PLATON

PAŃSTWO

Rządzącym w Polsce dedykuje Wydawca

PLATON

PAŃSTWO

Przełożył, wstępem i komentarzami opatrzył: WŁADYSŁAW WITWICKI

Kęty 2003 Wydawnictwo ANTYK

TYTUŁ

ORYGINAŁU

Wydanie na podstawie: Platon, Państwo, Prawa, Wydawnictwo ANTYK, Kęty 2001

Przełożył, Skład i

wstępem łamanie

i

komentarzami tekstu:

opatrzył:

Władysław Jacek

Witwicki Furtak

Agnieszka

Furtak,

Korekta: Renata Sulawa, Maria Mydlarz Redakcja: Marek Derewiecki Druk i oprawa: Cieszyńska Drukarnia Wydawnicza ul. Pokoju 1 43-400 Cieszyn

ISBN 83-88524-80-1

1050058708
Wydawnictwo A N T Y K - Marek Derewiecki ul. Szkotnia 29a, 32-650 Kęty Tel./fax (033) 8454149, 0603931607 E-mail: wydawnictwo@antyk.kety.pl www.antyk.kety.prv.pl Dystrybucja: Firma Dystrybucyjna ANTYK, tel. (033) 8561584, 0502637305

WSTĘP OD TŁUMACZA
Platon nie był systematykiem ani człowiekiem zrównoważonym i spokoj­ nym. Treści jego pism n i e p o d o b n a związać w układ wolny od sprzeczno­ ści, porządny, z a m k n i ę t y . W poszczególnych dialogach nie zawsze łatwo znaleźć temat główny i położyć pod t y t u ł e m dopisek, który by mówił, o co właściwie chodzi w danej rozmowie. W toku dialogów, jeśli zważać na styl, na zabarwienie uczuciowe ustępów, na ich siłę sugestywną - nie zawsze ła­ two odgadnąć, po której stronie grają sympatie autora, który z dwóch prze­ ciwników wypowiada to, co autor sam uważa za słuszne, a który zajmuje stanowisko autorowi obce i antypatyczne. Akcenty wiary i uczucia padają często po obu stronach, które prowadzą w dialogu walkę. To wygląda na ślad walk wewnętrznych w duszy samego autora. To tylko widać zawsze, że t e n człowiek nie pisał nigdy na zimno, że jego myśli mają gorący, żywy podkład uczuciowy, że go osobiście mocno obchodziło to, co pisał. Uczucie ponosi go, psuje mu dyspozycję, powoduje dygresje i burzy proporcję w roz­ miarze ustępów. Podobnie jest i w Politei, czyli w Państwie. To główne dzieło Platona po­ rusza bardzo wiele bardzo różnych zagadnień i robi to niekoniecznie po po­ rządku. Myśli biegną tu w miarę, jak się która nasunie - autor ma wolny czas i nie chce się krępować w mówieniu. Wędruje sobie nie wyznaczony­ mi z góry ścieżkami, jak Ariosto, jak Byron, jak Słowacki w Beniowskim. Jakby ktoś może i w ciągu wielu lat spisywał sobie myśli, które go niepoko­ iły, i pisał je nie dopiero wtedy, gdy były już gotowe i wyraźne, ale notował je już w chwili, gdy się dopiero tworzyły i wyłaniały z mgły. Myśli czasem chwieją się jeszcze i dopiero się precyzują. Dla czytelnika duża w tym po­ budka do własnego myślenia. Platon nie wykłada z katedry i bardzo rzadko podaje gotowy zbiór twierdzeń, przeważnie myśli głośno i próbuje, wprowa­ dza czytelnika do swojego warsztatu pracy myślowej, pokazuje mu roboty dopiero zaczęte i pracuje przy nim jawnie. To bardzo pociąga, zbliża i to może działać lepiej niż systematyczny wykład. A o co mu tutaj chodzi przede wszystkim? Chodzi mu przede wszystkim o to, jaki powinien być człowiek lepszy, człowiek pierwszej klasy i jak po­ winien wyglądać porządny ustrój państwowy. Chodzi o to, co właściwie by­ łoby słuszne, sprawiedliwe, wskazane, czcigodne, dobre w postawie ducho­ wej człowieka i w ustroju państwa tak samo. I czy warto, czy nie warto być takim, jak się należy, a więc: czy sprawiedliwość opłaca się jakoś, czy nie opłaca się w ogóle.

6

Platon, Państwo

I tu p e w n a t r u d n o ś ć w czytaniu, a większa jeszcze w p r z e k ł a d a n i u pla­ tońskiego Państwa. Bo wyraz „sprawiedliwość" i „człowiek sprawiedliwy" w językach nowoczesnych albo zaniknął, albo co najmniej zwęził swoje zna­ c z e n i e w porównaniu do tego, którym się posługiwał Platon. Dziś o nikim się nie mówi, że jest człowiekiem sprawiedliwym, nikogo się tymi wyrazami nie chwali ani nie gani, chyba że chodzi o sędziego w sprawach karnych lub cywilnych, o r e c e n z e n t a , o krytykę, o miarę lub wagę, o pomiar, o o c e n ę . Kto niczego nie ocenia, ten nie ma żadnego pola do tego, żeby się okazać sprawiedliwym lub niesprawiedliwym. Starożytny „człowiek sprawiedliwy" to tyle, co dzisiejszy człowiek „ p o ­ r z ą d n y " , przyzwoity, jak się należy, jak być p o w i n i e n , d o b r y c h a r a k t e r , „człowiek wzorowy". „Sprawiedliwość" wyjdzie na tyle co: „stan popraw­ ny", należyty, porządek, ład wewnętrzny. T r z e b a o tym p a m i ę t a ć , ile razy spotykamy w tekście „sprawiedliwość" i „człowieka sprawiedliwego". Od czasu śmierci Sokratesa zagadnienie sprawiedliwości i niesprawiedli­ wości musiało Platona nurtować. Przecież w tym było coś rozdzierającego, że właśnie ten człowiek - taki dobry, cichy, czysty, opanowany i rozumny, wolny od wszelkiej chciwości, żądzy wpływów i o d z n a c z e ń , człowiek na­ p r a w d ę sprawiedliwy, wzorowy - musiał zginąć w więzieniu z wyroku sądu p a ń s t w o w e g o , z p i ę t n e m człowieka niesprawiedliwego na wysokim czole. Sprawiedliwymi czuli się ci, którzy go skazali. Tak wyglądał „akt sprawie­ dliwości" w roku 399. Stąd zrozumiały b u n t w duszy młodego Platona i potrzeba przemyślenia do gruntu zagadnienia sprawiedliwości i niesprawiedliwości. Skoro dziś naj­ lepsza j e d n o s t k a p a ń s t w a musi ginąć z wyroku państwa, to jakże to jest? Kto tu właściwie jest niesprawiedliwy? Sokrates czy państwo? Rzecz jasna i niewątpliwa, że o b e c n e p a ń s t w o . Ustrój demokratyczny, który na czele stawia j e d n o s t k i i grupy „ n i e u r o d z o n e " i nie p r z y g o t o w a n e do rządzenia. Tak się Platonowi wydawało. Ci l u d z i e powinni p a t r z e ć każdy swego k o p y t a , a nie bawić się w sę­ dziów, wodzów i rządców państwa. Dopiero to byłaby sprawiedliwość. To b y ł b y stan należyty. I równowaga, i spokój. P o d o b n i e jak p o s z c z e g ó l n y c z ł o w i e k jest sprawiedliwy, jest jak się należy w t e d y d o p i e r o , gdy każda z trzech części jego duszy robi swoje. A więc, gdy rozum rządzi i decyduje, t e m p e r a m e n t rozumowi pomaga, a pożądania słuchają rozumu. P o m i ę d z y duszą ludzką a p a ń s t w e m P l a t o n widzi i s t o t n e p o d o b i e ń s t w o w b u d o w i e i w warunkach zdrowia i szczęścia jednego i drugiego z nich obojga. Platon już z arystokratycznego domu wyniósł pogardę dla typu ateńskie­ go demokraty, którego znamy choćby z komedii Arystofanesa. Tragedia mi­ strza m u s i a ł a z a o s t r z y ć skrajnie j e g o p o g a r d ę i n i e c h ę ć do i s t n i e j ą c e g o ustroju i do panującego typu psychicznego. Właśnie tu, w tekście Politei, P l a t o n rozgląda się w różnych formach ustrojów i próbuje pokazać, jak to różne typy ustroju państwa mają swoje odpowiedniki w różnych typach cha-

Wstęp od tłumacza

7

rakterów ludzkich. Próbuje w myśli stworzyć państwo idealne i określić idealny typ duszy ludzkiej, który by takie państwo potrafił założyć i utrzy­ mać. Wielka ucieczka od bolesnej, obrzydłej rzeczywistości w świat marzeń. A jeżeliby państwo miało być jak się należy, to jak i czego by należało uczyć młodzież i jak ją chować? Młodzież uczyła się w Grecji na tradycją przekazanych dziełach poetów. Więc wypadało się rozprawić z poezją i za­ pytać, czy w poezji ojczystej wszystko jest mądre i piękne, i dobre, czy nie wszystko. Nie tylko z tego powodu. Przecież Platon sam był poetą, ale od Sokratesa przejął poczucie odpowiedzialności za prawdę mówionych słów. Aby się na włos nie mijać z prawdą. Platon nadzwyczajnie zawsze skupiał uwagę na słowdch i wyławiał ich najgłębiej ukryte barwy i znaczenia. Wcale nie tak, jak to robi ktoś, kto je tylko śpiewa, słucha ich powierzchownie albo je odmawia i powtarza, nie sięgając w głąb. Mieszkało w nim przynajmniej dwóch ludzi. J e d e n lubił się upajać słowami i wyglądem tego, co mu się w szacie słów zjawiało, a ko­ chał język tak, jak można kochać i n s t r u m e n t muzyczny. Umiał pisać tak, jakby grał. A z tą nieodpartą skłonnością poetycką walczył w nim samym człowiek s u m i e n n i e i ostrożnie poszukujący prawdy; unikający jak ognia pięknej złudy, aby tylko wiernie opisać rzeczywistość. Typ badacza. Tych obu ludzi dopuścił Platon w Politei do głosu. Jego łamanie się tutaj z wpły­ wem poezji na dusze ludzkie - to łamanie się z samym sobą. Od tego się dialog zaczyna i na tym się kończy. P o d o b n i e jak walka trzeźwych, bezwstydnych poglądów na egoistyczne pobudki rządzenia w państwach z poglądami na psychologiczne tło rządów, które byłyby idealne - to jest też wewnętrzna walka samego Platona - rozło­ żona na głosy uczestników dialogu. Ale to nie jedyny motyw w tej pracy. Platon widział, jak się ząb czasu nie chwyta wielkich dzieł duszy ludzkiej, w y k o n a n y c h w k a m i e n i u lub o d n o t o w a n y c h na p a p i r u s a c h i w r a ż o n y c h w żywe dusze ludzkie. Musiał mieć to poczucie, że i jego myśli n i e p r ę d k o zgasną, że j a k o ś b ę d z i e żył i działał t a k ż e i po śmierci, a m o ż e się i cały odrodzi w jakimś nowym późniejszym człowieku. Znalazła się więc w treści rozmowy i sprawa życia zagrobowego. Ona stanowi nawet r a m ę dialogu jego wstęp i jego zakończenie. Musiała być dla autora osobliwie ważna. Platon kochał się w konkretnych widowiskach zmysłowych i znał się na rysunku perspektywicznym, łudzącym, a wiedział, że obraz żaden nigdy nie oddaje rzeczywistości samej, tylko odtwarza chwilowy i znikomy wygląd ja­ kiejś j e d n e j strony rzeczywistego przedmiotu. Rzeczywiste przedmioty to nie są ich widoki zmysłowe. Rzeczywiste p r z e d m i o t y kryją się d o p i e r o poza nazwami ogólnymi. I najściślej je ujmujemy w myśleniu nieobrazowym. I ten pogląd musiał tu Platon rozwinąć, mówiąc o kształceniu arysto­ kracji takiej, jaka by, jego zdaniem, być powinna. On sądzi, że to powinna być elita intelektualna o najwyższym wykształceniu. Jego teoria poznania wykwitła z walki wewnętrznej między malarzem, którym Platon był, i mate­ matykiem, którym chciał być.

8

Platon, Państwo

A jeżeli idzie o sprawy serca, to Platon nie reagował na uroki dziewcząt i nie kochał żadnej kobiety. I to się też odbiło w jego myślach o tym, jak urządzić w przyszłym s p o ł e c z e ń s t w i e stosunki k o b i e t i m ę ż c z y z n . Myśli oschłe i pedantyczne. Homoseksualista w roli organizatora małżeństw i ro­ mansów. Interesowali go zawsze chłopcy najzdolniejsi i ludzie najbardziej wybitni a dobrze wychowani. We wszystkch innych widział tylko żywy ma­ teriał, z którego przy pomocy żelaznej ręki można i należy formować po­ rządny dom lub porządne państwo; nie pytając ich o to, czy tego chcą, czy nie i czy im w tym dobrze, czy źle. Instytucje - uważał - nie są dla przyjemności wszystkich jednostek. Jed­ n o s t k i l u d z k i e są dla i n s t y t u c j i . C h o d z i o p o r z ą d n e i n s t y t u c j e , a n i e o szczęście każdej j e d n o s t k i z osobna. Stąd jego państwo idealne przypo­ mina jakiś wielki klasztor, kryminał, obóz koncentracyjny albo państwo tot a l i s t y c z n e . Stąd p r o j e k t y surowej, ścisłej cenzury, stosowania k ł a m s t w a w polityce i przymusów bezwzględnych nawet w życiu najbardziej prywat­ nym, choćby się w tych więzach miały dławić jednostki. Pomiędzy te sprawy wplótł Platon refleksje o formie i treści prozy wzoro­ wej, o egoizmie, o gimnastyce i o szanowaniu zdrowia, o próbowaniu cha­ r a k t e r ó w i o kwalifikacjach sędziów i lekarzy, o kształceniu i g i m n a s t y c e d z i e w c z ą t , o p r z y s p o s o b i e n i u wojskowym k o b i e t i dzieci, o p e n s j a c h za udział w rządzie, o p r a w d z i e i o fałszu, o p r z e z n a c z e n i u i o wolnej woli, o władzach duszy ludzkiej i o równowadze w e w n ę t r z n e j , o zaletach ludz­ kich, o braku równowagi i o bardzo wielu innych sprawach. To jest książka 0 treści niezmiernie bogatej. Mieni się w oczach i treścią, i formą. Bo ma raz postać s c e n i c z n e g o skeczu z jaskrawą charakterystyką osób występujących na scenie, raz ma wygląd gawędy, raz proroczej wizji. Raz dialog płynie jak pieśń, a na i n n y m miejscu jest siekany jak rozmowa na scenie w komedii. Uczestnicy dialogu raz się przeciwstawiają Sokratesowi poważnie i z sensem, a w innych miejscach przytakują tylko niepotrzebnie, aby jakoś z pomocą tych łatek przerobić długi monolog Sokratesa na pozor­ ny dialog. I nastrój raz j e s t w rozmowie pogodny, raz ponury, to z n o w u podniosły, często humorystyczny; jest tam ironia i są kpiny, skargi i marze­ nia, tęsknoty i sny, ataki, walki, dowcipy, maskowanie się i otwieranie serca, 1 m ó w i e n i e rzeczy z dna duszy dobytych w postaci żartów, jakby nigdy nic, i u d a w a n i e Pytii dla żartu, i m ó w i e n i e rzeczy z pozoru o p a c z n y c h , nad którymi tylko pomyśleć trzeba, a zaczynają świecić. Platon się przeważnie bawi, pisząc. Uśmiecha się. O tym nigdy nie należy zapominać czytając.

U C Z E S T N I C Y ROZMOWY Najwięcej mówią z Sokratesem dwaj młodzi ludzie: Glaukon i Adejmantos, s y n o w i e Aristona. To r o d z e n i bracia P l a t o n a . O d z n a c z y l i się w bitwie pod M e g a r ą . O b a j w y k s z t a ł c e n i i przyjaźnią się z S o k r a t e s e m . I n t e l i g e n t n i e

Wstęp od tłumacza

9

pobudzają go, ż e b y głośno myślał, i dostają od n i e g o w y m o w n e p o c h w a ł y . Żywszy t e m p e r a m e n t objawia m o ż e G l a u k o n . C z y t a m y w dialogu, że j e s t muzykalny i kochliwy, jesteśmy świadkami jego wymowy. Towarzyszył Sokra­ tesowi w przechadzce do Pireusu i razem z nim odwiedza dom Polemarcha. O P o l e m a r c h u czytaliśmy już w Fajdrosie. Wiemy, że to r o d z o n y brat mówcy Lizjasza, a syn staruszka Kefalosa. Ale twarzy jego i postaci nie wi­ dzimy w ż a d n y m s p o s o b i e . Kefalos j e s z c z e za czasów P e r y k l e s a , o k o ł o r. 440, przeniósł się był z Syrakuz do Pireusu, powodziło mu się dobrze, sy­ nów wyprowadził na łudzi, do pieniędzy się nie przywiązywał, dobre towa­ rzystwo cenił, bywał u najwybitniejszych ludzi współczesnych i z a p e w n e oni u niego. C z ł o w i e k inteligentny, lepszy, choć nie filozof. Widać i na nim wpływ oświecenia i krytycyzmu w s p ó ł c z e s n e g o , chociaż i on siłą nawyku tkwi w d a w n y c h w i e r z e n i a c h i obyczajach religijnych. N i e c h c e lub nie u m i e bawić się w m y ś l e n i e s a m o d z i e l n e , d y s p u t y zostawia m ł o d s z y m , ale im nie przeszkadza i nie narzuca młodym swojego stanowiska. Wydaje się P l a t o n o w i bliski i s y m p a t y c z n y , c h o ć n i e c o p r o s t o d u s z n y . Staruszek p r z e c z u w a jakoś, że szczęście d o c z e s n e i p o ś m i e r t n e m u s i iść w parze z dobrym charakterem człowieka. Zna wartości wyższe niż groma­ dzenie majątku. P l a t o n w t e k ś c i e dialogu usiłuje rozwinąć i uzasadnić to właśnie, co poczciwy Kefalos, zgodnie z tradycją, przeczuwa - w postaci mi­ tycznej. Staruszek trochę się wstydzi, że mity o życiu zagrobowym bierze serio w obecności wolnomyślnej młodzieży. Platon sam skończy dialog wła­ snym m i t e m o życiu zagrobowym, kiedy się ostro i wolnomyślnie rozprawi z tradycyjnymi mitami w księdze drugiej i trzeciej. Rozmowa z Kefalosem jest uwerturą dialogu i zawiera motyw przewodni całego dzieła. Ostro atakuje Sokratesa sofista Trazymachos z C h a l k e d o n u . Czytaliśmy i o nim w Fajdrosie. Jego podręcznik sztuki retorycznej zaginął. W naszym dialogu dał mu Platon rysy zabawne, jaskrawe, ale kazał mu mówić rzeczy zgoła nie tak o p a c z n e i n i e m ą d r e , jak się czytającemu może wydawać na pierwszy rzut oka. Trazymach, p o d o b n i e jak Kalikles w Gorgiaszu, wypo­ wiada się zbyt przekonywająco jak na to, żeby wszystko, co z jego ust usły­ szymy, chciał Platon podawać na śmiech.

CZAS ROZMOWY N i e p o d o b n a wskazać daty ani roku, w którym ma się odbywać nasza roz­ mowa. K o m e n t a r z e odsyłają nas p o m i ę d z y rok 451 a 408 przed Chr. Ko­ mentarz Apelta z r. 1916 uważa ostatnią datę za najbliższą prawdy. J o w e t t i C a m b e l l podają 411 przed Chr. Apelt słusznie zwraca u w a g ę na to, że nasz dialog nie ma być protokołem z rozmowy rzeczywistej i nie ma powo­ du trudzić się nad wyznaczeniem czasu rozmowy zmyślonej. Tym bardziej, że rozmowa tej długości jest w ogóle n i e p r a w d o p o d o b n a . I to rozmowa z j e d n e j nocy. To miała być noc po święcie trackiej bogini

10

Platon, Państwo

Bendis. W którym roku wprowadzono do Pireusu kult tej bogini, nie wia­ d o m o . Jej święto, Bendideje, obchodzono szóstego lub siódmego czerwca. Więc jakaś pogodna noc letnia. W i e m y z Charmidesa, z jakim u ś m i e c h e m mówi tam P l a t o n o „ t r a c k i c h " m o d l i t e w k a c h i zaklęciach. „ T r a c k i " znaczy w jego języku: dziwaczny, nie­ zwyczajny, niezrozumiały, dziwny, śmieszny, a kryjący w sobie siłę n i e p o ­ spolitą. C o ś ś w i ę t e g o , ale n i e w e d ł u g obyczaju ojców. Skarga M e l e t o s a i towarzyszów zarzucała Sokratesowi, że wprowadza „ i n n e bóstwa - n o w e " . M ó g ł o n i e j p a m i ę t a ć P l a t o n , k i e d y swoje myśli o i d e a l n y m c z ł o w i e k u i o państwie idealnym kazał swojemu Sokratesowi rozwijać w tę właśnie noc, k i e d y to A t e ń c z y c y sami w p r o w a d z i l i do P i r e u s u „ i n n e b ó s t w o - n o w e " tracką Bendis. Ale posłuchajmy, jak zaczyna swoje o p o w i a d a n i e o n i e d a w n y c h odwie­ d z i n a c h w P i r e u s i e t e n , co to miał nie u z n a w a ć bogów, których p a ń s t w o uznaje. # # # # # Opracowując niniejszy przekład opierałem się na tekście greckim w wy­ daniu B. Jowetta 1 . Do porównania służył mi tekst grecki i komentarz J. Adama 2 . N i e k t ó r e dane rzeczowe, potrzebne do objaśnień, zaczerpnąłem z komen­ tarza Apelta 3 . W ł a s n e objaśnienia n a t u r y p s y c h o l o g i c z n e j , filozoficznej i e s t e t y c z n e j oparte są przede wszystkim na treści i formie tekstu greckiego, oddanej tu, ile możności, w przekładzie polskim.

1

Platos Republic, E d i t e d with n o t e s and essays by t h e late B. J o w e t t . M. A. ... and C a m p b e l l

M. A. L L . D. in three volumes. Oxford. At the Clarendon Press. 1894. The Republic of Plato, e d i t e d with critical notes, c o m m e n t a r y and a p p e n d i c e s by J a m e s Adam. M. A. V o l u m e I, Books I-V, V o l u m e II, Books VI-X and I n d e x e s . C a m b r i d g e : At t h e University Press. 1902. 3 Platons S t a a t . In vicrter Auflage, neu u b e r s e t z t und erlautert sowie mit g r i e c h i s c h - d e u t s c h e m u n d d e u t s c h - g r i e c h i s c h e m W 6 r t e r v e r z e i c h n i s v e r s e h e n von O t t o Apelt. D e r P h i l o s o p h i s c h e n Bibliothek Band 80, Felix M e i n e r , Leipzig 1916.
2

PAŃSTWO

Osoby SOKRATES GLAUKON POLEMARCH TRAZYMACH

dialogu: ADEJMANTOS KEFALOS KLEJTOFON

KSIĘGA PIERWSZA
Sokrates. C h o d z i ł e m wczoraj na dół, do Pireusu, z G l a u k o n e m , s y n e m 327 Aristona, żeby się pomodlić do bogini, a równocześnie c h c i a ł e m zobaczyć uroczystość - jak ją będą urządzali, bo ją teraz po raz pierwszy obchodzą. Więc wydała mi się ładna i procesja miejscowa, ale n i e m n i e j przyzwoicie wyglądała i ta, którą Trakowie przysłali. Otóż pomodliliśmy się i napatrzyli, i wracali do miasta. A tu nas zobaczył z d a l e k a P o l e m a r c h , syn Kefalosa, B że się ku d o m o w i mamy, więc kazał c h ł o p a k o w i , ż e b y p o b i e g ł i p o p r o s i ł nas, a b y ś m y n a n i e g o p o c z e k a l i . O t ó ż m n i e z t y ł u c h ł o p a k c h w y t a z a płaszcz i powiada: „ P o l e m a r c h prosi was, żebyście zaczekali". Ja się obróci­ łem i z a p y t a ł e m , gdzie by on był. „ O t o on - p o w i a d a - z tyłu n a d c h o d z i , więc poczekajcie". - N o , więc poczekajmy - mówi Glaukon. I niedługo p o t e m nadszedł Polemarch i Adejmantos, brat Glaukona, i N i - C keratos, syn Nikiasza, i innych kilku - widocznie od procesji. Otóż Polemarch powiada: - Sokratesie, zdaje mi się, że się macie ku mia­ stu; niby chcecie wracać. - Nieźle się domyślasz - powiedziałem. - A ty widzisz - powiada - ilu nas jest? - Jakżeby nie? - N o , to musicie - powiada - albo tych tutaj pokonać, albo zostaniecie na miejscu. - N o o - mówię - jeszcze jedna możliwość zostaje; może my was przeko­ namy, że trzeba nas puścić do domu. - A czyżbyście potrafili przekonać takich, co nie słuchają? - Żadną miarą - mówi Glaukon. - Więc, że my nie będziemy słuchali, tego bądźcie pewni. I Adejmant mówi: - To wy naprawdę nie wiecie, że pochodnie będą wie- 328 czorem, i to z koni, na cześć bogini? - Z koni? - powiadam. - To j e d n a k nowa rzecz! P o c h o d n i e będą mieli W ręku i będą je sobie z rąk do rąk podawali, ścigając się na koniach? Czy jak mówisz? - T a k jest - mówi P o l e m a r c h . - A do tego jeszcze urządzą n o c n e nabo­ żeństwo, które warto zobaczyć. W s t a n i e m y po kolacji i b ę d z i e m y oglądali

14

Platon, Państwo

328 A

B

II

C

D

tę uroczystość; s p o t k a m y tam wielu młodych ludzi i będą rozmowy. Zostańcie koniecznie; nie możecie zrobić inaczej! Więc Glaukon powiada: - Zdaje się, że trzeba zostać. Ja mówię: - Jeżeli się tak zdaje, to i trzeba tak zrobić. W i ę c p o s z l i ś m y do d o m u , do P o l e m a r c h a , i L i z j a s z a ś m y tam zastali, i E u t y d e m a - to bracia Polemarcha; no i Trazymacha z Chalkedonu, i Charm a n t i d e s a z Pajanii, i Klejtofonta, syna Aristonima. A był w domu i ojciec Polemarcha, Kefalos. Wydał mi się bardzo stary. Bo ja go też i długi czas nie widziałem. Siedział z w i e ń c e m na głowie w fotelu, z jakąś poduszką pod głową. Właśnie był złożył ofiarę w podwórzu. Więc usiedliśmy sobie koło niego. Bo tam jakieś krzesła stały naokoło 2 . Kefalos, jak tylko m n i e zobaczył, zaraz m n i e s e r d e c z n i e pozdrowił, ale powiada: - Sokratesie, nieczęsto się i u nas pokazujesz, tutaj na dole, w Pireusie. A trzeba było przecież. Bo gdybym ja jeszcze miał dosyć sił, aby bez trudności chodzić do miasta, to by nie było trzeba, żebyś ty tutaj przychodził; my byśmy bywali u ciebie. A tak, to trzeba, żebyś ty częściej tutaj zachodził. Musisz wiedzieć, że u mnie, im bardziej więdną inne przyjem­ ności, cielesne, tym bardziej rosną pożądania i rozkosze związane z inteli­ gentną rozmową. Więc koniecznie to zrób i z tymi, młodymi bądź blisko, i tu do nas zachodź jak do przyjaciół, jak do bardzo bliskich. - No tak - p o w i a d a m - Kefalosie, ja b a r d z o lubię rozmawiać z l u d ź m i m o c n o starszymi. Mam wrażenie, że u nich się trzeba dowiadywać tak, jak by oni p r z e d nami p e w n ą drogę przeszli, którą m o ż e i n a m p r z e c h o d z i ć
1 Z a c z y n a dialog uroczy szkic z natury. Sokrates gawędzi w sposób bardzo naturalny i prosty, a p a m i ę t a z n a k o m i c i e szczegóły. Przytacza figlarne, p e ł n e serdeczności zaproszenie P o l e m a r c h a . Z a p o w i e d z i a n y c h wyścigów z p o c h o d n i a m i nie zobaczymy wcale, za to uczestnicy rozmowy będą sobie myśli o człowieku sprawiedliwym i o sprawiedliwości podawali z ust do ust w pierwszej części dialogu; w drugiej S o k r a t e s urządzi n o c n e n a b o ż e ń s t w o . I z g o d n i e z treścią o s t a t n i e g o zdania tego rozdziału Platon będzie czytelników zachęcał, żeby postępowanie dostosowali do tego, co im się wyda słuszne w rozważaniach, choćby zrazu byli chcieli inaczej. 2 C h a r m a n t i d e s i Klejtofon to nieznani bliżej uczniowie Trazymacha. N i e biorą prawie udziału w dialogu. Na gadatliwe s e r d e c z n e przywitanie Kefalosa Sokrates reaguje przyjaźnie. J e g o prosto­ ta wydaje się w e d l e dzisiejszych poczuć trochę twarda. N i e p r z y p o m i n a m y ludziom starym bli­ skiej śmierci, raczej p o d t r z y m u j e m y w nich złudzenie, że śmierć wcale się do nich nie zbliża. So­ k r a t e s otwarcie w s p o m i n a w o b e c Kefalosa o „ p r o g u starości" za 486 w i e r s z e m XXIV księgi Iliady:

E

Wspomnij ojca własnego, do bogów podobny Achillu. On już tak, jak i ja, dochodzi progu starości. Oczywiście nie jest to próg, od którego się starość zaczyna, tylko próg, na którym się starość kończy. Syn Kefalosa, Lizjasz, może mieć w chwili naszej rozmowy około pięćdziesiątki, bo urodził się w 4 5 8 r. prz. Chr. Dla Kefalosa j e g o synowie są zawsze młodzi. Wątpliwe jest spostrzeżenie sta­ ruszka, dotyczące w z m o ż e n i a się jego dyspozycji i n t e l e k t u a l n y c h w związku z z a n i k i e m pożądań i przyjemności „ c i e l e s n y c h " . N i e ma p o w o d u przypuszczać, że Kefalos udaje zgrzybiałego fi­ z y c z n i e , j e g o wycofanie się z dyskusji p o d p r e t e k s t e m o b o w i ą z k ó w r y t u a l n y c h mówi o t y m , że rozkosze związane z i n t e l i g e n t n ą rozmową straciły w j e g o oczach r ó w n i e w i e l e u r o k u j a k i wszystkie inne. Z ł u d z e n i e sprawności i n t e l e k t u a l n e j można zachować z n a c z n i e d ł u ż e j niż złu­ d z e n i e sprawności fizycznej, kryteria są n i e tak u c h w y t n e , a m ł o d z i l u d z i e bywają cierpliwi i uprzejmi, więc pozwalają starym tkwić w złudzeniach.

328 E

Księga I

15

wypadnie, jaka też to ta droga jest: przykra i uciążliwa, czy łatwa i dobrze się nią idzie. Więc tak i od ciebie c h ę t n i e bym się dowiadywał, jak ci się co przedstawia, skoro już jesteś na tym p u n k c i e życia, jak to poeci mówią: „ n a starości p r o g u " , czy to j e s t c i ę ż k i o k r e s , czy jak ty się w y p o w i e s z 0 tym, co u ciebie za sceną. - O, na Zeusa - mówi - ja ci, Sokratesie, powiem, jak się to m n i e przynaj- III mniej przedstawia. Bo myśmy się tu nieraz schodzili, kilku takich m n i e j 329 więcej rówieśników, aby się stało zadość staremu przysłowiu. Więc jak się zejdziemy, to najwięcej nas jest takich, co to narzekają, tęsknią za uciecha­ mi młodości i przypominają sobie, jak to tam było z d z i e w c z ę t a m i i przy kieliszku, i przy stole, i i n n e takie rzeczy koło tego, i d o p i e r o ż teraz źli; jakby wielkie rzeczy potracili i jakby w t e d y żyli dobrze, a teraz to w ogóle B nie było życie. Inni się jeszcze i na to skarżą, jak to w domu nieraz starymi pomiatają - więc p o t e m chórem zaczynają lamentować na swoją starość, ile to im ona nieszczęść przynosi. A mnie się wydaje, Sokratesie, że oni winują nie to, co winne. Bo gdyby tu leżała wina, to i ja bym tego samego do­ znawał s k u t k i e m starości, i wszyscy i n n i , k t ó r z y do t e g o w i e k u doszli. A tymczasem, ja przynajmniej, już spotykałem innych też takich, którzy nie tak się mieli na starość. Przecież i u Sofoklesa raz byłem, u tego poety, jak go ktoś zapytał: „A jak tam u ciebie, Sofoklesie, ze służbą u Afrodyty? Po- C trafisz jeszcze obcować z k o b i e t ą ? " A t e n powiada: „ N i e mówże głupstw, c z ł o w i e c z e : ja z największą przyjemnością od tych rzeczy u c i e k ł e m , jak bym się wyrwał spod władzy jakiegoś pana - wściekłego i dzikiego" 3 . Ja już i w t e d y m i a ł e m wrażenie, że on to dobrze powiedział, a dziś też nie jestem innego zdania. Zawsze przecież w starości zaczyna się mieć spo­ kój z tymi rzeczami i robi się człowiek wolny; kiedy żądze przestają szarpać i opadają, to robi się całkiem tak, jak to u Sofoklesa: można się pozbyć pa­ nów bardzo wielu i to nieprzytomnych. Więc w tych rzeczach i jeśli chodzi D o stusunki w d o m u też - to jedna jest rzecz decydująca, ale to nie jest sta­ rość, Sokratesie, tylko charakter człowieka. Jak się człowiek trafi porządny 1 łagodny, to i starość mu tylko w miarę dokucza. A jak nie, to i starość, Sokratesie, takiemu nieznośna, i młodość. Ja b y ł e m zachwycony tym, co on powiedział, i c h c i a ł e m , żeby j e s z c z e IV mówił, więc go zacząłem pobudzać i powiedziałem:
Stare przysłowie greckie, które Kefalos przypomina, mówi, że „Rówieśnicy najlepiej się bawią; staruszek lubi s t a r u s z k a " . Ci starsi p a n o w i e , z k t ó r y m i się Kefalos widuje, r e p r e z e n t u j ą p o ­ w s z e c h n e poglądy na szczęście i wartości życia. Oni uważają, że szczęście to p r z e d e wszystkim jadło, napój, kobieta, spokój w d o m u i s z a c u n e k ze strony otoczenia. To szczęście kończy się z reguły, k i e d y nadejdzie starość. Inaczej sądzi Kefalos. G o n i e n i e za t a m t y m i d o b r a m i niszczy spokój człowieka i oddaje go w niewolę ślepych namiętności. Dopiero starość przynosi wyzwole­ nie i d o p u s z c z a i n t e l e k t do głosu. O szczęściu człowieka d e c y d u j e nie wiek, tylko charakter. Człowiek porządny, o p a n o w a n y jest szczęśliwy, człowiek rozbity w e w n ę t r z n i e , o d d a n y w niewolę niskich żądz jest nieszczęśliwy bez względu na to czy jest młody, czy stary. Te myśli rozwinie Platon w dialogu; w tej chwili podaje to Kefalos jako owoc swego własnego doświadczenia życio­ wego. C y t o w a n e z d a n i e Sofoklesa każe się domyślać, że p o e t a wiele k i e d y ś cierpiał pod tyranią Erosa, dlatego n i e m o c płciowa wydaje mu się tak urocza.
3

16 E

Platon, Państwo

329 E

- Kefalosie, mam wrażenie, że wielu by się z tobą nie zgodziło, kiedy tak mówisz, tylko by uważali, że ty starość łatwo znosisz nie dzięki swojemu charakterowi, ale dlatego, że masz duży majątek. Powiadają, że b o g a t e m u zawsze lżej pod niejednym względem.

- Masz rację - powiada. - Nie zgadzają się. I mówią coś tam, choć nie to, co myślą, tylko tyle, że Temistokles dobrze raz powiedział, kiedy mu jakiś 330 ktoś z Seryfu z przekąsem mówił, że sławę zawdzięcza nie sobie s a m e m u , tylko miastu, ten powiada, że ani on sam by sławy nie był zyskał, gdyby był Seryfijczykiem, ani t a m t e n , gdyby p o c h o d z i ł z Aten. Więc k i e d y m o w a 0 ludziach n i e b o g a t y c h , którzy c i ę ż k o znoszą starość, to wychodzi na to samo, co w tym powiedzeniu, że ani człowiek przyzwoity w nędzy zbyt ła­ two nie będzie mógł starości znosić, ani też nieprzyzwoity, jeżeli się tylko wzbogaci, nie będzie jej miał zaraz lekkiej 4 . A ja powiadam: - Kefalosie, w porównaniu do tego, co masz, toś odziedzi­ czył coś więcej, czyś się dopiero dorobił? B - A czegom się dorobił? - powiada - Sokratesie! Ja mam majątek taki po­ średni pomiędzy majątkiem dziadka i ojca. Bo mój dziadek - on się tak na­ zywał jak i ja - odziedziczył m n i e j więcej taki sam majątek, jak ja m a m , 1 pomnożył go wiele razy, a moj ojciec, Lizaniasz, zrobił go jeszcze m n i e j ­ szym, niż on dziś jest. Ja j e s t e m k o n t e n t , jeżeli tym c h ł o p c o m zostawię majątek nie mniejszy, tylko o jakąś tam odrobinę większy, niż dostałem. - A wiesz, dlaczegom się o to pytał? - powiadam. - To dlatego, żeś mi nie wyglądał na bardzo przywiązanego do pieniędzy. Po większej części jest tak u ludzi, którzy się ich sami nie dorabiali. A ci, co się ich dorobili, ko­ chają p i e n i ą d z e dwa razy tak m o c n o jak i n n i . J a k p o e c i kochają swoje utwory, jak ojcowie dzieci, tak i ci, co się dorobili, wielką wagę przywiązują do pieniędzy, bo to ich własna robota, a jeżeli chodzi o korzystanie z nich, to tak samo jak inni. Przykro z nimi obcować, bo niczego nie chcą chwalić, tylko pieniądze. - Prawdę mówisz - powiada. V - T a k j e s t - m ó w i ę . - A t y l k o mi j e s z c z e t e n d r o b i a z g p o w i e d z . Jak

C

4 C z e m u Kefalos ma takie p i ę k n e poglądy? „ B o to nie jest d o r o b k i e w i c z " - p o w i a d a P l a t o n . Widać, z jaką pogardą patrzył na ludzi o d d a n y c h robieniu p i e n i ę d z y i za jaką p r z e s z k o d ę na dro­ d z e rozwoju d u c h o w e g o uważał chciwość. C h o ć sam nie gardził majątkiem i p e w i e n d o s t a t e k uważał za p o t r z e b n y do szczęścia. Więc najlepiej: d o s t a t e k odziedziczony. Widać, jak niewiele j e d n o s t e k u m i a ł otaczać szczerym s z a c u n k i e m i sympatią, a szerokie koła chciwych obywateli, pomnażających tylko majątek własny i przez to publiczny, były mu n i e z n o ś n e . Arystokrata, inte­ l e k t u a l i s t a . I osobliwy r e f o r m a t o r społeczny. Osobliwy, bo nie c e n i ł d ó b r m a t e r i a l n y c h tak, jak je cenią ci, k t ó r y m p r ó b o w a ł życie s p o ł e c z n e urządzać. Reformatorzy na ogół dbają o to, żeby jak najwięcej ich z w o l e n n i k ó w było nakarmionych i napojonych, i pocieszonych, i żeby po­ siedli z i e m i ę . Bo tego najwięcej ludzi pragnie i przed reformą. Platon gardzi tymi p r a g n i e n i a m i . Zobaczymy, co z tego wyniknie dla reform. .

330 D mvślisz, j a k i e majątek? 5

Księga I

17

n a j w i ę k s z e d o b r o w y n i o s ł e ś stąd, że p o s i a d a s z w i e l k i D

- T a k i e - powiada - że m o ż e mało k t o mi uwierzy, k i e d y b ę d ę o nim mówił. Bo m u s i s z w i e d z i e ć , S o k r a t e s i e , że jak c z ł o w i e k a zaczynają na­ chodzić myśli o śmierci, wtedy się w serce zaczyna wkradać obawa i troska o rzeczy, o które się człowiek przedtem nie troszczył i nie obawiał. Z jed­ nej strony te bajki - jak się to mówi - o tym, co się dzieje w H a d e s i e ,
5

Majątek, powiada Kefalos, najwięcej się przydaje w starości do tego, żeby móc naprawić wyrzą­ dzone krzywdy i regulować zobowiązanie n i e d o t r z y m a n e , aby u n i k n ą ć kary wiecznej w H a d e s i e . A więc pieniądze mają tylko wartość pośrednią. Stanowią środek do zachowania sprawiedliwości. Sprawiedliwość zdaje się mieć też dla Kefalosa tylko wartość pośrednią. O n a służy do uniknięcia mitycznych mąk pośmiertnych. Ale wiara w mity nie jest niezachwiana. N a w e t sam Kefalos śmiał się d o t ą d z o p o w i a d a ń o Iksjonie, o T a n t a l u , o D a n a i d a c h albo o Syzyfie. D o p i e r o bliska śmierć przydaje n i e c o wiary­ godności tym g a d k o m . Kefalos nie wie, czy j e g o n i e p o k o j e o żywot zagrobowy są u niego obja­ w e m z n i e d o ł ę ż n i e n i a - tak z a p e w n e myślą młodzi intelektualiści obok, czy objawem p e w n e g o jasnowidzenia - tej myśli wydaje się bliższy sam. W k a ż d y m razie to poczucie, że nie ma krzyw­ dy ludzkiej na s u m i e n i u , daje mu spokój wewnętrzny i roznieca w nim niejaką nadzieję na szczę­ ście po śmierci. W tym miejscu pada pierwszy przytyk pod a d r e s e m poetów. Kefalos chwali i cytuje Pindara, a równocześnie dziwi się, że z d a n i e wyjęte z p o e t y ma aż taki dobry sens. W i d o c z n i e nawykł do tego, że poeci piszą pięknie, ale raczej od rzeczy. Tę myśl Platon też rozwinie szeroko. S p o t y k a m y tutaj u Kefalosa p o j ę c i e n a m raczej o b c e . On mówi o w i n i e n i e ś w i a d o m e j , o wyrządzaniu krzywd mimo woli, które też ma czynić ujmę sprawiedliwości człowieka. My dziś wiemy, że do zbrodni potrzeba złego zamiaru i nie jest kłamcą ten, kto kogoś m i m o woli w błąd wprowadził, ani krzywdzicielem ten, kto czyjeś prawo złamał m i m o woli. Dla nas i E d y p nie jest winien zbrodni ojcobójstwa ani kazirodztwa, bo nie chciał ani j e d n e g o , ani drugiego, i mógł był sobie śmiało z tego powodu oczu nie wybierać. Grecy byli nawykli do pojęcia grzechu n i e z a m i e ­ rzonego, a n a w e t g r z e c h u , który można dziedziczyć po rodzicach, jak nasz grzech pierworodny. Tak i Kefalos tutaj mówi o m i m o w o l n y m oszukiwaniu, zamiast o m i m o w o l n y m narażaniu kogoś na straty, za co się w H a d e s i e nie powinno ponosić kary, gdyby tam panowała sprawiedliwość bar­ dziej nowoczesna. C h ę ć wynagrodzenia szkód wyrządzonych, także m i m o woli, dobrze świadczy o postawie moralnej Kefalosa. Kiedy sprawiedliwość okazuje się tak doniosłą wartością w życiu, że bez niej po prostu strach żyć m y ś l ą c e m u , d o b r e m u człowiekowi, Sokrates musi k o n i e c z n i e wiedzieć, co to fest sprawiedli­ wość, jak ją określić, na czym ona właściwie polega, a czym ona nie jest. Po co mu to? Aby jasno myśleć i przy okazji nie m i e ć wątpliwości, czy p e w i e n c z y n jest, czy nie j e s t sprawiedliwy. Sokrates bierze naprzód pod uwagę o k r e ś l e n i e sprawiedliwości, którym się posługiwał Kefalos, nie w i e d z ą c n a w e t o t y m , że to robi, i to o k r e ś l e n i e o k a z u j e się za o b s z e r n e . O n o by t a k brzmiało: „Sprawiedliwy jest ten i tylko t e n człowiek, który zawsze mówi prawdę i zawsze oddaje cudzą rzecz jej właścicielowi". Sokrates z u p e ł n i e słusznie d o m a g a się w t y m określeniu u s u n i ę ­ cia słowa „ z a w s z e " w o b u miejscach, ze względu na ludzi obłąkanych i n i e o d p o w i e d z i a l n y c h . Nie wszyscy, uważa, mają prawo do prawdy z naszych ust i nie wszyscy mają prawo do o d e b r a n i a ż p o w r o t e m tego, cośmy od nich otrzymali, tylko niektórzy. Na prawdę z naszych ust i na zwrot własności trzeba dopiero w p e w i e n sposób zasługiwać. P o l e m a r c h nie s ł u c h a wcale tych s ł u s z n y c h uwag, a p o w o ł u j e się na p o w a g ę S i m o n i d e s a z Keos (559 - 469 przed C h r y s t u s e m ) , poety sławnego ze swych e p i g r a m ó w p e ł n y c h p o p u l a r n e j Mądrości życiowej. Kefalos przyznał rację Sokratesowi, a nie chciałby jej o d m ó w i ć i P o l e m a r c h o wi, a że rozstrzygnięcie wymagałoby wysiłku u m y s ł o w e g o , wycofuje się u p r z e j m i e z dyskusji, żeby więcej do niej nie wrócić. S p e ł n i ł swoje z a d a n i e . Pokazało się dzięki n i e m u , że zagad­ nienie sprawiedliwości jest doniosłe i warto się nim zajmować. Ustalenie granic tego pojęcia jest Już rzeczą młodych.

18

Platon, Państwo

330 D

że ten, co tu ludziom krzywdę robił, musi tam pokutować; człowiek się dotąd z tych rzeczy śmiał, a teraz o n e mu d u s z ę zawracają, czy to aby nie prawda. I człowiek sam, czy to dlatego, że stary i z n i e d o ł ę ż n i a ł , czy t e ż dlatego, że jest już bliższy tych rzeczy i jakoś lepiej je widzi - dość że go zaczynają podejrzenia napełniać i obawy, więc robi z sobą porachunki i pa­ trzy, czy kogoś w czymś nie ukrzywdził. Więc kto w swoim życiu znajduje dużo ludzkiej krzywdy, ten się jak dziecko przerażony ze snu zrywa i strach 331 go zbiera, i taki życie pędzi w złych przeczuciach. A komu s u m i e n i e żad­ nej krzywdy nie wyrzuca, przy tym zawsze błoga nadzieja stoi i karmi jego starość. Jak to i P i n d a r powiada. On to ł a d n i e p o w i e d z i a ł , S o k r a t e s i e , że kto sprawiedliwie i zbożnie życie przeszedł: E z tym zawsze słodka nadzieja mieszka i jego stare serce karmi. Ta, co rozchwianym myślom zawsze daje ster. D o b r z e mówi - aż dziwne, jak bardzo do rzeczy. Do tego, m o i m zda­ niem, posiadanie majątku przydaje się najwięcej - nie dla każdego człowieka, ale dla przyzwoitego. Bo może tam człowiek m i m o woli kogoś kiedyś oszukał albo okłamał, albo winien jest bogu jakieś ofiary, albo człowiekowi pieniądze i potem się boi stąd odejść. Otóż posiadanie majątku w znacznej części na to pomaga. Na wiele innych rzeczy też. Ale tak j e d n o z drugim zestawiając powiedziałbym, Sokratesie, że dla człowieka myślącego bogac­ two do tego celu najwięcej się przydaje. - Bardzo p i ę k n i e mówisz, Kefalosie - powiedziałem. - A co do tego wła­ ś n i e : jeżeli mowa o sprawiedliwości, to czy powiemy, że sprawiedliwość to jest tyle co: prawdomówność - tak po prostu - i tyle co: oddawanie, jeżeli k t o ś coś od kogoś w e ź m i e , czy też i to n a w e t raz b ę d z i e działaniem spra­ wiedliwym, a innym razem niesprawiedliwym? Ja na przykład coś takiego m a m na myśli: przecież każdy przyzna, że gdyby ktoś wziął od przyjaciela, od człowieka przy zdrowych zmysłach, broń, a ten by potem oszalał i zażą­ dał jej z powrotem, to nie trzeba jej oddawać, i nie byłby sprawiedliwy ten, który by ją oddał; ani ten, który by człowiekowi zostającemu w takim stanie chciał mówić wszystko zgodnie z prawdą. - Słusznie mówisz - powiada. - A więc to nie jest określenie sprawiedliwości: mówić prawdę i oddawać, co się wzięło. - Ależ owszem, Sokratesie - powiedział, podchwytując, Polemarch - jeżeli wypada wierzyć trochę Simonidesowi. - Istotnie - rzekł Kefalos - ale ja już wam przekazuję losy i tok tej myśli. Bo muszę się już zająć służbą bożą. - Nieprawdaż - powiedziałem - a po tobie dziedziczy Polemarch? - O w s z e m , tak - p o w i e d z i a ł u ś m i e c h n ą w s z y się i w tej chwili p o s z e d ł odprawiać nabożeństwo.

B

C

D

331 E

Księga I

19

Więc mów ty - powiedziałem - skoroś odziedziczył myśl po ojcu, które V I E 6 zdanie Simonidesa o sprawiedliwości uważasz za słuszne . To - powiedział - że sprawiedliwie jest oddawać k a ż d e m u to, co mu się winno. Kiedy on to mówi, wydaje mi się, że mówi pięknie. - No owszem - powiadam - Simonidesowi przecież nie jest łatwo nie wie­ rzyć. To mądry i boski mąż. A co on właśnie mówi, to może ty, Polemarchu, rozumiesz, bo ja nie wiem. Jasna rzecz, że nie to ma na myśli, cośmy przed chwilą mówili, że jak ktoś coś u nas złoży, to trzeba zawsze oddawać z powrotem, n a w e t k i e d y tego zażądają nie przy zdrowych zmysłach. Ze 332 niby to zawsze pewien dług stanowi to, co u nas zostało złożone. No nie? - Tak. - Z a t e m nie trzeba oddawać ani odrobiny wtedy, kiedy by ktoś nieprzy­ tomnie żądał zwrotu? - Prawda - powiedział. - W i ę c c o ś i n n e g o czy t e ż coś t a k i e g o , zdaje się, m ó w i S i m o n i d e s , że sprawiedliwie jest: oddawać to, co się winno? - C o ś i n n e g o j e d n a k , na Z e u s a - p o w i a d a . - On uważa, że przyjaciele przyjaciołom powinni wyświadczać coś dobrego, a żadnego zła. - R o z u m i e m - p o w i e d z i a ł e m . - Ze niby nie oddaje tego, co powinien - B ktoś, kto by d r u g i e m u oddawał p i e n i ą d z e u n i e g o z ł o ż o n e , gdyby to od­ danie ich i wzięcie miało być szkodliwe. A byliby przyjaciółmi - t e n , co odbiera, i ten, co oddaje. Czy nie tak mówi Simonides twoim zdaniem? - Owszem, tak. - Więc cóż? To tylko nieprzyjaciołom trzeba oddawać, cokolwiek by się im było winno? - W każdym razie - powiada - to, co się im naprawdę winno. A winno się im, moim z d a n i e m - wrogowi p r z e c i e ż ze strony wroga - i to mu się też należy: winno się im coś złego. - W takim razie - powiedziałem - Simonides, widać, w poetyckiej zagad- VII ce ukrył to, czym byłaby sprawiedliwość. Bo na myśli miał, jak widać, to, C że sprawiedliwość polega na o d d a w a n i u k a ż d e m u tego, co mu się należy, a nazwał to tym, co się komuś winno 7 .
6

Dyskusja p o d a n a w najbliższych rozdziałach ma wykazać i wykazuje naprawdę wielką m ę t n o ś ć Pojęcia sprawiedliwości. C h o c i a ż każdy się t y m w y r a z e m posługuje, nikt d o b r z e nie wie, k i e d y go stosować, a k i e d y nie, jakie są jego granice, co to właściwie jest i na czym polega ta zasadni­ cza zaleta człowieka. A że m ł o d z i e ż uczyła się w H e l l a d z i e , jak i u nas dzisiaj, na poezji ojczy­ stej, więc z natury rzeczy naprzód idzie pod skalpel rozważań o k r e ś l e n i e S i m o n i d e s a : „ S p r a w i e ­ dliwość polega na o d d a w a n i u zawsze i k a ż d e m u tego, co mu się w i n n o " , suum cuigue tribuere. To uPada, z uwagi na ludzi a n o r m a l n y c h . W o b e c t e g o P o l e m a r c h z m i e n i a pojęcie d ł u g u , zawarte w wyrazie „ w i n n o " , na pojęcie powinności, objaśnione jako obowiązek pomagania dobrym, a szko­ dzenia wrogom. J e d n o i drugie powinien robić człowiek sprawiedliwy. Rozmawiający zaczynają teraz traktować sprawiedliwość jako pewną u m i e j ę t n o ś ć , j a k o s z t u k ę Pewną, fach, w i e d z ę praktyczną. C z ł o w i e k sprawiedliwy, jeżeliby go traktować jako specjalistę, Który by coś potrafił robić, b o znałby się na p e w n e j robocie, okazuje się fachowcem b e z fachu właściwie. Bo sprawiedliwość nie wytwarza ż a d n y c h dóbr, p o m a g a tylko zachowywać w całości oobra p o w i e r z o n e k o m u ś a na razie nie u ż y w a n e . Byłaby to więc u m i e j ę t n o ś ć m a ł o p o w a ż n a w stosunku do u m i e j ę t n o ś c i p r o d u k t y w n y c h , twórczych, c h o ć miałaby i ona swoje pole do dziaania w d z i e d z i n i e spółek pieniężnych. Sokratesa widocznie bawi ten człowiek sprawiedliwy, po­ trzebny jako zawodowiec i to potrzebny do rzeczy n i e p o t r z e b n y c h .

7

20

Platon, Państwo

332 C

- N o , co myślisz? - powiada. - Och, na Zeusa - powiedziałem - a gdyby go tak ktoś zapytał: „Simoni­ desie, komu, czemu i co powinnego i należnego oddająca sztuka nazywa się sztuką lekarską?" Co, myślisz, on by nam odpowiedział? - Jasna rzecz - powiada - że ta, co ciałom oddaje lekarstwa i pokarmy, i napoje. - A komu i czemu oddająca to, co się winno i co się należy, nazywa się sztuką kucharską? - Ta, co to potrawom przyprawy. D - N o , dobrze. Z a t e m sprawiedliwością będzie się nazywała sztuka, która komu i czemu oddaje co? - Jeżeli - powiada - mamy jakoś iść za tym, Sokratesie, co się p r z e d t e m powiedziało, to będzie ta sztuka, która przyjaciołom i wrogom oddaje pożyt­ ki i szkody. - Z a t e m ty nazywasz sprawiedliwością to: przyjaciołom czynić d o b r z e , a wrogom źle? - Tak mi się zdaje. - A któż najlepiej potrafi chorym przyjaciołom czynić dobrze, a wrogom źle, jeżeli chodzi o chorobę i o zdrowie? E - Lekarz. - A kto płynącym, jeżeli chodzi o niebezpieczeństwa czyhające na morzu? - Sternik. - A cóż człowiek sprawiedliwy? W jakiej robocie i w jakim działaniu on najlepiej potrafi przyjaciołom się przydawać, a wrogom szkodzić? - W walce i spółce wojennej. Tak się mnie przynajmniej wydaje. - N o , dobrze. A jeżeli ktoś nie choruje, kochany P o l e m a r c h u , to mu le­ karz niepotrzebny. - Prawda. - A jak kto nie płynie, to mu nie trzeba sternika. - Tak. - A czy i tym, co nie wojują, sprawiedliwy się na nic nie przyda? - To mi się nie bardzo wydaje. - Więc i podczas pokoju przydaje się sprawiedliwość? 333 - Przydaje się. - A rolnictwo też? Czy nie? - Tak. - Aby zdobywać plon? - Tak. - A szewstwo też? - Tak. - Aby zdobywać obuwie - myślę, że pewnie tak powiesz. - N o tak. - No cóż, proszę cię, a sprawiedliwość, gotóweś powiedzieć, że j e s t do ja­ kiego użytku albo do osiągania czego podczas pokoju?

333 A

Księga I

21

. Do interesów, Sokratesie. - A interesami nazywasz spółki czy coś innego? - Spółki, oczywiście. - Czy więc człowiek sprawiedliwy b ę d z i e d o b r y m i p o ż y t e c z n y m spólnikiem przy kładzeniu warcab, czy też dobry szachista? - Szachista. - Ale jak chodzi o kładzenie cegieł i kamieni, to sprawiedliwy więcej się przyda i będzie lepszym spólnikiem niż murarz? - Na żaden sposób. - Więc do jakiejże spółki sprawiedliwy będzie lepszym spólnikiem niż kitarzysta; tak jak kitarzysta to lepszy spólnik niż sprawiedliwy, kiedy chodzi 0 wtór na kitarze? - Do spółki pieniężnej; ja przynajmniej tak uważam. - Wiesz, P o l e m a r c h u , że tak; ale m o ż e oprócz tych wypadków, gdy cho­ dzi o używanie pieniędzy. Kiedy za pieniądze trzeba wspólnie kupić konia albo sprzedać, w t e d y lepszy ten, uważam, co się zna na koniach. No prze­ cież? Wydaje się. No tak - a jak okręt, to budowniczy okrętów albo sternik. Zdaje się. Więc kiedy do czego trzeba srebra albo złota wspólnie użyć, sprawiedli­ wy więcej się przyda niż inni? - Kiedy je trzeba u kogoś złożyć i być o nie pewnym, Sokratesie. - Więc ty mówisz, że wtedy, kiedy nic nie trzeba z nim robić, tylko żeby leżało? - N o tak. - Więc kiedy pieniądze nie potrzebne, wtedy do nich jest potrzebna sprawiedliwość? - Może i tak. - I sierpu, k i e d y trzeba pilnować, sprawiedliwość się przyda - i spólnikom, i k a ż d e m u na własny r a c h u n e k - a jak go przyjdzie używać, to już umiejętność uprawy winnic? - Widocznie. - I tarczy, powiesz, i liry, kiedy trzeba strzec i nie używać ich do niczego, to sprawiedliwość się przyda, a jak używać, to już sztuka walczenia w zbroi 1 muzyka? - Koniecznie. - I tak w ogóle jest ze wszystkimi innymi rzeczami; jak tylko którejś po­ trzeba, to sprawiedliwość się nie przydaje, a jak tej rzeczy nie potrzeba, to sprawiedliwość potrzebna? - Gotowo tak być. - Nieprawdaż więc, przyjacielu, że sprawiedliwość to może nie będzie nic takiego p o w a ż n e g o , jeżeli to jest właśnie coś p o t r z e b n e g o do rzeczy nie­ potrzebnych. -

B

C

D

22

Platon, Państwo

333 D

VIII Ale rozpatrzmy i taką rzecz. W walce na pięści albo w j a k i e j k o l w i e k E innej, czy ten, co najlepiej potrafi wymierzać ciosy, nie potrafi zarazem naj­ lepiej się osłaniać? - Owszem tak. - A czy i ten, co potrafi się ustrzec choroby, nie potrafi jej zarazem skry­ cie zaszczepiać? - Tak mi się wydaje. 334 - A więc i obozu strażnikiem dobrym będzie ten sam, co potrafi dobrze plany nieprzyjaciół wykradać i wyszpiegować inne ich zabiegi. - Tak jest. - Więc od czego ktoś jest dobry stróż, od tego i złodziej tęgi. - Zdaje się. - Więc jeżeli sprawiedliwy pieniędzy pilnować potrafi, to i kraść jc potra­ fi najlepiej. - Tak niby - powiada - tok myśli wskazuje. - Otóż pokazuje się, że sprawiedliwy to jest jakby pewien złodziej. Bo­ daj żeś ty się tego nauczył z H o m e r a . On przecież kocha dziadka OdyseB u s z o w e g o ze strony matki, Autolykosa, i powiada, że on wszystkich ludzi przewyższał - tak umiał kraść i przysięgać. Więc zdaje się, że sprawiedli­ wość i w e d ł u g ciebie, i w e d ł u g H o m e r a , i w e d ł u g Simonidesa, to b ę d z i e p e w n a sztuka złodziejska, oczywiście że skierowana na d o b r o przyjaciół, a na szkodę wrogów. Czy nie tak mówiłeś? - Ależ na Zeusa, nie tak; ja już nie wiem i sam, co mówiłem. To j e d n o t y l k o jeszcze mi się s ł u s z n e wydaje, że sprawiedliwość przynosi korzyść przyjaciołom, a szkodzi wrogom 8 . C - A przyjaciele, to - mówisz - ci, którzy się k a ż d e m u wydaję porządnymi ludźmi, czy też ci, którzy sq porządnymi, choćby się takimi nie wydawali? A z wrogami tak samo? - To przecież n a t u r a l n e - powiada - że każdy się przyjaźnie odnosi do t y c h , k t ó r y c h uważa za p o r z ą d n y c h ludzi, a k t ó r y c h ma za łotrów, tych nienawidzi. - A czy się ludzie co do tego nie mylą i czy nie biorą za ludzi porządnych takich, którzy nimi nie są, a nieraz i wprost na odwrót?

8 Jeżeliby sprawiedliwość pojmować j a k o u m i e j ę t n o ś ć pewną i polegającą na niej zdolność do działania, to z g o d n i e z z a ł o ż e n i e m , które Platon często powtarza, że j e d n a i ta sama u m i e j ę t n o ś ć c z y n i c z ł o w i e k a z d o l n y m d o z a c h o w a ń się w p r o s t s o b i e p r z e c i w n y c h , w y n i k a ł o b y s ł u s z n i e , że człowiek sprawiedliwy umiałby być zdolny także do czynów najgorszych. Kto nie c h c e przy­ jąć tego ustępstwa, nie powinien uważać, że sprawiedliwość jest pewną umiejętnością, choćby na­ w e t obliczoną na dobro przyjaciół i na s z k o d ę wrogów. N i e należy więc uważać sprawiedliwości za żadną umiejętność.

P o l e m a r c h obstaje już tylko przy tym, że sprawiedliwość dobrze czyni przyjaciołom, a szkodzi w r o g o m . Tutaj t r u d n o ś ć sprawia pojęcie przyjaciela w związku ze znaną omylnością ludzką. W razie pomyłki co do wartości człowieka, a te są n i e u n i k n i o n e , sprawiedliwym nazywałby się taki, który by szkody wyrządzał ludziom d o b r y m . Przed tym się Polemarch cofa. J e g o „sprawie­ dliwy" ma zatem szkodzić zawsze tylko złym i zawsze ma pomagać dobrym.

334 C - Mylą się.

Księga I

23

. A więc dla takich l u d z i e dobrzy bywają wrogami, a ludzie źli są ich przyjaciółmi. . No tak. - A więc dla nich w t e d y czymś sprawiedliwym będzie ludziom złym pomagać, a ludziom dobrym szkodzić? - Okazuje się. - Ależ dobrzy to są ludzie sprawiedliwi; tacy, co to nikogo nie krzywdzą. - Prawda. - Więc, w e d ł u g twojego zdania, takim, którzy żadnej nikomu nie wyrzą­ dzają krzywdy, sprawiedliwie będzie szkodzić. - Nigdy w świecie - powiada - Sokratesie, to wygląda na myśl niemoral­ ną. - Więc tylko n i e s p r a w i e d l i w y m - p o w i e d z i a ł e m - sprawiedliwie m o ż n a szkodzić, a sprawiedliwym trzeba pomagać? - To już ładniej wygląda niż tamto. - Z a t e m niejednemu z tych, Polemarchu, którzy się na ludziach pomylili, wypadnie szkodzić własnym przyjaciołom, bo to łotry, a nieprzyjaciołom pomagać, bo to ludzie dobrzy. W ten sposób powiemy coś wprost przeciwne­ go, niż Simonides mówił, według nas. - No tak - powiada - z u p e ł n i e na to wychodzi. Więc z m i e ń m y tu coś. Bo możeśmy niesłusznie wzięli przyjaciela i nieprzyjaciela. - Jakeśmy wzięli, Polemarchu? - Ze ten, co się wydaje porządny - to przyjaciel. - N o , a teraz - mówię - jak to zmienimy? - Ze przyjacielem jest ten - powiada - który się i wydaje, i jest porządny. 335 A ten, który się tylko wydaje porządny, ale nie jest taki, ten się też wydaje przyjacielem, ale nim nie jest. A o nieprzyjacielu to samo zdanie. - Więc w e d ł u g tej myśli zdaje się, że przyjacielem b ę d z i e człowiek do­ bry, a nieprzyjacielem - zły. - Tak. - Z a t e m radzisz, żebyśmy coś dodali do określenia tego, co sprawiedliwe, a nie tak, jakeśmy to zrazu mówili, że sprawiedliwość polega na pomaganiu Przyjacielowi i s z k o d z e n i u wrogowi. T e r a z p o w i e m y w d o d a t k u j e s z c z e tak: że s p r a w i e d l i w i e j e s t d o b r z e czynić przyjacielowi, d l a t e g o że dobry, a nieprzyjacielowi - szkodzić, dlatego że zły? - T a k jest - powiada - zdaje mi się, że to chyba będzie dobrze powiedziane. - A czy to jest rzecz człowieka s p r a w i e d l i w e g o - p o w i e d z i a ł e m - ż e b y szkodził komukolwiek z ludzi? B IX E D

24

Platon, Państwo

335 B

C

- O tak - powiada. - Łotrom i nieprzyjaciołom trzeba szkodzić - A konie, którym się szkodzi, robią się lepsze czy robią się gorsze? - Gorsze. - Czy pod względem wartości, którą się odznaczają psy, czy też ze wzglę­ du na wartość charakterystyczną dla koni? - Ze względu na tę dla koni. - Więc i psy, którym ktoś szkodzi, stają się gorsze ze względu na wartość charakterystyczną dla psów, a nie na tę, którą się odznaczają konie? - Z konieczności. - A ludziom, przyjacielu, jeżeli ktoś szkodzi, to czy nie tak samo powie­ my: że stają się gorsi ze względu na wartość charakterystyczną dla ludzi? - N o tak. - A czy sprawiedliwość - to nie jest właśnie wartość charakterystyczna dla ludzi? - I to oczywiste. - I ci ludzie, k t ó r y m ktoś szkodzi, przyjacielu, muszą się stawać m n i e j sprawiedliwi. - Zdaje się. - A czyż z pomocą muzyki dobrzy muzycy mogą ludzi odmuzykalniać?
9

I to o k r e ś l e n i e nie m o ż e się ostać. Sprawiedliwy nie m o ż e być zły dla nikogo, a szkodzić znaczy być ztym. Z a t e m i złym l u d z i o m sprawiedliwy nie może wyrządzać szkód. Sprawiedli­ wość jest p e w n y m d o b r e m , jest cząstką dobra, z a t e m nie może wyrządzać n i k o m u zła, a więc i szkody, jeżeli szkoda jest z ł e m . Tu łatwo może każdy zapytać, j a k ż e to b ę d z i e ze sprawą kary. Przecież sprawiedliwość po­ w i n n a wymierzać kary w p e w n y c h wypadkach, a kara wydaje się p e w n y m z ł e m , pewną szkodą dla tego, kto ją ponosi. Platon odpowiedziałby tak jak w Gofgiaszu, że sprawiedliwa kara nie jest ż a d n y m z ł e m n a p r a w d ę , tylko jest p e w n y m d o b r e m , bo leczy d u s z ę od zła. I tutaj to powie w księdze dziewiątej. T e n u s t ę p przypomina ustępy N o w e g o T e s t a m e n t u , n p . Mat. 5, 44, w których jest mowa o miłości do nieprzyjaciół. Tylko że Platon nie zaleca aż miłości do nich, ogra­ niczy się do niewyrządzania im szkód. Oczywiście, że i on musiałby odstąpić od swojej zasady, gdyby pomyślał o n i e u n i k n i o n e j wojnie i o działaniach wojennych, albo by się wysilał, żeby zabi­ cie wroga i spalenie jego d o m u i d o b y t k u nazywać nie szkodą ani z ł e m , tylko czymś dobrym, ja­ k i m ś ś r o d k i e m poprawczym. N i e obeszłoby się i u niego b e z wykrętów. I o n e przyjdą. Bias z Prieny i P i t t a k o s z M y t i l e n y należeli do s i e d m i u mędrców; to były powagi p r z e k a z a n e tradycją. P e r i a n d e r b y ł d y k t a t o r e m w K o r y n c i e , P e r d i k a s , ojciec Archelaosa, m o n a r c h ą m a c e d o ń s k i m ( u m a r ł w 414 r. przed C h r y s t u s e m ) , a I s m e n i a s T e b a ń c z y k - to polityk, który się nagle dorobił wielkich pieniędzy, ale źle skończył, bo w 382 roku skazali go S p a r t a n i e na śmierć za to, że brał od Persów pieniądze, aby Ateny p o d b u r z y ć przeciw Sparcie. A zdawało się tylko tym wszystkim bogaczom i mocarzom, że wiele mogą, bo z d a n i e m Platona nie ma ż a d n e j mocy ten, kto nie może postępować dobrze, być d o b r y m , a więc robić tego, czego w głębi duszy chce - wbrew własnym złym zachciankom (Gorg. 466). Wynik dyskusji aż do tego miejsca jest taki: pojęcie sprawiedliwości, tak jak się nim posługują poeci, nauczyciele Hellady, jest m ę t n e i prowadzi do twierdzeń, których przyjąć nie można. Za­ wiera rysy przykre ( s z k o d z e n i e wrogom) i s p r z e c z n e z cechą dobrą, istotną dla sprawiedliwości. Myśli p o e t ó w nie są żadną podstawą moralną dla młodzieży, bo są m ę t n e i prowadzą do non­ sensów, gdy je próbować przemyśleć do końca. Ale są jeszcze inne poglądy na sprawiedliwość. Ich ź r ó d ł e m nie jest tradycja; wychodzą z kry­ t y c y z m u sofistów. U nich się też uczy m ł o d z i e ż . Uczy się drwić z tego, co wyniosła z d o m u . W tej chwili się odezwie r e p r e z e n t a n t intelektualizmu współczesnego.Trazymach.

335 C . Niemożliwe.

Księga I

25

A tylko z pomocą sztuki jazdy na koniu dobrzy jeźdźcy mogą oduczać jeżdżenia? - Nie sposób. . A tylko z pomocą sprawiedliwości ludzie sprawiedliwi mogą drugich ro­ bić niesprawiedliwymi? Albo w ogóle: prawością mogą ludzie prawi drugich deprawować? - To niemożliwe. - Bo p r z e c i e ż to nie jest rzeczą ciepła - sądzę - chłodzić, tylko czegoś wprost przeciwnego. - Tak. - Ani suchość nie zwilża niczego, tylko jej przeciwieństwo. - No tak jest. - Ani dobro zatem szkód nie wyrządza, tylko jego przeciwieństwo. - Widocznie. - A przecież sprawiedliwy - to dobry? - Tak jest. - Z a t e m , P o l e m a r c h u , nie jest rzeczą człowieka sprawiedliwego szkodzić k o m u k o l w i e k ; ani przyjacielowi, ani n i k o m u i n n e m u ; to jest sprawa j e g o przeciwieństwa: człowieka niesprawiedliwego. - Zdaje mi się - powiada - że ze wszech miar prawdę mówisz, Sokratesie. - Jeżeli więc ktoś mówi, że sprawiedliwość to jest o d d a w a n i e k a ż d e m u tego, co mu się w i n n o , a ma na myśli to, że c z ł o w i e k sprawiedliwy n i e ­ przyjaciołom w i n i e n wyrządzać szkody, a przyjaciołom wyświadczać przy­ sługi, to n i e był mądry ten, co to powiedział. Bo nie powiedział prawdy. Pokazało się nam, że nigdy sprawiedliwość nikomu szkody nie wyrządza. - Zgadzam się - powiedział. - Więc b ę d z i e m y walczyli wspólnie - d o d a ł e m - ja i ty, czy tam ktoś po­ wie, że to S i m o n i d e s powiedział czy Bias, czy Pittakos, czy jakiś tam inny mędrzec świętej pamięci. - Ja j e s t e m gotów - powiada - stawać obok ciebie w tej walce. - A wiesz ty - mówię - na czyje mi to p o w i e d z e n i e wygląda; to, że spra- 336 wiedliwie jest przyjaciołom pomagać, a nieprzyjaciołom szkodzić? - Czyje? - powiada. - Ja mam wrażenie, że to Periander powiedział albo Perdikkas, albo Kserkses, albo I s m e n i a s T e b a ń c z y k , albo jakiś i n n y bogaty mąż, k t ó r e m u się zdawało, że wiele może. - Święta prawda to, co mówisz - powiada. - No dobrze - mówię. - Skoro się pokazało, że i tym nie jest sprawiedli­ wość i to, co sprawiedliwe, to jak inaczej potrafiłby to ktoś określić? O t ó ż Trazymach często już, kiedyśmy rozmawiali, chciał nam przerywać i rwał się do głosu, ale mu przeszkadzali siedzący obok i chcący rzeczy doX B E

D

"1 26 Platon, Państwo 336 B

słuchać do końca. Więc kiedyśmy zrobili pauzę i ja ostatnie słowa powie­ działem, już nie mógł dalej wytrzymać, tylko się skupił w sobie jak zwierz 10 i rzucił się na nas, jakby nas chciał rozszarpać . C Więc na m n i e i na P o l e m a r c h a padł strach jak na spłoszone ptaki, a on przy wszystkich na cały głos powiada: - Co to za brednie was się tutaj trzy­ mają już od dawna, Sokratesie? I czemu to z was j e d e n po drugim udaje g ł u p i e g o i j e d e n d r u g i e m u u s t ę p u j e miejsca? P r z e c i e ż jeżeli n a p r a w d ę chcesz wiedzieć, co to jest sprawiedliwość, to nie ograniczaj się do samych zapytań i nie popisuj się zbijaniem, kiedy ktoś zaczyna dawać jakieś odpoD wiedzi; ty dobrze wiesz, że łatwiej jest pytać, niż odpowiadać, ale odpowia­ daj i sam, i powiedz, jak określasz to, co sprawiedliwe! A tylko żebyś mi nie mówił, że to jest to, co potrzebne, ani to, co pożyteczne, ani to, co ko­ rzystne, ani to, co zyskowne, ani to, co leży w czyimś interesie. Tylko ja­ sno i dokładnie powiedz, jak to określasz. Bo ja tego nie zniosę, jeżeli bę­ dziesz mówił takie bzdury. K i e d y m to usłyszał, p r z e r a z i ł e m się i p a t r z y ł e m na niego ze s t r a c h e m . M a m wrażenie, że gdybym go nie był zobaczył p r ę d z e j niż on m n i e , byłE bym o n i e m i a ł . Ale teraz, k i e d y go coraz większa wściekłość zaczęła po­ nosić od mówienia, spojrzałem na niego pierwszy, tak żem się stał zdolny dawać odpowiedzi, i p o w i e d z i a ł e m drżąc z lekka: - T r a z y m a c h u , nie bądź na nas taki zły! Jeżeliśmy gdzieś pobłądzili w rozstrząsaniu myśli, ja i ten tutaj, to bądź przekonany, że błądzimy mimo woli. Przecież gdybyśmy zło­ tej m o n e t y szukali, to nigdy by żaden z nas nie był skłonny ustępować dru­ giemu z drogi w poszukiwaniu i samemu sobie przeszkadzać w znalezieniu; więc kiedy my sprawiedliwości szukamy, sprawy cenniejszej niż wiele zło­ tych m o n e t , to nie myśl, że tak po g ł u p i e m u u s t ę p u j e j e d e n z nas przed drugim, a nie jak najbardziej d b a m y o to, żeby się ona sama możliwie naj­ jaśniej ukazała. Bądź p r z e k o n a n y , przyjacielu. Tylko mam w r a ż e n i e , że nie m a m y sił. Więc może o wiele bardziej wypada, żebyście się nad nami 337 litowali, wy, ludzie zdolni, niż żebyście się gniewali. XI On to usłyszał, roześmiał się z głośnym sykiem przez zęby i powiedział: O, H e r a k l e s i e ! Oto jest ta zwyczajna ironia Sokratesa! Ja to już p r z e d t e m z a p o w i a d a ł e m tym tutaj, że ty z pewnością o d p o w i a d a ć nie zechcesz, bę10 Karykaturalnie opisany „mistrz sztuki besztania" rzuca się na Sokratesa i Polemarcha, bo gnie­ wa go i niecierpliwi m e t o d a pytań, zamiast wykładu. A jeżeli idzie o rzecz samą, to nie chce za­ s t ę p o w a ć j e d n e g o wyrazu drugim, tylko jakoś in/iczej chciałby objaśnić istotę sprawiedliwości. Przy t y m odrzuca z góry wszystkie c e c h y sprawiedliwości, które jej niewątpliwie przysługują w p o w s z e c h n y m r o z u m i e n i u , choć nie wystarczają do jej ścisłego określenia. Więc to jego żąda­ nie może być słuszne. Ż a d n a z tych cech, które Trazymach wymienia, nie wystarczy do określe­ nia sprawiedliwości, ale każda z nich b ę d z i e do jej określenia n i e z b ę d n a .

M ó w i o n o w Grecji o wilku, że kto go zobaczy prędzej niż wilk jego, ten potrafi go zabić i ujść cało. Kogo wilk pierwszy zobaczył, t e n przepadł. T r a z y m a c h dostaje więc w tym miejscu rysy d r a p i e ż n e d o m a l o w a n e z h u m o r e m . Sokrates dla kontrastu usprawiedliwia się z miną baranka, który j e d n a k u m i e czynić aluzje do chciwości sofisty, kiedy w s p o m i n a o szukaniu złotych m o n e t . T e n baranek jest chytry i umie być zjadliwy.

337 A

Księga I

27

dziesz się bawił ironią i wszystko i n n e raczej b ę d z i e s z robii, n i ż b y ś od­ powiadał, jeżeli cię ktoś o coś zapyta ". - Bo ty j e s t e ś mądry, T r a z y m a c h u - p o w i e d z i a ł e m . - Więc tyś d o b r z e iedział, że gdybyś kogoś zapytał, ile to jest dwanaście i zaraz przy pytaniu w zapowiedział mu z góry: a tylko mi, człowiecze, nie mów, że dwanaście to jest dwa razy sześć, ani że to trzy razy cztery, ani sześć razy dwa, ani cztery razy trzy, bo ja nie b ę d ę znosił takich bzdur, jasną, uważam, byłoby dla cie­ bie rzeczą, że nikt by nie potrafił o d p o w i e d z i e ć k o m u ś , kto się tak pyta. A gdyby ci t e n ktoś powiedział: Trazymachu, jak ty to myślisz? Ż e b y m ja nie dawał z tych zakazanych odpowiedzi - żadnej? Czy nawet, mężu osobli­ wy, i wtedy, jeśli j e d e n z tych wypadków zachodzi naprawdę? Tylko mam w odpowiedzi podać coś innego niż prawdę? Czy jak mówisz? Co byś mu odpowiedział na to? - Mniejsza o to - powiada. - I niby to ma być p o d o b n e - to do t a m t e g o ! - Nic nie przeszkadza - mówię. - Zresztą, jeśli to nawet i n i e p o d o b n e , to jednak ono się tak przedstawia zapytanemu. Czy sądzisz, że zapytany może będzie odpowiadał nie tak, jak mu się rzecz przedstawia - wszystko j e d n o , czy my mu to zakażemy, czy nie? - A to nic innego, tylko ty chcesz tak zrobić. C h c e s z dać jedną z tych odpowiedzi, których ja zabroniłem? - Ja bym się nie zdziwił - mówię - gdyby mi się po rozważeniu rzecz tak wydawała. - A co w t e d y - powiada - jeżeli ja wskażę inną o d p o w i e d ź , różną od tych wszystkich, na t e m a t sprawiedliwości, i to lepszą od tych? Co będzie z tobą, jak sądzisz? - Cóż i n n e g o - m ó w i ę - jak nie to, co musi być z tym, który nie wie. Wypada, żeby się nauczył od tego, co wie. Więc ja myślę, że właśnie to bę­ dzie i ze mną; i dobrze. - Bo ty jesteś sympatyczny - powiada. - Ale oprócz tego, że się nauczysz, zapłacisz jeszcze i gotówkę. - Nieprawdaż - jak b ę d ę kiedyś miał - mówię. - Ależ masz już pieniądze - zawołał Glaukon. - Jeżeli chodzi o pieniądze, Trazymachu, to mów. My wszyscy złożymy się dla Sokratesa. - A tak jest - powiada - to na to, żeby Sokrates zrobił to, co zawsze, aby sam n i e d a w a ł o d p o w i e d z i , a k i e d y o d p o w i a d a k t o ś inny, on mu słowo odbierze i będzie zbijał. - Ale jakimże sposobem - powiedziałem - duszo dobra, mógłby ktoś da­ wać odpowiedzi, jeżeli, po pierwsze, sam nie wie ani nie twierdzi, że wie, a potem, chociaż i coś tam sobie myśli o tych rzeczach, byłoby mu zakazane Powiedzieć cokolwiek z tego, co sobie myśli, a broniłby mu nie byle kto?
11 Poznał się na ironii T r a z y m a c h . Sokrates ironizuje dalej. Będzie musiał użyć w o k r e ś l e n i u sprawiedliwości którejś z cech „ z a k a z a n y c h " , albo n a w e t użyje ich wszystkich, bo takie jest j e g o P r z e k o n a n i e . N a s t ę p u j ą p r z e k o m a r z a n i a się S o k r a t e s a z T r a z y m a c h e m - w i d o c z n i e przyjazne i nie pomyślane zbyt serio.

B

C

D

E

28

Platon, Państwo

338 A

338 Doprawdy, że więcej wypada, abyś ty mówił. Ty przecież mówisz, że wiesz i potrafisz to powiedzieć. Więc nie rób inaczej, tylko zrób mi tę łaskę i daj odpowiedź; nie żałuj nauki i t e m u tu Glaukonowi, i tym innym. XII K i e d y m to powiedział, w t e d y G l a u k o n i inni zaczęli go prosić, aby nie robił inaczej. Widać było, że Trazymach ma o c h o t ę przemówić, aby sobie zyskać poklask; uważał widać, że ma o d p o w i e d ź bardzo piękną. Udawał B tylko, że się upiera przy tym, abym ja dawał odpowiedzi. W końcu zgodził się i mówi p o t e m : - O t o jest ta mądrość Sokratesa, sam nie chce uczyć ni­ kogo, a tylko chodzi po ludziach, uczy się od nich i n a w e t się za to nie odwdzięcza. - Że ja się od drugich uczę - rzekłem - toś prawdę powiedział, Trazymachu, ale jak mówisz, żem niewdzięczny, to nieprawda. Ja j e s t e m wdzięcz­ ny, na ile mnie stać. A stać m n i e tylko na pochwały. Bo ja pieniędzy nie mam. Ale jak ja to c h ę t n i e robię, jeżeli mi się wydaje, że ktoś mówi do C rzeczy, to zaraz się tutaj przekonasz, na miejscu, jak tylko dasz odpowiedź. Bo myślę, że będziesz mówił doskonale 1 2 . - Więc słuchaj - powiada. - Ja twierdzę, że to, co sprawiedliwe, to nic in­ nego, jak tylko to, co leży w interesie mocniejszego. N o , czemu nie chwa­ lisz? Acha! Bo nie chcesz! - D o p i e r o , jak z r o z u m i e m - powiedziałem. - Bo teraz jeszcze nie wiem. A to jak ty właściwie rozumiesz, Trazymachu? Przecież to chyba nie coś w t y m rodzaju: jeżeli P u l i d a m a s j e s t od nas m o c n i e j s z y - t e n b o k s e r D i w interesie jego ciała leży to, żeby jadł wołowinę, to ta potrawa leży zara­ zem w interesie nas, słabszych od niego, i jest sprawiedliwa? - Bo ty j e s t e ś obrzydliwiec, Sokratesie - powiada - i bierzesz myśl z tej strony, z której byś ją najgorzej mógł okaleczyć. - N i g d y w świecie, mój drogi - mówię - tylko jaśniej powiedz, co myślisz. - N o , więc ty nie wiesz - powiada - że z państw j e d n e mają dyktatury, w innych panuje demokracja, a w innych arystokracja? - Jakżeby nie? - Nieprawdaż, a kto ma moc w każdym państwie: rząd? - N o , tak. E - N o , więc każdy rząd ustanawia prawa dla własnego interesu. Demokra­ cja ustanawia prawa d e m o k r a t y c z n e , dyktatura - dyktatorskie, a inne rządy tak samo. A jak je ustanowią, w t e d y ogłaszają rządzonym, że to jest spra­ w i e d l i w e dla rządzonych, co jest w i n t e r e s i e rządzących, o kto się z tych
12 T r a z y m a c h podaje swoje własne ujęcie sprawiedliwości. W pierwszej chwili, oczywiście, zbyt o b s z e r n e . Na to mu figlarnie Sokrates zwraca uwagę. I teraz Trazymach określa, o j a k i e g o to mocniejszego mu chodzi w o k r e ś l e n i u . J e g o myśl tak wygląda mniej więcej. Sprawiedliwość jest w y r a z e m u m o w n y m , n a r z u c o n y m w życiu s p o ł e c z n y m przez tych, którzy w państwie rządzą, bo mają siłę. O n i nazywają i każą nazywać sprawiedliwością słuchania praw, które sami ustanowili d o w o l n i e , kierując się względami na własny interes. Sprawiedliwość to jest gotowość do działa­ nia w myśl interesów mocniejszego, który ma rząd w ręku i sam wyznacza, co leży w j e g o intere­ s i e . S p r a w i e d l i w o ś ć j e s t c e c h ą w z g l ę d n ą i raz się m u s i o b j a w i a ć w t a k i m d z i a ł a n i u , a raz we wprost przeciwnym. Z a l e ż n i e od formy rządów. Sprawa czysto u m o w n a .

338 E

Księga I

29

rzepisć-w wyłamuje, tego karzą za to, że niby prawo łamie i jest niespra­ wiedliwy. Więc to jest, poczciwa duszo, to, co mam na myśli; że w każdym 339 państwie sprawiedliwość polega na j e d n y m i tym samym: na interesie usta­ lonego rządu. Rząd przecież ma siłę. Więc kto dobrze rachuje, t e m u wy­ chodzi, że sprawiedliwość wszędzie polega na j e d n y m i tym samym: na in­ teresie mocniejszego. - Teraz - powiedziałem - rozumiem, co masz na myśli. A czy to prawda, czy nie, b ę d ę próbował dojść. W twojej odpowiedzi, Trazymachu, jest t e ż mowa o tym, co leży w czyimś interesie, że to jest sprawiedliwość, a m n i e ś zabraniał, żebym o tym nie wspominał w odpowiedzi. A tymczasem tu do- B dane tylko to, że „mocniejszego". - No, a to - powiada - to może mały dodatek? - Jeszcze tego nie widać, choćby był i wielki. Ale że się trzeba zastano­ wić nad tym, czy ty prawdę mówisz, to rzecz jasna. Bo i ja się zgadzam, że to, co sprawiedliwe, to leży w czyimś i n t e r e s i e , a ty dodajesz coś do t e g o i mówisz, że to w interesie mocniejszego. Ja nie wiem - więc trzeba to roz­ patrzyć. - Rozpatruj - powiada. - To się stanie - rzekłem. - Powiedz mi zatem: czy - oczywiście - także XIII słuchania rządzących nie nazwiesz rzeczą sprawiedliwą? - Owszem. - A czy rządzący są n i e o m y l n i w k a ż d y m p a ń s t w i e , czy t e ż mogą się C w czymś czasem mylić 13 ? - W każdym razie gdzieś - powiada - mogą się i mylić. - Prawda więc, że kiedy się biorą do ustanawiania praw, to j e d n e ustana­ wiają słusznie, a n i e k t ó r e n i e s ł u s z n i e . M n i e się przynajmniej tak zdaje. A „słusznie", czy to znaczy ustanawiać prawa we własnym interesie, a „nie­ słusznie" - to wbrew własnemu interesowi? Czy jak mówisz? - Tak. - A jak które prawo ustanowią, to tego powinni słuchać rządzeni i to jest to, co sprawiedliwe? - Jakżeby nie? - Z a t e m według twego zdania sprawiedliwie jest nie tylko działać w inte- D resie mocniejszego, ale i wprost przeciwnie: wbrew jego interesowi. - Co mówisz; ty? - powiada.
Sokrates słusznie zwraca uwagę na to, że interes mocniejszego musi ktoś' nieomylnie wyzna­ czać, jeżeli postępowanie zgodne z nim ma być jednoznacznie określone. Mocniejszy m o ż e się Przecież mylić co do własnego interesu. Tego, co mocniejszemu służy i co mu szkodzi, nie moż­ na wyznaczać dowolnie. To jest sprawa rzeczowa, a nie umowna; możliwe są co do tego pomyłki. W razie pomyłki postępowanie korzystne dla mocniejszych może być właśnie przez nich zakaza­ ne. Więc nic należy mieszać tych dwóch różnych rzeczy, tego, co mocniejszy, rządzący nakazuje, i tego, co mocniejszemu, rządzącemu naprawdę służy. Klejtofon interpretuje s w e g o mistrza w tym duchu, że sprawiedliwość wymaga słuchania rządzących i działania w myśl tego, jak oni sami svvój interes rozumieją - choćby się mieli mylić - a nie w myśl własnej interpretacji ich interesów, choćby i najtrafniejszej.
13

30

Platon, Państwo

339 D

- To właśnie, co ty mówisz. T a k się m n i e p r z y n a j m n i e j wydaje. Ale przypatrzmy się lepiej. Czyż nie zgodziliśmy się, że kiedy rządzący naka­ zują rządzonym coś robić, to się niekiedy mylą i chybiają tego, co dla nich najlepsze, ale cokolwiek by nakazywali rządzący, to sprawiedliwość nakazu­ je rządzonym spełniać? Czy na to nie było zgody? E - Zdaje mi się, że tak - powiada. - No więc uważaj - mówię - ześ się zgodził i na to: sprawiedliwość wyma­ ga, ż e b y nieraz działać także wbrew interesom rządzących i mocniejszych, a mianowicie wtedy, gdy rządzący mimo woli nakazują coś, co jest przeciw­ ne ich interesowi; mówisz przecież, że od rządzonych sprawiedliwość wyma­ ga, żeby zawsze robili to, co tamci rozkażą. Czyż wtedy, Trazymachu naj­ mądrzejszy, nie wynika z konieczności to, że sprawiedliwe będzie działanie w p r o s t p r z e c i w n e t e m u , o którym ty mówisz? Wynika przecież dla słab­ szych nakaz działania wbrew interesom mocniejszego. 340 - Ależ tak, na Zeusa, Sokratesie - wmieszał się P o l e m a r c h - to z u p e ł n i e jasna rzecz. - Jeżeli ty mu przyświadczysz - wtrącił Klejtofon. - Ale po cóż tutaj - mówi - potrzeba świadka? Przecież sam Trazymach zgadza się, że rządzący niekiedy nakazują coś, co im na złe wychodzi, a rzą­ dzeni po sprawiedliwości muszą to robić. - Bo Trazymach założył, Polemarchu, że sprawiedliwość wymaga, aby ro­ bić to, co rządzący rozkazują. B - I założył też, Klejtofoncie, i to, że sprawiedliwe jest to, co leży w inte­ resie mocniejszego. I kiedy te dwa założenia przyjął, zgodził się znowu na to, że nieraz mocniejsi rozkazują wbrew własnym interesom, a słabsi i rzą­ d z e n i to robią. Na gruncie tych ustaleń i n t e r e s mocniejszego nie b ę d z i e wcale bliższy sprawiedliwości niż działanie wbrew jego interesom. - Ależ on - odparł Klejtofon - przez i n t e r e s m o c n i e j s z e g o rozumiał to, w czym mocniejszy sam upatruje swój interes. To p o w i n i e n robić słabszy i on to przyjął jako sprawiedliwe. - Ależ nie tak - powiedział Polemarch - nie tak się mówiło. C - To nic nie szkodzi, Polemarchu - wtrąciłem - jeżeli Trazymach teraz tak mówi, to my to tak od niego przyjmijmy. XIV - Powiedz mi, Trazymachu, kiedyś określał to, co sprawiedliwe, chciałeś mówić o tym, co leży w interesie mocniejszego według jego własnego zda­ nia; wszystko j e d n o , czyby to n a p r a w d ę leżało w jego i n t e r e s i e , czy nie? Czy tak mamy rozumieć twoje stanowisko 1 4 ?
14 T r a z y m a c h sam idzie dalej w k o n w e n c j o n a l i z m i e . Rządzący nie myli się, z d a n i e m Trazyma­ cha, nigdy, kiedy, jako rządzący, wyznacza to, co leży w j e g o interesie. N i e o m y l n o ś ć co do wła­ s n e g o interesu należy do istoty rządzącego tak, jak n p . w nowszych czasach n i e o m y l n o ś ć w rze­ czach wiary i obyczajów jest związana z u r z ę d e m p a p i e s k i m , jak zresztą n i e o m y l n y jest w spra­ wach spornych każdy p r z e w o d n i c z ą c y sądu rozjemczego, k t ó r e m u ustawa pozwala rozstrzygać p e w n e spory bezapelacyjnie. Stanowisko Trazymacha wisi j e d n a k tutaj w powietrzu. Można nie­ o m y l n i e określać p r z e d m i o t czyjejś wiary i k i e r u n e k czyjegoś postępowania, można i spory roz­ strzygać bezapelacyjnie, ale nie można, b ę d ą c człowiekim, nie mylić się nigdy, wyznaczając swój

340 C

Księga I

31

- Wcale nie - powiada. - Cóż ty myślisz, że ja mocniejszym nazywam ko­ goś, kto błądzi - wtedy, kiedy błądzi? Ja przynajmniej sądziłem - mówię - że to była twoja myśl, kiedyś się D zgodził, że rządzący nie są nieomylni, tylko się w czymś niekiedy mylą. - To są twoje finty w dyskusjach, Sokratesie - mówi on na to - bo czy ty nazywasz l e k a r z e m kogoś, kto się myli co do chorych, ze w z g l ę d u na to właśnie, w czym się pomylił? Albo rachmistrzem tego, który by się w ra­ c h u n k a c h mylił; w t e d y właśnie, k i e d y by się mylił i ze w z g l ę d u na t e n błąd? Ja mam wrażenie, że my tak potocznie mówimy, że lekarz się pomy- E lił i rachmistrz się pomylił i gramatyk. A ja uważam, że każdy z nich, o ile jest tym, czym my go nazywamy, nie myli się nigdy. Tak, że biorąc rzeczy ściśle, bo przecież i ty bawisz się w ścisłość, żaden mistrz nie myli się nig­ dy. Człowiek, który się myli, myli się dopiero wtedy, kiedy go wiedza opu­ szcza, i w tym on już nie jest mistrzem. Tak, że mistrz albo człowiek mą­ dry, albo człowiek rządzący nie myli się żaden wtedy, kiedy jest rządzącym, chociaż każdy może tak powiedzieć, że lekarz się pomylił i rządzący się po­ mylił. Więc uważaj, że tak i ja tobie teraz odpowiadałem. A najściślejsze 341 ujęcie jest w ł a ś n i e to, że rządzący, o ile j e s t r z ą d z ą c y m , n i e myli się. A skoro się nie myli, to on stanowi o tym, co jest w jego interesie, i to po­ winien rządzony robić; tak, że - jak od początku mówiłem - sprawiedliwym nazywam: robić to, co leży w interesie mocniejszego. - N o , dobrze, Trazymachu - powiedziałem - ty masz wrażenie, że ja so- XV bie pozwalam na finty w dyskusji? - Owszem, tak - powiada. - Bo myślisz, że ja w złym zamiarze i nielojalnie z a p y t a ł e m cię tak, ja­ kem cię zapytał? - Ja to przecież doskonale wiem - powiada. - I to ci się na nic nie przyda; B bo ani nie potrafisz p r z e d e mną ukryć swych nielojalności, ani też d o p u ­ 15 szczać się ich jawnie i mnie gwałtem położyć w dyskusji . - Ja bym nawet nie próbował - powiedziałem. - Pokój z tobą! Ale żeby tu znowu coś takiego między nami nie zaszło, to rozgranicz, jak właściwie tak czy inaczej - używasz słowa „rządzący" i „mocniejszy". Bierzesz te wy­ razy w znaczeniu potocznym czy też w tym znaczeniu ścisłym, któreś w tej chwili podał, mówiąc, że słabszy powinien po sprawiedliwości pilnować in­ teresów mocniejszego, bo on jest lepszy.
interes i s z k o d ę . C h o ć b y się miało rządy w ręku. Już n i e j e d e n rząd wychował sobie z pomocą własnych ustaw rewolucję, która go sprzątnęła. M y l n i e o c e n i a ł własny interes. A gdy- byśmy chcieli z T r a z y m a c h e m twierdzić, że wtedy, gdy się mylił, nie był już rządem właściwie, nie wie­ dzielibyśmy nigdy dobrze, kto właściwie jeszcze jest u władzy, a kto już nie jest. W k a ż d y m razie T r a z y m a c h zaczął mówić o istocie rządzenia i wydawało mu się, że rządzący, jako taki, wyznacza swój interes, d b a o niego i nakazuje go pilnować p o d d a n y m . W t e d y oni się nazywają sprawiedliwi. Sokrates zwraca słusznie uwagę, że d b a n i e o swój interes nie leży w istocie rządzenia. Kto tządzi n a p r a w d ę , ten dba o interesy rządzonych, a więc słabszych. Z a c z e m sprawiedliwy, jeśli słucha rządzących naprawdę, dba o interes rządzonych, słabszych.

32

Platon, Państwo

341 B

C

D

E

- Ja - powiada - mówię o tym, który jest w najściślejszym tego słowa znaczeniu rządzącym. Teraz bądź nielojalny i rób finty, jeżeli potrafisz. N i e m a m pod twoim a d r e s e m ż a d n y c h z a s t r z e ż e ń . Tylko że nie potrafisz w żaden sposób. - Ty może myślisz, żem oszalał i gotówem strzyc lwa i dawać finty Trazymachowi? - N o , teraz przecież próbowałeś, aleś się nie popisał i w tym. - N o , dość tego - powiedziałem. - Ale powiedz mi taką rzecz: ten lekarz w znaczeniu ścisłym, o którym mówiłeś przed chwilą, czy to jest ktoś, kto robi pieniądze, czy też ktoś, co dba o chorych? A mów o takim, który jest istotnie lekarzem. - Ten, co dba o chorych - powiada. - A cóż sternik? Taki sternik co się nazywa - jest k o m e n d a n t e m płyną­ cych czy płynącym? - K o m e n d a n t e m płynących. - Uważam, że wcale nie trzeba brać pod uwagę, że i on płynie w okręcie, i nie trzeba go nazywać płynącym. On się nazywa sternikiem nie ze wzglę­ du na to, że płynie, tylko ze względu na umiejętność pewną i rząd nad pły­ nącymi. - Prawda - mówi. - Nieprawdaż, istnieje też coś, co leży w interesie każdego z nich. - T a k jest. - I umiejętność - powiedziałem - chyba nie na to jest, żeby szukała i wy­ dobywała to, co leży w interesie każdego z nich? - Na to ona jest - mówi. - A czy i dla każdej umiejętności istnieje coś, co by leżało w jej interesie coś innego niż to tylko, żeby była jak najdoskonalsza? - Co znaczy to pytanie? - To tak - powiedziałem - jak gdybyś m n i e zapytał, czy ciału wystarcza to, że ono jest ciałem, czy też mu czegoś jeszcze potrzeba, to ja bym powie­ dział, że potrzeba - ze wszech miar. I dlatego też istnieje umiejętność le­ karska dziś wynaleziona, dlatego że ciało jest b i e d n e , liche i nie wystarcza mu być ciałem. Więc żeby dla niego zdobywać to, co leży w jego interesie, do tego została rozbudowana umiejętność. Czy masz wrażenie - dodałem że mówiąc tak, mówię słusznie czy nie? - Słusznie - odpowiedział. - Więc cóż, sama umiejętność lekarska czy jest też licha, albo jakaś umie­ j ę t n o ś ć czy może p o t r z e b o w a ć jakiejś d z i e l n o ś c i , tak jak oczy w i d z e n i a , a uszy słyszenia, wobec czego o n e potrzebują jeszcze pewnej umiejętności, która bada i przysparza im tego, co leży w ich interesie. Czy w istocie każ­ dej umiejętności też tkwi pewna lichota i każda umiejętność potrzebuje in­ nej umiejętności, która by dbała o to, co jest w interesie tamtej, a sama by potrzebowała znowu innej takiej umiejętności i to tak w nieskończoność? Czy też każda sama będzie dbała o to, co jest w jej interesie? A może nie

342

B

342 B

Księga I

33

otrzebuje ani siebie samej, ani innej, żeby dbać o to, co leży w jej intere­ sie i co ma p o m a g a ć na jej n ę d z ę ? Bo ani n ę d z a żadna, ani błąd ż a d e n vv u m i e j ę t n o ś c i nie mieszka, ani w y p a d a nawet, żeby u m i e j ę t n o ś ć miała szukać tego, co leży w interesie kogokolwiek innego, a nie tylko w interesie jej przedmiotu. Ona sama jest nienaruszalna i czysta, niepokalana, bo jest słuszna, jak długo każda jest ściśle i w całości tym, czym jest. Weź to tak ściśle jak przedtem. Jest tak czy jest inaczej? - Tak się wydaje - powiada. - Przecież sztuka lekarska nie szuka tego, co pożyteczne dla sztuki lekar­ skiej, tylko tego, co dla ciała. - Tak - powiada. - Ani umiejętność jazdy konnej nie szuka tego, co korzystne dla umiejętności jazdy k o n n e j , tylko tego, co dla koni. Ani żadna inna u m i e j ę t n o ś ć tego, co dla niej samej - tego nawet nie potrzebuje - tylko dla tego, co sta­ nowi jej przedmiot. - Zdaje się, że tak - powiada. - A przecież, T r a z y m a c h u , rządzą u m i e j ę t n o ś c i też i mają moc, panują nad tym, czego dotyczą. Zgodził się w tym miejscu, ale z wielką trudnością. - Zatem żadna wiedza nie dba o interes mocniejszego ani go nie zaleca każda dba o interes słabszego, który zostaje pod jej panowaniem. Zgodził się i na to w końcu, choć próbował to zwalczać. A kiedy się zgodził, wtedy ja mówię: - Z a t e m nic innego, tylko ani lekarz żaden, o ile jest lekarzem, nie szuka tego, co leży w jego własnym intere­ sie, i nie to zaleca, tylko to, co jest w interesie chorego. Bo już jest zgoda na to, że lekarz w ścisłym z n a c z e n i u to jest ktoś rządzący ciałami, a nie ktoś, kto robi pieniądze. Czy też nie ma zgody? Przyznał. - Nieprawdaż, i na to, że sternik, wzięty w ścisłym znaczeniu, ma w ręku rząd nad płynącymi, a nie jest płynącym. - Zgoda. - Więc taki sternik i władca nie będzie patrzał i zalecał interesu sternika, tylko będzie dbał o interes płynącego i poddanego. Zgodził się z trudnością. - Z a t e m - powiedziałem - Trazymachu, podobnie i żaden inny człowiek w ż a d n y m rządzie, o ile jest n a p r a w d ę rządzącym, nie patrzy w ł a s n e g o i n t e ­ resu ani go nie zaleca, tylko dba o interes p o d d a n e g o i tego, dla k t ó r e g o pra­ cuje; zawsze mając na oku to, co leży w interesie poddanych i co im przystoi z myślą o tym on mówi wszystko, co mówi, i robi to wszystko, co robi l 6 .
16 Gdy Platon pisał o tych „rządzących n a p r a w d ę " , musiało mu przyjść na myśl s m u t n o u ś m i e c h ­ nięte pytanie, gdzie też właściwie są ci „rządzący n a p r a w d ę " , ci, co to rządząc nie patrzą interesu własnego, a dbają tylko o d o b r o rządzonych. N i e widział ich w Atenach i nie mógł ich w i d z i e ć w Sparcie; było o nich na p e w n o równie t r u d n o jak o lekarzy, którzy by byli tylko lekarzami na­ prawdę, a nie tymi, co się dorabiają majątku l e c z e n i e m . Więc kiedy pomyślał o rządzących kon-

C

D

E

34 343XV1

Platon, Państwo

343 A

B

C

D

Kiedyśmy już doszli do tego p u n k t u w dyskusji i wszystkim było jasne, że się określenie tego, co sprawiedliwe, odwróciło i stanęło na głowie. Tra­ zymach, zamiast dawać odpowiedzi, mówi do m n i e : - Powiedz, Sokratesie, a niańkę ty masz! - A to co? - m ó w i ę . - Czy nie lepiej dawać o d p o w i e d z i , zamiast p y t a ć 0 takie rzeczy? - Bo widzę - powiada - żeś się zasmarkał, a ona na to nie uważa i nosa ci nie uciera, choć powinna, kiedy ty jej tu nawet owiec nie rozpoznajesz ani pasterza. - Bo niby co właściwie? - powiedziałem. - Bo tobie się zdaje, że pasterze owiec i krów mają na oku dobro owiec 1 krów i tuczą je, i chodzą koło nich mając na oku coś i n n e g o niż d o b r o swoich panów i własne, i tak samo ci, co rządzą w p a ń s t w a c h , którzy na­ prawdę rządzą, myślisz, że jakoś inaczej się odnoszą do rządzonych niż jak do owiec i o czymś innym myślą nocą i dniem, jak nie o tym, skąd by wy­ ciągnąć jak największą korzyść dla siebie. I tak daleki j e s t e ś od tego, co sprawiedliwe, i od sprawiedliwości, i od tego, co niesprawiedliwe, i od nie­ sprawiedliwości; ty nie wiesz, że sprawiedliwość i to, co sprawiedliwe, to jest w istocie swojej dobro c u d z e : dla mocniejszego i rządzącego - interes, a dla rządzonego i poddanego - szkoda. Niesprawiedliwość: wprost przeciw­ nie. Ona panuje nad naiwnymi naprawdę „poczciwcami" i nad sprawiedli­ wymi. Rządzeni robią to, co leży w interesie rządzącego, bo on jest mocniejszy; słuchając go przyczyniają się do jego szczęścia, a do własnego ani
k r e t n y c h , przyszło mu na myśl: „ p a s t u c h y " . A gdy o rządzonych - pomyślał sobie: „ b y d ł o " . Już w Teajtecie tak pisał. I wydało mu się, że j e g o myśli o rządzącym, który by całą duszą d b a ł o d o ­ bro rządzonych, a nie o siebie, musiałyby się wydać d z i e c i n n e człowiekowi stojącemu z boku, który by stosunki istniejące znał równie dobrze, jak je znał Platon sam. T a k i e m u Trazymachowi na przykład. Więc grube drwiny włożył w tej chwili w usta „mistrzowi sztuki b e s z t a n i a " , drwiny z własnych m a r z e ń o władcy i d e a l n y m , którego, wiedział d o b r z e , nie ma na świecie, i kazał mu s y p n ą ć k a z a n i e siarczyste, p e ł n e ognia i barw realnych, o b s e r w o w a n y c h t r z e ź w o , p r z y t o m n i e i rzuconych na papier bez ceremonii, bez ogródek i bez osłonek. O t o jak jest dzisiaj, w o b e c n y m ustroju a t e ń s k i m . Sprawiedliwość u c h o d z i niby to za z a l e t ę , a kto się nią odznacza, ten traci na k a ż d y m kroku - tylko złodzieje i oszuści wychodzą na wierzch. Po krzywdzie ludzkiej d o c h o d z i się do majątku i po krzywdzie ludzkiej do władzy dyktator­ skiej - n i e z a l e ż n e j . I do uznania p o w s z e c h n e g o . Z b r o d n i a jest objawem siły i w życiu prywat­ n y m , i w p u b l i c z n y m , a sprawiedliwość jest k a g a ń c e m , który silniejsi, zwycięzcy zbrodniarze na­ kładają l u d z i o m słabszym - z myślą o swoim własnym interesie. T a k jest, choć tak nie p o w i n n o być. T a k wygląda dzisiaj sprawa sprawiedliwości. To przecież nie są myśli a u t e n t y c z n e g o Trazy­ macha. To są własne, gorzkie spostrzeżenia samego Platona, włożone Trazymachowi w usta. Pla­ ton właśnie dlatego próbuje reformować s p o ł e c z e ń s t w o i b u d o w a ć je na nowo, bo wie i widzi, co się dzieje dzisiaj w rzeczywistości. Wie, jakim pustym liczmanem jest dziś sprawiedliwość, kiedy 0 p o w o d z e n i u rozstrzyga tylko siła i b e z w z g l ę d n o ś ć . O p o w o d z e n i u i o szacunku l u d z k i m . Tra­ z y m a c h mówi rzeczy zbyt d o b r z e z n a n e we wszystkich czasach i wielu krajach i zbyt prawdziwe jak na to, żeby tylko Platon sam tego nie wiedział i myślał inaczej. Trazymach jest tubą Platona. Mówi rzeczy, które Platona bolą i brzydzą, ale są oparte na j e g o własnych s p o s t r z e ż e n i a c h . Wła­ śnie dlatego, że tak jest dziś, wypada na nowo od gruntu przemyśleć z a g a d n i e n i e sprawiedliwości 1 pojąć ją inaczej, i od f u n d a m e n t ó w p r z e b u d o w a ć ustrój społeczny, aby w nim nie d e c y d o w a ł a b e z w z g l ę d n a walka o byt i nie wynosiła na czoło zbrodniarzy.

1

odrobiny. T r z e b a przecież zobaczyć, arcynaiwny Sokratesie, że c z ł o w i e k sprawiedliwy wszędzie ma mniej niż niesprawiedliwy. Najpierw w i n t e r e ­ sach, w spółkach. G d z i e k o l w i e k się taki j e d e n z drugim zwiąże, to przy rozwiązaniu spółki nigdy nie znajdziesz, żeby sprawiedliwy miał z niej wię­ cej niż niesprawiedliwy. A następnie w stosunku do państwa, kiedy chodzi o podatki, to z jedna­ kich dochodów sprawiedliwy wpłaca więcej, a niesprawiedliwy mniej. A jak można coś dostać, to ten nie dostaje nic, a t a m t e n zyskuje grubo. A znowu jak jakiś publiczny urząd spełnia j e d e n i drugi, to dla sprawiedliwego jest E kara - jeżeli już nie inna, to ta, że jego własne gospodarstwo schodzi przy tym na psy, bo on nie ma czasu dbać o nie, a z publicznego grosza takiemu nic nie przyjdzie, bo on jest sprawiedliwy, a oprócz tego jeszcze zaczynają go nienawidzić krewni i znajomi, kiedy im nie chce oddawać żadnych przy­ sług wbrew sprawiedliwości. A u niesprawiedliwego wprost przeciwnie. Ja mówię o tym, o którym przed chwilą m ó w i ł e m , o takim, co grubo potrafi pamiętać o sobie. Ty na t a k i e g o patrz, jeżeli chcesz ocenić, o ile lepiej 344 człowiek wychodzi w swoich prywatnych sprawach na niesprawiedliwości niż na sprawiedliwości. A najłatwiej się o tym przekonasz, jeżeli weźmiesz pod rozwagę niespra­ wiedliwość najdoskonalszą; ta czyni najszczęśliwszym człowieka, który się dopuścił niesprawiedliwości, a skrzywdzonych i tych, którzy się krzywd do­ puszczać nie chcą, skazuje na n ę d z ę ostatnią. To jest dyktatura. Ona nie po małym kawałku cudze dobro zagrabia; i po cichu, i gwałtem; i święcone, i nie poświęcone, prywatne czy publiczne - wszystko razem. Gdy się ktoś jawnie dopuszcza każdej z tych zbrodni z osobna, spotyka B go kara i obelgi na niego spadają - najgorsze. O takich, co się dopuszczają poszczególnych zbrodni tego rodzaju, mówi się przecież, że to świętokradcy i porywacze ludzi, i włamywacze, i rabusie, i złodzieje. A jeżeli k t o ś nie tylko pieniądze obywateli weźmie, ale jeszcze ich samych podbije i w nie­ wolników zamieni, wtedy, zamiast tych hańbiących przydomków, spadają na niego gratulacje i wyrazy uwielbienia. N i e tylko ze strony obywateli, ale C i z innych stron, gdzie tylko się dowiedzą, że t e n człowiek miary z b r o d n i dopełnił. Bo przecież ci, co obelgi miotają na niesprawiedliwość, robią to nie z obawy przed wyrządzeniem krzywd, tylko z obawy przed ich doznawa­ niem. W ten sposób, Sokratesie, krzywda i niesprawiedliwość robiona, jak się należy, j e s t oznaką większej mocy i j e s t czymś bardziej s z l a c h e c k i m i pańskim niż sprawiedliwość. I jak od początku mówiłem, sprawiedliwość to nic innego, jak tylko interes mocniejszego, a sprawiedliwe jest to, co mu służy i leży w jego interesie. Trazymach powiedziawszy to zamierzał odejść, jakby nam łaźnię sprawił XVII i dobrze nas po uszach zlał tą obfitą mową. Ale mu nie pozwalali odejść D obecni i zmuszali go, żeby wytrwał na miejscu i odpowiadał w dyskusji za tę mowę, którą wypowiedział. Ja go sam też bardzo prosiłem i powiedziałem: - Bójże się boga, T r a z y m a c h u , t a k ą ś tu m o w ę rzucił p o m i ę d z y nas

36

Platon, Państwo

344 D

i zamierzasz odejść, zanim nas nie nauczysz należycie albo nie nauczysz się sam, czy tak się rzecz ma, czy inaczej. Cóż ty myślisz, żeś się wziął do określania jakiegoś drobiazgu, a nie do zasady całego życia, której by się E każdy mógł trzymać i przez to z największym pożytkiem życie spędzić? - Bo ja niby uważam - powiedział Trazymach - że to jest inaczej? - Więc widać, że doprawdy nic ci na nas nie zależy i nie troszczysz się 0 to, czy b ę d z i e m y żyli l e p i e j , czy gorzej, nie znając t e g o , o c z y m ty mówisz, że to wiesz. Więc bądź dla nas dobry i staraj się nam też to poka­ zać! To nie będzie zła lokata twoich kapitałów, jeżeli nam dobrodziejstwo 345 wyświadczysz - nas przecież tylu jest. Ja ci mówię od siebie, że nie jestem przekonany i nie sądzę, żeby czło­ wiek na krzywdzie ludzkiej wychodził lepiej niż na sprawiedliwości; nawet gdyby ktoś niesprawiedliwości puszczał cugle i nie przeszkadzał jej robić, co by chciała. N o , mój drogi, powiedzmy, że jest ktoś n i e s p r a w i e d l i w y 1 n i e c h ma moc wyrządzania krzywd po cichu albo g w a ł t e m . To j e d n a k m n i e wcale nie przekonywa, że to będzie rzecz bardziej korzystna, niż być sprawiedliwym. Może być, że tak samo czuje też i ktoś inny spośród nas B nie tylko ja jeden. Więc przekonaj nas, panie święty, jak się należy, że nie mamy racji, kiedy sprawiedliwość cenimy wyżej niż krzywdę ". - Ja m a m ciebie przekonać? - powiada. - Jeżeli cię nie p r z e k o n y w a to, com przed chwilą powiedział, to co ja ci mam jeszcze zrobić? M a m wziąć tę myśl i włożyć ci ją do duszy? - Na Zeusa - powiedziałem - tylko to nie! Ale p r z e d e wszystkim, cokol­ w i e k byś powiedział, to trwaj przy tym, albo gdybyś coś zmieniał, to zmieC niaj jawnie i nie nabieraj nas! A teraz - widzisz, Trazymachu, wróćmy je­ szcze do tego, co p r z e d t e m : że gdyś prawdziwego lekarza określał, to później nie uważałeś za p o t r z e b n e równie ściśle brać i pilnować tego praw­ dziwego pasterza, tylko uważasz, że on pasie owce jako pasterz i nie ma przy tym na oku dobra owiec, tylko jakby jakiś gospodarz, który ma gości przyjD m o w a ć i u c z t ę wyprawiać, albo znowu na zysk - jakby zbijacz pieniędzy, a n i e pasterz. A u m i e j ę t n o ś c i p a s t e r s k i e j przecież na niczym i n n y m nie
17 S o k r a t e s zapewnia, że wierzy w p o ż y t e k płynący ze sprawiedliwości. Ale to nie jest pożytek materialny. On sądzi przecież, że u b ó s t w o i śmierć nie jest właściwie ż a d n y m nieszczęściem dla człowieka dobrego. Mówił w Obronie, pod koniec, że dla człowieka d o b r e g o nie ma w ogóle nie­ szczęścia; ani za życia, ani po śmierci. Ktokolwiek uniknął krzywdy ludzkiej, t e n już tym samym wygrał, skorzystał, wyszedł lepiej niż zbrodniarz, który uniknął kary. Z n a m y to i z Gorgiasza. Na razie S o k r a t e s wraca do myśli o rządzie i d e a l n y m , kiedy mówi, że ci „ n a p r a w d ę rządzący" nie dbają o nic więcej, jak tylko o dobro p o d d a n y c h . To ci z innego świata.

I tu gra słów i n i e p o r o z u m i e n i e m i ę d z y S o k r a t e s e m a T r a z y m a c h e m . Kiedy S o k r a t e s mówi o „rządzących n a p r a w d ę " , ma na myśli takich rządzących, jacy być powinni, choćby ich nie było w świecie k o n k r e t n y m . Trazymach myśli w t e d y o rządzących k o n k r e t n y c h , żywych, spotykanych na m i e ś c i e . Stąd na sugestywne p y t a n i e o to, czy „rządzący n a p r a w d ę " c h ę t n i e rządy sprawują, T r a z y m a c h , mając na oku stosunki k o n k r e t n e , faktyczne, odpowiada bez wahania, że oni to robią bardzo c h ę t n i e i to jest rzecz doskonale wiadoma. Że z dobrych rządów mają i rządzeni p e w i e n pożytek, to rzecz niesporna, ale d o w o d z i ć t e g o na tej p o d s t a w i e , że urzędy p u b l i c z n e są p ł a t n e , to droga bardzo okólna, a d o w ó d n i e b a r d z o oczywisty.

345 D

Księga I

37

zależy, jak tylko na tym, co jej podlega, aby mu przysparzała tego, co naj­ lepsze. To, co dla niej samej p o t r z e b n e , żeby było jak najlepsze, ona już ma, jak długo nic jej nie brakuje do tego, żeby być umiejętnością pasterską. Więc ja tak sobie myślałem, że teraz m u s i m y się zgodzić na to, że każdy rząd, o ile jest rządem, patrzy za tym, co najlepsze dla nikogo innego, jak tylko dla tego, kto t e m u rządowi podlega i jest p r z e d m i o t e m jego starań. Tak jest w rządzie publicznym i prywatnym. A jak ty myślisz, czy ludzie E rządzący w państwach, ale ci naprawdę rządzący, chętnie rządy sprawują? - Na Zeusa - powiada - ja nie tylko myślę, ja to dobrze wiem. - No cóż? - m ó w i ę - T r a z y m a c h u , kiedy idzie o różne urzędy, czy nie XVIII uważasz, że nikt nie chce ich sprawować dobrowolnie, tylko żądają pensji? Dlatego że nie oni będą mieli pożytek z rządzenia, tylko rządzeni. A zno­ wu tyle tylko mi powiedz: czy nie powiemy, że każda umiejętność różni się 346 od innej tym, że inną posiada moc? Tylko, panie święty, nie odpowiadaj wbrew przekonaniu, abyśmy trochę poszli naprzód 18 . - Więc tym się różnią. - Nieprawdaż, i każda nam przynosi jakiś swoisty pożytek, a nie wszystkie j e d e n i t e n sam. Na przykład u m i e j ę t n o ś ć l e k a r s k a - zdrowie, s t e r n i c z a bezpieczeństwo w podróży okrętem, i inne tak samo? - Tak jest. - N i e p r a w d a ż , i u m i e j ę t n o ś ć zarobkowania - zarobek? Bo taka jest jej moc. Czy też ty mówisz, że umiejętność lekarska i sternicza to j e d n a i ta sama? Czy też, jeślibyś chciał ściśle rozgraniczać, jak to zacząłeś robić, to już nie tak - już nawet gdyby ktoś, będąc sternikiem, przyszedł do zdrowia dlatego, że mu służy podróż po morzu - to mimo to nie nazwiesz sternictwa raczej sztuką lekarską? - No nie, przecież - powiada. - Ani myślę sobie, nie nazwiesz tak umiejętności zarobkowania, jeśliby ktoś był zdrów zarobkując. - No nie, przecież. - No cóż? A sztukę lekarską nazwiesz sztuką zarobkowania, gdyby ktoś zarobkował lecząc? - N i e - powiada. - Nieprawdaż, zgodziliśmy się, że każda umiejętność przynosi swoisty po­ żytek. - Niech będzie - powiada. - Więc jeżeli jakikolwiek pożytek wspólnie wszyscy mistrzowie wynoszą, to, jasna rzecz, stąd pochodzi, że wszyscy pospołu coś jedno i to samo stosują, i stąd płynie im ten pożytek?
18 Sokrates gotów przyznać, że k o n k r e t n i członkowie rządów robią na rządzeniu interesy, ale po­ wiada, że oni to robią jako spekulanci, a nie jako rządzący. Ściśle biorąc, mówi, r z ą d z e n i e j e s t Pracą dla dobra rządzonych, a nie dla własnej kieszeni. I n n y m i słowy, gdyby rządzący byli tacy, Jak być powinni, gdyby całkowicie odpowiadali swojej nazwie, a więc gdyby byli idealni, to my­ śleliby o dobru rządzonych, a nie o własnym pożytku. I takich należałoby opłacać, aby nie ginęli z głodu i z poświęcenia się całkowitego pracy publicznej.

B

C

38

Platon, Państwo

346 C

- Zdaje się - powiada. - W i ę c p o w i e m y , na p r z y k ł a d , że jeśli m i s t r z o w i e z a r o b k u j ą c y mają z tego zarobku pożytek, to pochodzi stąd, że posługują się w dodatku umie­ jętnością zarobkowania. Zgodził się z trudem. D - Z a t e m ten pożytek płynie dla każdego nie z jego własnej umiejętności ten zarobek, który on chowa - tylko, jeśli to brać ściśle, umiejętność lekar­ ska wyrabia zdrowie, a u m i e j ę t n o ś ć zarobkowania - honoraria. I umiejęt­ ność architekta stawia dom, a umiejętność zarobkowania, która za nią idzie, przynosi z a p ł a t ę za dom, i tak wszystkie i n n e u m i e j ę t n o ś c i - każda robi swoją robotę i służy temu, co jej podlega, a jeśli się do niej nie dołączy za­ płata, to czy może mistrz mieć jakiś pożytek ze swojej umiejętności? - N i e wydaje się - powiada. - Więc i nie ma pożytku, kiedy pracuje za darmo? E - Ja przynajmniej tak myślę. - Prawda, Trazymachu, to już jasne, że żadna umiejętność ani żaden rząd nie dba o swój własny pożytek, ale, j a k e ś m y od dawna mówili, o p o ż y t e k rządzonego dba i zarządzenia wydaje jego mając interes na oku, chociaż on jest słabszy, a nie: interes mocniejszego. D l a t e g o właśnie ja przed chwilą, k o c h a n y Trazymachu, mówiłem, że nikt nie chce z własnej ochoty rządzić 347 i zajmować się cudzymi kłopotami, i radzić na nie, tylko żąda za to zapłaty, bo kto c h c e przyzwoicie uprawiać tę u m i e j ę t n o ś ć , t e n nie o swoje d o b r o dba ani go nie zaleca, kiedy w e d ł u g wskazań umiejętności zarządzenia wy­ daje, tylko dba o dobro rządzonego. I dlatego zdaje się, że powinni pobie­ rać z a p ł a t ę ci, co mają o c h o t ę rządzić: albo p i e n i ą d z e p o w i n n i dostawać, albo cześć, albo karę ponosić, gdyby nie rządzili. XIX - Jak ty to myślisz, Sokratesie? - odezwał się Glaukon. - Bo te dwa rodza­ je zapłaty rozumiem, ale o jakiej ty karze mówisz i jakeś ty ją między zapła­ tami wymienił, tego nie pojąłem. - Więc nie pojmujesz tej zapłaty - o d r z e k ł e m - którą biorą najlepsi i dla której rządzą najprzyzwoitsi ludzie, jeśli tylko chcą rządzić. Czy nie wiesz, że być chciwym zaszczytów i pieniędzy, to uchodzi za obelgę, i jest nią? - Ja wiem - powiada. - Dlatego też - mówię - ani dla pieniędzy nie chcą rządzić ludzie dobrzy, ani dla zaszczytu. Bo ani biorąc jawnie zapłatę za rządy nie chcą się nazy­ wać najmitami, ani ciągnąc po cichu zyski z rządu - złodziejami. A dla zaszczytu też nie. Bo nie są głodni zaszczytów 19 .
19 L u d z i e piastujący dziś urzędy publiczne robią to dla pieniędzy, dla zaszczytów, dla b r u d n y c h zy­ sków, to są ludzie źli, ambitni, próżni, złodzieje. L u d z i e dobrzy, myślący, jacy być powinni, braliby się do rządów z poczucia o b o w i ą z k u i z obawy, żeby się nie dostać pod rządy ludzi gorszych. T a k p o w i n n o by być, chociaż dziś tak nie jest. Sokrates ma teraz o c h o t ę dowieść, że życie sprawiedliwe opłaca się lepiej niż niesprawiedliwe, że jest godniejsze wyboru, lepsze, bardziej p o ż y t e c z n e . Kto uznaje d o b r a m o r a l n e , jak spokój s u m i e n i a , t e g o nie trzeba o tym d ł u g o p r z e k o n y w a ć ; kto ich nie c e n i , t e g o t r u d n o b ę d z i e p r z e k o n a ć . R o z s t r z y g n i ę c i e zależy od postawy m o r a l n e j , od t e g o , czyby się kto wstydził egozimu i zbrodni, czyby się nie wstydził.

B

C

347 C

Księga I

39

Musi więc nad nimi zawisnąć konieczność i kara, jeśli mają nabrać ocho­ ty do rządzenia. I bodajże stąd poszło to, że za h a ń b ę uchodzi samemu się garnąć do rządu, a nie czekać, aż przyjdzie konieczność. A największą karą: dostać się pod rządy człowieka gorszego, jeśliby ktoś nie chciał rządzić sam. Mam wrażenie, że z obawy przed tą karą rządzą lu­ dzie przyzwoici, kiedykolwiek rządzą. Wtedy idą do rządów nie jak do ja­ kiegoś dobra i nie dlatego, żeby tam mieli opływać, tylko jak do czegoś, co robić muszą, bo nie mają komu lepszemu lub r ó w n e m u zdać tego ciężaru. I bodajże, gdyby istniało państwo ludzi dobrych, to by w nim walczono o to, żeby móc nie rządzić - tak jak teraz się walczy o rządy. Tam by się poka­ zało, że istotnie, k t o rządzi prawdziwie, t e n nie ma tego w n a t u r z e , ż e b y własnego interesu patrzał, tylko pilnuje interesów poddanego. Dlatego każ­ dy człowiek myślący woli raczej, żeby ktoś inny dbał o jego pożytek, niż żeby sam miał kłopot dbając o drugiego. Z a t e m ja się w żaden sposób nie zgodzę z T r a z y m a c h e m , że to, co s p r a w i e d l i w e , to j e s t i n t e r e s m o c n i e j ­ szego.

D

E

Ale to sobie jeszcze i później rozpatrzymy. O wiele ważniejsze mi się wydaje to, co w tej chwili mówi T r a z y m a c h , że życie n i e s p r a w i e d l i w e g o jest lepsze niż sprawiedliwego. Więc ty, Glaukonie - powiedziałem - które życie wybierasz i które z tych dwóch stanowisk wydaje ci się bliższe praw­ dy? - Ja m a m wrażenie - powiada - że życie sprawiedliwego lepiej się opłaca. - A słyszałeś - powiedziałem - ile dóbr wyliczył przed chwilą Trazymach 348 przebiegając żywot niesprawiedliwego? - Słyszałem - mówi - ale nie jestem przekonany. - A m o ż e chcesz, żebyśmy go przekonali, że nie mówi prawdy, jeżeli to jakoś potrafimy wykombinować? - Jakżebym nie chciał? - powiada. - Więc gdybyśmy - mówię - tak dla porównania powiedzieli swoją mowę pod jego a d r e s e m , ile to znowu dóbr za sobą pociąga być sprawiedliwym, i znowu on swoją, a my inną, to trzeba będzie te dobra liczyć i mierzyć, ile ich każdy w swoich mowach poda, i potem nam będzie potrzeba jakichś sę- B dziów, aby nas rozsądzili. A jeżeli tak jak dotąd b ę d z i e m y rzecz we wza­ j e m n y m porozumieniu rozpatrywali, to sami będziemy równocześnie sędzia­ mi i mówcami. - Tak jest - powiada. - Więc który sposób - mówię - podoba ci się więcej? - Ten drugi - powiada. - Więc proszę cię, Trazymachu - zacząłem - odpowiadaj nam od począt- XX ku. Ty mówisz, że doskonała niesprawiedliwość przynosi większy p o ż y t e k niż sprawiedliwość, która by była doskonała? - Tak jest - mówi - i twierdzę tak, i powiedziałem dlaczego 2 0 .
20

Pokazuje się, że T r a z y m a c h nie obawia się wygórowanej ambicji na p u n k c i e zasad moralnych i nie ma zasadniczej odrazy do krzywdy ludzkiej. C e n i tylko rozum i siłę, a nie bawi się w skru-

40 C

Platon, Państwo

348 C

- N o , proszę cię, a coś takiego o nich jak rozumiesz? J e d n o z nich dwóch nazywasz chyba dzielnością, a to drugie - wadą? - Jakżeby nie? - Nieprawdaż: sprawiedliwość dzielnością, a niesprawiedliwość wadą? - C o ś p o d o b n e g o , rozkoszy moja, ja p r z e c i e ż i m ó w i ę , że n i e s p r a w i e ­ dliwość się opłaca, a sprawiedliwość nie. - Więc jak to? - Coś wprost przeciwnego - powiada. - Więc sprawiedliwość wadą? D - N i e , ale bardzo szlachetną naiwnością. - A niesprawiedliwość czy nazywasz objawem złego charaktetu? - N i e ; to tylko zaradność - powiada. - A czy i rozumni są, Trazymachu, twoim zdaniem, i dobrzy ludzie nie­ sprawiedliwi? - Tak; ci, których stać na doskonałą - powiada - niesprawiedliwość, ci, co potrafią całe państwa i narody ludzkie brać pod swoją moc. A ty może my­ ślisz, że ja mówię o tych, co potrafią mieszki obrzynać. Pożytek - powiada przynoszą i takie rzeczy, jeżeli się to tylko nie wyda. Ale o tym mówić nie warto, tylko o tym, o czym w tej chwili mówiłem. E - To, rzeczywiście - mówię - doskonale rozumiem, o czym chcesz mówić. Tylko to m n i e zdziwiło, że ty niesprawiedliwość kładziesz po stronie dziel­ ności i mądrości, a sprawiedliwość po stronie przeciwnej. - O, ja stanowczo tak te rzeczy kładę. - To już - mówię - jest nieco twarde stanowisko, przyjacielu, i nie jest ła­ two m i e ć tu coś do p o w i e d z e n i a . Bo gdybyś był założył, że n i e s p r a w i e ­ dliwość przynosi pożytek, ale byłbyś się zgodził, podobnie jak wielu innych, że to jest wada i rzecz haniebna, to mielibyśmy na to coś do powiedzenia, mówiąc z g o d n i e z przyjętymi poglądami. T y m c z a s e m teraz ty oczywiście b ę d z i e s z mówił, że ona jest c z y m ś p i ę k n y m i m o c n y m , i wszystkie i n n e 349 określenia będziesz jej dodawał, które my kładziemy przy sprawiedliwości. Przecież ośmieliłeś się włączyć ją nawet do dzielności i do mądrości. - Najprawdziwsza - powiada - twoja przepowiednia. - A j e d n a k - m ó w i ę - n i e t r z e b a się w z d r y g a ć p r z e d p r z e ś l e d z e n i e m i tego stanowiska z uwagą, jak długo przypuszczam, że mówisz to, co my­ ślisz. Ja mam wrażenie, Trazymachu, że ty teraz nie kpisz sobie po prostu, tylko mówisz to, co ci się wydaje o prawdzie. - A co ci na tym zależy - powiada - czy mnie się tak wydaje, czy nie; cze­ mu nie zbijasz camego stanowiska? B - N o , nic - mówię. - Ale na to mi jeszcze w d o d a t k u spróbuj odpowiep u ł y m o r a l n e . W sprawiedliwości widzi tylko objaw niemocy życiowej, a w niesprawiedliwości uwieńczonej p o w o d z e n i e m nie widzi żadnej ujmy, wady, skazy, hańby. D l a t e g o nie b ę d z i e można go przekonać, bo zabraknie wspólnego gruntu - postawy moralnej. M i m o to Sokrates próbuje jakoś p o r ó w n a ć dwa typy ludzkie o różnym p o z i o m i e m o r a l n y m . C z ł o w i e k lepszy ma się tym różnić od gorszego, że nie zazdrości ludziom d o b r y m , a tylko złych pragnie przewyższać dobrocią. Zły zazdrości i złym, i dobrym.

349 B

Księga I

41

dzieć. Czy masz wrażenie, że sprawiedliwy c h c e m i e ć czegoś więcej niż inny sprawiedliwy? - N i g d y w świecie - powiada. - N i e byłby w t e d y taki grzeczny, jak jest, i taki poczciwy. - No cóż - a może czynów sprawiedliwych? - Ani nawet sprawiedliwych - powiada. - A czy on nie uważa za słuszne mieć pierwszeństwo przed niesprawie­ d l i w y m i czy u w a ż a ł b y to za s p r a w i e d l i w e , czy t e ż n i e u w a ż a ł b y t e g o za sprawiedliwe? - Uważałby - powiada - i uważa, ale nie potrafi. - Ja się nie o to pytam - mówię - tylko o to, czy sprawiedliwy nie uważa za słuszne i czy nie chce mieć więcej niż sprawiedliwy, a tylko chce prze­ wyższać niesprawiedliwego? - No tak się rzecz ma - powiada. - A cóż człowiek niesprawiedliwy? Czy on uważa za słuszne mieć pierw­ s z e ń s t w o i p o s i a d a ć w i ę c e j , niż p o s i a d a c z ł o w i e k s p r a w i e d l i w y - n a w e t i czynów sprawiedliwych? - Jakżeby nie? - powiada - on przecież uważa, że powinien mieć wszyst­ kiego więcej. - Nieprawdaż - nawet i niesprawiedliwemu człowiekowi i nawet nie­ sprawiedliwych c z y n ó w b ę d z i e zazdrościł niesprawiedliwy, i b ę d z i e s z e d ł w zawody, żeby wszystkiego jak najwięcej sam zagarnął?

C

- Jest tak. - Z a t e m tak ustalmy - powiedziałem. - Sprawiedliwy nie chce mieć wic- XXID cej niż p o d o b n y do niego, tylko c h c e p r z e w y ż s z a ć n i e p o d o b n e g o , a n i e ­ sprawiedliwy zazdrości i j e d n e m u , i drugiemu. - Doskonaleś to powiedział - mówi . - A czyż jest - wtrąciłem - mądrym i dobrym człowiek niesprawiedliwy, a sprawiedliwy - ani tym, ani tamtym? - I to - mówi - dobrze. - Nieprawdaż - dodałem - i podobny jest do mądrego i dobrego człowieka niesprawiedliwy, a sprawiedliwy nie jest do niego podobny? - Jakże nie ma być i podobny - odparł - skoro taki jest? Musi j e d e n być podobny do takich, a drugi niepodobny. - P i ę k n i e . W i ę c taki j e s t j e d e n i d r u g i z n i c h , do j a k i c h l u d z i j e s t podobny. - Ale co z tego? - powiada. - No nic, Trazymachu; a znawcą muzyki ty nazywasz kogoś, a drugiego niemuzykalnym?
21 Na tym ma polegać p o d o b i e ń s t w o człowieka sprawiedliwego do znawców, do mistrzów wszel­ kiego rodzaju, a więc do ludzi mądrych i dobrych, że i on, i oni mają być wolni od zazdrości w s t o s u n k u do równych s o b i e , a niesprawiedliwy jest zachłanny, zawistny i zazdrości c a ł e m u światu. T e g o nie robi nikt mądry. Z a c z e m sprawiedliwy jest mądry i dobry, a niesprawiedliwy głupi i zły.

21

E

"1 42 Platon, Państwo 349 E

- Owszem. - Którego z nich mądrym, a którego głupim? - Znawcę przecież mądrym, a niemuzykalnego głupim. - N i e p r a w d a ż - i w c z y m k t ó r y z n i c h j e s t mądry, w t y m i dobry, a w czym głupi, w tym zły? - Tak. - A jak tam z lekarzem? N i e tak samo? - Tak samo. - A czy ci się wydaje, mój drogi, że ten muzyk, kiedy stroi lirę, to przy n a p i n a n i u i opuszczaniu strun c h c e m i e ć więcej niż człowiek m u z y k a l n y albo uważa, że powinien mieć więcej? - N i e wydaje mi się. - No cóż? A czy więcej niż niemuzykalny? - Koniecznie - powiada. 350 - A cóż lekarz? W jedzeniu i piciu chciałby przewyższyć lekarza - czy to człowieka, czy choćby robotę lub zadanie lekarza? - No nie, przecież. - A tylko nielekarza? - Tak. - A rozejrzyj się po całej dziedzinie wiedzy i niewiedzy, czy ci się wyda­ je, że którykolwiek uczony pragnąłby zagarnąć więcej niż inny uczony, czy­ by to o pracę szło, czy o słowa, a nie: m i e ć tyle samo co drugi, do niego podobny w tej samej pracy? - No może być - powiada - może to i musi tak być. B - A cóż głupi. Czy on by nie chciał mieć więcej niż uczony i więcej niż nieuczony? - Może być. - A uczony to mądry? - Przyznaję. - A mądry to dobry? - Przyznaję. - Z a t e m dobry i mądry człowiek nie b ę d z i e chciał posiadać więcej niż ktoś do niego podobny, lecz tylko więcej niż niepodobny i niż ktoś j e m u przeciwny. - Wygląda na to - mówi. - A zły i głupi łakomie patrzy i na podobnego, i na przeciwnego. - Widać. - A więc prawda, Trazymachu - powiedziałem - że niesprawiedliwy patrzy łakomie na niepodobnego i na podobnego? Czy nie tak mówiłeś? - Mówiłem - powiada. C - A sprawiedliwy nie będzie chciał mieć więcej niż j e m u podobny, tylko więcej niż niepodobny? - Tak. - Z a t e m - m ó w i ę - sprawiedliwy p o d o b n y jest do m ą d r e g o i d o b r e g o , a niesprawiedliwy do złego i głupiego.

350 C

Księga I

43

- Gotowo być tak. - A czyśmy się nie zgodzili, że do kogo by j e d e n i drugi był podobny, taki też będzie i sam? - Zgadzamy się przecież. - Z a t e m sprawiedliwy objawia się nam jako dobry i mądry, a niesprawie­ dliwy jako głupi i zły? Otóż Trazymach zgadzał się na to wszystko nie tak, jak ja to teraz łatwo XXII mówię, tylko się ociągał i opierał, i pocił się niesłychanie - bo też i upał był D na dworze. W t e d y też zobaczyłem - a przedtem nigdy - Trazymacha w ru­ mieńcach 2 2 . Więc kiedyśmy się pogodzili co do tego, że sprawiedliwość to jest dzielność i mądrość, a niesprawiedliwość - to wada i głupota, wtedy po­ w i e d z i a ł e m : - N o , dobrze, niech nam to tak leży. Ale mówiliśmy też, że niesprawiedliwość to coś mocnego. Czy nie pamiętasz, Trazymachu? - Pamiętam - powiada. - Ale mnie się nie podoba już i to, co ty teraz mó­ wisz, i miałbym n i e j e d n o o tym do p o w i e d z e n i a . G d y b y m zaczął mówić, dobrze wiem, co byś na to powiedział: że to jest p r z e m ó w i e n i e wiecowe. Więc albo pozwól mi powiedzieć, ile chcę, albo, jeśli chcesz pytać, to pytaj. A ja ci tak jak babkom, które bajki opowiadają, b ę d ę mówił: no, tak, i b ę d ę kiwał głową w dół i do góry. - Nigdy - mówię - wbrew swojemu m n i e m a n i u ! - Ż e b y się tobie podobać - odparł - bo przecież nie dajesz mówić. A zre­ sztą czego sobie więcej życzysz? - N i c z e g o , na Z e u s a - powiedziałem. - Więc jeżeli to b ę d z i e s z robił, to rób. A ja b ę d ę pytał.

E

- Więc pytaj. - Więc pytam o to, o co i przed chwilą, abyśmy po kolei przepatrzyli twoją 351 m o w ę - jaka to właściwie jest ta sprawiedliwość w stosunku do niesprawie­ dliwości. Bo mówiło się gdzieś tam, że czymś potężniejszym i mocniejszym ma b y ć n i e s p r a w i e d l i w o ś ć w p o r ó w n a n i u do s p r a w i e d l i w o ś c i . A t e r a z p o w i e d z i a ł e m - skoro sprawiedliwość jest mądrością i dzielnością, łatwiej, sądzę, p o k a ż e się, że jest czymś mocniejszym od niesprawiedliwości, skoro niesprawiedliwość to głupota. Na to już nikt nie może zamykać oczu. Ale ja nie c h c ę , T r a z y m a c h u , brać tego tak po prostu, tylko c h c i a ł b y m to jakoś rozpatrzyć. Mógłbyś przyjąć, że jakieś państwo jest niesprawiedliwe i usiłuB je inne państwa niesprawiedliwie ujarzmić, i j e d n e właśnie ujarzmiło, a wie­ le z nich już od dawna trzyma w swoim jarzmie?

N i e można się dziwić Trazymachowi, że się ociąga) i pocił nad rym d o w o d z e n i e m . Widać tyl­ ko, że Platonowi dowód nie szedł łatwo. Widać na nim krople potu. Musiał je Platon sam d o ­ strzegać, skoro j e g o Trazymach tak się tutaj ociąga, a Sokratesowi nikt z o b e c n y c h nie p o m a g a i nie przyświadcza, żeby był przekonany. W szczególności t r u d n o dojść, gdzie Platon znalazł tych uczonych wolnych od zachłanności, zazdrości, zawiści, współzawodnictwa. Trazymach mówi te­ raz jak człowiek, który się już nudzi i ma dość, ale dobywa resztek cierpliwości, a nawet przyjaźni dla Sokratesa. W i d o c z n i e Platon czuł tutaj, że n a w e t życzliwie usposobiony czytelnik nie musi być tym u s t ę p e m przekonany. Słusznie.

22

44

Platon, Państwo

351 B

- Jakżeby nie? - powiada. - I to też najlepsze państwo najlepiej zrobi - ta­ kie, co jest najdoskonalej niesprawiedliwe. - Ja rozumiem - powiadam - że to była twoja myśl, ale ja w związku z nią biorę pod uwagę to: czy państwo, które się stało potężniejsze od drugiego, potrafi m i e ć tę przewagę bez sprawiedliwości, czy też b ę d z i e mu do tego koniecznie potrzeba sprawiedliwości? - Jeżeli się - powiada - rzeczy tak mają, jak tyś to przed chwilą mówił, że C sprawiedliwość to mądrość, to będzie potrzeba sprawiedliwości, a jeżeli tak, jak ja mówiłem, to będzie mu potrzeba niesprawiedliwości. - Bardzo się cieszę - p o w i e d z i a ł e m - T r a z y m a c h u , że nie tylko kiwasz głową w dół i do góry, ale i odpowiadasz bardzo pięknie. - To dla twojej przyjemności - powiada. XXIII - P i ę k n i e z twojej strony. Ale tak - tę mi jeszcze zrób przyjemność i po­ wiedz, jak myślisz: państwo albo obóz, albo bandyci, albo złodzieje czy inna jakaś zbieranina, która by wspólnie na coś wychodziła niesprawiedliwie, po­ trafiłaby coś zdziałać, gdyby się ci ludzie krzywdzili nawzajem? D - N o , nie przecież - powiedział 2 3 . - A cóż, gdyby się nie krzywdzili? Czy nie wtedy raczej? - T a k jest. - Bo rozłamy jakieś, T r a z y m a c h u , i nienawiść, i walki w e w n ę t r z n e nies p r a w i e d l i w o ś ć wywołuje, a sprawiedliwość rodzi z g o d ę i przyjaźń. Czy nie? - N i e c h będzie - powiada - abym się z tobą nie różnił. - To p i ę k n i e z twojej strony, duszo dobra. A to znowu mi powiedz. Je­ żeli to zrobi niesprawiedliwość, że nienawiść zasiewa, gdzie się tylko wkra­ dnie, to jeśli się zagnieździ między wolnymi i między niewolnymi, czy nie wywoła wśród nich nienawiści wzajemnej i nie doprowadzi do tego, że się E rozpadną na dwa wrogie obozy i nie potrafią współdziałać z sobą? - Tak jest.
Niesprawiedliwość, gdy się zjawia w grupie ludzkiej, rodzi poczucie krzywdy i prowadzi do rozłamów, a przez to obniża sprawność grupy w działaniu, jej moc. To jasne i proste. N a t o m i a s t nie widać wcale, żeby niesprawiedliwość cechująca jakąś poszczególną j e d n o s t k ę miała w niej za­ szczepiać rozterkę wewnętrzną i obniżać jej sprawność w działaniu. N i e każdy niegodziwiec jest H a m l e t e m . To p e w n e . W tym miejscu Sokrates nie opisuje tego, co spostrzegł w życiu, tylko w n i o s k u j e tak jakoś, jakby niesprawiedliwość była zawsze j e d n y m i tym s a m y m złym zwierzę­ c i e m albo chorobą, która te same skutki wywołuje w grupach ludzkich i w j e d n o s t k a c h . Zawsze mu się zdawało, że gdzie tylko jest j e d e n i t e n sam wyraz, tam się za nim kryje j e d n a i ta sama istota. A bywają wyrazy d w u z n a c z n e . T a k i tu. I n n a sprawa, jeżeli w g r u p i e ludzkiej krzywdzi j e d e n d r u g i e g o - wtedy się grupa łatwo rozpada, a inna rzecz, gdy j e d e n człowiek c h ę t n i e krzyw­ dzi d r u g i c h . W t e d y nie ma ż a d n e g o p o w o d u , żeby się i on sam rozpadał przez to, że kogoś dru­ giego krzywdzi. Platon widocznie już w tej chwili rozumie po cichu przez sprawiedliwość j e d n o ­ stki ludzkiej p e w i e n ład w e w n ę t r z n y pod rozkazami rozumu, c h o ć na razie jeszcze tego nie po­ wiedział, i stąd mowa o tej osobliwej rozterce i o niemocy człowieka niesprawiedliwego. N i e dzi­ wimy się, że Trazymach, który nic o tym nie m o ż e wiedzieć, z pobłażliwym h u m o r e m przyjmuje wnioski, k t ó r e go z u p e ł n i e nie przekonują. I Sokrates nie bierze mu t e g o za z ł e . Znaczy to, że i Platon sam nie uważa, żeby j u ż teraz był przekonujący i jasny dla c z y t e l n i k a . Więc pisał w tym miejscu raczej dla siebie samego. N i e tylko w tym.
23

351 E

Księga I

45

- A cóż, jeśli niesprawiedliwość rozdzieli dwóch ludzi. Czy nie rozejdą się i nie zaczną się nienawidzić, i nie będą wrogami dla siebie nawzajem i dla ludzi sprawiedliwych? - Będą - mówi. - A jeśli, m ę ż u osobliwy, niesprawiedliwość zamieszka w j e d n y m czło­ wieku, to chyba nic nie straci ze swojej siły, tylko ją niemniej zachowa. - N i e m n i e j , niech zachowa - powiedział. - N i e p r a w d a ż , ona zdaje się mieć jakąś taką siłę, że w kogo tylko wstąpi czy to w p a ń s t w o jakieś, czy w ród, czy w obóz, czy w c o k o l w i e k bądź in­ n e g o - to naprzód robi to n i e z d o l n y m do czynu z p o w o d u rozłamów i braku 352 jedności w e w n ę t r z n e j , a p o t e m czyni to wrogiem i sobie s a m e m u , i wszyst­ kiemu, co mu przeciwne, i temu, co sprawiedliwe. Czy nie tak? - Tak. - Z a t e m i w j e d n y m człowieku, uważam, kiedy siedzi, wszystko b ę d z i e robiła, co leży w jej naturze: najpierw go niezdolnym do działania zrobi, bo w nim rozterkę wewnętrzną wywoła - on się zacznie sam z sobą sprzeczać a p o t e m zacznie być wrogiem i sobie samemu, i wszystkim sprawiedliwym. Czy nie tak? - Tak. - A sprawiedliwi, przyjacielu, są także i bogowie. - Niech będą - powiada. - Z a t e m i bogom wrogi się stanie niesprawiedliwy, a sprawiedliwy przyja­ cielem. - Ciesz się swoją mową - powiada - i bądź dobrej myśli. Ja przynajmniej nie będę ci się sprzeciwiał, aby mnie bogowie nie znienawidzili. - Więc proszę cię - powiedziałem - już mi i resztę tej kolacji podaj odpo­ wiadając tak jak teraz. Bo że ludzie sprawiedliwi okazują się i mądrzejsi, i lepsi, i zdolniejsi do działania, a niesprawiedliwi nic razem zdziałać nie potrafią, to słuszne; ale kiedyśmy mówili, że ludzie niesprawiedliwi coś tam czasem energicznie razem przeprowadzają, to niecałkowita prawda. Bo nie powstrzymałby ręki j e d e n od drugiego, gdyby całkowicie i ze szczętem byli niesprawiedliwi. Więc widocznie tkwiła w nich jeszcze jakaś sprawiedli­ wość i ta sprawiła, że nie ukrzywdził j e d e n drugiego tak samo, jak tych, na których się wybrali, i sprawiła to, że zdziałali to, co zdziałali, a tylko na nie­ sprawiedliwą robotę wyszli, dlatego że w nich niesprawiedliwość do połowy tkwiła i robiła z nich półniegodziwców; niegodziwcy zupełni i niesprawiedliwi doskonale są też doskonale niezdolni do działania. Więc to, że się tak ma - to rozumiem, ale nie tak, jakeś ty z początku twierdził. A czy spra­ wiedliwi także lepiej żyją od niesprawiedliwych i czy są szczęśliwsi, cośmy n a s t ę p n i e p o s t a n o w i l i rozpatrzyć, to rozpatrujmy. Robią t a k i e w r a ż e n i e i teraz, jak mi się wydaje, na podstawie tego, cośmy powiedzieli. Mimo to p r z y p a t r z m y się im jeszcze lepiej. Bo przecież chodzi nie o byle co, ale o to, jak właściwie żyć należy. - Rozpatruj - powiada.

B

C

D

46

Platon, Państwo

352 D

- Rozpatruję - odrzekłem. - Powiedz mi, wydaje ci się coś robotą konia? - Owszem. E - A czy nie to uważałbyś za r o b o t ę konia i czegokolwiek innego, czym ktoś działa wyłącznie albo najlepiej? - N i e rozumiem - powiada. - To tak: czy możesz widzieć czymś innym niż oczami. - No nie, przecież. - No cóż, a słyszeć potrafisz czymś innym niż uszami? - W żaden sposób. - Nieprawdaż, że słusznie moglibyśmy to nazwać robotą oczu i uszu? - N o , tak. 353 - No cóż - a m i e c z e m potrafisz o b c i n a ć gałązki w i n n e i s c y z o r y k i e m , i wielu innymi narzędziami? - Jakżeby nie. - Ale niczym innym tak p i ę k n i e , jak s i e r p e m winniczym, który jest do tego celu zrobiony. - Prawda. - Więc nazwiemy to jego robotą? - A nazwijmy. XXIV - Otóż teraz, uważam, lepiej możesz zrozumieć, o co mi szło przed chwi­ lą, k i e d y m się pytał, czy nie to będzie robotą każdego, co on albo wyłącz­ nie, albo najlepiej ze wszystkich wykonywa ' 4 . - Owszem - powiada - rozumiem i to mi się wydaje robotą każdego. B - N o , dobrze - mówię. - A czy nie myślisz, że i dzielność swoją posiada

N a z a k o ń c z e n i e stara się S o k r a t e s d o w i e ś ć , ż e c z ł o w i e k n i e s p r a w i e d l i w y m u s i b y ć n i e ­ szczęśliwy, a szczęściem cieszyć się m o ż e tylko człowiek sprawiedliwy. Dlaczego? D l a t e g o , że sprawiedliwość jest swoista, zaletą duszy, bez której dusza źle działa, a źle działając, musi być nie­ szczęśliwa i n ę d z n a . D o b r z e wiedzieć, że po grecku „ d o b r z e d z i a ł a m " znaczyło tyle, co „ j e s t e m szczęśliwy", a „źle działać" znaczyło „być nieszczęśliwym". Taki był zwyczaj językowy. Sokrates z a p o m i n a j e d n a k , że T r a z y m a c h w rozdz. XX wcale nie uważał sprawiedliwości za z a l e t ę duszy, tylko za „ b a r d z o szlachetną n a i w n o ś ć " . Więc to „ z g o d z i m y s i ę " nie j e s t p r o t o ­ kolarnie ścisłe, tylko p r z e m y c o n e . Cały dowód sprowadza się właściwie do tego, że kto uważa sprawiedliwość za zaletę, a niesprawiedliwość za wadę, ten b ę d z i e chwalił i szanował ludzi spra­ wiedliwych, a b ę d z i e gardził niesprawiedliwymi. Z pewnością. T e n dowód p r z e k o n a tylko prze­ k o n a n y c h , nie nawróci nikogo. Trazymach t e ż pobłażliwym figlem w tonie przyjacielskim zamy­ ka dyskusję. Wszystko, co mówił Sokrates, tylko on sam chyba potrafi strawić w święto trackiej bogini. I Sokrates słusznie mu przyznaje, że „ j e g o kolacja nie była d o b r a " - czyli że P l a t o n o w i s a m e m u nie smakowały wywody Sokratesa po mowie Trazymacha. D l a t e g o niby to powiada, że n i e zdefiniował sprawiedliwości, a d u ż o o niej mówił, nie wiedząc jeszcze, o czym mówi właści­ wie. Sokrates jest w tym miejscu p i ę k n y m wzorem samokrytycyzmu. Sokrates platoński. To, cośmy przeczytali, to nie jest p o l e m i k a Platona z sofistami; to jest jego rozmowa z s a m y m sobą. To naprzód stwierdzenie z a m ę t u , jaki panuje w pojęciach o sprawiedliwości pochodzących od p o e t ó w - oni sprawiedliwość chwalą. P o t e m rozwinięcie poglądów p e s y m i s t y c z n y c h , k t ó r e wieją od i n t e l e k t u a l i s t ó w współczesnych - ci sprawiedliwość ganią; a w k o ń c u usiłowania, ż e b y się j a k o ś s a m e m u d o g r z e b a ć pochwały sprawiedliwości, opierając się na tym n i e o d p a r t y m po­ czuciu, że j e d n a k sprawiedliwość to jest coś d o b r e g o i p i ę k n e g o , to jest p e w n a zaleta człowieka, która się musi opłacać moralnie. Usiłowania jeszcze bardzo niejasne. W s t ę p n e .

24

353 B

Księga I

47 Wróćmy znowu do

wszystko, co ma jakąś robotę sobie przyporządkowaną? tego samego. Oczy, powiemy, mają swoją robotę? - Mają. - A czy istnieje także dzielność oczu? - Jest i dzielność. - A cóż ze wszystkim innym? - Tak samo. N i e tak samo?

- Trzymajże. Czy mogłyby oczy swoją robotę p i ę k n i e wykonywać, gdyby nie miały dzielności sobie właściwej, ale zamiast dzielności wadę? - Jakżeby tam? - powiada. - Ty z pewnością mówisz o ślepocie, zamiast widzenia. - Jaka - mówię - jest ich dzielność, ja się tam o to jeszcze nie pytam, tyl­ ko czy dzięki swoistej dzielności dobrze robią to, co mają do roboty, a skut­ kiem wady - źle. - To jest prawda - powiedział - to, co mówisz. - Nieprawdaż, i uszy pozbawione swoistej dzielności będą źle swą robotę spełniały? - Tak jest. - Odniesiemy więc i do wszystkiego innego tę samą regułę. - Mnie się tak wydaje. - Więc proszę cię. P o t e m i to weź pod uwagę. Czy jest jakaś robota duszy, której byś ż a d n y m i n n y m p r z e d m i o t e m d o k o n a ć nie potrafił - jak na przykład coś takiego: dbać o coś i panować, i stanowić o czymś, i wszystkie inne rzeczy tego rodzaju - czy można to przypisać sprawiedliwie czemuś in­ nemu, a nie duszy, i powiedzieć, że to jego swoista robota? - Niczemu innemu. - A cóż życie? Powiemy, że to duszy robota? - T a k jest - powiada. - Nieprawdaż, i przyznamy, że istnieje jakaś dzielność duszy? - Przyznamy. - Czy więc kiedykolwiek, Trazymachu, dusza swoje roboty będzie dobrze sprawowała, jeżeli jej zabraknie jej swoistej dzielności, czy też to niemoż­ liwe? - Niemożliwe. - Musi zatem wadliwa dusza źle rządzić i dbać, a dobrej się to wszystko dobrze wiedzie. - No, musi. jej - A czyśmy się nie zgodzili, że dzielność duszy to sprawiedliwość, a wadą niesprawiedliwość?

C

D

E

48 - Zgodziliśmy się.

Platon, Państwo

353 E

- Z a t e m sprawiedliwa dusza i człowiek sprawiedliwy b ę d z i e żył dobrze, a źle będzie żył niesprawiedliwy. 354 - Pokazuje się - powiada - według twojego toku myśli. - A przecież kto dobrze żyje, błogosławiony jest i szczęśliwy, a kto nie, ten przeciwnie. - Jakżeby nie. - Z a t e m sprawiedliwy jest szczęśliwy, a niesprawiedliwy to nędznik. - N i e c h będą - powiada. - A być nędznikiem to niepożytecznie, tylko być szczęśliwym. - Jakżeby nie? - Z a t e m nigdy, Trazymachu błogosławiony, nie jest bardziej p o ż y t e c z n a niesprawiedliwość od sprawiedliwości. - Zjedz to, Sokratesie, na kolację. Mamy Bendideje. - To przecież ty - p o w i e d z i a ł e m - to tyś mi t r a k t a m e n t urządził, kiedyś zaczął być łagodny i przestałeś się gniewać. Moja kolacja nie była dobra, ale to przeze m n i e samego, nie przez ciebie. Bo tak jak ludzie łakomi za­ wsze coś chwytają i kosztują z tego, co się koło nich obnosi, z a n i m b y się w sam raz poprzednią potrawą uraczyli, tak, mam wrażenie, i ja, zanim zna­ lazłem to, czegośmy najpierw szukali, a mianowicie, czym jest to, co spra­ wiedliwe, już to porzuciłem, a wziąłem się do roztrząsania tego, czy to jest wada i głupota, czy też mądrość i dzielność, a kiedy mi znowu p o t e m wpadła ta myśl, że niesprawiedliwość przynosi większy pożytek niż sprawiedli­ wość, nie mogłem się powstrzymać, żeby tamtej myśli nie rzucić, a nie za­ brać się do tej. I teraz mi tyle wyszło z rozmowy, że nic nie wiem. Bo jak długo nie wiem, czym jest to, co sprawiedliwe, to t r u d n o mi wiedzieć, czy to jest właśnie jakaś dzielność, czy może i nie, i czy ten, co się nią odzna­ cza, nie jest szczęśliwy, czy też jest szczęśliwy.

B

C

KSIĘGA D R U G A

W i ę c ja, p o w i e d z i a w s z y to, m y ś l a ł e m , że mi j u ż ciężar p r z e m a w i a n i a spadł z głowy. A to był, zdaje się, tylko wstęp 1 . Bo Glaukon zawsze bar­ dzo po męsku staje w o b e c wszystkiego, więc tak i wtedy nie przyjął tego, że Trazymach ustał na siłach i miał dość; więc powiada: - Sokratesie, czy ty chcesz, żebyśmy wyglądali na przekonanych, czy też chcesz nas p r z e k o n a ć n a p r a w d ę , że na wszelki s p o s ó b l e p i e j jest być s p r a w i e d l i w y m niż n i e ­ sprawiedliwym? - N a p r a w d ę - powiedziałem - wolałbym to, gdyby to ode mnie zależało. - W takim razie - powiada - nie robisz tego, czego chcesz. Bo powiedz mi, czy nie wydaje ci się, że istnieje takie dobro, które radzi byśmy posia­ dać nie dlatego, że zmierzamy do jego skutków, ale dlatego, że kochamy je dla niego samego? Tak jak radość i przyjemność, które szkody nie przyno­ szą i nic z nich na p o t e m nie wynika innego, jak tylko radość - dla tego, który je posiada.
Szczególny zabieg pisarski rozpoczyna tę księgę. Sokrates, postać sceniczna, sam rozprasza u m o w n e z ł u d z e n i e literackie i oświadcza, że to, cośmy czytali, nie jest ż a d n y m p r o t o k o ł e m czy s p r a w o z d a n i e m z rzeczywistej rozmowy, tylko jest scenicznym w s t ę p e m do dalszych rozważań. P o d o b n i e jak w Pajacach Leoncavalla aktor wychodzący w k o s t i u m i e przed k u r t y n ę oświadcza „ J e s t e m prologiem. Dziś c e l e m roli mej, by myśl poety wam tu wyjaśnić i w y t ł u m a c z y ć " . To jest odsłonięcie własnego warsztatu autorskiego. J e s t i drugie. O t o G l a u k o n bardzo po m ę s k u , a więc o d w a ż n i e i otwarcie oświadcza, że cała Sokratesowa obrona sprawiedliwości, zawarta w k s i ę d z e p o p r z e d n i e j , nie była przekonująca. To mówi rodzony brat Platona, narysowany bardzo s y m p a t y c z n i e . W o l n o wierzyć, że wszyscy trzej bracia zgadzali się na tym p u n k c i e . Platon chce więc jeszcze raz rozwinąć obszernie to, co na t e m a t sprawiedliwości młodzi ludzie słyszą w d o m u i co czytają u poetów, chce się przyjrzeć i pokazać, jak wyglądają ich postawy mo­ ralne i j a k i e na t y m t l e m ł o d z i ludzie myślący i czujący muszą p r z e ż y w a ć z m a g a n i a i m o m e n t y b a n k r u c t w a e t y c z n e g o . W s z y s t k o r a z e m wygląda na s p o w i e d ź s a m e g o P l a t o n a włożoną w usta rodzonych braci. On o d e b r a ł przecież to samo wychowanie, co i oni, i on też był zdolny i pod każ­ d y m w z g l ę d e m z n a k o m i c i e wyposażony życiowo, przed nim się też otwierała kariera państwowa. Akcenty szczerości G l a u k o n a i A d e j m a n t a nie są p o d r o b i o n e , płyną z własnej piersi P l a t o n a . On tu robi wielką rewizję wpływów wychowawczych, które go s a m e g o formowały, i robi z nimi wielki o b r a c h u n e k . Od p o e t ó w zacząwszy, a na wierzeniach religijnych skończywszy. Uważał, że musi, choć nieco inaczej niż W i n c e n t y Pol, „ n i e j e d n o miłe zburzyć, a inaczej o d b u d o w a ć " . Przez usta G l a u k o n a Platon podaje swojemu Sokratesowi plan obrony sprawiedliwości. Dzieli dobra życiowe na a) p o ż ą d a n e same przez się, b) p o ż ą d a n e tylko ze względu na swoje n a s t ę p ­ stwa i c) p o ż ą d a n e zarówno dla siebie samych jak i ze w z g l ę d u na swoje następstwa. G l a u k o n stwierdza, że szerokie koła cenią sprawiedliwość j e d y n i e tylko ze względu na jej miłe jakoby na­ stępstwa, sądzą, że ona jest właściwie dolegliwym c i ę ż a r e m , który się j e d n a k ma jakoś o p ł a c a ć . G l a u k o n pragnąłby się d o w i e d z i e ć czegoś o jej wartości b e z p o ś r e d n i e j , o tym, co ona sama jest warta, bez względu na wszelkie jej następstwa.
1

50

Platon, Państwo

357 B

- M n i e się - mówię - wydaje, że jest coś takiego. - No cóż? A to, co i samo przez się kochamy, i ze względu na jego skut­ ki. Jak na przykład znowu: rozsądek i widzenie, i zdrowie; przecież takie rzeczy kochamy z jednego i drugiego względu. - T a k - powiedziałem. - A czy widzisz - powiada - pewną trzecią postać dobra, do której należą ć w i c z e n i a g i m n a s t y c z n e i p o d d a w a n i e się l e c z e n i u , i l e c z e n i e d r u g i c h , i i n n e r o b i e n i e pieniędzy. To przecież są rzeczy przykre i t r u d n e , m o ż n a powiedzieć, ale przynoszą nam pożytek i nie chcielibyśmy ich mieć samych dla siebie, ale tylko ze w z g l ę d u na zarobki i na i n n e s k u t k i , k t ó r e przy­ noszą. - Jest - powiadam - i to trzecie. Albo co? - W którym - mówi - z tych trzech rodzajów kładziesz sprawiedliwość? - Ja - p o w i e d z i a ł e m - mam wrażenie, że w tym najpiękniejszym, który 1 sam dla siebie, i ze względu na s k u t k i powinien kochać człowiek, który ma być szczęśliwy. - N i e tak - powiada - wydaje się szerokim kołom. O n e sprawiedliwość zaliczają do rodzaju trudów i przykrości, które warto praktykować dla zarob­ ków i dla opinii, dla dobrej sławy, ale sama dla siebie ta rzecz jest przykra, więc trzeba jej unikać. - Ja wiem - powiedziałem - że to się tak wydaje i Trazymach ją od dawna gani za to, że jest taka, a niesprawiedliwość pochwala. Ale m n i e jakoś, wi­ dać, trudno nauczyć 2 . - Więc, proszę cię - powiada - posłuchaj i m n i e , czy nie b ę d z i e s z j e d n e g o zdania ze mną. M a m wrażenie, żeś Trazymacha, prędzej niż potrzeba, zacza­ rował jak węża, a m n i e j e s z c z e nie po myśli w y p a d ł d o w ó d za j e d n y m i za d r u g i m s t a n o w i s k i e m . Ja p r a g n ę usłyszeć, czym j e s t j e d n o i d r u g i e , i jaką k a ż d e p o s i a d a m o c , s a m o p r z e z się, j e ż e l i w d u s z y l u d z k i e j z a m i e s z k a , a m n i e j s z a tam o zarobki i to, co z nich obojga wynika. W i ę c ja tak zrobię, jeżeli i ty b ę d z i e s z tego z d a n i a . P o d e j m ę na nowo myśl T r a z y m a c h a i naj­ p i e r w o s p r a w i e d l i w o ś c i p o w i e m , co o niej l u d z i e myślą i skąd się m i a ł a wziąć. Po drugie to, że wszyscy, którzy ją praktykują, czynią to n i e c h ę t n i e ,
2

Aby Sokrates wiedział, jak ma mówić, postanawia G l a u k o n dać mu wzór formalny i dla przykła­ du sam jeszcze raz rozwinie naturalistyczny pogląd T r a z y m a c h a na g e n e z ę i istotę sprawiedliwo­ ści i w y p o w i e swoją p o c h w a ł ę n i e s p r a w i e d l i w o ś c i wcale nie z p r z e k o n a n i a , t y l k o na wzór. I n n y m i słowy: zobacz, jakie poglądy wyniosłem od mistrzów, którzy mnie chowali, i z d o m u . N o ­ szę je w s o b i e , c h o ć mi nie odpowiadają. Rozejrzyj się, czy je potrafisz j a k o ś z r ó w n o w a ż y ć i zwalczyć? Co potrafisz t e m u przeciwstawić? G l a u k o n i po nim A d e j m a n t mówią p ł y n n i e , sty­ lem d a l e k i m od potocznej, żywej mowy; wygłaszają pięknie opracowany referat platoński. W i ę c jeżeli idzie o treść, to słyszymy z n o w u , że z natury d o b r e jest wyrządzanie krzywd, i to jest stan p i e r w o t n y ludzkości; wszyscy krzywdzą wszystkich, gdzie tylko kto m o ż e . Podczas tej walki wszystkich ze wszystkimi mocniejsi wychodzą dobrze, a słabsi, żeby się uchronić jakoś, wy­ myślają prawa, rezygnują ze s m u t k i e m z k r z y w d z e n i a drugich, na które ich i tak nie stać, c h o ć i oni to lubią, i umawiają się szanować te u s t a n o w i o n e prawa. Z b r o d n i a jest f a k t e m n a t u r a l n y m , a prawo w y t w o r e m u m o w n y m ludzi słabych, p r z e c i w n y m ich własnej n a t u r z e . P o s z a n o w a n i e praw to sprawiedliwość.

358 C

Księga II

51

jako rzecz konieczną, ale nie: rzecz dobrą. Po trzecie, że ludzie słusznie tak robią. Bo przecież o wiele lepsze jest życie człowieka niesprawiedliwego niż sprawiedliwego; tak mówią. T y m c z a s e m m n i e , Sokratesie, nie tak się j a k o ś wydaje. Więc doprawdy, j e s t e m w k ł o p o c i e , bo p e ł n e m a m uszy T r a z y m a c h a i tysiąca i n n y c h , a n i g d y m n i e słyszał tak, j a k b y m c h c i a ł , ż e b y k t o ś D mówił o o b r o n i e sprawiedliwości, że lepsza j e s t od n i e s p r a w i e d l i w o ś c i . Ja chcę słyszeć, jak ją ktoś chwali dla niej samej. M a m wrażenie, że od c i e b i e chyba najlepiej się tego d o w i e m . D l a t e g o sam zbiorę siły i b ę d ę mówił po­ c h w a ł ę życia n i e s p r a w i e d l i w e g o , a m ó w i ą c p o k a ż ę t o b i e , w jaki s p o s ó b p r a g n ę znowu, ż e b y i c i e b i e usłyszeć, jak n i e s p r a w i e d l i w o ś ć ganisz, a spra­ wiedliwość chwalisz. Zobacz, czy ci odpowiada to, co mówię. - Ależ nadzwyczajnie - p o w i e d z i a ł e m . - O czymże by c h ę t n i e j człowiek E inteligentny często mówił i słuchał? - D o s k o n a l e m ó w i s z - powiada. - Więc to, co n a p r z ó d m i a ł e m p o w i e ­ dzieć, o tym posłuchaj, co to takiego jest, i skąd się wzięła sprawiedliwość. Mówią przecież, że wyrządzanie krzywd jest z natury dobre, a doznawanie krzywdy - złe. Ale większym złem góruje doznawanie krzywd, niż d o b r e m ich wyrządzanie. Tak że gdy się ludzie nawzajem krzywdzą i wzajemnych 359 krzywd od siebie doznają, i kosztują j e d n e g o i drugiego, w t e d y ci, którzy nie mogą j e d n e g o uniknąć, a na drugie sobie pozwolić, uważają za rzecz po­ żyteczną umówić się wzajemnie, że się nie b ę d z i e krzywd ani wyrządzało, ani doznawało. D l a t e g o zaczęli prawa układać i u m o w y w z a j e m n e i nazwali to, co pra­ w e m przepisane, czymś legalnym i sprawiedliwym. Takie jest p o c h o d z e n i e i taka jest istota sprawiedliwości; ona jest czymś pośrednim pomiędzy tym, co jest najlepsze: jeżeli się krzywdy wyrządza, a nie ponosi kary, i tym, co najgorsze: k i e d y p o k r z y w d z o n y nie m o ż e się mścić. Sprawiedliwość leży B pośrodku pomiędzy j e d n y m i drugim, więc jej nie kochają jako dobra, tylko ją cenią dlatego, że nie czują się na siłach, żeby krzywdy wyrządzać. Prze­ cież, kto by to mógł robić i był mężczyzną naprawdę, ten by się z nikim na świecie nie umówił, że ani krzywd wyrządzać nie będzie, ani ich doznawać. Musiałby być szalony. O t ó ż to jest sprawiedliwość, Sokratesie, i taka jest jej natura, a skąd się wzięła, to jest tak, jak mówię. Że ci, którzy ją praktykują, robią to niechętnie, dlatego tylko, że nie po- III trafią krzywd wyrządzać, to może najlepiej potrafimy dojrzeć, jeżeli coś ta­ kiego potrafimy zrobić w myśli: damy j e d n e m u i drugiemu wolność - niech C każdy z nich robi, co chce, i ten sprawiedliwy, i niesprawiedliwy. A p o t e m pójdziemy w trop za nimi; zobaczyć, dokąd każdego z nich żądza zaprowa­ dzi 3 . W t e d y byśmy ich na gorącym u c z y n k u schwytali, bo na j e d n o i to
3 Źe każdy człowiek, nawet i słaby, i sprawiedliwy, ma w sobie skłonności zbrodnicze, o tym ma ś w i a d c z y ć p e w i e n e k s p e r y m e n t myślowy. Wystarczy w myśli wyposażyć n a j p o r z ą d n i e j s z e g o człowieka w pierścieri Gygesa, który by mu zapewniał bezkarność, a zobaczy się w nim z p e w n o ­ ścią skłonności tak samo w y s t ę p n e jak w najgorszym zbrodniarzu. T e n a r g u m e n t nie ma żadnej siły. Wynik e k s p e r y m e n t u myślowego zależy od p e s y m i z m u lub

52

Platon, Państwo

359 C

samo wychodziłby sprawiedliwy i niesprawiedliwy - aby więcej mieć - do tego każda żywa istota z natury dąży, bo to jest dobro, a tylko prawo gwał­ t e m ją ściąga do t e g o , ż e b y c e n i ć r ó w n o ś ć m i e n i a . W o l n o ś ć , o k t ó r e j mówię, byłaby w t e d y największa, g d y b y każdy z nich p o s i a d ł taką moc, D jaką miał k i e d y ś Gygesa p r z o d e k Lidyjczyka. On był p a s t e r z e m i służył u ó w c z e s n e g o króla Lidii. Kiedy spadł wielki deszcz i przyszło trzęsienie ziemi, p ę k ł a ziemia w p e w n y m miejscu i utworzyła się r o z p a d l i n a w tej okolicy, gdzie on pasał owce. On to zobaczył, zdziwił się, z e s z e d ł w jej głąb i ujrzał d z i w n e rzeczy, o których bajki opowiadają, a m i ę d z y innymi i konia z brązu, pustego wewnątrz, który miał drzwiczki. Kiedy nachylił się E p r z e z nie do ś r o d k a , z o b a c z y ł w e w n ą t r z t r u p a , k t ó r y się w y d a w a ł nad­ l u d z k i e g o wzrostu. N i e miał na sobie nic, tylko złoty p i e r ś c i e ń na r ę k u . On ściągnął mu ten pierścień i wylazł stamtąd na górę. Kiedy pasterze odbywali swoje zebranie zwyczajne, jak co miesiąca, aby królowi d o n i e ś ć , co się dzieje z t r z o d a m i , p r z y s z e d ł on i miał p i e r ś c i e ń z sobą. Więc kiedy siedział pomiędzy innymi, obrócił p r z y p a d k i e m nasadę 360 k a m i e n i a ku sobie, ku w n ę t r z u d ł o n i . Kiedy się to stało, zrobił się nie­ widzialny dla siedzących przy nim; oni zaczęli rozmawiać tak, jakby go nie było. Zdziwił się i znowu namacawszy pierścień, obrócił n a s a d ę kamienia na zewnątrz. Jak tylko ją obrócił, zrobił się widzialny. Zauważywszy to za­ czął doświadczać swego pierścienia, czyby miał taką samą siłę i czyby mu się udawało, obracając nasadę kamienia ku środkowi, stawać się niewidzial­ nym, a jeśli na zewnątrz - widzialnym. Stwierdziwszy to, n a t y c h m i a s t się B postarał, żeby go wśród posłańców wyprawiono do króla. Poszedł tam, żonę królowi uwiódł i razem z nią zamachu na króla dokonał. Zabił go i tron po nim objął. Więc gdyby istniały dwa takie pierścienie i j e d e n by sobie na palec wło­ żył c z ł o w i e k sprawiedliwy, a j e d e n niesprawiedliwy, to nie znalazłby się c h y b a ż a d e n człowiek taki kryształowy, ż e b y wytrwał w sprawiedliwości i nie ś m i a ł b y wyciągać ręki po c u d z e ani go tykać, c h o c i a ż b y mu wolno było, i z rynku bez obawy brać, co by tylko chciał, i do d o m ó w wchodzić, i obcować z kim by mu się podobało, i zabijać, i z więzów uwalniać, kogo by tylko zechciał. I inne rzeczy robiłby pomiędzy ludźmi będąc do bogów p o d o b n y m . P o s t ę p u j ą c tak, nie robiłby nic i n n e g o niż drugi - na j e d n o i to samo wychodziliby obaj. Przecież to wielkie świadectwo, mógłby po­ wiedzieć ktoś, że nikt nie jest sprawiedliwy z dobrej woli, tylko z musu, bo sprawiedliwość to nie jest dobro dla jednostki, bo każdy, gdzie tylko myśli, że b ę d z i e mógł krzywdy wyrządzać b e z k a r n i e , tam je wyrządza. Każdy człowiek uważa, że o wiele większy pożytek przynosi j e d n o s t c e niesprawie­ dliwość niż sprawiedliwość. I słusznie tak uważa; to powie każdy, kto bęo p t y m i z m u e k s p e r y m e n t a t o r a i nie d o w o d z i niczego o naturze ludzkiej, mówi tylko o tym, czy k t o ś patrzy na ludzi czarno, czy biało. G l a u k o n najwidoczniej widzi ich c z a r n o . N i e s ł u s z n i e . Każdy zna ludzi uczciwych - nie z obawy przed policją. N i e w każdym towarzystwie giną zegarki i łyżeczki, jeżeli światło zgaśnie na kwadrans.

C

D

360 D

Księga II

53

dzie myślał o tej myśli. Kto by dostał w ręce taką wolność, a nie chciałby nigdy żadnej krzywdy wyrządzać i nie tykałby tego, co c u d z e , wydawałby się ostatnim n ę d z n i k i e m k a ż d e m u , kto by go widział, i ostatnim g ł u p c e m . Chwaliliby go ci, co się w żywe oczy nawzajem okłamują ze strachu przed doznawaniem krzywd. To już tak jest. A jeśli idzie o samą ocenę życia tych ludzi, o których mówimy, to dopie- IVE ro, jeśli przeciwstawimy człowieka najsprawiedliwszego najniesprawiedliwszemu, potrafimy wydać sąd słuszny. A jeżeli nie, to nie. Więc co to za przeciwstawienie? Oto ono 4 . N i e zabierajmy nic - ani niesprawiedliwemu z niesprawiedliwości, ani sprawiedliwemu nic ze sprawiedliwości. Przyjmij­ my, że j e d e n i drugi jest doskonały w kierunku działania sobie właściwym. Więc naprzód niesprawiedliwy niech tak postępuje, jak dzielni zawodowcy. Na przykład sternik najlepszy albo lekarz tak samo zawsze rozróżnia to, co nie jest możliwe w jego sztuce, i to, co jest możliwe. I do j e d n e g o r ę k ę 361 przykłada, a drugiego nie tyka. A jeszcze, gdyby mu się tam gdzieś noga przypadkiem powinęła, on potrafi to naprawić. Tak i niesprawiedliwy, kie­ dy się b ę d z i e należycie krzywdą ludzką bawił, w t e d y niech nikt o tym nie wie, jeżeli on ma być mocno niesprawiedliwy. Jeżeli się ktoś pozwala przy­ chwycić, to błazen, trzeba uważać. A szczyt niesprawiedliwości to: u c h o ­ dzić za sprawiedliwego nie będąc nim. Z a t e m przydzielmy człowiekowi do­ skonale n i e s p r a w i e d l i w e m u najdoskonalszą niesprawiedliwość i nie ujmuj­ my mu nic; pozwólmy, żeby się największych krzywd dopuszczał, a zyskał sobie największą sławę jako wzór sprawiedliwości, a gdyby mu się gdzieś noga powinęła, niechby był zdolny to naprawić; niech umie przemawiać po- B rywająco, jeżeli jakaś jego zbrodnia na jaw wyjdzie, i gwałt zadawać, jeżeli gdzieś gwałtu potrzeba, niech ma do tego celu odwagę i siłę, i przyjaciół w zapasie, i majątek. K i e d y ś m y go t a k i m założyli, p o s t a w m y o b o k niego w myśli c z ł o w i e k a sprawiedliwego; niech to będzie człowiek prosty i szlachetny, taki, co to, za Ajschylosem, nie wydawać się chce, ale chce być dzielnym. I odejmijmy mu dobrą opinię. Bo jeśli będzie uważany za sprawiedliwego, to będą go spotykały zaszczyty i dary na tle takiej opinii. Wtedy nie wiadomo, czy byłby ta­ kim dla sprawiedliwości, czy też dla darów i zaszczytów. Więc trzeba go w myśli o b e d r z e ć ze wszystkiego, o p r ó c z sprawiedliwości, i p o s t a w i ć go w myśli w p o ł o ż e n i e w p r o s t p r z e c i w n e p i e r w s z e m u . C h o c i a ż n i k o m u krzywdy nie wyrządził, niech ma opinię najgorszą, aby jego sprawiedliwość była wystawiona na p r ó b ę , czy on nie z m i ę k n i e z obawy przed złą opinią i przed tym, co za nią przychodzi. Niech idzie prosto - ani kroku wstecz aż do śmierci; n i e c h całe życie uchodzi za niesprawiedliwego b ę d ą c spra­ wiedliwym; aby obaj doszli do ostateczności, j e d e n do szczytu sprawiedli4

C

D

C h c ą c rozstrzygnąć, czy sprawiedliwość się opłaca w życiu, czy nie, rysuje G l a u k o n s k o ń c z o n e ­ go łotra, który się cieszy najlepszą opinią, i człowieka czystego, który ma opinię najgorszą. T r u d ­ no przy tym d r u g i m nic myśleć o postaci Sokratesa.

54

Platon, Państwo

361 D

wości, a drugi do krańca niesprawiedliwości, i w t e d y ich rozsądzić: który z nich szczęśliwszy. - H o ! h o ! - p o w i e d z i a ł e m - k o c h a n y G l a u k o n i e , jak ty z t e m p e r a m e n t e m s na czysto przyrządzasz tych ludzi, j e d n e g o i drugiego, na t e n sąd: jak posągi . - J a k t y l k o potrafię - p o w i a d a . - K i e d y oni tacy są, to już, u w a ż a m , n i e ­ t r u d n o w myśli przejść i powiedzieć, jakie życie czeka k a ż d e g o z nich. Więc E to trzeba powiedzieć. Tak jest; choćby to miało uszy drapać, uważaj, że to nie ja mówię, Sokratesie, tylko ci, którzy niesprawiedliwość chwalą, zamiast spra362 wiedliwości. Oni powiedzą to, że sprawiedliwy w takim położeniu b ę d z i e bi­ czowany, torturowany, więziony, i oczy mu wypalą, a w k o ń c u w s z e l k i e zło wycierpiawszy na pal zostanie wbity i pozna, że nie trzeba chcieć być sprawie­ dliwym, ale chcieć takim wydawać się. A zdanie Ajschylosa o wiele słuszniej n a l e ż a ł o o d n i e ś ć do człowieka n i e s p r a w i e d l i w e g o . Bo i s t o t n i e będą mówili 0 n i e s p r a w i e d l i w y m , że prawda jest po stronie jego roboty, i on nie żyje dla opinii, on nie chce się wydawać niesprawiedliwym, tylko chce nim być. W przepastnych głębiach duszy piękny ogród ma. Rozumne plany tam kiełkują cały rok. Więc naprzód, żeby władzę objąć w państwie, budując na opinii swej nie­ skazitelności, a p o t e m żonę wziąć, skąd by mu się podobało, i córki wyda­ wać, za kogo by chciał, i wiązać się, i żyć z kim by chciał, a oprócz tego w s z y s t k i e g o zarabiać g r u b o , n i e m a r t w i ą c się t y m , ż e zysk n i e u c z c i w y . T a k i p o j e d z i e na igrzyska i zwycięży, i j a k o c z ł o w i e k p r y w a t n y , i j a k o przedstawiciel państwa, i będzie miał więcej niż jego przeciwnicy, a jak bę­ dzie miał więcej, to zrobi majątek i przyjaciołom b ę d z i e świadczył dobrodziejstwa, a nieprzyjaciołom szkodził, a bogom ofiary i wota b ę d z i e składał jak się należy z wielką pompą i b ę d z i e bogom służył z n a c z n i e lepiej niż człowiek sprawiedliwy, i b ę d z i e dbał o tych ludzi, o których zechce; więc jakoś tak to raczej wygląda, że i bogom milszy powinien być niż człowiek sprawiedliwy. Tak powiadają, Sokratesie, że i bogowie, i ludzie stwarzają niesprawiedliwemu życie lepsze niż sprawiedliwemu. Kiedy to G l a u k o n powiedział, zamierzałem coś na to o d p o w i e d z i e ć , ale brat jego, A d e j m a n t , o d e z w a ł się: - S o k r a t e s i e , ty nie uważasz chyba, że nasz t e m a t został w tej mowie wyczerpany? - Albo co? - powiedziałem. - Tego nie powiedziano, co przede wszystkim trzeba było powiedzieć. - Nieprawdaż - odparłem - przysłowie mówi, że brat bratu pomaga. Więc 1 ty, jeżeli on coś opuszcza, to przychodź z pomocą. Jeżeli o m n i e chodzi,
Ł a t w o p r z e w i d z i e ć zły los człowieka czystego o złej opinii i p o w o d z e n i e łotra, który sobie zy­ skał o p i n i ę p o c h l e b n ą . U s t ę p z Ajschylosa, który G l a u k o n cytuje, wyjęty jest z Siedmiu przeciw Tebom (w. 592) i odnosi się tam do Amfiaraosa. U s t ę p tutaj p e ł e n goryczy. Refleksje o bogach, którzy zdają się też sprzyjać łotrom, p o d a n e jeszcze z pewną rezerwą. Brat G l a u k o n a , A d e j m a n t , b ę d z i e śmielszy. Najśmielej myślał o m o r a l n y m p o z i o m i e w s p ó ł c z e s n y c h w i e r z e ń religijnych trzeci brat, Platon. Zobaczymy za chwilę.
5

B

C

VI D

362 D

Księga II

55

to już i co, co on powiedział, wystarcza, żeby mnie z nóg zwalić; tak że nie 6 potrafię bronić sprawiedliwości . A on powiada: - Pleciesz, ale jeszcze i t e g o posłuchaj. T r z e b a przecież, że- E byśmy przeszli t a k ż e myśli p r z e c i w n e t e m u , co on mówił; myśli, k t ó r e spra­ wiedliwość chwalą, a niesprawiedliwość ganią, aby się jaśniejsze zrobiło to, do czego zmierza G l a u k o n , m o i m z d a n i e m . O t ó ż mówią, prawda, i przykazują ojcowie synom, i mówi to każdy, kto się kimś opiekuje, że trzeba być sprawie- 363 dliwym, ale samej sprawiedliwości nikt nie chwali, tylko każdy zachwala te d o b r e o p i n i e , j a k i e za nią idą; aby cieszący się opinią s p r a w i e d l i w e g o miał dzięki t e m u władzę tu i tam, i te małżeństwa, i to wszystko, co, jak to G l a u k o n p r z e d chwilą wymieniał, dobra opinia zsyła na człowieka niesprawiedliwego. Ale ci ludzie jeszcze większy nacisk kładą na opinię. Wtrącają jeszcze uwagi o łasce i o uznaniu bogów i umieją wyliczać nieprzeliczone dobra, które bogo­ wie mają zlewać na pobożnych, jak to poczciwy Hezjod i H o m e r opowiadają. J e d e n mówi, że ludziom sprawiedliwym bogowie to dają, że drzewa: B Kryją w koronach żołędzie, a pień pszczołami rozbrzmiewa, Długowełniste zaś owce obfite runo dźwigają. i inne tam liczne dobra z tymi związane. on mówi, że „twoja" (sława): A p o d o b n e rzeczy i drugi. Jak to

...albo i króla dobrego, on bogobojny W sprawiedliwości trwa, więc czarna ziemia mu niesie Jęczmień i złotą pszenicę. Owoc gałęzie obrywa. Jabłka się sypią wciąż i morze mu ryby przynosi. Muzajos z n o w u i jego syn bardziej z a b a w n e d o b r a zsyłają z ręki bogów na ludzi sprawiedliwych. Do H a d e s u ich wiodą w myśli i tam ich kładą. Urzą­ dzają wielkie przyjęcie dla pobożnych i ci tam w pieśni mają w i e ń c e na gło­ wach i nic, tylko piją już cały czas. Uważali widać, że najpiękniejsza zapłata za dzielność - to pijaństwo na wieki wieków. Inni znowu wywodzą jeszcze dłuższe nagrody z łaski bogów. Powiadają, że pobożny i szanujący przysięgi zostawia dzieci i w n u k i , i ród zostawia po sobie. T a k i e i tym p o d o b n e gło­ szą pochwały sprawiedliwości. A b e z b o ż n i k ó w i niesprawiedliwych zagrzebują z jakimś tam błocie u H a d e s a i każą im sitem wodę nosić. I jeszcze za życia doprowadzają ich do niesławy, i jak to G l a u k o n opisyS o k r a t e s nie żartuje, gdy wyznaje, że ani on, ani P l a t o n nie potrafią o b r o n i ć tezy z księgi pierwszej, że sprawiedliwość przynosi zawsze pożytek materialny sprawiedliwemu. Sokrates wie, że sprawiedliwość z reguły nie przynosi korzyści materialnych, i wie, że te korzyści przynosi tyl­ ko dobra opinia. Wie z w ł a s n e g o doświadczenia i wie to od Platona. Adejmant jest sarkastyczny. Z gorzkim h u m o r e m cytuje u s t ę p z Hezjoda, który mu się wydaje naiwny, i u s t ę p z X I X księgi Odysei (w. 109 i nast.), w którym H o m e r , też jak dziecko, wiąże urodzaj z bogobojnością gospoda­ rza. Najwięcej bawią go orficy: Muzajos i E u m o l p o s - budzą w nim uśmiech pogardliwy. P o c h o ­ dzące od p o e t ó w pochwały sprawiedliwości i motywy mające do niej nakłaniać wydają mu się na­ iwne i niskie.
6

C

D

E

56

Platon, Państwo

363 E

wał te kary, co to czekają sprawiedliwych, jeżeli uchodzą za n i e s p r a w i e ­ d l i w y c h , to w s z y s t k o oni opowiadają o n i e s p r a w i e d l i w y c h - i n n y c h kar podać nie umieją. Zatem tak wygląda pochwała i nagana jednych i drugich. VII O p r ó c z tego, zobacz znowu, Sokratesie, inny rodzaj myśli o sprawiedliwo364 ści i niesprawiedliwości, które się spotyka w prozie i u poetów. Wszyscy jed­ n y m g ł o s e m pieją, że p i ę k n ą rzeczą j e s t rozwaga i s p r a w i e d l i w o ś ć , a tylko przykrą i trudną. Rozpusta zaś i n i e u c z c i w o ś ć to rzeczy p r z y j e m n e i bardzo łatwo o nie, a tylko opinia i prawo robią z nich rzecz haniebną 7 . Opłacają się lepiej p o s t ę p k i nieuczciwe niż p o s t ę p o w a n i e sprawiedliwe - tak się mówi po większej części. Zbrodniarzy bogatych i mających jeszcze i n n e wpływy i możliwości ludzie gotowi są z lekkim s e r c e m błogosławić i czcić p u b l i c z n i e i p r y w a t n i e , a l e k c e w a ż y ć i z góry p a t r z e ć na k a ż d e g o , kto nie ma w p ł y w ó w B i pieniędzy, chociaż przyznają, że on j e s t lepszy od t a m t y c h . Z t e g o wszyst­ kiego najdziwniejsze to, co się o bogach mówi i o dzielności; że to niby i bo­ g o w i e wielu d o b r y m l u d z i o m n i e dali szczęścia, a przydzielili im życie z ł e . A t y m z p r z e c i w n e g o krańca zesłali dolę przeciwną. A tu ż e b r z ą c e k l e c h y i wieszczbiarze do drzwi bogatych ludzi pukają i wmawiają, że jest u nich moc od b o g ó w zesłana, ż e b y z pomocą ofiar i ś p e w n y c h modlitw, j e ż e l i na k i m ś C ciąży zmaza grzechu albo na jego przodkach, zdejmować ją bardzo przyjemnie i przy uroczystych n a b o ż e ń s t w a c h . A j e ż e l i b y kto chciał j a k i e m u ś wrogowi zaszkodzić, taki za niewielką opłatą zaszkodzi równie d o b r z e sprawiedliwemu jak i n i e s p r a w i e d l i w e m u - p e w n y m i zaklęciami, które wiążą i którymi on po­ wiada, że potrafi bogów n a k ł a n i a ć , aby mu byli posłuszni. Na poparcie tych wszystkich myśli przytaczają poetów, którzy mówią, jak łatwo jest o zło, że: Zła szukać nie trzeba, można w nie wpaść i gromadą Łatwo, bo droga wygodna, droga prowadzi tuż obok. Za to na progu dzielności bogowie trud położyli 1 droga do niej długa i s t r o m a . I n n i z n o w u powołują się na H o m e r a na dowód, że ludzie mogą wpływać na bogów. Bo on powiedział, że: Wpływać nawet na bogów Można; są na to ofiary i modły są na to błagalne, Kropi się na to i kadzi - tak ludzie boskie wyroki Zmieniać umieją, gdy który przeskrobie coś albo nagrzeszy.
7 W i e r z e n i a i obyczaje religijne t e ż nie zachęcają do sprawiedliwości. A w i ę c m o ż e do niej z n i e ­ c h ę c a ć i to w i e r z e n i e , że bogowie nieraz na ludzi sprawiedliwych zsyłają nieszczęścia, a błogosła­ wią n i e s p r a w i e d l i w y m . S z c z e g ó l n i e z n i e c h ę c a j ą do sprawiedliwości p r a k t y k i religijnych oczy­ szczeń, z pomocą których można bez trudu z m a z ę grzechu usuwać i wpływać na zrządzenia bogów.

D

E

H e z j o d w p r z y t o c z o n y m u s t ę p i e wcale do sprawiedliwości nie p o b u d z a , ani H o m e r , k i e d y w d z i e w i ą t e j k s i ę d z e Iliady (w. 497-500) u z a l e ż n i a wyroki i rządy b o g ó w od z a b i e g ó w ma­ gicznych. Ł a t w o ś ć oczyszczenia się z plamy grzechu zabiegami rytualnymi wydaje się Adejmantowi niemoralna i gorsząca; wydaje mu się naiwnym ułatwieniem życia dla zbrodniarzy. Ż e b y coś takiego zauważyć, trzeba było być wolnomyślicielem w głębi duszy.

364 E

Księga II

57

A ksiąg całe stosy podają Muzajosa i Orfeusza, którzy mieli p o c h o d z i ć od Księżyca i od Muz. Wedle tych ksiąg oni ofiary składają, a umieją nakłaniać i przekonywać nie tylko ludzi prywatnych, ale i całe państwa, że niby możli­ we są rozgrzeszenia i oczyszczenia z g r z e c h ó w z pomocą ofiar i miłych ko- 365 m e d y j e k jeszcze za życia. Istnieją te rzeczy i dla zmarłych; to są tak z w a n e w t a j e m n i c z e n i a i n a b o ż e ń s t w a ż a ł o b n e - te nas uwalniają od złego, k t ó r e czeka tam, a kto by tych ofiar nie składał, tego czekają rzeczy straszne. - To wszystko - powiada - kochany Sokratesie, takie rzeczy i tego wymia- VIII ru mówi się o dzielności i o podłości, że ludzie i bogowie tak te rzeczy go­ towi oceniać 8 . Kiedy to słyszą młodzi ludzie, to, jak myślisz, jak to wpływa na ich dusze? Kiedy się trafi zdolny, d o r o d n y chłopak, który leci na wszyst­ ko, co się m ó w i , i w n i o s k u j e z t e g o , co słyszy, j a k i m p o w i n i e n by b y ć i k t ó r ę d y iść, aby życie p r z e s z e d ł jak najlepiej? Oczywiście, że g o t ó w do B s i e b i e s a m e g o o b r ó c i ć te słowa P i n d a r a : „czy prostą drogą na wysoki mur, czy u k o ś n y m i ścieżkami p o d c h o d z ą c " - s a m e m u się zabezpieczywszy j a k o ś tak życie przejdę. Mówią przecież, że jeśli b ę d ę uczciwy, ale sobie w dodat­ ku nie wyrobię opinii, to nic mi z tego nie przyjdzie, powiadają; tylko trudy i kary oczywiste. A jeżeli b ę d ę nieuczciwy, a wyrobię sobie opinię nieskazi­ telną, to mi ś w i ę t e życie przepowiadają. Oczywiście, skoro ci m ę d r c y wyC kładają, że „pozór i p r a w d ę p r z e m a g a " i d e c y d u j e o szczęściu, to rzucić się w tę s t r o n ę w ogóle. Z r o b i ć sobie tylko fasadę, przybrać postawę, otoczyć się od frontu dekoracjami dzielności, a od arcymądrego Archilocha wziąć so- D bie lisa i ciągnąć go wciąż za sobą - c h y t r e g o i farbowanego. Ale oto powia­ da ktoś: nie jest łatwo maskować swój podły charakter. T r u d n o , p o w i e m y -

8 T e r a z w dwóch rozdziałach m a m y świetnie napisany m o n o l o g Platona, jego spowiedź, która tętni krwią i ma niewątpliwie z n a m i o n a z u p e ł n e j szczerości. To nie jest wypracowanie na t e m a t , to są słowa wyznania z głębi piersi, pisane p r ę d k o i bez poprawek, w chwili rozpamiętywania wła­ snych ciężkich rozdroży. Platon osłonił się tutaj t y l k o liczbą mnogą, nie mówi „ j a " , t y l k o mówi „ m y " . I mówi o sobie „ m ł o d z i l u d z i e " , i mówi o tym „ z d o l n y m , d o r o d n y m c h ł o p a k u , który leci na wszystko, co się mówi, i wnioskuje z tego, co słyszy".

O tym, który myśli cytatami z poetów, a własnymi przenośniami sypie jak z rogu. Który czuje w sobie siły do roli s p o ł e c z n e j , ma do niej warunki d u c h o w e , majątkowe, fizyczne i r o d z i n n e . N i e może być zagadką, o kogo tu chodzi. Stał k i e d y ś na rozdrożu: czy zawsze iść prostą drogą, posługiwać się tylko uczciwymi środka­ mi, zmierzając do kariery politycznej, czy też dbać tylko o pozory sprawiedliwości? Pindar mówił mu, że pierwsza droga trudniejsza, S i m o n i d e s mówił, że p o z ó r i p r a w d ę p r z e m a g a , Archiloch w bajkach malował chytrość lisią. Drogi k r ę t e , z a m a s k o w a n e obłudą, wydawały się łatwiejsze, krótsze, n a u k a p o b i e r a n a u sofistów otwierała drogę do kariery. H a m u l c e m był zrazu s k r u p u ł religijny, wzgląd na bogów, którzy patrzą i karzą. Ale istnienie bogów i s t o s u n e k ich do spraw ludzkich zaczął być wątpliwy; przyszło myślenie krytyczne. A zresztą w samych wierzeniach reli­ gijnych znalazł się s p o s ó b na bogów, na o d w r ó c e n i e ich surowej sprawiedliwości - o b r z ę d y oczy­ szczające i rozgrzeszające. Przecież H e k a t e , D e m e t e r , Dionizos i Z e u s Mejlichios przynosili roz­ grzeszenia. Więc nie było widać czynnika, który by człowieka wiązał w e w n ę t r z n i e i mógł go u t r z y m a ć na t r u d n e j d r o d z e prawnej. Stojąc na gruncie poglądów panujących, m o ż n a było być w życiu .nieuczciwym faktycznie, zachowując tylko pozory, i być równocześnie p o b o ż n y m i spo­ kojnym o swoje życie przyszłe, jeżeli się p e w i e n p r o c e n t z nieuczciwych zysków o d k ł a d a ł o na cele religijne i p a m i ę t a ł o o rozgrzeszeniach w swoim czasie. T a k było.

58

Platon, Państwo

365 D

ł a t w e n i e j e s t nic z rzeczy w i e l k i c h . W i ę c j e d n a k , j e ż e l i m a m y z d o b y ć szczęście, to trzeba iść tędy; tak prowadzą ślady tego, co się mówi. Ż e b y się z a m a s k o w a ć , w e j d z i e m y w t a j n e związki i z a w i ą ż e m y t o w a r z y s t w a a istnieją nauczyciele wymowy i udzielają mądrości p o t r z e b n y c h na zgroma­ d z e n i a c h ludowych i w sądzie - więc j e d n o zyskamy wymową, a drugie gwałtem, tak żeby zawsze być górą, a kary uniknąć. No tak, ale przed bogami ani się ukryć, ani im gwałtu zadać nie można. Z a p e w n e , ale jeśli ich w ogóle nie ma albo się nie troszczą o ludzkie spra­ wy, to i my się nie m a m y co t r o s z c z y ć o to, ż e b y się kryć. A jeżeli są i nami się interesują, to przecież my znikądinąd o nich nie wiemy, aniśmy o nich nie słyszeli, jak tylko z podań i z genealogii u poetów. A poeci sami mówią, że m o ż n a z pomocą ofiar i błagalnych m o d ł ó w i wotów na bogów w p ł y w a ć i przeciągać ich na swoją s t r o n ę . P o e t o m albo t r z e b a w i e r z y ć w j e d n o i w drugie, albo nie wierzyć ani w jedno, ani w drugie. Więc jeżeli wierzyć, to zarabiać nieuczciwie, a z tego, co się zarobi, opłacać ofiary. Jeśli b ę d z i e m y uczciwi, u n i k n i e m y kary boskiej, ale o d e p c h n i e m y zyski z nie­ uczciwości. A jeśli nieuczciwi, to zarobimy grubo, a modląc się i grzesząc potrafimy jakoś bogów ubłagać i ujść bezkarnie. Ale j e d n a k w H a d e s i e bę­ d z i e m y karani za to, cośmy t u t a j nabroili - my sami, albo nasze w n u k i ! Ależ mój kochany, powie ten co wnioskuje; przecież znowu wtajemniczenia 1 nabożeństwa żałobne wiele mogą zrobić i ci bogowie, którzy rozgrzeszenia p r z y n o s z ą - j a k mówią n a j w i ę k s z e p a ń s t w a i p o t o m k o w i e bogów, p o e c i i prorocy, którzy objawiają, że to tak jest. Więc na jakiej jeszcze podstawie moglibyśmy wybrać sprawiedliwość, za­ miast największej nieuczciwości? Tę, jeśli pokryjemy pozorami przyzwoito­ ści, to i bogom, i ludziom po myśli będzie nasze życie i śmierć - tak przecież mówią ci, k t ó r y c h j e s t w i e l u , a stoją b a r d z o w y s o k o . W o b e c t e g o wszy­ stkiego, Sokratesie, jak jest możliwe, żeby ktoś chciał sprawiedliwość cenić ktoś, kto ma p e w n e warunki d u c h o w e albo majątkowe, albo fizyczne, albo r o d z i n n e , i jak się taki nie ma śmiać, k i e d y słyszy jej pochwały. T o t e ż jeśli k t o ś potrafi dowieść, że to n i e p r a w d a , cośmy p o w i e d z i e l i , i jeśli należycie poznał, że sprawiedliwość jest tym, co najlepsze, t e n na p e w n o b ę d z i e miał w sobie wiele przebaczenia dla ludzi niesprawiedliwych i nie gniewa się na nich, bo wie, że chyba kto dostał boską n a t u r ę i dlatego nie znosi nieuczci­ wości, albo się nauką zajął i d l a t e g o trzyma się od nieuczciwości z d a l e k a ale poza tym nikt nie jest z d o b r e j woli uczciwy, tylko albo odwagi nie ma, albo j e s t za stary, albo pod w p ł y w e m jakiejś innej n i e m o c y gani nieuczciwe p o s t ę p o w a n i e , bo go na n i e u c z c i w o ś ć nie stać. To j a s n e , że tak. P r z e c i e ż pierwszy spośród takich, jak tylko warunki posiędzie, pierwszy zaczyna po­ stępować nieuczciwie, ile tylko potrafi 9 .
9

Z a t e m te poglądy powszechne nic stanowią ż a d n e g o w ogóle gruntu m o r a l n e g o dla człowieka, który myśli. Uczciwość pojmuje się po cichu j a k o z b y t e k , b e z k t ó r e g o m o ż n a się właściwie obejść, a który więcej kosztuje, niż jest wart. Uczciwość uchodzi właściwie za z a l e t ę nędzarzy, których nie stać na z b r o d n i ę . To jest p e w n a u m o w n a poza i k o m e d i a , którą ludzie zdolni odgry-

366 D

Księga II

59

Tego wszystkiego przyczyna nie inna, tylko ta, skąd i cała ta dyskusja po­ szła, że i on, i ja mieliśmy ci, Sokratesie, powiedzieć, że, człowieku dziwny, z was wszystkich, którzy się podajecie za chwalców sprawiedliwości, poE cząwszy od owych bohaterów na początku, po których tylko słowa zostały, a na dzisiejszych ludziach skończywszy, nikt nigdy nie ganił nieuczciwości ani nie chwalił sprawiedliwości inaczej, jak tylko ze względu na opinie, na zaszczyty i dary, które za nimi idą. A jej samej, jednej i drugiej, ze wzglę­ du na ich wewnętrzną moc, z jaką one tkwią w duszy człowieka, choćby ani bogowie, ani ludzie o tym nie wiedzieli, tego nigdy nikt ani wierszem, ani prozą nie powiedział, jak należy; że jedna z nich jest największym złem, ja­ kie dusza ma w sobie, a sprawiedliwość największym d o b r e m . Gdybyście 367 wy byli wszyscy od początku tak mówili i tak na nas wpływali już od naj­ m ł o d s z y c h lat, to teraz by j e d e n z nas nie musiał p r z e s t r z e g a ć d r u g i e g o przed nieuczciwym postępowaniem, tylko by się każdy sam pilnował, bojąc się, aby do niego nie przylgnęło największe zło: niesprawiedliwość. Tyle, Sokratesie, a może i więcej jeszcze mógłby Trazymach, albo może i ktoś inny też, powiedzieć o sprawiedliwości i niesprawiedliwości, ale to by było o d w r a c a n i e ich właściwej mocy w s p o s ó b gruby, jak u w a ż a m . Ja przed tobą nie m a m powodu robić z tego tajemnicy - ja pragnę od c i e b i e usłyszeć coś wprost p r z e c i w n e g o . D l a t e g o m ó w i ę z wysiłkiem najwięk­ szym, na jaki mnie stać. Więc kiedy ty będziesz mówił, to nie tylko nam dowody przytaczaj, że sprawiedliwość jest lepsza od niesprawiedliwości, tylko nam mów o tym,
wają, aby zarabiać na dobrej opinii. Ale ten zysk można mieć i bez uczciwości, jeżeli ktoś ma siłę, jeżeli potrafi. Ani więc wzgląd na opinię ludzką - ona zresztą zwykła się chylić przed z b r o d n i a ­ rzami m o c n y m i , ani wzgląd na p o w o d z e n i e życiowe - o n o wcale nie musi iść za uczciwością, ani wzgląd na bogów i życie przyszłe - to sobie m o ż n a k u p i ć p r a k t y k a m i religijnymi, ż a d e n z tych motywów nie może zachęcić do sprawiedliwości. Innych i dziś nie podają. A j e d n a k czuje się w niej jakąś wartość wysoką. O n a się nieodparcie wydaje p e w n y m d o ­ b r e m . Więc jakim właściwie? Co w niej jest takiego, co pociąga? To nie są jej następstwa, bo te są marne, jeżeli je mierzyć miarą doczesną. C o ś musi być d o b r e g o w niej samej bez względu na następstwa i na o p i n i e . To ma dopiero Sokrates pokazać; o to go teraz prosi A d e j m a n t . I platoń­ ski Sokrates musi być teraz w kłopocie. D l a t e g o że platoński G l a u k o n i A d e j m a n t mówili to, co Platon sam myślał, bo to przeżył g ł ę b o k o . Sokrates widzi, że na gruncie dzisiejszych pojęć i sto­ s u n k ó w mają słuszność i T r a z y m a c h , i Glaukon, i Adejmant. Dziś nie ma jak nakłaniać m ł o d e g o , bystrego człowieka do sprawiedliwości. Ż e b y go można jakoś do niej nakłaniać racjonalnie i ja­ koś dla niej pole otworzyć, potrzeba by przeprowadzić naprzód krytykę poezji, która m ł o d z i e ż uczy, krytykę pojęć religijnych, które dziś stawiają bogów, te personifikacje najwyższego dobra, w świetle zgoła fałszywym i u j e m n y m , i trzeba by inaczej urządzić państwo i chować młodych lu­ dzi inaczej. D o p i e r o wtedy można by zacząć serio mówić o sprawiedliwości. A dziś szkoda każ­ d e g o słowa. I trzeba by rozpatrzyć i zrozumieć naturę duszy ludzkiej. D o p i e r o wtedy znalazłoby się w niej miejsce dla tej równowagi wewnętrznej, dla porządnego ustroju d u c h o w e g o , który zda­ n i e m Platona stanowi istotę i wartość sprawiedliwości, a który w niej jakoś może przeczuwali nie­ jasno Glaukon i Adejmant. Tu więc kończy się pierwsza część Państwa. J e s t to rozwinięcie istniejących poglądów na istotę i g e n e z ę sprawiedliwości, wykazana nikłość p o b u d e k moralnych, jakie można w tych po­ glądach znaleźć, ciężka rozterka duchowa na tym tle w duszach młodych ludzi myślących a uczci­ wych z natury. Potrzeba głębokiej rewizji pojęć etycznych będących w obiegu.

B

60

Platon, Państwo

367 B

co każda z nich sama przez się robi z duszą, w której zamieszka, i przez to jedna jest złem, a druga dobrem. A opinie i pozory zostaw. Tak jak prosił Glaukon. Bo jeżeli nie oderwiesz z jednej i z drugiej strony opinii prawdzi­ wych, a dołożysz mylne, to my powiemy, że ty nie chwalisz sprawiedliwo­ ści, tylko jej pozory, i nie ganisz nieuczciwości w jej istocie, tylko w jej wy­ glądzie, i radzisz być n i e u c z c i w y m pod maską i zgadzasz się z Trazymac h e m , że uczciwość to jest dobro cudze, interes mocniejszego, a nieuczci­ wość człowiekowi samemu służy i wychodzi na dobre, a jedynie tylko słab­ s z e m u nie pomaga. Z g o d z i ł e ś się, że uczciwość n a l e ż y do największych dóbr, które warto sobie zyskać i posiadać ; warto i ze względu na jej skutki, ale o wiele bardziej na nią samą - podobnie jak widzenie, słyszenie, rozum­ ne m y ś l e n i e i zdrowie też, i jakie tam inne istnieją dobra c e n n e dla swej natury własnej, a nie skutkiem konwenansu. Zatem to samo zmieść w swo­ jej p o c h w a l e sprawiedliwości; to, co w niej samej tkwi i p o ż y t e k przynosi uczciwemu, a czym nieuczciwość szkodzi. A zapłaty i opinie zostaw, niech je inni chwalą. Bo ja bym to zniósł, gdyby ktoś inny w t e n sposób chwalił uczciwość i ganił nieuczciwość, gdyby wychwalał i poniewierał opinie i za­ płaty z nimi związane, ale jeślibyś ty to robił, to nie wytrzymam, chyba że­ byś kazał; boś ty całe swoje życie niczego i n n e g o nie patrzył, tylko tego właśnie. Więc mówiąc nie tylko nam dowody dawaj, że sprawiedliwość jest od niesprawiedliwości lepsza, ale powiedz, co takiego człowiekowi robi jed­ na i druga sama przez się, kiedy w kimś zamieszka, czy tam to będzie w se­ krecie, czy nie w sekrecie p r z e d bogami i ludźmi; c z e m u właściwie j e d n a jest dobrem, a druga złem. Ja to usłyszałem - a zawszem podziwiał przyrodzone zdolności Glaukona i Adejmanta i teraz bardzom się ucieszył i powiedziałem: - N i e ź l e do was c h ł o p c y t a m t e g o człowieka - z a a d r e s o w a ł p o c z ą t e k elegii t e n z a k o c h a n y 10 w Glaukonie, kiedyście się odznaczyli w bitwie pod Megarą . Powiedział: To Aristona synowie, ród boski sławnego człowieka. M a m w r a ż e n i e , moi drodzy, ż e t o w p o r z ą d k u . C o ś b a r d z o b o s k i e g o w was jest, jeżeli nie wierzycie, że nieuczciwość lepsza jest od uczciwości,
10 Na początku rozdziału dziesiątego znajduje się zwrot zagadkowy, który znamy j u ż z tekstu Fileba. S o k r a t e s mówi tutaj do G l a u k o n a i A d e j m a n t a : „ C h ł o p c y - albo synowie, albo dzieci - nie moi c h ł o p c y , powiada, tylko tamtego c z ł o w i e k a ! " I tu się narzuca p y t a n i e , kto to ma być tamtym c z ł o w i e k i e m . Z k o m e n t a t o r ó w Stallbaum twierdzi, że to T r a z y m a c h , ponieważ oni „odziedziczy­ li" po nim głos i to s a m o r e p r e z e n t o w a l i stanowisko. Przyświadcza mu J a m e s Adam w r. 1902, m i m o że śmiał się z tej interpretacji B. J o w e t t i L. C a m p b e l l już w r. 1894. Z zabawną i n t e r p r e ­ tacją S t a l l b a u m a zgadza się m i m o to i O. Apelt w r. 1916. J o w e t t utrzymuje, że chodzi tutaj po prostu o Aristona, który jest naprawdę ojcem obu młodych ludzi i będzie o nim mowa o parę wier­ szy niżej: „ T o Aristona synowie, ród boski, sławnego człowieka".

To z pewnością podobniejsze do prawdy niż T r a z y m a c h , o którym zbyt d a w n o była mowa, ale t r u d n o ś ć ta, że o kimś, kto w ogóle dotąd jeszcze nie występował w ż a d n y m sposobie, nie można mówić „ t a m t e n " , „ ó w " . Ani po grecku, ani w ż a d n y m i n n y m j ę z y k u . A z a t e m Platon wskazuje tutaj kogoś, kogo już mamy świeżo w p a m i ę c i , słyszeliśmy go i poznali, byliśmy świadkami j e g o

368 B

Księga II

61 B

a jednak potraficie tak o niej mówić. Mam wrażenie, że wy naprawdę w to nie wierzycie. Dla m n i e świadczy o tym cały wasz charakter poza tym, bo na podstawie samych słów nie miałbym do was zaufania. A im go więcej m a m , tym bardziej nie wiem, co począć. I nie mam jak poradzić. M a m wrażenie, że nie potrafię. To widzę stąd: k i e d y m do Trazymacha mówił, zdawało mi się, że odsłaniam wyższość sprawiedliwości nad nieuczciwością, a wyście mi tego nie przyjęli. A żebym jej nie pomagał całkiem, to też nie sposób. Boję się, że to nawet b e z b o ż n e : kiedy przy tobie sprawiedliwość napadają, siedzieć cicho i nie stawać w jej obronie, póki tchu starczy i głosu nie zbraknie. Więc najlepiej b ę d ę jej pomagał tak, jak potrafię. Otóż G l a u k o n i inni zaczęli prosić, ż e b y m na wszelki sposób tę o b r o n ę zaczął i nie zaprzestawał rozmowy, tylko się jakoś dogrzebał, czym jest jed­ no i d r u g i e , i jak to właściwie jest n a p r a w d ę z tym p o ż y t k i e m z j e d n e j i z drugiej. Więc powiedziałem to, com myślał, że zagadnienie, do którego
rozterek w e w n ę t r z n y c h . To b ę d z i e z a t e m j e d e n z tych zdolnych ludzi, co to mają warunki zna­ k o m i t e i stoją na rozdrożu moralnym, ten znany n a m z p r z e m ó w i e n i a Adejmanta, po prostu Pla­ ton sam. On przecież jest a u t o r e m scenicznych postaci G l a u k o n a i A d e j m a n t a i to są n a p r a w d ę j e g o chłopcy. T e n sam figiel literacki mieliśmy i w Filebie. T a m także Platon użył tego zwrotu, gdy szło o Protarcha, i tam także najprawdopodobniej siebie s a m e g o miał na myśli. T y m figlem tym wyraźniej Platon podkreśla, że rozdział ósmy i dziewiąty tej księgi był jego o s o b i s t y m wy­ z n a n i e m . J a k o autor ma p e ł n e prawo powiedzieć, że stworzone tutaj postacie G l a u k o n a i Adej­ manta są jego dziećmi. S o k r a t e s chwali braci P l a t o n a nie za to, że umieją mówić wbrew p r z e k o n a n i u , tylko za to, że w głębi duszy cenią sprawiedliwość dalej, chociaż wiedzą, że ona materialnych zysków nie przynosi i uchodzi w szerokich kołach za zaletę słabych. P o d o b n i e czuje i Sokrates i wie, że na gruncie pojęć b ę d ą c y c h w obiegu nie można z b u d o w a ć jakiejś obrony sprawiedliwości. To nie jest u niego dla żartu u d a n a n i e m o c , tylko z u p e ł n i e szczere przyznanie się do niemocy; o n o tylko wygląda na żart. T o założenie, ż e sprawiedliwość rośnie z e wzrostem tego, k o m u przysługuje, jest n a p r a w d ę żartem. Platon dobrze wiedział, że sprawiedliwość olbrzyma nie musi być większa niż sprawiedli­ wość dziecka lub karzełka, i my też wiemy, że sprawiedliwość w dużych organizacjach nie jest większa niż w małych, i że wyraz sprawiedliwość coś i n n e g o oznacza, gdy mowa o j e d n y m czło­ w i e k u , a coś i n n e g o , gdy mowa o ustroju grupy l u d z k i e j . W i ę c t e n figiel o m a ł y c h literach i o tych samych wielkich w y p a d n i e nam wziąć tylko za nawiązanie rozmowy o n a t u r z e państwa, o tym, jakie ono powinno być, a jakie być nie powinno, a nie za myśl, na którą by się powinni już teraz zgodzić bez zdziwienia Glaukon i Adejmant. Oni przecież nie wiedzą, że Platon już w tej chwili przez wyraz „sprawiedliwość" r o z u m i e coś z u p e ł n i e innego, niż oni przeczuwali dotąd, coś osobliwego, co ma tylko pośredni związek z po­ s t ę p o w a n i e m człowieka w s t o s u n k u do praw i do drugich ludzi, i mały związek z j e g o d o b r y m sercem, z życzliwością dla bliźnich. Platon gotów jest przypisywać sprawiedliwość każdej złożo­ nej całości, czy nią b ę d z i e j e d n o s t k a ludzka, czy grupa j e d n o s t e k , jeżeli każda część tej całości spełnia swoje właściwe z a d a n i e . A więc Platon gotów by nawet i wóz nazwać niesprawiedliwym, gdyby się w nim dyszel obracał, a konia przywiązywałoby się do kół, i stół byłby w jego rozumie­ niu niesprawiedliwy, gdyby go ktoś oparł blatem na ziemi, a pisał na stołowych nogach. N i e wia­ d o m o , jak by się przedstawiała sprawiedliwość pingwina, który pływa z pomocą skrzydeł, k a n g u ­ ra, który skacze na ogonie, albo tej ryby, która lata p ł e t w a m i , zamiast żeby nimi tylko pływała. Mniejsza o to; ale biorąc to pod uwagę łatwiej zrozumieć, dlaczego tu teraz mowa o tych samych li­ terach, które się tylko formatem różnią (i k s z t a ł t e m ) , kiedy mowa o sprawiedliwości w j e d n o s t c e ludzkiej i w państwie. My to wiemy dopiero z dalszego ciągu Państwa, G l a u k o n i Adejmant przy­ jęli to od Sokratesa zbyt p r ę d k o . Platon, widać, liczył w t y m miejscu na życzliwość czytelnika, który się na razie zadowoli żartem, a zrozumie go może dopiero później.

C

62

Platon, Państwo

368 C

przystępujemy, jest niegłupie, ale wymaga bystrego wzroku, jak mi się wydaje. A że my nie jesteśmy mistrzami pierwszej klasy, więc, mam wrażenie, p o w i e d z i a ł e m , że t a k e ś m y przeprowadzali rozważanie tego t e m a t u , jakby ktoś ludziom niezbyt bystrego wzroku kazał z daleka odczytywać małe lite­ ry, a p o t e m by dopiero ktoś zauważył, że te same litery są gdzieś indziej wypisane w większym formacie i na większym polu. Myślę, że wtedy było­ by oczywiście, jak znalazł: odczytać naprzód tamte większe, a p o t e m rozpa­ trywać te mniejsze, jeżeli są właśnie takie same. - T a k j e s t - p o w i a d a A d e j m a n t o s . - Ale coś ty w tym rodzaju dojrzał E w naszym rozważaniu na t e m a t sprawiedliwości? - Ja ci powiem - odrzekłem. - Sprawiedliwość - zgodzimy się na to - bywa nieraz w j e d n y m człowieku, a bywa i w całym państwie? - Tak jest - powiada. - A czyż państwo nie jest większe od jednego człowieka? - Większe - powiada. 369 - To może i większa sprawiedliwość mieszka w tym, co większe, i łatwiej ją tam rozpoznać. Więc jeżeli chcecie, to naprzód w państwach b ę d z i e m y szukali, czym ona jest. P o t e m ją tak samo rozpatrzymy i w poszczególnych j e d n o s t k a c h szukając podobieństwa do tego, co większe, w postaci tego, co mniejsze. - Wydaje mi się - powiada - że dobrze mówisz. - A czy - dodałem - gdybyśmy w myśli oglądali tworzenie się państwa, to byśmy i sprawiedliwość dojrzeli, jak ona się w nim tworzy, i niesprawiedli­ wość? - Z pewnością - powiada. - N i e p r a w d a ż , k i e d y się to tworzy, w t e d y ł a t w i e j d o j r z e ć to, c z e g o szukamy? B - O wiele. - Więc zdaje się, że trzeba próbować iść na wskroś aż do końca? Myślę, że to robota nie lada. Ale uważajcie. - Uważa się - powiedział Adejmant - zrób tylko tak, a nie inaczej. XI - Z a t e m zdaje mi się - powiedziałem - że państwo tworzy się dlatego, że ż a d e n z nas nie jest samowystarczalny, tylko mu p o t r z e b a wielu i n n y c h . Albo jaki, myślisz, może być inny początek i zasada zakładania państw? 1 1 D
11 W formie uroczej rozmówki z małymi dziećmi zaczyna się teraz m a r z e n i e o powstaniu państw, Pierwszego m o m e n t u powstania organizacji państwowej Sokrates nie opisuje i nie interesuje się tym, jak ludzie żyli p r z e d t e m , nim utworzyli państwa. To chyba nie byli ci zbrodniarze z urodze­ nia, o n a t u r z e wilków, którzy się wciąż krzywdzili nawzajem, bo tutaj są jak baranki i jak święci na obrazach Fra A n g e l i c e N i k t ich do niczego nie zmusza i nikt nimi nie rządzi. G a w ę d a zaczy­ na się od opisu jakiegoś już gotowego, m a ł e g o , najprostszego p a ń s t e w k a . To raczej małe towa­ rzystwo na wakacjach niż państwo, bo nikt tam nie panuje w ogóle. Istnieją w nim już specjaliści p r z e m y s ł o w c y , istnieje podział pracy i służy do lepszego zaspokajania najprostszych p o t r z e b fi­ z y c z n y c h . Od początku też istnieje w t y m państwie ścisła specjalizacja, przy której nikt się nie bawi w nie swoje rzeczy, tak jak się to dzieje w Atenach; każdy pilnuje tylko swojej roboty, a ta jest p o c z ą t k i e m i najistotniejszym rysem sprawiedliwości, w rozumieniu Platona. Sokrates chowa tę informację na później. Zwierzęta d o m o w e w t y m prymitywnym państwie służą tylko do pracy

369 B

Księga II

63

- Ż a d e n inny - powiada. - Więc tak, b i e r z e j e d e n d r u g i e g o do tej, a i n n e g o do i n n e j potrzeby, C a że wielu rzeczy potrzebujemy, więc zbieramy wielu ludzi do j e d n e g o sie­ dliska, aby wspólnie żyli i pomagali j e d e n drugiemu, i to wspólne mieszka­ nie nazwaliśmy imieniem państwa. Czy tak? - Tak jest. - Więc proszę cię - powiedziałem - w myśli od początku b u d u j m y pań­ stwo. A będzie je budowała, jak się zdaje, nasza potrzeba. - Jakżeby nie? - A doprawdy, że pierwsza i największa z p o t r z e b to wytwarzanie poży- D wienia, aby istnieć i żyć. - Ze wszech miar przecież. - Druga, to potrzeba mieszkania, trzecia ubrania i tym podobnych rzeczy. - Jest tak. - Więc proszę cię - powiadam - jakim s p o s o b e m państwo podoła, ż e b y tyle tych rzeczy wytwarzać? N i e p r a w d a ż , j e d e n jest rolnikiem, drugi bu­ downiczym, inny któryś tkaczem? A m o ż e i szewca tam dołóżmy albo ko­ goś z tych, co obsługują ciało? - Tak jest. - Z a t e m państwo, ograniczone do tego, co najkonieczniejsze, składałoby się z czterech albo z pięciu ludzi. - Widocznie. - Więc cóż? Każdy z tych ludzi powinien swoją robotę składać dla wszystE kich pospołu - jak na przykład rolnik, chociaż jest jeden, powinien wytwa­ rzać żywność dla czterech i cztery razy tyle czasu i trudu poświęcać na wy­ t w a r z a n i e ż y w n o ś c i , i d z i e l i ć się z d r u g i m i , czy t e ż n i e p o w i n i e n d b a ć o tamtych, a tylko dla siebie samego czwartą część wytwarzać tej żywności w ciągu czterokrotnie krótszego czasu, a z pozostałych trzech jedną poświę­ cić na robienie domu, drugą na ubranie, inną na buty i nie dzieląc się z ni- 370 kim mieć głowę wolną i samemu, własnymi rękami swoje rzeczy robić? A d e j m a n t p o w i e d z i a ł : - N o , m o ż e , S o k r a t e s i e , tak b ę d z i e ł a t w i e j , niż w t a m t e n sposób? - Na Zeusa - mówię - to nic dziwnego. I kiedyś to powiedział, to ja so­ bie myślę, że p r z e d e wszystkim każdy się rodzi nie całkiem p o d o b n y do każdego innego, tylko się ludzie różnią z przyrodzenia: j e d e n się nadaje do B tej roboty, a drugi do innej. Czy nie uważasz? - Owszem. - No cóż ? A czy łatwiej potrafi pracować ktoś będąc jedną jednostką, je­ żeli będzie liczne sztuki wykonywał, czy też jeśli się j e d e n zajmie jedną? - Jeżeli - powiada - j e d e n jedną.

i dostarczają skór i wełny. Co się robi z ich m i ę s e m , o tym n i e słyszymy. N i e wynika stąd, ż e b y Platon był w e g e t e r i a n i n e m , jak się niektórzy w tym miejscu domyślają. Oprócz r z e m i e ś l n i k ó w muszą być w państwie kupcy i marynarze.

64

Platon, Państwo

370 B

- Doprawdy; tak mi się też wydaje, że jeśli ktoś zaniedba właściwą porę jakiejś roboty, to ona przepada. - Oczywiście przecież. - Bo m a m wrażenie, że robota nie chce czekać, aż robotnik będzie miał czas wolny, tylko musi pracownik za robotą nadążać, a nie tak sobie, tylko w wolnych chwilach. C - Koniecznie. - W o b e c tego, więcej wszystkiego powstaje i to, co powstaje, b ę d z i e ła­ dniejsze i łatwiejsze, jeżeli się j e d e n zajmie jednym, zgodnie ze swą naturą, we właściwej porze i mając głowę wolną od innych zajęć. - Ze wszech miar przecież. - Z a t e m , Adejmancie, potrzeba więcej niż czterech obywateli do wytwa­ rzania tych rzeczy, o k t ó t y c h e ś m y mówili. Bo zdaje się, że rolnik nie bęD dzie sobie sam robił pługa, jeżeli to ma być ładny pług, ani motyki, ani in­ nych narzędzi rolniczych. Ani budowniczy. J e m u też niejednego potrzeba. Tak samo tkacz i szewc. - To prawda. - A cieśle i kowale, i dużo tam takich rzemieślników, jak się nam do pań­ stewka zjadą, to będzie w nim gęsto. - Tak jest. - Ale ono tam chyba nie będzie jeszcze takie wielkie, jeżeli do nich doło­ żymy pasterzy bydła i owiec i innych pastuchów, aby rolnicy mieli woły do E orania, a budowniczowie zaprzęgi do jazdy - razem z rolnikami - a tkacze i szewcy żeby mieli skóry i wełnę. - To nawet - powiada - nie byłoby małe państwo, gdyby miało to wszyst­ ko. - Ale - dodałem - założyć to miasto gdzieś w takim miejscu, gdzie nic nie trzeba będzie dowozić, to po prostu rzecz niepodobna. - N o , niepodobna. - Z a t e m b ę d z i e p o t r z e b a j e s z c z e i n n y c h ludzi też, którzy by z i n n e g o miasta przywozili, co trzeba. - Trzeba będzie. - A jak z próżnymi rękami pojedzie wysłaniec i nie zawiezie ze sobą nic z tych rzeczy, których potrzebują tamci, od których m o ż n a by sprowadzić 371 to, czego tutaj potrzeba, to i wróci z próżnymi rękami. Czy nie? - Zdaje mi się. - Więc trzeba na miejscu robić rzeczy nie tylko na miejscowy użytek, ale takie rzeczy i tyle, żeby wystarczyło i dla tamtych, których potrzeba. - Ano, trzeba. - Z a t e m większej ilości rolników i innych wytwórców p o t r z e b a nam dla państwa. - Większej ilości. - I prawda, że innych funkcjonariuszów chyba też - tych, co by przywozili i wywozili każdy produkt. A to są kupcy. Czy nie tak?

371 A

Księga II

65

- Tak. - Z a t e m i kupców będziemy potrzebowali. - Tak jest. - A jak handel pójdzie przez morze, to będzie potrzeba jeszcze wielu inB nych, którzy by się rozumieli na robocie morskiej. - Jeszcze wielu. - No cóż. A w samym mieście, jak się będą dzielili tym, co każdy zrobi? XII Przecież na tośmy ich związali razem i na tośmy założyli państwo 12 . - To jasna rzecz - powiada - że będą sprzedawali i kupowali. - Więc z tego nam się zrobi rynek i pieniądz, znak służący do wymiany. - Tak jest. - A jeżeli rolnik przywiezie na rynek coś z tego, co wytwarza, albo jakiś C inny wytwórca, ale nie trafi właśnie wtedy, kiedy inni chcą się z nim mie­ niąc, to co? Zostawi swoją własną robotę i będzie siedział na rynku? - Nigdy - powiada. - Są przecież tacy, którzy to widzą i poświęcają się tej funkcji; w dobrze urządzonych miastach to są po prostu ludzie najsłabsi fi­ zycznie i nie nadający się do ż a d n e j i n n e j roboty. Bo muszą siedzieć na D miejscu, naokoło rynku i p e w n e rzeczy zamieniać na pieniądze - tym, któ­ rzy chcą coś oddać, a drugim znowu w zamian za pieniądze dawać to, co ci chcą kupić. - Ta więc potrzeba - powiedziałem - przyczyni się w mieście do powsta­ nia kramarzy. Czy nie nazywamy kramarzami tych, co się trudnią k u p n e m i sprzedażą, i po to na rynku stale siedzą, a tych, co wędrują po miastach: kupcami? - Tak jest. - Są jeszcze, uważam, inni funkcjonariusze też, którzy ze względu na swe zalety umysłowe nie bardzo zasługują na bliskie z nimi stosunki, ale mają siły fizyczne wystarczające do c i ę ż k i c h robót. Ci sprzedają u ż y t k o w a n i e E swoich sił, a c e n ę za to uzyskaną nazywają n a j m e m i sami się nazywają, uważam, najemnikami. Czy nie? - Tak jest. - Więc d o p e ł n i e n i e m państwa są, zdaje się, i najemnicy. - Zdaje mi się. - Zaczem nam już, Adejmancie, miasto urosło tak, że jest skończone i do­ skonałe? - Może być.
12 N i e z b ę d n y okazuje się też pieniądz, j a k o powszechny środek wymiany dóbr, p o t r z e b n y jest stan kramarzy i k u p c ó w w ę d r o w n y c h oraz n a j e m n i k ó w do ciężkich robót. Najprostsze p a ń s t w o jest j u ż gotowe w myśli Sokratesa, ale sprawiedliwości jeszcze się w nim A d e j m a n t nie u m i e do­ patrzeć. I Sokrates mu jej nie pokazuje. Gdyby to zrobił, A d e j m a n t byłby bardzo zdziwiony, że to się teraz nazywa sprawiedliwością, a nie porządkiem i specjalizacją. Sokrates maluje sielanko­ we życie tych prostych, poczciwych ludzi, przypominające złoty wiek ludzkości albo k o n i e c tygo­ d n i a na świeżym powietrzu. Ci prostaczkowie są j e d n a k przewidujący i roztropni; regulują u sie­ bie ilość potomstwa, aby nie rozdrabniać majątków i nie p o w o d o w a ć p r z e l u d n i e n i a , k t ó r e prowa­ dzi do wojen.

66

Platon, Państwo Państwo

371 E

- Gdzieżby tedy była w nim sprawiedliwość i niesprawiedliwość? I w kim by tkwiła z przyrodzenia, spośród tych, którycheśmy rozważali? 372 - Ja sie - p o w i a d a - nie d o m y ś l a m , S o k r a t e s i e - jeżeli n i e g d z i e ś tam w p e w n y m zapotrzebowaniu wzajemnych usług. - Może być - powiedziałem - że ty pięknie mówisz. Trzeba rzecz rozwa­ żać dalej, a nie ustawać na siłach. Więc n a p r z ó d z a s t a n ó w m y się, w jaki sposób będą czas spędzali ci ludzie, którzy się tak urządzili. N i e p r a w d a ż p o ż y w i e n i e będą robili i wino, i ubrania, i buty. P o b u d o w a l i sobie d o m y i latem będą przeważnie pracowali nago i boso, a zimą ubrani i obuci jak się B należy. A żywić się będą robiąc z jęczmienia krupy a z pszenicy mąkę. To będą gotować, a z tego ciasto robić i doskonałe placki i c h l e b y na jakichś t r z c i n k a c h albo na czystych liściach będą podawali. Będą leżeli na podściółkach usłanych z wikliny, z powoju i mirtu, będą sobie używali, a dzieci przy nich też, będą p o t e m popijali wino, wieńce mając na głowach i śpiewa­ jąc na chwałę bożą, i rozkosznie będą obcowali z sobą, nie robiąc dzieci poC nad stan, bo będą się bali ubóstwa albo wojny. XIII A G l a u k o n p o d c h w y t u j e i p o w i a d a : - M a l u j e s z tę u c z t ę , a zdaje się, że nie dajesz tym ludziom nic do chleba l 3 . - P r a w d ę mówisz - odparłem. - Z a p o m n i a ł e m , że będą mieli coś do chle­ ba też. Sól oczywiście i oliwki, i ser, i cebulę, i sałaty; jak to na wsi, będą D sobie gotowali. I chyba deser im podamy; trochę fig, grochu, bobu, mirto­ we j a g ó d k i i ż o ł ę d z i e b ę d ą s o b i e p i e k l i w p o p i e l e , popijając w m i a r ę . W t e n sposób pędząc życie w pokoju - i w zdrowiu naturalnie - będą umie­ rali w późnej starości i przekażą znowu takie samo życie swoim p o t o m k o m . A t e n powiada: - Sokratesie, gdybyś dla świń miasto budował, to jaki byś ty im inny wikt dał, jeżeli nie ten sam? - A to jak właściwie trzeba - mówię - Glaukonie? E - Tak, jak się należy - powiada. - Na kanapie p o w i n i e n człowiek leżeć, jeżeli nie ma gnić w nędzy, i przy stole jeść, i do chleba coś, jak to dziś lu­ dzie mają, i przystawki. - D o b r z e - powiedziałem. - Ja rozumiem. Zdaje się, że nie tylko miasto bierzemy, jak się tworzy, ale w dodatku miasto opływające w zbytki. Może
I b y l i b y szczęśliwi na w i e k i , g d y b y się c h c i e l i zawsze z a d o w a l a ć t y m , co mają p o d ręką w przyrodzie. N i e s t e t y , o d e z w a ć się w nich musi p o t r z e b a zbytku, która się p o d c z a s rozmowy odzywa w G l a u k o n i e , a ta prowadzi do choroby u j e d n o s t e k i p o d k o p u j e z d r o w i e państw. Pań­ stwo się zaludniać zaczyna t ł u m e m ludzi „ n i e p o t r z e b n y c h " , jak łowcy, artyści, kosmetycy, kucha­ rze, świniarze lub lekarze. T r o c h ę to u w i e l b i e n i e dla prymitywu p r z y p o m i n a Rousseau, a trochę i d e e głoszone w p e w ­ nych zakładach przyrodoleczniczych. Osobliwy spis zawodów n i e p o t r z e b n y c h . To łowcy, bo bez kwiczołów, bażantów i sarniny m o ż n a się d o s k o n a l e objeść. Artyści naśladujący p i ę k n o przyrody też n i e p o t r z e b n i , b o wystarczy człowiekowi p i ę k n o przyrody samej. T u j a k b y Platon zapomniał, że p i ę k n o przyrody jest nietrwałe. Mija, a chciałoby się je utrwalić jakoś i wskrzeszać je dowol­ nie często, i dzielić się nim z drugimi, więc zawód „ u d a w a c z y " nie wydaje się n a m n i e p o t r z e b n y dla ludzi zdrowych. I j e d z e n i e wieprzowiny nie wydaje się dziś z b y t k i e m , a już najmniej zbyt­ k o w n y g o t ó w być zawód lekarski, bo też i nie wszystkie choroby powstają na tle p r z e j e d z e n i a . T e n u s t ę p jest pisany z widocznym h u m o r e m i nie należy go brać zbyt ściśle.
13

372 E

Księga II

67

to n a w e t i nieźle. Jak się i t a k i e m u przyjrzymy, gotowiśmy zaraz dojrzeć sprawiedliwość i niesprawiedliwość, jak to się one w państwach zasiewają. Otóż prawdziwym państwem wydaje mi się to, któreśmy przeszli - ono jest tak jakby ktoś zdrowy. Jeżeli dla odmiany chcecie, to zobaczymy i miasto w s t a n i e zapalenia. N i c nie p r z e s z k a d z a . Bo t a m t e rzeczy n i e j e d n e m u , zdaje się, nie wystarczą, ani t a m t e n sposób życia, tylko przyjdą do tego ka­ napy i stoły, i inne sprzęty, i przysmaki, i perfumy, i kadzidła, i dziewczęta, 373 i ciastka, a wszystko to aby różnorodne. A z tych rzeczy, o którycheśmy na początku mówili, to już nie można zakładać tylko tego, co p o t r z e b n e : domy i ubrania, i buty, tylko trzeba malarstwo wprowadzić i kolorowe sztukaterie, i dywany, i złoto, i kość słoniową i wszystkie t a k i e rzeczy sobie z d o b y ć . Czy nie? B - Tak - powiada. - A więc znowu trzeba miasto powiększyć. Bo tamto zdrowe już nie wy­ starcza - więc już je trzeba t ł u m e m z a p c h a ć i ciżbą, która zawsze miasta wypełnia, a nigdy dla potrzeby - tacy na przykład łowcy wszelkiego rodzaju i udawacze; wielu z nich naśladuje kształty i barwy, a wielu ma z muzyką do czynienia. Poeci oraz ich słudzy: rapsodowie, aktorzy, tancerze, chórzy­ ści, przedsiębiorcy teatralni, wykonawcy najróżniejszych sprzętów - bardzo różnych - między innymi i kobiecych przyborów do kosmetyki. B ę d z i e m y C naprawdę potrzebowli większej liczby funkcjonariuszy. Cóż myślisz? Trze­ ba b ę d z i e służby do odprowadzania dzieci do szkoły, m a m e k , nianiek, gar­ derobianych, fryzjerów, a także paszteciarzy i kucharzy. A jeszcze i świniarzy b ę d z i e m y w d o d a t k u potrzebowali. T e g o ś m y nie mieli w naszym po­ przednim państwie. N i e było ich potrzeba. A w tym będzie i tego potrze­ ba. Trzeba b ę d z i e paść wiele innych zwierząt też, jeżeli je ktoś jada. Czy nie? - Jakżeby nie? - N i e p r a w d a ż , i l e k a r z e się n a m przydadzą o w i e l e b a r d z i e j t e r a z niż przedtem, jeżeli taki b ę d z i e m y prowadzili tryb życia? - O wiele bardziej. - I ziemia, która wtedy wystarczała do wyżywienia ówczesnych mieszkań­ ców, zrobi się mała, a była duża. Czy jak powiemy? - No tak - powiada. - N i e p r a w d a ż , z ziemi sąsiadów coś nam odciąć wypadnie, jeżeli m a m y jej mieć dość na pastwiska i pod pług, a t a m t y m znowu naszej ziemi będzie potrzeba, jeżeli oni się też puszczą na robienie pieniędzy bez granic, a prze­ kroczą granicę tego, co n i e z b ę d n e ? 1 4
14 Żądza zbytku rodzi wszystko złe dla państwa. Budzi chciwość na ziemie cudze i staje się przyczyną wojen. Stąd niezbędny okazuje się stan wojskowy, zjawia się potrzeba żołnierzy zawo­ dowych, którzy się niczym innym nie zajmują już od dziecka, tylko służbą wojskową.

D

D z i w n i e tu wygląda ustęp, który stara się uzasadnić konieczność poświęcenia całego życia studiom i ćwiczeniom wojskowym, bo tego wymaga jakoby trudny sprzęt wojenny. A więc hełm z kitą, pancerz, tarcza, nagolennice, miecz i dzida. Karabiny maszynowe i działa przeciwlotnicze są na pewno trudniejsze w użyciu, a jednak w państwach dzisiejszych posługiwać się nimi potrafi

68 E

Platon, Państwo - Koniecznie tak musi być, Sokratesie - powiedział. - Z a t e m będziemy wojowali, Glaukonie. - Tak będzie - powiada. Czy jak to będzie?

373 E

- I jeszcze nic nie mówmy - d o d a ł e m - o tym, czy wojna robi coś złego, czy coś dobrego, tylko to j e d n o , że znowuśmy znaleźli g e n e z ę wojny. Ona z t e g o s a m e g o źródła p o c h o d z i , skąd najobficiej w p a ń s t w i e płyną n i e ­ szczęścia prywatne i publiczne, jeśli płyną. - T a k jest. 374 - Z a t e m , przyjacielu, jeszcze większego państwa b ę d z i e n a m p o t r z e b a , i to w i ę k s z e g o nie o drobiazg, tylko o całe wojsko, k t ó r e w pole wyjdzie i b ę d z i e z nadciągającymi walczyło o całe mienie i w obronie tych wszyst­ kich, o którycheśmy teraz przed chwilą mówili. - No cóż - powiada - a ci sami tam nie wystarczą? - N i e - mówię - jeżeli ty i my wszyscy zgodziliśmy się słusznie, kiedy­ śmy lepili to p a ń s t w o . Z g a d z a m y się p r z e c i e ż , jeżeli p a m i ę t a s z , że nie może j e d e n człowiek porządnie wielu umiejętności uprawiać. - Prawdę mówisz - powiedział. B - Więc cóż? - powiadam - czy walka w postaci wojny nie zdaje się wymagać umiejętności? - I bardzo - powiada. - Z a t e m może o szewską umiejętność trzeba więcej dbać niż o wojenną? - Nigdy. - Przecieżeśmy szewcowi nie pozwolili, żeby próbował zarazem być rolni­ kiem ani tkaczem, ani budowniczym, a to na to, żeby nam p i ę k n i e wycho­ dziły wyroby szewskie, i tak samo każdemu z innych przydzieliliśmy to jed­ no, do czego się każdy urodził i czym by się miał zajmować całe życie, mając głowę wolną od innych zajęć i nie pomijając pory właściwej dla każdej roboty. A czy rzemiosło wojenne nie jest najwięcej warte, jeżeli się je do­ brze wykonywa? Czy ono takie łatwe, że i rolnik jakiś będzie zarazem do­ b r y m ż o ł n i e r z e m , i szewc, i p r a c u j ą c y w d o w o l n e j i n n e j u m i e j ę t n o ś c i , a w warcaby dobrze grać albo w kości nie potrafi nikt, jeżeli się tym właśnie nie zajmuje od dziecka, a tylko się tym bawi w wolnych chwilach? I jeżeli ktoś tarczę weźmie do ręki albo którąś inną broń lub narzędzie wojenne, to już tego samego dnia będzie umiał jak się należy walczyć w ciężkiej zbroi
sprawnie każdy „rolnik i szewc, i pracujący w dowolnej innej u m i e j ę t n o ś c i " , jeżeli tylko przej­ d z i e roczne lub d w u l e t n i e wyszkolenie. W razie wojny jeszcze krótsze. Jeżeli więc Platon tak p r z e c e n i a trudności związane z wprawą żołnierską przy ó w c z e s n y m stanie uzbrojenia, to wolno się domyślać, że stan zawodowych wojowników wydaje mu się w p a ń s t w i e p o t r z e b n y z innych p o w o d ó w , na przykład jako zbrojne ramię rządu panującego nad b e z b r o n n ą ludnością. Każdy wódz g r o m a d y musi m i e ć przecież jakąś d ź w i g n i ę w ręku jako środek p r z y m u s u , czy nią b ę d z i e miecz, szabla, berło, pastorał, czy zwyczajna laska. N i e mógłby rządzić ktoś, k t o by niczym nie mógł grozić.

C

D

374 D

Księga II

69

albo będzie mistrzem jakiejś innej walki stosowanej na wojnie, podczas gdy z innych narzędzi ż a d n e , jeśli je tylko wziąć do ręki, z nikogo mistrza ani zawodnika nie zrobi i nie przyda się na nic t e m u , który sobie ani wiedzy z każdym narzędziem związanej nie przyswoił, ani się ćwiczeniom w dosta­ tecznej mierze nie oddawał? - Wiele byłoby wtedy narzędzie warte - powiedział. - N i e p r a w d a ż - mówię - ponieważ robota strażników jest najdonioślejsza, XV E dlatego wymaga najwięcej wolnej głowy do innych zajęć, a z drugiej strony umiejętności największej i dbałości 1S. - Myślę sobie - powiada. - A naturalnych kwalifikacji do tego zawodu nie? - Jakżeby nie? - Więc byłoby, zdaje się, naszym zadaniem, jeśli tylko potrafimy, wybrać i wskazać, które i jakie natury nadają się do straży około państwa. - Naszym zadaniem, oczywiście. - Na Zeusa - powiedziałem - to nie drobiazg bierzemy na barki. A jed­ nak nie trzeba się go bać i cofać, o ile tylko siły pozwolą. - N o , nie trzeba - powiedział. - A jak myślisz, czy natura szczeniaka dobrej rasy, jeżeli chodzi o pełnie- 375 nie straży, różni się czymś od chłopca dobrze urodzonego? - Pod jakim względem, myślisz? - Na przykład: każdy z nich obu musi być bystry w dostrzeganiu, szybki w ściganiu t e g o , co d o s t r z e g a , i z n o w u mocny, jeżeli w y p a d n i e się bić ze schwytanym. - Potrzeba - mówi - tego wszystkiego. - I odważny musi być, jeżeli się ma bić dobrze. - Jakżeby nie? - A czy z e c h c e być odważny, jeżeli nie b ę d z i e miał t e m p e r a m e n t u - czy to koń, czy pies, czy inne jakiekolwiek zwierzę? Czy nie zauważyłeś, jaki B niezwalczony i niezwyciężony jest t e m p e r a m e n t - jeśli go dusza ma, to żad­ na nie boi się niczego i nie ustępuje z placu. Więc co do ciała, jaki powi­ nien strażnik być, to się widzi? - Tak. - I co do duszy też. Ze pełen t e m p e r a m e n t u . - I to też. - Ale jak to m o ż e być - p o w i e d z i a ł e m - G l a u k o n i e , żeby ci ludzie nie byli dzicy w stosunku do siebie nawzajem i w stosunku do innych obywate­ li, jeżeli będą mieli takie natury?
15 Kwalifikacje żołnierzy, czyli strażników państwa. P r z e d e wszystkim t e m p e r a m e n t żywy. Pla­ ton ma przy tym wyrazie (thymos) na myśli to, co my nazywamy inaczej zapalczywością, szlachet­ n y m z a p a ł e m , pasją, nawet skłonnością do g n i e w u , czasem energią. Z t e m p e r a m e n t e m żywym, g w a ł t o w n y m musi żołnierz łączyć łagodność w s t o s u n k u do innych żołnierzy i do obywateli wła­ s n e g o państwa. T a k , jak to widać u dobrego psa, który pilnuje d o m u i trzody.

70

Platon, Państwo

375 B

- Na Zeusa - powiada - to nie jest łatwa rzecz. - A przecież oni powinni być w stosunku do ludzi z miasta łagodni, a tyl­ ko wrogom niechby robili przykrości. Jeżeli nie, to nie będą czekać, aż ich inni wybiją, tylko sami sobie już naprzód to urządzą. - Słusznie - powiada. - Więc - mówię - co zrobimy? Skąd my weźmiemy charakter zarazem ła­ godny i wielkoduszny? N a t u r a łagodna to może przeciwna tej z t e m p e r a ­ mentem. - Widocznie. - A j e d n a k zabierz k o m u k o l w i e k choćby j e d n o z tych dwóch z n a m i o n , a dobry strażnik nigdy z niego nie będzie. Więc to wygląda na niemożli­ wość i wychodzi na to, że dobry strażnik jest niemożliwy w ogóle. D - Gotowo tak być - mówi. - O t ó ż ja w tym kłopocie zacząłem się zastanawiać nad tym, co się po­ przednio mówiło, i powiadam: słusznie my, mój kochany, jesteśmy w kłopo­ cie; bośmy zapomnieli o tym obrazie, któryśmy byli przyjęli. - Jak to myślisz? - N i e zwróciliśmy uwagi na to, że j e d n a k istnieją n a t u r y dla nas t a k i e nieprawdopodobne, które łączą w sobie te przeciwieństwa. - Gdzież to niby? - Można by je znaleźć pośród innych zwierząt też, a nie najmniej pośród E tych, któreśmy przyrównali do strażników. Wiesz może, że psy dobrej rasy mają taki charakter z natury: w stosunku do swoich i do znajomych są tak ł a g o d n e , jak tylko można, a w stosunku do nieznajomych wprost przeciw­ nie. - Wiem przecież. - Więc to - mówię - jest możliwe i my nie przeciw n a t u r z e staramy się, żeby strażnik był taki. - Nie, zdaje się. XVI - A nie wydaje ci się, że kto się ma poświęcić zawodowi strażnika, t e m u jeszcze czegoś potrzeba; że oprócz t e m p e r a m e n t u powinien m i e ć wrodzoną miłość mądrości? 1 6 376 - Jak to - powiada - nie rozumiem. C
Z a m i ł o w a n i e d o wiedzy, d o mądrości p o w i n n o także c e c h o w a ć wojskowego. T e n postulat, p i ę k n y zresztą, uzasadnia Platon p e w n y m żartem. Pies niby to dlatego szczeka i reuca się na ob­ cych, a wita o g o n e m znajomych, że nienawidzi niewiedzy, a kocha w i e d z ę . Kto kocha w i e d z ę , jest filozofem, z a t e m i pies jest trochę filozof i dlatego nadaje się na stróża. O t ó ż czymś i n n y m jest nienawiść braku wiedzy, a czymś i n n y m z nienawiścią patrzeć na p r z e d m i o t y nie z n a n e . Pies objawia tylko swój s t o s u n e k do p r z e d m i o t ó w , a nie objawia ż a d n e g o s t o s u n k u do wiedzy i nie­ wiedzy. G d y b y kochał wiedzę, starałby się poznać każdego nieznajomego, a nie ujadać na niego. N i e n a w i ś ć do obcych i do wszystkiego, co o b c e , jest krańcowo przeciwna kulturze i n t e l e k t u i nie ma nic wspólnego z umiłowaniem mądrości. T e r a z S o k r a t e s ma o c h o t ę mówić o wychowaniu i o kształceniu żołnierzy w i d e a l n y m pań­ stwie, aby się rozprawić z w y c h o w a n i e m w Atenach współczesnych. J a k i m s p o s o b e m A d e j m a n t dojrzał związek tej sprawy ze sprawiedliwością i z niesprawiedliwością, t r u d n o dojść; sam Sokra­ tes zapowiada ją jako dygresję.
16

376 A - To t a k ż e - m ó w i ę u tego zwierzęcia. - Go takiego?

Księga II u psów z o b a c z y s z .

71 To n a w e t p o d z i w u g o d n e

- J a k zobaczy kogoś n i e z n a j o m e g o , to się złości. C h o ć niczego złego p r z e d t e m nie doznał. A jak znajomego, to się ucieszy i wita, choćby nigdy od niego niczego dobrego nie doznał. Nigdy cię to jeszcze nie zadziwiło? - N i e bardzo się - powiada - dotąd tym i n t e r e s o w a ł e m , ale że pies tak robi, to jasne. - Wiesz, że to bardzo sympatyczna i zabawna postawa jego natury i na­ prawdę świadczy o miłości wiedzy. - Jakimże sposobem? - Tym s p o s o b e m - p o w i e d z i a ł e m - że dla niego widok miły i wrogi nie różni się niczym innym, jak tylko tym, że j e d e n mu jest znany, a drugi nie znany. A j a k ż e się n i e ma garnąć do w i e d z y k t o ś , dla kogo „ t o z n a m , a tamtego nie z n a m " znaczy: „to mi swoje i bliskie, a tamto mi obce"? - N o , oczywiście, że tak - powiada. - A przecież - mówię - garnąć się do wiedzy i kochać mądrość to j e d n o i to samo? - To samo - powiada. - Prawda? Więc bądźmy dobrej myśli i załóżmy to u człowieka też: jeżeli ma być jakoś łagodny w s t o s u n k u do swoich i do znajomych, to musi być z natury miłośnikiem mądrości i musi garnąć się do wiedzy. - Załóżmy - powiada. - Z a t e m u nas to będzie musiał być z natury filozof i pełny t e m p e r a m e n ­ tu, i szybki w biegu, i mocny każdy, kto by miał być d o s k o n a ł y m strażni­ kiem państwa? - Ze wszech miar - powiada. - Więc ten by był taki. A będą się u nas chowali i kształcili ci l u d z i e w jaki sposób? Tylko na co się nam właściwie to rozważanie przyda, jeżeli m a m y dojrzeć to, dlaczego wszystkie te roztrząsania robimy, a mianowicie: s p r a w i e d l i w o ś ć i n i e s p r a w i e d l i w o ś ć w jaki s p o s ó b w p a ń s t w i e powstają. Abyśmy nie opuścili jakiejś myśli ważnej, a nie rozwodzili się za szeroko. Otóż brat Glaukona powiada: - Tak jest, ja mam nadzieję, że to się przy­ da do naszych rozważań. - Na Z e u s a - m ó w i ę - k o c h a n y A d e j m a n c i e , to nie opuszczajmy tego, choć to może i nieco przydługie. - N i e , nie. - Więc proszę cię - tak jakbyśmy bajkę układali i mieli czas wolny, we­ źmy się do kształcenia tych ludzi.

72 E XVII - N o , trzeba.

Platon, Państwo

376 E

- W i ę c co to za k s z t a ł c e n i e ? D o p r a w d y , że t r u d n o z n a l e ź ć l e p s z e od tego, które za dawnych czasów wymyślono; to jest przecież dla ciał gimna­ styka, a dla duszy służba M u z o m .

- A jest. - A czy nie zaczniemy wykształcenia p r z e d e wszystkim od służby u M u z niż od gimnastyki? - N o , jakżeby nie? - K i e d y mówisz o s ł u ż b i e u M u z , to masz na myśli opowiadania. Czy nie? - Tak jest. 377 - A opowiadań są dwa rodzaje; j e d n e prawdziwe, a drugie fałszywe? - Tak. - Więc kształcić trzeba z pomocą jednych i drugich, ale naprzód z pomo­ cą fałszywych. - N i e rozumiem - powiada - jak ty to myślisz. - N i e r o z u m i e s z - m ó w i ę - że z p o c z ą t k u d z i e c i o m m i t y o p o w i a d a m y ? A to są, mówiąc na ogół, fałsze, c h o ć trafiają się m i ę d z y nimi i p r a w d z i w e . A przecież naprzód podajemy dzieciom mity, a dopiero p o t e m gimnastykę 1 7 . - Jest tak. - Więc ja to mówiłem, że do służby M u z o m trzeba się brać pierwej niż do gimnastyki. - Słusznie - powiada. B - I ty, prawda, wiesz, że w każdej sprawie początek to rzecz najważniej­ sza. Zwłaszcza jeżeli chodzi o jakiekolwiek istoty młode i wrażliwe? Prze17 W y c h o w a n i e religijne zaczynało się w Grecji od najwcześniejszych lat. Z m l e k i e m matki wysysał G r e k mitologię i z ust nianiek słuchał pierwszych opowiadań o bogach i o półbogach. W s z y s t k o to są na ogół fałsze, powiada śmiało Platon. N i e trzeba ich wszystkich usuwać, ale trzeba je obłożyć cenzurą i zakazać n i a ń k o m opowiadania mitów n i e c e n z u r a l n y c h . Widać w tym marzyciela nie z tego świata. T r u d n o sobie wyobrazić e g z e k u t y w ę takiej cenzury i ściganie prze­ s t ę p s t w t e g o rodzaju w praktyce, w wychowaniu d o m o w y m . M i m o to m a m y dziś c e n z u r ę e l e ­ m e n t a r z y i j a k o ś s p e ł n i a m y p o s t u l a t P l a t o n a . Ł a t w i e j o to w w y c h o w a n i u p u b l i c z n y m , p a ń ­ stwowym.

Najbardziej rażą Platona opowiadania m i t y c z n e o bogach, w których bóstwa zachowują się tak, jak się ludzie nigdy zachowywać nie p o w i n n i . Gorszący wpływ mitów pokazywał j u ż w Eutyfronie. T a m wieszczek prześladujący własnego ojca uważa, że nie p o s t ę p u j e z nim gorzej, niż Z e u s p o s t ę p o w a ł z Kronosem. Z e u s przecież swojego ojca zamknął na wieki w p o d z i e m i u . Ofiarę z w i e p r z a składali u c z e s t n i c y m i s t e r i ó w e l e u z y ń s k i c h . A walki b o g ó w o l i m p i j s k i c h z o l b r z y m a m i h a f t o w a n o w k o l o r a c h na p ł a s z c z u A t e n y , k t ó r y się jej z a w o z i ł o w procesji do E r e c h t e j o n u w święta Panatenajów. Krytyczne stanowisko Platona ma w sobie wiele słuszności. Szło przecież o mity greckie. Stanowisko dziwnie nieprzebrzmiałe w ciągu tysięcy lat. Pocieszać się t r z e b a tym, że ludzie, a n a d e wszystko dzieci, zazwyczaj zgoła nie zgłębiają tego, co czytają, słyszą lub śpiewają. Można im opowiadać rzeczy, od których k o m u ś myślącemu musiałyby włosy stawać na głowie. Jeżeli opowiadanie pochodzi od osoby kochanej, czcigodnej i jest p o d a n e w to­ nie b u d u j ą c y m , wydaje się m i ł e i b u d u j ą c e i m o ż e nie zostawiać u j e m n y c h ś l a d ó w na d u s z y . P r z e c i e ż m a ł o k t o myśli nad tym, co czyta i słyszy. D z i e c i o m się o p o w i a d a to, co każe zwyczaj i władza, a to przecież i tak przeważnie spływa po wierzchu i dorosły mało już z tego pamięta.

377 B

Księga II

73

cież w t e d y się najwięcej formuje i p r z e n i k a w głąb to p i ę t n o , którym by ktoś chciał nacechować każdego. - Ależ naturalnie. - Więc czy my tak łatwo pozwolimy, żeby byle kto i byle jakie mity ukła­ dał i niech tego dzieci słuchają, aby ich d u s z e nasiąkały poglądami nieraz wprost przeciwnymi tym, które, zdaniem naszym, mieć powinny, gdy doro­ sną? - N i e pozwolimy. Ani mowy. - Więc zdaje się, że p r z e d e wszystkim w y p a d n i e nam p a t r z e ć na palce tym, którzy mity układają i jak ułożą jaki ładny mit, to go dopuścić, a jak nie, to go odrzucimy. P o t e m nakłonimy niańki i matki, żeby te aprobowane m i t y opowiadały dzieciom i formowały d u s z e ich m i t a m i o w i e l e bar­ dziej niż ich ciała r ę k a m i . A wiele z tych mitów, k t ó r e dziś opowiadają, wyrzucić precz. - A które tak? - powiada. - W mitach większych - p o w i e d z i a ł e m - zobaczymy i te mniejsze. Po­ winny przecież do tego samego typu należeć i t e n sam wpływ mieć i więk­ sze, i mniejsze. Czy nie myślisz? - No tak - powiada - ale nie rozumiem i tego, o jakich ty większych mó­ wisz. - O tych - mówię - które nam Hezjod i H o m e r opowiedzieli, a inni poeci też. Oni przecież ludziom fałszywe mity ułożyli, opowiedzieli i opowiadają je dalej. - Jakież to - powiada - i co ty w nich ganisz? - To - mówię - co p r z e d e wszystkim i najbardziej trzeba ganić: szczegól­ nie jeżeli ktoś mówi nieprawdę a nieładnie.

C

D

- Cóż takiego? E - Kiedy ktoś obrazowo a źle mówi o bogach i bohaterach - p o d o b n i e jak malarz, który by zatracał wszelkie p o d o b i e ń s t w o pragnąc malować p o d o b ­ nie. - No tak - powiada - z u p e ł n i e słusznie gani się takie rzeczy. Ale jak my to myślimy właściwie i o jakie rzeczy chodzi? - P r z e d e wszystkim największa nieprawda i dotycząca istot największych. N i e ł a d n i e nakłamał ten, co ją opowiedział, jak to sobie Uranos poczynał, jak o n i m p o w i a d a H e z j o d , i jak się z n o w u K r o n o s na nim p o m ś c i ł . A z n o w u 378 czyny Kronosa i to, co mu syn zrobił - n a w e t gdyby to była prawda - to nie uważałbym, żeby to należało tak sobie opowiadać ludziom głupim i młodym, tylko najlepiej to przemilczeć, a gdyby już jakoś trzeba było o tym mówić, to tylko pod osłoną największej tajemnicy i n i e c h b y tego słuchało jak najmniej osób, po złożeniu ofiary nie z wieprza, ale z czegoś wielkiego i co by t r u d n o było dostać, aby liczba słuchających była jak najmniejsza. - Tak jest - mówi - to są opowiadania bardzo przykre. - I nie t r z e b a ich powtarzać, A d e j m a n c i e - p o w i e d z i a ł e m - w n a s z y m mieście. I nie trzeba mówić, kiedy młody słucha, że dopuszczając się nie- B

74

Platon, Państwo

378 B

C

D

sprawiedliwości największej, nie robiłby nic n i e p r a w d o p o d o b n e g o , ani też mszcząc się na swoim ojcu za jego zbrodnie w sposób n i e w y b r e d n y - tylko by postępował tak jak pierwsi i najwięksi spośród bogów. - N i e , na Zeusa - powiada - mnie się też wydaje, że te rzeczy nie nadają się do opowiadania. - Ani w ogóle to - dodałem - że bogowie z bogami wojny toczą i nastaje j e d e n na drugiego, i walczą - bo to nawet nieprawda - tego też nie opowia­ dać, jeżeli ci, co mają straż pełnić około miasta, mają uważać za największą h a ń b ę rozpalanie się nienawiści wzajemnych o byle co. Więc mowy nie ma 0 tym, żeby im mity o walkach z olbrzymami opowiadać i wyszywać to ko­ lorami ani inne objawy nienawiści, liczne i różnorodne u bogów i u bohate­ rów przeciwko ich krewnym i bliskim. Jeżeli mamy jakoś ludziom wpoić to p r z e k o n a n i e , że między o b y w a t e l a m i nigdy nie ma nienawiści wzajemnej 1 że to j e s t obraza boska, to l e p i e j m ó w i ć to już d z i e c i o m - n i e c h im to mówią starcy i staruszki, a kiedy dzieci podrastają, to i poetów trzeba zmusić, ż e b y jakoś tak około tego swoje opowiadania układali. A jak tam syn H e r ę skrępował i jak ojciec rzucił Hefajstosem, kiedy ten matki chciał bro­ nić, bo ją ojciec bił, i te walki bogów, które H o m e r opiewał, tych nie trzeba dopuszczać do miasta - czy tam będą pomyślane jako p r z e n o ś n i e , czy bez p r z e n o ś n i . Bo młody człowiek nie potrafi ocenić, co jest przenośnią, a co

nie, a co w tym wieku weźmie w siebie jako pogląd, co się lubi przyczepiać tak, że później ani tego nie zmyjesz, ani nie przestawisz. Więc może wła­ śnie dlatego nade wszystko o to dbać potrzeba, żeby to, co dzieciom przede wszystkim innym w uszy wpada, żeby to były mity ułożone p i ę k n i e i budu­ jąco. XVIII - To ma sens - powiada. - Ale gdyby nas ktoś i o takie mity zapytał, które to są i co to za mity, to które byśmy wymienili? 18
18 Pojęcia o bogach, Platon mówi po prostu: o Bogu, trzeba zreformować tak, żeby w nich nie byto sprzeczności w e w n ę t r z n y c h i m i m o w o l n e j obrazy boskiej. Bóg jest dobry, a więc nie m o ż e być przyczyną ż a d n e g o zta. A że zta jest d u ż o , p r z e t o Bóg nie może być przyczyną wszystkiego, tylko jest przyczyną nielicznych rzeczy dobrych.

E

To rugowanie sprzeczności z wierzeń religijnych nie wydaje się ani takie p o t r z e b n e , ani poży­ t e c z n e . Bo, po pierwsze, mato kto je spostrzega. L u d z i e ich na ogól nie czują, nie wiedzą o nich i o n e im nie przeszkadzają. A po drugie, p r z e k o n a n i a i supozycje s p r z e c z n e dodają wiele uroku s n o m , b a ś n i o m , p o e m a t o m , wytworom fantazji, w i e r z e n i o m . Co by z o s t a ł o z poezji, gdyby ją oczyścić z p r z e n o ś n i , z paradoksów, z n i e p r a w d o p o d o b i e ń s t w i sprzeczności? Proza m a ł o i n t e r e ­ sująca. Co by zostało ze snów, które nieraz krzepią i cieszą, gdyby je zastąpić trzeźwym, w o l n y m od sprzeczności m y ś l e n i e m na jawie? T r z e ź w y umysł, który sprzeczności nie znosi, ma na to n a u k ę . Ale sercom l u d z k i m i fantazji nie wystarcza n a u k a . Chcą snów. Ma do nich prawo n a w e t człowiek uczony. C ó ż d o p i e r o czło­ wiek prymitywny! Tę samą trudność, która tu zajmuje Platona, rozwiązuje i teologia chrześcijań­ ska, przypisując zło skażonej woli ludzkiej: Bóg je tylko dopuszcza, ale go nie c h c e . Platon składa odpowiedzialność za zło również na człowieka, a mianowicie na g ł u p o t ę i pożądliwość ludzką. W u s t ę p a c h cytowanych tutaj z H o m e r a , w e d ł u g Iliady (ks. XXIV, w. 527-532), zła i dobra dola c z ł o w i e k a zależy, nie w i a d o m o , od h u m o r u Z e u s a czy od p r z y p a d k u . W k a ż d y m razie nie pochwaliłby nikt człowieka, gdyby p o s t ę p o w a ł ze swoimi dziećmi tak, jak tutaj p o s t ę p u j e ojciec bogów i ludzi. To j e d n a k nie ujmowało czci Zeusowi. Im wyżej ktoś postawiony, tym więcej mu ludzie umieją wybaczać, jeżeli ma ustaloną o p i n i ę .

379 A

Księga II

75

Ja mu na co mówię: - Adejmancie, my nie j e s t e ś m y poeci, ja i ty, na ra- 379 zie, tylko zakładamy państwo. Założyciele powinni cylko znać wzory, we­ d ł u g k t ó r y c h poeci mają mity u k ł a d a ć . J e ż e l i który n a p i s z e m i t w b r e w temu, to się go nie dopuści, ale sami nie b ę d z i e m y przecież mitów układali. - Słusznie - powiada. - Ale właśnie to, wzory w dziedzinie teologii, jakie by powinny być? - Chyba takie mniej więcej - powiedziałem. - Jaki bóg naprawdę jest, to p r z e c i e ż zawsze t r z e b a o d d a ć - czy tam k t o ś o n i m pisze w e p o p e i , czy w pieśniach, czy w tragedii. - Trzeba przecież. - A prawda, że bóg jest dobry i tak też trzeba mówić? B - No pewnie. - Nigdy to, co dobre, nie jest szkodliwe. Czy nie? - Myślę, że nie. - A czy to, co nieszkodliwe, szkodzi? - Nigdy. - A to, co nie szkodzi, to robi coś złego? - I to nie. - A co nic złego nie robi, to też nie może być żadnego zła przyczyną? - No jakże? - Więc cóż? Pożyteczne jest to, co dobre? - Tak. - Więc jest przyczyną szczęścia i powodzenia? - Tak. - Z a t e m dobro nie jest przyczyną wszystkiego, tylko jest przyczyną sta­ nów dobrych, a złych stanów rzeczy ono przyczyną nie jest. - Ze wszech miar - powiada. - Z a t e m i bóg, skoro jest dobry, nie może być przyczyną wszystkiego, jak C mówią szerokie koła, tylko niewielu rzeczy ludziom jest przyczyną, a wielu r z e c z o m n i e j e s t w i n i e n . B o m a m y z n a c z n i e m n i e j rzeczy d o b r y c h niż złych. I d o b r y c h rzeczy n i k o m u i n n e m u nie zawdzięczamy, a dla złych trzeba szukać jakichś innych przyczyn - tylko nie boga. - Zdaje mi się - powiada - że świętą prawdę mówisz. - Z a t e m nie należy tego grzechu przyjmować ani od Homera, ani od in- D nego poety; oni grzeszą przez bezmyślność i mówią, że dwie beczki różne leżą na progu u Zeusa Pełne losów człowieka - w tej dobre, a w drugiej podławe. J a k Z e u s j e d n e losy z d r u g i m i p o m i e s z a i da k o m u ś z j e d n e j b e c z k i i z drugiej, Tego i bieda przyciska, i los mu się czasem uśmiecha.

76

Platon, Państwo

379 D

A jak k o m u da nie pomieszane - tylko z jednej beczki: Temu głód szarpie bebechy - po bożym świecie przegania. Ani to, że dla nas Zeus E XIX i zła, i dobra szafarzem. Albo ł a m a n i e przysiąg i umów, jak to Pandaros uczynił, gdyby ktoś po­ wiedział, że to się stało za przyczyną Ateny i Zeusa, nie p o c h w a l i m y go. Ani kłótni bogiń, ani jej rozstrzygnięcia za sprawą Temidy i Zeusa, ani kie­ dy Ajschylos mówi, nie powinni młodzi słuchać, że: Zaszczepia ludziom winę bóg, Gdy jakiś dom wygubić chce 19 W i ę c j e ż e l i b y k t o ś opracowywał w i e r s z e m tematy, z k t ó r y c h i te j a m b y są wyjęte, jak cierpienia N i o b y albo Pelopidów, albo coś z wojny trojań­ skiej, albo coś innego w tym rodzaju, to albo nie pozwolić mówić, że to ro­ bota boga, albo jeśli boga, to wymyślić im po prostu jakiś sens, tak jak my go w tej chwili szukamy, i p o w i e d z i e ć , że bóg p o s t ę p o w a ł s p r a w i e d l i w i e B i dobrze i ci ludzie zyskali przez to, że ich kara spotkała. A że nędznikami są ci, którzy ponoszą karę, n a w e t jeżeli ją bóg wymierza, tego nie b ę d z i e wolno mówić poecie. Jeżeliby napisał, że potrzebowali kary ludzie źli, bo byli n ę d z n i k a m i , a jak ją ponieśli, to na tym zyskali z ręki boga - pozwolić mu. Ale gdyby ktoś mówił, że bóg stał się dla kogoś przyczyną czegoś złe­ go - bóg, który jest dobry - to zwalczać go na wszelki sposób; n i e c h tego nikt nie mówi we własnym państwie, jeżeli mają w nim panować dobre prawa, i niech tego nikt nie słucha; ani młodszy, ani starszy, ani wierszem, ani prozą w żadnych mitach, bo z takiego gadania ani bogu chwały, ani ludziom pożytku nie ma, ani się w tym jedno z drugim zgadza. - Razem z tobą głosuję - powiada - za tym prawem i ono mi się podoba. - Więc to by było - powiedziałem - j e d n o prawo dotyczące bogów i j e d e n wzór, który wymaga, żeby ci, co mówią i piszą wiersze, mówili i pisali, że bóg nie jest przyczyną wszystkiego, tylko że jest przyczyną rzeczy dobrych.
Platon wytyka ustępy z H o m e r a i z Ajschylosa (Niobe) i zaleca w razie potrzeby wymyślać mo­ tywy i o k o l i c z n o ś c i , k t ó r e by mogły j a k o ś u s p r a w i e d l i w i a ć b r z y d k i e p o s t ę p k i bóstw, o p i s a n e w m i t a c h ojczystych. To n i e w ą t p l i w i e k o m p r o m i s z u m i ł o w a n i e m prawdy na rzecz tradycji. W k a ż d y m razie o bogach wolno mówić tylko rzeczy d o d a t n i e , a ż a d n y c h u j e m n y c h nie wolno. Po drugie, nie wolno mówić o żadnych przemianach bóstw i o tym, że bogowie przybierają postać ludzką lub zwierzęcą, ponieważ Bóg jest n i e z m i e n n y w ogóle i każda zmiana i każda maska była­ by dla niego ujmą. Widać, jak niewiele gotowo by zostać z treści mitologii ojczystej. I czy nie szkoda tych barw? I to widać, jak się w p a r ę s e t lat później musiały o ś w i e c o n y m G r e k o m p r z e d ­ stawiać wieści d o c h o d z ą c e od ubogich Ż y d ó w o Bogu, który przez trzydzieści lat w P a l e s t y n i e wyglądał na u b o g i e g o człowieka i umarł skazany przez j e d n y c h , a uznany za boga przez drugich, chociaż chciał unikać rozgłosu.
19

380

C

380 C

Księga II

77

- I co bardzo zadowalające - powiada. - I cóż drugie prawo? Takie. Czy ty myślisz, że bóg co jesc czarownik D albo magik i m o ż e się umyślnie zjawiać raz w tej, raz w innej postaci, i to raz się tworzy jego postać i zmienia się w różne kszcalcy naprawdę, a innym razem on Cylko nas nabiera i sprawia, że się nam to o nim tylko tak wydaje, czy też bóg jest prosty i zgoła nigdy z własnej postaci nie wychodzi? - N i e potrafię - powiada - tak, w tej chwili, tego powiedzieć. - N o , a cóż taka rzecz? Jeżeliby coś wychodziło ze swojej postaci, to czy nie z k o n i e c z n o ś c i m u s i a ł o b y się z m i e n i a ć albo samo z siebie, albo p o d wpływem czegoś innego? - Z konieczności. E - A przecież pod wpływem czegoś innego nie zmieni się i nie ruszy to, co się ma najlepiej. Na przykład ciało pod w p ł y w e m p o k a r m ó w i napojów, i t r u d ó w , i w s z y s t k o , co r o ś n i e , p o d w p ł y w e m u p a ł ó w i wiatrów, i t y m p o d o b n y c h stanów - czyż najzdrowsze i najmocniejsze nie najmniej ulega zmianom? - Jakżeby nie? - A czy nie tak samo dusza: najmężniejsza i najrozsądniejsza n a j m n i e j 381 ulega wstrząsom od zewnątrz i najmniej się pod ich wpływem zmienia? - Tak. - A podobnie i złożone rzeczy wszystkie - sprzęty i budowle, i suknie, je­ żeli są dobrze wykonane i są w dobrym stanie, to pod działaniem czasu i in­ nych wpływów zewnętrznych najmniej się zmieniają. - Jest tak. - Więc wszystko, co jest bez zarzutu, albo z natury, albo z rąk mistrza ta­ kie wyszło, albo z j e d n e g o i z drugiego powodu pięknie się trzyma - to naj­ mniej ulega zmianom pod wpływem czynników zewnętrznych. B - Zdaje się. - A przecież bóg i to, co się z bogiem wiąże, pod każdym względem trzy­ ma się najpiękniej. - Jakżeby nie? - Wobec tego i wielu kształtów bóg tą drogą przybierać nie może. - Zgoła nie. Oczywiście. - Więc może sam siebie zmienia i różne wyglądy przybiera? 2 0 XX
20 Bogowie, jako istoty najdoskonalsze, nie mogą się z m i e n i a ć i przybierać z ł u d n y c h postaci ani ze względu na siebie samych, bo nie pozwoliłaby im na to ich ambicja ani ich natura n i e z m i e n n a , ani też ze względu na ludzi, ponieważ brzydzą się fałszem i nikogo w błąd wprowadzać nie mogą. Sąd fałszywy, czyli p o m y ł k a , to zło, którym się w zasadzie brzydzą wszyscy ludzie i wszyscy bogo­ wie. Fałszywe p o w i e d z e n i a są raczej z n o ś n e i d o p u s z c z a l n e , bo są tylko widziadłami fałszywych przekonań. T e n zwrot p i ę k n i e wygląda. Powiedzenia można nazwać widziadłami sądów, ale całe zło p o w i e d z e ń fałszywych tkwi w tym, że o n e dla odbiorców bywają widziadłami sądów prawdzi­ wych. Platon bierze p o w i e d z e n i a fałszywe od strony człowieka, który sam k ł a m i e , a nie myli się. I p o w i a d a : „ T o n i e w i e l k i e n i e s z c z ę ś c i e t y l k o mówić' n i e p r a w d ę ; byłoby p r a w d z i w y m n i e s z c z ę ­ ś c i e m mylić się, w i e r z y ć w j a k ą ś n i e p r a w d ę " . Z a p e w n e . Ale i n a c z e j musi rzecz o c e n i a ć t e n , k t ó r e g o okłamują. T e n p o w i e : „ O k r o p n e jest właśnie to, ż e m i t e n człowiek mówi n i e p r a w d ę .

78

Platon, Państwo

381 B

- Jasna rzecz - powiada - jeżeli tylko różne przybiera. - A czy się p r z e m i e n i a na coś l e p s z e g o i piękniejszego, czy też na coś gorszego i brzydszego niż on sam? - Z konieczności - powiada - na coś gorszego, jeżeli się zmienia przecież. Przecież nie powiemy, że bogu może być brak piękności albo dzielności. - Z u p e ł n i e słusznie mówisz - powiedziałem. - A czy ty myślisz, Adejmancie, że trzymając się tak p i ę k n i e k t o k o l w i e k czy to z bogów, czy z ludzi, chciałby się sam zmieniać na gorsze pod jakimkolwiek względem? - To niemożliwe - powiada. - Z a t e m i to niemożliwe - mówię - żeby i bóg chciał się sam zmieniać, ale zdaje się, że najpiękniejszym i najlepszym, jak tylko być m o ż e , każdy z nich zostaje i jest zawsze prosty w swoim własnym kształcie. - To ze wszech miar konieczne - tak mi się zdaje. - Więc niech nam żaden poeta, dobra duszo, nie mówi, że: bogowie do obcych podobni Wygląd swój odmieniają zwiedzając miasta śmiertelnych. I niech nikt nie szerzy kłamstw o P r o m e t e u s z u i o Tetydzie, i niech w tra­ gediach ani w innych poematach nie wprowadza Hery zmienionej w kapłan­ kę i zbierającej dla: życie dających snów Inacha, co Argos opływa. I niech nam nikt innych p o d o b n y c h kłamstw nie opowiada. A znowu mat­ ki, które się takich rzeczy nasłuchały i nimi przejęły, niech dzieci nie stra­ szą opowiadając mity nieładne, że jakoby bogowie jacyś spacerują po nocy, niby to widma jakichś wędrowców najrozmaitszych i nie wiadomo skąd, bo przez to równocześnie bogów obrażają i zaszczepiają ludziom skłonność do lęków. - N i e powinny - powiada. - A m o ż e to - dodałem - bogowie sami się nie zmieniają, a tylko tak ro­ bią, że nam się przywidują ich różnorodne postacie - tak nas mamią i czary rzucają? - A może - powiada. - No cóż? - m ó w i ę . - To bóg m i a ł b y c h c i e ć k ł a m a ć albo słowem, albo czynem i takie by nam złudne widziadła urządzał? - Ja nie wiem - powiada. - Ty nie wiesz - o d r z e k ł e m - że takiego prawdziwego fałszu, jeśli wolno się tak wyrazić, wszyscy bogowie i ludzie nienawidzą?
G d y b y się t y l k o mylił sam, m ó g ł b y m z nim współczuć, a nie c z u ł b y m się p o k r z y w d z o n y . T e r a z , k i e d y on się sam nie myli, tylko m n i e w błąd wprowadza, n i e n a w i d z ę go i m a m p r z e d n i m oba­ w ę " . T a k myśli n a p r a w d ę każdy, k t o m a słuszną l u b niesłuszną p r e t e n s j ę d o prawdy z czyichś ust, a dojrzy, że go okłamują.

382 A

Księga II

79

- Jak co myślisz? - powiada. - Tak co myślę - odparłem - że w swojej najwyższej inscancji, jeżeli cho­ dzi o sprawy najdonioślejsze, mylić się nikc nie chce, ale więcej niż czego­ kolwiek innego boi się, żeby mu się cam fałsz nie dostał. - Jeszcze i teraz - powiada - nie rozumiem. - Bo ty myślisz - odrzekłem - że ja chcę coś uroczystego powiedzieć, a ja mówię to, że wpuścić do duszy fałsz i mieć go tam na stałe, i być głupim, i zostawać w tym stanie, i nabawić się fałszu na stałe - tego by nikt za nic nie chciał - ludzie zgoła tego w sobie nie znoszą. - Z u p e ł n i e - powiada. - A najsłuszniej może, o czym przed chwilą w s p o m n i a ł e m , prawdziwym fałszem mogłaby się nazywać zawarta w duszy niewiedza człowieka, który jest w b ł ę d z i e . Bo fałsz zawarty w słowach, jest p e w n y m n a ś l a d o w a n i e m stanu cechującego duszę, jest widziadłem, które później powstaje - nie jest to fałsz czysty, niezmieszany. Czy nie tak? - Tak jest. - A fałszu istotnego nie tylko bogowie nienawidzą, ale i ludzie też 2 1 . - Zdaje mi się. - Więc cóż? Fałsz zawarty w słowach, kiedy i w stosunku do kogo jest u ż y t e c z n y ? Tak że nie zasługuje na nienawiść? Czy nie w s t o s u n k u do wrogów i w stosunku do tak zwanych przyjaciół, kiedy s k u t k i e m obłąkania albo jakiejś g ł u p o t y gotowi są robić coś złego? Wtedy, żeby to odwrócić, kłamstwo staje się u ż y t e c z n e . Jak lekarstwo. Tak i w tych opowiadaniach mitologicznych, o których się mówiło przed chwilą, ponieważ my nie wie­ my, jak to było n a p r a w d ę w najdawniejszych czasach, więc u p o d o b n i a m y , ile możności, fałsze do prawdy i tak je robimy użytecznymi? - To zupełnie tak jest - powiada. - Z a t e m z k t ó r e g o z tych względów mógłby się bogu fałsz przydawać? Czy bóg mógłby k ł a m a ć obrazami, dlatego że nie zna z a m i e r z c h ł e j prze­ szłości?
21 Z u p e ł n i e racjonalnie Platon dopuszcza kłamstwo w stosunku do wrogów i w stosunku do przy­ jaciół, którzy nie dorośli lub nie zasłużyli na informacje prawdziwe. Z g o d n i e z tą zasadą p o s t ę p u ­ ją i dziś ludzie rozsądni, szczególnie jeśli głoszą, że nie kłamią nigdy. Ta zasada, która dopuszcza k ł a m s t w o jak lekarstwo, m o ż e usprawiedliwić wiele mitów i poezji. Bóg j e d n a k ani się sam my­ lić, ani nikogo w błąd w p r o w a d z a ć nie może. Kto czytał Katechizm Rzymski dla dorosłych (X. G a sparri), znajdzie tę samą formułę, powtórzoną dzisiaj w definicji wiary. U s t ę p z Ajschylosa, skar­ ga T e t y d y , ma p o c h o d z i ć z tragedii pt. Komu przyznać zbroję?, ale to nie jest p e w n e . Widać, jak się ten świetny u s t ę p Platonowi podobał, choć go wyklina.

B

C

D

M a ł o jest w literaturze tak śmiałych krytyk w o d n i e s i e n i u do ojczystych wierzeń religijnych. Ż e P l a t o n nie był wierzącym n a i w n i e , nie m o ż e być ż a d n e j wątpliwości. T o jest racjonalista w typie wieku XVIII. J e g o h u m o r nie jest daleki od L u k i a n a z Samosaty. A równocześnie to jest człowiek religijny, bo wierzy w jakąś dobrą moc, która wszystkim rządzi, i on się odnosi do niej z wdzięcznością, z zaufaniem i z czcią. Nazywa ją Bogiem i nazywa ją D o b r e m . I jeszcze inaczej. J e s t z b y t g ł ę b o k o i p o w a ż n i e religijny jak na to, żeby umiał być szczerze n a r o d o w o pobożny. Ale ofiary i wyrocznie, i procesje, i święta szanował, uważał je za bardzo p o ż y t e c z n e instytucje dla życia w państwie. Z a p e w n e lekarstwa - wskazane.

80

Platon, Państwo

382 D

- To by było doprawdy śmieszne - powiada. - Z a t e m poety, który kłamie, w bogu nie ma. - N i e zdaje mi się. - A może kłamie dlatego, że się boi wrogów? E - D a l e k o do tego. - A może dlatego, że jego bliscy są głupi albo obłąkani? - Ależ żaden - powiada - człowiek głupi ani obłąkany nie jest bogu miły. - Więc nie ma powodu, dla któego bóg mógłby kłamać? - N i e ma. - Z a t e m całkowicie wolne jest od fałszu to, co n a d p r z y r o d z o n e , i to, co boskie? - Ze wszech miar - powiada. - Z a t e m bóg jest całkowicie prosty i prawdziwy w czynie i w słowie, i ani się sam nie odmienia, ani drugich w błąd nie wprowadza, ani w wytworach wyobraźni, ani w słowach, ani w zsyłaniu znaków, ani we śnie, ani na jawie. 383 - Tak się to - powiada - i mnie samemu przedstawia, kiedy ty mówisz. - Więc zgadzasz się - mówię - że to jest t e n drugi wzór, w e d ł u g którego należy o bogach mówić i prozą, i wierszem - że ani bogowie nie są czarow­ nikami i nie przemieniają się sami, ani też nas nie nabierają ani słowem, ani czynem? - Zgadzam się. - Wiele rzeczy, prawda, chwalimy u Homera, ale tego nie pochwalimy, że tam Z e u s zsyła sen na A g a m e m n o n a . Ani kiedy u Ajschylosa T e t y d a robi B Apollonowi wyrzuty o syna i wypomina mu, że kiedy śpiewał na jej weselu, wtedy: Pociechę z dzieci przepowiadał jej: Synowi zdrowie da żelazne, żywot długi też. Wciąż mówił, że błogosławieństwo boże mam. Zanucił pieśń i serce rozradował me. Wierzyłam, że Fojbosa ust nie splami fałsz, On przecież bóg, wyrocznie głosi wciąż. I oto on, choć śpiewał pieśń i choć na uczcie był, Choć sam powiedział tak, sam zamordował go. Chłopaka mego - On! C

/

Kiedy ktoś takie rzeczy mówi o bogach, b ę d z i e m y się gniewali i chóru mu n i e damy, i n i e p o z w o l i m y n a u c z y c i e l o m , ż e b y go w s z k o l e czytali z młodzieżą, jeżeli nam mają wyróść strażnicy bogobojni i do bogów podob­ ni - o ile to u człowieka możliwe - w najwyższym stopniu. - Ze wszech miar - powiada - ja się na te wzory zgadzam i tak bym się nimi posługiwał jak prawami.

KSIĘGA T R Z E C I A
Więc, co się tyczy bogów - powiedziałem - to takich mniej więcej rzeczy 386 powinni słuchać i nie słuchać zaraz od dziecięcych lat ci, którzy mają czcić bogów i czcić rodziców, a przyjaźń wzajemną niemało cenić w przyszłości 1. - Mam wrażenie - powiada - że słuszne nasze zapatrywania. - No cóż? Jeżeli mają być odważni, to czy nie to im trzeba mówić, i to, co im potrafi odjąć strach przed śmiercią? Czy myślisz, że może być kiedyś B odważny człowiek, który by miał w sobie tę obawę? - Na Zeusa - powiada - nie myślę. - No cóż? Taki, co by w H a d e s wierzył i w to, że tam jest strasznie, czy myślisz, że się n i e b ę d z i e bał ś m i e r c i i na polu b i t w y w y b i e r z e raczej śmierć niż klęskę lub niewolę? - Nigdy. - Więc zdaje się, że musimy roztoczyć nadzór i nad tymi, którzy się biorą do układania mitów tego rodzaju, i prosić ich, żeby nie hańbili tak po pro­ stu wszystkiego, co się dzieje w Hadesie. N i e c h b y raczej chwalili, bo tak, to ani prawdy, ani pożytku nie przynoszą tym, którzy mają być bitni.
Na początku tej księgi zwraca uwagę to, że rozmawiający mówią jakoś rytmicznie, chociaż m ó ­ wią prozą. I zaraz widać, c z e m u to. Platon zaczyna cenzurować H o m e r a . Z pamięci cytuje miej­ sca, k t ó r e uważa za gorszące dla młodzieży. Że z p a m i ę c i , to widać po d r o b n y c h p o m y ł k a c h w tekście cytat. Ale skoro z p a m i ę c i u m i e zestawiać miejsca dotyczące życia zagrobowego, wi­ dać, że u m i e H o m e r a na wyrywki. Z pewnością nie dlatego, żeby się nim gorszył. A wybiera miejsca ś w i e t n e . Widocznie to są miejsca miłe nie tylko szerokim k o ł o m , ale miłe i Platonowi samemu. On się poezją przejmuje do głębi, jego własne osoby zaczynają mówić rytmicznie w chwili, gdy myśli o h e k s a m e t r a c h H o m e r a . W pierwszym z przytoczonych u s t ę p ó w słyszymy, jak się Achilles w XI k s i ę d z e Odysei (w. 489-491) skarży O d y s e u s z o w i na n u d y życia zagrobowego. Drugi wyjęty jest z XX księgi Iliady (w. 62 i n a s t ę p n e ) . T a m bóg H a d e s z e s k a k u j e z tronu bojąc się, ż e b y mu ziemi na głowę nie zwalił brat Posejdon, co ziemią potrząsa. Trzeci u s t ę p mówi Achilles zbudziw­ szy się ze snu, w którym mu się ukazał upiór Patrokla. To X X I I I księga Iliady (w.103-104). Czwar­ ty dotyczy Terezjasza; j e m u tylko j e d n e m u bogini Persefona zostawiła po śmierci rozum, przytom­ ność. To z Odysei, z księgi X (w. 495). Piąty pochodzi z XXII księgi Iliady (w. 362 i nast.), szósty z X X I I I księgi Iliady (w. 100-101), a siódmy - z XXIV księgi Odysei (w. 6-9). Platon boi się, że o b m i e r z ł e obrazy życia p o ś m i e r t n e g o mogą o d e b r a ć odwagę przyszłym żoł­ nierzom, choć wie, że nie zmniejszyły odwagi L e o n i d a s ó w ani Miltiadesów. Widać, jak serio brał sam te rzeczy, przynajmniej w dziecięcych latach, i jak się w t e d y bał, że po śmierci tak b ę d z i e n a p r a w d ę . Zwyczajni ludzie biorą te rzeczy inaczej. Przeżywają je nie w p r z e k o n a n i a c h , tylko w supozycjach, w „ p r z e k o n a n i a c h na n i b y " . Wiedzą, że „ n i e wszystko prawda, co na w e s e l u śpiewają".
1

C

82

Platon, Państwo

386 C

- Trzeba, doprawdy - powiada. - Z a t e m będziemy skreślali - d o d a ł e m - od tej epopei począwszy wszyst­ kie takie miejsca: Wolałbym ja tam na ziemi być; służyć u kogoś, Gdzieś u jakiegoś biedaka, bez gruntu i bez utrzymania, Niż nad nieboszczykami mieć tutaj władzę królewską. I to: Dom ten ludzi i bogów przeraża. Taki jest straszny. Pleśnią cuchnie wilgotną. Bogowie tego nie znoszą. I: Strach pomyśleć, że jakaś nawet i w domu Hadesa Siedzi dusza i widmo, a serca nie ma w środku. I to: Być przytomnym samemu, a tam się cienie miotają. I: Dusza zaś z ciała jak ptak wymknęła się w bramy Hadesa Zgon opłakując co krok: tam męstwo zostało i młodość. I to: 387 Dusza jak marny dym pod ziemię poszła, Tam zniknęła i piszczy. I: Jak nietoperze pod sklepem w niesamowitej jaskini Piszczą i cicho latają, a gdy który spadnie z pułapu, Stado się gęściej zgarnia, bo jeden się ciśnie przy drugim, Tak one tam piskały gromadą. Te i w s z y s t k i e p o d o b n e miejsca b ę d z i e m y skreślali i p o p r o s i m y H o m e r a i innych poetów, żeby się na nas o to nie gniewali, bo to nie dlatego, żeby one nie były poetyczne i niemiłe szerokim kołom do słuchania, ale im bar­ dziej są poetyczne, tym mniej się nadają do słuchania dla dzieci i ludzi doj­ rzałych, którzy powinni być wolni i więcej się niewoli bać niżeli śmierci. - Ze wszech miar. - Nieprawdaż, jeszcze i te nazwy wszystkie, takie straszne, trzeba będzie wyrzucić: t e n Kokytos - rzeka skarg i lamentów, i Styks - rzeka obmierzła, i „ d u s z e z g a s ł e " , i „ c i e n i e bez krwi", i i n n e w tym rodzaju nazwy, k t ó r e dreszczem przejmują każdego, kto je słyszy. To może nawet d o b r e dla in-

D

B

II C

387 C

Księga III

83

nego celu. Ale my się o strażników boimy, żeby się nam przez te dreszcze 2 nie stawali zbyt wrażliwi i mniej twardzi niż potrzeba . - I słusznie się - powiada - boimy. - Więc to zabrać. - Tak. - A w e d ł u g przeciwnego wzoru i mówić, i pisać wiersze. - Oczywiście. - I skargi też wyrzucimy, i lamenty mężów znamienitych. - Koniecznie - powiada - jeżeli już i to, co przedtem. D - A zastanów się - powiedziałem - czy my to słusznie wyrzucimy, czy nie. Z g o d z i m y się, że człowiek przyzwoity nie b ę d z i e uważał za rzecz straszną śmierci drugiego przyzwoitego człowieka, chociaż to jest jego przyjaciel. - Zgodzimy się. - Z a t e m i nie b ę d z i e za n i m l a m e n t o w a ł , jak gdyby go jakaś straszna rzecz spotkała. - N o , nie. - A to też powiemy, że taki człowiek najbardziej sam sobie wystarcza do szczęścia i w przeciwieństwie do innych ludzi on najmniej potrzebuje kogoś E lub czegoś drugiego. - Prawda - mówi. - Więc dla takiego też najmniej straszną rzeczą będzie stracić syna albo brata, albo majątek, albo coś innego w tym rodzaju. - N o , najmniej. - Z a t e m i najmniej będzie lamentował, a zniesie to jak najłagodniej, kie­ dykolwiek takie go nieszczęście przychwyci. - O wiele łagodniej. - Z a t e m m o ż e my słusznie wyrzucamy płaczliwe skargi wybitnych ludzi, a o d d a m y je może k o b i e t o m i to nawet i k o b i e t o m nie co najdzielniejszym - 388
Na p e w n o nie każdy G r e k dostawał dreszczów, kiedy mówił o Styksie. Życie wydawało się im ładniejsze niż śmierć, to niewątpliwe. P e w n a obawa przed ż y w o t e m zagrobowym wydaje się p o ­ wszechna. P l a t o n zostawiłby ją u Kefalosa, wolałby jej nie widzieć u przyszłego żołnierza. T e n niech b ę d z i e twardy. Drugi rodzaj ustępów, które skreśla i c h c e ich zakazać, to skargi i l a m e n t y p o ś m i e r t n e postaci, które p o w i n n y być czcigodne. Z kilku p o w o d ó w te u s t ę p y wyrzuca. N a ­ przód d l a t e g o , że c z ł o w i e k jak się należy nie uważa śmierci d o b r e g o c z ł o w i e k a za coś z ł e g o . Z g o d n i e z ostatnimi u s t ę p a m i Obrony Sokratesa. Po drugie dlatego, że im człowiek jest lepszej klasy, tym mniej potrzebuje do szczęścia drugich ludzi, tym bardziej sam sobie wystarcza. To a r g u m e n t bardzo wątpliwy. Platon wiedział, jak bardzo j e m u s a m e m u był do szczęścia po­ t r z e b n y Sokrates. W tym a r g u m e n c i e o d e z w a ł o się tylko s c h i z o t y m i c z n e u s p o s o b i e n i e Platona. Usposobienie, które zbyt łatwo cierpi w kontakcie z drugimi, z trudnością znajduje e c h o i jeszcze t r u d n i e j je dostrzega, jeśli je znajduje. D l a t e g o taki typ unika ludzi na ogół, ale bardzo nielicz­ nych j e d n o s t e k , które bólu nie sprawiają, a potrafią go zrozumieć, potrzebuje g ł ę b o k o . Trzeci wzgląd, to p e w i e n wstyd i ambicja, i p o s z a n o w a n i e siebie samego, które dyktują opa­ nowywanie wszystkich gwałtownych objawów życia w e w n ę t r z n e g o , a p r z e d e wszystkim objawów cierpienia - przed ludźmi. W p r z y t o c z o n y c h u s t ę p a c h Achilles cierpi tak nieprzyzwoicie w XXIV k s i ę d z e Iliady (w. 10-12), a Priam w X X I I (w. 414-415). T e t y d a l a m e n t u j e w Iliadzie, w k s i ę d z e XVIII (w. 54). A Z e u s niepokoi się o los g o n i o n e g o H e k t o r a w XXII księdze Iliady (w. 168) i współczuje z Sarped o n e m w XVI księdze Iliady (w. 433).
2

84

Platon, Państwo

w ogóle t y p o m lichszym, aby się brzydzili robić p o d o b n e rzeczy ci, których m a m y wychowywać na strażników naszej ziemi. - Słusznie - powiada. - W i ę c z n o w u p o p r o s i m y H o m e r a i i n n y c h p o e t ó w , ż e b y n i e pisali o Achillesie, synu bogini, jak to on: Tutaj upadał na bok, a tam gdzieś znowu Leżał na wznak i padał na twarz, A potem stawał na nogi I jak się plątał wzburzony nad brzegiem morza pustego, B ani jak w obie garście chwytał kurz popielaty i sypał go sobie na głowę, ani jak t a m inaczej i płakał, i jęczał, i co w ogóle wyrabiał. Ani o P r i a m i e blisko spokrewnionym z bogami, jak się modlił i zaklinał, i: w prochu się tarzał po ziemi I po imieniu każdego i wołał, i wzywał, i jęczał. A jeszcze bardziej niż to wyprosimy sobie u poetów, ż e b y b o g o w i e nie ję­ czeli i nie mówili: C Oo, moja dolo nieszczęsna - po com ja syna zrodziła?! Jeżeli bogowie nie, to tym bardziej największego z bogów, żeby nie śmieli tak wbrew wszelkiemu podobieństwu malować i sam Z e u s żeby mówił: Aj, co to jest? Mego druha ktoś goni mi tu wkoło miasta. Widzę na własne oczy i serce się moje rozpływa. Albo: D Oj, co za los! To przecież najmilszy mi z ludzi Sarpedon I tego właśnie Patroklos Menojtijosowicz zabija. Kochany Adejmancie, jeżeli nam takich rzeczy młodzi ludzie będą słuchali poważnie i nie zaczną ich wyśmiewać, jako powiedzianych n i e g o d n i e , to trud­ no, ż e b y ktoś z nich p o t e m uważał takie zachowanie się za n i e g o d n e człowie­ ka - i ż e b y to sobie s a m e m u brał za złe, gdyby mu się też trafiło coś p o d o b n e ­ go m ó w i ć albo robić; w t e d y by się zgoła nie wstydził i nie panował nad sobą, i przy sposobności małych cierpień wielkie by treny intonował i l a m e n t y 3 . - Najzupełniejszą prawdę mówisz - powiada.
3

III

E

Platon widzi k o m i z m przytoczonych u s t ę p ó w i boi się w nim zgorszenia. I g w a ł t o w n e g o śmie­ c h u b o g o m olimpijskim też zabrania, przytaczając u s t ę p z Iliady (księga I, w. 599). Wraca sprawa kłamstwa. Bogowie w utworach literackich nigdy k ł a m a ć nie powinni, a z ludzi to ci, którzy rzą­ dzą, mają prawo kłamać wobec wrogów i wobec własnych obywateli dla dobra państwa. Rządzeni

388 E

Księga III

85

- A to być nie p o w i n n o , jak nam to przed chwilą wynikło z rozważania. Trzeba się tej myśli poddać, pokąd nas ktoś inną, piękniejszą nie przekona. - Tak, to być nie powinno. - Ale śmiechu też nie powinni kochać nade wszystko. Bo jeżeli się ktoś zanosi gwałtownym ś m i e c h e m , to również prowadzi do gwałtownych prze­ mian wewnętrznych. - Zdaje mi się - powiada. - Z a t e m także, jeśliby ktoś w poezji dawał ludzi wybitnych a zanoszących 389 się śmiechem, nie trzeba tego przyjmować. A jeszcze mniej: bogów: - O wiele mniej - powiada. - Z a t e m i od H o m e r a nie przyjmiemy, kiedy on o bogach mówi: Śmiech tedy niezgaszony szczęśliwych bogów ogarnął. Kiedy widzieli Hefajsta, jak chodzi, jak sapie po domu. Tego nie trzeba przyjmować; według twojej myśli. - Jeżeli - powiada - chcesz przyjąć, że to moja myśl. Ale oczywiście, że nie przyjmować. - I m ó w i e n i e p r a w d y w y p a d n i e c e n i ć w y s o k o . Bo j e ż e l i ś m y s ł u s z n i e mówili p r z e d chwilą, jeżeli istotnie bogowie nie używają kłamstwa, a lu­ dziom ono się przydaje tylko jako lekarstwo, to jasna rzecz, że coś takiego trzeba zostawić lekarzom, a ludzie prywatni nie powinni tego tykać. - Jasna rzecz - powiada. - Z a t e m jeżeli w ogóle ktokolwiek, to rządzący w państwie mają prawo k ł a m a ć ; albo w s t o s u n k u do wrogów, albo własnych obywateli, dla d o b r a państwa. A inny nikt niech czegoś takiego nie próbuje. Gdyby człowiek prywatny takich rządzących okłamywał, u z n a m y to za taki sam, a n a w e t za większy grzech, jak gdyby chory lekarzowi albo ćwiczący się nauczycielowi gimnastyki mówił n i e p r a w d ę o tym, jak się ma jego ciało, albo jakby k t o ś sternikowi mówił nieprawdę o okręcie, co się na nim dzieje, i o płynących, i o tym, jak mu się wiedzie samemu albo k t ó r e m u ś z towarzyszów podróży. - Najzupełniejszą prawdę mówisz - powiada. - Więc jeżeli rządzący schwyta kogoś z obywateli na kłamstwie ...więc rzemieślnika jakiegoś wieszczka albo lekarza nicponia, albo też cieślę, * to go ukarze, bo on wprowadza do państwa jak do okrętu praktyki wywroto­ we i zgubne.
mają obowiązek, jak zawsze, mówić prawdę rządzącym. Kto sam nie był c z ł o n k i e m rządu, t e n nie może w i e d z i e ć na p e w n o , w jakiej mierze rządy stosują tę zasadę platońską. Platon zaleca ustępy, które uczą panowania nad sobą, czyli rozwagi, jak na przykład ta d e w i z a rządów a u t o r y t a t y w n y c h padająca z ust D i o m e d e s a , której nie znajdujemy w naszych t e k s t a c h H o m e r a , albo fragment następny, p o d o b n o zlepiony z d w ó c h różnych miejsc Iliady. Wytyka zaś aroganckie, n i e o p a n o w a n e o d e z w a n i e się Achillesa do A g a m e m n o n a z księgi I Iliady (w. 225). * Odyseja XVII, 383.

B

C

D

86

Platon, Państwo

389 D

E

- Jeżeli - powiada - nie skończy się na słowach, a przyjdą za nimi czyny. - No tak. A rozwagi i panowania nad sobą czy nie będzie trzeba młodym ludziom? - Jakżeby nie? - A jeśli c h o d z i o r o z w a g ę dla m a s , to czy n i e o to w n i e j i d z i e p r z e d e w s z y s t k i m , ż e b y rządzących s ł u c h a ć , a s a m e m u p a n o w a ć n a d p r a g n i e n i e m napojów, nad g ł o d e m s e k s u a l n y m i p r z y j e m n o ś c i a m i z w i ą z a n y m i z j e d z e ­ niem? - Tak uważam. - Więc takie rzeczy, myślę, że się zgodzimy, są dobrze powiedziane, jakie i u H o m e r a D i o m e d e s mówi: Tylko siedź cicho, kochanie, i słuchaj tego co mówię. I tym p o d o b n e ustępy, jak: ...szli, gniewem dysząc, Achaje Cicho, bo każdy się bał dowódcy.

390 I inne w tym rodzaju. - Pięknie. - No cóż, a takie: Och, ty pijaku z psim pyskiem, a za to z sercem jelenia. I tam dalej po kolei, czy to ł a d n e i j a k i e tam inne i m p e r t y n e n c j e powie­ dział kiedyś prozą albo wierszem człowiek prywatny rządzącym? - To nieładnie. - N i e sądzę, żeby się to nadawało do słuchania dla młodych ludzi, jeżeli idzie o ich rozwagę. A jeżeli to inną jakąś p r z y j e m n o ś ć sprawia, to nic dziwnego. Albo jak ci się wydaje? - Właśnie tak - powiada. - No cóż? A wierszem pisać, jak to bardzo mądry człowiek mówi, że za najpiękniejszą rzecz ze wszystkich uważa to, kiedy: ...stoły się uginają Tyle tam chleba i mięsa, a wino już czerpie się z wazy. Zręcznie je nosi podczaszy i już je w kielichy nalewa. Czy myślisz, że to się nadaje do słuchania dla młodego człowieka, jeżeli chodzi o panowanie nad sobą 4 .
4 Rozpędzi! się, bo w Odysei, w księdze IX (w. 8-10), skreśla wzmiankę o zastawionej uczcie, a zapomina, że tam jest mowa naprzód o śpiewaku, którego do uczty potrzeba. Jeżeli ten ustęp ma być gorszący, to co byśmy musieli zrobić z bigosem w Panu Tadeuszu i z kawą?! Wzmianka o śmierci głodowej wygląda na prawdziwą, a pochodzi z Odysei (księga XII, w. 342). Rysy tempe­ ramentu Zeusa wzięte z Iliady z księgi II (w. 1-4) oraz z księgi XIV (w. 294-296 i nast.). Hefaj­ stos nakrywa siecią Aresa i Afrodytę w Odysei (księga VIII, w. 266 i nast.). Dużo by trzeba liści

IV

B

390 B Albo:

Księga III

87

Umrzeć z głodu to los okropny - najgorzej umiera się z głodu. Albo jak Z e u s , kiedy inni bogowie i ludzie śpią, sam j e d e n czuwa i snuje p e w n e plany, i zaraz o tym wszystkim zapomina, co postanowił, bo opadł go głód seksualny; zobaczył H e r ę i takie to na niego zrobiło wrażenie, że nawet do pokoiku nie ma ochoty iść, ale od razu, na ziemi chce z nią obcować i powiada, że go żądza sparła bardziej, niż kiedy pierwszy raz chodzili do siebie - w sekrecie przed ojcem i matką. Albo jak Hefajstos Aresa i Afrody­ tę krępuje na tle podobnej sytuacji. - Nie, na Zeusa - powiada - nie wydaje mi się to odpowiednie. - Ale jeżeli gdzieś mowa jest o harcie d u c h a albo go objawiają w y b i t n e postacie, to oglądać to i słuchać o tym. Na przykład i to: W pierś się uderzył i serce poskramiał słowy twardymi: „Musisz wytrzymać, o serce; podlejsześ losy znosiło." - Ze wszech miar - powiada. - A także nie pozwolić naszym ludziom, żeby c h ę t n i e dawali łapówki ani żeby sami lecieli na pieniądze. - Nigdy. - Więc im nie śpiewać, że: Dary na bogów działają, działają na królów czcigodnych. I nie chwalić nauczyciela Achillesowego, Fojniksa, że w sam raz mówił ra­ dząc mu, aby naprzód wziął dary od Achajów, a potem im dopiero pomagał, a p o k ą d darów nie przyniosą, żeby się gniewał dalej. I samego Achillesa o to nie posądzimy i nie uwierzymy, że był taki chciwy i od A g a m e m n o n a dary wziął, i znowu za trupa przyjął okup, i dopiero wydał zwłoki, a inaczej nie chciał. 391 - Przecież nie godzi się - powiada - chwalić takich rzeczy. - Waham się - dodałem - bo to o Homera chodzi, powiedzieć, że to nawet b e z b o ż n e mówić takie rzeczy na Achillesa i wierzyć, kiedy drudzy tak mó­ wią. Albo znowu to, że on się do Apollona odezwał: Tyś mnie oszukał, Łuczniku! Ze wszystkich bogów najgorszy! Już bym się pomścił na tobie, gdyby mi sił starczyło!
figowych, żeby literaturę, choćby tylko grecką, przystosować w myśl Platona dla młodzieży. to się robi w wydaniach szkolnych. Ale

C

D

E

Wzorowy u s t ę p o harcie d u c h a pochodzi z Odysei (XX księga, w. 17-18). O wrażliwości bogów i królów na dary śpiewał w Pracach i dniach Hezjod. W y m u s z e n i e doradza Achillesowi Fojniks w Iliadzie (księga IX, w. 432 i 515). Sprawa z o k u p e m za zwłoki H e k t o r a rozgrywa się w Iliadzie w k s i ę d z e X I X (w. 2 7 8 ) . Z a b a w n i e grozi A c h i l l e s A p o l l o n o w i w Iliadzie w X X I I k s i ę d z e (w. 15-20). I o włosach Achillesa mowa jest w Iliadzie (księga X X I I I , w.140). A trupa H e k t o r a wlecze Achilles też w Iliadzie (księga XXII w. 398-405 i księga XXIV w. 14). I tak został t e k s t H o m e r a pokreślony bez miłosierdzia. Czy zyskałby na tym? Platon sam uważa, że zyskałby tyl­ ko na moralności, a czyby go k t o miał o c h o t ę czytać po d o k ł a d n y m „ o c z y s z c z e n i u " w t y m sposo­ bie, to inna sprawa.

88

Platon, Państwo

391 A

B

I że z rzeką, która była b o g i e m , g o t ó w był walczyć i s ł u c h a ć jej nie chciał. I że swoje włosy poświęcone komu innemu, rzece, Sperchejosowi: „chętnie bym dał, niech je nosi bohater Patroklos", powiada. A t e n już trup. I żeby on to zrobił, niepodobna uwierzyć. I to wleczenie H e k t o r a około mogiły Patrokla, i to zarzynanie jeńców koło stosu - wszystko, to powiemy, nieprawda i nie pozwolimy naszym c h ł o p c o m wierzyć, że Achilles b ę d ą c synem bogini i P e l e u s a , bardzo rozważnego m ę ż a i w n u k a Zeusa, i będąc wychowankiem arcymądrego Chejrona był przy tym taki po­ mieszany i miał w sobie dwie sprzeczne choroby: brud połączony z chciwo­ ścią, a z drugiej strony - b u t ę w stosunku do bogów i ludzi. - Słusznie mówisz - powiada. - Z a t e m i t e m u nie uwierzymy i nie pozwolimy mówić, że Tezusz, syn Posejdona, i Pejritoos, syn Zeusa, wybrali się na te straszne porwania, ani że j a k i k o l w i e k inny syn boży albo b o h a t e r śmiał się d o p u s z c z a ć c z y n ó w strasznych i bezbożnych, jak to dziś o nich nieraz kłamią 5 . Z m u s i m y poe­ tów, żeby im albo takich czynów nie przypisywali, albo ich nie nazywali sy­ n a m i b o ż y m i , a j e d n e g o i d r u g i e g o naraz n i e c h nie mówią i n i e c h u nas tego nie próbują wmawiać w młodzież, że niby to bogowie płodzą zło i że bohaterowie wcale nie są lepsi od ludzi. Bo, jak się poprzednio mówiło, ani to o bojaźni bożej nie świadczy, ani prawdą nie jest. Dowiedliśmy przecież, że od bogów zło pochodzić nie może. - Jakżeby mogło? - To słuchającym bardziej szkodzi. Bo każdy będzie miał wybaczenie dla własnych złych stron, przekonany, że przecież to samo robią i robili: ...ci, bogom bliscy krwią. Synowie Zeusa. Widzą przecież Idy szczyt. Tam ołtarz ojca błyszczy im we mgle. W ich żyłach dotąd boska płynie krew. Dlatego dać pokój takim mitom, aby nam u młodzieży n i c zaszczepiały lek­ kiego rozgrzeszenia dla wad charakteru. - Oczywiście - powiada.
Przychodzi kolej na zaginioną e p o p e j ę o T e z e u s z u , gdzie ten b o h a t e r r a z e m z Pejritoosem po­ rywali H e l e n ę i próbowali wykraść P e r s e f o n ę z d o m u H a d e s a . U s t ę p z Nioby Ajschylosa nie za­ wiera ż a d n y c h herezji, ale że rytmicznie mówi o synach Tantala, więc go Platon przytoczył, bo już miał rytmy w uchu. O ludziach też nie b ę d z i e wolno pisać byle czego. Będzie musiał b o h a t e r dobry być szczęśli­ wy, a c z a r n e m u c h a r a k t e r o w i b ę d z i e się m u s i a ł o źle p o w o d z i ć . Z a w s z e c n o t a b ę d z i e górą, a z b r o d n i ę zawsze spotka zasłużona kara. Wiemy, że utwory o p a r t e na t y m s c h e m a c i e rzadko uchodzą za zajmujące. Gdyby się wszystkie trzymały tego wzoru, ludzie przestaliby w ogóle czy­ tać. Utwór pisany w e d ł u g urzędowego wzorca nie może interesować. C z y t a m y tylko to, w czym się s w o b o d n i e i szczerze wypowiada autor - cenzuralny lub nie, ale otwarty i niewymuszony.
5

C

V D

E

392

392 A

Księga III

89

- Więc jaki nam jeszcze rodzaj p o w i e d z e ń zostaje do oceny, k i e d y tak cią­ gniemy granice między dopuszczalnymi i nie. Bo o bogach, jak trzeba mówić, to się powiedziało, i o duchach, i o bohaterach, i o tym, co się dzieje w H a d e s i e . - Tak jest. - Więc o ludziach byłaby ta reszta? - Oczywiście. - N i e ma sposobu, mój kochany, żeby to tak w tej chwili uporządkować i rozporządzić. - Jak to? - Bo przypuszczam, powiemy, prawda, że i poeci, i powieściopisarze źle mówią o ludziach, jeżeli chodzi o sprawy najważniejsze - że wielu jest nieB sprawiedliwych, a n i e j e d n e m u się d o b r z e powodzi, sprawiedliwi zaś żyją w n ę d z y - i to, że się niesprawiedliwość opłaca, jeżeli się ukryje; że spra­ wiedliwość to jest dobro cudze, a dla człowieka samego to kara. Więc takie rzeczy mówić zabronimy, a w p r z e c i w n y m d u c h u p o l e c i m y pisać w i e r s z e i mity. Czy nie myślisz tak? - O, ja to dobrze wiem - powiada. - N i e p r a w d a ż , i jeżeli się zgodzisz, że mówią słusznie, to ja powiem, że zgadzasz się na to, czego od dawna szukamy. - Słusznieś to - powiada - przyjął. - Nieprawdaż, na to, że powinno się tak mówić i pisać o ludziach, zgodzi- C my się wtedy, kiedy znajdziemy, czym jest sprawiedliwość i że się z natury opłaca temu, który ją posiada, czyby się takim wydawał, czy nie wydawał. - Najzupełniejszą prawdę mówisz. - Więc jeżeli o treść myśli idzie, to niechby już był koniec, a nad sposo- VI b e m wypowiadania myśli, sądzę, że trzeba się też zastanowić. W t e d y nasze rozważania będą wszechstronne; wyczerpią i to, co i to, jak mówić należy 6 . Na to Adejmant powiada: - Ja nie rozumiem, co ty masz na myśli. - Ależ, p o t r z e b a - o d p a r ł e m . - M o ż e tak będziesz lepiej wiedział. Czy D nie wszystko, cokolwiek mówią twórcy mitów i poeci, jest o p o w i a d a n i e m tego, co się stało, co jest albo tego, co ma być kiedyś? - Czymże by innym? - powiada. - Więc prawda, że ludzie te rzeczy piszą w postaci opowiadania prostego albo w formie naśladowania, albo w j e d e n i w drugi sposób? - I to - powiada - pragnąłbym jeszcze jaśniej zrozumieć. - Zdaje się - o d p a r ł e m - że ze m n i e jest nauczyciel zabawny i niejasny. Więc tak jak ci, co nie umieją mówić, nie ujmę rzeczy ogólnie, tylko pewną E c z ą s t k ę w e z m ę i b ę d ę ci próbował na niej wyjaśnić, o co mi chodzi. P o ­ wiedz mi. Ty znasz początek Iliady, w którym poeta mówi, że Chryzes pro­ sił Agamemnona, żeby mu uwolnił córkę, i ten się gniewa, a tamten, kiedy nie uzyskał, czego chciał, prosi Apollona o pomstę nad Achajami. 393 - Tak jest.
6

Sokrates szeroko tłumaczy Adejmantowi różnicę między oratio recta i oratio obligua i objaśnia ją na referacie podług Iliady, księgi I. W tej formie Iliada wiele traci.

90

Platon, Państwo - Więc wiesz, że aż do tych słów: ...i błagał wszystkich Achajów, Dwóch zaś Atrydów najbardziej, co wojskiem całym rządzili.

393 A

B

C

D

mówi poeta sam i nawet się nie stara obrócić naszej myśli w inną stronę, jakoby mówiącym był ktoś inny, a nie on sam. A później mówi tak, jakby on sam był Chryzesem, i stara się w nas, ile możności, wywołać to wrażenie, że to nie H o m e r mówi, ale kapłan, starzec. I całą resztę opowiadania m n i e j w i ę c e j tak prowadzi, malując to, co było p o d I l i o n e m i na I t a c e , i co się dzieje w całej Odysei. - T a k jest - powiada. - Prawda? Więc opowiadanie m a m y i wtedy, kiedy on za k a ż d y m razem przytacza p e w n e powiedzenia i tam pomiędzy powiedzeniami? - Jakżeby nie. - Więc k i e d y jakieś p o w i e d z e n i e przytacza, będąc niby to k i m ś innym, czyż n i e p r z y z n a m y , że on w t e d y u p o d o b n i a , ile m o ż n o ś c i , swój s p o s ó b mówienia do każdego, kogo tylko zapowiedział jako mówcę? - Przyznamy. - A upodobnianie siebie do kogoś innego - czy to głosem, czy wyglądem to jest naśladowanie tego, do kogo się ktoś upodobnia? - N o , tak. - W t a k i m razie on i inni poeci nadają swemu opowiadaniu postać naśla­ dowania. - Tak jest. - G d y b y się poeta w ż a d n y m miejscu p o e m a t u nie chował, to by cały p o e ­ mat prowadził bez naśladowania. A żebyś nie powiedział, że znowu nie rozu­ miesz, jakby się to dziać mogło, to ja ci p o k a ż ę . Gdyby H o m e r , powiedziaw­ szy, że p r z y s z e d ł C h r y z e s , n i o s ą c o k u p za c ó r k ę i z p r o ś b a m i do Achajów a najwięcej do królów, mówił p o t e m nie tak, jakby się sam stał C h r y z e s e m , ale jeszcze wciąż jako Homer, to wiesz, że to by nie było naśladowanie, tylko o p o w i a d a n i e proste. To by było m o ż e jakoś tak - ale ja b ę d ę mówił bez ryt-

mu, bo ja nie j e s t e m poetą. „Więc przyszedł kapłan i życzył im, żeby im bo­ gowie dali z d o b y ć Troję, a im s a m y m cało wrócić do d o m u , a c ó r k ę żeby mu wydali wziąwszy o k u p i uczciwszy boga. Kiedy on to powiedział, w t e d y inni zaczęli się bać boga i zgadzali się, t y l k o A g a m e m n o n się z g n i e w a ł i polecił mu, żeby się zaraz zabrał i drugi raz nie przychodził, bo gotowo mu nie p o m ó c berło ani p r z e p a s k a boga. Z a n i m mu c ó r k ę uwolni, ona się, powiada, zesta394 rzeje w Argos, przy jego boku. Kazał mu odejść i nie irytować go, aby cały do domu wrócił. Starzec to usłyszał, przestraszył się i odszedł po cichu, a minąw­ szy obóz zaczął się bardzo modlić do Apollona, wymieniając p r z y d o m k i boga i wypominając mu to i owo, i prosząc o wzajemność - jeżeli mu k i e d y ś m o ż e ofiarował jakiś miły dar czy to kaplicę mu zbudował, czy ofiarę złożył. W za­ mian za to prosił i zaklinał, żeby Achajowie jego łzy odpokutowali pod strzała-

E

394 A

Księga III

91

mi boga". W t e n sposób - d o d a ł e m - przyjacielu, robi się opowiadanie proste bez naśladowania. - Rozumiem - powiada.

B

- Więc rozumiej - d o d a ł e m - że robi się znowu coś p r z e c i w n e g o t e m u , VII k i e d y ktoś u s u n i e słowa p o e t y p o m i ę d z y p o w i e d z e n i a m i , a zostawi t y l k o same powiedzenia - to jedno, to drugie 7 . - I to - powiada - rozumiem, że to w tragediach jest coś takiego. - D o s k o n a l e ś to uchwycił - dodałem. - I myślę, że teraz już ci to jest jasne, co p r z e d t e m j a k o ś nie szło, że spośród u t w o r ó w p o e t y c k i c h i m i t ó w j e d n e trzymają się całkowicie formy naśladowczej - to, jak ty mówisz: tragedia i kom e d i a , a i n n e mają postać opowiadania s a m e g o p o e t y - to znajdziesz chyba najczęściej w d y t y r a m b a c h - i n n e znowu posługują się j e d n y m i drugim. To w poezji epicznej, a nieraz i gdzie indziej, jeżeli m n i e dobrze rozumiesz. - Ja rozumiem - mówi - coś ty chciał powiedzieć. - I przypomnij sobie to, co p r z e d t e m było; mówiliśmy, że już się skoń­ czyło o tym, co właściwie należy mówić, a trzeba jeszcze rozważyć, to jak należy mówić. - Ja pamiętam. - Więc ja właśnie to miałem na myśli, że trzeba by przedyskutować i zgodzić się, czy pozwolimy p o e t o m , żeby nam dawali opowiadania w postaci n a ś l a d u j ą c e j , czy t e ż w j e d n y c h u t w o r a c h n i e c h b y było n a ś l a d o w a n i e , a w innych nie, i jakie mają być j e d n e i drugie. Czy też niechby w ogóle nie naśladowali? - Ja przeczuwam - powiada - ty się zastanawiasz, czy przyjmiemy tragedię i k o m e d i ę do państwa, czy nie. - M o ż e być - d o d a ł e m . - A może i jeszcze coś więcej. Ja tam j e s z c z e i sam nie wiem; tylko tak, wszystko j e d n o - którędy nas myśl poniesie niby wiatr, tamtędy sobie idźmy. - Dobrze mówisz - powiada. - Więc to zobacz, Adejmancie, czy nasi strażnicy powinni być zdolnymi naśladowcami, czy nie. Czy też i to wynika z tego, co p r z e d t e m , że każda j e d n o s t k a potrafi j e d n ą r o b o t ę w y k o n y w a ć p i ę k n i e , a wielu r o b ó t n i e . A gdyby się ktoś do tego brał i chwytałby się wielu zajęć, to do niczego nie doprowadzi w żadnym - tak, żeby jakąś sławę zyskał. - Jak by też miał?
7 Sokrates zdaje się j e d n a k zalecać opowiadania w postaci mowy zależnej i nie wierzy w to, żeby j e d e n człowiek mógł czytać d o b r z e lub grać dwie role wprost sobie przeciwne. To tak, jak napi­ sać tragedii nie potrafi komediopisarz ani na odwrót.

C

D

E

Pamiętamy, że pod sam koniec Uczty Sokrates dowodził zaspanym towarzyszom czegoś wprost p r z e c i w n e g o , że kto u m i e tragedię napisać, ten się i na k o m e d i ę z d o b ę d z i e . Stale powtarzał, że j e d n a i ta sama umiejętność czyni człowieka zdolnym do działali wprost sobie przeciwnych. Sam przecież jest najlepszym p r z y k ł a d e m tej zasady. N a w e t tu, w tym dialogu naśladował arogancję T r a z y m a c h a i s k r o m n o ś ć S o k r a t e s a . Widać, jak go w tej chwili o p a n o w a ł a pasja specjalizacji i gotów twierdzić rzeczy zgoła nieoczywiste, byleby leżały gdzieś na tej linii, która go w tej chwi­ li pociąga.

92

Platon, Państwo

394 E

- Więc, prawda, naśladowania też ta sama myśl dotyczy. Że naśladować wielu typów ten sam człowiek, nie potrafi tak, jak jednego? - N o , nie. 395 - Więc trudno, żeby się ktoś jednocześnie oddawał j a k i e m u ś p o w a ż n e m u zajęciu i naśladował wiele typów, i był naśladowcą, skoro n a w e t w dwóch pozornie bardzo bliskich rolach nie potrafi jeden i ten sam człowiek dobrze występować, na przykład pisać k o m e d i e i tragedie zarazem. Gzy nie zali­ czyłeś ich obu przed chwilą do naśladownictw? - Tak jest. I to prawda, co mówisz, że nie potrafi j e d e n i ten sam. - Ani rapsodem i aktorem naraz być niepodobna. - To prawda. B - N a w e t i a k t o r ó w tych s a m y c h nie używają tragicy i k o m e d i o p i s a r z e . A to wszystko przecież naśladownictwa. Czy nie? - Naśladownictwa. - Bo wiesz, Adejmancie, ja m a m wrażenie, że natura ludzka jest rozmie­ niana na cząstki jeszcze drobniejsze od tych. Tak że człowiek nie potrafi naśladować p i ę k n i e wielu rzeczy, ani też robić tych rzeczy samych, którym by naśladownictwa odpowiadały. - Z u p e ł n i e słusznie - powiada. VIII - W i ę c jeżeli z o s t a n i e m y przy pierwszej myśli, że strażnicy p o w i n n i być C u nas wolni od wszelkich innych zajęć, a o d d a n i zawodowo i ściśle sprawie wolności państwa i żeby się nie zajmowali niczym, co do tego celu nie zmie­ rza, to nie powinni by niczego i n n e g o robić ani naśladować. A gdyby naśla­ dowali, to n i e c h naśladują to, co im p r z y s t a ł o - zaraz od d z i e c i ę c y c h lat ludzi o d w a ż n y c h , rozważnych, p o b o ż n y c h , s z l a c h e t n y c h i t a m dalej t a k i e rzeczy, a t e g o , co n i e s z l a c h e t n e , ani n i e c h się nie dopuszczają, ani n i e c h t e g o u d a w a ć n i e umieją - w o g ó l e ż a d n e j p o d ł o ś c i , aby z t e g o u d a w a n i a D i rzeczywistych wad kosztować nie zaczęli. Czyś nie zauważył, że odgrywa­ ne role, jeżeli się je od d z i e c i ę c y c h lat rozpoczyna i p r a k t y k u j e w dalszym ciągu, w c h o d z ą w obyczaj i w n a t u r ę - z a r ó w n o j e ż e l i o ciało c h o d z i , jak o sposób mówienia i myślenia 8 . - I bardzo - powiada. - W i ę c n i e p o z w o l i m y - d o d a ł e m - ż e b y ci, o k t ó r y c h my n i b y to d b a m y i t r z e b a , ż e b y wyrośli n a d z i e l n y c h ludzi, mieli n a ś l a d o w a ć k o b i e t y b ę d ą c m ę ż c z y z n a m i ; czy to młodą, czy starszą, czy besztającą męża, czy kłócącą się
Bardzo trafna uwaga psychologiczna: supozycje powtarzane łatwo przechodzą w p r z e k o n a n i a , a zachowania się, u d a w a n e stale, rodzą skłonności szczere, bo stwarzają nawyki. Na tej zasadzie opiera się kształcenie pożądanych dyspozycji u młodzieży za pomocą teatru, poezji, lektury bele­ trystycznej, deklamacji, występów scenicznych. Stąd wysuwa Platon dla młodych żołnierzy suro­ wy zakaz odgrywania ról kobiecych, które by przypominały bohaterki E u r y p i d e s a , oraz wszelkich ról c i e m n y c h , groteskowych, wszelkich typów u j e m n y c h , podławych. Trzeba j e d n a k przypuścić, ż e P l a t o n p o z w o l i ł b y c h y b a m ł o d e m u ż o ł n i e r z o w i czytać g ł o ś n o s w e g o H i p p i a s z a , Gorgiasza i p r z e m ó w i e n i a Trazymacha w Państwie, chociaż tam są nie tylko same wzory do naśladowania. Pozwoliłby, bo to są żarty, zabawa. Surowo p o t ę p i a Platon imitowanie głosów przyrody w dekla­ macji, na s c e n i e i za sceną i wszelkie efekty, k t ó r y m i k i e d y ś Polskie R a d i o „ u b a r w i a ł o " j e g o dialogi.
8

395 D

Księga III

93

o

z b o g a m i i zadzierającą nosa, i uważającą się za szczęśliwą, czy t e ż w n i e ­ s z c z ę ś c i a c h i w c i e r p i e n i u , i zawodzącą h y m n y b o l e ś c i , a j u ż jeśli c h o d z i E chorą, zakochaną albo rodzącą, to nawet mowy o tym być nie może. - Ze wszech miar - powiada. - Z a t e m i niewolnic też nie, ani n i e w o l n i k ó w zachowujących się tak, jak to oni. - Ani tego. - Ani ludzi lichych, zdaje się, więc tchórzów i zachowujących się przeciw­ nie niż w y m i e n i e n i w tej chwili, więc ciskających obelgi i szyderstwa na siebie nawzajem i plotących głupstwa po pijanemu albo na trzeźwo, i popeł­ niających i n n e grzechy, jakich się tacy ludzie dopuszczają i słowem, i czy- 396 n e m w stosunku do siebie samych i do drugich. Myślę, że do obłąkanych t e ż n i e c h się n i e przyzwyczajają u p o d a b n i a ć s i e b i e ani w s ł o w a c h , ani w czynach. Bo znać trzeba także obłąkanych i złych mężczyzn i kobiety, ale s a m e m u nic takiego nie robić, ani nie naśladować. - Najzupełniejsza prawda - mówi. - No cóż? - d o d a ł e m - a jak kowale kują, albo jak się inni jakimś i n n y m rzemiosłem bawią, albo trdjwiosłowce pędzą, albo komenderują wioślarzami, albo coś innego w tym rodzaju - czy to naśladować? - Ale jakże tam - powiada; - przecież ż a d n e m u z nich nie będzie wolno nawet interesować się takimi rzeczami. - No cóż? A konie rżące i byki ryczące, i rzeki szumiące, i morze huczą­ ce, i grzmoty, i wszystkie znowu tego rodzaju rzeczy będą naśladowali? - Przecież - powiada - nie wolno im ani popadać w obłąkanie, ani się do obłąkanych upodabniać. - Więc jeżeli ja r o z u m i e m - p o w i e d z i a ł e m - co ty masz na myśli, to istnieje p e w n a forma mówienia i opowiadania, którą się b ę d z i e mógł posługiwać czło­ w i e k n a p r a w d ę pierwszej klasy, ilekroć mówić mu w y p a d n i e , i druga forma też, n i e p o d o b n a do tej, której się gotów stale trzymać i w nią swe opowiadania ujmować człowiek wprost przeciwnie urodzony i wychowany niż t a m t e n . - Jakież to formy? - powiada. - Ja uważam - powiedziałem - że człowiek, taki w sam raz, kiedy dojdzie w o p o w i a d a n i u do j a k i e g o ś p o w i e d z e n i a albo z a c h o w a n i a się c z ł o w i e k a d z i e l n e g o , to z e c h c e mówić tak, jakby sam był t a m t y m , i nie b ę d z i e się wstydził takiego naśladowania. N a j c h ę t n i e j b ę d z i e naśladował człowieka dzielnego, który działa stanowczo i rozumnie, a mniej często i nie tak bar­ dzo człowieka, którego albo jakaś choroba, albo jakaś miłość opętała, albo pijaństwo, albo inne jakieś nieszczęście. A jak natrafi na kogoś poniżej wła­ snej godności, to nie zechce upodabniać się serio do kogoś gorszego niż sam - chyba tylko p o k r ó t c e , k i e d y t a m t e n coś p r z y z w o i t e g o robi. On by się wstydził inaczej, bo z j e d n e j strony nie ma wprawy w naśladowaniu takich typów, a z drugiej byłoby mu nieznośnie wymodelowywać z siebie i wcielać się w typy lichsze, którymi gardzi z całej duszy. Chyba, żeby szło o żarty i o zabawę.

B

C

D

E

94 IX

Platon, Państwo

396 E

- Zdaje się - powiada. - Z a t e m będzie się posługiwał taką formą opowiadania, jak myśmy przed chwilą streszczali wyjątek z e p o p e i H o m e r a , i będzie w jego m ó w i e n i u coś z j e d n e g o i z drugiego: i naśladowanie, i inne opowiadanie też. Ale w dłu­ gim u s t ę p i e jakąś maleńką cząstkę stanowić będzie naśladowanie ''. Czy też mówię od rzeczy? - Owszem - powiada - to przecież bardzo możliwe, że musi być typ takie­ go mówcy. 397 - Prawda? - powiedziałem. - A inny znowu, to im będzie lichszy, tym bar­ dziej b ę d z i e wszystko naśladował raczej, niż opowiadał i nie będzie niczego odczuwał poniżej swojej godności, zaczem wszystko będzie próbował naśla­ dować z p o w a ż n y m zamiarem i w o b e c wielu słuchaczy; n a w e t i to, cośmy przed chwilą wymieniali, te grzmoty i szumy wiatrów, i odgłosy gradu, i osi wozów, i kółek, i trąb, i fletów, i pozytywek posłusznych, i głosy wszystkich B instrumentów, a jeszcze psów i owiec do tego, i śpiew ptaków. W jego mo­ wie p e ł n o będzie naśladowania głosów i wyglądów, a mało opowiadania. - Musi być i to - powiada. - W i ę c to te d w i e formy o p o w i a d a n i a - d o d a ł e m - te d w i e m i a ł e m na myśli. - Są takie dwie - powiada. - Prawda? J e d n a z nich zawiera m a ł e o d m i a n y głosu i jeżeli ktoś odda właściwą tonację i rytm mówieniem, to bez mała cały czas m o ż e mówić tak samo, a b ę d z i e mówił jak trzeba, bo odmiany głosu nieznaczne, a rytm też C tak samo, pokrewny jakiś. - Całkowicie - powiada - tak się rzecz ma. - A cóż ta druga forma? Czy ona nie wymaga czegoś wprost przeciwnego, w s z y s t k i c h m o ż l i w y c h tonacji i rytmów, jeżeli mowa ma być u t r z y m a n a w stylu, bo ta forma zawiera rozmaite postacie odmian? - Jest tak; i bardzo nawet. - Z a t e m wszyscy poeci i wszyscy, którzy coś mówią, wpadają w j e d e n typ mówienia albo w drugi, albo też mieszają jakoś j e d e n z drugim? - Z konieczności - powiada. D - Więc co zrobimy? - dodałem. - Czy do państwa wpuścimy tych wszyst­ kich, czy też tylko jednego z tych nie zmieszanych, czy też typ mieszany? - Jeżeli - powiada - moje z d a n i e ma decydować, to wpuścić tego, który naśladuje rzeczy przyzwoite, ten typ nie zmieszany. - Ale wiesz, Adejmancie, że przyjemny jest i ten zmieszany też, a chłop9

Ż ą d a n i e formy zdań zależnych w o p o w i a d a n i u i zakaz, choć nie bezwzględny, formy b e z p o ś r e ­ d n i e j , s c e n i c z n e j musi dziwić w dialogu, który od początku do końca jest napisany s c e n i c z n i e . O g ó l n e uwagi dotyczące właściwej recytacji należy niewątpliwie stosować przy czytaniu głośnym dialogów platońskich. N i e z b y t jaskrawo, n i e z b y t kolorowo i nie w różnych tonacjach. Raczej wygląd akwaforty niż kolorowej w i d o k ó w k i świątecznej. Z a k o ń c z e n i e rozdziału nie d o p u s z c z a właściwie do i d e a l n e g o państwa d r a m a t u ani k o m e d i i , ani zbyt barwnej recytacji. N i e c h nic nie mąci nastroju koszar i klasztoru i nie p o d k o p u j e równowagi wewnętrznej strażników.

397 D

Księga III

95

cy i służba przy dzieciach, i t ł u m po większej części przepadają za t y p e m przeciwnym temu, któryś ty wybrał. - Bo on najprzyjemniejszy. - Ale może być - d o d a ł e m - nie zgodziłbyś się, że on pasuje do naszego ustroju; p r z e c i e ż u nas nie ma ludzi dwoistych ani wielorakich w swojej istocie, skoro każdy zajmuje się tylko jednym. - No tak, to się nie stosuje. - Prawda? D l a t e g o j e d y n i e w takim państwie znajdziemy szewca, który jest szewcem, a nie jeszcze sternikiem w dodatku, i rolnika, który jest rolni­ kiem, a nie sędzią, w d o d a t k u do rolnictwa. I żołnierza, który jest żołnie­ rzem, a nie s p e k u l a n t e m przy swojej s z t u c e w o j e n n e j , i w s z y s t k i c h tak samo. - Prawda - mówi. - A takiego męża, zdaje się, który by z wielkiej mądrości potrafił się mienić w oczach i naśladować wszystko możliwe, gdyby nam do miasta przy­ szedł sam i chciałby się u nas produkować, przyjęlibyśmy z wielkim szacun­ kiem jako istotę godną czci i podziwu i sympatyczną, ale byśmy powiedzie­ li, że u nas w m i e ś c i e takich nie ma, i nie trzeba, ż e b y się tacy m i ę d z y nami zamnażali, więc odesłalibyśmy takiego do innego miasta wylawszy mu perfumy na głowę i uwieńczywszy go przepaską wełnianą, a sami byśmy się zadowolili mniej świetnym i mniej przyjemnym poetą i opowiadaczem mi­ tów, mając pożytek na oku. On by nam naśladował powiedzenia przyzwoite i w mówieniu trzymałby się tych wzorów, któreśmy ustalili prawem, kiedy­ śmy się wzięli do wychowywania żołnierzy. - Z u p e ł n i e byśmy tak postępowali - powiada - gdyby to od nas zależało. - Więc teraz - dorzuciłem - przyjacielu, jeżeli chodzi o służbę M u z o m , to o mowach i o mitach skończył się nam cały materiał. Bo już się powiedzia­ ło i co mówić, i jak mówić. - M n i e się też tak zdaje - powiada. - Więc teraz zostawałoby jeszcze p o w i e d z i e ć coś o sposobie ś p i e w a n i a i o pieśniach? - Oczywiście. - A czy nie potrafiłby już każdy i sam znaleźć, co nam wypadnie powie­ dzieć o tych rzeczach, jakie one być powinny, jeżeli mamy zostać w zgodzie z tym, co się poprzednio mówiło? A G l a u k o n się uśmiechnął i powiada: - W takim razie ja, Sokratesie, gotówem się znaleźć poza tymi „wszystkimi". W tej chwili nie j e s t e m w sta­ nie wywnioskować, co właściwie p o w i n n i ś m y mówić, tylko się d o m y ś l a m po trochę 10 .
10 Liryka grecka była w tych czasach zawsze pisana pod m u z y k ę i do śpiewu. N i e s t e t y - dziś tej muzyki nie u m i e m y odtworzyć w sposób niewątpliwy, więc t r u d n o wyrobić sobie jakiś k o n k r e t n y obraz o tym wszystkim, co tu czytamy. Platon bardzo w y m o w n i e charakteryzuje dwie tonacje, k t ó r e dopuszcza, ale pokąd nie usłyszymy tego na kitarze, co on mógł usłyszeć, kiedy swoich n a z w używał, n i e b ę d z i e m y n i g d y p e w n i , czy g o r o z u m i e m y n a l e ż y c i e . G r e c y r o z r ó ż n i a l i p o d o b n o s i e d e m różnych tonacji, a mianowicie:

E

398

B

XC

96

Platon, Państwo

398 C

- Ale to w każdym razie jesteś w stanie powiedzieć, że pieśń składa się z trzech rzeczy: z treści słów, z harmonii i z rytmu. - Tak - powiada. - To tak. - Więc jeżeli mowa o treści słów, to pieśń niczym się nie różni od myśli nieśpiewanych, o tyle, że jej słowa powinny się trzymać tych samych wzo­ rów, któreśmy przed chwilą podali i w ten sam sposób? - Prawda - mówi. - A harmonia i rytm powinny iść za treścią słów. - Jakżeby nie? - A mówiliśmy, że z a w o d z e ń i l a m e n t ó w w t r e ś c i s ł ó w w c a l e n i e potrzeba. - No, nie. - A k t ó r e to harmonie są płaczliwe? Powiedz mi. Ty przecież j e s t e ś mu­ zykalny. - Miksolidyjska - powiada - i syntonolidyjska, i jakieś w tym rodzaju. - Prawda - powiedziałem - że te należy usunąć. Bo nie przydają się na­ wet kobietom, które mają być jak się należy, a cóż dopiero mężczyznom. - Tak jest. - A prawda, że stan upojenia to rzecz najmniej stosowna dla strażnika i miękkość, i lenistwo. - Jakżeby nie?
1. C D EF G A H C ' Lidyjska (C-dur). Platon mówi, że brzmi pijacko. 2. D EF G A HC D' Frygijska. Ta ma być prosząca, perswadująca. .3. EF G A HC D' E' Dorycka. Męska, energiczna. 4. F G A HC D' E ' F ' Hypolidyjska. „ O b n i ż o n a " u Platona. 5. G A HC D' E ' F ' G' Jońska. „ O b n i ż o n a " i „pijacka" u Platona. 6. HC D' E ' F ' G' A' H' Miksolidyjska. Ta ma być płaczliwa, jak i następna. 7. A HC D' E ' F ' G' A' Eolska. Syntonolidyjska u Platona. Oprócz tych miały być jakieś jeszcze rodzaje gam, uboczne (zob. O. Apelt. Platons Staat. Leipzig 1916. Meiner, str. 455). Wyklęte zostają gamy: miksolidyjska, przypisywana Safonie, i syntonolidyjska, bo są płaczliwe. P o d o b n i e jońska i lidyjska, bo są pijackie. Zostaje tylko dorycka i frygijska. Pierwsza ma charak­ ter męski, energiczny - czytaliśmy o niej w Lachesit, druga proszący, łagodny. A o tę drugą, o fry­ gijska, ma do Platona pretensję Arystoteles. Że ją Platon zachował, m i m o że flety odrzucił. Bo powiada Arystoteles, że tonacja frygijska jest tym między tonami, czym flet m i ę d z y instru­ m e n t a m i : podnieca i budzi nastroje do orgii, do ekstaz dionizyjskich. (Arist. Pol. VIII. 7. § 9-11). Bardzo t r u d n o się wmyślić w ten charakter fletu, który mu Grecy przypisywali, kiedy sobie czło­ wiek p r z y p o m i n a fletową arię z Orfeusza Glucka, cichą, pełną t ę s k n o t y i możliwie daleką od wszelkiej orgii. Widać, że już starożytni nie zgadzali się co do charakteru uczuciowego różnych tonacji, skoro co do frygijskiej tak krańcowo się różni Platon z własnym u c z n i e m , Arystotelesem. Oprócz tego, grecki flet był podobny do naszego klarnetu. Miał ustnik, a w nim „wargę" i bywał używany podwójnie: dęło się w dwa naraz. Jak to mogło brzmieć, nie wiadomo. Barwa dźwięku dużo znaczy. Te trójkąty i pektidy miały być obcymi instrumentami o wielu strunach i wysokim brzmieniu. Grało się na nich palcami, bez pomocy pałeczki. Lira była pospolitym, d o m o w y m i n s t r u m e n t e m s t r u n o w y m . Na kitarze, ta była większa, grywali zawodowi kitarzyści. Pozytywka to szereg pi­ szczałek spojonych płasko, coraz to krótszych. C z ę s t o gra na niej Pan albo Satyrowie rzeźbieni. Tak jak Marsjasz, wynalazca fletu i pozytywki, który przed sądem Muz przegrał spór o wyższość fletu nad kitarą, instrumentem Apollona.

398 E

Księga III

97

- A które tonacje są miękkie i pijackie? - Jońska - powiada - i lidyjska; te się też nazywają obniżone. - Więc te, mój kochany, przydadzą ci się na coś w zastosowaniu do ludzi 399 wojskowych? - N i g d y - powiada. - Więc gotowe ci zostać tylko dorycka i frygijska. - Ja się nie z n a m na h a r m o n i a c h - p o w i e d z i a ł e m . - Ale zostaw tę tonację, która by przyzwoicie naśladowała głos i a k c e n t y człowieka m ę ż n e g o w prak­ t y c e w o j e n n e j i w k a ż d y m działaniu, k t ó r e w y m a g a siły, jeśli mu szczęście nie d o p i s z e albo t r z e b a iść na ś m i e r ć i na rany, albo gdy i n n e j a k i e ś n i e B szczęście s p a d n i e , on się porządnie, m o c n o i wytrwale przeciw losowi broni. A inną zostaw też, niby głos człowieka, który nie stosuje gwałtu, ale działa p o k o j o w y m i ś r o d k a m i p o d o b r e m u , w i ę c p r z e k o n y w a kogoś albo d r u g i c h o coś prosi - bogów modlitwą albo ludzi n a u c z a n i e m i n a p o m i n a n i e m - albo na odwrót, ktoś jego o coś prosi albo go poucza, albo na niego wpływa, a t e n s ł u c h a i d l a t e g o p o s t ę p u j e r o z s ą d n i e , a n i e z a d z i e r a nosa, t y l k o z rozwagą i z u m i a r k o w a n i e m we w s z y s t k i c h tych o k o l i c z n o ś c i a c h działa i p o g o d n i e C oczekuje s k u t k ó w działania. Te dwie tonacje: głos człowieka, który ma siłę i czegoś chce, w szczęściu czy w nieszczęściu, głosy rozwagi i m ę s t w a pozo­ staw, a będzie bardzo p i ę k n i e . - W takim razie - powiada - chcesz, ż e b y m zostawił nie i n n e , tylko t e , k t ó r e m przed chwilą wymienił. - Z a t e m - dodałem - nie będzie nam potrzeba wielu strun ani wszystkich harmonii w naszych melodiach i pieśniach. - N i e wydaje mi się - powiada. - Z a t e m nie będziemy żywili tych, którzy robią trójkąty i pektidy, i wszy­ stkie instrumenty wielostrunne i panharmoniczne? D - Widać, że nie. - No cóż? A tych, co robią flety albo grają na fletach, przyjmiesz do pań­ stwa? Czyż nie to jest i n s t r u m e n t najobfitszy w struny, a te narzędzia pan­ harmoniczne, czy to nie jest naśladowanie fletu? - Jasna rzecz - powiada. - Więc ci zostaje - d o d a ł e m - lira i kitara, i te się przydadzą w mieście. A znowu na wsi pastuchom przydałaby się jakaś pozytywka. - Tak nam - powiada - wynika z rozważań. E - Więc my, przyjacielu, nic nowego nie robimy - mówię - kiedy rozsądza­ my dawny spór i przyznajemy pierwszeństwo Apollonowi i muzycznym na­ rzędziom Apollona przed Marsjaszem i jego instrumentami. - Na Zeusa - powiada - nie wydaje mi się. - Ale, na psa - d o d a ł e m - nie zauważyliśmy, żeśmy znowu oczyścili mia­ sto, które nam niedawno zaczęło puchnąć od zbytku. Takeśmy mówili. - To rozwaga z naszej strony - powiada. - W takim razie - dodałem - czyśćmy i tę resztę. Po harmoniach nasuwa XI się nam sprawa rytmów, żeby się nie starać o ich różnorodność i nie gonić za bogactwem stóp wierszowych, tylko zobaczyć, które to są rytmy życia po-

98

Platon, Państwo

399 E

rządnego a nacechowanego m ę s t w e m . Jak to zobaczymy, to będzie musiała 400 stopa wierszowa i melodia iść za taką treścią, a nie treść za stopą i melodią. A które by to były rytmy, to już twoja rzecz pokazać tak, jak wskazywałeś 11 harmonie . - Ależ na Z e u s a - mówi - ja tego nie potrafię powiedzieć. Że są jakieś trzy formy, z k t ó r y c h się formy w i e r s z o w a n e plotą tak, jak w d ź w i ę k a c h cztery, skąd się wszystkie harmonie wywodzą, to bym potrafił powiedzieć przyjrzaw­ szy się. Ale które z nich jakie życie naśladują, powiedzieć nie u m i e m . B - N o , te rzeczy - powiedziałem - to my sobie jeszcze i z D a m o n e m roz­ ważymy, k t ó r e właściwie stopy wierszowe odpowiadają pospolitym, gmin­ nym rysom charakteru, które znamionują b u t ę i szał, i i n n e wady, a k t ó r e rytmy zostawić dla cech przeciwnych. Mam wrażenie, żem słyszał, ale nie­ wyraźnie, jak on wymieniał jakieś tam enopliosy złożone i daktyle, i boha­ terskie, a nie pamiętam już, jak je porządkował i tak robił, że na dole i na górze było równo, jak tam się kładło raz krótkie, raz długie, i zdaje mi się, że w y m i e n i a ł jamby, a jakąś inną s t o p ę nazywał t r o c h e j e m i doczepiał do C nich długie i krótkie. I mam wrażenie, że w niektórych z nich nie m n i e j ganił jak chwalił przeciąganie trwania stopy jak i rytmy same albo i j e d n o , i drugie naraz. Ale nie u m i e m powiedzieć, o co szło. Więc, jak mówię, to trzeba odłożyć dla D a m o n a . Bo długo by o tym mówić, żeby to rozebrać. Czy myślisz inaczej?

- Na Zeusa, nie inaczej. - Ale to potrafisz rozebrać, że szlachetny i podły wygląd idzie za tym, czy gdzieś jest dobry rytm, czy go nie ma? D - Jakżeby nie? - A dobry rytm i zły? J e d e n za p i ę k n y m sposobem mówienia przychodzi i jest do niego podobny, a drugi idzie za złym. Harmonia i dysharmonia tak samo, skoro p r z e c i e ż rytm i h a r m o n i a idą za myślą, jak się p r z e d chwilą mówiło, a nie myśl ma iść za nimi.
11

Zasadę

możliwej

prostoty

i

unikania

różnorodności

stosuje

Platon

do

rytmów

tak

samo

jak

do

h a r m o n i i . W s p ó ł c z e s n e poczucia na tym p u n k c i e nie są tak ustalone, jak poczucia starożytnych. Ż e b y p r z y p o m n i e ć tylko te skoczne rytmy, którymi Słowacki i Krasiński politykowali w związku z Psalmami przyszłości. Czy nadają się do polityki, t r u d n o powiedzieć. T a k samo, jak t r u d n o od­ gadnąć, które by to mogły być rytmy życia p o r z ą d n e g o a n a c e c h o w a n e g o m ę s t w e m . my się A d e j m a n t o w i , że też nie wiedział. muzyki, o którym była mowa w Lachesie. dzą, to mają być trzy s t o s u n k i c z a s o w e : 3/2, 2/2, 2/1. N i e dziwi­ Te trzy formy, z których się stopy wierszowe wywo­ D a m o n , to s ł a w n y m u z y k i t e o r e t y k E n o p l i o s e m albo k r e t y k i e m nazywa się stopa wierszo­ Bohaterską stopą nazywa się z w y k l e dak­

wa, z ł o ż o n a z trocheja i długiej zgłoski w d o d a t k u (-\/-). Można ją pojąć j a k o podwójny trochej z urwaną ostatnią krótką, czyli trochej katalektyczny. tyl. S k o r o j e d n a k t u jest w y m i e n i o n a s t o p a b o h a t e r s k a o b o k d a k t y l a , t o c h y b a o z n a c z a t o Platon w dalszym ciągu rozdziału zdaje się używać wyrazu „ r y t m " p r z e n o ś n i e i ma

s p o n d e j (- -), który może zastępować miejsce daktyla (-\/ \/-), gdy w n i m dwie krótkie zastąpić jedną długą. na myśli j u ż nie poezję, tylko raczej p o r z ą d e k i styl ruchów c o d z i e n n y c h i zwyczajnej mowy, w którym się też może odbijać usposobienie o p a n o w a n e lub nie, i p e w n a kultura w e w n ę t r z n a . Że brzydota, dysproporcja i dysharmonia dzieł sztuki, od architektury począwszy a na sprzętarstwie skończywszy, wiele mówi o c h a r a k t e r z e i o kulturze twórców i odbiorców, o t y m wiedzieli­ śmy w E u r o p i e po pierwszej wielkiej wojnie światowej więcej niż kiedykolwiek.

400 D

Księga III

99

- O tak - powiada. - O n e się powinny stosować do myśli. - A cóż cały s p o s ó b m ó w i e n i a - d o d a ł e m - i treść? C z y to n i e i d z i e za charakterem duszy? - Jakżeby nie? - A za sposobem mówienia ta reszta? - Tak. - Z a t e m dobre wysłowienie i harmonia, i dobry wygląd, i piękny rytm to­ warzyszą prostocie duszy. Tylko nie chodzi tu o głupotę, którą pieszczotliE wie nazywamy prostodusznością, ale naprawdę o dobry i piękny charakter, o wewnętrzną konstytucję duszy. - Ze wszech miar - powiada. - Czyż więc nie powinni młodzi ludzie do tego dążyć wszędzie i zawsze, jeżeli mają robić to, co do nich należy? - Powinni dążyć. - P r z e c i e ż s p o t y k a się te rzeczy na k a ż d y m k r o k u w m a l a r s t w i e i we 401 wszelkiej takiej robocie; pełno tego w tkactwie, w zdobnictwie, w architek­ t u r z e i we w s z e l k i m sprzętarstwie, a oprócz tego w u r o d z i e ciał l u d z k i c h i i n n y c h żywych istot. P r z e c i e ż w t y m w s z y s t k i m bywa wygląd p i ę k n y i brzydki. Brzydki wygląd i brak rytmu, i brak harmonii to zjawiska bliźnia­ czo spokrewnione ze złym wysłowieniem i ze złym charakterem, a ich prze­ ciwieństwo z tłem przeciwnym, z charakterem rozważnym i dobrym. I bli­ źniacze pokrewieństwo tu jest w grze, i odzwierciedlenie. - Ze wszech miar - powiada. - Więc czy m a m y tylko na p o e t ó w uważać i zmuszać ich, by w swych p o e - X I I B m a t a c h o d z w i e r c i e d l a l i rysy d o b r e g o c h a r a k t e r u , albo n i e pracowali u nas w ogóle, czy też innych wytwórców m u s i m y t e ż pilnować i nie pozwalać im, ż e b y p i ę t n o z ł y c h rysów c h a r a k t e r u i r o z p u s t y , i p o s p o l i t o ś c i , i n i e p r z y zwoitości wyciskali czy to na wizerunkach żywych istot, czy na a r c h i t e k t u r z e , czy na j a k i m k o l w i e k i n n y m d z i e l e rąk l u d z k i c h . A k t o by nie potrafił ina­ czej, t e m u nie p o z w o l i ć na p r a c ę u nas, aby się nasi s t r a ż n i c y n i e k a r m i l i odbiciami podłości wszelkiego rodzaju, niby złą paszą - dzień po dniu k a ż d y C z nich jakąś o d r o b i n ę tego lub owego zła, bo dużo go jest, dla siebie z d r a p i e i wypasie, i sam nie zauważy, kiedy zrobi mu się z tego w duszy jego wielkie zło. Więc i n n y c h s z u k a j m y t w ó r c ó w - t a k i c h , co mają dar wrodzony, ż e b y trafiać na ślad natury, p i ę k n a i p r z y z w o i t e g o wyglądu, aby m ł o d z i e ż miesz­ kała niby w zdrowej okolicy, gdzie jej wszystko sprzyja, gdzie by jej z pięk­ nych dzieł przez oczy albo przez uszy wciąż przychodziło coś dobrego, jakby im wiatr z okolic o d o b r y m powietrzu zdrowie przynosił, i już zaraz od dzie­ c i ę c y c h lat - n i e w i e d z i e l i b y sami k i e d y - do p o d o b i e ń s t w a , u m i ł o w a n i a D 12 i zgodności z p i ę k n y m słowem ich prowadził?
12 Ś w i e t n e uwagi o doniosłości wychowawczej e s t e t y c z n e g o środowiska i o kształceniu się gustu, z a n i m się sąd e s t e t y c z n y wyrobi. Pochwała typu człowieka o p i ę k n y m charakterze, który by się w y m o w n i e wypowiadał, i o p i ę k n y m ciele. Taki m u s i a ł b y b u d z i ć miłość, przy czym zalety ciała byłyby mniej w a ż n e . Miłość - a chodzi tu niewątpliwie o miłość między m ę ż c z y z n a m i - p o w i n n a

100

Platon, Państwo

401 D

- Na pewno - powiada - to by było najładniejsze wychowanie. - Czyż wobec tego, Glaukonie - dodałem - nie będzie służba M u z o m najwalniejszym środkiem wychowawczym? Bo najbardziej w głąb duszy wnika rytm i h a r m o n i a i najmocniej się czepia duszy przynosząc p i ę k n y wygląd; p o t e m się człowiek p i ę k n i e trzyma, jeżeli go dobrze wychowano. A jeżeli E nie, to przeciwnie. Również dlatego, że człowiek, w tych w a r u n k a c h wy­ c h o w a n y jak należy, najbystrzej potrafi dostrzegać rzeczy n i e d o c i ą g n i ę t e i n i e p i ę k n i e wykonane lub te, co nieładnie urosły, i potem się słusznie jed­ n y m i cieszy, a d r u g i m i brzydzi i t e , co p i ę k n e , c h w a l i ć potrafi, brać je 402 w głąb własnej duszy, żywić się nimi i przez to się d o s k o n a l i ć . A to, co s z p e t n e i h a n i e b n e , potrafiłby słusznie ganić i nie znosić tych rzeczy już za m ł o d u , z a n i m b y umiał r o z u m n i e powiedzieć, dlaczego; a gdyby przyszedł rozum - on by go z radością powitał, bo rozpoznałby w nim k r e w n e g o - to byłyby skutki takiego wychowania. - Ja t e ż myślę - powiada - że d l a t e g o na służbie M u z o m opiera się wy­ chowanie. - I tak samo jak czytać litery umieliśmy dopiero wtedy, kiedyśmy się za­ poznali z n i e w i d o m a pierwiastkami, które we wszystkich literach występują B to tu, to tam, i nie lekceważyliśmy ich ani w literach małych, ani w wiel­ kich, j a k o b y ich nie trzeba było dostrzegać, tylkośmy się starali rozpozna­ wać je wszędzie, bo bez tego liter czytać nie potrafimy. - To prawda. - N i e p r a w d a ż ? I obrazy liter o d b i t e m o ż e gdzieś w w o d z i e albo w lu­ strach nie prędzej potrafimy rozpoznać, zanim te pierwiastki poznamy, bo to należy do tej samej sztuki i wymaga tej samej wprawy? - Ze wszech miar. - Więc ja mówię, na bogów, w służbie M u z o m też nie prędzej do czegoś dojdziemy sami, ani ci strażnicy, których to mamy niby wychowywać, zanim C nie nauczymy się rozpoznawać różnych postaci rozwagi i męstwa, i szlachet­ ności, i wielkości duszy, i tego, co im p o k r e w n e , i tego, co im przeciwne, a co występuje tu i tam, i gdzie to tkwi w tym czy w owym, dostrzegać to i dostrzegać ich obrazy - to wymaga tej samej sztuki i tej samej wprawy i nie lekceważyć tego ani w wielkich, ani w małych rzeczach? - Koniecznie tak trzeba - powiedział. - N i e p r a w d a ż - dodałem - jeżeli się u kogoś zbiegną razem p i ę k n e rysy c h a r a k t e r u w duszy, a w postaci rysy zgodne z nimi i harmonizujące, pod­ padające pod ten sam wzór, to dopiero byłby widok najpiękniejszy dla każ­ dego, kto u m i e patrzeć? - Bardzo piękny. - A to, co najpiękniejsze, to najwięcej godne kochania? - Jakżeby nie?
być wolna od pierwiastka seksualnego. G d y przychodzi do rozwinięcia tej zasady, Platon pozwala na pieszczoty ojcowskie i zaleca taką dyskrecję w obcowaniu przy ludziach, żeby to nie budziło podejrzeń. To sprawa taktu i d o b r e g o s m a k u . Są to ramy, jak widać, bardzo o b s z e r n e .

D

402 D

Księga III

101

- Więc p r z e d e wszystkim tego typu ludzi kochałby człowiek, który M u ­ zom służy. A gdyby w którym nie było harmonii, tego by nie kochał. - No nie - powiada - gdyby tam w duszy coś nie dopisywało; ale jeżeli tylko w ciele, to by to zniósł i gotów by był kochać. - Ja r o z u m i e m - powiedziałem - że masz alboś zyskał k o c h a n k a takiego E i ja nie m a m nic przeciw t e m u . Ale to mi powiedz czy rozwaga m o ż e iść w parze z rozkoszą bez miary? - Ależ jak? - powiada. - Rozkosz przecie rozum odbiera, nie mniej niż to robi smutek. - A z inną dzielnością idzie taka rozkosz w parze? - Nigdy. - A cóż? A z butą i z rozpustą? 403 - P r z e d e wszystkim. - A umiesz wymienić rozkosz większą i ostrzejszą niźli rozkosz płciowa? - N i e u m i e m - powiada - ani takiej, która więcej rozum miesza. - A czy miłość prawdziwa ma to w swojej istocie, że porządnego i p i ę k n e ­ go człowieka kocha się nie tracąc panowania nad sobą i nie s p r z e n i e w i e ­ rzając się Muzom? - N a w e t i bardzo - powiada. - Więc nie trzeba do prawdziwej miłości wnosić nic z obłąkania ani nic podobnego do rozpusty? - N i e wnosić. - Z a t e m nie wnosić i tej rozkoszy, i niech jej nie kosztują ci, którzy ko- B chają, ani ci, co są przedmiotami miłości, jeżeli mają kochać i znosić miłość tak jak trzeba? - N i e wnosić, na Zeusa, Sokratesie, nie wnosić! - Więc zdaje się, że takie prawo ustanowisz w mieście, które zakładamy, że w o l n o k o c h a ć i obcować z k o c h a n k i e m , i d o t y k a ć go jak syna, bo tak czasem p i ę k n i e , jeśli on nie ma nic przeciw t e m u . A poza tym, jeżeli się ktoś kimś interesuje, tak powinien z nim obcować, aby to nigdy nie wyglą­ dało na zbliżenia dalej idące. Jeżeli nie, to ściągnie na siebie n a g a n ę za C brak kultury i dobrego smaku. - Tak jest - powiada. - Więc czy i ty n i e uważasz - p o w i e d z i a ł e m - że s k o ń c z y ł y się n a s z e myśli o s ł u ż b i e M u z o m . T a m się skończyły, dokąd miały dojść. T r z e b a przecież, żeby służba M u z o m prowadziła do kochania tego, co piękne. Tam jest jej cel ostateczny. - Na to i mój głos oddaję - dokończył. 13 - Otóż drugim z kolei środkiem wychowawczym jest gimnastyka . XIII - N o tak.
Platon wyraźnie zaprzecza p o p u l a r n e j , a jawnie mylnej dewizie Sokołów „w z d r o w y m ciele zdrowy d u c h " i słusznie każe dbać p r z e d e wszystkim o d u s z ę , która sobie ciało j u ż uformuje tak d o b r z e , jak tylko potrafi. Stanowczo zakazuje pijaństwa, a wikt doradza prosty i łatwy do przy­ rządzenia: bez przysmaków i przypraw, aby nie otwierać pola do pracy lekarzom.
13

102 D

Platon, Państwo

403 D

E

- Więc trzeba z jej pomocą też troskliwie kształcić ludzi od dziecięcych lat, przez cale życie. A to się jakoś tak ma. Ale zobacz i ty. Bo m n i e się nie zdaje, żeby, jeśli ktoś ma zdrowe ciało, u tego ono własną mocą wywoły­ wało zdrowie duszy, tylko na odwrót: dusza dobra własną mocą czyni ciało najlepszym jak tylko można. A tobie się jak wydaje? - I m n i e - powiada - tak samo. - Więc m o ż e o duszę naprzód dbajmy jak należy i p o t e m jej zostawmy szczegóły troski o ciało, a sami tylko zarysujmy p e w n e wzory, aby się zbyt długo nie rozwodzić; będzie najlepiej, jeżeli tak zrobimy. - Tak jest. - Więc mówiliśmy, że powinni unikać opilstwa. Bo to k a ż d e m u i n n e m u raczej ujdzie niż strażnikowi, żeby się upił i nie wiedział, co się z nim dzie­ je.

- To by było śmieszne - powiada - żeby strażnik potrzebował strażnika. - A jakże tam będzie z wiktem? Bo ci ludzie to zapaśnicy i stają do za­ wodów największych. Czy nie? - Tak. 404 - Więc czy stan fizyczny atletów podczas treningu byłby o d p o w i e d n i dla nich? - Może być. - Wiesz - powiedziałem - z nim się j e d n a k pewna senność łączy i jakieś to ich zdrowie bardzo n i e p e w n e . Czy nie widzisz, że śpią całe życie i jak się tylko który choć trochę wyłamie z przepisanej diety, to zaraz taki atleta ciężko zaczyna chorować. - Widzę. - Więc tym zapaśnikom w o j e n n y m - d o d a ł e m - trzeba j a k i e g o ś bardziej w y m y ś l n e g o ćwiczenia. Oni p o w i n n i , jak psy, mało spać i m i e ć jak najB bystrzejszy wzrok i słuch, a że na wyprawach muszą często w y t r z y m y w a ć odmiany i wody, i pokarmów, i skwarów, i mrozów, więc ich zdrowie powin­ no być nie takie delikatne. - Wydaje mi się. - Więc czy najlepsza gimnastyka nie byłaby jakoś bliźniaczo p o d o b n a do tej służby Muzom, którąśmy przed chwilą przechodzili? - Jak to myślisz? - Jakaś gimnastyka prosta i przyzwoita, i jak najściślej związana z wojną. - W jakimże sposobie? - Już i od H o m e r a - powiedziałem - można by się takich rzeczy nauczyć. C Wiesz przecie, że na wyprawie, kiedy bohaterowie ucztują, on ich ani ry­ bami nie karmi, chociaż oni są nad morzem, koło H e l l e s p o n t u , ani gotowa­ n y m m i ę s e m , tylko p i e c z o n y m , o k t ó r e żołnierzowi najłatwiej. P r z e c i e ż wszędzie, żeby tak powiedzieć, łatwiej mu ogień rozpalić, niż nosić ze sobą naczynia. - Naturalnie. - Ani o przyprawach, zdaje mi się, H o m e r nigdzie nie wspomina. Ale to

404 C

Księga III

103

i inni ćwiczący się wiedzą, że ciało, k t ó r e ma być w d o b r e j formie, po­ wstrzymywać się musi od wszelkich takich rzeczy. - O dobrze to wiedzą - powiada - i powstrzymują się. - Z a t e m ty, przyjacielu, nie chwalisz, zdaje się, syrakuzańskiej kuchni ani D sycylijskiego bogactwa przysmaków, jeżeli uważasz, że tak być powinno? - Zdaje mi się, że nie. - Z a t e m ganisz zarazem i wdawanie się z d z i e w c z ę t a m i z Koryntu u lu­ dzi, którzy chcą być w dobrej formie? - Ze wszech miar przecież. - Więc i ciastka attyckie, które uchodzą za przysmaki? - Z konieczności. - Z a t e m , gdybyśmy takie (niewłaściwe) odżywianie się i tryb życia przy­ równali do budowania melodii czy do pieśni zawierającej wszelkie możliwe harmonie i wszelkie możliwe rytmy, to porównanie byłoby słuszne? E - Jakżeby nie? - Prawda, tam różnorodność i bogactwo zaszczepiały brak dyscypliny, a te zaszczepiają c h o r o b ę . A prostota w k u l t u r z e d u c h o w e j szczepi w duszach rozwagę, a ciałom zdrowie przynosi. - Święta prawda - mówi. - A k i e d y się rozpusta i choroby w mieście szerzą, czyż nie otwiera się w t e d y wielu g m a c h ó w sądowych i lecznic, i oto zaraz prawo i m e d y c y n a 405 głowy podnoszą i mają miny uroczyste, k i e d y n a w e t wielu ludzi w o l n y c h poważnie im się oddaje? - C z e m u by i nie miały? - A że wychowanie w mieście stoi źle i haniebnie, czy umiałbyś na to po- XIV dać świadectwo bardziej w y m o w n e niż co, że zaczynają poszukiwać lekarzy i sędziów najwybicniejszych nie cylko ludzie oscacniego rzędu i rzemieślni­ cy, ale ci również, kcórzy udają, że się wychowali w klasie ludzi wolnych? B Czy nie uważasz, że to hańba i wielkie świadectwo braku kultury osobistej m u s i e ć się odwoływać do prawa n a r z u c o n e g o przez innych, niby to p a n ó w 14 i sędziów, a nie mieć swoich własnych praw do rozporządzenia? - To - powiada - hańba największa ze wszystkich. - A czy nie myślisz - d o d a ł e m - że jeszcze większa hańba wtedy, k i e d y ktoś nie tylko znaczną część życia spędza w sądzie na skargach i obronach, ale w dodatku objawia mało dobrego smaku i uważa za właściwe popisywać się tym, jak są niebezpieczne jego fałszywe skargi i obrony, jak to on potra­ fi kręcić na wszystkie strony i wszystkie drzwiczki przełazić i wywijać się i wymykać tak, żeby kary uniknąć i to w sprawach drobnych, i bez żadnego znaczenia? Taki nie wie, o ile piękniej s a m e m u sobie życie urządzić i nie potrzebować sędziego, który zasypia nad sprawą. - No nie - powiada - to jeszcze większa hańba niż tamto. - A potrzebować medycyny - d o d a ł e m - i to nie dla ran, albo kiedy spa14 D o b r z e w y c h o w a n y c z ł o w i e k nie p r o c e s u j e się i nie p o t r z e b u j e lekarzy, p o w i a d a P l a t o n w tych rozdziałach, które tryskają h u m o r e m i życiem.

C

104 D

Platon, Państwo

405 D

dnie jakaś sezonowa choroba, ale przez lenistwo i przez taki sposób życia, jakiśmy opisywali, cierpieć na r e u m a t y z m y i wiatry, jak jakieś bagno zbyt p e ł n e , na w z d ę c i a i na katary i z m u s z a ć d o w c i p n y c h s y n ó w Asklepiosa, żeby coraz to nowe nazwy chorób wymyślali, czy to nie wygląda na hańbę? - Rzeczywiście - powiada - te nowe i dziwne nazwy chorób.

- Których - dodałem - nie było za czasów Asklepiosa. To wnoszę stąd, że jego synowie pod Troją nie gniewali się na służącą, k i e d y z r a n i o n e m u E u E rypylosowi dawała pić wino pramnijskie, obficie zasypane mąką jęczmienną 406 z tartym serem w dodatku, co zresztą ma powodować zapalenia, i nie ganili Patroklosa za to leczenie. - A j e d n a k - p o w i a d a - t e n n a p ó j p r z e c i e ż n i e na m i e j s c u dla k o g o ś w tym stanie. - N i e - mówię - jeśli zważysz, że synowie Asklepiosa dawnymi czasy nie bawili się w c h o d z e n i e za chorobą do szkoły - to jest ta m e d y c y n a dzisiej­ sza. Powiadają, że tak nie było przed H e r o d i k o s e m . H e r o d i k o s był nauczycielem gimnastyki, a że był chorowity, więc połączył g i m n a s t y k ę z me­ dycyną i zaczął zadręczać n a p r z ó d i najbardziej siebie s a m e g o , a p ó ź n i e j wielu innych ludzi. - Jakimże sposobem? - powiada. - Urządził sobie - mówię - przewlekłą śmierć. Zaczął c h o d z i ć za swoją chorobą, która była śmiertelna, i on jej uleczyć nie mógł, a że miał dużo w o l n e g o czasu, więc leczył się całe życie, męcząc się, ile razy odstąpił od zwyczajnego trybu. P o n i e w a ż mu jego mądrość u m r z e ć nie dawała, więc dożył późnej starości. C - Więc ładny mu - powiada - p r e z e n t przyniosła umiejętność. - Tak się wydaje - dodałem - temu, który nie wie, że Asklepios nie dlate­ go, ż e b y nie wiedział o tym rodzaju m e d y c y n y albo w niej nie miał do­ świadczenia, nie wskazał jej swoim p o t o m k o m , tylko d l a t e g o to zrobił, bo wiedział, że w dobrze urządzonym p a ń s t w i e każdy ma swoją robotę, którą się musi zajmować, i nikt nie ma czasu na to, żeby się zamęczać lecząc się całe życie. I śmiech powiedzieć, my to widzimy u rzemieślników, a u boga­ tych i niby to szczęśliwych tego nie widać. - Jak to? - powiada. XV D - Bo cieśla, kiedy zachoruje, to uważa, że jak dostanie od lekarza i wypije m i k s t u r ę , to wyrzuci chorobę, albo mu dadzą na przeczyszczenie, albo mu coś wypalą, albo wytną i będzie po chorobie. A gdyby mu ktoś przepisywał przewlekłą d i e t ę i sposób zachowania się, i jakieś okłady na głowę, i co za tym idzie, to on by powiedział, że nie ma czasu chorować i nie opłaci mu się tak żyć, cały czas myśleć o chorobie, a zaniedbywać robotę, która czeka i leży pod ręką. P r ę d k o by się pożegnał z takim lekarzem, wróciłby obiema nogami do zwyczajnego trybu życia, byłby zdrów i żyłby robiąc, co do niego

B

E

406 E

Księga III

105

należy. A gdyby ciało choroby znieść nie mogło, to by umarł i miałby świę­ 15 ty spokój . - T a k - powiada - dla t a k i e g o to z u p e ł n i e o d p o w i e d n i e posługiwać się medycyną w ten sposób. - Czy dlatego - d o d a ł e m - że on miał r o b o t ę , której jeśliby się nie od- 407 dawał, nie opłaciłoby mu się żyć? - Jasna rzecz - mówi. - A bogaty, jak się to mówi, nie ma żadnej takiej roboty, którą gdyby mu­ siał odłożyć, to mu żyć nie warto? - Mówi się, że nie. - Bo ty, widać, n i e s ł u c h a s z F o k y l i d e s a , j a k on mówi, że j a k j u ż j e s t z czego żyć, trzeba się ćwiczyć w dzielności. - Owszem - powiada - byłem tego zdania i przedtem. - N i e spierajmy się z nim o to - d o d a ł e m - tylko się sami nauczmy, czy b o g a t y c z ł o w i e k p o w i n i e n się tym ć w i c z e n i o m o d d a w a ć , i n i e w a r t o żyć takiemu, który ich nie uprawia; czy też pielęgnowanie własnej choroby jest B p r z e s z k o d ą w c i e s i e l s t w i e i w i n n y c h r z e m i o s ł a c h , bo u w a g ę od r o b o t y odwraca i na chorobie ją skupia, a nie przeszkadza wcale iść za wskazówką Fokylidesa? - Ależ, na Zeusa - powiada - przecież to przeszkoda największa taka prze­ sadna troska o zdrowie, nie ograniczająca się do samej tylko g i m n a s t y k i . To przeszkadza, jeżeli chodzi o administrację d o m u i o wyprawę wojenną, i o urzędowanie, które wymaga siedzenia w mieście. - A najgorsze, że to u t r u d n i a uczenie się czegokolwiek niczym skupić myśli, ani się zająć jakąś pracą nad sobą, bo o ból i o zawroty głowy i skargi, że to w s z y s t k o p r z e z gdziekolwiek się ćwiczenia filozoficzne uprawia lub ocenia i nie pozwala na zaraz stąd obawa tę filozofię; więc - a to jest droga C

do dzielności - wszędzie takie usposobienie przeszkadza. Stąd ustawiczne urojenia na tematy chorobowe i ustawiczne kwękania. - Chyba tak - powiada. - Więc czy nie powiemy, że i Asklepios to zrozumiał i dla ludzi zdrowych z natury i żyjących higienicznie, którzy zapadli na jakąś określoną chorobę, ale tylko dla tych i dla takich stanów wskazał sztukę lekarską; z pomocą lekarstw i operacji wyrzucał takie choroby, a przepisywał zwyczajny sposób życia, aby nie zaszkodzić życiu państwowemu. A ciał na wskroś przeżartych chorobą nie próbował z pomocą diet powoli wyczerpywać i znowu ich na­ p e ł n i a ć i w t e n sposób umożliwiać ludziom życie długie, ale złe, i d o p u ­ szczać, żeby mieli, oczywiście, takie samo p o t o m s t w o ; uważał, że nie po­ w i n n o się leczyć człowieka, który nie potrafi sam przeżyć ustalonego okresu, bo to się ani jemu, ani państwu na nic nie przyda. - Więc ty uważasz - powiada - że Asklepios to był polityk.
N i c gorszego, jak n a d m i e r n a troska o zdrowie. N i e leczyć się, tylko żyć higienicznie i myśleć o pracy, a nie pieścić się ze „słabym z d r o w i e m " .
15

D

E

106

Platon, Paaństwo

407 E

- O c z y w i ś c i e - m ó w i ę . - A że on taki był, to czy nie widzisz, jak się i jego synowie na wojnie pod Troją spisywali i praktykowali m e d y c y n ę tak, 408 jak ja mówię? Czy nie pamiętasz, że i Menelaosowi, jak go Pandaros skale­ czył, z tej rany: krew wyssali, a potem łagodnym lekarstwem smarują. A co miał p o t e m pić i jeść, tego mu nie przepisywali; p o d o b n i e jak Eurypylosowi, b o t e l e k a r s t w a wystarczały, ż e b y wyleczyć l u d z i , k t ó r z y p r z e d o t r z y m a n i e m ran byli zdrowi i prowadzili porządny tryb życia. N i e zaszko­ dziło im n a w e t to, że im kazano pić w d a n e j chwili ową m i k s t u r ę , zwaną k y k e o n e m . A człowiek chorowity z natury i żyjący nieporządnie - temu się, uważali, życie nie opłaca - ani j e m u s a m e m u , ani jego życie d r u g i m - nie dla takich powinna być sztuka lekarska i nie trzeba ich leczyć, choćby na­ wet byli bogatsi od Midasa.

B

- To bardzo dowcipni - powiada - są ci synowie Asklepiosa, w e d ł u g twego zdania. XVI - Tak p o w i n n o być - o d p o w i e d z i a ł e m . - Chociaż nie wierzą nam tragicy C i P i n d a r i mówią, że Asklepios był w p r a w d z i e s y n e m Apollona, ale pod wpływem argumentów brzęczących zaczął leczyć człowieka bogatego, który już był śmiertelnie chory. Za to go piorun zabił. Ale my zgodnie z tym, co się p o p r z e d n i o mówiło, nie wierzymy ani w jedno, ani w drugie. Bo jeżeli był synem boga, powiemy, to nie był chciwy na brudny zysk. A jeżeli był chciwy na brudny zysk, to nie był synem boga ' 6 . - To z u p e ł n i e słuszne - powiada - to teraz. Ale o tym co powiesz, Sokra­ tesie? Czy nie trzeba mieć w mieście dobrych lekarzy? A to by byli chyba p r z e d e wszystkim ci, którym by przez ręce przeszło jak najwięcej zdrowych i jak najwięcej chorych. A sędziowie z n o w u tak samo. To ci, którzy by mieli do czynienia z najrozmaitszymi charakterami. - N a w e t i bardzo dobrych mam na myśli - odparłem. - A wiesz, których za takich uważam? - Może byś powiedział - mówi. - Ja spróbuję - odrzekłem. - Ale ty się pytasz równocześnie o dwie rzeczy zgoła niejednakie. - Jakże to? - powiada. - Jeżeli o lekarzy idzie - odpowiedziałem - najtężsi byliby wtedy, gdyby od c h ł o p i ę c y c h lat, o b o k swoich s t u d i ó w specjalnych, mieli do c z y n i e n i a z jak największą ilością ciał, i to jak najbardziej z e p s u t y c h , i gdyby sami wszystkie choroby przechodzili i nie byli zanadto zdrowi z natury. Bo prze­ cież oni - tak uważam - nie leczą cudzych ciał własnym ciałem - w t e d y by im nie wolno było nigdy mieć ciała chorego ani zapadać w c h o r o b ę . Oni
Satyra na lekarzy ukryta w o p o w i a d a n i u o Asklepiosie. Dobry lekarz p o w i n i e n sam na sobie wiele c h o r ó b przejść i obcować jak najbliżej z w i e l o m a chorymi. Dobry sędzia p r z e c i w n i e . T e n nie powinien znać zbrodni z własnego doświadczenia, tylko wiedzieć o niej z zewnątrz.
16

D

E

408 E

Księga III

107

c u d z e ciała leczą własną duszą i tej u nich nie wolno chorować, a gdyby za­ padła i była chora, wtedy niczego dobrze nie uleczy. - Słusznie - powiada. - N a t o m i a s t sędzia, przyjacielu, panuje nad duszami własną duszą. Tej nie wolno od młodości między złymi duszami wzrastać ani obcować z nimi, ani wszystkich zbrodni na sobie samej przechodzić na to, żeby później by­ stro sądzić drugich według siebie, tak jak się o chorobach wnioskuje, kiedy chodzi o ciało. N i e powinna się stykać ani mieć do czynienia ze złymi cha­ rakterami za młodu, aby jej nie plamiły; ona musi być piękna i dobra, jeżeli ma zdrowo sądzić o tym, co sprawiedliwe. Dlatego przyzwoici chłopcy wy­ dają się prostoduszni i łatwo ich niegodziwcy wywodzą w pole, bo oni nie mają w s o b i e s a m y c h p r z y k ł a d ó w na p o s t a w y d u c h o w e p o d o b n e j a k u chłopców złych. - Rzeczywiście - powiada - właśnie taki jest ich los. - Dlatego - ciągnąłem dalej - nie młodym, ale starcem powinien być do­ bry sędzia; takim, co to się późno nauczył, jak wygląda niesprawiedliwość. N i e przez to, żeby widział własną, schowaną we własnej duszy, ale przez to, że spostrzegał cudzą w duszach drugich i długi czas usilnie się uczył rozpo­ znawać istotę zła, posługując się wiedzą, a nie osobistym doświadczeniem. - Najlepsze warunki naturalne - powiada - zdaje się mieć taki sędzia. - I taki byłby dobry - dodałem - a tyś się właśnie o to pytał. Bo kto ma d u s z ę dobrą, ten jest dobry. A t a m t e n kuty na cztery nogi i podejrzliwie s p o d e łba patrzący, który sam niejedną z b r o d n i ę ma za sobą, a zdolny jest do wszystkiego i uważa się za mądrego, jak długo obcuje z p o d o b n y m i do siebie, tak długo wydaje się też zdolny i mocny, bo się przed k a ż d y m ma na baczności; ma na oku przykłady w samym sobie. A jak się już zbliży do ludzi lepszych i starszych, to znowu się okazuje naiwny, bo objawia brak zaufania nie na swoim miejscu i nie poznaje się na ludziach porządnych, bo nie ma przykładów na coś p o d o b n e g o . A że częściej miewał do czynienia

409

B

C

D

ze zbrodniarzami niż z ludźmi przyzwoitymi, więc się wydaje sobie s a m e m u i drugim raczej mądry niż głupi. - To ze wszech miar prawda - powiedział. - Z a t e m nie takiego człowieka trzeba szukać na sędziego, jeżeli sędzia XVII ma być dobry i mądry, tylko poprzedniego. Bo zły charakter nigdy poznać nie potrafi ani dzielności, ani siebie samego. A dzielność, jeśli się jej natu­ ralne założenia kształcą, z czasem z d o b ę d z i e sobie w i e d z ę o sobie samej E i o złym c h a r a k t e r z e . Więc taki człowiek, uważam, dojdzie do mądrości, a zły nie dojdzie 17 . - I m n i e się tak zdaje - powiada. - Z a t e m i m e d y c y n ę , którąśmy opisali, wraz z tak pojętą umiejętnością
17 N i e leczyć z b y t n i o ludzi c h o r o w i t y c h , a n i e p o p r a w n y c h z b r o d n i a r z y p o w i n n o się zabijać. G i m n a s t y k ę uprawiać nie dla rozwoju s a m e g o ciała, tylko żeby w sobie rozbudzić t e m p e r a m e n t . G i m n a s t y k a sama, bez kultury literackiej i artystycznej, prowadzi do nieokrzesania i brutalności, a s a m a kultura d u c h o w a bez g i m n a s t y k i rodzi brak energii i hartu. T r z e b a więc j e d n o łączyć z drugim: g i m n a s t y k ę ze służbą M u z o m .

108

Platon, Państwo

410 A

410 sędziowską w naszym mieście prawem ustanowisz i one będą służyły oby­ w a t e l o m , których i ciała, i dusze będą u d a n e . A których by nie, to, jeśli ciała będą mieli liche, tym pozwoli się umrzeć, a których by dusze były złej natury i nieuleczalne, tych będą sędziowie skazywali na śmierć. - To przecież najlepsze - powiada - i dla tych skazanych, i dla państwa. Tak widać. - A ludzie młodzi - ciągnąłem dalej - jasna rzecz, że będą się wystrzegali zwracania się do władzy sądowej: wystarczy im ta prostota duszy i kultura w e w n ę t r z n a w s ł u ż b i e u M u z w y r o b i o n a , k t ó r a , mówiliśmy, z a s z c z e p i a w duszach rozwagę. - N o , tak - powiada. B - A jeśli człowiek kulturalny będzie gimnastykę uprawiał po tych samych śladach idąc, które w służbie u M u z poczynił, to czy nie dojdzie do tego, żeby się obchodzić bez medycyny, aż chyba tylko w ostateczności? - Tak mi się wydaje. - S a m e zaś ćwiczenia gimnastyczne i trudy będzie podejmował mając na oku rozbudzenie swego wrodzonego t e m p e r a m e n t u . Dla rozbudzenia w so­ bie szlachetnego zapału raczej będzie się trudził niż dla zdobycia siły. Więc nie tak, jak inni zapaśnicy, nie dla zdobycia siły będzie normował swe po­ karmy i podejmował wysiłki. - Z u p e ł n i e słusznie - powiada. - A czyż i ci - d o d a ł e m - G l a u k o n i e , którzy w p r o w a d z i l i w y c h o w a n i e C z pomocą służby Muzom i gimnastyki, nie tym się motywem kierowali, któ­ ry im t e ż n i e j e d e n przypisuje, ż e b y t y m d r u g i m ś r o d k i e m s ł u ż y ć ciału, a pierwszym służyć duszy? - Ale jak właściwie? - zapytał. - Bodaj że te oba środki wychowawcze mają p r z e d e wszystkim d u s z ę na oku. - Jakże to? - Czy nie uważasz, jaką postawę w sferze ściśle d u c h o w e j przyjmują ci, k t ó r z y się całe życie g i m n a s t y k ą zajmują, a nie próbują s ł u ż y ć M u z o m ? I którzy mają postawę przeciwną? D - O czym ty mówisz właściwie? - powiada. - O dzikości i szorstkości, a z drugiej strony o miękkości i łagodności odrzekłem. - Ach tak - powiada. - Że ci, co się samą tylko gimnastyką zajmują, robią się dziksi, niż potrzeba, a którzy służbą u Muz, stają się mięksi, niżby im z tym było do twarzy. - Tak jest - dodałem - to wrodzony t e m p e r a m e n t i szlachetny zapał robi tę dzikość. Gdyby go należycie kształcić, on by przeszedł w odwagę, a kie­ dy go się przeciągnie bardziej, niż potrzeba, mogą się z niego zrobić rysy twarde i przykre; to łatwo zgadnąć. E - Zdaje mi się - powiada. - No cóż? A łagodność, czy to nie byłby rys natury lgnącej do mądrości?

410 E

Księga III

109

Jak się ten rys rozwinie zanadto, przechodzi w miękkość nadmierną, a pod wpływem dobrego wychowania dałby łagodność człowieka zrównoważonego wewnętrznie? - Jest tak. - A mówimy, że strażnicy powinni mieć te oba rysy w naturze? - Powinni przecież. - I prawda, że one powinny z sobą harmonizować? - Jakżeby nie? - I jeśli u kogoś ta h a r m o n i a jest, to jego d u s z a j e s t i rozwagi p e ł n a , 411 i odważna? - Tak jest. - A kiedy tej harmonii brak, wtedy tchórzliwa i dzika? - I bardzo. - Nieprawdaż? Jeżeli się ktoś podda fletowym czarom muzyki i pozwoli, XVIII żeby mu ona przez uszy jak przez lejek zalewała duszę tymi, o których się niedawno mówiło, harmoniami pełnymi słodyczy i miękkości, i łkania, i całe życie nic, tylko kwili cicho albo leci w n i e b o na skrzydłach muzyki, ten na razie, jeśli miał w sobie trochę szlachetnego zapału, zmiękcza go jak B żelazo i teraz można z niego coś zrobić - on p r z e d t e m był za twardy, a więc do niczego; jeżeli j e d n a k ktoś tak wciąż i wciąż te czary nad własną duszą odprawia, to mu się t e m p e r a m e n t zaczyna topić i rozlewać; w końcu wyta­ pia się całkiem i t e n - jakby sobie z duszy nerwy i ścięgna wyciął - zrobi z siebie kopijnika na miękko 18 . - Tak jest - powiada. - I jeżeli to - dodałem - trafi na człowieka bez t e m p e r a m e n t u już z natu­ ry, proces p r ę d k o dobiega do końca, a jeżeli na kogoś z t e m p e r a m e n t e m , taki sobie serce osłabia i wyrabia sobie t e m p e r a m e n t porywisty i pod wpływ e m drobiazgów od razu się drażni i zaraz znowu gaśnie. Pasjonaci stąd się biorą i gniewliwe zrzędy. - Całkiem tak. - No cóż? A jeżeli się ktoś gimnastyką dużo zajmuje, robi wysiłki i od­ żywia się bardzo dobrze, a muzyki i filozofii nie tyka, to na razie, czując się d o b r z e fizycznie, czyż nie nabiera pewności siebie i jakoś mu serca przy­ rasta i robi się odważniejszy, niż był? - N a w e t i bardzo. - No cóż? Ale jak się niczym i n n y m nie zajmuje i nie obcuje z Muzą w żadnym sposobie, to choćby tam i było u niego w duszy trochę zamiłowania do wiedzy, to j e d n a k , jeśli ono n a u k i ż a d n e j i żadnych z a g a d n i e ń nie kosztuje, ani się myślą żadną nie zabawia, ani innym kulturalnym zajęciem, to zaczyna słabnąć, robi się głuche i ślepe, bo go nic nie budzi i nie odży­ wia i kurzem przypadają jego spostrzeżenia.
18 Kształcić trzeba i t e m p e r a m e n t , i u m i ł o w a n i e mądrości, i tak k a ż d e z nich potęgować, wzglę­ d n i e o p a n o w y w a ć , ż e b y d o b r z e r a z e m współbrzmiały. D o p i e r o t e h a r m o n i j n e typy będą się nadawały do rządów w państwie idealnym.

C

D

110

Platon, Państwo

411 D

- Tak jest - powiada. - Taki się staje wtogiem intelektu i kultury duchowej; już nie potrafi ni­ c z e g o s k u t e c z n i e d o w o d z i ć w dyskusji, p o c z y n a sobie po b a r b a r z y ń s k u E i c h c e g w a ł t e m d o c h o d z i ć w s z y s t k i e g o jak d z i k i e z w i e r z ę ; w g ł u p o c i e i w nieokrzesaniu, bez rytmu i bez wdzięku życie pędzi. - Ze wszech miar - powiada - to tak jest. - P o n i e w a ż są dwa takie pierwiastki w człowieku, więc jakiś bóg, miał­ bym o c h o t ę powiedzieć, dał ludziom dwie umiejętności: m u z y k ę i gimna­ stykę; dla t e m p e r a m e n t u i dla umiłowania mądrości. N i e dla ciała i dla du­ szy, chyba tylko ubocznie, ale dla tych dwóch pierwiastków, aby z sobą har­ monizowały i trzeba każdy z nich podciągać lub opuszczać, pokąd nie będą 412 współbrzmiały tak, jak trzeba. - Tak to wygląda - powiedział. - Z a t e m , kto najpiękniej gimnastykę ze służbą M u z o m pomiesza i w naj­ lepszej mierze t e n napój duszy podać potrafi, o tym może najsłuszniej po­ wiemy, że posiada najwyższą k u l t u r ę osobistą, jaką służba M u z o m kształci, i że najlepszą harmonię osiągnął; o wiele bardziej niż ten, który struny do­ strajać potrafi. - No pewnie, Sokratesie - powiedział. B - Więc i w państwie będzie nam, G l a u k o n i e , zawsze p o t r z e b a kogoś ta­ kiego na czele, jeżeli nasz ustrój ma trwać? 1 9 - Będzie potrzeba i to najbardziej, jak tylko można. XIX - Więc to by były typy wychowania duchowego i fizycznego. Bo po cóż jeszcze mówić szeroko o tańcach tak prowadzonej młodzieży, o polowaniach z psami czy bez psów, o zawodach gimnastycznych i o wyścigach konnych? To już jest dość jasne, że te rzeczy muszą się stosować do poprzednich i już teraz n i e t r u d n o samemu tego dojść. - Może być - powiada - że nietrudno. - No dobrze - mówię. - A następnie czym byśmy się powinni zająć? nie tym, którzy z nich będą rządzili, a którzy będą rządzeni?
19

Czy

Rządzić w państwie powinna elita, wybrana spośród wojska, ludzie najbardziej przywiązani do państwa, we własnym interesie. Tak j u ż trzeba powiązać interes państwa z i n t e r e s a m i rządzą­ cych, żeby dbając o państwo, dbali tym s a m y m o własną sprawę. Tu przypominają się żywo myśli T r a z y m a c h a z księgi pierwszej. I znowu widać, że nie wszystko, co mówił Trazymach, chciał Pla­ ton podać na pośmiewisko. P a ń s t w o w o t w ó r c z a postawa elity m u s i być n i e w z r u s z o n a , ich p r z e k o n a n i a muszą być n i e ­ o d p a r t e , n i e z ł o m n e . I tu bardzo interesująca refleksja o rodzajach zmiany p r z e k o n a ń ludzkich. C h ę t n i e dobrowolnie pozbywamy się przekonań, jeśli je zaczynamy uważać za m y l n e . W t e d y od­ padają s a m e , gasną a u t o m a t y c z n i e . N i e c h ę t n i e , w b r e w woli, pozbywamy się p r z e k o n a ń uważa­ nych dalej za prawdziwe. Właściwie ten w y p a d e k nie jest możliwy w ogóle i Platon też nie sądzi, żeby k t o k o l w i e k potrafił pozbyć się p r z e k o n a n i a jakiegoś wbrew woli, a uważał je dalej za praw­ dziwe, tylko nie za własne. On mówi tylko o takich wypadkach, w których p o z b y w a m y się jakie­ goś p r z e k o n a n i a prawdziwego, wcale o nim nie myśląc albo uważając je niesłusznie od p e w n e g o czasu za m y l n e . To się dzieje pod wpływem z a p o m n i e n i a , sugestii albo c z y n n i k ó w uczuciowych: pragnień d o d a t n i c h lub ujemnych. (Pragnienie d o d a t n i e = pragnę, żeby się coś stało. P r a g n i e n i e u j e m n e - pragnę, żeby się coś nie stało). Tak się dzieje naprawdę. Warto t e ż zwrócić uwagę, że ten u s t ę p zawiera ważną i dziś definicję prawdziwości sądów.

412 B

Księga III

111

- No może. - Że ci, co rządzą, powinni być starsi, a rządzeni młodsi, to jasne? - Jasne. - I że to ma być elita spośród nich? - I to. - A spośród rolników elita - czy to nie ci, co najlepiej pola uprawiają? - Tak. - A teraz, skoro to ma być elita spośród wojska, to czy nie mają to b y ć najlepsi strażnicy państwa? - Tak. - N i e p r a w d a ż ? P o w i n n i być do tego celu r o z u m n i i w d o d a t k u z d o l n i troszczyć się o losy państwa? - Jest tak. - A każdy gotów się najwięcej troszczyć o to, co by właśnie kochał. - Z konieczności. - A kochałby najbardziej to, co by jego z d a n i e m d o b r z e wychodziło na tym samym, co i jemu służy, i gdyby uważał, że na powodzeniu tego czegoś i on sam najlepiej wyjdzie, a nie na odwrót.

C

D

- Tak jest - powiada. - Zaczem wybrać nam wypadnie spośród innych strażników takich, którzy, gdy się im przyjrzymy badając, będą nam najwięcej wyglądali na to, że będą cale życie gotowi z największą chęcią spełniać to, co by uważali za korzystne dla państwa, a co nie, tego w żaden sposób robić nie zechcą. E - Tacy się nadają - powiada. - Wydaje mi się, że trzeba mieć takich ludzi na oku we wszystkich kla­ sach wieku i uważać, czy potrafią stać na straży tej zasady i ani pod wpły­ w e m czarodziejskich sugestii, ani pod wpływem gwałtu nie wyrzucą za płot i nie zapomną zasady, że należy robić to, co dla państwa najlepsze. - O jakim ty mówisz wyrzucaniu za płot? - Ja ci p o w i e m - d o d a ł e m . - Ja m a m wrażenie, że p r z e k o n a n i a wynoszą się z duszy dwojako: j e d n e ją opuszczają dobrowolnie, a drugie wbrew na­ szej woli. Dobrowolnie pozbywamy się przekonań mylnych - to wtedy, gdy się c z ł o w i e k c z e g o ś n a u c z y i d l a t e g o z m i e n i a p o p r z e d n i e p r z e k o n a n i e . 413 A wbrew woli pozbywamy się wszystkich przekonań prawdziwych. - J a k to j e s t z t y m d o b r o w o l n y m w y z b y w a n i e m się, to r o z u m i e m , ale o tym niedobrowolnym chciałbym się nauczyć. - No cóż? Czy i ty nie uważasz, że tego, co d o b r e , l u d z i e pozbywają się w b r e w woli, a tego, co złe, c h ę t n i e ? A czyż nie jest złem pozostawać w błę­ dzie i nie znać prawdy, a d o b r e m wydawać sądy prawdziwe? Czy nie wydaje ci się, że wydawać sądy prawdziwe to myśleć, że istnieje to, co istnieje? - Owszem - powiada - ty słusznie mówisz i wydaje mi się, że ludzie nie pozbywają się sądów prawdziwych dobrowolnie. - Nieprawdaż, robią to tylko pod wpływem oszukaństwa, czarodziejskich zabiegów albo gwałtu?

112

Platon, Państwo

413 A

B

- Jeszcze i teraz - powiada - nie rozumiem. - M o ż e być - dodaiem - że ja mówię trochę stylem tragedii. Oszukani to są ci, k t ó r y m się i n n e p r z e k o n a n i a poddaje, i ci, co zapominają. J e d n y m czas po cichu p e w n e przekonania zabiera, a drugim w y m o w n e słowo je wy­ biera po cichu - sami nie wiedzą, jak i kiedy. Teraz może rozumiesz? - Tak. - A gwałt cierpią w moim rozumieniu ci, których jakiś ból albo męka do zmiany przekonań zmusza. - I to - powiada - zrozumiałem, i ty słusznie mówisz.

C

- A czarodziejskim zabiegom - myślę, że i ty sam byś powiedział - ulega­ ją ci, którzy zmieniają przekonania albo pod wpływem uroku jakiejś przy­ jemności, albo pod wpływem jakiegoś strachu, dlatego że się czegoś boją. - Bo na czary wygląda wszystko - dodał - co nas w błąd wprowadza. - Więc, jak m ó w i ł e m p r z e d chwilą, t r z e b a szukać t a k i c h , co najlepiej w sobie samych potrafią stać na straży tej zasady, że powinni zawsze robić to, co w k a ż d y m w y p a d k u b ę d z i e , w e d ł u g ich zdania, najlepsze dla pań­ stwa. I trzeba mieć na nich oko już zaraz od chłopięcych lat i zadawać im zadania, przy których najłatwiej z a p o m n i e ć o tej zasadzie i dać się uwieść. Który objawj dobrą p a m i ę ć i uwieść się nie da, tego wybrać, a który nie, tego odrzucić. Czy nie tak? 2 0 - Tak. - Zadawać im trudy p e w n e też i męki, i zawody im urządzać, przy czym na to samo trzeba zwracać uwagę. - Słusznie - powiada.

XX

D

- Nieprawdaż? - dodałem - trzeba im trzeci rodzaj współzawodnictwa też urządzić: p r ó b ę odporności przeciw czarom, i patrzeć. Tak jak się źrebaki E wyprowadza między hałasy i zgiełk, aby zobaczyć, czy nie są płochliwe, tak i m ł o d y c h ludzi trzeba wprowadzać w jakieś sytuacje straszne i znowu ich przerzucać w przyjemne, badając ich uważniej, niż się złoto w ogniu bada, czy który nie ulega czarowi sugestii i czy swój przyzwoity wygląd w każdej sytuacji zachowa, okaże się dobrym strażnikiem siebie samego i tej kultury osobistej, jaką ze służby M u z o m wyniósł, czy objawi t a k t i h a r m o n i ę we­ w n ę t r z n ą . Taki p o w i n i e n być m ł o d y człowiek, jeżeli m a sobie s a m e m u i p a ń s t w u przynieść jak największy pożytek. Jeżeli któryś o d b ę d z i e takie 414 próby i pośród chłopców, i między młodzieżą, i jako człowiek dojrzały, a za­ wsze z nich wyjdzie bez zarzutu, to oddać mu władzę nad m i a s t e m i straż i obsypać go zaszczytami za życia i po śmierci - niech ma grobowce i po20

Do elity rządzącej dostawać się powinni młodzi wojskowi, zależnie od wyniku e g z a m i n ó w i te­ stów p r a k t y c z n y c h , które by wystawiały na p r ó b ę ich postawę państwowotwórczą. Rządzący na­ zywać się powinni strażnikami doskonałymi, p o n i e w a ż obowiązkiem ich byłoby m i e ć o k o na wro­ gów i p i l n o w a ć w ł a s n y c h o b y w a t e l i . R e s z t a w o j s k o w y c h to pomocnicy r z ą d u , z b r o j n e r a m i ę władzy.

414 A

Księga III

113

mniki jak największe w nagrodę. Tak mi się jakoś - d o d a ł e m - mój Glau­ konie, przedstawia wybór i ustanawianie władców i strażników, jeżeli mówić 0 tym w zarysie, a nie szczegółowo. - I m n i e się - powiada - te rzeczy jakoś tak przedstawiają. - Więc czy naprawdę nie byłoby rzeczą najsłuszniejszą nazywać takich lu­ dzi strażnikami d o s k o n a ł y m i , bo mają czuwać i nad nieprzyjaciółmi z ze- B wnątrz, i nad przyjaciółmi wewnątrz miasta, aby tamci nie zechcieli - a ci tutaj żeby nie mogli - robić coś złego. A tych młodych, którycheśmy dotąd s t r a ż n i k a m i nazywali, nazwać p o m o c n i k a m i , czeladzią rządu, ona p o m a g a wykonywać to, co rządzący postanowią. - Tak mi się wydaje - powiada. - A czy b y ł o b y to możliwe, ż e b y ś m y tak wybrali j e d e n z tych fałszów XXI wskazanych, o których się niedawno mówiło; gdyby tak wybrać jakiś lepszy 1 tym fałszem w p ł y n ą ć p r z e d e wszystkim na samych rządzących, a jeśliby C nie szło, to na resztę państwa? - Jakiż to - powiedział. - To nic nowego - mówię - to jakaś bajka fenicka, dawniej bardziej roz­ powszechniona, jak mówią poeci i wmawiają to w kogo można, ale u nas się to nie działo i n a w e t nie wiem, czy się dziać mogło. A żeby to w kogoś wmówić, trzeba by wielu słów 2 1 . - Zdaje się, że ty się wahasz, czy ją powiedzieć, czy nie. - Jak powiem, to zobaczysz, żem się słusznie wahał. - Mów - powiada - nic się nie bój! D - To mówię. Chociaż nie wiem, skąd wziąć odwagę i jakich użyć słów, kiedy spróbuję naprzód samych rządzących inspirować i żołnierzy, a p o t e m i resztę państwa, że to, jakobyśmy ich utrzymywali i wychowywali, to im się t y l k o tak w y d a w a ł o . Wszystko, co się z nimi i koło nich działo, to były niby tylko sny, a n a p r a w d ę oni byli w t e d y pod ziemią i w jej w n ę t r z u for­ mowani i żywieni, oni sami oraz ich broń i inny sprzęt wyrobiony, a k i e d y E już całkowicie byli wykonani, wtedy ich ziemia, jako matka, na świat wyda­ ła. W i ę c t e r a z , p o n i e w a ż to ich m a t k a j e s t i k a r m i c i e l k a - ta z i e m i a , w k t ó r e j mieszkają - p o w i n n i o nią d b a ć i b r o n i ć jej, g d y b y ją k t o ś naW bajce o synach ziemi stara się Platon nakłonić obywateli swojego państwa do wzajemnej przyjaźni i do obrony kraju, ponieważ ziemia, w której mieszkają, jest ich wspólną matką i karmi­ cielka. Zatem próbuje oprzeć uczucia społeczne na uczuciach rodzinnych. Sposób najczęściej używany. Jednakże słuchający powinni by w tej chwili zapomnieć, że synami ziemi są nie tylko oni sami, ale ci nachodzący ich nieprzyjaciele tak samo. To są też ich bracia i między braćmi by­ wają stosunki trudne do zniesienia. Najgorzej być bratem młodszym i słabszym, bo z racji brater­ stwa trzeba ustępować braciom starszym, silniejszym, uprzywilejowanym. Oni nawet zwykle na to liczą z góry i nieraz w imię braterstwa żądają ustępstw od braci słabszych. W państwie platońskim też mają być bracia starsi, uprzywilejowani, lepszego gatunku, i bracia gorszego gatunku. Rządzący to czyste złoto, wojsko to srebro, a rolnicy i rzemieślnicy to brąz i żelazo. Zatem trzy lub cztery kasty różniące się godnością. Rząd rzemieślniczo-chłopski byłby zgubą dla państwa. Rządzić powinien egzaminowany zespół ludzi o najwyższym, specjalnym wy­ kształceniu. Więc to ma być państwo urzędnicze. Awans z kasty niższej do wyższej jest możliwy, podobnie jak degradacja z wyższej do niższej.
21

114

Platon, Państwo

414 E

chodził, a inni obywatele to są ich bracia, bo to też synowie ziemi, więc się ich d o b r e m interesować powinni. - N i e bez powodu - powiada - tyś się wstydził mówić nieprawdę. 415 - To bardzo proste - p o w i e d z i a ł e m . - A j e d n a k posłuchaj i reszty t e g o mitu. Wy tu wszyscy w państwie jesteście braćmi, tak b ę d z i e m y im dalej ten mit opowiadali, ale bóg, który was formował, wpuścił w okresie powsta­ wania i w m i e s z a ł t r o c h ę złota w tych z was, którzy są zdolni do rządów. D l a t e g o oni są najcenniejsi. A w p o m o c n i k ó w s r e b r o . A ż e l a z o i brąz w rolników i w tych, co inne uprawiają rzemiosła. Więc ponieważ wszyscy j e s t e ś c i e j e d n e j krwi, dlatego najczęściej macie p o t o m k ó w p o d o b n y c h do B was samych, ale bywa, że się ze złotego może urodzić ktoś srebrny albo ze s r e b r n e g o złoty i tam dalej; wszelkie są możliwe wypadki w tę i w tamtą stronę. Z a t e m rządzącym p r z e d e wszystkim i najbardziej przykazuje bóg, żeby niczego tak dobrze nie pilnowali i przy niczym tak uważnie na straży nie stali, jak koło własnych p o t o m k ó w ; patrząc, która z tych c z t e r e c h do­ m i e s z e k świeci w duszy każdego, i jeżeliby się im urodził p o t o m e k z do­ mieszką brązu lub żelaza, to się nie powinni w żaden sposób unosić litością, C ale oceniać tę naturę tak, jak ją cenić trzeba, i zepchnąć go na rzemieślnika albo na rolnika. A gdyby się znowu pośród nich urodził ktoś z domieszką złota albo srebra, oni to ocenią i podniosą jednych do straży, a drugich do hufców pomocniczych; bo wyrocznia powiedziała, że państwo u p a d n i e wte­ dy, gdy go będzie strzegł strażnik żelazny albo strażnik z brązu. Ż e b y oni w ten mit uwierzyli, czy masz na to jaki sposób?

- N i g d y - powiada - żeby uwierzyli oni sami. Ale gdyby chociaż ich sy­ nowie i wnuki, i inni ludzie, którzy kiedyś przyjdą. - I to też byłoby dobrze - dodałem - więcej by się wtedy troszczyli o pań­ stwo i o siebie nawzajem, ja mniej więcej rozumiem, co ty masz na myśli. XXII Tak; to będzie tak lub inaczej, zależnie od tego, jak tradycja tę bajkę po­ prowadzi. My tymczasem tych synów ziemi uzbroimy i wyprowadzimy na plac z d o w ó d c a m i na czele. Jak się zejdą, niech się rozejrzą po mieście, w którym by miejscu najlepiej obóz urządzić, skąd by i swoich najłatwiej poskramiać mogli, gdyby który nie chciał praw słuchać, i skąd by zewnętrz­ nych nieprzyjaciół najlepiej mogli o d p i e r a ć , jeżeliby jakiś wróg nadciągał E niby wilk na trzodę. A jak obóz rozbiją i złożą ofiarę, k o m u trzeba, niech sobie urządzą kwatery. Czy jak? - N o , tak - powiada. - Nieprawdaż? Takie, które podczas mrozu kryją, a na lato też odpowie­ dnie? - Jakżeby nie? Ty zdaje się mówisz o pewnych mieszkaniach? - T a k jest - p o w i e d z i a ł e m . - O m i e s z k a n i a c h wojskowych, a nie o mie­ szkaniach finansistów. 416 - A j a k ż e się ma z n o w u - p o w i a d a - to r ó ż n i ć , t w o i m z d a n i e m , od tamtego? - Ja ci spróbuję powiedzieć - dorzuciłem. - Najgorsze to ze wszystkiego

D

416 A

Księga III

115

i największa hańba dla pasterzy, jeżeli takie mają psy i tak je prowadzą - to przecież pomocnicy przy trzodach - że skutkiem bezkarności i swawoli albo z głodu, albo pod wpływem jakiegoś innego złego nawyku same psy zaczy­ 22 nają owcom dogryzać i robią się nie jak psy, ale jak wilki . - To straszne - powiada - jakżeby nie? - Więc trzeba się strzec wszelkimi sposobami, żeby nam pomocnicy czegoś p o d o b n e g o nie urządzili z obywatelami, w o b e c tego że są od nich sil­ niejsi, i zamiast, żeby byli łagodnymi sprzymierzeńcami, nie stali się podob­ ni do panów pełnych dzikości. - Trzeba się strzec - powiada. - Nieprawdaż? Najlepszą ochroną przeciw t e m u byłoby to, że są rzeczy­ wiście dobrze wychowani. - Ależ są - powiada. A ja d o d a ł e m : - O to się n i e w a r t o s p i e r a ć , k o c h a n y G l a u k o n i e . A o t o , cośmy przed chwilą mówili, warto, że powinni odebrać wychowanie właściwe w s z y s t k o j e d n o , j a k i e b y o n o b y ł o - jeśli mają m i e ć w a r u n e k n a j w i ę k s z y łagodności w stosunku do siebie samych i do tych, których strzegą. - I to słuszne - powiada. - Więc oprócz takiego wychowania, powiedzieć by mógł człowiek myślą­ cy, powinni mieć mieszkania i resztę majątku taką, żeby im to nie przeszka­ dzało być jak najlepszymi strażnikami oraz ż e b y ich to nie p o d n i e c a ł o do krzywdzenia innych obywateli. - I on prawdę powie. - Więc zobacz - d o d a ł e m - czy m o ż e j a k o ś w taki sposób p o w i n n i żyć i mieszkać, jeżeli mają być takimi. Po pierwsze, żaden z nich nie powinien m i e ć ż a d n e g o o s o b i s t e g o majątku, chyba ż e n i e z b ę d n a k o n i e c z n o ś ć . P o drugie, d o m u i spichrza nie p o w i n i e n ż a d e n z nich m i e ć ani ż a d n e g o ta­ kiego pomieszczenia, do którego by nie mógł wejść każdy, kto by chciał. A na u t r z y m a n i e , j a k i e g o p o t r z e b u j ą z a p a ś n i c y w o j e n n i u m i a r k o w a n i i o d w a ż n i , p o w i n n i od i n n y c h obywateli o t r z y m y w a ć żołd w e d ł u g taksy. Tak wielki, żeby im nic z niego nie zostawało na następny rok, ani żeby im nie brakło. A będą się stołowali we wspólnym lokalu, jak na wyprawie wo­ jennej, i będą żyli wspólnie. A co do złota i srebra, to powiedzieć im, że je mają w boskim g a t u n k u w duszy, więc im nie potrzeba ludzkiego i n a w e t
22 Kasta wojskowych wydaje się n i e b e z p i e c z n a dla p o m y ś l a n e g o ustroju. Wojskowi mają b r o ń w ręku, mogą się narzucić na władców i p r z e p ę d z i ć rząd egzaminowany. Ż e b y t e g o nie zrobili, trzeba ich wychować o d p o w i e d n i o , to raz, a po drugie dać im mały żołd na u t r z y m a n i e przyzwoi­ te, c h o ć s k r o m n e , a nie d o p u ś c i ć ich do ż a d n e g o k o n t a k t u ze z ł o t e m , aby na nie a p e t y t u nie na­ brali. T r z e b a w nich wmówić, że p i e n i ą d z e to coś poniżej ich godności. A że nie każdy g o t ó w w to uwierzyć, więc u d o s t ę p n i ć ich mieszkania kontroli p u b l i c z n e j , aby po cichu nie gromadzili skarbów, co zaostrzać zwykło chciwość ludzką. Wspólny stół im urządzić i w s p ó l n e koszary, jak w Sparcie. Ż a d n y c h resztówek, ż a d n y c h kolonii, ż a d n y c h działek. Aby myśleli tylko o służbie, a nie o powiększaniu majątków.

B

C

D

E

Platon nie ma zbyt wielkiego zaufania do natury ludzkiej i wie, że ludzie sami z własnej ocho­ ty nie urządzą państwa, k t ó r e by mu się podobało. Więc chciałby na nich działać wymową, a wy­ mowie p o m a g a ć p r z y m u s e m i ścisłą kontrolą. T e c h n i k a bardzo współczesna - w zasadzie.

116

Platon, Państwo

417 A

417 by się nie godziło, gdyby się tamto złoto miało od przybytku tutejszego pla­ mić i z nim mieszać, bo z pieniądzem ludzkim wiąże się wiele brudu i niegodziwości, a ich złoto n i e c h b y zostało n i e s p l a m i o n e . Im j e d n y m tylko w całym państwie nie wolno by było złota brać do ręki, ani by się im godzi­ ło tykać złota i srebra, ani być z nim pod j e d n y m d a c h e m , ani je m i e ć na sobie, ani pić z naczyń srebrnych albo złotych. W ten sposób byliby ocaleni sami i ocalone byłoby miasto. Jeżeli oni posiędą ziemię na własność i domy, i pieniądze, to porobią się B z nich gospodarze i rolnicy, zamiast strażników. I staną się panami i wroga­ mi innych obywateli, a nie sprzymierzeńcami. Będą nienawidzili drugich, a d r u d z y ich, i będą nastawali na drugich, a d r u d z y na nich, te zasadzki w z a j e m n e wypełnią im całe życie. O wiele więcej i bardziej będą się bali wrogów w e w n ę t r z n y c h niż z e w n ę t r z n y c h , a to już b ę d z i e krótka droga do zguby ich własnej i do zguby reszty państwa. Więc z tych wszystkich powodów - dodałem - zgodzimy się, że tak trzeba zorganizować strażników, jeżeli chodzi o mieszkanie i o inne sprawy, i to my prawem ustalimy. Czy nie? - Tak jest - powiedział Glaukon.

KSIĘGA CZWARTA
Podchwycił to Adejmant i powiada: - A co byś tak, Sokratesie, powiedział 419 na swoją o b r o n ę , g d y b y ci k t o zarzucił, że jakoś nie b a r d z o są u c i e b i e szczęśliwi ci ludzie - tak jak ich tworzysz - i to sami sobie winni. Bo tak naprawdę, to państwo należy do nich, a oni z tego państwa żadnego dobra nie poliżą, jak to inni, co to sobie dobra ziemskie kupują i stawiają pałace, p i ę k n e i wielkie, i odpowiednie do nich sobie sprawiają urządzenia, i ofiary b o g o m składają i n d y w i d u a l n e , i gości przyjmują, i to też, o czym p r z e d chwilą mówiłeś: mają złoto i srebro, i wszystko, co, wiadomo, powinni mieó ludzie, którzy mają być szczęśliwi. Tylko po prostu, powiedzieć by mógł 420 ktoś, wyglądają na wojsko zaciężne: siedzą w tym mieście i nic, tylko straż pełnią. - Tak jest - d o d a ł e m - i to tylko za wikt, a n a w e t żołdu, prócz tego na utrzymanie, nie biorą - jak to inni - tak że ani gdyby który chciał za granicę wyjechać na własny koszt, to nie będzie mógł, ani przyjaciółce coś podaro­ wać, ani na coś innego wydać, jak to wydają pieniądze ci, którzy się wydają szczęśliwi. To t a k ż e pomijasz w swojej s k a r d z e i wiele i n n y c h z a r z u t ó w tego rodzaju. - Owszem - powiada - niech i to należy do skargi 1 . - Więc co powiemy na swoją obronę, ty się pytasz? - Tak.
U r z ę d n i c y i ż o ł n i e r z e zaprojektowani w p o p r z e d n i e j księdze, maja, stanowić, j a k e ś m y widzieli, rodzaj zakonu. Żyć właściwie w ubóstwie, zrzec się życia s e k s u a l n e g o albo je ograniczyć, słuchać i pilnować praw, a o własnych interesach nie myśleć. T a k i e życie traci urok w oczach A d e j m a n t a i nie podoba mu się ta rezygnacja ze szczęścia osobistego na stanowisku, które pozwoliłoby i po­ zwala dziś na d o b r o b y t - t e n się wydaje Adejmantowi szczęściem. Sokrates słysząc o d o b r o b y c i e robi się zgryźliwy i sarkastyczny. Przedrzeźnia Adejmanta, zgłasza niby to pretensje jeszcze dalej idące: a może by tak wyjazdy za granicę, a może u t r z y m a n k i i i n n e t r w o n i e n i e p i e n i ę d z y ? I do­ daje dwie uwagi na o b r o n ę swego stanowiska: 1. d o b r o b y t nie stanowi szczęścia, więc kasty na­ c z e l n e nie będą go potrzebowały i 2. organizacja państwowa nie powinna być obliczona na szczę­ ście j e d n e j klasy s p o ł e c z n e j , tylko na to, żeby szczęśliwa była całość państwa. D o p i e r o w szczę­ śliwym państwie znajdzie się sprawiedliwość. T u t a j poetycka personifikacja państwa wywołuje z ł u d z e n i e , jakoby szczęśliwym mógł być k t o ­ kolwiek inny niż j e d n o s t k a ludzka. Przecież szczęśliwa para ludzi to tylko ta, w której obie j e d n o ­ stki są s z c z ę ś l i w e . I n i e w i a d o m o , co by w ł a ś c i w i e m o g ł o z n a c z y ć s z c z ę ś c i e g r u p y l u d z k i e j , w której j e d n a klasa ludzi byłaby nieszczęśliwa. Ci, którzy pragną szczęścia całości rezygnując ze szczęścia klas-i j e d n o s t e k ludzkich, to są doktrynerzy, którym szczęście i nieszczęście ludzkie jest d o ś ć o b o j ę t n e w g r u n c i e rzeczy, a zależy im na z r e a l i z o w a n i u p e w n e j w y m a r z o n e j organizacji, choćby z niej n i k t żywy nie miał być zadowolony. Widzieliśmy, że Platon nie bardzo się wzruszał losem chorych i przestępców, i tych, którzy tracą osoby bliskie; zobaczymy, że i los dzieci niepra­ wych i nie c a ł k i e m z d r o w y c h m a ł o go bolał; on się nie c h c i a ł bawić w s e n t y m e n t y ani folgować
1

B

118

Platon, Państwo

420 B

C

D

- Tym samym szlakiem - odpowiedziałem - jeżeli b ę d z i e m y szli, to znaj­ d z i e m y , zdaje się, c o n a m w y p a d n i e p o w i e d z i e ć . P o w i e m y , ż e nic b y w tym nie było dziwnego, jeżeli oni n a w e t i w tym s p o s o b i e największe szczęście znajdują, i że m y ś m y nie to mieli na oku zakładając p a ń s t w o , ż e b y u nas jakaś j e d n a grupa ludzi była osobliwie szczęśliwa, tylko ż e b y szczęśliwe było, ile m o ż n o ś c i , całe p a ń s t w o . Bośmy sądzili, że w t a k i m p a ń s t w i e najłatwiej znajdziemy sprawiedliwość, a w najgorzej zorganizowanym - niesprawiedliwość, i dopiero jak się takim p a ń s t w o m przyjrzymy, potrafimy sobie wyrobić sąd o tym, czego od dawna szukamy. Więc teraz robimy m o d e l państwa szczęśliwego tak, jak to r o z u m i e m y - nie b i e r z e m y j e d n e j części z osobna i nie zakładamy w państwie jakiejś nielicznej grupy ludzi szczęśliwych, tylko mamy całe państwo na oku. Zaraz b ę d z i e m y oglą­ dali p a ń s t w o u r z ą d z o n e wprost p r z e c i w n i e . Więc to tak, jak byśmy tutaj posągi kolorowali, a ktoś by przyszedł i robił nam zarzuty mówiąc, że na to, co jest najpiękniejsze w żywej istocie, nie kładziemy farb najpiękniejszych - bo p r z e c i e ż oczy to część najpiękniejsza, a nie są p o m a l o w a n e purpurą, tylko czarnym kolorem - to nasza obrona byłaby chyba w sam raz, gdyby­ śmy mu powiedzieli: C z ł o w i e k u dziwny, nie sądź, że p o w i n n i ś m y p i ę k n e oczy tak malować, żeby nawet nie wyglądały na oczy, a p o d o b n i e inne czę­ ści, tylko na to popatrz, czy dając każdej części kolor właściwy robimy całość piękną. T a k i teraz nie zmuszaj nas, żebyśmy strażnikom t a k i e szczęście przydzielali, które z nich zrobi wszystko i n n e raczej, tylko nie strażników. My przecież potrafimy rolników też poubierać w czerwone płaszczyki,

poobwieszać ich złotem i kazać im ziemię uprawiać dla przyjemności, albo garncarzom kazać się położyć kolejką od lewej ręki koło ognia, niech prze­ pijają j e d e n do drugiego i jedzą, ile wlezie, a garncarski krążek niech tam stoi obok; może który zechce trochę pokręcić; potrafimy wszystkich innych też w t e n sposób uszczęśliwiać, aby całe państwo było szczęśliwe. Ale ta­ kich wskazówek nam nie dawaj. Bo jeżeli ciebie posłuchamy, to ani rolnik nie będzie rolnikiem, ani garncarz garncarzem, ani nikt inny nie będzie wy421 glądał na coś, z czego się robi państwo. Ale o innych mniejsza. Bo jeżeli mistrzowie od ł a t e k i z e l ó w e k będą li­ cha warci, popsują się i będą udawali, że coś robią, nie b ę d ą c niczym właścip o t r z e b o m i z a c h c i a n k o m ludzkiego serca, chciał, w myśli przynajmniej, stworzyć państwo porząd­ n e , bliższe Sparty niż z n i e n a w i d z o n e j demokracji a t e ń s k i e j lub d y k t a t u r y syrakuzariskiej, więc je organizował w myśli surowo, nie bardzo pytając o to, czy wszyscy będą z tego z a d o w o l e n i . Wielcy organizatorzy państw nowoczesnych też nie liczyli się z potrzebami wszystkich j e d n o s t e k i wszyst­ kich klas, kiedy uszczęśliwiali swych p o d d a n y c h na swój sposób, a niekiedy wbrew ich woli. Platon śmieje się z takiego ustroju, w którym każda klasa używałaby darów życia w p e ł n i . To uważa za możliwe, ale to nie byłoby p a ń s t w o , tylko festyn ludowy. W szczególności warstwa wojskowa i klasa najwyższych u r z ę d n i k ó w ma z b y t ciężkie i p o w a ż n e obowiązki w p a ń s t w i e jak na to, ż e b y jej życie m o ż n a było urządzić w postaci trwałego urlopu. I te dwie klasy, i wszystkie i n n e muszą się zadowolić tylko cząstką z a d o w o l e n i a w ogóle d o s t ę p n e g o i znajdować szczęście w swojej pracy zawodowej. P r z e d e wszystkim trzeba d b a ć o to, żeby każdy robił swoje - na tym polega sprawiedliwość - a jakieś szczęście j u ż za tym przyjdzie samo. Uszczęśliwiacze ogółu by­ wają bardzo n i e b e z p i e c z n i dla szczęścia poszczególnych j e d n o s t e k i klas.

E

421 A

Księga IV

119

wie, to nic strasznego dla państwa. Ale strażnicy praw i państwa, jeżeli nimi być przestaną i będą tylko swoją r o b o t ę udawali, to widzisz chyba, że całe p a ń s t w o z g r u n t u prowadzą do zguby. A z drugiej strony oni sami mogą się przy tej sposobności doskonale mieć i mogą być szczęśliwi. Więc jeżeli my ustanawiamy takich strażników naprawdę, nie przynoszących żadnej szkody B państwu, a ten ktoś, kto tak mówi, robi z nich jakichś rolników i gospodarzy - szczęśliwych jakby na festynie ludowym, a nie w p a ń s t w i e - to chyba ma na myśli coś innego niż państwo. Więc musimy się zastanowić, czy mając to na oku u s t a n o w i m y strażników na to, aby pośród nich najobficiej szczęście kwitło, czy też b ę d z i e m y tego życzyli całemu państwu i uważali, czy szczęście w całym p a ń s t w i e k w i t n i e , a tych p o m o c n i k ó w i strażników zmusimy, ż e b y t a m t o robili i w t a m t o wierzyli, aby byli jak najlepszymi wykonawcami swoC jej roboty, a wszystkich innych tak samo. W ten sposób, kiedy cale p a ń s t w o b ę d z i e rosło i b ę d z i e d o b r z e zorganizowane, pozwolimy, ż e b y każdą g r u p ę obywateli natura dopuszczała do udziału w szczęściu. - Zdaje mi się - powiada - że dobrze mówisz. II - Ciekaw jestem - dodałem - czy ci się wyda trafne coś, co się z tym wią­ że jak brat z bratem. - Co takiego? - Zastanów się, czy to psuje także innych robotników, tak że się robią źli. - Ale co to takiego? D - Bogactwo - powiedziałem - i nędza. - Jakże to? - Tak to. Jak się garncarz wzbogaci, to myślisz, że zechce się dalej tru­ dnić swoim fachem? - Nigdy - powiada. - Zrobi się leniwy i niedbały - jeszcze więcej, niż był. - I to - powiada - bardzo. - A jak znowu z biedy nie może sobie kupić narzędzi albo czegoś tam in­ nego, czego potrzebuje w swoim fachu, to i wytwory jego będą gorsze i kieE dy swoich synów, albo innych może, będzie uczył, to ich na gorszych robot­ ników wyuczy. - Jakżeby nie? - Z a t e m pod wpływem i j e d n e g o , i drugiego - i nędzy, i bogactwa - po­ garszają się wytwory różnych umiejętności i pogarszają się fachowcy. - Okazuje się. - Więc zdaje się, żeśmy znaleźli nowe dwie rzeczy dla strażników, na któ­ re powinni uważać na wszelki sposób, aby się to nigdy poza ich plecami nie wkradło do miasta. - Co takiego? - Bogactwo - powiedziałem - i nędza. Bo j e d n o wyrabia zbytek, lenistwo i dążności w y w r o t o w e , a d r u g i e upadla i rodzi z b r o d n i ę , oprócz dążności 422 wywrotowych. - Tak jest - powiada. - Ale nad tym się zastanów, Sokratesie, jak to nasze

l

120

Platon,

Państwo

422 A

państwo potrafi wojnę prowadzić, jeżeli nie będzie miało pieniędzy. Zwła­ szcza, jeżeli b ę d z i e musiało prowadzić wojnę z p a ń s t w e m wielkim i boga­ 2 tym . - Jasna rzecz - odparłem - że z j e d n y m takim państwem byłoby trudniej, a z dwoma łatwiej. B - Jak powiedziałeś? - mówi. - P r z e d e wszystkim - mówię - jeżeli wypadnie walczyć, to czyż nie będą walczyli z bogaczami, podczas gdy sami będą zapaśnikami wojennymi? - To tak - powiada. - N o , a cóż, Adejmancie - ciągnąłem - j e d e n pięściarz, najlepiej jak tylko być m o ż e do tej walki przygotowany, myślisz, że nie potrafi sobie łatwo dać rady w walce z dwoma niepięściarzami, a tylko bogatymi i tłustymi? - Ale chyba - mówi - nie z dwoma naraz. C - Czy i wtedy nie, gdyby mu wolno było uciekać, a pierwszego, który by n a s t a w a ł , bić o d w r ó c i w s z y się, i g d y b y t o c z ę s t o p o w t a r z a ł n a s ł o ń c u i w upale? Czy nawet i większej ilości takich przeciwników nie potrafiłby pokonać ktoś taki? - Oczywiście - powiada - że nic by w tym nie było dziwnego. - A przecież ty nie myślisz, że ludzie bogaci posiadają większą umiejęt­ ność i mają większe doświadczenie w pięściarstwie niż w sztuce wojennej? - N o , nie - powiada. - Z a t e m można się spodziewać, że nasi zapaśnicy będą bez trudności wal­ czyli z nieprzyjacielem liczniejszym dwukrotnie i trzykrotnie. D - Z g o d z ę się z tobą - powiada - m a m wrażenie, że słusznie mówisz. - A cóż, gdyby poselstwo wyprawili do innego miasta i powiedzieli praw­ dę, że: My w ogóle nie używamy złota ani srebra, ani się to nam godzi. Za to wam - wolno. Jeżeli zrobicie z n a m i p r z y m i e r z e wojskowe, b ę d z i e c i e mieli to, co teraz należy do tamtych. Czy myślisz, że usłyszawszy to wolał­ by ktoś raczej walczyć przeciwko psom - tęgim a chudym, niż przy pomocy psów z owcami, które są tłuste a delikatne? - N i e wydaje mi się. Ale jeżeli - powiada - w jednym mieście zgromadzą się skarby innych miast, to uważaj, czy ono nie zacznie zagrażać miastu nieE bogatemu. - Szczęśliwy z ciebie człowiek; zdaje ci się, że warto nazywać p a ń s t w e m jakiekolwiek inne, a nie tylko takie, jakie my organizujemy.
2 Jeżeli idealny ustrój ma trwać, muszą strażnicy uważać, żeby w nim o b y w a t e l e nie popadali w n ę d z ę , i baczyć, żeby się nie wzbogacili z a n a d t o , ponieważ i bogactwo, i nędza prowadzą łatwo do rewolucji, przy czym bogactwo rozleniwia, a n ę d z a rodzi zbrodnię. M o ż n a się więc i w platoń­ skim p a ń s t w i e s p o d z i e w a ć p o d a t k ó w ciężkich a progresywnych. O w c e będą strzyżone przy sa­ mej skórze. N i e do kieszeni rządzących, ale z a p e w n e do skarbu państwa. I nie z myślą o przyszłej wojnie. Wojny b ę d z i e wygrywało p a ń s t w o i d e a l n e dzięki swojej p r z e w a d z e militarno-sportowej, dzięki d o b r e j strategii, intrydze politycznej i dyplomacji, która potrafi wyzyskiwać antagonizmy s p o ł e c z n e p a ń s t w nieprzyjaznych. Ze wystarczy p a ń s t w u choć­ by tylko tysiąc obrońców, to mówi Platon z uwagi na S p a r t ę , w której w czasach Arystotelesa i tylu nawet nie było Spartiatów o pełnych prawach.

422 E

Księga IV

121

- A jak te inne nazywać? - powiada. - I n n e trzeba jakimś większym słowem ochrzcić. Przecież każde z nich to dużo państw, a nie j e d n o państwo. Tak jak pola na szachownicy. Jakkol­ w i e k by było, to w k a ż d y m siedzą p r z y n a j m n i e j dwa państwa, k t ó r e się zwalczają: państwo ubogich i państwo bogatych. A w każdym z nich znowu b a r d z o liczne organizacje. Więc jeżeli j e b ę d z i e s z t r a k t o w a ł j a k o j e d n o państwo, to będzie zupełnie chybione. A jeżeli jako wiele państw, i ofiaru­ jesz j e d n y m pieniądze i wpływy drugich, a nawet ich samych, to zawsze bę­ dziesz miał sprzymierzeńców wielu, a nieprzyjaciół mało. I jak długo twoje państwo będzie urządzone rozważnie, tak jak się je właśnie zorganizowało, ono b ę d z i e największe, to znaczy, nie b ę d z i e u c h o d z i ł o za takie, ale naj­ w i ę k s z e naprawdę, choćby sobie liczyło tylko tysiąc obrońców. Tak wiel­ kiego j e d n e g o miasta nie znajdziesz tak łatwo ani pośród Hellenów, ani po­ śród barbarzyńców, a takich niby to - bardzo wiele, i to wiele razy więk­ szych niż miasto tego wzrostu. Czy myślisz inaczej? - N o , nie, na Zeusa - powiada. - N i e p r a w d a ż - d o d a ł e m . - To by też była najładniejsza granica dla na­ szych rządzących, do jakiego wymiaru należy miasto powiększać i dla jakie­ go wymiaru miasta jak wielki teren zajmować, a o resztę terenu mniejsza. - Więc jaka granica? - powiada. - Ja myślę - o d r z e k ł e m - że taka. Pokąd państwo rozrastające się zechce jeszcze być jednością, potąd je powiększać, a poza tę granicę nie! 3 - To ładnie - powiada. - N i e p r a w d a ż ? W i ę c i to t e ż n o w e p r z y k a z a n i e d a m y s t r a ż n i k o m ; na wszelki sposób niech pilnują, żeby państwo nie było ani małe, ani pozornie wielkie, ale jakoś tak w sam raz, a jedno. - To chyba drobiazg - powiada - takie przykazanie. - A jeszcze większy drobiazg - dodałem - to ten, o którymeśmy i przed­ t e m wspomnieli, k i e d y ś m y mówili, że trzeba, gdyby się k o m u ś ze strażni­ k ó w u r o d z i ł p o t o m e k p o ś l e d n i e j s z e g o t y p u , o d e s ł a ć g o d o i n n e j klasy,
3

P a ń s t w o p l a t o ń s k i e nie ma być imperialistyczne i nie b ę d z i e w y m a g a ł o n i e s k o ń c z o n e j prze­ strzeni do życia. G r a n i c e zbyt o b s z e r n e groziłyby r o z p a d e m . Z a t e m ramy p r z e s t r z e n n e zostają n i e o k r e ś l o n e właściwie. Rozszerzać je tak długo, jak d ł u g o uda się zachować j e d n o ś ć państwa. To granice dość o b s z e r n e j e d n a k . Tę zasadę akcentuje Platon j a k o doniosłą, nazywając ją j e d n o ­ c z e ś n i e drobiazgiem, p o d o b n i e jak zasadę ścisłej specjalizacji, tę p o d w a l i n ę jedności i „sprawie­ dliwości". T r z e c i a rzecz arcyważna to w y c h o w a n i e d u c h o w e i fizyczne m ł o d z i e ż y , w a r u n e k trwałości i d o s k o n a l e n i a się ustroju. Od n i e c h c e n i a w tej chwili jest d o t k n i ę t a po raz pierwszy sprawa w s p ó l n o ś c i k o b i e t i d z i e c i , j a k b y n i e i s t o t n a . Przyjdzie czas na jej r o z w a ż e n i e s z c z e g ó ł o w e później, w księdze V. Na razie Platon nie chce zrażać czytelnika rozwijaniem drażliwego t e m a t u już teraz. Przestrzega, jak tylko m o ż e , przed nowymi p r ą d a m i w m u z y c e , bo o n e przynoszą ze sobą przewroty polityczne. T e n k o n s e r w a t y z m może dziwić na pierwszy rzut oka, ale wystarczy sobie p r z y p o m n i e ć , jak troskliwie przestrzega na przykład Kościół swojego stylu w m u z y c e w ciągu w i e k ó w w p o d o b n e j myśli; albo z w a ż y ć , jak z n a m i e n n a była dla a t m o s f e r y p o w o j e n n e j fala jazzbandu, albo p r z y p o m n i e ć m u z y k ę atonalną razem z wierszami dadaistycznymi i z futuryzmem w malarstwie, żeby się nie tak dziwić Platonowi.

122 D

Platon, Państwo

423 D

E

a gdyby się w innej klasie trafił zdolny, dać go do strażników. To miało znaczyć, że spośród innych obywateli do czego się ktoś urodził, do tej robo­ ty trzeba każdą jednostkę przydzielić, tak żeby się każdy czymś jednym, co do niego należy, zajmował i każdy był czymś jednym, a nie większą ilością jednostek. W cen sposób i całe państwo zrośnie się w jedność, a nie rozpa­ dnie się na wiele państw. - To jest - powiada - drobiazg, jeszcze mniejszy od tamtego. - Toż ci my - dodałem - Adejmancie miły, nie dajemy im przykazań licz­ nych ani wielkich, jakby się to komuś mogło wydawać, tylko same drobia­ zgi, byleby tylko, jak to mówią, j e d n e j a wielkiej rzeczy strzegli, a raczej nie tak wielkiej, ile odpowiedniej. - Czego takiego? - powiada. - Chodzi o wychowanie duchowe i fizyczne. Bo jeżeli będą dobrze wy­ chowani i będą przez to ludźmi jak się należy, wszystko to potrafią łatwo sami przejrzeć na wskroś i wiele innych rzeczy też, które my teraz pomija­ my, jak stosunki z kobietami i małżeństwa, i robienie dzieci, że co wszyst­ ko, jak powiada przysłowie, wszystko powinno być ile możności wspólne, bo

424 wspólna jest dola przyjaciół. - To by było najwłaściwsze - powiada. - I wiesz - powiedziałem - jak ustrój państwowy raz dobrze ruszy z miej­ sca, to będzie szedł, będzie się obracał jak koło i rósł. Bo wychowanie fi­ zyczne i duchowe, jeżeli będzie należyte a ustalone, będzie urabiało dobre natury, a znowu natury należyte, przesiąkłe tym wychowaniem, zrobią się jeszcze lepsze niż pokolenie poprzednie - i w ogóle, i jeśli idzie o rozpłód B podobnie jak u innych żywych istot. - Naturalnie - powiada. - Więc krótko mówiąc, tego się powinni trzymać ci, którym troska o pań­ stwo leży na sercu, aby się państwo za ich plecami nie psuło. N a d e wszyst­ ko niech na to uważają, aby się tam jakieś nowe prądy nie wkradły w dzie­ dzinie kultury cielesnej i duchowej wbrew porządkowi. Tego niech pilnują jak tylko można i niech się boją, kiedy ktoś powie, że ta pieśń: ...najwięcej się ludziom podoba, Którą pośród śpiewaków najnowsza moda przynosi. Aby nieraz ktoś nie sądził, że poeta mówi tutaj nie o nowych pieśniach, ale o nowym stylu śpiewania, i żeby tego nikt nie chwalił. Nie należy tego ani chwalić, ani czegoś podobnego u poety przyjmować. Trzeba się wystrzegać przełomów i nowości w muzyce, bo to w ogóle rzecz niebezpieczna. Nigdy nie zmienia się styl w muzyce bez przewrotu w zasadniczych prawach poli­ tycznych. Tak mówi Damon, a ja mu wierzę. - M n i e też - powiada Adejmant - możesz zaliczyć do grona przekonanych. DIV - Z a t e m wieżę strażniczą trzeba s t r a ż n i k o m w y b u d o w a ć gdzieś t u t a j , w zakresie muzyki. C

424 D

Księga IV

123

- Tak - powiada - łamanie praw muzyki łatwo się wślizguje niepostrzeżenie. - Tak - dodałem - jako rodzaj zabawki i niby to nie przynosi żadnej szkody. - Bo ono i nie przynosi - dodał - żadnej innej szkody, tylko pomału i po cichu wchodzi w zwyczaj i podpływa pod obyczaje i sposób bycia. Stąd większym s t r u m i e n i e m zaczyna zalewać stosunki wzajemne i interesy, a z interesów przechodzi na prawa i ustroje polityczne już bez żadnej tamy E i hamulca, mój Sokratesie, aż w końcu przewraca do góry nogami całe życie prywatne i publiczne 4 . - N o , dobrze - powiedziałem. - Tak to już jest. - Zdaje mi się - powiada. - N i e p r a w d a ż więc - d o d a ł e m - jakeśmy na początku mówili, n a w e t za­ bawki naszych c h ł o p c ó w p o w i n n o p r z e n i k a ć p o c z u c i e prawa, bo jak się w nich zacznie prawo łamać, to niepodobna, żeby się w chłopcach poczucie prawa rozwinęło i żeby z nich wyrośli dzielni ludzie. 425 - Jakżeby nie? - powiada. - A j a k się c h ł o p c y zaczną bawić ł a d n i e i za p o ś r e d n i c t w e m m u z y k i przejmą się poczuciem prawa, to wprost przeciwnie jak u tamtych, ona im towarzyszy we wszystkim, rozrasta się i naprawia niejedno, co może przed­ tem w państwie było w upadku. - To rzeczywiście prawda - powiada. - Oni wtedy - ciągnąłem - odszukują takie, zdawałoby się drobne, zasady prawa, które poprzednie pokolenie zatraciło całkiem. - Jakie? - Ano takie, żeby młodsi milczeli przy starszych, jak wypada, i nie siadali wyżej od nich, i wstawali, jak mówią, i objawiali szacunek rodzicom, i strzy- B gli się przyzwoicie, i na ubranie uważali, i na obuwie, i w ogóle na cały wy­ gląd zewnętrzny i inne rzeczy w tym rodzaju. Czy nie sądzisz? - N o tak. - Ale ujmować to w przepisy p r a w n e g ł u p i o . Bo ani się to da, ani się utrzymać potrafi, jeżeliby takie prawa ująć w słowa i w litery. - Ależ jak? - Więc zdaje się - dodałem - Adejmancie, że z wychowaniem to tak: jak k t o ś z miejsca ruszy, to tak już p o t e m i j e d z i e . Czy p o d o b n e do s i e b i e czynniki nie ciągną j e d n e za drugimi? - N o , cóż. - I w końcu, uważam - a zgodzimy się może - robi się z nich jedna wielka całość, skończona i mocna - albo dobra, albo i przeciwnie.
4

C

Platon rozwija sprawę wpływu sztuki na postawę duchową i obyczaje ludzi, a przez to na sto­ sunki p o l i t y c z n e . My z n o w u w i e m y , jakie z n a c z e n i e dziejowe miat dla nas M a t e j k o , G r o t t g e r , S i e n k i e w i c z - muzycy chyba mniej, m o ż e Nikorowicz i M o n i u s z k o , i b e z i m i e n n e pieśni n a r o d o ­ we. To się wydaje niewątpliwe, że famanie r o z u m n e j formy w s z t u c e ma swoje o d p o w i e d n i k i w obyczaju i w stylu życia. Platon zaleca skrajny k o n s e r w a t y z m i nie znosi wszelkiej cyganerii. C o prawda, k o n s e r w a t y z m d o p i e r o o d jutra, b o własnym p r o g r a m e m ustroju zmierza d o p r z e ­ wrotu skrajnego, od f u n d a m e n t ó w . Drobiazgów życia k u l t u r a l n e g o nie chce ujmować w ustawy, ani drobiazgów życia gospodarczego, jak to robią d a r e m n i e współczesne mu Ateny.

124

Platon, Państwo

425 C

- C z e m u by nie? - powiada. - W i ę c j a k i e - z a p y t a ł e m - na bogów? Sprawy targowe, g d z i e c h o d z i 0 k o n t r a k t y na r y n k u , j a k i e tam który z d r u g i m zawarł, a j a k c h c e s z to D i u m o w y z robotnikami, i sprawy o obrazę czci, i o pobicie, i sprawy mie­ szkaniowe, i terminy rozpraw, i ustanawianie sędziów albo ściąganie lub na­ kładanie podatków, może tam gdzieś jakichś potrzeba na targach albo w po­ rtach; w ogóle jakieś tam ustawy targowe albo policyjne czy portowe i inne tego rodzaju, czy zaryzykujemy ustalanie prawem którejś z tych rzeczy? - N i e godzi się - powiada - ludziom pierwszej klasy dawać takich pole­ c e ń . Wielu z tych rzeczy, jeżeli która powinna być prawem ustalona, oni chyba łatwo sami dojdą. E - Tak jest, mój kochany - d o d a ł e m - jeżeli im tylko bóg pozwoli zacho­ wać te prawa, któreśmy przedtem przeszli. - A jeżeli nie - powiada - to b ę d ą wciąż d u ż o takich u s t a w wydawali 1 znowu je naprawiali, i tak całe życie, myśląc, że jakoś uchwycą to, co naj­ lepsze. - Mówisz - dodałem - że będą w t e d y żyli tak, jak ci, co chorują, a przez brak karności wewnętrznej nie chcą wyleźć z niewłaściwego trybu życia. - Tak jest. 426 - Rzeczywiście; sympatyczne to ich życie. Leczą się wciąż, a zawsze bez skutku. Tyle tylko, że wyrabiają sobie choroby bardziej różnorodne i więk­ sze, a wciąż się spodziewają, że gdyby im ktoś lekarstwo doradził, to do­ piero od niego byliby zdrowi. - Rzeczywiście - powiada - że taki stan przypomina takich chorych. - No cóż? - mówię. - A czy t e n ich rys nie ma swojego wdzięku: za naj­ gorszego wroga uważają tego, który prawdę mówi, że pokąd się nie przesta­ li niesz zapijać i objadać, i nie skończysz z Afrodytą i z próżniactwem, to ani ci lekarstwa nic nie pomogą, ani wypalania, ani operacje, ani zamawiania, ani medaliki, ani żaden inny środek tego rodzaju? - To nie jest wielki wdzięk - powiada. - Gniewać się na tego, co dobrze mówi, to nie jest żaden wdzięk. - Zdaje się - dodałem - że ty nie jesteś wielbicielem takich ludzi. - Zgoła nie, na Zeusa. V - I gdyby całe państwo, jakeśmy przed chwilą mówili, postępowało w ten sposób, to go nie pochwalisz. Czy nie uważasz, że tak samo robią te pań­ stwa, które mają złą organizację, a zakazują obywatelom, żeby całej konstyC tucji państwa nie naruszali, bo zginie, kto by się tego dopuszczał. A kto się im przy ich o b e c n e j organizacji najuprzejmiej kłania i służy na dwóch łap­ kach, i podbiega, odgaduje ich zamiary, a potrafi je spełniać, t e n d o p i e r o będzie dobry i mądry, i do wielkich interesów, i będą go czcią otaczali? - M n i e się - powiada - też wydaje, że oni właśnie to robią, i nie chwalę im tego ani trochę. D - A j e ż e l i z n o w u k t o ś c h c e o d d a w a ć usługi t a k i m m i a s t o m i objawia ochotę do tego, to czy nie podziwiasz u niego odwagi i dobrych chęci?

426 D

Księga IV

125

- Owszem - powiada - tylko nie tych, którzy się im dali nabrać i teraz im się zdaje, że są n a p r a w d ę m ę ż a m i s t a n u , d l a t e g o że ich chwalą s z e r o k i e koła. - Jak mówisz? - z a p y t a ł e m . - Czy nie p r z e b a c z a s z t y m ludziom? Jeśli ktoś mierzyć nie umie, a tu mu wielu takich samych jak on mówi, że on ma cztery łokcie wzrostu, to czy on może myśleć inaczej o sobie samym? - N o , i tak też nie - powiada. - Jeżeli o to chodzi. I - Więc się nie gniewaj. To może i najsympatyczniejsi tacy ludzie; wciąż wydają ustawy w tym rodzaju, jakeśmy to przed chwilą przeszli, i wciąż coś poprawiają, a zawsze im się zdaje, że dojdą jakiegoś końca z tymi przestęp­ stwami w kontraktach i w tych sprawach, o których przed chwilą mówiłem, a nie wiedzą, że w rzeczywistości to jest tak, jakby hydrze łby obcinali 5 . - N o , tak - powiada - przecież nic innego nie robią. - Więc ja uważam - ciągnąłem dalej - że tego rodzaju ustawami i sprawa- 4i mi administracji państwa ani w źle, ani w dobrze zorganizowanym państwie prawdziwy ustawodawca nie powinien sobie głowy zaprzątać, bo w pierw­ szym w y p a d k u to się na nic nie przyda i nic więcej, a w drugim kto bądź z nich sam na to wpadnie albo to samo wypłynie z zarządzeń poprzednich. - Więc co by nam - powiada - jeszcze zostało z ustawodawstwa? I - Ja p o w i e d z i a ł e m : „ n a m nic, ale Apollonowi D e l f i c k i e m u ustawy naj­ ważniejsze i najpiękniejsze, i pierwsze spośród ustaw". - Jakie? - powiada. - Stawianie świątyń i ofiary, i w ogóle kult bogów, d u c h ó w i bohaterów. G r z e b a n i e zmarłych też i jak im trzeba służyć, żeby ich sobie usposobić ła­ skawie. Bo takich rzeczy my nie w i e m y i zakładając państwo nikogo in­ nego nie b ę d z i e m y słuchali, jeżeli mamy rozum, i nie b ę d z i e m y się nikogo C i n n e g o w tych sprawach radzili, jak tylko boga naszych ojców. T e n bóg przecież w tych rzeczach jest dla wszystkich ludzi doradcą, którego ojcowie czcili, na środku ziemi siedzi, na samym jej pępku, i stamtąd rady daje. - P i ę k n i e mówisz - powiada. - Trzeba tak robić. - Więc już byś miał założone swoje państwo, synu Aristona. A teraz się VI w nim rozejrzyj, o światło się skądś postaraj należyte i brata swego zawołaj, i Polemarcha, i tych innych, może jakoś dojrzymy, gdzie by tam w nim była sprawiedliwość, a gdzie n i e s p r a w i e d l i w o ś ć i czym się o n e obie od siebie
5 J a d o w i t e strzały w s t r o n ę w s p ó ł c z e s n y c h państw, k t ó r e pod kari) śmierci konserwują, swój z g r u n t u zły ustrój, a dopuszczają do wpływów politycznych tylko j e d n o s t k i a m b i t n e , ale m a ł e . Sprawę kultu religijnego zostawia Platon k a p ł a n o m Apollona w Delfach. C z e m u ? Bo szanuje tradycję ojczystą na tym p u n k c i e , a mało go to kosztuje, p o n i e w a ż i tak wiedza żadna nie infor­ muje o tym, jak właściwie najlepiej wpływać na bogów - pamiętajmy, co o tym Platon myślał w k s i ę d z e II i III - ani jak najlepiej grzebać trupy i jak czcić bogów i bohaterów. A że Apollon Delficki cieszy się czcią w całej Grecji i poza Grecją, więc zostać przy tradycji i radzić się Apol­ lona, zwyczajem ojców. N i e p o d o b n a uwierzyć, żeby Platon bez u ś m i e c h u pisał o tym p ę p k u matki z i e m i , na którym Apollon w Delfach siedzi i stamtąd rady daje. W Delfach p o k a z y w a n o stożkowaty kawał białego m a r m u r u i mówiono, że oznacza ś r o d e k z i e m i . Ale Platon nie musiał tego brać dosłownie i w tej chwili na p e w n o przymrużył j e d n o oko.

126

Platon, Państwo

427 D

różnią i którą z nich trzeba zdobyć, jeżeli się chce być szczęśliwym; wszyst­ ko j e d n o , czy o tym będą wiedzieli, czy nie będą wiedzieli wszyscy bogo­ 6 wie i ludzie . E - Mówisz ni to, ni owo - powiedział Glaukon. - Ty przecież przyrzekłeś szukać sam, bo ci się nie godziło nie stawać w obronie sprawiedliwości we­ dług sił i na wszelki sposób. - Prawda jest - odparłem - to, co przypominasz. Więc trzeba tak zrobić, ale trzeba i was zebrać. - Owszem - powiada - i my to zrobimy. - S p o d z i e w a m się więc - d o d a ł e m - że my to znajdziemy w t e n sposób. Myślę, że wasze miasto, skoro się je dobrze założyło, jest całkowicie dobre. - Z konieczności - powiada. - Z a t e m jasna rzecz, że jest mądre i m ę ż n e , i p e ł n e rozwagi, i sprawiedliwe. - Jasna. - A prawda, że którekolwiek z tych cech w nim znajdziemy - to, co zosta­ nie, będzie tym, czegośmy nie znaleźli? - A cóż? - Więc tak samo, jak byśmy w czymkolwiek szukali jednej rzeczy spośród 428 c z t e r e c h i n n y c h , to g d y b y ś m y ją od razu rozpoznali, wystarczyłoby n a m , a gdybyśmy naprzód rozpoznali t a m t e trzy rzeczy, to już tym samym byłaby rozpoznana i ta czwarta, szukana. Bo jasna rzecz, że to by już nie było nic innego, tylko ta reszta. - Słusznie mówisz - powiada. - T a k s a m o i t u t a j . S k o r o c h o d z i w ł a ś n i e o c z t e r y rzeczy, to t r z e b a szukać tak samo? - Jasna rzecz. - Więc m n i e się zdaje, że w tym mieście naprzód się rzuca w oczy mąB drość. I coś dziwnego, jak to zdaje się z nią jest. - Co? - powiada. - N a p r a w d ę , mądre mi się wydaje to państwo, któreśmy przeszli, bo do­ brze sobie radzi. Czy nie?
Pierwsze słowa tego rozdziału mówi Sokrates do Adejmanta, a równocześnie mówi te same sło­ wa Platon sam do siebie. C z u ć p e w i e n h u m o r w pisaniu, jakby autor dobiegał do mety; teraz na­ reszcie p o k a ż e sprawiedliwość w i d e a l n y m państwie, k i e d y je naszkicował w zarysie. Ale drogę obiera jakąś pośrednią. Z a m i a s t wskazać po prostu, co ma na myśli, on to d o p i e r o odszuka, wy­ wnioskuje to m e t o d ą reszty. A mianowicie, p a ń s t w o d o b r e musi być m ą d r e , m ę ż n e , o p a n o w a n e i sprawiedliwe. To będą jego wszystkie zalety. To trzeba też założyć, jeżeli r a c h u n e k ma się tu na coś przydać. Otóż, jeśli państwo nie ma więcej zalet, jak tylko cztery, i jeśli się uda w nim wyróżnić i wskazać, na czym polegają trzy spośród nich, a mianowicie mądrość, m ę s t w o i o p a n o ­ wanie, to zaleta pozostała b ę d z i e sprawiedliwością. Droga dość sztuczna i na s z t u c z n y c h założe­ niach oparta. Państwo jest tutaj pojęte z góry jakby j e d n o s t k a ludzka i ma posiadać te same zale­ ty, co poszczególny człowiek. I tak jak w poszczególnych częściach ciała l u d z k i e g o mają tkwić p o s z c z e g ó l n e dyspozycje psychiczne człowieka, tak i zalety państwa i d e a l n e g o mają m i e s z k a ć w poszczególnych klasach jego obywateli. A z a t e m mądrość, czyli zdolność do radzenia sobie w polityce, oparta na wiedzy, tkwi w straż­ nikach doskonałych, czyli w rządzie. Państwo nazywa się jako całość mądre, jeśli ma mądry rząd.
6

428 B

Księga IV

127

- Tak. - A to właśnie, to radzenie sobie, jasna rzecz, że to jest jakaś wiedza, bo przecież ludzie nie dzięki głupocie, ale dzięki wiedzy radzą sobie dobrze. - Jasna rzecz. - A w mieście jest wiele różnych rodzajów wiedzy? - Jakżeby nie? - Więc czy to z uwagi na umiejętności cieśli należy miasto nazywać mą­ drym i przyznawać mu dar dobrej rady? - N i g d y - powiada. - Z uwagi na to, niech się nazywa miastem dobrych C cieśli. - I nie z uwagi na wiedzę o budowaniu sprzętów drewnianych, nie dlate­ go, że jakoś sobie radzi na to, aby o n e były jak najlepsze - nie d l a t e g o trzeba miasto nazywać mądrym. - Oczywiście, że nie. - Więc co? M o ż e ze względu na w i e d z ę o brązie albo jakąś inną z ta­ kich? - Ani jakąkolwiek - powiada. - Ani o tę wiedzę nie chodzi, która uczy o tym, jak to plon z ziemi wyra­ sta? Bo to umiejętność rolnicza. - Zdaje mi się. - Więc cóż? - powiedziałem - czy istnieje w tym mieście, któreśmy świe­ żo założyli, u n i e k t ó r y c h o b y w a t e l i j a k a ś w i e d z a , k t ó r a s o b i e radzi n i e z k i m ś tam lub z czymś, co jest w mieście, ale radzi sobie z całym part- D stwem i wyznacza, w jaki sposób ono powinno traktować samo siebie oraz inne państwa, tak aby wszystko było jak najlepiej? - Jest przecież. - A któraż to i w których obywatelach tkwi? - To - powiada - ta wiedza strażnicza i ona tkwi w tych rządzących, któ­ rych teraz nazywamy strażnikami doskonałymi. - Z uwagi na tę wiedzę jak państwo nazywasz? - Mówię, że umie sobie radzić i jest naprawdę mądre. - A czy myślisz - dodałem - że w mieście b ę d z i e m y mieli więcej kowali E czy tych prawdziwych strażników? - O wiele więcej kowali - powiada. - Nieprawdaż? - mówię. I tych innych, którzy posiadają jakieś umiejęt­ ności i dlatego się tak lub inaczej nazywają. Z nich wszystkich, tych będzie chyba najmniej? - Z wszelką pewnością. - Z a t e m państwo założone zgodnie z naturą, z uwagi na tę najmniej licz­ ną klasę, na tę swą najmniejszą cząstkę i na wiedzę, która w tej klasie tkwi, ze względu na to, co stoi na czele i rządzi, gotowo się i całe państwo nazy­ wać mądre. I zdaje się, że to z natury będzie rodzaj najmniej liczny, które- 429 mu wypada mieć w sobie coś z tej wiedzy, która sama j e d n a tylko spośród wszystkich innych gałęzi wiedzy zasługuje na nazwę mądrości.

128

Platon, Państwo

429 A

- Z u p e ł n i e słusznie mówisz - powiada. - Z a t e m tę jedną spośród czterech rzeczy - sam nie wiem, jakim sposo­ b e m - znaleźliśmy i znaleźliśmy to miejsce w państwie, w którym ona tkwi. - M n i e się przynajmniej zdaje, że zupełnie dobrześmy znaleźli. VII - A męstwo znaleźć samo i wskazać to, gdzie ono w państwie tkwi, tak że i państwo zyskuje taki przydomek - to nie bardzo trudno dojrzeć. B - Jakże to? - Jeżeliby ktoś nazywał państwo tchórzliwym albo m ę ż n y m - ciągnąłem dalej - to na jaką by inną część patrzał, jak nie na tę, która walczy i na wy­ prawy ciągnie w jego obronie? 7 - N i k t by na nic innego nie patrzał - powiada. - Bo m a m wrażenie - d o d a ł e m - że gdyby jacyś inni ludzie w p a ń s t w i e byli tchórzliwi lub mężni, to by wcale nie mogło wpłynąć na to, żeby pań­ stwo było takie lub owakie. - N o nie. - Z a t e m i m ę ż n y m państwo jest dzięki p e w n e j swojej cząstce. D l a t e g o C że ma w niej taką z d o l n o ś ć , k t ó r a w k a ż d y m w y p a d k u z a c h o w a o p i n i ę 0 tym, co jest straszne - że straszne są tylko te i takie rzeczy, k t ó r e i jakie podał w tym świetle prawodawca w wychowaniu. Czy nie to nazywasz mę­ stwem? - N i e bardzo zrozumiałem to, coś powiedział; powiedz to jeszcze raz. - Ja mówiłem, że zachowaniem czegoś jest męstwo. - Ależ jakim zachowaniem? - Zachowaniem pewnego przekonania, które prawo z pomocą wychowania wywołało; p r z e k o n a n i e dotyczy tego, co straszne, i mówi, k t ó r e rzeczy są D straszne i jakie rzeczy. A „w k a ż d y m wypadku z a c h o w a ć " to r o z u m i a ł e m tak, że zachowa je i w przykrościach, i w przyjemnościach, i w pożądaniach, 1 w obawach, i nie wyrzuci go za płot. A do czego mi się to wydaje podob­ ne, mam ochotę powiedzieć ci to obrazowo, jeżeli chcesz. - Ależ chcę. - Ty wiesz, prawda - ciągnąłem - że farbiarze, kiedy chcą ufarbować we­ łnę tak, żeby była purpurowa, wtedy spośród tylu barw wybierają jedną: na­ t u r ę bieli i p o t e m z n i e m a ł y m z a c h o d e m zaprawiają materiał, aby przyjął białość ile możności najświetniejszą, i d o p i e r o tak farbują. Co było tym E sposobem barwione, staje się nie do wyprania i żadne pranie, z m y d ł e m czy bez mydła, nie zdoła t a k i e m u materiałowi zabrać świetności barwy. A jak
7 D r u g a zaleta państwa, męstwo, mieszka, oczywiście, w wojskowych, a polega na trwałym, nie­ o d p a r t y m i n i e z a c h w i a n y m p r z e k o n a n i u , że straszne jest tylko to, co prawo nazywa strasznym, i nic poza tym. My dziś m ę s t w o widzimy raczej w zdolności do działania w warunkach, które by mogły budzić strach, a nie w trwałości p r z e k o n a ń narzuconych czy podanych w szkole. Bo zdarza się, że ktoś jest g ł ę b o k o p r z e k o n a n y , że n i e t o p e r z e , padalce lub zaskrońce nie są z w i e r z ę t a m i strasznymi, że niczym człowiekowi nie zagrażają, a j e d n a k boi się ich i nic na to nie u m i e pora­ dzić. To samo dotyczy wielu innych nieracjonalnych fobii.

T e m a t m ę s t w a obiecuje Platon poruszyć o s o b n o . i wydanie swego Lachesa.

Z u p e ł n i e , jakby z a p o w i a d a ł o p r a c o w a n i e

429 E

Księga IV

129

n i e , to wiesz, co się robi, k i e d y się coś w i n n y c h kolorach farbuje albo i w tych samych, ale bez uprzedniej zaprawy. - Wiem - powiada - że to w praniu pełznie i śmiechu warte. - Więc przyjmij - ciągnąłem dalej - że coś takiego robimy i my w e d ł u g sił, kiedyśmy wybrali żołnierzy i wykształcili ich z pomocą muzyki i gimna­ styki. Uważaj, że m y ś m y do niczego i n n e g o nie zmierzali, jak tylko do 430 tego, żeby oni nam jak najpiękniej praw słuchali i w ten sposób jakby farbę przyjęli, tak aby ich p r z e k o n a n i e było nie do wyprania i co się tyczy tego, co straszne, i w i n n y c h sprawach; d l a t e g o że i n a t u r ę mają o d p o w i e d n i ą , i wychowanie; aby z nich farby nie wypłukały te mydła, które umieją wy­ płukiwać do czysta, a mianowicie rozkosz, ona to potrafi zrobić lepiej niż B wszelka soda i wszelkie proszki, ani ból, ani strach, ani żądza - to silniejsze niż każde inne mydło. Więc taką moc i zachowanie poprzez wszystkie wy­ padki słusznego i nakazanego prawem sądu o tym, co straszne, a co nie, ja nazywam m ę s t w e m i tak zakładam, jeżeli ty nie będziesz jakiegoś i n n e g o zdania. - N i e - powiada - ja nic nie mówię. M a m wrażenie, że ty słuszny sąd o tych samych rzeczach, ale nie wyrosły na tle wychowania, jak to bywa u zwierząt albo u niewolników, uważasz za coś, co nawet nie bardzo idzie po myśli prawa, i nazywasz go inaczej, a nie m ę s t w e m . - Z u p e ł n i e słusznie mówisz - odparłem. C - Więc ja przyjmuję, że to jest męstwo. - Przyjmij - powiedziałem - że to jest męstwo obywatelskie, a przyjmiesz słusznie. Jeżeli zechcesz, to sobie o tym innym razem ładniej pomówimy. Bo teraz żeśmy nie tego szukali, tylko sprawiedliwości. Więc jeśli chodzi o szukanie tamtego, to ja mam wrażenie, że to już wystarczy. - P i ę k n i e mówisz - powiada. - Z a t e m jeszcze dwie rzeczy - ciągnąłem dalej - pozostały, które trzeba VIII zobaczyć w mieście: rozwaga i to, dla czego szukamy wszystkiego: sprawie- D dliwość. - Tak jest. - Ale jak byśmy mogli znaleźć sprawiedliwość, nie zadawszy sobie na­ przód trudu z szukaniem rozwagi? - Więc ja - powiada - nie wiem i nawet bym nie chciał, żeby ona się na­ przód pokazała, jeżeli się p r z e d t e m nie z a j m i e m y rozwagą. Więc j e ż e l i chcesz mi zrobić przyjemność, to zajmij się nią najpierw, a tamtą później 8 . - Owszem - mówię - ja mam ochotę, jeżeli tylko mam słuszność. - Więc rozpatruj - powiada. - Trzeba rozpatrzyć - d o d a ł e m . - Więc, o ile to ode m n i e widać, to rozT r z e c i a zaleta, rozwaga, czyli panowanie nad sobą, polega na poddaniu pożądań rozumowi; czą­ stki człowieka gorszej j e g o cząstce lepszej. To samo b ę d z i e zaletą i d e a l n e g o państwa, w k t ó r y m część ludności, wytwarzająca i pracująca przy wymianie dóbr wytworzonych - cząstka z d a n i e m P l a t o n a gorsza - b ę d z i e p o d d a n a inteligencji rządzącej, która stanowi w państwie c z ą s t k ę naj­ lepszą.
8

E

130

Platon, Państwo

430 E

waga jest podobna do pewnego współbrzmienia i do harmonii raczej niż to, co p r z e d t e m . - Jak to? - Rozwaga to jest pewien ład i w e w n ę t r z n e p a n o w a n i e nad przyjemno­ ściami i nad żądzami, jak się to mówi. Mówi się przecież o mocy nad sobą, sam nie wiem dobrze, co to znaczy, i inne jakieś takie jakby jej ślady spoty­ ka się w mowie potocznej. Czy nie? - Ależ na każdym kroku - powiada. - Nieprawdaż? A to „panowanie nad sobą" to zabawny zwrot. Bo panu­ jący nad sobą m u s i a ł b y z a r a z e m sobie p o d l e g a ć , a p o d d a n y sobie b y ł b y 431 panującym. Bo przecież w tych wszystkich zwrotach mówi się o j e d n y m i o tym samym człowieku. - C z e m u by nie? - Ja m a m wrażenie - dodałem - że t e n zwrot znaczy to, że w samym czło­ wieku, w jego duszy, jest pewna cząstka najlepsza i jest inna, gorsza. I kie­ dy to, co z natury lepsze, panuje nad tym, co gorsze, to znaczy, że człowiek p a n u j e nad sobą i to się chwali; a kiedy s k u t k i e m złego wychowania albo jakiegoś towarzystwa wielka ilość tego, co gorsze, zacznie opanowywać pierB wiastek lepszy, bo on jest mniejszy, to się już gani i to jakby impertynencja powiedzieć o kimś, że nie ma mocy nad sobą i że się oddaje rozpuście czło­ wiek tak dysponowany. - Zdaje się, że tak - powiada. - Więc popatrz - dodałem - na nasze nowe miasto, a znajdziesz, że w nim coś i n n e g o mieszka. Powiesz, że słusznie mu trzeba przyznać p a n o w a n i e nad sobą, jeżeli się panowanie nad sobą i rozwagę przyznaje t e m u , w kim cząstka lepsza panuje nad gorszą. - Ja patrzę - powiada - i ty mówisz prawdę. - A prawda, że tych wiele i różnorodnych żądz i przyjemności, i przykroC ści najwięcej m o ż n a z n a l e ź ć u dzieci i u kobiet, i u służby, a u tych tak zwanych wolnych ludzi też, których jest wielu, a są licha warci. - Tak jest. - A znowu te pożądania proste i utrzymane w mierze, o których decyduje r o z u m i sąd prawdziwy, i r o z u m o w a n i e , te s p o t k a s z u n i e w i e l u l u d z i u tych, którzy naturę mają najlepszą i najlepsze odebrali wychowanie. - Prawda - powiedział. - W i ę c widzisz, że i to j e s t w t w o i m p a ń s t w i e i że t a m ż ą d z e t y c h , D których jest wielu, a niewiele są warci, ulegają żądzom i rozumowi niewie­ lu, ale raczej tych przyzwoitych ludzi? IX - Ja widzę - powiada. - Więc jeżeli o jakimkolwiek mieście należy mówić, że panuje nad rozko­ szami i żądzami i samo nad sobą, to i o tym trzeba to powiedzieć 9 .
9

T a k pojęta rozwaga, czyli opanowanie w e w n ę t r z n e , już nie będzie tkwiła w j e d n e j tylko klasie s p o ł e c z n e j , ale we w z a j e m n y m s t o s u n k u klasy panującej i klas zależnych. D l a t e g o rozwaga jest p o d o b n a do h a r m o n i i . Platon objawia p e w i e n s k r u p u ł , czy w ogóle m o ż n a m ó w i ć o p a n o w a n i u

431 D

Księga IV

131

- Ze wszech miar - powiada. - A to też, jeśli w jakimkolwiek innym państwie istnieje między rządząE cymi i rządzonymi to samo zdanie co do tego, kto ma panować, to ono ist­ nieje i w tym państwie. Czy nie wydaje ci się? - I bardzo mocno mi się tak wydaje - powiada. - A kiedy u nich tak rzeczy stoją, to w których spośród obywateli - po­ wiedziałbyś - mieszka rozwaga? W rządzących czy w rządzonych? - Chyba w jednych i w drugich - powiada. - Więc widzisz - dodałem - jakeśmy to słusznie przeczuwali przed chwilą, że rozwaga będzie podobna do pewnej harmonii? - N o , to co? - Że to nie jest tak jak męstwo i mądrość - każde z tych tkwiło w j e d n e j tylko cząstce i już j e d n o czyni państwo mądrym, a drugie mężnym. A roz- 432 waga n i e tak robi, tylko się na całe państwo rozpościera i sprawia, że się we wszystkim zgadzają najsłabsi i najmocniejsi, i ci pośredni też - czyby to szło o rozum, czy o siłę, a może o ilość również albo o pieniądze lub o co­ k o l w i e k i n n e g o w t y m rodzaju. T a k że najsłuszniej m o g l i b y ś m y p o w i e ­ dzieć, że taka jednomyślność to jest rozwaga, taka naturalna zgodność co do tego, która strona powinna rządzić i w państwie, i w każdym z osobna. - M n i e się zupełnie tak samo wydaje - powiada. - N o , to dobrze - d o d a ł e m . - Więc trzy rzeczy już mamy w państwie do­ strzeżone, tak to przynajmniej wygląda. A ta ostatnia postać, dzięki której p a ń s t w o m i a ł o b y d z i e l n o ś ć w sobie, co by to mogła być za j e d n a ? Jasna rzecz, że to właśnie jest sprawiedliwość. - Jasna. - Więc prawda, G l a u k o n i e , że my teraz musimy, j a k o b y jacyś myśliwi, obstawić krzaki naokoło i dobrze uważać, aby nam sprawiedliwość którędyś nie uciekła; gotowa się schować i nie b ę d z i e jej widać. To oczywiste, że ona gdzieś tu jest. Więc patrzaj i staraj się dostrzec, a jakbyś ją jakoś prędzej ode m n i e zobaczył, to daj mi znać. - G d y b y m tylko potrafił - powiada. - Gdybyś mi tylko dał iść za sobą tak, ż e b y m m ó g ł d o j r z e ć to, c o w s k a ż e s z , t o b ę d z i e s z miał z e m n i e u ż y t e k w sam raz. - No to chodź za mną - mówię - pomodliwszy się razem ze mną. - Ja to zrobię - powiada - ty prowadź tylko.
nad sobą, gdy się opisuje nie j e d n o s t k ę ludzką, ale państwo. S k r u p u ł wydaje się słuszny. A har­ m o n i a , o której mowa, polega po prostu na tym, że w państwie chcą j e d n i rozkazywać d r u g i m i rozkazują, a d r u d z y chcą ich s ł u c h a ć i słuchają. O r o z w a d z e mówi więcej dialog p l a t o ń s k i Charmides. Kiedy w t e n sposób wskazano trzy zalety i d e a l n e g o państwa, rozpoczyna się p e ł n e h u m o r u p o l o w a n i e z a zaletą czwartą, z a sprawiedliwością. T e n h u m o r j e d n a k j e s t n i e c o w y m u s z o n y , skoro Sokrates wyznaje, że to miejsce jest t r u d n e , drogi wcale nie widać i sprawa jest z u p e ł n i e c i e m n a . A d e j m a n t się już niecierpliwi, a Sokrates p r z y p o m i n a sobie, niby to w tej chwili, że o sprawiedliwości w jego rozumieniu mówiło się już od dawna, tylko nikt nie mógł zgadnąć, że to właśnie b ę d z i e się nazywało sprawiedliwością.

B

C

132

Platon, Państwo

432 C

D

E

- Tak jest - mówię. - Ale to jakieś miejsce trudne, drogi nie ma i ciemno tu trochę. Ciemności nieprzeniknione. Ale jednak trzeba iść. - No to iść - powiada. - Więc ja dostrzegłszy coś zawołałem: - H o p , hop, G l a u k o n i e ! Zdaje się, że mamy jakiś ślad, i ja mam wrażenie, że ona się nam chyba nie wymknie. - To dobra nowina - mówi. - Tak - powiadam - ale to niedorajdy z nas! - Jak to? - N o , mój drogi, przecież widać, że to się nam od dawna pod nogami plą­ cze, j u ż od s a m e g o początku, a m y ś m y go nie widzieli i byliśmy bardzo śmieszni. Jak ten, który coś w ręku trzyma i nieraz szuka tego, co ma. Tak i myśmy na to nie patrzyli, a sięgaliśmy oczyma gdzieś dalej i może być, że ono się tam przed nami schowało. - Jak to rozumiesz? - powiada. - No tak, że my, zdaje się, od dawna i mówimy o tym, i słuchamy, a nie r o z u m i e m y siebie samych, że mówiliśmy w pewnym sposobie właśnie o tym.

- To bardzo długi wstęp - powiada - dla kogoś, kto pragnie usłyszeć. X - Więc proszę cię - o d p o w i e d z i a ł e m - słuchaj, czy ja m ó w i ę do rzeczy. 433 To, cośmy na samym początku, przy zakładaniu miasta, przyjęli jako postu­ lat bezwzględny, to właśnie - albo coś w tym rodzaju - jest sprawiedliwo­ ścią, w e d ł u g mego zdania. A to przyjęliśmy przecież i częstośmy to mówili, jeżeli pamiętasz: że każdy obywatel powinien się zajmować czymś j e d n y m , tym, do czego by miał największe dyspozycje wrodzone , 0 . - Mówiliśmy tak. - No więc. I że robić swoje, a nie bawić się i tym, i owym to jest spra­ wiedliwość, tośmy i od wielu innych słyszeli, i samiśmy to niejeden raz po­ wiedzieli. - A powiedzieliśmy. - W i ę c to w ł a ś n i e - d o d a ł e m - mój kochany, to w ł a ś n i e d o k o n y w a n e
T e r a z mówi S o k r a t e s otwarcie, że s p r a w i e d l i w o ś ć to nic i n n e g o , jak t y l k o ścisła i n i e ­ p r z e k r a c z a l n a specjalizacja, kastowość, z g o d n a z w r o d z o n y m i z d o l n o ś c i a m i j e d n o s t e k . N i e c h każdy robi swoje i nie miesza się do nie swoich rzeczy - oto formuła sprawiedliwości w państwie. Znaczy to, że zarobnik ani żołnierz nie p o w i n i e n rządzić p a ń s t w e m , a rządzący nie p o w i n n i być ani ż o ł n i e r z a m i , ani z a r o b n i k a m i . N i e s p r a w i e d l i w o ś ć - ta grozi zgubą p a ń s t w u - zaczyna się w chwili, gdy zarobnicy lub żołnierze sięgają po władzę naczelną, gdy się zarobnicy chcą bawić w wojsko albo wojskowi w rząd. W y m i e n i o n e trzy zawody nie powinny się nigdy łączyć w j e d n e j klasie s p o ł e c z n e j ani w ręku j e d n e g o człowieka, to byłaby niesprawiedliwość. P l a t o n c z u j e , ż e n a d a ł wyrazowi „ s p r a w i e d l i w o ś ć " z n a c z e n i e d o ś ć n i e o c z e k i w a n e i n i e ­ zwyczajne. Ż e b y c z y t e l n i k a z tym pogodzić, p r z y p o m i n a , że w sądach, t a m j u ż niewątpliwie chodzi o sprawiedliwość, rozstrzyga się właśnie to, czy ktoś wziął swoje czy nie swoje, czy posia­ da swoje, czy robi na swoim. Więc i to, czy k t o ś robi swoje, to t e ż sprawa sprawiedliwości. Chodzi o swoje i nie swoje. To jest j e d n a k sztuczka, która nie usuwa dwuznaczności słowa „swoje". Raz idzie o własność, a więc o prawo do wolnego rozporządzania d o b r a m i p e w n y m i , a raz o brak prawa do z m i a n y wy­ z n a c z o n e g o zajęcia. Różnica dość doniosła.
10

B

433 B

Księga IV

133

w p e w n y m sposobie, to gotowa być sprawiedliwość - robić swoje. A wiesz, na jakim się opieram świadectwie? - N i e wiem, ale powiedz - odparł. - Zdaje mi się - p o w i e d z i a ł e m - że spośród tych rzeczy, k t ó r e ś m y w pań­ stwie pod uwagę brali, po rozwadze, m ę s t w i e i mądrości zostało jeszcze to, co im wszystkim umożliwiało zakorzenienie się, a zakorzenionym zapewniało u t r z y m a n i e się, jak d ł u g o by trwało samo. Mówiliśmy przecież, że spra­ wiedliwością będzie to, co pozostanie po tamtych, gdybyśmy te trzy znaleźli. - N o , to koniecznie - powiada. - Otóż - mówię - gdyby trzeba rozstrzygnąć, który z tych czynników naj­ więcej decyduje o wartości naszego miasta, jeżeli w nim tkwi, to trudno by­ łoby rozstrzygnąć, czy to b ę d z i e j e d n o m y ś l n o ś ć rządzących i rządzonych, czy też u t r z y m y w a n i e się w duszach żołnierzy prawem p r z e p i s a n e g o sądu o tym, co jest straszne i co nie jest straszne, czy rozum i czujność tkwiąca w duszach rządzących, czy też to p r z e d e wszystkim d e c y d u j e o jego war­ tości, jeżeli tkwi i w dziecku, i w kobiecie, i w niewolniku, i w człowieku wolnym, i w robotniku, i w rządzącym, i w rządzonym, to: żeby każdy robił swoje, a nie bawił się tym i owym. - T r u d n o to rozstrzygnąć - powiada. - Jakżeby nie? - Z a t e m , jeżeli chodzi o dzielność państwa, to b ę d z i e walka i zawody; z j e d n e j strony jego mądrość i rozwaga, i męstwo, a z drugiej zdolność do tego, żeby każdy w nim, będąc jedną jednostką, robił swoje. - I bardzo wielka - powiada. - Nieprawdaż, możesz chyba przyjąć, że sprawiedliwość musi z t a m t y m i znamionami iść w zawody, jeżeli idzie o dzielność państwa? - Ze wszech miar - powiada. - A zobacz no i z tej strony, czy się tak będzie wydawało. Czy rządzącym w mieście polecisz także rozsądzanie spraw?

C

D

E

- Albo co? - Czy na c z y m k o l w i e k i n n y m b ę d z i e im zależało przy sądzeniu spraw, a nie na tym, żeby nikt ani nie miał niczego cudzego, ani swego nie tracił? - N o , nie. Właśnie na tym. - Bo to jest sprawiedliwe? - Tak. - Więc i z tego względu można by się zgodzić, że sprawiedliwość to po­ siadanie i robienie swego i własnego. - Jest tak. - Więc zobacz, czy ci się b ę d z i e wydawało tak, jak i mnie. Jeżeli cieśla 434 spróbuje robić roboty szewskie a szewc ciesielskie, albo narzędzia ze sobą pomieniają, albo cześć k a ż d e m u należną, albo n a w e t - jeżeli j e d e n i t e n sam spróbuje wykonywać obie roboty, w ogóle wszelkie inne zamiany tego rodzaju, czy myślisz, że one może wielką szkodę wyrządzają państwu? - N i e bardzo wielką - powiada. - Ale kiedy, tak ja uważam, jakiś rzemieślnik z natury albo inny groszo-

134 B

Platon, Państwo

434 B

C

IX

rób wzbije się w d u m ę na tle swego bogactwa albo wpływów, albo siły, albo czegoś innego w tym rodzaju, i zacznie przybierać postać wojskowego, albo ktoś z wojskowych przybierze postać r a d n e g o i strażnika, chociaż tego nie godzien, i ci ludzie pomieniają z sobą narzędzia i zaszczyty, albo gdy j e d e n i ten sam człowiek spróbuje to wszystko robić równocześnie, w t e d y - myślę, że i ty się zgodzisz - taka zamiana i takie łączenie zawodów, to zguba dla państwa. - Ze wszech miar przecież. - Są trzy takie zawody i w zakresie tych trzech łączenie zawodów w jed­ n y m ręku i zamiana jest największą szkodą dla państwa i najsłuszniej po­ winna by się nazywać szkodnictwem. - Zapewne. - A czy nie powiesz, że szkodnictwo największe, skierowane przeciw wła­ snemu państwu, to niesprawiedliwość? - Jakżeby nie? - Więc to jest niesprawiedliwość. I na odwrót powiedzmy tak; są w pań­ stwie zarobnicy, p o m o c n i c y i strażnicy. Jeżeli każda z tych w a r s t w robi w państwie to tylko, co do niej należy, jeżeli każda robi swoje, więc wprost p r z e c i w n i e niż w t a m t y m w y p a d k u , to byłaby s p r a w i e d l i w o ś ć i p r z e z to państwo stawałoby się sprawiedliwe. - Zdaje mi się - powiada - że nie inaczej ma się rzecz, tylko właśnie tak. - Może - dodałem - nie mówmy tego jeszcze całkiem stanowczo. Ale je­ żeli się zajmiemy poszczególnymi j e d n o s t k a m i ludzkimi i tam znowu zgo­ d n i e przyznamy, że ta sama postać jest i tam sprawiedliwością, to już się b ę d z i e m y zgadzali. Bo i co powiemy? A jeżeli nie, to w t e d y coś i n n e g o w e ź m i e m y pod uwagę. A teraz dokończymy rozpatrywania tego przedmio­ tu. Z d a w a ł o się n a m przecież, że jeśli s p r ó b u j e m y o b e j r z e ć to w j a k i m ś większym przedmiocie spośród tych, które mają w sobie sprawiedliwość, to ł a t w i e j i w p o s z c z e g ó l n e j j e d n o s t c e l u d z k i e j dojrzymy, j a k i e to j e s t 1 1 .

D

Uważaliśmy, że takim p r z e d m i o t e m jest państwo, i w t e n sposób założyli­ śmy p a ń s t w o ile możności najlepsze, d o b r z e wiedząc, że w p a ń s t w i e do­ brym to się znaleźć musi. Więc to, co się nam tam ukazało, o d n i e ś m y do poszczególnego człowieka. Jeżeli się zgodzi, to będzie bardzo ładnie. A je­ żeli w poszczególnej j e d n o s t c e zjawi się coś innego, to znowu wrócimy do 435 państwa i b ę d z i e m y próbowali. P r ę d k o j e d n o przy drugim b ę d z i e m y oglą­ dali, niech się j e d n o z drugim ściera, jak krzemienie, aż wykrzeszemy spra­ wiedliwość. Kiedy nam ona wybłyśnie i stanie przed oczami jasna, to może ją potrafimy przez to w sobie samych utwierdzić. - Dobra droga to, co mówisz - powiada - i trzeba tak zrobić.

E

Kiedy się znalazło to osobliwe z n a c z e n i e wyrazu „sprawiedliwość" w ustroju państwa, nie bę­ dzie t r u d n o znaleźć coś p o d o b n e g o w organizacji d u c h o w e j człowieka i nazwać to też sprawiedli­ wością. W duszy ludzkiej odróżnia Platon również trzy pierwiastki, p o d o b n i e jak w państwie trzy klasy s p o ł e c z n e , a mianowicie: rozum, t e m p e r a m e n t i pożądliwość albo chciwość.

11

435 A

Księga IV

135

- Otóż - ciągnąłem - jeżeli się mówi, że gdzieś jest j e d n o i to samo, a tyl­ ko ono jest tu większe, a tam mniejsze, to czy ono musi być tu i tam nie­ p o d o b n e z t e g o w z g l ę d u , z j a k i e g o się mówi o jego tożsamości, czy po­ dobne? - P o d o b n e - powiada. - Z a t e m i sprawiedliwy człowiek od sprawiedliwego państwa ze względu na samą postać sprawiedliwości wcale się nie b ę d z i e różnił, ale b ę d z i e do niego podobny. - Podobny - powiada. - A państwo wydawało się sprawiedliwe, kiedy trzy rodzaje natur, j a k i e w nim są, robiły każda swoje. A wydawało się rozważne znowu i m ę ż n e , i mądre dzięki jakimś innym stanom i postawom tych samych trzech rodzajów. - Prawda - powiedział. - Więc i poszczególną j e d n o s t k ę ludzką, przyjacielu, tak samo b ę d z i e m y oceniali; ona ma w swojej duszy też te trzy postacie i dzięki takim samym stanom tych postaci będzie zasługiwała na te same nazwy, co i państwo. - Koniecznie tak musi być - powiada. - Z n o w u ś m y - mówię - w marne rozważania wpadli o duszy, czy ona ma te trzy postacie w sobie, czy nie ma. - Ja myślę - powiada - że to nie bardzo marne. Tylko może być, Sokrate­ sie, że, jak to mówią, nie jest łatwe to, co jest p i ę k n e . - Widocznie - mówię. - Ale bądź przekonany, Glaukonie, ja przynajmniej tak myślę, że taką metodą, jaką my się teraz w dyskusji posługujemy, my tego nigdy i żadną miarą nie potrafimy jasno i dokładnie ująć. Do tego pro­ wadzi droga dłuższa i większa. Ale może być, że i ta godna jest tego, co się poprzednio powiedziało i rozpatrzyło.

B

C

D

- P r z e c i e ż jest przyjemna - powiada. - M n i e przynajmniej na razie cał­ kiem wystarcza. - Ależ owszem - mówię - m n i e ona nawet i bardzo wystarcza. - Więc nie opadaj z sił - powiada - tylko rozważaj. E - Z a t e m , czy nie musimy się bezwarunkowo zgodzić na to, że w każdym z nas tkwią te same postacie, te same składniki charakteru, co i w państwie? O n e się w nim przecież znikądinąd nie biorą. To by było zabawne, gdyby ktoś myślał, że t e m p e r a m e n t państwa nie pochodzi od poszczególnych oby­ wateli, którzy t e m u winni, jak np. mówią o t e m p e r a m e n c i e tych obywateli, co siedzą w Tracji i w krajach Skytów, i tak tam bardziej ku północy, albo o zamiłowaniu do nauki, które najwięcej przypisują ludziom z naszych oko- 436 lic, a przywiązanie do p i e n i ę d z y nierzadko uchodzi za rys Fenicjan i tych tam z Egiptu. - I bardzo - powiada. - To już tak jest - dodałem - i to nietrudno poznać. - N o , nie. - Ale to poznać trudniej, czy my j e d n y m i tym samym robimy wszystko, XII

136

Platon, Państwo

436 A

czy też, skoro mamy trzy pierwiastki, każdym robimy coś innego. Uczymy się innym, gniewamy się czymś innym, co mamy w sobie, a pożądamy zno­ wu c z y m ś t r z e c i m , co jest t ł e m p r z y j e m n o ś c i z w i ą z a n y c h z j e d z e n i e m B i z rozmnażaniem się, i z takimi rzeczami koło tego, czy też całą duszą robi­ my każdą z tych rzeczy, jak zaczniemy. To będzie sprawa trudna do rozgra­ niczenia, tak że warto by było o tym mówić 12 . - I m n i e się tak zdaje - powiada. - Więc w t e n sposób próbujmy to rozgraniczać, czy to b ę d z i e j e d n o i to samo wszystko razem, czy coś innego każde. - Jak? - Jasna rzecz, że jedno i to samo nie zechce równocześnie ani działać, ani doznawać stanów przeciwnych z tego samego względu i w stosunku do tego s a m e g o p r z e d m i o t u . Z a c z e m , jeżeli znajdziemy gdzieś, że się to dzieje z tymi pierwiastkami w nas, b ę d z i e m y wiedzieli, że to nie było j e d n o i to C samo, tylko było tych pierwiastków więcej. - N o , dobrze. - Otóż zobacz, co ja mówię. - Mów - powiada. - Ż e b y coś stało - powiedziałem - i żeby się równocześnie ruszało, j e d n o i to samo, pod tym samym względem, czy to jest możliwe? - Nigdy. - Więc j e s z c z e ściślej ustalmy, na co się zgadzamy, a b y ś m y się g d z i e ś w dalszym ciągu nie zaczęli spierać. G d y b y ktoś mówił, że p e w i e n czło­ wiek stoi, a porusza rękami i głową, to my byśmy uważali, że nie trzeba tak D mówić, że on równocześnie stoi i porusza się, tylko że się coś w nim poru­ sza, a coś stoi. Czy nie tak? - Tak. - Nieprawdaż? A gdyby mówiący to dowcipkował i dalej i figlarnie zau­ ważył, że bąk w całości stoi i porusza się zarazem, kiedy jego oś tkwi wciąż w tym samym miejscu, a on się kręci w kółko i to samo robi jakiekolwiek inne ciało, które się obraca nie zmieniając swego położenia, my byśmy tego nie przyjęli, bo to przecież nie pod tym samym względem i nie te same ich części są wtedy w spoczynku i w ruchu. My byśmy powiedzieli, że te ciała E mają w sobie część prostą i część obwodową, i że ze względu na tę prostą one stoją, bo ona się w żadną stronę nie odchyla, a ze względu na tę obwo­ dową kręcą się w kółko. Jeżeli takie ciało pochyla swą część prostą w pra12 I tu mu się pytanie nasuwa, czy należy odróżniać takie trzy różne pierwiastki albo władze du­ szy, czy też mówić tylko o trzech rodzajach zjawisk psychicznych j e d n e j i tej samej i zawsze całej duszy. C h c ą c na to pytanie o d p o w i e d z i e ć zakłada Platon coś w rodzaju zasady sprzeczności: jed­ no i to samo nie może równocześnie ani wywoływać, ani doznawać stanów przeciwnych z tego sa­ m e g o w z g l ę d u i w s t o s u n k u do tego s a m e g o p r z e d m i o t u . Na kilku przykładach pokazuje, jak z ł u d n e bywają czasem pozory równoczesnych cech sprzecznych, jeśli chodzi na przykład o ruch i o s p o c z y n e k . Być m o ż e , miat w tym miejscu na myśli jakichś wyznawców Heraklita, którzy wierzyli w możliwość współistnienia cech s p r z e c z n y c h . C e c h y r ó w n o c z e s n e , a p r z e c i w n e sobie pod tym samym względem i w stosunku do tego s a m e g o przedmiotu, to cechy sprzeczne.

436 E

Księga IV

137

wo, w lewo, ku przodowi albo w tył, kręcąc się równocześnie, wtedy już nie ma mowy o staniu. - I słusznie - powiada. - Więc zgoła nas nie b ę d z i e płoszyć to, co się o tych rzeczach mówi, i wcale nas nie przekona, żeby kiedykolwiek coś, będąc j e d n y m i tym sa­ mym p r z e d m i o t e m , miało równocześnie z j e d n e g o i tego samego względu i w s t o s u n k u do t e g o s a m e g o p r z e d m i o t u czegoś p r z e c i w n e g o d o z n a w a ć albo i coś takiego robić. 437 - M n i e przynajmniej nie - powiada. - W każdym razie - dodałem - abyśmy nie musieli wszystkich tego rodza­ ju p u n k t ó w spornych przechodzić po kolei i rozwodzić się długo, wiedząc na pewno, że w nich nie ma prawdy, załóżmy, że to jest tak i pójdźmy na­ przód, zgodziwszy się, że jeśliby się nam to kiedyś miało przedstawić ina­ czej, a nie w t e n sposób, w t e d y wszystko, co z tego stanowiska wyniknie, będzie pozbawione wewnętrznego związku. - Więc trzeba tak zrobić - powiada. - Z a t e m - ciągnąłem dalej - czy skinienie głową i cofnięcie głowy, wycia- XIII ganię ręki po coś i cofanie dłoni, i przygarnianie do siebie, i o d p y c h a n i e , B i wszystkie tego rodzaju pary, czy zaliczysz do przeciwieństw wzajemnych, wszystko jedno, czyby to były działania, czy stany bierne, bo to nie b ę d z i e tu stanowiło różnicy. - N o , tak - powiada - to są przeciwieństwa. - No cóż? - mówię. - A mieć pragnienie i być głodnym, i w ogóle pożąda­ nia, i znowu pragnąć, i chcieć, czy tego wszystkiego nie zaliczyłbyś gdzieś C do tych postaci, o których się w tej chwili mówiło? Na przykład czy nie po­ wiesz, że dusza tego, który pożąda, zawsze jakoś albo wyciąga ręce do tego, czego pożąda, albo przygarnia to, co chce posiąść, albo znowu, jeżeli c h c e coś dla siebie osiągnąć, to kiwa na to głową sama do siebie, jakby się jej ktoś o to pytał, tak chce, żeby się to stało? 1 3 - Tak jest. - No cóż? A nie chcieć czegoś i nie pragnąć, i nie pożądać, czy tego nie

13 Tu p i ę k n e i trafne rozróżnienie pragnieri i postanowień. W pragnieniach dusza tylko ręce wy­ ciąga do tego, czego pożąda, a w p o s t a n o w i e n i a c h robi głową ruch potwierdzający. To d l a t e g o , że postanowienia są p e w n y m i sądami, co Platon widocznie jakoś wyczuwał dając ten opis p r z e n o ­ śny. W tej chwili j e d n a k interesują go pragnienia. P r z y p o m i n a mu się nagle jego własna zasada, w e d l e której każdy człowiek zawsze chce tego, co d o b r e ; więc bywa zły przez p o m y ł k ę , przez b r a k w i e d z y . W e d l e tej zasady k a ż d e p r a g n i e n i e b y ł o b y p r a g n i e n i e m p r z e d m i o t u d o b r e g o , a więc właściwie p r a g n i e n i e m p e w n e g o dobra. T e r a z mu się to nie p o d o b a . Woli inaczej opisy­ wać to, co wie o duszy l u d z k i e j . P r a g n i e n i e , powiada teraz, zwraca się po prostu do j a k i e g o ś p r z e d m i o t u nie określonego wcale jako dobry ani jako zły, tylko jako upragniony. Pragnienia d o ­ bre zwracają się do p r z e d m i o t ó w dobrych, a złe do złych. To prawda. Ale żeby się z pragnienia po prostu zrobiło p r a g n i e n i e d o b r e , musi do tego pragnienia dołączyć się trafna o c e n a wartości p r z e d m i o t u , a tę o c e n ę wydaje nie pożądliwość, tylko rozum.

Platon odgania własne s k r u p u ł y z w r o t e m : „ N i e c h nas nikt nie próbuje zaskoczyć uwagą, że itd." T e n ktoś, to on sam.

» 138 Platon, Państwo 437 C

D

E

w e ź m i e m y za rodzaj o d p y c h a n i a i o d p ę d z a n i a od siebie, i w ogóle za coś wprost przeciwnego temu, co przedtem? - Jakżeby nie? - Skoro to tak jest, to powiemy, że istnieje pewna postać pożądań, a po­ śród nich najbardziej bije w oczy to, k t ó r e nazywamy p r a g n i e n i e m , i to, które głodem? - Powiemy - odparł. - Nieprawdaż? Jedno dotyczy napoju, a drugie jadła? - Tak. - A czy pragnienie, o ile jest pragnieniem, dotyczy czegoś więcej - to po­ żądanie z b u d z o n e w duszy - ono dotyczy czegoś więcej, czy też tego tylko, co tu mówimy? Na przykład pragnienie, czy jest pragnieniem ciepłego na­ poju, czy zimnego, czy obfitego, czy nieobfitego, czy j e d n y m słowem napo­ ju o pewnej jakości? Czy też, jeśli się do pragnienia dołączy p e w n e gorąco, to może wytwarzać w dodatku pożądanie zimnego napoju, a jeśli się do pra­ gnienia dołączy zimno, to pragnienie ciepłego napoju? A jeżeliby przez do­ łączenie się obfitości pragnienie było obfite, zrobi się p r a g n i e n i e obfitego napoju, a jeśli pragnienie będzie małe, to nieobfitego napoju. Ale pragnie­ nie samo nigdy nie jest żądzą niczego innego, jak tylko tego, co z jego na­ tury wypływa - samego napoju, a znowu głód - pokarmu?

- Tak jest - powiada. - Samo pożądanie każde zwraca się tylko do swego n a t u r a l n e g o p r z e d m i o t u , a już do takiego lub takiego zwraca się to, co się do pożądania dołącza. 438 - Z a t e m - d o d a ł e m - niech nas n i k t n i e p r ó b u j e z n i e n a c k a z a s k o c z y ć uwagą, że nikt nie pragnie napoju, ale dobrego napoju, i nie p o k a r m u , ale dobrego pokarmu. Zaczem wszyscy pragną tego, co dobre. Jeżeli więc pra­ g n i e n i e jest p o ż ą d a n i e m , to byłoby to p o ż ą d a n i e dobrego, czy to napoju, czy czegokolwiek innego, a inne żądze to samo. - A może by jednak i coś w tym było, w tych słowach tego kogoś. - Ależ tak - p o w i e d z i a ł e m - z tych p o ż ą d a ń , k t ó r e c z e g o ś dotyczą, te określone jakościowo dotyczą p r z e d m i o t ó w określonych jakościowo, tak mi się wydaje, ale one same dotyczą każde tylko swego przedmiotu. - N i e zrozumiałem - powiada. - N i e zrozumiałeś, że to, co większe, jest takim, bo jest od czegoś większe? - N o tak. - Prawda? Od czegoś mniejszego? - Tak. - A to „o wiele większe" od czegoś „o wiele mniejszego"? Czy nie? - Tak. - A czy i to „ k i e d y ś tam d a w n i e j w i ę k s z e " od „ k i e d y ś t a m d a w n i e j mniejszego" i to „później większe" od „później mniejszego"? - N o , ale co z tego? - powiada. - I większe w stosunku do mniejszego, i dwa razy tak wielkie w stosunku do mniejszego o połowę, i wszystkie takie rzeczy; i cięższe w s t o s u n k u do

B

C

438 C

Księga IV

139

lżejszych, i szybsze w stosunku do powolniejszych, a jeszcze ciepłe w sto­ sunku do zimnych i wszystko tym podobne, czy nie mają się tak samo? - Tak jest. - A jak to jest z naukami? Czy nie tak samo? Wiedza sama dotyczy swe­ go p r z e d m i o t u - cokolwiek byśmy uznali za p r z e d m i o t wiedzy - a wiedza pewna, określona jakościowo, dotyczy pewnego przedmiotu określonego jako­ ściowo. Ja mam na myśli coś w tym rodzaju. Prawda, że jak powstała wie- D dza o budowaniu domów, to zaczęła się różnić od innych gałęzi wiedzy, zaczem ją nazywano nauką budownictwa. - Więc co? - Czy nie tym się zaczęła różnić, że zaczęła być jakościowa określona? Tak, jak żadna inna? - Tak. - Nieprawdaż? Skoro znalazła przedmiot określonej jakości, to i sama zy­ skała jakość określoną. Czy tak samo inne umiejętności i gałęzie wiedzy? - Jest tak. - Więc uważaj - d o d a ł e m - że ja to chciałem w t e d y powiedzieć, jeżeliś XIV t e r a z już z r o z u m i a ł , że c o k o l w i e k c z e g o ś i n n e g o dotyczy, to się o d n o s i , samo dla siebie wzięte, do s a m e g o swego p r z e d m i o t u , a do p r z e d m i o t ó w określonej jakości odnoszą się rzeczy w p e w i e n sposób określone jakościo­ wo. I ja nie mówię, że każda rzecz jest taka, jak jej przedmiot, więc niby E że wiedza dotycząca zdrowia i choroby jest sama zdrowa i chora, a dotyczą­ ca dobra i zła jest sama dobra i zła. Ale skoro p e w n a wiedza dotyczy nie p r z e d m i o t u wiedzy w ogóle, ale p e w n e g o jakiegoś p r z e d m i o t u , a tym jest zdrowie i choroba, wypada i jej być jakąś, określoną i to zrobiło, że ona się już nie nazywa wiedzą po prostu, ale wiedzą o czymś, co ma swoją jakość, a dołączyło się teraz, więc nazywa się wiedzą lekarską l 4 .
14 Po prostu tkwi w c z ł o w i e k u ślepa z d o l n o ś ć do p r a g n i e ń s k i e r o w n y c h do najrozmaitszych p r z e d m i o t ó w bez różnicy ich wartości. T o t e ż jeżeli człowiek potrafi nieraz nie słuchać swoich pragnieri, a więc cofać ręce od tego, do czego mu się o n e same wyciągają, to nie robi tego j e d e n i t e n sam człowiek, ani j e d e n i t e n sam pierwiastek w nim, bo na to nie pozwala jakoby zasada sprzeczności, tylko to się dzieje s k u t k i e m walki dwóch różnych pierwiastków: pożądliwości, która pragnie, i rozumu, który nakazuje ręce cofnąć i trzymać je przy sobie.

W p o d o b n y s p o s ó b na przykładzie L e o n t i o s a wprowadza P l a t o n jeszcze trzeci pierwiastek: gniew, czyli t e m p e r a m e n t , który nie jest tym s a m y m , co pożądliwość, bo czasem się człowiek gniewa na własne pożądania. T e n cały wywód roi się od personifikacji i wychodzi na to, że człowiek składa się właściwie z trzech ludzi. J e d e n z nich pragnie byle czego, drugi gniewa się o byle co, a trzeci myśli i choć sam niczego nie pragnie i nie gniewa się o nic, to j e d n a k nakazuje, zakazuje, powstrzymuje, kie­ ruje, prowadzi. C h y b a znowu dlatego, że tego chce? I tak dalej, bez końca. To bardzo obrazo­ we, ale n i e p o t r z e b n i e zawiłe. Prawo sprzeczności wcale nie prowadzi do takich h i p o t e z . Prze­ cież każda walka między przeciwnymi sobie pragnieniami da się opisać prościej; wtedy jeden i ten sam człowiek pragnie p e w n e g o p r z e d m i o t u z j e d n e g o względu, a cofa się przed nim z innych względów. To nie koliduje w ż a d n y m sposobie z zasadą sprzeczności, bo chodzi o różne wzglę­ dy. T e n sam L e o n t i o s pragnął oglądać trupy, kiedy był z daleka, bo to była nowość, a nie pra­ gnął ich oglądać, kiedy był z bliska i już je był zobaczył, bo to była obrzydliwość. I t e n sam gnie­ wał się na siebie s a m e g o za to, że mu się zachciało czegoś, co mu w rezultacie przyniosło wstręt. Cały czas był j e d n y m i t y m s a m y m L e o n t i o s e m i on sam pragnął zrazu, i on sam się brzydził

1

140

Platon, Państwo

438 E

439

B

- Zrozumiałem - powiada - i zdaje mi się, że to tak jest. - A pragnienie - dodałem - czy nie przyjmiesz, że ono należy do tych rze­ czy, które się czegoś tyczą i dlatego jest tym, czym jest? Istnieje przecież pragnienie. - No tak - powiada. - Pragnienie tyczy się napoju. - Prawda? Napoju pewnej jakości tyczy się też i pragnienie pewnej jako­ ści. Ale pragnienie samo nie tyczy się ani obfitego, ani nieobfitego napoju, ani dobrego, ani złego, ani jednym słowem pewnego jakiegoś, lecz tylko na­ poju samego dotyczy z natury samo pragnienie. - Ze wszech miar. - Więc dusza spragnionego, o ile on ma p r a g n i e n i e , nie czegoś i n n e g o chce, tylko pić i tego pragnie, i do tego dąży. - To jasne przecież. - Więc jeżeli ją k i e d y ś w chwili p r a g n i e n i a coś ciągnie w s t r o n ę prze­ ciwną, to musi być w niej coś innego niż to, co pragnie i ciągnie jak zwierzę do picia? Bo przecież mówimy, że j e d n o i to samo nie może z pomocą tej samej swojej części robić dwóch rzeczy przeciwnych sobie w s t o s u n k u do tego samego przedmiotu. - N o , nie może. - P o d o b n i e jak - uważam - o ł u c z n i k u nie trzeba mówić, że j e g o r ę c e równocześnie łuk odpychają i przyciągają, tylko jedna ręka odpycha, a druga przyciąga. - Ze wszech miar - powiada. - A czy powiemy, że czasem zdarza się, że spragnieni nie chcą pić? - I bardzo wielu takich - powiada - i często. - Więc cóż by - dodałem - cóż by można o tym powiedzieć? Czy nie to, że tkwi u nich w duszy coś, co każe pić, i jest w niej coś, co pić nie daje. I to jest coś innego i coś panującego nad tym, co pić każe? - Tak mi się wydaje - powiada. - A czy to, co przeszkadza takim rzeczom, nie rodzi się w duszy, jeżeli się rodzi, z r o z u m o w a n i a , a to, co w l e c z e , i ciągnie, czy nie p r z y c h o d z i ze stanów biernych i schorzeń? - Widocznie. - Więc nie bez sensu - d o d a ł e m - b ę d z i e m y uważali, że to są dwa pier­ wiastki i to różne od siebie; j e d e n , którym dusza rozumuje, n a z w i e m y jej i n t e l e k t e m , a drugi, którym ona kocha i łaknie, i pragnie, i innymi się żą­ dzami unosi, ten czynnik nierozumny - pożądliwością; ta się z p e w n y m i za­ spokojeniami i z rozkoszami brata. - No nie - powiada - to oczywiste, że możemy być tego zdania. - Z a t e m te dwie postacie - ciągnąłem dalej - tkwiące w duszy, n i e c h b y
później, i on sam się gniewał, i on sam się nie mógł paść b r z y d k i m w i d o k i e m , a tylko mówił do swoich oczu, zamiast do siebie samego. T o t y l k o j e s t prawdą, ż e c z ł o w i e k g o t ó w w s o b i e s a m y m zmyślać i n n y c h ludzi u k r y t y c h i zrzucać na nich odpowiedzialność za pragnienia, do których się sam przyznać nie c h c e .

C

D

E

439 E

Księga IV

141

u nas były określone. A tło pewnych wzruszeń i to, czym się gniewamy, czy to coś takiego, czy też może coś tej samej natury, co któreś z tych dwóch? - Może być - powiada - że to będzie to drugie - pożądliwość. - J e d n a k ż e - o d p o w i e d z i a ł e m - ja raz s ł y s z a ł e m coś i ja w to w i e r z ę . Że mianowicie L e o n t i o s , syn Aglajona, szedł raz z P i r e u s u na górę pod ze­ w n ę t r z n ą stroną m u r u p ó ł n o c n e g o i zobaczył t r u p y leżące koło d o m u kata. Więc r ó w n o c z e ś n i e i zobaczyć je chciał, i brzydził się, i odwracał, i tak jak długo walczył z sobą i zasłaniał się, aż go żądza przemogła i wytrzeszczywszy 440 oczy przybiegł do tych t r u p ó w i powiada: „ N o , m a c i e teraz, wy moje oczy przeklęte, napaście się tym p i ę k n y m w i d o k i e m " . - Ja to też słyszałem - powiada. - To opowiadanie świadczy j e d n a k - d o d a ł e m - że gniew czasem walczy z żądzami; widać, że j e d n o jest czymś innym i drugie. - Świadczy - powiada. - Prawda? A w innych wypadkach też - ciągnąłem - nieraz to spostrzega- XV my, kiedy żądze kogoś gwałtem przymuszają, wbrew rozsądkowi; w t e d y on się gniewa na to, co w nim samym siedzi, a gwałt mu chce zadawać, i jakB by się w nim walka odbywała, jego gniew przeciw t e m u czemuś zwrócony sprzymierza się z i n t e l e k t e m ; a żeby się gniew sprzymierzał z żądzami, kie­ dy intelekt mówi, że nie trzeba mu się sprzeciwiać, taki wypadek - tak my­ ślę - nie powiesz, żebyś spostrzegł kiedy w sobie samym albo w kimkolwiek innym. - N i e , na Zeusa - powiada. - No cóż? - d o d a ł e m - a kiedy ktoś czuje, że źle robi, to im więcej jest wart, czy nie tym trudniej mu się gniewać, jeżeliby i głód cierpiał, i marzł, i cokolwiek innego w tym rodzaju znosił z ręki tego, który by jego zdaniem miał słuszność, urządzając mu to wszystko? I czy, jak mówię, z e c h c e się jego gniew zbudzić i obrócić przeciw komuś takiemu? - To prawda - mówi. - A cóż? Jeśli ktoś uważa, że go krzywdzą, czy nie zaczyna w nim gniew kipieć? On się oburza w t e d y i sprzymierza się z tym, co się wydaje spra­ wiedliwe, i głód, i mróz, i wszelkie takie inne rzeczy znosić gotów, póki nie zwycięży. N i e złoży broni, póki swego nie dojdzie albo nie zginie; chyba że go rozum, który w nim jest, odwoła i ułagodzi go tak, jak pasterz psa 15 . - Tak jest - powiada - to jest bardzo p o d o b n e do tego, co mówisz. I my­ śmy t e ż w naszym państwie pomocników, tak jak psy, poddali pod w ł a d z ę rządzących, że to niby pasterze miasta. C

D

15 Z n o w u p o e t y c k a personifikacja gniewu, który się sprzymierza z i n t e l e k t e m , a nigdy j a k o b y nie sprzymierza się z żądzami przeciw i n t e l e k t o w i . A d e j m a n t jest jeszcze bardzo niedoświad­ czony, jeżeli nie zauważył tych m o m e n t ó w , w których się człowiek bardzo spragniony gniewa na własny r o z u m , ż e m u n i e o d p a r t y c h p r a g n i e ń o d r a d z a . P r z y c h o d z ą n o w e a r g u m e n t y z a t y m , że t e m p e r a m e n t (gniew) jest czymś innym niż pożądliwość i rozum.

142

Platon, Państwo

440 D

- Ty p i ę k n i e wnikasz w to, co ja c h c ę powiedzieć. Ale czy oprócz tego rozumiesz taką rzecz? - Jaką? - Ż e się n a m t e m p e r a m e n t p r z e d s t a w i a w p r o s t p r z e c i w n i e niż p r z e d chwilą. P r z e d t e m się nam zdawało, że to jest pewna pożądliwość, a teraz mówimy, że daleko do tego; on w chwili rozterki wewnętrznej staje się bro­ nią w ręku po stronie intelektu. - Ze wszech miar - powiada. - Więc czy on jest czymś różnym także od intelektu, czy też to jest pew­ na postać intelektu, tak że dusza miałaby w sobie nie trzy, ale dwie posta441 cie: i n t e l e k t i pożądliwość. Czy też tak jak w państwie składają się na nie trzy rodzaje: zarobkujący, p o m o c n i c y i radcy, tak i w d u s z y i s t n i e j e t e n czynnik trzeci - t e m p e r a m e n t i to jest naturalny pomocnik intelektu, jeżeli się nie popsuje pod wpływem złego wychowania. - Musi być - powiada - to trzecie. - Tak - mówię - jeżeli się tylko t e m p e r a m e n t okaże czymś różnym od in­ telektu; tak jak się okazał czymś innym niż pożądliwość. - Ależ to się - powiada - okaże bez trudności. Toż przecie i u małych dzieci można to zobaczyć, że zaraz po u r o d z e n i u bywają p e ł n e g n i e w u (to objaw t e m p e r a m e n t u ) , a do rozumu j e d n e , mnie się przynajmniej tak wydaB je, nigdy nie dojdą, a większa ich część kiedyś batdzo późno. - Na Zeusa - podchwyciłem - dobrześ powiedział. A u zwierząt też moż­ na zobaczyć, że to tak jest, jak mówisz. A oprócz tego i t e n wiersz Homera, któryśmy gdzieś tam przedtem przytoczyli, będzie też za tym świadczył: E W pierś się uderzył i serce poskramiał słowy mocnymi. Tutaj to jasne, że tu u H o m e r a coś innego przygania czemuś i n n e m u , to, co rozumuje na t e m a t tego, co lepsze i gorsze, przygania t e m u , co się gniewa bezmyślnie. - Z u p e ł n i e - powiada - słusznie mówisz. XVI - Więc tośmy - d o d a ł e m - z ciężką biedą przepłynęli i już się jako tako zgadzamy, że te same rodzaje, które są w państwie, te same tkwią i w duszy każdego człowieka, i jest ich tu i tam tyle samo 16 . C
Rozwijanie analogii między budowa, ustroju p a ń s t w o w e g o a strukturą d u s z y l u d z k i e j . P o ­ s z c z e g ó l n e zalety p a ń s t w a i zalety j e d n o s t k i l u d z k i e j odpowiadają sobie i jest ich tyle s a m o . Sprawiedliwy człowiek to t e n , w którym rozum bez t r u d u panuje nad żywym t e m p e r a m e n t e m i silnymi, licznymi pożądliwościami. Jeszcze raz Platon spostrzega, jakie to n i e o c z e k i w a n e poję­ cie sprawiedliwości, więc uspokaja i siebie, i czytelnika powołaniem się na zwyczaj mowy potocz­ n e j . P r z e c i e ż tak scharakteryzowany człowiek to właśnie ten sprawiedliwy z mowy p o t o c z n e j . Bo przecież nie oszuka nikogo, nie okradnie, nie o k ł a m i e , nie zdradzi, nie opuści. To więcej niż wątpliwe, bo z n a m y wysoce i n t e l i g e n t n y c h p r z e s t ę p c ó w , których t e m p e r a m e n t nie ponosi, i oni umieją swoje zachcianki chwilowe p o d d a w a ć r o z u m n e j rozwadze, kiedy t y g o d n i a m i całymi robią p o d k o p y pod skarbce b a n k o w e albo latami całymi gromadzą środki p o t r z e b n e do zbrodni. To nie d l a t e g o , że są ograniczeni. Mają serce n i e d o b r e i w t y m ich niesprawiedliwość. N i e w rozterce
16

441 C

Księga IV

143

- Jest tak. - Prawda, że teraz już z konieczności wynika to, że jak i przez co pań­ stwo jest mądre, tak samo i poszczególny człowiek; przez to samo i on bę­ dzie mądry? - N o i co? - I przez co jest m ę ż n y poszczególny człowiek, i w jaki sposób, przez to D i państwo jest m ę ż n e , i to w taki sam sposób. Jeżeli o dzielność chodzi, to ze wszystkim tak samo z obu stron. - Koniecznie. - I sprawiedliwym też, G l a u k o n i e , tak sądzę, powiemy, że poszczególny człowiek b ę d z i e w t e n sam sposób sprawiedliwy, jak i państwo było spra­ wiedliwe. - I to tak być musi, koniecznie. - A tegośmy chyba nie zapomnieli, że państwo było sprawiedliwe przez to, że każdy z tych trzech rodzajów, jakie w nim były, robił swoje. - Zdaje się - powiada - żeśmy nie zapomnieli. - To zapamiętajmy sobie i to, że i każdy z nas, jeżeli każdy z jego trzech c z y n n i k ó w w e w n ę t r z n y c h b ę d z i e robił swoje, b ę d z i e w t e d y sprawiedliwy i będzie też robił swoje. E - Bardzo dobrze - powiada - musimy sobie to zapamiętać. - N i e p r a w d a ż ? I n t e l e k t o w i władać wypada, bo j e s t mądry i p o w i n i e n m y ś l e ć z góry o całej duszy, a t e m p e r a m e n t p o w i n i e n mu podlegać i być z nim w przymierzu? - Tak jest. - Więc czy nie jest tak, jakeśmy mówili, że połączenie muzyki i gimna­ styki potrafi te czynniki zharmonizować; j e d e n n a p n i e , p o d n i e s i e go i na­ karmi słowem pięknym i nauką, a drugi zwolni i opuści nieco z pomocą na- 442 pomnień, i obłaskawi go harmonią i rytmem? - Całkowicie tak - powiada. - I te dwa pierwiastki tak prowadzone wyuczą się naprawdę robić to, co do nich należy; dobrze wychowane, będą władały pożądliwością, której jest najwięcej w duszy każdego, a taka już jej natura, że nie nasycą jej ż a d n e skarby. T a m t e dwa pierwiastki będą na nią uważały, ż e b y się nie syciła r o z k o s z a m i , k t ó r e się nazywają c i e l e s n e , b o j a k się p r z e z t o r o z r o ś n i e i wzmoże na siłach, to przestanie robić swoje, a zacznie brać za łeb i b ę d z i e próbowała rządzić tym, nad czym jej żadna władza nie przypada z natury, B i całe życie zbiorowe do góry nogami wywróci. - Tak jest - powiada.
w e w n ę t r z n e j . Platon powiedziałby o nich, że są głupi, m i m o wszystko mylą się w ocenie wartości życia. Z n a m y t e ż w y p a d e k człowieka sprawiedliwego, k t ó r e m u r o z u m mówił: uciekaj z więzie­ nia, c z e g o b ę d z i e s z tu czekał, przecież droga otwarta, ale na p r z e s z k o d z i e mu stanęły uczucia wstydu, ambicji i p e w n e pragnienie - t r u d n o wiedzieć, czy r o z u m n e - pragnienie śmierci. Ta roz­ terka w e w n ę t r z n a , tak żywo opisana w Ktitonie i w Fedonie, nie ujęła mu nic ze sprawiedliwości. Więc c h y b a nie każda rozterka w e w n ę t r z n a b ę d z i e objawem niesprawiedliwości. T r z e b a Plato­ nowi zostawić j e g o i n t e l e k t u a l i z m etyczny odziedziczony po Sokratesie.

144

Platon, Państwo

442 B

- A czy przed nieprzyjaciółmi z zewnątrz też te dwa czynniki nie potrafią byó najpiękniejszą ochroną dla całej duszy i dla całego ciała? J e d e n , który się zastanawia i robi plany, a drugi, który walczy, ale słucha czynnika rzą­ dzącego i m ę ż n i e jego plany wykonywa. - Jest tak. - I m ę ż n y m , tak uważam, nazywamy każdego, u kogo ta część, temperaC m e n t , zachowuje poprzez bóle i poprzez rozkosze to, co i n t e l e k t w swoim rozkazie wyznaczy jako straszne i niestraszne. - Słusznie - powiada. - A mądrym nazywamy każdego dzięki tej małej cząstce, która w nim pa­ nuje i wszystko w swych rozkazach wyznacza, bo ona ma w sobie w i e d z ę 0 tym, co jest pożyteczne dla każdej z trzech części z osobna i dla całości, którą o n e wspólnie tworzą. - Tak jest. - No cóż. A rozważnym czy nie nazywamy człowieka za przyjaźń i zgod­ ność tych samych jego części, kiedy czynnik w nim rządzący i dwa czynniki D r z ą d z o n e zgadzają się w sobie na to, że i n t e l e k t p o w i n i e n rządzić, i o n e z nim nie zrywają dobrych stosunków? - Rozwaga - powiedział - nie jest niczym i n n y m , tylko tym. Z a r ó w n o w państwie, jak i u człowieka prywatnego. - A sprawiedliwym będzie człowiek przez to i w ten sposób, j a k e ś m y to często mówili. - Tak musi być, koniecznie. - No cóż? - d o d a ł e m - czy p o w i n n a by nam sprawiedliwość opaść z sił 1 jakoś inaczej wyglądać w poszczególnym człowieku, niż wyglądała w pań­ stwie? - Ja myślę, że nie powinna - powiedział. E - Ale może w ten sposób moglibyśmy się w naszym stanowisku umocnić, jeżeli się jeszcze u nas w duszy czai jakaś wątpliwość, że pogląd nasz zesta­ wimy z poglądami potocznymi. - Z jakimi? - Na przykład, gdyby szło o nasze z d a n i e o tym p a ń s t w i e i co myślimy o człowieku podobnej konstytucji, jak i o podobnym wychowaniu, to gdyby szło o d e p o z y t złota albo srebra, czy ktoś taki mógłby go sprzeniewierzyć? Czy mógłby ktoś takiego człowieka posądzać o to raczej niż ludzi innych z natury i wychowania? 443 - Ż a d n e by go nie spotkało posądzenie - powiada. - N i e p r a w d a ż ? I świętokradztwa, i złodziejstwa, i zdrady, w życiu pry­ w a t n y m w s t o s u n k u do ludzi bliskich albo w p u b l i c z n y m w s t o s u n k u do państw, byłyby najdalsze od takiego człowieka? - Najdalsze. - I ani na włos nie nadużywałby zaufania, czyby to o przysięgi szło, czy o inne umowy. - Jakżeby zaś?

443 A

Księga IV

145

- I cudzołóstwo, i zaniedbania rodziców i służby bożej raczej na każdego innego patrzą niż na takiego człowieka. - Na każdego innego, doprawdy - powiada. - N i e p r a w d a ż ? Z tego w s z y s t k i e g o przyczyna ta, że każdy z j e g o czynB ników w e w n ę t r z n y c h robi swoje, jeżeli chodzi o władzę i o uleganie władzy? - To właśnie, a nie coś innego. - Więc czy szukasz jeszcze czegoś innego, czym by mogła być sprawiedli­ wość, a nie tą właśnie siłą, która tak dysponuje ludzi i państwa? - Na Zeusa - powiada - ja nie szukam. - W i ę c nam się ziścił nasz sen; to p r z y p u s z c z e n i e , k t ó r e ś m y w y p o w i e - XVII dzieli, że jak tylko zaczniemy zakładać państwo, to z pomocą któregoś boga gotowiśmy się zaraz natknąć na początek i pewien zarys sprawiedliwości C - Ze wszech miar. - A to było, G a l u k o n i e , p e w n e widziadło sprawiedliwości, ale bardzo się nam przydało to, że człowiek, który jest szewcem z natury, najlepiej zrobi, jeżeli zostanie przy swoim kopycie i nic innego nie będzie próbował, a cie­ śla, żeby się ciesiołką bawił, i inni tak samo. - Widocznie. - A n a p r a w d ę sprawiedliwość jest, zdaje się, czymś w tym rodzaju, ale nie polega na z e w n ę t r z n y m działaniu czynników w e w n ę t r z n y c h człowieka, tylko na tym, co się w nim s a m y m z tymi c z y n n i k a m i dzieje. Na tym, że on nie pozwala, żeby k t ó r y k o l w i e k z nich robił mu w duszy to, co do n i e g o nie na­ leży, ani żeby s p e ł n i a ł kilka różnych funkcji naraz. Taki c z ł o w i e k urządził sobie gospodarstwo w e w n ę t r z n e , jak się należy, panuje sam nad sobą, utrzy­ m u j e we własnym w n ę t r z u ład, jest dla samego siebie przyjacielem; z h a r m o ­ n i z o w a ł swoje trzy c z y n n i k i w e w n ę t r z n e , j a k b y trzy s t r u n y d o b r z e w s p ó ł ­ brzmiące, najniższą, najwyższą i środkową, i jeżeli p o m i ę d z y tymi są jeszcze jakieś i n n e , on je wszystkie związał i stał się ze wszech miar jedną jednostką,
Ścisła specjalizacja z a w o d o w a była t y l k o o b r a z e m , w i d z i a d ł e m , o b j a w e m s p r a w i e d l i w o ś c i . Sprawiedliwość sama polega w człowieku na zgodzie rozumu z t e m p e r a m e n t e m i z żądzami. Jak czytamy w tym miejscu, człowiek sam musi te wszystkie trzy czynniki w sobie s a m y m regulować i uzgodnić, inaczej b ę d z i e niesprawiedliwy. S p r a w i e d l i w o ś ć p o j m u j e Platon j a k o p e w i e n ideał e g o c e n t r y c z n y , nie s p o ł e c z n y . Bądź spra­ wiedliwy! nic znaczy u niego: szanuj interesy drugich ludzi. Znaczy zaś: szanuj własną równowagę w e w n ę t r z n ą . Bądź sprawiedliwy! znaczy: dbaj o siebie s a m e g o , o własny p o r z ą d e k w e w n ę t r z n y , o p i ę k n o własnej duszy. Z a p e w n e , że nie p o w i n i e n e ś nikogo krzywdzić, ale dlaczego właściwie? D l a t e g o , że to ciebie s a m e g o szpeci: pożądać c u d z e g o dobra w b r e w rozumowi. Szanuj się! Przebija się w tym z n o w u u s p o s o b i e n i e s c h i z o t y m i c z n e , bliskie a u t y z m u . Introwersja. Kult własnej duszy, wzgląd na drugich na drugim miejscu, jako środek, a nie jako cel. To samo spoty­ k a m y p ó ź n i e j u stoików, u epikurejczyków, u cyników, wszędzie, gdzie tylko sięgnął wielki cień postaci Sokratesa z dialogów platońskich. I to samo mamy w chrześcijaństwie; i d e a ł e m e t y c z n y m - s p e ł n i a n i e woli bożej i s z u k a n i e własnego zbawienia na tej d r o d z e . Służba ludziom tylko środ­ kiem do tego celu. Bliźniego kocha chrześcijanin - jeżeli go kocha - tylko dlatego, że mu to Bóg nakazał, a nie dla niego s a m e g o , i czyni d o b r z e bliźnim, bo szuka w ł a s n e g o zbawienia. Jeżeli c h c e być d o s k o n a ł y m , porzuca ojca i m a t k ę , i wszystkich bliźnich, a służy Bogu, pracując tylko nad własną duszą w o d o s o b n i e n i u klasztornym. A oro, gdzie biją spisane źródła tej postawy we­ w n ę t r z n e j . T u t a j i u pitagorejczyków.
17

D

E

146

Platon, Państwo

443 E

a nie jakimś zbiorem wielu j e d n o s t e k . Opanowany i zharmonizowany postę­ puje też tak samo, kiedy coś robi, czy to gdy majątek zdobywa, czy o własne ciało dba, albo i w jakimś wystąpieniu publicznym, albo w prywatnych umo­ wach, we wszystkich tych sprawach i d z i e d z i n a c h on uważa i nazywa spra­ w i e d l i w y m i p i ę k n y m każdy taki czyn, który tę jego równowagę zachowuje i do niej się przyczynia. Mądrością nazywa wiedzę, która t a k i e czyny dyk­ tuje. N i e s p r a w i e d l i w y m nazywa czyn, który tę jego h a r m o n i ę w e w n ę t r z n ą 444 psuje, a głupotą nazywa m n i e m a n i e , które znowu takie czyny dyktuje. - Ze wszech miar - powiada - prawdę mówisz, Sokratesie. - No to dobrze - dodałem. - Więc gdybyśmy powiedzieli, żeśmy już zna­ leźli, co to jest człowiek sprawiedliwy i państwo sprawiedliwe, i czym jest sprawiedliwość w nich zawarta, to myślę, żebyśmy się chyba nie bardzo po­ mylili. - Ależ nie, na Zeusa - powiada. - Więc powiemy, że tak? - Powiemy. XVIII - N i e c h ż e będzie - mówię. A teraz myślę, trzeba wziąć pod uwagę nie­ sprawiedliwość ' 8 . - Jasna rzecz. - N i e p r a w d a ż . To musi być rozpad i walka wewnętrzna p e w n e g o rodzaju B między tymi trzema pierwiastkami, i łączenie wielu funkcji w j e d n y m ręku, i zajmowanie się nie swoimi rzeczami, i b u n t jakiejś części przeciwko całości duszy. T e n b u n t zmierza do tego, żeby w niej władzę objęło nie to, co wła­ dać powinno, ale pierwiastek takiej natury, że powinien podlegać czynnikom urodzonym do władzy. Zgodzimy się, myślę, że to coś takiego; że zamiesza­ nie i b ł ą k a n i e się tych p i e r w i a s t k ó w to jest n i e s p r a w i e d l i w o ś ć i rozpusta, i tchórzostwo, i głupota, i w ogóle wszelkie podłe rysy charakteru. C - Tak, to jest to samo - powiada. - N i e p r a w d a ż - dodałem - więc i postępowanie niesprawiedliwe, i wyrzą­ d z a n i e krzywd, i z drugiej strony p o s t ę p o w a n i e sprawiedliwe, to wszystko jest już teraz całkowicie jasne, skoro jasna jest niesprawiedliwość i sprawie­ dliwość. - Jak to, niby? - T a k to - d o d a ł e m - że to się niczym nie różni od tego, co zdrowe i co zdrowiu szkodzi. To w ciele, a tamto w duszy. - W jakim sposobie? - mówi. - To przecież, co zdrowe, to zaszczepia zdrowie, a to, co zdrowiu szkodzi - chorobę. - Tak.

Jasna rzecz, że niesprawiedliwość wypada teraz jako przeciwieństwo sprawiedliwości. To jest n i e p o r z ą d e k , dezorganizacja w e w n ę t r z n a . P o d o b n i e jak choroba w ciele. Platon nadzwyczajnie o d g a d ł p s y c h o p a t y c z n e tło skłonności przestępczych, co zdają się potwierdzać w s p ó ł c z e s n e bada­ nia kryminologiczne.

18

444 C

Księga IV

147

- N i e p r a w d a ? I p o s t ę p o w a n i e sprawiedliwe zaszczepia sprawiedliwość, a niesprawiedliwe niesprawiedliwość? - Koniecznie. D - A zaszczepiać zdrowie, to znaczy nadawać ciału pewien ustrój naturalny, aby w nim władało i podlegało to, co z natury powinno jedno lub drugie ro­ bić, a w c h o r o b i e zaczyna się w ł a d a n i e i u l e g a n i e c z y n n i k ó w c i e l e s n y c h przeciw naturze. - Całkiem tak - powiada. - Z a t e m dzielność to byłoby pewnego rodzaju zdrowie i piękność, i dobra E forma duszy, a zły charakter to choroba i brzydota, i niedomaganie. - Jest tak. - A czy i piękne postępowanie prowadzi do dzielności, a brzydkie do złe­ go charakteru? - Koniecznie. - Na k o n i e c , zdaje się, że zostaje n a m już tylko to rozpatrzyć, czy się XIX opłaca postępować sprawiedliwie i pięknie, i być sprawiedliwym - czy tam 445 ktoś wie o tym, czy nie wie - czy też lepiej wychodzi człowiek niesprawie­ dliwy i krzywdziciel, jeżeli t y l k o u n i k n i e kary i nie poprawi się pod jej wpływem 19 . - Ależ, mój Sokratesie - powiada - m n i e się przynajmniej tak wydaje, że to by było już śmieszne rozważanie, bo jeżeli się komuś natura ciała popsu­ je, to nie warto mu żyć, choćby miał wszelkie możliwe pokarmy i napoje, i wszelkie bogactwo, i władzę, a kiedy mu się pomiesza i zepsuje n a t u r a właśnie tego pierwiastka, dzięki k t ó r e m u żyjemy, to czyż warto mu będzie B żyć, choćby nawet i robił, co by chciał, wszystko inne, a tylko nie to, przez co by się pozbyć mógł złego charakteru i niesprawiedliwości, a zdobyć sobie sprawiedliwość i dzielność, skoro pokazało się, że j e d n a i druga jest tym i taka, jakeśmy to o nich mówili. - Tak, to śmieszne - dodałem. - Ale jednak, skorośmy już tu doszli, nie trzeba ustawać na siłach, aby jak tylko można najwyraźniej dojrzeć, że to tak jest. - Ależ, na Zeusa - mówi - nie trzeba się nawet wahać. - Więc chodź tu - powiadam - abyś zobaczył, ile to postaci ma zły charakter, tak mi się przynajmniej wydaje; to warto zobaczyć.
19 T y m s a m y m o d p o w i e d ź na pytanie A d e j m a n t a z księgi II dobiega końca. Sokrates pokazał, czym j e s t w j e g o r o z u m i e n i u sprawiedliwość w państwie i w p o s z c z e g ó l n y m człowieku, a skoro się pokazało, że to jest zdrowie i p i ę k n o ś ć duszy, i jej stan właściwy, to nie trzeba się szeroko rozwodzić nad tym, czy ona się opłaca, czy nie. Wiadomo, że się opłaca sama przez się k a ż d e m u , k o m u zależy na zdrowiu i piękności własnej duszy - b e z względu na nagrody z zewnątrz, na opi­ nie i pochwały od ludzi.

C

Więc tu mogłoby się Państwo skończyć, bo z a m i e r z o n y program został wyczerpany właściwie. J e d n a k ż e Sokrates ma o c h o t ę mówić jeszcze o złych rodzajach c h a r a k t e r ó w i ustrojów p a ń s t w o ­ wych, skoro dobry ustrój duszy i państwa już opisał. T e n dobry ustrój państwa nazywa króle­ s t w e m lub arystokracją. Złych ustrojów jest niezmiernie wiele, z tych cztery postanawia Sokrates omówić szczegółowo.

148

Platon, Państwo

445 C

D

E

- Ja idę za tobą - powiada. - Mów tylko. - T a k jest - mówię. - Ja widzę jakby z wieży strażniczej, kiedyśmy aż tu, tak wysoko zaszli w rozważaniach, że jedna istnieje postać dzielności, a nie­ p r z e b r a n a ilość złych charakterów. Pośród nich p e w n e cztery, o k t ó r y c h warto wspomnieć. - Jak to rozumiesz? - mówi. - Ile jest postaci ustrojów państwowych, tyle gotowo być rodzajów cha­ rakteru duszy ludzkiej. - A ileż to? - Pięć - mówię - jest rodzajów usttoju i pięć charakterów. - Mów - powiada - które to. - M ó w i ę - o d p o w i e d z i a ł e m - że j e d e n rodzaj ustroju to byłby t e n , któryśmy przeszli, a on może się nazywać dwojako. Bo jeśli między rządzący­ mi jest na pierwszym miejscu j e d e n człowiek, taki ustrój może się nazywać królestwem, a jeśli jest tych ludzi więcej, to arystokracja. - To prawda - mówi. - Ja mówię - dodałem - że to jest jedna postać. Bo ani większa ilość, ani j e d e n człowiek z pewnością nie naruszy ważniejszych praw państwa, jeśli będzie miał tę kulturę i to wychowanie, któreśmy przeszli. - N i e wygląda na to - powiedział.

KSIĘGA PIĄTA
Z a t e m ja nazywam takie państwo i taki ustrój państwowy dobrym i słu- 449 sznym i nazywam tak takiego człowieka. I n n e ustroje są złe i c h y b i o n e , skoro t e n jest słuszny. Zło w organizacji państw i w u k s z t a ł c e n i u charak­ teru obywateli występuje w czterech postaciach 1 . - W jakich mianowicie? - powiada. Wiec ja zacząłem je omawiać po kolei tak, jak mi się wydawało, że j e d n a w drugą p r z e c h o d z i . T y m c z a s e m P o l e m a r c h , on siedział t r o c h ę dalej od B Adejmanta, więc wyciągnął naprzód rękę, uchwycił go za płaszcz z góry i za bark i przysunął go do siebie, a sam się do niego nachylił i coś tam zaczął mówić pochylony. Z tego myśmy nic nie dosłyszeli, tylko to: „więc puści­ my - powiada - czy co zrobimy?" - Nic podobnego - powiada Adejmant już całkiem głośno. - Więc ja: - A czego wy tam tak nie puszczacie? - Ciebie - powiada. - Ja mówię jeszcze: - A czegóż tam? C - Uważamy, że się zaniedbujesz - powiada - i ukradłeś cały rozdział, i to nie najmniejszy, z naszych rozważań, abyś go nie przechodził. Myślisz, że się wykręcisz po cichu tą drobną wzmianką o kobietach i o dzieciach, że to niby k a ż d e m u i tak jasne, że wspólna będzie dola przyjaciół. - A czy to nie słuszne - dodałem - Adejmancie? - Tak jest - powiada. - Ale to „słuszne", jak każde, wymaga uzasadnienia i rozwinięcia; jaki to będzie rodzaj wspólnoty, bo przecież mogłoby ich być bardzo wiele. Więc nie pomijaj tego, o jakim ty myślisz. My tu od dawna D czekamy, myśląc, że sobie przecież przypomnisz o robieniu dzieci, jak oni je będą robili, a urodzone jak będą chowali, i o całej tej wspólności kobiet i dzieci, o którejś napomknął. N a m się wydaje, że to ma wielkie znaczenie dla państwa, i to wszystko razem, zależnie od tego, czy się to słusznie urzą­ dza, czy niesłusznie. Więc teraz, kiedy ty się zabierasz do innego ustroju
1 Zaczyna się jakby drugi tom Państwa. W nim naprzód rozwinęcie bardzo drażliwego t e m a t u - to sprawa k o b i e t i dzieci, i sprawa równie drażliwa - o d d a n i e rządów w ręce miłośników mą­ drości, filozofów. I zapowiedziany, a urwany przy k o ń c u księgi IV przegląd złych form ustroju. W y p a d a ł o przy tym p o w i e d z i e ć o b s z e r n i e , kto jest filozofem, a kto nie jest, i co to filozofia, i rozwinąć teorię poznania, i jeszcze raz wrócić do rozprawy z poezją, i z a m k n ą ć całość - dość, że się z tego zrobiło sześć nowych ksiąg.

Drugą część swej pracy nawiązuje Platon zabawnym, plastycznym o b r a z e m . Zaczynamy przez chwilę znowu widzieć żywych młodych ludzi, k t ó r y c h e ś m y spotkali na początku księgi I, bo j u ż bardzo d ł u g o mieliśmy s a m e tylko słowa przed oczami, a ludzi nie było widać. T e r a z m ł o d z i e ż u p o m i n a się o rozwinięcie projektów dotyczących współżycia dwóch płci.

150

Platon, Państwo

450 A

p a ń s t w o w e g o , z a n i m e ś to n a l e ż y c i e rozstrząsnąl, p o s t a n o w i l i ś m y to, coś usłyszał: że cię nie puścimy, zanim tego wszystkiego nie przejdziesz tak jak inne sprawy. - A dołączcie tam i mój głos do waszego - powiedział Glaukon. - N i e martw się o nic, Sokratesie - dodał Trazymach - uważaj, że to jest nasza uchwała jednomyślna. - A toście m n i e urządzili - powiadam. - Wzięliście się do m n i e na dobre. I jaką wy wielką rozprawę o ustroju państwa na nowo puszczacie w ruch; niby od początku. Ja się już cieszyłem, żem ją przebrnął całą, i byłbym za­ dowolony, gdyby ktoś był t a m t o przepuścił i wziął to tak, jako zostało po­ wiedziane. Wy to znowu dobywacie na stół, a nie wiecie, jaki to rój myśli wzbija. Ja go widziałem już i wtedy, wiecem przeszedł mimo, aby nie robić zbiegowiska 2 . - N o , cóż tam - powiada Trazymach - ty myślisz, że oni tu przyszli złoto kopać, a nie słuchać rozpraw? - No tak - mówię - ale do pewnej miary przecież. - Miara, Sokratesie - powiedział G l a u k o n - jeżeli chodzi o s ł u c h a n i e ta­ kich rozpraw, to miarą jest całe życie - dla ludzi myślących. Więc o nas się nie martw, a sam nie ustawaj na siłach i przechodź tak, jak uważasz, jaka to będzie u nas pośród strażników wspólność na p u n k c i e dzieci i kobiet, i cho­ wania dzieci jeszcze małych w okresie od urodzenia aż do szkoły - to zdaje się okres najtrudniejszy. Więc spróbuj powiedzieć, jakie to wychowanie po­ winno być. - D o b r z e ci mówić - o d p o w i e d z i a ł e m - ale to nie jest tak łatwo przejść. Bo tam jest wiele p u n k t ó w trudnych, które się nie przyjmą łatwo, jeszcze gorzej niż to cośmy p r z e d t e m przechodzili. Bo i w to niejeden nie uwierzy, żeby to były rzeczy możliwe, i w to też, żeby to było najlepsze; nawet gdy­ by to było możliwe. Stąd i wahanie p e w n e , czy w ogóle tykać tych rzeczy, aby się myśli nie wydawały marzeniami, przyjacielu kochany. - N i c się nie wahaj - powiada. - Przecież nie będą cię słuchali ani ludzie głupi, ani uprzedzeni, ani nieżyczliwi. A ja mówię: - Najlepszy jesteś; chcesz mi dodać ducha, więc tak mówisz, prawda? - Tak jest - powiada. - W takim razie - mówię - robisz coś wprost przeciwnego. Bo gdybym ja
Platon zwierza się, że ma t r e m ę przed w z b u d z e n i e m sensacji i czuje, żc jego p o m y s ł y na tym p u n k c i e wydadzą się n i e m o ż l i w e do zrealizowania i spotkają się z naganą. P r z e d e w s z y s t k i m ze strony ludzi głupich, uprzedzonych i nieżyczliwych. Sam nie jest całkowicie p e w n y swego sta­ nowiska w szczegółach. Ma p e w n e pomysły do dyskusji, gotów tu i ówdzie ustąpić, a boi się, ż e b y nie posiał zgorszenia. Więc kłania się Adrastei, zanim mówić z a c z n i e . Adrasteja to było zrazu u o s o b i e n i e Konieczności, u t o ż s a m i a n o ją z boginią odpłaty, N e m e z i s , karzącą ludzi d u m ­ nych za słowa zbyt z a r o z u m i a ł e . Sokrates z góry ją przeprasza za e w e n t u a l n e z g o r s z e n i e , które g o t ó w wywołać. W ostatnich wierszach rozdziału Platon czyni może aluzję do s k e c z ó w scenicz­ nych Sofrona, które się dzieliły na m ę s k i e i ż e ń s k i e , i zazwyczaj męski w y p r z e d z a ł na s c e n i e żeński.
2

450 D

Księga V

151

sam sobie wierzył, że wiem to, co mówię, to słowa zachęty byłyby na miej­ scu. Bo m i ę d z y l u d ź m i r o z u m n y m i i życzliwymi mówić, znając p r a w d ę E o rzeczach największych i najmilszych, można bezpiecznie i z otuchą w ser­ cu. Ale jak człowiek sam wiary nie ma i szuka dopiero, a tu już musi rów­ nocześnie mówić - tak, jak ja to robię - to jest rzecz straszna i bardzo śliska. 451 N i e o to, że można się na śmiech narazić, to głupstwo, tylko o to chodzi, żebym chybiwszy prawdy nie tylko sam nie leżał, ale jeszcze i przyjaciół za sobą nie pociągnął, a na tym polu najmniej wolno sobie pozwalać na fałszy­ we kroki. Więc kłaniam się Adrastei, Glaukonie, ze względu na to, co mam zamiar powiedzieć. O b a w i a m się, że to mniejszy grzech zabić kogoś nie­ chcący, niż wprowadzić go w błąd co do p i ę k n y c h i dobrych, i sprawiedli­ wych urządzeń i zwyczajów prawnych. Narazić się na to niebezpieczeństwo m i ę d z y n i e p r z y j a c i ó ł m i l e p i e j niż m i ę d z y przyjaciółmi. Więc ł a d n i e t y m n i e pocieszasz. A G l a u k o n się roześmiał i powiada: - Ależ, S o k r a t e s i e , jeżeli się k t o ś B z nas twoją mową trochę zgorszy, to rozgrzeszymy cię z góry jakby za zabój­ stwa; będziesz czysty; nie będziesz winien wprowadzania nas w błąd. Więc mów z otuchą w sercu! - No tak - powiedziałem - tam też czysty jest ten, którego uwalniają, tak mówi prawo. Więc jeżeli tam, to chyba i tu. - Więc właśnie dlatego mów - powiada. - Więc teraz - ciągnąłem - trzeba znowu mówić na nowo to, co może ra­ czej wtedy trzeba było powiedzieć we właściwej kolei. A może i tak będzie d o b r z e : skończyło się p r z e d s t a w i e n i e z m ę ż c z y z n a m i , niech teraz k o b i e t y C wejdą na scenę, zwłaszcza że ty tak o to prosisz. Dla ludzi o takiej naturze i tak wychowanych, jakeśmy to przeszli, moim III zdaniem, nie ma innej słusznej drogi do tego, żeby dzieci i kobiety posia­ dać i coś z nich mieć, jak tylko ta jedna - muszą iść w tym samym kierun­ ku, któryśmy im na początku nadali. A myśmy się jakoś starali ustanowić tych ludzi strażnikami nad trzodą w naszym rozważaniu 3 .
Racjonalista Platon zajmuje s t a n o w i s k o przyrodnicze i nie ogląda się na tradycję i zwyczaj. C h c e przecież zreformować zwyczaje i stworzyć nową tradycję. O b y w a t e l i rządzonych pojmował jako stado baranów, już kiedy mówił przez usta T r a z y m a c h a w księdze I, a p o d o b n i e w Ten/fecie, a strażników przyrównywał do psów pilnujących trzody j u ż w k s i ę d z e II i I I I . T e r a z idzie dalej tym s a m y m ś l a d e m . Jak zwierzęta różnej płci nadają się do j e d n a k i c h prac i zadań, choć w róż­ n y m s t o p n i u , tak i k o b i e t y nie p o w i n n y być o d s u n i ę t e od prac p u b l i c z n y c h , które potrafią speł­ niać na równi z m ę ż c z y z n a m i , byleby dostały p o d o b n e w y k s z t a ł c e n i e z pomocą m u z y k i w naj­ szerszym znaczeniu i gimnastyki. Ta myśl o z r ó w n a n i u k o b i e t z m ę ż c z y z n a m i w zajęciach p u b l i c z n y c h , c h o c i a ż m o d n a j u ż w czasach P l a t o n a , d o c z e k a ł a się u r z e c z y w i s t n i e n i a c z ę ś c i o w e g o d o p i e r o w d w a d z i e ś c i a kilka w i e k ó w później, bo aż w wieku XX. P r z e d t e m cały czas była zabawna i nieprzyzwoita. Zwyczaj oparty na tradycji z a m y k a ł k o b i e t ę helleńską w pokojach dla k o b i e t i w k u c h n i . P r z e d m i o t e m j e d n e j z k o m e d i i Arystofanesa, E i i k s i a d z u s a j , jest republika, w której kobiety rządzą i p a n u j e w niej k o m u n i z m u d e r z a j ą c o p o d o b n y d o s t o s u n k ó w w i d e a l n y m p a ń s t w i e P l a t o n a . S t ą d o g r o m n a literatura filologiczna i spory n i e s k o ń c z o n e o to, czy w V księdze Państwa Platon pole­ mizuje z Arystofanesem, czy nie. Z a g a d n i e n i e interesujące, ale t e k s t jest i bez tego z r o z u m i a ł y . I nie stracił dziś nic z aktualności.
3

152

Platon, Państwo

451 C

- Tak. - Wiec idźmy dalej tym śladem i p o d o b n i e wyznaczymy r o d z e n i e i cho­ wanie niemowląt, i patrzmy, czy to nam wypada przyzwoicie, czy nie. - Jak to? - mówi. - No tak, czy my uważamy, że samice psów strażniczych powinny razem z nimi pełnić służbę koło tego, czego samce pilnują, i razem z nimi chodzić na polowanie, i wszystko inne razem robić, czy też one p o w i n n y siedzieć w domu, bo nie są zdolne do tamtych rzeczy; muszą szczenięta rodzić i kar­ mić, a samce powinny pracować i mieć sobie powierzoną całkowitą troskę o trzody? - Wszystko pospołu - powiada - tylko liczmy się z tym, że o n e są słabsze, E a samce mocniejsze. - A czy m o ż n a - ciągnąłem - do t e g o s a m e g o zadania u ż y w a ć j a k i e g o ś zwierzęcia, jeżeli go nie wychowasz i nie wyuczysz tak samo? - N o , nie można. - Więc jeżeli będziemy kobiet i mężczyzn używali do tych samych zadań, to trzeba je też uczyć tego samego. - Tak. 452 - T a m t y m dało się muzykę i gimnastykę. - Tak. - Z a t e m i k o b i e t o m trzeba dać te dwie sztuki i przysposobienie wojsko­ we, i używać ich stosownie do tego. - Tak wypada z tego, co mówisz. - M o ż e być - d o d a ł e m - że to w b r e w zwyczajowi, więc n i e j e d n a z tych rzeczy, o k t ó r y c h mówimy, m o ż e się w y d a ć ś m i e s z n a , g d y b y ją w c z y n wprowadzić tak, jak się o niej mówi. D - I bardzo - powiada. - A co ty w tym - d o d a ł e m - widzisz najbardziej śmiesznego? Oczywi­ ście, że gołe kobiety, ćwiczące się w zakładach gimnastycznych, obok mężczyzn. N i e tylko młode, ale starsze panie też, podobnie jak to starzy pano­ wie w zakładach g i m n a s t y c z n y c h , n i e j e d e n pomarszczony, że przykro pa­ trzeć, a j e d n a k z zamiłowaniem odbywają ćwiczenia. - Na Zeusa - powiada. - To by się wydawało śmieszne przynajmniej dziś, teraz. - Nieprawdaż? - dodałem. Skorośmy już zaczęli mówić, to nie bójmy się żarcików ze strony dowcipnisiów. Ile by to oni i jakich żartów wysypali, gdyby się taka przemiana dokonała; i na t e m a t zakładów gimnastycznych, i muzyki, a niemało też na temat broni w ręku kobiet i jazdy konnej. - Słusznie mówisz - powiada. - Ale skorośmy zaczęli mówić, to trzeba iść i tam, gdzie niejeden k a m i e ń leży na drodze prawa, i poprosić tych, którzy robią dowcipki, niech tym ra­ zem nie robią swego, tylko spróbują spojrzeć poważnie i przypomnieć sobie, że nie t a k to dawno, jak się i H e l l e n o m wydawało rzeczą n i e p r z y z w o i t ą i śmieszną to, co i dziś wielu barbarzyńców gorszy i śmieszy: widok nagich

B

C

452 D

Księga V

153

mężczyzn. Kiedy ćwiczenia gimnastyczne w zakładach rozpoczęli najpierw D Kreceńczycy, a p o t e m Lakedajmonowie, w t e d y mogli ówcześni dowcipnisie robić takie same żarty. Czy nie uważasz? - Owszem, tak. - A kiedy się w praktyce pokazało, że lepiej jest zrzucać ubranie, niż to wszystko zakrywać, w t e d y i ta śmieszność jakoś spłynęła z ludzkich oczu, k i e d y głowom zaświtało to, co najlepsze. W tym świetle pokazało się, że głupi jest ten, który za śmieszne uważa cokolwiek innego niż zło i próbuje ludzki śmiech budzić, mając przed oczami jakikolwiek inny widok niby to zabawny, a nie w i d o k g ł u p o t y i zła. I ten, który p o w a ż n i e bierze dobro, E mając na oku inny jakiś p u n k t widzenia, a nie - Dobro samo. - Ze wszech miar - powiada. - Czy więc przede wszystkim nie trzeba się w tej sprawie pogodzić co do IV tego, czy to wszystko jest możliwe, czy nie. I dopuścić dwa zdania; m o ż e ktoś dla żartu, a m o ż e i na serio zechce się spierać o to, czy leży w grani- 453 cach natury ludzkiej, żeby płeć żeńska dorównywała męskiej w każdej pra­ cy, a m o ż e w ż a d n e j , czy t e ż w j e d n y m z a k r e s i e potrafi jej d o r ó w n a ć , a w innym nie, i do której z tych dziedzin należy służba wojskowa. Czy nie w t e n sposób gdyby ktoś zaczął najpiękniej, w t e d y by też z a p e w n e i naj­ piękniej skończył? 4 - Z pewnością - powiada. - Jeżeli chcesz - d o d a ł e m - to my się sami b ę d z i e m y z sobą spierać, za­ miast innych oponentów, bo co tam zdobywać c u d z e twierdze, jeżeli m o ż e puste? - N i c nie przeszkadza - mówi. B - Więc p o w i e d z m y w ich imieniu: „ S o k r a t e s i e i G l a u k o n i e , po co w a m o p o n e n c i z zewnątrz? Przecież wy sami na początku, jak tylkoście zaczęli z a k ł a d a ć to wasze p a ń s t w o , zgodziliście się, że k a ż d y o b y w a t e l z g o d n i e z naturą powinien się zajmować czymś jednym; tym, co do niego należy". - Zgodziliśmy się, uważam; jakżeby nie? - A czy to możliwe, ż e b y n a t u r a k o b i e t y nie różniła się g w a ł t o w n i e od mężczyzny? - Jakżeby się tam gwałtownie nie różniła? - Prawda? Z a t e m i pracę inną trzeba każdej płci nakazać; zgodnie z na­ turą każdej? - N o , cóż? - Więc jakże to? Czy wy teraz nie błądzicie i nie sprzeczacie się sami C
Czy n a t u r a k o b i e t y nie różni się z b y t zasadniczo od natury m ę ż c z y z n y jak na to, ż e b y o b u ptciom dawać te s a m e studia i zadania? Z a p e w n e , że różnica tu zachodzi, ale nie musi z a c h o d z i ć pod wszystkimi względami. S z t u k ę sprzecznych twierdzeń uprawiali w czasach Platona liczni so­ fiści; słynęła z niej szkoła megarejska. Z niej wyszły z n a n e paradoksy o kłamcy, który mówił, że k ł a m i e , o E l e k t r z e , która nie zna brata, i i n n e . W tym rozdziale po raz pierwszy p o c z u ł się Platon tak, jak t e n , co płynąć musi, nie czując dna pod nogami, a wciąż n o w e fale grożą mu zala­ n i e m . To p o r ó w n a n i e p r z e p r o w a d z i przez całą księgę. F a l e - to są p r z e w i d y w a n e grożące mu reakcje czytelników.
4

154

Platon, Państwo

453 C

z sobą, k i e d y z n o w u mówicie, że m ę ż c z y ź n i i k o b i e t y p o w i n n i robić to samo, m i m o że obie płcie mają natury całkowicie różne? Na taki zarzut bę­ dziesz miał coś do powiedzenia, żeby się obronić, mężu podziwu godny? - Tak niby znienacka - powiada - to nie bardzo łatwo. Ale ja ciebie b ę d ę prosił i proszę, żebyś i w naszej o b r o n i e słówko powiedział jako t ł u m a c z , jakiekolwiek by ono tam było. - Widzisz, Glaukonie - dodałem - to jest właśnie to i wiele innych podob­ nych zarzutów też; ja to od dawna przewidywałem i dlategom się bał i wa­ hałem się, czy w ogóle tykać tego prawa dotyczącego kobiet i dzieci: jak się do nich dochodzi i jak się je chowa. - N o , nie, na Zeusa - powiada - bo to nie wygląda na rzecz łatwą. - Zgoła nie - dodałem. - Ale to tak jest, czy kto wpadnie do małego base­ nu, czy w sam środek największego morza, to j e d n a k o w o pływa, wcale nie gorzej. - Tak jest. - Więc i my m u s i m y pływać i próbować, czy się nie uratujemy z o d m ę ­ tów myśli. Miejmy nadzieję, m o ż e się nam jaki delfin trafi pod wierzch, a może jakieś inne wybawienie przyjdzie, o które nie jest łatwo. - Tak to wygląda - mówi. - W i ę c p r o s z ę cię - d o d a ł e m - m o ż e g d z i e ś z n a j d z i e m y j a k i e ś wyjście. Z g a d z a m y się, że i n n a n a t u r a p o w i n n a się c z y m ś i n n y m zajmować, i na to też, że natura kobiety jest inna niż mężczyzny. A tymczasem teraz mówimy, że różne natury powinny się zajmować tym samym. O to nas oskarżacie? - Właśnie o to przecież. - N i e ma to, Glaukonie - dodałem - jak sztuka sprzecznych twierdzeń; to jest potęga! - A to co? - D l a t e g o - mówię - że nieraz, m a m wrażenie, ludzie w nią i m i m o woli popadają i zdaje się im wtedy, że się nie kłócą, tylko dyskutują. Dlatego, że nie umieją rozróżnić wielu rodzajów w tym, o czym się mówi, i rozpatry­ wać ich po kolei i z osobna, a tylko wciąż depcą po piętach tej sprzeczności, która się wiąże z samą nazwą przedmiotu rozmowy, a to jest kłótnia, to nie jest dyskusja. - Tak - powiada - to się wielu ludziom zdarza. Ale chyba to się nie od­ nosi do nas w tej chwili? - O w s z e m ; całkowicie - mówię. - Zdaje się, żeśmy niechcący w d e p n ę l i w sprzeczność. - Jakim sposobem? - Takim, że bardzo m ę ż n i e i po megarejsku trzymamy się j e d n e j nazwy, a gonimy przy tym nie za jedną i tą samą naturą mówiąc, że nie powinna się oddawać tym samym zajęciom, a nie zastanowiwszy się ani trochę, o jaki to rodzaj chodzi tej różnej i tej samej natury, i w jakim znaczeniu ustalili­ śmy to wtedy, k i e d y ś m y różnym n a t u r o m przeznaczali różne zajęcia, a tej samej te same.

454 B

Księga V

155

- No nie - powiada - nie zastanowiliśmy się. - Toż - dodałem - wolno nam, zdaje się, zadać sobie samym pytanie, czy natura łysych i owłosionych jest ta sama, i czy nie jest przeciwna. A jak się zgodzimy, że jest przeciwna, to gdyby się łysi zajmowali s z e w s t w e m , nie pozwolimy na to owłosionym. A gdyby owłosieni, to zabronimy tamtym. - To by doprawdy było śmieszne - powiada. - A czy to śmieszne - ciągnąłem - z jakiegoś innego względu, czy dlatego, żeśmy w t e d y nie założyli n a t u r y całkowicie tej samej i całkowicie różnej, tylkośmy się trzymali tamtego j e d n e g o rodzaju odmienności i podobieństwa związanego z samymi zajęciami? Na przykład mówiliśmy, że lekarz i lekarz z powołania mają tę samą naturę. Czy nie uważasz? - Uważam. - A lekarz i cieśla różną? - Ze wszech miar chyba. - Prawda więc - d o d a ł e m - że i ród męski i kobiecy, jeżeli się oba okażą różne w jakiejś sztuce albo w innym zajęciu, to powiemy, że każdemu trze­ ba różne zadania wyznaczyć. Ale jeżeli się widocznie różnią tylko tym, że płeć żeńska rodzi, a męska zapładnia, to z tego nie wynika wcale, że kobie­ ta różni się od m ę ż c z y z n y p o d tym w z g l ę d e m , o k t ó r y m tutaj mówimy, i b ę d z i e m y dalej tego zdania, że u nas strażnicy oraz ich kobiety mają mieć

C

D

V

E

to samo zajęcie s . - Słusznie - powiada. - Prawda? I potem naszego oponenta poprosimy, niech nas pouczy, w ja- 455 kiej to sztuce albo w jakim zajęciu ważnym dla organizacji państwa natura kobiety i mężczyzny nie jest ta sama, tylko różna? - Słusznie przecież. - I wtedy, p o d o b n i e jak ty niedawno mówiłeś, gotów i t e n ktoś inny też powiedzieć, że tak zaraz, w tej chwili ująć to, jak trzeba, nie jest łatwo, ale jak by się człowiek zastanowił, to nic trudnego. - Powiedziałby tak, z pewnością. - A chcesz, żebyśmy takiego o p o n e n t a poprosili, niech pójdzie za nami, B m o ż e my mu potrafimy dowieść, że nie istnieje żadne swoiście kobiece za­ jęcie w administracji państwa? - Owszem. - Więc proszę cię, powiemy do niego, odpowiadaj! Czy byłeś tego zda­ nia, że j e d e n ma do czegoś wrodzoną zdolność, a drugi jej nie ma, to zna­ czy, że j e d e n się łatwo czegoś uczy, a drugi trudno? I j e d e n po krótkiej na­ uce dużo sam znaleźć potrafi w dziedzinie objętej jego nauką, a drugi dużo się uczył i wykuwał, a nawet tego zachować nie potrafi, czego się nauczył? I u j e d n e g o funkcje cielesne d o s t a t e c z n i e słuchają duszy, a u drugiego się C
5

S a m a różnica płci nic ma ż a d n e g o znaczenia, jeżeli chodzi o pracę publiczną. Mężczyźni na ogół okazują się sprawniejsi od k o b i e t nawet w zawodach ściśle kobiecych, ale często i k o b i e t y przewyższają mężczyzn zdolnościami. Na ogół kobiety są słabsze, ale w jakości pracy nie wszyst­ kie ustępują wszystkim mężczyznom.

156

Platon, Państwo

455 C

jej przeciwią? Czy cy innymi jakimiś znamionami, czy tymi określałeś czło­ wieka zdolnego z natury do czegoś i niezdolnego? - N i k t przecież inaczej nie powie. - A czy znasz pośród zajęć ludzkich takie, w którym by ród m ę s k i pod tymi wszystkimi względami nie przewyższał kobiet? Czy m a m y się rozwoD dzić przytaczając tkactwo i p i e c z e n i e ciast, i gotowanie; na tym polu p ł e ć żeńska przecież za coś uchodzi i jeżeli tutaj nie dotrzymuje kroku, to naraża się na śmiech najbardziej? - P r a w d ę mówisz - powiada - że we wszystkim, można powiedzieć, da­ leko w tyle zostaje j e d n a płeć za drugą. Ale wiele kobiet w wielu zakre­ sach góruje nad wieloma mężczyznami. A na ogół jest tak, jak ty mówisz. - Z a t e m nie ma, przyjacielu, w administracji państwa żadnego zajęcia dla kobiety jako kobiety ani dla mężczyzny jako mężczyzny; p o d o b n i e są rozE siane n a t u r y u obu płci i do wszystkich zajęć nadaje się z natury k o b i e t a i do w s z y s t k i c h m ę ż c z y z n a , tylko we wszystkich k o b i e t a słabsza jest od mężczyzny. - Tak jest. - Więc czy wszystko każemy robić mężczyznom, a kobiecie nic? - Jakimże sposobem? - Zdarza się, mam wrażenie - przyznamy to przecież - zdarza się i kobieta z t a l e n t e m do medycyny, a druga nie, i muzykalna bywa jedna, a druga nie­ muzykalna z natury. - N o , cóż? 456 - A taka z talentem do gimnastyki nie zdarza się? Albo do służby wojen­ nej? A druga nie do wojny i nie lubi gimnastyki? - Myślę sobie. - No cóż? A do mądrości, czy nie lgnie j e d n a , a druga jej n i e znosi? I z t e m p e r a m e n t e m jedna, a druga bez t e m p e r a m e n t u ? - Bywa i to. - Więc bywa i k o b i e t a z t a l e n t e m do straży, a inna n i e . C z y ż e ś m y nie wybrali takiej natury u mężczyzn nadających się do straży? - Takąśmy wybrali przecież. - Więc u kobiety i u mężczyzny ta sama natura, jeżeli idzie o straż pań­ stwa, a tylko tyle, że jedna słabsza, a druga mocniejsza. - Widocznie. VI - Z a c z e m i kobiety takie trzeba wybrać i niech mieszkają z takimi mężB czyznami, i razem z nimi pełnią służbę strażniczą, skoro są do niej z d o l n e i mają z nimi pokrewną naturę 6 . - Tak jest. - A zajęć tych samych czy nie należy dawać pokrewnym naturom?
6

Kobiety o d p o w i e d n i o u z d o l n i o n e należy wybrać do służby państwowej i dać im w y k s z t a ł c e n i e takie, jak w y b r a n y m do niej m ę ż c z y z n o m . B ę d z i e to z g o d n e z naturą i z u p e ł n i e możliwe i b ę ­ dzie k o r z y s t n e dla państwa. N a w e t służba wojskowa k o b i e t nie powinna być ś m i e s z n a w oczach ludzi r o z u m n y c h . Jakżeby się cieszył Platon, widząc w wieku XX uczennice Akademii Wychowa-

456 B

Księga V

157

- Te same. - Więc wracamy do p u n k t u wyjścia drogą okrężną i zgadzamy się, że to nie jest przeciw naturze dawać żonom strażników m u z y k ę i gimnastykę. - Ze wszech miar przecież. C - Z a t e m nie wprowadziliśmy ustaw niemożliwych ani podobnych do ma­ rzeń, skorośmy to prawo ustanowili zgodnie z naturą. Przeciwnie, zdaje się, że to, co się dzisiaj dzieje, dzieje się raczej przeciw naturze. - Zdaje się. - Prawda? A mieliśmy się zastanowić, czy mówimy rzeczy możliwe i rze­ czy najlepsze? - Tak było. - A że to rzeczy możliwe, zgadzamy się? - Tak. - A że najlepsze, to trzeba dopiero teraz uzgodnić. - Jasna rzecz. - Prawda, jeżeli chodzi o to, żeby k o b i e t ę przysposobić na strażnika, to n i e b ę d z i e u nas i n n e w y c h o w a n i e p r z y g o t o w y w a ł o d o t e g o m ę ż c z y z n , a inne kobiety, zwłaszcza że podda mu się ta sama natura? D - N i e inne. - A jakie twoje zdanie o takiej rzeczy? - O której? - Czy nie myślisz sobie, że j e d e n mężczyzna jest lepszy, a drugi gorszy? Czy też wszystkich uważasz za jednakich? - Nigdy. - A w tym mieście, któreśmy założyli, czy myślisz, że lepsi ludzie zrobią się ze strażników pod wpływem wychowania, któreśmy opisali, czy z szew­ ców, których kształcono w szewstwie? - To śmieszne pytanie - powiada. - Ja rozumiem - mówię. - No cóż? A spośród innych obywateli, czy nie ci E będą najlepsi? - Bez żadnego porównania. - No cóż? A takie kobiety, czy nie będą spośród wszystkich kobiet naj­ lepsze? - I to też - powiada - bez żadnego porównania. - A czy jest coś lepszego dla państwa niż to, żeby w nim byli mężczyźni najlepsi i kobiety jak najlepsze? - N i e ma nic lepszego. - O t ó ż to zrobi z nich m u z y k a i g i m n a s t y k a , s t o s o w a n e tak, j a k e ś m y 457 mówili. - Jakżeby nie? - Z a t e m ustanowiliśmy nie tylko możliwą, ale i najlepszą dla państwa in­ stytucję prawną.
nia F i z y c z n e g o i W o j s k o w e P r z y s p o s o b i e n i e Kobiet. musi nieraz mieć odwagę być śmiesznym. C z ł o w i e k projektujący rzeczy r o z u m n e

158

Platon, Państwo

457 A

- N o tak. - Więc niech się rozbierają żony strażników, dzielność ubierze je zamiast s u k i e n , i n i e c h biorą udział w wojnie i w innej służbie strażniczej o k o ł o państwa, i niech nie robią nic innego. A tylko przydzielić k o b i e t o m lżejszą B służbę niż mężczyznom, bo ich płeć jest słabsza. A ten mężczyzna, który się śmieje z kobiet rozebranych, kiedy się ćwiczą ze względu na dobro naj­ wyższe, t e n w swoim śmiechu „zrywa mądrości owoc niedojrzały" i zdaje się, sam nie wie, z czego się śmieje, ani co robi właściwie. Bo to przecież z d a n i e najpiękniejsze i teraz, i zawsze, że to, co p o ż y t e c z n e , jest p i ę k n e , a to, co szkodliwe, szpetne. - Ze wszech miar. VII - Więc to by był pierwszy jakby bałwan, powiedzmy, u n i k n ę l i ś m y go, mówiąc o prawie kobiecym. Tak, że nas nie zalał ze szczętem, k i e d y ś m y C postanowili, że u nas mają wszystkie zajęcia wspólnie uprawiać strażnicy i strażniczki, przeciwnie, ta myśl jest sama z sobą w zgodzie, bo głosi to, co możliwe, i to, co pożyteczne 7 . - I bardzo - powiada. - Niemałej faliś uniknął. - Powiesz - dodałem - że ta nie jest wielka, kiedy następną zobaczysz. - N o , to mów - powiada - zobaczę. - Za tym prawem - dodałem - idzie prawo drugie, i za wszystkimi poprze­ dnimi moim zdaniem, takie: - Jakie?

7

Z r ó w n a n i e k o b i e t z m ę ż c z y z n a m i w służbie państwowej, to pierwsza myśl, która groziła Plato­ nowi tym, że go bałwan opinii zaleje. Ale jakoś to poszło, powiada. Druga myśl to wspólność ko­ biet i dzieci, z n i e s i e n i e instytucji małżeństwa i praw rodzicielskich. Z n i e s i e n i e rodziny. Socjali­ zacja kobiet i dzieci. Platon przewiduje, że się ten p o m y s ł wyda niemożliwy do p r z e p r o w a d z e n i a i n i e ł a t w o wyda się p o ż y t e c z n y . M i m o to spróbuje go rozwinąć. Ze j e m u s a m e m u wydawało się to możliwe, to się w znacznej mierze tłumaczy tym, że to pisze homoseksualista, który nigdy kobiety nie kochał i dzieci nie miał, chociaż wdzięk dziecięcy rozumiał i umiał go opisywać, na przykład w Lyzisie. On najwidoczniej nie rozumie, jak można się nieodparcie przywiązać do jednej kobiety, skoro ich jest tyle, a wszystkie są dla niego osobiście pozbawione wszelkiego uroku. Wie, że młodzi ludzie łatwo zmieniają adresy swoich westchnień, więc ma wrażenie, że ich utraktuje po prostu, otwiera­ jąc przed nimi wybór wielki, choć nie dowolny, tylko kierowany z cicha, z r a m i e n i a władzy. D o ­ s t ę p do k o b i e t za biletami i losowanie. I nie widzi z u p e ł n i e , jakie psie s t o s u n k i , jakie powierz­ c h o w n e , p u s t e , płytkie, m a r n e , s m u t n e , dorywcze zbliżenia otwiera przed m ł o d y m i l u d ź m i . O n wie o pociągu e r o t y c z n y m między d w i e m a płciami, ale mówi o nim z l e k c e w a ż ą c y m h u m o r e m , o tych koniecznościach natury nie g e o m e t r y c z n e j , tylko erotycznej. I traktuje ludzi rzeczywiście jak barany, które można do woli wiązać w pary i odstawiać. Ż a d n e g o szacunku i ż a d n e g o liczenia się z tą stroną duszy ludzkiej nie objawia. I wyobraża sobie, że ludzie daliby sobie narzucić taką formę ustroju, która by zniosła życie osobiste i rodzinne. N i e można j e d n a k wiedzieć, co ludzie pozwolą, a czego nie pozwolą sobie narzucić ze strony państw zmierzających do w s z e c h m o c y . Pozwalali się im przecież i sterylizować, i przesiedlać, i poniewierać, i głodzić, i ogłupiać. Więc Platon m o ż e nie przeceniał potulności ludzkiej. Obja­ wiał tylko schizotymiczną oschłość i z u p e ł n e l e k c e w a ż e n i e dla tych wzruszeń serca l u d z k i e g o , które my u m i e m y szanować, i umiał je szanować Sofokles, E u r y p i d e s i Safona, i n a w e t figlarz Anakreon. Ci rozumieli urok i moc kobiety.

457 C

Księga V

159

- Że kobiety wszystkie powinny być wspólną własnością tych mężczyzn, a prywatnie, dla siebie, żaden nie powinien mieszkać z żadną. I dzieci też D powinny być wspólne, i ani rodzic nie powinien znać swego potomka, ani syn rodzica. - To - powiada - większe od t a m t e g o . Jeszcze t r u d n i e j b ę d z i e ludziom uwierzyć w jego możliwość i w pożytek. - Ja nie myślę - d o d a ł e m - żeby miały być spory o pożytek, czy to nie jest największym d o b r e m , żeby kobiety były wspólną własnością i wspólną własnością dzieci, jeżeli to tylko rzecz możliwa. Ja myślę, że najwięcej bę­ dzie sporów o to, czy to możliwe, czy nie. - O j e d n o i o drugie - powiedział - doskonale można by się spierać. E - Ty mówisz - dodałem - że te oba p u n k t y się wiążą. A ja myślałem, że u m k n ę spod p u n k t u drugiego, jeżeli ci się to wyda pożyteczne, a zostanie mi tylko to, czy to jest możliwe, czy nie. - To było widać, że ty umykasz, ale musisz bronić j e d n e g o i d r u g i e g o punktu. - N o , to trzeba się p o d d a ć karze - p o w i e d z i a ł e m . - Ale taką tylko małą mi zrób przyjemność, pozwól, żebym sobie święto urządził. Tak jak ludzie 458 leniwego ducha zwykli sobie urządzać uczty własnym kosztem podczas sa­ motnych wędrówek. Oni też, zanim wynajdą sposób, jak by to urzeczywist­ nić coś z tego, czego pragną, nie myślą o tym wcale, żeby się nie trudzić rozważaniem, czy to możliwe, czy nie; więc przyjmują z góry jako możliwe to, czego pragną, i już tylko resztę sobie układają, i cieszą się przechodząc w myśli, co będą robili, jak się to stanie. I tak swoją duszę, już skądinąd leniwą, rozleniwiają jeszcze bardziej. Teraz już i ja j e s t e m leniuch i m a m ochotę odsunąć tamtą sprawę i rozpatrzyć później, czy i jak to jest możliwe, B a t e r a z założę, że to są rzeczy możliwe i b ę d ę rozważał, jeśli pozwolisz, w jaki sposób zorganizują to rządzący w rzeczywistości, i że to by było naj­ lepiej dla państwa i dla strażników, gdyby tak zrobić. To naprzód spróbuję razem z tobą przepatrzyć, a tamto później, jeżeli pozwolisz. - Ja pozwalam - powiada - rozpatruj! - Więc ja uważam - zacząłem - że jeśli tylko rządzący będą warci tego imienia, a ich pomocnicy tak samo, to ci będą chcieli wykonywać rozkazy, a t a m c i będą rozkazywali, w j e d n y c h sprawach słuchając naszych ustaw, a w innych naśladując nasze polecenia. - Prawdopodobnie - powiada. - Więc ty - ciągnąłem dalej - ty, ich prawodawca, tak jak wybrałeś męż­ czyzn, tak i kobiety powybierasz i oddasz je im, każdą ile możności tej sa­ mej natury. A oni, ponieważ mieszkania i jadalnie mają wspólne, a na pry­ w a t n y u ż y t e k ż a d e n z nich niczego p o d o b n e g o nie ma, będą więc razem żyli i razem się ćwiczyli w zakładach gimnastycznych i w innych zakładach wychowawczych, w t e d y ich konieczność, uważam, wrodzona, powiedzie do stosunków płciowych. Czy nie uważasz, że mówię rzeczy konieczne? - To są konieczności - powiada - natury nie tyle g e o m e t r y c z n e j , ile eroC

D

160

Platon, Państwo

458 D

tycznej. Bodaj że one ostrzej działają jako sugestie i najmocniej ciągną sze­ rokie koła narodu. VIII - N a w e t i bardzo - dodałem. - Ale potem, Glaukonie, bez porządku obcoE wać z sobą czy co tam innego robić, to ani zbożne nie jest w mieście ludzi szczęśliwych, ani na to nie pozwolą rządzący *. - Bo to nie jest sprawiedliwe - powiada. - Więc jasna rzecz, że potem urządzimy zaślubiny o charakterze, ile moż­ ności, jak najbardziej świętym. Te święte będą najużyteczniejsze. - Ze wszech miar przecież. - A w j a k i m s p o s o b i e będą najbardziej p o ż y t e c z n e ? To mi p o w i e d z , 459 Glaukonie. Bo jak u ciebie w domu widzę i psy myśliwskie, i bardzo wiele ptaków szlachetnych. A czyś ty się, na Zeusa, interesował trochę ich mał­ żeństwami i produkcją dzieci? - Pod jakim względem? - P r z e d e wszystkim pośród nich samych, choć to są już zwierzęta szla­ c h e t n e , czy nie ma tam i czy nie rodzą się tam osobniki najlepsze? -Są. - Więc czy ty spośród wszystkich osobników bez różnicy wybierasz jedno­ stki do rozpłodu, czy też starasz się przede wszystkim wybrać je spośród jak B najlepszych? - Spośród najlepszych. - No cóż? A czy spośród najmłodszych, czy spośród najstarszych, czy też spośród tych w kwiecie wieku? - Z tych w kwiecie wieku. - I gdyby rodzenie się nie było tak ujęte, to uważasz, że o wiele gorszy by się zrobił ród ptaków i psów? - Ja tak uważam - powiada. - A cóż myślisz o rodzie koni - dodałem - i innych zwierząt? Czy z nimi jakoś inaczej? - To by nie miało sensu - powiada. - Ho, ho, przyjacielu kochany - dodałem. - Widzisz, jak gwałtownie nam tego potrzeba, żeby rządzący byli pierwszej klasy, jeżeli z r o d e m ludzkim tak samo. C - A przecież jest tak samo - powiada. - Ale co z tego? - Z tego to - mówię - że nie będą się musieli posługiwać wieloma lekar­ stwami. Jeżeli ciała lekatstw nie potrzebują i gotowe są słuchać wyznaczoPlaton jest najdalszy od myśli o jakiejkolwiek rozpuście i swobodzie życia płciowego. Przeciw­ nie. Te s t o s u n k i muszą być ściśle u p o r z ą d k o w a n e i p r o w a d z o n e książkowo, w e d ł u g liczby i daty. Co więcej, muszą być uświęcone, bo to się przyda, mówi Platon o dwa wiersze wyżej, przed s y s t e m e m kojarzenia psów myśliwskich, koni, ptaków szlachetnych, który ma być wzorem dla ho­ dowli ludzi. Więc trzeźwe przyrodnicze stanowisko. To cale „ u ś w i ę c a n i e " ma być tylko j e d n y m z kłamstw pożytecznych, dekoracją, paradą państwową, urządzoną na z i m n o i chytrze ze względu na z a k o r z e n i o n e przesądy, a nie szczerym wyrazem jakiejś wiary w świętość tego rodzaju związ­ ków. Programowa obłuda dla podniesienia rasy. Podrobione losy mają pomagać doborowi płcio­ w e m u . Władze powinny przy tym kłamać zręcznie, aby się ich kłamstwo nie wykryło, bo w t e d y grożą b u n t y i rozłamy. Bardzo naiwni będą musieli być ci strażnicy doskonali.
8

459 C

Księga V

161

n e g o sposobu życia, to uważamy, że wtedy wystarczy i lichszy lekarz. Ale jak potrzeba jeszcze i lekarstwa stosować, to wiemy, że p o t r z e b a tęższego lekarza. - To prawda. Ale do czego to stosujesz? - Do tego - powiedziałem. - Zdaje się, że nasi rządzący będą musieli czę­ sto stosować kłamstwo i oszukiwanie dla dobra rządzonych. A mówiliśmy D jakoś tak, że wszystkie takie rzeczy nadają się do użytku jako lekarstwa. - I to słuszne - powiada. - Zdaje się, że to „ s ł u s z n e " znajdzie nie najmniejsze zastosowanie w za­ ślubinach i w robieniu dzieci. - W jakim sposobie? - P o t r z e b a p r z e c i e ż - o d p o w i e d z i a ł e m - w o b e c tego, cośmy uchwalili, żeby najlepsi mężczyźni obcowali z najlepszymi kobietami jak najczęściej, a najgorsi z najlichszymi jak najrzadziej, i p o t o m k ó w z tamtych par trzeba E chować, a z tych nie, jeżeli trzoda ma być pierwszej klasy. A o tym wszyst­ kim nie ma wiedzieć nikt, tylko sami rządzący, jeżeli znowu trzoda strażni­ cza ma być jak najbardziej wolna od rokoszów i rozłamów. - Z u p e ł n i e słusznie - powiada. - Więc prawda, trzeba b ę d z i e prawem ustanowić jakieś święta, podczas których b ę d z i e m y zgromadzali p a n n y m ł o d e i p a n ó w m ł o d y c h , i będą się odbywały ofiary, a nasi poeci ułożą h y m n y o d p o w i e d n i e do odbywających 460 się zaślubin. Ilość małżeństw każemy regulować rządzącym, aby jak najbar­ dziej zachowywali stale tę samą ilość mężczyzn, mając na u w a d z e wojny i choroby, i wszystkie takie rzeczy. Aby się nasze miasto, ile możności, nie robiło ani wielkie, ani małe. - Słusznie - powiada. - I losowania j a k i e ś - u w a ż a m - trzeba b ę d z i e c h y t r z e urządzać. Tak, żeby ten gorszy mężczyzna o każdy swój związek obwiniał los, a nie rządzą­ cych. - Bardzo chytrze - powiada. - A m ł o d y m ludziom, którzy się odznaczą na wojnie albo gdzieś indziej, trzeba dawać podarunki i nagrody, a między innymi częstsze pozwolenia na s t o s u n k i z k o b i e t a m i , aby - i to pod tym p o z o r e m - jak największa ilość dzieci po nich została 9 .
Z a m i a s t orderów, bilety do pań dla typów rozpłodowych. Dzieci lepsze do ochronki, do urzędu m a m e k , a noworodki gorsze p o d r z u c a ć albo zabijać. Ż a d n a m a t k a nie p o w i n n a wiedzieć, które d z i e c k o jej, a które nie jej. T r z e b a im ułatwiać obowiązki macierzyńskie. Rodzić b ę d z i e trzeba i b ę d z i e wolno tylko między d w u d z i e s t y m a czterdziestym rokiem życia, z a p ł a d n i a ć dla państwa od d w u d z i e s t u pięciu do pięćdziesięciu pięciu. N i e są p r z e w i d z i a n e wyjątki j e d n o s t k o w e . Sto­ sunki płciowe dopuszczalne i poza tym w i e k i e m , byle tylko z nich nie było dzieci, i nie w rodzi­ nie najbliższej. G d y b y z takich s t o s u n k ó w przyszło j e d n a k d z i e c k o na świat, zabije się je z urzę­ du pod p o z o r e m , że nie dostało błogosławieństwa bożego. Ale m o ż e się obejść i p r z e r w a n i e m ciąży. D a t ę urodzenia będzie chyba każdy nosił na widocznym miejscu, aby każdy wiedział, kogo ma nazywać swoim ojcem, s y n e m , w n u k i e m , babką, b r a t e m . Można też dopuszczać stosunki między r o d z e ń s t w e m , jeżeli kapłani w Delfach wezmą to na swoją odpowiedzialność.
9

IX B

162 - Słusznie.

Platon, Państwo

460 B

C

- Prawda? I te wciąż rodzące się dzieci o d b i e r a osobny urząd do tego c e l u u s t a n o w i o n y , a z a t r u d n i a j ą c y m ę ż c z y z n albo kobiety, albo j e d n y c h i drugie, bo przecież chyba i w urzędach będą pracowały k o b i e t y pospołu z mężczyznami. I dzieci lepszych ludzi, tak uważam, będą brały i zanosiły do ochronki, do jakichś mamek, które mieszkają osobno w pewnej dzielnicy miasta. A dzieci tych gorszych, gdyby się tym innym jakieś u ł o m n e urodzi­ ło, to też w jakimś miejscu, o którym się nie mówi i nie bardzo wiadomo, gdzie by ono było, ukryją, jak się należy. - Jeżeli - powiedział - ród strażników ma być nieskażony. - Nieprawdaż? I o to karmienie oni tam będą dbali. Będą do ochronki sprowadzać matki, kiedy będą miały pokarm, zwracając baczną uwagę na to i robiąc, co tylko można, aby żadna swego dziecka nie spostrzegła. Wysta­ rają się też i o inne kobiety mające pokarm, gdyby go t a m t e nie miały dość, i o same matki dbać będą, aby karmiły przez oznaczony czas, nie za długo i nie za k r ó t k o , a czuwanie przy dzieciach i i n n e t t u d y oddadzą m a m k o m i piastunkom? - To wielkie ułatwienie macierzyństwa - powiada - to, co mówisz dla żon strażników. - To się należy - odpowiedziałem. - Ale przejdźmy i drugi p u n k t z kolei, który leży w naszym planie. Bo mówiliśmy, że dzieci p o w i n n y p o c h o d z i ć od ludzi w kwiecie wieku. - Prawda.

D

E

- A czy i tobie się tak wydaje jak mnie, że najlepszy okres rozwoju u ko­ biety - tak w sam raz - trwa dwadzieścia lat, a u mężczyzny trzydzieści? - A które to lata u nich? - zapytał. - Kobieta, począwszy od swoich d w u d z i e s t u lat aż po c z t e r d z i e s t k ę , po­ winna rodzić dla państwa. A mężczyzna, jak minie szczytowy okres spraw­ ności w b i e g a n i u , p o w i n i e n od t e g o czasu z a p ł a d n i a ć dla p a ń s t w a aż do pięćdziesiątego roku życia.

461

- U obu płci - powiada - to jest szczyt rozwoju fizycznego i umysłowego. - Nieprawdaż? I jeżeli ktoś powyżej lub poniżej tej granicy wieku pozwo­ li sobie wtrącić się do rozmnażania państwowego, powiemy, że to ani spra­ w i e d l i w e , ani z b o ż n e , tylko g r z e c h , bo taki zrobi dla p a ń s t w a d z i e c k o , k t ó r e , jeśli się to ukryje, przyjdzie na świat bez współudziału ofiar i mo­ dlitw przy zapłodnieniu. Przecież przy każdym ślubie będą się modliły ka­ płanki i kapłani, i całe państwo, aby się z dobrych rodzili lepsi i z pożytecz­ nych jeszcze bardziej pożyteczni, a ono przyjdzie na świat jako owoc ciemności i strasznej niestrzymałości. - Słusznie - powiada. - To samo prawo - powiedziałem - b ę d z i e stosowane, jeżeli ktoś jeszcze w wieku właściwym, ale bez pozwolenia rządu b ę d z i e miał stosunki z ko-

B

461 B

Księga V

163

bietami w wieku właściwym; powiemy, że on wprowadza do państwa dziec­ ko nieprawe, pozbawione poręki i uświęcenia. - Z u p e ł n i e słusznie - powiedział. - A jak kobiety i mężczyźni, takie moje zdanie, wyjdą z lat rozpłodu, to pozwolimy im obcować z kim zechcą, będą teraz wolni, tylko nie z córką i nie z matką, ani z córkami córek, ani z b a b k a m i . K o b i e t o m znowu nie wolno z s y n e m ani z ojcem, ani z ich p o t o m k a m i , ani z przodkami. Przy tym wszystkim będą mieli rozkaz starać się, żeby najlepiej ani j e d e n owoc takiego stosunku nie ujrzał światła d z i e n n e g o , jeżeliby się zalągł, a gdyby j e d n a k na świat przyszedł jakoś wbrew usiłowaniom, to położyć to gdzieś tak, żeby nie było pożywienia dla takiego. - I to - mówi w sam raz powiedziane. Ale ojców i córki, i te pokrewieństwa, któreś dopiero co wymienił, jak oni będą rozpoznawali między sobą? - W żaden sposób - powiedziałem. - Tylko licząc od tego dnia, w którym ktoś z nich brał ślub, wszystkie dzieci u r o d z o n e w dziesięć lub w s i e d e m miesięcy po tym dniu, te wszystkie dzieci płci męskiej będzie każdy nazy­ wał synami, a płci żeńskiej córkami, a one jego będą nazywały ojcem. I tak samo ich dzieci będą się nazywały w n u k a m i , a o n e znowu ich d z i a d k a m i i babkami. A znowu dzieci urodzone w tym okresie, w którym ich ojcowie płodzili, a matki rodziły, będą się nazywały braćmi i siostrami. W ten spo­ sób, jakeśmy przed chwilą mówili, nie dojdzie między nimi do zakazanych stosunków. A braciom i siostrom prawo pozwoli na zbliżenia płciowe, je­ żeli taki los w y p a d n i e przy losowaniu, a w d o d a t k u Pytia w e ź m i e to na swoją odpowiedzialność.

C

D

E

- Z u p e ł n i e słusznie - powiedział. - Otóż ta i taka wspólność kobiet i dzieci, mój Glaukonie, będzie pano- X wała u strażników twojego państwa l 0 . Ze ona idzie k o n s e k w e n t n i e za ca­ łym ustrojem i że jest urządzeniem najlepszym bez żadnego porównania, to trzeba teraz mocno uzasadnić argumentami. Czy jak zrobimy? - Tak, na Zeusa - powiada. 462
10 Ta socjalizacja rodziny b ę d z i e najlepszym s p o s o b e m na z a p e w n i e n i e spoistości państwa. A to jest cel g o d n y największych ofiar. P a ń s t w o złożone z wielu rodzin o s o b n y c h nie jest dość spoi­ ste. Każdy ma wtedy o s o b n e g o ojca dla siebie i o s o b n e dzieci. A jak wszyscy będą, z a l e ż n i e od daty urodzenia, nazywali wszystkich ojcami i synami, państwo z m i e n i się w jedną wielką rodzinę. Platon wyobraża sobie znowu, że za s a m y m wyrazem „ m ó j , moja, m o j e " pójdą a u t o m a t y c z n i e szczere uczucia rodzinne. W i a d o m o j e d n a k , że nie każdy, kto na targu mówi do chłopa: „słuchaj­ cie, ojciec, po c z e m u jaja? " kocha go tym samym jak ojca. W klasztorach obowiązuje powszech­ nie t y t u l a t u r a rodzinna, tam są bracia, siostry, ojcowie i matki na niby, ale tam co i n n e g o tytuł, a co i n n e g o uczucie. Z a m i a n a państwa w j e d e n organizm przez p o g w a ł c e n i e instynktów osobi­ stych i rodzinnych i w p r o w a d z e n i e tytulatury rodzinnej w e d ł u g metryki jest g r u b y m z ł u d z e n i e m p s y c h o l o g i c z n y m u Platona. O n o się tłumaczy swoistymi rysami j e g o c h a r a k t e r u : po pierwsze, oschłością schizotymika, która mu utrudnia wżycie się w uczucia innych ludzi, po drugie, b r a k i e m s z a c u n k u dla nie swoich postaw uczuciowych; on d u s z e l u d z k i e traktuje z góry; gotów im narzu­ cać postawę, którą uważa za słuszną, i nie liczy się zgoła z tym, czy to b ę d z i e bolało, czy nie. A w k o ń c u organicznym n i e z r o z u m i e n i e m z w y k ł e g o p e ł n e g o s t o s u n k u dwóch płci i n o r m a l n y c h uczuć rodzinnych.

164

Platon, Państwo

462 A

B

C

- A czy nie stąd by zacząć drogę do uzgodnienia tej sprawy, żeby zapytać siebie samych, jakie też to największe dobro potrafimy wymienić w organi­ zacji państwa, dobro, które powinien prawodawca mieć na oku, kiedy ukła­ da prawa, i jakie największe zło. A p o t e m zobaczyć to, cośmy teraz prze­ szli, zgodzi się nam ze śladem dobra, a nie zgodzi się ze śladem zła. - Najlepiej tak będzie - powiada. - A czy m a m y coś gorszego dla państwa niż to zło, które je rozsadza i robi wiele państw, zamiast j e d n e g o ? I w i ę k s z e d o b r o niż to, k t ó r e je wiąże i umacnia jego jedność? - N i e mamy. - A prawda, że wspólność przyjemności i przykrości wiąże? To wtedy, k i e d y ile możności, wszyscy o b y w a t e l e przy okazji powstawania i zatraty tych samych rzeczy podobnie się cieszą i smucą? - Ze wszech miar - powiada. - A indywidualizacja takich rzeczy rozkłada państwo, kiedy j e d n i cierpią niewymownie, a drudzy się bawią znakomicie przy sposobności tych samych zdarzeń w życiu państwa i tych, którzy w państwie żyją? - C z e m u nie? - A czy to się nie bierze stąd, że w p a ń s t w i e nie padają r ó w n o c z e ś n i e z różnych ust takie słowa, jak „to m o j e " i „to nie moje". A tak samo, jeżeli chodzi o to, co obce? - Całkowicie tak przecież. - Więc w którymkolwiek państwie jak największa ilość obywateli mówi te słowa o tych samych rzeczach i z tego samego względu „to m o j e " i „to nie moje", to państwo jest najlepiej zorganizowane? - Bez porównania. - T a k ż e i to, które jest najpodobniejsze do j e d n e g o człowieka. Tak, jak kiedy u kogoś z nas palec zostanie zraniony, to cała wspólnota cielesna, do której i dusza należy i wraz z nią tworzy j e d e n układ w niej panujący, spostrzegą to i cała równocześnie wraz z tym palcem cierpi - cała, chociaż palec to tylko jej część. My też tak mówimy, że człowieka boli palec. I poza tym u człowieka tak jest, czyby szło o c i e r p i e n i e , kiedy cierpi jakaś jego część, czy o przyjemność, kiedy jakaś jego część przychodzi do siebie? - To tak samo - powiada. - A to, o co się pytasz, to państwo najlepiej zor­ ganizowane jest temu najbliższe. - Więc kiedy j e d e n obywatel, tak uważam, dozna czegoś dobrego lub złego, to takie państwo najprędzej powie, że to jego własny członek czegoś do­ znaje, i albo całe b ę d z i e się razem z nim cieszyło, albo całe wraz z nim cierpiało. - To musi być, przynajmniej w państwie dobrze urządzonym. - Byłaby teraz pora - powiedziałem - zajść do naszego miasta i popatrzeć, czy to, na cośmy się zgodzili w rozmowie, znajdzie się w nim p r z e d e wszy­ stkim, czy też raczej w każdym innym państwie. - No trzeba - mówi.

D

E

XI

462 E

Księga V

165

- W i ę c cóż? C z y są w i n n y c h p a ń s t w a c h rządzący i lud, a m a m y to i u nas? 463 -Są. - I oni wszyscy razem będą siebie nawzajem nazywali obywatelami? - Jakżeby nie? - Ale oprócz tytułu obywatela, jak lud w innych państwach nazywa rzą­ dzących? - W wielu państwach nazywają ich panami, a w demokratycznych właśnie tak: rządzącymi, czyli archontami. - A jak nasz lud w naszym państwie? N i e tylko obywatelami ich nazywa, ale jak jeszcze mówi o rządzących? - Że to zbawiciele i opiekunowie nieustającej pomocy - powiada. - A jak oni nazywają lud? B - Mówią, że to dawcy pensji i żywiciele. - A w innych państwach, jak rządzący nazywają lud? - Niewolnikami ich nazywają, poddanymi - powiada. - A jak rządzący nazywają siebie nawzajem? - Kolegami w rządzie. - A jak nasi? - Kolegami w straży 11 . - A jeżeli chodzi o rządzących w innych państwach, to czy mógłbyś po­ w i e d z i e ć , czy któryś z nich m o ż e o j e d n y m z k o l e g ó w w rządzie p o w i e - C dzieć, że to swój człowiek, a o innym, że to obcy, że nie mój? - N o , tak. - A jak strażnicy u ciebie? Czy to możliwe, żeby któryś z nich mógł uwa­ żać kolegę ze straży za obcego albo go tak nazywać? - W żaden sposób - powiada. - Bo kogokolwiek spotka, to zawsze b ę d z i e przekonany, że spotyka brata albo siostrę, albo ojca, albo matkę, albo syna, albo córkę; albo ich potomków, albo przodków. - Bardzo pięknie mówisz - dodałem - ale jeszcze i to powiedz. Czy ty im każesz się tylko tak familiarnie nazywać, czy też i całe postępowanie dosto­ sować do tych nazw. Więc w s t o s u n k u do ojców, jak to prawo nakazuje, szanować ich i troszczyć się o ich dobro, i słuchać rodziców, bo inaczej to ani bóg nie pobłogosławi, ani ludzie nie pochwalą, i że to by nie było postę11 Znowu urocze nadzieje na uczucia lojalności państwowej i solidarności skutkiem przyjęcia pewnej tytulatury nakazanej. W tym miejscu przychodzi Platonowi skrupuł, czy się nie skończy na słowach i czy ze słowami pójdą uczucia. Uspokaja go w sobie bez trudności, sądząc, że naka­ zane zachowania się starczą za uczucia, a będzie je można wywoływać z pomocą sugestii religij­ nej i nakazanych zwyczajów językowych. Wielkie nieporozumienie. Przecież tą drogą można szczepić tylko uczucia nieszczere, udane, wymuszone, zdawkowe. A jednak widzieliśmy, jak państwa totalne wprowadzały za przykładem Kościoła umowne formuły powitań patriotycznych s ł o w e m i gestem, i jakoś im to wystarczało. W życiu zbiorowym, ponieważ nikt i tak nic widzi, co się dzieje w duszy drugiego człowieka, formy nawet zupełnie puste, udane - mają wielką do­ niosłość. Sugerują nieświadomych rzeczy, maskują różnice jednostkowe, szerzą pewien terror mało kto chce się z nich wyłamywać, i robią złudne wrażenie jednolitości ludzkiej.

D

166

Platon, Państwo

463 D

powanie ani zbożne, ani sprawiedliwe, gdyby ktoś postępował inaczej, a nie tak? Takie czy nie takie śpiewki będą u ciebie dochodziły z ust wszystkich obywateli do uszu dzieci i o ojcach, których im się wskaże, i o innych krewE nych? - Takie - powiada. - To by przecież było śmieszne, gdyby u nich tylko na ustach były takie zwroty familiarne, a w postępowaniu tego by nie było. - Z a t e m ze wszystkich państw najbardziej w tym właśnie, jeżeli się k o m u ś j e d n e m u b ę d z i e d o b r z e lub źle powodziło, wszyscy inni zgodnie będą wypo­ wiadali ten potoczny zwrot: „mojemu się dobrze powodzi" albo „mojemu ź l e " . - Święta prawda - mówi. 464 - N i e p r a w d a ż ? A mówiliśmy, że za takim p r z e ś w i a d c z e n i e m i za t a k i m zwrotem idzie wspólność radości i smutków? - I słusznieśmy mówili. - N i e p r a w d a ż ? Nasi obywatele będą mieli najwięcej w s p ó l n e g o z sobą i będą to nazywali „ m o i m " ? A dzięki tej wspólnocie będzie ich wiązała naj­ większa wspólność przyjemności i przykrości? - W wysokim stopniu. B - A czy przyczyną tego, oprócz i n n y c h urządzeń, nie b ę d z i e wspólność kobiet i dzieci między strażnikami? - Ależ tak, w wysokim stopniu 12 . - A myśmy się zgodzili, że to jest największe dobro dla państwa. Przy­ równywaliśmy dobrze zorganizowane państwo do ciała w stosunku do j e d n e j jego części; ze względu na to, jak to j e s t z przykrościami i z p r z y j e m n o ­ ściami. - I słusznieśmy się - powiada - zgodzili. - Z a t e m p r z y c z y n ą n a j w i ę k s z e g o d o b r a dla p a ń s t w a o k a z u j e się n a m wspólność dzieci i kobiet. - I bardzo - powiada. - Prawda? I na to, co p r z e d t e m , też się zgadzamy. M ó w i l i ś m y zaś, że ani d o m ó w ci ludzie nie powinni m i e ć prywatnych, ani ziemi, ani ż a d n e j własności, tylko od innych powinni dostawać wikt, pensję za straż i wyda­ wać wszystko wspólnie, jeżeliby mieli być naprawdę strażnikami. - Słusznie - powiada. - Więc czy - ja mówię - to, co się p r z e d t e m powiedziało, i to, co się teraz mówi, nie robi z nich w jeszcze wyższym stopniu prawdziwych strażników i czy nie sprawia tego, że nie rozsadzają p a ń s t w a nazywając „ m o i m " nie j e d n o i to samo, tylko każdy coś i n n e g o , przy czym by j e d e n do swojego d o m u ciągnął wszystko, co by mógł niezleżnie od drugich zdobyć, a drugi
K o m u n i z m z u p e ł n y ma panować, zdaje się, tylko między strażnikami; r o b o t n i k o m zostawia Platon własność prywatni) i życie rodzinne, bo nic o tym nie mówi. Te warstwy najmniej go zre­ sztą, interesują. C h c e więc założyć niejako z a k o n rycerski i j e m u o d d a ć o b r o n ę paristwa na z e ­ wnątrz i na wewnątrz. Wszelkie spory między strażnikami odpadną, uważa. Familijne, majątko­ we, h o n o r o w e . Bo rodziny prywatnej i majątku nie b ę d z i e w ogóle, a h o n o r o w e sprawy będą się załatwiały prywatnie na miejscu.
12

C

D

464 D

Księga V

167

do swego, do innego i żonę, i dzieci, gdyby każdy miał swoje, a one by mu wszczepiały jego własne, prywatne przyjemności i przykrości, bo same były­ by prywatne? A tu dzięki j e d n e j zasadzie dotyczącej własności prywatnej wszyscy by ciągnęli do j e d n e g o i doznawali, ile możności, jednych s m u t k ó w i jednych przyjemności. - Z u p e ł n i e tak - powiada. - No cóż? A procesy i oskarżenia wzajemne, te nie będą z nich wycho­ dziły, ż e b y się tak wyrazić, bo nie będą mieli niczego na własność, tylko własne ciała, a wszytko inne wspólne; dzięki czemu nie będą zdolni do spo- E rów, j a k to się l u d z i e spierają o p o s i a d a n i e p i e n i ę d z y albo o p o s i a d a n i e dzieci i krewnych? - Tak; to z konieczności musi odpaść. I skarg o gwałt, i o obrazę czci nie b ę d z i e między nimi po sprawiedliwości; bo powiemy, że rówieśnikowi wy­ pada i godzi się bronić s a m e m u przed rówieśnikiem; nakażemy im przecież k u l t u r ę fizyczną. - Słusznie - powiada. - To prawo - d o d a ł e m - ma jeszcze i tę dobrą stronę. Jeżeli się ktoś na 465 kogoś zgniewa, to tym samym zaspokajając swój gniew, mniej będzie skłon­ ny do wszczynania większych procesów. - Tak jest. - A każdy starszy będzie miał obowiązek rządzić młodszymi i karać ich. - Jasna rzecz. - I to, że młodszy starszemu bez nakazu rządzących żadnego gwałtu nig­ dy nie b ę d z i e p r ó b o w a ł zadawać ani bić, ma się r o z u m i e ć . A myślę, że i w żaden inny sposób obrażać go nie będzie. N i e pozwolą mu na to dwaj B strażnicy i ci wystarczą - strach i szacunek. Szacunek nie pozwoli mu ręki podnosić na starszych, bo to rodzice, a strach dlatego, że zaczepionemu po­ mogą inni, jedni jako synowie, drudzy jako bracia, a inni jako ojcowie. - Tak wynika - powiedział. - Więc pod k a ż d y m w z g l ę d e m dzięki tym prawom będą ci ludzie mieli spokój w stosunkach wzajemnych? - Wielki spokój. - A wobec tego, że się sami z sobą nie będą kłócili, nie ma obawy, żeby się przeciw nim reszta państwa miała buntować, albo się sama rozpadła na dwa obozy. - N o nie. - A o najmniejszych nieszczęściach waham się nawet i mówić, bo to nie wypada. Ale od tych z pewnością też będą wolni. Od schlebiania bogatym, jak to ubodzy, od kłopotów i przykrości, jakie nieuchronnie za sobą dziś po­ ciąga kształcenie dzieci i staranie o pieniądze na dom. Tu się pożycza, tam się nie oddaje, a skądinąd się pieniądze dobywa wszelkimi sposobami i daje się to ż o n i e albo s ł u ż b i e , aby było na g o s p o d a r s t w o . Ile to, przyjacielu, przez to przykrości i to jakich! Jasna rzecz, że to sprawy poziome i nie warto o nich mówić. C

D

168

Platon, Państwo

465 D

XIII

- Jasna rzecz - powiada - jasna i dla ślepego. - Więc tego wszystkiego się pozbędą i będą mieli życie szczęśliwe w naj­ 13 wyższym stopniu . Będą żyli w szczęściu lepiej niż zwycięzcy na igrzy­ skach olimpijskich. - Jakim sposobem? - Bo ci się nazywają szczęśliwi dlatego, że posiadają tylko małą cząstkę tego, co mają tamci. T a m t y c h zwycięstwo j e s t p i ę k n i e j s z e i u t r z y m a n i e z funduszów publicznych pełniejsze. Ich zwycięstwo to dobro całego pańE stwa, a wikt i zaspokojenie wszystkich p o t r z e b życiowych dla siebie i dla dzieci dostają w p o d a r u n k u od swojego państwa za życia, a po śmierci po­ grzeb honorowy. - To bardzo piękne rzeczy - powiada. - A czy ty pamiętasz - dodałem - że w poprzednich rozważaniach zasko­ czył nas, już nie wiem czyj, zarzut, że niby to strażników nie robimy szczę466 śliwymi, bo wolno by im było mieć wszystko to, co mają obywatele, a tym­ czasem oni nic nie mają. I myśmy powiedzieli tak jakoś, że jak gdzieś wy­ p a d n i e , to m o ż e i n n y m razem wrócimy do tej sprawy, a na razie r o b i m y strażników strażnikami, a państwo robimy tak szczęśliwym, jak tylko potra­ fimy, a nie bierzemy tylko j e d n e j jego warstwy pod uwagę i nie tę robimy szczęśliwą? - P a m i ę t a m - powiada. - Więc cóż? Skoro nam się teraz życie pomocników wydaje o wiele pięk­ niejsze i l e p s z e niż życie zwycięzców olimpijskich, to m o ż e ono się t a k B przedstawia jak życie szewców albo innych rękodzielników, albo rolników? - N i e wydaje mi się - powiada. - A tylko, jak już i w t e d y m ó w i ł e m , godzi się powiedzieć, że jeśli taki strażnik zacznie próbować być szczęśliwym tak, żeby przestać być strażni­ kiem, i nie wystarczy mu życie tak u t r z y m a n e w mierze i m o c n e , a jak my mówimy, życie najlepsze, tylko go n a p a d n i e głupia i d z i e c i n n a myśl C o szczęściu i g w a ł t e m go p o b u d z a ć zacznie, ż e b y sobie wszystko, co j e s t w mieście, przywłaszczał, wtedy pozna, że Hezjod był naprawdę mądry, kie­ dy mówił, że w pewnym sposobie „więcej daje połowa niż całość". - Gdyby słuchał mojej rady - powiada - to by pozostał przy t a m t y m życiu. - Z a t e m zgadzasz się - dodałem - na wspólne życie kobiet z mężczyznami, k t ó r e ś m y przeszli, jeżeli chodzi o w y c h o w a n i e i o dzieci, i o straż nad in­ nymi o b y w a t e l a m i , k i e d y siedzą w m i e ś c i e , i żeby na wojnę chodziły, i że D powinny wspólnie straż pełnić i uczestniczyć w polowaniach jak psy, i wszy­ stko pod k a ż d y m w z g l ę d e m , ile m o ż n o ś c i , dzielić. Jeżeli tak będą robiły, postąpią najlepiej i to nie będzie przeciw naturze, bo współpraca leży w isto­ cie wzajemnych stosunków obu płci, męskiej i żeńskiej?

Z a c z e m będą mieli święte życie, wolne od trosk i z a d r a ż n i e ń . Będą szczęśliwi n a p r a w d ę , by­ leby się k t ó r e m u nie zachciało szczęścia o s o b i s t e g o na własny r a c h u n e k i na własny s p o s ó b . J e ­ żeli nie, to będą mieli raj na ziemi.

13

466 D

Księga V

169

- Zgadzam się - powiada. - Nieprawdaż - ciągnąłem - to tylko jeszcze zostaje do rozważania, czy to XIV i u ludzi możliwe, podobnie jak u innych istot żywych, żeby się u nich taka wspólnota wytworzyła, i w jakim sposobie to być może? - Uprzedziłeś moją myśl; poruszyłeś to, co ja właśnie miałem podchwycić. - Bo jeżeli chodzi o wojnę - d o d a ł e m - to uważam, że to jasne, w jaki E sposób będą wojnę prowadzili. - W jaki sposób? - powiedział 14 . - Że wspólnie będą ciągnęli na wojnę i do tego zabiorą ze sobą chłopców, co najtęższych, żeby się wojnie przyjrzeli, p o d o b n i e jak dzieci innych pra­ cowników oglądają sobie to, co będą musiały same wykonywać, jak dorosną. 467 Chłopcy nie tylko się będą przypatrywali, ale będą usługiwali i podawali, co tam na wojnie trzeba; będą do posługi ojcom i matkom. N i e uważałeś, jak to jest w rzemiosłach, że na przykład synowie garncarzy długi czas posługu­ ją i przypatrują się, zanim się który weźmie sam do garncarstwa? - I bardzo długo. - A czy m o ż e oni muszą troskliwiej chować swoje dzieci niż strażnicy swoich synów, przez doświadczenie i przez oglądanie tego, co wypada? - To by doprawdy było śmieszne - powiada. - No tak. I każde stworzenie walczy zacieklej w obecności istot, które na B świat wydało. - Jest tak; tylko grozi, Sokratesie, niebezpieczeństwo niemałe, że jak zo­ staną pobici, a to się lubi zdarzać na wojnie, to nie tylko sami zginą, ale i dzieci potracą, i zrobią to, że reszta państwa nie potrafi się p o t e m pod­ nieść. - Ty prawdę mówisz - powiedziałem. - Więc ty uważasz, że przede wszy­ stkim trzeba wszystko tak urządzić, żeby dzieci nigdy nie były narażone na niebezpieczeństwo? - Nigdy w t e n sposób. - Więc cóż? Jeżeli gdziekolwiek mają się narażać na niebezpieczeństwo, to czy nie tam, skąd wyjdą lepsi, jeżeli się im powiedzie? - N o , jasna rzecz. - A tylko myślisz, że to małe ma znaczenie, i to przyglądanie się nie jest w a r t e n i e b e z p i e c z e ń s t w a albo n i e c h b y sobie co i n n e g o oglądali chłopcy, którzy mają być wojownikami? - No nie, to ma swoje znaczenie z tego względu, o którym mówisz. - Więc od tego trzeba zacząć - pokazywać chłopcom wojnę; niech będą na niej widzami, a tylko postarać się dla nich o b e z p i e c z e ń s t w o i wszystko będzie ładnie. Czy nie?
P l a t o n marzy o s k a u t i n g u i p r z y s p o s o b i e n i u w o j s k o w y m c h ł o p c ó w w w i e k u s z k o l n y m . Za brak odwagi w polu przewiduje z d e g r a d o w a n i e do klasy r z e m i e ś l n i k ó w albo rolników i n i e chce powrotu j e ń c ó w wojennych. Jako nagrodę honorową przewiduje między innymi prawo cało­ wania k a ż d e g o z kolegów albo z k o l e ż a n e k z p u ł k u w e d ł u g woli oraz, o m ó w i o n e już wyżej, bilety do towarzystwa d a m poniżej czterdziestki. Zakłada, że nikt się nie b ę d z i e wzdrygał w e w n ę t r z n i e przed p o c a ł u n k a m i d o b r e g o żołnierza, który się wykaże kwitem z k o m e n d y .
14

C

170

Platon, Państwo

467 C

D

E

- Tak. - N i e p r a w d a ż - ciągnąłem - toż p r z e d e wszystkim ich ojcowie, o ile to w ludzkiej mocy, nie będą nieukami, ale będą się znali na wyprawach wojennych i będą wiedzieli, które grożą niebezpieczeństwem, a które nie. - Prawdopodobnie - powiada. - Więc na j e d n e ich powiodą, a na drugich będą ostrożni. - Słusznie. - I d o w ó d c ó w - d o d a ł e m - nad nimi postanowią nie co najlichszych, ale o d p o w i e d n i c h ze w z g l ę d u na d o ś w i a d c z e n i e i wiek, j a k o k o m e n d a n t ó w i wychowawców. - Wypada przecież. - Ale, powiemy, i n i e o c z e k i w a n i e t e ż się n i e j e d n e m u n i e r a z coś przy­ darzy. - I bardzo. - Więc ze względu na takie tzeczy, przyjacielu, trzeba chłopaków uskrzy­ dlić zaraz od najmłodszych lat, aby w razie czego w lot uciekali. - Jak to rozumiesz? - powiada. - Na konia ich trzeba sadzać jak najwcześniej i dopiero, jak się ich wy­ uczy jazdy k o n n e j , w t e d y ich na k o n i a c h p r o w a d z i ć na o g l ą d a n i e wojny. N i e dawać im koni gorącej krwi ani bojowych, ale co najszybsze i co naj­ łatwiejsze do kierownia. W ten sposób będą się najlepiej przyglądali swojej robocie, a w razie czego najbezpieczniej się uratują pod k o m e n d ą starszych dowódców. - Zdaje się - powiada - że słusznie mówisz. - No a cóż? - powiedziałem. - A jak tam będzie na wojnie? Jak się mają twoi żołnierze odnosić do siebie samych, a jak do nieprzyjaciół? Gzy słu­ sznie mi się wydaje, czy nie? - Mów - powiada - co ci się wydaje. - Jeżeli chodzi o nich samych - odpowiedziałem - to jeśli żołnierz opuści szeregi albo rzuci broń, albo coś w tym rodzaju zrobi z tchórzostwa, to czy nie trzeba go zrobić jakimś rzemieślnikiem albo rolnikiem? - Tak jest. - A jeżeli się któryś da żywcem wziąć do niewoli nieprzyjacielskiej, to czy nie należy go nieprzyjaciołom darować w p r e z e n c i e - n i e c h sobie z tą zdobyczą robią, co chcą? - Z u p e ł n i e słusznie. - A k t o się c h l u b n i e odznaczy, to czy p r z e d e wszystkim jeszcze w polu nie powinien od każdego z towarzyszów wyprawy dostać wieńca? Od każ­ dego z młodzieńców i z chłopców? Czy nie tak? - Tak jest. - No cóż? A wyciąganie rąk do niego? - I to też. - A żeby pocałował każdego, a każdy jego?

468

B

468 B

Księga V

171

- To przede wszystkim - powiada. - I ja uzupełniam to prawo w ten spo­ sób, że jak długo będą na tej wyprawie, to nikt mu nie śmie odmówić, gdy­ by on chciał kogoś pocałować. To dlatego, że może się tam który kocha w jakimś chłopcu albo w dziewczynie, to niechby miał większą p o d n i e t ę do zdobycia tej odznaki. - Pięknie - powiedziałem. - A że jest dzielny i za to mu się należy więcej małżeństw niż innym i że się takiego będzie losem wybierać częściej niż in­ nych, aby jak najwięcej potomków zostawił, o tym się już mówiło. - A powiedzieliśmy tak - mówi. - T a k jest, a po h o m e r y c k u też trzeba uczcić takich dzielnych młodych ludzi. H o m e r przecież opowiada, że jak się Ajas odznaczył na wojnie, to dostał w nagrodę długi kawał polędwicy, bo to było takie swoiste odznacze­ nie dla człowieka młodego i mężnego. To będzie zaszczyt dla niego, i siły mu przybędzie. - Z u p e ł n i e słusznie - powiada. - W i ę c p o s ł u c h a m y H o m e r a - d o d a ł e m - p r z y n a j m n i e j w tym miejscu. Bo i my podczas ofiar i wszystkich takich sposobności ludzi dzielnych, o ile się dzielnymi okażą, b ę d z i e m y czcili pieśniami i tym, o czym ostatnio była mowa, a oprócz tego: „damy fotele zaszczytne, i mięso, i pełne puchary", aby i cześć oddać dzielnym mężczyznom i kobietom, i siły ich wzmagać - Bardzo pięknie mówisz - powiada. - N o , dobrze. A spośród tych, co na wyprawie polegli, jeśli który pole­ gnie z chwałą, to czy nie p o w i e m y p r z e d e wszystkim, że należał do r o d u złotego? - Ze wszech miar przecież.
15

.

Z h u m o r e m mówi Platon o poprawie wiktu w nagrodę za dzielność żołnierski). Poległych go­ tów nagradzać czcią w e d ł u g tradycji ojczystej i szerzyć o nich m n i e m a n i a , które sam, jeśli sądzić w e d ł u g księgi II i I I I , uważa za p o ż y t e c z n e bajki; szczegóły kultu zmarłych zostawia k a p ł a n o m z Delf, mało go to interesuje i nie zna się na tym. jak wyznawał w księdze p o p r z e d n i e j . J e ń c ó w helleńskich wziętych w polu radzi nigdy nie z a m i e n i a ć w niewolników. W s z y s t k i m H e l l e n o m zarówno zagrażał z północy M a c e d o ń c z y k , a ze wschodu Pers. N i e p o t r z e b n i e się wy­ niszczali wzajemnie w wojnie peloponeskiej. Z poległych nieprzyjaciół wystarczy zdzierać pancerz i broń; resztę na zwłokach zostawiać, bo o d z i e r a n i e nieboszczyków rzecz to bardzo brzydka. To raz, a oprócz tego wielka z tym mitręga i łatwo m o ż e w t e d y nieprzyjaciel zaskoczyć rabujących. To są dwa względy bardzo różnej na­ tury, a każdy z osobna mógłby i sam wystarczyć. Kiedy m a m y dwa naraz, nie w i a d o m o , który wydaje się autorowi ważniejszy. Pod k o n i e c interesująca uwaga o ślepej zajadłości niektórych k o b i e t i d o w c i p n e przeciwsta­ w i e n i e ciała i duszy. T y l k o że ci, którzy nieprzyjaźnie się odnoszą do ciał osób wrogich, wcale nie muszą w tych ciałach widzieć nieprzyjaciół samych, tylko ulegają z n a n e m u procesowi irradiacji uczuć.

15

172

Platon, Państwo

468 E

- A czy nie posłuchamy Hezjoda, że gdy ludzie z takiego rodu umierają, to: 469 Duchy się robią z nich czyste i potem chodzą po ziemi Dobre, szlachetne, pomocne i strzegą ludzi śmiertelnych? - Posłuchamy. - P o t e m się z a p y t a m y boga, w jaki s p o s ó b należy c h o w a ć ludzi p r z e z boga nawiedzonych i boskich i czym się ma pogrzeb odznaczać, i wtedy tak ich pochowamy, jak nam bóg odpowie? - C z e m u byśmy nie mieli tak? - I później b ę d z i e m y ich czcili jako d u c h y o p i e k u ń c z e i czcią b ę d z i e m y otaczali ich groby. To samo b ę d z i e m y zachowywali, jeżeli który ze starości albo w jakiś inny sposób umrze spośród tych, co się w życiu osobliwą dziel­ nością odznaczali. - Tak sprawiedliwość każe - powiedział. - N o , tak. A w s t o s u n k u do nieprzyjaciół, jak będą u nas p o s t ę p o w a l i żołnierze? - W jakim względzie? - P r z e d e wszystkim co się tyczy brania do niewoli, to czy uważasz za słu­ szne, żeby helleńskie państwa brały H e l l e n ó w za niewolników, zamiast żeby na to nawet innym państwom nie pozwolić, ile możności, i przyzwyczaić je do tego, że się ród H e l l e n ó w oszczędza? Powinniśmy uważać, żeby z nas barbarzyńcy nie zrobili niewolników. - W ogóle ze wszech miar należy ród Hellenów oszczędzać. - Więc nie mieć żadnego Hellena w charakterze niewolnika s a m e m u ani tego nie doradzać innym Hellenom? - T a k j e s t - p o w i a d a . - W t e d y by się w i ę c e j p r z e c i w b a r b a r z y ń c o m zwrócili, a daliby pokój jedni drugim. - No cóż? A obdzieranie poległych - dodałem - nie mówiąc o uzbrojeniu, po zwycięstwie? Czy to ładnie? I czy nie stąd czerpią tchórze wymówki, żeby nie nastawać na tego, który jeszcze walczy, jak gdyby jakiś swój obo-

B

C

wiązek spełniali, kiedy się koło nieżywego pochyleni grzebią? Już się nie­ j e d n o wojsko zmarnowało przez taki rabunek. - Z pewnością. - Czy nie uważasz, że to jest podłość i brudna chciwość obdzierać trupa? I trzeba na to kobiety i ciasnej głowy, żeby za nieprzyjaciela uważać ciało nieboszczyka, z którego przecież wróg już odleciał, a zostawił to, czym walE czył. Czy myślisz, że ci, którzy tak postępują, robią coś i n n e g o niż psy? O n e się wściekają na kamienie, którymi je trafiono, a tego, co je rzucał, nie tykają? - N i e m a ł e podobieństwo - powiada. - Więc dać pokój obdzieraniu trupów i nie przeszkadzać grzebaniu? - Dać pokój, oczywiście - powiada - na Zeusa! XVI - I nie b ę d z i e m y zdobytych zbroi zanosili do świątyń, żeby je tam wie-

D

470 A

Księga V

173

szać j a k o wota; zwłaszcza zbroi h e l l e ń s k i c h , jeżeli nam t r o c h ę zależy na 470 życzliwości ze strony i n n y c h H e l l e n ó w . Raczej b ę d z i e m y się bali, ż e b y w tym nie było jakiegoś ś w i ę t o k r a d z t w a w s t o s u n k u do świątyni, zanosić ,6 tam takie rzeczy od swoich, chyba że bóg powie coś innego . - Z u p e ł n i e słusznie - powiada. - No cóż? A jeżeli chodzi o pustoszenie ziemi, ziemi helleńskiej, i pale­ nie domów, jak pod tym w z g l ę d e m będą twoi żołnierze postępowali z nie­ przyjaciółmi? - Gdybyś ty - powiada - wyjaśnił swoje zdanie, to c h ę t n i e bym posłuchał. - Więc ja uważam, że nie należy robić ani j e d n e g o , ani drugiego, tylko B zabierać plon z jednego roku. A dlaczego, czy chcesz, żebym ci powiedział? - Tak jest. - Wydaje mi się, że tak jak istnieją te dwie nazwy wojna i wojna d o m o ­ wa, tak istnieją ceż dwie sprawy związane z d w o m a rodzajami p o r ó ż n i e ń . Mówię o dwóch sprawach; j e d n a między swoimi i krewnymi, druga między o b c y m i i z różnych ziem. Wrogie s t o s u n k i m i ę d z y swoimi nazywają się wojną domową, a między obcymi - wojną. - To zrozumiałe, co mówisz - powiada. - Więc patrz, czy i to będzie zrozumiałe, co powiem. Mówię tedy, że ród H e l l e n ó w to sami l u d z i e swoi i krewni, a dla b a r b a r z y ń c ó w to są l u d z i e obcy i z cudzych ziem. - N o , pięknie - powiada. - Więc k i e d y się H e l l e n o w i e z barbarzyńcami biją i barbarzyńcy z H e l ­ lenami, to powiemy, że to jest wojna i że to są wrogowie z natury. T a k i e wrogie stosunki należy nazywać wojną. A k i e d y H e l l e n o w i e z H e l l e n a m i coś p o d o b n e g o robią, a są przecież z natury przyjaciółmi, to powiemy, że to jest choroba H e l l a d y i rozpad wewnętrzny. T a k i e wrogie stosunki t r z e b a nazywać wojną domową. - Ja się - powiada - zgadzam, że tak trzeba mówić. - Rozważ więc, jak to jest podczas tego, co się teraz nazywa wojną domo­ wą, kiedy się coś takiego stanie i państwo się rozpadnie, jeśli jedni i drudzy pustoszą sobie pola nawzajem i palą domy, jaka to grzeszna i z b r o d n i c z a wydaje się ta wojna domowa i jak widać, że ani jedni, ani drudzy nie kocha­ ją swego państwa. Bo nie śmiałby przecież j e d e n z drugim matki i żywi­ cielki strzyc do gołego. Wystarczyłoby przecież, gdyby zwycięzcy zabrali plony zwyciężonym i pamiętali o tym, że się k i e d y ś pogodzą, a nie będą z sobą wojowali wiecznie.
16 W świątyniach nie wieszać w c h a r a k t e r z e wotów d z i ę k c z y n n y c h zbroi ztupionych na innych H e l l e n a c h i nie pustoszyć do naga ziemi helleńskiej podczas wojen między H e l l e n a m i . Miat Pla­ ton w oczach nieszczęsną wojnę p e l o p o n e s k a i pojmował ją jako rozterkę w e w n ę t r z n ą w ł o n i e Hellady, a nie jako wojnę między wrogami naturalnymi, jak na przykład Grecy i Persowie. Widać u niego żywe poczucie n a r o d o w e p a n h e l l e ń s k i e . Widać, jak przygotowana była w duszach hel­ leńskich droga dla Filipa i Aleksandra, c h o ć to byli M a k e d o n o w i e . D o k o n a l i z j e d n o c z e n i a H e l ­ lady i raz na zawsze położyli kres fatalnym rozterkom między Atenami, Spartą i T e b a m i .

C

D

E

174

Platon, Państwo

470 E

- Tak - powiada - to jest bardziej cywilizowane stanowisko niż t a m t o . - N o , a cóż? To miasto, które ty zakładasz, czy nie ma być helleńskie? - Powinno być - powiada. - Więc to będą ludzie dobrzy i cywilizowani? - Bardzo wysoko. - A nie będą kochali Hellady? I nie będą jej uważali za swoją z i e m i ę , nie będą mieli tych samych świątyń razem z innymi Hellenami? - Będą bardzo ściśle związani z innymi. - N i e p r a w d a ż ? Więc p o r ó ż n i e n i a z H e l l e n a m i j a k o ze swoimi l u d ź m i 471 będą uważali za wojny domowe i nawet tego nie będą nazywali wojną? - N o , nie. - I będą się rozchodzili jak ci, co się znowu mają zejść? - Tak jest. - Więc łagodnie ich będą do o p a m i ę t a n i a przyprowadzali n i e karząc ich ani niewolą, ani zagładą; to będzie karcenie, a nie wojna. - No, tak - powiada. - I n i e będą p u s t o s z y l i Hellady, bo H e l l e n a m i będą sami, i n i e b ę d ą z d y m e m puszczali mieszkań, i nie będą uważali, że w k a ż d y m p a ń s t w i e wszyscy są ich wrogami: i mężczyźni, i kobiety, i dzieci, ale że w k a ż d y m B wypadku wrogów jest niewielu, to ci, którzy są winni poróżnienia. I z tych wszystkich powodów ani ziemi ich nie zechcą pustoszyć, bo tam na niej sie­ dzi wielu przyjaciół, ani domów burzyć, tylko będą poróżnienie utrzymywać tak długo, p o k ą d cierpiący a niewinni nie zmuszą winnych do p o n o s z e n i a odpowiedzialności. - Ja - powiada - zgadzam się, że trzeba tak traktować przeciwników, na­ szych własnych obywateli, a do barbarzyńców odnosić się tak, jak dziś H e l ­ lenowie jedni do drugich. - Więc n a d a m y i to prawo strażnikom; ani ziemi nie pustoszyć, ani do­ mów nie palić? - Nadajmy - powiada. - I to będzie ładnie; razem z tym, co p r z e d t e m , 7 . XVII - Ale wiesz, S o k r a t e s i e , zdaje się, że g d y b y ci pozwolić t a k i e r z e c z y mówić w dalszym ciągu, to nigdy byś sobie nie przypomniał tego, coś po­ p r z e d n i o z a p o w i e d z i a ł odsuwając w s z y s t k i e t a k i e rzeczy na dalszy plan. Miałeś mówić o tym, że takie państwo mogłoby istnieć, i w jaki sposób by­ łoby to możliwe. Bo ja się zgadzam, że gdyby powstało, wszystko najlepsze spadłoby na takie państwo, o ile by ono tylko powstało. Ja nawet d o d a m to, D co ty pomijasz, że i z wrogami najlepiej by sobie dawali rady, trzymając się jak najbardziej razem i uznając jedni w drugich braci, ojców i synów, i uży17 Czy p a ń s t w o z u p e ł n i e tak zorganizowane, j a k e ś m y to z ust Sokratesa słyszeli, j e s t możliwe w praktyce, tego Platon nie jest p e w n y . Powiada, że naszkicował p e w i e n ideał, a zadowoli się, jeżeli państwo rzeczywiste b ę d z i e tylko w p e w n y m przybliżeniu do tego ideału p o d o b n e . To mu wystarczy. P o d o b n i e , jeżeli chodzi o sprawiedliwość, czyli o dobry c h a r a k t e r j e d n o s t k i . Być może nawet, że w rzeczywistości nie byłby możliwy człowiek tak d o s k o n a l e z r ó w n o w a ż o n y , ale mogą być ludzie zbliżeni do tego ideału. Platon wyznacza tylko k i e r u n e k wskazany, a nie przy­ wiązuje wagi do szczegółów realizacji w praktyce.

C

471 E

Księga V

175

wając tych nazw w stosunkach wzajemnych. A gdyby się jeszcze i płeć żeń­ ska wybrała razem na wojnę i albo w tym samym szyku stała, albo i na tyły była o d k o m e n d e r o w a n a , aby n a p ę d z a ć strachu nieprzyjaciołom, i jako re­ zerwa, gdyby gdzieś było trzeba pomóc, to wiem, że dzięki temu wszystkie­ mu byliby niezwyciężeni. I w domu, ile tam na nich dobrych rzeczy ocze- E kuje, ja to widzę. Więc skoro ja się zgadzam na to wszystko, że to by tak było, i mnóstwo innych rzeczy oprócz tego, gdyby powstało takie państwo, więc już więcej o nim nie mów, tylko o tym j e d n y m próbujmy się przeko­ nać, że to jest możliwe i jak to jest możliwe, a tej reszcie dajmy pokój. - Z n i e n a c k a ś ty wyskoczył - o d p o w i e d z i a ł e m - jakbyś wypad zrobił na 472 mój wywód, i nie możesz mi przebaczyć, że się kręcę i tak rzecz po kropel­ ce puszczam. Bo ty pewnie nie wiesz, żem z wielkim t r u d e m dwóch bałwa­ nów uniknął, a oto ty na m n i e teraz największy i najprzykrzejszy ze wszyst­ kich trzech napędzasz. Jak go zobaczysz i usłyszysz, to mi wybaczysz i po­ wiesz, żem się słusznie wahał i obawiał w y p o w i e d z i e ć z d a n i e tak parado­ ksalne, i próbował rozważań nad jego treścią. - Im więcej b ę d z i e s z tak mówił, tym m n i e j my ci pozwolimy pomijać sprawę możliwości takiego państwa. Więc mów i nie trać czasu. - N i e p r a w d a ż - o d p o w i e d z i a ł e m - naprzód sobie to trzeba przypomnieć, że myśmy aż tu zaszli szukając tego, co to jest sprawiedliwość i niesprawie­ dliwość. - N o , trzeba. Ale co z tego? - powiada. - N i c . Tylko, jeśli znajdziemy, czym jest sprawiedliwość, to czy będzie­ my uważali, że i człowiek sprawiedliwy nie p o w i n i e n się niczym od niej różnić, tylko pod każdym względem musi być taki sam jak sprawiedliwość? Czy też zadowolimy się, jeżeli będzie jej najbliższy i będzie jej miał w sobie więcej niż wszyscy inni? - Tak - powiada - zadowolimy się. - Z a t e m tylko dla przykładu i na wzór - dodałem - szukaliśmy sprawiedli­ wości samej, czym by ona była, i człowieka doskonale sprawiedliwego, gdy­ by taki istniał i gdyby mógł istnieć, a tak samo niesprawiedliwości i czło­ w i e k a n a j n i e s p r a w i e d l i w s z e g o , abyśmy, patrząc na nich i widząc, jak się nam przedstawia ich szczęście i nieszczęście, musieli się zgodzić, że i spośród nas samych, kto by był do nich najbardziej podobny, t e n b ę d z i e miał d o l ę najpodobniejszą do ich doli. N i e na tośmy to robili, żeby d o w i e ś ć możliwości istnienia takich ludzi. - To - powiada - to prawda, co mówisz. - Czy ty myślisz, że byłby mniej dobrym malarzem ktoś, kto by wyryso­ wał wzór, j a k i m by p o w i n i e n być człowiek najpiękniejszy, i należycie by wszystkie rysy w rysunku oddał, ale nie potrafiłby dowieść, że może istnieć taki człowiek? - N o , nie, na Zeusa - powiada. - Więc cóż? Czy i myśmy, powiemy, nie stworzyli w myśli wzoru dobrego państwa? B

C

D

E

176

Platon, Państwo

472 E

- Tak jest. - Więc czy myślisz, że my może mniej dobrze mówimy, dlatego jeżeli nie potrafimy dowieść, że państwo może być tak zorganizowane, jak się to mó­ wiło? - Przecież nie - powiada. - Z a t e m prawda - dodałem - tak wygląda. A jeżeli jeszcze trzeba próbo­ wać dla twojej przyjemności dowieść, w jakim sposobie i z jakich względów byłoby to najbardziej możliwe, to znowu ze mną uzgodnij, jeżeli ci m a m dać taki dowód. - Co takiego uzgodnić? 473 - Czy m o ż e być cokolwiek d o k o n a n e tak, jak się o nim mówi? C z y też z natury rzeczy praktyka mniej ścisły ma k o n t a k t z prawdą niż teoria? C h o ­ ciaż niejeden myśli inaczej. Ale ty, czy ty zgadzasz się na to, czy nie? - Zgadzam się - powiedział. - Więc do tego mnie nie zmuszaj, żebym to wszystko, cośmy myślą i sło­ w e m przeszli, pokazywał jeszcze, jak się to robi w praktyce. Ale jeżeli po­ trafimy dojść, jak by też to m o ż n a zorganizować państwo, odbiegając jak n a j m n i e j od t e g o , co się p o w i e d z i a ł o , to powiemy, ż e ś m y już w y s z u k a l i możliwość realizacji twoich wskazań. Czy nie zadowolisz się czymś takim? B Bo ja bym się zadowolił. - I ja też - powiada. XVIII - A teraz chyba spróbujemy p o s z u k a ć i wskazać, co się też dziś w pań­ stwach robi n i e d o b r z e , przez co ich organizacja nie tak się p r z e d s t a w i a , i jaki najmniejszy drobiazg wystarczyłoby zmienić, a państwo by już wpadło na tor t a k i e g o ustroju. N a j l e p i e j , ż e b y to był tylko taki j e d e n drobiazg, a jak nie, to dwa, a jak nie, jak najmniej ich co do ilości i niechby były naj­ mniej doniosłe , s . C - Ze wszech miar - powiada. - Więc j e d n o - mówię - jedno gdyby się zmieniło, to już, uważam, potra­ fimy wykazać, że wszystko byłoby inaczej. Ale to nie jest mała rzecz i nie­ łatwa. C h o ć możliwa. - Co to? - powiada. - Ja do tego idę - ciągnąłem - cośmy do największego przyrównali bałwa­ na. Ta myśl tutaj padnie, chociaż m n i e ś m i e c h e m i utratą ludzkiego mnie­ mania, po prostu falą śmiechu zaleje. Ale uważaj, co ja chcę powiedzieć. - Mów - powiada.
18 Przychodzi p u n k t najważniejszy i najbardziej paradoksalny. Z determinacją wypowiada Platon ten postulat; N i e b ę d z i e dobrze w żadnym państwie ani na świecie, pokąd władzy królewskiej nie obejmą filozofowie, albo ci, którzy panują dzisiaj, nie zaczną się należycie oddawać filozofii. Pla­ ton boi się najcięższych ataków na ten właśnie p u n k t swojego programu. Widać, jak g ł ę b o k i e n i e p o r o z u m i e n i e musiało zachodzić między nim a współczesnymi co do wyrazu „filozofia", „filo­ z o f . Dla szerokich kól był ten wyraz s y n o n i m e m czegoś, co krańcowo dyskwalifikowało czło­ wieka, jeśli szło o władzę; dla Platona wprost przeciwnie. Stąd potrzeba jasnego określenia, o co c h o d z i w ł a ś c i w i e , k t o j e s t filozofem, a k t o n i e jest, na c z y m p o l e g a u m i ł o w a n i e m ą d r o ś c i , o którym się mówi, a raczej na czym ono polegać powinno.

473 D

Księga V

177

- J a k d ł u g o - z a c z ą ł e m - albo m i ł o ś n i c y mądrości nie b ę d ą mieli w p a ń - D stwach władzy królewskiej, albo ci dzisiaj tak zwani królowie i władcy nie za­ czną się w mądrości kochać uczciwie i należycie, i pokąd to się w j e d n o nie zleje - w p ł y w p o l i t y c z n y i u m i ł o w a n i e mądrości - a tym licznym n a t u r o m , które dziś idą osobno, wyłącznie tylko j e d n y m albo wyłącznie drugim torem, drogi się n i e o d e t n i e , tak d ł u g o nie ma s p o s o b u , ż e b y zło u s t a ł o , k o c h a n y G l a u k o n i e , nie ma r a t u n k u dla państw, a uważam, że i dla rodu l u d z k i e g o . E Ani mowy o tym nie ma, żeby taki ustrój prędzej w granicach możliwości doj­ rzał i światło słońca zobaczył, ustrój, któryśmy teraz w myśli przeszli. To jest to, co m n i e od dawna napawa w a h a n i e m , czy to mówić, bo to będzie brzmia­ ło b a r d z o o p a c z n i e i n i e w i a r y g o d n i e . Tak t r u d n o jest dojrzeć, że na i n n e j drodze nie znajdzie się szczęścia ani dla jednostki, ani dla państwa. A ten: Sokratesie - powiada - takieś słowo i takąś myśl z siebie wyrzucił, że teraz uważaj; Idzie wielki tłum i to nie co najgorszych, jaki taki zrzuci s u k n i e i goły chwyci, co k t ó r e m u w p a d n i e pod r ę k ę jako broń, pogoni za 474 tobą w y c i ą g n i ę t y m g a l o p e m i nie w i a d o m o , co z tobą zrobią. Jeżeli się przed nimi nie zasłonisz a r g u m e n t e m i nie uciekniesz, to cię czeka śmiech ludzki za karę. - Nieprawdaż - mówię - a to wszystko spada na mnie z twojej winy? - Ja d o b r z e zrobiłem - powiada. Ale też ja cię nie opuszczę, tylko cię b ę d ę bronił, czym potrafię. A potrafię dobrym sercem i słowami pociechy, a m o ż e i tym jeszcze, że b ę d ę ci o d p o w i a d a ł z większą uwagą niż m o ż e ktoś inny. Więc mając takiego pomocnika staraj się tym, co nie wierzą, do­ wieść, że jest tak, jak mówisz. - Trzeba spróbować - mówię - skoro i ty tak wielkie posiłki przysyłasz. Więc wydaje mi się rzeczą konieczną, jeżeli mamy którędyś u m k n ą ć przed tymi, o których mówisz, określić im wyraźnie, których to ludzi nazywamy miłośnikami mądrości i mamy odwagę powiedzieć, że oni powinni rządzić. Abyśmy się mogli po tym wyjaśnieniu bronić, pokazując, że j e d n y m to jest d a n e z n a t u r y : być w k o n t a k c i e z u m i ł o w a n i e m m ą d r o ś c i i p r z e w o d z i ć w państwie, a innym ten k o n t a k t nie jest dany; powinni tylko iść za tym, który prowadzi. - Byłby czas - powiada - zacząć określenie. - Więc proszę cię; idź za mną tędy; może my to jakoś, tak czy siak, wy­ wiedziemy. - Prowadź - powiada. - Otóż trzeba ci będzie p r z y p o m n i e ć - zacząłem - albo i pamiętasz sam, że jeśli o kimś mówimy, że on coś kocha, to jeśli się słusznie tego wyrazu używa, t r z e b a o nim p o w i e d z i e ć nie to, że on w tym p r z e d m i o c i e k o c h a jedno, a drugiego nie, tylko że kocha wszystko? 1 9
19 Pierwszy rys wszelkiego u m i ł o w a n i a : kocha się w p r z e d m i o c i e u k o c h a n y m wszystko, bez wy­ jątku. I to prawda. To się dzieje z dwóch powodów. Po pierwsze, miłość zaślepia, wpływa tak na nasze sądy, że nie pozwala dojrzeć wad i braków p r z e d m i o t u u k o c h a n e g o . P o d o b n i e jak ża­ d e n przedmiot, który pała i świeci, nie mógłby dojrzeć cieni na przedmiotach, które sam oświeca.

B

C

178 XIX

Platon, Państwo

474 C

- Zdaje się - powiada - że ttzeba mi przypomnieć, bo doprawdy, że nie bardzo rozumiem. D - I n n e m u by - o d r z e k ł e m - wypadało p o w i e d z i e ć to, co mówisz, Glau­ konie. A t a k i e m u specjaliście od spraw miłosnych nie wypada nie p a m i ę ­ tać, że wszyscy ładni chłopcy takiego, co lubi towarzystwo m ł o d y c h ludzi i zna się na miłości, skubią jak dobry kąsek i niepokoją go uważając, że są godni zabiegów i kochania. A czy wy też tak samo nie robicie z ł a d n y m i c h ł o p c a m i ? J e d e n d l a t e g o , że ma nos perkaty, nazywa się u was p e ł e n wdzięku i chwalą go, u drugiego nos garbaty, więc mówicie, że ma w sobie coś królewskiego, a jak taki pośredni, to się mówi, że szalenie proporcjonalE ny. Jak czarny, to, że wygląda po męsku; jak biały, to prosto od bogów po­ chodzi. A ta cera złocistomiodowa? Myślisz, że ktoś inny stworzył ten wy­ raz, a nie zakochany, kiedy szukał pieszczotliwych zwrotów, a nic mu to nie szkodziło, że k o c h a n e k był żółty, dość że p e ł e n uroku? S ł o w e m , wyma­ wiacie się wszelkimi pozorami i na wszystkie tony śpiewacie tak, żeby nie 475 odrzucić żadnego z tych, co kwitną i pachną. - Jeżeli ty - powiada - do mnie pijesz mówiąc o zakochanych, że tak ro­ bią, to zgadzam się, bo mi idzie o tok myśli. - No cóż? - dodałem. - A rozmiłowani w winie, czy nie widzisz, że robią to samo? Przepadają za każdym winem, pod każdym pozorem? - I bardzo. - A ci, co kochają zaszczyty, myślę, że to widujesz; jak który nie m o ż e zostać w o d z e m naczelnym, to będzie i sierżantem; jak nie może sobie zdobyć uznania u ludzi większych i poważniejszych, to się zadowala honorami
Do tego się dołącza proces irradiacji uczuć, który zabarwia d o d a t n i o wszystko, co się j a k o ś wiąże z p r z e d m i o t e m u m i ł o w a n y m . I tak k o c h a m y człowieka razem z jego brzydotą, która gdzieś nam znika w ogóle albo przestaje razić, albo się n a w e t zaczyna p o d o b a ć , choćby się o niej wiedziało, że jest. I tak się gdzieś podziewa wszelka możliwa odraza i wszelkie skrzywienie w e w n ę t r z n e , i żal, i wyrzut, i p o c z u c i e krzywdy, choćby się wiedziało, że jakieś tam p o w o d y m o ż e były i n i e ­ raz wypadało cierpieć. P o d o b n i e działają inne namiętności. I to jeszcze robi miłość, że p r z e d m i o t u k o c h a n y staje się potrzebny i drogi w każdej postaci: jako o b e c n y fizycznie z bliska, i jako pomyślany, choć daleki, i dany tylko p o ś r e d n i o przez jakieś znaki l u b osoby trzecie, i dany b e z p o ś r e d n i o z m y s ł o m . I za­ jęty pracą, i o d d a n y zabawie, i śpiący, i czuwający, i ubrany tak lub inaczej, i każdy w ogóle. O t ó ż tak s a m o ci, którzy kochają mądrość, pragną jej w każdej postaci. To nie są ciaśni s p e ­ cjaliści, tylko ludzie o szerokich horyzontach, interesujący się k a ż d y m z a g a d n i e n i e m n a u k o w y m i każdą teorią. Ł a t w i e j było z n a l e ź ć takich przed d w o m a tysiącami lat, kiedy cała wiedza ó w c z e s n a dała się streścić w j e d n e j n i e d u ż e j książce, ale i dawniej, i dziś można rozróżnić ludzi ciasnych i ograni­ czonych, chociaż pracują naukowo, i ludzi, którzy przeglądają czasopisma spoza swojej specjal­ ności i prywatnie, w rozmowach albo przy głośniku radiowym interesują się p o s t ę p e m wiedzy także i poza swoją gałęzią. Więc takich i n t e l e k t u a l i s t ó w ma Platon na myśli, którzy mają oczy, uszy i głowy otwarte. Ta myśl, żeby panujący był c z ł o w i e k i e m oświeconym i interesował się na­ ukami, nie jest w naszych czasach wcale taką opaczną, jak się nią mogła wydawać w czasach opo­ n e n t ó w Platona. A jeżeliby szło o ministrów, tym mniej. N i e chodzi Platonowi o powierzchowną ruchliwość intelektualną, o płytką c i e k a w o ś ć na no­ wości i o jakieś a m a t o r s k i e majsterki. To m o ż e być bardzo uroczy, czarujący rys towarzyski, ale to jeszcze nie jest umiłowanie mądrości; to jest coś p o d o b n e g o , ale to nie jest t o !

B

475 B

Księga V

179

ze strony mniejszych i lichszych, bo u niego pożądanie zaszczytów dochodzi do szczytu. - To całkiem tak, przecież. - A to też przyznaj, albo i nie; o kimkolwiek mówimy, że on ma namięt­ ność do czegoś, u tego stwierdzamy pożądanie wszelkich postaci tego cze­ goś, czy też jednych tak, a drugich nie? - Wszelkich - powiada. - Nieprawdaż? O miłośniku mądrości też powiemy, że on n a m i ę t n i e pożąda mądrości i to nie jednej tak, a drugiej nie, tylko wszelkiej? - Prawda. - Więc kto się nie lubi uczyć, zwłaszcza k i e d y jest młody i jeszcze nie ma tego rozeznania, co się przyda na coś, a co nie, o tym nie powiemy, że to m i ł o ś n i k u c z e n i a się ani m i ł o ś n i k mądrości; z u p e ł n i e tak, jak o tym, któremu pokarmy nie smakują, nie powiemy, że łaknie ani że pożąda pokar­ mów, ani że lubi jeść, tylko to, że ma jadłowstręt. - I słusznie powiemy. - A tego, który się garnie i pragnie kosztować wszelkich przedmiotów na­ uki, i z radością idzie się uczyć, i nigdy nie ma dość tego, słusznie nazwie­ my miłośnikiem mądrości, filozofem. Czy nie tak? A G l a u k o n p o w i e d z i a ł : - Wielu b ę d z i e s z miał t a k i c h , i to n a r w a n y c h . Ci wszyscy, co się kochają w oglądaniu byle czego, ja mam wrażenie, że oni są tacy dlatego, że dowiadywanie się sprawia im przyjemność. A ci, co się kochają w słuchaniu, ci będą jakoś groteskowo wyglądali; przynajmniej jeżelibyś ich do miłośników mądrości zaliczył. Na dyskusje i na i n t e l i g e n t n e rozmowy żaden by sam nie chciał przyjść, a za to, jakby uszy odnajął, żeby słuchać wszystkich chórów, biega j e d e n z drugim w czasie Wielkich Dionizjów, żeby nie opuścić żadnego ani na mieście, ani po wsiach. Więc tych wszystkich i innych też, tych, co się lubią uczyć jakichś takich rzeczy i bawią się jakimiś majsterkami, będziemy nazywali filozofami? - Nigdy - powiedziałem. - Oni tylko są podobni do filozofów. - A prawdziwymi - powiada - których ty nazywasz? - Tych - powiedziałem - co się kochają w oglądaniu prawdy 2 0 .
Z a t e m gdzie się zaczyna filozofia prawdziwa? To nie jest u m i ł o w a n i e licznych j e d n o s t k o w y c h p r z e d m i o t ó w k o n k r e t n y c h , które n a m zmysły pokazują co m o m e n t , i to nie jest tylko nałogowe c z y n i e n i e j e d n o s t k o w y c h s p o s t r z e ż e ń . To robią i zwierzęta, które mają zmysły c z y n n e . C h o ć b y i s p o s t r z e ż e ń prawdziwych. Filozofia to szukanie prawdy, a prawda w języku Platona to nie jest c e c h a k a ż d e g o spostrzeżenia bez p o m y ł k i . Prawda to u niego właściwie tyle, co rzeczywistość, a p o t o c z n e spostrzeżenia zmysłowe nie dotyczą rzeczywistości samej, tylko chwytają jakieś chwi­ lowe wyglądy, pozory rzeczywistości. R z e c z y w i s t e p r z e d m i o t y kryją się d o p i e r o za n a z w a m i ogólnymi, jak p i ę k n o , brzydota, sprawiedliwość, dobro, zło, człowiek, zwierzę, roślina, p a ń s t w o itd. O t ó ż są ludzie, którzy lubią i potrafią wiedzieć, czym jest każdy z p r z e d m i o t ó w ukrytych pod takimi nazwami, i wiedzą, że d o p i e r o to są p r z e d m i o t y rzeczywiste, a nie ich widoki tylko, pozory, przykłady, obrazy k o n k r e t n e . Jeżeliby na przykład szło o p r z e d m i o t y p i ę k n e , to obcować z nimi \ cieszyć się nimi może każdy człowiek, ale ten d o p i e r o jest m i ł o ś n i k i e m mądrości, k t o wie, że o n e wszystkie są tylko okazami piękna, a on pragnie wiedzieć i potrafi to dojrzeć, czym w ł a ś c i w i e j e s t albo na czym p o l e g a p i ę k n o s a m o , w k a ż d y m z p r z e d m i o t ó w p i ę k n y c h j a k o ś
20

C

D

E

XX

180

Platon, Państwo

475 E

- I to - powiada - słusznie. Ale jak to rozumieć? - W żaden sposób - odpowiedziałem - nie jest to rzecz łatwa dla innego. Ale ty, myślę, zgodzisz się ze mną na coś takiego. - Na co takiego? - Skoro piękno jest przeciwieństwem brzydoty, to są to dwie rzeczy? - Jakżeby nie? 476 - Nieprawdaż? A jeżeli dwie, to każda z nich jest czymś jednym? - I to też. - A ze sprawiedliwością 1 z niesprawiedliwością, z d o b r e m i z ł e m , i ze wszystkimi postaciami ta sama sprawa. Każde z osobna jest czymś jednym, ale dzięki t e m u , że się to wiąże z działaniami i z ciałami, i ze sobą nawza­ j e m , w s z ę d z i e się każde z nich naszej wyobraźni p r z e d s t a w i a j a k o w i e l e rzeczy. - Słusznie mówisz - powiada. - W i ę c ja t ę d y - d o d a ł e m - p r z e c i ą g a m g r a n i c ę . O s o b n o k ł a d ę tych, którycheś w tej chwili wymienił, tych, co lubią patrzeć i majsttować, i lubią życie praktyczne, a osobno znowu tych, o których mowa; tych tylko można B słusznie zwać filozofami. - Jak ty to myślisz? - powiada.
o d b i t e , z a z n a c z o n e , mieszkające w nim w p e w n y m sposobie. O n o jest czymś rzeczywistym i do­ p i e r o o n o . A p o s z c z e g ó l n e p i ę k n e sprawy i p i ę k n e p r z e d m i o t y k o n k r e t n e mają w s o b i e coś z niego, każdy, jakby na nie padał odblask tej rzeczywistości i zabarwiał je, i u p o d a b n i a ł do pięk­ na s a m e g o to, co jest tylko pozorem, a nie prawdą, czyli rzeczywistością samą. T o , co tu Platon mówi, m o ż e się wydawać zrazu bardzo c i ę ż k o filozoficznym z a w r a c a n i e m głowy dla specjalistów, a j e d n a k to samo brzmi w najpospolitszej codziennej rozmowie. Na przy­ kład: „ T o b i e się zdaje tylko, że ty znasz c h ł o p a . Dlatego, ż e ś go widział dwa razy na targu tutaj i raz na wycieczce. A gdybyś z nim życie spędził, a przynajmniej dwadzieścia lat, jak ja, d o p i e r o byś wiedział, co to znaczy chłop". Albo „ C o ty możesz wiedzieć o kobiecie? Za k r ó t k o żyjesz na t o " . Albo „Czy ty wiesz, co to jest służba?" Albo „Grzeczność nie jest rzeczą łatwą ani małą itd.; ona polega na t y m i na t y m " . Przecież ci wszyscy ludzie odróżniają rzeczywistość pewną, ukrytą poza wyrazami ogólnymi; chłop, kobieta, służba, grzeczność, oraz poznanie tej rzeczywistości, da­ jące się wyrazić w porządnych definicjach, od pozorów rzeczywistości, danych w n i e d o s t a t e c z n y m doświadczeniu razem z pozorami poznania, z m n i e m a n i a m i p e w n y m i . To są rzeczy zwykłe i zro­ zumiałe. Z a t e m p r z e d m i o t ó w samych, doskonale rzeczywistych, dotyczy poznanie ludzkie, a p r z e d m i o ­ t e m m n i e m a n i a jest zawsze coś, co niby to jest, a niby to go nie ma. Na przykład, ktoś m n i e m a , że p e w i e n p o m n i k nie jest dość m o n u m e n t a l n y albo p e w i e n styl jest zbyt p o p u l a r n y , przy czym nikt d o b r z e nie wie, co to właściwie jest m o n u m e n t a l n o ś ć ani na czym ma polegać p o p u l a r n o ś ć stylu. I to, co się j e d n e m u wydaje n i e p o p u l a r n e , to drugi widzi jako po prostu m ę t n e i blagier­ skie, a to, co j e d e n nazywa popularnym, to drugi uważa za jasne i proste, i j e d e n w tym widzi za­ letę, a drugi wadę, bo nikt dokładnie nie wie, co to ma być właściwie i o co chodzi na dobrą spra­ wę. W t e d y Platon powiada, że ta cała p o p u l a r n o ś ć stylu, o której mowa, wisi gdzieś p o m i ę d z y b y t e m a n i e b y t e m i nie wiadomo, czy istnieje, czy nie istnieje. I ona jest tylko p r z e d m i o t e m m n i e m a n i a , a nie jest p r z e d m i o t e m wiedzy. To samo, kiedy się ludzie spierają, czy w p e w n y m obrazie m a m y do czynienia z „deformacją twórczą", czy tylko ze ztym rysunkiem, kiedy rozważa­ ją zagadnienie, czy Adam Mickiewicz był, czy nie był „wielkim poetą", a nikt jasno nie wie, co to „deformacja twórcza" i na czym właściwie polega „wielkość p o e t y " , to znowu m a m y do czynie­ nia z m n i e m a n i a m i , a nie z wiedzą, bo chodzi o cechy m ę t n e , n i e d o s t a t e c z n i e o k r e ś l o n e , a więc nie w i a d o m o , czy rzeczywiste, czy pozorne, wiszące niejako w powietrzu, na m g ł a c h . To prze­ cież są rzeczy proste i zrozumiałe.

476 B

Księga V

181

- Ci tam - dodałem - co to lubią słuchać i patrzeć, kochają p i ę k n e głosy i barwy, i kształty, i to wszystko, co z takich rzeczy w y k o n a n e , a n a t u r y P i ę k n a samego dusza ich nie potrafi dojrzeć i ukochać. - To już tak jest - powiada. - A ci, którzy potrafią iść ku P i ę k n u samemu i widzieć je samo w sobie, czy tych nie jest mało? - I bardzo mało. - Więc taki człowiek, który p i ę k n e sprawy uznaje, a P i ę k n a samego nie uznaje, ani, gdyby go ktoś do poznania prowadził, on by nie potrafił iść za nim, t e n żyje, twoim z d a n i e m , we śnie czy na jawie? Zastanów się! Ma­ rzenie senne, czy to nie to, kiedy ktoś we śnie czy na jawie myśli, że jakaś rzecz, podobna do innej, nie jest tylko podobna, ale jest właśnie tą, do któ­ rej jest podobna. - Ja bym się może i zgodził - powiada - że marzenie s e n n e przeżywa ktoś taki. - No cóż? A drugi, który wprost i potrafi je dojrzeć i samo i dojrzeć uważa tych rzeczy za P i ę k n o samo, znowu, twoim zdaniem, żyje we śnie - I bardzo - powiada - na jawie. - Nieprawdaż? Dusza takiego człowieka poznaje; zatem słusznie nazwie­ my stan jej umysłu p o z n a n i e m , a stan tego drugiego m n i e m a n i e m , bo on tylko mniema? - Tak jest. - No cóż? A gdyby się na nas taki człowiek gniewał, ten, k t ó r e m u ś m y tyl­ ko przypisali m n i e m a n i e , a odmówili poznania, i on by się z nami spierał, że nie mówimy prawdy, czy potrafilibyśmy go czymś pocieszyć i spokojnie przywieść do naszego zdania, chowając to jakoś przed nim, że nie jest zdrów? - Trzeba przecież jakoś - powiada. - Więc proszę cię, rozważ, co my mu powiemy. A może chcesz, to zrobi­ my z nim wywiad. Powiemy mu naprzód, że jeśli coś wie, to nikt mu nie zazdrości, my byśmy się bardzo cieszyli widząc, że on coś wie. A tylko nam powiedz taką rzecz. Ten, który poznaje, poznaje coś czy nic? Ty mi odpo­ wiadaj, zamiast niego. - O d p o w i e m - mówi - że poznaje coś. - Coś, co istnieje, czy coś, co nie istnieje? - Co istnieje. Jakżeby można poznawać coś, co nie istnieje? - Więc to nam wystarcza i to trzymamy, choćbyśmy to i z wielu stron roz­ patrywali, że cokolwiek d o s k o n a l e istnieje, to się też d o s k o n a l e daje po­ znać, a co nie istnieje, to w każdym sposobie nie jest poznawalne? 477 przeciwnie uważa coś za P i ę k n o samo te rzeczy, w których ono tkwi, ale nie ani P i ę k n a s a m e g o za te rzeczy, t e n czy na jawie? D C

E

182 - To z u p e ł n i e wystarcza.

Platon, Państwo

477 A

- N o , dobrze; a jeżeli coś jest takie, że jakby jest i nie jest, to czy ono nie b ę d z i e leżało pomiędzy tym, co istnieje w sposób niepokonalny, a tym, co w żadnym sposobie nie istnieje? - Pomiędzy. - Nieprawdaż? Skoro poznanie dotyczy tego, co istnieje, a brak poznania z konieczności wiąże się z tym, co nie istnieje, to w związku z tym pośrednim trzeba szukać czegoś, co by było pomiędzy niewiedzą a wiedzą; m o ż e się znajdzie coś takiego? - Tak jest. - Więc czy nazywamy coś m n i e m a n i e m ? - Jakżeby nie? - Czy to jakaś zdolność inna niż wiedza? Czy ta sama? - Inna. - Z a t e m czegoś innego tyczy się m n i e m a n i e , a czegoś innego wiedza, bo j e d n o i drugie ma różną zdolność. - Tak. - N i e p r a w d a ż ? Wiedza z natury swej dotyczy tego, co istnieje, ona po­ znaje, że jest to, co istnieje. Ale właściwie uważam, że n a p r z ó d p o t r z e b a tak rzecz rozebrać.

B

- Jak? XXI - Z g o d z i m y się, że zdolności to j e s t taki rodzaj bytów, d z i ę k i k t ó r y m C i my możemy, cokolwiek możemy, i wszystko inne, cokolwiek coś może. Ja myślę na przykład, że wzrok i słuch należą do zdolności, jeżeli rozumiesz, 0 jakiej ja chcę mówić postaci 2 1 . - Ja rozumiem - powiada. - Więc posłuchaj, co mi się o nich wydaje. Bo w zdolności nie widzę ani ż a d n e j barwy, ani kształtu, ani żadnych cech takich, ani wielu innych, na które patrząc rozróżniam sobie rzeczy j e d n e od drugich. I mówię, że te są D inne, a t a m t e znowu i n n e . A w zdolności na to tylko patrzę, czego ona się tyczy i co sprawia, i ze względu na to nazywam poszczególne zdolności. Je­ żeli się odnoszą do tego samego p r z e d m i o t u i sprawiają to samo, to nazy­ wam je jedną i tą samą zdolnością. Jeżeli się któraś odnosi do innej rzeczy 1 co i n n e g o sprawia, w t e d y m ó w i ę , że to i n n a z d o l n o ś ć . robisz? - Tak samo - powiada.
21

A ty co?

Jak

W i e d z a to zbiór sądów prawdziwych i z a r a z e m zdolność do wydawania sądów prawdziwych, a m n i e m a n i e to zbiór sądów m ę t n y c h i zdolność do wydawania sądów m ę t n y c h , k t ó r e d o p i e r o po wyjaśnieniu mogą się okazać m y l n e albo prawdziwe. Z a t e m czymś i n n y m jest wiedza, a c z y m ś i n n y m m n i e m a n i e . O n o jest może nieco jaśniejsze niż n i e w i e d z a z u p e ł n a , ale j e s t m n i e j j a s n e niż wiedza. I tak m a m y dwa odpowiadające sobie szeregi, z trzech e l e m e n t ó w każdy: z j e d n e j strony 1. byt, czyli to, co istnieje naprawdę, 2. rzeczy m ę t n e , o których nie w i a d o m o , czy istnieją, czy nie, i 3. rzeczy nie istniejące na p e w n o . T y c h nie ma w ogóle. A z drugiej strony 1. wiedza, 2. m n i e m a n i e , opinie i 3. niewiedza, głupota, c i e m n o t a . To też wygląda jasno.

477 D

Księga V

183

- Więc chodź no tu z powrotem, mój najlepszy. Wiedza to jest, powiesz, pewna zdolność, czy do jakiego rodzaju ją zaliczysz? - Do tego rodzaju - powiada. - To jest zdolność najtęższa ze wszystkich. E - No cóż? A m n i e m a n i e w e ź m i e m y za pewną zdolność, czy o d n i e s i e m y je do innej postaci? - N i g d y d o i n n e j . M n i e m a n i e t o t e ż z d o l n o ś ć . D z i ę k i niej m o ż e m y mniemać. - A prawda? Z g o d z i ł e ś się n i e d a w n o , że to nie jest to samo - wiedza i mniemanie? - A jakżeby mógł człowiek inteligentny uważać za j e d n o i to samo to, co nie może być mylne, i to, co może być mylne? - To pięknie - powiedziałem. - I jasna rzecz, zgadzamy się, że m n i e m a n i e to coś innego niż wiedza. 47! - Coś innego. - Bo każda z nich c z e g o ś i n n e g o d o t y c z y i coś i n n e g o z n a t u r y swej może? - Z konieczności. - W i e d z a dotyczy tego, co istnieje, i m o ż e poznawać, jakie jest to, co jest? - Tak. - A mniemanie, powiemy, pozwala mniemać? - Tak. - Czy ono poznaje to samo, co poznaje wiedza? I j e d n o , i to samo, czy może być przedmiotem wiedzy i przedmiotem mniemania? Czy też to nie­ możliwe? - To niemożliwe - powiada - na podstawie tego, na cośmy się zgodzili; skoro się każda z d o l n o ś ć odnosi z natury do czegoś i n n e g o , a te o b i e są zdolnościami, i m n i e m a n i e , i wiedza, zatem każda jest czymś innym. Z tego wynika, że przedmiot wiedzy i przedmiot mniemania nie będzie t e n sam. - Nieprawdaż? Jeżeli to, co istnieje, jest p r z e d m i o t e m wiedzy, to może coś innego będzie przedmiotem mniemania, a nie to, co istnieje? - Coś innego. - Więc może m n i e m a n i e się odnosi do tego, co nie istnieje? Czy też to, co nie istnieje, nie może być nawet p r z e d m i o t e m mniemania? Zastanówże się! Czy ten, co m n i e m a , nie odnosi swojego m n i e m a n i a do czegoś? Czy można mniemać, ale niczego nie mniemać? - Nie można. - Ale to jest czymś jednym, to, co mniema ten, który mniema? - Tak. - A tymczasem to, co nie istnieje, nie jest czymś j e d n y m , ale czymś żad­ nym; tak by się to najsłuszniej powinno nazywać. - Tak jest.

B

C

184

Platon, Państwo

478 C

- A więc my z tym, co nie istnieje, z konieczności zwiążemy brak pozna­ nia, a z tym, co istnieje, poznanie. - Słusznie - powiada. - Z a t e m m n i e m a n i e nie ma za p r z e d m i o t ani tego, co istnieje, ani tego, co nie istnieje. - N i e ma. D - Więc ani wiedzą, ani niewiedzą nie może być mniemanie? - Zdaje się, że nie. - A m o ż e ono leży poza jedną i drugą i może przewyższa w i e d z ę jasno­ ścią, a m o ż e niewiedzę niejasnością? - Ani jednej, ani drugiej. - A m o ż e ci się wydaje, że m n i e m a n i e jest mniej jasne od wiedzy, a tro­ chę jaśniejsze niż niewiedza? - To o wiele bardziej - powiada. - I ono tam leży między jedną i drugą? - Tak. - Więc pomiędzy wiedzą i niewiedzą byłoby mniemanie. - Całkowicie tak. - A prawda, że mówiliśmy przedtem, że gdyby się coś tak ptzedstawiało, że niby to istnieje i równocześnie nie istnieje, to ono b ę d z i e leżało gdzieś p o m i ę d z y tym, co istnieje przeczysto, a tym, co w ogóle nie istnieje, i do czegoś takiego nie będzie się odnosiła ani wiedza, ani niewiedza, tylko jak­ by coś pośredniego pomiędzy niewiedzą i wiedzą? - Słusznie. - A teraz się pomiędzy nimi pokazuje coś, co nazywamy m n i e m a n i e m - Pokazuje się. XXII - Więc jeszcze jedno zostało, zdaje się, i to wypadałoby nam znaleźć. To E coś, co ma w sobie coś z bytu i z niebytu, i nie może się w czystym znacze­ niu słusznie nazywać ani tak, ani owak. Jeżeli ono się nam pokaże, to bę­ d z i e m y mieli prawo nazwać to p r z e d m i o t e m m n i e m a n i a . W t e n s p o s ó b p r z y p o r z ą d k u j e m y k r a ń c e bytu k r a ń c o m poznania, a t e m u , co p o ś r e d n i e , przydamy to, co pośrednie. Czy nie tak? - Tak. 479 - Kiedy to już leży u podstaw, to ja p o w i e m ; n i e c h się t e r a z o d e z w i e i niech mi odpowiada ten dobrze myślący sympatyczny pan, który nie uzna­ je P i ę k n a samego i żadnej nie przyjmuje jakiejś tam idei P i ę k n a samego, która by zawsze zostawała taka sama ze wszech względów i stron, a uznaje tylko wiele pięknych przedmiotów; ten, który lubi patrzeć, a nie znosi żad­ ną miarą, żeby ktoś twierdził, że istnieje j e d n o P i ę k n o i j e d n a Sprawiedli-

479 A

Księga V

185

wość, i inne tak. samo. My nie tak powiemy: pośród tych wielu rzeczy, pa­ nie szanowny, czy jest choćby jedna, która by się kiedyś nie wydala brzyd­ ka? A pośród sprawiedliwych taka, która by się nie wydała n i e s p r a w i e ­ 22 dliwa? A pośród zbożnych - bezbożna? - No nie - powiada - to musi tak być, że one się jakoś i piękne, i brzyd­ kie wydają, i wszystkie inne tak samo, o które ty się pytasz. - No cóż? A te liczne rzeczy podwójnej wielkości, czy mniej często się wydają połówkami niż podwojeniami? - Wcale nie mniej. - I wielkie tak samo, i małe, i lekkie, i ciężkie, one chyba nie częściej będą tak nazywane, jak myśmy je nazywali, niż wprost przeciwnie? - No nie - powiada. - Zawsze każde będzie miało w sobie coś z j e d n e g o i coś z drugiego. - Więc czy każda z tych wielu rzeczy jest raczej tym, czym ktoś powie, że ona jest, czy też nie koniecznie tym jest?
22 Mówią, że teraz Platon pije do A n t y s t e n e s a , który miał p o w i e d z i e ć : „ja t a m konia widzę, ale istoty konia, tej koniowatości, nie w i d z ę " . Mniejsza o to, do kogo pije. Jest więcej takich „ s y m p a t y c z n y c h p a n ó w " , którzy nie uznają p r z e d m i o t ó w odpowiadających n a z w o m o g ó l n y m , a uznają tylko przedmioty nazw i zwrotów j e d n o s t k o w y c h . Platon zwraca im uwagę, że poszcze­ gólne p i ę k n e p r z e d m i o t y zmysłowe jakby się mieniły w oczach ludzkich, bo każdy prawie z nich raz się podoba, a raz nie, i j e d n e m u człowiekowi wydaje się p i ę k n y , a d r u g i e m u brzydki. T y l k o P i ę k n o samo, jasno ujęte, nie mieni się w oczach, jest zawsze i z k a ż d e g o względu p i ę k n e , nic dla kogoś tam, tylko samo dla siebie.

P o d o b n i e ma się rzecz z takimi c e c h a m i , jak wielki, mały, ciężki, lekki, młody, miły itp. To są cechy nieokreślone, więc to, co się j e d n e m u wydaje d u ż e , to dla drugiego małe itd. D o p i e r o k i e d y je pookreślać, zastosowawszy miarę, wtedy dopiero w i a d o m o , czy która z tych cech przy­ sługuje j a k i e m u ś przedmiotowi naprawdę, czy nie. I wtedy się z m n i e m a n i a robi wiedza. Myśle­ nie z pomocą wyrazów n i e o k r e ś l o n y c h p r z y p o m i n a Platonowi dziecinną z a g a d k ę z t a m t y c h czasów. W niej szło o takiego męża-nie męża, który ptaka-nie p t a k a zobaczył-nie zobaczył na d r z e w i e - n i e drzewie, i k a m i e n i e m - n i e k a m i e n i e m w niego strzelił-nie ustrzelił. T r z e b a było zgadnąć, że to e u n u c h krótkowzroczny n i e d o k ł a d n i e zobaczył nietoperza na krzaku i rzucił w nie­ go p u m e k s e m , ale go nic trafił. Jak d ł u g o myślimy m ę t n i e z pomocą wyrazów nieokreślonych, nasze m y ś l e n i e p r z y p o m i n a zbitki z marzeń sennych i nie ujmuje rzeczywistości, tylko jej pozory mgliste. Rzeczywistość uj­ m u j e d o p i e r o myślenie jasne, z pomocą wyrazów określonych. D o p i e r o o n o umożliwia nam ja­ kiekolwiek poznanie. O t ó ż tych ludzi, którzy lubią, starają się i umieją myśleć jasno z pomocą wyrazów ogólnych, ściśle określonych, i uważają, że d o p i e r o w ten sposób można poznawać rzeczywistość, nazywa Platon miłośnikami mądrości, filozofami, a tych, którym wystarcza myślenie m ę t n e , bez ścisłych o k r e ś l e ń , i sądzą, że cała rzeczywistość to tylko poszczególne p r z e d m i o t y k o n k r e t n e , z m y s ł o w e , tych nazywa miłośnikami m n i e m a n i a ludzkiego. Robi to nie bez pewnej aluzji do próżności tych ludzi. Że pragną uchodzić za mądrych, podczas gdy tamci chcą być mądrzy. Wszystko to nic ją ż a d n e , g ó r n o l o t n e , n i e p r z y s t ę p n e pomysły, o d e r w a n e od życia, tylko bar­ dzo słuszne i trzeźwe, i z r o z u m i a ł e uwagi o istocie nauki. N a u k a zaczyna się tam, gdzie się koń­ czy beletrystyka. N a u k a wymaga myślenia jasnego, ścisłego, wymaga wyrazów określonych defi­ nicjami i tylko nauka opisuje rzeczywistość taką, jaką ona jest, a nie jaką się ona wydaje na oko p e w n e m u człowiekowi, w p e w n e j chwili. Przecież i dziś nie myślimy inaczej. Co filozofowie Platona to są po prostu ludzie zdolni i zamiłowani w porządnej pracy n a u k o w e j . Platon wolałby raczej takie głowy widzieć u steru państw niż literatów, d z i e n n i k a r z y lub a m a t o r ó w z n i e d o k o ń ­ czonym wykształceniem i z mętną głową. To nie są horrenda.

186 C

Platon, Państwo

479 C

D

E

- O n e przypominają te dwuznaczniki, które się przy stole mówi, i dzie­ c i n n e zagadki o e u n u c h u , który rzucał na n i e t o p e r z a , a t r z e b a z g a d n ą ć , czym rzucał i na czym, i kto, i na kogo. Rzeczy też tak się chwieją w obie strony i n i e p o d o b n a myślą ująć i ustalić, czy tam pośród nich coś istnieje, czy nie istnieje, czy jedno i drugie, czy też ani jedno, ani drugie. - Więc możesz - powiadam - coś z nimi począć albo masz dla nich gdzieś piękniejsze miejsce niż między istnieniem a nieistnieniem? Bo ani się nie będą wydawały ciemniejsze i mniej istniejące niż niebyt ani też jaśniejsze, ani bardziej istniejące niż byt. - Najzupełniejsza prawda - mówi. - Więc zdaje się, żeśmy znaleźli to, że zdania szerokich kół o p i ę k n i e i tam dalej kręcą się gdzieś tak p o m i ę d z y tym, co nie i s t n i e j e w ogóle, a tym, co istnieje najczyściej. - Znaleźliśmy. - A zgodziliśmy się przedtem, że gdyby się coś takiego pokazało, to trze­ ba powiedzieć, że to będzie przedmiot mniemania, a nie przedmiot wiedzy, bo oto zdolność pośrednia chwyta to, co się kręci gdzieś pośrodku. - Zgodziliśmy się. - Więc o tych, którzy się na wiele p i ę k n y c h rzeczy patrzą, a P ę k n ą sa­ mego nie widzą, ani, jeśli ich ktoś do niego prowadzi, iść za nim nie potra­ fią i widzą w i e l e rzeczy s p r a w i e d l i w y c h , ale Sprawiedliwości s a m e j n i e , i w s z y s t k o i n n e tak samo, powiemy, że oni mają o tych rzeczach p e w n e m n i e m a n i e , ale oni nie poznają ż a d n e j z tych rzeczy, których dotyczą ich mniemania.

- To konieczne - powiada. - A co o tych powiedzieć, którzy widzą rzeczy same i zawsze takie same pod tym samym względem? Czy nie to, że oni poznają, a nie mniemają? - Koniecznie i to. - Nieprawdaż? I powiemy to też, że oni kochają i wyciągają ręce do tych rzeczy, których dotyczy poznanie, a tamci do tych, których m n i e m a n i e . Czy 480 n i e p a m i ę t a m y , j a k e ś m y mówili, że oni d ź w i ę k i i barwy p i ę k n e i t y m p o d o b n e rzeczy kochają i oglądają, a co do P i ę k n a samego, to n a w e t nie uznają, jakoby ono czymś było? - Pamiętamy. - Więc może nie chybimy nazywając ich kochankami mniemania ludzkie­ go raczej niż kochankami mądrości? I czy się będą bardzo na nas o to gnie­ wali, jeżelibyśmy tak mówili? - N i e - powiada - jeżeliby m n i e posłuchali. Bo nie godzi się w y b u c h a ć gniewem przeciwko prawdzie. - A tych, którzy z miłością ręce wyciągają do wszystkiego, co istnieje na­ prawdę, tych trzeba nazywać kochankami mądrości, a nie kochankami ludz­ kiego mniemania. - Ze wszech miar przecież.

KSIĘGA SZÓSTA

W i ę c kto jest filozofem, G l a u k o n i e , a k t o nie - p o w i e d z i a ł e m - to się 484 z wielkim trudem jakoś pokazało w końcu, ale dyskusja musiała za tym cho­ dzić długimi drogami, zanim się objawiło, jaki jest j e d e n i drugi 1 . - Może być - powiada - że krótszą drogą nie jest łatwo. - Widać, że nie - d o d a ł e m . - Ja przynajmniej mam to wrażenie, że to by się było jeszcze lepiej wyjaśniło, tylko trzeba było mówić o tym j e d n y m te­ macie, a nie przechodzić licznych spraw pozostałych, chcąc dojrzeć, czym się różni żywot sprawiedliwy od niesprawiedliwego. B - Więc teraz - powiada - co przed nami? - Cóż by innego - mówię - jak nie to, co z kolei? Skoro filozofowie to ci, co potrafią dotykać tego, co jest zawsze takie same pod tym samym wzglę­ d e m ; a nie są filozofami ci, co tego nie potrafią, tylko się w ogóle wciąż plączą w świecie tych licznych przedmiotów, to którzy powinni być wodza­ mi państwa? - Jak by to odpowiedzieć - mówi - żeby odpowiedź była w sam raz? - No tych - p o w i e d z i a ł e m - którzy wyglądają na to, że potrafią s t r z e c ustaw i spraw państwowych, tych ustanowić strażnikami. - Słusznie - powiada. - A czy ta sprawa - dodałem - jest jasna, kto właściwie - ślepy czy bystro patrzący, powinien być strażnikiem, żeby strzec czegokolwiek? - Jakżeż niejasna? - powiada. - A jakże się wydaje? Czy różnią się czymś od ślepych ci, którym istot­ nie brak poznania istoty każdej rzeczy i którzy nie mają w duszy ż a d n e g o wyraźnego pierwowzoru ż a d n e j , i nie mogą, tak jak malarze, na najprawdziwszy wzór tam spoglądać i do niego wszystko odnosić, i oglądać go jak tylko można najwyraźniej, aby później i tu, gdy będzie szło o to, co p i ę k n e i sprawiedliwe, i dobre, instytucje i normy prawne ustanawiać, jeżeliby ja­ kieś ustanawiać było potrzeba, a ustanowionych strzec i przez to je zacho­ wywać? - No nie, na Zeusa - powiada. - To jakoś niewielka różnica. - Więc raczej tych ślepych ustanowimy strażnikami czy też tych, którzy
Platon charakteryzuje i d e a l n e g o naukowca i stara się wykazać, że taki idealny typ o głowie ja­ snej, otwartej, ścisłej, który on nazywa filozofem, miałby zarazem d o s k o n a ł e warunki do kierowa­ nia p a ń s t w e m . Dlatego, że umiałby ustanawiać prawa dobre i p i ę k n e , bo wiedziałby jasno, jakie o n e mają być, i musiałby z tego s a m e g o powodu prawa ustanowione ściśle zachowywać. N i e bra­ kłoby mu z pewnością także innych zalet charakteru.
1

C

D

188

Platon, Państwo

484 D

każdy byt znają, a doświadczeniem wcale nie ustępują tamtym i nie zostają w tyle na żadnym innym odcinku dzielności? - Nie miałoby sensu - powida - wybierać innych, gdyby ci poza tym, nie zostawali w tyle. Bo może być, że z tego właśnie względu, a to wzgląd pra­ wie najważniejszy, to ci chyba górują. 485 - Nieprawdaż? O tym właśnie mówimy, w jaki sposób potrafią jedni i ci sami ludzie mieć i tamte, i te zalety. - No, tak. - Więc tak, jakeśmy na początku tych rozważań mówili, trzeba naprzód poznać ich naturę. Ja mam wrażenie, że jak się co do tego p u n k t u pogodzi­ my, to zgodzimy się i na to, że mogą i jedni i ci sami ludzie posiadać te za­ lety i że nikt inny nie powinien przewodzić w państwie tylko oni. II B - Jak? - Więc, jeżeli chodzi o natury filozofów, to zgódźmy się, że oni zawsze kochają tę naukę, która im odsłania coś z owej istoty rzeczy, z tej, która ist­ nieje zawsze, a nie błąka się i nie plącze skutkiem powstawania i zatraty l . - No, zgódźmy się. - I na to też - d o d a ł e m - że oni ją wszystką kochają, i nie są s k ł o n n i o d r z u c a ć jej ż a d n e j cząstki ani m a ł e j , ani większej, ani godniejszej, ani m n i e j g o d n e j . Tak, j a k e ś m y to p r z e d t e m mówili o ludziach a m b i t n y c h i o nastrojonych erotycznie. - Słusznie mówisz - powiada. - Więc zastanów się teraz nad tym, czy jeszcze i czego takiego nie muszą mieć w naturze ci, którzy mają się stać tacy, jakeśmy mówili. - Jakiego czegoś. - N i e z n o s z e n i a fałszu. Tego, żeby dobrowolnie w żaden sposób fałszu nie przyjmowali; nienawidzili go, a kochali prawdę. - Z a p e w n e - powiada. - N i e tylko „ z a p e w n e " , przyjacielu, ale nieuchronnie i koniecznie musi tak być, że ktokolwiek kocha coś z natury, ten musi kochać wszystko, co jest pokrewne i bliskie przedmiotom kochania. - Słusznie - powiada. - A potrafisz znaleźć coś bliższego mądrości niż prawda? - Ależ jak? - powiada. - Więc czy może jedna i ta sama natura kochać równocześnie i mądrość, i fałsz? - W żaden sposób przecież.

C

D

A więc odznaczaliby się na p e w n o ci ludzie miłością prawdy i nienawidziliby fałszu. Tego, oczywiście, trzeba się po naukowcach spodziewać. Czyby j e d n a k nie stosowali kłamstwa jako le­ karstwa? Z a p e w n e tak, bo Platon to rządzącym zaleca. O d d a n i nauce nie tonęliby w rozpuście i nie gonili za pieniędzmi, i nie walaliby się skąpstwem, a odznaczaliby się odwagą i łagodnością. Pierwszym warunkiem takiego charakteru są wielkie zdolności intelektualne, wrodzone opanowa­ nie i wdzięk. Tc zalety rozwinąć musiałoby właściwe wychowanie. To byliby władcy idealni.

2

485 D

Księga VI

189

- A kto istotnie kocha naukę, ten musi zaraz od najmłodszych lat jak naj­ więcej pragnąć wszelkiej prawdy? - Ze wszech miar. - A u kogo żądze gwałtownie pójdą w jednym kierunku, to wiemy chyba, że w innych kierunkach tym słabiej prą, jakby prąd w tamtą stronę poszedł. - N o , cóż? - Więc u kogo one spłyną do nauk i do wszystkich takich rzeczy, to my­ ślę, że będą się trzymały tych rozkoszy, których dusza sama w sobie dozna­ je, jako dusza, a oddzielą się od rozkoszy, które przez ciało przechodzą, je­ żeliby ktoś był nie filozofem robionym, ale filozofem naprawdę. - To wielce konieczne. - Więc to b ę d z i e człowiek umiarkowany, skoro b ę d z i e taki i w ż a d n y m razie nie będzie chciwy grosza. Bo to, dlaczego ludzie z wielkim nakładem sił o p i e n i ą d z e zabiegają, to raczej każdy inny gotów brać p o w a ż n i e , ale nie on. - Tak jest. - N o , a to też trzeba wziąć pod uwagę, kiedybyś zechciał osądzać n a t u r ę filozofa i niefilozofa. - Co takiego? - Uważaj, aby się przed tobą nie ukryło jakieś jej d r o b n e b r u d n e skąp­ stwo, gdyby je ta natura miała w sobie. N i e ma nic bardziej przeciwnego takiej duszy, jak drobiazgowość; duszy, która się zawsze chce garnąć do ca­ łości, do ogółu w sprawach boskich i ludzkich. - Święta prawda - mówi. - Takiej duszy, która u m i e patrzeć z góry, i ma przed oczami czas wszy­ stek i byt wszystek, czy myślisz, że może się czymś wielkim wydawać życie ludzkie? - N i e może - powiada. - Nieprawdaż? Więc i śmierci nie b ę d z i e za coś strasznego uważał ktoś taki? - Bynajmniej. - Więc tchórzliwa i nieszlachetna dusza, zdaje się, że z prawdziwą filozo­ fią nie będzie miała nic wspólnego? - N i e wydaje mi się. - Więc cóż? Człowiek porządny, nie chciwy, nie skąpy, nie blagier i nie tchórz, czy może być niemożliwy w stosunkach albo niesprawiedliwy? - N i e może być. - Z a t e m , jeżeli będziesz szukał duszy zdolnej do filozofii i nie, to zaraz już u młodych chłopców zwrócisz na to uwagę, czy która sprawiedliwa i ła­ godna, czy też nieznośna w pożyciu i dzika. - Tak jest. - A tego też nie pominiesz, uważam. - Czego takiego?

190

Platon, Państwo

486 C

- Czy się łatwo uczy, czy trudno. Czy spodziewasz się, żeby ktoś kiedy­ kolwiek ukochał należycie coś, przy czym by cierpiał, robiąc to, i z wielkim t r u d e m a powoli postępowałby naprzód? - To niemożliwe. - No cóż? A gdyby nie umiał zachować i ocalić w sobie nic z tego, czego by się nauczył, bo byłby pełen zapomnienia, czy nie musiałby pozostać próżen wiedzy? - No jakże nie? - A jak by się tak trudził bez pożytku, to czy nie uważasz, że w końcu będzie musiał znienawidzić samego siebie i znienawidzi taką robotę. - Jakżeby nie? - Więc duszy, która zapomina, nigdy nie liczmy do tych, co się nadają do filozofii; ale szukajmy duszy koniecznie mającej dobrą pamięć. - Ze wszech miar. - A prawda, że natura daleka od M u z i nie ujęta w formę piękną, nie do czego innego ciągnie, powiemy, tylko do zerwania z wszelką miarą. - No cóż? - A ty uważasz, że prawda jest spokrewniona z brakiem wszelkiej miary, czy też z trzymaniem się miary? - Z trzymaniem się miary? - Z a t e m szukajmy duszy p e ł n e j z natury umiarkowania i w d z i ę k u , o b o k i n n y c h zalet. Jej własna n a t u r a ułatwi jej i otworzy d r o g ę do o g l ą d a n i a istotnej formy każdej rzeczy. - Jakżeby nie? - Więc cóż? N i e myślisz chyba, żeśmy przeszli jakieś rysy n i e k o n i e c z n e i nie wynikające j e d n e z drugich w duszy, która ma zostawać w n a l e ż y t y m i doskonałym kontakcie z tym, co istnieje? - To są przecież rysy najzupełniej konieczne - powiada. - Więc czy potrafisz z jakiegokolwiek p u n k t u ganić takie zajęcie, które­ mu się nigdy nie potrafi należycie o d d a w a ć człowiek, j e ż e l i b y mu brakło w naturze dobrej pamięci, łatwości do nauki, szlachetnej postawy, wdzięku, przyjaźni i p o k r e w i e ń s t w a z prawdą, sprawiedliwości, odwagi, p a n o w a n i a nad sobą. - Czegoś takiego - powiada- - nawet i sam Momos ganić by nie potrafił. - A jeśli takich ludzi - dodałem udoskonali wiek i wychowanie, to czy nie takim tylko powierzyłbyś państwo? Adejmant wtedy powiedział: - Sokratesie, nikt by nie potrafił spierać się z tobą o ten p u n k t . Ale kiedy się ciebie słucha, jak mówisz takie rzeczy jak teraz, to zawsze się człowiekowi robi coś w tym rodzaju, ma się wrażenie, że c z ł o w i e k nie ma wprawy w p y t a n i u i w o d p o w i a d a n i u , więc go twoja myśl z pomocą k a ż d e g o pytania o d r o b i n ę na bok odwodzi, a jak się tych drobiazgów nazbiera, to się w końcu pokazuje błąd wielki i coś przeciwne­ go, niż było zrazu. Z u p e ł n i e jak w warcabach; taki co dobrze gra, z a m k n i e w końcu tego, co grać nie umie, i ten nie ma już żadnego ciągu do zrobię-

487 C

Księga VI

191

nia; tak i tu człowiek w końcu nie widzi wyjścia i nie ma co powiedzieć; bo to też są warcaby, tylko takie inne, tu się nie gra kamykami, tylko myślami. Z tego nie wynika wcale, żeby prawda była raczej po tej stronie. Ja to mó­ 3 wię ze względu na to, co w tej chwili . Przecież teraz mógłby ktoś powiedzieć, że teoretycznie nie potrafi ci się przeciwstawić w odpowiedzi na żadne z poszczególnych pytań, ale w prak­ tyce widzi, że z tych, co się do filozofii biorą nie za młodu, dla wykształcę- D nia, ż e b y się z nią z e t k n ą ć i dać jej pokój, ale bawią się nią dłużej, to po większej części robią się wielkie dziwaki, żeby nie powiedzieć typy w ogóle do niczego, a ci, którzy się wydają najprzyzwoitsi, to j e d n a k się na nich mści to zajęcie, które ty chwalisz, i robią się dla państwa zgoła nieprzydat­ ni. Ja to usłyszałem i m ó w i ę : - Czy sądzisz, że mylą się ci, którzy tak mó­ wią? - Ja nie w i e m - p o w i a d a - ale twoje z d a n i e w tej m i e r z e c h ę t n i e bym usłyszał. - To usłyszałbyś, że moim zdaniem, oni chyba mówią prawdę. E - Więc jak to można mówić - powiada - że nie prędzej ustanie zło w pań­ stwach, zanim w nich panować nie zaczną filozofowie, skoro się zgadzamy, że oni się państwom na nic nie przydają? - Zadajesz pytanie - o d p a r ł e m - na które o d p o w i e d z i e ć potrzeba za po­ mocą obrazu. - A ty niby to nie zwykłeś mówić obrazami. - N o , niech ci będzie - powiadam. - Drwisz ze mnie, a wpakowałeś m n i e IV w z a g a d n i e n i e , z k t ó r e g o tak t r u d n o wyjść obronną ręką. Więc posłuchaj 488 obrazu, abyś jeszcze lepiej widział, jak ja się nie m o g ę obejść bez obrazo­ wych p o r ó w n a ń . Bo s t o s u n e k najprzyzwoitszych filozofów do państw jest taki zawiły i trudny, że nawet nie ma żadnej innej poszczególnej jednostki, która by zostawała do państwa w podobnym stosunku, tylko trzeba rysy tego s t o s u n k u zbierać z wielu j e d n o s t e k , budując p o r ó w n a n i e i obmyślając ich obronę, podobnie jak malarze łączą rysy kozłów i jeleni, i tam innych zwie­ rząt, kiedy swoje wytwory malują 4 .
3

A d e j m a n t zgadzał się cały czas, aż się ocknął w tej chwili i zobaczył w myśli tych, których na mieście nazywano filozofami. Typy w y c h u d ł e , o b d a r t e , o d e r w a n e od życia i jego spraw, p s y c h o ­ p a t y c z n e , narwane, zdziwaczałe. W s p o m n i a ł może Chmury Arystofanesa i po doskonałej apostro­ fie na t e m a t m e t o d y Sokratesa oświadcza, że filozofowie, tacy, jakich zna, są zgoła n i e u ż y t e c z n i dla państwa; więc jak można takim t y p o m powierzać rządy? I Sokrates zgadza się. On rysował typ idealny; rzeczywistość wygląda inaczej. On to wie.
4

Dlaczego dziś filozofowie mają taką złą opinię, jeżeli chodzi o zdolność do pracy dla państwa? To n a t u r a l n e , mówi Sokrates. To dlatego, że o wszystkich sprawach państwa d e c y d u j e lud na z g r o m a d z e n i a c h . L u d , który się na niczym nie zna i nie daje się pouczyć. On jest jak t e n przy­ głuchy i niedowidzący kapitan o k r ę t u . A ci marynarze, którzy się o ster kłócą, to mówcy - polity­ cy, zwalczający się wzajem przed forum z g r o m a d z e ń ludowych; nie przygotowani wcale do rzą­ dzenia, a m b i t n i , chciwi, rozpustni, zazdrośni. Usuwają chytrze co najlepszych współzawodników, a lud bałamucą m o w a m i , aby tylko zostać u władzy. Czerpią z niej zyski i d l a t e g o schlebiają lu­ dowi. Zwalczają każdego, kto im nie schlebia i nie służy, a najbardziej takiego, kto by głosił, że

192 B

Platon, Państwo

488 B

C

Więc weź pod uwagę takie oto zdarzenie - na wielu okrętach albo na jed­ nym okręcie. Kapitan statku przewyższa wszystkich na okręcie wielkością i siłą, a tylko przygłuchy jest i ma jakoś krótki wzrok, a na s z t u c e żeglar­ skiej też się mało rozumie. A żeglarze kłócą się z sobą o sterowanie. Każ­ dy z nich uważa, że powinien siedzieć przy sterze, chociaż się nigdy sztuki sterowania nie uczył, ani nie potrafi wskazać tego, u kogo by się jej uczył, ani czasu, w którym by tę naukę pobierał. Oprócz tego oni twierdzą nawet, że się tej sztuki nauczyć nie można. A jeśli kto mówi, że można, gotowi go zabić. Sami wciąż t y l k o k a p i t a n a oblegają, nastają na n i e g o i robią co mogą, żeby im ster powierzył. A nieraz, jeśli on im nie ulega, tylko innym raczej, w t e d y oni tych innych albo zabijają, albo ich wyrzucają z o k r ę t u , a d z i e l n e m u kapitanowi podają ziółka czarodziejskie na sen albo go upijają c z y m k o l w i e k , aby go z nóg zwalić, i panują nad o k r ę t e m , mają na swoje usługi wszystko, co na nim jest; piją i używają sobie w podróży po swojemu, oczywiście; a do tego chwalą jako z n a k o m i t e g o żeglarza i nazywają zawoła­ n y m s t e r n i k i e m i znawcą o k r ę t u k a ż d e g o , kto potrafi razem z nimi r ę k ę

przykładać do tego, żeby im władza przypadła w udziale, kiedy zbałamucą albo gwałtem zmogą kapitana. Każdego innego oni ganią i mówią, że jest do niczego, a o prawdziwym sterniku nie mają bladego pojęcia, nie przeczu­ wają nawet, że on powinien się interesować porami roku i dnia, i n i e b e m , i gwiazdami, i wiatrami, i wszystkim, co leży w zakresie umiejętności, jeżeli E ma być naprawdę przygotowany do prowadzenia okrętu. A żeby ktoś mógł o k r ę t e m kierować, czy tam zgodnie z wolą tych, czy owych, czy wbrew ich woli, tego, oni uważają, ani się wyuczyć, ani w tym wyćwiczyć nie można wraz z umiejętnością sterniczą. Kiedy się tak dzieje na okrętach, to czy nie 489 myślisz, że o s t e r n i k u p r a w d z i w y m będą r z e c z y w i ś c i e mówili, że t y l k o w gwiazdy patrzy i w niebo, że dużo gada i że jest do niczego, ci, co w tych stosunkach płyną okrętami? - Z a p e w n e - odrzekł Adejmant. - I ja sądzę - d o d a ł e m - że ci nie potrzeba szczegółowego rozbioru tego obtazu, aby dojrzeć, jak na nim widać s t o s u n e k państw do prawdziwych fi­ lozofów; ty rozumiesz i tak, co mam na myśli. - Z a p e w n e - powiada. - Więc naprzód t e m u , który się dziwi, że filozofowie nie cieszą się czcią B w p a ń s t w a c h , pokaż t e n obraz i s p r ó b u j go p r z e k o n a ć , że b y ł o b y rzeczą o wiele bardziej dziwną, gdyby się cieszyli czcią. - Już ja mu pokażę - powiada. - Więc i to, że ty prawdę mówisz, że na nic się szerokim kołom nie przy­ dają najprzyzwoitsi spośród oddanych filozofii. Ale o tę nieużyteczność, popolityka jest umiejętnością, której się trzeba i można wyuczyć. Prawdziwy filozof musi zajmować to stanowisko i dlatego nie może być popularny w dzisiejszym państwie i nikt go o rządy nie pro­ si. To miejsce t e k s t u m o ż e m i e ć ślad osobistej goryczy. O d t ą d nuta osobista zaczyna b r z m i e ć coraz głośniej. Że się mędrcy kręcą koło drzwi bogaczów, to miał powiedzieć S i m o n i d e s i to zda­ nie boli P l a t o n a . Filozof prawdziwy jest zbyt d u m n y na to, żeby się uciekał do protekcji j e d n o ­ stek możnych; on czeka, żeby go proszono o rządy. Tak być powinno.

D

489 B

Księga VI

193

wiedz, ż e b y obwiniał tych, którzy filozofów nie używają, a nie tych przy­ zwoitych filozofów. Bo to p r z e c i e ż nie jest n a t u r a l n e , ż e b y s t e r n i k miał prosić marynarzy, aby go raczyli słuchać, ani żeby mądrzy mieli p u k a ć do drzwi ludzi bogatych. Kto t e n dowcip powiedział, powiedział n i e p r a w d ę . A prawda naturalna jest ta, że jeśli choruje bogaty czy tam choruje ubogi, to j e d e n i drugi powinien pukać do drzwi lekarza, i tak samo każdy, komu po­ trzeba, żeby nim rządzono, do drzwi tego, który rządzić potrafi, a nie żeby C rządzący prosił rządzonych o to, aby sobą rządzić pozwolili; jeżeli on tylko j e s t n a p r a w d ę coś wart. Jeżeli tych, którzy dzisiaj w p a ń s t w a c h rządzą, przyrównasz do tych marynarzy, o którycheśmy przed chwilą mówili, to nie zbłądzisz, ani też, jeśli w tych, którym oni wszelkiej wartości odmawiają, że to niby próżniacy wpatrzeni w niebo, dojrzysz sterników prawdziwych. - Z u p e ł n i e słusznie - powiada. - W o b e c tego, z a t e m i w tych w a r u n k a c h t r u d n o , ż e b y się zajęcie naj­ lepsze cieszyło zachowaniem pośród tych, którzy mają zajęcie wprost prze­ c i w n e . A największy i najmocniejszy cień rzucają na filozofię ci, k t ó r z y D mówią, że się nią zajmują; to przecież przez nich t e n twój przeciwnik filo­ zofii m ó w i ł , że się do n i e j biorą po w i ę k s z e j części co najlichsze typy, a z najprzyzwoitszych nawet nie ma pożytku. I jak się zgodziłem, że praw­ dę mówisz. Czy nie? - Tak jest. - Nieprawdaż? C z e m u się ci przyzwoici nie przydają, to jużeśmy przeszli? V - O, tak. - A dlaczego znowu ci liczni są licha warci, to, jeśli chcesz, przejdźmy te- E raz. A że t e m u filozofia nie jest winna, to, jeśli potrafimy, czy b ę d z i e m y próbowali wykazać? - Tak jest. - To słuchajmy i mówmy, przypomniawszy sobie rzecz od tego miejsca, j a k e ś m y to przechodzili te rysy natury, koniecznie w r o d z o n e człowiekowi, jeśli ma być doskonały. Przewodniczką jego była, jeśli pamiętasz, prawda. 490 On miał za nią iść bezwarunkowo i pod każdym względem albo inaczej zo­ s stać blagierem i nie mieć nigdy nic wspólnego z filozofią prawdziwą . - Mówiło się tak. - Nieprawdaż? to j e d n o już tak mocno się sprzecza z tym, co o nim teraz ludzie myślą? - I bardzo - powiada. - Więc czy to nie będzie w sam raz na jego obronę, jeśli powiemy, że kto istotnie kocha wiedzę, ten się z natury na wyścigi rwie do tego, co istnieje, a nie potrafi się zatrzymać przy licznych poszczególnych wypadkach, które tylko uchodzą za rzeczywistość; on b ę d z i e szedł dalej, nie o s ł a b n i e i nie przestanie kochać, zanim nie d o t k n i e istoty każdej rzeczy tą częścią swojej duszy, której d a n e jest d o t y k a ć czegoś takiego. A to d a n e jest tej, która
5

B

J e s z c z e raz w n a t c h n i o n y c h słowach charakteryzuje Platon filozofa i d e a l n e g o i jego pracę, po­ sługując się przenośniami zaczerpniętymi z życia płciowego i z teatru.

194

Platon, Państwo

490 B

sama jest bytowi pokrewna. On się nią do bytu istotnego zbliży, zespoli się z nim, płodzić zacznie rozum i prawdę, dostąpi poznania i b ę d z i e żyl na­ prawdę i tym się karmił. Dopiero w t e d y przestanie się męczyć, a prędzej nie. Czy nie tak? - Tak jest. W sam raz - nie można lepiej. - Więc cóż? Będzie w takim człowieku jakaś sympatia do fałszu czy też wprost przeciwnie, nienawiść? - Nienawiść - powiada. - A kiedy prawda będzie szła na przodzie, to myślę, przyznamy, że chyba nigdy za nią zły chór iść nie będzie. - Jakimże sposobem? - Tylko zdrowy i sprawiedliwy charakter, za którym i rozwaga pójdzie. - Słusznie - powiada. - A resztę chóru, który występuje w n a t u r z e filozofa, po cóż m a m y ko­ niecznie drugi raz ustawiać w szyk? Pamiętasz chyba przecież, że tam dalej było miejsce odwagi i szlachetnej postawy, i talentów do nauki, i dobrej pa­ mięci. A kiedyś ty podchwycił, że każdy b ę d z i e musiał zgodzić się na to, co mówimy, ale jak te wywody zostawi na boku, a obróci oczy na samych ludzi, o których mowa, to powie, że jedni z nich są do niczego, a drudzy, ci liczni, mają w s z e l k i e możliwe wady. Więc k i e d y ś m y zaczęli rozpatrywać przyczynę, skąd pochodzą te cienie, znaleźliśmy się tu, gdzie teraz jeste­ śmy: dlaczego to ci liczni są źli, i z tego powodu zajęliśmy się znowu naturą filozofów prawdziwych i określiliśmy ją z konieczności. - Jest tak - powiada. - Więc trzeba zobaczyć, jak się rozmaicie ta natura psuje, jak się marnuje w licznych jednostkach. Unika zepsucia jakaś mała cząstka i o tych się nie mówi, że źli, tylko, że są do niczego. A p o t e m te natury, k t ó r e filozofów udają i biorą się do zajęć właściwych filozofom. D u s z e tego rodzaju wziąw­ szy się do zajęcia, do którego nie dorosły i ono ich siły przerasta, chybiają na w s z y s t k i c h p u n k t a c h i ściągają na w s z y s t k i c h tę o p i n i ę o filozofii, o której ty mówisz 6 . - Ale jakie ty - powiada - masz na myśli rodzaje zepsucia? - Ja ci spróbuję - odrzekłem - jeśli potrafię, przejść je po kolei. Więc na to, myślę, każdy się z nami zgodzi, że taka natura i posiadająca to wszystko,
Dzisiejsza zła opinia o filozofii pochodzi t a k ż e stąd, że biorą się do niej Indzie bez t a l e n t u i rzucają ciefi na wszystkich. A ci młodzi i zdolni, i z n a k o m i c i e wyposażeni od natury, zbyt łatwo ulegają z e p s u c i u ; właśnie d l a t e g o , że posiadają p r z e d m i o t o w e warunki do kariery p o l i t y c z n e j , a nie natrafiają na warunki polityczne, które by ich mogły wyrobić. O b e c n e stosunki w państwie d e m o k r a t y c z n y m najgorzej wpływają na m ł o d z i e ń c ó w najlepszych. Tym gorszącym c z y n n i k i e m jest atmosfera z g r o m a d z e ń ludowych, która p o b u d z a ambicję młodych ludzi i asymiluje ich szyb­ ko do tych złych stosunków, które w państwie panują. Kto widział dziś jeszcze pionowy z ł o m szarej skały na Pnyksie, naprzeciw Akropoli, który wtedy e c h o mów i oklasków odbijał, t e n zwró­ ci uwagę na p l a s t y k ę p l a t o ń s k i e g o opisu w t y m miejscu i dosłyszy gwałtowny a k c e n t uczuciowy, który tę plastykę rodzi. To niewątpliwie własne, osobiste w s p o m n i e n i e s a m e g o P l a t o n a - p e ł n e goryczy i g n i e w u .
6

491 B

Księga VI

195 B

cośmy jej teraz przypisali, jeżeli się ma stać doskonałym filozofem, rzadko kiedy się zdarza między ludźmi. I mało takich jest. Czy nie myślisz? - Bardzo mało, przecież. - A tym nielicznym, zobacz, jak liczne i wielkie grożą rodzaje zguby. - Jakież to? - Najdziwniejsze to, że każda cecha takiej natury spośród tych cech tutaj pochwalonych gubi duszę, która ją posiada, i odrywa ją od filozofii. Ja m a m na myśli odwagę, rozwagę i te wszystkie, któreśmy przeszli. - Dziwnie - powiada - słuchać. - A, oprócz tego - dodałem - oprócz tego, te tak zwane dobra wszelakiego rodzaju psują człowieka i odrywają go - piękność i bogactwo, i siła fizyczna, i silne związki familijne w państwie, i wszystko i n n e w tym rodzaju. O t o masz zarys tego, o czym myślę. - Zarys m a m - powiada. - Ale z przyjemnością dowiedziałbym się dokła­ dniej o tym, co masz na myśli. - Więc uchwyć tę całość należycie - odrzekłem - a wyda ci się jasna i nie będzie ci się wydawało nie na miejscu to, co się poprzednio o tych naturach mówiło. - Więc jak każesz? - powiada. - O wszelkim - odpowiedziałem - nasieniu czy latorośli, czyby to o roślinę szło, czy o zwierzę, wiemy, że nie rozwinie się dobrze, jeżeli nie dosta­ nie pożywienia, jakie się każdemu należy, ani pogody nie znajdzie odpowie­ d n i e j , ani miejsca, a im b ę d z i e szlachetniejsze, tym większej ilości o d p o ­ w i e d n i c h w a r u n k ó w mu p o t r z e b a . Bo zło j e s t c h y b a bardziej p r z e c i w n e temu, co dobre, niż temu, co niedobre.

C

D

- Jakżeby nie? - Więc to, zdaje mi się, ma sens, że najlepsza natura przy mniej właści­ wym wikcie wychodzi gorzej niż licha. - Ma sens. - Więc prawda, Adejmancie - dodałem - tak samo i dusze, zgodzimy się, E co najbardziej dorodne, pod wpływem złej pedagogii robią się osobliwie złe. Czy ty myślisz, że wielkie zbrodnie i charaktery czarne bez domieszki wy­ rastają z n a t u r lichych, a nie z urodziwych, k t ó r e złe pożywienie popsuło? N a t u r a słaba nigdy się nie z d o b ę d z i e ani na w i e l k i e d o b r o , ani na wiel­ kie zło? - No nie - powiada - to już tak jest. - Więc taka natura lgnąca do mądrości, jakąśmy założyli, taka natura filo- 492 zofa, jeżeli nauczanie o d p o w i e d n i e szczęśliwym trafem przejdzie, musi ko­ n i e c z n i e , wzrastając, dojść do wszelkiej dzielności, a jeżeli takie n a s i e n i e padnie na grunt nieodpowiedni i tam wyrośnie, to się rozwinie w kierunku wprost przeciwnym, jeżeli mu przypadkiem jakiś bóg nie pomoże. Czy i ty myślisz tak, jak myśli wielu, że to sofiści psują młodzież, i ci gorszyciele to mają być pewni sofiści o c h a r a k t e r z e prywatnym, i że warto o tym mówić, a nie, że największymi sofistami są właśnie ci, którzy to mówią, i że to oni B

196

Platon, Państwo

492 B

wychowują po mistrzowsku i robią, co chcą z młodych i starszych, i z męż­ czyzn, i z kobiet? - A on mówi: - Kiedy? - W t e d y - odpowiedziałem - kiedy się tłum zbiera i zasiada wspólnie na zgromadzeniach, na sądach, w teatrach, w obozach czy na innych zebraniach pospólstwa, i w hałasie wielkim j e d n o chwalą, a drugie ganią z tego, co się mówi albo co się robi, a j e d n o i drugie z przesadą, pośród okrzyków i oklaC sków. A oprócz nich jeszcze i skały, i otoczenie, w którym są, e c h e m odbija i podwaja hałas pochwał i nagan. W takich warunkach to, jak myślisz, co się, jak to mówią, dzieje w sercu młodego człowieka? Jaką on osobistą kul­ turę potrafi t e m u przeciwstawić; której by nie zmyły fale takich nagan i poD chwał i która by nie poszła z prądem, gdziekolwiek ją prąd poniesie? Po­ tem młody człowiek dobrem i złem nazywa to samo, co oni, i robi to samo, co oni, i będzie taki sam, jak oni. - To już - powiada - musi tak być, Sokratesie. VII - T a k j e s t - d o d a ł e m - a l e ś m y j e s z c z e n i e w y m i e n i l i p r z y c z y n y naj­ większej. - Jakiej? - powiada. - To, że ci wychowawcy i m ę d r c y dokładają p o b u d k i c z y n n e , jeżeli ich wpływ słowny nie odnosi skutku. Czy nie wiesz, że kto ich nie słucha, na tego spadają wyroki pozbawiające czci, kary pieniężne i kara ś m i e r c i ? 7 - Doskonale wiem - powiada. - Więc jaki inny m ę d r z e c , myślisz, albo jaka osobista postawa myślowa mogłaby się im przeciwstawić zwycięsko? E - Myślę, że żadna - powiedział. - N i e da rady - ciągnąłem - tego n a w e t i próbować nie ma s e n s u . Bo tego nie ma i nie było, i być nie może, żeby się wbrew ich wpływom wy­ chowawczym uchował w c h a r a k t e r z e jakiś inny s t o s u n e k do dzielności, ja mówię o charakterze ludzkim, przyjacielu. N i e mówimy o tym, co boskie. Trzeba d o b r z e wiedzieć, że co się uratuje i zrobi się jak należy na tle ta493 kich stosunków w państwach, to łaska boska uratowała. Jeżeli tak powiesz, to nie powiesz źle. - I mnie się też - powiada - to nie inaczej przedstawia. - Więc niechże ci się - dodałem - oprócz tego, jeszcze i to wydaje. - Co takiego?
A k c e n t y u c z u c i o w e rosną. Filozofom grozi w A t e n a c h niesława i ś m i e r ć . Nic dziwnego, że taki na przykład Alkibiades nie chciał pójść śladami Sokratesa. Widział, dokąd prowadzą. Jeśli się w Atenach filozof prawdziwy uchowa, to musi w nim być coś boskiego - doprawdy. Sofiści uczą tylko schlebiania tłumowi i o p o r t u n i z m u , obznajmiają m ł o d z i e ż z opiniami panującymi, za­ miast te o p i n i e pogłębiać krytycznie. W ten s p o s ó b ludzie najzdolniejsi wychodzą nie na wład­ ców, ale na niewolników t ł u m u i jego mętnych opinii. D i o m e d e j s k a k o n i e c z n o ś ć - to tyle, co: n i e u c h r o n n a . P o d o b n o Trak, D i o m e d e s , miał córki prostytutki i g w a ł t e m zmuszał obcych, żeby z nimi obcowali, chcąc czy nie chcąc. Obcowali na p e w n o tylko ci, którzy w końcu chcieli. T a k jak ci młodzieńcy, którzy się zaasymilowali do d e ­ mokracji ateńskiej, choćby ich zrazu była brzydziła.
7

493 A

Księga VI

197

- Każdy z tych z a r o b n i k ó w bez fachu, k t ó r y c h oni nazywają sofistami i mają ich za rywali w zawodzie, uczy jako pedagog nie czegoś innego, tyl­ ko podaje te właśnie opinie tłumu, które się wypowiadają na zebraniach pu­ blicznych, i to nazywa mądrością. Z u p e ł n i e tak, jakby ktoś miał na wyży­ wieniu zwierzę wielkie i mocne, i zapoznałby się z jego wybuchami gniewu i żądzy, i wiedziałby, z której strony trzeba do niego p o d c h o d z i ć i jak go dotykać, i kiedy ono się najwięcej drażni, a kiedy i pod wpływem jakich po­ d n i e t robi się najbardziej łaskawe, i jakie głosy ono kiedy zwykło wydawać, i p o d w p ł y w e m jakich głosów c u d z y c h ł a g o d n i e j e albo w p a d a we wście­ kłość, i wyuczywszy się tego wszystkiego przez d ł u g i e współżycie z n i m i wprawę, którą czas przynosi, nazywałby to mądrością, i zestawiwszy to so­ bie niby umiejętność, zabrałby się do nauczania tych rzeczy i naprawdę nie wiedziałby nic o tych p r z e d m i o t a c h nauczania i o tych pożądaniach; k t ó r e z nich jest p i ę k n e , a które s z p e t n e albo dobre, albo złe, albo sprawiedliwe, albo n i e s p r a w i e d l i w e , a n a z y w a ł b y to w s z y s t k o z g o d n i e z o p i n i a m i t e g o wielkiego zwierzęcia i mówiłby, że dobre jest to, czym ono się cieszy, a złe to, na co ono się gniewa, a inaczej tych rzeczy nie umiałby w żaden sposób pojmować. Sprawiedliwym i pięknym nazywałby to, co konieczne, a jak da­ lece się w rzeczywistości różni natura tego, co konieczne, od tego, co do­ bre, tego by ani sam nie dojrzał, ani by tego d r u g i e m u pokazać nie umiał. Gdyby ktoś taki był, to na Zeusa, czy nie wydaje ci się, że to wychowawca nie na miejscu? - Tak mi się wydaje - powiada. - A czy myślisz, że różni się czymś od niego taki człowiek, który myśli, że mądrość polega na braniu pod uwagę niechęci i przyjemności wielu lu­ dzi, którzy się stąd i stamtąd razem zejdą, czyby to o malarstwo szło, czy o m u z y k ę , czy o politykę? C z y nie myślisz, że jeśli k t o ś z nimi zostaje w k o n t a k c i e i dla zdobycia sławy albo się twórczości poetyckiej oddaje, albo i n n e j pracy twórczej, albo służbie dla państwa, to p a n a m i nad sobą czyni tych, których jest wielu - a nie musiał być od nich zależny; i wtedy na nie­ go tak zwana diomedyjska konieczność spada; musi robić to, co oni pochwa­ lą. A że to jest dobre i p i ę k n e naprawdę, to czyś ty już kiedy słyszał, żeby który z nich tego dowodził z sensem i nie na śmiech? - Ja mam wrażenie - powiada - że nawet i nie b ę d ę słyszał.

B

C

D

E

- Więc to wszystko razem wziąwszy pod uwagę przypomnij sobie tamtą VIII rzecz, czy t ł u m potrafi z n i e ś ć albo u w i e r z y ć w i s t n i e n i e P i ę k n a s a m e g o a nie - wielu rzeczy pięknych, albo w istnienie każdej rzeczy samej a nie - 494 wielu rzeczy każdego rodzaju? - Zgoła nie - powiada. - Więc miłośnikiem mądrości tłum być nie potrafi? - N i e potrafi. - Więc i tych, którzy lgną do mądrości, tłum ganić musi?

198 - Musi.

Platon, Państwo

494 A

- I muszą ich ganić ci niefachowcy, którzy będąc w kontakcie z t ł u m e m starają się przypodobać. - To jasne. - Z tego wszystkiego, jakie ty widzisz wyjście dla natury filozofa, żeby przy swoim zajęciu została, a do celu doszła? A nie zapominaj o tym, co się mówiło. Zgodziliśmy się, że ją cechuje łatwość do nauki, pamięć, odwaga i szlachetna postawa wewnętrzna. - Tak jest. - Nieprawda? Już zaraz pomiędzy chłopcami taki człowiek będzie pierw­ szy do wszystkiego. Szczególniej jeżeli mu natura dała ciało dla takiej du­ szy odpowiednie. - C z e m u by nie miał celować? - powiada. - Jak podrośnie, to mam wrażenie, zechcą się nim posługiwać do swoich spraw i krewni, i obywatele. - Jakżeby nie? - Więc będą mu się kłaniali, obsypywali prośbami i objawami czci, pozy­ skując go sobie z góry i schlebiając mu na rachunek jego przyszłej potęgi. - To się nieraz tak dzieje - powiada. - A jak myślisz - d o d a ł e m - co taki robi w tych warunkach środowiska, zwłaszcza jeżeli to będzie właśnie gdzieś w wielkim państwie, a młody czło­ wiek b ę d z i e bogaty i ze szlacheckiej rodziny, a do tego przystojny i duży? Czy nie zacznie go rozpierać bezgraniczna nadzieja, czy nie zacznie mu się zdawać, że potrafi dać rady i sprawom Hellenów, i sprawom barbarzyńców? Więc czy nie zacznie na tym p u n k c i e wysoko zadzierać nosa, p e ł e n pozy a próżen r o z u m u ? 8 - I bardzo - powiada.

B

C

D

- I gdyby do człowieka tak usposobionego ktoś podszedł z cicha i powie­ dział mu prawdę, że on rozumu nie ma w głowie, a potrzebuje go; i że tego nie osiągnie nikt, kto go sobie ciężką pracą nie wysłuży, czy myślisz, że on takie słowa łatwo do ucha wpuści poprzez tyle zła, które go otacza? - Bardzo trudno o to - powiada. E - Więc jeżeliby - d o d a ł e m - ktoś miał dobrą naturę i r o z u m n e m y ś l e n i e nie byłoby mu obce, więcby się zorientował jakoś i zawrócił z drogi, i dałby się pociągnąć do filozofii, to jak się nam wydaje, co by zrobili tamci, którzy by uważali, że tracą w nim swoje narzędzie i swego towarzysza? Czy nie zaczną wszystkiego możliwego robić i mówić, zarówno w stosunku do niego samego, aby się być może nie dał nakłonić, jak i w stosunku do tego, który by go nawracał, aby mu się to p r z y p a d k i e m nie udało, czy nie rozpoczną 495 prywatnych intryg i nie wplączą go w publiczne procesy?
Tu j u ż chyba niewątpliwe wyznanie osobiste P l a t o n a . Krótko naszkicowana j e g o postawa d u ­ chowa z lat pierwszej młodości, s p o t k a n i e i wpływ Sokratesa, i nieprzyjemności z t y m związane, i zawody. Uratowało go to, że miał w sobie pierwiastek boski, który Sokrates dojrzał i w j e g o bra­ ciach w księdze II.
8

495 A

Księga VI

199

- To już musi koniecznie tak być - powiada. - Więc czy może być, żeby się taki zajął filozofią? - N i e bardzo. - Więc widzisz - dodałem - że nie mówiliśmy źle, jak to nawet same składniki n a t u r y filozofa, przy zwykłych w a r u n k a c h odżywiania się i wzrostu, stają się w p e w n y m sposobie powodem zejścia z właściwej drogi; tak samo te tak zwane dobra i bogactwa, i w ogóle ten cały kram? 9 - No tak - powiada - słusznie się to mówiło. - O t o jest - dodałem - mój drogi, zatrata i z e p s u c i e - tak wielkie i tego jest rodzaju zepsucie natury najlepszej na t e r e n i e zajęcia najlepszego - tej natury, która zresztą i tak rzadko się trafia, jak mówimy. Spośród tych ludzi wychodzą zarówno ci, co największe nieszczęścia przynoszą p a ń s t w o m i ludziom prywatnym, jak i ci, co największe dobra, jeżeli który przypad­ kiem w tę stronę popłynie. A natura mała nigdy nic wielkiego nikomu nie przyniesie, ani człowiekowi prywatnemu, ani państwu. - Święta prawda - powiedział. - Więc kiedy tak od filozofii odpadają ci, którym ona jest najbliższa, nie troszcząc się o jej osierocenie i los, wtedy oni sami pędzą życie ani stosow­ n e , ani prawdziwe, a ona zostaje jak sierota, którą opuścili krewni. W t e d y się do niej zbliżają inni, niegodni - stąd i stamtąd - i przynoszą jej wstyd, i ściągają na nią obmowy, które i ty przytaczasz za plotkarzami, że kto tylko do niej przychodzi, t e n albo nic nie wart, albo też to po większej części typy z wielu względów ujemne. - No tak - powiada - tak ludzie mówią. - I słusznie mówią - d o d a ł e m . - Bo jak inni ludziska widzą, że to pole leży o d ł o g i e m i p u s t e , a p e ł n o na nim p i ę k n y c h słów i wywieszek, robią tak, jak ci, którzy z kryminałów uciekają do świątyń; łatwo jaki taki ciska swój fach a przerzuca się do filozofii, co który sprytniejszy na swoim zagoniku specjalnym. Bo chociaż tak jest z filozofią źle, to j e d n a k w porównaniu do innych specjalności otacza ją pewien nimb wspaniały. On pociąga wielu, choć ich natura do tego nie dorasta, rzucają się do niej typy fizycznie wyko­ ślawione, pod wpływem swoich specjalności i robót ręcznych, i duchowo połamane, i rozmienione na d r o b n e przez swoje rzemiosło poprzednie. Czy to nie musi tak być? - I bardzo - powiada. - Więc co myślisz? - dodałem - kiedy tak na nich patrzeć, to czy nie wy­ glądają p o d o b n i e jak t e n kowal, który się p i e n i ę d z y d o r o b i ł , a jest łysy i mały i n i e d a w n o z kryminału wyszedł, a już był w łaźni, umył się i ma nową z a r z u t k ę , więc robi z siebie n a r z e c z o n e g o i c h c e się ż e n i ć z córką swojego pana, bo zubożała i została sierotą?

IX

B

C

D

E

Wiec ludzie wybitni ulegają zgorszeniu w sposób zrozumiały, a do filozofii garną się wybiórki i o d p a d k i ludzkie. Platon ma tu ostre pióro satyryka, a pisze żółcią i krwią. C z u ć g n i e w wielkie­ go pana, który wypadł z równowagi.

9

200 496

Platon, Państwo

496 A

X B

- N o , niewielka różnica - powiada. - Więc co niby taki potrafi spłodzić? Czy nie jakieś bękarty i lichoty? - N o , musi być tak. - Więc cóż? L u d z i e nie dorośli do kultury, k i e d y się do niej zbliżają i wchodzą z nią w kontakt, ale nie tak, jak się godzi, to jakież oni, powie­ my, będą płodzić myśli i mniemania? Czy to nie będą pomysły zasługujące naprawdę na złą opinię sofizmatów, a nie myśli pochodzenia prawego, god­ ne i bliskie rozumu prawdziwego? - Ze wszech miar przecież - powiedział. - Więc, mój A d e j m a n c i e - d o d a ł e m - zostaje jakaś n i e z m i e r n i e d r o b n a garstka tych, którzy godnie obcują z filozofią. Wszyscy od niej uciekają, ale może j e d n a k przy niej zostanie jakiś charakter urodziwy i dobrze wychowa­ ny, bo go nie było komu popsuć, i t e n się przy niej zgodnie ze swą naturą utrzyma; to może być w jakimś małym państwie, kiedy się tam wielka du­ sza urodzi i na sprawy państwa mało patrzy ceniąc je niezbyt wysoko '". Tu i ówdzie m o ż e być, że i z innej specjalności jakiś zdolny człowiek do niej przejdzie, bo słusznie się do swojego fachu zraził. Bywa też, że kogoś zatrzymać przy niej potrafi taka uzda, jak naszego przyjaciela Teagesa. U Teagesa też wszystko się na to składało, żeby się filozofii s p r z e n i e w i e ­ rzył, ale go słabe zdrowie fizyczne od polityki odwraca, a przy filozofii trzy­ ma. A o tym, co u m i e , to i mówić nie warto, jak to mi D u c h znaki daje. Może to ktoś miał przedtem, a może i nikt. Więc spośród tych niewielu ci, co przyszli i zakosztowali, jaką słodycz i szczęście daje to dobro, i dosta­ t e c z n i e się napatrzyli szaleństwu szerokich kół, i zobaczyli, że po prostu n i k t n i e p r o w a d z i w p a ń s t w a c h jakiejś p o l i t y k i z d r o w e j i że nie ma się z kim sprzymierzyć, żeby pójść sprawiedliwości na pomoc i nie zginąć, tyl­ ko j a k b y c z ł o w i e k w p a d ł p o m i ę d z y d z i k i e z w i e r z ę t a i ani r a z e m z nimi ludzkiej krzywdy płodzić nie chce, ani się sam j e d e n w walce przeciw po­ w s z e c h n e m u zdziwieniu ostać nie potrafi, zanimby się na co mógł przydać państwu i przyjaciołom, a ginąc przed czasem zejdzie bez pożytku dla sie­ bie i dla drugich; więc jak sobie człowiek to wszystko razem zrachuje, to ci­ cho siedzi i to tylko robi, co do niego należy; z u p e ł n i e tak j a k b y w i c h e r zimą niósł kurz i ulewę, a on by gdzieś pod m u r k i e m przystanął i widział p e ł n o nieprawości w innych, a sam byłby zadowolony, jeżeli jakoś zachowa ręce czyste, wolne od śladów ludzkiej krzywdy i od obrazy boskiej, i tak to życie tutaj spędzi, a kiedy przyjdzie odejść, to odejdzie nie bez nadziei peł­ nej uroku; łagodnie i przy dobrej myśli. - Chociaż - powiada - nie czegoś najmniejszego by d o k o n a ł , gdyby tak odejść potrafił.
10 Ale już się w nim serce ucisza i już go dławią p o ł y k a n e łzy. Dlatego się u ś m i e c h a w tym ustę­ pie niezrównanym, którego czas nie tknął, i oto zdania w nim świecą niesamowicie. Tylko t r u d n o uwierzyć, żeby jakikolwiek ustrój - choćby najbardziej idealny - mógł cokolwiek poradzić na zdzi­ c z e n i e serc ludzkich. T a k i e rzeczy się leczą powoli i nie drogą przewrotów politycznych. Więc rzeczywiście: robić swoje, a nie tracić nadziei.

C

D

E

497 A

Księga VI

201

- Ani też czegoś największego - dodałem - gdyby nie natrafił na odpowie- 497 dni ustrój państwowy. Na tle odpowiedniego ustroju i sam bardziej by urósł i ocalając dobro własne, pomnażałby dobro pospolite. Więc skąd pochodzą te potwarze na filozofię i że niesłusznie na nią spa- XI dają, o tym, mam wrażenie, powiedziało się w sam raz tyle, ile trzeba, chy­ ba że ty powiesz może jeszcze coś innego 1 1 . - N i e - powiada - ja już nic więcej nie b ę d ę o tym mówił. Ale który z o b e c n i e istniejących ustrojów państwowych uważasz za najbardziej odpo­ wiedni jako grunt dla filozofii? - Ż a d e n - o d p o w i e d z i a ł e m . - I to w ł a ś n i e j e s t moja skarga, że ż a d e n B z dzisiejszych ustrojów państwowych nie jest godzien natury filozofa. Dla­ tego się też ta natura skręca i o d m i e n i a ; jakby kto o b c e nasienie w innej ziemi posadził, ono zamiera powoli i pod przemocą warunków zwykło prze­ chodzić w postać miejscową. Tak i ten g a t u n e k dzisiaj nie posiada siły so­ bie właściwej, tylko się przeradza w obcy sobie typ charakteru. A jak doC stanie jako tło ustrój najlepszy, p o d o b n i e jak sam jest najlepszy, w t e d y do­ piero pokaże, że jest naprawdę boski, a wszystko i n n e było ludzkie, czyby to o natury szło, czy o zajęcia. Ja widzę, że po tym wszystkim zapytasz, co by to był za ustrój. - N i e zgadłeś - powiada. - Ja się nie o to chciałem zapytać, tylko o to, czy to ma być ten, któryśmy przeszli zakładając państwo, czy inny. - Tak na ogół - o d p o w i e d z i a ł e m - ten. To samo mówiło się i wtedy, że zawsze będzie potrzeba w państwie jakiegoś czynnika, który by zachowywał tę samą myśl przewodnią ustroju, jaką miałeś ty, kiedyś jako prawodawca ustanawiał prawa. - Mówiło się to - powiedział. - Ale to się nie wyjaśniło należycie, bo zachodziła obawa pewna, wyście ją objawili ze swojej strony, że rozwinięcie i uzasadnienie tego p u n k t u było­ by i długie, i t r u d n e . Chociaż i pozostały p u n k t przejść nie jest rzeczą najłatwieszą ze wszystkich. - Jaki punkt? - W jaki sposób powinno się państwo odnosić do filozofii, jeżeli nie ma zginąć. Bo wszystkie wielkie zagadnienia są śliskie i jak się to mówi, wszy­ stko, co piękne, jest naprawdę trudne. - A j e d n a k - powiada - niechby znalazło jakiś koniec to zagadnienie, sko­ ro wypłynęło na wierzch. - Z pewnością nie brak chęci stanie na przeszkodzie, ale może być, że
11 Jakie w z m o ż o n e samopoczucie żywi Platon jako filozof, o tym świadczy to, że już nie nad tym się zaczyna zastanawiać, jaki filozof przydałby się państwu najlepiej - to już powiedział, tylko nad t y m , jaki ustrój p a ń s t w a p r z y d a ł b y się najlepiej j a k o g r u n t do rozwoju filozofa. O t ó ż ż a d e n z o b e c n y c h ustrojów. Na to potrzeba ustroju nowego, idealnego. W każdym razie s t o s u n e k pań­ stwa do filozofii powinien być inny, niż jest dziś, i inny p o w i n i e n być tok wykształcenia filozo­ ficznego. N i e z b y t wczesny kurs logiki, a p o t e m nic, tylko naprzód wychowanie fizyczne, p o t e m praca dla p a ń s t w a , a na starość d o p i e r o filozofia. P l a t o n wróci do t e g o t e m a t u i rozwinie go szerzej.

D

E

202

Platon, Państwo

497 E

nie d a m rady. J e s t e ś przy m n i e , więc b ę d z i e s z widział moją dobrą wolę. Zobacz i tetaz, jak ja gorąco i śmiało mam zamiar powiedzieć, że państwo powinno się do tej sprawy brać wprost przeciwnie niż dziś. - A jak? - Dzisiaj - powiedziałem - biorą się do tego młodzi ludzie bardzo wcze­ śnie, zaraz od chłopięcych lat. P o m i ę d z y zajęciami domowymi i zarobko­ wymi zbliżają się do najtrudniejszych dziedzin filozofii i odchodzą co naj­ zdolniejsi. Najtrudniejszą nazywam dziedzinę logiki. A później, kiedy pod wpływem innych, którzy się tym zajmują, ci chcą do nich chodzić na wykła­ dy, uważają to za wielką rzecz, a równocześnie myślą, że to trzeba trakto­ wać jako zajęcie uboczne. Pod starość zaś, z pewnymi nielicznymi wyjątka­ mi, gasną o wiele bardziej niż s ł o ń c e u H e r a k l i t a , bo nie zapalają się na nowo. - A to trzeba jak? - powiada. - Wprost przeciwnie. Za młodu, w chłopięcych latach powinni się cho­ wać na filozofii dla m ł o d z i e ż y i tym n i e c h się bawią, a najwięcej dbają 0 ciało w okresie, kiedy ono rośnie i mężnieje, aby i ono mogło później słu­ żyć filozofii. A z wiekiem, w miarę jak dusza dojrzewać zaczyna, coraz pil­ niej c h o d z i ć tam, gdzie się dusza ćwiczy. A k i e d y siły fizyczne o p a d n ą 1 sprawy polityczne i wojskowe pozostaną za nimi dopiero w t e d y niech się swobodnie pasą przy świątyni i nic i n n e g o nie robią, chyba żeby ubocznie, ci, którzy mają żyć szczęśliwie i przeszedłszy to życie tutaj, u w i e ń c z y ć je odpowiednim losem tam. - N a p r a w d ę , Sokratesie, ja mam wrażenie, że ty z serca mówisz, ale my­ ślę sobie, że wielu spośród słuchaczy stanie przeciw tobie z zapałem jeszcze większym, i nie uwierzą ci ani trochę - od Trazymacha począwszy. - Tylko nie próbuj m n i e - o d p o w i e d z i a ł e m - poróżnić z T r a z y m a c h e m , myśmy się dopiero co pojednali, a przedtem też nie byliśmy wrogami. Zro­ bimy wszystko, co można, żeby bądź to jego i tych innych przekonać, bądź t e ż zrobić coś dla nich na r a c h u n e k ich d r u g i e g o życia, k i e d y z n o w u na świat przyjdą i na takie myśli natrafią 12 .
12 Tu bijący w oczy dowód, żc to, co mówił T r a z y m a c h w I księdze, i cala j e g o postać nie jest straszakiem ani b ł a z n e m , wystawionym tam na p o ś m i e w i s k o czytelników, ani s m o k i e m , k t ó r e g o Sokrates-Perseusz mial tam zabić e f e k t o w n i e . P r z e c i w n i e . Platon oświadcza tu wyraźnie, że So­ krates i Trazymach nic byli i nie są wrogami. M y ś m y t e ż to widzieli już w I k s i ę d z e , ale to nie wszyscy widzą. T a k się Platon lubi z c z y t e l n i k i e m bawić w c h o w a n e g o . Ale oto mu na myśl przyszło coś, w czym jest p e w i e n uśmiech pocieszenia. Może być, powiada, że nie p r z e k o n a m was wszystkich dzisiaj, ale z r o z u m i e c i e m n i e i p o s ł u c h a c i e kiedyś, m o ż e po tysiącach lat, k i e d y b ę d z i e c i e żyli drugi raz. Ci sami. co dziś. Bo czasy się zmieniają, a ludzie tacy sami zostają mówi przysłowie. N i e tylko J a c y s a m i " , mówi Platon, ale po prostu „(i s a m i " . Tu pierwszy raz w ciągu tego dialogu pada pomysł powrotu dusz ludzkich na ziemię, przy czym ludzie w n a s t ę p ­ nych żywotach korzystaliby jakoś z tego, czego się nauczyli i czego doświadczyli w p o p r z e d n i c h . Będzie o tym mowa przy samym końcu księgi dziesiątej. T e n dziwny pomysł mniej dziwi u Pla­ tona, niżby dziwił u kogoś innego. Przecież człowiek z p e w n e g o m o m e n t u , na przykład pozujący do portretu p e w n e g o dnia i godziny, jest dla Platona tylko z n i k o m y m , chwilowym w i d z i a d ł e m te­ goż człowieka rzeczywistego, który sam w całości w ogóle nie jest widzialny w ż a d n y m m o m e n ­ cie, bo on jest j e d e n i t e n sam - zarówno wtedy, gdy ssie pierś matki jako n i e m o w l ę , jak i wtedy,

498 D

Księga VI

203

- To niby krótki czas masz na myśli - powiada. - To ż a d e n w o g ó l e czas - o d p a r ł e m - w s t o s u n k u do c a ł e g o c z a s u . A że ci, których jest wielu, nie pójdą za tym, co mówimy, to nic dziwnego. Bo nigdy nie widzieli czegoś w tym rodzaju, jak się to teraz mówi. Raczej słyszeli jakieś takie powiedzenia, umyślnie z sobą u z g a d n i a n e , a nie, żeby się one same z siebie tak schodziły, jak nam teraz. A żeby człowiek bliski E dzielności i reprezentujący ją, o ile to tylko możliwe, w sposób doskonały i c z y n e m , i słowem, stał na czele takiego s a m e g o państwa, tego ci ludzie nie widzieli nigdy, ani jednego takiego, ani wielu. A może sądzisz? - N o , w żaden sposób, przecież. 499 - Ani do ich uszu nie dochodziły jak trzeba, mój drogi, słowa p i ę k n e i niezależne, które by prawdy szukały usilnie i na wszelki sposób, dla same­ go poznania, a kazałyby się z daleka kłaniać d o w c i p o m i p o m y s ł o m spo­ rnym, nie obliczonym na nic innego, jak tylko na zdobycie sławy i roznieca­ nie sporów zarówno na terenie sądów, jak i na zebraniach prywatnych. - Ani tych nie słyszeli - powiada. - Więc t e ż d l a t e g o - d o d a ł e m - już wtedy, k i e d y ś m y to p r z e w i d y w a l i i obawiali się tego, to jednak mówiliśmy pod naciskiem prawdy, że ani pań­ stwo, ani ustrój państwowy, ani tak samo człowiek nigdy nie będzie dosko­ nały, zanim na tych nielicznych miłośników mądrości, których dziś ludzie nie nazywają złymi, tylko twierdzą, że z nich nie ma żadnego pożytku, ja­ kaś k o n i e c z n o ś ć ze zrządzenia losu nie s p a d n i e , ż e b y się chcąc czy n i e chcąc sprawami państwa zajmować zaczęli, a państwo, żeby ich słuchać mu­ siało, albo zanim synów dzisiejszych naczelników państw i królów, albo ich samych jakiś duch boży nie natchnie, żeby prawdziwą filozofię prawdziwie kochać zaczęli. Żeby którakolwiek z tych możliwości była wykluczona albo i jedna, i druga, na to ja nie mam żadnego dowodu. Bo inaczej mógłby się B

C

gdy wzruszony pierwszy raz słucha mitów z ust niańki, i gdy Homera skanduje na stołku u nau­ czyciela, i gdy się zapala do kariery politycznej, i gdy zrażony rezygnuje z niej, i już długą brodą sięga stołu, spisując refleksje o życiu, które było i minęło, i dalej mija; ale ten sam człowiek - nie­ widzialny - może jeszcze i nowe wyglądy przybierać: naprzód zgrzybiałego starca, a potem mu się ciało w ogóle rozpadnie, ale nic nie przeszkadza, żeby się ten sam człowiek nie miał znowu zja­ wić kiedyś w wyglądzie niemowlęcia i tam dalej, jak poprzednio. Niewątpliwie, powtarzają się w odstępach wieków ludzie tacy sami, właściwie - może to są właśnie ci sami? A czas jest długi końca mu nie widać. W obliczu wieczności Platon zdobywa się na pobłażanie i przebaczenie dla tych, do których nie trafia na razie. Tylko dlatego, że jego pomysł jakiejś naukowej organizacji państwa jest zbyt oryginalny, a współcześni zbyt nieprzygotowani do takich rzeczy i do takich myśli, na które nie stać mądrych dowcipnisiów ze sławnej szkoły megarejskiej. Ale stanowczo przecież nie wydaje mu się wykluczone, żeby się znalazł kiedyś w ciągu dziejów na tronie człowiek z kulturą filozo­ ficzną. Ten zracjonalizuje ustrój państwa z pewnością, choć to nie będzie łatwe. Platon się tro­ chę zawiódł. Bo ani Marek Aureli, ani cesarz Julian zasadniczych reform nic przynieśli, a na no­ wych filozofów na tronie trzeba było czekać aż osiemnaście w i e k ó w po Chrystusie. Zracjonalizo­ wanie zaś hodowli i eksploatacji ludzi w państwach zaczęto uprawiać na wielką skalę dopiero w wieku dwudziestym, ale to nie wyszło od typów, które by Platon do filozofów zaliczał. To za­ częli robić dyktatorzy po spaleniu lub zamknięciu parlamentów. O dyktatorach opowie Platon, co myśli - bardzo szeroko i wymownie, ale później. W tej chwili wierzy, że łagodnie i spokojnie przekonać potrafi nawet szerokie koła.

204

Platon, Państwo

499 C

ktoś słusznie z nas naśmiewać, że mówimy w ogóle tak, jak byśmy się tylko modlili. Czy nie tak? - N o tak. - Więc jeśli kiedyś na najprzedniejszych na polu filozofii spadła jakaś ko­ nieczność zajęcia się sprawami państwa, albo w ciągu n i e z m i e r n i e długiej przeszłości, albo jeśli ona gdzieś istnieje dziś w jakimś kraju niehelleńskim, D g d z i e ś d a l e k o , poza naszym p o l e m w i d z e n i a , albo m o ż e d o p i e r o k i e d y ś p r z y j d z i e , to g o t o w i ś m y się o to s p i e r a ć i p r z y t y m z o s t a ć , że p o w s t a ł o m ó w i o n y ustrój i że istnieje, i że b ę d z i e istniał, ale tylko wtedy, gdy ta Muza obejmie rządy nad państwem. Bo to nie jest niemożliwe, ani my nie głosimy niemożliwości. A że to jest rzecz trudna, na to się i my zgadzamy. - I m n i e się - powiada - tak wydaje. - A tylko szerokim kołom - dodałem - nie tak się wydaje - to powiesz? - Może być - mówi. E - Mój drogi - ciągnąłem - nie m ó w tak b a r d z o źle o szerokich k o ł a c h . Już ci one zmienią zdanie, jeżeli będziesz z nimi mówił nie po to, żeby się spierać, tylko po przyjacielsku im pokażesz, jakie to potwarze spadają na zamiłowanie do nauk, więc będziesz je odczerniał i pokazywał tych, których sam filozofami nazywasz, i b ę d z i e s z ich określał wyraźnie, tak jak p r z e d 500 chwilą, i naturę ich, i zajęcie, aby nikt nie sądził, że ty masz na myśli tych, 0 k t ó r y c h oni mówią. D o p r a w d y , j e ż e l i tak popatrzą, to z o b a c z y s z , że przyjdą do innego przekonania, i będą odpowiadali inaczej. Czy ty myślisz, że będzie się ktoś gniewał na tego, który się sam gniewa, albo zawistnie go­ tów patrzeć na tego, co zawiści nie zna, oczywiście, ktoś sam niezawistny 1 łagodny? Ja cię u p r z e d z ę i powiem, że w nielicznych j e d n o s t k a c h ją do­ puszczam, ale nie wierzę w tak złą naturę u ogółu. B - Zresztą i ja się z tobą zgadzam - powiada. - Nieprawdaż? I na to też się zgadzasz, że tej niechęci szerokich kół do filozofii winni są ci, którzy nieprzyzwoicie a z wielkim hałasem i nie wiado­ mo skąd na teren filozofii wpadli i teraz beszta j e d e n drugiego i nienawidzi, a wciąż o ludziach mówią wcale nie tak, jak filozofowi przystało? - N o , oczywiście - powiada. XIII - Bo widzisz, Adejmancie, człowiek, który się naprawdę całą duszą zwra­ ca do tego, co istnieje, nawet nie ma czasu patrzeć w dół na to, co tam lu­ dzie robią, i walczyć z nimi, i serce m i e ć p e ł n e zazdrości i złości; on ma C oczy skierowane i patrzy na to, co jest jakoś uporządkowane i zawsze takie samo, co ani krzywd nie wyrządza, ani ich nie doznaje j e d n o od drugiego, co ma porządek w sobie i sens; on to naśladuje i do tego się jak najbardziej upodabnia. Czy myślisz, że to jest możliwe, żeby się ktoś nie zrobił podob­ ny do tego, co kocha i z czym przestaje? D - To niemożliwe - powiada. - Więc kiedy filozof obcuje z tym, co boskie i ładne, sam się ł a d e m we­ w n ę t r z n y m napełnia i do boga zbliża, o ile to człowiek potrafi. A potwarz nie omija nikogo.

500 D

Księga VI

205

- Oczywiście, przecież. - Więc gdyby filozof w jakiś sposób był zmuszony, tak powiedziałem, sta­ rać się o to, żeby to, co tam widzi, wszczepić w obyczaje i w c h a r a k t e r y ludzkie w życiu prywatnym i w publicznym, a nie tylko formować samego siebie, to co myślisz, czy byłby z niego lichy twórca rozwagi i sprawiedliwo­ ści, i wszelkiej dzielności obywatelskiej? 13 - Bynajmniej - powiedział. - Więc jeżeli szerokie koła spostrzegą, że my prawdę o nim mówimy, to co? Czy będą się krzywiły na filozofów i nie będą wierzyły naszym słowom, że nigdy i na żadnej innej drodze szczęście w życiu państwa nie zawita, je­ żeli państwa malować nie zaczną ci malarze, którzy mają boski wzór przed oczami? - Krzywić się nie będą - powiada - jeżeli tylko to spostrzegą. Ale na­ prawdę, o jakim ty malowaniu mówisz? - Oni by się powinni - mówię - wziąć do państwa i do obyczajów ludz­ kich jak do obrazu i naprzód oczyścić podłoże, co wcale nie jest rzeczą ła­ twą. Więc widzisz - oni by się już tym różnili od wszystkich innych, że ani człowieka prywatnego, ani państwa ż a d e n by się z nich t k n ą ć nie chciał, aniby się brał do pisania praw, zanimby czystego podłoża albo nie dostał, alboby go sam nie oczyścił.
Z n o w u idealny obraz z r ó w n o w a ż o n e j i spokojnej duszy u c z o n e g o i j a k b y uszlachetniający wpływ o b i e k t y w i z m u , który musi c e c h o w a ć badaczów. To by tak p o w i n n o być i to by było bar­ dzo p i ę k n i e , ale czy to n a p r a w d ę zawsze tak jest, o to by trzeba zapytać Trazymacha. T e n usnął na razie, a Sokrates marzy ł a g o d n i e , jak to p i ę k n i e kiedyś ci ludzie idealni, nawykli do k o n t a k t u z rzeczywistością samą, a nie z jej pozorami zmysłowymi, przystąpią do stwarzania państwa ideal­ nego, jak malarze przystępują do tworzenia obrazu. 1 tu jest m o m e n t trochę straszny w swojej o s c h ł o ś c i , a wygląda n i e w i n n i e . O n i , powiada, n a p r z ó d oczyszczą p o d ł o ż e . A cóż tu b ę d z i e p o d ł o ż e m ? Żywi ludzie dotychczasowi. Dziś z n a m y zbyt d o b r z e to oczyszczanie podłoża i wie­ my, że reformatorzy ustrojów nie używają do t e g o celu p u m e k s u , tylko gilotyny lub jeszcze bar­ dziej n o w o c z e s n y c h m e c h a n i z m ó w . To w y m a z y w a n i e p e w n y c h rysów i wkreślanie w c h a r a k t e r y l u d z k i e innych, które się reformatorom wydawały idealne - też nie o d b y w a ł o się tylko z pomocą szkół, gazet i radia. Pomagały bardzo więzienia i obozy k o n c e n t r a c y j n e , i o d l u d n e wyspy; ter­ rorem maluje się takie obrazy najszybciej, choć nie zawsze najtrwalej. Widzieliśmy, jak się sam Platon c h c e o b c h o d z i ć z arcyludzkimi rysami serca ludzkiego; z miłością i współżyciem mężczy­ zny i kobiety, i z uczuciami rodzinnymi, aby m a t k o m macierzyństwo ułatwić, a państwu z a p e w n i ć najlepszą p i e c h o t ę i konnicę. Te właśnie n i e w i n n e , p i ę k n e p o r ó w n a n i a z dziedziny t e c h n i k i malarskiej, to traktowanie ży­ wych, czujących ludzi jako materiału martwego, kiedy się mówi o reformach od f u n d a m e n t ó w , które oczywiście wymagają gwałtu i nie dadzą się inaczej p o m y ś l e ć , świadczy z n o w u o schizotym i c z n e j oschłości reformatora tam, gdzie w grze jest życie p s y c h i c z n e c u d z e , które mu się wy­ daje nie takie, jakie być powinno. W liście VII, 331 C i nast. pisze wprawdzie Platon, że „ojca zaś i matki nie godzi się, z d a n i e m m o i m , p r z y m u s z a ć do czegokolwiek, chyba że nie są przy zdrowych zmysłach. Tą samą zasadą p o w i n i e n się i w o b e c państwa kierować w życiu człowiek r o z u m n y . " ( Z o b . M. Maykowska: Listy Platona, wyd. Kasa Mianowskiego, 1938, str. 90. Ale nasz tekst tutaj każe bardzo krytycznie brać te słowa). Platon wierzy j e d n a k , że jeżeli się s z e r o k i m kołom wyjaśni, co to jest filozof, to nie będą się wahały u z n a ć filozofów za najlepiej ukwalifikowanych do rządzenia w p a ń s t w i e . Wierzy, bo jest w nastroju pojednawczym, łaskawym po tym naszkicowaniu państwa w zarysie.
13

206

Platon, Państwo

501 A

B

C

- I słusznie - powiada. - N i e p r a w d a . P o t e m , uważasz, podszkicowaliby zarys ustroju p a ń s t w o ­ wego. - No, czemu nie? - A p o t e m , myślę sobie, podczas wykonywania roboty, często by spoglądali na obie strony, na to, co s p r a w i e d l i w e i p i ę k n e , i rozważne z natury, i na wszystkie takie rzeczy, a z drugiej strony na to, co w ludziach tkwi; wpuszczaliby to mieszając i stapiając spotykany w różnych ludziach pierwia­ s t e k arcyludzki, pamiętając, że i H o m e r mówił o tym, co w ludziach mie­ szka, że to jest boskie i do bogów p o d o b n e . - Słusznie - powiada. - I j e d n o by musieli - sądzę - wymazywać, a drugie na nowo wkreślać, ażby obyczaje i charaktery ludzkie zrobili, o ileby się dało, możliwie bogom miłe. - To bardzo by ładny wypadł obraz - powiada. - A czy my - dodałem - przekonamy w jakiś sposób tych, o których mówi­ łeś, że na nas idą n a w a ł e m , i czy oni uwierzą, że to w ł a ś n i e j e s t malarz ustrojów państwowych, ten, któregośmy wtedy wobec nich pochwalili, a oni się gniewali, że my mu powierzamy państwa? Czy teraz słysząc to złago­ dnieją? - Oczywiście, że bardzo - powiada - jeżeli tylko mają rozum. - Bo o co się będą kłócili? C z y o to, że filozofowie nie kochają b y t u i prawdy? - To by nie miało sensu - powiada. - A może o to, że ich natura, którąśmy przeszli, nie jest p o k r e w n a t e m u , co najlepsze? - Ani o to. - Więc cóż? O to, że taka natura, jak dostanie właściwe sobie zajęcie, to nie będzie doskonała i nie będzie kochała mądrości, raczej niż którakolwiek inna? Czy raczej to powiedzą o tych, których myśmy wykluczyli? - N o , nie, przecież. - Więc czy będą się jeszcze gniewali, kiedy my b ę d z i e m y mówili, że za­ n i m ród filozofów nie uzyska władzy, to nie ustaną n i e s z c z ę ś c i a ani dla państw, ani dla obywateli, ani też ustrój, który stwarzamy w wyobraźni, nie dojdzie do skutku w praktyce?

D

E

- Może trochę mniej - powiada. - Jeżeli pozwolisz - d o d a ł e m - to z g ó d ź m y się, że nie t r o c h ę m n i e j się będą gniewali, tylko że zrobią się całkiem łagodni i przekonani, bo inaczej, 502 jeżeli już nie co innego, to sam wstyd ich do zgody przymusi. - Tak jest - powiedział. XIV - Z a t e m ci - d o d a ł e m - niech będą p r z e k o n a n i . A o to czy b ę d z i e się ktoś spietał, że nie może się zdarzyć p o t o m e k króla czy innego panującego, mający naturę filozofa? - O to nikt - powiada.

502 A

Księga VI

207

- A że gdyby się taki urodził, to się musi koniecznie i n i e u c h r o n n i e ze­ psuć, czy to potrafi ktoś twierdzić? Bo że uratować się nie jest łatwo, na to się i my zgadzamy, ale żeby się w całym biegu czasu spośród wszystkich nigdy nie uratował ani jeden, czy ktoś potrafi stać na takim stanowisku? B - Ależ jakim sposobem? - Więc doprawdy - ciągnąłem - jeżeli przyjdzie j e d e n taki jak się należy, a b ę d z i e miał państwo uległe, to przeprowadzi wszystko, w co się dziś lu­ dziom wierzyć nie chce 14 . - On wystarczy - powiada. - Jeżeli stojący na czele - dodałem - ustanowi takie prawa i tak wyznaczy zajęcia, jakeśmy to przeszli, to przecież nie jest wykluczone, żeby i obywa­ tele chcieli tak postępować. - Wcale nie wykluczone. - A tylko to, co nam się wydaje słuszne, to się musi innym wydawać dzi­ waczne i niemożliwe? - Ja nie sądzę - powiada. - A że to jest najlepsze, jeżeli tylko jest możliwe, tośmy, sądzę, dostaC tecznie wykazali poprzednio. - Dostatecznie, przecież. - A teraz chyba wynika nam w odniesieniu do prawodawstwa, że najlep­ sze j e s t w ł a ś n i e to, o k t ó r y m mówimy, g d y b y się t y l k o s p e ł n i ć m o g ł o , i że to jest wprawdzie trudne, ale doprawdy nie jest niemożliwe. - To wynika - powiedział. - Nieprawdaż, skoro się ten t e m a t z t r u d e m wielkim skończył, trzeba te- XV raz p o w i e d z i e ć i to, co zostało; w jaki to sposób u nas i z posiewu jakich D p r z e d m i o t ó w nauczania, i z jakich zajęć będą nam w państwie rośli zbawi­ ciele i zachowawcy ustroju, i w jakim wieku ma się każdy z nich k a ż d y m p r z e d m i o t e m zajmować 1 5 . - Więc trzeba powiedzieć - mówi. - Na nic mi się nie przydało - dodałem - to mądre pociągnięcie, k i e d y m
Prawie że proroczo brzmi ten u s t ę p , dotyczący przyszłych organizatorów państw: „jeżeli przyj­ dzie j e d e n taki jak się należy, a b ę d z i e miał p a ń s t w o uległe, to przeprowadzi wszystko, w co się dzisiaj ludziom wierzyć nie c h c e " . To jest wielka prawda: jeśli państwo jest uległe, a można wie­ le p a ń s t w do tego doprowadzić, to niewiarygodne reformy może przeprowadzić organizator. Sło­ w e m : Platon nie traci wiary w możliwość realizacji swojego ustroju albo jakiegoś zbliżonego. Wraca dalszy ciąg zagadnienia p r z e r w a n e g o p o p r z e d n i o : jak kształcić strażników d o s k o n a ł y c h , którymi mają być filozofowie. P r z e d e wszystkim wybrać za pomocą o d p o w i e d n i c h testów j e d n o ­ stki najlepsze pod w z g l ę d e m i n t e l e k t u i c h a r a k t e r u . Pierwszy postulat próbują dziś s p e ł n i a ć z pomocą skali Bineta i T e r m a n a ; testów na charakter szuka się dalej z bardzo ś r e d n i m powodze­ n i e m . Interesujące uwagi typologiczne: twardy c h a r a k t e r częściej idzie w parze z mierną inteli­ gencją - na typach bardzo sprytnych nie tak p e w n i e można polegać. To już tak jest. J e d n o s t k a krytyczna łatwiej znajduje drogę do obejścia przepisów narzuconych a nieznośnych, łatwiej zrywa w e w n ę t r z n i e z p r z e p i s e m nieracjonalnym, ma pokusy do c h o d z e n i a własnymi drogami - to o d p a ­ da, gdy i n t e l e k t ograniczony nie wskazuje żadnych innych dróg poza jedną, wyznaczoną z góry. Tu widać, z j a k i m h u m o r e m Platon rysuje plastycznie m ł o d z i e ń c a o g r a n i c z o n e g o o d o b r y m cha­ rakterze. Taki miałby wielki kłopot, gdyby miał czytać dalszy ciąg tej księgi. A ten inteligent­ niejszy miałby też trudności.
15 14

208

Placon, Państwo

502 D

p o p r z e d n i o odłożył na bok sporną sprawę zdobywania kobiet i kształcenia dzieci, i ustanawiania rządzących, bom wiedział, jaką to n i e c h ę ć musi wy­ woływać i jak jest trudno, żeby się to działo w postaci doskonałej i prawdziE wej. Bo teraz j e d n a k to wróciło i trzeba to przechodzić, m i m o wszystko. Sprawa k o b i e t i dzieci zakończona, ale sprawę rządzących t r z e b a przejść jakby od początku. Mówiliśmy, jeżeli sobie przypominasz, że oni powinni objawiać przywią503 zanie do państwa, i powinni być w y p r ó b o w a n i w rozkoszach i w bólach, i niechby było widać, że swego dogmatu nie wyrzucą za płot, ani w m o m e n ­ tach strachu, ani w ż a d n e j innej o d m i a n i e . A który by tego nie potrafił, tego wykluczyć, a który by z każdej próby wyszedł nietknięty, jak to złoto, którego się w ogniu doświadcza, tego ustanowić rządzącym i obsypać go da­ rami i zaszczytami za życia i po śmierci. Jakoś tak się mówiło, kiedy myśl nasza chyłkiem zeszła z drogi, ponieważ bała się poruszać tego, co teraz. B - Świętą prawdę mówisz; i pamiętam przecież. - Bo ja się wahałem, przyjacielu, powiedzieć to, na com się teraz ośmie­ lił. Teraz niech już śmiało padnie to słowo, że jako najściślejszych strażni­ ków trzeba ustanawiać filozofów. - N i e c h będzie powiedziane - dodał. - A zobacz, jak p r a w d o p o d o b n i e mało ich będziesz miał. Bo muszą po­ siadać tę n a t u r ę , którąśmy przeszli, a jej składniki rzadko k i e d y chcą się zrastać w jedność, ona się najczęściej trafia w postaci ułamkowej. C - Jak to rozumiesz? - powiada. - Ci zdolni do nauk i obdarzeni dobrą pamięcią i bystrym umysłem, i co tam j e s z c z e za tym idzie, wiesz, że j a k o ś nie często sobie przynoszą na świat c h a r a k t e r męski i szlachetną postawę duchową, tak żeby chcieli żyć porządnie, ł a d n i e a w spokoju, i stale objawiali siłę charakteru. Ale żywy t e m p e r a m e n t ponosi takich ludzi byle gdzie i oto gdzieś się podziewa cała ich siła wewnętrzna. D - Prawdę mówisz - powiedział. - Nieprawdaż? A t a m t e znowu charaktery mocne i niezdolne do łatwych zmian, na których wierności raczej można by w praktyce polegać, ponieważ budzą zaufanie, i na wojnie strach nie ma do nich p r z y s t ę p u , na t e r e n i e nauk zachowują się znowu tak samo, żadna nauka nie ma do nich przystępu i żadna się t a k i e m u głowy nie chwyta, jakby go kto w o d u r z e n i e wprawił; taki nic, tylko śpi i poziewa, kiedy wypada zadać sobie jakiś t r u d w tym rodzaju. - Jest tak - powiada. - A myśmy przecież mówili, że trzeba pięknie i ładnie mieć w sobie jed­ no i drugie, a jeśli ktoś tych rzeczy w sobie nie łączy, to nie trzeba takiemu dawać ani wykształcenia najwyższego, ani zaszczytów, ani rządów. - Słusznie - powiedział. - Czy nie myślisz, że to będzie rzadkie połączenie? - Jakżeby nie miało być?

E

503 E

Księga VI

209

- Z a t e m t r z e b a r o b i ć próby, s t o s o w a ć te t r u d y i strachy, i r o z k o s z e , 0 których mówiliśmy wtedy, a jeszcze i to, cośmy wtedy pominęli, to mówi­ my teraz, że i z pomocą licznych p r z e d m i o t ó w nauczania trzeba te natury ćwiczyć patrząc, która potrafi znieść także p r z e d m i o t y największe, czy też się ich nastraszy i odpadnie; podobnie jak przy innych zawodach strach nie- 504 j e d n e g o na bok odstawiał. - Trzeba tak patrzeć - powiada. - Ale które to przedmioty nauczania na­ zywasz największymi? - Przypominasz sobie z pewnością - powiedziałem - żeśmy trzy postacie XVI w duszy rozróżnili mówiąc w związku z tym o sprawiedliwości, rozwadze, męstwie i mądrości, zabraliśmy sobie to, czym jest każda z nich 1 6 . - Gdybym tego nie pamiętał - powiada - nie miałbym prawa słuchać tego wszystkiego, co potem. - A to, co przedtem, pamiętasz? - Co takiego? - Mówiliśmy gdzieś tam, że chcąc najpiękniej te rzeczy zobaczyć, trzeba by iść inną, dłuższą drogą naokoło; o n e się ukażą jasno dopiero t e m u , kto by ją przebył; na razie można się było brać tylko do tych wywodów, które się wiązały z ustaleniami p o p r z e d n i m i . I wyście mówili, że to wystarczy, 1 tak się też wtedy te rzeczy mówiło, moim zdaniem nie dość jasno i ściśle, a jeżeli wam się to podobało, to może wy to i powiecie. - Moim zdaniem - powiada - w samą miarę. I n n y m się też tak wydawało. - Ach, przyjacielu - o d p o w i e d z i a ł e m - miara w t a k i c h rzeczach, jeżeli choć trochę odbiega od tego, co jest, to nie jest miara w samą miarę. Co nie jest doskonałe, nie jest żadną miarą dla niczego. Tylko się tak nieraz k o m u ś wydaje, że już wszystko w porządku, i nie ma potrzeby szukać głę­ biej. - Bardzo wielu - powiada - zachowuje się w ten sposób, ale to jest lekko­ myślność. - A to zgoła nie jest zaleta strażnika państwa i praw. - Z a p e w n e - dodał. - Więc taki - ciągnąłem - musi iść drogą dłuższą naokoło, musi uczyć się
Bo przychodzą ustępy n a t c h n i o n e , p r z e n o ś n e , pisane tu i ówdzie raczej dla siebie s a m e g o niż dla czytelnika, w e z b r a n e u c z u c i e m , a k r ę p o w a n e i dociągane g w a ł t e m do jaśniejszego wyglądu, jakby ktoś k o n i e c z n i e chciał s o n a t ę patetyczną wypowiedzieć za pomocą rozdziału z g e o m e t r i i . Zrazu potoczny styl, tu i ówdzie żart, polemika, ale przez to wszystko przebija coraz wyraźniejszy rytm, aż w d z i e w i ę t n a s t y m i d w u d z i e s t y m rozdziale przyjdzie coś, jak uroczysta pieśń, zjawi się Bóg Ojciec i Bóg Syn: Dobro samo i słońce. P l a t o n p r z y p o m i n a naprzód to, co się mówiło o dobrych stronach człowieka i państwa. Taką dobrą stroną była mądrość, męstwo, rozwaga i sprawiedliwość. To są cztery p r z e d m i o t y okreś­ lone, cztery postacie, których m o ż e dotyczyć p o z n a n i e i nauka. Każdy z tych p r z e d m i o t ó w jest p e w n y m d o b r e m , w k a ż d y m z nich jest coś z Dobra, D o b r o przebija się też we wszystkich rze­ czach c e n n y c h , we wszystkich myślach z s e n s e m . D o b r o jest postacią najwyższą - a m o ż e być też p r z e d m i o t e m poznania i nauki. Co by to była za nauka, t r u d n o powiedzieć na p e w n o . P o n i e ­ waż j e d n a k D o b r o u Platona wychodzi na to samo, co byt i rzeczywistość, więc mogłaby to być jakaś ontologia, metafizyka opisowa, może i logika w pewien sposób ujęta.
16

B

C

D

1

210

Platon, Państwo

504 D

i trudzić przy tym nie mniej niż przy ćwiczeniach cielesnych. Albo też, jak mówimy w tej chwili, nie dojdzie nigdy do końca nauki największej i naj­ bardziej dla niego odpowiedniej. - A więc to nie są rzeczy największe? Czy jest coś jeszcze większego niż sprawiedliwość i to, cośmy przeszli? - Jest i coś większego - odpowiedziałem. - I ttzeba te rzeczy nie w szkicu zobaczyć, tak jak teraz, ale nie pomijać ich w postaci doskonale wykończoE nej. Czy to nie byłoby śmieszne, k i e d y chodzi o inne rzeczy małej wagi, robić wszystko, co można, aby wyszły jak najściślej i najczyściej, a nie uwa­ żać, że t e m u , co największe, należy się i ścisłość największa? - To j e s t myśl b a r d z o godna uwagi. Ale który to j e s t t e n największy przedmiot nauki i co ty właściwie tak nazywasz, to jak myślisz, czy cię ktoś puści do domu nie zapytawszy się, co to jest? - N i e b a r d z o - o d p o w i e d z i a ł e m . - W i ę c pytaj i ty. Zresztą n i e r a z j u ż 0 nim słyszałeś; teraz albo nie pamiętasz, albo chcesz mi robić trudności, 505 boś się obrócił przeciwko m n i e . Ja myślę, że raczej to drugie. Bo to, że n a j w i ę k s z y m p r z e d m i o t e m n a u k i j e s t p o s t a ć D o b r a , t o ś c z ę s t o słyszał, 1 że przez nią to, co sprawiedliwe i tam dalej, staje się tym, co p r z y d a t n e i co pożyteczne. I teraz mniej więcej wiesz, że chcę o tym mówić, a oprócz tego i to, że nie znamy jej dostatecznie. A jeśli jej nie znamy, to choćbyB śmy wszystko inne i najlepiej znali, wiesz, że na nic nam się to nie przyda, z u p e ł n i e tak samo, jak byśmy posiedli cokolwiek, a D o b r a by w tym nie było. Czy ty uważasz, że warto posiąść wszystko, co tylko posiąść można, nie posiadłszy tego, co dobre? Albo myśleć sobie wszystko, co p o m y ś l e ć można, t y l k o nie to, co d o b r e , i w t e n s p o s ó b nie myśleć sobie n i c z e g o pięknego ani dobrego? - Na Zeusa - powiada - ja tak nie uważam. XVII - A wiesz, prawda, i to, że ci, których jest wielu, myślą, że Dobro to jest rozkosz, a subtelniejsi, że to poznanie 1 7 . - N o , jakżeby nie. - I to też, przyjacielu, że ci, którzy stoją na tym stanowisku, nie umieją wskazać, co to za p o z n a n i e , i muszą w k o ń c u powiedzieć, że to p o z n a n i e Dobra. C - To bardzo zabawne - powiada. - Jakżeby nie zabawne - dodałem - skoro najpierw zarzucają nam, że my nie znamy Dobra, a p o t e m tak do nas mówią, jak byśmy je znali? Bo mó­ wią, że p o z n a n i e jest p o z n a n i e m dobra, jak byśmy my r o z u m i e l i , co oni mają na myśli, kiedy wymawiają wyraz „ d o b r o " . - Święta prawda - mówi. - Więc cóż? Ci, którzy określają Dobro jako rozkosz, to chyba nie mniej się błąkają niż tamci. Czy i ci nie muszą przyznać, że istnieją rozkosze złe?
17 D o b r o - to nie jest to samo co rozkosz, bo są też rozkosze niedobre, ani to samo co p o z n a n i e o n o jest przedmiotem poznania. Musi ten p r z e d m i o t znać strażnik doskonały, jeżeli ma w pań­ stwie zachować j e g o objawy.

505 D

Księga VI

211

- Bardzo stanowczo. D - Więc im wypada, uważam, zgodzić się, że dobro i zło wychodzi na jed­ no. Czy nie? - No cóż? - Nieprawdaż, że wielkie i liczne spory z tym się wiążą, to jest jasne? - Jakżeby nie? - No cóż? A to czy nie jest jasne, że jeśli chodzi o to, co sprawiedliwe i p i ę k n e , to niejeden gotów wybrać i to, co się tylko takim wydaje, choćby ono i nie było takie; j e d n a k b y to robił i zdobywał i za takie by to uważał, a jeśli o dobro idzie, to już n i k o m u nie wystarczy zdobyć dobro r z e k o m e , tylko każdy szuka istotnego, a samą tylko opinię na tym p u n k c i e każdy ma w pogardzie? - I bardzo - dodał. - Więc to, za czym b i e g n i e każda dusza i dla czego robi wszystko, co E robi, przeczuwając, że istnieje coś takiego, ale nie znając go i nie mogąc na­ leżycie uchwycić, co to takiego jest, ani się do niego z niezachwianą wiarą odnosząc jak do innych, przez co ją wiele innych rzeczy też omija, które by się na coś przydać mogły, więc na coś takiego i tak wielkiego powiemy, że powinni mieć oczy z a m k n i ę t e także i ci najlepsi w państwie, którym wszy- 506 stko oddamy w ręce? - Zgoła nie - powiada. - Ja m a m w r a ż e n i e - d o d a ł e m - że to, co sprawiedliwe i co p i ę k n e nie znajdzie g o d n e g o strażnika w kimś, kto by nie wiedział, że to właśnie jest d o b r e , i pod jakim w z g l ę d e m . A m a m i to przeczucie, że bez tej wiedzy nikt tego nie pozna należycie. - To słuszne masz przeczucie - powiada. - Z a t e m prawda, że państwo będzie doskonale urządzone dopiero wtedy, B kiedy na jego czele będzie stał strażnik znający się się na tych rzeczach? - To konieczne - powiada. - Ale tak, ty Sokratesie, czy ty d o b r e m nazy- XVIII wasz wiedzę czy rozkosz, czy coś innego jeszcze? 1 8
18 Ale czym właściwie jest Dobro samo? Jak je określić? Tu Sokrates m i l k n i e . C o ś mu się wyda­ je na ten t e m a t , powiada. Ale dajmy t e m u pokój - dodaje - nie potrafi tego ująć w ż a d n e słowa. Widać, że ten wyraz nie ma w tej chwili u niego wyraźnego znaczenia, tylko budzi g w a ł t o w n e uczucia, k t ó r e się o p r z e n o ś n i e proszą. Jakaś wielka pochwała, u w i e l b i e n i e , cześć, wdzięczność, miłość, woń uczuciowa z e b r a n a z wszystkich dobrych m o m e n t ó w w życiu i związana z tym j e d ­ nym wyrazem: D o b r o . Uczucia, które w dziecięcych latach próbował odnosić do Z e u s a , ojca b o ­ gów i ludzi, i do Ateny Panny, dziś odnosi Platon do tej istoty, która się nazywa D o b r o . I nazywa się Prawda, i nazywa się Byt, Rzeczywistość. To jest dla niego prawdziwy Bóg. On widzi j e g o blask i j e g o twór we wszystkim, co p i ę k n e i c h w a l e b n e .

A że się Platon patosu wstydzi, więc swoje r o z m o d l e n i e d z i e c i ę c e okrywa żartami i mówi, że D o b r o to Ojciec i o N i m s a m y m mówić t r u d n o , ale On ma dziecko, całkiem do N i e g o p o d o b n e o tym S y n u mówić łatwiej. S y n e m bożym jest słońce. „A światło w ciemnościach świeci i c i e m ­ ności go nie chwytają. Światło, które oświeca k a ż d e g o człowieka przychodzącego na ten świat" tak b ę d z i e pisał w jakichś niecałych pięć w i e k ó w później święty Jan na początku swojej D o b r e j Wieści o tym, którego nazywa P o m a z a n y m i nazywa go S y n e m Bożym. Ale to są bardzo d a l e k i e echa VI Księgi Państwa. Platon streszcza teraz krótko swoją n a u k ę o postaciach, czyli ideach. I d e e to nie są pojęcia

212

Platon, Państwo

506 B

- Oto jest mąż - zawołałem. - Pięknie było już od dawna widać, że ci nie wystarczy to, co sobie inni na ten temat myślą. - Wydaje mi się nawet, S o k r a t e s i e , że nie godzi się u m i e ć t y l k o stre­ szczać c u d z e poglądy, a swojego własnego nie mieć, kiedy się ktoś tak dłu­ go bawił tym zagadnieniem. C - No cóż? A czy godzi się, twoim z d a n i e m , mówić tak, jakby człowiek coś wiedział o rzeczach, o których nie wie? - N i g d y - p o w i a d a - tak, j a k b y w i e d z i a ł , ale tak, jak m n i e m a . Ż e b y chciał powiedzieć to, co mu się wydaje. - No cóż? - powiedziałem - a czyś nie zauważył, że mniemania tam, gdzie wiedzy nie ma, są wszystkie licha warte? Najlepsze z nich są ś l e p e . Czy uważasz, że różnią się czymś od ślepych idących prosto drogą ci, którzy ży­ wią jakieś m n i e m a n i e prawdziwe, ale nieprzemyślane teoretycznie? - Niczym się nie różnią - powiada. D - Więc wolisz patrzeć na to, co licha warte, co ślepe i krzywe, kiedy mo­ żesz od innych słyszeć rzeczy świetne i piękne? - Tylko, na Zeusa, Sokratesie - zawołał Glaukon - tylko nie urywaj teraz, jak byś był już u końca! N a m wystarczy, jeżeli dobro omówisz tak samo, jakeś omawiał sprawiedliwość i rozwagę, i te tam inne. - M n i e też, przyjacielu, to z u p e ł n i e wystarczy - o d p o w i e d z i a ł e m . - Ale gotówem nie dać rady, porwę się, skompromituję się i b ę d ę śmieszny. Ale, E moi kochani, co to właściwie jest Dobro samo, dajmy t e m u pokój na razie. Bo m a m wrażenie, że przy o b e c n y m rozpędzie nie dojdziemy do tego, co mi się na ten temat wydaje w tej chwili. Ale co mi się jako dziecko Dobra przedstawia, i to całkiem do niego p o d o b n e , to chcę powiedzieć, jeżeli i wy zechcecie, a jeśli nie, to dam pokój. - Ależ mów - powiada. - Za karę na drugi raz będziesz mówił o ojcu. 507 - Bardzo bym się cieszył - odpowiedziałem - gdybym potrafił tę karę za­ płacić, i wy gdybyście ją przyjęli, a nie tak, jak teraz, tylko same procenty. Więc weźcie ten procent, tego potomka Dobra samego. A tylko strzeżcie się, abym was jakoś mimo woli w pole nie wyprowadził i nie dał za procent fał­ szywych informacji o tym p o t o m k u . - Będziemy się - powiada - strzegli w miarę sil. Mów tylko! - M u s z ę się n a p r z ó d z wami p o r o z u m i e ć - o d p o w i e d z i a ł e m - i przypom n i e ć wam to, co się p r z e d t e m powiedziało, i nieraz się to przy innej spo­ sobności mówiło.
ani myśli jakieś, ani słowa, tylko to są p r z e d m i o t y p e w n e , którym odpowiadają nazwy ogólne, tak jak p r z e d m i o t y zmysłowe chwilowe, k o n k r e t n e , odpowiadają i m i o n o m własnym, n a z w o m jednost­ k o w y m . Postacie rzeczy, czyli idee, można poznawać tylko myślą, a nigdy z m y s ł a m i . T a k jak na przykład nikt nie może zmysłami zobaczyć dobroci lub sprawiedliwości ludzkiej - może tylko zo­ baczyć w p e w n y m m o m e n c i e p e w n e g o człowieka d o b r e g o lub sprawiedliwego, a sprawiedliwość może ująć, ale tylko myślą. O t ó ż w a r u n k i e m n i e z b ę d n y m widzenia oczami rzeczy k o n k r e t n y c h jest światło. O n o wiąże zdol­ ność widzenia przysługującą oczom z widzialnością, która przysługuje p r z e d m i o t o m k o n k r e t n y m . Bez światła nie ma żadnych wyglądów rzeczy i nie ma ż a d n e g o widzenia.

B

507 B

Księga VI

213

- Co takiego? - powiada. - Że wiele jest rzeczy pięknych - odrzekłem - i wiele jest rzeczy dobrych, i o każdym rodzaju rzeczy tak mówimy, i tak to określamy słowem. - Mówimy tak. - A także Piękno samo i Dobro samo, i tak o wszystkich rzeczach, k t ó r e ś m y p o p r z e d n i o jako liczne przyjmowali, teraz je znowu pod jedną postać każdego rodzaju kładziemy, ta jest jedna, i tak o każdej rzeczy mówimy, czym jest. - Jest tak. - I o tych mówimy, że je widzimy, a nie poznajemy ich myślą, a postacie znowu (idee) poznajemy myślą, a nie widzimy ich. - Ze wszech miar. - A jaką cząstką naszej osoby widzimy rzeczy widzialne? - Wzrokiem - powiada. - N i e p r a w d a ż - mówię - a s ł u c h e m rzeczy słyszalne, a innymi zmysłami wszelkie rzeczy spostrzegalne? - N o , tak. - A czyś się zastanawiał nad tym, jak to twórca naszych z m y s ł ó w najkosztowniej utworzył zdolność widzenia i widzialności? - N i e bardzo - powiada. - Więc tak zobacz. Czy istnieje coś innego rodzaju, czego by brakło słu­ chowi i głosowi do tego, żeby słuch mógł słyszeć, a głos żeby był słyszalny?

C

I jeżeli się to trzecie nie dołączy, to słuch nie będzie słyszał, a głos nie bę- D dzie słyszalny? - Niczego takiego nie trzeba - powiedział. - I ja mam wrażenie - dodałem - że wielu innym zmysłom też niczego ta­ kiego nie brak, żeby nie powiedzieć, że w ogóle żaden zmysł niczego takie­ go nie potrzebuje. A może ty byś umiał taki zmysł wymienić? - Ja bym nie umiał - powiada. - A zdolność do widzenia i widzialność, czy nie miarkujesz, że potrzebują czegoś takiego? - Jakim sposobem? - Chociaż tam będzie wzrok w oczach i ten, który go posiada, zechce się nim posługiwać i chociaż b ę d z i e barwa na p r z e d m i o t a c h , to j e d n a k , jeżeli się nie dołączy rodzaj trzeci, to mający właśnie naturalne przeznaczenie, to E wiesz, że wzrok nic nie zobaczy, a barwy zostaną niewidzialne. - Czegóż tam takiego jeszcze potrzeba? - zapytał. - Tego, co ty nazywasz światłem - odpowiedziałem. - Prawdę mówisz - powiada. - Z a t e m niemała postać wiąże zmysł wzroku i widzialność, łącznik mię- 508 dzy nimi zacniejszy od innych powiązań, chyba że światło to jest czynnik mało czcigodny. - Ależ - powiada - d a l e k o do tego, żeby światło miało być czymś mało czcigodnym. - A k t ó r e m u z bogów n i e b i e s k i c h u m i e s z to przypisać, który jest j e g o XIX

214

Platon, Państwo

508 A

B

panem, i jego światło sprawia, że nasz wzrok widzi najpiękniej, a rzeczy wi­ dzialne są widziane? - T e m u , co i ty - powiada - i inni kidzie też. Bo jasna rzecz, że ty pytasz o Heliosa - Więc taki jest stosunek wzroku do tego boga? - Jaki? - N i e jest słońcem wzrok; ani sam, ani to, w czym wzrok tkwi, a my to nazywamy okiem. - No nie, przecież. - Ale to jest narząd najbardziej do słońca p o d o b n y ze wszystkich narzą­ dów zmysłowych. - W wysokim stopniu. - Nieprawdaż? On i siłę swoją ze słońca czerpie; ona jakby s t a m t ą d do niego napływa? - Tak jest. - Więc prawda, że słońce nie jest wzrokiem, tylko jest przyczyną wzroku i dlatego wzrok je widzi. - Tak jest - powiada.
19 Światło to jest, w e d ł u g wierzeń ludowych, też moc boża, moc Heliosa, słońca. M o c nasze­ go oka, czyli zdolność widzenia przedmiotów, i s a m o w i d z e n i e zawdzięczamy s ł o ń c u . O n o jest j e g o przyczyną. T a k samo, jak jest przyczyną tych jasnych, barwnych, c h w i l o w y c h w i d o k ó w i wyglądów, a więc tylko widziadeł rzeczy materialnych, w których nam się te rzeczy zjawiają d o ­ piero, gdy te widziadła słońce wywoła z ciemności.

Taka sama jest rola Dobra (czyli Bytu, Rzeczywistości, Prawdy), jeżeli chodzi o p r z e d m i o t y myśli, o postacie rzeczy, które się tylko myślami ujmuje. Tylko wtedy, gdy taka p o m y ś l a n a po­ stać rzeczy ma w sobie choć trochę Rzeczywistości, Bytu, Dobra, tylko w t e d y myśl, która ją uj­ muje, staje się p o z n a n i e m , wiedzą, a nie b a ł a m u c t w e m , fikcją, urojeniem, i jej p r z e d m i o t jest wtedy prawdziwy, a nie jest fałszem, złudą. Prawda naszych pomysłów to jest jakby kolor i blask Rzeczywistości, leżący na przedmiotach naszych myśli, a p o z n a n i e nasze jest jak w i d z e n i e rzeczy m a t e r i a l n y c h . O t o dlaczego D o b r o , czyli Byt, jest j a k b y ojcem słońca i ma z nim p o d o b i e ń s t w o rodzinne w naturze swej i w działaniu. To wszystko nie jest żadna mistyka, tylko z pomocą obra­ zowych z w r o t ó w p o w i e d z i a n e rzeczy dość p r o s t e i s ł u s z n e , i z r o z u m i a ł e . To p r z e c i e ż prosta rzecz, że nie każdy pomysł, nie każda myśl ujęta wyrazami oderwanymi jest prawdziwa i zasługu­ je na nazwę poznania. Tylko wtedy nasze pomysły tego rodzaju są prawdziwe, gdy im o d p o w i a d a coś rzeczywistego, gdy tak jest, jak to sobie myślimy. Poza tym są m ę t y i c i e m n o ś c i w głowie, i majaczenia. Wiedza nasza i prawda to są p i ę k n e rzeczy i d o b r e , i wielkie, ale d o b r o , czyli rze­ czywistość, to jest coś jeszcze większego. Do niej się przecież nasza wiedza musi stosować i od niej zależy. I to dopiero jest piękna rzecz. I jak dzięki słońcu rośliny i zwierzęta powstają i rosną, i zmieniają się w oczach, tak dzięki swo­ j e m u związkowi z rzeczywistością przedmioty myśli są naprawdę tym, za co je bierzemy, i tak trwa­ ją - n i e z m i e n n e , a nie są majakami z m i e n n y m i . T a k na przykład sprawiedliwość w ujęciu S i m o n i d e ­ sa w pierwszej księdze okazała się j a k i m ś c i e n i e m z m i e n n y m i mglistym; nie było w i a d o m o , jak ją uchwycić właściwie, żeby m o ż n a było przy tym zostać. To dlatego, że tak ujęta zaleta c z ł o w i e k a nie istnieje w ogóle i mieni się w oczach. A mówiąc p r z e n o ś n i e : nie padał na nią blask Rzeczywi­ stości, D o b r a . A sprawiedliwość ujęta j a k o p o r z ą d e k w e w n ę t r z n y w c z ł o w i e k u i w p a ń s t w i e jest postacią istotną, ma określoną, realną treść - z a w s z e b ę d z i e w i a d o m o , co to jest. A c z e m u ? Bo w rzeczywistości zachodzi taki porządek w wielu ludziach. Na tę postać więc, na tę ideę pada blask Rzeczywistości. To jest dobra idea. Tak by powiedział Platon w rozmowie i można by z r o z u m i e ć , o co mu c h o d z i . Więc i tu mówi Platon rzeczy d o ś ć p r o s t e , ale go uczucia ponoszą i rodzą p r z e ­ nośnie za przenośniami. Z nich robi się pewna mgła, za tą chmurą Pan Bóg - na kształt słońca.

508 B

Księga VI

215

- Więc ja - d o d a ł e m - słońce nazywam d z i e c k i e m Dobra; D o b r o je zro­ dziło na p o d o b i e ń s t w o w ł a s n e i t y m , czym j e s t D o b r o w ś w i e c i e myśli i p r z e d m i o t ó w myśli, tym jest słońce w świecie widzialnym w stosunku do wzroku i do tego, co się widzi. - Jak to? - mówi. - Opowiadaj mi jeszcze! - Ty wiesz - ciągnąłem - że kiedy ktoś oczy obróci nie na te przedmioty, których barwy światło d z i e n n e oblewa, ale na te, co majaczą w m r o k a c h nocnych, wtedy oczy słabną i wydają się nieledwie ślepe, jakby w nich nie było czystego widzenia. - I bardzo - powiada. - A kiedy na to, co słońce wtedy oświeca, jasno widzą i zaraz się pokazuje, że w tych samych oczach jest widzenie w środku. - N o , tak. - Więc tak samo i to, co się z duszą dzieje, chciej rozumieć. W ten spo­ sób, kiedy się dusza mocno chwyta tych rzeczy, na które pada blask prawdy i bytu, w t e d y myśli rozumnie i poznaje i widać, że ma rozum. A kiedy się czepia tego, co z m i e s z a n e z niejasnością, tego, co powstaje i ginie, w t e d y m n i e m a tylko, niedowidzi i zmienia zdanie w tę i w tamtą stronę; z u p e ł n i e jakby rozumu nie miała.

C

D

- Z u p e ł n i e , jakby nie miała. E - Więc to, co nadaje prawdę przedmiotom poznania, a poznającemu daje moc poznawania, nazywaj Ideą Dobra i myśl sobie, że ona jest przyczyną w i e d z y i prawdy, gdy się staje p r z e d m i o t e m poznania, i chociaż to j e d n o i drugie jest p i ę k n e i p o z n a n i e , i prawda, to j e d n a k , jeśli Dobro b ę d z i e s z uważał za coś innego i jeszcze piękniejszego od nich, będziesz uważał słu­ sznie. A w i e d z ę i prawdę, p o d o b n i e jak tam światło i w i d z e n i e za coś do 509 słońca p o d o b n e g o uważać jest rzecz słuszna, ale uważać ich za samo słońce nie należy, tak i tu słusznie jest uważać te dwie rzeczy za p o d o b n e do Do­ bra, ale za Dobro samo uważać którąkolwiek z nich nie jest słusznie; Dobro należy stawiać od nich jeszcze wyżej. - Ty nieogarnioną p i ę k n o ś ć opowiadasz - mówi - jeżeli to daje w i e d z ę i prawdę, a samo jeszcze je pięknością przewyższa. Ty chyba nie myślisz, że to b ę d z i e rozkosz. - A bójże się boga - p o w i e d z i a ł e m . - Raczej w t e n sposób przyjrzyj się jego obrazowi. - W jaki sposób? - Przyznasz, że słońce, tak mi się wydaje, rzeczom widzianym nie tylko widzialności dostarcza, ale i powstawania, i wzrostu, i pożywienia, choć ono samo nie jest powstawaniem. - Jakżeby? - Tak więc i przedmiotom poznania nie tylko poznawalność dzięki Dobru przysługuje, ale również istnienie, oraz istota ich od niego pochodzi, cho­ ciaż Dobro to nie jest istota, tylko coś ponad wszelką istotę, coś wyższego i mocniejszego o wiele. B

216

Platon, Państwo

509 B

XX A G l a u k o n b a r d z o ś m i e s z n i e : A p o l l o n i e ! - powiada - cóż to za w z l o t C i górowanie nadludzkie i niesamowite! - To tyś winien - odpowiedziałem - boś mnie zmusił, żebym o nim mówił to, co mi się wydaje. - I nie ustawaj żadną miarą - powiada - chyba że coś tam... tylko to podo­ bieństwo ze słońcem znowu rozwijaj, bo może coś opuszczasz. - Ależ oczywiście - odpowiedziałem - ja opuszczam niejedno. - Więc nie pomijaj ani drobiazgu! - Zdaje mi się - odpowiedziałem - że pomijam nawet bardzo wiele. Ale, o ile to w tej chwili możliwe, umyślnie nie b ę d ę nic opuszczał. - Więc nie - powiada. D - O t ó ż p o m y ś l s o b i e - c i ą g n ą ł e m - że, j a k m ó w i m y , istnieją te d w a i królują, j e d n o nad rodzajem p r z e d m i o t ó w myślowych i w świecie myśli, a drugie w świecie widzialnym; ja nie mówię, że w p o d n i e b n y m , abyś nie myślał, że się bawię w etymologie 2 0 . Więc masz te dwie postacie: widzial­ ną i myślową? - Mam. - Więc weź sobie jakby linię przeciętą na dwa nierówne odcinki i każdy jej o d c i n e k przedziel znowu w tym samym stosunku, zarówno o d c i n e k ro­ dzaju widzialnego, jak i rodzaju myślowego, a będziesz miał przed sobą ich
Chodzi o dwa wyrazy: horatós i uranós. Więc jak zawsze, kiedy go patos ponosić zaczyna, lubi go Platon pokrywać jakimś żartem, tak i tu Glaukonowi w usta włożył wyraz, którym się autor sam z siebie śmieje uprzedzając uśmiech czytelnika. Glaukon mówi: „Apollonie! Oto D u c h go porwał i pod chmury go unosi". I mówi równocześnie: „To twoje Dobro przewyższa wszystko, co ludzkie, jakby duch najwyższy". Obie myśli naraz wypowiedział w trzech krótkich słowach: Apollon! rtajmonijas hyperboles! To można tak - po grecku - w związku z tekstem, a oddać to po polsku - daremny trud. To gaśnie pod piórem. Platon wyznaje, że mu się teraz nawał myśli i słów na usta ciśnie, tak mu serce wezbrało. Ale widzi, że te słowa musiałyby być mętne nawet dla niego samego, niezrozumiale dla drugich, może śmieszne; on to sam wie - przecież najczęściej się milczy, kiedy się ma zbyt dużo do po­ wiedzenia rzeczy idących z głębi - więc sobie nałożył cugle i już tak krótko, jak tylko potrafi, próbuje na geometrycznym, suchym schemacie streścić jakoś i podzielić cały świat przedmiotów zmysłowych i aktów poznania. Odcinek linii prostej każe przeciąć na dwie części nierówne. N i e c h część krótsza przedstawia świat przedmiotów myśli (genos noetón), a część dłuższa - świat widzialny (genos horatón). Dlatego taki stosunek, że każdemu przedmiotowi myśli zwykło odpo­ wiadać dużo przedmiotów widzialnych. Każdą z tych części trzeba podzielić w tym samym sto­ sunku,w którym dzieliliśmy całość. Więc naprzód odcinek dłuższy odpowiadający temu wszyst­ kiemu, co widzialne, rozpadł się teraz na dwa kawałki. Kawałek większy niech nam przedstawia w s z e l k i e g o rodzaju odwzorowania (ejkones) przedmiotów widzialnych - same też widzialne - jak odbicia, obrazy, cienie rzucone, może nawet i wyglądy chwilowe. Kawałek krótszy niech przed­ stawia same przedmioty poprzednio odwzorowywane, a więc istoty żywe i wytwory ręki ludzkiej. Na pewno rzeczy martwe a naturalne również, jak góry, skały, morza itd. Obie grupy przedmiotów widzialnych, a więc rzeczy widzialne oraz ich odwzorowania, różnią się od siebie ze względu na prawdę i fałsz. Rzeczy są przecież prawdziwsze niż ich odwzorowa­ nia. Te są pewnymi fałszami, złudami, rzeczami na niby. Świat myśli dzieli się podobnie na dwa kawałki. Jeden z nich, to konkretne widzialne symbole przedmiotów niezmysłowych (geometrika itp.y, na przykład figury geometryczne rysowane lub wy­ cinane, które jednak przedstawiają figury oderwane: trójkąt sam, kwadrat idealny, koło doskonałe itd. To są przedmioty idealne na niby, to są odwzorowania postaci rzeczy w świecie zmysłowym.
20

509 E

Księga VI

217

wzajemny stosunek ze względu na jasność i niejasność. W rodzaju widziałE nym j e d e n z dwóch odcinków, to będą obrazy. Mówiąc o obrazach mam na 510 myśli naprzód cienie rzucone, p o t e m odbicie w wodach i w p r z e d m i o t a c h stałych a gładkich i świecących, i wszelkie odwzorowania tego rodzaju, jeże­ li rozumiesz. - Ja rozumiem. - Jako drugi odcinek rodzaju widzialnego weź to wszystko, do czego tam­ te rzeczy są p o d o b n e , a więc zwierzęta, które nas otaczają, i wszelkie rośli­ ny, i cały dział wytworów ręki ludzkiej. - Biorę - powiada. - A czy nie byłbyś g o t ó w p r z y z n a ć - d o d a ł e m - że się te dwa rodzaje p r z e d m i o t ó w różnią ze w z g l ę d u na p r a w d ę i n i e p r a w d ę , i tak, j a k się p r z e d m i o t y m n i e m a ń mają do p r z e d m i o t ó w poznania, tak się mają podobi­ zny do swoich pierwowzorów? - Tak jest - powiada - bardzo nawet. B - A z a s t a n ó w się nad p o d z i a ł e m świata myśli, g d z i e t e n z n o w u p r z e ­ prowadzić należy. - No gdzie? - W tym miejscu, gdzie się dusza przedmiotami z p o p r z e d n i e g o odcinka posługuje niby obrazami, i musi od założeń wychodzić nie ku początkowi, ale ku końcowi. A drugi odcinek tam, gdzie dusza od założeń ku początko­ wi b e z w a r u n k o w e m u zmierza, bez p o m o c y obrazów, jak robiła p r z e d t e m , a tylko samymi się po drodze posługuje postaciami. - To, coś powiedział - mówi - tego nie zrozumiałem należycie. - To na drugi raz zrozumiesz - o d p o w i e d z i a ł e m . - I łatwiej to pojmiesz, kiedy się to naprzód powiedziało. Myślę, że wiesz, jak to ci, którzy się ge­ ometriami i rachunkami, i takimi tam rzeczami bawią, zakładają to, co nie­ parzyste i parzyste, i kształty, i trzy postacie kątów, i i n n e rzeczy tym po­ k r e w n e , zależnie od tego lub owego zdania, bo niby to już wiedzą, robią z tego treść założeń i uważają za właściwe ani sobie samym, ani drugim nie rozwijać i nie uzasadniać już tych rzeczy w żaden sposób, bo one są każde­ mu jasne; od nich więc zaczynają i przechodzą do kroków następnych, koń­ cząc oczywiście na tym, co sobie obrali jako cel rozważania. C

D

- Tak jest - powiada. - To wiem. - N i e p r a w d a ż ? I to, że posługują się przy tym postaciami w i d z i a n y m i i mówią o nich, j e d n a k ż e nie te w i d z i a n e postacie mając na myśli, tylko t a m t e , do których widziane są tylko p o d o b n e ; oni myślą o Czworoboku sa­ m y m i o Przekątni samej, ale nie o tej, którą właśnie rysują, i o innych tak E samo; te rzeczy oni rękami wykonują i kreślą, i o n e potrafią rzucać cienie i dawać odbicia w wodach, ale oni się nimi posługują znowu tylko tak jak obrazami, a starają się dojrzeć t a m t e rzeczy same, których nikt nie potrafi dojrzeć inaczej, jak tylko myślą. - Prawdę mówisz - powiada. 511 - Więc ja mówiłem o tym rodzaju przedmiotów myśli i że dusza się zało- XXI

218

Platon, Państwo

511 A

żeniami pewnymi musi posługiwać, kiedy je badać zechce, i nie do szczytu i p o c z ą t k u w t e d y z m i e r z a , bo n i e p o t r a f i wyjść z t e g o , w c z y m t k w i , i w z n i e ś ć się p o n a d z a ł o ż e n i a ; j a k o o b r a z ó w u ż y w a w t e d y d u s z a t y c h przedmiotów, które się odwzorowują w jeszcze niższych, bierze je za rzeczy same i ceni je jako naoczne i wyraźne. - Ja rozumiem, że ty mówisz o geometriach i o umiejętnościach pokrew­ nych 2 1 . - Więc i t e n drugi o d c i n e k świata myśli żebyś zrozumiał. Ja przez t e n o d c i n e k r o z u m i e m to, czego myśl sama dotyka mocą dialektyki, k i e d y też
T e n krótszy o d c i n e k świata myślowego - to będą w k o ń c u postacie s a m e , czyli idee (ta ejde), p r z e d m i o t y najbardziej rzeczywiste i prawdziwe, p o z n a w a l n e j e d n a k tylko myślą, a nie z m y s ł a m i . Więc tu b ę d z i e gdzieś i Trójkąt sam - można tylko wiedzieć, co to jest, a zobaczyć oczami m o ż n a tylko j e g o o d w z o r o w a n i e w drzewie lub t e k t u r z e , w papierze, na piasku itd. I Sprawiedliwość tu będzie, i Męstwo, i Dusza ludzka, i inne. D i a l e k t y k a to tyle, co sztuka mądrej rozmowy. T a k i e j , w której się w a ż n e wyrazy określa j a s n o i p r z e z to u j m u j e się p o s t a ć d o s k o n a ł ą k a ż d e j g r u p y rzeczy i k a ż d e g o rodzaju spraw, których mowa. Ujęte postacie rzeczy porządkuje się przy tym jakoś w myśli, aby dojść, która się w której mieści i która którą obejmuje, która p o d p o r z ą d k o w a n a , a która wyższa, aż do postaci i wyrazów najogólniejszych. To są szczyty. A j e d n o s t k o w e przykłady i s p o s t r z e ż e n i a na ma­ teriale k o n k r e t n y m są tylko założeniami p e w n y m i (hypotheseis), od których się wychodzi w roz­ mowie, aby dojść do u o g ó l n i e ń prawdziwych - ale j u ż nie obrazowych, nie z m y s ł o w y c h , tylko czysto słownych. P l a t o n zdolność do jasnego, rzeczowego, prawdziwego myślenia z pomocą p r z e d s t a w i e ń n i e obrazowych i nazw ogólnych, ścićle określonych, nazywa rozumem (nus). Z d o l n o ś ć do jasnego, prawdziwego myślenia z pomocą k o n k r e t n y c h s y m b o l ó w odpowiadają­ cych postaciom rzeczy, a więc na materiale k o n k r e t n y m , nazywa się rozsądkiem (dianoija). Zdol­ ność do trafnego o c e n i a n i a p r z e d m i o t ó w k o n k r e t n y c h bez ż a d n e g o wnikania w ich istotę, w rze­ czywistą postać rzeczy nazywa wiarą, m n i e m a n i e m (pfstis, doksa). W k o ń c u : m y ś l e n i e z pomocą porównań, przenośni, analogij, obrazów, mitów, bajek i snów może też mieć w sobie coś z p e w n e ­ go poznania i m o ż e p e w n e prawdy przybliżać. To nazywa myśleniem obrazami (ejkasfja). Te cztery postawy duszy ludzkiej są coraz to mniej jasne, jeżeli iść od r o z u m u p o p r z e z rozsą­ d e k i wiarę do myślenia obrazami. Odpowiadają im coraz mniej prawdziwe rodzaje przedmiotów, k t ó r e zostały u p o r z ą d k o w a n e na czterech kawałkach o d c i n k a . Cały s c h e m a t p o d a n y w o s t a t n i c h rozdziałach tej księgi można by tak ująć: Rzeczywistość sama Świat, w którym króluje D o b r o (Agathón) postacie rzeczy czyli idee (Ta ejde) Rozum (Nus) symbole g e o m e t r y c z n e itp. (Geometrika) Rozsądek (Didnoija) Świat zmysłowy, w którym króluje Słońce (Helios) rzeczy widzialne (Horató) Wiara mniemanie spostrzeganie (Pfstis), (Ddksa), (hjsthesis) odwzorowania rzeczy widzialnych (Ejkónes) Myślenie przenośniami (Ejkasija)
21

Bardzo ściśle te rzeczy nie wychodzą i nasuwają n i e j e d n o z a p y t a n i e - jakoś t e k s t w y p a d ł właśnie w tym miejscu zbyt zwięźle. Ale zbyt wiele byłoby o tym do m ó w i e n i a . O co c h o d z i m n i e j więcej, wiadomo.

511 B

Księga VI

219

p e w n e założenia przyjmuje, ale nie jako szczyty i początki, tylko naprawdę jako szczeble pod stopami, jako p u n k t y oparcia i odskoku, aby się wznieść do szczytu i do początku wszystkiego, dotknąć go i w końcu zejść znowu w dół, trzymając się tego, co się samo szczytów trzyma, a nie posługując się przy tym w ogóle ż a d n y m m a t e r i a ł e m spostrzeżeniowym, tylko postaciami samymi poprzez nie same i do nich samych dochodząc i na nich kończąc. - Ja rozumiem - powiada - choć właściwie nie całkiem, bo mam wrażenie, że ty masz na myśli dużą pracę; ty chcesz rozgraniczyć dwie rzeczy i powie­ dzieć, że jaśniejsze jest rozważanie bytu i świata myśli, to, które przeprowa­ dza umiejętność dialektyki, niż to, którego dokonują inne tak zwane umie­ jętności, bo dla nich założenia są początkami i szczytami, i chociaż na ich t e r e n i e też człowiek ogląda p r z e d m i o t nauki rozsądkiem, a nie zmysłami, ale ponieważ nie zmierza do szczytu i do początku, tylko się założeń trzy­ ma, d l a t e g o ty masz wrażenie, że on tam nie ma r o z u m u , m i m o że i tam c h o d z i o p r z e d m i o t y myśli wraz z p o c z ą t k i e m . A r o z s ą d k i e m nazywasz, zdaje mi się, to, czym dysponują g e o m e t r z y i im p o d o b n i , a nie mówisz u nich o rozumie, jakby rozsądek był czymś pośrednim pomiędzy rozumem i mniemaniem. - Z u p e ł n i e trafnieś to pojął. I przyjmij wraz ze mną w związku z tymi c z t e r e m a odcinkami następujące cztery postawy, s p o t y k a n e w duszy ludz­ kiej; rozum - skierowany do tego, co najwyższe, rozsądek - do tego, co drugie z kolei, trzeciemu rzędowi przyporządkuj wiarę, a t e m u co na końcu myślenie obrazami. I uporządkuj to p o d o b n i e jak t a m t e rzeczy; im więcej prawdy w którym dziale przedmiotów, tym jaśniejsza niech mu u ciebie od­ powiada postawa wewnętrzna. - R o z u m i e m - powiada - i zgadzam się, i porządkuję tak, jak mówisz.

C

D

E

KSIĘGA SIÓDMA

514

B

P o t e m powiedziałem: - Przedstaw sobie obrazowo, jako następujący stan rzeczy, naszą naturę ze względu na kulturę umysłową i jej brak. Zobacz! Oto ludzie są niby w p o d z i e m n y m pomieszczeniu na kształt ja­ skini. Do groty prowadzi od góry wejście zwrócone ku światłu, szerokie na całą szerokość jaskini. W niej oni siedzą od dziecięcych lat w kajdanach; p r z y k u t e mają nogi i szyje tak, że trwają na miejscu i patrzą tylko p r z e d siebie; okowy nie pozwalają im obracać głów. Z góry i z daleka p a d a na nich światło ognia, który się pali za ich plecami, a pomiędzy ogniem i ludź­ mi przykutymi biegnie górą ścieżka, wzdłuż której widzisz m u r e k zbudowa­ ny r ó w n o l e g l e do niej, p o d o b n i e jak u kuglarzy przed publicznością stoi przepierzenie, nad którym oni pokazują swoje sztuczki. - Widzę - powiada. - Więc zobacz, jak wzdłuż tego murku ludzie noszą różnorodne wytwory, które sterczą ponad murek; i posągi, i inne zwierzęta z kamienia i z drzewa, i w y k o n a n e rozmaicie i oczywiście j e d n i z tych, co je noszą, wydają głosy, a drudzy milczą 1 . - Dziwny obraz opisujesz i kajdaniarzy osobliwych. - P o d o b n y c h do nas - powiedziałem. - Bo p r z e d e wszystkim czy myślisz, że tacy ludzie mogliby z siebie samych i z siebie nawzajem widzieć cokol­ wiek innego oprócz cieni, które ogień rzuca na przeciwległą ścianę jaskini?
1 Przy końcu księgi szóstej pracował Platon rozsądkiem. T a k by się to u niego nazywało. D z i e ­ lił przecież o d c i n e k prostej na cztery części, ale nie szło o ten o d c i n e k - on był tylko g e o m e t r y c z ­ n y m s y m b o l e m świata myśli i świata rzeczy. Ale j e g o Sokrates wyznał n i e d a w n o w r o z m o w i e z A d e j m a n t e m , że p r z e p a d a za porównaniami, że pasjami myśli z pomocą obrazów. To wtedy, gdy mówił o marynarzach, którzy się kłócą na p o k ł a d z i e nawy państwowej i upijają g ł u c h e g o ka­ pitana okrętu.

515

T e r a z też j e g o pasja wzrokowa musi przejść do głosu i Platon maluje słowami obraz plastycz­ ny i barwny, który mógł w zalążku u p o l o w a ć g d z i e ś pod N e a p o l e m o z a c h o d z i e słońca, albo gdzieś w k a m i e n i o ł o m a c h syrakuzańskich nad wieczorem. Mógł przecież łatwo bawić się kiedyś własnym zielonawym c i e n i e m , rzuconym na pionową, gładką, wapienną ścianę urwiska, które pa­ łało blaskiem słońca zapadającego czerwono za jego plecami. I łatwo mógł z jakiejś wysokości oglądać w tych w a r u n k a c h spoza k a m i e n n e g o płotu o ś w i e t l o n e plecy j e ń c ó w pracujących w ko­ palniach - ich cienie rysowały się ostro przed każdym, a dołączał się do nich cień widza, rzucony z góry i z daleka. N a w i a s e m mówiąc, cień widza tak bardzo o d d a l o n e g o od ściany, na której się c i e n i e rysowały, musiałby być w tych w a r u n k a c h bardzo nieostry i blady. C i e ń rzucony od po­ chodni albo od ognia za plecami widza byłby powiększony i ruchliwy. W tym widoku przemijają­ cym dojrzał Platon symbol spraw, o których mówił przed chwilą przy pomocy podziału o d c i n k a . T o nieraz tak t y p o m w z r o k o w y m n a t u r a s a m a p o k a z u j e żywe p r z e n o ś n i e w p r z y p a d k o w y c h

515 B

Księga VII

221

- Jakimże sposobem? - powiada - gdyby całe życie nie mógł żaden głową poruszyć? - A jeżeli idzie o te rzeczy obnoszone wzdłuż muru? Czy nie to samo? - No, cóż. - Więc gdyby mogli rozmawiać j e d e n z drugim, to jak sądzisz, czy nie by­ liby przekonani, że nazwami określają to, co mają przed sobą, to, co widzą? - Koniecznie. - N o , cóż? A gdyby w tym więzieniu jeszcze i echo szło od im przeciw­ ległej ściany, to, ile razy by się odzywał ktoś z przechodzących, wtedy, jak myślisz? Czy oni by sądzili, że to się odzywa ktoś inny, a nie t e n cień, któ­ ry się przesuwa?
k o n k r e t a c h - i n n y m razem te natury stwarzają takie k o n k r e t y o z n a c z e n i u p r z e n o ś n y m w treści m a r z e ń s e n n y c h , w słowach i zwrotach obrazowych albo w obrazach samych, k t ó r e m o ż n a słowa­ mi i n t e r p r e t o w a ć . Przecież Szał P o d k o w i ń s k i e g o nie jest o b r a z e m k o n k r e t n e j przygody p e w n e j d a m y - która próbowała jeździć k o n n o . K o n k r e t n a grupa j e ń c ó w w jaskini jest u P l a t o n a s y m b o ­ l e m p o z n a n i a ludzkiego. S c h e m a t y c z n i e , w przekroju, scena którą widzimy, przedstawiałaby się tak mniej więcej:

Strzałka przedstawia kierunek światła, padającego od ognia.

Światło s ł o n e c z n e nie d o c h o d z i w ogóle do jaskini. C h c ą c wyjść na światło słońca, t r z e b a się z trudnością wdzierać bardzo wysoko. M u r o w a n e ogrodzenie i ścieżka musi być wyżej niż szereg j e ń c ó w , a ogień świecący jeszcze wyżej, bo inaczej c i e n i e r z u c o n e przez o b n o s z o n e posągi i na­ czynia znalazłyby się przed o c z y m a więźniów. Ci ludzie są na bardzo n i s k i m p o z i o m i e . Kim mają być ci więźniowie? To młodzi i starzy ludzie, kształcący się u sofistów i na dziełach p o e t ó w w s p ó ł c z e s n y c h i dawnych, i ludzie n i e kształcący się w ogóle, a tworzący sobie pogląd na świat pod w p ł y w e m m ę t n y c h opinii b ę d ą c y c h w obiegu. Ci ludzie obnoszący posągi i sprzęty, to nau­ czyciele publiczności, a więc poeci, sofiści lub mówcy na z g r o m a d z e n i a c h . Popisują się i b a ł a m u ­ cą ludzi jak kuglarze. O p i n i a stawia ich wysoko. T o , co oni obnoszą, to nie są rzeczy s a m e , a więc to nie jest na przykład Sprawiedliwość sama, P i ę k n o samo. T o , co p o ż y t e c z n e n a p r a w d ę , ani T o , co zdrowe, ani C z ł o w i e k d o s k o n a ł y , wzorowy, tylko to są wytwory ich m n i e m a ń , k t ó r e mogą nawet przypominać rzeczywistość, ale nie stanowią rzeczywistości samej. O p r ó c z t e g o te rzeczy o b n o s z o n e mają jeszcze drugie z n a c z e n i e : to są p r z e d m i o t y j e d n o s t k o ­ we, zmysłowe, materialne, jak na przykład - zwierzęta, rośliny, dzieła ręki ludzkiej, p r z e d m i o t y s p o s t r z e ż e ń poszczególnych i p r z e d m i o t y wiary i m n i e m a n i a ludzkiego. W j e d n o s t k o w y c h spo­ strzeżeniach nie m a m y n a w e t samych p r z e d m i o t ó w materialnych w świadomości. M a m y tylko ich widoki chwilowe, z n i k o m e , z m i e n n e , jak c i e n i e r z u c o n e , które by ktoś niesłusznie brał za p r z e d m i o t y cień rzucające. Ale nie m o ż e być inaczej - musimy s p o s t r z e g a ć rzeczy z m y s ł a m i , a zmysły dają n a m tylko pozory rzeczy, a nie rzeczy s a m e . J e s t e ś m y jakby przykuci do naszych oczu i uszu i skazani na przeżywanie widziadeł zmysłowych od urodzenia aż do śmierci. Kto się ogranicza do s p o s t r z e ż e ń z m y s ł o w y c h i opartych na nich m n i e m a ń , j e s t jak w i ę z i e ń w jaskini, który by nigdy nie mógł głowy odwrócić i patrzeć, jeśli nie na rzeczy s a m e , to przynajmniej na ich o d w z o r o w a n i a s a m e , a nie na c i e n i e tych odwzorowań. C z ł o w i e k ujęty w dobrej definicji

222

Platon, Państwo

515 B

- Na Zeusa, nie myślę inaczej - powiada. - Więc w ogóle - dodałem - ci ludzie tam nie co innego braliby za praw­ dę, jak tylko cienie pewnych wytworów. - Bezwarunkowo i nieuchronnie - powiada. - A rozpatrz sobie - d o d a ł e m - ich w y z w o l e n i e z kajdan i u l e c z e n i e z nie­ świadomości. Jak by to było, gdyby im naturalny bieg rzeczy coś takiego przy­ niósł; ile razy by ktoś został wyzwolony i musiałby zaraz wstać i obrócić szyję, i iść, i p a t r z e ć w światło, cierpiałby robiąc to wszystko, a tak by mu w oczach migotało, że nie mógłby patrzeć na te rzeczy, których cienie p o p r z e d n i o ogląD dał. Jak myślisz, co on by p o w i e d z i a ł , g d y b y mu k t o ś mówił, że p t z e d t e m oglądał ni to, ni owo, a teraz coś bliższego bytu, że zwrócił się do czegoś, co bardziej istnieje niż tamto, więc teraz widzi słuszniej; i gdyby mu ktoś teraz po­ kazywał każdego z przechodzących i pytaniami go zmuszał, niech powie, co to jest. C z y n i e myślisz, że t e n by m o ż e był w k ł o p o c i e i myślałby, że to, co przedtem widział, prawdziwsze jest od tego, co mu teraz pokazują? - Z pewnością - powiada. E - Nieprawdaż? A gdyby go ktoś zmuszał, żeby patrzał w samo światło, to bolałyby go oczy, odwracałby się i uciekał od tych rzeczy, na które potrafi p a t r z e ć i byłby przekonany, że o n e są rzeczywiście jaśniejsze od tego, co mu teraz pokazują? - Tak jest - powiada. II - A gdyby go ktoś - dodałem - gwałtem stamtąd pod górę wyciągał po ka­ mieniach i stromiznach ku wyjściu i nie puściłby go prędzej, ażby go wy­ wlókł na światło słońca, to czy on by nie cietpiał i nie skarżyłby się i nie 516 gniewał, że go wloką, a gdyby na światło wyszedł, to miałby oczy p e ł n e bla­ sku i nie mógłby widzieć ani j e d n e j z tych rzeczy, o których by mu teraz mówiono, że są prawdziwe? C - No nie - powiada - tak nagle przecież. - I myślę, że musiałby się przyzwyczajać, gdyby miał widzieć to, co na
człowieka jest czymś rzeczywistym. C z ł o w i e k k o n k r e t n y , p e w i e n człowiek w ciele i kościach, jest tylko p e w n y m o d w z o r o w a n i e m owego człowieka rzeczywistego. A widok k o n k r e t n e g o czło­ wieka w p e w n y m m o m e n c i e jest tylko c i e n i e m zwiewnym tego odwzorowania. T e n „ c i e ń " wytwarza dla oczu słońce. N a t o m i a s t tych cieni, które przez całe życie biorą, lu­ dzie współcześni za rzeczywistość, kiedy za p r z y k ł a d e m p o e t ó w myślą o sprawiedliwości, o tym, co d o b r e , o państwie, o człowieku dzielnym, tych cieni nie wytwarza ani słońce, ani D o b r o , Rze­ czywistość sama. O n e padają od ognia s z t u c z n e g o : od retoryki, d r a m a t u r g i i , e p i k i , od liryki. C h y b a tak trzeba rozumieć w naszym obrazie blask bijący nie od słońca, tylko od ognia. I te, po­ większone chyba, ruchliwe cienie rzucone. Wyzwolenie i o d w r ó c e n i e oczu w stronę p r z e d m i o t ó w samych - to zerwanie z o p i n i a m i o b i e ­ gowymi i s z u k a n i e istoty każdej rzeczy. I n n y m i słowy: s z u k a n i e ścisłych n i e s p r z e c z n y c h o k r e ­ śleń dla nazw ogólnych, którym by o d p o w i a d a ł o coś rzeczywistego. Konieczny w a r u n e k myśle­ nia jasnego, n a u k o w e g o . Ale dla nowicjusza rzecz jest t r u d n a i niełatwo mu zrazu uwierzyć, że właśnie w t e n sposób, z pomocą ściśle określonych przedstawień nieobrazowych ujmuje rzeczy­ wistość, a z pomocą wyobrażeń wcale tego nie robi i zostaje ciemny, jak był. Najtrudniejsze wydają się zrazu i najmniej jasne wyrazy takie, jak Dobro, Byt, Rzeczywistość, Prawda. Nowicjusz nic jasnego nie umie sobie przy nich pomyśleć - z u p e ł n i e , jakby miał patrzeć w słońce, które go olśniewa.

516 A

Księga VII

223

górze. N a p r z ó d by mu najłatwiej było dojrzeć c i e n i e , p o t e m w w o d a c h odbicia łudzi i innych przedmiotów, ciała niebieskie i niebo samo po nocy łatwiej by mógł oglądać patrząc na światło gwiazd i księżyca, niż po dniu 2 widzieć słońce i światło słoneczne . - Jakżeby nie? - D o p i e r o na końcu, myślę, mógłby patrzeć w słońce; nie na jego odbicie w w o d a c h i n i e m i e ć go t a m , g d z i e o n o nie j e s t u s i e b i e , ale s ł o ń c e s a m o w sobie i na swoim miejscu mógłby dojrzeć i mógłby oglądać, jakie ono jest. - Koniecznie - powiada. - P o t e m by sobie w y m i a r k o w a ł o nim, że od n i e g o p o c h o d z ą pory roku i lata, i że ono rządzi wszystkim w świecie widzialnym, i że jest w p e w n y m sposobie przyczyną także i tego wszystkiego, co oni tam poprzednio widzieli. - Jasna rzecz, że do tego by p o t e m doszedł. - Więc cóż? G d y b y sobie swoje pierwsze m i e s z k a n i e przypomniał i tę mądrość tamtejszą, i tych, z którymi razem w t e d y siedział, wspólnymi kaj­ danami skuty, to czy nie myślisz, że uważałby sobie za szczęście tę odmia­ nę, którą przeszedł, a litowałby się nad tamtymi? - I bardzo. - A tam u nich p r z e d t e m może niejeden zbierał od towarzyszów pochwa­ ły i zaszczyty, i dary, jeżeli najbystrzej umiał dojrzeć to, co mijało przed oczami, i najlepiej pamiętał, co przedtem, co potem, a równocześnie zwykło się było zjawiać i mijać, i najlepiej umiał na tej podstawie zgadywać, co bę­ dzie. Czy ty myślisz, że on by za tym tęsknił i zazdrościłby tym, których tamci obsypują zaszczytami i władzę im oddają? Czy też raczej czułby się tak, jak t e n u H o m e r a , i stanowczo by wolał „być na ziemi i służyć gdzieś u jakiegoś b i e d a k a " i nie w i a d o m o jaką dolę znosić raczej, niż wrócić do poprzednich poglądów i do życia takiego jak tam? - Ja tak myślę - powiada - że wolałby raczej wszystko i n n e znieść, niż wrócić do tamtego życia. - A jeszcze i nad tym się zastanów. Gdyby taki człowiek z powrotem na dół zszedł i w tym samym szeregu usiadł, to czy nie miałby oczu napełnio­ nych ciemnością, gdyby nagle wrócił ze słońca?
P r z y u c z a n i e się do o p e r o w a n i a wyrazami ściśle o k r e ś l o n y m i , z a p o z n a w a n i e się przy n a u c e ze ś w i a t e m niewidzialnych a rzeczywistych p r z e d m i o t ó w myśli - robi wielkie trudności ludziom nienawyktym i wydaje im się torturą. Najłatwiej uczą się zrazu na bajkach, mitach, przykładach kon­ k r e t n y c h , powieściach i s c h e m a t a c h g e o m e t r y c z n y c h z m y s ł o w y c h . Na k o ń c u d o p i e r o zaczynają r o z u m i e ć z n a c z e n i e słońca dla świata z m y s ł o w e g o i z n a c z e n i e Rzeczywistości dla świata myśli. W t e d y z politowaniem muszą patrzeć na poprzednią swoją i cudzą k u l t u r ę czysto literacką, na my­ ślenie m ę t n e , p o t o c z n e , n a w e t na u m i e j ę t n o ś c i czysto e m p i r y c z n e . C z ł o w i e k , który zakosztował myślenia jasnego, czuje, patrząc na myślących m ę t n i e , że on j e d e n , jak Tyrezjasz, jest przytomny, a tam się cienie przewijają; obcowanie z majakami, z ułudami, z m ę t n y m i pomysłami, z frazesami, które na coś wyglądają, a nic jasnego nie znaczą, wydaje mu się czymś tak m a r n y m i s m u t n y m jak życie w H a d e s i e z cieniami ludzi żywych i przedmiotów uchodzących za rzeczywiste. Kto nawykł do operowania jasnymi pojęciami, ten się łatwo gubi w dyskusjach m ę t n y c h i nie r o z u m i e wielu zwrotów, które się potocznie mówi bez wahania, łatwo wygląda na p o z b a w i o n e g o polotu i kultury umysłowej, naraża się na śmiech i niechęć. N a w e t na śmierć, jak Sokrates.
2

B

G

D

E

224

Platon, Państwo

516 E

- I bardzo - powiada. - A g d y b y teraz z n o w u musiał w y k ł a d a ć t a m t e c i e n i e na wyścigi z t y m i , którzy bez przerwy siedzą w kajdanach, a tu jego oczy byłyby słabe zanimby 517 nie wróciły do siebie, bo przystosowanie ich wymaga nie bardzo m a ł e g o cza­ su, to czy nie narażałby się na śmiech i czy nie mówiono by o nim, że chodzi na górę, a p o t e m wraca z zepsutymi oczami, i że nie warto nawet chodzić tam p o d g ó r ę . I g d y b y ich k t o ś p r ó b o w a ł wyzwalać i p o d p r o w a d z a ć wyżej, to gdyby tylko mogli chwycić coś w garść i zabić go, na p e w n o by go zabili. - Z pewnością - powiada. III - O t ó ż t e n obraz - powiedziałem - kochany G l a u k o n i e , trzeba w całości B przyłożyć do tego, co się poprzednio mówiło 3 . Więc to siedlisko, które się naszym oczom ukazuje, przyrównać do mieszkania w więzieniu, a światło ognia w nim do siły słońca. Wychodzenie pod górę i oglądanie tego, co jest tam wyżej, jeśli weźmiesz za wznoszenie się duszy do świata myśli, to nie zbłądzisz i trafisz w moją nadzieję, skoro pragniesz ją usłyszeć. Bóg tylko chyba wie, czy ona prawdziwa, czy nie. Więc jeżeli o to chodzi, co m n i e się zdaje, to zdaje mi się tak, że na szczycie świata myśli świeci idea Dobra C i bardzo trudno ją dojrzeć, ale kto ją dojrzy, ten wymiarkuje, że ona jest dla wszystkiego przyczyną wszystkiego, co słuszne i p i ę k n e , że w świecie wi­ dzialnym pochodzi od niej światło i jego pan, a w świecie myśli ona panuje i rodzi prawdę i rozum, i że musi ją dojrzeć ten, który ma postępować rozu­ mnie w życiu prywatnym lub w publicznym. - M n i e m a m i ja tak samo - powiedział - tak, jak tylko potrafię. - Więc proszę cię - d o d a ł e m - p o d z i e l ze mną jeszcze i to m n i e m a n i e i nie dziw się, że ci, którzy tam zaszli, nie mają ochoty robić tego samego, D co ludzie, tylko ich dusze chcą wciąż tam przebywać i tam dążą. To chyba też naturalne, jeżeli i to jest zgodne z omówionym obrazem. - To z pewnością naturalne - powiada. - No cóż? A czy to, myślisz, dziwne, jeżeli ktoś od tych boskich wido­ ków do marności ludzkich powróci, że nie wygląda wtedy jak ludzie i moc­ no wydaje się śmieszny, bo jeszcze słabo widzi, zanim się nie przyzwyczai do tutejszych ciemności, kiedy b ę d z i e musiał w sądach czy gdzieś indziej E walczyć o cienie sprawiedliwości albo o bałwany, które tylko cienie rzucają, i stawać do zawodów o te rzeczy tak, jak je biorą ludzie, którzy Sprawiedli­ wości samej nie widzieli nigdy? - To nie jest zgoła dziwne - powiedział. 518 - Gdyby ktoś miał rozum - dodałem - to by pamiętał, że dwojakie bywają z a b u r z e n i a w oczach. J e d n e u tych, którzy się ze światła do c i e m n o ś c i przenoszą, drugie u tych, co z ciemności w światło. Więc gdyby wiedział, że to samo dzieje się i z duszą, to k i e d y k o l w i e k by widział, że się któraś
Miłośnicy myślenia jasnego nie lubią b a ł a m u t n y c h dyskusji literackich ani mów obliczonych na sugerowanie ludzi niekrytycznych; nie umieją t e g o robić i stąd bywają śmieszni w oczach t ł u m u . Bardziej i słuszniej śmieszni są ludzie niezdolni do myślenia jasnego, ścisłego, chociaż się w po­ zorach rzeczywistości łatwo orientują.
3

518 A

Księga VII

225

miesza i nie może niczego dojrzeć, nie śmiałby się głupio, tylko by się za­ stanowił, czy ona wraca z życia w większej jasności i teraz ulega zaćmie, bo nie jest przyzwyczajona, czy też z większej c i e m n o t y weszła w większą jaB sność i zbytni blask ją o l ś n i e n i e m n a p e ł n i a ; w t e d y by jej stan i jej życie uważał za szczęście a litowałby się nad tamtą. A gdyby się miał i z niej śmiać, to mniej śmieszny byłby jego śmiech nad nią niż pod adresem tam­ tej, która z góry, ze światła przychodzi. - Mówisz w sam raz - powiada. - Więc powinniśmy - d o d a ł e m - tak myśleć o tych rzeczach, jeżeli to wszy- IV s t k o prawda, i że z w y k s z t a ł c e n i e m zgoła nie tak stoi sprawa, jak to mówią p e w n i ludzie, którzy się ogłaszają. Oni mówią, że chociaż ktoś wiedzy nie ma C w duszy, oni ją tam włożyć potrafią, jakby wzrok wkładali w oczy ślepe. - Tak mówią - powiada 4 . - A nasza myśl obecna - ciągnąłem - wskazuje zdolność tkwiącą w duszy k a ż d e g o człowieka i to n a r z ę d z i e , k t ó r y m się każdy c z ł o w i e k uczy. Tak samo, jak oko nie mogło się z ciemności obrócić ku światłu inaczej, jak tyl­ ko wraz z całym ciałem, tak samo całą duszą trzeba się odwrócić od świata zjawisk, k t ó r e powstają i giną, aż dusza potrafi patrzeć na byt rzeczywisty i jego pierwiastek najjaśniejszy i potrafi to widzenie wytrzymać. Ten pier­ wiastek nazywamy Dobrem. Czy nie? - Tak. D - Więc tego właśnie - d o d a ł e m - dotyczyłaby u m i e j ę t n o ś ć p e w n a - nawraca­ nia się; w jaki sposób najłatwiej i n a j s k u t e c z n i e j zawrócić w inną s t r o n ę , nie o to chodzi, żeby człowiekowi wszczepiać wzrok, on go ma, tylko się w złą stro­ nę obrócił i nie patrzy tam, gdzie trzeba, o to chodzi, żeby to zrobić najlepiej. - Zdaje się - powiedział. - Z a t e m inne tak zwane dzielności duszy gotowe jakoś być bliskie dzieln o ś c i o m ciała. Bo r z e c z y w i ś c i e n i e ma ich n a p r z ó d w c a l e , a p ó ź n i e j wszczepia je obyczaj i ćwiczenia. A ta, którą stanowi inteligencja, ma zdaje E się raczej coś boskiego w sobie; coś, co nigdy siły nie traci, a tylko zależnie od m o m e n t u nawrócenia staje się czymś p r z y d a t n y m i p o ż y t e c z n y m , albo 519 n i e p r z y d a t n y m i szkodliwym. Czyś jeszcze nigdy nie zwrócił uwagi na lu­ dzi, o których się mówi, że są źli, ale mądrzy, jak bystro taka duszyczka pa­ trzy, jak ostro widzi na wskroś wszystko, do czego się w e ź m i e ; ma widać, niezły wzrok, a tylko musi słuchać złych skłonności, tak że im ostrzej pa­ trzy, tym więcej złego robi? - Tak jest - powiada. - G d y b y j e d n a k - d o d a ł e m - taką n a t u r ę już od dziecka k r ó t k o trzymać i poobcinać jej wcześnie te niby kule ołowiane powiązane z dobrym jędzeB n e m i t e g o rodzaju przyjemnościami i z rozkosznymi p r z y s m a k a m i , k t ó r e
4

Z d o l n o ś ć do myślenia jasnego ma w zalążku każdy człowiek. T y l k o trzeba ją kształcić od najmłoszych lat, wpływając na całą duszę. N i e tylko na intelekt, ale na charakter tak samo. L u d z i e zamiłowani w pracy naukowej łatwo oddzielają się od życia, od spraw państwa, bo ich n a u k a po­ chłania. N i e należy im na to pozwalać. T r z e b a ich b ę d z i e zmuszać, żeby obejmowali stanowiska kierownicze w państwie.

226

Platon, Państwo

519 B

wzrok duszy skierowują ku dołowi, g d y b y się taki c h ł o p a k t e g o pozbył, a obrócił się ku Prawdzie, to by tą samą swoją zdolnością t a m t e rzeczy wi­ dział najbystrzej w porównaniu z tymi samymi ludźmi, p o d o b n i e jak najbystrzej widzi te, którymi się dzisiaj interesuje. - Prawdopodobnie - powiedział. - No cóż? A czy to n i e p r a w d o p o d o b n e - d o d a ł e m - a n a w e t to k o n i e ­ c z n i e w y n i k a z t e g o , co się p r z e d t e m p o w i e d z i a ł o , że ani l u d z i e n i e C wykształceni i z prawdą nic do czynienia nie mający, należycie p a ń s t w e m rządzić nie będą, ani ci, którzy się swobodnie i wyłącznie tylko nauką zaj­ mują. Dlatego, że ci pierwsi celu w życiu nie mają jednego, który mając na oku, p o w i n n i by wszystko robić, c o k o l w i e k by robili w życiu p r y w a t n y m i w publicznym, a drudzy dlatego, że dobrowolnie pracować nie będą, bo im się zdaje, że mieszkają gdzieś daleko, gdzieś na wyspach szczęśliwych. - To prawda - mówi. - A naszym zadaniem jest - powiedziałem - co najlepsze natury spośród mieszkańców zmusić, żeby dorosły do tego przedmiotu nauki, któryśmy poD przednio nazwali największym; żeby widziały Dobro i potrafiły odbyć tę dro­ gę wzwyż, a gdy się tam wzniosą i dostatecznie Dobra napatrzą, nie pozwa­ lać im na to, na co się im dziś pozwala. - Na co takiego? - Ż e b y tam zostały na stałe, a nie chciały zstępować z powrotem do tych ludzi, tutaj, okutych w kajdany, i dzielić z nimi trudów, i brać od nich za­ szczytów; - wszystko jedno, gorsze czy poważniejsze. - No d o b r z e - p o w i a d a - ale w t e d y z a d a m y im k r z y w d ę i z r o b i m y to, że ich dusze będą żyły gorzej, kiedy mogłyby lepiej. V - Z a p o m n i a ł e ś znowu, przyjacielu - tak o d p o w i e d z i a ł e m - że prawu nie E na tym zależy, aby jakiś j e d e n rodzaj ludzi był osobliwie szczęśliwy; prawo zmierza do tego stanu dla całego państwa; harmonizując obywateli namową i p r z y m u s e m , skłania ich do tego, żeby się z sobą dzielili tym p o ż y t k i e m , 520 jaki każdy potrafi przynieść dla wspólnego dobra; prawo samo wytwarza ta­ kich ludzi w państwie nie na to, żeby p o t e m pozwolić każdemu, niech sobie idzie, którędy sam zechce, ale na to, żeby się nimi posługiwać dla zjedno­ czenia państwa. 5
B ę d z i e to w myśl ogólnej zasady: wszystko dla państwa i dla j e g o spoistości. R z ą d z e n i e b ę d z i e dla nich obowiązkiem, p o n i e w a ż otrzymają p o t r z e b n e kwalifikacje podczas wychowania. Kwalifi­ kacją b ę d z i e wysoki poziom i n t e l e k t u . On b ę d z i e i gwarancją, że na stanowiskach kierowniczych nie będą objawiali chciwości, jak ci, co rządzą dzisiaj; uczeni łakną wiedzy, a nie grosza i zaszczy­ tów. Stąd i rywalizacja o władzę b ę d z i e pośród nich niemożliwa. D l a t e g o b ę d z i e się ich z m u s z a ł o do rządzenia. I znowu widać nierealny, marzycielski charakter wywodów Platona i widać j e g o bez­ w z g l ę d n o ś ć w s t o s u n k u do j e d n o s t k i ludzkiej. P r z e c i e ż najwyższy poziom i n t e l e k t u nie musi iść w parze ze zdolnościami do administracji. Z b y t łatwo sobie wyobrazić rządy sekretarzy i asysten­ tów w razie, g d y b y p r z y m u s rządzenia spadł jako o b o w i ą z e k u c z o n e g o , który by w s o b i e nie czuł i nie miał n a p r a w d ę ż a d n e g o powołania do władzy. P r z y m u s panowania, r e p r e z e n t o w a n i a władzy na jakimś tronie królewskim czy republikańskim da się pomyśleć i to się spotyka - p r z y m u s rządze­ nia wbrew chęci nie prowadziłby do niczego dobrego. Rządy stałyby się od razu fikcyjne. W a r t o zauważyć, jak Platon czerpie pierwowzory swego państwa ze świata z w i e r z ę c e g o . tychczas p a ń s t w o to była racjonalna trzoda i obora zarodowa, teraz to ma być ul. Do­
5

520 A

Księga VII

227

- Prawda - mówi - zapomniałem. - Więc zastanów się, G l a u k o n i e - powiedziałem - że nawet nie wyrządzimy k r z y w d y n a s z y m filozofom, tylko b ę d z i e m y do nich mówili s p r a w i e d l i w i e , p r z y m u s z a j ą c ich, ż e b y o d r u g i c h dbali i d r u g i c h strzegli. A b ę d z i e m y im mówili, że jeśli się zdarzają tacy ludzie jak oni w innych państwach, to n a t u ­ ralne, jeżeli się nie biorą do pracy na miejscu, bo oni tam rosną sami z siebie, b e z p o m o c y ustroju, który panuje w k a ż d y m p a ń s t w i e . A to jest rzecz spra­ wiedliwa, żeby to, co się samo rodzi i nikomu wychowania nie zawdzięcza, ni­ k o m u też nie miało ochoty spłacać kosztów wychowania. A t y m c z a s e m was myśmy dla was samych i dla reszty państwa spłodzili, jakby w ulu, na wodzów i na królów i wychowaliśmy was lepiej i doskonalej niż inni swoich; wyście lepiej od innych uzdolnieni, żeby być j e d n y m i drugim. Więc p o w i n i e n e ś zejść teraz na dół j e d e n z drugim i mieszkać razem z innymi, i przyzwyczajać się do patrzenia w mroki. Jak się przyzwyczaicie, to będziecie widzieli o całe n i e b o lepiej niż ci tam, i potraficie rozpoznać k a ż d e w i d m o , co ono za j e d n o i skąd się wzięło, boście już oglądali p r a w d ę w dziedzinie tego, co p i ę k n e i sprawie­ dliwe, i d o b r e . W t e n sposób b ę d z i e m y razem z wami p a ń s t w e m rządzili na jawie, a nie przez sen, jak to dziś w n i e j e d n y m p a ń s t w i e rządzą ci, co walki z sobą staczają o cienie i o władzę, jak gdyby władza była jakimś wielkim do­ b r e m . A prawda bodaj że tak wygląda: państwo, w którym ludzie mający rzą­ dzić najmniej się garną do rządów, w tym muszą być rządy najlepsze i najbar­ dziej w o l n e od w e w n ę t r z n y c h n i e p o k o j ó w , a g d z i e rządzący są n a s t a w i e n i przeciwnie, tam i stosunki panują wprost przeciwne. - T a k jest - powiada. - Więc czy myślisz, że nie będą nam posłuszni nasi wychowankowie, kie­ dy to usłyszą, i nie z e c h c e j e d e n z drugim po części pracować w państwie r a z e m z i n n y m i , a d ł u g i czas poza t y m s p ę d z a ć w s w o i m t o w a r z y s t w i e i w atmosferze czystej?

B

G

D

- To niemożliwe - powiada. - Bo b ę d z i e m y to, co sprawiedliwe, zalecali E ludziom sprawiedliwym. Raczej każdy z nich zabierze się do rządzenia jako do czegoś, co być musi; wprost przeciwnie niż ci, co dzisiaj rządzą w każ­ dym państwie. - Bo to tak jest, przyjacielu - dodałem. - Jeżeli dla tych, co mają rządzić, wynajdziesz życie lepsze od rządzenia, to może ci się udać dobra organiza- 521 cja państwa, bo tylko w tym j e d n y m państwie będą rządzili ludzie istotnie bogaci n i e w z ł o t o , ale w to, co p o w i n n o s t a n o w i ć b o g a c t w o c z ł o w i e k a szczęśliwego - żeby mieć życie dobre i rozumne. A jeżeli się do rządów za­ biorą ludzie ubodzy i jeśli łaknący dóbr osobistych dorwą się do dobra pu­ blicznego, aby je rozdrapywać dla siebie, w t e d y nie ma sposobu. Zaczną się walki o władzę i taka wojna domowa wewnątrz państwa zgubi i samych walczących i zgubi resztę państwa. - Święta prawda - mówi. - A czy znasz j a k i e k o l w i e k życie i n n e , k t ó r e by pozwalało p a t r z e ć z góry na władzę i na wpływy polityczne, niż życie o d d a n e prawdziwej filozofii?

B

228

Platon, Państwo

521 B

- Nie, na Zeusa - powiada. - Więc doprawdy, że do rządów nie powinni się brać ludzie, którzy się w rządzeniu kochają. Bo między zakochanymi rywalami muszą się zacząć walki. - Jakżeby nie? - Więc kogo ty innego będziesz zmuszał do straży około państwa, jeżeli n i e tych, co rozumieją się na tych rzeczach najlepiej i najlepiej potrafią p a ń s t w e m zarządzać, ale ambicje mają inne i życie znają lepsze niż karierę polityczną? - Nikogo innego - powiada. VI - Więc jeżeli chcesz, to pomyślmy nad tym, skąd weźmiemy takich ludzi C i jak ich ktoś będzie podprowadzał ku światłu, jak to o niektórych ludziach mówią, że z Hadesu pomiędzy bogów poszli 6 . - Jakżebym nie chciał? - powiada. - A to by było nie tyle, co skorupkę odwrócić, tylko jakieś odwrócenie się duszy od dnia, który noc przypomina, ku tej drodze pod górę, istotnie do prawdziwego bytu wiodącej, którą my filozofią prawdziwą nazywamy. - Tak jest. - Więc trzeba się rozejrzeć, który to przedmiot nauki posiada taką siłę? D - Jakżeby nie? - Więc któr/ by to przedmiot nauki, Glaukonie, mógł tak duszę pociągać od świata zjawisk ku bytowi? A mówiąc to mam równocześnie i to na my­ śli, czy nie mówiliśmy, że oni powinni być za młodu z a p a ś n i k a m i wojen­ nymi? - Mówiliśmy. - Z a t e m p r z e d m i o t nauki, którego szukamy, powinien także i to jeszcze posiadać w dodatku. - Co takiego? - Ż e b y nie był bez użytku dla wojska. - Powinien - mówi - jeżeli to tylko możliwe. E - Myśmy ich p r z e d t e m kształcili z pomocą muzyki i gimnastyki. - Było tak - powiada. - G i m n a s t y k a zajmuje się chyba tym, co powstaje i ginie. Bo kieruje wzrostem i zanikaniem ciała. - Jasna rzecz. - Więc to by nie był ten przedmiot, którego szukamy. - N o nie.
P r z e m i a n a człowieka myślącego m ę t n i e wyrazami obiegowymi na typ i d e a l n e g o n a u k o w c a jest rzeczą trudną. Wymaga odwrócenia się całej duszy w inną stronę. Tu przypomina się Platonowi zabawa c h ł o p c ó w ateńskich. Rzucało się przy niej w górę s k o r u p k ę , z j e d n e j strony białą, z dru­ giej czarną. C z a r n a strona nazywała się nocą, biała - d n i e m . Wygrywał t e n , k t ó r e m u s k o r u p k a padła „ d n i e m " do góry. (Odwrócenie się duszy od c i e m n e g o świata panujących opinii do jasnego poznania rzeczywistości nie jest tak łatwe. O n o wymaga oprócz gimnastyki i muzyki, które wcale nie budziły r o z u m u , nauki r a c h u n k ó w , która jest też n i e z b ę d n a dla żołnierza ze w z g l ę d ó w prak­ tycznych).
6

522 A

Księga VII

229

- A może muzyka, o której mówiliśmy przedtem? 522 - Ależ ona była przeciwstawieniem gimnastyki, jeżeli pamiętasz, wpływa­ ła wychowawczo na obyczaje strażników, z pomocą swej harmonii zaszcze­ piała im pewną równowagę wewnętrzną, a nie zaszczepiała wiedzy; rytmem swym regulowała ich takt wewnętrzny, a słowami budziła i n n e dyspozycje p o k r e w n e - powiada - i to zarówno słowami mitów, jak i bliższymi prawdy. Ale przedmiotu nauki, który by się przydał do jakiegoś takiego dobra, jakie­ go ty teraz szukasz, wcale w niej nie było. - Bardzo mi dokładnie to przypominasz - powiedziałem. - Tam naprawdę B nie było nic takiego. Ale, bój się boga, Glaukonie, co by to było takiego? Bo umiejętności wszystkie wydawały się jakoś raczej rzemiosłami. - Jakżeby nie? I rzeczywiście, jakiż jeszcze inny przedmiot nauki pozo­ staje, jeżeli muzyka i gimnastyka, i umiejętności odpadają? - N o , proszę cię - odpowiedziałem - jeżeli się nie nadaje już nic więcej poza t y m , to w e ź m y j a k i ś p r z e d m i o t z t y c h , k t ó r e się do w s z y s t k i e g o w ogóle odnoszą. - Co takiego? C - Na p r z y k ł a d t e n w s p ó l n y c z y n n i k , k t ó r y m się posługują w s z y s t k i e umiejętności i działania rozsądne i gałęzie wiedzy. Którego się też każdy powinien uczyć przede wszystkim. - Co to takiego? - powiada. - To t e n drobiazg - o d p o w i e d z i a ł e m - rozpoznawać j e d e n i dwa, i trzy, mówiąc zaś ogólnie - liczba i rachunek. Czy nie tak się te rzeczy mają, że każda umiejętność i każda wiedza musi do nich sięgać? - I bardzo - powiada. - Nieprawdaż - dodałem - i umiejętność wojskowa też? - Koniecznie musi - powiedział. - Przecież P a l a m e d e s - d o d a ł e m - w tragediach zawsze pokazuje w Agam e m n o n i e bardzo ś m i e s z n e g o wodza. Czyś nie pomyślał nad tym, co on D mówi; on powiada, że szyki pod Ilionem sprawił, kiedy ich liczbę znalazł i wyrachował ilość okrętów i wszystko inne, co p r z e d t e m było nie policzo­ ne, i A g a m e m n o n nie wiedział nawet, ile ma nóg, skoro liczyć nie umiał? Więc co myślisz? Co to był za wódz? - Jakiś do niczego - powiada - jeżeli to była prawda. - Więc czy nie przyjmiemy - dodałem - że dla wojskowego ten przedmiot VII nauki jest n i e z b ę d n y - umiejętność rachunków i liczenia? E - To przede wszystkim - powiada - jeżeli się ma choć trochę rozumieć na szykach, a nawet po prostu, być człowiekiem 7 .
R a c h u n k i pobudzają rozum do działania. A spośród spostrzeżeń zmysłowych robią to tylko te, w których zdają się być zawarte j a k i e ś c e c h y s p r z e c z n e . Z a t e m tylko n i e k t ó r e s p o s t r z e ż e n i a wzrokowe (na przykład dotyczące wielkości p r z e d m i o t ó w albo s p o s t r z e ż e n i a d o t y k o w o - m i ę ś n i o we). S p r z e c z n e i z ł u d n e d a n e wzrokowe i d o t y k o w e skłaniają do myślenia i zmuszają do ustale­ nia p e w n y c h cech, jak n p . wielkości, z pomocą przyjętych miar. P r z e d m i o t widzialny wydaje się w różnych m o m e n t a c h i w a r u n k a c h i z różnych p u n k t ó w widzenia zarazem wielki i mały. T e n sam p r z e d m i o t , u j ę t y r o z u m n ą myślą, p o s i a d a s t a l e i z a w s z e o z n a c z o n ą ilość j e d n o s t e k
7

230

Platon, Państwo

522 E

- A czy ty myślisz - dodałem - o tym przedmiocie to samo, co i ja? - Co takiego? 523 - Bodaj że on należy do tych, które z natury rzeczy prowadzą do poznania rozumowego - my takich szukamy - a tylko nikt się nim nie posługuje nale­ życie jako tym, który ze wszech miar pociąga w stronę istoty rzeczy. - Jak to rozumiesz? - powiada. - Ja s p r ó b u j ę - o d r z e k ł e m - p o w i e d z i e ć jasno to, co się m n i e przynaj­ mniej wydaje. Ja sobie różne przedmioty rozpatruję i uważam, czy one pro­ wadzą tam, gdzie mówimy, czy nie. Popatrz razem ze mną i potwierdź albo zaprzecz, abyśmy i to jaśniej zobaczyli, czy jest tak, jak ja przeczuwam. - Pokaż - powiada. B - Więc ja pokazuję - odpowiedziałem - jeżeli widzisz, jak to pośród spo­ strzeżeń j e d n o nie woła rozumu do kontroli, jakby zmysły same już należy­ cie rzecz oceniały, a drugie ze wszech miar wymaga kontroli ze strony rozu­ mu, bo zmysły same nie poradzą i robią zawód. - Jasna rzecz - powiada - że to mówisz o w i d z e n i u rzeczy z odległości i o rzeczach rysowanych w perspektywie. - N i e z u p e ł n i e trafiłeś w to, co mam na myśli. - A co ty masz na myśli? - powiada. - Spostrzeżenia, k t ó r e nie wołają r o z u m u na pomoc, to są t e , k t ó r e nie wychodzą zarazem na spostrzeżenia przeciwne. A które wychodzą, o tych C mówię, że wołają, skoro spostrzeżenie objawia równie dobrze to, jak i jego przeciwieństwo, czy tam to s p o s t r z e ż e n i e przyjdzie z bliska, czy z daleka. W t e n s p o s ó b jaśniej b ę d z i e s z wiedział, co m a m na myśli. O t o widzisz, zgodzimy się, że to są trzy palce: najmniejszy, drugi i średni. - Tak jest - powiada. - Więc uważaj, że ja mówię o palcach widzianych z bliska. I w odniesie­ niu do nich zastanów się nad taką rzeczą. - N a d jaką? - Każdy z tych palców j e d n a k o w o wydaje się palcem i pod tym wzglęD d e m wcale się j e d e n od drugiego nie różni, bez względu na to, czy się go widzi w środku, czy na końcu, czy b ę d z i e biały, czy czarny, czy gruby, czy cienki i wszystko, co tylko w tym rodzaju. Bo we wszystkich tych wypad­ kach dusza zwykłego człowieka nie musi się dodatkowo pytać rozumu, co to właściwie jest palec. Bo jej w żadnym wypadku wztok nie wskazywał, żeby palec był zarazem czymś przeciwnym a nie palcem. - No nie - powiada. - Nieprawdaż - dodałem - taki wypadek nie może ani przywoływać rozu­ mu, ani go pobudzać.
mierniczych i jest wolny od pozorów cech sprzecznych. To niewątpliwie prawda. T r z e b a tylko p a m i ę t a ć , że Platon wyraża się obrazowo i personifikuje tutaj nasze oczy i uszy, i palce. W na­ szych spostrzeżeniach z reguły d o k o n y w a m y od razu korektury danych zmysłowych i organizuje­ my je a u t o m a t y c z n i e w wolny od sprzeczności obraz myślowy p r z e d m i o t u s p o s t r z e g a n e g o , a nie w o ł a m y d o p i e r o p ó ź n i e j r o z u m u na p o m o c . C h y b a , żeby szło n p . o sięganie do miarki c e l e m ustalenia wielkości rzeczywistej przedmiotu, o c e n i a n e g o p o p r z e d n i o na oko.

523 E

Księga VII

231

- Naturalnie. E - No a to jak? Wielkość palców, i małość, czy wzrok n a l e ż y c i e widzi i czy żadej mu to nie robi różnicy, czy się palec znajduje na środku, czy na końcu? A tak samo dotyk, jeżeli chodzi o grubość i cienkość, albo o mięk­ kość i o twardość? I inne zmysły, czy nie dają nam o tych rzeczach infor­ macji niedostatecznych? Czy też tak robi każdy z nich? Naprzód zmysł, do 524 którego należy twardość, musi zawiadować również i miękkością, i donosi duszy, że spostrzega jedno i to samo jako twarde i jako miękkie? - Tak jest - powiada. - Nieprawdaż? - d o d a ł e m - w takich znowu wypadkach dusza musi być w kłopocie i nie może wiedzieć, co właściwie ten zmysł oznacza jako twarde, skoro to samo nazywa się zarazem i miękkim, a zmysł mówiący o tym, co lek­ kie i c i ę ż k i e , jak właściwie r o z u m i e to, co l e k k i e , i jak to, co ciężkie, jeżeli wskazuje na to, co ciężkie, jako lekkie, a to, co lekkie, podaje za ciężkie? - T o t e ż - powiada - t a k i e sprawozdania zmysłów muszą być dla duszy B dziwne i wymagają zastanowienia. - Z a t e m to naturalne - dodałem - że w takich wypadkach przede wszyst­ kim dusza ucieka się do rachunku i do rozumu, i zastanawia się, czy to jest jedno, czy dwa; to, co jej zmysły donoszą. - Jakżeby nie? - Nieprawdaż? Jeżeli to wygląda na dwa, to każde z dwojga wydaje się czymś innym i czymś jednym? - Tak. - Jeżeli każde z dwojga, to jedno, a oba razem, to dwa, to dusza będzie te dwa rozdzielała w myśli. Bo gdyby były nierozdzielne, nie pojmowałaby ich jako dwa, tylko jako jedno. - Słusznie. C - To, co wielkie, i to, co małe, wzrok też spostrzegł - zgodzimy się - ale nie z osobna, tylko w jakiejś mieszaninie. Czy nie tak? - Tak. - I ż e b y się to wyjaśniło, to znowu rozum był zmuszony zobaczyć wiel­ kość i małość, ale nie w zmieszaniu, tylko z osobna, a więc wprost przeciw­ nie niż zmysł. - Prawda. - Czy nie stąd jakoś przychodzi nam po raz pierwszy pytanie: więc co to właściwie jest to wielkie, i tak samo to, co małe? - W każdym razie. - I tak nazwaliśmy j e d n o przedmiotem myślowym, a drugie widzialnym. - Z u p e ł n i e słusznie - powiedział. D - Więc ja to i przed chwilą zamierzałem powiedzieć, że j e d n e spostrzeże- VIII nia przyzywają myśl, a inne tego nie robią, i określiłem jako przyzywające t e , k t ó r e do zmysłów wpadają wraz ze swymi p r z e c i w i e ń s t w a m i , a k t ó r e tego nie robią, te nie budzą rozumu 8 .
R a c h u n k i praktyczne, o których tu Platon mówi z pogardą, to są działania liczbami mianowany­ mi, a te wyższe, fdozoficzne - to działania na liczbach n i e m i a n o w a n y c h . J e d n o s t k ę przedstawiali Grecy przy nauce r a c h u n k ó w jako o d c i n e k niepodzielony. Jego wielkość była dowolna. T e n od­ c i n e k r e p r e z e n t o w a ł j e d n o s t k ę - p r z e d m i o t myślowy, a n i e z m y s ł o w y . P l a t o n j e s t w i e l k i m
8

232

Platon, Państwo

524 D

- Więc teraz już rozumiem - powiada - i wydaje mi się, że tak jest. - No cóż? A liczba i jednostka zdaje się należeć do którego z tych dwóch rodzajów? - Ja się nie orientuję - powiada. - To sobie wywnioskuj przez analogię z tym, co się mówiło. Bo jeżeli się j e d n o s t k ę widzi należycie samą przez się, albo się ją d o s t a t e c z n i e chwyta E j a k i m ś i n n y m zmysłem, to ona chyba nie potrafi pociągać w stronę istoty rzeczy; p o d o b n i e , j a k e ś m y to mówili o palcu. A jeżeli się zawsze razem z nią widzi jakieś jej przeciwieństwo, tak że się coś równie dobrze bierze za j e d n o s t k ę , jak i za coś jej przeciwnego, to już by trzeba kogoś, kto by to rozsądził i musiałaby dusza przy takiej sposobności być w kłopocie i szukać, poruszając w sobie myśl, i pytać się raz po raz, co też to jest takiego jedno525 stka sama. W ten sposób nauka o jednostce należałaby do czynników, które pociągają i skierowują ludzi do oglądania bytu. - Rzeczywiście - powiada - patrzenie na j e d n o s t k ę ma to do siebie w nie najmniejszym s t o p n i u . P r z e c i e ż j e d n o i to samo w i d z i m y r ó w n o c z e ś n i e jako coś j e d n e g o i jako niezliczone mnóstwo. - N i e p r a w d a ż - p o w i e d z i a ł e m - jeżeli tak się ma rzecz z j e d n o s t k ą , to i z każdą liczbą tak samo? - Jakżeby nie? - A prawda, że rachunki i że arytmetyka cała dotyczy liczby i ma z nią do czynienia? - O, bardzo. B - Więc one najwidoczniej prowadzą do Prawdy. - Znakomicie przecież. - Z a t e m to byłyby te przedmioty nauczania, których szukamy. Wojskowy musi tego się nauczyć z uwagi na szyki bojowe, a filozof dlatego, że powi­ nien wejść w k o n t a k t z istotą rzeczy, a nie tonąć w świecie zjawisk, k t ó r e powstają i giną, albo się nigdy rachować nie nauczy. - Jest tak - powiada. - A nasz strażnik to jest właśnie i żołnierz, i filozof zarazem. - No, tak. - Więc ten przedmiot, Glaukonie, należałoby ustawowo wprowadzić i p r z e k o n a ć tych, którzy się chcą w państwie zajmować sprawami najważC niejszymi, że powinni się zabrać do nauki rachunków i bawić się nią nie tak jak laicy, ale tak długo, aż dojdą do oglądania natury liczb r o z u m e m sam­ ym; nie dla celów k u p n a i sprzedaży, jak to robią kupcy i kramarze, tylko dla celów z wojną związanych i dla samej duszy, aby jej ułatwić odwrócenie
optymistą, kiedy sądzi, że ludzie zdolni do r a c h u n k ó w są zdolni do wszystkich innych p r z e d m i o ­ tów nauki. My dziś znamy bardzo dobrze typy c u d o w n y c h dzieci i fenomenalnych rachmistrzów, niezwykle ograniczonych w k a ż d y m innym k i e r u n k u . N i e udało się też stwierdzić w ż a d e n spo­ s ó b t e g o f o r m a l n e g o w p ł y w u n a u k i r a c h u n k ó w na całą u m y s ł o w o ś ć ludzi t ę p y c h z n a t u r y . A m i m o to wymaga się i dziś przy e g z a m i n a c h m a t e m a t y k i więcej, niż jej k i e d y k o l w i e k więk­ szość e g z a m i n o w a n y c h b ę d z i e potrzebowała. Chodzi o jakieś u t r u d n i e n i e egzaminów, a że się je u t r u d n i a właśnie z pomocą logarytmów, wzoru N e w t o n a i formuł t r y g o n o m e t r y c z n y c h - to j u ż sprawa tradycji poczynającej się w naszym dialogu.

525 C

Księga VII

233

się od świata przemijających zjawisk i zwrot w kierunku prawdy oraz istoty rzeczy. - Bardzo pięknie mówisz - powiada. - T a k jest - d o d a ł e m . - I teraz, kiedy się omówiło p r z e d m i o t nauki ra­ chunków, ja myślę o tym, jaki on jest subtelny i z jak wielu względów przy- D datny dla naszych celów, jeżeli się nim ktoś zajmuje dla samego poznania, a nie dla celów kramarskich. - W jakim sposobie? - mówi. - Tak właśnie, jakeśmy to przed chwilą mówili, jak on gwałtownie w górę gdzieś pociąga duszę i zmusza ją do zajmowania się liczbami samymi, a nie dopuszcza żadną miarą, żeby mu ktoś widzialne albo dotykalne ciała, mają­ ce swoje liczby, pokazywał i o nich mówił. Wiesz przecież, że jeśli k t o ś w rozmowie z dobrymi rachmistrzami spróbuje w myśli dzielić samą jedno- E stkę, to wyśmiewają się i nie przyjmują tego, tylko ją zaczynają mnożyć, bojąc się, żeby się przypadkiem jednostka nie przestała wydawać jednostką, ale zbiorem wielu cząstek. - Święta prawda to, co mówisz - powiada. - A co myślisz, Glaukonie, gdyby ich ktoś zapytał: „Dziwni ludzie, o ja- 526 kich wy liczbach mówicie? To w nich jest zawarta jednostka, którą pojmu­ j e c i e jako zawsze równą k a ż d e j i n n e j , i nie różniąca się od i n n e j w naj­ mniejszym stopniu, i nie mająca w sobie żadnej cząstki?" To co myślisz, co by oni odpowiedzieli? - Odpowiedzieliby - sądzę - że oni mówią o tych liczbach, o których tyl­ ko myśleć można, a w żadnym sposobie nie można ich inaczej brać do ręki ani się nimi posługiwać. - Więc widzisz, przyjacielu - d o d a ł e m - że istotnie t e n p r z e d m i o t nauki wydaje się nam niezbędny, skoro on widocznie skłania duszę, żeby się saB mym rozumem posługiwała, aby osiągnąć samą prawdę. - No tak - powiada. - On to robi w wysokim stopniu. - No cóż? A toś już zauważył, że ludzie zdolni do rachunków objawiają bystrość po prostu w każdym przedmiocie nauki, a głowy ciężkie, jeżeli je w tym wykształcić i wyćwiczyć, to choćby żadnej innej korzyści nie odnosi­ ły, j e d n a k korzystają, bo stają się bystrzejsze, niż były. - Jest tak - powiada. - Doprawdy, ja mam wrażenie, że niełatwo i niewiele znajdziesz takich C przedmiotów, które by więcej t r u d u wymagały od kogoś, kto się ich uczy i w nich się ćwiczy. - N o nie. - Więc z tych wszystkich p o w o d ó w nie z a n i e d b y w a ć tego p r z e d m i o t u , tylko niech się na nim kształcą najzdolniejsi z natury. - Zgadzam się - mówi. - Więc to j e d n o - powiedziałem - niech już u nas leży. A drugie, blisko IX z tym związane, może obejrzymy, czy się nam na coś przyda. - Co takiego? Ty zapewne myślisz o geometrii? - powiada.

234

Platon, Państwo

526 C

- Właśnie o tym samym - mówię ''. - Co się w niej wiąże ze sztuką wojskową, to jasna rzecz, że się przyda. Do wytyczania obozów i zajmowania miejscowości, do skupiania i do rozwijania wojska, i j a k je t a m inaczej układają już w s a m y c h b i t w a c h i w m a r s z a c h ; w tym wszystkim wiele znaczy to, czy się ktoś zna na geometrii, czy nie. - No tak - powiedziałem - jeżeli chodzi o takie rzeczy, to by wystarczyła jakaś krótka cząstka geometrii i rachunków. A trzeba się zastanowić nad jej częścią większą i dalej idącą, czy ona też jakoś do tamtego zmierza, czy ułaE twia dojrzenie idei Dobra. A do tego zmierza, powiemy, wszystko, co duszę skłania, ż e b y się zwróciła do t a m t e g o świata, gdzie mieszka byt najszczę­ śliwszy, który ona musi zobaczyć na wszelki sposób. - Słusznie mówisz - powiada. - N i e p r a w d a ż , jeśli zmusza do oglądania bytu, przyda się; jeśli do zja­ wisk, które powstają i giną, nie przyda się. - Mówimy to przecież. 527 - Z a t e m nie będą się z nami przynajmniej o to spierali - d o d a ł e m - ci, którzy się choć trochę zetknęli z geometrią, że ta umiejętność ma w sobie coś wprost przeciwnego słowom, których na jej terenie używają specjaliści. - Jak to? - powiada. - Mówią bardzo ś m i e s z n i e i k a t e g o r y c z n i e . Stwarzają wszystkie swoje słowa, jakby coś robili, i z praktycznego p u n k t u widzenia mówią o kwadra­ turach i przedłużaniach, i o d o k ł a d a n i u , i wszystko tak u nich brzmi. B A tymczasem cały ten przedmiot uprawia się tylko dla poznania. - Ze wszech miar - powiada. - A prawda, że jeszcze to trzeba uzgodnić? - Co takiego? - Ze chodzi o p o z n a n i e bytu w i e c z n e g o , a nie o to, co się k i e d y ś tam czymś staje i znowu ginie. - Ł a t w o się na to zgodzić - powiada. - P o z n a n i e g e o m e t r y c z n e dotyczy tego, co istnieje wiecznie. - Więc może być, przyjacielu, że ono pociąga duszę do prawdy i sprawia, że myśl filozofa z a c z y n a do góry t t z y m a ć to, co my dziś m a m y n i e p o ­ trzebnie w dół skierowane. - Najbardziej, jak tylko być może - powiada. C - Z a t e m najbardziej, jak tylko być może, należy zalecić, żeby ci w twoim p i ę k n y m p a ń s t w i e w ż a d e n sposób nie zaniedbywali geometrii. U b o c z n e korzyści z niej też nie są małe. D
G e o m e t r i a również wymaga myślenia ścisłego, w o l n e g o od sprzeczności, o kształtach tylko po­ myślanych, bo takie są kształty rzeczywiste, chociaż się je uzmysławia i u p r z y s t ę p n i a przy nau­ czaniu na m a t e r i a l e z m y s ł o w y m p e w n y c h wykresów i m o d e l i . T e r m i n y stosowane w g e o m e t r i i wyglądają na nazwy operacji czysto m e c h a n i c z n y c h , jak n p . b u d o w a n i e kwadratu na p e w n y m od­ c i n k u , ale te wyrazy oznaczają czynności czysto myślowe, d o k o n y w a n e na p r z e d m i o t a c h rzeczy­ wistych - a więc n i e w i d z i a l n y c h . Stąd g e o m e t r i a jest d o s k o n a ł y m s z c z e b l e m do filozofii. Na g m a c h u A k a d e m i i Platońskiej miał być napis: „ N i e c h tu nie wchodzi nikt nie o b e z n a n y z geo­ metrią" (Medeis ageomćtretos eisito).
9

527 C

Księga VII

235

- Jakie? - powiada. - T e , k t d r e ś ty w y m i e n i ł - o d r z e k ł e m - te p o ż y t k i z w i ą z a n e z wojną i ze wszystkimi naukami o n e się piękniej przyjmują; wiemy chyba, że na ogół i pod każdym względem różni się ten, który się z geometrią stykał od tego, co nie. - Doprawdy, że pod każdym względem, na Zeusa - powiedział. - Z a t e m zalecimy ten przedmiot młodzieży jako drugi. - Zalecimy - powiada. - Jakże teraz? Na trzecim miejscu położymy astronomię? Czy nie zdaje X D ci się? - Z d a j e mi się - p o w i a d a . - Bo d o b r z e się o r i e n t o w a ć w porach roku i w miesiącach, i w latach, to przystoi nie tylko umiejętności rolniczej i że­ glarskiej, ale i wojskowej nie mniej 10 . - Ty s y m p a t y c z n y j e s t e ś - d o d a ł e m . - Wyglądasz, jakbyś się bał szero­ kich kół, aby kto nie myślał, że zalecasz p r z e d m i o t y n i e u ż y t e c z n e . A to jest rzecz n i e m a ł a , tylko uwierzyć w to jest t r u d n o , że przy s t u d i o w a n i u tych p r z e d m i o t ó w oczyszcza się p e w i e n organ duszy i rozpłomienia się na nowo, jeżeli marnieć zaczął, i ślepnąć pod wpływem innych zajęć, a lepiej, E ż e b y się t e n j e d e n organ ostał niż tysiąc oczu, bo tym j e d n y m widzi się prawdę. Więc kto myśli o tym tak samo, ten już będzie uważał, że mówisz znakomicie. A ci, którzy tego w żaden sposób nie dostrzegli, prawdopodob­ nie będą uważali, że mówisz ni to, ni owo. Bo nie widzą żadnego i n n e g o pożytku, który by stąd płynął, a mówić o nim byłoby warto. Więc od razu 528 się zastanów, do których ty ludzi mówisz. A może nie do drugich, tylko dla siebie samego mówisz po największej części, choć nie żałowałbyś przy tym i nikomu innemu, gdyby mógł stąd odnieść jakąś korzyść. - Ja wolę tak ze względu na siebie samego przede wszystkim mówić i py­ tać, i dawać odpowiedzi. - A to cofnij się - powiedziałem - trochę wstecz. Bo teraz niesłusznieśmy wzięli to, co ma następować po geometrii. - Wziąwszy co? - powiada. - Po powierzchni płaskiej - odrzekłem - wzięliśmy od razu bryłę w ruchu B
10 T e r a z się Platonowi nasuwa astronomia j a k o trzeci z kolei p r z e d m i o t kształcący w o p e r o ­ waniu abstraktami, a nie pozbawiony, p o d o b n i e jak i g e o m e t r i a , znaczenia p r a k t y c z n e g o , które zresztą leży dla niego na drugim planie. Już zaczął o nim pisać i oto głośno rozmawia sam z sobą pod p o z o r e m rozmowy z A d e j m a n t e m . „ D o których ty ludzi mówisz? - pyta sam siebie - do p r a k t y k ó w czy do filozofów? A m o ż e tylko dla siebie s a m e g o ? " Te słowa: „Ja wolę tak: ze względu na siebie samego p r z e d e wszystkim i mówić, i pytać, i dawać o d p o w i e d z i " , są ważne nie tylko w t y m j e d n y m miejscu Państwa. Widzieliśmy już szereg miejsc o c h a r a k t e r z e p a m i ę t n i k a i m o n o l o g u . D o p i e r o M a r e k Aureli zatytułował swoją rzecz słowami: Do siebie samego. Platon mógł był równie dobrze położyć te słowa pod t y t u ł e m swojego Państwa.

Po g e o m e t r i i płaskiej z natury rzeczy przychodzi s t e r e o m e t r i a , która w czasach P l a t o n a stała b a r d z o nisko. Stąd przychodzi mu na myśl projekt organizacji b a d a ń s t e r e o m e t r y c z n y c h z ra­ m i e n i a państwa. I to nie ze względu na p o t r z e b y w o j e n n e czy inne potrzeby p r a k t y c z n e . Wie­ my, jak późno spełniły się te marzenia i powstały państwowe a k a d e m i e nauk, instytuty n a u k teo­ retycznych, fundusze publiczne dla popierania nauk niepraktycznych. A s t r o n o m i a p o d n o s i umysł nie d l a t e g o , że gwiazdy widać nad głowami. Kto się bawi wy­ g l ą d e m konstelacji, ten jeszcze nie uprawia astronomii. Analiza ruchów po torach krzywych za­ m k n i ę t y c h i tym p o d o b n e zagadnienia teoretyczne, oto właściwy p r z e d m i o t astronomii.

236

Platon, Państwo

528 B

C

D

po kole, zamiast bryły samej w sobie. A słusznie jest po drugim wymiarze brać się do trzeciego. A ten się wiąże z objętością sześcianów i wszystkie­ go, co posiada głębię. - On się wiąże - powiada - ale, zdaje się, Sokratesie, że to są rzeczy je­ szcze nie wykryte. - Dwie składają się na to przyczyny - odpowiedziałem. - P r z e d e wszyst­ kim ż a d n e państwo nie ceni tych badań, więc badania idą słabo, to nie są rzeczy łatwe i badacze potrzebują jakiegoś kierownika, bez niego, nie dojdą do niczego. Ażeby się taki skądeś wziął, o to bardzo t r u d n o . Wreszcie, gdyby się n a w e t taki znalazł to w dzisiejszych stosunkach nie poszliby za nim ci, którzy się tymi zagadnieniami interesują, bo są zarozumiali. Gdyby j e d n a k całe państwo objęło o p i e k ę nad tymi badaniami, ceniąc je wysoko, to już by mu się oni poddali i badania prowadzone wytrwale i energicznie pokazałyby jasno, jak rzeczy stoją. Przecież i dziś, choć szerokie koła tych badań nie cenią, a nawet im przeszkadzają, a sami badacze nie umieją po­ w i e d z i e ć , na co by się o n e przydać mogły, to j e d n a k te rozważania mają swój urok i dzięki t e m u postępują, w s z y s t k i e m u wbrew, więc nie byłoby dziwne, gdyby się te sprawy jednak wyjaśniły. - Tak jest - powiada - to są zagadnienia p e ł n e uroku i zupełnie osobliwe. Ale powiedz mi jaśniej to, coś w tej chwili mówił. Bo przyjąłeś g e o m e t r i ę jako rozważanie powierzchni płaskiej. - Tak - odpowiedziałem. - I p o t e m - mówi - wziąłeś zaraz po niej astronomię, a następnieś się cof­ nął. - Bo ja się ś p i e s z ę - o d p o w i e d z i a ł e m - ż e b y p r ę d k o w s z y s t k o przejść i przez to jeszcze bardziej zwlekam. Z kolei przecież następowało rozpatry­ wanie wymiaru w głąb, ale że badania nad objętością tak śmiesznie wyglą­ dają, w i e c e m je przeskoczył i zacząłem po geometrii mówić o astronomii,

choć to już o tuchu brył. - Słusznie mówisz - powiada. - Więc jako czwarty przedmiot - dodałem - weźmy astronomię, jakby już istniała stereometria, która dziś pozostaje w tyle, ale, gdyby się nią państwo zajęło. - N a t u r a l n i e - powiada. - A w związku z tym twoim z a r z u t e m , że ja ją chwalę w sposób niesmaczny, teraz już chwalę ją po twojemu. Bo myślę, to 529 p r z e c i e ż k a ż d e m u j a s n e , ż e ona d o p r a w d y s k ł a n i a d u s z ę , ż e b y p a t r z a ł a w górę, i prowadzi ją stąd, tam wzwyż. - Może być - p o w i e d z i a ł e m - że to k a ż d e m u jasne, tylko dla m n i e nie. M n i e się wcale tak nie wydaje. - Więc jak? - powiada. - Tak jak się nią dzisiaj bawią ci, co ją wiążą z umiłowaniem mądrości, to ona bardzo kieruje wzrok ku dołowi. - Jak to rozumiesz? - powiada. - Ja mam wrażenie - odpowiedziałem - że ty u siebie dość śmiało ujmu-

E

529 A

Księga VII

237

jesz istotę nauki o tym, co jest wysoko. Bo n a w e t gdyby ktoś, leżąc na wznak, malowidła na suficie oglądał i czegoś by się tam z nich nauczył, ty B byś gotów sądzić, że on tak myśl w górę podnosi, a nie oczy. Może być, że to jest p i ę k n e stanowisko, a moje raczej naiwne. Bo ja znowu nie u m i e m uwierzyć, żeby oczy naszego ducha zwracała w górę jakakolwiek inna nau­ ka, jeżeli nie ta, która by dotyczyła bytu i tego co niewidzialne, wszystko j e d n o , czyby się ktoś p r ó b o w a ł uczyć p r z e d m i o t ó w zmysłami dostrzegal­ nych, mając usta o t w a r t e i zwrócone do góry, czy robiłby to z ustami za­ mkniętymi, i ku dołowi. Ja nawet nie powiem, żeby on się tam czegoś nau­ czył, bo wiedza nie tkwi w żadnej z takich rzeczy i ja nie powiem, że jego dusza patrzy w górę, ona patrzy w dół, choćby się uczył leżąc na wznak na C ziemi, alboby tak płynął po morzu 1 1 . - M a m za swoje - powiada. - Słusznieś mnie zburczał. Ale jak ty to my- XI siałeś, że trzeba się uczyć astronomii inaczej, niż się jej dziś uczą, jeżeliby się jej ludzie mieli uczyć z tym pożytkiem, o którym mówimy? - W ten sposób - odpowiedziałem. - Te tam konfiguracje na niebie, bo to są przecież obrazki w y k o n a n e w materiale widzialnym i trzeba je, jako ta­ kie, uważać za bardzo p i ę k n e i bardzo wyraźne w swoim rodzaju, ale im da­ leko do prawdziwych ruchów, do prawdziwej prędkości i powolności istot- D nej, w ich prawdziwej liczbie, d a l e k o do wszystkich prawdziwych postaci r u c h u , k t ó r y m się ciała n i e b i e s k i e ku sobie poruszają i poruszają to, co w nich jest. Te rzeczy można tylko myślą ująć, a wzrokiem nie. A może myślisz, że tak? - W żadnym sposobie - powiada. - Nieprawdaż - powiedziałem - tym tam malowidłem na niebie można się posługiwać jako p r z y k ł a d e m przy n a u c e o tamtych rzeczach z u p e ł n i e tak, jakby ktoś natrafił na wykresy wykonane osobliwie i pracowicie ręką jakie­ goś D e d a l a albo innego majstra czy tam malarza. Człowiek znający się na E geometrii, zobaczywszy takie rzeczy, uważałby, że to robota bardzo piękna, ale ś m i e s z n e byłoby p a t r z e ć na nie p o w a ż n i e j a k o na p r a w d ę i c h c i e ć ją w nich uchwycić, jeżeli chodzi o równość, o podwójność lub o inną jakąś współmierność. - Pewnie, że to by było śmieszne. C z e m u nie? - powiada. 530 - A czy myślisz, że astronom prawdziwy - ciągnąłem - nie czułby się tak samo, patrząc na ruchy gwiazd? Uważałby, że tego rodzaju robota trzyma się tak pięknie, jak tylko być może; tak się wykonawcy nieba udało zesta­ wić je i to, co w nim jest. Ale jeżeli chodzi o współmierność nocy w sto­ sunku do dnia i współmierność dnia i nocy w stosunku do miesiąca, i mie­ siąca stosunek do roku, i stosunek innych gwiazd do tego wszystkiego oraz ich stosunek wzajemny, to czy nie myślisz, że uważałby za naiwnego kogoś, B
11

Widzialna nocami mapa nieba, to tylko k o n k r e t n a zmysłowa ilustracja, symbol, przykład pew­

nych prawidłowości teoretycznych, które się myślami ujmuje, a nie wzrokiem. Platon nie mógł wiedzieć, jak niesłychanie posunęły naprzód a s t r o n o m i ę obserwacje czynione nad ciałami niebieskimi: nie przeczuwał jeszcze teleskopów.

238

Platon, Państwo

530 B

kto by sądził, że te rzeczy dzieją się stale tak samo i że w żadnym sposobie nie schodzą z toru przedmioty widzialne i mające ciało, i który by się starał na wszelki sposób prawdę ich uchwycić? - Tak mi się zdaje - powiada - kiedy ciebie teraz słucham. - Z a t e m jako zbiór zagadnień teoretycznych traktujemy zarówno g e o m e C trię, jak i astronomię. A temu, co tam, na niebie, dajmy pokój, jeżeli mamy się istotnie zajmować astronomią i t e n pierwiastek naszej duszy, którego na­ turę stanowi myślenie, tozwinąć tak, żeby się z nieprzydatnego zrobił przy­ datny. - Doprawdy, zadajesz pracę wielekroć razy cięższą niż dzisiejsza astronomia. XII - I myślę - d o d a ł e m - że nasze inne wskazania będą formalnie p o d o b n e do tych, jeżeli ma być z nas jaki taki pożytek jako z prawodawców. Ale co byś ty mógł jeszcze p r z y p o m n i e ć z tych p r z e d m i o t ó w nauki, k t ó r e by się nam mogły przydać? - N i e mógłbym żadnego, tak, w tej chwili przynajmniej. - A przecież nie jedną, ale więcej postaci - powiedziałem - posiada ruch; D tak mi się zdaje. Wszystkie, to może kto mądry potrafi wymienić. Ale te, które i my mamy na oku, to dwie. - Jakież to? - Oprócz ruchu poprzedniego - odpowiedziałem - odpowiedni ruch j e m u przeciwny. - Jaki? - Bodaj że tak, jak oczy zostały z b u d o w a n e dla astronomii - ciągnąłem to znowu uszy są zbudowane dla ruchu harmonicznego i te dwie gałęzie na­ uki są jak dwie siostry, jak mówią pitagorejczycy, a my się z nimi zgadzamy, Glaukonie. Czy jak zrobimy? - No tak - powiada. E - Nieprawdaż - dodałem - skoro to jest wielka praca, to posłuchamy tego, co oni mówią o tej sprawie, a m o ż e i coś j e s z c z e mówią o p r ó c z t e g o 1 2 . A my się będziemy przy tym wszystkim trzymali swego stanowiska. - Jakiego? - Ż e b y się nigdy nie próbowali czegoś z tych rzeczy uczyć połowicznie ci, których b ę d z i e m y chowali. Czegoś, co by nie prowadziło zawsze tam, do­ kąd wszystko p r o w a d z i ć p o w i n n o , j a k e ś m y to p r z e d chwilą o a s t r o n o m i i 531 mówili. Czy nie wiesz, że w nauce o harmoniach robi się znowu coś podobOprócz astronomii b a r d z o kształcąca wydaje się Platonowi teoria m u z y k i . Pitagorejczykom roił się jakiś związek między ruchami i odległościami ciał niebieskich, a stosunkami strun na kitarze, opowiadali o harmonii kul niebieskich. Platon ma p e w n e zaufanie do pitagorejczyków, jeżeli chodzi o m u z y k ę , i objawia wyraźną awersję do e m p i r y c z n y c h b a d a ń ó w c z e s n y c h w a k u s t y c e i w teorii m u z y k i . Po prostu wyśmiewa tych, którzy w j e g o czasach próbowali u c h e m wyławiać ćwierćtony i ustalać doświadczalnie jakieś zasady h a r m o n i i . Platon wolałby, żeby to robić jakoś bez pomocy ucha, z pomocą myślowej analizy samych liczb. Oczywiście, że mały byłby wynik takich usiłowań. I trzeba by wiele dobrych c h ę c i , ż e b y w tym miejscu przypisać Platonowi przeczucie równań dzisiejszej akustyki t e o r e t y c z n e j ! Badania nad harmonią dźwięków bez e k s p e r y m e n t ó w słuchowych są w ogóle nie do pomyślenia.
12

531 A

Księga VII

239

nego? Tu znowu porównywa się pomiędzy sobą i mierzy się akordy słysza­ ne i dźwięki, i znowu tutaj trudy d a r e m n e , podobnie jak w astronomii. - Na bogów - p o w i a d a - to n a w e t ś m i e s z n i e , bo mówią o j a k i c h ś tam „ z g ę s z c z e n i a c h " i przybliżają uszy do i n s t r u m e n t ó w , j a k b y polowali na dźwięk uciekający z domu sąsiada, i jedni mówią, że jeszcze słyszą pośrod­ ku jakiś ton i że to jest interwał najmniejszy, którym należy mierzyć inne odstępy, a drudzy spierają się, że już obie struny brzmią jednakowo, a jedni B i drudzy wyżej stawiają swoje uszy niż rozum. - Ty mówisz - d o d a ł e m - o tych p a n a c h , co to s t r u n o m dobrą szkołę dają, biorą je na spytki rozpiąwszy je na kołkach, żeby nie rozwlekać tego obrazu, już nie mówię o biciu pałeczką i o skargach na struny, i jak one się raz zapie­ rają, a raz się popisują fałszami. Oświadczam, że nie ich m a m na myśli, ale t a m t y c h , których mieliśmy się przed chwilą pytać o h a r m o n i ę . Bo ci robią to samo, co się robi w astronomii; szukają liczb, danych w tych akordach słyszą- C nych, a nie wznoszą się do z a g a d n i e ń t e o r e t y c z n y c h , do rozważań nad tym, które liczby harmonizują, a które nie, i dlaczego tak robią j e d n e i drugie. - To jest boska rzecz - powiada - to, o czym ty mówisz. - To się przydaje - d o d a ł e m - do szukania tego, co p i ę k n e i dobre, a jak się tym zajmować inaczej, to na nic. - Prawdopodobnie - powiedział. - Ja uważam - d o d a ł e m - że zajmowanie się s y s t e m a t y c z n e tym wszystkim, XIII cośmy przeszli, jeżeli dochodzi do wspólnoty wzajemnej i pokrewieństwa tych D rzeczy, i jeżeli się zsumują ze względu na swoje pokrewieństwo, to zajmowanie się nimi przyczynia się w jakimś stopniu do osiągnięcia naszego celu, i trud, im poświęcony, nie będzie daremny. A jeżeli nie, to szkoda zachodu. - I ja - mówi - tak przeczuwam. Ale ty masz na myśli bardzo wielką pra­ cę, Sokratesie. - Myślisz o pracy wstępnej czy o jakiej? Czyż nie wiemy, że to wszystko jest dopiero w s t ę p do tej melodii, której się trzeba nauczyć? Przecież nie myślisz, E żeby ci, którzy to opanują, już tym samym byli zdolni do mądrej rozmowy. - N i e , na Zeusa - powiada. - Chyba że jacyś bardzo nieliczni, na których udało mi się natrafić. - A z drugiej strony - powiedziałem - ci, którzy nie potrafią ściśle zdawać z czegoś sprawy, ani cudzych myśli o tym przyjmować, czy oni będą kiedy­ kolwiek coś wiedzieli o tych rzeczach, o których naszym zdaniem wiedzieć trzeba? - To też nie - powiada. - A prawda, G l a u k o n i e - ciągnąłem - że to właśnie jest ta melodia, we- 532 dług której biegnie każda nasza rozmowa? Chociaż to jest sprawa myśli, to j e d n a k siła wzroku może być jej obrazem. Mówiliśmy, jak to wzrok niekie­ dy próbuje się kierować już na same zwierzęta i na gwiazdy same, a w koń­ cu i na słońce samo. Tak samo i wtedy, kiedy ktoś z drugim mądrze roz­ m a w i a ć z a c z n i e , a nie p o s ł u g u j e się przy tym ż a d n y m i s p o s t r z e ż e n i a m i zmysłowymi, tylko się myślą zwraca do tego, co jest Dobrem samym; wtedy B

240

Platon, Państwo

532 B

C

D

E

staje u szczytu świata myśli, podobnie jak t a m t e n u szczytu świata widzial­ nego. - Ze wszech miar - powiada. - Więc cóż, czy tej drogi nie nazywasz sztuką mądrych rozmów? Dialektyką? 13 - N o , tak. - Otóż jest - dodałem - wyzwolenie z kajdan i odwrócenie się od cieni do w i z e r u n k ó w samych i do światła, oto jest wyjście w górę z p o d z i e m i a na słońce, do tych zwierząt i roślin tam, i do blasku słońca, który olśniewa tak, że patrzeć trudno, ale odbicia w wodach tego, co boskie, i cienie bytów rze­ czywistych tam widzieć można, a nie patrzeć tylko na cienie wizerunków, które rzuca nie słońce, ale inne takie światło, inne w porównaniu do słońca, całe to zajmowanie się umiejętnościami, któreśmy przeszli, posiada tę siłę; podprowadza w górę to, co jest najlepszego w duszy, do oglądania tego, co jest najlepsze pośród bytów, p o d o b n i e jak tam to, co najjaśniejsze w ciele, p o d n o s i ł o się do oglądania tego, co najświetniejsze w świecie c i e l e s n y m i widzialnym. - Ja to tak przyjmuję - powiada - chociaż mi się to wydaje ze w s z e c h miar t r u d n e do przyjęcia, a z drugiej strony znowu trudno tego nie przyjąć. A jednak, bo to przecież trzeba nie tylko w tej chwili usłyszeć, ale i kiedyś indziej znowu do tego nie raz j e d e n wracać, j e d n a k załóżmy, że jest tak, jak mówimy, i p r z e j d ź m y do tej melodii samej, a p r z e j d ź m y ją tak, j a k e ś m y przechodzili wstęp. Więc mów, w jaki sposób działać potrafi mądra rozmowa i na jakie postacie ona się rozpada i jakie znowu do nich drogi. Bo te
13 Największą nauką j e s t dialektyka, czyii sztuka mądrej rozmowy. Jest to d ą ż e n i e do ujmowa­ nia rzeczywistości w określenia ścisłe nazw ogólnych i ustalanie s t o s u n k ó w m i ę d z y nazwami ści­ śle określonymi. T a k , jak to Platon robi, albo stara się robić w dialogach, np. o pobożności, o mę­ stwie, o rozwadze, o tym, co miłe, o fałszu u m y ś l n y m i m i m o w o l n y m . Platon kładzie przy tym nacisk na m y ś l e n i e n i e o b r a z o w e . Wydaje mu się, że jak d ł u g o jeszcze jakąś treść obrazową m a m y na myśli, to nie ujmujemy jeszcze rzeczywistości samej, tylko jej widziadła, odbicia: z n i k o ­ m e cienie.

To n i e s ł u s z n e stanowisko. Można myśleć n i e o b r a z o w o i b a ł a m u t n i e i można myśleć ściśle i jasno, nie tracąc z oczu o b r a z ó w rzeczy, o których się myśli. I nic łatwiejszego, jak stracić z oczu m a t e r i a ł faktów, m a t e r i a ł s p o s t r z e ż e ń z m y s ł o w y c h , i m i e ć w r a ż e n i e , że się w e s z ł o na szczyty świata myśli, podczas gdy n a p r a w d ę obraca się tylko wyrazy w ustach albo je kreśli po p a p i e r z e , a straciło się k o n t a k t z rzeczywistością, zamiast go teraz dopiero osiągnąć. Na c z y m ś takim polega znany w pedagogice upiór werbalizmu. Na tym i frazeologia filozoficzna uprawiana w niektórych szkołach dawniej i dziś. W tym miejscu Platon uprawia walkę z samym sobą i robi sobie na przekór. Zdaje mu się, że w t e d y d o p i e r o staje się jasny i rzeczowy, k i e d y przestaje być k o n k r e t n y . A było na o d w r ó t . Kiedy zaczyna pisać bez przykładów, wygląda, jakby sam d o b r z e nie wiedział, o co mu chodzi właściwie. I tak jest u k a ż d e g o i n n e g o autora. R a m y słów bez ilustracji są najczęściej ogólni­ k o w e i mgliste. Szczęściem ma Platon zdrowy instynkt, który mu każe od przykładów k o n k r e t ­ nych wychodzić i przykłady k o n k r e t n e przytaczać, gdzie tylko potrafi. D o p i e r o te k o n k r e t y po­ zwalają go zrozumieć i pomagają mu do ścisłości. Założenia, o których tu czytamy, że je d i a l e k t y k a odnosi do s a m e g o początku - to właśnie są s p o s t r z e ż e n i a i wypadki j e d n o s t k o w e , które podpadają pod uogólnienia s z u k a n e podczas m ą d r e j rozmowy. A ten początek i szczyt, to Dobro, Rzeczywistość, Byt realny.

532 E

Księga VII

241

dotychczasowe to byłyby, zdaje się, już te, które prowadzą do tego punktu, ale kto do niego dojdzie, ten już będzie mógł odpocząć po drodze; znajdzie się u celu i u kresu pielgrzymki. - Dalej - o d p o w i e d z i a ł e m - kochany Glaukonie, ty nie potrafisz ze mną 533 iść, bo z mojej strony z pewnością dobrych chęci nie zbraknie. I już chyba nie obraz będziesz widział tego, o czym mówimy, ale prawdę samą, tak, jak ona się m n i e przedstawia, a czy słusznie, czy nie, o to już nie wypada się spierać. Tylko że coś w tym rodzaju zobaczyć trzeba, to należy stwierdzić całkiem stanowczo. Czy nie? - N o , tak. - N i e p r a w d a ż , i to, że tylko mądra rozmowa potrafi to odsłonić k o m u ś , kto się obezna z tym, cośmy w tej chwili przeszli, a inaczej nie sposób? - I przy tym - powiada - godzi się obstawać. - Więc o to - powiedziałem - nikt się z nami spierać nie będzie, że jeśli cho­ dzi o te rzeczy same, to tylko pewna metoda stara się systematycznie chwytać, B czym każda rzecz jest. A wszystkie inne umiejętności albo zaspokajają mnie­ mania ludzkie i pragnienia, albo jakąś produkcję i jakieś syntezy mają na oku, albo są całkowicie o d d a n e d b a n i u o to, co żyje, i o p r o d u k t y syntez. A pozo­ stałe, które, powiedzieliśmy, mają coś do czynienia z b y t e m , jak te g e o m e t r i e i t e , k t ó r e się z nią wiążą, widzimy, że tylko przez sen marzą na t e m a t bytu, a na j a w i e d o j r z e ć go n i e mogą, j a k d ł u g o się z a ł o ż e n i a m i posługują i n i e tykają ich w ogóle, bo nie umieją ich zanalizować ściśle. Przecież, jeżeli się coś zaczyna od samych n i e w i a d o m y c h , a k o n i e c i ś r o d e k ma s p l e c i o n y t e ż z niewiadomych, to jakim sposobem zbiór takich ustaleń może być nauką? - N i e ma sposobu - powiada. - N i e p r a w d a ż - d o d a ł e m - j e d n a tylko m e t o d a mądrej rozmowy (dialek­ tyczna) idzie tą drogą, że założenia rozbiera i odnosi je do początku samego, aby się umocnić, i oko duszy, zakopane istotnie w jakimś błocie barbarzyńskim, obraca po cichu i podnosi je w górę, a do pomocy przy tym obracaniu używa tych umiejętności, któreśmy przeszli. Myśmy je nieraz nazywali na­ ukami, bo jest taki zwyczaj, ale dla nich trzeba terminu innego; chodzi o ja­ kąś nazwę, mówiącą o większej jasności, niż ją podaje nazwa „ m n i e m a n i e " , C

D

a nie tak wielkiej, jaka się wiąże z nazwą „ n a u k a " . M y ś m y gdzieś przed­ tem określili to jako rozsądek. Ale mam wrażenie, że nie powinni się spie­ rać o słowa ludzie, którzy tak jak my mają przed sobą tak wielki materiał E do rozważań. - Och nie - powiada. - Byleby tylko wyraz objawiał jasno stan rzeczy, i to, co mówi w duszy. - W i ę c czy to b ę d z i e ł a d n i e - c i ą g n ą ł e m - tak j a k p r z e d t e m , n a z w a ć XIV pierwszy dział nauką, drugi rozsądnym rozważaniem, trzeci wiarą, a czwarty 534 m y ś l e n i e m o b r a z a m i . I te d w i e rzeczy o s t a t n i e , to b ę d z i e m n i e m a n i e , a dwie pierwsze, to rozum. M n i e m a n i e ma za p r z e d m i o t zjawiska, k t ó r e powstają i giną, a p r z e d m i o t e m rozumu jest byt. I jak się istota ma do zja­ wisk, tak się ma rozum do m n i e m a n i a . A czym jest rozum w stosunku do

242

Platon, Państwo

534 A

m n i e m a n i a , t y m jest n a u k a w s t o s u n k u do wiary, a rozsądne r o z w a ż a n i e w stosunku do myślenia obrazami? A już stosunek, w którym te rzeczy zo­ stają, i p o d z i a ł o b u c z ę ś c i na d w i e grupy, na p r z e d m i o t y m n i e m a ń i p r z e d m i o t y r o z u m u , zostawmy, G l a u k o n i e , ż e b y nas to nie w p ę d z i ł o w rozważania jeszcze bardziej różnorodne niż to, co było 1 4 . - No nie - powiada - co do m n i e , to zresztą - o ile się m o g ę w tym zo­ rientować - mnie się to też tak wydaje. - A czy i z d o l n y m do mądrej który ściśle chwyta istotę każdej o ile by nie umiał ani sobie, ani wiek, to powiesz, że on o tyle nie rozmowy ( d i a l e k t y k i e m ) nazywasz t e g o , rzeczy? A jeśli ktoś t e g o nie potrafi, to d r u g i e m u dawać ścisłego ujęcia czegokol­ ma rozumu w tym zakresie?

- Jakżebym mógł przyznawać mu rozum? - powiada. - Nieprawdaż? A jeśli o Dobro chodzi, to tak samo. Kto by nie potrafił odgrodzić myślą i oderwać od wszystkich innych p r z e d m i o t ó w idei Dobra i jak by w bitwie przez wszystkie argumenty przeciwne szedł, pragnąc swo­ je stanowisko oprzeć nie na mniemaniu, ale na istocie rzeczy, a nigdy by się przy tym wszystkim jego myśl nie potykała po drodze, o tym powiesz, że on w o b e c tego ani D o b r a samego nie zna, ani i n n e g o D o b r a ż a d n e g o , a jeśli się gdzieś natknie na jakieś odbicie Dobra, to go m n i e m a n i e m dotyka, a nie wiedzą, i całe o b e c n e życie nic, tylko marzenia s e n n e przeżywa i śpi, a za­ nim się tutaj obudzi, to prędzej do H a d e s u pójdzie i dopiero tam zaśnie na dobre? - Na Zeusa - powiada - z całym przekonaniem b ę d ę mówił to wszystko. - Z a t e m tych swoich chłopców, których w myśli chowasz i kaształcisz, gdybyś ich kiedyś chował w rzeczywistości, to byś, sądzę, nie pozwolił, żeby byli b e z r o z u m u , jak g ł u p i e k r e s k i , a rządzili w p a ń s t w i e i rozstrzygali o sprawach najważniejszych. - No nie - powiada. - Z a t e m przykażesz im prawem, żeby się najwięcej garnęli do tej dyscy­ pliny, d z i ę k i k t ó r e j potrafią n a j m ą d r z e j z a d a w a ć p y t a n i a i d a w a ć o d p o ­ wiedzi? - Przykażę to prawem - powiada - razem z tobą przecież.
14 N a u k ą w ścisłym z n a c z e n i u pragnąłby Platon nazwać to, co się inaczej nazywa metafizyką. N a u k ę o cechach formalnych każdego p r z e d m i o t u . Logika w ujęciu ontologicznym też by tu na­ leżała. N a t o m i a s t a r y t m e t y k a , geometria, astronomia - to są tylko rozsądne rozważania. N a u k i p r z y r o d n i c z e apelują do wiary, a literatura p i ę k n a poucza za pomocą p r z e n o ś n i , jeżeli poucza w ogóle.

L o g i k a i m a t e m a t y k a wraz z jej zastosowaniami wymagają rozumu i dają p o z n a n i e - nauki przyrodnicze i literatura dają tylko m n i e m a n i a . T y l k o praca r o z u m u dotyczy bytu; m n i e m a n i a dotyczą nie tego, co istnieje, tylko tego, co powstaje i ginie, i z m i e n i a się u s t a w i c z n i e , i jest względne. T r z e b a pamiętać, że w jego czasach nauki przyrodnicze właściwie nie istniały i nie było widać wielkiej różnicy m i ę d z y r o m a n s e m a reportażami przyrodniczymi przypadkowych obserwatorów, p o d r ó ż n i k ó w . Logika pojęta ontologicznie i metafizyka, pod nazwą dialektyki, stanowi k o r o n ę wykształcenia niezbędną dla strażników doskonałych.

534 E

Księga VII

243

- A czy nie wydaje ci się - dodałem - że sztuka rozumnej rozmowy (dial e k t y k a ) leży u nas na samej górze, jak gzyms wieńczący, nad n a u k a m i , i że już żadnego innego przedmiotu nauczania nie godzi się kłaść wyżej od niej; ona już leży u szczytu nauk? - Wydaje mi się - powiada. - Z a t e m zostaje ci już tylko podział - rozpatrzyć, k o m u d a m y te n a u k i i w jaki sposób 15 . - Jasna rzecz - powiada. - A pamiętasz poprzedni wybór rządzących; jakicheśmy wybierali? - Jakżeby nie? - powiada. - Więc na ogół - ciągnąłem - uważaj, że należy wybierać t a m t e natury. Na pierwszym miejscu kłaść co najmocniejszych i co najmężniejszych oraz, ile możności, co najprzystojniejszych. Oprócz tego trzeba szukać nie tylko chłopców szlachetnego i mocnego charakteru, oni muszą mieć jeszcze takie cechy w naturze, które sprzyjają t e m u rodzajowi wykształcenia. - Więc, jakie cechy zalecasz? - Bystrość i przenikliwość, mój drogi - tak odpowiedziałem - powinni po­ siadać w naukach i żeby im nauki nie szły trudno. Bo trudności w naukach znacznie bardziej odstraszają dusze niż trudności w ćwiczeniach cielesnych. T r u d przy nauce jest raczej swoiście psychiczny; dusza nie dzieli go z cia­ łem, tylko znosi go sama. - Prawda - powiedział. - I takiego, żeby pamięć miał dobrą i złamać się nie dał, i w ogóle trudy, żeby c h ę t n i e podejmował; takiego trzeba szukać. Bo inaczej, jakim sposo­ b e m - myślisz - chciałby ktoś i trudy fizyczne znosić, i w dodatku zamęczać się tyloma naukami i ćwiczeniami? - N i k t by t e g o n i e c h c i a ł - p o w i a d a - jeżeli n i e b ę d z i e p o d k a ż d y m w z g l ę d e m dorodny. - To jest właśnie ten dzisiejszy błąd - dodałem - i stąd ta niesława spadła na filozofię, jak i p r z e d t e m mówiłem, stąd, że nie biorą się do niej ludzie godni. Powinny się były do niej garnąć nie wybiórki i podrzutki, ale chłop­ cy prawego pochodzenia. - Jak to? - powiada. - P r z e d e wszystkim - odpowiedziałem - taki, co się ma do niej wziąć, nie powinien być kaleką ze względu na swoją pracowitość, to znaczy na pół pra­ cowitym, a na pół p r ó ż n i a k i e m . A tak bywa, k i e d y ktoś lubi g i m n a s t y k ę i p r z e p a d a za polowaniem, i wszelkie trudy fizyczne z radością podejmuje, a uczyć się nie lubi ani słuchać, ani badać - wszystkich tego rodzaju trudów nie znosi. A i ten, u którego z pracowitością ma się rzecz wprost na odwrót, też jest kaleką. - Najsłuszniejszą prawdę mówisz - powiada.
15 Do tych studiów w y p a d n i e wybierać j e d n o s t k i najlepsze pod w z g l ę d e m c i e l e s n y m i psychicz­ n y m , ochocze do ćwiczert fizycznych i do nauki zarówno.

244

Platon, Państwo

535 D

- No nie? A jeśli o prawdę chodzi - dodałem - to czy nie przyjmiemy, że tak samo dusza jest kaleką, jeżeli u m y ś l n e g o fałszu nienawidzi i nie znosi E go sama, i oburza się niepomiernie, gdy go u drugich spotyka, ale fałsz mi­ mowolny przyjmuje łagodnie i jeśli ją gdzieś przychwycić na niewiedzy, to nie gniewa się wcale, tylko spokojnie się w swej niewiedzy tarza jak świnia w błocie? - Ze wszech miar przecież - powiada. 536 - A jeżeli chodzi o rozwagę - dodałem - i o męstwo, i o szlachetną posta­ wę, i o wszystkie części dzielności, to n i e m n i e j trzeba się strzec p o d r z u t ­ ków, a szukać p o t o m k ó w prawych. Bo k i e d y ktoś nie u m i e na to zwracać uwagi, i człowiek prywatny, i państwo, to sami nie wiedzą, jak i kiedy wy­ bierają sobie kaleki i dzieci nieprawe do czego się zdarzy - jedni na przyja­ ciół, a państwa na rządzących. B - Tak bywa - powiada - tak jest. - Więc my się musimy - ciągnąłem - wystrzegać wszystkich takich rzeczy. Jeżeli zdrowych na ciele i zdrowych na duszy b ę d z i e m y kierowali do tylu n a u k i ćwiczeń i tak ich kształcili, nie będzie się na nas gniewała Sprawie­ dliwość sama i zachowamy w całości państwo i jego ustrój, a jak b ę d z i e m y do tego kierowali typy, którym to wszystko jest obce, zrobimy coś wprost przeciwnego i jeszcze większy śmiech s p a d n i e przez nas na filozofię, i su­ chej nitki na niej nie zostanie. - To by było bardzo brzydko, doprawdy - powiada. - T a k jest - m ó w i ę . - Ale m n i e się t e ż coś z a b a w n e g o przydarza w tej chwili; tak to wygląda. - Co takiego? - powiada. - Z a p o m n i a ł e m - m ó w i ę - ż e ś m y żartowali, i zacząłem mówić zbyt po­ ważnie. Bo mówiąc, spojrzałem równocześnie na filozofię i w i e d z ę , jak ją n i e g o d n i e z b ł o t e m mieszają, więc m u s i a ł e m się zirytować i j a k b y m się zgniewał na winnych, zbyt poważnie powiedziałem to, com powiedział.

C

- O nie, na Z e u s a - powiada - wcale nie, ja przecież słucham i nie m a m tego wrażenia. - Ale ja m ó w i ł e m i m a m to w r a ż e n i e - o d p a r ł e m . A nie z a p o m i n a j m y o tym, że przy pierwszych wyborach wybieraliśmy ludzi starych, a przy tych D już się tak nie da. N i e trzeba wierzyć Solonowi, że starzejąc się potrafi się ktoś wiele uczyć - na pewno mniej, niż biegać - wszystkie zaś wielkie i licz­ ne trudy są dla młodych. - Tak musi być - powiada. XVI - Z a t e m te rachunki i geometrie, i całą tę p r o p e d e u t y k ę , która musi po­ przedzać w wykształceniu dialektykę, trzeba im zadawać w latach chłopię­ cych, ale nadać nauczaniu taką postać, jakby się tego nie trzeba było uczyć przymusowo l 6 .
16 Tu z n a k o m i t e zasady pedagogiczne, żywe i dziś - o tym, jak to n a u k a musi być dla dzieci za­ razem zabawą, a nigdy n a r z u c o n y m p r z y m u s e m . M i ę d z y s i e d e m n a s t y m a d w u d z i e s t y m r o k i e m życia c h ł o p c y p o k o ń c z ą swoje o b o w i ą z k o w e ć w i c z e n i a g i m n a s t y c z n e . P o d c z a s tych ć w i c z e ń

536 D

Księga VII

245

- Więc co? - Ż a d n e g o przedmiotu - powiedziałem - nie powinien się człowiek wolny uczyć, jakby roboty przymusowe odrabiał. Bo trudy fizyczne znoszone pod p r z y m u s e m wcale ciału nie szkodą, a w duszy nie ostanie się żaden przed­ miot nauczania, jeżeli go gwałtem narzucać. - To prawda - mówi. - Z a t e m , mój kochany - dodałem - nie zadawaj dzieciom gwałtu naucza­ n i e m , tylko niech się tym bawią; w t e d y też łatwiej potrafisz dostrzec, do czego każdy zdolny z natury. - To ma sens - powiada - to, co mówisz. - P a m i ę t a s z , prawda - d o d a ł e m - że n a w e t i na wojnę, mówiliśmy tak, t r z e b a c h ł o p c ó w w y p r o w a d z a ć k o n n o , n i e c h się przyglądają, a j e ż e l i b y gdzieś było b e z p i e c z n i e , to ich podprowadzać blisko i n i e c h b y kosztowali krwi jak szczenięta? - P a m i ę t a m - powiada. - A we wszystkich tych trudach - ciągnąłem - i w naukach, i w strachach, który się zawsze o k a ż e najbieglejszy, tego wciągnąć na pewną z a m k n i ę t ą listę. - W jakim wieku? - powiada. - W t e d y - p o w i e d z i a ł e m - kiedy im się kończą obowiązkowe ćwiczenia gimnastyczne. Bo w tym czasie, przez jakieś dwa albo trzy lata niepodobna się c z y m ś i n n y m z a j m o w a ć . T r u d y i g o d z i n y s n u są w r o g a m i n a u k i . A równocześnie to jest też j e d n a z prób, i to nie najmniejsza, jaki się każdy z nich okaże na ćwiczeniach gimnastycznych. - Jakżeby nie? - powiada. - A po tym czasie - dodałem - ci spośród dwudziestoletnich, którzy zosta­ ną w c i ą g n i ę c i na listę, b ę d ą się cieszyli w i ę k s z y m s z a c u n k i e m niż i n n i i podczas gdy inni chłopcy uczyli się wszystkich p r z e d m i o t ó w naraz a bez porządku, ci dostaną zestawienie i przegląd nauk z uwzględnieniem ich po­ krewieństwa wzajemnego i natury bytu. - Tylko taka n a u k a - powiedział - jest trwała, jeżeli się k o m u ś dostanie w udziale. - I to jest największa próba - d o d a ł e m - która oddziela natury zdolne do mądrej rozmowy i niezdolne do niej. Bo człowiek zdolny do zestawień jest zdolny i do mądrych rozmów, a niezdolny do tego - nie.
t r u d n o się c z e g o ś uczyć. Wybranych na przyszłych członków kasty rządzącej już w latach c h ł o ­ pięcych wciąga się teraz na listę i oddaje się ich na dziesięć lat na studia wyższe. T a m otrzymują s y s t e m a t y c z n e wykształcenie, jakąś porównawczą e n c y k l o p e d i ę nauk. Po trzydziestym roku życia wybiera się spośród nich do nowej, jeszcze bardziej zaszczytnej li­ sty t y c h , którzy objawią największe zdolności, potrafią najlepiej m y ś l e ć n i e o b r a z o w o a s a m o ­ dzielnie. Samodzielność myślenia i rozbudzony krytycyzm mogą j e d n a k łatwo prowadzić do ban­ k r u c t w a m o r a l n e g o , k i e d y się t r a d y c y j n e zasady okażą w e w n ę t r z n i e s p r z e c z n e , n i e r a c j o n a l n e i stracą swą dawną powagę, a nowych nie uda się sformułować i uzasadnić. Ł a t w o w t e d y młody człowiek traci wszelki moralny grunt pod nogami, oddaje się rozpuście i co najwyżej stara się żyć tak, żeby się podobał tym, którzy o jego karierze decydują - wszystko j e d n o : źle czy d o b r z e . To jest to schlebianie, o którym wiele czytamy w Goigir/szu.

246

Platon, Państwo

537 C

- I mnie się tak zdaje - powiada. D - Więc na to będziesz musiał uważać - dodałem - i którzy się najbardziej takimi w tym wszystkim okażą i będą wytrwali w naukach, i wytrwali na wojnie, i we wszystkim innym, co prawo przykazuje, tych znowu, k i e d y trzydzieści lat skończą, trzeba będzie z poprzedniej listy wybrać i wciągnąć do nowej, i większymi otoczyć honorami, i znowu patrzeć uważnie, posługu­ jąc się dyskusjami na próbę, który z nich potrafi zostawić na boku swoje oczy i inne zmysły, a iść prosto ku bytowi samemu, nie rozstając się z praw­ dą. I tu trzeba być bardzo ostrożnym, przyjacielu. - C z e m u niby? - powiada. E - Czy nie bierzesz pod uwagę - d o d a ł e m - tego zła, które się dziś łączy z mądrymi rozmowami? Ile go jest? - Jakież to zło? - powiada. - Zaczynają sobie zupełnie prawa lekceważyć - odpowiedziałem. - P e ł n o tego w nich. - I bardzo - powiedział. - A czy ty myślisz, że to coś dziwnego, co się z nimi dzieje, i czy nie wy­ baczasz im? - Z jakiego względu właściwie? - zapytał. - To tak - p o w i e d z i a ł e m - j a k b y się jakiś p o d r z u t e k w y c h o w a ł wśród wielkiego bogactwa, w rodzinie licznej i wielkiej, a otoczony licznymi po538 chlebcami i dorósłszy na mężczyznę spostrzegłby, że nie jest synem tych lu­ dzi, którzy się podają za jego rodziców, a swoich rodziców prawdziwych nie umiałby znaleźć, to czy potrafisz odgadnąć, jak by on się odnosił i do po­ chlebców i do tych, którzy go podrzucili? I to w okresie, w którym by nie wiedział o swoim podrzuceniu, i w tym, w którym by już wiedział? A może chcesz posłuchać, jak ja to odgaduję? - C h c ę - powiada. B - O t ó ż ja p r z e c z u w a m - mówiłem - że on by więcej czcił ojca i m a t k ę , i inne osoby, stanowiące jego rzekomy dom, raczej niż pochlebców, i mniej by przeoczał jakieś ich potrzeby, i mniej by sobie pozwalał na jakieś czynne albo słowne łamanie prawa w stosunku do nich i na nieposłuszeństwo w rze­ czach wielkich mniej często, niż w stosunku do pochlebców, w tym czasie, w którym by prawdy nie znał. - Prawdopodobnie - powiedział. - A gdyby spostrzegł, co jest, to znowu przeczuwam, że przestałby tamtych czcić i dbać o nich, a zbliżyłby się do p o c h l e b c ó w i w p a d ł b y pod ich wpływ, szczególnie silny w porównaniu do okresu p o p r z e d n i e g o , zacząłby żyć już na ich m o d ł ę , przestawałby z nimi jawnie, a o t a m t e g o ojca i o t e n cały r z e k o m y dom nie dbałby zgoła, chyba żeby to była natura bardzo szlachetna.

C

538 C

Księga VII

247

- Mówisz to wszystko, co by się musiało stać, ale w jakim sposobie ten obraz się odnosi do tych, którzy się stykają z myślą niezależną? - W tym sposobie. Mamy od dziecięcych lat p e w n e tam zasady dotyczą­ ce tego, co sprawiedliwe i piękne. Wyrośliśmy w nich, jakby pod okiem ro­ dziców, słuchaliśmy ich i szanowaliśmy je. - Tak jest. - N i e p r a w d a ż ? A są inne zajęcia też, tym przeciwne, a przyjemne, o n e schlebiają naszej duszy i pociągają ku sobie, choć nie przekonują nikogo, kto ma choć trochę rozwagi i umiarkowania w sobie. Tacy j e d n a k szanują tamte zasady, ojcowskie, i są im posłuszni. - Jest tak. - Więc cóż? - dodałem. - Jeżeli do człowieka tak dysponowanego przystą­ pi kiedyś pytanie i zacznie go pytać: co to jest piękno, i gdy on odpowie to, co słyszał od prawodawcy, wtedy wolna myśl go zbije, i tak często, i na tak wielu p u n k t a c h zbijać go zacznie, aż go z nóg zwali i w to m n i e m a n i e wtrąci, że to nie jest ani o włos bardziej p i ę k n e niż brzydkie; a jeżeli o sprawie­ dliwość chodzi, to tak samo i o dobro też, i o wszystko, co największą czcią otaczał, to jak myślisz, jak to wpłynie na niego w stosunku do tamtych za­ sad, jeżeli chodzi o cześć dla nich i posłuszeństwo?

D

E

- N i e u c h r o n n i e - powiada - on już ani ich czcić nie będzie tak jak przed­ tem, ani ich słuchać. - Więc kiedy już ani t a m t y c h zasad - ciągnąłem - nie będzie uważał za czcigodne, ani za swoje, jak to robił p r z e d t e m , ani zasad prawdziwych nie znajdzie, to czy m o ż e być, ż e b y się n a j p r a w d o p o d o b n i e j o d d a ł życiu in- 539 n e m u , a nie temu, którego treścią schlebianie? - N i e ma sposobu - powiada. - Z a t e m to nie będzie, sądzę, tak wyglądało, że on teraz prawa łamać za­ cznie, a przedtem ich słuchał. - Koniecznie. - Nieprawdaż - dodałem - czy to nie jest naturalny stan u tych, którzy się XVII w t e n sposób z myślami niezależnymi stykają, jak p r z e d t e m mówiłem, czy 17 nie należy im z wielu względów wybaczać?
Ż e b y u n i k n ą ć tego możliwego zgorszenia, trzeba chłopców oddzielić od wpływów wolnej my­ śli, aby sobie j e d e n z d r u g i m nie zaczął kpić ze wszystkiego. C h o ć oni to robią w oślich latach nie zawsze z przekonania, ale żeby błaznować i wprowadzać drugich w z a k ł o p o t a n i e . To j e d n a k gorszy drugich i naraża opinię filozofów w kołach konserwatywnych. Tu d o t k n ą ł Platon p u n k t u t r u d n e g o i nie w i a d o m o , jak by z n i e g o wybrnął, gdyby go chciał rozwinąć. P r z e c i e ż na p o c z ą t k u t r z e c i e g o rozdziału księgi trzeciej sam chciał, żeby c h ł o p c y z u ś m i e c h e m pogardy umieli czytać tradycyjnego H o m e r a , kiedy on o bogach mówi rzeczy prze­ k a z a n e tradycją. Skreślił te miejsca, ale j e d n a k chciał widzieć w chłopcach wybranych związki myśli niezależnej od tradycji. Więc nie wiadomo, czy chciałby teraz chłopców uchronić od czyta­ nia drugiej i trzeciej księgi własnego dialogu. T a m przecież są ustępy niesłychanie wolnomyślne, krytyczne, nawet sarkastyczne w stosunku do poglądów przekazanych tradycją. To w ogóle będzie sprawa niesłychanie t r u d n a i pytanie, czy w ogóle możliwa do przeprowa­ d z e n i a : b u d z i ć w młodzieży krytycyzm, wyczulać młodych ludzi na sprzeczności i niegodziwości u k r y t e w tekstach czytanych i m ó w i o n y c h , a równocześnie zachować u nich do trzydziestu lat
17

248

Platon, Państwo

539 A

- I litować się nad nimi - powiada. - Nieptawdaż? Więc, żebyś się tak nie musiał zacząć litować nad ludźmi trzydziestoletnimi, to czyś nie powinien na wszelki sposób uważać na ruch umysłowy? - I bardzo - powiada. - Więc czy to nie będzie j e d e n ze środków ostrożności - ten, często stoso­ wany, żeby ci ludzie w młodym wieku wolnej myśli nie kosztowali? Bo są­ dzę, żeś zauważył, jak to chłopaki, kiedy po raz pierwszy zakosztują myśli niezależnych, zaczynają się nimi bawić, zawsze tylko na to, żeby się sprze­ ciwiać, i naśladując tych, którzy ich zbijają, sami zaczynają zbijać i n n y c h i cieszą się jak szczeniaki tym, że oto mogą zaczepiać i szarpać myślą swoje najbliższe otoczenie. - Ależ nadzwyczajnie - powiada.
naiwny s t o s u n e k do poglądów tradycyjnych i uchronić ich od myślenia i m ó w i e n i a o nich w spo­ sób niezależny, o b i e k t y w n y . A przecież wszelki o b i e k t y w i z m w s t o s u n k u do n i e d o r z e c z n o ś c i i niegodziwości otoczonych czcią jest b l u ź n i e r s t w e m , budzi zgorszenie i wygląda na atak, na burzycielstwo i budzi o d r u c h y nienawiści w szerokich kotach. A Platonowi w tej chwili tak zależy na pozyskaniu w tych szerokich kołach przychylnej opinii dla filozofii. Z a t e m sprawa b ę d z i e bar­ d z o t r u d n a . W y p a d n i e t r z y d z i e s t o l e t n i c h z o b o w i ą z a ć , ż e b y nigdy n i e r o z m a w i a l i s z c z e r z e i otwarcie z d w u d z i e s t o p i ę c i o l e t n i m i i żeby k o n s e k w e n t n i e udawali naiwnych na zewnątrz, a my­ śleli i mówili szczerze tylko pomiędzy sobą, w kołach ściśle z a m k n i ę t y c h . I wypadnie oczekiwać, że się sprytni chłopcy nie poznają na o b ł u d z i e starszych i nie zaczną też udawać tylko na ze­ wnątrz postawy zachowawczej, a kpić z niej po cichu m i ę d z y sobą. N i e byłby to j e d y n y fałsz obowiązujący w tym idealnym państwie, ale byłby może trudniejszy od innych. T a k nas przynaj­ mniej uczy doświadczenie. Dość, że od trzydziestego do trzydziestego piątego roku życia młodzieńcy wybrani do rządów mają przechodzić krytyczny rozbiór poglądów obowiązujących - to byłaby może w języku dzisiej­ szym jakaś e t y k a naukowa, jakaś filozofia prawa, jakieś d y s p u t a t o r i u m czy konwersatorium z tych p r z e d m i o t ó w - i na tym kończyłoby się na razie wykształcenie urzędników. T e r a z , m i ę d z y trzydziestym piątym a pięćdziesiątym rokiem życia, pełniliby s ł u ż b ę państwo­ wą na stanowiskach kierowniczych pod ustawiczną i ścisłą kontrolą swej prawomyślności. D o p i e r o w pięćdziesiątym roku życia czakałby ich kurs logiki i metafizyki opisowej; to byłoby to p r z y m u s o w e oglądanie idei Dobra - w tym wieku. W razie p o t r z e b y musieliby w s t ę p o w a ć do służby p a ń s t w o w e j j e s z c z e i teraz. S z c z e g ó l n i e do s ł u ż b y n a u c z y c i e l s k i e j . Po ś m i e r c i będą odbierali cześć należną ludziom zasłużonym, a n a w e t boską, jeżeli się t e m u nie sprzeciwią ka­ płani w D e l f a c h . D o t y c z y to wszystko z a r ó w n o m ę ż c z y z n , jak i k o b i e t , tak s a m o p r z y g o t o ­ wanych i wybranych, jak wybrani mężczyźni. I tak się w tej chwili po raz drugi kończy opis państwa i d e a l n e g o - już raz z a k o ń c z o n y przy końcu księgi czwartej. Obraz został rozwinięty w szczegółach, jeżeli idzie o p r z y g o t o w a n i e elity rządzącej i o charakterystykę filozofów i filozofii. Realizacja tego ideału nie wydaje się Platonowi możliwa pośród ludzi dojrzałych, obarczonych tradycjami i n a w y k a m i d o t y c h c z a s o w y m i . W o b e c t e g o znajduje wyjście, które mu się przed­ stawia najprościej: starych wyprawić gdzieś na wieś. a zabrać im dzieci poniżej lat dziesięciu i te c h o w a ć o d p o w i e d n i o , i d o p i e r o z nich zorganizować ustrój idealny. To jest zabieg dość rady­ kalny i jasna rzecz, że nie dałby się przeprowadzić po d o b r e m u ! Ale nie byłby to j e d y n y gwałt na uczuciach ludzkich, jakiego by państwo idealne wymagało. Byłby tylko pierwszy. Platon nazywa to p a ń s t w o szczęśliwym, c h o ć zastrzegał się nieraz, że nie wszystkie j e d n o s t k i i nie wszystkie klasy będą się w nim czuły z a d o w o l o n e tak, jak by powinny. Wcale mu o to nie chodzi. Jaki pożytek mogłaby taka organizacja przynieść ludowi, pośród którego by powstała izolowana, nie bardzo widać. Adejmant wierzy w to bez zastrzeżeń; rozwinięcie tej myśli albo się Platonowi wydawało za t r u d n e , albo raczej n i e p o t r z e b n e .

539 B

Księga VII

249

- Nieprawdaż? A jak im się często udaje zbić kogoś innego, a ktoś inny często ich stanowisko zbije, w t e d y bardzo skrajnie i p r ę d k o wpadają w to, że nie uznają żadnego ze swoich poprzednich poglądów. I stąd inni zaczy­ nają źle mówić o nich i o tej całej filozofii. - Święta prawda - mówi. - A starszy c z ł o w i e k - d o d a ł e m - raczej nie z e c h c e się bawić w t a k i e g ł u p s t w a i raczej b ę d z i e n a ś l a d o w a ł t e g o , który p r a g n i e w y m i a n y myśli i rozpatrzenia prawdy, a nie tego, co dla zabawy i z żartów zajmuje przeciw­ ne s t a n o w i s k o , b ę d z i e i sam bardziej u m i a r k o w a n y i dla swojego zajęcia większy szacunek zyska, zamiast większej niesławy. - Słusznie - powiada. - Nieprawdaż? Także to wszystko, co się p r z e d t e m powiedziało, czy nie było mówione pod wpływem obawy i troski o to, żeby to już byli ludzie po­ rządni i ustaleni, z którymi się ktoś zacznie dzielić myślami niezależnymi, a nie tak jak teraz, że zabiera się do tego pierwszy lepszy i w żaden sposób nie ukwalifikowany? - Tak jest - powiada. - W i ę c czy to wystarczy, jeżeli k t o ś na ć w i c z e n i a c h myśli n i e z a l e ż n e j a ścisłej, wytrwale i pilnie, nic i n n e g o nie robiąc poza tym, na tym o d p o ­ w i e d n i k u gimnastyki ciała, spędzi dwa razy tyle lat, ile ich poświęcił ćwi­ czeniom cielesnym? - Ty masz na myśli sześć lat albo cztery? - Mniejsza o to, połóż pięć. A po tym czasie będziesz ich musiał sprowadzić z powrotem na dół, do tamtej jaskini, i zmusić ich, żeby objęli kierow­ nictwo spraw wojskowych i czym tam jeszcze młodzi rządzą, aby doświad­ czenia nabyli nie mniej od innych. I jeszcze teraz trzeba ich doświadczać,

C

D

E

czy wytrwać potrafią, g d z i e k o l w i e k by się ich wlokło, czy t e ż zaczną się 540 chwiać po trochu. A on mówi: - Czas jak długi na to przeznaczasz? - P i ę t n a ś c i e lat - p o w i e d z i a ł e m . - A jak będą mieli po lat pięćdziesiąt, to ci, którzy cało wyjdą z prób i okażą się najlepszymi w s z ę d z i e i pod k a ż d y m w z g l ę d e m - i w praktyce i w teoriach - tych już trzeba poprowadzić do końca drogi i zmusić, żeby wznieśli w górę światło swojej duszy i zaczęli patrzeć na to, co w s z y s t k i e m u jasności dostarcza. A gdy zobaczą dobro samo, będą go używali jako pierwowzoru, aby przez resztę życia ład wprowadzać w państwie i u ludzi prywatnych, i u siebie samych, u każdego po trochu i z kolei. Będą się p r z e w a ż n i e filozofią zajmowali, a k i e d y kolej na k t ó r e g o w y p a d n i e , bęB dzie się musiał jeszcze i teraz trudzić polityką i rządami ze względu na dobro państwa. Będzie się tym zajmował nie dlatego, że to rzecz ładna, tylko dlate­ go, że konieczna. I tak będą zawsze wychowywali drugie p o k o l e n i e ludzi ta­ kich samych, aby ich zostawić na straży około państwa, a sami odejdą m i e ­ szkać na w y s p a c h s z c z ę ś l i w y c h . P o m n i k i im postawi p a ń s t w o swoim ko­ s z t e m i ofiary b ę d z i e s k ł a d a ł o , j e ż e l i to P y t i a z a t w i e r d z i , tak j a k b o g o m , a jeżeli nie, to jako ludziom szczęśliwym, którzy coś boskiego mieli w sobie. C

250

Platon, Państwo

540 C

D

E

- Bardzo p i ę k n i e - powiada - wykańczasz tych rządzących, S o k r a t e s i e . Z u p e ł n i e jak rzeźbiarz. - I kobiety rządzące też, Glaukonie - d o d a ł e m . - Bądź przekonany, że ja w tym, com powiedział, nie mówiłem zgoła raczej o mężczyznach niż o ko­ bietach, o ile któraś z nich będzie miała odpowiednie warunki naturalne. - Słusznie - powiada - skoro wszystkie prawa mają równe z mężczyznami, z którymi wspólnie żyją, jakeśmy to przeszli. - Więc cóż? - dodałem. - Czy zgadzacie się, że o państwie i o ustroju pań­ s t w o w y m m y ś m y w y p o w i e d z i e l i nie tylko życzenia p o b o ż n e , ale rzeczy, które są wprawdzie t r u d n e , ale jakoś możliwe jednak, i to nie w inny spo­ sób, tylko właśnie tak, jak się tu powiedziało, kiedy prawdziwi filozofowie obejmą władzę - albo j e d e n taki, albo wielu - a obecnymi honorami wzgardzą uważając, że o n e nie są g o d n e w o l n e g o człowieka i nic nie są warte, a oni najwyżej cenią to, co słuszne, i te zaszczyty, które z tego źródła płyną, a za rzecz najwyższą i najbardziej konieczną uważają sprawiedliwość, więc jej będą służyć i pomnażać ją, gdy zaczną urządzać swoje państwo.

- Ale jak? - powiedział. - Którzy tylko - dodałem - będą w państwie mieli więcej niż lat dziesięć, 541 tych wszystkich wyprawią gdzieś na wieś, a tylko dzieci ich wezmą i usuną je spod wpływu dzisiejszych obyczajów, k t ó r e są też obyczajami ich rodzi­ ców, i zaczną je wychowywać na swój sposób i w e d ł u g swoich praw, które­ śmy o m ó w i l i . W t e n s p o s ó b najszybciej i n a j ł a t w i e j z b u d u j ą p a ń s t w o i ustrój, k t ó r y ś m y omówili; państwo, k t ó r e b ę d z i e szczęśliwe samo i najB większy pożytek przyniesie ludowi, pośród którego powstanie. - I wielki p o ż y t e k - powiada. - A w jaki by sposób powstawało, gdyby k i e d y k o l w i e k powstać miało, to, zdaje mi się, Sokratesie, d o b r z e ś powie­ dział. - Więc czy już nie dość - p o w i e d z i a ł e m ja - tych naszych myśli o tym państwie i o człowieku p o d o b n y m do niego? Bo chyba i to już jasne, jaki on powinien być, naszym zdaniem. - Jasne - powiada. - I zdaje mi się, że to, o co pytasz, to sprawa skończona.

KSIĘGA ÓSMA

No dobrze. Więc na tośmy się zgodzili, Glaukonie, że w państwie, które 543 ma być urządzone idealnie, wspólne powinny być kobiety i wspólną własno­ ścią dzieci i całe w y k s z t a ł c e n i e , a tak samo zajęcia mają być w s p ó l n e na wojnie i podczas pokoju, a królami ich będą co najlepsi na polu filozofii i najlepsi do wojny. - To uzgodnione - powiada. - T a k j e s t . I z g o d z i l i ś m y się t a k ż e na to, że j a k zostaną u s t a n o w i e n i i obejmą swoje stanowiska rządzący, to poprowadzą żołnierzy i osadzą ich B w mieszkaniach takich, jak się p r z e d t e m powiedziało: w żadnym nie będzie ż a d n e j w ł a s n o ś c i p r y w a t n e j - m i e s z k a n i a będą dla w s z y s t k i c h w s p ó l n e . A oprócz takich mieszkań, także i mienie, jeżeli pamiętasz, uzgodniliśmy to gdzieś tam, jakie będą posiadali. - Ależ pamiętam - powiada. - Uważaliśmy, że żaden z nich nie powinien posiadać nic z tego, co dzisiaj mają inni. Oni tak, jak zapaśnicy przygoto­ wani do wojny i strażnicy, dostawać mają żołd strażniczy na rok, żywność C potrzebną na ten czas, od innych, i mają dbać o siebie i o resztę państwa. - Słusznie mówisz - powiada. - Ale, proszę cię, skorośmy z tym skończyli, to przypomnijmy sobie t e n punkt, od którego zawróciliśmy w tę stronę teraz, abyśmy znowu zaczęli iść tym samym torem. - To nietrudna rzecz - powiada. - Bo mniej więcej tak teraz mówiłeś, jak D byś już był wyczerpał sprawę państwa, i mówiłeś, że niby uważasz za dobre takie państwo, jakieś w t e d y opisał, i człowieka w tym samym rodzaju, ale zdawało się przy tym, że potrafiłbyś o p o w i e d z i e ć o jeszcze p i ę k n i e j s z y m i p a ń s t w i e , i człowieku. Mówiłeś, że i n n e państwa są c h y b i o n e , jeżeli to 544 właśnie jest słuszne. A innych ustrojów państwowych - powiedziałeś - pa­ m i ę t a m - istnieją cztery postacie, które by też warto ściśle ująć i zobaczyć ich wady i wady ludzi w tym rodzaju też, aby, zobaczywszy ich wszystkich i pogodziwszy się co do tego, który człowiek jest najlepszy, a który naj­ gorszy, zastanowić się i nad tym, czy najlepszy jest i najszczęśliwszy zara­ z e m , a n a j g o r s z y j e s t n a j m n i e j szczęśliwy, czy t e ż m o ż e j e s t i n a c z e j . A k i e d y m ja zapytał, o których byś ty mówił czterech ustrojach państwo-

252

Platon, Państwo

544 B

wych, w cym m o m e n c i e wmieszał się Polemarch i Adejmant, więc tyś pod­ 1 jął nową myśl i takeś zaszedł aż tutaj . - Bardzo trafnieś to sobie przypomniał - powiedziałem. - Więc na nowo, tak jak zapaśnik na arenie, dawaj t e n sam chwyt i na moje pytanie spróbuj powiedzieć to samo, coś wtedy zamierzał. - Jeżeli tylko potrafię - odpowiedziałem. - O tak - powiada - ja sam też chcę usłyszeć, o których ty mówiłeś czte­ rech ustrojach państwowych. - Usłyszysz - mówię - bez trudności. Ja m ó w i ę o tych, k t ó r e mają też swoje nazwy. J e d e n ustrój szerokie koła chwalą - to t e n kreteński i lakoń­ ski. Drugi z rzędu, i stawiany na drugim miejscu, nazywa się oligatchią p e ł n o jest wad w tym ustroju. P o t e m ustrój różny od niego, a tworzący się z kolei, to d e m o k r a c j a i w k o ń c u ta s z l a c h e t n a d y k t a t u r a , k t ó r a się od wszystkich p o p r z e d n i c h różni, a jest czwartym i o s t a t e c z n y m s c h o r z e n i e m państwa. Albo masz może jakąś inną i d e ę ustroju państwowego, która by miała jakąś przejrzystą postać? Bo rządy d z i e d z i c z n e i k u p n e stanowiska królów, i takie jakieś ustroje są gdzieś p o m i ę d z y tymi, a można ich wiele znaleźć; nie mniej u barbarzyńców, jak i pośród Hellenów. - Słyszy się przecież o wielu ustrojach - powiada - i to o cudacznych. - A ty wiesz - d o d a ł e m - że musi istnieć tyle postaci c h a r a k t e r ó w ludz­ kich, ile jest postaci ustrojów p a ń s t w o w y c h ? 2 Czy myślisz, że ustroje po­ wstają skądś tam, z jakiegoś drzewa, czy z kamienia, a nie z obyczajów tych ludzi, którzy są w państwach, i jak się one przechylą, tak już pociągają za sobą wszystko inne? - W żaden sposób - powiada - ja nie myślę, żeby skądinąd, tylko stąd. - Nieprawdaż? Jeżeli jest pięć rodzajów państw, to i pięć b ę d z i e rodza­ jów struktury duchowej ludzi prywatnych.
Księga ósma dialogu jest księgą h u m o r u Platona. J e d n o p a s m o fantastycznych karykatur z za­ c i ę c i e m realistycznym, szereg satyr, obrazków rodzajowych, na których się wzorował T e o f r a s t i wielu satyryków po nim. A d e j m a n t p r z y p o m i n a , ż e przy k o ń c u księgi c z w a r t e j z a p o w i a d a ł S o k r a t e s przegląd złych ustrojów państwowych i już go nawet był rozpoczął, ale rozważanie się przerwało przez długą dy­ gresję o k o b i e t a c h i dzieciach i o wykształceniu prawdziwego filozofa, z a c z e m w y p a d ł o mu ten przegląd rozwinąć dopiero teraz. S o k r a t e s wymienia j a k o ustrój najlepszy spośród złych - ustrój lakoński i k r e t e ń s k i , który na­ zwie timokracją, na d r u g i m miejscu stawia oligarchię majątkową, na trzecim d e m o k r a c j ę , a na ostatnim d y k t a t u r ę ; ta mu się przedstawia najczarnicj. 2 T w i e r d z e n i e , że musi istnieć tyle typów charakterów ludzkich, ile jest rodzajów państw, nie j e s t oczywiste. T o prawda, ż e organizatorzy p a ń s t w narzucają ustrojom p a ń s t w o w y m p e w n e odbicia swego charakteru, ale na p e w n o nie każdy obywatel państwa d e m o k r a t y c z n e g o jest typo­ w y m demokratą, ani znoszący rządy dyktatora jest sam t y p e m d y k t a t o r s k i m . T e g o o s t a t n i e g o zdania nie podziela nawet Platon. Więc raczej opisuje p e w n e typy, które mu się wydają podobne do p e w n y c h ustrojów, takie, na których p e w i e n ustrój wycisnął swoje ślady, albo o n e w p ł y n ę ł y na taką, a nic inną postać ustroju. Wszystkie są wytworami fantazji Platona i są rysowane t e n ­ dencyjnie, aby pokazać, że im bardziej się jakiś ustrój oddala od państwa i d e a l n e g o - które j u ż z n a m y - a zbliża się do dyktatury, tym straszniejsze w nim panują stosunki, a człowiek poszcze­ gólny im jest dalszy od filozofa, a bliższy typu dyktatora, tym jest mniej szczęśliwy i bardziej po­ gardy godny. Są to więc karykatury d y d a k t y c z n e .
1

544 E

Księga VIII

253

- No, tak. - C z ł o w i e k a p o d o b n e g o do arystokracji opisaliśmy już i m ó w i m y słu­ sznie, że on jest dobry i sprawiedliwy. - Opisaliśmy. - Więc czy teraz mamy opisywać tych gorszych: typ człowieka kłótliwego i a m b i t n e g o , odpowiadający ustrojowi l a k o ń s k i e m u , i znowu typ oligarchy i demokraty, i dyktatora, aby zobaczywszy typ najniesprawiedliwszy prze­ ciwstawić go najsprawiedliwszemu i zobaczyć doskonale, jak się niezmieszana sprawiedliwość przedstawia w stosunku do niezmieszanej niesprawiedli­ wości, jeżeli chodzi o szczęście i o nieszczęście człowieka, który się jedną lub drugą odznacza, abyśmy bądź to posłuchali Trazymacha i gonili za nie­ sprawiedliwością, albo też poszli za tą myślą, która teraz świecić zaczyna, i sprawiedliwości szukali? - Ze wszech miar - powiada - tak trzeba zrobić. - Więc czy nie tak, jakeśmy zaczęli, naprzód rozpatrywać rysy obyczajo­ we w ustrojach państwowych, a nie w ludziach prywatnych, bo to b ę d z i e bardziej wyraźne, tak i w tej chwili naprzód rozpatrzyć ustrój oparty na am­ bicji - nie mam dla niego wyrazu, który by był w użyciu - trzeba by go na­ zwać timokracją albo timarchią. I do t e g o r o z p a t r z y m y o d p o w i e d n i t y p ludzki. P o t e m weźmiemy oligarchię i typ oligarchiczny, a później obrócimy oczy na d e m o k r a c j ę i b ę d z i e m y oglądali t y p d e m o k r a t y , a na c z w a r t y m miejscu pójdziemy do państwa, gdzie panuje dyktatura, i zobaczywszy je, przyjrzymy się znowu duszy dyktatora. I w ten sposób będziemy próbowali stać się ukwalifikowanymi sędziami tego, cośmy sobie wzięli za p r z e d m i o t rozważania? - Tak - powiada - w ten sposób miałoby sens i oglądanie, i ocena. - Więc proszę cię - powiedziałem - spróbujmy powiedzieć, w jaki sposób 3 timokracją m o ż e się zrobić z arystokracji . Czy może to jest rzecz prosta, że przewrót każdego ustroju państwowego wychodzi właśnie od tego czynPlaton wierzy, że ustroje państwowe wyradzają się j e d n e z drugich - coraz to gorsze z lepszych jakby przez proces schorzenia i degeneracji, przez rozpad p e w n e g o rodzaju. Z a t e m , jakże się po­ trafi rozpaść ta „ i d e a l n a " arystokracja, którą n a m w y m a l o w a ł tak d o k ł a d n i e ? Oczywiście przez rozterki w łonie rządu. Platon jest w tej chwili tak h u m o r y s t y c z n i e usposobiony, myśląc już na­ p r z ó d o licznych o b r a z a c h g ł u p o t y i złości l u d z k i e j , k t ó r e z a m i e r z a narysować, że j u ż tutaj za­ bawnie traktuje nawet ten t e m a t , który mu się powinien przecież przedstawiać choćby trochę tra­ gicznie. T y m c z a s e m t e n tragizm parska ś m i e c h e m . Sokrates pyta o k o n i e c swego państwa M u z , w s p o m i n a j ą c H o m e r a Iliadę ( k s i ę g a XVI w. 112): „ P o w i e d z c i e m i . M u z y , jak to t a m po raz pierwszy w p a d ł ogień w okręty Achajów". I M u z y odpowiadają mu tragicznie. To znaczy t o n e m t a j e m n i c z y m i strasznym, bo z nim żartują jak z d z i e c k i e m i figle sobie stroją. D l a t e g o mówią to­ n e m k o m i c z n i e poważnym i sztucznie p o d n i o s ł y m . T r z e b a o tym p a m i ę t a ć koniecznie, że Platon sam to mówi tutaj, i nie łamać sobie głowy nad tym, ile j e d n o s t e k może wynosić groteskowa licz­ ba, którą tu M u z y S o k r a t e s o w i podają w s ł o w a c h z a g a d k o w y c h , m ę t n y c h , b a ł a m u t n y c h i n i e mających mieć ż a d n e g o sensu p o w a ż n e g o . P r z e c i e ż M u z y wyraźnie uprzedziły, że to będą żarty. T y m c z a s e m i s t n i e j e w i e l k a l i t e r a t u r a d o t y c z ą c a o b l i c z e n i a tej w ł a ś n i e liczby. N i e w i n i e n jej Platon. On tu był dość wyraźny. N i k t właściwie nie b ę d z i e winien degeneracji państwa idealnego. Rządzący dopuszczą do zapładniania i poczynania dzieci w niewłaściwym czasie - i stąd przyjdzie całe nieszczęście: nadmiar w y r o d k ó w . Ale t r u d n o , żeby filozofowie umieli zgadnąć czy wyrachować p o t r z e b n ą do o b l i c z e ń
3

254

Platon, Państwo

545 D

nika, który ma rządy w ręku, kiedy się w nim zaczną rozterki w e w n ę t r z n e . A jak długo w nim panuje j e d n a myśl, to choćby go było bardzo mało, nic go nie potrafi ruszyć. - Jest tak przecież. - Więc w jaki to sposób, G l a u k o n i e - p o w i e d z i a ł e m - zacznie się nasze p a ń s t w o ruszać w p o s a d a c h , i jak się zaczną kłócić ż o ł n i e r z e i rządzący z sobą nawzajem i pomiędzy sobą? A może chcesz, to, tak jak Homer, po­ m ó d l m y się do Muz, niech o n e nam powiedzą, jak to się po raz pierwszy E zaczęła rozterka, i powiedzmy, że one tragicznie - bo one z nami żartują jak z dziećmi i figle sobie z nas stroją - więc niby to z powagą wielką i pod­ niosłym t o n e m tak mówią: -Jak? 546 - Tak jakoś: Trudno, żeby się w posadach ruszyło państwo tak zbudowa­ ne. Ale ponieważ wszystko, co powstaje, ginąć musi, więc nawet i taka bu­ dowa całego czasu nie przetrzyma-, tylko się r o z p a d n i e kiedyś. A oto jej rozpad. N i e tylko dla roślin, które w ziemi tkwią, ale i dla zwierząt, które po ziemi chodzą, istnieją okresy płodności i bezpłodności duchowej i ciele­ snej, kiedy obroty zamkną każdemu jego koło obiegu, tym, co krótko żyją, koła małe, a które przeciwnie, tym przeciwne. A czasu dobrej i złej płodB ności rodu waszego, chociaż tacy mądrzy ci, którycheście na wodzów pań­ stwa wykształcili, m i m o to j e d n a k r a c h u n k i e m i z pomocą spostrzeżeń nie dojdą; to ich minie i będą płodzili dzieci wtedy, gdy nie trzeba. Dla płodu boskiego istnieje obieg, który obejmuje liczba doskonała, a dla l u d z k i e g o ta, w której pierwszej iloczyny pierwiastków i potęg przyjmują trzy wymiary C a cztery granice i przy u p o d o b n i a n i u i różnicowaniu, rośnięciu i m a l e n i u , dochodzi się do liczb wymiernych i współmiernych wzajemnie. Z k t ó t y c h cztery przez trzy m n o ż o n e przez pięć daje dwie harmonie, trzy razy przez siebie p o m n o ż o n e - jedną; równe razy równe - sto razy sto, a drugą równą jej w rozmiarze, ale podłużną, złożoną ze stu liczb od wymiernych przekątni piątki - każda bez j e d n e j jednostki, a niewymiernym brak dwóch j e d n o s t e k i ze stu sześcianów trójki. A cała ta liczba geometryczna panuje nad tym D nad r o d z e n i e m się j e d n o s t e k lepszych i gorszych. Wasi strażnicy nie będą o tym wiedzieli, więc będą łączyli w pary p a n n y i c h ł o p c ó w w niewłaści­ wym czasie i z tego będą dzieci m a r n e i nieszczęśliwe. P o p r z e d n i c y usta­ nowią najlepszych z nich n a s t ę p c a m i , a j e d n a k oni nie będą t e g o warci i k i e d y zastąpią swoich ojców na stanowiskach, w t e d y najpierw zaczną za­ niedbywać nas, choć będą strażnikami. N i e będą należytej wagi przywiązy­ wali do służby M u z o m , a n a s t ę p n i e i do gimnastyki. I dlatego wasza młoe u g e n i c z n y c h liczbę, której n a w e t same M u z y nie umieją scharakteryzować dość jasno. D o ś ć , że jakaś niewiedza i jakaś niewstrzymalość i stosunki z kobietami popsuć mogą wszystko. O b j a w e m u p a d k u państwa b ę d z i e p r z e d e wszystkim u p a d e k kultury d u c h o w e j , z a n i e d b a n i e n a u k i sztuk ze strony państwa. Później d o p i e r o u p a d e k fizyczny obywateli. Wmieszają się do arystokracji j e d n o s t k i niskiego p o c h o d z e n i a . T e wniosą d o niej swoją przyrodzoną chciwość, przez co powoli u p a d n i e wspólność dóbr materialnych, a przyjdzie własność prywatna i niewola klas niższych pod rządami ambitnych wojskowych.

546 E

Księga VIII

255

dzież zerwie związek z M u z a m i . Spośród nich będą na stanowiska kierówE n i c z e wstępowali l u d z i e nie bardzo nadający się na strażników, ż e b y tak umieć oceniać owe rodzaje ludzi z Hezjoda, które i u was będą: złoty, srebr­ ny, brązowy i żelazny. A jak się pomiesza zarówno żelazo ze srebrem, jak 547 i brąz ze złotem, zacznie się wkradać nierówność i niejednorodność materia­ łu, która harmonię wyklucza, a gdziekolwiek się zamnoży, wszędzie zaczyna rodzić wojnę i nieprzyjaźń. Więc takie jest pochodzenie rozterki i rozpadu w e w n ę t r z n e g o , to trzeba powiedzieć, gdziekolwiek by się o n e i kiedykol­ wiek rodziły. - O n e słusznie odpowiadają, przyznamy to - powiada. - N i e może być inaczej - odparłem - przecież to są Muzy! - Więc cóż? - powiada. - Co tam dalej mówią te Muzy? B - Kiedy się rozterka wkradła - o d p o w i e d z i a ł e m - w t e d y te dwa rodzaje, żelazny i brązowy, ciągnąć zaczynają do robienia pieniędzy, do nabywania ziemi i do domów połyskujących złotem i srebrem, a tamte dwa, złoty i sre­ brny, ponieważ nie są ubogie, ale z natury bogate, chcą prowadzić dusze do dzielności i do dawnego ustroju. Więc kiedy tak jedni drugim gwałt zadają i w p r z e c i w n e strony ciągną, idą w k o ń c u na t e n k o m p r o m i s , żeby d o m y i z i e m i ę rozdzielić i uczynić je własnością prywatną. A tych, których po- C p r z e d n i o strzegli jako ludzi wolnych, przyjaciół swoich i żywicieli, zamie­ niają w niewolników, robią z nich teraz chłopów czynszowych i służbę do­ mową, a sami zajmują się wojną i strzeżeniem tamtych. - Zdaje mi się - powiada - że ta przemiana stąd pochodzi. - N i e p r a w d a ż - dodałem - t e n ustrój byłby jakoś pośrodku między arysto­ kracją i oligarchią? - T a k jest. - Otóż on wyjdzie z takiej przemiany. A po tym przewrocie, jakie tam będą IV stosunki w e w n ę t r z n e ? Jasna rzecz, że pod pewnymi względami t e n ustrój bę­ d z i e n a ś l a d o w a ł u s t r ó j p o p r z e d n i , a p o d i n n y m i o l i g a r c h i ę , bo on b ę d z i e D 4 czymś pośrednim. A będzie też miał p e w n e cechy sobie tylko właściwe? - Tak jest - powiada. - Nieprawdaż? Czcią dla rządzących i trzymaniem się warstwy wojowni­ ków z dala od pracy na roli i od r z e m i o s ł i od i n n e j pracy z a r o b k o w e j , i u r z ą d z e n i e m wspólnych jadalni i d b a n i e m o g i m n a s t y k ę i o wyćwiczenie wojskowe, wszystkim tym będzie ten ustrój naśladował ustrój poprzedni? - Tak. - A znowu ta obawa, żeby ludzi mądrych nie dopuszczać do rządów, bo E tam już nie ma prostych i zdecydowanych typów w tym rodzaju, a są tylko
4

Będzie to też w swoim rodzaju - w z g l ę d n a - arystokracja wojskowa. C o ś na wzór ówczesnej Sparty, która ma tutaj rysy z a b a w n e . Jak na przykład ta „ o b a w a " , żeby ludzi mądrych nie d o p u ­ szczać do rządów, albo chciwość t r z y m a n a w s e k r e c i e , albo z a n i e d b a n i e k u l t u r y d u c h o w e j na rzecz wychowania fizycznego.

Podczas gdy w państwie i d e a l n y m d o m i n o w a ł rozum i j e g o przedstawiciele: naukowcy, w timokracji d o m i n o w a ć b ę d z i e ambicja, objaw t e m p e r a m e n t u . Stąd n a w e t nazwa t e g o ustroju, od greckiego wyrazu: t i m i - cześć, zaszczyt.

256

Platon, Państwo

547 E

typy mieszane, i to skłanianie się do typów z t e m p e r a m e n t e m a ograniczo­ nych, którzy się raczej do wojny nadają, a nie na czasy pokojowe, i kult dla 548 p o d s t ę p ó w i s p o s o b ó w w o j e n n y c h , i u s t a w i c z n e p r o w a d z e n i e w o j e n , to znowu będą cechy po większej części tylko temu ustrojowi właściwe? - Tak. - Ci ludzie będą chciwi, na pieniądze - powiedziałem - p o d o b n i e jak ci w oligarchiach, po c i e m k u i po cichu będą żywili z u p e ł n i e dziki k u l t dla złota i srebra, będą mieli schowki i skarbce po domach, gdzie by je mogli składać i chować, i jeszcze mury naokoło domów, po prostu gniazda własne, w których by mogli z b y t k o w n i e i d u ż o wydawać na k o b i e t y i na kogo by mieli ochotę. B - Święta prawda - mówi. - I to będą dusigrosze, bo żywić będą cześć dla pieniędzy, a nie będą ich zdobywać jawnie. C u d z e pieniądze będą wydawali c h ę t n i e , bo ochota bę­ dzie; cichcem będą zrywali przyjemności, uciekając przed okiem prawa jak dzieci przed ojcem, bo się nie chowali pod wpływem moralnym, tylko pod p r z y m u s e m , bo nie dbali o M u z ę prawdziwą, która do rozumu przemawia przy pomocy argumentów i filozofii, i więcej szanowali gimnastykę niż muC zykę. - W ogóle - powiada - ty opisujesz ustrój pomieszany ze złego i z dobrego. - On jest pomieszany - d o d a ł e m . - A najwyraźniej w nim przebija tylko j e d n o dzięki przewadze t e m p e r a m e n t u : kłótliwość i ambicja. - Bardzo mocno - powiada. - Nieprawdaż - dodałem - ten ustrój tak by się tworzył i byłby mniej wię­ cej taki, jeżeli chodzi o to, żeby tylko zarys tego ustroju słowem podszkicoD wać, a nie wykańczać rysunku w szczegółach, bo wystarczy i ze szkicu doj­ rzeć człowieka najsprawiedliwszego i najniesprawiedliwszego, a to by była robota niesłychanie rozwlekła przechodzić dokładnie wszystkie ustroje i wszystkie obyczaje, nie pomijając żadnego szczegółu. - I słusznie - powiada. V - Więc który to jest mąż na m o d ł ę tego ustroju? Jak się rozwinął i jaki jest? - Ja mam wrażenie - powiedział Adejmant - że on jakoś nie będzie daleki od naszego Glaukona, szczególniej, że się lubi kłócić 5 .
Z charakterystyki typu timokratycznego, który A d e j m a n t figlarnie zestawia z G l a u k o n e m , moż­ na się domyślić, jak Platon charakteryzuje G l a u k o n a , k t ó r e g o już w księdze drugiej określił jako wzorowego m ł o d z i e ń c a . A z a t e m wypada, że G l a u k o n jest a m b i t n y i nieustępliwy, a r ó w n o c z e ­ śnie raczej krytyczny w s t o s u n k u do siebie s a m e g o i daleki od zadowolenia z siebie; o d d a n y stu­ diom i s z t u k o m i lubiący mówić p i ę k n i e . W stosunku do służby uprzejmy, chociaż w głębi duszy gardzi n i e w o l n i k a m i , jak każdy wówczas d o b r z e w y c h o w a n y m ł o d z i e n i e c stanu s z l a c h e c k i e g o . W s t o s u n k u do ludzi wolnych łagodny, a w stosunku do rządzących daleki od uniżoności; nie goni za karierą rządową za każdą c e n ę , choć uważa, że dar w y m o w y daje mu potrzebną kwalifikację. P i e n i ę d z m i gardzi - a najwyżej ceni rozum i kulturę literacką i artystyczną. W o l n o przypuszczać, że tej charakterystyki nie wyparłby się i Platon sam, gdyby szło nie o brata, tylko o niego s a m e g o również. A że j e g o myśli są w tej chwili na t o r z e r o d z i n n y m , w i ę c w o l n o się d o m y ś l a ć , że o b r a z
5

548 E

Księga VIII

257

- M o ż e być - m ó w i ę - że p o d tym w z g l ę d e m . M a m j e d n a k w r a ż e n i e , E że pod tym znowu on nie jest taki. - Pod jakim względem? - Powinien by być bardziej zadowolony z siebie - powiedziałem - i mniej bliski M u z o m , choć mógłby je lubić i c h ę t n i e słuchać, ale nigdy mówić sa­ m e m u . I w stosunku do służby byłby raczej nieokrzesany ktoś taki, chociaż 549 n i e g a r d z i ł b y n i e w o l n i k a m i , jak gardzi c z ł o w i e k n a l e ż y c i e w y c h o w a n y ; w s t o s u n k u do ludzi w o l n y c h b y ł b y łagodny, w s t o s u n k u do rządzących mocno uniżony, a równocześnie sam żądny władzy i zaszczytów; swoje pre­ tensje do władzy opierałby nie na wymowie ani na niczym takim, ale na swoich c z y n a c h w o j e n n y c h i zasługach wojskowych. Z a m i ł o w a n y b y ł b y w gimnastyce i w polowaniu. - Tak - powiada - to jest charakter na modłę tamtego ustroju. - N i e p r a w d a ż ? - d o d a ł e m . - P i e n i ę d z m i t e ż gardziłby taki c z ł o w i e k za m ł o d u , a z w i e k i e m kochałby się w nich coraz więcej, bo ma w sobie coś z n a t u r y chciwca i nie jest czysty w swoim stosunku do dzielności, skoro mu nie dopisuje strażnik najlepszy? - Który? - powiedział Adejmant. - Rozum połączony z kulturą wyniesioną od Muz. To jest jedyny zbawca dzielności, jeżeli zamieszka w kimś na całe życie. - P i ę k n i e mówisz - powiada. - Więc taki jest - dodałem - młody człowiek w stylu timokracji, podobny do państwa tego typu. - Tak jest. - A tworzy się - powiedziałem - ten typ jakoś tak. Nieraz się trafia młody chłopak, syn bardzo porządnego człowieka. Ojciec mieszka w państwie n i e d o b r z e urządzonym i unika zaszczytów i stanowisk rządowych, i proce­ sów; nie lubi tych wszystkich zajęć i zabiegów i woli mieć mniej, aby tylko nie mieć kłopotów. - Więc jak się taki typ tworzy? - powiada. - N a p r z ó d , jak słyszy, kiedy się matka gniewa, że jej mąż nie należy do rządzących, w i ę c ona jest p r z e z t o p o n i ż o n a m i ę d z y i n n y m i k o b i e t a m i . A potem, jak ona widzi, że mąż się nie troszczy serio o pieniądze i nie wal­ czy o nie, i nie hańbi nikogo prywatnie po sądach ani na arenie publicznej, tylko mało sobie robi ze wszystkich takich rzeczy i widać, że zawsze tylko sam sobą zajęty, a dla niej ani kultu osobliwego nie ma, ani pogardy, więc z tego wszystkiego m a t k a się zaczyna złościć i mówi synowi, że ojciec, to nie mężczyzna, i w ogóle fajtłapa, i wiele innych rzeczy w tym rodzaju, jak to lubią kobiety śpiewać pod adresem takich typów.
s t o s u n k ó w d o m o w y c h , obraz cichego, i n t e l i g e n t n e g o ojca i a m b i t n e j , władczej a n i e z b y t s u b ­ telnej matki, stwarza Platon też na podstawie własnych w s p o m n i e ń z dziecięcych lat i że do po­ staci fikcyjnych rodziców t i m o k r a t y pozuje mu w myśli j e g o własny ojciec, Ariston, i m a t k a , P e r i k t i o n e . A t e n młody timokrata - a m b i t n y o d o b r y m c h a r a k t e r z e , stojący na rozdrożu między własnym t e m p e r a m e n t e m a r o z u m e m - to b ę d z i e chyba też on sam, aż do poznania Sokratesa.

B

C

D

E

258

Platon, Państwo

549 E

- O, i bardzo - dodał Adejmant - bardzo wiele potrafią; to wszystko do nich p o d o b n e . - A wiesz - ciągnąłem - że i służba u takich ludzi nieraz po cichu synom takie rzeczy mówi, niby to z życzliwości, i jeżeli widzą, że ktoś ojcu winien pieniądze, a ojciec go nie skarży, albo mu ktoś jakąś inną krzywdę wyrzą­ dza, w t e d y zaczynają synowi dogadywać, żeby się, jak wyrośnie, pomścił na 550 w s z y s t k i c h t a k i c h , i był b a r d z i e j m ę ż c z y z n ą niż ojciec. A j a k c h ł o p i e c z domu wyjdzie, to inne takie rzeczy słyszy i widzi; że tych, którzy w pań­ stwie robią to, co do nich należy, ludzie nazywają głupcami i mówią o nich źle, a ci, co robią to, co zgoła do nich nie należy, cieszą się czcią i zbierają pochwały. W t e d y m ł o d y człowiek słysząc to wszystko, i widząc, i znowu słuchając tego, co ojciec mówi, i patrząc z bliska na to, co on robi, w porówB naniu z tym, co inni, czuje, że go pociąga j e d n o i drugie. Z j e d n e j strony ojciec podlewa mu i pomnaża pierwiastek myślący w jego duszy, a inni po­ budzają jego pożądliwość i t e m p e r a m e n t . Więc, że on nie ma natury złego c z ł o w i e k a , a t y l k o miał towarzystwo złe, więc pod d z i a ł a n i e m tych o b u wpływów staje gdzieś pośrodku i rządy nad sobą oddaje pierwiastkowi po­ ś r e d n i e m u , t e m p e r a m e n t o w i , który j e s t przekorny, i tak robi się z niego człowiek d u m n y i ambitny. C VI - M a m wrażenie - powiada - żeś doskonale opisał genezę takiego typu. - Więc mamy - dodałem - drugi ustrój państwowy i drugi okaz człowieka? - Mamy - powiada. - Nieprawdaż, a teraz b ę d z i e m y z Ajschylosem mówili o i n n y m człowie­ ku, który do państwa i n n e g o należy, albo raczej zgodnie z z a ł o ż e n i e m po­ mówimy naprzód o państwie? - Tak jest - powiada. - A to by była, myślę, oligarchia, zaraz po tamtym ustroju. - A ty jaką strukturę nazywasz oligarchią? - To taki u s t r ó j , w k t ó r y m p a n u j e c e n z u s majątkowy; rządzą b o g a c i , a ubogi nie ma udziału w rządach 6 . - Rozumiem - powiada. - Nieprawdaż? Naprzód trzeba powiedzieć, jak to się z timarchii robi oli­ garchia? - Tak. - No tak, to i ślepy zobaczy, jak to się robi. - No jak? - To t e n skarbiec - p o w i e d z i a ł e m - t e n w y p e ł n i o n y z ł o t e m u k a ż d e g o , gubi ten ustrój. Bo oni naprzód wyszukują sobie wydatki i do tego celu naginają prawa łamiąc je tak samo, jak je łamią ich kobiety. - Naturalnie - powiada.
6

D

E

Oligarchie majątkowe nie powstawały k o n i e c z n i e z rządów arystkoracji rodowej. Platon przyj­ muje to z u p e ł n i e d o w o l n i e , że tak być musi. Po raz pierwszy wprowadza p r z e m o c i terror j a k o c z y n n i k , który organizuje p a ń s t w o . C h c i w o ś ć z m i e n i a t i m o k r a c j ę w oligarchię tak s a m o , jak z m i e n i ł a b y arystokrację idealną w timokrację typu spartańskiego.

550 E

Księga VIII

259

- A potem, uważam, j e d e n patrzy na drugiego i zaczyna j e d e n drugiemu zazdrościć, zaczem wszyscy się robią tacy sami. - Naturalnie. - Więc też dlatego - dodałem - w miarę jak coraz większe robią majątki, to im wyżej cenią pieniądze, w tym mniejszej mają c e n i e dzielność. Czy nie ma tego odstępu między bogactwem i dzielnością, jakby j e d n o i drugie na szalach wagi wisiało, i zawsze kiedy j e d n o idzie w górę, w t e d y drugie opada? - I bardzo - powiada. - Więc jak się w państwie ceni bogactwo i ludzi bogatych, zaczyna być w mniejszej cenie dzielność i ludzie dzielni. 551 - To jasne. - A ludzie rozwijają zawsze i uprawiają to, co jest w cenie, a zaniedbują to, czego się nie ceni. - Tak. - Więc w miejsce ludzi kłótliwych i ambitnych robią się w końcu chciwcy i rozmiłowani w pieniądzach, ci bogatego chwalą i podziwiają, i na stanowi­ ska rządowe go prowadzą, a ubogiego nie szanują. - Tak jest. - N i e p r a w d a ż , w t e d y ustanawiają prawo, t e n f u n d a m e n t ustroju oligarB chicznego, ustalając wymaganą wysokość majątku; gdzie oligarchia ściślej­ sza, tam wyższą, gdzie mniej ścisła, tam niższą i wzbraniają dostępu do rzą­ dów k a ż d e m u , którego majątek nie sięga przepisanej wysokości. I to prze­ prowadzają albo gwałtem, z bronią w ręku, albo z góry szerzą strach i w t e n sposób ustanawiają taki ustrój. Czy nie tak? - Tak jest przecież. - Więc ustanowienie oligarchii jest, jednym słowem, takie? - Tak - powiada. - Ale jak to tam jest w tym ustroju? I jakie on posiada VII wady? Mówiliśmy, że je ma 7 . C
Oligarchia majątkowa błądzi naprzód tym, że oddaje rządy b o g a t y m , a nie p r z y g o t o w a n y m ja­ koś do rządzenia. Ta uwaga wygląda słusznie, że majątek nie uczy nikogo rządzić p a ń s t w e m . J e d n a k ż e biorąc pod uwagę setki panujących w ciągu tylu w i e k ó w na tylu tronach - tak t r u d n o wskazać tego, który by się gdzieś s y s t e m a t y c z n i e uczył sztuki rządzenia. N a w e t spośród tych, którzy niewątpliwie rządzili d o b r z e . A jeśli chodzi o wybitnych organizatorów, którzy p r z e b u d o ­ wali swoje państwa od gruntu, to j e d e n był r e d a k t o r e m pisemka, drugi malarzem, inny teologiem, ż a d e n n i e p r z e s z e d ł p o r z ą d n e g o kursu rządzenia p a ń s t w e m . Więc m o ż e to nie jest taka specjal­ ność, która by wymagała kwalifikacji fachowych, jak rzemiosło, sztuka, praca n a u k o w a . Rządzić p a ń s t w e m potrafi n i e j e d e n i bez przygotowania, jeżeli ma do tego o c h o t ę , nie jest tępy i ślama­ zarny, a ma szczęście. To nie to, co prowadzić pociąg albo sterować o k r ę t e m . To trzeba napraw­ dę u m i e ć i trzeba się tego nauczyć. I pociągu nie można zbyt d ł u g o źle prowadzić, bo się wykolei; ani o k r ę t u , bo się rozbije, zabłądzi, zatonie; a p a ń s t w e m można bardzo d ł u g o rządzić źle, jeże­ li tylko sąsiedzi pozwolą, a swoi wytrzymają. D r u g a słaba strona oligarchii, to rozłam na klasę posiadających i nieposiadających. I kwestia socjalna, jak się to mówi. Możliwość rewolucji s p o ł e c z n e j w razie wojny i n i e c h ę ć do płacenia p o d a t k ó w , i narastanie proletariatu, o b o k nielicznych fortun magnackich - to wszystko n i e u n i k ­ n i o n e przy d o w o l n y m d y s p o n o w a n i u własnością prywatną. W y d z i e d z i c z e n i , wyzuci z majątków, giną w nędzy albo pomnażają coraz liczniejsze szeregi zbrodniarzy.
7

260

Platon, Państwo

551 C

- P r z e d e wszystkim - o d p o w i e d z i a ł e m - już to samo właśnie, ta zasada ustroju, cóż to jest? Przecież zobacz, gdyby tak ktoś na okrętach sterników wyznaczał w e d ł u g cenzusu majątkowego i ubogiego by do tego stanowiska nie dopuścił, choćby on był i najlepszym sternikiem. - To licha byłaby warta ta cała ich żegluga. - N i e p r a w d a ż , to samo, jeżeli chodzi o kierowanie czymkolwiek innym, o jakiekolwiek rządy? - Mam wrażenie. - Oprócz rządów nad p a ń s t w e m ! - powiedziałem. - Gzy i nad p a ń s t w e m też? - P r z e d e wszystkim - powiada - jeżeli o to chodzi. Właśnie dlatego, że to rządy najtrudniejsze i największe. D - Więc właśnie w tym tkwiłby tak wielki błąd oligarchii. - Widocznie. - No cóż? A to może mniejszy błąd od tamtego? - Jaki? - To, że takie państwo nie m o ż e być j e d n o , tylko się zaraz zrobią dwa: j e d n o państwo ubogich, a drugie bogatych. Ci ludzie siedzą na tym samym t e r e n i e i wciąż dybią jedni na drugich. - Na Zeusa - powiada - to błąd zgoła nie mniejszy. - A to też nie piękne, że oni najprawdopodobniej żadnej wojny nie będą mogli prowadzić, bo m u s i e l i b y się albo p o s ł u ż y ć p o s p ó l s t w e m i dać mu E broń do ręki, a w t e d y obawiać się go więcej niż wrogów, albo się nim nie posługiwać wcale, i w t e d y się na samym polu bitwy pokaże, jaka to praw­ dziwa oligarchia, tak tam mało b ę d z i e tych oligarchów. R ó w n o c z e ś n i e oni nie zechcą płacić podatków, bo będą przywiązani do pieniędzy. - To nieładnie. - No cóż? A to, cośmy już dawno ganili, to łączenie wielu zajęć w jed552 nym ręku, to żeby i o roli myśleć musieli i o pieniądzach, i o wojnie zara­ zem jedni i ci sami ludzie w takim ustroju, czy to ci się wydaje słuszne? - Ani trochę. - Ale zobacz no, czy spośród wszystkich nieszczęść, tego właśnie, a to jest największe, ten ustrój przede wszystkim nie dopuszcza? - Jakiego? - To, że wolno się wyzbyć całego swojego mienia, a ktoś inny m o ż e je nabyć. Wyzbywszy się, można mieszkać w państwie nie będąc żadną z jego cząstek, ani właścicielem majątku, ani rzemieślnikiem, ani kawalerzystą, ani ciężko zbrojnym p i e c h u r e m , tylko się jest tak zwanym ubogim i bez środB ków do życia. - To pierwsze zło - powiada. - O t ó ż c z e m u ś t a k i e m u nie stawia się żadnych przeszkód w p a ń s t w a c h rządzonych oligarchicznie. Inaczej by w nich nie byli j e d n i nad miarę bo­ gaci, a drudzy biedni poniżej wszelkiej miary. - Słusznie.

552 B

Księga VIII

261

- A to zobacz. Kiedy taki człowiek był jeszcze bogaty i marnował swój majątek, to co w t e d y z n i e g o m i a ł o p a ń s t w o , jeżeli c h o d z i o te rzeczy, o których się w tej chwili mówiło? Czy nie wydawało się tylko, że on nale­ ży do rządzących, a on naprawdę nie był ani panem, ani sługą państwa, tyl­ ko marnotrawcą tego, co było gotowe? - No tak - powiada. - Wydawało się inaczej, a to był nic więcej, tylko marnotrawca. C - Więc jeśli chcesz - d o d a ł e m - to powiedzmy, że on tak jak się w ulu t r u t e ń lęgnie, ta choroba ula, tak samo i taki człowiek wylągł się w d o m u i został trutniem, chorobą państwa? - Tak jest, Sokratesie - powiada. - Prawda, Adejmancie, skrzydlate trutnie bóg stworzył bez żądeł, a z tych dwunogich j e d n y m też nie dał żądła, ale inni mają żądła straszne. Ci bez żądeł w nędzy umierają na starość, a z tych, co mają żądła, wychodzą wszy­ scy tak zwani złoczyńcy? D - Święta prawda - mówi. - Więc to jasna rzecz - ciągnąłem - że w państwie czy na mieście, gdzie tyl­ ko zobaczysz ubogich, tam już gdzieś w tym miejscu chowają się i złodzieje, i rzezimieszki, i świętokradcy, i sprawcy wszelkich tego rodzaju zbrodni. - Jasna rzecz - powiada. - Więc cóż? - W państwach urządzonych oligarchicznie, czy nie widzisz ubogich w środku? - Bez mała wszyscy - powiada - tam biedują, oprócz rządzących. E - Więc czy nie uważamy - d o d a ł e m - że i złoczyńców wielu w nich jest i mają żądła, a władze ich poskramiają usilnie przy pomocy gwałtu? - Uważamy przecież - powiada. - Więc czy nie powiemy, że to przez brak oświaty i przez złe wychowa­ nie, i zły ustrój państwowy tacy ludzie się tam lęgną? - Powiemy. - No więc takie by to było p a ń s t w o u r z ą d z o n e oligarchicznie; ono tak wielkie posiada wady, a może być, że ma ich nawet więcej. - Mniej więcej tak - powiada. - Z a t e m skończmy już z tym ustrojem - dodałem - który się nazywa oli- 553 garchią, a p o s i a d a rządzących d o b r a n y c h w e d ł u g c e n z u s u m a j ą t k o w e g o . A teraz zobaczmy człowieka w tym stylu; jak powstaje i jaki jest, kiedy się uformuje. - Tak jest - powiada. - Otóż, czy to nie w ten sposób przede wszystkim przerabia się t a m t e n ti- VIII mokrata na typ oligarchiczny? - W jaki sposób? - Kiedy mu się syn urodzi i najpierw z zazdrością patrzy na ojca, i wstę­ puje w jego ślady, a p o t e m nagle widzi, jak się ojciec o państwo rozbił jak o skałę, i rozsypało mu się wszystko, co miał, razem z nim samym, bo albo B miał n a c z e l n e dowództwo, albo jakiś inny wielki urząd i oto poszedł pod

262

Platon, Państwo

553 B

C

D

sąd, zaszkodzili mu donosiciele, i zginął albo poszedł na w y g n a n i e , albo stracił cześć i przepadło mu wszystko, co miał. - Naturalnie - powiedział. - Więc kiedy on to zobaczył, przyjacielu, i to przeszedł sam, i stracił, co miał, to się zaczyna bać, uważam, i natychmiast na łeb zrzuca z tronu swojej duszy ambicję i t a m t e n t e m p e r a m e n t ; u b ó s t w o go poniża i upokarza, więc on się zaczyna garnąć do pieniędzy, składa grosik do grosika, pomalutku oszczędza, zapracowuje się, a zbiera pieniądze. Czy ty nie myślisz, że taki człowiek posadzi w t e d y na tym tronie u siebie pierwiastek pożądliwo­ ści i chciwości i zrobi z niego w sobie wielkiego króla z tiarą na głowie, z łańcuchem na szyi i z krzywą szablą u pasa 8 . - Ja tak myślę - powiada. - A pierwiastek myśli i pierwiastek t e m p e r a m e n t u , sądzę, że na ziemi po obu stronach t a m t e g o posadzi i do ulegania zmusi. J e d n e m u nie pozwoli wyrachowywać ani rozpatrywać niczego innego, jak tylko to, skąd by się to mogło z małych pieniędzy zrobić większe, a drugiemu nie da podziwiać ani czcić niczego innego, jak tylko bogactwo i ludzi bogatych, i mieć swą ambi­ cję nie w czym innym, jak tylko w zdobywaniu pieniędzy, albo jeżeli coś innego do tego celu prowadzi.

- N i e ma - powiedział - innej p r z e m i a n y tak szybkiej i tak gwałtownej młodego człowieka ambitnego na chciwca. E - A czy to jest - dodałem - typ oligarchiczny? - No on się zmienił. Był p r z e d t e m p o d o b n y do tego ustroju, z którego się zrobiła oligarchia. - Więc popatrzmy, czy jest teraz do niej podobny. - Popatrzmy. IX - N i e p r a w d a ż , p r z e d e w s z y s t k i m p r z e z to przywiązywanie najwyższej wartości do pieniądza, byłby podobny? 554 - Jakżeby nie? - I przez to, że jest oszczędny i pracowity, i tylko zupełnie n i e o d p a r t e po­ t r z e b y swoje zaspokaja, a na i n n e w y d a t k i sobie nie pozwala, p o s k r a m i a 9 wszelkie swoje inne żądze jako głupie . - Tak jest. B - W ogóle brudas jest - d o d a ł e m - i na wszystkim chce zarabiać; to jest
8

W duszy jednostki ludzkiej może się też d o k o n a ć przemiana analogiczna. Ambicja m o ż e w niej ustąpić d o m i n u j ą c e g o miejsca chciwości, jeżeli ustrój państwa daje pierwszeństwo ludziom boga­ tym. Obrazowo przedstawia chciwość w postaci króla perskiego. Rozum i t e m p e r a m e n t uosobio­ ne również i uzależnione od człowieka i nakłonione, żeby słuchały jego chciwości. Ta przenośnia ma dużą słabą s t r o n ę : z a k ł a d a u tego c z ł o w i e k a j e s z c z e j e d e n r o z u m i t e m p e r a m e n t , d z i ę k i którym on w y m i e n i o n e władze swojej duszy organizuje. To samo wypadłoby prościej b e z prze­ nośni. Ale nie byłoby tak ładnie.
9

C z ł o w i e k p o d o b n y do oligarchii jest p r z e d e wszystkim chciwy i pozbawiony kultury d u c h o w e j . A w głębi duszy skłonny do zbrodni, choć stara się nad swymi skłonnościami przestępczymi pano­ wać, aby zachować pozory przyzwoitości. Kradnie, gdzie może. N i e e k s p e n s u j e się dla honorów, oszczędza i dusi grosz do grosza - mały, chciwy, nędzny dorobkiewicz.

554 B

Księga VIII

263

człowiek, który robi majątek. Pospólstwo przecież właśnie chwali takich. Czy nie to by był typ na modłę takiego ustroju? - M n i e się - p o w i a d a - t a k w y d a j e . P i e n i ą d z e w n a j w y ż s z e j c e n i e i u państwa, i u takiego człowieka. - Ja nie sądzę też - dodałem - żeby się caki interesował wykształceniem, kulturą. - I ja nie myślę - powiada - bo inaczej nie byłby ślepego postawił na cze­ le chóru i nie czciłby go najwięcej. - D o b r z e - p o w i e d z i a ł e m . - Ale nad t y m się z a s t a n ó w . T r u t n i o w a t e skłonności na tle braku kultury, czy nie przyznamy, że w nim siedzą? Jed­ ne żebrackie, a drugie przestępcze; a on je gwałtem tłumi, bo w ogóle uważa na siebie? - I bardzo - powiada. - A w i e s z - d o d a ł e m - g d z i e p o w i n i e n e ś zajrzeć, ż e b y z o b a c z y ć ich sprawki? - Gdzie? - mówi. - Do opieki nad sierotami, albo jeżeli mu się gdzieś nadarza jakaś taka sposobność, gdzie można sobie pozwolić na nieuczciwość. - To prawda. - Więc czy przez to nie widać jasno, że taki człowiek na ogół w i n t e r e ­ sach, gdzie jest w grze jego opinia, bo on uchodzi za uczciwego, więc tam p e w n a przyzwoitość powstrzymuje gwałtem jego inne złe skłonności, które w nim są, i on wcale w siebie nie wmawia, że inaczej nie byłoby lepiej, ani ich nie poskramia jego rozum, tylko strach i konieczność; on drży o resztę swojego majątku. - Tak jest - powiada. - I na Zeusa - dodałem - przyjacielu, u wielu z nich, kiedy wypadnie go­ spodarować cudzymi p i e n i ę d z m i , znajdziesz ukryte skłonności, które przy­ pominają trutnia. - I bardzo - powiada - mocne. - Więc taki człowiek nie byłby jednolity wewnętrznie ani prosty, tylko ja­ kiś podwójny; miałby w sobie j e d n e żądze, które by panowały nad innymi; lepsze nad gorszymi.

C

D

E

- Jest tak. - I dlatego myślę, że ktoś taki byłby może przyzwoitszy od wielu innych; ale prawdziwa dzielność duszy jednomyślnej i zharmonizowanej wewnętrz­ nie gdzieś by uciekała od niego. - Wydaje mi się. - A także taki oszczędny człowiek, to będzie lichy współzawodnik, gdyby szło o jakąś nagrodę albo o inne pole otwarte dla pięknych ambicji; nie ze- 555 chce wydawać pieniędzy na to, żeby o nim dobrze mówiono, i na takie wyścigi; będzie się bał, żeby się w nim nie zbudziły skłonności, które kosztują, i żeby ich nie wezwał do przymierza i do namiętnych sporów o pierwszeń­ stwo, więc jakoś mało wydaje na wojny - u oligarchów już tak jest - najczę­ ściej ponosi klęskę, ale robi pieniądze.

264

Platon, Państwo

555 A

X B

C

D

- I bardzo - powiada. - Więc czy j e s z c z e n i e w i e r z y m y - d o d a ł e m - że c z ł o w i e k o s z c z ę d n y i chciwy odpowiada państwu, w którym panuje oligarchia? - O nie, żadną miarą - powiada. - Więc zdaje się, że p o t e m trzeba rozpatrzyć demokrację, w jaki to sposób ona się tworzy, a jak się już zrobi, to jak się przedstawia, aby znowu po­ znać charakter człowieka w tym rodzaju i postawić go obok tamtych na sąd. - A to byśmy - powiada - szli dalej po naszemu. - N i e p r a w d a ż - powiedziałem - z oligarchii robi się demokracja w jakiś taki sposób, że to niepodobna osiągnąć dobra wziętego za cel: że trzeba się stać możliwie najbogatszym 1 0 . - Jakże to? - Tak, że rządzący, których władza w p a ń s t w i e opiera się na wielkości majątku, nie chcą prawem poskramiać m ł o d y c h rozpustników, aby im nie wolno było marnotrawić i tracić fortun, bo oni przecież mogą sami wykupy­ wać mienie takich ludzi, albo je zabierać za wypłacone zaliczki i w t e n spo­ sób powiększać własny majątek i znaczenie. - P r z e d e wszystkim tak. - Nieprawdaż? To już w państwie widać, że kultu dla bogactwa połączyć z o d p o w i e d n i m z a p a s e m u m i a r k o w a n i a u obywateli nie ma s p o s o b u , koniecznie j e d n o albo drugie musi pójść na bok. - To dostatecznie jasne - powiada. - Więc kiedy w oligarchiach o to nie dbają i patrzą przez palce na roz­ rzutność, to nieraz i nieźli ludzie muszą przez to iść z torbami. - I bardzo. - W i ę c tak sobie myślę, że oni p o t e m siedzą w m i e ś c i e , a żądła mają i broń przy sobie też; jedni w długach toną wyżej uszu, drudzy pozbawieni czci, inni j e d n o i drugie, a wszyscy nienawidzą i czyhają na tych, którzy ich mienie posiedli, i na innych też - i marzą o przewrocie. - Jest tak.
Uwagi Platona o demokracji celują, oczywiście, w ojczyste Ateny. tona, również rodzi chciwość n i e p o m i e r n a j e d n y c h i rozpusta drugich niu p i e n i ę d z m i . Sprytniejsi obdłużają u m y ś l n i e rozrzutników, żeby chwiarsku za długi i w t e n sposób pomnażają ilość nędzarzy dążących
10

D e m o k r a c j ę , z d a n i e m Pla­ przy dowolnym dysponowa­ ich m i e n i e zagarnąć po lido przewrotu.

P o m o g ł o b y na to wzięcie wszystkich pod k u r a t e l ę państwa albo p o w s z e c h n e m o r a t o r i u m bez t e r m i n u , ale nikt nie stosuje tych radykalnych środków zaradczych. Platon wie, że j e g o pradziad, Solon, kiedyś już tak strząsnął ciężary d ł u g ó w z ramion b i e d a k ó w , kiedy to wypłacone p r o c e n t y kazał zliczyć jako zwrot pożyczonego kapitału, a długi zaciągnięte na h i p o t e k i w ogóle anulował. On j e d n a k też wprowadził dla rządzących c e n z u s majątkowy, a więc zasadę, którą Platon uważa za oligarchiczną, a nie racjonalną. Czy taka o d m o w a wszelkiej ochrony ze strony państwa dla po­ życzek prywatnych, a tym s a m y m wydanie wierzycieli na ł u p dłużników byłoby krokiem sprawie­ dliwym, nad t y m się wcale nie zastanawia. N i e byłoby to z pewnością przyznawanie k a ż d e m u tego, co mu się należy, ani tego, co mu się winno, i nawet t r u d n o powiedzieć, że w t e d y każdy zjadałby swoje - nieuczciwi dłużnicy zjadaliby c u d z e . P l a t o n zarzuca t e ż d e m o k r a c j i z b y t małą t r o s k ę o k u l t u r ę fizyczną i d u c h o w ą m ł o d z i e ż y . C i e l e c złoty rządzi A t e n a m i . Były p o d m i n o w a n e nienawiścią ubogich przeciwko klasie posiada­ czy, a ci n i e w i e ś c i e l i w z b y t k a c h . D e m o k r a c j e powstają drogą rewolucji z p a ń s t w oligar­ chicznych, kiedy silni nędzarze wyrżną i wymiotą z kraju zniewieściałych bogaczy.

555 E

Księga VIII

265

- A tamci przycupnęli cicho na swoich pieniądzach i udają, że tych nawet E nie widzą, a z pozostałych, kto się im tylko da, t e m u po trochu wpuszczają pieniądze, nakłuwają go, a od kapitału ściągają sobie procenty wielokrotne i pomnażają w ten sposób ilość trutniów i nędzarzów w państwie. 556 - Jakże - powiada - czy mało tego? - I tego zła, które się szerzy jak pożar, nie chcą ani tamtym sposobem ga­ sić, ż e b y ograniczyć d o w o l n e r o z p o r z ą d z a n i e swoim m a j ą t k i e m , ani tym sposobem, jak to znowu inne prawo może zapobiegać takim stosunkom. - Jakie niby? - T a k i e , k t ó r e jest drugie po t a m t y m , i zmusza obywateli, żeby dbali o uczciwość. Bo, gdyby się ustanowiło to, że dobrowolne umowy zawiera się na ogół na własne ryzyko, to nie szerzyłaby się tak bezczelnie lichwa w pańB stwie i mniej by się w nim mnożyło tego zła, o którymeśmy teraz mówili. - O wiele mniej - powiada. - A teraz - dodałem - przez wszystkie takie stosunki rządzący w państwie doprowadzają rządzonych do takiego stanu. A jeżeli chodzi o nich samych 1 o ich najbliższych, to czyż nie robią z młodych ludzi niewieściuchów i pie­ szczochów niezdolnych do wszelkiego trudu fizycznego i duchowego, zbyt m i ę k k i c h na to, żeby mieć moc nad przyjemnościami i nad przykrościami, C i próżniaków. - A sami nic, tylko o pieniądzach myślą i o nic więcej nie dbają, przecież oni o włos nie troszczą się o dzielność więcej niż ubodzy. - N o , nie. - N o , cóż? - Kiedy tak wyglądają jedni i drudzy, to jeśli się spotykają rządzący i rzą­ dzeni albo w podróży, albo gdzieś indziej, gdzie bywa więcej ludzi, na ja­ kichś widowiskach, czy w pochodach, albo na wyprawach wojennych, czy to im wypadnie gdzieś razem płynąć okrętem, albo stać w szeregu w oddziale, albo i w samych n i e b e z p i e c z e ń s t w a c h , kiedy widzi j e d e n drugiego, w t e d y D w żadnym sposobie nie gardzi bogaty ubogim i nieraz bywa, że c h u d y i opa­ lony człowiek ubogi stoi na polu bitwy w szeregu obok bogacza, który się w cieniu m i ę k k o chował, a ma na sobie dużo nie swojego sadła, i t a m t e n widzi, jak t e m u o d d e c h u brak, i nie wie, k t ó r ę d y się ruszyć, w t e d y - jak myślisz - czy on nie d o j d z i e do p r z e k o n a n i a , że tacy się bogacą d z i ę k i temu, że się ubodzy boją i nie mają odwagi; więc jak się zejdą sami z sobą, wtedy j e d e n drugiemu podaje hasło: nasi panowie to w ogóle nic. E - Ja dobrze wiem przecież - powiada - że oni tak robią. - N i e p r a w d a ż ? Tak, jak ciału c h o r e m u wystarcza i mały wpływ z ze­ wnątrz, żeby zapadło w chorobę, a nieraz i bez wpływów zewnętrznych za­ czynają się w nim rozterki w e w n ę t r z n e , tak i państwo, p o d o b n i e dysponowane jak to ciało, zaczyna chorować z drobnego powodu, dlatego że ci sobie sprowadzili do pomocy sprzymierzeńców z innego państwa oligarchicznego, albo tamci z d e m o k r a t y c z n e g o , zaczyna się w p a ń s t w i e wojna d o m o w a , a nieraz wybuchają rozterki nawet i bez powodu z zewnątrz?

266

Platon, Państwo

556 E

557

XI B

C

- I wielkie nawet. - O t ó ż d e m o k r a c j a nastaje, uważam, k i e d y u b o d z y zwyciężą i j e d n y c h bogaczów pozabijają, drugich wygnają z kraju, a pozostałych dopuszczą na równych prawach do udziału w ustroju i w rządach. A tam po większej czę­ ści o stanowiskach rządowych decyduje losowanie. - Więc w ten sposób - powiada - robi się demokracja; czy to się ją wpro­ wadza z pomocą siły zbrojnej, czy też się ci drudzy nastraszą i pouciekają. - Więc jak oni tam żyją? - dodałem. - I jaki jest znowu ten ustrój? Bo jasna rzecz, że człowiek tego typu będzie też miał p e w n e rysy demokracji. - Jasna rzecz - powiada. - N i e p r a w d a ż , w i ę c n a p r z ó d , to są l u d z i e wolni; p e ł n o j e s t wolności w państwie i wolności słowa. Wolno w nim k a ż d e m u robić, co się k o m u podoba? - Tak mówią niby - powiada. - A gdzie wolno, tam, rzecz jasna, k a ż d y sobie własne życie m o ż e tak urządzić, jak to każdemu odpowiada 1 1 . - Jasna rzecz. - Więc myślę, że p r z e d e wszystkim w takim ustroju b ę d z i e najwięcej ludzi różnorodnych. - Jakżeby nie? - To gotów być - dodałem - najpiękniejszy z ustrojów. Jak pstry płaszcz m a l o w a n y we w s z y s t k i e możliwe kwiatki, tak i t e n ustrój, u r o z m a i c o n y w s z e l k i m i m o ż l i w y m i o b y c z a j a m i , m o ż e się w y d a w a ć n a j p i ę k n i e j s z y . I m o ż e b y ć - d o d a ł e m - że wielu go potrafi u w a ż a ć za n a j p i ę k n i e j s z y , podobnie jak dzieci i kobiety, kiedy patrzą na różnobarwne materiały. - I bardzo - powiada. - I on się, mój drogi - d o d a ł e m - najlepiej nadaje, żeby w nim szukać ustroju. - Jak to? - Przecież w nim się znajdą wszelkie rodzaje ustrojów, bo tam wszystko wolno, i bodaj że jak ktoś chce państwo urządzać, co myśmy właśnie teraz robili, to trzeba przyjść do państwa o ustroju demokratycznym i wybrać so­ bie w nim taki rodzaj, jaki się komu podoba, jakby człowiek przyszedł do bazaru ustrojów, wybrał sobie j e d e n i takie państwo założył. - Może być - powiada - że nie zabrakłoby mu wzorów. - A to - d o d a ł e m - że wcale nie musisz rządzić w tym państwie, n a w e t jeżelibyś był o d p o w i e d n i do rządów, ani być rządzonym, jeżelibyś nie chciał ani iść na wojnę, chociaż inni idą, ani pokoju zachowywać, choć go inni zachowu­ ją, jeżelibyś nie pragnął pokoju, ani gdyby ci jakieś prawo zabraniało udziału
Bardzo sarkastycznie mówi Platon o wolności osobistej i o wolności słowa w p a ń s t w i e d e m o ­ kratycznym. Ironia zjadliwa i gryząca, kiedy mówi o j a w n y m nieposzanowaniu prawa i wyroków sądowych, o braku wszelkich kwalifikacji u c z y n n i k ó w rządzących i o zrównywaniu naturalnych nierówności między ludźmi. A d e j m a n t czy też G l a u k o n dają do zrozumienia, że mowa o Atenach współczesnych.
11

D

E

557 E

Księga VIII

267

w rządach albo bycia sędzią, mógłbyś m i m o to i rządzić, i sądzić, gdyby ci to odpowiadało; czy to nie są boskie i przyjemne takie stosunki - na razie? 558 - Może być - powiada - przynajmniej na razie. - No cóż? A łagodność w stosunku do niektórych skazańców, czy to nie miły figiel? Czyś jeszcze nie widział w takim państwie ludzi skazanych na śmierć albo na wygnanie, którzy mimo to siedzą na miejscu i kręcą się po mieście, jakby się nikt o takiego nie troszczył i jakby go nikt nie widział, on sobie chodzi swobodnie jak bohater, który wrócił spod Troi. - I niejednego takiego widziałem - powiada. - A pobłażliwość tego państwa i ten brak wszelkiej drobiazgowości, a naB w e t p e w n a pogarda dla tych rzeczy, o których m y ś m y tak poważnie tutaj mówili, kiedyśmy państwo zakładali, że jeśliby ktoś nie był z natury bardzo wybitnym człowiekim, to nigdy z niego porządny człowiek nie wyrośnie, je­ żeliby się zaraz od dziecięcych lat nie zabawiał rzeczami pięknymi i nie zaj­ mował poważnie wszystkimi takimi rzeczami, jak to państwo umie wspania­ le d e p t a ć po wszystkich takich drobiazgach i wcale się nie troszczy o to, od jakich zajęć ktoś przechodzi do spraw państwa i zaczyna się zajmować poli­ tyką, ono szanuje każdego, byleby tylko oświadczył, że kocha Lud? C - To bardzo szlachetnie - powiada. - T a k i e rysy - powiedziałem - miałaby demokracja i i n n e rysy tym pokrew­ ne też; to byłby, zdaje się, ustrój przyjemny i nierządny, i różnobarwny, i taki, co to pewną równość rozdaje i przydziela zarówno równym, jak i nierównym. - Podajesz rysy dobrze znane - powiada - łatwo je rozpoznać. - A zobacz no poszczególnego człowieka w tym rodzaju. A może naprzód XII to rozpatrzyć, p o d o b n i e jak rozpatrywaliśmy ustrój, w jaki sposób się taki typ tworzy? 1 2 - Tak - powiada. - Więc czy nie w ten sposób? T e n skąpy typ oligarchiczny, myślę sobie, mógłby mieć syna, którego by ojciec wychował w swoich obyczajach? - C z e m u nie? - I on by też opanowywał gwałtem swoje namiętności, które narażają na wydatki, a nie przynoszą dochodu. Te się nazywają niekonieczne. - Jasna rzecz - mówi. - A może chcesz - dodałem - aby nie dyskutować po ciemku, to określmy naprzód te pożądania (albo potrzeby) konieczne i niekonieczne? - Ja chcę - powiedział. - N i e p r a w d a ż , te, których żadną miarą odwrócić nie potrafimy, słusznie m o g ł y b y się nazywać k o n i e c z n e , i te, których zaspokajanie przynosi n a m pożytek? Bo musimy z natury dążyć do jednych i do drugich. Czy nie?
12 O p i s p r z e m i a n y m ł o d e g o chciwca i dusigrosza na rozpustnika, p o d o b n e g o z c h a r a k t e r u do w s p ó ł c z e s n y c h Aten, przerywa P l a t o n dygresji) o p r z y j e m n o ś c i a c h i p o t r z e b a c h k o n i e c z n y c h i n i e k o n i e c z n y c h . K o n i e c z n y m i nazywa t e , których się wyrzec nie m o ż n a żadni) miara, i t e , których zaspokajanie przynosi nam pożytek. N i e k o n i e c z n y m i te, bez których można się obejść, j e ż e l i b y się o to starać od m ł o d y c h lat, i które nie przynoszą p o ż y t k u , a kosztują. W b a r d z o obszernych granicach wiadomo, o co chodzi.

D

E

268 559

Platon, Państwo

559 A

- I bardzo. - Więc sprawiedliwie powiemy o nich to słowo - konieczne. - Sprawiedliwie. - No cóż? A te, których by się człowiek potrafił wyzbyć, jeżeliby się o to starał od m ł o d y c h lat, i które nic d o b r e g o nie przynoszą, k i e d y się je ma w sobie, a nieraz n a w e t i p r z e c i w n i e , jeżeli te wszystkie n a z w i e m y nie­ koniecznymi, to czy nie byłoby to pięknie powiedziane? - P i ę k n i e przecież. - Więc w e ź m i e m y sobie jakiś przykład j e d n y c h i drugich, jakie o n e są, aby je mieć na okazach? - Nieprawdaż - tak trzeba. B - Więc na przykład potrzeba jedzenia w granicach zdrowia i d o b r e g o stanu ciała, i pożądanie samego chleba, i czegoś do chleba, to byłoby konieczne? - Myślę sobie. - Pożądanie chleba jest z obu względów konieczne. Raz dlatego, że po­ żyteczne, a po drugie, nie może ustać, jeżeli człowiek ma żyć. - Tak. - A pożądanie czegoś tam do chleba, to dlatego, że może przynosi jakiś pożytek ze względu na dobry stan ciała. - Tak jest. - No cóż? A potrzeba wychodząca poza te granice, potrzeba innych przy­ smaków niż te, potrzeba, której się wielu potrafi wyzbyć, jeżeli ją od mło­ dych lat poskramiają i pracują nad sobą pod tym względem, potrzeba, któta szkodzi ciału i szkodę wyrządza duszy, jeżeli chodzi o rozum i o panowanie C nad sobą, czy słusznie można ją nazwać niekonieczną? - Z u p e ł n i e słusznie przecież. - Nieprawdaż; i to też powiemy, że te potrzeby są marnotrawne, a t a m t e dochodowe, bo się przydają do działania. - N o , cóż? - I to samo powiemy o potrzebach seksualnych i o innych? - Tak jest. - A ten człowiek, którego w tej chwili trutniem nazywamy, czy to nie był ten, w którym pełno takich przyjemności i pożądań i rządzą nim pożądania D n i e k o n i e c z n e , a kim rządzą konieczne, ten jest oszczędny i w typie oligar­ chii? - Ano, cóż? XIII - Więc wróćmy do tego, jak się z typu oligarchicznego robi typ d e m o k r a ­ 13 tyczny . Mam wrażenie, że on się po większej części tworzy w t e n sposób. - Jak? - Kiedy młody człowiek wychowany tak, j a k e ś m y przed chwilą mówili,
13 Z ł e towarzystwa psują d o b r e obyczaje. Powolna utrata równowagi w e w n ę t r z n e j i p a n o w a n i a nad sobą, opisana p r z e n o ś n i a m i wziętymi z przewrotów politycznych, aby z a a k c e n t o w a ć p o d o ­ b i e ń s t w o między strukturą j e d n o s t k i a ustrojem i destrukcją państwa. To p i ę k n i e wypada stylo­ wo, ale z m i e n n o ś ć zainteresowań nie musi być zawsze objawem upadku moralnego.

559 D

Księga VIII

269

bez wykształcenia a oszczędnie zakosztuje miodu trutniów i zacznie obco­ wać z istotami pełnymi ognia, które są do wszystkiego zdolne, a umieją da­ wać przyjemności różnorodne i wielobarwne, i takie, i inne, to tam gdzieś, bądź przekonany, będzie też początek jego przemiany w e w n ę t r z n e j z typu E oligarchicznego w demokratyczny. - Koniecznie musi tak być - powiada. - Więc czy nie tak, jak się p a ń s t w o p r z e m i e n i ł o , k i e d y j e d n e j ze stron przychodziła p o m o c z zewnątrz, pomoc podobna stronie p o d o b n e j , czy nie tak samo i młodzieniec się przemienia, kiedy do niego z zewnątrz taki ro­ dzaj p o ż ą d a ń przychodzi, który p o m a g a ć zaczyna j e d n e j części jego wła­ snych pożądań, pożądaniom pokrewnym i podobnym? - Ze wszech miar przecież. - I jeśli, u w a ż a m , j e g o p i e r w i a s t e k oligarchiczny d o s t a n i e jakąś p o m o c przeciwną - gdzieś tam ze strony ojca albo i od kogoś innego w d o m u - w po- 560 staci u p o m n i e ń i nagan, w t e d y zaczyna się w nim rozterka i b u n t strony po­ konanej, i walka wewnętrzna, w której on zaczyna wojować sam ze sobą. - No, cóż. - I nieraz bywa, tak myślę, że demokratyczny pierwiastek ustępuje miej­ sca oligarchicznemu; w t e d y n i e k t ó r e z jego pożądań zanikają, i n n e muszą iść na wygnanie, kiedy pewien wstyd zapanuje w duszy młodego człowieka, i oto robi się w nim lad wewnętrzny na nowo. - To się zdarza nieraz - powiedział. - Ale znowu myślę sobie, mnożyć się w nim zaczynają i wzmagać pożąda­ nia inne, tym wygnanym p o k r e w n e i razem z nimi wzrosłe, dzięki t e m u że wychowanie ojcowskie nie było umiejętne. B - Przecież nieraz się tak zdarza - powiedział. - N i e p r a w d a ż - one go ciągną do tego samego towarzystwa i mnożą się gwałtownie przez potajemne obcowanie. - N o , cóż. - A w końcu myślę, opanują wysoki z a m e k duszy młodzieńca, spostrzeg­ łszy, że on stoi pustką; nie ma w nim nauk i zajęć pięknych ani myśli praw­ dziwych, które najlepiej straż pełnią i pilnują dusz bogu miłych. - I bardzo - powiedział. - A fałszywe i blagierskie myśli, i mniemania, uważam, zamiast tamtych wedrą się na górę i obsadzą miejsce w takim człowieku. - Bardzo mocno - powiada. - Więc czy on nie pójdzie znowu do tych Lotofagów obcować z nimi jaw­ n i e i g d y b y z d o m u przyszła j a k a ś p o m o c dla p i e r w i a s t k a o s z c z ę d n e g o w jego duszy, wtedy te myśli blagierskie zamkną wrota królewskiego muru w nim i nie dopuszczą ani tej pomocy samej, ani nie przyjmą słów, k t ó r e w c h a r a k t e r z e posłów od poszczególnych ludzi starszych przychodzą; one same panują i walczą; wstyd nazywają naiwnością, wyganiają go za mur bez szacunku i on sobie idzie precz; panowanie nad sobą nazywają brakiem ry­ sów męskich, obrzucają je obelgami i wyrzucają; umiarkowanie i ład w wy-

C

D

270

Platon, Państwo

560 D

d a t k a c h malują przekonująco jako brak k u l t u r y i b r u d n e skąpstwo, i wy­ świecają z granic przy pomocy licznych bezużytecznych pożądań? - Bardzo mocno. E - Kiedy się ich jakoś pozbędą i wykadzą po nich duszę, którą opanowały, i teraz jej wysokich święceń udzielą, wtedy już sprowadzają b u t ę i nierząd, i b e z n a d z i e j n ą r o z p u s t ę , i b e z w s y t d w całej ich świetności, w w i e ń c a c h i z licznym chórem, chwalą je i mówią o nich pieszczotliwymi słowy, nazy­ wając b u t ę wyższą kulturą, nierząd - niezależnością, beznadziejną rozpustę 561 pańskim gestem, a bezczelność - m ę s t w e m . Czyż nie w t e n sposób jakoś d o d a ł e m - p r z e m i e n i a się młody człowiek z w y c h o w a n e g o w p o ż ą d a n i a c h koniecznych i dochodzi do wyzwolenia i spuszczenia z łańcuchów pożądań niekoniecznych i niepożytecznych? - To bardzo wyraźne - powiada. - P o t e m żyje taki człowiek - dodałem - i wydaje pieniądze na konieczne i niekonieczne przyjemności, i nie szczędzi na nie trudów ani zachodu. JeB żeli ma szczęście i nie rozlampartuje się zbytnio, a postarzeje się też i t e n wielki gwałt mu przejdzie, w t e d y zaczyna wpuszczać do siebie i przyjmować c z ę ś c i o w o te p o ż ą d a n i a , k t ó r e były poszły na w y g n a n i e , i co k t ó r e nadejdzie, t e m u nie oddaje się cały, tylko jakoś między nimi równowagę za­ prowadza i tak żyje. Co się które nadarzy, t e m u rząd nad sobą oddaje, jak­ by ono ten urząd losem wyciągnęło - pokąd go nie zaspokoi. P o t e m znowu i n n e m u hołduje, nie gardzi żadnym, wszystkie żywi na równi. - Tak jest. - Ale myśli prawdziwej - dodałem - nie przyjmuje i nie dopuszcza jej do swojej twierdzy, gdyby mu ktoś powiedział, że j e d n e przyjemności rodzą się na tle pożądań pięknych i dobrych, a drugie na tle złych, i j e d n y m się nale­ ży oddawać i szanować je, a drugie poskramiać trzeba i ujarzmiać. On za­ wsze na to trzęsie głową, że nie, i powiada, że wszystkie są p o d o b n e i wszy­ stkie trzeba szanować zarówno. - T a k jest - p o w i a d a - c z ł o w i e k t a k d y s p o n o w a n y , z u p e ł n i e t a k pos­ tępuje. - Nieprawdaż - dodałem - i tak sobie żyje z dnia na dzień, folgując w ten sposób k a ż d e m u pożądaniu, jakie się nadarzy. Raz się upija i upaja się muzyką fletów, to znowu pije tylko wodę i obchudza się, to znów zapala się do gimnastyki, a bywa, że w ogóle nic nie robi i o nic nie dba, a p o t e m niby to zajmuje się filozofią. C z ę s t o bierze się do polityki, porywa się z miejsca i mówi byle co, i to samo robi. Jak czasem zacznie zazdrościć jakimś woj­ skowym, to rzuca się w tę stronę, a jak tym, co robią pieniądze, to znowu w tamtą. Ani jakiegoś porządku, ani konieczności nie ma w jego życiu, ani nad nim. On to życie nazywa przyjemnym i wolnym, i szczęśliwym, i uży­ wa go aż do końca. - W każdym razie - powiada - opisałeś życie kogoś, kto jest za równością praw. - M a m w r a ż e n i e - d o d a ł e m - że to jest c z ł o w i e k w i e l o s t r o n n y i p e ł n o

C

D

E

561 E

Księga VIII

271

w n i m r ó ż n y c h c h a r a k t e r ó w , p i ę k n y j e s t i m i e n i się r ó ż n y m i k o l o r a m i ; podobnie jak tamto państwo, tak i ten człowiek. N i e j e d e n i niejedna goto­ wa mu tego życia zazdrościć, takie mnóstwo w nim zobaczą przykładów na ustroje państwowe i na charaktery. - To tak jest - powiada. - Więc cóż? Postawmy takiego człowieka koło demokracji; można go słu- 562 sznie nazywać typem demokratycznym? - Niech tam stoi - powiada. - Więc jeszcze ten najpiękniejszy ustrój i najpiękniejszy typ ludzki zosta- XIV je nam do opisania: dyktatura i dyktator 14 . - W każdym razie - mówi. - Więc proszę cię, przyjacielu kochany, jaki to jest charakterystyczny rys dyktatury. Bo m o ż e się ona drogą przewrotu robi z demokracji, to m n i e j więcej jasne. - Jasne. - A czy może w p e w n y m sposobie tak samo, jak z oligarchii powstawała demokracja, tak się z demokracji robi dyktatura? B - Jak? - To dobro, k t ó r e sobie za cel postawili i dla k t ó r e g o oligarchia została urządzona, to było bogactwo; czy nie? - Tak. - O t ó ż n i e m o ż n o ś ć nasycenia się b o g a c t w e m i z a n i e d b a n i e wszystkiego innego, aby tylko robić pieniądze, to gubiło oligarchię? - To prawda - mówi. - A czy i demokracja nie określa p e w n e g o dobra, k t ó r e g o do syta m i e ć nie może, i przez to ginie? - A ty myślisz, że co ona określa? - Wolność - o d p o w i e d z i a ł e m . - O tym możesz w d e m o k r a t y c z n y m pań­ stwie usłyszeć, że to jest jego największy skarb, i dlatego tylko w tym pańC stwie godzi się żyć człowiekowi, który ma wolność w naturze. - Ano, ludzie tak mówią - powiada. - Często się spotyka to powiedzenie. - Więc czy to nie tak - ciągnąłem - jakem przed chwilą zaczął pytać; nie­ nasycona żądza t e g o dobra i z a n i e d b a n i e d ó b r i n n y c h p r z e k s z t a ł c a i t e n ustrój i przygotowuje potrzebę dykatury? - Jakim sposobem? - powiada. - Wtedy, myślę, gdy państwo d e m o k r a t y c z n e cierpi pragnienie wolności,
14 Że dyktatury nieraz powstają drogą przewrotu w demokracjach, to niewątpliwe. Platon uważa, że przyczyną jest i tu n i e p o m i e r n a chciwość, ale p r z e d m i o t e m jej j u ż nie są p i e n i ą d z e , tylko wol­ ność. Z u ś m i e c h e m nagany p r z e d r z e ź n i a gorące pochwały wolności, które łatwo było słyszeć w Atenach. Satyrycznie maluje brak poczucia hierarchii, widoczny w stosunku różnych klas lud­ ności, n a w e t w s t o s u n k u m ł o d z i e ż y i ludzi dojrzałych, i strzela zjadliwymi d o w c i p a m i , k i e d y mówi o swobodzie obyczajów u pari ateńskich, zacząwszy ten u s t ę p na żart p o m p a t y c z n y m wier­ s z e m Ajschylosa. Dodaje figiel o d e m o k r a t y c z n y c h nawykach n a w e t u koni i osłów. D z i w n a rzecz, że C y c e r o wziął t e n k o n c e p t z u p e ł n i e serio, kiedy tłumaczył ten u s t ę p (w swojej pracy De Rep. I. cap. 43). N i e tylko w t y m miejscu nie poznawano się na żartach Platona.

272 D

Platon, Państwo

562 D

a ma p r z y p a d k i e m na czele złych podczaszych, zaczem się, więcej niż po­ trzeba, upija wolnością nierozcieńczoną, a rządzących, jeżeli nie będą bar­ dzo łagodni i nie będą mu dawali dużo wolności, karami ściga, zarzucając im, że to łotry i oligarchowie. - Oni tak fobią - powiada. - A tych, którzy rządu słuchają, d e p c e jako dobrowolnych n i e w o l n i k ó w i z u p e ł n e zera, a t y l k o tych r z ą d z ą c y c h , k t ó r z y pozwalają sobą rządzić, i tych rządzonych, którzy chcą rządzić sami, prywatnie i publicznie chwali i czcią otacza. Czy w takim państwie nie musi hasło wolności rozbrzmiewać po wszystkich kątach? - Jakżeby nie? - O n o musi przesiąkać - dodałem - przyjacielu, i do d o m ó w prywatnych i w końcu zwietzętom nawet zaszczepiać pierwiastek anarchii. - Jakże my to - powiada - mówimy coś takiego?

E

- N o , na przykład - ciągnąłem - ojciec przyzwyczaja się do tego, że się staje p o d o b n y do dziecka, i boi się synów, a syn robi się p o d o b n y do ojca 563 i ani się nie wstydzi, ani się nie boi rodziców, bo przecież chce być wolny. Osadnik robi się równy osiadłemu obywatelowi, osiadły obywatel osadniko­ wi, a obcy tak samo. - Dzieje się tak - powiada. - T a k i e rzeczy bywają - d o d a ł e m - a i n n e drobiazgi w tym rodzaju też. W t a k i m p a ń s t w i e n a u c z y c i e l boi się u c z n i ó w i zaczyna im p o c h l e b i a ć , a uczniowie nic sobie nie robią z nauczyciela, a tak samo ze służby, która ich odprowadza do szkoły. W ogólności młodzi ludzie upodabniają się do starszych i puszczają się z nimi w zawody i w słowach, i w czynach, a starzy siadają razem z m ł o d y m i , dowcipkują i stroją figle, naśladując m ł o d y c h , żeby nie wyglądać ponuro i nie mieć zbyt władczej postawy. - Tak jest - powiada. - A szczytu wolności dochodzi pospólstwo w takim państwie, kiedy męż­ czyźni k u p i e n i i kobiety k u p i o n e cieszą się nie mniejszą wolnością niż ci, co ich kupują. A w stosunkach kobiet do mężczyzn i mężczyzn do kobiet, jakie tam równouprawnienie panuje i jaka wolność, o tym o mały włos a by-, libyśmy zapomnieli powiedzieć. C - N i e p r a w d a ż , w e d ł u g Ajschylosa - p o w i a d a - mówimy, co t e r a z n a m przyszło na wargi? - Tak jest - powiedziałem. - Ja też tak mówię. Bo jeżeli chodzi o zwierzęta, które ludzie chowają, to o ile są bardziej swobodne tam, niż gdzie in­ dziej, w to by nikt nie uwierzył, kto by tego sam nie doświadczył. Po pro­ stu suki prowadzą się tam, zgodnie z przysłowiem, całkiem tak jak ich pa­ nie, a zdarzają się też konie i osły przyzwyczajone do tego, żeby się poruszać po d r o g a c h b a r d z o s w o b o d n i e , i z godnością i wpadają na k a ż d e g o

B

D

563 D

Księga VIII

273

przechodnia, jeżeli im nie ustąpi. ruszyć, wszędzie pełno wolności.

I w ogóle w ten sposób, gdzie się tylko

- Ty mi mój własny - mówi - opowiadasz sen; m n i e przecież spotyka to samo, kiedy się na wieś wybieram. - A co z tego wszystkiego razem w rezultacie wynika - dodałem - to rozu­ miesz. D u s z a obywateli robi się tak d e l i k a t n a i wrażliwa, że c h o ć b y im ktoś tylko odrobinę przymusu próbował narzucić, gniewają się i nie znoszą. W końcu - wiesz przecież - nawet o prawa pisane i n i e p i s a n e nie troszczą się zgoła, aby pod żadnym względem nikt nie był nad nimi p a n e m . - Doskonale to wiem - powiada. - Więc t e n ustrój, przyjacielu - m ó w i ł e m dalej - jest taki p i ę k n y i taki XV młodzieniaszkowaty, a z tego się robi dyktatura; tak mi się zdaje. E - Młodzieniaszkowaty on jest naprawdę - powiedział. - Ale cóż dalej? 15 - Ta sama choroba, która tkwiła w oligarchii i gubiła ją, ta sama trawi i t e n ustrój, tylko tutaj sięga szerzej i głębiej, dzięki t e m u że tu wszystkim wszystko wolno, i nakłada powoli na demokrację kajdany. Istotnie wszelki n a d m i a r lubi się o b r a c a ć w swoje w i e l k i e p r z e c i w i e ń s t w o , jeżeli c h o d z i o pory roku i p o g o d ę , o rośliny, o ciała, a nie m n i e j , jeśli idzie o ustroje 564 państwowe. - Z a p e w n e - powiada. - N a d m i e r n a wolność, zdaje się, że w nic innego się nie przemienia, tyl­ ko w nadmierną niewolę - i dla człowieka prywatnego, i dla państwa. - Z a p e w n e przecież. - Więc to n a t u r a l n e , że nie z i n n e g o ustroju powstaje d y k t a t u r a , tylko z demokracji; z wolności bez granic - niewola najzupełniejsza i najdziksza. - To ma sens - powiada. - Ale ja mam wrażenie - o d p a r ł e m - że ty nie o to pytasz, tylko jaka to choroba nurtująca oligarchię tkwi również i w demokracji i prowadzi ją do niewoli. - Prawdę mówisz - powiada. - Ja miałem na myśli - mówię - ten rodzaj ludzi - próżniaków i rozrzutników; przewodzą im najodważniejsi, a najmniej odważni ciągną za nimi. My ich przyrównamy do trutniów z żądłami i bez żądeł. - I słusznie - powiada. - Te dwa rodzaje ludzi - dodałem - szerzą nieporządek w każdym ustroju, gdzie się tylko znajdą. Tak, jak w ciele flegma i żółć. Dobry lekarz i prawodawca państwa powinien się m i e ć przed nimi z daleka na baczności; nie mniej niż mądry pszczelarz; p r z e d e wszystkim, żeby się to nie zamnożyło, a jeżeli się już zamnożą, to żeby to co prędzej wyciąć ze s z c z ę t e m razem z samymi plastrami.
15 N a d m i e r n e u m i ł o w a n i e wolności, n i e c h ę ć do wszelkiego p r z y m u s u torują drogę d y k t a t u r z e . Próżniacy i rozrzutnicy, a więc ludzie bez majątków - tych jest w paristwach d e m o k r a t y c z n y c h najwięcej - wyłaniają spośród siebie przywódców przewrotu, odznaczających się odwagą. To są przyszli dyktatorzy.

B

C

274

Platon, Państwo

564 C

- Na Zeusa - powiada - na wszelki sposób przecież. - Więc weźmy rzecz - dodałem - z innej strony, abyśmy lepiej mogli doj­ 16 rzeć i osądzić to, co chcemy zobaczyć . - Z której? - Na trzy części podzielimy sobie w myśli państwo demokratyczne, co też D i jest naprawdę. J e d e n rodzaj to ludzie właśnie takiego pokroju, ci mnożą się tutaj dzięki wolności nie mniej niż w państwie oligarchicznym. - Jest tak. - Ale w tym państwie trutnie tną ostrzej niż w tamtych. - Jakim sposobem? - T a m ich nie cenią i odpędzają od stanowisk rządowych, więc oni tam nie mają wyćwiczenia i mocy. A w demokracji to właśnie wysuwa się na czoło, z małymi wyjątkami, i to przemawia i działa - osobniki co najostrzej­ sze - i to obsiada mównice naokoło, i robi hałas i szum, i nie daje do słowa E dojść n i k o m u , k t o by m ó w i ł i n a c z e j ; w i ę c t e n żywioł rządzi w s z y s t k i m w takim ustroju, poza jakimiś nielicznymi wyjątkami. - Tak jest - powiada. - Otóż inna klasa w tym rodzaju zawsze się wyróżnia od pospólstwa. - Jaka? - Kiedy wszyscy chyba robią pieniądze, to najporządniejsi z natury często się wzbogacają najwięcej. - Naturalnie. - Więc myślę sobie, że z tego źródła najłatwiej i najwięcej miodu cieknie dla trutniów. - No jakże m o ż n a - powiedział - wydusić coś z tych, którzy i tak m a ł o mają? - Więc ci bogacze, uważam, nazywają się paszą trutniów. - Mniej więcej tak - powiada. 565 - A lud to byłby trzeci rodzaj; to ci, co własnymi rękami pracują, nie pia­ stują urzędów i niewiele mają majątku. A tego najwięcej i to ma najwięk­ szy wpływ w demokracji, kiedy się schodzi na zgromadzenia. - N o , ma wpływ. Ale zarazem, nie chce się schodzić, jeżeli trochę miodu nie dostanie. - A przecież dostaje - powiedziałem - zawsze, o ile tylko mogą przywód­
16 O b o k proletariatu mnożą się w państwach d e m o k r a t y c z n y c h posiadacze wielkich fortun, które budzą zawiść nędzarzy. O sprawach państwa d e c y d u j e lud na z g r o m a d z e n i a c h , gdzie większość stanowią b i e d n i robotnicy. Ci zostają pod w p ł y w e m przywódców partyjnych. Przywódcy przeforsowują u c h w a ł y na s z k o d ę ludzi majętnych, a na p o ż y t e k własny i p r o l e t a r i a t u . Za u d z i a ł w z g r o m a d z e n i a c h lud dostaje wynagrodzenie. Bogatsi zrzeszają się we własnej obronie i dążą do oligarchii po cichu i jawnie. Zaczynają się procesy, waśnie i rozterki, jakich widownią były na­ prawdę Ateny w czasie wojny peloponeskiej.

Na ich tle nabierają coraz w i ę k s z e g o w p ł y w u na masy przywódcy warstw n i e p o s i a d a j ą c y c h , obiecujący ludowi reformy rolne i u m o r z e n i e długów. N i e cofają się przed zabiegami skrajnymi, więc narażają się na z e m s t ę posiadających. D l a t e g o starają się uzyskać zbrojną straż dla swojej o s o b y , a u z y s k a w s z y r a m i ę z b r o j n e , stają j u ż n i e na c z e l e partii, ale na c z e l e p a ń s t w a , w roli dyktatorów.

565 A

Księga VIII

275

cy; oni zabierają tym, którzy mają majątek, dzielą to między lud, a najwię­ cej zachowują dla siebie. - Tak jest - powiada - oni dostają w ten sposób. B - A ci, uważam, którym zabierają mienie, muszą się bronić przemawiając na zgromadzeniach i robiąc, co tylko w ich mocy. - Jakżeby nie? - A wtedy ich tamci obwiniają, choćby i nie sympatyzowali z dążnościami przewrotowymi, że knują coś przeciwko ludowi i dążą do oligarchii. - No, cóż? - Nieprawdaż, i w końcu, kiedy widzą, że lud, nie umyślnie, ale dlatego, że nie wie, a oszczercy wprowadzają go w błąd, usiłuje im krzywdę wyrzą­ dzić, w t e d y już chcąc nie chcąc zaczynają dążyć do oligarchii, też nie urny- C ślnie, tylko to zło też t a m t e n t r u t e ń zaszczepia, co ich tnie. - W każdym razie. - Więc zaczynają się skargi i sądy, i procesy jednych przeciw drugim. - I bardzo. - Nieprawdaż, lud zawsze zwykł kogoś j e d n e g o szczególniej wysoko wy­ nosić i stawiać na swoim czele; żywi go i pomaga mu do wzrostu. - Ma taki zwyczaj. - Więc to chyba jasne - d o d a ł e m - że ile razy zjawia się dyktator, to nie D wyrasta znikądinąd, tylko z tego korzenia, ze stanowiska przywódcy. - To bardzo jasne. - Więc jaki jest początek przemiany przywódcy w dyktatora? Czy nie ja­ sna rzecz, że to zachodzi wtedy, gdy przywódca zacznie postępować tak, jak w tej bajce, którą opowiadają w Arkadii koło świątyni Zeusa Lykejskiego? - Co za bajka? - powiada. - Że kto skosztował l u d z k i c h w n ę t r z n o ś c i , k t ó r e się wyjątkowo zamie­ szały p o m i ę d z y wnętrzności innych ofiar, t e n musi stać się wilkiem. N i e E słyszałeś tego opowiadania? - Słyszałem. - Więc czy nie tak samo i każdy przywódca ludu, któremu lud bezwzglę­ dnie ufa, jeżeli się nie powstrzyma od krwi bratniej, ale niesprawiedliwie skargi wnosi, jak oni to lubią, i ludzi do sądów wlecze, i tam się wala krwią, bo życie człowiekowi odbiera, językiem i ustami bezbożnymi kosztuje brat­ niej krwi, bierze na siebie czyjeś w y g n a n i e i śmierć, a z d a l e k a pokazuje 566 umorzenie długów i nowy rozdział gruntów - cóż takiemu p o t e m nieuchron­ nie zostaje innego jak albo zginąć z ręki wrogów, albo sięgnąć po dyktaturę i stać się z człowieka wilkiem? - Musi tak być, nieuchronnie - powiada. - Więc ten - dodałem - stanie na czele ruchu przeciwko klasom posiada­ jącym. - Ten. - A jeśliby poszedł na wygnanie i wrócił po zgnieceniu oporu wrogów, to czyż nie wróci jako gotowy dyktator?

B

276

Platon, Państwo

566 B

C

- Jasna rzecz. - A jeżeliby go nie mogli wygnać, ani uśmiercić z pomocą skargi o zdradę stanu, to dybią na jego życie i starają się sprzątnąć go po cichu. - Tak bywa - powiedział. - P o t e m ci, którzy już tak wysoko zaszli, wyszukują sobie ten dobrze zna­ ny p o s t u l a t d y k t a t o r s k i ; domagają się od ludu jakiejś straży p r z y b o c z n e j , aby życie orędownika ludu nie było narażone. - I bardzo - powiada. - Więc oni mu straż dają, u w a ż a m , bojąc się o n i e g o , a nie bojąc się o siebie samych. - I bardzo. - Nieprawdaż, kiedy to widzi człowiek majętny, na którym z tego powo­ du ciąży zarzut, że jest wrogiem ludu, w t e d y on, przyjacielu, w myśl owej wyroczni, którą Krezus otrzymał, nad żwirowiska Hermosa Zmyka czym prędzej i wcale nie wstydzi się swego tchórzostwa.

- Z a p e w n e - powiada - bo nie miałby już możności wstydzić się go drugi raz. - A którego złapią - dodałem - tego śmierć czeka. - Z konieczności. - A t e n przywódca sam, jasna rzecz, że nie leży w całej swojej wielkości wielce rozciągnięty na ziemi, tylko zdeptawszy wielu innych staje na rydwaD nie państwa, już nie jako przywódca, ale jako skończony dyktator. - C z e m u by nie miał - powiada. XVII - Z a t e m opisaliśmy szczęście takiego człowieka - d o d a ł e m - i szczęście państwa, w którym by się taki śmiertelnik pojawił? - Tak jest - powiada - przeszliśmy. - Więc czy on w pierwszych dniach i czasach - ciągnąłem - nie będzie się E uśmiechał do wszystkich i każdego uprzejmie witał, kogo tylko spotka, i bę­ dzie mówił nawet, że nie jest dyktatorem, a będzie przyrzekał wiele i pry­ watnie, i publicznie, będzie długi skreślał i ziemię rozdzielał ludowi i swo­ im najbliższym, i czy nie będzie udawał łagodnego i łaskawego dla wszyst­ kich? - Z konieczności - powiada 17. - A w stosunku do nieprzyjaciół zewnętrznych, to uważam, że chociaż się

D y k t a t o r na początku swoich rządów stara się o popularność, jest ludzki, łagodny i obiecuje z ł o t e góry prywatnie i p u b l i c z n i e . W polityce z e w n ę t r z n e j zmierza do aneksji i do wojen zabor­ czych, aby zyskać władzę nad wojskiem i być p o t r z e b n y m w roli wodza, a pozbyć się przeciwni­ ków przy sposobności. Na wewnątrz przykręca ś r u b ę podatkową i tępi b e z w z g l ę d n i e wszelką opozycję z pomocą o r g a n ó w ś l e d c z y c h . Ofiarą padają ludzie co najbardziej ideowi, o d w a ż n i , otwarci, a otaczają go coraz liczniej figury c i e m n e , p ł a t n e , do których musi się uciekać, c h o ć i do nich nie może mieć zaufania.

17

566 E

Księga VIII

277

z j e d n y m i pogodzi, a drugich pokona i zacznie się z nimi pokój, on p r z e d e wszystkim zawsze jakieś wojny wszczyna, aby lud potrzebował wodza. - Naturalnie. - Nieprawdaż, i na to, żeby ludzie przez podatki zbiednieli, więc musieli- 567 by myśleć o własnym jutrze, a mniej dybali na jego osobę? - To jasne. - A jeśliby, sądzę, n i e k t ó r y c h miał w podejrzeniu, że marzą o wolności i nie pozwolą mu rządzić, tych by się mógł pozbyć zachowując pozory, boby ich mógł wydać nieprzyjaciołom. Z tych wszystkich powodów, czy dyktator nie musi zawsze zmierzać do wojny? - Musi. - A postępując tak gotów rozbudzić ku sobie coraz to większą nienawiść B obywateli? - Jakżeby nie? - Nieprawdaż? I niektórzy z tych, co go na wysokie stanowisko wspólny­ mi s i ł a m i w y n i e ś l i i mają t e r a z wpływy, b ę d ą o t w a r c i e m ó w i l i i j e m u w oczy, i p o m i ę d z y sobą będą ganili to, co się dzieje, ci przynajmniej naj­ odważniejsi i najwięcej warci? - Prawdopodobnie. - Więc tych wszystkich musi dyktator usunąć, jeżeli ma dalej panować, aż w końcu ani spośród swoich przyjaciół, ani spośród wrogów nie zostawi ni­ kogo, kto by był coś wart. - Jasna rzecz. - Więc on musi bystro patrzeć, kto jest odważny, k t o wielkiego d u c h a , kto rozsądny, kto bogaty. I taki jest szczęśliwy, że musi być wrogiem tych C wszystkich ludzi - czy chce, czy nie chce - i musi dybać na ich życie, pokąd nie oczyści państwa. - To ładna „czystka" - powiada. - Tak jest - dodałem - oczyszczanie wprost przeciwne niż to, które leka­ rze stosują do ciał. Bo oni usuwają to, co najgorsze, a zostawiają to, co naj­ lepsze, on wprost przeciwnie. - Zdaje się j e d n a k - powiada - że on nie może inaczej, jeżeli ma panować. - Co za p r z y m u s o w e szczęście takiego człowieka - ciągnąłem - jakie to XVIII błogosławione kajdany albo m u s i e ć żyć pośród p r z e w a ż n i e lichych j e d n o ­ stek i nawet u nich być w nienawiści, albo wcale nie żyć! - W takich warunkach on żyje - powiada. - A czy nie prawda, że im bardziej go będą za takie postępowanie niena­ widzili obywatele, tym liczniejszych i tym wierniejszych b ę d z i e p o t r z e b o ­ wał gwardzistów? - Jakżeby nie? - Ale którzy to będą ci wierni? I dokąd on ma po takich posyłać? - Sami - powiada - zaczną się masami zlatywać, jeżeli im da żołd. - Ty, zdaje mi się, znowu o j a k i c h ś t r u t n i a c h mówisz, na psa! - d o d a - E łem. O takich z obcych stron i z różnych rodzajów.

278

Platon, Państwo

567 E

- I słusznie ci się zdaje - powiedział. - No cóż, a na miejscu nie chciałby ich sobie wybrać? - Jak? - Niewolników zabrać obywatelom, wyzwolić ich i wciągnąć ich do swojej gwardii. - Doskonale - powiada - ci będą mu przecież najwierniejsi. 568 - Co za szczęście takiego dyktatora, jeżeli takich ludzi musi sobie brać za przyjaciół i liczyć na wierność takich, skoro tamtych pierwszych pozabijał! - A j e d n a k - powiedział - on takich wybiera. - I podziwiają go - dodałem - ci towarzysze, i obcują z nim ci nowi oby­ watele, a przyzwoici ludzie nienawidzą go i uciekają. - Jakżeby nie mieli uciekać? - To nie bez racji - d o d a ł e m - tragedia uchodzi w ogóle za coś mądrego, a Eurypides za jej gwiazdę. - Cóż znowu? B - Bo takie mądre słowo powiedział: „mądrzeją dyktatorzy z ludźmi obcu­ jąc m ą d r y m i " . Myślał, oczywiście, że to właśnie są ci mędrcy, z którymi dyktator obcuje l 8 . - Ależ on - powiada - pod niebiosa wynosi dyktaturę, tak ją chwali i tam dalej, a inni poeci tak samo. - Z a t e m - ciągnąłem - skoro to są mądrzy ludzie, poeci piszący tragedie, to przebaczą nam i tym, którzy mają ustrój zbliżony do naszego państwa, ponieważ są piewcami dyktatury. - Myślę sobie - powiada - że przebaczą; przynajmniej ci, którym dowcipu nie brak. C - Pójdą sobie, myślę, po innych państwach, zbierać tłumy i będą tam odnajmowali swoje p i ę k n e , wielkie i przekonujące głosy, aby ciągnąć państwa do dyktatury i do demokracji. - I bardzo. - Nieprawdaż, w dodatku będą jeszcze brali honoraria i honory - najwięk­ sze rzecz n a t u r a l n a - od dyktatorów, a na drugim miejscu od d e m o k r a c j i . A w miarę, jak coraz wyżej podchodzą ku ustrojom coraz to lepszym, coraz D bardziej blednie ich sława i ustaje na nogach, jakby jej tchu brakło. - Tak jest. - No tak - dodałem - i oto, jakąśmy zrobili dygresję. Więc m ó w m y zno18 Tu gorzkie wyrzuty w stronę E u r y p i d e s a i innych tragików. E u r y p i d e s miał o d w i e d z a ć dwór Archelaosa M a c e d o ń s k i e g o , P i n d a r i S i m o n i d e s , a m o ż e i Ajschylos też, mieli być w przyjaźni z H i e r o n e m S y r a k u z a ń s k i m . E u r y p i d e s wyraża się n a p r a w d ę p o c h l e b n i e o s a m o d z i e r ż c a c h . Platon nienawidzi tutaj (Por. dialog Polityk [Sofista i Polityk], Biblioteka Klasyków Filozofii, P W N , Warszawa 1956) d y k t a t u r y całą duszą. Na tym p u n k c i e podziela p o w s z e c h n e pośród d e ­ m o k r a t ó w greckich poczucia i od niego pochodzi to straszne zabarwienie wyrazu tjrannos, które nosi i nasz wyraz „ t y r a n " . T e n wyraz oznaczał j e d n a k w j e g o czasach tylko dyktatora, wodza na­ rodu, nie s k r ę p o w a n e g o ż a d n y m ciałem ustawodawczym naczelnika państwa.

568 D

Księga VIII

279

wu o tym wojsku dyktatora, o tym p i ę k n y m i licznym, i różnokolorowym, i nigdy tym samym; z czego on je będzie utrzymywał? - Jasna rzecz - powiada - że jeśliby były w p a ń s t w i e k o s z t o w n o ś c i po świątyniach, to on z nich na to b ę d z i e łożył. I pokąd wystarczą pieniądze uzyskane ze sprzedaży, będzie z ludu mniejsze podatki ściągał. - A co, kiedy to źródło wyschnie? - Jasna rzecz - powiada - że ze skarbca ojczyzny zacznie ciągnąć sam i ci, E którzy z nim piją, przyjaciele i przyjaciółki. - R o z u m i e m - powiedziałem - że lud, który dyktatora urodził, będzie go żywił i będzie żywił jego przyjaciół. - Będzie musiał - powiada - nieuchronnie. - A jak ty myślisz - dodałem. - Jeżeli się lud rozzłości i powie, że ani to rzecz s p r a w i e d l i w a , ż e b y ojciec u t r z y m y w a ł syna dojrzałego, ale w p r o s t 569 przeciwnie, syn powinien utrzymywać ojca, ani też nie na to go lud urodził i na czele postawił, żeby teraz, skoro ten wyrósł i stał się niewolnikiem wła­ snych niewolników, musiał go utrzymywać razem z n i e w o l n i k a m i i z inną zbieraniną, ale na to, żeby się pod jego rządami wyzwolić od bogaczów i od tak zwanych ludzi pierwszej klasy; i teraz każe mu pójść sobie precz z pań­ stwa razem z przyjaciółmi; podobnie jak ojciec wypędza z domu syna razem z gromadą awanturujących się pijaków , 9 . - Wtedy, na Z e u s a - o d p o w i e d z i a ł - w t e d y już p o z n a lud, jaką latorośl B wydał, ukochał ją i pomógł jej do wzrostu, i że dzisiaj, kiedy sam jest słab­ szy, wypędzać chce mocniejszego. - Jak ty myślisz? - dodałem - czy dyktator ośmieli się ojcu gwałt zadawać i bić go, gdyby go nie słuchał? - Tak jest - mówi. - Odebrał mu przecież broń. - Więc ty mówisz - dodałem - że dyktator to ojcobójca i zły o p i e k u n sta­ rych rodziców, a zdaje się, że to by już była niewątpliwa dyktatura. L u d , jak to mówią, unikał nawet d y m u zależności od ludzi wolnych, a wpadłby C w sam o g i e ń d e s p o t y z m u i n i e w o l n i c t w a , i zamiast t a m t e j obfitej i n i e ­ wczesnej wolności popadłby w najprzykrzejszą i najbardziej gorzką niewolę u niewolników.
19 Na u t r z y m a n i e wojska, które musi mu być osobiście o d d a n e , zacznie dyktator naprzód czerpać z dóbr d u c h o w y c h , p o t e m ze skarbu państwa, b e z kontroli. Elita b ę d z i e musiała z czegoś żyć. W razie b u n t u gotów mordować własnych współobywateli, którzy go na kierujące stanowisko wy­ nieśli. Ale za p ó ź n o bywa na bunt, gdyż wszystka broń jest już w posiadaniu dyktatora.

O t o , jak czarno wypadł w i z e r u n e k samowładcy i państwa, w którym lud nie miałby ż a d n e g o głosu. T r o c h ę to dziwne, że P l a t o n nie dojrzał w t a k i m p a ń s t w i e ani cienia sprawiedliwości w swoim r o z u m i e n i u . Bo przecież w państwie dyktatora niewątpliwie każdy robiłby swoje (z wy­ j ą t k i e m organu naczelnego) i żaden rolnik ani rzemieślnik nie mieszałby się do rządzenia, i straż­ nicy pilnowaliby rządzonych - więc musiałby tam p a n o w a ć jakiś porządek i karność i a u t o r y t e t władzy mógłby być pilnowany surowo, i cenzura bezwzględna, i żadnej wolności słowa, i obowią­ zujące l e g e n d y niewątpliwie - więc wiele rysów miałoby to p a ń s t w o wspólnych z i d e a l n y m pań­ s t w e m P l a t o n a . M i m o to, a może właśnie dlatego, ani słowa sympatii, ani jej cienia b l a d e g o nie z n a j d u j e m y w charakterystyce dyktatury. Przeciwnie: wyrazy skrajnej pogardy i nienawiści ży­ wiołowej. Platon miał ciężkie osobiste doświadczenia z dyktatorami. M o ż e tu trzeba szukać tła. A m o ż e się bał, żeby go kto nie posądził, że on sam chce zaprowadzić jakąś tyranię n a u k o w c ó w . On przecież tego nie chciał. W k a ż d y m razie nie byłby się do tego przyznał.

280

Platon, Państwo

569 C

- Tak. jest - powiada. - Tak to bywa. - Więc cóż? - d o d a ł e m . - Czy nie będzie to z naszej strony zdanie odpo­ wiedzialne, jeżeli powiemy, żeśmy dostatecznie opisali, jak to się demokra­ cja przeradza w dyktaturę, a jak się już dyktatura zrobi, jaka wtedy jest? - Z u p e ł n i e tak, jak trzeba - powiedział.

KSIĘGA DZIEWIĄTA
- Więc tylko on sam pozostaje - ciągnąłem - ten typ dyktatorski; rozpa­ trzyć, jak on się p r z e m i e n i a z d e m o k r a t y c z n e g o , a kiedy się uformuje, to jaki jest i jak żyje: nędznie czy szczęśliwie 1 . - A wiesz ty - dodałem - czego bym jeszcze pragnął? - Czego? - M a m wrażenie, że pożądań nie przedyskutowaliśmy należycie, jakie są i jak są liczne. A kiedy tutaj jeszcze mamy niedostatki, nie bardzo będzie jasne szukanie tego, czego szukamy. - No - powiedział - to jeszcze wszystko w porządku? - Tak jest. A popatrz, co ja w nich pragnę dojrzeć. To jest taka rzecz; Spośród przyjemności i pożądań niekoniecznych niektóre wydają mi się nie­ legalne, a tkwią bodaj że w każdym człowieku, ale ponieważ je poskramiają prawa i pożądania lepsze, r o z u m n e , więc one u niektórych ludzi albo zani­ kają z u p e ł n i e , albo zostają im tylko niektóre z nich, i to słabe, a u innych ludzi są mocniejsze i jest ich więcej. - A któreż to takie masz na myśli? - Te - odpowiedziałem - które się podczas snu budzą, kiedy inna strona duszy śpi; ta, która myśli, jest łagodna i panuje nad tamtą, a ta część, zwie­ rzęca i dzika albo jadłem, albo napojem napełniona staje dęba, odrzuca sen i stara się iść i robić, co jej się p o d o b a do syta. Wiesz, że w takim stanie gotowa się odważyć na wszystko, j a k b y d a l e k o odrzuciła wszelkie więzy
Obrazy p o p r z e d n i c h typów ludzkich wypadły s t o s u n k o w o krótko w p o r ó w n a n i u do w i z e r u n k u d y k t a t o r a , który Platon zamierza w y k o ń c z y ć nie żałując barw c i e m n y c h . Ma ich bardzo d u ż o w zapasie. Przywiózł je chyba z Syrakuz. N a p r z ó d wyróżnia pośród pożądań n i e k o n i e c z n y c h pożądania nielegalne, a więc z b r o d n i c z e dziś mówi się też kryminalne - i sądzi, że o n e się kryją jakoś nawet w duszach ludzi opanowanych i porządnych, a wychodzą na jaw podczas marzeń sennych. Sny kazirodcze, bluźniercze, zbrodni­ cze, w s t r ę t n e nie są przypadkami - to są objawy tych nielegalnych pożądań utajonych podczas ży­ cia na jawie s k u t k i e m działania cenzury nawyków i pożądań lepszych, legalnych. Ta teoria snów jest dziś powszechnie znana i reklamowana pod nazwiskiem F r e u d a . Z d u m i e ­ wające tylko to, że nikt z tylu freudystów nie w y m i e n i a dziewiątej księgi Państwa j a k o źródła tego p o m y s ł u . F r e u d usiłował p o d e p r z e ć t e n pomysł z a ł o ż e n i e m , ż e k a ż d e m a r z e n i e s e n n e jest s p e ł n i e n i e m jakiegoś pragnienia. Ale to z a ł o ż e n i e jest nie tylko nieoczywiste, ale jawnie n i e ­ z g o d n e z doświadczeniem, które uczy, że tylko niekiedy śni się nam to, czego pragniemy, a bardzo c z ę s t o śnią się nam rzeczy, których się boimy, brzydzimy, n i e n a w i d z i m y ich i nie c h c e m y z głębi duszy i z u p e ł n i e szczerze, a nie - tylko p o w i e r z c h o w n i e , wbrew g ł ę b s z e m u pociągowi. I u Platona, i u F r e u d a nie przemawia za tą hipotezą dotyczącą snów ż a d e n fakt ani żadna zasada oczywista. T a hipoteza jest tylko w y r a z e m p e w n e g o pogardliwego, p e s y m i s t y c z n e g o spojrzenia na duszę ludzką.
1

282 D

Platon, Państwo

571 D

wstydu i rozsądku. N i e cofa się przed próbami stosunków płciowych z mat­ ką ani z kimkolwiek innym spośród ludzi, bogów albo zwierząt, plami się krwią byle czego i nie cofa się przed żadnym p o k a r m e m . J e d n y m słowem nie zbywa jej na niczym ani z głupoty, ani z bezwstydu. - Święta prawda. - A kiedy, uważam, k t o ś się w zdrowiu u t r z y m u j e i p a n u j e nad sobą, i kładąc się spać swój pierwiastek myślący rozbudzi, nakarmiwszy go na koE lację pięknymi myślami i rozważaniami, i dojdzie w sobie do zgody wewnę­ trznej, a pożądliwej swej części ani nie wygłodzi, ani nie przekarmi; aby ci572 c h o s p a ł a i n i e p r z e s z k a d z a ł a swoimi p r z y j e m n o ś c i a m i i p r z y k r o ś c i a m i t e m u , co w nim najlepsze, niech ono, samo w sobie o d o s o b n i o n e i czyste, ogląda i niech tam sobie pragnie czegoś, i niech spostrzega rzeczy, których nie wie - więc albo coś z przeszłości, z tego, co jest lub co ma być, a tak samo t e m p e r a m e n t swój ułagodzi, a nie, zirytowawszy się na coś, zasypia z niespokojnym sercem, tylko uspokoiwszy te oba pierwiastki, a rozbudziw­ szy trzeci, w k t ó r y m myśl m i e s z k a , w t e n s p o s ó b s p o c z y n k u zażywa, to wiesz, że w takim stanie najlepiej prawdy dotyka i zgoła go w t e d y nie naB chodzą żadne nielegalne widziadła w marzeniach sennych. - Całkowicie - powiada - jestem tego samego zdania. - Z r o b i l i ś m y tę dłuższą dygresję, ale p o z n a ć c h c e m y to, że w k a ż d y m z nas mieszkają pożądania tego rodzaju; jakieś straszne i dzikie, i nielegal­ n e , nieraz n a w e t w takich ludziach, którzy się wydają bardzo o p a n o w a n i . To wychodzi na jaw w marzeniach sennych. Więc uważaj, czy masz wraże­ nie, że ja mówię do rzeczy, i czy się zgadzasz. - Ależ zgadzam się. II - W i ę c p r z y p o m n i j sobie t e n t y p bliższy d e m o k r a c j i , c o ś m y to o nim C mówili. Otóż on się od dziecka wychowywał pod kierunkiem skąpego ojca, który cenił tylko pożądania d o c h o d o w e , a nie cenił p o ż ą d a ń n i e k o n i e c z ­ 2 nych, a związanych tylko z zabawą i z upiększeniem życia . Czy nie tak? - Tak. - Otóż, kiedy wejdzie w eleganckie towarzystwo, między ludzi ziejących t y m i p o ż ą d a n i a m i , k t ó r e ś m y p r z e d chwilą w y m i e n i l i , zaczyna o d c z u w a ć gwałtowny pociąg do wszelkiego szelmostwa i do stylu tych ludzi - tak bar­ dzo mu obrzydło skąpstwo ojcowskie. Ale, że ma naturę lepszą niż ci jego D gorszyciele, więc szarpiąc się w dwie przeciwne strony zatrzyma się pośrod­ ku m i ę d z y o b o m a stylami życia i zacznie, jak uważa, kosztować w m i a r ę
D y k t a t o r platoński jest s y n e m albo w n u k i e m ubogich rodziców z niższej klasy s p o ł e c z n e j i ma skąpego, o g r a n i c z o n e g o ojca. Z a c z y n a się psuć pod w p ł y w e m r o z p u s t n e g o towarzystwa złotej m ł o d z i e ż y . O n o zaszczepia mu chytrze jakąś n a m i ę t n o ś ć - m o ż e seksualną. W k a ż d y m razie n i e o p a n o w a n ą i niewłaściwą. Stąd folgowanie z a c h c i a n k o m . D y k t a t o r a cechują rysy p s y c h o p a ­ t y c z n e , jak chorobliwie w z m o ż o n e p o c z u c i e mocy i p o t r z e b a narzucania swej woli o t o c z e n i u . N i e r z a d k o alkoholizm i rozpusta. T u Platon przesadza. Z n a m y d y k t a t o r ó w a b s t y n e n t ó w o rysach a s c e t y c z n y c h . S k ł o n n o ś c i w ł a d c z e muszą być - oczywiście, a rysy p s y c h o p a t y c z n e zdają się w y c h o d z i ć na jaw w wielu w y p a d k a c h , tylko rozpoznawać je przed czasem na miejscu nie jest dość b e z p i e c z n i e , a z d a l e k a nie zawsze jest łatwo.
2

572 D

Księga IX

283

j e d n e g o i drugiego i pędzić życie ani nie nacechowane brudną drobiazgowością, ani też nielegalne; stanie się j e d n a k bliższy demokracji niż oligarchii. - Była - powiada - i jest taka opinia o takim człowieku. - Więc przyjmij - ciągnąłem - że on doszedł już swoich lat i ma syna, któ­ ry się znowu w jego stylu wychował. - Przyjmuję. - Więc przyjmij i to, że dzieje się z nim to samo, co się działo z jego oj- I cem, ciągną go do wszelkiego rodzaju szelmostwa - ono się w języku tych, którzy go ciągną, nazywa niezależnością wszelkiego rodzaju - tym pożąda­ niom pośrednim pomaga ojciec i cały dom, a tamci dają pomoc t a m t y m in­ nym pożądaniom. Kiedy ci zdolni do wszystkiego czarodzieje i twórcy dyk­ tatorów utracą nadzieję, żeby w jakikolwiek inny sposób potrafili m ł o d e g o człowieka opętać, umyślają wtedy chytrze, żeby mu zaszczepić jakąś miłość, niech w nim Eros obejmie władzę nad pożądaniami, za którymi próżniactwo idzie i marnotrawstwo, taki sobie skrzydlaty, wielki truteń. Czy myślisz, że 51 inaczej wygląda miłość u takich ludzi? - Nie inaczej - powiada - tylko tak. - Nieprawdaż, kiedy koło niej brzęczą inne żądze, a p e ł n o w nich kadzi­ deł i wieńców, i perfum, i win, i tych żądz, które się na takich schadzkach zwykło spuszczać z łańcucha, one tę miłość karmią i wzmagają do ostatecz­ ności i żądło tęsknoty wprawiają trutniowi, wtedy ten przywódca duszy za- I czyna brykać jak szalony, a straż koło n i e g o pełni o b ł ą k a n i e - i jeżeli on w t e d y schwyta u siebie jakieś mniemania albo pożądania wyglądające przy­ zwoicie i mające jeszcze jakiś wstyd w oczach, to je zabija i wyrzuca precz od siebie, pokąd człowieka całkowicie nie oczyści z rozwagi, a nie napełni go obłąkaniem, które przyszło z zewnątrz. - Najdokładniej - powiada - opisujesz powstawanie typu dyktatorskiego. - A czy nie dlatego już i z dawna mówią, że Eros jest tyranem? - Bodaj że tak - powiada. - Nieprawdaż, przyjacielu - powiedziałem - pijany człowiek też czuje się poniekąd dyktatorem? - On ma tę postawę. C - A obłąkany i narwany - ten nie tylko nad ludźmi próbuje panować, ale nad bogami też i ma nadzieję, że potrafi. - I bardzo - powiada. - Więc dyktatorski typ - ciągnąłem - mój biedaku, powstaje, d o k ł a d n i e rzecz biorąc, wtedy, gdy albo z natury, albo pod wpływem sposobu życia, albo z j e d n e g o i z drugiego powodu zrobi się z człowieka pijak, rozpustnik i wariat. - Całkowicie tak, przecież. - Więc on tak powstaje i taki to jest człowiek. A żyje jak? Ul - A to tak jak w zabawie: „to powiesz ty m n i e " . - N o , w i ę c m ó w i ę - p o w i e d z i a ł e m . - Bo m y ś l ę s o b i e , że tam p o t e m u nich będą święta i t a ń c e , i kwiaty, i d z i e w c z ę t a , i wszystkie te rzeczy

284

Platon, Państwo

573 D

w tym rodzaju, których Eros jest p a n e m absolutnym, a mieszkając w tej du­ 3 szy, decyduje w niej o wszystkim . - Tak musi być - powiada. - Więc czy tam nie kiełkują obok tamtych, liczne nowe i straszne żądze każdego dnia i każdej nocy? A potrzeby mają wielkie? - Liczne, z pewnością. - Więc zaraz i wydatki, jeżeli tylko będą jakieś dochody. E - Jakżeby nie? - A potem przecież długi i trwonienie fortuny. - No cóż? - A kiedy się to wszystko wyczerpie, czyż nie muszą wtedy żądze zacząć krzyczeć, te, które się gęsto zagnieździły i są gwałtowne, i wtedy ci ludzie, j a k b y ich dźgały żądła i n n y c h żądz, a n a d e w s z y s t k o żądło t e g o E r o s a , k t ó r e g o i n n e ż ą d z e n i b y gwardia otaczają, czy nie muszą szaleć w t e d y i wściekać się, i patrzeć, kto co ma i można by mu coś zabrać p o d s t ę p e m albo przemocą? - N i e u c h r o n n i e - powiada. - Więc trzeba brać, co można, i znosić stąd i stamtąd albo wielkie m ę k i cierpieć. - Koniecznie. 574 - Więc czy nie tak, jak te pożądania w nim samym, które przyszły póź­ niej, przemogły pożądania poprzednie i przywłaszczyły sobie to, co było dla tamtych, tak i on sam będzie uważał, że będąc młodszym od ojca i od matki p o w i n i e n ich p r z e m ó c i m i e ć więcej od nich, i zabrać im, co mają, k i e d y swą własną część przepuści, a z ojcowskiego zacznie czerpać? - N o , cóż? - powiada. - A gdyby mu rodzice na to nie pozwalali, to czy naprzód nie zacznie próbować okradać i oszukiwać rodziców? - W każdym razie. - A gdyby mu się to nie udawało, to by ich rabował i gwałt by im zadawał z kolei? - Myślę - powiada. - A gdyby się bronili i próbowali walczyć, chłopcze osobliwy, ten starzec i staruszka, czy on by uważał na siebie i pilnowałby się, żeby się nie dopu­ ścić jakiegoś kroku dyktatorskiego.

B

G w a ł t o w n e a n i e o p a n o w a n e p o t r z e b y n i e k o n i e c z n i e prowadzą - z d a n i e m Platona - do n i e p o szanowania cudzej własności, do krzywdzenia nawet własnych rodziców, bo h a m u l c ó w w e w n ę t r z ­ nych brak. T a k i człowiek nie cofnie się przed r a b u n k i e m i przed ś w i ę t o k r a d z t w e m , staje się z d o l n y do w s z y s t k i e g o i g o t ó w na w s z y s t k o . Z t a k i c h t y p ó w rekrutują się wojska z a c i ę ż n e za granicą a przestępcy wewnątrz państwa. Z tych sfer wychodzą dyktatorzy, aby zadawać gwałt własnej ojczyźnie. W życiu p r y w a t n y m c e c h u j e ich o b ł u d a , b e z w z g l ę d n o ś ć w o b e c z a l e ż n y c h , a płaszczenie się i s c h l e b i a n i e w stosunku do tych, których potrzebują. N i e z d o l n i do przyjaźni, nieszczerzy, niewierni, niesprawiedliwi, urodzeni zbrodniarze, psuci do reszty i do d n a b r a k i e m wszelkiej odpowiedzialności na swoim stanowisku.

3

574 B

Księga IX

285

- Ja tam - powiada - nie j e s t e m bardzo dobrej myśli, jeżeli chodzi o ro­ dziców takiego człowieka. - Ależ, Adejmancie, na Zeusa, czy ty nie myślisz, że taki człowiek potra­ fiłby, z p o w o d u od n i e d a w n a mu miłej, wcale n i e k o n i e c z n e j przyjaciółki, z dawna mu miłą i najbliżej z nim związaną matkę, albo z powodu przystoj- C n e g o przyjaciela, k t ó r e g o ma od n i e d a w n a , a wcale go nie p o t r z e b o w a ł , zgrzybiałego starca ojca, którego i potrzebował, i miał w nim najstarszego przyjaciela, czy ty nie myślisz, że on by ich potrafił bić oboje i podawać ich w niewolniczą zależność od tamtych, gdyby ich do tego samego domu spro­ wadził? - Tak jest, na Zeusa - powiada. - To doprawdy wielkie błogosławieństwo - dodałem - wydać na świat syna o typie dyktatorskim. - Tak jest - mówi. - A cóż, kiedy takiemu zabraknie majątku ojca i matki, a już się w nim D nagromadził wielki rój żądz, czy on wtedy naprzód nie naruszy muru jakie­ goś d o m u albo nie ściągnie z kogoś płaszcza, kto p ó ź n o w noc wraca do domu, a p o t e m jakiejś kaplicy nie wyprzątnie? I w tych wszystkich wypad­ kach te d a w n e o p i n i e , k t ó r e żywił od d z i e c k a na t e m a t t e g o , co p i ę k n e i b r z y d k i e , te, k t ó r e wyglądały przyzwoicie, ulegną tym n i e d a w n o wypu­ szczonym z niewoli, tym, co straż pełnią koło Erosa - o n e zwyciężą przy jego p o m o c y - one p r z e d t e m tylko w m a r z e n i a c h s e n n y c h biegały wolno E podczas snu, kiedy on był jeszcze pod władzą praw i ojca, i miał w sobie ustrój demokratyczny. Teraz, kiedy nad nim Eros tak a b s o l u t n e rządy ob­ jął, jak to mu się mało kiedy przydarzało we śnie, on się na jawie robi taki na stałe i nie powstrzyma się ani od jakiegoś strasznego morderstwa, ani od p o k a r m u żadnego, ani od roboty, bo w nim żyje i panuje absolutnie Eros, 575 który nie dba o żaden rząd i żadne prawo, a że sam jest jedynowładcą, więc i tego, w k t ó r y m siedzi, niby p a ń s t w o swoje w i e d z i e na każdą a w a n t u r ę , z której by się sam mógł utrzymać i utrzymać tę zgraję koło siebie, tę, która częściowo z zewnątrz wtargnęła, a pochodzi od złego towarzystwa, a czę­ ściowo p o c h o d z i z w e w n ą t r z , z obyczajów s a m y c h i on ją sam wyzwolił i spuścił z łańcuchów. Czy nie takie jest życie takiego człowieka? - Takie jest - powiada. - I jeżeli - dodałem - jest niewielu takich w mieście, a reszta pospólstwa to porządni ludzie, wtedy się tacy wynoszą precz, żeby służyć w gwardii jakiegoś i n n e g o dyktatora, albo się wynajmują jako wojsko zaciężne, jeżeli gdzieś jest wojna. A jeżeli jest pokój i mają siedzieć cicho, w t e d y w sa­ mym mieście dopuszczają się licznych małych łotrostw. - Ty o jakich myślisz? - N o , na przykład kradną, włamania robią, urzynają mieszki, kradną suk­ nie po domach i wota po świątyniach, porywają bogatych ludzi, aby pienią­ dze wymuszać. Bywa, że wnoszą fałszywe oskarżenia, a jeżeli umieją prze­ mawiać, stają jako fałszywi świadkowie i biorą łapówki.

B

286 C

Platon, Państwo

575 C

- To niewielkie nieszczęście - powiada - to, co mówisz, jeżeliby niewielu było takich. - Bo m a ł e rzeczy - p o w i e d z i a ł e m - są m a ł e w porównaniu do wielkich, a to wszystko, jeżeli chodzi o poziom moralny i n ę d z ę państwa, to jest nic, jak to mówią, w porównaniu do dyktatora. Kiedy się w państwie zrobi dużo i takich, i innych, którzy w ich ślady wstępują, i zobaczą, jak wielu ich jest, w t e d y oni, ponieważ lud jest głupi, wydają spośród siebie dyktatora, tego D mianowicie, który sam w sobie, w swojej duszy nosi największego tyrana. - To naturalne - powiedział. - To byłby najbardziej dyktatorski typ. - Nieprawdaż, jeżeli mu się dobrowolnie poddadzą. A jeżeli mu państwo nie b ę d z i e powolne, to on, jak p r z e d t e m bijał i poniewierał m a t k ę i ojca, tak teraz będzie traktował ojczyznę, jeżeli tylko potrafi; sprowadzi sobie no­ wych przyjaciół i starą miłą m a t c z y z n ę , j a k mówią na Krecie, i ojczyznę odda im w niewolę - takie on jej da u t r z y m a n i e . To byłby ostateczny cel E pożądań takiego człowieka. - Tak - powiada - ze wszech miar przecież. - N i e p r a w d a ż - dodałem - ci ludzie w życiu prywatnym, jeszcze nim za­ czną panować, są tacy. N a p r z ó d , jeżeli chodzi o towarzystwo, to przestają 576 albo z tymi, którzy im schlebiają i gotowi są do wszelkich posług, albo jeże­ li kogoś potrzebują, to sami umieją upadać do nóg i przyjaciół odgrywać na wszelkie sposoby, a jak swoje uzyskają, są obcy? - Stanowczo tak. - I tak przez całe życie, w przyjaźni nie są nigdy z nikim, zawsze tylko albo kogoś tyranizują, albo się przed kimś płaszczą, a swobody w s t o s u n k u osobistym i prawdziwej przyjaźni natura despotyczna nie zakosztuje. - Tak jest. - Więc czy nie słusznie moglibyśmy powiedzieć, że to są typy n i e p e w n e , niewierne? - Jakżeby nie? B - I niesprawiedliwe, jak tylko być może, jeżeliśmy się p r z e d t e m słusznie zgodzili na to, co to jest sprawiedliwość. - Ależ tak - powiada - słusznie przecież. - Więc zbierzmy krótko - d o d a ł e m - t e n typ najgorszy. To b ę d z i e ktoś, kto by na jawie był taki, jakeśmy stan snu opisywali. - Tak jest. - Nieprawdaż, taki się robi i taki będzie, kto by mając n a t u r ę w najwyż­ szym s t o p n i u d e s p o t y c z n ą osiągnął w ł a d z ę niezależną, a im więcej życia spędziłby na stanowisku dyktatora, tym bardziej byłby taki. - N i e u c h r o n n i e - powiedział Glaukon, zabrawszy głos z kolei. - A czy t e n - d o d a ł e m - który się okazuje najgorszy, nie okaże się zarazem i najnędzniejszy, najnieszczęśliwszy? I kto by najdłuższy czas i najbar­ dziej absolutną władzę piastował, ten by w najwyższym stopniu i najdłużej był naprawdę taki. Bo ludzi jest dużo, a co głowa, to rozum. - To przecież musi tak być - powiada.

IV C

576 C

Księga IX

287

- A czy nie prawda - d o d a ł e m - że typ despotyczny gotów być p o d o b n y do państwa rządzonego despotycznie, a typ demokratyczny do demokracji, i inni tak samo? - N o , cóż? - Nieprawdaż, jak się ma j e d n o państwo do drugiego ze względu na war­ tość moralną i szczęście, tak się też ma i j e d e n z tych ludzi do drugiego? - Jakżeby nie? - A jakże się przedstawia ze względu na wartość moralną państwo rządzo­ ne absolutnie w stosunku do państwa pod rządami królewskimi, jakeśmy je D opisali na początku. - To jest całkowite przeciwieństwo - powiada. - J e d n o państwo jest naj­ lepsze, a drugie najgorsze 4 . - Ja się nie b ę d ę pytał - dodałem - które właściwie ty masz na myśli. Bo to jasne. Ale czy ty o ich szczęściu i nieszczęściu sądzisz tak samo, czy ina­ czej? Tylko nie przerażajmy się od razu, patrząc na dyktatora, który jest je­ d e n , ani na tych tam, m o ż e n i e w i e l u , ludzi koło niego, tylko tam t r z e b a wejść w środek, w to państwo, i obejrzeć je całe; więc dajmy w nie nurka i oglądajmy je w całości, dopiero jak je zobaczymy, b ę d z i e m y wypowiadali swoje zdanie. E - Słusznie zapraszasz - mówi. - I to jasne k a ż d e m u , że nie ma państwa bardziej nieszczęśliwego niż to, w którym rządy są d e s p o t y c z n e , i nie ma szczęśliwszego nad to, w którym panują rządy królewskie. - A g d y b y m ja tak - d o d a ł e m - z t a k i m samym z a p r o s z e n i e m wystąpił t a k ż e w o d n i e s i e n i u do ludzi, czy słuszne byłoby to zaproszenie? A gdy- 577 bym ja uważał, że sądzić o nich ma prawo tylko ten, kto potrafi duszą wnik­ nąć w charakter człowieka i przejrzeć go na wskroś, a nie ktoś, kto, tak jak dziecko, patrzy z zewnątrz i robi na niego wrażenie przepych dyktatorski, obliczony na ludzi z zewnątrz - podczas gdy trzeba u m i e ć dojrzeć i to, co się za nim kryje? Więc gdybym uważał, że myśmy wszyscy powinni posłu­ chać takiego człowieka, który ma warunki, żeby sądzić, bo z takim t y p e m razem mieszkał i przyglądał mu się z bliska na terenie domowym, w stosun- B ku do każdego z domowników - tam, gdzie go najlepiej można widzieć naPlaton widzi z u p e ł n e przeciwieństwo p o m i ę d z y idealnym k r ó l e s t w e m filozofów a p a ń s t w e m rządzonym absolutnie pod b e r ł e m dyktatora. J e d n o jest najlepsze, a drugie najgorsze. Właściwie j e d n a k różnica ogranicza się u P l a t o n a p r z e d e wszystkim do p o z i o m u m o r a l n e g o rządzących. Przecież a b s o l u t n e rządy miały panować także w ustroju i d e a l n y m . Ż a d n e g o głosu w rządzie nie mieli m i e ć rządzeni. Zarówno tam, jak i tu. T y l e tylko, że filozof był rozumny, opanowany i wy­ kształcony, a każdy inny dyktator to k o n i e c z n i e u r o d z o n y zbrodniarz, i z e p s u t y , i dziki. To nie wydaje się takie oczywiste i k o n i e c z n e . A brak wszelkiej kontroli ze strony rządzonych i brak wszelkiej odpowiedzialności przed nimi wydaje się n i e b e z p i e c z n y dla poziomu moralnego n a w e t najbardziej idealnych władców. T e r a z ma się o s t o s u n k a c h panujących w p a ń s t w i e i w d o m u , i w d u s z y d y k t a t o r a wypo­ w i e d z i e ć ktoś, k t o te rzeczy z n a z w ł a s n e g o b e z p o ś r e d n i e g o d o ś w i a d c z e n i a . My w i e m y , że w roku 388 przed C h r y s t u s e m Platon sam bawił po raz pierwszy na dworze Dionizjosa Starszego w Syrakuzach, więc nie b ę d z i e m y d a l e k o szukali tego naocznego świadka, który ma teraz mówić przez usta Sokratesa.
4

288

Platon, Państwo

577 B

gim, bo bez teatralnej maski i kostiumów, i koturnów, a także w m o m e n t a c h n i e b e z p i e c z n y c h dla państwa; kogoś takiego, co to wszystko widział, m o ż e byśmy poprosili, n i e c h nam powie, jak się przedstawia szczęście i n ę d z a dyktatorska w stosunku do innych ludzi? - Bardzo słuszne - powiada - byłoby i to zaproszenie z twojej strony. - Więc jeżeli chcesz - d o d a ł e m - to my b ę d z i e m y udawali, że my m a m y w a r u n k i do wydawania sądu i żeśmy już spotykali takich. Abyśmy mieli kogoś, kto nam będzie odpowiadał na nasze pytania. - Tak jest. V - W i ę c p r o s z ę cię - c i ą g n ą ł e m - tak się p r z y p a t r z . P r z y p o m n i j s o b i e C p o d o b i e ń s t w o p o m i ę d z y p a ń s t w e m i człowiekiem, bierz za k a ż d y m razem pod uwagę j e d n o i drugie i mów, co to się dzieje w j e d n y m i w drugim 5 . A o cóż chodzi? - powiada. - P r z e d e wszystkim - o d p a r ł e m - żeby mówić o państwie, to jak ty po­ wiesz, państwo rządzone despotycznie jest wolne, czy jest w niewoli? - W niewoli - powiada - największej, jaka być może. - A widzisz w nim, prawda, panów i ludzi wolnych. - Widzę - p o w i a d a - coś t r o c h ę i tego, ale całość w nim, mówiąc k r ó t k o , i najprzyzwoitsza jego cząstka jest pogrążona w haniebnej niewoli i w nędzy. D - Więc jeżeli człowiek jest podobny do państwa, to czy i w nim nie musi t e n sam porządek panować, i czy jego duszy nie musi p r z e p e ł n i a ć niewola na wielu p u n k t a c h i brak swobody? I czy nie te jego cząstki są w niewoli, które były najprzyzwoitsze, a ten jego pierwiastek, który jest mały i najgor­ szy, i najbardziej szalony, ma w jego duszy władzę absolutną? - Musi tak być - powiada. - Więc cóż? Powiesz, że taka dusza jest niewolnicą, czy jest wolna? - Ależ to niewolnica przecież, moim zdaniem przynajmniej. - Nieprawdaż? A znowu państwo zostające w niewoli i despotycznie rzą­ dzone bynajmniej nie robi tego, czego chce? - W wysokim stopniu jest skrępowane. E - Więc i dusza rządzona despotycznie bynajmniej nie będzie robiła tego, co by chciała, jeżeli mówić o duszy jako o całości. Ją. wciąż to żądło popy­ cha gwałtem tędy i owędy, więc będzie pełna niepokoju i żalu za czymś. - Jakżeby nie? - A bogate czy ubogie musi być państwo pod rządami despoty? - Ubogie. 578 - Więc i dusza despotyczna musi być zawsze uboga i nigdy nie nasycona.
P o d o b n i e jak niewola panuje w ustroju a b s o l u t n y m , tak i dusza, w której nie panuje rozum, tylko pożądania k r y m i n a l n e , jest niewolnicą własnych niskich żądz, a że o n e bywają sobie prze­ ciwne, więc taka dusza musi stale żyd w niepokoju w e w n ę t r z n y m , w ciągłym żalu za czymś, i nie 1 czuje nigdy dosytu. T a k a natura wychodzi jeszcze najlepiej, jeżeli może wieść życie p r y w a t n e na stanowisku dyktatora musi wciąż dławić się strachem przed nienawiścią mas rządzonych i mieć nieznośnie ograniczoną swobodę osobistą, ze względu na b e z p i e c z e ń s t w o swojej osoby. C z y t a m y i dziś o tych u d r ę k a c h życia p r y w a t n e g o d y k t a t o r ó w - ich los nie wydaje się n a p r a w d ę g o d n y zazdrości.
5

578 A

Księga IX

289

- Tak jest - powiedział. - N o , cóż? A obawy czy nie musi być p e ł n e takie państwo i taki człowiek? - Musi, koniecznie. - A co myślisz? Że w j a k i m ś i n n y m p a ń s t w i e znajdziesz w i ę c e j skarg i westchnień, i żalów, i cierpień? - W żaden sposób. - A w człowieku innym jakimś, myślisz, że będzie tego więcej niż w tej naturze despotycznej, którą do szału doprowadzają pożądania i amory? - Jakżeby tam? - powiedział. - Więc jeżeli, myślę sobie, wszystko to i inne takie rzeczy wziąwszy pod uwagę, osądziłeś, że to państwo jest najnieszczęśliwsze ze wszystkich... - A czy niesłusznie? - wtrącił. - N a w e t i bardzo - p o w i e d z i a ł e m . - Ale znowu o typie d e s p o t y co mó­ wisz, jeżeli te same rzeczy bierzesz pod uwagę? - To - powiada - że on jest o wiele nieszczęśliwszy od wszystkich innych. - To - dodałem - to jeszcze nie jest zdanie słuszne. - Jak to? - powiada. - M a m wrażenie - ciągnąłem - że t e n typ jeszcze nie jest taki w najwyż­ szym stopniu. - A kto właściwie? - Może być, że ten ci się wyda jeszcze mniej szczęśliwy od tamtego. - Jaki? - T e n - ciągnąłem - który by, naturę mając despotyczną, nie spędził życia w zaciszu prywatnym, tylko by miał to nieszczęście i j a k i m ś p r z y p a d k i e m dostałaby mu się dyktatura do ręki. - Wnoszę - powiada - na podstawie tego, co się p o p r z e d n i o powiedziało, że ty mówisz prawdę. - T a k jest - dodałem. - Ale takich rzeczy nie trzeba tylko mniemać; trze­ ba je d o s k o n a l e rozpatrzyć w n a s t ę p u j ą c y m t o k u myśli. C h o d z i p r z e c i e ż o rzecz największą, o życie dobre i złe. - Z u p e ł n i e słusznie - powiada. - Więc zastanów się, czy też ja mówię do rzeczy. Bo zdaje mi się, że roz­ ważanie tej sprawy trzeba oprzeć i rozpocząć od tego. - Od czego? - Od każdego poszczególnego spośród ludzi prywatnych, jacy są w pań­ stwie, mają p i e n i ą d z e i trzymają sobie licznych niewolników. Ci pod tym w z g l ę d e m są p o d o b n i do dyktatora, że panują też nad wieloma. R ó ż n i c ę stanowi tylko liczba niewolników tamtego. - Stanowi różnicę. - Więc wiesz, że ci żyją bez obawy i nie lękają się swojej służby? - A czegóż by się mieli lękać? - Niczego - mówię. - Ale czy rozumiesz przyczynę? - No tak. To dlatego, że całe państwo stoi w obronie każdej poszczególnej jednostki.

B

C

D

E

290

Platon, Państwo

578 E

- P i ę k n i e mówisz - powiedziałem. - N o , cóż? A gdyby tak jakiś bóg czło­ wieka j e d n e g o , który ma niewolników pięćdziesięciu albo i więcej, zabrał z pośrodka miasta - i jego samego, i jego żonę, i dzieci - i przeniósł go na p u s t y n i ę razem z całym majątkiem i służbą, gdzie by w jego o b r o n i e nie mógł stanąć nikt z ludzi wolnych, wtedy, jak myślisz? Jaka i jak wielka mu­ siałaby go opaść obawa o własną osobę, o dzieci i o żonę, aby ich służba nie wymordowała? 579 - Największa, myślę sobie - powiedział. - Nieprawdaż, wtedy by on już musiał schlebiać niektórym spośród nie­ wolników i przyrzekać im wiele, i wyzwalać ich, choćby nie chciał, i czy nie okazałby się pochlebcą w stosunku do własnej służby? - Musiałby, nieuchronnie - powiada - inaczej by zginął. - No cóż? A gdyby tak - d o d a ł e m - t e n bóg osadził naokoło niego licz­ nych sąsiadów, którzy by nie znosili, ż e b y sobie j e d e n człowiek pozwalał trzymać drugiego w niewoli, a gdyby gdzieś kogoś takiego przychwycili, to B by go z ich ręki czekały kary ostateczne? - To popadłby - powiada - moim zdaniem, w nieszczęście jeszcze więk­ sze, gdyby go naokoło pilnowali sami wrogowie. - A czyż nie w takim samym więzieniu siedzi i dyktator? On już z natury jest taki, jakim myśmy go opisali, p e ł e n licznych i różnorodnych obaw i po­ żądań. A c h o ć b y całą duszą t e g o łaknął, to j e d n a k j e m u tylko j e d n e m u w całym p a ń s t w i e ani wyjechać n i g d z i e nie wolno, ani z o b a c z y ć c z e g o ś z tych rzeczy, które inni wolni ludzie też lubią oglądać; on siedzi schowany C p r z e w a ż n i e w pałacu - jak kobieta - i zazdrości innym obywatelom, jeżeli któryś wyjeżdża za granicę i coś dobrego ogląda? - Ze wszech miar tak jest - powiada. VI - N i e p r a w d a ż ? Więcej tego rodzaju nieszczęść spada na t a k i e g o człowie­ ka, źle z a g o s p o d a r o w a n e g o w e w n ę t r z n i e , k t ó r e g o ś przed chwilą ocenił j a k o największego nędznika, ten typ despotyczny, jeżeli nie spędza życia prywat­ nie, tylko jakiś los go przymusi, ż e b y był d y k t a t o r e m , i t e n , który sam nad sobą żadnej władzy nie ma, próbuje władać drugimi z u p e ł n i e , tak jakby ktoś, ciało mając chore i nie władnąc sobą, nie mógł żyć w zaciszu prywatnym, ale D musiał całe życie chodzić w zapasy i walczyć z innymi ciałami 6 . - Tak, to ze wszech miar p o d o b n e - mówi. - Ty masz najzupełniejszą ra­ cję, Sokratesie. - N i e p r a w d a ż - d o d a ł e m - kochany Glaukonie, to jest stan ze wszech miar n ę d z n y i w p o r ó w n a n i u do t e g o , coś ty o c e n i ł j a k o żywot najnędzniejszy, despota ma życie jeszcze gorsze?
6

Syn Aristona, to znaczy po grecku mniej więcej: syn człowieka najlepszego - a wiemy kto to jest ogłasza, że najszczęśliwszym t y p e m l u d z k i m jest człowiek r o z u m n y i o p a n o w a n y , a największym n ę d z a r z e m jest typ pożądliwy a n i e o p a n o w a n y , w szczególności, jeżeli się znajdzie na stanowisku dyktatora. Inne typy, o m ó w i o n e poprzednio, zajmują na skali szczęścia miejsce p o ś r e d n i e . W tych ocenach nie chodzi o opinię ludzką, tylko o samą b u d o w ę wewnętrzną duszy ludzkiej. O ten p u n k t widzenia przy ocenie sprawiedliwości i niesprawiedliwości prosili Sokratesa G l a u k o n i A d e j m a n t już w księdze drugiej. Dopiero teraz Sokrates spełnia ich prośbę.

579 D

Księga IX

291

- W każdym razie - powiedział. - Z a t e m naprawdę, choć może ktoś tak nie myśli, kto jest istotnie dykta­ torem, ten jest istotnie niewolnikiem, to jest największa niewola i poniżanie się, i s c h l e b i a n i e t y p o m najgorszym. Taki c z ł o w i e k zgoła nie zaspokaja E swoich pożądań, tylko cierpi niezliczone niedostatki i okazuje się w świetle p r a w d y b i e d a k i e m , jeżeli k t o ś u m i e z o b a c z y ć całą d u s z ę - to c z ł o w i e k , którego strach dławi całe życie i wciąż go chwyta skurcz i ustawiczna męka, jeżeli jego stan jest podobny do stanu państwa, którym on włada. A on jest podobny. Czy nie? - I bardzo - powiedział. 580 - Nieprawdaż? W dodatku dołóżmy jeszcze t e m u człowiekowi to, cośmy i p r z e d t e m powiedzieli, że on musi być, a stać się musi dzięki t e m u , że pa­ nuje, j e s z c z e bardziej niż p r z e d t e m zazdrosny, nie budzący zaufania, nie­ sprawiedliwy, niezdolny do przyjaźni, bezbożny i musi karmić i utrzymywać wszelkie zło, przez co wszystko i sam jest skrajnie nieszczęśliwy, a w na­ stępstwie wpędza w ten sam stan i swoje otoczenie. - N i e sprzeciwi ci się - powiada - nikt, kto ma rozum. - Więc proszę cię - dodałem - teraz, jak sędzia, który' o wszystkich orze- B ka, tak i ty oceń, który jest pierwszy w e d ł u g t w e g o zdania, jeżeli chodzi o szczęście, a kto jest drugi, i tych innych oceń po kolei. Pięciu ich jest: typ królewski, timokratyczny, oligarchiczny, demokratyczny i despotyczny. - Ależ to łatwy sąd - powiada. - Bo tak jak wchodzili, tak ja ich oceniam, jak chóry, ze względu na wartość moralną dodatnią i ujemną i ze względu na szczęśliwość i jej przeciwieństwo. - Więc wynajmiemy herolda - dodałem - czy ja mam sam ogłosić, że syn C Aristona osądził, jako iż c z ł o w i e k najlepszy i najsprawiedliwszy jest naj­ szczęśliwszy, a tym jest typ najbardziej królewski i królujący nad sobą sa­ mym, a typ najgorszy i najniesprawiedliwszy jest najnieszczęśliwszy, a tym jest właśnie człowiek o typie despotycznym, który by był największym de­ spotą w stosunku do samego siebie i w stosunku do państwa. - N i c h ci będzie, ogłoś to - powiada. - A czy mam w dodatku ogłosić - dodałem - że tak jest, bez względu na to, czy się ci l u d z i e ze swymi c h a r a k t e r a m i ukryją, czy nie ukryją p r z e d wszystkimi ludźmi i bogami? - Ogłoś i to w dodatku - powiedział. - N o , dobrze - dodałem. - Więc to by był nasz pierwszy dowód. A drugi VII niechby był ten, jeżeli się wyda do rzeczy. D - Jakiż to? - Skoro tak samo jak państwo - odpowiedziałem - tak i dusza każdego po­ szczególnego człowieka dzieli się na trzy części, to powinien się udać, uwa­ 7 żam, jeszcze j e d e n dowód .
C h c ą c jeszcze inaczej dowieść, że niesprawiedliwy t y p jest najnieszczęśliwszy, p r z y p o m i n a So­ k r a t e s o m ó w i o n e już p o p r z e d n i o rozróżnienie trzech pierwiastków duszy l u d z k i e j . Są to: rozum, czyli zamiłowanie do nauki, t e m p e r a m e n t , który tu wychodzi na to samo, co ambicja i pożądliwość, która tu w y c h o d z i na c h c i w o ś ć . L u d z i e dzielą się na trzy rodzaje z a l e ż n i e od t e g o , która z tych trzech stron duszy w kimś d o m i n u j e . Każdy z tych typów ceni najwyżej życie sobie właściwe.
7

292

Platon, Państwo

580 D

- Co to za dowód? - Taki. Jeżeli są te trzy pierwiastki w człowieku, to zdaje mi się, że są też trzy todzaje przyjemności, każdy pierwiastek ma swoje. Tak samo dzie­ lą się i pożądania, i rządy wewnętrzne. - Jak mówisz? - powiada. - J e d e n pierwiastek - odpowiedziałem - to ten, którym się człowiek uczy, drugim się gniewa i zapala, a trzeci jest tak wielopostaciowy, że nie potrafiE liśmy nadać mu j e d n e j nazwy, j e m u tylko właściwej. Ale co miał w sobie największego i najmocniejszego, tośmy mu dali jako nazwę. N a z w a l i ś m y go pierwiastkiem pożądliwości ze względu na gwałtowność pożądań związa­ nych z j e d z e n i e m i piciem, i z życiem płciowym, i co się tam innego z tym 581 łączy, i pierwiastkiem chciwości też, dlatego że zaspokajanie takich pożądań najbardziej wymaga pieniędzy. - I słusznie - powiada. - A g d y b y ś m y p o w i e d z i e l i , że i p r z y j e m n o ś ć t e g o p i e r w i a s t k a , i j e g o przywiązanie dotyczy zysku, to oparlibyśmy się w myśli najbardziej na jed­ nym głównym czynniku; tak że coś jasnego mielibyśmy na myśli, kiedykolw i e k b y ś m y mówili o tej części duszy. I słusznie byśmy ją nazywać mogli umiłowaniem pieniędzy i zysku? - M n i e się tak wydaje - powiada. - No cóż? A t e m p e r a m e n t , czy nie powiemy, że cały dąży do mocy, do zwyciężania, do zdobycia sobie opinii i sławy? B - I bardzo. - Więc gdybyśmy go nazwali pierwiastkiem ambicji i żądzą zwycięstw, to prawda, że brzmiałoby to nieźle? - Brzmiałoby to znakomicie. - A t e n pierwiastek, którym się uczymy, to k a ż d e m u rzecz jasna, że on cały zawsze dąży do tego, żeby znać prawdę, wiedzieć, jak jest, a o pienią­ dze i o sławę zgoła mu nie chodzi. - Wielka prawda. - Więc jeżeli go nazwiemy zamiłowaniem do nauki i do mądrości, to mo­ głaby być nazwa stosowna? - Jakżeby nie? C - Nieprawdaż - dodałem - i w jednych duszach ludzkich panuje ten pier­ wiastek, a w innych t a m t e n - jak się trafi? - Tak - powiedział. - I dlatego też p o w i e d z m y już z góry, że istnieją trzy rodzaje ludzi: ko­ chający mądrość, lubiący zwyciężać i lubiący zyski. - W każdym razie przecież. -I przyjemności też są trzy rodzaje, każdy odpowiada j e d n e m u z tych typów. - Tak jest. - A czy wiesz - dodałem - że gdybyś chciał każdego z takich ludzi po ko­ lei pytać, który z tych trzech rodzajów życia jest najprzyjemniejszy, to każ-

581 C

Księga IX

293

dy b ę d z i e najbardziej chwalił życie swoje własne? Przecież zbijacz pienię­ dzy powie, że w porównaniu z zyskiem, przyjemność związana z doznawa­ niem czci albo z uczeniem się jest nic nie warta, chyba że coś w tym rodząju też jakieś pieniądze przynosi? - Prawda - powiedział. - A cóż człowiek ambitny? - dodałem. - Czy on przyjemności pochodzącej od p i e n i ę d z y nie uważa za coś w złym guście i bez smaku i tak samo tej, którą uczenie się przynosi, i jeżeli jakaś nauka nie przynosi sławy, to to jest dla niego dym i lary fary? - To tak jest - powiada. - A człowiek, który kocha mądrość - d o d a ł e m - za co t e n człowiek, na­ szym z d a n i e m , uważa inne przyjemności w p o r ó w n a n i u do tej, ż e b y znać p r a w d ę , wiedzieć, jaka ona jest, i wciąż w czymś t a k i m tkwić, ucząc się? On powie, że tamte są od rozkoszy nie bardzo dalekie? I nazwie je Istotnie k o n i e c z n y m i , bo on sam by zgoła ich nie potrzebował, gdyby to nie było konieczne?

D

E

- D o b r z e to trzeba wiedzieć - powiada. - Więc kiedy się tak sobie przeciwią przyjemności każdego z tych rodzą- VIII jów i każdy z tych rodzajów życia, już bez względu na to, które jest pięk­ niejsze, a które brzydsze, ani na to, które gorsze, a które lepsze, ale właśnie 582 ze względu na to, które przyjemniejsze i mniej przykre, to jak my m o ż e m y wiedzieć, które z nich mówi coś najbliższego prawdy? 8 - Ja - powiada - nie bardzo to umiem rozstrzygnąć. - A to tak spojrzyj. Jakiegoż narzędzia potrzeba do wydania słusznej oce­ ny? C z y nie p o t r z e b a do t e g o d o ś w i a d c z e n i a i rozsądku, i myśli? C z y mógłby ktoś mieć lepsze od tych narzędzi oceny? - Ależ jakim by sposobem? - powiada. - Więc przypatrz się. Jest tych ludzi trzech, a który z nich ma największe doświadczenie w zakresie tych wszystkich przyjemności, o którycheśmy mó­ wili? C z y t e n , co to lubi zysk, jeżeli się przy n a u c e dowiaduje, jaka jest prawda sama, wydaje ci się, że on lepiej z doświadczenia poznaje przyjem­ ność pochodzącą od wiedzy, niż filozof zna przyjemność płynącą z zysku B pieniężnego? - O, to wielka różnica - powiada. - Bo j e d e n z nich musi kosztować inJ e d n a k ż e prawo do rozstrzygania, który z tych trzech rodzajów przyjemności jest najwięcej wart, ma tylko filozof, bo on może znad wszystkie trzy rodzaje przyjemności z własnego doświad­ czenia, a rozkoszy, płynącej z pracy naukowej, nie zna ani człowiek goniący tylko za zaszczytami, ani t e n , który nie zna wartości większej niż pieniądz. Oprócz tego, tylko filozof myśli obiektyw­ nie - więc tylko on tu jest powołany do rozstrzygania. T r o c h ę są z a b a w n e te a r g u m e n t y , bo to tak wygląda, jakby każdy filozof był j e d n a k i , a prze­ c i e ż i P l a t o n to w i e d z i a ł , i my w i e m y , że nie k a ż d y filozof ma s p o s o b n o ś ć d o ś w i a d c z a ć tej przyjemności, jaką chciwcom przynoszą d u ż e p i e n i ą d z e , a czy każdy myśli rzeczowo - to t e ż py­ tanie nie rozstrzygnięte, chociaż myśleć tak powinien każdy, a nie tylko filozof. N i e ma przecież sposobu na to, żeby stwierdzić o b i e k t y w n i e , k o m u jest przyjemniej: chciwcowi, gdy z d o b ę d z i e d u ż e p i e n i ą d z e , a m b i t n e m u , gdy na niego s p a d n i e wielki zaszczyt, czy u c z o n e m u , gdy wykryje doniosłą prawdę.
8

294

Platon, Państwo

582 B

nych przyjemności już od dziecka. A zamiłowany w zysku pieniężnym, kie­ dy się uczy, jaka jest natura rzeczywistości, nie musi zaznać smaku tej przy­ jemności ani doświadczyć jej słodyczy i nawet, gdyby go kto zachęcał, nie­ łatwo jej zakosztuje. - Z a t e m filozof - d o d a ł e m - o wiele przewyższa chciwca, jeżeli c h o d z i C o to, żeby z doświadczenia znać dwa rodzaje przyjemności? - O wiele, doprawdy. - A cóż, jeżeli idzie o człowieka ambitnego? Czy filozof gorzej zna z do­ świadczenia przyjemność związaną z odbieraniem czci, niż t a m t e n zna przy­ jemność związaną z rozumnym myśleniem? - Przecież cześć spotyka każdego z nich - powiedział - jeżeli tylko który d o k o n a tego, do czego się zabrał. Przecież i bogaty cieszy się czcią wielu ludzi, i mężny, i mądry, tak że oni wszyscy wiedzą z doświadczenia, jaka to przyjemność płynie z odbierania czci. Ale jaka przyjemność płynie z oglą­ dania bytu, tego nie potrafi zakosztować nikt inny, tylko filozof. D - Z a t e m ze względu na doświadczenie - d o d a ł e m - filozof jest najlepszym sędzią spośród tych ludzi. - Bez porównania. - I on j e d e n będzie miał to doświadczenie przemyślane. - N o , cóż? - A także to narzędzie, które jest p o t r z e b n e do oceny, to nie jest narzę­ dzie chciwca ani człowieka ambitnego, tylko to jest narzędzie filozofa. - Jakie? - Mówiliśmy gdzieś tam, że do oceny potrzeba myśli. Czy nie tak? - Tak. - A myśli są przede wszystkim narzędziem filozofa. - Jakżeby nie? E - N i e p r a w d a ż ? G d y b y w a r u n k i e m wydania najlepszego sądu o rzeczach o c e n i a n y c h było b o g a c t w o i zysk, to c o k o l w i e k by pochwalił i zganił czło­ w i e k goniący za zyskiem, to właśnie byłoby z konieczności najbliższe prawdy. - Stanowczo. - A gdyby do tego było trzeba czci i zwycięstwa, i męstwa, wtedy czy nie to, co by pochwalił człowiek ambitny i przekorny? - Jasna rzecz. - A skoro tu potrzeba doświadczenia i rozsądku, i myśli? - To z konieczności - powiada - będzie najprawdziwsze to, co chwali mi­ łośnik mądrości i miłośnik myśli. 583 - Więc kiedy istnieją trzy rodzaje przyjemności, to rodzaj należący do tej c z ę ś c i duszy, z p o m o c ą k t ó r e j u c z y m y się, to b y ł a b y p r z y j e m n o ś ć naj­ większa i życie takiego człowieka byłoby najprzyjemniejsze, w którym t e n nasz pierwiastek panuje? - J a k ż e b y n i e m i a ł o tak być? - p o w i a d a . - P r z e c i e ż j a k o a r c y c h w a l c a chwali swoje życie człowiek myślący.

583 A

Księga IX

295

- A któreż on życie stawia na drugim miejscu - d o d a ł e m - i którą przy­ jemność uważa sędzia za drugą z kolei? - Jasna rzecz, że tę, którą się cieszy wojownik i człowiek ambitny. Bo ta mu jest bliższa niż przyjemność chciwców. - Więc zdaje się, ża na samym końcu znajdzie się przyjemność tego człowieka, który się kocha w zysku pieniężnym 9 . - No cóż - powiada. - Więc w ten sposób to by były dwie pochwały z kolei i dwa razy by zwy­ ciężył sprawiedliwy niesprawiedliwego. A trzeci raz po olimpijsku, na cześć Zeusa Zbawiciela i Zeusa Olimpijskiego; zobacz, że nawet całkowicie praw­ dziwa nie jest przyjemność i n n y c h ludzi, oprócz przyjemności c z ł o w i e k a myślącego, i nie jest czysta, tylko jakaś jakby malowana, zdaje mi się, żem to słyszał od kogoś z mędrców. Toż ci to by była największa i najgłówniejsza porażka. - Niesłychana. Ale jak ty to myślisz? - W t e n oto sposób - o d p o w i e d z i a ł e m - jak do tego dojdę, jeżeli ty bę­ dziesz odpowiadał szukając razem ze mną. - Więc pytaj - powiada. - Z a t e m mów - ciągnąłem - czy nie przyznajemy, że przykrość jest przeciwna przyjemności? - I bardzo. - Nieprawdaż? Przyznamy też i to, że istnieje stan wolny od przyjemno­ ści i od przykrości? - Istnieje, oczywiście. - On jest pośrodku między nimi obiema, pewien spokój duszy ze strony przyjemności i przykrości. Czy nie tak to rozumiesz? - Tak jest - mówi. - A czy nie pamiętasz - dodałem - co to chorzy mówią, kiedy chorują? - Co takiego? - Ż e , powiadają, nie ma nic przyjemniejszego niż zdrowie, ale oni o tym nie wiedzieli przed chorobą, że zdrowie to rzecz najprzyjemniejsza. - P a m i ę t a m - powiada. - I ci, co jakieś n a d m i e r n e m ę k i cierpią, słyszysz, jak mówią, że nie ma nic przyjemniejszego niż ustanie mąk. - Słyszę. - I w wielu innych p o d o b n y c h wypadkach, sądzę, ż e spostrzegasz ludzi, którzy, jak długo doznają przykrości, wychwalają jako największą przyjem­ ność brak przykrości i spokój od tej strony, a nie cieszenie się.
M i m o to Platon spróbuje jeszcze dowieść, że przyjemności chciwców i ł a k o m c ó w są mniej rze­ czywiste, mniej prawdziwe niż przyjemności naukowców, czerpane z poznania rzeczywistości. W tym celu z a k ł a d a z u p e ł n i e s ł u s z n i e p e w n ą skalę u c z u ć . N a niej o d p u n k t u z e r o w e g o w środku biegną ku górze coraz to w i ę k s z e przyjemności, a ku dołowi przykrości coraz większe. Przejście od przykrości do p u n k t u zerowego, a więc do stanu w rzeczywistości o b o j ę t n e g o , wydaje sie tylko przyjemnością. T a k s a m o przejście do zera od przyjemności wydaje sie przykrością, a też nie jest nią naprawdę.
9

IX

B

C

D

296

Platon, Państwo

583 D

- Bo może wtedy - powiada - to właśnie staje się przyjemne i pożądane spokój. E - A k i e d y się ktoś p r z e s t a n i e cieszyó - ciągnąłem - to spokój od strony przyjemności będzie przykry. - Może być - powiada. - Więc to, co leży pośrodku między j e d n y m a drugim - p o w i e d z i e l i ś m y tak przed chwilą - ten spokój, to będzie w p e w n y c h wypadkach i j e d n y m , i drugim, i przykrością, i przyjemnością. - Zdaje się. - A czy to możliwe, żeby coś, co jest brakiem j e d n e g o i drugiego, stawało się i jednym, i drugim? - N i e wydaje mi się. - A prawda, że przyjemność, która w duszy powstaje, i przykrość, to jed584 no i drugie jest pewnym ruchem. Czy nie? - Tak. - A czy nie pokazało się przed chwilą, że brak przykrości i przyjemności to spoczynek, który leży pośrodku między jedną i drugą? - Pokazało się. - Więc jak to może być słuszne, żeby brak cierpienia uważać za przyjem­ ność, a brak cieszenia się za przykrość? - W żaden sposób. - Z a t e m to nie jest tak, tylko się tak wydaje - d o d a ł e m . - T e n spokój w t e d y wydaje się przyjemny w porównaniu do cierpienia, a w porównaniu do przyjemności wydaje się cierpieniem. I w tych wydawaniach się nie ma nic realnego w stosunku do przyjemności prawdziwej, to są tylko jakieś ta­ kie czary. B - Tak niby wynika z rozumowania - powiedział. - Więc zobacz, proszę cię, te przyjemności - dodałem - które nie wynika­ ją z cierpień, aby cię tymczasem nie nachodziło p r z e k o n a n i e , że przyjem­ ność to ustanie przykrości, a przykrość to ustanie przyjemności. - A gdzież one są - powiada - i o jakich ty mówisz? - Wiele ich jest - odpowiedziałem - i w innym rodzaju, ale najlepiej, gdy­ byś zechciał zastanowić się nad tymi przyjemnościami, które się z woniami wiążą. O n e się przecież zjawiają nagle z niesłychaną siłą, chociaż człowiek p r z e d t e m żadnej przykrości nie doznawał, a gdy ustają, t e ż nie zostawiają żadnej przykrości. - Święta prawda - powiedział. - Więc nie sądźmy, że czysta przyjemność to jest pozbycie się przykrości, ani że przykrość to ustanie przyjemności. - Więc nie. - T y m c z a s e m - d o d a ł e m - te tak zwane przyjemności, które przez ciało do naszej duszy zmierzają, prawie że po większej części, i co największe z nich, należą do tego rodzaju. To są p e w n e wyzwoliny od cierpień. - O n e są tym.

C

584 C

Księga IX

297

- Nieprawdaż, a tak samo się przedstawiają stany przyjemności i przykro­ ści uprzednich, które wyprzedzają t a m t e i rodzą się na tle ich oczekiwania? - Tak samo. - Więc wiesz - dodałem - jakie one są i do czego są najbardziej podobne? - Do czego? - powiada. - C z y ty u w a ż a s z - m ó w i ę - że w p r z y r o d z i e i s t n i e j e j a k a ś góra, d ó ł 1 środek? - Tak jest. - A czy ty myślisz, że człowiek, który by się z dołu podnosił do środka, m n i e m a ł b y o sobie coś i n n e g o , a nie to, że j e d z i e w górę? A g d y b y się w środku zatrzymał i spojrzał tam, skąd przyjechał, to czy m n i e m a ł b y coś innego, a nie to, że jest na górze, bo nie widziałby tej „góry naprawdę"?

D

- Na Z e u s a - powiedział - ja nie sądzę, żeby taki człowiek mógł byó in­ nego mniemania. - A g d y b y znowu w przeciwną s t r o n ę j e c h a ł , to by myślał, że zjeżdża E w dół i miałby rację? - Jakżeby nie? - Nieprawdaż, doznawałby tego wszystkiego przez to, że nie znałby z do­ świadczenia tego, co naprawdę jest na górze i w środku, i na dole? - Jasna rzecz. - Więc czy m ó g ł b y ś się dziwić, jeżeli także ludzie, nie znający prawdy z doświadczenia, o wielu innych rzeczach nie mają zdrowego sądu, a tak samo się odnoszą do przyjemności i do przykrości, i do tego, co p o m i ę d z y nimi. Toteż kiedy się zbliżają do przykrości, wtedy myślą słusznie i dozna- 585 ją przykrości istotnie, a k i e d y się od przykrości poruszają w k i e r u n k u do tego, co pośrodku, wtedy się im gwałtownie narzuca to przekonanie, że do­ chodzą do z a s p o k o j e n i a i do rozkoszy, a t y m c z a s e m to tak, j a k b y wzrok przenosili z czarnego na p o p i e l a t e , a białego nie znali, tak samo się łudzą przenosząc oczy z przykrości na brak przykrości, a przyjemności prawdziwej nie znając? 1 0
L u d z i e doznają n a p r a w d ę przyjemności, poruszając się na skali uczuć ku górze, a przykrości, gdy na niej opadają w dół, ale to są j e d n a k przykrości i przyjemności z ł u d n e , pozorne, p o d o b n e do zjawisk k o n t r a s t u następczego w d z i e d z i n i e barw n e u t r a l n y c h . To zjawisko w y m i e n i a tu Pla­ ton po raz pierwszy w literaturze świata. O p r ó c z tego, przyjemność to jest zawsze u z u p e ł n i e n i e jakiegoś braku, j a k i e ś n a p e ł n i a n i e się. Prawdziwsze, bardziej rzeczywiste n a p e ł n i a n i e się ma zachodzić wtedy, gdy się człowiek napełnia c z y m ś bardziej rzeczywistym, bliższym prawdy. A że tylko p r z e d m i o t y myśli, które rozum po­ znaje, są rzeczywiste, czyli prawdziwe, więc tylko n a p e ł n i a n i e się nimi przy poznawaniu rozu­ m o w y m jest przyjemnością prawdziwą. Wszelkie u z u p e ł n i a n i e innych braków wszelkimi innymi rodzajami p r z e d m i o t ó w daje t y l k o przyjemności p o z o r n e . I p o z o r n e , i p r ę d k o przemijające, p o n i e w a ż pożądliwość ludzka p o d o b n a jest do nieszczelnych naczyri. C z y m k o l w i e k by je n a p e ł ­ niać, p r z e c i e k a wszystko i z n o w u brak. A t y l k o n a u k a otwiera źródła przyjemności trwałych, które nie więdną. T e n p i ę k n y ustęp budzi dwa zastrzeżenia. Po pierwsze - żadna przyjemność, choćby wywoła­ na z ł u d z e n i e m , nie jest przyjemnością pozorną. J e s t rzeczywistą, jeżeli się tylko zjawia. Kiedy miło mi patrzeć na ł u k tęczy na sinawych o b ł o k a c h nad lasem, przeżywam przyjemność rzeczy­ wistą, chociaż kto by wierzył w takiej chwili w to, że c h m u r y także i w i d z i a n e z bliska byłyby
10

298

Platon, Państwo

585 A

B

C

- Na Zeusa - powiada - nie tylko bym się nie mógł dziwić, ale dziwiłbym się raczej, gdyby tak nie było. - Więc tak się zastanów - dodałem. - Czy nie prawda, że głód i pragnienie, i stany w tym rodzaju, to są p e w n e niedostatki w stanie ciała? - N o , cóż? - A niewiedza i nierozum, czy to nie jest też niedostatek w stanie duszy? - I wielki. - Nieprawdaż, uzupełnia chyba swoje braki i ten, który żywność w siebie przyjmuje i ten, co do rozumu przychodzi? - Jakżeby nie? - A uzupełnienie prawdziwsze z pomocą tego, co mniej istnieje, czy z po­ mocą tego, co bardziej? - Jasna rzecz, że z pomocą tego, co bardziej? - A jak uważasz? Który rodzaj rzeczy ma w sobie więcej czystej istoty rzeczy, taki jak p o k a r m i napój, i coś tam do chleba, i wszelkiego rodzaju pożywienie, czy też rodzaj, do którego należy sąd prawdziwy i wiedza, i ro­ zum, i w ogóle wszelka dzielność? A w ten sposób rzecz rozstrzygaj: To, co bliskie jest temu, co zawsze n i e z m i e n n e i nieśmiertelne, i bliskie jest praw­ dzie, i co samo jest takie i w czymś takim powstaje, wydaje ci się czymś bardziej rzeczywistym niż to, co bliskie rzeczom wciąż z m i e n n y m i śmier­ telnym, i co samo jest takie i w czymś takim powstaje? - Wielka różnica - powiada - między czymś takim a czymś wiecznie nie­ zmiennym. - A czy istota tego, co niezmienne, ma w sobie więcej istoty niż wiedzy? - W żaden sposób. - No cóż, a prawdy więcej? - Ani tego. - A jeśliby prawdy mniej, to czy nie mniej istoty zarazem? - Z konieczności. - Nieprawdaż, w ogóle rodzaje rzeczy związane ze staraniem około "ciała mają w sobie mniej prawdy i mniej istoty niż związane z troską o duszę? - O wiele mniej. - A czy nie myślisz, że tak samo i ciało w porównaniu z duszą? - Ja myślę. - Nieprawdaż, zatem i to, co się bardziej istniejącymi rzeczami napełnia,
różnokolorowe, ulegałby z ł u d z e n i u . J e g o sqd byłby mylny, j e g o s p o s t r z e ż e n i e mogłoby być złu­ d z e n i e m , ale j e g o przyjemność byłaby tak s a m o rzeczywista jak i moja. N i e byłaby z ł u d n a , ani fałszywa, ani pozorna. Po drugie - napełnianie płuc powietrzem jest z u p e ł n i e tak samo n a p e ł n i a n i e m , jak n a p e ł n i a n i e ż o ł ą d k a g r o c h e m albo p u s t e j kuli o ł o w i e m . Za to u c z e n i e się, p o z n a w a n i e rzeczywistości u p r a g n i o n e i rozkoszne - jest tylko p o d o b n e nieco do procesu n a p e ł n i a n i a się, i to nie bardzo, a n a p e ł n i a n i e m się nie jest. To są tylko przenośnie - bardzo n i e d o k ł a d n e . N a u k a przecież nigdy m y ś l ą c e g o c z ł o w i e k a nie n a p e ł n i , nie nasyci - żądza w i e d z y jest tak s a m o bez d n a jak żądza p o k a r m u , napoju, n a r k o t y k u albo o b c o w a n i a z l u d ź m i . I w t y m jej wielka wartość. W s z e c h ­ wiedza osiągnięta musiałaby przynieść n u d ę bez nadziei i bez ratunku.

D

585 D

Księga IX

299

i co, co samo bardziej istnieje, raczej się n a p e ł n i a niż to, co się n a p e ł n i a rzeczami mniej istniejącymi i co samo mniej istnieje? - Jakżeby nie? - Więc jeżeli napełnianie się tym, co z natury stanowi pokarm odpowie­ dni, jest przyjemne, w takim razie to, co się istotnie napełnia tym, co bar­ dziej istnieje, powinno istotniej i prawdziwiej napełniać nas przyjemnością prawdziwą, a to, co w siebie bierze rzeczy mniej istniejące, będzie się chy­ ba n a p e ł n i a ł o m n i e j p r a w d z i w i e i m n i e j p e w n i e i b ę d z i e miało w s o b i e przyjemność mniej niezawodną i mniej prawdziwą? - Koniecznie musi tak być - powiada. - W i ę c ci, k t ó r z y z r o z u m e m i z d z i e l n o ś c i ą n i e mają nic w s p ó l n e g o , 586 a czas spędzają na ucztach i tym p o d o b n y c h przyjemnościach, i to jest całe ich d o ś w i a d c z e n i e , ci, zdaje się, zjeżdżają tylko na dół, a s t a m t ą d z powro­ t e m do połowy drogi i na tej p r z e s t r z e n i plączą się całe życie, a nie mijają tej granicy nigdy i nigdy się nie wznoszą do tego i nie patrzą na to, co j e s t n a p r a w d ę wysoko, i nigdy się i s t o t n i e nie napełniają t y m co istnieje; więc p e w n e j a czystej rozkoszy nie kosztują, t y l k o tak jak b y d ł o patrzą zawsze w dół i schylają się ku ziemi i ku s t o ł o m , pasą się tam i parzą, a że k a ż d y z nich c h c e m i e ć t e g o w i ę c e j niż inni, więc k o p i e j e d e n d r u g i e g o i b o d z i e B żelaznymi rogami i k o p y t a m i , i zabijają się nawzajem, bo nie napełnili tym, co istnieje, ani tego, co w nich samych jest, ani tego, co w nich jest szczelne. - Mówisz jak wyrocznia, Sokratesie - powiedział Glaukon - a najwierniej rysujesz życie tych, których jest wielu. - Więc czy takich ludzi nie muszą i przyjemności nawiedzać p o m i e s z a n e z przykrościami, widma tylko rozkoszy prawdziwej i malowanki, które przez zestawienia wzajemne nabierają barw, tak że j e d n e i drugie wydają się mocne i zaszczepiają ludziom głupim wściekłe żądze do nich skierowane, i ci potem walczą o nie, tak jak Stezichor powiada, że pod Troją walczono o wi­ dziadło Heleny, bo H e l e n y prawdziwej nie znano? - Koniecznie - powiada - musi to być coś takiego. - No cóż? A czy i z t e m p e r a m e n t e m nie musi być ta sama sprawa? Jeżeli się ktoś samym t e m p e r a m e n t e m kieruje, więc albo zazdrością, bo jest am­ bitny, albo sobie na jakieś gwałty pozwala, bo jest przekorny, albo w gniew wpada, bo jest w złym humorze i zaspokojenia szuka dla swojej żądzy zwy­ cięstwa i dla swego gniewu, a nie oblicza skutków i nie słucha rozumu? - Tak musi być i z tym - powiada. - Więc cóż - ciągnąłem i te żądze, które się wiążą wiedza i myśl, i one z ich które im rozsądek wskaże, dziwsze - o ile tylko takie dziwe - bo za prawdą szły - b ą d ź m y d o b r e j myśli i powiedzmy, że n a w e t z chęcią zysku i z przekorą, jeżeli nimi kieruje pomocą gonią za przyjemnościami, a chwytają te, potrafią chwytać przyjemności możliwie najpraw­ żądze mogą w ogóle chwytać przyjemności praw­ i potrafią znajdywać przyjemności sobie pokrewXI

E

C

D

300

Platon, Państwo

586 E

n e , skoro to, co jest n a j l e p s z e dla k a ż d e g o , to mu też jest i n a j b a r d z i e j 11 pokrewne? - Ależ tak - powiada - najbardziej pokrewne przecież. - Więc kiedy cala dusza idzie za umiłowaniem mądrości i nie jest rozdar­ ta w e w n ę t r z n i e , może w ogóle każda jej część robić to, co do niej należy,
P e w n e ustępstwo robi teraz Platon dla ambicji i chciwości. O n e też mogą czasem dawać przy­ j e m n o ś c i bliskie prawdy, bliskie rzeczywistości. To w t e d y , gdy ambicją i chciwością rządzi ro­ z u m . W o b e c tego tylko filozof - rządzący się r o z u m e m - ma d o s t ę p n e przyjemności i prawdziwe, i bliskie prawdy, a typ oddany rozpuście b e z r o z u m n e j - typ despoty - m o ż e kosztować tylko przy­ j e m n o ś c i pozornych, złudnych, fałszywych. I tu przychodzi na myśl Platonowi figiel: a może by tak spróbować ilościowo, g e o m e t r y c z n i e ująć dla większej plastyki różnicę między filozofem a despotą ze względu na rzeczywistość, praw­ dziwość przyjemności dla nich o b u dostępnych? Z a t e m ustawia w myśli w szereg typy, które omówił, i tworzy szereg następujący: 1. filozofkról, 2. timarcha, 3. oligarcha, 4. d e m o k r a t a , 5. d e s p o t a . Być może wyobraża ich sobie ustawio­ nych w z d ł u ż linii prostej. Jak d ł u g i e o d s t ę p y dzielą j e d n e g o od drugiego, tego n a m nie mówi. A przydałoby się to założenie dla plastyki obrazu! M o ż e będą to o d s t ę p y równe. C h o c i a ż d e s p o ­ ta wygląda raczej na trzy razy tak d a l e k i e g o od filozofa, jak jest od niego odległy oligarcha. Przy k a ż d y m typie wyobraża sobie w postaci powierzchni płaskiej cieri, pozór przyjemności prawdzi­ wej, d o s t ę p n e j dla filozofa-króla. I jakoś mu się wydaje, jakby te cienie rosły z o d d a l e n i e m każ­ d e g o typu od filozofa. Rosną z k w a d r a t e m odległości. Oczywiście - pod warunkiem, że te cienie rzuca jakieś światło, ustawione za przyjemnością prawdziwą filozofa, a b i e g n ą c e po liniach pro­ stych. Z a t e m wolno sobie tak wyobrazić t e n szereg typów ludzkich i odpowiadających im cieni szczęścia p r a w d z i w e g o . N a p o c z ą t k u p o z i o m e g o o d c i n k a prostej n i e c h stoi p o lewej s t r o n i e filozof-król. O półtora c e n t y m e t r a od niego w prawo timokrata, a o trzy c e n t y m e t r y od króla oli­ garcha. Z g o d n i e z b r z m i e n i e m tekstu trzeba d e s p o t ę ustawić o dziewięć c e n t y m e t r ó w od filo­ zofa na prawo. P o m i ę d z y oligarchą a despotą znajdzie się gdzieś d e m o k r a t a . M o ż e być, że na szóstym c e n t y m e t r z e od króla. Ale nie o niego chodzi. C h o d z i o s t o s u n e k c i e m n e g o szczęścia oligarchy do wielkości tych mroków, w których jest pogrążony d e s p o t a . O t ó ż jeśli cienie szczę­ ścia rosną jak kwadraty ich odległości od stanowiska filozofa-króla - to cień szczęścia oligarchy o d l e g ł e g o od króla o trzy c e n t y m e t r y b ę d z i e o d p o w i a d a ł powierzchni dziewięciu c e n t y m e t r ó w kwadratowych A o g r o m n y cień szczęścia d e s p o t y o d l e g ł e g o o dziewięć c e n t y m e t r ó w od króla będzie odpowiadał powierzchni aż osiemdziesięciu j e d e n centymetrów kwadratowych. Zwa­ żywszy zaś, że to szczęście można pojąć nie j a k o p o w i e r z c h n i ę , ale j a k o imitację rzeczywistości, jako pozorną bryłę, sześcian - dostajemy 9 razy 81, czyli 729 c e n t y m e t r ó w s z e ś c i e n n y c h ; j a k o obraz tej złudy szczęścia i tych masywnych mroków, w których tonie despota. T y m samym filozofowi jest s i e d e m s e t dwadzieścia dziewięć razy przyjemniej i lepiej niż dyk­ tatorowi. Słusznie G l a u k o n powiada, że to n i e s ł y c h a n e obliczenie spadło tutaj z góry na głowy sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Platon nie brał tego poważnie. Ani tych uwag uzupełniają­ cych o latach, dniach, nocach i miesiącach. Że niby to, jak zliczyć trzysta sześćdziesiąt cztery i pół dni i tyleż samo nocy, to wyjdzie w sam raz 729. A jakby każdy miesiąc liczyć po trzydzie­ ści i j e d n a trzecia dnia d w u d z i e s t o c z t e r o g o d z i n n e g o , a takich miesięcy w roku wziąć dwanaście to wyjdzie trzysta sześćdziesiąt cztery dni d w u d z i e s t o c z t e r o g o d z i n n y c h . A jeżeli 364 i pól po­ m n o ż y ć przez dwa, wyjdzie też 729 dni d w u n a s t o g o d z i n n y c h . A znowu 729 miesięcy, to b ę d z i e sześćdziesiąt lat - przeciętny okres życia człowieka. Apelt przytacza jeszcze za P l u t a r c h e m i H e zjodem domysł, że nimfy i d e m o n y mają żyć po dziewięć tysięcy s i e d e m s e t dwadzieścia dziewięć lat. Ale to są też informacje mniejszej wagi. N i e trzeba z b y t serio traktować rzeczy nie p o m y ­ ślanych zbyt serio. T e n u s t ę p jest tak napisany, że łatwiej dojść, o co w nim chodzi, jeżeli tylko myśleć liczbami, a nie próbować przedstawiać tego rysunkiem. Do wykonania rysunku brak j e d n o z n a c z n y c h infor­ macji. M o ż e być, że i Platon nie rysował sobie tych cieni szczęścia, tylko myślał o nich z pomocą czystych liczb. Dlatego opis wyszedł nieco m ę t n i e . Platon bawi się w m a t e m a t y k a , ale z n u d z i ł o go rysowanie. T e r a z zacznie modelować.
11

586 E

Księga IX

301

człowiek może być sprawiedliwy i może wtedy każdy sobie właściwe i naj­ lepsze przyjemności zrywać i mieć je, ile możności, co najprawdziwsze. - Całkowicie przecież. 587 - A k i e d y zapanuje któryś z t a m t y c h pierwiastków, w t e d y n a w e t sobie właściwej przyjemności wyszukać nie potrafi, a oprócz tego zmusza do go­ nienia za przyjemnością obcą i nieprawdziwą. - Tak - powiada. - Nieprawdaż, to, co najdalsze jest od filozofii i od myśli, to p r z e d e wszy­ stkim może taki stan wywoływać? - P r z e d e wszystkim. - A najdalsze od myśli czy nie to, co najdalsze od prawa i od porządku? - Jasna rzecz. - A czy nie pokazało się, że najdalej od tego odbiegają pożądania erotycz­ ne i despotyczne? - Bardzo przecież. - A najmniej królewskie i porządne? - Tak. - Z a t e m i od przyjemności prawdziwej i sobie właściwej najdalszy b ę d z i e despota, a t a m t e n najmniej daleki? - Koniecznie. - Więc i najmniej przyjemnie - dodałem - b ę d z i e d e s p o t a żył, a król naj­ przyjemniej. - Koniecznie i nieuchronnie. - A czy ty wiesz - d o d a ł e m - ile to razy mniej przyjemnie żyje d e s p o t a niż król? - A może byś powiedział - mówi. - Wobec tego, że, jak się zdaje, są trzy przyjemności - jedna prawego po­ c h o d z e n i a , a dwie n i e p r a w e - d e s p o t a d a l e k o wybiega poza granicę tych nieprawych, uciekłszy przed prawem i sensem, obcuje z gwardią przyjemności niewolniczych, a jak źle na tym wychodzi, to n a w e t p o w i e d z i e ć nieła­ two, chyba może w ten sposób. - Jak? - powiada. - Od typu oligarchicznego d e s p o t a stoi jakoś jakby trzeci z r z ę d u . między nimi jest typ demokratyczny. - Tak. - Nieprawdaż? Z a t e m chyba i z trzecim z rzędu odbiciem przyjemności w stosunku do prawdy, gdy liczyć od tamtego, ma do czynienia, jeżeli praw­ dą jest to, co przedtem? - Tak jest. - A p r z e c i e ż typ oligarchiczny jest t e ż trzeci z r z ę d u , jeżeli liczyć od królewskiego, a królewski i arystokratyczny przyjmiemy za jedno. - N o , trzeci. D Bo B

C

302

Platon, Państwo

587 D

- Z a t e m w porównaniu do kogoś odległego o trzy jednostki jest d e s p o t a trzy razy tak daleki od prawdziwej przyjemności, jeżeli zliczyć odległość. - Widocznie. - W takim razie to widziadło przyjemności, k t ó r e g o zażywa d e s p o t a , x.z byłaby, zdaje się, powierzchnia odpowiednia do liczby wyrażającej jej odle­ głość. - Całkowicie przecież. - A z kwadratu i z trzeciej potęgi widać ten odstęp, jaki on jest wielki. - Widać - powiada - jeżeli tylko umie ktoś rachować. E - Nieprawdaż, a gdyby ktoś w przeciwną stronę liczył i chciał powiedzieć, jak bardzo odbiega król od despoty ze względu na prawdziwość przyjemno­ ści, to jeśli dokona mnożenia, znajdzie, że król żyje s i e d e m s e t dwadzieścia dziewięć razy przyjemniej, a despocie jest tyle samo razy smutniej. - N i e s ł y c h a n e - powiada - o b l i c z e n i e zwaliłeś na tych dwóch ludzi, na 588 sprawiedliwego i niesprawiedliwego, obliczenie różnicy, jaka m i ę d z y nimi zachodzi ze względu na przyjemność i przykrość. - A tak; i to prawdziwe obliczenie i stosowne przecież - dodałem - stosu­ je się do życia k a ż d e g o z nich, skoro w nim są i d n i , i noce, i m i e s i ą c e , i lata. - Ależ tak - powiada - są w nim. - Nieprawdaż? Skoro o tyle góruje dobry i sprawiedliwy nad złym i nie­ sprawiedliwym, jeżeli chodzi o przyjemność, to po prostu wyobrazić sobie t r u d n o , o ile bardziej b ę d z i e nad nim górował dobrym stylem życia, jego pięknością i dzielnością? - Wyobrazić sobie trudno, ix Zeusa - powiedział. XII - No dobrze - dodałem. - Skorośmy tutaj doszli w rozważaniach, wróćmy B do tego, co się na początku powiedziało i przez cośmy tutaj zaszli. Mówiło się jakoś tak, że opłaca się niesprawiedliwość człowiekowi d o s k o n a l e nie­ sprawiedliwemu, jeżeli uchodzi za sprawiedliwego. Czy nie tak się mówiło? - Tak jest, tak. - A teraz - ciągnąłem - rozprawmy się z tym stanowiskiem, skoro się po­ godzimy na t e m a t postępowania niesprawiedliwego i sprawiedliwego i usta­ limy, jaką ma siłę j e d n o i drugie. - Jak? - powiada. - Plastyczny obraz duszy ludzkiej stwórzmy myślą, aby wiedział t e n , co t a m t o mówił, co mówił właściwie. - Jaki obraz niby? - powiada. - Jakiś w tym rodzaju - ciągnąłem - jak to w mitach opowiadają, że bywa­ ły dawniej takie natury jak C h i m e r a , i Scylla, i Cerber, a o jakichś innych też opowiadają, w których się wiele postaci zrosło w jedność. 1 2
Ż e b y plastycznie pokazać straszny stan duszy n i e r z ą d n e j , k a ż e Sokrates G l a u k o n o w i wyobra­ zić s o b i e twór, którego nie m o ż n a w y k o n a ć w m a t e r i a l e plastycznym, a gdyby go kto w nim wy­ konać próbował, wyszłoby coś bardzo brzydkiego i bardzo nie greckiego w wyglądzie. S y m b o l e m duszy ludzkiej ma być z l e p e k z trzech postaci: z wielogłowego i w i e l o b a r w n e g o potwora, który
12

C

588 C

Księga IX

303

- A opowiadają - dodał. - Więc wymodeluj sobie jedną postać zwierzęcia; niech ono będzie wielo­ barwne i niech ma wiele głów, naokoło niech ma głowy zwierząt swojskich i dzikich i niech się może p r z e m i e n i a ć i wypuszczać to wszystko z siebie jak roślina. - T ę g i e g o rzeźbiarza - powiedział - trzeba do takiej roboty. Ale p o n i e ­ waż myśl jest bardziej plastyczna niż wosk i p o d o b n e materiały, więc niech D ci to będzie wymodelowane. - I jeszcze jedną postać lwa i jedną człowieka. Ale największe - i to bez porównania - niech będzie to pierwsze, a później to drugie. - To już są rzeczy łatwiejsze - powiada - i już są wymodelowane. - A teraz te trzy rzeczy spróbuj spoić razem tak, żeby się jakoś ze sobą zrosły. - Już są spojone - powiada. - A teraz wymodeluj i obuduj naokoło nich postać jedną - człowieka; tak, żeby się to k o m u ś , kto nie może widzieć tego, co w środku, a widzi tylko E zewnętrzną powłokę, wydawało jedną istocą żywą: człowiekiem. - J u ż jest wymodelowana powłoka naokoło - powiada. - A teraz powiedzmy coś t e m u , który twierdził, że opłaci się człowiekowi być niesprawiedliwym, a p o s t ę p o w a n i e sprawiedliwe pożytku nie przynosi. Przecież on nic innego nie twierdził, jak to, że opłaci się człowiekowi utu­ czyć to wielopostaciowe zwierzę, aby było m o c n e , i t e g o lwa wraz z jego 589 o t o c z e n i e m , a człowieka zamorzyć g ł o d e m i osłabić go, aby go j e d n o lub drugie z t a m t y c h zwierząt wlokło, dokąd by chciało, i żeby się o n e z sobą nie zżywały i nie przyjaźniły, tylko niech się j e d n o z drugim gryzie i niech się pożerają nawzajem we wzajemnej walce. - Ze w s z e c h miar - p o w i a d a - tak by mówił k t o ś , kto by chwalił n i e ­ sprawiedliwość. - N i e p r a w d a ż , a t e n z n o w u , k t o by t w i e r d z i ł , że t r z e b a p o s t ę p o w a ć i mówić tak, żeby ten człowiek mieszkający we wnętrzu człowieka jak naj­ więcej sił nabrał i żeby się zajął hodowlą owego stworu wielogłowego, tak jak to robi rolnik, i jego głowy swojskie karmił i obłaskawiał, a dzikim nie pozwalał wyrastać, wziąwszy sobie do p o m o c y n a t u r ę lwa, i troszczył się o wszystko razem, i zaszczepiał między tamtymi przyjaźń wzajemną i siebie samego, i wychowywał je w ten sposób. - Całkowicie przecież tak mówi człowiek, który chwali sprawiedliwość. - Na wszelki sposób ten, który sprawiedliwość chwali, mówiłby prawdę,
ma być o b r a z e m pożądliwości, z d u ż e g o Iwa, który symbolizuje t e m p e r a m e n t , i z postaci m a ł e g o człowieka, która o d p o w i a d a ć ma rozumowi. Cały ten z l e p e k ma być schowany we w n ę t r z u wiel­ kiej postaci ludzkiej. Na tym m o d e l u p o m y ś l a n y m d e m o n s t r u j e Platon sprawiedliwość i niespra­ wiedliwość, przy czym niesprawiedliwość wychodzi istotnie bardzo brzydko. Erifyle, o której tu mowa, przyjęła w p r e z e n c i e złoty naszyjnik od Polynejkesa, aby wydać, że mąż jej, Amfiaraos, nie c h c e iść na wyprawę na T e b y . On nie chciał iść, bo przeczuwał, że tam zginie i zginął n a p r a w d ę . Erifyle źle wyszła na swej chciwości i na p r e z e n c i e , bo naszyjnik naszyjnikiem, a mąż na ogół więcej wart.

B

C

304

Platon, Państwo

589 C

a chwalca niesprawiedliwości byłby w b ł ę d z i e . Bo jeśli brać pod u w a g ę przyjemność i o p i n i ę , i pożytek, zawsze chwalca sprawiedliwości ma słu­ szność, a kto ją gani, ten ani nie mówi do rzeczy, ani nie wie, co właściwie gani. - N i e wydaje mi się - powiada - w żaden sposób przecież. - Więc przeciągnijmy go na swoją stronę łagodnie, bo on nie błądzi umy­ ślnie, i zapytajmy go tak: Pokój z tobą, ale powiedz, czy nie zgodzimy się jakoś, że to, co słusznie uchodzi za p i ę k n e i za brzydkie, z czegoś takiego pochodzi. To, co p i ę k n e , poddaje zwierzęce pierwiastki natury człowieka D pod władzę pierwiastka ludzkiego, a może raczej boskiego, a to, co brzyd­ kie, oddaje składnik łagodny w niewolę składnika dzikiego. On się zgodzi na to, czy jak? - Jeżeli tylko mnie posłucha, to tak - powiada. - Więc czy istnieje w e d l e t e g o t o k u myśli ktoś, k o m u by się o p ł a c i ł o wziąć niesprawiedliwie pieniądze, jeżeli to tak jest, że on biorąc pieniądze równocześnie oddaje swój najlepszy pierwiastek w niewolę swej cząstki najE gorszej? Czy też, jeśliby wziąwszy p i e n i ą d z e oddawał syna lub c ó r k ę do niewoli, i to jeszcze u ludzi dzikich i złych, to nie opłacałoby mu się wziąć za to nawet bardzo dużo pieniędzy, a kiedy swój najbardziej boski pierwia­ stek oddaje w niewolę czynnika najdalszego od bóstwa i najniższego i lito590 ści nad tamtym nie ma, to czy to nie jest n ę d z n i k i czy nie na zgubę o wie­ le większą wziąłby te pieniądze niż Erifyle, gdy naszyjnik przyjęła, aby jej mąż duszę stracił? - Na większą o wiele - powiedział G l a u k o n . - Już ja ci za n i e g o o d p o ­ wiem. XIII - N i e p r a w d a ż , a czy nie myślisz, że i r o z p u s t ę dlatego l u d z i e ganią od dawna, że na tym tle wyzwala się t e n czynnik straszny, to wielkie i wielopostaciowe zwierzę - w granicach szerszych, niż potrzeba? 13
W świetle tego symbolu plastycznego pokazuje Platon teraz szereg wad i zalet j e d n o s t k i ludz­ kiej. R o z p u s t a to p u s z c z e n i e wolno strasznego stworu pożądliwości. Egoizm i arogancja, n i e u p r z e j m o ś ć - to wady t e m p e r a m e n t u : z b y t n i e i rażące n a p i ę c i e tego lwa i węża, k t ó r e mieszkają w piersi człowieka. M i ę k k o ś ć usposobienia, to p r z e c i w i e ń s t w o t a m t y c h wad t e g o s a m e g o pier­ wiastka. P o c h l e b s t w o i lokajstwo, to wyraz przemiany lwa ambicji w śmieszną, zabawną, a pogar­ dzaną m a ł p ę - pod w p ł y w e m chciwości. Rzemiosło, w przeciwstawieniu do sztuki, która w y m a g a r o z u m u twórczego, to o d d a n i e słabego i n t e l e k t u na służbę dla chleba i dla zaspokajania pożądań c u d z y c h . D l a t e g o rzemieślnicy p o w i n n i s ł u c h a ć i n t e l e k t u a l i s t ó w - swojego r o z u m u nie mają dość, niech przynajmniej słuchają c u d z e g o . Tu się może trochę zapędził, bo na własne potrzeby gotowo i r z e m i e ś l n i k o m rozumu wystarczyć. P o d o b n i e i dzieci nie p o w i n n y m i e ć ż a d n e j s a m o ­ dzielności, pokąd się w nich nie wyrobi rozum, którym by się już s a m e mogły kierować w życiu. Kara w y m i e r z a n a za p r z e s t ę p s t w a poskramia pożądliwość, a uczy r o z u m u - więc jest c z y n n i k i e m nad wyraz z b a w i e n n y m . Kara ś m i e r c i da się tak pojąć c h y b a d o p i e r o w z w i ą z k u z ż y c i e m pośmiertnym. Zajęcia n a u k o w e i ćwiczenia g i m n a s t y c z n e tylko o tyle są p o ż ą d a n e , o ile pomnażają w ł a d z ę rozumu nad t e m p e r a m e n t e m i nad pożądliwościami. G r o m a d z e n i e majątku bez miary jest n i e b e z p i e c z n e dla równowagi w e w n ę t r z n e j - z a t e m i tym z a b i e g o m winna przyświecać i regulować je troska o h a r m o n i ę własnej duszy. To s a m o dotyczy zaszczytów. Jeżeli idzie o udział w życiu p o l i t y c z n y m , to w r e a l n y c h , o b e c n y c h w a r u n k a c h
13

590 A

Księga IX

305

- Jasna rzecz - powiada. - A egoizm i nieuprzejmość gani się czy nie wtedy, gdy pierwiastek lwi i wężowy wzmoże się i napnie w sposób nieharmonijny? - Tak jest. - A zniewieściałość i miękkość czy nie dlatego uchodzi za wadę, że pole­ ga na zwolnieniu napięcia w tym samym pierwiastku, co też w nim wyrabia tchórzostwo? - N o , cóż? - A p o c h l e b s t w o i lokajstwo czy nie w t e d y powstaje, gdy ktoś t e n sam pierwiastek - t e m p e r a m e n t - odda na służbę bestii podobnej do t ł u m u i dla pieniędzy, i dla nienasyconej chciwości już od młodych lat biczem przymusi, żeby był małpą, a nie lwem? - I bardzo - powiada. - A duch podłego rzemiosła dlaczego, myślisz, hańbę przynosi? Czy z in­ nego powodu, powiemy, czy też, gdy czyjś pierwiastek najlepszy jest z na­ tury słaby, tak że nie potrafi panować nad tamtymi stworami, które w czło­ wieku mieszkają, ale im służy i tylko im schlebiać potrafi, a niczego więcej nauczyć się nie zdoła? - Zdaje się - powiada. - N i e p r a w d a ż , aby takim człowiekiem mogło zacząć rządzić to samo, co rządzi najlepszym, zgodzimy się, że on powinien zostać niewolnikiem tam­ tego, najlepszego, który ma w sobie boski pierwiastek u steru. I nie będ z i e m y uważali, że t e n najlepszy p o w i n i e n rządzić na s z k o d ę niewolnika, jak to myślał Trazymach o rządzonych, ale dlatego, że to jest dla k a ż d e g o lepsze, żeby nim rządził pierwiastek boski i rozumny; najlepiej, jeżeli każdy ma w sobie taki pierwiastek własny dla siebie, a jeśliby nie, to niech on nad nim panuje choćby z zewnątrz, abyśmy ile możności wszyscy byli p o d o b n i

B

C

D

i przyjaźnią wspólną związani pod rządami tego samego pierwiastka? - I słusznie - powiada. - Świadczy o tym - dodałem - i prawo, że czegoś takiego chce, a ono jest E sprzymierzeńcem wszystkich w państwie. I prowadzenie dzieci - to, że się im nie daje wolności, pokąd w nich tak jak w państwie nie wyrobimy pew­ nego ustroju wewnętrznego i nie wychowamy w nich pierwiastka najlepsze­ go z pomocą takiego samego pierwiastka w nas samych, aby był p o d o b n y m 591
w ojczyźnie nie ma tam czego szukać człowiek dbający o siebie, czyli człowiek sprawiedliwy. W p a ń s t w i e i d e a l n y m rządziłby c h ę t n i e i z p o ż y t k i e m , ale to idealne p a ń s t w o dziś nie istnieje nigdzie na z i e m i . Jest tylko p r z e d m i o t e m myśli - pierwowzorem czcigodnym, na m o d ł ę którego można i należy urządzać przede wszystkim samego siebie. C ó ż p o m o ż e człowiekowi, gdyby posiadł n a w e t i całą z i e m i ę , a na duszy własnej s z k o d ę po­ niósł? T a k sobie myśli Platon formułując swój egocentryczny ideał życia i struktury w e w n ę t r z n e j człowieka. Odwraca się od rzeczywistości k o n k r e t n e j . Ta go mierzi. Próbuje stworzyć wzór lepszej. Z pewnością - też p r z e d e wszystkim dla s a m e g o siebie. Kiedy się przyglądać i przysłuchi­ wać tej pracy jego i n t e l e k t u i fantazji, słychać czasem głos potężny, który ma w sobie coś królew­ s k i e g o . C z a s e m słychać syk jadowity a widać wciąż pazur lwi. T a k , jakby i j e g o i n t e l e k t s z e d ł nieraz za t e m p e r a m e n t e m , za pasją władania, za potrzebą poczucia mocy, której życie nie umiało nasycić. Aparat intelektu ludzkiego nie pracuje nigdy, jeżeli go nie porusza motor uczucia.

1 306 Platon, Państwo 591 A

B

C

s t r a ż n i k i e m i k i e r o w n i k i e m w duszy dziecka, d o p i e r o w t e d y dajemy mu wolność, niech sobie idzie. - Świadczy i prawo - powiedział. - Z a t e m w jakim sposobie powiemy, Glaukonie, i wedle jakiego sensow­ nego toku myśli opłaca się niesprawiedliwość albo rozpusta, albo jakieś po­ stępowanie brzydkie, przez które człowiek się robi gorszy, ale zdobywa so­ bie więcej pieniędzy albo jakiś inny wpływ? - W żadnym sposobie - powiada. - A w jakim sposobie opłaca się to, żeby się ukrywać i nie ponosić kary? Czy ten, co się ukrywa, nie staje się jeszcze gorszy, a u tego, który się nie kryje i ponosi karę, pierwiastek zwierzęcy uspokaja się i łagodnieje, a ła­ godny wyzwala się i cała dusza dochodzi do najlepszej konstytucji; przyjmu­ je w t e d y stan bardziej pochwały godny, każdy wraz z rozumem osiąga pano­ wanie nad sobą i sprawiedliwość, niż ciało, kiedy wraz ze z d r o w i e m wraca do sił i piękności - o tyle, o ile dusza godniejsza jest od ciała? - Ze wszech miar - powiada. - N i e p r a w d a ż , człowiek, który ma r o z u m , b ę d z i e całe życie w s z y s t k i e swoje siły w tym kierunku skupiał; naprzód będzie te nauki szanował, które potrafią tak na jego duszę wpłynąć, a innych nie będzie cenił. - Jasna rzecz - powiada. - A p o t e m - dodałem - jeżeli chodzi o stan i odżywianie ciała, to on nie b ę d z i e przez całe życie miał tej postawy, ż e b y folgować p r z y j e m n o ś c i o m zwierzęcym i bezrozumnym, on nawet w swojej trosce o własne zdrowie tyl­ ko o tyle b ę d z i e dbał o to, ż e b y się stać silnym, zdrowym albo p i ę k n y m , o ile miałby się przez to stać bardziej o p a n o w a n y m w e w n ę t r z n i e ; zawsze b ę d z i e widać, że on harmonię swego ciała stosuje jako środek do osiągnię­ cia zgodnej z nią harmonii duchowej. - Ze wszech miar tak b ę d z i e , j e ż e l i b y to miał być człowiek n a p r a w d ę muzykalny. - Nieprawdaż - dodałem - to samo, jeżeli chodzi o gromadzenie mają"tku, aby i to było odpowiednie i harmonizowało z resztą. I nie będzie nagroma­ dzał pieniędzy bez końca, całymi górami, ulegając sugestii tłumu, który pie­ niądze za błogosławieństwo boże uważa, choć z nimi się wiąże n i e z m i e r n i e wiele zła.

D

- N i e sądzę - powiada. - Będzie miał na oku - dodałem - swój własny ustrój wewnętrzny i będzie się pilnował, żeby mu się tam coś we w n ę t r z u duszy nie p r z e s u n ę ł o przez n a d m i a r majątku albo przez niedostatek, więc jak tylko potrafi, w tym du­ chu będzie sterował dochodami i wydatkami. - Całkowicie tak - powiada. - A jeśli o zaszczyty chodzi, na to samo b ę d z i e patrzał, j e d n e przyjmie 592 i będzie ich kosztował chętnie, jeżeli będzie uważał, że one go lepszym zro­ bią, a o których by przypuszczał, że popsują jego strukturę obecną, tych bę­ dzie unikał w życiu prywatnym i publicznym. E

592 A

Księga IX

307

- Więc jeżeli mu b ę d z i e na tym zależało, to do polityki nie z e c h c e się garnąć - powiada. - Na psa - odpowiedziałem - w swoim państwie nawet i bardzo, ale może niekoniecznie w ojczyźnie, chyba że i to zdarzy jakiś los od boga zesłany. - Ja r o z u m i e m - powiada. - Ty masz na myśli to państwo, o k t ó r y m e ś m y mówili zakładając je. O n o leży w kraju myśli, bo na ziemi, przypuszczam, że nigdzie go nie ma. - A m o ż e w n i e b i e - d o d a ł e m - leży jego pierwowzór u stóp bogów; dla tego, który chce patrzeć, a patrząc urządzać samego siebie. A to nie stano­ wi ż a d n e j różnicy, czy ono gdzieś już jest, czy d o p i e r o b ę d z i e . D o ś ć , że tylko w tym j e d n y m państwie on by odgrywał rolę polityczną, a w każdym innym - nie! - Oczywiście - powiada.

B

KSIĘGA

DZIESIĄTA

- No tak - p o w i e d z i a ł e m - myślę o tym p a ń s t w i e i to, i owo; że chyba j e d n a k s ł u s z n i e ś m y je urządzali, a w n i e n a j m n i e j s z y m s t o p n i u m a m przy tym na myśli poezję. - A co takiego myślisz? - powiada. - To, żeby w żaden sposób nie przyjmować w państwie tej poezji, która naśladuje. Pod żadnym w a r u n k i e m nie można jej dopuszczać, to teraz na­ wet i wyraźniej widać, zdaje mi się, k i e d y się z osobna rozebrało poszcze­ gólne postacie duszy. - Jak ty to myślisz? - Tak, mówiąc między nami - bo wy przecież nie pójdziecie na m n i e na skargę do poetów piszących tragedie i do wszelkich innych naśladowców wszystko to wygląda na szkodę wyrządzoną duszom słuchaczów, którzy nie mają przy sobie lekarstwa w postaci wiedzy, co to jest właściwie, to wszyst­ ko. - Ale jak ty rozumiesz to, co mówisz? - powiada. - T r z e b a to powiedzieć - o d p a r ł e m - chociaż mówić mi trudno; tak bard z o m od dziecka nawykł lubić H o m e r a i czcić. A zdaje się, że to on jest pierwszym nauczycielem i wodzem tych wszystkich pięknych tragików. Ale nie należy człowieka cenić więcej niż prawdę, więc trzeba powiedzieć, co myślę 1 .
Platon spogląda wstecz na swoje dzieło i odzywa się w nim s u m i e n i e . S z t u k ę wygnał ze swego państwa - z wyjątkiem zamówionych utworów w d u c h u państwowym. I teraz mu trochę żal. Wi­ dzi przecież, jak wciąż sam myśli przenośniami , jak stwarza obrazy symboliczne, tworzy postacie i sytuacje zmyślone, daje w nich wyraz uczuciom, które go opanowują, w p a d a w rytmy, gra i o p ę ­ dzić się nie u m i e p r z y p o m n i e n i o m z H o m e r a i z tragików. W pamięci ma d ł u g i e u s t ę p y z p o e ­ tów, nad którymi płakał i śmiał się z nich, i zżył się z nimi. Później myślał nad tym, z m a g a ł się i w k o ń c u rozgryzł to, co w nich ukochał. To wszystko jest na nic - powiada - to trzeba wyrzucić. A j e d n a k mu żal. Więc jeszcze raz siebie samego chce przekonać, że postąpił słusznie. H o m e r jest j e g o osobistym przyjacielem, ale p r a w d ę należy c e n i ć więcej niż człowieka. T ę samą z a s a d ę - z u p e ł n i e słuszną - obrócił Arystoteles przeciw Platonowi i stąd p ó ź n i e j p o w s t a ł o u ż y w a n e do dziś p o w i e d z e n i e łacińskie: Amicus Plato, sed magis antka veritas. Platon wychodzi z tego założenia, że każda sztuka stwarza jakąś niby to rzeczywistość. Myśli przy t y m o dziełach sztuki, które mają swój p r z e d m i o t , dotyczą czegoś, opisują coś, jak obrazy p e r s p e k t y w i c z n e , rzeźby figuralne, utwory e p i c k i e i utwory s c e n i c z n e . S z t u k a stwarza świat zmyślony, p o d o b n y do świata rzeczywistego. Z a t e m sztuka jest n a ś l a d o w n i c t w e m . Ale czy jest n a ś l a d o w n i c t w e m rzeczywistości? Ż e b y na to o d p o w i e d z i e ć , streszcza znowu swoją teorię pozna­ nia. Każdej grupie p r z e d m i o t ó w k o n k r e t n y c h , oznaczonych tą samą nazwą ogólną, o d p o w i a d a jeden tylko p r z e d m i o t rzeczywisty zwany ideą albo postacią. Wykonawcy p r z e d m i o t ó w k o n k r e t ­ n y c h n i e wykonują p r z e d m i o t ó w r z e c z y w i s t y c h ( i d e i ) , t y l k o je oglądają w myśli i j a k o ś je
1

595 C

Księga X

309

- Tak jest - powiada. - Więc słuchaj, a raczej odpowiadaj. - Pytaj. - N a ś l a d o w n i c t w o w ogóle, potrafiłbyś mi p o w i e d z i e ć , co to właściwie jest? Bo ja sam jakoś nie bardzo wiem, co to ma być. - A to właśnie ja mam wiedzieć - powiada. - N i c w t y m - d o d a ł e m - o s o b l i w e g o ; toż n i e r a z c z ł o w i e k o k r ó t s z y m wzroku dojrzy coś prędzej niż ten, co ma wzrok lepszy. 596 - Jest tak - powiada. - Ale w twojej obecności nawet bym próbować nie potrafił wypowiedzieć się, jeżeli mi coś tam świta. Więc patrzaj ty sam. - Z a t e m jeżeli chcesz, to zacznijmy r o z w a ż a n i e stąd, naszą zwyczajną drogą. Zwykle przecież przyjmujemy za każdym razem jedną postać w związku z licznymi przedmiotami, którym nadajemy tę samą nazwę. Czy nie rozumiesz? - Rozumiem. - Więc w e ź m y i teraz co bądź spośród wielu przemiotów. Na przykład, jeśli chcesz, no - jest wiele łóżek i stołów. B - Jakżeby nie? - Ale i d e e tylko dwie zostają w związku z tymi s p r z ę t a m i . J e d n a idea łóżka i j e d n a stołu. - Tak. - N i e p r a w d a ż , i z w y k l i ś m y mówić, że w y k o n a w c a j e d n e g o i d r u g i e g o sprzętu ku idei spogląda i tu robi j e d e n łóżka, a drugi stoły, którymi my się posługujemy, i inne rzeczy tak samo; bo przecież idei samej nie wykonywa żaden z wykonawców. Bo jakże? - W żaden sposób. - Ale zobacz no, kogoś takiego czy też nazywasz wykonawcą? C - Jakiego? - Który wszystko robi, cokolwiek wykonywa każdy z wykonawców. - To jakiś tęgi mąż, ten, o którym mówisz, i podziwiać go! - Na razie jeszcze nie, raczej za chwilę tak powiesz. Bo on - t e n sam mistrz - nie tylko wszystkie s p r z ę t y w y k o n y w a ć potrafi, on tworzy t a k ż e wszystko to, co z ziemi wyrasta, i żywe istoty wszystkie wyrabia - m i ę d z y nimi i siebie samego - a oprócz tego ziemię i niebo, i bogów, i wszystko, co w niebie i co w Hadesie, pod ziemią, wszystko to wykonywa. - To wielce podziwu godny i mądry ktoś - powiada. D - Ty n i e w i e r z y s z ? - d o d a ł e m . - A p o w i e d z mi, czy w y d a j e ci się, że w ogóle nie może istnieć ktoś taki, czy też w p e w n y m sposobie mógłby istnieć twórca tego wszystkiego, a w innym sposobie nie? Czy nie uważasz, że n a w e t i ty sam potrafiłbyś wszystkie te rzeczy stworzyć, chociaż tylko w pewien sposób?
naśladują w m a t e r i a ł a c h . Każdy k o n k r e t n y p r z e d m i o t naturalny jest j u ż p e w n y m naśladowa­ n i e m - idei, czyli rzeczywistości. Każdy p r z e d m i o t k o n k r e t n y , s t w o r z o n y przez a r t y s t ę , j e s t p o d o b n y do odbicia przedmiotu k o n k r e t n e g o w lustrze albo do obrazu malowanego i jest naślado­ w a n i e m naśladowania.

310

Platon, Państwo

596 D

- A cóż to za sposób taki? - powiada. - N i e t r u d n y - ciągnąłem. - To się da zrobić rozmaicie a p r ę d k o . N a j ­ szybciej chyba, jeżeli zechcesz wziąć lustro do ręki i obnosić je na wszystE kie strony. To zaraz i słońce zrobisz, i to, co na niebie, i zaraz ziemię, i od razu siebie samego, i i n n e żywe istoty, i sprzęty, i rośliny, i to wszystko, o czym się w tej chwili mówiło. - No tak - powiada - tylko ich wyglądy, ale przecież nie te rzeczy istnie­ jące naprawdę. - P i ę k n i e - p o w i e d z i a ł e m - i ty idziesz myślą we właściwym k i e r u n k u . Bo ja m a m wrażenie, że do takich właśnie w y k o n a w c ó w należy i malarz. Czy nie? - Jakżeby nie? - Ale ty powiesz, sądzę, że to nie są rzeczy prawdziwe, to, co on robi. Chociaż w pewnym sposobie malarz też robi łóżko. Czy nie? - No tak - mówi - ale tylko wygląd łóżka, i on też. II - A cóż t e n majster od łóżek? C z y ż e ś p r z e d chwilą nie mówił, że on nie 597 robi samej postaci (idei) - a tylko to jest tym, czym jest łóżko, tak m ó w i m y on robi pewne łóżko? 2 - Mówiłem tak. - N i e p r a w d a ż ? Jeżeli nie robi tego, czym o n o jest, to n i e m o ż e robić tego, co istnieje, tylko coś takiego, jak to, co istnieje, choć ono nie istnieje właściwie. Ale gdyby ktoś powiedział, że dzieło tego, co robi łóżka, albo innego jakiegoś rękodzielnika, istnieje doskonale, to gotowo nie być praw­ dą? - N i e p r a w d a ż - powiedział - tak by się przynajmniej wydawało tym, któ­ rzy się zajmują rozważaniami tego rodzaju. - Więc my się wcale nie dziwimy, jeżeli i ono jest czymś n i e w y r a ź n y m w stosunku do prawdy. B - N o , nie. - A chcesz - dodałem - to poszukajmy tego naśladowcy tych rzeczy, kto to niby jest?
Idea, istota, postać łóżka albo stołu jest t w o r e m Boga. Istnieje każda tylko w j e d n y m e g z e m ­ plarzu - z natury rzeczy. Ł ó ż k o k o n k r e t n e albo stół są dziełami stolarza i k a ż d e g o z nich, zarów­ no stołu jak i łóżka, m o ż e być i jest wiele e g z e m p l a r z y . W i d o k łóżka i stołu z p e w n e g o p u n k t u i w p e w n y m oświetleniu naśladuje malarz. Jego twór jest trzecim z kolei w szeregu p r z e d m i o t ó w coraz to mniej prawdziwych, coraz to mniej rzeczywistych. Malarz nie musi znać istoty rzeczy, której chwilowy przemijający wygląd naśladuje. A t e n malarz jest tutaj tylko r e p r e z e n t a n t e m każdego artysty - czyby się on posługiwał p ę d z l e m , czy s ł o w e m m ó w i o n y m l u b p i s a n y m . Poeci uchodzą tylko w szerokich kolach za z n a w c ó w wszystkiego, o czym piszą (por. dialog pt. Jon). To świadczy o naiwności p r z e c i ę t n e g o czytelnika. W i d o c z n i e n i e w i e l e się pod tym w z g l ę d e m z m i e n i ł o od czasów P l a t o n a . P r z e c i e ż i u nas szerokie koła „uczą s i ę " o początkach chrześcijaństwa z Quo vadis, o czasach L u d w i k a XIV z D u ­ masa, o wojnach k o z a c k i c h z Ogniem i mieczem, o p o w s t a n i u l i s t o p a d o w y m z W y s p i a ń s k i e g o , o styczniowym z Grottgera, o miłości i o tym, co d o b r e i złe, z powieści obyczajowych. Dziś, jak przed d w o m a tysiącami lat, artyści spełniają rolę n i e o d p o w i e d z i a l n y c h i n i e u c z o n y c h nauczycieli dla każdego, kto ich czyta lub ogląda, a do nauki nie sięga.
2

597 B

Księga X

311

- Jeżeli chcesz - powiada. - Prawda, że te łóżka są jakoś trzy; j e d n o to, które jest w istocie rzeczy; moglibyśmy może powiedzieć - uważam - że je bóg zrobił. Albo kto inny? - N i k t inny - myślę. - A j e d n o to, które stolarz. - Tak - powiada. - A j e d n o to, które malarz. Czy nie? - N i e c h będzie. - Więc: malarz, stolarz, bóg. O t o trzej autorzy przełożeni nad trzema po­ staciami łóżek. - Tak. Trzej. - Więc tedy bóg, czy to, że nie chciał, czy też jakaś konieczność nad nim C stała, ż e b y więcej ł ó ż e k niż j e d n o w n a t u r z e rzeczy nie wykonał, tak t e ż i zrobił: j e d n o tylko łóżko samo - to, czym jest łóżko. A dwóch takich albo ich więcej ani bóg nie stworzył, ani nie stworzy nigdy. - Jakże to? - powiada. - Dlatego, mówię, że gdyby tylko dwa takie zrobił, to by się znowu poka­ zało, że to tylko j e d n o łóżko, którego postacie miałyby t a m t e dwa, i ono by­ łoby tym, czym jest łóżko, a nie te dwa. - Słusznie - powiada. - Więc myślę sobie, że bóg wiedząc to i chcąc być istotnie twórcą łóżka D istniejącego istotnie, a nie p e w n e g o łóżka, i nie chcąc być jakimś tam stola­ rzem, stworzył tamto w egzemplarzu jedynym z natury rzeczy. - Zdaje się. - W i ę c j e ż e l i c h c e s z , to nazwijmy go twórcą j e g o n a t u r y albo c z y m ś takim? - Słusznie - powiada - skoro on przecież stworzył n a t u r ę i tego, i wszyst­ kiego innego. - A cóż stolarz, jak tego nazwać? Czy nie wykonawcą łóżka? - Tak. - A czy i malarza nazwiemy jego wykonawcą i twórcą? - W żaden sposób. - Więc powiesz, że on jest czym tego łóżka? - To może - powiada - w e d ł u g m e g o zdania, najlepiej by go nazwać na- E śladowcą tego, czego inni są wykonawcami. - No dobrze, więc autora trzeciego z kolei tworu, licząc od natury rzeczy, nazywasz naśladowcą? - Tak jest - powiada. - Więc tym samym będzie i autor tragedii, jeżeli jest naśladowcą, on bę­ dzie kimś trzecim z natury, licząc od króla i od prawdy, i wszyscy inni naśladowcy tak samo. - Gotowo tak być. - Więc co do naśladowcy zgoda między nami. A o malarzu p o w i e d z mi 598 taką rzecz. Jak ty uważasz, czy on próbuje naśladować każdy z t a m t y c h

312

Platon, Państwo

598 A

p r z e d m i o t ó w samych, z tych, co są w n a t u r z e rzeczy, czy też on naśladuje dzieła wykonawców? - Dzieła wykonawców - powiada. - Czy tak, jak są, czy tak, jak wyglądają. - Jak ty to myślisz? - powiada. - W ten sposób. Łóżko, czy je tam ktoś na ukos ogląda, czy na wprost, czy z którejkolwiek strony, nie różni się samo od siebie, czy też nie różni się wcale, ale jego wygląd wciąż się zmienia. A z innymi rzeczami czy nie tak samo? - Tak jest - powiada - wyglądają różnie, choć nie różnią się niczym. B - W i ę c w ł a ś n i e n a d t y m się z a s t a n ó w . Do c z e g o z m i e r z a m a l a r s t w o w każdym wypadku? Czy do rzeczywistości, żeby naśladować ją samą, jaka ona jest, czy też do wyglądu - jak ona się przedstawia? Malarstwo jest na­ śladowaniem widoku czy naśladowaniem prawdy? - Widoku - powiedział. - Więc sztuka naśladująca jest daleka od prawdy i zdaje się d l a t e g o odtabia wszystko, że w każdym wypadku mało prawdy dotyka, a jeżeli już - to w i d z i a d ł a tylko. Na przykład malarz, powiemy, wymaluje n a m i szewca, i cieślę, i innych rzemieślników, a nie r o z u m i e się na żadnej z tych u m i e ­ jętności. A j e d n a k dzieci i głupszych ludzi potrafi w błąd wprowadzać, je­ żeli b ę d z i e dobrym malarzem; bo gdy wymaluje cieślę, pokaże to z daleka i będzie się wydawało, że to cieśla prawdziwy. - C z e m u nie? - Więc myślę sobie, przyjacielu, że o w