę z nieomylną pewnością. jak mówią szoferzy. że nie jest w stanie wypowiedzieć tych słów. niemniej tak blisko. czy nie ma ono przypadkiem ubocznego działania… Dowiedziałam się o nim dopiero dziś… — Co tam lekarstwa… Ludziom w moim wieku należy po prostu zmieniać wątrobę na nową. Nie wiem. Przyjemnie było iść dobrze znanymi. byle tylko pomogło. Przeznaczenie kiwało na nią kolorowym jak neon palcem za okienną firanką. Przeznaczenie zwaliło się pomiędzy stojącą na stole filiżankę herbaty i rozłożony numer „Przekroju”. czy nie zostawił dla niej żadnej kartki. bogatą prostotę założenia sejmowego pośród rozległych trawników i kunsztownych latarń. iż to działanie uboczne dotyczy nie bezpośrednio chorego. chciała spytać. lubianymi ulicami. a starą oddawać do kapitalnego remontu. ja zażyję wszystko. minęła Ministerstwo Gospodarki Komunalnej i zeszła Łazienkowską w dół. zgrabna. mamo? I natychmiast zagryzła wargi. najzupełniej mimowolnie rzekła: — Jak się dziś czujesz. Marta lubiła nieregularnie rozrzucone wille na Frascati. szeroki fragment skarpy nad Centralnym Parkiem. żółtawy krąg stojącej na półce lampy. maskujący z zamierzoną naiwnością coś. „Jak przeznaczenie w greckich tragediach…” — próbowała zakpić z własnych myśli. Już formułowała myśl. — Sęk w tym.Marta zmrużyła oczy. co mi przyniesiesz. wreszcie hojną. Wieczór był zimny. Teraz było to nieodwracalne. Było tu czysto. Jestem gotowa na wszelkie działania uboczne. dalej ciemny masyw pływalni — wszystko to. — A wiesz. drobna na tle kretonowej firanki. Od sprecyzowania owego czegoś była w tej chwili jak najdalej. dzisiejsza medycyna… — Kochanie. — Ale ja nie jestem gotowa — szepnęła do siebie Marta i odwróciła się do matki. Stała tak. spokojnie. Skręciła z Wiejskiej w prześwity gmachu Sejmu. — A gdyby jednak?… Coś nowego… Wie mama. lecz przyjemny. od których się wszystko zacznie. w głębi Myśliwieckiej — trybuny kortów tenisowych. Zrozumiała. Pomyślała o Zenonie. jakie one są. słoneczne i . poprzecinane żelaznymi ogrodzeniami. gdy naraz. Wytworna zaciszność dzielnicy sejmowej zmieniała swój charakter — zewsząd rozciągały się tereny urządzeń sportowych. czy zdajesz sobie sprawę z dokuczliwości tego ćmienia. zacisznie. boiska i spiętrzony hangar krytych trybun stadionu Wojska Polskiego. dzisiaj w biurze znów ćmiło… — Podobno zostało wynalezione nowe lekarstwo na cierpienia wątroby — Marta w zamyśleniu podeszła do okna — boję się tylko. Cieszyła ją powściągliwość i taktowny humor tych zdań. że nie może się przed nimi bronić ani uciekać. że za moment powie jakieś słowa. że nie najlepiej — pani Majewska zdjęła okulary i odłożyła robótkę — przez parę dni miałam względny spokój po tych lekarstwach. jak każda kobieta w takiej sytuacji. gdyż nie wie. bielony budynek dawnego senatu. Znała tutejsze zakamarki i przejścia. Lekki powiew niepokoju przepłynął obok jej serca. Park Sobieskiego. siatkowymi lub z grubych prętów.

niektórzy ludzie ciężko pracują. z głębi dużego placu dobiegały dźwięki walca „Łyżwiarze”. Ciche. czyniło raczej odstręczające wrażenie w zimowy wieczór. rozłupana przed dziesięciu laty bombą świątynia leżała w gruzach. Za kościołem ciągnęła się remiza trolejbusowa. jeszcze się je wykańcza. Ten kościół za dnia nie wzbudzał w niej. że nie ma trybun. Ta upiorna kolumnada nie miała żadnego oparcia. W samym środku tego krajobrazu tkwiły ruiny ogromnego kościoła. rozrywana od czasu do czasu poszumem przejeżdżających trolejbusów — wszystko to nie wzbudzało zaufania. zafascynowana. Spojrzała w górę: z wznoszących się do wysokości półpiętra stopni leciały w ciemność olbrzymie. w innych jest uciążliwa i dezorganizująca. W Warszawie nawet lodowisko chwyta się na gorąco. W Warszawie łapie się życie na gorąco. jońskie kolumny. ciężki tympanon. halifaxach. Przystanęła mimo woli. popisy. jeszcze w innych uszczęśliwia swą dynamiką i każe optymistycznie wierzyć w przyszłość. krzyk. ciemne trolejbusy stały w równych rzędach. i jest nas mnóstwo! Specjalne urządzenia jeszcze nie są gotowe. „Jak to się trzyma przez tyle lat? Taki warszawski Partenon. nie ożywione ulice i jezdnie. Na turfach. jak śpiące hipopotamy. Zenon!. — Chodź. Nic. Teraz wyglądał groźnie. hokejach. Nie darmo w zeszłym roku ukończyła historię sztuki. są jej hymnem. panczenach. rozpływające się w półmroku kontury. dawać „Róże południa”! Od niepamiętnych lat te dwa walce stanowią o warszawskiej ślizgawce. Mijając ruiny Marta pomyślała już zupełnie konkretnie. szerokie. prosto z rąk robotników i techników. rozlega się walc „Łyżwiarze”. Tłumy młodzieży na różnych rodzajach łyżew. Otwarte zostało nowe sztuczne lodowisko — a więc jesteśmy i my. awantury. ciemne przestrzenie. w pewnych wypadkach demoluje. przypinanych paskami i przytwierdzonych do specjalnych butów. cisza słabo uczęszczanej peryferii. żadnego zaplecza. — Żadna praca nie hańbi — uśmiechnął się Zenon. Puste. Marta odetchnęła z ulgą.. śmiech. wiszą nisko lampy. flirty. — Co się z tobą dzieje? Nie mogę się ciebie doczekać… — Jak się masz. otulony płaszczem. choć schrypły adapter. zagrzejesz . na przykręcanych. pod którym widniał zielono — czarny dres hokejowy z emblematem warszawskiego AZS. Cóż z tego. — Marta wspięła się na palce i pocałowała Zenona w policzek. — Mój chłopcze. Prężność tego miasta zdumiewa.zielone latem. jeszcze nie dopieczone.. gigantyczne słupy i strzępy ścian. śniegórkach. „Nerwy” — dodała w myśli — po prostu pozostałości zajścia sprzed paru dni”. to dopiero początek robót — nie szkodzi. a my się tymczasem poślizgamy! Skończył się walc „Łyżwiarze”. Jest radość. nie mówiąc już o obowiązkach domowych wzorowej córki. Przed dużym płotem z desek stały grupki młodzieży. rozsiewane przez wesoły. podtrzymujące potężny. sprzeczki. żadnych refleksji. Strzeżcie się nie mieć tych płyt na nowym lodowisku!… — Majka — zawołał młody człowiek. jest więc i młodzież. że jest tu całkiem nieprzyjemnie. są gwizdy. Zaraz za remizą rozbłysły kołyszące się światła. przechwałki. a szatnie z dykty i tektury? Jest lód. jak w każdym oswojonym z ruinami warszawiaku. tylko żłobione. jeszcze nie ostygłe z prac przygotowawczych. że bandy toru są prowizoryczne. wykończy się. to nic nie przeszkadza. gonitwy. bez dalszego ciągu za kolumnadą fasady”. łyżwiarze.

pełną dzieciarni i walających się gazet. dla dowcipu gotowi byli uczynić wszystko.się nieco w naszej szatni. — Majka — spytał Antek — jaka jest różnica pomiędzy koniem a koniakiem? — Nie wiem. nade wszystko w świecie cenili dowcip. długości nóg. Antek! — rzuciła Marta — jakiś ty opalony! — A co? W dechę. — Zenon usiadł i sznurował buty. ale już wie. że nie zamierza protestować przeciw swej wartości. nawet krzywdę. Marta. — Czołem. zuchwałe twarze. We wzroku Marty. sztucami. lecz widać było. jakby rzeźbionych włosach i ciemnych oczach. — Serwus. Był bardzo wysoki. Niepotrzebnie żeśmy się rozbierali. Stały tu szafki na sprzęt. spoglądającej na poprawiającego bodiczki Zenona. gdy wstał na łyżwach. — Z treningu chyba nici — powiedział. pogoda typu bajka. Jak się czuje mama? Był to bardzo ładny chłopiec. Nie mogę. jakiej mężczyźni bardzo nie lubią. — Bałagan na tym nowym lodowisku… Znów wpuścili publiczność. na medal. Marta nie była tu nie znana. łyżwami. dzielącego barak na pół. nie? Wczoraj wróciłem z Zakopanego… Mówię ci. butami. — Będę! — śmiała się Marta — ale to niewiele wam pomoże. zrozum. migotała tkliwość. która jeszcze kocha. Żebyś ty wiedziała. Przeszli szatnię ogólną. śniadej szyi osadzona była piękna głowa młodego gladiatora o czarnych. ale taka tkliwość. częstokroć mocno nieprzystojnych. — Taka. pancerzami ze skóry. czułość kobiety. to prawda. żebyś się z tym liczył — rzekła Marta z leciutką ironią. jakiś kult śmiechu wisiał w gęstym od dymu papierosowego powietrzu. Jakże Zenon tu przynależy… Duszą i ciałem” — pomyślała Marta. niekształtny rynsztunek nie mógł zatrzeć silnej gibkości jego postaci. zobaczysz. — Sądzisz. Do szatni wszedł barczysty mężczyzna w kożuchu. — To znów nie jest takie proste. załatwimy ich sześć koło. melduję ci. W tym galimatiasie przedmiotów śmiały się. — Przebierz się. — Panowie — po — . jak się masz? — słyszała z tyłu i z boków. że są rzeczy. że nam dosuną. — Cześć. gadały. Hokejowy. beret Marty sięgał mu zaledwie do ramienia. blondyneczko?… Wyrzuć te myśli. Jest cały pierwszy i drugi skład i ci z kierownictwa sekcji. opatrzone tysiącem napisów. Majka. co? — Marta roześmiała się. Pójdziemy trochę „Pod Kuranty”. Taka gwiazda jak ty. — Przyjdź w niedzielę splunąć na krążek… Gramy z jakimiś łachami z Krakowa. Na mocarnie sklepionej. Zenon gra jak szatan. nagolennikami. jak między rumem a rumakiem! Dobre. jak ty jesteś. był ogromny. wszyscy się śmiali. brudnych od obcierania łyżew] Zenon otworzył drzwiczki przepierzenia. trudno tu było nie śmiać się. nawet głupstwo. Ciasna przestrzeń między szafkami wypełniona była różnokolorowymi dresami zawodników. jak oni teraz na AWF–ie patrzą na udział w życiu sekcji… Aż strach… — Daj spokój. Ma być jakaś odprawa. Od wieków nie siedziałam w kawiarni. łyskały zdrowymi zębami młode. ten Zenon. o jakich jej chłopiec nie ma i nie może mieć pojęcia. Majka! — zawołał jakiś młody olbrzym o bardzo opalonej twarzy. kijami hokejowymi. Wstawimy im bańki. szerokości klatki piersiowej. Dowcip był religią tych młodych ludzi. chcę już w tym roku załatwić raz na zawsze dyplom. — Wiesz… na egzaminie nietrudno zgasić największą gwiazdę — rzekł Zenon.

przewracała. Umiała dostrzec butelkę po wódce pod ławką i błysk łyżwy przy łobuzerskim podcinaniu jadących spokojnie dziewcząt. Nie jest za zimno. w nastrojach ślizgawki o każdej porze dnia. zadartym nosie. ciemnym garniturze o kanciastych. wskazując na kraciastą czapkę — daje to ulubiony fason. — W uśmiechu Zenona była wzgardliwa aprobata dla chłopaka. trzy zimy spędzone z Zenonem dały jej wiedzę o prawach. Od razu też dostrzegła. postoimy trochę na powietrzu. JecHal szybko i pewnie. najeżony wystawionymi do przodu łyżwami. co się dzieje na logogryfie — przesuwance lodowiska. sunącego tłumu. co wiąże pozornie nie związane ze sobą postacie. którego dynamika pędu roztrącała łyżwiarzy.wiedział — skoczcie który na lodowisko. Majka. przez lodowisko. przekładał z wprawą. sadzając dziewczynkę na bandzie. kolorowe zygzaki. Grupa kilkunastu wyrostków. — Co ci się stało? — spytał. spłoszony krzyk ślizgających się. wziął ją na ręce i ostro przyhamował naprzeciw Marty. orientowała się w technice hokejowego faulu. Zenon jednym zamachem długich nóg przesadził bandę i w ciągu sekundy znalazł się przy dziewczynce. — Łyżwą! Takie łobuzy! — usta dziewczynki ściągnęły się znów w bolesną podkówkę. chłopcy szybko podnieśli się i rozpierzchli. rozpędzali się i miotali kamieniami w górę. na szyi miał brudnobiały szalik z taniutkiego jedwabiu. Wskazała na prawą łydkę: przedarte bawełniane spodnie i poszarpana skarpetka odsłaniały spore zadrapanie. mrozu i radości twarzyczki dzieci — mogła na to patrzeć godzinami. gwałcąc wszelkie prawidła ruchu. Duże łzy błyszczały w brązowych jak pięciogroszówki oczach. z przesadnym fasonem na ciemieniu. W pewnej chwili rozpędzony wąż przysiadł w tak zwanym pistolecie i pruł z wielką szybkością. Marta wyjęła jej z kieszeni chusteczkę. Rozległ się krzyk. lecz krępy facet w dwurzędowym. ale za czwartym razem pękaty facet w wizytowej dwurzędowce wycelował. — Do wesela się zagoi — powiedziała wesoło — a spodnie jutro zacerujesz. I rozumiała się na rzeczy. o tym. na lodzie leżała mała dziewczynka. Coś nawaliło w całym przewodzie i kilka wielkich . Marta lubiła widok rozjeżdżonego. Huk zbitego szkła i pękającej wielowatowej żarówki. lecz nie poparła słów uśmiechem. — Te oprychówki to oni wypychają gazetami — rzekł Zenon z uśmiechem. a zarazem stanowi pewną ochronę przed uderzeniem. uwijające się wśród tłumu. usiłująca się podźwignąć. Zenon spoglądał z jakimś upodobaniem na lodowisko. Znowu rozrabiają. co najwyżej szesnastoletnich. jesteś na łyżwach. na którym młodzieńcy w oprychówkach znaleźli nową zabawę. odpryski szkła na lodzie — nagła redukcja oświetlenia. usmarkane z wysiłku. z rękami w kieszeniach. zagarniała w swą orbitę usuwające się niezręcznie dziewczęta. widać było krostowatą twarz o grubym. widział w nim coś zabawnego. Swoją drogą… — zwróciła się gwałtownie do Zenona i umilkła. Typowali jedną z wiszących nad taflą lodową lamp meczowych. Trzy próby wypadły mizernie. na głowie — okrągłą. kiedy zbliżył się. — Strój odpowiedni na niedzielne imieniny u szwagra — rzekła Marta. kraciastą cyklistówkę. Chrzęst łyżew. łączyła się w potężnego węża. bo tam jakieś historie. Zenon. sterczącą wysoko. zasadzkach i tajemnych znakach tego światka. wypchanych ramionach. Na czele jecHal nieduży. — Zenon podniósł się. włożył płaszcz na ekwipunek i rzekł: — Chodź.

Nie. lekarskim kitlu. co wyrostek od razu podchwycił. wiedząc dobrze. „To odbłysk lodowej tafli. Majka — rzekł niepewnie Zenon. W najciemniejszym rogu lodowiska pękaty w oprychówce przyhamował . bić się z nim nie będę. psia ich dola. zionące wódką oddechy i spojrzenia. Zenon pochylił się w poślizgu kanadyjki. w łeb… Już ja to znam. — Co mu zrobisz? Za lampę nie zapłaci. — Rozumiem… — rzekła Marta i Zenon poczuł się naraz. Idę nadać przez megafon. przy której stali zawodnicy. — Genialne — rzekł Zenon — wiesz. ale tu oni mnie znają… Dziś dam mu po uchu. Pękaty w dwurzędowce jecHal ostro. bo droga. kiedy i jak. milicja daleko. — Rzeczywiście. — Co się stało? — spytał Antek. ale w jego perkatej twarzy i zimnych. nie wiadomo skąd. przeraźliwie białe oczy?… Z szatni klubowej wypadło kilku zawodników i barczysty mężczyzna w kożuchu. jarzące się niesamowitym blaskiem. to właśnie to” — szepnęła w duchu. opróżniamy przed czasem lodowisko z publiczności. Tak powiedział. zaraz… — zawołał pękaty w dwurzędowce i wataha rozjecHała się na wszystkie strony.lamp zgasło. jakby na tym świecie nigdy nie został powiedziany żaden dowcip. — Zaraz. do kasy lodowiska… — rzekł głośno i rozepchnął mocno napierających. Wtedy właśnie Marta poczuła nagłe. — To przez nieuwagę. — Zwarta grupa hokeistów wjeżdżała na taflę. panie kierowniku — rzekł z fałszywym uśmiechem. obelżywych oczach Zenon dostrzegł coś. — Co teraz z nim zrobicie? — Nic — odparł Zenon niefrasobliwie. to zrobiłbym z niego marmoladę. Stało się to tak nagle i tak na pewno. przeszyta dreszczem. dobra? Tylko pozbieram od druhów. co kazało mu puścić ramię: była w tych oczach gotowość na wszystko. Mają riposty. to chyba złudzenie. słyszysz. otoczył go zgrzytliwym wirażem i złapał za ramię. to nieostrożnie… — „Genialne — pomyślał Zenon — ale humor u tych kozaków…” Wydało mu się to naraz doskonałym dowcipem i nie mógł powstrzymać uśmiechu. ja zaraz panu kierownikowi odpalę pięćdziesiątaka… Za tę lampę. co? — Antek i kilku innych roześmieli się. był dużo niższy i mimo wyraźnej krzepkości na pewno słabszy. Zenon pruł pełnym gazem w tłum. Majka. — Wolnego. Zenon podjecHal do Marty. — Co teraz będzie? — Wyrostek spojrzał w twarz Zenona. — Marcie stanęła przed oczami smukła postać w białym. „Co ma do tego doktor Halski?” — pomyślała szybko. kolego! — rzekł twardo. ale nie mógł się równać z hokeistą. z chrzęstu łyżew wbiły się w Martę na ułamek sekundy białe źrenice i zgasły. rozszerzającym mu grube usta na całą twarz — ja przepraszam. o. Zenon ledwie się obejrzał. Marta dygotała. Ty się na tym nie znasz. ten krępy w oprychówce to postrach Czerniakowa. aż do końca. że Marta zadrżała. brudne szaliki. — Panie kierowniku. W tej chwili z półmroku lodowiska. Na lodowisku powstał ruch. gdy zostali sami — gdybym go miał gdzieś w neutralnym miejscu. — No i co? — rzuciła gwałtownie. gdy otoczony był przez spocone twarze. że tak nie jest. aby to były te same świetliste. zupełnie zdezorientowana. przecież to niemożliwe. — Chłopcy — rzekł mężczyzna w kożuchu — ładujcie się na lód. co ten bandzior powiedział: „To przez nieuwagę”. to władcy Czerniakowskiej ulicy. jutro wieczorem będę wychodził sam z treningu i kilkanaście cegieł zaprawi mnie. druhowie kupili się już ciasno wokół nich. rycerze półmroku rozpoczęli gorączkowe uwijanie się. przyśpieszone bicie serca. zepsute zęby. Majka. — Żeby mi zaraz. — Zrozum.

tłamsząc coś w palcach: — Sto siedemdziesiąt i dokumenty. jak takiś dżentelmen — odparł wysoki. — Pięćdziesiątak dla mnie. — Tatusiu — rzekł pękaty — pożycz pięćdziesiąt złotych… — Panie! — krzyknął pan w pumpach — puść. ty łachmaniarzu. zaczekaj. gdy podniosła go jakaś pieczołowita ręka. rzucona z . wzmagał zupełny chaos. że to za lampę. Teraz na lodowisku powstało straszliwe zamieszanie. kapujesz… Kiedy i skąd wpada pomiędzy sześć postaci grom. — Moje oko! Głowa. gówniarzu?… Sam załatwię. Przecież nic takiego się w gruncie rzeczy nie stało… Wśród wądołów i rozkopów pod przyszłe trybuny. straszny bój w zupełnych ciemnościach i w zupełnym milczeniu. by nie sprawiać żadnego Hałasu. Jadący na pełnym gazie chłopak w swetrze z wykładanym kołnierzem podciął go z pełnego rozpędu. i skocz po benzynę. co się stało. krztusić się bólem i strachem. Ledwie dotknął ziemi. wszystko muszę za was… Pękata postać wyjęła pieniądze z portfela i schowała do kieszeni. że z nimi trzeba być dobrze. przebierz się. reszta do podziału — rzekł pękaty. Poczuł jeszcze kilka uderzeń łyżwami w plecy i silne szarpnięcie za tylną kieszeń spodni. w którym potężny głos z megafonu. — Albo lepiej masz. zaś na tyle granitowo twarde. kładąc ręce do kieszeni.. Łapciuch. połóż i powiedz. Marta powiedziała: — Zenon. Kup parę ogórków. Szósta w tej samej sekundzie rzucona została potężnym ciosem w brzuch na usypisko zlodowaciałej gliny. — Wont. Majka. rozbłysły jedynie gwiazdami lutowej nocy. stało sześć ciemnych postaci. mówiła. odprowadzisz mnie do domu. charczeć. co znalazło się naraz na skostniałej glinie pomiędzy sześciu silnymi. Stasiek.przed jakimś holendrującym. Wszystko razem trwało sekundy i pan w pumpach. ja ci pokażę. kozak się znalazł. zaś to. — Ciiiicho! — syknął pękaty i przejecHal mu wolną łyżwą po twarzy. Panował tu już zupełny mrok. — Dobrze. Przez kilka chwil kotłował się dziwaczny. bo zawołam!… — Więcej nie zdążył już powiedzieć. Jedna z postaci. — Ratunku! Milicja! — rozdarł się. głupi szczylu… Wolisz. łamliwy cień. tego nie wie nigdy żadna z sześciu zainteresowanych osób. było na tyle miękkie. chwycił go gwałtownie za rękę. niskim panem w pumpach. kiedy i skąd padają błyskawiczne kopnięcia w usta i w podbrzusze. — Rebiata! Do domu! — rzucił i wszyscy rozpryśli się na boki. Poza tym grom nie jest nigdy czymś miękkim. masz tu pięćdziesiątaka. w ciemność. — Idź sam. żeby cię przetrącili od razu. Portfel wyrzuciła daleko za siebie. pękata. rozciągających się w zamarzłej glinie za lodowiskiem. nie wiedział nawet dobrze. ja mam dosyć tych awantur. jak jutro przyjdziesz? Gdzie takich baranów zbierają? Nie kapujesz. Tak trzeba. o Jezu! Głowa!? Uuuuch! Mordują! Aaaaaa! — Wtedy też. Gdy pan w pumpach przesuwał się obok. dobrze? — A trening? — Opuścisz trening. proszę cię. w szyję i w serce — wtedy ludzie zaczynają kaszleć. kanciasta. wytrącając go z równowagi wprost w karkołomny piruet. co innych posyłasz. zanim obtarł krew z policzka. by uczynić rzecz niebywałą — ściąć pięć spośród sześciu postaci z nóg. gdy się jednak nic nie wie. obwieszczający: „Publiczność proszona jest o opuszczenie lodowiska”. idź do kasy. niewysoka. zwinnymi i gotowymi na wszystko ludźmi.

na rozdzierające kości cegły. zakrwawionych ramionach. złapać w biegu kamień. raniąc sobie ręce i padając na czoło. przewracając się na czworakach po gliniastym nasypie. Naprzeciw jej oczu płonęły w ciemnościach inne oczy. Ostatkiem sił rzucił się między kolumny kruchty. gdy minąwszy kolumnadę znalazła się w upiornej nawie. Tylko tam widział ratunek i skoczył desperacko w dół. Nie słyszał. ani noża. unicestwia. czy należy do rzeczywistości. Tu poczuł się pewnie. Ale w dole był ratunek. człowiek. Ciemna postać zawaHała się przez mgnienie oka. nie grozi. Wtedy właśnie Marta i Zenon posłyszeli straszny. rozpaczliwy krzyk. potykając się. Widzieli. wyprzedzająca ich daleko. zatarta sylweta. za którą nie można było ręczyć. fantastyczną koronką poszarpanych murów. płotach. że wśród cienkich kolumienek kruchty. śmieciach. Macając jak ślepy przed sobą. który nie bał się w swym krótkim życiu ani krwi. wśród zwałów potłuczonej cegły ukryte są żelazne drzwi starego przeciwlotniczego schronu prowadzącego do podziemnych odmętów nie znanych nikomu prócz kilku ludzi. gdyż musiał uciekać — biec co sił w zmaltretowanych nogach. tylko niszczy. Nie pozostawało nic innego. ku żelaznemu zaworowi. by się bronić. gdy wyczuł raczej. Nic nie widział ani nie słyszał. jak ciemna postać. w których tyle razy on innych… Wypadł w przesmyk pomiędzy zabudowaniami i ruinami kościoła. najeżona rozbitym murem. niż usłyszał spadający obok niego z kocią miękkością cień. nieznane coś. lecz coś kazało mu uciekać. które znał jak własną kieszeń. jej szesnastoletnią duszą. zaczął. Na myśl mu nawet nie przyszło. pękata postać otworzyła z jękiem oczy i to stało się przyczyną jej zupełnej klęski. Ciemna postać wiedziała dobrze. Jak alarmowy sygnał instynktu doszła do jego świadomości pewność. nie pyta. Nie zdążył się unieść na rozedrganych. Przebiegli ku schodom portalu. odetchnął głęboko. dzielący remizę od ulicy. że pod postacią pękatą i kanciastą zdrętwiały kolana. Jakaś dziwna groza rzucała jego sercem. Ale nie było wyboru. uciekać przed oczami. Biegnąc coraz szybciej przez znane sobie pagóry dopadł do własnoręcznie wyciętej niegdyś dziury w drucianym ogrodzeniu. dziurach. tak przerażająco białe. ludzkie wycie. przyjąć walkę w tych zakamarkach.siłą parowego młota. owładnęło nagle dzikie przerażenie. które nie woła. wbiegła chwiejnie na stopnie portalu. — Aaaaarrhhh!… — chrypiało w ruinach ogromnego kościoła. niczego nie żąda. — Krew! — szepnął — co to było? … — I nagle poczuł. nie znającą dotąd. łapiąc z trudem wyduszony z piersi piekielnym uderzeniem oddech. a za nią — coś jakby cień. Dysząc ciężko przesadził kamienie i płot. lecz czuł pogoń. przegramolił się na drugą stronę i znalazł się na tyłach remizy trolejbusowej. jak samobójczy skok w ciemność — zdruzgotana podłoga nawy urywała się bowiem nagle jak szczelina przepaści — w dole rozciągała się ciemna kruchta. od którego zamarły im serca. potrzaskanymi prętami żelbetowych zbrojeń. serce tłukło w niej obłędnie. zardzewiałymi sztabami i żelaznymi szynami. że nie jest sam. Zenon stawiał już nogę na stopniu. Jego świszczący oddech kazał przystanąć idącym po drugiej stronie ulicy Zenonowi i Marcie. Lecz co niszczy. dlaczego?… Nad tym nie próbował nawet zastanowić się. otarł usta i zbliżył rękę do smugi światła z latarni ulicznej. co to obawa. gdy . że tuż za nim czai się niewidzialne.

Wydało jej się nagle. przez ułamek sekundy. że coś zrozumiała. dumny z trafności swego rozumowania. Marta wpatrywała się w czapkę rozszerzonymi z przerażenia oczyma. . nie mówiłem — rzekł do Marty. Pochylił się. wypchana gazetami oprychówka. — Popatrz. nie… — W momentach dramatycznych Zenon nie był tchórzem. poczuł wielką wdzięczność dla Marty. Zdejmując nogę ze stopnia. Była to kraciasta.Marta szepnęła z trwogą: — Nie! Proszę cię. ale już po chwili. strącił jakiś miękki przedmiot. gdy krzyk się nie powtórzył. że myśli o nim. — Jakieś porachunki władców Czerniakowa… — rzekł z uśmiechem. Zenon. od jakich roi się w Warszawie.

ubrania i ruchu wyłonił się cały uśmiechnięty Kubuś. Pokój redakcji miejskiej „Expressu Wieczornego” mógłby z powodzeniem służyć za przecudną wizję klasycznego włóczęgi: takie ilości starych gazet i papierów odnaleźć można jedynie w cichych marzeniach zmęczonych trampów o łóżkach i kołdrach. Na ścianie wisiały: karykatura Kolanki. — Ty pacanie nie myty… — rzekł Kolanko z gorzkim wyrzutem.2 — Kuba! Kubaaa! Kolanko wychylił się z drzwi na korytarz. która na kilka metrów przed Kolanka zaczęła hamować na szeroko rozstawionych nogach. Kubuś przybrał postawę obronną. A w ogóle — w głosie Kubusia zabrzmiała wzgarda — dziwię się panu. panie redaktorze. Popatrz. wśród wieści o nowych liniach tramwajowych i o nowalijkach w sklepach warzywnych. Z bryłki ciała. O co chodzi? Kolanko jednym ruchem wciągnął go do pokoju i zamknął drzwi. siadaj. Hasałeś jak rozkoszne źrebię po rozłogach trzeciej kolumny. iż jest do głębi wstrząśnięty. co chce!… natychmiast skoczyć po papierosy. że pan. figlując swawolnie wśród nowinek z magazynów odzieżowych. — Jestem. jaką żywię dla pana redaktora… Tylko — co się stało? — Chłopczyku — powiedział Kolanko ze słodyczą w głosie — chłopczyku. wyhodowałem cię na własnej piersi. ten… Na schodach rozległ się łoskot o dalekim pokrewieństwie z górską lawiną. Jako nieletnie pacholę igrałeś beztrosko w cieniu mej potężnej opieki. niewinną miłość. panie redaktorze — rzekł na wszelki wypadek. dwudziestodwuletnia i piegowata twarz Kubusia wyrażała ból i rozpacz. — Kubaaa! Gdzież on jest. że może pan zawsze i ufnie wesprzeć na mnie swe znużone ciało… Że jestem dla pana gotów na wszystko. jestem gotów na… niech się dzieje. co sam napisałem poprzedniego dnia. I co?… Tak mi się odwdzięczasz? Takie jest twoje przywiązanie do tego. . zawisł niemal na rękach. korytarza ukazała się kulka czegoś. tłumiąc jawnie wzruszenie — niech przyjdę do siebie… Już dobrze… Czytałeś dzisiejsze „Życie”? — Nie — odparł Kuba niefrasobliwie. szybko rosnąca w oczach. — Nie zwykłem czytać od samego rana tych marnych świstków konkurencyjnego papieru. nawet — tu Kubuś zakrył oczy dłonią i zwiesił w strasznej męce głowę — nawet przynieść herbatę! — Zamilcz — powiedział Kolanko. że jestem jak opoka za panem redaktorem. na najwyższą ofiarę. Na końcu. wśród spacerków po stolicy. O tej porze czytuję wyłącznie to. — Już nie będę. miejskiej kolumny naszego chwalebnego organu. taki inteligentny człowiek. rozkład jazdy pociągów podmiejskich sprzed trzech lat. cofając się — klnę się na czystą. Widać było. — Panie redaktorze — zawołał — niech pan tak nie mówi! Nie wolno panu! Przecież wie pan. plan Saskiej Kępy i godło państwowe. który cię wykarmił mlekiem z drzewa wiadomości dobrego i złego? Okrągła. traci czas o poranku na czytanie tej… gazety.

„Dlaczego pszczelarze? — zdziwił się Kolanko. Chyba będziesz musiał udać się do kolegów z „Życia Warszawy”. u tych… pszczelarzy! Chyba że będą mieli dla mnie jakieś pieniądze… — dodał ciszej. Opuścił rękę z gazetą jak człowiek ugodzony śmiertelnie w samo serce. czytaj. pracującymi w znoju nad regulacją Wisły… Mój kres nadszedł.— Zamknij dziób! — warknął Kolanko. co nam się obu podoba — oni nie mogli otrzymać tej wiadomości z Pogotowia! Pogotowie mam obstawione jak złoto i niemożliwością jest. po czym znów wzniósł głos do poprzedniego rejestru: — A pan. Widocznie zestarzałem się.. a nie Wirus. żeby ten… — tu Kubuś bluznął słowem straszliwie dyskredytującym omawianą osobę — nie zawiadomił mnie o czymś takim… Ja nie wiem. ale… niech ja będę ostatni śmieciarz. człowiek. że znaleziono takiego pobitego w ruinach kościoła przy ulicy Łazienkowskiej. pójść do administracji na wygodny fotelik z gumową poduszką i spędzić na nim resztę mych dni… Niech młodsi ruszą w święty bój o nowiny z Koszyków i po wywiady z piaskarzami. he… Śmiech ten zadźwięczał w uszach Kubusia jak dzwon pogrzebowy. z okrągłej stała się owalna. wobec którego najtwardsi dyrektorzy domów towarowych płonią się jak zasromane dzieweczki. chłostając go wzrokiem pełnym szyderstwa. — As reportażu „Expressu Wieczornego”. z ostentacyjną odrazą. spuścił głowę i rzekł głosem nabrzmiałym cierpieniem: — Tak… To koniec:. Ale jakaś trafność w tym jest… . Ha. panie redaktorze. dla którego nie ma drzwi zamkniętych. Nagle zerwał się jak oparzony. zbyt szybko i zbyt wcześnie stracił wiarę we mnie… To rzekłszy — znikł jak wyssany z pokoju przez niewidzialny elektroluks. u którego w lewej kieszeni spodni bije puls Warszawy… Oczy i uszy stolicy… Magik prasy popołudniowej. moja ręka zagubiła niechybną pewność. Nic prócz tego. — Masz. jeśli w przeciągu dwóch godzin pan redaktor nie będzie miał… — Spokojnie. — Panie redaktorze! Jak pragnę całować wiśniowe usta tej nowej brunetki z kolportażu. Oko moje straciło blask i sokolą bystrość. w miarę jednak czytania zakreślonej czerwonym ołówkiem wzmianki twarz mu się wydłużała. dziennikarz. że nie jest podane ani kiedy. na stronie. he. reporter widmo. Nie pisze. oddać miejsce młodszym. czy milicja prowadzi dochodzenie. czy zabrano go do szpitala. Kubuś wziął dziennik w dwa palce. zwierzają się z tajemnic nowego asortymentu bielizny dla leciwych gospodyń i jedzą z ręki jak ptaszki… Jednym słowem: Kuba Wirus! I ten oto Jakub Wirus dowiaduje się o czymś takim z maleńkiej zajawy na piątej kolumnie „Życia”. — No… i co ty na to? — wziął się pod boki Kolanko. Podał Kubusiowi świeżą płachtę porannego wydania „Życia Warszawy”. — To pozostanie na zawsze tajemnicą barwności stylu Kubusia Wirusa. I tyle. — Moja noga tam nie stąpnie po kraniec dni moich. He. cóż! Pozostają ciche dumania przy klubowym stoliku na ulicy Foksal i rzewne wspomnienia z dni chwały. smarkaczu — Kolanko przybrał ton mentorski — widzisz przecież. reporter iskra. długa i bardzo zmartwiona. a z owalnej pociągła. ani kto udzielił pomocy temu facetowi. Czas mi się wycofać. jeśli się chcesz czegoś dowiedzieć… — Co? Tam? Nigdy! — zawołał Kubuś dramatycznie.

A przecież od samego początku dojrzał w oczach Kubusia coś.— uśmiechnął się do siebie. Kolanko od razu nim się zainteresował. gdy rozjazgotany telefonami i łoskotem maszyn do pisania pokój pustoszał i . dowcipny. Natomiast Kolanko z nim rozmawiał. Skończyłoby się tedy na niewyraźnych sympatiach i przychylnościach. w nie opalanych norach zamiast mieszkań. Kubuś orzekł. uczynny. Z czasem stał się niezbędnym. wyjmując z szuflady świeżo kupioną książkę. wślizgiwał się do pokoju. czy Kubuś śpi i gdzie Kubuś śpi. w gruzach. na której zakwita zazwyczaj opiekuńcza przyjaźń dla kilkunastoletniego chłopca. co najważniejsze: nikogo nie obarczał troską o siebie i nikt sobie głowy nie zaprzątał tym. troskliwą przyjaźń. że tu jest jego miejsce. Bowiem na zasadzie trudno wytłumaczalnych rewanżów Kubuś pokocHal Kolankę. Kubuś był sierotą. że nie sprawiał nikomu kłopotu. jego przyszłość. Jakie instynkty i umiłowania decydowały o tym w duszy piętnastoletniego chłopca. jego serce. tego trudno jest dojść. w którym pracował Kolanko. Nawet nie zdążyłem mu dać tego Kischa” — pomyślał. nie stanowi żyznej gleby. Na ciepłą. dzieci śpiące w bramach zrujnowanych kamienic lub w błotnistym śniegu ulicy nie czyniły na nikim wrażenia. trochę mantyką. przewalały się natenczas nad Warszawą pierwsze zimy odbudowy.” Ale to wszystko. Nie miał początkowo po temu żadnych specjalnych powodów: to inni redaktorzy przynosili mu ciepłe skarpetki. po papierosy. I został. Za to Kolanko miał opory. trochę egoistą i trochę cwaniakiem — taki charakter. Taka krzepka samodzielność budzi powszechną sympatię. Zaczepił się o redakcję nowo powstałego „Expressu Wieczornego”. do kliszami. Rzeczą pierwszorzędną była Warszawa. w niezdarnym ubraniu zszytym z amerykańskich koców wojskowych. bardzo warszawski. w wypadkach nagłych — doraźną pomocą. Przez te zimy Warszawa przebijała się jak przez morderczy ogień wielkiej bitwy o życie: w szlamie. to znaczy odpornych. do drukarni. obdarzali chętnie sympatią. w których obite dyktą okna symbolizowały dom. rodziców stracił w czasie wojny. częstokroć. tym kimś był tylko Kubuś Wirus. Dziwiło go samego to zainteresowanie. puszki konserw z gulaszem wieprzowym. był sprytny. dziecko „Expressu”. Nigdy nie naprzykrzał się. po bułki. czyhając łapczywie na momenty. w błocie. to znaczy. Miał jakieś ciotki czy stryjów na Ziemiach Zachodnich. gazeciarski. nikt nie miał czasu. nigdy od nikogo niczego nie potrzebował. jaka Kubusiowi była potrzebna. wytrzęsiony mocno w ostatniej wojnie. po piwo. taką właśnie. biegał na posyłki. gdyby nie Kubuś. po odbitki szczotkowe. Kolanko był trochę sceptykiem. obdarowywali go biletami do kin i na mecze. Jeśli bowiem trzydziestoczteroletnie serce redaktora Edwina Kolanki biło dla kogoś na obecnym etapie jego życia. niezbyt wrażliwych. zawsze był gotów do uprzejmości i przysług. W walczącej o swój dzień następny Warszawie ludzie byli niebywale zajęci. Nikt z wyjątkiem Kolanki. czy Kubuś je i co Kubuś je. co wznieciło w nim ciepłą litość. podtrzymującą. Uczucia twardniały. Każdą wolną chwilę Kuba spędzał przy biurku Kolanki. Kiedy siedem lat temu zjawił się w redakcji piętnastoletni chłopak o zsiniałych z zimna wargach. ale rodzina stanowiła dla Kubusia rzecz drugorzędną. pełne udręk zdruzgotanego przez wojnę miasta. obrotny. lubili go wszyscy za to. Kolanko należał raczej do ludzi mocnych.

cichł. I znów trudno powiedzieć, by rozmowy te były dla Kolanki filantropią: nic z tych rzeczy — rozmowy te pasjonowały Kolankę, wiecznie chciwego kolorów życia reportera, dziennikarza do szpiku kości, kochającego zachłannie atmosferę, styl i barwę przeżywanej chwili, nastrojów miasta, języka warszawskiej ulicy. Któż mógł lepiej opowiadać mu o bazarach i placach, o ogródkach i plażach, o piekarniach i sklepikach, o tramwajach i knajpach niż Kuba Wirus, piętnastoletni człowiek, dla którego życie na bruku dźwigającego się z gruzów i nędzy miasta nie miało tajemnic? Zaś Kuba czuł wyśmienicie, że to, co mówi, to, co opowiada z takim wkładem sił w trafność formułowania, zostaje zrozumiane i docenione, że ten, który słucha, słucha nie z uprzejmości, lecz z palącego, chciwego zainteresowania nim. Kubą, że jeden jedyny człowiek na świecie potrafi w pełni go zrozumieć i sprawiedliwie ocenić nieuchwytną głębię, mądrość, dosadność, atrakcyjność, cały gorzki, rynsztokowy, knajacki urok i ostry jak brzytwa humor jego warszawskiej, ulicznej gadki. Tym człowiekiem był Kolanko i Kubuś kocHal go za to. Zaś kiedyś w czasie tych nie kończących się rozmów, patrząc w płonące policzki i ruchliwe, piwne oczy Kubusia, Kolanko dostrzegł w oczach tych coś więcej niż zabawną, bystrą kozakerię i łobuzerski spryt: spod grubej warstwy ukutego w żarze doświadczeń przekonania o nikczemności i nędzy świata wyzierał jasny, młodzieńczy optymizm, gdzieś na dnie tych oczu nieśmiało połyskiwały ukryte złoża uczciwości i lojalności. Tego samego dnia Kolanko wszedł do księgarni i kupił parę książek: był wśród nich Prus i Jack London, Żeromski i Dickens. Dalej wypadki potoczyły się rewelacyjnie, choć bez zbytniej reklamy. Nikt w redakcji nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, kiedy Kubuś zdał maturę i zaczął pracować w dziale miejskim jako reporter. Nikt prócz Kolanki. Zanim ktokolwiek zdołał się zorientować w tym, co się stało, Kubuś zaczął rosnąć w sławę. Niespożyta energia, dynamika i zapał, sprzęgnięte z celnością obserwacji i dowcipu, talent dostrzegania sensacji w fakcie pojawienia się w sprzedaży nowego typu margaryny i przedziwna umiejętność zawarcia całego poematu o tym zjawisku w dwuszpaltowej notce na trzydzieści wierszy — takie zalety wznosiły Kubusia błyskawicznie w górę. Już niebawem zaczęto o nim mówić jako o asie działu miejskiego, wraz z rosnącą wielkomiejskością odbudowywanej Warszawy rósł Kuba jako gwiazda wielkomiejskiego reportażu. Zaczął nosić dobre marynarki, bajecznie kolorowe muszki u kołnierzyka koszuli i bywać w Klubie Dziennikarzy, gdzie pokazywano go nawet palcami od stolików, mówiąc: — To ten Wirus z „Expressu”… — Wtedy też nastąpił pierwszy wielki konflikt pomiędzy nim a redakcją, której kolegium uważało się za rodzaj kolektywnej macierzy Kubusia. Postanowiono mianowicie, że zostanie on zapisany na wyższe studia dziennikarskie, i wtedy Kuba powiedział twardo: — Nie! — Po czym wyjaśnił swe stanowisko, mówiąc obrazowo i chaotycznie, że redakcja jest dlań tym, czym czysta woda dla ryby, która dotąd zmuszona była pływać w bajorze, że w gazecie znalazł swe najistotniejsze powołanie, że gazeta daje mu życie i naukę zarazem, codzienne doskonalenie się w tym, co on, Kuba Wirus, uważa za najcenniejsze i najważniejsze, i najbardziej ukochane, że on jest dziennikarzem z najgłębszych fibrów duszy, że był już chyba dziennikarzem w łonie matki, a w każdym razie na pewno dziennikarzem pozostanie aż do ostatniego oddechu, że wreszcie — tu Kubuś wrócił do

swych ichtiologicznych metafor — oni, to znaczy ci z kolegium, chcą wrzucić jego, rybę rzeczną, do oceanu nauk ekonomiczno — socjalnych, na co on. Kubuś, typowa ryba jeziorowo–miejska, nie ma ani ochoty, ani odporności, przynajmniej na razie, i że trzeba czekać, aż jemu samemu przyjdzie na to ochota, aby się pogłębić i zapragnąć pisania krytyk z „Zachęty” czy Muzeum Narodowego w miejsce nowinek z rzeźni miejskiej. Na koniec w oku Kubusia błysło coś na kształt łzy, kiedy mówił, że oni mogą go zmusić do opuszczenia redakcji, ale nie zmuszą go do decyzji sprzecznej z jego najdokładniej przemyślanymi planami życiowymi, po czym dodał, przybierając postawę człowieka świadomego swej wartości, że jakkolwiek myśl ta sprawia mu nieznośny ból, to jednak sądzi, iż znajdą się w Warszawie redakcje, rade go natychmiast zatrudnić. Tak heroiczna postawa w walce o prawo do stanowienia o swym losie oraz ładunek wzruszenia w słowach Kubusia nie mogły nie wpłynąć na stanowisko kolegium, co uwidoczniło się w ogólnym rozczuleniu. Wychodząc z tego zebrania, gdy znaleźli się sami. Kubuś rzekł do Kolanki: — Moim celem jest zostać takim samym dziennikarzem jak pan… — Wtedy Kolanko po raz pierwszy w życiu poczuł się, jakby miał syna. Zrozumiał, że od lat jest przy nim ktoś, komu będzie mógł coś zostawić, przekazać, który po nim poniesie coś dalej, w przyszłość. Mijając „Polonię” Kolanko pchnął lekko Kubusia w drzwi. Wypili trzy ćwiartki wódki, po czym długo siedzieli milcząc, zaś w milczeniu tym było mnóstwo wzajemnych uczuć i kupa zadowolenia. Pierwszy raz pili razem alkohol. Ta chwila wymagała bowiem wielkiej dojrzałości i głębokiego, obopólnego zrozumienia. O, redakcje warszawskie! Ile w was czaru i odrębności od innych redakcji świata! Na dobrą sprawę — wszystkie redakcje, od Melbourne do Archangielska i od Valparaiso do Rangoonu, wyglądają jednakowo: wszędzie jest bałagan i sekretarz redakcji, zbrojny w nożyce i klej. Ale bałagan redakcyjny ma wszędzie i zawsze własną, wewnętrzną logikę, własny ukryty sens i ład, regulujący pozorną Hałaśliwość i niby chaotyczną bieganinę. Inny bałagan panuje w zacisznych, obszernych redakcjach skandynawskich, inny w ciasnych, rozdygotanych redakcjach włoskich, inny w ciemnych, pokrytych nigdy nie ścieranym kurzem redakcjach angielskich, a inny w warszawskich. Zaś mimo nieustającego bałaganu codziennie o oznaczonej porze ukazuje się gazeta i w tym zjawisku należy szukać wyjaśnienia, dlaczego bałagan redakcyjny jest zawsze bałaganem pozornym. Istnieje wiele rzeczy, różniących między sobą redakcje, są to: poglądy i zainteresowania, styl pracy i format drukowanej gazety, potencjał talentów i chwyty reklamowe oraz mnóstwo innych spraw. Natomiast jedna jedyna rzecz łączy wszystkie redakcje od Nowej Zelandii do Karelii i od Lizbony do Władywostoku: jest nią kult dziennikarskiej drapieżności polegającej na tym, aby wiedzieć najlepiej. Tylko te redakcje żyją, w których czai się po kątach, wśród stert makulatury, koszów do śmieci, biurek, maszyn do pisania, telefonów, dziennikarska drapieżność. W oczach, gestach i słowach krzyczących i piszących w nich ludzi musi wyraźnie błyszczeć wieczna, nieugaszona żądza, palące pragnienie, aby nigdy nie dać się niczym zaskoczyć, natomiast stale, zawsze, nieustannie i wszędzie zaskakiwać, olśniewać, oszałamiać innych. Powie ktoś: — Ależ to

efekciarstwo — i będzie miał słuszność. Tak, to wielkie, wspaniałe efekciarstwo, które stworzyło współczesną prasę i jej potęgę. O reszcie decyduje stosunek do gazety. Paryżanin skłonny jest posądzać swą prasę o wszelkie bezeceństwa, ale się jej boi, londyńczyk drwi ze swej prasy, lecz jej wierzy, berlińczyk niezbyt dowierza swej prasie, ale się jej słucha, warszawiak kpi ze swej prasy niemiłosiernie, ale się z nią liczy. Dlatego też w rzadko której metropolii prasa może uczynić tyle złego lub dobrego, tak wiele stworzyć lub tak doszczętnie zniszczyć, jak w Warszawie. Dlatego codzienna liturgia kultu tego, aby wiedzieć najlepiej, stanowi w warszawskich redakcjach tak wiele. Są one bezlitosne, te redakcje, dla tych, którzy nie wiedzą najlepiej, zaś ci, których nie można niczym zaskoczyć, którzy wiedzą wszystko bez pudła, chociażby tylko w pierwszej sekundzie rozmowy, ci stanowią o obliczu tych redakcji. Do takich należał właśnie Edwin Kolanko. Geniusz jest rzeczą bezwzględną: można być genialnym portierem hotelowym czy sprzedawcą tekstyliów, o geniuszu decyduje, jak się daną rzecz robi, a nie co się robi, i dlatego nie będzie w tym żadnego nadużycia, gdy stwierdzimy, że Kolanko był dziennikarzem genialnym. Jak to się działo, że wiedział on zawsze tego samego dnia, gdy zadecydowana została jakaś zmiana w rządzie lub budowa nowego, gigantycznego osiedla mieszkaniowego, gdy odkryte zostały nowe, sensacyjne wykopaliska, dokonany nowy polski wynalazek albo postanowiony nowy rozwód, o którym głucho jeszcze było przy stolikach warszawskiej bohemy w „Lajkoniku” — to pozostanie na zawsze jego tajemnicą, Jak robił, że najbardziej rewelacyjną i skomplikowaną historię kryminalną potrafił zawrzeć w czterdziestu wierszach jednej szpalty, w której oprócz wyczerpujących informacji były jeszcze barwność i dowcip — tego nikt nie potrafił dojść. Dość na tym, że wszyscy wiedzieli na pewno, iż Edwin Kolanko to wielki dziennikarz, chociaż nie potrafili wytłumaczyć, na czym ta ich pewność polega. Tymczasem wytłumaczenie było samo w sobie dość proste: Edwin Kolanko był dziennikarzem absolutnym, kwintesencją gazeciarskiej drapieżności, wszystko w nim służyło dziennikarstwu, wszystko w nim mówiło o dziennikarstwie. Na przykład zwykłe burberry w kolorze khaki, miękki wełniany szalik i brązowy kapelusz, które na każdym innym człowieku wyglądają jak normalny płaszcz, szal i kapelusz, nabierały na Kolance w jakiś magiczny sposób cech wyrazistego uniformu. Widząc je, każdy mówił bez wahania: — Ten facet jest dziennikarzem. Ubrany jest jak najtypowszy dziennikarz. Kolanko szedł niezbyt czystym korytarzem, otwierał drzwi różnych pokojów, rzucał w nie uśmiechnięte: — Dzień dobry. Jak się masz? — i natychmiast zamykał je za sobą. Wolał nie ryzykować zasadniczych wymian poglądów z redaktorami mutacji prowincjonalnych, recenzentką teatralną lub kierowniczką działu sierocińców. Wszedł do sekretariatu, w którym panował straszny krzyk, stanowiący w istocie przyjacielską rozmowę o wyścigach konnych pomiędzy dwoma wysokimi reporterami sportowymi a specjalistą od porad prawnych. Obok, rozwalony na bujającym fotelu, znany felietonista śpiewał z uczuciem modną piosenkę o melancholijnej doli starego konia, który musi ustąpić miejsca samochodom na drodze. Pośrodku tej nawałnicy dźwięków przy dużym biurku, pokrytym pedantycznie ułożoną korespondencją, zaproszeniami, terminarzami,

siedziała z godnością starsza pani, ślicznie uczesana, uderzająco schludna, o śladach dużej urody na twarzy. Wchodzącego Kolankę pozdrowiła promiennym uśmiechem, po czym spokojnie przypudrowała nos. — Skąd się tu wziął ten fotel babuni? — spytał Kolanko wskazując na siedzenie rozbujanego felietonisty. — To jest pierwsza nagroda w nowym konkursie pod nazwą: „Walczymy z bezsennością!”, panie redaktorze. Stefan powiedział, że trzeba znaleźć piękny symbol tej walki, wobec tego nabyliśmy ten fotel w drodze kupna. — Czy jest Stefan? — spytał Kolanko. — Jest — odparła pani. Kolanko bez pukania otworzył drzwi z napisem „Redaktor Naczelny” i wszedł do pokoju. Pokój był urządzony brzydko, przy pomocy tanich imitacji drogich mebli. W oszklonej bibliotece leżały bezładnie i nieporządnie jakieś broszury. Przy oknie stał niski człowiek, trzymając ręce w kieszeniach marynarki. Patrzył w okno, na zawalone belami gazetowego papieru długie podwórko. Z dołu dochodziło dudnienie maszyn drukarskich. Człowiek przy oknie odwrócił się i rzekł: — Jak się masz? Siadaj. Był młody” miał twarz pociągającą i bystre, ciemnoniebieskie oczy. W jego okrągławej postaci uwidoczniały się skłonności do tycia. Uśmiechnął się i uśmiech ten podkreślił jeszcze jego rzeczywistą młodość. Kolanko usiadł w fotelu, przerzucając nogi przez skórzane oparcie. Redaktor naczelny rzekł: — Imponujące. Na medal, doprawdy. Masz dar nieustannego wprowadzania mnie w podziw. I to od szesnastu lat. Za każdym razem z innego powodu. Takich skarpetek jeszcze nie widziałem. — Podobają ci się? — rzekł Kolanko bez wesołości. — Bardzo się cieszę. — Podobają się to może niewłaściwe słowo. Ale są doprawdy imponujące — uśmiech naczelnego redaktora był samą ironią, lecz tak dobrotliwą i pobłażliwą, że zniewalającą do rewanżu. Kolanko uśmiechnął się. — Słuchaj, Stefan — rzekł — masz chwilę czasu? — Dla ciebie zawsze. Od szesnastu lat mogę cię słuchać o każdej porze dnia i nocy. — Dobrze, że zaznaczasz te szesnaście lat. To, co ci powiem, dotyczy spraw dawnych, może jeszcze starszych. — Ciekawe — rzekł redaktor naczelny, siadając za biurkiem i wysypując papierosy na szklany blat. — Bierz. I słucham cię. — Jesteś ode mnie o rok młodszy, a więc obecnie jesteśmy już w równym wieku, nie? Stefanku, natęż pamięć i powiedz mi — Kolanko zapalił wolno i z namysłem papierosa — czy pamiętasz taki niemy film z Douglasem Fairbanksem pod tytułem: „Znak Zorro”? — Pamiętam — rzekł szybko i z zapałem redaktor naczelny. — Szedł w kinie „Czary”, na Żelaznej czy na Chłodnej, już nie pamiętam, gdzie było kino „Czary”… Człowieku, co za czasy! Taka mała, brudna, zapluta salka, zaduch i „dalszy ciąg za chwilę” co parę minut, w najbardziej interesujących momentach, i deszcz na płótnie, na starej, zużytej taśmie, i Douglas Fairbanks, ucieleśnione marzenie z wąsikiem, złoty sen dziesięcioletnich chłopców, „Czarny Pirat” i „Robin Hood”… — Ja to widziałem w kinie „Bajka”. Też gdzieś na Chłodnej czy na Żelaznej. Taka sama smrodliwa salka, brudne schody i krzesła. Te kina,

wiesz, drugorzędne i czwartorzędne, to były uniwersytety naszego pokolenia w wielkich miastach. Chłonęliśmy z ekranu wiedzę o życiu i ideały, przykazania, etykę i gestykulację. Kształtowaliśmy naszą dziesięcioletnią moralność na herosach niemego filmu. Douglas Fairbanks i Eddie Polo, Harry Piel i Tom Mix wyznaczali nasze poznanie świata i nasze zasady w tym samym stopniu, w jakim d’Artagnan, Winnetou, Old Shatterhand i pan Wołodyjowski kształtowali naszych ojców. Redaktor naczelny zamyślił się. — Wiesz, coś w tym jest — powiedział. — Film kowbojski i sensacyjny z początków lat dwudziestych był sztuką wysoce moralną. — Cieszę się, że to rozumiesz. Zwyciężał zawsze, po fantastycznej galopadzie i nieludzkiej bijatyce, dobry szeryf, stróż prawa, przedstawiciel i stronnik ładu i dobra. I my, tam na salce kina „Forum” czy „Uciecha”, wielbiliśmy siłę, zręczność i prawość szeryfa, a nienawidziliśmy, aż do wrzasku, podłych złodziei bydła, ohydnych koniokradów i szatańskich morderców. — Te czarno–białe klisze psychiczne były prymitywne, lecz zdrowe. Natomiast… — To nie należy do dzisiejszej pogadanki — Kolanko uśmiechnął się ciepło, jak zawsze, gdy rozprawiał o sprawach pasjonujących — to byłoby już o rozwoju filmu i literatury sensacyjnej w latach trzydziestych. Na razie powiedz, czy pamiętasz film „Znak Zorro”, z wielkim Douglasem, czarującym akrobatą? — Piąte przez dziesiąte. Jakieś nocne pojedynki, sztylety, szpady. Douglas Fairbanks unoszący się na rozkołysanym ogromnym żyrandolu w jakimś zamku, nad chmarą swych prześladowców i rażący bezlitośnie wstrętnych wrogów, kładący pokotem całe ich szeregi jednym błyskiem swego niezwyciężonego oręża… — Pamiętasz… — Kolanko wstał. Gdy zapalał się do czegoś, potrafił mówić niezwykle sugestywnie, urzekał rozmówców. — Zorro wszędzie był, Zorro wiedział wszystko, Zorro był zawsze silniejszy, zręczniejszy, mądrzejszy i odważniejszy od swych wrogów. Zorro był przede wszystkim niepokonany, zawsze zwycięski. Na myśl nam nie przyszło, by wtedy spytać, jak to się wszystko dzieje? Ta naiwna idealizacja ludzkich możliwości była dla nas nie tylko czymś oczywistym i wiarogodnym, ale stanowiła także wspaniałą pożywkę naszych marzeń, wierzeń i ukochań. A przecież jako dziesięcioletni zabijacy, postrachy wielkomiejskich podwórek, nie byliśmy już głupi, zaczynaliśmy naszą wiedzę o tym, czego na świecie można dokonać, a czego — nie. Mimo to drżeliśmy przez dwugodzinne spektakle o życie Zorra i szaleliśmy z radości, gdy zwyciężał. Nie pytaliśmy nigdy, dlaczego Zorro był zawsze w miejscu najbardziej nieoczekiwanym, skąd się tam wziął i w jaki sposób wydostał się z knebla, łańcuchów, kajdan i zamurowanego na amen lochu, w którym zostawiliśmy go w poprzedniej scenie. Niepotrzebne nam były rzeczowe wyjaśnienia w sprawie pogromu i rzezi, jakiej nie uzbrojony Zorro dokonał przed chwilą na tłumie uzbrojonych po zęby, olbrzymich drabów. Pragnęliśmy namiętnie tych nieprawdopodobieństw, modliliśmy się o nie w głębi łomoczących, chłopięcych serc. — Mój chłopcze… — powiedział redaktor naczelny ze zrozumieniem. —

Cieszę się z twej romantycznej, chłopięcej świeżości. Nie sądziłem, że jeszcze tyle jej zachowałeś. Nie pojmuję tylko, skąd i w związku z czym naszły cię te wspomnienia? — Szanowny panie redaktorze — Kolanko pochylił się nad biurkiem na szeroko rozstawionych rękach — mam niewątpliwy zaszczyt oznajmić panu, że Zorro pojawił się w Warszawie. Jeśli nie we własnej osobie, to w każdym razie w osobie kogoś, kto bez cienia wątpliwości jest jego synem, wnukiem lub jakimś polskim powinowatym. — W Warszawie?… — uśmiechnął się redaktor naczelny, lecz był to uśmiech skłopotany, pokrywający wytężony namysł — w Warszawie? Teraz? W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym czwartym roku? Pod koniec ostrej zimy? Wśród przepełnionych tramwajów? Wśród trosk o zwiększenie powierzchni mieszkalnej i o podniesienie produkcji artykułów konsumpcyjnych?… — Tak — powiedział z naciskiem Kolanko — wszystko się zgadza. Teraz. W Warszawie. — Mam! — wykrzyknął redaktor naczelny, podrywając się z fotela i uderzając się w czoło. — Mam! Nie mów nic… — Masz. Chyba masz… — jasne oczy Kolanki zalśniły podnieceniem, jak zawsze wobec błysku zrozumienia i bystrości, tych najhartowniejszych broni prawdziwego dziennikarza. — Wiem — redaktor naczelny mówił dobitnie i sucho. — Chuligaństwo. Wrzód społeczny. Trudne zagadnienie socjalne naszych czasów. Jeszcze nie zbrodnia, a już występek. — Ciepło… Gorąco… — uśmiechnął się Kolanko. — No więc? Próbuj dalej… — Pasjonujące. Może być pasjonujące, tylko czekaj… Ten twój warszawski Zorro, o ile istnieje… Na biurku zadzwonił telefon. Redaktor naczelny podniósł słuchawkę. — Tak — powiedział, po czym po chwili: — Niech tu przyjdzie. Natomiast, proszę pani, na razie nie ma mnie dla nikogo. Jestem śmiertelnie zajęty. — Odłożył słuchawkę i rzekł do Kolanki: — To Kuba. Ma do ciebie jakiś pilny interes. Wszedł Kuba. Spod rozpiętej w pośpiechu brezentowej kurtki na futerku wyglądała przekrzywiona, rezedowo–oliwkowa muszka. Twarz miał zgrzaną, znać na niej było maskowane napięcie. Wziął bez pytania papierosa z rozsypanych na biurku i zapalił. Kolanko spojrzał nań pytająco. — No i co? — powiedział, nie wytrzymując efektownego milczenia Kuby. — Nic takiego — rzekł Kubuś już zupełnie sztucznie i zaciągnął się papierosem — nic takiego. Tylko że rozmawiałem z tym facetem. Kolanko chciał gwizdnąć z podziwu, ale się w porę pohamował. Uważał za wysoce niepedagogiczne okazywać Kubusiowi uznanie w formie zdumienia. — Z jakim facetem? — zapytał redaktor naczelny. — Zaraz — rzekł Kolanko — opowiadaj wszystko dokładnie. Kubuś usiadł na biurku. — Facet mieszka na Fabrycznej — rzekł z wystudiowaną nonszalancją. — Kamieniczka, mówię wam, plakatowa. Powiśle i jego romantyka, przewodnik krajoznawczy, strona taka i taka. Wewnątrz całkiem przyzwoicie, można żyć, o ile nie ma się takich przesadnych wymagań, jak

umywalka czy wieszak. Facet pękaty, niewysoki, krępy, nabity w sobie, wie pan, jeden z tych niedużych kilkunastoletnich byków, naładowanych dynamitem. Nazywa się Jan Stryć. Dużo mnie kosztowało… talentu, zanim zaczął opowiadać. Ci pszczelarze!… — Kubuś ożywił się gwałtownie — nic nie potrafią, nic a nic. Wie pan, jak to było? Facet sam mi opowiadał. Ktoś go gonił, prześladował, wreszcie skatował do nieprzytomności na dole, pod dolną kruchtą tego zrujnowanego kościoła na Łazienkowskiej. Natomiast nazajutrz rano znaleziono go, równiutko ułożonego, na stopniach świątyni. Kto go załatwił na dole, a potem wyniósł dwa piętra w górę po akrobatycznych ruinach i złożył pieczołowicie na ulicy — tego nie wie. Mało — boi się o tym mówić. Jego twarz, cała w strupach, sińcach, plastrach, niebieskosina, kurczy się na samo wspomnienie tego zajścia. Ściskało mnie w dołku, gdy patrzałem na tę maskę, były na niej jeszcze widoczne ślady obcasów, mimo że upłynął już ponad tydzień. Jego ruchy, wie pan, ta cała apaszowsko — knajacka gestykulacja gaśnie w oczach na wspomnienie tamtych chwil i facet staje się naraz podobny do wychowanka dobroczynnej ochronki w szarym fartuszku. Wreszcie, na zakończenie, powiedział mi: „Przyjacielu, imię moje miało do niedawna mocne znaczenie tu, na bliskim Czerniakowie. Dźwięczały w nim noże i szkło butelek z czerwoną kartką, napaści i rabunki, krwawe nocne rozprawy i głuche odgłosy rozbijanych kamieniami czaszek. I inne jeszcze sprawy, o których pragnę zapomnieć. Ja i moi chłopcy byliśmy w stanie rozpędzić na cztery wiatry lokalne zawody zapaśnicze i obezwładnić jednego z najpotężniejszych w Warszawie atletów, tak że był zdany na naszą łaskę i niełaskę. Nie wiedziałem, co to strach. To wszystko skończyło się teraz bezpowrotnie. Już nigdy nie wyjdę ciemną nocą w rozłogi czerniakowskiego portu, na szlak ulic Mącznej i Zagórnej, pod drewniane, źle oświetlone płoty… Przedwczoraj przyjąłem pracę w warsztacie wikliniarskim i mam cichą nadzieję spędzić najbliższe parę lat na małym krzesełku, wyplatając kobiałki. Pytasz, co później?… Kto wie, może uda mi się wstąpić na kursa stenografii, lecz są to plany dalekie i śmiałe, wymagające energii, której mi zbrakło. Nie pożądam już niczego prócz spokoju. Przyjacielu, posłuchaj, powiem ci coś, co zdobyłem jako najcenniejszą prawdę mego młodego życia: pamiętaj — nie ma silnych! Każdy znajdzie w końcu lepszego od siebie. Ja znalazłem i wysiadam. Mam dosyć…” Zapanowało przez chwilę milczenie. Wszyscy palili pożądliwie, kłęby dymu unosiły się nad biurkiem. — Ubarwiłeś trochę tę wypowiedź — rzeki Kolanko. — Wątpię, czy Jan Stryć tak właśnie mówił. — Trochę — przyznał Kubuś zgodnie — ale jej sens oddałem ściśle i wiernie. Nowa — dewiza życiowa Jana Strycia: „nie ma silnych!” pochodzi wprost od niego. „Skąd on to wszystko wydostał? — gryzł się w duchu Kolanko. — Skąd on to wie, ten smarkul, jak on to zdobył?” Ale żadna siła pod słońcem nie zmusiłaby go do zadania Kubusiowi tych pytań. — Słuchajcie, chłopcy, brakuje mi tylko jednego ogniwa — rzekł redaktor naczelny. — Masz, czytaj… — Kolanko podał mu numer „Życia Warszawy” z zakreśloną czerwonym ołówkiem wzmianką. Redaktor naczelny ogarnął

notkę jednym spojrzeniem, przygryzł lekko dolną wargę i powiedział: — Rozumiem. W porządku. Słuchaj, Kuba, zostaw nas samych. Wiesz… takie sprawy z zakresu życia uczuciowego twego pryncypała, mistrza, wychowawcy i ideału — redaktora Kolanki, o których prawdziwy mężczyzna rozmawia tylko w cztery oczy. W sześć jest już trudniej. Kubuś wziął pięć papierosów i wyszedł. Redaktor naczelny podszedł do okna, włożył ręce w kieszenie i zapatrzył się na podwórze. — Nie mów nic — powiedział cicho, nie odwracając się do Kolanki — wiem, co chcesz powiedzieć. — Nie wszystko — odparł Kolanko, bawiąc się ołówkiem. — Muszę ci jeszcze zająć trochę czasu opowiadaniem o ostatniej pasji pewnego młodego lekarza, nazwiskiem doktor Witold Halski. Otóż doktor Halski spędza ostatnio bezsenne noce, łamiąc sobie głowę nad następującą zagadką… Gdy skończył, redaktor naczelny odwrócił się z powrotem od okna. — Teraz wiem wszystko — rzekł powoli. — Nawet to, co cię rozsadza, od czego wprost pękasz. No, powiedz wreszcie, wyrzuć z siebie, złap mnie za klapy, wytrząśnij ze mnie odpowiedź, krzycz! Przecież znam cię szesnaście lat i wiem, że nic na świecie nie jest w tej chwili dla ciebie ważne, że nic nie istnieje, prócz jednego jedynego, zasadniczego pytania: kiedy my się włączymy do partii? My — to znaczy „Express Wieczorny”! Kolanko uśmiechnął się. I milczał. Widać było, jak bardzo jest zadowolony. „Złapało go! — pomyślał nie bez złośliwej uciechy. — Już teraz nie będzie miał spokoju, tak jak ja… Już go trzyma. Biedny Stefan”. Redaktor naczelny chodził wolnym krokiem po dywanie, dymiąc jak komin. Mimochodem sprawdził, czy drzwi są dobrze zamknięte. Potem, od niechcenia — czy słuchawka leży prawidłowo na widełkach telefonu. Wreszcie zatrzymał się przed Kolanka, który spojrzał nań z uwagą. Wiedział, że za chwilę usłyszy coś ważnego. — Posłuchaj — rzekł redaktor naczelny — to, co ci mówię, przeznaczone jest wyłącznie dla ciebie. Przedwczoraj mianowany został specjalny pełnomocnik do walki z chuligaństwem na terenie Warszawy. Jest to wiadomość ściśle poufna, sam fakt stworzenia takiego stanowiska nie został podany do wiadomości publicznej, co wskazuje na to, w jak ważkiej i skomplikowanej problematyce obraca się sprawa chuligaństwa. Pełnomocnik wyposażony został w daleko idące uprawnienia. Oczy Kolanki były samą uwagą. — Jest to młody, podobno bardzo zdolny oficer z Komendy Głównej MO — kontynuował redaktor naczelny. — Mówi się o nim jako o wschodzącej gwieździe w swym zawodzie. Chwilę milczeli. Po czym Kolanko rzekł: — Czy mógłbyś mi powiedzieć jego nazwisko? „Szesnaście lat… — pomyślał szybko redaktor naczelny — szesnaście lat… Kochany chłopak, tylko trochę zanadto lubi wódkę… Ale cóż?” — Owszem — rzekł po niedostrzegalnym momencie wahania. — Owszem. Nazywa się porucznik MicHal Dziarski. — Dziękuję — rzekł Kolanko, niedostrzegalnie oddychając z ulgą. Był wściekły na siebie, że zadał to pytanie. „Wspaniały facet, ten Stefan… — pomyślał z wdzięcznością. — Co by to było, gdyby nie mógł albo nie

zechciał odpowiedzieć… Straszliwa sytuacja…” Po czym dodał: — A o tym, kiedy my zaczniemy tasować karty, nie myśl na razie. My — to znaczy „Express Wieczorny”. Daj im zagrać kilka pul singla, a potem otworzymy raz w ciemno i zdublujemy na widno… Dobra? Tym bardziej iż należy się liczyć z tym, że porucznik Dziarski usiądzie już niebawem na czwartej ręce. No, tymczasem… Otworzył drzwi. W sekretariacie przyjął go skłębiony tłum czekających i wrogie okrzyki: — Jak można tak długo! — miotał się komentator polityczno — ekonomiczny. — My mamy naprawdę, rzeczywiście ważne sprawy! — pieniła się ze złości pani redaktor kulturalny w typie odwiecznej sawantki i sufrażystki. W drzwiach stał uśmiechnięty redaktor naczelny. — Proszę… Proszę bardzo… — powtarzał. W redakcji miejskiej Kuba leżał na stole, jadł bułkę z kiełbasą i wertował szybko bieżącą prasę codzienną i tygodniową. Kolanko stanął przy biurku, przekładając machinalnie anonse, zaproszenia, komunikaty. — Kubuś — powiedział — na miasto! Załatwisz dziś dyrekcję barów mlecznych, krótki wywiad z konserwatorem baszt staromiejskich, nowiny z przemysłu terenowego, otwarcie muzeum filatelistycznego, zakłady wyrobu termoforów, zaopatrzenie sklepów WSS w drożdże. Pięknie zrobiłeś dziś tego Strycia, nie ma co… Ale to jeszcze nieaktualne… — Kolanko chwalił, nie patrząc na Kubusia. — Nie mam żalu do nikogo — rzekł Kubuś pogodnie. — To była sprawa honoru. Wyjął z szuflady butelkę taniej wody lawendowej i przetarł ręce. Włożył kurtkę, nastawił kołnierz, poprawił muszkę. — Kubusiu — odezwał się miękko Kolanko, siadając na biurku. — Posłuchaj: jesteśmy jak cierpliwi ogrodnicy, grzebiący w zachwaszczonym ogrodzie. Musimy mieć czujne oczy i czułe ręce. Uważaj, synku — w tej chwili kładę w twój mózg woskową tabliczkę jak płytę gramofonową przed nagraniem i żłobię na niej pierwszy rowek. Dziarski. MicHal Dziarski. Zapamiętaj sobie to imię i nazwisko, a zarazem zapomnij, jak się je wymawia. Natomiast miej oczy i uszy otwarte i gdziekolwiek lub kiedykolwiek w ciągu najbliższego czasu dowiesz się o nim czegoś, notuj to sobie pilnie na swej woskowej tabliczce. Chcę wiedzieć o tym nazwisku i jego właścicielu wszystko, co zdobyć mogą tacy dwaj ludzie jak ty i ja. Zrozumiałeś? Kubuś kiwnął poważnie głową. I wyszedł. Kolanko stanął przy oknie i zapalił papierosa. Za wąwozem torów kolejowych rozciągała się zachodnia Warszawa: dachy, resztki ruin, kompleksy zabudowań fabrycznych Towarowej, Karolkowej, Złotej, Łuckiej, Grzybowskiej, Krochmalnej. — Moje miasto — szepnął Kolanko — kocham je jak myśliwiec, którego sensem i chlubą jest niezawodna orientacja. Dlatego jestem dziennikarzem. Otworzył szufladę i wzrok jego padł na książkę Kischa. Rozwarł ją, zaczął czytać. „Dziennikarstwo sentymentalne — pomyślał po chwili — ale miłe i smaczne…” — Zagłębił się wygodnie w fotel i w książkę. Ocknął się na dźwięk telefonu. — Tu ja, Kuba — usłyszał w słuchawce. — Co jest? — Nic specjalnego. Robi się pogoda… — Telefonujesz, żeby mi to zakomunikować? — Nie, nie tylko, Chciałem powiedzieć panu redaktorowi,

że jestem głodny. — To idź na obiad. — Właśnie zamierzam to za chwilę uczynić. Mam straszny apetyt na zrazy z kaszą. — Niezłe. Dziękuję ci za ścisłość informacji. Tylko co to mnie obchodzi? — Doprawdy? Nic a nic? Szkoda. No to do widzenia. — Żegnaj, młody patafia — nie! — Aha! Aha! Byłbym zapomniał na śmierć… Chciałem jeszcze panu powiedzieć, że niejaki pan MicHal Dziarski jest skarbnikiem Warszawskiego Towarzystwa Filatelistów. Całuję pana redaktora w policzek… — Kuba!… — Po drugiej stronie drutu nie było już nikogo. „Genialny gówniarz… — pomyślał Kolanko. Był sam i nie potrzebował przed nikim ukrywać zbluffowanego wyrazu zaskoczenia na twarzy. — Po co mu Kisch? Każdy jego dzień jest ciekawszy od dziesięciu opowiadań Kischa”. Poszedł do sekretariatu. — Oto książka Egona Erwina Kischa — rzekł do schludnej, starszej pani za biurkiem — którą reporter Jakub Wirus składa za moim pośrednictwem na pani ręce jako nagrodę pocieszenia w konkursie pod nazwą: „Walczmy z bezsennością!”

jak o grubiaństwa współpasażerów i bezduszną wrogość konduktorów. który już do połowy tkwi w środku. Oczywiście — tramwaj wyraża miejską jednostkę komunikacyjną. zwłaszcza około godziny drugiej po południu. rozgrzana czekolada koło serca. gdy uda nam się wepchnąć jako ostatni do rozchodzącego się w szwach autobusu. w której przed chwilą czyścił kominy lub wypakowywał stare śledzie — w takiej chwili. krótkowzroczni. Ale też nic nie wzbudza w nas takiego uczucia zadowolenia. gdy przygodny sąsiad. pakując nam w usta rękaw od kurtki. o nic nie będziemy się sprzeczać i kłócić tak namiętnie. Mówi się: żyjemy życiem takim czy innym. uśmiechnie się z tramwajową melancholią i powie smutne. kłótliwi. Tramwaj wyzwala w nas dziś w Warszawie cenną bezpośredniość przeżywania i dlatego żyjemy tu. jacy jesteśmy i jak bardzo żyjemy życiem tramwajowym. Przepełniony irracjonalnie tramwaj warszawski stanowi doskonały odczynnik. życiem tramwajowym. egoistyczni. ustawiwszy się na . wysuwają się groźnie z burt naszych dusz. gdy wreszcie starsza pani. wyrozumiali. Trolejbus linii numer 54 objeżdża skwerek za pomnikiem Mickiewicza i kończy swą trasę obok dawnej Resursy. Znaczy to. Czyli że w zetknięciu z nim człowiek objawia się w całej swej okazałości. której. życiem tramwajowym. jak widok wyczekiwanego numeru na ulicznym horyzoncie i stwierdzenie. Wtedy dopiero spostrzegamy z przerażeniem. satysfakcji i wygody. nietolerancyjni. do których nie można się dostać. masakruje nerki. w Warszawie. dzicy. ludzcy i coś ciepłego rozpływa się nam jak słodka. brutalność i nieuprzejmość w tramwaju. jajami i marmoladą w biust. by postawić na nich szpic buta. W chwili gdy najbliższy bliźni demoluje nam śledzionę. gniecie na miazgę wiezione dla dzieci ciastka. Czeka tu już nań zazwyczaj spora kolejka. odstąpi nam trzy centymetry kwadratowe miejsca. wisząc na stopniu. jak działa żaglowej fregaty. wtedy gdy życie owo dobywa z człowieka jego najistotniejsze cechy. Nic nie wzbudza w nas tak nieprzytomnej złości i bezmyślnej chęci awantur. wśród siedemnastowiecznych kamieniczek północnej części Krakowskiego Przedmieścia. powtarzam. to znaczy w czasie. instynkty. taką samą jak trolejbus czy autobus. strąciliśmy kapelusz. gdy lekko zdyszany ostrym sprintem od rogu Miodowej doktor Halski dołączył do ogonka i odetchnął głęboko. Z drugiej strony — ileż wspaniałych wartości dostrzegamy naraz w życiu. jak tępota. akurat tyle. unicestwia czar dopiero co kupionego płaszcza. gasi brutalnie przepiękny połysk żarliwie wyczyszczonych butów. zaślepieni. w Warszawie. prąc ku wyjściu.3 Żyjemy tu. jacy potrafimy być pierwotni. uśmiechnie się bez pretensji i przygarnie nas mocnym ramieniem. przekonujemy się w nim codziennie. że w naszej warszawskiej epoce tramwaj wzniósł się do roli symbolu. jak nie kończące się wyczekiwanie na wypchane ludźmi trolejbusy. gdy złapany rozpaczliwie za krawat ten. niweczy z trudem przyszyte guziki. że znajdziemy w nim miejsce siedzące. porwali w strzępy gazety i wgnietli całą zawartość siatki z masłem. lecz przebaczające: — Nie szkodzi… — Wtedy widzimy. uśmiecha się przepraszająco. jak dalece potrafimy być solidarni.

chłopięcej twarzy. czerwony trolejbus począł się wypełniać ludźmi.końcu. z jezdni rozległy się krzyki: — Zaraz. chudy człowiek o długich włosach. Motorniczy ruchem startującego pływaka zanurzył się w tłum blokujący wyjście i wyskoczył z wozu. zaraz! Tu jeszcze ludzie! — jakby trolejbusy służyły na ogół do przewozu pszenicy. gdyż na dachu coś trzasnęło. by popatrzeć. ubrana z niezaprzeczalną. Uważaj pan. w modnym. wymalowana dziewczyna w żółtej chustce. na litość boską? Kiedy my pojedziemy? — Jak zdejmie pan rękę z dzwonka — powiedziała zimno konduktorka o hożej twarzy. uśmiechnęła się leciutko. wóz ruszył. rudawokasztanowatymi włosami damy. oficer piechoty. zaś wytworna dama przywarła szczelnie. Młoda konduktorka o hożej twarzy dała sygnał. W chwilę potem przystanął za Halskim niewysoki młody człowiek w brezentowej kurtce z futrzanym kołnierzem. niemniej pasażerowie poczęli dobywać monety wykrzywiając sobie wzajemnie nakrycia głowy i godząc się boleśnie w czulsze okolice korpusu. Ciągle przybywali nowi pasażerowie. usiłował cofnąć się nieco i zgniótł dotkliwie stopę młodzieńcowi. tak zwane kamyczki. zakonnica. Wtedy trolejbus pojecHal figlarnie parę metrów z własnego popędu. Tuż przed nim stała postawna. szeroko uśmiechniętym facetem o wyglądzie referenta skupu w poważnej instytucji i trolejbus ruszył ponownie. po czym z godnością stanął. zdobnemu w radosną muszkę. nie cofając jednak twarzy z bezpośredniego styku z lśniącymi. i zdawał się być bez reszty zatopiony w swych myślach. Dziecko na stopniu okazało się zaczerwienionym z wysiłku. chcąc być grzeczny. wyglądającymi. motorniczy usiadł z powagą za kierownicą i nic dalej się nie działo. Pan w czapce uszatce puścił poręcz z dzwonkiem. i wielu innych. wóz stał. co się stało. puściła się w rozpaczliwą pogoń za nim. a dziecko wisi na stopniu!… — wobec czego ci w środku ścisnęli się jeszcze ciaśniej umieszczając własne kończyny w cudzych kieszeniach. odwróciła się ku niemu i ujrzawszy smukłego blondyna o miłej. Beczkowaty. po czym kierowca zwolnił i przystanął. związanej na głowie sposobem znanym ze staroegipskich malowideł na ścianach piramid. tylko zbyt intensywne”. jakby dopiero co wyszły spod pieszczotliwego dotyku fryzjera fanatyka. Z zewnątrz zaczęły się znowu krzyki: — Co za ludzie!… W środku pełno miejsca. który. przejecHal kilkadziesiąt metrów. rękawach i kołnierzach. zaś gromadka ciekawych. wóz ruszył. lecz zbyt bogatą i ostentacyjną elegancją. z motorniczym na czele. całym ciałem do doktora Halskiego. z aprobatą i odrobiną doskonale kontrolowanej. Ten syknął: — Auu! Panie. trzy gospodynie domowe. dwóch monterów z elektrowni miejskiej ze sprzętem. starszy pan w czapce uszatce. zaś pan w czapce uszatce runął twarzą w . spod którego wyglądała filuternie cynobrowo–trawiasta muszka. długa kolejka szybko znikała w jego brzuchu. W trolejbusie było już tak ciasno. Za Halskim i właścicielem barwistej muszki wsiadło kilku studentów. kokieterii. Wreszcie wszyscy wpakowali się z powrotem. choć trochę ekscentrycznym płaszczu koloru beżowego piasku. — Halski przeprosił i pomyślał: „Perfumy dobre. Wśród głuchych stęknięć miażdżonych klatek piersiowych rozległ się przerywany głos starszego pana w czapce uszatce: — Dlaczego nie jedziemy. Młody człowiek gryzł lukrowane migdałki. dorodna pani w wieku balzakowskim. ludzie zaczęli wysiadać. że sięgnięcie do kieszeni po pieniądze stało się zadaniem z rodzaju kwadratury koła.

— Staną tacy w przejściu i się nie ruszą… Ani w tą. nie bez satysfakcji. na kunsztowny. choć wyraźny maquillage. Natychmiast podtrzymały ich pomocne dłonie. pani przywarła jeszcze ściślej do doktora. co jednak nie rozwiązywało sytuacji: niewidomi nie znajdowali dla siebie miejsca w przestrzeni. patrząc na niewidomych. dobrze? — Po czym pomógł staruszkom wejść na stopień i wtłoczyć się do środka wozu. „Inicjatywa prywatna… — pomyślał Halski. . „Zbudowana jak Dumbadze — myślał Halski. Trolejbus zahamował raptownie na przystanku przy hotelu „Bristol”. takim jakim darzy się osłabione z zimna. zauważył kosztowną biżuterię na jej dużej. Z tobołu rozległ się donośny. — Na pewno”. brudnawe szaliki i obydwaj mieli coś odpychającego w twarzach: jeden — grubą. Przed nimi stały trzy osoby: dwoje niewidomych staruszków. cechującej twarze ślepców. biednie odzianych. miejsca nie zrobią… Co za ludzie! Przecież wszyscy chcą jechać. bardzo wypielęgnowanej dłoni. biało — niebieski tobół. jeden dłubał obojętnie w nosie. a jednocześnie budziły gorące. Ścisk stawał się męką. o pieczołowicie wymodelowanych fałdach i zagłębieniach. nawet z tak bliska. Były to czarne. i pan w średnim wieku. Mimo sygnału do odjazdu. Obydwaj nosili jasnożółte. — Pusty wóz. Twarze pod nimi były chude. Na najbliższej ławce siedziało dwóch młodych ludzi w beretach. wytrzymując. raz jeszcze otworzyły się z sykiem pneumatyczne drzwi wejściowe. drugi przyglądał się im z rodzajem zaciekawienia. mocnej. I dlaczego tylko w rzutach?” Trudno było zdecydować się na określenie wieku. — Na stopniu wejściowym wisiała kiść ciał. jak niesłuszne oskarżenie. patrząc. wszystko kreślone kształtnie. która natychmiast zaczęła zajadłe wdzieranie się do środka. który rzekł do motorniczego: — Pan będzie łaskaw wysadzić tych państwa na Jasnej. Ich białe laski i trzymany pod pachą przez mężczyznę nie opakowany bochenek chleba sprawiały wszystkim wokoło niewymowną przykrość. wyraziste rysy. trzymając się siebie kurczowo. W każdym razie nie można było odmówić urody tej twarzy. jak pragnę szczęścia! — darł się jakiś facet na zewnątrz — a nic wejść nie dadzą… Nie posuną się. by wyjąć pieniądze. bogato.flanelowy. odwróciła głowę. z owym wyrazem smutnej naiwności. Staruszkowie. trzymających się już nieledwie milimetrów oparcia. Nie rozmawiali ze sobą. — Za młodu mogłaby osiągnąć piękne wyniki w rzutach… — odezwała się w nim dusza lekkoatlety — tylko… dlaczego za młodu? Przecież to całkiem młoda pani. niemrawo sunące po ścianie muchy. trzymany na kolanach przez młodą kobietę w kapeluszu przypominającym brązowe pudełko do butów. duże. sterczące na głowie berety. świeżo wygolone. szepnęła z uśmiechem: — Przepraszam… — W oczach jej migotała niewątpliwa zachęta. gniewny płacz świadomego swych możliwości niemowlęcia. Motorniczy kiwnął potakująco i ruszył. że śladami zmęczenia na cerze. mężczyzna i kobieta. zakołysali się niepewnie. Na przystanku czekała nowa grupa szturmowa. ciemnobławatne oczy. ani w tamtą… Co się pani tak pcha?… A jak się mam pchać?… Panie! Moje pończochy! Co pan tam ma na dole?… — słychać było ze wszech stron. napór wytwornej damy. przemożne współczucie. Gdy zdjęła rękawiczkę.

barczysty mężczyzna w grubym. — Ty smarku! — w głosie montera zadrżała pasja. Trolejbus przystanął na Jasnej. tajemnicza armatura przewodów kanalizacyjnych i świetlnych wielkiego miasta. odpychając nieco zbyt raptownie swą sąsiadką. jak ty… — Tylko nie basem. — Czego się pan tak patrzy? — spytał barczysty monter głośno. cedząc wolno słowa — tylko mi się pańska morda nie podoba. po czym wysoki ze spłaszczonym nosem rzekł sucho: — Racja. „Jak nieoczekiwanie rodzi się podłość w człowieku — myślał szybko Halski — przecież ci w beretach są tak wyraźnie winni. wyzywającym chichotem. wszystko racja… — nie przestając patrzeć prowokacyjnie na montera. Patrzy się. z grubą szczęką. Stanął przy panu w czapce uszatce. — A to nowina. Ogonki na czarnych beretach ani drgnęły. wolno wymawiając słowa i wskazując niedbale na czarny napis nad swoją głową. — Naucz się pan czytać. ten ze spłaszczonym nosem. — Trolejbus dojeżdżał do Jasnej. a ten pan — wskazał palcem na siedzącego obok — to moje dziecko… — Hi. racja… — powtórzył wysoki. — Co pan powie? — rzekł. — Wstawaj pan… — Trolejbus — dojeżdżał do placu Małachowskiego. głębokie wąwozy rozerwanej poza barierami ochronnymi jezdni. hi… — za — krztusił się drugi sztucznym. jak narasta w nim trochę bezsilna nienawiść do facetów w beretach. obywatelu. klaksony. spurpurowiał na tęgim karku. — I ja jestem matka. w głosie jego dźwięczała awantura. Pochwycił jej zdziwione spojrzenie. ciemna. — Trzeba było siedzieć — dodał. stanowią w tej chwili taki koncentrat zła. gdyż dama była wysoka i zasłaniała mu nieco pole widzenia swą pięknie ondulowaną głową w szarym toczku. drugi — spłaszczony niezgrabnie nos. — Ja mógłbym takiego syna. sami nie widzą tego” — czuł. tuż przed monterami. Za plecami Halskiego posiadacz urzekającej muszki strzyknął nadgryzionym kamyczkiem w okrągłe denko modnego kapelusza swego najbliższego sąsiada i zaczął gwałtownie przepychać się do przodu. — Tacy to nie wstaną… — mruknął pan w czapce uszatce. że starzy ludzie i inwalidzi stoją. jakbym go skrzywdził… — Przez chwilę panowało milczenie. który podniósł głos: — To czego się pan tak patrzy? Nie widział kto. z obu stron rozciągały się długie. niewidomi staruszkowie wysiedli. w dole leżała zagmatwana. sprowadzeni troskliwie ze stopnia. Obydwaj młodzieńcy w beretach wstali. niech pan nie bierze basem — rzekł z ostrzegającą kpiną niższy. Halski ruszył do przodu. już… — powiedział drugi z monterów. — Nieprawda — odezwał się drugi. racja. — No. Halski kręcił się dość niespokojnie. po czym motorniczy szybko ruszył. — Co znaczy dla takich. Stłoczenie w przesmyku drogi. Za nim parł młodzieniec w tęczowej muszce. wzdychając ciężko. — Panie — nie wytrzymał jeden z monterów — to miejsce jest dla inwalidów. Niewidomi opierali się o ich kolana. — Młodzieniec o grubej szczęce spojrzał na niego obojętnie. impregnowanym płaszczu. Zbity tłum drgnął jak naelektryzowany. . To miejsce jest dla matki z dzieckiem — dodał. — Do czego to podobne — rzekł drugi z monterów — żeby tak gburowato… Trolejbus wjecHal w drgający potok tłoczących się u zbiegu Kruczej i Widok pojazdów i przechodniów. — Młodzież… Wychowanie… — powiedziała dość głośno jakaś kobieta. hi.znamionującą brutalność górną szczękę. jeden z nich rzekł do niewidomych: — Proszę bardzo… Proszę siadać… — Facet ze spłaszczonym nosem okazał się po wstaniu wysoki i mocno zbudowany. Zewsząd zwróciły się ku niemu głowy pasażerów. wysoki. jaki straszny! — Racja.

łoskot aut ciężarowych. na co czeka od dawna. — O. wieki całe. czego pragnie. unik głową. leżały bez ruchu dwa ciała w żółtych szalikach i beretach. poszum tłumu i donośne dźwięki magafonów z CDT. Usta montera pokryły się natychmiast krwią z rozciętych płytko warg. a pełnych uznania. Głowa barczystego montera rąbnęła o kant stalowego uchwytu ręcznego pod pułapem wozu. że za chwilę nastąpi coś. „Czego ja tam chcę? — myślał gorączkowo — przecież nie będę się bił…” Jednocześnie siła jakaś pcHała go naprzód. Boże! — krzyknęła jakaś kobieta. z samej maniery. Instynktownie. ruchem crawlisty przełożył ramię przez dorodną damę. Jednocześnie niższy z grubą szczęką szarpnął z całej siły pneumatyczne. Wysoki wykonał niepotrzebny. faceci w beretach skoczyli z wozu. pokrywających to wszystko skłębioną rumbą „O Tico–Tico–Ti. ale nie sami. Rzucił się ku wyjściu. Halski przedzierał się rozpaczliwie do przodu. drzwi wyjściowe — w mechanizmie coś głucho pękło. i dzielących go od montera ludzi i podtrzymał mu głowę: od skroni przez policzek widać było nabrzmiewającą krwawosiną krechę. gdyż trzymał go tłum. schrypły krzyk: — Adaś. Konduktorka cisnęła kurczowo dzwonek. o czym nie ma pojęcia. który znaczył: „Jak bardzo mi się podobasz!…” Monter wkulił głowę między ramiona i usiłował uwolnić ręce z plątaniny trzymanych w dole liczników elektrycznych. pan w czapce uszatce zbladł jak płótno. bez zamachu. Owładnęło nim naraz parzące przeczucie. Potem Halski stracił orientację. niższy z grubą szczęką rozwalił do końca drzwi. jakoś odwinął na płask rękę i uderzył po raz drugi. podczas gdy oczy jej strzeliły blaskiem. Z tyłu za sobą słyszał krzyki: — Pomocy! Ratunku! Doktora!… — Halski potrącił brutalnie młodzieńca i zawisł na stopniu — pod sobą miał dwumetrową wyrwę. Ich szyje i podbródki pokrywały się w oczach krwią. wychylił się i krzyknął: — Milicja! — Drugi monter krzyczał histerycznie: — Ja ci pokażę. przed sobą — pęczniejący tłum uliczny. Wóz zakołysał się od nagłego szarpnięcia hamulców. który przywarł nosem do szyby i chciwie patrzył. — Proszę pana… Tak nie można… — zaczęła ostro dama. oczy mu zmętniały. Halski dosłownie odepchnął damę w szarym toczku. uderzył barczystego montera w usta. z wielką siłą. o Tico–Tico–Ta…” kontrastowały uderzająco z napiętą. Wtedy właśnie padł krótki. ciemnobławatnych oczu. ty łobuzie! — Za Halskim młodzieniec w muszce przekopywał się bezkompromisowo kolanem przez kotłowaninę postaci. W dole wyrwy. „Może być groźne…” — pomyślał Halski i nagła pasja odjęła mu na ułamek sekundy świadomość. wibrujące pręgi zadrgały mu w oczach i wypełniły uszy. drogę zaskoczył mu młodzian w muszce. przekleństwa szoferów. „W biały dzień!… — tłukło się w mózgu Halskiego — w samym środku Warszawy…” Już skakali w dół ludzie . co to ma być. Halski nie mógł minąć snującego mu się przed oczyma szarego toczka i złych. Motorniczy gwałtownie odkręcił szybę. walczącego o wydostanie się z obezwładniającego uchwytu ciasnoty. na czerwonych od minii rurach. Wraz z nimi leciał jakiś ciemny kształt. ugniatającą jak ciasny but ciszą w trolejbusie. facet nie padał. który dźwięczał bez przerwy. w ryja go!… Wysoki ze spłaszczonym nosem skurczył się błyskawicznie w sobie i nagle wyciągniętą ze ścisku ręką. zdawał się tracić przytomność.okrzyki. Za sobą czuł konwulsyjne wysiłki młodzieńca w muszce.

stała dama w toczku. jakby pogrążony w myślach. przesunął okrągłą czapkę z czerwonym otokiem na tył głowy i powtórzył: — Pasy drzeć z tych łobuzów… — I co się z nim stało. — Znikł jak sen jaki złoty. nacisnął literę „K”. Dostrzegł w tłumie biały kitel lekarza Pogotowia i mimo woli uśmiechnął się. dość daleko od trolejbusu. w pierwszym rzędzie zbitego tłumu. — Aresztowali go. na brzegu wyrwy. zrozumiał to. babciu — powiedział chuderlawy kpiąco. do cholery. których huk. odwróciła się i przedzierając się przez tłum odeszła ku Alejom Jerozolimskim. — Przepraszam pana — powiedział — to przez nieuwagę. załzawione. — Taki łobuz… — rzekła stara kobieta — kary na takich nie ma. Uniósł głowę. Zmęczonym krokiem wszedł do CDT i zbliżył się do automatu telefonicznego. niż wplątany w wypadki Halski mógł ocenić. jakby maślane oczy. tylko bez cudów! — Jak… to jego sprawa… — uśmiechnął się przychylnie chuderlawy. Dwóch panów pobił. — Taki drań! — mówiła jakaś stara kobieta z koszykiem. ze srebrnoszarym futrem na kołnierzu. Z dala dochodził już odgłos syreny Pogotowia. Halski położył montera na ławce przy pomocy jego kolegi. Wskoczył do wozu i zawołał: — Proszę o miejsce! Jestem lekarzem!… — Trolejbus pustoszał gwałtownie. granatowym kombinezonie — kto to był? — Sam widziałem — mówił szybko chuderlawy gość w cyklistówce. pomiędzy szoferami stłoczonych tu przymusowo starów–20 i warszaw–FSO. Jasny dzień wokoło. — Wypchnął tych dwóch z trolejbusu i skoczył za nimi w dół… — Pasy bym darł z tych choler. z tym napastnikiem? — dopytywał się szczupły pan w okularach pod pilśniowym kapeluszem. że Halski patrzy na nią. tam na dole… Taki chuligan! … — Ale kto? — denerwował się gruby szofer w brudnym. postawną sylwetkę w szaroperłowej pelisie. wyskoczył raz jeszcze z trolejbusu. da sobie radę. uspokojony. wymieszany z dźwiękami „O Tico–Tico–Ti. poranił… — A w gazetach ani mru–mru. Widząc.z obsługi wiertarek i kompresorów. widocznie wszystko działo się dłużej. sama widziałam — rzekła stara kobieta z koszykiem. Na trotuarze. bez płaszcza. o Tico–Tico–Ta…”. Szarpiąca uraza do siebie samego wypełniła mu serce. czując na sobie czyjś intensywny wzrok. chłopskiej twarzy. chuliganów — rzekł szeroki w plecach żołnierz o czerwonej. Dlaczego o tym nie piszą w gazetach? — machnął ręką zdenerwowany szofer i trafił w pierś zamyślonego młodzieńca w kolorowej muszce. — Rączy chłopak nie zginie. — Gdzie tam. Szybko przejecHal palcem po brzegu. Nie przeciwstawiał się temu naporowi. Młodzieniec w cynobrowo–trawiastej muszce stał niezdecydowany. Monter otworzył z wysiłkiem mętne. nie ustawał ani na chwilę. tak łatwo się w nie nie wejdzie. Mimowolnie i bezmyślnie Halski odprowadził spojrzeniem jej wysoką. pełnym wiktuałów — pobił. o mało co nie zabił tych dwóch panów. otworzył i szukał wśród pięciu numerów telefonów. Ale nie było czasu na zastanawianie. co przemknęło bezpowrotnie obok niego. wyrwa pełna była ludzi. Przetarł dłonią czoło i sięgnął po kieszonkowy terminarzyk. Widocznie wsiąkł w te rury… — Ale jak? — denerwował się gruby szofer — jak można tak zniknąć? Przecież te rury zupełnie jak na wierzchu… I małe. z rękami w kieszeniach. Halski. tak że już nie widać było rannych. tak że w końcu znalazł się na jezdni. które mu zostawił Kolanko. napierający tłum odsuwał go coraz bardziej od miejsca wypadku. Ale dlaczego o tym nie piszą w gazetach? — Dlaczego o tym nie piszą w gametach? — powtórzył .

Drapał się przez chwilę intensywnie w zeszłoroczne piegi na nosie. pochylony z oddaniem nad talerzem. oczy jego nabrały naraz wyrazu żarliwego skupienia. do rokokowej fasady Klubu Literatów na Krakowskim Przedmieściu. biegnąc placem Wareckim — wyczaruj w swej duszy wizję filetu z polędwicy lub sandacza po polsku i idź nieomylnie za jej wonią. — Takie rzeczy zdarzają się. w tych tedy bezpretensjonalnych restauracjach odprawiali nad płytą kuchenną . Bezpretensjonalność stanowi. za to zasobnym we własne restauracje. Rzeczywiście — przy jednym z biało nakrytych stolików siedział Edwin Kolanko. rumianym kolorem sznycel z groszkiem. Nie zdejmując futrzanej kurtki stoczył się swym lawiniastym systemem ze schodów i znalazł się w niewielkiej. — Widziałem. żyjących życiem zamkniętym. — Aha… — rzekł Kubuś inteligentnie.swe czarodziejskie praktyki prawdziwi artyści warszawskiej patelni. wykrzyknął: — Dlaczego o tym nie piszą w gazetach?! — i puścił się pędem w stronę Szpitalnej. biorąc palcami frytki z talerza Kolanki. „Kubusiu! — wołał do siebie Jakub Wirus. najwidoczniej w celu pokrycia zdenerwowania. — Nic z tych rzeczy — rzekł Kuba. po czym rzekł: — No. — Na rogu Widok i Kruczej? — spytał obojętnie Kolanko — w biały dzień? W samym sercu Warszawy? Fryt stanął Kubusiowi w gardle jak spuszczony semafor. zdyszany. — Ale dlaczego?! — wrzasnął Kuba. jak wiadomo. poprawił cynobrowo — trawiastą muszkę i powiedział: — Wie pan co? — Nie — odparł Kolanko. Wszyscy zamarli z rozwartymi ze zdumienia ustami. więc co? Napiszemy? — Nie — odparł Kolanko. — Widziałem cud. W ten sposób dobił. otarł spocone czoło. Kuba przysiadł się. Oczy wyszły mu na wierzch. gdzie dają dobrze zjeść. — Możliwe — zgodził się Kolanko. jakby zapaliwszy motory odrzutowe u swych butów. Twój duchowy nos zaprowadzi cię niechybnie tam. Jedzący przy sąsiednich stolikach . Najlepiej zaś można zjeść w niewielkich klubach. gdzie trzeba”. krojąc sznycel na foremne kęsy. O tej porze można było zastać redaktora Edwina Kolankę tam tylko. jak facet rozpłynął się w powietrzu. oderwanym od rzeczywistości uśmiechem. zanim przełknął. — Wiem. gruby szofer — z wzniesionym do góry wskazującym palcem. — Wszystko? — W każdym razie tyle samo co ty. — To… pan już wie?… — wykrztusił. którym zamierzał obrócić parę razy przy czole dla plastycznego uwypuklenia swej opinii o znikającym wśród przechodniów i pojazdów młodzieńcu. stylowo sklepionej piwnicy o dwóch poziomach. gdy młodzież nadużywa alkoholu.machinalnie uderzony młodzieniec z bladym. na którym rozpościerał się imponujący rozmiarami i zdrowym. stygmat prawdziwej sztuki. I nagle rąbnął się ręką w czoło.

rozumiesz. złożył porządnie nóż i widelec oraz uśmiechnął się do ładnej kelnerki. jak pouczających… To rzekłszy. . którzy i tak z niesmakiem patrzyli na jego nie rozdzianą kurtkę i uderzającą muszkę.poeci i dramatopisarze. przy której opowiem ci o rzeczach równie ciekawych. A teraz chodź na kawę. Tylko bez samobójczych bramek. w której jest coś z groźby — po to. o czym się pisze. Wiedzieć. — Syneczku — rzekł Kolanko z ową troskliwością. zasada numer jeden. w ten sposób nie dojdziemy do żadnych wyników. że patrząc. Inaczej zaczyna się pisać o wężach morskich. aby pisać. na nią zdolny jest bez dotkliwszego uczucia przykrości. co miało oznaczać. trzeba przede wszystkim wiedzieć. wręcz ochoczo. zapłacić za sznycel z groszkiem. chłopcze. spojrzeli nań z wyraźnym wyrzutem.

a potem szybki. Jak długo siedział w tej pozycji. mieniącą się w nocy granatowymi refleksami na dachach i skwerach. Trzeba tu stwierdzić otwarcie. w perspektywie placu Trzech Krzyży snuli się zapóźnieni przechodnie. Tego marcowego wieczoru śnieg padał wokół kiosku Juliusza Kalodonta jak w bajkach Andersena — bezszelestnie. Była późna godzina i pan Juliusz Kalodont pakował skrzętnie swój drukowany towar przed pójściem na zasłużony wypoczynek w łagodnym kręgu domowej lampy. którego nie mógł stłumić nawet puszysty dywan świeżego śniegu. . ptaszku. otarł zroszone potem czoło i odłożył do szufladki to. do jego wnętrza. W tej samej sekundzie stało się coś takiego. Ocknął się tedy po chwili z drętwoty. nigdzie nie potrafi tak szybko i tak beznadziejnie zmieniać się w brudne. który wpadł nagle. wysoko…” i snując równocześnie głębokie rozważania nad rzewną polskością tej pieśni. dręczące błoto. skulony i jeszcze mocniej zacisnął powieki na oczach. Pada wtedy miękko i cicho. Pierwszemu dziwić się nie należy. trzeba wszak sobie powiedzieć. nóg. pokrywa świat cały puszystą bielą. pogwizdując z uczuciem „Leć. rozbiwszy przednią szybę kiosku. Ulica była pusta i biała. Trochę pewności siebie przywróciła mu zupełna cisza. paniczny tupot uciekających. ale też nigdzie nie pada z takim wdziękiem jak w tym mieście. Sytuacja obrzucanego głazami z niewidzialnych beluard czy katapult kiosku „Ruchu” nie należy do najprzyjemniejszych. było to reakcją całkiem naturalną. Przed kioskiem stała jakaś postać. Nagle drgnął. Kalodont odetchnął głęboko. iż w pierwszej sekundzie pan Kalodont skulił się. Z drugiej zaś strony Juliusz Kalodont był starcem wielkiego serca i nieugiętego ducha.4 W żadnym z miast na świecie śnieg nie ma tak krańcowych humorów jak w Warszawie. stłukł z brzękiem naftową lampkę i pogrążył kiosk w kompletnych ciemnościach. obficie i kojąco. Była to różowoczerwona tubka pasty do zębów marki „K a l o d o n t ”. śnieg padał bez szmeru i bez ustanku. Toteż duży kamień. budzi tęsknoty za minionym dzieciństwem. że budowla ta ma na ogół inne przeznaczenie niż warowne burgi żądnych wrażeń feudałów. potem rozdzierający jęk człowieka o miażdżonych kończynach. drugie stanowiło rzecz czystego przypadku — kamień minął głowę Kalodonta o milimetry. przytrzymując ręką tętniące po tych przeżyciach serce. choć niebolesną niespodzianką. Ostatecznie — gwałtowne przejście z miłej atmosfery repertuaru chóru „Mazowsze” do surowych warunków obleganego w średniowieczu barbakanu usprawiedliwia taką chwilową postawę wobec szybko rozwijających się wypadków. trudno było określić. Składał skrupulatnie „Problemy” i „Przyjaciółki”. że Juliusz Kalodont stał się jeszcze bardziej malutki. co sprawiło. zamknąwszy oczy. szybko wysunął dolną szufladkę i sięgnął do niej. stał się dla niego oszałamiającą. co z niej wyjął. Tuż za kioskiem rozległ się straszny krzyk katowanego człowieka. Przysiadł jeszcze na chwilę. Kalodont poprawił maciejówkę i ostrożniutko wysunął głowę przez rozbitą szybę. Migotliwy blask jedynej naprzeciwko latarni ulicznej oświetlał przez ułamek sekundy przedmiocik.

Zdaje się. to przecież resztką zdrowego rozsądku pojął. trochę surowy. iż zasłonił sobą i tak skąpe światło. W chwilę potem niewyraźny kształt rzekł: — Dobry wieczór. Po czym położył pieniądze. Nic — tylko biała. Głos miał cichy. ale nawet wyraźniejszych. że w samą porę… — Kalodontowi zdawało się. chudy czy gruby. przerażoną twarz Juliusza Kalodonta. abyśmy zostali przyjaciółmi. I dodał z odcieniem powściągliwej konfidencjonalności: — Ja… szukam przyjaciół. niemożliwością było stwierdzić. że ów ktoś stanął pomiędzy nim a odległą latarnią tak umiejętnie. zalśnił miriadami błysków olbrzymi. — To znaczy. czepiając się resztek opanowania: — Czym mogę sssłużyć?… — Paczką wczasowych i przyjaźnią… — rzekł poważnie kształt. — Cooo ttoo znnaaczy?… — wyjąkał pod sumiastym wąsem Kalodont.Niemożliwością było nie tylko rozeznanie rysów twarzy. Przed kioskiem nie było nikogo. bardziej sprecyzowanych konturów sylwetki. panie Kalodont. przepiękny. zaś wziął papierosy. oprawny w masywną platynę brylant. śnieżna cisza. zdumioną. i właśnie pomyślałem sobie o panu. panie Kalodont… … i dzielny starzec popadł znów w rodzaj hipnozy. Był to jednak króciutki przebłysk trzeźwości w intelekcie Juliusza Kalodonta. Po sekundzie światło padło na rozwartą. . dźwięczny. I chociaż nerwy Juliusza Kalodonta znajdowały się w stanie roztrzęsienia. Położył niepewnym ruchem paczkę papierosów przed sobą. w której wydarzenia spełniają funkcję hipnotyzera. — Dddobry wwwieczór… — wybąkał. że bardzo pragnę. Na serdecznym palcu ręki. biorącej tekturowe pudełko. panie Kalodont — powiedział kształt z wyszukaną uprzejmością w głosie. Po czym dodał. jakby wykonał gest. czy ów ktoś jest wysoki czy niski. wskazujący na leżący jeszcze ciągle na jednej z półek kamień.

CZĘŚĆ DRUGA .

Zobaczycie… — Co to za numer? — zbliżył się do rozmawiających tęgi szofer w kombinezonie — byłem wtedy przy tej rozróbce na rogu Widok i Kruczej… Co to za numer? — Cholera wie… — rzekł pochylony nad otwartą maską najbliższego wozu szofer w ministerialnym uniformie i wojłokowych butach. Rozległ się dzwonek. Za małym oplem wielki FS Lublin. złociutka. Koniec marca był pogodny. to tam… To pod Warszawą. znowu. pani Kowalska? — Dziesięć groszy ma pani. pierwszy wątły powiew wiosny zapachniał w Warszawie. Aby złapać. — Aż strach jeździć w nocy. pani droga! — A ile synek ma? — Dwudziesty szósty mu idzie. — Co pani powie. kto dalej? … — Octu mi pani da. szoferzy obsiedli stopnie wozów i palili ze smakiem papierosy. Coś zatrzymało śię w sprawnym przetaczaniu mieszanek spalinowych i olejów. — Zupełnie jak w Chicago… — Co tam Chicago! — rzekł młodziutki blondyn o różowych policzkach. — I co? — spytał młody chłopak o słomianych włosach i umorusanej twarzy. Wspólnie. znowu. kochana pani Kowalska? — Ano. — Skąd wiesz. że faceci? Skąd wiesz. to jedyny sposób… — Cholerę wiesz. co za sposób i jaki sposób — rzekł szofer w uniformie. chudy szofer w rozpiętym kożuchu — nie tu. za krzepką warszawą czarny chevrolet–deluxe. Do jasnej. cztery jajka i płatki owsiane — powiedziała kobieta przy ladzie. — Ja tam wiem? Leżeli podobno porządnie i wyglądali przyzwoicie… — Na leżąco — rzekł chłopak w zetempowskim krawacie. to nie zginie. — Nikt nie wie. Słyszy się przecież to tu. ale kozacka… — W gazetach ani słowa — rzekł czarnowłosy chłopak o świeżej cerze i pełnej pieprzyków twarzy. — Pół kilo cukru. znów znaleźli wczoraj rano dwóch załatwionych na klawo. A co na Marymonckiej? — Następna pani. to najgorsze… — Panowie — rzekł chłopak w zielonkawej wiatrówce — sprawa jest ciemna. na Marymonckiej. co to za numer… — Ale faceci nie przestają skakać — rzekł słomiany chłopak. rozmawiający zeskoczyli z okna i rozbiegli się między ławkami. — Od czasu tej przewalanki na Sadybie u nas nic nowego… — Czekaj. czekaj. — Ja to się boję syna puszczać. — U nas. ilu ich jest? — Dużo — rzekł chudy w kożuchu. — Jak człowiek zdąży złapać za klucz. — Co. — Strach to frajer — rzekł szofer w kombinezonie. — Dlaczego faceci? — rzekł zaczepnie starszawy szofer. . — Na pewno dużo. siwa wy mężczyzna w tłustej od smarów cyklistówce. — Nic nie wiesz.1 Długi rząd aut stał przed stacją benzynową na Polnej. to w mieście… — Na razie szoferów nie ruszają — rzekł tęgi w kombinezonie — ale jak ruszą. znowu. mam. — Pani droga. to dam całą złotówkę… — Mam. za kaczkowatą IFĄ zgrabny star — 20. tej milicji to na lekarstwo. drożdży i proszku do pieczenia. to gdzie indziej. widnej klasy wszedł nauczyciel z dziennikiem pod pachą. — Dwóch porządnych ludzi? — spytał ironicznie chłopak w zetempowskim krawacie. to trzeba będzie się naradzić. — Znów coś? — Nic nowego — odparł starszy. zobaczycie — rzekł podchodząc wysoki. w parku Dreszera.

że pobite. sprzeczał… — I co na Marymonckiej. i musztardę. bo ja sobie z tą resztą nie poradzę. — Tylko drobne proszę. to teraz obce dranie przyjeżdżają i rozrabiają! — Spokojna. łobuzy. jak karetka pogotowia osiem razy przyjeżdżała w ostatnim tygodniu… — Pół ćwiartki masła. pani Błaszczykowa. spod siódemki. ładne. tylko by się przekomarzał.ale taki jakiś dziecinny. bo nie będę miała wydać. — Taka spokojna dzielnica była. ale dobrze. na Kolektorskiej! — Ładne oni. . zmaltretowali i pojechali. spokojna… Że też pani takie głupstwa stroi. — Ale zawsze stąd dzieci. — Dla mnie pięć kostek maggi. — A ilu ich było? — Ze trzydziestu. Przyjechali i pojechali. nikomu nie ustąpi. jak tak można mówić? Milicja się nad nimi ulitowała. ten Marymont. pani Kowalska? — Ano przyjechali — skatowali. że im ktoś raz dał w kość… Mojego szwagra w zeszłym roku o mało nie zabili. panno Zosiu. panno Zosiu… — Drobne mi pani da. — A kto ich widział. — I kogo tak? — Orzechoszczaków pani zna? Takie ładne chłopaki. a pani im źle życzy. ładnie spokojna. z Marymontu. tych trzydziestu? — Nikt. pani Kowalska.

ściągłą twarz z ciemnym wąsikiem i bystre. „Środki prewencyjne przeciw zamroczonym alkoholem”. „Cenne jest to — pomyślał — że Maciejak łączy w sobie zapał w walce o słuszną sprawę ze skłonnością do solidnego szufladowania. Na teczce widniał staranie wykaligrafowany napis: „Alarmowy system nieporządków. tak jak w swoim czasie na Alasce wszyscy znali się na poszukiwaniu złota. W latach pięćdziesiątych w Warszawie wszyscy znali się choć trochę na architekturze. zielonych i niebieskich linii. obywatelu poruczniku. sierżant Maciejak”. sierżancie Maciejak — rzekł Dziarski. — Mój system. Miał drobną. tytuły: „Sygnalizacja bójek”. Dziarski przeglądał uważnie. o grubo ciosanej. — Pokażcie — rzekł. pudełka papierosów i zapałek nie leżało na nim nic. przenikliwe oczy. Biurko było proste i oprócz wyschniętego kałamarza. dokładnie sprzątnięty. wyzwisk i zakłóceń spokoju publicznego”. obywatelu poruczniku? — Maciejak . że noszący je człowiek mógł długo pozostawać nie zauważonym w miejscach publicznych. wietrzny poranek i patrzeć na dachy. Brązowa welwetowa marynarka z domu towarowego i najprzeciętniejszy krawat sprawiały. patrząc na dachy. chłopskiej twarzy. na ścianie wisiał duży plan Warszawy. za biurkiem na mniejszym stoliczku stały cztery aparaty telefoniczne. iż porucznik Dziarski nie był z tej właściwości niezadowolony. niewysokim. Porucznik MicHal Dziarski był szczupłym. narożnik Bielańskiej i słynną studnię „Grubą Kaśkę” z miedzianym słupkiem i takąż kulą na szczycie. agresywne spojrzenie jest spojrzeniem typowym w Warszawie. — Dzień dobry. Z gmachu Komendy Stołecznej MO widać było Arsenał. „Ewidencja zaczepek. nieco chuderlawym mężczyzną. Rozległo się pukanie i do pokoju wszedł pleczysty starszy sierżant w mundurze. „Sieć alarmowa awantur ulicznych”. Nie odtrącajmy klasyfikatorów. odczuwał wyraźnie ich warszawskość. Sprężył się służbiście. ulicę Długą. Przynajmniej na razie. — Coście — skończyli?. pod pachą trzymał kartonową teczkę. Ostatecznie — mógł. — Dziarski uśmiechnął się nieznacznie. gmatwanina czerwonych. Dziarski otworzył teczkę: były tam schludnie. Porucznik Dziarski mało miał wspólnego z teorią architektury. Dziarski odwrócił się i powędrował do biurka. obywatelu poruczniku. należy jednak przypuszczać. — Niezłe — rzekł Dziarski — tylko mało realne. kartonową teczkę i stanął obok. a przecież jasny. Dobrze było stać w taki pochmurny. — Dlaczego. sierżancie Maciejak. Prócz biurka stał w nim stolik i trzy niewygodne krzesła. z powodzeniem nie zwracać niczyjej uwagi: niechętne. Nie była to cecha zamierzona ani wystudiowana. tłumiąc uśmiech. Pokój był duży. Projekt przedłożony opracował st. pedantycznie poszeregowane wykresy i tabele. — Coś nowego? — Melduję.2 Porucznik MicHal Dziarski stał w oknie swojego biurowego pokoju i patrzał na dachy. niemniej. Architektura stanowiła główne zainteresowanie niemal wszystkich w tym mieście. że skończyłem — rzekł Maciejak. dość jest i tak improwizacji w naszej pracy”. Maciejak położył przed Dziarskim różową. pustawy.

nie mógłby mieć najmniejszych wątpliwości. Kelner. że nikt z ludzi. wśród wykańczanych staromiejskich kamieniczek i świeżo zaczętych budów. Rzeczywiście — akcent warszawski zawiera w sobie i tę osobliwość. Usiadł na surowym zydlu w nisko sklepionej salce i zamówił flaki oraz sztukę mięsa z chrzanem. jak to kelner. Na ogół sądzi się mylnie. To są większe sprawy i trzeba je dobrze zbadać. — Tymczasem. ja od dawna interesuję się tym zagadnieniem. upatrująca różnice akcentów w wymowie poszczególnych głosek.zasępił się. — Oczywiście — zgodził się Maciejak. Redaktor Edwin Kolanko przeciął Rynek Starego Miasta w kierunku . Różnice w wymawianiu głoski „r” demaskują szereg narodowości. — Chciałbym mieć dokładne sprawozdanie z Wydziału Komunikacji Drogowej o zarejestrowanych ostatnio na osoby prywatne angielskich samochodach następujących marek: „Austin”. „Morris” i „Hillmann”. jeden z naszych ludzi będzie od dziś jeździł wraz z karetką na miejsce każdego zajścia. Widniał na nim napis: „Sprawozdanie z działalności Zarządu Warszawskiego Towarzystwa Filatelistycznego”. Skończywszy. którego średniowieczny rycerz używał najczęściej do siadania na swym wierzchowcu. które stawiał przed nim kelner. w miejsce. Spojrzał na zegarek i zabrał się do jedzenia. ale chwilowo nie jesteśmy w stanie go zrealizować. a nawet synów poszczególnych miast. — Sama zasada waszego systemu jest słuszna. ziomek i pobratymiec. narożnej restauracji o nazwie „Rycerska”. obywatelu sierżancie… — powiedział z uśmiechem. Ale widzicie. — Co obywatel porucznik zleca na dzisiaj? — Przygotujcie zeznania doktora Halskiego i innych lekarzy Pogotowia. krajan. dobrze? Aha… proszę stworzyć stały dyżur w Pogotowiu. które rejestrujemy ostatnio. jednak głoską. — Mamy przed sobą wielką i trudną kampanię. rzekł półgłosem: — Dobre… — i klepnął z zadowoleniem stojącą obok ogromną zbroję rycerską w okolice pancernych nagolenników. pracowali i wypoczywali w spokoju. Wydaje mi się. — Tak jest — rzekł Maciejak. notując. Bezkarne zuchwalstwa. że tak myślicie — uśmiechnął się Dziarski. Istnieje cała szkoła w fonetyce. jest litera „1”. że najbardziej charakterystyczna dla Warszawy wymowa polega na zmiękczaniu głoski „sz” do „ś”. wyciągnął z — kieszeni kilka kartek maszynopisu i czytał je z wyraźną satysfakcją. Przeszedł Długą do placu Krasińskich i dalej do Freta. wymagają innego ujęcia niż system sygnalizacyjny pijackich wykroczeń. że to jest ważne. aby ludzie żyli. stamtąd Mostową. że stoi przed nim rodak. Warszawskie „1” ma dźwięk owiniętego w flanelę metalu. kiedy przydzielono mnie do was. nie mógł się powstrzymać od rzucenia okiem na leżący na stole maszynopis. — Siadajcie — powiedział. wstając. Słowo „obywatel” zabrzmiało w ustach Dziarskiego tak. Dziarski wstał również. Dziarski zapalił papierosa. — Cieszę się. Zanim kelner przyniósł mu zamówione danie. obywatelu poruczniku — rzekł Maciejak. — I jeszcze coś — rzekł Dziarski. — Tak jest. — Tak się cieszyłem. urodzonych pomiędzy Olszynką Grochowską a Cmentarzem Wolskim i Bielanami Służewcem. obywatelu poruczniku. O godzinie czwartej Dziarski zamknął swój pokój na klucz. na Szeroki Dunaj i przestąpił próg małej. tu trzeba na razie innych metod. po której warszawiak najnieomylniej rozpozna warszawiaka. włożył szarą jesionkę i granatowy kapelusz i opuścił gmach Komendy Stołecznej.

— Twarz przeciągnęła ręką o brudnych paznokciach po przylizanych na mokro najeża włosach. — To nasz prezes — rzekł Anzelm Wasiak z dumą i przywiązaniem w głosie. Kolanko przecisnął się ku widniejącym w głębi schodom: rozciągała się nad nimi dębowa. Potrzebuję nieco samotności. którym uwielbienie dla Karola Maya i rozgrywek szmacianką paliło się jeszcze w oczach. — Ma pan ze sobą swój klaser? — posłyszał obok siebie młody głos. — Lubię — rzekła obojętnie twarz w drucianych okularach — ale co z tego? A zresztą to nieważne. Wszyscy odwrócili się ku niewielkiemu panu o wyglądzie emerytowanego profesora — otwieram uroczyście jubileuszową wystawę Warszawskiego Towarzystwa Filatelistycznego… — Kto to jest? — spytał Kolanko. — Trudno — powiedziała twarz — oprowadzę pana po wystawie… — Weszli razem po schodach na górę. Po czym wszedł do sieni przez łukową. Wprost nie wiem. opatrzone podpisami. gdzie oczekiwać cię będzie dowolna ilość ciastek. rogów obfitości. może się coś zahandluje. by przyjść do siebie po tylu nowych . starczy głos. równie młodziutka. owoców i ciężkich kiści winnych gron. — Czekaj… — dorzucił szybko. — Proszę państwa! — rozległ się w głębi sali trochę drżący. wąską. co z nimi robić. — A ten pan obok. pan Dziarski. — Wiem o tym — rzekł Kolanko. Wspaniały znawca problematyki ząbkowania. A teraz żegnam cię. Ważne są serie całostkowe i nadruki. może czternastoletnia twarz o zezowatym spojrzeniu spoza drucianych okularów wpatrywała się weń badawczo. — A. — Bardzo — rzekł Kolanko. — To nasz skarbnik. okładaną głazami bramę. Widzę tu pana po raz pierwszy. Pod szkłem gablot barwiły się znaczki pocztowe najróżniejszych wymiarów. Tylko to mnie interesuje… — Szkoda — westchnął Kolanko — dysponuję większymi ilościami ciastek. Wnętrze pełne było rozmawiających ludzi. wysokiej kamieniczki o dwuokiennej fasadzie. w brązowej marynarce? — spytał Kolanko z nieomylnym instynktem. różnorako ubrani mężczyźni w kwiecie wieku sprzeczali się żywo z chudymi młodzieńcami o obliczach pełnych pryszczyków i zapału. Wziąłem pana za filatelistę.strony Barsa. — Anzelmie — rzekł Kolanko z ulgą — zgłoś się pod ten adres. olśniła go nagła myśl. — Czy co mam? — Aach… — rzekła twarz — przepraszam. — Jak się nazywasz? — spytał Kolanko. — Wasiak. jakaś wymiana” — rozumie pan?… — Rozumiem — rzekł Kolanko. Zatrzymał się chwilę na wprost wąskiej. więc interesuje się pan filatelistyką? — spytał Anzelm Wasiak. w grupach dyskutujących uderzała rzadka pogarda dla różnic wieku: starsi zażywni panowie wymieniali uwagi z odzianymi w przewijane spodnie chłopcami. mosiężny pająk z polskim orłem. — Co? — spytał zdezorientowany Kolanko. W pierwszym pomieszczeniu stał zamczysty. gatunków i kolorów. — Ostatnio interesuję się nią wyjątkowo. Za chwilę odbędzie się oficjalne otwarcie wystawy — dodał. zdobnej w brunatne sgraffito. Anzelm Wasiak. z której zwisał piękny. Poniżej. schludnie poszeregowane. — Czego?… — spytał Kolanko z wysiłkiem na twarzy. czarny kredens i wisiały mahoniowe. Schody były także pełne ludzi. ciemna powała. dostojne gabloty. myślałem: „Jakiś nowy. trąc podbródek. Pomyślał: „Może to inny Dziarski? Dziarski pediatra?” — Ząbkowania — powtórzył Anzelm Wasiak. pełne tłustych amorków. Ktoś pociągnął Kolankę za rękaw. W głosie jego zabrzmiała pogarda. — Po to tu przyszedłem. trzeba przyskoczyć. — Lubisz ciastka? — spytał.

ocierając skrupulatnie rękawem kurz z melonika — nie ma o czym mówić. — Zdarza się. możecie słusznie i bez trudu posądzać mnie o zamaskowaną głupotę”. zaś wymiar krzyża. — Doprawdy nie szkodzi — dodał poszkodowany. brunatno — fioletowy za trzydzieści centymów. które u ludzi do lat czternastu jest częstym następstwem bezbrzeżnej pogardy. Prześwit poziomy zera wynosi jeden koma sześć. gumowy kołnierzyk z różkami. smagły kark. że obrażenia te pochodzą z chlubnych zmagań na ringu. Uwagę jego przykuł na chwilę mocno zbudowany. zmagazynowana siła. aby wszyscy dostrzegli. Ubrany był w wyzywający kraciasty płaszcz o szerokich ramionach. wełnianego szala wyłaniał się gruby. parasol… Klasyczny buchalter i filatelista”. zgnieciony na czubku i włamany u samej nasady. Pragnę zachować swoje incognito… — I zostawił go przejętego nabożnym zdumieniem. Dziarski stał pośrodku sporej grupy i mówił — … falsyfikaty mają sfałszowany nadruk i ząbkowanie jedenaście i jedenaście i pół. — …Proszę stokrotnie o wybaczenie. jaki jestem ostentacyjnie przebiegły. Istotnie — twarz i postać niskiego pana w meloniku nacechowana była jakąś ostentacyjną chytrością dość zawiłego gatunku. niskiego. Prezes przemawiał krótko i zwiedzający zwrócili się znów ku gablotom. mierząc po liniach zewnętrznych. — Nie szkodzi — uśmiechnął się. czarnych oczach wyrażała swobodną uprzejmość. podając Anzelmowi swą wizytówkę z adresem redakcji — ani mru–mru. jakby człowiek ten chciał powiedzieć: „Patrzcie. Zewsząd dochodziły strzępy rozmów: — Błąd na kliszy… Cały arkusz zepsuty… — Obiegowe z królową. proszę pana… — Jego żółta.wrażeniach… Aha. ale o tym — dodał. ciemne oczy po obu stronach owego wyrazistego nosa wpatrzone były z całkowitym oddaniem w pełne filatelistycznych walorów gabloty. jakby pragnąc uchronić go przed upadkiem. Nadruki wykonano kolorem czerwonym lub karminowym… — „Niech to diabli! — zaklął w duchu Kolanko — nic nie rozumiem”. — Przepraszam najmocniej! — zawołał Kolanko. „Melonik? — zastanowił się Kolanko — kto dzisiaj nosi melonik?” . jakby kościana twarz o mądrych. wynosi pięć koma dwa. i mówili: jaki ten facet jest w gruncie rzeczy głupi. Potrącony podniósł — spokojnie z podłogi melonik. z fałd jaskrawego. młody człowiek średniego wzrostu. mam go u siebie w klaserze… — Kolanko sterował ku brązowej. Małe. był to nos wyjątkowo surowo potraktowany. Zapatrzył się na faceta o wiele mówiącym nosie i teraz chwytał potrąconego przez siebie. udając mądrego w ten sposób. trudno jest tylko wtedy ukryć udawanie. że się udaje. odwrócił się i ruszył wolno między zwiedzających. Tu tak ciasno… — tłumaczył się Kolanko. a skoro to widzicie. — „Biedny filatelista… — pomyślał ze współczuciem Kolanko — melonik. sakpalto z aksamitnym kołnierzem. welwetowej marynarce. Twarz młodzieńca określał złamany po boksersku nos. natomiast pełny sukces osiąga się. sztywny. drobnego pana za ramię. z książką pod pachą. odwracając się niezręcznie i uderzając z całej siły półobrotu kogoś w głowę. Była to więc skomplikowana charakteryzacja: udawać głupiego jest łatwiej. „Właściwie facet jest osobliwy — pomyślał Kolanko — coś w nim jest”. z całej jego postaci biła sprężona. Skłonił się raz jeszcze Kolance. nie ulegało żadnej wątpliwości.

— Interesujące — rzekł jakby do siebie. Na środku Rynku zrównał z nim krok. Kolanko zbliżył się nieznacznie. panie poruczniku. że traci grunt. — Najmocniej pana przepraszam — rzekł Kolanko. W twarzy Dziarskiego nie drgnął ani jeden muskuł. — Co pana interesuje? — Widzi pan. Takie spojrzenie obowiązuje hodowców jamników. grzebieniowe. zbieraczy skarabeuszów. skrzynkowe. by nie rozpocząć rozmowy nacechowanej wzajemnym szacunkiem. Dziarski przeszedł salkę i wyszedł na ulicę. Kolanko ruszył za nim. — Gdybym wybrał inną. „Nie jest żadnym filatelistą…” — pomyślał Dziarski. Kolanko zszedł za nim na dół. — Skoro powiedzieliśmy już sobie tyle — zaczął Kolanko z uprzejmym uśmiechem — tedy nie widzę powodu. — Pan wybaczy. — Skąd pan wiedział o tym. usiłując grzecznie go wyminąć. — Prasa to potęga… — rzekł powoli Dziarski i Kolanko zrozumiał. Po czym Kolanko rzekł: — Nie powinienem pytać. — Jestem początkującym filatelistą — rzekł niepewnie. — Tak — rzekł Kolanko z mocą. jak on sam. — Co za imponujące kasowniki! — Dziarski spojrzał nań uważniej i Kolanko poczuł. skłonił się lekko i przyłączył do jednej z dyskutujących grup. powstrzymując go spojrzeniem. że go niepokoję… — zaczął. — Poddaję się — jęknął Kolanko. — Czy musimy wstąpić do kawiarni? — spytał oschle Dziarski. lecz korci mnie niewymownie. gdy przebywają we własnym gronie.Dziarski posuwał się wolno wzdłuż gablot. — Pragnąłbym spytać pana o coś z dziedziny ząbkowania… — Słucham — uśmiechnął się Dziarski. Dziarski spojrzał nań przychylnie. filatelistów czy wielbicieli gołębi. ramkowe czy krzyżowe? — spytał z powagą Dziarski. Stan zbrojnego pogotowia jest świetnym początkiem przyjaźni. — Ma pan na myśli tę serię okolicznościowych kasowników? — spytał. — Mam dosyć… — Dziarski uśmiechnął się uprzejmie. stając w sąsiedztwie. że trafił na człowieka ulepionego z takiej gliny. . — Słucham pana. Za chwilę zaczął się żegnać. że jestem dziennikarzem? — Wybrałem tylko najlepszą dla pana ewentualność — powiedział obojętnie Dziarski. Dziarski spojrzał nań bystro. kolekcjonerów motyli. — Myślę. że nie da się tego uniknąć. — Czy są takie w śródmieściu? — Jest jedna. — W porządku. Szli przez parę minut w milczeniu ulicą Piwną. musiałbym konsekwentnie rozprawić się z panem. czy jest on aby właściwie ząbkowany… — Czy ma on ząbkowanie liniowe. Był sam. — Słucham pana… — Przyznaję się do pierwszej porażki — rzekł uważnie Kolanko. — Pragnąłbym z panem porozmawiać. Było to zupełnie inne spojrzenie niż na wystawie. miłośników muzyki gregoriańskiej. numizmatyków. Wkroczyli na Krakowskie Przedmieście. gdzie jest pusto o tej porze i zacisznie. Znam taką w pobliżu. mam w domu znaczek Nowej Gwinei — improwizował Kolanko — i niepokoi mnie. wędkarzy.

— Wiem o tym na pewno. Oczom Dziarskiego ukazała się długa. — Nie mówmy o tym. Stały tu czarno politurowane krzesełka i kanapki wyściełane tłoczonym. Gdzieniegdzie widniały twarze w binoklach lub srebrne fryzury starszych niewiast. zupełnie jak u Sachera — uśmiechnął się ponownie Dziarski. — Co dla panów? — spytała podchodząc różowa i pyzata kelnerka w białym fartuszku i czepeczku. — Musimy o tym mówić i będziemy o tym mówić. — W czym może być przydatny skromny oficer milicji słynnemu dziennikarzowi? Czuję się mocno pochlebiony. siadając na malinowym pluszu pod ścianą i bawiąc się metalowym. — Dla mnie wiedeński sernik. sufit z motywem złoconych. Zwłaszcza młodzież. co on. — Dobrze — rzekł. Tym bardziej iż zamierzam zaproponować panu sojusz. ostrożnej uprzejmości. panie redaktorze? — spytał. że nie. ponad paru stolikami sterczały kije z gazetami. Zrozumiał. — O tej porze — rzekł Dziarski — nie znajdziemy na górze miejsca. Ale my. Chyba że wstanie pan i opuści bez słowa . Na ścianach wisiały poetyczne ilustracje słynnego Uniechowskiego. czy zaszczyt takiej propozycji nie spada na mnie przez jakieś nieporozumienie… — Nie — powiedział spokojnie Kolanko. znamy jego wartość. Edwin Kolanko. oprawnym w pompatycznie złoconą ramę zwierciadłem w głębi. że się tu panu podoba — rzekł Kolanko. całkowicie otulony szeroko rozpostartą płachtą „Życia Warszawy”. Oczy Dziarskiego stały się ostre i odpychające. że otwarta została tu nowa sala. że trafił na człowieka ulepionego z tej samej gliny. a potem na prawo. Przy sąsiednim stoliku. kawa i woda sodowa — rzekł Kolanko. Od dawna pragnę poznać pana. powracając do tonu chłodnej. wiedeńskim sernikiem. — Ale nie wie pan zapewne. ludzie dojrzali. obłożonym czasopismami. — Ten lokal pachnie pysznym. — Wykluczone — powiedział stanowczo Kolanko.Przeszli na drugą stronę ulicy i Kolanko zatrzymał się przed narożnym wejściem do „Bristolu” przy Karowej. — A jednak zorientowany — uśmiechnął się złośliwie Kolanko. — Domyślałem się tego. malinowym pluszem” i stoliki o niby — marmurowych blatach. wielbicielem stylizacji — dodał i zamówił pół czarnej. Rzeczywiście — było tu pustawo i zacisznie. szampańskim kielichem na serwetki — i luźno… — Cieszy mnie. panie poruczniku. raczej wąska sala z ogromnym. Kilku starszych jegomości gwarzyło w głębi. — Cieszę się bardzo. jodłowych szyszek w fryzie sformowany był jak w pawilonach wielkich wystaw międzynarodowych z końca ubiegłego stulecia. na dole. Kolanko bębnił chwilę palcami w blat stolika. — Nie wszyscy potrafią docenić kojący spokój tego wnętrza. lecz boję się. siedział ktoś. — Czym mogę panu służyć. jak widać. składające się jakby z lamp gazowych na złoconych prętach z pseudokryształowymi wisiorami wokół ośmiu mlecznych kul. — Ładnie tu — powiedział z uśmiechem Dziarski. Weszli do hallu. Po czym rzekł: — Moje nazwisko brzmi Kolanko. wrażenie to podkreślały trzy żyrandole. po paru stopniach w dół. Ściany miały kolor kawy z mlekiem lub bawarki. — Jest pan.

Nie jest rzeczą przypadku. wymyka się… Ale czekaj!” — To bardzo głębokie. autorytet w docelowym wymachiwaniu kończynami. Powinien był pan wziąć i taką możliwość pod uwagę. Jeśli okaże się to możliwe. już miałbym doń frapujący tytuł. szulerzy karciani i . trochę bezczelna. szlachetnego amatorstwa. trudno nawet dokładnie określić gdzie. — Proszę mi tedy powiedzieć. prawda? Alę nie o to chodzi… — A o co? — spytał szybko Dziarski.ten lokal. Jeśli tkwił na nim człowiek. „Porucznik Dziarski. W tym coś jest. aby w końcu był spokój w tym mieście — rzekł dobitnie Kolanko. wszystkowidzące. Ale to — Kolanko uśmiechnął się — byłoby raczej niegrzeczne… Kij z „Życiem Warszawy” przy sąsiednim stoliku drgnął i odsunął się nieznacznie. może stać się dla pana źródłem pewnych przykrości? — Domyślam się — rzekł ze słodyczą Kolanko — i dlatego właśnie proponuję panu przymierze. — Trafne. nie sądzi pan? Kolanko przygryzł wargę. — Nic z tego — rzekł z wyszukaną uprzejmością w głosie. w tym mieście? — Cóż… Polacy znani są z krewkości temperamentu i z rozluźnionych w stawach kończyn. — Rzecz jasna. Dziarski zaciągnął się głęboko. Co inni czynią z sukcesem dla pieniędzy. Gdybym robił wywiad z panem. „Typowa warszawska twarz… — myślał szybko Kolanko — chuderlawa. — O to. acz niewidocznie. czy zastanawiał się pan kiedyś nad psychologią bójki? — Niejednokrotnie — rzekł Dziarski po ostrożnej pauzie. panie redaktorze — uśmiechnął się z kolei mile Dziarski — że ton. przysunąć się jak najbliżej ku Dziarskiemu i Kolance. Od częstego wymachiwania. oświadcza…” Rozumie pan. — Panie redaktorze — rzekł Dziarski. tkwiąca gdzieś w rysach. „Ktoś już dzisiaj wyrzekł takie zdanie — pomyślał Dziarski — ale kto? Maciejak? Ja sam?” — spojrzał twardo i nieprzychylnie na Kolankę: męska twarz. co się ostatnio dzieje wokół nas. trochę arogancka. „Robi ze mnie barana — pomyślał ze złością — unika. — Czy pan wie. — Jeśli będę pana potrzebował. — Proszę mi otwarcie powiedzieć. czarniawa. to człowiek ten usiłował w tej chwili gorączkowo. co pan powiedział — rzekł poważnie. — Zgoda — rzekł wreszcie. kpiące oczy i jakaś skłonność w kącikach ust do niewiadomego i nieprzewidzianego. my robimy z czystego. postaram się spełnić pańskie życzenie. czego się pan po mnie spodziewa. Ta hegemonia najlepiej wyjaśnia. Podał Dziarskiemu otwartą papierośnicę i zapaloną zapałkę. wezwę pana na przesłuchanie. mądra. Kolanko milczał przez chwilę. — Co sądzi pan tedy o tym. jakby nie chcąc wypuszczać inicjatywy z rąk. — O to mi chodzi. w czym mogę być panu pomocny. w jakim pan ze mną rozmawia. Takie twarze noszą w tym mieście sklepikarze i działacze społeczni. jak dalece jesteśmy amatorami wzruszeń gwałtownych i całkowicie namacalnych. że od dwudziestu lat dzierżymy prymat w europejskim boksie amatorskim.

węszycie częstokroć ukryte a rewelacyjne sensacje w wielkomiejskim śmietniku. jak mówił pan przed chwilą. Kolanko. Przecież musi pan zrozumieć. że wie pan tyle samo. powędrować wśród torowisk i nasypów Dworca Wschodniego i odkryć warszawską atmosferę. — Czyja. ot. to dla nas. To nie są ludzie. „Ma rację… — pomyślał ze złością Dziarski — wygrał… To był błąd”. położyć się na zaśmieconych. pójdziemy na otwarcie. Naradzimy się jeszcze nad bliską przyszłością. że myśli pan równie sucho. Nie możemy ustalić wspólnego języka. Wobec takich twarzy warto czasami być szczerym. Dzieli nas specyfika naszych zawodów. Chyba przewiduje pan. Zaś chuligaństwo jest zjawiskiem społecznym o charakterze dość spontanicznym i trudno przypuścić. milicji. a więc prawie nic. co z tego wyjdzie”. precyzyjnie i bezdusznie. co pan mówi. przysiąść na chwilę zadumy nad mokotowskimi gliniankami. — Zgoda — rzekł spokojnie Dziarski. Dobrze. Jeżeli nawet przypuszcza pan. — Dobrze — rzekł Kolanko — powiem panu. Couleur local… wie pan… Radzę panu przejść się kiedyś w wiosenny wieczór pod fabrycznymi murami Krochmalnej czy Chłodnej. — Nic nie czuję. — Bzdury — rzekł Dziarski ze zniecierpliwieniem. co najgorsze. kochany panie Kolanko. — Nie. — Na tym zamykamy. w brudach i wypadkach stanowiących zewnętrzny objaw zwykłej pracy społecznych ścieków i rynsztoków. którzy by przebaczali ze łzami skruchy w oczach. są to objawy karygodnego bezprawia. Dziarski roześmiał się. pokrytych suchotniczą trawą i odłamkami cegieł łąkach. że niebawem zaczną się dziać rzeczy wielkie. Ale mam swoje prywatne zdanie o tym. Ą w ogóle… wy. Ale nie tędy droga. Przy sąsiednim stoliku płachta „Życia Warszawy” opadła szybko w dół. co ja wiem. romantyczni dziennikarze. — Winszuję — uśmiechnął się z ironią. — Nie — rzekł Kolanko. — Mówią o tym na mieście — rzekł wymijająco — w sposób rozmaity. Jakaś akcja odwetowa… — Odwetowa? — zdziwił się Dziarski. — My w milicji nazywamy to wzajemnymi porachunkami świata przestępczego. że jest pan ukończonym prawnikiem. że nie będziemy rozmawiać otwarcie i że to. . Stanowi pan wzór stróża publicznego ładu. A raczej spytam pana. w stosunku do kogo? — Warszawskiego chuligaństwa w stosunku do swego prześladowcy i tępiciela. — Domyślam się. że są w odmętach wielkiej Warszawy ludzie próbujący regulować to zagadnienie na własną rękę. z którym będziemy walczyć z bezwzględną surowością. — Czyli — rzekł Kolanko cicho i pewnie — znaczy to. co ja. „Idzie na otwartość” — pomyślał nie bez zaniepokojenia. Zobaczymy. — Czy nie czuje pan jakby swędu spalenizny? — spytał Dziarski. drogi panie redaktorze. tego panu nie powiem. Ostatecznie — żyjemy w Warszawie. Chcę wierzyć. co pan wie o mnożących się ostatnio w Warszawie napaściach i awanturach. w których najciężej poszkodowani są z reguły napastnicy lub co najmniej ludzie o nader wątpliwej reputacji.bezkompromisowi ideowcy. aby organizowało ono jakieś przemyślane i szeroko zakrojone akcje. tak samo jak ja.

— Myli się pan. Dziarski zawrócił. Kolanko odkłonił się z uśmiechem. że rozumiem pana. — Będę to traktował jako początek naszego przymierza. — Dobrze — rzekł Kolanko. Jestem bardzo ciekaw dziennikarskiego zdania w tej materii i zdobyczy dziennikarskich poszukiwań. Pan ten zdjął z żółtego. — Proszę mi więc doradzić. — Miła! — zdziwił się z pobłażliwą ironią Kolanko. Ja jestem milicjantem. Zapłacił i wyszli. które go zmęczyło. gdzie przystanął za węgłem. — Proszę się zająć jakąś konkretną sprawą. Od Wisły dął porywisty wiatr. którą wypalić mógł przez nieuwagę zaczytany krótkowidz. lecz i na tym. Po czym skłonił się lekko Kolance. ażeby wiedzieć. Pan przy sąsiednim stoliku nosił sztywny. drobiazgową delikatność. Melonik obrócił się w różnych kierunkach. — Za dużo powiedziane — poprawił Dziarski chłodno — raczej naszych rozmów… Kolanko skłonił się i ruszył w stronę Nowego Światu. toteż zależy mi nie tylko na tym. — Dlaczego mi pan to mówi? — Albowiem wydaje mi się.Nie dość jednak szybko. — Znakomity — rzekł Kolanko. Dziurkę malutką. po czym . że dzieją się wokół pana rzeczy. lecz także wystarczająco dużą. Każdy ząbek znaczka pocztowego. aby móc przez nią dokładnie obejrzeć najbliższy stolik i siedzących przy nim ludzi. To nie jest filatelista. — Widzi pan tego pana przy sąsiednim stoliku? Cóż za świetny rekwizyt kawiarni. wypaloną papierosem w marginesie gazety. — Ten przymiotnik nie wydaje mi się najtrafniejszy… — Widzi pan. zapewne gumowy kołnierzyk z różkami i czarny krawat. — Doradzę panu — odparł poważnie Dziarski. — Spotkałem go dziś po południu. filateliści. — Dziękuję panu. uczynił kilka kroków i skręcił w portal hotelu „Bristol”. grubość i cienkość najdrobniejszej nawet kreseczki mają w filatelistyce doniosłe znaczenie. o których pan nic nie wie. tuż przy kiju. aby przeciwdziałać i kształtować rzeczy takie zgodnie z prawem. w której siedzimy. na wystawie. Był chłodny marcowy wieczór. jakby po długotrwałym uważnym czytaniu. Na przykład nielegalnym handlem biletami na imprezy widowiskowe. — To była miła pogawędka. aby ukryć przed wzrokiem Dziarskiego malutką dziurkę. — Znajomy? — spytał Dziarski. kształcimy w sobie specjalną. Jest pan po prostu niepocieszony jako dziennikarz. Pojęcia nie mam. — Ale czego? Kolanko zawołał kelnerkę. gdzie szukałem pana. Z kawiarni wyszła niewielka postać w meloniku. wreszcie zatrzymał się na widok szerokich pleców dochodzącego do Królewskiej Kolanki. I to jest zasadnicza między nami różnica. — Zbieracz?… — zamyślił się Dziarski. w jaki sposób mam leczyć mój niepokój. — Ma pan rację — rzekł szczerze Kolanko. panie redaktorze — rzekł Dziarski podając rękę Kolance. Chyba jakiś filatelista. długiego nosa cwikier ruchem znużonym. — W każdym razie jakiś zbieracz. niuans barwy. my. Na krześle obok wisiał parasol i leżał czarny melonik. z parasolem w ręku. kto to jest.

w tym samym kierunku. Porucznik MicHal Dziarski uśmiechnął się do siebie i włożywszy ręce w kieszenie płaszcza udał się spacerowym krokiem w stronę gmachu Komendy Stołecznej MO. .jego właściciel ruszył. postukując lekko parasolem.

jasny. „Szewc” łypał swym jedynym okiem z obrazu i miał w sobie coś z Dyla Sowizdrzała. po czym rzekła obojętnie: — To do ciebie. — Halo? — powiedziała. nie ulegało wątpliwości. wokół jego krasnoludkowej postaci ciągnęły się girlandy drewnianych sabotów. hę? Ach. „Gdyby nie Czachórski. brodaty Zeus dumał. saboty radosne i nieszczęśliwe. odrywając się na dobre od pracy. że posmutniał. — Tu Halski. Dzień dobry. Tuż obok plakatu o normach SPO wisiała Czachórskiego „Dama w sukni lila”. Ściany pełne były obrazów najrozmaitszych szkół. starając się zabarwić głos kpiną. kwiaty. konsole. nie dający się przesunąć. „Szewc” zachmurzył się. Tak się cieszyłem na dzisiejsze popołudnie… Po tylu. — Kiedy? — Proszę zatelefonować. perłowych smug. Na biurku zadźwięczał telefon. nieodwołalny. urzekająca urodą i welurowym bogactwem tła: wazony. Większość kolegów chorych na grypę. nieszczęście. Siedząca naprzeciw Marty nieładna dziewczyna w okularach podniosła słuchawkę. Marta nie mogła oderwać odeń wzroku. dyżur. „Głupia! — mówił . Marta. Zaś „Szewc” wdzierał się w życie osobiste. coś z świętego Mikołaja. „Szewc” podnosił się już nieomal ze swego zydelka. — Panno Marto. Słucham. — Nic nie szkodzi. wy źli chłopcy… — Marta mówiła lekko. nareszcie… Nareszcie się pani zgodziła i… — No. — Dzień dobry — rzekła Marta. Powetujemy sobie innym razem. Wie pani. usiłując raz jeszcze podsumować kolumnę cyfr. przewrotna kobieto!… Dyżur. rozmiarów i treści. W pokoju zrobiło się jaśniej. jednocześnie zaś przymrużył swe oko. „W gruncie rzeczy jest mi bliski jak przyjaciel czy krewny” — myślała Marta. „Szewc” uśmiechnął się do niej wyraźnie a figlarnie. gadatliwe i mrukliwe. — Majewska. Zna pan już dobrze numer.3 Pokój był duży. „Nie będę mogła pracować. jakby mówił: „Po co udajesz. „Boję się — uśmiechnęła się w duchu Marta — że on wszystko o mnie wie”. I to wszystko. W ciągu ostatnich paru dni nawiązała się nić jakiejś intymności między nią a tym obrazem. byłabym zgubiona”. oczywiście… Inna randka. że ci to nie sprawia różnicy?” — Jak pani może. — myślała. wpatrzony w rozżarzone pręciki elektrycznego piecyka. gdyby nie dzieła sztuki. a także z mnóstwa zwykłych znajomych Marty. widny i nic nie różniłoby go od innych pokojów biurowych. pochmurne i rozśpiewane. tonąc wzrokiem w odcieniach szarości — od brudnawego brązu do delikatnych. Gipsowe odlewy antycznych torsów stały obok kosza do śmieci. Był to w istocie tak zwany sabotier. stylów. tylu dniach. Fioletowoliliowa tonacja obrazu Czachórskiego tchnęła uprzejmą sztywnością: „Dama w sukni lila” była śliczna. ciężkie kotary. — Marta ujęła słuchawkę. smukła. głowa Gorgony zastępowała wieszak. póki tu będzie wisiał” — pomyślała z pobłażliwą niechęcią. sponad spisu kancelaryjnego inwentarza łypał przyjaźnie „Szewc” Tadeusza Makowskiego.

Źle funkcjonują. panie doktorze. Tak mi się wydawało… — Coś nie w porządku z twymi przeczuciami. Nie urodził się jeszcze na tym świecie architekt czy dekorator. — Świetnie — powiedział Halski — zatem do jutra. — Zatelefonuję jutro. — Wiesz. panie doktorze. w głosie jej była starannie skrywana złośliwość. Marta umyła ręce. że będziesz dziś zajęta… — Skąd ci to przyszło do głowy? — Nie wiem. — Cieszę się.. niestety.swym jednym okiem — sama będziesz żałować tego nagłego chłodu i rezerwy… Później. dobrze? Jest mi trudno w tej chwili… — w głosie Marty trzepotało wahanie. że jesteś. — No… to cieszę się bardzo. Stawię się o każdej dacie. za godzinę. „Szewc” jakby odetchnął z ulgą. opiekuńczo pod ramię. dlaczego mi się tak wydawało… Wiesz. nazajutrz”. nieprzyjemnie. „Trochę lepiej” — skinął głową Marcie. — Pomyślałem. — Właśnie zastanawiałam się. — Znakomicie się składa — rzekła Marta. — Nic z tego dzisiaj? — spytała brzydka dziewczyna w okularach. proszę mnie zrozumieć… — Proszę zatelefonować. Trudno… a raczej cieszę się niezmiernie… — Mocno zobowiązana za pamięć. a po jakimś czasie okazuje się. wchodzą do niej pierwsi goście. poprawiła wargi i włosy. nie umawialiśmy się. — Dlaczego nie możemy się od razu umówić. pochmurnie. Ale teraz wszystko w porządku. dzieląc się uwagami na widok wędzonych sielaw i na temat przewagi sera ementaler nad serem tylżyckim. że może zaczekam na ciebie… — Świetna myśl — rzekła Marta. — Doskonale — rzekł Halski. — Wydawało mi się. dobrze? — Dobrze — ucieszył się Zenon. porze i godzinie w drugiej połowie tygodnia. — Nie wiem. Marto? Proszę coś zaproponować. Na ulicy było zimno. — Trzeba to jakoś załatwić: Tylko że ja doprawdy nie wiem jak… Jakie to wszystko trudne i czego ja właściwie chcę?” Po czym rozpoczęli wędrówkę po sklepach kolonialnych. Ma dobrą opiekę. ja strasznie przepraszam. całując ją w rękę. Przed wejściem do Muzeum siedział na kamiennej balustradzie Zenon. co się z tobą dzieje? — Wiesz. a nie wypadało odmówić. Wspaniale! Ujął ją mocno. ale nie mogę. I… czekam telefonu. Zen. Jak się czuje mama? — Dziękuję. — Jestem dziś strasznie zajęta. nie pojadę na Bielany.: — Doprawdy? — rzekł Zenon z ulgą. Zbliżała się czwarta. Majka. Właściwie… czekałam na ciebie. „To koniec… — pomyślała Marta. wyjęła z kieszeni płaszcza siatkę na zakupy. To dzisiaj było nieoczekiwane. byłem w mieście w sprawie sekcji — powiedział. — Skądże znowu — rzekła Marta. Cieszę się. w sekcji. umeblowana. A więc zbędne są najnowsze zdobycze medycyny w zakresie dolegliwości wątroby. nie chciałbym ci przeszkadzać. Ten młody lekarz był dla mnie bardzo uprzejmy. na Akademii. tyle spraw w klubie. który — budując kawiarnię — mógł powiedzieć z góry: „W tym lokalu będzie taka a taka publiczność i taki a taki nastrój. żeś przyszedł. inaczej. Marta odłożyła słuchawkę i pokazała język „Szewcowi”. Zostaniesz u nas na kolacji. że atmosfera jej nie ma nic . Tak sobie to pomyśleliśmy i tak musi być…” — Kawiarnia zostaje urządzona. Nie najgorzej.

Halski bywał tu rzadko. co zamierzyli jej twórcy: oddana do publicznego użytku rozpoczyna żywot własny i nieprzewidziany. były to kawiarnie zakurzone. Na tejże zasadzie bar kawowy „Pod Kurantami” na MDM–ie przeżywał od chwili swego powstania niejaki konflikt pomiędzy treścią a formą. oparł się z westchnieniem ulgi o wytłaczane oparcie. przy stołach pojawili się przedstawiciele warszawskiej cyganerii urzędniczej. zapalił papierosa i zamówił kawę. trochę zbyt . bulwarowej piosenki. Jedną z pierwszych zaprojektowanych. improwizatorsko. W pierwszych latach odbudowy warszawskie kawiarnie powstawały spontanicznie. prowizorycznie odremontowanych pomieszczeniach. którzy projektowali planową a gigantyczną jej odbudowę. o której rozprawiali godzinami na twardych łóżkach i szorstkich kocach. hektyczne. zimne i odpychające jak poczekalnia w Instytucie Badań nad Trychinozą. na widok wolnego stolika. który związał na chwilę jego uwagę: był to mocno zbudowany pan o pięknej. ciężkie wytworne meble. farfurki i cenne talerze. rozważający w chwilach wolnych zagadnienia wzrostu wydajności pracy w kierowanych przez siebie przedsiębiorstwach i zakładach albo powtarzający solidne. mając częstokroć za naturalną dekorację i tło ruiny rozwalonych kamienic. wielkie śliniaki. stary kurant nad wejściem. Za nimi zaś przywędrowali ludzie o zgoła trudnych do określenia źródłach dochodów. ty łobuzie! O dwa stoliki dalej siedział mężczyzna. ciemnej. Czuł się teraz jak po pierwszej zwycięskiej bitwie. przy fortepianie — usiadł młody człowiek o wyraźnej skłonności do synkopowanej muzyki. „To zabawne — pomyślał — szykuję się na to spotkanie.wspólnego z tym. jej losy nie dają się z góry wyznaczyć. a nie zaimprowizowanych kawiarń był bar kawowy „Pod Kurantami”. że Marta mogłaby przyjść. łączyła ich wspólna sympatia dla podkasanej muzy. Przeznaczone do dyskretnego półmroku wnętrza stają się z czasem oschłe. ciasne. toteż ci. Mimo woli nasuwał myśl. oględne plotki o troskach rodzinnych profesorów Politechniki. na myśl. zatłoczone. Byli razem w wojsku. w zbombardowanych domach. Pianista mrugnął doń porozumiewawczo i zaczął grać: „Czekam cię…” Halski uśmiechnął się i pogroził mu zaciśniętą pięścią: — Aach. przypominających odwrócone do tyłu. solidne boazerie. Sponad połyskliwej czerni fortepianu uśmiecHała się doń znajoma twarz: Halski znał młodego pianistę. gdzie zbliżyli się nieco. Był to rzeczywiście bardzo piękny lokal: gustowne draperie. w drzwiach wejściowych ukazywały się coraz częściej sylwetki młodzieńców w bardzo wąskich spodniach. kute w miedzi kinkiety. jakbym miał osiemnaście lat”. w parterowych. że w fotelach tych i przy tych stołach zasiądą ludzie poważni. dębowe schody wewnętrzne i belkowany strop. Tymczasem stało się inaczej: na antresoli kawiarni ustawiono fortepian. zbyt jasne i nieładne salki nabierają przytulności kojca dla niemowląt. zaś niezręczne. gumowych podeszwach oraz dziewcząt w luźnych płaszczach o olbrzymich kołnierzach. podczas gdy on nie miałby jeszcze stolika. w krótkich paletkach i na zagadkowo wysokich. w których marzyło się o helikopterze. Dostrzegł płacącego pana i podnoszącą się z fotela panią i już niebawem wyciągnął długie nogi. według antynaukowej teorii samorództwa. Od dwóch blisko stuleci Warszawa przywiązuje wielką wagę do kawiarń. nie mogli zapomnieć o tych tradycjach.

co z prowokacji. tak bardzo. jak bardzo złożonym zjawiskiem może być jeden zwykły uśmiech… . że pani jest. Halski uśmiechnął się. umywałeś ręce i nakręcałeś nowy numer telefonu. Siedzący przy sąsiednich stolikach otaksowali ją szybko i ocena wypadła dodatnio: koneserzy zatrzymali na niej swą uwagę nieco dłużej. Marta zarumieniła się lekko i uśmiechnęła. — Błąd. — Och. Tym razem Marta zaczerwieniła się wyraźnie. Gdzież — jest słynna godność osobista ludzi nauki? — To nie są pochlebstwa.mięsistej twarzy. Mocno zbudowany. Proszę myśleć subtelniej. — Dlaczego się pan uśmiecha? — spytała Marta. A jutro Teresa ucieszy się bardzo. Dziś też tak będzie. Już się pan cieszył. Jestem pełen podziwu dla trafności. że pani nie przyjdzie. Uśmiecham się teraz do pani wyglądu. — Po jakichś cięższych troskach czy przeżyciach? — Tak. co w tej deklaracji było z żartu. gdzie kryją się źródła pańskiej zarozumiałości? Uniosła zadarty nosek jeszcze bardziej w górę. Halski pochylił głowę ze skruchą. że tu jestem. kraciastą spódnicę. że dobra książka czeka na ciebie w domu. elegancki pan przyjrzał jej się bystro. — Chciałem tylko wykazać pani. Odetchniesz głęboko i przypomnisz sobie. Trudno było wiedzieć. Weszła Marta i Halski wstał. Przede wszystkim uśmiechem tym pokrywam wewnętrzne odprężenie. Uśmiech na pani widok ma źródło czysto fizyczne: pani osobę. niż pozwala na to dobre wychowanie i zdawkowa światowość w modnych kawiarniach. — Dziękuję. — Ale jestem. wyrażający podziw. a nie pani obecność. Jedno rozczarowanie w życiu więcej. „Chłopcze — uśmiechnął się w duchu — zastanów się: ile lat już nie zadawałeś sobie takiego pytania? Zawsze przychodziły. co zbiegło się z podejściem do stolika kelnerki. że obejdzie się bez niskich pochlebstw. czarny sweter i moją ulubioną. gdyż cieszę się z tego faktu. jak nic cieszyła się już od przeszło dwóch tygodni”. wobec tego zdecydowała się na napastliwość: — Ciekawa jestem. jak przystało doświadczonemu historykowi sztuki. otrzepywałeś kurz z obuwia. mnóstwo powodów — rzekł Halski — o których systematycznie pani opowiem. Uwielbiam szkocką kratę i takie białe. Bałem się. jeśli nie przyjdzie. z jaką włożyła pani dzisiaj na siebie ten świetny. Fakt. Nie mogła ukryć zadowolenia. Myślałam. A jeśli nie przychodziły. ale nie dłużej. co miało znamionować pełne wyniosłości oburzenie. Pianista rozpoczął rytmicznie „Herbatkę we dwoje”. i może pan przestać… — Skądże znowu. niby poważne kołnierzyki. niż czyni się to zazwyczaj. Palce pianisty biegły po pasażach „Solitude”. brakowało jeszcze pięciu minut do umówionej godziny. A może zresztą i są. młoda osobo. — To to samo. a co ze szczerego wyznania. Marta usiadła. I dlatego uśmiecham się. „A może nie przyjdzie?” — Halski poczuł cierpki uchwyt niepokoju koło serca. Spojrzał na zegarek. wręcz świdrująco. Pianista uczynił gest uniesionym i zgiętym łokciem. stanowi nowe źródło uśmiechu. to oddycHaleś z ulgą.

panie doktorze — rzekła Marta łagodnie. Mama jest gotowa na eksperymenty. jak kolorowy neon za oknem”. — Za to. Wyjąłem klucz z niewłaściwej przegródki. Marta spojrzała mu prosto w oczy. — To była pomyłka. Przepraszam — przyznał się bez zażenowania Halski. Mówiłam jej o panu. że mi pani dała tak długo . — Powiem pani coś nowego. — Musiałabym zaprosić pana do domu — szepnęła Marta. Mam lekki żal do pani o to. — Nie jestem sportowcem. Okazuje się pan typowym sprinterem. — Jak się czuje mama? — spytał Halski. Wobec tego mam prawo do sportowej nielojalności. a kibice są zawsze nielojalni. Ten krawat świadczy o pańskich tęsknotach i sympatiach. — To był faul — uśmiechnęła się Marta. odzyskała swój poprzedni ton. czego nikt nigdy nikomu nie mówił: ma pani śliczne oczy. niezwykle oryginalnego. — Niestety. może nawet kłopoty. — Nie — rzekł poważnie Halski. To rzekłszy wyjęła z paczki mentolowego i Halski podał jej ognia. lecz to należy do przeszłości. panie doktorze — rzekła Marta łaskawie. że pan nie jest lojalnym zawodnikiem. Natomiast kłamał pan. woli pan wyraźnie dystanse krótkie. że się zgodziłam? — spytała Marta bez kokieterii. nie mogę tego pani ofiarować.— Niech pan nie rozpacza. jak bezradnie. że przepadam za takimi fularowymi krawatami w dyskretne a radosne wzorki. W głosie Marty dźwięczało opanowanie i kpina. — „Po co ja to czynię? — pomyślał — dlaczego usiłuję ukryć. pełne ciepła. nieoczekiwanego. Zabrzmiało to równie twardo. — To nie jest fair. coś. — Nareszcie — rzekł Halski. Nic z rozdarć wewnętrznych. — Jako sportowiec nie powinien pan używać tego rodzaju chwytów. Halski uśmiechnął się. — Za to. — To dobrze. — Przyznam się panu. — Nareszcie zgodziła się pani na spotkanie ze mną. czyste. mówiąc o swych sukcesach na średnich dystansach. — Użyłem złego schematu. — Czego? — Pocałować panią. Kiedyś biegałem wprawdzie na osiemset metrów. Tęsknię za odrobiną przewrotności. Sądzę więc. pochylając głowę nad stolikiem. Po historii w komisariacie i po siedmiu telefonach. jaki ma pan właśnie na sobie. Pod belkowanym pułapem kawiarni rozsypywały się dźwięki melodii „Po słonecznej stronie ulicy”. że myślałem o niej nieustannie przez całe dwa tygodnie?” Klawisze fortepianu rozpylały wolną melodię o nazwie „Pył gwiezdny”. — Rozumiem — rzekł Halski — to mogłoby sprawić komuś przykrość. że możemy zawiesić broń zaczepną na kołku i wypalić fajkę pokoju. Przeznaczenie kiwało palcem. — Przecież tyle razy proponowałem swe usługi — rzekł cicho Halski. — Dziękuję. „To nie moja wina — pomyślała szybko — ja nie chciałam. tym bardziej że jestem zapalonym kibicem. Spojrzenie miała szare. Pragnę teraz wyłącznie jednej rzeczy. — Poza tym technicznie niemożliwe.

tylko dlatego. Że nie wie pan. W głosie jego nie było nic niejasnego. Aha. jak bardzo zajęcza warga lub za duże — uszy są w stanie złamać człowieka.czekać. W praktyce sprowadza się to do planowania wystaw i obliczania ich kosztorysów. — Nazywa się „Człowiek. wesoły nos. „Niegrzeczny chłopiec. — To ważne — rzekła Marta. prowadzących do celu i drobiazgowo wyszlifowanych w długiej i bogatej ślusarskiej karierze. Jest to taka kosmetyka na serio. Była zła na siebie. — Zapomniałem jeszcze powiedzieć. że bardzo lubię książki dla dzieci. — Teraz wiemy o sobie wszystko. — Bardzo ważne. — Aha… Mam podobne wspomnienia. — To ładne… — rzekła Marta z powagą. Nie ma pani pojęcia. — I nic więcej? — I nic więcej. powstałe wskutek wypadków. jeszcze to. ładne usta. Jakoś wcale niebanalne w tej chwili”. — Jestem chirurgiem i specjalizuję się w tak zwanej chirurgii plastycznej. kalectwa od urodzenia i mnóstwa niezasłużonych a tragicznych mankamentów. ale i kompleksy. ile krzywdy tkwi w szpetocie ludzkiego wyglądu. „Łatwizna i banał — pomyślał Halski — lecz w gruncie rzeczy pragnąłem tego pytania”. Poza tym bardzo lubię swoją pracę. Moim pragnieniem jest leczyć nie tylko ciała ludzkie. — Aha — przyznał Halski. znana melodia? — zastanowiła się Marta. którego kocham…” — Taka stara. nic do ukrycia. ale nie kłamie” — pomyślał Halski z wątpliwą satysfakcją. że będę musiał dorobić nowy klucz. że lubię kolor żółty i ilustrowane czasopisma. Zwłaszcza współczesne. „Nie chce powiedzieć. To skomplikowało sprawę. Miał w tej chwili chmurną twarz dwunastolatka. który się uparł” — pomyślała Marta. który z osiemnastu czy dwudziestu pięciu kluczy. Trochę. Pianista grał wolno i dobitnie piosenkę: „Człowiek. — Owszem. kształtnie sklepiony. obserwując uważnie twarz. nic ubocznego. Ale nie dlatego. wstydliwości i urazy psychiczne. że nie pasuję do schematów? Że ma pan trudności z metodą. jego niewidzialne palce rozrzucały: „A ty przechodzisz i nie widzisz mnie”. Czy nie? — Marta uśmiechnęła się sztucznie. — I dlatego ma mi pan za złe. „Jakie banalne — pomyślała Marta — a przecież ważkie i właściwe. Pianista pochylił głowę nad fortepianem. — Jestem historykiem sztuki i kocham dobre malarstwo. — Każdy z nas ma wspomnienia… — rzekł Halski bezmyślnie i płytko — . — Prawie wszystko. którego kocham…” Uczyłem się przy niej tańczyć na mych pierwszych szkolnych wieczorkach. — Proszę mi opowiedzieć — rzekł Halski z namysłem — coś o sobie. ukrywa. To będzie wyjątkowa i trudna robota. To dawne czasy. — To wszystko? — To wszystko. iż nie potrafi wyzbyć się tej sztuczności lub ukryć jej. — Proszę mi powiedzieć teraz coś o sobie — rzekła Marta z uśmiechem. nieszczęść. zastosować w tej chwili. że nie mogę naruszyć zamka.

miękkich. Było to bardzo niegrzeczne i zrobiło im się przykro. wyraził pan gotowość odprowadzenia mnie do domu oraz zadeklarował pan pomoc dla mej biednej. jasne oczy Halskiego były samą nieufnością. — Przecież mamy niemal jednakowe włosy… Rzeczywiście — włosy ich miały prawie taki sam odcień. wiecznie gotów do awantury nos… Pianista uśmiechnął się do Halskiego. — Te wystające kości policzkowe i ten bojowy. widać było dopiero. Tak jest. Marto — rzekł Halski. Nawet przez sekundę nie pomyślała o Zenonie. Przemył pan groźną ranę na mej skroni. czarne zamszowe pantofle na wysokim obcasie. Melodia. trochę zmatowiałego złota. W wejściu ukazała się wysoka postać bardzo eleganckiej pani. Wcale tak nie jest. w jakim celu. po co. wytworny płaszcz. ściągniętym do tyłu uczesaniu Marty i w prostych. Że już nie wspomnę o siedmiu telefonach. — Nie kłamię… — powiedziała cicho. — Najbardziej podoba mi się to. jak jest wysoki i mocno zbudowany. Usiadła i . że przy sąsiednich stolikach ludzie pozwieszali głowy. brzydka pani nie jest. Nikt z nich nie wiedział dobrze dlaczego. Przyznaję. Spokojne. mały kapelusz z woalką i drogi. Ale co z tego? — Właśnie. Właśnie. Zdawało się. „Dlaczego kłamiesz?” — pomyślał Halski z urazą. — Mnie się nic nie podoba — rzekła Marta swobodnie i beztrosko — nie lubię miłych twarzy. „Dlaczego kłamię? — pomyślała z pewnym wysiłkiem Marta i naraz jakby oprzytomniała. który ma prawo o to pytać. Co z tego?… — westchnęła Marta na pół poważnie. Dama uśmiechnęła się. Gdy stał. a pan ma po prostu taką miłą twarz… Ma się ochotę podarować panu pudełko landrynek… — Kłamie pani. jakby po chwilowym załamaniu. Czarny. I wcale nie ma pani na to ochoty.ale nie każdy ma takiego człowieka. Nie ma takiego człowieka”. że kelnerki rozłożyły bezradnie ręce. naturalnie nad czołem sfalowanych pasmach na głowie Halskiego. skinęła głową i podeszła do jego stolika. jak w piosence. srebrny lis — wszystko to tchnęło bogatą. platynowe smugi przewijały się w gładkim dziś. — Może trochę kłamię — zgodziła się Marta. w komisariacie. — Nieprawda — twarz Marty wyrażała znowu gotowość do walki. nie pytana. grając: „Piękna dziewczyna jest jak melodia”. snująca się między stolikami. — Ja wcale nie kłamię. — Ostatecznie — rzekł z wyraźną kpiną — jestem ostatni. z jakiego powodu. chorej matki. — Ale i pan kłamie. Na jej widok podniósł się pan o ciemnej twarzy. Gdzieniegdzie — jaśniejsze. Pochylili ku sobie głowy i przez chwilę patrzyli na siebie. choć zbyt ostentacyjną elegancją. I nagle — roześmieli się oboje. — Ma pan niezaprzeczalne prawo po temu. zblakłego. że właściwie nie jest pani wcale ładna. że nie jestem brzydka. — O co my się właściwie kłócimy? — rzekł Halski. nazywała się „Nie mogę cię zatrzymać”. — Ja nie mam… — powiedziała Marta pośpiesznie i miękko. Był to odcień starego. że za chwilę fortepian zatrzaśnie się sam. że wszystkim wokoło stało się bardzo przykro. — Tego nie powiedziałem.

Mimo tego opanowania wyczuwało się w tym głosie zupełnie inne możliwości. Dama przeniosła spojrzenie na Martę. Po czym pogrążyła się w powściągliwej rozmowie ze swym towarzyszem o ciemnej. zdawkowy uśmiech znikł z jej twarzy. — Skąd pani wie. — Co uczynimy z tak pięknie zaczętym wieczorem? — Chyba pójdziemy do domu. chrapliwą zdolność do pełnych namiętnej pasji tonów. Ujrzawszy Halskiego spoważniała. przyglądała się jej uważnie i dość długo. Fortepian zabrzmiał walcem z „Parady miłości”. Głos mocno zbudowanego mężczyzny o ciemnej twarzy był głęboki spokojny. odpychająca badawczość. Otworzył przed nią drzwi i myślał ze zgryzotą: „Do diabła! I jeszcze takie nogi!” W istocie — płaski obcas mocnego. — O. upokarzające telefonowanie dla zdobycia nowego spotkania. — Odgaduje pani me najtajniejsze marzenia — westchnął żarliwie Halski. „Znam skądś tę panią? — pomyślał Halski — ach. — Czy nie wiesz przypadkiem. — Marto — rzekł Halski. by przygotować się przy pomocy zdrowego snu do jutrzejszego dnia pracy. niż — jakby się zdawało — wyrażały słowa. A dziś nie puszczę pani z mych szponów. to ta…” — przypomniał sobie. Czuję w sobie nieustępliwość wczesnych osadników. Ale zamiast podnieść otwartą żagiew buntu. którzy z uporem karczowali niedostępne puszcze. Schodząc ze schodów podziwiał chód Marty. skinął głową pianiście i spojrzał raz jeszcze na damę w czerni. jakąś starannie ukrywaną.rozejrzała się wokoło. kto to był ten młody człowiek? — spytała dama w czerni swego towarzysza: — Nie wiem. że unosi się w mej duszy wizja gotowanych na brunatno parówek z musztardą i kufla złocistego piwa?… — Widocznie zadzierzgnęła się między nami jakaś nić… — rzekła Marta wstając. I znów głos jego mówił tak wiele. choć trochę zbyt modulowany. Znam już na pamięć wszystkie numery telefonów Muzeum Narodowego. . Oczywiście… uczynię to dla ciebie. — Dobrze — rzekła dama. — Nie znoszę gwałtu i potrafię walczyć o wolność. sportowego obuwia Marty uwydatniał smukłość jej nóg. patrząc na nią nie bez przyjemności. Ale mogę się dowiedzieć. — Podoba ci się? — spytał mężczyzna. nie! — zaprotestował gwałtownie Halski. proponuję pertraktacje: niech mnie pan zaprowadzi na parówki i piwo. Pianista grał wolno. z wyraźnym upodobaniem „Dziękuję za pamięć”. O wiele więcej. uśmiechając się do pianisty i grożąc mu palcem. Wzrok Halskiego zetknął się z jej wzrokiem. A potem rozejdziemy się w spokoju. — Uczyń to dla mnie. że przez ostatnie kilkanaście minut myślał pan o mojej urodzie… Halski zapłacił. Człowiek. pięknej twarzy. po czym dodała z wyrzutem: — A swoją drogą łudziłam się. Jutro zacznie się nowe. dwutygodniowe. mógłbym zostać z powodzeniem informatorem turystycznym. już wiem. w oczach jej była chłodna. gdyż jestem śmiertelnie głodna. Halski pomyślał: „Co za drań!”. co nie uszło uwagi jej towarzysza. — Żadnych myśli o jutrze.

w jednym z barów na MDM–ie. że mu się to nie uda. bez pośpiechu. — Połówkę — prosił Halski. Parówki są niezwykle zdrowe. około godziny dziewiątej. — Jest pan mordercą. potrafiącymi uśmiechać się. Wobec tego wolał. a nie ja. krótki kontuar i strzepnęła mu resztkę piany z nosa. — Uhm — przytaknęła Marta bez pośpiechu. w tym nieustannym pasowaniu się. Filipie — uśmiechnęła się dama.mówiący tym głosem. Przepadam za mężczyznami. Pogoda była zimna i wilgotna. Wokół rozpościerało się wielkie miasto. kalkulował dobrze. — Mylisz się. — Chodźmy stąd. wyjmując nos z pienistego kufla z jasnym piwem. był mądry: usiłował Udawać obojętność. w którym nieugięta wola obydwu stron znamionowała godnych” siebie partnerów. — Masz rację. — Nie mogę więcej… — Jeszcze jedną. O tej porze. Ludzie szli wolno. wiedział jednak. — Ja zjem drugą. W ten sposób złączymy się węzłem parówkowego braterstwa. smakując wielkomiejski wieczór. — Mam dosyć… Poddaję się… — jęknęła Marta. — Przewrotną. plac Konstytucji wygląda jak ujęty w mury i trotuary kamienny. jezdnie lśniły czarnym asfaltem. Oznacza wałęsać się po mieście bez określonego celu. To ty tego pragniesz. . aby w głosie brzmiała obawa. co należy w panu bardziej podziwiać — powiedziała Marta z zimną nienawiścią. — Mówię to pani jako lekarz. że po siedemnastu parówkach… — Zastanawiam się. mój drogi. — Zgoda — powtórzył — wobec tego… pomówmy o interesach. Jej dojrzała uroda nabierała blasków w tej grze sił. wstrętną hipokryzję czy szatańską. — A więc dlaczego chcesz wyjść za mnie za mąż? — Mylisz się. Pod marynarką z drogiej. — To. Przechyliła się doń poprzez wysoki. dziką siłę potężnej klatki piersiowej. Z otwartych kociołków na bufecie dymiły gotowe potrawy. zachłanną miłość. A raczej uciekajmy. Nie będę nic jadła do końca miesiąca. — Podoba mi się — rzekła niedbale dama w czerni. niecny cel. zadowolona jak każda kobieta z nieudolnie maskowanej obojętności i obawy — podoba mi się nawet bardzo. dziewczyno. — Źródłosłów francuski. pełną świateł i neonów Marszałkowską. Ta parówkowa orgia ma jakiś ukryty. nikczemną podłość? Wyszli na szeroką. Wzmacniają przeguby — powiedział Halski. czyż nie?… — Tak. To ja tego pragnę i nie mam zamiaru z mych pragnień zrezygnować — rzekł mężczyzna o ciemnej twarzy i westchnął głęboko. jaka kotłowała się w nim naprawdę. — Tak mści się łapczywa żarłoczność — rzekł Halski — rzuciła się pani na parówki jak zbuntowani niewolnicy na nadzorcę. Nic więc dziwnego. Albowiem za wszelką cenę musiał ukryć dziką zazdrość i brutalną. ogromny salon. że dama w czerni tak to zrozumie i w tym wypadku nie mylił się. co w tej chwili robimy — rzekł Halski kładąc ręce w kieszenie — nazywa się flanowaniem. szarej flaneli czuło się w tym westchnieniu skłębioną. pachniało kapustą i sosami. Liczył. Jedli na stojąco.

pozdrowił Halskiego serdecznie: — Witam pana doktora… — Marta podniosła dłoń do ust. Nigdy tam nie byłem. co pobudza wyobraźnię — rzekł Halski. jaką znam. Marta oparła łokcie o kontuar. — Pani nie jest pańską siostrą. „White Horse”. — Czy nie bierze mnie pan przypadkiem za kogoś innego? — Ależ. bębniąc palcami po kontuarze. tłumiąc chichot. Nie protestowała jednak. „Śliwowica”. Przeszli marmurowymi schodami na półpiętro. jest „Rarytas”. Człowiek ukazał w uśmiechu nieprzebrane mnóstwo zepsutych zębów. z głową opartą na dłoni. panie Wacławie. imieniem Piotr. — Miało — powiedział oschle Halski — ale nagonka. „Cinzano”… — czytała Marta. Usiedli na wysokich. okrągły. Kelnerzy w białokremowych kurtkach i czarnych krawatach poruszali się z dostojeństwem. — To pan też był pacjentem doktora? — spytała. krztusząc się dziewczęco śmiechem. — Dobry wieczór — powiedział. Drobny człowiek w klinicznie białym kitlu za kontuarem rozjaśnił się na widok Halskiego. — Sprawy zawodowe — rzekł wymijająco Halski — wyleczyłem niegdyś tego pana z odcisków. — „Cointreau”. „Ryski Alasz”. zmusza mnie do sięgnięcia po stężony alkohol. — Cieszę się. po co się to czyni i dokąd się zmierza. Zaś jedyną restauracją w tej okolicy. „Orzechówka”. Minęli plac Zbawiciela. ukryte w nim światła. gdy ująwszy ją lekko pod ramię skierował w drzwi restauracji. że pana znowu widzę. ale możemy spróbować. — W takim razie pan będzie łaskaw dwa krymskie koniaki. „Sherry”. „Curacao Orange”. — Miało być wino. — W tym tkwi błąd — odezwał się głos z drugiego końca baru: siedział tam. — Właśnie — rzekła Marta. panie doktorze — zdziwił się barman. zupełnie nieznaną jednostką… — szepnęła. jaką prowadzi pani na mnie od kilku minut. wręcz przytulnie: niski sufit.— Uhm… Nie wiedząc. „Hennessy”. stalowych krzesełkach przy barze. panie doktorze… — oburzył się człowieczek — jak pan może?… — Marta dławiła się jak pensjonarka. — Pan doktor bywał od czasu do czasu moim pacjentem… — Halski patrzył obojętnie w sufit. — A może na odwrót? — rzekł figlarnie. pełne zastawy i serwetek stoliki. — Jak stoimy z pieniędzmi? — spytała rzeczowo Marta — bo ja mam tylko pięćdziesiąt złotych przy sobie. czyż nie? — rzekła Marta. — Przyrzekają one mnóstwo najróżniejszych wrażeń. że nie jest pan tu zjawiskiem obcym. — Lubię oglądać etykietki butelek z alkoholem — powiedziała. aby ten stan trwał jak najdłużej. — Nie — rzekł Halski — dzięki Bogu… — Co za podobieństwo! — westchnął barman. Jakaś egzotyką… — A jest — przyznał barman — czuję się doskonale od dwudziestu lat na ich tle. Potężnej budowy wąsaty odźwierny w uniformie. — Czy już doszli państwo do porozumienia? — spytał. Wstąpimy do małej ubogiej restauracji. — Dobry wieczór — rzekł surowo Halski. gdyż odnalazłem cel. w którym nie ma co liczyć na ducha filantropii ze strony kierownictwa lub na ulgi dla byłych studentów. Stały tu oddalone od siebie. — Widzę. w której wypijemy po kieliszku węgierskiego wina. „Siwucha”. jakiś pan z filiżanką kawy i dużym kieliszkiem czystej wódki przed . — Teraz — oświadczył Halski — przestaniemy flanować. — Wiedząc tylko jedno: że chce się. — Jest w nich jakiś romantyzm. — Jest w tych nazwach coś. garkuchni niemal. Było zacisznie. niewielki.

— Właściwie dlaczego mówi mi pan „ty”. wilgotnym powietrzem nocy. Na placu Konstytucji Halski rzekł: — Słuchaj… — Marta podniosła nań wzrok. który pozwala cieszyć się subtelnymi różnicami. — To są tak zwane smaczki dla tych o wyrobionym smaku. co mówię. A co pani o tym sądzi? — zwrócił się do Marty. co sprawiło. ale myli się pan. Marta zaprzeczyła ruchem głowy. Halski ujął Martę za ramiona i zbliżył twarz ku jej twarzy. pod którym siedzieli. — rzekła kłótliwie Marta. po której wypiciu wszyscy pożegnali się z rewerencjami i Marta z Halskim opuścili lokal. Wszystkim zrobiło się naraz jakoś bardzo przyjemnie i zaczęto rozmawiać o dokuczliwej epidemii grypy. a przedmioty. To nie ma znaczenia — rzekł pan o zmiętej twarzy. co chciałem powiedzieć. Pociągnął ją za rękę i usiedli na podstawie lewego kandelabru. Może źle wyraziłem to. W tej chwili zgasło światło prawego kandelabru. — Młody człowieku — rzekł pan o zmiętej twarzy — to cyniczne. — Nie — powiedział stanowczo Halski. po sekundzie — środkowego. — Nie przyznam panu racji — rzekł z uśmiechem Halski. — Cóż z tego? Smak to właściwość zewnętrzna trunku. spłowiałą twarzą i niewysoką. gibką postacią wyglądał na zawodowego tancerza. — Nie kpij. — Nie mogę się z tym zgodzić — rzekł barman. w odległości dwóch metrów od siebie. barman przesunął mu filiżankę i kieliszek. Popatrz. Po chwili stały się miękkie i gorące. Z czasem dojdzie pan do tych samych wniosków. — To nic nie znaczy — rzekła Marta. nie mają własnego zdania… — Po czym uśmiechnęła się swym promiennym uśmiechem. Wargi Marty pachniały zimnym. Ze swą zniszczoną. Po rzeczowej naradzie zdecydowano się na zwykłą polską wódkę. lecz nie zatrzymywał się. Marta i Halski skończyli swój koniak i pan o zmiętej twarzy poprosił ich. co i ja. — W rzeczywistości to tak jak z kobietami: każda z nich wygląda inaczej i każda ma do dania identycznie te same rozkosze. — Po prostu nic. aby zechcieli przez chwilę zostać jego gośćmi i wypić po jeszcze jednym kieliszku czegoś najbardziej egzotycznego. zawsze ta sama treść. Wstał ze swego krzesełka i zbliżył się do Marty i Halskiego. — Dlaczegoś kłamał? Ciekawam. Szli wolno opustoszałą Marszałkowską. — Ten facet z baru nie miał racji. — Od pierwszego łyku rozpoznaję każdy gatunek. jak wiadomo. Nigdy nie myślałem i nigdy . pełnym ciepła i dołeczków w policzkach. w jakim czasie robiłeś setkę w okresie swej najwyższej formy… — Nie — rzekł gorąco Halski. Ten pocałunek nie był następstwem jakiegokolwiek kłamstwa. poprawiając włosy. że pan o zmiętej twarzy i barman musieli się również uśmiechnąć. opierając się o wspornik. a w moment później — tego. — Błąd tkwi w tym — rzekł siadając nie opodal — że za owymi różnorodnymi etykietami kryje się jednakowa. — Jest to bowiem kwestia wyrobionego smaku. Halski zwalniał wtedy. nie kłamałem. Jestem przedmiotem dyskusji. ale ja naprawdę nie mam nic wspólnego z ułatwiającym życie cynizmem. — Nie jest ci chłodno? — spytał Halski. — A więc jednak krótkie dystanse… — powiedziała z wyraźną złością Marta. nawet elektrownia miejska jest po naszej stronie… Coraz więcej lamp ulicznych gasło w wielkim prostokącie placu. radości i troski. Marta zatrzymywała się co parę chwil przed ciemnymi wystawami.sobą. — Nic — odparła uprzejmie Marta.

wykuwający surowość dla siebie i innych. i raz wychodząc z kina. Szofer uśmiechnął się i otworzył drzwiczki. Marto. Szukam ciebie… Marta wstała. jego nieobecne przez chwilę oczy wróciły do twarzy Marty. po czym usiadła z powrotem. walki. Halski włożył niemal Martę do środka. przynajmniej dziś. znojnej walki z węglowymi skałami. dobrze? — Dlaczego? Mówmy o tym. bawiłam… Już dawno nie byłam taka… — Ja się nie śmieję — rzekł wolno Halski. — Tak jest dobrze — rzekła cicho Marta. przytulił i pocałował. Oczy Marty skryły się za powiekami. jakaś głęboka ludzka sprawa. Wybacz mi… Objął ją mocno. Nic na to nie poradzę i nic a nic się nie boję. bliżej Halskiego. rozbłysły ciepłym uśmiechem. — Czego? — spytał Halski. złagodniały. Wiesz. Twardy jest zawód górnika. Halski objął ją ramieniem. Od wielu lat szukam takiej dziewczyny jak ty. od paru tygodni marzę o dwóch rzeczach: o tobie i o spotkaniu tego człowieka… To się tak jakoś dziwnie splotło… — Nie mówmy o tym. — Jedziemy zapominać. — Halo! Przejeżdżające wolno małe auto zatrzymało się. twardy i wymagający niezwykłego hartu. śmiałam się. — Dokąd? — spytał szofer. jakiś uraz… tylko jak jestem z tobą. póki jesteś przy mnie… Halski westchnął. lecz nie wypuszczając Marty z ramion. tajemnicze wieści krążą tu i ówdzie. chłostanego przez wichry i uginającego się pod sztormami i twardzi są ludzie morza na chybotliwych deskach pokładu. Warszawa zaczyna o tym mówić. A przecież nie jestem nierozsądnym tchórzem. Zapomina się najlepiej w „Kameralnej”. — Za tym kryje się coś tragicznego. dla . — Ależ oczywiście. Niedawno sam byłem świadkiem przedziwnych rzeczy na rogu Widok i Kruczej. Twardy jest zawód marynarza. Może dlatego. zapominam… Byłam dziś wieczór wesoła. Głuche. jej ramiona powędrowały w górę i spięły się ponad podniesionym kołnierzem płaszcza Halskiego. że ty tam byłeś i tu jesteś… Pamiętasz? — dodała z wahaniem — te oczy?… Ja je widziałam jeszcze dwa razy… Raz przed bramą mego domu. wieczorem. efekt zdenerwowania. — Chodźmy stąd… — powiedziała. z „Palladium”… Nie śmiej się. może to rzeczywiście było przywidzenie. — Taksówka! — zawołał Halski odrywając głowę. Nie bałam się tylko w komisariacie i teraz. Od czasu tej historii na Wiejskiej boję się. Redaktor Kolanko żyje jak we śnie… — Ale ja chcę zapomnieć… — Marta zbliżyła twarz do twarzy Halskiego. — Słyszysz? pozwól mi dziś o tym nie myśleć. — Do „Kameralnej” — rzekł Halski. ale teraz jest dobrze. pełen uporczywej. chyląc policzek ku jej włosom — czego miałabyś się bać? — Nie śmiej się ze mnie — szepnęła Marta — ale ja się ciągle boję. w której tężeją mięśnie i serca. Wierz mi. nie sprawdzone.nie będę myślał tak jak tamten. nie myślę o nich. — Trudno. jakby wyrwany z innego wymiaru. przytuliła jego dłoń do swego policzka.

drogich i tanich perfum. parkiet pustoszał. saksofonu. zawoalowane alkoholem spojrzenia. stoliki zaroiły się ludźmi. Gotowi są służyć tym wątpliwym wartościom. Twardzi są warszawscy kelnerzy. przejąć sympatią dla świata. przesycony wonią rozgrzanych ciał ludzkich. poprawiając włosy. kolorowy półmrok. tęgi i barczysty kelner o czerwonej. barmani. — Aaa! — zawołał. grupy. które na im tylko znany sygnał zbiegają się ze wszystkich stron i pokrywają w okamgnieniu jakieś miejsce. pary odrywały się z wysiłkiem od siebie. ani młodzieńcza naiwność. Tym miejscem była niewielka golizna okrągłego parkietu. pod sufitem. Życie ich upływa w nieustannej walce. potraw. Imponuje im moc. muzycy z nocnych lokali. wyrzucony owoc.których nieustępliwość i siła muskułów stanowią nieraz o gołym życiu. są ludzie przemysłu gastronomicznego. Nic — ani uprzejmość. wewnętrzną zależnością. — Powiedz Heńkowi. — Zdaje się. Za chwilę w westybulu zjawił się starszawy. — Przed chwilą go widziałem. dźwięków. Zaraz za westybulem rozpoczynał się duszny. nie zdając sobie sprawy. towarzystwa. odbierając skwapliwie palta z rąk wysokiego pana o pięknej. świateł i barw — tego nie pojąłby nawet najgenialniejszy meblarz. ani radość życia. zdobnej w niewielki. W nieregularnie ukształtowanym wnętrzu o fioletowośliwkowych ścianach. wyobrażającym rozgwieżdżone niebo przy pomocy wmontowanych żarówek. przedmiotów. W jaki sposób Heniek zamierzał zrobić stolik w tej magmie postaci. trochę jaśniejszego światła rozeszło się po salce. nic . Ale najtwardsi pod słońcem. Na widok wysokiego pana i damy nabzdyczona twarz kelnera zajaśniała zawodowym szczęściem. korzą się tylko przed realnymi korzyściami. taką mniej więcej jak mrówki. pozornie podzielony pomiędzy niskie stoliki i krzesełka. zaraz będzie stoliczek… Proszę bardzo… — Merynos podał mu niedbale rękę. rozpogodzić. Usprawiedliwia ich jedno: atmosfera nocnego lokalu. w którym spędzają życie… — Witam pana prezesa — rzekł szatniarz „Kameralnej”. że pan prezes Merynos przyszedł… — rzekł szatniarz do przebiegającego kelnera. poszczególne pary — w istocie zaś związany jakąś potężną. sygnałem — dźwięki wydawane przy pomocy klarnetu. kość. wszędzie. — Pan prezes Merynos! Pani Szuwar! Już się robi. Wobec pertraktacji z pijanym warszawiakiem praca w kamieniołomach wydaje się fabrykowaniem dziecięcych baloników. zaraz po pierwszym każdego miesiąca. Wytworna dama w czerni stała przed lustrzaną ścianą małego westybulu. urzeka ich siła i twardość innych. kawał mięsa czy zgniły. twarzy. ciemnej twarzy. Wchodzących Merynosa i panią Szuwar powitały zewsząd ciekawe. jak bardzo czynią niesłusznie. nasępionej twarzy. alkoholu. Orkiestra skończyła grać „La Cumparsitę”. przyczerniony starannie wąsik. jaką wykonuje warszawski kelner w sobotnie wieczory. ani ubóstwo. zapachów. Toteż kelnerzy ci mają twarde serce. Starożytni galernicy uciekliby w popłochu na widok katorżniczej roboty. kłębił się tłum ludzki. na wszystkich równoleżnikach i południkach. mrużąc jedno oko. szatniarze. lecz nie wyzbytych lekkiej pogardy. że jest — pan Kruszyna — rzekł również półgłosem Heniek. nic nie jest w stanie ich wzruszyć. perkusji i fortepianu przez pięciu siedzących nieco powyżej ludzi o twarzach wesołych. — Jest ktoś? — spytał półgłosem.

— To piękne…. co wywołało uzasadnione protesty. Mam dziś ochotę na rzeczy proste i niewybredne. woda sodowa. żółta apaszka na szyi oraz ciemnozielona spódnica dawały ten sam efekt. — Kruszyna podał jej książkę. Po chwili pochylił się nad Merynosem i szepnął: — Jakiś lekarz. co wydawało jej się wyższą sferą. — Panie prezesie — rzekł cicho. masło. ale nikt jej tu nie zrozumiał. — Roma uśmiechnęła się przymilnie. — Roma była wyraźnie zadowolona. — „Alicję w krainie czarów” — odparł Kruszyna. — Cóż — rzekła — żeby człowiek miał środki… — Nie płacz — powiedział Kruszyna. — Byłem dziś na wystawie filatelistycznej — dodał. Przychodzi od czasu do czasu. W przejściu między stolikami ukazała się Marta i Halski. — Przysiądziemy się do pana Roberta — dodał Merynos. — Po co ta mowa? Ze środkami dajesz sobie jakoś radę… — We wzroku Olimpii tliło się poczucie humoru. — Taki stary chłop… — powiedziała Roma Leopard. prawda? — Jasne — powiedziała swobodnie Olimpia. — Oczywiście — rzekła skwapliwie Roma. Merynos skinął na ustawiającego szklanki i kieliszki Heńka. fryty na zimno. pieczywo. — Lubię tylko takie książki — rzekł poważnie Kruszyna. różowy cardigan w kolorze dziecięcej kołderki. — Jak sądzisz. Jeśli państwo pozwolą… — dodał. Zmierzali wprost ku schodom do baru. — Nie!… — roześmiała się dźwięcznie Olimpia. — Panie się znają? — spytał Merynos sztywno. — Z kim siedzisz? — spytał Merynos. — Co za słodkie konszachty z panem Henrykiem? — Męskie rzeczy. muskularna twarz wyrażała szczere przekonanie. jego ogorzała. lśniących włosach. — Zawsze podziwiałam elegancję panny Leopard. — O czym tak na uszko? — rzekła Olimpia z czarującym uśmiechem. ten pochylił się i Merynos szepnął mu do ucha: — Kto to jest ten facet w szarej marynarce? — Heniek nie spojrzał nawet na Halskiego i wrócił do ustawiania zakąsek. Olimpia witała się z Romą. Olimpio? — zwrócił się Merynos do swej towarzyszki. który żonglował trzymanym w górze stolikiem. była córką adwokata i w pewnych chwilach odczuwała niejasno swą przynależność do tego. Od jednego ze stolików powstał krzepki. Z Jastarni i z Zakopanego. ładną i zmęczoną twarz piegi przy smoliście czarnych włosach. była to rzeczywiście „Ala w krainie czarów”. niezbyt często… — A facetka? — Nie wiem. — Śledzia i zwykłą wódkę. a potem cztery melby — rzekł Merynos do pochylonego z uszanowaniem Heńka. lecz z ukrytą wyższością. — Od wielu lat. — Z Romą — rzekł młodzieniec. — Trudno — powiedziała — taki ścisk… — Niech pan zostawi… — rzekł Merynos do Heńka. Wbiegł po schodkach do baru i powiedział: — Panie Anatol… — spoza . śledź. — Robert odrabia stracone dzieciństwo — uśmiechnął się Merynos. — Owszem — odparła. Olimpia Szuwar odęła piękne usta z powściągliwym niesmakiem. podchodząc do Merynosa — jest miejsce. barczysty młodzieniec ze złamanym po boksersku nosem i z książką pod pachą. usiłując wstawić go pomiędzy głowę jakiejś pani i obejmujące ją ramię jakiegoś pana. droga. Roma była cała w źle dobranych ciuchach. zwracając się nieco głośniej do pani Szuwar. Młodzieniec wskazał na stolik. — Będziesz coś jadła? — spytał Merynos Olimpie. ale zaraz się dowiem.dziwnego — stanowili rzucającą się w oczy parę. co pokrywające jej młodą. — Co pan czyta? — zwróciła się Olimpia do Roberta Kruszyny. szanowna pani — uśmiechnął się usłużnie Heniek. — Wódka. przy którym siedziała wyzywająco ubrana dziewczyna o nieprawdopodobnie czarnych.

— Działać skutecznie to działać przez zaskoczenie… — Halski pocałował ją w policzek. ten z Pogotowia? — spytał po kelnersku. do zarękawków. zerwać czarną krawatkę z gumowego kołnierzyka z różkami i powiedzieć: — Won stąd. którego koścista twarz o długim nosie obciągnięta była żółtą. zdawało się. Witold! Jak się masz?… — Halski wołał: — Cześć! — i — Czołem! — nie wiedząc . — Za chwilę uczynię to samo. — Duża z miętą dla mnie. kościsty i żylasty mężczyzna około pięćdziesiątki. Poproszę o niskoprocentowe piwko. Oparł spocone czoło o bark żylastego i czesał palcami zmierzwione włosy. Ja płacę. nie przestając z nim rozmawiać i uśmiechać się do niego. nie… — powiedział facet — takie jest za mocne. Siedzący najbliżej facet zsunął się z wysokiego krzesełka. że znaleźli skrawek miejsca dla siebie. — Taki wysoki. Plakat głosił: „Dziewczęta! Wstępujcie ochotniczo do Służby Polsce?” — Słusznie — rzekła Marta do Halskiego. że nawet nie zauważył. nie wygłupiaj się… — rzekł bełkotliwie oparty o niego chłopak w drelichowej. najbardziej zaś barwny plakat. lecz nalała. pokrytej zmarszczkami twarzy. hokeisty. — Franek. wskazując na plakat. panie doktorze — rzekł grzecznie pan Anatol. przystojny… Przychodzą czasem. — Proszę się nie krępować — rzekł z uśmiechem Halski. ale nie za często… — Heniek zbiegł na dół w lansadach. — Królowo — powiedział żylasty do mocno tlenionej barmanki — jedna wódka dla tego sympatycznego pana. nie wygłupiaj się… — wybełkotał chłopak w wiatrówce. wydobył butelkę piwa i postawił ją przed facetem. — Franek. cholera go wie… — rzekł pan Anatol. — Szefie — rzekł facet. wszystko ją bawiło. spadły mu papierosy na podłogę. Marta czuła się świetnie. ta specyfika sprawiła jednak. aby ukryć wstręt. tuż obok czarnych półbutów Heńka. by móc zaprawić faceta raz w długi nos.kontuaru wysunął się tęgi. — Masz w sobie coś z tego mądrego starca… — Bar był nabity ludźmi w sposób możliwy tylko o pierwszej w nocy w „Kameralnej”. do liczydła. wyjmując z odnalezionego pudełka połówkę grunwalda i wpychając ją pieczołowicie w szklaną lufkę — jeszcze jedno duże jasne… — Już się robi — mruknął pan Anatol i z nie ukrywanym lekceważeniem zabrał się do przelewania wermutu. Jacyś przepychający się faceci uderzali Halskiego w plecy. — A to taka jedna od jednego sportowca. Facet znalazł papierosy i wwindował się z powrotem na krzesełko. — Pan pozwoli? — spytał Halskiego. widzi pan — zaczął facet — ja mam od dziś urlop i trzeba go jakoś uczcić… Wobec tego piwko… — Pan Anatol odwrócił się. Czarne. Oddałby pół miesięcznej pensji. o szpakowatych skroniach i zażywnej twarzy byłego ziemianina. Pan Anatol obserwował go z nie tajoną antypatią. przyklejony do ściany w lustrzanym barze. — Bo. — Zdrowie jasnowłosego szczęścia! — zawołał zwracając się ku Marcie jakiś wysoki. złapać za klapy odświętnie wyczyszczonego. a nie dubeltowe. jakbym całował Anatola France’a — roześmiał się. — Tleniona blondynka spojrzała nań nieufnie. — Kto to jest ta gościowa z tym lekarzem. wołając: — Cześć! Czołem. jak tam on. rozchełstanej wiatrówce. rupieciu. o opalonej. jak dalece facet nie zwracał na niego uwagi. staromodnego tużurka. szefie. że za chwilę zacznie rzęzić. — Czym mogę służyć? — Kawa dla pani — rzekł Halski. — Czuję się. bystre oczy faceta wbite były bez przerwy w Halskiego i Martę. lśniącą skórą. zupełnie pijany. do biurowej herbaty! — Taki był rozżalony. — O. — Pan Anatol wzniósł oczy do nieba. wysoki mężczyzna w białym kitlu. — Dobry wieczór.

na lewo most” i wszyscy. opierając rozgrzane czoło o policzek Halskiego. — Poniekąd — uśmiechnął się Halski. unosząc niepewnie kieliszek. pani zje pomarańczę. a potem nagle przerwała. że ma pan rację. do kogo. Badylarz jestem… — Franek.dobrze. zdopingowana przez upartych. — „Wszystkie rybki śpią w jeziorze…” — zaśpiewał do mikrofonu basista. nie wygłupiaj się! Orkiestra rozpoczęła „Walczyka Warszawy”. Franciszek Życzliwy — przedstawił się Marcie i Halskiemu — ogrodnik. — Wszystko pacjenci? — spytała z radością Marta. zaczęła przytłumione. Orkiestra ucięła z temperamentem „Poszedł Marek…”. — Chodźmy tańczyć — rzekła do Halskiego. zaraz potem „Do wuja starca…”. na brzegu parkietu stał Zenon. Zenon? Czyżbyście oblewali jakieś zwycięstwo? — Idziesz zaraz do domu? — spytał Zenon . jakby nabrzmiałe namiętnością tango o nazwie „Jalousie”. Pełne rozczarowania: — Ooo! — przeleciało przez tłum. ale jakie kochane… — Cudownie… — szepnęła Martą. proszę bardzo… — rzekł z nieudolnie maskowaną urazą żylasty. A co ty tu robisz. przekrzywionych krawatów. Za to zabawa zbliżała się do punktu kulminacyjnego. Palestyńskie. — Warszawskie walce… — rozmarzyła się Marta. — Wieczór rozrywkowy. zaczęli śpiewać. badylarz. Marta i Halski wcisnęli się w środek. ale natychmiast opanowała się. a czasem w szyję pań. Orkiestra. parkiet wypełnił się rozedrganą masą ludzką. i trącił chłopaka w wiatrówce: — Mietek. Nie odmówi mi pani. — Życzliwy jestem. — Słusznie — powiedział Halski. prosit! — Prosit! — wybełkotał Mietek. nucić. — Wydaje mi się. — Co za miasto! — westchnął Halski. — Witam doktora. przeszła na melodię „Na prawo most. — Jak wrócimy. — Właśnie — powiedziała. — Takie warszawskie twarze. ja panu to mówię. pianista i perkusista pozdrawiali wesoło Halskiego. wznosząc pełną stopkę wódki. O tańczeniu nie było mowy. Orkiestra. nie przestając grać. Pan Anatol przysunął jej na talerzyku pomarańcze. Znam się na tym. rozległy się szmery wzruszonych pocałunków w dłonie. krzyczeć. — Wszystko nieprawda — pochylił się konfidencjonalnie ku niemu siedzący obok młody człowiek. Powiało warszawskim sentymentem. basista. — Wszystko nieprawda — zamruczał łysy. Halski i Marta przesuwali się koło orkiestry. a potem zaczęto się powoli rozchodzić. nie obrazi mnie pani… To dobry gatunek. zupełnie łysy i bez krawata. — Czy są pomarańcze? Pani pozwoli — rzekł do Marty — że złożę u jej stóp południowy owoc?… — Marta speszyła się nieco. padam do nóżek… — pochylił się nad Martą i Halskim basista o obliczu cwanego młynarza. potem były oklaski. żylasty facet zerwał się z krzesełka:. rozrzuconych fryzur. i dodał: — Franek. co przyjęte zostało na parkiecie entuzjastyczną owacją. szwoleżerowie…” — zaśpiewał. przechylając się niebezpiecznie na bok. ładne usta krzywiły się w niemożliwym do opanowania grymasie. — Tu gardzą nami… „Więc pijmy wino. jakże znaną. Był pijany. — Niech mi pan wierzy. Marta spąsowiała. Orkiestra wpłynęła na melodię „Walca François”. Gdy Marta i Halski ruszyli się z miejsca. — Proszę bardzo. — Pomarańcze! — wrzasnął żylasty. wszystko nieprawda.” — Teraz idziemy tańczyć — rzekł pojednawczo Halski. — Uciążliwe. spoconych twarzy. Majka? — powiedział — bawimy się. nie wygłupiaj się… — błagał pijany chłopak. czując przemożny przypływ lokalnego patriotyzmu. — Jak się masz. co? — Jego ciemne oczy powleczone były lekką mgłą. było to co najwyżej rytmiczne kołysanie się w miejscu wśród roześmianych.

„Będę chyba musiał udzielić dziś sam sobie pomocy w nagłym wypadku… Cóż zrobić.. — Bardzo mi przyjemnie poznać pana — rzekł z uśmiechem. opierając się ciężko o kontuar. „Żadna asekuracja nie pomaga — rozmyślał trzeźwo Halski — przecież domyślałem się. — Proszę się posunąć — usłyszał niski. — Wszystko nieprawdą. nie nalewając. — Niech się pan nie trudzi. biorąc pod rękę Halskiego — pan doktor Halski. najpierw pieniądze — mruknął pan Anatol. — Pozwól — rzekła Marta. — To nie jest w moim zwyczaju — rzekł — zostawiać kobiety same o wpół do drugiej w nocy. — Ma pan rację — rzekł Halski i zapalił papierosa. „Biedny. że ma kogoś. Niedobra dziewczyna odeszła bez słowa. że tango to ma dlań całkiem określone znaczenie. — Tu stoimy w przejściu… — Skierowali się ku szatni. to cię odprowadzę. w jego ciemnych oczach była wrogość. Tango „Jalousie”. lecz w tym oświetleniu nikt tego nie zauważył. — W takim razie dziękuję za piękny wieczór. Przybladł trochę. że nagła radość skoczyła Halskiemu do gardła. Zenon podał mu rękę. — Halski poczuł cierpką i zimną igiełkę koło serca. kłamała”. — My się skądś znamy — rzekł spokojnie Halski. — Orkiestra grała ciągle „Jalousie”. dobrze? Chodźmy — powiedziała do Zenona. w barze. Było coś w jej głosie i spojrzeniu. — Idziesz do domu? — rzekł do Marty. panie doktorze — rzekł Zenon — odprowadzę pannę Majewską… — Halski uśmiechnął się promiennie. — Proszę mnie poprosić do tańca. — Nie — rzekł Halski. jak się zjawiła. co sprawiło. — Doskonale — rzekł Halski — tylko zapłacę. przyjemny głos kobiecy obok siebie. — Wiesz — rzekła w szatni Marta do Halskiego — raczej już pójdziemy. niech pan w nic nie wierzy… — dodał plącząc się w słowach. — Na krzepkiej.cicho. i tak bywa” — pomyślał doktor Halski. rozbrzmiewające wokół smutnej sylwetki Halskiego. zaczynało mieć dla Olimpii całkiem określone znaczenie. patrząc bez strachu na wyższego o pół głowy hokeistę. ładny chłopcze — pomyślał z współczuciem — przegrałeś partię… Ta dziewczyna już nie jest twoja”. Taka dziewczyna nie może być sama… Ale że narzeczony? Właściwie kłamała. — Czy może mi pan pożyczyć sto złotych?… — pochylił się poufale i niepewnie nad Halskim. Filip Merynos poczuł. że ma narzeczonego. — Nie mogę. o którym ci opowiadałam. Gdy wchodzili na parkiet. — Śmiała się z niego wyraźnie i była bardzo piękna w tej chwili. Orkiestra . — Skoro sobie tego życzysz… — rzekł chłodno. śniadej szyi Zenona zaczęła nabrzmiewać niebezpiecznie wydatna żyła. A to… — zawaHała się chwilę — mój narzeczony. Ukrywając. — Dwie wódki dla mnie i dla tego pana — powiedział Życzliwy. — Gdzie jest kobieta — anioł? — spytał Franciszek Życzliwy. Odwrócił się — na sąsiednim krzesełku siedziała Olimpia Szuwar. Halski wrócił na salę i usiadł na swym miejscu. — Do widzenia — rzekła Marta — zatelefonuj. rozsypując niezręcznie przed Halskim paczkę wczasowych. odprowadzeni bystrym wzrokiem Olimpii Szuwar. — Papieroska? — zapytał łysy z drugiej strony. — Zapłacić. — Witoldzie — powiedziała spokojnie Marta — możesz mnie bez obawy powierzyć Zenonowi. lecz uprzejmie Halski. — Z jakiegoś środka komunikacji… — Zgadza się — rzekła Olimpia. — Złotowłosy brzdąc — rzekła Olimpia z wyzywającą drwiną — został sam. — Jeśli tak. był już kompletnie pijany i wyglądał bardziej na ogrodnika niż przedtem. — To cię odprowadzę… — Przejdźmy do szatni — powiedziała Marta. Marta i Zenon wyszli i radość zgasła tak nagle.

Po kilku minutach Olimpia oświadczyła. — Nie lubię blondynów… — Rachunek! — zawołał Merynos. Heniek zjawił się błyskawicznie z rachunkiem. jego ciemne. Po czym opuścił „Kameralną”. Doszedłszy do bramy. Marta zmęczonym ruchem zdjęła beret z głowy. jeśli mu się coś przytrafi. — To zależy od okoliczności. zamknął za Martą bramę i poszedł sobie. bokserskim nosem. tak obiecująco. gdy Marta znalazła się za kratą — zaczekaj chwilę… Wydawał się teraz zupełnie trzeźwy. piękne oczy rozbiegły się naraz w sposób złowrogi. Tylko że pana prezesa nikt nie wyroluje — dodał szybko. mam zapasowe pudełko — uśmiechnął się Halski uprzejmie. pogodną ironię. co kontrastowało dziwacznie z pobłażliwością ciemnego. że o tym wiesz. — Okoliczności są mocno nie sprzyjające. w geście jej było tyle świadomej zaborczości. — Masz stówę — rzekł Merynos — za to. czyż nie? — Nic nie szkodzi. puknij się w czaszkę… Jak ci nie wstyd? Od kiedy za cebulkę od śledzia płaci się sześćdziesiąt dwa złote? — Panie prezesie… — Heniek przestępował z nogi na nogę. że ukrywał zdenerwowanie. w staromodnym kołnierzyku i tużurku. Była to piękna brama z kutych. poprzez bezwładnego Życzliwego przechylał się ku Halskiemu mały. — Czy jest pan odważny? — spytała z powagą Olimpia. że Halski stracił na moment swą zwykłą. — Maleńka prośba — posłyszał głos z boku. — Dobrze — rzekł Halski. ale jeśli jest pan odważny. Zen? — spytała cicho. Marta odpowiadała monosylabami. — Chcę z panem porozmawiać — powiedziała Olimpia obejmując Halskiego. to proszę zapłacić. Potem przestali mówić w ogóle. Merynos sprawdził go szybko. — Coś złego. — Stoję do pani dyspozycji — rzekł z obcą sobie. . — Wstydzę się bardzo. — Co jest. miodowym głosem: — Przyjemny chłopiec ten doktor. Olimpia wtuliła się weń obiecująco. notując w pamięci uprzejmy uśmiech pana o ciemnej twarzy i badawcze spojrzenie młodzieńca ze złamanym. czysty przypadek. szablonową galanterią. Oczy mu latały. zapłacił. — Proszę zatrzymać zapałki. gdyż byli niemal jednego wzrostu. widać było. oczywiście. Merynos zaśmiał się krótko: — Ze mną takie numery? Heniek.. — To… cebulka… — zająknął się Henryk. — Nie szkodzi — rzekła Roma Leopard. — Co to jest? — wskazał jakąś pozycję wyjmując grubo wypchany banknotami portfel. — Czy mógłbym pana prosić o ogień? — Proszę bardzo — rzekł Halski. — Marto — powiedział cicho Zenon. Halski odprowadził Olimpię do stolika i podziękował. gdy wstąpili na parkiet. wyjść i zaczekać na mnie na rogu Foksal i Nowego Światu. że idzie do toalety. Jakby przypadkiem musnęła wargami jego policzek przy uchu. nie ma rady — uśmiechnął się dobrodusznie Merynos. żelaznych prętów. panie prezesie? — spytał obojętnie Robert Kruszyna.przeszła w rytm tanga „Gdybym miał skarby świata całego”. Po dalszych kilku minutach Heniek pochylił się nad Merynosem. Ale już! Idąc Nowym Światem i placem Trzech Krzyży. — Ale pan już wychodzi. Wstąpił na górę do baru. pięknego oblicza. Dozorca otworzył. — Koniecznie? — Chyba tak. coś mu szepcząc do ucha.. Marta zadzwoniła od razu. żółtej twarzy. Szkoda będzie. A cebulkę skreśl. mógł to być. ale trzeba żyć. Filip Merynos uśmiechnął się łaskawie. „Co za wspaniała kobieta” — pomyślał bezwiednie. stary pan o kościstej. że Halski przestał na sekundę w ogóle myśleć. Powiedział spokojnie.

— Majka. wzbraniałaś się… A dziś. W głosie jego była rozpaczliwa niewiara. białych zębów. — Jutro przyjdę z oficjalną wizytą do twojej mamy. było krótkie i rzeczowe: — Jak panu na imię? Jechali bardzo krótko. pamiętała to wszystko tak. „Czuć go alkoholem i knajpą” — pomyślała Marta bez zbytniej niechęci. pamiętała zimowe wakacje w Zakopanem. — Idź. Zenon zbliżył twarz do jej twarzy. upalne noce. Marta stała. dobrze? Dasz mi jego numer telefonu. — Dobrze — powiedział Zenon. radość i śmiech. pełne pocałunków i młodzieńczych. kryjąc ze zgrozą twarz w dłoniach. zachłannych pieszczot. w Ustroniu i w Darłowie.— Znaczy się. Całował jej przymknięte oczy i rozrzucone włosy. Na policzkach czuła zimne żelazo kraty. że to koniec. jak pamięta się rzeczy miłe. — Zadzwonię jutro. w Giżycku? Tylko wtedy mówiliśmy o małżeństwie. — Pamiętasz? — ożywił się Zenon — nasze pierwsze wakacje na jeziorach. i jego usta pełne zdrowych. uchyliły się szybko drzwiczki. „Po tym wszystkim. do domu — rzekła odrywając się od niego po chwili — taka jestem zmęczona… Wysunęła rękę przez kratę i pogładziła go bardzo tkliwie po policzku. Marta oddała pocałunek. Zrozumiała jasno. Zen. mocne ciało Zenona. Jakże jestem wdzięczny temu lekarzowi. milcząc. które przysłoniło jej cały świat. do których jednak nie warto wracać. W panice wbiegła na schody. przytykając czoło do zimnej kraty. Natychmiast po moim dyplomie weźmiemy ślub… Marta milczała. — Witold. Przeproszę go jutro za to. tak nagle. pachnącym perfumami Olimpii i benzyną. posłuchaj… Przesunął ramiona przez kratę i przyciągnął ją do siebie. Marta odprowadzała go chwilę wzrokiem. prawda? — rzekł Zenon. tak otwarcie przedstawiłaś mnie jako swego narzeczonego… Rozumiem… — uśmiechnął się czule — wreszcie dziś pojęłaś. — Witold! — krzyknęła przeraźliwie. próbując się uśmiechnąć. raz jeden… — Pamiętam — powiedziała Marta. Czuł bliskość kobiety i zdziwiło go nieco. samochód zatrzymał się. jak o zalanym koledze. — Przecież to niemożliwe… — zaczął znów Zenon. Nie wiedział już nic. Olimpia szybko wsunęła . i brązowe. jak kocha się słońce. Pamiętała w tej chwili wszystko z przeraźliwą wyrazistością: wakacje na jeziorach i wakacje nad morzem. — Marto — powiedział Zenon. Halski wsiadł i znalazł się w ciemnym pudełku auta. kochana… Odwrócił się i poszedł. PodjecHała taksówka. — Tak nagle… — mówił Zenon jakby do siebie — nigdy nie chciałaś o tym mówić. Jeszcze pół minuty temu stał na rogu pustej ulicy. wszystko jest jasne po dzisiejszym wieczorze. w głowie miał chaos. to niemożliwe… Ona nie będzie mogła” — tłukło mu się w zbolałej głowie. Wtedy z marcowych ciemności ulicy rozbłysły ku niej jarzące się białe oczy. Marta milczała. jakie padło w tej sytuacji. że pierwszym pytaniem. Z siłą przywarł ustami do jej ust. To moje imię — rzekł Halski szeptem. że byłem wobec niego niegrzeczny. które kocHała tak. co między nami było.

— Otworzyła drzwi w głębi. kosmetyki. Olimpia zadzwoniła. „Kiwi”. mierny obraz wyobrażający przedwojenne Stare Miasto i dobra reprodukcja „Szału” Podkowińskiego… Drzwi w głębi prowadziły widocznie do dalszych pomieszczeń. pokryty kolorowymi poduszkami tapczan. W ruchach jej była nerwowa ostrożność. kolorowa włóczka i druty do robót ręcznych. jaskrawe i pastelowe. Trudno było określić charakter sklepu — na półkach. Na schodach dały się słyszeć kroki i ukazała się Olimpia. — Proszę… — powiedziała z uśmiechem. wewnętrzne schody. pociągając za sobą Halskiego w mrok wnęki. za którymi widniały prowadzące na piętro. planowej odbudowie. na parterze. Ale najliczniej i najobficiej reprezentowany tu był specjalny rodzaj galanterii — całą ścianę zajmowały wyroby z mas plastycznych: plastykowe różnobarwne torebki damskie. drobiazgów. serwantka z porcelaną i szkłem. Usłyszał zgrzyt starannie zamykanych — za sobą drzwi. Była odświeżona i przyczesana. pończochy. Stało tu mnóstwo sprzętów: ogromny. Halski wstąpił w zupełną ciemność. czeska sztuczna biżuteria. książek. życie bez przyszłości. gładkiej sukni z białym kołnierzykiem à la Maria Stuart. Przez ostatnie dziesięć lat tętniło bujne życie w tych potrzaskanych. Olimpia zgasiła górne światło i zapaliła lampę. warsztatów. wyraźny. Były to Aleje Jerozolimskie pomiędzy Marszałkowską a Kruczą. Halski wszedł za nią po schodach do dużego i wysokiego pokoju. Na ścianach wisiały dwie martwe natury. — Proszę zaczekać tu chwilę. krajowe liche świecidełka. na nim srebrna taca. spinacze do włosów. wielka czarna szafa. stylizowany ryngraf. Uderzało jakby eksponowane zagraniczne pochodzenie niektórych przedmiotów.banknot szoferowi w rękę. lakier do paznokci. nalepki. „Colgate”. firm. a potem odremontowanych naprędce domach. Weszli do bramy. lecz w tej samej czarnej. Na środku. typowego dla starych warszawskich kamienic z początków stulecia. Był to sklep. jedwabie. na grubym. „Pond’s”. krzyczące etykietki. Halski rozglądał się ciekawie wokoło: było tu bardzo porządnie i czysto. wreszcie tak zwane kosmetyczki — w tysiącu kolorach. jakieś chrabąszcze i motyle z tanich celuloz. wzorzyste chustki. odrapanych. było to jednak życie chwili. wieszadłach. Brama zawarła się za nimi z głośnym szczękiem. malutkich fabryczek. jakieś etażerki pełne bibelotów. okrągłe puderniczki. reklamowy druk nazw: „Palmolive”. Olimpia zapaliła światło. pasta do obuwia. przybory toaletowe. zewsząd widniały barwne. — Jesteśmy w domu — rzekła Olimpia z uśmiechem. puderniczki. której abażur oklejony był . klamry. ciemnym dywanie stał szklany stolik na kółkach. czasopism. nylonowe paski. „Soir de Paris”. aceton. przeszli ciemne podwórze. do połowy wypalonych. Od drogich kosmetyków odbijał się tu wyraźnie dział sztuczności. „Bourjois–Geranium”. w szufladach lady i w przegródkach leżały i wisiały krawaty. z dodatkowymi kieszonkami na pieniądze i fotografie ukochanych. przedsiębiorstw. ustępujące ciągle miejsca wielkiej. pokryta kanapkami z sardynkami i serem. spinki do kołnierzyków. jeden z ostatnich w śródmieściu rezerwatów na wpół zrujnowanych przez wojnę kamienic i jedno z ostatnich centrów prywatnych sklepów. Olimpia wyjęła futerał z kluczami z torebki i otworzyła drzwi w jednej z oficyn. „Irresistible Lipstick”. tandetne klipsy i broszki z nylonu. paski. imitacja kamei. metalowe.

pijąc wódkę. modnej naówczas spódnicy i wysokim kapeluszu prezentowała . Nie chcę być natrętnym. — Cóż z tego — rzekła Olimpia. — Zaraz — rzekł Halski. Trzeba będzie zlikwidować to tutaj i sklep. zgoda? — Wypili. Ale pokażę panu jeszcze jedno zdjęcie. jeśli chodzi o zdjęcia? — spytał Halski z leciutką ironią. fotografia uliczna. podchodząc do biblioteki. — To mój mąż — rzekła swobodnie Olimpia. Olimpia sięgnęła między książki. Nalała dwa kieliszki starki. taka sama imitacja starej śniedzi pokrywała ciężką popielniczkę i przybory do pisania na małym sekretarzyku. w trzydziestym piątym — powiedziała rzeczowo. niech pan usiądzie — powiedziała. — Narodowo — odparł Halski. Trzeba mu było o tym przypominać i dlatego nie ma go już w moim życiu. — Musiała być pani żenująco młoda. ważne zdjęcie. rasowego pana o oczach i uśmiechu nałogowego pijaka. — Kto to jest? — spytał Halski. Droga starka zalśniła żółtym blaskiem. o przystojnej. — Nie rozumiem — rzekł Halski. — Proszę. szafkowego radia z adapterem. Olimpia usiadła na poręczy fotela. Po czym sięgnęła po zdjęcie stojące na jednej z półek. Było to jej zdjęcie. znad morza. na której młodsza o piętnaście lat Olimpia w krótkiej. Skol… — podniosła kieliszek do ust — tak się mówi w Norwegii. na miejscu. z gór! … Olimpia uśmiechnęła się. dla mnie najważniejsze. sądząc po ubiorze. — Czy to już wszystko. — Osiemnaście lat. — To też mój mąż — dodała. A w Warszawie coraz. pamiątki z wakacji. lecz są to sprawy interesujące. Otworzyła szufladkę sekretarzyka. — Może sprecyzuje pani swój stan cywilny. — Skol — powiedział Halski i wypił. Z otwartej do dołu przegrody wyjrzały główki butelek małego baru. wyjęła fotografię i podała Halskiemu. — Nie — powiedziała — nie mam nic. podchodząc do dużego. młody człowieku. Widniała na nim śliczna. wychodząc za mąż. trudniej o ruiny do remontu — dla inicjatywy prywatnej — uśmiechnęła się. Stała na nim fotografia oprawna w sztucznie spatynowane ramy z brązu. Mój drugi mąż zapominał o mnie zbyt często tu. skąd wyjęła nową ramkę ze zdjęciem. gdzie znalazł się zaraz po wrześniu. Wyjęła butelkę soplicy. Halski wskazał mężczyznę w mundurze przedwojennych ułanów. wręczając Halskiemu podobiznę szczupłego. — Uniosła w górę kieliszek ze starką i powiedziała: — Zdrowie mych mężów.markami polskich i zagranicznych papierosów. — Dom jest przeznaczony do rozbiórki. Mam tylko wspomnienia po mężach. banalnej twarzy. prawdopodobnie z początków okupacji. — Pojechaliśmy w podróż poślubną na fiordy. — Jak to jest z tymi mężami? — Nie mam męża. — Pięknie pani mieszka jak na warszawskie stosunki. — Mój pierwszy mąż zapomniał o mnie w Anglii. — Może ma pani jakieś albumy. — Jest pan nastrojony kosmopolitycznie czy narodowo? — spytała Olimpia. delikatna twarzyczka dziewczęca o bławatnym spojrzeniu wielkich oczu.

Przed wojną wiedziałam tylko. Był to rok. Zaczynał odczuwać w piersi przyjemne gorąco alkoholu. teczka na korespondencję z głowami gwiazd filmowych i nagłówkami gazet. jawohl…” — Siadaj — rzekła Olimpia. co powiedzieć. ta kobieta. Toteż jestem pełen podziwu i zazdrości dla pani geniuszu. zwycięski uśmiech i świetne. Zresztą — pochyliła głowę uciekając wzrokiem — wiedziałam. Jedynie zwycięstwa handlowe zaczęły się liczyć. stając przed nim prosta. nawet kosz do śmieci. napełniła go i rzekła: — Skol… — Zarah Leander kończyła refren: „Mein ganzes Leben Liebe. Faktem jest. jakie wyrabiano w Warszawie tuż po wojnie.pewny. urocze: ten pokój. czy jestem odważny? Policzki Olimpii zaróżowione były od wódki. że pan w tej chwili to właśnie powie i dlatego mi się pan tak bardzo podoba. Podała mu pełny kieliszek. . jawohl…” — Sprzeczność — rzekł z cichym uśmiechem Halski. którą otrzymałem dwa lata temu w spadku po stryju. W początkach okupacji odkryłam handel i to było moje prawdziwe powołanie. co to zwycięstwa w miłości. lecz robienie pieniędzy. — Za handel — rzekł Halski. Chciało mu się śmiać. Wszystko wydało mu się naraz oryginalne. — Ważne — rzekła Olimpia — bardzo ważne. wysoka i piękna. Wargi Olimpii były pełne obietnic. niektórzy twierdzą. Rozległ się niski alt Zarah Leander i niemieckie słowa: „Mein Leben für die Liebe. Podobno oszukano mnie w tej transakcji. smukłe nogi. ale nie w tym rzecz. nie wiedząc w gruncie rzeczy. interesujące. mogą się dziać rzeczy wielkie”. Wypili bez słowa. Oparła dłonie na ramionach Halskiego i pocałowała go prosto w usta. „Irresistible Lipstick” — pomyślał Halski i cofnął lekko głowę. — Nigdy nie miałem z handlem nic wspólnego — dodał — jeśli nie liczyć sprzedanej przeze mnie szafy. Po raz pierwszy Halski zauważył wyraz ledwie dostrzegalnego zmieszania na jej twarzy. Namiętność handlowania to motor mego życia. wznosząc kieliszek. chłopcze. Znajdowało się tu kilka innych przedmiotów w tym stylu: butelka okręcona lakierowanym sznurem z wklejonymi nazwami zagranicznych trunków. To nie pieniądze mnie cieszą. Był to werniksowany lakierowaną reprodukcją Kossaka kosz. — Dlaczego spytała ranie pani w tańcu. że mam niezwykłą głowę do interesów. — Pójdę po owoce. We wrześniu pragnęłam zwycięstw militarnych i kariery siostry miłosierdzia. Podeszła do radioadapteru i założyła płytę. pachniały znakomitą szminką. który uniósł do góry. „To było uderzenie — pomyślał Halski. w którym odkryłam swe życiowe powołanie. Podała mu kieliszek. aby go obejrzeć. że jestem bogata. „Ciekawe — pomyślał — piękna żona oficera kawalerii o instynktach Wokulskiego”. — Te sprawy uzupełniają się doskonale. Olimpia oderwała się od niego i roześmiała się. Ludzie z mego środowiska mówią. — Ładne — rzekł Halski. — Co to wszystko ma wspólnego z moją odwagą? — Ma. — Przed chwilą mówiła pani o handlu… — Wcale nie — powiedziała. — Uważaj. że obdarzona jestem handlowym geniuszem.

— Wobec tego odpowiedz mi na jedno pytanie. że jesteś odważny. bo owoce… W każdym razie wspaniała kobieta… Une belle femme…” Musiał być podziw. Vicky Baum. Weszła Olimpia w długim. klękając obok. ale już nie chcę. a może zachwyt w jego oczach. Po czym rzekła szybko: — A jeśli nawet. jak mnie się podoba. Halski zapalił papierosa i grzebał się w książkach: były to „Rodzina Whiteoaków”. — Chcesz się napić czegoś?… — Chcę — rzekł Halski. że w Warszawie obowiązują specjalne przepisy o dyshonorze. — W porządku. John Knittel.Wyszła z pokoju. — Nie masz pojęcia. „Literatura środka — pomyślał Halski — ani dobra. jak ja. Olimpia usiadła na tapczanie. śliczną blondynkę. Wyglądała wspaniale. W głowie i w sercu czuł palącą. „Junona — pomyślał Halski — albo raczej Pomona. — Czyżbyś przypuszczała. — Słucham cię. że to dostrzegasz. — Czy obawa o moją odwagę wiązała się z tą całą dziecinadą. Nie zapominaj o tym. czy jestem odważny. Naprawdę nie. — Usiądź — powiedziała kładąc paterę z owocami na tapczanie. — Tobie. jaką przedsięwzięłaś w „Kameralnej”? Wszak wiesz. czy jestem odważny? — Chciałam. jak ustosunkuje się ów pan do twego karygodnego postępku… — Nieważne — przerwała Olimpia. alkoholową ciekawość chwili. kto mnie będzie prześladować. Prymitywna farsa z dwoma wyjściami. Wiem. Chcę przynajmniej wiedzieć. którą ci zabrano z „Kameralnej”? — To co innego. to co z tego? — Wiesz o tym równie dobrze. — Szaroperłowy. ani zła”. — Znakomicie wyglądasz — rzekł Halski. nie! To nieporozumienie. jak mało mi na tym zależy. że jesteśmy w Warszawie i że znajdujemy się obecnie w zupełnie różnych sytuacjach. — Słuchaj — rzekł — dlaczego chciałaś wiedzieć. z którym spędziłaś wieczór? — Dlaczego chcesz to wiedzieć? Czy ja pytam się ó młodą. Być może. — Tak?… — Kto to był ten pan o ciemnej twarzy. Nie powinnaś szukać innych. że układam me sprawy prywatne tak. Wypili. a zarazem pełnym wdzięczności uśmiechu. gdyż wargi Olimpii rozchyliły się w zwycięskim. biały i czarny… oto twoje kolory. szaroperłowym peniuarze. czyż nie? Olimpia nie odpowiadała chwilę. w rękach trzymała dużą paterę z jabłkami i pomarańczami. pytając mnie. trochę poezji. Ostatecznie to miałaś na myśli. Podała mu kieliszek. Nie będę już szukać innych. że będę się bał cię całować? — Och. po czym dał się słyszeć odgłos odkręcanego kranu i spływającej w łazience wody. którą odegraliśmy dziś w nocy. podwinąwszy nogi. Lecz mnie musi w jakiś sposób zależeć na tym. — Cieszę się. jedwabnym. Wobec tego odpowiedz mi na drugie pytanie. jak nazywa się w Warszawie takie postępowanie? — Wiem — rzekła Olimpia spokojnie. może mieć dla mnie konsekwencje. . i obierała pomarańczę. — Nie zapominaj tylko. Nie mam pojęcia.

— Taaak… Są ludzie. żebym wyszła za niego za mąż. — Chyba tak. — Poza tym bardzo chce. Oderwał się z wysiłkiem. nie jestem tego taka pewna. — Nie licząc tego. który nie potrafi korzystać z doskonałej okazji. siedzący przy nim. obawiam się jednak. to prawda. pięknego. ty. zaskoczona. ojczyzny. Słusznie — powiedziała spokojnie Olimpia. Halski milczał. Łączą mnie z nim rozliczne interesy. dla których słowo „miłość” ma jasne i potężne znaczenie. że pożądam naiwnego przekonania o decydowaniu o tych sprawach. Pan ten nie wygląda na kogoś. że cię kocha. że wzgardziłem twoją urodą. Nazywają go królem kosmetyczek i saszetek. — Ale ty należysz. zawodu. idei lub chociażby wiosennych poranków czy słonecznego lenistwa w gorącym piasku nad morzem. — Masz mnie na pewno za głupca… Takiego. tak czy inaczej. Zaś Merynos. mógłby ze mną przegrać na bieżni. z najlepszych okoliczności… Za niedołęgę. Merynos nie należy do takich ludzi. Żywi w stosunku do mnie jakąś namiętność. — Tak. Halski oparł się plecami o drzwi wyjściowe. — Widzisz.— Przecież jesteś odważny. — A ty? — Ja?… Olimpia przechyliła się do tyłu. czy nie umieszczono by mnie na parę tygodni w szpitalu po kilkusekundowym sam na sam z nim na ringu… — Uspokój się — uśmiechnęła się Olimpia. — Ja?… — Olimpia spojrzała na Halskiego jakby z obawą. — Tak. Wychylił nalany kieliszek i włożył płaszcz. za co… Może sądzisz. głowa jego znalazła się w rozchylonym wycięciu peniuaru — uderzył go zapach zdrowego. To wielki potentat. czy dotyczy innych ludzi. co wydaje się niezbędnym niektórym mężczyznom… Nie. — Ale ja jestem pewny — bluffował Halski. pracy. Obca jest mu jakakolwiek miłość nieegoistyczna. — Wiesz. tchórza. Filip Merynos kocha tylko siebie. nie i nie… Wyjaśnienie jest prostsze i dotkliwsze… . — A więc jednak boisz się? — rzekła Olimpia podchodząc. twym wspaniałym brakiem obłudy… Może myślisz. Olimpia zawaHała się. ale cię kocha. kogo można do siebie przekonać odwagą. — Słuchaj — rzekł po chwili.! Spółdzielnia „Woreczek” monopolizuje całą produkcję plastykowej i nylonowej galanterii. Wtedy wstał. — Namiętność jest miłością jak najbardziej egoistyczną. człowiek zamożny i solidny. — Ten pan nazywa się Filip Merynos. Olimpia podniosła się. pociągając za sobą Halskiego. lecz jest to okoliczność bez znaczenia. to jednak zbyt wiele. — Nietrudno domyślić się. Jest prezesem spółdzielni pracy „Woreczek”. Olimpia patrzała nań z bolesną drwiną. jaką — rzekł brutalnie Halski. że razi mnie twoja przedsiębiorczość. Poczuł jej zachłanne wargi na swoich ustach i na chwilę przestał myśleć. nastawiając kołnierz. Zaś młodzieniec. — Kocha. troskliwie pielęgnowanego ciała kobiety. Bóg wie. bez względu na to.

że tam wyżej nie ma nic. że chyba nigdy nie skończy się to posuwanie do przodu. z którego nie mógł w tej chwili wyciągnąć żadnego jasnego wniosku. jakie ceny kobiety potrafią płacić… — To jest wiedza o handlu — rzekł bezlitośnie Halski. po czym dodała wolno i cicho: — Spóźniłam się… — Tak. brudna i mglista pora tuż przed brzaskiem. był na nią gotów mimo wewnętrznego bezhołowia uczuć. Uwagę Halskiego przykuła na chwilę horrendalnie wysoka cena różów. jakie płacą kobiety” — pomyślał. niewyraźnych w brudnym powietrzu brzasku. „w oficynie na prawo”. Była ciemna. męskie korpusy zderzyły się z nim z rozpędu. lecz nie cynicznym uśmiechu i spóźniłam się o jeden wieczór… Podeszła doń blisko i ujęła jego twarz w obie dłonie. że będzie musiał przyjąć walkę. pomyślał błyskawicznie. Brama najeżona była tandetnymi tabliczkami o malowanych strzałkach i wskazujących palcach: „w podwórzu na lewo”. szminek i szczotek do włosów. Halski przystanął i z rozmyślnym trudem czytał napisy wymalowane grubą farbą na ścianach i na sterczących zewsząd szyldach: MEBLE — AMERYKANKI — TAPCZANY — PALTA MĘSKIE I DAMSKIE — FARBOWANIE 1 ODŚWIEŻANIE OBUWIA. nawet z tobą. decyzji czy nakazu. odwrócić się. Wisiała tu gablotka z firmą „Olimpia SZUWAR”. skręcić w bok. Przez dwadzieścia lat czekałam na smukłego mężczyznę o mądrym. uciec. krępi. twarzy ich nie mógł rozeznać pod nasuniętymi na czoło oprychówkami. Halski wyszedł na ulicę zupełnie pustą. Cztery kroki zdały mu się marszem przez wieczność. Przez sekundę zapragnął przystanąć. — Błagam cię… — powiedziała — nie wychodź… Halski pocałował ją w szepczące usta. Szli szybko. ten ohydny chód ku nieznanemu bólowi. Zamierzam walczyć. Faceci byli niżsi od niego. Ponura ściana domu ginęła w ciemnościach. a mimo to Halski wiedział. — Za co właściwie chcesz płacić? — Za ciebie — rzekła prosto Olimpia. — Nie zamierzam ustąpić. odrzucając go w . utrzymujące się tak długo w pionie zgliszcze. „Cóż to? — pomyślał Halski z prawdziwym żalem — Junona płacze?…” — Przez dwadzieścia lat zbierałam wiedzę o miłości — szepnęła Olimpia — i teraz wiem jedno: kobieta potrafi płacić… Nic masz pojęcia. Spóźniłaś się. o ciebie. poczuł strach. lecz wiedział. lecz coś silniejszego od niego kazało mu iść w przód. Serce Halskiego zabiło gwałtownie. SPRZEDAŻ. wprost na niego. ku nieuniknionej klęsce i krzywdzie. „Ceny. Po czym odwrócił się. zbiegł ze schodów i wyszedł na podwórze. Na podwórzu paliła się jakaś mdła lampka. otworzył drzwi. tandetne szyldy głosiły: KRAWATY — DREWNIAKI — PRACOWNIA PARASOLI — JESIONKI — PELISY — ZEGARKI. Naprzeciw szło dwóch facetów. O jeden wieczór. spoza zasłony nastawionych kołnierzy jesionek. Gdy miał uczynić piąty krok — dwa mocne. KUPNO. Odwrócił się raz jeszcze i spojrzał za siebie. Ruszył w kierunku Marszałkowskiej. Była to wypalona od dziesięciu lat ściana.— Wiem — przerwała Olimpia. NAPRAWA — GOTOWE I NA MIARĘ — FOTOPSTRYK! — PODNOSZENIE OCZEK — PASY PRZEPUKLINOWE — ANALIZY LEKARSKIE. Jeszcze wczoraj byłoby inaczej… W oczach Olimpii błysnęły łzy.

trafiony przygiął się. po czym pochylił się ponownie nad Halskim. ale… tu będzie w końcu spokój. bracie! Musisz przegrać! Możecie mnie teraz załatwić na klawo. lecz lewa zatoczyła krótki łuk i wylądowała celnie na szczęce jednego z facetów. o krzepkiej budowie. — No. zaś wszystko jest proste i zrozumiałe. Po kilkunastu minutach pochylił się nad Halskim ciemny kształt. Ciemny kształt złożył ostrożnie Halskiego na trotuarze i znikł bezszelestnie we wnęce najbliższej bramy. Od strony Kruczej rozległy się trochę człapiące kroki i stukot laski czy parasola. płonące oczy. Jedna — postać wysoka i druga niższa. szmaciarzu! — syknął jeden z nich. dla którego nie ma niespodzianek. Dostrzegłszy Halskiego zatrzymał się. po czym błyskawicznie przegrupowali się. jak chodzisz. Od strony Marszałkowskiej słychać było kroki i głosy zbliżających się przechodniów. jasnowłosy efebie… — mruczał — musimy sobie dać jakoś radę… Przecież nie zostawię cię tu w tym stanie… No. — Co to była za nieprzytomna mowa. — Warto się nad tym zastanowić. okrutne twarze i wbite w siebie dwie pary zimnych. — Wyjął z kieszeni chustkę. Halski uskoczył w bok i oparł się o ścianę domu: miał teraz dobrą pozycję do zadania ciosu i faceci zawahali się przez ułamek sekundy. . chłopcze. usiłując go dźwignąć. ocknijże się. Z pobliskiej bramy wyszły dwie postacie o twarzach ukrytych pod rondami kapeluszy i w grubych węzłach wełnianych szali. usiłował się jeszcze dźwignąć. Dźwignął Halskiego i uniósł mu głowę. Pierwszy cios zbił blokującą prawą rękę i przełamał gardę. z parasolem. po czym znów zapadł w nieświadomość. Był to jednak chwilowy sukces. Ich kroki przeszły w skok — natychmiast znaleźli się przy nim. faceci otrząsnęli się i przeszli do czynów. zdało mu się. natomiast szybkim i potężnym zamachem barku wbił Halskiemu pięść w żołądek. ale dwa potężne kopnięcia w brzuch i w twarz odebrały mu przytomność. — Uważaj. Faceci odwrócili się i pobiegli w stronę Kruczej. uderzając głucho głową o bruk. Piaskowobeżowy płaszcz nasiąkł szybko brudnym błotem. zapisał numery najbliższych bram. czasami boleśnie. Za wdzięk i urodę się płaci.tył. unikając fachowo możliwych kopnięć. Halski osunął się na kolana. W mglistej poświacie latarni ukazał się niski pan w meloniku. macając na oślep występ muru. Halski dojrzał dwie chude. Zatrzymali się przez chwilę nad leżącym. rozejrzał się starannie i bystro wokoło. jakby po długim. pochylił się nad nim i pokiwał głową jak człowiek. pustymi Alejami. — Żebyś potem nie płakał… — i zamachnął się szerokim sierpem. Wyciągnął ostrzegawczo prawą rękę i zawołał do tego. Upadł bez jęku. ku Marszałkowskiej. Halski ocknął się na chwilę. podkreślonej jaskrawo przez płaszcz o bardzo szerokich ramionach. panie prezesie? — spytała niższa postać — co on powiedział? — Wcale niegłupio mówił — rzekła postać wyższa. przywarłszy okrwawionymi ustami do zabłoconego trotuaru. Wyjął z kieszeni płaszcza notes. wyczerpującym biegu. lecz nie upadł. który pierwszy bił: — Przegrasz. za jaką Halski schronił się instynktownie. Prawa ręka Halskiego zwisła bezwładnie. że ma przed sobą bardzo jasne. złych oczu. oddychający szybko. którą otarł krew z warg Halskiego. Zaskoczeni przez chwilę słowami. po czym poszli wolno. zobacz… — Nie zdołał skończyć. mierząc w twarz Halskiego. Lecz Halski nie kopnął ani nie uderzył.

tonącej w kurzu gruzów ulicy. „Dlaczego właśnie w «Krysieńce»? — zastanawiał się Kuba — kwestia sentymentów redaktora Kolanki”. jak z brudnego. Umówiony był z Kolanka o wpół do piątej w „Krysieńce”. Od tego czasu upłynęło osiem lat. Nie miał porządkującej wyobraźni architekta czy urbanisty. dziwaczne. piasku. sprężarek. z tego krajobrazu zamieszania i nieporządku miał się z czasem wyłonić największy plac w Europie. zbrojeń i rozrytej.4 Są ludzie. którzy zatracają poczucie czasu i codziennego obowiązku wobec ożywionej. które piętrzyły się u stóp wieżowca: z tego chaosu wądołów i usypisk. Kubuś spojrzał na zegarek: była czwarta. po czym przeniósł wzrok na rozgardiasz rozkopów. niewątpliwie wyżej stojący od wymienionych. dla których przyglądanie się innym ludziom stanowi zajęcie równie frapujące i nałogowe. podawały w niej dwie śliczne kelnerki i wszyscy bywalcy cieszyli się z jej kafelkowej podłogi. gmach. Do takich ludzi należał Kuba Wirus. walców parowych. plac. pięknych kobiet. zorganizowany pejzaż miejski. Są inni ludzie. rusztowań. ciasne i pomysłowe lepianki Marszałkowskiej drażniły. Stał na samym rogu i trochę nie wiedział. przewróconej do góry nogami nawierzchni powstaje dom. którzy . stanowiły jedną z najbardziej cenionych i uczęszczanych kawiarń w Warszawie: nazywała się wtedy „Kruszynka”. do których wchodziło się wprost ze zrujnowanej. Kuba spoglądał długo i z zainteresowaniem na kremowy. na bataliony kompresorów. jak wiadomo. że przylatując tu jako „przynieś–odnieś” z poleceniami redakcji do urzędującego przy kawie Kolanki. Warszawa „Krysieńki”. takiej jaką wykładane bywały zazwyczaj łazienki i kuchnie w mieszczańskich domach. Pojmował doskonale uczucia Kolanki. Był czas. bezsensownego galimatiasu armatur. jak gryzienie pestek. ogromny obelisk Pałacu Kultury. na tym. Natomiast przywiązywał się łatwo i sentymentalnie. wywrotek. Jeszcze pięć lat temu parterowe. Kubuś nigdy nie mógł zrozumieć. małej kawiarence. Ta Warszawa. że doznający jej marzy o niewyjmowaniu nóg z miski przez najbliższe trzy lata. co mycie nóg w wodzie z solą Jana po długotrwałym marszu w lipcowym skwarze i w przyciasnych butach — rozkosz taka polega. ulica. młotów pneumatycznych. umawiającego się w „Krysieńce”. Krakowskie Przedmieście i Stare Miasto dawna świetność Warszawy. oszalowań. co czynić. wypełnionej tłumem ludzkim ulicy. dźwigów. głośnych literatów i aktorów. w jej miejsce narastała nowa Warszawa. buldożerów. zwałów cegły. pustaków. samochodów ciężarowych. betoniarek. rur żelaznych i betonowych. stężało wielkomiejskie śródmieście w cembrowinie MDM–u i wyrósł ten oto kremowy gigant. wywoływały gorycz tymczasowości w duszach ludzi. W Warszawie czterdziestego szóstego taka podłoga w kawiarni oznaczała jej wykwint i Kubuś pamiętał dobrze. w czasie których powróciła na Nowy Świat. gdy dwa ciemne pokoje. znajdującej się o parę kroków stąd. Dla takich ludzi zbieg Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich we wczesnych godzinach popołudniowych jest rozkoszą równego rzędu. Warszawa tego narożnika. znikała w oczach. dumny był znajdując się choć przez chwilę w miejscu tak pełnym znanych dziennikarzy. desek.

prymitywnymi sklepami — już nie drażnią. Oparł się o żelazne ogrodzenie rogu ulicy i zapalił papierosa. Mniejszych sum nie przyjmuję. potem w pierwociny własnego. — Jak się masz. — Czyli że nieźle — rzekł. urzędnicy. Trochę tu. odbudowującego się przemysłu. które musi odejść. Kubuś porzucił ton dotychczasowej serdeczności. spojrzał na zegarek i ruszył w kierunku „Krysieńki”. W głosie Moryca brzmiała agresywność i ironia. — Bo ja na jeden kafel robię prawie miesiąc. Zielony sygnał otworzył drogę. — A co u ciebie? Machę masz ciągle. żołnierze. potem w dobroczynną odzież z zagranicznych przesyłek. taksówki. kogo ty pamiętasz. tramwaje obrastały postaciami. Pamiętał zakamarki knajp tego wylotu Marszałkowskiej. silny wyrostek w welwetowej kurtce. zupach i okazyjnych posiłkach. od wieków nie pranej koszuli. tłoczące się przed wystawami kobiety. — Jak lądujesz z biletem? — Zależy. obwieszczeniami o noclegach i pralniach.postanowili tu zostać na zawsze. — Co robisz. Dziś wobec bielejącego w środku miasta masywu o kolumnach wysokości czynszowej kamienicy. brudny pulower i kołnierzyk niebieskiej. co mi proponujesz. Piegus… — posłyszał za sobą. o starych meblach do zamiany. w których za przepierzeniem z dykty stępiali moralnie restauratorzy sprzedawali wódkę czternastoletnim chłopcom. Odwrócił się i twarz rozjaśnił mu uśmiech. Pamiętał przewalający się tędy nieustannie. to z chęcią. ustąpić rozwojowi i wzrostowi. Młoda twarz o męskich. o obiadach. Kubuś pamiętał dobrze pionierską atmosferę tego pępka Warszawy. dobrze? Co robisz? — Jak kiedy. Ktoś złapał go za ramię. zielone i czerwone sygnały ruchu. Moryc? Dlaczego się nie pokazujesz? Kiedyś zachodziłeś od czasu do czasu… — Teraz jesteś wielki. w bliskości hotelu „Polonia”. zatłoczone brzydkimi. Gwiazda „Expressu”. . Budzą ciepły sentyment. — Moryc! Jak pragnę porodzić… Gdzie ty się podziewasz? Przed Kubusiem stał wysoki. — Ano. — Skończ tę nieprzytomną mowę. jak dla każdego zarania. tłum odziany najprzód w strzępy mundurów wszystkich niemal armii europejskich i poobozowe łachy. jakby krzywych rysach wyrażała nonszalanckie zadowolenie ze spotkania. Jak możesz mi odpalić dwa kafle w formie pożyczki. pokątni sprzedawcy wiecznych piór i szczotek do zębów. Kuba — zaczął Moryc — ja nawet się do ciebie wybierałem. dziewczęta. ściskając rękę Kubusia. kiedy mury i słupy popstrzone były ręcznie pisanymi reklamami. — Taka już moja uroda — rzekł Kuba z rezerwą. żyje się — powiedział. — Wiesz. które minęło i już nie wróci. a kogo nic. oficerowie marynarki. Podprowadź mnie kawałek — dodał. szyldami. Tłum nabrzmiewał. kolejarze. Westchnął głęboko. wschodnie narożniki Alei Jerozolimskich — parterowe. jakby cię żółtkiem chrzcili. Przeszli na drugą stronę Alei i wolnym krokiem poszli w stronę placu. Skąd ja mogę wiedzieć. trochę tam… — rzekł wymijająco Moryc. redaktor Wirus. oczekujący przy kioskach na randkę młodzieńcy o wypomadowanych włosach — wszystko to było dla Kubusia ojczyzną. Wobec tego nie udzielę ci wsparcia. spod której widać było zielony. tymczasowe.

drwiące oczy Moryca ściemniały. — Nie mam czasu — rzekł Kuba. stały się poważne. dziwiąc się. — Wódkę pijesz? — Dlaczego mam nie pić? Ale uważaj. których mocniej kopano w tyłek. — Nieważne — rzekł Moryc. znają się lepiej. Szedł zamyślony. rzekł Moryc. „Nie ma rady… — pomyślał Kuba — nie mogę mu sprawić przykrości”. czujne i złe. — Umówiłem się za piętnaście minut. — Ładne — rzekł. no nie? — Każdy z nas zna się na różnych myślach. żeby rozbić ćwiartkę. ja mam do ciebie interes: nie skombinowałbyś mi jakiej roboty? Kubuś milczał chwilę. jak bardzo wódka mu smakuje. różna od dotychczasowej zaczepności. łykając bez żadnego wrażenia palący płyn. „Dawno już tak nie było — pomyślał — to odświeża”. narozrabiasz i ja będę się potem tłumaczył za ciebie? Jeżeli nie gorzej… Moryc nie odpowiedział. Ostatnie słowo nie zostało jeszcze powiedziane. Pił. — Już coś zarobiłeś. że cholerę można z tego zrozumieć — rzekł Kubuś obojętnie. dłubiąc w nosie. niskiej bramy i przystanęli w ciemnawym kącie za drewnianym. — Widzisz — uśmiechnął się melancholijnie Moryc. Po czym otarł rękawem szyjkę butelki. — Chodź — rzekł do Kuby i skręcił w ulicę Widok. Kuba. Pamiętam wtedy. różne myśli chodzą mu po głowie. Kuba. jaka jest sytuacja — rzekł Moryc. — Człowiek gimnastykuje się. — Chyba nie uderzyłeś się podczas jedzenia? — rzekł z zainteresowaniem Kubuś. a ci. Weszli do starej.Kubuś popatrzył nań bystro: w słowach Moryca zadźwięczała nowa nuta. jakby to było kakao. Zielone. ty się znasz. — Posłuchaj. Zaczekaj… Szybko wszedł do mijanego sklepu spółdzielni spożywców i po kilkunastu sekundach wyszedł. wskazując na świeżą bliznę pod podbródkiem Moryca. wkładając ćwiartkę wódki do kieszeni welwetowej kurtki. — Nie wstąpiłbyś ze mną na jedno szkło? — spytał po chwili. — Sprawa do załatwienia. — Wystarczy. ale ja ciągle pamiętam ten twój greps… — Mówisz tak. — Co ja mogę zrobić — westchnął Moryc. — W sam raz. Będzie już parę lat temu. Moryc lekkim uderzeniem nasady dłoni wybił korek z butelki i przechylił ją do ust. — To coś dla mnie. grdyka latała mu miarowo w muskularnej szyi. — Kto cię tak odmownie załatwił? — spytał Kubuś. Pił. Ty się na tym znasz. Zyski z kontaktu z tak zwaną gadką. Kubuś przytknął ćwiartkę do warg. jak mówiłeś. Co ja ci mam mówić… — Spokojna głowa. gdzie mnie szukać — powiedział. wręczył ją Kubie i rozdarł świeżą paczkę żeglarzy. jak może… Buja się na huśtawce zwątpienia i rozpaczy… Kubuś uśmiechnął się. brudnym zaworem. Po czym rzekł wolno: — Po co? Upijesz się. — Zawsze możemy pogadać. co masz zamiar robić. — Wiesz. — Uważasz ja znam . — Człowiek się starzeje.

— Tkliwość uczuć zmienia człowieka. Najlepiej obrus albo żelazko elektryczne. Wpadnij do mnie do redakcji. — Nie — powiedział szybko Moryc. — Piłeś wódkę. póki nie zapalę domowego ogniska. To będzie fundament rodzinnej egzystencji. Widzisz. — Odrobinę. — Nie będziemy grać w brydża. mam na ciebie innego sposobu. — Jak chcesz — rzekł Kolanko. Kuba usiadł przy nim. że obdarzony jest niezwykłą przenikliwością umysłu. który pociągnął zdrowego haka. — Dla ubogich… — rzekł z uśmiechem. Czekaj na wiadomość ode mnie. Kuba skręcił w Marszałkowską i” wszedł do „Krysieńki”. Tylko wiesz… coś takiego dla mnie… Referencji mi brak. Albo drużbą. daj mi znać. Kubuś przepadał ostatnio za brydżem. a ciągle tuż obecnym. — Kto wie… — powtórzył. było mu w tej chwili Wesoło i zdawało mu się. między oknem a lśniącą niklem aparaturą do parzenia kawy. siedział Kolanko czytając gazetę. Przy brzydkim stoliku. — Zaryzykuję — rzekł. Nie. zaciągając się głęboko papierosem — czy mnie właśnie nic o to chodzi?… Ona mieszka w Aninie — dodał naraz. — Mogę być świadkiem. przed którą nic nie jest w stanie się ukryć. bez wyraźnego związku z rozmową. — Winszuję — rzekł Kubuś. nie opuszczając gazety. jako też zaświadczeń z dotychczasowej pracy. Pustą butelkę postawił pieczołowicie w kącie bramy. — W porządku — rzekł Kuba. Chcę z tobą porozmawiać teoretycznie. trzeba utłuc parę groszy. jakby wyprostowane po wódce. Wolę nie. — To nie jest takie proste. Za każdą wódkę pozbawiam cię brydża. dobrze? — Kto wie? — rzekł miękko Moryc Rysy twarzy mu złagodniały. to jest jedyny fart. — Zgoda — rzekł Kubuś — gdzie cię szukać? — W przedsiębiorstwie — rzekł z grymasem ust Moryc — na tyłach kina „Atlantic”. Nigdy nic nie wiadomo… Jak będziesz o czymś wiedział. Znowu robię w biletach. — Spóźniłeś się — rzekł Kolanko. — Nie wpadnę. Jak chcesz? Kupię wam prezent ślubny. — Załatwione — rzekł Kuba — muszę iść.dziewczynę. jak to czynią ludzie myślący intensywnie i dużo o kimś odległym. — Trochę — przyznał Kubuś. Nie czuł jednak teraz ogromu straty. po czym wolno wypił resztkę wódki. Kuba spoważniał. — W ciągu tygodnia postaram się dać ci odpowiedź. Ale tym razem jest jakoś inaczej. . — Trudno — westchnął Kubuś. pod odrapanym z tynku murem. jaki został… Podał butelkę Kubusiowi. Wyszli z bramy i podali sobie ręce. Poprawił seledynowocytrynową muszkę i spytał swobodnie: — Pan redaktor miał coś do mnie? — Owszem. Wódka zakreśliła czerwone koła pod jego piwnymi oczyma. Wyobrażam sobie… — Czekaj — przerwał Moryc. — Okrucieństwo zawsze przeważało w pana charakterze. Ostatecznie trochę ciała to nic nowego.

W bramie. u jego ciotki na Chełmskiej. Kuba zamyślił się. mieszkałem kiedyś nawet. Może go pan sobie nawet przypomina. — Nie mamy. coś sobie przypominam… . przychodził jeszcze parę lat temu do nas do redakcji. szumu przed kasami biletowymi. co się wokół nas dzieje? — Rozumiem doskonale. — Ten Stefan… Starzeje się. Stary kumpel. mówiąc. przy ulicy Widok… Pseudonim: Moryc. do tajemniczych konwentykli ciemnych sylwetek w resztkach ruin Chmielnej i Złotej. — Niestety — dodał ze smutkiem. Koniecznie. notować i w odpowiedniej chwili… — syczał Kubuś z entuzjazmem. sztucznego tłoku. Nic mnie tak nie pasjonuje. Coś. — Nie dalej jak pół godziny temu zrobiłem ćwiartkę z jednym z rekinów warszawskiego rynku biletowego. Mam doskok — rzekł Kuba. aby znów położyć rękę na pulsie? — Mam! — krzyknął Kuba. po czym dodał: — Panie redaktorze. — Okazuje się jednak. a raczej kto. że prasa ma zawsze wpływ na to. — Co? — zawołał Kuba. szwung… — Stefan nic nie traci. po czym uczynił efektowną pauzę. — Czekaj. — Nie najgorzej. Taki jeden Wiesiek Mechciński… — Mechciński?… — zastanowił się Kolanko. — Nie uderza cię przeto. przenikać. nie mamy na to żadnego wpływu. usadowić pod powłoką. jak… — Nie wygłupiaj się. — — Otóż to. W ciągu tygodnia służę panu rewelacyjnymi materiałami. — A przecież trzeba zacząć działać… — Trzeba. Chociaż coś częściej uderza innych. jak na jednostkę w oparach nałogu. Do koników. — Do afer wokół przemysłu widowiskowego i rozrywkowego. Wracamy do zapomnianych ostatnio afer. czujnie rozglądać na prawo i lewo. na samym początku. kapujesz. traci polot. — Nikt cię o nie nie pyta. — Niezłe — rzekł cicho. aby odzyskać tracone z dnia na dzień wpływy i znaczenie. jednym słowem: do nadużyć biletowych. brawurę. — Penetracja! — Właśnie chciałem ci to przed chwilą zaproponować — rzekł spokojnie Kolanko. Piszemy! Hura!… — Pomyśl: czy to zależy ode mnie? — Bynajmniej — rzekł Kuba. wgryźć się. do pokątnych sprzedawców i temu podobnych spraw. pamiętać. To my jesteśmy pacany i zołzy… — Niech żyje samokrytyka! — Co za lamus… — jęknął Kolanko — chłopczyno. że ocaliłeś resztki swej kory mózgowej przed żrącym działaniem spirytusu. — Wśliznąć się. Jestem zresztą tego samego zdania. wiedzieć.— Przepadam za teorią. Trudno wierzyć niedorostkom zamroczonym alkoholem — mruknął Kolanko. 1 my. do zakamarków CDT–u. a raczej ktoś — dodał Kubuś figlarnie: — Tylko że my nie mamy pojęcia co. co ja chcę powiedzieć. załatwione. Czy ty rozumiesz. widzieć. — Masz plan? — Nic. że coś jest ostatnio nie w porządku? — Uderza. zastanów się: co czynić.

dobrze? . — Idziemy. Byłeś i tak przewidziany na czwartego.Zamajaczył mu długi korpus. na ławce trzynastego komisariatu. nakryty welwetową kurtką. Po czym doszedł go odgłos własnych myśli z tamtego momentu. Tylko nic licytuj po wariacku. wobec tego wybaczam ci dzisiaj i anuluję karę. gdy wpatrując się w okrwawione bandaże i plastry zadał sobie pytanie: „Skąd ja znam tę twarz?” — Wstawaj — rzekł Kolanko.

„Ciekawym. oryginalnego. Kiedy się tak jeździ w kółko. Stare już za małe. twarz ta była twarzą pozytywną. Ważne. taka sama mundurowa czapka. jak dawniej… Na tych imieninach u wuja Bączka nie wyglądała najlepiej… Ale co tam. jak zasadniczym i podstawowym akcentem tego wyglądu była czapka. — Takie nogi to majątek… A Halina zapracowana… Dzieciaki. modnie ubrana dziewczyna. że jej jedwabisty wąsik zdradza objawy pewnego przerafinowania. „Uuuch. nie mógł oprzeć się uczuciu niejasnej przyjemności. pięknie związaną na jego szyi i wpuszczoną efektownie w rozpięty kołnierz munduru. kwietniowe popołudnie za oknem nastraja człowieka gderliwie „Co z tymi pogodami? — myśli Eugeniusz Śmigło. wymalowana. tak samo brudnoszara i z czerwonyirr sznurkiem. szatańsko smukłych nogach i patrzy z uznaniem na szalik Eugeniusza Śmigły. w sobie całą gamę znaczeń. pochmurne. — Cholery można dostać… Kiedy się nareszcie zrobi ciepło?” Pani z dwojgiem małych dzieci. Pod czapką widniała twarz młoda. na pierwszy rzut oka. o długich. nieważne. że dla mnie — jest pierwsza gwiazda ekranu. zaś jej szczęśliwy posiadacz zwał się Eugeniusz Śmigło. gdy zbliżywszy się ku przodowi zafrapowany tą barwnością obserwator stwierdzał. — Halina miała pójść z dzieciakami do szczepienia. wchodząca zgodnie z regulaminem przednim wejściem. Zbyszkowi trzeba kupić buciki. wiedziało się z przemożną pewnością. to i lepiej…” Z tyłu wozu piekli się pyskaty konduktor. wkładając w jej denko druciane sztywniki i formując ją pieszczotliwie dopóty. zawierającego. wyjątkowego fasonu. różne myśli przychodzą człowiekowi do głowy. już tak o siebie nie zadba. na których spoglądamy zazwyczaj bez specjalnego zainteresowania. kuchnia. Jak te bębny rosną… Dostanę premię w tym miesiącu. po nieregularnej elipsie linii okólnej. że mnie się podoba. przyzwyczajeni do ich bezbarwnych uniformów i granatowych koszul. załatwię buciki. jak im dzisiaj poszło? — myśli Eugeniusz Śmigło. jaką noszą setki funkcjonariuszy komunikacji miejskiej. trochę cwaniacka. wesoła. dopóki nie nabrała jedynego. lecz bezsprzecznie bardzo ujmująca: Można by twarzy tej zarzucić.5 Nikt z tłoczących się ku wyjściu pasażerów autobusu linii 100. były to jednak mankamenty nieznaczne. pretensjonalności. kto spojrzał w przelocie na plecy kierowcy wozu. A że inni już tak za nią nie patrzą. Wysiada zgrabna. Ten szofer budził sympatię. taka wrażliwa. jak dawniej. Marysia będzie gorączkować. zaś szofer oglądany od tyłu i wywołujący w ludziach przychylną aprobatę nie należał z pewnością do szarej masy szoferów autobusowych. trochę lekkomyślna. a przecież — jakże inna! Od razu. wrażenie takie gasło jednak. I sweter dla Haliny”. Ogólnie biorąc. choć kłopotliwe. z każdym pasażerem . Zimne. przypomina sprawy milsze. Z tym szoferem było inaczej: już z głębi wozu dostrzegało się kolorową chustkę. których mogliby się czepiać co najwyżej pedantyczni nudziarze. Okrągła czapka z warszawską Syreną nad daszkiem. mogło się to wydawać nadmiarem fantazyjności. że nad tą czapką właściciel jej spędził niejeden wieczór modelując ją ze smakiem i znawstwem. ale podwozie! — myśli Śmigło z radością i uśmiecha się do dziewczyny.

zaś Geniek ruszył z przystanku. placem Saskim. Skurczyk oszukiwał pasażerów przy wydawaniu reszty.16 na przystanku przy alei Niepodległości wsiadła do autobusu grupa złożona z siedmiu młodych mężczyzn około lat dwudziestu. że tędy chodzi setka! To lekceważenie! To skandal!… — Geniek Śmigło rzekł: — Nie moja wina. kręci lewarek pneumatycznych drzwi. Nowym Światem. Lecę o czasie. jakby siedział na wyścigowym „Bugatti”. wreszcie wpadli w gruby. po kursie. wciska sprzęgło. włącza. przycichł jakoś. to nie wywieszajcie. plac Unii Lubelskiej.47 nie różnił się niczym od poprzednich. którego arogancja względem kobiet z dziećmi na ręku i starszych panów stanowiła klasę samą dla siebie. że zachowywali się szczególnie Hałaśliwie. Nowy Świat. żółte i czerwone sygnały uliczne migocą w oczach. Teraz nie można. Osiem godzin. naciska gaz. Pan zapewne na randkę. a gdy mu zwracano uwagę. Czasami dłużej. daje zbyt wczesny sygnał do ruszania z przystanków. Młodzi ludzie byli najwidoczniej pod wpływem alkoholu. zatrzymuje się na przystankach. Aleje. No i mówił — potok najwyszukańszych przekleństw i plugastw. auta osobowe plączą się pod kołami. Przejazd o godzinie 19. Grójeckie nasienie” — myśli z pogardą on. O godzinie 20. źle przecina abonamenty. czerwonej. W tym piekle człowiek pracować nie może! — I bez słowa protestu zwracał zakwestionowane grosze. bez nakrycia głowy.ma awanturę. „Ten Skurczyk! — wzdycha Eugeniusz Śmigło ze złością. — Powiem mu. złapał za klapy jesionki drugiego. zamyka. placem Teatralnym i znów chwila wytchnienia przy Świętokrzyskiej i Marchlewskiego. szoferskich sformułowań nieuważnym przechodniom lub niezręcznemu kierowcy. Jakiś młody człowiek napadł na Smigłę: — Godzinami stoi się na przystanku i czeka! Co jest. wywołują odruchowe gesty. nie wyłączając owego młodego człowieka. Skurczyk. a nie na olbrzymim. psiakrew! Ale chamidło! Przyjedzie taki do miasta gdzieś z Kobyłki na robotę. nie znaczy to bynajmniej. i od razu pysk mu rośnie. rdzenny warszawski rodak i szofer. według rozkładu. Zielone. co o nim myślę. wołał krzykliwie: — Przepraszam. potem całkiem głośno. plac Zwycięstwa… I tak w kółko. w sposób znamionujący poważne zmęczenie. zmienia bieg i jedzie — Alejami. każdy ma do niego pretensje. Minęła już pora dużego tłoku. Jeden z nich. ciężkim „Chaussonie”. przeliczyłem się. co? Spróbujemy nadrobić… — dodał z uśmiechem i wszyscy wkoło uśmiechnęli się. do jasnej cholery? Jak nie macie wozów. schrypły. hamuje. o ogromnej. w zajezdni. która usadowiła się na wolnych ławkach w tyle wozu. o rozrzuconych strąkach brudnych blond włosów. i znów Koszykowa. starał się nie zwracać na siebie uwagi żądaniem opłaty za bilety i siedział niepozorniutko na swym konduktorskirn wzniesieniu przy wejściu. I jedzie. o nie — siedzieli raczej ponuro i tylko od czasu do czasu odbiło się któremuś donośnie. czasami trzeba się wychylić z okna. i trząsł nim z całej siły. zardzewiały od wódki wrzask. Solidarność. a w autobusie były wolne miejsca i unosił się nastrój wypoczynku. Nowowiejska. tępej twarzy. machnąć mijanemu koledze ręką lub posłać wiązankę kwiecistych. pełen wyrazów budzących najbardziej odrażające skojarzenia popłynął z jego ust w podłużne wnętrze . Na placu Unii Lubelskiej młodzi ludzie zaczęli się kłócić między sobą: początkowo dość głośno. odpowiada opryskliwie i obraźliwie.

mężczyźni w średnim wieku i troje staruszków w ciężkiej żałobie. Było już ciemno. W autobusie siedziały dzieci i młode dziewczęta. czego dowiedział się autobus w natłoku wystrzeliwanych z szybkością karabinu maszynowego obmierzłości i pomyj. Za plecami Genka działy się rzeczy duże. Geniek przyhamował na przystanku przy Nowym Świecie i rozglądał się . wyrwała ich gwałtownie z tego stanu smutnego zamyślenia. Nikt się już nie próbował przeciwstawić. ale facet w berecie odwrócił się do niego i w przeciągu kilku sekund tak go dokładnie opisał oraz z taką stanowczością zadeklarował. to byłoby nudne. zatrzymam wóz — myślał szybko i sprawnie. — Nie będę się przecież z nimi bił… — rzekł cicho do stojącej przed nim przysadzistej kobiety. Cały zasób elokwencji brudnawego blondyna wydał się naraz nędzną freblówką wobec uniwersyteckiego poziomu oracji gościa w berecie. żeby warszawscy ludzie zmienili się od razu w aniołów. który rozdarł się jeszcze głośniej i pchnął mocno owego młodzieńca. to oho! Ja bym im pokazał! — Jakiś młody człowiek przechodził do przodu i otarł się leciutko o faceta w berecie. jakby wracających właśnie z pogrzebu kogoś ukochanego. to nie znaczy. nie wolno im schodzić z posterunków. cechy charakteru i wygląd obydwu przyjaciół przemawiającego. To. co sądzi o obecnych współpasażerach z autobusu linii 100. to fakt. — Kiedy wreszcie będzie spokój w tym mieście?… Spokój. przeszło wszelkie oczekiwania. — Proszę pana. jakby usprawiedliwiając się. niż zazwyczaj miewają berety. a mogę się jeszcze narazić na obrazę munduru… Gdybym był po cywilnemu. Na twarzach ich odbił się ból. Ale takie numery to trochę za dużo”. którą posłał brudnawy blondyn w przestrzeń autobusu. paliły się lampy uliczne. że pan ów przysiadł. Ale Geniek też był kozak i wiedział. jakby cuchnąca plwocina zawisła w powietrzu i okleiła im twarze. donośnym dyszkantem. że liczy pieniądze w torbie. Z kolei wstał wysoki. Wszyscy pochylili głowy i starali się wydać jak najmniejsi na swych siedzeniach. odciągnął brudnawego blondyna i zaczął przemawiać doń piskliwym. Staruszek w żałobie powiedział: — Przecież tu są dzieci… — Siedzący w środku oficer straży pożarnej rzekł do swej towarzyszki z zażenowanym uśmiechem: — Jestem w mundurze.autobusu. — Może by tak milicjanta… — szepnął ktoś z przodu wozu. Skurczyk udawał. Na odcinku od Pięknej do placu Trzech Krzyży nie było jednak milicjanta. „Jak tylko zobaczę milicjanta. może pan… — próbował odezwać się ze środka wozu jakiś starszy mężczyzna. — Zatrzymać wóz! — powiedziała energicznie ta kobieta — dość tego! — Wtedy ten w berecie zaczął miotać nowe wyzwiska. niestety. mających sprecyzować pochodzenie. „Pech — myślał Geniek — tych spod ambasad nie ma co wołać. co nadawało mu kształt zgoła inny. starzy ludzie siedzieli pogrążeni w cichym smutku i pierwsza wiązanka kwiatów polskich. chyba przy dużej i ważnej drace”. Sam nie dam rady. o nie. Nikt. Nie mogę nic zrobić. prócz Genka Śmigły. których większość dotyczyła jej przysadzistej postaci. Wszyscy poczuli się. Młodzieniec powiedział nieśmiało: — Przepraszam — i posunął się dalej. ale raczej nieważne. że nic tu nie pomoże efektowne ryzykanctwo. oblany gorącym pąsem nic zasłużonej krzywdy. chudy gość w czarnym berecie na czubku głowy. beret ten miał artystycznie wymodelowane wgłębienia po obu bokach. na którą nie ma sposobu.

oparł się o maskę wewnętrznie umieszczonego silnika i rzekł cicho do Genka: — Będzie draka… Uważaj. stał tuż obok wejścia do autobusu. pięciu jecHalo dalej. Ów gość w berecie postanowił widocznie opuścić autobus: właśnie opuszczał go tylnym wejściem. wypełnił sobą cały niemal tył wozu. Olbrzymi pan. odtrąciwszy bezceremonialnie jakąś wsiadającą panią. — Zwyczajnie — rzekł spokojnie Geniek. — Jak oni to zrobili? — zdenerwował się Skurczyk. czujnej wyrazistości. obfita. który właśnie płacił usłużnemu Skurczykowi. za nim — ten w berecie z jeszcze jednym. Skurczyk powędrował do przodu. nieświadomym tego. co się z tyłu za nim dzieje. Rozglądanie zostało przerwane wybuchem regularnej awantury. Wszyscy wyjrzeli przez okna po prawej stronie: facet w berecie. skoro pochylał się jeszcze w celu skarcenia wysokiego młodzieńca. pchnął leciutko faceta w berecie i wsiadł do autobusu. że pan ów nie tęskni do pomnikowej surowości. z tyłu wozu — zwarta grupa siedmiu milczących. marzycielskie oczy łagodnego szatyna oraz ów kołnierzyk zdradzały od razu naturę romantyczną. widoczny spod rozpiętego płaszcza. Dwa szczegóły charakteryzowały specjalnie jego zewnętrzność: pielęgnowane. lecz jeszcze obrzucić ją brzydkimi wyrazami? Jak można? Będziesz tak jeszcze? — Po czym puścił ucho. plecach i piersiach. niemniej obraz nie znikał: facet w berecie stał trzymany za ucho jak dziecko i krzyczał z bólu. Wprawdzie wyczuwało się na nim spiżowe zwały mięśni na ramionach. Wraz z jego wejściem sześć tonących w alkoholowej abnegacji postaci jakby otrzeźwiało momentalnie i rozpoczęło ciche między sobą szepty. długie bokobrody i rozchylony kołnierzyk a la Słowacki. Wszyscy w oknach przecierali oczy ze zdumienia i szyby z przyśpieszonych oddechów. lecz nie posągowa. okalające oblicze dorodne. chłopak nic ułomek. wielka i masywna. lecz raczej skłania się ku łagodnym urokom bytu. nie przeprosić. krzycząc jak chłopiec. Geniek Śmigło ruszył ostrym zrywem z miejsca. skłonną do cichych zamyśleń. i jakby pogrążonym w zadumie. Zapłacili beż słowa i usiedli tuż za panem z baczkami. Te miękkie. niemniej jednak lekko zaokrąglony przód jego płaszcza wskazywał na to. wykręcając mu ucho jak nieletniemu smarkaczowi. Na rogu Królewskiej Skurczykowi wyszły oczy na wierzch ze zdumienia: do autobusu wsiadł facet w berecie wraz z tym. okrągłe i lśniące jak księżyc w pełni. pięknie obrysowane baczki. Była to postać wspaniała. zaś wzrok. nabrał specyficznej. Leciutko pchnięty rąbnął o bliską w tym miejscu ścianę domu i za chwiał się na nogach. Na przodzie siedziało dwóch żołnierzy z dziewczynami. te kozaki… — W krótkich słowach poinformował Genka o sytuacji. uczuć tkliwych i szlachetnych. który wysiadł przy Ordynackiej.gorączkowo: w tym ożywionym punkcie należało wreszcie przejść do kontrakcji. — Złapali taksówkę. w środku — pan z bokobrodami. niegrzeczny chłopcze! Jak można potrącić starszą damę. wśród których z tak nieporównanym wdziękiem żył ongiś pan Samuel Pickwick. Nad nim pochylał się ogromnego wzrostu i ogromnej tuszy człowiek. zaś pochylony nad nim masyw mówił głośno: — Ach. gdy rozległ się krzyk. prawości. barczysty i wysoki. ty niewychowany. jakim pięć par oczu obrzuciło potężne plecy siedzącego w środku wozu pana. Musiał to być rzeczywiście gigantycznych rozmiarów mężczyzna. . Jeden z nich wysiadł przy rogu Ordynackiej. Przy placu Teatralnym wóz opustoszał.

czerwonej twarzy wskoczył na siedzenie i potężnym kopnięciem w omotaną workiem głowę zwalił go z siedzenia w wąskie przejście między ławkami. to zamknę drzwi. i wbijało obcasami leżącą postać w żelazną podłogę autobusu. Leżący jeszcze ciągle na podłodze skopany olbrzym niezdarnie zdzierał jedną ręką worek z półprzytomnej głowy. które położył pod kierownicą: widział w ten sposób wnętrze wozu za sobą. masyw ogromnego ciała tkwił nieruchomo. wątły kształt. nieoczekiwanym bólem. Na stopień wejściowy wozu wskoczył jakiś ciemny. Geniek Śmigło wyskoczył jak z procy. zaczął charczeć. Facet o wielkiej. Maniek!… W rękach jednego z siedmiu ludzi znalazł się nagle worek. Rozległ się trzask rozłamywanych tylnych drzwi. drugą trzymał faceta w berecie za gardło. z wielkim francuskim kluczem w ręku i rzucił się do tyłu. Żołnierze podszczypywali dziewczęta i rozmawiali z nimi cicho. kopniakami. zgodnym ruchem wpakowali worek na głowę pana z baczkami. Geniek przesunął kieszonkowe lusterko. — Na ryło! Ładuj. poczuł na swej szyi ciężar złomu skalnego. Żołnierze poderwali się ze zbaraniałym wyrazem na twarzach. Po lewej stronie karku czuł narastający ból. oplatany wiązaniami ławek. nie ma rady” — pomyślał z determinacją. kłębowiskiem razów i nagłym. nie wiedząc. Geniek wzniósł klucz do ciosu i przewrócił się na leżące ciało. Autobus wjecHal na plac Grzybowki. Skurczyk usiadł na swoim miejscu i zapalił nerwowo papierosa. — Skurczyk! — krzyczał Geniek drżącym z wysiłku głosem — zamknij drzwi i nie wypuszczaj tego łobuza! — Skurczyk nie ruszał się z miejsca. w brzęku dygocących szyb. zapuścił motor i wyprysnął w słabo oświetloną ulicę Twardą. Oczy faceta w berecie wyszły z orbit. — Skurczyk! Trzymaj drzwi! — krzyknął po sekundzie Geniek.skulonych facetów o postawionych kołnierzach. — W makówkę! — krzyknął nagle facet w berecie. które krzyczały: — Nie! Ziutek! Nie. uspokój się!… Mirek! Błagam cię! — Siedmiu ludzi kopało. Ogromna ręka zwierała powoli palce. Wtedy rozległ się zgrzyt hamulców. „Jak zaciśnie… to koniec!” — przemknęło przez ogarnięty paraliżującą paniką mózg faceta w berecie. zabłocona podłoga pulsowała mu w oczach . dziewczyny w czasie bójki siłą wyciągnęły oszołomionych żołnierzy. ciasnotą. czy trzymać wyrywające się dziewczyny. Jak przez mgłę usłyszał krzyk: — Chodu!… I resztą sił schwycił kogoś za nogę. minął go i zbliżał się do Ciepłej. wparty z całej siły w okno Skurczyk zdawał się szeptać zbielałymi wargami: — Proszę… Proszę… — ściskając oburącz torbę z pieniędzmi. Chciał krzyknąć. z rękami w kieszeniach. Skurczyk zamiast krzyknąć. Pan z bokobrodami marzycielsko drzemał. Facet w berecie usiłował podnieść się i wyrżnął głową o żelazną podstawę siedzenia. lecz głos uwiązł mu w krtani. żelazna. nie idź… Ziutek. Jednym skokiem dopadł swego miejsca. co go znów zamroczyło. czy rzucić się w wir uderzeń i ciosów. Poczuł silne kopnięcie w kark i w oczy. „Jak będzie heca. bolesne sapanie. Gdy po sekundzie gramolił się z ciasnego labiryntu wiązań i armatury wyposażenia wozu. zamroczyło go na chwilę. zapluta. przytomniejąc. blady ze strachu. Błyskawicznym. W wozie nie było już nikogo. z worka rozlegało się potężne. jak to w zwyczaju: — Panie! Do środka! Proszę za bilet… — ukrył twarz w dłoniach. Geniek leciał przez Twardą po kocich łbach. który za drugi koniec uchwycił brudnawy blondyn.

zaś facet w berecie skoczył na równe nogi. który runął do przodu. I krzyknął — Skurczyk! Lecimy do zajezdni. Minął przystanek bez chwili wahania. którą z całej siły uderzył podrywającego się Genka w głowę. plując spoza nastawionych kołnierzy wokoło. na jezdni stworzył się zator. Zwierające się palce rozluźniły wolno uchwyt. naciskając desperacko gaz. gotowych na wszystko. Ręka puściła. — Zawołać Pogotowie? — spytał Geniek — . Czując konwulsyjne podrygi hamowanego wozu facet w berecie błyskawicznie zatopił zęby w trzymającej go za szyję ręce. A w zajezdni porozmawiamy z tym w berecie”. „Coś mi uszkodzili — pomyślał z troską. mimo że stało tam kilku innych pasażerów. sztywną czapkę. Kiedy autobus przewalił się obok nich z łoskotem. nie schodząc zajadle z tropu. Przy zbiegu Żelaznej i Leszna Geniek musiał przyhamować. „Ciekawe. w ręku jego błysła pełna butelka wódki. dranie… Żeby tylko Halina się o mnie nie niepokoiła”. czy jeszcze gonią?” — pomyślał Geniek. sześć postaci skoczyło jak jeden mąż w bok. z rękami w kieszeniach. brzęczącym dygotem. — czekało na autobus. autobus pędził z ogłuszającym. „Szaleństwo!” — pomyślał Skurczyk z obłędnym strachem i zamknął oczy. gdy tylko ostatnia z sześciu postaci zawisła na poprzeczce platformy. zmierzwione bokobrody nadawały jej wyraz żałosny. Nie byłoby to w żadnej mierze wykonalne. czy ktoś stoi na stopniu. ostatecznie Skurczyk nie wiedział na pewno. Po drodze nikt z tego pudła nie wyskoczy. Będą się mścić. Geniek poczuł tępy ból. pan z bokobrodami krzyknął. albowiem dorożka bagażowa o wyładowanej ludźmi platformie trzymała się tuż za autobusem. Stała tam dorożka bagażowa — niewielki samochodzik z platformą z tyłu. — Znajdujemy się w oblężonym autobusie. długie cielsko chaussona skręciło raptownie w Żelazną. W zewnętrznym lusterku nic nie było widać.wraz z krwią. „Żadnych milicjantów teraz — myślał Geniek Śmigło — wszystko w zajezdni. szarpnął z łoskotem przednie drzwi i wypadł na ulicę. Zresztą było mu już najzupełniej wszystko jedno. — Nie mogę prowadzić”. gdyby pan ten nie zebrał w końcu trochę sił. nic przyszedł wreszcie do siebie i nic dźwignął się sam na siedzenie. przechylił się z wysiłkiem przy kole i czerwone. Ból w karku promieniował na obojczyk. z worka wyjrzała spuchnięta. opartych swobodnie i malowniczo o słupek przystanku. Przy Dworcu Głównym sześć postaci z rękami w kieszeniach. Wstał nieco chwiejnie od kierownicy i usiłował dźwignąć pana z baczkami w górę. niegroźny. Geniek wcisnął sprzęgło przed przystankiem na rogu Złotej i Żelaznej i — nagle puścił je szybko. machających ku niemu rękami z wściekłą goryczą. rzucił się do przodu. Nacisnął gaz. nie był w stanie uczynić najmniejszego gestu. mokra od krwi i potu twarz o oczach skrzywdzonego dziecka. zaś siła ciosu została w dużej mierze zamiłowana przez wspaniałą. po prawej stronie. — Skurczyk nie odpowiedział. regulującego ruch milicjanta i — przechodniów. godny politowania. „Oblężenie — pomyślał Geniek. Na przystanku w mdłym świetle latarni stało sześć osób w podniesionych kołnierzach. stał się bardzo ostry i dojmujący. — Auuu! — i spojrzał trochę ślamazarnie wokoło. czy nie. budząc zdumienie w spojrzeniach tramwajarzy. dopiero po paru minutach powtórzył głośno: — Jedziemy do zajezdni! — Wiszący na tylnym stopniu ciemny kształt zdawał się być przywidzeniem. lecz natychmiast oprzytomniał: spływająca z czapki wódka paliła mu oczy i wargi.

Mogą jeszcze panu zrobić jakąś krzywdę. że nie jest tak łatwo go zabić. ciemniał ogromny kompleks autobusowej zajezdni. nie ma prawa żyć gdzie indziej. w podmuchach wiatru i pod bezgwiezdnym stropem — nieba. zwłaszcza teraz. że zostaniemy przyjaciółmi — rzekł serdecznie. Pojadę z panem. — Nic. może czepiający się wozu chłopak. teraz ja czuwam przy pana boku. oświetlonym kołyszącymi się w górze na przewodach dziesiątkami silnych lamp. pośrodku pola stał nieruchomy pług mechaniczny. pełne wzgórz i dolin sformowanych ze zwałów ceglanej stłuczki. Z tyłu ruszyła za autobusem linii 100 dorożka bagażowa. Przestrzenie za budowami przecinała ciągnąca się aż ulicą Zamenhoffa bocznica kolejowa: pomiędzy Inflancką a Nowotki rozciągało się rozległe pole. wypukłym dachu. jak mnie ten szoferak złapał za skok… Zapłaci się teraz tym lamusom… ten kierowca. minął boksy do przetaczania ropy i smarów i podjecHal pod olbrzymi hangar o półkolistym. Geniek uśmiechnął się ze złośliwą ironią: — Panie. Geniek usiadł za kierownicą. bo upadłem na tego wielkiego. przygryzł wargę z bólu. zakręcił na szerokim rozjeździe. — Czy wysiądzie pan teraz. Wierzę. nie — powiedział — proszę sobie nie sprawiać kłopotu… Już jest dobrze. wyciągając rękę. na ulicy Inflanckiej. który tkwił niezłomnie na czubku głowy. takie rozmowy i sceny nic mu nie mówiły. niewielkie oczka spojrzały na Genka z łagodną wdzięcznością. będę o pana pewniejszy. Odetchnął głęboko. z których tworzyły się ceglano — piaskowe diuny i wydmy. Ruszył pan mi na pomoc ze szlachetną odwagą. — Pojadę z panem — rzekł nieoczekiwanie pan z baczkami — jest późna godzina. czy podrzucić pana kawałek. na miękkie. Ciemność. — Nie bądźmy dziećmi… — zaczął Geniek — jesteśmy przecież w mieście… — Pojadę z panem — powtórzył stanowczo pan z bokobrodami. Czuć . autobus ruszył. rozwalony na ławce w środku wozu. — Jestem panu winny wdzięczność. liczył obojętnie pieniądze. nieporadny wychowawca. Lecimy do zajezdni — rzekł Geniek. jak w szpitalu… Inaczej nie mamy się co pokazywać obywatelowi Kudłatemu. W głębi. uważacie. jakby przepraszając. ujmując koło. Takie niesforne wisusy… — powiedział miękko. jak dobry. kij mu w oko. Skurczyk nie zwracał na nich uwagi. panie… — Śmigło… — rzekł trochę oszołomiony tą staroświecką rycerskością Geniek — Eugeniusz Śmigło… — Moje nazwisko brzmi Kompot. Na stopniu wejściowym majaczył jakiś niepozorny kształt. — Jestem szczęśliwy z poznania pana w tak niezwykłych okolicznościach. w nocy. Możemy od razu do łopaty po takiej zasypie… — i poprawił wierny beret. ogromny pies z rasy świętego Bernarda. o mało pana nie zabili. w życiu nie słyszał o Walterze Scotcie ani nie czytał „Rodu Rodriganda”. — O nie. jego niebieskie. Autobus przejecHal Leszno i skręcił w Nowotki: minąwszy Muranów jecHal dość wolno wśród nowych budów i pustych połaci dawnego getta. ogrom i pustka hangaru sprawiały wrażenie przeraźliwe. Za dnia orał tę ceglaną pustynię pasmami bruzd i skib. Geniek wjecHal przez szerokie wloty w betonowym parkanie. Pomiędzy sześciu postaciami o nastawionych kołnierzach siedział facet w berecie i mówił: — Butelka się nie zbiła. to nie tak łatwo! — uśmiechnął się tkliwie pan z baczkami. a imię Fryderyk — przedstawił się pan z baczkami. pierś jego wzniosła się miarowo jak parowy tłok.a może milicję? A może podwieźć pana do Pogotowia? — Potężny pan z baczkami potrząsnął kilkakrotnie głową jak wychodzący z wody.

Rozsądnie — pochwalił kancelista w szarym fartuchu. walczył cicho. — Czy zawiadomić milicję? — zapytał odbierający raport kancelista. Zataczając się jak otumaniony.było olejami i zimnem żelbetowej hali. posłyszał czyjeś stęknięcie i poczuł ustępującą pod owiniętym izolacją ołowiem kość. wyrwana z murarskiego oszalowania. — W każdym razie dobrze pan zrobił. Geniek zgiął się błyskawicznie do drugiego ciosu. Ból w obojczyku stawał się coraz silniejszy i dokuczał mu bardzo. — Po co? — rzekł obojętnie Geniek. gdzie złożył dyspozytorowi ruchu sprawozdanie z zajścia i wziął skierowanie do lekarza. Znów rozległ się krótki gwizd. Ścisnął mocniej trzymany w ręku metr grubego kabla w twardej izolacji. Kompot wzdrygnął się. Po kilkunastu krokach wzdłuż drucianego. Wielki i długi chausson wyglądał na tle tego hangaru jak włożona do dziecinnej szuflady zabawka. chociaż tak bardzo wiedzieć nie chciał. w kierunku świateł na Nowotki. twardo. nieodpartej sile równo pracującej maszyny. konwulsyjne drgawki jednej z nich wskazywały na stan ciężki. że Geniek pada. przygiął się pod tym ciosem i pochwycił jeszcze kontur wzniesionej ponownie do uderzenia w górę deski. nabita gwoździami deska. Gdy opuścili krąg licznych lamp znad rozjazdu. zaś każdy wstrząs jego korpusu kończył się czyimś jękiem z ciemności. wielka. Wokół siebie raczej wyczuwali. Wokół na asfalcie lśniły w blasku lamp tęczowe plamy rozlanej mieszanki benzynowej. Wyszli razem z zajezdni. gdy nagle mignęło mu przed oczami coś podłużnego: nim zdołał zrozumieć. że zjecHal pan z kursu z tym naruszonym obojczykiem. Śmigło i Kompot szli milcząc przed siebie. czarne koty do środka. Kompot przeistoczył się błyskawicznie i nie do poznania: marzycielska miękkość ustąpiła w jego sylwetce flegmatycznej. spadła mu z wściekłą siłą na ramiona i kark. odgiął ręce i rozejrzał się wokoło: obok niego na ziemi leżały trzy postacie — dwie rzęziły i chrypiały jak w konaniu. czując z rozpaczą. nieustępliwie w ciemność. Szli dalej raczej wolno. usiłując go osłonić. w którym — w wielkiej sali o szerokich oknach — stały stoły i szafki personalne oraz rozlegały się dźwięki passodoble z radiowęzła. Było tu pusto: Śmigło wyjął ręcznik i mydło ze swej szafki i zaprowadził Kompota do umywalni. Resztką świadomości pomyślał: „Krzycz! Przy bramie jest uzbrojony wartownik!” Lecz było już za późno. Poczuł straszliwy ból. że opuszczają go siły. Zdwoił robotę ramion. niż dostrzegali obecność czających się ludzi. w . Trzecim był Eugeniusz Śmigło. leżący w brudzie i kurzu ulicznego bruku. Osłonił głowę ramionami i czekał sekundę. lecz pewnie. Fryderyk Kompot czekał odświeżony. o której Fryderyk Kompot wiedział. jedynie lekko przyśpieszone oddechy ujawniały ściskające im serca napięcie. Geniek zamachnął się krótko kablem. Skurczyk gdzieś znikł. gdy nagle poczuł rozdzierający ból miażdżonego ramienia. Sam poszedł do kancelarii. miażdżącej siły. zaś Geniek z Kompotem przeszli do nie otynkowanego budynku. I nagle siedem cieni pojawiło się ze wszystkich stron i siedem postaci rzuciło się jak sprężone. „Teraz — pomyślał — coś będzie”. siatkowego ogrodzenia usłyszał przenikliwy gwizd. Ale deska nie uderzyła ponownie. Kompot poczuł. głos jego zamarł w bolesnym jęku i Geniek stracił przytomność. zdjęty grozą: ci dwaj leżący o strzaskanych twarzach to rezultat jego potwornej. serce Genka zabiło żywiej. sapiąc nieustępliwie. Nie omylił się.

czy panowie nie potrzebują jakiejś pomocy? — Kto pan jest? — rzekł zduszonym głosem Fryderyk Kompot. jak doniosłe i ponure rzeczy dzieją się tuż obok. ty!… — rozległ się drugi. z przydechem śmiertelnie ugodzonego człowieka: — O. bólu. — Przyjaciel — odezwał się głos spoza drzwi. dokonywały się rzeczy ostateczne. brnął w szutrowe. Jezu… O. Ów ktoś pochylił się nad Śmigłą. dławiące przerażenie. płonące. po chwili znalazł gdzieś wiadro z wodą. dźwięczny. nie kończące się usypiska. Geniek uniósł powieki i ujrzał przed sobą jasne. Tuż przed nim zamajaczył zarys drewnianego baraku dróżnika bocznicy kolejowej.zakrwawionym szaliku na szyi. I trzeci głos. przekleństwa i jęki. a może obrażeń ciała i bólu wyniesionego ze starcia. Jezu… O. o kim Kompot nie mógłby niczego dokładnie powiedzieć. w zgniecionej czapce. wniósł Genka do środka i położył na biurowym stole. kto wszedł do izby. Kompot otworzył kopnięciem drzwi. wyczerpania. Nie dotarła doń nawet potworna cisza. W ostatniej chwili schwycił się w ostatecznej grozie za gardło: — Nie! Nie! — wybełkotał — to szaleństwo! Teraz… To pewna śmierć! — Poczuł rękę strachu. Złapał się za potłuczoną głowę i stał bez ruchu. z dziwacznie. że Kompot doprawdy nie wiedział ani nie widział. który mógł już być tylko wyciem dorzynanego człowieka lub zwierzęcia. Fryderyk Kompot pochylił się nad nim i wziął go jak dziecko na ręce. Fryderyk Kompot ruszył przed siebie z Genkiem na rękach. żelazne śruby czy mutry bębniły obłąkańczo po drewnianej ścianie baraku jak kulomiotowe pociski. Kompot rzucił się. kaleczący. choć surowy głos spoza drzwi. — Chciałem spytać. wyjął chustkę z kieszeni i zaczął cucić Genka. Kompot ukrył twarz w dłoniach i przestał rozumieć. niemal białe oczy. Może był to wynik przedenerwowania. nabrzmiałe śmiertelnym strachem. rozciągającej się wokoło. Kto z kim teraz się bije — tego nie mógł pojąć. że ktoś wszedł. Skoczył do tyłu i złapał za krzesło. — Przychodzę. — Przepraszam — rozległ się cichy. Czyjś głos zawodził rozdzierająco. Wyprostował się i teraz dopiero zrozumiał. rany… O. Kompot opuścił krzesło i do ciemnej izby wszedł ktoś. zdjęty paraliżującą grozą. które zafurkotało w jego ręku jak papier. co się działo i co się dzieje. co się działo za ścianą baraku. ale rozdzierające krzyki z ciemności. Tam. świszczący z wysiłku głos. wykręcał boleśnie zmaltretowane kostki u nóg. Ocknął się na skrzyp otwieranych wolno drzwi. głowa Genka leciała w dół. To już nie była bójka i Kompot sam nie wiedział. Po czym rozległ się straszliwy krzyk. dlaczego ogarnęło go naraz zimne. Zapadał się w ceglane bruzdy. Kompot zataczał się z wysiłku. Maniek!… Mutrami!… Tam leżą!… Śruby… Mutry… — Po drewnianej ścianie baraku załomotał grad miotanego z dziką siłą żelaza. nie mogły pozostawiać żadnych wątpliwości co do tego. aczkolwiek wiedział na pewno. ściskającą mu serce. tylko dalej. Nie przeraził się jednak. Za ścianą baraku trwało zmaganie się na śmierć i życie. chcąc wyskoczyć z baraku. aby pomóc. że walka toczy się nadal. ostry ceglany miał — ta brudna Sahara wydawała się nie mieć końca. pełen wściekłego strachu: — Mutrami go. gdyż . Wtedy usłyszał to. rany… — Ach. dość. którą ucięła owo wycie jak nożem i rozeszła się wokoło jak kręgi uderzonej kamieniem powierzchni stawu. nienaturalnie wykręconym lewym ramieniem. gdzieś w ciemnościach ceglanej pustyni. za drewnianą ścianą baraku. silnych emocji. w grząski.

Ale wiedzieli na pewno. — Nic takiego — rzekł nieznajomy. z namysłem. — Co się właściwie stało? — spytał półprzytomnie. metalicznej mocy — by wreszcie spokój zapanował w tym mieście — dokończył. — Poranili się… — wybełkotał — a pan? — Ja? — rzekł nieznajomy wolno. — Tak — rzekł nieznajomy. . Nie będziemy przeto wzruszać się krwią winnych i zasługujących na karę. Nieznajomy uśmiechnął się. — Panie… — powiedział. Mam nadzieję. iż w ciemnej izbie baraku ktoś uśmiechnął się przyjaźnie i serdecznie. Byłem przypadkowym świadkiem tego zajścia.oczy te patrzyły poważnie. Kompot opadł na krzesło. — Siedmiu ludzi spoczywa pomiędzy ulicą Inflancką a tym barakiem. że zrozumiemy się doskonale i będziemy w stanie wyświadczyć sobie wzajemnie wiele usług. Kompot uniósł się z krzesła wolno i z wysiłkiem. W tę ziemię. tak że mogli sobie dać uciąć głowy za to. potrzebuje pomocy. że mogę panów bliżej poznać. Chciałem wyrazić panom uznanie za ich postawę w autobusie. które leżą tu w dużej obfitości w otwartych skrzyniach koło baraku. tu wokoło. Geniek Śmigło uniósł się na zdrowym łokciu w górę. Słowa te jakby zgasiły w nim wszelką samodzielność. wsiąkło dosyć krwi ludzi niewinnych. Ani Eugeniusz Śmigło. w głosie jego zadźwięczała bezlitosna stal — trudno. ani Fryderyk Kompot nie widzieli na oczy żadnego uśmiechu. z troską. — Ja cieszę się. — Ci ludzie… Przecież oni tam… To straszne! Może ktoś kona. Fryderyk Kompot wstał ponownie. po czym głos jego nabrał twardej. Wszak wszyscy trzej pragniemy gorąco tego samego… — nieznajomy zawaHal się chwilę. Poranili się wzajemnie mutrami do przykręcania szyn kolejowych. Kompot usiadł ciężko na krześle. Niektórzy są ciężko ranni.

CZĘŚĆ TRZECIA .

aby dalej od głosów ludzkich i ręcznych reflektorów. że nie może oddychać. W wielkim prostokącie pomiędzy murami szarzał brudny. zbierając siły. Znowu nic. Raczej wyczuł. Podniósł rękę do głowy i przesunął nią po włosach. wyczuł beret na głowie leżącego. Stanął na niepewnych nogach i od razu rzucił się w bok. jęknął cicho z bólu. niż ujrzał przed sobą niską ścianę drewnianego baraku. Nie mógł pojąć. mutr. wprost na masyw wielkiej budowy. — Masakra… — stęknął ciężko — ale kto? — I rzucił się bezprzytomnie przed siebie. Ocknął się. Leżał przez parę minut na wznak. Zwolnionym. wstał i z wykrzywioną bólem twarzą brodził pośpiesznie w zwałach starego żelastwa. zaklął. wreszcie powstał i poszedł chwiejnie przed siebie. Czuł się złamany. rysującej się szeroko o kilkanaście kroków dalej. cuchnącym ostro wilgotną zaprawą wapienną słupem i zapadł w pół sen. Ręce miał pokaleczone ostrą. Zaczął się gramolić konwulsyjnie. czując. upadł. cisza. oparł się o słup i wyjrzał w kierunku pola: panowała tam martwa cisza. że leżał w głębokim leju. wśród śrub. Usiadł na chwilę. w ciemność. bezbronny. Dopiero znalazłszy się na szczycie pagórzystego usypiska starego. zmaltretowanym głosem. Zawołał cicho: — Maniek! — odpowiedziała mu ciemność i cisza. Rozpaczliwie drżącymi palcami dobył pudełko zapałek. Podciągnął kolana usiłując wstać i znów obrócił głowę wokoło. Przebiegł kilka kroków i runął jak długi. dysząc ciężko. a pół omdlenie. skąd bierze się ten nie do pokonania opór w posuwaniu się naprzód. Potknął się i przewrócił. potknął się. klekocząc zębami o szyny kolejowe. Zwalił się ciężko pod gołym. Wstał z trudem. posuwając się na czworakach.1 Ocknął się. Czuł nieznośny ból w rozłupanej głowie. Czuł straszliwy ból w kolanie. Po chwili potknął się o leżące ciało: macając na oślep rękami. Od strony Nowotki i Żoliborza pędziły małe auta pełne ludzi. bura. przedświtowa ciemność rozdarta została ze wszech stron mocnymi snopami światła ręcznych lamp elektrycznych. Teraz przypomniał sobie. niezręcznym gestem otrzepał . które leżały tu rozsypane wszędzie. rozoranego gruzu. z ogromnym wysiłkiem. szczękając zębami z zimna. pochmurny świt. Zewsząd otaczała go wilgotna. Odetchnął głęboko. ręka stała się lepka od krwi zmieszanej z ceglanym żwirem. Uniósł się z trudem na czworaki i znów zawołał z cicha: — Maniek!… Irys!… — i znów cisza. rozległo się wycie syren i klaksony Pogotowia. ceglaną stłuczką aż do krwi. chory. dźwignął na łokciach i obrócił wokoło. Ogarnął go obłędny strach. Zawołał: — Irys! — zduszonym. Wtedy przypomniał sobie wszystko. pojął. Dźwignął się wreszcie na nogi. postąpił dwa kroki. zapalił jedną i cofnął się ze zgrozą do tyłu: pod beretem zamiast twarzy ujrzał w trzepotliwym płomyku zapałki krwawą maskę. Ryjąc paznokciami wykroty progów kolejowych szarpnął się w górę i przerzucił ciało na drugą stronę toru. zakrętek od progów torowych. zimne żelazo szyn przy ustach i przy nosie wróciło mu po paru minutach świadomość. Łapiąc z trudem oddech przypomniał sobie ów piekielny cios w serce. Okropny ból w prawym łuku brwiowym zamroczył go na chwilę. W tej chwili ogromne pole rozebrzmiało okrzykami i zgiełkiem. zimna ciemność. który wydusił z niego świadomość wraz z resztką tchu.

przedświtowy przymrozek kłuł ostro zmordowane ciało. papierowymi serwetami stoły.. Meto wypił. Zamknął się starannie w kabinie telefonicznej i nakręcił numer. — Aniela? — rzekł po chwili — to ty? Słuchaj. Przyśpieszył kroku. głowa zwisła mu na dół i po chwili spał tak jak wszyscy tutaj. noc była zimna. na tyły Muranowa. ciesząc się z świtowego półmroku. nie zauważając nawet. dobrze? — Położył słuchawkę i przez moment mocował się z zatrzaśniętymi drzwiami. Krzywy uśmiech rozciągnął mu rozbite wargi. — Meto! — zawołał cicho — jak ty wyglądasz! — Nalej mi setę. Gutek bez słowa nalał wódkę do szklanki od herbaty. Zrozumiał teraz. z jaką odrazą ludzie usuwają się przed nim z drogi. Nagle obejrzał się z paniczną obawą za siebie. otoczonego ludźmi pijącymi piwo i wodnistą herbatę. — Gutek! — zawołał cicho do siedzącego w kącie i drzemiącego z wyciągniętymi przed siebie nogami kelnera w nie pranej od półwiecza kurtce. żeby otrzeźwieć” — pomyślał z upodobaniem. W sali restauracyjnej na poły siedzieli. Zaśmiecona hała zapełniała się opuszczającymi podmiejskie pociągi ludźmi. z twarzą na podłożonych dłoniach. Przedarł się przez dżunglę budowy i wyszedł na ulicę Zamenhofa. spali kładąc nieświeże. błocie i cemencie jesionkę. i przystanął na Lesznie. Nagłym ruchem podstawił głowę pod rozpryskujący bicz wody i mył twarz niezdarnymi. Dotarł do Dworca Głównego od strony Twardej. zmęczeni podróżni. — Szefie — powiedział Gutek do ogromnego bufetowego w poplamionym fartuchu z zakasanymi rękawami — zaraz wracam… — Narzucił płaszcz na kelnerską kurtkę. po czym rzekł: — To niech czeka na mój telefon. „Co to w ogóle było? Co to było?” Z tyłu ciemniała pusta. aż wreszcie. „Ile godzin leżałem w tym cholernym leju?” — zadał sobie pytanie. „Co to było? — kołatało mu w pulsującym strachem mózgu — cała noc w leju!:. Irys… Maniek… Mutry… Śruby… Maniek… Irys… Gdzie oni są?” Nie mógł zebrać myśli. co lejowi temu zawdzięcza. Szum gwałtownego strumienia wody wstrząsnął nim: zawaHal się przez chwilę. tłuste twarze na podesłanych ramionach. zapiął się szczelnie. odskoczyły gwałtownie. pokaleczonymi dłońmi. nieliczne sylwetki śpieszących do pracy ludzi majaczyły w półmroku. Wśród chaosu placu budowy odnalazł prowizorycznie zamontowany kran. wymachując mokrą ścierką. Szedł Lesznem. — O. łykając z trudem. przysadzisty. opartych o nakryte brudnymi. które nie chciały się otworzyć. rany! — powtórzył Gutek — jak ty wyglądasz? — Meto usiadł przy pierwszym z brzegu stoliku. ale już! — rzekł Meto. Podszedł do wielkiego kontuaru w głębi. wprawił w nerwowe drganie powieki. Minął Dzielną. — Oooo! Bardzo . zaczął biec utykając. „Do domu? Nie! Może na dworzec. Ochlapał szeroko wodą utytłaną w ziemi. Nowolipie. przywracając jej jaki taki wygląd. silnie pchnięte barkiem i ramieniem. spokojna ulica. strach wypełnił go całego. Gutek otworzył wolno oczy i — spojrzawszy skoczył na równe nogi. Nowolipki. Może nawet życie. ścisnął w dołku. na poły leżeli zmięci. jakby tu teraz złapać Kruszynę? — Pokiwał głową przez chwilę. o bladej. na jednego haka. Przeciskał się w stronę sal bufetowych. wybiegł z sali i wpadł do biura pocztowego.jesionkę i zeszedł po pomoście na dół. Lodowata woda przywracała mu jasne decyzje i szczyptę energii. anemicznej twarzy. Był niski. Kursowały już pierwsze tramwaje.

nasunął oprychówkę na czoło i ruszył ku wyjściu. po czym Żelazną dotarł do Śliskiej. — Na milicję z tym! Do SOK–u! — krzyknęła. Starszy pan podniósł z podłogi melonik i obcierał go starannie z kurzu rękawem płaszcza. Jak zauważy. grudki brudnej. Meto uniósł nieprzytomnie głowę. kończąc notować numer i chowając rewolwer do kieszeni. — Idź się trochę oporządzić. co tu był przed chwilą. że o mało nie upadł. Pan w meloniku. zimny. czarno oksydowany browning typu „Hiszpan 09”. — Idę na milicję złożyć zameldowanie — i znikł tak szybko. Tu zaraz może być kontrol. z którym numerem połączony był przed chwilą ten automat? — Po co to panu? — ziewnęła obojętnie urzędniczka. poprawiał ledwie dostrzegalnym ruchem jakiś szczegół w jego bezwładnej postaci. ogarnął się płaszczem. spieczone. spękane usta pokryte były sczerniały krwią. W chwilę potem pan w meloniku przebudził się. obsługa automatu 713! Z jakim numerem było ostatnie połączenie? Osiem… szesnaście… zero dwa… Dziękuję… — Dziękuję — rzekł starszy pan w meloniku. Szybko zaczęła plątać druty centralki telefonicznej. sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyszedł. Za każdym razem. — Ten pan. wstał od stolika i wyszedł. Wystarczy. za którym ziewała nieobecna duchem urzędniczka — w jaki sposób można się dowiedzieć. po czym wstrząsnęła się i zaczęła nerwowo przestawiać wszystko na biurku. Nic spuszczał oczu z Meta. twarz miał straszną. długim nosie nad staromodnym kołnierzykiem z różkami i położył przed urzędniczką ogromny. — Masz rację. jakby wyrwana z głębokiego snu. Na co ci te kwiaty… — Meto kiwnął głową potakująco. kościstej twarzy. Wszedł do bramy jednej z kamienic: była to ponura. — Oooo! — zabulgotało coś w gardle urzędniczki. zapuchniętą. — Proszę pani — rzekł podchodząc do okienka. jakby drzemiąc. przesuwając się obok Meta. ugodzony nimi w nos i w pierś. — Idź do Tkaczyka — dodał Gutek — przynajmniej łachy sobie odświeżysz. w samej połowie ziewnięcia. zgarną cię za sam wygląd. lśniący. przyjdzie i odbierze. tak że niebawem Meto nie różnił się niczym od dziesiątków śpiących w podobnej pozycji przy sąsiednich stolikach. gdzie usiadł w oddalonym kącie. nad zdemolowanym prawym okiem widniał czerwonofioletowy strup. który stał tak blisko drzwi. siną. ruszył w kierunku sali bufetowej. mglisty. — Nie szkodzi — powiedział i miły uśmiech zagościł na jego żółtej. Skręcił w Srebrną. Meto szedł wolno pod ciemnymi murami ulicy Towarowej Poranek był pochmurny. Wszedł do kabiny. na górnej szczęce wznosił się bolesny obrzęk po wybitym szyną kolejową zębie. Gutek zwijał się pośpiesznie. wołając z podnieceniem do słuchawki: — Proszę pani! Proszę pani! Tu urząd pocztowy Dworzec Główny. że urzędniczka ziewnęła. postukując parasolem. zgubił coś… — To niech pan zostawi. — Wstawaj — rzekł Gutek. podtrzymując szybko jakiegoś niskiego starszego pana. roznosząc nagromadzone w czasie jego nieobecności na kontuarze kufle z piwem i szklanki z herbatą. oparł się o stół. Zerwała się z krzesła. oparłszy podbródek na rączce parasola. ogromna . — Racja — rzekł z wysiłkiem Meto. zastanowił się głęboko. O wpół do dziewiątej Gutek pociągnął Meta za ramię. Dostanie z powrotem.przepraszam! — zawołał Gutek. skrzepłej krwi tkwiły w zmierzwionych włosach. Wstał. — Proszę bardzo — rzekł starszy pan o żółtym.

czynszówka o czarnych ścianach i wąskich, zastawionych żywnością oknach, jeden z tych warszawskich domów, w którym na pierwszy rzut oka widać, że mieszka w nim czterokrotnie więcej ludzi, niż zawiera on pomieszczeń, łącznie ze schodami, piwnicami, suterenami, strychem i tak zwaną górą. Meto minął pierwsze podwórze, studniaste, ciemne, o odrapanych murach, pełnych nikomu niepotrzebnych, żelaznych balkonów, po czym wszedł do oficyny w drugim podwórzu; stały tu wypalone od — drugiego piętra, częściowo odremontowane ściany, mieszkania wisiały nieoczekiwanie i fantastycznie: nad pustym wyimkiem wypalonego skrzydła domu, pomiędzy zerwanymi piętrami, jak drewniane budy z desek z oknami, umocowane gdzieś hen, wysoko między resztkami murów, zawieszone pomiędzy ołowianym niebem a śmietnikiem i trzepakiem podgórza. Meto wszedł na cuchnącą kocim łajnem klatkę schodową: nie było tu schodów, w górę wiodła murarska pochylnia z nabitymi poprzeczkami zamiast stopni. Wdrapał się na pierwsze piętro i zadzwonił do drzwi zdobnych w szklaną tabliczkę z napisem: „Izydor Tkaczyk — Krawiec”. Pan w meloniku odprowadził go aż do oficyny w drugim podwórzu, zawrócił i poszedł wolno ku Żelaznej. Nie dochodząc do Alei Jerozolimskich ujrzał szybko idącego naprzeciw, drugą stroną ulicy, krzepkiego młodzieńca w kraciastym płaszczu o bardzo szerokich ramionach. Pan w meloniku uśmiechnął się nieznacznie — lecz z radością, jak buchalter, któremu zgadza się bezbłędnie żmudne, skomplikowane podsumowanie. Meto kiwnął głową chudemu czeladnikowi i wszedł wprost z ciemnego korytarzyka do kuchni. Stał tu wielki, krawiecki stół, dwie maszyny do szycia i tanie, żelazne łóżko; wszędzie leżały skrawki materiałów, podszewek, włosianki, waty, watoliny, żurnale mód, nici, guziki; na brudnej płycie kuchennej stały butelki po wódce, resztki jedzenia, żelazka. Łóżko pełne było gotowych i zaczętych marynarek, spodni, palt, płaszczów, kostiumów damskich, w kącie stał popruty manekin, usiany szpilkami. Na stole wśród stert krawieckich dodatków siedział z podwiniętymi nogami chuderlawy, szpakowaty człowieczyna o pospolitej, zuchwałej twarzy, w podartej kamizelce i koszuli bez kołnierzyka, z fanatycznie błyszczącą spinką pod wystającą grdyką. Właśnie przegryzał nitkę i spojrzał spode łba na wchodzącego Meta, który usiadł ciężko na łóżku, wprost na świeżo wyprasowanych garniturach i jesionkach. — Co ty! — warknął na niego krawiec — zupełny szmergiel? Na świeży towar z brudnym tyłkiem! — Zamknij japę, Tkaczyk — rzekł Meto zmęczonym głosem. — Dla mnie nie ma już dziś groźnych… — Tkaczyk spojrzał na jego twarz i umilkł. Meto wstał z trudem, zdjął jesionkę, rzucił w kąt i zaczął się rozbierać. Ściągnął dwurzędową, lichą marynarkę i spodnie i usiadł z powrotem na łóżku, w bawełnianych kąpielówkach zamiast kalesonów i w czerwonym podartym golfie. Rzucił Tkaczykowi spodnie i marynarkę i rzekł: — Masz. Czyść i prasuj. A potem jesionę… — Co się stało? — spytał Tkaczyk. Meto siedział na łóżku bez ruchu, w kąpielówkach, swetrze i oprychówce nad swą straszną twarzą i nic nie mówił, głowa mu się tylko nieznacznie kiwała. Tkaczyk krzyknął do chudego czeladnika: — Guła! Nie kręć się jak wesz po grzebieniu, cholera na twój łeb! Widzisz spodnie pana Meta? — Rozległ się dzwonek i Gula poszedł otworzyć. Po chwili do kuchni wszedł niewysoki,

mocno zbudowany blondyn o szerokiej, różowej twarzy; był bez palta i bez czapki, skurczony, zziębnięty i wyraźnie pod wpływem wódki. Miał na sobie tanią marynarkę, pod nią koszulę, zaś spod rozpiętej koszuli zielenił się deseniowy, lichy pulowerek z taniego trykotu. Wyjął zsiniałe ręce z kieszeni i zaczął się rozbierać. — Zydek — powiedział do Tkaczyka — prasujesz? Nic nie psul, żadna mową, prasujesz i koniec. — Tkaczyk cisnął trzymaną sztukę odzieży o stół. — Ty, śmieciu! — rozdarł się — znaleźli sobie! — Po co to psulenie, Zydek! — przerwał mu wesoło blondyn, ściągając mocno sfatygowane spodnie. — Guła — dodał — masz walutę, idź, kup pół litra na klina. Nic się nie martw, Zydek, zaraz zrobimy pierwsze śniadanie z bawarką… Całą noc kotłowaliśmy się z jakimiś damami w gruzach, człowiek zmęczony i głodny… Zaczęło się od baru „Słodycz”, tam w gaz, a potem to ja już sam nie wiem gdzie… Tylko te spodnie… — Od samego rana kołowrót — warknął Tkaczyk. — Naprzód ten… — wskazał na Meta — upiór w operze… — Meto nie poruszył się. Blondyn pochylił się nad nim z zaciekawieniem. — Mordeczka! — powiedział — Meto! Kochany chłopaku… Uuuuch, co za buziak! Kto cię tak wypolerował? — Meto rzekł: — Odpalantuj się — i znów zapadł w swe tępe milczenie. Blondyn usiadł, w kalesonach i koszuli, obok Meta. Guła narzucił kurtkę i wyszedł z banknotem wręczonym mu przez blondyna. Otworzył drzwi i przepuścił wysokiego faceta, który właśnie miał zadzwonić. — Dzień dobry, panie Mechciński — powiedział i w dwóch susach zbiegł po pochylni, zastępującej schody. Mechciński otworzył drzwi do kuchni. — Sie masz, Zydek — rzekł do Tkaczyka, podając mu rękę — gotowe? — Gotowe! Gotowe — wykrzywiał się Tkaczyk — jak może być gotowe, kiedy od samego rana remonty — wskazał na dwie postacie w kalesonach siedzące na łóżku. Mechciński gwizdnął z podziwu na widok Meta. — Coś pięknego! — rzekł. — Robota wzorcowa. Kto cię tak załatwił? — Meto nie odpowiadał — Od półgodziny siedzi taki dyskretny — mruknął Tkaczyk. — Moryc — powiedział blondyn do Mechcińskiego — dorzuć pięć dych, bo będzie mało. Za skromne śniadanie… — Nie piję — rzekł Mechciński — nie piję wódki. Zydek — spojrzał nieprzychylnie na Tkaczyka. — Tylko bez numerów, dobrze? Dziś jeszcze muszę mieć marynarę. Umówiłem się. — Na mieście mówią, że się strasznie kochasz — rzekł blondyn. Mechciński spojrzał nań krzywo. Zapalił papierosa i rzekł bez uśmiechu: — Zejdź ze mnie, dobrze? — O, rany! — jęknął blondyn łapiąc się za głowę. — Przecież ja muszę do roboty! Jak o śmierci zapomniałem, że ja mam teraz pracę… Nową! — Gdzie? — spytał Mechciński z nagłym zainteresowaniem. — Na Woli, w tych zakładach na Bema… — I tak cię wzięli, z ulicy? Przecież z rok czasu nic nie robiłeś, tylko żeś się obijał koło kina, obok kasy? I tak, bez żadnych referencji? — Mnie nie znasz — uśmiechnął się mętnie blondyn. — Ja jestem tokarz, metalowiec, złota rączka. Jak chcę, to każdą robotę dostanę. A jak nie chcę, to mogą mi skoczyć na warsztat. Dziś już nie pójdę. Najwyżej mnie wyleją. Znajdę inną. Zresztą, nie wyleją, poznali się na mnie. Normy, procenty, te rzeczy, wszystko frajer, wszystko załatwiam, jak chcę. Złote ręce, tak o mnie mówi każdy majster… Ale sam powiedz, Zydek, ty jesteś człowiek pracy, jak ja mogę być przodownik po takiej nocy? No, powiedz? Spodnie na szmelc, głowa do kitu, pragnienie dręczy, człowiek musi wrócić do siebie, no nie? No, powiedz? — Ty pluskwo! — rzekł Tkaczyk. — Od roku wisisz u mnie na dwieście złotych, a na wódkę

masz, co? — Zydek — rzekł melancholijnie blondyn — już ty się nie skarż. Ładne parę moich litrów przepłynęło ci przez nerki. A forsę dostaniesz po pierwszym… — Papierosa! — odezwał się nagle Meto. — Daj który papierosa! — Rozległ się dzwonek. — To Guła — rzekł Tkaczyk — idź. Moryc, otwórz. — Moryc wyszedł i za chwilę wszedł za Robertem Kruszyną. Kruszyna podał wszystkim rękę i usiadł obok Tkaczyka na stole. — Co się stało? — spytał Meta. — Nie wiem — odparł tępo Meto. — Jest na bani? — spytał Kruszyna Tkaczyka. — Cholera go wie — wzruszył ramionami Tkaczyk. — Siedzi tak od godziny. — Daj mu spokój — rzekł Mechciński. — Wylakierował się gdzieś i załatwili go. Przyjdzie do siebie. — Lakier i miłość… Te rzeczy gubią człowieka — czknął sentymentalnie blondyn. — Ale kolekcja — rzekł Kruszyna. — Ty masz, Tkaczyk, modele… Dość tego pajacowania! — dodał ostro — śpiewaj. Meto, co i jak? Gdzie Irys? Gdzie Maniek? Gdzie reszta? Wiem, żeście wczoraj rozrabiali na jakichś imieninach na Mokotowie. — Co to mnie obchodzi — rzekł Meto i spojrzał przytomnie po obecnych. — Dalej bawicie się beze mnie. Ja wysiadam. Wstał, podszedł do kranu, odkręcił go, pochylił zmasakrowaną twarz i długo pił. Po czym rzekł: — Obędzie się bez prasowania. Dawaj spodnie, Tkaczyk! Wyrwał marynarkę z rąk Tkaczyka i naciągnął ją z wysiłkiem. Stał teraz w marynarce i kąpielówkach, niezdecydowany, okropny, śmieszny. Kruszyna nie wstając ze stołu pchnął go mocno na łóżko. Meto opadł ciężko i przesunął ręką po czole. — Opowiadaj — rzekł twardo Kruszyna. — Ale wszystko… Kiedy Meto skończył, odezwał się dzwonek. Mechciński otworzył i wszedł Guła z wódką. — Piecywo do bawarlki — wyseplenił kładąc na kuchni zawinięte w przemoczoną gazetę kwaszone ogórki. Umył szklanki i rozlał wódkę. Tkaczyk rysował jakieś esy — floresy krawieckim woskiem na ścianie. Zapatrzył się przed siebie i rzekł: — Sami gwardziści. Irys, Meto, Maniek… Siedmiu ludzi. Lejbgwardia. — To koniec — powiedział niepewnie blondyn. — Ilu ich było? Dwudziestu? Trzydziestu? Żeby was tak rozprowadzić? — Ilu? — powtórzył Meto. — tych dwóch na początku, szoferak i ten wielki. A potem? Nie wiem. Może dziesięciu, może stu, a może… — Może jeden… — uśmiechnął się ironicznie Mechciński, zaciągając się trzymanym w zagłębieniu dłoni ogarkiem papierosa. — Szoferak i ten wielki już leżeli, już byli pod obcasem — rzekł Meto. — Tylko potem… Jak pragnę zdrowia! — uderzył się żarliwie w pierś — ja nie wiem. Nic nie wiem.:: Zainkasowałem raz w bambuch drugi raz w serce, patrz! — rzucił się do kąta i poderwał płaszcz z podłogi — przez taką grubą jesionę. I koniec. Wysiadka! Ja! Rozumiesz? Wstał w całej okazałości, przeciągnął muskularny korpus.. Wziął szklankę z wódką w drżące palce i pił wolno jak herbatę. — Robert — powiedział Mechciński do Kruszyny. — Zastanów się, to duża

rzecz. Pamiętasz, opowiadałem wam, jakie baty dostałem kiedyś na Wiejskiej, i tę mowę tego lekarza z.Pogotowia na komisariacie. Potem była historia ze Stryciem… — Z jakim Stryciem? — spytał blondyn. — Z tym z Czerniakowskiej ulicy. Nie znasz Strycia, Jaśka Strycia? — A potem ktoś załatwił Leona i Julka Migdała na rogu Widok i Kruczej — rzekł Tkaczyk. — Też numer nie z tej ziemi, gadało się o tym… — Jeśli nie liczyć tych wszystkich drobnych rozróbek na mieście i pod miastem. Wiesz, tych małych historii z małymi kozaczkami ze swojej dzielnicy… Kruszyna wziął szklankę i wypił wódkę, zagryzając kawałkiem ogórka. Obtarł usta ciemną, muskularną dłonią. — No i co z tego? — powiedział obojętnie. — W tym coś jest — uśmiechnął się nieszczerze Mechciński. — Fakt — przytwierdził Tkaczyk. — Mówi się o tym, tu na Śliskiej. I na Żelaznej. I na Grzybowskiej. — I na Pradze. I na Ochocie. I na Woli — rzucił Mechciński, biorąc wódkę w rękę. — Rodacy! — rzekł z troską blondyn. — To moje śniadanie… I pana Tkaczyka. Panowie do tego, jakby to była woda. A to kosztuje. To drogi płyn. — Ty, Moryc, zostaw — mruknął opryskliwie Kruszyna. — Nie twoja sprawa. Cholera cię gdzieś nosi ostatnio, nigdy cię nie ma, jak trzeba. Kto cię wie, gdzie ty ostatnio kursujesz. — Moja rzecz — rzekł zimno Mechciński — gdzie kursuję. Wszystko było załatwione, co mi kazano. A co robię po pracy, to moja rzecz. Życie prywatne. — No, no, młodzieży! Przyszłości narodu — odezwał się szybko Tkaczyk. — Tylko bez takich przekomarzań. Tu się pracuje. Tu się szyje. Meto wstał ponownie i zaczął naciągać spodnie. — Jak chcecie — rzekł. — Reszta beze mnie. — Nie poznaję cię. Meto — rzekł wolno Kruszyna. — Ktoś cię skosił na Inflanckiej jak ostatnią szmatę, a — ty idziesz spokojnie do domu. Może zapiszesz się do ZMP? Tam tylko czekają na ciebie. Dostaniesz robotę jako woźny i mieszkanie na Starówce. Coś nowego… Meto! Słynny kosior z prawobrzeżnej Warszawy, chluba ulicy Brzeskiej… Nie poszukasz tego kogoś? — I co jeszcze? — rzucił wyzywająco Mechciński — powiedz coś jeszcze, Kruszyna. — Moryc — powiedział Kruszyna wstając. — Nie masz czegoś na mieście do załatwienia? — Skończcie ten krzyk — rzekł twardo Meto. — Dość mam waszej głupiej mowy. Słuchaj, Kruszyna: ja wyjeżdżam z Warszawy. Nie poszukam tego kogoś. Nie będę szukał nikogo. Powiedz to, gdzie trzeba, i koniec. Ja chcę mieć spokój. Irys, Maniek i inni, jak chcą się mścić, to niech sobie poszukają tego czy tych tam, którzy ich wykosili. Ja wysiadam. Spokój, rozumiesz, ja chcę mieć spokój! „Tak mówił ten doktor, którego skopali w Alejach” — pomyślał Robert Kruszyna. Coś zaczęło mu się niejasno wiązać w umyśle. Podszedł do Mechcińskiego.

— Pokaż brodę, Moryc — rzekł. — Tu nie kino… — mruknął Mechciński. — Sam mówiłeś wtedy, że ten, który cię skatował, miał kastet czy coś takiego. No nie? — Chyba miał — rzekł Mechciński, przesuwając ręką po bliźnie. — Mówiłeś, że ci z Pogotowia opowiadali o takich samych ranach. Julek Migdał i Leon też mieli tak rozprute szczęki. — To co z tego — rzekł Mechciński. — A Stryć był skopany jak pies. A Meto, sam słyszałeś. A Irys, Maniek i inni — kolejowymi mutrami… Słyszałeś przecież, opowiadał. — Szkoda — wycedził Kruszyna, oglądając własne paznokcie — że panowie się łamią. Że wysiadają. Bo my wiemy, kto to jest i ilu ich jest. I czego chcą. — Kłamiesz — rzekł Mechciński. — Gówno wiesz. Kruszyna odtrącił z trzaskiem kulawe krzesło. Oczy mu zmalały jak dwie czarne główki od szpilek, pociemniał na smagłej, umięśnionej twarzy. Guła skurczył się przy maszynie do szycia, pedałując zawzięcie. Blondyn obojętnie zapalił papierosa. Meto dopinał spodnie. — Moi mili — wtrącił Tkaczyk, nie ruszając się z miejsca. — Dosyć tych Hałasów, dobrze? Mam potem cały dzień migrenę. Podrzucał w ręku, jakby bawiąc się, ogromne krawieckie nożyce. — Moryc — powiedział Kruszyna, podchodząc do Mechcińskiego — nie skacz. Bo możesz się wkrótce rozpłakać. Gorzkimi łzami. — Kruszyna — rzekł chłodno i bez strachu Mechciński; był wyższy od Kruszyny, lecz szczuplejszy, widać było od razu, że jest dużo słabszy — ja się ciebie nie boję. Zapamiętaj to sobie. I jeszcze ci coś powiem; ja się nie boję tych kozaków, co mnie już raz skotłowali. Ja nie Meto. Bardzo bym chciał któregoś z nich spotkać, marzę o tym. Ale ty, Kruszyna, kłamiesz. Nie wiesz, kto to jest, tak jak ja nie wiem. Meto nie wie i nikt nie wie. Nawet Kudłaty! W kuchni zapanowała martwa cisza. Pięć par oczu wbiło się w jeden punkt w przestrzeni, jakby rzucone przez Mechcińskiego nazwisko zawisło w powietrzu. Terkotanie maszyny do szycia zamierało powoli pod nogami oniemiałego Guły. — W porządku — rzekł po chwili z nieoczekiwaną, sztuczną swobodą Kruszyna. — W takim razie nie ma o czym mówić. Meto, postaraj się o przydział kiosku z wodą sodową. Znajdą się inni, co nie tak łatwo rezygnują. — Robert — powiedział Meto, wkładając jesionkę; zbliżył swą zmasakrowaną twarz do twarzy Kruszyny. — Popatrz na mnie: widziałeś kiedy, żeby mnie milicja zagięła, żebym się złamał przed mentą? Robiliśmy razem w wielu interesach, ale teraz klops, ja wysiadam. Jest do cholery młodych, pod kinami i na dworcach, na zabawach i na plażach… Młodszych ode mnie, takich, co to jeszcze nie wiedzą tego, co ja wiem. Poszukaj sobie kogoś na moje miejsce, a mnie daj spokój, dobra? Bo ja już moje wiem, ja się dowiedziałem dziś w nocy. I to sobie zapamiętaj: ja się nie łamię. Mnie jest po prostu wszystko jedno, co o mnie powiecie. — Dobra, dobra — oświadczył wspaniałomyślnie Kruszyna. — Wraków nie potrzebuję. A teraz ty, Moryc. Posłuchaj: ciebie lubią w wydziale.

Mówią, że jesteś zdolny. Ja tam nie wiem. A to, coś dziś tu powiedział, powtórzę gdzie trzeba. Niech sobie Kudłaty nad tobą pomyśli. Na dźwięk tego nazwiska wszyscy poczuli lekki skurcz koło serca, zaś Mechcińskiemu dreszcz przeszedł po krzyżu, jakby ze strachu. — Wiesz, gdzie mnie szukać — rzekł Mechciński ochryple, siląc się na obojętność. — Jak będę potrzebny, zostaw wiadomość. Tego samego dnia będę wieczorem w barze „Słodycz”. — Robert — szepnął Tkaczyk cicho, wyszedłszy za Kruszyną do ciemnego korytarzyka — powiedz panu Merynosowi, że ja już dopilnuję wszystkiego, jak trzeba. Aha! I to jeszcze, że garnitur już gotów. Ten marengo. Pięknie wyszedł. — Coś słabo się ze sobą kochacie, ty i pan Kruszyna — rzekł Tkaczyk do Mechcińskiego, wracając do kuchni i siadając po krawiecku w kucki na stole. — Nie lubię chama — splunął Mechciński do zlewu. — Bokser, złamana jego twarz. Myśli, że wszyscy się go boją. — Ale kosa — powiedział z aprobatą blondyn. — Ciebie, Moryc, starłby na puder, jakbyś mu podpadł. — Albo tak, albo nie… — uśmiechnął się krzywo Mechciński. — Ja tam się go nie boję. — Jak chcecie, to skaczcie — rzekł Meto. — Ja mam wuja pod Olsztynem. Może się tam zaczepię na parę miesięcy przy jakiej robocie. Podszedł do kuchni, wyjął cztery papierosy z leżącego pudełka i wsadził je do kieszonki marynarki. — Meto — spytał blondyn poważnie — widziałeś ty kiedy Kudłatego? — Nie — odparł prosto Meto — nie widziałem i nie chcę go widzieć. I da Bóg, już go nigdy nie zobaczę. Mam dosyć. Wysiadam. To, czego chcę, to mieć od was wszystkich wolną głowę, cholera na wasze parszywe mordy… — A ty? — spytał blondyn, podchodząc do Mechcińskiego — widziałeś Kudłatego? — Widziałem — skłamał Meehciński. I znów na dźwięk nazwiska coś go ścisnęło mdląco koło serca. Dostrzegł na sobie podejrzliwy wzrok Tkaczyka i już chciał zawołać, że nie, że nigdy nie widział i że nie chce widzieć. Nigdy! Zupełnie jak Meto. Po czym zagryzł wargi aż do słonego smaku krwi. — Jakby mnie ktoś szukał na mieście, to powiedzcie, że się utopiłem — rzekł Meto, nastawiając kołnierz i nasuwając oprychówkę na czoło. Wyjął z kieszeni kilka banknotów i przeliczył. — Starczy — mruknął i wyszedł bez słowa pożegnania, nie podawszy nikomu ręki. Nikt nie dał J poznać po sobie, że w ogóle zwrócił na to uwagę. — Ten Kudłaty — rzekł w zamyśleniu blondyn — musi być kosa. Największa w Warszawie. — Też człowiek — rzekł cicho Mechciński z bardzo ostrożnym niedowiarstwem. Tkaczyk spojrzał nań bystro. — Powiedz mu to, Kudłatemu, jak taki kozak z ciebie — rzucił porywczo. — Oj, Moryc, wysoko skaczesz. Mechciński milczał, zaciągając się głęboko papierosem. Wymówione przez Tkaczyka nazwisko znów podrzuciło jego sercem jak kopnięcie.

— Nic z tego wszystkiego nie rozumiem — dodał powoli Tkaczyk — ale nie jest dobrze.

2
Tego roku Warszawa nie miała szczęścia do pogody. Po bardzo mroźnej zimie przyszły zmienne, niosące zaziębienia marcowe aury. Przez kwiecień, wraz ze świętami Wielkiejnocy, trwała pogoda wietrzna, przenikliwa, która zmusiła warszawianki do powrotu w futra i pelisy. Wiosna warszawska jest wiosną pokrzywdzoną. Morze atramentu wylano dla uświadomienia ludzkości uroków wiosny paryskiej czy wiedeńskiej. Powstała cała literatura muzyczna narzucająca światu nastroje tych wiosen. Ludzie na najróżniejszych równoleżnikach i południkach nauczyli się zachwycać paryską i wiedeńską wiosną, marzyć o nich, tęsknić do nich. Jest to ogromna mistyfikacja, oparta o reklamową potęgę sztuki: poeci, malarze i muzycy Wiednia i Paryża potrafili po prostu tak reklamować i spopularyzować swe wiosny, że uczynili z nich ideał dla reszty świata. Czas najwyższy zdemaskować tę grę! Warszawska wiosna na pewno w niczym nie ustępuje paryskiej czy wiedeńskiej. Gdzież jest bowiem na świecie miasto, w którym pierwsze promienie słońca tak przekornie poczynają sobie z topniejącym śniegiem, takie w nim zapalają tęczowe blaski i tak rycersko zmuszają go do ustąpienia? Gdzież jest na świecie miasto, w którym pierwsze wiosenne ciepło tak leniwie i radośnie przykleja zimową odzież do pleców i tak powołująco zmusza do jej zrzucenia? Gdzież jest na świecie miasto, w którym pachnący świeży wiatr od rzeki tyle w sobie niesie dziwnej melancholii, uciskającej duszę w pełne złota poranki, widoczne w prostokątach wiosennych, błękitnych okien? Gdzież jest na świecie miasto, w którym rozedrgane zmierzchy uliczne przepojone są tak trudną i nigdy nie wyjaśnioną tęsknotą za niewiadomym, za nigdy nie zniszczonym, za czymś, o czym nic nie wiemy, czego bardzo pragniemy i czego nigdy nie dostaniemy ani nie osiągniemy w naszym pojedynczym, własnym życiu. Chyba nie ma na świecie takiego miasta, tak właśnie jak niepowtarzalne nigdzie indziej są warszawskie wiosenne zapachy, nastroje, uczucia i myśli. I dlatego nie mówcie nam o wiosnach paryskich czy wiedeńskich! Nam, którzy wiemy, czym jest, czym być potrafi warszawska wiosna. Redaktor Edwin Kolanko rozpiął płaszcz i przekroczył bramę Łazienek. „Najwyższy czas zlikwidować podpinkę — pomyślał — jest już naprawdę ciepło”. Szedł wolno w dół, omijając resztki topniejącego śniegu. Łazienki, na dobrą sprawę, tonęły w błocie. „Zgubi mnie umiłowanie tradycji” — zrzędził bez złości Kolanko, podciągając nogawki spodni. Tradycją było, że w pierwszą pogodną niedzielę wiosenną Kolanko szedł do Łazienek ha spacer. Skakał wśród tarcz twardniejącego w błocie śniegu, wśród resztek zlodowaciałych po nocnych przymrozkach błotnistych strug, obijał się o nagie, bezlistne buki, wiązy, kasztany i klony, przedzierał się przez moczary biegnących w dół alei aż do samego pałacyku, który rokrocznie witał jak kogoś, komu trzeba wybaczyć kokieteryjny, aż nie — przystojny w jego wieku wdzięk. Tylko że parę lat temu te susy ponad kałużami i przypadanie do pni drzewnych odbywało się jeszcze we dwójkę: obok

Kolanki walczyła wtedy nieustępliwie o pierwszy widok wiosennych Łazienek szczupła brunetka o jasnych oczach, wypełniając jego serce czułością dla każdego niezręcznego stąpnięcia w gliniaste trzęsawisko ścieżek. Po paru latach brunetka znikła, zaś pozostała tradycja; i teraz, opierając się o pień ogromnego kasztana. Kolanko poczuł uwierającą przykrość. „Tu, w tym miejscu — pomyślał — całowaliśmy się w czterdziestym dziewiątym, pamiętasz?” Westchnął głęboko, jak człowiek przez chwilę bardzo samotny. Skacząc w ten sposób dotarł do Pomarańczami, przystanął, zapatrzył się na pomnik księcia Józefa, wdepnął przez nieuwagę w najgorsze błoto, które wypełniło mu lewy półbut, zaklął tym razem brzydko i powędrował dalej, wściekły na roztopy i tradycję. Słońce grzało dojmująco. Kolanko odrzucił szalik i rozejrzał się za ławką. Stała w pobliżu jedna pusta, opodal wysokiego, bezlistnego żywopłotu. „Popatrzymy trochę na księcia Pepi” — pomyślał z upodobaniem Kolanko. Od dzieciństwa mógł godzinami wpatrywać się w postać w starorzymskiej zbroi, w przedziwny gest wyciągniętego na płask miecza, którym Thorwaldsen wyraził heroiczną, lecz wyzbytą koturnowej wielkości i pychy naturę Poniatowskiego. Usiadł, założył wygodnie nogę na nogę i zamyślił się. Z tego stanu wyrwał go dźwięk głosu spoza żywopłotu. „Gdzieś już ten głos słyszałem” — zastanowił się Kolanko, ale uznał przypominanie sobie za bezcelowe. Głos był nosowy, trochę zgrzytliwy, lecz miły, a nawet podszyty pewną wesołością; znajomość tego głosu mogła stanowić zwykłe złudzenie. — Mój chłopcze — pytał głos — czy nie jest ci za chłodno? Odpowiedź stanowiło jakieś mruknięcie, mogące oznaczać zarówno lekceważenie, jak nieśmiałość. — Ostatecznie — rzekł głos — jest jeszcze za chłodno bez płaszcza, w samym tylko sweterku. — Co zrobić — odezwał się drugi głos, bardzo młody, przechodzący wyraźną mutację. — Co zrobić, kiedy w domu piekło. Człowiek nie może spokojnie poczytać. A to przynieś cukru, a to wypij mleko, a to zejdź po gazety, a to co z lekcjami?… Sam pan rozumie, no nie? — Rozumiem — rzekł pierwszy głos. — A jak się nazywasz? — Głos drugi burknął coś niewyraźnego, z czego Kolanko wyłowił z trudem imię Krzysztof. — Ślicznie, Krzysiu — ciągnął głos numer jeden. — A ile masz lat? — Pyta pan — jak przed sądem — zachichotał wzgardliwie głos numer dwa, ale odpowiedział z urazą: — Trzynaście. — Skąd wiesz, że przed sądem tak pytają? — pierwszy głos zdradzał tendencje do nieustępliwości. — Phi — rzekł szyderczo drugi głos. — A bo to koledzy nie stawali przed sądem?… — Pięknie, Krzysiu. Wobec tego powiedz mi, co czytasz? — A taką jedną knypę. Cholernie ciekawą, mówię panu — podjął z ożywieniem drugi głos. — Nic, tylko się kotłują i jeden jest zawsze dobry. Nie ma na niego sposobu. Nie ma dla niego ważnych: szeryf nie szeryf, bandyci nie bandyci — wszystkich załatwia! — Głos numer dwa zdradzał podniecenie. Kolanko odwrócił się. Przez bezlistny, nie zazieleniony jeszcze żywopłot

widać było zarysy dwóch postaci, siedzących na ławce po drugiej stronie. Wygodniejszej pozycji do słuchania bez spłoszenia rozmówców nie mógł sobie wymarzyć. — Nie rozumiem — rzekł głos numer jeden. — To ten twój kozak, który tak wszystkich psuje, jest policjantem czy bandytą? — Widzę, że potrafi pan mówić jak człowiek — ucieszył się głos numer dwa. — Bo w domu mówią, że ja używam żargonu. Co za ludzie! Ale zaraz to panu wytłumaczę: ten przytomniak, to on jest rewolwerowiec. Taki ani bandyta, ani policjant. Jak trzeba, to ładuje w oprychów, a jak mu czasem wypadnie, to w policję. Bo on pruje na własną rękę. A w ogóle, to on stara się nie ładować w ogóle, tylko unieszkodliwiać. Bo on jest w gruncie rzeczy uczciwy i dobry. I nikt mu nie może nic zrobić, bo on jest zawsze szybszy o ułamek sekundy. — Wspaniale — rzekł pierwszy głos z zapałem. — Szybszy o ułamek sekundy! No, dobrze, ale w kogo on tak kituje i dlaczego? — Proszę pana — drugi głos zabrzmiał z akcentem wyższości. — To takie proste, niech pan przez chwilę pomyśli: facet kosi każdego, kto na niego naskoczy. — Ale kto na niego skacze? — Ano wszyscy. — Dlaczego? — To nieważne. Grunt, że naskakują i on się musi bronić. I wtedy, trzask, trzask… załatwia ich po kolei. Przez chwilę panowało milczenie, jak zawsze, gdy dwie strony nie mogą dojść do porozumienia w sprawie, która obydwu stronom wydaje się łatwa, oczywista, zrozumiała i zasadnicza. — Krzysiu — rzekł głos numer jeden — jak się nazywa ta książka? — „Montana”. Może pan czytał? — Czytałem. — A jak? Podobała się panu? — Nie. Myślę, że jest idiotyczna. Nastąpiła pełna zakłopotania cisza. — No, ja już chyba pójdę… — oświadczył niepewnie głos drugi. — Zaczekaj, Krzysiu! Pokaż tę książkę. Rozległ się odgłos kartkowanych stron, po czym głos numer jeden powiedział: — Posłuchaj: „Idąc trzymał się przezornie filarów. Z jednego sklepu kupiec wypadł na próg i Młokos uskoczył jak kot. Ale nie sięgnął do boku. Dobywał broni jedynie wtedy, gdy przeciwnik uczynił wymowny gest…” Co o tym sądzisz, Krzysiu? — Świetny facet — rzekł głos numer dwa. — Umie chodzić po ulicy. — I sądzisz, że całe życie człowiek tak może chodzić po ulicach, trzymając się filarów, jak czający się Indianin drzew w puszczy? No, pomyśl, czy wszyscy ludzie to wrogowie, czyhający jedynie na twoją nieuwagę w tym celu, aby posłać ci kilka gramów ołowiu w żołądek? — Bo w Warszawie jest nudno — rzekł z pogardą głos numer dwa. — Ale tam wtedy tak trzeba było chodzić… — Może masz rację. Musisz tylko przyznać, że facet, który tak chodzi po Ulicach, nie ma prawa jeździć na karuzeli ani jeść lodów. Może go zgubić chwila nieuwagi, gdy płaci za jazdę albo bierze lizaka do ręki. Bohaterowie

bo tak wspaniale strzela. Bo prawa nie można sobie tak na własną rękę i za każdym razem od nowa modelować. My tutaj w Warszawie nazywany takich facetów… — Chuliganami… — przerwał szyderczo głos numer dwa. Ale sam mówisz. Krzysiu. jak widzę. Skoro mu prawo przeszkadza. Bo Montana na wszystkich się wypina. Wobec tego uważaj: powiadasz. Gdyby Montana walczył w obronie prawa. Krzysiu. kochany Krzysiu. Młokos podniósł filiżankę kawy lewą ręką. no nie? Pomyłka. toby dostawał za to ewentualnie wynagrodzenie. Wobec tego nie będziemy . że Montana to nie chuligan. On jest na pewno uczciwy. — Dlaczego? Potrafisz to uzasadnić? — Jasne. zręcznością i kalibrem swych przygód naszą gwardię spod CDT–u. sprzed kin. zręczniejszy. bo prawo zakazuje mu tych jego numerów. żeby być takim Montaną! Przez chwilę panowało milczenie. że jest czymś pożytecznym i słusznym. proszę pana. Krzysiu! Cała historia z prawem i jego obrona nic ci nie mówi. Pijąc. Krzysiu? Facet morduje człowieka na każdej stronicy i popija kawę. jest mądry i uczciwy. gwałci je. by nie wyjrzeć sponad żywopłotu. że ma. gdyż jest silniejszy. Prawo. Grunt. — A więc posłuchaj. W życiu jest. — Więc powiedz. nie przekonają. nocach co najwyżej. Czytałem o takim jednym szeryfie i jeszcze jednym detektywie. co mu się żywnie podoba. i żadne twoje zapewnienia o uczciwości Montany mnie. że osunął się na ziemię jak miękki łachman. opiera się na poszanowaniu i zrozumieniu. żeby wyszarpnąć od matki pięć złotych na kino?… — Nieważne. obcasach — i na samym szczycie kapelusza. że aż… — A czy zastanowiłeś się kiedy. Zgoda. lepiej strzela od innych. Posłuchaj jeszcze: „Młokos palnął mu w głowę. stara się czynić to wtedy. skąd Montana ma pieniądze. gdy ten. Natomiast twój Montana nienawidzi prawa. podczas gdy tyle trudu musisz sobie zadać. że to jest w porządku? — Wielkich rewolwerowców cechuje przede wszystkim zimna krew — bąknął niepewnie drugi głos. bardzo poważnie. trochę inaczej i ogromna większość facetów. Uważasz. Kolanko siłą woli wstrzymywał się. którzy strzelają. rzekł do Dżentelmena i Turka…” I co ty na to. Tak pisze. niestety. czym bardziej chciałbyś być: takim szeryfem albo detektywem czy Młokosem Montaną? — Montaną — rzekł stanowczo głos numer dwa. czego się broni aż do ostatniej kropli krwi przed zbrodniarzami. nie ma o tym zielonego pojęcia. dlatego że przewyższa siłą. można go tylko przestrzegać. bo ma zawsze pieniądze. omijać lub gwałcić. bije się. jeździ konno. że Montana ma prawo gdzieś i robi. o wszystkim wie. Każdy z tych gnojów spod CDT–u czy kina „Polonią” mógłby śnić po. co to jest prawo? — Wiem — odparł drugi głos — jest to coś. W prawej zwisał rewolwer.tych książek mają zazwyczaj oczy w łopatkach. — Krzysiu — rzekł po chwili głos numer jeden. — czy ty wiesz. — To pan chciał powiedzieć. bo nie ma dla niego groźnych. Ten był na medal. Niski wywrócił stolik i padł przysypany gradem skorup. do którego mierzą. — Facet uczciwy pracuje na pieniądze. Stąd biorą się w życiu prawdziwe trupy.

widzę to w twoich oczach. Montana to typowy desperado. Krzysiu. Rio Grandę. Otóż społeczeństwo tamtejsze dzieliło się z grubsza na dwie grupy.go nazywać chuliganem. ale mniej liczna od ranczerów i kowbojów. gdyż stanowią oni zjawisko historyczne. w malutkich. różne drobne płotki z wielkiego bagna zbrodni. nie zdeklarowani przestępcy. był przedstawicielem strony słabszej. Kipiały w nich temperamenty. ale też i nie ludzie uczciwi ani spokojni. ranczerzy. Byli przede wszystkim żądni wrażeń za wszelką cenę. dokonywanych na farmerach i hodowcach bydła. złodzieje. jak nazywano wtenczas podobnych do niego facetów na niezmierzonych obszarach południowo — zachodnich Stanów Zjednoczonych i Meksyku. Arizonie i Meksyku. uciekała z rodzinnych domów we wschodnich stanach na rozległe. Mieli swoistą. gdy prawo nie sięgało tych pustynnych obszarów. ogromnym stanem amerykańskim. Któż to byli desperados? Byli to młodzi ludzie ani dobrzy. romantyczne pogranicze. że domyślasz się. dzikie. w czarne. Krzysiu. Nazwiemy go tak. jednak szlachetność taka więcej przynosiła niewinnych. którzy zamierzali żyć z gwałtów i rabunków. masz rację. urzeczona czernią i srebrem ich strojów w równym stopniu jak sławą i wyczynami. czyż — nie. ani źli. gdy rządzili niepodzielnie Teksasem. Znamy takie rzeczy i z naszej własnej historii. że desperados rośli nieustannie w siłę: młodzież. Teksasu. drewnianych miasteczkach. Byli silni. tylko że nieudolnie przedstawiony przez złego autora. ubierali się z fantazją i upodobaniem w czarne koszule i w czarne sombrera. Z czasem wytworzyła się trzecia grupa. do pracy odnosili się z zupełną pogardą. niczym nie zasłużonych śmierci niż dobrą i pożytku. to prawda. — Tak. Był okres. a więc może nie mam po co mówić?… — Niech pan mówi… — rzekł zduszonym głosem Krzyś. garnęła się chętnie w ich szeregi. na południowy zachód. Są lepsze książki o desperados. Najgorsze było to. na twej twarzy. Życie ludzkie było tanie wtedy w Teksasie. Arkansasu. drewniane ulice zachodnich miasteczek drżały pod kopytami ich koni. Druga — byli to notoryczni przestępcy. mali oszuści. zagubionych wśród stepów. kupcy i w ogóle ludzie zamierzający żyć z pracy na tych zdobytych pionierskim trudem terytoriach. o wiele liczniejsza od zwykłych przestępców. Desperados zapełniali szynki i tawerny. zręczni. o jej prawdziwym obliczu. hodowcy bydła. bardzo słabej i bardzo nieporadnej. kobiety lekkich obyczajów. farmazoni. Któż to byli ci desperados? Widzę. na bezkresnych i pustych preriach Arizony. daleko bardziej niż życie ludzkie Ceniło się wtedy kuglarską szybkość w dobywaniu rewolweru i w strzelaniu z biodra. pomyśl. stanowili jednak ludzie nazwani przez im współczesnych meksykańskim słowem desperados. Krzysiu? No. o sile liczebnej tej grupy. z równym lekceważeniem traktowali zasady społecznego współżycia między ludźmi. przecież chyba . szulerzy karciani i pokerzyści zawodowi. zmasowani tam w wielkiej liczbie. Był to czas. urzędnik policji czy władz należał tam do rzadkości. kowboje. Byli wśród nich ludzie szlachetni. Pierwsza — byli to farmerzy. wspaniali jeźdźcy i strzelcy. Byli to najrozmaitsi ludzie żerujący na złych instynktach jednych i drugich: właściciele szynków i tawern. działającą na wyobraźnię modę. na odgłos ich pojedynków zatrzaskiwały się panicznie drzwi i okiennice. aferzyści. obcisłe spodnie i pasy nabijane srebrnymi ozdobami.

iż liczba desperados rosła nieustannie. zawsze gotowi byli strzelać do każdego i nade wszystko przedkładali samotne włóczenie się po preriach. Krzysiu. chcącej ustanowić ład i prawo. Tak. zresztą bardzo im się początkowo nie powodziło. Desperados stanowili armię doskonałego rekruta dla regularnych band. Zamiast nisko wiszących coltów — cegły. wierz mi. Życie ludzkie ma u nas bardzo wysoką cenę. działały jeszcze dodatkowe przyczyny sprawiające. Co prawda — było to zaplecze płynne i niepewne. z facetami w czarnych sombrerach należało postępować ostrożnie. Zamiast czarnego sombrera — oprychówka. że nikt już nie mógł odróżnić. Ale rząd był daleko. a ponieważ byli w przeważającej większości. ogromna większość owych desperados wolała w końcu zwykły rozbój z bronią w ręku niż chwiejną. Warszawa pełna jest w tej chwili naszych rodzimych desperados. zatwierdzoną przez rząd federalny. Niemniej. do kogo strzela i po co. Ale tam. zaś przestępczy władcy Teksasu blisko. — Zaporoże… Mołojcy… — Słusznie.czytałeś Sienkiewicza? — Dzikie Pola! — posłyszał Kolanko szept. notorycznych przestępców. kastety. kto desperado. głos numer dwa — że ci desperados i nasi kozaczkowie spod kin to to samo? — Różnica poziomów. Kolanko drgnął jak obudzony. jak i „Strażników Teksasu” i w ten sposób zapanował tam względny spokój. i po roku działalności tej organizacji zapanował taki bałagan. rurki żelazne… . I znów nastało milczenie. jak mówisz. doprawdy. „Wspaniałe! — pomyślał — co za mowa!” — To — pan jednak sądzi — odezwał się. szanującym prawo. który Jest postacią papierową i nigdy dobrze nie wie. Nieustanne strzelaniny i krwawe rozprawy wyniszczyły okrutnie cały kraj i tylko przedsiębiorcy pogrzebowi stali się milionerami. tedy po pewnym czasie wykosili. aby ogniem wypalić wrzód bezprawia. Nie mieli łatwego życia ci uczciwi i spokojnie ludzie w Teksasie. a kto koniokradem czy bandytą. kto jest strażnikiem. W pierwszej fazie walki stworzyli organizację pod nazwą „Strażnicy Teksasu”. Żyjemy w cywilizowanym i zorganizowanym społeczeństwie. rzeczywiście chwycili za broń. byli zapleczem i rezerwuarem zorganizowanych szajek. zainteresowanych w podtrzymywaniu atmosfery niepewności i awanturnictwa. Krzysiu. Ale prawo gwałci się na rozmaite sposoby. niezdecydowaną karierę twego Montany. Desperados mieli potężnego sprzymierzeńca: była nim owa grupa zdeklarowanych. jakby z głębokiego zamyślenia. W wyobraźni ujrzał rozognione. pogardę dla niego można okazywać bijąc przechodniów na ulicy i poniżając godność ludzi słabszych i spokojnych. porozumieli się między sobą i postanowili chwycić za broń. zarówno desperados. w Teksasie. doprowadzeni do rozpaczy terrorem łobuzerii. Wtedy to właśnie uczciwi ludzie. że w pewnym momencie uczciwi ludzie w Teksasie zeszli się. Krzysiu. kanionach i szynkach. — Jak to się wszystko skończyło? — Skończyło się w ten sposób. — I co dalej? — szepnął drugi głos. w ciągłym utrudnianiu życia policji. którą tenże rząd obdarzył doświadczonymi oficerami policji. zamiast czarnej bluzy i takiejże chustki na szyję — sznurowana koszulka — piłkarska lub kolorowy sweter pod koszulą. trzynastoletnie oczy. która zagnieździła się wśród „Strażników Teksasu”.

A jak się poznamy bliżej. Tak jakby fakt. chuliganów. wręcz dziecinny — i ci Buffalo Bille walczyli z tymi chuliganami. Złapał się ręką mocno za oparcie ławki. Odwrócił się szybko i odszedł. pożyczę ci różne książki… Była to jednak deklaracja bezcelowa. Chłopak zerwał się nagle z ławki i zaczął uciekać. być może. spojrzał na Kolankę i skłonił się lekko. stawiam ci ciacho i lemoniadę. Ci nasi Buffalo Bille też byli zawsze szybsi o ułamek sekundy w strzale z biodra. siedzącego z podbródkiem idyllicznie opartym o rączkę parasola. że nie wytrzyma. że powie coś. Kolanko poczuł. jakby go ktoś zdzielił pięścią między oczy. — Myśmy podziwiali i zazdrościli Buffalo Billom. rozpryskując wokół gliniaste błoto alejek zbyt dużymi butami. . Krzysiu. mniej barwni. — To jest już całkiem inna historia. tym wszystkim dzielnym. za nami… ludzie. łajdaków i awanturników. — Proszę pana… — szepnął głos numer dwa. ale za to byli dobrzy i dlatego… Głos urwał jak ucięty nożem. którzy samotnie wyruszali naprzeciw gwałtom. teraz już bardzo chłopięcy. że podniesie się. — Proszę pana… — rzekł błagalnie drugi głos — skąd pan to wszystko wie? — Czytało się coś niecoś. stanowił dlań specjalny powód do radości. w twoim wieku i później — głos numer jeden zasnuł się zadumą. Wiosenne słońce wydało mu się nieznośnie palącym. Jack Texasom i Sitting Bullom. ale tylko od łotrów. niepokonanym i do szaleństwa odważnym kapitanom i szeryfom. Kolanko skoczył na równe nogi. że Kolanko słyszał wszystko. z żółtą. rany Julek! Proszę pana. Pan w meloniku uniósł głowę. z tymi desperados… Tak jak teraz w Warszawie? O. Młokosów Montanów. karykaturalny. — Tylko wiesz co. w obronie słabszych. Po czym rzekł: — Chodź. prymitywniejsi i nudniejsi od Młokosów i dżentelmenów — włamywaczy. kościstą twarzą. nigdy zaś od niewinnych. jak mawiał Kipling — powiedział spokojnie i wymijająco głos numer jeden.— A tam. proszę pana… To pan… Głos przeszedł w trwożliwy bełkot. Krzysiu? Myśmy mieli inne książki i innych bohaterów w estymie niż ten twój Montana! — jakaś namiętna pasja zadrżała nagle w głosie numer jeden. niewinnych. Po drugiej stronie żywopłotu mały wyrostek w krótkich spodniach. napadniętych. zbrodni i bezprawiu twoich desperados. Pan w meloniku uśmiechnął się z zadowoleniem. uczciwych ludzi. gdzieś z tyłu. niesprawiedliwie krzywdzonych. którzy potrzebują tych warszawskich desperados? Kolanko poczuł. Kontrast tej postaci z zasłyszaną rozmową wydał mu się groteskowy. koniokradów. Ci szeryfowie i strażnicy prawa byli. lichym sweterku i za dużych butach odsuwał się w nabożnym przerażeniu od starszego pana w meloniku. tak jak nieznośnym było dlań w tej chwili podniecenie brzmiące w trzynastoletnim głosie Krzysia. Kolanko sprężył się w oczekiwaniu czegoś decydującego.

o kroju podobnym do angielskich trenchów — z pagonami na ramionach. nowy rodzaj wiązania krawata lub nowy typ popularnego obuwia zdobędzie sobie herb elegancji i wtedy młodzież męska Warszawy zaczyna się upodabniać do ogarniętego pożarem suchego lasu. mocno ściągnięte paskiem. takiemu czy innemu krojowi ubrania. na młodych tokarzach i starych farmaceutach. nigdy natomiast nie zastanawia się nad tym. że żywiołowość mody męskiej przewyższa w Warszawie modę damską. na przykład. odpowiednio zapięte i na odpowiedniej sylwetce. nie posiada własnych skłonności ku temu czy innemu przedmiotowi. z rozmaitymi klapeczkami i zapinkami przy kołnierzu. niezbyt wymyślnej. Warszawa zalana została rzeczonymi płaszczami: robiono je z zielonego drelichu. czarną dwurzędówką stanowią szczyt wykwintu w pewnych kręgach towarzyskich stolicy. Jeśli panuje moda na szarość. z impregnowanego rypsu. że moda ta i tym razem skończy się inflacją pewnych wartości. Lecz moda ma to do siebie. cechujący warszawiaków w sprawach mody. wyglądających zuchowato spod rozpiętego kołnierzyka zwykłej koszuli pod szyję. Było tedy do przewidzenia. sinych metali. które noszone pod sztywną. Moda kobieca ulega w Warszawie pewnej indywidualizacji. co kosztowne naśladownictwo bieżącej mody. Przeciętny warszawiak lubi to. Ogólnie biorąc — najszerzej pojętą modę warszawską cechuje junackość. ma w sobie coś przygnębiającego. miały być uniformem walczącego z niebezpieczeństwami wielkiego miasta mężczyzny. wszyscy są w Warszawie szarzy. Dlatego właśnie ginie w modnym tłumie. Natomiast męska… Instynkt stadny. w kolorach wszelakich odcieni trawiastych klombów. Zdarza się. Płaszcze te. w kolorze khaki. jeśli na kolorowość — kolorowi. na uwodzicielach i statecznych ojcach rodzin. że ogarnia wszystkich. Moda męska ma w tym mieście coś z sił natury bardziej ślepych i bezdusznych niż moda damska. z impregnowanej popeliny. Pojawiły się one na wszystkich: na sportowcach i na matematykach. że elegancja to nie to samo. Jej spontaniczność równa jest jej bezmyślności. na gibkich postaciach . uwydatnione w dobrze dobranym do własnej osoby ubraniu.3 O. co ładne. że model wiatrówki. mody warszawskie! Tak już jest. co modne. Może stanowi to regułę i gdzie indziej. Stąd. sprawiały rzeczywiście duże wrażenie. ale w Warszawie jest tak na pewno. tej czy innej barwie. Płaszcze te miały wyrażać żelazną odporność ich posiadaczy na wszelką pogodę. ale zawsze. Warszawska młodzież męska lubi w ubiorze swym akcentować natychmiastową gotowość do szybkiego — działania. to prawda. sznurowane na piersiach piłkarskie koszulki. bez względu na sylwetki. że elegancja to własne sympatie. Przedwiośnie tego roku stało pod znakiem inwazji płaszczów: były to płaszcze o charakterze półwojskowym. mlecznej kawy i kakao. Podobną nutą sportowej gotowości dźwięczy moda kolorowych dżemprów lub zgoła koszulek gimnastycznych. wytrzymałość na wszelkie trudy i zmiany losu. nie rozważa swych upodobań. Albowiem ogromnej większości warszawiaków obca jest ta prosta prawda. ze śpiworów.

Meteor odskoczył od lustra i spojrzał z triumfem: tak. Lekko pochylony do przodu. na widok której przysiąc byłoby można. czy nie. zwykły stół. Te płaszcze — noszone z nonszalancją. Wreszcie jednym niezawodnym. fundamentom. mocno nadwerężony i wyleniały fotel dobrego pochodzenia. że urzekająca swobodną naturalnością. berety i półbuty na białej. w ręczniku narzuconym na chude. Nagłym. krzywo i bez należytego zrozumienia ich piękna — określiły wygląd ulicy warszawskiej w owym przedwiośniu. jakiej dokonywał Jerzy Meteor. starszych panach. elegancją. bezmyślnie. — Kruszyna leżał w jesionce i w kapeluszu na rozbebeszonym tapczanie. niedbałością. — Długo tak możesz? — spytał Robert Kruszyna ze znudzeniem w głosie. w białej podkoszulce i krótkich kalesonach. na której rozrzucone były resztki śniadania w zatłuszczonych papierach firmowych „Delikatesów” i rozsypana talia kart. zaś z prawej — na bok. okrągłym ruchem trzymany przez Meteora jak szpada grzebień uniósł naręcze wybrylantynowanych. — Od tego wszystko zależy.dwudziestolatków i na przysadzistych. prostych włosów do góry i spiętrzył je w miękki. którego bielizna pościelowa zmieniana była po raz ostatni przed ogłoszeniem Planu Sześcioletniego. iż posiadacz jej nie poświęca jej chwili starań. pieczołowicie ułożony. długie ramiona. sczesał raz jeszcze w bok prawą stronę i opuścił ręce. ciemne podwórko. wychodzącym na stare. — Odchylił głowę. prześlicznie sfalowany. półkolistym dotknięciem zatoczył do tyłu włosy z lewej strony. a coś z wirtuoza. na których miał się wznieść za chwilę kunsztowny gmach fryzury. każdy z nich wydawał się być oddzielnie. nakryty ceratą. Prosty i dość jednoznaczny czasownik „czesać się” nie oddaje w pełni skomplikowanej. fryzura tym wspanialsza. jednolitą powierzchnię. Te płaszcze. niechlujnie. Nadchodził moment decydujący o sukcesie. zwanej gumą „Mikro”. ciemne włosy w nieskazitelny przedział po lewej stronie. lekko nastrzępioną nad karkiem. naturalnie nawisły nad czołem pukiel. — Długo — odparł Jerzy Meteor. Ujął z powrotem grzebień. to było zwycięstwo! Uzyskane przy pomocy jednego jedynego uderzenia! Krótkim pociągnięciem rzadkiej części grzebienia sczesał włos)l z prawej skroni do tyłu: były one długie i zakreślały kunsztowny łuk nad uchem aż do karku. swobodą. obfitej w rytualne i hieratyczne gesty czynności. przygładza ją nieomal wyłącznie palcami. Potężnych rozmiarów fikus stał przy oknie. Jerzy Meteor miał w tej chwili w sobie coś z kapłana. Zrzucił ręcznik i przyjrzał się: błyszczący. w sposób tworzący z nich lśniącą. zdradzających wieloletni zasób kulinarnych doświadczeń. po wyjęciu głowy spod strugi zimnej wody. Czy dzień się uda. Ściany pełne były zacieków i plam różnych odcieni i rozmiarów: nad tapczanem wisiały akty kobiece z francuskich magazynów ilustrowanych i tania reprodukcja . kunsztowny hełm pokrywał głowę Meteora. Odłożył grzebień. Jerzy Meteor stał przed lustrem i czesał się. porowatej gumie. wdziękiem. wręcz zapuszczeniem. Pełnym namaszczonej precyzji ruchem rozdzielał błyszczące brylantyną. niezręcznością. cztery krzesła. wziął słoik z brylantyną i dodał jej nieco na ciemieniu. przyjrzał się początkom swej misternej konstrukcji. względnie o klęsce. W pokoju stało niewiele sprzętów: ongiś biało lakierowana szafa. Następnie sczesywał rozdzielone włosy z lewej strony do dołu.

czy zimno… — Jaka heca. — Podoba ci się? — Płaszcz był rzeczywiście szatański: wszyte zręcznie pagony. Postanowił nie niszczyć arcydzieła żadnym nakryciem głowy. Stanął przed lustrem bez ruchu i odetchnął z głęboką satysfakcją: w zwierciadle widział wysokiego. granatowych. — Rzeczywiście. po czym włożył pasiaste. — Meteor włożył spodnie i wyjął czystą koszulę z szafy. — Zimno dzisiaj? — Zimno jak cholera — rzekł Kruszyna. Kudłaty załatwi. szczupłego młodzieńca w niezwykle eleganckich szatach. Bobuś? Też masz zmartwienia. szlufki na pasku — wszystko to znamionowało najwyższą klasę wśród modnych wiosennych płaszczy. wciętą. koszula miała kolor opalowocielisty i szeroko rozstawione włoską modą rogi kołnierzyka. że przypomina trochę pięknych jak róże młodzianów z tandetnych pocztówek imieninowych i przemożnie nawiązuje do ideału męskiej urody z witryn zakładów fotograficznych na prowincji. który długo i skrupulatnie wiązał przed lustrem. wąskie. Na secesyjnym postumencie w kącie bielał gipsowy Napoleon. wąska twarz o ładnych rysach i doskonałe odzienie składały się.„Lekcji śpiewu”. byli jednego wzrostu. na imponującą całość. podając mu płaszcz. ale nic nie mówi. — Kruszyna widział w lustrze. że Kudłaty coś knuje. ale Kruszyna mógł zawrzeć w sobie dwóch Meteorów. Bobuś — rzekł zdejmując płaszcz z wieszaka na drzwiach. szlic z tyłu. że płaszcz . — Zmierz. — Skąd masz taki płaszcz? — spytał. przyglądając się z uznaniem Kruszynie. Wyciągnął z szafy jadowicie zielony. usypany żółtymi trójkącikami krawat. niebieskie oczy. brązowych i czarnych. — Nie — odparł Meteor. jak zawsze. Długo szperał wśród kilkunastu leżących na dnie szafy beretów: baskijskich i wojskowych. z takiej samej szarobeżowej gabardyny jak spodnie. — Idziemy. skarpetek. z tego może być heca… — rzucił porywczo — a ty. Wreszcie wyjął z szafy dwurzędową. na podłodze pod ścianą spoczywały w bezładnym stosie stare czasopisma. — Kretynie. pięknie stębnowaną na szerokich klapach marynarkę. — Dostałem — uśmiechnął się Meteor. — Jak szyty na ciebie — powiedział — Meteor. Meteor? — spytał Kruszyna. Nie widział natomiast. gazety. Kruszyna wstał z tapczanu i przetarł narzutą buty z kurzu. bez zbytniego przejęcia. bardzo przystojnego. wreszcie spojrzał raz jeszcze do lustra i zamknął szafę. Merynos mówi. Zapiął pieczołowicie kołnierzyk długimi. O tym wszystkim jednak Jerzy Meteor nie wiedział i dlatego był z siebie zadowolony i dumny. spodnie były gabardynowe. ostro sprasowane na kant. — Jak myślisz. że spojrzenie błękitnych oczu nazbyt jest powłóczyste i nazbyt obliczone na szybkie sukcesy wśród nieśmiałych stenotypistek i naiwnych. Mówili mu już o tym? — Podobno tak. obustronny karczek. Nie było czasu. chudymi palcami o brudnych paznokciach. parę książek. W powietrzu unosiła się woń tytoniu. wytwornego mężczyzny. dobry będzie na mnie? — spytał Kruszyna z hamowanym pożądaniem w głosie. podchodząc do Meteora. — Z Wilgą rozmawiałeś? — Nie jeszcze. — Rozumiesz coś z tego. brylantyny. — Jak na ciebie robiony. w jego mniemaniu. Ciemne włosy. Bobuś — rzekł Meteor. pomyśl. świetnie skrojoną. zielono–żółte skarpetki i drogie zamszowe półbuty na grubej gumie indyjskiej. zaczynających karierę krawcowych. wody lawendowej i brudnej bielizny — jednym słowem zapach cechujący mieszkanie dbałego o swą najbardziej osobistą powierzchowność młodego. Nie ruszam się z biura.

słyszysz? — Z głębi rozległo się skwapliwe potwierdzenie: — Taaak jeessst. dobra? — „Załatwione — rzekł Meteor. Kawiarenka była mała. klatką schodową w oficynie. — Ode mnie chcesz tysiąc sześćset? — Nie chcesz. Od każdego innego wezmę dwa. Merynos chce widzieć Zylbersztajna. pppanie Meeeteor… — Fryzjer Mefisto się jąkał. Bobuś. — Jeszcze nie twój. przyjacielu. Meteor otworzył drzwi i zawołał: — Mefisto! Będę jutro o dziesiątej. — Tysiąc sześćset — rzekł Meteor z rezerwą. — Kruszyna uniósł połę płaszcza i miął ją kilka chwil w palcach. — Chodźmy — rzekł Meteor — bo się spóźnię. małe stoliki i taborety stłoczono w ciasnej przestrzeni. Cechująca ją niewygoda sprawiała. — To największy w Warszawie kozak od strzyżenia — rzekł Meteor. Nic na tobie nie chcę zarobić. z sufitu zwisał ohydny żyrandol przypominający krajobraz powierzchni księżyca. Czeska popelina. włożył płaszcz i przyjrzał się sobie w lustrze. — Mowa do trawy — rzekł po chwili — to warszawska szmata. — Nie znasz się. — Aha — rzekł Kruszyna — zupełnie zapomniałem. — Ile? — spytał krótko Kruszyna. Czeski… Też pomysły! — Po czym dodał: — Tysiąc dwieście. W Warszawie zwano tę kawiarnię „Lajkonikiem”. — Chwileczkę — rzekł Meteor — nie tędy droga. bo jak mi się trafi klient z forsą. — To weź. Żebyś mi o tej porze trzymał puste krzesło. Merynos powiedział. że czeski? Nie wierzysz. nadawałaby się lepiej na sklepik kolonialny. której nikt nie znał. nie? — Meteor — rzekł Kruszyna z zjadliwym wyrzutem — nie mam wiosennego płaszcza. To czeski. jeśli kłamię… — Dobrze — westchnął Kruszyna — zdejmuj go. patafianie — rzekł Meteor zimno. — Jąka się. Dziś dostaniesz ode mnie po południu patyka za ten łach. iż wszyscy czuli się w niej znakomicie i przytulnie. to melduję ci. — Chłopczyku — rzekł z krzywym uśmiechem Kruszyna — chcesz go jeszcze dziś nosić? Mój płaszcz? — Jakbyś zgadł — rzekł zimno Meteor. Przechodząc obok małego zakładu fryzjerskiego. wyszli na Wilczą i skierowali się ku Mokotowskiej. — Co? — rzekł — zrobiony. wchodziło się do niej wprost z ulicy. przecięli podwórko. I tak nie masz waluty przy sobie. Zrozum. niż zapłaciłem. dostaniesz płaszcz.leży na nim bez zarzutu. pośpiesz się. I żebyś potem nie miał do mnie żalu. dość pompatyczną nazwę. — Właśnie od ciebie. spuszczam go z miejsca za dwójkę. drogi chłopcze: tysiąc czterysta to moje ostatnie słowo. Jak ty masz sumienie brać tysiąc sześćset za taki krajowy ciuch? — To nie krajowy. ale tnie jak artysta. — Po czym pochylił się z serdecznością ku Kruszynie: — Bobuś. żeby ci wmawiać. — Na rogu Mokotowskiej i Wilczej podali sobie ręce. aczkolwiek nosiła ona oficjalnie jakąś inną. — Zależy mi na tym. chciałem tysiąc sześćset. a tego wszarza nigdy nie można złapać telefonicznie. kij mi w oko. radzę ci. Meteor. przecież nie mogę ci dać taniej. Żebym tak zdrów był” że tyle dałem. — Ty świński ryju — rzekł Kruszyna z melancholijnym wyrzutem. to nie — rzekł bez gniewu Meteor. Podwójny. zaś jej ostentacyjna brzydota czyniła z niej . żebyś go ściągnął. Zeszli drewnianymi schodami. zrozum. weź. nie ma o czym mówić — rzekł Meteor. — W porządku — rzekł Kruszyna — za godzinę jestem w „Lajkoniku”. po co się do ciebie drapałem. to po pierwsze: a po drugie. Nigdy go nie ma w biurze. dziś na rękę? Stoi? — Nie podoba ci się. Przynieś pieniądze do „Lajkonia”. to nie. chamska nogo! — Kruszyna ściągnął z siebie płaszcz i rzucił na krzesło. Na bufecie stał błyszczący niklem ekspres do kawy.

— Gut Morgen — rzekł Meteor z uprzejmą skwapliwością. Meteor uniósł lekko firankę i wyjrzał przez szybę: po drugiej stronie wąskiego w tym miejscu przesmyku jezdni stał niski. Przyglądał się przez chwilę z zazdrością drogiej. już dobrze. Meteor zajął miejsce przy oknie i zamówił herbatę. — How do you do? Ça va? — Bonjour — rzekł pan w kamelhaarze łaskawie i z rezerwą. . stwarzały tu niezwykle gadatliwą atmosferę. Coś pour moi — rzekł Meteor. wreszcie utonął w kolumnie ogłoszeń i drobnym kupnie i sprzedaży. U pana w domu? You have gesehen? — podał swemu rozmówcy pierwszą stronę gazety. z wielbłądziej wełny. jedwabnej koszuli i barwnej muszce. niks?… — Niech pan nie robić idiota — rzekł opryskliwie Jussuf. Ciasnota. No. — Ja mieć mało czas dzisiaj. Skinął głową. co pan ma? Egipcjanin wskazał ruchem głowy okno. wir sprechen o interesach — rzekł. po co so bose? — zdziwił się Meteor! — Nie znajdzie pan lepszego klienta ode mnie a Varsovie. — Merci beaucoup. Something in Egypt. W oczach Meteora zalśnił pożądliwy zachwyt. O tej porze było tu jeszcze pusto. niech pan powie. — Niks zu machen — powiedział obojętnie i dodał łamaną polszczyzną: — Nie moje geschefty… — Ładna koszula. Herr Jussuf? — spytał bez zapału Meteor. ubrany w puszysty. żółtobrązowy płaszcz z wielbłądziej wełny. Drzwi otworzyły się. Już dobrze. na której widniała duża trzyszpaltówka o rewolucji gabinetowej w Kairze. na których siedziało się jak w kuchni u sąsiadów. Szczęśliwy posiadacz tych skarbów zapalił lucky strike’a nie częstując Meteora ogniem. nic więc dziwnego. ciemnowłosa kelnerka chichotała przy bufecie.ulubione miejsce spotkań warszawskich malarzy. pochylona ku młodziutkiej blondynce parzącej kawę. Und wie geht’s bei Ihnen? — Pcha się — rzekł Meteor — nie można narzekać. — You znowu zaczynać wasze numery? Sie wollen niks sprechen poważnie? — Panie Jussuf kochany. mister Meteor. że „Lajkonik” był najpotężniejszą w Warszawie kuźnią plotek. — You have etwas neutk. Kiedy się odwrócił z powrotem do stolika. do kawiarni wszedł elegancki pan średniego wzrostu. biorąc bez pytania zagranicznego papierosa z położonej na stole paczki. grafików. czyli ludzi zajmujących się zawodowo i na co dzień pięknem. — Może pan sprzeda ten płaszcz? Verkaufen das. powiesił brązowe borsalino na wieszaku i usiadł obok Meteora. Bez zagłębiania się w tekst przerzucił pierwszą i drugą stronę. Pan w płaszczu z wielbłąda wzruszył ramionami. o rozruchach i o skomplikowanej sytuacji egipskiego rządu. uważnie skontrolował rubrykę sądową szukając znajomych nazwisk. — Alors. wpatrzony w płaszcz. bezpośrednie wpadanie do środka z ulicy i niskie stołeczki. wydawał się bardziej obojętny niż przedtem. sprawdził notki o wypadkach i kradzieżach. Meteor uśmiechnął się z nawyku do blondynki i pogrążył się w „Życiu Warszawy”. przeczytał szybko i chciwie wiadomości sportowe. zajrzał do nekrologów. architektów. wyłaniającej się z rozchylonego kołnierza. opływowy samochód oliwkowego koloru.

Meteor? — spytał ciekawie Egipcjanin. Egipcjanin zawołał kelnerkę i poprosił o dużą kawę. Przez chwilę panowało milczenie. Meteor czytał gazetę. Egipcjanin obrócił sę ku niemu. jak będzie pan miał coś tańszego. — Und wieviel pan daje. — Neunzig — rzekł Egipcjanin. z ciasnych. Tam teraz rewolucja. — Bandit! — syczał cicho — ja mam dosyć tych afer!… Ja znajdę sobie . — Osiemdziesiąt — powiedział cicho. Trois mois temu wyszedł z fabryka. cuchnących zaułków portowych Aleksandrii. po czym rozpiął go z powrotem i usiadł. — Ile? — spytał Meteor dłubiąc zapałką w uchu. wgniatając kapelusz łokciem w stolik. po czym wrócił i usiadł przy stoliku Meteora. — Trzydzieści pięć — rzekł równie cicho Meteor nie odkładając trzymanej przy oczach gazety. Zapłacił za kawę. Drzwi znów się otworzyły i weszło parę osób. Kątem oka widział lekko drżącą w rękach Meteora. — Dreissig — rzekł swobodnie Meteor. lecz cicho. W tej chwili przypominał już rozjazgotanego sprzedawcę. przeszedł do — drzwi. — Un assassin! Łajdak! Wściekłym ruchem zmiął swe piękne borsalino. — Sie sind ein Schuft. — Ali right. Może pan złapie frajerów w zamieszaniu. puszczając kółka ciężkiego dymu z lucky strike’a. — Sie wissen gut. — Seventy five — rzekł twardo. — Au revoir — rzekł z lodowatą uprzejmością Meteor. Egipcjanin wykonał lekki obrót głową. — Da mi pan znać. zdjął z wieszaka kapelusz. jak bacznie jest obserwowany. Wiedział. zaś czarne oczy patrzyły bystro i zimno na Meteora. Model 1954. — Sie wissen. że ja nie sprzedawać ubrań. że ja nie kupuję aut po idiotycznych cenach. Twarz ta nie miała cech orientalnych. Po chwili drzwi się otwarły i wszedł Jussuf. Odwiesił kapelusz i siadł przy sąsiednim stoliku. rysy miał wykrzywione namiętną żądzą handlarskiego krzyku. osadzona w łysawej głowie dobrze odżywionego człowieka. Zapiął płaszcz. Niech pan wraca do Egiptu. nie czytaną gazetę. Jeden komplet zapasowych części — rzekł płynnie i fachowo Egipcjanin.— „Humher”. Meteor zapalił nowego papierosa z paczki Egipcjanina. Meteor z leciutkim uśmiechem sięgnął po gazetę. któremu rozkosze życia. Egipcjanin wstał bez słowa. Po chwili pił ją wolno i ze smakiem. że ja nie mały handlarz z waszych ciuchów. Meteor! — powiedział zduszonym głosem. — Meteor — rzekł wolno Egipcjanin. — Herr Jussuf — rzekł obojętnie Meteor. Blondynka z bufetu spojrzała na nich z zainteresowaniem. odrywając jej uwagę od Egipcjanina i Meteora. Była to twarz raczej rumiana niż smagła. Twarz Egipcjanina pociemniała. nie ma o czym mówić — rzekł Egipcjanin i wstał. wstał i nie śpiesząc się przygotował do wyjścia. — Pańskie ostatnie słowo? — spytał półgłosem Meteor unosząc głowę. zdjął kapelusz z wieszaka i wyszedł. tyłem do Meteora. Egipcjanin podążył ku drzwiom. a nie troski czy wiek przerzedziły włosy. — A za tę koszulę ile? — spytał lekceważąco Meteor. Bo w spokojnym mieście nie znajdzie pan drętwych na taką cenę.

co. że już nie wiadomo. już dobrze — mitygował go dobrodusznie Meteor. Meteor? Very smart. uśmiecHal się doń przepraszająco jakiś starszy. Dławił się. — Pańscy ludzie. Moi ludzie załatwią w kilka chwil wszystko i pojedzie pan złożyć zameldowanie. — My tutaj nie znamy takich numerów! Albo sprzedaje pan nam i zabiera swoją nie najgorszą dolę. kto są czyi ludzie… Jakaś konkurencja działa. gdy nagle poderwał się od stolika na widok wchodzącej do kawiarni postaci. jak przystało mężczyźnie. Zatelefonuję do pana. że nie jestem sam. Jak pana się woła zdrobniale po egipsku. Jussuf? — spytał wolno Meteor. A nazajutrz — waluta. Jego oczy tryskały najplugawszymi obelgami Bliskiego Wschodu. Mówię z panem jak z bratem. Tym razem w innym miejscu. Meteor zamierzał przyjrzeć się baczniej owemu panu. Dobrze pan o tym wie. Otarł jedwabną chustką spocone czoło i powiedział: — Kiedy forsa? — Za tydzień — rzekł Meteor. Trzydzieści pięć i ani grosza więcej. — Wcześniej nic się nie da zrobić. Egipcjanin wiedział o tym i musiał ją przyjąć dzielnie.innego! Ja z panem niks mehr!… — Przesadza pan. w Warszawie pan nie znajdzie. — Czy w Egipcie są wszyscy tacy naiwni jak pan. kochany panie Jussuf — uśmiechnął się wyrozumiale Meteor. Egipcjanin nie odpowiedział. Tu. dobrze? Nie tam. drogi panie Jussuf? Bo ja tak nie lubię całym imieniem… — Ile? — charknął Jussuf: stał się purpurowy. — „Proszę pana — posłyszał głos z lewej strony — to zdaje się są pańskie papierosy… — Od sąsiedniego stolika. na tym nowym bulwarze. — Wozu diese Redę? Po co ta mowa?… Zdawał się być zupełnie zrezygnowany. to będę zadowolony. mon ami. oczy nabiegły mu krwią. To była prawda. pochylając się ku niemu przyjaźnie. — Teraz mówi się w Warszawie. wie pan gdzie? Na Solcu. Potem potrzyma go pan parę dni w garażu. A sama robota? A kosmetyka? Jak piątkę na nim trafię. — Lowa! . przy którym poprzednio siedział. bardzo dzielna konkurencja… Ja chciałbym ich spotkać. zacisznie. gdzie załatwialiśmy tego czarnego hillmanna. — Powiedziałem już panu. ponura prawda. który tak blisko nich siedział. — Nie znajdzie pan. — Już dobrze. kościstej twarzy z długim nosem. przecież wie pan. albo może się pan wynosić z Warszawy z tymi autami. wątły pan o żółtej. przeklinający prochy przodków swego wroga i jego potomstwo aż do ostatniego pokolenia włącznie. że do sprzedaży takiego wozu musi być zaraz cały łańcuszek. panie Meteor — dodał marzycielsko. Wybierzemy sobie inne miejsce. komisariat niedaleko. prościutko. na Bagateli. No. Wyglądał teraz jak kupiec z „Tysiąca i jednej nocy”. — Wie pan przecież. pod Centralnym Parkiem. Nic nie może pan zrobić. no. mam takie. że nikt poza mną w Warszawie nie potrafi załatwiać tych spraw tak jak trzeba. podając mu paczkę „Lucky Strike’ów”. — Niech pan zapomni o konkurencji! — żachnął się nagle. Jutro pojedziemy przerejestrować wóz. kiedy odbiorę klucze od wozu. pańscy ludzie… — powtórzył Egipcjanin. — …Może dają lepsze ceny na zagraniczne auta. — Już dobrze — rzekł Egipcjanin zmęczonym głosem. Że beze mnie jest pan zgubiony.

urzędnicza pluskwa. — Co mnie jest potrzeba w tym miesiącu. opartą o parasol. nałożyć melonik i wyszedł. Meteor — dodał szybko — co to za szum na mieście z tymi rozróbkami? Jednych leją. gładka twarz kontrastowała nieco z zarysowującą się wyraźnie korpulentnością postaci. I w ogóle. — Ty. mogą być potem przykrości. Jeden kozaczek. siatkarz. Jurek. „Jakaś biurowa glista — pomyślał Meteor. Co to ma kosztować? — Zmierz — rzekł Meteor — co będziemy mówić w ciemno. — Płaszcza nie potrzebujesz? — spytał mimochodem Meteor. inni uciekają? Mówi się o tym coraz głośniej… — Nieważne. ty lekkoduchu! — Zylbersztajn skrzywił się niewyraźnie.— zawołał przez salkę — chodź tu! — Facet zaczął przeciskać się między stolikami. to pogadamy. mocno zbudowany. Jurek. Że też tacy jeszcze chodzą w melonikach!” Uniósł lekko firankę i z satysfakcją patrzył. — Co zrobić? — zatroskał się Zylbersztajn. Ale jak ta szmata jest z Pragi. ze skłonnością do otyłości. — Nic specjalnego — rzekł Meteor — chciałem ci tylko powiedzieć. jaką ma głowę. postukując parasolem. aż stanął przy nich. ja nie potrzebuję płaszcza? — zmartwił się jeszcze bardziej Zylbersztajn — ja najbardziej potrzebuję płaszcz. — Zgadza się — powiedział Zylbersztajn. a ja nie mam w czym chodzić. Jakieś lokalne gwiazdy próbują szczęścia w śródmieściu. — Idę — rzekł Egipcjanin — ich muss schön gehen… — Jaka szkoda — rzekł ze smutkiem Meteor — ale skoro pan musi… W takim razie do zobaczenia. jak Egipcjanin wsiadł do pięknego oliwkowego wozu i ruszył płynnie i bez szmeru. — Cholera! — powiedział — dzisiaj umówiłem się z taką jedną… — Szkoda — rzekł zimno Meteor — pan prezes chce cię widzieć właśnie dziś wieczór. Lada dzień zrobi się ciepło. co jest? Już nie potrzebujesz pieniędzy? — Ojej — westchnął Zylbersztajn — jak potrzebuję… Jak ja potrzebuję pieniędzy. Był to niski brunet o szerokich barach. patrząc za nim uważnie — pije kawę na przepustkę. Jak będzie na ciebie dobry. W chwilę potem podniósł się od sąsiedniego stolika starszy pan. Dam znać wkrótce. — Gdzie ja mam mierzyć? — rzekł z charakterystycznym gestem wznoszonego ku głowie . Jego młoda. że niepozorny pan w meloniku rozpłynął się jakby w powietrzu. Natomiast uwagi jego uszedł fakt. Albowiem tylko bardzo bystre oko mogłoby dojrzeć wątłą. Egipcjanin wyszedł. żebyś ty to wiedział? — Czarne oczy Zylbersztajna zasnuły się marzycielstwem i melancholią. — Piękna rzecz — powiedział poważnie Meteor — czeskie burberry. Co ty masz na sobie? — zainteresował się. to ja jestem generał–gubernator Kanady. gdyż wyszedł z kawiarni. Cheerie — ooo! So long! Ciao! — Uścisnął wylewnie rękę Egipcjanina i pomacHal mu serdecznie dłonią na pożegnanie. przywiózł z Pragi. przedstawiając przybyłego Egipcjaninowi. Panowie się nie znają. — Co ty mówisz. jak nie przyjdziesz. ja już mam taką głowę… — pokazał rękami. Już dawno nie byłeś na żadnej naradzie produkcyjnej. Jurek. lecz nie widać go było na ulicy. Lowka. — Czego chcesz? — spytał Zylbersztajn. Załatwi się. że Merynos cię potrzebuje. — Siatkarze grali w zeszłym tygodniu w Pradze. — Zaczekaj — rzekł Meteor — mam do ciebie romans. czarną postać. A tobie radzę przyjść. prawda? Pan Zylbersztajn… — rzekł. wtuloną w kącik pomiędzy wejściem do kawiarni i kiosk z gazetami i notującą skrupulatnie w notesie numer oliwkowego auta. siadając przy stoliku. dotykając płaszcza Meteora. Przedwczoraj je dostałem.

to nie. — Merynos chce cię widzieć — powiedział. Ale ponieważ musisz skrócić. — Człowiek się nie rozerwie. — Równy tysiąc na rękę — rzekł Zylbersztajn — właśnie za ten fason. Od innych wziąłbym dwójkę. — Tu jest jedna kabina z lustrem — rzekł do Zylbersztajna. że płaszcz sięgał Zylbersztajnowi do kostek. podchodząc do bufetu — gdyby przyszedł pan Kruszyna. który za wszelką cenę chciał zobaczyć. chciałeś powiedzieć… — poprawił z wyrozumiałością Meteor. wobec tego patyk i osiem dych. — Tysiąc osiemset. ten Kruszyna? — Ile? — spytał Zylbersztajn. Tysiąc dwieście dajesz? — W tej chwili zmienił się na twarzy: drzwi otworzyły się i wszedł Robert Kruszyna. — Lowka… — zaczął Meteor niepewnie. Czeska popelina. — Ode mnie chciał wyszarpać tysiąc dwieście. W środku zdjęli płaszcze i Zylbersztajn włożył płaszcz Meteora. Bobuś — rzekł Meteor — ale płaszcz dostaniesz wieczorem. — Co chcesz za tę sutannę? — spytał Zylbersztajn. płacąc należność babce klozetowej. — To głupstwo — rzekł Meteor. — Panno Wandziu. Lowa — rzekł . — Tu jest waluta dla ciebie — rzekł Kruszyna do Meteora. która pokiwała ze zrozumieniem głową. tuż obok melancholii i marzycielstwa. chyba więcej od ciebie nie weźmie twój przyjaciel Meteor — rzekł swobodnie Zylbersztajn. — Leży jak ulał. I tanio. Jurek. dobrze? Jakby mój ojciec nie prowadził przez czterdzieści lat sklepu z manufakturą… — Sklepiku. słuchajcie — rzekł cicho. — Jak tu ładnie — powiedział. — Skąd ja mogę wiedzieć — rzekła obojętnie Wandzia. — Do sklepu było jeszcze daleko tej norze na Gęsiej. zewsząd go wołają. że nikt nie ma takiego w Warszawie. — Co za przemiła dziurka ten „Lajkonik”… — Meteor rzekł: — Nie chcesz. co? U niego od razu czeska… Nie skacz do mnie z taką mową. jak płaszcz leży w talii — można skrócić. — No. siadając przy stoliku. Tysiąc złotych to wcale niedrogo. — Nie będziemy przecież tutaj mówić o interesach — rzekł Meteor. wstając i przebijając się przez zatłoczoną salkę. prosto z Białegostoku. trudno natomiast było dojrzeć w nim fakt. — W ciemnych oczach Zylbersztajna zalśnił. patrząc w sufit. — Słuchaj. nikt nie ma takiego w Warszawie. Jak na ciebie szyty — rzekł Meteor. Lowa. ty chamie. ale ty chyba masz ulgową taryfę u swego prastarego druha… — Tabaka jesteś. życiodajny sceptycyzm najwyższej klasy. A w ogóle. Lustro w kabinie ukazywało swobodnie tors Zylbersztajna. — Ile? — spytał Kruszyna podejrzliwie. fason prosto z Pragi. uderzając się w kieszeń na piersiach. uprzedzając niespokojne wysiłki Zylbersztajna. dobrze? Nie chce mi się teraz wracać do domu po coś innego… : — Kupiłeś ten płaszcz. Taka suma uzasadniała najgorsze przypuszczenia. Tylko dlatego. która spłoszonym wzrokiem przypatrywała się dwóm wchodzącym do jednej toalety mężczyznom. Robert? — ucieszył się Zylbersztajn — bardzo ładna sztuka. Przywitał się z Zylbersztajnem. ale nie skończył. Inaczej nie dostałbyś nawet pięciu stów ode mnie za tę ścierę. — Wiem o tym — rzekł Zylbersztajn — będę wieczorem. Dla ciebie. — Nie było Kruszyny? — spytał Meteor Wandzię. pociągając za rączkę do spuszczania wody. Meteor i Zylbersztajn wyszli z „Lajkonika” i przeszli wąski przesmyk ulicy. Kruszyna dobijał już do stolika. to ja zaraz wracam. Meteor otworzył drzwi miejskiego szaletu. dać do krawca.ramienia Zylbersztajn — tu? — Chodź — rzekł Meteor. który to jest. Czeska popelina. Wyszli i Meteor dał dwa złote babce klozetowej. Wiesiu.

— Halo — odezwał się obojętny męski głos. zamknął się w kabinie telefonicznej i nakręcił numer. — Nogi ci powyrywam na ulicy. bo się przeziębisz — dodała ciepło. Lowa zaprosił mnie dziś na większe szaleństwo… — Ostatnio z Lową. I w ogóle nie ma o czym mówić. — Słyszałem. A ty. żeby nie było niepotrzebnej reklamy. wyskakuj z płaszcza! — Ależ. Od dawna miała nieuleczalną słabość do Meteora. którego uważała za ideał męskiej urody i wdzięku. Tylko czekaj. mówię ci. zabierając płaszcz. Jureczku. — Do telefonu — burknął Meteor — na chwilę wyskoczyłem z „Lajkonika”. słyszysz? — Kto by o tym myślał — obruszył się niespokojnie Meteor — ścigać się z takim bykiem. skierował się ku drzwiom i wyszedł. jak ty. — On też ma swoje zalety. po czym dodał szybko: — Nieważne. Odwieszę płaszcz na wieszaku. Bobuś! — westchnął rozdzierająco Meteor — moje garbate szczęście. o wiośnie nie było co marzyć. aby bez sensacji. ale czego się nie robi dla przyjaciela. — Na pewno się okaże — mruknął Meteor. weźmiesz z wieszaka płaszcz. Lowa jest zajęty. Po chwili wyszła. wychodząc. jakby czyniąc miejsce dla osuwającego się bezwładnie na podłogę ciała Jerzego Meteora. Była to Roma Leopard w miękkim. — Aluś — rzekł Meteor — tu ja. dobrze. że cię zastałem. w których stała niewysoka. przecisnął się do wieszaka. porywisty wiatr. no nie? Zawsze parę złotych z niego wyrwiesz. a ty. Meteor. umówiłam się z nim i jestem cholernie spóźniona… A trzeba jeszcze omówić wieczór. patrzcie! — zawołał cicho — co za wspaniały nowy towar! — Kruszyna i Zylbersztajn obrócili się ku drzwiom. o co chodzi. — Nigdy bym ci tego płaszcza nie sprzedał. Tracę przez ciebie kilka stów. ciemnopopielatym futerku. Z nią był wtedy w „Kameralnej” ten… — urwał nagle. — Wyskakuj z płaszcza. bo jesteś fachowiec. co? — uśmiechnął się zjadliwie Meteor. Ruszył w stronę Brackiej. Bobuś? O. Ja jestem delikatne stworzenie… — Zdjął płaszcz. po czym pożegnał się i wyszedł nie płacąc za kawę ani za herbatę. — Dobrze. Słuchaj. Dobrze. Zylbersztajn zaklął bezsilnie. — Czy jest tam Lowa? — Siedzi. że macie jakieś kłopoty — rzekła z ciekawością Roma — ale nie — wiem dobrze. Meteor posiedział jeszcze z Zylbersztajnem. to zapomnij o tym — rzekł z naciskiem Kruszyna. — Wszystko razem? — spytała Wandzia podchodząc. czy ty jeszcze reflektujesz na taki wiosenny płaszcz. — Rozumiesz. Chyba jeszcze siedzi. Sondowałem cię tylko. bo jest już sprzedany Bobusiowi. milcząc z urazą. załatwimy później. bo jak cię zaprawię… — rzekł Kruszyna cicho. o jakim ci . Zylbersztajn odsunął się wraz ze stołkiem. — Co ty tak do figury? — spytała. Bobuś… — zaczął Meteor. Meteor skulił się i wsadził ręce w kieszenie: ulicami dął zimny. Tylko że na dziś wieczór możesz sobie kupić bilet do teatrzyku marionetek „Baj”. — To się okaże — rzekła Roma. — Znam ją — rzekł obojętnie Kruszyna — to taka od jednego hokeisty. lecz groźnie. Po paru minutach Kruszyna wstał. smukła blondynka i rozglądała się po kawiarni. Kruszyna wyjął plik banknotów i odliczył skrupulatnie w załomie jesionki tysiąc złotych. nałóż coś na siebie i nie chodź tak. — Płacić — zawołał Zylbersztajn. że mi pryśniesz. Opierając wyzywająco dłoń w rękawiczce na smukłym biodrze. zamówię jeszcze jedną kawę. powiesił go i wrócił do stolika.spokojnie Meteor. dobra? — Jeśli myślisz. Meteor wszedł do urzędu pocztowego na Żurawiej. Na rogu Żurawiej usłyszał za sobą: — Jureczku! — Odwrócił się.

— Drogo. — Tymczasem. Dziś masz być u Merynosa. — Aluś — rzekł Meteor chłodno. Nie stać cię? — Już dobrze. ujmując klamkę. Pogadamy o tym później. — Jest „Humber”. dobrze? — rzekł głos w słuchawce — przywieziesz płaszcz. Pomówimy z kimś innym. choć znoszone. jak z «Vogue». po czym zrezygnował z jakiejkolwiek akcji. — Wierz mi. gdy nagle spostrzegł w kolejce do telefonu smukłą. — Trudno. że Meto walczy ze śmiercią? Co się stało? Cała Grzybowska i Żelazna z przecznicami huczą od plotek… — Nic takiego. dobrze. Spod zgrabnego czarnego beretu patrzyły nań szare. drżąc z zimna. Rzeczywiście — blondynka miała na sobie autentyczne. panie inżynierze. reszta w kursie. Puknij się w głowę. żebyś mógł wszystko wiedzieć. kiedy przyjedziesz? — Przyślij wóz po mnie. z kompletem zapasowych części. model 1954. Meteor. Lecę na Ochotę. — Dokąd? — spytał szybko szofer. — Meteor puścił klamkę i zaklął. na rogu Żurawiej i Brackiej… — Odchrzań się. ale zaraz. — Czego chcesz? — spytał z rezerwą Aluś. Meteor szybko nakręcił powtórnie ten sam numer. — Słucham? — rozbrzmiał w słuchawce inny. „Przygadać ją teraz czy nie? — zastanawiał się przez chwilę Meteor. Jurek. „To są kobiety! — westchnął w duchu — prawdziwe gwiazdy. Szare oczy odwróciły się obojętnie. — Co tak długo? — obruszyła się jakaś starsza pani — tu rozmównica publiczna. Co z płaszczem? — Tysiąc osiemset. — Wypije pan na miejscu czy na wynos? — spytała . — Meteor już wiązał na języku jakiś bukiecik dla starszej pani. do wójta nie pójdziemy. — Aluchna. gdy w słuchawce rozległ się ponownie głos obojętny i męski — proszę cię o odrobinę uprzejmości. Stał kilka minut na krawędzi trotuaru. mocno ściągnięte paskiem burberry. całuję cię w łysą pałę. niewysoką blondynkę. „Ekstraklasa! Supermodel!” — pomyślał Meteor z zachwytem. A nie takie imitacje. — Czekaj. — Nie — rzekł szofer — za daleko. Trzy rozmontowane. chodzą przecież taksówki w Warszawie. ani jednego wozu na chodzie w garażu. chłodne oczy. wyjmując pieniądze. obejmując blondynkę powłóczyście zuchwałym spojrzeniem. — Gdzie? Kto? — ożywił się głos w słuchawce? — To moja rzecz — rzekł twardo Meteor. Pogadamy. przyślij po mnie auto. jak Boga kocham. Cztery i pół nie dostaniesz. co takie krzyki na mieście. Humber wzięty. która zaglądała do „Lajkonika”. — To nie są warunki” — pomyślał i wyszedł. — Na Saską Kępę — rzekł Meteor. — Ty. że Irys zabity. — Butelkę piwa — rzekł. to możemy porozmawiać. ale zgodzimy się. Wiesz o tym? — Wiem. posłuchaj.mówiłem? — Jak najbardziej — rzekł głos w słuchawce. jak Roma Leopard… Ten płaszcz!” — jęknął z zazdrością. Nie mam wolnych wozów. Do widzenia! Wyszedł z kabiny. Ruszył w stronę Alei Jerozolimskich i wstąpił do pierwszej z brzegu spółdzielni. — Inżyniera Wilgę… — rzekł Meteor. młody i śpiewny głos. wreszcie zatrzymała się przy nim jakaś jadąca wolno urzędowa pobieda. Wokoło nie było taksówki ani na lekarstwo. Jurek. Ja jestem na poczcie. — Inżynier Wilga do telefonu! Już dochodzi — zaciągnął kresowym akcentem młody głos. — Ile? — Cztery i pół. Aluchna. — Za duży jesteś ostatnio ryzykant. Wszystko nieprawda. że Maniek dogorywa. — Przywieź. i jeszcze dziś będziesz miał płaszcz z czeskiej popeliny. Możesz mieć wieczorem. Meteor. „Rozchoruję się przez tego…” — pomyślał o Kruszynie przy pomocy wyrazu odzierającego Bobusia z reszty godności. wychylając się. — Po czym słuchawka została spokojnie odłożona. Jakaś drobna rozróbka z dużą reklamą. bo możesz gorzko żałować.

Meteor pewnym krokiem minął ten drewniany westybul i otworzył drzwi prowadzące w głąb baraku. Żal mu było pięciu złotych. Pomieszczenie. — Dyrektor Chaciak czeka na mnie — rzekł zimno Meteor. trotuary i wytyczone lokalizacje pod przyszłe zabudowania. — Zresztą. troskliwie pielęgnowane włosy dyrektora Chaciaka. zastanowił się przez chwilę. w którym się znalazł. zaraz. — Znamy się z . „Za drogo!” — myślał ze zgryzotą. mobilizujących wszystkie możliwe cnoty społeczne w człowieku. Jakieś nowe zwyczaje. gdyby nie niczym nie usprawiedliwiona konieczność zarobkowania przy pomocy zwykłej pracy. od Wału Miedzeszyńskiego wiało lodowate wietrzysko. zrównawszy się z nimi — co z tą partią wiatrówek dla MHD? — Będą gotowe. ujął bez pytania słuchawkę wewnętrznego telefonu i nakręcił numer. — Aleja zaraz przyniosę — zezłościł się Meteor. — W porządku.ekspedientka. panie Roman. nie zważając na tlącą się w spojrzeniu czekających nienawiść. dobywający się spod rozmokłego w wódce. Płomienne wezwania do unikania alkoholu sąsiadowały tu z barwnymi informacjami o ilości wydobytej surówki w trzech południowych powiatach Górnego Śląska. dwudziestego ósmego żebra. Jurek — rzekł idący naprzeciw. oblepione nieprzeciętną ilością plakatów. Naprzeciw szła jakaś postać. pan inżynier Meteor… — …dzo mi przyjemnie — mruknął dyrektor Chaciak podając Meteorowi rękę. — Biorę ze sobą — rzekł Meteor. rozglądając się za taksówką. najwyraźniej znudzonych i rozdrażnionych długotrwałym czekaniem. Meteor pchnął drzwi ze szklaną tablicą. Zapłacił i wyszedł z butelką jasnego w ręku. ten pan do mnie… — rzekł do tęgiego mężczyzny i wciągnął Meteora w ciemny korytarz baraku. czy nie zatrzymać taksówki na powrotny kurą. jaka zazwyczaj maluje się w połowie dnia roboczego na obliczach ludzi w pełni świadomych tego. był to głos niski. — W takim razie pięć złotych zastaw — powiedziała ekspedientka. doskonale ubrany brunet. wskazując butelkę i szybko się pożegnał. — Sie masz — rzekł bez entuzjazmu Meteor. za którą ciągnęły się długie. prawda? Dyrektor Chaciak. wysoką barierą stał tęgi mężczyzna o twarzy nacechowanej wzgardliwą goryczą. Widzi pan. Trzeba czekać. — Do dyrektora Chaciaka — rzekł z opryskliwą wyższością Meteor. murowane baraki: ulice miały tu tylko jezdnie z kocich łbów. — Tak nie wolno. na której niebieskie litery głosiły: „Spółdzielnia Pracy RADOŚĆ — Konfekcja — Odzież”. miało ściany z desek. ilu wspaniałych rzeczy można by w życiu dokonać. w świetle uchylonych drzwi widać było gładko wygoloną młodą i sprytną twarz o zadartym nosie i ostentacyjnie szpakowate. Po piwo… — rzekł Meteor. pełen wzgardy. chrapliwy. — Munio — rzekł po chwili — skocz no tu na portiernię. Pod plakatami siedziało kilka osób. — Pan dokąd? — osadził go w miejscu głos tęgiego mężczyzny. Na rogu Alei złapał taksówkę. — Panowie się nie znają. Szedł szybko Bracką. daj pan… — cofnął się do bariery. obywatelu — rzekł tęgi mężczyzna. wejść do was nie można?… — Po — minucie drzwi odskoczyły i do portierni wleciał malutki brunet o rozbieganych oczkach i jedwabistym angielskim wąsiku pod maleńkim noskiem z metrem krawieckim przewieszonym przez kark. Płacąc na końcu Saskiej Kępy od strony Gocławka. — Sie masz. — Zaraz. za drewnianą. — Co ty tak letnio? Już do figury? — Skoczyłem na chwilę. Przeszedł szybko odcinek dzielący go od drucianej siatki. wszyscy czekają. — Panie Edmundzie — rzekła postać. będą gotowe — rzekł szybko Munio.

Grudkowa wypisała kwit na sześćset osiemdziesiąt złotych. pogadamy przy kawie. — Na panu. żeby mnie nie załatwili. Jak się namyślisz. Zawsze możemy zaczynać od nowa. inżynierze. pani Grudkowa — rzekł Meteor. — Pan znów po płaszcz? — spytała z ironicznym. który posłałem przez Munia? — Tak — ucięła krótko Grudkowa — niech pan siada. — To pańskie — rzekł nieśmiało Munio. Po godzinie wszedł Munio z płaszczem koloru kawy z mlekiem. Meteor wyjął czerwone banknoty. Z przyjemnością — rzekł dyrektor Chaciak. Pomógł Meteorowi włożyć go. I tak jesteśmy przeciążeni pracą i mamy więcej przyjętych zamówień niż materiałów. co ja miałem przez ciebie. zaś Meteor dobył gazety z kieszeni i pogrążył się w tekście przemówienia ministra rolnictwa o problemach kontraktacji trzody chlewnej. który miał być gotów na dziś. wszystko tak leży — rzekł Munio z podziwem. — Muniek — rzekł Meteor — masz gotowy ten czwarty? — Zwariowałeś? — zachłysnął się cicho Munio. odliczył siedem. Nie chcę nic wiedzieć o żadnych radach zakładowych i harmonogramach. podając Meteorowi wyrwaną z zagranicznego żuntala stronicę z modelami płaszczy deszczowych. „Za drogi gips — pomyślał Meteor — nie warto. otyła pani. że robię na prywatny szczot! — Muniek — rzekł cicho Meteor. Meteor przyglądał się uważnie swemu odbiciu w długim lustrze na ścianie. — Panie dyrektorze — rzekł Munio — inżynier Meteor zabiega o partię płaszczy według modelu dla ludzi swego zakładu pracy. dobrze ukrytego pod ostentacyjną statecznością. że rozłamuję harmonogramy dla pojedynczych zamówień.widzenia — rzekł ze skwapliwą grzecznością Meteor i dodał z porozumiewawczym uśmiechem: — Z „Kameralnej”. spotkamy się. — Panie Edmundzie. Meteor spojrzał na niego ze zdziwieniem. — Leży jak poemat — rzekła Grudkowa. Słyszałeś o tych rozróbkach? Dorzuciłbyś stówę. co. Taki Chaciak tyle zaśpiewa za drobne ułatwienia. z „Bristolu”. — Pan dyrektor bywa w mieście. — Munio mruknął coś niewyraźnie. te wiatrówki… — Po czym pożegnał się i wszedł w najbliższe drzwi. młoda twarz i trochę teatralna siwizna nadawały jego obliczu wyraz specyficznego cwaniactwa. Pożegnał szarmancko panią Grudkową i wyszli na korytarz. lecz wyrozumiałym uśmiechem pani Grudkowa. — Żebyś wiedział. Ta Rada Zakładowa. z groźbą w głosie — nie rób ze mnie barana. Na pewno dojdziemy do porozumienia… — Oczywiście. że nie warto się w to pchać”. — Proszę złożyć formalne zamówienie. Nie dałoby się zrobić z tego nowego przydziału białostockiego rypsu? — Nic teraz nie mogę powiedzieć — rzekł wymijająco Chaciak. słyszysz? Tu jest stówa dla ciebie i do roboty. — Z chęcią — rzekł Meteor. — Całuję rączki. Żeby taki . dobrze? Czekam pół godziny na ten już raz mierzony. Warszawa… — Perkaty nos. cedząc słowa — cholerę w bok. zapłacił. po czym rzekł: — Zaczekaj w ekspedycji. Meteor… I tak ładne parę tysięcy na mnie utłukłeś… — Dorzucę ci — rzekł Meteor. — Tak jest — rzekł swobodnie Meteor — pakiecik do pani dotarł? Ten. — Ma się tę figurę — rzekł skromnie Meteor. uśmiechając się. inżynierze. — Wysiadka? — spytał drwiąco Meteor — nie robisz więcej? — Nie — rzekł Munio — boję się. dyrektorze? — Możliwe — rzekł z rezerwą Chaciak. — Po czym wróciła do swej pracy. Niech pan zatelefonuje w tych dniach. daj mi znać. Rada Zakładowa na mnie naskoczyła. — Wiadomo. I w ogóle… zła atmosfera na mieście. — Meteor wszedł do jednego z pokojów: siedziała w nim starsza. wziął dwadzieścia złotych reszty.

ciasne sklepiki. Ulica nazywała się Wielka — kiedyś. na Wielkiej. brytfanek. warszawski koloryt. Ostatnia i przeznaczona do rozbiórki. patelń. — Meteor pochylił się i otrzepał chusteczką kurz z zamszowych butów. kiedy istniała. haceli. betoniarek. Hałas i tyle — sarknął Meteor — potrzebne komu takie duże domy? Mnie by wystarczyła willa. Odwrócili się i weszli w ulicę Bagno biegnącą ukośnie od rogu Świętokrzyskiej i Wielkiej ku północnemu zachodowi. panie Życzliwy — rzekł Jerzy Meteor podchodząc. — Dzień dobry panu. W gruncie rzeczy ulica Wielka. Na rogu Świętokrzyskiej stał wysoki. . — Kamieniołomy robią ze stolicy. — „Polonię” widać jak na dłoni i róg Poznańskiej. nawet w dobie swego rozkwitu. Wokół rozciągała się zryta wykopami i sfałdowana wzgórzami materiałów budowlanych przestrzeń największego placu w Europie. jako specjalnie uzdolniony — rzekł bez urazy Życzliwy. — Chodziliśmy tam zawsze nad ranem — westchnął sentymentalnie Życzliwy — dla oficerów ułanów były specjalne zniżki. gwoździ. co za spotkanie — powiedział grzecznie Życzliwy. malutkie warsztaty zduńskie. — Brud. W portierni czekający jęknęli z zazdrości na widok nowego płaszcza. stodół i końskiego potu. żylasty mężczyzna około pięćdziesiątki. nie miała w sobie nic z wielkości. zakrętek. Muniek. Po ulicy Wielkiej pozostała jezdnia i krawężniki trotuarów. nitów. — Ale kawał pola… — rzekł Życzliwy. obcęgów. — Meteor spojrzał nań bystro. siana. też skazane na zagładę. Krzepka. wyżymaczek. stołów bilardowych. — To fakt — przyświadczył Życzliwy. łamał się na jakiejś radzie zakładowej… I wyszedł. — Wojna przeszkodziła. dźwigom i koparkom występowały tu maleńkie. — Giną wspomnienia. W każdym razie tu. — Pan w którą stronę? — spytał Meteor. który się rodził w duszącym pyle. Obecnie stała tu poszarpana przez wojnę i połatana remontami duża kamienica. w warkocie koparek. rusztów kuchennych. co było przed wojną w tej kamienicy? — wskazał na czarną resztkę domu przy Wielkiej. — Domyślam się — rzekł Meteor. śrub. liczyłem się jako oficer. — Dzień dobry panu. Wlot ulicy Bagno zdawał się być wlotem w inny świat — świat przeciwstawny gigantycznemu wieżowcowi i rozległej przestrzeni placu. to najgorsze. lecz nie rzekł nic. — Do was — rzekł Życzliwy. panie Meteor. o opalonej. ekonomska siła biła z tej postaci. Jej tłem był kremowy masyw ogromnego wieżowca. — Po co ta mowa — rzekł Meteor — pan był przecież wachmistrzem. — Chcę się zobaczyć z panem prezesem Merynosem. — Chodzić nie można po tym mieście — poskarżył się. szedł od niej jakby zapach łąk. smród. porytej zmarszczkami twarzy i przyglądał się wrącej wkoło pracy. — Ale miałem już skierowanie do centrum wyszkolenia kawalerii. hufnali. Placu. zakreślając krąg ręką. Tęgi mężczyzna rzekł: — Do widzenia panu… — W jego przemokłym spirytusem głosie był niechętny szacunek. jak ty. Naprzeciw potężnym buldożerom. tumanach kurzu.kozak. nie podając Muniowi ręki. Wie pan. narzędzi stolarskich. — Aaa. spychaczy. pełne drobnego żelastwa: podków. Mieściły się przy niej drugorzędne jadłodajnie i kawiarnie pełne zakamarków. Stanowiła zaplecze ulicy Marszałkowskiej. bukmacherów i ściszonych rozmów na tematy wyścigowych afer. Po obydwu stronach stały tu niskie. dwupiętrowe rudery: odarte z tynku ściany nadawały ulicy nieporównany.

przygnębiające spękanym szychem wykładanych ongiś kolorowymi kafelkami bram. ciągnął się betonowy parkan wokół skweru z szaletem. jedzące kiełbasę z zatłuszczonych papierów i przechylające butelki jasnego piwa do gardeł. naprawą maszyn do pisania. pełne balustrad i gzymsów. rzucali pytania i powitania. wskazując na zabity deskami prostokąt w ścianie klatki schodowej. podartych wiatrówkach. czarnoszare. zachowała ze zniszczeń kilka kamienic w całości. sprężyny. szufle. drewnianymi skrzynkami i kartonowymi pudłami. zajmujące się handlem częściami samochodowymi. i weszli do jednej z bram. na którym wznosił się wielki. scyzoryki. były tu większe sklepy prywatne i spółdzielnie usługowe. panie Życzliwy. — Wysoko — przytwierdził Meteor. Były to secesyjne. Wymieniali szybkie uwagi. Stały tu rzędy aut. a częstokroć w samych mimo zimna koszulach siedziały leniwie na krawężnikach skweru. W oknach sklepików wisiały pilniki.zastawione piecami i kaflami. sprzedażą opon i wulkanizacją dętek. kłódki. — Dlatego rzadko chodzę do biura. wszystko ich interesowało. W ten sposób doszli do placu Grzybowskiego. Pomiędzy wylotem ulicy Bagno. krótka i dość wąska. obwieszczająca czerwonymi literami na zielonkawym tle: Spółdzielnia Pracy WORECZEK Wyroby galanteryjne z mas plastycznych — Wysoko do was — uśmiechnął się niechętnie Życzliwy. zamki. na placu na wprost ulicy Próżnej. rur. paląc niedopałki. wędzidła. tysiące kluczy. wchodzili do sklepów. połatany remontami kościół. teraz odrapane. drzemiąc lub rozprawiając przy pomocy namiętnych przekleństw o nędznych zarobkach przygodnych tragarzy i o drożyźnie alkoholu. siedmiopiętrowe czynszówki. — Moglibyście uruchomić tę windę — rzekł Życzliwy. jak się pan przeleci sześć pięter. opierając podbródki o podciągnięte kolana. stłoczone w suterenach zakłady ślusarskie i hydrauliczne. Z warsztatów dochodziły odgłosy robót kowalskich lub syk spawania i lutowania. Po lewej stronie kościoła zwalone fasady domów odsłaniały długie. zastawionej ciasno świeżymi. których wysokie ściany upstrzone były wietrzącą się w oknach i na balkonach pościelą. świecące nagą cegłą i obtłuczonym tynkiem. łopaty. Wśród licznych szyldów i wywieszek po obu stronach bramy rzucała się szczególnie w oczy duża. po czym skręcili w klatkę schodową od frontu. emaliowana tablica. czarne podwórka. troskliwie chowane w zagłębieniach dłoni. niklowanych kranów i pryszniców. Niemniej ulica Próżna wyglądała czyściej i zamożniej niż ulica Bagno. przemieszane z dorożkami konnymi i rowerowymi rykszami do przewozu towarów: na rykszach leżały rozwalone postacie w brudnych cyklistówkach. Takie same postacie w obszarpanych swetrach. Przy pańskim zdrowiu… Zatrzymali się na czwartym piętrze dla złapania oddechu: po obu . umywalni. Życzliwy i Meteor minęli przecznicę Próżnej. Życzliwy i Meteor skręcili w Próżną: ulica ta. — Nic panu nie będzie. zarzucone stosami armatur kanalizacyjnych. ulicę Zielną. Życzliwy i Meteor przystawali przy malutkich wystawach.

co się stało? — spytał Merynos. wielokątny. — Jest — powiedziała Aniela. — Słuchaj. — Jest prezes? — spytał. — Przyprowadziłem panu Życzliwego — rzekł z uśmiechem Meteor. szóste piętro nosiło ślady starannego. Pan do kogo? — spytała głośno i opryskliwie zwracając się do Życzliwego. — Kupiłem nowy płaszcz. futrówki. Zalatywało zapachem topionej słoniny i gotowanej kapusty spoza lichych. podstemplowujących piętro następne. Za Merynosem stała mahoniowa biblioteczka o trudno widocznej za kolorowymi szybami zawartości. różnych podszewek. zdawał się mieć o wiele więcej niż cztery ściany. w brudnym fartuchu. mówiąc tylko do Meteora: — Czeka na ciebie. — Wiesz. nie zwracając najmniejszej . choć równie cicho Meteor — jak nie zamkniesz swojej parszywej japy. zobaczysz… Meteor otworzył drzwi z napisem „Prezes” i wszedł sam do pokoju. plakardów. Dawno go u nas nie było. Następne. jedną ze ścian zajmowała etażerka z księgami handlowymi. w której stała gazowa kuchenka. trzymając wyciągnięte nogi na kaloryferze. Na wprost schodów widniał zabity deskami otwór windy. lecz urwał w pół zdania. — Pomyślałem sobie. — Cały dzień cię nie widać. po czym znów ściszyła głos. — Co ty masz na sobie? — warknął. że może go pan będzie potrzebował. istny labirynt oszalowań. na którym leżały modele saszetek — kosmetyczek. Za biurkiem siedział Filip Merynos. Pełno w nich było schowków. smrodzie. czysto utrzymany i zakończony otwartą łazienką. ścinkami dywetyny. nie liczącego się z kosztami remontu: drzwi po lewej stronie wiodły do niewielkiej fabryczki. ciasnych przejść i zakamarków. teczkami biurowymi. pokryte płachtami różnokolorowego plastyku. Na widok wchodzącego Meteora Kruszyna poderwał się z fotela. na drzwiach po prawej stronie wisiała tabliczka z napisem: „Spółdzielnia Pracy WORECZEK — Dyrekcja”. — Znów czeski? — w głosie Kruszyny zadrżała pasja. skąd dochodził stukot małokalibrowych maszyn. — Za miękkie masz ręce. — Gdzie ty się podziewasz? — spytał spokojnie Merynos. Pokój był dość dziwny: duży. paski i inne drobiazgi z plastyku. Meteor. zaś trudno było zorientować się w ićh dokładnej ilości. wokół stołów uwijali się ludzie w roboczych kitlach. natomiast wypalone ściany usiane były lasem desek. standardowe. tłumiący odgłos kroków. Wstawi ci bańki. drzwi od wmontowanych szaf. Wyżej nie było mieszkań. puszysty dywan. Sprzęty były liche. czytając gazetę. jakby nie słysząc poprzedniego dialogu. widać było przez te drzwi długie stoły. ciągnął się przed nimi bielony korytarz. do roboty przychodzisz? — Aniela — powiedział ze złością. niebieskie oczy patrzyły bezczelnie. przy oknie leżał w fotelu Kruszyna. skoroszytami. to nie dostaniesz pensji w tym miesiącu. w drugim stolik. gówniarzu — rzekła Aniela — żeby mnie pensję Wypłacać. W jednym kącie stała kasa pancerna. torebek damskich z nylonu. grubych belek. zaś policzki obficie przysypane różem. psia jego mać — rzekła cicho na widok wchodzącego Meteora — o której. Meteor otworzył te drzwi i przepuścił Życzliwego przodem. dyktowych drzwi w gołym murze. Na podłodze leżał kosztowny.stronach schodów ciągnęły się ciemne korytarze rozczłonkowanych na wypalonych piętrach mieszkań. Jej duża twarz o grubych rysach zdawała się być uszyta z twardego juchtu. — Ładny? — spytał Meteor kokieteryjnie. — Dyrektor. usta miała pociągnięte grubo szminką. Bobuś… — zaczął Meteor. Z łazienki wyszła barczysta kobieta około czterdziestki.

a potem na długie lata do pierdla! Meteor spuścił oczy w pokorze. . tym bardziej Meteor czuł się jak uczniak w klasie przed wszechwładnym wychowawcą. model 1954. wiesz o tym tak samo dobrze. Bobuś mi mówił. na twoje ręce. Nie mój wydział. — Ano. wiem. pewnym: — Ten ostatni numer daje do myślenia. Jego piękna. bo ty tu jesteś za dyrektora! Zapamiętaj to sobie. — I co ty na to? — Ja? — uśmiechnął się przymilnie Meteor. Namotałem dziś nowy wóz. Rozumiesz? My tu nie jesteśmy sami. jak i ja! Nam patrzą na ręce.uwagi na słowa Meteora. U mnie wszystko funkcjonuje idealnie. — Meto… największy specjalista od worka. — Zdarza się. Twarz Merynosa wygładziła się. — Panie prezesie… — zaczął Kruszyna. jakby mu w kieszeń nasiusiali. Merynos uśmiechnął się. Merynos zbliżył się do niego. czarne oczy rozbiegły się złośliwie. — Może jakaś depresja psychiczna? Najlepsi czasem… — W każdym razie sprawa jest poważna — rzekł Merynos. przy mnie. ciemna twarz skrzywiła się w grymasie okrucieństwa. Meteor. Złapał Meteora za klapy i przyciągnął gwałtownie do siebie. — Więc co robić? — spytał z nagłym niepokojem Meteor. — Wniosek jedyny… — powtórzył Merynos. Za czterdzieści pięć. — Skowronek się znalazł. bo inaczej… najprzód na parę tygodni do szpitala. żeby Aluś nie zechciał sobie oderwać kilku nadprogramowych tysięcy. Merynos wstał z fotela i chodził w milczeniu po pokoju. Zadowolony. Wydział Bobusia. stanął przed nim i nagle Meteor cofnął się w przerażeniu do tyłu: — warz Merynosa zaczęła drgać w ataku bezprzytomnej wściekłości. co ci każę! Za to ci płacę. Albo jest u nas siatka płac. panie prezesie? — spytał z gorliwym przejęciem Meteor. Trupów wprawdzie nie ma. — Meteor! — strzyknął mu gorącym oddechem prosto w oczy — uprzedzam cię. dość tych kursów na prawo i lewo. — Meto się złamał… — powtórzył z namysłem Merynos. szczeniaku. Wilga się nawet nie przestraszył. dość brudnych skoków na różnicę ceny pomiędzy peryferiami a śródmieściem! Słyszysz? Twoim psim obowiązkiem jest warować tu. no nie? — Już ścichnij — rzucił wrogo Kruszyna. Im dłużej milczał. Ta dziwaczna historia z Metem? — Meto się złamał — mruknął Kruszyna. Nie można. rozbiegane źrenice przestały latać nieprzytomnie. panie prezesie. — Wniosek może być tylko jeden — rzekł wolno. i robić. dość malutkich interesików z płaszczami. Od razu panu mówię cenę. Po chwili rzekł głosem spokojnym. żeby każdy kołował na własną rękę. — Nic. przysiadł na krześle z zaciekawienia. jakiego znała Warszawa… — Różnie bywa — rzekł nieśmiało Meteor. — Więc jaki wniosek. cholera wie. A. Kruszyna podniósł się z fotela. ale chłopcy zakotwiczeni są na długie tygodnie w szpitalu. Merynos wrócił na środek pokoju. W zasadzie wymordowano nam gwardię. „Humber”. albo jej nie ma. co powiedzą po wyjściu.

żeby sobie utorować kopniakami drogę wzwyż. Zresztą… Kudłaty chce z nim mówić. że trwa bezlitosna walka na każdym kroku. Znacie to wszystko i wiecie. — A te wszystkie numery z Migdałem Leonem. a nawet setki facetów. że te dzielnicowe spory są nam na rękę. jak to nasze chłopaki. Przerwał ją Kruszyna. ale na konkurencję nie ma miejsca w Warszawie. — No. że sami nie wiedzą. Wyglądał teraz jak dobry szef.— Spróbujemy — rzekł — na rozmaite sposoby. — Moi drodzy chłopcy — rzekł miodowym głosem — kochani przyjaciele. — Panowie się przyzwyczaili do monopolu — rzekł drwiąco. któremuś się zechce czegoś więcej. Możemy mieć sprzymierzeńców. wielu ludzi przeszło przez nasze ręce w ciągu ostatniego roku. — Moryc jest twardy. I jest mi teraz bardzo potrzebny. panowie. że zjawy. z ikrą. Ale o monopole trzeba walczyć. Zapadła cisza. Sam mi tak powiedziałeś. sięga po sławę i zarobki. Ten drugi wziął sobie kilku do doli i rozgonił hoftę Strycia. zamach uje się na karierę. żeby się o to coś postarać. do którego można i należy mieć bezgraniczne zaufanie. za wyrządzony numer. ma miejsce zwykła. to było wygodne. Migdał. że Mechciński inaczej mówi o tym wszystkim niż tamci. niż dostaje. Stryć mógł dostać po mordzie od większego kozaka niż on. o drobne zyski i korzyści. są to chłopcy żywi. noszą w sobie możliwości przeróżnych niespodzianek. Po czym nagle stanął i spojrzał przenikliwie na Kruszynę. że skacze. Proste. o to. w którym robi ładne kilkadziesiąt osób. wiecie wszak dobrze. co i jak się stało. za wkroczenie w nie swoje kompetencje. że na poszczególnych odcinkach naszej pracy wre nadal walka o rzeczy małe. Migdał i Leon są z wydziału. i zaczyna skakać. nie? A oni. że my nie możemy mieć konkurencji. Oczywiście — nie możemy wiedzieć wszystkiego dokładnie: dziesiątki. dobrze — rzekł cicho. Leon. — Ja rozumiem. że ma dość silne ręce i nogi. o władzę przed kinem „Ochota”. możemy pertraktować z każdym silnym. ktoś złapał odpowiedni moment i załatwił ich. przełożony. o warszawską wyłączność. Dla nikogo. o tereny łowieckie w resztce ruin na Czerniakowie. codzienna szarpanina o parę złotych. o rezerwaty do pracy wokół Dworca Głównego. co na niej można zarobić. uważa. przytomni. z małymi kozaczkami ze swojej dzielnicy? Merynos usiadł za biurkiem. że pierścionki. na pewno mieli zatargi. toczą się lokalne rozgrywki o pierwszeństwo. — Moryc ma ambicje — rzekł Merynos. kładąc ręce na blacie. porachunki. To jest coś. Z Mechcińskim… — Merynos zawaHal się na chwilę — z Morycem jest inna sprawa. . że ma zadrę. że szuka. takiego. — Ja tam — kontynuował Merynos — nie wierzę w to. że ta codzienna kotłowanina to podwalina całego interesu. w te cuda i nadzwyczajności. Meteor i Kruszyna słuchali z nabożeństwem. To zdolny gówniarz. Tu chodzi o duże rzeczy. z biglem. I nie zapominaj. Wiecie. co mówił Stryć. Merynos zapalił papierosa. który miał oko na ślizgawkę i wiedział. — I dużo wie. Wiecie. potem — mowa: że kastety. Znów rozpoczął swą wędrówkę po dywanie. że cuda. dokonują się osobiste porachunki za jedno słowo. Kruszyna. Morycem Mechcińskim. którzy się przy nas kręcą. no nie? — Tak — przyznał niechętnie Kruszyna.

A nowe talenty rosną. Trzeba pogadać z Irysem. — : Czyli że to może być niewąska hofta — uśmiechnął się nieszczerze Meteor. Chodzili za nimi. ale wiemy. — Ale kto to może być? Ostatecznie zna się ludzi z branży w tym mieście. Cedet. Poproszę Kudłatego. przy pomocy lekkiego uderzenia nasadą dłoni w czoło. kombinować. od jakiegoś łacha i tego szoferaka. Robert — zwrócił się do Kruszyny — w ciągu trzech dni chcę widzieć nową gwardię! Twoja sprawą. Zaczęło się w autobusie. że to oni sami rozrobili. którymi może wstrząsnąć taka sprawa. — Ale okazuje się. co i jak. co „mogło być tylko strachem. lecz potulnie Meteor. Jak to zrobisz. to mnie nie obchodzi. że byli gdzieś faceci. w sam środek. dość na tym. I znaleźli. jak ci tam. upowszechniona w Warszawie przy pomocy dewizy: „Czaszka pracuje”. jak do tego dojdziesz: masz w Warszawie kina. jak wam powiedziałem. I to jeszcze: na najbliższy okres nienaganny styl życia. — Dobrze — rzekł z grymasem. Kudłaty to przede wszystkim głowa. Ale nasza potęga to nasza ostrożność. — Pozostaje więc tylko ta ostatnia rozróbka. jakby dusząc w sobie coś. — Pan . uderzyli centralnie. że ci tam. — Teraz każdy do siebie. brudnej ulicy i pcha się do śródmieścia. Dla załatwienia spraw samochodowych będziesz brał ode mnie przepustki na miasto. zrozumiałeś? Żadnych hulek w „Kameralnej”. Wparł się wygodnie w fotel. ażeby podwyższył pensje. zapalił powoli papierosa i rzekł: — Żadnych obaw na razie. — Dyscyplina pracy. nie są w stanie jej naruszyć. że ja chcę dziś jeszcze mieć dokładne wiadomości od Irysa. — Warszawa jest duża. — Więc co teraz? — spytał bezradnie Kruszyna. po czym Merynos ciągnął dalej. moi mili. zwykłe autobusowe igraszki. Po czym wstał i podszedł do Meteora. Znaczyłoby. A to. szkoły — idealny zasób rekruta. jest sprawa poważna. Meto był dobry do bicia. Wszystkich nie znasz. jak wielkie znaczenie w życiu ma kartezjańska zasada „Myślę. silnych. Już! Otworzył polsterowane skórą drzwi i wypuścił Meteora i Kruszynę. Co ty możesz wiedzieć. jakie asy startują każdego roku na Siekierkach czy na Grochowie? Taki kosior po kilku pierwszych zwycięstwach odniesionych ręką i nogą zaczyna myśleć. którzy podskakują. już mu nie wystarcza chwały ani zarobku na swojej krzywej. — Błąd — rzekł spokojnie Merynos.Znów zapadła cisza. My nie z tych. Uczynił typowy warszawski gest określający wymownie. Merynos uśmiechnął się łaskawie. Trudno. więc jestem”. czekający tylko na taką okazję. Zwiększamy kontyngent do piętnastu ludzi. Początek mógł być całkiem niewinny. żadnych orgii na mieście. że filozof z niego żaden. Za trzy dni mam mieć nazwiska i dokładne dane o każdym z nich. odważnych. słyszycie? Meteor. — Panie prezesie — rzekł nieśmiało Kruszyna — ale Meto mówił. gotowych na wszystko. — I dlatego trzeba działać. jesteś codziennie o ósmej w biurze. Nasza wyższość polega na organizacji i nie tacy. — Słusznie — przyznał Merynos. szukali okazji. Meteor. żeby skotłować gwardię.

— Proszę bardzo. Po czym — uśmiechnął się przymilnie. — Co to znaczy milicja wobec opieki pana prezesa?… No. MHD i Centrale Ogrodnicze to wielkie maszynerie… Mała siuchta tu. na lepszych. Życzliwy wszedł do gabinetu. rozumiemy. Pańskie afery z panami Meteorem i Kruszyną są . I komu się tu poskarżyć? — Nie zna pan adresu żadnego komisariatu milicji? — Merynos bawił się obojętnie srebrnym ołówkiem — tu jest książka telefoniczna. — Nie rozumiem — rzekł Merynos bez uśmiechu. Patrzył badawczo. Życzliwy obtarł chustką pot z czoła.do mnie? — uśmiechnął się do siedzącego na korytarzu Życzliwego. czy ja mogę rozmawiać z milicją. pan dobrze wie. — Nie znam. jak to jest w handlu owocami. My wiemy. Na pewno! Przez chwilę panowało napięte milczenie. choć obojętnie. I nie chcę znać! — Życzliwy uczynił gest odrazy. Załatwialiśmy wtedy przerzut większej partii owocu do Warszawy. panie Życzliwy — rzekł Merynos. można żyć… Bardzo przytomni ludzie pracują w tej branży w sezonie. nie wszyscy. owoc stłamszą na miazgę. — Słucham pana. firmowych blankietach. wylewną serdecznością. — To dobrze. zwłaszcza w sezonie. Spółdzielnia ogrodnicza.Mazowiecka Poziomka”. — Nieporozumienie. — Wiem. — Widzi pan. znamy. trzeba go dostarczać na czas. myśmy poszli po rozum do głowy w naszej „Mazowieckiej Poziomce” i doszliśmy do wniosku. bo ja do pana w sprawie konfidencjonalnej. — Widzi pan. że trzeba nam pomocy i ochrony. Owoc się szybko psuje. Niech pan sobie poszuka. skopią. panie prezesie. Merynos zasiadł za biurkiem i rzekł: — Słucham pana. — Ktoś tu pana nieszczęśliwie napuszcza. — Bo pan Meteor i pan Kruszyna to mnie dobrze znają. — Otóż my… to znaczy. że jak pan prezes zaopiekuje się taką nową placówką gospodarczą. i lepsze zlecenia. to się i lepsze pieczątki na pewno znajdą. zaczepną twarz. — A jak pan prezes się nami zaopiekuje — podniósł głos z nagłą. panie prezesie. panie prezesie… jak by tu zacząć? Ja jestem ze spółdzielni . wiem — rzekł uprzejmie Merynos. — Piękna nazwa — rzekł z uznaniem Merynos. Bo to czasem jedzie transport. mała siuchta tam. to placówka ta może osiągnąć pełny rozkwit. że pan sobie przypomina. przyczepią się jacyś. — Panie prezesie — Życzliwy uśmiechnął się z wysiłkiem i ściszył głos — co ja mam panu mówić. z jakim diabeł odnosi się do święconej wody. czy pan prezes mnie sobie przypomina — zaczął nieśmiało. twarz skrzywiła mu się z wysiłku przekonywania. zacinając się Życzliwy. już musi im taki ładny transporcik sprzedać za nędzne parę groszy. Inaczej zniszczą. kiedy taki transport jedzie najczęściej na podrobione zlecenie i na fałszywą pieczątkę? — Życzliwy grał na całego. — Nie wiem. w ogorzałą. niech pan sam powie. i zanim człowiek się obejrzy. dużo ich jest. ale ludzie energiczni i znający się na interesach. chcielibyśmy nawiązać kontakt z panem prezesem. wystarczy popatrzeć na buziaki przy wózkach… — I co z tego? — spytał zimno Merynos.

czy sprzedawał mu kiedyś wiosenne nowalijki. słucham… — Wszyscy wiedzą w Warszawie. gdy nagle olśniła go pewna myśl. Niech się pan z nim porozumie. Poczęstował Życzliwego . panie prezesie. — Ale… jak to zrobić? Obywatela Kudłatego nikt na oczy nie widział. męstwo i uczciwa przedsiębiorczość biją z pana oblicza. coś zagrało jak pobudka w jego oczach. na — pewno wiedzą o tym… Ale… — Nie ma żadnych ale — uciął ostro Merynos. — Oczywiście. że go widzieli. Ostrożnie z nowymi akcjami…” Już zamierzał zakończyć rozmowę. — Kochany panie Życzliwy — rzekł naraz z zachęcającym uśmiechem. przejeżdżając tamtędy na majówkę. to może być brzydka plotka… Ja już sam nie wiem… — zakończył bezradnie. — O obywatelu Kudłatym wiem tyle co pan. panie Merynos… Rzecz jasna. z pańskiego ogrodnictwa. ale siła wzroku jego rozmówcy tak była potężna. niech pan sobie to dobrze przypomni. Po prostu. że w tej chwili nie mógłby już przysiąc. z kim pan mówi. — przeto mogę udzielić panu dobrej rady. Według pana wyrażenia nie widziałem go na oczy. znam tylko i wyłącznie z Anina. nowe okazy główek sałaty i szpinaku. — Pomyłka — rzekł z uprzejmym spokojem Merynos. jak spółdzielca spółdzielcy. Tymczasem sam pan wie. Wspaniała myśl! Początek sezonu pod znakiem „Mazowieckiej Poziomki”! Merynos milczał bawiąc się srebrnym ołówkiem. po czym łaskawy uśmiech rozjaśnił mu oblicze i dodał: — Ponieważ jednak jest pan człowiekiem dzielnym. siląc się na chytrość — że pan prezes ma możliwości… mógłby się… ale… — dodał pośpiesznie — tak mówią nieliczni. przetarł chustką całą twarz. — Słucham. o panu też tak się mówi w kołach ogrodniczych. w którym zakupywałem kiedyś rzodkiewki i szczypiorek. Na twarzy Życzliwego odbiło się przerażenie. — Z pomocą pana prezesa wszystko byłoby możliwe… Nawet na Koszykach. „W dzisiejszej sytuacji trzeba się wstrzymać od rozszerzania przedsiębiorstwa. jak by tu powiedzieć… najlepiej zorientowani… Zresztą. czy nie. Tylko… w Warszawie mówi się… — wybąkał. panie prezesie… O tym wiedzą wszyscy w Warszawie. — Taaaak? — wybełkotał zupełnie zbluffowany Życzliwy. że to jest nieprawda. — Czy spółdzielnia „Mazpwiecka Poziomka” mogłaby urządzić pewną imprezę? Powiedzmy… wiosenny kiermasz nowalijek ogrodniczych. — Ja nic nie mam wspólnego z takimi aferami.mi nie znane. usiadł z powrotem. — O ile zaś nie wie pan przypadkiem. panie Życzliwy. to panu przypomnę: siedzi pan naprzeciwko prezesa spółdzielni „Woreczek”. Bardzo nieliczni. O wielu ludziach w Warszawie mówi się. zaś pana. panie Życzliwy — ciągnął surowo Merynos. Nie przypominał sobie wysokiej postaci Merynosa na tle swoich inspektów. że o tych właśnie sprawach decyduje tylko i wyłącznie obywatel Kudłaty. Wstał. wyhodowanych przez podwarszawskich ogrodników? W związku z początkiem sezonu? Życzliwy jakby otrząsnął się z bezwładu. Zaczynało go nudzić niezdarne cwaniactwo Życzliwego.

peklowanej golonki czy pasztecików. zupełnie jakby nie słucHal Meteora. czemu tedy nie spróbować z rzodkiewkami. zastanowię się nad pańską sprawą. pochylony mężczyzna około pięćdziesiątki. jak stanowisko nocnej numerowej w hotelu „Rosja” przy ulicy Smoczej. — Bobuś — rzekł Meteor. panie Życzliwy. to cię w końcu twój niewyparzony pysk do trumny sprowadzi. już dobrze — powiedziała swobodnie — obraża się… Nie widzieli go? Jakbym od dwudziestu lat nie znała. — Już dobrze. Uśmiechnął się łaskawie i podał Życzliwemu rękę. Bo jak nie. — Urządza się takie pokazy probiercze ciastek. — Bo ja myślę. Życzliwy uniósł się z krzesła. — Poproś do mnie pana Wilgę również. czyniło z niej potęgę suwerenną i niemal wszechmocną.papierosem. nieśmiałe. Ten jest ostatni z . Należał do typu przedwojennych możnowładców. panie Życzliwy — rzucił nagle — czy zimowymi jabłkami można by ciężko poturbować kilkunastu ludzi? Nie mówiąc już o takiej amunicji. zaś ludzie tego typu nie tracą pewnej godności nawet w rolach najczarniejszych charakterów. ludzi z tak zwanego dobrego towarzystwa. — Aniela — rzekł inżynier Albert Wilga — zamontuję ci kiedyś hamulce na szczękach. — Doskonale — rzekł Merynos. — Rozumiesz. — Nic — rzekł Meteor — sałata. A tymczasem — do widzenia. zaś przy oknie stał szczupły. I ty. grójecki buhaju! — rzuciła w stronę Kruszyny. zadymionego pokoiku. beznamiętna twarz tchnęły zimną pogardą. Na razie zawieszam wyprzedaż. że będę mógł panu pomóc. W tej chwili nawet niedorozwinięty baran miałby z nim szansę we współzawodnictwie o bystry wyraz twarzy. Ale Aniela uszyta była ze szczególnie impregnowanego materiału. dawał jej wgląd w najciemniejsze zakamarki życia różnych ludzi w Warszawie. wsparte tym doświadczeniem. okolonej resztką bezbarwnych włosów łysinie. Przeszła ciemny korytarz i weszła do małego. nazbyt często przez nich grywanych na scenie życia. co on za zbytnik… — Aniela była bardzo niebezpieczna: jej dwudziestoletni staż we wszystkich niemal hotelach warszawskich. Przed takimi jak on stały ongiś rzędy Aniel na baczność. że to jest do zrobienia — rzekł Merynos z namysłem. — No i jak z tym płaszczem? — spytał Wilga. ani zaciekawienia. długa. — Już się robi. na biurku Kruszyna. Życzliwy ukłonił się nisko i kilkakrotnie i wyszedł. co za kitowa sprawa… — kończył opowiadać Meteor. A jak pan myśli. jasnoniebieskie oczy Wilgi i jego obwisła. — Wyblakłe. blade promyki kwietniowego słońca grały mu na dużej. Być może. że idę załatwić zlecenie. nakładając płaszcz — powiedz prezesowi. podając mu ognia. Podziękujesz mi za to. Merynos zadzwonił. jak zeszłoroczne dynie? Życzliwy zakrztusił się papierosem. — Dobrze. panie prezesie — rzekła służbiście Aniela. Aluś. zakończony jeszcze przed wojną takim szczytem kariery. że można — rzekł Merynos twardo i wstał. — Aniela — rzekł Merynos — zawołaj mi Kruszynę. zaś jej mistrzostwo w jaskrawości sformułowań. — Przyszedł inżynier — powiedziała Aniela. — Inżynier — rzekła Aniela — zabieraj swą nagą czaszkę ze słońca i szoruj do pana prezesa! Żebyś porażenia nie dostał przy tej goliźnie. dyrektorów fabryk lub banków. Twarz Wilgi nie wyrażała nic szczególnego. weszła Aniela. lecz niewyraźnego pochodzenia. Jak spółdzielca spółdzielcy. ani emocji. — Myślę. Za biurkiem siedział tu Meteor.

inżynierze. powiesz chłopcom z wydziału witamin. cośmy mówili przedtem… Gdyby pan prezes już wiedział. Drzwi się uchyliły i ukazała się w nich wymalowana twarz Anieli. bezkrwiste wargi. — Przyszedł ten niski brunet. tego. To raz — Merynos pochylił głowę. — Witam pana inżyniera — rzekł Merynos. Wszystkim mówi. — To duże szczęście. Zamarkujesz na przewóz większych partii owocu. że jest szmalec w tej instytucji. jakby z obowiązku. które nie przeszły przez naszą buchalterię. — Ale mogłyby być. — Co słychać? — Nic specjalnego — rzekł Wilga z rezerwą. Robert — zwrócił się do Kruszyny — co się u nas dzieje w wydziale witamin? — Jeszcze nie sezon — rzekł Kruszyna. o mały włos… — uśmiechnął się łaskawie Merynos. że czeskich już nie będzie — rzekł Kruszyna z uśmiechem nie pozbawionym goryczy. panie prezesie? — spytał bez ugrzecznienia. mówię wyraźnie. — Załatwimy — rzekł Wilga i po raz pierwszy blady uśmiech przewinął się przez jego wąskie. — Owszem — rzekł Merynos z łaskawym uśmiechem. jak on tam? Mówi. no! — pokiwał głową Kruszyna — znaczy się. za chwilę — powiedział Merynos i dodał w stronę swych rozmówców: — Tymczasem. — Dobrze. — Potrzebuje pan wozu. — Na takiego lojalnego człowieka jak ja? — Otóż to — rzekł Merynos — chodzi o jakieś nie zaksięgowane transakcje samochodowe. — To ten. — Panie prezesie — rzekła Aniela. siadając na poręczy fotela. co tu był dziś u mnie? — Znam. Ta cechująca nas obu antypatia jest fundamentem naszej współpracy. Jak nadejdą nowe. że sezon się zaczął. — Ja chciałbym jeszcze wrócić do tego. — Ciekawe — rzekł Wilga chłodno. Wilga. — Wykluczone — rzekł Wilga ze spokojem — takich transakcji nie było. to proszę tylko . o mobilizację środków transportowych. to. kto i jak. do Wilgi. Aluś. de roboty. — O. — „Humber”. kładąc papierosa między wargi. — Zylbersztajn? — rzucił Merynos. — Niech będzie kiermasz. że musi się z panem widzieć. panowie! Robert. Życzliwy nic nie zrobi bez kozackiego rajwochu. panie inżynierze. — Trudno — rzekł Kruszyna. nazywa się „Mazowiecka Poziomka”. — Świetnie — rzekł Merynos — wobec tego proszę pana. — No. sportowiec. — A więc skomunikujesz się z tym Życzliwym. zainkasujesz forsę za opiekę i dasz ją do zaksięgowania na wydział transportu.. to dlatego. — Co? — zaniepokoił się Kruszyna — kiermasz? — Słyszałeś przecież. za jakiego cię ma Meteor — uśmiechnął się Merynos do Kruszyny. że był oficerem szwoleżerów przed wojną i że jest hodowcą amatorem. Nie ma o czym mówić. to — rzekła Aniela. zapalając papierosa — a dwa… zorganizujesz z Życzliwym kiermasz nowalijek wiosennych. Posłuchaj. Wydział witamin nie ma konta. bo ja bardzo nie lubię sprzeczek… — Rozumiem doskonale pana prezesa — nieruchoma twarz Wilgi była zupełnie bez wyrazu — ja też ich nie lubię. — Znaczy się. słyszałeś? — Jasne — rzekł Kruszyna — trefne i koniec. marszcząc czoło w wytężonym namyśle. On jest właśnie z „Mazowieckiej Poziomki”. A więc od dzisiaj transporty tej spółdzielni są dla nich trefne. że nie było. — Znasz Życzliwego. przypominam to panu. Stary łobuz. — Panie prezesie — rzekł Kruszyna. Robert. — Doszły mnie skargi na pana inżyniera — rzekł Merynos ze złośliwym uśmiechem. A przecież spółdzielnia „Woreczek” ma wydział transportowy. Kombinator. to dam ci znać. podając rękę Wildze. Jest taka spółdzielnia ogrodnicza.serii. model 1954. że wcale nie jesteś taki drętwy. — A o co panu prezesowi chodzi? — Uważaj. inżynierze. — Boję się.

tego nie wolno. ty masz kwalifikacje. co cię teraz przygnało? — spytał Merynos. wyszli z pokoju. — Dwie rzeczy. rozpinając płaszcz i siadając wygodnie w fotelu. już dobrze. — Ile? — spytał Merynos oschle. — Panie prezesie — powiedział serdecznie — pan mnie przecież zna nie . — Niech będzie. tam siuchty. kochany prezesie — uśmiechnął się Zylbersztajn. który położył na biurku. Merynos otworzył mahoniową biblioteczkę i spoza kolorowych szybek wyjął butelkę wermutu i dwa kieliszki. każdemu z nas wali się kupa roboty na głowę. — Po co te żarty? — rzekł z cichym wyrzutem. Lowa… Zgubią cię kobiety. — W ogóle się nie pokazujesz — dorzucił z przyjaznym wyrzutem — co się z tobą dzieje? — Praca. tu mu załatw zwolnienie. — Tobie nie wypada. niech pan tylko puści. wieczorem nie mogę. muskularną dłonią łomotał się w wypukłą pierś jak w gong. — Za kogo pan mnie ma. Merynos wypił spokojnie wermut. Po pierwsze. W oczach Zylbersztajna pojawiła się znów bezbrzeżna. — Nie — rzekł Merynos. żeby ich dycha nawet na mnie naskoczyła! — Już dobrze. śmiertelnie znudzony przedstawieniem. Zylbersztajn podniósł do góry prawą dłoń.powiedzieć. po przywitaniu się z Zylbersztajnem. Nie spojrzał na Zylbersztajna i rzekł: — Co za wiadomość? — Taką wiadomość. a koszę. panie prezesie. nie gwardia. Robert… — uśmiechnął się z łaskawością Merynos. tu intrygi. — Co się pan ze mną drażni. ale za moje pieniądze to ty nie będziesz Casanovą. a to trzeba… Ten sport to tylko na oko wygląda taki złoty interes. To pan myśli. byleby mieć spokojną głowę. dobrze? Gwardia. żeby pan wiedział. chłopcze. to mam wypoczęte ręce i nogi. — Miałeś przecież być u mnie wieczorem. niż to jest warte. gdy Kruszyna i Wilga. Właśnie za to… — Twarz Wilgi nie wyrażała nic. panie prezesie. z której sterczały dwa palce. Już ja bym się z każdym zamienił. Merynos bez słowa otworzył szufladę i wyjął pięćsetzłotowy banknot. melancholia znikła z jego oczu bez reszty. a jak nie. od tego są ludzie. mądra melancholia. Zylbersztajn wstał z fotela. że Roma Leopard to kosztowna kobieta. byłem ostatnio za kierownika u pana prezesa. panie prezesie? Ja do pana przyszedłem z tym drugim. A co się trzeba naużerać z ludźmi. — Ja. jesteś urodzonym przywódcą. — Kadra działaczy sportowych jest szczupła w naszej ojczyźnie. Ale lubię cię za to. Ja mam dla pana wiadomość. ja sam załatwię. to ja sam. Zylbersztajn. panie Merynos. że ja… — Zylbersztajn za — kołysał głową. która kosztuje. — Oj. Lowa — rzekł serdecznie Merynos. nalewając wermut. tak tym plujom dosunę. Za te parę złotych to człowiek więcej się namartwi. Tu mu daj diety. że zgubią. jak pragnę zdrowia. — Jak się masz. Merynos wyjął dwa banknoty stuzłotowe i położył je bez słowa na pięćsetce Zylbersztajn pokiwał odmownie głową. — Ja wiem. wyglądał w tej chwili jak widz teatralny. Lowa. na których mogę liczyć. głos jego nabrał miodowej słodyczy. i zbliżył się do biurka. Jest jeszcze paru malców w Warszawie. że się trupem zwiną… — głos Kruszyny nabrał chrypliwej żarliwości.

ukrywając starannie podniecenie — czy ja pana kiedyś oszukałem? Nie. to pan prezes mi w ogóle nic nie da. — Tu? W Warszawie? — Tu. I to jeszcze chcę panu i powiedzieć. że to był niewypał. Procent od takiego interesu to była rzeczywiście duża rzecz. Zylbersztajn. że nie jest warta dwójki. Pierwszą jest przewodniczący Głównego Komitetu Kultury Fizycznej. ani Pan Bóg. że ten łańcuszek niewiele się zmieni przez najbliższe trzy tygodnie. Podszedł do okna i patrzał długo na widniejącą w dali budowę największego placu w Europie. Takie niepohamowane okrucieństwo zadrgało w głosie wymawiającego te słowa Merynosa. ani ja. gdyż nawet prasa i zawodnicy dowiedzą się o tym meczu na tydzień przed nim. Inaczej ja zmienię cię w garstkę prochu. Zylbersztajn. Żadnej ustalonej kwoty. ani sam prezydent Rady Państwa. że Zylbersztajnowi koszula przylepiła się do kręgosłupa. — Zylbersztajn — rzekł niedbale — to jest duża rzecz. trzecią ja. twarz miał rozluźnioną. schował dwa banknoty stuzłotowe. jakby były z świeżo łupanego węgla. a każdy numer kołnierzyka wydałby mu się w tej chwili za ciasny. gdy położył zaciśniętą pięść na banknotach. drugą — szef biura zagranicznego tej instytucji. Żeby uniknąć kantów biletowych… — twarz Zylbersztajna była samą niewinnością. to powiem ci. Kiedy odwrócił się. prawda? Ten mecz został zakontraktowany. Przecież wiemy. tego nie wie ani pan prezes. Lecz Zylbersztajn był ongiś.od dzisiaj. jakby smutną. Po czym nalał dwa kieliszki wermutu. Tak duża. — To jeszcze nie wszystko. i ja jestem porządny człowiek. jaka to duża rzecz. gdy dopijał wermut. znał tedy na wylot technikę zwodów i uników. a jak pan prezes uzna. i na zamówionka. Biorę cię na procent od tego interesu. w swej pierwszej młodości. wyjął trzy pięćsetki i położył bez słowa na pierwszej pięćsetce. Ja panu powiem tę wiadomość bez pieniędzy. Na warszawskim stadionie. prawda? A czy trafił pan na mnie ładne parę złotych? Tak. jak jest w życiu. że może zmienić moje plany w najbliższym czasie. że pan jest czwartą osobą w Polsce. na ustawienie wszystkiego w Przedsiębiorstwie Imprez Sportowych… Zresztą… co ja mam panu mówić? … Merynos nie odpowiedział. radzę ci. — Ale — ciągnął Merynos — jeśli okaże się. to wtedy. słyszysz? Zylbersztajn spoważniał. Merynos otworzył szufladę. na piecząteczki. która o tym wie. Oczy Merynosa zabłysły. zmień się w jaskółkę. Żeby ci pokazać. a czwartą — pan prezes Merynos. że nie dostaniesz za nią żadnego wynagrodzenia. Na blankieciki. Przełknął i dodał: — Co? Ładny numer? i czas na wszystko. a co może być jutro. — Panie prezesie — rzekł. panie prezesie — rzekł Zylbersztajn biorąc kieliszek do ręki — bo jeszcze to. dobrze? To niech pan słucha: za miesiąc jest mecz piłkarski Polska–Węgry. no nie? Jutro mogą umrzeć nagłą i niespodziewaną śmiercią wszyscy piłkarze w Polsce i na Węgrzech i . Sparringowy mecz przed spotkaniem z Anglikami w Budapeszcie. cenionym pięściarzem wagi piórkowej. Czy ja nie jestem porządny człowiek? Mój ojciec był porządny człowiek i mój dziadek był porządny człowiek. chociaż okolicznościowo pracuję w innej branży niż oni.

nie bezgraniczne okrucieństwo. nieostrożność lub nowa. że jeśli nawet uzbrojona ręka sprawiedliwości sięga po głowę wielkiego wroga społecznego ładu. Po co Meteor ma mieć za wasze pieniądze kupowane krawaty… Zylbersztajn wciągnął głowę w uniesione ramiona gestem. nie bał się nawet klęski. że najwięksi gwałciciele prawa i nie koronowani władcy złych w ludziach instynktów przegrywają swą ostatnią partię nie z uzbrojonymi i silniejszymi od nich reprezentantami ładu i porządku. młodych rekinów. to ręką tą najczęściej powoduje intryga. lecz rządząca tymi przymiotami mądrość była podwaliną jego potęgi. w którym ktoś żądny tego. nie bał się swego następcy. już dobrze — uśmiechnął się łaskawie Merynos. Tej walki Filip Merynos nie bał się. nie lwia siła fizyczna. co dla mnie znaczy ten mecz: jak pan prezes chce mnie wziąć na procent do sitwy. by mu wydrzeć wszystko — potęgę. Pożegnał się jednak szybko. to ja rzucam inne zamówienia i zaczynam przygotowywać tylko ten mecz. żądna zajęcia należnego miejsca nawet za cenę podłości i zdrady. gdy nadejdzie”. Mógłby im stawić czoła — rzecz jasna — nic jeszcze nie było przesądzone i Filip Merynos zdolny był jeszcze do uderzeń. leniwie — nadszedł moment. Budował swą potęgę przez pięć lat z prawdziwym rozmachem i potęga ta była jeszcze nie naruszona. jakby pragnąc uniknąć dalszych rozważań na ten temat. Właściwie — myślał powoli. tych szalonych. że nadejść musi. jak postąpię. lecz wiedział. ale wiedział. aż do bólu w plecach. wyciągnął nogi i przymknął oczy. Roma ma świetne nogi. Nie bał się tego dnia. podstęp. To może być największe uderzenie! — Już dobrze. prawo. Nie bał się wszak nikogo. — Bierz blit i przyjemnej zabawy. lecz giną jako ofiary własnego środowiska. Nie jest tak? Ale ja dam panu prezesowi dowód. szukał. Filip Merynos już dawno doszedł do wniosku. nie ładujcie w nią za dużo waluty. Milicja. pożądał jej. W pełnej gwałtu i piekielnej chytrości walce.wtedy meczu nie będzie. nieugięta wola. że z nim przegra. albowiem sens życia Filipa Merynosa zawierał się w walce z tymi potęgami. sprawiedliwość — to byli wrogowie. które poczuły świeżą krew i ruszyły na żer. nie niezłomna. dzikich sił. Wiedział. wręczając mu cztery pięćsetki. która na przestrzeni ostatnich pięciu lat przynosiła mu same sukcesy. że przyjdzie dzień. który miał znaczyć jego zupełną obojętność wobec tych spraw. że najbardziej jadowite kobry i pytony mniej są . Ale oto przyszedł dzień i w odmętach warszawskiego rynsztoka pojawiły się niewyraźne kontury sterujących ku niemu cielsk nowych. Merynos wparł się wygodnie w fotel. przyjdzie. lecz wolałby go uniknąć. wiedziałem. Ale Filip Merynos był człowiekiem mądrym i mądrość ta stanowiła prawdziwe źródło jego zwycięstwa. bo za miesiąc nie będzie miał kto grać. stalowa wola. Nie tygrysia drapieżność i odwaga. I wyszedł. Poczuł naraz ogromne zmęczenie. wiedziałem też. co on zdobył. którego sję zawsze obawiałem… Ale czy obawiałem się? Byłem nań zawsze przygotowany. I w ogóle. sławę i pieniądze. Tylko nie pokłóć się o nią z Kruszyną. którym się nie ustępowało. jakie sami rozpętali wokół siebie i w duszach ludzkich. od których musiałby zginąć najgroźniejszy nawet drapieżnik. Przez lata swych zwycięstw nie zapomniał ani na chwilę.

Ale nie był tam sam: przy nim stała Olimpia Szuwar. na tle majowej zieleni podwarszawskiego letniska. zdrowych dzieciaków. — Czego chcesz? — spytał brutalnie. za jaką każda inna odpokutowałaby gorzko i boleśnie. który zrealizowany zostałby za wszelką cenę: za cenę skrytobójczych ciosów noża w plecy. Każda inna. gdy są syte. Zaś Filip Merynos był syty. szybkie wyobrażenia krzepkich. Czerwonego Krzyża i Ligi Przyjaciół Żołnierza?” Uśmiechnął się gorzko na myśl. W tej chwili zadźwięczał telefon. ni stąd. od czasu owej historii w „Kameralnej”. Merynos milczał. — Dobry wieczór. w którym nigdy nie był. lecz nie Olimpia Szuwar. — Halo? — powiedział i nagle wszystko przegrupowało się w jego oczach i sercu. ni zowąd zadźwięczały mu w duszy słowa starego. których nigdy nie widział. ni stąd. i wiedza o tym stanowiła początki klęski. na przykład. siedząc na leżaku w szelkach i domowych pantoflach obiera pomarańcze lub które z tkliwą. ujrzał w myślach swą postać. drogie wyjazdy w góry i nad jeziora. nie witając się. słyszał swój własny głos jakby z bezmiernego oddalenia. za cenę chrypliwych wrzasków dobijanych cegłami ludzi. nieoczekiwanie. Pięć lat temu zaciąłby zęby i usiadłby od obmyślania planu zniszczenia przeciwnika. warszawskiego tanga: „Pamiętam twoje oczy dzikie. piękna. dorodna. lecz tylko najwytrawniejszy znawca dusz ludzkich mógłby odnaleźć w jego głosie miłość i mękę sponiewieranej. na pomarańcze. z rozkoszy nieprzytomne. ojcowską szorstkością uczy jeździć na dziecinnym rowerze. szanowany członek Zrzeszenia Prywatnego Handlu i Usług. rowery dziecięce i długoletnią. królewską piękność mojej żony… Mojej żony?” Zaskoczyło go naraz wyraźne nazwanie po imieniu tego. „Właściwie — pomyślał — czy muszę przyjąć walkę? Czy nie mogę wycofać się.niebezpieczne. suchych wrzosowisk. dostatnio ubranych. po którym starczyłoby nam na długo pieniędzy na podmiejskie wille. ni zowąd. Filip Merynos ocknął się i sięgnął ręką po słuchawkę. Filip Merynos. jak kolorowe szkiełka w dziecinnym kalejdoskopie. ponurego popołudnia. rozwarte i ogromne. ukochana. piekielnej dumy. że pięć lat temu coś takiego nawet by mu nie przyszło do głowy. planu. jak ożywczy napój w skwar lipcowego. — Jestem gotowa zapłacić ci każdą żądaną sumę — rzekła dobitnie i rzeczowo Olimpia — za informacje o tym. przychodzący codziennie na ósmą do biura. o czym wzbraniał się myśleć od dwóch dręczących tygodni. „Tak — pomyślał Filip Merynos — wtedy tak!” — i pod przymkniętymi powiekami tłoczyły mu się niewyraźne. o ten mecz. co się stało z doktorem Witoldem . Filipie — rzekł dźwięczny. krwi i śmierci. — Chciałabym pomówić z tobą o łączących nas interesach — rzekła spokojnie Olimpia. dla których on. tak jakby to było dziś”… — Słucham cię? — powiedział wreszcie. pożądana ciałem i duszą. na tle małej willi wśród drzew mazowieckich. na tle ogrodnictwa Franciszka Życzliwego. pod pełnym czułej ironii spojrzeniem rozkwitłej w macierzyńskim dobrobycie Olimpii. za cenę kalectw. pełnych kwiatów i warzyw inspektów. niski głos Olimpii Szuwar. dokonać życia jako prezes galanteryjnej spółdzielni. „Taak — pomyślał Filip Merynos — wtedy wycofałbym się… Dla czegoś takiego stoczyłbym nawet ostatnią walkę… Walkę. na tle rozsłonecznionych w wiosennym błękicie. I naraz.

uważasz. wciąż wracał do tego samego i powtarzał: „Jeden jedyny. Cała w bandażach. leżałem niemal na łóżku obok Irysa. żeby raz już był dom. może się jednak przesłyszałem… Ja już sam nic nie rozumiem. Raz jeszcze spojrzała na Merynosa i we wzroku tym było przywiązanie. Meteor był wyraźnie zdenerwowany. siedział bez ruchu. że tak ich załatwił jeden facet… — A Meto? Według niego byli jeszcze dwaj: ten szofer i jeszcze jakiś… jakiś atleta. — Rozmawiałem z Irysem — rzekł. co ja powinienem. miłość. Merynos nie odpowiedział. skórzany. panie prezesie? Merynos oparł się ramieniem o ścianę bramy.Halskim i gdzie się on w tej chwili znajduje? „Jak cudownym wynalazkiem jest telefon — myślała przy tym gorączkowo — że pozwala ukryć łzy. — No i co? — spytał obojętnie Merynos. dobrze? Nie twój parszywy interes. — Aniela zamilkła bez urazy. jakby w zadumie — który potrafiłby takiego numeru dokonać. Rozumie pan coś z tego. — Jeszcze nic ciepłego pan dzisiaj nie pił — rzekła łagodnie. — Najwyższy czas. Ledwie słyszałem. Drzwi uchyliły się nieśmiało i weszła Aniela ze szklanką herbaty w ręku. bezgłośna scena . taki. trąc dłonią podbródek. jakby mu było zimno. patrząc przed siebie. Ale ten człowiek… — zawaHal się chwilę — ten człowiek nie żyje. panie prezesie? — spytała cicho i miękko. — Był kiedyś w Warszawie człowiek — rzekł po długim namyśle. napływające do oczu”. Filip Merynos wolno i bez słowa odłożył słuchawkę. a nas siedmiu. obawa i bezmierny szacunek. „Wie pan. On jeden”. Aniela poruszała się jakby odmieniona: gesty jej wobec Merynosa nabierały jakiejś płochliwej ostrożności i łagodności. panie prezesie. gdy ci dwaj już leżeli. żona i obiady jak się należy. Cholera wie. — A w ogóle… ożeniłby się pan prezes. schodząc powoli schodami w dół. W bramie spotkał Meteora. że tych dwóch oporządzili na samym początku. Zastanawiał się intensywnie. — Twarzy nie widziałem. Aniela wyszła i Merynos wstał. Zdjął z wieszaka stary. żeby pan prezes wyjecHal gdzieś na urlop — zrzędziła dobrotliwie. tak mi się to wydawało nieprawdopodobne. co powiedział. może dlatego nie mogę dotąd uwierzyć w to. a nie to wieczne włóczenie się po knajpach! — Aniela — rzekł spokojnie Merynos — zamknij mordę. co mówił. W półmroku bramy spłynęła ku niemu tamta straszliwa. Że te rany i to wszystko jest robotą tego jednego. znoszony płaszcz. Nigdy w życiu nie było mu tak straszliwie żal samego siebie. i otulił się nim szczelnie. wełnianym szalem i postawił kołnierz. Po czym opuścił biuro. ale wszystko zaczęło się dopiero. jak w tej właśnie chwili. kiedy mówił. że rozgonił ich jeden jedyny człowiek. Owinął szyję grubym. jakie noszą szoferzy. Takim wzrokiem Aniela spoglądała na jednego tylko człowieka na świecie i człowiekiem tym był właśnie Filip Merynos. stawiając przed nim herbatę między kieliszkami i butelką wermutu. I jeszcze większych rzeczy. Ale powtórzył mi to chyba z dziesięć razy… — Co? — Irys upiera się. on był jeden. — Irys mówi. Merynos nie odpowiedział. Irys jakby o niczym innym nie mógł mówić. — Znów kłopoty. I upiera się.

pokrytych spękaną papą dachów spiętrzonych brzydkimi. opon samochodowych. w podbrzusze. mimo to Merynos lawirował pewnie wśród tej dżungli sobie znanymi ścieżkami. stóp. Słuchaj. Ja idę do Kudłatego. gdy on. nie! — pomyślał z nagłym strachem — to niemożliwe! Przecież już nie oddycHal. lecz pewne i wyzbyte niepotrzebnego ryzyka. Na dole otworzył drugą kłódkę zabezpieczającą sztabę ciężkich. czarnymi płotami podmiejskiej ulicy. które otworzył z klucza po zdjęciu sztaby. połamane łóżka. po czym zszedł wąskimi schodami głęboko w dół. Wyszli z bramy i Meteor ruszył w stronę Marszałkowskiej. Zamknął za sobą żelazne drzwi i macał ręką w ciemnościach. zardzewiałe. zakurzonych butelek. dwupiętrowe ściany nieregularnych podwórek. bardzo miły i kosztowny wypoczynek… — Może pan na mnie liczyć — rzekł z oddaniem Meteor. śmiertelnymi uderzeniami. Na bruku podwórek walało się stare żelastwo. gdy trzymane dziesięciu muskularnymi ramionami.pod krzywymi. pełną skrzynek. Merynos przeszedł Próżną. starego drutu. „Nie. że Meteor spojrzał nań zdziwiony. kopał je z bezprzytomną zapamiętałością w oczy. pociętych i związanych w wielkie naręcza deszczułek. Merynosa. wspomnienia po samochodowych karoseriach. całą mocą swych zwierzęco silnych nóg. . doczepioną do brudnego. skręcił w ulicę Bagno i wszedł do jednej z odrapanych. W głębi szarzała potężna. Potem pojedziesz na długi. Otworzył kłódkę wiszącą na wejściu do budy ze starych desek: nad kłódką widniała tabliczka z napisem: „Spółdzielnia WORECZEK — Magazyny”. stert makulatury. W tej chwili nawet wierzył. Piwnica ciągnęła się załomami zatłoczonymi mnóstwem najróżniejszych przedmiotów: części rozmontowanych maszyn. gdyż niestety nie on w tych sprawach decydował. niespożyte ciało osuwało się pod ciosami żelaznych rurek gazowych. Merynos minął pierwsze podwórze i zatrzymał się przed budą ze starych. Za bramą ciągnęły się odarte z tynku. Merynos. Westchnął z cicha i z rezygnacją. plugawego muru: z muru. pudeł. żelaznych drzwi w piwnicznej ścianie. panie prezesie? — W porządku — rzekł Merynos zupełnie opanowanym głosem — jesteś wolny. Jurek — dodał po chwili z łaskawym uśmiechem — przygotuj się na duże rzeczy w bliskim czasie. rozgniatał na miazgę żebra ciężkimi. Wszystko to czyniło wrażenie zupełnego rozgardiaszu i przeszkody nie do przebycia. łatanych drewnianymi poręczami klatkach schodowych. póki nie trafił na kontakt. wychylały się na wpół urwane drzwi z napisem „Wygódka”. resztki kabli. w szyję. setek pustych. — I co teraz. Zabłysła słaba żarówka i niejasno oświetliła niską. o kilka kroków dalej. prowizorycznymi dobudówkami. gdy zwijało się bez jęku u jego. dawnej centrali telefonów: odsłonięte przez pożary i bomby wiązania i kondygnacje czerniały wśród popielatej cegły. starych. sprawdzaliśmy… Przecież było o tym w gazecie…” — Ten człowiek nie żyje… — powtórzył z tak ogromną ulgą. wypalona baszta Cedegrenu. obszerną piwnicę. że gotów jest do wszelkich dla Merynosa poświęceń i wysiłków powodowany zwykłą lojalnością i przywiązaniem. Po paru minutach jednak pomyślał. niskich bram o rozprutych. ciemnych desek. pełne załomów. daleko bardziej lubi rzeczy małe. że wcale mu tak znowu nie zależy na dużych rzeczach ani kosztownych urlopach i że on. Meteor.

. wraz z półkami. Dochodził stamtąd niewyraźny. głębokiego wnętrza. ciemność ogarnęła piwnicę. Przez szparę w uchylonej ścianie wszedł do mdło oświetlonego. Merynos przekręcił pobliski kontakt. gniewny bełkot. na którym stały skrzynki: cała ściana.Dobił wreszcie do ściany równo zastawionej aż po samo sklepienie drewnianymi skrzynkami i bez wysiłku pchnął framugową listwę stojaka. uchyliła się lekko. zamontowana na obrotowej osi.

co się za tym kryje.4 Nie rozumiem — rzekł otyły kapitan milicji do Dziarskiego. — W zasadzie nie rozumiem. choć odrobiny życzliwości w geście i spojrzeniu. z trudem ukrywając zainteresowanie. innym razem jako członka misji handlowej. Gdy misja zakończyła swe prace. — Niemniej tak się stało i trzeba zobaczyć. póki cudzoziemcy nie zwracają się o pomoc do służby porządkowej. Nie mogę tylko zrozumieć — dodał niemal porywczo — na co wam to wszystko potrzebne? Służba porządkowa mało ma wspólnego z ewidencją cudzoziemców. attache handlowy. został w Warszawie jako prywatny . Po roku wyjecHal i wrócił jako członek egipskiej misji handlowej. Dziarski usiadł swobodnie na biurku. — Słusznie — przyznał Dziarski. w jakich się zatrzymywał. — Zwróćcie się do Ministerstwa Spraw Zagranicznych — rzekł kapitan całkiem już opryskliwie — tam wam wyjaśnią. lecz podszedł do jakiegoś regału. Ewidencja to ewidencja. Zażywny kapitan wstał z wyraźną niechęcią i otworzył jedną z kaset. Mnie natomiast ciekawi. z której wyjął plik dokumentów. Dziarski wertował przez chwilę z uwagą papiery. w którym znajdowali się. kart ewidencyjnych. z którego wysunął nową kasetę. ulica Sharia el Mannakh 17. co wy macie wspólnego z tym wszystkim. które zamieszkiwał. Pokój. jak wiadomo… — Jasne — zgodził się ze słodyczą Dziarski — aż do chwili. rodem z Aleksandrii. Nie wolno tak. rubryka „zawód” wypełniana jest przez pana Chassara w sposób rozmaity: raz określa on siebie jako dyplomatę. Pan Jussuf Ali Chassar. — Drogi kapitanie — Dziarski uśmiechnął się z cierpliwością — po co? Sami dojdziemy do wszystkiego. jeszcze innym — jako reprezentanta firm eksportowych. a służba porządkowa to służba porządkowa i każdy powinien się trzymać swego. obudowany był od góry do dołu i ze wszystkich stron metalowymi kasetami kartotek. — Oczywiście — rzekł z pobłażliwą wyższością kapitan — nie ma w tym żadnych nadzwyczajności. Pogrzebał w niej nie wyjmując papierów do wglądu i mówił: — Jussuf Ali Chassar przybył do Polski jako dyplomata. którym kapitan obdarzył przy tym swego kolegę. poruczniku. poświadczeń zameldowania i wręczył Dziarskiemu. stałe miejsce zamieszkania Kair. po czym rzekł: — Tu wszystko jest w porządku. oraz w mieszkaniach. Kapitan spojrzał na Dziarskiego niezmiernie odpychająco. — Obywatelu kapitanie — uśmiechnął się Dziarski — wszystko wyjaśnię wam we właściwym czasie. Jesteście tak wytrawnym znawcą tych zagadnień. co wywołało grymas zgorszenia na twarzy kapitana. Nawet najżarliwszy apostoł braterstwa między ludźmi z trudem dopatrzyłby się. co pan Jussuf Ali Chassar robi? Na jakiej zasadzie przebywa w Polsce? Proszę spojrzeć. kapitanie. że przy waszej pomocy uniknę biurokratycznej pisaniny. był nienagannie zameldowany we wszystkich polskich hotelach. — To nieprawidłowo — rzucił kłótliwie kapitan — to wbrew regulaminowi.

przedziurawione opony lub wgniecione błotniki. że posądza Dziarskiego o skłonność do głupich dowcipów. w sześciu różnych warszawskich komisariatach. kupując coraz to nowe od członków korpusu dyplomatycznego. — Słusznie — rzekł z uznaniem Dziarski. zaciągając się głęboko dymem — pan Chassar wykazał głębokie poczucie praworządności. który niejasno zaczynał odczuwać przewagę Dziarskiego. Na twarzy jego malowała się nieufność. — Świetnie — rzekł Dziarski. nabywał natychmiast w „Desie” różne dzieła sztuki. — O tym wie służba porządkowa — rzekł Dziarski zapalając papierosa. akredytowanego w Warszawie. rzecz jasna. — Myślę jednak — rzekł kapitan słabo — że prerogatywy służby porządkowej nie idą tak daleko. z jaką ci posterunkowi wtrącają się w nie swoje.przedstawiciel szeregu francuskich. błyszczące samochody i dlatego chyba pozbył się sześciu aut po kolei. ale takie tylko. Zeskoczył z biurka i powiedział: — Dziękuję. Te znakomite wozy miały. a potem sprzedawać bez specjalnych podejrzeń z najróżniejszych stron swe minimalnie zdewastowane auta. nieskazitelne. które nie podlegają zakazowi wywozu. Przy okazji każdej sprzedaży morrisa czy hillmanna pan Chassar. syryjskich i egipskich przedsiębiorstw importowo — eksportowych i jako taki posiada obecnie wizę pobytową. — Służba porządkowa — mruknął z odrazą kapitan — nie lubię bezpośredniości. Po czym postawił ledwie widoczny. — Drogi kapitanie — rzekł Dziarski. o drobnych gwałtach. kapitanie. rzekłbym — pomagała mu kupować. które to uszkodzenia były dziełem rąk warszawskich chuliganów. jak na przykład wybite szyby. widać było. malutkie defekty. któremu nieznośną jest myśl prowadzenia auta o nieporządnej karoserii czy zdrapanym lakierze. czyż nie? W ten oto sposób służba porządkowa stworzyła sobie barwny obraz życia pana Jussufa Ali Chassar w Warszawie. zbyt dla nich delikatne sprawy. Taka cecha charakteru przydaje się bardzo przy załatwianiu drobnych formalności w Wydziale Komunikacji Drogowej. usianym jasnymi prostokątami matowoszklanych drzwi. dokonanych na jego autach przez rozwydrzonych wyrostków. — Pan Chassar dokonał niedawno szóstej transakcji sprzedaży wozu: sześć ślicznych. który mnie już nie interesuje. Pan Chassar lubi piękne. pana Jussufa Ali Chassara. Obecnie interesują mnie wyłącznie jego klienci. jak widać. nie była mu. Korytarz przecinał szeroką klatkę . Pan Chassar jest estetą. a może raczej… kontrahenci. spoza których kładły się plamy dziennego światła na czerwony chodnik. właściwa warszawskim chuliganom. meldując sześciokrotnie. dyskretny znaczek na karcie ewidencyjnej Jussufa Ali Chassara. Dziarski szedł wysokim. ciemnym korytarzem. jakby pragnąc się pocieszyć po niepowetowanej stracie. prawda? — O tym nic nie wiemy — rzekł ostrożnie kapitan. kapitanie. Ślepa żądza zniszczeń. Aż do takich inwigilacji. — Zaś utrzymuje się ze sprzedaży samochodów. — Pozostawiam tedy waszej pieczy. nie znana. obywatela egipskiego. tymczasem… — i wyszedł. nowiutkich aut brytyjskich marek przerejestrowano z jego nazwiska na inne. — Nie rozumiem — bąknął kapitan.

No to ja powiedziałem. Dziarski zawołał: — Proszę. jak to się mówi. Dziarski otworzył kluczem drzwi do swego gabinetu. za Nowotki. że na mnie czekają? — Kto to był ów człowiek ogromnego wzrostu. dlaczego tedy nie zwrócił się pan o pomoc do uzbrojonego strażnika trzymającego wartę przed zajezdnią. Doprawdy nie wiem… — w głosie jego zadźwięczała ledwie uchwytna nutka ostrożności. że dobrze. po czym ja oświadczyłem. ale potem on powiedział. w którą powiedział: — Klusińśki? Facet wyjdzie ode mnie za pół godziny. trzymanym do wewnątrz dłoni. Dziarski spojrzał na Śmigłe. — Dzień dobry — rzekł uprzejmie. Dziarski przerzucał stronice leżącego przed nim maszynopisu. — Ci sami. który pojecHal z panem do zajezdni? Geniek Śmigło zaciągnął się głęboko papierosem. Napadli mnie. którzy potem pana napadli? — Nie wiem.schodową o długich kondygnacjach półpięter. broniłem się. — Geniek usiadł i zapadła cisza. żeby go podrzucić do wiaduktu. jakby mu było niewygodnie. czy nie. — A co się działo w autobusie linii 100 przed przyjazdem do zajezdni? — Były awantury. Nawet powiedzieć mi prawdę. To wszystko. lecz bez uśmiechu Dziarski — zgadza się. niech pan siada. co mi pan powie. — To było tak — zaczął ponownie Śmigło: — tego wielkiego faceta skotłowali w pierwszej bójce w autobusie. Był w mundurze MPA. I milczał. schroniłem się do budki dróżnika i to wszystko. pobili mnie. To mówiąc. — Drzwi się otworzyły i wszedł Eugeniusz Śmigło. — Dzień dobry — rzekł Śmigło — otrzymałem wezwanie. — Skoro był pan już atakowany w autobusie. i strącił małym palcem popiół do popielniczki — Nie wiem — powiedział spokojnie. Ten pełen treści początek nie uczynił na Śmigle większego wrażenia. Czy mogę zapalić papierosa? — Oczywiście — rzekł Dziarski — na razie nie jest pan aresztowany i może pan robić. — Skąd ja mogłem wiedzieć. a tych z autobusu nie przypominam sobie. że jak . — To zawsze tak — oświadczył pogodnie — gdy ma się z wami do czynienia. — Proszę wprowadzić — rzekł Dziarski i odłożył słuchawkę podnosząc jednocześnie drugą. zaś twarz ozdobioną potężnymi krzyżami leukoplastu. Proszę. zależy. że lecę do zajezdni. usiadł za biurkiem i podniósł słuchawkę telefonu. — Rozległo się pukanie. wyjął paczkę „Wczasowych”. Grupa łobuzów. Dziarski milczał. Możliwe. co się panu żywnie podoba. czy zostanie pan aresztowany. Facet poprosił. Po parli minutach milczenia Geniek poruszył się na krześle. lewą rękę miał na temblaku. — Powiedziałem wszystko w pierwszym zeznaniu w komisariacie — rzekł Śmigło — i nic więcej nie mam do dodania. rozrabiała. Było ciemno. poczęstował Śmigłe i podał mu zapaloną zapałkę. — Sierżancie Maciejak — rzekł — czy wezwany stawił się? — Tak jest — rzekł starszy sierżant Maciejak — czeka. — Panie Śmigło — odezwał się po pewnym czasie Dziarski — od tego. i rzekł: — Nie wiem.

na jak długo ma pan zwolnienie lekarskie? — Na cztery tygodnie — rzekł z westchnieniem zadowolenia Geniek — nie można się skarżyć. — Proszę pana. a ja przez pole i tam na mnie naskoczyli. że pan o tym wspomniał. a oni ładowali jak z procy. I tak zrobiliśmy. to go położył na miejscu. Zgoda. abym zatrzymał pana aż do rozprawy za chuligaństwo — oświadczył spokojnie Dziarski. Aha. cały gips polega na czymś innym. To oni sami się tak oporządzili. toteż zzy nie odczuwa pan rodzaju niewygodnej przykrości. Lekarze znaleźli coś szarpanego i tłuczonego w tym obojczyku. Po czym wstał. spokojny obywatelu. widzi pan. jeszcze na Inflanckiej. — Nie — rzekł beztrosko — mam dobrą opiekę. że to pan sam pobił i poranił sześciu znanych warszawskich nożowników.mi jest ciężko prowadzić. Jakiś uraz czy coś takiego. Ja znam teren. ogarnięty paniką uciekł z Warszawy. zaś Dziarski ujął słuchawkę i nakręcił numer telefonu wewnętrznego. aż do przybycia Pogotowia? — Sam — potwierdził skwapliwie Geniek. Ostatecznie. za mutry i zakrętki. zwanej potocznie lękiem. Geniek pochylił się dość poufale ku Dziarskiemu. — Klusiński — . zaś jeden. jak widać. że mogę liczyć na panów. on poszedł w lewo. — Dziękuję panu. Jak złapali za żelazo. — Panie Śmigło — powiedział — załóżmy. co się działo. to ja zacząłem kluczyć po wądołach. A jak tylko wyszliśmy za bramę. to nie dopuści ona. a poza tym mają oddanych i bardzo drażliwych na punkcie honoru kolegów. — Czyli. znaczy to. to pożegnaliśmy się. Dziarski uśmiechnął się również. Głowa pracuje. — Życzę rychłego wyzdrowienia — rzekł Dziarski — przepustkę ostemplują panu w sekretariacie. to wszystko. to on zejdzie już w zajezdni i potem podejdzie ten kawałek. — Bezwarunkowo — rzekł z powagą Dziarski — może pan na nas liczyć. Jak jeden drugiego zaprawił taką mutrą w michę. białe zęby pod pięknym wąsikiem. panie Śmigło. bo on od razu. aby działa mi się jakaś krzywda. które mi pan tu opowiada. Ale chcę panu zadać jedno pytanie: dobrze pan wie. ukazując zdrowe. rozumie pan? — uśmiechnął się. na oślep. Było cholernie ciemno. unosząc zdrową rękę i demonstrując wskazujący palec — samiuteńki jak ten paluszek. — Wobec tego zmusza mnie pan. — Z tego wynika. by stało się coś złego spokojnemu obywatelowi. Bardzo się cieszę. że ci załatwieni przez pana faceci wyjdą kiedyś ze szpitala. że ja uwierzyłem w te bajeczki starej niani. że już niebawem wdowa po panu i dwie małe sierotki przespacerują się w nieutulonym żalu za pańską trumną? Geniek spojrzał wesoło na Dziarskiego. z których jeden do dziś dnia walczy ze śmiercią. I to chciałem panu powiedzieć — w głosie Genka zabrzmiała odzyskana pewność siebie — że nie ma co wierzyć w zeznania tego konduktora. nazwiskiem Metody Gwóźdź. wśród cegły. skoro nasza kochana milicja zainteresowała się moją osobą. że w baraku dróżnika znalazł się pan sam i był pan przez cały czas sam. — rzekł wreszcie Dziarski — twierdzi pan. umarł ze strachu i nic nie wie. jak się w wozie zaczęło. — Ja — rzekł skromnie Geniek. — Śmigło wyszedł.

że Śmigło prosto stąd poszedł złożyć raport. Na rogu Leszna zauważył owego faceta w granatowym brezencie. Geniek uśmiechnął się do faceta w granatowym płaszczu. Przed Alejami Jerozolimskimi Geniek szepnął coś do ucha motorniczemu. gdy ktoś nieśmiało zapukał. zaś nie . Porucznik Dziarski wkładał palto. Motorniczy przyhamował i wychylił się ze swego miejsca.powiedział — już. Minął Ogród Saski i dotarł do rogu Królewskiej i Marszałkowskiej. bardzo śpieszący się do roboty. trochę zniekształconą wrodzonym zezem i nosem w kształcie karłowatego ziemniaka. mundur MPA. — Facet burknął coś. mnąc cyklistówkę w rękach. dobrze — rzekł motorniczy — służbowy nie służbowy. ani jeszcze matka… — Na pomoście rozległy się chichoty. „Nie ma co — pomyślał Geniek z satysfakcją — opiekują się. Geniek zszedł na dół i odebrał dokumenty w biurze przepustek. brezentowym płaszczu. warszawskim tramwajowym ścisku i unoszonego ku odległemu przystankowi. lecz nie schodził ze stopnia. nie można powiedzieć”. Tam stał już facet w granatowym brezencie. brezentowym płaszczu. Nie widział kto. Motorniczy zatrzymał tramwaj. po czym powiedział grzecznie: — Przepraszam. Geniek wskoczył na przedni pomost i przywitał się z motorniczym. Geniek spojrzał na zegarek i wolnym krokiem przeszedł długi plac obramowany dostojną architekturą z czasów Królestwa Kongresowego. Klusiński. przodem będzie wchodził… — Facet w brezentowym płaszczu rzucił twardo: — Służbowy — nie zamierzając ustąpić. drzwi się otworzyły i wszedł facet w granatowym. motorniczy zwolnił. szamoczącego się rozpaczliwie w nieprzytomnym. Dziarski spojrzał nań pytająco. które to elementy utrudniały twarzy tej wyrażanie tragiczniejszych uczuć. Zameldujcie się wieczorem. nie?… — Klusiński stał w postawie pełnej skruchy. — Mieliście się przecież meldować wieczorem. czekający niecierpliwie na środki lokomocji. już — powiedział bez gniewu — gub się pan. W chwilę potem na stopniu przedniego pomostu zawisł facet w granatowym brezencie. albowiem nie ulega wątpliwości. imię Eugeniusz. skoczył ku tylnemu wejściu. no — pokiwał bez złości głową Dziarski — takiego asa jak wy załatwić odmownie to sztuka… Wykołował was? Cóż zrobić — dodał po chwili — zmarnowaliście doskonałą okazję. — No. Przy okienku trącił niechcący jakiegoś faceta w cyklistówce. Geniek wyszedł z gmachu Komendy Stołecznej MO — na ulicy było chłodno. lecz przyjemnie i świeżo. Wszyscy jesteśmy służbowi… — Facet nie odpowiedział. zaaferowany i śpieszący się rozpaczliwie. Nazwisko Śmigło. ten zwolnił. gumowych butach i granatowym. od której oderwano go niepotrzebnie. Wejście tyłem. zjeżdżaj pan. Geniek zszedł spokojnie na jezdnię i tramwaj ruszył dalej. — No. wyglądał jak technik budowlany. twarz jego wyrażała prawdziwą rozpacz. pochłonięty najwidoczniej swymi sprawami. — Dobrze. Gdy go mijał. wsiadł i zaczął gwałtownie przepychać się do przodu. nie okazywał żadnej legitymacji. facet w granatowym płaszczu zszedł ze stopnia. wyglądającego jakby się śpieszył bardziej niż kiedykolwiek. — Schodzi pan czy nie? — podniósł głos — bo zawołam milicjanta! — To jest wejście tylko dla matek z dziećmi — rzekł z łagodną perswazją Geniek — a pan… ani już dziecko. które jak na złość nie nadchodziły. ręka na temblaku. Skinął ręką motorniczemu przejeżdżającego z łoskotem tramwaju.

popadając w zadumę — byłem li tylko poetą. pójdź za tym człowiekiem i walcz!” — Racja — rzekł poważnie Geniek — ten facet jakby kopnął nogą najlepszy rozrusznik we mnie. rozumiesz? — dodał marzycielsko. Jakbym złapał. co mówił wtedy. — To porównanie nie wydaje mi się najszczęśliwsze — rzekł z odcieniem rezerwy Kompot. — Wszystko według planu — rzekł Geniek — mówiłem tak. że pracujesz jako cukiernik — Eugeniuszu! — rzekł z cichym wyrzutem Kompot — czyż nie pojmujesz. Stały tu ogromne stoły. od czasu tej nocy. piekarskim czepcu. „Co za zapachy! — myślał rozanielony — dzieci tu trzeba prowadzić zamiast do parku”. w białym fartuchu i wysokim. Tymczasem ja kombinuję. który go czynił jeszcze bardziej ogromnym. aby go po raz drugi tu wezwać. że się zakocHalem. jak żeśmy ustalili. — Ja marzę o spotkaniu tego człowieka ponownie. baśniowej choinki. trzynastozgłoskowe keksy i śmietankowe babeczki o poetycznej naturze miłosnych stanz? — To mówiąc uniósł w swej ogromnej dłoni małe. Ale nie martwcie się. coś najważniejszego za sam ogon… — Eugeniuszu! — zawołał Fryderyk Kompot z ogniem — wyrażasz moje najskrytsze myśli. wobec roziskrzonej. tonąc w zachwycie. rurki z kremem jak sonety. że jesteś! — To mówiąc. ślicznie lukrowane ciasteczko. — Wiesz.mam żadnych powodów. stwarzałem wdzięczne poematy i ballady. Geniek poczuł się znów jak za czasów swej najwcześniejszej młodości na pierwszej w życiu gwiazdce. Fredek — powiedział z przejęciem Śmigło — ja teraz jakbym wszedł w nowe życie. Aż Halina mnie już podejrzewa. jak gaźnik w silniku. jak by tu spotkać tego faceta znowu… Zobaczyć jego twarz… . sonety i stanze… — Poetą? — zdziwił się Śmigło — myślałem. Dotąd — ciągnął. Jedynie krzyżyki leukoplastu na jego księżycowym obliczu i brązowosiny fonar pod lewym okiem wskazywały na to. Kiedy mamy zjawić się w umówionym miejscu? — Nie wcześniej niż w przyszłym tygodniu — rzekł Kompot z żalem. — Baaa! — rzekł Śmigło — czy rozumiem? Od kilku nocy wiercę się bezsennie na tapczanie i wzdycham. na blachach leżało rozrobione ciasto. — I jak tam było? — spytał niecierpliwie Kompot. ptysie — ballady. wyglądał jak dobry kucharz Rondelino na dworze króla olbrzymów z bajki dla dzieci. i piekli się przy posiłkach. że ta baśniowa postać miała niedawno konkretną styczność z realnym życiem. umączony. to wydaje mi się. pokryte blachami do wypieku ciastek. — Eugeniuszu! — zawołał z pewną emfazą Fryderyk Kompot — jakże się cieszę. Klusiński. każdemu się to może zdarzyć… — klepnął Klusińskiego po ramieniu i wyszedł z pokoju. jakby tu powiedzieć. których przeznaczenie znane jest tylko czarnoksiężnikom w białych czepcach. że można tworzyć liryczne pączki. chociaż czynisz to dość obcesowo. że te jego słowa były tak ważne. eklerki — poematy. — A teraz — w głosie Kompota zadudnił spiż — od czasu tamtej nocy poczułem nowe powołanie. Drzwi sieni otwarły się i wszedł Fryderyk Kompot — różowy. Geniek Śmigło czekał w sieni ogromnej piekarni. otworzył najbliższe drzwi i wciągnął Genka do wielkiego pomieszczenia. wstań. jakiś wielki głos wzywa mnie nieustannie słowami: „Fryderyku. gotowe torty i najprzeróżniejsze ciastkowe ingrediencje. Jak sobie pomyślę o tym. pełnym czułości dotknięciem palców Fryderyka Kompota. ptifurki — fraszki. O ujrzeniu jego twarzy. które jakby zmieniło się czarodziejsko w istne dzieło sztuki pod delikatnym.

dopuściłam go do rannego. gdy 1 tylko zrozumiał. aby odwiedzić mego przyjaciela. — Jak i pan. — Jak wyglądał ten dyrektor Chaciak? — spytał z zainteresowaniem Dziarski. by zapalić papierosa. Żadnych trudności prócz dowiadywania się o nazwiska. Wąskie spodnie.. W szarobiałej perspektywie korytarza zamajaczyła wreszcie biała. które i tak będą fałszywe. że nazywa się dyrektor Chaciak i jest dyrektorem spółdzielni konfekcyjnej „Radość” na Saskiej Kępie. Gdy uniósł głowę. — Jak by go pani opisała? Powiedzmy. że jest przełożonym Fromczuka. wie już pan jakie. te kołnierzyki. podając rękę pielęgniarce. — Po bikiniarsku — rzekła pielęgniarka. oddychając z ulgą. — Możliwe — uśmiechnęła się pielęgniarka ze zrozumieniem. pyzata pielęgniarka uśmiechnęła się na jego widok: jej porcelanowoniebieskie jak u lalki oczy i różowa. Nie lubił mdlącego zapachu środków dezynfekcyjnych i zużytych bandaży. Rozmawiał z nim długo. wyciągając rękę z legitymacją ku okienku portiera. — Cieszę się. iż cieszy się z faktu. czarny citroen przyhamował bezszelestnie przed bramą szpitala na Oczki. Trochę taki z opakowania od mydła czy kremu do golenia. — Aha — rzekł Dziarski — do Irysa. że Eugeniuszowi Śmigle nie grozi f oskarżenie o zabójstwo. buty na słoninie. Twierdził. Niska. Z auta wyszedł porucznik Dziarski i rzekł do szofera: — Zaczekajcie. — Tak i nie — rzekł Kolanko — może mnie pan zatrzymać za nadużycie. — Doprawdy? — zdziwił się Kolanko — to coś nowego w naszych stosunkach. poruczniku. Oczywiście. siostro — rzekł zbliżywszy się. wykładanych czarno — białymi kaflami korytarzach. świeża pulchność twarzy kontrastowały z surową sztywnością białego. niewielka postać. — Dobry wieczór — powiedziała. kto chce rozmawiać z tymi facetami. posłużyłem się bowiem nieprawnie legitymacją prasową. — Rozumiem — rzekł Dziarski — dziękuję. Ale niebezpieczeństwa śmierci nie ma. pełnej westchnień — niedosłyszalnych dla ludzi stąd. czyż nie? O tej porze nie wpuszcza się wszak odwiedzających. Każdego wpuszczać. Jak by tu powiedzieć: raczej ładny. — Ten pan powiedział. Kolanko . — Doktor Halski już nie pracuje w Pogotowiu? — spytał Dziarski. ale przywołał się natychmiast do porządku. Na piętrze głównego gmachu Dziarski chodził chwil parę tam i z powrotem po szerokich. który u niego pracuje. — Wysoki. tak natomiast wyraźnych dla człowieka ze świata zdrowych. że pana widzę — rzekł Dziarski. Na klatce schodowej przystanął. czy przystojny? — Kwestia gustu — uśmiechnęła się pielęgniarka — mnie się nie podoba. — Po czym wszedł w bramę. i taki modny teraz płaszcz. może tylko bez oka. doktora Halskiego. wykrochmalonego czepka z czarnym lampasem. — Dziękuję i do widzenia — rzekł Dziarski. Dyrektor Chaciak… — po czym dodał: — Nadal tak samo. nie lubił ciszy szpitalnej. ujrzał przed sobą redaktora Edwina Kolankę. Jak oni się czują? — Ten najgorzej poszkodowany wyjdzie jakoś z tego. według pańskich instrukcji. — Jeszcze coś bliższego — indagował Dziarski. młody. Pan tu służbowo? — Jak najbardziej — rzekł Dziarski. ubrany z krzykliwą elegancją. — Coś nowego? — spytał Dziarski. proszę siostry.Niski. — Owszem — rzekła pielęgniarka — do Wacława Fromczuka przyszedł jakiś pan. ku której Dziarski skierował się. Poczuł się naraz w doskonałym humorze. — Dobry wieczór.

opowiedział mi pan to wszystko nie ze względu na grę fair i konieczność rewanżu. Pamiętam go dobrze. nie odzyskawszy przytomności. kościstą twarz i staromodny kołnierzyk. pan nie wie o tych sześciu. — Byłem przekonany. który załatwił wszystkie formalności. — Pan zna doktora Halskiego. Witolda Halskiego nie przywiozło Pogotowie. że tacy oryginałowie chodzą jeszcze po świecie. po czym Dziarski rzekł w zamyśleniu: — Doktor Halski był zwolennikiem dość fantastycznej teorii na temat ostatnich aktów chuligaństwa w Warszawie. pod niskimi lampami. aby pan o tym napisał. że go przywiozło Pogotowie — rzekł cicho Kolanko — co za niedopatrzenie… — Nie. Do widzenia — skinął głową urzędnikowi w kancelarii. Dziarski wylegitymował się i zażądał akt przyjęcia Witolda Halskiego do szpitala. panie poruczniku. I dlatego pan porucznik nie miał Halskiego w raporcie Pogotowia. lecz zwykła taksówka. — Niski. poruczniku? — Osobiście nie — rzekł wymijająco Dziarski. — Jedno mnie dziwi — rzekł Dziarski — to mianowicie. — Przespacerujemy się może? — spytał Kolanko. Istnieje obawa o jego życie. starszy pan w meloniku i z parasolem — rzekł urzędnik — miał żółtą. — Jak wyglądał ten pan? — spytał szybko Dziarski. tknięty nagłym przeczuciem. barwne opowieści o nowym Zorro. że jest to jeden z najlepszych lekarzy Pogotowia. Pan mi opowiedział o Halskim. — Jakich sześciu? — spytał Kolanko — nic o nich nie wiem… — Jesteśmy kwit — rzekł Dziarski — ja nie wiedziałem o Halskim. Możemy iść. — Słucham pana — rzekł Kolanko. W Alejach Jerozolimskich. — Słusznie — rzekł Dziarski — chcę. Dziarski zbliżył się do auta. Na twarzy Kolanki odbiło się zdumienie. patrząc znów bystro i przenikliwie na Kolankę. Był z nim wtedy jakiś pan. szczupły urzędnik w szarym fartuchu powiedział: — Miałem właśnie dyżur. — I mnie to dziwi — uśmiechnął się z ironią Kolanko. że nadszedł czas na poinformowanie opinii publicznej. — Dla pana zawsze — rzekł Kolanko. Kolanko zdawał się być mocno zafrapowany relacją urzędnika. Wyszli na ulicę. że nic nie wiedziałem o wypadku doktora Halskiego. — Czy ma pan chwilę czasu? — spytał Dziarski. Kiedy Dziarski skończył opowiadać. — Doktor Halski — rzekł wolno Kolanko — został ciężko pobity przed paru dniami na ulicy. pamiętam dokładnie. Leży tutaj. — Właśnie że nie Pogotowie. po czym spytał: — O czym? . wśród nagich jeszcze drzew. — Przez chwilę milczeli. Kolanko rzekł: — O ile pana zdążyłem poznać.spojrzał nań badawczo. Zeszli do kancelarii. Powinienem był domyślić się. Starszawy. — Wiem tylko. Lekarze skonstatowali naruszenie podstawy czaszki i wstrząs mózgu. Jakieś pełne romantycznej wyobraźni. nie — rzekł urzędnik. Kolanko milczał dłuższą chwilę. — Po prostu — kontynuował Dziarski — uznałem. tajemniczym postrachu warszawskiej łobuzerii. jak ostatnio tych zmasakrowanych sześciu. Szli ulicą Nowogrodzką ku śródmieściu. — Tak — rzekł Kolanko — znamy się bardzo dobrze. — Pański znajomy — rzekł Dziarski do Kolanki. albowiem zdziwiłem się. ja panu opowiem o tych sześciu. że panowie się znają — dodał. tępicielu zła i gwałtu. otuleni mgłą wilgotnego wieczoru snującą się pomiędzy czarnymi murami. — Chętnie — rzekł Dziarski i odesłał auto. Ma pan w tym jakiś cel.

redaktorze Kolanko. w tym tkwi ich siła i przewaga nad ludźmi spokojnymi. schwyciła za broń. w gromadzie. — Nie upieram się. że przyjąłem pańską romantyczną. — Wiem — odparł wolno i niechętnie. w którym obydwaj zaczniemy się okropnie śpieszyć. milicja. mnie się nie śpieszy. którzy przedtem. — Otóż zapewne wie pan. — Już się pan nie upiera przy przestępczych porachunkach. — Widzi pan. facecie w meloniku i z parasolem? — spytał nagle Dziarski. przestępstw i przemocy. zdolni jesteśmy do konsekwentnej walki z pańskimi desperados.Dziarski nie odpowiedział. Zaczekamy. gdy spojrzał na swego rozmówcę. żądni — zemsty. cywilizowanym społeczeństwie. — Albo człowiek ciągle gotowy do walki z bezprawiem i gwałtem. A zresztą powiem panu coś jako fachowiec… — przystanął i ujął Kolankę za ramię. gwałtu i bezprawia. — Duży postęp od czasu naszej ostatniej rozmowy w „Bristolu” — ironizował Kolanko. że może nadejść dzień. — Nie — rzekł poważnie Dziarski. aż burza przeminie. Nie żyjemy w Teksasie. sensacyjną teorię. — Co pan sądzi o tym. kto to byli desperados? Uśmiech Dziarskiego. Serce Kolanki zabiło niespokojnie. Są rzeczy. ale nie znaczy to. — Poruczniku — przerwał je Kolanko. przysiadają cichutko w trawie i czekają. aby… — Kochany redaktorze — przerwał mu Dziarski z uśmiechem — to nie dla nas. że właśnie o tym . Inaczej jest z drugą stroną. doprowadzona do ostateczności. — Zgoda — rzekł Kolanko — i dlatego nie opublikuję ani słowa na ten temat. którzy tylko chwilowo są gotowi do walki. wtedy są niepokonani. Ale potem rozchodzą się do domów i chcą żyć w spokoju. Gwałciciele porządku zawsze są gotowi do zbrodni. takie wspólne akcje przeciw złu w obyczajach mają słabą stronę. gdy narasta przeciw nim burza. służył wyłącznie do pokrycia zdumienia. w kolorowych dżemprach pod koszulami. — Mnie w zasadzie też nie — rzekł pogodnie Dziarski. Po prostu widzący w tej walce swój cel życia. byli dla nich niepokonani. — Czy sądzi pan. poruczniku. — Boję się tylko. że w Warszawie są obecnie desperados? — Są — rzekł po namyśle Dziarski — oczywiście… Ci w oprychówkach. Po czym wychodzą z powrotem na łów. — Możliwe — rzekł Dziarski z zagadkowym uśmiechem. gdy chwytają oni wspólnie za broń w celu poskromienia. Przez chwilę szli w milczeniu. — Uhm! — mruknął Kolanko bez przekonania. Zapadło ciężkie milczenie. W chwili gdy wybucha gniew ludzi spokojnych. Toteż mądrzy przestępcy. jak walczono w swoim czasie w Teksasie z plagą desperados. Dlatego jedynie my. — Niemniej dla mnie człowiek taki jest przestępcą. Spokojna ludność. — Czy wie pan. lecz w normalnym. — Za młodych lat czytało się coś niecoś z takich lektur. o których pan nic nie wie. „Skąd on wie. i ofiarami ich padają ci sami ludzie.

Kolanko i niski lekarz zbliżyli się do łóżka. Myślę. — Oddałbym ponadto dwie miesięczne pensje. Po czym rzekł wolno i ostrożnie: — W wielkich miastach istnieje specjalna kategoria ludzi. — Oczywiście — rzekł dość niechętnie lekarz. który się nim opiekuje. Wtedy usłyszeli szept: — Pamiętam. Po czym nacisnął guzik dzwonka w ścianie. — To jest pan porucznik Dziarski z Komendy Stołecznej MO — przedstawił Dziarskiego — który pragnie zobaczyć doktora Halskiego. twarze ich wydłużały się ze zdumienia. Dziarski i Kolanko pochylili się nad łóżkiem. — Najprzód mnie pobili… ale jak… a potem… — coś na kształt uśmiechu. lecz nie bez dozy pewnej urzędowości. I ruszył w stronę szpitala. że pan nic nie napisze o tej ostatniej masakrze. że jest jeszcze ciągle nieprzytomny. — Jak pan chce. rzekł do Dziarskiego i Kolanki: — Idę przygotować zastrzyki — i wyszedł pośpiesznie z pokoju. którzy rzucają się w oczy sprawiając wrażenie niezwykłe. że pana spotykamy.myślę?” — przemknęło mu przez głowę. Brzmiało to uprzejmie. Może to i lepiej. W pokoju panował półmrok. Z każdym krokiem w stronę coraz wyraźniejszego kształtu ludzkiego. surowo pomalowanego na kolor sinoniebieski. Byłem tam przed półgodziną. panie poruczniku… — Służbowo — rzekł sztywno Dziarski. redaktorze… — po krzyżu Kolanki przebiegł dreszcz. którzy wszędzie są. Rozmawiałem z lekarzem. Ale bliżej poznani okazują się starszymi radcami Centrali Handlu Pierzem. Lekarz przypadł do ręki chorego i uchwycił puls. Bezkrwiste wargi Halskiego poruszyły się z trudem. Dziarski. — Redaktorze — rzekł stanowczo. Ja wracam. W głębi stało łóżko szpitalne z wykresem gorączki nad głową. jarzące się oczy… on mnie tu . obok biała szafka nocna i dwa krzesła. panie doktorze — rzekł Kolanko. gdy uświadomił sobie. tęgiego lekarza w białym kitlu. „Sądzę. przypominam sobie. w jego oczach zatliła się jakaś prośba. jakby ogromny wysiłek okazania zadowolenia odbił się w ściągniętych brwiach Halskiego — …potem widziałem te oczy… świetliste. Przed drzwiami separatki. że dzisiejszy wieczór posunął mnie nieco naprzód — pomyślał Dziarski z zadowoleniem. — Muszę zobaczyć doktora Halskiego. Kolanko jakby się ocknął z zamyślenia. Doktor Witold Halski miał otwarte oczy i patrzał na nich jasno i przytomnie spośród grubych bandaży. co łączy starego pana w meloniku z Eugeniuszem Śmigło?” — I nagle zawrócił na pięcie. w której leżał Halski. tęgiego lekarza. — Idę z panem — rzekł Kolanko. — Może ma pan rację. — Powiedziałem panu przecież. który już raz zaniepokoił Kolankę. Szybko przebyli Nowogrodzką i weszli na teren szpitala. — Czy można? — Dziarski powtórzył pytanie Kolanki. doganiając go. — Doskonale. spotkali niskiego. — Skoro jest pan służbowo. Lekarz otworzył ostrożnie drzwi wąskiego. że Halski zwraca się do niego. — Możliwe — rzekł Dziarski z zagadkowym uśmiechem. — To nic — mruknął Dziarski. że ten pan należy do tego typu ludzi. których wszędzie można spotkać. długiego pokoju. słychać było podniecony oddech niskiego. — Ciężki wypadek. by dowiedzieć się. leżącego pod kocami na łóżku. Czy można? — Co tam jest do oglądania? — wzruszył ramionami lekarz.

uśmiechnął się z nieoczekiwaną serdecznością i dodał: — Do widzenia! — Po czym wszedł szybko z powrotem do separatki Halskiego. retort i skomplikowanych aparatów medycznych. tak jakby olśniewająca myśl znalazła niespodziewanie drogę do jego świadomości. na którym dwóch komików przewraca się na skórkach od owoców i maże sobie nosy ciastkami z kremem. że nie jest źle. po czym coraz głośniej. wreszcie śmiał się na całe gardło. płynącą z kinowego ekranu. — Uff — westchnął zachrypłe Kolanko — żeby mu to tylko nie zaszkodziło. że kryzys minął. ze chce pan tego człowieka jak najszybciej aresztować. Dopiero za bramą Dziarski zaczął się śmiać. Początkowo cicho. Na schodach zapalili papierosy. Myślę. urywając kontakt ze światem. Radzę się nawet panu pośpieszyć! . za niskim lekarzem weszły pośpiesznie dwie pielęgniarki. panie poruczniku — rzekł. biały wycinek twarzy zlewał się teraz zupełnie z bielą otaczających ją opatrunków. — Panie redaktorze — rzekł — aresztujemy niebawem tego człowieka. chuliganów! Starszy radca w Centrali Handlu Pierzem! Jarzące się. przeraźliwe oczy! Lwia grzywa! Człowiek błyskawica! Nieuchwytny Zorro! Niepokonany bohater miliona krwawych rozpraw! Zorro w meloniku i z parasolem… Redaktorze. trzymajcie mnie… I nagle przestał się śmiać. Trudno. który tak pana śmieszy..przywiózł… — Blade powieki spadły na zmęczone spojrzenie. ma czarne oczy… Po czym zagadkowy uśmiech przewinął się po jego twarzy i dodał. — Drzwi otworzyły się szybko i cicho i do pokoju wjecHal szklany stolik na kółkach. pełen stalowych pudeł z zastrzykami. — Pogromca desperados! — zaśmiewał się Dziarski. Sądzę. — Poskromiciel bandy Irysa! Postrach warszawskich. że teraz pójdzie wszystko ku lepszemu. — Chciałem tylko panom powiedzieć. jakby uprzedzając opór ze strony Dziarskiego — ale w tej chwili ja tu decyduję! — Dziarski spojrzał nań z sympatią i wyszedł wraz z Kolanka bez słowa. — A zresztą… mogę się mylić. Kolanko spoglądał na niego ze zdumieniem. które zmieniało się z każdą chwilą w ostrą niechęć. — Przysiągłbym — powiedział wolno — że facet. nic nie mówiąc. — Bardzo panów przepraszam — rzeki niski lekarz ostro i nerwowo — ale proszę opuścić pokój. jakby chichocząc. Kolanko oparł się plecami o mur i zsunął kapelusz z czoła na tył głowy. Po chwili wyszedł niski lekarz. jakby ogarnięty najszczerszą wesołością. W ustach żuł resztki tytoniu z odrzuconego przed chwilą papierosa. poruczniku. Nic nie mówili przez całą drogę aż do bramy szpitala. Może pan ma rację.

CZĘŚĆ CZWARTA .

Tak. a tylko czekają. kiedy ponury welon udręczeń gasił w nim po chwili wszelaką radość życia. Marta zatrzymywała się częstokroć po sąsiedzku przy kiosku i rozmawiali ze sobą chętnie na różne tematy. Przechodząc obok kina zastanawiał się: czy o n chodzi do kina? Podczas sprzedawania gazet dręczył go nieustannie problem: co o n czyta? Nic więc dziwnego. że przy pracy Juliusz Kalodont popełniał karygodne. I to było najdziwniejsze. Kto ma przyjść? Kto ma się zjawić? Jak nazwać tego kogoś? Czy w ogóle jest to ktoś. miało wspaniały. To wszystko. Kiedy Juliusz Kalodont wracał po raz nie wiem który do domu po północy i długo jeszcze chodził po swoim pokoju. oburzające wręcz błędy i pomyłki. tak że w końcu Kalodont doszedł do wniosku. szukało przyjaciół. Panienko Przenajświętsza? Jak odmieniony! Ani chybi zostanie aktorem! — przy czym diagnoza ta miała dla niej znaczenie katastrofalne. Kilkakrotnie odwiedzała go Marta Majewska. czy coś? Ten ktoś. z którą połączyła go przyjaźń. że cztery tygodnie tęsknoty to dużo. od pogody począwszy. zamiast żądanych zapałek podawał karty pocztowe. Owe trzydzieści dni chodzenia po ulicy. Gospodyni Juliusza Kalodonta. i nie miał zarazem zielonego pojęcia o tym. Juliusz Kalodont tęsknił za owym kimś lub czymś. za kim lub za czym się tęskni. którego poznali w komisariacie. na co czeka. Każdy zaś przyzna. szepcząc drżącym głosem: — Co się z panem Kalodontem dzieje. doszła mniej więcej w tym czasie do wniosku. Na pewno!” Cóż. Przyznać trzeba. czekający w życiu na coś. czy to coś. Rzecz dziwna — Juliusz Kalodont wiedział dokładnie. nawiedzała go słodka myśl: „Dziś przyjdzie! Zjawi się znów. to bowiem był jedyny uchwytny element całej sprawy: tęsknota. niemniej Kalodont wysunął z jej skąpych zdań. jasnych. wykrzykując jakieś zdania. i na tych. a na uczuciach skończywszy. napotykały z jej strony na głuchą rezerwę i pomijane były milczeniem. skoro otworzył oczy. o którym nic nie wiedział. dzielą się na dwie kategorie: na tych. którzy wiedzą. poczciwa staruszka imieniem Helena i nazwiskiem Lipińska. wiekowa Helena Lipińska naciągała trwożnie kołdrę na uszy. zamiast „Dukatów” kładł „Poznańskie” i tylko gdy kto prosił o „Wczasowe”. Ludzie. . Natomiast wszelkie podejmowane przez Kalodonta próby nawiązania do owych przedziwnych. że Marta o nich zapomniała lub przynajmniej chce bez reszty zapomnieć. na co czekają. zamiast „Przeglądu Sportowego” dawał „Tygodnik Katolicki”. oprawny w masywną platynę brylant na palcu serdecznym i paliło papierosy „Wczasowe”. albowiem płynęła z jej smutnych doświadczeń sprzed pół stulecia. że ów jasnowłosy lekarz Pogotowia.1 Juliusz Kalodont czekał. o których Marta mówiła tak przejmująco w komisariacie. Zabawne. spożywania posiłków i pełnienia zawodowych obowiązków nacechowane były bezustanną myślą o nim. gdy rankiem. na co czeka. którzy tego nie wiedzą. że ze światem dzieje się niedobrze. prawda? Były dni rozpoczynane przez Kalodonta wesołym śpiewem i rześkim pohukiwaniem. stanowi osobę godną uwagi. Marta była bardzo powściągliwa. przeraźliwych oczu. że z takim zasobem wiadomości o kimś czy o czymś trudno jest stworzyć sobie jasny obraz kogoś lub czegoś.

brzydki czy piękny… Nie wiem nic. — Cieszę się. Tymczasem stało się zupełnie inaczej niż w ośmiu tysiącach czterystu kilkudziesięciu wariantach przewidywanych przez Juliusza Kalodonta. Pan Juliusz starał się ostatnio zamykać swój kiosk jak najpóźniej. lecz jasnym. przerażenie i radość skotłowały się w jego duszy odbierając mu mowę. lecz rześki. Kiedyś — wieczór był chłodny i dżdżysty — ktoś zażądał „Horyzontów Techniki” głosem. gdy zdrętwiał. w pozie swobodnej paląc papierosa. jednała mu serca ludzkie. drogi panie Kalodont — odezwała się sylwetka głosem cichym. Jakaś ściana nieprzekraczalnych nakazów. mimo iż droga wiodła pod najjaśniejszymi latarniami. czy wysoki. otwieranymi na zewnątrz. — Dobrze — westchnął Kalodont i poprawił maciejówkę ruchem pełnym frasunku. który kazał Kalodontowi błyskawicznie wyrzucić połowę korpusu z okienka: na ten widok stojący przed kioskiem pan z pokaźną siwiejącą brodą i o oczach zaszczutego własnymi spekulacjami myślowymi naukowca cofnął się w popłochu do tyłu. nie mogąc dobyć z siebie głosu: zdumienie. i Kalodont westchnąwszy z rozczarowaniem. tłumacząc nieudolnie nadciągającą wiosną to postępowanie przed czcigodną Heleną Lipińska. czy pan jest niski. szczupła sylwetka. o którą oparta ramieniem stała niewysoka. założył okna wystawowe specjalną okiennicą. zapominając wziąć reszty. po czym wręczył owemu panu żądane czasopismo akurat w momencie. brawurową odwagę. „Co za głupiec ze mnie — westchnął z niewysłowioną goryczą Kalodont — czyż tacy jak on czytają „Horyzonty Techniki»?” — I po raz chyba osiem tysięcy czterysta dwudziesty szósty wyobraził sobie. stawał się przenikliwy i drążący. Zamknął je i już zamierzał przekręcić klucz w zamku. uporządkował i pozamykał towar. w którym wyczuwało się uśmiech. ujął laskę i wyszedł z kiosku bocznymi drzwiami. plac Trzech Krzyży był dobrze oświetlony. Kalodont odsapnął z udręką. gdy pan ów zabierał się do regularnej ucieczki. — Rozumiem doskonale.wzrok Kalodonta zaostrzał się nieodmiennie. w dniach walki i chwały. . jak to nastąpi i o co on poprosi. a przecież Kalodontowi nie udało się spojrzeć nawet raz w twarz kroczącego obok człowieka. Wieczór był chłodny. tak że młodzi chłopcy i młode kobiety. — Dobry wieczór. dobrze? A teraz proszę przekręcić klucz i wziąć go ze sobą. stary czy młody. poprawił odzież i maciejówkę na głowie. drogi panie Kalodont — rzekła sylwetka. przygładził wąsy. Zamknął drzwi na klucz i ruszyli w stronę Książęcej. przynosiła zwycięstwa i sławę. Zamknięte drzwi odsłoniły ścianę. Wieczór nie należał do ciemnych. zaczynali czuć się nieswojo pod tym spojrzeniem i częstokroć odchodzili szybko. Kalodont chrząknął dwa razy gwałtownie. — Jjjjaa ttteż — wybąkał wreszcie Kalodont i nagle zdobył się na piorunującą. że pana widzę. częstokroć po godzinie dziesiątej. która niegdyś. dla których kupowanie papierosów ciągle jeszcze wiąże się z niejasnym wspomnieniem o zakazanym owocu. Czy pozwoli pan. że przejdziemy się kawałek razem? Odprowadzę pana w stronę domu. jak wzdycHal już trzydzieści razy przez ostatnie trzydzieści wieczorów. — Tylko — rzekł z ryzykancką stanowczością — że ja pana wcale nie widzę… Nie wiem. rozumie pan? A tak pragnąłbym… — Rozumiem.

łatwe i oczywiste. Albowiem oczy te. aż uzna pan. panie Kalodont. Wiedział już. Szedł spokojnie obok sylwetki w deszczowym płaszczu i spokojnie. skąd bierze się to przekonanie o sile. ot. jak oblewa się pąsem piekącego wstydu. muszę wytłumaczyć panu mnóstwo rzeczy. podczas gdy usta jego wypowiadały poważne. — Cieszę się bardzo — rzekł z prawdziwą radością głos spoza postawionego kołnierza. jasne: — Oczywiście. ani wysoki.przez nikogo nie wypowiedzianych ani nie wydanych. Ale panna Majewska myśli inaczej. to znaczy ani niski. Mróz przeleciał po grzbiecie i jakby lodowata dłoń ścisnęła krtań. nie!” — oto jakie słowa parzyły wargi Kalodonta jak krople żrącej cieczy. czy może mi pan zaufać i zaczekać jeszcze trochę na te wyjaśnienia? „Nie. Może pan na mnie liczyć. spoza postawionego. z szerokim. Nie zatrzymał się jednak ani nic nie wyrzucił z siebie. lecz stanowczo. — Drogi panie Kalodont — padło. jakich nic widział nigdy. „Nieszczęście! — pomyślał z rozpaczą Kalodont. że ma na sobie płaszcz deszczowy. ale proszę mi powiedzieć. średni. dźwięczny głos. dźwięczny głos — panie Juliuszu. że stąpa lekko i cicho. choć przyjazne teraz i spokojne. zdecydowane. rzekł: — Tak. kołnierza — czy zdecydował się pan? Juliusz Kalodont zamierzał zatrzymać się i wyrzucić z siebie milion pytań. Ufam panu. Juliusz Kalodont poczuł. aczkolwiek nie pojmował. ludzie mnie się raczej boją… — padło spoza kołnierza głosem. że kroczący obok człowiek jest równego z nim wzrostu.. Dziękuję panu. lecz pewnie: — Naturalnie. ściągnięty mocno paskiem. . — Ależ skąd… — wybąkał po chwili — to chyba przewrażliwienie… — Jest pan miły dla mnie — rzekł cichy. nie. w którym brzmiał smutek. „Ach. Wtedy głowa za nastawionym kołnierzem obróciła się wolno ku Kalodontowi i Juliusz Kalodont ujrzał po raz pierwszy oczy. oddzielała jakby Kalodonta od poznania tej twarzy. „Te oczy! — pomyślał oniemiały kalodont — Marta miała rację…” — Widzi pan. że trzyma ręce w kieszeniach. Czuł sprężoną siłę. — Jestem panu winien wiele wyjaśnień. — Masz babo placek! Powinienem byt się tego domyślić… Panna Majewska!” — Panna Majewska zachodzi do mnie po gazety — wymamrotał Kalodont . że nadeszła stosowna pora dla wyjaśnień. nasuwały natychmiast przeraźliwą myśl o tym. Zaczekam. podczas gdy te same wargi szepnęły cicho.Na co liczyć? W jakich sprawach liczyć? Kto może liczyć?” — krzyczało w duszy Juliusza Kalodonta. ta Marta! — poczuł nagły przypływ złości w stosunku do Marty i zaraz zrozumiał wszystko. jak straszliwie muszę one wyglądać w gniewie i do jak potwornych czynów w tym gniewie zdolny jest posiadacz takich oczu. że nie nosi żadnego nakrycia głowy. — Czy mogę więc na pana liczyć? — spytał cichy. — Przecież ona się go boi… Po prostu boi…” — pomyślał z ogromną troską. postawionym kołnierzem. jaką naładowana była krocząca obok niego postać. jakby to wszystko było proste.

że instrument ten służyć może nie tylko do . — Rozmawiamy często o panu — dodał niepewnie. — Wyobrażam sobie. w obronie słabszych. — Proszę na mnie liczyć. — Widzę. tak jak pan i ja. Myślę. Kalodont ujął ją z serdecznością. prześladowanych.i poczuł. Czuł. jakby pragnął jeszcze coś powiedzieć. panie Kalodont. porywających — czuł się szczęśliwy. — Tak jest — rzekł subordynowany Kalodont. Kalodont. że jest pan człowiekiem doświadczonym. trudno. Po czym ręka opadła i wyciągnęła się ku Kalodontowi. — Tymczasem. — A w jaki sposób porozumiemy się z panem? — Dam panom znać o sobie we właściwym czasie. Ciężką. panie Juliuszu — rzekł głos spoza wysoko nastawionego kołnierza — do widzenia i dziękuję. gorąca radość wypełniała go całego. Chciał odrzucić laskę. — Naprawdę? — rzekł człowiek kroczący obok z jeszcze większym smutkiem w głosie. — Czekam rychłego spotkania — rzekł pośpiesznie Kalodont. jak starość i reumatyczny ból w prawym kolanie odchodzą w przeszłość. wspaniałych. jeśli pozwoli pan użyć tak wojskowego terminu. nic nie powiem. Drugi będzie w uniformie autobusowego szofera i z ręką na temblaku. — Jeszcze nie czas. Człowiek w deszczowym płaszczu jakby się zawaHal chwilę. trudna walkę. że musi skalać wargi kłamstwem. przy zbiegu Książęcej i Czerniakowskiej. uczynił lekki ruch ręką. Zatrzymali się na dole. napadanych i lżonych. jak panna Majewska się mnie boi… „Jeszcze gorzej! — darło się coś w duszy Kalodonta. niech się dzieje co chce. jest to prawdziwy olbrzym. Ja… A może jej coś powiedzieć? — Nie. Cicha. — Będę na pana czekał… — dorzucił szybko i z uczuciem. ale w porę przypomniał sobie. Przede wszystkim musimy stoczyć walkę w tym mieście. Na tym polega pańskie zadanie organizacyjne. o stalowej sile i sprężystości palców. widział. znikają z jego życia. że w takim wypadku wystarczy panu jedna godzina dla skontaktowania nas ze sobą. Kalodont powędrował w stronę domu. gotowym do rzeczy wielkich. Tego się po panu spodziewam. panie Juliuszu — rzekł miękko i łagodnie człowiek obok. Była to ręka drobna. aby spokojni ludzie mogli się cieszyć swym spokojem. — W ciągu najbliższych dni zgłoszą się do pana dwaj ludzie. Nawiąże pan z nimi ścisły kontakt. że od teraz sprzedawanie „Szpilek” i „Grunwaldów” nabierze nowego sensu. Będą to ludzie walczący o spokój. — Jak ich rozpoznam? — spytał Kalodont zmienionym z emocji głosem. czuł się młodym. — Coraz gorzej!” Wtedy też zdobył się na kompletnie zatracone ryzyko. O to. sucha. deszczowy płaszcz zalśnił czarno w pomroce słabego w tym miejscu oświetlenia ulicy i cała postać rozpłynęła się w przestrzeni rozległego. parkowego bulwaru pod skarpą. Pański kiosk. — W porządku — rzekł Kalodont. będzie naszą bazą operacyjną. ale on. Jeden z nich odznacza się imponującym wzrostem. — Proszę pana — rzekł drżącym głosem — a może by się pan chciał zobaczyć z panną Majewska? Tak w zupełnie zwyczajny sposób. Szczupła sylwetka odwróciła się. nie będzie okrutnikiem. — Oczywiście — rzekł służbiście Kalodont — skoro pan sobie tego życzy.

Ujął tedy laskę jak pałasz i poczuł się niezwyciężony. zdziwiony. gdy mrowie opuszczających urzędy i biura pracowników ożywiło plac Trzech Krzyży. o którym nic specjalnego powiedzieć nie można. którym oświadczył krótko: — Sprawy osobiste. Na tle chmury stał młody człowiek w uniformie szofera autobusowego. Ale z kim? Czcigodna i omszała Helena Lipińska wykazałaby na pewno krańcowe niezrozumienie dla tych spraw. — przy akompaniamencie huku rozszalałych fal oceanu lub wycia wichru. Figlarny uśmiech przewinął mu się pod sumiastym wąsem. Jedynie tłoczący się za człowiekiem — chmurą i wytwornie schludnym szoferem urzędnicy. że bardzo by pragnął podzielić się swym szczęściem z kimkolwiek. eleganckim funkcjonariuszem miejscowej komunikacji w barwnej chustce na szyi. że odegranie roli chmury nie przedstawiało dla dysponującej nią osoby żadnych trudności. zwalczać za to. zapałek i wieczornej prasy. mimo że słowa te wyrażały niewiele. — Po czym oddalił się wolnym krokiem w stronę Centralnego Parku pomiędzy olbrzymem o obliczu przypominającym księżyc w pełni nad kołnierzykiem à la Słowacki i zgrabnym. nie wyłączając samego Kalodonta. lecz także do obrony przeciw tym wszystkim. wydał się znakomicie pasujący do tej właśnie sytuacji. zastanawiając się intensywnie. poczciwe oblicze człowieka — chmury nabrało wyrazu dużego skupienia i człowiek — chmura rzekł głosem potężnym. Kalodont uniósł głowę. Wiedział już. a rozsadzającą tajemnicę? Kalodont przystanął. — Chcieliśmy z panem porozmawiać — rzekł z namaszczeniem młody szofer. na rozstajach upiornych dróg. napastować. Wszyscy poczuli się naraz jak bohaterowie ponurej i pasjonującej opowieści o tajemniczym sprzysiężeniu ludzi szlachetnych. lecz sympatycznym: — Czy moglibyśmy porozmawiać z panem Kalodontem Juliuszem? — przy czym w glosie tym słychać było wyraźną tremę. ciesząc się z ładnej pogody i formując pośpiesznie ogonki do autobusów. Pomyślał. i ujrzał przed sobą za szybą tak potężną masę ciała. po chwili jednak przybrał wyraz twarzy. że wystąpił w obronie słusznej sprawy. psuli nieco nastrój. — Wiem o tym — odparł z . W trzy dni potem o godzinie czwartej po południu. z ręką na temblaku. Komu więc można by zawierzyć tak doniosłą. którzy będą go tropić. wydając wprawnym ruchem egzemplarz gazety i odpowiadając pogodnie na uprzejme pozdrowienia stałych klientów. domagający się papierosów. tacy ludzie spotykają się zazwyczaj w celu wyplenienia zła przy blasku ślepych latarek w rozwalonej. zasunąwszy uprzednio szybę wystawową mimo protestów gęstniejącego grona klientów. który zaś jemu. — Czekam właśnie na panów — rzekł Juliusz Kalodont i przyznać trzeba. że słowa te uczyniły na wszystkich duże wrażenie. gdy naraz kwietniowe jasne popołudnie zgasło i wnętrze kiosku wypełnił mrok. Kalodontowi. Kalodont stropił się w pierwszym momencie.podpierania się. wobec czego Juliusz Kalodont zamknął kiosk. przed kioskiem Juliusza Kalodonta przystanęło dwóch ludzi. komu ją może zawierzyć. niesamowitej karczmie „Pod Skrzypiącym Umrzykiem”. Po czym spytał tonem niesłychanie wieloznacznym: — Czym mogę panom służyć? — Księżycowe. Właśnie przywieziono popołudniowy nakład prasy i Juliusz Kalodont spoza sterty „Expressów Wieczornych” zgarniał zręcznie dwudziestogroszówki rzucane szybko przez śpieszących się do domów urzędników.

lecz myśli jego były daleko. — Wiosenne porządki w domu — powiedziała — mnóstwo roboty. — Nie szkodzi — rzekł władczo Kalodont — to potrwa krótko. znoszona wiatrówka na domowym swetrze i siatka z zakupami w ręku wskazywały na to. panno Marto. to było coś nowego. to Juliusz Kalodont był jego niewątpliwym zastępcą. których kolorowe chustki. Czerstwy staruszek. jak by tu powiedzieć… wymogom. Srebrzysty. ażebym z panami pewne rzeczy ustalił. po półgodzinnej rozmowie Fryderyk Kompot i Eugeniusz Śmigło przekonani byli. Toteż gdy usiedli na samotnej. Juliusz Kalodont spoczął na miękkiej poduszeczce swego krzesełka i westchnął nieomal z błogością. mówiący o tamtym takim tonem. — Kalodont podkręcił sumiastego wąsa. zaś jego samopoczucie niewiele miało cech wspólnych z samopoczuciem pracującego na zasadzie komisu handlowca. choć odległy dźwięk wzywającej do boju trąbki wibrował w jego uszach i Juliusz Kalodont widział się oczyma duszy. „Świerszczyki” i „Płomyczki”. zaś obydwaj jego towarzysze odsunęli się odeń lekko. bez reszty ufa. kierowanej przez niezliczonych Eugeniuszów Śmigło. poprawił maciejówkę i krzepko ujął laskę. i prosił. z należytym szacunkiem. bladym i wątłym dla określenie stosunku łączącego Kalodonta z kimś. dokąd pędzi i po co. gdyby Juliusz Kalodont wiedział dobrze. — Dla pana zawsze — powiedziała Marta zalotnie. — Dobry wieczór — rzekł z surową powagą. Mam z panią do pomówienia. już — po raz drugi tego dnia. a komu on. Sumiasty wąs Kałodonta powiewał w tych marzeniach jak sarmacki proporzec i wszystko byłoby wspaniale. Wydawał znów „Expressy Wieczorne”. — Wiem o tym — powtórzył jeszcze pewniej Kalodont. Kalodont. — Rozmawialiśmy przed trzema dniami o panach. — Zasunął szybę wystawową. Kalodont po raz pierwszy w czasie ich znajomości nie odwzajemnił się Marcie uśmiechem. wyszedł z kiosku i zamknął go na klucz. że zażyłość jest chyba pojęciem zużytym. jak pędzi na czele pułku dragonów składającego się z samych Fryderyków Kompotów albo jak wychyla się z wieży czołgu na czele pancernej dywizji. w którym zbierała się przed powstaniem listopadowym słynna i zasłużona loża masońska. Wyglądała ładnie. Toteż gdy w prostokącie wystawy ukazała się drobna.mocą Kalodont. że Marta jest w trakcie jakichś dużych dokonań. widoczne były w czołgowych włazach. — Czy ma pani chwilę czasu? — spytał. . z kim ma się bić i o co. że jest ktoś. oczywistym się stało. kto wie to wszystko. gdyż w głębinach świadomości zakorzeniło się w nim przekonanie. przed którym czas jakiś wymieniali rewerencje pożegnalne. choć na zajętą i zapracowaną: skórzana. kto niemal ocalił im życie i rysował się w ich świadomości jako osobowość tylko na wpół materialna. zupełnie niespodziewanego. że jeśli istniał gdzieś dowódca tych dzielnych ludzi. — Dobrze. odległej ławce w pustynnej alejce poniżej starego pałacyku. smukła postać Marty i gdy uśmiech jej uczynił kwietniowe popołudnie wokół kiosku jeszcze jaśniejszym i milszym. Ale myśli takie nie zaprzątały mu zbytnio umysłu. dzięki czemu pozycja jego została nieodwołalnie ugruntowana i chociaż nikt tego nie wyraził mową. wpuszczone w rozpięty kołnierz uniformu MPA. że się pani zjawiła. że panowie odpowiadają pewnym. Mój przyjaciel powiadomił mnie o tym. Po czym wstali i z należną czcią flankując wspaniałego starca. autorytet Juliusza Kalodonta był już czymś ugruntowanym i niepodważalnym. odprowadzili go do kiosku.

. — Chciałbym pani powierzyć pewną tajemnicę. — Muszę się pani do czegoś przyznać. co chcę powiedzieć. — Dobrze — rzekł Kalodont po ponownej decyzji. — Panno Marto — rzekł uroczyście Kalodont — jestem starym człowiekiem. grają w piłkę do dołka. że celem życia młodej dziewczyny jest znalezienie kogoś. jakby dając do zrozumienia. wróciwszy do siebie po chwili słabości. ciężko panu będzie mówić o ponurych tajemnicach serca. — Panno Marto — podjął z namaszczeniem Kalodont. — Czy ponurą? — zaciekawiła się Marta. — Częściowo — rzekł Kalodont. o kim myśli pani poważnie. istnieje taki mężczyzna? „Nieszczęście! — jęknęła w duszy Marta — tego tylko brakowało! Czyżby pan Kalodont? Nie. — Widzi pani — rzekł wolno Kalodont — czas wreszcie odsłonić karty i wyznać całą prawdę… „Stało się! — jęknęła Marta — jak tu uciec?” — Przypomniałam sobie — rzekła cichutko — że zostawiłam w domu nie zakręcony gaz. — Są to sprawy nie cierpiące zwłoki. Dzieci darły się: — Piłka do dołka na poprawkę. Z tym gazem to wymówka — dodał z gorzkim triumfem — ale na nie. na poprawkę! Skuś baba na dziada! — Marta wskazała wzrokiem ten rozgardiasz. w sile wieku… — Sądzi pani? — złagodniał szybko Kalodont. Jest pan dorodnym mężczyzną w dojrzałych latach. że nadeszła pora. Dzieci. — Ta wiosna…” — Przełóżmy to więc na wieczorową porę. w której powinna pani pomyśleć o swojej przyszłości — oświadczył niczym nie zrażony Kalodont. Brak nastroju. jak pan widzi. Marto? Czy. — No. męskim ramieniu można się ufnie wesprzeć w uciążliwej wędrówce przez życie? — Uhm — przytaknęła Marta. że wybrał pan właśnie mnie. panie Juliuszu. na czyim twardym. — Czy jest ktoś. — Myślę o niej dość często — rzekła Marta — i ze zmiennym powodzeniem. Ale skoro pani… — Skądże znowu! — zastrzegła się szybko Marta — jestem panu bardzo wdzięczna. asfaltową aleją obok Frascati i usiedli na jednej z pierwszych ławek parku.Przeszli szeroką. — Czy jednak pomyślała pani już o tym. Otóż wydaje mi się. Panie Juliuszu! Gotowe nieszczęście! Muszę już iść… — Mowy nie ma — rzekł Kalodont — widzę. to chyba nie — możliwe… Chociaż z tą wiosną to nigdy nic nie wiadomo!” — Dlaczego pan o to pyta? — rzekła Marta bardzo ostrożnie. Wysłucha mnie pani aż do końca. no! — przerwała Marta. że domyśla się pani. rozumie mnie pani. czyż nie? — Nie — zdecydował się Kalodont. — Nigdy bym tego nie powiedziała. — Jestem o tym przekonana — rzekła z mocą Marta. tu. na deszcz i na słotę — rzekła z troską — bo teraz. „Niedobrze — pomyślała Marta. — Jest to tajemnica mego serca. że nie jest w stanie podjąć jakichkolwiek decyzji w tych warunkach. — Od czasu do czasu myślę i o tym. powiedzmy… po czterdziestce. Potrafię to ocenić.

— Po prostu jesteśmy ze sobą blisko związani. Oczy te nie patrzą wrogo ani groźnie. pani ówczesny obrońca jest moim przyjacielem — rzekł skromnie Kalodont. Od czasu mojej przygody słychać coraz więcej w Warszawie o… tym panu. — Więc?… — Otóż. Skończmy. kładąc prosząco dłoń na jego ramieniu. jest rzeczywiście ponurą tajemnicą. — Czyli że teraz. — Lojalnym i wiernym. Przepraszam i panią. — Ten jasnowłosy lekarz z Pogotowia? — Tak — rzekła Marta i mimo wszelkich wysiłków kąciki jej oczu zabłysły lekkim wzruszeniem. „Trochę lepiej — pomyślała Marta z ulgą — o sobie by tak nie mówił. a nawet prosząco… Ale — są straszne. Jej szarobłękitne spojrzenie poszukało oczu Kalodonta. — Otóż to! — zawołał Kalodont — to jest moja tajemnica. spuszczając oczy. — Marto — rzekł łagodnie — nie mówmy już o tym. Tylko nie wiem. — Dobrze — powiedziała Marta. Czy pamięta pani to. — Nie wiem. — Prócz tego — rzekł Kalodont szybko i poważnie — że stała się pani kimś bardzo ważnym dla… — Właśnie tego nie chcę… nie mogę… nie powinnam wiedzieć — przerwała nerwowo Marta. — Ja doprawdy nie chcę nic więcej o tym wiedzieć. — Tym bardziej — dodała cicho — że człowiek. znikł gdzieś bez śladu od blisko dwóch tygodni. jeśli panu powiem. Marta wstała. zostanie pan moim powiernikiem? — Zostanę — rzekł gorąco Kalodont. W gruncie rzeczy jest to wspaniały starzec”. Ja doprawdy nic z tego nie rozumiem.— Jest mężczyzna — ciągnął nieczuły na nic Kalodont — prawdziwy mężczyzna. Leciutki uśmiech wplótł się w jej zamyślenie. co opowiadała pani w komisariacie po swej przygodzie na Wiejskiej? — Pamiętam. jak niemal codziennie od dwóch tygodni. o co panu chodzi? — O pani obrońcę. czekały na mnie w ciemnościach ulicy Frascati jasne. Kalodont pogładził ją po pochylonej głowie. — Panie Juliuszu — rzekła z zakłopotaniem — to. Zaś wczoraj wieczorem. — Od dwóch tygodni znikł bez śladu doktor Witold Halski. raczej smutnie. Wszystko naraz zmieniło się wokół Marty: jakby swobodne popołudnie stało się trudną porą ważkich rozstrzygnięć. . panie Juliuszu — przysiadła blisko przy Kalodoncie. który za panią oczy wypatruje… — ale zaraz splunął w duchu: „Tfu! To nie było najwłaściwsze z tymi oczami”. którego… na którym mi bardzo zależy. Tylko… proszę mi powiedzieć: kto znikł od dwóch tygodni? Marta uniosła głowę. Muszę się pani do czegoś przyznać. co pan mówi. panie Juliuszu straszne! Marta ukryła twarz w dłoniach. — To aż tak… — zmartwił się serdecznie Kalodont. jarzące się oczy. kogo ma pan na myśli — rzekła nie bez zainteresowania Marta. to był błąd z mojej strony.

mającej się stawić w charakterze świadka. — Pójdę z panią. gdyż pojęcia nie mam. Kalodont przeczytał uważnie. że doktor Halski nie pracuje. Było to wezwanie do sądu dla Marty Majewskiej. . — W jakiej to może być sprawie? — spytał. co się z nim stało. A teraz… Jeszcze to… Wyjęła z kieszeni wiatrówki jakiś papier i wręczyła Kalodontowi. nie uzyskałam żadnych informacji.— Nie — rzekła przekornie Marta. — Tylko że byłam wobec niego nie w porządku i nie mogę się nawet usprawiedliwić. na którym będę się mogła ufnie wesprzeć w uciążliwej wędrówce do sądu. Marto — rzekł. męskim ramieniu. — Czy chce pani? — Bardzo — ucieszyła się Marta — marzyłam właśnie o twardym. — Juliusz Kalodont skłonił się z galanterią. Kalodont spojrzał raz jeszcze na termin stawienia się w sądzie. — Nie wiem — rzekła trochę bezradnie Marta. Kalodont zastanowił się głęboko. Telefonowałam dwa razy do Pogotowia. ale poza oświadczeniem.

Intonacja — oto. tak jak tętni wydobyta zwiększonym wysiłkiem żyła przedramienia. arcytrafnych i arcyśmiesznych. w prowizorycznie odremontowanych mieszkaniach. jak „po co ta mowa” albo „nigdy w życiu”. trwała w swym ponurym. nie zmieniła się. białawo–ceglanym kolorycie odartych tynków. co decyduje. groźba lub prośba. które tętniło tu wyraźniej niż gdziekolwiek. Marszałkowska i pobliski plac Warecki stały w ogniu walki o nowo wznoszone mury. miejski żargon. . w potrzaskanych kamienicach. o jakim pojęcia nie mają i mieć nie mogą ludzie wymawiający to słowo w innych miastach lub w innych językach. Zewsząd napierała ofensywa odbudowy — Aleje Jerozolimskie i Jasna. przeto przez dziesięć lat pozostawała w takim samym mniej więcej stanie jak zaraz po powstaniu. tymczasowych remontów i dobudówek. w milionie drobnych poprawek i prymitywnych ulepszeń. pogarda lub szyderstwo. Prawdziwa gwara Warszawy to intonacja. zawiera w sobie częstokroć ekspresję zastępującą najgorsze przekleństwa lub błagalną pokorą. dostępnych wyłącznie ludziom w tym mieście żyjącym. nagromadzonych tu w ciągu dziesięciu powojennych lat. w oczyszczonych ze zniszczeń podwórkach i klatkach schodowych. Intonacja wyrażeń takich. którego słowa i zdania nabrzmiałe są mnóstwem treści. ostrego wyrazu w stanie zniszczenia i zapuszczenia wśród narośli pośpiesznych. akcent — oto. odrapane bramy o poobijanych stiukach w zielonkawej ongiś glazurze. Ta zaś ulica. które tutaj wypowiedziane zostały po raz pierwszy i tutaj doszły do rangi znaczeń wyjątkowych i niepowtarzalnych. ale za to brudna. a ponieważ nikt nie liczył się z możliwością jej rekonstrukcji. stare kamienice warszawskiego śródmieścia. ociekające fałszywym renesansem fryzów i upiększeń. Jest to ulica dość wąska. nadzieja lub zwątpienie. W małym słówku „na pewno” rodowity warszawiak potrafi zawrzeć tak przebogaty wachlarz znaczeń i nastrojów. W czasie zmagań wojennych została niezbyt mocno poharatana. O gwarze warszawskiej decydują jednak nie wyrazy. Ulica. chwiejność lub moc charakteru. ściany. Istnieje ogromna ilość słów i zwrotów. leży w samym sercu Warszawy: od zachodu wpada na największy plac w Europie jak rzeka do ogromnego jeziora. lecz intonacje. intonacje warszawskie! Wielkie miasto wytwarza własną gwarę. norymberszczyzna secesyjnych fasad o poutrącanych zdobieniach — wszystko to nabierało dziwacznego. obrosłe sztukateriami i balkonami. ożywiona i ciekawa. zwłaszcza jej odcinek pomiędzy Bracką i Marszałkowską. że gwara ta nie posiada mnóstwa słów zrodzonych w glebie tego miasta. Odcień głosu. domy. zakurzona i brzydka. przy której znajduje się kino „Atlantic”. W warszawskim „na pewno” rozbrzmiewa. pełne pompierskiej sztuczności z ubiegłego stulecia. bardzo odpychająca. No i życie — zwykłe. Życie kłębiło się tu i wrzało na uprzątniętych gruzach. codzienne życie. Roiło się tu od małych. zależnie od okoliczności. Nie znaczy to. modulacja. Niemniej — nie wyrażenia i zwroty decydują o warszawskiej gwarze.2 O. co decyduje o gwarze warszawskiej. prywatnych sklepików i spółdzielni pracy: zegarmistrze.

Południowa strona ulicy była bardziej zniszczona i po tej stronie mieściło się właśnie kino „Atlantic”. zapinaną na niby ekscentryczne. tandetnie efektowną odzieżą. I tak dość mam zmartwień. — Jak chcesz — rzekła sztywno. Zakładano tu sieć przewodów cieplnych pod przyszłe budowy. zmiataj. — Hanka odęła wargi. — Po co masz się targać przez te wykopy — dodał z uśmiechem. koszulami. wąskie sklepy z galanterią. — Do widzenia. — Nie idź. — . zakurzonej. Mechciński poszedł — za nią. wędrowiec wiedział. Hanka — rzekł Mechciński. albowiem ulica wezbrana optykami. to wszystko… — Jak nie dla mnie. wzrok wędrowca lądował na kremowym masywie ogromnego wieżowca i olbrzymiej. banków i przedsiębiorstw. centrali urzędów. — Hanka — powiedział Mechciński miękko — nie kłóć się ze mną. co? Podobno piękna babka gra… — Nie — rzekł ostro Mechciński — dzisiaj nie. — Ty też masz swoje szusy — uśmiechnęła się z lekką urazą — oj. nóg pani nie ma do chodzenia? — zgrzytnęła jakaś otyła facetka za Hanką. — Wiesiek — uśmiechnęła się Hanka — a może mnie weźmiesz ze sobą do kina? Pojadę późniejszym. — Nie — rzekł Mechciński stanowczo — tu się pożegnamy. Dochodząc do zachodniego krańca. słyszałaś? No. biusthalterami. wśród bram bezładnie upstrzonych kolorowymi szyldami. — Wpatrzyli się w siebie. — Jakie zmartwienie? — spytała Hanka. jak będziesz wychodziła z roboty. gorsetami. — Stanie taki jak na weselu! — warknął ktoś za Mechcińskim. nie szczędząc niechętnych uwag. pospolitą twarz i dobre oczy. to i nie dla ciebie! — rzekła porywczo Hanka i ruszyła z miejsca w stronę placu. — Mam sporo czasu do pociągu. błyskawiczne zamki. krzyż Pański z tobą będzie… — dodała nie bez kokieterii. Meksykański. na przełaj ku stacji podmiejskiej kolei elektrycznej. że tam zaczyna się inny świat. męskimi marynarkami z krzyczącego samodziału w grubą kratę. — Hanka — powiedział łagodnie Mechciński. Miała ładną. dalej — powiedział Mechciński i przystanął. pod wieczór. reklamującymi pracownie drewnianego obuwia.warsztaciki naprawy piór wiecznych i maszyn do pisania. świeżej cery i jasnych oczu. — Odprowadzę cię jeszcze kawałek — rzekła Hanka. humory to ty masz. — Dlaczego ty nigdy nic nie mówisz? — Jedź do domu. czerwieniały tu znaki i lampy ostrzegawcze. Teraz. drgającej pracą przestrzeni wokół niego: nie wychodząc więc nawet na Marszałkowską. jakby się nie znali: Mechciński nie mógł oderwać wzroku od tej młodej twarzy. Szło się tu między rzędami wystaw męczących oczy nawałem stłoczonego na małej przestrzeni towaru. to nie. Nie słyszeli nawet tych uwag. pokrytymi szalunkiem z desek i ochronnymi barierami. Wiesiek. — Dlaczego ty nie chcesz zrozumieć. — Pani. zakłady fotograficzne i działających w głębinach ciemnych podwórek fryzjerów. bielizną i sklepikami z wodą sodową tkwiła w samym środku wielkiej śródmiejskiej dzielnicy. Tak chcę zobaczyć ten nowy film. Tłoczący się w ciasnym przejściu między rozkopami ulicznymi przechodnie potrącali ich nieustannie. które spośród tylu znanych mu twarzy i oczu dziewczęcych zostały przy nim jak uchwycona przez zmęczonego pływaka burta szybko płynącej z prądem łodzi. Mechciński zatrzymał się na rogu Marszałkowskiej: narożnik był rozkopany i rozryty głębokimi rowami. że to nie dla ciebie. Hanka. Jak mówię nie. — Jutro przyjdę po ciebie.

a jak chcę. jakieś dziwne szczęście koło serca. — I co ci z tego? — krzyknęła swarliwie Hanka. I tak… — powstrzymał się. — Co ci z tego. dopóki nie stanie się ona podobna do twarzy jego matki. — Nie za ciepło ci w tym welwecie? — . Mam nawet przyrzeczoną. ale nie dlatego. że się mnie słuchają. gdy witała ojca wtaczającego się do mieszkania po przepitej nocy. dojrzewa wspólnie przeżytymi latami. co cię w sobotę do cukierni poprowadzi na chińską herbatę albo do baru mlecznego… — Odwrócił się. co za odmierzoną forsę raz w miesiącu wychyli się do knajpy i już mu na sałatkę nie starczy albo na ciastka… I na nocny tramwaj też nigdy czekać nie będę. Hanka uczyniła krok i stanęła przed nim. — Nie. że dostrzega. że nie mógłbym inaczej… — Mógłbyś — powiedziała gorąco Hanka. jej sąsiadek i tych wszystkich kobiecych twarzy z wolskich. Wiesiek. to się cieszyłam. fuksjami. to i likier. płynące z przekonania. nie odchodź — rzekł szybko. patrząc mu prosto w oczy. Na pewno. Mechciński aż uśmiechnął się z radości. tylko zawsze cię taksówki} podrzucę. lecz nie odchodził. drelichowego płaszcza i przyciągnął jeszcze bliżej do siebie. że sam się o wszystko postaram. — Chcę ci jeszcze to powiedzieć. słyszysz? I na to. — Mógłbyś. Wiesiek! Tak to niczego razem nie zwojujemy… — Hanka! — rzekł gwałtownie Mechciński ściszając głos — ja muszę mieć dla ciebie na nylony. nie dla ciebie… — rzekła Hanka kłótliwie — a co jest dla ciebie? — Ty tego nie rozumiesz — rzekł poważnie Mechciński. to zamień sobie na takiego. chcę i umiem. A ja. to są ludzie dla ciebie? Wiesiek. ale widzisz… jak tu pójść tyrać za nędzne parę groszy? Przy robocie nic nie wymyślisz. słysząc ten ton. nigdy o nylony nie prosiłam — rzekła cicho. — Ja cię. naharujesz się i co miesiąc dostaniesz te same parę złotych. mokotowskich i powiślańskich oficyn i schodów. kto ja jestem i co ja potrafię. że ja już zacząłem… — Co zacząłeś? — spytała Hanka. że nylony. — Hanka objęła go za szyję i pocałowała prosto w usta. — Jacy ludzie? Ci pijacy i łobuzy to ludzie? Ci nożownicy. Ja… mnie się czasem zdaje. że to właśnie on będzie cały czas oglądał starzenie się tej twarzy. — Haneczko — rzekł — to nie takie proste. Wziąłbyś jakąś pracę i pobralibyśmy się ze sobą. Hanka. ćwiartka mniej. Marymontu i Ochoty. bardzo chciałbym. Że nie ma dla mnie silnych. praskich. co mi ich nie chcesz nawet pokazać. „Nie — pomyślał — nie powiem jej o tym wezwaniu…” I znów nie mógł oderwać wzroku od twarzy Hanki: zdawało mu się. żeby podskoczyć z tobą do „Stolicy” ze dwa razy w tygodniu i nie liczyć się z groszem. że od ciebie… No. jak twarz ta poważnieje. i melba… Ja nie z tych. Hanka. Mechciński schwycił ją za ramię. to tymczasem… — uczyniła krok w stronę świateł dworca. — Jak przynosiłeś. — Nie dla ciebie. — dlaczego nie skończysz z tym raz na zawsze? — Mechciński czuł jej oddech: ujął ją za klapy zielonkawego. — Ja chciałbym to wszystko posłać w diabły. że jestem wolny i nikt mi nad głową z robotą nie stoi. z obstawionych klatkami z ptactwem. taki sam jak jego matki. w ostatniej chwili. starzeje się — i czuł niewytłumaczalną. i mogę inaczej. ty głupi! — To mi z tego — rzekł ostro — że ludzie w mieście wiedzą. że… — Że co? Że co? — kłóciła się Hanka. ćwiartka więcej.Wiesiek! — zatrzymała się naraz Hanka. pelargonią i begoniami parterowych okien Grochowa. słyszysz? Ja to ja! A jak ci się nie podoba. tylko dlatego. stając przed nim. spuszczając wzrok. — Zacząłem chodzić za robotą. nie znaną mu dotąd radość z tych myśli. — Wziąłbym… — uśmiechnął się niepewnie Mechciński — ale co z tego? To nie dla mnie.

jak nasada falochronu. — Trza pomyśleć o jakimś prochowcu. przechodnie przystawali. o błyszczącej z wysiłku i zmęczenia twarzy. wpuszczali tylko pojedynczo. lecz kryła w sobie szansę dla jednostek walecznych. ryzykowna szansa: przed krzywą. Bileter likwidował bez słowa te próby. tylko rzuciwszy się brawurowo w jej otchłań można było sforsować wejście do kina. łypiąc groźnie oczami. szczupłą i mocną sylwetkę w tanim płaszczyku i taniej. ciągnęła się długa na kilkadziesiąt metrów kolejka. co dawało asumpt do rozlicznych scysji. w rozsypanych na trotuarze wieńcach łupin po pestkach. jej pełne piersi i smukłe nogi na wysokim. Nie. Wezwanie na pojutrze? Mogą zamknąć. Niemniej jednak. zatłoczonej szczęśliwszą. drewnianą bramą. W każdym razie nawet widzowie zaopatrzeni w prawidłowe bilety musieli sobie bohatersko i niezłomnie wyrąbywać drogę w zwartej ciżbie wielbicieli meksykańskiej kinematografii. rozedrgany tłum. przedzielająca i tak wąskie przejście bramy na połowę. oblegających wejście do kina i pozbawionych jakichkolwiek formalnych dokumentów zezwalających im na udział w widowisku. Pod murami domów. Nie przeszkadzało to bynajmniej tym ostatnim w wydawaniu okrzyków: — Przepraszam! Proszę o miejsce! Ja z biletem! Oto bilet! — i okazywaniu bileterowi prastarego biletu sprzed dwóch tygodni. — Będę jutro po ciebie po robocie. — Do jutra. — Do jutra… — Po czym odeszła szybko w tłum tłoczący się wokół stacji Śródmieście. — „Powiem jej teraz — pomyślał. — Trzymaj się. Pomagała im w tym tęga bariera z żelaza. cała ulica jakby żyła tym spęcznieniem przed kinem. „Powodzenie — pomyślał Mechciński z satysfakcją — meksykański film… Run na kasę! Ładne parę złotych wpadnie. wyrywając z rąk nieważne świstki wąskiego papieru. chwilami krzyki. — Tymczasem. dobra? — rzekł. — Kolego! — darł się jakiś posiadacz wyrwanego i podartego przed sekundą biletu — co za numery! Zwariował pan? Ważny bilet podarł. lecz nie mógł się zdecydować — powiem lepiej jutro…” — uspokoił się. stłoczona masa ludzi przed bramą falowała na wszystkie strony. stał spocony. Mechciński wrócił przez rozkopy i pomosty na ulicę. i darł je w ponurym milczeniu. — Co pan na to?. tamując ruch na jezdni: samochody posuwały się powoli. W spokoju tym było wiele z tępej beznadziejności: szamotanina przed bramą była odmętem (niebezpiecznym. bo bliższą kasy częścią kolejki. wparci z całej siły w drewniane żelazne odrzwia. utrudniając dostęp do sklepów. łobuz! Ubrać takiego śmieciarza w liberię i od razu się stawia! Panie władzo — wzywał milicjanta na pomoc. poprawiając mu kołnierz od kurtki. Hanka — rzekł. wzmocnioną żelaznymi sztabami. do pełnej ludzi bramy. lecz schludnej bluzce. Kilkudziesięciometrowa kolejka stała spokojnie oparta o mur wśród płacht gazet. Niech mnie szukają…” Z tłumu dochodziły podniesione głosy. gęstniejąca przed samym kinem w zbity. ze sklepów wyglądali ciekawie sprzedawcy.spytała. Raz jeszcze ogarnął spojrzeniem jej twarz i postać. do kina odległego od „Atlanticu” o półgodzinną jazdę szybkim autobusem. przy której mieści się kino „Atlantic”. drewnianym obcasie. nie stawię się. Gdzie . zaczekam przed wyjściem. zakurzony milicjant i krępy bileter w mocno sfatygowanym uniformie. Od strony ulicy nie było ich widać — byli szczelnie zakryci tłumem. jak dziś. Była to jednak nikła. za okazaniem kupionych w przedsprzedaży biletów. po stronie kina. co powodowało nieustanne awantury. Zresztą możesz już chodzić do figury. Wiesiek — powiedziała z uśmiechem.

istoty te spędzają zazwyczaj całe godziny na przygotowywaniu się w nadziei — spotkania w kinowym hallu znajomych i przyjaciółek. Po kilku minutach szaleńczego przekładania ramion w obłąkanym crawlu poprzez rozgniatane piersi i marynarki. pętaki! — Postacie oderwały się od ścian i skupiły przy Mechcińskim. dobrane do wieczorowej rozrywki. posiadacz ważnego biletu lądował w końcu w bramie kina. wyciągając za rozerwany pasek od torebki swą towarzyszkę spod nóg tłumu. aby za parę minut wynurzyć się znowu w największym ścisku. w bramie naprzeciw kina kilka niewysokich. pantoflami. błyszczącej powierzchni. w kolejce do kasy.praworządność? — Płyń stąd. którym należy zaimponować nowym płaszczem. z cudzymi rękami w kieszeniach płaszcza i ze zmiażdżonym przez innych crawlistów kapeluszem na głowie. bądź dziwacznie pofałdowane berety. spodnie czy jesionkę. pełne pukli i zakosów fryzury. kapeluszem. — Po co ten krzyk. bądź przyprawione „szklaną wodą”. odpychając tłuste. smarku — replikował beznamiętnie milicjant i entuzjasta meksykańskiej kinematografii nurkował bez większych protestów w tłum po to. bez śladu. wpuszczony w brudną koszulę sposobem. Należało rzucić się w wir zmagań. jak wiadomo. — Wania i Buras stoją na kotwicy. — Załatwione. pełnoprawność ich zamiarów stawała się naraz funta kłaków warta wobec walki. w środku — recytował Loluś. zdobnym w datę seansu sprzed miesiąca. Ale cóż było robić: meksykański film nęcił. od razu cHała!” A tu sezonowa robota. Mechciński przeszedł na drugą stronę ulicy. perfumami lub maquillage’em. Nad twarzami tkwiły bądź oprychówki. pełne przedwczesnych zmarszczek i bezczelnych uśmiechów. — Fajerant czy co? Jak was samych. przytomne. czekamy na pana. przy barierze. z biletem do jednego z kin na Pradze. lamusy. ciemnych postaci paliło papierosy. Spoglądali z zakłopotaniem na swe szaty. zalęknieni i niezdecydowani”. Spoglądali potem na sfalowaną tłuszczę przed bramą kina i ciężkie. Ciężko dysząc układał na niej strzępy wiosennego płaszcza i wspomnienie po kapeluszu oraz szukał resztek obcasów zmasakrowanych zamszowych pantofli. nie bacząc na nowy krawat. rzecz jasna. Loluś? — spytał przychylniej Mechciński. jakiego używają niektórzy . zostawić. Nadciągający z obydwu stron ku „Atlanticowi” posiadacze ważnych biletów przystawali o parę kroków przed kłębowiskiem. opierając się nonszalancko o mur. wgniatając własne łokcie w oczodoły najbliższych bliźnich i ciągnąc rozpaczliwie własne nogi za niesioną potężnym odpływem resztą korpusu. — Mechciński spojrzał po chudych. wybrylantynowane głowy i spocone twarze. trzymane w ręku bilety nadawały prawną moc żywionym tęsknotom. film roku nie będzie szedł. panie Moryc — rzekła jedna z postaci. zaś zupełne przygnębienie ogarniało ich na widok elegancji ich kobiet. Niemniej — dumnie wyciągnięte bilety w ręku ciągle jeszcze zapewniały zawistne spojrzenia ze strony czekających w bramie. bystre. maquillage i perfumy znikły. podczas gdy koledzy nieugiętego bojownika o wstęp wzmagali szturmowy napór na bramę. urywane westchnienie wznosiło im pierś. pozostawiając przy nim egzemplarz kobiety cudem uratowanej z żywiołowej katastrofy. oklejające głowy jak brudne hełmy o jednolitej. drapiąc się pod pachą. w czym przeszkadzał mu kolorowy szalik. wchodząc do bramy. muskularnych twarzach wokoło: były młode. którą należało stoczyć. — Co załatwione. — Co jest? — krzyknął Mechciński.

nie przestając deklamować: — Proszę puścić. słyszysz? — Dobra — rzekł Czesiek. z którego łatwo jest wyprowadzić szybki i skuteczny cios: jest to przy tym krok powolny. lekceważenie reszty świata i ogromną pewność siebie. mając . osiem postaci sformowało się w ostry klin z Mechcińskim na czele: klin ten werżnął się z mocą w rozedrgany tłum przed bramą kina. Osiem postaci splunęło trzykrotnie. Po obu stronach prącego do przodu Mechcińskiega rozgarniały ciżbę niewysokie. Mechciński uśmiechnął się wyzywająco: w tej chwili. odrzuceniem parzącego palce niedopałka i ruszyło rozkołysanym krokiem w poprzek jezdni. — Okazywać bilety — rzekł krótko. szmaciarzu… — Odgarniał sprzed siebie napierające głowy. lecz ostrzegawczo. rozumiesz? Trzysta trzydzieści mam mieć za godzinę. — Komu parter? Komu?… — Mechciński rzucił: — Idziemy. Po kilku minutach bezpardonowej walki osiem postaci dotarło do żelaznej bariery. biletowych odcinków. kolego! Ty. — po czym splunął trzy razy na szczęście. panie drogi. z fartem…. nie na chama. giń pan z moich oczu. z podciętymi na karku pod donicę włosami — dawno się w to nie bawiłem. Mechciński — bez nadprogramowych numerów. miejsce dla klientów z regularnymi biletami! No. ciężkim spojrzeniu ciemnych. — To mówiąc. — Tu jest trzydziestak na zapotrzebowanie — dorzucił Loluś. — Kopię zatrzymał. nie widzisz pan. Zewsząd padały gniewne. dobrze? — rzekł krótko. no… — pokiwał głową z uznaniem. Bileter spojrzał spod oka na wyłaniające się ze ścisku towarzystwo. Przeszedłszy jezdnię. — Filak — powiedział — masz tu dwadzieścia dwie sztuki. że mam bilet? Won. łobuzie! Obywatelu. podciągnęło spodnie. — No. Mechciński rozwinął rulon i przeliczył: zgadzało się. bo!… — wobec których Mechciński zachowywał olimpijski spokój. — Edek Łom załatwił — rzekł Loluś. niosący w sobie groźbę. Krok ten. lecz nie padali. Rozwinął papier. podkrążonych oczu. bo taki był zwyczaj w tym przedsiębiorstwie. koniki — rzekł Mechciński — do dzieła! Kto dziś idzie na niemowę? — Ja mogę — rzekł krostowaty wyrostek o powłóczystym. tylko nie na siłę. — Nie bój nic. wręczył Mechcińskimu rulonik biletów i złożoną ćwiartkę papieru. zaczepiając przechodniów i szepcząc natarczywie na wszystkie strony. dobierając starannie wykrzykniki i pointy do najbliżej tłoczących się fizjonomii. Mechciński podważał wysuniętym do przodu ramieniem tłoczących się. Rolę rzecznika grupy uderzeniowej odgrywał Loluś. — No. zaczepne uwagi: — Wolnego. — Tylko bez pajacowania. którzy tracili równowagę. muskularne postacie. udający się na korty tenisowe lub uprawiający jachting. już. aczkolwiek znany młodzieży we wszystkich częściach świata.aktorzy filmowi. pracując wytrwale i z ogromną wprawą wysuniętym do przodu barkiem. ramiona. — Na te stare zapotrzebowanie z Centralnego Zarządu Torfowisk jeszcze dali? — zdziwił się Mechciński. zaciągnęło się mocno papierosem przed. Po czym wyszedł z bramy i ruszył w kierunku Marszałkowskiej. podtrzymywani przez tłum. Nie chcę mieć żadnych drak ekstra. Sprzedajesz po piętnastaku. pewnym rozstawieniu nóg i nadaniu barkom owego ruchu kołyszącego. klatki piersiowe. — W porządku — rzekł Filak i włożył bilety do górnej kieszeni marynarki. panie kolego. — Mechciński oderwał osiem biletów i wręczył każdemu po jednym. rulon zawierał trzydzieści wąskich. Czesiek. lecz niezorganizowanych entuzjastów srebrnego ekranu. koniki… No. — Łom wydał. w tym ścisku. który w najgorszym tłoku poprawiał sobie kolorowy szalik. został w Warszawie doprowadzony do perfekcji: polega on na mocnym.

— Ten argument przekonał milicjanta bez reszty. Po czym wyłuskał wzrokiem z tłumu oblepiającego kolejkę dwie niewysokie postacie w oprychówkaeh. Bileter zbladł z bólu. ty szwancu. uprzedził biletera i kopnął go z całej siły w kostkę. Wszystko razem trwało ułamek sekundy. Ruszył przez tłum w ich stronę. Z trzech stron sterczały tu parterowe ściany. która została w okamgnieniu wypełniona sprawnie działającą ekipą z Mechcińskim na czele. — Nie wierzysz. Mechciński rozejrzał się wokoło. których zaczął łomotać plikiem programów kinowych po wybrylantynowanych głowach. zobacz i po krzyku — rzekł pojednawczo — zgadza się? — Bileter spojrzał na bilet. mimo że „papuga” była nazwą wysoce bileterom uwłaczającą. gwałtownym pchnięciem — jeden do przodu. niech pan powie — zwrócił się Mechciński do milicjanta z wylewnością — my chcemy kultury. Gdzie tu sprawiedliwość? Kogo słuchać? W gazetach piszą… — Pleczysty milicjant rozstawił szeroko ramiona i wparł grube dłonie w piersi Mechcińskiego i Lolusia. jak jego towarzysze zataczają się gwałtownie. stanie i nie puszcza. Do poczekalni i kas kina prowadził lustrzany korytarzyk. usiłował podstawić każdemu z nich nogę. najbliżej stojący z trudem chwytali równowagę. jak ten. umalowane dziewczyny ubrane z tanią elegancją. — Obywatelu — rzekł z krzywym uśmiechem milicjant — nastąp się. odpierając ich z wysiłkiem od biletera. a taki pałąk. który widząc. masy ludowe garną się do kina.za sobą mur z niewysokich postaci. dwie postacie w oprychówkach nabrały głęboko tchu i nagłym. krzyczały: — Nie ma od nikogo pomocy! Gdzie . kogo szukał. — Obywatele! — krzyknął w tłum — nie tłoczyć się! Każdy z biletem wejdzie! Mechciński przepycHal się przez zatłoczoną potrójną kolejką bramę i nabite oczekującymi na seans widzami małe podwórze. lecz nie rzekł nic ani nie uczynił żadnego gestu. docierające już niebawem do kasy. dostrzegł kogoś. przy czym bileter. do milicjanta — to koniki. Tylko nie za blisko… — Tu nie stajnia. obywatelu… — mruknął urażony do żywego Loluś. zachowujecie się gorzej jak w stajni. — Tych tam to ja znam — rzekł. co oznaczała i dlaczego uważana była w sferach koników i obsługi kin za obelgę. — Mechciński wyjął bilet z kieszeni i podał bileterowi. — Przecież mieli bilety. uspokoiwszy się. obywatelu. — Nie stajnia — powtarzał milicjant i kark nabrzmiewał mu czerwienią w przepoconym kołnierzu munduru — a wy. natomiast z tyłu kolejki rozległy się od razu głosy protestu: — Co za numery! Panie bileter! Jak tak można? To chuligaństwo! — Dwie nieładne. i kiwnął mu na przywitanie głową. mógł zrobić z bileterem wszystko. nie bacząc na milicjanta. powyżej były wypalone mury. — Masz. po czym gniew swój i rozgoryczenie wyładował na najbliżej napierających wyrostkach bez biletów. Sfalowany tłum wepchnął Mechcińskiego i osiem postaci z impetem w bramę: bileter i milicjant uczynili im wąskie przejście. sprawdzając uważnie wąskie skrawki papieru. — Tu kino. a drugi do tyłu — uczyniły chwilową wyrwę w kolejce. Bileterowi skurczyła się spocona twarz. chociaż nikt nigdy nie wiedział. papuga? — spytał obraźliwie Mechciński. skąd się wzięła. po czym przeniósł wzrok z nienawiścią na Mechcińskiego i odsunął się nieznacznie. — Bić się z nimi będę? — rzekł obojętnie bileter. — To czego wpuściliście ich? — rzucił porywczo milicjant. zatłoczony ludźmi. krzycząc wesoło: — Wania! Burasek! Sie masz! Już idziemy… — Gdy zbliżył się do nich. co mu się udawało aż do Cześka. Wparł się mocniej w bramę i warknął: — Bilety? — No.

albo nie! Wszyscy stoją i czekają! Proszę się usunąć! Tylko bez zamieszania… — Mechciński patrzał na niego z flegmą. otoczony kilkoma kolegami w czapkach technikum przemysłowego. który napił się i podał dalej. synu! — Buras łyknął. — Kojsa — rzekł Loluś. nie? Z kolejki ludzi będę wyciągał. — Nic nie poradzę! — wrzasnął opryskliwie bileter — wszystkie bilety sprzedane! — A ci? — rozdarł się wielki mężczyzna o purpurowym ze zdenerwowania czole — a ci… — wskazał na ekipę Mechcińskiego — wdarli się bez kolejki i dostaną! Co? Takie porządki! — Przecież stoją w kolejce! Widzi pan. że w kasie sprzedaje się bilety. Jakiś młodzieniec w białej. kłótliwych i przedkładających. szczupły pan w kapeluszu. — Bo jak nie.milicja? Nie ma sposobu na tych łobuzów?… — Kolejka z tyłu łamała się bezładnie i tłum zaczął napierać na wpartych mocno w ścianę Mechcińskiego i jego ludzi. o twarzy kostropatej i czarniawej. kazaki. stanowiącym skrzyżowanie pudła na radio z pluszową kanapą — tylko ci dwaj! — Kolejka nie przestawała się posuwać. — Panie kierowniku — zaczął szybko Buras — ci panowie — zatoczył wskazującym palcem wokoło — się awanturują. o wyglądzie sportowca. proszących i groźnych. otarł szyjkę rękawem i podał butelkę Mechcińskiemu. wręczając odpieczętowaną ćwiartkę Burasowi — skrzep się. — Podniósł się potężny rozgwar głosów. ustawili się grzecznie w ogonku. — Niepotrzebnie państwo stoją — krzyknął głośno — i tak biletów nie ma! — Przepchnął się kilka metrów do tyłu. gdyż wszyscy zaczęli mówić naraz. Chcesz zdrowie stracić? I na co ci to? — W głosie jego tyle było zimnej zuchwałości i gotowości do czynu. bo czy tak można? Do czego to podobne?… Żadnego porządku. trzymający ładną. — Ci państwo jeszcze dostaną — oświadczył — potem wszystkie bilety na dziś sprzedane. posuwając się wraz z kolejką do przodu. — Panowie opuszczą kolejkę! Natychmiast! — gorączkował się jakiś wysoki. — No. płowowłosą dziewczynę pod rękę. powołując na świadków swych stronników: — No. który wyskoczył wraz z kilkoma bryzgami płynu prosto w napierający tłum. Ulokowani twardo między barierą a ścianą ludzie Mechcińskiego zachowywali obojętny spokój. że młodzieniec odwrócił rozogniony wzrok i zaczął szybko mówić. co? — jazgotał bezczelnie bileter. widać było. to milicję! — krzyknął krzepki wyrostek. — Co się tu dzieje? — zapytał ostro. i odciął resztę kolejki. Tkwiący w środku grupy uderzeniowej Loluś wyjął na to z kieszeni ćwiartkę wódki i odbił nasadą dłoni korek. fora ze dwora! — przecisnął się ku nim barczysty młodzieniec w modnym płaszczu. Zajęliśmy miejsce dla kolegów. że wielu takich już widział w swej bogatej karierze. odpalantuj się. co miało znaczyć. — Bij się pan . patrząc na barczystego młodzieńca w modnym płaszczu: — Kolego. za grupę Mechcińskiego. kolego? Ci koledzy wyszli na chwilę po coś słodkiego… Stali tu przedtem! Co to miejsca dla ukochanych przyjaciół nie wolno trzymać? — Nikt tu nie stał! — huknął jakiś otyły mężczyzna o wyglądzie apoplektycznegp rzemieślnika — tylko wy dwaj!… — Tak! — poparła go cienkim krzykiem jego żona w kapeluszu. Wania i Buras ujadali z zapałem: — Po co ten szum. chudy bileter w brudnym uniformie. Bileter uśmiechnął się krzywo. nie zwracając najmniejszej uwagi na grzmiącą awanturę. koledzy przyszli. rozepchnięty. żadnej kultury… — Tłum zafalował. a ci panowie ich nie puszczają… — Podniósł się straszliwy Hałas. i naraz przy barierze wynurzył się mały. Po czym rzekł w tłum. studenckiej czapce nad opaloną twarzą darł się: — Albo jest kolejka.

Kasjerka powiedziała głośno: — Tyle biletów nie mogę sprzedać jednej osobie. Kino to dla nich jedyna rozrywka… — Kasjerka westchnęła tępo i oderwała dziesięć odcinków biletowych. rozepchnął bezceremonialnie stojących przy okienku i blokujących mu dojście. panno Mery — wtrącił się z krzywym uśmiechem bileter. gdy z tyłu padły zachrypłe od wódki okrzyki: — Puścić kalekę! Ja go znam! Niemcy mu język wyrwali w wojnę! Sprzedać inwalidzie bez kolejki! Jacy to teraz ludzie! Serca nie mają… — Barwa tych głosów i zawarte w nich intonacje wpłynęły wyraźnie na postawę ludzi przy kasie. lecz krzepcy uczniowie szkoły przemysłowej nie dawali za wygraną. po czym zabełkotał coś rozdzierająco. Nabywający przy kasie bilety usiłowali przeciwstawić się możliwie delikatnie tej nadmiernej bezpośredniości nieszczęśliwego. tym bardziej że znalazł się tam nagle bileter. Mechciński patrzył za nimi z lekkim niepokojem: wolał uniknąć rozhoworów z milicją. jednego z uczniów łokciem w nos. co lada chwila mogło się skończyć nową kolizją. wysoki pan w kapeluszu. dziękując na migi wokoło. zaś starszego pana w kapeluszu — głową w podbródek. jakby chcąc ich przeprosić. przejmujący bełkot. Jakiś krostowaty wyrostek w utrefionej i podciętej „pod donicę” fryzurze parł w stronę kasy. za które niemowa zapłacił i odszedł od kasy. Wtedy z kolejki rozległ się rozżalony. że Mechciński odetchnął z ulgą. — Niech mu pani da. Uderzeni zatrzymali się na chwilę. — Tam ich czeka cała wycieczka. — Niemowa gestykulował przy uszach. bełkocąc przeraźliwie i czyniąc skomplikowane znaki palcami koło ust i uszu. przy wejściu zaczął się nowy rozruch i dał się słyszeć donośny. który krzyknął: — Proszę państwa! Inwalida ma prawo nabywać poza kolejką… — Niemowa wsunął głowę w okienko i zaczął coś pokazywać na migi zmęczonej kasjerce o potarganych blond włosach i brudnych od liczenia pieniędzy paznokciach. Przechodząc koło Mechcińskiego rzekł głośno i bez żadnych trudności w . który sprawił. dołączył się do niego tęgi mężczyzna o purpurowym czole i starszy. Najwyżej cztery. — Niemowa… — słychać było głosy — to niemowa! Puśćcie go! — Młodzieniec werżnął się z impetem prosto w grupę uczniów technikum i ich sprzymierzeńców. który. Tymczasem niemowa dotarł do kasy. jak pan taki mądry! — Tłum falował bezładnie za bileterem. którzy ciągnęli właśnie w przeciwnym kierunku. — Słusznie! — Poparły go zewsząd głosy. Zanim docisnęli się jednak do środka westybulu. wymachiwał im nadal rękami przy twarzach. pokrytych spękanym. przy czym jeden z nich ujął niemowę za rękę. tych głuchoniemych. wymachując długimi ramionami i nieproporcjonalnie olbrzymimi w stosunku do swej niepozornej postaci dłońmi. — Trzeba po milicję! — krzyknął jeden z nich i zaczął przepychać się ku wyjściu. że także nie słyszy. zasłaniając się przed gwałtowną gestykulacją niemowy. obłażącym lakierem. protestując jednocześnie gorąco przeciw tak małej liczbie. pokazując. Barczysty młodzieniec rozpłynął się w tłumie. — Zaraz zamykamy kasę! — krzyknął bileter. przy czym zaprawił niby przez nieuwagę. z którego nieoczekiwane i dotkliwe ciosy zaczęły padać na zupełnie oszołomionych i bezradnych zwolenników interwencji milicji. lecz ze znawstwem. nabrzmiały szlachetnym oburzeniem wrzask Lolusia: — Niemowę biją! Co za ludzie! W ryło łobuzów! — po czym kilku ludzi Mechcińskiego przesadziło barierę i z wielką maestrią wśliznęło się w tłum.z nimi. Stojącego na czele ekipy Mechcińskiego dzieliło już tylko kilkanaście osób od kasy.

Moryc — rzekł wręczając Mechcińskiemu rulon z biletami.wymowie: — Dychę dała. — Jest nas ośmioro. Moryc. — Dobra — rzekł Mechciński. Każdy ma własne cztery i ode mnie po dziesięć. Tuż przed bramą tkwił płaski i okrągławy słup ogłoszeniowy. z fartem! — rzekł Mechciński i skinął ręką. Pani dyrektorowo! Chorą matkę i liczne rodzeństwo przyprowadziłem… Kino to dla nich jedyna… — Ile? — spytała krótko kasjerka. oklejony plakatami. które podała Mechcińskiemu — bądź pan zadowolony. — Dobra. ale przyjdzie jeszcze kuzynka z dwojgiem braci i szwagier… — zaczął patetycznie Loluś. tłum przerzedził się trochę po wieści o zamknięciu kasy. co mogło być tylko . Czesiek rzuca swoją dychę. obwieszczeniami i afiszami imprez wszelakiego rodzaju. uderzenie! Na trzy tygodnie grubego rajwochu… — Mechciński wysunął się przez uchylone drzwi. — Rozliczenie za pół godziny. — Nie uciekniesz mi przecież. dobrze? — rzekł po sekundzie z udanym spokojem. Za chwilę uchyliły się małe drzwiczki i Mechciński wszedł do mrocznego korytarzyka prowadzącego do kabiny operatora. odprowadzani uważnym spojrzeniem biletera i milicjanta. uśmiechając się nie bez wyższości — czego chcesz? — Mam do ciebie interes — rzekł Kruszyna — a raczej nie ja. komu?… — Przerzedzony tłum zaczął się kupić w małe grupki przy niewysokich. Kilkanaście metrów od bramy kina „Atlantic” rozległ się natarczywy szept: — Komu balkon? Komu parter? komu. pracuje — odparł jakiś głos za Filaka. dobra — rzekł dobrodusznie Łom. wziął bilety i wyszedł spoza bariery. Mechciński dotarł wreszcie do kasy. Mechciński rozejrzał się wokoło. nikt jednak nie rzekł słowa: woń alkoholu i coraz zaczepniejsza postawa niewysokich postaci określała decydująco ogólny nastrój. w drugiej bazie. — Tylko bez takich żartów. Po czym rzekł do Burasa: — Zbiórka w pierwszej bazie — i zaczął przepychać się ku wyjściu. Za nim zaczynał Loluś: — Dyrektorowo!. kogo szukał. niewysokie postacie ruszyły w ulicę szeroką tyralierą. Przyjechaliśmy specjalnie z Sochaczewa do kina. Wyszli z bramy. dla dzieci od lat sześciu do dwunastu” — po czym dodał z zainteresowaniem: — Może być dobre… — Tuż za podniesionym nad potężnymi barami kołnierzem nowego płaszcza rozległ się szept: — Ty do mnie? — Robert drgnął. coś dziwnego. W bramie spotkał Wanię i Burasa. Tłum wokoło stał z otwartymi ze zdumienia ustami. — kiwnął mu głową i wskazał oczyma wyjście. Przed słupem stał Robert Kruszyna odczytując półgłosem afisz: — „Uszaczek i Trusiaczek — bajka sceniczna o wesołych zajączkach. niewytłumaczoną pustkę w dołku. Stał tu chuderlawy bileter w brudnawym mundurze i o olbrzymich rękach. mówię ci. dostrzegł tego. ciemnych postaciach. — Szefowo — powiedział — dziesięć proszę. panie drogi — rzekła twardo. Kasjerka oderwała cztery bilety. Nie odmówi pani nam. — Mechciński poczuł niewyraźną czczość w żołądku. A film. — Tu — rzekł Mechciński — macie. — Dobrze — rzekł Mechciński. — Tylko bez awantur. — W porządku. Kudłaty. sochaczewskim zetempowcom… — Kasjerka spojrzała nań obojętnie. Filak jeszcze nie wrócił? — Nie. inkasując pieniądze za cztery bilety. Ciemne. Mechciński przeszedł na drugą stronę ulicy: w głębokiej wnęce bramy żarzyły się ogniki papierosów. Idę sztachnąć się parę razy dymem. że to… — Mechciński nie czekał n i resztę zdania. No. — Masz tu jeszcze pięćdziesiątaka. Wyszedł na podwórze i przecisnął się przez czekających ku zapasowym wyjściom z sali kinowej. Łom — rzekł Mechciński — jutro forsa.

I na co ci to? — Buras zastanowił się głęboko. Już zamierzał wetknąć twarz w pasjonującą gazetę. Młodzieniec ten przyglądał się badawczo Burasowi. staniesz przed kinem na cynku. — Kolego — rzekł z godnością — jesteście bez wychowania. lecz owocnej pracy. gdyż zbliżył się jeszcze swobodnym krokiem do Burasa i rzekł bez większych ceregieli: — Ty znasz Moryca? — Buras zaczerwienił się z oburzeniu. — Po czym dodał nieco gwałtowniej: — Świń z tobą nie pasłem.niepokojem lub strachem. co kino. w której znikł Mechciński z Kruszyną. spod której wyzierała przyciągająca uwagę. po czym złożył starannie „Przegląd Sportowy” i włożył do kieszeni. jak i o głębokim zamyśleniu. Buras wydobył z kieszeni zmięty „Przegląd Sportowy”. Z zamiłowaniem rasowego kibica czytał wolno. biletera ani milicjanta — nie było. zwanej potocznie „kanadyjką”. co by się wtedy działo!” — i uśmiechnął się marzycielsko do tej cudnej wizji. który podszedł do młodzieńca i rzekł grzecznie: — Niech pan pozwoli… — Sam ruszył przodem. To jest piłka nożna…” Po czym jako sumienny i ceniony fachowiec dodał: „A jaki tachel z biletami! Rany Julek. przykrości. Była to słabo oświetlona brama o stropie postrzępionym w zwisające płaty starej farby. nawet gdyby spuścili cały towar. — Już — rzekł Buras — wszystko poszło. „Takich zobaczyć — westchnął w duchu. Chłopaki niech na razie nie przechodzą do drugiej bazy. że jest to dom posiadający jedynie . czuł się jak w chwilach zasłużonego wypoczynku po ciężkiej. a co nachodziło go zawsze. — W porządku — rzekł Buras i powędrował w stronę bramy kina. Buras minął jedną bramę i wszedł do następnej. — Moryca znasz? — Won stąd! — mruknął Buras — bo złapię za cegłę… — Jak chcesz — rzekł z flegmą młodzieniec — będziesz miał potem. — Dobra — rzekł Mechciński — słuchaj. Po wyjściu na podwórko okazało się. Mechciński i Kruszyna poszli parę kroków w głąb ulicy i skręcili w jedną z bram po tej samej stronie. wyglądające w półmroku jak stalaktyty. Po chwili Buras poczuł znużenie w podciągniętych zbyt wysoko kolanach. uważnie informacje o treningu słynnej węgierskiej jedenastki futbolowej. gdy poczuł naraz. Uchylił nieco płachtę „Przeglądu Sportowego” i ujrzał przed sobą niewysokiego młodzieńca w drelichowej kurtce. synku. który równie dobrze mógł świadczyć o łakomstwie. Młodzieniec odbił się od kraty i podążył za nim z rękami w kieszeniach. które jakoś nie uczyniło na młodzieńcu większego wrażenia. Tuż za kinem spotkał Burasa. gnoju jeden!… — Już dobrze — rzekł pojednawczo młodzian w barwistej muszce. Po chwili wokół jego nóg utworzył się wianuszek z łupin. — Żeby zagrali w Warszawie. Niebawem w światłach ulicy ukazał się Buras. wstał i oparł się malowniczo o kratę zamkniętego sklepu. Buras opuścił zupełnie gazetę i odpowiedział ostrym spojrzeniem typu zaczepno — odpornego. — Zaczekaj tutaj — powiedział — jak taki z ciebie kozak… — i ruszył w stronę bramy. zmiatając zręcznie po drodze rozrzucone łupiny do rynsztoka. Rozliczenie dopiero za pół godziny. że jest obserwowany. zaczął się ostatni seans. szmaragdowo — kakaowa muszka sporych rozmiarów. gdy słyszał to nazwisko. Tłum rozproszył się już. — Chodź do drugiej bazy — rzekł do Kruszyny i ruszył w stronę Brackiej. Młodzieniec w szmaragdowo–kakaowej muszce oparł się tak samo jak Buras o kratę zamkniętego sklepu i łupał fistaszki. rozwinął go i usiadł na krawężniku nad rynsztokiem. Buras. Powodzenie. opromienionej wspaniałymi zwycięstwami lat ostatnich.

w pierwszej chwili nie rozpoznał. wstępowanie na piętra prowadzących donikąd. w świetle łun ulicznych. zresztą wypalona. słabiutkim świetle niezbyt ciemnego wieczoru. wstępował w górę po ubitych od wielu lat pagórkach z tłuczonego gruzu i schodził w labirynt odsłoniętych przez bomby fundamentów i piwnic. murek miał około metra wysokości i rozciągała się za nim głęboka czerń zgruzowanych przed dziesięciu laty kamienic. przebijających spoza zewnętrznych murów. czyniła na nim dziwne wrażenie. zwietrzałych. groźna tajemniczość zakamarków z dostrzegalnymi w tyle lampami w oknach najzwyklejszych mieszkań szarych obywateli — wszystko to stanowiło kontrasty ostre i przejmujące. Toteż Buras dziwił się w duchu. lecz czuł. w głębi widniały światła mieszkań od strony podwórek ulicy Widok. z których zbiegało się w czarny dół. Buras. Przez myśl przeszło mu. tu i ówdzie tylko wyremontowana. nie kryjące za sobą nic ani nie wychodzące na nic okna — wyglądało to na sztafaż przeznaczony dla nowicjuszy. odpadków. oficyn. nie słysząc za sobą przyśpieszonego oddechu. którego on. światło docierające tu brudnomętnawymi smugami jak na kunsztownie podświetlonej scenie. resztki wystających gzymsów i niedobitki klatek schodowych. zarosłych trawą i pleśnią schodów. zeszłorocznej trawy. mnóstwo chwastów. Zatrzymał się i rzekł: — Uważaj pan. widział przed sobą plecy swego przewodnika. z którego szczytu wiodły dość wyraźnie widoczne cztery sztaby żelaza. Pełno tu było wydeptanych przez dziesięć lat ścieżek wśród gruzowisk. sterczącymi w czarne niebo. Wzdłuż ścian . nie bał się. Była to przestrzeń sfałdowana fragmentami murów. usiana zardzewiałymi żelaznymi szynami i belkami stropów i balkonów. wbitymi w ziemię. przełażenie przez samotne. Przeszedłszy po sztabach znaleźli się naraz w czarnej. jakby pewne elementy rzeczywistości pomieszały swój naturalny układ. w której się znajdował. śmiecia. Buras wskoczył lekko na murek. Daleko po lewej stronie wznosił się szeroki masyw szczytowej ściany wielkiego domu towarowego z ulicy Brackiej. łączącymi resztki murów ze sobą. Przestrzeń. tworzące rodzaj wygodnego mostu i prowadzące wprost do kondygnacji drugiego piętra doszczętnie wypalonej oficyny.parterową obudowę od frontu: w podwórzu stała prawa strona dawnej kamienicy. zawieszonymi teraz w różnych pozycjach. strzępy murów. dziwaczny krater ciszy i niezbadanych ciemności w samym sercu milionowej metropolii. W mętnym. sztolnia ta była ostatnią pozostałością po sześciopiętrowej kamienicy. obszernej na szerokość sporego pokoju sztolni z wypalonych cegieł o niedostępnych na pozór ścianach. umocnionych gliną cegieł. że ten facet z tyłu to ktoś równy i swój. labirynty i głębiny warszawskich ruin i potrafił poruszać się w ich odmętach jak lotny i zręczny szczupak. Po lewej stronie niski murek obrębiał ciasną przestrzeń podwórza. Zaczęli się wspinać na wysokie usypisko starych. że przewodnik jego kluczy i lawiruje umyślnie: przedzieranie się przez wąziutkie korytarze nie istniejących od dziesięciu lat mieszkań. wchodzimy… — i w słowach tych zabrzmiało coś jakby porozumiewawcze uznanie. Lecz młodzieniec w barwistej muszce nie był nowicjuszem: przed laty znał dobrze otchłanie. znamionującego zmęczenie lub co najmniej zdenerwowanie. Ten rozległy. ścian. W oknach kilku mieszkań paliło się światło. trafił nieomylnie na jedną ze ścieżek i zanurzył się w ciemną przestrzeń: idący za nim młodzieniec mijał wyczuwalne raczej niż widoczne przeszkody i zapory.

pociągając Kubę za sobą. że się złamiesz. jarzyła się poświata MDM–u. — Jakub Wirus pewnym krokiem przekroczył załom i znalazł się w skąpym pomieszczeniu o nagich ścianach. wiesz — rzekł swobodnie Kubuś. patrząc na Kubusia ze sztucznym rozbawieniem pokrywającym niepokój. Sprzedawał wódkę dzieciom od lat ośmiu do osiemnastu. — Myślałem. co niegdyś było mieszkaniem. Cień rzucił w stronę światła: — Pamiętaj. jasny masyw wieżowca na największym placu Europy. Na jednej ze skrzynek stała naftowa lampka. — Pamiętasz — dodał z sentymentem — tą knajpę w sieni? — Pamiętam — rzekł Kuba — bardzo przyzwoity restaurator. Pokazywali. Spoza rozdartego załomu muru rozległ się głos Mechcińskiego: — Piegus? Kuba? Chodź tu. idąc po nim w burych ciemnościach natrafili w końcu na wybity w murze otwór. jak się chodzi po gruzach. na śpiące na nim o tej porze spychacze. ładowarki i koparki — rozciągała się tam szeroka przestrzeń obok hotelu „Polonia”. Aleje Jerozolimskie ciągnęły się świetlistą magistralą na zachód. z zajęczą wargą. nie było tu nic. Hance . na drugiej siedział Moryc Mechciński i palił papierosa. na którym stawiało się nogę po przekroczeniu dziury w murze. — Już nie na długo — westchnął Moryc. przygotowana pod nową zabudowę. i kilku starych. — Skąd wiesz? — zainteresował się Kubuś. Powiadam ci. Natomiast wokoło tej studni ciemności widać było światła i lampy uliczne. bezpośrednio pod stopniem. — No. ziała czarna przepaść. W ciemnym. Tu był najniebezpieczniejszy punkt przeprawy i młodzieniec w muszce. mający uświadomić Kubusiowi wielkie rozmiary kolumnady. — Byłem na wystawie. Powędrowali jeszcze dwa piętra w górę i Buras pchnął stare. — Tamten róg już załatwili — rzekł z niechęcią Moryc. w dali. czy żałuje. drewnianych skrzynek. dalej w prawo — ogromny. — Za kogo mnie masz? — Myślałem — zadrwił Moryc — żeś zapomniał. — Nie wiadomo było. Ale nie spodziewałem się. jak tu będzie wyglądać. zaczynającą się od drugiego piętra klatkę schodową. Moryc wskazał na zniesiony narożnik Alei i Marszałkowskiej. skąd dochodziły głosy i światło. wychodzący wprost na fantastyczną. — Teraz kolej na nas — rzekł Moryc — będą tu stawiać wschodnią ścianę tego placu. niezwykle barczysty cień z podniesionym kołnierzem płaszcza. czteropiętrowa otchłań. taka kolumnada… — zakreślił ręką szeroki gest. po czym wyszedł i bez słowa otworzył drzwi wyjściowe: za nim pojawił się jakiś ogromny. pokrywającego podłogę. zaraz obok — migotliwe żarówki kina „Atlantic”. oceniwszy to ze znawstwem. na południu. Taki gruby. prócz gruzu. usianym znakami ostrzegawczymi robót. rozklekotane drzwi frontowe do czegoś. Moryc. — Trafiłeś? — rzekł na pozór obojętnie Moryc. że w śródmieściu są jeszcze takie mety. zadrżał mimo woli. po czym zatrzymał go ręką: o krok dalej otwierała się ciemna. wygodną i obramowaną poręczą. Uczynił kilka kroków w głąb.prowadził pomost z desek. czy kpi. Wstał i wyszedł na korytarzyk. na placu Teatralnym. Buras wszedł za rozdarty załom muru. zatęchłym korytarzu słychać było głosy i połyskiwało wątłe światełko naftowej lampki. żebyś się nie spóźnił! — i wyszedł za Burasem. — To nie.

Może jutro ja też tam będę. — Jaką? — Chwileczkę. — Mów — rzekł Moryc patrząc nań podejrzliwie. wyjątkowo mądry człowiek. Pamiętaj! Oparł się ramieniem o mur i stał niezdecydowany. po co te gesty? Wiesz dobrze. bez osłonek. Ale tego wszystkiego szkoda… — wskazał ręką na czarną Studnię resztek ruin pod sobą — szkoda tego życia. Kuba? Kubuś cofnął się do pomieszczenia ze skrzynkami i z lampką naftową. Mam dla ciebie robotę jak złoto. — A tobie? — spytał cicho Kubuś. Moryc pokiwał głową. Z drugiej strony… — w głosie Kubusia zadźwięczał metal nieczułości — wiesz dobrze. Uważam was za łobuzów i będę się cieszył. Moryc. Moryc. Moryc zapalił papierosa. nie znasz mnie? Ja tego nie chcę od ciebie. Ręka mu drżała. — Nie! — Kuba uderzył się żarliwie w pierś. Coś dla ciebie. ale dzisiaj jeszcze nie. trochę kierownicza. Moryc. o co mnie ciągają… Może o jakąś drobnostkę? Tyle tych protokołów było…” — Coś nowego — rzekł po chwili. ładna. i zaciągnął się głęboko. jak was załatwią na klawo. — Co? — Posadę. Rozmawiałem z personalnikiem. że ja nie harcerz ani nikt z Czerwonego . Szczery uśmiech stanowił sztukę nie lada w tych warunkach. — Mam. a ja nie. — Trudna rzecz — rzekł poważnie. robota z szoferakami. Ta kolumnada. owszem. na tych gruzach. tak — dorzucił. Usiadł na skrzynce. Przysługa za przysługę. może się wszystko da naprostować. wiesz. za którym mogła się rozciągać wspaniała. zajęcie z biglem — transport w wielkiej instytucji towarowej. asfaltowana spokojną egzystencją droga. że ja nie zakapuję i nigdy nie zażądam. Ujrzał przed sobą naraz najbardziej karkołomny z życiowych wiraży. — Nie. już nie będzie… — Niepotrzebnie przyszedłem — rzekł Kuba — skoro tak wisisz przy tym życiu. że wymówił to imię. i wyobraź sobie — chce ci dać szansę. Pensja przyzwoita. trochę samodzielna. Dzisiaj ty jesteś po drugiej stronie. — Wykluczone. ale jakie w niej będzie życie? Sam rozumiesz. lecz nieszczerze. opierając się plecami wygodnie o ścianę. Kubuś uśmiechnął się kpiąco. Możesz zacząć choćby od jutra. — Masz coś dla mnie? — spytał Moryc krótko. „Wezwanie do sądu… — pomyślał — trzeba się stawić. o tym powinieneś wiedzieć. ale ja do tego ręki nie przyłożę. — Tak. — O jaką przysługę ci chodzi. — Mnie? Mnie też. lekko schrypłym głosem. tyle lat… ja sam… pomyśl… — Póki co — rzekł Moryc twardo — ty jesteś po drugiej stronie. jakby żałując. — Po co ta mowa. Piegus. jakie w niej będzie życie… — Kuba nie odpowiadał. — Takiego życia jak tli. powiedziałem mu wszystko.się podobało… — zatrzymał się nagle. Ujął papierosa z palców Moryca i przypalił. Tyle lat. żebyś ty kapował. — Widzisz… Jak by ci to powiedzieć… — Wiem — rzekł ostro Moryc. Nawet nie wiem.

panie Mechciński. ale po to. W bramie stali ludzie Mechcińskiego. rozgonił bandę Irysa? Kto pozałatwiał cały hufiec tych z twego plemienia w ciągu ostatnich tygodni? I ciebie. że ty nie jesteś kapuś… Ale ja się nie liczę. — Na co się zgadzasz? — spytał cicho. Ledwie dosłyszalne zmęczenie zabrzmiało w tych słowach. o czym nawet nie marzyłeś. Kuba cofnął się odruchowo. którą zakrył z powrotem cegłą. — Nie dochodząc do Marszałkowskiej Kuba zatrzymał się.Krzyża. więc? — spytał niepewnie. nie liczę na nikogo. coś. — Ja się zgadzam. że pierwszy przewodnik Kubusia lawirował umyślnie długo. patrząc nań spode łba. Kubuś zawaHal się. żeby wiedzieć. że taki jest. nie mogą się bać. że nakazywało baczność. — Mylisz się — rzekł Moryc. Bo ja. — Biorę od ciebie szansę i daję ci… — Moryc spojrzał jasno i nieustępliwie na Kubę — daję ci coś dla ciebie. nie patrząc mu w oczy. — Czego chcesz? — spytał obojętnie Moryc. ot co… Ty możesz ode mnie dostać szansę. Tylko w taki sposób możemy ze sobą rozmawiać. — Znam takich — rzekł wreszcie Moryc wolno — którzy zapłaciliby ci jednorazowo to. — Nie liczę na ciebie. — Na twarzy Kuby odbiło się zdumienie. to nie żarty. To jedno ci powiem. Idziemy. — Wyjął cegłę nad głową i wstawił w otwór lampkę. Mówiło się tu i ówdzie. Kuba poczuł lekki skurcz serca. tak jak inni muszą oddychać… — Znasz Kudłatego? — rzucił nagle Moryc. kto to jest? — Wiem… Niby wiem. co zarabia twój naczelny redaktor w ciągu roku. gdyby stało się . ja… coś. co chcą wiedzieć. nozdrza mu zadygotały. Pytanie było tak nagłe i na pozór bezsensowne. — Chcę wiedzieć… muszę wiedzieć — poprawił się z naciskiem Kubuś — co się u was dzieje ostatnio? Kto. Zeszli tą samą drogą i po paru minutach znaleźli się na ulicy. — Zaraz przyjdę na rozliczenie. — Nie bój nic — rzekł Moryc z uśmiechem w głosie — tacy. — Słyszałem coś niecoś… — rzekł ostrożnie. Takie igraszki mogą się smutno dla ciebie skończyć. Nie mam zamiaru cię nawracać i w ogóle nie bardzo wierzę w trwałość nawróceń. jestem dziennikarzem. ja mam do ciebie interes. na przykład. — Otóż to — rzekł. żeby kapować. — Żeby dzieci nie stłukły. Kuba. — Moryc — rzekł po chwili z wahaniem. Ja wiem. Coś jak złoto. Ale w wypadku. — Ale wiesz. panie Mechciński. Moryc… — dodał. Nie po to. — No. Kuba. Moryc bez słowa kopnął skrzynkę i zgasił lampkę naftową. Ale… uważaj. Jasne było. co mi jest w tej chwili bardzo potrzebne. — Idźcie na górę — rzekł do nich Moryc. Przez chwilę panowało milczenie. podchodząc do Moryca i łapiąc go za rękaw — ja też chcę ich znać. Ty masz do mnie interes. zapamiętaj sobie to nazwisko. Przychodzą tu się bawić za dnia — rzekł wyjaśniająca. To już było coś! Wstał ze skrzynki i wyrzucił papierosa dalekim pstryknięciem przed siebie. żeby to wiedzieć… Zadarty nos Kuby uniósł się węsząco w powietrze. a dziennikarz musi wiedzieć. Będziesz musiał przekonać o tym innych. — W zasadzie nie doszliśmy do niczego. panie Mechciński.

zdarzenia i przeznaczenia ludzkie. małe warsztaty ślusarskie i samochodowe. czarne płoty. człowieczy trud i znój. widać czerwieniejące i zieleniejące wiosennymi warzywami targowiska. Łucka i Sienna. brudne fryzjernie. spokojną emeryturę. widać sklepiki. poprawki. Ceglana i Pańska… Kuba Wirus przystanął na rogu Żelaznej i Krochmalnej. trudnych do ujęcia słowami spraw. biedne i brudne. aparaty do piwa i tanią konfekcję. A ty… decyduj się. niskie. wonie i nastroje. że dzielnicami tymi przeszła straszna. ty odczujesz to tak samo. Będzie tam ze mną niejaki pan Robert Kruszyna… — Był taki bokser przed paru laty. W nocy ożywają tu złe a potężne tradycje: na narożnikach ciemnych ulic. czarne latarnie. W dzień widać fasady odrażających czynszówek. widać zdarte bombami i domowym sposobem zamurowane. gorączkowe i śmieszne. których stoki tworzą ruiny i wypalone kamienice. Ruszyli z miejsca. a inaczej w nocy. samodziałowe remonty. zaś z mgły tej wyłania się uparcie postać Czarnej Mańki. Tych spraw. Waliców i Krochmalna. jak nadciąga ku nim odbudowa i przebudowa. na czarnym tle wąskich jarów ulicznych. W dzień są leniwe i pyskate. Chcesz? — Chcę — rzekł twardo Kuba. — Słuchaj dalej: otóż ten Kruszyna szuka teraz… Dziwne dzielnice. wiedzeni nieszkodliwą ciekawością… — O mnie niech cię głowa nie boli — przerwał mu zimno Moryc — już ja sobie dam radę. widać wietrzącą się pościel w oknach i (rzepaki na brudnych podwórzach. — Ten — rzekł Moryc. kieszonkowe fabryczki marmolady i konserw. opartej o ich żelazny. skręcając w Marszałkowską. kwaszarnie kapusty i ogórków. dziwne dzielnice!… Inaczej wyglądają we dnie. otula mgła męczących wspomnień. którymi żyją nocami Żelazna i Grzybowska. prywatne stacyjki obsługi aut. zabite deskami wyrwy. a inne w nocy są w nich szmery i odgłosy. spółdzielnie wyrabiające szczotki i gwoździe. Bił się w ciężkiej. rozejrzał się . przybudówki. W dzień widać. widać zwykły. goniące się dzieci i małe interesy drobnych kombinatorów. którzy bez względu na niebezpieczeństwo. widać. cementowe ogrodzenia i kolczaste druty. tkwią zamazane postacie bez twarzy i rąk. prawda? Dlatego lepiej bądź przygotowany na to. niszcząca wojna. W nocy nic widać tu nic prócz prostokątów źle oświetlonych okien w górze i pustej czerni wąwozów ulicznych z jarzącymi się tu i ówdzie wejściami do pieczar–knajp: natomiast wyczuwa się tu i słyszy mnóstwo skłębionych. Wyższy Mechciński pochylił się ku Kubusiowi i mówił cicho: — Za godzinę pojedziesz do baru „Słodycz”. karbowany słup. nieodcyfrowanych. ze zwisającym spod cyklistówki ognikiem papierosa. pochłonięte pracą i staraniami o rzeczy małe. a zostawiasz kapusia… Brzydko. Inne w dzień. Sytuacja dwuznaczna. krzątanie się wokół lepszego bytu. widać krzywe. To ten? — spytał Kubuś. Zaczekasz na mnie.gorąco. widać ruiny i wysłane miałem ceglanym place po rozebranych zgliszczach. w których żarówka zastąpiła gazowe oświetlenie sprzed półwiecza. że w krytycznym momencie wygłosisz dłuższe przemówienie o dziennikarzach. W nocy snują się tu uporczywie opary najgorszych warszawskich klechd o Urke Nachalnikach. no nie? Idziesz na piękną. Róg Krochmalnej i Żelaznej. Szpicbródkach i Tasiemkach.

lecz bez wrogości. „Znaczy się — pomyślał szybko Kuba — że nie zwróciłem tu niczyjej uwagi. nie gniotły. Tuż przy Kubusiu widniały założone okiennicami okna parteru: przez szpary okiennic przesączało się światło i muzyka akordeonu. po czym spojrzał w górę. Furmani i robotnicy kanalizacyjni. Uczynił dwa kroki w przód. złodziejskich utrzymanek i zniszczonych. obstawione brzydkim szkłem. ale za to pełne ludzi: siedzieli przy stolikach. co działo się teraz. ugiąłby się pod ciężarem pierwszego kontaktu z wnętrzem baru „Słodycz”. kieliszkami. tak patrzała nań jaskrawo wymalowana kobieta o tępej twarzy. zakończonego drutem kolczastym. Z obydwu stron kamienicy widać było czarne deski wysokiego parkanu. głosząca niebieskimi literami: „Warszawskie Zakłady Gastronomiczne — Bar «Słodycz» — IV Kategoria”. W drzwiach. Była bardzo . pełen uczuć misjonarz. zaropiałych oczach. melancholijne przyśpiewki. mogło się tak dziać tu tylko o tej porze. Były to spojrzenia. uliczni sprzedawcy wiecznych piór i okładek do dowodów osobistych wraz z wozakami. na której grał donośnie i z przejmującym smutkiem walca „Fale Dunaju”. natomiast doznanie ciężaru czyjejś bacznej obserwacji nie ustępowało. Tak patrzał na niego uwijający się wśród stolików krępy kelner w brudnawej kurtce. nabrał głęboko powietrza jak pływak przed skokiem do wody i pchnął zdecydowanym ruchem drzwi. Kuba dotarł do bufetu i spojrzał natarczywie na dziewczynę. W dechę…” Rozejrzał się bystro wokoło i dostrzegł kilka par oczu. stali w przejściach między stolikami i przy kontuarze w głębi. pomywaczek.wokoło. Wnętrze było nieduże. dojrzał za kontuarem zwróconą ku sobie twarz dziewczyny. gorycz i żal. lecz nie obcego. Czerwone. za szybą. zamazane alkoholem twarze. wisiała szklana tablica. butelkami wódki i sztucznie barwionej lemoniady. jedząca łapczywie rybę w galarecie przy najbliższym stoliku. złodziejami kieszonkowymi i węglarzami pili tu wódkę w towarzystwie handlarek owoców i włoszczyzny. podrywająca wesołość. narzuconej na kolorową koszulkę gimnastyczną. Kubuś poprawił szmaragdowo — kakaową muszkę. Drogę zagradzały zbite ciasno stoliki. przerywając co parę taktów na chwilę wystarczającą do wypicia podwójnej stopki wódki i tęgiego haka jasnego piwa na zakąskę. i wtedy. Przy jednym ze stolików. oblepione ludźmi. kołyszący rozlewnie głową nad trzymaną na kolanach harmonią. skroś oparów. pozbawiony — powonienia i od urodzenia daltonista. odorów i Hałasu. kuflami. szoferzy i tragarze. cechowany ową nie do podrobienia pieczątką taniej. Natychmiast też zaczął przepychać się w tamtym kierunku. Te spojrzenia nie uwierały. uszminkowanych kobiet. miłość i nienawiść objawiały się tu w sposób jedyny. które na widok Kubusia wróciły bez specjalnego wzruszenia do swych poprzednich pozycji. Wieczór był chłodny i drzwi wejściowe zamknięte. szukając wolnego stolika. jakimi obrzuca się nieznajomego. Nawet najpogodniejszy. Szeroko i wysoko ciągnęła się tu odrapana ściana domu. Odgłos otwieranych drzwi zwrócił ku wejściu parę głów. żyjących z rozlicznych alimentów. siedział chudy mężczyzna o beżowych włosach i bladych. przeszedł nad nimi łatwo dalej. usiana żelaznymi balkonikami. w samym środku. wbitych w siebie z zainteresowaniem. pochyleni ku sobie charakterystycznym ruchem wzajemnie się o tym samym przekonujących pijaków. Bar „Słodycz” żył pełnią życia. osiągał w tej godzinie apogeum istnienia: to. warszawskiej knajpy.

Zwijała się szybko i sprawnie wśród wydawanych zakąsek. jakby pragnąc usłyszeć wreszcie o zamorskim pochodzeniu tej istoty. nie ma gdzie usiąść. a nie jakieś tam popychle! — Słusznie — przytwierdził z zapałem Kubuś i wypił wódkę. pełne ramiona wychylały się z wysoko podkasanych rękawów. prawda? — spytał Kuba z galanterią. — Pani nie z Warszawy. gładka. — Nie — odparła życzliwie Hawajka — z Mogielnicy. — To mówiąc. wykręciła kran z pustej beczki. smagła i mocna szyja. — Hawajka spojrzała na Kubę. czy laguna? — Nic nie rozumiem — rzekła dziewczyna z uśmiechem. Z Tarchomińskiej… — Cudo!” Dziewczyna nalała Kubusiowi wódkę i podała śledzia na zapałce. że jest pani uświadomiona. jakby go dopiero co zauważyła. rumiane policzki niepotrzebnie podmalowane wywoływały ból w sercu na widok tego bezmyślnego niszczenia złą kosmetyką tak hojnie przez naturę rozsianych skarbów. — Ja wiem. — Śmieszny z pana człowiek — powiedziała. — Siostro — rzekł Kuba — niech mi pani naleje jednego haka i położy na czymś kawałek śledzia. — Dlaczego? — jęknął Kubuś. Miała smoliście czarne włosy. ślicznie skrojone wargi. — Daj panu — wtrąciła się kasjerka. — Hawajka! — krzyknęła wrogo kluchowata kasjerka — teraz nie czas na flirty! — Po co ten krzyk. Zna pan? — Nie — rzekł Kubuś z żalem — niestety. smagłe. niegdyś biały fartuch opinał jej przepyszny biust. gdzie widać było rąbek niezbyt czystej bielizny i skąd wynurzała się cudownej smukłości. — Widzi pani przecież. pani Lidio? — odparła z tupetem Hawajka. że Mogielnica jest laguną powiatową. pociągnięte grubo ołówkiem. rachunków i bonów. prawdziwa Hawajka z ulicy Browarnej… Albo z nieco dalszego archipelagu. czy jestem uświadomiona… — Roześmiała się i dodała: — A pan co za jeden? — Na imię mi Lulek — rzekł Kubuś — ładnie. na których gruba i tania szminka dawała efekt egzotyczny. podrzucanych przez kelnera. „Hawajka… — myślał Kubuś z upojeniem — jak pragnę zdrowia. — Tylko przy stoliku — powiedziała opryskliwie — przy bufecie się nie daje. co? — Po czym zwrócił się do kluchowatej w falbankach: — Pani jedna jest mnie w . — Hawajka — powiedziała do niej otyła jak klucha kasjerka o czerwonej twarzy. ukazując białe zęby w uśmiechu. patrząc na Kubę z niechęcią. i zdrowe. Brudny. gładko ściągnięte do tyłu. — Nie pana czekoladowy interes! — rzekła z udaną opryskliwością Hawajka — nie widział go kto? Blondyn… Ledwie trzy minuty. ogromne. Piękne brwi. chciała widocznie uniknąć uporczywej dyskusji. odpieczętowanych półlitrówek. a mnie jest bardzo potrzebna jedna wódka i dzwonko śledzia. żeby dał nową beczkę. po czym ostrym ruchem zmniejszyła swój dekolt obciągając fartuch. Ale to nic — oświadczył z nagłą stanowczością — wybiorę się tam swoim szkunerem. Znaczy się. że się nie daje — rzekł Kuba — ale. jak woda dla ryb. która jest żywiołem dla warszawskich alkoholików w takim stopniu. Co to — zwróciła się do Kubusia — porozmawiać nie wolno? Jestem na etacie. ciemne oczy i pełne. Kubuś nie mógł oderwać wzroku od dość szeroko rozchylonego wycięcia fartucha na piersiach Hawajki. odziana w zdobną w falbanki suknię — krzyknij na Wieka. Czy Mogielnica to atol. a już o takich sprawach! Obchodzi go. a może i wyżej.ładna i bardzo zajęta. — Dlaczego to pani uczyniła? Dlaczego wyrządza mi pani bolesną krzywdę w pierwszej minucie znajomości? — Wzrok ich zetknął się na ułamek sekundy i w czarnych oczach Hawajki zamigotała wesoła przychylność. — Widzę. Tu już sama piana. że się robi. siostrzyczko.

Ściany jej. Ustawiła ją na wieży innych skrzynek i stanęła za bufetem. Czasami człowiek spojrzy tylko raz i wie nagle. a w którym znalazł wielkie fatum miłości. — A na co mi to? — obruszyła się nieco Hawajka. słoje z grzybkami i korniszonami oraz puszki z marynatami i masło w krążkach. My to wiemy. na których widniało uporczywie jedno i to samo obwieszczenie: „Za rzeczy zaginione w zakładzie kierownictwo zakładu nie odpowiada”. Zdarzyło mi się parę razy coś takiego. — Proszę — rzekł — niech pani sobie to weźmie. Kubuś bez słowa rozwiązał i zdjął muszkę z szyi. że los jego dopełnił się tu. tonęły w sinym seledynie sufitu. dźwigając w wyprężonych do dołu ramionach skrzynkę z wódką. przy którym stał Kubuś. widzę. Niech mi pani naleje jeszcze jedną wódkę. lśniący niklem kran nad zlewem do mycia kufli i ciemnozielona kotara z wypłowiałego pluszu. widzę to w wilgotnym błysku pani — oka. — On jest bardzo miły — powiedziała do Hawajki. w której stały półmiski z rybą w galarecie i zimnym mięsem. — Hawajka! — krzyknął ktoś od stolika. Słowo „dawno” nie istnieje we wspomnieniach. uzupełniała obraz. zdobne w brązowe i niebieskie szlaczki. No. prawda? — Prawda — uśmiechnęła się ciepło kluchowata. co nie wpłynęło na . jadowicie zielone. że ma pani duszę artystki! — Owszem — przyznała kluchowata — ma pan rację. ciach…” Kuba westchnął. w barze „Słodycz”. radi. ciach. widać było. królowo? — Oparł się łokciami o kontuar. z prawej strony — chodź po wódkę! — Dziewczyna wymknęła się zza bufetu i weszła po paru schodkach w górę. że deklaracja ta sprawiła jej żywą przyjemność. — Hawajka! — krzyknął ktoś zza kotary. Po chwili zjawiła się Hawajka. do którego ściągnęło go umiłowanie zawodu. Dusza mnie boli. wskazując na muszkę Kubusia. dziewczyna nie odrywała od Kubusia oczu. Ale to było dawno — westchnęła. Zewsząd wyrastały kolumny skrzynek. dźwigał na sobie oszkloną za pomocą kitu nadbudówkę. ale szybko! — Nie — rzekł spokojnie Kuba — to nie to. Spoza kotary biła przemożna woń źle wymytych garnków i niedobrych potraw w rodzaju siekanych zrazów z zepsutego mięsa ze stęchłą kaszą. przy którym siedział człowiek z akordeonem — nastaw płytę. za bufetem wznosiły się drewniane półki. demonstrując smukłe. rach. Niech pan lepiej pruje na ulicę. gdzie nieba swój lazur…”. wskazując Kubę wzrokiem. beżowa głowa harmonisty spoczywała bezwładnie na instrumencie. Na ścianach pełno było drukowanych tabliczek. że życie jego zaczęło się w tej właśnie chwili. pełne butelek „Siwuchy” i wina „Perlistego”. co wskazywało na to. zaskoczona takim rozwojem sytuacji. Kubuś poczuł. dobrze. przyjęte na sali z pełnym uznaniem i rozmaitymi przyśpiewkami w rytmie zawadiackich półeczek „Oj. radi. — Co dawno? — żachnął się Kuba — te parę lat się nie liczy. Z głośnika rozległo się tango: „Ja znam takie oczy rozwarte i duże. Hawajka wyjęła płytę spod bufetu i włączyła małego pioniera na adapterze. — Pani ma piękne oczy… — powiedział nabrzmiałym uczuciem tenorem. za którą znikła Hawajka. z których wyzierały figlarnie główki półlitrówek z czystą wódką. toczone biodra. — Pan ma pięknego motylka — odwzajemniła się. nie? Niech pani powie. zwracając twarz w stronę salki. Beczki piwa. — Doprawdy? — uśmiechnęła się Hawajka.stanie zrozumieć. — Królowo — rzekł ponuro do kluchowatej kasjerki — niech mnie pani ratuje! Niedobrze mi! — Ubikacja na prawo — zaniepokoiła się kasjerka — ale na pewno zajęta. artysta ma urlop! — Rzeczywiście. Bufet. że mieści się tam kuchnia.

— To było ładnie z pana strony — szepnęła Hawajka i Kubuś pomyślał. Klasyczny restaurator”. że z chęcią będę upiększał pani chłopców. na jego byczy kark i ogromny nos. jeszcze jedną dużą wódkę dla mnie. — Coś nowego… — dodał zaczepnie. wiśniowo — perłową muszkę i zawiązał sobie wprawnie pod kołnierzykiem. który pojawił się naraz obok dziewczyny — może byś się wzięła za robotę. że dziewczyna znalazła w nim obrońcę przeciw obleśnym konkurom szefa. radującej się z klęsk niewiernego męża. to przecież już stanowi dla tej dziewczyny jakąś zakazaną urodę życia. widać było. wyraźnie wzruszona taką wielkodusznością. Pan Śliwka poczerwieniał na mięsistej twarzy i już zamierzał coś powiedzieć. Dla mnie i dla tego pana — wskazał na wychudłego w cyklistówce. widocznie stali bywalcy baru „Słodycz” wiedzieli coś niecoś o lirycznej tragedii kierownika tej instytucji. — Hawajka była poruszona mnóstwem tak pięknych słów. — To poważny facet. nie? — A co? — prychnęła gniewnie Hawajka — brakuje coś panu. — Przepraszam — r rzekł . Ale Hawajka nie wyglądała na istotę potrzebującą pomocy. Ten strzęp barwnego jedwabiu będzie od dziś jedyną więzią nas łączącą. biorąc ją. dobrze? — Hawajka wyjęła litr. — A w ogóle… Co pan od niej chce? Poflirtować z młodym blondynem nie wolno? Z kim ma flirtować? Z panem? — ostatnie słowa nosiły w sobie wyraźną kpinę. — Da pani swemu chłopcu. ta zaś mogła pochodzić tylko z zazdrości. Zrobi mi pani przyjemność. że szyderstwo to zaprawione jest samoudręką prawowitej małżonki.sprawność w wydawaniu wódki zaaferowanemu kelnerowi i w odbieraniu odeń bonów. że porażka szefa działa na nią kojąco jak balsam. — Hawajka — rzekł gruby mężczyzna w okularach z grubego szkła i w czarnej oprawie. panie kierowniku? — Nie widział go kto. aby się pani bardziej podobali… Ma pani przecież chyba jakiegoś chłopca? — Mam — rzekła Hawajka. a na szczycie okulary. — Panie kierowniku — rzekł z zastanawiającą łagodnością Kuba — proszę w takim razie o stolik. pijący piwo z kufla wielkiego jak jego własna głowa. aby nalać. Kluchowata kasjerka promieniała. — Co pan powie. nie przestając rozlewać piwa. i Kuba poczuł. — Porozmawiać dziewczynie nie wolno? — Widać było. — Fryzjer. „Same mięśnie — pomyślał z troską — góra bicepsów. Inny niż ci tu. Fachowiec — dodała z akcentem poufnych zwierzeń. żeby ładnie wyglądał… Tak bardzo pragnę w tej chwili. Rozumiał wszystko i był gotów do walki: poza grubymi soczewkami szkieł kierownika migotała wściekłość. lecz kierownik rzekł opryskliwie: — Nie ma picia przy bufecie. panie Śliwka? — zdziwił się dość lekceważąco jakiś wychudły facet o ptasiej twarzy pod cyklistówką. jaki ważny — wtrąciła się szyderczo kluchowata kasjerka. gest Hawajki wywołaj w nim dreszcz bolesnej rozkoszy. gdy drzwi się otworzyły i do baru „Słodycz” weszli Mechciński i Kruszyna. Kuba spojrzał zaczepnie na kierownika. — pomyślała chwilę. wobec czego Kuba rzekł z groźną uprzejmością: — Siostrzyczko. wytarła mokre od piwa ręce w fartuch. Dla mnie urasta on do znaczenia symbolu… Zresztą mam zapasową. Wyjął z kieszeni nową. — Mimo to niech ją pani weźmie — nalegał Kubuś — skoro się pani podoba. by radość mieszkała w pani sercu. Ale takich kolorów nie nosi — z żalem wskazała na muszkę. — Na pamiątkę dzisiejszego wieczoru… — rzekł z sentymentalną emfazą Kuba. po czym wzięła muszkę i wsunęła ją sobie za dekolt z wyzywającym uśmiechem. że aczkolwiek chyba nigdy nie zwycięży owego poważnego fryzjera. — Dziękuję — westchnął Kubuś.

zła i zgorzkniała — tylko bez tych numerów… Człowiek wyszarpie parę złotych nie po to. jak mój”. przez chwilę. „Niepoważny facet — pocieszyła się zaraz. lawirującym między stolikami pełnymi zamroczonych alkoholem i kołyszących się na wszystkie strony postaci. twarde piersi. w samym środku baru „Słodycz”. — Ra — tra — ri — ra. w której wzroku znalazł naraz niepewność. tra — ra — ra. spojrzał z bliska w jego spłowiałe.” Nic z tego nie rozumiała. Zdawała sobie sprawę z tego. Hawajka? — Hawajka nie odpowiedziała. że zatraciła pani łagodność obyczajów swych stron ojczystych. Poczuła naraz. który sadowił się przy opróżnionym przez krępego kelnera stoliku w przeciwległym krańcu sali. Niech pan powie. — Nie umówię się z panem do kina — rzekła ze smutkiem — bo mam swego chłopca. dzika i smutna melodia starego walca wdarła się w rozgwar knajpy. wskazując wzrokiem Mechcińskiego. Już przepadł cichy wdzięk pani uśmiechów i nigdy nie zakołysze pani biodrami w rytm ukelele pod strzelistą palmą… Mauna Loa. wielkim paluchem. — Dałem ci je. Aloha… te nazwy już nic pani nie mówią. — Ja cię znam! Ty krzywdy człowiekowi nie zrobisz… — Dobra. a z Mogielnicy — powiedziała Hawajka. obrzękła twarz. cholera na niego — mruknął pan Śliwka. wszarzu? Dałem czy nie? Żebym tak zdrów był! — czyjaś koścista łapa łomotała w czyjeś suche. że jest wzruszona. Kubuś pochylił się ku Hawajce. chuligani! Dobry wieczór panu. na których czekam. że rzuciłaby wszystko i poszła za tym chłopcem o zadartym nosie i wesołych oczach. zielony sweter pod smokingową marynarką i nacisnął klawisze. — Co? — szydził wychudły facet w cyklistówce — nie podoba się panu ten blondas. Mauna Kea. — Jestem wrakiem ludzkim — rzekł dość dramatycznie — człowiekiem nieszczęśliwym i podłym. tylko trafiałem na szmaciarzy… — Niewysłowiona błogość spłynęła na duszę Kubusia. dobra — uśmiechnął się Kubuś — Nigdy w życiu… — Ktoś poklepał Kubę serdecznie po plecach. przekreślona brudnym. łobuzy. — Widzę. tu. i starała się schronić za pancerz drwiny. — Zawsze byłem przyzwoity. — Pan Śliwka spojrzał i spotulniał: nerwowo zaczął przestawiać kufle na szynkwasie. nie. dziewczyno z atolu! — Nie z atolu. Powiedział: — Czy umówi się pani ze mną do kina? — Pan też z branży? Specjalista? — spytała ironicznie Hawajka. panie Śliwka? Bardzo równa chłopaka. tra — ra — ra… — zachłysnęli się śpiewem najbliżej siedzący i za chwilę cała salka roztopiła się w jęku . — Hawajka patrzyła nań ze zdumieniem. podtrzymany przez liczne głosy. — Nie taki. Jękliwa. Harmonista kiwnął głową i wyciągnął rękę. panie Kruszyna! — machnął ręką z serdecznym uśmiechem Kruszynie. nie tak ostro…”. Kuba pochylił się nad beżowowłosym akordeonistą. lecz natychmiast odepchnęła od siebie tę myśl i wróciła do równowagi. w którą Kubuś wsunął dziesięć złotych. niestety… Przesiąkła pani drapieżnością miejskiej cywilizacji. lecz strasznie jej się to podobało. zaropiałe oczy i wymiętą twarz. Żegnaj. żeby je gubić z takimi cHalujami jak ty. lecz wzrok jej powędrował za Kubusiem.grzecznie Kubuś do wychudłego — ale akurat przyszli panowie. Obudzony nagle akordeonista zaczął grać piosenkę „Czekaj. — Ty — mówiła jakaś twarz młoda. — Bądź spokojny… — bełkotała po drodze jakaś. czym pan jest? Introligatorem? Mówi pan jak z książek… — Kubuś uśmiechnął się z czarującą melancholią. „Powrót syna marnotrawnego?” — wracał w myślach zawoalowany refren. — Wrak. spocona. po czym poprawił podarty. — Oni wszyscy wraki. — Graj pan „Na sopkach Mandżurii”! — krzyknął. siostro.

— Uhm — przytaknął pogodnie Kubuś. panie Kruszyna — skrzywił się Kubuś. — Mówię ci.cwaniackiej melancholii. jakiego kiedykolwiek wydało to miasto? Przecież gdyby nie ów nieszczęśliwy wypadek. ale żeby wiedział. czy ma bić. — Krwi się nie boi. Hawajka wpatrywała się weń jak urzeczona. Moryc. Obrzucił Kubusia wściekłym spojrzeniem i milczał. sięgałby pan dziś po laury na ringu Madison Square Garden. — Tylko drobnej kości — mruknął Kruszyna. — Mówiłem o tobie temu panu — rzekł Moryc do Kuby. — Ten pan mógłby ci pomóc. osobistość w tej chwili uznaną i popularną. gdy nie wiedział. W gruncie rzeczy nie wiedział. że stanowi centrum zainteresowania. — Prezesowi łatwo mówić. — Skąd pan zna moje nazwisko? — spytał Kruszyna niepewnie. — To kozak — zachwalał Moryc. Moryc prowadził rozmowę. — Przyda ci się. pan Śliwka — z niechętnym podziwem. spodziewając się ujrzeć zbroczonego trupa Kubusia na plugawej podłodze baru . Odemknął je z rozpaczą. „Werbunek. Bądź spokojny. którego kocHaly warszawskie sutereny i poddasza przez tyle dziesiątków lat. co? — spytał ironicznie Kruszyna. straszliwie warszawskich wspomnieniach. Zewsząd patrzono nań z uznaniem. — He. zaskoczony. co powiedzieć. przyjdę. Kubuś przysiadł na stole wśród butelek karminowej lemoniady i rozlanego piwa. czy nie. Mechciński poczuł strużkę potu. nucąc głośno. Kto nie zna najlepszego fajtera w wadze ciężkiej. Moryc rzekł: — Panowie pozwolą… — Kruszyna i Kubuś podali sobie ręce. pragnąc widocznie jak najszybciej dobić celu. — Piegus! — krzyknął Mechciński. tylko ten wirtuoz skończy! — Harmonista skończył „Na sopkach Mandżurii” i przytomnie przeszedł od razu na melodię odwiecznego walca „Szare wody Wisły”. i gdy nie było nikogo. Ale nie — Kuba siedział wygodnie rozparty. bólach i radościach. co wzmagało w nim poczucie dotkliwej niewygody. he — zarechotał Kubuś. — Fe. Kubuś czuł przyjemne palenie alkoholu w żołądku i rozkoszną świadomość. taka jego mamusia — pomyślał nieprzychylnie. bo w Europie nie byłoby już dla pana mocnych… Kruszyna spurpurowiał na twarzy i karku. Kruszyna był zbluffowany. podniecony sukcesem. Moryc. he. to jakieś nieporozumienie. — I ja mógłbym temu panu pomóc — uśmiechnął się skromnie Kubuś — nigdy nic nie wiadomo… — Sądzi pan? — rzekł burkliwie Kruszyna. że tak dobrze podebrał melodię. — Chodź tu! — Zaraz. — Cała Warszawa pana zna. jak to trudno werbować”. — To jest człowiek dla ciebie. śliskich i nieprzyjemnych rzeczach? Nic z tego. — Ale o czym panowie mówią? — Cień niepokoju przemknął się po twarzy Mechcińskiego. gdyż przestał cokolwiek rozumieć. zaś Mechciński zamknął oczy w oczekiwaniu czegoś strasznego. płynącą wzdłuż krzyża. Robert — rzekł Moryc. że wygrzebał tego walca. taksując Kubę wzrokiem. Kubuś podszedł do stolika. Cały czas mówił ostrożnym półgłosem. — Zgoda — rzekł uprzejmie Kubuś. Zawsze miał taki wyraz twarzy. zaś Robert Kruszyna miał wyraz twarzy przypominający wołu rozwiązującego zadanie matematyczne z użyciem logarytmów i pierwiastków.Słodycz”. . — Na pewno. — Kto mówi o takich mokrych.

Koledzy korzystali z tych jego przewag. Otulonego w szlafroki Roberta zniesiono z ringu. mir i poważanie. napuszczając go w różnych okolicznościach na różne niebezpieczne. co nie należy do rzeczy najprostszych. instynkt ringowy — wszystko prócz inteligencji. Był straszny i śmieszny zarazem. potwornej siły i pięściarskich umiejętności. a ta. Wreszcie zaczął pić wódkę i odtąd boks skończył się dlań. tym bardziej wyśmiewano go. i trzasnął go resztą sił w odkrytą szczękę. Kiedyś w czasie jakiegoś ważnego spotkania. Chodził po knajpach i bił się. Oto gumka przy spodenkach. chociaż przydatna. niecelny. bywać w eleganckich lokalach śródmieścia i nikt nie śmiałby przy nim wspomnieć o owej nieszczęsnej chwili na ringu bez narażenia się na poważne przykrości. nieskuteczny cios. po sekundzie grobowej ciszy wybuchnęła tak rozdzierającym śmiechem. nie tylko ze strony mięśni Roberta Kruszyny. jego przeciwnik ocknął się naraz z otępienia. ledwie zasnutą delikatną błonką zapomnienia ranę w duszy Roberta Kruszyny. w wypełnionej tysiącami widzów hali. Wyśmiewano go i bano się. z którym nigdy nie mógł wygrać. refleks. i Robert Kruszyna. nie jest między linami warunkiem kardynalnym. który nigdy nie nosił slipów ochronnych. oprócz Jakuba Wirusa tego wieczoru w barze „Słodycz”. wstrząśnięta do głębi tym ciosem. Rozmowa ich trwała godzinę. puściła. by zaplątany w spodenki Robert zwalił się jak kłoda na matę. To wystarczyło. wywołanego dotychczasową przewagą Roberta. gdy zdobył wyraźną. Był czas. Ale Roberta Kruszynę prześladowały złe moce. stalowe sprężyny w nogach. zaś po tej godzinie Robert Kruszyna odnalazł sens życia. lecz także ze strony jego możnych opiekunów i przełożonych. łajdackie i zabawne numery. miał jednak zupełnie nieoczekiwane konsekwencje i gdy uśmiechnięty Robert szykował się do zadania kończącego walkę swinga. Pił coraz więcej. Kruszyna odzyskał godność osobistą. Ta godzina uczyniła zeń istotę wierną jak pies. gdy Robert Kruszyna zapowiadał się jako znakomity pięściarz: piekielna siła ciosu. w całym przepychu swej męskiej urody. a im bardziej bano się jego ataków wściekłości. Kubuś Wirus skrobnął brudnym paznokciem najboleśniejszą. . Słaby. uśmiech naraz zamarł mu na wargach. miażdżącą przewagę nad swym przeciwnikiem. albowiem nie można wygrać z własną śmiesznością. że mecz musiał ulec dłuższej przerwie. Wraz z odradzającą się pomyślnością Roberta w służbie Merynosa zacierać się zaczęło wspomnienie o owym fatalnym momencie. a nade wszystko pewność siebie: zaczął się dobrze ubierać. stanął nagle w ostrym świetle ringowych reflektorów podobny do greckiego olimpijczyka. której tak nieoczekiwanie ujawnione uroki cielesne Roberta zaparły dech w piersiach. Wtedy zjawił się Filip Merynos.kto by zań ten arcytrudny problem rozwiązał. zainkasował cios w brzuch. zaś olbrzymia widownia. który nie wywarł na Robercie żadnego wrażenia. zaś taki aliaż może stać się przyczyną nieszczęścia. tak że zaczął nawet brać baty od niektórych ze swych przygodnych przeciwników na zabawach tanecznych i na ulicach. Dalej wypadki potoczyły się błyskawicznie i urosły do rozmiarów istnego Waterloo dla Roberta: Robert usiłował pochwycić opadające spodenki. oddaną i zdolną do wszystkiego na jedno słowo swego pana i wodza. szukał zemsty za swój zły los na każdym i na wszystkich. gdy ma się ręce okutane w ośmiouncjowe rękawice. Nikt od wielu lat. a nazajutrz życie jego zmieniło się w piekło. dynamit w pięści. szukał swego najgorszego wroga.

kolego. — Moryc za ciebie ręczy. który odbił mu się na czole. — No. Nie obchodzi mnie. ale było i uznanie — męskie.. co ty za jeden. to coś znaczy. akademie — to mój fach. Po raz pierwszy od czasu owego nieszczęścia zapragnął mówić o nim. Po czym rozlał od razu następną kolejkę i znów wypili. już dobrze — rzekł pojednawczo Kruszyna. — Możesz je mieć… Ale na gwardię. naprzeciw kogoś. — Już dobrze. — U ciebie szukam paru złotych. z którym chciałby bardzo swój zły los rozważyć. To widać. że siedzi naprzeciw indywidualności wykutej z przedniej stali. jak człowiek na skraju przepaści. Moryc rozlał wódkę. Spojrzał z nowym niepokojem na Kubę. — To moja specjalność — rzekł chłodno Kuba. — Przed moim okiem nic się nie ukryje. to on jest za drobny. stał się naraz właśnie ten piegowaty facet. co w człowieku siedzi i co z niego najlepszego wyłuskać… Ma oko — pochwalił Kruszynę zwracając się do Moryca. — Tak. — Już się robi! — krzyknął kelner i przyniósł po chwili litr z czerwoną główką oraz piwo. łagodna melancholia rozluźniła mu muskuły. wytarł spocone dłonie o spodnie. — Słuchaj — rzekł Kruszyna do Kubusia tonem znamionującym rodzącą się sympatię. Ja tam na Moryca mam swoją zadrę. . Ładne parę złotych można na tym trafić. — Prawdziwy kozak. — Jaka gwardia? Co za gwardia? — zaczął znów swą grę Kubuś. W słowach Kubusia była wiedza o jego. — Madison… Zagraniczne ringi… Miało się te możliwości… Z piersi Mechcińskiego dobiło się westchnienie ulgi. już po sekundzie bezsilna. — Ty jesteś kozak — rzekł Kuba. nieszczęściu i achillesowej pięcie. Akordeonista zaczął grać jakiegoś foxtrota. — Możesz je mieć — rzekł Kruszyna. że Mechciński poczuł się naraz jak na spacerze po ostrzu brzytwy. synku — rzekł Kruszyna.Nic więc dziwnego. ty… — pokiwał filuternie palcem przed nosem Kruszyny — ty od razu wiesz. zaś Kruszyna zrozumiał bezapelacyjnie. — Posłuchaj. ale to nieważne. że Moryc jest człowiek poważny. — Mówiłem ci przecież… — rzekł ochryple Moryc. Bo potrafisz człowieka tak na wskroś… Od razu wiesz wszystko. Moryc. — Czego ty u mnie szukasz? — Paru złotych — rzekł Kuba spokojnie. tak nieszczęśliwie zmarnowanych przez złe. trzask… — podniósł w górę stopkę wódki i wypili. cholera na twoją twarz… — Bądź spokojny — uśmiechnął się z zadowoleniem Kruszyna. który w nim to pragnienie wzbudził. — Widzisz. — Twoją zadrę mam w spodniach — mruknął Mechciński. myśląc z wysiłkiem. Kozak jesteś. fakt. zjazdy. z nazwiskiem. Powiedz mi. Nie tędy droga. była odwaga i wola mówienia o rzeczach najtrudniejszych. Toteż gdy w pierwszej chwili pięść Kruszyny zwinęła się w kułak. Ty. tak — powiedział Kruszyna. czy wiesz. Kruszyny. Trzeba inaczej. a człowiekiem. że rozmawiam z kolegą. był zrozpaczony — Panie Jasiu! — zawołał kelnera — niech pan postawi coś wysokiego. nieżyczliwe moce. — Imprezy. jak się organizuje kiermasz? Mechciński wytrzeźwiał momentalnie. Wypili. po kim wzrok nie może prześliznąć się jak po kimś pierwszym lepszym. twarde uznanie dla wspaniałych możliwości pięściarskich Kruszyny. skromnie spuszczając oczy.

— Siulim — rzekł Kruszyna — wypij. Mechciński podrapał się w głowę i nalał wódkę. — Załatwione — rzekł pewnie. Kubuś zwrócił się do kluchowatej kasjerki: — Miła moja — rzekł — o której zamykacie ten swój kombinat przeżyć? — Ma pan na myśli bar? — uśmiechnęła się kluchowata. Kuba wziął swój kufel w rękę. przy robocie pijaków nie znoszę. — Masz telefon? — spytał szybko Kuba. jak opuszczona na podłogę pokrywa od rondla. O moim honorarium pomówimy potem. Widząc go zbliżającego się. Wiedziała. — Hawajka nie powiedziała nic. Jest pani pełna świeżego. pan Śliwka. — Kiedy zamykacie tę fabrykę wzruszeń? — zwrócił się Kubuś do milczącej Hawajki. — Zrobione — rzekł Kubuś i wypił. opierając się o szklaną nadbudówkę. — Widzisz — ucieszył się Kruszyna. Piegus — rzekł Mechciński do Kuby. — Jak się z tobą porozumieć. Kruszyna kiwnął głową. wesołe i mądre. przez który wydobywa się ze świstem sprężony niepokój. Kruszyna zapłacił kelnerowi i wyszedł z Mechcińskim.— Grunt prasa — rzekł Kruszyna. Moryc — rzekł ciepło. — Nie wiem — rzekł z trudem. lekko rozszerzonych i błyszczących od wódki. była grzeczna z kolegami pana Kruszyny. Kruszyna i Moryc szli Twardą w stronę placu Grzybowskiego. zieloną kotarę. — Pomyłka — rzekł z czarującym uśmiechem Kubuś. Mechciński też wypił. lecz ostrożnie kasjerka. i idziemy. ale zaraz przybrał ton zwierzchnika: — Tylko pamiętaj. Ale kiedyś spadnie mu bielmo z oczu i ciche tęsknoty pani zostaną uwieńczone pełnym sukcesem… — Kluchowatą zatknęło. rozlał resztę wódki do kufli po piwie i wypił swoją porcję. — Numer? — naciskał Kuba. Było coś w słowach i głosie Kuby. — Trzymaj się. dziewczyno. Kruszyna? — Kruszyna czuł przez chwilę szokujące działanie alkoholu. — Spij spokojnie. kładąc dłoń na ramieniu Kruszyny. pan Śliwka cofnął się za wypłowiałą. — Osiem… szesnaście… zero dwa — wyjąkał Kruszyna — zadzwoń… albo nie — zawaHal się. odzyskując normalne — brzmienie głosu — albo tak… — machnął z rezygnacją ręką. Kuba wziął kufel z wódką i ruszył w stronę bufetu. mimo że oderwał już kufel od ust. co nakazywało ufność i zadowolenie. — Wstał. — Jest pan pijany — obruszyła się z urazą. łykając powoli. — Tylko trzeba umieć załatwić z prasą. — Też masz miejsce na niewąską dolę w żołądku — uśmiechnął się figlarnie Kruszyna. dziewczyno — rzekł Kubą. — Doskonale — rzekł poważnie Kuba. — Upieram się przy pani dziewczęcości. jakby u boku odkręcono mu wentyl. Kuba doznał uczucia. masz sprawę w kieszeni. że coś w jej duszy spadło i klekotało długo. łykał jeszcze ciągle z wysiłkiem ślinę. Moryc. którego nie potrafi dojrzeć ten gbur i prostak. wiośnianego wdzięku. zmienionym głosem. Reszta frajer. Noc była . Kubuś poczuł jakby żal czy zmartwienie. — Tak. otworzyła usta w niemym zdumieniu. — Dogadali się. — Ja tu jeszcze zostanę — rzekł. — O dwunastej — powiedziała cicho. — Zaczekam na ciebie i odprowadzę cię do domu. była troska. duży chłopcze o piorunującym ciosie. coś na kształt mętnej obawy targnęło jego sercem. Z tobą — powiedział do Kubusia — umawiam się na jutro. Hawajka podniosła z wolna wzrok i ujrzała piwne oczy Kubusia tak promienne. W oczach Moryca. — Trzymaj się. że nic tu nie pomoże sprzeczka z tym chłopcem ani kłótnia z sobą samą.

że Moryc się go nie bał. wódz armii koników. kombinatorzy. — Zatrzymał się przed ścianą zastawioną drewnianymi skrzynkami i nacisnął mocno framugową listwę. wikłał go coraz beznadziejniej w to. bał się czegoś i pragnął czegoś. wisiała tu jakaś tabliczka. kosa i talent. że był sprytniejszy i inteligentniejszy i zawsze miał swoje sprawy i ambicje. to straszny kozak.. jakby pragnąc dać ujście swemu poczuciu wyższości wobec Kruszyny. choć banalny. nie lubił Moryca instynktownie. Robert — rzekł Moryc. prócz jednego.ciemna i ciepła. którego ci dziś dałem.. Rozejrzał się bystro i postąpił krok naprzód. Moryc odetchnął z ulgą. był przyzwyczajony do takich scenerii. sam nie wiedząc czego. każdy krok stawał się dlań męczarnią. ale ja nic do ciebie nie mam. ale już gwiazda. ku wielkim czynom i wielkim przeznaczeniom. wybitny specjalista. powszechnie znany jako Moryc. Uważaj na niego. — Słuchaj. Ta piwnica nie czyniła na nim wrażenia. bladły najdumniejsze sztandary mołojeckiego junactwa. zwiastująca przełom w pogodzie. otóż on we własnej osobie schodzi na spotkanie z Kudłatym. — Robert! — chwycił nagle Kruszynę za ramię — zaczekaj! Powiedz. książę kin warszawskich. Kruszyna podszedł do przyczepionej przy murze budy ze starych desek. żelazne drzwi i przekręcił kontakt: rozbłysła słaba żarówka i Moryc ruszył za Kruszyną przez dżunglę rupieci i złomu. cień. nie było silnych. — Co ci. wobec której. — pojęcie. uginający się pod ciężarami pasożytujących band. co ty masz do mnie? — Kruszyna zwrócił ku niemu płaską twarz ze złamanym nosem i małe. zawsze robił swoje wrażenie. upiór. Klasa sama dla siebie… — Dobra. lat niespełna dwadzieścia. dźwięk zdawał się kanalizować w sobie wszelką potęgę. za to choćby. wyzyskiwani drobni handlarze. była to jednak ulga chwilowa. albowiem jasnym było. trzymaj się… — szepnął z nieoczekiwaną serdecznością do ucha i pchnął go lekko w szparę w uchylonej ścianie. Ściana za nim zawarła się z głuchym stukiem. czuł szum własnej pędzonej alkoholem i emocją krwi. — Ten facet. duch. — No. dziennikarze i milicjanci… I oto on. że tu nie chodzi o Kruszynę. stawiając nogę na pierwszym stopniu. Skręcili w Bagno i Kruszyna pchnął nie zamkniętą bramę. nie dostrzegał ich. Jedno nazwisko. Moryc. Przed sobą miał . ślepo. której Moryc nie zdążył przeczytać. który czeka na niego! Z KUDŁATYM! Nie czuje piwnicznej stęchlizny tego miejsca. u Tkaczyka. w tej piwnicy nie było mądrych. Wtedy. Moryc? — rzekł Kruszyna — nic do ciebie nie mam. zatęchłym powietrzu. Moryc otrząsnął się z chwilowego oszołomienia: trick ze ścianą. — zapewniał Kruszyna. Ale skronie pulsowały mu w dusznym. ten Piegus. nie dostrzega brudu i smrodu. szantażyści. gdyż Kruszyna pchnął drzwi i zszedł piwnicznymi schodami w dół. strzępiłeś sobie trochę niepotrzebnie pysk. symbol. tu. Wiesiek Mechciński. Taki niby chłopczyna. Kruszyna otworzył na dole ciężkie. których Kruszyna nie rozumiał. Zobaczyć Kudłatego! Ilu ludzi w Warszawie drży na wspomnienie tego nazwiska? Ilu ludzi w Warszawie oddałoby chętnie kawał życia za taką chwilę? Ludzie z rozlegle zorganizowanych szajek. w których nie było zwykłego kozactwa. co niezrozumiałe i straszne. ale to jest as. czarne oczy. która go wypełniała. I w ogóle jesteś taki… trochę. lecz idzie tędy ku wielkości. as. dobra — powiedział dobrodusznie Kruszyna. W głębokim tle podwórka pokrytego starym szmelcem ciemniała groźnie baszta spalonej Centrali Telefonów. mimo dumy. Moryc poczuł skurcz serca. — Bądź spokojny.

Leżący na łóżku dźwignął się na łokciu i oparł głowę o dłoń. Za łóżkiem ciągnęło się zwykłe przepierzenie z dykty i desek. panował tu prawdziwy półmrok. Po czym światło zgasło i oślepione oczy Moryca pogrążyły się w piekących ciemnościach. Zamigotał ognik zapałki przy papierosie. w sekundę potem. uprzątniętą i jeszcze słabiej oświetloną. słyszałem. Moryc cofnął się nieco i spojrzał za siebie. jak w trzeciorzędnej kawiarni. a na niej czarny. a teraz tak zamilkłeś? — Przyszedłem. szerokich spodniach i w obszernym. panie Kudłaty — bąknął z wysiłkiem Moryc. — Od dawna chcę cię zobaczyć. które wydało mu się. Był ogromnego wzrostu i potężnej budowy. Moryc usiadł i teraz dopiero. Z łóżka podniosła się olbrzymia sylwetka i usiadła na krawędzi. — Czego nic nie mówisz. przez szpary i poprzez niedokładną obudowę przepierzenia widać było jaśniejsze światło. których Moryc nie widział. a obok stolik z niby–marmurowym blatem. Przy łóżku stała drewniana skrzynka. a po drugie. — Pan mnie wzywał… — I jakby poczuł przypływ pewności siebie po tych pierwszych słowach. — Za tobą — rozległ się głęboki głos z łóżka — stoi krzesło. Na stoliku stała wódka i leżały papierosy. ale Moryc wyczuwał jej właściwe proporcje. jak refren: „Czyżby tam ktoś był? Czy tam ktoś jest?” Ręka mu drżała. oświetlony dokładnie jak na stole operacyjnym. rdzawo skrzypiące pod ciężarem ruchów przewracającego się na nim ciała. Moryc zwarł z całej siły szczęki. Wódka momentalnie uderzyła mu do głowy i temu przypisał jakieś szmery za przepierzeniem. zanim znów przyzwyczaił się do półmroku piwnicy. przyglądając się Mechcińskiemu w półmroku oczami. by nie krzyknąć. ogarnął go strach. Moryc — rozległ się głos z łóżka i nagle nad głową Moryca zapaliło się silne. Upłynęło parę chwil. Wrażenie potęgi tego ciała zwielokrotniał gęsty półmrok. Po pierwsze bo jesteś gówniarz. synku? Taki z ciebie kozak.taką samą piwnicę. Spoza desek. że do Kruszyny skaczesz. żelazne łóżko. wyostrzony pełnym niebezpieczeństw życiem instynkt szeptał mu bez przerwy. Niemniej. Moryc — postać na łóżku zmieniła pozycję i usiadła. gdy skupił znów myśli. że słyszy. — A więc nalej sobie haka i wypij — doszedł go głos z łóżka — to ci dobrze zrobi. — Chciałem z tobą pomówić z dwóch powodów. lecz pustą. — Teraz słuchaj. bo jesteś kozak. Kudłaty wstał i zaczął przechadzać się po piwnicy. Po raz pierwszy w życiu był sparaliżowany przerażeniem. rozstawiając szeroko nogi i opierając podtrzymujące brodę ręce na kolanach. Z prawej strony stało tanie krzesło. Wszelka czujność opuściła go bez reszty. opierając się plecami o wezgłowie. długim swetrze. z trudem powstrzymywał drżenie kolan i modlił się o jak najdłuższą ciszę. Po lewej stronie dostrzegł z trudem tanie. pionowe światło. w tej dziwacznej sytuacji. jaki . uznał to za złudzenie. dzielące piwnicę na dwa pomieszczenia. po wymówieniu tego straszliwego nazwiska w bezpośredniej rozmowie. I zapal. Półmrok i nastrój wyginały w fantastyczne fałdy zwalistą postać w jakichś starych. chodził cicho i sprężyście. Siadaj. żeby słuchać. który może daleko zajść. aby nie zdradzić się dygotaniem głosu. gdy zapalał papierosa. lśniący telefon. Siedział tak przez parę sekund. Moryc nalał i łapczywie wypił.

na zasadzie ubogiego detalisty u wielkiego hurtownika. Coś go dławiło w gardle. po raz pierwszy mocno i zdecydowane — Tylko czekam na tamtych. Głos miał spokojny? opanowany. — Bardzo dobrze. Z takimi ludźmi jak ty można dokazać dużych rzeczy. do Wieśka Mechcińskiego. co ja wiem. i dlatego zaprosiłem cię do siebie. a potem kosztowny wózek dla dziecka… Kierownik wydziału biletowego! „A to wezwanie na pojutrze! Powiedzieć czy nie? Nie!” — zatrzasnęła się w nim decyzja jak szczęk zamka. I znów coś nowego zjawiło się w uczuciach Moryca. — Dlaczego jesteś gówniarz. Teraz widzę. o tym sam wiesz — rzekł Kudłaty. ślub z weselem na kilkadziesiąt osób. starym swetrze. bardzo dobrze. — Na początek. i to wszystko. — Chcę… — szepnął Moryc. Kudłaty uczynił jeszcze kilka kroków i zwalił się z powrotem na łóżko. co? I jak od takiej sprawy może rozboleć głowa kierownika wydziału biletowego. — Ale nie na tym koniec. niezależny i wypowiadający otwarcie swe myśli. Moryc. Bardzo dobrze. — Dziękuję ci. Sam mam z nimi do porozmawiania. Moryc. Jak dotąd współpracował luźno z ludźmi Kudłatego. który potrafił mówić do niego. W tej chwili Moryc dojrzał po raz pierwszy wbite w siebie oczy. W to. doradzi” — pomyślał z troską. Tylko wyobraź sobie. skufilone włosy. na której ty. „Może powiedzieć mu o tym sądzie? Coś powie. Cieszył się ich opieką i wyświadczał im pewne przysługi przy pomocy swego zespołu koników. że są ostatnio pewne trudności. Było coś tak władczego i okrutnego w tych błyszczących oczach. jako . zagrasz o niewąską stawkę. stawiam ci następującą propozycję: zostaniesz u mnie kierownikiem wydziału biletowego. I dlatego. Była to rodząca się wierność dla tego człowieka w brudnym. — W porządku — rzekł Kudłaty z nieoczekiwaną. jaki Moryc zdołał spostrzec. Moryc. związanej węzłem najmocniejszego koleżeństwa. A teraz… taka nieoczekiwana kariera! Kierownik wydziału u Kudłatego! On. — Wiem o tym — rzekł Moryc. na dźwięk którego oszołomienie nieoczekiwaną karierą nabrało dla Moryca smaku nieznośnej goryczy — przecież to ty. Na pewno słyszałeś już. że mogę na ciebie liczyć. twardy z ciebie człowiek. taksówki i buty zamszowe na grubej słoninie! Hanka… Domek pod miastem. czego mogę się po tobie spodziewać. Głowa tonęła w mroku: jedyny szczegół. duża impreza. że jak ja czegoś nie wiem. męską serdecznością. raczej dyskutujący niż wydający rozkazy. tak jak mówi przełożony w drużynie harcerskiej lub szef ekipy piłki nożnej. organy. Lubię takich. chłopcze — rzekł spokojnie Kudłaty. jaka to musi być cholernie ciemna sprawa. — A kozak jesteś dlatego. wątpiłeś u Tkaczyka. że Moryc zadrżał i ustępujące już przerażenie owładnęło nim od nowa. Wiedziałem. Chcesz? To było uderzenie! Moryc uniósł rękę do czoła. Co ja mówię… — w głosie Kudłatego zadrgał szyderczy uśmieszek. że się nie boisz. welon. sypialnia z politurowanego forniru od drogiego stolarza na Walicowie. że się nie boisz. Za trzy tygodnie odbędzie się w Warszawie pewna impreza. Moryc Mechciński! Jedwabne koszule i krawaty zamiast brudnego pulowera. to były gęste.noszą marynarze. które zaskrzypiało zgrzytliwie pod jego ciężarem.

zarobisz pięćdziesiąt tysięcy złotych. Moryc skierował się ku niej i poczuł przyjazne klepnięcie dłoni na plecach. no. poczuł zapach przepoconej wełny. Kuby Wirusa i znowu Hanki… Moryc pochylił głowę i uderzył nią dwa razy mocno o zimny blat stolika. spożywa biało–różowy schab z kapustą. Piwnica. żebyś wiedział. zastawiony meblami i kryształami pokój stołowy. bardzo ciężki. No. którą pchnął. lecz nie ośmielił się unieść głowy. roztańczonej orgii. — Siadaj! — warknął Kudłaty. co ta forsa dla ciebie oznacza. Był pobity na głowę. podniósł kieliszek i rzekł: — Pańskie zdrowie. Uczynił krok i ściana zawarła się za nim głucho. jak psia wierność dla tego straszliwego człowieka. uśmiechnięta Hanka w „Delikatesach”. jak myślisz. Moryc wypił i wstał. zapominając natychmiast o sądzie. że nie puścimy. Nalał wódkę. pełnej drgających twarzy Hanki. Moryc przysiadł jak rąbnięty — bo wspaniała kariera kierownika wydziału biletowego skończy się w try–miga! W tym lokalu! Zresztą — dodał z ironią — nie mam o to do ciebie żalu.szef wydziału biletowego. co ja potrafię za taki blit! Za pięćdziesiątaka. że Kudłaty nie mówi nic na wiatr. w którym on. — Pięćdziesiąt tysięcy złotych — rzekł Kudłaty spokojnie. że tak myślisz. — Dziękuję i do widzenia — rzekł Kudłaty. — No. półmrok — wszystko zawirowało w oczach Moryca i z chaosu tego wyłoniły się pogmatwane obrazy: wiązki czerwonych. Hanka u szewca. — Wiem. Kiedy uniósł ją. nie? Moryc wstał chwiejnie i zatoczył się. co opowiadano o Kruszynie. Kto wie… może zwolnię cię sam po tej imprezie. Moryc. Ukazała się szpara. Wiedział. Po czym wszystko roztopiło się w jakiejś szaleńczej. marynarski sweter. Kudłaty wstał z łóżka i podszedł do ściany. panie Kudłaty! Niech będą lewe bilety! Ale niech mi pan da zadziałać! Zobaczy pan. Moryc. stuzłotowych banknotów. Odwrócił się i ujrzał przed sobą stary. ale wymieniona suma wzbudziła w nim szaleńczą brawurę. — Trudno! — wykrzyknął Moryc. Moryc — rzekł Kudłaty — nalej sobie wódki i wypij moje zdrowie. Niech mnie szukają. Ślub z Hanką i wycofanie się z interesów. Przez ułamek sekundy wyglądało. obładowana najdroższymi wiktuałami. — Ile? — wyjąkał Moryc zduszonym głosem. — Nie stawię się. Moryc. I z gratyfikacją… Moryc spuścił twarz na piersi. przymierzająca najkosztowniejsze pantofle. zrozumiał. Na stosie skrzynek siedział Robert Kruszyna i . panie Kudłaty. Dobrze? Przy tych słowach dało się ponownie słyszeć jakieś chrapliwe westchnienie za przepierzeniem. Kruszyny. — Wierzę ci — rzekł łagodnie Kudłaty. — Żebym tak szczęście miał. I tak nie znajdą…” — To będzie ciężki numer. Nie pozostawało nic innego. Będziemy pracować na lewych biletach — rzekł Kudłaty i wbił w niego swe błyszczące oczy. jakie trudności i niebezpieczeństwa kryją się w pracy na lewych biletach. „Czyżby tam kto był?” — przemknęło przez umęczony umysł Moryca. że ja o tym wiem. „Mowy nie ma o sądzie — rozstrzygnął twardo. Całą siłą woli pożądał ujrzenia twarzy Kudłatego. Burasa. — Za przepierzeniem rozległ się wyraźny jęk. Zrozumiał to. poszarpany. Wani. Chcę tylko. łóżko. przed którym nie ma ucieczki. jakby się chciał rzucić na Kudłatego. skąd dochodziło światło.

zaś jego mocarny bark rąbnął w rzeźbione drzewo. nie czekając na Kruszynę. Kruszyna pchnął drzwi. spojrzał na zegarek. przetarł oczy i złapał Moryca za ramię. jak będzie arogant — mruknął Kruszyna. którego nie uważał za partnera do zwierzeń. w wilgotną. gdy stanęli przed „Polonią”. spoglądając agresywnie dookoła. niech się pan nie gniewa. Nie byle co — Kruszyna wykazywał zdecydowaną skłonność do gawędziarstwa po samotniczej drzemce na skrzynkach. W oddali jarzyły się światła Alei Jerozolimskich i hotelu „Polonia”. ty lamusie! — ale w biegu pochwycony został przez drugiego pana w portierskim zmiętym uniformie. — W dużej. barwy i kształty zarysowały się w świadomości Moryca jak na dwukrotnie naświetlonym negatywie. — Teraz. bracie. Właściciel długiej twarzy okazał się chłopem na schwał. — Nie wiem — rzekł tępo Moryc. długa twarz z cienkim blond wąsikiem. Robert wstał. Cały wieczór pijaństwa sprężył się w tych dwóch kieliszkach wybuchowym ładunkiem oszołomienia. lecz noga Kruszyny uwięzła w szparze drzwi. — Jak się chcesz teraz ustawić na resztę wieczoru? — spytał Kruszyna. Podniecające palenie w przełyku i jasność w mózgu ustąpiły miejsca pragnieniu i podwójnej odbitce rzeczywistości. — Warto by poderwać jakąś… — rozejrzał się Kruszyna. zrobię to… . Moryc nie odpowiedział. — Chodź. nie zna jeszcze warszawskich twarzy… Pan pozwoli płaszczyk. też wcale nie ułomka. krzyczały. parterowej sali orkiestra grała rytmicznie jakiegoś bluesa: skargi klarnetu przeplatały się z brawurą trąbki. miękką od ludzkich oddechów i potu przestrzeń nocnego lokalu. było wpół do dwunastej. przedmioty.palił papierosa. przed bramą. zdejmując płaszcz. zanim wyszedł na górę. Duża rzecz. który krzyknął: — Zwariowałeś. — Chodź do „Polonii” — rzekł skwapliwie Kruszyna. którzy tulili je do swych nabrzmiałych zabawą serc. o twarzach niedokładnie umalowanych. jesteś człowiekiem. Prowadził go jak dziecko przez labirynt rozrzuconego w pierwszej piwnicy szmelcu. Kruszyna podążył za nim. Nalał sobie wódki i wypił. Moryc nie odpowiedział. Na ulicy Bagno. Wydostali się na brzeg Alei Jerozolimskich przez opłotki zagrodzeń i klucząc wśród stert desek. śpiewały dziewczęta o rozrzuconych włosach. Moryc nic nie mówił. To przeważyło. jak tam było? — zapytał ciekawie. Władek! Wieczór dobry. Moryc potykał się kilka razy o butelki i zwoje kabla. Wokoło tańczyły. trzymane w ramionach przez referentów handlowych i techników budowlanych w przesadnie wywatowanych garniturach lub odprasowanych wiatrówkach. — Robert — rzekł jąkając się Moryc — jjja to zrobię. gdy stanęli na skraju największego placu w Europie. był pogrążony w rozsadzających go refleksjach. spoza których wychyliła się spocona. Kruszyna i Moryc usiedli za tęgim filarem przy małym stoliku i zamówili wódkę. Władzio u nas nowy. — Nie ma miejsca! Komplet! — huknęła twarz. lecz ruszył w stronę Marszałkowskiej. odrzucając właściciela długiej twarzy. — Też masz pomysły… — odetchnął z ulgą Moryc. — Nogi Władziowi powyrywam. który rozmawiał z Kudłatym. po czym nalał znów i wypił. — Dobrze było — mruknął Moryc — możemy się napić. żżżebym tak skonał. Ludzie. czuł instynktowną pogardę dla Kruszyny. czerwonych od alkoholu i gorąca. — Grunt to wychowanie. — No. panie Kruszyna. który rzucił się ku Kruszynie z okrzykiem: — Ach. zmontujemy jeszcze ćwiartkę przed snem — zaproponował Kruszyna. — Idziemy na skos — rzekł Kruszyna.

„Jak powie. prosto w twarz ciemnej dziewczyny. Wszedł do pustej hali dworca Śródmieście. że zrobi to. Moryc pochylił się nad nalaną stopką wódki. jej pospolita twarz o perkatym nosie spoczywała na barku tęgiego. reszta! — krzyknął za odchodzacym chwiejnie Morycem. to pójdę” — przypomniał sobie wezwanie. ty się Kochasz! Dla mnie dziwki. lecz lakierowanych paznokciach. „Jeszcze zdążę — pomyślał. że myśli układają mu się w coraz składniejszy ciąg. O której odchodzi ostatni do Anina? — spytał drzemiącego za wąską szybką kasjera. Ale jak powiedzieć? Co powiedzieć? Spojrzał na parkiet. — „Przybąąądź do mnie. Oparł głowę o blat stolika i poczuł. opinającym ciasno kibić nad szarą spódnicą. ja tu jestem. nastawił kołnierz i wyszedł z lokalu chwiejnym krokiem. Dziewczyna odwróciła głowę. na roztańczony tłum. Klęska w walce — to była ruina wszelkich dotychczasowych planów. co dobre i słuszne. „A jak się nie uda? Co wtedy? Więzienie na długie lata… Bo cóż innego mogą oznaczać nieudane interesy z Kudłatym? To nie drobne skoki przy kinowych kasach. A jak jakiś będzie margał. co ma zrobić. odprowadzony bacznym spojrzeniem portierów. — Za piętnaście minut — rzekł kasjer. zielone i szafirowe światełka kolejowych sygnałów. trzeba ją spytać. ręką o brudnych. W ogóle! Ale ty. — W sam raz”. Wstał. że nie powinien tego robić. — Panie. za które złapać można co najwyżej kilka miesięcy obozu pracy”. Co za różnica? Jak kto woli. o czym jeszcze nic nie wiedział. Moryc. W świetle ulicy spojrzał na zegarek. Ja sobie poderwę jakąś… „Gdy tańczę z tobą…” — zaśpiewał wyzywająco pod melodię granego tanga. he — rechotał Kruszyna. Orkiestra skończyła grać. nieliczne osoby czekały na ostatni pociąg. dam ci kwiat paproci…!” — darł się Kruszyna do dziewczyny czyniąc znamienny gest. zacinając się. To było najważniejsze i najistotniejsze pytanie: Co na to Hanka? Trzeba jej wszystko powiedzieć. Robert poderwał się z miejsca i poszedł szukać dziewczyny. — Zrobię to… Zrobię to… Zrobię to… — powtarzał i im mocniej postanawiał. przy kołnierzu. — He. rozgrzane i źle umalowane twarze i wzdrygnął się. ziewając. co stanowiło ostatni krzyk mody w Warszawie. którego obejmowała wysoko. wyjął bilet z automatu i wziął pieniądze.— Podrywka? — szepnął z lubością Kruszyna — świetna rzecz. Moryc pił wodę sodową wprost z butelki. Oparł się ciężko na łokciach o kiosk z napojami na peronie było pusto. Pięćdziesiąt tysięcy — to był odmęt marzeń. — Wszystko dziwki! Nie ma porządnych kobiet. jej smukłość podkreślona była jeszcze szerokim paskiem z czarnej gumy. Moryc schodził po pochylni na uginających nogach. żebym szedł do sądu. niech ona decyduje. Właściwie po co ja jadę? . to w ryja go! Nie bój nic. — Muszę ją zobaczyć! Muszę ją zapytać! Ale zaraz! Już!” — zacięło się coś z pijacką nieodwołalnością w jego mózgu. ona. Kasjer uśmiechnął się pobłażliwie. Głęboki wąwóz dworca tonął w mgławym świetle zredukowanych lamp: tu i ówdzie migotały czerwone. jej chłopiec okręcił się na miejscu i spojrzał groźnie na Kruszynę. zapiął kurtkę. he. Jak ci się podoba ta czarna? — wskazał na tańczącą koło nich ciemną dziewczynę o nastrzępionych modą włoskich aktorek filmowych włosach. zaraz jednak okręcił się znów i popłynął w ścisk parkietu. która jest w jego życiu wszystkim. rozbawionego chłopca. — Poooop–roszę… — rzekł Moryc. dla ciebie nie. Hanka… Co na to Hanka? Właśnie. tym bardziej czuł.

dwie skulone postacie siedziały w głębi jedna za drugą. Moryc zaczął pić i w tej chwili na peron wsunął się długi wąż podmiejskiego pociągu. — Usiłował dosięgnąć rozkołysanej pałeczki uchwytu nad głową. dziękuję — rzekł ściskając dłoń kolejarza. zatoczył się i podał ćwiartkę Morycowi. i w przekrzywionej na tył głowy okrągłej czapce. z wydziału drogowego w Otwocku. — Co za miłe spotkanie! — Pan pozwoli. — Późno… Hanka śpi… Przecież budzić jej nie będę. — Robota uszlachetnia. tracąc równowagę i chwytając się ścian. — Pierwszy raz w tym roku… Noc już ciepła… — Mowy nie ma — zaprotestował gorąco Siupka. — Właściwie — krzyknął Moryc do Siupki — nie wiem. — Winszuję! — odezwał się jakiś bełkotliwy głos obok — kolego. Wtoczyli się obaj do wnętrza wagonu: pociąg kołysał mocno. otrzeźwiony bólem i wyczerpany. nie? — Dobry — zapewnił autorytatywnie Siupka — bo ja też tam jadę. eeep. jest wolne łóżko. bracie. jego stalowo–blaszane pudło wypełnione było łoskotem szybkiej jazdy. — Właśnie tam jadę… — Co za traf! — zastanowił się Siupka. że się przedstawię — rzekł naraz kolejarz sztywno. że ma coś dla mnie… Trzeba to Hance powiedzieć… Dość tych afer! Pojutrze idę do sądu! Zainkasuję te parę miesięcy i po wszystkim… Hanka zaczeka… Na pewno… Koniec! Nic więcej nie robię! Nawet za pięćdziesiąt… Tak! Zaraz jej to powiem! Ale pięćdziesiąt tysięcy? …” Ujął się oburącz za głowę i bił nią o kant kiosku w straszliwej rozterce. przewalając się z chrzęstem po szynach. winszuję — powtarzał wylewnie kolejarz.Dokąd ja jadę? — myśli chlupotały w głowie w alkoholowym przypływie i odpływie. — Wobec tego cyk… — Przechylił butelkę nad odgiętą do tyłu głową. z lekka czknął i dobył z kieszeni ćwiartkę wódki. podpierając się wzajemnie z sympatią. A zresztą… na co to wszystko? Przecież ja też mam robotę… Kuba mówił dziś. Za nimi wszedł jakiś niski pan obserwujący od dłuższego czasu z uwagą ich żywiołową przyjaźń. zwinął się w kłębek. — Świetnie się składa — zawołał Moryc z entuzjazmem. Po chwili drzwi zatrzasnęły się. — Siupka jestem. wdrapał się zręcznie na półkę bagażową. do mnie. to cel życia. — Kolego. — Kolega dokąd? — spytał Siupka. Moryca ogarnęła naraź szaleńcza wesołość. w sporej od siebie odległości. Drzwi rozsunęły się z pneumatycznym przydechem i Moryc z Siupka. Szwagier wyjecHal. — Do Anina — rzekł z troską Moryc. jutro musi do roboty. mrugnął filuternie do Moryca i zasnął. — Kolego. — Chyba prześpię się gdzieś na powietrzu — rzekł z pijackim smutkiem Moryc. którą sprawnym uderzeniem dłoni pozbawił korka. Mieszkam w Aninie. Józef Siupka. — Przecież ja mam robotę! — jęknął głośno. . weszli do środka. winszuję… Niech kolega przyjmie moje najserdeczniejsze gratulacje… — Moryc odwrócił się i przez mgłę zamroczenia dojrzał z trudem malutkiego człowieczka w kolejarskim mundurze. po jaką cholerę targam się do tego Anina? — Ja też nie wiem — rzekł Siupka. rozchełstanym na piersiach. pił długo. po czym otarł rękawem szyjkę. siadając na ławce i zdejmując buty: w wagonie było pusto. a więc cyk! — To mówiąc zatoczył się. lecz był na to zbyt pijany i za niski. — Pójdziesz. — To chyba dobry pociąg. wibrujący warkot trakcji elektrycznej wstrząsnął długimi wagonami i pociąg ruszył zagłębiając się od razu w tunel średnicowy. — Po czym ziewnął szeroko i dodał: — Do Anina czas… I ja się prześpię — to mówiąc. to majątek… To… to… to… najważniejsze dobro obywatela! Moje najgorętsze życzenia… Taka okazja.

nieświadoma krzyku. „To on! — zabłysło mu w sercu. Natychmiast też wytrzeźwiał. but Moryca rozpruł powietrze. Przetarł twarz. dźwignął się. dalsza zdawała się drzemać. białych oczu. aby sprawa uległa okrutnej likwidacji. zupełnie białe oczy. przeciwnik nie zwinął się z jękiem na ziemi — wystarczyło wskoczyć mu obcasami na oczy i gardło. Moryc ruszył przez wagon zataczając się. Zapaliła się w nim nagła chęć awantury. Moryc odskoczył jak kot i znów stał naprzeciw tych straszliwych. wytrzeźwiał momentalnie i wpatrzył się ze strachem w dół. drżący żądzą bicia — cofał się nieustannie w tył. sarabanda rozpędzonego wagonu. najprzedniejszym z przednich. Pociąg wbiegł na most średnicowy. palił dalej z pochyloną do dołu głową. Chwiejnie podszedł do palącego papierosa człowieka: była to postać niepozorna i skromnie odziana. krótkim wyrzutem nogi. — Ty! — wrzasnął Moryc — ile razy ci mam powtarzać. Moryc stanął między ławkami na szeroko rozstawionych nogach i rzucił zaczepnie: — No. dobrze? — W zielonych oczach Mechcińskiego zamigotało szaleństwo. — Po cholerę ciągnie mnie. — Te oczy!… W komisariacie… tamta facetka… mówiła o oczach!” — Przypomniały mu się naraz zupełnie zapomniane słowa. Mechciński — zgięty. Był szczupły i niewysoki. „Boi się! — przemknęło mu przez mózg. — Niech pan mi da spokój! — krzyknął człowiek o białych oczach i Siupka zadygotał mroźnym dreszczem od stóp po włosy na dźwięk .Pociąg sunął przez Powiśle po wysokim nasypie wśród ciemnych domów. Tym razem było inaczej. — Panie! — zawołał — nie ma pan wolnego papierosa? — Skulona przy oknie bliższa postać nie odpowiedziała. Krew uciekła mu z twarzy. do jakiegoś Anina”. ostateczne zmaganie. Po czym zmełł w zębach przekleństwo i bluznął stekiem najohydniejszych wyzwisk. coś wyzywającego wielką. Moryc poczuł nagły przypływ złości. która rysowała się jak rzeźba z kości słoniowej w miękkim półmroku wagonu. aby po tym ciosie. Odskoczył do tyłu i cisnął przez zdrętwiałe wargi: — Oj. judasz. czując w sercu dotkliwą obrazę. jakby biorąc rozpęd do skoku. donośny stukot kół i rozchybotanie karbowanych ścian zacierało szczegóły jego postaci. straszliwą walkę. ty… — W tej chwili siedzący uniósł głowę i Mechciński ujrzał wzniesione ku sobie. niezawodnym ciosem najbardziej kunsztownej warszawskiej szkoły wymierzył piekielne kopnięcie w podbrzusze stojącego o krok człowieka. Nie było dotąd wypadku w karierze Moryca. lecz nie drgnęła z miejsca. co? Da pan papierosa. Wisła lśniła odbitymi światłami miasta. Moryc upadł na ławkę. pod siebie. jak się grzecznie prosi. sprężony w sobie. — Boi się! Mnie! Pięćdziesiąt tysięcy! Sto tysięcy! Kudłaty mnie ozłoci! Będę w Warszawie numer jeden!” — Zgaszę ci te białe ślepia! — krzyknął w szale — zdmuchnę ci te bandyckie latarnie! Kudłaty zapłaci! — Błyskawicznym gestem odciągnął tułów do tyłu i bez zamachu. Postąpił krok ku Morycowi i rzekł głośno: — Niech się pan ode mnie odczepi. Palący papierosa wstał i odrzucił niedopałek. jak ja bardzo chciałem pana spotkać… — sam dziwiąc się owej pełnej szacunku formie. spoglądając wrogo na śpiącego Siupkę. Obudzony Siupka trzasnął poderwaną nagle głową o dach wagonu. Zaatakowany uchylił się nieuchwytnym gestem dosłownie o milimetry. czy nie? — Siedzący nie odpowiedział. „Zbiję mordę tej pluskwie — pomyślał. Siedząca z tyłu postać uniosła gwałtownie głowę. Dostrzegł płomyk zapałki w głębi wagonu. W krzyku jego było coś przerażającego.

Nie znajdując przedmiotu swych poszukiwań wróciła do elektrycznego pociągu. Błyskawicznie i gorączkowo myszkowała wśród parowozów i przestawni. — Nie będę cię tu bił. że naraz Moryca opętał strach. Pociąg wjeżdżał szybko na tory Dworca Wschodniego. w tłumie ludzkim cisnącym się wokół miejsca wypadku. Nie wiedział już nic. krzyczący z przerażenia. Diabelsko szybkim ruchem wypuścił prawe ramię do przodu. Ten pośpiech nie pozwolił jej zauważyć siedzącej w sąsiednim wagonie tak gorączkowo poszukiwanej sylwetki. z których prawa zdobna była w wspaniały brylant odbijający tęczowymi blaskami peronowe światła. Człowiek o białych oczach postąpił ku Morycowi i ujął go żelaznym uchwytem za klapy kurtki: na jego prawym ręku błysnął wspaniały brylant. szyn i przekładni Dworca Wschodniego. z której. jak okrwawiona kula bilardowa do dziury w stole. Tę rozpacz Moryc wziął znów za obawę. ziały niezwyciężone. pochylonej w pozie wyrażającej bezbrzeżną rozpacz i ból. Człowiek o białych oczach wyprysnął jak rakieta przed siebie. skondensowane w niezawodnym instynkcie. Rozległ się straszliwy krzyk. Ciemna postać skłębiła się z Siupką w klnący. Pięść Mechcińskiego pokryła się krwią. — Hamulec! — ryknął Siupka. słyszysz! — krzyknął — pamiętaj! Ale jak cię spotkam trzecim razem. odwiodło mu o milimetr głowę. toczący się ku wejściu tobół. raki ból i takie cierpienie. uchodząc przesłuchaniom. nie czuł bólu zdruzgotanej ręki. która odległa była o centymetry od nasady stalowej ramy siatki bagażowej. przemyślne i niezawodne — głowa winna była się nadziać z chrzęstem łamanej czaszki na stalowy hak i opaść bezwładnie. Siupka z szaleńczym krzykiem stoczył się z półki na ławkę. mierząc w czubek głowy wroga. gubiąc po drodze melonik i odrzucając parasol. w wagonach i na peronach. Siupka zawisł na hamulcu i cały dworzec rozdygotał nawałnicą dzwonków alarmowych. Moryc skoczył do tyłu. białe oczy. zwisając bezwładnie na zbroczonym nią stalowym pręcie. Wszystko na próżno: Właśnie rozsunęły się z szybkim.tego głosu: była w tym głosie groźba i rozpacz jakiejś okropnej tajemnicy. Ciemna postać w głębi poderwała się do przodu. Było to genialne uderzenie: lekkie i szybkie. Ale sam szatan tkwił w człowieku o białych oczach! Samo bóstwo walki. miast krwawej miazgi. Ciemna postać w rozerwanym kołnierzyku z różkami i z płomieniem na żółtych policzkach skoczyła w ciemność rozlewiska torów. Człowiek o białych oczach przebił ostatnim skokiem powietrze. . wprost pod koła wpadającego na dworzec ekspresu z Gdańska. otoczonego przez milicjantów i sokistów. Szarpnął się jak oszalały trwogą ptak i wyrwał z uchwytu. to… — W głosie jego była taka rozpacz. Człowiek ten krył twarz w dłoniach. zabrała melonik i parasol i prześliznęła się obok Siupki. pneumatycznym przydechem drzwi po obu stronach wagonu i oślepiony strachem Mechciński rzucił się obłąkańczo w lewo.

Od pobliskiego przystanku zbliżył się ku niemu jakiś niewysoki facet w popelinowej wiatrówce z szarym. Usiadł na płytach i zapalił niedopałek papierosa. spod której widniała kolorowa. zieleniły się młodziutkie pędy. Zebrali się ludzie. numer. smagły. Mówię wam. — Warto — przytwierdził Stasiek — gdzie się pali. granatowych drelichach. na widok których twarze mężczyzn spinały się ambicją i wolą zwycięstw. Pani łykała łzy oburzenia. gliniaste bryzgi pokryły płaszcz i twarzyczkę dziecka. Żółte. tam się dobrze dzieje. kraciasta koszula. dziewczęta jaśniały kolorami spódnic i obcisłych sweterków. Od pobliskiego wesołego miasteczka na Zielenieckiej dobiegają strzępy melodii z karuzelowych adapterów i okrzyki z huśtawek. krępy blondyn z papierosem w kąciku ust. Krępy blondyn zataczał się śmiechu. Był koniec kwietnia. W głębi parku Skaryszewskiego tkwiło od wieków prastare. skąpe. przyrzekając zieloną koronę. krępy blondyn darł się arogancko: — Widzi pani przecież. to co pani chodzi… — Powoli wszyscy się rozeszli. — Ty — rzekł facet w wiatrówce — lubię wesołych chłopaków. Jeden z nich. Może być z ciebie jeszcze pożytek… — Usiadł na płytach przy krępym blondynie. rzadko rozstawione ławki obsadzone są przez pojedyncze pary. Dziecko płakało. Kobieta uśmiecHała się do małej dziewczynki. W chwili gdy mijała robotników. nowym płaszczu. — Wiesz. Właśnie nadchodziła młoda kobieta w jasnym. Wiosenny deszcz. krzewy i aleje pełne są westchnień i szeptów. zostawiał po sobie obszerne. kędzierzawe włosy i mówiąc seplenił leciutko. krzyknął: — Zobaczycie. gorzki powiew. — . Jego omszały pień zdawał się nie odczuwać wiosny. gdyż starał się nie otwierać całkowicie ust. dopiero wysoko. ogromne drzewo o bogato rozrośniętych korzeniach. Krępy blondyn nie odpowiedział nic. skonać ze śmiechu można… — Uniósł płytę chodnikową w rękach i rozejrzał się wokoło. wełnianym ściągaczem przy mankietach i kołnierzu.3 Ulica tonęła w słońcu. Miał młodą twarz. Jeden z młodych robotników rzekł do krępego blondyna: — A ty jesteś dla mnie bydlę i to wszystko… Chamska morda! — po czym splunął i odwrócił się. że tu się pracuje. gdyż tamten był dużo wyższy i opalone muskuły drgały mu niebezpiecznie w wycięciach brudnej koszulki gimnastycznej. krępy blondyn spuścił trzymaną płytę w żółtą kałużę. Rozłożysta aleja Niepodległości rozkopana była pośrodku rowami zakładanych przewodów. żółte kałuże. Stasiek — rzekł jeden z nich — warto by zrobić małą iluminację. którą trzymała za rączkę. zmieszany z gliną wykopów. Tego wieczoru zatrzymało się przy starym drzewie trzech barczystych wyrostków w tanich marynarkach o kanciastych ramionach. poczęstował go sportem ze świeżo odpieczętowanej paczki i zaczął mu coś cicho przedkładać. Kwietniowy wieczór w parku Skaryszewskim pełen jest melodii i zapachów. Od kamionkowskich stawów ciągnie wilgotny. na odległych gałęziach. Przy układaniu płyt chodnikowych śmiało się kilku młodych robotników w utaplanych. Głosy mieli zachrypłe i niepewne. chłopaki. Pani w jasnym płaszczu zaczęła krzyczeć.

wyglądający na zmęczonego biuralistę wracającego do domu po wyczerpującej pracy. zaraz wracam! — po czym wraz z trójką usiadł na pobliskiej ławce i pogrążyli się w pasjonującej rozmowie.Fajerwerk będzie jak ta lala — rzekł trzeci. usiłując przypalić papierosa. — Oczu nie masz. — Już dawno mam oko na to próchno. — Po co się ma marnować w warsztacie… — Chlusnął butelką o drzewo. rozgląda się trochę nieprzytomnie. jaką noszą akrobaci cyrkowi. muskularne ramiona. Jeden z sędziów zakładu staje na środku trotuaru i mówi: — Ten tu? — Dobra. dobra. drgającej siateczki wokół spojrzeń i oddechów. jak widzę. Zewsząd rozlegały się głosy: — Pożar! Ratunku! Pali się! — Papierosy zostały wreszcie zapa lone i młodzieniec w wiatrówce rzekł: — Szkoda. gdy niebo staje się liliowe. baranie! — krzyczy — nie widzisz. którymi częstował przyjaźnie. Ubrani są z tanią fantazją: w zgrabne wiatrówki. Jeden ze współzawodników staje o dwa kroki od kwadratu. zaciera granice tego. kwietniowe zmierzchy. a przejrzystość powietrza sprawia wrażenie delikatnej. Czy panowie pozwolą?… — Odpieczętował paczkę sportów. zwięzłe postacie i skórzane opaski na przegubach. sepleniąc lekko. stanowi zatem ulubione miejsce promenad mieszkańców dzielnicy. zwłaszcza w pogodne. — Panowie. co dało asumpt do nowej. Chłopcy mówią bardzo głośno. Zbieg Puławskiej i Rakowieckiej. Z jednej z ławek oderwał się od swej partnerki niewysoki facet w popelinowej wiatrówce. Płomień rósł szybko. Nikt nie zwraca — tu uwagi na grupkę krzepkich. obrysowuje lekko kredą ledwie widoczną linią wskazany kwadrat trotuaru i cofa się do bramy. z dużą fantazją. Od strony Targowej rozległ się dzwon pędzących aut straży pożarnej. niech będzie! — odpowiadają mu współzawodnicy. przekrzykują się nawzajem. z ostentacyjną zuchwałością. — Mam trochę gazoliny — rzekł jeden. skórzana opaska. jak drżą mu z podniecenia szczupłe. Wreszcie dwóch z nich potrząsa sobie ręce w kłótliwym zakładzie. Fela. wstępuje prawą nogą w zakreślony kredą kwadrat. impregnowane kurteczki. Sędzia pochyla się. który się zakładał — miałeś zaprawić w szczękę! Wrzucić kilka trafnych! — Co”! . żeby się marnowały takie talenty. wyszarpuje ręce z kieszeni i pcha z całej siły na pobliskie drzewo. zachłystują się śmiechem — zaś taki śmiech wykrzywia proporcje brawury. rodzajem ich wspólnego emblematu jest szeroka. że tu nie wolno! — Biuralista odbija się boleśnie o pień. bąka: — Przepraszam. — Zaczęli upychać pęki dobytych z kieszeni gazet w dziuple i między sęki. Wyrostek pluje mu niedopałkiem pod nogi. opalonych wyrostków w jednej z bram. Spieszący się pan z teczką. myśląc gorączkowo i bezładnie: „Co miałem robić? Co miałem robić? Co za młodzież!” — Nie liczy się! — wrzeszczy ten. — Bardzo ładnie — rzekł półotwartymi ustami.” Otóż ja mam dla panów następującą propozycję… — Krzyknął w stronę swej ławki: — Czekaj. mocząc obficie pień. wyjmując z kieszeni butelkę. wesołej zabawy. Bulwarowy charakter ulicy Puławskiej nęci spacerowiczów. z rękami w kieszeniach i z niedopałkiem papierosa przyklejonym do dolnej wargi: widać. zbliżył się do trzech wielbicieli efektów świetlnych. nie widziałem — i odchodzi szybko pokornie pochylony. Jeden z młodych ludzi podszedł bliżej. widzi wokoło chude. rozbiła się. co wolno. naprzeciw wielkiego kina. w alejach parku wszczął się niepokój. Jeden z młodzieńców zapalił zapałkę. opinająca ciasno przegub.

jak przed randką. — Rzućcie te śmiecie. w cyklistówkach wciśniętych w ten sposób na głowy. Cała stawka biegnie szerokim wachlarzem przez jezdnię Puławskiej wśród pędzących pojazdów i rozwija się w kunsztowną tyralierę. lecz naiwnie cwaniackich i wesołych twarzach. — Nie widzisz.Takiego robaka będę bił? — spluwa z pogardą ten przy kredowym kwadracie. Niestety — doniosły ten wynalazek stał się w rękach słabszych moralnie jednostek narzędziem destrukcji publicznego spokoju. usiłuje zasłonić się i odepchnąć Jacka i wtedy spada nań grad ciosów i kopnięć entuzjastów zabawy w kredowy kwadrat. ręcznego nakładania tynków sprężony strumień zaprawy wapiennej pokrywał szybciej i sprawniej przeznaczoną do tynkowania powierzchnię. Chłopaki — zwraca się do kolegów — trzeba ściągnąć jeszcze tych paru z dziesiątej A. rozrywa je i częstuje wokoło — życie jest piękne! Nie ma drogich rzeczy dla takich kozaków jak wy. młoda twarz jest zmięta i zniszczona. przedkłada im coś z cwaniacką siłą perswazji. spacerowy krok. Jednym z cenniejszych osiągnięć racjonalizatorskich warszawskiego zagłębia budowlanego było tak zwane tynkowanie natryskowe. który gaśnie na odgłos tupotu nóg za nimi. zawraca w ostatniej chwili jak doskonale wyćwiczony szwadron kawalerii i wali w następną bocznicę pod gałęziami gęsto sadzonych drzew. lecz wesołych. woniejące vegetalem włosy. Facet kuli się zaskoczony. ubrany pospolicie. że tędy nie wolno! — uderza go dwa razy w twarz. — Poszedł? . — Będziemy. skażona przez alkohol i okrucieństwo. gdyż wzrok mieli rozbawiony i skory do figlów. natychmiast potem nabrzmiałe radością życia wołanie: — Panowie! Chodu! — i zmasowana grupa rozpryskuje się na wszystkie strony. Za chwilę przez kwadrat przebiega chuderlawy facet. Jacek łapie go w biegu za ramię i krzywy. Widać też było. przechodząc wreszcie w swobodny. oszczędzając czas i siły. lecz troskliwie. Wszystko mogą zdobyć… Otóż ja mam dla was propozycję… — czyni porozumiewawczy grymas zaciśniętymi ustami. kraciastej i rozchełstanej koszuli pod popelinową wiatrówką. młodych. oszczędnie chowane na trzy razy niedopałki. roztrącając z impetem gromadzących się gapiów. a przecież coś go różni: chuda. krzycząc: — Złota robota! Kolego! — ściska rękę Jacka — oto moja ręka! Tacy ludzie jak wy. którego brak jeszcze w ich chudych. że jasne strąki przyduszonych włosów tworzyły rodzaj potarganej aureoli nad twarzami o rysach grubych. Rozlega się krzyk bitego. idąc wolno. to przyszłość narodu! Szukam takich! Czeka ich olśniewająca kariera!… — Facet niby wygląda na jednego z nich. Chłopcy są zdezorientowani. — Załatwione — mówi. Jacek wyciąga doń rękę. że młodzieńcy ci skrzepili się ćwiartką spirytusu przy śniadaniu. Chłopcy odwracają się i widzą zadyszanego faceta w kolorowej. markuje skręt w jedną z bocznic. Na rusztowaniu drugiego piętra wykańczanego bloku przy ulicy Wspólnej stało dwóch młodych ludzi uwalanych wapnem. koledzy — mówi z pogardą facet i szerokim gestem wyjmuje dwie nowe paczki sportów. — Powtórzyć! — ryczy reszta — powtórzyć! Jacek. facet wbiega między nich. rozrzucając mu pieczołowicie przylizane. nie łam się! — Jacek kiwa głową i kładzie znów ręce w kieszenie. Po czym. — Czekajcie. wyjmują z kieszeni pety. rebiata… — dyszy nadbiegający — mam do was interes! — Chłopaki przystają. Zamiast żmudnego. I wybucha gromkim śmiechem.

— Pan pozwoli. łąk i lasów ojczystych? Od pługa i brony. właśnie idzie jedna laleczka… — Przechylił się przez poręcz rusztowania i błyskawicznie skierował szlauch z zaprawą tynkarską na sekundę w dół. Kobieta otarła sobie nogi gazetami i powędrowała swoją drogą. Od przeciwległej ściany ulicy oderwała się jakaś postać. — Ty! — krzyknął Walerek — patrz! — Ulica była pusta. co wystarczyło. panie inżynierze… — rzekła z troską dziewczyna. spokojnie! — ostrzegła go postać. kraciastą koszulę i popelinową wiatrówkę. ochlapując jej nogi. Bycza zabawa. Wyższy złapał szlauch i mocny strumień zaprawy chlusnął o przeciwległy parkan o niecały metr przed nadchodzącą parą. prawda? Wprost z szerokich pól. odziana w kolorową. wyciruchu… — i zamierzył się oderwaną z opłotków żerdzią na inżyniera. — Milicja! — krzyknęła dziewczyna. n’est–ce pas? — Niedawno — mruknął wyższy. patrząc bystro w las oszalowań — i ci dwaj ważni z twojego hotelu też. zaciągając się przedzielonym na pół papierosem w szklanych lufkach. — Zwariował pan! — krzyknęła w górę kobieta i jako rdzenna warszawianka w zwięzłych.— spytał wyższy z nich. — Pan jest!… — Cicho. szczegółowych wyjaśnień. ale oto po przeciwległej stronie szła wymarzona okazja do zbytków: jasno ubrana młoda dziewczyna. — Poszedł — rzekł niższy. którzy nie dadzą wam zginąć… — to rzekłszy. wieśniaku. kumie! Są ludzie. Strumień zaprawy chlasnął tuż obok przechodzącej kobiety w średnim wieku. cicho — zmitygował serdecznie Walerek — bo jak cię macnę. Walerek. by ten przewrócił się na worki z cementem. — Stało się co? — spytał zaczepnie — przecież nic się nie stało… Panu na pysk nie chlapło. — Spokojnie. — Stąd ten prostoduszny zapał do igraszek ze szlauchami. — Jak panowie mogą! — zawołał — tak nieuważnie… — Wyższy spojrzał nań z rozbawieniem. — No. a obok pochylony młody człowiek w okularach z jakimiś rulonami pod pachą. gospodarze… Panowie w Warszawie niedawno. pomagając się podnieść młodzieńcowi w okularach i zbierając rozrzucone rulony. przed którym można ukrywać podobne mankamenty. który krztusząc się ze śmiechu udawał pogrążonego bez reszty w wytężonej pracy. co? Ale nic. dostrzegając zupełną . złorzecząc ciężko. — Polscy kmiecie nie tracą swej krzepy charakterów w kontakcie ze zgniłą miejską cywilizacją… — A ty czego? — warknął groźnie Walerek na postać w kolorowej koszuli. — Rozumiem — rzekła postać. który wycofał się szybko wraz z dziewczyną i spiesznie oddalił. gnoju. przystąpił do cichych. widać było. — To uważaj. ale facet w kraciastej koszuli nie wyglądał na takiego. — Po co masz spoczywać w kwiecie wieku na cmentarzu? — Po czym wyjęła z kieszeni paczkę sportów. Młody człowiek w okularach westchnął jak przebudzony i ruszył w stronę dwóch młodzieńców. tonąc w tumanie zielonkawego kurzu. Dwaj swawolnicy zeszli na dół i przysiedli na sągu ociosanych pali do rusztowań. — Coś pięknego! — rzekła. bryzgi zaprawy poleciały na suknię. już! — rzucił Walerek — won z budowy. lecz niestety milicji nie było w sąsiedztwie tego cichego zakątka śródmieścia. prawda? — Panie! — uniósł się młodzieniec. Dziewczyna cofnęła się z krzykiem do tyłu. to krwią spluniesz… — Po czym wyższy pchnął dość lekko otwartą dłonią młodzieńca w okularach w wąską pierś. że wyznanie to sprawia mu pewną przykrość. lecz pełnych ekspresji słowach opisała przypuszczalny stan umysłowy i wartość etyczną bohatera odbudowy. odpieczętowała ją i wręczyła po papierosie każdemu z figlarzy. Stolica czeka na was. mówiąc: — Popalcie sobie.

Szaja. który okazał się wcale nie taki pijany. pokryte cyframi i słowami. Bardzo dobry mechanizm w czaszce… — pochwalił łaskawie i ze znawstwem. Po pięciu minutach otwierał drzwi do biura spółdzielni „Woreczek”. — Tu. niechlujny sklepik spożywczy. rozpierając się wygodnie w krześle. niebezpiecznej głupoty. szefie! — To iluś ich razem nazbierał? — Czterdziestu siedmiu. nikt nie przeszkadza. — Dziękuję. to mu się odechce… — dodał z bezsilną złością i wszedł do pokoju Meteora. I czeka. Co pan o tym sądzi. panie Kruszyna — uśmiechnął się skromnie Szaja. elegancki. Ten bezzębny uśmiech. wychodząc mu naprzeciw — czeka tu na ciebie jakiś młodziak. że to jest świetna myśl — rzekł Kruszyna. że ty. — Z tego odpadnie połowa. panie Kruszyna? — Sądzę. brudne kartki papieru. małym pokoiku przy połamanym stoliku od maszyny do pisania i liczył. najprzód z wytężonego umysłu. Taką mowę mi z miejsca założył. Kruszyna wciągnął go do pokoju i zamknął za . Wreszcie skończył. Z jego postaci promieniowała dyskretna radość. narzucił płaszcz i wyszedł bez pożegnania z pokoju. odsłaniający chwilami gołe dziąsła. tu — przedrzeźniała Aniela — niewysoki. Selekcja musi być. ananas — rzekła Aniela. — Mam myśl — dodał po chwili. Robert Kruszyna siedział w ciemnym. — Tu? Na mnie? — zdziwił się Kruszyna. Po czym wstał. — I w ogóle sądzę. Aniela — rzekł niepewnie — i czeka?… Wpuść go. potem z konfuzji. Przestronny. trudno. sprawiał wrażenie czegoś fałszywego. za ladą stała chuda kobieta o nieczystej cerze i kłóciła się jazgotliwie z tłumkiem klientów. dużo powietrza. jeden w jednego — zapewnił Szaja. — Czekaj. Jak go zaraz obtańczę. Za chwilę rozległo się pukanie i w drzwiach stanął Kubuś. — To na kiedy ta prezentacja? — spytał gorliwie. możliwie uczciwym spojrzeniem jasnych oczu. i wyszedł na ulicę Lwowską. masz przyszłość przed sobą. selekcja tó dwa. — Kruszyna poczerwieniał na twarzy. w którym nie było nikogo. panie Kruszyna. — Ty. z nosem w niebo. cienistą. Bardzo ładny lokal. oszukańczego. — Tak jest. — Prezentację zrobimy w hotelu na MDM–ie. o czym Szaja wiedział i co starał się pokryć prostym. co oznaczało krańcowy wysiłek umysłu. w obudowie wielkich. Gdy się uśmiecHal. mimo słońca. mazał pomięte. piegowaty. Tylko jak to zrobić? Muszę przecież zobaczyć tych parszywców. — Dam ci znać — rzekł Kruszyna. kalkulował z wysuniętym językiem. Przeszedł ciasny. — Bardzo przystojni chłopcy. odetchnął głęboko i zawołał: — Szaja! Z wychodzącego na ciemną studnię podwórza okna zeskoczył facet w popelinowej wiatrówce z wełnianymi ściągaczami i pochylił się z poufałym szacunkiem nad Kruszyną. dawał efekt chytrej. podczas nieudanego przedsięwzięcia zdejmowania zegarka z ręki pewnego pijanego. nie widać było zębów z przodu: Szaja stracił je stosunkowo niedawno. secesyjnych kamienic. Czuł się znakomicie jako szef tak zdolnego podwładnego. Zatrzymał przejeżdżającą taksówkę i pojecHal na Próżną. że zesztywniałam. Werbunek to raz.tępotę na twarzach swych rozmówców. Liczył.

rozmawiając z Merynosem i mnąc w ręku kolorowe płaty plastyku. ale tego też i nie przewidywał w niewielkim. — Odetchnij sobie głęboko. o czym Kruszyna wiedział. Nie wiedział. ku kieszeni. W ogóle nie wiedział w tej chwili nic. — Kruszyna — spojrzał mu bez strachu prosto w oczy. — To moja rzecz — rzekł twardo Kuha. W oczach Kruszyny zamigotała nieprzytomna pasja. Za mały filozof jesteś. Wpadł przedwczoraj wieczór pod pociąg. Robert — rzekł z grymasem — też masz . Radzę ci jak przyjaciel. dolna szczęka opadła. — Tu nie wolno! — rozdarł się z nową wściekłością Kruszyna — słyszysz. lecz stanowczo. Kubuś rozejrzał się flegmatycznie wokoło. kopnąć. muskularną dłonią schwycił miażdżąco ramię Kubusia. Tak nie mówił do niego jeszcze żaden podwładny. kozak! — syknął Kruszyna. ale nie uderzyła. kiju złamany. zapalając papierosa: — Mechciński nie żyje. okrwawić. mrużąc oczy — tylko bez takich i numerów. zrobić szmatę z faceta. — To.nim drzwi. Moryc nie żyje. — Bo nie było potrzeby. lecz silnym gestem zdjął dłoń Kruszyny ze swego ramienia. że prowadzi do starć ostatecznych — była gotowość do walki na śmierć i życie. dobrze? Bez tego tonu… Bo spłyniesz szybko i bezboleśnie… Uważaj! Małe oczka Kruszyny stały się kłujące jak szpilki. — Jak mnie tu znalazłeś? — mruknął zdezorientowany. No już! Oczka Kruszyny rozszerzyły się ze zdumienia. czy zabić tego bezczelnego. — Ty. w boleśnie zdziwionym wyrazie jego okrągłej twarzy było to. Merynos odwrócił się spokojnie ku Kruszynie. i odpalantuj się ode mnie. We wzniesionych ku górze brwiach Kuby. Przez chwilę stał osłupiały. — Skąd o tym wiesz? — To moja rzecz. piegowatego drania. — Skąd ty tu? — warknął. którego brał za sympatycznego aferzystę wyścigowego lub zabawnego karcianego szulera. co wydało się Kruszynie bezczelnością. Kuba beztroskim. drżąc opadła w dół. Teraz należało uderzyć. — Przecież miałeś dzwonić wczoraj? Dlaczego nie telefonowałeś? — pytał coraz słabiej Kruszyna. A dzisiaj musiałem cię widzieć. cHałaju! Nie kazałem ci tu przychodzić! Jak tyś to zrobił? — Zamknij japę — rzekł Kuba. piegowatym facecie z baru „Słodycz”. — Ach. Wobec tego ryknął: — Czekaj tu! — i wypadł z pokoju. Tego się Kruszyna nie bał. żebyś się o takich sprawach dowiadywał. Kruszyna. — Muszę z tobą pomówić. coś słyszał. Na Dworcu Wschodnim. Muskularna dłoń zadrżała. Wtedy Kuba rzekł wolno i spokojnie. i sięgnęła po papierosa. wywracając krzesło. czy uścisnąć mu prawicę i zaprzysiąc wieczystą przyjaźń. Jednym susem przesadził korytarz i z trzaskiem otworzył drzwi do gabinetu Merynosa. Kruszyna rozerwał krawat i kołnierzyk. Kruszyna — rzekł swobodnie. Stało tam trzech ludzi w roboczych fartuchach. — Co?! — wrzasnął Kruszyna. odebrać zdrowie i siły.

zdarzało się tedy od czasu do czasu. To była reguła. a użytkownik zwlekał z przejęciem obiektu lub co gorsze — dwóch użytkowników. Robert — rzekł opanowanym. bezwładny i pognieciony. rozłożysty. procesując się o przyznanie gmachu. Ale to ważne! Mechciński nie żyje! — wyrzucił z siebie Kruszyna. wypadki takie dotyczyły gmachów użyteczności publicznej. co przewiduje regulamin w wypadku naruszenia tego zakazu. — Tu przyszedł?… Tu. bez tynków i schodów. że trzeba mu dać się wypowiedzieć. pięciopiętrowy. Merynos spojrzał na niego przenikliwie. Rzecz jasna. Twarz mu zaczęła dygotać w ataku nieprzytomnego gniewu. będziesz musiał wyprostować to przeoczenie. — Coś ważnego… Coś naprawdę baaardzo ważnego! — Przepraszam was. spokojnym głosem — gdyby zaszła tego rodzaju konieczność. milcząc. Budowany był jako . na górę? — Panie prezesie! Paaanie prezesie… — bełkotał Kruszyna. — Panie prezesie… Paaanie prezesie… — wyjąkał Kruszyna. Merynos usiadł za biurkiem i zapalił papierosa. jakim wznosiła się pierś Warszawy tych lat. zaludniany bywał przez użytkowników. Wiesz także. — Dałem mu numer telefonu… To przytomniak… Bardzo cenny facet… Sam nie rozumiem. jak znalazł… Ja mu powiem. żeby więcej nie przychodził. Kruszyna padł jak włosiany manekin. — Ludzie w fartuchach wymienili jeszcze kilka grzeczności z Merynosem i wyszli. — A teraz opowiadaj o Morycu. — Posłuchaj. Ale ponieważ nie ma reguły bez wyjątków. jak widać. W geście tym była bezsilna rozpacz. obywatele — rzekł z miłym uśmiechem Merynos do ludzi w fartuchach — ale pan Kruszyna jest. — Bardzo mnie to cieszy — rzekł Merynos chłodno. z wyrazem otępienia na twarzy. świeżo postawiony gmach. tak wzburzony. że coś zostało wybudowane. że biuro spółdzielni „Woreczek” nie istnieje dla naszych ludzi. Specjalista od imprez… Merynos wstał z biurka. stał przez pewien czas taki gmach — wielki. wynikająca logicznie ze zdrowego głodu odbudowy. Właśnie w sercu Warszawy. Merynos usiadł na»biurku i krzyknął: — Zwariowałeś! Znów te wasze hopsztosy wobec robotników! — Paaanie prezesie… Przepraszam!. W gigantycznym oddechu budowlanym. na emdeemowskim placu.sposób wchodzenia do pokojów. Gdy drzwi się zamknęły. Po czym rzekł szybko: — Skąd wiesz? — Przyszedł taki jeden z moich ludzi… z nowych… Kolega Moryca… Przedwczoraj go namotałem. że nie wolno!… Potężnym pchnięciem obu ramion Merynos odrzucił Kruszynę od siebie. Wiesz o tym dobrze. prawda? Kruszyna podniósł się chwiejnie i poprawił ubranie. — Wiem… — rzekł i przetarł czoło. przewracając krzesło. uniemożliwiało jego wykorzystanie. w których się pracuje. zbliżył się do Kruszyny i ujął go z żelazną siłą za klapy marynarki. albowiem w sprawach mieszkaniowych panowała zawsze zadziwiająca zgodność pomiędzy planem a czekającymi na mieszkania lokatorami. Leżał tam.

nadłamane ogrodzenie z desek i weszli do gmachu. mam. chamska wszo!… — Weź ten scyzoryk. podparłszy się rękami. czarne sylwetki wypełniały cuchnące świeżym cementem ciemności. Szaja prowadził pewnie w białawych od kurzu ciemnościach. to pójdziemy… — Pójdzie my. puste labirynty rozbrzmiewały wiwatami. po przebyciu ścieżek godnych górskich antylop. chóralnym śpiewem. wskoczył na szeroki próg w murze i pchnął skrzypiące drzwi z tarcic. nie po to cię tu przytargałem. jeszcze jedno szkło! … — Zbyszek. trzask. — Po czym wkroczył w ciaśniutki przesmyk między murami. Zewsząd słychać było: No. bo jak cię opamiętam. świecącego za dnia zdrowym rumieńcem świeżej cegły. szczylu. spuść się w dolinę po nowe pół litra… — Mietek. nie posuwaj się tak. że współczesne hotele w chwilach potrzeby spełniać mogą role różne a ważne. Już? Zadowolona?… O godzinie wpół do jedenastej wieczorem zatrzymała się przed gmachem niedoszłego hotelu buldogowata ciężarówka marki „Chevrolet”. panowie. Te tradycje żyły jeszcze i zanim ów gmach na MDM–ie rozpoczął przeznaczony mu żywot hotelu. Lilka. postarały się o pozwolenie na urządzenie w nim swych biur. zwana przez warszawskich szoferów kanadyjką. ale powiedz? — Wy to każda to samo: „Czy kochasz?” Wiesz. od razu trzeba kochać? Masz jakieś fajki. kochasz.hotel. wreszcie Szaja. kawiarń i restauracji. natomiast pod wieczór przęsła zakwitały żywotnością nieoczekiwaną. zaś w górze. toastami. czasem złorzeczeniami i jękiem krwawych rozpraw. gdy połowa życia państwowego i politycznego kraju koncentrowała się w warszawskim hotelu „Polonia”. na piątym piętrze. Z szoferki wysiadł Robert Kruszyna i rzekł do siedzącego za kierownicą Meteora: — Zaczekaj chwilę. bo ja dziś kompletnie pusty?… — Mam. — Z tyłu. Hela. pęto kiełbasy… Trzymaj… — Inna. Szaja kopnął jakąś zaporę z belek i rzekł: — Niech pan teraz uważa. Szerokimi schodami weszli z przyszłego westybulu na pierwszą kondygnację. nowy film dają na dole… Wyskrobiesz na dwa bilety. zadowoliły się one przepierzeniami z desek miast ścian na kondygnacjach nie wykończonego gmachu oraz pochylniami murarskimi miast schodów. skąd prowadziła wzwyż wąska decha z nabitymi szczeblami. Hela. pójdziemy. przyciskały dziewczęta w nie wykończonych łazienkach hotelowych. — Po czym obydwaj przekroczyli wątłe. Szli dość długo w górę. lecz pustego wewnątrz i martwego. kochasz mnie? — Kocham. tarzały się w okrutnych pojedynkach. ale powiedz. Tak było za dnia. Po niejakim czasie komisje zakończyły swą egzystencję i życie jakby uleciało z tego gmachu. idiotko. różne centralne zarządy i komisje. kochasz mnie? — Kochasz. Jednocześnie wydobył z kieszeni wiatrówki lampkę elektryczną i zapalił: słaby słupek światła rozpłynął się w . korytarze migotały ognikami zapałek. Tu jest wąsko. sezonowe i efemeryczne. to cię w szpitalu do kupy nie złożą!… — Nie wygłupiaj się. trzeba zaś przyznać. W dole jarzyły się światła placu Konstytucji. wykwitały kolorowe neony kin. żeby się namyślała… — Edek. bo zlecisz dwa piętra w dół! … — Kizior! Oddaj dwie dychy. z platformy ciężarówki zeskoczył Szaja i rzucił: Proszę za mną. czasem zdyszanym szeptem szybkiej miłości. piły wódkę siedząc na potrzaskanych przepierzeniach z desek i wyrzucały puste butelki przez otwory okienne bez framug. ostatecznie był czas. zapalniczek i ogarków świec.

szeroki kształt w kapeluszu. a gdy skończył. oślepione blaskiem oczy. przeciął plac Trzech Krzyży. Kruszyna siadł przy Meteorze. trzymaną drugą ręką przy twarzy. równo. Odpowiedziały mu niepewne pomruki formującej się z ciemnego niebytu gromady. położył pieniądze i kartkę papieru przed sobą i zaczął wywoływanie. dobył z kieszeni plik dwudziestozłotowych banknotów. rebiata! — Ciemne sylwetki zgrupowały się w długi szereg. wreszcie zapalił lampkę powtórnie i zaczął czytać ze świstka dobytego z kieszeni papieru: — Herman? Bratek? Moniek? Laweta? Wąsik? — Odpowiadały mu zachrypłe. — Jak to mizerni? Co pan mówi. Jerzy Meteor zgasił motor i zeskoczył z ciężarówki. Zbliżywszy się ku szeregowi zapalił trzymany w ręku silny reflektor bateryjny typu „Winchester”. Szaja zgasił lampkę i pracował w mętnych ciemnościach. Przetoczył się Mokotowską. Od jednej ze ścian oderwał się ciemny. daleko sprawniej i bardziej ochoczo po otrzymaniu pieniędzy. Pierwsza pensja dla panów przybyła… — wołał Szaja. rozglądając się na beki. panowie. Piast Kołodziej — rzekł Szaja. A teraz ustawić się. — Czołem. — Oszołomiony tynkarz zdarł z siebie szybko wierzchnie odzienie: w zimnym świetle ręcznego reflektora zagrały węźlaste chłopskie muskuły i chuda. Oglądani ludzie nie widzieli nic. stojący bardziej z boku rozeznać mogli niezwykle szerokie bary mężczyzny z reflektorem. — Szaja szybko i głośno powtarzał rozkazy. której dużej otwory okienne wychodziły na pusty. — Czołem. rozejrzał się wokoło i podszedł do pięknego wozu. proszę w jakiś szereg. o pięćdziesiąt metrów dalej ciemniała sylwetka nowoczesnego auta. Reflektor ślizgał się właśnie po postaci dzielnego tynkarza z ulicy Wspólnej. — Ci idą z nami — rzucił Szai — dorzuć im jeszcze po dwudziestaku. ze stalowych kości związana pierś. spoza betonowych słupów przyszłych kolumn i filarów wysuwały się bezgłośnie ciemne postacie. chłopcy! — krzyknął Szaja. Tu zwolnił i jecHal wśród gazonów nadwiślańskiego bulwaru. świecąc z bliska w skrzywione twarze i zmrużone.ciemnej przestrzeni wielkiej sali. skręcił w Aleje Jerozolimskie ku Wiśle i zjecHal ślimakiem w dół. na Wybrzeże Kościuszkowskie. zduszone głosy: — Jest… Jest… Jest… — W ten sposób wyczytał dwadzieścia parę pseudonimów. I koszulę. Reszta fajerant na dziś. — Równo. Wywołany podchodził. Gdy skończył krzyknął: — To za samo zameldowanie się w punkcie. sala ta przeznaczona była najwidoczniej przez architektów na przyszłe bankiety i recepcje. usiadł na parapecie. Szedł wzdłuż szeregu. panie naczelniku? — zaprzeczył z pełnym szacunkiem Szaja. — Po czym wskazał szybkim ruchem jeszcze cztery postacie. — Jacyś tacy mizerni… — mruknął z niezadowoleniem poprzez chustkę Kruszyna. Po kilku minutach pięć postaci i Szaja pakowało się na pokrytą brezentem platformę ciężarówki. która w ten sposób była zupełnie zasłonięta. . Meteor zapuścił i buldogowaty chevrolet potoczył się ku Pięknej. jakby czegoś wypatrywał. lustrując szczegółowo postacie. krzątając się gorączkowo. widzieli niewyraźnie nasunięty na czoło kapelusz i ciemną chustkę. Meteor prowadził szybko i pewnie pustawymi o tej porze ulicami. — Dobra — mruknął Kruszyna — ten dobry. — Ty. czołem… — odpowiedziały głosy z ciemności: z czarnych kątów. Po chwili cicho przyhamował. podchodząc do tynkarza — ściągaj marynarkę. brał dwudziestkę i Szaja stawiał krzyżyk przy jego pseudonimie. Do prezentacji. zawalony materiałami budowlanymi dziedziniec.

Za szybą tego szacownego. W ten sposób. czym jedna z nich schyliła się po kamień. — Dobry wieczór. wysiadł zeń pan w deszczowym płaszczu i wszedł do hotelu. Kruszyna kopnął starter. z przodu maski dobywał się lekki pióropusz dymu. Meteor gwizdnął cicho na palcach. po czym wysiadł i własnymi plecami podparł wierny środek lokomocji. Herr Jussuf — powiedział — niech pan wysiada. który wyrażał zdecydowaną tendencję do powrotnego staczania się po pochyłej stromiźnie ulicy Bednarskiej. Wsiedli do wozu i wolno ruszyli z miejsca w przeciwnym niż Kruszyna kierunku. chudy pan w meloniku. Po kilkunastu minutach z komisariatu wyszli dwaj panowie w towarzystwie dwóch milicjantów. Gdy oliwkowy humber skręcił w Bednarską. obserwując z natężeniem otoczenie. Gdy obydwaj oddalili się od auta. lecz przytomnie za umieszczony na zewnątrz. Żelazną. Po chwili Meteor i Chassar zbliżyli się do auta: oliwkowy humber wyglądał dosyć żałośnie. którym wyrżnęła w błotnik wspaniałego samochodu. Humber ruszył w dalszą drogę. Dopadł go wreszcie przed hotelem „Bristol”. lecz nader rześkiego wehikułu siedział. które zwalczył jednak szybko przy pomocy olbrzymiej korby i z wigorem pognał po śladzie oliwkowego humbera. Graniczną.podczas gdy Kruszyna przesunął się na miejsce Meteora i pochylił się nad kierownicą. zaś pan w meloniku. odprowadzając pięknego humbera aż do odrapanej . przy czym najmłodsza z tych części pochodziła z doby gorączkowego rozwoju automobilizmu tuż po pierwszej wojnie światowej. — Drzwiczki auta otworzyły się i wysiadł z nich Jussuf Ali Chassar w wytwornym deszczowym płaszczu z podniesionym kołnierzem. przezwyciężając pokusę udania się za panem w deszczowym płaszczu. poskoczył uparcie jego tropem. Pan w meloniku miał pewne trudności z ruszeniem z miejsca. — Wiecie jak? — upewniał się Szaja w biegu. przebiegł ulicę Królewską. w stronę mostu Śląsko–Dąbrowskiego. którzy obejrzeli sobie poharataną karoserię humbera kiwając współczująco głowami. wiemy. w porządku… Bądź spokojny… — wołały cicho postacie. pan w meloniku wrzucił z wysiłkiem drugi bieg. — Świetna rzecz — rzekł Meteor na widok płaszcza — co pan za to chce? — Już znów machen Sie Ihre Dummheiten… — zgrzytnął Egipcjanin z wyraźną złością w głosie. Był to dość wyjątkowy egzemplarz. Za chwilę dał się słyszeć brzęk tłuczonej szyby i kilka głuchych odgłosów kopnięć ciężkimi butami w karoserię. po czym dwaj panowie wsiedli do wozu i odjechali w kierunku śródmieścia. każda jego część wywodziła się z innej epoki samochodowej. Spod brezentu ciężarówki wyskoczyło sześć postaci i pobiegło ku eleganckiemu autu. — Dosyć — krzyknął Szaja i ciemne postacie pobiegły z powrotem ku ciężarówce. Z tyłu za nimi rozległo się ledwie dosłyszalne pykanie motoru i spoza pomnika Syreny wysunął się mały samochodzik. podczas gdy ciemne postacie wskakiwały już w biegu na platformę. trzymając parasol między kolanami i kręcąc z zapałem kierownicą. Szprychowe kółka kręciły się z powolną godnością. Przez uchyloną szybę Meteor podał komuś rękę. zaś jego stalowy rumak. wykręcił i ruszył z miejsca. trzymając się bohatersko szybkiej angielskiej maszyny. Grzybowską. pykając z wytężenia. pan w meloniku złapał gorączkowo. gdzie humber zatrzymał się. rozpoczął wspinanie się pod górę. lecz nieustępliwie. za burtą nadwozia hamulec i przystanął o kilkadziesiąt metrów z tyłu. pochylony z uwagą do przodu i wpatrzony w tył sunącego oliwkowego humbera. — Wiemy. Gdy humber przyhamował przed komisariatem milicji.

Pan w meloniku wysiadł ze swego zadyszanego pojazdu i zbliżył się do bramy. z boku. wśród wielu innych tabliczek i szyldów. . Albert Wilga — Warsztaty samochodowe — Części zamienne — Naprawa”. w której bramie wóz znikł.kamienicy przy ulicy Krochmalnej. odczytał napis: „Inż.

nabitych gwoździami fragmentów ławek szkolnych i oderwanych kasetek żadna ze stron nie przyznawała się. — Kto to może być? — Zaraz się wyjaśni — uspokajał ją Kalodont. tak — powiedział — od sądu i od szpitala byle jak najdalej… — Weszli do marmurowego hallu. Sędzia wertował raporty Pogotowia i milicji. Od czasu do czasu przesuwała się postać sędziego lub prokuratora w czarnej todze z fioletową wypustką. wreszcie zarządził odroczenie rozprawy z błahego powodu. rejentami. drwiący spokój tych postaci wskazywał na to. Marta oparła się o framugę wysokiego okna. Na wokandzie. na którym klasycznie żłobione litery głosiły: „Sprawiedliwość ostoją mocy i trwałości Rzeczypospolitej”. — Weszli do sali numer dwanaście: salka była niewielka i pełna młodzieży: toczyła się tu rozprawa o bójkę na zabawie szkolnej — rzecz zawiła i niemal nie do wyjaśnienia. że są one adwokatami. W istocie była to bitwa stoczona o sposób tańca. malującym się na ich gładko wygolonej twarzy. usiłując nakłonić swych przeciwników do przyzwoitego zachowania się na zabawie. Wśród nich krążyli woźni i milicjanci oraz postacie z teczkami. Dla zadokumentowania czystości swych. częstokroć wprost z togi wyłaniała się pięknie ondulowana kobieca głowa. w którym stracili wszelką orientację parę klatek schodowych prowadziło stąd w różnych kierunkach. Korytarze pełne były rozgorączkowanych ludzi. pompek rowerowych. — Mechciński? — zastanowiła się nerwowo Marta. Pytając co chwila kogoś o drogę dotarli do czarnych drzwi sali numer dwanaście. iż działały w imię szczytnych ideałów wychowawczych. Natomiast do leżących na stole sędziowskim narzędzi oddziaływania wychowawczego: kluczy francuskich. Sala opróżniła się powoli wśród . w najgorszym wypadku. wśród innych terminów. gdy wstępowali po szerokich stopniach portalu — złożyć oświadczenie w sprawie metryki urodzenia jednej z mych kuzynek. — Wejdźmy do środka — powiedział doświadczony Kalodont. przy czym rangę adwokata rozpoznać można było po znudzeniu. przeważnie nędznie odzianych. przez które widać było błękit nieba nad dziedzińcem. przeczytali: „Sprawa przeciw Wiesławowi Mechcińskiemu z oskarżenia publicznego”. protokolantami. pracownikami sądów lub. asesorami. — Byłam tu tylko raz w życiu — rzekła pełnym szacunku głosem Marta. intencji i nie ulegającej wątpliwości postawy moralnej obydwie strony zjawiły się na rozprawie w czerwonych zetempowskich krawatach. harcerskimi lub stwierdzającymi ich nieugiętą wolę walki o pokój przy pomocy białych. — Posłuchamy czegoś. Godzina wywoławcza zgadzała się z terminem oznaczonym na wezwaniu Marty. obwieszone wszelkimi możliwymi emblematami i odznaczeniami sportowymi. albowiem obydwie strony utrzymywały. sprawozdawcami prasowymi albo rzeczoznawcami. Masywny portal z ciosanych głazów uwieńczony był ciężkim nawisem z burego piaskowca. wpiętych w klapy marynarek. emaliowanych gołębi. przygryzał wargi dłuższy czas w bezsilnej trosce.4 Marta i Kalodont zatrzymali się przed ogromnym gmachem na Lesznie. o twarzach napiętych pasją niecodziennych przeżyć. — Tak. — Kalodont uśmiechnął się ze zrozumieniem. że tych rzeczy nikt z nich nie widział ha oczy. utrzymując zgodnie.

jak nieodzowną koniecznością jest. Rozpoczął się korowód świadków. — Panna Marta została wezwana na godzinę jedenastą jako świadek. — Wdzięk — rzekł surowo Kolanko. na czym polega więź społeczna. że to powinno być milicyjnie zakazane. kobiety o takich oczach i ustach powinny być oddzielone od reszty społeczeństwa i trzymane w miejscach odosobnienia pod specjalnym nadzorem. Nie znamy takiego. dobrze? — Kalodont podniósł się i wyszli na korytarz. ale ja się troknąłem i wiem. — A pan? Co pan tutaj robi? Może w tej samej sprawie? — W jakiej sprawie? — zainteresował się Kolanko. na których twarzach wypisane są złe namiętności. co wskazywało na to. — Co? — spytał Kalodont. — Właśnie dobrze nie wiemy — Kalodont wyjął wezwanie Marty z kieszeni. leży tylko w kompetencjach sądu. aby tacy ludzie naginali do poszanowania prawa i sądzili ludzi. brudne instynkty i zwykła głupota”. nalanych twarzach. — O co jest pani oskarżona? — ciągnął Kolanko — o publiczne zakłócanie spokoju mężczyznom i spędzanie im snu z powiek? — Nie wiem — rzekła Marta nie bez kokieterii. rozgardiasz moralny. jak ten oto sędzia. Tu właśnie widać najlepiej. i uśmiechnęła się swym promiennym uśmiechem. który nie wyglądał na zachwyconego tym spotkaniem. z grymasem ironii w kącikach. — To prawda — westchnął Kolanko. na której przenikliwa surowość wobec tych pomyj życia walczyła z głębokim niesmakiem. że jest to rozprawa niejakiego Mechcińskiego. Pan ów odwrócił się i powiedział: . Z tej tabliczki — Kalodont wskazał wokandę — wynika. — Proszę. Kolanko pochwycił wezwanie i podszedł do wokandy. aby ludzie. Ale wyrok. gdzie Marta przez nieuwagę potrąciła jakiegoś spacerującego wolnym krokiem pana. „W sądzie — myślała Marta — widać dokładnie. — Czuję się zupełnie niewinna. — Kolega świadek — mówiła jedna z obrzękłych twarzy — chciałby mnie z miejsca zgasić. Po czym rzekła do Kalodonta: — Wyjdźmy na chwilę. — Tak — rzekł — . ordynarną grzecznością. niegramatyczne tyrady. pogarda dla dobra. to znaczy… panna Marta nie zna.wesołego pohukiwania zadowolonych z takiego obrotu sprawy stron. mający wypisany na twarzy ład wewnętrzny i posłuszeństwo normom społecznego współżycia. że… — Marta obserwowała ze współczuciem szczupłą. Wokół Marty i Kalodonta pojawiło się naraz mnóstwo mężczyzn i kobiet o identycznie obrzękłych i nalanych twarzach. — Słusznie — rzekła Marta. a cóż to za miłe spotkanie… Marta spojrzała w energiczną twarz o jasnych oczach. sam pan rozumie. — Że też my — powiedziała — spotykamy się z panem redaktorem tylko w komisariatach lub sądach… — Wyłącznie pani wina — : rzekł z wyrzutem Edwin Kolanko i przywitał się grzecznie z Kalodontem. po czym ten sam sędzia ogłosił nową rozprawę o usiłowanie zabójstwa w wyniku kłótni pomiędzy dwoma osobnikami z Targówka o obrzękłych. wrażliwą twarz sędziego. panie sędzio. — Myślę. — Wdzięk Marty. wygłaszających rozlewne. panie Juliuszu. że dla dobra publicznego i ładu w państwie. że sprawa ma posmak deliryczny. zaprawione prostacką. Uważam.

jak mi opowiadał. który napadł na panią na Wiejskiej. „Biedne dziecko — pomyślał ze wzruszeniem Kalodont — i ten mój bohaterski przyjaciel biedny… Wszyscy biedni. Kolanko i Kalodont spojrzeli na nią. po czym spojrzeli na siebie wzajemnie z antypatią. gdy wracał późno w nocy z „Kameralnej”. dwóch — rzekł Kolanko trochę zniecierpliwiony. Można go odwiedzać. — Nie. Nawet ten doktor. bardzo wysoki mężczyzna? — zawołała naiwnie. Czuł wyraźną brzydką igiełkę zawiści w duszy. Dwaj faceci niskiego wzrostu. — Nie wiem — rzekła Marta słabo — czy moje odwiedziny sprawią mu przyjemność… — Na pewno! — zawołali razem Kolanko i Kalodont. — Doktor Halski leży w szpitalu od trzech tygodni. rozlewającym się aż po koniuszki uszu. nie! — zawołał żywo. podtrzymując jej ramię. — Jak to? — huknął — tylko panna Marta ma świadczyć? A gdzie są inni świadkowie z tamtego wieczora? Gdzie jest ten lekarz Pogotowia? — W szpitalu — rzekł Kolanko — leży w szpitalu. bo leży w szpitalu…” — Może papierosa? — spytał Kolanko częstując Martę. — Co to znaczy: leży w szpitalu? — spytała Marta. że policzki jej zapłonęły żywym rumieńcem. typowe męty warszawskie. Marta zachwiała się lekko i oparła o okno. Czuje się już lepiej. . że dwóch — rzekł Kalodont. — Marta zbladła. Miał wypadek. że ta sprawa jest już dawno zlikwidowana — rzekła. — Nie wiem — rzekł obojętnie Kolanko. patrząc na nią uważnie — jacyś chuligani. — Chyba nie — rzekł Kolanko — zresztą proszę o to spytać doktora Halskiego osobiście. „To tak?…” — pomyślał z zazdrością Kolanko. Ulga ta musiała być tak wielka. — Niech pani wyrzuci te brzydkie myśli z głowy. Marta odetchnęła z ogromną ulgą. Jeśli pani pozwoli? Chętnie przysłucham się rozprawie. — A więc nie był to jeden.zgadza się. — To dlaczego ja nie zostałem wezwany na świadka? — oburzył się Kalodont. siląc się na spokój. patrząc z napięciem na Kalodonta. — Panna Marta była przecież poszkodowaną. Marto… — O czym pan mówi? — spytał dość natarczywie Kolanko. Miał naruszoną podstawę czaszki i wstrząs mózgu. Marta skrzywiła się niechętnie. Wszystko w porządku. — No. Kolanko podał jej skwapliwie ognia. mówi pan? — spytał Kolankę — a więc na pewno nie jeden? — Nie. — Czy to wiadomo? — Owszem — rzekł Kolanko. — Myślałam. — Tego bym sobie nie darowała — szepnęła. — Kto… go napadł? — wyjąkała wpatrując się ze strachem w Kolankę. Został napadnięty i ciężko pobity. oddychając z kolei z wyraźną ulgą. Mechciński to ten chuligan. — Aha — odetchnął z ulgą Kalodont. podczas gdy w oczach Marty zamigotał ponownie przestrach. W błękitnych oczach Kalodonta zamigotały chytre ogniki. — Zostanę z państwem. widzi pani. Kalodont chrząknął gniewnie. — Widocznie milicja uznała za stosowne przekazać ją prokuraturze. — Dwóch.

— Nie. szczupły facet w binoklach. zwracając się do Dziarskiego. budzi szereg refleksji natury śledczej. — Jestem z Komendy Stołecznej MO. W butonierce marynarki czerwieniła się rozetka jakiegoś orderu. obrzucając Martę zalotnym spojrzeniem. czarną marynarkę. — Jak zginął Mechciński? — spytał ostrożnie Kolanko. po czym wszyscy troje weszli do sali numer dwanaście i zajęli miejsca w ławkach. — Pomyłka — rzekł Dziarski. Muszę mu się zrewanżować za troskliwość. Obecny? — Nieobecny — rzekł porucznik Dziarski. pani sędzia usiadła. — Nie stawił się ze względów zasadniczych. nie — zastrzegła się skwapliwie Marta. . — Już czas — rzekł Kalodont. to proszę poświadczyć stawiennictwo. jaką okazał mojej mamie. Mizerny protokolant sunął z pośpiechem głową po papierze. Kolanko kaszlnął i spojrzał z zainteresowaniem w sufit. — Czy jest ktoś ze świadków? — spytała. ubrany w sztuczkowe spodnie. z łańcuchem na piersiach. Wiesław Mechciński nie żyje. My. Może mnie pani poinformuje. gdy otworzyły się drzwi za stołem sędziowskim i wyszła z nich postawna szatynka o ładnej twarzy. Sędzia zawołała: — Wiesław Mechciński. Sędzia obojętnym. odziana w togę. Ręka. po chwili otworzyły się drzwi i wbiegł wysoki. choć nikt nie wie dlaczego. W trakcie odczytywania drzwi otworzyły się z cicha i na progu stanął porucznik MicHal Dziarski. którą zapalał papierosa. — Jestem obrońcą z urzędu. — Ja jestem świadkiem — rzekła nieśmiało Marta. Kalodont odwrócił się. — W czwartek wpadnę. zwany popularnie. sztywny kołnierzyk. — Takie sobie sąsiedzkie pogaduszki. służę. Sędzia powiedziała nerwowo: — Proszę to zaprotokołować. lecz dźwięcznym głosem odczytała wstępną formułę. — Proszę to wciągnąć do protokołu — rzuciła sędzia. choć nieco za wąskich ustach. walcząc desperacko o obojętny wyraz twarzy. jesteśmy bliskimi sąsiadami. — Czyli pojutrze. a wraz z nią obecni. w jaki zginął Mechciński. — Bardzo — powiedział Dziarski patrząc z uśmiechem na Kolankę. kto jest oskarżonym i o co? Ale to głupstwo. gdyż inaczej ich prawe powieki wykonałyby automatycznie i zgodnie ów odruchowy grymas. „perskim okiem”. drżała lekko. W jakim stopniu pokrewieństwa pozostaje Pan w stosunku do denata? — spytała szybko Dziarskiego. Za nią ukazał się mizerny protokolant.— O niczym — uprzedził Kalodont Martę. — W czwartki — rzekł Kolanko. Ale gdyby zechciała pani wcześniej. — Strasznie się cieszę — skłonił się pan w sztuczkowych spodniach. Wszyscy obecni na sali wstali. Musieli tak uczynić. Tym bardziej że sposób. — Pod kołami rozpędzonego pociągu — odparł krótko Dziarski. rozumie pan. — Zamykam przewód — rzekła sędzia i zeszła z podium. z teczką w ręku. chrząkając gwałtownie. Wszyscy poderwali się z miejsc. o co tu w ogóle chodzi? Nie mam pojęcia. — Państwo świadkowie? — zawołał. Chwila rozmowy wystarczy… — Kolanko uśmiechnął się sarkastycznie i już chciał coś powiedzieć. — Kiedy można odwiedzać doktora Halskiego? — spytała Marta. podchodząc do grupki w ławkach — jeśli tak. Sala była pusta. To niezmiernie interesujące — dodała. Jako przewodnik.

jakby chcąc ukryć blask płonącego w nich oburzenia. Jego szlachetna. Zamienił się cały w słuch. — To nieprawda! — chciał krzyknąć wielkim głosem Juliusz Kalodont. — Wpadł pod pociąg. Zmrużył oczy. albo nieszczęśliwy wypadek. że tuż przed wypadkiem Mechciński bił się z kimś. Tertium non datur. czyż nie? Skoro się weźmie pod uwagę. szybko sędzia. sarmacka twarz nabrała naraz wyrazu przemyślnej chytrości. — Nic nie rozumiem… — westchnął obrońca z urzędu. . — Ale dość jednoznaczne — rzekł obrońca z urzędu. — Skąd pan to wie? — zawołał Kolanko. panie redaktorze. — Co to znaczy? — spytała. jarzące się oczy i wspaniały brylant na palcu prawej ręki… — O Boże! — krzyknęła Marta. — I to możliwe. — Albo… został wrzucony pod pociąg — oświadczył niedbale Dziarski. kto miał białe. ale się w porę pohamował.— To straszne! — szepnęła Marta. a więc albo samobójstwo.

Ja nie mogę jej tego ułatwić. To duże miasto… Ale powinna poczynić jakieś kroki. to byłoby narzucaniem się…” Rozległo się pukanie do drzwi. Tysiąc pogmatwanych myśli. żeby wreszcie zatelefonował do Teresy… Teresa przyleci. Drzwi się otworzyły i stanęła — w nich Olimpia Szuwar z bukietem kwiatów w ramionach. Halski ogromnym wysiłkiem woli opanował skurcz zawodu na twarzy. Spędziliśmy miły wieczór i to wszystko… Poproszę doktora. jak jej uroda. zaręczonej z tak przystojnym chłopcem. to były jej ostatnie słowa.5 — Jakaś pani do pana doktora. — Proszę — zawołał. Prosiła żebym zatelefonował. Kobiety są takie nierozumne… A zresztą. Jeśli chce! Właśnie… jeśli naprawdę chce. jak wszystko w Olimpii Szuwar. W drzwiach separatki stała uśmiechnięta pielęgniarka. przypadła do rąk Halskiego. Piękno. by wyrażać jakąś prawdę — prawdę równie mało przydatną dla innych ludzi — . gdzie jest. w szatni «Kameralnej». że się obraziłem. Łzy potoczyły się po policzkach Olimpii ku jej wspaniałym ustom. tak wspaniałe. Tyle razy chciał prosić znajomych lekarzy. musi przyjść! Może naprawdę nie jest w stanie dowiedzieć się? W Pogotowiu panuje zwyczaj nieudzielania informacji o pracownikach. zamykając za sobą drzwi. krągłe i błyszczące. Wyglądała prześlicznie. Na pewno go kocha… Wtedy. flanelową spódnicę kostiumu. jej poczciwej głupoty… Ona przyjdzie. od chwili gdy odzyskał przytomność. mogła pomyśleć. torbę z pomarańczami na krzesło i naręcze róż na kołdrę. cóż za znaczenie może mieć jeden wieczór dla dziewczyny. Były to wspaniałe łzy. Witold Halski uniósł się lekko na łokciach. nie bacząc na wytworną. miałem jakieś urojenia. Skoro nie telefonowałem i nie telefonuję. co się z nim dzieje. — Za chwilę — powiedział i pielęgniarka wyszła. Można zatelefonować do Pogotowia. jak splątana nieznośnie siatka na zakupy. „A więc przyszła! Mimo wszystko przyszła!” Od tygodnia. gorzkiej samotności z zadrażnioną dumą. bezlitosna walka miłości z ambicją. „A więc jednak! Znalazła” — pomyślał Halski z biciem serca. Kolankę o telefon. przepych i zapach wtargnęły wraz z nią do szarosinej separatki. Rzucając po drodze pudło z czekoladą na podłogę. tęsknoty z urazami. wie gdzie pracuję. — To ładnie z pani strony. Tyleż samo razy dręczyła go ta sama decyzja: „Jeśliby jej naprawdę zależało. gesty i przeżycia. Wyglądała jak aktorka wspaniałego filmowego melodramatu. uklękła obok łóżka. jej spojrzeń. toby znalazła. W jej wielkich. dostatecznie artystycznego. jak ten hokeista. że pani przyszła — szepnął. mogącą ulec zbrukaniu i zgnieceniu. o powiadomienie o tym. trwało okrutne pasowanie się z samym sobą. wypełni swą troskliwością ten ponury pokój i zacznie się domowe ciepło w tych zimnych ścianach… Ale nie! Nie chcę Teresy: nie chcę jej szczebiotu. wypełniło mu obandażowaną czaszkę. Nerwowo poprawił kołdrę i przeciągnął ręką po kilkudniowym zaroście. bławatnych oczach lśniły łzy. Nie takie łatwe odnaleźć człowieka w Warszawie. jej miłości. pielęgniarki.

znikło gdzieś radosne poczucie nadchodzącej rekonwalescencji. z którą pan był w „Kameralnej”. gdzie jestem…” Poczuł się naraz słaby. — Nareszcie — powiedziała — odnalazłam cię. powściągliwych wzruszeń. jak srebrzyste ziarnka grochu. nadzieją. to jest w czwartek. Oszukał mnie. — W każdym razie nic takiego. goryczą: — Jak mnie tu pani znalazła? — Przewróciłam Warszawę do góry nogami — powiedziała cicho. że mnie pani odwiedziła — powtórzył. okazał się zwykłym administratorem domu na Kole. Witoldzie. Powiedziała mi. trudny uśmiech przez łzy ozdobił jej twarz. Wydała mu się piękna. Obecna chwila jest mi nagrodą! Byłam wczoraj u panny Majewskiej. chory. Jak widać. Wreszcie udało mi się uzyskać nazwisko i adres owej blondynki. zachowywała się tak dzielnie i tak wspaniale. o czym miałbym ochotę opowiedzieć Olimpii Szuwar…” — To ładnie z pani strony. nie był żadnym detektywem. jasnowłosy chłopcze! — To nie ulega wątpliwości — uśmiechnął się blado Halski. nie wyobraża pan sobie. To było straszne. . którą wreszcie wyrzucił z siebie z żalem. dobra. „Właściwie nic się nie stało — pomyślał ze znużeniem. bardzo nieszczęśliwy i jeszcze bardziej osamotniony. któremu z tytułu swych znajomości w urzędach ewidencji ludności zdawało się. lecz żarliwie Olimpia. obawą. Same kolacje dla dziennikarzy zabrały mi tydzień czasu. Gnębiła go jedna myśl. łudzili mnie swymi możliwościami. jest dzień przyjęć i odwiedzin w szpitalu. jak wymagała tego sytuacja. Od rana stoję przed bramą… „A więc jednak wiedziała… — jęknął Halski. Obandażowana głowa rozbolała go na nowo. gdzie się znajdujesz. — Wie. dodając. jakiego wysiłku nerwów i napięcia woli wymagała wizyta u niej. — Właściwie… nie wiem — rzekł z zakłopotaniem Halski. Wspaniały. ta rozmowa! Ale musiałam się na nią zdecydować i mam ją poza sobą. przymykając oczy. nawet ciężkie przeżycia nie wykorzeniły w nim specyficznego talentu niszczenia wspaniałych. — Jakie piękne kwiaty… — powiedział cicho — dziękuję! — W głosie jego była wdzięczność. że dziś. — Zaangażowałam prywatnego detektywa. którym żył od paru dni. Okazali się zwykłymi pieczeniarzami.jak autentyczną dla Olimpii Szuwar. Działałam z pomocą prasy i radia. Otworzył oczy i ujrzał twarz Olimpii tuż przy swojej twarzy. że coś potrafi. — Co się stało? — spytała Olimpia i dwie nowe łzy. z dawna oczekiwana i pożądana. ukazały się w kącikach bławatnych oczu. podczas gdy w istocie byli to reporterzy małych pisemek.

CZĘŚĆ PIĄTA .

Może wszystko? Nie. niż przypuszczałem”. Pojawiły się znajome sprzęty i Filip Merynos odetchnął głęboko. no — pomyślał — jeśli to tak. Merynos. Dreszcz wstrząsnął silnym ciałem Merynosa. Robert Kruszyna? Wykluczone — jest wierny jak pies i takim pozostanie aż do ostatniego tchu. kanciasta. ale tylko wtedy. przysunął fotel do szerokiego. nie zna i nie widzi. kto chce mojej krwi… Ktoś. pewności. Spojrzał na zegarek — dochodziła czwarta nad ranem. Odrzucił puchową kołdrę i wyskoczył z tapczanu. niczego się tak na świecie nie lęka. ostrożności. szybkim ruchem owinął się szczelnej szlafrokiem. balkonowego okna. powodzenie i spokój i niewątpliwie gotów jest do walki na śmierć i życie o utrzymanie tego stanu . to gra zaczyna być… o wiele poważniejsza. Otulił się jedwabnym szlafrokiem. gdy będzie się kogoś bardziej bał. nie odrywając oczu od widoku tamtego brzegu. zwana krwią.1 Kto zabił Mechcińskiego?… Filip Merynos poderwał się jak na dźwięk głosu i usiadł wśród rozrzuconej pościeli. Wydobył z kieszeni szlafroka czerwoną paczkę długich papierosów i zapalniczkę i wolno. aby zabić mu człowieka wartościowego i potrzebnego w nadchodzącej wielkiej aferze. Albert Wilga? O. lecz póki co. tym bardziej myśli jego nabierały spokoju. łagodnie zarysy znanej dobrze przestrzeni. kto zabił Mechcińskiego”. rozłożysta. którego on. że Mechciński tej samej nocy rozmawiał z Kudłatym?”. to niemożliwe! Ale wie dostatecznie dużo. przeciwległą Warszawą. który otrzymywał ważkie propozycje od obywatela Kudłatego… I tej samej nocy człowiek ten ginie… Nie zdarzały się takie rzeczy dotychczas. Jerzy Meteor? Niemożliwe — to tchórz. gęsta ciecz. „Kto zabił Mechcińskiego? Kto zabił Mechcińskiego i dlaczego? Czyżby dlatego. Chwilę szukał ręką w ciemnościach. „No. I znów poleje się ciepła. a który wie o nim wiele. Im dłużej patrzał w ciemną masę miasta. którego zaszczycił rozmową Kudłaty. nie — inżynier Wilga jest człowiekiem mądrym. Rozpiął jedwabną pidżamę na szerokiej piersi. Czuł jeszcze w ustach miałką gorycz strachu z momentu przebudzenia. Z tego miasta sunie ku niemu groźny przeciwnik. Kto mógł tego dokonać? Może ktoś z najbliższego otoczenia? W prostokącie balkonowego okna z ciemnego tarasu zjawiły się mgliste wyobrażenia postaci. który może zdradzić. zajaśniały dobrze znane twarze. zapalił pall–malla. jak gniewu swego chlebodawcy. Po drugiej stronie zasnutej niskim perłowym oparem Wisły ciemniała Warszawa — szeroka. że tylko i wyłącznie prezes Filip Merynos zdolny jest zapewnić mu w tej chwili dobrobyt. „Tam — pomyślał — w tamtych ciemnościach czai się ktoś. jakby ładunek akumulatorów jego umysłu i jego woli zależał od tego wzrokowego połączenia z ciemną. otworzył je na oścież i usiadł wpatrzony w Warszawę. Człowieka. Podszedł do okna i uniósł metalowe żaluzje: z ogrodu przez taras wtargnęła do pokoju ciepła noc majowa: wśród srebrzystych cieni sąsiednich żywopłotów pełno było nocnych szmerów i zapachów. który wie. Filipa Merynosa. od której widoku Filip Merynos zaczął się powoli odzwyczajać. Światło nocnej lampy wydobyło. Czuł zimną wilgoć potu pokrywającą całe ciało.

potem w kuchni. którzy całe życie na to pracują. ty stoczysz o to walkę”. Szybko zatrzasnął okno. obity kwiecistą materią fotel. że opuszcza go zdobyty w ciągu ostatnich paru minut spokój i jasność rozumowania. zamazany obraz pary jarzących się. „Więc kto? Więc kto?” — tłukło się coraz bardziej gorączkowo w mózgu Merynosa. jaka nigdy go dotąd nie naszła. I nagle z owej czerni wynurzył się obraz. zyskasz wypoczynek. „Białe oczy… — pomyślał Merynos w popłochu — kto mówił o białych oczach? Co za nonsens?” Błyskawicznie przypomniał mu się Robert Kruszyna. Nalał duży kieliszek węgierskiego koniaku i wypił. bardzo jasnych oczach. że skronie zaczynają mu pulsować jak w owym ciężkim. ale musi być zwycięska! A potem nadejdzie czas cichych lat zapomnienia i spokoju… Stracisz władzę i rozkosz gry. na którym stała srebrna taca z napojami. mozolnie czytający mu wczoraj zeznanie o śmierci Mechcińskiego. a nawet trochę przytyłeś. podszedł do nocnej szafki i wysunął jedną z szufladek. zalśniła w niej błękitnawym błyskiem czarna lufa dużego rewolweru… „Po co to wszystko? — pomyślał niespokojnie — po co? Przecież on nie żyje”. a chyba dlatego arcyważna: „A co by to było. w czarnej bryle wielkiego miasta po drugiej stronie rzeki. stojącego w utworzonym przez półki z książkami rogu ściany. myśl niezwykła. Więc kto? Ciemny taras jakby opustoszał. Filip Merynos wstał z fotela. czuł. skrupulatnie i nieortograficznie spisane według relacji owego nowego faceta. Wnętrze zalane zostało elektrycznym blaskiem. duszącym śnie. — Ten człowiek nie żyje — powtórzył głośno — i nic go nie wskrzesi! — Jakby nie zdając sobie sprawy z tego. musisz ją odnaleźć. „Zgaszę ci te białe ślepia! — miał jakoby krzyczeć Mechciński na parę sekund przed śmiercią. spuścił żaluzje i jednym skokiem dopadł przeciwległej ściany. — Nerwy… — szepnął usprawiedliwiająco i rzucił się na miękki. „Gdyby żył — . Są ludzie.rzeczy. które w chwilach nieprzytomnego gniewu zapalały się jakąś potworną. lecz z mądrze pojętego interesu własnego. potem w łazience. To był straszny człowiek. I naraz przyszła mu do głowy myśl niebywała. — Zdmuchnę ci te bandyckie latarnie!” Filip Merynos znał niegdyś człowieka o jasnych. ale Merynos nie poprzestał na tym. „Filipie — usiłował przekonać sam siebie — opanuj się… Przecież nie jesteś tchórzem… Odzwyczaiłeś się od widoku krwi. coraz czarniej wrzeźbionej w jaśniejące majowym świtem niebo. którego… — Ale ten człowiek nie żyje! — krzyknął zachrypłe Merynos i zerwał się z fotela. gwałtownym ruchem rozsunął szklane drzwi i przekręcił kontakty na korytarzu. to prawda. myśl arcyprosta. ale trudno. Może to będzie ostatnia walka. Z pewnością straciłeś nieco ze swej drapieżnej siły i szybkości sprzed pięciu lat. jedyny człowiek. jasnych oczu. co robi i dlaczego to robi. który pokrył mu ciało zimną wilgocią dławionego przerażenia. nie z wierności. czarne cienie sąsiednich will kładły się na nim w nieruchome kliny. pod wpływem którego Filip Merynos zatrzepotał powiekami jak porażony słońcem: był to niewyraźny. gdyby on żył?” Ogarnął go jakiś spokój. Lecz pulsowanie w skroniach nie ustawało. gdzie nerwowymi pociągnięciami włączył wszystkie światła. Po czym podszedł do niskiego tureckiego stolika. wzrok Merynosa uwikłany był beznadziejnie w ciemnościach tarasu. jarzącą się białością. bynajmniej.

Po czym pogasił światła i otworzył szeroko okno. za jaką cenę i jakim sposobem to powodzenie osiąga. Więcej tenisa. Rozciągnął nad sobą prześcieradło kąpielowe i stał tak. ujął w palce fałdę otyłości na szerokim mocnym brzuchu i pomyślał z wesołym zakłopotaniem: „Tenis. Wtedy… ale to bzdura. twarz człowieka. mięsistej klatki piersiowej. jak każdy. ale nie musi. że as. ciemny człowiek. pokrywającym całą ścianę łazienki lustrem: aż uśmiechnął się z zadowolenia na widok swego rosłego. ubrał się szybko w garnitur z szarej flaneli i miękką. Kłęby pary spowijały kojąco ciało. książki. Był z siebie dumny: ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. rozłożysta sylweta Warszawy łamała kantami dachów wczesne promienie słońca. długich. kropelkowy strumień. ten nowy? Jak go Kruszyna nazywa? Piegus… I skąd on w ogóle wiedział o śmierci Mechcińskiego? Widział się z nim tego samego wieczoru? Czy wiedział. Zakręcił krany i rozsunął impregnowaną zasłonę. — Już wiem… Ten nowy. „Nie ulega wątpliwości — myślał szybko i precyzyjnie — że w nocy czy w dzień czai się tam wróg. Merynos nalał sobie kieliszek koniaku i stanął przy oknie. „Kto wymyślił tę bajkę o oczach? — myślał z rosnącym w nim spokojnym uznaniem Merynos. silnych. z nieoczekiwaną pewnością siebie — ale nie żyje. Ja wiem. więc żyję i zwyciężam”. Przyznam się. może być jego wysłannikiem. Kruszyna mówił coś o tym nowym… Że niby straszny kozak. grubych lędźwi i ud. błękitną — koszulę. że trzeba uważać. Gdyby żył i zjawił się tu. wbudowana w majolikowe podium wanna lśniła niklem kranów i zielonkowatą glazurą — rozsunął grubą impregnację pryszniców i odkręcił wodę. twarz pełna siły. Ten Piegus. Co on może wiedzieć. kto nie wie. albowiem musiał umrzeć. jego nieugiętej woli walki i nieustraszonej zuchwałości. Nagi i lśniący mokrą skórą stanął przed ogromnym. Wrócił do dwupoziomowego wnętrza. który tak efektownie włącza się do rozgrywki. Zrzucił szlafrok i granatową pidżamę z cienkiego jedwabiu. Może. czego w życiu chce i do czego dąży. o tym nie ma co mówić. Gdyby żył… — Merynos uśmiechnął się z wyższością. Irys to drewniak. drogie sprzęty i obrazy. Owinął się prześcieradłem i zbliżył swą ciemną piękną twarz do lustra: była to ciągle jeszcze młoda twarz pod krótkimi. że nastraszył mnie bardziej niż idiotyczne mowy Irysa i Meta o pojedynczym facecie. kędzierzawymi włosami. że Moryc rozmawiał z Kudłatym? …” Merynos przekręcił kurki i zmienił działanie prysznica. zginąć.rozmyślał zimno — wtedy pragnąłby zemsty. co stałoby na drodze jego zamiarom i pragnieniom. Są sposoby na to. sycąc swą próżność odbitym obrazem szerokiej. Nalał jeszcze jeden kieliszek koniaku i wypił. a mniej majonezowych sałatek”. a ta historia z oczami wygląda mi na głęboko przemyślaną. Przeszedł do łazienki — niska. czarnymi. któremu się w życiu dobrze powodzi. potężnego. po czym wszedł pod bijący. . za oknem jaśniał majowy świt. aby się o tym przekonać!” Odwrócił się ku mieszkaniu i ogarnął je zadowolonym spojrzeniem: było zasobne w kominek. który ich rozpędził. mimo wypitych w tym czasie hektolitrów alkoholu. rozbiłby w drzazgi wszystko. nieco otłuszczonych bicepsów ramion. smagłego od zeszłorocznej opalenizny ciała. bez względu na to. w Warszawie. gorąca para jęła ustępować pod chłodnymi bryzgami wody. dziewięćdziesiąt kilo wagi i doskonała forma fizyczna przy trzydziestu sześciu latach. stanowczości i spokoju. że klasa sama dla siebie.

Ranek był pachnący. ten pan. dochodziły odgłosy uderzeń piłek. otworzył drzwi willi i odetchnął głęboko. Zasępił się na nowo. — Dzień dobry — rzekł rześko i wesoło Merynos. a nie braku funduszów posiadacza. że najlepszym sprawdzianem elegancji jest bezmierna ilość posiadanych i wiszących w szafie garniturów. — Anielciu. — Właśnie czekam na pana prezesa — rzekł na widok Merynosa mocno zbudowany mężczyzna o miłym uśmiechu na opalonej twarzy: ubrany był w białe szorty i kolorowe koszulki. rzeźbiona z polotem w secesyjną roślinność przez małomiasteczkowego stolarza. Zapuścił motor. którego niepozorność karoserii jest wynikiem dojrzałego namysłu. panie Jurku. — A ile on bierze za godzinę? — zainteresował się gruby pan. troska wracała żłobiąc mu bruzdę między brwiami. — Mężczyzna w kolorowych koszulkach wziął blaszaną tuleję z piłkami i zeskoczył na ceglastą nawierzchnię kortów. platynowy szmer silnika powiedziałby natychmiast każdemu znawcy. cichy. z którym pan gra. Merynos wszedł do zielonego domku klubowego: szatnie pełne były Hałaśliwych urzędników w średnim wieku. Solcem. Z kortów tenisowych klubu „Spójnia”. niweczyły wszystko. Merynos odłożył słuchawkę. — Halo? — rozległ się zaspany głos Anieli. nurzających się w tenisowych igraszkach przed żmudnym dniem pracy. Jasne — powiedziała Aniela. — Drogo — rzekł Merynos — czterdzieści złotych. Filip Merynos nalał sobie jeszcze jeden kieliszek koniaku i ujął słuchawkę telefonu z białego ebonitu. — Świetnie — rzekł Merynos — już się rozbieram. „Tylko skąd on wygrzebał ten numer z oczami?” — zastanawiał się Merynos. słyszysz? — Słyszę — ziewnęła Aniela po raz wtóry. — Tylko żebym ja na nich nie czekał. jedną na drugiej. te . tłumiąc ziewanie. mieściła w sobie ubrania Filipa Merynosa. — Na pewno — przytwierdził gruby pan — tylko trzeba je mieć. Zapalił papierosa i nakręcił numer: osiem– szesnaście–zero–dwa. dochodziła siódma. w sam raz pasująca do małżeńskiej sypialni zadowolonego z życia rzeźnika. to słynny trener Chodowski. „Ten Piegus musi coś wiedzieć. upozowanego na smętnego uwodziciela o aksamitnym spojrzeniu. rozkładając rakiety i ręczniki na wysokim krzesełku sędziowskim. że ma przed sobą wóz najwyższej klasy. regularny. Spojrzał na zegarek. W szatni jakiś gruby pan zwrócił się do Merynosa: — Bardzo pana przepraszam. Ale to się opłaca. Zszedł na dół. co z takim nakładem artyzmu. czerwieniejących poprzez świeżą bujną zieleń parku. znawstwa i kosztów wyczarował subtelny architekt–dekorator w dwupoziomowym wnętrzu całego piętra luksusowej willi. posłuchaj: o wpół do dziewiątej mają na mnie czekać w biurze pan inżynier Wilga i pan Robert Kruszyna. przejmujący szczęściem. Wanderer skręcił lekko w Zakopiańską. otwierając drzwi garażu. Czerniakowską i Rozbratem dojecHal do Myśliwieckiej i zaparkował przed bramą Agrykoli. Ta szafa i zawieszony nad tapczanem portretowy fotos Merynosa.Zwykła jasna szafa. albowiem prezes spółdzielni „Woreczek” ciągle jeszcze był zdania. następnie w ulicę Zwycięzców. po czym aleją Waszyngtona dopłynął do mostu Poniatowskięgo i zjecHal ślimakiem w dół. prawda? — Tak — rzekł Merynos — doskonały instruktor dla takiego patałacha jak ja. którą dojecHal do Francuskiej. w tym coś jest… Nikt nigdy nie mówił dotąd o oczach…” Wsiadł do małego wanderera o dość mizernej powierzchowności i wyprowadził wóz na ulicę.

cholera. inżynierze. czoło pokryły mu grube krople potu — zdrowego. Merynos zszedł na kort. to wychodzi panu bez pudła. krzepiącego potu. Wilga zapalił papierosa. bo zaraz mam dla ciebie nową robotę. — A noga? — rzekł z wyrzutem trener — a lewe kolano? Proszę. jak pan bierze zamach do forehandu? Czy nie zapomniał pan od wczoraj? — Merynos przybrał postawę i zatoczył łuk rakietą. prostując nienaganny kant spodni nad granatową fildekosową skarpetką. Wilga usiadł wygodnie w fotelu. — Jedź. — Bardzo dobrze — krzyknął spoza siatki. — To dobrze. synku — rzekł z uśmiechem Merynos — i nie wracaj bez tego faceta. że ten gówniarz zna taką bufetową z baru „Słodycz”. Tylko że ja naprawdę nie wiem. panie prezesie. trener — jak pan sobie coś postanowi i pamięta o tym.czterdzieści złotych. Zachodzi bowiem konieczność poddania kogoś próbie wódki. to zrobić? Niech mnie pan prezes zrozumie! — Co tu jest do zrozumienia? Inżynierze? Widział pan coś podobnego? Szef Kruszyna nie wie. jak. niech pan stanie w głębi kortu. — Panie Albercie — rzekł Merynos serdecznie — w jakiej jest pan formie? — W doskonałej — odparł obojętnie Wilga. „Ten człowiek — pomyślał szybko — ten Piegus… musi być mój” — i odbił nadlatującą piłkę. Robert. we właściwej formie i na przyzwoitą skalę. słyszysz? Ale szybko. Trener Chodowski powiedział: — Niech pan pokaże. lecz kilkakrotnie. biel tenisowej koszulki i szortów podkreślała smagłość jego rozrosłego ciała. to już naprawdę nic nie wiem. Przez dziesięć minut daję panu tylko na forehand. — Właśnie — powiedział łaskawie Merynos — o tym chciałem z panem porozmawiać. — Praca i sport automobilowy — oto co wypełnia me obecne życie. Potem wyprostował się ponownie i nacisnął mocno oburącz okolice wątroby. — Interesujące — rzekł. wywołanego fizycznym wysiłkiem. Robert. Hawajkę. poprawił pieczołowicie nieskazitelny kant . bezbarwne oblicze. zwiniętymi dłońmi w nerki. ja bardzo przepraszam… ale niech pan prezes się nie gniewa. Wilga wyciągnął daleko przed siebie język. Pojadę. żegnaj! Kruszyna skłonił się ponuro i wyszedł z pokoju. założył nogę na nogę. gdzie szukać swego podwładnego ani jak się z nim rozmówić. pochylił się do przodu i uderzył się lekko. — Nareszcie trochę życia towarzyskiego w swoim gronie. Merynos odbijał zajadle. Wilga odwrócił od okna swe obwisłe. — Piłki nadlatywały jedna po drugiej. ale jak to nie wystrzeli. Wydajemy bankiet. albowiem inżynier Wilga usiadł. — Merynos stanął na kredowej linii. z daleka. panie prezesie. który obejrzał dokładnie przy pomocy dobytego z kieszeni kamizelki małego lusterka. — Zdaje się. dobrze? — Panie prezesie. — Jedyna szansa — powiedział. — Rzeczywiście — uśmiechnął się wąsko — zabawne. Kruszyna przetarł twarz otwartą dłonią o rozcapierzonych palcach. Następnie wstał. — Tylko nie tym tonem. dowiem się. Wszystkie te kontrole musiały wypaść pomyślnie.

— Hawajka — powtórzył Kruszyna — mam do ciebie romans. inżynierze? — Spróbuję — rzekł chłodno i oględnie Wilga. panie Kruszyna? — rzekła Hawajka bez uśmiechu. Kruszyna zbliżył się do bufetu i rzekł: — Hawajka. Chodzi o to. przy czym ludzie doświadczeni dodawali. zmartwienie i bezradność. kto zabił Mechcińskiego. że Albert Wilga był przed wojną agentem wywiadu wojskowego do specjalnych poruczeń. lecz zajadle. który wytrzymałby finansowo działalność przy pomocy tak kosztownych metod. delikatne kropelki potu perliły się na jej górnej wardze. O tej porze bar „Słodycz” sprawiał wrażenie taniej garkuchni: nieliczne. oraz o to jeszcze.ciemnych spodni — i oświadczył: — Wszystko w porządku — co zabrzmiało jak powściągliwa. że interweniował. Przy jednym ze stolików trzech odświętnie ubranych wyrostków piło od rana wódkę. W pewnych sferach Warszawy krążyły bajeczne na pozór opowieści o mocy i odporności tej łysej głowy na wodę ognistą. zapijając piwem lub herbatą. jakie dawały rękojmię zwycięstwa inżynierowi Wildze. woreczek żółciowy jak czyściutka saszetka. Da pan radę. Taka oględność i chłód wzbudzały zaufanie. lecz rzeczowa opinia o wysoko kwalifikowanym silniku w idealnym stanie. co było w interpretacji Roberta Kruszyny gestem łączącym w sobie zakłopotanie. Hawajka… — męczył się Kruszyna — ty znasz takiego piegowatego. Dwadzieścia lat mniej więcej. Sam był świadkiem rzeczy. posłuchaj… — Hawajka podniosła zarumienioną od pracy twarz. to produkt warszawskiego rynsztoka w pełnym tego słowa znaczeniu. niepojętych i nieraz posługiwał się tym osobliwym jego talentem. Tu i ówdzie dyszał spocony podróżny. Były to jednak legendy ulotne i nie sprawdzone. skąd ten facet o tym wie. — Cieszę się bardzo — rzekł poważnie Merynos — albowiem facet. Trzydzieści lat przewagi nad panem. litrowymi naczyniami wódki. gdy należało zdobyć informacje przy pomocy pitej jak mleko. Utrzymywano nawet. półkolistym ruchem. którego dostanie pan do analizy. — Ten facet — rzekł Merynos poprawiając chiński krawat z ciężkiego jedwabiu — nazywa się Piegus i wie. spływający patem w zimowym jeszcze palcie i chłepczący łapczywie sztucznie barwioną lemoniadą. zresztą Merynos znał fantastyczne możliwości inżyniera Wilgi. handicapowy numer przy na pewno niezgorszym treningu. Wyobraża pan sobie. bezkrwiste wargi. abyśmy wiedzieli. serce i płuca prosto z fabryki. prawda? Był tu raz z nami… — O kogo . Kruszyna wszedł wolno do środka. jaki motorek siedzi w takim dwudziestoletnim draniu? Nerki jak nowiutki rurociąg. Za bufetem krzątała się Hawajka w przepasanym brudną ścierką fartuchu. — Słuchaj. zdałoby się. abyśmy też o tym wiedzieli. niedużego faceta. że nie ma wywiadu na świecie. — Przesunął dłonią o rozcapierzonych palcach od czoła. kłócąc się dyskretnie. Drzwi baru „Słodycz” były już otwarte na oścież: pierwsze dni maja zwaliły się na Warszawę letnim upałem. panie inżynierze. to znaczy. po całej twarzy. ciężko pochylone nad stołami postacie w roboczych drelichach i brudnych cyklistówkach rozwijały z przetłuszczonych papierków chleb z kiełbasą. — Słucham pana. Nieznaczny uśmiech skrzywił mu wąskie. obładowany tekturowymi walizkami i nieodzowną teczką z rzemiennym paskiem.

— W miasto — rzekł z wysiłkiem Kruszyna. otworzył drzwiczki i desperackim ruchem wepchnął nadchodzącego Kubę do środka. wskazując na gryząco żółtą lemoniadę. macie coś zimnego w tej norze? — Hawajka odwróciła się do lodówki. pomyśl… Przechodziłem tędy i wstąpiłem na coś do picia. — Nie — rzekła Hawajka twardo — nic nie wiem. Parę dni temu… No. — Mógł wstąpić przypadkiem. gdy rozmowa zahacza o osobę stanowiącą cenny i częsty przedmiot jego myśli. — Nowe buty? — spytał beztrosko Kubuś. Kruszyna? Na samym początku maja. Hawajka przez cały ten czas nawet nań nie spojrzała. — Taki blondyn. — Dobra. — Kubuś wypił wolno. Hawajka. „Może rzeczywiście Hawajka go nie zna albo nie pamiętała? — pomyślał nie bez trudności. poprawił cyklamenoworchabrową muszkę. bo nie mam dziś czasu — przerwał mu Kubuś. — Znam jednego szewca. przestawiając skrzynki z butelkami po piwie. no. Ulica zalana była jaskrawym słońcem. Uśmiechnął się złośliwie i zamierzał coś powiedzieć. co. lecz natychmiast za ciosem. przypomnij sobie. jaka pojawia się w oczach. które w maju potrafi czasem nie gorzej rozprażyć warszawski asfalt niż lipcowe. Spojrzał na scenę przy bufecie i bez wahania ruszył w tamtą stronę. Robert Kruszyna pomyślał. — Nowe — rzekł z ulgą Kruszyna — tysiąc osiemset. — Zaraz! — krzyknął Kruszyna i rzucił się rozpaczliwie na jezdnię. Taksówkarz zrezygnował z bliższych wyjaśnień i ruszył w stronę śródmieścia. rozmawiał przecież z tobą. dobra — rzekł z drwiącą domyślnością Kruszyna — tak czy inaczej. Był tu wtedy ze mną i z panem nieboszczykiem Mechcińskim. lecz z ukrytą groźbą Kubuś — o co chodzi? — Na twarzy Kruszyny pojawiły się zrozpaczone grymasy. żeby się napić czegoś. że jest”. nalaną przez Hawajkę do ogromnego kufla od piwa — i idziemy. Mam do ciebie cholernie ważną sprawę. idącego na oślep. jak się jej przynajmniej w tej chwili wydawało. zapłacił. nie mogła nie zauważyć owej specyficznej. gdzie zatrzymał taksówkę. cieliste tyrolki o ciężkiej skórzanej zelówce. chcesz? Takie buty! — widać było. Kruszyna. nie? Mogę cię tam zaprowadzić. Tanio. Piegus. Małe oczka Kruszyny rozbłysły szczęściem jak na widok zgubionego w tramwaju portfelu. — Gorąco — powtórzył Kubuś na ulicy. — W tej chwili do baru „Słodycz” wszedł Kubuś. — Gorąco — rzekł Kuba — jaki upał. wykazując absolutny spokój i obojętność. kiwnął obojętnie głową Hawajce i wyszedł z Kruszyną.panu chodzi? — spytała lodowato Hawajka. co za różnica? Grunt. — Mów. uzupełnione nerwowymi ruchami głowy. jak Robert Kruszyna. dobrze. że uczepił się rozpaczliwie tematu butów. niemożliwej do zamaskowania czujności. wiesz — rzekł Robert Kruszyna pewniej: instynkt pięściarza. przy pomocy których usiłował . jakie rozlegało się przy każdym kroku Roberta obutego w piękne. — No? — spytał cierpliwie. co takie robi. Wiosenna radość i wiosenne lenistwo wisiało w powietrzu pełnym kurzu. ale Kubuś go uprzedził. którego niewiarygodne wprost odnalezienie zawdzięcza się własnej przemyślności. — No. pytanie to było uzasadnione niemiłosiernym skrzypieniem. żeś się zjawił. — Dokąd? — spytał taksówkarz. jak bardzo się człowiek myli i ulega złudzeniom. rysach twarzy i postawie człowieka z chwilą. czego ode mnie chcesz. Ale nawet tak mało zaawansowana w kunszcie bystrej obserwacji jednostka. Zresztą. powiedział mu. Pij tę ciecz — dodał. że znajduje się na właściwej drodze.

Bez słowa powitania usiadł przy stoliku Kruszyny i Kubusia. kto ma z tobą do pomówienia. Bądź poważny. Chodzi codziennie czterdzieści godzina. I nie odmówisz mi. Zaraz ktoś tu przyjdzie. o jakim nie śniło się najzłośliwszym nawet wróżkom. — Stawiam ci haka! Pod Wilczewskiego. Tylko nie rusz się stąd! — dorzucił Kruszyna. żelazne dłonie Kruszyny wstawiły go niemal do baru owocowego. co? — uśmiechnął się do Kubusia jak dobra wróżka z książki o śpiącej królewnie. gotów do natychmiastowej interwencji na wypadek najlżejszych oznak chęci ucieczki. podczas gdy on. — Piegus. dwa kremy i dwie oranżady z sokiem. — To siedź cicho i czekaj. — W dechę. Na MDM–ie. zaś zamyślonemu Kubie nie pozostawało nic innego poza czytaniem rozłożonego na stoliku między pucharkami z lodami „Przeglądu Sportowego”. przy szoferze. Proszę pani — zwrócił się do kelnerki — dwa razy duże lody. ujrzeli spore zbiegowisko. którego ściany wykładane były ceramiką o motywach pomologicznych. tort camargo.pokazać Kubusiowi. że nie może mówić teraz. Był to oczywisty sukurs dla Kruszyny. krem waniliowy. Po kilkunastu minutach do baru owocowego wszedł inżynier Albert Wilga. galaretka porzeczkowa z mleczkiem. Rozchorowałbym się. na rogu Pięknej. dobrze. Ale laba. Kubuś zamilkł ponuro i Kruszyna znów odetchnął z ulgą. — Co dla pana? — . Mów. Hamuj pan! — rzucił szoferowi — i rachunek. gdy Robert zapłacił i stanęli na trotuarze — nie mam czasu. duże lody pistacjowe z bitą śmietaną! Człowieku. Co chcesz. kto? Znów Wilczewski? — Wilczewski — przytwierdził szofer. — Ale Kruszyna działał teraz jak w natchnieniu. — Szofer westchnął: w westchnieniu tym była zazdrość. O. że od teraz inicjatywa nie leży w jego ręku ani w ręku Kruszyny. upierasz się dalej. Wszedł do kabiny telefonicznej. i żegnaj. zastanów się… — I zanim Kubuś zdołał się zorientować. żeby przy mnie trafić parę złotych? — Kuba spojrzał bystro na Kruszynę: zrozumiał od razu. — Tu — rzekł nieodwołalnie Kruszyna — siadaj. Stolica żyła w tych dniach wiadomościami z trasy corocznego kolarskiego wyścigu Warszawa–Berlin– Praga. znajdującej się na wprost wejścia do sali: przez okienko obserwował bacznie Kubę. chłopczyku! — rzekł serdecznie — nie chcesz wódki. — Kruszyna! — syknął Kubuś. Piegus. — Zaczekaj chwilę. lody. co szofer obserwował z podziwu godną obojętnością w lusterku nad kierownicą. — Właśnie! — wołał z emfazą Kruszyna — kto wygrał. Stoimy właśnie przed barem owocowym. tylko że o wszystkim decyduje jeszcze ktoś trzeci. że inni mogą tak od samego rana. będzie twoje. — Jasne — rzekł ostrożnie. ale tym razem w głosie jego zadźwięczał ton przestrogi. gdybyśmy nie wstąpili. chociażby ze względu na przesadną surowość przepisów drogowych. — Na medal! — entuzjazmował się Kruszyna — wysiadamy! — krzyknął do Kuby. Po kilku chwilach wyszedł z kabiny i rzekł: — Ty. żeby nam się dalej robaczek nie pośliznął. Ale lubisz słodycze. wskazując ruchem głowy Kubę. synku. musi jeszcze tyle godzin czekać. — Po tych słowach zabrał się z lubością do lodów i kremu. Tort mokka. — To ten? — spytał Kruszynę. prawda? Bo ja przepadam. który zawołał natychmiast: — Co to za młyn? Co tam się dzieje? — Nic — odparł Kubuś — czytają wyniki wczorajszego etapu. o co chodzi. nie będę cię zmuszał. muszę zatelefonować.

paląc papierosa: nie znać było na nim żadnego alkoholowego wysiłku. Drzwi otworzyły się i wszedł kelner w . obwisłej twarzy siedział nieporuszony. Na brzegu zalanego przedpołudniowym słońcem. przesyconego nastrojem uczty wnętrza. — A co pan proponuje? — rzekł dość zuchwale Kubuś. jak widzę”. Sklep ten krył w istocie jedną z lepszych warszawskich restauracji. — I już jesteśmy po śniadaniu. tak dalece nic. W straszliwym nieładzie poniewierały się na nim resztki śledzi. — Nie mamy tego — rzekła niepewnie kelnerka. wchodziło się po kilku schodkach do salki obwieszonej rogami jeleni i wypchanymi głowami dzików. Jakub Wirus zapytał: — Która godzina? — Wpół do piątej — odparł grzecznie i niedbale Wilga. W pokoju. na pozór zapuszczonego sklepu. — Zjeść śniadanie — rzekł Wilga i zwrócił wzrok ku Kubusiowi.spytała podchodząc kelnerką. ani złości. Oliwkowy humber stał teraz na ulicy Nowogrodzkiej. Stąd przejść było można do małego pokoiku zdobnego w piękny sztych. godnego pióra starego Franciszka Rabelais. jajek na twardo. — Duże cinzano — odparł Wilga. okratowane okno wychodziło na brudnawe podwórze. zajęty był śpiewem. sielaw. naprzeciw wejścia do niewielkiego. suchej kiełbasy myśliwskiej. był pod wrażeniem jego nienagannego wyglądu i manier. wypełnionym potężnym bufetem. za pierwszym pomieszczeniem. — Beze mnie — jęknął Kubuś i przymknął oczy. W chwili gdy skierowaliśmy na nich oko sprawozdawczego obiektywu. spłowiałą. idziemy naprzód i coraz głębiej. ach uśmiechnij się…” lub informował: „Żebyś ty wiedziała. stały trzy stoliki. wobec czego otworzył oczy i znów ujrzał twarz Wilgi. Wszystko zawirowało wokół niego ze zdwojoną szybkością. że Kubuś poczuł się niewyraźnie. którego jedyne. Wstali i wyszli. tylko jeden z nich był obecnie zajęty przez trzech panów i przedstawiał właśnie obraz kulinarnego pobojowiska. którego wystawa zawalona była drogimi przekąskami i butelkami zagranicznych wódek. W gardle zabulgotało mu niebezpiecznie i Kuba ostatkiem sił. stały tu ciemne stoliki i takież zydle o wyciętych sercach w oparciach. Kubuś przyglądał się Wildze z uwagą. w tych spełzłych oczach nie było nic. zimną. Kubuś łykał z wysiłkiem ślinę. jego wyblakłe niebieskie oczy i spłowiała obwisła twarz nie wyrażały ani uśmiechu. — Aha — powiedział Wilga — warto by pomyśleć o obiedzie. — Wobec tego proszę dać mi spokój — rzekł z lodowatą grzecznością Wilga i kelnerka oddaliła się bez słowa protestu. rzodkiewek. przedstawiający wyścigi konne w połowie ubiegłego stulecia. Skrzypiącym barytonem prosił: „Ninon. na którym piętrzyły się doskonałe hors d’oeuvres varies. a lekki rumieniec na szczytach kości policzkowych był raczej efektem gorąca i dusznej atmosfery ciasnego. — Idziemy — rzekł Kruszyna płacąc. sandaczów w galarecie i nóżek na zimno. „Oho! — pomyślał — ten jest skrojony z innego materiału niż Kruszyny i Mechcińscy. gryząc wargi aż do krwi. nieco nadwerężonej karoserii. lecz ostrym głosem. W dechę! Znaczy się. omletów. tak wcześnie? eeep! — odbiło mu się. odznaczający się potężną budową i złamanym bokserskim nosem. raz jeszcze przełknął ślinę. szczypiorku. — Jak długo zamierzacie jeszcze siedzieć w tym cuchnącym pieluchami i melasą lokalu? — zapytał Wilga cichym. jak mi się chce usta całować twe…” Elegancki pan o długiej. jeden z panów. nie odwracając się. szynki. uprzejmą. szerokiego trotuaru stał oliwkowy humber o pięknej.

Im dłużej się zastanawiał. tym bardziej nic nie przychodziło mu do głowy. to chyba umrze. Wilga uśmiechnął się lekko: gdyby znał kiedykolwiek współczucie i rycerski podziw dla przeciwnika. — I nie chcę. napijesz się? — Robert pochylił się ku Wildze i wdzięcząc się zaśpiewał: — „Ninon…” — Albert Wilga odwrócił się z niesmakiem: oczywistym było. panowie? Robert. cały wysiłek czterogodzinnego. co powiedzieć. Kubuś wziął jedną i tarł nią histerycznie długo twarz. niedbały głos Wilgi: — Właściwie nie powinienem z tobą rozmawiać. pijackim uporem Kubuś. skoro Kruszyna znajdował się w stanie kompletnej demencji psychicznej. z głową pośród kwaszonych ogórków i resztek łososia. ale nikt go nie słyszał. Musiały to być jednak gargantuiczne ilości. że odeszły go na razie mdłości. jak Wilga unosi . Kubuś. Kubuś zdołał pomyśleć. co wydawało się Wildze cenne i wartościowe. Kubuś westchnął ponownie i zauważył. Westchnął głęboko i usiłował zastanowić się. kto zabił Moryca? Czerwone i zielone sygnały zapłonęły w mózgu Kubusia. „Ileśmy wypili?” — błąkało mu się postrzępione pytanie w myślach. gdyby Kubuś teraz się złamał. na przykład: „Jest pan dżentelmenem” albo: „Poznaję w panu człowieka z towarzystwa”. on zaś. lecz jego maślany wzrok rozmazywał się bezsilnie na twarzy inżyniera. szaleńczego pijaństwa poszedłby na marne. Wilga wypił ze smakiem i podał Kubie serwetki. że za chwilę zwymiotuje. coś. żebyś pomyślał. po chwili kelner wniósł nową półlitrówkę wyborowej o pięknie zamrożonym szkle. — Ale skoro już jesteś taki kozak. poczułby go teraz. lecz uznał to za bezsensowne w stosunku do podwładnego spitego jak czeladnik Kruszyny. szczeniaku! — rzekł zupełnie beznamiętnie Wilga. Wsłuchiwał się chwilę w swą zmaltretowaną przez wódkę osobowość i skonstatował. — A ty? — zwrócił się do Kubusia. który — jak się Kubusiowi wydawało — wpłynął na fali szerokiego przypływu. że jeśli wypije jeszcze jeden kieliszek. Wilga nawet chciał mu powiedzieć jakiś komplement. rozlewając wódkę po podbródku i kołnierzyku. był na pograniczu unicestwienia. — że Wilga zamawia znowu wódkę. Nie można było jednak odmawiać. zaś zaczął się denerwować. ale nie był w stanie nadać głosowi swemu nic z groźby. Kelner pochylił się nad Wilgą. — Nie! — jęknął Kubuś zduszonym głosem: do jego świadomością dotarło. że taki długi namysł wzbudzi w Wildze podejrzenia o przygotowywanie kłamstwa. Popatrzył ze zgrozą w twarz eleganckiego starszego pana i skinął przyzwalająco głową. gdyż jesteś w tej chwili na dużych obrotach. — Jesteś — rzekł zimno Wilga. — Licz się pan ze słowami… — obruszył się Kubuś. Usiłował spojrzeć twardo na Wilgę. Storturowany młodzieniec po przeciwnej stronie stołu miał w sobie jakąś godność w tej obłędnej próbie sił. pętaku. — Stul dziób. Kubusiowi wystąpił kroplisty pot na czoło: drżącą ręką uniósł swój kieliszek do ust i wypił.białej kurtce. Wtedy posłyszał cichy. Nalał przeto dwa kieliszki wódki i uniósł swój do góry. ten ostatni kieliszek jakby go trochę otrzeźwił. — No co? — usłyszał głos Wilgi — jeszcze po jednym. że nieprzytomny Kruszyna bierze go za piękną kobietę. Kruszyna spał na stole. — Nie jestem na żadnych obrotach… — rzekł z bezsensownym. Kubuś zamknął oczy i poczuł. że ja cię wykorzystuję. to powiedz. — Nieee… — błagał Kuba.

— Płacić — zawołał Wilga. — Możliwe — rzekł chłodno Wilga — i co teraz? — Muszę mieć tego Siupkę — rzekł Merynos. skąd ja to wiem?” Przed sobą miał wyblakłe niebieskie oczy. Co ja mam wspólnego z kolejarzami z Anina? Rzeczywiście. Trzeba działać bardzo szybko — dodał w zamyśleniu. — Panie prezesie. jak to wszystko wygląda… Wilga uniósł wolno swój kieliszek do ust. zniekształconym przez okoliczności. — Twoja głowa. — To mi wygląda na prawdę — rzekł Merynos do Wilgi. — Ja to wiem… — zaczął z rozpaczą — od takiego jednego Siupki. Późnym wieczorem Robert Kruszyna leżał bezwładnie w fotelu w gabinecie prezesa spółdzielni „Woreczek”. — Nic… — „To koniec — pomyślał — zaszczuł mnie jak zająca. moja głowa — zawodził Kruszyna. wśród jakich Kubuś święcił swój nowy. On wiedział. w rozlatanych rękach syfon. godny dumy triumf. i jej to wszystko od razu zreferował. a Hanka mnie… Widzi pan. poparty potężnym czknięciem. Kubuś poczuł gwałtowny przypływ mdłości: wnętrzności skręcały mu się w męce. właśnie… dlatego. — Moja głowa. — bełkotał Kubuś. Ale mnie się ona też tego… Wie pan. — Mechciński ostrzegał Kruszynę przed tym Piegusem. wypił nie zwracając najmniejszej uwagi na Kubusia. — Co ty masz wspólnego z kolejarzami z Anina? Gadaj! — Ja?. — Nic nie leci — skarżył się płaczliwie. Ten Moryc nieboszczyk podskakiwał do niej. spowijające go jak lodowata opończa. skąd to wiesz? W spojrzeniu Kubusia była udręka. Wymyśl coś nowego albo raczej powiedz. że Moryc leci na tę Hankę. aby nalać mu kieliszek wódki. zaciągając się papierosem. Drzwi się uchyliły — i wszedł kelner. jeździłem do Anina. z którego chłeptał łapczywie wodę sodową. co ja mam wspólnego?” — Ja nic nie mam wspólnego — zaczął niepewnie — tylko… — Skąd go znasz? Skąd on o tym wie? Dlaczego ci opowiadał? — Zaraz. jak tylko mógł. po czym skroił sobie różowy płatek łososia. cisnąc cyngiel syfonu. Na głowie miał termofor z lodem. — Te bajki już słyszałem. jak ja mam to załatwić? — jęknął Kruszyna. — Jakiś facet o białych oczach z brylantem na palcu — rzekł Kubuś tak spiesznie. „Skąd ja to wiem? Na litość boską. miłość. Wilga wziął to skrzywienie się za objaw mdlenia. Nazywa się Hanka. zaraz — bronił się niezdarnie Kubuś.. — Co to za jeden? — Kolejarz… mieszka w Aninie. — Kruszyna — rzekł do Roberta — słyszysz? Jutro wieczorem mam mieć tego Siupkę i to żywego. widzi pan. — Gdzie ja mam . wyglądał teraz na kompletnie pijanego. A ten Siupka był świadkiem. dobrze — powiedział Wilga. w istocie było ono zwycięskim uśmiechem. Na twarzy jego pojawił się grymas. wymachiwał nieskładnie rękami — zaraz to panu wszystko… eeep… wytłumaczę… Tam w Aninie jest jedna dziewczyna. jak to zrobisz. Musieli mieć ze sobą na pieńku o tę dziewczynę z Anina. paraliżujące wolę i myśl. siedzącego w wygodnej pozycji w drugim fotelu. uczucie głupie… Jeździłem tam do tego Anina… O.butelkę. — Dobrze. jak Wieśka Mechcińskiego załatwili. a nie umarłego.

Bezdomny jestem. z parasolem w ręku mimo murowanej pogody. — Pociąg idzie — powiedziała postać czwarta. Piast Kołodziej? — spytała postać lekko sepleniąca — jakieś kłopoty? — A tak. w suchym powietrzu i w zapachu iglastego nadwiślańskiego lasu. Wątłe światła bieliły się wśród ciepłego mroku. rozbieganymi oczami przebierała nieliczny tłumek. — Siupka wybełkotał: — Oczywiście… Z chęcią… Służę… — i ruszył za Staśkiem w stronę zwalonego oparkanienia. — Czego go jeszcze lejesz? — posłyszał zdenerwowany. Upadł. — Co pan powie na małego drinka przy barze w „Kameralnej”. — Co się stało. ale tylko zduszony jęk wyrwał się spoza szmat. przystanęła jakaś ciemna. pachniało majem i zeszłorocznym igliwiem. nienaganny kant spodni spadł płynnie na czarny. nie widzisz. że . — No. nijaką twarz Wilgi i gwizdnął z podziwu. z rozsuniętych drzwi Wysypywali się pasażerowie. Wreszcie wyłuskała ze strumyka ludzkiego niskiego człowieczka w rozpiętym kolejarskim mundurze. wytworny półbut. sepleniąc lekko — zawsze wraca o tej porze. panie prezesie — spytał Merynosa. — Mnie tam wszystko jedno — rzekła trzecia — i tak nie mam gdzie spać. — Ja — odparł zaskoczony kolejarz. uwaga. nie odejmując od warg ukrytego w zagłębieniu dłoni papierosa. — Jestem z Milicji Obywatelskiej — rzekł Stasiek. lśniącą twarz. W pewnej odległości posuwał się za nimi mgławo zarysowany w ciemnościach melonik. mała stacja podmiejska — właściwie długi. Odprowadzę pana kawałek. co spoza knebla wydało się cichym skomleniem. Buldogowaty chevrolet przyhamował na kamienistej szosie. zaczepny głos — coś ty. chłopcy — rzekł z napięciem Szaja. o rzeczach najmniej w takiej chwili ważnych. — Wyrzucili mnie. Za nim. podniósł się. Cztery postacie usiadły na zwalonych segmentach betonowego oparkanienia. Szarpnął się chcąc ratować czapkę i teczkę i wtedy otrzymał silne kopnięcie w brzuch. wyjmując coś z kieszeni. — Stasiek. Trochę ponad litr — rzekł obojętnie Wilga — ale z chęcią odświeżę się przed snem. — Cholera wie — rzekła jedna z postaci — jak długo trzeba będzie czekać? — Niedługo — odparła druga. przystając i unosząc w górę spoconą. z tego hotelu robotniczego. — Merynos spojrzał w bezbarwną. Wieczór był ciepły i jasny. co miało oznaczać legitymację — chcę panu zadać kilka pytań. jak każdy biedak. a w środku trochę pomyj… Wilga. w odległości paru kroków. — Obywatel Siupka Józef? — spytał Stasiek. Cichy wąż wagonów elektrycznego pociągu wsunął się szybko na stację Anin i przystanął. Po chwili Siupka poczuł silne uderzenie w twarz i kopnięcie w nerki. Zawył z bólu. którymi okręcono mu błyskawicznie głowę. Piast. Rozżarzyły się ogniki papierosów. idź szukać! — Jedna z postaci ruszyła ku słabo oświetlonemu zejściu z peronu: bystrymi. Cztery postacie zeskoczyły z platformy i wolnym krokiem ruszyły w stronę świateł stacji kolejowej. Chciał krzyknąć. niepozorna sylwetka w meloniku. panie Szaja — westchnął Piast. — Oczywiście — odparł — i pan jeszcze ma ochotę? Ile już pan dziś wypił? — Drobnostkę. nagłym ruchem odrzuciła niedopałek i podeszła doń. „Czapka! Teczka!” — pomyślał z rozpaczą Siupka. po czym motor zgasł. Merynos spojrzał nań z rozbawieniem. pokryty cementowym dachem na słupach peron — leżała pośród piasków i sosnowych zagajników mazowieckiej równiny. kopane.głowę? Czy ja w ogóle mam głowę? Na wierzchu ślizgawka.

o których wolisz nie mówić. prawda? I teraz taki kołowrót… — Mów! — rzucił groźnie niższy i na dźwięk jego głosu Siupka poczuł wszystkie bolesne zniewagi i kopnięcia tego wieczoru na nowo. gdy wrócił do siebie. Oczywiście. Zrozumiałeś? A jeśli cię tam spytają. Siupka — rzekł wyższy. — Jjjja… — skinął głową Siupka. za to niezwykle barczysta. słyszysz? Ale jak cię spotkam trzecim razem…” — potem ten pan nieboszczyk zaczął uciekać i wpadł pod pociąg… — Bardzo ładnie to opowiedziałeś. Spod melonika stojącej opodal i opartej o parasol niepozornej sylwetki dobył się zadowolony chichot i cichy szept: — Ależ tak. Usłyszał odgłosy oddalających się kroków. Chciał unieść się i wstać. gdzie zanotowała skrupulatnie datę i godzinę bieżącej chwili. — Jjjja… już opowiadałem na milicji… — wybełkotał Siupka — i znów mam wezwanie w tej sprawie. Jęknął z bólu po raz trzeci. to odpowiesz. rozumiemy się. że byli tacy. którego był pan świadkiem. kieszonkowy kalendarzyk. prawda? — A zatem na milicji powiesz tym razem tak: „Ten pan nieboszczyk został pod pociąg wrzucony. właśnie że się wcale nie bili. wie pan dyrektor. że siedzi na jakimś peryferyjnym odludziu. że się namyśla. mówiłeś o nowym wezwaniu na milicję. — Po czym postać ta wyjęła. no nie? — To praaawda!… — zachłysnął się grozą Siupka. Że ty jesteś kolejarz z warszawskiego węzła i wiesz o pewnych rzeczach. Wiesz o tym. — Józef Siupka? — spytała łaskawym głosem nieco wyższa z postaci. zdarza się. oparty plecami o zardzewiałą. szerokie. okutą żelazem podłogę. Ja już mam tego dosyć — dodał płaczliwie. To musiano się stać. bo i po co samemu wlecieć na szyny pod koła. widać było. Siupka? Tacy bardzo źli ludzie… zwłaszcza . — Panie naczelniku — jęknął — bili się… A może się nie bili. cholera wie… Tak. skonstatował.ma dosyć? — Silne ramiona uniosły Siupkę do góry i po chwili wrzuciły na jakąś twardą. W oddali majaczyły światła uliczne. wśród starych cegieł i śmiecia. a potem ten drugi pan krzyknął: „Niech pan mi da spokój!” i „Nie będę cię tu bił. co. dlaczego tak od razu nie powiedziałeś. wpatrując się jak urzeczony w wyższego. Ten pan nieboszczyk krzyknął nagle: „Zgaszę ci te białe ślepia! Zdmuchnę ci te bandyckie latarnie! Kudłaty zapłaci!”. co tym razem utonęło w szumie zapuszczanego motoru. żeś się bał. Ten nieoczekiwany widok pozbawił go na chwilę oddechu z przerażenia. — Ja byłem. ale postać niższa. Po kilku minutach bardzo szybkiej jazdy Siupka został wyjęty z auta i posadzony na ziemi. wreszcie rzekł: — Posłuchaj. Siupka. na bani. warknęła: — Siedź! — Panie Siupka — rzekł miodowym tonem wyższy — proszę nam opowiedzieć o owym wypadku na Dworcu Wschodnim. na poły zerwaną siatkę drucianą. trzymające ręce w kieszeniach płaszczy prostacie w kapeluszach nasuniętych na czoło i twarzach ukrytych za podniesionymi kołnierzami. Gdy zerwał je. ośmielony ciszą zaczął zszarpywać szmaty z głowy. zamilkł. którzy wrzucali ludzi pod pociąg. ujrzał tuż przed sobą stojące w zupełnym milczeniu dwie ogromne. bracie. — Widzisz. Po prostu złapany za frak i ciśnięty pod rozpędzoną lokomotywę”.

pochylony i zamyślony. Mogłem niedobrze widzieć… Ten ZŁY… O. prawda? No. — Nogi mnie pieką od tej słoniny — rzekł Kruszyna. Genialna! — Wymyśliłem? — uśmiechnął się Merynos — tak sądzisz? — Po czym zamilkł. Dowiedział się o tym Siupce. ale zawsze mogli się przerzucić na otwocką linię. Ale gadkę pan prezes wymyślił jak złoto. w górę go! Barczysty pobiegł za oddalającym się w stronę ulicy. co? — Szaja… — powtórzył Merynos. który skończył szkołę. — Zabierać go — rzekł barczysty. prawda. Wyższy wyjął z kieszeni banknot i rzucił Siupce. ale teczka… Stara. wskazując na swe buty — parzy to bezszmerowe świństwo. Cztery postacie ruszyły rozkołysanym krokiem w stronę Siupki. jak mu się włosy jeżą na głowie i zimny pot spływa po kręgosłupie. — Widocznie przytomny facet. Szedł bezszelestnie na grubej gumie indyjskiej. zniszczona. — No. prawda? Kto to wszystko tak sprytnie skombinował? — Szaja — odparł Kruszyna z dumą — taki jeden Szajewski. żeśmy się zrozumieli. lecz delikatnie — ci panowie. Boleśniej… — miodowy głos zadźwięczał tak okrutną groźbą. Mój sekretarz.na linii Ząbki–Wołomin. którzy tu ze mną jechali… towarzyszyli mi… to. — Kruszyna? — spytał Merynos — przecież tyś sam tego nie załatwił. trwogi i okropnych decyzji. przywiózł go jak trzeba. Ja rozumiem. tam gdzieś. . który natychmiast kazał mu odłożyć strach na potem i przywiódł na myśl realniejsze problemy. ale skórzana — kłamał Siupka z uniesieniem. Był taki numer w Józefowie. z rękami w kieszeniach. Boże. kogo ma się bać. ponurych zamyśleń. to prawda! Zły człowiek! ZŁY! — Panie naczelniku — wydusił z siebie — może tak i było… Ja już nic nie wiem. wskazując na Siupkę. otworzył drzwiczki wanderera i nie odezwał się już więcej ani razu przez drogę. że ci panowie śpieszyli się. taki to wszystko może… — Cieszę się. Niższy gwizdnął i z odległego cienia nadbiegły cztery postacie. jakby zabierając się do odejścia. wie pan naczelnik. zupełnie nową czapkę i teczkę… o. Czoło przecinała mu głęboka bruzda. panie Siupka — rzekł wyższy miodowym głosem — bo gdyby pan nie zrozumiał. — To bardzo zły człowiek — wykrzyknął Siupka z oddaniem i gorliwością neofity i naraz ogarnął go obłędny strach. skórzaną teczkę przy tej okazji diabli wzięli. w mętnym podmiejskim półmroku zabłysło pięćset złotych. po synu. to musiałbym to panu inaczej wytłumaczyć. nie? I tu kiedyś byli. przestał rozumieć. pamiętasz taki numer w Józefowie? Siupka czuł. — No! — powiedział wyższy. szum i mgła w głowie Siupki rozdarte zostały przez pewien nakaz. chłopcy. To prawda! Pracował osiem lat na warszawskim węźle i wiedział coś niecoś o tych sprawach. który wyciągnął błagalnie ręce przed siebie i zawołał: — Ja sam!… — po czym pozbierał zdarte szmaty i zawiązał sobie starannie oczy i głowę. gdyż teczka był parciana. że Siupka zgubił się zupełnie. „Po co mi te pieniądze? — myślał w popłochu — nie chcę tej forsy!” — Niech go odwiozą — rzekł wyższy do barczystego. jakby chcąc zapamiętać nazwisko. — Panie naczelniku — rzekł Siupka pośpiesznie. po czym zawrócił się i poszedł w kierunku świateł ulicznych. — Bardzo inteligentny człowiek — rzekł na to z uznaniem głos lekko sepleniący. znamię nieoczekiwanych trosk.

krzepki mężczyzna o ogorzałej. topazową muszką w rzucik koloru sepii. — Otóż tak… widzi pan redaktor… — zaczął krzepki i ogorzały mężczyzna. — Oczy Kubusia z rozmazanych i błądzących sentymentalnie po napoczętej butelce kefiru stały się naraz przenikliwe i czujne. Na dźwięk słów młodzieńca w okularach blondyn usiadł. co w jego mniemaniu było punktem wyjścia jakichkolwiek stosunków urzędowych — moje nazwisko brzmi Życzliwy. członkiem zarządu spółdzielni „Mazowiecka Poziomka” — oświadczył Kubusiowi — jest to spółdzielnia ogrodnicza. która zezwoliła urządzić nasz kiermasz na Koszykach. Franciszek Życzliwy. — Czym mogę panu służyć? — spytał blondyn głosem znamionującym skrajne znużenie. niech pan siada — rzekł Jakub Wirus. — Proszę. gdzie mają zamiar uzyskać coś korzystnego dla siebie od ludzi. leżący. facet w koszuli koloru khaki nawet nie drgnął. panie Życzliwy. jaką posługują się pewni ludzie wszędzie tam. W pokoju siedziały dwie osoby: pogrążony w lekturze stosu gazet mężczyzna w średnim wieku w koszuli koloru khaki z zawiniętymi rękawami oraz młody blondyn. — Bardzo mi przyjemnie — rzekł Kubuś. zdradzał coraz większą wylewność ściskając pod koniec dłoń Kubusia oburącz. Otóż. urządzamy kiermasz. co? Mamy załatwioną sprawę z dyrekcją Targowisk Miejskich. panie redaktorze. po czym wstał i grzecznie przedstawił się. — Życzliwy uśmiechnął się z wyraźnym zadowoleniem. Niezręczność tej sytuacji zaczęła dolegać Kubie. — Tu — odparł szczupły. Ma to być kiermasz nowalijek wiosennych — kontynuował — pod hasłem: „Warszawskie surówki to radość i zdrowie każdego pokolenia!” Hasło na medal. panie redaktorze. z którymi nie idzie na ogół łatwo: w ich mniemaniu postawa taka przynosi nieocenione korzyści w urzędach. który lekko cisnąc dłoń pana Życzliwego do dołu. ruchy jego cechowała przesadna grzeczność. Wysoki mężczyzna wszedł do pokoju i zamknął za sobą drzwi. To do was. — To bardzo interesujące — rzekł wolno Kubuś. niezwykle zmęczoną twarz. że czymś już obdarował swego rozmówcę. Ogorzały dobył srebrną papierośnicę z grawerowanymi podpisami na pokrywce i poczęstował Kubusia. odjął butelkę z kefirem od ust i zwrócił ku wchodzącemu piegowatą. na biurku z nogami opartymi o kaloryfer i pijący chciwie butelkowy kefir. sądach. pooranej bruzdami twarzy. komisariatach i izbach skarbowych. spoglądając tęsknie na nie dopity kefir.2 — To tu? — spytał wysoki. munsztukową cygaretę i zrewanżował się ogniem. — Słucham pana. wraz z olśniewającą. — Kuba wziął długą. otworzył je i zawołał w przestrzeń pokoju: — Kuba! Zajmij się panem. — Jestem. zmusił go do ponownego zajęcia miejsca na krześle. chodzi nam wyłącznie o poparcie . ściskając sobie ręce. Pan Życzliwy nie mógł się w żadnym wypadku okazać mniej uprzejmy od Kubusia. albowiem pan Życzliwy nie okazywał najmniejszej chęci przerwania tej manifestacji grzeczności. proszę mówić. młody człowiek w okularach i zapukał do drzwi z napisem „Redakcja miejska”. Teraz. zatopiony w gazetach. — Własnej roboty papierosy — rzekł — proszę. — Moje nazwisko — zaczął ogorzały mężczyzna nabrawszy większej pewności siebie przez fakt. wstał tedy również i przez parę chwil stali. panie redaktorze.

Kuba. Dobre. Zrobimy wam reklamę. ta użyteczna i rzutka placówka gospodarcza. odkładając gazetę i zapalając papierosa. — Jak to dobrze. — Wypiłeś już chyba cały kefir z warszawskich barów mlecznych po przedwczorajszym wstrząsie. kochany. — O. A może wolą panowie szpinak lub brukselkę? — Dla mnie może być trochę szparagów — odezwał się naraz poważnym tonem mężczyzna w koszuli khaki — najlepiej od razu ugotowane i z masłem. rozmawiamy… Ale chyba nie stracił pan do mnie zaufania? Kolanko spojrzał przeciągle na Kubusia. o którym głuche wieści przelewają się po Warszawie. Ja wszystko wyjaśnię. — Skąd ta nagła miłość do spółdzielni . proszę. Kuba. niedobrze z tobą. co widzisz w tym interesującego — rzekł Kolanko. Kuba. gdy uznasz za stosowne. że pana spotkałem! Do widzenia — to mówiąc skłonił się kilkanaście razy i wyszedł. to! — zawołał zachwycony Życzliwy — reklama! Panie redaktorze. pan ma żal do mnie o to. czy ty. nie tracisz z oczu głównego wątku dla jakichś motywów pobocznych? Boję się. — Nie rozumiem. przyrzekam — rzekł uroczyście Kubuś. Tylko że to takie jeszcze trudne i skomplikowane. — Kuba kaszlnął znacząco. że gubisz przyczynę. to. My możemy z czystym sumieniem . — Ma je spółdzielnia „Mazowiecka Poziomka”. Widzę nawet tytuł: „Witaminowy karnawał na Koszykach — Tysiące warszawiaków w odmętach nowalijek wiosennych — Wielki konkurs krajania szczypiorku — Tysiąc i jeden sposób posługiwania się rzodkiewką”. panie Edwinie. „A może by ich jednak zaprosić na kolację? — pomyślał nerwowo — to zawsze pewniejsze. Nie jestem tylko pewny. — Rozpoczęliśmy bezpardonową walkę z chuligańską dzikością. Staczasz się coraz niżej w bagno nałogu. darzymy sympatią człowieka–zjawę o białych oczach. — Ma je pan. czy nie kryje się w tym jakaś aluzja korupcyjna. — Wierzę ci. a wygląda na szefa”. jakiej nie znają dzieje branży owocarsko — warzywniczej w tym mieście. Kubuś podszedł do Kolanki. — Dla młodocianych alkoholików — rzucił zgryźliwie Kolanko. co? — Wspaniałe — szepnął Życzliwy. Oj.prasy. — Załatwione — przerwał mu te wahania Kubuś — może pan na nas liczyć. usiadł na jego biurku i rzekł ciepło. — Nie — rzekł poważnie — nie straciłem. Dyrektywy nasze są jasne. panie Życzliwy. a kogo niszczyć. Niech mi pan wierzy. komu pomagać. niech mi pan da trzy dni czasu. My jesteśmy po stronie owego tajemniczego zjawiska. w imieniu zarządu spółdzielni „Mazowiecka Poziomka” pozwolę sobie przysłać skrzynkę sałaty dla redakcji „Expressu Wieczornego”. dla której zaangażowaliśmy się w tę całą historię. wiemy. Powiesz mi wszystko wtedy. — Ten kiermasz. Kubusiu — Kolanko wstał i ujął Kubę za ramię.Mazowiecka Poziomka”? — To niezmiernie interesujące — powtórzył Kubuś w zamyśleniu. widzi pan. serdecznie: — Panie Edwinie drogi. ja sam… moje sprawy… Tu wchodzą w grę pewne przeżycia… Co tu dużo mówić. kochany. lecz Życzliwy poczuł się zaniepokojony. że tak mało ostatnio się widujemy. to bardzo ważna rzecz. Ten chce ciepłe danie. co różni nas zasadniczo od milicji występującej formalistycznie i tępiącej każdą nieurzędową inicjatywę walki z chuligaństwem.

Proszę. kartonową teczkę biurową różowego koloru. nie będzie miał żadnych wątpliwości.poprzeć owego błędnego rycerza i jako dziennikarze możemy uwierzyć w romantyczne przesłanki jego postępowania. — Nikt. mam nadzieję. otwiera nową erę w naszych stosunkach… — Chciałbym… — kontynuował Dziarski. że pan przyszedł. Trzeba jakoś zaakcentować dobrowolność naszego dzisiejszego spotkania. Zaś boję się. po czym przeciął szeroką ulicę. Kubusiu. wspominając. Taka pogoda… — Wyszedł w Aleje Jerozolimskie. Przy Arsenale wysiadł i zapłacił. Kolanko zatrzymał się na chwilę. — Dziarski milczał chwilę. które żadną miarą nie trafiają do przekonania milicji. Po paru minutach wszedł do pokoju porucznika MicHała Dziarskiego. Tym bardziej że nie stawia pan żadnych warunków. zgoda? Ja wszystko wyjaśnię! — Zgoda — rzekł Kolanko — powiedz mi tylko jedno: co oznaczają ostatnie przed śmiercią słowa Mechcińskiego: „Kudłaty zapłaci!” Kubuś spuścił wzrok. nie — uśmiechnął się Kolanko złośliwie — nie na tym miejscu. Gdy oddalił się trochę od bramy „Expressu Wieczornego”. Kolanko przemierzał wolno podwórze. Dziarski czytał coś pilnie w papierach. skłonnej widzieć w nim takiego samego przestępcę. panie Marianie. potem odparł z uśmiechem: — Dziękuję. że ty. — Dzień dobry. „Ma trochę racji mój stary” — pomyślał Kubuś z tkliwą skruchą. Myślę. pomyślał. dla warszawskiej żulii i szumowin. Mam z panem mnóstwo do omówienia. abym siedział na tym krześle. zatrzymał taksówkę. kolejarz. bębniąc palcami po blacie biurka — coś panu zaproponować. — Ale ratujemy symbolikę — rzekł kpiąco Kolanko. zmierzając ku Komendzie MO. przestajesz się chwilami orientować w łoskocie walki i wśród mroków penetracji… — Nie — rzekł Kubuś w zamyśleniu. — O. Po czym uniósł skrzywioną wysiłkiem twarz i rzekł ciężko: — O to właśnie chodzi. mrużąc swe kpiące oczy. jak mile w gruncie rzeczy rozmawia mu się z Kruszyną. — Przyjmuję — rzekł obojętnie Kolanko — i cieszę się z tej propozycji. Za chwilę wejdzie tu Józef Siupka. wskazał krzesło po przeciwległej stronie biurka. Będę go przesłuchiwał i dlatego pana tu zaprosiłem! Chcę… — Dziękuję za zaproszenie — przerwał z ożywieniem Kolanko — jestem mile zaskoczony. — To mówiąc. — Powiedziawszy to zbliżył się do okna i usiadł na parapecie. — Nie — rzekł spokojnie — nie stawiam. niech pan siada. zapełniających grubą. — Godne pochwały — mruknął Dziarski — a zatem do dzieła. — Cieszę się. — Przymierze — rzekł oschle Dziarski. patrząc prosto w twarz Kolance. redaktorze — rzekł z uśmiechem. że nie zostałem przez pana zaproszony w takim charakterze. aczkolwiek koliduje trochę z nastrojem tego wnętrza. Ten gest. których zwalcza. panie redaktorze? — spytał go wesoło jeden z szoferów redakcyjnych aut. — Dokąd jedziemy. — Panie Edwinie — dodał żarliwie — jeszcze trzy dni. dobrze? I proszę mi pozwolić zareklamować ten kiermasz. — Co? — spytał ostrożnie Kolanko. — Wobec . — Racja — rzekł dość sucho Dziarski obserwując go spokojnie — wygląda to bardziej malowniczo. kto tu wejdzie. — Do Arsenału — rzekł kierowcy. pójdę pieszo. dla świata chuliganerii. nie odrywając wzroku od oczu Kolanki. jak ci. Natomiast nie wolno nam nawet w najmniejszym stopniu okazać cienia pobłażliwości dla drugiej strony. że łączą nas zainteresowania lub sympatie. lecz zaprzeczenie to brzmiało dość niepewnie. W tym kryje się sedno sprawy.

że człowiek o białych oczach nie nosi melonika ani parasola. że poinformowanie opinii publicznej o tych sprawach może mieć korzystne skutki dla wszystkich. po czym usiadł przy stojącej na stoliku maszynie do pisania. obserwując kępki czarnego zarostu na brodzie i kościach policzkowych Siupki. — Może Siupka wniesie coś nowego w naszą wiedzę. — Siupka skinął głową. przepoconą bieliznę. W ostatnim przypadku. Ale teraz sytuacja zmieniła się i myślę. ukazujące brudną.tego ja też nie — uśmiechnął się z odprężeniem Kolanko i wyciągnął rękę do porucznika. — Jakiego zagadnienia? — spytał Dziarski. panie Siupka — chrząknął Dziarski — coś bliższego o owej czwartej osobie w wagonie. pan — prawną. — Fałszywy trop. — Cudownie — rzekł Kolanko — Halski weźmie na siebie stronę psychologiczną zagadnienia. poruczniku. co też było próbą pokrzyżowania moich planów. — Zagadnienia człowieka o białych oczach — rzekł Kolanko. — Tak jest — rzekł schrypłym głosem. a ja — moralno–obyczajową. zeskakując z parapetu. nie reguluje złodziejskich porachunków. — Proszę usiąść — rzekł Dziarski. mowa jest wyłącznie o białych oczach i sygnecie. — To jest pańskie pierwsze zeznanie — rzekł. Twarz Siupki była skrzyżowaniem ostrożnej arogancji z przeciętnością. Zresztą… jesteśmy teraz kwit. — Przypomina je pan sobie? — spytał krótko Dziarski. przed szpitalem. Dziarski wyjął z różowej teczki arkusz papieru pokryty maszynopisem. Kolanko odwrócił się do okna i zapalił papierosa. — Proszę mi zatem powiedzieć. — Czy to taka moda u kolejarzy?” Sierżant Maciejak założył czysty arkusz na wałek maszyny. Dziarski uniósł słuchawkę telefonu i za chwilę sierżant Maciejak wprowadził Józefa Siupkę. Od samego początku jestem po stronie pogromcy zdziczenia warszawskiej ulicy i nigdy nie kryłem tych sympatii. — Aha — dodał — co pan na to. Przez przypadek i przez chwilę zagościł w orbicie większych wydarzeń i to wszystko. o której wspomina pan w . co się stało na Dworcu Wschodnim. „Dlaczego on jest tak zarośnięty? — zastanowił się Kolanko. Pan radził mi wtedy publikować artykuły o nim. wskazując Siupce krzesło naprzeciw siebie. nie jest przestępcą. — Toteż nie zdziwiłem się. — Słusznie — zauważył Dziarski bez urazy. — Muszę się nad tym zastanowić — rzekł z namysłem Kolanko. wpatrując się w błękit nieba nad barokowymi dachami ulicy Długiej. źle ogolona i spocona budziła skojarzone uczucia litości i odrazy. Kolanko — przyjrzał się bacznie pospolitej postaci w kolejarskim mundurze z grubego sukna. aby dopuścić do tego sojuszu doktora Halskiego. Siupka skinął głową. składając kolejarską czapkę na kolanach. który… — Znakomita myśl — przerwał Dziarski — może pan dalej nie mówić… Zgadzam się. gorąco usprawiedliwiało niechlujne rozchełstanie kołnierza munduru. gdy się pan nie zgodził. — A więc dlatego wtedy. Siupka usiadł. w tym. — To bzdura — rzekł Kolanko. wskazując arkusz Siupce — złożone zaraz po wypadku. — Jestem przekonany. Człowiek w meloniku odszedł na pewno już od dawna od swych liczydeł i zarękawków. radził mi pan jak najszybciej aresztować faceta w meloniku? — spytał zimno Dziarski. — Wtedy nie byliśmy jeszcze w przymierzu — uśmiechnął się promiennie Kolanko. człowieka. — Chciał pan powiedzieć: człowieka w meloniku i z parasolem — poprawił Dziarski.

rany. ale… to tak nie było! — A jak było? — w głosie Dziarskiego zadźwięczała groźba. chyba taki jak ja. bitego kijami po obu bokach psa. jak tylko się wszystko stało. — Żadnego szczegółu więcej przytoczyć nie mogę — rzekł urzędowo Siupka. głos mu zaskrzypiał rozpaczliwym podnieceniem — tylko że jak on tę swoją biedną ofiarę złapał i wrzucił… — Jak to wrzucił? — przerwał zimno Dziarski. że zdaje pan sobie sprawę z konsekwencji. aby prędzej do wyjścia. nasiąkłym zdenerwowaniem. to zgubił kapelusz po drodze. — Ano. Ciemno było. że jak tak rwał do przodu. panie Siupka — rzekł surowo Dziarski. Maciejak pisał niezbyt szybko. żeby złapać hamulec. A przecież jak leciałem. Myśli wirowały mu trochę bezładnie w głowie. — Czego się pan boi? — spytał Dziarski.zeznaniu. jak się boję… ale nie ma rady. unosząc maszynopis — przecież pierwszym razem zeznał pan. czy chciał mi przeszkodzić w alarmie. Kolanko przysiadł z wrażenia na krześle pod ścianą. Faktycznie. gdzie się podział… — zaczął Siupka głosem łamiącym się. to od razu gdzieś się zawieruszył. Kolanko odwrócił się gwałtownie. nic więcej nie widziałem. lecz wytrwale. to wpadł na mnie z tyłu i cholera go wie. Co się z nim stało? Dlaczego nie zeznawał na dworcu? Gdzie się podział? — Tego nie wiem. lecz nawet najlżejszy błysk oczu nie zdradził w nim podniecenia. bo go nie widziałem… Tylko że… — przełknął nerwowo ślinę. dotyczący tej czwartej osoby. jakie pociągnie dla pana fakt złożenia fałszywych zeznań w pierwszym śledztwie? Siupka spojrzał nań oczyma głupiego. czy sam taką cykorię złapał. tak to się nazywa. — A może pan uzupełni swe pierwsze zeznanie o przeciwniku Mechcińskiego? Może pan spróbuje jeszcze raz nam go opisać? — Uzupełnić zeznania o tym danym przeciwniku nie mogę… — zaczął znów Siupka swym stylem podań do urzędów gminnych — bo ledwie go mogłem zobaczyć. — O tej czwartej osobie to ja mogę niedużo powiedzieć. o. — Panie komisarzu — stęknął ciężko — ja się bałem… tak cholernie się bałem. co to kiedyś faceci nosili. co skończyło się owym nieszczęśliwym wypadkiem. Melonik. bawiąc się obojętnie ołówkiem — niech się pan dobrze zastanowi i przytoczy jeszcze jakiś szczegół. . że pruł. nieduży był. Tego efektu swych słów Siupka nie zauważył jednak. Serce zabiło mocno Dziarskiemu. — Tak jest… Tak zeznałem. — Panie Siupka — rzekł Dziarski. nie zwracając na nic uwagi poza swą pracą. zaś dopiero potem Mechciński zaczął nieprzytomnie uciekać. I teraz się boję… o. wie pan. może trochę wyższy. że przeciwnik Mechcińskiego ujął go za klapy. — Mam nadzieję. To tylko zauważyłem. że cofa pan zeznania? — Tak jest… Tak właśnie… Cofam zeznania… — zabełkotał Siupka. Opisać też go nie mogę. — Czy chce pan przez to powiedzieć. — A więc proszę. papieros wyleciał mu z palców. — Tak jest — zaczął gorączkowo Siupka. powiedział: „Nie będę cię tu bił!” i puścił natychmiast. gdyż Kolanko stał za jego plecami. ocierając brudną chustką mokrą twarz. taki okrągły sztywniak.

co wiem… Co ja jestem winien. — Widział pan to wszystko? — spytał Dziarski obojętnie. „Dziarski powiedział łagodnie: — Już dobrze. bo. plącząc się i potykając o sylaby. panie komisarzu. nim jak szczeniakiem i wypchnął go do wyjścia… Mechciński krzyczał „Ratunku! Pomocy!” i właśnie ja szarpnąłem się do przodu. „To koniec! — pomyślał Siupka z rozpaczą — teraz. „Nie nadaję się na sędziego śledczego — pomyślał z ironią — jedyną pretensją. wiemy… znamy… słyszeliśmy o pewnych historiach. że Siupka płakał. ogłosiłbym rozporządzenie o przymusie codziennego golenia”. widzi pan. którą mam do tego podławego faceta.. jest to. mamy o tym swój rozum… Złych ludzi nie brak. że nie jest ogolony… Gdybym był ministrem kolei. które trzymał w ręku. Kolanko czuł suchość w gardle i szukał gorączkowo zapałek. Wszystko to tak naraz. że sensacyjną relację Siupki uważa za wyczerpaną. jakby rewelacje Siupki były sprawozdaniem kontrolera tramwajowego. nic dobrze nie słychać… Tamten taszczył Mechcińskiego za ubranie i jak drzwi się rozsunęły. żeby bliżej! Już my. jeden drugiego… Nie ulegało wątpliwości. łzy pociekły mu poprzez zmarszczki — takie nieszczęście! Akurat ja musiałem być przy tym! Cholera mnie wtedy nadała! Co ja mogę o tych rzeczach wiedzieć? Mało to się wyrabiało z konduktorami pod Wołominem. jak ten się na mnie zaweźmie. wyjrzał jeszcze… Widocznie szybko się troknął. leżałem na ławce. — Panie komisarzu — zajęczał Siupka wstając. koniec na dzisiaj. W tej chwili przekonany był. panie Siupka. że był na pograniczu nerwowego szoku. jak z przekłutego z trudem pęcherza dobywa się z szybkim sykiem powietrze. że Siupka mówi prawdę. Sierżancie. już dobrze. pod Tłuszczem. — A czego się pan boi? — powtórzył Dziarski chłodno. pusto było zupełnie. tak że ten aż oczy zmrużył z przerażenia. — O czym pan mówi? — powtórzył Dziarski. Kolanko poczuł się zmęczony: dość miał tych skrzypiących jęków. od których lepiej z daleka… Niech ręka boska chroni. Czego wy ode mnie chcecie? — twarz skrzywiła mu się brzydko i komicznie. Wezwiemy pana jeszcze tu do nas. . — Może zechce pan trochę jaśniej? Jakieś fakty? Konkretne wypadki? — Panie komisarzu — zaczął płaczliwie Siupka — ja nie wiem… Ja mały człowiek. kolejarze. — Widziałem — rzekł Siupka i głos załamał mu się dramatycznie. zaczął wyrzucać z siebie słowa: — Ten drugi złapał go za klapy. po czym znów usiadł wycierając chustką wilgotne czoło — my. że ludzie się mordują jak pluskwy. a ja trochę pod muchą. tak Siupka. to do końca życia stąd nie wyjdę”. klawisze stukały uporczywie.— Tego Mechcińskiego wrzucono pod pociąg! I nagle. że leci ekspres po sąsiednim torze i… bach! … tego biednego Mechcińskiego prosto pod koła… na szyny… Maciejak przygryzał wargi z pilności zapisywania.. wyglądało na to. tak jak ten Mechciński… — O czym pan mówi? — Dziarski spojrzał na Siupkę. a taki zły człowiek każdą krzywdę zrobi… Paru kolejarzy już skończyło na szynach. potrząsnął. na warszawskim węźle. człowiek się nie opamiętał… Szum w tych elektrycznych wagonach przy jeździe. coraz mniej rozumiał z tego przesłuchania. na stacji w Ząbkach? Niech mnie pan puści! Powiedziałem.

— Ale dość płynny — rzekł zimno i ostrożnie Dziarski. Sądzę. — Stała opieka — rzekł Dziarski do Maciejaka — niech mu pan przydzieli dwóch ludzi i niech go pilnują. właściwe wyjaśnienie. istnieje kilka ewentualności. — Poruczniku! — zawołał — niech to diabli! Przecież on mówił rewelacyjne rzeczy. — Maciejak wstał od maszyny. zapalając długo papierosa z pochyloną w dół twarzą. zły człowiek. — Nie będziemy go wzywać — uśmiechnął się Dziarski — nie ma potrzeby. które mogą ją wyjaśnić. w gruncie rzeczy. nic nowego już nie wniesie. Jeśli mówił prawdę. Niech sprawdzą jego kartotekę w biurze personalnym dyrekcji okręgowej węzła warszawskiego. że człowiek w meloniku i człowiek o białych oczach to jednak dwie różne osoby. Na razie jest to najnowszy wątek w tej zawiłej historii. żeby pan o nich napisał. — Moje osobiste przekonania nie mają na razie żadnego waloru prawnego. Inna rzecz. iż człowiek w meloniku jest jakoś związany z człowiekiem o białych oczach. — W drugiej — rzekł. — Widzi pan — Dziarski uniósł gładkie. oczywiście. — Ale w jakiej wersji? — spytał z podnieceniem Kolanko. ten Siupka! — Tak — przyznał spokojnie Dziarski — wręcz sensacyjne. I dlatego proponuję. Nas. że pierwsza wersja jest prawdziwa. Twarz dziennikarza płonęła. — Ufff… — odetchnął głęboko Dziarski i spojrzał na Kolankę opartego o okno i palącego chciwie papierosa. że znakomitym odczynnikiem. jest osobą działającą poza prawem i wbrew prawu i obowiązkiem moim jest aresztować go przy pierwszej okazji. Może jest jego sprzymierzeńcem… — Ale takim sprzymierzeńcem. opanowane oblicze ku Kolance — nagły zwrot Siupki jest czymś mocno podejrzanym. pomocnym przy ich badaniu. tknięty nagłą intuicją. — Instynkt dziennikarski podsuwa panu. lecz uznał. — Zwycięstwo! — rzekł z cichym triumfem Kolanko — a więc po raz pierwszy ustawia się pan po stronie człowieka o białych oczach? To wielki sukces. — W pierwszej czy drugiej? — Dziarski uśmiechnął się. Wynika z niej. że myśląc logicznie. — Możliwe — rzekł z namysłem Dziarski i uśmiechnął się. zupełnie ciemny punkt w tej sprawił. Chciał dodać: „takim jak ja”. poruczniku. Na razie człowiek o białych oczach. jak przy trudnych pertraktacjach. o którym człowiek o białych oczach nic nie wie… — zawołał Kolanko. okazałaby się wiadomość w „Expressie Wieczornym” o śmierci Mechcińskiego. Osobiście skłaniam się ku przekonaniu. trzeba go będzie tylko uchronić przed przykrymi skutkami kłamstwa. proszę… — Sierżant Maciejak wyszedł z pokoju. Tym razem będzie to leżało w interesie pańskiego… ulubieńca — Dziarski uśmiechnął się porozumiewawczo — niech pan posłucha: pierwsza część zeznań Siupki była raczej prawdziwa. podana w ostrym sosie sensacji. Natomiast nagła wolta Siupki przedstawia się łatwiej. możemy dojść do wniosku. jak go nazwał nasz przyjaciel Siupka. — Na kiedy go wezwać ponownie? — spytał Maciejak. Za chwilę wrócił Maciejak. oskarżając go o morderstwo? — Aby go ostrzec — . Siupka ukłonił się kilkakrotnie. — Nie rozumiem — rzekł Kolanko — dlaczego tedy każe mi pan obciążać go dodatkowo i pisać o nim oczerniające artykuły. Jest to. być może. interesuje w drugim wypadku jedno: w czyim interesie i na czyje zlecenie kłamał? Sierżancie.proszę wyprowadzić obywatela Siupkę. po czym obydwaj wyszli. zorganizujecie tę opiekę. Już drugi raz pojawiają się obok siebie w ważnych wypadkach. Jeśli nie mówił. że nawet przymierze nie uzasadnia takiej szczerości. pokrywając napięcie.

ostrożnie.W tym coś jest — pomyślał — w nagłej zgodzie tego dziennikarskiego cwaniaka. — Należy zatem przyjąć — rzekł Kolanko z zimną zawziętością — że komuś zależy bardzo na tym. Przekonał mnie pan. wie pan. I dlatego mogę napisać zgodnie z prawdą lub wcale. Jaki on może mieć w tym cel?” — Boję się — rzekł dyplomatycznie Dziarski — że . którzy go do tego zmusili: spróbują zabić Siupkę tak czy inaczej. poruczniku. a!e uczciwie. Postaramy się ochronić tego faceta. będzie hasłem do działania dla tych. Musimy w jakiś sposób ujawnić prawdziwą naturę jego czynów. zgodnie z prawdziwym stanem rzeczy. wytrenowanej dociekliwości Dziarskiemu. aby siać nowe podejrzenia albo by pozbyć się niewygodnego świadka ich machinacji. — Co będzie się równało wyrokowi śmierci na Józefa Siupkę — uśmiechnął się łagodnie Dziarski — skoro bowiem przyszło nam do głowy. a nie to. jak pan to nazywa. Prasa jest w tym wypadku jedynie środkiem taktycznym. — Kolanko tarł sobie czoło z wysiłkiem: czuł zamęt w głowie i znużenie. zbudowane zresztą beż logicznego błędu. — My. ale. że Siupka zaryzykował zmianę zeznań z czyjegoś polecenia.rzekł chłodno Dziarski oglądając swe paznokcie — przed grożącym mu niebezpieczeństwem. — niech pan da spokój! Wydaje mi się. co zostało wydrukowane w gazecie. jak widać. Podstawą śledczą są dzisiejsze zeznania Siupki. dopóki nie zbierze wszystkiego w klarowny ciąg rozumowania na papierze: poza tym ustępował wyraźnie na tym polu śledczej. bez popadania w dziennikarski romantyzm. rozsiekał obce sobie zagadnienie na nieskończoność wątków i przyczynkowych informacji i chodzi z tym chaosem w myślach. — Nie! — zdumiał się przeogromnie Kolanko. że skoro informujemy opinię publiczną po raz pierwszy o tym człowieku. nie należy to do rzeczy prostych. że posuwa pan swą nagłą szlachetność zbyt daleko! Namawia mnie pan. Natomiast artykuł obciążający złego człowieka będzie ułaskawieniem dla Siupki. Znamy dobrze fakty tego typu morderstw na podmiejskich liniach warszawskiego węzła. Sprawy. Artykuł. mamy ją. — Brak panu odpowiedzialności za drukowane słowo — rzekł Kolanko. Jest ona prawem naszego zawodu. — Aha — przyznał Kolanko — artykuł w „Expressie” zostanie zatem opublikowany. poruczniku. poruczniku! Przecież on nie zabił Mechcińskiego! — zawołał Kolanko kłótliwie — sam pan w to wierzy… — Wierzę — rzekł Dziarski — lecz bez podstawy śledczej. znaczy to. — Ostatecznie ważne jest to. — Dziarski spojrzał nań w sposób wysoce podejrzliwy. który spełnił nałożone nań zadanie. Już niejednokrotnie pijackie awantury i bójki w pociągach elektrycznych kończyły się wrzuceniem ofiary napaści pod koła. I nagle olśniła go pewna myśl. Sam pan jednak rozumie. dziennikarze. — Rozumuje pan po dziennikarsku — rzekł Dziarski. który nazbierał mnóstwo materiału. bym go ostrzegł przed panem? W taki sposób? Nie bądźmy dziećmi. . ukazać jako ohydnego mordercę kolejowego. są poważne i zazębiają się o gwałtowną śmierć. — Zgoda! — zawołał — opublikuję to według pana recepty. śmierć Mechcińskiego jest w pewnym sensie zjawiskiem typowym. że działa pod przymusem lub terrorem. tak charakterystyczne dla reportera. nie możemy od razu ustawić go w złym świetle. — Nareszcie zrozumieliśmy się. tłumiąc zbyt wyraźną niechęć w głosie. anulujący te wysiłki sterroryzowanego Siupki. aby na człowieka o białych oczach padło posądzenie o morderstwo… — Arcysłusznie — rzekł z uznaniem Dziarski. co my tu wiemy i myślimy.

— Intuicja pana zawodzi. pełnomocnik rządu do spraw chuligaństwa”. będzie nazywać — wpadł w jego ręce?” Uśmiechnął się znowu sam do siebie. czy co to jest „Kudłaty”? — Dziarski spojrzał nań bystro. Mówi mi to intuicja… — Skądże znowu — rzekł beztrosko Kolanko. Minął poradziwiłłowski. co łączyło chuligana Mechcińskiego. — Być może — uśmiechnął się Kolanko — warto by się było zastanowić nad tym. — Jednego z najgroźniejszych hersztów przestępczego świata Warszawy. to koniec. modnie ubranego mężczyznę. typowego warszawskiego desperado. jak chętnie go odtąd. Dziarski nie odwzajemnił tej drobnej serdeczności.nasz sojusz jest w tej chwili poważnie zagrożony. stojącego z rękami w kieszeniach i w zsuniętym na ciemię kapeluszu w promieniach majowego słońca i uśmiechającego się do przeobrażonych w ministerstwa pałaców magnackich. któremu każdy rok przynosi rozszerzenie zysków. nad czym należy pomyśleć… To mówiąc włożył na tył głowy kapelusz i opuścił gabinet. a trochę złośliwym. — Wobec tego trzeba napisać ten artykuł. Spiker rzucał w ciżbę podnieconym głosem krótki komunikat. chuderlawą twarz porucznika. „Ten Dziarski…” — rozmyślał Kolanko idąc wolno Trasa. „A cóż to będzie za śliczne miasto kiedyś… — pomyślał z zadowoleniem skrzętnego kupca. dzięki czemu. — Kto to jest. gdyby przypadkiem ZŁY człowiek. o który prosił pan porucznik MicHal Dziarski. że jest filatelistą… Filateliści. — Zupełnie zapomniałem. by zdobyć jakiś okaz. czuł. nadających meldunki z trasy wyścigu. z takim Kudłatym? I za co ten ostatni miał płacić? Czyżby za usunięcie człowieka o białych oczach? Oto. — To jest nazwisko albo pseudonim pewnej na wpół mitycznej postaci — rzekł poważnie. jak o przemożne wpływy w warszawskim rynsztoku. jak by się zachował. narastającemu wokoło. W–Z. niż uwierzę w twoje dobre intencje”. po czym zapowiadał muzykę. zapalając ze smakiem papierosa — ten Siupka wymyślił świetny slogan do takiego artykułu: ZŁY człowiek… Pycha… — Czy wymyślił — mruknął Dziarski — o tym się jeszcze przekonamy. że jest winien coś z siebie temu bogactwu. Ciekawym. Kolanko przystanął na . że facet nie popełnił konkretnej zbrodni i trudno byłoby oskarżyć go o coś innego. Ogarnął go naraz lekki niepokój. Jak nigdy! — „Ach. — Swoją drogą — rzekł Kolanko. hełmiasty pałacyk. nieliczni przechodnie patrzyli z sympatią na wysokiego. że rozstajemy się w cudownej harmonii. trochę sceptycznym. Na MDM–ie tłumy gromadziły się przy megafonach. trochę ironicznym. przy którym ustawione były zranione przez wojnę rzeźby. Być może jest to po prostu potężny paser. jak się raz uprą. Wiemy o nim niewiele. ty mądralo — myślał przy tym Kolanko — wpierw zjem własny krawat. „Czuję się dłużnikiem w tej chwili i w tym miejscu” — pomyślał i uśmiechnął się najprawdziwszym uśmiechem redaktora Edwina Kolanki — uśmiechem trochę gorzkim. taktem jest zresztą. kiwając Dziarskiemu przyjaźnie dłonią. — Aha — rzek! Kolanko żegnając się — jeszcze coś — wziął z biurka maszynopis z pierwszego zeznania Siupki. „Ten Dziarski — pomyślał ze złością. albowiem mimo wszystko lubił energiczną. za Siupką. — Czuł się jakoś zobowiązanym przez to nowe piękno. Nie wiem tylko dobrze. Moja jest lepsza i mówi mi.

odświętnie odzianych ludzi żądne są podziwu dla sportowej wielkości. W dniu startu lub finiszu warszawskie ulice objęte trasą przejazdu mają w sobie coś z ducha krucjaty: ogromne tłumy podnieconych. Andante z sonaty „Księżycowej” Beethovena. gotowe są za nią płacić zgniecionymi klatkami piersiowymi. teraz w tym ogromnym wrzasku. dresów. pomarszczonych i ogorzałych. wiszące w ciepłym powietrzu. chustek. Już chwilę roześmiane twarze nad barwistymi koszulkami stwardnieją w walce. Nie przepadał specjalnie za kolarstwem. Zewsząd. pocił się niemiłosiernie i denerwował. Spiker doniósł: — …wraz z otrzymaniem nowych meldunków z trasy podamy je natychmiast. którą Warszawa rozbrzmiewa w dni startu lub finiszu. trenerzy o twarzach weteranów. na szosie. białe kitle. poetyka kolarskich strojów i kryć głowy. od pierwszej chwili wejścia kolorowych sylwetek kolarzy na start. Cały sztafaż zainteresowania wyścigiem: radio i film.skraju zbiegowiska. samolubne i małoduszne. czapeczek. swetrów — wszystko to razem składa się na potężną. oznaczającym wielkie wzruszenie tłumu. które tam. Andante z sonaty „Księżycowej” doprowadzało w tych warunkach do rozpaczy. kolarską symfonię. zadręczy później kark i zasnuje oczy mgłą wyczerpania. bólem: tam. na trasie. Gra Lorenzo… — Andante… Beethoven… — skrzywił się męczeńsko gruby facet — a tam Królak się morduje na szosie… — Kolanko pokiwał głową ze zrozumieniem. czapek. Tymczasem nadajemy muzykę. szalików. gdy rozentuzjazmowany stadion pozdrawiał ogromnym krzykiem pierwsze dotknięcia pedału na skraju dwóch tysięcy kilometrów obezwładniającego znużenia lędźwi i rąk. pokryją się potem. lecz tu. Jak drogocenne kapłaństwo dzierżycie w pachnących vegetalem i wodą kwiatową dłoniach dar przywracania ludziom sympatii i dla samych . że moment jest wzniosły i dotyczy ich wszystkich bez wyjątku. Kolanko nie mógł w tych dniach oprzeć się nienaturalnemu podnieceniu. wysypywały się na MDM zastępy wychodzących z pracy ludzi. to pierwsze pochylenie się nad kierownicą. petek. które tak rzadko nosicie…. Było jakieś tchnienie chwały i heroizmu w tym wyścigu. zmęczeniem. facet miał oblicze w kształcie gruszki. fryzjerzy warszawscy! Jakże wspaniale wyglądają na was czyste. Kolanko ruszył przez gęsty tłum ku Wilczej. trzymał w ręku butelkę z lemoniadą. przy jakimś tęgim facecie w milanezowej koszuli pomarańczowego koloru. Zaczynało się: sobotnie popołudnie — najprzyjemniejsza chwila tygodnia. witały ich intrygująca perspektywa zakupów i przyrzeczenie niedzielnego odpoczynku. emblematów. lecz w tych dniach pędzący po szosie rower z wygiętą w kabłąk sylwetką kolarza usuwał w cień wszystkie inne sprawy chwili bieżącej. połamanymi żebrami i zniszczonym doszczętnie obuwiem. Wyścig kolarski Warszawa–Berlin– Praga wżarł się na dobre w obyczajowość tych miast. biegnących. napisów na skórzanych bluzach. sędziowie i działacze sportowi. fotoreporterzy i prasa. O. twarze te zróżnicują się na mądre i przyjazne. ogarniającemu go od chwili rannego przebudzenia aż do wieczornego chłodu poduszki. zawodnicy wiedzą. Sam czekał niecierpliwie na coraz to nowe wiadomości: w tych dniach rzecz najłapczywiej w Warszawie pożądaną. wiatrówek.

wyrosłą na wielowiekowych kontaktach z ludzką próżnością. to wymachujący rozcapierzonymi. Nade wszystko zaś wielbię wasze zakłady fryzjerskie. Stało się tak za sprawą pewnego dyrektora działu w Polskim Radio. Strzygł się u niego przez ostatnie osiem lat i nie było takiej siły. Dlatego piastujecie w swych cechowych tabernakulach jakieś trudne mądrości. Wszystkie jednakowo poważane przez małe dzieci. obserwując kiedyś Dziurę pochylonego uwodzicielsko nad opracowywaną głową klienta. szpakowaty okularnik o twarzy wytrawnego szydercy. że imię to zawierało w odniesieniu do Dziury jakąś trafność i Dziura. warszawscy fryzjerzy.siebie! Krzepicie wątpiących. wrażenie demoniczności. mówicie przy goleniu wyłącznie o tym. Kolanko wszedł przez otwarte na oścież drzwi do niewielkiego pomieszczenia. Dziura stał przy pustym fotelu. wzmagały. będący w istocie wynikiem powściągliwej nieśmiałości. jąkał się. tak zdawkową. teraz podupadłym. a więc ludzi głęboko nieszczęśliwych! Jakże różni jesteście od swego sewilskiego protoplasty i patrona. Nie znoszę waszej brutalnej obojętności. głęboką wiedzę. przypominał odległe wielkiego wysłannika piekieł. eleganckie. to szepczący coś do ucha strzyżonego. natomiast cenię waszą obmierzłą grzeczność. rogowych grzebieni i miękkich miotełek błyszczącej rączce. Jesteście fachem prastarym. niegdyś skoligaconym z medycyną. w której mieścił się zakład fryzjerski Dziury. że aż otwarcie impertynencką. jak własną żonę kocham! — I od tej chwili Antoni Karol zmienił się na wieczność w Mefistofelesa. co was interesuje. Kolanko szedł Wilczą i zastanawiał się nad potęgą przyzwyczajenia. a zarazem pożądające waszych rytualnych. obawiające się. co interesowało jego klientów. komfortowe i nędz — pełne przegródek z matowego szkła. zawołał: i — Toż to czysty Mefisto. dwa imiona: Antoni i Karol. czynił to z tak smutnym wyrazem . Wszystkie jednakowo nazywane salonami. albo nie mówicie nic. tańczący wokół siedzącego twarzą do zwierciadła klienta. znany figlarz i dowcipniś. którym zbrzydła własna powierzchowność. przy sterczącej z białego prześcieradła głowie uwijał się młodociany pomocnik Dziury imieniem Mieciek. nikt jednak o nich nie wiedział i rozległe dorzecze przecznic pomiędzy ulicą Marszałkowską a Mokotowską znało go wyłącznie pod imieniem Mefistofelesa. okazując szczerą dla golonego pogardę. które z drugiego krańca miasta pcha go w fotel fryzjera Mefistofelesa Dziury. że jestem waszym bezkrytycznym chwalcą. nożyc. ubogie. Figara! Figaro posiadł sztukę zabawiania przy goleniu rozmową. gestów przy strzyżeniu z grzywką. która zmusiłaby go do zmiany tego stanu rzeczy. Według metryki nosił. Na okrągłych stołkach siedzieli czekający klienci. Wy. luster. Dziura był człowiekiem poważnym i przyzwoitym. zasobnego w meblową kasę i rytualną przegrodę z chropawego szkła. na jeża lub z przedziałkiem. Szczupła twarz o wystającym nosie i trochę zagadkowy uśmiech. metalowych mydelniczek. Nie znaczy to. na polkę. składając starannie czyste prześcieradło w kostkę. zamieszkałego w tej samej kamienicy. wieszaków. ale też i nie miał żadnych ambicji błyszczenia wymową. Przyznać trzeba. Może dlatego uważam was za bardziej interesujących. rzecz jasna. opowiadając o tym. to prawda. Ten dyrektor. brzytew. zbrojnymi w grzebień i nożyczki ramionami.

— Długo — rzekł Mefistofeles Dziura — do poniedziałku. żaden z nas nie potrafi tego ukryć. że zmusił tym Kolankę do szczególnej uwagi. w gruncie rzeczy przyjął to z ulgą. nie chciało mu się bowiem gnieść strzyżeniem kołnierzyka koszuli w sobotnie popołudnie. minoderyjna i drobnomieszczańska. Dziura pokiwał głową ruchem człowieka błądzącego myślami w zaświatach i rzekł: — Wychodzę. lecz nie bez złośliwej satysfakcji. — Na obliczu spętanego białym prześcieradłem faceta odbiła się ślepa panika. załomach. „Biedny chłopcze — pomyślał z troską. która ustąpiła jednak bezbrzeżnej rezygnacji. że Mefistofeles. — Ogolić? — spytał twardo Mieciek. za to żądne mrocznego. wysokopienny las — w portykach. póki nie przyjdę — i wyszedł za Kolanka. patrząc nań z ukosa. rzekł . który wyszarpywał maszynką włosy swej ofierze.twarzy. panie Mefisto? Taki pan dziś dziwny. pustawą o tej porze. Mieciek pana ostrzyże. zacinał się wyłącznie w chwilach wygodnego spokoju i dobrego samopoczucia. kąciki ust i wyraz oczu. że się nie jąkał. jego młoda. natomiast gdy popadał w podniecenie. że Kolanko wiedział od razu o wszystkim. — Długo trzeba będzie czekać na pana. na tarasowych schodach daje schronienie poważnym wymianom myśli i nieśmiałym pocałunkom. mimo kurczowych wysiłków. rzucił Miećkowi: — Nie zamykaj interesu. jaką odczuwał zawsze na widok tragedii miłosnych innych mężczyzn — stało się. była ongiś ulicą modystek i knajp. w przeciwieństwie do większości jąkałów. po wschodniej stronie wznosił się ciąg wielkich. Wielka. I ja wiem dobrze. Gol pan! — Mieciek szybko wsypał proszek do mydelniczki. Obecnie zmieniła krańcowo charakter i zmiany takie są w dziejach ulic najzupełniej bezwiedne. zdenerwowany… — Dziura milczał. — Zdjął fartuch. spokojnego tła opustoszałych urzędów i instytucji. panie Mefisto? — spytał Kolanko. a zarazem dojrzała twarz nie wyrażała nic. Kolanko spojrzał z odrazą na Miećka. zapominając o długiej przerwie. obrzucając niechętnym spojrzeniem czekających. mówił wyjątkowo płynnie. Na takiej ulicy odbywają się wieczorami ważkie rozmowy lub spacery nie wymagające słów. wysunąwszy z pilnością język. wreszcie Kolanko. skończywszy strzyżenie. Ważne sprawy. „Musi być czymś bardzo zdenerwowany” — pomyślał Kolanko. Po dłuższym milczeniu spytał: — Stało się coś. flegmatyczna architektura na takich ulicach tuli do swego łona jak odległy. jeśli pan chce koniecznie dzisiaj. po czym z sadystycznym uśmiechem zaczął wecować brzytwę. wieloletnia znajomość z fryzjerem nauczyła go bowiem. — Wychodzi pan? — spytał Kolanko Mefistofelesa. Z chwilą gdy wymawiał te słowa. Ulica Krucza sprzed wojny. Kolanko szedł obok Mefista. Panował tu niewielki ruch pojazdów. Nie potrafisz tego ukryć. Szli ulicą Kruczą. szybkie trolejbusy sunęły cicho i rzadko szeroką jezdnią. co się stało. Tylko kobiety potrafią ukrywać te rzeczy. pociesz się. Muszę wyjść. — Sobota wieczór… — szepnął facet zbolałym głosem — trudno. bo są od nas grubo silniejsze…” I znów szli w milczeniu. jasnych biurowców. Natomiast zdziwiła go nie spotykana dotąd opryskliwość Dziury oraz fakt. włożył marynarkę z grubego samodziału w szaro — czarną kaszkę. dały obraz tak dręczącego samopoczucia. — Mogę poczekać — rzekł Kolanko pojednawczo. — Nic się nie stało — rzekł wreszcie dość niegrzecznie.

. usypiających. po czym dodał ze skrzętnie skrywanym rozczarowaniem: — Niech mi pan wierzy. Na pewno — rzekł z melancholijnym doświadczeniem Kolanko — na pewno się dobrze skończy. Mefisto. — Nie może mi pan w niczym pomóc — gorzki uśmiech skręcił usta Dziury — nikt nie może mi pomóc. nawet ja sam sobie. — Która godzina? — zawołał z nagłym przestrachem — żebym się tylko nie spóźnił! — Wpół do czwartej — rzekł Kolanko. takie grzebanie się w cudzych ranach. Coś zadrgało mu niebezpiecznie i płaczliwie w krtani: — Co mi z tego. jaką ma przybrać postawę wobec Mefista: kojącą i pocieszającą przy pomocy środków znieczulających. — Może mógłbym w czymś panu pomóc? — rzekł taktownie Kolanko. zakupy na święta… KocHalem ją… — Kocha ją pan — poprawił znów z uporem Kolanko. kocham… A jeśli nawet. Złapię za kok. to się na pewne dobrze skończy. — Idę teraz załatwić sprawę. jak pana lubię. — Bo ją pan kocha — poprawił Kolanko. — Nagminne — powtórzył bezmyślnie Mefisto. panie redaktorze? Co robić? — załamał się kompletnie Dziura. sam pan rozumie. Nieodwołalnie. bo czy można inaczej? Znalazła sobie młodego chłopaka i lata za nim jak kot z pęcherzem. przekonywało o typowości własnego braku szczęścia. rodzina. — Jaką pan kocha — poprawił delikatnie Kolanko. tonem zwierzeń. napalantuję i wyrzucę wont! No. który musiał nakazywać sobie niechęć do mówienia. — Kocham. Ja jestem spokojny człowiek. Kolanko nawiązał do tego. — I znów rozmowa weszła w impas. dzieci. że się nic nie stało. Idę na decydującą rozmowę z jedyną kobietą. małżeństwo. Ale do takich myśli redaktor Edwin Kolanko. Bo pan tego chce za wszelką cenę… — Nigdy w życiu! — krzyknął Dziura — wcale nie chcę! A jakbym nawet. czy skuteczną w nieszczęściu metodę uzdrawiających cięć i amputacji. meble jak meble. wolał się nie przyznawać nawet w chwilach najbardziej skrupulatnych rachunków sumienia. dać jej wszystko. Umówiłem się z nią w „Szwajcarskiej”. ręce bym sobie urobił dla kogoś takiego po to. chciał. przynosiło ulgę. jestem człowiek poważny.niezręcznie: — To dobrze. kocham — rzekł twardo Mefisto — lecz co z tego? Zachowała się jak ostatnia dziwka. jaką w życiu kocHalem — rzekł nagle z determinacją. te rzeczy z największą chęcią. to co. — Mam kłopoty — rzekł cicho po chwili. firanki przyzwoite. — . bo ją kocHalem. zniekształcających rzeczywistość. Nie wolno się poddawać takim kłopotom. to nie mogę! Są granice! Ja jestem poważny człowiek. prawda? Ślub. widząc pana minę. Bo zmartwiłem się. żeby był dom. — Dziura — rzekł serdecznie — niech pan będzie mężczyzną. — Myśli pan? — skrzętnie skrywana nadzieja zabłysła w głosie i w spojrzeniu Mefista — nie. Są one na to zbyt nagminne. — Trochę nie wiedział. — Tak. zobaczy pan. aczkolwiek szczery sam z sobą aż do cynizmu. wyciągnąć ją z tego jej cholernego życia. W gruncie rzeczy sprawiało mu to szczerą przyjemność. że nagminne? Chciałem się za miesiąc żenić. nie! — zawołał. niedziela jak niedziela. żeby z kobietami można było cokolwiek załatwić nieodwołalnie i raz na zawsze. o czym lepiej nie mówić i co zostało wyrzucone z rozmowy przez bolesne kłamstwo Mefista. — Zachowała się — z pewnością jak prawdziwa kobieta — rzekł z uśmiechem Kolanko — nie wydaje mi się natomiast. — Wie pan przecież. Ale w sytuacjach tego typu wszelkie skłonności są sztuczne i zdezorganizowane. któż bowiem bardziej pragnął rozmowy niż Mefisto. — Idę — rzekł stanowczo Mefisto. więc idę załatwić sprawę raz na zawsze.

prawda? — Prawda — westchnął: Kolanko — odprowadzę pana. Kolanko poszedł za jego wzrokiem: — od strony hotelu „Polonia” przechodziła przez jezdnię młoda dziewczyna. i walcząc rozpaczliwie ze smutkiem. — Która godzina? — szepnął zduszonym głosem Dziura. Idę w tamtą stronę. która pokryła się pąsem. — Pan pozwoli. — Przecież umówiłaś się teraz ze mną. składającego się z żorżetowej sukni w duże kwiaty i męskiej marynarki zamiast blezera. bezczelnym spojrzeniem: była śliczna. Karol. zastopowana nagle jego ramieniem. oczy szkliły się udręką. o której nie wie nic. — Taaak… Nieee… Jak się masz… Dzień dobry… — speszyła się dziewczyna. przepychu kruczoczarnych włosów. Jasne dlań było. — Chodź my — dodał jak człowiek nie mający zielonego pojęcia o tym. — Dalej nie idę — rzekł. i nie mieli o to do nich pretensji. Kolanko uśmiechnął się z uznaniem. pojął. Widać było poza tym. jak kłamią ludzie. że stanął wobec zapory. podejdę z panem do rogu — rzekł niepewnie Dziura. prawda? — rzekł tragicznie cicho Dziura. ogromnych. pchającym mu się na twarz. — Mefisto nie pojął kpiny: wszedł do kawiarni i wyszedł po chwili. fałszywej elegancji jej ubioru. Osiągnąwszy chodnik. że jego obecność męczy Mefista. — Masz przecież dziś wolny dzień. Skręcili w Nowogrodzką i podeszli pod „Szwajcarską”. — Niech pan zajrzy do kawiarni — i rzekł z ironią Kolanko. był spokojny owym straszliwym spokojem ludzi nieszczęśliwych. Szybko zwróciła ku niemu swą twarz. widzisz. — Szłaś do „Szwajcarskiej”? — spytał Mefisto bez słowa przywitania. co robi. sygnału przechodniów. zdrowie i uroda biły z tej twarzy wbrew złej kosmetyce.Muszę być parę minut przedtem. którzy pragną. ja dziś nie mogłam… — Kłamała tak. odwrócił się i krzyknął: — Co panu jest? — Twarz Mefistofelesa Dziury była sina. — Kłamiesz! — rzekł groźnie i dopiero gdy dziewczyna nie zaprzeczyła. a zwłaszcza co ma robić. Przeszli parę kroków. by się pożegnać. nóg i szyi wymykały się taniej. — O takich rzeczach zawsze się wie… Pamięta się wszystko”. tak jak smukłość bioder. że kłamią. mogłaś wpaść do zakładu. — Mam jeszcze trochę czasu. że obawia się samotności i nerwowego wyczekiwania przy stoliku. uprzedzić mnie. szminka do ust i kredka do brwi nie zdołały zniszczyć smagłej świeżości jej cery. — „Szwajcarska” jest tam — wskazał. Wystarczyło w tej chwili zanurzyć rękę w tłum: Mefisto uczynił to i dziewczyna przystanęła. że nie możesz przyjść. Bezmyślnie użyty róż. co oznacza. — Kolanko przystanął. Kolanko ogarnął ją szybkim. na którym stali. — Widzisz. panie redaktorze — rzekł wreszcie Dziura ze znużeniem — . była po prostu zła na ten idiotyczny przypadek. z powodu tego zupełnie niepotrzebnego spotkania. że krępuje go obecność Kolanki. by ich rozmówcy wiedzieli. — Może ona już czeka na pana. ciemnych oczu i ślicznie skrojonych warg: młodość. nurkująca z pośpiechem w ławicy korzystających z zielonego. — Za dziesięć… — rzucił Kolanko. — Trochę w złą stronę szłaś — rzekł z krzywym uśmiechem Mefisto. ale Mefisto nie znał się na tych rzeczach. taksującym. że nie przyjdziesz… — rzekł Mefisto bezradnie i miękko. że ona ma wolny dzień… — pomyślał Kolanko. ruszyła szybko w Aleje Jerozolimskie. Trwało to pięć minut. Karol — powiedziała dziewczyna — ja szłam właśnie… — Zmieszanie ustąpiło na jej twarzy zdecydowanej niechęci. którzy długo jeszcze po chwili gromu rozpamiętywać będą swą klęskę. „Wie. Widać było. wyciągając rękę do Kolanki — wracam. — Miałam się trochę spóźnić — bąkała niechętnie dziewczyna — bo. — Nie — powiedział.

następnie zastanawiał się powoli nad nowym typem smoczków i przyborami z bakelitu o enigmatycznym przeznaczeniu. upokarzające zadowolenie.. różnobarwne wdzianka.. oglądał długo witryny księgarń. gdzie nigdy nie był i dokąd nie śniło mu się jechać. dworkowy czar z lat Księstwa Warszawskiego i Królestwa Kongresowego. aczkolwiek nie potrafił odróżnić akumulatora od baterii. Niewysoka ulica stanowiła o tej porze corso Warszawy. płaskie pantofle niemal pozbawione obcasa. ale wie pan. na których leżały najmniej obchodzące go wydawnictwa z zakresu zootechniki. Mefistofeles Dziura pochylony.” Skłonił się raz jeszcze i odszedł szybko w kierunku Brackiej. o jej fantazji i zaradności. — Dziewczyna spojrzała nań tak obojętnie. w którego wejściach pracowały pompy ssąco–tłoczące potoki ludzkie. Bardzo mi przyjemnie panią poznać. przycinając je nożyczkami według upragnionego. oraz dowiedział się o koszta pobytu w pensjonacie w Szczyrku. „Tak patrzą kobiety zakochane bez ratunku — pomyślał Kolanko. obcięte. że czerń pokryje ich taniość. Była jednak w nieszczęsnej postawie Dziury jakaś ledwie uchwytna nutka nikczemnej radości. Po chwili przystanął. „Pełny sezon wiosenny — pomyślał z uznaniem — wszyscy kupują nowe krawaty i nowe wózki dziecinne. sprawdził zainteresowaniem w „Orbisie” ceny biletów do Działdowa. że będziesz mógł — przez parę chwil porozmawiać o tym kopniaku przy stoliku w «Szwajcarskiej» z tą. asfalt jezdni. kupując zwykłe tenisówki. Na poziomie chodników była tu współczesność: sklepy. mówiły mu one wszystko o przechodzącej obok dziewczynie. było w tym geście jakieś taniutkie. martwą obojętnością. jakie prezentował przemysł terenowy w oknach luksusowego magazynu. gdzie leży. W ten sposób osiągnął skrzyżowanie Nowego Światu i Alei. o którym nie miał pojęcia. farbując je z trudem na czarno w naiwnym przekonaniu. niesforne. lecz już od pierwszego piętra unosił się romantyczny. która cię tak zaprawiła brudnym. autobusy j ożywiony tłum. obejrzał się za siebie: stali tam jeszcze przed wysypaną konwalią i fiołkami wystawą kwiaciarni. bo tak stoimy… Panna… — Kolanko wyciągnął rękę i rzekł szybko. gdy ujmował pod ramię dziewczynę. No i owe . Nie śmiał w tej chwili pomyśleć o sobie ani niczego sobie przypominać. materiały na bluzki i kosmetyki…” Przystawał z uwagą przed wystawami sklepów z artykułami elektrotechnicznymi. jak patrzy się na drzewo. jakby się obawiał ucieczki. A więc tymczasem. prowadząc ją tak. — Biedny Mefistofeles. żegnam państwa. Z rozbawieniem tropił szczególnie pantofle. ze znawstwem odgarnięte do tyłu palcami włosy. jak rumieniec wstydu pali mu twarz. kobiecym pantoflem…” Myśląc tak czuł. którymi pokrywa brak pieniędzy na naprawdę eleganckie obuwie. po czym odwrócili się i poszli w stronę „Szwajcarskiej” — dziewczyna z ostentacyjną. geodezji i leczenia cukrzycy.przedstawię pana. Obok przesuwały się korowody młodych kobiet w modnych spódniczkach i obcisłych bluzkach. „Biedny Mefisto — pomyślał Kolanko — biedny prawdziwy mężczyzno! Dostałeś kopniaka prosto między oczy i cieszysz się. Przeszedł Alejami Jerozolimskimi obok metalowo — szklanej ściany Centralnego Domu Towarowego. jak bardzo się śpieszę. złamany. kawiarnie. kunsztownie zmierzwione. łyżkę do butów lub nie dojedzony kartofel. modnego wzoru. Mefisto. Uwagę przyciągały krótko. z pogodnym uśmiechem: — Dzień dobry i do widzenia.

coraz mniej pojazdów tłoczyło się na jezdni. włożył ręce w kieszenie i szedł wolno. przestrzeń. wczesne sobotnie popołudnie jest ostatecznie porą pierwszego oddechu po całotygodniowej pracy. wsłuchiwał się w gorzkie utyskiwania na przepełnione autobusy i kolejki w owocarniach. Zmartwienie stało się coraz dotkliwsze. plecionki i łubianki. baterie butelek. Pod ścianami Chmielnej stali sprzedawcy rzodkiewek i szczypiorku z butelkami zwykłej wody w rękach.tanie koszyczki i kobiałki. mniej pewnie. wyparły one drogie torebki ze skóry. „Do domu? Przecież ja nie mam domu. a od dzieci gorące uśmiechy i głupiutkie. brązowe zegary i lichtarze. w której stoi moje łóżko. Ucieszył się na widok uszminkowanej kobiety w perkalowej chustce na głowie i z papierosem w wargach. przewrotną kokieterią miejską. zasieki . Nowy Świat pustoszał coraz bardziej. Misterne obeliski słodyczy. coraz mniej ludzi szło chodnikami w popołudniowym. coraz mniej przechodniów. szkło. „Ulice pustoszeją w sobotę o tej porze — myślał. Dostają od żon szklankę zimnego kompotu. „Ludzie wracają do domów…” — pomyślał zmartwiony. Przechodził obok „Delikatesów”. służbowe auta wracały do służbowych garaży przed niedzielnymi wycieczkami. Przystanął przed antykwariatem „Desy” i oglądał pożądliwie stare meble. rozkoszny smak tego popołudnia umieją w pełni ocenić ci tylko. To wszystko”. Kolanko zsunął kapelusz na tył głowy. zaczerpnięcia tchu przed sobotnim wieczorem i niedzielnym rankiem. drogą porcelanę. Przystanął przed stoiskiem loterii książkowej i kupił parę losów. Kolanko szedł wolno. coraz wolniej. wiosennym słońcu. coraz mniej samochodów. żadnym pośpiechem nie skracany prysznic i wygodne wyciągnięcie się na czymś poziomym i miękkim wśród stosu czasopism ilustrowanych. którzy przeznaczają je na leniwy. markujących koniec tygodnia. obrazy. którą spryskiwali co chwila towar dla przywrócenia mu świeżego wyglądu. zapachów i kolorów wielkiego magazynu. coraz. obdarzając sylwetkę warszawskiej midinetki czy studentki nie nadającą się do podrobienia oryginalnością i urokiem. Przed siebie?” Chciał zawrócić i pójść do domu. zanurzony po uszy w warszawską żywotność. urządzenie w którym mogę się umyć i ogolić. leżą moje książki. uśmiecHal się nie bez złośliwości na widok rozrosłych chłopaków w kolorowych. albowiem Nowy Świat dostarczał mu kalejdoskopowo pożywki dla tysiąca błyskawicznie po sobie następujących uczuć i doznań. bawełnianych olimpijkach ze zgrabnie wszytym trójkątem pod szerokim kołnierzykiem — te koszulki stały się uniformem męskiej młodzieży Warszawy w tym maju. — Ludzie śpieszą do swych rodzin. sterty biało — różowej szynki. żaden z nich nie wygrał. starą broń. kosze owoców. kochane okrzyki…” Przeszedł kilkanaście kroków i zastanowił się: „Właściwie… dokąd ja idę? Przecież i tak nie mam nic do roboty. kopce żółtych serów. przenoszącą akcesoria leśnych sielanek i grzybobrań na zakurzone. zdecydowanym ruchem „wszedł do pełnego luster. „Kupowałbym — szepnął w duchu — gdybym miał dom…” Odwrócił się ku zalanej słońcem i błękitem nieba ulicy i wszystko wydało mu się jeszcze smutniejsze niż przed chwilą. interesował się wszystkim. Mam tylko gdzie spać. współczuł i drwił. stołeczne ulice. spoza którego dobywało się schrypłe wołanie: — Do rzodkiewek! do rzodkiewek! Duże jak róże! Duże jak róże!… Za Chmielną tłum przerzedzał się. które stanowiły wielki triumf warszawskiego wdzięku. cynowe dzbany.

Kościół św. Nikt z nielicznych przechodniów nie mógł dostrzec strużki potu płynącej mu z czoła. zmieszana woń cytryn. piękne. „Ależ jasne! — wykrzyknął niemal — trzeba przecież napisać ten artykuł o człowieku ZŁYM. dziewczęce piersi. takim samym jak to popołudnie — pustym. Przystanął na rogu Świętokrzyskiej i czekał na przejście. białe zęby błyskały w niemądrym. Przypomniał sobie widziany dawno temu film. Krzyża o odnowionej fasadzie. Minął pomnik Kopernika i wszedł w Krakowskie Przedmieście. związane na szyjach zielone i granatowe chustki. wędlin. Strach przed sobotnim majowym popołudniem. modne wełny i kolory. niedzielnym rankiem. rozpalonego dnia. jak go nazywa porucznik Dziarski. w samotność ożywionej plaży. samotnym. pili wodę sodową. I to tak napisać. przyrzekało jakiś codzienny. w kapeluszu zsuniętym na tył głowy. słoneczne niedzielne poranki. rozległej i surowej. kakao. Na wysokim krawężniku przed Akademią Sztuk Pięknych siedziała grupa młodych plastyków. jak ja tego chcę”. szczupłe. nikt nie mógł rozeznać. potem oglądał długo serwisy stołowe na sześć osób w sklepie z zastawą stołową. przystojny mężczyzna. egzotyczne etykiety puszek z oliwą. a on stał i stał. młodziutkie twarze płonęły jaskrawą. Kolanko nie mógł powstrzymać uśmiechu na ich widok: chłopcy i dziewczęta obejmowali oburącz wysoko uniesione kolana i demonstrowali tak olśniewające i nieoczekiwane kolory pasiastych skarpetek. poplamione niezliczonymi zygzakami farby i gliny granatowe i białe fartuchy. w samotne gorąco letniego. lecz drugi już żółty i zielony sygnał zapalał się znacząc wolną drogę. czekolady. Wyglądali tak wspaniale. wędrującego Wałem Miedzeszyńskim na samotne leżaki. I naraz uprzytomnił sobie. „Najgorsze są pogodne niedziele… — pomyślał bez sił do walki — puste. strach przed jutrzejszym. całkiem dostępny epikureizm. na glebie którego rosną miłe i zabawne roślinki niedużych zadowoleń. wesołych i rozHałasowanych postaci wysypywało się z bram Uniwersytetu. „Dla kogo? — pomyślał Kolanko — i tak nie mam dla kogo… Kolację zjem w klubie…” Przez chwilę gapił się bezmyślnie na stare druki w księgarni. co ma do roboty. z czerwono — żółtych bawełnianych koszul wyłaniały się mocne. że strużka ta oznacza strach. i pełna prostoty starodawność narożnika ulicy Traugutta stwarzały tu nowe nastroje. zdałoby się pewny siebie i zadowolony z siebie. kiedy nie ma z kim pójść w aleje ani na plażę”. Ubrani byli w brudne. z sardynkami i ananasem — wszystko to radowało zmysły. szczęśliwym uśmiechu. doskonale ubrany w drogie. jak tego chce obywatel pełnomocnik rządu do zwalczania chuligaństwa.słoików z dżemem i marynatami. silnego mężczyzny. pod czarnymi pulowerkami rysowały się młode. opalone ramiona i fantazyjne. że sama radość biła od ich kończyn. Jednocześnie ulica ożywiała się: coraz więcej młodych. z domu Zrzeszenia Studentów Polskich. gryźli pestki. A co najważniejsze. intensywną radością chwili. wiosenne i letnie. pełne napisów i śmiesznych symboli. w której autor scenariusza siada W kawiarni. że coś się przełamało w mrocznym smutku Kolanki i chylące się ku zachodowi słońce majowego. rozpoczynający się od sceny. kłócili się i zaczepiali przechodzących dowcipnymi uwagami. by napisać swój scenariusz: siada przy . Znał dobrze od lat czerwcowe i lipcowe świąteczne przedpołudnia opalonego. za które nie można się było gniewać. sobotniego popołudnia wtargnęło z wesołymi okrzykami do jego duszy. Palili papierosy.

co piszę. Kolanko usiadł przy stoliku na parterze i zamówił kawę u ubranej stylowo kelnerki. — Dzień dobry — rzekł mrużąc. machnął ręką i dał spokój. nakazującego jej udawanie mieszczańskiej Małgorzatki z czasów króla Stasia. jej szeroka. prosi kelnera o kałamarz. podszewek i ukrytych wyjaśnień. bufiaste rękawy i zieloną spódnicę do kostek. kogo ma przed sobą. piszę po to. jak omotał jego. papier i pióro. Wyciągnął z klosika parę serwetek. odtworzonego z czułym pietyzmem ze zniszczeń wojennych przez warszawskich architektów. Ten artykuł miał być majstersztykiem. będzie niebawem coś wiedział…” — Od kwadransa zastanawiam się — posłyszał kobiecy głos nad głową — co wywołuje pański śmiech? Kolanko podniósł oczy i wstał. księcia Pepi i pobytu Casanovy w Warszawie. — Znakomicie — westchnął z ulgą Kolanko. prawda? Temida Kowalska albo Temida Pietrzak nazwiska dokładnie nie pamiętam… Stojąca przed nim pani uśmiechnęła się z leciutką rezerwą. mój kochany chłopak. jak na owym francuskim filmie. gryząc koniec ołówka. że możemy . Kolanko. no i wtedy ludzie Dziarskiego… trzask! jedna błyskawiczna akcja i porucznik Dziarski ma w ręku to. o których Kubuś Wirus. Zdania spływały gładko i sprawnie z automatycznego ołówka na szybko zmieniane serwetki. — Imię pani brzmi Temida. On to musi zrozumieć! On to musi pojąć! On musi dowiedzieć się z tego artykułu. „Czego chce Dziarski? Czego on może chcieć? — uśmiechnął się bezwiednie w zamyśleniu. siecią zależności. zamawia kawę. lecz pieczołowicie pilnowanym przez milicję Siupką. Co chwila przerywał pisanie i zamyślał się głęboko.stoliku. aby… Zresztą. migotliwością interpretacji zdarzeń. I jaki sobie ułożył przepiękny plan wydarzeń: on. — Ależ to jasne… inaczej być nie może! To jednak piekielnie inteligentny facet. głębi. po czym… — Kawiarnia „Telimena” mieściła się na samym rogu Krakowskiego Przedmieścia i ulicy Koziej — ślicznego zaułka. wiejący z jej obojętnego oblicza. że ja w niego wierzę. Chciał ją poprosić o papier i atrament. stojących za karłowatą postacią kolejarza Siupki. czyż chodzi tu tylko o Dziarskiego? Dziarski jest na pewno mniej groźny od ponurych cieni. — Myślę zatem. — Nazywam się inaczej. czego najbardziej pragnie. że to. po którym człowiek o białych oczach zechce wyrównać swe porachunki z nieszczęsnym. oczy z grzeczną ironią. Jak on to błyskawicznie i misternie skalkulował. musiał stanowić kwintesencję całego kunsztu dziennikarskiego Edwina Kolanki. do którego pisał te słowa: Nie! Nie ze mną takie numery. przystojna i hojnie uszminkowana twarz nie wyrażała raczej radości z zarządzenia Warszawskich Zakładów Gastronomicznych. lecz rzeczywiście poznaliśmy się w sądzie. lecz dostrzegając brak rokokowej słodyczy. Kolankę. czyli człowieka zwanego ZŁYM… Nie! — uśmiecHal się zawzięcie Kolanko i kładł w rzucane na serwetki zdania całą maestrię znaczeń. dopuszczalnie możliwą wielostronnością rozumowania. nosiła tabaczkowy sznurowany stanik. Od razu wiedział. napisze i ogłosi artykuł. modląc się w duchu. kłębowiskiem ważnych i nieważnych faktów. zaś z kieszeni żółty ołówek czeski typu „Versatil” i zabrał się do pisania. niedomówień. całego jego doświadczenia i talentu. cieni. ten Dziarski. — Myli się pan całkowicie — powiedziała rzeczowo. błagając i wołając tego.

— Czym mogę pani służyć? — spytał Kolanko sakramentalnie. Usiedli i przez chwilę panowało milczenie. Pozwoliłam sobie przerwać panu pracę i przypomnieć siebie. — Dziękuję. dokładnie wyczyszczone pantofle na wysokim obcasie znamionowały poprawną dbałość. o zaokrąglonych — rogach podpiętego wysoko kołnierzyka. nie czekając na Kolankę. Niebieskie. „Schludna. jak się do pani zwracać. Obserwowałam pana nad tymi notatkami i przypomniałam sobie. — Przygląda mi się pan tak dziwnie — uśmiechnęła się — czy aby panu nie przeszkodziłam? — „Solidna. — Myślę. ciemnoszary kostium z dobrego materiału uszyty był z surową. . Nie znosił pochlebstw i określeń takich. Tego wymaga tysiącletni obyczaj wymiaru sprawiedliwości. „Proszę wysokiego sądu!” albo „Pani sędzio”. gdyż pasjonuje mnie tamta sprawa. pełna wewnętrznej kultury” — pomyślał Kolanko. wie pan dużo. jak „sławny” czy „podziwiany”. Czy nie pogardzi pani filiżanką kawy przy moim stoliku? — Właśnie wypiłam filiżankę kawy przy sąsiednim. Prosty. po czym dobyła małą papierośnicę. dość głęboko osadzone oczy patrzały otwarcie i rozsądnie. Zofia Chwała — rzekła grzecznie. którego nazwisko nie może być obce nam. — Czy czeka pani na kogoś? — spytał dość nagle. — A może mentolowego? — zrewanżował się Kolanko podsuwając jej zielony. ubrana nieefektownie. — Nie — rzekła Chwała — rozkoszuję się wolnym sobotnim popołudniem. patrząc w szczupłą. celofanowy pakiecik. wieczna ondulacja daleka była od jakiejkolwiek oryginalności i służyła zmniejszeniu zachodu przy codziennej pielęgnacji włosów. po czym rzekł: — Nie wiem. Jest śliczna pogoda. lecz bez uśmiechu. prawnikom. obserwując bacznie postawną szatynkę o ładnej twarzy i nieco za wąskich ustach. Jedyny akcent jakże oględnej szykowności stanowiła kremowa jedwabna bluzka z CPLiA. — Nie musi pan — uśmiechnęła się spokojnie — wiem. że się przedstawię… — zaczął Kolanko z emfazą. Kolanko obserwował krytycznie i wzrok jego wywołał ledwie dostrzegalny rumieniec na szczycie leciutko uróżowanych i cieniutko przypudrowanych policzków.usiąść. lecz sympatycznie. skupioną twarz o prostym. Jest pan znanym w Warszawie dziennikarzem. wzbudzająca zaufanie — myślał Kolanko — nawet ładna”. że w końcu usiądziemy — rzekł z miłym uśmiechem. niczego mi nie trzeba — powiedziała Zofia Chwała z uprzejmym uśmiechem. lecz poprawnie. „Ładnie to powiedziała” — pomyślał Kolanko z zadowoleniem. natomiast lubił uznanie i popularność. zdaje się. otworzyła i poczęstowała Kolankę. „Bezpretensjonalna i pełna koleżeńskiej prostoty” — zawyrokował Kolanko. o której. nieco sztywną elegancją. „Samodzielna. prawda? — Bardzo ładna — przyznał Kolanko poważnie — powiedziałbym. — Wolę moje — rzekła Chwała i zapaliła sama zapałkę. kim pan jest. wiosennym popołudniem. oszczędnie pociągnięte szminką wargi uśmiecHaly się z powściągliwym umiarem. — Nazywam się Chwała. prosta” — myślał szybko Kolanko. ładnym nosie. nieskazitelnie czysta i skrupulatnie wyprasowana w związku z sobotnim. wnikliwa. energiczna. zdobna w szklane guziczki. — Pani pozwoli. skąd pana znam.

których zadaniem jest jedynie wypełnienie wieczoru czy popołudnia. Pamiętam sprzed wojny niezliczone ankiety pism matrymonialnych wśród pensjonarek na temat. nazywanego przez słabych pisarzy z początków lat dwudziestych miłością od pierwszego wejrzenia. czy wierzą w miłość od pierwszego wejrzenia. obwarowanych przyjaźnią i rozumną tolerancją. — Stąd wniosek — rzekł z agresywną bufonadą — że zależy pani na mnie. stary chłopcze. kto wygrał dzisiejszy etap? Byłem tak zajęty. co zmieniało mu dzisiejsze majowe. od ciebie zależy wszystko… Wychyl się tylko z mrocznych ostępów zjadliwości. udając lekkie zmieszanie — lecz wspomniała pani. że pasjonuje ją jakaś sprawa. Zresztą. niczym nie zaskoczona. Słyszałam przed półgodziną. przyzwoicie odziana i na stanowisku. piołunowy opar zwątpienia i rozpaczy. Przeczyta pani to jutro w „Expressie Wieczornym” — rzekł Kolanko dość niegrzecznie. na ścianę. — Mniejsza o to — westchnął Kolanko i naraz pojął. że starzy. I całą ową ciekawą. choć niezmiernie zagadkową. — Polacy wygrali etap. sięgnij tylko ręką. — Wygraliśmy etap — powiedziała z uśmiechem. że stanowczo wolę spędzać sama takie popołudnia niż w towarzystwie — osób. może nawet do wierności? Edwinie. rzeczowo. Zofia Chwała zarumieniła się mocno. „Podobam się jej — westchnął Kolanko sarkastycznie — chwała na wysokościach! Niech żyje gra półsłówek! Precz. — Właśnie piszę o tym. prawda? Jakby lekkie rozczarowanie odbiło się na twarzy Zofii. zgorzkniali sceptycy podobają się tak schludnym.że nieprzyzwoicie ładna… — Nie rozumiem — uśmiechnęła się pytająco Zofia. Prowadzimy nadal w klasyfikacji drużynowej i indywidualnej. „Ideał — pomyślał z podnieceniem Kolanko — co za precyzja życiowych koncepcji! A jaka szlachetność założeń”. Nie był to rumieniec oburzenia. — Cieszę się — rzekł krótko. Nie uznaję. owych rendez–vous. powiem panu otwarcie. bezkompromisowych pożądań i szyderstwa. — Tak — powiedziała pośpiesznie — mam na myśli sprawę tego Mechcińskiego. czyż nie? Rodzaj nagłego zainteresowania. który się nie stawił w sądzie. jak rozmawiali o . przyznam się panu. a będziesz miał po co chodzić do «Delikatesów» i komu przynosić drobne prezenty”. i trwałych. że tej młodej kobiecie po prostu nie doskwiera nic z tego. — Nie pojmuję — rzekł zgryźliwie — dlaczego młoda i przystojna kobieta. że nie zdążyłem się poinformować. — Myślę — rzekła po chwili. na których mi nie zależy. a przy tym ładnym paniom… Jest też na pewno zdolna do uczuć tkliwych. pełna cnót osobistych i społecznych. — Przyznaję — powiedziała z niezręczną odwagą — że wydał mi się pan człowiekiem interesującym. — Czy nie wie pani. spędza samotnie takie popołudnie? Zofia Chwała zarumieniła się i spojrzała w bok. wracając uczciwym spojrzeniem na twarz Kolanki — że nie są to sprawy najważniejsze. prawym i usystematyzowanym. zatrute mgły Nowego Światu! W każdym razie pozostanie to dla mnie na zawsze zagadkowym fenomenem. wonne powietrze w zatruty. rozmowę pomiędzy panem a owym oficerem milicji.

tym jacyś panowie „Wszystko wie — jęknął z zachwytem Kolanko. — Wszystkim się interesuje…” — To dobrze — rzekł z ulgą — ale i tak przegramy. W Pradze na pewno nie będziemy pierwsi. — Właśnie że wygramy — powiedziała z żartobliwym uporem — wierzę, że nasi chłopcy zwyciężą. — „Optymistka — pomyślał z uwielbieniem Kolanko. — Bardzo cenna zaleta, zwłaszcza w połączeniu z radosnym patriotyzmem”. — Widzi pan — zaczęła po chwili Zofia — wydawało mi się, że pana interesuje zagadnienie przestępczości młodzieży i o tym chciałam z panem porozmawiać. Ja stykam się z tym w sądzie niemal co dzień. Mam wgląd w te sprawy. Są niezmiernie skomplikowane, trudne. Niestety — odesłał mnie pan do jutrzejszego „Expressu”. „Umie trzymać się swego — pomyślał Kolanko z lekkim zmęczeniem. — Konsekwentna, logiczna, charakter równy, wytrwały, bez zmiennych humorów i przelotnych oszołomień”. — Przełamała pani mą niechęć — rzekł łaskawie. — Powiem pani. Piszę właśnie notkę o owym wypadku, który wniósł tyle zamieszania na salę sądową. Notka ta musi być zredagowana z niezwykłą ostrożnością, ma być pełna chytrości i dwu — znaczników. Zależy od niej wiele. Rzekłbym, iż będzie ona kamieniem milowym w wielkiej wojnie, jaka się toczy obecnie w Warszawie. — Wojna w Warszawie? — oczy Zofii szukały — skojarzeń. „Bystra, umysł chłonny, przytomny, rzucający się odważnie w każdą problematykę” — myślał Kolanko. — Przyznam się, że nie wiem, co ma pan na myśli? — powiedziała po chwili. — W Warszawie toczy się głucha, zaciekła, bezpardonowa wojna o spokój tego miasta. Jest to wojna nocna, podziemna, ukryta, której bitwy, krótkie i spazmatyczne, toną w wielkomiejskich cieniach i mgle ulicznej. — Ma pan na myśli walkę z przestępczością czy z chuligaństwem? — To jest właściwie jedno i to samo. — Dla nas, w aparacie wymiaru sprawiedliwości, to nie to samo. W stosunku do aktów chuligaństwa nie mamy nawet sprecyzowanych norm postępowania karnego. Braki w kodeksie. Zresztą i słusznie, to nie są rzeczy proste… — Dlaczego słusznie? Czyż brak podstawy prawnej dla działania milicji i sądów uważa pani za fakt pozytywny? — Nie rozumiemy się — wyraz twarzy Zofii Chwały mówił o jej głębokim zaangażowaniu w te sprawy, oczy nabrały blasku, znikła gdzieś ostrożna rezerwa spojrzeń i uważna kontrola głosu; zapaliła szybko i z podnieceniem papierosa, nie przestając mówić jak wytrawny, zapalczywy dyskutant. — Chodzi o to — ciągnęła — żeby nie czynić nic pochopnie, spiesznie, w sposób nie przemyślany. Chodzi o to, przyzna pan aby nie zagubić człowieka. Przed moim stołem sędziowskim przewijają się dziesiątki tych chłopców. Staram się przenikać ich drobne oszustwa, wybiegi i fałsze, ale staram się także ich zrozumieć, pomóc im, nie odtrącić żadnego. — I słusznie — rzekł drwiąco Kolanko, — Jest to stanowisko szlachetne i sentymentalne, wynikające z optymistycznej filozofii. Tylko trochę przestarzałe i bezużyteczne wobec natężenia problemu, który nosi

charakter społecznej choroby. Zresztą nie tylko u nas. Jest to uniwersalne schorzenie współczesnej cywilizacji. Zaś choroby, jak wiadomo, leczy się. Niektóre wymagają zabiegów chirurgicznych. — Ho, ho, daleko pan sięga — rzekła z ostentacyjną ironią Zofia Chwała. — Wydaje mi się, że za daleko. Myślę, że to wszystko dzieje się dlatego, że ci chłopcy się nudzą. Proszę, no i niech pan powie: co ma robić ta młodzież po godzinie szóstej wieczór bez karuzel, strzelnic, wesołych miasteczek, bez rozrywkowych filmów i komicznych przedstawień? Wracają ze szkół i warsztatów i co otrzymują? Świetlice, w których wymaga się od nich znów — pracowitości i przejęcia się mnóstwem słusznych idei. Jako jedyne odprężenie ma służyć sport i to w myśl zasady: posłuchaj kilku pogadanek, a w zamian za to pograsz sobie w piłkę nożną lub damy ci rakiety i piłeczki pingpongowe, ty zaś odwdzięczysz się nam, zajmując się gazetką ścienną. Nie, panie redaktorze, żadna choroba społeczna, żadne schorzenie cywilizacji! Po prostu jesteśmy winni, bo nie umiemy im pomóc, zająć się nimi. Z jednej strony wpadamy w przesadną pedagogikę, z drugiej — w biadolenie i okrucieństwo. Pośrodku zaś gubimy ludzi wstępujących w życie. — Racja! — zawołał Kolanko — i moje uznanie. Mówi pani wyjątkowo rozsądnie, jak na sędziego. Ale mimo to w wywodach pani tkwi gruby błąd. — Jaki błąd? — żachnęła się zapalczywie Zofia Chwała — no, proszę, niech pan powie? „Jest szlachetna — pomyślał Kolanko z westchnieniem — ma przekonania i potrafi o nie walczyć. Chce czynić dobro, wierząc, że je czyni. Siłaczka!” — Błąd tkwi w tym — zaczął spokojnie — że należy pani jeszcze ciągle do ludzi, którzy mówią: jesteśmy winni zabłąkania się tej czy innej owieczki w aresztanckim ubiorze na ławie oskarżonych, albowiem nie upilnowaliśmy jej, nie skłoniliśmy jej do zejścia ze złej drogi, nie oddziaływaliśmy na nią tak, aby zapewnić jej zdrowie moralne. Jesteśmy winni my i rodzice, szkoła i koledzy; organizacje młodzieżowe oraz wszyscy starsi… — Należę do tych ludzi — rzekła Zofia Chwała, unosząc bojowo kształtny podbródek w górę. „Kochana… — rozczulił się Kolanko — czyli kobieta społecznie wartościowa…” — To jest bzdura t — ciągnął wolno Kolanko, zapalając papierosa. — Nie przeczę, są nieliczne wypadki zbłąkania się, których można było uniknąć środkami pedagogiki czy wychowania, zwiększonej dawki sportu lub przy pomocy modelarstwa lotniczego. Są one jednak tak rzadkie i nieliczne, że nie warto o nich nawet wspominać. W przytłaczającej większości wypadków przyjąć musimy indywidualną odpowiedzialność za czyny. Po czym — o ile nie chcemy popaść w naiwny relatywizm — musimy raz na zawsze przeciągnąć linie demarkacyjną pomiędzy przyzwoitością a nieprzyzwoitością społeczną. I wreszcie — wypalić rozpalonym żelazem, jak wrzód ropny, wszelką nieprzyzwoitość. W ten sposób zniszczymy, być może, kilkaset lub kilka tysięcy istnień ludzkich, lecz ocalimy młodzież, a więc całe społeczeństwo. A gdy damy ocalonym karuzele, ping–ponga i komiczne filmy, wtedy będziemy mogli zdrowo wychowywać następne generacje. — To okrutne — szepnęła z grymasem odrazy Zofia Chwała — i pan

myśli na serio o jakiejś wielkiej akcji przy pomocy najsurowszych środków? „Jest dobra — wzruszył się Kolanko — to piękne”. — Oczywiście — przytaknął. — Tylko że nikt mnie nie rozumie. Nikt. Z wyjątkiem jednego człowieka w Warszawie. Człowiek ten realizuje me koncepcje na własną rękę. Bez udziału milicji i bez inicjatywy społecznej. Ale proszę… — wyciągnął z kieszeni numer „Życia Warszawy” i wręczył przez stolik Chwale — wróćmy do tematu. Tu jest notatka o znikaniu cennych talerzy ze ścian kawiarni „Krokodyl”. Dziennik nazywa to zjawisko chuligaństwem. Moim zdaniem jest to pospolita kradzież. Niedawno w jednej z gazet warszawskich czytałem o obrabowaniu jakiegoś inwalidy; tego, kto to uczynił, gazeta nazywała chuliganem. Na pewno zna pani ze swojej praktyki wypadki skazywania na karę roku domu poprawczego wyrostków, którzy pokaleczyli śmiertelnie swych kolegów, wyrzucali konduktorki z rozpędzonych tramwajów, napadali, zadawali rany, sieli popłoch i zniszczenie. Jako niepełnoletni uchodzili słusznym, dotkliwym wyrokiem, odbywali swe krótkie kary i wychodzili na wolność, w glorii bohaterów i zwycięzców… Zofia Chwała wbiła wzrok w trzymane w ręku pudełko zapałek. Milczała. Wiedziała dobrze, jak kruchy jest jej idealizm wobec tych argumentów. „Jest wrażliwa — pomyślał z uznaniem Kolanko. — Umie pojąć rację innych”. — A zatem… co czynić? — spytała cicho, z głęboką troską w głosie. — Jestem tylko skromnym dziennikarzem — uśmiechnął się Kolanko. — Stawiam diagnozy, zaś leczenie jest sprawą działaczy społecznych. — Czy ów człowiek, który rozumie pana i działa na własną rękę, jest działaczem społecznym? W oczach Kolanki zamigotał uśmiech. — Moim zdaniem tak — rzekł dobitnie. — Ale są ludzie w Warszawie, chcący go za tę działalność aresztować. I inni, czyhający na jego wolność i życie. — Ja byłabym po jego stronie — rzekła Zofia Chwała marzycielsko. — Walczyłabym o niego, starałabym się mu pomóc… — Właśnie to czynię — rzekł Kolanko, wskazując na zapisane serwetki. „Dusza pełna romantyzmu — pomyślał. — Gotowa do walki o sprawę, o której niemal nic nie wie”. — Niech mi pan opowie coś o tym człowieku. Dobrze? — Opowiem pani pewną historię, z której dowie się pani, że spokój trzeba wywalczyć i jak go trzeba wywalczyć. Otóż zaraz po wojnie byłem przez pewien czas w Szwecji. W porcie Malmö czekało wtedy parę tysięcy Polaków na repatriację do kraju. Kiedyś wśród nocy wyciągnięty zostałem przez policję szwedzką z łóżka i zawieziony do jednego z komisariatów, gdzie zastałem dwóch kompletnie pijanych polskich wyrostków i ciężko pobitego starszawego Szweda, którego opatrywało pogotowie. Oficer policji przedstawił mi grzecznie całą sprawę, zaznaczy, przy tym, iż wiedząc o pobycie w Malmö polskiego dziennikarza pozwolił sobie zwrócić się do mnie z prośbą o pomoc w rozwiązaniu pewnej zagadki. Otóż dwaj pijani Polacy napadli na ulicy na spokojnego przechodnia, wszczęli z nim kłótnię, po czym pobili go, krzycząc przy tym cały czas łamaną niemczyzną, że biją go w odwet za jakiegoś Kordeckiego. W komisariacie

faceci tłumaczą się półprzytomnie, utrzymując uporczywie, że pobicie było aktem zemsty za tegoż Kordeckiego, podczas gdy poszkodowany przysięga, że żadnego Kordeckiego nie widział, nie znał i że w ogóle zetknął się z Polakami po raz pierwszy tego właśnie wieczoru i to w sposób nie budzący w nim sympatii. Oczywiście — nie mogłem powstrzymać śmiechu. Z trudem wytłumaczyłem szwedzkiemu oficerowi związek, jaki zachodzi pomiędzy postacią bohaterskiego przeora klasztoru Paulinów, obrońcy Częstochowy, a wieczornym zajściem na głównej ulicy Malmö. Szwedzki policjant nie podzielał mej wesołości, czym czułem się w pierwszej chwili dotknięty. Pomyślałem sobie, że Szwedzi są nazbyt ponurzy i nudni, by pojąć dowcip i fantazję polskich — chłopców, i że dzielące nas różnice temperamentów i poczucia humoru stanowią przepaść nie do przebycia. Już chciałem opuścić komisariat, gdy oficer spytał mnie grzecznie, czy nie zechciałbym nań zaczekać. Zaczekałem, wyszliśmy razem, zaś przechodząc obok jakiegoś baru Szwed zaprosił mnie na kufel piwa. Usiedliśmy przy małym stoliku i późno w nocy szwedzki oficer policji opowiedział mi o swej ojczyźnie i swych rodakach. — Wy, na kontynencie — mówił wtedy — uważacie Szwecję za kraj nudny i tępego spokoju. To słuszne. Ale w zamian za to może się pan spokojnie przespać na środku jezdni na peryferiach Sztokholmu i obudzi się pan w zupełnym zdrowiu, ze złotym zegarkiem na ręku, z nietkniętym portfelem i stojącą obok walizką. Tak jest teraz, lecz kiedyś było inaczej. Jeszcze w połowie ubiegłego stulecia słowo Szwed było w Europie synonimem nożownika i bandyty, złodzieja, pijaka i awanturnika. Gdy szwedzki statek wchodził do obcego portu, następowała mobilizacja policji i spokojni obywatele barykadowali drzwi i okiennice żelaznymi sztabami. W końcu opinia nasza stała się nieznośna, zaś życie obyczajowe na granicy anarchii, i zdrowa część społeczeństwa postanowiła wywalczyć spokój. Działo się to kilkadziesiąt lat temu, bandytyzm i chuligaństwo wypalone zostały żelazem jak jad węża, a za uliczne awantury groziła szubienica. Była to walka na śmierć i życie, ale dała rezultaty. Dziś w czytankach dla dzieci pisze się, że w zwalczaniu chuligaństwa i alkoholizmu walnie dopomógł wynaleziony wtedy system gimnastyki szwedzkiej Per Linga. Jest to oczywiście zręczna hipokryzja. Pomogło wydatne zwiększenie kontyngentów dzielnych szwedzkich policjantów, uzbrojonych w tęgie gumowe pałki. Fakt, że może się pan przespać na ulicy i nie zostać obrabowanym, zawdzięcza pan temu przede wszystkim, że dwóch takich rosłych chłopców stoi jeszcze ciągle na każdym ulicznym rogu. Dzięki temu jesteśmy najspokojniejszym krajem w Europie, a łagodność obyczajów ma swoje uroki, niech mi pan wierzy. Mówię to panu, gdyż zauważyłem na pana twarzy maskowaną radość w czasie przesłuchania w komisariacie. Stąd wnoszę, że w Polsce panuje pobłażliwość w stosunku do takich wyczynów. Radzę wam, wystrzegajcie się tej pobłażliwości. — Często myślę ostatnio o słowach tego Szweda, niech mi pani wierzy! — Wierzę panu — rzekła cicho Zofia Chwała. Wpatrzyła się w jego twarz, jakby jej opowiadał o sprawach bliższych niż rozmowa ze szwedzkim policjantem sprzed dziesięciu nieomal lat. „Chyba się jej jednak podobam — pomyślał Kolanko z rezygnacją. — Dziwaczne, niemniej wszystko na to wskazuje. Tak słuchają kobiety zainteresowane mężczyzną, a nie tym, co

mówi”. Nie mylił się. Zofia Chwała zastanawiała się cały czas, skąd bierze się w niej owo uczucie natężonej uwagi. Nigdy nie przepadała za rudawymi mężczyznami o zmęczonych twarzach, raziła ją nonszalancja i nietutejsza obcość ubioru Kolanki, niemiłym było jej to złośliwe skrzywienie dolnej wargi i błysk drwiącego sceptycyzmu, jaki migotał nieustannie w jasnych oczach. A przecież wpatrywała się w tę twarz i słucHała jak nigdy nikogo. Nawet gdy oponowała, zdawało jej się, że zaprzecza po to, aby słuchać nowych zdań, argumentów, zjadliwych, celnych sformułowań. Słuchając nie dostrzegała leciutkiego obrzęku pod dolnymi powiekami, wskazującego na długoletnią zażyłość z alkoholem, oblicze to stawało się jakby bliskie, znane, malująca się na nim energia znamionowała w jej oczach szlachetność, zaś ironia — pobłażliwość. „Jakże ten człowiek potrzebuje kogoś” — pomyślała Zofia z nieomylnym instynktem. — Wobec powyższego zapraszam panią na kolację — rzekł Kolanko, wyglądając przez okno. — Zapada złocisty, majowy zmierzch, czas na wieczerzę. — Uhm — rzekła Zofia — zgoda. Tylko odwróćmy, role. To ja pana zapraszam na kolację. — Wykluczone. Na to nie mogę się zgodzić. Jestem urodzonym niewolnikiem konwenansu. Może następnym razem. Dziś ja stawiam, z zastrzeżeniem, że nie weźmie pani tego za próbę korupcji w sądownictwie. — Nieporozumienie — uśmiechnęła się Zofia. — Chciałam pana zaprosić do siebie na kolację. Widzi pan… ja otrzymałam niedawno mieszkanie. Na Starym Mieście. Kawalerkę. Mała, ale bardzo miła. Jeszcze niezupełnie urządzona, ale z czasem… — po czym dodała z ożywieniem: — Sprawiłoby mi to prawdziwą przyjemność, gdyby pan zechciał… Może to jest zbyt obcesowe, ja rozumiem, pan może mieć zastrzeżenia, bo na nowe mieszkanie… — przerwała skłopotana. „Bezpośrednia, świetny kumpel, a przy tym delikatna, pełna zrozumienia dla małych grzeczności — westchnął rozpaczliwie Kolanko — z mieszkaniem na Starym Mieście. Kawalerka. Wyobrażam sobie, jaka schludna i jak banalnie, ładnie urządzona. Tapczan na raty, miłe, kretonowe firanki, wzorowa czystość i reprodukcje złych malarzy, starannie oprawione… Biurko, akta sądowe, maszyna do pisania, gustowna lampa z folklorystycznym abażurem, pięknie pokrajany chleb, błyszczące talerzyki, kruche ciasteczka… Mieszkanie!” Jak przezrocze zamigotało w jego wyobraźni wąziutkie, maleńkie pomieszczenie, oddzielone od kuchni przepierzeniem z desek, gdzieś na dolnym Mokotowie, gdzie mieszkały — w czterdziestym siódmym, i gdzie kocHal tak, jak nigdy już kochać nie będzie. Wokół była Warszawa dźwigająca się ze zgliszcz jak leżący na dnie szlamowatego leju śmiertelnie ranny człowiek, który uśmiecha się okrwawionymi wargami, gdyż wie, że przeżyje — swą nędzę, brud i rany. Kobieta, którą kocHal, mieszkała w norze, wobec której poddasze Olivera Twista było pałacem: wchodziło się tam przez zrujnowaną kuchnię, gdzie głównym meblem był stęchły barłóg z wiecznie śpiącą sparaliżowaną staruszką. To była miłość warszawska w stylu epoki, jej dramaturgia wyrastała z elementów chwili, była niewzruszenie osadzona w swym czasie i punkt kulminacyjny tragedii dotyczył mieszkania: nie pobrali się, gdyż nie mieli mieszkania. „Jakie to tragiczne — pomyślał Kolanko — a za lat

dwadzieścia zapomną o tym w Warszawie. Nie będą nawet wiedzieć, że o mieszkaniu można zrobić film wyciskający potoki łez z oczu widzów. Film miłosny!” — Zgoda — rzekł szybko — po drodze nabędziemy tylko parę uzupełnień. Wątpię, na przykład, czy ma pani u siebie gnieźnieńską starkę? — Nie mam — rzekła Zofia z uśmiechem — nabędziemy. Ale nabędę ją, dobrze? To będzie wspaniałe. — Wyglądała teraz inaczej, młodziej, naiwniej niż przed chwilą. „To banalne, co mówi — pomyślał Kolanko — ale miłe. Umie się cieszyć, bawić…” — Na pewno uważa pani także za wspaniałe wycieczki kajakiem i poczucie humoru u ludzi, prawda? Lub przynajmniej to, co uważa pani za poczucie humoru — dodał ż wyraźną drwiną. — Skąd pan wie? — odparła z entuzjazmem, nie dostrzegając ironii. — Rzeczywiście, uważam za wspaniałe. I słońce, i góry, i morze i w ogóle.,. — I na pewno opala się pani od razu na brązowo, jest pani przez wszystkich lubiana, przepada pani za dziećmi i za sportem. — Oczywiście. Gram w siatkówkę w reprezentacji naszego koła sportowego. Tylko… nie wiem, czy jestem przez wszystkich lubiana. — Na pewno — rzekł Kolanko z niezachwianym przekonaniem. „Szczera i prawdziwie skromna” — pomyślał i poczuł się lekko znużony. — A co będziemy jedli na kolację? — A co pan najbardziej lubi? — Placki kartoflane — odparł bez wahania. — Z cukrem, ze śmietaną czy z kwaszoną kapustą? — Phi! — zdziwił się Kolanko — zna się pani na tym! — Podobno dobrze gotuję — rzekła Zofia i zarumieniła się po nasadę włosów. — I lubi pani dzieci? — Przepadam za dziećmi! — „Ideał — jęknął Kolanko. — Łap za włosy i ciągnij do urzędu stanu cywilnego! Wszystko jest”. Spojrzał wokoło jakby szukając decyzji i zatrzymał wzrok na oddalonym nieco stoliku pod ścianą. Siedziało przy nim trzech młodych chłopców o pospolitych twarzach i dziewczyna. Pili cytrynową oranżadę z wysokich szklanek i jedli ciastka. Chłopcy nosili za szerokie, niezgrabne spodnie i takież marynarki, przechodzili wyraźnie z chłopięcości w wiek męski. Dziewczyna miała prosiaczkowatą, młodą twarz o ładnych, lecz głupich rysach: głupie oczy, głupie usta i głupi, mały, ginący w mięsistych policzkach nosek. Zakładała co chwila nogę na nogę, demonstrując radośnie tęgie, czerwone łydki, w nylonowych pończochach. Każdy z chłopców zachowywał się inaczej: jeden traktował dziewczynę z ostentacyjną obojętnością i patrzał agresywnie wokoło, gotów do awantury w każdej chwili; drugi silił się na bezustanny dowcip, nie przestawał mówić, bufonować, brylować, zabawiać, opowiadał głupie kawały, szukał śmiechu za wszelką cenę; trzeci siedział niepozornie, cicho i potulnie, nic prawie nie mówiąc, wyglądał na cherlaka i tchórza. Natomiast oczy jego wbite były w dziewczynę z oddaniem i pożądaniem, z tęsknotą i uwielbieniem. Nie ulegało wątpliwości, że dziewczyna go wyróżniała: nie bawił jej, nie biłby się z nikim w jej obronie czy dla nasycenia jej próżności, ale ją kocHal; nie

miał, jej nic do dania prócz swej miłości i swego pożądania i głupia, prosiaczkowata dziewczyna umiała to ocenić pierwotnym, kobiecym instynktem. „Oto, czego trzeba — Kolanko pomyślał z emocją. — Inwestycja uczucia. Oto, co stanowi o sukcesie w imprezie zwanej miłością… Przegrałeś, stary, i zawsze już będziesz przegrywać, gdyż nie stać cię na takie spojrzenie, jak ten zasmarkany szczeniak…” Zapalił papierosa. Nie wiadomo dlaczego pomyślał naraz z upodobaniem o kolorowych dziewczętach w brudnych fartuchach, siedzących przed Akademią Sztuk Pięknych — Zatęsknił w tej chwili za taką dziewczyną o umazanych farbą dłoniach, rozrzuconych niedbale włosach, o duszy pełnej mrocznych konfliktów i bezsensownych decyzji. Wiedział dobrze, jak bardzo jest się nieszczęśliwym z taką dziewczyną, i zapragnął gorąco tych udręk. — Wie pani — rzekł Kolanko z nieoczekiwaną melancholią — ja zawsze traktuję porządne kobiety jak dziwki, a dziwki jak porządne kobiety. I zawsze źle na tym wychodzę. Na jednym i na drugim. Proszę mi wierzyć, mowy nie ma o sukcesach… — Mimo to — powiedziała po chwili milczenia jasnym głosem Zofia Chwała — podtrzymuję moje zaproszenie na placki kartoflane. Spojrzał w jej uczciwe oczy i głęboko, daleko dojrzał żal. Nie wzruszył go. W Zofii Chwale nie było konfliktów, były wyłącznie postawy wobec życia. Postawy bohaterskie i tkliwe, godne zazdrości i naśladowania, pozytywne i wartościowe. — : Dobrze — rzekł Kolanko i nagle twarz jego zmieniła barwę i wyraz, jak przeciągnięta szerokim pędzlem pokojowego malarza. Po schodach, naprzeciw ich stolika, schodziło z pięterka dwoje ludzi. W kawiarni panował przyjemny półmrok, tuż przed zapaleniem świateł pogłębiony różnorodnością niskich sklepień ciasnawego wnętrza, toteż Kolanko rozpoznał raczej sylwetkę i dobrze znane ruchy męskiej postaci niż jej twarz. Gdy tych dwoje zbliżyło się do szatni, by odebrać impregnowaną kurtkę z okrągłym kołnierzem z rąk szatniarza, padła na nich szeroka smuga światła z niskiego okna. Kolanko gwizdnął cicho i przejmująco przez zęby, co z dawien dawna jest uznaną formą najwyższego zdumienia. Cofnął nieco barczyste ramiona do tyłu, za osłaniający kaloryfer, i obserwował chciwie: tuż obok młodego, niewysokiego człowieka w kolorowej muszce, narzucającego impregnowaną kurtkę niedbale na ramiona, stała prześliczna dziewczyna o ciemnych włosach, w taniej żorżetowej sukni w kwiaty i w męskim blezerze. Trwało to chwilę, zanim młodzieniec wydobył z kieszeni drobne i dał szatniarzowi napiwek, nie odrywając oczu od dziewczyny, oraz drugą chwilę, zanim opuścił kawiarnię; lecz te dwie chwile naładowane były tak potężną, malarską ekspresją, że ktokolwiek widział tego młodzieńca i tę dziewczynę przy szatni kawiarni „Telimena”, wiedział od razu, że łączy ich coś wielkiego i niepowtarzalnego, tak wspaniałego, iż wierzyć się nie chce w trwałość takich wspaniałości, w ich realność. To, o co kusiły się daremnie czułe pędzle genialnych Włochów, Flamandów, Francuzów, to, co spędzało sen z powiek tytanom palety wszystkich epok, poszukujących na swych płótnach najdelikatniejszych drgnień duszy ludzkiej, wyrażalnych najniklejszym gestem — to błysło naraz przed oczyma Kolanki w małym

westybulu kawiarni. Ledwie uchwytne sekundy, w których młodzieniec płacił za szatnię, zaś śliczna, czarnowłosa dziewczyna czekała, wpatrzona w niego, nasycone były takim oddaniem, tak samoistnym, niezależnym od niczego z zewnątrz szczęściem, tak wszechwładną w tym momencie miłością, że redaktor Edwin Kolanko zbladł jak ściana, o którą opierał głowę, i nagły skurcz ścisnął mu krtań, jak zawsze wobec rzeczy niezwykłych i wzruszających. — Biedny Mefisto… — wykrztusił. — Proszę? Słucham? — spytała Zofia, patrząc na niego jak na wariata. — Co panu jest? — zaniepokoiła się nie na żarty. Widziała wszystko, lecz nie dotarł do niej sens obrazu; ot, dwoje młodych, wychodzących z kawiarni i trzymających się za ręce, jak to na wiosnę. — Zazdrość — rzekł bezsensownie Kolanko; zresztą była to prawda: uczuciem, które dominowało w duszy Kolanki, była zazdrość. „Nigdy tego nie potrafiłem… — pomyślał na poły ze złością, a na poły tkliwie o Kubusiu. — Nigdy nie potrafiłem tak przeżywać tych rzeczy, jak on to tu pokazał”. Nagłym ruchem zebrał zapisane serwetki, wpakował je do kieszeni marynarki, wstał, wrzucił kapelusz na głowę, wyjął dziesięć złotych i położył je na pobliskim bufecie, po czym rzekł do Zofii: — Proszę się na mnie nie gniewać. Tymczasem do widzenia. Następnym razem opowiem pani mnóstwo rzeczy, po których wyda pani wyrok uniewinniający. Na mnie… — I wybiegł z „Telimeny”. Wszystko razem nie trwało dwóch minut. Zofia Chwała siedziała nieporuszona. Obawiała się unieść wzrok w przekonaniu, że cała kawiarnia patrzy na nią, na kompromitującą sytuację, w jakiej się znalazła. W głowie miała jedną myśl, jak głupi, natrętny refren: „Podoba ci się… Ucieszyłaś się, gdy go ujrzałaś, myślałaś o nim wielokrotnie od tamtego dnia w sądzie. Nie oszukuj się, podoba ci się i boli cię to, co się tu stało…” Zdobyła się wreszcie na odwagę, ostrożnie i nieśmiało wyjęła puderniczkę i szminkę do ust. Spoza lusterka puderniczki rozejrzała się skrycie wokoło: nikt nie zwracał na nią uwagi, dwie kelnerki ziewały znudzone przy bufecie. Przejrzała się w lusterku: na wargach miała grymas niesmaku, skrzywienie mimowolne, o którym nic nie wiedziała. „Ci mężczyźni! — pomyślała, dostrajając się do wyrazu swej twarzy. — Jakiś smarkacz zabiera mu pospolitą dziewczynę, a on, świetny dziennikarz i przystojny mężczyzna, traci głowę z zazdrości. I to o kogo? O tak wyzywające; j prymitywne stworzenie jak ta tam. Biedni mężczyźni! Duzi, źli chłopcy”. Odęła pogardliwie wargi, co pozwoliło jej wrócić do psychicznej równowagi. Redaktor Edwin Kolanko kluczył jak kłusownik wśród nielicznych osłon pomiędzy „Telimeną” a ruchomymi schodami. Dręczyło go niejasne wyobrażenie fryzjera Mefistofelesa Dziury, popełniającego samobójstwo przy pomocy brzytwy, którą tyle razy golił jego, Kolankę. Kilkanaście metrów przed nim szedł Kubuś z dziewczyną. Nie trzymali się pod rękę, nie szli przytuleni do siebie, a przecież tyle poezji było w rytmie ich kroków, tak jedyne piękno spowijało ich w welon ze zmierzchu, z łagodnego światła pierwszych latarń, niosło za nimi woń miłości, młodości i maja, że Kolanko tracił chwilami rozeznanie, dlaczego tak za nimi idzie. Wydawało mu się, że szuka wyłącznie widoku tego raz w życiu trafiającego się, jakże krótkotrwałego szczęścia, które objawia się w tej parze z tak przekonującą mocą. Nogi i talia dziewczyny, smukłe, kuszące i burzące spokój, ciągnęły jak magnes. Ta dziewczyna wywoływała zachwyt; Kolance przyszła na

myśl Marta jako przykład godnego takiej rywalizacji kontrastu. Gdy doszli do ruchomych schodów. Kolanko otrząsnął się, skupił, zastanowił i powziął decyzję. Wstępując na metalowy stopień wiedział, po co jedzie w dół. Krater ruchomych schodów oblepiony był zawsze na krawędziach tłumem gapiów, znajdujących odwieczne emocje w obserwowaniu poruszających się bliźnich. W dole lądowali już Kubuś z dziewczyną. Kolanko zbiegł po kilku stopniach, aby nie stracić ich z oczu. Ostrożnie wmieszał się w tłum na przystanku obok pałacu Pod Blachą. NadjecHal tramwaj numer 32 i Kubuś pożegnał się z dziewczyną, która wsiadła do tylnego wozu; pożegnanie to było proste, niemal chłodne, lecz Kolanko odczuł przemożnie, że nić między tymi dwojgiem nie zrywa się, że myśli ich pozostają ze sobą sprzężone jak palce kochanków, że tramwaj niczego Kubusiowi nie zabiera. Gwałcąc przepisy wskoczył na przedni pomost i zaczął przepychać się do tyłu. Dziewczyna wysiadła na rogu Żelaznej i Chłodnej. Kolanko wyskoczył za nią. Szła wolno Żelazną w stronę Złotej. Ulica była słabo oświetlona, przewijało się tu mnóstwo ludzi, słychać było głośne rozmowy i śmiechy. Przed bramami siedziały na niskich ławeczkach stare dozorczynie, z otwartych jeszcze drzwi sklepów dochodziły światła i woń wieczorowego pieczywa. Grupki mężczyzn bez marynarek, o mokrych po przedwieczornym myciu włosach, stały na rogach, grzecznie paląc papierosy. Przez ciepłe powietrze żeglowały młode pary rozmawiając i śmiejąc się głośno, jak to w początkach znajomości, inne szeptały cicho, przytulone do siebie, jak to w drugiej fazie szczęścia, a jeszcze inne szły milcząc z urazą, jak to w trzeciej fazie kłopotów, które wszystkim młodym ludziom przytrafiają się identycznie takie same, wydając się najbardziej wyjątkowymi pod słońcem. Z jakiegoś okna słychać było afektowany głos radiowego spikera, z jakiejś bramy rozlegały się dźwięki mandoliny, z jakiegoś podwórka stary, schrypły patefon przypominał odwieczne tango „Już nigdy”… „Jak on dzisiaj mówił? — zastanawiał się Kolanko, nie spuszczając oczu z wspaniałych nóg idącej przed nim dziewczyny — że tu wchodzą w grę pewne przeżycia. Że ostatnio rzadko się widujemy. Kubusiu, Kubusiu! To był ostatni dzwonek! Dobre bogi zaprowadziły mnie dziś do „Telimeny”. Czyż nie dość nieszczęścia Mefistofelesa Dziury? Kochany, głupi chłopcze, nie wiesz, czego się można spodziewać po kobiecie. Ale ja wiem i oto jestem, aby ci powiedzieć i pomóc”. Dziewczyna weszła do sklepu spółdzielczego i Kolanko musiał wmieszać się w tłum kupujących. Kupiła ćwiartkę masła, trochę pasztetówki i pieczywo, wszystko to włożyła do siatki na zakupy: „To się mężczyznon najbardziej podoba… Zakupy dla nas” — pomyślał z goryczą Kolanko: wiedział dobrze, jak bardzo Kubuś lubi pasztetówkę. Dziewczyna wyszła ze sklepu; przeszła jeszcze parę kroków i pchnęła drzwi podrzędnego baru. !.No oczywiście…” — pomyślał Kolanko i otworzył zamknięte przed chwilą drzwi. Na drzwiach zdążył przeczytać napis: „Bar SŁODYCZ”. W chwilę potem żałował, że tu wszedł. Tani, obskurny bar był prawie pusty, co nie przeszkadzało Kolance czuć się zupełnie nie na miejscu. Spoza obitego niklowaną blachą szynkwasu zwróciła się ku niemu ciekawie i natrętnie kluchowata twarz otyłej niewiasty. Siedzący na przechylonym krześle i opierający się plecami o szynkwas kelner w brudnej, białej kurtce,

narzuconej na malinową koszulkę gimnastyczną, uchylił jedną z zamkniętych w drzemce powiek i wwiercił się w Kolankę świdrującym spojrzeniem. Dziewczyny nie było na sali, widocznie znikła za jedną z brudnozielonych pluszowych kotar, osłaniających jakieś przejścia w ścianie. „Ten Kubuś! — pomyślał naraz z zachwytem. — Jak penetracja, to penetracja. Gdzie on zawędrował? Ta facetka! Prawdziwa Czarna Mańka ze starowarszawskiej ballady… I Kubuś z nią… To jest… zawrócił jej w głowie”. Jednocześnie czuł się tu coraz bardziej obco. Tylko dwa stoliki były zajęte. W kącie siedziało czterech mężczyzn, zbitych ciasno nad blatem stołu, tak że nie można było dostrzec ich twarzy, i rozprawiających o czymś namiętnie, lecz cicho. Nie opodal Kolanki siedział nad talerzem z wystygłym bigosem starszawy facet o wyglądzie pracownika wodociągów, w gumowych butach, lekko pijany i wsłuchujący się w dźwięki, jakie wydawał siedzący naprzeciw młodzieniec o tępej twarzy, w cyklistówce z podgiętym do góry daszkiem na wełnistej czuprynie; młodzieniec grał na ustnej harmonijce wolno i fałszywie „Siekiera, motyka, piłka, graca…” Robotnik wodociągowy poczuł na sobie spojrzenie Kolanki i zwrócił nań zamglony wzrok, który zaczął wyraźnie przybierać na wrogiej ostrości na widok tweedowej marynarki, fularowego krawata i twarzy Kolanki. Barczysty kelner w malinowej podkoszulce podszedł do stolika i zapytał: — Co podać? — Duże jasne — rzekł Kolanko. W twarzy kelnera i jego wzroku znalazł wyraźne pytanie pod swoim adresem: „Czego tu szukasz, patafianie? Czego on tu może chcieć, ta zołza?” Zrodziła się w nim chęć nagłej ucieczki do śródmieścia. „Tak nie można — pomyślał z przykrością. — Zresztą ta dziewczyna? Czego ja od niej chcę? To na pewno królowa tej meliny. Z pewnością siedzi tu wieczorami na zalanych wódką stołach, ukazując czarne podwiązki wysoko na odsłoniętych udach, i każe się uwielbiać nożownikom z tej dzielnicy, słuchając starych tang w rodzaju «Ciemne wino jak krew…», dobywających się z tuby zgrzytliwego gramofonu. Mefisto mówił, no nie? Wszak mówił, że chce ją wyciągnąć z tego cholernego życia, prawda? A Kuba? Genialny facet! Czym on jej zaimponował? Jak ona się w niego wpatrywała, tam w «Telimenie»…” W tej chwili spoza jednej z wytartych kotar wyszła dziewczyna: ubrana była w brudnawy fartuch i ocierała ręce w wiszącą u paska ścierkę. „Nic nie rozumiem — pomyślał Kolanko speszony — ona tu pracuje?” — Hawajka — powiedziała kluchowata facetka zza szynkwasu — zabonuj butelkę jasnego. Idę na kolację. — „Hawajka! — pomyślał z ironicznym triumfem Kolanko — a więc jednak pseudonim, przydomek przestępczy. Jaki trafny!” — Panie ober — zawołał możliwie uprzejmie w stronę bufetu — płacić! — Spojrzał na dziewczynę i wzrok ich zetknął się. „Poznała mnie — pomyślał. — Co teraz będzie?” Czuł, jak koszula lepi mu się do pleców z zakłopotania. Hawajka wyszła spoza bufetu i zbliżała się ku niemu, ocierając ręce w ścierkę. — My się znamy — powiedziała zimno i znacząco, siadając bez zaproszenia przy jego stoliku. — Po co pan tu przyszedł? — Dobry wieczór — uśmiechnął się nieszczerze Kolanko. — Znalazłem się tu zupełnie przypadkowo. Zachciało mi się piwa… — Eeee — mruknęła Hawajka z powątpiewaniem — chyba nie. Jest pan kolegą Karola Dziury. Na pewno to on pana przysłał. On już robił takie numery, jak pogniewaliśmy się ostatnim razem… — Kolegą? — uśmiechnął się Kolanko. — To za dużo powiedziane. — Pomyślał nagle, że dałby wiele, by zdobyć zaufanie tej

żeby się ode mnie odczepił. z lekką niechęcią. Ich dwaj towarzysze skoczyli na równe nogi. przy którym siedziało czterech facetów. dobrze? I tylko bez krzyku… — zagrał Kolanko va banque. — Tak. krwistych twarzach. Ciemne oczy Hawajki badały go z wrogością. wołając: piskliwymi ze zdenerwowania falsetami: — Józiek! Daj spokój! — Władek! Nie wygłupiaj się! Błagam cię! — Józiek! Uspokój się! Zrób to dla mnie! Tu ludzie! — Władek! Bądź poważny! — Józiek! Już dobrze! — Kluchowata kasjerka wstała roztrzęsiona. jak muszę. — Przez chwilę panowała cisza. — Nic na piękne oczy… Rozmawiam z tajniakami. takie nabieranie. wie pani. jak się pan nazywa? — prośba w głosie dziewczyny była tym razem wyraźna. — Ten Karol — powiedziała Hawajka — to bardzo przyzwoity chłopina. — Kto? Lulek? — spytał z chytrym uśmieszkiem. — Kolanko milczał. — Nazywam się Kolanko — rzekł. — Nieee! roześmiał się z możliwą szczerością. — Jak pan chce pytać. — Kto to ten Lulek? — naciskał Kolanko. — A… taki jeden — rzekła Hawajka potulniej i ciszej — znajomy. nosy i uszy pokryły się purpurą. — Hawajka obserwowała go z rosnącą nieufnością. pasmach na czoła. drżąc zwierzęcą dynamiką: byli to rośli. ale nie grał. Powiedziałam mu to dziś. zaczesane do tyłu włosy spadły im w łukowatych. Dwóch spośród skłóconych zerwało się. Żartowałem sobie. bladzi i rozdygotani. jak odwdzięczyć się za tę prostotę. ale zaraz zjeżyła się jak kotka. — Oczy dziewczyny złagodniały. — Edwin Kolanko. chłopak trzymał organki przy ustach. Hawajka zbladła. odtrącone z siłą krzesła upadły Hałaśliwie do tyłu. a on się upiera. Kelner odwrócił się od bufetu w ich stronę z zainteresowaniem. wybuchła awantura. Nie wiedział. niczym nie hamowana. „Teraz” — pomyślał Kolanko z wyczuciem i spytał dobitnie: — Kto to jest ten facet. „Tylko na całego!” — pomyślał szybko. to niech się pan wylegitymuje — rzekła z pewnością siebie. Szkoda mi go. Kolanko poczuł. oczy. — Czy mógłby mi pan powiedzieć. — W „Expressie Wieczornym”. — Dziurę pan zna. Tego Lulka znam lepiej niż pani. — On ciągle mi o panu opowiada — powiedziała bez uśmiechu. wysocy i tędzy mężczyźni o nalanych. Rzucili się między nich rozdzielając i obejmując. Lulek — potwierdziła Hawajka. — A panu co do tego? Pan co za jeden? — rzuciła krótko. przeciętych teraz nienawiścią. — Kocha pana bardzo. Bycze karki nabrzmiewały im siłą i i zaślepieniem. kelner w malinowej podkoszulce rzucił się w stronę szamoczących się. Początkowo rozległy się podniesione głosy i przekleństwa. — Niech pani odpowiada. wodociągowiec kiwał się ogłupiały na krześle. — Gdzie pan pracuje? — spytała Hawajka niemal prosząco. Lulka pan zna… — Jestem dziennikarzem — rzekł poważnie Kolanko. Stół został gwałtownie kopnięty. Mówi o panu jak o ojcu. — A pan co za jeden? — przeszła do kontrataku. z którym była pani dziś w kawiarni na Krakowskim Przedmieściu? Taki blondyn? — Lulek? — rzuciła imię zaskoczona i zdziwiona. W tej chwili przy stole. rozjazgotane wściekłym krzykiem usta. Usta jej skrzywiły się w cwaniackim grymasie. jakby kłócący się nie dostrzegali obecności innych ludzi. ale co ja zrobię? — Coś jakby nagłe pragnienie zwierzeń zalśniło w oczach Hawajki. — Coś zupełnie nowego zapaliło się w oczach Hawajki i Kolanko to zauważył. . jaką zdołał zmobilizować na swej twarzy — ja nie z milicji. podnosząc głos.dziewczyny. ale niech mu pan powie. co powiedzieć. — Znam mnóstwo ludzi w Warszawie.

Ciemna krew. którzy krzyczeli spazmatycznie: — Józiek! Na rany boskie! — Władek! Kochany! Bracie! — On mi tu nie będzie mówił. kilka osób wbiegło do środka i przystanęło niezdecydowanie. bar „Słodycz”. nie mógł oderwać zafascynowanego wzroku od kotłującej się. której potrzebował dla odwalenia — obłąkanym kopnięciem zagradzających mu drogę sprzętów — bowiem ludzie odrzuceni byli już dawno poza orbitę cyklonu — wystarczyła Władkowi do błyskawicznego pochwycenia butelki po piwie. Józiek jak ranny odyniec strząsnął z siebie jednym kopnięciem kelnera i rozdzielającego kolegę. sflaczał i zatoczył się na przewrócony stół. Władek zmiękł. a czego on. Drzwi od baru pękły pod szybkim pchnięciem z zewnątrz. powietrze. po milicję! — Przeciwnicy. — Milicjaaaa! — rozdarła się kluchowata kasjerka. drgającej grupki. ten szmaciarz parszywy… — dyszał ciężko Władek. zmieszana z jakimś strasznym śluzem. boi się przeraźliwie jak każdy zafascynowany siłą i odwagą. gnojowi śmierdzącemu… — chrypiał Józiek przez zasnute cienkim pasmem piany. spiekłe wargi. „O. spływała mu z oczu przez palce. psie wycie Józka. nie mógł też ruszyć się z miejsca. — Ja mu pokażę. Nikt się do niego nie zbliżał. z siłą parowego młota rąbnął pięścią prosto w nos zastopowanego swym dokonaniem Władka. że nic nie jest w stanie powstrzymać siły niszczenia rozpętanej w potężnym ciele Józka. że trzymana w jego ręku szyjka najeżyła się ostrą stłuczką rozłupanej do połowy flaszki. wszystko wokoło rozleci się w drzazgi w zetknięciu z tą wrzącą. rozmazaną opuchliną. Kolanko. tchórzliwy sceptyk. krzycząc: — Na ulicę! Wont stąd! Już! Hawajka. nie odrywając przyklejonych krwią rąk od głowy. zdawało się. rozbestwioną żywotnością. Teraz rozszalało się piekło. miotali się w objęciach rozdzielających. Boże! — myślał gorączkowo Kolanko — pozabijają się! Mogą się zabić! Tacy ogromni. Zmarnować godność człowieka! Uderzyć go w twarz! Uderzyć go w jego własną twarz…” Cios miał efekt piorunujący — : rozległ się gruchotliwy trzask miażdżonej kości. bijąc po drodze gromadzący się tłum. Kolanko wstał jak zahipnotyzowany. — Mamusiu! — Osunął się na kolana. To poszczerbione w piekielne ostrza szkło wbił z całej siły w twarz Józka. po czym rozległo się ohydne. zaś twarz Józka nabrzmiała natychmiast czerwoną. Przez ułamek sekundy zawisła straszliwa cisza w przestrzeni baru „Słodycz”. co zaraz tu będzie. które schwycił z szaleńczą mocą i szarpnął w dół. „Jak tak można?… — tłukło mu się w obolałym mózgu — jak tak można? Znieważyć! Skrzywdzić!. — O Jezu! — wył — o Jezu! — po . krwawą głowę. gdy ten runął nań spoza zwałów mebli. Spoza kotary wyskoczył barczysty mężczyzna o grubym karku i w okularach na ogromnym nosie i wpadł w środek zamieszania. po czym równie błyskawicznie. co ma nastąpić. sprzęty. Z dartych bezlitośnie włosów trysnęły wąskie strużki krwi ku nasadzie czoła. Władek dzikim skokiem dopadł drzwi roztrącając oniemiałych gapiów i wypadł w czarną ulicę. Łoskot rozłamywanych krzeseł zlał się w jedno z brzękiem pękającego grubego szkła: jednym nieomylnym. potężni mężczyźni…” — Nie mógł oderwać szeroko otwartych oczu od widoku tego.jak bijące z podniecenia serce rozsadza mu pierś i krtań. — Mamusiu! — ryczał Józiek. że ludzie. podrywając jednocześnie własne kolano do góry. silnym zamachem Władek rozbił butelkę o ścianę w ten sposób. Ale sekunda. — W tym momencie Władek uwolnił się na sekundę z opasujących go przeszkód i sięgnął błyskawicznie po włosy Józka. trzymającego się oburącz za okropną. prąc ku sobie.

Kolanko stał nadal jak wrośnięty w ziemię. . „Jak on mógł? — wirowało mu w mózgu — jak on mógł? Butelką. Po cholerę ma pan być za świadka… — Dał się wypchnąć na ulicę. Jasno. w cudzą twarz… W cudzą twarz! Jak on mógł? … Jak to można?…!” — i nagle pojął. że Kubuś już tu nie wróci. popychającą go do wyjścia. że Kubuś Wirus. gdyby… Jakaś kłótnia. idiotycznym nieszczęściem. kelner. za nią pan Śliwka. awantura. Edwin Kolanko. Że on. nie może na to pozwolić. kopiąc konwulsyjnie nogami. jego Kubuś. w tym barze. zaklęty krąg prysł. na podłogę. zupełnie chłodno pomyślał. co by się stało z Kubusiem. ludzie stali wokoło.czym opadł na bok. ostrą. koledzy Józka. kaleczącą. grube krople potu wystąpiły mu na śmiertelnie blade czoło. o którą tu tak łatwo. z tymi ludźmi. Poczuł naraz rękę Hawajki. Nadal nikt do niego nie podchodził. Pod latarnią na Żelaznej usiłował zapalić roztrzęsionymi rękami papierosa. urzeczeni plugawym. — Niech pan stąd idzie — posłyszał jej głos — szybko! Już! Zaraz — nadleci milicja. pierwsza Hawajka rzuciła się w sam środek pobojowiska. zabijającą. Rozległy się nabrzmiałe histeryczną trwogą krzyki: — Lekarza! Milicję! Pogotowie! Ratunku! — zaś ponad wszystkim górował zwierzęcy ryk Józka. tu. I naraz jakby czar opadł. Wyobraził sobie z przeraźliwą ostrością. precyzyjnie. ludzie.

ocalałych z ostatniej wojny. ten ostatni zamknął starannie drzwiczki i schował skrupulatnie kluczyki do kieszeni. nie domytych paznokciach. — Niech pan jedzie prosto Alejami do Żelaznej. Twarze szoferów łagodniały. Przeszli na drugą stronę jezdni. Prowadził ów młody człowiek o dość odpychającym wyglądzie: w okularach na pękatym. panie doktorze — rzekł Meteor. a potem w Krochmalną. o krótkich. — Wskazał ruchem głowy wnętrze dekawki. o nieczystej cerze. Po chwili dekawka zatrzymała się naprzeciw odrapanej kamienicy. Meteor i doktor minęli ciemną bramę i wyszli na podwórze: cały tył posesji zajmowały garaże. Był to czteropiętrowy. ryzykując wypadki i wywołując. przez rozpędzone pojazdami jezdnie. na której sześciu chłopców w biało– czerwonych koszulkach z orłem na piersiach walczy w kurzu i znoju z obezwładniającym. doktor z uwagą obserwował kamienicę. Obelgi urywały się zresztą w pół słowa. poczęstował Meteora i sam zapalił. nie kończącą się przestrzenią i kilkudziesięciu innymi chłopcami w innych koszulkach. zmęczeniem. szeroki budynek w pudełkowym stylu lat trzydziestych. przebaczając tym. zmięty uściskiem przekrzywionego krawata. — Uhm — chrząknął obojętnie zagadnięty. gwałcąc prawidła ruchu. lecz źle: popelinowa koszulą miała zbyt obszerny kołnierz. Skręcili w Żelazną. Doktor rzucił nie dopalonego papierosa i . poddanej starannym zabiegom kosmetycznym. krzywawym nosie. nigdy bowiem nie rościły sobie pretensji do piękna. jaki posiadały. Małe. którzy wycisnęli z nich zgrzyt nagłego hamowania i sekundę przerażonego bicia serca. kamienic takich. co w rezultacie dało usianą wygładzonymi wzgórkami i dolinami powierzchnię twarzy. przed oczami przesuwała im się wizja szosy. westchnienia unosiły im pierś i ruszali z miejsca. pykając z wytężenia. skąd wyjął papierośnicę. — I doprawdy — uśmiechnął się przymilnie Meteor — musi się pan zdobyć na coś lepszego niż ten brudny futerał na kołach. nieprzytomne wyzwiska wychylonych z okienek szoferów. biegły ku nim gromady ludzi na oślep. oczy zachodziły marzycielstwem. Ubrany był kosztownie. Siedzieli w małej dekawce starego typu.3 Ulicami ciężko było jechać. srebrnoniebieskie auta radiowe z umieszczonymi na dachach megafonami rozsiewały ekscytujące meldunki z trasy wyścigu Warszawa–Berlin–Praga. grubych palcach i ściętych na płask. zostało sporo w Warszawie — przeładowane nadmierną ilością lokatorów i odrapane przez wojenne perypetie straciły dawno urok świeżości. równie jak oni pożądającymi zwycięstwa. jedyny zresztą. — Ludzie zwariowali z tym wyścigiem — powiedział Jerzy Meteor do młodego człowieka około trzydziestki. stanowiąc kompromis pomiędzy duchem zysku przedwojennych kamieniczników a namiętnym poszukiwaniem artyzmu ówczesnych architektów. gdyż szoferzy tonęli od razu w rewelacjach nadawanego komunikatu: ich wyobraźnia zaczynała pracować nie gorzej od silników ich wozów. — Meteor i doktor wysiedli. o fibrowej lichej karoserii czerwonego koloru. opornymi pedałami. — Uhm — mruknął doktor opryskliwie. Jego spoczywające na kierownicy ręce były mocne i owłosione.

polsterowane drzwi z napisem na szklanej tabliczce: „Dyrektor”. klejami i lakierami. tłuste plamy smarów o tęczowym połysku. — Dzień dobry. — Jest inżynier? — A jest — zaśpiewał Paciuk — proszę. kresowym akcentem. Z obu stron podwórza wznosiły się nieduże murki. ocierający brunatne od oliwy ręce w pakuły. Meteor wszedł pewnie w głąb garaży i odnalazł żelazne. że mieszczące się tu przedsiębiorstwo jest zakładem solidnym i rozwiniętym. murowana przybudówka z obszernym otworem pokrytym kratownicą hojnie okopconych szybek. ogromny mur ciągnął się daleko w głąb. Meteor z doktorem powędrowali w głąb hali. pan dyrektor — uśmiechnął się do Meteora. obrzucając Wilgę pewnym siebie i uważnym spojrzeniem. z rozmontowanymi silnikami. — Doktor wyciągnął rękę. zamczyste bidony. z papierosem wklejonym w kącik warg i szydełkową krymką na ciemieniu. Meteor uchylił je. nie puszczając niedopałka z warg. Podwórze pełne było sprzętu samochodowego. z wystającymi rurami kolankowymi od żelaznych piecyków. po czym Meteor pchnął dyktowe drzwi z nabitą tabliczką z białego kartonu. Znaleźli się w zwykłej hali warsztatowej. Aluś — rzekł Meteor kordialnie do łysego mężczyzny o obwisłej twarzy. wznosiła się szeroka. na której widniał napis „Biuro”. nieco jednostajny w swej szarobrunatnej barwie. pełnej ogromnych. okaleczone i zardzewiałe karoserie. rozległo się głośne: — Wejść! — Meteor otworzył szeroko drzwi i przepuścił doktora przodem. lecz bogaty mnóstwem szczegółów. — Serwus — rzekł zimno inżynier Wilga i wstał. operowane kadłuby wozów bez kół. za nim ciężkie. wykonany tuszem przy pomocy szablonu. Za dyktowymi drzwiami ciągnął się niewielki korytarzyk. mówił śpiewnym. zardzewiała siatka. Czołem. pan inżynier Wilga. czarnych stołów z czarnego drzewa. że j przedstawię — gestykulował dość swobodnie Meteor. nieustannie poprawiał coś przy węźle swego żółtawego krawata w kołnierzyku białej koszuli: marynarka w pepitkę z dodatkową kieszonką na wysokości wątroby . borów. pilników. świdrów elektrycznych. w włóczkowych. kręcone schody. Zbliżył się do nich smukły blondyn o cętkowanym brudem obliczu. — Pan doktor Dzidziaszewski interesuje się dobrymi wozami — poinformował Meteor Wilgę. proszę… — Usunął się z drogi. na których rozpięta była wysoko żelazna. który uniósł blade oczy znad biurka i ogarnął nimi wchodzących. czyniąc im miejsce. po czym figlarnie zapukał do środka. — której wypalony. — Pozwól. tu i ówdzie poniewierały się koła. były one rozległe i woniejące olejami. pokostem. betonowy podjazd dla napraw podwozia wskazywał. przetłuszczonych myckach na głowach. Paciuk — przywitał go koleżeńsko Meteor. młotków i całej baterii butelek po wódce. stare opony. kręciło się tu kilku ludzi o umorusanych rękach i twarzach. — Sie masz. poprzetykana drutem kolczastym: czyniło to wrażenie obustronnego obwarowania. niezliczone kanistry i bańki. podczas gdy garaże opierały się o szczytową ścianę jakiejś zrujnowanej fabryki. napełnionych oliwą. po których wszedł z rozglądającym się ciekawie doktorem na górę. stare i osiadłe na kikutach bębnów hamulcowych wozy — wszystko to składało się na obraz pełen życia. — Pan doktor Dzidziaszewski. Meteor i doktor weszli do garaży. od trójkątnych blaszanek po wojskowe.starannie przygasił podeszwą buta. nad dachem garaży. małych tokarek. dłut. uwijające się wokoło postacie w przetłuszczonych kombinezonach i usmolonych koszulkach gimnastycznych. Pośrodku. imadeł.

że jest to człowiek ulepiony z twardej gliny z domieszką tłuczonego krzemienia. tu i ówdzie nieznacznie wgiętej i jakby umyślnie odrapanej. szpikulec do kwitów. Pod nim wisiała spora fotografia. komplet zapasowych części — rzekł obojętnie Wilga bez kupieckiego krygowania się. co masz na półkach? — „Humber”. Od tego szablonowego wnętrza odbijała kolekcja pucharów srebrnych. Stało tu biurko i stół kancelaryjny. jaskrawo oświetlony zwisającą na białym bloku żarówką w mlecznym kloszu — takie pomieszczenia nazywa się w Warszawie kantorami. panowie. przy ścianie stała seryjna szafa biurowa z automatycznym zatrzaskiem. Doktor Dzidziaszewski zbliżył się i odczytał autograf na zdjęciu: był on sporządzony w języku niemieckim i ponieważ jednym z dwóch panów był inżynier Wilga. oraz w białe pilotki. pokrytych licznymi plakietkami o wygrawerowanych długich napisach. zieloną bibułą. na której dwóch mężczyzn ściskało sobie ręce na tle długiego. pełnych dat i nazw miejscowości. — Doktor jest stary skąpiec. na biurku. gdzie ciemniała sylwetka pięknego. widniało duże. platerowanych i kryształowych. — Obejrzeć — mruknął doktor do Meteora. — No. modne w kręgach wyścigowych automobilistów w latach dwudziestych i trzydziestych. na półce z księgami handlowymi. pokryty wytartą. „Austro–Daimlera”. dziurkacz do skoroszytów. Aluś — jedyny Meteor wnosił tu coś z ducha tradycyjnej transakcji — prowadź! Będziemy oglądać… Zeszli żelaznymi schodami w kąt garażu. stojaczek na stemple i pieczątki. Kotara z czerwonego sukna na przeciwległej w stosunku do drzwi ścianie kryła jakieś wejście. dostępny dla szperającego wzroku doktora. . puchary te stały wszędzie: na szafie. na nim drewniane kałamarze. ale postanowił wreszcie zlikwidować swoją papierową limuzynę i kupić coś przyzwoitego. wygrawerowane w srebrze koło z białym orłem Polskiego Automobil–Clubu.dopełniała rynsztunku Jerzego Meteora. ignorując jakikolwiek system zachęt. Mercedes–Benza”. model 1954. Długo chodził wokół oliwkowej. Pokój był bez okien. drzwi lub niszę. Widać było od razu. wśród odznaczeń firmowych „Fiata”. — Nic się pan nie zmienił — rzekł uprzejmie doktor do Wilgi. do dzieła — rzekł Meteor. ale nawet nie dotknął palcem klamki. 1932 rok” — głosił na jednym z pucharów początek napisu. Wilga skrzywił wargi w grzecznym uśmiechu. — Do rzeczy. wyścigowego auta marki „Bugatti”. z szyj obwiązanych fularowymi szalami w jasne grochy zwisały im ochronne okulary. Ściany były usiane plakietami i emblematami w srebrze i w emalii: na honorowym miejscu. opływowego wozu. Wilga przekręcił kontakt i w kątach ścian zabłysło parę niczym nie osłoniętych żarówek. że drugim był podpisany poniżej Rudolf Caracciola. — Uhm — zaznaczył chrząknięciem swój udział w rozmowie. wszerz i na kieszeniach. — Bardzo mnie to cieszy — uśmiechnął się wąsko Wilga. obydwaj odziani byli w białe kombinezony. Aluś. Po czym stanął przy Wildze i nie odrywając oczu od auta spytał: — Ile? — Sześćdziesiąt — rzekł Wilga. Doktor Dzidziaszewski uśmiechnął się równie skąpo. W oczach doktora zalśniła pożądliwość. błyszczącej doskonałym lakierem karoserii. rozglądając się ciekawie wokoło. przeto wszystko wskazywało na to. „II Nagroda — Raid Gwiaździsty dokoła Polski — 22–29 czerwiec. pełne błyskawicznych zamków wzdłuż. zapalając papierosa. suszki. liczydło.

no powiedzmy. Ale na to są sposoby. że egzekutorzy urzędu podatkowego będą ronić gorące łzy miłosierdzia na jego widok. doktorze.. swój ostatni. ile. Za pięć tysięcy wszystko będzie w porządku. — Nie rozumiem — rzekł po raz trzeci doktor. w którym ordynuję. — Oddadzą panu. — Pan doktor zapewne nie lubi tego wyjątkowo nierentownego typu kobiet. ujmując Dzidziaszewskiego pod rękę. Meteor — rzekł bez uśmiechu Wilga. ginekolog. — Doktorze — zwrócił się uprzejmie do Dzidziaszewskiego — ja pana rozumiem. po czym powiedział: — Pięćdziesiąt pięć razem z kosmetyką. — Ale dlaczego? — szarpnął się niespokojnie Meteor. nie? — Nie lubię głupich żartów — rzekł ponuro doktor. prawda? Pozwala to panu na rozmaite drobne ułatwienia życiowe. może się pan dowiedzieć z listy płacy ośrodka zdrowia. żyje z ośrodka zdrowia… Trzeba to spisać w formie listu do redakcji i posłać do „Szpilek”. zgoda? — Co pan? — rzucił się brutalnie Meteor.Doktor wyciągnął natychmiast papierośnicę i przypalił od niego. Mieliśmy już takie wypadki w naszej — bogatej praktyce. — Pan jest znanym i cenionym w Warszawie ginekologiem. Wóz jest dla pana o tyle nieodpowiedni. . — Jesteśmy wśród przyzwoitych ludzi. — Dobra. tylko pięć tysięcy chociażby i będzie pan miał wóz — marzenie. — Zaraz to panu wyjaśnię. Słyszysz go. istniejące wyłącznie w celu utrudniania życia ludziom pełnym inwencji i polotu. — Nie rozumiem — powtórzył doktor z ostrożnym uporem. Trafia pan lekko swoje trzydzieści tysięcy miesięcznie. — Za ładny — rzekł sucho doktor. — Podoba mi się — rzekł — że jest z pana samochodziarz. niedostępne na ogół referentom w zwykłych ministerstwach. Otóż podejmuję się dokonać drobnego zabiegu kosmetycznego na tym humberze. jaki panu trzeba. złota rączka. Wilga uśmiechnął się wyrozumiale. — Dorzuci pan ósemkę. — Widzi pan. co jest w wozie najcenniejsze. — O tym. mogą się całkiem nieodpowiednio ustosunkować do faktu posiadania przez pana tak wytwornej limuzyny. że pewne złośliwe i wścibskie instytucje. — Nawet niedrogo — rzekł — ale nie dla mnie. — Zaproponują panu nawet wsparcie. — Do załatwienia — rzekł rzeczowo. dobra — rzekł z pobłażliwą serdecznością Meteor. jak powiedzmy izba skarbowa. jak pan patrzy na wóz. zaś otrzyma wygląd taki. No. Najlepszy dowcip tygodnia. po którym nie utraci on nic ze swej zasadniczej wartości. — Nie rozumiem? — rzekł doktor. doktorze. uwielbiana postać wśród panienek z dobrych domów. Aluś? — zwrócił się z poufałym gestem do Wilgi — Dzidziaszewski. panie doktorze — rzekł szybko Meteor. co trwało dłuższą chwilę. Wilga zwrócił nań swe wyblakłe oczy. To będzie kosztować pięć tysięcy. panie doktorze. ja zarabiam. — Nie wspominaj panu doktorowi o wdowach — rzekł delikatnie Wilga. doktorze… — zaczął z gestem cierpliwego pedagoga Meteor. ci komornicy — dodał przekonująco Meteor. Widzę. Pan jako samochodziarz wie przecież. Doktor zamyślił się głęboko. co? — Zatrzaśnij się. taki. wdowi grosz.

w której składa się owe części w jedną najważniejszą całość. a w dodatku nieziemski fart! — Mój stały. dobrze? Czy nie sprawi panu trudności w buchalterii transakcja bez przelewu? — Niewielką — odparł uprzejmie Wilga. choć . był już cenionym działaczem ekonomicznym. surowiec ten okazał się nawet nie kredą. by stać się w tej branży fabrykantem na dużą skalę. — Bo. Wystarczy. z których każda produkowana jest w innej fabryczce o pięćdziesięcioosobowej załodze. a nawet członkiem Stronnictwa Demokratycznego. W ten sposób zatrudnia u siebie czterystu robotników i siedmiu oficjalnych. Wsiadł na ładne parę lat. — Jakoś to załatwimy. Był właścicielem małej fabryczki. — Aluś? — miotał się Meteor — co ty wyczyniasz? Taki wóz! — W tym tygodniu jeszcze — rzekł obojętnie doktor. Panowie ci mieli interes także do samego Legabieckiego. nie zastali go jednak. Robiliśmy razem maturę na początku okupacji. że nadziany jest jak rzadko kto. spłowiałych od stepowego słońca mundurach. i przy ich pomocy produkował ważną część jakiegoś ważnego aparatu hydraulicznego czy pomiarowego. jeszcze w wojskowych. lecz jakimś grubo tańszym minerałem. do „Władka Czwartego”.— Sześćdziesiąt — rzekł z prostotą Wilga. — Załatwione. Zawsze miał głowę do tachlu. dysponować po prostu pewną ilością kredy. Jest to dość nieskomplikowany proces przemysłowy. patentów i zarządzeń? — Niby tak — rzekł doktor — ale zgubił go nadmiar. — Tylko nie mogę przelać panu pieniędzy na konto. Legabiecki zaczął swą karierę zaraz po wojnie od produkcji proszku do zębów. dość poważnymi kłopotami i nie przykładały wagi do zagadnień związanych z produkcją proszku do zębów. a także ósma. — Legachę? — rzekł z niedbałą serdecznością Meteor — no. Co się z nim dzieje? Wiem. — Na kiedy to panu zrobić? — spytał z chłodną. którzy skonfiskowali mu wszystkie zapasy surowca. że w pierdlu. Mówił mi. gdyż właśnie wyjecHal przyłączać do macierzy i kolonizować Ziemie Odzyskane. — Niech pan sobie wyobrazi. że ówczesne władze zajęte były własnymi. Niemniej jednak pewne pociągnięcia Legabieckiego musiały się wydać na tyle uwłaczające. że wszystkie siedem fabryczek należy potajemnie do niego. uważają panowie — doktor stał się naraz nieoczekiwanie rozmowny — tyle jest kłopotu z tymi pieniędzmi… Znał pan Legabieckiego? — zwrócił się do Meteora. zatrudniającej pięćdziesięciu robotników w myśl ustawowo dozwolonych dla inicjatywy prywatnej norm. Nie mówił mi tylko nigdy o tym. że aparat ten składa się z siedmiu ważnych części. Kiedy pojawił się z powrotem w Warszawie. jak to? Stary kumpel. Wszystko przez pieniądze. jak wiadomo. — Nie będziemy się spierać o głupie pięć tysięcy — rzekł oschle doktor. Chodziliśmy przed wojną do jednej szkoły. Dostanie pan w gotowce. Wiemy też skądinąd. — Przecież Legacha to uznana przez państwo inicjatywa prywatna? Przedsiębiorca w ramach wszystkich regulaminów. — Jak to? — żachnął się Meteor. dobry klient — rzekł ze smętnym uznaniem doktor. że pewnego dnia zjawiło się u tego pioniera higieny kilku panów. handlową uprzejmością Wilga.

Przywiozę pieniądze. No i oczywiście zapraszam na tradycyjną wódkę. Z przyjemnością. — Żegnam pana — rzekł doktor. Skorzystam z auta i pan doktor mnie podrzuci. prosto w ziemię. w gabinecie położniczym. Daleko mi do Legabieckiego. panie Meteor. wyglądał przy tym jak wzorowy kierownik sprzedaży we wzorowym salonie automobilowym. nie? I obsunął się na głupiej forsie. Wszystkie wydrążone nogi od ginekologicznych krzeseł są ich pełne. że nie wiedział już. — Taki talent! Kapitan finansowy. której otwór. że tyle się jej nasmoktał. Doktor Dzidziaszewski spojrzał nań z wyraźną sympatią. no nie? A tych złotych monet to już nie ma pan gdzie chować. Chwila ta wystarczyła. Bankiet? Wspaniała nazwa! A więc dziś . — Do zobaczenia. co z nią robić. — Ja zaś — rzekł dobrodusznie Meteor — nie miałbym nic przeciwko temu. — Szkoda człowieka — mruknął Wilga. dobrze. — Tak — powiedział po chwili — będę. Oczy ich utonęły w półmroku garażu. ale usłyszał z góry głos Paciuka: — Pan inżynier! Telefon! — Wspiął się po żelaznych schodach na górę. żeby tyle dziadźków nastukać — po czym zwrócił się do Wilgi: — Będę u pana pod koniec tygodnia. lecz sztywno Wilga. — Bardzo dziękuję — rzekł uprzejmie. doktorze? — Trudno — rzekł obojętnie doktor. Głowa. Aluś — rzekł Meteor. — A gdyby pan inżynier — dodał z nagłą poufałością — znalazł się kiedyś w kłopotach. Proszę sobie wyobrazić. milicja cysternę wykopała. panie prezesie. cha. od złotej waluty doszła do ośmiu fabryczek i w ten sposób wkroili biednemu Legabieckiemu dwanaście lat. Wychodząc na podwórze Wilga. moje podziękowania. wszedł do kantoru nie zamykając za sobą drzwi i ujął słuchawkę. Prezes na mnie czeka. — Boję się — rzekł grzecznie — że kłopoty te stanowią dla mnie pełną czaru przeszłość. ukryty był zręcznie w trawie koło owocującej jabłonki. cha — roześmiał się cicho — że formy? Tak. żeby w naszych warunkach skonstruować taki koncern. ażeby pan doktor obdarował mnie abonamentem po ulgowej taryfie… — Dzidziaszewski uśmiechnął się krzywo. odsłaniając brązowe od tytoniu zęby. obserwująca bacznie i przysłuchująca się pilnie rozmowie przy oliwkowym humberze. guldeny holenderskie. którą zakopał u siebie w ogrodzie w Zalesiu. — Wiesz. jako też materace. jak w skarbonce. — i ja lecę do biura. Meteor i doktor zwrócili uwagę na roześmianych mechaników otaczających jakiś przedmiot. Wilga chciał podejść do mechaników. Ja nie pracuję przy tak cennych i tak ważnych aparatach. Ktoś go podpatrzył. usunęła się bezszelestnie poza rozmontowanego cadillaca starego typu. Proszę przyjąć. Wilga zgasił światło i ruszyli w stronę jasnej plamy wyjścia. Pana też — dodał z chłodem w stronę Meteora. co? Trzeba mieć czaszkę. — Nie pojmuję tedy — rzekł ze złośliwym uśmiechem Meteor — czemu się pan doktor handryczy o te głupie pięć patyków? Przecież pan doktor cysterny nie zakopie u siebie. Dzidziaszewski spojrzał na Meteora z odrazą i wycedził przez zęby: — Myli się pan.fikcyjnych właścicieli zakładów przemysłowych. Z cysterny wystawała rura. Cha. niewielki. — Wilga uśmiechnął się z powściągliwą melancholią. nie dostrzegali przez chwilę niczego. funty do cysterny. przepadam za formami… A dzisiejszy wieczór uważam za ważką datę w dziejach życia towarzyskiego naszej sfery. Wobec tego kazał sobie sporządzić sporą cysternę z dobrej miedzi. by ciemna postać. Legabiecki chodził tam wieczorami i tylko wpuszczał co tydzień złote dolary. to służę… Proszę na mnie liczyć.

— Mój — odparł pan z parasolem. tkwiącą w staromodnym kołnierzyku. Wóz. ale widok tego samochodu dał zgoła odmienny efekt w zachowaniu inżyniera Wilgi: jego wyblakła. — Był w doskonałym humorze. nieduże. nieruchoma i obojętna. niepozorny facet w ciemnym. jest na tyłach przybudówki. Moje uszanowanie. — Pan do mnie? — spytał oschle Wilga. między kolanami trzymał parasol. Zainteresowanie mechaników już opadło i na środku podwórza stał samochód. — Czyj to wóz?! — po raz pierwszy kilkunastu lat Wilga podniósł głos aż do okrzyku. bardzo staromodnym garniturze. — Wilga wrócił do korytarzyka: na krześle przed drzwiami do kantoru siedział drobny. Facet otworzył oczy. „Czyli że tam — pomyślał przytomnie pan z parasolem — jest jakieś pomieszczenie… Ciekawe? Przecież ta przybudówka opiera się o szczytową ścianę wypalonej fabryki. zaś ten dziwaczny facet o wyglądzie zdradzanego męża z findesieclowej farsy rozbawił go do reszty. — Panie… — rzekł Wilga — panie… — Nie mógł wydusić z siebie słów. z łódkowatym tyłem nadwozia modnym tuż po pierwszej wojnie światowej. lecz pełne życia. i przejawiło w cynobrowym rumieńcu. do której wchodziło się z Grzybowskiej.wieczór w „Krokodylu”. Zeszli na podwórze. wstał i uśmiechnął się zachęcająco. usprawiedliwiał jakoś te sprzeczne uczucia: był to wiekowy pojazd o szprychowych kółkach. w którym lekkie zdumienie mieszało się z zadowoleniem. prawda? Żegnam. — Odłożył słuchawkę. wziął papierosy z biurka i wyszedł. Strój wieczorowy. Ciekawa rzecz. zaś w jego tylnej ścianie znajduje się jeszcze . oraz w nadzwyczaj częstotliwym drganiu prawej powieki. — Tak — rzekł grzecznie — ja w sprawie reperacji. lecz facet był taką kwintesencją niepozorności. zaraz! Skoro więc pokój. gdzie zamknął za sobą starannie drzwi kantoru. — Rozchylił kotarę z czerwonego sukna i otworzył jakieś drzwi. to stało się to właśnie teraz. Mój wóz stoi na podwórzu. W jednostkach o skłonnościach do pustego śmiechu mógł z łatwością wywołać chichot. — Pan inżynier… — zbliżył się doń Paciuk — tam jakiś pan do pana. wzbudzający taki zachwyt w Wildze. i spojrzał nań wzrokiem. „Jak mogłem go nie zauważyć?” — zastanowił się Wilga. zaproszenie na bankiet podniosło go na duchu. odwrócił ku Wildze wyschłą szyję. nieco wyświeconym. zaś taką wesołość w jego ludziach. — Niech pan siada — rzekł z odzyskaną wreszcie rezerwą proszę zaczekać chwilę. w którym siedzę. ale naturom bogatym we wspomnienia musiał wyrywać z piersi słodkie westchnienie sentymentu. które okazały się ciemne. które zamknął za sobą. żółtawa twarz o wystających kościach policzkowych i długim nosie zdawała się drzemać. W szeregu tych ostatnich znalazł się zupełnie niespodzianie inżynier Albert Wilga: przez długie minuty wpatrywał się jaki urzeczony w kabriolet. wzruszenie ściskało mu gardło. że nie było nawet nad czym się zastanawiać. na kolanach spoczywał zdjęty z łysej głowy melonik. następnie schwycił za ramię niepozornego pana i pociągnął go z powrotem na górę. co przejawiało się w nienagannej grzeczności: udana transakcja nastroiła go pogodnie. budzący w nich przed paru minutami tak Hałaśliwą wesołość. długa twarz zmieniła zupełnie wyraz i jeśli kiedykolwiek mógł się na niej odbić stan duszy zwany nienaturalnym podnieceniem. — Może zejdziemy — skłonił się lekko Wilga — zobaczę wóz. jaki pokrył szczyty jego wklęsłych policzków i spłomienił mu odstające uszy. tak zwany kabriolet — czółenko. prawda? Zaraz.

jego kadencjami — zmiany biegów. oczy błyszczały mu ożywieniem. współczesny wóz w zamian za pański wehikuł. gdy powiem panu krótko bez wielu słów: moje życie upłynęło wśród samochodów. że gdy przemyśli pan pobudki mną kierujące. Wprawdzie czasy są nie po temu. Rytmem tego życia była praca tłoków w cylindrach. że zrozumie mnie pan także. które zapiszę w testamencie idei automobilizmu — tu Wilga chrząknął. a może właśnie dlatego. nalał topazowozłocisty płyn do kieliszków. ale spokoju nie daje mi myśl o prywatnej fundacji… — O czym? — zainteresował się pan z parasolem. Wobec powyższego proponuję panu rzecz następującą: otrzyma pan ode mnie pełnowartościowy. nagrodach. czyż nie? No. jego urodą — blask wspaniałych karoserii. Na jego wirażach zachowywałem się tak. który wie. nieustannych napraw.jakieś wejście dokądś. niech mnie pan posłucha: nie znoszę takich szablonów i nie dlatego przyniosłem koniak. by razem z panem święcić wielką chwilę… — Rozumiem — rzekł pań o żółtej twarzy. jego czarne oczy ujmowały inteligencją. . czego chce. więc? Zgoda? — Twarz pana z parasolem wyrażała łagodną melancholię. — Nie wiem. trosk o brakujące części. Natomiast mam pewne środki finansowe. — Wszystko naprawimy — rzekł wylewnie Wilga. — Widzi pan. — Otóż to — rzekł Wilga wznosząc kieliszek. wyrazi pan w końcu swoją zgodę. jakbym miał wmontowany w psychikę uczuciowy dyferencjał. lekko wzruszony. Jeśli cokolwiek jeszcze w życiu kocham. I dlatego zamierzam ufundować prywatne muzeum samochodowe. Bez słowa postawił kieliszek przed swym gościem. emblematach i zatrzymując chwilę wzrok na portrecie Caraccioli. są jakieś dalsze lokale. co zostawiłoby po mnie ślad. czy mnie pan pojmuje? — Ależ doskonale — rzekł łagodnie niepozorny pan. — Rozumiem pana doskonale — szepnął Wilga — i nie nalegam. jakie nie gościło w nim od ceremonii jego pierwszego rozwodu. że coś w skrzynce biegów… — rzekł niepewnie pan z parasolem. wynika stąd. — To nie takie proste — rzekł uprzejmie. zapach spalin. kim pan jest ani jak pan się nazywa… — zaczął znowu i jakiś niezwykły patos zabrzmiał w jego głosie — ale mimo to. Teraz pojmuje je pan chyba? Pańska maszyna to idealny eksponat numer jeden. by z panem opijać jakiś interes. usiadł za biurkiem i rzekł: — Proszę pana. że tam. przy pomocy których pragnąłbym dokonać czegoś. lecz stanowczo — jestem bardzo przywiązany do tej maszyny. że Wilga wzniósł jeszcze wyżej kieliszek z koniakiem. — A co tam wymaga naprawy? — Myślę. Pozbędzie się pan remontów. rozglądając się po pucharach. to kontur sylwetki auta. plakietach. Ale mam nadzieję. zaś chce rzeczy wielkich i niecodziennych. ja nie mam żony ani dzieci. — Możliwe — rzekł przyjaźnie pan z parasolem — wobec tego pozostaniemy w stałym kontakcie. zwierzę się panu z mych najtajniejszych marzeń. — Zauważył pan zapewne — kontynuował — moje wzruszenie na widok pańskiej maszyny. we wzroku gościa było tyle zrozumienia. ani dalszej rodziny. czyż nie? — Oczywiście — zapewnił skwapliwie Wilga. szum motoru. — Niech pan będzie spokojny. należące do inżyniera Alberta Wilgi… Może mieszkanie? Ciekawe…” Wszedł Wilga z butelką zagranicznego koniaku i dwoma kieliszkami. — Otóż to — powtórzył — Myślę. na terenie zrujnowanej fabryki. dotyk leciutko wibrującego ebonitu kierownicy… Nie jestem pewien. Przyniosłem go. — O prywatnej fundacji — powtórzył poważnie Wilga. — Wyczuwani w panu człowieka.

starta. Pańskie zdrowie. — Ludzie jakoś mniej wódkę w domu trzymają. otarł rękawem usta i dodał: — Dobra wódka. to i jeszcze się pokolebie. z wielką. — Koniak — rzekł — „Martel”. wrócił po dziesięciu minutach i rzekł: — Skrzynia stara. Listonosz wyjął z torby jakieś ofrankowane czasopismo w banderoli i rzekł do Wilgi: — prenumerata. nie wachowata. co? — Wilga spojrzał nań z pobłażliwą pogardą. — Listonosz uniósł czapkę i wyszedł. lecz ułatwiające chodzenie po piętrach. na pewno nieczęsto teraz wam się taki koniak przydarza. Paciuk wyszedł. Pająk. ale musi co jeszcze pochodzi. parciano–skórzaną torbą na biodrze. — A więc. panie dyrektorze. — Twarz Wilgi wróciła do dawnej. — Pan z parasolem skłonił się z dystynkcją i wyszedł. herbem poczty. — Wobec tego — rzekł — nasyp do niej żwiru czy czegoś tam. — Pająk — powiedział machinalnie. co? — Faktycznie — rzekł Pająk. — Skocz no i zobacz. nowy numer „Sprzęgła”. Po chwili wstał pan z parasolem.W tej chwili rozległo się pukanie do drzwi i wszedł listonosz. nie pasujące do munduru. Jakaś ziołówka czyi. Tyle lat się na niej kolebał. Nosił spory wąs nieokreślonego koloru i jasnobeżowe sandały. Dostanie pierwszego pensję. granatowoburym mundurze. Wszedł Paciuk. popije i szlus. z papierosem w kąciku warg. tam na dole — rzekł Wilga. dziękuję. beznamiętnej wyblakłości. przewiewne i wygodne. dobrze? — Proszę bardzo — rzekł Wilga — jest pan tu zawsze mile widziany. No. poczciwy człowieku? — Listonosz zdawał się być zaskoczony. — Wilga odebrał czasopismo. żeby raz na zawsze przestała chodzić. na zsuniętej ze spoconego czoła czapce. ocierając ręce w pakuły. wyjął z kieszeni pięć złotych i dał listonoszowi. Trzy gwiazdki: W MHD nie dostaniecie. panie inżynierze — rzekł — wpadnę za parę dni. — Oto kieliszek koniaku — rzekł z chorą fantazją Wilga — wypijcie. dyrektorze! — Wypił. Był to zwykły warszawski listonosz w rozpiętym. — Pająk Antoni. rozumiesz? . co jest w skrzynce biegów w tym eksponacie. z trąbką. po czym rzekł doń nieoczekiwanie: — Jak się zowiecie. — Paciuk! — zawołał Wilga. popije.

— Może — rzekł obojętnie Kruszyna — ale ja bardzo lubię brukselkę i gołąbki. mieniące się zaśniedziałą białością w świetle podługowatych żarówek. gołąbki z faszerowanej kapusty. — Znakomicie załatwiłeś. Ten szef sali tutaj w „Krokodylu” też się trochę zdziwił. Z obu stron sali były przejścia do sąsiednich pomieszczeń. ale nie protestował. podzielonej dębowymi przegrodami na kilka odseparowanych lóż. Bardzo inteligentny człowiek. o których nie mam wielkiego pojęcia — zastanowił się Merynos — ale ta brukselka do jagnięcia i ta faszerowana kapusta nie wydają mi się tak bez pudła na miejscu. do tego czysta polska wódka. to znowu pięły się wysoko. wysiadającego z auta. Merynos wyjął mu bez słowa gazetę z rąk i schował do kieszeni. kompot mieszany. Weszli w gotycką bramę. wreszcie znaleźli się w niewielkiej salce. ciężkie dębowe stoły i takież zydle spoczywały pod ścianami. sgraffita i polichromie oraz sylwetki snujących się powoli spacerowiczów zestrajały się w jednolitą. otworzyli okratowane. zdjął ze stołu kartę z napisem: „Zarezerwowany — dyr. Maître d’hôtel podszedł do ostatniej loży w głębi. Wanderer stał zaparkowany na Rynku Starego Miasta. firmy „Egri Bikaver”. Kruszyna wszedł do trafiki z tytoniem i prasą. — Stół zamówiony dla dyrektora Neumanna — powiedział Kruszyna. — Proszę bardzo — skłonił się lekko maître d’hôtel. przebite w grubym głazie ścian przejścia. na stołach jaśniały śnieżnobiałe obrusy i ciemniały ciężkie świeczniki. likier peperment. Rynek pełen był pastelowych plam. Na długich łańcuchach zwisały pająki mosiężnych żyrandoli. nakładających się na siebie w czystym powietrzu: kolorowe fasady kamieniczek. Lowa . zupa rakowa. To stamtąd. — Bardzo pięknie — pochwalił Merynos — jakżeś to skombinował? — Jurek Meteor ma taką książkę — przyznał się szczerze Kruszyna — „Ze wspomnień kamerdynera”. Poszedł przodem. Robert — uśmiechnął się łaskawie Filip Merynos. Do wchodzących Merynosa i Kruszyny podszedł szef sali w czarnym garniturze. to wal na górę po nich — rzekł Merynos — chyba już nadjechali. żelazne drzwi i zeszli na dół. skłonił się lekko i odszedł. — A jakie masz menu na dzisiaj? — Kruszyna wyjął z kieszeni zmiętą kartkę. pochylił się nad świecą i czytał: — Ryby wędzone i zimne mięsa. po schodach skąpo oświetlonych różnokolorowymi latarenkami. To bardzo dobre. — Nie chcę mówić o rzeczach. — No. Zapadał łagodny zmierzch. jak zamawiałem. Nie było tu innego światła prócz blasku wysokich świec w żelaznych lichtarzach. staromiejską tonację. po chwili wyszedł trzymając „Express” przy oczach. czarna kawa. przechodzili przez okrągławe.4 — Kup „Express” — powiedział Merynos do Kruszyny. Po kilkunastu minutach weszli na salę inżynier Wilga. — Kruszyna wyszedł. melba. do piwnic. Tęczowy półmrok urywał się na progu dość dużej sali: był to loch o sklepieniu z niezliczonych ostrołuków w ciemnej ze starości cegle. w ciemność pogmatwanych w górze wiązań. Łukowate żebrowania schodziły nisko. zaś Merynos przysunął czarny kandelabr i pogrążył się w „Expressie Wieczornym”. filet z jagnięcia z brukselką. Jerzy Meteor. do tego wino węgierskie czerwone. Neumann”. aż do boazerii otaczającej wielokąt piwnicy.

jaki od razu wywierał na niego alkohol — tu nie Wilhelmshafen. tam pił przez tydzień w taki sposób. po czym nalał sobie od razu następny. chociaż czuł głuchy ból w piersiach na widok tego krawata. patafianie — rzekł do Meteora z zazdrosnym podziwem. a my nie Australijczycy… — W tonie Meteora wyczuwało się pochlebczą gotowość do jeszcze jednego powtórzenia znanej wszystkim historii o tym. twarz fascynowały wykwintem. ściskając ręce nowo przybyłym. kelnerzy pochylili się nalewając trunki. względnie nie poczołgał się do toalety. tkwiący w śnieżnobiałym. beznamiętna. — Wszyscy się roześmiali. Dyrektor Neumann stoi najprawdopodobniej na czele departamentu w Ministerstwie Skupu i musi dbać o swoją opinię. że Australijczycy dzierżą w Armii Renu palmę pierwszeństwa. ekscentrycznie i elegancko zarazem: zapięta na dwa górne guziki jednorzędowa marynarka z ciemnogranatowej gabardyny odsłaniała bladoliliowy krawat w delikatne. a narodowi polskiemu wielką sławę i uznanie wśród alianckich sił zbrojnych. jeśli chodzi o odporność na alkohol. że działalność jego stała się obiektem publicznego zainteresowania i prasowych reportaży. Żylbersztajn przyświadczył obojętnie. a inżynierem Albertem Wilgą. Ten wyczyn zjednał Wildze ogromną popularność. panowie pozwolą — powiedział. Meteor istotnie wyglądał uroczo. Od razu też pojawił się szef i dwóch kelnerów. — Kozacko wyglądasz. — Wolę Jurka — rzekł Kruszyna. dopóki ostatni z Australijczyków nie zwalił się bełkocząc pod stół. już zaczynasz? — spytał natarczywie Meteor. Kruszyna bez zapału. litym wzorem krawat z ciężkiego jedwabiu. — Aluś. widać było wyraźnie wpływ. mając naprzeciw siebie pięciu drabów w fantazyjnych kapeluszach. ostentacyjnie chłopięco. perłowe pasy.Zylbersztajn i Kruszyna. co było dozwolone i przewidziane w regulaminie zawodów. — Piękny! — wykrzyknął Meteor. zaś wszystkim było dobrze wiadomo. zaś pewne koła postanowiły zdyskontować ją w sensie patriotycznym. — Muszę się jakoś maskować — rzekł poważnie Wilga — dlatego nie wziąłem monokla. wysokim na karku kołnierzyku o szeroko rozłożonych rogach. wskazując na herbaciany. którzy nie przejawiali żadnego zainteresowania poświęceniem polskiej piechoty pod Monte Cassino czy bohaterstwem . — Proszę bardzo. po czym wypił blisko trzy litry ginu. W tym celu zorganizowano naprędce mecz pomiędzy doborową ekipą reprezentacyjną. Merynos wstał. Inżynier Wilga zasiadł za stołem. jak inżynier Wilga znalazł się w Wilhelmshafen zaraz po zwycięstwie nad Hitlerem i po wyswobodzeniu z obozu. — Brakuje monokla — zawyrokował Zylbersztajn. składającą się z australijskich oficerów. oficerowie ci uchodzili za niepokonanych w swych pułkach. — Rzeczywiście — inżynier Albert Wilga mógłby olśnić każdego reżysera zamierzającego nakręcić film z życia górnych dziesięciu tysięcy w kapitalistycznych warunkach: czarna dwurzędówka. albowiem wielu tam można było spotkać ludzi. jakie Australijczycy uważają za wojskowe nakrycie głowy. zaś Wilga wypił właśnie w tym momencie kieliszek wódki. gładko dziś wygolony i pachnący pudrem. okupujących północno — zachodnie Niemcy. broderowany chińskim. — Czy podawać? — spytał szef sali — czy można już zacząć? — Merynos skinął przyzwalająco głową: na stół wjecHaly platerowane półmiski pełne zakąsek. — Aluś — rzekł Meteor — wyglądasz imponująco. — Tylko bez monoklów — rzekł Merynos z uśmiechem — tylko bez prowokacji. — A mój krawat nie podoba się nikomu? — spytał żartobliwie Merynos. perłowy krawat i sztywna.

żywił bałwochwalczą cześć dla Wilgi za ten wyczyn. Nie wstydził się swej ignorancji w dziedzinie luksusu. — Co słychać u pani Szuwar. pochwyciła z rąk szatniarza parasol i melonik. w której biesiadował Merynos ze swymi towarzyszami. ale na pewno autentyczny francuski — rzekł z uśmiechem Merynos. znam go. Merynos spojrzał na sumę. Właśnie Filip Merynos wsiadał do wanderera z Kruszyną. — Akurat dzisiaj — zazgrzytał półgłosem. Meteor. podając mu kartkę papieru na talerzyku. używany do kolportażu czasopism. gwar wypełnił mury piwniczne. Na głównej sali zwróciły się ku nim wszystkie spojrzenia: tych pięciu mężczyzn ściągało powszechną uwagę. rozglądając się niespokojnie wokoło. — Nie wiem dokładnie. oderwała się niepozorna postać w staromodnym ubraniu. z pierwszej sali dobiegły dźwięki orkiestry. jak każdy człowiek. Upłynęła jeszcze godzina. a najbardziej Meteor stracili nieco na precyzji ruchów. — Taksówki nie widać było ani na lekarstwo. — Jaki szampan? — spytał Wilga. panie prezesie? — spytał dobrodusznie Kruszyna — dawno jej nie widziałem. złożył starannie „Express Wieczorny” i włożył do kieszeni ciemnej dwurzędówki. — Brukselka do baraniny — mruknął Wilga — coś nie tego… — Trzeba było sprowadzić Romę — rzekł ironicznie Meteor do Zylbersztajna. ile wysiłku kosztowało go przywołanie takiego uśmiechu na twarz. zaś Zylbersztajn. kto nie znałby wspaniałego zwycięstwa Wilgi nad niezwyciężonymi dotąd Australijczykami. Kelner pochylił się z uszanowaniem. wskoczyła do szatni.polskich spadochroniarzy w Holandii lub polskich brygad pancernych w Normandii. coraz nowi goście wchodzili i wychodzili. Za chwilę śpieszący się szofer o . wsunęła szatniarzowi w rękę pięćdziesiąta groszy i nie czekając na przekleństwa za tak drobny napiwek wbiegła po schodach na ulicę. Przy trotuarze stał niewielki. — Panowie — rzekł cicho Merynos — zapraszam panów do siebie. zanim Merynos poprosił o rachunek.. Salka zaczynała się zapełniać. nikt nie domyślał się. na szampana! — Pił tylko połowę kieliszka za każdym razem i alkohol nie czynił na nim wrażenia. Meteor i Wilga zamykali za sobą drzwi ciemnego mercedesa. Wilga wyglądał nienagannie. — Ją jedną? — rzucił kpiąco Lowa — nie wypadałoby. — Ja też nie — rzekł Merynos uśmiechając się obojętnie. Zewsząd rozlegały się szepty: — Jacyś cudzoziemcy? Prywatna inicjatywa? Ten pierwszy to profesor. Za nim szedł Wilga. Zylbersztajn. żeby zostawić tam wóz. Jacyś literaci na pewno… — Od małego stoliczka w głębi. dla którego wypicie pół litra wódki kończy się wymiotami i udręką całego organizmu nazajutrz. tak samo jak na początku. ale nie było nikogo. w sąsiedniej loży rozsiadło się większe towarzystwo. kelnerzy wnosili coraz to nowe dania. auto było otwarte z tylu. na którym stała filiżanka z czarną kawą. pan w meloniku — podkusiło mnie. Po czym wstał. Auta ruszyły z miejsca. wyjął kilka banknotów i zapłacił. a który zarazem rozmiłowany jest w alkoholowej mocy i uważa ją za oznakę męskości. ostatni plik gazet powędrował właśnie na chodnik. Postać ta szybko przebiegła salę. z bezsilną pasją. — Panowie — rzekł Merynos — piję zdrowie panów! — Bo nie ma pań… — rzekł smętnie Żylbersztajn. pękaty renault. po czym Meteor z Zylbersztajnem i Kruszyna. ktoś z wejścia przyglądał się długo i bacznie loży. Ten młody to aktor filmowy. Pan w meloniku zatrzepotał rozpaczliwie trzymanym w ręku parasolem. natomiast Kruszyna.

pokrytej żelazną kratownicą: z boku jaśniała tabliczka z dwoma guzikami. Pan z parasolem poszedł szybkim krokiem ku bocznej. coś. albo znów przyjadę. bracie. Żona mnie podkręci. ale w takiej sytuacji jest zawsze lufą rewolweru. co oznaczało. po czym szparko zmienił bieg. do domu po dwunastej. lecz za chwilę szofer o nalanej twarzy opanował się. Tak dalece pogodził się z tym położeniem. Dzieliła go od nich odległość jakichś dwustu metrów. Że też mnie się to musiało przytrafić… — Skręcaj w lewo! — rozległ się głos z tyłu i szofer o nalanej twarzy skręcił w lewo bez słowa protestu. I znów się nie wyśpię. gdyż metal z tyłu nie podejmował dialogu. Przez ułamek sekundy reflektory renaulta omiotły stojącą na trotuarze. zaś z tyłu rozległ się trzask otwieranych drzwiczek. zwilżona obfitym potem. Szoferowi o nalanej twarzy przyszło na myśl. Nie zdawał sobie sprawy. wychodzącym na taras. — Szybciej! — usłyszał napięty skrywaną emocją. żywopłot zakończony był drutem kolczastym. ci źli ludzie. Przeszedł parę kroków w bok. Oczywiście przyśpieszył. balkonowym oknie na piętrze. wąskiej uliczce. potoczył się prędziutko ku wylotowi Rynku i popędził Piwną. i pojecHal ostrożnie przed siebie. że zwolnił. Szybko wrzucił wsteczny bieg i wykręcił w dość szerokiej ulicy. Po paru chwilach przystanął przy bramce w żywopłocie. rurką lub kluczem. gdy usłyszał za sobą krótkie. w której przystanęły dwa auta. — Jedź prosto przed siebie — usłyszał za sobą szofer o nalanej twarzy — i skręcaj wtedy. że bramka otwiera się tylko po naciśnięciu dzwonka do jednego z dwóch mieszkań. Pan w meloniku obrzucił badawczym wzrokiem zgrabną willę: jedynie w szerokim. blada jej ze strachu twarz. gdy ci każę! — Jednocześnie poczuł między łopatkami coś zimnego i twardego. Szofer o nalanej twarzy nie rozeznawał ulic. auto zachybotało na strony. że nic mu się złego na razie nie stało. wspiął się na palce i wyciągnął ramię możliwie wysoko w górę. zabawny i pudełkowaty. nacisnął gaz i pognał w stronę Francuskiej. dlaczego przyspiesza lub zwalnia. stwierdziwszy. naciskał gaz i kierował automatycznie. było to nawet wygodne. niewielką postać jakiegoś starszego pana w meloniku i z parasolem. zamknął tylne drzwiczki i usiadł za kierownicą: renault. — Stój! — Usłyszał jeszcze: — Zawracaj i już cię tu nie ma! — po czym plecy jego zostały uwolnione od ucisku metalu. stanowiło jakiś nieoczekiwany urok jego położenia. że zaczął nawet głośno mówić. że się za dziwkami uganiam! — Gawędził tak dość jednostronnie. co gorsza. szybko jednak porzucił tę myśl: „Taką łajzę pytać?” — zniechęcił się. mechanicznie skręcał i machinalnie zahamował. ale zaczynał się powoli do niej przyzwyczajać. W ten sposób przebyli most Poniatowskiego i zatonęli w gęstwinie uliczek Saskiej Kępy. Rzecz jasna. szczęśliwy jak nigdy w życiu. . — Wolniej! — przemówił rewolwer. śmierci ha nich nie ma. Koszula przylgnęła mu do pleców. — Że też mnie właśnie musiało się coś podobnego przytrafić… Moje francowate szczęście! Zakatrupisz mnie. kto wyskoczył z jego wozu. stłumiony głos. co mogło być metalowym ołówkiem. — A mówią w Warszawie — zaczął znów z rezygnacją szofer — że coś złego turla się po mieście… Nawet w „Expressie” pisali — Ach. było światło. zupełnie wyzbyty jakichkolwiek decyzji co do kierunku jazdy. Przy skręcie na plac Zamkowy ukazały się przed jego maską czerwone światełka dwóch jadących wolno aut. istna komoda — na kółkach. w zmiętej koszuli khaki. że mógłby zapytać tego przechodnia.nalanej twarzy. Z tyłu wyczuwał metalową groźbę.

Pan w meloniku zmartwiał — instynktownie już tylko uchylił się o centymetry w ciemność. Dokładnie zbadał trawnik przy ścianie pod tarasem. Podrapał sobie przy tym przedsięwzięciu boleśnie twarz. Pan w meloniku patrzał chciwie: znał wszystkich obecnych. sto lat… — zaczął wprawny w nastrojach Meteor. Nie było to proste. Pierwsza poprzeczka pękła z suchym. następnie zdjął buty. ten nie obraził się nawet zbytnio. łączące tych pięciu ludzi ze sobą. Po gumowym kołnierzyku spływały mu krople potu. zdołał jednak schwycić rączką parasola gzyms nad oknem parteru i w ten sposób zawisł na parasolu. Ręce i ubranie pokryte miał zastarzałym kurzem. — Sto lat. Pan w meloniku przysposobił się ponownie do patrzenia: w wąskim pasie pomarańczowego światła tkwiła już tylko postać wysokiego mężczyzny o ciemnej. W ręku trzymał płachtę „Expressu Wieczornego”. dysząc ciężko. — Zamknij twarz — rzucił twardo Merynos i wszyscy zrozumieli. mięsistej. zaś rolety zasunięte były w ten sposób. na wysokości dwóch metrów. że mowa . Uśmiech rozjaśnił naraz twarz pana z parasolem. złamał dwa paznokcie i rozdarł surdut na łokciu. z zadowoleniem znalazł na niej cienkie. Szpara zmniejszyła się do jakichś dziesięciu centymetrów. jak to się robi z szampanem? — Panowie — rzekł Merynos wznosząc kieliszek z musującym żółtawym płynem — piję za naszą pomyślność! — Czy mamy wstać? — spytał z zimnym uśmieszkiem Wilga. W kilka sekund potem był po drugiej stronie ogrodzenia. podczas gdy piąty stał pośrodku i coś do nich mówił. Gdy odkręcony przez Roberta Kruszynę korek strzelił z hukiem prosto w głowę Lowy Zylbersztajna. pomarańczowe światło wypełniało pokój. nie znoszącej sprzeciwu twarzy. ten Bobuś. że pozostawiały tylko szparę szerokości około trzydziestu centymetrów. „Trzeba zdobyć jeszcze dzisiejszy «Express»„ — pomyślał i zabrał się do schodzenia. drewniane poprzeczki dla dzikiego wina. Szybko przełożył rączkę parasola z gzymsu okiennego na żelazną balustradę tarasu i wwindował się na górę. „Ale jak potem zejść?…” — pomyślał z troską. umocował na głowie melonik i rączką parasola zahaczył o drut nad żywopłotem. lecz nader skutecznych ruchów pozwoliło mu wrócić nogą do rynny: wyglądał jak klown cyrkowy. Pan w meloniku nie mógł rozeznać słów. pragnąc rozpoznać niewidzialne nici. — Jasne — powiedział cichutko — to przecie jasne. Nie to jednak było ważne. Wysoki mężczyzna podszedł ku oknu i zaciągnął dodatkowe story tłumiące zupełnie odgłosy rozmowy. potrząsał nią i mówił coś z ogromną energią. lecz cichym trzaskiem. — Co zrobić? — Lowa potarł uderzone miejsce — książę Walii to on nigdy nie będzie. z widzenia przynajmniej. Łagodne. zabawny. Ostrożnie zbliżył się do okna — było ono starannie zamknięte.Zapiął starannie surdut. jeszcze mocniej wcisnął melonik na głowę i oparł stopę w cielistej skarpetce o rynnę. zanim znalazł się ponownie na ulicy. Skąd on ma wiedzieć. W pewnej chwili wysoki mężczyzną o ciemnej twarzy odwrócił się ku oknu. — Myśli układały mu się w wyrazisty. lecz wygimnastykowany. Widział czterech mężczyzn siedzących w fotelach i trzymających wysokie kieliszki do szampana w dłoniach. pnącego się tu skąpo w górę. zduszony szmer rozmów dochodził spoza zamkniętego szczelnie okna. jaki między nimi istniał. Następna poprzeczka wytrzymała nacisk stopy. mózg jego pracował szybko. Kilka komicznych. logiczny ciąg. i starał się ustalić stopień zależności.

Tu jest jakiś artykuł. już wiemy. to wojna. — Ale po to. kto zabił Mechcińskiego — rzekł nagle i zapadła pełna napięcia cisza. w Warszawie — rzekł spokojnie Merynos — i my mamy tę imprezę w kieszeni. już mamy w niej namotanego faceta. I my musimy milicji w tym pomóc. — Niech pan im sam powie. tym bardziej że sprawy układają się nie najgorzej. który załatwił Moryca. a może i więcej. Jest tak. z niedbałością. ile biletów dostaje Centralna Rada Związków Zawodowych. wśród której Meteorowi odbiło się. proszę panów. — Powiedz im. — Ja tam się nie nawalam — mruknął Kruszyna. co zdradzało wielką emocję. Moi kochani — głos Merynosa nabrał miodowej słodyczy — jeszcze odrobina wysiłku. Lowa? — Tak jest — przyświadczył gorąco Lowa. ale wszystko jest na świecie możliwe. — Pół melona trafiamy na pewno. jak Mechcińskiemu. — Ile? — wrzasnął Meteor. ten który załatwił Moryca — mówił niedbale Merynos. Jednym słowem skok jest opracowany do najdrobniejszych szczegółów. — Dosyć zabawy — oświadczył Merynos i powiódł ciemnymi oczami dookoła. — Ma główkę. Nikt o tym nie będzie jeszcze przez tydzień wiedział. My. jak dobrze poleci. — Zaczynamy normalną naradę roboczą — kontynuował z ironią Merynos. mdłości i strach opuściły go w okamgnieniu. nie ma co mówić…” Merynos rozwinął płachtę „Expressu Wieczornego”. a my wiemy już wszystko dzięki koledze Zylbersztajnowi i z tymże kolegą Zylbersztajnem mamy już opracowany cały przerzut. „Ma głowę — pomyślał Zylbersztajn. co się z taką forsą robi i jak ona wygląda. już znamy całą maszynerię przewozu biletów. dopiero zaczynamy. na której trafiamy lekką ręką pół miliona złotych. Postacie w fotelach stężały pod wpływem tego wzroku i tego głosu. W oczach wpatrzonego w Merynosa Zylbersztajna zamigotał zachwyt. Może i milionik. — Zwariowałeś! — ryknął Kruszyna. panowie. nie miał pojęcia. kto tam. czuł lekkie mdłości. jaki jest rozdzielnik. a wszystko się ułoży. — Siupka zrobił swoje — rzekł Merynos — należy mu się nagroda. panie prezesie — rzekł schrypłym głosem Zylbersztajn. która wywołuje ciarki na plecach. abyśmy mogli spokojnie pracować — rzekł poważnie . To bardzo ZŁY facet i każdemu z nas może się przydarzyć taki numer. W każdym razie milicję mamy po swojej stronie. siedzi w komisji. — Tu. — To zły człowiek. po czym nie wytrzymał i krzyknął prawie: — Za dziesięć dni jest mecz piłkarski Polska–Węgry! — Co! Gdzie? — zawołał Meteor. Jak wojna. — Wiem. rozchodzimy się do domów.będzie o sprawach poważnych. Lowa — rzekł z zachęcającym uśmiechem Filip Merynos. Odstawił z trzaskiem kieliszek i zakrył usta dłonią. — Jeśli to ten. — Tu? W Warszawie? — spytał beznamiętnie Wilga: jego prawa powieka zaczęła jednak drgać z niebywałym przyśpieszeniem. że przez drukarnię nic nam tym razem nie wskoczy. Mamy przed sobą w tym miesiącu imprezę. Nie jestem jeszcze tego pewien. Wiemy. w CRZZ–cie. jak Pan Bóg da i wszystko się szczęśliwie ułoży. Merynos kontynuował: — To wszystko nie znaczy. o którym myślę. z którego wynika. że my. że milicja poszukuje już tego faceta. Tego. Przez chwilę panowała cisza. Kruszyna jęknął z przerażenia: bał się pomyśleć o takiej sumie.

kto to może być? Rozłożył płachtę „Expressu” i dał Wildze. zaraz obok tego artykułu o Morycu i o tym ZŁYM. jak masz tam zadziałać. że ten ZŁY. Znali się od dawna. Był rozłożony wtedy przez wódkę na czynniki pierwsze. — Merynos zwinął potężną dłoń w mięsisty kułak. Już ci mówiłem. Obawiam się. Wilga oddał gazetę Meteorowi. Przysiągłbym. załatwiasz w piątek ten kiermasz. A wierz mi. czy jak go pan tam nazywa. — Jaki Piegus? — zainteresował się krzykliwie Meteor. W każdym razie chody ma i w „Expressie” ustawił wszystko. rozumie się na rzeczy. że próba alkoholu zawiodła tym razem. kto oni są ani czego chcą. Merynos zaczął spacer po pokoju. Wiemy. Dla tych tam. dłubiąc w nosie. nienaturalne podniecenie. O. To wymarzony następca Moryca. Masz nową gwardię. co kozakują. Tego się po tobie. — podłapiemy jakieś cizie! — Meteor oddał gazetę Kruszynie. — Wszystko możliwe — rzekł obojętnie Wilga — ale nie sądzę. przyjdzie na ten kiermasz? — Nie mam żadnej konkretnej podstawy — rzekł z namysłem Merynos — aby tak sądzić.Merynos — musi być ochrona. zorientowany w branży. Nie wiemy dobrze. Chodź. Ty. — Może — rzekł z powątpiewaniem Merynos — to się okaże. panie inżynierze. To jest. jaka panuje w Warszawie. wobec czego wypił duszkiem szampana jak piwo. Ten artykuł… — dodał w zamyśleniu — pisał nasz świadomy albo nieświadomy sprzymierzeniec. ale wiemy. Mówiliśmy już o tym. zeszłoroczną dynią można zachachmęcić faceta na amen. woltaż wysokiej klasy i jeśli wszystko dobrze pójdzie. Mam smutne przeczucie. proszę panów. strach i pożądanie pieniędzy skotłowały się w nim w histeryczną pobudliwość. Nie podpisał go. Kruszyna. co się tu dzieje od trzech miesięcy. że ten młodzian pana wykołował. co skaczą i psują. który zaczął szybko czytać. proszę. Tylko że tym razem my będziemy gotowi. — Kruszyna . jak trzeba. żeby to wszystko zagrało. że mówił prawdę. który czytał pilnie. twoja w tym głowa. Ciekawym. co nam załatwili gwardię. — Wiesz. — Ten Piegus — uśmiechnął się Merynos w zamyśleniu — to duży kozak. przytomny. — Nie rozumiem tylko — rzekł oschle Wilga — na jakiej podstawie sądzi pan. będziemy na nich czekać. nalej szampana. że mamy tego dosyć! Tym bardziej że milicja jest z nami… — uśmiechnął się łaskawie — a ktoś załatwił w dechę reklamę tego kiermaszu. — To Piegus załatwił — zawołał Kruszyna. Człowiek dla mnie. na pewno też konik. Robert. Robert. Z Siupką się zgadzało. Merynos przystanął i powiedział: — Robert. Zastanawiam się. czy nie powierzyć mu organizacji sprzedaży biletów. — Dosyć lekceważenia tych łobuzów. ja potrzebuję tego faceta. Na kilkanaście tygodni szpitala przynajmniej. spodziewam. I po twoich chłopcach. — Tak jest. mają tam zostać jedne zwłoki. — Idę do „Kameralnej” — rzekł cicho do Meteora — trzeba się ustawić na resztę wieczoru. — Czuł przykre brzemię odpowiedzialności na swych barkach. Zylbersztajn pociągał melancholijnie nosem. Taka owocarska impreza będzie dla wszystkich jeszcze jedną okazją do rozróby. masz kozaków od Życzliwego. masz ludzi z wydziału witamin. tu jest. panie prezesie — rzekł ponuro Kruszyna — zrobi się. Opieram rachuby na atmosferze.

Zylbersztajn i Meteor wysiedli i poszli w stronę Kameralnej”. Merynos uśmiechnął się i rzekł: — Pan wybaczy. Wszyscy wstali jak na komendę i zaczęli się Hałaśliwie żegnać. Mięsista. Ulica ginęła daleko. spryskanym nocnymi polewaczkami asfalcie. migocząc w mokrym. hewra! Żeby nam się dobrze działo! Zdrowie pana Kudłatego kochanego. Merynos pociemniał na twarzy. siła. — Tylko w barze „Słodycz” — rzekł sennie Kruszyna. Trzymał ją przez chwilę w dłoni. beznamiętnie. Poczuli się jakoś pewniej. żebym ja tak żył. Do tej dziwki?… Nie! — I położył słuchawkę z powrotem na widełki. Lampy uliczne chwiały się w lekkim. prócz Wilgi. prawda? — Wilga skłonił się lekko i uśmiechnął się wąsko. Kruszyna skinął potakująco głową. ciemna twarz Merynosa pełna była wulgarnej. daleko w bezmiarze wielkiego miasta. . zwierzęcej siły. — Napiłbym się trochę wódki — rzekł Wilga. jak dorobkiewicz wobec lokai. majowym wietrzyku. Merynos wypił i odstawił kieliszek. panie inżynierze. — Jedziemy tam? — spytał Wilga. obraźliwie. Gdy wyszli. Merynos wzniósł swój w górę i rzekł: — No.wstał i napełnił kieliszki. — Teraz żegnam panów — rzekł z uderzającym brakiem grzeczności. „Ten Kudłaty — pomyślał Zylbersztajn z melancholijną dojrzałością — to jednak głowa. który nalał sobie jeszcze jeden kieliszek szampana i wolno wypił. mdlący strach. nie. Wilga stopniał w poczuciu nieokreślonej wdzięczności. po czym rzekł z pasją: — Nie. naszego opiekuna i przyjaciela! — Wpatrzyli się w niego zafascynowani. Ciemny mercedes zatrzymał się na skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich i Nowego Światu. której nikt nie da rady”. I siła. ale nie wyrzekł słowa. gdy po raz pierwszy padło to nazwisko: Meteora obiegł. padł w ubraniu na tapczan i ujął słuchawkę białego telefonu.

stał w kiosku bez maciejówki. — Nic — odparła bohatersko Marta. Pragnę pani podziękować za pomoc w odnalezieniu doktora Halskiego i przekazać tą drogą od niego pozdrowienia. abym przekazała pani te pozdrowienia. mrok spowijający jej serce wyzierał. w pustym i cichym mieszkaniu. I dziękuję w jego imieniu. — Słucham? — powiedziała. ale było już za późno. co się nawet nie zaczęło. dając w ten sposób Marcie . czego nie miałam. — Jak się miewa pan doktor? — spytała Marta zimno. że nie czuje do mnie żadnego żalu za to. Straciłam coś. do kiosku. Trudno. — Nie wiem. To koniec… Właściwie życie nie przedstawia żadnej wartości…” Jedynym pragnieniem Marty było w tej chwili rzucić się na własne łóżko. jej roztargniona twarz przybrała wyraz skupienia. tu Majewska — dodała. — Proszę pozdrowić… Cieszę się bardzo… A w ogóle… to strasznie nieładnie z jego strony. że już jest lepiej… — Do widzenia — rzekł głos w słuchawce z wyraźną radością — powiem mu to. „Za wcześnie — pomyślała z rozpaczą — wychodzę za wcześnie. że go nie odwiedziłam. — Co dziś tak wcześnie. chwile takie nie nadają się absolutnie do realizowania najgorętszych pragnień. co właśnie czynię… — A więc proszę też pozdrowić pana doktora ode mnie — powiedziała Marta tonem powściągliwej przyjaźni — cieszę się niezmiernie. — Co się stało? — powtórzył z naciskiem Kalodont. W tej chwili nic nie ma dla mnie znaczenia. starała się rozjaśnić głos uśmiechem. Godzina była za dziesięć czwarta. że… że w ogóle nie jest na mnie zły ani obrażony. Marta odłożyła słuchawkę i rozejrzała się bezradnie wokoło. — Doktor Halski jest pani niezmiernie wdzięczny za wyświadczoną nam przysługę — mówił dźwięczny głos w słuchawce. te okna duszy. że coś się w tej chwili kończy… Coś. nic na to nie poradzę. Toteż gdy z kiosku na placu Trzech Krzyży wychyliła się sarmacka głowa pana Juliusza Kalodonta i jego wesoły głos witający Martę rozległ się na całej ulicy. Marta poczuła rodzaj paniki. stanowiącej niewątpliwie szczyty elegancji tuż przed zamachem w Sarajewie. w przewiewnej. Marto? — wołał pan Kalodont. narzuciła popielaty sweterek na ramiona. co istniało tylko w mych myślach. — Tak. Jest mi wdzięczny za wyświadczoną im przysługę… Przesyła pozdrowienia… Ooo…” Szybko sprzątnęła biurko.5 Marta oderwała się od pisania. że kazał jej do mnie dzwonić. — Już znacznie lepiej — odparł dźwięczny głos. pełen spokojnego zadowolenia. — Co się stało? — spytał natychmiast mądry i zacny starzec. alpagowej marynarce. — Witold prosił mnie. „Tak się rozmawia o dalekich znajomych — pomyślała z goryczą. Marta podeszła. ociągając się. podnosząc słuchawkę telefonu. prócz tego. Co to będzie?” Znalazłszy się na ulicy pomyślała ze zmęczeniem: „Trudno… Nic nie jest ważne. poprzez oczy. a o czym marzyłam. że wyszłam za wcześnie z pracy. mimo gorączkowych wysiłków ukrycia go. To znaczy. jak wiadomo. „Dlaczego nie poszłam dookoła?” — pomyślała z rozpaczą. ale. ale jej to nie wyszło. wzięła nerwowym ruchem koszyk i wyszła z pokoju. czy mnie pani poznaje — rozległ się dźwięczny głos w słuchawce — moje nazwisko brzmi Szuwar. mnie pozdrawiać. — Poznaję — rzekła Marta możliwie najuprzejmiej. twarzą do poduszki.

Będę niszczyć. czerpać niecne korzyści z tych nieszczęść. przewrotną i złą. Będę okrutną egoistką. Ich. pozostającą dlań tak długo w mrokach tajemnicy. — Nic — odparła z uporem Marta. to tak mu powiem. spoza którego przebijał gorzki. Odrzucam przyzwoitość i wydaję wojnę. przekreślająca twarz o śniadych. który tak łatwo zmienia się w nieubłaganą wrogość. — Panie Juliuszu : — rzekła cicho — tak nie można… To nieładnie… — Marto — rzekł skruszony Kalodont — ja wiem. — Tttto pppan… — zająknął się z podniecenia i wolno podniósł głowę: zrozumiał z zupełną jasnością. powiem — rzekła Marta z rozdzierającym smutkiem.do zrozumienia. uderzając o rurę nie wymontowanego jeszcze na lato piecyka. panie Juliuszu. usta nacechowane grymasem cierpienia. Wojna. prosty nos. Co za pech… — Nareszcie się pan zjawił! — wykrzyknął Kalodont kłótliwie — mnie tu głowa pęka. Lepiej niech mi pan zrobi miejsce obok siebie. „Co się jej stało? — pomyślał z troską Juliusz Kalodont i zezłościł się. wydało mu się . — Czy nie widział pan panny Majewskiej? — Widziałem — rzekł Kalodont. to jest mężczyzn… Wkraczam na ścieżkę wojenną. — Dzień dobry — rozległo się uprzejmie w otwartej witrynie kiosku i Kalodont skoczył na równe nogi. Ale gdzie? — Mogę zamknąć kiosk… — pośpieszył Kalodont. sycić się ruiną ich zdrowia i majątków. Zmieniam życiowe ideały. za które nabędę nową bluzkę i szatański kostium kąpielowy na bieżący sezon. nie będzie mógł nie ujrzeć twarzy tego człowieka. że teraz. od chwili gdy spojrzeniem ogarnie ową twarz. — To ja — uśmiechnął się przybyły. — A więc to pan… — odetchnął Kalodont jak po ciężkim wysiłku. Jakaś niewidzialna bariera dzieliła go jednak ciągle od tego momentu. Będziemy razem sprzedawać gazety i papierosy. podłych i nikczemnych. lecz przyjaźnie. — Dobrze! — huknął z pasją Kalodont — wobec tego od dzisiaj nie jesteśmy więcej przyjaciółmi! — Oczy Marty wypełniły się łzami. wychudłych policzkach i niewysokim. czyli tak zwanej kozy. zrośniętych brwi. Porozmawiamy. — Jak złapię tego doktora. byleby tylko ujrzeć błysk rozpaczy w oku mężczyzny. Tyle spraw! — Właśnie — uśmiechnął się — dlatego przybyłem. że nie da się wywieść w pole ani wystawić na dudka. dobrze?… — Kalodont otworzył drzwi kiosku i przysunął zapasowe krzesełko. Widocznie wyszła dziś wcześniej z pracy. nie mogąc się nadziwić swobodzie tej konwersacji — właśnie tędy przechodziła. smagłym czole pod bardzo czarnymi. dręczący sarkazm — od dzisiaj postanowiłam zmienić swój stosunek do mężczyzn. — Niech pan siada — rzekł z radością. żebyś ty… — poplątał się beznadziejnie. szare — oczy patrzyły przenikliwie. nad którym wisiała pozioma krecha szarosiwych oczu w oprawie czarnych. A zatem… do widzenia! — To powiedziawszy odeszła dumnym krokiem. I oto teraz spojrzenie Juliusza Kalodonta obejmowało kolejno twardy. w świetle tego majowego popołudnia. że jest nie w ciemię bity. Mam trzysta zaoszczędzonych złotych. ale ty też wiesz. kanciasty podbródek. siać nieszczęścia i klęski. Chcę korzystać z uroków bezmyślności i deptać po uczuciach. wojna! W celach dozbrojenia jadę w przyszłym tygodniu na ciuchy. — Nie. gładko sczesanymi na bok włosami. — Znaczy się — rzekł przybyły — że już jej dzisiaj nie zobaczę. że mu oko zbieleje… Taką wspaniałą dziewczyną tak pomiatać!” Po czym przysiadł na swym krzesełku i przekładał pliki czasopism. — Już dobrze. Będę się imać wszelkich środków. jak bardzo mi zależy.

ale nie uważam jej za wroga. W najgorszym znaczeniu. — Nie — rzucił opryskliwie — nie mam. Najgorsze jednak. że pan mógłby być zabójcą — rzekł pośpiesznie Kalodont — ale ten z milicji wyglądał na bardzo ciętego. To określenie ZŁY już się przyjęło. abym był ZŁY. — Bo ja jestem złym człowiekiem — rzekł w zadumie człowiek o szarych oczach — to racja… — Nic nie rozumiem! — rzekł z pasją Kalodont — ja widzę w tym oskarżenie. Robią z pana na siłę ostatniego łobuza. — Wszystko dokładnie opisali. na niskim krzesełku wyglądał bardzo domowo i niegroźnie. Kalodont podał papierosy i zainkasował pieniądze. Przy pomocy tego artykułu. do jasnej cholery! — zdenerwował się nagle — tylko świeci nim pan ludziom w oczy! — Bo to ważny pierścionek. mam swoje powody. — Ja też nie — rzekł przybyły. Nawet ten sygnet. Kalodont poczuł dlań ciepłą przyjaźń. ale wyczułem w tym artykule jakieś ostrzeżenie. — Co na to Marta? — spytał w zamyśleniu człowiek o szarych oczach. co się dzieje w środku. którą « podał niecierpliwym dłoniom po drugiej stronie witryny i przyjął dwadzieścia groszy. „Express” został rozkupiony w mgnieniu oka i dziś ludzie się za nim uganiają. to jasne… — Czy ma pan jeszcze wczorajszy „Express”? — rozległo się za szybą. Mógłbym z łatwością odnaleźć . usiłuje mnie o tym poinformować. — Opowiedział szczegółowo o scenie w sądzie. Rozumiem. niż przypuszczałem. zatopionego w myślach. co o tym wszystkim sądzić. Moi wrogowie mnie tak nazwali. kogo nie znam. a nie ostrzeżenie. — Milicja mnie nie lubi. — To dlatego. ale to trudno. — Ja nie zabiłem Mechcińskiego. żeby tak postępować. Zaręczynowy… — rzekł z melancholijnym uśmiechem człowiek o szarych oczach. — Nie ma co mówić o tych idiotycznych plotkach — rzekł cicho Kalodont. — Paczkę „Poznańskich” — odezwał się jakiś głos za szybką. że artykuł ten pisany był przez sprzymierzeńca. — Żeby tu jeszcze byli Kompot i Śmigło… — westchnął. głównym bastionem sił dobra wśród rozpętanych wokół wrogich mocy. że nie było widać. I właśnie dlatego widzę w tym artykule ostrzeżenie. ZŁYM człowiekiem. Niemniej muszę to panu opowiedzieć. że ten wątły budyneczek z desek i szkła. Natomiast ktoś. — Właśnie — rzekł przybyły — odbylibyśmy rodzaj narady wojennej. o rozmowie z porucznikiem Dziarskim i Kolanka. Kalodont nastroszył się.naraz. stał się jakąś ważną warownią. obwieszony czasopismami w ten sposób. Nie wiem. — Właśnie — podchwycił trochę napastliwie Kalodont — a pan nie zjawia się tygodniami i ja nie wiem. Bowiem zaczynają się dziać rzeczy o wiele większe. — Nazywają tam pana złem warszawskich peryferii. — Czy jest jeszcze wczorajszy „Express”? — rozległo się znów za witryną. czytałem to — rzekł człowiek o szarych oczach — i odniosłem dziwne wrażenie. — Oczywiście nie chciała wierzyć w to. kto są ci moi wrogowie? Z milicją różnię się. — Tak. że ja nie mam pojęcia. to im zależy na tym. Przecież chcemy w gruncie rzeczy tego samego. naczelnika warszawskiego chuligaństwa… — Dlatego że z nim walczę — uśmiechnął się człowiek o szarych oczach chłopięco i beztrosko. — Ten kolejarz kłamie — rzekł do Kalodonta. Dlaczego go pan nie zdejmie. że milicji nie podoba się prywatna inicjatywa. — Po czym rzekł: — Od wczoraj jest pan najpopularniejszym człowiekiem w Warszawie. dlaczego mi to przyszło do głowy. — To niegodne powtarzania. — A ja nie — rzekł z żarliwym przejęciem Kalodont. — Jest — rzekł człowiek o szarych oczach i wyjął z kieszeni gazetę.

była za każdym razem pomszczona. Zapłacił szybko i równie szybko oddalił się. pchać w tę aferę. tylko nie potrafiłem tak tego powiedzieć. melonik czy coś takiego. znane Kalodontowi z nocnej przechadzki oczy. że miał jakieś dziwne nakrycie głowy. — Nie sądzę — odparł człowiek o szarych oczach — ale możliwe. Jesteśmy ciągle gotowi do walki. zniknął jak kamfora. w której naraz rozjarzyły się straszne. Tam wszędzie. dla których warszawska hewra miałaby się. zatruwająca życie. rozwydrzenie i łobuzerstwo poskramiane było na każdym kroku. skuteczniejsza i dotkliwsza niż milicji. — I dlatego — . aby brutalna przemoc. skąd się bierze ta próba zorganizowanej akcji przeciwko nam? — dodał z intensywnym namysłem. że nie zgłosił się. te małe chuligańskie zagrywki. od tej rozmowy uszy płonęły mu na tle siwizny jak szkarłatne kwiaty… — Myślę. — Zwiesił głowę. — A może by teraz przysiąść na jakiś czas cicho? — spytał niepewnie Kalodont. Przyzwoici włamywacze i pajęczarze gardzą tą branżą. Ale… kto wie? W każdym razie my będziemy nadal robić to. a o to między ludźmi tak trudno… — Kalodont siąknął nosem ze wzruszenia. Zatrzymał się przy przystanku tramwajowym koło Instytutu Głuchoniemych. nie udzielił żadnych wyjaśnień. czyli zawsze znajdziemy się tam. By krzywda. To nie ich sprawy. — Niech pan mu da — uśmiechnął się człowiek o szarych oczach. dlaczego kłamie. o czym zawsze myślałem. opierając podbródek na rękach. ale jasnym jest. panie Juliuszu? — Tak — rzekł zamyślony Kalodont — chodzi o to. — Dlaczego? — rzekł człowiek o szarych oczach — robimy nadal swoje. szybsza. — Nie widzę powodów. Na własną rękę. — Mówi pan to. — Bo że coś się takiego szykuje. jaką czynią ci dranie. Prawda? O to chodzi? — Tak — rzekło prosto człowiek o szarych oczach. Zresztą był tam jeszcze jeden świadek. to chyba niemożliwe… — O czym pan mówi? — zagadnął Kalodont. — Poproszę o paczkę „Żeglarzy” — odezwał się w tej samej chwili jakiś uprzejmy głos z zewnątrz: człowiek o szarych oczach wyręczając zajętego Kalodonta wziął papierosy z półki i podał przez półkoliste okienko w obwieszonej ilustrowanymi tygodnikami szybie. zapisując coś w swym notesie. gdzie kotłuje się najgorsza warszawska żulia. Zdołałem zauważyć. gdziekolwiek nas potrzebują. — Co jego obchodzą nasze kłopoty. że chyba niemożliwym jest. kto go do tego zmusił i po co? — Może milicja? — rzekł Kalodont — może chcą wyjaśnić ten wypadek za wszelką cenę. A był na pewno. Wiem o tym i dziwię się. w jakikolwiek sposób. — Czy jest „Świerszczyk”? — spytał cieniutki głosik za szybą.tego kolejarza i zapytać go o to. W słońcu majowego popołudnia zalśnił tysiącem blasków wspaniały brylant na palcu niedużej. usiadł na murku ogrodzenia i długo obserwował kiosk. Taki niewysoki facet. Małe. że teraz znajduje się on pod silną obstawą milicji. Nie mogę tylko uchwycić. codzienne krzywdy… Nie. — Nie zawracaj teraz głowy! — fuknął Kalodont. Czy zgadza się pan z tym. i powiedział ze smutkiem: — Przecież ja wyrównuję tylko pewne krzywdy. Nie wiem natomiast. — Kalodont wyjął kolorowe pisemko dla dzieci i przełożył przez okno. co do nas należy. lecz szerokiej i silnej ręki. aby świat przestępczy wielkiej Warszawy włączył się do rozgrywki — rzekł poważnie tamten i uniósł głowę. gdzie jest konieczna nasza interwencja. Rozumie mnie pan. Odbierający paczkę „Żeglarzy” niewysoki pan w meloniku i z parasolem zdusił z trudem okrzyk. to wynika jasno z tego artykułu.

— Ciekawe — zasępił się Kalodont — co to może być? Ten szofer mówił. — Facet w meloniku i z parasolem… — rzekł cicho i z namysłem człowiek o szarych oczach. że jedynym facetem. żeby się zatrzasnął na skobel. że zbierze się tam owocarska rakieta. kochany. — Czego? — Nie rozumiem. Proszę mi wierzyć. — Ja? Co za heca? To jakieś nieporozumienie! — człowiek o szarych oczach poderwał się z miejsca. który mógł widzieć wyskakującego z jego wozu tego z rewolwerem. — Panie Juliuszu — uśmiechnął się blado człowiek o szarych oczach. po co pan nosi broń przy sobie? — Ja? — zdziwił się niepomiernie człowiek o szarych oczach. należy się przeto wśród niej rozejrzeć. to dopiero może mieć grube przykrości. który akurat tam wtedy stał. — Całe szczęście — sapnął Kalodont — że ja pierwszy się o niej dowiedziałem i zdusiłem ją w zarodku. Poradziłem mu. — Załatwione — rzekł służbiście Kalodont. i opowiedział mi o tym. na Dworcu Wschodnim… Ten. Myślę. to tam. rany gorzkie? — skoczył na równe nogi. Randka w tej kawiarni naprzeciwko — wskazał ręką kawiarnię na rogu Alei i placu Trzech Krzyży. jak pobili wtedy tego doktora… Kto to może być? Czego on się plącze to tu. rozwożąc wydania poranne. — Ja już gdzieś taką postać widziałem… Aha. — Ano… sterroryzował pan przy pomocy rewolweru szofera z kolportażu „Ruchu” i kazał mu się pan wieźć z Rynku na Saską Kępę. bo jak zacznie rozgadywać.dodał człowiek o szarych oczach — udajemy się na ten kiermasz warzywniczy na Koszyki. — A kto? — wybąkał Kalodont. dygocząc jeszcze ciągle ze strachu. Zawiadomi pan Kompota i Śmigłę o tej wycieczce. nie mam broni i nie terroryzuję szoferów. mógł być tylko jakiś łajzowaty facet w meloniku i z parasolem. Wziął to sobie bardzo do serca. — Nie rozumiem tylko jednego… — zawaHal się. uderzając głową o blaszaną rurę kozy — czy ten w wagonie. szarpiąc nerwowo siwy wąs — ten szofer był dziś rano u mnie. — Nooo. No. co stał za tym kolejarzem… miał parasol? . Kiermasz jest pojutrze o dwunastej. — Po jednym dniu warszawskiej popularności już się ktoś zaczyna pode mnie podszywać. tak… — rzekł niepewnie Kalodont — ta wczorajsza historia? — Jaka historia? — zniecierpliwienie zjawiło się w głosie człowieka o szarych oczach. ja już wiem… — Co pan wie? O czym? — szare oczy wyrażały zdumienie. czego on szuka?… O.

usta i oczy ciemniały Wzruszająco w brudnej szarości sieni. że to ważna impreza. że Piegus. tam… — rzekła po chwili — oni mówili wczoraj. — Nie wiem — szepnęła Hawajka. On pana tak szanuje. stała smukła. za dobre. co oni za jedni — wymykała się niezręcznie. ci… ja ich nie znam… Nie wiem. żebym czegoś od niego chciała. unikając spojrzenia Kolanki. przytrzymywanej ręką przy podbródku. takie urywki… Pili wódkę i mówili… — Kto oni? Kto są ci oni? — spytał twardo Kolanko patrząc badawczo w twarz dziewczyny. — Nic się nie stało — powiedziała Hawajka gwałtownie — ale może się stać… Ja nie chcę. — Niczegowata — odparł woźny rzeczowo — trochę wsiowa. ja naprawdę nie… Ja tylko błagam pana. że to się wpierw czy później skończy. z tym Kruszyną. jak to czynią bardzo zmartwione chłopki. żeby z nimi kombinował. — Ja mam złe przeczucia… Ja… wie pan. takim eleganckim. żeby Lulek przychodził do baru „Słodycz”! Ja nie chcę. oczy nieszczerze unikały spojrzenia Kolanki. — Hawajka — rzekł surowo Kolanko — powiedz. takie rzeczy nie trwają długo i on na pewno mnie rzuci. — Jakaś facetka do pana redaktora — rzekł do Kolanki. Ja się boję… — dodała ciszej. — Bandziory jakieś takie — powiedziała nagle z desperacją. że jak się nie obsunie… On. żeby on zerwał z tym życiem. ma coś załatwić. na to nie ma rady… Aby mu się nic złego nie stało! — Jej blada. — Właśnie że nie chce — wzruszył ramionami woźny. naprawdę nie… Ja wiem. spuszczając oczy. W sieni. — No. — Czego się boisz? — spytał Kolanko. Niech mnie pan nie morduje. ja się nie mylę… Proszę pana — zaczęła żarliwie. — Niech pan sprawi. jej twarz wypełniła się znów błaganiem: — Nie wiem. żeby on się widywał z tymi łobuzami. co się stało? Ty coś wiesz. wziął — się do jakiejś uczciwej pracy. niech pan weźmie tego Lulka stamtąd! Niech mu pan da jakąś robotę — znów spuściła oczy. Ale trudno. że woltaż na wielką skalę. ja wiem. dziewczęca postać w brzydkiej. wznosząc ku Kolance oczy — pan to może. — Czeka na dole i prosi. — Proszę pana… — zaczęła pośpiesznie — to tylko pan może załatwić. że jakiś duży numer. że tam mają zostać jakieś zwłoki… Ja tam wiem? — zawołała z rozpaczliwym przejęciem — przecież słyszałam piąte przez dziesiąte. To tylko pan może zrobić. to znaczy Lułek. Lulek… to wtedy… Mówili coś o tym kiermaszu. Nagle jakieś przeczucia. — Hawajka! — zawołał cicho Kolanko : — co się stało? — Hawajka obróciła ku niemu bladą twarz bez odrobiny szminki. na grubą forsę. z tym łysym moczymordą. ale mów… — Hawajka milczała. — Co się stało? — powtórzył Kolanko. grymas skrzywił jej usta. twarz świeżą. kretonowej chustce na głowie i ramionach. wracające z targu w słotny dzień. żeby pan redaktor zeszedł. proszę pana. to jest za piękne. — Lulek zawsze ma z nimi konszachty! — Powiedziałaś jedno nazwisko? Jak?… Kruszyna czy coś takiego? — indagował Kolanko.6 Drzwi otworzyły się bez pukania i wszedł redakcyjny woźny. — Nie wiem — ucięła naraz Hawajka. — Ładna? — spytał Kolanko. tak się słucha… Ja nie mówię. strachy… Pomogę ci. prosząca twarz zwężała się delikatnie w owalu zaciskanej kurczowo chustki. śliczną i smutną. — A. przy wyjściu. rumieniec . pan jeden to może — przechyliła błagalnie głowę. — Niech wejdzie — rzekł Kolanko.

— Dobrze — rzekł naraz. — Spojrzał bystro na Koląnkę. sczerniałych dachów. prawda? Dobrze. To był poroniony pomysł z tą penetracją. wszystko pan kapuje. że jutro odbędzie się ten kiermasz. każdą bombę. Odwrócił się na dźwięk otwieranych drzwi — do pokoju wszedł Kubuś. Nie pójdziesz na żaden kiermasz. zobaczy pan. jakby pragnąc odgadnąć cel tej łagodnej indagacji. Otwierając pokój zawołał do woźnego: — Panie Józiu. — Owszem. gwiżdżąc rozgłośnie popularną piosenkę pod tytułem „Dziewczyna nie ludzie…” — Siadaj — rzekł Kolanko — muszę z tobą porozmawiać. z nimi lepiej z daleka… — Dobrze — rzekł Kolanko — nie pozwolę. co oznaczało. owocarze. gryząc wargi. — „Rezultatów szkoda — pomyślał Kolanko — ale to i dobrze. co trzeba. jakby chroniąc je przed zimnem. — Przyjaciel i przełożony. Ci wózkarze. Ten smarkacz rzeczywiście zaczyna osiągać zbyt dobre rezultaty… Trochę za wcześnie” — pomyślał jeszcze i przeraził się brzydoty tej myśli. — Kolanko milczał. nasunęła chustkę na czoło. bo tacy jak on. że zamierza potraktować sprawę z odpowiednią powagą i z godnością. ja ich znam. — Za jaką cenę? — oczy Kubusia zwęziły się z napięcia. niech mi pan poszuka redaktora Wirusa. Bycza zabawa będzie. to nie przyzwyczajeni do liczenia się z zarobkiem. Taki jeden były bokser. — Może na początek będzie mu ciężko. Przyrzekam ci. — Przyznaję się nawet sam do porażki.ubarwił jej policzki. kiedy zaczynam dochodzić do jakichś rezultatów. spuszczając nogi z biurka. — Jest to tak zwany pewnik nienaruszalny. — To niemożliwe… — rzekł Kuba. krzyżując po turecku nogi. — To niemożliwe — powtórzył — przecież nie zmarnuje mi pan teraz wszystkiego? Teraz. — Co słychać? — rzekł wesoło — mamy coś nowego na tapecie? Jakoś nic się nie dzieje rewelacyjnego na odcinku dowozu mleka do stolicy. po chwili — zrobię. stanowiącą kolorystyczny zestaw truskawki z ametystem. każdego balona? — Dobrze — rzekł poważnie Kolanko — w takim razie proszę cię o nagłe i natychmiastowe zerwanie stosunków z owym panem Kruszyną. panie Edwinie… — to mówiąc poprawił z czułością muszkę. abym mógł się dowiedzieć. panie Edwinie? Pożartować już z panem nie można. słońce kładło ciepłe. Przyjdź po paru dniach. — Kubusiu — rzekł łagodnie Kolanko — kto to jest niejaki pan Kruszyna? — Mój druh — odparł swobodnie Kubuś. — Kubuś zakończył gwizd karkołomnym pasażem i usiadł na biurku. I żeby zaraz do mnie przyszedł! — Zamknął za sobą drzwi i stanął przy oknie: pogoda była przesycona dojrzałą wiosną. Mizerne zdobycze za zbyt wygórowaną cenę. — Do widzenia — skłoniła się lekko. otuliła nią ramiona. — zatrzaskując za sobą brudne od drukarskiej farby drzwi. wie pan? — obruszył się Kubuś — co za głupie pytania? Gdzie pan stracił swą drapieżną bystrość. — I niech mu pan nie pozwoli iść na ten kiermasz. że Lulek tam nie wróci. złociste plamy upiększając każdy wyimek brzydkiej ulicy. — Kubusiu — zaczął jeszcze tkliwiej Kolanko — ja też jestem twym przełożonym i przyjacielem. — O czym pan mówi? — Mówię o . to nawet… Ja mu parę groszy dorzucę. — Dziękuję — rzekła Hawajka cicho i szybko. prawda? — Tego się nie da ukryć — przyświadczył z zapałem Kuba. zakurzonego podwórza. czy dotrzymałem przyrzeczenia. Kolanko poszedł wolno schodami w górę. starych. i pośpiesznie wyszła z sieni. zmarnuję — rzekł oschle Kolanko. — Kubusiu — ciągnął dalej Kolanko — a który z tych dwóch przyjaciół i przełożonych ma dla ciebie większe znaczenie? Ja czy ten Kruszyna? — No.

Nie tędy droga do rozwiązania zagadki. oto wyniki naszych poszukiwań! Ofiarujemy je wam bezinteresownie! Tak sobie. abyście wiedzieli. „Express Wieczorny”!… — Mój chłopcze — rzekł Kolanko ujmując podbródek Kubusia: piwne oczy Kubusia były samym entuzjazmem. to takie jest nasze posłannictwo! O. jeszcze parę dni. jaki sloganik. Ale to nie są sprawy „Expressu Wieczornego”. by wytworzyć sobie jakiś obraz tych pogmatwanych wiązań. Nie zapominaj. — Kubusiu — rzekł ciepło — to staje się zbyt niebezpieczne — Przecież pan nie wierzy w to. nadal po stronie człowieka o białych oczach — rzekł Kolanko — ale… to są inne sprawy. kto się najlepiej orientuje w gąszczu spraw tego miasta”. polegnę śmiercią dziennikarza! Coś pięknego. doprowadzić wszystko do końca. — Niech pan zrozumie. kiedy… — tu Kuba podszedł do drzwi. Wynika z niego tyle możliwości. niucham. w posiadaniu rozwiązanej zagadki pod nazwą: kto to jest KUDŁATY! My. — Panie Edwinie! — zawołał Kubuś — co się z panem stało? Gdzie się podziała pańska prawdziwa natura? My mamy dać sobie zdmuchnąć taką okazję? My. ale jeszcze malutko. otworzył je. wącham! — zadarty nos Kubusia poleciał przy tych słowach w górę jak tropicielski organ rasowego wyżła. ale i to nie. — Jaka krzywda? — bufonował. A jeśli nawet… — Kuba uśmiechnął się brawurowo i powtórzył: — A jeśli nawet. — „Jaki atut w przymierzu z Dziarskim! — pomyślał przy tym oszołomiony możliwością takiego sukcesu. żeby milicja ubiegła nas w odkrywaniu tajemnic Warszawy? Niech się pan ocknie. — Kubuś zaśmiał się zaraźliwie — tak da pan w nekrologu: „Zginął śmiercią dziennikarza…” Ludzie łby sobie . — Nie mogę pozwolić na to. panie Edwinie. zamknął starannie i podszedł blisko do Kolanki — kiedy lada dzień wpadnę na trop imponującej afery. wyjrzał na obie strony. tyle daje do myślenia. jeszcze troszeczkę. — Nie wierzę w morderstwo i jestem. radosna duma bez cienią zazdrości. co w trawie piszczy. — Najlepsze sojusze oparte są o równe wkłady”. Panie Edwinie. — Przecież mnie nie zabiją. wyłożymy karty na stół i powiemy: „Proszę panów. Po czym wyjdziemy krokiem triumfatorów i upijemy się z radości. że ja już jestem na śladzie. lecz milicji. Zaś tobie… — Kubuś uśmiechnął się zuchwale. że milicja to milicja i jej się nie może stać krzywda w tej zabawie. z mięśni i ścięgien mamy dopuścić do tego. Pomyliłem się. — Mój chłopcze — powtórzył — tego rzeczywiście szkoda. panie Edwinie! Za parę dni pójdziemy do porucznika Dziarskiego czy kogoś tam z wydziału kryminalnego. ale zbyt nikłym. być może. nie? Nowy rodzaj śmierci. z serca. ujmując Kolankę za klapy marynarki — że ja trochę już wiem. którą czuję w powietrzu. żebyś wsiąkał w te mętne historie. Kubusiu. no nie? Najwyżej obsmyczą mnie przy jakiejś okazji. ocierające się o morderstwa i zbrodnie — spojrzał Kubie prosto w oczy. Trąbimy na odwrót. — Kubusiu — rzekł Kolanko niepewnie — w istocie należałoby tak zagrać. z czystej fantazji! I po to jeszcze. Nie pójdziesz na kiermasz. z mózgu. — Pański artykuł to majstersztyk. — Nie przeczę — rzekł Kubuś z akcentem bufonady — to nie są sprawy dla ludzi nerwowych.ryzyku — rzekł Kolanko ze sztucznym chłodem. ale teraz? Kiedy zaczynam słyszeć. że Moryc został zamordowany — zamyślił się Kubuś. a będziemy. panie Edwinie złoty… — zbliżył się jeszcze bardziej. Pan jest cudownym dziennikarzem! — w głosie Kubusia był podziw i szczera. dziennikarze z powołania. — Ale to jest tylko jedna strona medalu. jak po wygranym meczu w siatkówkę. Po drugiej stronie kryją się grube zmartwienia.

zadrukowane strzępy. — Tylko bez takich głupich dowcipów… — rzekł miękko Kolanko. . „Nie! — omal co nie wykrzyknął — za nic!” — Zresztą — dodał szybko — nikt z nas nie pójdzie. namyślając się. niewyraźnie się uśmiecHal. Wyślemy jednego z praktykantów. — Panie Edwinie — głos Kubusia ścichł. Panie Edwinie.. — Ja pójdę! — Kubuś otworzył usta ze zdumienia. ubabrana w ohydnej krwi i bestialskich ciosach scena bójki w barze „Słodycz”. Oczywiście. w sercu narastała mu. co to może być. SENSACYJNA AFERA… — litery darły się w jego mózgu na mokre. że była tu Hawajka. Musi pójść…” — W gruncie rzeczy masz rację — powiedział Kolanko — powinieneś pójść. „Zdobędzie wielką sławę takim reportażem” — pomyślał i odwrócił się gwałtownie ku oknu. nie przypuszczał. że chcę. — W wyobraźni Kolanki rozpościerała się świeżo zadrukowana płachta „Expressu” o mokrych od farby.. Kubuś miał rację. nie przewidział. sensacyjny reportaż… Gdybym nie chciał. — Panie Edwinie — posłyszał wesoły głos Kubusia — dosyć tej komedii. co? — Chcę… — szepnął Kolanko. dość już tych bzdur… Tu chodzi o najbardziej sensacyjny reportaż ostatnich lat. których on. z rozdartej gwałtownie gazety wyskoczyła znów owa ciemna. — No. — Pan? — wybąkał — po co? — Kolanko włożył nerwowo papieros w usta. że rzeczywiście tego chce. wielkich literach. nie jest już w ogóle w stanie załatwić… — Czy my nie rozmawiamy trochę jak dzieci? — zdenerwował się Kubuś. Niech pan sobie wyobrazi ten efekt na mieście! — Kolanko poczuł naraz brzydką.:. Tu nie chodzi przecież o rewelacje dla działu miejskiego. I naraz pojął. — Tak — Kolanko pokiwał głową w nerwowej zadumie — grzechem byłoby zmarnować coś takiego.złamią. toby nie poszedł. żebym poszedł i załatwił wszystko. Gdyby pan tego nie chciał.. o czym do tej pory nie wiedział. Ten kiermasz nie stanowi żadnej rewelacji. walczył z tym wszystkim. bronił się już teraz przed samym sobą. wciągając dym papierosa wraz z rozpaczliwym westchnieniem w płuca. czego w sobie nie znał. długo nie mógł zapalić zapałki. tobym inaczej z nim mówił. tobym się z panem wcale tu nie handryczył. Przecież nikt pilna — nie zna lepiej ode mnie. — Nie — rzekł Kubuś miękko. że on pójdzie. pogłębił się aż do żarliwości — niech pan pomyśli: co to będzie za reportaż! Kiedy już wszystko będziemy wiedzieć. tylko posłucHal pana. Przecież pan w gruncie rzeczy bardzo chce. odwracając się. — Ja pójdę — rzekł stanowczo Kolanko i nagle stanęła mu przed oczami bójka w barze „Słodycz”. — Kubusiu. że rozmawialiśmy o Lulku… Zresztą może i to by nie pomogło… Raczej nie… Poszedłby i tak powinno być… Oczywiście. Wystarczyło powiedzieć. jak trzeba. widzi pan — uśmiechnął się Kubuś — nareszcie wraca pan do siebie po chwilowej utracie równowagi. „Powołanie dziennikarza — pomyślał — wielki. potworna. rwąca krosta. Po co? Są sprawy. nie pójdziesz… — rzekł słabo Kolanko. czarną drzazgę zazdrości w sercu. — Nie pójdziesz na ten kiermasz! — krzyknął Kolanko. przekonująco — ja pójdę. Kolanko.

Gdy wszedł Kruszyna. — rzekł porucznik Dziarski — o dwunastej jest kiermasz nowalijek wiosennych na Koszykach. — Dzień dobry. nie mogąc powstrzymać śmiechu. — Nie ma z czego żyć… — jedziesz na kiermasz? — spytał Kruszyna. Nie nadaję się do waszych chamskich rozrób. te rzeczy. wstrzymywał się ze wszystkich sił przed naciskaniem dzwonków przy drzwiach sąsiadów. Taka pogoda usprawiedliwiała płaszcz. Coś mu śpiewało w piersiach. odwrócił się raptownie. — Pożycz dwieście złotych. — Nic — rzekł melancholijnie Klusiński — wcale tam nie patrzę. — Jedziemy. Patrzę na pana porucznika. — Ja — uciął Merynos — i co w tym takiego dziwnego? — Musiało jednak być w tym coś dziwnego. nabrzmiałe wiosennym deszczem chmury pędziły szybko po niebie. — Co ty tam widzisz na tym suficie? — zainteresował się Dziarski. jak proszące o krzyk szczęście. — Skąd ci wezmę? — odparł leniwie Kruszyna — pusty jestem maksymalnie. by upewnić się co do pogody. czerwonej kokardzie zwisającej ze słomianej główki. Co chwila stawał przy oknie. pocałował ją w umazany policzek i dał jej . — Na kiermasz — rzekł opryskliwie Merynos. — Tak jest. pani Janowa! — zawołał do zamiatającej bramę dozorczyni — jak się kształtują ceny na dziś wieczór? — Z pana to kawał cholery… — mruknęła stróżka. Potrącił w biegu bosonogiego. że można nabyć u niej wódkę o każdej porze dnia i nocy. Kruszyna podrapał się ze zdumienia w złamany nos. — Dziarski westchnął ż zakłopotaniem. umorusanego szkraba. Pójdziesz tam. brązowy kapelusz z obwisłym rondem. postawiony kołnierz. — Kruszyna! — zawołała Aniela. baranie! — Kruszyna wstał i przeszedł korytarz. którego płeć rozpoznać można było tylko po brudnej. ale za to zamieniał słomianki. Warzywa. — Gotowy? — rzucił. — z takim zezem — mruknął — jesteś najniebezpieczniejszym wywiadowcą na świecie. — Dokąd? — spytał Kruszyna. po czym wyjął z kieszeni pięć złotych. Redaktor Jakub Wirus zachowywał się na klatce schodowej jak dziesięcioletni pętak. — I myśmy się wypruli z Lową w „Kameralnej” — westchnął Meteor. skoro Kruszyna nie mógł się w żaden sposób uspokoić… — Pan prezes?… Tam? — powtarzał. włoszczyzna. Filip Merynos chodził po gabinecie rozkołysanym krokiem. porozglądasz się trochę. Bobuś — rzekł Meteor. bulgotało radośnie w uszach.7 — Klusiński. — Pan prezes tam? W tę całą gorączkę?… — bąkał. chmurny dzień wydał mu się aurą Riviery. ale nikt o tym głośno nie mówił. Cała ulica wiedziała. Zjeżdżał po poręczy. w kąt pomiędzy ścianami a sufitem. otwierając drzwi — do pana prezesa. odsłaniając tu i ówdzie płaty błękitu. Ciężkie. — Bądź poważny — obruszył się Meteor — ja jestem delikatne stworzenie. Merynos zdjął z wieszaka modne burberry i spojrzał raz jeszcze w okno. obrócił głowę za siebie i spojrzał w górę. pochylił się nad dziewczynką. łaskotało w gardle. panie poruczniku — rzekł Klusiński służbiście. gdy oficjalne miejsca sprzedaży alkoholu nie funkcjonują. zsunięty głęboko na czoło miękki. Kubuś stanął na progu bramy — wietrzny.

zatrzymując taksówkę. Dlatego nie śpieszył się. oderwał wzrok od owego okna i powędrował w kierunku Puławskiej. Siłą. a klucz zabierze z sobą. rozświetlone miłosnym dosytem groty. z tym drugim człowiekiem. pulsującą najdelikatniejszym. sycąc się tą powolnością. z jedyną dziewczyną na świecie. wymuszonej nonszalancji i młodzieńczych przechwałek. pokoju. nie domyślał się. Kubusia. za którego pospolitą firanką rozciągało się długie. kraciastej powłoczce. spotkań. na żelaznym łóżku. jecHal wzrokiem w górę. czyli na lizaki na patyku. zupełnie innym niż migawkowe i buńczuczne przygody z pogranicza figlów i higieny. zdolną zmieniać brzydkie pokoje przy rodzinie w baśniowe. z głową wtuloną w jego. I teraz — to wczoraj. Szofer bez słowa spuścił chorągiewkę taksometru. Rozpamiętywał zajadle każde słowo tej nocy. punktów. zdolną przemieniać ten wilgotny. pokoju przy rodzinie. po czym zamknie je jego kluczem. sennego oddechu. że to musi się stać. niewidzialne haftki umówionych godzin.banknot. urzekająca spójnia wytwarzała się w ten sposób pomiędzy dwojgiem istnień. gzymsowy tympahonik okna. dowiedział się. ponury pokój w przecudną. kiszkowate wnętrze jego. Kubuś przystanął po przeciwległej stronie ulicy i patrzał długo na odrapaną fasadę swego domu. każdy odcień każdej chwili. młodzieńczej miłości. Wieczorem pójdzie do baru „Słodycz”. przyszedł do szkoły. do zdobnego w tani. za każdym razem jednak. sprawunków. lecz dojrzale. każdy gest. Jakaś słodka. W tym umeblowanym pokoju. zdobytą ongiś w turnieju juniorów parą bokserskich rękawic i pod fotoreporterskimi zdjęciami z różnych etapów jego kariery. aż na czwarte piętro. jakieś doznanie rozsadzające. który nie odrobił lekcji. to przecież takie nieważne…” Do głowy mu nawet nie przyszło połączyć tę prośbę i te słowa z tym. najbardziej upojnym ciepłem barwistej. w atmosferze sztucznej. Kubusia. Kubusia. wspaniałości i piękna nawet nie przeczuwał. — Masz — powiedział — obróć to na największą radość. „Kilkakrotnie prosiła mnie. każdy pocałunek. pod wiszącą na ścianie. mizerną i twardą poduszkę. zatrzymując się przy wsiadaniu — czy ja się . gdy pamięć jego odnajdywała po raz nie wiem który zapach gorącego. spoczywała jedyna na świecie istota obdarzona czarodziejską mocą. wonne. wiosenny dzień. brzydkim i wysokim. — Wolny? — zawołał Kubuś. co się stało. co za odmęty bogactwa stanowi ten brązowy skrawek papieru. tym bardziej pragnął przycisnąć świat cały do swej wezbranej szczęściem piersi. a im dłużej patrzał. gdy w wyobraźni jego ukazywała się ciemna głowa o rozrzuconych włosach na jego. tak jak się umówili. której wielkości. Kubusia. Teraz jego dziewczyna wypoczywa w jego mieszkaniu. tęczową grotę pachnącą ambrą najśliczniej — szych przeżyć. co mógł już mieć od dawna. nie dążył zbyt obcesowo do tego. tam w rogu. — Co za bzdura! Dlaczego jej na tym zależy. Od tylu dni wiedział. wspólnych kluczy od mieszkania spinają jego. Wolniutko. — Niebieskie ślepka patrzały nieufnie. — Panie — rzekł nagle Kubuś. to dzisiaj. żebym nie szedł na kiermasz… — przypomniało mu się. gdy odszukiwał z pasją i uporem w tej pamięci smak pełnych. czerwonych warg — wtedy eksplodowało coś słodko. nienazwane kłębiło mu się w krtani i Kubuś podskakiwał jak oczadziały radością pierwszoklasista. tkliwie koło jego serca. że wszyscy nauczyciele zachorowali i że ma przed sobą cały wolny. taniej. że będzie czymś pięknym i wspaniałym. ciągnąc niemal rękami głowę. wśród stert leżących na stole i na podłodze książek. wiedziały dobrze. to teraz było mu nagrodą.

śnieżną bielą ciągnących się hen w dal szeregów twarogu! Jedynie człowiek płytki nie ulega tajemniczej poetyczności ciasnych i ciemnych straganów z bielizną. przysiadłymi od wieków za kolorowymi szańcami świeżego. rurami do piecyków i odpadkami ślusarskimi. — Twarzowy blondyn — powiedział flegmatycznie. W dniu kiermaszu Koszyki wyglądały osobliwiej niż zazwyczaj. mierząc Kubusia pogodnym spojrzeniem. obuwiem i odzieżą. czapkami i nićmi. obwieszczającymi aktualne ceny produktów. Jej nazwa określa jej charakter. wielkomiejska metropolia zdolna jest zdobyć się na inny objaw plastycznego liryzmu poza kolorową paletą hali targowej? Czy może się cokolwiek równać w sile uczuciowej ekspresji z obraźliwymi rozmowami i zjadliwym targowaniem się przy rytualnym obrzędzie zakupów nabiału i owoców. warzyw i mięsa. centralnej arterii Mokotowa. Niezwykłość ta dotyczyła przede wszystkim ludzi. urzekały apetycznością? Cóż z tego. by nie dać się unieść wzruszeniu na widok gigantycznych połaci surowej wołowiny. nabrzmiały surową. na których leżą dachy z solidnych desek. Hale targowe wszędzie wyglądają jednako: są to przeważnie budowle o szerokich bramach i o żelaznych przęsłach. pokrywającej jedną ze ścian i wyszywanej w delikatną koronkę z rozgwiazd. seledynowych kreseczek. pieczywa i kartofli? Trzeba być człowiekiem oschłym i zimnym. że makaty i gobeliny wydałyby się tuzinkową kotarą przy narzucie ze świeżutkiego — kopru.panu podobam? — Szofer spojrzał nań bez zachwytu. jej charakter stworzył nazwę. smakowitego towaru. lecz z uznaniem. Jedynie człowiek tępy i brutalny nie przystanie w pełnym szacunku podziwie przed grubymi. stoisk z częściami rowerowymi. zamkami. Rozklekotany opel zaczął podskakiwać na kocich łbach ulicy Puławskiej. by nie zatopić się w smutku wobec czarno — srebrzystych złóż ryb. opatulonymi w zwały odzienia. jakie tli się w każdym warszawiaku na widok kogoś wesoło podchmielonego o godzinie ósmej rano. wobec rozwartych z wysiłku. . i tylko człowiek głupi nie wsłucha się w ich kłótliwy dialog. kłódkami. — Ujdzie w tłoku. wiecznie nową dzięki swej roziskrzonej humorem przyziemności. O. I tak też wyglądają warszawskie Koszyki. Cóż z tego. zardzewiałym żelastwem. że cudowny. opadając na siedzenie. Ulica Koszykowa — to symbol targowiska. by nie zatrzymać się w nostalgicznej zadumie przed nieskalaną. by nie wydać okrzyku zachwytu stanąwszy oko w oko z brunatnymi kopcami włoszczyzny. że kunsztowne piramidy rzodkiewek przywodziły na myśl błogosławione zdrowym rumieńcem dziecięce policzki. różowawych pyszczków świeżych karpi. zgrzytliwą i prastarą mądrością. W środku rozchodzi się światło na oszklone stoiska pełne towaru. budki z pończochami. targowiska warszawskie! Czyż jest coś bardziej poetyckiego w wielkim mieście niż targowisko? Czyż współczesna. starymi jak drzewa i głazy przekupkami warszawskimi. którzy od wieków przywłaszczyli sobie monopol na ten kolor? Cóż z tego. — To jedź pan na Koszyki — rzucił radośnie Kubuś. kramów z norymberszczyzną. mieniący się dywan z kuszących wilgotną młodością główek sałaty oszołomiłby najwybredniejszych znawców zieleni. że zaimponowałby nawet Irlandczykom. pasmanterią i konfekcją. o szybach pokrytych ogromnymi cyframi i literami z białej farby. ryb i kasz.

cieplarniane pomidory i truskawki ze szklarń oraz mnóstwo rzadkich okazów pieczołowicie ułożonych. proszę państwa — przemawiał tęgi mężczyzna z ogromnym nosem. z parasolem przewieszonym na przedramieniu. Była pomiędzy nimi taka sama różnica. nurkował w tłumie. gumowym kołnierzyku z odgiętymi różkami. aby się nie rozrzucały w czasie bójek lub szybkiego biegu. byli nowi i bardzo różni od zwykłych ludzi Koszyków. w szerokich spodniach. na których wódka. w kolorowych. zorientowani na doraźny. że pachnący zagajnik szczypiorku w wiotkich pęczkach pokrywał całe stoiska. nerwowi. blisko osadzone lub wbite w oczodoły młodych i starych. przewalankę. włóczkowych czapeczkach lub siatkach na głowach. Spod oprychówek. handlarek i straganiarek. takie pochwały słyszano już tutaj.łodyżek i kwiatków? Cóż z tego. jaka zachodzi pomiędzy psem a wilkiem. Natomiast ludzie. kocioł i zmyłkę. walkę z prawem. gdzieniegdzie poprzetykani kobiecymi postaciami w chustkach na głowach. Stali tu teraz w ilościach jakich Koszyki nie znają na co dzień. Pan w meloniku. z jednej rodziny — różniły ich koncepcje i warunki życia. Osiadli i spokojni sprzedawcy z Koszyków. walkę z dostawcą o owoc. gwałtowny zysk. rozglądając się ciekawie wokoło. gderliwa pietruszka. ubrani odświętnie w ciemnogranatowe garnitury z niteczką. o twarzach ostrych i uszminkowanych. muskularnymi szyjami i piersiami w białych koszulkach gimnastycznych. którzy rozgościli się przy skarbach kiermaszu „Mazowieckiej Poziomki”. w oprychówkach. ze spinaczami z kolistego. . spadających nisko z kantem na grube zamszaki. pomiędzy myśliwym a kłusownikiem: w gruncie rzeczy pochodzili z jednego pnia. w świeżym. z nieodstępnym papierosem w zepsutych zębach lub pomiędzy grubymi palcami o karminowo polakierowanych paznokciach. krzykliwi sezonowcy. Grubawe postacie w białych fartuchach spozierały z niepokojem spoza stałych stoisk na ową stronę hali. które to spinacze trzymają je mocno. poklasyfikowanych i opatrzonych napisami. świecąc spod marynarek brązowymi. siatek i włóczkowych mycek spoglądały czujne. że krotochwilna marchew. jasne i piłujące lub ciemne i wyzywająco bezczelne. bez koszul i kołnierzyków. gorączkowość życia w sezonie i nieodłączny krzyk wyryły specyficzne piętno. przytomne oczy. demonstrujących z żarliwością powierzone sobie eksponaty. pomiędzy domowym kotem a rosomakiem. w której gospodarzyli przybysze: szybcy. w której najskuteczniejszą bronią są błyskawiczne ucieczki przed nadciągającą z oddali sylwetką milicjanta. na tachel. Tłum był gęsty i mocno zainteresowany wydarzeniem: reklama w „Expressie Wieczornym” uczyniła swoje. wychowani przez okrutną walkę uliczną. gładko sczesanych do tyłu blond włosach. karbowanego drutu w prostych. piętrzyło się wokoło jak w cennej kolekcji żywych kolorów? To ściany Koszyków już widziały. tak mieli się do owych wózkarzy i ulicznych owocarzy. — Każda głowa premiowa! — Te ogórki. wytworne selery i szparagi. wkorzenionych głęboko w glebę swego kramu kramarzy i kupczyków. jak stateczni kmiecie do niespokojnych drapieżnych nomadów i koczowników. lecz nieodmiennie zniszczonych twarzy. Wokół słychać było okrzyki sprzedawców. walkę z opornym klientem. — Do sałaty! Do sałaty! — wołał przenikliwie jakiś pan w welwetowym wdzianku. potomkowie czcigodnych przekupek.

liczyć! Komu? Komu? — Truskawy. miczurinowską. Skręcił głowę i wyrzekł jak najgrzeczniej: — Przepraszam najmocniej! — Ugodzony rozcierał zbolałe kolano. lecz ostrożnie: słowa te wypowiedziane były do wysokiego. terminem. — Uważałby pan. który w pewnym momencie rozepchnął najbliżej stojących i ruszył w tłum prosto na pana w meloniku. trzymali ręce w kieszeniach lub ogarniali dłonią palone papierosy. kolorowych bluzeczkach o charakterze sportowym zamiast koszul. barczystych panów w kraciastych cyklistówkach. tuż za nimi postępował facet w jasnym garniturze i o niezwykle szerokich barach. „Pan Życzliwy z Anina — pomyślał z troską pan w meloniku — spotkanie raczej niepożądane”. nie dając uwieść się wymowie chwalcy szpinaku. napięta czujność. póki co” — pomyślał pan w meloniku i nurkował dalej. tygodni. metodą. najlepszą. przed. póki się nie stanie. po czym zwinął się rozpaczliwie jak prześladowany szczupak i podążył za oddalającymi się. odwróconym doń plecami i wpatrzonym w demonstrowany właśnie. a nie przepraszał — stęknął jeszcze raz ugodzony i uniósł rumianą . ciemnych dwurzędówkach i fantazyjnych. pocętkowanym zmarszczkami obliczu. dojrzewania… — strzykał wyrazami przez rzadkie zęby pełen werwy młodzian w koszuli w żółto–zielono — niebieskie paski. — Panie prezesie — rzekł cicho Życzliwy — pan prezes tutaj? Co za zaszczyt! — Pan w meloniku odwrócił się szybko. „Całkiem spokojnie. Usunął się w bok i schował za grupkę przysłuchujących się referatowi o kalafiorach. spod której dobywało się zrzędzenie: — Co za ludzie! Na nic nie uważają! Byle się pchać! Na głowę człowiekowi wejdą… — Jeszcze raz bardzo przepraszam — rzekł pan w meloniku i odwrócił się spiesznie. Koło okienka zarządu targowiska stała grupka tęgich. jakby beczułki dynamitu kryły się pod stertami warzyw. pochylając w dół niebieską maciejówkę. w miękkim. proszę państwa.o pełnej wybojów czerwonofioletowej twarzy — to okazy wyjątkowo ziarniste. zapach mają nieszczególny — dowodził pan z krzywą szczęką. nie zapach zdobi człowieka… — Życzliwy przystanął o krok przed panem w meloniku. ale. zakończyły. która pozbawiona była kołnierzyka. jeśli nie zgoła smutny. brązowym kapeluszu nasuniętym na czoło. Liczyć. krzepki mężczyzna o ogorzałym. w którym okuta skuwka jego parasola ugodziła kogoś dotkliwie w kolano. patentowaną. plan. na osiem. Siedemset pięćdziesiąt dwie pestki każdy! Za zbrakowane dopłacam po pół złotego od pestki. bokserskiego nosa. wygłaszanemu przez ponurego pana z krzywą szczęką. olbrzymi kalafior. — Kalafiory. W oczach sprzedawców tliła się niespokojna. Każdy sprawdzany. a za to wywinięta została w rozległy trójkąt wokół krótkiej. wiadomo. wiadomo. pan w meloniku zdążył pochwycić z profilu zarys jego złamanego. Mimo tego spokoju wyczuwało się tu jakieś napięcie. mocno zbudowanego pana w płaszczu burberry z nastawionym kołnierzem. Wyraz ich obrzękłych tęgich twarzy był raczej znudzony. — Botanika nas uczy — gestykulował żwawo chudy facet o ptasiej twarzy i zadziwiająco maleńkich ustach — że szpinak jest rośliną nieprawdopodobnie pożywną! — to mówiąc podrzucał oburącz zwały delikatnych. Stał wśród nich wysoki. — Auuu! — rozległ się bolesny jęk i pan w meloniku przystanął w postawie pełnej winy: w przejściu między dwoma stoiskami uczynił się chwilowy ścisk. mocnej szyi. co nie może być wiadome. ciemnozielonych liści. pielęgnowane. jakaś gotowość do czegoś. ananasy. Obydwaj odwrócili się i zanurzyli w tłum.

zafascynowany bogactwem tatuażu: na pękatym. — Tu dzieją się ważne rzeczy. szukać! Bo jest na pewno. ale nie można żyć bez młodej kapusty w miesiącu maju do schabowego kotleta! — przemawiał z dużą dynamiką do zasugerowanych tymi wielkimi prawdami słuchaczy. piękna. toteż nie bez zdumienia pan w meloniku odcyfrował wytatuowany pod nim pobożny napis: Ora et labora. Kikuj na meloniki ze swojej wieży”… — Ruszyli powoli w ciżbę. sumiasty wąs. usiłując wyminąć jakąś nieznośną ścianę. No. gestykulującym żywo przedramieniu wiła się wężowymi skrętami kibić odaliski o bujnych kształtach. „Człowiek w meloniku! Z parasolem! — podskoczyło mu coś w pamięci — to ten!” — Zakręcił się jak bąk w miejscu i ruszył w pogoń. poważny człowiek — pomyślał Juliusz Kalodont. aż mu się maciejówka uniosła. powiedzcie. torując sobie drogę wyciągniętą do przodu laską. co okazało się głową. — Bojowy staruszek — rzekł Śmigło z uznaniem — nie można narzekać. co ze względu na wyraźnie mahometański charakter kobiecej postaci miało w sobie posmak misjonarstwa. by obejrzeć swego krzywdziciela. nie pomagało to wiele. wywołała uśmiech zadowolenia na wargach pana w meloniku. — Przepraszam! Przepraszam! — wołał Kalodont na boki. że jest tu człowiek w meloniku i że jestem na jego tropie… — Człowiek w meloniku? — zainteresował się poważnie Kompot — kto to jest? — Nie mam czasu — rzucił się niecierpliwie Kalodont — szef już będzie wiedział… — I zanurzył się w tłum. której jedyne odzienie stanowił wysoko upięty na głowie turban. że ściana poruszała się w sposób wyjątkowo złośliwy. powodując gwałtowne falowanie tłumu aż po odległe rejony targowiska i odsłaniając Eugeniusza Śmigłe w całej jego schludnej krasie. można żyć bez żony. a jak chodzi…” I nagle uderzył się w czoło. Numer telefonu osiem szesnaście zero dwa… Spółdzielnia pracy . Fredek. rękawy bawełnianej koszuli miał podwinięte. po dawnemu. do roboty. Gdybyście go znaleźli. — Można żyć bez własnego kajaka. która ukazała się w rozchyleniu rolet na Saskiej Kępie. nieco mięsista twarz. wywołując rozległe kręgi przypływów i odpływów. — Serwusik — rzekł Śmigło z sympatią — co słychać u pana starszego? — Nie mam czasu! — warknął spod wąsa Kalodont — gdzie jest szef? — Widzieliście go”? — Jeszcze nie — zadudnił Kompot i omiótł spojrzeniem halę targową jak z bocianiego gniazda. W tej chwili po drugiej stronie stoiska facet w brązowym kapeluszu odwrócił się — ciemna. co było o tyle niewykonalne. Pośrodku stał krępy mężczyzna. patrząc za uchodzącą postacią w meloniku — ubrany przyzwoicie.twarz. przyszedł razem ze mną — denerwował się Kalodont. Pan w meloniku nałożył z uwagą cwikier. „Wydawałoby się starszy. panowie. zdobną w siwy. Dzieło to wykonane zostało niewątpliwie przez wybitnego artystę o skłonnościach do bezkompromisowego realizmu. odsłaniając bogaty tatuaż na gruzłowatych bicepsach. księżycowym wyrazie. Pan w meloniku dostrzegł brązowy kapelusz tuż za otoczonym z trzech stron przez gapiów stoiskiem z młodą kapustą. można żyć bez lodówki. — A więc szukać. lecz w końcu na szczycie ściany obróciło się coś. ta sama. ktoś z góry zawołał: — Panie Juliuszu! Dzień dobry! Co za miłe spotkanie! — po czym Fryderyk Kompot odwrócił się swą główną elewacją ku Kalodontowi. „A za nim ten barczysty bokser… jak zawsze — pomyślał pan w meloniku — ten sam duet. — Nigdzie go nie widać — upewnił się. zdobną w bujne bokobrody i w twarz o spokojnym.

— Zaraz. parę groszy utłuc — wracał ze skwapliwym uporem do „Swej głównej myśli Życzliwy — wszystko dzięki reklamie! — To przez Piegusa — mruknął bokser z uznaniem. wydział witamin jak na paradzie. Sam mnie przyjął i przyrzekł pomóc. — Byłem tam parę dni temu z prośbą. krwiste rzodkiewki prosto z trzymanego w ręku pęczka. — Trzeba mu podziękować. że Franciszek Życzliwy wrósł nieruchomo w żółty klinkier posadzki. Gwardia w komplecie. Trzeba mu podziękować. pochłonięty odpływem. ciekawe? Twój Piegus? Załatwił w dechę! Trzeba mu będzie podziękować. nie.. i rzucił się w stronę młodego człowieka. — Ciekawe?… — rzekł wolno cedząc słowa prezes do faceta o złamanym nosie. — Poczekajmy — rzekł pocieszająco ten o złamanym nosie. — Jeszcze nie koniec — pocieszał złamany nos. Kto to jest ten gość? — Kto to. jego życie. żywy młodzieniec o twarzy pełnej inteligencji. O. aby osiągnąć wyjście. jak widać na załączonym obrazku. panie Życzliwy. należało wmieszać Się w nurt zwiedzających. nie można powiedzieć… — Sukces niebywały — rzekł Życzliwy usłużnie — organizacja na medal. jakby od tego zależało. jak panu dobrze — mruknął prezes. — Robert — dorzucił lodowato prezes — idziemy. — O. Wyrwa w tłumie zamknęła się i młodzieniec w barwistej muszce roztopił się w ciżbie. że marchew jest niebieska i używa jej się do wyrobu samolotów odrzutowych. tudzież odpalić jakąś łubiankę inspektowych pomidorów czy coś takiego… Z prasą trzeba być dobrze… — Stój pan. panie prezesie? — Co z tego — rzekł prezes — kiedy nikt nie atakuje. nie zwracając uwagi na oszołomionego Życzliwego. Idący przodem bokser poczuł naraz na swym ramieniu żelazny. — Piegus! To on! — zawołał facet o bokserskim nosie. Ruszył szybkim krokiem przed siebie. zaś w głosie jego zadźwięczała taka nuta. — Redaktor z „Expressu”? Prawda. Pan w brązowym kapeluszu włożył ręce w kieszenie i przepuścił przed siebie niezwykle barczystego boksera: miał on torować drogę. zaś pan w meloniku przeciął chytrym manewrem gęstwę gapiów i wynurzył się tuż za rogiem oszklonego kiosku. w której ukazał się na chwilę niewysoki. — Ale sukces. o wilku mowa! — wykrzyknął Życzliwy — to właśnie temu panu zawdzięczamy reklamę! Ten redaktor z „Expressu”.«Woreczek»…” Brązowy kapelusz odwrócił się powoli od stoiska z młodą kapustą. pan Życzliwy się postawił.. na tym samym będziemy mogli potem. to… trzeba mu będzie podziękować… — Facet o złamanym nosie zaczął naraz wyglądać tak. Bardzo uprzejmy facet. . werwy i piegów. panie prezesie. tam… — wskazał wyciągniętym palcem wyrwę w tłumie. żeby coś napisali o tym kiermaszu. dokąd wolnym krokiem podeszła obserwowana przezeń trójka. to. osadzając w miejscu — spokojnie. strojny w ametystowo — truskawkową muszkę i chrupiący świeże. w sezonie. by słyszeć ich rozmowę. Po to. I załatwił w dechę. jakby się dowiedział na tym kiermaszu. W ten sposób znalazł się dostatecznie blisko. Główny cel nie osiągnięty. temu redaktorowi — rzekł Życzliwy. Nic już tu dzisiaj nie będzie. panie prezesie. — Może się coś jeszcze sklei. — I co? — rzekł facet w brązowym kapeluszu — spokój? Żadnego szumu. Pan w brązowym kapeluszu sprężył się w sobie i rzucił gwałtownie: — Który? Tamten?… — Tak — przytwierdził ten o złamanym nosie. zaraz — szarpnął go szybko za rękaw prezes. zdając się nie zauważać w ogóle toczącego się dialogu. O kilka kroków za nimi sunął jak węgorz pan w meloniku. mówi pan — redaktor z „Expressu Wieczornego” — rzekł zdziwiony nieco Życzliwy.

po czym wpakowali bezwładny tułów do środka. zaczęła nabrzmiewać apoplektycżnym szkarłatem — zaczynał rzęzić. jak w tej chwili. mimo tłumu. który rozglądał się gorączkowo wokoło. — Pppanie preee… — zdołał jęknąć Kruszyna. obarczony ciężarem nie mógł stawić czoła przypływowi ścisku. . Stasiek. rozbawione i kłótliwe głosy wołały zewsząd: — Do szpinaku! Do kalafiorów! Komu? Komu? — Twarz Merynosa stała się sinoszara. Odwrócił się raptownie — cała krew uciekła mu z serca. Pan w meloniku szybkim ruchem rozerwał Merynosowi krawat i kołnierzyk. Na ustach Merynosa bielała piana. wielki korpus.tężejący w rozpaczliwy skurcz uchwyt. jak zmęczony bezowocnymi poszukiwaniami czerstwy starzec w maciejówce przysiadł na chwilę na pustej skrzynce. jak pod wpływem nagłego omdlenia. proszę państwa. W tejże samej chwili przeciągała ku wyjściu grupa rozHałasowanych. by dostrzec. — Widziałem zjawę!… — wycharczał — widziałem trupa!… Teraz! Tu! — Powiało niesamowitością. brzydko i rozpaczliwie pomarszczona. Merynos zachwiał się nieznacznie. — Prędko — rzucił pan w meloniku — może być atak serca! Albo apopleksja! — Kruszyna stracił zupełnie głowę: podpierał wielkie ciało Merynosa. — Sensacyjne skrzyżowanie pietruszki z pomidorem! — rozległ się obok krzykliwy głos — tutaj. skurczona i zmięta i jeśli Robert Kruszyna zechciałby sobie wyobrazić w najobelżywszych rozmyślaniach trwogę na obliczu swego szefa. Pan w meloniku posuwał się tuż obok. obskoczymy tego starego paralityka — rzekł jeden. i oparł się ciężko o Kruszynę. jasności dnia i kolorów. otworzył rozlatanymi rękami drzwiczki. Tłum gęstniał. lecz oszalały strachem Kruszyna parł całą siłą do przodu. to nigdy nie ujrzałby jej tak wyraziście. niezdolny do myślenia ani do jakiegokolwiek ruchu. lecz czynił to wyłącznie siłą inercji. — Trzeba go stąd wydostać! — rzucił rozkazująco pan w meloniku. Tuż przy jego boku wychylił się niepozorny pan w meloniku. W sam czas. lecz nie wołał o pomoc ani nie krzyczał na najbliżej stojących. Kruszyna siedział na stopniu. wlokąc za sobą bezwładny. W pół godziny potem pan w meloniku stanął znów w bramie hali targowej na Koszykach. — Nudno — powtarzali jeden przez drugiego — żadnej machloi. wskazując na zaparkowanego na pobliskim placyku wanderera. Nawet tak mocarny mężczyzna jak Kruszyna tracił grunt w przemożnym falowaniu tłumu. Mały wanderer wyskoczył w kierunku Poznańskiej. — Czy stało się coś? — spytał usłużnie — może doktora? — Merynos nie dostrzegał nikogo. zostawiając w piersiach zlodowaciałą bryłę przerażenia: twarz prezesa Filipa Merynosa pod obwisłym rondem kapelusza była szara jak popiół. Z nieoczekiwaną siłą pan w meloniku wepchnął na pół bezwładnego Kruszynę do auta i zapuścił motor. W ten sposób sforsowali wyjście — Auto! — krzyknął pan w meloniku. Merynos opierał się coraz ciężej o Kruszynę. żadnego szatkowania… — Chodź. z twarzą w dłoniach. opierając podbródek na rączce laski. poprzez charkot rozróżnić można było słowa: — Żyje… nie żyje… widziałem… nie żyje… te oczy… — Do Pogotowia! — warknął pan w meloniku. Wyciągnął kluczyki z kieszeni Merynosa. — Tam! — krzyknął Kruszyna. tutaj! — Odpowiedziały mu wybuchy śmiechu i tłum zafalował w stronę głosu. Kruszyna zebrał resztki sił i grzmotnął barkiem w żywy mur: rozległy się krzyki protestu i oburzenia. plujących na boki i przed siebie wyrostków z rękami w kieszeniach.

lecz naraz Szaja cofnął się i podszedł do siedzącego. ale na kosz do śmieci. że szyderstwa ranią boleśnie jego godność własną. skórzany pugilares. masz głowę do ministerstwa. Uczyń z niego balona! — Spokój — rzekł cicho. Maniek. oglądając jednocześnie z niezwykłym zainteresowaniem żelazne wiązania po przeciwległej stronie hali. Gdy dotarł do skrzynki. Tylko bez krzyku… — To mówiąc. po czym zamierzał oddalić się. lecz twardo idący pośrodku grupy niewysoki facet w popelinowej wiatrówce z wełnianym ściągaczem — ty. . — Baaardzo szanownemu panu dziękuję — rzekł ze słodkim uśmiechem swych bezzębnych ust. wyciągając rękę — i chodź ze mną.wskazując na Kalodonta — dla zabawy. Szaja zatrzymał się na chwilę. Pan w meloniku podniósł go natychmiast i ruszył w stronę siedzącego na skrzynce staruszka. nie było na niej nikogo. to gną się jak smark na wietrze… — drwił niemiłosiernie Szaja. z godnością. już. Cała grupa minęła Kalodonta. — Czy mógłbym prosić uprzejmie o ognia szanownego pana? — rzekł nabrzmiałym grzecznością. zachwyconych. zasobna w wytarty. — Poruta! — krzyknął przenikliwie. którego na chwilę zasłonił mu przeciągający jak chmura tłum. Wokół było dosyć tłoczno i zanim ktokolwiek zdołał się połapać. lamusie… — posłyszał cichy głos przed sobą: przed nim stał niepozorny facet w welwetowej marynarce. Kolorowi chłopcy odwrócili się. skąd wróciła po sekundzie. Szaja — zaczął niepewnie Maniek — przecież… — Takiego kochanego staruszka chcą obskakiwać. alpagowej marynarki czcigodnego starca. zapalił papierosa i ruchem pełnym podzięki oddał zapałki Kalodontowi. Za nim sadził Klusiński jak rozżalony brytan. Wtedy dopiero Szaja zrozumiał. lecz i nieco oszołomionych tempem wydarzeń. mogące być tylko czarnym melonikiem. słodkim głosem. — Już dobrze. — Czego się ciskasz. wpadając między swoich ludzi. że ma przed sobą najpotężniejszego zeza w Warszawie i błyskawicznie rzucił się do ucieczki. jak olśnienie spadło nań. kozacy… kosiory. jego lewa ręka zanurzyła się w otwór czarnej. Wydało mu się bowiem. błysnął pod nosem Szai legitymacją milicyjną. Wbiegając w bramę Szaja wyrzucił pugilares z kieszeni w kąt. Szaja schował portfel do swojej kieszeni. Sekundę przedtem Juliusz Kalodont poderwał się jak ukąszony przez osę i pobiegł w stronę drugiego wyjścia. — Oddaj to. wznoszącą się wysoka nad sąsiednim stoiskiem. No. popartym pięknym ukłonem. obserwując scenę z zaciekawieniem: Kalodont sięgnął do kieszeni po zapałki i podał je Szai — w tej samej chwili. że po tamtej stronie w tłumie mignęło jakieś nakrycie głowy. gdy prawa dłoń zgiętego z uprzedzającym szacunkiem Szai wyciągnęła się po pudełko. zdezorientowany — i to go zgubiło. wpatrzony z uwagą w kunsztowną konstrukcję z młodej cebulki. ale szybko! — W grupie zapanowało zdyscyplinowane milczenie. smutna wasza dola… A jak przyjdzie do czegoś naprawdę. płyńcie stąd. już dobrze — rzekł niechętnie Stasiek — skończ ten nieziemski referat… — widać było. — Oddaj to — powtórzył facet.

— Gdyby nie ten mały facet — rzekł naraz nienaturalnie głośno Kruszyna — to nie wiem. — Jjjja nnnie wiem… — wybąkała Aniela. sukinsyn ostatni. żeby dali zastrzyk… Nie wiem. — na biurku. jej gruba twarz wyrażała wzruszenie. przystając przed Wilgą i . tłumiąc resztką opanowania histeryczny uśmiech. Na sąsiednim fotelu przysiadł Kruszyna: wyglądał. stracił wszelką kontrolę nad swymi odruchami. a zarazem płomienista zawziętość była w tych słowach. — Papierosa! — zawołał. ale żyje — rzekł Merynos. lecz niezdolna była wydusić z siebie słowa. doświadczonych ludzi prezes zwracał się właśnie do niej o radę. który zabrzmiał jak łomot zatrzaskiwanej krypty. Zapanowała cisza. włochatych piersiach. siedział blady Meteor. jakby przeleciał po nim tajfun najpotworniejszego pijaństwa. zmieniając okłady na głowie. która z miejsca przybrała zielonkawą barwę jego własnego krawata. bulgoczącego. — Ten człowiek umarł. — Wobec tego… — Meteor poruszył się niespokojnie. — A więc żyje — rzekł Merynos z ciężkim przydechem. koszulę miał rozpiętą na szerokich. na sercu leżał worek z lodem. jedwabnej koszuli. o którym wiesz. popędził tych tam lekarzy. zwalisty. — Aniela — rzekł Merynos — co — byś zrobiła. dłubiąc w nosie. z głową w dłoniach. blady jeszcze. wydało mu się bowiem naraz. sam to widziałem. — Wobec tego — powtórzył Merynos — musi umrzeć ponownie… — Tak zimna. że Meteor poczuł przemożną żądzę natychmiastowej ucieczki. Wstał nagle.. gdy tak stał. Nigdy bym nie uwierzył. — Żyje. że umarł przed laty — żyje? Zaległa pełna napięcia cisza. Podrzucił do Pogotowia. czego on chce… — rzekł Merynos. — Aniela — powtórzył Merynos — co byś zrobiła? Było w jego głosie coś strasznego. ja tak łatwo nie kituję. w rozchełstanej. strząsając z siebie worek z lodem i kompresy. Przy oknie stał Wilga paląc papierosa. że pewien drań i łubuz. Wilga zatrzymał w pół drogi rękę z podnoszonym do ust papierosem.8 Filip Merynos spoczywał nieruchomo w fotelu. Był bez marynarki. Meteor zapomniał o tkwiącym w nosie palcu. owłosione mięśnie ramion i piersi… — Jaaa?… — zaczęła Aniela. Wobec tych zaufanych. gdybym nie widział. — Albo umarł… albo żyje? — spytała dość rzeczowo. pewnym głosem — nie bój się. — Nie wiem. a Meteor zerwał się z zapaloną zapalniczką w ręku. Bądź spokojna. odsłaniającej ciemne. gdybyś się przekonała. Meteor wzdycHal ciężko. Wilga podał mu pudełko. co by było bez niego! — Prezes by wykitował! — rzekła Aniela z rozpaczą w głosie. podchodząc do Meteora i wbijając ciemne.. co by się stało. rozżarte oczy w jego twarz. lecz potężny. Przy fotelu kręciła się zaaferowana Aniela. że w tej sprzeczności jest coś komicznego. — Ty świński ryju! — dorzuciła z wściekłością w stronę Kruszyny — na tobie można polegać… — Aniela — odezwał się Merynos mocnym. Kruszyna poruszył się niespokojnie.

trzeba pomyśleć. po czym ogarnął Hawajkę zgłodniałym spojrzeniem. myliła się przy odbiorze bonów. — Lulek! — krzyknęła Hawajka. aby tak się stało. podawaniu. która na szczęście się nie zbiła. okropnym spojrzeniem po obwisłej twarzy inżyniera. że jak on nie może. — Wobec tego! — wykrzyknął nagle Merynos — wszyscy wont! Poszli precz! Kruszyna zostaje! Pierwszy rzucił się do drzwi Meteor jak goniony szarak. że praca szła jej dziś fatalnie. Drzwi zamknęły się cicho za nimi. Nic nadzwyczajnego — rzekł Kubuś obojętnie. — A jakże. może jej nie dasz? — wyszczerzyła złe spojrzenie na pana Śliwkę — nie pozwolisz? Stary baran! — syknęła z pogardą. ściskania się za szyję i dysput na temat niepowodzeń polskich kolarzy na trasie wyścigu Warszawa — Berlin — Praga. rozlała piwo na kontuar i wypuściła z ręki litrową butelkę wódki. to i inni nie mogą… Ciężko pracując ramionami Kubuś przepchnął się przez tłum i osiągnął szynkwas w chwili. sprężona dniem tęsknoty czułość. ale na dziś koniec… — Byłeś na tym kiermaszu? — spytała niecierpliwie Hawajka. gwałcąc ostentacyjnie zarządzenie pana Śliwki. Wilga poszedł za nim. kiwając z zakłopotaniem głową. zbierając po drodze okłady i worek gumowy z podłogi. Hawajka zwijała się w nieustannym nalewaniu. markowaniu. — Dobry wieczór pani — Kubuś skłonił się szarmancko kluchowatej kasjerce. poczuł strugę potu lepiącą mu koszulę do pleców. który nie był tchórzem. Skrzynka łomotnęła o podłogę. Prawda. — Robert — rzekł Merynos. a na pół zalotnie: — Po co? Ja dziś wcześnie kończę… Za pół godziny. co decyduje i zwycięża. po czym dodał z uśmiechem: — Dasz mi mój klucz? — Cała męska. inżynierze? — uśmiechnął się tak strasznie. że cię znów widzę… cieszę się… — rzekł cicho — stęskniłem się za tobą… — Lecz zaraz dodał głośniej: — Napracowałem się jak dziki osioł. że Albert Wilga. — Myśli. patrząc na Kruszynę — chodź no tu bliżej… Kruszyna podniósł się powoli z fotela i ruszył w stronę Merynosa jak zahipnotyzowany. wypadła zza kontuaru i gładziła delikatnie klapy marynarki Kubusia. mocnych zębów jak węszący krew drapieżnik. nadzieja i oczekiwanie zawarły się w tym na pozór chłodnym. nie bacząc na nic. niezawodnie! Dość już tych rozstrzygnięć przy pomocy kopniaków i żelaznych rurek! Głowa… Tu! — puknął się palcem w czoło — oto. — Prawda — wybąkał Wilga i uciekł bezradnym — spojrzeniem w okno. zakochana… — zanuciła z satysfakcją kluchowata kasjerka. — Jak to dobrze. że ja nie będę miał życia. lecz spokojnie: drzwi się nie zamykały ani na chwilę i ludzie pili na stojąco przy bufecie. stłukła trzy kieliszki. nieważnym pytaniu. — Co. dobrze pomyśleć. odwijając wargi znad białych. dobrze? — Kubuś ogarnął ją pełnym . precyzyjnie. W barze „Słodycz” było wesoło. przynoszeniu. póki on powtórnie nie umrze… Tym razem na zawsze… Na amen… Po to zaś. Hawajka odetchnęła głęboko i powiedziała. — Ale wiem.ślizgając się niewidzącym. popełniała błędy wydając zamówienia. uśmiechając się na pół wstydliwie. zaś Aniela wymknęła się spiesznie. dużo dziś było wokół wylewności. gdy Hawajka miała wynieść skrzynkę butelek po piwie. zaś Hawajka. Inna rzecz. bonowaniu i wydawaniu zamówień. — Co ty? Wariatka! — podskoczył pan Śliwka — zakochana? Na mózg ci się rzuciło? — Zakochana. Zaczekasz na mnie.

w sercu błogosławioną ciszę. kolego. kupiący się w przyzwoitej odległości przechodnie rozchodzili się szybko w milczeniu: wszystko razem trwało niezmiernie krótko. — Hawajka schyliła się po skrzynkę z butelkami: ruchy miała miękkie. Bezzębny chwycił oburącz twarz Kuby i błyskawicznie podstawionym barkiem. któremu balansujący skręt korpusu z ugiętego kolana nadał piekielną siłę. piegowata twarz przybrała wyraz bolesnego zdziwienia. dwie ruchliwe sylwetki wskoczyły na powalonego. kilka niewyraźnych sylwetek rozbiegło się bezszelestnie w różne strony. który poprzedzał awanturę. Małe. przyklejony do pustych dziąseł uśmiech rozszerzał się. wilgotnym połyskiem. jeszcze ktoś otworzył drzwiczki auta i Kubuś wrzucony został jak tłumok z brudną bielizną na podłogę samochodu. Z polecenia kolegi Kruszyny. poprzez uśmiech. Jezdnie i trotuary lśniły czarnym. stawał się podły. bezzębny posuwał się obok. żebyście zaraz ze mną do niego podskoczyli. ktoś czwarty pochwycił go wraz z bezzębnym w ramiona. stojące o kilka kroków od nich. Każdy ma swoje prywatne życie. szukając smaku niedalekich pocałunków. — Skoczę tylko na róg po papierosy — rzekł z uśmiechem — u was nie ma „Grunwaldów”. że najlepszy nawet żart będzie w tej chwili niestosowny. cześć! — Zaraz. — Kolega Kruszyna prosi was. kolego. kolego. wyrżnął go w podbródek: jednocześnie ktoś trzeci oderwał nogi Kubusia od ziemi. zaś na ulicy Żelaznej nikt nie jest skłonny do . jak się naprawdę nazywam” — pomyślał i poczuł się szczęśliwy. wstrętny. — No? — syknął Kubuś — jaki interes? — Taki — rzekł wolno. — Można wiedzieć. no nie? — uśmiechnął się z nonszalancją. kierując się w stronę baru „Słodycz”. zaraz — rzekł słodko bezzębny — ale i ja mam jeszcze do kolegi interes… — Kuba przystanął i spojrzał długo. ciemne auto zerwało się z miejsca. świeżą i przemytą majowym deszczem.wdzięczności spojrzeniem: bał się powiedzieć cokolwiek. bezzębny — jak do kapusia… — W tej samej chwili silny cios z tyłu w głowę rzucił Kubusia nieprzytomnie do przodu. który uśmiecHal. — Takie łaziorne numery nie przechodzą. Kubuś wyszedł wolno na ulicę. interes. — Czy kolega Piegus? — posłyszał za sobą lekko sepleniący głos. okrągła. przy brzegu trotuaru. gdyż czuł. Bezzębny odsunął się cicho i lekko. Odwrócił się i ujrzał niskiego faceta w wiatrówce z wełnianym ściągaczem. żeby wieczór gubić na interesy… Jutro się z Kruszyną skontaktuję. nie zgaszony motor grał donośnie. „Powiem jej dzisiaj. się doń ujawniając oszczędnie puste dziąsła. i Robert Kruszyna puścił przyciśnięte dygoczącą z emocji stopą sprzęgło. zapłacił. Kruszynie — rzekł Kubuś z niedbałą opryskliwością — że nie mam dziś dla niego czasu. Gablota czeka — rzekł po złodziejsku bezzębny. odebrał resztę. — Ja — mruknął Kubuś niechętnie i arogancko — a bo co? — Nic — uśmiecHal — się nadal z wysiłkiem bezzębny — mam do was. Kilku pośpiesznymi kopnięciami zapakowano wystające nogi do środka. wzrok spokojny. ciemne auto. Wziął w kiosku pudełko papierosów. — Powiedzcie. Przesunął językiem po zaschłych wargach. zatrzaskując za sobą z obydwu stron drzwiczki. stąpając bezgłośnie na podeszwach z białej gumy. ale nie spuszczał wzroku z Kuby. — Co jest? — spytał zwięźle Kubuś. zaczepnie na bezzębnego. Tymczasem. jaki kolega ma do mnie interes? — wycedził zimno: brwi uniosły mu się do góry. jakby pragnąc osłonić brak zębów. wskazując na małe. zaś nie potrafił kwitować wzruszeń inaczej niż żartobliwymi słowami.

że siedzi w kącie przy kawiarnianym stoliku o niby — marmurowym blacie. że siedzi na krześle. jeśli włosy rzeczywiście jeżą się pod wpływem takich efektów: spoza przepierzenia z desek rozległo się ni to wycie. Znajdował się w obszernej. zmieszany z słono — gorzkim smakiem krwi. surrealistycznych fotografiach. stojące w gęstym. W tej samej chwili dostrzegł dwie ciemne postać w płaszczach i w kapeluszach.natychmiastowych i nieprzemyślanych interwencji w tego rodzaju wydarzeniach. lecz coraz wypuklejsze kształty i kontury. zakończonej w głębi przepierzeniem z desek. I oto nastąpiło coś. aby się stąd wydostać. Polegać będzie na tym. odbierając . kieliszek i leżą papierosy. postąpiła parę kroków i usiadła na żelaznym łóżku: rozległ się słomiany chrobot wgniatanego siennika i zgrzyt zardzewiałego żelastwa. A wtedy pisania a pisania…” Coś. Serce skoczyło Kubie do gardła i załomotało dysząco. widniały jedynie kosztownie obute nogi. Sunął z trudem wzrok i wraz z rejestrowaniem poszczególnych wrażeń w umyśle wracała mu pełna przytomność. lecz nie dostrzegł niczego poza fałdami eleganckiego płaszcza burberry nad starannie zaprasowanymi spodniami i butami na słoninie. spoza których przebłyskiwało szparami światło. nienaturalnie wielkie i wyraziste jak na trickowych. rozjuszony bełkot. żelaznym łóżku?” Ze zdumieniem skonstatował. w stronę głosu. Wparł się mocniej do tyłu i wtedy zrozumiał. głębokim głosem wyższa z postaci. W ciemnościach zarysowały się powoli mętne. przy starym. słabo oświetlonej piwnicy. Postać. — Lepiej — rzekł z trudem Kubuś i to pierwsze wymówione słowo przywróciło mu pewność siebie. co było niegdyś uśmiechem. Twarz była niewidoczna. obywatelu Kudłaty? — zaatakował nagle. „Telefon? — pomyślał z pasją obudzonej dociekliwości. jęcząc z cicha przy najmniejszym poruszeniu karkiem. ustępując coraz wyraźniejszym ciemnościom. „To tu! — rozdarło mu mózg nagłe olśnienie. Opuchnięte oczy pełne były wibrującej szarej mgły. ustępowały powoli. jak mógł. co kazało Kubusiowi zapomnieć o bólu i o walce. spęczniałym wołaniem. która pozostała w ciemnym kącie. w rozbitych ustach poczuł okropną bryłę bólu. Kubuś spojrzał najprzenikliwiej. nabrzmiały okropnym. piwnicznym mroku przeciwległego kąta. o napięciu myśli i ostrożności. drgnęła niespokojnie. — Jestem na miejscu! U Kudłatego! — po czym dodał z najwyższą satysfakcją: — Pierwsza część mego zadania spełnić na! Druga zapowiada się o wiele trudniej. ni to śpiew. skrzywiło mu zmaltretowane wargi. Zaczynał trzeźwieć. jakiś obłąkańczy. jaki jest następny punkt programu. „Co o mnie pomyśli moja dziewczyna?” — przypomniał sobie i myśl ta zgasiła w nim mizerną resztkę pociechy. — No jak? Lepiej? — spytała łaskawym. — Czy mógłbym wiedzieć. co zjeżyło mu włosy na rozbitej głowie. szara mgła przecierała się i darła. na którym stoi butelka wódki. W uszach dudnił nieustający szum. — Co tu robi nowiutki aparat telefoniczny? Na drewnianej skrzynce. Fioletowe. Przetarł z wysiłkiem oczy i rozejrzał się. zakopana w ciemność. Jakub Wirus uniósł niezręcznie trzęsące się dłonie do głowy. rozpływał się z wolna w rozedrganej ciszy. w ustach zgrzytał piasek zeschniętej śliny. wirujące koliście wokół obolałej głowy. płomienne kręgi.

oddech i świadomość. — Bardzo ładnie — rzekł spokojnie facet na łóżku — bardzo ładnie. Godna pochwały taktyka. Tak zwana — na chama, co? Żadnego udawania, żadnego skomlenia, żadnych pytań za co, po co i dlaczego? W tym momencie Kubuś wyłuskał po raz pierwszy spojrzenie z odległego półmroku łóżka: ciemny, błyszczący, okrutny wzrok mądrych oczu. „Wie wszystko! — przemknęło mu przez mózg — wszystko odkrywa…” — Drogi chłopcze — ciągnął głos z łóżka — pomyłka. Nie jestem tym, za kogo mnie bierzesz. Ale… przyrzekam ci, poznasz dziś jeszcze pana Kudłatego. I znów, jakby na dźwięk tego słowa, rozległ się straszliwy śpiew i bełkot, donośny, przenikliwy, rozdzierający. Co gorsze, nie umilkł, jak za pierwszym razem, lecz przeszedł w cichsze, chrapliwe nucenie. „Niech to się skończy — pomyślał z umęczeniem Kubuś — nie mogę się bronić, nie mogę myśleć, póki to tam brzęczy…” — Czuł lepki, wstrętny pot oklejający mu ciało, serce, mózg, nerwy. Stojąca w kącie postać oddycHała szybko i świszcząco, oparłszy się ciężko o ścianę. — Proszę mi powiedzieć — rzekł głos z łóżka — kto wygrał dzisiejszy etap? Był pan przecież po południu w redakcji, nie? Ta nieoczekiwana grzeczność obudziła w Kubusiu ironię, sparaliżowaną dotychczas strachem. — Rozumiem pana — rzekł wolno. — Wiem, co to znaczy niepokój prawdziwego sportowego kibica, zanim dowie się o wynikach. Nie mogę pozwolić, by się pan dręczył, i dlatego rezygnuję ze swego incognito. Oczywiście — wiem, co było na trasie. Polacy przegrali etap. Nadal przegrywają. Ale ja wierzę, że już niebawem zaczną zwyciężać. Odrabiać teren. — Bardzo chwalebna wiara. Patriotyczna. No, zobaczymy… Robert, papierosa! Robert Kruszyna wynurzył się z kąta i podał leżącemu pudełko. Ognik przytkniętej do papierosa zapałki oświetlił na ułamek sekundy twarz pod kapeluszem. Była Kubusiowi zupełnie nieznana. — Mój przyjaciel Kruszyna… — westchnął ciężko Kubuś — czyżby to on mnie tak oporządził? — Musi mu pan to wybaczyć — rzekł grzecznie facet z łóżka. — Uczynił to na moje polecenie i raczej z ciężkim sercem. Chociaż uraził go pan dotkliwie, odmawiając spotkania się z nim. To traktowanie jest wyłącznie skutkiem pańskiego uporu, redaktorze Wirus. Od dawna pragnę zobaczyć pana, wobec tego poprosiłem naszego wspólnego przyjaciela, pana Kruszynę, aby mi to ułatwił. Niestety, wykazał pan brak chęci w tym kierunku, co pociągnęło za sobą chwilowe gwałty. Widać było, że mówiący syci się swymi słowami. „W tym może być ratunek — pomyślał bystro Kubuś — trzeba z tego korzystać”. — A więc widzi mnie pan, prawda? — rzekł z próbą uśmiechu. — Czy nie wystarczy na dzisiaj? Mogę już iść do domu? — Jeszcze nie — rozległ się głos z łóżka — pragnę się panu przyjrzeć dokładniej. W tej chwili nad głową Kubusia zapaliło się światło, silne i skierowane pionowo w dół. Przez chwilę Kubuś siedział jak pod filmowym jupiterem, po czym rzekł swobodnie:

— Coś pięknego! Mocna rzecz! Niezapomniane efekty świetlne! Jestem Panu wdzięczny za tę olśniewającą iluminację, panie… niestety, nie znam Pańskiego nazwiska? — Całe szczęście — rzekł facet z łóżka — i nie pozna go już pan. — Obserwował pilnie opuchniętą twarz Kubusia i zmierzwione blond włosy. Podarta, barwna muszka i wymiętoszona marynarka dopełniały obrazu klęski i tylko nieugięte, piwne oczy Kubusia świadczyły o tym, że walka trwa i toczy się dalej. — Szkoda takiego utalentowanego młodzieńca jak pan… — dodał z nagłym rozdrażnieniem w głosie. — Nie rozumiem — rzekł Kubuś i spytał: — Czy mogę zapalić? — Proszę — rzekł głos z łóżka — i proszę wypić kieliszek wódki. Stoi przed panem. To panu dobrze zrobi — dodał przyjaźnie. Chrapliwe zawodzenie za deskami wzniosło się na moment do ogłuszającego ryku. Człowiek na łóżku nie zwracał na nie najmniejszej uwagi, wobec czego Kubuś nalał sobie drżącą ręką kieliszek wódki i wychylił go, przetrzymując przez chwilę alkohol w jamie ustnej. Ostry płyn piekł rany, lecz przynosił ulgę. „Widocznie należy tu do dobrego tonu nie zwracać uwagi na wycie dzikich zwierząt lub krwiożerczych obłąkańców” — pomyślał Kubuś i ostry dreszcz przeleciał mu mrowiem po plecach. — Szkoda, że się pan marnuje — rzekł facet z łóżka. — Ile pan zarabia w tym swoim „Expressie”? — Zależy — rzekł wymijająco Kubuś, zapalając papierosa; jupiter nad głową parzył nieznośnym gorącem. — Nie mógłby pan zgasić tej nocnej lampki? — spytał niedbale Kubuś. — Będzie przytulniej. — Mógłbym — rzekł facet, nie gasząc. — Ile pan trafia miesięcznie w tej gazetce? — Raz gorzej, raz lepiej — uśmiechnął się Kubuś; był to bardzo wymuszony uśmiech, reflektor roztapiał mu mózg. — A ile panu daje Nowak? — Nowak? — zdziwił się szczerze Kubuś. — Kto to jest Nowak? — Nie wie pan? Aha, nie wie pan… W porządku. No, mniejsza o to. Chciałem, żeby pan objął robotę po Morycu. Trafiałby pan wtedy coś z dziesięć tysięcy miesięcznie… — w głosie faceta zabrzmiała żałosna melancholia. — No, ale teraz… Więc czego pan chciał od Kruszyny? — dorzucił nieoczekiwanie ostro. — Ja? — odparł obronnie Kubuś — niczego specjalnego nie chciałem. Lubię nowe znajomości, zawieram je bardzo chętnie. — Chciał zarobić parę złotych — wtrącił zupełnie niespodziewanie Kruszyna; głos miał schrypły ze zdenerwowania i długiego milczenia. — Chciał trafić jakąś dolę… Tak mówił… — dodał usprawiedliwiająco. — Nie wtrącaj się — warknął człowiek na łóżku i Kruszyna zamilkł, cofając się jeszcze bardziej w swój kąt. — Dlaczego? — rzekł zuchwale Kubuś — to racja! Nawet należy mi się wypłata za reklamę waszego kiermaszu, panowie… — Należy ci się — głos z łóżka stał się naraz ujadający i wściekły — należy ci się! Za to, że tamten się nie zjawił… Dobra robota. Na medal. Kto napisał ten artykuł o zabójstwie Mechcińskiego? — dorzucił nagle, zaskakująco. Kubuś zawaHal się. Przeszyła go krótka, jasna pewność, że tak trzeba.

Zmrużył z wysiłkiem oczy i rzekł dobitnie: — Ja. — Tego się mogłem spodziewać. No, synku, zasłużyłeś sobie. Z początku myślałem, że ten artykuł wart będzie dla mnie ładne parę tysięcy, ale się przeliczyłem. Teraz to widzę. Wykołowałeś mnie, nie można powiedzieć. Ten artykuł pomógł, ale nie mnie. Zresztą, teraz jest wszystko jasne… — ostatnie słowa zabrzmiały ciszej, jakby wypowiedziane do samego siebie. Nagłym, szybkim ruchem zerwał się z łóżka i stanął na szeroko rozstawionych nogach pośrodku piwnicy. Mocno ściągnięty paskiem, krótki i szeroki przy kolanach płaszcz nadawał jego sylwetce wyraz sprężystej siły. „Wspaniale wygląda! — pomyślał w tej chwili reporter Wirus. — Przystojny kawał chłopa… Kto to jest?” — Kolego — rzekł człowiek w płaszczu złym głosem — kiedyś jeden z moich przyjaciół pytał cię, skąd wiesz o śmierci Mechcińskiego. Skłamałeś. Nie znałeś żadnego Siupki, nie jeździłeś do Anina, do dziewczyny Moryca. I teraz łżesz. Cały czas grasz, napuszczasz, czaisz się, chcesz mnie wystawić do wiatru. Dlaczego to robisz? I dla kogo? — Dla nikogo — rzekł jasnym głosem Kubuś. — Jestem dziennikarzem. Chcę wiedzieć, co się dzieje w tym mieście. — Kłamstwo! — syknął mężczyzna w płaszczu — robisz to dla ZŁEGO… Jesteś jego człowiekiem. Ostrzegałeś go przed milicją w tym artykule, pokrzyżowałeś mi wszystko! Zniszczyłeś dzisiejszą akcję! Kruszyna szarpnął się do przodu, twarz jego bielała w półmroku jak nafosforyzowana. — Ale chcę ci dać szansę… — człowiek w płaszczu zbliżył się do Kubusia, odsłaniając ciemną, mięsistą twarz, skrzywioną napięciem niedobrych decyzji. — Powiedz, czego chce ZŁY, a może dogadamy się… — To ładne — rozległ się wymuszony śmiech Kubusia — właśnie po to przyszedłem do was, żeby się o tym dowiedzieć… Żeby wiedzieć, kto to w ogóle jest… Człowiek w płaszczu cofnął się aż do łóżka. Zapalił papierosa, po czym rzekł zimnym, okrutnym, znów opanowanym głosem: — Trudno. Skoro jesteś taki twardy, to niech to pan Kudłaty rozstrzygnie. Chrapliwy, basowy pomruk za przepierzeniem, pokryty dotychczas pełnym wrzenia dialogiem, wzniósł się na dźwięk tych słów do okropnego zawodzenia. „Dość… dość! — zatłukło się w umęczonej głowie Kubusia — tego nie można wytrzymać! To nie do zniesienia!” W tym morrre cie zgasło światło nad jego głową. Człowiek w płaszczu podszedł wolno do zbitych z krzywych desek, połatanych dyktą drzwi i zapukał. Pukanie rozległo się jak werbel przeznaczenia na tle niesamowitego śpiewu. Kruszyna cofnął się jeszcze, skulił w swym kącie. Człowiek w płaszczu nacisnął żelazną klamkę i otworzył drzwi — gęsty smród runął w zatęchłe powietrze piwnicy. Słychać było jakieś gramolenie się, ochrypłe postękiwanie i w drzwiach stanęła ogromna postać równa wzr