You are on page 1of 408

Jarosaw Grzdowicz

Pan Lodowego Ogrodu


Tom ii
Ilustracje Jan J. Marek

Wiem, e wisiaem na wiatrem owianym drzewie przez dziewi nocy, oszczepem zraniony, Odynowi ofiarowany, sam sobie samemu. Na tym drzewie, o ktrym nikt nie wie, z jakich wyrasta korzeni.

(Rnathttr Othins - Pie Odyna o runach)*

Rozdzia 1

Drzewo
Wiesz, co to jest pieko? Pieko to dwa zamglone szczyty, tulce si do siebie niczym pdupki. To wci te same szarpane linie gr, osnute niebieskawym oparem. To widoczne w oddali dwie plamy lasu wspinajce si po zboczach, ponce krlewskimi barwami jesieni. To siedemdziesit trzy iglaste krzewy, pokrcone, jakby wyszy spod rki mistrza bonsai. To rozsypane wok biaoszare bryy wapiennych ska, sine jak zepsute miso. To roziskrzona plwocina nienych czap na wierchach. To przeliczny niczym z pocztwki grski pejzayk, ktry staje si wszystkim. Niezmienny, nudny i pikny. Pocztwka nagle awansowana do roli wszechwiata. To uwiziony w sojach drewna wieczny gniew i wcieko. To wysche, drewniane gardo, ktre nie zna krzyku. To jest pieko. To korzenie wijce si w skalistej grskiej ziemi na podobiestwo robakw, rozpaczliwie szukajce pomidzy kwanymi, kruchymi jak trupie paznokcie pytkami upka odrobiny poywnej prchnicy. To pachnce lepk sodycz wiato soca. To tkwicy w drewnianych trzewiach wski, kuty grot. To obca, martwa ga przebijajca pie niczym zastygy piorun. To modlitwa o burz. O nagy wodospad elektrycznego wyzwolenia. O grom, popi i ogie. To jest pieko. By drzewem. Groza... groza... groza... Pojawia si znienacka, wprost z jesiennej mgy. Wynurza si gwatownie zza grani, blada twarz pocita zygzakowatymi znakami tatuau, wytrzeszczone czarne oczy byskajce na brzegach wskimi paskami biakwki. Zaschnite bryzgi krwi na policzkach i czole. Chwyta gwatownie korze i kawaek skay, usiuje wej wyej, ale co cignie go do tyu. Jest mody. Ma najwyej siedemnacie lat i jest skrajnie, miertelnie przeraony. Ju nie dba o to, e zy przeraenia pyn mu strugami po twarzy, e z ust wyrywa si skowyt. Obchodzi go tylko nieznana sia cignca w ty, w przepa. Przyczyna jest banalna. Bury koc, spity na ramionach srebrn spink z motywem taczcych wy, zaczepi si o korze. Jednak chopak tonie w odmtach paniki. Moe tylko szarpa si

bezsilnie, tylko prze do przodu jak zaprzgowy ko. Sekundy przeciekaj mu midzy palcami, strugi krwi z rany na czole tocz si po policzkach. Chopak... Wedug tutejszych standardw dawno jest dorosy. Jest wojownikiem. Urodzonym z morderczym elazem w rkach, koysanym do snu pieniami o bohaterach, zahartowanym wizjami wasnej heroicznej mierci. A jednak teraz pacze, szarpie si z zaczepionym o korzenie paszczem, bo z bliska wyglda to inaczej ni w pieniach. Wasna mier ogldana z bliska wydaje si cuchnca, pospolita i bolesna. Nie bdzie wzruszajcego, piknego zgonu wartego pieni. Z bliska jest tylko okrutna, przeraajca mier gdzie w grach. Samotna agonia i studnia przeraenia. A nade wszystko niemono pogodzenia si z tym, e to ju teraz. Natychmiast. Dzisiaj. Na zawsze. Strzaa z jadowitym sykiem wbija si w upkow gleb tu obok doni chopaka. Sycha zdawiony, krtki krzyk, mody znajduje wreszcie splecione srebrne we miadce krta i szarpie szpil. Paszcz spada z ramion, spinka leci w przepa, odbijajc si od kamieni, a nastoletni wojownik peznie na czworakach po stromej ciece, czepiajc si krzakw i ska. Nadchodz. Sycha gardowe przeklestwa i przyspieszone oddechy. Sycha skrzypienie grubych skr i szczk stali. Kolejna strzaa wypryska z doliny i miga tu nad gow uciekiniera, wizgajc jak wcieky szersze. Nadchodz. Trzech. Nie nosz czerwono-czarnych tatuay na rkach i twarzach ani sczesanych na kark, nasmarowanych dziegciem warkoczykw. Pod okularowymi nosalami hemw i kanciastymi osonami policzkowymi wida krtko przycite brody. Woaj do niego, tryumfalnie, chrapliwie. Bucha z nich para, kby cite lodowatym powietrzem jesieni. Jeden wychyla si za gra i krzyczy do kogo na dole, echo skacze po grach. miej si, patrzc, jak peznie na czworakach przed siebie, jak prbuje zerwa si do biegu, ale potyka si, pada i znowu peznie. Ten pierwszy, wielki niczym gra, zdejmuje hem i kadzie go ostronie na ziemi, potem odpina paszcz, uwalniajc kolejne kby pary unoszce si z lamelkowego pancerza. Znowu woa, drwico, zadziornie i powoli wyjmuje miecz. Sycha stalowy, przecigy zgrzyt ostrza, olbrzym prostuje si i porusza gimnastycznie barkami, chrupie mu co w karku.

Chopak bezradnie maca pust pochw na pasie, wspomnienie po straconej broni, ale nadal peznie przed siebie, lepy i guchy z przeraenia. Na moment podnosi wzrok i nagle widzi Pie. Otwiera usta i oczy jeszcze szerzej, na twarzy rozlewa mu si wyraz niedowierzania i skrajnego osupienia. Wydaje si, e znalaz co, czego szuka od dawna. Na kilka chwil zapomina o osaczajcych go przeladowcach i unosi wzrok wzdu krpego Pnia kryjcego ludzk sylwetk z rozrzuconymi szeroko ramionami, pomidzy Konarami wida narol podobn do gowy z wykrzywion blem twarz, porodku Pnia sterczy srebrne drzewce jesionowej wczni. Trwa to krtko. Chrapliwy krzyk sprowadza uciekiniera na ziemi. Pomidzy ostatnie sekundy ycia, wyciekajce jak piwo ze stuczonego dzbana. Znowu woaj do niego, rozlunieni, a kipi adrenalin. Fina mczcego pocigu. Ju go maj. Jeszcze tylko par krokw. Koniec. Zaraz si dokona. Rzenia u stp Drzewa. Skocz go, a potem zejd w swoje doliny, nad swoje rzeki i jeziora. Rozpal ogie i napij si padziernikowego piwa, miejc si i klepic po plecach. Zapachnie piecze, piew i rechot ywych poniesie si pod powa. Przynios acuchy umoczone w smoczej oliwie i zatacz ten swj taniec ognia. Nagie, wymalowane w dzikie wzory dziewczta z wosami osonitymi chustkami bd owija si pomieniem, skaka wrd oswojonego aru, omiata smuke ciaa warkoczami ognia. A jego ju tu nie bdzie. Nigdy. Boi si Drzewa, ale przecie nie a tak, jak boi si wiecznego mroku zakltego w stali przeladowcw. Podrywa si na nogi na te par krokw, dopada Pnia i rozpaczliwie szarpie jesionowe drzewce. Wronita w Pie wcznia tkwi nieruchomo, niczym kolejna ga. Otaczaj chopaka krgiem, miej si i woaj do niego. Ktry siada z westchnieniem na kamieniu i odpina od pasa obszyt skr flasz. Inny wbija miecz w ziemi i przeciga si, masujc obolay krzy. Dryblas rusza na chopaka tanecznym krokiem, zza jego plecw sycha rzucane drwico rady wzbudzajce salwy miechu.

Miecz w palcach olbrzyma taczy, ostrze kreli koa i semki, rkoje sprawnie obraca si w spokojnej doni. onglerka. Bazenada. Woj porusza biodrami, jego nogi wykonuj bokserski taniec, pochylone ciao koysze si wraz z ostrzem, a trudno uwierzy, e tak ogromny mczyzna moe rusza si tak lekko i zwinnie. Jest jak grski goryl. Wielki, kosmaty i brutalny. Krtki wypad, finta, parada, markowany cios w gow. Chopak osania si ramieniem, wpada plecami na Pie, osuwa si po nim na ziemi. Na jego spodniach rozlewa si nagle wielka, mokra plama. Przeciwnik koczy swj taniec z ostrzem wystawionym poziomo, opartym o grzbiet drugiej doni. Odwraca t do i kiwa zachcajco na lecego. No chod". Uciekinier owija si wok Pnia jak w, peznie wrd mchu i zeschych paproci, szperajc domi niczym lepiec. Cokolwiek. Choby kamie. Ogromny woj prostuje si powoli, wzdycha i krci gow z dezaprobat. Rozkada na chwil bezradnie rce i rzuca swj miecz stojcym z tyu, po czym klaszcze dwukrotnie, jakby chcia obudzi przeciwnika i znowu zaprasza go gestem, tym razem pustych doni. No chod, nie ma ju miecza". Ale nie ma te efektu. Chudy modzieniec nie ma ochoty rzuca si z goymi piciami na stukilow gr ylastych mini. Adrenalina napenia jego nogi oowiem, straszne, miertelne zmczenie zatapia puca niczym beton. Olbrzym opuszcza rce zrezygnowany i rusza dugimi krokami, eby chwyci chopaka za kark i wywlec spomidzy krzakw jak koci. To si robi niesmaczne. Wielka do siga i apie za konierz czarnej kurty akurat w chwili, kiedy szperajce rozpaczliwie palce trafiaj wrd mchu, lici i zeschej grskiej trawy na poduny ksztat. Spaszczony walec owinity doskonale przylegajc do doni plecionk z tamy. Rkoje uniwersalnego miecza zwiadowcy. Shinobi ken firmy Nordland Aeronautics. Chopak szarpnity potnie za plecy wylatuje w gr, postawiony jednym ruchem na mdlejce nogi. Wtem rozlega si wowy syk monomolekularnego ostrza. A potem powietrze tnie bysk i w zimnym, jesiennym powietrzu rozlega si chrzst rozrbanego misa. Olbrzym puszcza przeciwnika i odwraca si powoli do swoich oniemiaych, siedzcych na kamieniach towarzyszy, pokazujc bia, kredow, nieruchom twarz, po czym nagle prycha

potnie fontann rozpylonej krwi. Jego pier rozwiera si wzdu cieniutkiej, ukonej linii, ukazujc rozdziawione, czarno-czerwone wntrze. Mczyzna robi lepy, kolawy krok nie wiadomo dokd i wali si na twarz jak cite drzewo. Wszyscy s oniemiali. Przygarbiony chopak, wystawiajcy do przodu lnice,

monomolekularne ostrze, po ktrym tocz si strugi krwi i ciurkaj na ziemi, odsaniajc lnic, czyst powierzchni zbrocz. Siedzcy na kamieniach wojownicy. Jeden zamar z pochylon manierk w doni, woda leje mu si na buty, drugi przygryza pi w gecie zaskoczenia. Skacz na nogi rwnoczenie. Bysk stali, szczk ostrzy i szybki, rozmazany ruch. Krzyk. Ostry, zaskoczony wrzask blu. Jeden z atakujcych amie si nagle wp, chwytajc si za gardo. Spomidzy palcw tryska strumyczek jasnej, ttniczej krwi. Drugi odskakuje w ty, patrzc ze zgroz i niedowierzaniem na kikut miecza we wasnej doni. Nie moe uwierzy, e paniczna, nieudolna zastawa przeciwnika przecia jego wasne, kute ostrze niczym such ga. Odrzuca bro i byskawicznie siga po wbity w ziemi osierocony miecz brodacza. Chopak tnie na odlew, byle jak, nie bardzo radzi sobie ze zbyt dugim orem, z dziwn rkojeci, z innym wywaeniem broni. Tamten wydaje z siebie krtki, zwierzcy ryk, jego prawa do spada na mech, jak porzucona rkawica, ale krwi jeszcze nie wida. Chwyta wic or lew i rzuca si na chopaka, zbijajc go z ng. Obaj wal si ciko na ziemi, plecy napastnika opite pkouszkiem, ozdobione na plecach haftem w ksztacie trzech taczcych pomieni w krgu, drgaj spazmatycznie, a porodku plecw, tu nad wyszytym znakiem sterczy prosto w niebo ostrze, po ktrym cieka krew, odsaniajc czyst, lnic powierzchni. Cisza. Sycha tylko, jak tu obok, drapic butami kamienisty piarg i szarpic such, jesienn dar, umiera toncy we wasnej krwi czowiek. A potem zapada cisza zupena. Chopak z trudem przewala trupa na bok, uwalnia si z jego uchwytu, rozprostowujc zacinit na pole wasnej kurtki gar, palec po palcu, po czym podnosi si, przydeptuje tamtemu pier i, sapic, wyrywa z niego ostrze. Patrzy na nie z niedowierzaniem, a nogi uginaj si pod nim i chopak siada ciko na mchu. Miecz dygoce mu w rku, cae ciao przebiegaj drgawki, mody pochyla gow i zaczyna paka. Dziwacznym, suchym szlochem, ktry a podrzuca jego drobn sylwetk. Szlochem, ktry stopniowo przeradza si w histeryczny miech.

Klczy tak, z odrzucon do tyu gow, unoszc w okrwawionej doni miecz zwiadowcy, shinobi ken firmy Nordland Aeronautics. Chichot, ktry narodzi si z paczu, przeradza si w zwyciski ryk. Piskliwy i dziwny, koczcy si grzmicym sykiem, jaki mgby wyda olbrzymi, rozwcieczony w. Chopak wstaje na nogi i patrzy na zbryzgane krwi skay, na porudziay nagle krg szarej, jesiennej trawy i na trzy powykrcane trupy wok. Odkada starannie miecz, wyciera rkoma traw, liskie, czerwone kamienie lece wok martwego olbrzyma, a potem dotyka wasnej twarzy i podchodzi w pukonie do Pnia, eby odbi na nim lad swoich zafarbowanych doni. Klka w trawie i maca przez chwil, a znajduje lec samotnie pochw. Miecz z trzaskiem wraca do domu, chopak obraca or, ale nie wie, jak przytroczy go do pasa. W kocu opiera miecz na ramieniu niczym opat i odchodzi wsk ciek. W najzupeniej przeciwn stron do tej, z ktrej nadszed. Zostaje tylko Drzewo, zbryzgane skay wok i trzy trupy Ludzi Ognia. Dwa szczyty, tulce si do siebie niczym poladki. niena plwocina na wierchach. Krzyk kruka w zimnym, jesiennym powietrzu. Zdrewniay gniew zamary w sojach i wknach yka. Nadciga noc. A noc przychodz wilki. Niekiedy pomidzy grami wida dym. Supy czarnego dymu krelce jesienne niebo. Noc szczyty maluje pomaraczowy blask ognia. Czasem lodowate, jesienne powietrze przyniesie odlegy krzyk. A czasem tylko krakanie krukw. Wida dwie plamy lasu wspinajce si po zboczach, ponce krlewskimi barwami jesieni. Siedemdziesit trzy iglaste krzewy, pokrcone, jakby wyszy spod rki mistrza bonsai. Rozsypane wok biaoszare bryy wapiennych ska, sine niczym zepsute miso. Roziskrzon plwocin nienych czap na wierchach. Wida pieko. cieka opada stromo, gdzie tam, poza pole widzenia, poza granice wszechwiata. Ale nie jest tak stroma, by zawzity czowiek nie mg jej pokona. Nawet krpy karze moe skoni swoje krzywe nogi do wysiku, zmusi do pokonania grskiego szlaku zaprzonego do wzka osa, podobnego do pokracznej krzywki okapi i miniaturowej yrafy.

Wie lejce do jednego z siedemdziesiciu trzech pokrconych, iglastych drzewek. Kruki wydziobujce resztki z rozwczonych ju przez wilki trupw Ludzi Ognia wzbijaj si opocc, czarn chmur i kracz z oburzeniem. Karze siada na sinej wapiennej skale i wyciga z kieszeni szmatk kryjc kawaek wdzonego sera oraz co, co przypomina czarny pomidor. Odcina kawaek sera i podaje sobie na ostrzu do ust, a potem ostronie gryzie czarny owoc. Przez chwil uje w milczeniu. - To sprytne, tak spa w drzewie, kiedy wiat ponie. Odcina kolejny kawaek sera.

Nie wydaje si, eby przeszkadza mu trupi odr albo obecno zwok. - Powiedziaem, e to sprytne. Dobre daem ci imi, picy W Drzewie. Ty mwisz, e wdrujesz noc. A ja ci mwi, e wolisz, eby sray na ciebie kruki. Wolisz szuka wody midzy kamieniami i czeka, a soce na ciebie powieci. Wiesz, po czym pozna gupca? Po tym jak koczy, picy W Drzewie. Znowu odgryza ks czarnego owocu, pniej, postkujc, grzebie po kieszeniach, a znajduje ma bryk soli, ktr rozgniata gowic noa na kamieniu. Teraz owoc, posypany brudn sol i pewnie ozdobiony mrwk, jest znacznie lepszy. - Widziae, czym jest Czynicy. Widziae ywe ciernie z elaza. Widziae ruchomy dwr z miliona ostrzy i k. Widziae ludzi zakltych w drzewa i kamienie. Widziae potwory zimnej mgy. I co? Poszede pewnie z nim porozmawia? Powiedziae, e zabierzesz go za morza do domu? Moe przypominae mu o sprawach, ktre zostay tam, w dalekich krajach? A moe postanowie wzi go za kark i odnie na miejsce jak szczeniaka, ktry wylaz z psiarni? Zjada do koca owoc, pieczoowicie zawija ser w szmatk i chowa n. Wstaje ze stkniciem, wyciera donie o spodnie. - A teraz wiat ponie albo za chwil stanie w ogniu. Ty siedzisz w Pniu i mylisz, jak by tu wyda odzie, Czynicy robi, co chce i wkrtce pomyli, e czas znale to twoje drzewo. To blisko. Nic si nie poprawio, za to zaczo si dzia jeszcze gorzej. - Unosi do i kieruje pomidzy szczyty, przytulone do siebie niczym poladki, tam, gdzie wskazuje dugi cie drzewa. Cie, ktry wyglda jak n. - Patrz na wschd, picy W Drzewie. Patrz na dymy z poncych osad. Posuchaj Szczurzego Grajka, ktry noc nawouje dzieci z domw. Patrz, jak dzikie zwierzta cign za gosem jego fujarki, prosto pod noe Wy. Cena soli jest ju wysza ni zota. We potrzebuj duo misa, a to znaczy, e gdy minie zima, pjd na Wybrzee. Patrz i sied w drzewie. Patrz, jak wzbiera wojna bogw, po ktrej wstanie inny wiat. Nadchodzi czas niewoli. Czas trupw, Wy i wycia wilkw. Wstanie wit, ktrego nawet drzewa nie bd chciay oglda. Idzie do swojego jednoosiowego wozu, podnosi brudn plandek i grzebie wrd zawinitek, baryek i szpargaw. W kocu odwraca si i pokazuje krtki, masywny topr z szerokim elecem oraz potnym obuchem. Kill me".

Drzewo nie porusza ani jedn Gazk. Drzewa nie mog si porusza, chyba e zawieje wiatr. Drzewo jest nieruchome. Zatopione w martwocie drewna. Jest zdrewniaym gniewem. Jest prchniejc rozpacz. Drzewo to drzewo. Karze jeszcze raz wyciera donie o spodnie i z wysikiem unosi topr. A potem odwraca go i wali obuchem w koniec sterczcej z Pnia srebrnej, jesionowej wczni, tak jakby wbija gwd. Guchy, drewniany oskot przebija milczenie lodowatego powietrza jesieni. A potem nastpny i nastpny. Gdzie wysoko kracze kruk. Po jakim czasie sycha skrzypienie, ktre brzmi niczym rozpaczliwy, przecigy jk. Pkaj zacinite wok drzewca wkna yka i biae warstwy miazgi. Po gadkim Pniu z odbitymi krwawymi ladami doni pynie struga soku. Wcznia zaczyna si porusza, wbija si coraz gbiej w Pie. Nie sycha przeraliwego, dzikiego wrzasku, nic nie odbija si echem, nie toczy po grach. Drzewo milczy. Drzewo jest drzewem. Wcznia wchodzi coraz gbiej w Pie, a po zmiadony obuchem koniec drzewca. Kruczy Cie odkada topr i obchodzi Pie dokoa. Zapiera si nog, stka z wysiku, ale drewniany prt tkwi mocno. Trzyma go caa rednica Pnia. Karze szarpie drzewcem w gr i w d. Ostronie, lecz mocno. Usiuje rozrusza twardy jesionowy k w ranie Drzewa, jak chory zb, jednak nie chce go zama. Nie sycha rzenia, krzyku, kania ani baga o lito. Drzewo to drzewo. Drzewa nie krzycz. Sycha tylko trzask pkajcych wkien. Karze pada na wznak, wcznia toczy si po ziemi. - Ja sprzedaj czynice przedmioty - wyjania, gramolc si na nogi. - Nie wiem, co to moe zrobi, ale czuje si, e jest potne. Moe sprowadzi na waciciela nieszczcie, a moe nigdy nie chybi celu, jeli cisn ni w kpa. A moe zmieni go w drzewo? Nazw j Wczni Gupcw. Obraca wczni w doni, wciska koniec pod pach, a potem patrzy wzdu drzewca. W kocu opiera j o ziemi i kciukiem bada krytycznie stan grotu. - Prosie kiedy o rad, picy W Drzewie. I teraz dam ci rad. Ju nie zagrasz ze mn o ni w krla. Przegrae swoj parti. Ale wiesz, co zrobi, eby wygra, kiedy si ju przegrao?

Wrzuca wczni na wz i wpycha pomidzy paczki, lecz drzewce i tak sterczy do tyu, wystajc z krtkiej skrzyni. Naleaoby zawiza na nim czerwon szmatk. - Trzeba wtedy zrzuci figury i ustawi je z powrotem. Kiedy si przegrao, wygra mona tylko rozpoczynajc od nowa. Siada pod swoim wozem, opierajc si o koo, i bawi toporem, przerzucajc go midzy kolanami. - Dam ci rad. Posuchaj, to moe bdzie z tego jaki poytek, cho wtpi. Nikt ci nie moe wycign z drzewa, tak samo, jak nikt nie mg pokaza Czynicemu o rybich oczach, w jaki sposb oywi elazne ciernie. Przemierzy kraj w jednej kapocie, nawet bez miecza. Chodzi, gdzie chce i teraz kaniaj mu si setki Ludzi Wy. Siedzi w swoim elaznym dworze z kos i toporw, a ty pisz w drzewie i szczaj na ciebie wilki. Dlaczego tak si stao? Czym on si rni od ciebie? Tak jestecie rni tam, skd przychodzicie? On rozkazuje mgle, wysnuwa z niej potwory i sprowadza na Wy szalestwo, a ty chcesz poradzi sobie z nim, szybko dobywajc miecza? Obaj jestecie z zewntrz. I ty, i on. On przewrci rwnowag wiata. Jest niczym n wbity w tablic do krla. Kiedy ludzie graj o wysok stawk, czasem kto siga po elazo. Leje si krew i kto zabiera pienidze. Czy jednak wygra parti? Jest wojna bogw. S tacy, ktrym to na rk. I s tacy, ktrzy chc, by znowu wiat by plansz do krla, a nie walk na noe. Bd nad tob radzi, ale ich rady na nic si nie zdadz, dopki pisz w drzewie. Musisz si obudzi. Albo tkwij tu i czekaj, a Czynicy o rybich oczach obleje twj pie smocz oliw. Obud si, picy W Drzewie. Taka jest moja rada. Odwizuje swoje yrafowate okapi i rozpltuje lejce. Kka wzka zaczynaj skrzypie, pojazd toczy si ostronie po nachylonej ciece. Kruczy Cie idzie obok, wtem ciga lejce i si zatrzymuje. Szuka czego dugo na wozie, przewracajc paczki. - Dae mi Wczni Gupcw, picy W Drzewie. Naley ci si co w zamian. Rozsznurowuje skrzany worek, a potem ostronie wydobywa co, co wyglda jak bezksztatna, purpurowa purchawka poronita tymi kolcami. Karze podrzuca j w doni i nagle jednym pewnym ruchem ciska z rozmachem prosto w drewnian twarz, wieczc Pie, pomidzy dwoma chwytajcymi bure, jesienne chmury Konarami. Owocnik rozbryzguje si na powierzchni kory, zostawiajc plam jaskrawego soku i rozrzucajc chmur tych sporw. Kruczy Cie chichoce, strzepuje lejcami i schodzi ciek w d, poza granic wiata, usiujc wyhamowa swj wzek.

- Obud si, picy W Drzewie! - krzyczy jeszcze raz przez rami. A potem zapada zimna, mglista cisza grskiej jesieni. Zachd soca maluje krwawo plwocin nienych czap. Obud si. atwo powiedzie. Drzewo nie moe si poruszy, nie moe pkn ani wywrci si na lew stron. Drzewo moe rosn, moe odwraca Licie do soca, moe je zrzuca, kiedy nadchodzi jesienny chd. Moe pochania dwutlenek wgla z powietrza, sczy z gleby wod z solami mineralnymi, moe syci si sodkim wiatem soca. Moe te milcze, trwa i pragn. Drzewo stoi nieruchomo. Nadal jest Drzewem, ale co si zmienio. Znika przebijajca je na wylot wcznia. Przybya okrga rana o poszarpanych brzegach, dwa krwawe lady odbitych doni i plama w miejscu, w ktrym dziwaczny grzyb trafi w Pie. Jeeli cierpliwie poczeka, moe kto jeszcze wyryje czubkiem kozika serduszko. Jednak zmienio si co wicej. Co z dziedziny rzeczy, ktrych nie wida. W atmosferze polany kryje si co zowrogiego. Co, czego nie byo wczeniej. Kruki podrywaj si i kr nad zboczem, wrzeszczc, jakby kto dar na pasy czarne szmaty. Mimo zimna powietrze drga i faluje niczym w czasie wielkich upaw. Wilki, ktre wracaj z nadejciem nocy, te staj jak wryte. S ogromne - maj ze trzy metry dugoci i potne ky, ale i tak si boj. Tul uszy, je lwie kryzy futra. Przewodnik stada wszy ostronie, powarkujc i szczerzc zby, spoglda bokiem na Drzewo, na plam szronu, ktry odkada si wok Pnia, jakby Drzewo wypucio do gleby cieky azot. W kocu robi kilka ostronych krokw i, wszc, na sztywnych apach podchodzi do miejsca, w ktrym le niedojedzone jeszcze trupy Ludzi Ognia. Drzewo milczy. Jednak pragnienie Drzewa, by uwolni zaklty w sojach i wknach miazgi gniew, by wyplu zatopionego w drewnie czowieka wydaje si a namacalne. cina nocne powietrze uderzeniem zimna, na polan pasmami wpywa nagle mga. Wije si wrd Gazi, paruje z Pnia, sczy si z gleby. Zimna mga. Bardzo zimna. Na przeraliwy skowyt i pisk basiora czekajce ostronie stado rzuca si do ucieczki. Wielki niczym ciel wilk zwija si i miota po polanie, kwiczc w przeraeniu, jakby pokn rozarzony wgiel. Konwulsje ciskaj nim o ziemi, skrcaj w niemoliwe dla czworonoga pozy, wyrzucaj ciao w powietrze. Przypomina to oszalay taniec, ktry mgby wydawa si zabawny, gdyby nie

towarzyszcy mu przeraliwy skowyt konajcego zwierzcia. Wyglda, jakby niewidzialny gigant bawi si wilkiem, kaza chodzi na dwch apach i taczy. Jedno oko wybucha rozsadzone skokiem cinienia rdczaszkowego, zmieniony w strzp jzyk zwisa z pyska, a pod skr basiora wij si minie jak spanikowane we. Niewidzialny gigant usiuje ugnie biedne zwierz niby plastelin i ulepi z niego czekoksztatn karykatur. Sycha, e z guchym chrupotem pkaj ebra, e trzaskaj stawy. A nade wszystko sycha przeraajcy skowyt i rzenie. Przez chwil wydaje si, i niewidzialny tytan odniesie sukces. Wilk ustawiony pionowo, jak przybity do powietrznego krzya, z porozciganymi i poamanymi apami, przez moment przypomina groteskowego wilkoaka. Pysk pulsuje, jakby co usiowao od wewntrz zmieni jego ksztat. Wok snuj si pasma mgy, trzaskaj niewielkie wyadowania elektryczne, wydaje si, e ziemia dry i wibruje. Polan cina nagy, przedwczesny szron. Stojcy porodku polany wilkoak szarpie si wci w niewidzialnych, potnych apach, ktre ksztatuj go niczym glin. Na uamek sekundy, wrd chrupotu koci i bryzgw krwi, pysk zmienia ksztat, ukazujc upiorn karykatur twarzy mczyzny cignitej potwornym blem. Trwa to mgnienie oka, po czym nieszczsny, kaleki stwr wali si na ziemi jak achman i raptem znowu staje si wilkiem. Jest zmasakrowany, rozdarty na strzpy, nie ma ani jednej caej koci i wyglda jakby przejecha go kombajn grniczy. Drzewo milczy. Drzewo nie moe wsta, nie moe poruszy ani jedn Gazk, nie moe wyplu wtopionego w miazg i yko czowieka. Ale Drzewo si nie mczy. I nigdy nie ustpuje. Warstwa mgy wije si nad polan, falujc niczym mtna, biaa woda. Dry ziemia. Drobne kamienie odpadaj od zbocza i sypi si gradem w przepa. Wsta i id! Obud si! Sycha szelest i rozdziobani przez kruki, rozszarpani wilczymi kami Ludzie Ognia zaczynaj si porusza. Unosz pogruchotane, odarte ze skry czaszki, ypi krwawymi dziurami oczodow. Ruszaj si lepo, robakowato, usiuj pezn, wlokc strzpy koczyn, rozsypujc wok czerwie i uki, ktre zdyy si ju zadomowi w ich trzewiach. Jeden z trupw podnosi si sztywno z ziemi i usiuje chwiejnie wsta na nogi. Nastpny prbuje kolawo kroczy gdzie przed siebie, ale brakuje mu prawej nogi, ktr odgryzy wilki. Przewraca si prosto w przepa i znika w mroku, z dou

sycha gruchot piargu i oskot toczcych si kamieni, ale pozostali odchodz. Odchodz martwym, zegarowym krokiem gdzie w noc. W ciemno i pasma mgy. W grze upiornie, penym przeraenia gosem kracz kruki. Drzewo si nie mczy. Nie rezygnuje. Pie pokrywa si kosmatym grzybem szronu, Gazie otulaj si puchat, bia szadzi, jedna ze ska wybucha nagle, rozpryskujc wok chmur pyu i gwidcych odamkw, a na miejscu pozostaje niedokoczona rzeba klczcego mczyzny o pocigej twarzy wykrzywionej blem. Rzeba jest niczym krzyk. Niczym alegoria narodzin. Zbocze dry. Sycha, jak w d stoku sypi si kamienie, jak z trzaskiem odpadaj kamienne pyty, jak z oskotem w dolin schodzi kamienna lawina. Wsta! Id! Obud si! Powierzchni pobliskiego strumienia pokrywa nagle awica srebrnych byskw, niewielkie rybki, migocc jak monety, uciekaj na brzeg i rozpaczliwie wyskakuj nad to, a po chwili woda zaczyna si gotowa. Z lasu wyscza si lodowaty, gsty opar i wije po zboczu niczym ogromny w, peznie prosto na polan, by pokn j razem z Drzewem, ciek i siedemdziesicioma trzema artretycznie powykrcanymi krzewami. Trwa to dugo. Bardzo dugo. Ale Drzewo si nie mczy. Nie rezygnuje. Drzewo jest drzewem. Rankiem mga znika. Rozpywa si, wsika w skay i pie. Nawet szron taje. Pozostaje jedynie rzeba klczcego mczyzny, spkana ziemia i rozdarte pnie ssiednich drzewek, jakby co rozsadzio je od rodka. Oraz sze jesionw rosncych w rnych miejscach wok. Jesiony, ktrych wczoraj jeszcze nie byo. Wszystkie wygldaj jakby pokny czowieka o twarzy wykrzywionej blem. Gazie przypominaj sigajce ku niebu ramiona. Poszczeglne posgi zastygy w rnych pozach, niczym w zdrewniaym, tanecznym korowodzie. Jak zatrzymane fazy ruchu miotajcego si w konwulsjach nieszcznika. Niektre pnie przeszywa ga podobna do wczni, inne maj porodku dziupl w ksztacie rozszarpanej okrgej rany.

Ziemia wok jest spkana, zmieszana z pogruchotanymi kamieniami, jakby drzewa wyrastay w jednej eksplozji, w uamku sekundy, roznoszc na strzpy wszystko, co stano im na drodze. Poza tym na polanie panuje spokj. Tylko kruki kracz przeraliwie, bojc si na niej siada. Ostre wiato poranka pocite na paski szczelinami aluzji, gadka pociel, pod oknem posykuje stary klimator, skd sczy si uporczywy zapach lawendy. Gdzie jestem? Lawenda. Poronita liliowymi krzaczkami wyyna, pokryta wysypk biaych ska. Pinie i lawenda. Leca w snopach, znoszona do kamiennej toczarni, z ktrej sczy si ciki lawendowy dym. Lawendowy dym. Lawendowe pola. Hvar. Dom. Wstaj. Nagi, lnicy od potu, mimo sapicego astmatycznie klimatora pod oknem. Huczy mi w gowie i chyba poc si rakij. Niedobrze. Nic nie pamitam, ale jako mnie to nie martwi. Nie mam siy si martwi. Odsuwam drzwi i wychodz na taras. Pode mn ulica zalana porannym arem, pena niespiesznie wdrujcych ludzi, przed twarz, w przesmyku, ruch jak na autostradzie. Jachty mijaj si, tnc szmaragdowe fale z opotem agli, na horyzoncie sunie olbrzymi poduszkowiec Jadrolinii. Korony palm koysz si z wiatrem. Pytki tarasu parz niczym kuchenna blacha. Smaga, sarnio zgrabna, czarnooka kelnerka ustawiajca krzeseka w kafejce na dole patrzy na mnie i chichoce. - Dobar dan, Vuko! - Dobar dan, Milenko. Moe espresso? - Moe. Zaszto ne ima hlai?. Dobry Boe, przecie jestem nagi. Cofam si, Milena wybucha zoliwym miechem. - Oprosti, Milena. - Polako, Polako! Kuham kavu. Wchodz pod prysznic i stoj tam bez koca. Mam wraenie, jakbym nie kpa si od miesicy. Myj zby, nie wychodzc spod ciskanych z omiu dysz strumieni wody, nacieram si

pachncym cedrem elem do kpieli. Ignoruj bezbone ceny wody na Hvarze, azienkowy licznik chciwie nawija kun za kun. Czuj przykry, gniotcy bl gdzie w klatce piersiowej. upie mnie te noga. Skrciem j? Kiedy? Masuj mostek i wmawiam sobie, e to nerwobl. Nie dostan przecie zawau. Dopiero co jestem po kuracji sklerofagowej, serce mam jak dwudziestolatek. Ubieram si szybko, czujc, e wraca mi ycie. Ponca blaskiem ulica jednak jest nie do zniesienia bez ciemnych okularw. Siadam w cieniu markizy pod cian i patrz z czuoci na okrgy, czysty stoliczek. Mam wraenie, jakbym zbudzi si z koszmaru. Wszystko mnie cieszy. Suncy na plac wok mariny niekoczcy si korowd turystw, wiatr w koronach palm, biao-czerwone parasole piwa Karlovako. Koniec prohibicji. Wrciy reklamy piwa, otwarto ponownie konoby, wrciy stalowe, wsysajce dym firmowe popielniczki. Wolno. Znw jestemy doroli. Ciesz si nawet tym, e maleka filianka znowu legalnej kawy z woskiego ekspresu Alfredo jest nieskazitelnie czysta. I oto mog wrzuci do niej dwie kostki prawdziwego cukru. - Milenko, moe orangina, kruk i saata od hobotnice? - Moe, Vuko! Sigurno! - Hvala! Czarna jak smoa kawa, pokryta warstewk gstej, beowej piany. Zapach tustej, mocnej arabiki. I tylko gdzie gboko w duszy cie niepokoju. Nieokrelony mrok. Wraenie, e co tu jest nie tak. Co z moj gow. Wszystko jest tak, jak powinno, a jednak mj mzg dziaa, jakby zosta potuczony. Kawaki rozdzielone mroczn nicoci. Gdzie byem wczoraj? Kim jestem? Od kiedy zrobio si znowu normalnie? Siedz w konobie, a to znaczy, e aksamitny, opiekuczy totalitaryzm" znikn. Nie pamitam kiedy. Po Wojnie Paliwowej? Co wtedy robiem? Co robiem wczoraj? Skd si tu wziem? - Milena, ima cigarety? - Imam! Larsy hoe? Znowu s legalne? Unosz filiank do ust, ale zanim pocign yk, biay fajans pka mi w doniach, kawa chlupie na chodnik, uciekam gwatownie z nogami, chcc ratowa jasne spodnie. Przysiada si bezceremonialnie do stolika, podsuwa sobie krzeso. Wielki, siwiejcy mczyzna w kapeluszu i jaskrawoczerwonej jedwabnej koszuli. Rozchestane poy ukazuj smag, kudat

pier obwieszon mnstwem zotych acuchw i wisiorkw. Nie wyglda na Chorwata. Serb? Cygan? Turek? Spogldam na niego z irytacj i nagle kamieniej. Ma tylko jedno oko, za to zupenie czarne, bez ladu biakwki, poduna kropla smoy. Drugie kryje si za okrg kocian pytk przymocowan skrzanymi rzemieniami. Na kykciach wspartych na lnicej hebanowej lasce, zwieczonej srebrn gow kruka, migoc sygnety. Na gowie oryginalny, biay stetson pleciony z panamskiej rafii. - Tu jest mnstwo wolnych stolikw, przyjacielu - cedz. Jeszcze kaw mi rozla. Czy ja wygldam na okulist? Czego straszy tym krwawym lepiem? - Obud si, picy W Drzewie - warczy ze zoci. - Czekaj na ciebie. Dzie dobry. Dobrodoszli. Wariat. - Przepraszam, jem niadanie. Moe poszuka pan kogo innego? Klinika jest w tamt stron. Za ribaric. Prostuje si na krzele, po czym wsadza dwa palce do ust i gwide przeraliwie. W jednej chwili z opotem tysicy skrzyde i oguszajcym krakaniem niebo robi si czarne. Spogldam w gr i widz ptaki. Gigantyczne, pokrywajce cay nieboskon stado wielkich jak gsi, smolicie czarnych krukw. Siadaj na dachach, na masztach jachtw, na koronach palm, na gowach i ramionach przechodniw, znieruchomiaych nagle niczym manekiny. Przesaniaj nawet jaskrawy blask bakaskiego soca. Nie mog wykrztusi ani sowa. Sysz nieustanne krakanie, jakby kto dar na pasy czarne szmaty. Wszystko zastyga jak zatopione w bursztynie. Ruszaj si tylko kruki. Siadaj na ramionach i gowie Mileny stojcej w drzwiach konoby z tac w rkach. Wielki kruk opoce skrzydami, rozwiewajc jej wosy, i yka apczywie moj saatk z omiornicy, drugi siada na ramieniu dziewczyny i jednym ruchem szarego, ogromnego niby ostrze czekana dzioba wyrywa sarnie oko. Milena stoi nieruchomo, w p kroku, po smagym policzku cieknie struga krwi, a po biay, skamieniay umiech. Mam otwarte usta i gardo zmienione nagle w stare drewno. - Jakie to uczucie, kiedy kto przychodzi i podpala twj wiat, picy W Drzewie? - pyta mczyzna. Milcz w osupieniu. Nie wiem, gdzie jestem. Nie wiem, kim jestem. Mczyzna wstaje, wchodzi do konoby, przeciskajc si bezceremonialnie obok skamieniaej, okaleczonej, krwawicej Mileny, po czym zdejmuje ze ciany reklam Guinnessa - obramowane mroonymi, secesyjnymi wzorami, oprawione w ramki lustro.

- Spjrz na siebie, picy W Drzewie - mwi. - Spjrz we wasne oczy. Spogldam machinalnie i za srebrnym hologramem z napisem Guinness" widz dziwn, obc twarz. Podobn do mojej, a jednak obc. Pociga, niemal koska, z nosem wskim jak petwa, przylegajce do gowy wskie, ale dugie uszy i oczy. Oczy. Jak u niego, wypenione ciemnym, orzechowym brzem, przypominajcym praone migday. To ja? Kim jestem? Siedz niczym drewniany posg. Jestem Vuko Drakkainen. Syn Aaki Drakkainena i Anity Ostrowskiej. Nie. Jestem Ulf Nitjsefni. Nocny Wdrowiec. Midgaard. Drzewo. Zaczynam krzycze. Nie chc si obudzi. Nie chc. Cay wiat spowija smolisty cie tysicy krukw. Kruczy cie. Kracz. Id za nim bezwolnie, przeciskamy si midzy jak zatrzymanymi w kadrze turystami, wrd opoccych skrzydami krukw. Unosi swoj kretysk lask i bezceremonialnie rozsuwa grupk znieruchomiaych Japoczykw. Idziemy. Prowadzi do hotelu, szklane tafle rozjedaj si z szumem. Czuj na twarzy podmuch chodnego, klimatyzowanego powietrza. Cygano-Turek o kruczym cieniu wadczo przechodzi przez westybul, potem przez restauracj, kolejne drzwi rozsuwaj si przed nami, ukazujc taras. Wchodz za nim i nagle stoj w wielkim warsztacie. Nie ma tarasu, nie ma widoku na zatok, tylko wyoone zapapranymi smarem pytkami pomieszczenie, huczce palenisko, dzwonica acuchami suwnica pod sufitem. omoce sterowany komputerowo mot pneumatyczny, jaki wielki, brodaty jegomo, o twarzy osonitej lustrzan przybic, pochyla si nad skomplikowan, stalow konstrukcj z rkawic sterujc na doni, mechaniczne rami zakoczone dysz spawarki zwiesza si z sufitu i co chwila strzela pkami iskier wrd stalowych bebechw.

- Wycz to, Ukko! - wrzeszczy mj przewodnik. - Przecie tu mona zwariowa! Mielimy pogada! Brodacz podnosi na nas lustrzan mask i chyba patrzy w milczeniu. Rozcapierza palce. Mot zamiera, tokarka dawi si zamierajcym wistem, spawarka chowa nagle ramiona i gasi plujcy acetylenowym ogniem dzib, po czym odjeda pod strop podobna do stalowej modliszki. Zapada cisza, tylko w uszach mi dzwoni. Znam to miejsce. To warsztat wujka Atilaainena. Nawet stojce wok, cignite z Ameryki krowniki szos, podobne do chromowanych fortepianw, s te same, co wtedy, w dziecistwie. Mczyzna zwany Ukko unosi zwierciadlan mask z twarzy i odchyla j na ty gowy, po czym ruchem gowy wskazuje kantorek. Niewielk klitk z biureczkiem i komputerem, ze cianami obwieszonymi reklamami jakich czci zamiennych oraz kalendarzem, ktry obraa kobiety, ukazujc je jako obiekty seksualne. Nie ma gdzie usi. - Nie przyszedem po topr ani podkowy, Kowalu - warczy Kruczy Cie. - Musimy si naradzi. Kowal otwiera niewielk czesk lodwk i wyciga ze rodka dwie puszki piwa. Dla siebie i dla Kruczego Cienia. Czuj si dotknity. - To jest ten? - pyta Kowal, raczej retorycznie. - Obraasz mnie, Kruku. To ma by nasza nadzieja? Przybda zaklty w drzewo? Kolejny przybda? Otwiera z sykiem puszk, piana grznie w krzaczastej brodzie. Kowal pije, mj przewodnik siada na plastikowym krzele dla klientw i te otwiera piwo. Jego oczy wypenia gboki, podmorski fiolet. - A jak sobie radz twoi Ludzie Ognia, Kowalu? Zobaczymy jeszcze tej wiosny dziewczta taczce z pomieniem na cze powrotu wiata? Czy wieczny mrok, zgliszcza i We? - Zaraz mi powiesz, e wiat si zmienia. Tak jakby nie wiedzia, do czego to prowadzi. Mamy problem, Kruku - cedzi zirytowany Kowal. Pstryka palcami i na jego doni pojawia si pomyk. Niewielki, taczcy pomyk niczym z kostki suchego spirytusu. Mczyzna bawi si nim, ugniata machinalnie w sylwetk taczcej dziewczyny, a potem przyglda si jej przez chwil. Ognista figurka wije si midzy jego palcami, jakby wiczya tace przy rurze. Kowal dmucha i pomyk znika. - Nasz problem polega na obcych, ktrzy kradn Pieni, ami zasady i wywracaj

rwnowag. Takich, ktrzy przyjechali z potg, o ktrej sami nie maj pojcia, czyni, co tylko im strzeli do gowy i roznosz wiat na strzpy. Na szczcie jest jeszcze Handlarz, Wczga, Przyjaciel Ludzi, ktry ma pomys. Pomys ten to: domy sobie jeszcze jednego szaleca z pochodni. Masz lisy w komorze, ktre dusz drb, wic postanawiasz wpuci tam wilka. Wilk udusi lisy, a potem gsi zadziobi wilka. Chyba e wilk ukoni si ptakom i pjdzie sobie. Czy co pominem? Mam mnstwo pracy, Kruku. Moja odpowied brzmi: nie. Obcy w drzewie to obcy niegrony. Spacyfikowany. Jest rozwizanym problemem. - Tamci nie s sami - podnosi gos Cygan. - Maj sojusznikw po naszej stronie. Ci obcy s ju elementem wiata i kto ich wykorzystuje. Przeciwko nam. Moe pogadasz z Wem? - Wic mamy by tacy sami jak oni? Przyzna, e bez szachrajstwa nie damy im rady? - Bo nie damy. Co przeciwstawisz uywanym na lewo i prawo Pieniom? Powiem ci, co zrobisz. Zejdziesz osobicie i sam zaczniesz piewa. I to ma by zgodne z reguami? A wiesz, co bdzie dalej? Tamci zrobi to samo. W, Suka, Ruch, Mrz i reszta. Mylisz, e si nie omiel? Jeden po drugim. Teraz gwne zasady jeszcze nie zostay zamane. Mamy Czynicych, ale jak dotd nikt z nas nie zacz. To oni. Tamci. Obcy. To oni ami reguy. Mamy kryzys, ale jeszcze nie wojn. Ty im dasz pretekst do wojny. Marz o tym. Ja proponuj co innego. To jeszcze jeden obcy, zgoda. Ale przyby tu po to, eby przywrci rwnowag. Wic pozwlmy mu na to. Bol mnie nogi. I zaczynam si wkurza. Zaciskam szczki. Grzebi po kieszeniach i w kocu znajduj paczk larsw. No dalej, dziadu, powiedz mi, e tu nie wolno pali. No, dalej, zepsuj mi dzie, gnoju. Zobaczysz, co bdzie dalej. Ignoruje mnie. Kruczy Cie rwnie. Kowal siga po wielki rubokrt i w zamyleniu owija go wok palca jak kawaek gumy. - Z kim ju mwie? - Jeste pierwszy. Chodmy do nich razem. rubokrt zmienia si w bardzo grub spryn. - Kto jeszcze chce rozmawia? - pyta w kocu Ukko. - Dzika i Samum. - To on yje? Ju wszystko straci. - Syszaem, e przerazi si tym, co si dzieje, i chce wrci. - Stamtd, dokd odszed, raczej si nie wraca. - A jednak.

Chrzkam, strcam waeczek popiou i kucam sobie pod cian. Wszystko na nic. Nie istniej. Jestem przezroczysty. Kowal wbija zwinity w precel rubokrt w blat stou i wstaje. Wychodzimy przez rozsuwane drzwi, za ktrymi powinien by parking, a potem szosa do Rovaniemi wijca si nad fiordem wrd sosen i brzzek. Obaj waniacy przodem, a ja skromnie z tyu. Niewidzialny, nieistotny. Wszystko si we mnie gotuje. Nie podobaj mi si ich zasady, wkurza mnie pena oglnikw rozmowa o rzeczach, o ktrych nie mam pojcia. Gdybym otworzy usta, zignorowaliby mnie. Zupenie jak dziesiciolatka wtrcajcego si do rozmowy dorosych, ktrej nie rozumie. I susznie. Nie rozumiem. Za drzwiami hangaru nie ma parkingu z odpicowanymi stuletnimi cadillacami, chevroletami i buickami, do ktrych wujek Atilaainen wstawia wodorowe silniki turbinowe Vanckla i elektronik. Od pokole wikszo historycznej produkcji przemysu samochodowego z Detroit spoczywaa albo na dzikim cmentarzysku Kuby, albo trafiaa do raju w Finlandii. W ogle nie ma tam Karelii. Jest senegalska baza Legion Etrangere w Al Hamma. Trzeci puk szwoleerw powietrznych. Morze piachu, stara kasba wygldajca jak osypujcy si zamek z piasku, rzdy barakw, ysawe palmy i zapory z pianobetonu najeone samostrzaami, lufy poruszaj si nieustannie, ypic bielmem czujnikw, wsz po horyzoncie. Za rzdem prefabrykowanych barakw siada medevac. Po kadubie przelewaj si rozmyte wzory z burych, tych i sraczkowatych pikseli. Ustawione zbienie pola wzbijaj chmur pustynnego pyu, sycha pulsujce dudnienie pdnikw. Grupa legionistw w chodzcych kombinezonach truchta w stron kantyny, piewajc chrem Allouette". Idziemy schyleni, pod sypicym w oczy piachem, przygnieceni piekielnym arem. Grzniemy w piasku po kostki. Omijamy fort i drepcemy do wielkiego, burego namiotu rozbitego tu za obrbem bazy. Burdel, o ile dobrze pamitam. Rzecz jasna, nielegalny. Wies mir bardak, wsje liudi - bljadzi - jak mawia sierant Chevaloux. W rodku polowe stoliki na koziokach zestawione w dugi blat, skadane krzeseka, samochodzce butelki. Pod cian krztusi si i ciurka wod may klimatyzator. Bdzie impreza.

Za stoem siedzi tylko jeden mczyzna, ubrany w pasiasty burnus, smage donie wystajce z sukna bawi si krzywym tuareskim noem, nakryta biaym, sfatygowanym kepi gowa kryje si w cieniu. - Dawno si nie widzielimy, Samum - powiada Kowal. Jest zziajany i wydaje si, e straci ju cierpliwo. - Nie moglimy spotka si normalnie? Po co ta komedia? - Bior to, co jest - burczy Beduin w kepi, po czym zdejmuje nakrycie gowy i rzuca na blat, ukazujc wielkouchy, prgowany eb ni to szakala, ni to pantery. - Nie mam siy ani czasu grzeba w snach. Tutaj mi najbliej. To jest ten? To o mnie. To ja jestem ten". Mam si przedstawi? Jako kto? Caporal Ostrovsky? - Jak wam si to podoba? - pyta dziewczyna, odgarniajc pacht namiotu. Jest ubrana cudacznie, niczym z dwudziestowiecznego plakatu, takiego, jakie zbiera mj ojciec. Ma spadochroniarskie buciory, siatkowe, podarte poczochy na pasku, rozpit kamizelk oporzdzeniow obwieszon sprztem. Jest manierka, sze magazynkw, granaty, n szturmowy, kabura. Ale prcz tego dziewczyna jest naga. Ma krtkie wosy, twarz przecinaj jej wielokty kamuflau. Na ramieniu wytatuowana czaszka. Dziwka-komandos. - Doskonale ci to pasuje - cedzi Kruczy Cie, wachlujc si doni. - Chu i wojna - chichoce dziewczyna. - Moje ywioy. Pikna koszula, Kruku. Kruczy Cie spluwa przez zby i przysuwa sobie paczk duskich glonowych krakersw. Bior skadane turystyczne krzeso, butelk wody mineralnej i siadam z dala od stou. Mam to wszystko gdzie. Jestem drzewem. Co mi jeszcze mog zrobi? Zrba, poci na deski i skleci ze mnie wychodek? Przynajmniej co si dzieje. Nie musz patrze na wierzchoki gr przytulone do siebie jak pdupki, zwieczone plwocin lodu. Wszystko jest lepsze ni to. - Spjrzcie na niego - mwi Kruczy Cie. - Poczujcie jego gniew. Posmakujcie jego niezgod na to wszystko. Zastanwcie si. Ja mwi: uwolnijmy go i niech posprzta po swoich. Niczego innego nie pragnie. - Jest za saby - mwi psiogowy Tuareg. - I jest jeden. Tamci przybyli, eby si dowiedzie. A zostali, eby ugniata wiat po swojemu. eby czyni. Z nim moe by tak samo. Oni tak maj. Wszyscy. Pieni lgn do nich.

- Tego nie wiemy - wtrca Kowal. - Nie wiemy, dlaczego stao si, co si stao. Moe on jest inny. Dlaczego stao si, co si stao". Co piknego. Mistrz tautologii. - Jeeli bdzie czyni, moe sta si z nim to samo. Jeeli nie bdzie czyni, zginie. W kadym wypadku niedobrze. Tak mwi. - Zdajmy si na los. Na wojenne szczcie - chichoce dziewczyna. - Przynajmniej co potrznie tym bagienkiem. Jeeli nic nie bdziemy robi, zrobi to za nas. Tak czy owak, skoczy si tak samo. A on mi si podoba. Umie si bi i umie si pieprzy. Czuj, e dawno nie mia kobiety. - Nadal twierdz, e powinnimy postpowa uczciwie. - Krci gow Kowal. - Nie poprawimy sytuacji, amic kolejn regu. Zabijmy go, szybko i bezbolenie. A potem postpujmy tak jak naley. - Powtarzam, e nie amiemy regu! - zoci si Kruczy Cie. - To oni je ami. Ten obcy wskazuje mnie krakersem - to jedyny element, ktry tu pasuje. Nie jest jednym z nas i ma jak szans. Ostatni rwnie dla nas, przypominam. Wstaj. Kada zabawa kiedy si koczy. - O ile dobrze zrozumiaem, waszym problemem s moi rodacy. - Spogldaj na mnie z osupieniem i zaenowaniem, jakby wanie przemwi klimator. - A take to, e opanowali te tak zwane Pieni. Czy dobrze rozumiem, e zyskali w ten sposb zbyt duo potgi, wadzy, mocy, czy jak tam zwa? To tak urzdzacie swj wiat? Te zasmarkane Pieni le, jak rozumiem, na ulicy, a kiedy kto je podniesie, wpadacie w histeri i paczecie nad jakimi reguami. Moe kto powinien wam powiedzie, e w yciu nie ma zbyt wielu nienaruszalnych regu? O co chodzi? e ja te zostan magiem i zaczn zmienia ludzi w krliki albo lata na opacie? No to bdziecie mieli jednego maga, a nie kilku. Jeeli chcecie, ebym wam pomg, to udzielcie mi stosownych informacji. Lokalizacja, otoczenie, moliwoci obiektu. Wyjanijcie mi, gdzie s moi ziomkowie i co si z nimi stao. Prosz o instrukcj w kwestii Pieni bogw oraz zjawiska zimnej mgy. A jeeli nie, to chrzacie si. Wyjd z tego drzewa i zabior ich std. A jeeli to bdzie niemoliwe, to ich pozabijam. Albo zostan i zakwitn. Priorytetem mojej misji jest przywrcenie rwnowagi waszego wiata. A kwesti mgie, gadajcych wiader, krasnoludkw, elfw i kijw-samobijw mam w dupie. Jeeli uznacie, e moecie mi pomc, tylko jeli zawi jajko na supe, wytn bicz z lodu i co tam jeszcze, to

rwnie mam to w dupie. Zwyczajnie i po prostu. Co wicej, zjawiska te znajduj si tak gboko, e bez trudu zmieszcz i was. W yciu nie spotkaem bandy rwnie niewydarzonych bstw. Do widzenia. Hvala. egnam serdecznie pana Majaka, cauj rczki pani Malignie, do widzenia panu Koszmarowi. Cieniu, podzikuj pastwu, wychodzimy. Prosz mi z powrotem wczy Hvar, wstawi oko Milence i posprzta kruki. Wylae mi kaw, jebem ti majku! Zapada cisza. Nadal patrz na mnie, jakbym wykona striptiz przed papieem. - No - powiada Kowal. - To mi si nawet podoba. Ja tam lubi takich ludzi. Mwi z sensem i niedugo. Przemylmy to. - Wychodz - oznajmiam. - W razie czego wiecie, gdzie rosn. Jestem zajty, musz zrzuci licie. Jesie, rozumiecie. Pene gazie roboty. - Dobrze - powiada szakal w kepi. - Teraz odejd. Naradzimy si i zdecydujemy. Jeeli postanowimy ci zabi, atwo si zorientujesz. Wychodz z namiotu. Te lubi, kiedy kto mwi z sensem i niedugo. Wida dwie plamy lasu wspinajce si po zboczach, ponce krlewskimi barwami jesieni. Siedemdziesit trzy iglaste krzewy, pokrcone, jakby wyszy spod rki mistrza bonsai. Rozsypane wok biaoszare bryy wapiennych ska, sine niczym zepsute miso. Roziskrzon plwocin nienych czap na wierchach przytulonych do siebie jak poladki. Sze pokrconych jesionw, rozrzuconych to tu, to tam na polanie. Kady wyglda, jakby jego pie pokn czowieka zamarego w konwulsyjnym ruchu. Drzewo a wibruje od skoncentrowanej mocy. Otacza je nimb rozedrganego powietrza oraz plama kosmatego szronu, skuwajca skay, such traw i krzaki. Wysoko w grze powoli formuje si cika chmura podobna do kowada. Wirujce powietrze pene pary wwierca si tunelem a do stratosfery, gdzie zostaje gwatownie schodzone. Wyrzucone na obrzea walca kuleczki lodu spadaj znowu ku gorcej podstawie chmury. Zmieniaj si w par, ktra zostaje zassana do wntrza tunelu i ponownie mknie w gr, by w lodowatych warstwach atmosfery zmieni si w cikie bryki lodu, i tak bez koca. Wewntrz do gry, na zewntrz w d. Powietrzny tunel wewntrz chmury zmienia si w gigantyczny

kondensator. Wypchany wolnymi elektronami, a ciki od adunkw dodatnich. Rnica potencjaw pomidzy chmur a powierzchni ziemi ronie z sekundy na sekund. Wszystko dy do wyrwnania. Do rwnowagi. A ta zostaje zakcona. Rnica potencjaw siga milionw faradajw i staje si nie do zniesienia. Wszystko wibruje energi. Rozedrganym, elektrycznym gniewem. Na szczycie Drzewa pojawia si na kilka nanosekund mae, wijce si jak mija wyadowanie pilotaowe. Pryska w gr i zamyka obwd. Gigantyczny wodospad energii leci w d, pync przez Drzewo, korzeniami w gb ziemi. Przez sekund midzy chmur a wierzchokiem drzewa z przeraliwym trzaskiem wije si olepiajcy, gigantyczny w plazmy. Huk gromu toczy si po grach, potnie, jakby pkao niebo. Zostaje tylko rozerwany, osmalony kikut Pnia, huczcy pomaraczowym ogniem. A potem na wszystko spada ciana wody.

Pramatko Matek zatocz swj krg! Samico Samic otwrz swj dom!

Zmiad nasze dusze, zjedz nasze serca. Jedno jest sodka! Jedno jest wielka!

Sple nasze myli, zdepcz nasz wol. Ty jeste wiatem, ty jeste onem!

Pocho nas! Pocho czas! Niech spon dni, umilkn sny. Ciemno! Wilgo! Jedno!

(Amitrajska Pie Ofiarowania)*

Rozdzia 2

Wiea
Miasto nie byo due. Wielkoci osady. Ju nie kiszak, a jeszcze nie miasto. Pierwsze, ktre zobaczyem od tamtej strasznej, burzowej nocy, kiedy wybuch bunt i patrzyem, jak mj paac, Wioska Chmur umiera wrd huczcych pomieni. I widziaem jeszcze, jak pod ciosami sierpw jazdy i krtkich mieczy onierzy Kamiennego" tymenu ginie Maranahar. Potem byy tylko bezdroa, lasy i trakty. Po raz pierwszy mielimy przej przez miasto. Najlepiej byoby tego unika, ale rzeka Figiss toczca si z nieodlegych gr okazaa si zbyt wartka i grona, nawet po tak dugiej suszy. Susza jednak mina, wraz ze zwycistwem Podziemnej Matki wrciy deszcze, spukujc gry i pola oraz napeniajc na nowo rzeki. Musielimy zatem przej mostem, a jedyny most w okolicy spina brzegi tu - w osadzie Aszyrdym. Dlatego patrzyem na zbliajce si zabudowania - ja, Wadca Tygrysiego Tronu, Pomienisty Sztandar, Pan wiata i Pierwszy Jedziec, ogldaem wiat, idc obok dwukoowego wozu, na ktrym pod parasolem rozpiera si mj obroca i przewodnik, ostatni poddany, jaki mi pozosta. Sam miaem na sobie bufiaste portki i przerzucon przez jedno rami czerwon tunik adepta kultu Podziemnej Matki, a pokaleczona skra na gowie pieka mnie po pospiesznym goleniu. Golilimy si w popiechu, ukryci wrd pokrconych drzewek z dala od traktu, pomagajc sobie nawzajem. Brus bez najmniejszego grymasu obci swj warkoczyk weterana, mruczc tylko, e dawno powinien by to zrobi. Wosy zakopalimy w piachu. Moje i Brusa, wymieszane razem. Trupy kapana i adepta odwleklimy jak najdalej od drogi i zepchnlimy w piaszczysty jar, a potem przyrzucilimy piachem. Wszystko to odbyo si w ciszy i jako nagle. Kapan zawoa nas wadczo i kaza pomc swojemu adeptowi, ktry biedzi si nad przekrzywionym koem. Pomoglimy mu i sam nie spodziewaem si, co bdzie dalej, kiedy Brus odwrci si i znienacka chwyci kapana jedn doni za gow nad karkiem, a drug pchn jego podbrdek w bok. Zrobi to tak byskawicznie, jakby chwyci rzucony mu owoc. Rozleg si trzask krgw i zamaskowany czowiek run z siedzenia dwukki, dygocc upiornie w drgawkach. Przez chwil i ja, i adept patrzylimy na to w osupieniu, a dotaro do mnie, e nadesza moja kolej, wic podniosem kij szpiega, by wydoby ukryte ostrze.

- Nie! Bez krwi! - krzykn Brus. Skoczy z koza wzka, odbi si jedn nog od grzbietu osa i spad uciekajcemu adeptowi na plecy. Obaj runli na ziemi i kbili si przez jaki czas jak walczce we. W kocu znieruchomieli, mody adept coraz gwatowniej kopa we wszystkie strony, wzbijajc kby pyu podeszwami swoich sandaw, z gow uwizion midzy splecionymi ramionami Brusa. Trwao to bez koca. Nie wiedziaem, co zrobi, wic patrzyem, liczc uderzenia przeraonego serca. Wreszcie rozpaczliwe wierzganie ustao i tylko jedna noga adepta dygotaa, bbnic pit w piach. A w kocu i ten ruch usta. Brus szarpn jeszcze raz chopakiem niczym leopard upolowanym krlikiem, rozplt ramiona i zepchn z siebie bezwadne ciao. - Pom wsadzi ich na wz - sykn. - Szybko! Zaraz kto nadejdzie. Zawsze tak jest. Kiedy kogo potrzebujesz, to jakby wymarli. A kiedy nie trzeba, cign jak na wesele. Kapan by strasznie ciki, a adept wyglda okropnie. Mia wybauszone oczy, jakby co wypchno je od rodka, cae zalane krwi, a po te biae czci oka, ktre siedz w czaszce, i sterczcy z ust, opuchnity jzyk, niby dziwaczny, fioletowy owoc. Zjechalimy z drogi, wz toczy si i koysa midzy drzewami, odek miaem zwizany w wze. - Nie teraz! - wycedzi Brus. - Za chwil sobie ulysz. Gdy znalelimy si ju we w miar bezpiecznym miejscu, rzuci mi z wozu skrzany bukak peen wody z domieszk octu. Napiem si, a potem zwymiotowaem gwatownie na ziemi, krztuszc si wrd bolesnych spazmw, od ktrych zy cieky mi ciurkiem po twarzy. Po wszystkim byem tak saby, e musiaem usi. - Zwyczajna rzecz - powiedzia uspokajajco mj przyboczny. - Przywykniesz do krwi i mierci, ale na to trzeba czasu. Kiedy czowiek przestaje chorowa, lecz wtedy umiera jaka jego cz. Kawaek serca zmienia si w kamie. Gdy pozbylimy si cia, przejrzelimy zawarto wzka. Znalelimy may toboek z rzeczami adepta, kosz z ywnoci - gwnie plackami z durry i cebuli, suszone miodowe liwy, wod oraz kufer z szatami kapana. adnego misa, adnego korzennego piwa ani palmowego wina. Nawet kawaka sera. - Nie podoba mi si to - oznajmiem nagle. - Moe i upyno troch czasu odkd wybuch bunt, ale przecie nie jest bezpiecznie. Sami nie tak daleko std natknlimy si na maruderw.

Dlaczego ten kapan podruje samotnie, niczym na spacerze? Czy oni nie zwykli porusza si z eskort? Jeeli nawet nie dali mu wojska, dlaczego tych adeptw nie byo omiu z tgimi paami? Brus klcza na ziemi, ogldajc szaty kapana, ale znieruchomia i unis na mnie zdziwiony wzrok. - Przejrzyjmy dokadnie wz - powiedzia. - Nie mam pojcia, dlaczego tak si stao. Moe on by z tej Wiey tutaj, z Aszyrdym? Pojecha tylko niedaleko. - Wic po co mu zapasy wody i ywno? - dryem. Sam nie wiem, czy z powodu instynktu, z podejrzliwoci, czy te dlatego, e strasznie nie chciaem mie na sobie szat zabitego przed chwil chopaka. Nie chciaem te udawa kapana. - Jego szaty s chyba za dobre. Wiem, e nie najgorzej im si powodzi, ale nawet cesarskich urzdnikw z takich dziur jak Aszyrdym nie byoby sta, eby ubiera si na co dzie w jedwabne stroje. Spjrz na t rzebion szylkretow yk, misk albo puzdro z rzeczami do pisania. Tych przedmiotw nie powstydziby si Dom Cynobru. Moje byy o wiele skromniejsze. To nie jest zwyky kapan. Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego podrowa samotnie. - Nie mamy wyjcia - oznajmi Brus. - Musimy przedosta si przez most. Kiedy bdziemy mogli, ukryjemy wz i ich rzeczy. Byle przez most. Bdziemy przejeda szybko. Musimy tylko mie bajk. - Jak bajk, sitar Tendzyn? - Umiejtne kamstwo. Historyjk, ktr trzeba opowiedzie zamiast prawdy, jeli kto nas zatrzyma. Nie bdzie czasu jej wymyla na poczekaniu. Zawsze w takich razach musisz przygotowa bajk wczeniej i nauczy si na pami. Musisz wiedzie, kim jeste, co robisz i dlaczego. Zawsze. Nawet jeli sdzisz, e nikt ci o nic nie zapyta, musisz mie bajk. Przeszukalimy jeszcze raz toboki i skrzynie oraz cay wz. Brus zlustrowa go z odlegoci kilku krokw, zajrza pod koa, obmaca uprz. Szarpn za okucia. Nic. Opukalimy rwnie skrzyni wozu. Ja przejrzaem ponownie stert rzeczy obu podrnych, szukajc choby paszportw. Byy to niewielkie drewniane pytki z wypalonym imieniem i nazwiskiem czowieka oraz pieczci cesarskiego urzdnika. Za czasw rzdw mojego ojca przydaway si, jedynie kiedy trzeba byo dowie swojego nazwiska. Zazwyczaj w urzdzie lub sdzie. Jednak wczeniej i zgodnie z Kodeksem Ziemi kady musia nosi tak deszczuk stale, umocowan rzemieniem do nadgarstka albo powieszon na szyi. Nie wolno te byo podrowa ot, tak sobie. Na kad podr

wydawano specjalne pozwolenie. Nie wiedziaem, czy teraz te tak jest. Czy Ifrija wprowadzia wszystkie stare obyczaje i czy zdya ju je zrealizowa. Nie wiedziaem te, czy dotyczy to take jej kapanw. Dlatego nie podobao mi si, e musimy ich udawa. Za mao o tym wiedzielimy. - Nie bdziemy przecie odprawia obrzdw - rzuci Brus. - Chodzi tylko o most. - Sam powiedziae, e musimy mie bajk - zaoponowaem. - Jak chcesz j stworzy, skoro nie wiemy nawet, jak si nazywaj? - Nazywaj si po amitrajsku. Niszym kastom za czasw Kodeksu nie wolno byo nosi nazwisk, tylko imiona. Ale kapani s poza kastami. Jako Owieceni s ponad wszystkim. Uyjemy amitrajskich nazwisk, na przykad Czugaj Tekedej i Harszy Akerdym. Znaem takich kiedy i wiem na pewno, e nie yj. - Dlaczego zakazuj nazwisk? Przecie wzbudzaj w ten sposb jedynie chaos? - Bo to wie ludzi z ich przodkami i rodzinami. A przecie ma nie by rodzin. Rodzina to zo, nazwisko te. To wszystko tylko wzmaga ludzki egoizm. Kiedy masz rodzin, troszczysz si o ni bardziej ni o innych, a to przecie Matka ustami kapanw decyduje, kto jest waniejszy, a kto ma zosta powicony. Wszystkie dzieci nale do wszystkich kobiet i do Podziemnej, a pojedynczy czowiek nie ma znaczenia. Licz si grupy: domy, osady i tak dalej. Czowiek dostawa przydomek, ktry umiera razem z nim. Wszystko ma sta si jednym, pamitaj. Ludzie te. Zreszt nie musz ich kontrolowa, jedynie pilnowa. Ludzie maj pracowa i walczy dla Podziemnej Matki oraz oddawa jej hody. Jeli masz stado kowiec, nie nadajesz imion wszystkim. Pilnujesz caego stada. Wystarczy je policzy. Imienia potrzebuje wierzchowiec, pies lub leopard. A tu takich nie ma. S tylko kowce. Nie myl za duo, Arduk. Mylenie o wielu rzeczach jest dobre, kiedy znajdziesz si w bezpiecznym miejscu i siedzisz przy ogniu z czark naparu. Teraz wzbudzi w tobie jedynie strach. Nie wiem, dlaczego kapan jecha sam. Moe tutaj jest bezpieczniej ni sdzimy. Moe mia jak misj i dlatego chcia przemkn niezauwaenie, eby nie przycign uwagi. Moe by gupcem. Naszym celem jest przedostanie si przez most, tylko tyle i a tyle. Reszta to szczegy. Musimy schowa nasze wasne rzeczy. Gdy znajdziemy si na szlaku odpowiednio daleko, kapan i jego adept znikn, a dwch wracajcych do Kamirsaru Sindarw znw ruszy w swoj drog. - A bajka? - Zaraz jak wymylimy... - wystka, wspinajc si na skrzyni wozu i obmacujc kozio. Pocign za co i raptem rozleg si cichy trzask. - Wiedziaem! - zawoa tryumfujco.

- Co to jest? - zapytaem. - Skrytka. Nie chciaa si otwiera ani do gry, ani od spodu, ani z przodu. Siedzenie jak siedzenie. Ale otworzya si do tyu. - I co tam jest, sitar Tendzyn? - Lepiej sam zobacz, Arduk. Wewntrz drewnianego koza znajdowa si czerwony paszcz z kapturem i mata do spania. Nie rozumiaem, co Brus chce mi waciwie pokaza, a odkryem, e w zwinitym paszczu kryje si co cikiego i pkatego. Wyjlimy zawinitko i odpakowalimy ostronie, ukazaa si niedua, elazna skrzynka. Na wypukym wieku przynitowano kuty, pomalowany na czerwono symbol o dziwacznym ksztacie. Pas, z kadego koca zwieczony pkolistymi hakami, porodku przekrelono trzema krtkimi liniami. Skrzynk dodatkowo owinito starannie grubym, czerwonym sznurkiem z jedwabiu, a wszystkie kunsztowne wzy zapiecztowano woskiem, na ktrym odcinito podobny znak. - Otwieramy? - spytaem. - W adnym wypadku - ogosi stanowczo Brus. - Mamy nasz bajk. To przesyka, i to pilna przesyka. Zao si, Arduk, e p dnia przed nami t drog przejecha wielki, okuty wz podrny, istny dom na szeciu koach, zaprzgnity w osiem wielkich onagerw, towarzyszy im co najmniej hon konnych ucznikw z proporcami wityni Podziemnej Matki na plecach i dwudziestu adeptw. - A co byo w rodku? - Kilkoro kapanw, moe adeptki albo adepci do towarzystwa, kosze jedzenia, pachnida, wachlarze i muliny. Oraz taka sama szkatuka wypeniona piaskiem. Prawdziwa przesyka jest tu. Parsknem zirytowany. - Miae wymyli bajk dla stranikw na mocie, a nie dla mnie. Moe tam jest zapas zakazanego wina palmowego tego kapana? Pokrci gow. - Wiem, e kiedy chce si przesa co w niespokojnych czasach, czasem tak si robi. Nawet bardzo wanych ludzi wysya si w ten sposb. Zbrojny orszak przyciga uwag, a w tym czasie ksiniczka wdruje w stroju chopki. Nie wiem, czy tak zdarzyo si tym razem. Wiem jednak, e mogo si zdarzy i bdziemy si zachowywali, jakby wanie tak byo. Ten symbol moe mie znaczenie. Co ci przypomina?

Wzruszyem ramionami. - Nic. Moe kolczast ga? Jakie dziwaczne kowalskie narzdzie? Cudaczny grzebie? - A gdyby mg porusza si i wi? Spojrzaem jeszcze raz. - Jadowita skorpenica! - Wanie! Ja te to widz. A skorpenica oznacza niebezpieczestwo, co trujcego albo gronego. Budzi strach. Jest na pieczciach, na skrzynce i na piersi tego kapana. Zazwyczaj widzi si u nich to. - Pokaza jeden ze zotych amuletw zdartych z szyi martwego mczyzny. Okrg z maym trjktem porodku, z ktrego wychodzi cienki zoty prcik, lekko wystajc na zewntrz. Wiele razy widziaem ostatnio ten znak. Malowano go na murach, wycinano na piersiach trupw znajdowanych o wicie na ulicy. Pospiesznie krelony wglem lub ostrzem, by wtedy tylko koem i kresk, ale i tak go poznaem. Podziemne ono. Przeknem lin. Ponce miasto znw stano mi przed oczami. Patrzcie na pustyni! Nadchodzi Ogie!" - Ten jednak mia jeszcze to, spjrz. Taki sam jak na skrzynce. Skorpenica z elaza. Dlaczego jest na tak dugim acuchu? Patrz. Zawiesi amulet na wasnej szyi i schowa pod kaftanem. - Znak nie ma by widoczny, inaczej ni pozostae. Nawet nie jest zoty, tylko elazny. Ale kiedy trzeba, mog atwo go wyj i pokaza komu, nie ruszajc si z wozu. O, tak. Myl, e gdy poka amulet dyskretnie dowdcy oddziau na mocie, przejedziemy bez pyta. Nie czuem si przekonany, ale nie miaem wyjcia. Kucnem wrd uoonego na paszczu dobytku, ktry znalelimy przy obu podrnych. Tak mao wiedzielimy. W razie czego przecie caa maskarada musiaa wyj na jaw. Wystarczyo jedno gupie sowo. Brus obraca w doniach sute, skomplikowane szaty, usiujc doj, jak to si nosi. Co bdzie, jeeli zaoymy co le, odwrotnie albo do gry nogami? - To tylko maa osada i jeden most - powtrzy uspokajajco Brus, jakby usysza moje myli. Dziwny, pozbawiony jednego rkawa kaftan adepta odsaniajcy lewe rami, mia za pazuch gbok kiesze, w ktrej znalazem kocian yk i niewielk deszczuk z dowizanym rzemieniem. - Adept nazywa si Agyren Kysaldym - powiedziaem. - Dziwnie. Co to za imi Pryszczaty"? A nazwisko mia jak osada. Kto si nazywa Solne Chaty"? - Bo by kowc - oznajmi Brus, zakadajc spodnie. - Zwierzta te nazywasz od tego, co ci si od razu rzuci w oczy, w ten sposb atwiej zapamita. Jedno ma klapnite ucho i nazywasz je

Kapouchem", drugie plam na grzbiecie, wic woasz je ata". Ten by pryszczaty. A Kysaldym" to pewnie kiszak, z ktrego pochodzi. Gdyby doy inicjacji, jako kapan miaby inne imi. Przynajmniej wiemy, jak si nazywasz. Kapan nie mia glejtu. Mia osobist piecz, ale na niej jest tylko znak. Wodny w. Czy umiesz mwi Mow Jednoci? Westchnem. - Troch... - zaczem niepewnie, ale Brus pokrci gow. - Troch" nie wystarczy. Nie moesz si pomyli. Bdziesz wic udawa niemow i gupka. Uniosem brwi. - Po prostu umiechaj si bezmylnie, kr gow i czasem bekocz. Ja si zajm reszt. Oto ja. Wadca Tygrysiego Tronu, Pomienisty Sztandar, Pan wiata i Pierwszy Jedziec. Trzymajcy lejce, wdrujcy obok wozu, z ys, pokaleczon gow, pryszczaty z Kysaldym, adept Podziemnej Matki. Cofnity umysowo niemowa. To ja. I w ten sposb znalazem si na drodze, ykajc kurz, z widokiem na zadki osw i zbliajce si miasto. Trzymajc lejce, staraem si uspokoi przeraony oddech, a mj odek bolenie zwija si w supy. Nie wiedziaem, czy z godu, przeraenia, czy obu powodw naraz. Zanim wrcilimy na trakt, Brus kaza mi i w krzaki i oczyci brzuch. - Zawsze staraj si tak zrobi, gdy wiesz, e moe czeka ci walka albo co przeraajcego. To troch pomaga i w razie czego pozwoli zachowa twarz. Widziaem ludzi, ktrzy mimo e bili si dzielnie, nawet nie zauwayli, e zrobili pod siebie na sam widok wrogw. To si czsto zdarza, mimo e ani weterani, ani wodzowie nic o tym nie wspominaj. Idc teraz traktem, byem mu wdziczny za t rad. Normalnie przed miastem powinien rozciga si bazar. W kadej osadzie na szlaku prowadzi si handel. Podrujcy kupcy potrzebuj jedzenia, paszy, zagrody dla zwierzt i noclegu, ale chtnie sprzedaj te troch towarw. Niektrzy poganiacze robi wasne interesy i czasem to jest ich jedyna zapata za prowadzenie korowodu wozw i jucznych zwierzt. Dziki temu miasta na szlakach maj z czego y. Ale nie teraz. Bazar by pusty i wyludniony, kramy podobne do glinianych domkw miay okna zasonite deskami, a przed studni staa ogromna kolejka podrnych z rozmaitymi naczyniami w rkach, nikt jednak nie czerpa wody. Przy studni czuwao dwch onierzy w burych kurtach, z wczniami w rkach. Nosili utwardzane,

skrzane pancerze, tak zakurzone, e nie zdoaem rozpozna barwy tymenu. Nikt si jednak nie kci, nikt nie chcia wiedzie, dlaczego nie wolno czerpa albo bodaj kupi wody. Czekajcy nawet nie rozmawiali. Siedzieli, kucali na ziemi albo stali, wszyscy w kaftanach i spodniach w kastowych kolorach, zazwyczaj burych, szarych i brzowych. Hirukowie, Karahimowie i Udarajowie. Bliej studni wida byo kilka tych kaftanw Sindarw, ale i oni nie napeniali naczy. Nad placem wisiaa martwa cisza i unosio si brzczenie much. Siedzcy wygldali na zupenie zrezygnowanych, a gdy przejedalimy, jaki chopak osun si na ziemi i lea w pyle, lecz nikt nie pochyli si nawet, by mu pomc. Po prostu lea, a po jego bosych stopach chodziy muchy. Zauwayem, e do studni stoj jedynie mczyni. Gospody i zagrody gocinne przy szlaku take wyglday na zamknite, mimo e spotykalimy coraz wicej maszerujcych w milczeniu wdrowcw. Minlimy kilkunastu Hirukw z czoami przewizanymi identycznymi chustami, prowadzcy ich starszy w kapeluszu podrnym na gowie mia przywizany do paska kij z proporcem, na ktrym napisano: Osiemnastu chopw z Kahardym pracujcych w imi Matki. Niech wszystko stanie si jednym". Sowa znajdoway si jedno pod drugim, proporzec opota, wic przystanem, eby przeczyta napis, a wtedy Brus smagn mnie trzcin. Spojrzaem na niego odruchowo i zobaczyem tylko wasne odbicie w lustrzanej masce kapana. W otworach maski drzemaa nieprzenikniona ciemno. Nie rozumiaem tego, co widz. Wadca czasem domaga si gupich rzeczy, ale z reguy po co. To wydawao si jedynie uciliwe i niedorzeczne. Po jakim czasie zobaczyem wicej takich proporcw na plecach podrnych i przestaem si czemukolwiek dziwi. Przeciwnie. Spodziewaem si, e zaraz ujrz kogo opoccego napisem: Kowal z Aszyrdym udajcy si za potrzeb. Niech wszystko stanie si jednym". Zabity przez nas kapan nie mia proporca, co oznaczao, e nie wszyscy musz je nosi. Cigncy wolno korowd podrnych wydawa si jedynym ruchem w tej osadzie. Patrzyem na zamknite okiennice sklepw i gospd, widziaem lady po strconych szyldach. Zakurzone uliczki straszyy pustk, poniewieray si na nich jedynie mieci. Nie byo natomiast ladw walk. Nic nie zostao spalone, zburzone, tych cian z gliny nie znaczyy bryzgi krwi. Miasto musi z czego y. W miastach nie ma pl ani stad. Jak zamierzano ciga podatki, skoro nic nie dziaao? Nie byo ani jednego szyldu, tylko goe, wypalone przez soce ciany. Gdzie co zje? Gdzie naprawi lub kupi buty? Skd wzi jedzenie? Jak znale dom uzdrowiciela?

Byy tylko martwo zasonite aluzjami okna, py i upa. I coraz gstszy tum wdrujcy w dziwnym milczeniu ulic, ktra przecinaa miasto i prowadzia na most. Na drug stron rzeki Figiss. Na szlak. Do wolnoci. Wdrujcy przed siebie ludzie nie byli zwykymi podrnymi. Nie jechali w interesach, nie wybierali si w odwiedziny do przyjaci i krewnych, nie szukali dla siebie nowego miejsca. Ci ludzie uciekali. Kobiety, mczyni, dzieci. Pchali zaadowane wzki, taszczyli toboy i kosze. Prowadzili zwierzta. Nieli to, co zdoali spakowa w popiechu. Przypadkowe, czasem niedorzeczne rzeczy. Kocioek, miska, worek durry, ale te poamany parasol, malowany parawan przeciwsoneczny, jakie buty, jakie szmaty, jeden czowiek nie mia maty do spania ani miski, za to taszczy na plecach kosz peen zwojw. Wtedy nie zdawaem sobie sprawy, e tak wyglda wojna. Gdzie tam tocz si bitwy, leje si krew, sycha wrzask i oskot stali, ale to jedynie czasem. Wojsko gwnie maszeruje drogami z jednego miejsca w drugie. Konie czapi stpa, piechota wlecze si w upale noga za nog, onierze taszcz nie tylko wcznie i tarcze, ale te kocioki, peleryny, zapasowe buty i opaty. Miski i szmaty. Cignie si za nimi smrd i roje much. A tymi samymi drogami wdruje coraz gstszy tum uciekinierw. Z resztkami dobytku w koszach i miskach tysice nagych ebrakw idzie przed siebie. Jak najdalej od kapanw, cesarzy, dowdcw i ich szalestwa. Nie maj ju domw, warsztatw, stad ani pl. Tylko kocioek, misk albo figurk ze stou. Wszyscy snuj si z opuszczonymi gowami, nawet niemowlta nie pacz. Sycha jedynie kaszel i szuranie tysicy podeszew. Rozstpowali si przed naszym wozem, opuszczajc gowy, odkadali na ziemi kosze i toboy, po czym klkali z czoami przytulonymi do ziemi i piciami wbitymi w piach. Wygldao to tak, jakby nasz wzek podcina im kolana. Jakby wok niego panowaa jaka zaraza, ktra powala wszystkich na ziemi. Kiedy jednak wzek odjeda, choroba ustpuje. Ludzie gramol si na nogi i podejmuj dalszy, beznadziejny marsz donikd. Nasza dwukka toczya si przez tum, a dotarlimy na plac przed mostem. Kiedy by to duy, okrgy plac targowy, na ktrym spotykay si wszystkie drogi biegnce przez miasto. Otaczay go gospody i karawanseraje, a na straganach mona byo kupi towary z najdalszych zaktkw imperium. Kiedy.

Teraz opota porodku proporzec z napisem: Handel to chciwo! Tylko Matka karmi swoje dzieci! Niech wszystko stanie si jednym", a stragany znikny. Zamiast tego toczyli si uciekinierzy, sycha byo pacz dzieci i porykiwania zwierzt. W imperium Podziemnej Matki nie mona byo normalnie nawet przej przez most. Wszdzie kbi si tum i czeka nie wiadomo na co. Ani zaczerpn wody ze studni, ani przej przez rzek. Nie rozumiaem, dlaczego. Podjechalimy powoli, rozcinajc cib, ktra rozstpowaa si przed naszymi onagerami i przypadaa do ziemi jak zdeptana trawa, a unosia si dopiero trzy kroki za nami. Na mocie ustawiono w poprzek wz taborowy. Ciki, z grubych bali i desek, ktrego burty obwieszono czarno-zielonymi pawami z wizerunkiem zwinitej w spiral grskiej mii, trzydziestego tymenu zwanego mijowym", przegradza cz drogi na mocie. Drugi taki sam wz sta dalej, dosunity do drugiej balustrady. Tum wi si niczym w obok jednego i drugiego wozu, ale w rzadkich odstpach. Czowieka od czowieka dzielio kilka krokw, reszta czekaa przed szpalerem onierzy zbita w bezadn gromad. W dole wwozu Figiss ciskaa si wrd piany i ska jak rozjuszony gad. Kiedy zblialimy si do blokady, czuem, e ogarnia mnie duszna, huczca ciemno. Moje biedne serce urwao si z piersi i przesuno do garda, wydawao mi si, e kade jego uderzenie wysya w moje yy strumie krwi rwcy i spieniony niczym rzeka w dole. Byem adeptem Podziemnej Matki. Idiot i niemow. Pryszczatym durniem z Kysaldym, przygarnitym przez Owieconego, ktry dostrzeg w moim ciemnym umyle rzadki talent. Przecie Matka czsto, odebrawszy komu w swojej szczodroci bystry umys, wzrok albo mow, obdarza go czym innym, na chwa swego Podziemnego ona, z ktrego wszystko wyszo i do ktrego wszystko powrci, stajc si jednym. Moe piknie piewam, maluj lub wyszywam? Ja, Pryszczaty" Agyren Kysaldym. Kowca. Niech wszystko stanie si jednym. Widziaem ju spocone twarze onierzy, obramowane ochraniaczami z uskowanej skry kamiennych wow. Malowane w czarno-zielone pasy wskie wcznie bodce niebo. Okrcon chust w tym samym kolorze gow dowdcy, skrzany ppancerz z naramiennikami dziesitnika. Midzy wozami stay trzy konie grupy pocigowej, ale nikt na nich nie siedzia. Zaganiacze przenieli si na blokujcy drog wz, skd mieli doskonay widok, i rozsiedli wygodnie, jednak nie odoyli

ani na chwil swoich krtkich, klejonych ukw jazdy, z ktrych pono umieli w galopie trafi leccego ptaka. Nie znam si za dobrze na kapastwie - powiedzia wczeniej Brus. - Lecz znam si na wojsku. A na mocie bdzie stao wojsko, my za jestemy nie byle kim. Przejdziemy, Ruda Gowo. Zaufaj mi". Niektrych podchodzcych do blokady ludzi onierze wyprowadzali gdzie na plac, gdzie kazano im siada w stoczonej, coraz wikszej gromadzie, a ich toboki ldoway na wielkiej kupie obok mostu. Ta sterta ndznego dobytku przeraaa mnie bardziej ni zmuszona do ciasnego siedzenia w kucki z rkami na gowie grupa podrnych. Kiedy odbiera si tak bezceremonialnie ludziom to, co maj w rkach, nie wry to niczego dobrego. Biedak niesie ze sob wszystko, co mu zostao. Jeli toboek lduje na bezadnej stercie, brzmi to jak zowrogie: Ju ci to nie bdzie potrzebne". Dowdca siedzia na skadanym krzele za stolikiem, na ktrym znajdowaa si kosztowna, malowana ywic butla i oprawiona w zoto tykwa do picia wina palmowego. Wachlowa si miskowatym hemem piechoty i patrzy znudzonym wzrokiem na przelewajcy si przed nim tum. Przejdziemy. To tylko wojsko. My za naleymy do Owieconych. Suchamy jedynie dobiegajcego spod ziemi gosu Matki oraz Prorokini, ktra nadesza z pustyni, niosc prawd. Na piersi Brusa wisi elazna skorpenica. Klucz, ktry otworzy wszelkie drzwi na naszej drodze. Wieziemy skrzynk. Przez most. Daleko. Do Kebzegaru. Do wrt Nahel Zymu. Na kraniec wiata. Nasz wzek przecisn si przez tum i podjechalimy do blokady. Jeden z osw, wycignwszy pysk, powcha butl stojc na stoliku dziesitnika. Milczaem. Jestem gupkiem. Pryszczatym" Agyrenem. Mwi ledwo co i tak bekoc, e rozumie mnie tylko mj pan. Zamamlaem bezmylnie ustami jakbym co u i wetknem palec do nosa. Usiujcy przedosta si przez most podrni klczeli krgiem wok nas z opuszczonymi gowami. Dziesitnik podnis wzrok i napotka lustrzan, nijak mask kapana janiejc niczym wikszy ksiyc w peni. Unis si z krzesa i przytkn pi do czoa. - Niech wszystko stanie si jednym - powiedzia. Kiedy Brus odezwa si z koza, jego blaszany, wibrujcy jak struny cintaru gos brzmia obco i wadczo. W pierwszej chwili nie zrozumiaem ani sowa. Podrapaem si pod kurt i nadal

pracowicie wierciem w nosie. Mowa Jednoci to dawny amitrajski. Mona go byo zrozumie, ale mia dziwn gramatyk i od pokole by ju tylko mow kapanw. - O przeklte ptaki wojennego gwatu, ktre wstrzymujecie Sowo Matki na jego drodze do serc zagubionych. Dla wdrujcego Sowa popiech jest bogosawionym obowizkiem. Mniej wicej tak to brzmiao. O ile co pojem z gardowych gosek dawnego jzyka, Brus powiedzia dziesitnikowi, e jest kurierem. I e si spieszy. Ja zrozumiaem - onierz nie. Dotaro do niego tylko przeklte ptaki" oraz wojna", wic wzi to do siebie i uzna, e Brus go aja. - Panie, my tylko mamy, znaczy, rozkazy, blokada na mocie. Wybacz, Owiecony, znaczy si, albo Owiecona... To witynia rozkazuje... Wybacz, ja nie mwi w dawnej mowie, ja jestem z Nasimu... Brus pochyli si w kole, wydoby spod szaty amulet elaznej skorpenicy i wycign przed siebie. Jego gos zabrzmia jak skrzypienie zardzewiaych wrt. - Popiech. To wane. Otworzy blokad, hon-pahan. Dowdca, otarszy pot z twarzy, rzuci przez rami rozkaz. Naganiacze zeskoczyli z wozu i, zapierajc si o cikie burty, przetoczyli go na bok. Teraz oba wozy stay przy tej samej balustradzie, zostawiajc wskie przejcie, przez ktre moga przejecha nasza dwukka. I wtedy zobaczyem staruch. Siedziaa na stoku za wozem, za jej plecami czuwao dwch adeptw, jeden z parasolem, drugi ze somianym wachlarzem. Nie nosia szat kapana ani lustrzanej maski, tylko nieokrelone bure szmaty, za to bya nimi obficie okutana, zupenie jakby trzsa si z zimna. Kady, kto przeszed przez blokad, komu nie zabrano toboka i puszczono krt ciek midzy wozami taborowymi, podchodzi do niej, a wtedy unosia twarz, w ktrej lniy mtne, pokryte zotawym bielmem oczy, i dotykaa starcz doni jego twarzy. Jej usta poruszay si, jakby kobieta nieustannie mamrotaa jakie kltwy albo modlitwy. Gdy j zobaczyem, poczuem, e moje serce pka znienacka niczym gliniany dzban. Dzban peen strachu. Wiedzca. Wiedzca o lepych oczach, takich samych jak oczy skrytobjcy, ktry zabi moj Iriss. Jak oczy leopardw Prorokini. Zote bielmo. Co zobaczy, kiedy dotknie mojej twarzy?

Wiedzca wstaa ze stoka i podtrzymywana za okie przez onierza, pokutykaa na lew stron mostu. Adepci zabrali parasol oraz krzeseko, by zrobi nam drog, a ja wyjem palec z nosa i uniosem lejce. Koa wzka zaskrzypiay. Wiedzca odwrcia si nagle z zadart gow, zupenie jakby wszya. A potem wyrwaa okie onierzowi i uniosa rk z rozcapierzonymi palcami, po czym ruszya prosto w nasz stron, chcc dotkn mojej twarzy. Brus odwrci si do staruchy, ale jego maska podobna do kauy rtci nie wyraaa niczego. Zmartwiaem. Bya ju tak blisko, e syszaem jej bezzbne mamrotanie sczce si nieustannie z pomarszczonych ust.

Oko na doni... Do, oko Matki... Matka czuje... gdy dziecko kamie... Matka zawsze wie..." Widziaem rozpostart do Wiedzcej. Jeszcze dwa kroki i dotknie mojej twarzy. W dole szumiaa wciekle rzeka, ciskajc si midzy skaami przypominajcymi wyszczerzone ky. Za wysoko. Za pytko. Zbyt wiele ska. I dobrze. Napiem minie. I wtedy rozlego si ponure, przecige zawodzenie rogu. Pyno od strony wiey sterczcej nad miastem na podobiestwo sprchniaego zba. Po drugiej stronie rzeki zacz si ruch. onierze pilnujcy tamtego brzegu zaczli si krzta, wozy taborowe, takie jak te ustawione z naszej strony, ruszyy si, przetoczono je jeden za drugim, sycha byo pokrzykiwania dowdcy, szczk grubych acuchw, ktrymi spinano pojazdy. Most zosta zamknity. Jeden z onierzy wyrs nagle jak spod ziemi i stan na drodze naszych osw, po czym chwyci jednego z nich za trzle i szarpn do tyu. Wz stan. - Wybacz, o Owiecony... albo Owiecona... Soce zachodzi. Nikt nie moe przekroczy mostu, kiedy przebrzmi dwik rogu. - Dziesitnik klcza przed nami z piciami wspartymi o piach i opuszczonym czoem. - Przejazd jest pilny. - Gos Brusa zabrzcza jakby wewntrz maski zabka si szersze. Wydarza si niesychana impertynencja! Natychmiast winno si otworzy most! Starucha staa nadal z wycignit doni, ale oddzielali nas onierze, a ona sprawiaa wraenie, jakby zapomniaa, po co sza. Tylko jej lepe oczy wlepiay we mnie mtny, zotawy wzrok, niczym u my. - To zy czas, Owiecony albo Owiecona. Do nastpnej osady daleko, noc zastanie was na szlaku. Nie wolno nocowa na szlaku. Peno zdrajcw, przestpcw... To rozkazy wityni, panie. Znaczy... albo pani... Tak kae, znaczy, Matka. Musicie i do Wiey. Do Matki. Tam was przenocuj, a rano pjdziecie w dalsz drog - recytowa dowdca.

- Popiech sprawia, e inne rzeczy trac wag - zapiewa Brus. - Niech zbrojni towarzysz Sowu, jeli tak mwi Przykazanie. Ale niech nic nie wstrzymuje jego marszu. Skamieniaem. Brus najwyraniej domaga si eskorty. Nie wiedziaem, jak poradzimy sobie z towarzystwem wojska, ale zdaje si sdzi, e lepiej nam pjdzie udawa kapanw przed onierzami ni przed innymi kapanami. Ja sam nie wiedziaem ju, co przeraa mnie bardziej: podr w towarzystwie eskorty czy nocleg w Czerwonej Wiey. - Decyzje podejmuje witynia - powiedzia stanowczo hon-pahan, wstajc z klczek. - Ja mam swoje rozkazy, niech wszystko stanie si jednym. Najwyraniej przesadzilimy z daniem. Zawrcilimy z mostu, prosto w stoczony na placu tum, pomidzy piki i hemy onierzy, w martwe miasto. Nie pokazywali nam drogi. Czerwona Wiea wznosia si nad kamiennymi chatami osady Aszyrdym, jak wielkie gniazdo stepowych termitw. Nie mona byo si zgubi, a co gorsza - nie mona byo nawet udawa, e si zgubio. Dwch onierzy zrobio nam przejcie w morzu kucajcych obok siebie ludzi. Brutalnie i bezdusznie usuwajc ich z drogi ciosami drzewcw i kopniakami niczym kowce. A tu za zatoczonym placem miasto znowu byo martwe. Wszystkie drzwi i okiennice zamknite, nigdzie ywego ducha. Soce stao jeszcze wysoko, lecz cienie wyduyy si ju i zalay cae ulice. Do zmroku pozostaa jeszcze co najmniej godzina, a mimo to nie pozwolili nam jecha dalej. Co si stao z przydronymi gospodami i miejscami postojowymi? Jak ma funkcjonowa transport, jeeli kady ma nocowa w miecie? A jeli feralna godzina zastanie go z dala od wszelkich osad, kto zabroni mu wdrowa dalej albo nocowa na szlaku? Nie mogem odwykn od takiego sposobu mylenia. Ilekro stykaem si z nowym zarzdzeniem, od razu usiowaem wyobrazi sobie, jak to bdzie wygldao na co dzie i co spowoduje. Rzemie, mj nauczyciel, by w tym niezmordowany i tumaczy, e kade dziecko w pewnym wieku chce naprawi wiat prostymi rozkazami. Dziecko wadcy te. Tylko e ono musi nauczy si rozumie, i kady rozkaz moe wywoywa skutki, o ktrych nikt nie wiedzia, albo by wykonywany na opak. I e nie ma takich edyktw, po ktrych soce nagle zganie lub rzeka zatrzyma si w biegu. Dlatego nie wolno wydawa podobnych rozkazw. I z tego powodu niestrudzenie kaza mi sprawdza, co moje pomysy mog spowodowa. Nie naprawiaj wiatru i nie ka ludziom chodzi na rkach" - mawia. Oznaczao to, e s rzeczy zbyt wielkie i skomplikowane, by mogy toczy si inaczej ni swoim naturalnym torem, oraz edykty tak uciliwe, e poddani bd

starali si ich nie wykonywa jak to tylko bdzie moliwe. I nic na to nie mona poradzi, bo gdzie tu zaczyna si kres wadzy. Tylko e kapani Podziemnej o tym nie wiedzieli. Na kadym kroku widziaem prby rozkazywania wiatrowi i nakazy chodzenia na rkach. Nie powinienem tak myle. Nie byem ju ani nastpc tronu, ani tym bardziej cesarzem. Byem Pryszczatym" Agyrenem. Gupkiem, adeptem wielkiego kapana, siedzcego obok na kole. Ogarna mnie wcieko, ale wbiem tylko wzrok we wasne sanday i peen odpadkw rudy py ulicy. Kiedy nasz wzek potoczy si pustymi ulicami, na ktrych nie byo nic prcz mieci i rozpadajcych si chaup z kamienia i cegy muowej, Brus podnis mask, ukazujc spocon i czerwon z gorca twarz. Maska miaa dwie czci. Jedna siedziaa na gowie, a drug, t z twarz, mona byo podnosi i opuszcza w razie potrzeby niczym wieko. Narzuci kaptur opoczy i nachyli si w moj stron z koza. - Nie mamy wyjcia - wyszepta. - Jestemy kapanami i musimy i na noc do wityni. Nigdzie indziej w miecie nie znajdziemy noclegu, nie wywoujc podejrze. Poradzimy sobie. Pamitaj nasz bajk i nie odzywaj si. Bez tego przebrania by moe nie przejdziemy mostu. - Lepiej ju byo zosta w krzakach obok drogi, synu Piounnika! Zrzumy te szmaty i przeczekajmy w zauku, jak zwykli podrni - wymamrotaem ledwo syszalnie, pilnujc si, by nie podnie gosu. Ale wiedziaem, e Brus ma racj. Tylko przejcie z wielk pomp w strojach kapanw mogo mnie uchroni przed dotkniciem staruchy na mocie. Przed miertelnym municiem jej palcw i spojrzeniem oczu pokrytych zotym bielmem. Do, oko Matki..." Wzdrygnem si, Brus otar pot z czoa i z trzaskiem zamkn mask. Jego twarz znw znikna za blaszanym, dugim obliczem niewyraajcym niczego. Czerwona Wiea staa na duym, okrgym placu. Bya paskudna. Widywaem wiele przernych wity. Niektre miay budzi w wyznawcach nabony lk, inne powodowa podniosy nastrj, a niektre skania do gbokich myli, odlegych od codziennych spraw niczym rozgwiedone letnie niebo. Czerwona Wiea troch wygldaa jak te dziwne kamienne ksztaty, ktre widuje si w grotach i jaskiniach. Na dole szeroka, zwaa si ku grze, zwieczona dziwacznymi, wysokimi blankami, ktre przypominay rogi lub ky. Wygldaa na co, co wyroso samo, a nie zostao wzniesione przez kamieniarzy, cieli i architektw.

Na placu panowa chaos i tok. Niemal cay zapchany by wozami penymi durry, beczcymi kowcami i czerwonymi bawoami, wrd tego krcili si onierze i rni ludzie w strojach wyszych kast. Wszystkie ulice prowadzce do placu zamknite byy przez wojsko i zakorkowane przez tum, ktry sta i w milczeniu gapi si na cae widowisko. Kowce beczay, bydo wydawao z siebie rozpaczliwe porykiwania i doprawdy nie trzeba byo wieniaka, eby wiedzie, e te zwierzta od wielu godzin nie dostay pi. Kiedy podjedalimy, tum wolno odwraca si w nasz stron i opada na kolana. Jak od wjazdu do miasta, przemierzylimy ulic wrd pochylonych gw i grzbietw. Placu bronia najeona zaostrzonymi erdziami drewniana krata, podparta z tyu drgami. Dwaj onierze piechoty, stojcy po drugiej stronie, na nasz widok odcignli zasieki na bok i wpucili do rodka. Z boku wznosia si surowa brya garnizonu, naprzeciwko niego kamienny chram Krzewiciela. Chyba, bo wszystkie rzeby porozbijano, a gowa przyjaznego ludziom giganta leaa u podna schodw. Na drzwiach namalowano znak Podziemnego ona. Szedem obok wozu, czujc dziwne zmczenie. Cay mj strach wypali si na mocie na widok staruchy z wycignit rk. Wypali si i moje ciao byo wewntrz niczym zwglone. Wydawao mi si, e nie zdoam zrobi kolejnego kroku i waciwie pragnem tylko, eby ju nas zdemaskowano i zabito. Patrzyem na ogie huczcy przed murem garnizonu oraz dugi korowd ludzi wdrujcy pomidzy szpalerami onierzy i ciskajcy w pomienie zwoje. Listy, opowieci, traktaty i poematy. Spaday w huczcy ogie, a potem wznosiy si jako ponce, czarne ptaki. Jedne mwiy to, drugie tamto. Jedne sawiy, inne przeklinay. Niosy ze sob wtpliwoci, tsknoty i marzenia. W Domu Stali uwaalimy, e zwoje s cenniejsze od zota. e zawieraj myli i dusze tych, ktrzy ju dawno odeszli Drog Pod Gr, a mimo to nadal mog piewa, naucza i zdumiewa. e zwoje yj. Mj dziad powoa specjalnych urzdnikw, ktrym naleao oddawa kady niepotrzebny zwj, z wyjtkiem zapiskw zupenie prywatnych. To oni decydowali, czy mona je zniszczy, czy zachowa. Za celowe zniszczenie zwojw grozio pi lat galer. A teraz wszystko to szo do ognia. Po co roznieca ogie w duszy? Po co sprawia, by czowiek tskni za czym, co niedostpne albo niemoliwe? Dlaczego zachwyca si pewnymi mylami, a inne zbywa wzruszeniem ramion? Lepiej, by wszystko stao si jednym.

Jest jedna tylko ksiga. Kodeks Ziemi. Tam mona znale to wszystko, co wane, a reszt niech pochonie ogie. Jest tylko to, co teraz i przed nosem. S przykazania Matki i przyszy wiat, kiedy Ta, Od Ktrej Wszystko Wyszo I Do Ktrej Wszystko Powrci, odzyska swoje dziedzictwo. Kiedy nie bdzie dnia ani nocy, kobiety i mczyzny, wody i ognia, tylko jedno. Wszystko, co odwraca myli od tego celu, jest zwtpieniem, wic idzie w pomienie. Ludzie z pkami zwojw w objciach mieli na gowach wysokie czapki z trzcinowego papieru. Kroczyli midzy szpalerami, ciskali swj adunek w pomienie i odchodzili na bok, gdzie ustawiano ich w rosncy tum. Czapki wyglday bazesko i zarazem strasznie. Pomylaem, e nasadzono je przemoc na gowy tych ludzi, jako jaki znak haby. Dym z poncych zwojw snu si nad placem, kiedy podchodzilimy do podobnej do wielkiego, obego pieca wityni. Wszystkie otwory byy okrge, take czerwone, kamienne odrzwia, w ktre wjedalimy. Miay te same mikkie linie, eby kojarzyy si z matczynym onem, ale mnie zdawao si, e przypominaj rozwart paszcz. Stojcy przed drzwiami dwaj onierze rozstpili si, a wrota uchyliy si same, jakby na nas czekano. onierze pilnujcy bramy nie nosili czarno-zielonych kurt mijowego" tymenu ani tarcz ze znakiem zwinitego wa. Ich stroje miay barw krwi, a okrge jak u Kebiryjczykw tarcze oznaczono symbolami Podziemnego ona i maymi podwjnymi ksiycami na grze. witynia zacza tworzy wasn armi. ciskaem w spoconej doni lejce, czuem, jak krew wali mi w skroniach i patrzyem na swoje sanday, kiedy wchodzilimy. Czuem, jakby brama nas poykaa. Jakby poykaa nas sama Podziemna Matka. Uciekaem przed ni od tak wielu dni, a teraz wchodziem do jej siedziby. Gdy weszlimy w bram, uderzy chodny wiatr i niebo zasnuo si chmurami, jak to zwykle bywa pod wieczr na stepowych pogrzach Wschodu. Dla mnie jednak wygldao to tak, jakby w chwili, gdy przekraczaem progi wityni, zgaso wiato. Za bram znw zobaczyem dziedziniec, a to, co braem za kopulasty budynek, okazao si tylko murem, pochyym, niczym odwrcona i pozbawiona dna misa. Przed nami wznosia si nastpna wypuka ciana, a na wprost cigna si wyoona kamieniami droga prowadzca przez szpaler okrgych bram, w kolejnych wypukych murach jedna za drug, oraz dwa korytarze biegnce na boki, te plczce si w mikkich krzywiznach. Wntrze wityni byo kombinacj spiralnych labiryntw.

Zatrzymalimy wz, nie wiedzc, co robi dalej. Te bramy przed nami byy Bramami Tajemnic. Przypomniaem sobie, jak suchaem jednym uchem mglistych i sprzecznych strzpw wiedzy, ktre dotary do nas na temat Kultu Pramatki. Jak ze znueniem znosz brzczcy niczym osa gos nauczyciela i bdz wzrokiem po ogrodzie i pyncych po niebie obokach, a myl o smukych doniach Aiiny na moim ciele. Bya witynia Zewntrzna - tak nazywano wszystko, co mona zobaczy, nie bdc wtajemniczonym. Ograniczone nauki przeznaczone dla zwykych mczyzn, prawa Kodeksu, zasady ycia, nauki Pielgrzymw. Oraz tajemniczy wiat tylko dla wybranych Owieconych oraz kobiet - witynia Wewntrzna. Jakie ofiary, krgi wtajemnicze, Bramy Tajemnic. To wszystko zaczynao si tu, gdzie weszlimy, a o czym wiedzielimy niewiele. Byy tu miejsca dostpne niektrym mczyznom, nieowieconym kobietom, Owieconym, ktrych nie uwaano ani za kobiety, ani za mczyzn, tylko Istoty Jednoci, oraz takie dla kapanek najwyszych, zwanych archimatronami. Gdzie mielimy prawo si uda i jak tam trafi - nie mielimy pojcia. Przeszlimy tylko bram i tu nasza wiedza si koczya. witynia otaczaa skomplikowanymi krgami wie, a sama wiea rozcigaa si i w gr, i w d, do ziemi. Z pewnoci nie moglimy te sta na pierwszym dziedzicu niby osy. - Koo! - sykn Brus przez mask, nie ruszajc si z koza. Zrozumiaem. Chwyciem brzeg wozu i, natajc wszystkie siy, uniosem go lekko, po czym kopnem w piast tego samego koa, ktre ju raz naprawilimy. Wydao mi si, e skrzywio si delikatnie, niemal niezauwaalnie. Brus ledwo dostrzegalnym ruchem dgn onagery trzcin i wzek szarpn do przodu, wjedajc obrcz prosto na wystajcy z bruku kamie. Rozleg si trzask, zwichrowana piasta przesuna si na osi, a dwukka pochylia si i stana. - Pryszczaty ole! - wrzasn Brus przez mask i smagn mnie trzcin. - Jeste tak tpy, jak kady syn ksiyca! Naprawiaj to teraz, gupcze! Pozostao mi tylko krzta si niezdarnie wok wozu, duba w nosie i nieudolnie szturcha skrzywione koo. Teraz moglimy bezkarnie czeka, a si co wydarzy. Ten, kto po nas wyszed, by wysoki i to wszystko, co umiaem o nim powiedzie. Szata kapanw jest tak wymylona, e ksztaty ciaa gin w jej fadach, okrgy, sztywny od haftw naramiennik, wygldajcy jak przewieszona przez ramiona pelerynka w ksztacie koa, nie pozwala stwierdzi, czy noszca go osoba ma piersi. Twarz kryje maska. Ale nawet kiedy wysannik rozmwi si ju z Brusem i poprowadzi nas przez Bramy Tajemnic, gdzie odsoni twarz, nadal nie

wiedziaem, czy mamy do czynienia z kobiet, czy mczyzn. Czowiek ten mia wygolon gow, umalowane na karminowo wargi, powieki pokryte zotem i turkusem. Na czole i policzkach wytatuowane spirale. Twarz Brusa za wygldaa normalnie. Co gorsza, nosia lady wyniesione z pl bitew, policzek przecinaa duga blizna, a skr wypalio soce. Jego czaszka pokryta bya zadrapaniami i strupami po pospiesznym goleniu. Nie mia tatuay. W niczym nie przypomina biaej, malowanej istoty, ktra prowadzia nas przez kolejne bramy. Dlatego nie zdj maski. Miaem nadziej, e poczytaj to tylko za wynioso wanego kuriera, ktry gardzi prowincjonaln wityni. - Oddalanie si od wozu jest niewaciwe. Podruje nim Sowo. Przerwa w podry take zwiastuje kopoty - tumaczy Brus w gardowym argonie Mowy Jednoci jeszcze zanim ruszylimy, po czym sign za pazuch po znak skorpenicy. - Gdzie Sowo bdzie bezpieczniejsze ni w domu Matki? - odpar kapan, skadajc malowane w spirale donie i chylc ys gow. Mia gos, ktry mg by wysokim gosem mczyzny albo niskim kobiety. - Rozkaz zostanie wydany adeptom. Wz, zwierzta i adunek zostan potraktowane z najwiksz starannoci. Brus jednak wydoby zawinitko ze skrytki w kole i poda mi. Skrzynia bya dziwnie cika jak na swoj wielko i przeraliwie zimna. Nawet przez paszcz ksaa mi skr, jakby leaa przez noc na mrozie. W dawnym jzyku nie ma sw ja", ty", a rwnie on" lub oni". Nie mwi si: jestem godny", tylko: o tej porze dnia czuje si gd" albo ostatecznie: ten, kto nie jad, odczuwa gd". atwo si pomyli i trudno co powiedzie. Brus postara si nawet, eby jego donie z poamanymi paznokciami, z wartym w skr brudem szlaku i tygodni tuaczki pozostay skryte w rkawach. Wiedziaem take, e z pewnoci obaj cuchniemy. Nie czuem ju tego, ale nie mogo by inaczej, skoro nie mielimy si gdzie umy. Ostatni raz w gocinie u Lemiesza, syna Szkutnika, Amitraja, ktry udawa Kirenena. Lecz to byo przed paroma dniami. - W Wewntrznych Krgach maska nie jest niezbdna wrd tych, ktrzy si spotkali zauwaya chodno prowadzca nas istota. - Twarz jednego nie ma znaczenia. Jeden nie istnieje. Wane jest Sowo i jego droga na chwa Matki. Niefortunna przerwa w podry musi by jak najkrtsza.

- Wypoczynek w miejscu bezpiecznym dobrze suy Sowu - odparowa kapan. - Chroni je przed zem, a temu, kto je wiedzie, pozwoli zdwoi wysiki. Woda, szata i strawa to rzeczy, ktre potrzebne s, gdy si wdruje przez pknity wiat peen samolubnego za i chciwoci. I tak sobie gawdzilimy, idc wzdu wijcych si niczym we zakrzywionych cian. Kilka razy skrcilimy w okrge przejcia na kolejne korytarze i stao si dla mnie jasne, e nie wyjd std bez pomocy. Krty jak grska rzeka pasek nieba nad gow by wci taki sam, a na cianach powtarzay si identyczne reliefy. Nie zauwayem niczego, co pomogoby mi samemu znale drog. Czuem jednak, e kto tu jest. Czasem syszaem z tyu kroki i przystawaem, a wtedy kroki milky. Rozgldaem si i ktem oka udawao mi si zowi jaki szybki, rozmazany ruch. Niewyran plam barwy szkaratu, ale nic wicej. Moe by to jaki odblask, moe bysk w moich zmczonych strachem oczach, moe syszaem tylko echo odbijajce si od zakrzywionych, murowanych cian...? Mury wityni otaczay czasem niewielkie, okrge podwrka, a pod krzywymi cianami wida byo koliste wejcia do jakich mrocznych pomieszcze, podobnych do pytkich pieczar. Wydawao mi si, e wewntrz niekiedy co si porusza. Przewodnik wskaza nam jedno z nich, skoni si oszczdnie i poszed sobie. Sufit okaza si krzywy, jakby pomieszczenie byo lec beczk. Porodku sta nowy elazny piecyk, a na kamiennej pododze lea gruby, wyszywany materac. Oprcz tego zobaczyem jeszcze maty, amitrajski stolik z bawolego rogu, tak niski, e trzeba przy nim siada na ziemi, oraz may kamienny posek Pani niw. Taczcej brzemiennej kobiety z sierpem i mis, o twarzy potwora, zwieczonej czepcem z plonw. Sta w pytkiej ciennej niszy, owietlony oliwn lampk. Pooyem na ziemi skrzynk zawinit w zesztywniay od zimna paszcz i zaczem masowa przemarznite, stae z wysiku ramiona. Brus wsun si do niszy przez niskie drzwi i natychmiast pad na kolana przed poskiem. Otworzyem usta, ale nic nie zdyem powiedzie. Usyszaem, jak Brus mamroce, opierajc pici o kamienn posadzk i dotykajc czoem podogi. - Matko... od ktrej wszystko wyszo i do ktrej wszystko powrci. Ty, ktra rodzisz, ty, ktra karmisz, ty, ktra dzielisz, ty, ktra odbierasz. Wszystko, co urodzisz, sama poresz, bo

wszystko jest twoje. ono, wieczny krgu, kwiecie, owocu i nasieniu, pocztku i kocu, sio Matki... Zamarem z potwartymi ustami. Z min, jakiej nie powstydziby si Agyren Kysaldym, pryszczaty gupek. Znalelimy si tu zupenie sami, w pustym pomieszczeniu podobnym do glinianego kocioka. Nie byo tu nawet ktw, w ktrych ktokolwiek mgby si skry. Klczaem na pododze i patrzyem na mojego przybocznego. Mojego przewodnika i obroc. Patrzyem, jak trzykrotnie dotyka czoem podogi, jak podczoguje si na klczkach do poska i siga po poduny, podobny do czarnego pira przedmiot lecy w niszy. Po may n z czarnego obsydianu. Nic nie mogem poradzi, e widziaem teraz jedynie skulonego w fadach czerwonej szaty kapana Podziemnej, skrytego za dug mask podobn do gowy srebrnego szerszenia. Patrzyem w milczeniu, czujc, jak mrz, ktry zwarzy mi rce, rozlewa si drtw fal na cae moje ciao, jak lodowe igy cinaj twarz i serce. Brus uj w jedn do noyk i przeci swj kciuk. Wpuci trzy krople krwi do miski w prawym rku Pani niw, po czym rozmaza posok na zbatych ustach i kroczu figurki. Chroni mnie. Zabija dla mnie. Prowadzi przez kraj spalony witym ogniem. Dlaczego miaby zdradzi akurat teraz? Wiedziaem to, a jednak nieufno zapona w mojej duszy i tlia si nadal. Niczym iskra w mchu. Brus odoy kamienne ostrze, wyprostowa si i dopiero teraz unis i zdj mask. Zobaczyem, e majstrujc przy niej, na chwil zoy do w pi i dotkn kciukiem ust. W wojskowej mowie gestw oznaczao to milcz!". Poczuem ulg, lecz strach nie min. Brus wydoby z zanadrza szaty chust i przetar ni zlan potem twarz. Usiadem i oparem si o cian, a kiedy mj wzrok przywyk do mroku naszej izby, zobaczyem smuky, gliniany dzban z wod. Brus kopn mnie w bok, zanim jeszcze ujem szyjk dzbana. Zwaliem si pod cian, czujc, jakby pkay mi ebra, srebrny kubek potoczy si po pododze. - Nie sigaj parszywymi rkami, synu ksiyca! - wrzasn. - Ile czasu upynie, zanim wybij z ciebie pody egoizm twojego rodzaju! Nie sigaj pierwszy! Kto pije najpierw, parszywy psie? Spojrzaem na niego, lecz pocita bliznami i spalona socem twarz wyraaa jedynie wcieko.

Dysza przez chwil, po czym szybko spojrza w bok i w gr. Na jedno mgnienie i znw wlepia we mnie spojrzenie czarnych, bezlitosnych oczu. - Najpierw Matka, potem... ee... archimatrony... potem istoty owiecone, potem eee... ja wybekotaem gosem idioty, pocigajc nosem, klczc z piciami na posadzce. - Potem cry ziemi, psie! - wrzasn. - A dopiero na kocu taki pies jak ty! Tylko kij moe rozjani twj mtny ksiycowy eb, niech wszystko stanie si jednym! I jeli jeszcze raz zaklniesz ja", wyrw ci jzyk! Podszed do dzbanka, zgarn z podogi kubek, nala do niego wody. Najpierw j powcha, pniej zwily palec i przytkn do swojej wargi. Po chwili umoczy koniuszek jzyka i czeka duszy czas, nim wypi maleki yk. W kocu skin niemal niedostrzegalnie gow i, wypiwszy cay kubek, rzuci mi go pod nogi. Potem w milczeniu siedzielimy pod glinian kopu celi. Brus przetar szmat wntrze swojej maski, nasadzi j na gow, unoszc jedynie cz przeznaczon do zakrywania twarzy. Splt nogi, donie opar na kolanach i zamkn oczy. Siedziaem naprzeciw niego, waciwie pleaem na jednym boku, zerkajc przez okrge wejcie na brukowany dziedziniec. Pod nachylonymi cianami majaczyy ciemne, koliste otwory do takich samych cel jak nasza, ale nie potrafiem w nich niczego wypatrzy. Wydawao mi si tylko, e czasem w mroku widz jaki ruch, lecz mogo to by zudzenie. Panoway zupena cisza i martwota. Tylko niewielkie, zielonkawe ptaszki skakay po kamieniach podwrza. witynia bya stara. Stara i do niedawna by moe porzucona. Warstwa wapna odpadaa od murowanych cian, liszaje znaczyy wyblake freski, w niektrych korytarzach poniewieray si jakie stare graty i mieci. Jak to si stao, e podupady kult Pramatki nagle podwign si na nowo? Jak doszo do tego, e go zlekcewaylimy? Mielimy Wiedzcych, najpotniejsz na wiecie armi, szpiegw i strategw. Wystarczya szalona prorokini, p roku suszy i jedna noc. Jedna noc, w ktr wszystko runo. Bogate, ttnice yciem imperium zmienio si w pobojowisko. Z caego Tygrysiego Imperium zostalimy tylko ja i Brus. I moe jeszcze gar niedobitkw bkajcych si po lasach. Oraz szlachetni szalecy, tacy jak Lemiesz, syn Szkutnika.

Zapaem si na tym, e rozpamituj. Marnuj energi yciow na prne, bolesne rozwaania, ktre zmcz mnie i osabi, a nie zmieni niczego na lepsze. Miaem dach nad gow. Bolay mnie jedynie nogi oraz ebra w miejscu, gdzie trafi kopniak Brusa. Ugasiem pragnienie, a z powodu cigego strachu nie czuem godu. Na razie mnie nie zdemaskowano. Byem zbiegiem. Nic wicej. I powinny interesowa mnie tylko sprawy zbiega. Rozterki waciwe dla cesarzy powinienem zostawi cesarzom. Czuem piekielne zmczenie, wic powinienem spa. Zbiera siy. Bd mi potrzebne jutro. Spaem krtko i czujnie, wic poderwaem si natychmiast, kiedy doszed mnie odgos krokw. Zbliay si dwie osoby. Jedna w drewnianych chodakach, druga w mikkich filcowych butach na rzemiennej, plecionej podeszwie. Gdy otworzyem oczy, Brus mia ju mask na twarzy, poza tym siedzia tak samo nieruchomo jak przedtem. Ogolony na yso stary mczyzna w chodakach uklk przed nasz jam i pochyli gow. Mia na sobie bur szat podobn do worka oraz sigajce kolan postrzpione spodnie. Obok niego kto sta, lecz widziaem tylko drobne stopy w sandaach, moe kobiety lub dziecka, i skraj czerwonej szaty. - Przyniosem straw i wod, owiecona istoto... mdroci Matki... Postawi na ziemi drewnian tac podobn do pudeka, wczoga si do celi i zastawi niski stolik malowanymi pudekami i czarkami. Spojrzaem na st. Miska gotowanych warzyw, pieczone pieroki katmul, par plackw chleba, kostki fasolowego sera, drewniane szczypce do jedzenia. Brus podnis misk z parujcym warzywnym hyszmyszem i podsun do srebrnych nozdrzy swojej maski. - Nie spoywa si cia dzieci ziemi. - Jego gos zabrzcza odraz. - Tylko Pramatka moe je pore. W tej potrawie wyczuwa si obecno ciaa ryb oraz przyprawy. Grzeszne przyprawy, ktre osabiaj ciao i ducha, s te grzechem dla zdrowia. Ta ywno jest nieczysta i winna by zabrana. Chleb, ser i woda wystarcz dla pokrzepienia ciaa, duch za naley do Matki. Odstawi misk, po czym nerwowo wyj chustk i zacz wyciera palce, ktre owiaa para. Drugi przybysz w szacie, ten, ktrego stopy widziaem, nagle kopn klczcego posugacza w bok. Usyszaem guchy omot i stumione stknicie. - Ksiycowy kole! Pomylie miski, cuchncy capie! Zhabie wityni!

Przybysz pad na kolana z piciami na bruku dziedzica obok wijcego si z blu starca i schyli wygolon gadko gow o drobnej czaszce. Jedno rami mia nagie, a na czole namalowany czerwieni znak: rozdwojona linia, koczca si bliniaczymi spiralami. Unis twarz. Zobaczyem oczy, wykrj ust oraz brwi i uznaem, e najprawdopodobniej to dziewczyna. Adeptka. W jej rysach byo co niepokojco znajomego, lecz nie wiedziaem, co. - Niewybaczalne! Zdarzyo si co haniebnego! - woaa. - Sudzy wojny mog czasem dostawa ywe ciao w potrawach, dozwala to przykazanie prorokini. Ten knur pomyli miski i obelywie przynis nieczyste potrawy przeznaczone dla ksiycowych psw. Spotka go surowa kara, niech wszystko stanie si jednym! - Chleb, ser i woda - powtrzy Brus. - Reszta winna by zabrana. Zostalimy sami, nadal nie mwic ani sowa. Zapamitaem lekcj, ktrej udzieli mi, kiedy prbowaem napi si wody, wic nawet nie drgnem. Brus odmwi krtk modlitw dzikczynn, po czym powtrzy to wszystko, co robi przedtem z wod. Dotkn warg kawakiem chleba, po duszym czasie przeu may kawaek i wyplu go na do, potem, odczekawszy znowu, urwa ks, ktry zdecydowa si zje. Uznaem, e w ten sposb sprawdza, czy jedzenie nie jest zatrute. Moe i byo to roztropne, ale uznaem, e przesadza. Podobnie jak odesanie duszonych warzyw i pierokw. Skoro ju nas poczstowali, chtnie zjadbym co, co nie byoby jedynie chlebem i wod. Patrzyem, jak je niespiesznie, po czym wykada resztki na tac i pcha j po posadzce w moim kierunku. Zjadem suchy chleb, kwanawy fasolowy ser o ostrym, nieprzyjemnym zapachu i wypiem kubek wody. Nadal nie czuem godu i miaem nadziej, e ju nic wicej si nie wydarzy. e pozwol nam siedzie do rana i wypuszcz w dalsz drog. Nie czekaem jednak dugo, kiedy usyszaem znw szuranie ng po kamieniach i kto nadszed. Ten sam kapan, ktry przeprowadzi nas przez bram. Wygldao na to, e nie umiej tu znale sobie adnego zajcia. Istota o malowanej twarzy przyklka w niskim wejciu, wypeniajc je cakowicie. - Wkrtce Matka poknie soce - oznajmia. - Rogi rozbrzmi Chrem Ciemnoci. Nadejdzie czas wieczornego ofiarowania. Jest w dobrym obyczaju, by poprowadzia je osoba kapaska, ktrej z pokor ofiarowano gocin. To bdzie zaszczyt dla Wiey. Zdrtwiaem.

Brus mg zna kilka przypadkowych modlitw, ale skd miaby wiedzie, jak poprowadzi obrzdy? Zrozumiaem, e teraz nie mamy ju szans. Podchodzc tak blisko siedziby Podziemnej Matki, przycignlimy jej uwag. Nie mogo nam si uda. Nie tu pod jej nosem. - Wdrujcy nie ma zwykle do czystego ducha, by zej w wite sanktuarium - oznajmi Brus surowym, zrzdliwym gosem. - Kto rozpozna grzech nawet w misce, bywa dosy czysty, by sprosta spotkaniu z bstwem odpar kapan chodno, a mnie tym razem zdao si, e to chyba jednak mczyzna. - Kiedy rozlega si woanie Matki, nie wolno pozwoli, by naleganie trwao zbyt dugo. Brus podnis si powoli, jakby na plecach mia kosz peen kamieni. - Agyren, nie odchod nigdzie - powiedzia w normalnej mowie. - Pilnuj Sowa. Zrozumiaem, e musz ucieka. Tylko jak? Przez labirynt u stp wiey, przez zamknit bram? A jaki sposb potem przeby most? Majc jedynie szat adepta? Nasze kosze z ubraniami i ywnoci, nasze kije szpiega i wszystko ley na wozie. Miabym zostawi Brusa na pastw wityni? - Miejsce adepta jest przy jego mistrzu - oznajmi kapan. - Czy naley wyznaczy innego? Jak inaczej dokonano by ofiary? Sprawa bya wic skoczona. Musielimy znw wej w labirynt nachylonych cian i ruszy pltanin korytarzy w nieznane. Tym razem jednak poszlimy inn drog, bo szybko znalelimy si na zewntrznym dziedzicu otaczajcym krgiem wie i labirynty. A tu nagle kbi si tum. Kobiety w kastowych, powczystych sukniach, stoczone w rozwrzeszczan gromad. Jedne na co czekay, inne najwyraniej domagay si czego. Niektre siedziay pod cianami, skulone, czasem z opuszczonymi gowami wspartymi na ramionach. Jedne wyglday na podekscytowane, inne na zrezygnowane. Sdziem, e wntrze jest opuszczone i niemal bezludne. Przywykem do pustych, wijcych si korytarzy zamieszkanych tylko przez cienie i echa. Wydawao mi si, e zgiek zosta na placu, za wrotami wiey. Przechodzilimy przez tum, ale tu nikt nie pada przed nami na kolana. Kobiety wycigay rce i albo gaskay nasze szaty, albo kurczowo zaciskay na nich palce. Czego od nas chciay, lecz w zgieku nie byo sycha, czego.

- Nazywa si Ataj Kyrdyga! Musimy dotrze w gry, do naszej rodziny! Jestemy z Ahardym! Oddajcie mi ma! On nic nie zrobi! Ataj Kyrdyga! - Wpucie nas do archimatrony! Chcemy mwi z Matk! - Oddajcie mi syna! Tugaaj Merrek! On jest dobry! To posuszny chopiec! Pozwlcie mi z nim pomwi! On jest chory! Nie moe nosi kamieni! - Matko! Bogosawiestwo dla chorej! Prowadcie do archimatrony. Prowadzca nas istota sza przez tum milczco i niepowstrzymanie, roztrcajc wycignite zewszd rce, a my brnlimy za ni. Kobiety zostay z tyu, przeszlimy przez okrg bram, trafiajc na kolejny wski dziedziniec otaczajcy wie piercieniem. Pomylaem, e naley zabi tego kapana i ucieka. Najlepiej zaraz. Im dalej i gbiej wchodzimy, tym trudniej bdzie si wydosta. Brus jednak szed obok niego zupenie spokojnie. Nie wiedziaem, co zamierza, ale musiaem mu zaufa. Na drugim dziedzicu te trafilimy na ludzi. Siedzieli pod nachylonym murem, na kamiennym chodniku otaczajcym placyk z rozbit, wysch sadzawk. Wszyscy w turkusowych i karminowych szatach Afraimw i Arazymw, z kapturami na gowach. Mimo wytwornych, kosztownych szat wygldali na zmczonych i zmitych, jakby siedzieli tu ju wiele godzin. Na nasz widok podnieli si z ocembrowania sadzawki oraz kamiennych aw pod cianami, po czym opadli na kolana, opierajc pici o bruk. Nasz przewodnik maszerowa energicznym krokiem i najwyraniej nie mia zamiaru przystawa. Po prostu skracalimy drog przez ten placyk. Klczcy jednak nawet nie drgnli. Nie podnieli si z klczek, przegradzajc nam drog barykad wygitych, obleczonych w lnicy, turkusowy lub karminowy jedwab plecw. Kapan zatrzyma si i sapn przez mask z wciekoci. - Wydarza si impertynencja! - warkn. - Przejcie! Jeden z mczyzn unis si powoli. By potny i zwalisty, mia szerok, amitrajsk twarz, teraz czerwon i zlan potem, oraz lnice bkitem, nieprzeniknione oczy. Policzki przecinay mu ukone pasy afraimskiego tatuau. - Jestem Fardih anh Sabaaj z rodu Czyndegaja, z plemienia Afrai. Czekamy tu pokornie ju drugi dzie bez wody i strawy, przysani przez rozkaz naszych witych kobiet. Rd Czyndegaj przez dziesi razy po dziesi pokole chroni pola wityni Pramatki, od rzeki a do spalonych wzgrz. Matki rodu stojcego obok Meraduka anh Urgatala z rodu Tagaaj otaczay opiek stada Pramatki pi razy po tysicu kowiec. Mamy pieczcie. Mamy elazne znaki. Przeklta

cudzoziemska dynastia upada i pody Matki wracaj w jej wadanie, a wszystko stanie si jednym. Czekamy drugi dzie, ale szlachetna archimatrona nie ma dla nas czasu. Zwierzta padaj na placach. Sudzy wojny nie umiej o nie dba. Kowce ami nogi w toku. Zwierzta konaj z pragnienia! Durra ley w stertach i ciga szczury oraz robactwo. Bagamy ci, owiecona istoto, przeka nasze pokorne proby archimatronie. Niech przyle nam sowo prawdy. Pozwl nam zaprowadzi dobra wityni do naszych pastwisk i spichrzy, nim wszystko si zmarnuje. - Hara! Milcze! - wrzasn kapan. - Za chwil Pramatka poknie soce. Podziemne ono jest godne! Jeli przejcie nie zostanie uczynione natychmiast, to wasza krew nakarmi bogini! I bdzie tak, by wszystko stao si jednym, jeli padnie cho jeszcze sowo zwtpienia! - Jestemy posuszni - wyszepta Afraim i zszed nam z drogi, chylc gow. Poszlimy wic dalej, wyszlimy na gwny korytarz, gdzie otwieray si przed nami i zamykay Bramy Tajemnic, rozsuwajc si we wrzecionowatych portalach. Coraz dalej i dalej. A ja czuem, jak za kadym razem, gdy zamykaj si za nami kute odrzwia, ganie we mnie nadziej. Im dalej szlimy, tym robio si ciemniej. W korytarzu snu si dym, wdychaem zapach wonnych zi i olejkw, a gdzie pod spodem przeraajcy, ostry odr padliny. Za trzeci bram nie byo ju nachylonych cian i ciemniejcego nieba nad gow, tylko tunel. Owietlony migotliwymi lampami, ktrych blask pega po kamiennych ciaach wijcych si w ekstatycznym tacu eskich demonw. Lni na upiornie wybauszonych oczach zdobionych bia, perow muszl, na krwawych zbach jak haki, wezbranych piersiach i nagich udach. Wygldao to, jakby pezay po nich ogniste we. Kolejna brama zamkna si za nami, syszaem ponure, niskie buczenie, jak gdyby w mroku zawodziy tysice morskich stworw. Dwik przelewa si i wprawia mj brzuch w drenie. Smrd sta si jeszcze wyraniejszy. Rozsunito ostatnie wrota. elazne, zachodzce na siebie zbami, niczym pionowa paszcza. Dwik spada zewszd, przytacza i podnosi mi wosy na karku. Czuem, e wilgotniej mi donie, a nogi wypenia pynny ow. ycie nie ma znaczenia. Jest tylko mgnieniem - pomylaem. - Przyszedem znikd i wdruj w nieznane. Jest tylko Droga Pod Gr, gdzie czeka mnie spotkanie ze Stworzycielem. Droga Pod Gr jest trudna, bo szlak jest kamienisty. Jest tylko za i kamie. Gdzie wszyscy odchodz, tam i ja pjd, bowiem tam na mnie czekaj. Po to id, by doj. Droga nie jest wana. Droga jest mgnieniem".

Odmwiem modlitw za zmarych, niczym onierz przed bitw. Od tej chwili powinienem uwaa si za nieywego, ale niewiele to pomogo. Rzemie uczy, by koncentrowa si na oddechu. Pilnowa, by powietrze przechodzio przez ciao. e strach rodzi si z myli. Tymczasem wane jest to, co si widzi, a nie to, co moe si zobaczy. To, co si wydarza, a nie to, co si wydarzy moe. Koncentrowa si na oddechu i gasi myli, w ktrych kiekuje przeraenie. S tylko serce, minie i puca. Wntrze wiey byo wielkie, mroczne i okrge, jak misa odwrcona dnem do gry, lecz zwieczone szpicem. Pia si ku niebu, wic stalimy niczym we wntrzu wielkiego pieca. Spojrzaem tam - zobaczyem u gry niewielki krg szarzejcego nieba i zaraz zgasiem myl, e oto widz je moe ostatni raz. Sala przypominaa mroczn jaskini, owietlon tylko jednym snopem wiata padajcego przez koliste okno w cianie wiey, ktry przecina j niczym lanca i pada na niewyrany posg z czarnego kamienia na dnie. Okrga galeria, na ktr wyszlimy, bya najwiksza, ale i nad nami i pod nami widziaem kolejne. Przelewajcy si lament wznosi si i opada, i wypenia pomieszczenie jak gsty pyn. Wydawao mi si, e za chwil zaczn mi krwawi oczy i uszy. To byo jak ryk sonia albo brzczenie olbrzymich niby woy pszcz w pustym pniu. Spotykaem ju w yciu rzeczy, ktre, by poj, trzeba dowiadczy samemu, nie mona jednak opowiedzie o nich sowami. Wiedziaem, e tego dwiku nie zapomn nigdy. Z ciemnego dna pieczary wiao wilgotnym, piwnicznym chodem i lekko trupim odorem. Tego smrodu te nie da si z niczym pomyli, mimo e nie by bardzo mocny. Sup wiata robi si coraz bardziej czerwony. Otwr wyranie wykonano tak, by chwyta wiato zachodu i kierowa je prosto na posg. Chyba bya to wielka sylweta siedzcej kobiety, ale nie widziaem dokadnie. Poblask malowa na niej tylko krwawe byski. Nie moglimy ucieka drog, ktr przyszlimy, bo zamykano za nami Bramy Tajemnic. Trzeba wic bdzie kluczy w tajemniczych korytarzach, po ciemku i na olep. Pdzi przed siebie, starajc si powali kadego, kto stanie na drodze. Za chwil zacznie si jaki rytua. Rytua, w ktrym mamy bra udzia, nie wiedzc, co robi. Co gorsza, mogy to by rzeczy, ktrych aden czowiek nie powinien uczyni. Mamy nakarmi krwi posg? Do czego jeszcze mog si posun, by przey i wypeni ostatni rozkaz mojego ojca? Snop wiata poczerwienia i zgas, a wtedy zapada nagle cisza. I mrok.

A potem zapony krgi lamp na galeriach. Zobaczyem, jak w mroku mrowi si sylwetki w lunych szatach z kapturami, ledwo widoczne w ciemnoci. Widziaem je na galeriach i tam w dole, na dnie jaskini. Piekielne buczenie rozbrzmiao znowu, ale ju ciszej i jeszcze niej. Wydawao mi si, e jest i tskne, i zowrogie. Mroczna, drca pie bez sw, napeniajca mnie smutkiem i rezygnacj. Zupenie jakby zatruwaa dusz. Na dnie jaskini zapona oliwa w trzech wielkich misach, w kadej mona by bez trudu usmay caego barana. Posg by ogromny i dopiero teraz zobaczyem go dokadnie. Nigdy wczeniej nie widziaem wizerunku Podziemnej Matki. Widywaem tylko jej wcielenie zwane Pani niw. Moe zreszt jej crk. Ale Podziemna nie wygldaa na potwora. Olbrzymia, kucajca kobieta, o agodnej, umiechnitej twarzy, o wosach z kwiatw, gazi i owocw. Midzy jej nogami drzema podziemny mrok. W wycignitych rkach trzymaa dzban i kolby durry, jakby chciaa je ofiarowa swoim dzieciom. Ta, od ktrej wszystko wyszo i do ktrej wszystko powrci. Pani Urodzaju. ywicielka i Matka. Trby, jeli byy to trby, umilky. Zapada cisza. A potem zobaczyem wiateka. Dwa rzdy chybotliwych pomykw w doniach zakapturzonych postaci, ktre wytoczyy si na dno jaskini z ukrytych drzwi i okryy posg pkolem. Usyszaem pie. agodn, tkliw pie o ukojeniu w ramionach matki. O sprawiedliwym sercu szafarki dbajcej o swoje dzieci. Pie piewan wysokimi gosami, tak pikn, e poczuem, i piek mnie oczy. agodne gosy dziewczt lub dzieci cisny mi gardo. Poczuem si zmczony, samotny i zaszczuty. Zapragnem ukojenia i spokoju, takiego, o jakim piewano. Zatskniem do innego wiata, w ktrym nie trzeba o nic walczy, w ktrym nikt nikomu niczego nie wydziera, ale wszystko otrzymuje si ze sprawiedliwych rk matki. Ciepo i agodnie, niczym w moim dziecistwie, ktre spdziem w Domu Cynobru, gdzie nie istniej wojna, krew i py. Prowadzcy nas kapan potrzsn ramieniem Brusa. - Czas - powiedzia. Ruszyem niechtnie. Za nic nie chciaem przesta sucha. Krg piewajcych pochyli si rwnoczenie, kadc kaganki u swoich stp, a potem jednym gestem cofn si, odpinajc paszcze, ktre spyny delikatnie na ziemi. Zobaczyem drobne

sylwetki, piersi i bezwose ona. Zobaczyem delikatny rysunek spiral i krgw na ich ciaach i pochyliem si przez kamienn balustrad. Trwao to tylko chwil. - Czas! - warkn kapan jeszcze raz i szarpn mnie za rkaw. Poprowadzi nas na d krtymi kamiennymi schodami, w niszach pegay wiata lamp. Nie baem si ju. Pomylaem, e schodzimy na dno pieczary, tam, gdzie stoj dziewczta i skd wci dobiegaa sodka pie. Byem prawie pprzytomny i nie wiem, dlaczego wydawao mi si, e jako sobie poradzimy. Pomieszczenie, w ktrym w kocu si znalelimy, od pieczary oddziela tylko rzd kolumn rzebionych w bardzo misterne, rolinne wzory. Dziewczta wyday z siebie piewny okrzyk, wznoszc ramiona, po czym obrciy si wok. Osupiaem. Wydawao mi si, e wzrok pata mi figle, e wrd migotliwego wiata, wonnego dymu i plam cienia dostrzegam u niektrych tancerek msko. Niewielk, bezwos i dziwn, ale nad ni piersi, te podskakujce w rytm krokw. - Popiech! - warkn kapan. Kolumny i ciany pokryway wzory. Kwiaty, gazie i owoce zwinite w delikatne sploty. Tylko e nie wyczarowao ich duto kamieniarza. To byy koci. Czaszki, ebra, uchwy, krgi i piszczele poukadane tak, e trudno byo je rozpozna. Widziao si misterne licie, kielichy, odygi i owoce. Do czasu gdy rozpoznaem pierwsz czaszk. Potem zaczem je dostrzega. Wszdzie wok. Pie pyna nadal. Kojca i pikna. Brus i kapan stali nad kamiennym stoem, na ktrym leay rzdem zakrzywione, bazaltowe noe. Gadkie i lnice niczym szpony jakiego ogromnego stwora, o rzebionych kocianych rkojeciach. - Jeszcze szybka aska - mrukn kapan, jakby o czym sobie przypomnia. - Bdzie potrzebna, bo nie uda si skoczy do nocy. Pooy na stole nadziak. Bro podobn do mota na dugim trzonku, ale z kolcem zamiast gowicy. Kolec wyrzebiono z takiego samego bazaltu jak noe. Ostrego, twardego i lnicego niczym czarne szko.

Zgrzyt acuchw i elaza usyszaem pomimo taczcej wci w powietrzu pieni. Uniosa si kuta z grubych prtw krata zamykajca otwr w cianie obok naszej niszy. Zobaczyem ich. Nagich mczyzn, stoczonych jeden przy drugim, o ogolonych pospiesznie i brutalnie gowach, tak samo jak u mnie i Brusa. Stali dugim szeregiem, cinici midzy cianami i mogli i tylko przed siebie, nastpny przytulony do plecw poprzedniego, a za krat wskim przejciem pomidzy dwoma kamiennymi murami prowadzcymi na rodek jaskini. Widziaem, jak dygoc, kto mamrota co monotonnie, kto paka, kto dysza gono i spazmatycznie. Sami mczyni, tylko jedna czy dwie kobiety midzy nimi. Zbici jak bawoy w zagrodzie, o wielkich, szeroko otwartych oczach. Starzy, modzi, niektrzy modsi ode mnie. Usyszaem cichy, dziecicy gos, ktry zawodzi cichutko: - Nie... Jeszcze nie... Jeszcze chwileczk... Prosz... Ma chwileczk... - I zmieniem si w ld. Spojrzaem na Brusa, ale zobaczyem tylko wasne odbicie w lustrzanej masce. Po prostu sta nieruchomo i nawet nie drgn. Spojrzaem na jego do, ktra wysuna si z rkawa. Chciaem si upewni, czy bdzie brudna i ylasta, czy te wiotka i malowana w spirale. Byli podobnego wzrostu. Czy si nie pomyl? Spojrzaem na elazny, krcony prt z osadzonym na kocu bazaltowym kem. Czy zd go chwyci? Szybka aska". Za chwil bdzie ci dana. Brus nadal sta nieruchomo. Czy zamierza przez to brn w nadziei, e domyli si, co robi? A potem szlachtowa tych nieszcznikw, byle tylko wyprowadzi swojego podopiecznego z opresji? Nie chciaem umiera, ale nie chciaem te przey za tak cen. Wybacz, ojcze, zawiodem. Wiem, e zrozumiesz. - Czas! - szczekn kapan blaszanym gosem. - Oczekiwanie jest niestosowne! Naley si obnay! Ciemiyciele zaraz zostan wprowadzeni. Czas na gniew Matki! Czas wyrwna krzywdy wiata! Tak. Czas na gniew.

Czas. Zaczerpnem powietrza i tak jak uczy mj Mistrz Wojny, rozpaliem wewntrzny ogie porodku mojego ciaa. Wrzuciem tam cae zmczenie, strach, gniew i krzywd, zupenie jakbym dokada do pieca. A potem pozwoliem, by ten ogie wypeni mi yy. - S waniejsze sprawy! - rozleg si nagle gos. Potny, kobiecy gos. Spojrzaem na drzwi i ujrzaem sylwetk odzian w paszcz z kapturem. - To zwyke ofiarowanie. Niech zajm si tym ci, ktrzy powinni to robi. Ci, ktrzy wdruj, wiodc Sowo, powinni mwi. Kapan opad powoli na kolana i opar pici o podog. - Archimatrono, hafram akydy. Powiedziaa prawd - rzek. Brus rwnie zoy pokon. Uklkem, jakbym ama stal, ktra zastyga mi w stawach, oparem pici o kamienne pyty i dotknem czoem podogi. Ogie w moich yach nadal hucza. Pon w gowie i podsuwa mi obrazy. Krtkie, ponce, jak uderzenie pioruna. Skok, oboona koci rkoje nadziaka w doni, krtkie warknicie elaza, prosto w ysy, malowany czerep, skok na st, n w drug do. I zaraz sus na schody, cios elazem pod kolana, a wtedy n na gardo. Na y ducha, ktra drga z boku szyi. Obsydianowy pazur, ostry jak odamek szka i twardy niczym diament. A potem - kto nas zatrzyma, jeli poprowadzimy przed sob archimatron z ostrzem na gardle? Piorun bysn i zgas, a ja nie zrobiem nic z tego, co mi podsuwa. Kiedy szlimy kamiennymi schodami w blasku kaganka, pniej przez krte korytarze oplatajce wie, nadal dobiegaa mnie sodka pie o ukojeniu. Wkrtce przestaem j sysze, gdy dobieg mnie pierwszy przeraliwy krzyk. Stumiony, dudnicy gdzie za murami wewntrz cielska wiey. Wyszlimy na zewntrz w pierwszy zmierzch. Na sinym niebie wiea dgaa chmury kolczastymi, podobnymi do rogw blankami, a wok szczytu miotay si kruki, jak strzpy sadzy z poncych zwojw.

Lepiej by ywym ni umarym, zawsze sobie krow ywy zdobdzie; ognisko, widziaem, arzyo si u bogacza - a on lea umary pod drzwiami.

Kulawy konno jedzie, bezrki bydo pasie, guchy moe by dzielny w boju; lepy lepszy jest ni spalony, z trupa nie ma poytku.

(Runathdttr Othins - Pie Odyna o runach)

Rozdzia 3

Wrka i smoki
Skra Deirdre jest gadka jak pergamin. Blada, niemal biaa, typowa dla kobiet z ludu przez wieki mieszkajcego pod pochmurnym niebem, chostanego wiecznym deszczem i wilgotnym, morskim wiatrem. U kobiet, ktrych wosy s naturalnie rude, migocce niczym polerowane miedziane druty, takie jak u Deirdre, pigmentacja jest odmienna ni u pozostaych. Std ta alabastrowa, przezroczysta skra. Powinna jeszcze by piegowata, ale od czego mamy inynieri genetyczn. Dlatego Deirdre Mulligan nie ma za wiele piegw, skaz ani pryszczy. Badam jej ciao delikatnie, sunc wargami przez wzgrza i doliny. Deirdre jest taka, jak jej wyspa. Gadkie rwniny, agodne pagrki. adnych grskich acuchw, niewiele lasw. Na marmurowym, zalanym wiatem wiecy ciele nie ma nic, co mogoby zepsu jego geografi. Tylko mikkie wzgrza i doliny. Pod cienk, przezroczyst skr drgaj mae, twarde minie, kiedy porusza si w moich ramionach. Mam jej twarz tu pod swoj, patrz w zmruone, migdaowe oczy, zielone jak Irlandia. Piknie wykrojone, kapryne usta poruszaj si tu przy moich wargach. Sysz westchnienia. Czuj drobne palce bdzce po moich plecach i barkach. - Obud si, picy Na Drzewie - jczy Deirdre. - Ju czas. Spogldam na ni w przeraeniu, prosto w ptasie oczy, zote, z okrg jak otwr lufy renic. Na poyskliwie czarne pira i sterczcy w niebo otwarty dzib, niczym ostrza sekatora. Pira kocz si na szyi, dalej rozciga si gadkie ciao, blade i alabastrowe, irlandzkie ciao Deirdre. - Obud si! - kracze Deirdre. Krzycz. Krzycz z twarz wtulon w gorcy popi, pod potokami lodowatej wody. Krzycz, lec nagi wrd kamieni i ska, syszc huk pomieni. Dawi si krzykiem i szlochem jak noworodek. Krzycz, krztuszc si pierwszymi haustami pachncego ozonem powietrza. Narodzony z drzewa i pioruna. Jestem samym blem. Blem istnienia. A potem jest tylko deszcz, syk gasncych pomieni, bl i noc. Budzi mnie zimno. I dreszcze. I wiadomo tego, e yj. A kiedy si yje, nie mona trwa w bezruchu i bezmylnej ciemnoci. ycie oznacza ruch. Dziaanie. Czuj caym ciaem kamienie i mokry mech, na ktrym le. Jest mi niewygodnie. To znaczy, e yj.

Budziem si w ten sposb ju par razy w yciu. Najczciej wrd szpitalnej bieli. Zdziwiony wasnym istnieniem, saby i obolay. Ale nigdy jeszcze w taki sposb. Zbieram si w sobie, niezgrabnie i ciko, jak Golem ze zbrojonego betonu. Szczkaj mi zby, lodowaty dygot przenika do szpiku koci. Le w cudacznej pozycji, z powykrcanymi koczynami - szmaciany pajacyk. Widywaem ludzi lecych w takich pozach. Ofiary eksplozji. Zmiecionych przez fal uderzeniow, wtoczonych w to, co znalazo si na ich drodze, bezksztatnych niczym zmite ubrania. Ja jednak chyba jestem cay. Kilkanacie metrw dalej porodku polany ponie ogie. Resztki mojego wasnego pnia arz si i strzelaj syczcymi pod kroplami deszczu pomykami. Dobra. Ogie to ogie. Przy ogniu mona si ogrza. Ogie jest dobry. Naley zacz od ciepa. Inaczej cay ten kretyski cud elektrycznego wskrzeszenia zostanie zmarnowany przez prosty przypadek hipotermii. Moje myli pierzchaj we wszystkie strony jak awica przeraonych rybek. Dopiero kiedy kucam przy arze wypalonego pnia i wycigam donie do ciepa, zaczynam zbiera myli. To ja. yj. Albo to kolejny majak do kompletu z Hvarem, pustyni, warsztatem wujka Atilaainena i kruczogow Deirdre. Siedz z wycignitymi do aru rkami, niczym neandertalczyk, pozwalajc, eby ciepo przepywao mi przez ramiona, ogarniao klatk piersiow i wlewao si w nogi. Moja skra paruje jak w saunie, rozpierzchnite myli powoli i niemiao wracaj jedna po drugiej, zaczynaj znowu tworzy awic. To ja. Posusznie melduj, e znowu jestem". Ubranie rozerwao. Wszystko, co miaem na sobie, nawet buty. Pas, kaftan, koszul. Drzewo pojawio si od rodka. Drzewo, ktre byo mn. Dlaczego zatem siedz przed ogniem, ktry trawi resztki pnia? Byem drzewem, czy drzewo byo mn? Co si pali przed moimi domi? Oto pytania, ktre wyczerpuj list retorycznych dylematw na dzisiejszy poranek. Rzeczywicie jestem jak czowiek pierwotny. Nagi i oszoomiony. Nie mam dosownie nic, nawet ten ogie nie naley do mnie. Myl o sprzcie, ktry zosta w domu Grunaldiego. O Jadranie. Ale te o odziey, maczecie, kocach, mnstwie przedmiotw, ktre zostawiem. To nie tak daleko. Musz dotrze do

Grunaldiego. To najwyej trzy dni marszu. Tyle tylko, e marszu w butach. Przez dolin zamknit grdkiem, ktry podpaliem, penym rozwcieczonych Wy. Potem po skalnej cianie, na ktrej wisi lub nie moja lina. Wszystko na golasa. Niedobrze. Wci dygocc, wstaj niepewnie na nogi i obchodz pogorzelisko, szukajc resztek dobytku. Jaki sukinsyn wisn mi miecz. Mj shinobi ken Nordland Aeronautics. Tego pamitam. Czy byli te inni? Strata miecza boli mnie tak, jakby wraz z nim znikno moje szczcie, jakby zabrali kogo mi bliskiego. Pochodzi z Ziemi. Z domu. Nie zlicz, ile razy uratowa mi ycie. Nie chce mi si szacowa, jakie miabym bez niego szanse dotrwa do tego paskudnego, mglistego poranka. Aktywuj cyfrala. Ot tak, eby pomc sobie w poszukiwaniach i eby poczu si raniej. Aktywuj cyfrala. I nic si nie dzieje. Krci mi si tylko w gowie. I czuj, e w rodku po raz pierwszy od bardzo dawna rodzi mi si strach. Upiorny, mdlcy strach, o ktrym zdyem ju zapomnie. Wraenie jest takie, e a siadam na ziemi i zwijam si na chwil w kbek. Prbuj uspokoi si i jeszcze raz aktywowa swj pokadowy komputer, ale on milczy. Mj pasoytniczy anio str milczy. Miecz to tylko narzdzie. Bez cyfrala dopiero mam przerbane. Mniejsza o tryb bojowy, bez ktrego mam szanse, statystycznie rzecz biorc, wyj z yciem z trzech, moe czterech potyczek. Ale jak wyglda moja odporno, pami, gdzie podziaa si wiedza ze szkolenia? Rozpacz i poczucie bezsilnoci pozwalaj mi lee bezwadnie na mchu, zwinitemu w kbek, trwa to moe ze dwadziecia minut. Potem czuj, e uwieraj mnie kamienie, mokry mech jest niewygodny, r mnie mrwki. Dobra, wystarczy. Wstaj i jeszcze raz przeszukuj polan. Systematycznie i starannie. Wszystko si przyda. Kady strzp, kady drobiazg. Na pocztek znajduj gar zota. Pojedyncze monety rozsypane to tu, to tam, w trawie, tkwice midzy kamieniami. Nieduo. Gwne zapasy, wepchnite do pasa ze skrytkami, zostay w jukach. U Grunaldiego. Byy cikie jak nieszczcie, zreszt nie wybieraem si na zakupy. Akurat zoto jest mi najmniej potrzebne. Gdybym mg wezwa takswk i kaza zawie si prosto do dworu Grunaldiego Ostatnie Sowo, to co innego.

Znajduj resztki pasa, strzpy tkaniny, rozerwane fragmenty czego, co kiedy byo chyba moim butem, obecnie sztywne od wilgoci i niepodobne do niczego. Cay czas przypominam sobie kolejne utracone drobiazgi poupychane po kieszeniach: scyzoryk. Skadany n z mnstwem podrcznych narzdzi i porzdnym ostrzem. Resztki zapasw - kilka kawakw chawy i paskw misa. yk. Fajk. Moja fajka, kapciuch z tytoniem i przybornik. Krzesiwo. Jak y bez krzesiwa? Szukam. Obchodz pogorzelisko po spirali na czworakach, systematycznie przeczesujc traw, mech i kamienie palcami. Wci miotaj mn dreszcze. Staram si nie myle o cyfralu, o zimnie i przenikajcej mnie saboci. upie mnie gowa i pulsuje w skroniach. W klatce piersiowej gniecie paskudny, mdlcy bl. Tam, gdzie tkwia wcznia, wida nierwn, podun blizn pozarastan warstwami, jak na pniu drzewa. Nie rozumiem, dlaczego yj. Grot by dugi na do i przebi mnie na wylot. Drzewce, ktre wjechao w pier, te miao z pi centymetrw obwodu. Masakra. Na pewno serce zostao uszkodzone, przebity worek osierdziowy, opucna, pewnie te tkanka puca. By moe przecite ebro, z pewnoci zgruchotana opatka. Nie rozumiem, skd ten bydlak mia tyle siy. Moe uratowaaby mnie grupa medyczna, gdyby akurat bya na miejscu. Gdyby natychmiast mnie zamrozili. Potem Medevac i prosto na oddzia intensywnej terapii. Moe. Jakie trzydzieci procent szans. Tymczasem najwyraniej wyzdrowiaem. Kolejny cud. W trawie znowu widz metaliczny bysk, ale to kamyk pokryty mik. Mika. Zoto gupcw. Szukam dalej, szperajc wrd kamieni, pod monotonnym krakaniem drcym szare powietrze mglistego poranka. A pniej zaznaczam patykiem miejsce, do ktrego dotarem, i wracam do pogorzeliska, eby si ogrza. Niestety, aru zostao niewiele. Ledwo pega i posykuje wrd wgli. Godzin pniej znajduj n. Mj dugi n w pochwie, w komplecie do utraconego miecza. Ley przynajmniej dziesi metrw od pogorzeliska, wpltany w bezlistne ju gazie jakiego krzaku. Pacz ze szczcia, tulc n do siebie, i tylko przez gow przemyka mi myl, e chyba co nie najlepiej ze mn. Znalezisko przeamuje z pass i szybko znajduj jeszcze rne szmaty strzpy ubrania, rozdarty pkouszek, a wreszcie sajdak z ukiem wiszcy na gazi. Niewiele tego, lecz bdzie musiao wystarczy. uk sprawia wraenie troch zdezelowanego, chyba jednak da si naprawi.

Skadam to wszystko w jednym miejscu - ndzny dobytek, ale lepszy ni nic. Mam przecie n. Czowiek, ktry ma n, waciwie ma wszystko. Majc n, mona zmajstrowa niemal kade potrzebne narzdzie, bro, nawet schronienie. Mona ci, podwaa, rba, piowa i kopa. Nie ma bardziej niezbdnego narzdzia ni n. Wiem to dobrze, bo pamitam czasy, kiedy wadze postanowiy zabroni posiadania noy. Fragment skrzanego pkouszka, ktry mi ocala, nie jest wielki, ale wystarczy na dwa prymitywne mokasyny. Wycinam noem dwa kaway skry o odpowiednim ksztacie, a potem stawiam na kadym stop i obrysowuj wglem. To bdzie podeszwa. Pniej przycinam odpowiednio pozostae skrawki i owijam nogi, tak jak uczono mnie na kursie. Szkoda kouszka, lecz teraz mam buty. Ukadam najduszy kawaek rozerwanego pasa na pniu i odcinam rzemienie. Nie s dugie, ale wi je ze sob i cigam mokasyny, przewlekajc powizany rzemyk przez wywiercone noem otwory w skrze. Pracujc, co chwil rozpaczliwie usiuj aktywowa cyfrala. Niemal odruchowo. Trzs mi si rce. Jestem mokry i przemarznity. Teraz zagadnieniem jest jakie okrycie. Podstawowy problem to ubranie i schronienie. Nie cyfral. Staj plecami do pogorzeliska, dokadnie tak, jak staem w momencie, gdy wyroso ze mnie drzewo. To atwe. Wystarczy odwrci si, eby widok, ktry mam wypalony ju na stae w mzgu, stan mi przed oczami. Dwa zamglone szczyty, tulce si do siebie niczym pdupki. Szarpane linie ska osnute niebieskawym oparem. Widoczne w oddali dwie plamy lasu wspinajce si po zboczach, ponce krlewskimi barwami jesieni. Siedemdziesit trzy iglaste krzewy, pokrcone jakby wyszy spod rki mistrza bonsai. Tak. Tak staem, kiedy moje ciao eksplodowao drzewem. Miecz miaem na plecach. Rozerwao uprz i polecia do tyu, tam, gdzie znalaz go ten przeklty szczeniak. ywy trup, ktry nie ma pojcia, e chodzi po ziemi tylko z powodu chwilowych problemw technicznych. Chodzce zwoki z wyrokiem w odroczeniu na karku. Zodziej, ktry omieli si okra Drzewo. N wisia wysoko z lewej strony, na biodrze. Polecia w kierunku wyznaczonym moim lewym ramieniem, prosto na tamte krzaki. Odlego jakich dziesiciu metrw. Tam go znalazem.

Sakiewka i pochewka ze scyzorykiem wisiay na pasie, troch z tyu za prawym biodrem. Odmierzam odlego krokami. Tym razem nie musz przeszukiwa caej polany, jedynie trjktny wycinek w kierunku, w ktrym przypuszczalnie poleciay moje rzeczy. To, e zmusiem si do jakiego analitycznego mylenia, zostaje nagrodzone: znajduj jeszcze yk i po kouszka. Strzp wielkoci moe dwch doni, jednak akurat ten, na ktrym zaleao mi najbardziej. Lew po kryjc wewntrzn kiesze, gdzie znajduje si pokrowiec z fajk i kapciuch z garstk tytoniu. Eksperymentalne zioa, kupione jeszcze w mijowym Gardle przepady - przecie nie bd po nich paka. Nie nadaway si do niczego. Zbieram gar gazi i dorzucam do ognia, a potem siedz, pykajc z fajki. Wracam do rwnowagi. Oto nowa wiedza: do ognia naley dokada, a nie rozpacza, e ganie. Czowiek nieustannie si uczy. Obok dymu pachncego kadzidlanie suszonymi liwkami rozjania mi umys i nagle dostrzegam wyranie swoj gupot. Nawet nie chce mi si komentowa wasnego stanu. Wstaj i ruszam dugimi krokami tam, gdzie stoczono walk. Ludzie Ognia odeszli jako wskrzeszone przez mg ywe trupy. Odeszli, zostawiajc manierk lec przy kamieniu, paszcz tego wielkiego woja, jego hem, wci spoczywajcy na ciece, ale nade wszystko miecze. Dwa miecze, niewiarygodny kretynie. S krtkie, jako ostrzy przywodzi na myl bardziej narzdzia ogrodnicze ni dziea sztuki patnerskiej, niemniej jest to bro. Podnosz miecz nalecy do pierwszej ofiary mojego nordlanda. Bro wielkiego brodacza. Ten sam, ktry porwa woj, kiedy jego bro pka pod ciosem. Oraz jeszcze jeden, nalecy do kolejnego Czowieka Ognia. Obok rkojeci wci ley jego do, zielonkawa, pokryta przez mrwki. Podchodz jeszcze do krawdzi przepaci i znajduj zapltany w korze paszcz chopaka. Nie jest go atwo dosign, ale wystarczy odrobina wspinaczki i dugi kij z skiem na kocu. Paszcz Wa suy mi nastpnie do wykonania odziey. Najprostszej na wiecie. Kiltu. Wystarczy odci odpowiedniej dugoci pas, okrci biodra, przerzuci przez rami i umocowa paskiem odpitym od manierki. Reszt paszcza przycinam odpowiednio, porodku robi trjktne nacicie, w ktre wkadam gow, i zaimprowizowan jak poncho bluz wi pod pachami kawakami rzemieni. Paszcz olbrzymiego woja jest wielki i porzdny, wic narzucam go na ramiona. Wszystkie szmaty, ktre mam na sobie, s sztywne od lodowatej wilgoci. Paszcz na domiar zego zosta obsikany przez wilka.

Naturalnie zabieram te osierocon strza wbit w upkow gleb i hem brodacza. Podstawowym przygotowaniem do sztuki przetrwania jest tak zwany test cegy". Umiejtno wymylenia, co mona zrobi z dowolnym, przypadkowym przedmiotem, na przykad z ceg, poza budowaniem domw, oczywicie. Taki hem to rwnie kocioek, podrczne kowado, miednica, prymitywna tarcza, kastet, maska, nieprzemakalny kapelusz i tak dalej. Wystarczy pomyle. Zabieram nawet strzpy szmat, fragmenty pasa, z ktrych robi rzemienie. Z kawaka nogawki produkuj toboek, w ktrym umieszczam wszystkie znaleziska, i wi go skosem przez pier. A potem odchodz. Schodz ciek prowadzc w d, na pnoc. Do Ziemi Ognia. Odchodz, nie egnajc przytulonych do siebie szczytw ani jednym spojrzeniem, ignoruj moje wasne ekspresyjne posgi i drzewa wygldajce niczym powykrcane sylwetki Drakkainenw w ataku taca witego Wita. lizgam si na mokrych kamieniach, potykam o korzenie, mam na sobie achmany, ale yj. Jestem saby jak niemowl, trzs mn dreszcze, umieram z godu. Ale yj. yj i jeszcze powalcz. Na dno doliny, ku szumicemu wrd iglastych krzeww i ska potokowi wdruj ponad godzin i ledwo trzymam si na nogach. Pij potem wod na czworakach jak ko, ostronie, eby nie dosta skrtu kiszek, woda jest lodowata i skurcz miady mi jelita, pusty odek wywraca si na lew stron i wywouje torsje. Pucz twarz i przez jaki czas siedz na mchu, czekajc, a oddech wrci do normy. Nadal czuj kierunki w gowie czy to tylko zudzenie? Wydaje mi si, e wiem, gdzie znajduje si kraina Ludzi Ognia, gdzie piekielny boschowski Disneyland wzniesiony przez van Dykena i gdzie jego obkany Zamek Cierni. Tylko e to moe by moje urojenie. Nie umiem aktywowa cyfrala. Obawiam si, e zosta w drzewie. W tym drzewie, ktre byo mn. Moe spali go piorun? Skd mam wiedzie, jaka jest mechanika pieprzonego cudu? Id potem pod prd strumienia, dnem doliny, wrd wznoszcych si po bokach ska, wrd mawki i czasem krakania krukw. Id. Pierwszych ludzi spotykam okoo poudnia. Martwych. Najpierw widz wilka. Jest szary i ogromny, przypomina ciel. Ma pochyy grzbiet, zad niski jak u hieny, ale kb i kark wysokie na ponad ptora metra. Kada apa gruboci mojego uda.

Nieruchomiej, powoli spuszczajc do na sajdak, jednak przypominam sobie, e uk jest uszkodzony, a ja mam tylko jedn strza. Eksplozja, ktra uczynia mnie drzewem, obruszya rolki, poprzestawiaa nacigi ciciwy, uczysko chyba te jest zwichrowane. Cofam wic do i sigam po miecze. Stoj czujnie, z domi na krzy na obu rkojeciach i czekam. Wilk szarpie co midzy kamieniami, przytrzymujc ap, a potem unosi nagle ogromny eb, nastawiajc trjktne uszy. Jey futro na karku, wrd burej sierci strasz si pojedyncze dugie kolce, niczym u kolczatki. Potwr.

Wilk" fajnie brzmi, jednak to bydl way ze trzysta kilo. Jego czaszka ma z p metra dugoci. Z pyska zwisa mu kawa misa, oderwany przed chwil, lecz na ykanym pospiesznie pociu nie widz futra. Jest gadka, zotawa skra. Basior unosi wargi i pokazuje mi zby. Obnaaj si ky, ogromne jak duta, te mniejsze maj dugo mojego kciuka. Cay garnitur byska pod zmarszczon grn warg, z garda zaczyna dobiega niski grzmot, przywodzcy raczej na myl rodzcy si ryk lwa. Stoj nieruchomo, rozpaczliwie usiujc aktywowa cyfrala, cho niewiele z tego wynika. Trudno wyjani, jak to si robi. W normalnym ludzkim organizmie raczej niczego si nie wcza na zawoanie. Lecz obsuga cyfrala jest instynktowna. To si dzieje samo. Nie trzeba zakl ani wysiku. Dziaa wewntrznie, naturalnie, jak gniew albo smutek. A mimo to napinam si cay, dr mi wszystkie minie, zaciskam szczki, jakbym mg si zmusi mj mzg do wejcia na wysze obroty. Wilk bez wysiku, sprycie zeskakuje spomidzy ska i odwraca si w moj stron, jego warkot czuj gdzie przepon, gdy wci bezsilnie usiuj wej w tryb bojowy, jakbym rozpaczliwie naciska martwy wycznik. Patrzy na mnie spod opuszczonego ba, prezentujc bia palisad zbw, jego oczy pon hipnotyzujco brudn, bursztynow barw. Patrz w te lepia i usiuj mu narzuci swoj wol, ale to tak, jakbym chcia zdominowa tygrysa. To nie ujadajcy przy furtce kundel. Jedynym efektem jest struka gorcej krwi toczca si po mojej wardze a do ust i lodowaty dreszcz tncy ciao. Znowu robi mi si zimno, teraz gwnie chyba ze strachu. Wysuwam lekko oba ostrza zza pasa, ale czuj, jakie s mieszne w porwnaniu z t niemal ptonow gr mini i szczk. Zimno ogarnia mnie niczym caun, upie mi w skroniach, widz tylko oczy wilka, brudnote i bezlitosne, lecz paajce jakim rozumnym okruciestwem. Czuj jego ruch, mimo e nawet nie drgnie. Czuj, e wystartuje kilkoma dugimi skokami, a potem bez namysu, na wysokoci tamtego kamienia wystrzeli we mnie jak rakieta. Przy pierwszym kroku zwierzcia wybij si w lewo, odbij stop od skay i rzuc plecami w cian, midzy sterczcy gaz i pie wykrconej grskiej sosny. Jeeli nadal jestem do czego takiego zdolny i jeli zapr si tam nogami, bd mia ju w rkach miecze, a on nie zdoa mnie sign. Przynajmniej nie

od razu. Nos, oczy, gardo. Trzy szybkie cicia, a potem krtka chwila, by wpezn na plecach tam, gdzie jest jeszcze wyej i cianiej. Powiedzmy. Widz to wszystko w jednym, momentalnym bysku, jako jeden ukad. Trwa to uamek sekundy. Wilk zmienia rodek cikoci, pochyla eb jeszcze niej, a ja ju wiem, e skoczy inaczej, e ruszy z innej apy i cay ukad rozpada si byskawicznie, zastpiony przez inny. Teraz unik w drug stron, obrotem, jak torreador, tu przed wyszczerzonymi zbami, z trudnym podwjnym ciciem. Lewa rka odwrconym ostrzem po gardle, prawa z gry w podstaw czaszki, rwnoczenie niczym zamknicie noyc. Zmieniam chwyt lewej doni na odwrotny. Ogarniajce mnie zimno przenika do szpiku koci. Na ciek spada szyszka, po zboczu tocz si mae kamyki. Na chwil zapada gsta, martwa cisza. Patrzymy na siebie. Kruki czekajce dotd na gaziach na koniec uczty basiora podrywaj si nagle z wrzaskiem i wzbijaj nad dolin w miotajc si panicznie chmur, a wilk zaczyna si cofa. Cay czas warczc, cofa jednak grube apy maymi kroczkami, nie spuszczajc ze mnie wzroku. Mija minuta, wilk robi jeszcze kilka krokw do tyu, a ja zmuszam skamieniae minie do wysiku i wychylam si w jego stron. Wtedy zwija si w miejscu i odbiega ranym truchtem. Nie wyglda to na atak paniki, basior sprawia raczej wraenie, e przypomnia sobie o czym wanym. Kruki obsiadaj gazie i znowu zapada cisza. *** Wilk znikn. Drakkainen sta przez chwil nieruchomo, potem osun si na traw i z wysikiem puci ciskane kurczowo rkojeci obu mieczy. - Och, chopie... - wymamrota po chorwacku. - Piczku materi... Chopie... Siedzia i patrzy na swoje donie, zaciskajc pici, jakby nie by pewien, czy zadziaaj. Potok opywa kamienist ach pokryt wirem i skaami, roso na niej te rachityczne drzewko. Trupy leay obok siebie. Trzy. Mody mczyzna z okropnie rozrban szyj, ramieniem i barkiem, najwyej dziesicioletni chopiec ze strza sterczc z karku i jasnowosa dziewczyna z podernitym gardem. Wszyscy mieli wyszarpane kaway ciaa z ud i bokw, ale to uczyniy wilcze ky. Wszyscy troje byli nadzy, wszyscy z rkami wykrconymi na plecy, z opuchnitymi kciukami owizanymi rzemieniem i wszyscy leeli obok siebie, rwno, uoeni twarzami do ziemi. Mieli gadk skr, tylko na barku mczyzny Drakkainen zauway wytatuowany znak, podobny do

skomplikowanego licia. adne nie miao jednak zygzakowatych, wowych znakw na koczynach i plecach. Drakkainen przyklkn przy nich, przytrzymujc jedn rk sajdak z ukiem. Ostronie odwrci ku sobie blad, rozmoczon twarz dziewczyny, o sinych wargach i zamglonych oczach. Na kamieniach nie byo krwi. Krawdzie rany te byy wypukane i blade. Drakkainen wsta i, pochyliwszy si, przeszed szybkim krokiem wzdu strumienia, potem wrci wolno, niemal wszc po ziemi, odwrci par kamieni, przesun delikatnie palcami po piachu i wirze, jakby czyta znaki jakiego tajemnego pisma. - Nie zabili was tutaj... - wymamrota. - Prowadzili korytem strumienia. Dziewiciu konnych Wy na dziwnie podkutych koniach i kilkanacie krabw. Wiedli dwa cikie wozy, zaprzone w jakie pojedyncze zwierzta, ale nie konie. Masywniejsze i powolniejsze. Wozy grzzy i zapieray si o kamienie, wic rozcili wam rzemienie na kciukach i kazali pcha. Byo was omioro. Tutaj wz zapad si na amen i zacz przewraca. Szyk rozcign si i rozerwa, jedcy znaleli si wok wozu i zaczli pogania was pejczami albo czym takim. Kto upad i zostawi lady krwi na skale. A wtedy chopiec zacz ucieka. Tdy... I tdy... Potem brzegiem. Strzelali dwa razy, ale chybili. Dosta dopiero tu, na tej play. W kark. Opad na kolana i wtedy ktry z Wy zapa go jakim lassem albo biczem za szyj. A pniej powlk konajcego na t ach. Wtedy rzucia si na najbliszego jedca, ale ci odtrci. Ty skoczye na kolejnego. Zdoae cign go z konia i powali, kiedy ci cili. Wysoko, z sioda, zasonie si przedramieniem. Ten zaatakowany uwolni si i przerba ci bark. Drugi konny znowu ci i przerba ci szyj. Potem odwlekli was na ach. Ale najpierw - zwrci si do martwej dziewczyny - zgwacili ciebie i dopiero podernli gardo. Tamten y jeszcze, kona z upywu krwi, ale kazali mu patrze. Kiedy umara, uoyli was tutaj. A wozy pojechay dalej. Prosto do Muzycznego Pieka. Wiozy na przykad miso, elazo, skry, sl i saletr. Moe wicej armatniego misa dla naszego czarodzieja z Amsterdamu. Dla wira i eksperymentatora spoecznego, ktremu zachciao si wojny. Vuko wyprostowa si i otrzepa kolana. Zamkn dziewczynie jej potwarte oczy. - Chyba musz zmieni szlak. Za duy tu ruch. Mimo to poszed wzdu strumienia. Mniej wicej kilometr dalej zbocza opady na tyle, e mona byo skrci w las. Szed niczym starzec, odpoczywajc co kilkadziesit metrw. W lesie Drakkainen szpera przez jaki czas w

poszyciu, wreszcie znalaz jakie rosnce wprost z ziemi piropusze, podobne troch do lici palmowych, a troch do paproci. Stkajc z wysiku, powyrywa je, a potem znowu odpoczywa, dyszc ciko oparty o pie. Odci piropusze lici, zostawiajc grube powykrcane kcza, ktre oskroba noem a do biaego wntrza. Znalaz sobie niewielk kotlink z widokiem na prowadzcy dnem strumienia szlak i zapad w niej, chrupic swoje korzonki. Stara si u powoli, ale i tak musia si powstrzymywa, eby nie poyka ich w caoci. - Jebem ti duszu, co za paskudztwo - mrukn. - I jeszcze jakby cuchnie tranem. Pniej wypez ze swojej kotlinki poszuka wicej paproci. Nadjedali stpa, omocc opancerzonymi kopytami o kamienie i piarg, zmczeni, obwieszeni broni, w cudacznych, czernionych zbrojach. Konie oboone pytami przywodziy na myl ryby gbinowe. Wok snua si mga, ostatni z jedcw trzyma buczuk zwieczony czaszk z dugimi wosami, drzewce oplatay taczce we, jak w kaduceuszu z pieka rodem. Ramiona konnych zdobiy zygzakowate tatuae przypominajce stylizowany drut kolczasty. Ludzie We. Drakkainen lea na ziemi zupenie nieruchomo, okryty swoim paszczem, z twarz wtulon w pachnce grzybami licie i marzy o granacie rcznym. Ceramicznym, z wkadem kulkowym. Dzielio ich z dziesi krokw, a on lea na zboczu, skryty wrd lici, kilka metrw nad ich gowami, w mroku boru. Jeeli nie mia straszliwego pecha albo nie zrobi jakiego gupstwa, nie powinni go zobaczy. Jeden z Wy odezwa si, ostrym, rozkazujcym tonem i Drakkainen omal nie podnis si z kryjwki. Odpowiedzia mu drugi i obaj rozemieli si, ale sowa brzmiay, jakby bilardowe kule spaday na wirowate dno strumienia albo jakby kto wsadzi elazny prt w szprychy koa. W dwikach, ktre Vuko sysza, nie byo nic choby podobnego do zrozumiaego sowa. Tylko zgrzytliwy szwargot, gardowe pochrzkiwania i kanciasty gruchot obcej mowy. Nie rozumia nic. Nic. We mwili jzykiem Wybrzea agli. Jzykiem, ktry niedawno brzmia dla Drakkainena rwnie znajomo, co jzyki na Ziemi, a teraz by tak zrozumiay, jak zawodzenie wielorybw i wycie wilkw. Wydawao mu si niemoliwe, eby by w stanie powtrzy takie dwiki, a co dopiero je zapamita.

Jedcy odjechali, zapada cisza. Drakkainen usiad w kotlince i owin si paszczem. Siedzia nieruchomo, poruszaa si tylko do z noem oskrobujca jadalne kcze paproci. Powoli, z chor, nadprogramow systematycznoci. Bez koca. Zeskroba wreszcie korze na wiry i rzuci noem w ziemi pod nogami, a potem dalej siedzia. Dugo. - Dobra, pieprz to - powiedzia lasowi. - Mog operowa z goym tykiem, bez miecza, bez wsparcia. Ale z pustym bem ju nie da rady. Przykro mi. Koniec misji. Zacisn zby i hukn potylic w pie. - Pewnie. Wystarczy tylko przebi si do domu Grunaldiego, gdzie nie bd w stanie si z nikim dogada, odzyska radiolari i wezwa prom ewakuacyjny. Sorry, Ostatnie Sowo, ale lepiej nawiewaj z kraju. Mj rodak niestety sta si jakim wszechmogcym, pieprzonym magiem i rozpirzy wam tu wszystko w drobny mak. Umie zamienia ludzi w drzewa, oywia trupy i upiory, lata w powietrzu, istny kopany Nosferatu. Wic wsiadaj na okrt, przyjacielu, i spierdalaj, zanim przerobi ci na posta z Boscha, Breughla lub Picassa. A prom przyleci albo nie. Misja jest nielegalna, przyjacielu. Jeli wracasz z rozbitkami, moe po ciebie przylec. Ewakuacja uczonych jako uzasadni naruszenie przepisw. Cenne informacje to te byby jaki argument. Mona cign agenta po cichu i warto ryzykowa. Ale po popapraca, ktry si zepsu, nic nie osign i niczego si nie dowiedzia, nikt nie bdzie wysya promu. Zacisn powieki i jeszcze raz grzmotn potylic w pie, a zadudnio. - Wcz si, cierwo! A potem znowu milcza. Wreszcie splun siarczycie, podnis n, otar o kilt i ostronie wsun do pochwy. Wsta, przewiza si swoim zawinitkiem, narzuci paszcz na ramiona i poszed przez las, wzdu strumienia. Ostronie i jak najciszej. Raz i drugi zatrzyma si nagle, zerkajc czujnie przez rami, z doni na rkojeci miecza. Potrzsn gow i ruszy znowu. Wypatrzy sobie niezbyt stromy szczyt u wylotu doliny, jakie ptora kilometra dalej i postanowi go zdoby. Rzut oka z wierzchoka mg upewni Drakkainena, czy prawidowo ocenia kierunki, czy te ma jakie fantazje. Wybra tras i zacz interesowa si miejscem na nocleg. W normalnych warunkach, majc dostp do wody, mg nie je z tydzie, jednak nie mia pojcia, w

jakim jest stanie. Czu si dziwnie i, szczerze mwic, nie za dobrze. Krcio mu si w gowie, wic co kilkaset metrw musia przysiada, apa oddech i czeka, a serce si uspokoi. Przynajmniej czu, e ma bijce serce, a nie rozdarty ostrzem wczni strzp. Kiedy ociera mokr od potu twarz, czu, e to normalna ludzka skra, ktra poci si, marznie, a zadrapana krwawi. Skra, a nie zdrewniaa, szorstka kora. Od pewnego czasu widywa ktem oka jakie pywajce plamki wiata, tu na granicy pola widzenia. Mroczki. Mogy oznacza przemczenie, osabienie albo i zapa. Co gorsza, pojawiay si i znikay, a za kadym razem niespodziewany ruch na krawdzi wzroku wywoywa alarm. Jakby mia nie do zszargane nerwy. Kilkaset metrw dalej uzna, e to nie s zwyke mroczki i zaniepokoi si na serio. Efekt nie przypomina srebrnych iskier pywajcych bezadnie na brzegu pola widzenia. By raczej podobny do wietlnego bliku. Zajczka puszczanego lusterkiem, ktry sprawia wraenie, e posiada wol i celowo si z nim drani, podkrada z boku, po czym przy jakimkolwiek ruchu gowy czmycha. Kiedy zszed ju w dolin i ruszy w kierunku wznoszcego si przed nim szczytu, widywa to ju co chwil. Jaskraw plamk wiata wdrujc rwnolegle z nim. By w stanie obserwowa co ktem oka, jednoczenie patrzc przed siebie, wic zauway, e wietlny zajczek, ktry powinien by po prostu bdem pracy kory wzrokowej albo chwilowym przekamaniem siatkwki, kryje si za pniami drzew i skaami, e przemykajc wrd ska szlaku, owietla je niewielkim krgiem jak latarka, e w tym blasku dba i kamienie przez uamek sekundy rzucaj dodatkowy cie. Rozejrza si po skaach i turniach, usiujc wypatrzy artownisia, ktry puszcza zajczki. Kto mg chcie zwrci jego uwag bez wrzaskw, dosy nierozsdnych w grach, w ktrych toczya si podjazdowa, szarpana wojna. Wystarczyo zapa bysk soca na ostrze noa albo krawd tarczy. Tylko e po pierwsze, wtedy staraby si zawieci mu w twarz, po drugie, raczej sam pozostawaby widoczny, po trzecie, byo pochmurno. To wyczerpywao list rozsdnych wytumacze, wic Vuko po prostu szed dalej. Szlak, ktry najwyraniej upodobay sobie oddziay podjazdowe van Dykena nie by najlepsz tras i Drakkainen jak najszybciej chcia z niego zej. Postj zrobi w poowie drogi na szczyt, w do gstym lesie, wrd ska i paproci.

Zdj hem, rozpi wilgotny na plecach od potu paszcz i usiad na zwalonym pniu, ostronie popijajc ze zdobycznej manierki. Plamka jaskrawego wiata wci przemykaa gdzie na granicy wzroku, ale usiowa na ni nie czatowa ani jej nie wypatrywa. Najpierw musia dosta si na szczyt i znale jakie schronienie. Potem dotrze do Ziemi Ognia, odzyska Jadrana i sprzt. Po drodze nauczy si troch jzyka. Pniej posprzta van Dykena i to, co narozrabia. Sprofanowa zwoki i odla si na jego grb. Nastpnie znale i ewakuowa pozostaych. Wrci na Ziemi. Huk roboty. Do okulisty i neurologa mg pj dopiero po tym wszystkim, wic nie mia czasu na jakie fenomeny wietlne. Kiedy znienacka migna w powietrzu i zawisa mu p metra przed twarz, podobna do oywionej lalki Barbie w sferze migotliwej powiaty, akurat pociga yk wody. - Moe zaczby wreszcie myle, bezmzgi miniaku? - zapytaa rozdranionym tonem po angielsku. Wrzask z gardem penym wody da jedynie taki efekt, e udao mu si niemal utopi. Prychn i z jakim przedziwnym kwikiem zwali si z pnia na wznak, zanoszc si kaszlem. Poderwa si jeszcze szybciej, oblewajc si zawartoci manierki. Migocca figurka malekiej dziewczyny migna kawaek dalej i znowu zawisa w powietrzu, splatajc nogi w kostkach. Bya naga, wietlista, miaa ze trzydzieci centymetrw wzrostu i zote wosy. Nie blond, ale metalicznie zote, jak cieniutkie druty. Kpka wosw na jej onie te bya zota. Miaa mikroskopijny ppek, ledwo dostrzegalne paznokcie i malekie niczym ebki szpilek wypuke sutki na piersiach wielkoci wini. Drakkainen wykaszla si, po czym przetar twarz i oczy. - Kady by zwariowa - powiedzia stumionym gosem. - To nie by atwy dzie. Zmartwychwstaem, ledwo trzymam si na nogach, wczoraj jeszcze byem drzewem, dowiedziaem si, e straciem wszystkie umiejtnoci, nie znam nawet jzyka, wdruj z go dup po grach okrcony kawakami koca, na nogach mam resztki kouszka. Co ja zreszt wiem o cudownych wskrzeszeniach. Moe nie da si nie zwariowa. Ale dlaczego nie mog mie jakich ludzkich majakw? Ale piczku materinu, perkele saatani vittu, zaszto Disney? Rozmasowa powieki, jakby chcia wcisn sobie gaki oczne do rodka czaszki. A potem znowu otworzy oczy.

Maleka wrka nadal unosia si przed nim w powietrzu, z rczkami zaoonymi za gow i podcignitym do gry jednym kolankiem. Zdy zauway, e miaa zdecydowanie ludzkie rysy. Nieznajome, ale ludzkie. Konwencjonalnie adne, jak u modelki. - Sug elg y helvete - powiedzia Drakkainen po fisku, cho nieuprzejmie. Odwrcia si w miejscu, po czym wypia na niego maleki, krgy tyeczek i zakrcia nim fachowo, jak striptizerka. - Napatrzye si? Moe zataczy przy gazce? - Uronij, mniej wicej piciokrotnie, to znajd dla ciebie zastosowanie. Rozumiem, moja podwiadomo daje mi do zrozumienia, e jestem emocjonalnie niedojrzay. Dorosy, odpowiedzialny mczyzna nie przystpuje do tajnego programu i nie opuszcza orbity Ziemi. Zreszt sugerowano mi to przez cae ycie. Syndrom Piotrusia Pana i tak dalej. Std ten Dzwoneczek. Spierdalaj, Dzwoneczku. Powiedz Kapitanowi, eby si podtar hakiem. Dobranoc. Machn doni, ale uskoczya zwinnie poza jego zasig, stana na sterczcym obok konarze. Otaczajca j migotliwa powiata okazaa si par zwiewnych, opalizujcych tczowo skrzydeek o ykowanej strukturze jak u waki, ale w ksztacie skrzyde wielkiego, tropikalnego motyla. Rozpostara je i teraz poruszaa nimi miarowo, wanie po motylemu. - apy przy sobie, wieniaku! Moesz patrze, ale nie dotykaj. A jeli mnie nie chcesz, to po co mnie wywoae?! - To ostatnie zdanie ju wykrzyczaa, po czym zacza paka. - Powiedziae do mnie cieerwoo...! I jeszcze, ebym zrobia osioowi... - Zaniosa si szlochem. Drakkainen patrzy na to obojtnie, z zupenie nieruchom twarz. - Ty jeste Cyfral - powiedzia martwym gosem i po raz trzeci w yciu - zemdla. *** Budz si w chwil pniej. Nad gow palisada pni, mde wiato pochmurnego dnia poszatkowane gaziami, pode mn kamienista gleba, peen szyszek leny podszyt. W odku paskudne, gniotce uczucie, ktre niesie ze sob wiadomo choroby. I jeszcze prawo moralne w sercu. Przetaczam si na bok i wstaj ciko. Trzeba i na szczyt. Koszmar wci ponie mi w mzgu, ale nie widz wok wiateek ani wrek. Staram si o tym nie myle. To mnie przerasta. Zwariowaem. Kompletnie. Zwidy, majaki, welcome to Cockooland. Albo cyfral przey. Przey, przeistaczajc si w co takiego. Straciem kontrol nad ciaem, hiperadrenalin, moliwoci

taktyczne, szermierk, sztuk walki i znajomo jzyka, za to zostaa mi zidiociaa wrka, fruwajca wok gowy z kretyskimi komentarzami. Sam nie wiem, ktra wiadomo jest lepsza. Zajm si tym pniej. Po kolei. To mnie przerasta. Po prostu s takie dni. Po drodze wycinam sobie solidny kij. To nie te czasy, kiedy migaem po tych grach niby kozica. Teraz ledwo powcz nogami i wspieram si na kiju jak pielgrzym. Marsz jest monotonny i mczcy, ale pozwala uywa mzgu. Zbiera myli, wnioskowa. Na przykad przyjmuj roboczo, e rzeczywicie zmieniono mnie czasowo w drzewo. Mona te przyj, e zostaem zahipnotyzowany. Spdziem jaki czas, tkwic na stoku gry, pogrony w katatonii, a caa reszta to zwyke urojenia. Tak jest znacznie higieniczniej. Jednak to nie tumaczy wczni. Widz pozarastany, poduny lad porodku klatki piersiowej, pamitam agoni, cay czas czuj atwo rozpoznawalny, uciliwy bl towarzyszcy gojeniu, tylko e pulsuje gdzie wewntrz mnie, smagajc narzdy, ktre nie maj prawa goi si w taki sposb. A jednak si goj. Serce pracuje, czuj to, zwaszcza brnc krok za krokiem pod gr po lenym zboczu, ale wci upie mnie w rodku, jak gojca si rana. Ten sam tlcy si gdzie na granicy odczuwania uciliwy bl przenika mi ebra i puca, odzywa si w opatce. Dokadnie tam, gdzie przechodzio drzewce. A jeli jednak zamieniono mnie w drzewo, to mona zrozumie, dlaczego nie umarem. Zgodnie z jak kretysk logik jest to wytumaczalne. Uratowa mnie van Dyken. Przedobrzy. Przedziaba wczni, ale obrzuci te czym, co roboczo, z obrzydzeniem, zgadzam si nazwa zaklciem. Zanim skonaem, staem si drzewem. I nie umarem, bo drzewa nie umieraj z powodu uszkodzenia pnia. Przynajmniej nie od razu. Drzewo moe umrze z choroby, braku wiata lub wody. Sam system korzeniowy moe nie przey cicia caego pnia, ale rwnie dobrze moe wyda nastpne drzewko. Zatem jako drzewo przeyem. Gdybym jednak jakim cudem, prezentujc wiedz, wol i umiejtnoci, ktrych nie posiadam, bo jestem zbyt prosty, zdoa z powrotem przeistoczy si w czowieka, bybym czowiekiem przebitym wczni. miertelnie przebitym. Podwjne zabezpieczenie. Jednak gdy byem drzewem, Kruczy Cie wyszarpa ze mnie wczni i dlatego potem obudziem si ywy. Quod erat demonstrandum.

Poharatany, chory, majaczcy, ale przeyem. Kolejne pytanie: co wycigno mnie z pnia? Kruczy Cie powiedzia, e nikt nie moe tego zrobi za mnie. Pamitam jak przez mg, e prbowaem. Pamitam wysiek i jakie koszmary. Noc, wilki i deszcz. Ale pamitam te, e nie daem rady. Chyba. Wychodz z lasu i brn pod gr, przez hal poronit ostr, szaroniebiesk traw. Wspieram si na kiju, odpycham kolana domi i brn w gr stoku, ku szczytowi, ktry zdaje si oddala jakby gra rosa, w miar gdy na ni wchodz. Na szczycie, wrd rozsypanych wok jasnych, wapiennych ska najpierw siadam ciko, a pniej wystawiam zlan potem twarz na zimny, jesienny wiatr. Trawa na zboczu pachnie ciko, miodowo, aromat przypomina mi nagle renklody. Sodkie, zielone renklody w syropie, jakie sprzedawano w puszkach, kiedy byem dzieckiem. Marz o kompocie renklodowym i piernikach. Poczenie tych smakw wydaje mi si czym ostatecznie doskonaym. Zabibym, by pore litrow puszk renklod, zagryzajc glazurowanymi, polskimi pierniczkami. Na myl o tym szczki przeszywa mi skurcz. Tu nie ma renklod ani pierniczkw. Jest tylko yk letniej wody z cuchncej capem, drewnianej manierki. A potem wstaj i patrz tam, skd przyszedem. Mj szczyt nie jest szczeglnie wysoki, ale i tak niele wida. Gry wznosz si wok ponurym, granitowym marszem z pnocnego wschodu ukiem na zachd. To stamtd przyszedem. Widz chyba plecy i rami Paczcej Dziewczyny, za ni idiotyczn kul na kolumnie, niech bdzie, powiedzmy, Globusowy Wierch, kolec przebijajcy kul, bardziej na pnoc, tonie ju w mgach i wkuwa si w niskie chmury. Wszystko to jest gdzie indziej ni sdziem i znacznie dalej. Gdzie na prawo od niego powinna by dolina, ktra prowadzi do Ogrodu Rozkoszy, a potem za zakrtem do Muzycznego Pieka i Zamku Cier. Tam musz wrci, chocia skra mi cierpnie na sam myl. Wrci jako skrytobjca. Ogarnia mnie gniew. Nie tyle na szurnitego van Dykena, ile na siebie. Kruczy Cie mia racj. Na co liczyem? Na element zaskoczenia? Tumaczy mnie tylko to, e nie jestem w stanie zaakceptowa cudw. Po prostu nie. To jest za gupie. Patrz na obracajce si elementy elaznego zamku i widz maszyn. Nic wicej. Dlaczego wydaje mi si to bardziej racjonalne, mimo e ten

wiat drzemie w wiecznym redniowieczu i nie ma tu technologii, ktra pozwoliaby zbudowa co takiego. Odrobina magii i natychmiast gupiej. Patrz w stron Ziemi Ognia i widz rozmyte supy dymu, mam wraenie, e wiatr niesie przeraliwy smrd rozprutych flakw i wieej krwi, zmieszany z cik woni pogorzelisk. Wydaje mi si, e sysz krzyki, ale to wszystko fantazja. Po prostu wiem, jak cuchnie miejsce masakry. A przy caej kopanej bani masakry s tu prawdziwe. Mimo czarw leje si prawdziwa krew. Uwiadamiam sobie jeszcze, e jestem jak Buszmen, ktry nie przyjmuje do wiadomoci istnienia helikopterw, noktowizorw i karabinw. Widz w nocy, maj kije, ktre mog rozszarpa czowieka na odlego? Lataj w powietrzu w elaznych skrzyniach? Bajki! Tylko e moja niezgoda nie strci migowca, ani nie uchroni mnie przed seri z elektromagnetycznego karabinu. Postanawiam pj na wschd i przej przez acuch niszych gr, ktre cign si na pnocnym wschodzie. W ten sposb nado drogi i dotr do Ziemi Ognia od innej strony, lecz szlak bdzie atwiejszy i dalej od naszego czarodzieja oraz jego wesoej kompanii. Dzisiaj jeszcze, przez osonit zalesionymi grzbietami dolin i tamt kotlin skryt we mgle. A potem trzeba szuka schronienia na noc. Podczas schodzenia nogi bol mnie jakby bardziej, za to w innych miejscach ni kiedy gramoliem si na szczyt. Wci rwie mnie staw skokowy, ktry uszkodziem jeszcze zanim zrobiono ze mnie drzewo. To wistwo. Przez jaki czas znw id, waciwie brn wzdu potoku i dociera do mnie, e przeliczyem si z siami. Przecie dopiero dzisiaj odzyskaem wiadomo. Potrzebna jest rekonwalescencja. Przepatruj hady wypukanych otoczakw, a znajduj kilka kawakw krzemienia. Sprawdzam je, uderzajc ostrzem jednego z moich krtkich mieczy, i krzesz pki iskier, wic chowam kamienie do toboka. Bdzie ogie. Fajnie byoby, gdybym jeszcze znalaz co, co mona upiec. Marz o znalezieniu miejsca na nocleg i o odpoczynku, ale wci jestem za blisko. Wiem. Po prostu to czuj. Nie wiem, czy rzeczywicie mam jakie przeczucia, czy to histeria. Jak to dziaa? Jakie naprawd moliwoci ma taki van Dyken?

Wyczuwa mnie na odlego, niczym czarnoksinik z bani, siedzc na wiey i przepatrujc dalekosinym, poncym okiem horyzont? Co przesya transmisj do takiej, powiedzmy, krysztaowej kuli? Na jak odlego? Id. Id i marz o jedzeniu. Id pod gr, ku skpanej we mgle przeczy. Nie ma tu nic, co mona by upolowa, nic, co daoby si zerwa i przeu. Tylko niejadalne kpy krzeww podobne do koswki, skay poznaczone wciekle tymi kleksami porostw wygldajcymi, jakby kto pokpa je farb, i kby mgy. Id na przecz, walczc z pkajcymi z blu miniami, a przed oczami staj mi dagnje na buzara, z rozchylonymi apetycznie patkami muszli, pywajce w wywarze z oliwy, czosnku, zi i biaego wina. Albo janjetina iz pod peke, pachnca tymiankiem i czubaric, wrd zocistych cebulek oraz bulgoccego sosu. Im bliej przeczy, tym robi si zimniej. Mga ogarnia mnie gstymi jak wata, wilgotnymi kbami, wok majacz tylko skay. Trzeba wej na przecz, a potem dosta si na d, w kotlin. Nie przeyj do rana wrd tych turni. Nie ma tu drewna, nie ma wody, nie ma z czego zrobi szaasu, nie ma nic do jedzenia. Nadejdzie jesienna, grska noc i do rana zamarzn. Ju mi niewiele brakuje. Buty si rozpadaj. Mikka skra kouszka sabo nadaje si na podeszwy. Jest porozdzierana o krawdzie ska i wntrze mokasynw powoli nasika krwi. Mimo to id. Wspominam swoje buty. Nigdy nie lubiem chodzi boso. Na Hvarze nawet do morza wchodzi si w specjalnych butach z pianki i plastiku. Wszdzie skay i jeowce. Kto raz nadepn na jeowca, nigdy ju nie wejdzie boso do morza. W domu miaem cay wr starych chodakw. Zniszczonych, niemodnych albo po prostu takich, ktre mi si znudziy. Jakiekolwiek. Choby lakierki. Stare gumowce. Trampki. Cokolwiek. Na przeczy staj i patrz w d. Kotlina, wielka i okrga, rozpocierajca si przede mn, przypomina mis pen mleka. Jest wypeniona mg. Otaczaj j zbate turnie, wyszczerzone jak brzeg obtuczonego glinianego garnka. Nie ma rady. Musz zej na d w t mg, musz przeby dolin. Cokolwiek tam jest. Wiatr uderza mnie w twarz. Wiatr z dna kotliny, spod biaego koucha mgy. Cuchnie ciko siarkowodorem, a troch zgnilizn.

Schodz. Ostronie, krok za krokiem, wpadajc na skay i kutykajc na poranionych nogach. Smrd staje si coraz wyraniejszy. Mijam bulgocce jeziorka, wrd ska majacz dziwaczne, zmutowane drzewka. Przykre miejsce. Mga rozchodzi si nieco. Nadal kryje otaczajce dolin grzbiety, przesania niebo, ale widoczno troch si poprawia. Niedawno widziaem na dwa metry, teraz sigam wzrokiem na pidziesit. Schodz w d kotliny, mijam sterty ska podobnych do rozsypanych, wybielonych socem koci. Oto sterczce w niebo paki eber, ogromne niczym elementy budowlane. Raz obudzona gra wyobrani nie daje si zatrzyma. Mijam szereg kamieni, lecych jeden za drugim, i zdaje mi si, e wygldaj jak przewrcona, rozsypana kolumna i wyranie widz w nich ogromne krgi, z kadego mona by zrobi taboret. Kawaek dalej dostrzegam zupenie wyranie czaszk, wielk niby kabina wojskowej ciarwki. Wszystko to majaczy upiornie wrd kbw mgy. A potem sysz gdzie z daleka zawodzenie, jak dwik popsutej syreny. Nie wiem, czy to jaka trba, czy moe zwierz. Nigdy nie syszaem czego takiego. Id wic ostronie, cicho, od osony do osony, odruchowo usiujc aktywowa cyfrala, cho wiem, e to nic nie da. Skradam si czujnie, wygldam zza skay, sprawdzajc teren, zanim rusz. I wtedy widz smoka. Bior go w pierwszej chwili za ska, ale skaa zaczyna si porusza i po kilku krokach okazuje si bezksztatnym, podobnym do dinozaura stworem z zbat paszcz, stojcym na tylnych nogach. Nie jestem w stanie przerazi si, wrzasn, ani ucieka. Zanim orientuj si, co widz, padam natychmiast na miejscu, po czym przetaczam si midzy skay i nieruchomiej. W uamku sekundy. Po prostu znikam ze cieki. Dociera do mnie, e jednak co ocalao ze szkolenia, dopiero gdy ostronie zerkam w tamt stron. Zwierz nie jest ogromne. Ma ze cztery metry dugoci, nie liczc ogona, jednak jest to archetypiczny smok. Dosy duga szyja, gadzi eb, grzebie kostnych wyrostkw, ogon. No, smok. Waciwie wywerna. Dzieli nas jakie trzydzieci metrw. Le. Czekam.

Stwr prostuje si, odrzucajc do tyu eb, po czym rozkada skrzyda. Banalne, takie, jakich naley si spodziewa po smokach. Nietoperze, boniaste skrzyda, rozcignite na kostnym szkielecie. Rozkada je powoli, z wysikiem, widz, e tylko jedno skrzydo jest normalne, drugie znieksztacone, czciowo zronite ze zredukowan przedni koczyn, pokrcon i jakby wyschnit. Smok otwiera pysk i wydaje z siebie przeraliwy ryk. Wysoki, zawodzcy, podobny do skrzypienia ogromnej, zardzewiaej bramy. Z mgy odpowiadaj mu podobne dwiki, wszystkie s strasznie rozpaczliwe, jakby chore. Wywerna bije gwatownie skrzydami, jak abd, to uschnite wykonuje konwulsyjne, przykre ruchy, ale nawet gdyby oba byy rozwinite prawidowo, nie unios smoka. Way pewnie z ton. Tona misa i koci. Nawet jeli wypenia go czysty hel, nie poleci. Skrzyda, gdyby udao mu si je wyprostowa, miayby rozpito jakich pitnastu metrw. Moe mgby kawaek poszybowa, cho wtpi. Stwr tymczasem wydaje z siebie gone ryki i coraz gwatowniej tucze skrzydami, to pokrcone zaczyna si rozwija i prostowa, zwierz robi krtki, kutykajcy rozbieg. Zaciskam zby, bo chc, eby prawa fizyki i biomechaniki wygray. Nie chc widzie, jak odrywa to beczkowate cielsko od ziemi i krzywo, z uwagi na nierozwinite skrzydo, ale jednak - leci. Bo magia, powiedzmy. Nie zgadzam si. Granica wagi stworzenia mogcego unosi si w powietrzu dziki sile mini to mniej ni dwadziecia kilo. Wicej mini to wicej masy i wicej szkieletu, a to znaczy wikszy ciar. I znowu trzeba wicej mini. I tak ma by. Nawet jeeli to bydl ma inne minie i inn biochemi, to powiedzmy dwa razy wydajniejsz, a nie dwiecie. Logika ma zosta. Smokw nie ma. I tak ma by. Bije skrzydami, czuj powiew wiatru, czapie coraz szybciej pomidzy kamieniami, kul si, bo widz, e przebiegnie par metrw od mojej kryjwki. Smok robi coraz dusze susy dokadnie jak startujcy abd, wreszcie rozkada skrzyda i, uderzajc nimi z potnym opotem, wzbija si w powietrze. Przelatuje cztery, moe pi metrw, po czym z szumem wali si w skay i piarg dna doliny. Sysz omot, czuj drgnicie ziemi, pomidzy skaami wzbija si kb pyu. Fizyka - jeden, magiczne idiotyzmy - zero.

Czekam chwil i podkradam si do miejsca katastrofy. I znajduj rzeni. W zderzeniu ze skalist gleb stwr rozbryzn si jak arbuz. Teraz jest stert pogruchotanego misa, potrzaskane pneumatyczne koci stercz na wszystkie strony z tego kbowiska niczym igy. Jeszcze yje, wielkie oko powoli przesania drgajca, biaa powieka, nasuwajca si po ptasiemu, od dou. Z penego poamanych wielkich zbw gadziego pyska leje si na skay kaskada jasnej krwi. W powietrzu unosi si smrd. Z kcika ptasiego oka powoli sczy si bezbarwna ciecz. Wywerna kona. I pacze. Odchodz. Przywouj po raz kolejny tryb bojowy, zupenie jakbym bezradnie wzywa milczcego Boga i wtapiam si w mg, nie zdejmujc doni z rkojeci marnego miecza. Przeklinam mg, przeklinam pomys przejcia przez t kotlin, a nade wszystko przeklinam wszystkie banie. I id naprzd. Bezradnie wywoujc cyfrala. *** Zobaczy j w najmniej odpowiednim momencie. Zapadajc za kp krzakw, eby przejrze kolejny kawaek trasy. Nastpne kilkanacie krokw do przebycia czujnym, przygitym truchtem za widzian oson. Siedziaa sobie na kamieniu tyem, tu przed jego twarz i ogldaa nog opart o kolanko, zupenie jakby wbia sobie co w stop. Opalizujce tczowo skrzyda utkane ze wietlistej bonki poruszay si lekko. - Nie odzywam si. Jeste wstrtny - powiedziaa nadsanym tonem. - Haista paska - jkn Drakkainen odruchowo. - I wulgarny. Patrzy, jak odlatywaa, podobna do postaci z kretyskiej kreskwki. Skrzydeka poruszay si tak szybko, e zmieniy si w migotliw powiat, wrka splota smuke nki w kostkach jakby siedziaa na hutawce. Wyldowaa na przewrconym pniu wrd ska, w doskonaym miejscu na nastpn kryjwk, kilkanacie krokw dalej.

Dobieg tam i zapad po raz kolejny, walczc ze wiszczcym oddechem. Siedziaa tyem, obraona, jej maleki tyeczek wielkoci dojrzaej liwki znajdowa si o par centymetrw od jego nosa. Niewiele mylc, Drakkainen pochyli si i chcia wystawi jzyk, ale nie zdy. Cyfral wstaa i odbia si od pnia jakby skakaa do wody, po czym przefruna na inne miejsce, niczym utkany ze wiata motyl. Chcia na przekr zapa gdzie indziej, ale to byo niestety idealne ukrycie. Osonite kp koswki, wrd ska, jak trzeba. Przemieci si tam i pad, przytrzymujc jedn rk telepice si na boku ubie. Na dnie doliny lnio okrge jeziorko, niczym ciemne lusterko. Staw wypeniajcy rodek kotliny, majcy z p kilometra rednicy. Chyba, bo drugi brzeg ton we mgle. Woda bulgotaa, wzbijay si nad ni kby pary, miaa ciemny, nieprzyjemny kolor kawy, dopiero przy samym brzegu, na skalistych pyciznach kamienie przewiecay tawo. Czarna woda. Nie wygldaa apetycznie. A w wodzie lea kolejny smok. Ten by ogromny, eb na dugiej szyi siga na brzeg na parnacie metrw, rozoone pasko skrzyda nadayby si na dach nad bawarskim namiotem piwnym. Ale ten te zdycha. Boki unosiy si ciko, stwr walczy o kady oddech, na obym pysku rozchylay si nozdrza, buchajc kbami pary. Skrzyda poruszyy si lekko, wzbijajc fal, lecz nie uniosy si nad wod. Po grzbiecie wywerny przechadzao si kilka krukw, dziobic bezsilnie pancerne pytki. - Jeste za wielki - wyszepta Drakkainen. - Dlatego nie moesz wsta. Nie moesz oddycha. Serce nie daje rady wpompowa krwi. To gdzie ty tak wyrs? W tej wodzie? Skrzyda przylepiy ci si napiciem powierzchniowym. Jak agle przewrconego jachtu. Nie ruszysz ich. - Zaczynamy troch myle? - spytaa jadowicie Cyfral, nadal odwrcona plecami. - Ja zaczynam myle. Ty jeste tylko animowanym objawem schizofrenii. Obszed smoka wielkim ukiem, peznc wrd kp koswki, niechtnie korzystajc z miejsc, na ktrych przysiadaa Cyfral. A z kolejnego ukrycia zobaczy ludzi. Kilkunastu niemoliwie obdartych i brodatych Ludzi Ognia, ktrzy pchali wielki, zamknity wz z bud chronion elaznymi pasami, jak transporter opancerzony sklecony przez Leonarda da Vinci na kwasie. Wok stali We. W swoich czarnych strojach, uzbrojeni we wcznie, pod wodz

ogromnego, grubego typa, odzianego w futrzane spodnie i wysokie, solidne buty. ys czaszk chronia skrzana kapuza, sigajca a po usta, obcisa, z otworami na oczy. Potne przedramiona oplatay mijowe zygzaki tatuau. Grupka toczya wz ciek wok stawu, zatrzymaa si kilka krokw od wody. Szczkny rygle, umieszczona z przodu rampa opada z terkotem acuchw. Drakkainen skamienia, przypatrujc si uwanie midzy skaami i gaziami koswki. Olbrzym w skrzanym czepku wywrzeszcza jaki rozkaz. Pchajcy odstpili od wozu i kucnli jeden za drugim, splatajc rce na gowie. We zdjli z burt wozu toporne, blaszane pawe, otoczyli ramp pkolem, z nastawionymi wczniami. ysy grubas wrzasn co ochryple, najwyraniej rozkazujc jednemu z niewolnikw wej do rodka. Ten wkroczy po pochylni na wyranie mdlejcych nogach, po czym rozleg si dwik jakby sterta elastwa spada na drewniany pokad, a czowiek wyskoczy z wntrza jak oparzony, cignc dugi acuch, ktry przeoy trzscymi si rkami przez wielkie, elazne kko wiszce porodku rampy. Odebrano mu go i rozkazano wrci do klczcych. Kolejny wrzask i tarcze stany pkolistym murem. Szarpnito acuch. Z wntrza wozu wyszed, przypity na drugim kocu, kolejny smok. Zupenie inny. Podobny do warana albo piciometrowej agamy, o jaskrawym, pomaraczowo-zielonym grzbiecie przecitym kilkoma szeregami zbatych wyrostkw. Gad rozpaszczy si na rampie, ale szarpnity acuchem unis nagle paski tuw i zbieg pomidzy wcznikw. Drakkainen podcign si troch, bo widzia tylko plecy przyczajonych ludzi i ty ich puklerzy, lecz po chwili zorientowa si, e We drani smoka. Zwierz krcio si to w jedn, to drug stron, syczc ostrzegawczo, wcznicy dgali je i chowali si za tarczami. Smok zaatakowa, jednak acuch zablokowa si w uchu, napi, a cay wz potoczy si z metr po wirze. Znowu dgnito zwierz, teraz z drugiej strony i stwr znowu zwin si wciekle, szczerzc rzdy identycznych zbw i syczc jak sprarka. Tarcze opady z omotem na ziemi, tworzc blaszany mur, acuch zajazgota w kluzie. - Co jest, piczku materi? - mrukn Vuko. - Kopana corrida? Nagle smok zacz zmienia kolory na coraz bardziej jaskrawe i poci si wielkimi, tustymi kroplami. Przysiad jako dziwnie, rozoy jaskrawopomaraczowy kaptur wok szyi, zakoczony wiecem kolcw.

- No, teraz to si wkurzy - zauway Drakkainen. Stwr zacz pracowa konwulsyjnie bokami, jakby mia zamiar zwymiotowa, podgardle wydo si niczym pomaraczowy balon. Rozleg si ostrzegawczy, chrapliwy wrzask. Drakkainen rozpaczliwie usiowa rozpozna w nim cho jedno znajome sowo, ale bez skutku. By to dwik przypominajcy wsypanie opaty wiru do blaszanego wiadra, lecz nic wicej. Smok otworzy szeroki pysk dziwacznie, jakby si umiecha, po czym bryzn struk jakiej substancji. Ciecz poleciaa w czyj tarcz i na kamienie piargu, zacza dymi. Druga porcja bya obfitsza i natychmiast strzelia pomieniem. Smok unis si na przednich apach i zion ogniem. Drakkainen zakl w osupieniu. Tarczownicy odskoczyli na boki, chronic si za blach pawy, a z uniesionego smoczego pyska trysn pomaraczowy, kopccy pomie. Niedaleko. Jakie par metrw. Pomie nie by silny, ale smagn kamienie, osmali ska i wzbi kb czarnego, cuchncego tranem dymu. Smok znowu si nad, wyda z siebie przeraliwy kwik. Nastpna porcja ognia bya janiejsza i poleciaa troch dalej, smagna tarcz, kto rzuci si do ucieczki prosto do jeziora, z bokiem i jedn nog obronitymi pomienistym futrem, a smok zacz si nagle skrca i wi, z pen paszcz pomieni. Kwik wznis si nad dolin i odezwa echem po grach. Smok ciska na wszystkie strony gow, niczym pies ukszony przez os, a huczcy ogie tryska z jego pyska jak poar w wytwrni fajerwerkw. Gowa smoka wybucha nagle kilkoma strugami ognia, snop pomieni wystrzeli z paru miejsc na grzbiecie, zwierz wykonao konwulsyjny taniec, omal nie przewracajc wozu, po czym zmienio si w bezksztatny, palcy si kb. Smok spon. Poparzony W wypez na czworakach ze stawu i z trudem zacz gramoli si na nogi. Pozostali odskoczyli od niego, osaniajc si tarczami. Tamten wrzeszcza co chrapliwie, pokazujc donie, grubas dopad od tyu i krtkim ruchem wbi mu topr w plecy. Poparzony sta przez chwil nieruchomo, przegity w ty, i charcza, nagle gowa porosa mu kolcami. Kto doskoczy i przebi go wczni. Drzewce zaczo dymi, a przebity czowiek wyprostowa si byskawicznie i ruszy cikim, zezowatym krokiem przed siebie. Podcito mu nogi uderzeniem wczni. Run na ziemi, ale nie zdy si podnie. Drakkainen dostrzeg tylko plecy

pozostaych, wznoszce si i opadajce ostrza, grad ciosw zadawanych nisko czowiekowi kulcemu si na ziemi. Smok tymczasem zmieni si w stert cuchncych, zwglonych strzpw, lecz nadal si pali. - Co tu si odbywa? - mrukn Drakkainen z niesmakiem. Przetoczono wz nieco dalej od wci poncego gada, zagoniono jecw z powrotem do wntrza. Vuko powoli i ostronie przeczoga si kawaek, i spojrza ponownie, majc znacznie lepsz pozycj. Niewolnicy wychodzili z wozu po kolei, niosc kosze, w ktrych na somie leay jakie biae, kuliste obiekty wielkoci dorodnych bakaanw. Kosze niesiono, stpajc ostronie po kamieniach, i opuszczano do wody. Starannie i delikatnie, a znikay w czarnej toni. Jeden z kroczcych naturalnie polizgn si na mokrych skaach i wdepn w wod. Rozleg si paniczny krzyk, jeniec wyskoczy na brzeg i zacz rwa przed siebie, jego mokra noga zacza pulsowa nagle, jakby co kbio mu si pod skr, biegncy run na ziemi z krzykiem, dopadli go i rozsiekali z t sam wciek systematycznoci co poprzedniego. Drakkainen odwrci wzrok, przeykajc lin, ale wci sysza przeraliwy krzyk, wist spadajcych raz po raz ostrzy i chrzst rbanego misa. Wreszcie ucicho. Zamknito ramp i wz, skrzypic ponuro, ruszy z powrotem wok jeziora. Na brzegu zostao dymice, zwglone trucho smoka i dwie krwawe plamy oraz sterty niepodobnych do niczego strzpw. W miejscu, w ktrym zanurzono kosze, woda bulgotaa lekko, wypuszczajc smugi pary. - Przypomnijcie mi, ebym si tam nie kpa - wycedzi Drakkainen. Czeka, a odejd. Wz toczy si wok jeziora, pchany przez jecw, gdzie z kbw mgy dobieg odlegy, konajcy smoczy ryk. Poza tym panowaa martwa cisza. Nie byo sycha nawet wszechobecnych krukw. Za ziemia. - To miaa by trasa poza terenami Wy - westchn Vuko. - Gratulacje, Drakkainen. Dolina bya owalna, otoczona niezachcajcymi, skalistymi perciami. Mgby si tam wdrapa, ale w normalnym stanie, w butach i ubraniu, a nie chory, osabiony, ledwie ywy z godu. Nie w apciach z kawaka skry, w okryciu z dwch szmatek. W tej sytuacji by skazany na przecze. Byy dwie. Ta, ktr przyszed, oraz druga, w przeciwlegym kocu doliny. Tam, gdzie pojecha wz w asycie Wy i obdartych jecw. Wsta i niechtnie poszed w tamt stron, starajc si ignorowa fruwajc wok Cyfral.

Wrd ska i kp koswki leay smocze trucha. W rnym stadium rozkadu. Z niektrych pozostay rozsypane wok koci, jak resztki okrtw porzucone na brzegu. Nie przypominay dinozaurw. Czaszki byy wyranie znieksztacone, spotworniae, kolawe i pene przypadkowych naroli. Inne, troch wiesze, wyglday jeszcze gorzej. Wypisz wymaluj, mutanty popromienne. Szczki wyrastajce z barkw, bezokie, lepe by, za to pokryte rogami, ky tak wielkie, e przebijay podniebienia. Troje oczu, gowy zronite w jedn bezksztatn bulw pen wyszczerzonych zbw. Waciwie kady by inny. Tylko e wszystkie nie yy albo zdychay. Skrada si ostronie, w powietrzu penym much, wrd niemal rcego odoru padliny. Za kadym razem kry si, mokry od potu, z tukcym si bolenie w piersi sercem, przekonany, e jest tylko kwesti czasu, nim napatoczy si na besti wystarczajco waw, eby zapolowa. Jednak jak dotd wszystkie byy martwe albo w agonii. - Powinienem duo wypoczywa i regenerowa si diet wysokobiakow. Pi duo pynw i unika stresw, a nie spacerowa alej smokw. Wczoraj rano byem drzewem, piczku materinu! Kawaek dalej znowu zatrzyma si, osupiay. Skay otaczay to miejsce krgiem niby celtyckie menhiry. Zwyke, wapienne supy o rnych ksztatach, raczej naturalne. Ale przy dwch wisiay rozszarpane trupy. W kadym dolmenie tkwio elazne kko, wbite w kamie mniej wicej na wysokoci metra, a wrd otoczakw i kp koswki, na ziemi poniewieray si koci. Ludzkie koci. Czaszki, ebra i piszczele. Drakkainen patrzy przez chwil w milczeniu. - To jest poligon - powiedzia do Cyfral. - Placwka dowiadczalna. Na tamtym wielkim wci tkwiy resztki palankinu, widziaa? Van Dyken szykuje si do wojny i zayczy sobie smokw. Jest czarnoksinikiem, wic chce mie smoki. Armi smokw. To ma jaki zwizek z t czarn wod. Rzuci na ni kltw. Cokolwiek teraz tam wpadnie, bdzie z tego smok. Na zasadzie mutacji albo pieprzonej, magicznej transmutacji, mniejsza z tym. Ci weseli kolesie usiuj mu te smoki hodowa, jednak nic z tego nie wychodzi. Dlaczego? - Bo smokw nie ma, kretynie - oznajmia Cyfral. - Susznie. Nie ma. S niemoliwe fizjologicznie. Dlatego zdychaj. Magia powouje je do ycia i podtrzymuje ten proces, tworzc to, co czarodziej chcia. Ale i tak zdychaj. Bo jego smoki pochodz z bani. S fikcyjne i nie maj prawa dziaa. Czyli jego zaklcie jest czym sztucznym i

ma swoje ograniczenia. Moe rozkaza materii przeksztaci dziecko w krasnoludka, ale ono nie przeyje. Bo jego serce ma budow ludzkiego serca i takie same minie, bo metabolizm czowieka jest za wolny, eby utrzyma przy yciu ciao, ktre way dwadziecia deko, bo puca o takiej budowie s za mao wydajne, krew za gsta i tak dalej. Taki czowiek musiaby mie narzdy myszy. Ale van Dyken ma to gdzie. Chce smoki albo krasnoludki, albo, bo ja wiem... latajcy dywan. Wic je tworzy, po czym nadziewa si na fizjologi lub aerodynamik. Bo jest kretynem. - Ju raz go zlekcewaye. - Ja go nie lekcewa, tylko szukam jakichkolwiek jego sabych stron. Nic mi nie przyjdzie z tego, e uznam go za istot pbosk i wszechmogc. Nie jest wszechmogcy. Jego zaklcie nie jest w stanie obej praw biologii. Moe je nagi, ale na krtk met. A nasz kolega, jak kady reformator spoeczny, jest ignorantem. Zwaszcza kiedy idzie o szczegy techniczne. Istotna jest oglna idea. Model nabazgrany na serwetce, a nie nudne kwestie, jak to ma dziaa i po co. Mamy tu konflikt idei i materii. Pki co materia wygrywa. - To dlaczego one s takie brzydkie? - A dlatego - oznajmi Drakkainen przemdrzaym tonem, kryjc si za kolejn ska - e to pieprzone zaklcie nie daje za wygran. Jest czym dynamicznym. Usiuje obej ograniczenia przez losowe mutacje. W kocu trafi... W kocu trafi na waciw i skurwiel dostanie swoje smoki. Albo nie. Budynki wzniesiono z kamienia, dlatego zauway je dopiero po duszym czasie. Doskonale zleway si z tem. Prostoktne albo okrge, o cianach precyzyjnie wymurowanych z idealnie pasujcych do siebie kawakw skay. Miay paskie dachy, na krzywych tyczkach opotay czerwone i czarne proporczyki. Nie otacza ich mur, nie byo te nigdzie wida stray. Tyle, e blokoway drog do przeczy. - Nie ma muru, bo czuj si bezpieczni - mrukn Drakkainen. - Tylko zdeklarowany kretyn waziby do doliny, w ktrej rodz si smoki. Normalny czowiek jest tu wleczony. I raczej ju nie wychodzi. Na szczycie przeczy wznosi si kolejny budynek, przez wskie okna wida byo pegajcy ogie paleniska. Co gorsza, midzy skaami przemykay dwa przysadziste ksztaty, jak opancerzone kurczaki. Kraby. Niedobrze. Przecz jednak bya chroniona.

- Dobra. Czekamy do nocy - oznajmi Drakkainen. - Tyle tylko, e potrzebuj z powrotem termowizji i trybu bojowego. W tej chwili! - Kaikenlista, lameri! - warkna Cyfral z czystym, laplandzkim akcentem. - Jeste projekcj mojego mzgu - wyjani cierpliwie Drakkainen. - Jeli mnie zabij, to ciebie te. Rozumiesz? Istniejesz, bo ja istniej. To, ebymy przeszli t przecz i nie stali si karm dla smokw, to take twj problem. Wic nie: kaikenlista do mnie, tylko lepiej zacznij myle. - Sam zacznij myle - krzykna z paczem. - Mylisz, e si nie martwi?! Kiedy byam w tobie i wtedy wiedziaam, co robi! Budziam si i byam czci ciebie! A teraz budz si tak! Od razu na zewntrz! - To mamy problem - westchn Drakkainen. - Powany problem. Na razie trzeba si przyczai i poczeka do nocy. Wypatrzy odpowiednie miejsce wysoko pod skalnym nawisem, wrd ska grskich acuchw otaczajcych dolin. Czoga si tam prawie godzin, holujc uczepione do ciaa gazie koswki. Powoli, centymetr po centymetrze, od jednej kryjwki do drugiej, kaleczc si o skay i czujc, e opuszczaj go siy. Robio si coraz zimniej. Mga gstniaa, Drakkainen dygota tak, e podejrzewa, i cay jego improwizowany kamufla trzsie si w sposb widoczny z poowy kilometra. Po kolejnej wiecznoci stwierdzi, e drtwiej mu rce i nogi. Co gorsza, bolao go w rodku. Chwilami tak, jakby wcznia wci tkwia w ciele. Czu jej ciar i ponce blem drzewce, niczym zastygy piorun. Lea wtedy i odpoczywa, dyszc przez zacinite zby, mnc na piersi improwizowan koszul z koca. Im wyej pez, tym byo gorzej. Gdy nie rwao go serce, musia rozciera gwatownie cierpnce rce i nogi, z ktrych uciekao ycie. Kiedy skuli si w jakiej brudzie, podwijajc zdrtwiae koczyny pod siebie, usiujc ogrza je ciepem wasnego ciaa, po prostu zgas. Zaton w spokojnej, czarnej pustce. - Obud si! Nie zasypiaj! - wrzeszczaa Cyfral prosto w ucho. - Nie umieraj, bydlaku! W tej chwili przesta zdycha! - Nie drzyj si tak... - wychrypia Drakkainen, dziwic si brzmieniu wasnego gosu. Sam nic nie zrozumia z tego, co mwi. - Dalej, ty cholerny klocu! - krzyczaa wrka. - Ruchy! Ju niedaleko!

Vuko dwign ciao na kolana i rce, wystawiajc je na lodowate powietrze tnce jak bicz. Wyda z siebie gony charkot i popez, nastpny zdychajcy smok. Kiedy dotar pod skalny nawis, waciwie nic ju nie czu. I nie pamita, jak si tu dosta. Pamita jedynie, e zacz sypa nieg. Drobny, kujcy, siek poziomo, niesiony wiatrem. - Mogo by gorzej - wysapa ledwo syszalnie Vuko. - Przecie mg la deszcz. A potem byo tylko lodowate zimno i nieg. Na ostatnich metrach nie zaprzta sobie ju gowy czoganiem. I tak nikt go nie zauway. - Nie tutaj! - krzyczaa uparcie Cyfral. - Std ci bdzie wida, gupku! Nie, nie tam, tam zamarzniesz! Pod tamt ska! Tam jest pieczara! I jest zasonita od wiatru! Ruszaj si! Przesta zdycha! Ju! Co, nie moesz? Piczku materinu, ruchy! Tak zwana pieczara miaa z ptora metra wysokoci i dwa gbokoci, ale przynajmniej osaniaa od wiatru. Wpez tam, wci wlokc dwie wielkie gazie koswki przywizane do grzbietu paskiem od manierki i drugim od ubiw. Trzeci ga zgubi gdzie na zboczu. Wpez do jamy, syszc wasne chrypliwe jki, podobne do szlochu, po czym pad bezwadnie na ska. W gbi po cianie sczya si woda. Podpez tam i, przytknwszy usta do skay, wessa troch lodowatej wilgoci, zupenie jakby caowa kamie. Zdoa zliza kilka ykw, a potem opad na podoe. - Nie pij, durniu! - awanturowaa si Cyfral. - Otwrz gay! Podnie powieki, ju! Powieki wayy po dwadziecia kilo. Nie mg ich podwign, chocia si stara. W kocu si udao, ale z wysikiem, od ktrego pkaa mu czaszka. Nie miao to sensu, bo oczy i tak wywracay si do rodka. - Daj mi spokojnie umrze - jkn, mnc koszul na piersiach. - Krzesz ogie! - Nie wolno... Zobacz... - Gwno zobacz w tej nieycy! Odam troch gazek! Cieszych! I igy! Wicej! To byo niczym koszmarny sen. Obraz rozmazywa si, palce byy jak wyrzebione z drewna. Najpierw nie mg znale krzemieni. Potem nie mg sobie przypomnie, co si z nimi robi. Wreszcie zmobilizowa si na chwil. Zestruga kawaek gazi na cienkie wiry, omal nie obcinajc sobie palcw, uoy na nich stosik igie i suchych, ywicznych gazek. Uderzy kilka razy gowic noa, krzeszc pk pachncych prochem iskier.

I zasn, ukoysany wyciem wiatru. - To niewiarygodne! - wrzeszczaa Cyfral. - Krzesze ten ogie! Jaja sobie robisz? Jeszcze raz! Na rozpak, nie gdzie po cianach! Dmuchaj! Dmuchaj na to, nie kaszl, durniu, bo zgasisz! Jeszcze raz! Dmuchaj! - ebym ci zaraz nie wydmucha... - zachrypia Drakkainen. - Akurat rzeczywicie jestem na twj rozmiar! - zajazgotaa wrka. - No dmuchaj, bo oboje tu zdechniemy! Par iskier rozjanio si na chwil i zaraz przygaso. Pniej rozjarzyy si znowu. Popyna cieniutka smuka dymu. A potem bysn pomyk. - Dokadaj! Nie a tyle, to nie ma by pieczenie barana! Drobne gazki zajy si, mroczne wntrze jaskini rozjani ciepy, ty pomie. - Dobra, teraz si rozbieraj! Nie dowcipkuj, tylko zdejmuj te mokre szmaty! Chryste Panie, podnie ten durny eb! Zaso wejcie paszczem! Nie tak, przycinij gr kamieniem. Drug stron te! Nie ruszaj ju tego, bo spadnie! Teraz rozkadaj n. No co si gapisz? W rkojeci masz podgrzewacz, przecie si nie rozgrzejesz na dwch gazkach koswki! Znowu zmusi zdrtwiae palce do pracy. Znalezienie zatrzasku i rozoenie masywnej rkojeci wydawao si ponad ludzkie siy. Kto to tak zaprojektowa? Podgrzewacz by metalowym pudeeczkiem, wyoonym ceramiczn wkadk kryjc wglowy sztyft. Cyfral wrzeszczaa, ajaa go i pakaa ze zoci, wreszcie Drakkainenowi udao si wyuska podgrzewacz, wyduba z niego paeczk z prasowanego wgla i przyoy do pegajcych na miniaturowym ognisku pomykw. Rozdmucha ar, pozwalajc malekim, posykujcym iskrom ogarn cay koniec wkadu, pojawiy si ponce jasn czerwieni aty, potem obwdka jasnego popiou. Zamkn wkad wewntrz podgrzewacza i przez jaki czas pieci go w doniach, czujc, e obudowa zaczyna si nagrzewa i w palce bolenie wraca ycie. Umieci podgrzewacz na splocie sonecznym, przycisn rzemieniem. Dooy jeszcze kilka grubszych kawakw koswki, pooy si na tym, co zostao, i zwin w kbek wok ogrzewacza, poncego mu na brzuchu niczym prywatne, malekie soce. nieg niesiony wichur zacz z jednej strony zasypywa wejcie do miniaturowej jaskini.

Obudzi si, gdy byo ju ciemno, z cakowit pewnoci, e miny dwie godziny i czterdzieci minut. Z ogniska zostaa kupka popiou, ale ogrzewacz wci by gorcy. Cyfral jarzya si caa ciepym blaskiem, owietlajc wntrze i opocc na wietrze pacht paszcza. nieg zasypa wejcie do poowy, zrobio si jakby cieplej. Drakkainen, dygocc, zaoy swoj cudaczn koszul i okrci si kiltem. Mniej wicej podeschy. - Suchaj, ty wiecisz... - Wiem! - warkna. - Chodzi o to, czy to jest normalne wiato? Inni te je widz, czy tylko ja? - Nie wiem. - Wzruszya ramionkami. Uniosa doni jedn wiecc pier i przyjrzaa si jej krytycznie, po czym obleciaa miniaturow pieczar dookoa. - Rzuca cie - oznajmia. - Ale to nic nie znaczy. - Powie mi tu - powiedzia burkliwie Vuko, rozwizujc swj toboek. - Musz wykombinowa jakie onuce. Te kapcie zaczynaj si rozpada. - Jak si czujesz? - Gorzej ni wygldam - warkn. - Jestem saby i boli jak cholera. I chyba nigdy nie byo mi tak zimno. No, moe przed paroma godzinami. Przeyj. Chwilowo. Zgarn ledwo ciepawe wgle, roztar w doni i wysmarowa wystajce czci twarzy: nos, czoo, koci policzkowe i podbrdek. Okrci nogi kawakami szmat i zasznurowa mokasyny. Zapi klips obudowy podgrzewacza na brzegu kiltu i unieruchomi go na wysokoci splotu sonecznego. Zoy i schowa n, pozbiera drobiazgi do toboka, po czym obejrza obydwa egzemplarze zdobycznej broni. - Noe do burakw, nie miecze - mrukn zrzdliwie. - Oba przecione na gowic, dlatego tak lubi nimi wywija... Jebem ti duszu, jak mi si nie chce pracowa... Dobra, idziemy. Trawersem wzdu zbocza, prosto na lew flank fortu. Panie przodem. I lepiej nie wie. Zarzuci wilgotny paszcz w taki sposb, eby tworzy te kaptur i przepasa go. Zadymka wci trwaa. Posuwa si schylony, trzymajc jedn do przy skale i usiujc wypatrzy cokolwiek w huczcej, miotajcej niegiem ciemnoci. Tylko przelizgn si obok fortu, pomyla. Nie macie ochoty stercze na dworze, nikt nie przyjdzie, zimno jak cholera, jeszcze ten nieg... A w izbie ogie, piwo, kolacja, spa si chce...

Poliznwszy si na kamieniach, spad w d piargu. Niewysoko, lecz tukc si dotkliwie. Przytrzyma si ska i znieruchomia, ale gruchot kamieni uton w wizgu wiatru. Kilka skaek potoczyo si wzdu zbocza. Wstrzyma oddech i czeka. Sdzi, e do fortu jeszcze daleko, jednak tak go wyszkolono. W zasadzie po czym takim, naley przyczai si na dobr godzin. Nic si nie dziao, nikt nie zapala lamp, w oddali nie pojawiay si pochodnie, nie sycha byo nawoywa ani szczekania psw. Tylko dolina, pokryta ju biaym caunem, migotaa lekko odbitym wiatem. Cyfral pojawia si przed jego twarz, kiedy liczy jzykiem zby i oglda stuczenia na okciach i kolanach. Wzia si pod boki. Pukiel wosw spad jej na twarz, zdmuchna go niecierpliwie. - Bdziesz tu tak lea? - zapytaa. - Spadaj, Barbie! Nie pomagasz, to przynajmniej nie przeszkadzaj. - Gdyby nie ja, to byby ju sztywny. Rusz si. Moe lepiej ci powiec. - Nie. Dopki nie bd wiedzia, czy kto inny te to widzi, to nie. Przemyka wrd zadymki od jednej skay do drugiej, od jednej plamy cienia do nastpnej. Kosmaty paszcz oblepi si niegiem, podobnie jak zaimprowizowany kaptur. Ogrzewacz cigle dziaa, rozlewajc na brzuchu plam ciepa, ale Vuko czu, e grabiej mu rce. Zatrzyma si, wkadajc donie pod pach, kiedy usysza skrzypnicie drzwi. Wierzeje otworzyy si dosownie kilka metrw przed jego twarz, zalewajc go prostoktem wiata. Drakkainen znieruchomia w dziwnej, przygarbionej pozycji, patrzc zmruonymi oczami na czarn sylwetk stojc w drzwiach na wprost niego. Czowiek powiedzia co, co brzmiao jak przeklestwo. Przez chwil majstrowa przy spodniach, opar si barkiem o futryn i wypuci w kierunku Drakkainena ukowat strug cieczy, lnic w blasku poncego wewntrz ognia. Mczyzna oddawa mocz, nadal stojc w izbie, powistujc i patrzc Drakkainenowi prosto w oczy. Vuko trwa nieruchomo, zwinity w kbek pod paszczem, skryty w cieniu kaptura, powoli przesuwajc tylko praw do ku rkojeci miecza. Ale nic si nie wydarzyo. W skoczy, poprawi spodnie, po czym zamkn cikie, skrzypice drzwi. Zapada ciemno. Drakkainen przekn lin. Przez jaki czas mia wraenie, e zamarz w przykurczonej, niewygodnej pozycji, a do skamieniaa mu na okrconej rzemieniem rkojeci. Serce walio w

piersi niczym wielki, bojowy bben. Unis si i ruszy dalej pomidzy kamienne budynki, a po chwili wtopi si w mrok. Skrada si, majc po lewej rce kamienn cian ponurego, dugiego cekhauzu, ktry uzna za budynek mieszkalny. Mijane zabudowania sprawiay wraenie czego jakby bardziej

gospodarczego. Jakie szopy, moe co w rodzaju obr? Chcia jedynie wyplta si spomidzy budynkw fortu i wej na przecz. Wedug planu mia wychyn z boku, ju na wysokoci wartowni, tymczasem co pokrci w zamieci i teraz przemyka samym rodkiem fortu. Na korekt byo za pno, a Cyfral gdzie znika. Liczy waciwie tylko na noc i zadymk. Z wskich strzelnic kamiennej chaupy bio wiato, reszta tona w mroku i majaczcej sabo bieli niegu. Najpierw poczu smrd. Nie poczciwy, gorcy odr zwierzt, nawozu i starej somy, lecz niemoliwy do pomylenia z czymkolwiek innym fetor ludzkich odchodw, brudu, potu i przeraenia. Potem dobiegy go dwiki picych w toku ludzi. Chrapanie, kaszel, jki, zduszony szloch, szelest somy i szczk acuchw. Przez chwil klcza pod cian i nasuchiwa, a jego mzg pracowa na najwyszych obrotach, na jakie byo go tej nocy sta. Pomieszczenie zamknito wielkimi wrotami zbitymi z dech i zabezpieczono w najprostszy pod socem sposb: belk nasadzon w poprzek wrt na stalowe, wbite w cian haki. Najbardziej prymitywny zamek wiata, ale od wewntrz nie do otwarcia. - Nie - mrukn pod nosem. - Masz tylko przej przez przecz. Skorzystaj z zamieci i po prostu id std. Ale jako nie mg wsta od tych drzwi i po prostu std i. atwo je byo otworzy, ale co dalej? Jecy byli skuci. Rozkuwa ich teraz? Jak? Czym? Potem musiaby szturmowa przecz razem z grup haasujcych, wycieczonych niewolnikw. I ucieka, majc na karku pocig Wy. Przy czym sam ledwo trzyma si na nogach. Zamie zasypywaa tropy, lecz nie a tak, eby zupenie zniky. To bya pewnie pierwsza zamie tego roku. Lada moment mogo przesta pada. nieg nie utrzyma si duej ni kilka godzin, jednak to wystarczy. Wygadzi krawdzie, ale acuszek wgbie w gadkiej powierzchni zobaczy nawet kompletny kretyn. Tropy kilkunastu jecw bd niczym autostrada. W efekcie sam wylduje w tych acuchach najpniej za dwa dni i nakarmi idiotyczne, nieudane smoki van Dykena. - Nie! - sykn, usiujc zmusi si do dalszego marszu. - Po prostu wyno si std, debilu.

Odszed niechtnie, czujc si wyjtkowo podle. A uprzedzali go. Nie naprawiaj wiata. Nie wszczynaj rewolucji. Masz pojawi si, ewakuowa cele i znikn bez ladu". atwo powiedzie. Zwaszcza e mia te posprzta. Zacisn zby i przemkn wzdu budynku, starajc si nie sucha odgosw ze rodka. Marz. I znowu czu, e drtwiej mu koczyny. Doszed do wniosku, e zanim zaatwi go hipotermia, ma najwyej p godziny. Za kamiennym budynkiem wizienia majaczya kanciasta brya wozu, ktry oglda dzisiaj po poudniu. Potem jeszcze jakie szopy, za nimi niepowany dwumetrowy kamienny murek, dwiecie metrw w gr i wartownia. A wreszcie przecz i spokj. Rozejrza si po dziedzicu. Jakie niechlujne wszystko tu byo, jakby prowizoryczne. Budynki rozrzucone bezadnie, pod cianami drewniane wiadra i inne mieci. To ma by placwka badawcza? Ruszy dalej, przygity jak pod ostrzaem, lekkim, bezgonym truchtem. I wtedy natkn si na klatk. Staa za studni, w kompletnie przypadkowym miejscu dziedzica. Kuta z elaznych prtw, zamknita na co w rodzaju prymitywnej kdki. A w rodku siedzia trup dziewczyny. Siedziaa na pododze, z ramionami oplatajcymi przerzucon przez kark belk, ze zwieszon gow, wosami oblepionymi niegiem. Zatrzyma si tylko na sekund i spojrza na ni z zacinitymi zbami. Dopisa t pozycj van Dykenowi do rachunku i przygotowa si do dalszego biegu. A wtedy dziewczyna raptem podniosa gow. Zajazgotay acuchy, przez zason skotunionych wosw zobaczy wychudzon twarz z dziwacznym tatuaem na jednej stronie policzka i byszczce wskie oczy. Zakaszlaa gucho i sprbowaa dwign si na nogi. Jeszcze moment i wrzanie. - C... - zasycza rozpaczliwie Drakkainen, usiujc uspokoi j jakim gestem, ale w efekcie tylko zamacha rkami. Zasoni usta doni i chyba zrozumiaa, bo nie wydaa adnego dwiku.

Obmaca klatk, po czym obejrza starannie kdk. By to po prostu blok metalu na paku. Kdki tej konstrukcji miay rygiel podobny do kotwicy. Wpychao si to w obudow przez okrgy otwr, elastyczne wsy kotwicy skaday si i prostoway w rodku, blokujc pak. Zamknite. Klucz mia form rurki. Wtykao si go przez otwr z drugiej strony, zgniatajc znowu wsy i wypychao cay interes na zewntrz. Skd wytrzasn tak rurk? Tym razem nie byo rady. Dziewczyna rozpoznaa ju, e nie naley do Ludzi Wy. Udao jej si uklkn i unie gow, a teraz patrzya na jego szamotanin z nadziej. Jeli sprbuje odej, jak nic narobi wrzasku. Szarpn prty, ale trzymay mocno. Zawiasy, jakkolwiek podrdzewiae, rwnie wydaway si solidne. Byy to prymitywne sztorcowe zawiasy, daoby si je podway, lecz musiaby mie om. aden z jego mieczy nie mia prawa wytrzyma. Scyzoryk wyposaony w pi strunow diabli wzili. Wyj wic n, zmwi krtk modlitw o powodzenie myli technicznej zakadw Nordland i wsun go pasko pod drzwiczki. Kucn na wprost, splt donie na rkojeci i wbi nogi w kamieniste podwrze, prostujc si ca si mini ud i grzbietu. Nic. Poprawi ostrze, eby mie lepsz dwigni i sprbowa jeszcze raz. Twarz mu poczerwieniaa, na czole wystpiy yy. Z garda wyrwao si zduszone stknicie. Zawiasy zaskrzypiay, a caa konstrukcja drgna lekko. I wtedy usysza kroki. Odwrci si powoli, z noem w doni. ysy olbrzym, tym razem bez kapuzy na twarzy, za to okryty futrzan kurtk patrzy na niego osupiaym wzrokiem. Dzielio ich ze dwa metry. Drakkainen skoczy w jego stron jak pantera, widzc, e ysy, niemal dorwnujcy mu wzrostem, otwiera usta i napina przepon do wrzasku, ktry postawi na nogi ca okolic, nie wyczajc smokw. Rwnoczenie prestidigitatorskim gestem wydoby gdzie zza plecw krtki, szeroki tasak o paskudnie rzeniczym wygldzie. Vuko wyprostowa lew do i dziabn go tu poniej podbrdka tak, by cz midzy wypronym kciukiem a pozostaymi palcami trafia prosto w grdyk. Z wrzasku nic nie wyszo. Olbrzym wyda z siebie tylko wiszczcy charkot i zatoczy si, ale usta na nogach i, zanoszc si kaszlem, chlasn szeroko tasakiem.

Drakkainen usysza nagle w gowie przeraliwy, przeraony wrzask Cyfral, a potem wszystko, co widzia, zalaa czerwonawa powiata. Wydawao mu si, e mdleje. To, co nastpio pniej, byo jednym rozmazanym momentem, niczym gorczkowe majaki. Mia wraenie, e trwao mgnienie oka i odbyo si przed miesicem. Wydao mu si, e ostrze tasaka zmienio si w rozmyty, srebrny pksiyc. Wycinek lnicej paszczyzny, ktra dzielia przestrze i jego ciao na dwie czci. Wysnuwaa si gdzie z rki przeciwnika i wnikaa w jego ciao. Trwao to uamek sekundy. Zrobi krok w bok i paszczyzna cia ju tylko powietrze, by znikn po chwili, a dokadnie po tym samym torze migno ostrze. W powietrzu zapona inna smuga, tym razem wsza, jak lanca z ksiycowego wiata. Wyrastaa znikd i przeszywaa jego pier, wic ustpi jej z drogi. Dokadnie w tym samym momencie leccy za swoim chybionym ciosem olbrzym znalaz si tam, skd wypywaa wietlista smuga, i jego do strzelia dokadnie po tej samej linii, ostrze niemal otaro si o pier Vuko i pomkno w nico, pocigajc za sob przeciwnika. Drakkainen wyszarpn lew rk miecz, trzymajc go odwrconym chwytem, szczerbate ostrze przelizgno si po gardle ysego, Vuko zszed Wowi z drogi pobrotem i pad z wysiku na kolana. Pociemniao mu w oczach, a czerwona powiata znika. Cyfral przestaa krzycze. Przeciwnik run ciko na nieg bezwadnie jak worek. Drakkainen dysza ciko, opar si rk o ziemi i zwymiotowa. Dwign si, podnis miecz i podpez na czworakach do konajcego Wa. Chwyci go za rami i unis lekko, po czym wbi miecz gboko za obojczykiem, niemal pionowo w gb ciaa, czujc, e ostrze ociera si o koci. Grubas wypry si, wyda przeraliwy charkot i zatrzepota w drgawkach jak ryba, wreszcie zmik i opad twarz w rdzaw brej. Drakkainen stan na nogi, otar ostrze garci niegu. Porusza si jak pijany, ktry koniecznie chce udawa trzewego i wszystko robi niezwykle starannie. Schowa miecz, zatoczy si, przytrzyma klatki. Potem uklkn przy lecym twarz w d mczynie. Tamten by ju zupenie nieruchomy, tylko wok jego gowy na niegu rosa wielka, ciemna plama. Vuko zdar z niego kurtk, obmaca mu pas, znalaz kko z dziwacznym kluczem w ksztacie rurki i zademonstrowa dziewczynie. Wsta z wysikiem, obszed trupa z drugiej strony i, stkajc, cign mu futrzane buty. Usiad na niegu i zaoy je, robic sobie przerw pomidzy

jednym butem a drugim. Buty okazay si troch za mae, wic nie wiza tam cigajcych je w kostce. Otworzy klatk, odwrci dziewczyn i przeci rzemienie krpujce jej ramiona do belki. Rce opady bezwadnie, dziewczyna zwina si z blu w kbek, ale nie wydaa adnego dwiku, tylko zagryza wargi, a po policzkach potoczyy si strugi ez. Wycign j z klatki i posadzi na ziemi, omal si na ni nie przewracajc, i w milczeniu rozmasowa jej ramiona. Nie odzywali si ani sowem. Po jakiej minucie dziewczyna uniosa rami i jkna cicho. Drakkainen obmaca jej bark, po czym uj rami powyej okcia i lekko dotkn palcem ust. Skina gow, przycigna drug rk po jego paszcza i zagryza. Pocign rami dziewczyny, bark chrupn, krzyk uton w grubej, wenianej tkaninie. Potem Vuko wsta, chwyci grubasa pod pachy i wholowa go do klatki, zaoy mu belk na kark i przywiza ramiona. Zamkn drzwiczki, zatrzasn kdk, a klucz cisn gdzie w mrok i miotajc niegiem wichur. Zway w doni tasak, przywodzcy na myl przeronity n szefa kuchni, niechlujnie oprawiony w drewno, wyd pogardliwie wargi i posa tasak w mrok ladem klucza. Dziewczyna czekaa cierpliwie, lecz nie wydaa najmniejszego dwiku. By jej za to wdziczny. Zgarn troch niegu, zasypujc plam krwi, i ruszyli w mrok oraz wyjc zadymk, podtrzymujc si jak dwoje pijakw. Futrzany kubrak grubasa zacz go troch ogrzewa, cho i tak czu si fatalnie. Zupenie jakby krtka walka wyssaa z niego resztki si. Krcio mu si w gowie, widmowe drzewce rozpychao si w klatce piersiowej, a cae ciao poza ponc kolumn blu przypominao zwiewny ksztat z patkw niegu. Infantylny murek zoony z szorstkich kamieni, wrcz zapraszajcych do wspinaczki, okaza si zapor nie do przebycia. Drakkainen opar si o niego bokiem, splatajc donie, i ruchem gowy wskaza dziewczynie jej nog. Zrozumiaa, wsuna stop w utworzony z palcw koszyczek, wybia si z ziemi i oboje runli w nieg. Pozbiera si i przez chwil dysza, wsunwszy do pod kaftan i masujc mostek. Patrzya na to z trosk, lecz milczaa. Sprbowali jeszcze raz. Podrzuci dziewczyn na murek, przewiesia si na jego szczycie, wreszcie znika po tamtej stronie. Namaca odpowiednie kamienie, podskoczy, ale udao mu si

dopiero za trzecim razem. Przerzuci ciao przez wierzch muru i spad po drugiej stronie jak worek kartofli. - Kiepsko ze mn - wychrypia do dziewczyny po polsku. - Powiedz Cyfral... A zreszt nic jej nie mw. To i tak nie ma sensu. Pomoga mu wsta. Ruszyli pod gr, kryjc si za kamieniami, ktre zdyy obrosn ju zaspami uformowanymi w dziwaczne ksztaty, jak saharyjskie wydmy. Kamienna stranica trwaa wrd zamieci cicha i nieruchoma, tylko wiato paleniska bio przez okienka. Drakkainen zacisn zby i skoncentrowa si. Szli bardzo cicho, wycie wiatru guszyo chrupanie niegu po nogami. Prawie przeszli. Prawie. Stranik wyszed za potrzeb, kiedy wchodzili ju na przecz. I zobaczy ich natychmiast. - Jebem ti duszu - powiedzia Drakkainen zmczonym gosem. - Co wy, cierwa, recie, e was tak goni? Trzeci dzisiaj. Stranik krzykn co i rzuci si w ich stron, wycigajc miecz. W gbi domku, za otwartymi drzwiami rozleg si omot, jakby co przewrcono i wida byo jak paniczn szamotanin. - Sta za mn - rzuci Vuko do dziewczyny, wycigajc ostrze. Stranik bieg, wrzeszczc, tu przed atakiem zrobi dziwaczny, przyczajony zwd niczym bramkarz hokejowy i ci podstpnie od dou. Drakkainen uchyli si sennym ruchem i odbi cicie swoim zdobycznym mieczem, po czym kopn Wa w bok kolana i sprbowa ci go w kark, ale nadzia si na kontr. Ostrza zderzyy si ze szczkiem, napastnik zatoczy si, nagle wystrzeli chytrym pchniciem, Vuko puci je pod pach, czujc, e przegrywa, e nie jest w stanie dotrzyma tamtemu kroku. Napastnik by zdrowy, wypoczty i rozgrzany, a on tylko kbem niegowych patkw wok poncego snopa blu. Resztk si zablokowa tamtemu okie, z mieczem wci uwizionym gdzie za swoimi plecami, jego wasne ostrze zapltao si w futrzan po kaftana, wic grzmotn Wa okapem hemu w twarz i obaj zwalili si na ziemi, jak co, co rozpado si na dwie czci. Rozleg si wrzask, w drzwiach pojawi si drugi W z ukiem w rkach i koczanem na plecach, nacigajc ju ciciw.

Drakkainen wci lea, ale podcign nogi i zacz si podnosi, macajc nieg w poszukiwaniu broni. Jego przeciwnik zerwa si nieco chwiejnie, jednak znacznie bardziej dziarsko, rozmazujc krew po twarzy, i wycign miecz, zawijajc nim w jednej z tutejszych skomplikowanych figur przypominajcych taniec. Drakkainen namaca rkoje, opar ostrze o ziemi i dwign si ciko. Klejone uczysko zaskrzypiao cicho, pierzasta brzechwa uwiziona midzy palcem wskazujcym a zaoonym na rodkowy elaznym piercieniem podjechaa wowemu ucznikowi do ucha. Drakkainen chwiejnie ustawi si bokiem do strzelca, czujc, e jego ciao jest cikie jak nieruchawy drzewny pie i nic z tego nie bdzie. A wtedy dziewczyna, stojca dotd cicho z boku, rozjarzya si nagle zimnym, lodowym blaskiem, ktry zala przecz i smagn okoliczne skay, jakby okry j paszcz z zorzy. Obaj We stali skupieni, Drakkainen zatacza si z uniesionym, dygoccym mieczem, usiujc mie ich obydwu na oku. Dziewczyna uniosa rk. Ciciwa brzkna, strzaa bzykna jadowicie i wbia si w cel z guchym chrzstem. Wszystko to zlao si w jeden przykry dwik. Miecz upad na ziemi i zelizn si ze stumionym brzkiem po skaach. Wszyscy trzej stali nieruchomo, wreszcie pod Drakkainenem ugiy si kolana i zwali si bezwadnie na twarz z omotem, ktry wydawao si, e wstrzsn grami. Hem potoczy si po niegu, zakoysa si i znieruchomia. Dziewczyna nadal janiaa lodowatym blaskiem zorzy. Obaj We te si nie ruszali. Tylko wiatr wy wrd ska i ciska niegiem. Jeden W zakrztusi si i prychn krwi. Obj sterczce z piersi drzewce strzay, niewiele wicej ni brzechw, wycign kawaek i zama je. A potem przewrci si mikko na bok i zacisn lepkie od krwi palce na wystajcym z mostka drewnianym prcie. ucznik nadal si nie porusza. Dziewczyna staa wci z wycignit do gry rk, rozsiewajc upiorny, neonowy poblask. Strzelec starannie uoy uk na ziemi, cign z plecw koczan i pooy obok, po czym zdj kurt i koszul, ukazujc blad pier, poznaczon czerwono-czarnymi zygzakami tatuau.

Wycign miecz i, odwrciwszy si do ciany, stara si wepchn gowic midzy kamienie. Miecz zelizn si mikko, W podnis go i powtrzy manipulacj z jakim tpym uporem, tym razem wciskajc gowic staranniej, i zablokowa czubek wasnym ciaem. Opar donie o cian, usta cay czas mu si poruszay w jakiej bezgonej litanii, a po policzkach cieky zy i stopiony nieg, osiadajcy na wosach splecionych w warkoczyki. Rozleg si chrzst i zduszony krzyk, ktry uton w zawodzeniu burzy. Czerwone ostrze wysuno si z poznaczonych tatuaem plecw, a W przywar konwulsyjnie do ciany i ostatecznie zwali si na bok. Dziewczyna opucia rk, rozmazane wiato zorzy zgaso. Podesza do lecego Drakkainena, odwrcia go na plecy, po czym przyklka i pooya mu na chwil do na ustach. A potem wsuna rce pod jego grzbiet i uniosa zupenie bez wysiku, jakby by pustym ubraniem. W kamiennej zagrodzie rozleg si szczk blach i w niebo wyprysna upiorna, tskna skarga dwch krabw. W oczach dziewczyny na uamek sekundy znw zapona zorza, krtko jak flesz. Krzyk ucich nagle niczym ucity noem. Dziewczyna odwrcia si i ruszya lekko w gr przeczy. Wida byo jej drobne plecy i z jednej strony zwisajce bezwadnie nogi, a z drugiej gow i ramiona rosego mczyzny, ale nie wygldao na to, eby w ogle zauwaaa swj ciar. Po chwili znikli w zamieci.

Tygrysie o lepiach jak pomie, zwierzu gibki i powy strze si, ju skwiercz pochodnie, nadchodzi pora na owy.

Strze si, strze si, tygrysie. Wrg wdar si w puszcz o wicie, myliwca ky i pazury. Gotuj do walki o ycie.

(Pie o Krlu Tygrysie, trad. pie wykonywana podczas wita Wysokiego Tronu, Kirenen)

Rozdzia 4

Imiona bogw
Archimatrona prowadzia nas krtymi korytarzami, nie mwic ani sowa. Czuem jedynie ulg i wielkie zmczenie. Cieszyem si, e udao mi si wyj z jaskini, i tylko tyle. Jednak myl o tym, co w tej chwili tam si dzieje, nie dawaa mi spokoju. Drya moj dusz jak drzewny czerw. Nie wiedziaem, dlaczego przysza po nas osobicie. Moe wszyscy inni brali udzia w misterium, ale w takim razie dlaczego jej tam nie byo? Zaprowadzia nas do wielkiej sali, okrgej niczym misa, wyoonej dywanami. Pomieszczenie byo prawie puste, stay tam tylko kolisty stolik na nkach z rogu i owietlona dwoma lampami figura Pramatki. Padlimy na kolana, kapanka skonia si gboko, po czym dotkna domi swoich ust, piersi i ona. A potem usiada na poduszkach i wskazaa nam miejsce przy stoliku. To znaczy, ja uznaem, e wskazaa je Brusowi, wic skromnie uklkem na podwinitych nogach tu przy drzwiach. Archimatrona signa leniwie po ma metalow pak owinit w skr i uderzya w gong stojcy tu obok stou. Adeptka wesza do sali, jeszcze zanim dwik cakiem ucich. Postawia na stoliku wysoki dzban oraz dwa metalowe kubki, napenia je i bezgonie wysza. Wydao mi si, e to ta sama, ktra asystowaa starcowi przynoszcemu nam jedzenie. Oczywicie, tylko dwa kubki. Ja jestem przecie adeptem. Kowc. Byem niewidzialny, ale to mi odpowiadao. Brus zacz natychmiast marudzi. - Nie wolno pi sfermentowanych pynw. Rado, ktr daj, jest nienaturalna i budzi zo. Tylko... - Och, przesta ju! - warkna kapanka. - Potrzebuj prawdziwej rozmowy i nie bd gimnastykowa si ze Star Mow. To przykaza te nie znasz?! Pierwszy raz wymieniasz wsparcie?

Przeknem odruchowo lin, majc nadziej, e nie sycha tego w caym pomieszczeniu. Pomylaem, e nigdzie nie wida stray. Nadal moglimy uciec, wlokc archimatron ze sob. Ta farsa nie moga trwa ju duo duej, zanim ktry z nas albo obaj zrobimy co niewybaczalnego. - Maska! Zdejmij t przeklt mask! - zawoaa. - Nie jeste na targu! Brus bardzo powoli odpi paski, unis mask i zdj j z gowy. - No tak! Byam tego pewna! - Wypia yk z kubka, wstaa, przesza si szybko po komnacie. Wiedziaam! Bya wcieka. Napiem minie na prb i delikatnie zmieniem pozycj na tak, z ktrej mogem wsta jednym skokiem na rwne nogi. Kapanka kopna jakie naczynie, ktre z brzkiem potoczyo si po posadzce. - Neofita. Przeklty neofita. Dlatego jeste witszy ni sama ziemia. Jak dugo suysz Matce? Miesic?! P roku?! I od razu jeste kapanem, owiecona istoto jednoci? Usiujesz by gorliwszy od samej prorokini, eby zmy winy swojej skaonej gwatem ksiycowej krwi? Wrcia do stou. - Pij! Brus posusznie wychyli kubek. - Teraz oboje jestemy tak samo grzeszni, czy nie? Tylko e ja jestem cr ziemi, nie zapominaj o tym! To chyba nadal jeszcze si liczy, nei? Czy te wszystko si ju pozmieniao? Neofici o pocitych elazem pyskach zostaj gosicielami i kurierami tylko dlatego, e w odpowiednim momencie wsparli prorokini, a ja su Matce odkd si urodziam. W Sauragarze, a potem w tej dziurze! Zostaam adeptk, eby zemci si na ojcu, ktry zmusza moj matk do nieczystego ycia i wysugiwa si cudzoziemskiej dynastii. Chcia mnie dotyka! Chcia dotyka mojej matki bez zgody bogini! Pi wino i napar! Przychodzi cuchncy winem i niewoli j! Co noc to syszaam! Jad miso! Nie liczyo si dla niego nic, poza przekltym cesarskim zotem. Wszystko, co zarobi, przegrywa w koci, a my chodziymy godne! Bogini przygarna mnie, gdy miaam sze lat! Zabiam ojca, gdy spa, i uciekam do wityni. Dwadziecia lat pracowaam na to, eby osign owiecenie. A ciebie co owiecio? Susza? Prorokini? A moe miae do wiecznego czekania na wojn i bredni o handlu, pokoju oraz budowaniu kireneskiego porzdku? Przecie na mil wida, e bye legionist. I to jeszcze niedawno. Nosie cesarskie znaki i bez koca czekae na upy oraz krew, ale wojna nie

nadchodzia. A teraz bdziesz poucza mnie na temat kubka kobylego mleka? Jestem Amitrajk i wolno mi pi mleczny ogie! Tego nie wolno zmienia nawet prorokini. - Nie mog tego sucha... - wymamrota Brus i pochyli si w ukonie. - Neofita! Ja nie potrzebowaam Ognia Pustyni, eby si obudzi! Cae ycie patrzyam bezsilnie, jak pknity wiat krzywdzi cry ziemi. Jak wszdzie panosz si kireneskie grzech i plugastwo! Widziaam dziewczta oddajce si w ohydnych wityniach. Widziaam, jak s sprzedawane mczyznom niby kowce. Jak wdzicz si do plugawych synw ksiyca, ktrzy powinni im suy! Tak jak moja matka. A teraz ty jeste wanym posacem, a ja czekam tu sama. Wci czekam! Napenia kubki, po czym wychylia poow swojego i znowu usiada. - Od dziesiciu lat siedz sama w walcej si wiey z jedn zupenie oszala Wiedzc, ktra ma ju chyba sto lat. miali si z nas i rzucali za nami botem, a ja czekaam. Byy takie lata, kiedy musiaam karmi Pramatk wasn krwi, ale czekaam. Dom Kobiet sta pusty. Czasem przychodzio ukradkiem kilka cr ziemi, eby poskary si na swj los w pknitym wiecie i wzi si za rce w obrzdzie koa ez. A teraz, kiedy wreszcie prawdziwa wiara wrcia, mam paru owieconych, mam garstk nic niewartych adeptw i kapanw. Oraz binhon piechoty i ledwo hon jazdy pocigowej. Po pustkowiach wcz si buntownicy, lud cignie gdzie na wschd przez mj most, a ja mam zaprowadza Kodeks Ziemi sama! Pustymi rkami! Widziae, co si dzieje w miecie. Zebraam dobra nalece do Matki i nie wiem, co dalej. Wojsko pilnuje miasta i mostu, ale poza tym robi, co chc. Na razie trzymam ich w ryzach, jeszcze sdz, e mam moc wityni, lecz kiedy popijaj korzenne piwo, pal bakhun albo bezczeszcz cry ziemi z niskich nieowieconych kast, musz udawa, e o tym nie wiem. Patrz w plugawe ksiycowe lepia binhon pahandeja i widz w nich chytro. Pochylia si do Brusa, ktry siedzia zupenie nieruchomo, spogldajc na ni bez wyrazu. Czuem, e w pokoju jest jakie napicie. Czuem, e ta kobieta czego od nas da. Uczono mnie podstaw handlu i dyplomacji. Czuem, e ona teraz bdzie prosi. Jeli to nie poskutkuje, uyje drugiej rki". Tak si prowadzio interesy. Prawa rka - zapata, przysuga, zachta, proba, wywoanie litoci, udawanie przyjani, sojusz. Albo lewa rka - szanta, groba, donos, wycofanie oferty lub przemoc. - Spjrz na mj plac. Tam gnije zboe, ktrego w tym roku jest tak niewiele. Odebraam witynne stada, ale na dziedzicach Zewntrznego Krgu czekaj ju mczyni z wysokich kast.

Jeli teraz oddam ich kobietom stada i ziemi, strac nad nimi kontrol. Wiea znajdzie si u nich w kieszeni. Musz mie moc! Tymczasem czekam bez skutku. Bbny nie maj mi nic do powiedzenia. A jedyny gosiciel od dawna nie ma dla mnie niczego, nawet pozdrowienia. Po prostu mija moj sprchnia, pust wie. Posuchaj, gosicielu. Wiem, e nie wieziesz wieci. Nic nie mw. Wiem, e ci nie wolno. Nic nie mw. Pochylia si nad stoem jeszcze gbiej, odsuna kubek i ostronie dotkna doni Brusa. - Wiem, e wieziesz Imi. Zapada cisza. Pomylaem, e jeli ona chce nasz szkatu, powinnimy j odda. Niech bierze, co chce, a my przedostaniemy si przez most. Byle szybciej. Brus jednak milcza. Przez jaki czas mg milcze, pki nie usysza propozycji. Ale potem ju nie. Potem bdzie musia pokaza rce. Lew i praw. Milczenie najpierw jest tylko milczeniem, pniej ju grob. I to ostr. Jest obelg. - Nie wiem, dla kogo ono jest, ale powinno by dla mnie - powiedziaa znowu agodnym tonem. - Ono jest moje. Musz mie moc. Urodziam si w kraju, ktry od dawna lea pod kireneskim butem. Nie pamitam czasw Kodeksu. Stara pamita, ale ona wci mamroce swoje modlitwy i czyta ludzi. Sprowadza kolejnych ciemiycieli pod n kapanw i tylko to j obchodzi. Tylko krew dla Bogini. C, te chc, by Matka bya syta. Moe to racja, e wtedy nam zacznie bogosawi, niech wszystko stanie si jednym. Moe spojrzy na samotn Wie, ktra tyle jej daje. Dawne porzdki s jak choroba, ktr teraz musimy wypali, eby potem mc odbudowa Kodeks Ziemi. Ofiarowania pomagaj trzyma lud w ryzach, ale zale od siy wojska. A jeli bbny wezw wojsko gdzie indziej? A jeli wybuchnie bunt? To nie te czasy, kiedy niskie kasty byy dumne, e ich dzieci szy nakarmi Matk. Zebraam ju hon witynnej stray, lecz jest ich mao i nie ma komu nimi dowodzi. Bez mocy Imienia nic z tego nie bdzie. Prosz ci. Bagam i dam. Potrzebuj czego do kontroli wysokich kast. Potrzebuj ludzi, by budowali spichrze. Potrzebuj rolnikw, urzdnikw i nadzorcw. Jednak nade wszystko potrzebuj mocy Imienia. Znowu zapada cisza. - Archimatrono - zacz ostronie Brus - cokolwiek jest wiezione, musi dotrze na miejsce. Ten, kto wiezie, nie istnieje. Jeden nie jest wany. Nie ma te prawa decydowa, gdzie docieraj Sowa ani kto ich potrzebuje. Droga wiedzie tam, gdzie musi, i prowadzi j wysza mdro, do ktrej nie kady ma dostp. Ale gdy osoba wrci tam, gdzie czekaj, zostanie spenione przyrzeczenie, i sama prorokini dowie si o pooeniu tej Wiey. Nie bdziesz dugo czekaa ani na

Sowo, ani na owieconych do pomocy, by wszystko stao si jednym. Salakh akydylla. Zostao powiedziane. - Tam za mostem nie ma nic wanego - oznajmia. - Nic waniejszego ni osada Aszyrdym, na skrzyowaniu szlakw, przy mocie, przez ktry uciekaj ci, ktrzy powinni tkwi tu, gdzie im przykazano, i pracowa dla Pramatki. Nic waniejszego ni samotna archimatrona, ktrej grozi bezsilno, chaos i zaleno od kilku wysokich rodw. Tacy posacy jak ty wdruj do wszystkich Wie. Co to za rnica, ktre Imi trafi do ktrej? - Ju zdecydowano - uci Brus, a ja uznaem, e rola go ponosi. Powinien teraz wytargowa co dla nas. Czyby rzeczywicie chcia broni przekltej skrzynki za wszelk cen? Inna rzecz, e archimatrona wci nie pokazaa prawej rki". Czym chciaa zapaci? Zotem? Co kapanowi Pramatki po zocie? Zwaszcza gdy zlikwidowano nawet gupie uliczne stragany i nie mona kupi sobie nic, ani tykwy piwa, ani guzika, ani garci orzeszkw? Sign za po swojej kapaskiej szaty i pokaza kobiecie elazny, kolczasty medalion. - To - powiedzia - oznacza mier. mier dla kadego, kto zerwie pieczcie, a nie bdzie tym, kto mia je zerwa. Take dla mnie, gdybym mia zawie. Wiesz o tym, archimatrono. Zreszt to ty uwaasz, e wioz Imi. A ja powiem, e nie mnie to wiedzie i nie mnie o tym sdzi. Zauwayem, e porzuci piewny akcent i pokrtn gramatyk dawnej mowy. Pokaza, e dopuszcza rozmwczyni bliej. Gest prawej rki". - Och, oczywicie, e wieziesz Imi - odpara. - I wiem, co ono moe zrobi. Wiem, co si moe sta z kim, kogo Imi nie zna. Ale ja jestem gotowa. Od zawsze. Mnie Imi posucha. Jestem pewna, bo kiedy je widziaam. I ono widziao mnie. Wyprostowaa si i usiada inaczej, bardziej wygodnie, opara si na rku i rozlunia. Zupenie jakby dostaa to, czego chce, albo zmienia zdanie. Brus si nie ruszy, nadal siedzia w pozycji lewej rki" mwicej: nie. A kapanka wci nie zaproponowaa mu niczego. - Wybacz starej kobiecie jej niecierpliwo - odezwaa si archimatrona serdeczniejszym tonem. - Uwaaam, e musz przynajmniej sprbowa. Trudno. Prosz tylko, eby opowiedzia o mnie. Kiedy... kiedy kada Wiea miaa swoje wasne Imi. Lecz gdy Pramatka zasna, te imiona umary albo odeszy. Ta Wiea - klepna dywan obok siebie - te je miaa. Take kiedy tu przyszam. Niewiele zostao, ale do, ebym moga pozna, czym jest moc jednego z Imion bogini. Ta moc wci si tli, lecz za sabo, ebym moga j wykorzysta. Tymczasem wszystko wymyka mi

si z rk. Po prostu powiedz o mnie, gdzie trzeba. Przypomnij, e osada Aszyrdym czeka na Imi. Jeli go nie dostanie, wszystko moe si sta. A teraz... - signa po paeczk i znowu uderzya w gong, tym razem dwukrotnie - ugoszcz ci tak, jak goci si posaca. Po to, eby nie zapomnia o mojej Wiey. Adeptka wniosa tac zastawion kilkoma metalowymi miskami, i jeszcze jakie dziwaczne naczynie. Srebrne, cae pokryte otworami ukadajcymi si we wzory, stojce na podobnej do kielicha podstawce. - Tak... - Umiechna si archimatrona. - To jest to, o czym mylisz... Bdziesz mg podzieli ze mn ukszenie. Staniemy si jednym na chwa Podziemnej. Tyle zostao mi z dawnego Imienia drzemicego w pieczarze mojej Wiey. Dziki temu zapamitasz mnie i da ci to siy do dalszej podry. Kiedy poczujesz, czym jest jedno Matki, zniesiesz potem wszystko. Kapanka zdja lnice naczynie z podstawki i potrzsna nim lekko. Przez siateczk drobnych otworw wida byo, e w rodku co si porusza. - Podaj mi do - poprosia, uchylajc klapk w pokrywce. Brus drgn wyranie, przez twarz przebieg mu skurcz. Ja z trudem powstrzymaem okrzyk. Na rk kapanki wypeza skorpenica. Nie tak wielka jak ta, ktra miaa mnie zabi kiedy, w moich komnatach Domu Stali. Ta bya krtsza od mojego maego palca i jaskrawoczerwona w te pasy. Patrzyem, jak peza po doni archimatrony, przelizgujc si midzy palcami i stroszc jadowe kleszcze. Brus cofn rk. - lubowaem czysto - rzek. - Musz wraca tam, gdzie jest Sowo. Jestem posacem. Oczami i nogami Sowa i nie wolno mi go opuszcza. - C... - powiedziaa uspokajajco archimatrona. - Przecie nie jeste gupi. Spjrz, jaka maa. To poddana. Spjrz na pasy. Czyby takiej nie widzia? Brzowa krlowa zabija, ta obdarza posuszestwem, a ta daje jedno i kontakt z bstwem. No, daj do. Niech nas uksi. Niech wszystko stanie si jednym. Nie zostao mi ju wiele. Imi prawie odeszo. Ju niemal si nie rodz. W podziemiach mojej wityni kbi si zwyke, czarne skorpenice. Ich jad nie daje nic, tylko bl i chorob. Ale teraz powinnimy zosta sami. Zwrcia si do adeptki klczcej pod cian z pochylon gow. - Zabierz tego ksiycowego szczeniaka do jego celi. Niech wypocznie przed podr i niech pilnuje tego ich Sowa. Niech zje i dobrze wypocznie.

Skoniem si w milczeniu, pilnujc, by na mojej twarzy nie byo zna przeraenia, a jedynie poczciw, tp gupot Pryszczatego" Agyrena. Nie miaem pojcia, o czym mwia. Traktowaa jadowitego owada, jakby stanowi prezent lub poczstunek. A jeli jego jad rzeczywicie moe czyni? Jeli kapanka poczuje myli Brusa albo, co gorsza, spojrzy na niego sama Podziemna Matka, to atwo byo przewidzie, co si stanie. Szedem za dziewczyn dwigajc w jednym rku ciki koszyk z pokryw, w drugim lamp. Niebo nad wijcymi si korytarzami labiryntu zrobio si ju czarne i tylko chybotliwy pomyk owietla nam drog. Dziewczyna sza przodem i milczaa, a ja byem wdziczny za rol idioty. Nic nie musiaem mwi ani robi. Tylko umiecha si gupkowato, drapa i duba w nosie. To byo atwe. Skrcaa w korytarze bez namysu i pewnie wybieraa drog wrd cian skrcajcych si niczym kiszki kowcy, wic na miejsce szlimy jedynie kilka chwil. Cay czas nasuchiwaem z bijcym sercem, pewien, e za moment wydarzy si co gwatownego. Rozlegnie si jaki dzwon, dwik rogu, czy po prostu spokojnie nadejd kapani lub witynni stranicy, eby mnie powali? Wiedziaem, e bd walczy. Ale wiedziaem te, ile to potrwa. Ile trzeba czasu, nim zapdz mnie w lepy zauek, nawet jeli zdobd bro. Postanowiem, e jeeli zdoam wyrwa si za mury, nie bd prbowa przechodzi przez przeklty most. Uciekn na stepy, moe znajd inny most lub brd. Na razie jednak nic si nie dziao. W labiryncie trwaa cisza, przerywana czasem piskami nocnego ptaka. Dotarlimy na miejsce, adeptka pochylia si, wchodzc do celi, po czym usyszaem, e krzesze w rodku ogie. Zamigota pomyk, pokoik zalao ciepe, te wiato. Uklkem przed poskiem Pani niw i dotknem czoem podogi. Adeptka odpalia jeszcze knot drugiej lampy, tej owietlajcej nisz z figurk, potem pochylia si nad koszem. - Umiesz mwi? - zapytaa. - Odpowiadaj! Moesz sobie nosi kurt adepta, ale to ja jestem cr ziemi i musisz mnie sucha! Marzyem, eby wreszcie sobie posza. Spojrzaem na ni moliwie wystraszonym wzrokiem, otwierajc gupkowato usta w nadziei, e si zniechci. Wygldao jednak, e nie da za wygran. - Odpowiadaj, mwi ci! Umiesz mwi? - No - powiedziaem. - Ile masz lat?

- Bdzie ze dwadziecia - skamaem. Biedak z Kysaldym nie wygldaby w wieku siedemnastu lat tak jak ja. Otworzya koszyk i wyjmowaa z niego zamknite pokrywkami miski. Szczerze mwic, miaem wraenie, e mj odek umar, i wtpiem, ebym by w stanie co zje. W koszyku znajdowao si jeszcze co - opakowane w ptno spore zawinitko, ktrego nawet nie dotkna i zdao mi si, e stara si te go nie musn. - A kto ci tak gow ogoli? Rydwan bojowy? Jak ci na imi? - Ja Agyren. Na wityni ogolili. A w drodze to sam em goli, bo odrastao. - Wcale nie jeste taki pryszczaty, Agyren. I nie mw ja", bo ci uderz. - Od maego tak woaj. - Zostawili ci imi? To moe dalej jeste psem, co? Czy ci wytrzebili? - Ja ksiycowy pies - przytaknem. - Poka no! - Znienacka signa midzy moje nogi i obmacaa spodnie. Poczuem jakby obla mnie wrztek. Odskoczyem i zasoniem si. - Nie wolno! - krzyknem skrzekliwie, przewracajc oczami. Ju mnie to wszystko znuyo. Najchtniej bym j oguszy. - Ale ty gupi! To tobie nie wolno. Ja jestem cr ziemi, mi wszystko wolno. I masz mnie sucha! Poka no... No prosz. Wszystko ci zostawili... Co takiego. Nieadnie, Agyren. Nie wiesz, e w tym siedzi zo? - Nie dotykaj... - powiedziaem. - Nie wolno. Mistrz bdzie bi. - Jeszcze gorzej ci zbije, jeli si dowie, e mnie nie suchae. Nie rozumiaem, o co jej chodzi, ale miaem jak najgorsze podejrzenia. Odsunem si od niej pod cian, lecz natychmiast podpeza na czworakach i znowu signa midzy moje nogi. Zasoniem si, wtedy uderzya mnie w twarz i odsuna moj do. Spojrzaem na jej koszyk, ktry udao mi si kopn w czasie szamotaniny. Chusta owijajca pakunek rozchylia si lekko i przez szczelin spojrzao na mnie poczerniae elazo przecite czerwonym sznurkiem z czerwon, woskow pieczci. Wszystko stao si jasne. Miaa tam identyczn szkatu jak ta, ktr wielimy. Przyszo mi do gowy, e moe najlepiej pozwoli dziewczynie dalej robi to, co robia, i da jej okazj do zamienienia przesyek. Wtedy skwapliwie wypuszcz nas w dalsz drog. Tyle tylko, e na mocie nadal bdzie tkwia oszalaa Wiedzca ze swoim okiem na doni". Potem nagle przyszo

mi do gowy, e gdybym by na ich miejscu, musiabym zabi posacw. To byo niczym gra w targiss. Zobaczyem w gowie ukad pionw, wyobraziem sobie wszystkie ruchy po kolei. Ona da mi teraz rozkosz i, korzystajc z nieuwagi, niepostrzeenie zamieni szkatuy. A potem mnie zastraszy. Biedny kretyn przecie wie, co grozi mu za obcowanie z kobiet bez zgody bogini. Wie te, e nikt nie uwierzy synowi ksiyca, adeptowi niskiej rangi i do tego jeszcze idiocie. Wic bdzie siedzia cicho. Ale wdrowcy udadz si dalej i na miejscu okae si, e w szkatule nie ma Imienia albo listw, albo czegokolwiek, co miao tam by. Natychmiast bdzie wiadomo, czyja to sprawka. Ci, ktrzy mieli otrzyma przesyk, nie puszcz pazem czego takiego. Wtpiem, by uznali to po prostu za wyborny dowcip i pogrozili palcem sprytnej archimatronie, ktra zadbaa o swoj wityni. To byo bezlitosne, lecz widziaem wynik, jakbym oblicza jaki rachunek. Mia tylko jedno rozwizanie. mier dla posacw. Przesyka nie dotrze na miejsce, ale bdzie mona powiedzie, e tu te nie dotara. Co gorsza, prdzej czy pniej kto znajdzie dwa trupy lece w jarze pod miastem. My za nakarmimy bogini i nasze koci posu do ozdobienia kolejnej komnaty. Ta intryga moga da tylko taki wynik. Stawiaem nadal opr, lecz dziewczyna te nie prnowaa, a ja nie widziaem kobiety od tak dawna, i wydawao mi si, e byo to przed wiekami. Zacisna do i uniosa gow, patrzc na mnie przymruonymi oczami, z lekkim, szelmowskim umiechem rozchylonych ust i znowu poczuem, e mimo wygolonej czaszki, mimo spirali zdobicych jej czoo i policzki, wydaje si niebezpiecznie, wyranie znajoma. Przerazio mnie to jeszcze bardziej. Wiedziaem ju, co musz zrobi, lecz przyapaem si na tym, e zwlekam z tym najzupeniej celowo. Jeszcze chwil, jeszcze jeden ruch jej doni... Wyrwaem si i odepchnem adeptk. - Jeste za! Nie wolno! Bogini patrzy! Nie wolno tego robi! Mwili mi o pokusach! O zych mylach! Ty jeste pokusa! Zamyla! - Cicho, gupcze! - warkna. Celowo wrzeszczaem na cae gardo. - Hara! Zamilcz, psie! Uderzya mnie na odlew w skro. Nie osoniem si, ale przyszo mi do gowy, eby j zabi. Mogem to zrobi i bez haasu, i bez ladw krwi. Zanim zorientuj si, e znika, zanim j znajd, bdziemy ju na szlaku. Jednak to nie byo rozsdne. Gdzie na przykad miabym ukry ciao w tej pustej, kamiennej pltaninie murw i korytarzy? - Bo powiem, e chciae mnie dotyka - zagrozia. - Powiem, e prbowae mnie obnay. e dotkne mojego witego ona. Mylisz, e mi nie uwierz? Wiesz, co ci wtedy zrobi?

- Id sobie! Odejd! Mistrz dotknie mnie do gowy i wszystko bdzie wiedzia! Sam zobaczy! Zawahaa si. Kto wie, co w dzisiejszych czasach byo moliwe. A moe mj kapan faktycznie by Wiedzcym? - C... - powiedziaa ciepo i dotkna palcem moich warg. - Cicho ju... Bd dla ciebie dobra... Nic nie rozumiesz... Kiedy ja pozwalam, to wolno dotyka. Bogini si cieszy, rozumiesz? Znowu wycigna do i znalaza rozsznurowan szczelin w moich spodniach. Pchna mnie w pier, kac pooy si na wznak. Jej palce byy dziwnie wprawne jak na brzydzc si rodzajem mskim adeptk. Doskonale wiedziaa, co robi, i znowu poczuem, e wydaje mi si znajoma. - To tylko, eby nam si lepiej spao... - wyszeptaa. - Twj mistrz szybko nie wrci, on oglda teraz harmoni jednoci... No ju, uspokj si... Ju... Och tak... Spojrzaa na mnie, znowu mruc powieki. Wyrwaem si, wytrzeszczyem oczy i wygiem cae ciao w dziwacznych konwulsjach. Odskoczya, patrzc ze zdumieniem i przeraeniem, jak miotam si po kobiercu niczym przeraona ryba. Uderzyem twarz we wasne kolano, potem wrzeszczc, zaczem tuc gow w cian, jakbym chcia si za co ukara. Nie za mocno, eby nie zemdle, ale wystarczajco, eby rozbi nos i rozmaza krew po twarzy. Wywrciem stolik, miski potoczyy si po pododze, lampa wpada w kau sosu i na szczcie zgasa. Wydawaem z siebie jaki chrapliwy ryk, niepodobny do ludzkiego gosu, charczaem, trzymajc si za gardo i tukc gow o poduszki, udao mi si nawet spieni lin w ustach, po czym wypuciem j na wargi. Dziewczyna patrzya przez chwil, na jej pobladej twarzy wstrt miesza si z przeraeniem, zobaczyem, e zaczyna cofa si na czworakach do wyjcia, w kocu chwycia swj koszyk i ucieka. Zostaem nareszcie sam. Przez jaki czas wydawaem jeszcze rozmaite dzikie dwiki, ciskajc si po niszy, ale w kocu zacharczaem i ucichem, jakbym osab. Nasuchiwaem tylko. Wiedziaem, e jeli adeptka wrci zamieni szkatuy w nadziei, e zemdlaem, bd musia j zabi. Bo przypomniaem sobie. Poznaem j. A przynajmniej tak mi si wydawao. To byo niemal niemoliwe, lecz jeli si nie myliem, wiedziaem, e gdybym zosta z ni choby jeszcze przez chwil, gdybym spojrza jej w oczy, gdybym jej dotkn, ona poznaaby mnie rwnie. Na wasn i moj zgub. Mirah.

Naonica, z ktr moja nauczycielka i kochanka Aiina, moja jedyna Aiina, cae wieki temu rozkazaa spdzi noc na miosnych zmaganiach. Mirah, ktra miaa sprawdzi, jak wiele si nauczyem. Wieki temu, w dalekim miecie, w pawilonie paacowego kompleksu zwanego Wiosk Chmur. Mody ksi i ona. Pikna, smaga niczym kebiryjska ksiniczka. Zgolia czerwone wosy, zmienia zwiewne jak mga tkaniny na szorstkie ptno szaty adeptki, zdja delikatne acuszki z kostek i nadgarstkw, wytatuowaa policzki, donie i czoo w wite znaki, wychuda, ale wci miaa te same oczy podobne do szmaragdw. Te same usta. I te same donie, ktre wci pamitaem. Siedziaem na posaniu, ocieraem skrawkiem szmaty krew z nosa i czuem, jak z przeraenia, podniecenia i wysiku wali mi serce. W podbrzuszu czuem ostry bl niespenienia, czuem te, e trzeszczy mi w poobijanej gowie. Miaem nadziej, e si myliem, moe to by kto tylko podobny, moe jaka krewna, lecz wiedziaem, e si oszukuj. S rzeczy, ktrych si nie zapomina. Czas moe spuka myli niby deszcz. Moe zmaza nawet takie rzeczy, ktre kiedy byy najwaniejsze. Ale pieszczoty i spojrzenia kochankw zostaj. Zwaszcza takie pieszczoty, jakimi potrafia obdarzy Mirah, i takie spojrzenie. Jej usta, jej oczy i jej palce. Byem pewien. Do rana siedziaem i nasuchiwaem. Gboka, czarna noc labiryntu niosa jakie dwiki, jakby szepty lub kroki, ale kiedy wygldaem z niszy, nie widziaem nikogo. Zasypiaem na krtko, lecz wystarczy wist wiatru albo krzyk ptaka i budziem si natychmiast. Dla pewnoci przeniosem skrzynk, starajc si jej nie dotyka inaczej ni przez szmat, i umieciem tak, eby nie dao si po ni sign niepostrzeenie podczas mojego snu. Jednak i tak spaem niewiele i bardzo pytko. Brus wrci dopiero rano. Wczoga si do niszy i usiad pod cian, rozcierajc ramiona, jakby trzs si z zimna. By bardzo blady, a na jego ramieniu pojawi si napuchnity, purpurowy lad po ukszeniu. Spojrza na mnie, ale dotkn pici ust, zanim zdyem si odezwa. Siedzia nieruchomo i widziaem, e walczy ze zmczeniem. Gowa opadaa mu na kolana i po chwili znowu si budzi. Tak samo jak ja. O wicie przynieli nam wiadro wody do mycia i odrobin papki z warzyw, a nawet lekko sodkawe orzechowe ciasteczka. Wszystko przynis ysy starzec, Mirah si nie pojawia.

Zebralimy swoje rzeczy w milczeniu. Nie miaem pojcia, co wydarzyo si tam, z komnacie archimatrony. Przyszo mi tylko do gowy, e gdyby Brus zabi j, jak podpowiada rozsdek, wrciby w nocy. Poza tym nie nakazywa popiechu. Zaraz po niadaniu zaoy mask i nie mwi do mnie w inny sposb, ni wydajc krtkie rozkazy, podobne do tych, jakie wydaje si psu. Najczciej jednak wskazywa jedynie co palcem. Ledwo zawinlimy szkatu i uporzdkowalimy szaty, pojawi si ten sam kapan nieodgadnionej pci, ktry prowadzi nas poprzedniego dnia. - Archimatrona przekazuje na drog kosz owocw i yczenia, by droga, ktr podruje Sowo wysana bya bogosawiestwami Podziemnej Matki - wyrecytowa. - Niech Matka ma w opiece t Wie i wszystkich, ktrzy chroni si w jej cieniu - odpar Brus, odzywajc si ludzkim gosem po raz pierwszy tego dnia. Odprowadzono nas na zewntrzny dziedziniec. Szedem w milczeniu, czujc, e serce wyskoczy mi zaraz z garda. W kadej chwili spodziewaem si widoku witynnej stray, muru okrgych tarcz z wizerunkiem Podziemnego ona i wczni. Raz byem pewien, e bdzie ich prowadzi Mirah, raz, e archimatrona lub obie, a czasem zakadaem, e bd po prostu czekali przy bramie. Zamiast tego zobaczyem nasz zdobyczny wzek z naprawion osi, zaprzony w te same zwierzta. Brus wgramoli si na siedzenie i uklk na skrzanych poduszkach, po czym gestem palca kaza otworzy sobie wielki parasol. Zrobiem, co kaza, przy okazji rzuciem okiem na ty wozu i stwierdziem, e nasze kosze, kije szpiega, toboki z ubraniami le tak, jak je zostawilimy Ujem lejce oraz dug trzcin. A potem stalimy dugo w milczeniu i czekalimy. Usyszaem zgrzyt rygli, wreszcie wrota otworzyy si, wpuszczajc wiato soca. Dgnem onagery trzcin, dwukka ruszya i wyszlimy do miasta. Ponownie w stron mostu. Idc, zadarem twarz ku socu, bo miaem wraenie, jakby ofiarowano mi je na nowo. Nawet zatoczony, cuchncy plac, ndzne uliczki i krzywe chaupy osady Aszyrdym wydaway mi si pikne. Wiedziaem jednak, e za wczenie na rado. Toczylimy si przez miasto, a gdziekolwiek pojawia si nasz wzek, ludzie klkali, opierajc pici o ziemi. Szedem i ani razu nie obejrzaem si na sterczc nad okolic Czerwon Wie. Tym razem pod mostem nie byo wielu ludzi.

Wojsko jednak stao tak samo, jak poprzedniego dnia. Spojrzaem na przegradzajce kamienny most obwieszone tarczami wozy taborowe i znowu poczuem jakby w moim gardle zamieszka zwinity w kbek w. - Ani sowa - zabrzcza gos Brusa zza maski. Za stoem siedzia inny dziesitnik ni wczoraj. Gow owiza chust, popija wod z bukaka, nogi trzyma wygodnie na stole. W kolejce czekao ledwo par osb, jaki samotny wdrowiec, rodzina z kilkorgiem dzieci, starzec wsparty na kiju. Pod cian opodal mostu nie byo jeszcze tumu zatrzymanych. Na razie klczao tam jedynie troje podrnych, z rkami splecionymi na gowach. Pilnowa ich onierz z wczni, ktry siedzia sobie na beczce i gryz owoc. Pozostali snuli si po placu albo siedzieli w cieniu pod cian w rozwrzeszczanej gromadzie i grali w koci. Midzy nimi staa owinita rzemieniem tykwa, onierze podawali sobie glinian fajk, bezceremonialnie wypuszczajc kby bakhunowego dymu. Pomylaem, e wystarczyby hon jazdy, eby rozbi ich w py. I niewiele wicej, by zdoby cae miasto. Tylko co dalej? Kiedy podjechalimy do pierwszego posterunku, dowdca koczy wanie rozmow ze stoczon w trwon grupk rodzin. Mczyzna i kobieta nerwowo grzebali za pazuch i w zakamarkach szat, a obok stolika sta duy kosz, taki jak do noszenia chleba, w ktrym leay ju najrniejsze przedmioty. N w drewnianej pochwie, gar miedziakw, jakie zdobione szylkretem pudeka, troch taniej biuterii, kolorowe szmatki. Albo podrni musieli opaca si posterunkowi, albo byy to zakazane przedmioty, bo dostrzegem w koszu te ze dwie zdobione metalem tykwy na paskach, w jakich nosio si wino palmowe na drog, oraz adn fajk ze srebra i drogiego drewna. Kobieta z gow nakryt chust, drc od wstrzymywanych ez, rozsupaa zawinitko, z ktrego wyja dwa mae, srebrne kolczyki z oczkami z krysztau. Dowdca obejrza je pogardliwie, po czym wrzuci do koszyka i gow wskaza im przejcie pomidzy wozami. Zanim wszyscy na nasz widok uklkli na piachu, za wozy zdy przej jeszcze samotny wdrowiec. Wysoki mczyzna w zniszczonym paszczu przeciwdeszczowym, z kijem na ramieniu, o twarzy zasonitej przez rondo podrnego kapelusza. Nosi szat Sindara, lecz z postawy i sposobu noszenia si przypomina mi Kirenena. Wrzuci do koszyka gar nowych, elaznych gwodzi i poszed na spotkanie ze staruch.

Tym razem nie musielimy tumaczy si ani wykca. Wystarczyy nasza dwukka, szaty i wlokcy si za nami cie Wiey. Brus nawet nie zdy sign po swj wiszcy na szyi znak. Wz przetoczy si na drug stron mostu, dajc nam drog. Ledwo jednak przejechalimy kilka krokw, rozleg si krzyk. Najpierw chropawy wrzask staruchy, a potem tupot i rwetes. Kiedy tylko usyszaem jej skrzek, omal nie zemdlaem, przekonany, e chodzi o mnie. W nastpnej chwili zobaczyem j, jak rzuca si ku wysokiemu mczynie, chwytajc go za ubranie, sigajc mu do twarzy wlastymi palcami zakrzywionymi w szpony, o wielkich pokych pazurach zawijajcych si niczym u ptaka. Podrny wyrwa si i rzuci do ucieczki. Beznadziejnie, na drug stron rzeki, na spotkanie kolejnych dwch wozw. - Grzech! Ciemizca! Ciemizca! - wrzeszczaa Wiedzca gosem, ktry brzmia jak krzyk sjki. Jeden z jedcw grupy pocigowej wskoczy na grzbiet konia, ale nie normalnie, tylko stajc nogami na siodle, bez trudu, jakby wskoczy na st. Jeszcze w powietrzu zdar z plecw uk, w drugiej doni trzymajc ju strza, zawin nimi w powietrzu jakim skomplikowanym ruchem i byskawicznie, nie celujc, strzeli z biodra, trzymajc uk pasko. Biegncy run na ziemi z pierzastym drzewcem sterczcym z karku, ale natychmiast podcign nogi i wsta chwiejnie, po czym uparcie ruszy na drug stron mostu, na kolejne dwa wozy. Zaganiacz po tamtej stronie opar nog o burt wozu i te strzeli, takim samym momentalnym ruchem, jakby bez namysu. Mczyzna zatrzyma si w p kroku i zachwia, na jego plecionym paszczu pojawi si krwawy punkcik i bysk stali. Brzkna ciciwa onierza stojcego obok nas na siodle, za chwil z krtkim bzykniciem od wozw z tamtej strony migna kolejna strzaa. Mczyzna jednak szed nadal. Stan na moment, po czym zama sterczc mu z piersi strza, sign doni za plecy, chwyci pierzysko i wycign drug. I zaraz przeszyy go dwie kolejne. Stojcy na siodle strzelec zachichota. Wygldao, jakby ucznicy grali ze sob o to, kto zdoa go wreszcie powali. Mczyzna jednak nadal szed. Cay zalany krwi, naszpikowany sterczcymi we wszystkie strony drzewcami o purpurowych pierzyskach, dzierc w doni odamany grot. Nie mogem oderwa od niego wzroku i modliem si w duchu, eby doszed do tamtego wozu. eby udao mu si cho tyle.

Jednak kilka krokw dalej podrny dosta jeszcze dwa razy i nagle zwali si na kamienie mostu. Usiowa si podwign, ale zwiotcza w kocu, a ja zrozumiaem, e i tak wygra. Nikt nie powlecze go do wiey, nikt nie rozpruje nagiego wrd dymw i zawodze kamiennym noem, nikt nie nakarmi jego krwi starego posgu. Starucha dyszaa ciko, wiszczcym gosem, adeptka podtrzymywaa jej rami. Druga niosa stoek. - Gupcy... - wyrzzia baba. - Jego krew dla Matki... Zmarnowalicie jego krew... A potem Wiedzca usyszaa turkot k naszego wzka i podniosa gow. Patrzyem przed siebie, eby nie spotka jej lepych oczu pokrytych zotym bielmem. Stara wyszarpna si adeptkom, macajc przed sob, zacza wszy. Wycigna szyj niczym pies, jej nozdrza poruszay si, jakby szukaa tropu. ucznik z drugiej strony mostu podszed do lecego mczyzny i trci go lekko butem. Przyklkn i dotkn trupa, po czym unis si w nasz stron i przesun wyprostowan doni po swojej szyi. Wiedziaem, co teraz bdzie. Brus siedzia nadal jak kuka, stara znalaza ju kierunek i ruszya mi na spotkanie. Do, oko Matki..." - Sta! - Rozleg si krzyk. Obejrzaem si. Zobaczyem archimatron. Siedziaa w lektyce, towarzyszyo jej czterech zbrojnych z tarczami wityni i w zbrojach. Poczuem, e w gardle rodzi mi si dziwaczny, histeryczny miech. Wypenia mnie od rodka powoli, jak woda, jeszcze chwila i bdzie musia si wyla. Co jeszcze? Czy nad tym mostem wisiaa jaka kltwa? - Sta! - zawoano ponownie, mimo e wszyscy ju stali. - Ciemizca! - zawya Wiedzca. - Czuj zo! Egoizm! Chciwo! Czuj nienawi! Czuj krew dla Matki! - Dosy! - Lektyka z archimatrona wdrowaa nam na spotkanie, widziaem ju twarze witynnych stranikw. Postanowiem, e skocz tak samo jak podrnik, ktry przypomina mi Kirenena. Nie powlok mnie do stp posgu. Nie dostan mojego serca, krwi i koci. Nie nakarmi ich Matki.

Skonam w biegu, w szaleczym ataku na wozy po tamtej stronie. Zwolniem troch, eby w razie czego zdy sign po miecz ukryty w podrnej lasce lecej na tyle wozu. Archimatrona wrzasna nagle na nioscych i kazaa postawi lektyk na ziemi. Wszyscy wok, wojsko i podrni klczeli ju z czoami na ziemi. Kapanka wypltaa si z mulinowych zason i ruszya w naszym kierunku, powiewajc czerwonym paszczem, z twarz niknc w cieniu. - Dosy tego szalestwa! - krzykna. - Nie moesz wstrzymywa posaca! Masz dosy ciemiycieli! - Zamilcz! Ja czuj! Jestem okiem Matki! Wiesz, e si nie myl! On tam jest! Czuj jego smrd! Nie omielaj si stawa mi na drodze. To ja znajduj! To ja wiem! To ja czuwam! Matka si nie myli! - Jedcie! - rzucia archimatrona przez rami prosto do nas. - Tylko szybko! Potem znowu krzykna na staruch: - Przesta mwi ja"! Wiesz, czym jest to sowo! Przesta przeklina! Ruszylimy wic, zostawiajc je wrzeszczce na siebie jak pawie, pord kornie klczcych ludzi. Kopyta stukay o bruk, koa krciy si z turkotem, w dole rzeka huczaa wrd piany. - On jest naznaczony! - Dobiego mnie z tyu. - To nosiciel losu! To starucha krzyczaa. Ale nie chodzio jej o Brusa, jak zapewne mylaa kapanka. To ja byem naznaczony. Byem nosicielem losu. Cokolwiek to oznaczao. Najpierw minlimy lecy na ziemi podrny kapelusz, malowany jasn ywic, potem ciek drobnych plam krwi, a na jej kocu lea mczyzna. Mia bia, umazan posok twarz i nagle wyda mi si podobny do mojego ojca. Odwrciem wzrok. Jeden z wozw zosta przepchnity na bok, kopyta osw znalazy si na trakcie, koa stoczyy si z mostu. Rzeka, miasto i wiea zostay za nami. Znowu bylimy na szlaku i wdrowalimy na wschd. Brus nadal rozpiera si na siedzeniach pod parasolem, nie zdejmujc z twarzy maski, a ja wdrowaem obok z trzcinow tyczk i widokiem na zadki osw. Wci by kapanem, ja adeptem. Pryszczatym Agyrenem, ktrego miaem ju powyej uszu. Gdybym mg, zabibym go jeszcze raz.

Marzyem o tym, eby zedrze z siebie te szaty i znale jak wod, ktra obmyje mnie z kurzu, potu i strachu. Szlak by pusty. Wznosi si agodnie wrd ska i niewielkich, osypujcych si wzgrz. Drzewa rosy tu rzadko, wicej byo krzakw o twardych, drobnych liciach i biaych niczym popi gaziach, najeonych wielkimi cierniami. Nie byo nikogo, tylko nasza dwukka, ptaki krce po niebie, soce i rudy py drogi. - Co si wydarzyo na mocie? - zapytaem. Wydawao mi si, e nie mwiem normalnie od wiekw. Odpowiedziao mi milczenie. Istota na wzku patrzya przed siebie, jakbym nie istnia. Przejechalimy jeszcze par krokw. - Chc wiedzie, co zdarzyo si wczoraj w nocy i dzi na mocie - powtrzyem goniej. Nic. Wrzuciem tyczk na wz. Brus unis si na poduszkach jakby z oburzeniem i odwrci ku mnie lnic, owadzi mask. - Daj mi wody! - rzuciem. Maska lnia niczym lustro, w szczelinach czai si mrok. - Za blisko, by gasi pragnienie - zgani mnie surowo. Sowa wymawia normalnie, nie z nadtym zapiewem Mowy Jednoci, ale tak zbudowa zdanie. Poszedem na ty wozu i signem po kij szpiega, jednym ruchem obrciem piercie, pocignem za udajc drewno rkoje. Lnice ostrze zasyczao jak wcieky w, wylizgujc si ze swojego lea, zalnio w socu. Spojrzaem na bro w swoim rku i nagle znowu poczuem si czowiekiem. W kireneskiej poezji miecz nazywano czasem odwracaczem losu". - Daj mi wody, synu Piounnika - powiedziaem ostro. - I unie t mask. Chc ujrze twoj twarz. Natychmiast! Woda i maska, bo przysigam, e za chwil bdziesz martwy. Patrzy na mnie zza maski, klczc nieruchomo na skrzanych poduszkach, chyba nie rozumia, co mwi. - Agira, askaro! - warknem nagle po kirenesku. To rozkaz, onierzu!" Wzdrygn si, jakbym go dgn. Obaj nie syszelimy dwikw wasnej mowy od niepamitnych czasw. Nawet w paacu uywano jej tylko od wita.

- Agira! - powtrzyem odrobin goniej, ale jeszcze bardziej stanowczym tonem, ktrego uywali dowdcy. Nie krzykiem. Nie jak dziesitnik w obozie piechoty. Jak zirytowany niesubordynacj cesarz. - Kano! Sucham! - szczekn nagle zza maski i podnis j. A pod spodem ujrzaem twarz szaleca. Brus by blady, zlany potem, o lnicych oczach, jakby trawia go gorczka. Patrzy na mnie nieprzytomnie, z idiotycznym, nerwowym umiechem bkajcym si na ustach, caa jego twarz drgaa, wyglda, jakby mia wybuchn rechotem albo paczem. Zacisnem spocon do na drewnie rkojeci. - Iszida tarai no! Z wozu! - wycedziem. Zeskoczy na drog, patrzc na mnie tym dzikim wzrokiem, z obliczem wykrcajcym si w dziwacznych grymasach. Miaem wraenie, e zamieszka w nim demon, ktry usiuje wydosta si na zewntrz. Byem pewien, e za moment rzuci si na mnie. Czuem, jakbym sta przed wielkim, bojowym leopardem, ktry nagle oszala. Dlatego nie zmieniem postawy, nie uniosem miecza. Gdybym przyj bojow poz, Brus poczuby, e si boj. Staem wic wyprostowany, patrzc na niego wadczo. Trwalimy tak przez chwil, mierzc si wzrokiem. Pozwoliem, by na moj twarz wypyn wyraz hamowanej wciekoci, i uniosem lekko miecz. Nie jak do walki, ale tak, jak gdyby by kijem, ktrym chc skarci psa. Brus zacz dygota, jakby przechodziy go dreszcze. Odpi paski, zdj mask i upuci j na ziemi. A potem run na kolana, wbijajc pici w rudy py drogi, i pochyli gow. - Agiru Kano! Kodai massa, tohimon! Jestem posuszny, prosz o wybaczenie! Mwi po kirenesku dziwnie, jakby sowa nie chciay mu si przecisn przez gardo, ale ukon, ktry mi skada, by amitrajski. Poddaczy. Daleki od godnoci kireneskich obyczajw wojskowych. Unis twarz, ukazujc szeroki, kretyski umiech, lecz w oczach mia rozpacz. - Matagei. Dosy - rzekem. Tylko tego brakowao, by kto nadszed i zobaczy kapana bijcego korne pokony adeptowi. Stalimy na szlaku, wci niedaleko przekltej osady. - Podaj mi wod - powiedziaem spokojniej. Wsta, sign do wozu i wydoby bukak. Wypiem kilka ykw, po czym oddaem Brusowi worek i kazaem pi. Wtpiem, by zimny pyn wystarczy, eby go ocuci. To, co si dziao z moim przybocznym, byo przeraajce. Oszala albo

zeraa go choroba. Nie miaem pojcia, co dalej robi. Wok ranki na jego ramieniu rozlaa si paskudna, purpurowa opuchlizna wielkoci zotego dirhama. - Co ci jest? - zapytaem. Brus nadal dygota, pijc wielkimi ykami. - Czy to ukszenie? Potrzsn gow. - Nie... Tak... Nie jest wiadome... Wybacz, tohimonie. W takiej sytuacji myli si dawn mow. Trudno mwi normalnie. Prosz o wybaczenie... Agiru kano... Niedobrze. - Wa na wz - powiedziaem. - Musimy jecha dalej, a znajdziemy odludne miejsce, eby pozby si przebrania tych przekltych kapanw. Najlepiej id spa. Nie zakadaj maski, ale miej j pod rk, na wypadek gdybymy kogo spotkali. Wgramoli si posusznie na dwukk i usiad na poduszkach pod wielkim, paskim parasolem. Dgnem osy trzcin i ruszylimy znw. Droga bya pusta. Nikogo ani tam, gdzie zmierzalimy, ani za nami. Do tego jednak, eby pozby si wozu, musielimy odjecha znacznie dalej. Szlak wi si przez skaliste pustkowie, nad brzegiem rzeki pienicej si i ciskajcej wrd kamieni. Na rozpalonym niebie kryy ptaki, muchy pchay si do ust i oczu, obsiaday szerokie grzbiety onagerw. Brus osun si w kocu na poduszki i zasn. Uznaem, e tak jest lepiej. Wci mia blad, spopielaa twarz i przenikay go dreszcze. Szedem wic sam. Po jakim czasie upa da mi si we znaki i rozbolay mnie nogi. Niewiele spaem zeszej nocy, a strach zera si czowieka nie gorzej ni cika harwka. Wlazem wic na koza i jechaem wcale wygodnie, jedzc miodowe liwy z kosza i starajc si jedynie nie zasn. Nie potrafibym wyjani, co mi si nie spodobao. Droga biega tak samo jak przedtem. Krajobraz by rwnie taki sam. Skay, cierniste krzewy, rudy py traktu i kpy wskiej trawy. Huczca wciekle rzeka w dole. To samo.

A jednak czuem niepokj i nie wiedziaem, dlaczego. Moe to kompletnie pusty szlak, ktrym jeszcze wczoraj cigny dziesitki uchodcw? Moe nie podobay mi si skay otulajce drog na zakrcie? Trasa przechodzia pomidzy dwoma skalnymi grzbietami, a potem prowadzia wzdu przepaci, majc z jednej strony najeony gazami stromy brzeg rzeki, a drugiej wysok jak drzewo skaln cian. Idealne miejsce na zasadzk. Tak wanie pomylaem, nagle majc wraenie, e co cisno mnie za gardo. Zszedem z koza i znw wdrowaem obok wozu, rozgldajc si czujnie, ale byo cicho i spokojnie. Za cicho i za spokojnie. Soce prayo ogupiajco moj pokaleczon i niechlujnie ogolon gow, bzyczay muchy, szumiaa rzeka, w powietrzu wisia niewielki ptak, bijc skrzydami i zanoszc si monotonnym, srebrzystym trelem. Co chwila pikowa w d, by znowu poderwa si i zawisn wysoko, wypiewujc swoj piosenk. Zwolniem kroku. Ten ptaszek to miodunka. Zawsze tak robi, kiedy chce odstraszy napastnika od swoich modych. By moe do jej umieszczonego w szczelinie midzy skaami gniazda zakrada si lisiec. Albo jadowita jaszczurka. By moe. Jednak nie miaem ochoty wej w skalny korytarz, by wychyn po drugiej stronie, cinity midzy cian a przepaci. Miodunka zanosia si wiergotem, jakby gardo miao jej pkn. Gdzie w wwozie spad pojedynczy kamyk. Strzeli ostro, odbijajc si od ska, zagrzechota po wirze. Nic si nie ruszao. A potem zobaczyem krtki bysk na szczycie skay. Po prostu iskr. Drobink sonecznego wiata odbit od lnicego mik lub krysztaem kawaka skay. Lub od polerowanej stali. Strzepnem lejcami, kac zwierztom nagle zerwa si do biegu, i natychmiast cignem uprz mocno i gwatownie na lew stron. Jeden osio niemal stan dba, drugi usiowa skrci w miejscu i wszystko si spltao. Nogi, rzemienie, erdzie dyszla, orczyki. Onagery runy bezwadnie, dwukka przewrcia si z trzaskiem, rozsypujc adunek i wyrzucajc na drog tu obok mnie ogupiaego Brusa.

Ale stao si to, co chciaem zrobi. Lece wrd szcztkw uprzy, ryczce przeraliwie pocigowe zwierzta i wywrcony wz, bezsilnie obracajcy koem w powietrzu, w jednej chwili wzniosy przed nami barykad. Pierwsza strzaa uderzya w momencie, kiedy wz si wywraca, i wbia si w wypuky bok onagera. Zwierz wydao z siebie przeraliwy wrzask, podobny do trbienia, kolejne dwie strzay trafiy ze stukiem w dno dwukki, nastpna z ostrym bzykniciem przeleciaa mi tu nad gow jak stalowy szersze. W naszych bagaach nie byo ukw. Nie na wiele by si zreszt zday. Brus dwiga si niemrawo, potrzsajc gow, krew toczya mu si strumykami po twarzy i kapaa na drog, kolejne strzay wbiy si z ohydnym planiciem w boki zwierzt rzucajcych si rozpaczliwie wrd pozrywanej uprzy. Podczogaem si, by chwyci kij szpiega i przycign do siebie. Wydobyem miecz, uwolniem ostrze na drugim kocu kija, zmieniajc go we wczni. Brus te czoga si po rdzawych kamieniach, znaczc je strukami krwi z rozbitej gowy, ale zamiast broni, tuli do siebie srebrn mask kapana. Kolejna strzaa odbia si od skay tu obok wozu. Drzewce rozszczepio si pkiem drzazg, zmieniajc si w dziwaczny kwiat. Wygldao na to, e z Brusa na razie nie bdzie poytku. Zaoy mask, syszaem, jak brzczy w rodku sowami litanii do Podziemnej Matki. Biegli. Widziaem, e zeskakuj ze ska i gnaj w stron dwukki z obnaonymi mieczami. Syszaem tupot cikich, wojskowych sandaw. Trzech. Byli ju o kilkanacie krokw, kiedy z wwozu wyonio si kolejnych trzech. Dwch z ukami w rkach i jeszcze jeden idcy na kocu. Ci nie biegli, tylko zwyczajnie maszerowali na nas, ucznicy z zaoonymi ju strzaami na ciciwach. To nie byy wygite, klejone uki zaganiaczy, lecz zwyczajna myliwska bro. Zdyem dostrzec, e wszyscy napastnicy maj na sobie rozmaite ubrania podrne, gwnie w kolorach rednich kast. Dwch ucznikw i czterech pieszych. Na mnie jednego. Brus lea skulony na ziemi. - Wszystko sama dajesz i wszystko sama zabierasz... - dotaro do mnie.

Nie mogem ucieka i zostawi go tutaj, zreszt dopadliby mnie prdko. Na tym pustkowiu strzelcy mieliby ze mn najwyej chwil zabawy. Moj jedyn szans bya reduta z przewrconego wozu i to, e nie spodziewali si oporu. Kimkolwiek byli, mieli zamiar napa na podrujcego z adeptem kapana. Na dwch bezbronnych wdrowcw. Schowaem miecz do wntrza drzewca i postanowiem walczy kijem. Niech kostur szpiega stanie si tym, czym powinien - cigiem miertelnych niespodzianek. Niech mj przeciwnik dowie si, e mam miecz, dopiero gdy zagbi mu si w trzewia. Zdyem jeszcze wyrwa z obsady pogruchotany i podarty parasol i oprze go o ziemi, po czym przyklkem za nim w gotowoci, trzymajc kij pod pach. Syszaem, jak wrzeszcz w biegu, syszaem, jak wir zgrzyta pod podeszwami cikich, skrzanych sandaw. Pozwoliem, by ogie w mojej duszy znw zapon. Rzuciem w niego wszystko, co jest pene zej siy. Jak szmaty nasczone oliw albo smolne drzazgi. Wspomnienie Maranaharu. Poar trawicy Wiosk Chmur. Okrwawione apy potrzsajce gow mojej Aiiny. Nadzy ludzie stoczeni w zagrodzie na er Podziemnej Matki. Mgnienia krtkie i ulotne niczym iskry. Niech ponie. Niech huczy. A potem niech popynie moimi yami. Musiaem obudzi w sobie tygrysa. Jestem tygrysim szczeniciem. Zawsze byem. Ja Pomienisty Sztandar, Wadca Tygrysiego Tronu, kai tohimon klanu urawia. Czuem, e ogie mnie wypenia, huczy w gowie, tryska z oczu, rozszerza nozdrza, e podnosi grn warg. e w szczce rosn mi tygrysie ky. Usyszaem, jak wrzeszcz do siebie: - Stary tu ley! Rozwali eb! Maego nie widz! - Szuka skrzynki! - Rozlego si z oddali, a wtedy rozpoznaem gos Mirah. Adeptki, ktra moga by Mirah. I wtedy kto uderzeniem miecza odrzuci parasol, pod ktrym si kuliem. I pozwoliem, by ogie wybuch. Wystrzeliem ze swojej kryjwki niczym zwinita w kbek mija. Kij zawarcza w powietrzu, kiedy jeszcze byem w skoku, trafiem onierza z gry w nadgarstek, trzasna ko, moje nogi uderzyy o ziemi wrd jego wrzasku, drugi koniec kija trafi go w grdyk, napastnik run w ty plecami na moje biodro, przekoziokowa i gruchn o ziemi, wzbijajc chmur pyu.

Drugi skoczy na mnie z mieczem uniesionym do skroni, ostrzem do przodu i wystawionym barkiem. W postawie kogo, kto przywyk do krycia si za tarcz. Obrciem piercie, ostrze szczkno gdzie z tyu, zawinem kijem, ktry by ju wczni. Uchyli si, ci, sparowaem uderzeniem drzewca i kopnem mczyzn w kolano, uchyli si, znowu sparowaem, ostrza szczkny, odskoczylimy od siebie. Mia rozcit do, krew zacza kapa na ziemi, w chmur kurzu podniesion naszymi stopami. Zaczlimy kry wok siebie jak psy. Wszystko to trwao zaledwie mgnienie. Dziwaczna, rozcignita w czasie chwila. Ten, ktrego powaliem, nie zdy si jeszcze podnie, trzeci klczcy nad Brusem z mieczem w doni patrzy na nas ze zdumieniem, ale ju podrywa si do mnie, widziaem jego otwarte we wrzasku usta, syszaem, jak Brus mamroce w mask: Ciemiyciele! winie pknitego wiata! Gniew Matki!". Znowu doskoczylimy do siebie, nagle i wciekle, miecz zaszczeka o twarde drzewce, cicie miecza, blok, pchnicie wczni, unik, cicie, unik. Jakby kto nagle i szybko zagra na kebiryjskich bbenkach. W dziwacznym, dzikim rytmie taca pustynnych wojownikw. I znowu cisza. Tamten trzeci skoczy na mnie, ale zastyg w p skoku, chwycony przez lecego Brusa za pas. Zwalili si na ziemi, Brus rycza modlitwy, jakby to byy przeklestwa. Znowu krylimy wok siebie. Przeciwnik mia szerok, ogorza twarz, z blizn wijc si przez policzek i po podbrdku, przecita koszula odchylia si, pokazujc poznaczon tatuaem pier, po ktrej toczya si krew z pytkiej rany. Jego oczy byy niczym podune krople zakrzepej smoy. Ju nie przybiera postawy piechoty. Kry, pochylony na ugitych nogach, wystawiajc ostrze do przodu jak n. To weteran traktw, podych zaukw, spelun i szulerni. Stoczy dziesitki walk, ale nie mieczem i nie z przeciwnikiem dziercym wczni. Ten powalony jako pierwszy zacz wstawa, potrzsajc gow i charczc, trzyma si jedn rk za gardo. ucznicy ju dobiegali, syszaem tupot ich sandaw zaraz za wozem. Ju zrozumieli, e sprawy nie tocz si tak gadko, jak powinny. A potem syszaem tylko bbny grajce na pokrytym wystrzyon traw podwrcu wicze. Spokojny gos Mistrza Wojny i proporce furkocce na wiosennym wietrze. Polerowane drzewce w doniach i odgos bbnw. Wojenny taniec.

Przestaj myle. Moje ciao samo wie, co robi. Wcznia unosi si, obraca w moich doniach i yje. Jest czci mnie. Moje ciao taczy w rytm bbnw. Ktrych ju dawno nie ma. Spony razem z paacem, daleko std, dawno temu. Ale sysz je w rodku. Moje stopy uderzay o ziemi, drzewce obracao si w doniach. Postawa konia. Cicie jaskki, krok trzeci, skok ruby, pchnicie. Wszystko w mgnieniu oka. Oprzytomniaem, stojc w chmurze pyu, w niskiej postawie pyncej wody, z wczni zatknit pod pach, z ostrzem skierowanym gdzie do tyu. Twarz miaem zbryzgan krwi, lecz nic mnie nie bolao. Nie mogem poruszy wczni, jakby kto j trzyma. Ten, co sta przede mn, wypuci nagle miecz i odszed. Sztywnym, dziwacznym krokiem, niczym lalka. Zupenie jakby postanowi i do domu. Chwyci burt lecego wozu i przewrci si na ni, staczajc na ziemi, przykry si ciskan kurczowo derk, z jego szyi strzelia fontanna spienionej krwi. Bbny rozlegay si coraz ciszej. Zrobiem krok naprzd i odwrciem si, pocigajc uwizion wczni, ktra wysuna si z czego z chrzstem. Drugi napastnik run w miejscu, mikko, jak mokra koszula. Opodal kolejny walczy z Brusem. Mokry na twarzy i zziajany, wywija mieczem, tnc i pchajc, ale Brus taczy przed nim w unikach i ostrze cio powietrze. Wygldao to jakby miecznik usiowa trafi latajc os. Brus jednak trzyma tylko przed sob elazny znak skorpenicy i ochryple wrzeszcza od do Pramatki. Maska siedziaa mu na gowie krzywo, blacha pod okiem bya wgnieciona od ciosu, ale chyba ocalia go. Nie zdyem zrobi ani kroku, kiedy zaskrzypiay ciciwy. - Rzu wczni! - Usyszaem gos Mirah. Dwie strzay patrzyy prosto w moj twarz, niemal czuem ostry dotyk grotw. Na moment znieruchomieli wszyscy.

Ten, ktry walczy z Brusem, podszed do niego i szarpniciem zrzuci mu mask, po czym unis miecz poziomo, mierzc prosto w grdyk.

- Sta! - wycedzia adeptka. Miaa na sobie strj podrny Sindara i bur kapot z kapturem. Wygolon gow okrcia chust. - Ten szczeniak zabi Szyngeja - powiedzia ucznik dziwnie drcym gosem, podcigajc strza do ucha. uczysko zatrzeszczao lekko. - Mj brat nie yje. Mwiem, e gdy podniesiemy rk na kapanw, bdzie nieszczcie. - Hara! - warkna. - To tylko ksiycowe psy. Bogosawiestwo Matki jest przy nas. - Widz - mrukn. - Wcznia yje w jego rkach, owiecona. - Rzu wczni! - powtrzya. Patrzyem na czowieka, ktry mierzy ostrzem w szyj Brusa, nadal ciskajcego w doni elazn skorpenic. Mj przyboczny sta nieruchomo i nagle wyda mi si stary. Nie byo wyjcia, lecz palce nie chciay mnie sucha. Jeli wypuszcz bro, znowu przestan by czowiekiem. Stan si zwierzciem, ktre mona bezkarnie zarn. Beczc rozpaczliwie kowc. Moje palce byy niczym wykute ze stali. Zwolniem chwyt z wysikiem, jakbym rozgina sztaby, i upuciem wczni. Spada prosto na czubek mojego buta. Gdybym mia nieco wicej czasu ni niezauwaalne mgnienie, w jakim mknie strzaa, wystarczyby mi jeden ruch nogi i znowu miabym drzewce w doniach. Wczni. Miecz. acuch. Ca zbrojowni ukryt w toczonym drewnie. Ale nie miaem szansy. - Odkopnij wczni, Agyren - odezwaa si Mirah. - Tylko lekko. Nie byo rady. Trciem drzewce czubkiem buta i pozwoliem mu odtoczy si kawaek. Wci czuem dotyk grotw na twarzy. - Gdzie jest skrzynka? - spytaa Mirah. - Jeli j oddasz, pucimy was wolno. Jednak nadal miaa mnie za wioskowego durnia. - Owiecona... Szyngej - powiedzia ucznik. Gos mu si ama. - Hara! Gdzie skrzynka, Agyren. Nie chcesz chyba, ebymy zabili twojego nauczyciela. Pocignem haaliwie nosem i drc rk wskazaem za siebie. - Schowana we wozie. - Gdzie?

Odwrciem si powoli, syszc, e skrzypi obie ciciwy. Wiedziaem ju, jak skonam. Przeszyty strzaami, tak samo jak wdrowiec na mocie. Znalazem metalowe zatrzaski ukryte pod siedzeniem koza i drewnian, sprytn przetyczk. Klapa opada, ukazujc przewrcone na bok zawinitko. - Wyjmij to! - rozkazaa. - Sama wyjmij, Mirah - odrzekem powoli. Znieruchomiaa, otwierajc szeroko oczy. Jej wargi rozwary si w osupieniu. Nagle uderzya strzelca w do, kac mu opuci uk. - Jak powiedziae?! - Podesza do mnie dwoma dugimi krokami. - Kto ty...? - spytaa zaskoczona i wycigna do, chcc unie mi twarz. To by jeden ruch, byskawiczny niczym atak mii. Chwyciem nadgarstek, wykrciem rk Mirah na plecy i przycignem j do siebie, przygniatajc jej gardo drugim przedramieniem. Przegiem ciao w ty i uniosem lekko, blokujc nogi dziewczyny kolanem. Usiowaa kopa, ale wtedy natychmiast zaczynaa si dusi, a wykrcone rami przeszywao j strasznym blem. Nie miaa wic innego wyjcia, ni sta na czubkach palcw i bezsilnie wbija paznokcie w dawice krta rami. Zapada pena niedowierzania cisza, przerywana charkotem duszcej si Mirah. - Niech opuszcz uki - szepnem jej do ucha. - Pu j, bo zabij starego! - wrzeszcza stranik mierzcy ostrzem w gardo Brusa. - winie pknitego wiata! - dar si Brus. - Opuci uki! - krzyknem. - Bo j zadusz! Pozwoliem dziewczynie postawi stopy na ziemi i poluzowaem ucisk. Usyszaem wist, z jakim nabraa powietrza, a potem zacza si krztusi. - Zabijcie go! - wydyszaa chrapliwie. Podbiem jej krzy biodrem i znowu zacisnem chwyt. Rozdrapaa mi rami, szarpic si coraz gwatowniej. Jeden z ucznikw opuci bro, ale ten drugi, ktry straci brata, wci we mnie mierzy. Przeszed troch w bok, chcc znale miejsce do strzau, lecz obrciem dziewczyn, zasaniajc si jej ciaem. W nagej ciszy rozleg si delikatny dwik, kiedy Brus wypuci z doni skorpenic, ktra zawisa na acuchu owinitym wok jego palcw. Mirah kopaa coraz rozpaczliwiej, rzucajc caym ciaem. Stojcy na wprost strzelec niepewnie unis uk. Wiele rzeczy wydarzyo si naraz.

Usyszaem wist i skorpenica w rku Brusa migna nagle rozmazanym byskiem stali. Zaopotaa szata kapana, kiedy mj przyboczny zmieni si w tornado. Rozleg si krzyk i miecz stranika wylecia w powietrze. Zachodzcy mnie z boku ucznik odwrci si na mgnienie oka w tamt stron, kiedy wpadli na niego. acuch w doni Brusa sta si pkiem byskawic. Strzaa przebia rami Mirah na wylot i rozcia mi skro tu nad okiem. Upuciem dziewczyn, pchnem j prosto w ramiona drugiego ucznika. Padajc, wczepia si w jego kurt, gdy byem ju w skoku. Jedna chwila. To wszystko zdarzyo si w jednej chwili. Mirah padaa tamtemu pod kolana, szarpnem go na siebie, przewracajc o jej ciao, wbi mi do w gardo, wplotem rami pod jego okie i wczepilimy si w siebie jak rozjuszone psy. By ode mnie starszy i o wiele silniejszy. P ycia spdzi na brutalnych bjkach gdzie na bezdroach imperium. Ja dorastaem w spokoju i przepychu Domu Stali. Ale miaem mojego Mistrza Wojny i wiedz pokole kireneskich wojownikw. Wszystkie brudne sztuczki pozwalajce sabszemu wyj z yciem ze starcia z potniejszym przeciwnikiem. No i miaem te starszego brata. Te silniejszego ode mnie, okrutniejszego ni wszyscy rozbjnicy i stranicy witynni razem wzici. Przeciwnik przygnit mnie caym ciaem, otaczajc mj kark ramieniem. To bardzo niebezpieczny chwyt zwany obro" i jeli wrg jest szybki i silniejszy, bardzo trudno si z niego wyrwa. Moja prawa rka uwiza gdzie pod spodem. Lew uderzyem go pod ebra, lecz niewiele to dao. Lekko poluzowa chwyt i zrozumiaem, e siga do pasa po n. Przerzuciem rk ponad dawicym mnie ramieniem i signem do oczu napastnika. Wbiem zakrzywione w szpony palce i szarpnem, jakby jego twarz bya mask. Zawy, a wtedy zdoaem uwolni przycinit praw rk, wbiem do w jego krocze i zmiadyem jdra. Przewrciem go plecami na siebie i zdoaem zarzuci mu nog na szyj. Dgn na olep noem, lecz zablokowaem uderzenie i splotem uda z caej siy. Poczuem, e napra si w moim ucisku i e za chwil zdoa go rozerwa. A w nastpnej chwili zobaczyem nogi Brusa. Przydepn tamtemu rk, wyuska n, przyklkn i wbi mu ostrze pod ebra.

Usyszaem wrzask i charkot, a potem wasny krzyk, kiedy konajcy wbi konwulsyjnie zby w moje udo. Skona, miadc mi nog w szczkach, a ja rzucaem si na wszystkie strony, jakby moje udo poera tygrys. W kocu Brus podway tamtemu szczki tp stron ostrza i uwolni mnie. Wstaem z trudem i rozsznurowaem spodnie. Ugryzienie byo pytkie, krwawio tylko z kilku maych ran, pozostawionych przez zby, ale wok pojawia si ju wielki, rudofioletowy siniak. Nigdy dotd nie zaznaem takiego blu. Pociemniao mi w oczach i miaem wraenie, e zaraz upadn. Mirah uciekaa. Nie gnaa przed siebie, lecz brna z trudem, potykajc si i zataczajc, z barkiem wci przeszytym strza. Oparszy si o przewrcony wz, zwymiotowaem z blu i zmczenia. Wok nas leao pi powykrcanych trupw witynnych stranikw, rdzawa droga zbryzgana bya krwi, niemal niewidoczn wrd czerwonego pyu. Tymczasem Mirah uciekaa, trzymajc w objciach elazn skrzynk. uk tego, z ktrym walczyem, by zamany, ale drugi lea opodal na ziemi. Krztuszc si cigle, wskazaem uciekajc dziewczyn doni. Poznaa mnie. Miaa skrzynk. Stracia swoich ludzi. Nie moga wrci do Wiey. Bya ju do daleko, kiedy Brus sign delikatnie i odebra mi uk. Wydoby strza, nie spieszc si, przesun pierzyskiem po ustach, jakby caowa brzechwy, po czym napi uk i strzeli prawie bez celowania. I chybi. Pocisk mign dziewczynie tu nad gow i wbi si w odlegy pagrek. Usyszaem przeklestwo, a w chwil pniej Brus napi ciciw po raz drugi. Strzaa bzykna w powietrzu i trafia w plecy uciekajcej. Mirah krzykna i zastyga, wyprajc ciao, ale nie wypucia skrzynki ani nie upada. Ciao, ktre kiedy caowaem... Sprbowaa i dalej, ju niezgrabnie, ledwo stawiajc sabnce nogi. Nogi, ktre kiedy... Nagle usiada na ziemi i pochylia si. Mylaem, e upada, lecz zobaczyem, e jej donie zrywaj sznurki, a potem mocuj si z zamkiem kuferka.

- Ona otwiera skrzynk... - powiedziaem ze zdumieniem. - Szybko! - Brus z krzykiem pocign mnie za sob na drug stron wozu. Upadlimy tu za ciaami onagerw. Jeden z nich by martwy, drugi szarpa si jeszcze i porykiwa, prychajc krwi z pyska. Wyjrzaem zza zwierzt i zdyem tylko zobaczy, e Mirah nie udao si otworzy skrzynki. Sabnce, pokrwawione palce lizgay si bezsilnie po elaznym skoblu, gowa opadaa. W tym momencie Brus chwyci mnie za kark i pocign z powrotem na ziemi. - Le! - wrzasn z oburzeniem, kiedy spad na nas bysk. Jak naga, sina byskawica. Rozbysk wiata barwy rtci. I dziwaczne, bezgone uderzenie, niczym setki uksze mrwek na skrze. Skuliem si w oczekiwaniu na grzmot, lecz go nie usyszaem. Tylko migotliwy blask, ktry po chwili znik, a w tamtym miejscu wyrs pcherz rozedrganego powietrza, ktry nagle pk i rozd si na wszystkie strony, uwalniajc uderzenie huraganu. Wiatr spad na nas z rykiem lawiny, zasypa kbami kurzu, miotajc kamieniami, jakby to byy suche licie. Podmuch przesun spltane zwierzta, za ktrymi si kulilimy, nad nami przeleciao ciao jednego ze stranikw, wz z omotem stan z powrotem na koach. A potem zapada cisza. Tylko wiato zrobio si jakie dziwne, jakby nadcigaa burza. Uniosem si lekko i zobaczyem, e nad umierajc Mirah na niebie formuje si krg ciemnych chmur. Koncentryczne, wirujce powoli krgi barwy popiou i oowiu, przetykane byskawicami. Porodku nich pojawia si czarna dziura, niczym olbrzymie oko. Na ziemi widziaem wirujcy w miejscu sup rudego pyu, ktry wznosi si coraz wyej. Mirah ani skrzynki nie byo wida, a tam, gdzie umara, wszystko byo biae, jakby spopielone. Dostrzegem te posiwiae nagle ptaki, tkwice wok nieruchomo, jakby kto pozawiesza je w powietrzu. A potem ziemia zacza si zapada. Z omotem i szelestem osuwaa si w powsta znikd dziur, ktra powikszaa si szybko, a powsta okrgy krater szerokoci kilkunastu krokw. - To si ju uspokoio - powiedziaem do Brusa. - Lepiej tam nie patrz! Czy rzeczy zmieniaj natur? - Pojawia si dziwna chmura - rzekem. A wtedy zacz pada deszcz, ciepy i czerwony niczym krew.

Brus dwign si na nogi. - Zabierajmy si std. Moesz i? - Mog - odrzekem. - Ale powoli. Bardzo boli mnie noga. Chmura przyniosa nienaturalny mrok i dziwn, lodowat duchot. Zabralimy kije szpiega i kosze, zaoylimy kapelusze podrne, okrylimy si przeciwdeszczowymi paszczami, ktre natychmiast pokryy si czerwonymi zaciekami. A potem odeszlimy, starajc si nie patrze w tamt stron. Krwawy deszcz pada mocno, ale niezbyt dugo, podobnie jak przy burzy. Usta zaraz, lecz szlimy dalej. Kutykajc i wspierajc si na kijach, maszerowalimy tak dugo, a mroczna, wirujca chmura zostaa daleko za nami. Po jakim czasie znowu zawiecio soce. - Gdyby zdoaa otworzy skrzynk, nie przeylibymy - odezwa si Brus. - Co to byo? - spytaem, czujc ulg, e znw mwi normalnie. - Mwi, e imi bogini - powiedzia ponuro. - Ja jednak myl, e to po prostu przeklta ziemia z uroczysk. Oni czyni. Przynajmniej chc. Chc sprawia cuda na podobiestwo prorokini. Kada Wiea i kada kapanka. Wanie widziae narodziny uroczyska. Dlatego sdz, e moemy teraz chwil odpocz i ukry szaty kapanw. Zdaje si, e dugo nikt nie bdzie mg chodzi tym traktem. Znalelimy odpowiednie miejsce osonite skalami na szczycie niewielkiego wzgrza i z ulg zdjlimy kosze. Krwawe plamy na naszych plecionych, trzcinowych paszczach wyschy, pozosta jedynie rdzawy, drobny py. - Spjrz. - Pokazaem. - To nie krew. To tylko wiatr porwa py drogi i zmiesza z deszczem. Brus spojrza na moje palce i potrzsn gow. Wygldao na to, e znowu przejmuj go dreszcze. - Rozpal ogie - powiedzia. - Spalimy achy kapanw. Z radoci zrzuciem z siebie portki i kurt pryszczatego Agyrena Kysaldyma. Miaem nadziej, e nigdy wicej o nim nie usysz. Zszedem nad rzek, eby si umy, w samej przepasce na biodrach, z tobokiem zawierajcym t szat Sindara. Zabraem te kij szpiega. Postanowiem, e od tej pory nie wypuszcz go z rk.

Znalazem okrg zatoczk pen kamieni, obronit krzakami i z rozkosz zanurzyem si w chodnej wodzie. Nie miaem mydlnicy ani nawet oleju czy ugu. Sama woda przyniosa mi ulg. Ukoia minie, spukaa ze mnie pot. Tylko ukszenie na udzie nadal rwao mnie dziwnie ostro, jakby stranik by jadowity. Ranki ju nie krwawiy, lecz skra wok napucha i poczerniaa. Zimna woda potrafia jednak dziaa cuda. Pewnie, e wolabym czyst, kirenesk ani z polerowanymi kamiennymi lub drewnianymi basenami penymi ciepej, wonnej wody. Jednak lata w Domu Stali sprawiy, e przywykem do lodowatych kpieli i nie robio mi to wikszej rnicy. Ubieraem si ju, kiedy znienacka usyszaem plusk wody. Znieruchomiaem z pasem w rkach, majc na sobie jedynie spodnie i buty. Bardzo cicho przykucnem, sigajc po kij. Plusk si powtrzy: albo jakie zwierz weszo opodal do rzeki, albo pyna d. - Jestem Guldej! - zawoa kto. - Jestem niegrony i owi ryby! Zupenie nie trzeba tuc kijem! Kij niepotrzebny! - Poka si - rzuciem i uniosem si powoli. Zza ska wyoni si dzib dubanego czna, drobna do chwycia za brzeg skay. Po chwili do zatoczki wlizgna si dka. Kuca na niej pomarszczony, chudy czowieczek o spalonej na brz skrze. Mia na sobie jedynie przepask. Cofnem si krok, oparem kij o ska, eby mc po niego sign szybko, po czym zaoyem koszul i kurt. Zabrao mi to tylko chwil i nie spuszczaem przy tym rybaka z oka. Wiatr usta i wydawao mi si, e nikogo innego tu nie ma. - Czego chcesz, Guldej? - Jestem tu legalnie, niech wszystko stanie si jednym! Ja tylko pyn do osady z rybami, owiecony Sindarze. - A na co ci ryby, Guldej? Nie wiesz, e Matka nie pozwala je cia dzieci ziemi? Z jakiej ty jeste kasty? - A kto mwi, e je? Nie jem cia! Ja tylko zbieram wodn kapust. I kcza chlebnicy! I wszystko oddaj do wityni, jak mwi prawo. Rybami przyciskam glony, eby ich wiatr nie porwa. Czy owiecony Sindar chce ryb? Za miedziaka? - Nie potrzebuj ryby, Guldej. I jestem ubogim wdrowcem. Wypu ryb. Te chce y. Nie wiesz, e handel to grzech?

- Ja nie handluj! Nie jestem handlarz! Jestem Guldej. I jestem Karahimem, niech wszystko stanie si jednym! Nie chciaem handlowa. To grzech! Nie jestem brudnym Hirukiem! Ale gdybym zostawi tu troch wodnej kapusty i przycisn ryb, eby jej wiatr nie porwa, a owiecony Sindar by znalaz i sam wypuci ryb, niech wszystko stanie si jednym, to to przecie nie jest aden handel! Nawet gdyby owiecony Sindar zgubi tu gdzie na kamieniu miedziaka! - Nie mam miedziaka, Guldej! Zreszt co by z nim zrobi? Nie ma ju pienidzy. - Dzi nie ma, jutro bd. witynia, niech Matka j strzee, mwi: kto nie pracuje na chwa Matki, ten nie je. Na razie zapisuje si na deseczce, kto pracuje, i jest baagan. Ale niedugo ten, kto pracuje, dostanie miedziaka i za niego bdzie mg dosta na swojej ulicy posiek ze wsplnej kuchni. - Mwiem, e nie mam miedziaka. Mog zgubi trzy suszone miodowe liwy. - A nie mgby szlachetny Sindar zgubi paska suszonego misa? Wiem, e tego si nie je, ale w drodze na chwa Matki to co innego. Siy potrzebne. - Nie mam czego takiego. - To niech sitar Sindar zgubi te liwy, a ja zgubi troch kapusty i przycisn ryb. Ale za liwy to przycisn mniejsz ryb. - A rb, co chcesz. Zostawiam tu liwy i id, bo tam czeka na mnie wz i inni Sindarowie. W zasadzie powinienem by go zabi, ale miaem ju dosy. Dosy krwi. Nawet jeli powie, e widzia nad rzek Sindara, to co z tego? To may, chudy spryciarz. Pewnie przywykli, e bez przerwy co krci i wszystkich zwodzi. Odczekaem, a odpynie i plusk jego wiosa ucichnie gdzie w grze rzeki. Zabraem ryb i zielone, lnice glony o ostrym zapachu. W drodze do obozowiska poczuem, jaki jestem godny. Brus si zmartwi. - Jednak to le, e go nie zabie, Arduk. - Trup to znacznie gorszy lad ni rozmowa, sitar Tendzyn. Mamy bajk. Mamy paszporty. Mamy nawet podrne papiery i to ze stoecznej wityni. Nie mog zostawia za sob cieki trupw. Zabiem ju dzisiaj dwch ludzi! Moe wystarczy? Sprzeda mi ryb! Sam bdzie siedzia cicho, bo jeli si dowiedz, to go ukarz!

- To nie zabawa, Arduk - powiedzia Brus, patrzc ponuro na dzwonka ryby owinite w licie i skwierczce na paskich kamieniach. - Nawet nie wiesz, jak blisko bylimy mierci. Nie jest ze mn dobrze i nie wiem, co bdzie dalej. - Moe ju czas, ebym si dowiedzia, co si wydarzyo? - Kiedy byem zwiadowc w jedzie zaganiaczy - oznajmi. - Midzy innymi. Robiem rne rzeczy. Na wojnie nassimskiej i jeszcze dalej. Take podczas powstania Kuglarzy w Ihalgarze. Podobnie jak teraz podrowaem w przebraniu albo kryjc si przed wzrokiem ludzi. Porywalimy dowdcw i kurierw, rozpdzalimy konie, palilimy mosty, czasem atakowalimy z zasadzki jaki oddzia. Zabijalimy skrycie znacznych wrogw. Trzeba byo czsto przebiera si i udawa kogo innego. Mam dar, Arduk. Ja nie udaj tego, za kogo si przebieram. Ja si nim staj. Oczywicie, pamitam te, kim jestem naprawd i po co to robi, ale gdzie pod spodem. W gbi. Dlatego przebrawszy si za kapana, staem si kapanem. Lecz wydarzyo si co wicej. Zamilk. Uchwyciem szczypczykami skwierczce ryby i odwrciem na drug stron. Glony robiy si ju mikkie i aromatyczne, za chwil jedzenie bdzie gotowe. Signem po n i przekroiem na p soczyst liw. Przez chwil zastanawiaem si, czy nie przygotowa te orzechowego naparu. Kiedy czowiek ujdzie z yciem, trzeba witowa. Choby w podzice dla Stworzyciela. Wci jestem! Wci stpam po wiecie. Wci Wdruj Pod Gr. - Archimatrona podzielia ze mn ukszenie. Nie wiem dokadnie, co si ze mn dziao, ale wiem, e nie dotara do mojej prawdziwej duszy. Ja czuem j. Czuem to, co ona, a ona czua te mnie. Stalimy si jednym. Oni wierz, e wane i prawdziwe jest tylko to, co si czuje. Myli i rozum ich tak bardzo nie obchodz, a nawet wydaj si szkodliwe. Jeli si komu wspczuje, naley mu pomaga, jeli si zmieni zdanie, naley go ukara, choby jedno i drugie byo niesprawiedliwe albo bezsensowne. To niewane. Liczy si uczucie. Ja i ta kobieta na moment stalimy si jednym. Nigdy nie bye z nikim tak blisko. Ja dotd te nie. Ani z ukochan kobiet, ani z matk. Ja byem ni i sob zarazem. Ona sob i wymylonym przeze mnie kapanem. Czulimy nawzajem swoje ciaa i dusze. Dlatego ty i ja przeylimy. Ale... Znowu zamilk. Pokiwaem gow, signem szczypczykami, zdjem kawaek ryby z kamienia i zaczem je. Tak bywa midzy Kirenenami. To goro haku - rozcicie duszy. Ceremonia, ktr odprawia si midzy przyjacimi lub towarzyszami broni, jeli sprawy robi si powane albo jeli na duszy wyronie wrzd. Czasem po to, eby mc dalej y, czasem, eby szuka rady albo eby pozby si przed mierci ciaru. Poznaem to po sposobie, w jaki mwi. Podczas goro haku nie

wolno zadawa zbyt wielu pyta. Czowiek obnaa dusz. Zrobi to na tyle, na ile uwaa za stosowne. W takiej chwili jest bezbronny i trzeba duo taktu, by nie zrani go bardziej. Im bardziej doniose i bolesne rzeczy mwi gorai ka man, tym bardziej naley zachowywa si swobodnie. Dlatego jadem ryb i owoce, gdy on rozpruwa sobie dusz. Byem jego goro daru. Brus te jad, jakby to bya zwyka rozmowa. - Mj wymylony kapan nas ocali - cign. - Ale jednoczenie oy. Jest we mnie. Mj dar tym razem obrci si przeciwko mnie. Bywaem ju wdrownym lekarzem, dowdc wrogiej jazdy, ebrakiem, nawet kurtyzan. Rodzili si we mnie, a potem odchodzili na mj rozkaz. Powraca Brus. Tym razem stao si inaczej. To ukszenie powoao do ycia kogo, kto nie odszed. Nazywa si... - wyplu du o na ziemi - Undaj Czekedej. Kapan, weteran, neofita. Fanatyk. Jestem od niego silniejszy. Na razie. Zdusiem go. Czasem jednak si budzi i wtedy popadam w szalestwo. Jest jak dziki ko. Na razie umiem go okiezna... Na razie... Wypluem oci do ogniska i signem po kolejny kawaek ryby. - Nikt nigdy nie by mi bliszy ni Fataya, ta archimatrona. Trwao to bardzo krtko, ale byo bardzo gbokie. Wiem, e kazaa nas zabi, i wiem, dlaczego. Wiem te, e od pocztku miaa taki zamiar. A mimo to... Wiem, e to mieszne... Wyrzuci skr i zdj z kamienia kolejne dzwonko, przerzucajc je pomidzy domi. Wiatr wion mu w twarz dymem, wic otar oczy kciukiem. Napi si wody i przez chwil milcza, patrzc w ziemi midzy swoimi butami. - Mimo to, ilekro sobie przypomn, moje serce krwawi z rozpaczy. Kazaa mnie zabi... Fataya kazaa mnie zabi. Przecie to tak, jakby zabia sam siebie. Matko... Jak mi jej al... Goro haku to ceremonia bolesny. I nie wiadomo dla kogo bardziej. Kady z nas nosi w sobie duo blu. Kiedy si go uwalnia, cierpi nie tylko ten, kto rozcina swoj dusz. Rola goro daru rwnie jest ciarem. - Moe by tak, e dziaanie jadu osabnie. Moliwe, e kapan w kocu straci siy i zganie lub odejdzie. Moliwe, e zupenie dojd do siebie. Ale moliwe te... e pewnego dnia zwyciy. e to Undaj Czekedej zadusi Brusa, syna Piounnika. A wtedy... Milczaem. - Wtedy... bdziesz musia mnie zabi, tohimonie. Spojrzaem mu prosto w oczy. A potem zjadem ryb i oblizaem palce.

- Kady jad, ktry nie zabija od razu, z czasem dziaa coraz sabiej. Zdarza si te, e ludzi ogarnia szalestwo i staj si kim innym. Jednak pod spodem nadal s sob. Kapani szpitalnicy znaj na to sposoby. Umiechn si smutno. - Nie ma ju twoich kapanw, Arduk. Nakarmiono nimi Matk albo odarto ich z szat i zapdzono do rycia w ziemi i tuczenia kamieni. Nie ma ju wity Kamarassu i Idcego Pod Gr. Nie ma Patrzcych Na Stworzyciela. Lampy rozbito, posgi przewrcono, a ich zwoje i lekarstwa poszy do ognia. Jestemy ju tylko ja i ty. I nigdy nie bdziemy pewni, jak jest. Musisz wykona rozkaz swojego ojca i dotrze do krain pnocy. On wiedzia, po co. Wiedzia, e to wane. Dlatego jeli pewnego dnia spojrzysz w moje oczy i zobaczysz w nich kapana Undaja Czekedeja, zabij mnie. Bagam ci o to jako twj wasal i jako twj obroca. Zjedlimy ryb. Oci i resztki glonw wrzucilimy do ognia. Obrzd goro haku dobieg koca. Zazwyczaj przy takich okazjach pije si ambrij. Na dowd szczeroci i by przywoa duchy na wiadkw. Nie mielimy ambriji, a mimo to po posiku obaj czulimy si, jakbymy wypili po dzbanie kady. Rozmawialimy normalnie, lecz ogarniao nas ogromne zmczenie. Przyszo tak niespodziewanie, e nie zdyem si zaniepokoi. Wiele przeszlimy tego dnia, ale to nie by powd, by zasypia na siedzco. - Przepijmy si do nocy... - wymamrota Brus. - Odtd... bdziemy wdrowa nocami... tak... jak... - skoczy, mruczc pod nosem zupenie ju niezrozumiale, i przewrci si nagle na bok, wylewajc na siebie wod z bukaka. Ledwo go syszaem. W uszach mi szumiao i wydawao mi si, e moja twarz zmienia si w drewnian mask. Uniosem niemal bezwadn do i stwierdziem, e wargi i policzki straciy czucie. Z wielkim trudem uwiadomiem sobie, e co nam zaszkodzio. Albo ryba bya niewiea, albo owoce archimatrony zostay zatrute. Dwignem si na nogi, skay i pomienie ogniska pyway wok mnie. Miaem wraenie, e ziemia staa si mikka jak trzsawisko, i zwaliem si na kolana. Przeszo mi jeszcze przez myl, e powinienem zmusi si do wymiotw, ale nie mogem si ruszy. Opadem na bok, za wszelk cen usiujc mie otwarte oczy. Kamienne, straszne zmczenie przepenio mnie niczym woda napeniajca dzban i moje ciao zrobio si cikie jak dzban peen wody. Nie mogem si ruszy,

nawet kiedy wrd ska pojawili si ludzie w brzowych ubraniach, z twarzami okrconymi chustami. Nawet wtedy, gdy na moj gow zarzucono worek, cho moliwe, e to tylko moje powieki opady.

Pieni dziewi wszechmocnych od sawnego dostaem [...] Wtedy zaczem dojrzewa i rozumie, i rosn i mnie; sowa mi z sw sowa stwarzay, czyny mi z czynw czyny stwarzay.

(Hvaml - Pieni Najwyszego)

Rozdzia 5

Jczca Gra
Budz si w ciemnociach. Jest ciepo, sucho, opodal huczy wiatr i uspokajajco pluszcze woda ciurkajca z drewnianych gontw. Nasuchuj chwil i zasypiam. Budz si jeszcze kilkakrotnie i zawsze jest noc. Otwieram oczy, lecz nie widz niczego. Le na szorstkich, grubych futrach, okrywam si podobnym - mikko wyprawionym, od wewntrz delikatnym jak ircha, na zewntrz pokrytym mikkim wosiem niczym krlicza skrka. Nie jestem zwizany. Le na zbitym z okorowanych belek ou, pod belkowan cian uszczelnion czym, co jest kosmate i pachnie ywic. Deszcz mci dach, chlupoce wzdu ciany, sysz wiatr szumicy w koronach drzew. Wstaj, odruchowo usiujc aktywowa termowizj, jednak nic si nie dzieje. Okrcam si mikkim futrem i siedz, prbujc uspokoi zawroty gowy. Po jakim czasie zaczynam dostrzega saby ar na palenisku w drugim kcie chaty, zarysy poway, ciemne sylwetki picych ludzi, okutanych w futra na kach cigncych si wzdu ciany. Pachnie sianem, dymem, ywic, kurzem i jakby pimem. Widz te drzwi. Zamknite na solidn, drewnian zawor, ale nic wicej. adnych kdek ani acuchw. Odsuwam belk i otwieram ostronie drzwi. Skrzypi, lecz nikt si nie budzi. Poza chat panuje ciemno, lodowaty wiatr i chlupocca jednostajnie woda. Oprniam pcherz, a potem zamykam drzwi. Nie wiem, gdzie jestem, nie wiem, co si dzieje, ale to wszystko moe poczeka do rana. Na razie leje deszcz, wieje wiatr i jest noc. A ja si napracowaem. Wystarczy. Wracam na swoj prycz i owijam si w futro, czujc, e wszystkie minie bol mnie i dr z wysiku. Zapadam w gboki, aksamitny sen, w ktrym nic si nie dzieje. Paskudne przeczucie, e co tu jest cholernie nie tak, lduje w teczce z napisem pniej". pi. Budz si jeszcze wiele razy i zawsze jest noc.

Sysz potrzaskiwanie polan, ciszone kobiece gosy, jak niespieszn krztanin. Widz na tle ognia ciemne, dugowose sylwetki. Szczkaj misy, ciepo migoce pomyk glinianej lampy. Za drzwiami niezmiennie pluszcze deszcz albo huczy wichura. opoce cikimi kawakami futra zasaniajcymi wskie okna i wida, e na zewntrz panuje ciemno. Nieodmiennie ciemno i parszywa pogoda. Pogoda taka, e tylko spa. Owijam si wic w futra i pi. Zapadam w sny pene walki i seksu. Sysz wrzask, szczkanie stali, wok bryzga krew i gin ludzie. Wpadaj na siebie z wciekym jazgotem elaza, sycha omot ciosw spadajcych na tarcze i dziki wrzask. Bl i elazisty smrd krwi. Albo jest ciemno i gorce, wijce si ciaa. Wilgotne usta i jzyki, gadkie uda i myszkujce wszdzie smuke, dziewczce donie. Walka lub seks. Furia i podanie. Na zmian. I bez koca. Potem budzi mnie dotyk delikatnych, kobiecych doni. Tym razem na jawie. Tym razem dzieje si to naprawd. Le na wznak, jedna siedzi przy moich nogach, druga klczy u wezgowia, trzymajc moj gow na udach. Smaruj mnie jak maci. liska substancja pachnie ostro i obco, troch starym tygrysem, troch zjeczaym pimem, a troch kamfor. Donie lizgaj si po caym moim ciele, obie kobiety nuc co monotonnie, chc sign do ktrej i wzi j w ramiona, ale nie mog si ruszy. Jestem niczym sparaliowany, kiedy wcieraj ma w moje uda, podbrzusze i jeszcze dalej. Le jak koda i nie mog poruszy nawet palcem. Tylko oczami. Jest noc, ulewa, wiatr, ich gosy i donie. I znw lec ponad skaami i drzewami, gdzie mowie rzucaj si na siebie jak psy, omoce stal, na ziemi bryzga krew, spadaj odrbane gowy i rce. A pniej spadam w ramiona wysokiej, smukej kobiety o wskich, czarnych oczach, podobnych do strzelnic, o wosach przypominajcych wijce si krwawe pomienie. Przy kolejnym przebudzeniu daj mi pi. I znowu jest noc.

Pij z wszego koca rogu, znw z gow na kolanach kobiety, gadzi mnie po czole i szepce co. Napj jest gorzko-sodki, pachnie zioami. Kady yk rozlewa mi si w piersi fal ciepa. A potem znw czer. Zaczynam robi postpy, bo kolejny raz budz si sam i usiuj wsta. Znowu jest noc, ponie ogie na palenisku i migoce lampa. Siadam na pryczy, potrzsajc gow. Mam wraenie e jest pena tuczonego szka. Wci panuje wietrzna, deszczowa noc, nie wiem, czy kolejna, czy ta sama, w chacie nadal panuje pmrok, ale po raz pierwszy widz kobiety dokadniej. Ich skbione, dugie wosy wydaj si czarne jak noc za drzwiami chaty. Modsza i starsza. Niczym dwie krople wody, o owalnych twarzach, ciemnych brwiach i maych, penych ustach. Gdyby nie oczy wypenione tczwkami, oczy karbunkuy, oczy krople ywicy, gdyby nie to owadzie spojrzenie, byyby cakiem adne. Moe siostry, a moe nawet matka i crka, cho jedna ma pewnie niecae dwadziecia lat, druga jest po trzydziestce. Tutaj to moliwe. Tutaj ludzie szybko dorastaj, szybko yj i wczenie umieraj. Ale nie tutaj i nie teraz. Tu jest tylko deszcz siekcy dach, ogie na palenisku i sny. Tutaj czas nie pynie. Woaj do mnie i chichoc, jednak nie rozumiem ani sowa. Szkoda. Dostaj misk zupy, lecz nie pozwalam si ju karmi. Jest mtna, sonawa i lekko kleista, przypomina chiski ros z wodorostami. Wlewam w siebie kolejne yki i czuj, e wraca mi ycie. Nie mog jednak o nic zapyta ani one nie mog mi niczego powiedzie. Siedz z drewnian misk na kolanach, przyzwoicie okryty po futra, i wiosuj yk wykonan z rogu, a dziewczyny siedz po bokach, powtarzajc co monotonnie. Ta modsza gadzi mnie po twarzy, starsza po udzie. Podoba mi si to. Nie wiem, o co chodzi, nie wiem, dlaczego tak si dzieje, ale mam wraenie, e znalazem si w najlepszej sytuacji, odkd wyldowaem gdzie przy klifie za Pustkowiami Trwogi. Jednak czuj niepokj. Mj mzg zaczyna si budzi. - Dlaczego cigle jest noc? - pytam. miej si. - Kim jestecie? Jak dugo spaem? miej si jeszcze bardziej. I tylko tyle.

Nie mogy mnie przecie zrozumie. Zamiast tego rozsznurowuj proste, pcienne suknie i cigaj je przez gow. Nie protestuj. Nie przywykem do takiego traktowania, ale nie bd si wykca. ko z belek jest wystarczajco szerokie. A potem zasypiamy. Deszcz pacze na zewntrz. Przy kolejnym przebudzeniu udaje mi si troch bardziej oprzytomnie. Wychodz na chwil za potrzeb, na zewntrz oczywicie noc i dla odmiany nieg z deszczem. Lecz po powrocie nie mam ju wraenia, e przepracowaem szesnacie godzin w kamienioomach. Tej nocy po raz pierwszy wyawiam sowo. Z kamiennego szwargotu, ktry wydaj z siebie dziewczta, wychwytuj gardowy dwik, ktry otwiera mi klapk w mzgu, poznaj znajomy przydech. To sowo co znaczy. Whht. Jako tak. - Whht - powtarzam. Woda". Albo tej wody". Nie... To byoby raczej whht... Przybiegaj do mnie natychmiast, starsza przyklka przede mn i chwyta mnie za donie, potem dotyka dwoma palcami moich ust. - Woda - mwi. - Woda! - woaj jedna przez drug. - Woda! Modsza przynosi cay dzbanek. Pij. Kolejnego sowa nie rozumiem. Ale powtarzam je kilka razy, najwierniej jak umiem. Poprawiaj mnie niecierpliwie, znowu powtarzam. I nagle za ktrym razem sowo trafia prosto do moich orodkw mowy, jakby wywayo sobie drzwi. Whaskjatlr. Dzbanek. Dziewczyna potrzsa dzbankiem i krzyczy: dzbanek"! Ja krzycz: dzbanek" i woda"! Jak dobrze pomyle, to nie jest w tym wszystkim najwikszy obd. Znaem kiedy ten jzyk. Pami sw, gramatyki i wymowy nadal powinna siedzie w orodkach pamici i mowy. Poczenia neuronw, ktre sprawiay, e mogem w nim si porozumiewa, nadal powinny istnie, cokolwiek spotkao cyfrala. Nawet jeli opuci mj mzg i sta si fruwajc wok wrk z kreskwki. Wrk, ktra, nawiasem mwic, gdzie przepada.

Sucham ich gosw. Wiem ju, e ta starsza nazywa si Sylga, modsza Synnja. Mwi duo, opowiadaj mi co, miej si. Brzmi to jak oskot wydawany przez drewniany myn z koem wodnym, ale wrd zgrzytw, turkotw i plusku zaczynaj pojawia si zrozumiae dwiki. Sowa. Sowa, ktre kiedy znaem. Siedz wic i sucham myna, czekajc na sowa. Nie musz si ich uczy. Kade kolejne po prostu wskakuje na swoje miejsce. Ale i tak powoli to idzie. Posugiwaem si sownikiem jakich trzydziestu tysicy zwrotw. Jeli kade przebudzenie to jeden dzie, a ja bd odzyskiwa za kadym razem trzy sowa, to wszyscy si zestarzejemy w tej chacie, zanim zdoamy porozmawia. Wci jestem saby. Nie tak jak z pocztku, ale jednak. Wci budz si na krtko, po czym zasypiam. Zawsze tylko w nocy, w kompletnych ciemnociach. Trac orientacj i poczucie czasu. Ponie ogie, bulgoce zupa w kotle, dziewczta mwi i siedz w wietle lampy. Ja sucham, powtarzam i prbuj zebra siy. Kiedy jednak zaczynam myle i odzyskiwa orientacj, spada na mnie zmczenie i znowu zasypiam. Jestem uwiziony w niekoczcej si deszczowej nocy. Dziel czas midzy sen, jedzenie, wychodek stanowicy cz murowanej ani, kurs jzyka Wybrzea agli i seks. Nie mam ubrania, nie wychodz na dwr i nie wiem, od jak dawna nie widziaem dziennego wiata. Za to podczas krtkich chwil przytomnoci zaczynam skada pierwsze zdania. Na razie imbecylne: Ja je zupa dobry, dzikuj", ale zawsze to jakie pierwociny mowy. wiato dnia ogldam tylko we nie. Wtedy szybuj niczym ptak nad grami, wrd ska, krzeww i zeschej trawy. Nieodmiennie trafiam tam, gdzie migoce stal i bryzga krew. Zupenie jakby co mnie cigao. Jednak odkd zaczem odzyskiwa jzyk, co si zmienio. W moich snach znowu pojawia si kobieta. Wysoka, niemal mojego wzrostu, w krtkiej tunice i skrzanej zbroi wzmacnianej pytkami, o wosach niczym krwawe pomienie buchajce spod gbokiego hemu. Trzyma wczni o dwch ostrzach na kadym kocu drzewca i owaln tarcz. Zawsze stoi wrd walczcych, z rozpostartymi ramionami, a u jej stp dokonuje si masakra. Nikt jej nie widzi. Umiecha si tajemniczo, rozchyla ekstatycznie wargi, a na jej twarz bryzga krew z czyjego rozrbanego garda. - Dwa ostrza - mwi do mnie, pokazujc wczni. - Dwa ostrza. ycie i mier. Oba rani. Widzisz?

Mwi powoli i wyranie, prostymi zdaniami, waciwie rwnowanikami zda, ale i tak nie od razu rozumiem. - Dwa ostrza - powtarza. - Mio i walka. Oba rani. Widzisz? To ja. Ten sam ogie w yach. Furia i smjkling. Nie znaem wczeniej tego sowa, ale jego znaczenia atwo si domyli. Czuj tylko, e jest dosadne, podobnie jak towarzyszcy mu gest. - Jestem Hatrun - mwi. - Ludzki Pomie. Ten, co spala dusz. Daje i zabiera ycie. Patrz! Patrz wic na masakry, gwaty i ludzi wybuchajcych dzik dz gdzie w ustronnych miejscach. W stodoach, wrd ska i lenych turni. I zawsze jest to namitne, szalone i gwatowne. Kobiety i mczyni zdzieraj z siebie ubrania, a potem wpijaj si arliwie w swoje ciaa, jakby chcieli si nawzajem pozagryza. Hatrun wyciga przed siebie dziwaczn wczni: drzewce i mierzce w obie strony elece. - Moesz wybiera. ycie i mier. Oba rani tak samo. Czy znasz odpowied? Umiesz wybra? Nie umiem. Wic budz si i nie znam odpowiedzi. W gruncie rzeczy nie znam nawet pytania. - Kiedy ranek? - pytam dziewczt. Czsto tak pytam, ale nie dostaj odpowiedzi. - ... - Smuka do zasania mi usta. - Nie trzeba... Teraz noc. Teraz jest cicho. Bezpiecznie. li ludzie pi. Nie chodz noc po grach. Teraz bezpiecznie. - Kto to jest Hatrun? Odskakuj ode mnie z cichym okrzykiem, zasaniaj twarze i chowaj si po ktach. - Nie mw tak - sycz szeptem. - Nie woaj jej, jeszcze nie. Teraz jeste nasz... Teraz jest spokojnie i cicho. Jest ogie i dach. Jest jedzenie. Nie woaj jej. Za ni id krew i bl. Nie woaj. Chodzi tu gdzie po grach... To zy czas, wojna bogw... Duo krwi, duo ez... Ona to lubi. To jej czas. - Chod. - Ta modsza wyciga rce. - We mnie w ramiona. Nie myl o niej. Ona jest jak n, ktry rani kad stron. mieje si, kiedy lej si krew i zy. Nie woaj jej. Lepiej we mnie... Niewiele mona si w ten sposb dowiedzie. Przynajmniej ucz si jzyka. Po raz kolejny spotykamy si na pobojowisku. Pustej, zasanej ciaami i potrzaskanym orem kotlinie wrd ska, gdzie krluje Hatrun. Siedzi na kamiennym tronie z wysokim oparciem, ze

skrzyowanymi nogami, z jedn doni na tarczy, drug trzymajc wspart jednym ostrzem o ziemi wczni. Wok kbami snuje si mga i kracz kruki przypominajce czarne, rozsiane kleksy. - Musisz mie klucz - mwi Hatrun. - Dlaczego wci zamykasz oczy? Spjrz! Zeskakuje z kamiennego tronu i podnosi z ziemi czaszk. - Patrz! - woa. - Czym jest? - mierci - odpowiadam. - Nie! - krzyczy. - Patrz, czym jest naprawd! Nie widzisz, e to kamie? Lnica, tawa czaszka robi si w jej doni szara i porowata. Cika. Rzeba z granitu. - Czym jest? - pyta Hatrun. - Czy moe by mierci co, co nigdy nie yo? - Take tym jest mier - odpowiadam. - lepcze! Nie moe by mierci! Ma w sobie ptaka! Kamienna czaszka rozpada si jak jajko, ze rodka wylatuje biay, pkaty ptak, podobny do gobia, i wzbija si w niebo, trzepocc skrzydami. - Czym jest? - dry Hatrun. - yciem? - Mcz mnie te gierki. Na jawie nie bybym taki cierpliwy. - Przecie to kamie - cedzi Hatrun. Gob spada nagle z cikim wistem i uderza o ziemi. Nieruchomy i szary, popkany na kilka odamkw. - Staje si tym, czym chcesz - mwi. - A ty? Czego chcesz? Zastanawiam si. Chc zabi van Dykena. Z rnych powodw. Chc swj miecz... Przede wszystkim chc wrci po moje rzeczy i Jadrana. Ale czy tego chc naprawd? Chc znale moich rozbitkw i zakoczy misj. Chc wrci na Ziemi i odszuka Deirdre. Czy jest jaka jedna rzecz, ktrej chc? Jedna, ktra ma znaczenie? Zrobi swoje i zachowa czowieczestwo? Mg wok mnie cina kolczasty mrz, jaka niewidzialna sia szarpie skay, wyrywa kamienie, ktre szybuj w gr, spadaj martwe, rozkrzyowane kruki. Zabici wojownicy zaczynaj gramoli si na nogi, chwytaj si za gowy i krzycz okropnymi, martwymi gosami. Wrd gotujcej si lodowatej mgy wysnuwaj si zmiennoksztatne widma. Deirdre, van Dyken, potem ko z gow kruka. I wszystkie krzycz. - Dosy! - wrzeszczy Hatrun. - Jedna rzecz! Nie moesz chcie wszystkiego! Tornado ucicha. Tylko mga snuje si jak przedtem.

- Spjrz! - woa Hatrun, wycigajc do mnie rk. - Czym jest jabko? - Owocem - odpowiadam tpo. - Gupcze! Czym jest! - Przyglda si swojej doni, jakby widziaa j po raz pierwszy. Patrzy i mwi, ale teraz nie rozumiem ani sowa. Cig monotonnych wyrazw. Nie brzmi jak zaklcia, raczej jakby ostentacyjnie opowiadaa o jabku, ale w jakim dziwnym jzyku. Trwa to przez chwil, a w jej tyradzie zaczynaj pojawia si zrozumiae sowa: - ...cukru... skra... - i znowu bekot - cotam... co-tam... wody... cotam... Jej do pokrywa si szronem, igy lodu otaczaj krgiem stopy. Trawa rozsypuje si w proch. Lekko dry ziemia. A potem w krtkim, podobnym do wyadowania bysku pojawia si jabko. To znaczy: jabko... W rzeczywistoci jego tutejszy odpowiednik. Owalny owoc o ciemnozielonej, poyskliwej skrce pokrytej pomaraczowymi ctkami. Jednak ley na doni Hatrun, pachnie i lni. Jak to we nie. - Teraz ty! - woa Hatrun. - Czym jest jabko? Czyby nie wiedzia? Mcz mnie te mistyczne bzdury. Mam znale sedno bycia jabkiem? Istot jabkowatoci? Tao szarlotki? Sam mam sta si jabkiem? Jaboni, Boe uchowaj? Uderzenie spada na mnie znikd, jest niczym wyadowanie paralizatora i zmiata mnie na ziemi, pomidzy trupy, skay, koci i potrzaskane miecze. - Gupcze! Chciae zmieni siebie czy przywoa jabko?! Powsta. Powsta i wycignij rk. Powstaj i wycigam rk. Czym jest jabko? Przypominam sobie jabka: te, czerwone i zielone, czuj w nozdrzach zapach jabek, dotyk woskowatej skrki, biay, jdrny misz zgrzytajcy w zbach, sok. Dostaj skurczu szczk, co kwanego wypenia mi usta, krztusz si, po czym spada na mnie kolejne wyadowanie. Skarcony, gramol si na nogi i posusznie wycigam rk. Co mi mwi, e to nie jest taki zwyky sen. - Czym jest jabko? - powtarza cierpliwie Hatrun. Dobra. Czym jest jabko? Owocem, naturalnie. Owocem ziarnkowym drzewa z rodziny rowatych. Konkretne jabko naley do jednej z kilkuset odmian hodowlanych. Ale czym jest? W gruncie rzeczy to gbkowaty twr z celulozy i otoczki pektyn, wypeniony wod z rozpuszczonymi w niej solami mineralnymi, mnstwem fruktozy i glukozy oraz skrobi. Widz przed oczami obracajce si acuchy czsteczek cukrw, polimeryczne czsteczki skrobi, szczeglne kombinacje zwizkw

organicznych. Ale jabko to te iskra ycia. ywe komrki, ktre rozrastaj si z zalka owocu, rosn, puchn, obrastaj zapasami skrobi, osaniaj zamknite w gniazdach nasiennych ziarna. Miniaturowe bomby pene genetycznego potencjau, ktre trafi do ziemi i eksploduj drzewem. Otaczajca je gruba warstwa miszu to przynta. Parujca zwizkami aromatycznymi, ktre mwi zjedz mnie". Wszystko po to, by ziarna przemierzyy ukad pokarmowy tego, kto zapie si na przynt, i trafiy do ziemi wraz z porcj wieego nawozu. Cofam si, pltaniny wielkich, rozgazionych czsteczek organicznych uciekaj w dal, tworz wypenione sokiem i miszem komrki, okrywaj si skrk. Jabko. Widz bysk, sysz trzask, jakby uderzy miniaturowy piorun. Czuj uderzenie w do i spoczywa na niej jabko. Ziemskie jabko. Czerwone, dojrzae i twarde, pachnce socem. - Jabko - mwi do Hatrun. - Patrz! Unosz je do ust, ale zanim wbij zby w skrk i z trzaskiem oderw jdrny kawaek miszu, budz si. I znowu jest noc. Dziewczta pacz. - Znalaza ci... - pacze Sylga. - Nasz czas si koczy... Tuli si i obejmuje z caej siy, jakbym by kim bliskim albo jakby chciaa si ze mn poegna. Szlocha rozpaczliwie i wtula si we mnie caym ciaem. Gadz j po plecach, cauj mokre policzki i czuj, e caa dry. Patrz, jak szyj przy ogniu w wietle lampy. To mskie ubranie. Pcienne spodnie, koszula, weniany kaftan, pkouszek. Szyj szybko, pewnymi ruchami z budzc zazdro sprawnoci. Miga kociane szydeko, splatajc kosmat wen na dugie, sigajce za kolano skarpety. Waciwie poczochy, eby by szczerym. Przynajmniej s ciepe. Synnja klczy na futrzanej skrze przy palenisku, ma wok siebie kawaki skry, szydo z drewnianym uchwytem i niewielki moteczek. Synnja robi buty. Due, z mikko wyprawionej skry, sigajce za kostk. Co najmniej numer 45 - jak na mnie. Szyj bardzo pilnymi ruchami, obie pochylone nad robot i tylko ukradkiem ocieraj co chwil zy.

Poza tym jest cicho i spokojnie. Wiatr wyje w dymnikach, trzaskaj polana na palenisku, uspokajajco i monotonnie pluszcze deszcz. Tyle tylko, e to jaki nienaturalny spokj. Sztuczny. Co wisi w powietrzu. Siedz i patrz w ogie albo na poruszajce si sprawnie palce Synnji i Sylgi. piesz si. Zupenie jakby wieczna deszczowa noc za oknami miaa zblia si do koca. Hatrun czeka na mnie na tym samym szczycie gry co poprzednio. Wiatr rozwiewa jej wosy jak pomienie na pochodni. Siedzi na swoim tronie i nie mwi ani sowa. Wskazuje tylko palcem lecy na ziemi miecz. Podnosz go i nie wiem, co dalej. Trzymam po prostu or i czekam. Hatrun zaczyna cicho nuci w jzyku, ktrego nie rozumiem. Moe zreszt uywa trudnych sw, ktrych nie zdyem sobie przypomnie albo nigdy nie znaem. Rkoje w mojej doni robi si gadka i chodna, zaczyna pulsowa, w kocu si kurczy. Spogldam w d i widz, e trzymam za ogon wa. ywego, czarnego wa, ktry napra si i zwija niczym zygzak byskawicy. Trjktny ksztat ba sugeruje gruczoy jadowe przy szczkach. Przynajmniej na Ziemi. Sam widziaem, jak tutejsze we odgryzay kawaki misa, podczas gdy nasze poykaj ofiar w caoci. W zwija si w kierunku mojego nadgarstka, wic unosz rk i strzelam nim niby biczem, po czym puszczam go na ziemi i rozdeptuj eb. Wszystko odbywa si w jednej chwili, zatem kiedy moja noga oblewa si nagle wciekym blem, jestem pewien, e mnie uksi. Nie. W po prostu nie jest ju wem. Jest wijc si smug ognia i aru. Trzymam nog w ognisku. - Jak to zrobi? - pytam, tupic i otrzepujc spodnie. - Jak zmieni or w gada? - Tak samo jak dostae jabko. Trzeba przywoa zmian. Chcie jej i wiedzie, na czym ma polega. Dokadnie. No i by tam, gdzie ci usyszy. Nie wolno mi mwi nic wicej. Nie wolno mi mwi dokadnie. Nie wolno mi ci uczy. - Tamtych nauczya - protestuj. Zaciska usta i podnosi si powoli. Widz ogarniajce Hatrun migotliwe niczym zorza wiato, jej wskie jak strzelnice oczy, dotd wypenione czerni, nagle rozwietlaj si zimnym blaskiem acetylenowego pomienia. Trwa to moment. Jeden przeraajcy uamek sekundy, po czym Hatrun siada. Ogie przygasa.

- To nie ja - cedzi wyranie i powoli. - I myl, e nikt z takich jak ja, cho nie wiem na pewno. Myl, e nauczyli si sami. Rni si od ciebie, mimo e jestecie tego samego rodzaju. Ty patrzysz na wiat taki, jaki jest, i usiujesz radzi sobie z nim tak, jak potrafisz. Wolisz dziaa. Jeli widzisz co, czego nie rozumiesz, wolisz tego nie dotyka. Odwracasz si plecami i odchodzisz. Wolisz nie dotyka ni zepsu. Wierzysz tylko w to, co ma dla ciebie znaczenie. Co mona wykorzysta. Tamci s inni. Oni nie chc przechodzi przez wiat. Oni chc go zmienia. Nie obchodzi ich ani czy co rozumiej, ani czy co zniszcz, bo s pewni swojej mdroci. Wierz w sowa. Wszystko opisuj sowami. Dziaanie ich nie obchodzi. Oni myl, ale nie przejmuj si dziaaniem. Dziaaj mimochodem. Chc zmiany, choby miaa by chora. Ty nienawidzisz zmian. Oni nimi yj. Nigdy nie zawahaj si przywoa zmian i nie obchodzi ich, co si stanie. To jest rnica midzy wami. Dlatego oni przewracaj wiat do gry nogami, a ty nie moesz poradzi sobie ze zwykym jabkiem. - Jeli jeste jednym z bogw tego wiata, to dlaczego ich nie zniszczysz? - Niewane, kim jestem. To nic ci nie da. Nie wolno mi niczego zmienia na wasn rk. Nie wolno mi nawet powiedzie ci nic wicej. - Widziaem ju bogw tego wiata. We nie. Ty te tam bya, Hatrun. W kantynie w Al Hamma. - Nie przejmuj si snami. - Wzrusza ramionami. - Jeeli nie wiesz, co widziae, lepiej zapomnij. - Jak kto mg zamkn ci w klatce? Uratowaem ci, Hatrun. Bya mniejsza i bardziej ludzka, a ja ci uratowaem. Parska i zdejmuje hem. - To raczej ja uratowaam ciebie. I wci ratuj. Zapamitaj jedno. Patrz na wiat tak, jakby by myl. Nie wolno mi ci niczego wicej nauczy. - Myl jak snem? Zudym... Zudz... - Uud? Nie. Nie o to chodzi. Jest prawdziwy, ale kada rzecz jest i ciaem, i myl. - Dlaczego nie moesz mwi jasno? - Bo mi nie wolno. Takie s reguy. - A co si stanie, jeli reguy zostan zamane? - Rwnowaga runie. Nastanie prawdziwa wojna bogw. Otwarta i na wyniszczenie, nie tak jak teraz. Albo wiat bdzie musia narodzi si na nowo. Nadejdzie burza niepamici. Martwy nieg. - Oczywicie nie powiesz mi, o co chodzi?

- Moesz przetrwa, tylko jeli nie bdziesz wiedzia za duo. To nie s rzeczy, ktre miayby dla ciebie znaczenie. Niech ci wystarczy, e masz sojusznikw, lecz oni nie mog ci pomc. Musisz radzi sobie sam. - Jeli ty nie moesz mi odpowiedzie ani mnie nauczy, to kto moe? Wzrusza ramionami. - Kto z ludzi, by moe. O ile takiego znajdziesz. Pjd prosto na pnoc, przez las, a potem na wschd grzbietem gry. Znajdziesz chat, w ktrej mieszka wielki Pieniarz. Bondswif Oba Niedwiedzie. Ludzie przychodz do niego z daleka po rad. Moe on ci czego nauczy. Id do niego i powiedz mu, e chcesz pozna pieni. Moe si zgodzi. A kiedy si budz, nie jestem pewien, czy rzeczywicie mwiem z ni mow Wybrzea agli, czy to tylko sen. Dziewczta kocz pomau szycie i zaczynaj bra kolejne przymiarki. Zakadam buty, portki albo kaftan, a Sylga klka obok z wielkimi, podobnymi do gwodzi szpilkami w ustach i wprowadza poprawki. Pniej jemy kolacje, wszystko w dziwacznej, napitej atmosferze. Obie rozmawiaj ze mn, usiuj artowa, lecz ich oczy szkl si od ez. Gdy odchodz na chwil albo odwracaj gow, widz, e ukradkiem ocieraj powieki. W powietrzu wisi nieokrelona, zapowiedziana aoba. Atmosfera jest taka, jakby kto zaraz mia tu umrze. Potem w ciemnociach wrd futer na zmian szlochaj i wpijaj si we mnie z rozpaczliw namitnoci. - Pamitaj o nas... - sysz szepty. - Jestem Sylga... Pamitaj... To ja, Synnja... Pamitaj o Synnji... Ona nadejdzie... Chce ci zabra... Pamitaj... Zasypiam wrd tych szeptw. Bez majakw, cikim, twardym snem. Budzi mnie wiato. Po raz pierwszy od bardzo dawna. Sabe, sine wiato przedwitu lub mglistego poranka. Nie sysz deszczu. Z zewntrz dochodzi tylko krakanie. wiato pada mi prosto na twarz. Otwieram oczy i widz szare, oowiane niebo. Widz je przez dziur w dachu. Przez wiele dziur. Dach wyglda jak rzeszoto. Sprchniae gonty zwisaj ze zmurszaych belek wiby, le wrd mchu, zgniej somy i sztywnych spleniaych resztek futra. I koci.

Maa, poka czaszka szczerzy drobne zby tu obok mojej twarzy, patrzy w moj osupia gb dziurami oczodow. Podrywam si jak oparzony, szkielet nogi przerzucony przez mj bok odpada, wszystko rozsypuje si z cichym, upiornym klekotem. Z mojej doni wypada jabko i toczy si po zaronitej mchem polepie. Ziemskie, czerwone jabko, pachnce styryjskim socem. Przez przeraajcy uamek sekundy miotam si wrd eber, krgw i piszczeli, drobne koci doni rozsypuj si na moim ramieniu. Wypltuj si ze sprchniaej pryczy i z wrzaskiem wyskakuj na zewntrz, otrzepujc si, jakby oblazo mnie robactwo. Trwa to kilka chwil, zanim przestan dygota, drepta w jakim kretyskim tacu i dojd do siebie. Odruchowo, zupenie bez sensu usiuj aktywowa cyfrala. To tylko histeria. *** Sta na niewielkim, zaronitym paprociami podwrcu przed zawalon, zrujnowan chat, przypominajc zdeche zwierz. Budynki gospodarcze po bokach znajdoway si w jeszcze gorszym stanie, obor dawno temu strawi ogie, stodoa i stajnia zarazem wygldaa jakby wykorzystano j jako wiczebny cel dla artylerii. Solidn bram w ostrokole najwyraniej dawno temu rozwalono taranem, moe porbano toporami. Kawaek wrt wisia na zawiasie, reszta w postaci zbutwiaych belek leaa wrd paproci albo przepada. Wyjcie z szoku i przeraenia zabrao mu kilkanacie sekund. Potem sta jeszcze w osupieniu, drc przez dobr minut. Wreszcie oprzytomnia. Stwierdzi, e jest mu zimno. A po kolejnej minucie wszed z powrotem do chaty. Wntrze mimo wszystko wydawao si znajome. Te same prycze wzniesione z belek wzdu cian pomidzy drewnianymi filarami, to samo palenisko, obecnie poronite czciowo mchem, zimne i martwe. Obmaca stare, zmienione ju niemal w gleb wgle. Nad paleniskiem wisia acuch z hakiem, na ktrym wieszano kocioek. Sam wiesza ten kocioek nie dalej ni wczoraj. Jednak hak by przerdzewiay, podobnie trzymajce go ogniwa. Nikt tu nie pali ognia i to od dawna. Od lat albo przynajmniej od roku.

ko, z ktrego wyskoczy, rwnie od dawna nie suyo nikomu. Koci wymieszane ze strzpami skry leay w nieadzie, tak jak je rozrzuci, ale spomidzy pakw eber wyrastao sobie modziutkie drzewko. Samosiejka. - Nawet jeli przyszedem tu w kompletnie obdnym widzie - mrukn - i postanowiem nocowa w tej ruderze, w adnym razie nie zdoabym w taki sposb wplta si w te szkielety. Wszystko to wygldao na kompletnie opuszczon chat. Nic nie wskazywao, e kto mieszka tu tygodniami. Przypomnia sobie o jabku, ale nie mg go znale. Przepado. Znalaz natomiast ubranie. Nowe, wieo uszyte i wygadzone, uoone na ziemi, porzdnie zoone w kostk z butami na wierzchu, niczym do inspekcji. Spodnie, koszul, kaftan, ciepy paszcz z kapturem. Te same, ktre przymierza jeszcze poprzedniego wieczoru. Poznawa ciegi, wzory, naszywane ornamenty. Dosownie przed chwil mia to w rkach. Sta nad nimi i gapi si w osupieniu, nie mogc si zdecydowa, w kocu westchn i przyklkn obok, wycigajc do do buta. Pogadzi paszcz. - Skd od samego rana pojawia si u mnie przekonanie, e chyba nie panuj nad rzeczywistoci? - zapyta sam siebie i postanowi si jednak ubra. Ostatnie, co pamita przed wieczn deszczow noc, to nieg, bl i zamazany, nieprzytomny widok ucznika stojcego w drzwiach stranicy z napit ciciw. Nastpnym obrazem, wedug jego wiedzy, powinny by napisy kocowe bd bramy raju. Obmaca si, ale nie widzia najmniejszego ladu strzay. W ogle nie byo adnych kontuzji. Zniky siniaki i skaleczenia, nawet otarcia na stopach od niewygodnych apci. W gruncie rzeczy czu si bardzo dobrze. Przede wszystkim nie dokuczaa mu ju blizna po wczni, co wicej, przybraa wygld normalnej, ludzkiej blizny, a nie obronitego kor skaleczenia na pniu drzewa. U stp pryczy zobaczy jeszcze podprchnia skrzyni z rudymi ze staroci, elaznymi okuciami. Kawakiem kija zgarn imponujce pajczyny, strzepn grub warstw pyu, otworzy i zobaczy w rodku wasne rzeczy. Te, ktre mia na sobie na przeczy i w dolinie smokw. Wyglday tak samo, lecz zaronita skrzynia sugerowaa, e wsadzono je tu przed laty. Wydoby skromny ekwipunek, ucieszy si na widok swojego wielkiego noa Nordland, uszkodzonego uku w ubiach, a take fajki i resztki tytoniu. Metalizowany woreczek opakowania z precyzyjnymi napisami i rysunkami wyda mu si nagle obcy i dziwaczny. Zabra wszystko i na dnie znalaz jeszcze stary miecz w pochwie i z pasem. Wyj go, obejrza krytycznie i uzna, e po

oczyszczeniu popioem i naostrzeniu ujdzie w toku. Nie umywa si wprawdzie do jego dawnego ora, ale i tak by o niebo lepszy ni tandetne paasze Ludzi Ognia, ktre wlk ze sob. Przypomnia sobie nagle dziewczyn z przeczy. Wygldaa jak Hatrun z jego majakw, lecz to niczego nie dowodzio. Zapi pas, zrolowa stary, zdobyczny paszcz, cz szmat i gaganw po prostu wyrzuci. Przypasa miecz, narzuci na plecy nowy paszcz z kapturem. - Dzikuj, Sylgo - powiedzia cicho, czujc si dziwnie. W gardle czu jaki dziwny skurcz. Dzikuj moja maa, sodka Synnjo... Obiecaem, e bd pamita. I nie zapomn. Odwrci si i poszed, nie spogldajc za siebie. Ostronie przeszed przez rozbite przed laty wrota i po namyle ruszy w stron lasu. Cyfral dopada go natychmiast, gdy tylko wyszed z zagrody i stan na hali, bezskutecznie rozgldajc si za socem. - Gdzie ty by?! Skd si tu wziam?! - zawoaa z histeri w gosie. Drakkainen spojrza w niebo i westchn. - Nie wiem. Straciem przytomno. Ile czasu upyno? - Od kiedy? - Odkd przechodzilimy przez przecz. Wtedy bya aktywna. Musisz mie poczucie czasu. - Bye nieprzytomny szedziesit jeden godzin. Co si z tob dziao? Kim bya ta laska? Skd masz to ubranie? - le si poczuem. Musiaem si pooy - wycedzi Drakkainen sarkastycznie, jednak czujc ulg. Przynajmniej nie upyny lata. - Gdzie jest pnoc? - Martwiam si! Mylaam, e umare, tpy bydlaku! - Te tak mylaem. Gdzie pnoc? - Prosto przed pyskiem! - Tak te sdziem - odpar. - Dzikuj, Cyfral. Idziemy z kim si spotka. Nazywa si Wszystkie Misie czy jako tak. A tamta laska to zdaje si bogini czy co w tym rodzaju. Ma na imi Hatrun. Na pewno si polubicie. Prychna tylko i poleciaa przodem, idiotyczna, kiczowata zabawka. Z odlegoci dziesiciu metrw przypominaa dziwnego, wielkiego motyla i mg j ju znie, nie kopocc si nieustannie o stan wasnego umysu. Zacz pada nieg.

- Nic dziwnego - powiedzia do siebie. - wita za pasem. Jupi-du. W rodku jednak usadowi si jaki przykry, gniotcy ciar, ktrego nie dao si zamaskowa kpin. Zupenie jakby straci kogo bliskiego. Patki niegu taczyy wok, lepiy si do twarzy i momentalnie mia zupenie mokre policzki. nieg wkrtce usta. Gboko w lesie Drakkainen znalaz tropy zajca. - Czym prdzej trzeba naprawi uk - owiadczy, szukajc odpowiedniego kamienia. Przypomnij sobie wspomaganie celowania - nakaza Cyfral stanowczo. Umowny zajc stan supka z pitnacie metrw od niego i przez jaki czas nasuchiwa podejrzliwie. Przypomina raczej miniaturowego kangura z lekk domieszk kapibary. - Chyba nie chcesz go zabi - odpara Cyfral z oburzeniem. - Jest liczny! - Bardzo mi przykro - wyszepta cierpliwie Drakkainen. - Zdecydowanie wolabym upolowa co odraajcego, ale w chwili obecnej do dyspozycji jest jedynie ten zajc. - Ani mi si wa! Chcesz zatuc takie sodkie zwierztko tylko dlatego, e jeste godny?! - Modu celowania, Cyfral. Prosz. - Jeste wstrtny! - I godny. Co wicej, nie mam w ogle nic do jedzenia. - To sobie rzucaj! Ale ja do tego rki nie przyo. Drakkainen powiedzia co po fisku. Zajc tymczasem przezornie znikn. - Skd ty si w ogle wzia?! - zawoa Vuko z rozpacz. - Przecie niemoliwe, ebym mia w gowie co podobnego! Nie mam najmniejszych szans na przetrwanie! Cisn kamieniem w drzewo i trafi dokadnie tam, gdzie chcia, precyzyjnie, jak ze sztucera. Cyfral nada si i odleciaa. Kiedy wspi si na gra, zrobio si ju popoudnie i szczyt spowia mga. Szlak bieg grzbietem, wydawa si raczej wygodny. cieka umoliwiaa nawet przeprowadzenie koni i z pewnoci bya uczszczana. Po jakiej godzinie marszu trakt sprowadzi go w d, za zakrtem zobaczy kotlink. Okrg, okolon drzewami, przez ktr pyn strumie i kawaek dalej spada za zaom skay, wzbijajc kby wodnego pyu. - Mam nadziej, e to tutaj - powiedzia, schodzc ostronie po kamieniach.

Na dole natkn si na supy. Otaczay kotlin, rozstawione co kilkanacie metrw. Stare, kamienne menhiry, pokryte precyzyjnymi obieniami skomplikowanych znakw. Midzy gazami ustawiono totemy z krzywych erdzi, ozdobionych konstrukcjami z pir, rzemykw i drobnych kostek, podobnych do indiaskich apaczy snw". Kada erd zwieczona bya czaszk. - Jak mio - wycedzi Drakkainen. - Nie o to chodzi, eby kto tu czeka z kwiatami, ale dlaczego cho raz to nie moe by co neutralnego? Powiedzmy ryba albo gliniany krasnal? Obszed kotlink wzdu linii menhirw, stwierdzajc, e tu za ni wrd ska i mchu majacz pojedyncze koci. Pas szcztkw cign si wzdu granicy caej kotlinki. Nie byo ich bardzo duo - ot, tutaj czaszka, tam miednica. Nie wszystkie zreszt naleay do ludzi. W gbi do skalnej ciany tulia si stara, przygarbiona chata, nakryta bur strzech z jesionowych witek. Z boku lekko sczy si dym. Posiadoci nie broni czstok, co samo w sobie byo zastanawiajce. W pobliu wodospadu natrafi na otoczony gazami wydeptany placyk, wystyge miejsce ogniskowe i budzc lito atrap wiaty. Zrzuci tam swj toboek i wrci do menhirw. Sta tam przez chwil, po czym znalazszy duy kamie, cisn go midzy kamienne supy. Pocisk potoczy si po ziemi, ale nie stao si nic szczeglnego. - Niewiele to dao - mrukn. - W kadym razie rki tam nie wo. Mogaby przelecie midzy tymi supami? - zwrci si do Cyfral. - Ved keteen! - warkna. - Tak tylko pytaem. Gdybym mia tego krlika, mgbym wrzuci kawaek i sprawdzi, czy to reaguje na obiekty biakowe. A najlepiej gdybym tam wpdzi ywego. Odpowiedziao mu nadsane milczenie. Stwr pojawi si zupenie znienacka. Gdzie od strony chaty i zbocza, jakby wysnu si ze skay. W jednej chwili nie byo tam nic, a w nastpnej ju pdzi, pohukujc charkotliwie. Cyfral wrzasna. Drakkainen pomyla, e to chyba ogromny, pokraczny niedwied. Przemkno mu to przez gow, gdy mia ju miecz w doniach z boku ciaa, skierowany ostrzem lekko do tyu, w postawie wakigamae. Nie zauway, kiedy po niego sign. Palce nie mieciy si na zbyt krtkiej rkojeci. To nie jest miecz do kenjutsu, pomyla. Trzeba bdzie popracowa nad odruchami. W nastpnej sekundzie bysno mu, e to jednak nie moe by niedwied. Po pierwsze, by mniejszy. Tutejsze niedwiedzie dosy przypominay niedwiedzie jaskiniowe i przybieray

niedorzeczne rozmiary. Po drugie, szarujcy stwr w zasadzie bieg na dwch apach, co drugi krok podpierajc si jedn pici. Odrobin kojarzy si z gorylem, a na to by z kolei za wielki i mia za krtki pysk. Drakkainen patrzy, jak faluje jego rude, szorstkie futro, obserwowa niepokojcy bysk inteligencji pod wydatnymi waami nadoczodoowymi. Wydawao si, e czuje drgnienia ziemi pod nogami. Powoli wpuci powietrze przez nos i lekko poprawi chwyt rkojeci. Przesta myle o hiperadrenalinie, ktrej brakowao mu w yach, o swoim mieczu zwiadowcy noszonym obecnie przez jakiego szmondaka, o ptonowym cielsku potwora gnajcym na niego niczym kosmata lokomotywa. Sta si pustk. Nieskoczon iloci moliwoci wypeniajc przestrze od czubka gowy do koca ostrza. Stwr wykona dziki sus i wyldowa tu przy menhirach. Unis si na ca wysoko i wyda z siebie przeraliwy ryk, zakoczony gardowym pohukiwaniem. Powiao upiornym, gorcym smrodem, troch jakby gnijcej fasoli, karbidu i padliny. Yeti, pomyla Drakkainen. Wypisz, wymaluj. Yeti podskakiwa w miejscu, wyrywa garciami traw i wydawa z siebie dzikie ryki, szczerzc upiorny garnitur kw, ale albo nie chcia, albo nie mg wyj za lini supw. Ciska si tylko na podobiestwo psa przy ogrodzeniu. Vuko sta przez duszy czas z mieczem w doniach, czujc si jak napita spryna. - No co jest? - spyta niecierpliwie. - Bijemy si czy nie? Odpowiedzia mu ryk, wcieky taniec i ciskanie kamieniami o ziemi, ale nic konkretnego. - Chyba spotkaem kogo z twojej rodziny na Pustkowiach Trwogi, Grendel - rzuci Vuko zaczepnie. Nie spuszczajc yeti z oka, zrobi kilka szermierczych krokw bokiem w stron obozowiska, cay czas trzymajc miecz rwnolegle do ziemi. Potwr odprowadzi go kilkoma susami, po czym znowu unis si i zahuka, wyszczerzajc zby. Granica wyznaczona przez menhiry pozostaa jednak nietknita. Drakkainen zrobi jeszcze kilka krokw, a nagle sapn E tam", odwrci si i odszed, nie chowajc miecza. Uwaa przez cay czas, mia nawet wraenie, e czuje stwora gdzie tam za plecami, ale zarazem co mu mwio, e zagroenie mino.

Miecz schowa jednak dopiero, gdy dotar do szaasu. Cyfral wisiaa w powietrzu nieruchomo w pozycji poziomej, z rozrzuconymi bezwstydnie nkami i rozoonymi rczkami, obracajc si wok wasnego miniaturowego ppka. Przejrzyste, opalizujce niczym plama ropy na wodzie skrzydeka zwisay nieruchomo. Drakkainen usiad na paskim kamieniu i rozwiza swj toboek. - Mam uwaa, e zemdlaa, czy e si zawiesia? - zapyta. Troll za lini menhirw truchta tam i z powrotem, powarkujc nerwowo, jak w ogrodzie zoologicznym. Vuko rozpi koczan, wydoby swoje dwie ostatnie strzay. Znalaz odpowiedni kawaek drewna, ktry ostruga starannie, nastpnie umieci pomidzy grotami i zwiza rzemieniem swoich poprzednich butw. Potem wyszuka dugi kij, umocowa na nim rozchylone strzay, oplatajc wszystko kolejnym kawakiem rzemienia i, pogwizdujc, zszed ostronie w d zbocza do stp wodospadu. Wrci po p godzinie, wyranie zniechcony i poirytowany. Pomidzy grotami prowizorycznego harpuna wio si olizge, wowate stworzenie, kojarzce si odlegle z gigantyczn pijawk, zwaszcza z uwagi na tarczowat przyssawk, w ktrej pojawiay si i znikay potrjne szczki podobne do papuzich dziobw. Troch to przypominao jakiego jelitowego pasoyta, powikszonego do rozmiarw ludzkiej nogi. Vuko cisn wijc si zdobycz na ziemi i obdzieli przytomn ju Cyfral cikim spojrzeniem. - Ani sowa - wycedzi i poszed po drewno. Milcza, rozpalajc ognisko, spoglda spode ba na tkwicego przy supach yeti. Potwr powarkiwa czasem w jego stron albo wydawa z siebie kilka ostrzegawczych szczkni, ale wygldao na to, e si znudzi. Na og siedzia tylko i z dziwacznie ludzkim zafrasowaniem na twarzy oglda swj kciuk. - Zgubiem hem na przeczy - oznajmi Vuko zrzdliwie. - Taki dobry hem. A teraz ani przynie wody, ani zagotowa. - Bdziesz tu biwakowa? - spytaa Cyfral. - A co mam robi? Zadzwoni do furtki? Siedz i czekam na pana Wszystkie Kopane Niedwiedzie. Znalaz sobie odpowiednio paski kamie i, klnc, usiowa wypatroszy swoj olizg zdobycz. Kiedy siedzia ju przy ognisku, pykajc fajk i patrzc podejrzliwie na dzwonka dziwacznego wodnego stworzenia skwierczce na patyku oraz kapice tustymi kroplami w ar, zacz zapada zmierzch. Cyfral gdzie znika.

Drakkainen sign po kawaek, ktry wydawa si upieczony, i ostronie zsun go ostrzem noa na przygotowany li. Wyduba troch szarego, parujcego misa, przerzucajc je midzy domi, podmucha, po czym przeu ostronie. - Dobry Boe - powiedzia z oburzeniem, wypluwajc ks w ognisko. - Pierwsza rzecz w caym cholernym kosmosie, ktra smakuje dokadnie tak, jak wyglda. Zdecydowanie nie przypomina kurczaka. Poprawi pozostae kawaki w nadziei, e mocniej upieczone stan si lepsze, powcha palce i wytar w traw. Wycign przed siebie do i wpatrywa si w ni przez chwil, mamrocc pod nosem. Nic si nie dziao. Zapada pochmurny, siny zmierzch. Szumia wodospad. Gdzie w grze rozleg si piskliwy zew polujcego sokoa. Vuko odwrci do w stron ogniska. - Abrakadabra - oznajmi ponuro i szczelniej okry si peleryn. - Jebem to, piczku materinu! Wraz ze zmrokiem pojawia si mga. Byskawicznie i dziwacznie, jakby wypyna z dna kotliny, rozesza si kbami wok menhirw. Bigfoot siedzcy za supami skuli si nagle i uton w jej kbach, wida byo tylko jego oczy ponce tawo. Stwr wyda z siebie przecigy, piskliwy jk. Odpowiedzia mu inny dwik. Basowe buczenie, dobiegajce jakby spod ziemi. Gbokie, pene infradwikw, niemal na granicy syszalnoci. Drakkainen wyprostowa si czujnie i przesun do do rkojeci miecza. Pocign lekko nosem. Opary cuchny dziwaczn spalenizn i zachowyway si inaczej ni zimna mga, z ktr mia do czynienia przedtem. Ponure buczenie odzywao mu si wibracjami gdzie w czaszce i brzuchu. - To nie jest tamta mga - rzucia Cyfral. - To co innego. - Widz - mrukn. - Ten dwik dobiega z wntrza gry - powiedziaa wyranie wystraszona. - Ze rodka. - Sysz - odpar Vuko i lekko zmieni pozycj, wysuwajc ostrze z pochwy na centymetr. Co zapono krtko i jaskrawo jak magnezja. Strzelio gdzie wewntrz mgy, potem jeszcze raz midzy menhirami, w kocu tu przed nim. Niedaleko. Najwyej o dziesi metrw. Buczenie ustao. A w miejscu gdzie rozeszy si kby dymu, niespodziewanie sta potwr. Z wyszczerzon, zbat szczk i skatymi, jelenimi rogami, bezksztatny, pokryty ciemnym wosiem. Dopiero po krtkiej chwili stao si jasne, e to jednak czowiek.

Niewysoki, chudy, okryty dug szub, w wysokich, kosmatych butach, przypominajcych niemal walce z futra, i wymylnym hemie ozdobionym poroem. Okap hemu i otaczajce szczk osony policzkowe najeone byy wilczymi kami. Sprawiao to takie wraenie, jakby przybyy wyglda wilkowi z otwartej paszczy. Wycign w stron Drakkainena kolawy kostur ozdobiony brzkadami i zwieczony wyschnit trupi doni ze sterczcym palcem, ktry mierzy prosto w twarz zwiadowcy. - Odejd, gupcze! - wrzasn. - Bogowie milcz! wiat si koczy! Odejd i ukryj si, zanim w poknie soce! Nadchodzi czas ognia! Bogowie powstali przeciw sobie! Chcesz ich budzi? Naprawd chcesz, by na ciebie spojrzeli? Mylisz, e zajm si twoimi chorymi krowami albo brzemienn crk, kiedy szykuj si do walki? Odejd, zanim naprawd si obudz, gupcze! Pod nogami przybyego buchn zielony, jaskrawy pomie i w powietrze wzbia si kolejna chmura siwego, gstego dymu. - Wystarczyo powiedzie nieczynne" - powiedzia Drakkainen, ktry od duszego czasu zmaga si w mylach ze sownikiem. Kiedy jednak zacz mwi, jako to szo. - I pokazuj tym na co innego. Mgbym poyczy garnek i troch soli? - Kim ty jeste, gupcze? - zapyta zbaraniay jegomo w rogatym hemie. - Kim jeste, eby przyj do mojej samotni pod Jczc Gr z goymi rkami, naprzykrza mi si i drwi? - Bondswif Oba Niedwiedzie, jak sdz? - zapyta Drakkainen. Mierzcy w jego twarz kostur troch opad. - Przybywam z daleka. Powiedziano mi, e jeste najwikszym Pieniakiem... Pieniarzem i moesz nauczy mnie o pieniach bogw. Mag parskn miechem i spojrza na zwiadowc jak na ogryzek. - Ty? To masz by ty? Odejd std, gupcze. Jeste za stary. Odejd. Uroczysko ci zabije. Machn kosturem gdzie na pnoc. - Tam z Ziemi Ognia i z Ziemi Sonej Trawy, i z Ziemi Koni przychodz do mnie ludzie i prosz o pomoc! Czasem rodz dziwne dzieci i te je przyprowadzaj. Takie, ktre rodz si z pieni bogw w rkach. Takie, ktre w koysce ujarzmiaj zwierzta wzrokiem, a ledwo zaczn chodzi, potrafi odwrci lot oszczepu. A ja je odsyam. Od wielu lat nie widziaem nikogo, kto potrafiby utrzyma w ryzach pieni bogw. I tobie si zdaje, e bdziesz to potrafi? Tobie? A co ty potrafisz? Jeste Czynicym? - Moe jestem - powiedzia Drakkainen. - Pochodz z daleka. Wrd mojego rodzaju jest wielu Czynicych. Widziaem Hatrun Ludzki Pomie i to ona kazaa mi przyj do ciebie.

- Aa... To jeste z tych, co widuj bogw? Tacy te przychodz. Ostatnimi czasy coraz czciej. Jeli masz srebro, dam ci zioa. Pij je rano i o zmierzchu i duo pij. Wtedy bogowie ju nie wrc. A ten miecz lepiej zanie do jakiego lenego chramu. - Nie chc twoich zi - oznajmi Drakkainen ze znueniem. - Dam ci za to dwa zote gwichty. Jeli nauczysz mnie, co wiesz o pieniach bogw. Skoro nie mam mocy Czynicych, to i tak nic z tego nie wyjdzie, a ty nic nie stracisz. - Uciekaj std, gupcze! - warkn Oba Niedwiedzie. - Nie wiesz, o czym mwisz. To nie jest gra na dudach! Jeden bd przyprawi ci o straszn mier. Obudzeni poczuj twj zapach, chopcze, i wszdzie za tob pod. - Dwa gwichty, starcze. Bondswif odwrci si nagle i odszed. Bez sowa, bez ostrzeenia. Drakkainen rozgarn patykiem ognisko. - A teraz dla odmiany odbd si sceny z filmu kung-fu - oznajmi, zwracajc si do Cyfral. Bd tu koczowa w deszczu i niegu, okazujc determinacj i si charakteru. Po miesicu mistrz askawie pozwoli mi sobie suy. Bd biega z wiadrami do wodospadu i zamiata mu izb, a take gotowa ry. Tu nie ma ryu... Bd wic gotowa odzie i sta na gowie pod wodospadem. Mistrz natomiast bdzie mnie pod pozorem codziennych posug uczy. Przez pierwsze lata jedynie, jak ugotowa oddechem jajko. Tak dugo, a osign owiecenie. Van Dyken w tym czasie podbije ca planet i oba ksiyce, po czym obwoa si cesarzem wszechwiata i pantokratorem i nawie kontakty dyplomatyczne z Ziemi. Nie mam czasu na te bzdury! Rano si std zbieramy! Wiedzcy wrci, rzeczywicie trzymajc w rkach niewielki, drewniany skopek, i postawi go po drugiej stronie ogniska. - Napenij go! - zawoa, pokazujc gow w stron wodospadu. Drakkainen wsta, westchnwszy ciko, i ruszy po wiaderko. - Stj, gupcze! - usysza. - Chcesz napeni go w strumieniu? - zapyta Bondswif z krzywym umiechem. - Przecie jeste Czynicym. Napenij go, nie ruszajc si z miejsca. Stj tam, gdzie stoisz, i spraw, by skopek si napeni. Jeli ci si uda, pozwol przej za wite supy. Napenij skopek i daj mi dwa gwichty w zocie, to powiem ci o pieni bogw. Drakkainen wsta i, patrzc tamtemu w oczy, powoli rozsznurowa portki. Bondswif otworzy lekko usta w osupieniu, a Vuko, nie ruszajc si z miejsca, sprawi, by skopek si napeni, i zasznurowa spodnie.

Oba Niedwiedzie sta nieruchomo, spojrza na wiaderko, a potem na zwiadowc. - Nie jest moe peen po brzegi - zauway Drakkainen - ale liczy si to, e zosta napeniony sposobem Czynicych. Bez ruszania si z miejsca. A wtedy zacz pada deszcz. Gwatowny i rzsisty. Z ogniska podnis si sup pary, woda chlupotaa w skopku. - Wylej to - powiedzia Bondswif. - Zapacisz mi w rodku. Pozwol ci wej za wite supy. - Nie chciabym ci zabi zwierztka - odpar Drakkainen. Bondswif woy kostur pod pach, wyj zza pazuchy kocian fujark i zad. Rozlego si piskliwe zawodzenie, od ktrego ciarki chodziy po plecach. - I tak pewnie poszed - oznajmi. - Nyflingi nie lubi deszczu. I nie myl, e twoja buta robi na mnie wraenie. Gliffnak wyssaby ci szpik z koci, zanim zdyby zawoa swoj matk. I zrobi to, na jedno moje skinienie. Spojrza na parujce resztki ogniska i ociekajc deszczem kolacj zwiadowcy. - Skd ty jeste, e jadasz botne robaki? - zapyta z lekkim wstrtem. Drakkainen rozejrza si wok, ale Cyfral znika. *** Chaupa w rodku wydaje si wiksza ni na zewntrz. Jest inna ni domy, ktre zwiedzaem do tej pory. Nie poduna, podzielona na obszerne komory, ale omioktna, z jedn wielk izb i paleniskiem porodku. Ze supw zwisaj pki zi i drewniane klatki z ptakami, pod cianami stoj paskudne, drewniane totemy. mierdzi zjeczaym ojem, kadzidem i zioami. Wiedzcy ostronie odstawia swj kostur, zdejmuje rogaty hem i odwiesza go starannie na drewniany stojak, na ktrym wisi ju lamelkowy ppancerz. Nie widz tatuay ani fryzury Ludzi Wy, czarodziej ma gadko wygolone ciemi i skronie, natomiast na potylicy i karku nosi dugie, spadajce na plecy wosy. Jest pokryty zmarszczkami, chudy i zasuszony, lecz cakiem jeszcze krzepki. Na tutejsze warunki pidziesiciolatek jak nic. - Bdziesz spa w ani - burczy. - I oddaj mi swj miecz. Czy w twoich stronach w gocinie siedzi si z orem? Dodaje jeszcze co, czego zupenie nie rozumiem. Odpinam miecz i oddaj mu niechtnie, potem ukadam swj toboek w mrocznej, kamiennej ani. Palenisko wygaso, ale wci jest ciepe. Wieszam mokry paszcz, z toboka wydubuj fajk,

kapciuch i zawinit w kawaek skry resztk pienidzy, ktre przezornie wyzbieraem wok pnia. Nie jest tego duo. Dwa gwichty, kilka srebrnych marek, troch miedziakw. Szkolenie powanie nadwery mj obecny majtek. Na wszelki wypadek zabieram jeszcze yk i n, cho nie spodziewam si wiele po gocinnoci mojego mistrza. Siedzi na okrytym futerkiem drewnianym karle i gapi si w ogie, trzymajc w doni okuty rg. Jest tylko jedno karo, wic siadam naprzeciw na kosmatej skrze. Bondswif wypija yk z rogu i wyciga do. - Obiecae mi zapat - mwi. Sigam za pazuch i rzucam mu te dwa gwichty. apie monety, oglda je podejrzliwie, nagryza brzeg. O co chodzi? Bardzo dobry bilon. Sam go toczyem rczn pras na zamku Darkmoor na zajciach z kowalstwa i metalurgii historycznej. - Powiem ci, jak przywoa pieni - cedzi z niechci i pociga kolejny yk. - Ale nie powiem, jak je ujarzmi, bo tego nikt nie zdoa ci nauczy. One yj. Same wiedz, czy jeste wybranym i czy mog ci sucha. Wykradziono je bogom i tylko im mog by posuszne. S na wiecie zdziczae konie. Czasem zdarzy si kto, kto potrafi zaoy im kantar i dosi. Zazwyczaj jednak zostanie stratowany, a konie pozostan dzikie. S te konie-upiory. Te, ktre cwauj przez noc, kiedy nadchodzi wielki mrz, ktre potrafi porywa ze sob ludzi gwatownych i unosi do dalekiej krainy, gdzie mieszka Pani Zimy. To takie konie ty chcesz okiezna. Pegajcy na palenisku ogie kadzie si nagle niczym dba trawy gadzone wiatrem. Izb przenika lodowaty podmuch. Bondswif wyciga przed siebie do, zawiesza j pasko nad paleniskiem i zaczyna nuci. Monotonnie ochrypym gosem powtarza fraz, ktrej nie rozumiem. - Taka jest lekcja pierwsza - mwi w kocu. - Jest jedna sia. Ta, ktra przenika cay wiat, wszystkie rzeczy widzialne i niewidzialne. Jest dziaaniem od wewntrz na zewntrz. Tak jak ar oddaje ciepo pomieniowi, pomie powietrzu, powietrze kociokowi, kocioek za wodzie. ar, pomie, kocioek i woda to rzeczy widzialne. To, jak ciepo aru znalazo si w wodzie, naley do rzeczy niewidzialnych. Siedz spokojnie. Dwa gwichty to kupa forsy. Mona za to kupi i konia, i miecz, i czasem niewielki dom. Mona je w knajpach przez wiele miesicy. Drogo jak za lekcj kalorymetrii na poziomie klasy pierwszej. Staram si jednak otworzy umys.

- Wszystko jest poczone - cignie mdrzec. Lodowaty wiatr, ktry hula po izbie nie wiadomo skd, koysze ozdobami z rzemykw i koci, skrzecz ptaki w klatkach. - Wszystko jest poczone i jest jednym. Ale co innego wiedzie, a co innego poczu. A ten, kto chce piewa pieni bogw, musi poczu. Musi obudzi cie swojego umysu. Spjrz! Tam stoi wcznia. Rzuca cie. Nie moesz sign po cie wczni. Jednak gdy signiesz po sam wczni, cie twojej rki signie po cie wczni. Ale twj umys jest niczym rka, ktra nie rzuca cienia. Musisz go obudzi, jeli chcesz sign po cie rzeczy. Spjrz! Nie rusza si, lecz widz, jak jego cie na kamiennej cianie siga po cie wczni. Spogldam na niego i widz, e trzyma drzewce. Na stojaku pod cian nie ma ju broni. Nieze. - Tak to dziaa - oznajmia Bondswif z zadowoleniem. - Jest jedna sia. I s miejsca, w ktrych jest przebudzona. To uroczyska. Sia tam jest i czeka. Poza uroczyskami ta sia toczy nam w brzuchy oddech, kae kwitn kwiatom albo pyn wodzie. Jednak tam, na uroczyskach, ley jej cz, zgubiona przez pradawnych bogw. Samotna i zdziczaa. Tam moe zrobi cokolwiek. Trzeba jej tylko powiedzie co. Czasem posucha. - Jak to powiedzie tak, eby posuchaa? Czy s jakie specjalne sowa? - Tak, potrzebna jest pie bogw. Zaczynamy do czego zmierza. Pytam wic dalej: - Skd wzi pie bogw? - To nie przypiewka, ktrej moesz si od kogo nauczy. To pie, ktr nuc bogowie. W kadych uszach brzmi inaczej. Samo uroczysko je piewa do twoich wewntrznych uszu. Albo zrozumiesz, albo nie. Albo sam zapiewasz i uroczysko da ci, czego chcesz, albo ci zabije. - A co taka pie moe zrobi? - Moe dziaa na rzeczy, na ludzi i zwierzta. Jest jak gorcy wosk w palcach Pieniarza. Rzeczy mona poruszy, nawet jeli s daleko. To si przydaje. Mona sign po co, co ley zbyt daleko, albo zmieni lot strzay lub oszczepu. Mona tak samo powali czowieka lub zwierz. Mona te przywoa je z daleka albo stworzy jak rzecz. Mona sprawi, by zmieniy natur. Mona te nagina wol ludzi i zwierzt, ale to jest najtrudniejsze. - Widziaem ludzi zmienionych przez pieni bogw. Zmienionych tak, by przypominali zwierzta lub roliny, pozostajc jednak ludmi. Pokrci gow. - Takie rzeczy dziej si w dalekich krajach, gdzie yj potni Pieniarze. Tacy, ktrzy umiej rozkaza podom w onach matek, by zmieniy natur. U nas od dawna takich nie ma. Podobno

mona te przywiza ciarn na uroczysku. Jeli bdzie cierpiaa, zapragnie, by jej dziecko byo chronione, i czasem uroczysko jej posucha. Urodzi si stwr, ktry nie bdzie wyglda jak czowiek, lecz w rodku bdzie czowiekiem. U nas ludzie zabijaj za takie rzeczy. Takiego Pieniarza wieszaj na uschym drzewie, przebijaj nowymi oszczepami, dusz niewyprawionym rzemieniem, wi elaznymi acuchami, obcinaj gow sierpem, a potem rzucaj w bagno, by uton, i przybijaj do dna ostrzami trzech wczni. Tak mwi prawo. Ale ludzi-zwierzta z krajw cudzoziemskich mona sprzedawa, jeli zdobyo si ich na wyprawie. Zreszt czasami sami si rodz, jeli mieszkaj zbyt blisko uroczysk. Wstaje nagle i krzta si gdzie po izbie, po czym szybko wraca z niewielkim garnuszkiem, z ktrego wytrzsa na do jakie bezksztatne grudki podobne do bursztynw. - Wybierz jedn - burczy. - Praw doni. A teraz we pogrzebacz i zamieszaj w wglach. Dobrze. Teraz wrzu do ognia. Wrzucam posusznie. Grudka wpada pomidzy rozarzone gownie i zapala si na krtko, sypic iskrami. Z aru zaczyna pyn struka bardzo gstego, czerwonego dymu jak ze wiecy dymnej. - Wsad praw do w dym - powiada Oba Niedwiedzie. Ciepy, pachncy ostro dym owiewa mi do, wije si wrd palcw, skrca w kby i oboczki. - Wystarczy - mwi Bondswif. Zabieram rk, a wtedy pochyla si i wsadza twarz w dym. Przez jaki czas trwa tak, mruczc swoj monotonn przypiewk. Jego gos wznosi si i opada. Przypomina mi si jolk mojej fiskiej babci. Jeli robia co monotonnego, na przykad nadzorowaa automat sprztajcy, gotowaa albo obliczaa komu jakie ksigowe cuda przez Internet, zawodzia w kko t sam smtn melodyjk bez pocztku i koca. Dziadek Vaainamoinen wychodzi wtedy z domu. Jolk babci doprowadza go do szau. Twierdzi, e ona sama nie wie, e jolkuje. No, ale babcia bya z Laplandii. Bondswif trwa tak pochylony, nucc z twarz w kbach dymu, a zaczyna nagle kaszle, oczy mu zawi. Jolk urywa si, zastpuje go charkot i atak kokluszu. Widz, e rzuca si we wszystkie strony, jakby co niewidzialnego trzymao Bondswifa za kark w dymie. Zapiera si domi o obmurowane kamieniami palenisko i cignie do tyu, lecz nie moe si poruszy, mimo e yy wychodz mu na skroniach z wysiku. Przez duszy czas przygldam si temu bezczynnie, przekonany, e to cz obrzdu. Czarodziej jednak kaszle jak szalony, sysz rzenie i dochodz do wniosku, e szarpicy si coraz rozpaczliwiej i sabiej Oba Niedwiedzie zwyczajnie si dusi.

Jednak zanim zdoam powsta, nieznana sia przytrzymujca maga w palenisku nagle puszcza. Bondswif leci do tyu, przewraca plecami karo i pada w futra zacielajce podog, rzucajc si w paroksyzmach, prychajc czerwonym dymem i trzymajc si oburcz za gardo. - Wo... wody... - charcz. - Tam... w dzbanie! Wstaj i przynosz mu gliniany dzban. Pije prosto z naczynia, co chwila zwijajc si w nowym ataku kaszlu. W kocu uspokaja si i znienacka ciska dzbanem gdzie w odlegy kt siedziby w ciemno. Sysz, e naczynie rozbija si na gliniane skorupy. - Bodajby zdech! Bodaj ci zaraza zadusia! - wrzeszczy Bondswif zagadkowo, najwyraniej nie do mnie, tylko gdzie tam w mrok. Wstaje, cigle trzymajc si za gardo, i odchodzi w kt, potykajc si o sprzty oraz zanoszc wiszczcym kaszlem. Sysz, jak zamyka cikie, drewniane drzwi z metalowymi okuciami i blokuje je masywn, nakadan na haki zawor. Wraca, pokasujc jeszcze od czasu do czasu, wreszcie siada, popija z rogu i dyszy ciko. Milcz, cho ciekawi mnie, kogo ma zadusi zaraza, i kusi, eby go poinformowa, e nie naley trzyma twarzy w ognisku. Czekam. - Dziwne... - zipie Bondswif. - Idziesz z bardzo dalekich stron. Jeste tak dziwny i obcy, e moe rzeczywicie uroczysko ci posucha. Jeste i stary, i mody. ywy i martwy. Zdrowy i chory. Ale najdziwniejsze, e wcale nie chcesz by Czynicym. Przychodzisz tu i dajesz mi dwa gwichty za pieni bogw, cho wcale w to nie wierzysz. Uwaasz si za mdrego, lecz kupujesz co, czego wcale nie chcesz. Jeszcze nie widziaem kogo takiego. Rozkadam bezradnie rce. - Przeznaczenie - wzdycham. Bondswif krci gow. - Ty nie masz losu - mwi. Nieruchomiej i patrz na niego. Wcale mi si to nie podoba. - Albo wkrtce zginiesz, albo... - Albo? - Albo sam jeste losem - odpowiada zafrasowany. - Ja jednak sdz, e zabije ci uroczysko. Dlatego powiem tak: jeli chcesz odej swoj drog, zabierz jednego gwichta i odejd. A potem trzymaj si z dala od bogw, uroczysk, Czynicych i takich rzeczy. Wzdycham znowu. - Chtnie bym tak zrobi. Ale id czasy, kiedy to Pieniarze bd mieli moe najwicej do powiedzenia. Moe by tak, e to oni bd rzdzi ludmi. Wolabym, eby wszystko zaleao od rozsdku mw i elaza, jak zawsze. Wtedy bym odszed. Lecz id ze czasy. Musz pozna pieni, eby je powstrzyma.

- Ale z tego powodu masz cechy, ktre natychmiast ci zabij, kiedy signiesz po pieni. Jeste gwatowny. Rzdz tob gniew i niecierpliwo. Odchodzi w gb izby, szurga tam przedmiotami, w kocu wraca z rzemieniem i star zardzewia podkow. Patrz, jak oplata j porodku i wie wze, przynosi sobie drabin i wie podkow do erdzi wysoko u poway. Przynosi jeszcze skr i rzuca na gliniane klepisko. - Siadaj tu, na skrze! - rozkazuje. Siadam. Podkowa dynda mi przed twarz. Bondswif wyjmuje maleki kociany flakonik, jak na perfumy, i wyciga ze rodka sztyfcik, ktrym lekko dotyka podkowy. - Musisz poj. Musisz okiezna swj gniew. Sied tu i patrz na podkow. Patrz tak dugo, a zdoasz j poruszy wzrokiem. Daem jej kropl wody z uroczyska. Odrobin siy pieni bogw. Jeli masz w sobie talenty, zdoasz poruszy podkow. To wszystko. Sied, a zacznie si rusza tak, jak chcesz. Jeli si zmczysz, id do ani spa. Moesz te wzi sobie misk kaszy z kocioka i dzbanek piwa. I nie jedz tu robakw, zwaszcza gdy widz. Kiedy jednak nastanie noc, zaprzyj drzwi od ani i nie wychod, nawet jeli usyszysz co dziwnego. Nie wychod te na zewntrz, bo tam dopadnie ci GlifFnak. W ani stoi skopek, ktry tak mdrze napenie, wic jeli ci zeprze, skorzystaj z niego. Moesz sysze dziwne gosy i widzie wiata pod drzwiami. Moesz te sysze krzyki. Nie wychod, chyba e chcesz umrze. A teraz siadaj i ucz si. Odtd nie zawracaj mi gowy, chyba e sprawisz, i podkowa zacznie si rusza. Kolejne dni s chyba najnudniejsze w moim yciu. Siedz i patrz na podkow. Kiedy wstaj, maga najczciej nie ma. Opodal paleniska znajduj zazwyczaj jakie uprzejmie pozostawione dla mnie resztki. Zazwyczaj kawaek wdzonego sera i podeschnite placki chleba lub misk z odrobin wodnistej kaszy, troch skwaniaego mleka w dzbanie. To bardzo mie. Poza tym siedz godzinami, usiujc poruszy wzrokiem zardzewia podkow. Czasami wydaje si, e zaczyna si koysa, ale to pozr. Poruszaj ni leciutkie prdy powietrza albo wzrok pata mi figle. W kadym razie nie przydarza si nic nadprzyrodzonego. Bondswif si myli. Nie jestem niecierpliwy. Mam w sobie cierpliwo nieskoczon. Cierpliwo snajpera, cierpliwo zwiadowcy, cierpliwo kamienia. Cierpliwo drzewa. Potrafi dniami i nocami lee w zasadzce pod kbami zielska i udawa kp krzakw. Mog ignorowa nud, chd i ksajce mnie owady. Mog siedzie i godzinami prbowa poruszy si woli podkow, a do blu w potylicy i oczodoach.

Nie chodzi o niecierpliwo ani gniew. Chodzi o to, e nie jestem w stanie zaakceptowa przenikajcej wszystko mistycznej siy, ktra ma poruszy podkow zgodnie z moj wol, tylko dlatego, e ja tak chc. To sprzeczne z caym moim dowiadczeniem, groteskowe i niedorzeczne. Siedz jednak uparcie, a podkowa pozostaje pkilogramowym kawaem kutego elaza wiszcym na rzemieniu. Masa, cienie, tarcie i oddziaywania midzy-atomowe pozostaj na swoim miejscu. Mj wzrok nie jest fizyczn si zdoln zmieni te parametry. W ogle nie jest adn si. Jest jedynie zdolnoci do rejestracji fali wietlnej. Zjawiskiem biernym. Dziaaniem do wewntrz, a nie na zewntrz. A jednak siedz i patrz na podkow. Jestem uparty. Moja niewiara nie ma tu nic do rzeczy. Gdzie, kilkanacie kilometrw dalej jest czowiek, ktry najwyraniej potrafi oddziaywa wol na materi. Ekstremalnie niebezpieczny czowiek. eby go zneutralizowa, musz zrozumie jego moliwoci. Zrobi ze mnie drzewo. W cigu paru sekund zmieni moje ciao w zupenie inn tkank o zupenie odmiennych waciwociach. A potem nastpio co innego i cay proces zosta odwrcony. Czowiek, drzewo, czowiek... Mj Boe, czowiek... Zabiem Duvala. By drzewem jak ja, a ja go zabiem. Prosi mnie o to. Zaciskam powieki i czekam, a koszmar w mojej duszy poncy nagle jak raca wyganie. A wypali si do koca. Staram si myle o czym innym. Tam, w dolinie, w Muzycznym Piekle mogem ulega halucynacjom albo iluzjom. Jednak czuj, e ten sposb rozumowania wiedzie donikd. Tkanka ludzkiego ciaa i tkanka drzewa to zupenie rne materie. Inne komrki, inne biaka, inne cukry, inna struktura i budowa. Tymczasem moliwa bya przemiana podwjna. Tam i nazad. Nie zostaem nieodwracalnie spetryfikowany. A to znaczy, e zdarzyo si co na innym poziomie ni atomy, zwizki chemiczne, wizania, biosynteza i fizyka. Zmiana zasza na poziomie, na ktrym to wszystko jest kwesti drugorzdn. Gdzie gbiej. Na takim, na ktrym twr bdcy biologicznym synem Anity Ostrowskiej i Aaki Drakkainena moe by rwnie dobrze zbudowany z koci, mini i krwi, jak z celulozy, miazgi i yka. Jest to rwnie nieistotne jak fakt, czy mam na sobie piam, czy piank do nurkowania. Jest to poziom istnienia materii i energii, z ktrym wikszo miejscowych nie radzi sobie za dobrze, natomiast przybysz z drugiego koca wszechwiata natychmiast sta si wirtuozem, mimo e jego wiedza o tym wiecie ograniczaa si do jzyka, paru niechlujnych teorii i garci opracowa

naukowych. Zatem nie chodzi o mistyk, ktrej rdo jest gdzie na miejscu. Nie trzeba urodzi si tutejszym szamanem. To nie jest kwestia znajomoci lokalnej fizyki. Siedz i jestem cierpliwy. Podkowa jednak nie chce si poruszy. Nie pomaga koncentracja, wizualizacja, zaciskanie szczk ani wytrzeszczanie oczu. Podkowa to kawa elaza. Wisi na rzemieniu i nie ma zamiaru drgn. W gbi izby, w kamiennej cianie, ktra jest chyba po prostu lit ska, znajduj si cikie, drewniane drzwi. S zawsze zamknite. Zastawione tramem wiszcym na potnych hakach. Bondswif nie pozwala mi do nich nawet podchodzi. Nie odpowiada na pytania. To nie dla ciebie - mwi. - Zabije ci natychmiast". Czasem jednak zabiera lamp, podciga acuch i unosi jeden koniec belki, a potem wlizguje si w ciemny korytarz, z ktrego wieje wilgotnym, jaskiniowym zimnem. Znika tak na dugie godziny. Po powrocie nie odzywa si ani sowem. Siedzi, patrzy w ogie z rogiem w doni i ponuro dolewa sobie piwa z dzbana. Ja patrz na podkow. Czasem wychodz na zewntrz. Rozprostowa nogi, przej si po wieym powietrzu, zobaczy cokolwiek, co nie jest kawaem elaza dyndajcym na pasku wyprawionej skry. nieg pada i topnieje, powietrze jest ostre i zimne, jak potuczone szko. Pachnie nadchodzc zim. Gliffnak wszy w moj stron, czasem powarkuje, ale na og wodzi za mn tymi dziwnymi lepiami, w ktrych drzemie niepokojca iskra rozumu. Ignoruj go. Czasem zaczyna krzycze i wali w drzwi, potem awanturuje si gdzie przy supach. Bondswif zakada wwczas swoj szub, cudaczny hem, bierze kostur i wychodzi. Zabrania mi si wtedy pokazywa. Zostaj sam. Siedz i patrz na podkow. Czsto przynosi pniej kosze, w ktrych znajduj si pocie dziczyzny, pomarszczone suche kiebasy, jaja i koacze. Targa beczuki piwa i mki. Zaczynam rozumie, skd bior si dobra w

wyadowanej po brzegi spiarni, mieszczcej si w zaadaptowanej jaskini. Bondswif Oba Niedwiedzie wiadczy usugi dla ludnoci. Pewnie uzdrawia i udziela porad. Codziennie pyta, czy ju si czego nauczyem, albo czy chc odej. Nadal chce mi zwrci jednego gwichta. Sprawia wraenie, e moja wytrwao zaczyna go irytowa. Patrzc na podkow". Psychologiczny obraz o ludzkiej wytrwaoci i sensie istnienia. Trudne pytania, na ktre widz nie dostaje atwej odpowiedzi. Dla prawdziwych koneserw, ktrzy szukaj czego wicej ni bezmylna jatka i hektolitry krwi. Historia na miar dwudziestowiecznych mistrzw dwuwymiarowego kina psychologicznego. Zoty wistak na festiwalu w Uan Bator. Czym rni si od van Dykena i innych? Nie jestem naukowcem. Brakuje mi analitycznego podejcia do wiata. Skonnoci do szukania uproszczonych, modelowych wyjanie. W pewnym sensie nieodrniania modelu od rzeczywistoci. Upodobania do budowania teorii. Szufladkowania. Utrzymywania umysu w wiecie abstrakcji. Przez cae ycie napdza mnie adrenalina. Przeywanie, a nie analizowanie. Jestem przywizany do dosownoci. Wydarze, ludzi i miejsc. Tym yj. Mj stosunek do wiata jest w gruncie rzeczy kontemplacyjny. Jestem prostym czowiekiem. Dysponuj te inn wiedz. Mniej bogat, mniej uporzdkowan i pewnie w ogle mniejsz. Tyle, e to, co robi mj przyjaciel czarodziej z Amsterdamu, nie wydaje si rozumne. Chyba e stoi za tym wanie jaka teoria, na ktr jestem za gupi. Wysublimowany, filozoficzny punkt widzenia, o ktrym godzinami mona opowiada argonem penym symulakr", derywatw", modalnoci" i desygnatw pojciowych", a ktry sprowadza si w praktyce do prymitywnego poniewierania ludmi, tyranii i kompleksu wadzy. Czasy, w ktrych wiedza bya funkcj mdroci, dawno miny. Teraz to jest labirynt sprzecznych pogldw obracajcych si na wysokim poziomie abstrakcji, w ktrym model modelu" to przedszkole. Czy to jest mechanizm niezbdny do tego, eby zosta magiem? Patrz na podkow. Nocami rzeczywicie sysz dziwne dwiki. Jakie zawodzenia dobiegajce jak spod ziemi. Szepty, kltwy, zorzeczenia i szlochy. Czasem krzyki. Nie przejmuj si tym. Zamykam si w swojej ani, zabierajc kaganek, troch drewna na opa i dzban z piwem. Podejrzewam, e to Bondswif haasuje w pijackim widzie lub oglda magiczny odpowiednik telewizji. Niektre dni zaczyna od wysczenia dzbana na niadanie, a potem doprawia si na zmian

miodem i piwem, wic po poudniu kiwa si tylko przy palenisku z obwis warg i byczymi oczami, nie mogc usta na nogach. Ja tymczasem wicz telekinez, pozostajc na lekcji pierwszej: poruszanie przedmiotw w weekend" i zaczynam si martwi stanem swojego umysu. Zaczynam bowiem ni o podkowie. ni o tym, e zaczyna si porusza, lecz te sny nie przynosz odpowiedzi na pytanie jak". W efekcie nie przynosz te ukojenia. Kolejnego dnia trafiam na awantur. Ludzie przychodz, kiedy jestem na zewntrz. Nie widz mnie, a Bondswif nie ma czasu zagania mnie do chaty. Czterech mczyzn nienalecych do narodu Ludzi Wy. S uzbrojeni i wciekli, ale tak, powiedziabym, cywilnie. To nie jest wyprawa wojenna. Zostaj grzecznie na kempingowym placyku przed palisad menhirw, lecz chodz nerwowo tam i nazad, ignorujc Gliffnaka odstawiajcego przy supach cay program rozjuszony mapolud". Bondswif Oba Niedwiedzie wychodzi im na spotkanie w swoim rynsztunku, hemie i z kosturem w rku, jednak rozmowa przebiega inaczej ni zwykle. Jeden z mczyzn stoi tu przy menhirach, z kciukami wetknitymi za pas, czerwony na twarzy od wstrzymywanej wciekoci. Zabiera z rki jednego z towarzyszy jaki totem: pltanin sznurkw, koci i pir, po czym z rozmachem ciska go Bondswifowi pod nogi. Mwi szybko, poykajc goski, wic rozumiem pite przez dziesite. Dociera do mnie trzy czarne jawki". A potem zabili mi syna". - Ofiara z jawek ochronia twoje kobiety, gupcze! - cedzi Bondswif z pen godnoci pijaka, dumnego z faktu, e moe si nie zatacza, jeli tylko zechce. - Chciae chroni synw, to trzeba byo ofiarowa byka. - Mam dziesi bykw! - woa rozjuszony mczyzna. - A gdyby byo trzeba, zdobybym i sto, gdyby to powiedzia! Mwie jawki"! Dalszych kwestii nie rozumiem, ale to przypuszczalnie przeklestwa. Awantura trwa jeszcze jaki czas, a przywdca nagle wysikuje si na najbliszy menhir, spluwa na ziemi i wszyscy odchodz. Po kilku krokach jeden z nich odwraca si, podbiega truchtem trzy kroki i robi zamach ramieniem.

Oszczep wzbija si po piknej paraboli, Bondswif nieruchomieje, patrzc z otwartymi oczami, a ostrze przebija bok Gliffnaka. Trwa to sekund. Rozlega si przeraliwy skowyt, stwr zwija si gwatownie, szarpic drzewce, lecz oszczep przebija go na wylot. Yeti siga za plecy, amie drzewce tu poniej ostrza, wyciga je z rany. Odpeza pod cian skaln, gdzie okada ran garciami niegu. Patrz, jak ciemna krew wsika w prowizoryczny kompres, ale jest jej mniej ni mona by si spodziewa. Chyba nie jest z nim tak le. Grot przebi gwnie skr i chyba przelizgn si po ebrach. Yeti krwawi, jednak nie kaszle row pian, nie dusi si, nie ma objaww odmy pucnej. Bondswif nadal stoi zupenie nieruchomo, wreszcie okrca si na picie i wraca do chaty. - Dlaczego nie odepchne oszczepu? - pytam. Bondswif siedzi na swoim miejscu przy palenisku i patrzy ponuro w skbiony fetysz, ktry cinito mu pod nogi. - Zamilcz - cedzi z ledwo hamowan wciekoci. - Kim jeste, eby mnie poucza? A potem nagle odwraca si w stron wiecznie zamknitych drzwi. - Nie! - krzyczy z uporem. - Milcz! Milcz i zdechnij wreszcie! Na stole pod cian ley pieczona sarnia giez. Jest zimna i ponadkrawana. Nie pytajc o pozwolenie, odamuj kawaek z samego koca, piszczel ze sporym kawakiem misa, zabieram jeszcze dzban, ktry napeniam z ustawionej na krzyakach beczuki, i bez sowa wracam do swojej podkowy. Patrz na podkow. Ogryzam miso, popijam piwem i siedz na szorstkiej skrze, patrzc na podkow. Podkow, ktra nagle zaczyna si porusza. Najpierw kiwa si na boki lekko, a potem coraz silniej. Zastygam z zbami wbitymi w miso, z dzbanem w drugim rku, a podkowa dynda coraz mocniej. Chc zawoa Bondswifa, ale nie mog wydoby gosu. Boj si, e zjawisko nagle ustanie. Tym bardziej, e nic nie czuj. Nie wysilam si, nie jestem skoncentrowany, nie popycham jej wzrokiem. Po prostu patrz, a podkowa koysze si na rzemieniu. Ostronie myl, eby zmieni jej kierunek, i widz, jak kawa elaza lekko zwalnia, a potem wahadowy ruch dostaje fluktuacji, podkowa zaczyna majta si po elipsie, nastpnie po okrgu, a pniej zaczyna kiwa si w moj stron. Ruch pogbia si, musz odchyli gow, wreszcie si odsun, eby nie dosta w twarz.

Spogldam w bok i widz, e Bondswif Oba Niedwiedzie wyglda jak sup soli. Nie jest zdziwiony ani poruszony moim talentem. Bondswif Oba Niedwiedzie jest przeraony. Ma poblad, spopielaa twarz, potwarte usta i wybauszone oczy. Krci lekko gow, jakby czemu zaprzecza, po czym zaczyna si cofa. Znowu zmieniam kierunek kiwania si podkowy, bo ruch w przd i ty jest zbyt uciliwy. Zaraz cikie elazo trafi mnie w czoo. Pieniarz stoi osupiay przez jaki czas, siada niepewnie, chwyta kurczowo swj rg i dzbanek. Okucie rogu bbni o wylew dzbana, potem o zby mojego mistrza. - Poruszyem podkow - powiadam niezbyt odkrywczo. - Co teraz? Przychodzi mi do gowy, e teraz kae rozbuja kowado. Otwiera usta, zamyka oczy i potrzsa przeczco gow. Mamroce co w rodzaju Nie... Nie, odejd!" i obejmuje rg troskliwie obiema domi. W chacie nagle robi si zimno. Spogldam odruchowo w stron drzwi, potem na wrota prowadzce do jaskini, ale s zamknite. Ptaki zaczynaj krzycze, sysz klekocce i dzwonice wok fetysze. Co si przewraca. Po chwili sysz szczk i widz, e rg toczy si po ziemi. Czarownik siedzi prosto i dziwnie sztywno, zupenie jakby co go unieruchomio i przycisno mu rce do boku. - Nie... Nie... Nie pozwl mu... - dociera do mnie. Zatrzymuj podkow doni i patrz na niego, bo wtem przychodzi mi do gowy, e to, co czai si za drzwiami do jaskini, to van Dyken. Unosz si ostronie, mylc o pozostawionym w ani mieczu. Na szczcie wci mam przy sobie n. Podwaam tsub kciukiem, zatrzask puszcza z cichutkim klikniciem. Jeli to rzeczywicie van Dyken, nie pozwol mu nawet otworzy ust. Kiedy mogem celnie i szybko rzuci noem na ponad pi metrw. Trwa to znacznie krcej ni wypowiedzenie sowa abrakadabra". Nasuchuj, ale docieraj do mnie tylko szelesty i potrzaskiwania przewracajcych si drobnych przedmiotw, ktre nagle jakby oyy. - Czy tu jest Czynicy o rybich oczach zwany Aaken? Lecz Oba Niedwiedzie jest zbyt przeraony. Dygoce i sprawia wraenie, e nie ma pojcia, o co mi chodzi. - Nie... aden Aaken. O jakich oczach...? Nie... Nie znowu, bagam...!

Po niskim stole przed nim z turkotem toczy si niewielkie szydo do skr. Stalowa iga, umieszczona w drewnianym uchwycie. Bondswif ma na twarzy wyraz straszliwego wysiku, czerwienieje, yy wychodz mu na skronie, wyglda, jakby usiowa unie stoek, na ktrym siedzi. Jednak ten wysiek bierze si std, e mag z caych si prbuje nie podnie szyda. Bezskutecznie. Dygocca do wyciga si jakby wbrew niemu, palce zaciskaj si na drewnianej rkojeci. Z ust Czynicego wydobywa si skowyt, rzuca gow na boki, jego rozpaczliwe Nie!", Nie!", Nie!" zaczyna przypomina szczekanie. Walczc z samym sob, z oczami wychodzcymi z orbit i yami na czole, Bondswif wyciga drug do i powoli wbija w ni szydo. Wrzask niemal podnosi dach chaty. Wrzask straszny, rozpaczliwy, z otwartego garda. Trwa to dugo, a skra na wierzchu doni wiedzcego wybrzusza si, po czym wypuszcza nagle koniec ostrza i strumyczek krwi. - Dobrze! Dobrze! Powiem mu! - krzyczy rozpaczliwie do sufitu i cian, a zy blu tocz mu si po policzkach. Wszystko ustaje. Oba Niedwiedzie wyrywa szydo z doni, otula j rozpaczliwie i piastuje przy piersi. - Jutro... - jczy. - Jutro pjdziesz na uroczysko! Jutro... Teraz mnie zostaw! - To nie ja zrobiem - zauwaam niemiao. - Pewno, e nie ty, gupcze, tylko Bondswif! Odchodz do ani, peen obaw i przekonany, e dziel dach z wariatem. Do uroczyska docieramy witem, w mrony, mglisty poranek. Po milczcym, ponurym niadaniu. Bondswif jest przestraszony i wcieky, owinita gaganem do wyranie mu doskwiera. Sam spaem nie najlepiej i nie mam apetytu. W odku czuj przykry, mdlcy skurcz. Z niesmakiem uwiadamiam sobie, e to strach. Uroczysko to prba ognia. Jest jak lot testowy. Jak rosyjska ruletka. Wdrwka zabiera nam ponad godzin. Idziemy po grskich bezdroach, a w miejscu takim samym jak inne mj przewodnik zatrzymuje si nagle i wskazuje przed siebie obandaowan doni. - Tam w dole, za tamtymi skaami. Tam jest maa, okrga kotlinka. Wejd i usid porodku. To wystarczy. Jeli przeyjesz, wr do domu. Moesz te zmdrze i odej std. I tak byoby najlepiej. Odwraca si i prawie e ucieka.

Wcigam do puc mrone powietrze. Spogldam na cignce si wok acuchy grskie, jak skamieniae w marszu szare mastodonty. Patrz na postrzpione chmury kbice si wzdu szczytw, siadam jeszcze na kamieniu i zapalam fajk. Powoli uspokajam oddech i bicie serca. Czekam, a maleka figurka brncego do domu Pieniarza zniknie za zaomem skay i naprawd zostan sam. A potem wstaj, wystukuj fajk o kamie i chowam j, eby si przeegna. Schodz na d, prosto w serce uroczyska, w krg ska niczym rozwarta szczka rekina. Schodz i usiuj aktywowa tryb bojowy. *** Cyfral pojawia si, kiedy schodzi jeszcze po zboczu. Bez sowa, z zacit twarzyczk unosia si tu obok jego gowy. Mimo wszystko poczu si raniej. - Nie ma wyjcia? - zapytaa. - Inaczej i tak nie mamy szans - odpar. - Umrzemy. - Niekoniecznie - wycedzi przez zby. - Nie damy si tak atwo. Zreszt... chcesz y wiecznie? Schodzili po zboczu, rami w rami. Czowiek i wrka. Wysoko, na pochmurne niebo wypyn pisk polujcego drapienego ptaka, ktry kry nad grami jak samolot obserwacyjny. Nad uroczyskiem skrci nagle, uderzajc gwatownie skrzydami, i polecia gdzie indziej. - Zwierzta te tam nie wchodz - zauway ponuro Drakkainen. - Spjrz na tropy. Drobne piecztki ladw byy dobrze widoczne na niegu. Przeplatay si zygzakami, ale adne stworzenie nie przekroczyo zbatego krgu ska. Zapa si na tym, e oddycha gwatownie, wcigajc powietrze przez nos i wypuszczajc ustami. Ibuki. Jeszcze troch i zemdleje z hiperwentylacji. Uspokoi oddech. - Co tam - powiedzia. - Skok na bungee jest gorszy. Wszed midzy skay. Stawiajc stopy ostronie, czujnie, jak na polu minowym. I nic si nie stao.

W niegu porodku polanki roso pokrcone dziwacznie drzewko. I tylko tyle. Miao wlaste konary poronite cierniami dugimi na do, raczej niestosownymi u iglastego krzaczka przypominajcego koswk. Samo drzewko te byo z pi razy za due. Drakkainen sta przez chwil, napity jak spryna, gotw wyskoczy na zewntrz, gdyby co si zaczo dzia, tymczasem nie dziao si nic. Po jakim czasie zmusi zesztywniae minie do pracy i przeszed si ostronie w kko. - Widzisz co? - zapyta. - Ty nie? - Cyfral miaa dziwny, rozmarzony gos. - To jest pikne... Spojrza na ni. Wrka taczya w powietrzu, cignc za sob smug iskier, mienicych si niczym diamentowy py. - Co si dzieje? - zapyta. Nadal nic si nie wydarzao. Uklk i ostronie dotkn doni ziemi. Rozgarn warstw niegu i natrafi na pokady zmroonych otoczakw pokrytych kleksami porostw. Nic specjalnego. - Nie widzisz? - spytaa Cyfral rozwlekle napanym gosem. - Nie widz. - To jest w drzewie. Podejd do drzewa. Podszed i ostronie dotkn pnia. - Tak... - powiedziaa Cyfral. Wanie tak... I wybucha jak fajerwerk. A wtedy wiat pk niczym lustro na miliony wirujcych odamkw, za ktrymi bya ciemno.

Eksplodowa miriadami tczowych iskier. Zmieni si w mienic si chmur, a potem nagle z trzaskiem zoy z powrotem. Drakkainen sta porodku polanki, napity i przyczajony, ale najwyraniej y. - Uwaaj... - powiedziaa mu Cyfral wprost do ucha. - Teraz nie myl o niczym. O niczym

konkretnym. - Gdzie jeste? - zapyta drcym gosem. Tam, gdzie zawsze -

odpara. - W tobie. Spjrz wok siebie. Zacze widzie? Nie myl... Nie pragnij... Tylko patrz... Jego donie, rkawy kaftana i wszystko wok mienio iskrami si jak mk.

mikroskopijnymi posypane Poruszy

diamentow doni,

zostawiajc

delikatn smug migocc barwami tczy. - Co si dzieje z moimi oczami - powiedzia Vuko. - Tak... - potwierdzia. - Otworzyy si. Powiata otaczaa jego ciao, ukadaa si krgiem pod stopami i pokrywaa wznoszce si wok skay na podobiestwo migotliwego mchu. Przenikaa te powietrze jak mrona mga w rodku laposkiej zimy. Jak zasona z mikroskopijnych, byszczcych igieek lodu, wznoszca si supem w niebo. - Nie ruszaj si - wyszeptaa Cyfral. - Nie myl. Nie pragnij. Tylko patrz... Wic patrzy. Otaczajca go mienica si chmura miaa w sobie co hipnotycznego, niczym obrazy kalejdoskopu, taniec mroczkw na wewntrznej stronie zmczonych powiek. - Jeszcze chwila... - tchna mu namitnie prosto w ucho Cyfral. - Wszystko jest dobrze. Jeszcze czekaj... Nie myl... Patrz... Wic czeka. I patrzy. - Nie bj si.

Nie odpowiedzia. - Teraz - zaszemraa - bd musiaa ci na chwil zemdle. - Co... - C... Tak trzeba. Nie bj si. Zaraz wrcisz. - Co si dzieje?! - Nie mg si poruszy. Sta w przypadkowej pozycji, skamieniay, jakby znw sta si drzewem. - Cicho... Zaufaj mi... Chcia zaprotestowa, ale zgas jak wieca. Mrok. Zamany sabym, migotliwym wiatem kagankw. Siedzi ze splecionymi nogami, nagi, na okrgym dysku i nie moe si poruszy. Dysk jest gadki jak obsydian, jak czarne zwierciado i obraca si powoli. Wok w ciemnociach wznosz si skalne ciany pieczary. Widzi wasne donie oparte o chude kolana wntrzem do gry. Przed nim przesuwaj si skalne ciany, smagane tylko sabym blaskiem pomykw. Otwiera usta, cho wcale nie ma takiego zamiaru. - Tak... - Syszy obcy, skrzypicy gos, ktry odbija si echem od sklepienia. - Teraz... Dokonao si. Mrok. A w mroku na szczycie gry ponie drzewo. Ogromnym, huczcym pomieniem, ktry rzuca blask na ca okolic. Pon pie, konary i gazie. Gwatownie i strasznie jak oblane napalmem. I rusza si. Gazie ruszaj si wrd morza ognia sennym, rozpaczliwym ruchem. A pomidzy nimi wida gow o szeroko rozwartych ustach. Drzewo krzyczy. Straszliwy wrzask niesie si echem po grach. - Tak... - mwi mczyzna w kapturze. - Spali je wszystkie... Na szczycie wykwitaj kolejne plamy pomaraczowego ognia. Krzyk zamienia si w chr. Mrok. A w mroku obracaj si koa, kosy i wahada. Zamek zwany Cier wiruje na tle purpurowego nieba niby upiorne astrolabium. Ostrza i obrcze z hukiem tn powietrze, z guchym oskotem obracaj si tryby. Stalowe elementy zderzaj si ze sob, wpadaj na siebie, trafiajc we waciwe miejsca, i z wirujcego kbowiska wyrasta stalowa wiea, wynoszc ku chmurom szczup sylwetk. Chmury si rozstpuj.

Mczyzna na wiey unosi w doni podwjny topr ze styliskiem oplecionym przez cielska wy. Taczce we rozwieraj paszcze na ostrzach, po jednej na kade ostrze. - Pamitajcie! - Gos mczyzny jest grzmotem, ktry kadzie si na grach. - ycie i mier to jedno! Na wiecie s tylko We i padlina! Wy jestecie We! wiat jest wasz! Ley tam za grami! Wecie go sobie! Jest tylko jedno prawo! Rbcie, co chcecie, a jeli kto stanie wam na drodze, zmiadcie go! Zabijcie wszystkich, a reszt niech zetnie mrz! Mrok. A w mroku zalegajcym w grskiej dolinie graj bbny. Gucho, rytmicznie, w powolnym, szarpicym nerwy tempie. Sycha chrzst elaza i szuranie tysicy par cikich butw. Z dolin otoczonych absurdalnymi szczytami nazwanymi Skamieniae Cuda wychodzi armia. Armia Wy. Wijca si jak w, najeona tysicem lnicych de. Na czele toczy si ogromny, kolczasty wz, istna twierdza na koach, pomalowany w naiwne wizerunki wijcych si wy poykajcych soce i oba ksiyce. Wyglda niczym upiorny wz cyrkowy. Mrok. A w smolistym mroku sztormowej nocy, w ryku wiatru, przetaczaj si fale jak ruchome gry. W dolinie midzy falami pojawia si i znika dzib czarnego okrtu ze stew zdobion gow wilka. Wilka, liny, burty i deski pokadu pokrywa ld, lnicy martwo w mroku. Fale ami si w topieli pian, wal na pokad, lecz dzib uparcie tnie bia, skbion wod i kontynuuje upart wdrwk na grzbiet kolejnej wodnej gry. Ryczy wiatr, wanty dymi lodowym pyem, a okrt nadal pynie uparcie przed siebie. Na pnoc. Pokad jest pusty. Tak samo, jak miejsce sternika. Mrok. A z mroku wyania si pltanina korzeni jak oszalae drzewo, ktre wspio si ponad ca puszcz. Skamieniae drzewo, zwieczone koron spiczastych baszt, dononw, blankw i balkonw. Twierdza bodzie niebo tysicem wie, ale wydaje si ciemna i pusta. Porzucona. To jednak tylko pozr, bo w grujcej nad krain twierdzy kto pi. Wok, w osadach i wioskach zagubionych w puszczy, nagle w mroku zapalaj si wiata. W oknach zaczynaj migota wiata. Sycha krzyki, szczekanie i wycie psw, tupot wielu ng. Biegajcy panicznie po nocy ludzie zamykaj okiennice, sycha, e przesuwaj meble, e barykaduj drzwi i wrota. Z oskotem zamykaj si drewniane pokrywy i zgrzytaj zasuwy.

Bo w grujcym nad okolic zamku kto pi. Zawsze pi. I wanie ni koszmar. Mrok. A w mroku na balkonie wiey stoi siwy mczyzna otulony opoccym paszczem. Pod nim rozciga si kamienne miasto otoczone murami, dalej wida zanieon poa, na ktrej odcinaj si drzewa, krzewy i kwiaty. Licie dzwoni o siebie w podmuchach wiatru jak krysztaowe dzwoneczki. Licie, kwiaty i gazie z bkitnego lodu, ktry lni niczym klinga. A jeszcze dalej, za portem, sycha gniewny ryk zimowego morza. Fale wybuchaj pian, rozbryzgujc si o skay, a potem rozlewaj si z sykiem na brzegu i zamarzaj w tafle szka. - Wic to koniec - mwi mczyzna. - Dobrze. Przecie tu czekam. Znajdziesz mnie. Znajdziesz. Mnie atwo znale. Mrok. Duszny, granatowy mrok pustyni. Tysice pochodni opoc w gorcym wietrze, huczy ogromny stos, na ktry ludzie w skrzanych ppancerzach i podartych tunikach rzucaj ciaa. Kobieta okryta od stp do gw czerwonym paszczem, z twarz ukryt w kapturze przechodzi pomidzy dwoma dywanami z ludzi. Ludzi klczcych z czoami wpartymi w piach. opoc proporce i pomienie pochodni. Czerwona, luna szata take lni i opoce w gorcym wietrze. Jak pomie. Ogie Pustyni. Blask migoce na glinianych cianach domw, rozrzuconych i spitrzonych bezadnie jak stosy porzuconych pudeek. ciany zbryzgane s wie krwi. - Tak wielu... - Sycha szept zza lustrzanej maski. Idca obok kobiety posta musi zadrze gow, eby spojrze jej w twarz, ale dostrzega tylko mrok w otworze kaptura. - Ilu jeszcze? - Ilu bdzie trzeba. - Gos z wntrza kaptura jest jak wiatr wiejcy z serca pustyni. - A zrozumiej. A Matka bdzie syta. A poczuj agodno jednoci! A zostanie wyrwnana wszelka niesprawiedliwo. A wszystko stanie si jednym! Ostatnie sowo jest niczym strza z bicza.

Posta idca obok kobiety nagle zmienia si w lun, pust szat, ktra opada swobodnie na ziemi. Z brzkiem spada lnica rtciowa maska i toczy si po kamieniach. Z rkaww szaty wysypuje si tylko drobny, rudy py, ktry ulatuje z wiatrem. Lea z twarz wtulon w nieg i kamienne otoczaki. Wyprostowa ramiona i unis si. Wyplu kamyk i troch niegu. Pod nim wida byo odcinit sylwetk czowieka. Spojrza na stempel wasnej twarzy, ktry wyglda jak pomiertna maska. Biaa maska z czerwonymi oczami. Spady dwie krople, a potem kolejne, wytapiajc w niegu zabarwione czerwieni kratery. Przesun doni po twarzy i spojrza na palce. - Jebem ti duszu... - jkn. - Krwawi z oczu. - Tak - powiedziaa Cyfral, siedzc w powietrzu na wprost jego twarzy. - Ale to zaraz przejdzie. - Przejdzie... - Tak. Wszystko ju ustawiam. - Miaem jakie wizje... - Efekt uboczny - uspokoia go. - Nic takiego. - Co si stao? Co ustawia? - Uroczysko - wyjania. - A waciwie ustawiam twj mzg. Nie bj si, nic nie pozmieniaam. Skonfigurowaam ci. - Czym ty, perkele, jeste? - Jestem jak system operacyjny - wyjania. - Teraz to zrozumiaam. Drakkainen wsta i wytar twarz niegiem. - To dziwne - powiedzia. - Czuj si dobrze. Zupenie dobrze. Nadspodziewanie dobrze. Chodmy std. Tu ju si chyba nic nie wydarzy. Idziemy... systemie operacyjny. Zatrzyma si nagle i spojrza na ni. - Co ty masz na sobie? Poczochy i szpilki? - Nie podobaj ci si? - Nago wygldaa naturalnie. Teraz jak dziwka. Co nie znaczy, e mi si nie podoba. Znowu si zatrzyma i podszed do jednej ze ska. W kamie wbito stalowy hak, z ktrego zwisao zardzewiae kko i kawaek acucha.

Drakkainen patrzy na to przez chwil, po czym zacisn szczki i odwrci si. Krople krwi wci toczyy mu si po policzkach, zostawiajc rdzawe smugi. - Wic to tak... - mrukn. Bez sowa min skay i ruszy powrotn drog, nie ogldajc si za siebie.

Trzciny chyl gowy, wiatr trwonie zawodzi, pomie w zgliszczach piewa.

Pon nasze domy, serca nasze pon pene ez i gniewu.

Mrok cignie dolin, ogie biegnie ryskiem, caun zakry niebo.

W dali uraw krzyczy nasz pie ostatni. Dzisiaj zgin trzeba.

(fragment kireneskiej Pieni Pogrzebowej)

Rozdzia 6

Ostatni bastion i Woda


Nie wiem, jak dugo spaem. Nie wiem nawet, czy spaem, czy umarem na jaki czas. Pamitaem zamazany widok ska, kamieni i krzeww, ktre przesuway si przed moimi martwymi oczami, mimo e leaem zupenie nieruchomo na czym twardym i nie mogem si poruszy. Pamitaem te niewyrane obrazy jadcych obok wzka dziwacznych jedcw, ktrzy wygldali niczym poronite traw i gaziami omszae chochoy ze sprchniaych pni. Przyjem widok spokojnie, jak to we nie. Potem zauwayem, e mieli na sobie brzowe i bure ubrania, a gowy i twarze okrcone chustami. I ko, i jedziec okryci byli kropierzem z sieci, w ktry wpleciono gazie i dba trawy. Kojarzyli si z poruszajcymi si krzakami. Nie wiedziaem jednak, czy majacz, czy te widz to naprawd. To byy tylko byski, sny i niejasne wraenie, e co widz. Nasi porywacze przypominali istoty z bajek. Poronite traw potwory z puszcz Jarmakandy. Leszych, ktrych w Amitraju nazywano alharysami. Demony lasu. Jednak mj rozgorczkowany umys nie widzia w nich nic dziwnego. Naprawd obudziem si dopiero na postoju. Ja i Brus leelimy obok siebie, twarzami do ziemi, w niewielkim zagbieniu otoczonym skaami. By dzie, nasi przeladowcy spali. Zreszt spoczywali skuleni wrd ska oraz kp suchej trawy i w pierwszej chwili ich nie zauwayem. Potem sprbowaem si poruszy i wydao mi si, e moja gowa pka na wierci. Jeszcze nie czuem czego takiego. Gardo miaem popkane jak dno wyschej rzeki i nawet mruganie powiekami mnie bolao. Co gorsza, cae ciao byo cierpnite i martwe. Nie mogem drgn. Po dugim czasie udao mi si zgi palce, a strawiwszy wieczno na wysikach, zdoaem zmusi rami, by przesuno si odrobin. Byo jak nie moje. Jakby doczepiono mi drewnian protez. Wycignem je przed siebie, a potem prbowaem przesun reszt ciaa. Woyem w to wszystkie siy i zdoaem popezn przed siebie. Na odlego doni. Kto uklk mi caym ciarem jednego kolana midzy opatkami. Przed moimi oczami pojawia si do z szarej, wyschnitej gliny, z ktrej wysuno si bardzo szerokie ostrze krtkiego, obosiecznego noa.

Wtedy usyszaem cichy dwik, jakby kto strzeli palcami. Wgniatajce mnie w kamienie kolano zniko. Obrciem z wysikiem gow i zobaczyem, e jeden ze picych dotychczas stworw siedzi na podwinitych nogach. W twarzy wygldajcej niczym maska z wyschnitego bota byszczay tylko oczy. Istota uniosa do do twarzy i wykonaa seri szybkich, skomplikowanych gestw. Ten, ktry przed chwil siedzia mi na karku, odpowiedzia podobnymi ruchami palcw, po czym n znikn nagle z drugiej doni. Posadzono mnie, podsunito bez sowa drewnian czark pen wody i ponaglono ruchem gowy. Wypiem. Gdybym mg dosign najgorszej bagiennej kauy albo kaczego stawu, to te bym pi. Woda spywaa wyschnit dolin garda bolenie, jakby obia sobie nowe koryto. Dostaem jeszcze drug czark, a kiedy i j oprniem, poczuem, e mj jzyk drtwieje. I to byo ostatnie, co przemkno mi przez myl, zanim przewrciem si na bok jak worek. Prosto w ciemno. Nie wiedziaem, jak dugo podruj niczym tob cinity na wzek, w eskorcie dziwacznych, niemych upiorw. Z pocztku chyba wdrowali jedynie nocami. Potem nieprzerwanie dzie i noc. Nigdy aden nie odezwa si ani sowem. Ktrej nocy ocknem si na kilka chwil, gdy la deszcz, i zdoaem przepuka gardo prawdziw wod. Wwczas, nim znowu osunem si w chorobliwy sen podobny do mierci, zobaczyem, e jadcy obok alharys odrzuca z gowy sie, odwija zawj z burej chusty i wystawia twarz na deszcz. Woda spukaa zeskorupia mask, odsaniajc zwyk ludzk skr i wtedy wyda mi si podobny do Guldej a. Maego, chudego spryciarza, ktry sprzeda mi ryby. Bya to tylko chwila. Jedziec szybko owin gow i twarz chust, po czym narzuci na gow kosmat od gazek i wyschej trawy sie, by znw sta si leszym. Gdzie wtedy obaj z Brusem zaczlimy odzyskiwa przytomno na dobre, ale bylimy zbyt chorzy, by bodaj pomyle o ucieczce. Leelimy na niewielkim wozie, zaadowanym workami, sabi jak niemowlta. Wok wozu jechao szeciu dziwnych konnych, z tyu kroczyy dwa luzaki. Znowu gowa pkaa mi z blu, cae ciao miaem zdrtwiae. Jednak kiedy tylko zaczlimy si porusza, wonica przywiza lejce, po czym wszed na wz i skrpowa nas jednego po drugim, szybko i beznamitnie, jakby szykowa zwierzta na targ. Niezbyt brutalnie, ale pewnie. Pomidzy ptlami zacinitymi na kostkach i w nadgarstkach pozostawao po kawaku sznura. Moglimy siada i porusza si, lecz moglibymy stawia tylko niewielkie kroczki. Co gorsza lin spleciono tak

sprytnie, e w ogle nie widziaem wzw, a przy jakiejkolwiek prbie szarpania si z ptami natychmiast si zaciskay. Nie miaem pojcia, gdzie jestemy. Wz toczy si grobl przez puste, olbrzymie rozlewiska cignce si po horyzont. Na gaziach drzew wisiay girlandy wyschych wodorostw, a z botnistej wody czasem sterczay dachy chaup. Jechalimy skrajem bagien, wrd bota i ska traktem, ktry wznosi si coraz wyej, ku odlegemu acuchowi ponurych, niewysokich gr. Dzie by pochmurny, wic nie wiedziaem nawet, w ktr stron si kierujemy. W grze miotay si stada czarnych ptakw, krzyczc przeraliwie. Jedcy nie zatrzymywali si ani na chwil. Widziaem, jak ktry nagle przerzuci nog nad grzbietem konia, stan w jednym strzemieniu, po czym odda mocz, nie zsiadajc z sioda. Nie wiedziaem nawet, jak dugo ju jechalimy. Dwa dni, dziesi? Wiedziaem tylko, e wci jestem otruty, gowa boli mnie jakby zostaa zmiadona i jednoczenie konam z godu. Dziwaczni jedcy zaspokajali gd w trakcie jazdy i jeden z nich bez sowa rzuci nam bukak z wod oraz jakie zawinitko. Brus pochwyci bukak i tak, jak poprzednio w wityni, najpierw ostronie umoczy jzyk. Tym razem jednak woda nie bya zatruta. W zawinitku znalelimy kilka paskw solonego, suszonego w dymie misa, kawaek wdzonego sera i wyschnite placki chleba. Podzielilimy si i zjedlimy apczywie wszystko do ostatniej okruszyny. - To jednak jedz miso, jeli trzeba - rzuci cicho jeden z porywaczy. Po raz pierwszy ktry odezwa si cho sowem. Nie odpowiedziaem. Po jakim czasie jadcy obok mczyzna pochyli si w siodle i rzuci nam dwa wyschnite, pomarszczone owoce, ktre wyj gdzie z zanadrza. - Przeujcie powoli - nakaza. - S bardzo kwane, lecz gowa przestanie tak bole. Nie dostaniecie wicej drtwej wody, bo bycie ju nie przeyli. I tak trzeba bdzie umrze, ale dopiero kiedy przyjdzie czas. Potem znowu milczelimy. Siedzielimy obaj nieruchomo cinici midzy workami, Brus ostronymi ruchami palcw bada sploty sznura, wic staraem si w ogle na niego nie spoglda. Patrzyem na cignce si po horyzont morze bota, ktre wygldao jakby spado z nieba, pokrywajc ca okolice, na pokrcone martwe drzewa powiewajce kbami wodorostw, i kbice si ptaki obsiadajce wzdte cielska martwych bawow, ktre wystaway z bota niczym

mae pagrki. uem ofiarowany mi owoc, twardy i wknisty. Rzeczywicie by straszliwie kwany, lecz miaem wraenie, e bl zaczyna sabn. W jednym miejscu boto pochono cae stado, wida byo las rogw i uniesione by z pyskami rozwartymi w upiornym grymasie, jakby bawoy skamieniay w jednej chwili, gdy zala je szlam. Widziaem te sylwetki ludzi z kijami w rkach, ktrzy sterczeli z muu na podobiestwo nieruchomych posgw. - Kiedy byy tu wioski, stada i sady - powiedzia ten, ktry da nam owoce. - Ale kiedy nadszed gniew waszej Matki i na Wewntrzny Krg spada susza, tu nadeszy straszliwe burze i ulewy, jakich jeszcze nie widziano. Z gr schodziy wodospady bota. Niewielu przeyo. Odeszli, a teraz wysano ich na witynne pola, eby rbali wyschnit ziemi na chwa waszej bogini. - Nie jestemy wyznawcami Podziemnej - odparem. - Dosy! - warkn inny z jedcw. - Wystarczy tych pogawdek. To nie ludzie. Zaoy worki! Prbowaem si broni, cho nie miao to wikszego sensu. Wonica uderzy mnie raz, krtko, w sam doek, odbierajc mi oddech, po czym narzuci worek sigajcy a po okcie i cign go sznurem, a pniej kopniakiem przewrci mnie na twarz. Syszaem jeszcze szamotanin i stumiony jk Brusa. Reszt drogi odbyem jak lepiec. W ciemnociach i duchocie, zdany tylko na such. Ochrype okrzyki ptakw, zawodzenie wiatru, czasem parskanie wierzchowcw i cichutkie poskrzypywanie dobrze nasmarowanych osi wozu. Nic wicej. Nie wiem nawet, ile to trwao. Leaem zatopiony w przeraeniu, bezsilnoci i mroku. Wydawao mi si, e wieczno, cho w rzeczywistoci dotarlimy na miejsce pewnie tego samego dnia, w nocy. Kazano nam zsi z wozu, nie zdejmujc workw, i poprowadzono strom, kamienist ciek pod gr. Zdecydowanie, brutalnie i w milczeniu, tak samo jak robili wszystko. Bez wzgldu na to, czy ludzie ci byli rozbjnikami i buntownikami, chyba nie suyli po stronie prorokini. Na zmian rodziy si we mnie nadzieja albo zupene przygnbienie. Wchodzilimy wysoko, potykajc si i przewracajc na ostre skay. Kto poluzowa sznur cigajcy worek na dole, wic mogem dostrzec ziemi pod nogami i, stawiajc drobne kroczki, na ile pozwalaa mi lina, brn pod gr, nie przewracajc si ju co chwila.

Kiedy przestalimy si wreszcie wspina, zupenie opadem z si. Ledwo dyszaem i czuem bl w piersi, gdy wreszcie wepchnito mnie gdzie przez ciasny otwr i cignito worek z gowy. Niewiele to jednak dao, bo w pomieszczeniu panowaa znowu nieprzenikniona ciemno. Obmacaem ostronie ciany, zupenie gadkie i zimne niczym polerowany kamie. Podoga bya taka sama i okrga, cakiem jakbym siedzia na dnie wyschnitej studni. Nie znalazem jednak drzwi, przez ktre mnie wepchnito. Nic, tylko gad skay. A potem siedziaem, obmacujc rzemienie i usiujc odgadn, w jaki sposb je rozwiza. Sploty wydaway si magiczne. Kiedy zdoaem je poluzowa w jednym miejscu, zaciskay si w innym. Miaem wraenie, e nie maj pocztku ani koca. Spdziem na tej czynnoci wiele czasu, bo na dnie studni nie zostao mi nic innego ni ciemno, opuszki palcw macajce rzemienie i oplatajce moje kostki oraz nadgarstki zawie ptle. Dranio mnie to, bo leszy, ktry mnie wiza, mia w doni zwyczajny, niezbyt dugi kawaek sznura i splt go jednym, szybkim ruchem, zupenie bez namysu. Wiedziaem, e po mnie przyjd. Nie przywieli nas taki szmat drogi tylko po to, by zamkn i zagodzi. W kocu odkryem sposb, cierpliwie i mozolnie, jakby to bya sztuka liczenia bez liczb. Tak samo, jak znajduje si sposb, by wygra w tarbiss, i udao mi si powoli, raz z jednej, raz z drugiej strony stopniowo poluzowa krpujcy nadgarstki wze. Uwolniem rce i nogi, a spleciona lina w moich doniach nagle rozwina si, stajc si zwyczajnym kawakiem rzemienia. Prostym, majcym dwa koce. Potem siedziaem oparty o wkls cian i po duszym czasie zobaczyem wysoko nad gow gwiazdy. Drobne, srebrne iskierki migocce w czerni. Naprawd znajdowaem si na dnie studni. Patrzyem wic w gwiazdy, tak jak przez wieki patrzyli w nie kirenescy mnisi. Gdzie midzy nimi w aksamitnej pustce znajdowaa si Droga Do Stworzyciela. Droga, ktr odeszli wszyscy, ktrych kochaem. Matka, ojciec, moi bracia, Aiina, Fyalla, Tahela, Irissa. Irissa, ktra oddaa za mnie ycie. Rzemie. Widziaem ich twarze pord pustki, jedn po drugiej. Siedziaem na dnie kamiennej studni, gdzie wrd pustkowi Pnocnego Wschodu, szeptaem imiona moich bliskich i pakaem. Po raz pierwszy opakiwaem ich naprawd. Nie zdoaem tego dotd zrobi i obawiaem si, e kiedy wstanie dzie, mog ju nie zdy. Zupenie, jakbym ich zdradzi. Odeszliby zapomniani, bez jednej zy tego, ktry mia nie ich w sercu.

Siedziaem tak dugo, a czarne niebo nad moj gow zaczo blednc i szarze. Syszaem, e tam, na zewntrz budzi si do ycia wielu ludzi. Dobiegay mnie gosy, porykiwanie zwierzt, kroki. Krg nieba powlk si w kocu bkitem, a ja nadal siedziaem w mroku studni i czekaem. Niewidoczne wejcie otworzyo si znienacka tu za moimi plecami. Bez najmniejszego dwiku, zupenie jakby ciana w tym miejscu znika. Upadem na wznak i kto chwyci mnie za konierz. Zostaem wywleczony nagle na ostre, soneczne wiato, ktre natychmiast mnie olepio. Wykrcili mi rce i powlekli tak szybko i pewnie, e nie zdyem niczego zrobi. Biegem tylko, zgity wp, poraony socem, nie wiedzc dokd. Pod nogami miaem ska rwn i gadk jak wypolerowan. Bez adnych pyt czy kamieni. Po prostu jedn, wielk, bia paszczyzn. Widziaem wszystko w dziwacznych, gwatownych byskach, niczym we nie. e jestemy na zupenie gadkim paskowyu, e w oddali wida bagienn rwnin. e nad nami wznosi si jeszcze jeden masyw. e kurty onierzy maj barwy rnych tymenw, a na tarczach nie wida znaku Podziemnego ona. Potem by wski, stromy korytarz ze schodami, ktrych krawdzie wygadziy wieki uywania. Wci wykrcano mi rce, czyja do szarpaa mnie za konierz i gdybym nie przebiera nogami, wyamaliby mi ramiona z barkw, jak wyamuje si nk z pieczonego drobiu. Na grze rozcigaa si kolejna biaa paszczyzna, te rwna jak st, i pomylaem, e to chyba jedna z tajemniczych pradawnych ruin, ktre znajduje si czasem na pustkowiach. Porodku wznosiy si prastare, olepiajco jasne budynki, wikszo wygldaa niczym kule do gry. Idealnie okrge i biae. Czasem wydaway si wystawa tylko czciowo, czasem leay na kamiennej pycie, czasem wznosiy si ponad ni na grubych, te biaych supach. Poprowadzono mnie do jednego z budynkw, przed czarnym, kolistym otworem stao dwch onierzy w hemach i z wczniami. Mieli okrge tarcze, na ktrych nie byo ani numeru tymenu, ani jego goda. A potem wepchnito mnie do wntrza. Spodziewaem si ciemnoci, a mimo to wewntrz byo jasno, zupenie jakby kulisty budynek zbudowano z mlecznego szka. Nie byo okien ani kagankw, tylko jasne wiato, jakby mrok, ktry przebiem gow, by jak zason. Porodku kolistej podogi ustawiono niewielki stolik, za ktrym na niskim taborecie siedzia niemody, ysiejcy czowiek o przenikliwych oczach i popija napar z czarki.

- Witaj, wdrowcze - powiedzia. - Och, puci go! Patrzyem na niego z osupieniem. Mczyzna mia na sobie kurt z klanowymi obszyciami i kireneski n u pasa, pyka te krtk fajk z gwk z kamienia i paskim, drewnianym ustnikiem. - Siadaj, chopcze! - Spojrza na mnie uwaniej. - wite ywioy... Ile ty masz lat? Szesnacie? Przytaknem. - Przeklta wojna. Miaem syna w twoim wieku. Rozdzieli nas Ogie Pustyni. Nie wiem, czy yje. Dlaczego ci tak wlekli? Pobie ktrego? Zaprzeczyem. - Siadaj! Napij si naparu... Zaraz ka przynie niadanie i czark. Przy okazji, jakie to ma by niadanie? - Sucham? - Wci byem zbyt oszoomiony, by poj, o co mu chodzi. - niadanie, chopcze. Ten prosty, poranny posiek, po ktrym rozpoznaje si, czy znalaze si wrd ludzi cywilizowanych, czy barbarzycw. Czy trafie dobrze, czy le. Jeeli gdzie nie jadaj niadania w ogle albo dojadaj resztki z kolacji, nie jest dobrze. Jeli za gdzie nie wolno czego spoywa lub robi rnych codziennych rzeczy, to trafie pod rzdy tyranw i w tym zorientujesz si wanie ju przy niadaniu. Jeli bogowie lub krlowie wtrcaj si nawet do tego, czym prosty czowiek krzepi si o poranku, to niechybnie wtrcaj si do wszystkiego i ciko bdzie y w takim miejscu. Moja rada: najpierw przyjrzyj si niadaniu, gdy znajdziesz si w obcych ziemiach i midzy obcymi. Jeli mona tam godnie zje, wypi czark naparu i zapali fajeczk bakhunu, trafie midzy dobrych ludzi. Jeli nikt si nie zdziwi, gdy po niadaniu do fajeczki wemiesz szklaneczk korzennego piwa lub ambriji, jeste midzy ludmi zacnymi i wolnymi. Jeeli nawet tego nie wolno, lepiej uciekaj, jeli tylko zdoasz. To znaczy, e nie wolno te mwi albo myle. Tyle mamy wolnoci, ile dotyczy nas samych. Kiedy i t nam odbior, zmieni wkrtce w zwierzta. My jadamy rne rzeczy. Nie mamy przesdw, cho mawia si, e rano naley je posiek lekki. Biay. Mleko, sery, chleb, jaja, zimne miso lub ryby, pasty, owoce. Co kto chce. Ale my jestemy potworami. Niewolimy swoje kobiety i zagarniamy dla siebie dobra ziemi. Chwyta si nas i morduje w wieach albo gna na pola, bymy pracowali, a padniemy z wycieczenia. Amitraje spoywaj jedynie to, na co pozwala im Kodeks, zalenie od kasty. Tylko by utrzyma si przy yciu. Wojsko moe nawet kosztowa misa, cho rzadko i niekoniecznie na niadanie. Co wic mam kaza ci przynie? Czy wod i rozgotowan durr bez krztyny soli i mleka? Such kromk chleba? Masz na

sobie szat Sindara. Jeste wic bogobojnym Amitrajem. Szanujcym tradycj i posusznym, niele urodzonym, cho niekoniecznie bogatym. Ale spjrzmy w zwj... Rozwin rulon na stoliku i wskaza co cybuchem fajki. - Dosownie chwil przedtem bye jednak kapanem. O kast wyej. Wprawdzie tylko adeptem, ale zawsze Owieconym. Czy wiesz, e w takim razie w podry wolno ci spoywa nawet fasolowe ciasteczka i pi rozwodnione mleko? Jakie wic zawoa niadanie, chopcze? Dla Sindara czy kapana? - Jestem urzdnikiem pitej rangi, sitar pahan. Ubogim Sindarem. Chc wrci do rodzinnego domu. Zanim nadesza prorokini, mieszkaem w Maranaharze i jadem rne rzeczy, nie tylko to, co nakazuje Kodeks. To byy inne czasy. Gdzie mj stryj? Pozwl mi go widzie. - Twj towarzysz jeszcze si nie obudzi - oznajmi mczyzna. - Tymczasem zjedzmy niadanie. Na pewno wkrtce si spotkacie. Poczuem skurcz strachu. W zdawkowym tonie mojego beztroskiego z pozoru rozmwcy byo co zowrogiego. Czyby Brus ju nie y? Tak po prostu? - Jeste bardzo ciekawym czowiekiem, chopcze. Twj stryj jest kapanem wysokiej rangi? Jechalicie wozem, a kiedy was napadnito, zabilicie szecioro zbrojnych. A potem nagle przebralicie si w szaty Sindarw. Dlaczego? Skoro jeste, jak mwisz, urzdnikiem niskiej rangi, dlaczego wdrowalicie w strojach sug wityni Pramatki? Oparem pici o ziemi i dotknem czoem podogi. - Sitar pahan... Mj stryj jest niezdrw. Kiedy przyby po mnie do Maranaharu, nabawi si w drodze bagiennej gorczki. Czasem powala go choroba i wtedy nie wie, co robi. Tych kapanw zabito na szlaku. Napotkalimy wz i zwoki. Stryj upar si, e to znak od Pramatki, i przebra si w strj witynny. Upar si, e tylko tak przejdziemy przez most w Aszyrdym. Dlatego potem wyrzucilimy przebrania. - Jak si nazywasz, chopcze? - Nazywam si Arduk Hatarma, sitar pahan. Pochodz z Kamirsaru. Stryj nazywa si Tendzyn Byrtaaj. - Napij si naparu, Arduk. Twj stryj to take fascynujcy czowiek. Wdrowa do stolicy a spod gr Kamir przez kraj spalony najwiksz susz od pokole, a mimo to nabawi si bagiennej gorczki. Gdzie on te znalaz bagna przy tej pogodzie?

- Nie jestem medykiem, sitar pahan. Mg jednak napi si zgniej wody po drodze. Cesarscy ostrzegali, e w takiej wodzie mieszkaj choroby. Mczyzna pochyli si i nala mi naparu do czarki. Kby dymu z jego fajeczki pachniay lekko ambrij i wdzonymi liwkami. - Skd wzilicie kije szpiega, Arduk? To rzadka rzecz, ciko kupi sobie na bazarze, nawet gdyby jeszcze istnia normalny handel. I trudno te nauczy si nim walczy. Czy to cz nauki urzdnika szstej rangi? - Mj stryj suy w cikiej piechocie. wiczy mnie w walce kijem, bo drogi s niebezpieczne. A laski byy na wozie kapanw. Nie wiedzielimy, e to kije szpiega. A ja jestem urzdnikiem pitej rangi, nie szstej. Umiem czyta i pisa. - Ale twj stryj, onierz cikiej piechoty, zabi troje ludzi, z czego jednego strza z daleka. Ty za zabie dwch w walce, majc jedynie ten kij. W pewnej chwili nawet tego nie miae. Goe rce przeciwko dwm ucznikom, a twj stryj trzyma tylko elazny amulet na acuchu. I dobrze wiedziae, gdzie jest ostrze wczni, a gdzie miecz. Kim byli ci napastnicy? - W wozie bya elazna skrzynka, sitar pahan. Rozbjnicy o niej wiedzieli, my nie. W rodku byo jednak co strasznego, co rzucio kltw na ca okolic. Sam widziaem. Wniesiono tac ze niadaniem. Kiszone warzywa, solony ser, chleb, mleko. Kilka paskw suszonego misa. Przyjem czark z orzechowym naparem i wypiem yk. - Dawno nie jade porzdnego posiku, chopcze. Dugo jeste w drodze? - Straciem poczucie czasu, sitar pahan. Ucieklimy z Maranaharu w noc, w ktr powrcia stara wiara, a wojsko przeszo na stron Podziemnej Matki. Cznem po rzece. Potem wiele dni wdrowalimy na piechot. - Uciekalicie nagle? - Tak, ale i tak mielimy wyjecha tego wanie dnia. Stryj przyby po mnie, bo zachorowa mj ojciec. Dlatego mielimy papiery podrne. - Mielicie papiery podrne, a mimo to wolelicie kluczy, omija posterunki i przebiera si za kapanw? - Papiery wystawiono przed przewrotem, panie. Nie wiedzielimy, czy s dobre. Tak samo paszporty. S jeszcze cesarskie.

- Ale za panowania nieszczsnego cesarza mona byo podrowa bez papierw podrnych, synku oznajmi mczyzna ze smutkiem. - Skd dwch Sindarw mogoby wiedzie, e nagle wrci Kodeks Ziemi? To byo niczym jaka gra. Mczyzna zadawa niewinne pytania, a cay czas miaem wraenie, e mnie osacza. - Jeli si mieszkao w czasie suszy w Maranaharze - powiedziaem powoli - to co takiego wisiao w powietrzu. Balimy si. Jestemy ubogimi ludmi. Kapani zastraszyli ca dzielnic. Czasem stali na rogatkach. Poszlimy do wityni i wyrobilimy papiery jak za dawnych czasw, bo gdybymy po prostu odeszli, ci na rogatkach uznaliby, e lekcewaymy Kodeks i nauki prorokini. e wysugujemy si cesarskiemu prawu. Mczyzna umiechn si. Sign do kosza stojcego obok stolika i wycign Oko Pnocy. Otworzyem usta, ale nie zdyem nic powiedzie. - Jeli teraz zapytam, co to jest, odpowiesz: Och, byo w naszej rodzinie od lat. Naleao jeszcze do mego dziadka, ktry handlowa z wdrowcami z pustynnych karawan". Ja zapytam, jak Sindar mg zniy si wtedy do handlu, a ty na to powiesz ze wstydem, e w pustynnych osadach wszystko rzdzi si troch innymi prawami, s daleko od Wewntrznego Krgu i trzeba jako y. Jedz, chopcze. Czsto jadae kireneskie posiki? - Nie, sitar pahan. - A mimo to wiesz, e kiszona kulawka nie pasuje do sera, za to jest wyborna z misem. Do sera wzie sobie siekan rucierz. Sam bym tak zrobi. Czy wiesz, e atwo mgby udawa Kirenena? Ta atwo, z jak sigasz po miso... Mona by pomyle, e nigdy nie syszae o tym, e kto je ciaa dzieci ziemi, temu krew teje. Jedz, chopcze. Jedz. Spojrzaem mu prosto w oczy. - Nie udaj Kirenena, sitar pahan. Nie wiem, po co nas porwano. Prosz, pozwl nam odej do domu. Nie jadem od kilku dni, to wszystko. - Jedz, chopcze, jedz. Trzeba si cieszy kad dobr chwil, ktr spotykamy na wiecie. Trzeba docenia, e wiat Stworzyciela ma jeszcze dla nas takie chwile, mimo e jest na nim tak wielu ludzi. Trzeba docenia drobiazgi. Teraz jesz niadanie, a za moment nie zaznasz niczego prcz blu i mczarni. Taki jest wiat i nic na to nie poradzimy, chopcze. - Nie kami, sitar pahan - powiedziaem jeszcze raz z naciskiem. Mj rozmwca by jowialny i przyjacielski, a mimo to budzi we mnie groz. Po jego ostatnim zdaniu zaczem si naprawd ba.

- Ale kamiesz, mj biedaku. Kamiesz w kadym zdaniu i to kamiesz dobrze. Nauczyli ci, jak stworzy bajk. Widzisz, chopcze, w kad z rzeczy, ktre mi powiedziae, bardzo atwo uwierzy, ale we wszystkie naraz ju nie. Bywa tak, e najlepsza nawet bajka nie pomoe. Choby taki drobiazg: jeste Sindarem. Twj stryj jest starszy, wic jeste mu winien bezwzgldne posuszestwo. A mimo to kiedy obawiacie si, e kto was moe zatru, to twj stryj prbuje wod niczym suga? I tak dalej, chopcze. Nie mona przechytrzy blu. Nie mona go przeczeka. To nie bdzie tak, jakby ci bito albo ucinano palec. To straszny bl, lecz do pokonania. Zwaszcza jeli si gboko w co wierzy. Ale to, co zdarza si w takich okolicznociach jak twoje, przekracza granice pojmowania. Powinni byli ci to powiedzie. Naprawd powinni. Nikt tego nie przetrzyma. Wszystko, co moesz zrobi, to oszczdzi sobie cho czci tego, co nastpi. mier nie jest najgorsz rzecz, chopcze. W tej chwili zdaje ci si, e tak, ale niestety, sam zrozumiesz, e mier moe by nagrod. - Jaka jest rnica, sitar pahan? - zapytaem. - W czym, chopcze? - Midzy ludmi. Amitrajami i Kirenenami. Dzikimi Kebiryjczykami i Kirenenami? Midzy kapanami Pramatki karmicymi jej posg, a honorowymi Kirenenami, ktrzy porywaj ludzi na szlakach, by ich zadrczy? - Konieczno, synu. Niewielu nas zostao. Uciekamy skd si da, lecz i tak jest nas niewielu. Amitraje mog wrci do starej wiary, mog siedzie cicho i by posuszni. Ale nas morduj bez litoci. S osady, w ktrych Kirenenw zabija si do ostatniego. Nawet niemowlta. Jeszcze zanim padnie rozkaz. Chodzi o to, by usun bodaj lad przekltej dynastii Tendaruk. Robi to ich ssiedzi w nadziei, e wtedy sami zostan oszczdzeni. Ze strachu. Nie wiedz, e ich nadaku nigdy nie bdzie syte. e kiedy zabraknie nas, rwnie chtnie pore wasne dzieci. Niewielu ocalao. A jeli uda ci si uczyni to, po co ci przysano, nie zostanie aden. Przecie nie bd ci pyta, co miae zrobi, wdrujc na obrzea imperium jako Sindar lub kapan, przygotowany do tego, by mc w kadej chwili udawa te Kirenena. Przecie to jasne. Miae nas znale. Mnie interesuje tylko, ilu was jeszcze jest. Podobnych tobie. Ilu jest takich Sindarw, Kirenenw i kapanw naraz, znajcych wszystkie obyczaje imperium, wadajcych mistrzowsko kijem szpiega, trucizn i ostrzem. Rozsiewamy przecie plotki o sobie. Chcemy sprawi, by ludzie mieli o czym myle i gdzie ucieka, jeli zdoaj. Jednak nie chcemy, eby wiedziano co pewnego. Nie, dopki bdziemy gotowi. Wic sigamy po metody barbarzycw tylko wtedy, kiedy nie ma innego wyjcia. Tak samo jak may,

chudy pies, ktry, gdy zagoni go w kt, potrafi nawet zabi. Bo jest przeraony i za plecami ma cian. I dobrze wiemy, e zanieczycimy wasny los i los wasnych dzieci. e co takiego oznacza dziedziczn kltw. Ale stawk jest zagada tych niedobitkw, ktrzy s w tym obozie, i tych nielicznych, ktrzy si do nas przedzieraj. Tylko wtedy. Tamci sigaj po takie metody z lada powodu albo na co dzie. Oto rnica, chopcze. - Przecie nawet gdybym by tropicym was szpiegiem, nie wiem, gdzie jestem. - Bo sami ci sprowadzilimy. Gdyby trafi tu jak inni uchodcy, gdyby sam nas znalaz, wiedziaby. Ale ilu jest jeszcze, chopcze? Ilu? Gdzie wdruj? Zapada straszna cisza. Przez chwil mylaem gorczkowo, co powiedzie, ale w gowie miaem pustk. Gdzie z daleka dobieg mnie nagle krzyk. Przeraliwy gos, ktry wyda mi si znajomy. Brzmia jak gos Brusa. Zupenie niespodziewanie moj czaszk przeszy krtki, ostry bl. Niczym uderzenie pioruna. Krzyknem. Chciaem si poruszy, spojrze do tyu, lecz nie mogem. Moje ciao byo jak posg. Czuem je, czuem kady misie ale nie poruszao si. - W twojej czaszce tkwi szpila, chopcze - powiedzia mczyzna i dola sobie naparu. Zza moich plecw bezgonie wysun si czowiek w lunej, czarnej szacie z kapturem. Czowiek z noc zamiast twarzy. Wyglda niczym strzp mroku, kawaek sadzy. Jak oywiony, poruszajcy si paszcz. Postawi na stoliku duy kubek peen lnicych, cienkich niby wos drutw. Zobaczyem bardzo chud, ylast do barwy miedzi, pokryt pytkimi bliznami. Mj rozmwca wyj jedn z igie i pokaza mi. - Pojedynczej prawie nie wida. Jest cienka niczym pajcza ni, a jednak twardsza od stali. Od diamentu. Wbija si w czaszk jak w jabko. Jedna z nich tkwi teraz gboko w twojej gowie. Tutaj. Dotkn swojej gowy z tyu, tu nad karkiem. Czarny upir wybra gar lnicych igie i ostronie umieci je midzy palcami jednej doni. - Dlatego nie moesz rusza niczym prcz oczu, ust i jzyka. Moesz tylko mwi i patrze. Samo wbicie igy za bardzo nie boli - westchn. - Rzecz w tym, gdzie si j wbije. On, ten zakapturzony czowiek, to Kebiryjczyk. Nazywa si NGwemba Asani. Zazwyczaj leczy tymi igami, ale wie te, gdzie w gowie czowieka mieszkaj bl, smutek, groza i strach. Wie te, gdzie jest takie uczucie, jakby twoje oczy zalano wrzcym olejem albo jakby twoj nog poeray owady. Wystarczy wbi ig. Teraz siedzi za tob i wbi ju sze. Zaraz bdziesz wyglda jak je. A potem

wystarczy, e trci ktr z nich, a ty bdziesz czu, jakby pogrzebano ci ywcem, a za chwil, jakby musia patrze, jak gwac twoj ma creczk. I dalej, bez koca. To niczym gra na cintarze. Cintarze cierpienia. Mulin w kapturze Kebiryjczyka nie jest po to, eby ci przerazi. Jest po to, eby nie widzia, e NGwemba pacze. Nie powiem, e cierpi tak samo jak ty, bo to nieprawda. Nikt nie bdzie cierpia tak mocno. Gdybym by po prostu skuty acuchami, myl, e bym je rozerwa. Ale to nie byy acuchy. To cienka jak wos, srebrna iga, ktra tkwia w mojej gowie. Siedziaem nieruchomo na podobiestwo posgu, lecz w mylach szarpaem si jak szalony, miotaem si jak obkany ze strachu, konajcy ko. A potem NGwemba trci leciutko jedn z igie. T, w ktrej mieszkaa aoba po ukochanej kobiecie. wiat, ktry przesta by wiatem, a sta si ciarem nie do zniesienia. Pustym, spopielaym miejscem wygnania. I t, w ktrej mieszka ogie poncy gboko w trzewiach. Gar poknitych gorcych wgli, smrd palonych wosw, odgos szorowania zbami po szkle. Krzyk poncych ywcem niemowlt. Mj wasny wrzask chyba rozerwa kamienn kopu... - My, Kireneni, wierzymy, e taki czyn kadzie si kltw na yciu czowieka - wyszepta mczyzna. - Nazywa si go-hanmi. Dug krzywdy. Zapac za to, co ci zrobiem, pniej zapac te moje dzieci. Tak dugo, a krzywda zostanie w peni wyrwnana. Zapac aob, chorobami i nieszczciem. Ale moe dziki temu przetrwaj Kireneni. Moe nie zostan wymordowani tylko dlatego, e nie wierz w Podziemn i sens tego, by wszystko miao stawa si jednym. Moe zdoaj obroni prawo do tego, by y po swojemu. To moje agirano, mj obowizek, ktry sam przyjem. Wybacz mi. Powiedz teraz, jak wielu was jest? - Nie jestem szpiegiem wityni! - wrzeszczaem na cae gardo. Myl o tym, e siedzcy za mn czarny stwr uniesie donie do mojej gowy napeniaa mnie szalestwem. - Jestem Kirenem! Jestem cesarzem! Mczyzna za stoem skrzywi si bolenie, pochyli gow i zamkn oczy. A wtedy NGwemba znowu leciutko potrci kilka igie. Bl jest niczym mroczne, czarno-czerwone soce. Ohydne, mae soce, ktre nie rozwietla mroku. Jest wieczne. I cuchnie. Jak miae zawiadomi wityni? Ilu jeszcze jest takich jak ty?

Gdzie o nas syszae? Co miae zrobi, gdy tu dotrzesz? - Wyjmij igy, NGwemba - powiedzia mczyzna zmczonym tonem. - Wyjmij wszystkie, prcz tej, ktra odbiera mu ruch. Ale wbij jeszcze dwie. Daj mu spokj i odbierz zdolno do czucia blu. Nie znios tego duej. Zadaem wszystkie pytania po trzy razy. Do. Nie wiem, jak to zrobili, ale nawet ja nie udwign ju wicej go-hanmi. Sign do pasa i wyj swj klanowy n. - Dosy, chopcze - wyszepta. - To koniec. Nie bdzie wicej blu. Jestem stary, saby i duej nie wytrzymam. Zawiodem mj lud. I zawiodem ciebie, bo drczyem ci na prno. - Do! - To krzycza kolejny czowiek bez twarzy, ktry pojawi si nagle jakby wyrs porodku pomieszczenia. Ten jednak cay skada si z lnicego pancerza. By niczym istota z pynnego elaza. - Dosy tego szalestwa! cigasz kltw na nas wszystkich! - To nie szalestwo, wielebny - powiedzia mczyzna, otulajc pi doni i pochylajc gow. - Wojna jest okrutna. Tak dla nas, jak dla nich. My yjemy wiatem, a nie niebiosami. Jeli ten biedny chopak zrobi to, do czego go wytresowano, wybij nas co do jednego. Razem z twoimi sierotami. Nikt nie wyjdzie ywy. - Wyjmij igy - rozkaza ostro mczyzna w stali. Jego strj skada si z drobnych kek i pokrywa cae ciao, przesaniajc te twarz. Widziaem go dobrze, siedzc wci niczym posg. Przez ostatni czas umarem ju z blu i nieszczcia, potem zaczem marzy o mierci, a potem si w niej zakochaem. Dokadnie tak, jak mwi tamten. Wci czekaem na jej ostrze, jak na pocaunek kochanki. Nie wiem, dlaczego widziaem wszystko tak ostro. Czuem ciar kadego kka lnicego na ciele przybysza. Kadego ogniwa jego spywajcej do ziemi kolczugi. - Wyjmij igy i pom mu doj do siebie. Niech mu dadz inne ubranie i wod. Niech si umyje. Niech wypije ambriji. Gdy odzyska rozum, niech prowadz go do tohimona. I niech nikt nie mie zrobi mu najmniejszej krzywdy. - Wielebny... - przerwa mczyzna stanowczo. - To... - To nie jest szpieg! To ten, o ktrym niem! Bd czeka. Kiedy chopak dojdzie do siebie, sam go zaprowadz. Ty za padnij na twarz i mdl si do swoich przodkw, ktrych habisz! Kebiryjczyk wyjmowa igy jedn po drugiej. Przynosi mi ulg, a mimo to, ilekro unosi do do mojej gowy, przenika mnie skurcz przeraenia. Gdy wyj ostatni, zwaliem si na bok zupenie bezwadnie.

Miaem przepocone ubranie, zmoczyem si w spodnie i cay si trzsem. Dopiero po duszym czasie zdoaem si poruszy. Dwignem si na kolana. - Jak si nazywasz? - spytaem mczyzn za stoem. Nie poznaem wasnego gosu. By jak zdarty. - Jestem Wze, syn Ptasznika. Pochodz z klanu Wody. - Kiedy wojna si skoczy, synu Ptasznika, kiedy ju Kireneni bd wolni, odnajd ci i zabij. - To, co mwie na mkach... - Tak. Jestem kai tohimonem klanu urawia, o amitrajskim imieniu Terkej Tendaruk, Wadca Tygrysiego Tronu. Pomienisty Sztandar, Pan wiata i Pierwszy Jedziec. Ale odnajd ci nie jako cesarz. Odnajd ci jako Filar, syn Oszczepnika. Przyjd do twojego domu ze znakiem zemsty na twarzy wymalowanym wasn krwi, z noem w rku. Wbij na twoim dziedzicu proporzec klanu urawia i zabij ci u stp twoich dzieci. - Marz o tym, by tak si stao, synu Oszczepnika - odpar, pochylajc gow. - Jeli ten dzie nadejdzie, to bdzie znaczyo, e odniosem zwycistwo i okruciestwa, ktrych si dopuciem, nie poszy na marne. - Tymczasem daj mi wod i ubranie - warknem, patrzc na swoje trzsce si wci donie. Wydawao mi si, e jeszcze nigdy nie byem taki zmczony. - A potem odejd std. Nie chc ci widzie. Wze przysa nie tylko wod, ale te dwie niewolnice, ktre przyniosy ze sob ceber, rczniki i misk mydlnicy. Kiedy przyszy, siedziaem skulony, trzsem si i pakaem. Umyy mnie bardzo delikatnie, zupenie obojtnego i bezwolnego. Gdy jedna z nich osuszya moj gow rcznikiem, zobaczyem na nim malekie kropki krwi. lad po ukuciach, przez ktre cieniutkie da wnikny w moj gow. Pniej dziewczta przyniosy przepask, koszul, spodnie, kurt i buty. Kireneskie ubranie, ktrego nie miaem na sobie, odkd spon mj paac. Mczyzna w stroju mnicha-wojownika siedzia przed kopu w pozycji medytacji z pochylon gow i nie porusza si. Czeka na mnie. A potem wsta, opar na ramieniu swoj glewi i poprowadzi w milczeniu przez idealnie rwny paskowy, pomidzy dwoma rzdami furkoccych na wietrze klanowych proporcw.

- Nie mw nikomu, kim jeste - odezwa si. - Ani mnie, ani tohimonowi. Jeste Nosicielem Losu i bardzo atwo moesz zmieni to, co ma si sta. - Co wic mam mwi? - Prawd. Ale tylko tak cz, jaka jest niezbdna. Dowdca siedzia w innej kopule na siodle ustawionym pod cian niczym na tronie. By to szczupy mczyzna, o arystokratycznej twarzy, z grzyw siwych wosw. Mia na sobie spodnie i tunik w barwach dwudziestego tymenu, na to narzucon kirenesk kurt z obszyciami klanu Skay. W doni opartej o udo ciska kubeczek, pod nogami mia tykw palmowego wina. Trzyma w ustach palec i z trosk obmacywa zb. W pomieszczeniu znajdowa si tylko may, polowy stolik z rozwinit map i drugi, na ktrym stay czarki, oraz kilka derek na pododze. Pod zakrzywion cian zauwayem jeszcze drewniany stojak, na ktrym wisiaa zbroja cikiej jazdy i stary kireneski hem z gbokim nakarczkiem, okapem z przodu i osonami policzkowymi. Otuliem pi doni i skoniem si lekko. - Kai tohimonie... Schyli oszczdnie gow. Usiadem na derce i objem si ramionami. Cigle draem, szczkay mi zby. Nie chciaem z nikim rozmawia ani niczego wiedzie. W tej chwili chciaem zwin si w kbek i paka. - Wic to jest twj Nosiciel Losu? - zwrci si do mnicha. Tamten skin gow, chrzszczc kolczug. - Miao by ich dwch. - Jest jeszcze mj towarzysz, tohimonie, ale nie wiem, czy yje. Prosz, pozwl mi go zobaczy. Wiem, e drcz go kebiryjskimi igami, jak mnie! - Przerwaem to - powiedzia mnich zza lnicej zasony. - Przerwaem natychmiast, kiedy tylko dowiedziaem si, e tropiciele sprowadzili dwch ludzi uprowadzonych z aszyrdymskiego traktu. Ale twj towarzysz to Amitraj. Kapan Pramatki imieniem Undaj Czekedej. Pokrciem gow. - To Brus, syn Piounnika. Po drodze musia udawa kapana Czekedeja i w wityni przyj ukszenie dziwnej, zmienionej moc uroczyska skorpenicy. To jaki obrzd. Wtedy pomieszao mu si w gowie. Zamieszkao w niej dwch ludzi. Czekedej, ktrego wymyli, i on sam. Jeli Brus umar od waszych igie... - Gos mi si zaama.

Zapada cisza. Mnich-wojownik sign w zanadrze swojej kolczugi i wydoby niewielk zakorkowan tykw. - Popijaj maymi ykami, chopcze. Tak dugo, a poczujesz si lepiej. Twj przyjaciel nie umar. - Kebiryjczyk moe go wyleczy - odezwa si tohimon. - Ten pies wicej go nie dotknie! - On nie jest niczemu winien - powiedzia mnich. - Jest niczym n. Noem mona przeci wrzd albo przebi serce. Zaley, kto go trzyma. Przeklinaj nas, tych, ktrzy ujli rkoje, a nie martw stal. Ci Kebiryjczycy na co dzie lecz i ich igy potrafi uczyni cuda. Wiem, e ci trudno, chopcze, ale sprbuj nam zaufa. Mamy tu ludzi, ktrzy przeyli takie okropnoci, e odebrao im rozum. Moje proszki, mody i zioa nie mogy im pomc, dopiero igy NGwemby przywrciy rozsdek i spokj. Zajmiemy si twoim towarzyszem, tym bardziej, e sami go skrzywdzilimy. - Jestem Knot, syn Kowala, kai tohimon klanu Skay - rzuci nagle mczyzna siedzcy na tronie z sioda takim tonem, jakbymy go zignorowali. - Wiod niedobitki naszego narodu, gwnie uciekinierw z rnych oddziaw wojska i troch cywilw. Kobiety, dzieci, starcw. Wydaje si wielu, kiedy trzeba da wszystkim je i pi, ale jeli Amitraje nas znajd, okae si, e jest nas ledwie garstka. Wze i jego tropiciele pilnuj, by nie znaleli nas witynni szpiedzy i robi to dobrze. Zazwyczaj si nie myli. Ale mj przyjaciel, owiecony mnich-wojownik imieniem Mrok take zwykle si nie myli. Jeden twierdzi, e jeste miertelnym zagroeniem i trzeba ci zgadzi. Drugi, e jeste tym, ktry moe odmieni nasz los i sprawi, e przetrwamy. Komu mam wierzy, chopcze? A co ty mi powiesz? Mrok wsun donie pod kolczug i wydoby modlitewny cylinder. Patrzyem, jak sprawnie obraca piercieniami, przemieszczajc pokryte znakami kamienie wok osi i pomidzy piercieniami, jak tworzy nowy wzr. Jeli uda mu si uoy kamienie, by moe przeczyta z nich odpowied. - Nie wiem, co oznacza to, e jestem Nosicielem Losu. Jestem Filar, syn Oszczepnika z klanu urawia. W noc, w ktr upad Tygrysi Tron, otrzymaem od cesarza misj. Usiuj j wypeni. Nie znam jednak sensu misji i nie rozumiem jej. Wadca Tygrysiego Tronu kaza mi po prostu gdzie dotrze, jednak nie wyjawi dlaczego. Nie rozkaza mi z kimkolwiek si spotka, ani przekaza adnej wiadomoci, ani w ogle niczego. Myl, e skoro Pierwszy Jedziec zgin i nie ma ju cesarskiej dynastii, powinienem zosta tutaj. Stan u twojego boku, tohimonie. Jestem Kirenenem i

moje miejsce jest tutaj. Jestem te jedynym yjcym dworzaninem cesarza. To moe pomc sprowadzi wicej ludzi pod twj sztandar, choby tych z klanu urawia, ktrzy ocaleli. - Dwr cesarski... - oznajmi Knot w zamyleniu. Mrok krci piercieniami, syszaem potrzaskiwanie tokenw. - Niby-kireneska dynastia, zaoona przez Odwrconego urawia. Zdrajc. Dynastia Tendaruk. To amitrajskie sprawy, Filarze. My, Kireneni, nie mamy jednej wadzy nad wszystkimi. Nie mamy cesarzy. Klan urawia nie jest w niczym lepszy od klanu Psa, Lodu czy Strumienia. Tak byo kiedy i tak jest znowu. Czas pynie i ycie zatacza krg. Wszystko si zmienia po to, by znowu sta si tym samym. Ja nie chc by cesarzem. Jestem tylko pierwszym wrd rwnych. Polowym wodzem niedobitkw. Lecz jeli przetrwamy, wrc na swoje miejsce. Na czoo mojego klanu i nigdzie wicej. - Wci istniejemy - powiedzia mnich, wci obracajc w doniach piercienie i przesuwajc kamienie. - Mimo e podbito nasz kraj, zmasakrowano nas i wysiedlono. Mimo e przydzielono nas do niskich kast, zmieniono nam imiona i odebrano nasz mow. Zabrali nawet ziemi, a my wci istniejemy. Przetrwalimy, bo przed pokoleniami odby si obrzd Pytania. Kiedy nas podbito, Grot, syn Sieciarza, kai tohimon klanu urawia, ten sam, ktry nazwa si potem Tahaldin Tendaruk, nie zdradzi. Zrobi to, co nakazali mu Wiedzcy, ci, ktrzy przeyli obrzd. Nakazano mu przej na stron wrogw i stworzy dynasti cesarsk. Jemu, bd jego potomkom. On take by Nosicielem Losu. Wypeni swj los i jego potomek jako cesarz mg sprawi, e moglimy si odrodzi. Gdyby nie pojawia si kireneska dynastia Tendaruk, Knocie, bylibymy ju teraz pozbawionymi pamici bezimiennymi niewolnikami z najniszych kast. Nie byoby klanw ani naszej mowy. To, e urodzie si w kireneskiej rodzinie, e nadano ci imiona, miae rodzicw, e cae ycie nosie klanowy n i kurt, zawdziczasz wanie cesarzowi. Knot wzruszy ramionami i napi si wina ze swojego kubka. - Moe, ale ten czas min. Nie mam ju domu ani rodziny, jak my wszyscy. Zostay mi tylko imiona, n i kurta. Teraz tropi nas i morduj, a nieszczsny cesarz nie yje. Na co moe nam si przyda? Amitraje raczej do niego nie tskni, a nam jest niepotrzebny. Mam rzuci si z t garstk na stolic i odzyskiwa Tygrysi Tron? A komu on jest potrzebny? Kogo miabym na nim osadzi? Jak utrzyma? Jak sprawi, by Amitraje odwrcili si od swojej prorokini? Nam potrzebne jest miejsce, w ktrym moglibymy y, i tylko tyle. Jeli te tego chcesz, synu Oszczepnika, jeli jeste Kirenenem i potrafisz wybaczy to, co ci spotkao z naszej rki, zosta. Potrzebuj kadej pary rk. Kadego czowieka, ktry nie chce y w wiecie Pramatki i umie utrzyma miecz. Zwaszcza

jeli tego chce przeznaczenie. Ufam Mrokowi. Jeeli on mwi, e jeste narzdziem losu i moesz pozwoli nam przetrwa, to i ja tak sdz. - Dosy - przerwa Mrok. - To nie tak. On moe by Nosicielem Losu tylko wtedy, gdy zrobi to, co mu przeznaczone. Los jest w ruchu, jak woda lub dym. Nie ma jednej linii, ktrej jestemy niewolnikami. Istniej zdarzenia nieuchronne, ale nie jest ich a tak wiele i dotycz tego, co ma si sta wkrtce. On musi zrobi to, co musi. Nie wiem, co to jest. Lecz sdz, e musi postpi zgodnie z wol cesarza. Mieszkae w paacu - zwrci si do mnie. - Czy byli tam Wiedzcy? - Podobno byli - odparem. - Jednak nigdy adnego nie widziaem. - Sam jestem Wiedzcym - wyjani Mrok. - I cho nie potrafi wyjani, dlaczego, uwaam, e w noc burzy odby si obrzd Pytania. Poczuem to. Wielu wwczas zgino. Najpierw od mocy obrzdu, potem od mieczy. Kiedy sprawy staj si ostateczne, mona sprbowa poszuka odpowiedzi, tak jak uczyniono po klsce w Dolinie Czarnych ez. Krg poczonych Wiedzcych staje si wtedy na chwil jednym, potnym umysem. Na moment odkrywa cieki przyszoci, poznaje to, co zakryte. Wielu z nich ginie, wielu przypaca to szalestwem. Odpowied natomiast nie zawsze jest zrozumiaa. Jest jak rozkaz wydany modemu chopakowi, by powdrowa bez przyczyny gdzie na kraniec wiata. Rzecz w tym, e dopiero gdy tam dotrzesz, okae si, po co i dlaczego. Czy cesarz na co dzie zwyk wydawa takie rozkazy? - Nigdy - powiedziaem. - Kady z jego ludzi zawsze wiedzia, co ma robi i po co. - A gdzie teraz chciae si dosta? Kiedy wdrowae aszyrdymskim szlakiem. - Do miasteczka Nahilgy, w okolicy Sauragaru. Na Pustyni Koca wiata. - I tam powiniene pody. A my powinnimy zrobi wszystko, eby tam dotar. Tu nie moesz zosta. Jest jeszcze co, tohimonie. - Co, co zobaczye w swoich wizjach, w ksztatach dymu i pyncej wodzie? - zapyta Knot. - Tak. Za nim poda mier. Widziaem j w wizjach. Idzie po jego ladach i jest ju niedaleko. Nie wiem jednak, co to znaczy. - mier poda za nami wszystkimi. Czasem stoi tu na progu. To nic nowego. Co wic proponujesz? - Wyleczmy jego towarzysza. Zaopatrzmy ich na drog i dajmy kilku ludzi, ktrzy doprowadz do Nahilgy. Jak najprdzej. Przewodnikw i obrocw. Niech nie bdz i niech nikt nie stanie im na drodze. Musz dotrze tam, gdzie musz, i to jak najprdzej. - A jaka z tego korzy? Zwaszcza dla tych, ktrzy tu pozostan?

- Moe dowiemy si tego, kiedy on trafi tam, gdzie mia trafi. Tak ju jest z obrzdem Pytania. Moe chodzi o to, e ma kogo spotka. A moe po prostu potrci kamyk, ktry potem stanie si lawin. A moe stanie si iskr, ktra wznieci poar. Odpowied, ktr uzyskali Wiedzcy, to nie przepowiednia. To szansa. By moe bardzo maa. Ale nam potrzebna jest kada. - Zatem mam odda mu paru bezcennych ludzi i odprowadzi na skraj pustyni, mimo e on sam nie wie, po co i dlaczego - powiedzia powoli dowdca. - Poniewa by moe w paacu Wiedzcy odbyli pewien obrzd. I w wyniku tego obrzdu, by moe, powtarzam: by moe, pojawia si wizja, ktrej nikt nie rozumie, ale ktrej wypenienie daje nam szans na przetrwanie. Dobrze zrozumiaem, co powiedziae, Mroku? Ja jestem dowdc. Patrz pod nogi. Tu s ludzie, ktrzy mi zaufali. Uznali, e wiem lepiej ni inni, co robi. Dla mnie licz si wcznie, worki durry, konie i miecze. Mog je policzy i odpowiedzie: jest szansa. Albo nie ma. yj na ziemi i patrz na ziemi, Mroku. Widz rzeczy majce znaczenie i takie, ktre go nie maj. Nie zajmuj si ciganiem wiatru, snami i wiatem ksiyca. Nie wtrcam si w sprawy nadaku i kltw uroczysk. Wierz w Stworzyciela, lecz on jest daleko. Uczyni ludzi wolnymi i dlatego nie moe nam pomc, bo wwczas przestalibymy o sobie decydowa. Dlatego na wiecie jest zo i s Amitraje. Ale s te ostrza i rce, by si im przeciwstawi. Takie rzeczy rozumiem. - Szkoda, e prorokini nie myli jak ty - odpar Mrok zza swojej kolczej zasony. - Gdyby spojrzaa na imperialn armi, gdyby policzya ostrza i worki durry, pewnie nigdy nie opuciaby swojej pustynnej pustelni. Ale ona wolaa owi wiatr i wiato ksiyca. Zaufa snom. I teraz jej sny musz by snami wszystkich a po Wszechmorze, Kebir i Nassim. Wypiem kolejny yk z jego drewnianej flaszki. Napj w rodku pachnia mocno korzeniami i zioami, mia dziwny smak, ale nie by ostry jak ambrija. Rce ju mi si nie trzsy, powoli ogarniao mnie zobojtnienie. Nie spokj, lecz wanie zobojtnienie. Ciemno, ktra usadowia si w moim wntrzu jakby si skurczya, ale pozostaa ciemnoci. Czarn, ponur jam. - By moe uczyni, jak radzisz, wielebny - oznajmi dowdca. - A moe inaczej. Musz pomyle. Kiedy zdecyduj, dowiesz si o tym. Znajd chopakowi jaki kt i dopilnuj, eby wyleczono jego przyjaciela. - Tohimonie? - Tak, chopcze? - Nie wiem, ani jak to daleko std, ani ile czasu upyno, lecz wiem co, co moe by wane oznajmiem. Knot patrzy na mnie nieruchomym, zmczonym wzrokiem. - W osadzie Aszyrdym

mieszka niewielu kapanw. Zaledwie kilkoro. Jest tam jedna stara Wiedzca, ktra moe by niebezpieczna. Archimatrona nie ma jednak wcale mocy. Nie potrafi czyni, nie umie te rzdzi. Pilnuje tylko mostu i zatrzymuje wielu podrnych. Cz zabija w wityni, a cz kieruje do budowy spichrzy. S wrd nich Kireneni i s inni ludzie, ktrzy jednak uciekaj od wadzy Pramatki i Czerwonych Wie. Cae miasto natomiast jest zawalone durr i stadami byda, ktrych kapanka nie chce odda wysokim rodom, bo boi si, e popadnie w zaleno. Tego wszystkiego pilnuje zaledwie binhon piechoty i hon jazdy pocigowej. Zaganiaczy. Pochodz ze mijowego" tymenu, s znudzeni i maj niskie morale. Jest jeszcze stra witynna. Moe hon, najwyej dwa. Zbieranina. Bandyci i maruderzy. Do tego na szlaku, o staje za mostem pojawio si uroczysko. Wiem, bo widziaem na wasne oczy. To wszystko. Pomylaem, e gdybym by pahan-dejem albo tymen basaarem, chciabym o tym usysze. - Co by zrobi, gdyby usysza? - Posabym tam binhon szybkiej jazdy i tyle wozw, ile bym znalaz. Opanowabym miasto, spali wie, uwolni ludzi i zabra zapasy. A od archimatrony dowiedziabym si, jak teraz brzmi nowa mowa bbnw. Od czasu gdy widziaem miasto, wprawdzie co mogo si zmieni, moesz te sdzi, e kami. W takim razie kilku tropicieli szybko zorientowaoby si w czym rzecz. A lekka jazda moe w razie czego pj w rozsypk i wycofa si, gdyby co byo nie tak. Knot umiechn si powcigliwie i pokiwa gow. A potem spojrza mi w oczy. - Mimo modego wieku mylisz jak dowdca. Zastanawiam si, kim ty waciwie jeste, synu Oszczepnika. Ale powiedz mi jedno: jak skoniby archimatron, by zdradzia ci mow bbnw? Poprosiby j? Zastraszy? Rozpali elazo do biaoci? A moe rozkazaby NGwembie wbi jej igy w gow? Milczaem. Mnich unis si z chrzstem zbroi i uj mnie za rami. - Chodmy. Na zewntrz wiecio olepiajce soce i wisiao ogromne, bkitne niebo. Ze szczytu dziwnego, paskiego wzgrza widzielimy daleki horyzont, nikncy wrd wietlistej mgieki. Niekoczce si botniste pustkowie i agodne wzgrza majaczce z jednej strony, such jaow rwnin pokryt krzewami i skaami z drugiej, a po wznoszce si w oddali rude, ponure szczyty gr.

- Wcale nie miae ochoty z nami zosta, prawda? - zapyta Mrok. Rozmowa z kim skrytym nieustannie za migotliw zason bya uciliwa. Mnich nie mia twarzy. Nie wiadomo byo, czy si umiecha, kpi, czy mwi serio. By tylko gos. Spojrzaem na niego, ale nie odezwaem si. - Po prostu sdzie, e powiniene. e to jest twoje miejsce. Tymczasem wszystko, co spotkao ciebie i twojego przyjaciela, sprawio, e nie jeste pewien, czy w ogle chcesz by dalej Kirenenem. - A kim mgbym by? - zapytaem. - Jestem Kirenenem bez wzgldu na to, co sobie myl albo jakie mam samopoczucie. Jestem bardziej ni mgby przypuszcza. Moe bardziej ni ktokolwiek tutaj. To moja natura. To nie co, co mona wybra. - Tak, ale myl, e teraz nadziej daje ci tylko przekonanie, i jest jeszcze wielu innych, ktrzy postpuj inaczej ni my. Ktrzy trzymaj si zasad cywilizacji i kodeksu wojny. e my tutaj jestemy spaczeni. Musiae ucieka przez cay kraj i patrze na rzeczy, ktre nigdy nie powinny mie miejsca. Patrzye i mylae: Gdzie tam jest inny wiat. Jest mj nard, ktry nigdy by tak nie postpi. By kiedy taki kraj. Gdybym tylko mg trafi midzy nich, gdybym mg odnale moj ojczyzn". A teraz znalaze i pierwsze, co dowiadczye, to niewybaczalne okruciestwo. Z rki swoich. - Och, przesta si maza, wielebny - warknem. - Jeste czowiekiem witobliwym, ale gadasz jak Amitraj. Raz tak, raz owak, raz ci przykro, a raz uwaasz si za sprawiedliwego. Miotasz si jak chorgiewka, zalenie, co poczujesz. Zdecydowalicie, e w waszej sytuacji wolno wam wydobywa wiadomoci torturami, wic nie udawaj teraz, e to niewybaczalne. Jest wybaczalne, bo zdecydowalicie, e tak uczynicie. Wojna to tryumf koniecznoci! Kirenen zastanawia si, zanim zdecyduje. A kiedy zdecyduje, nie moe tego ju cofn. Musi stan twarz w twarz ze swoim wyborem. Zdecydowalicie, e zrobicie co, co zapaskudzi wam go-hanmi i bdzie niegodne. Postanowilicie przyj to na siebie, bo stawka jest wysoka i jest to moe konieczne. Wic unie twarz i przyjmij ciar, jaki wybrae. Nie dopominaj si o moje wybaczenie, bo jeszcze przed godzin robiem pod siebie z blu i przeraenia. Umilkem, bo Mrok pooy glewi na ziemi i z chrzstem skoni przede mn pokryt kolczug gow. - Kodai massa, tohimon! - Matagei - mruknem. A nagle usyszaem lekkie dzwonienie stalowych kek. Gowa mnicha draa lekko i pomylaem, e pacze, gdy zrozumiaem, e Mrok mieje si bezgonie.

- Kpisz ze mnie? - zapytaem. - Nie, synu Oszczepnika. Ale twoja reprymenda bya tak naturalna, e w ustach chopca a nieoczekiwana. Nawyke do rozkazywania i to od dawna. Unikaj tego, bo to najgupszy sposb, w jaki moesz si zdradzi. Miaby oczywicie racj, gdyby nie to, e nastpio nieporozumienie. Mwiem tylko, e wiem, co czujesz i co sam czubym na twoim miejscu. Ja patrz na wiat inaczej ni normalni ludzie. Jak kady mnich jestem troch szalony. Widz poczenia. - Widzisz poczenia? - Waciwie przeczuwam. Midzy sprawami, ludmi i celami. S delikatne jak ni i mog zosta przerwane, lecz s widoczne. atwo je pozrywa i postpi wbrew losowi. Od upadku Tygrysiego Tronu brniesz przez wrogi kraj. Wdrujesz z misj, ktra nie ma dla ciebie adnego sensu. Sam wrd wrogw. Gdyby trafi midzy nas i nie spotkaa ci z naszej strony krzywda, ju by tu zosta. Trafie midzy swoich, a to, co robimy, ma prosty, atwy do przyjcia sens. Chcemy przetrwa. Chcemy si broni. Po prostu stanby u naszego boku. To wydaje si duo mdrzejsze ni beznadziejna podr w niejasnym celu. Po prostu zerwaby nici. A tak wolisz chyba wrci na szlak i kontynuowa swoj misj. Skrzywdzono ci, wic nie bdziesz si waha. Pjdziesz, gdzie prowadz ci linie losu. Tak czasem dziaa rozum czowieka. Stanlimy przed okrgym otworem kolejnego, lnicego niczym pera kulistego budyneczku. - Odpocznij - powiedzia kapan. - Kazaem tu umieci twoje rzeczy, posaem te po napar. Jest mata do spania, koce i lampa. Kto przyniesie ci co do jedzenia. - Gdzie znajd Brusa? Chc go zobaczy. Machn rk, wskazujc gdzie poza krawd paskowyu, jakby chcia powiedzie, e Brus odfrun na poudnie. - Na pierwszym poziomie, tam gdzie mj lazaret. Ale on teraz gboko pi. Podaem mu zioa. Nie obudzi si wczeniej ni jutro koo poudnia. Wtedy sam ci zaprowadz. Zostaem sam. Sam, w okrgym, pustym budynku, przypominajcym wielk, odwrcon misk do zupy, rozwietlonym jasnym blaskiem, jakby kamie, z ktrego by zbudowany, przewieca niczym cienki papier. W czasach pokoju nikt nie zblia si do prastarych ruin. Zdarzay si w nich dziwne rzeczy. Pojawiay si wiata i gosy, otwory czasem zamykay si, a budynki zmieniay pooenie. Widywano demony. Powszechnie uwaano, e ruiny s przeklte. Ale teraz bya wojna i cudaczne, troch przeraajce budowle zapomnianych ludw stay si po prostu

schronieniem. Niczym wicej. Na wiecie byy znacznie gorsze rzeczy ni przedwieczne demony, a tutaj przynajmniej nie padao na gow. Przez dugi czas siedziaem na zwinitej macie i tpo patrzyem na zewntrz. Na idealnie rwny paskowy zastawiony kulistymi budowlami, po ktrym krztali si ludzie. Kireneni. Moi ludzie. Nie wiem, skd wzio si we mnie kiedy przekonanie, e jeli odnajd rodakw, to stan na ich czele. Byem tylko niedobitkiem klanu urawia. Prawie dzieckiem. Chobym powiedzia im wszystkim, kim jestem, to czas Tygrysiego Tronu min. Cesarz bez swojego paacu, bez zbrojnych i bez poddanych wierzcych w jego wadz jest nikim. Zwykym czowiekiem. Pod cian kto postawi mj kosz podrny. Ucieszyem si, e tropiciele go zabrali, cho to byo logiczne. Obserwowali nas przez cay dzie, bo wydalimy si dziwni. Podejrzani. Wic rzeczy, ktre mielimy przy sobie, te miay znaczenie. Zabrali, eby je zbada, ale i tak mio, e oddali. Wyjmowaem wszystko z kosza i rozkadaem ostronie na macie. Uspokajao mnie to i miao pozr jakiego celowego dziaania. Niczego nie brakowao, poza tym, e niektre zapasy zdyy si zepsu, wic je wyrzuciem. A potem zorientowaem si, e to rzeczywicie mj kosz, nie Brusa. Ubrania miay odpowiedni rozmiar, znalazem nawet swoj kul ycze. Przez chwil patrzyem na ni i zastanawiaem si, dlaczego nie chce mi si paka. Uczucie byo takie, jakby moje serce wyscho na kamie i stwardniao niczym glina. Odoyem kul pieszczotliwie na bok, pogadziem kij szpiega. Miecz, acuch, ostrze wczni, ktre mogo te by noem. Klejony, drewniany trzonek udajcy kij rozkada si na kilka czci. Wziem jedn z moich przepasek i wyczyciem ostrza, znalazem rwnie ma ceramiczn osek i doprowadziem bro do porzdku. Odlaem troch oliwy z lampy i nasmarowaem brzeszczoty, potem zoyem kij z powrotem w jedn cao. Gdybym mia worek i troch dbowych trocin, oczycibym jeszcze acuch. Przejrzaem cay dobytek, jedn rzecz po drugiej. Starannie, jakbym si do czego szykowa. Spdziem tak wiksz cz dnia. Nie pamitaem, od jak dawna nie musiaem albo i, albo si ukrywa. Nie musiaem niczego. Po raz pierwszy od rwnie dawna byem te rzeczywicie sam. Towarzystwo Brusa nie byo uciliwe, ale stalimy si nierozczni. Czuem, jakby jego nieustajca obecno wsysaa moje myli. Jakbym stopniowo traci siebie.

Teraz nikt na mnie nie polowa i byem sam. Siedziaem wic z rkoma opartymi o kolana i patrzyem przed siebie. Co jaki czas popijaem yk lekarstwa z flaszki, ktr da mi mnich-wojownik. Wypeniao mnie obojtn, spokojn pustk. Jakbym zamienia si w ska. Odpowiada mi ten stan. Nie chciao mi si z nikim rozmawia ani nikogo widzie. Nie chciao mi si niczego. Napar dziaa, cho od czasu do czasu wracao wspomnienie dzisiejszego poranka i wtedy ogarniaa mnie przeraliwa groza, przejmujca do szpiku koci niczym mrz. Trwao to przez chwil, kiedy trzsem si zwinity w kbek, a potem zioa znowu uspokajay mj umys agodnie jak koysanka. Spdziem tak sporo czasu, drzemic, budzc si, drc w atakach paniki albo gapic si przed siebie. Nie dziao si nic, lecz czuem, e wanie co takiego byo mi potrzebne. Syszaem odlege rozmowy, nawoywania dzieci, porykiwania zwierzt, odgosy codziennej krztaniny, ale suchaem tego bez wikszego zainteresowania. Jakbym by zwierzciem albo przedmiotem. Kamieniem. Drewnianym supem. Nie marzyem, nie tskniem, a co u mnie bardzo niezwyke, nie pragnem nawet ciaa kobiety. Po prostu leaem na macie, jakbym cay si goi. Powoli odzyskiwaem siebie. Przez ostatnie miesice byem a to wdrujcym Sindarem, a to adeptem, a to cesarzem, to znowu cesarskim posacem albo tohimonem klanu urawia. Pomau nie wiedziaem ju sam, kim jestem. Filar, syn Oszczepnika. Terkej Tendaruk. Agyren Kysaldym. Arduk Hatarma. Tyle imion. Tylu rnych ludzi. Kady by inny. Ktry by mn? Ktrym sam byem? Kim w ogle byem? Nie wiedziaem przecie nawet, ile tak naprawd mam lat. Czym innym jest czas liczony od dnia narodzin, a czym innym czas, ktry si przeyo. Miesice pyn raz szybciej, raz wolniej. Czasem kilka dni s jak cae lata. Dni, a nawet godziny mog zmieni czowieka na zawsze. Kiedy indziej znowu nic si nie dzieje i mimo e czas pynie, to tak, jakby sta w miejscu. Czowiek si niczego nie uczy, trwa, nie zmienia si. Byem jeszcze prawie dzieckiem, ale przeyem wicej ni niejeden dorosy. Gdybym by synem kupca gdzie pod panowaniem mojego ojca, ledwo wyrsbym z dziecistwa. Obchodziyby mnie tylko dziewczta, tace i nocne zabawy w tawernach. Wci chtnie puszczabym latawce i struga okrty z drewna albo gra na cintarze. Pewnie wcale nie miabym krwi na rkach, moe nawet nie przeybym porzdnej bjki. Nie znabym wikszych zmartwie ni nudna nauka rzemiosa lub

surowo nauczyciela. Szczytem cierpienia byaby dla mnie obojtno dziewczcia, skrcona kostka czy bl zba. Gdybym nadal mieszka w Tygrysim Paacu, bybym z kolei jednym z nastpcw tronu. Pomagajcym w rzdzeniu, czujcym na karku ciar losw milionw poddanych. ybym sprawami cesarskimi i pod wieloma wzgldami musiabym by bardziej dorosy ni normalny szesnastolatek. Na to jednak, by boryka si z losem, ktry przypad mi teraz w udziale, byem wci zbyt saby. Brakowao mi spokoju, rozsdku i odpornoci ludzi w sile wieku. Z drugiej strony, jako sobie radziem i szybciej ni oni potrafiem doj do siebie. Przeleaem tak wiele godzin, na zmian pic, patrzc przed siebie i nasikajc milczeniem. Nawet nie chciao mi si myle, ile razu w cigu ostatnich paru dni egnaem si z yciem, przekonany, e tym razem nadszed mj koniec. Byem wyczerpany. Pnym popoudniem jednak zaczem dochodzi do siebie, co poznaem po tym, e poczuem gd. ycie wracao i miao swoje prawa. Wci te drczy mnie niepokj o Brusa. Czuem, e musz go zobaczy, ale po prostu nie mogem si ruszy. Wreszcie wstaem i niechtnie opuciem swoj cich, bezpieczn kopu. Wszedem na powrt w wiat, ktrego miaem ju dosy. Przede wszystkim poszukaem jakiego miejsca, w ktrym mona oczyci brzuch. W skale naturalnie nie mogli wykopa latryny, ale okazao si, e wykorzystali jedn z dziwacznych, pustych niby-studni, takiej jak ta, w ktrej mnie zamknito. Poczuem lekk wdziczno, e mj areszt nie by wykorzystywany w takim celu. Studni nakryto platform zdjt z wozu i osonito parawanem. Postawiono nawet misk z wod, by si oczyci, i drug, w ktrej mona umy rce. Latryna bya akurat pusta. Na poziomie gdzie znajdowaa si kopua, w ktrej odpoczywaem, w ogle krcio si niewielu ludzi. Chyba przeznaczono j dla dowdztwa. Cay obz znajdowa si niej, na tarasie otaczajcym dziwaczne, cite wzgrze. Mona byo si tam dosta po wskich, wycitych w skale schodach. Stay tu dziesitki wozw taborowych, chopskich dwukek albo kupieckich platform. Rozstawiono midzy nimi prowizoryczne namioty, wic odcigi do wozw i opierajc maszty o ska. Byy namioty wojskowe, byy te konstrukcje z jakichkolwiek plandek. Wszdzie krcili si ludzie i nikt nie zwraca na mnie uwagi. Pomidzy namiotami biegay dzieci, kobiety pray, niektrzy spali po prostu na wozach i pod wozami, na rozwinitych na skale matach, albo po prostu siedzieli i

patrzyli przed siebie, tak samo jak ja przed chwil. Wielu byo rannych, a wszyscy wygldali na wyczerpanych i wyndzniaych. Tam, gdzie znajdowao si wojsko, zachowywano jako taki porzdek, ale onierze sprawiali wraenie przypadkowej zbieraniny z rozmaitych tymenw, ich oporzdzenie byo pstrokat mieszanin kurt rnych oddziaw i cywilnych ubra, niektrzy mieli peen rynsztunek, innym brakowao broni, widywaem ludzi uzbrojonych w zwyke rolnicze narzdzia. Tasaki do cicia durry, cepy i siekiery. Widziaem prowizoryczny warsztat kowalski, gdzie pon ogie, szczkay moty, dwch mczyzn w skrzanych fartuchach prostowao i ostrzyo miecze, przekuwao na nowo poszczerbione ostrza, wyklepywao powgniatane hemy. Z jednej strony pitrzya si sterta zniszczonej broni, pancerzy i hemw, z drugiej odkadano ju naprawione, posegregowane, porzdnie poustawiane w kozy. Nigdy w yciu nie widziaem naraz tylu Kirenenw. Wszyscy nosili jakie noe, cho niekoniecznie bezcenne klanowe ostrza. Wielu miao kireneskie ubrania, pozostali naszywali albo nawet malowali klanowe znaki na rkawach i plecach wojskowych kurt lub kastowych kaftanw. Wtedy po raz pierwszy chyba w yciu poczuem si czci mojego narodu. Przez wszystkie lata uwaaem kirenesko za co w rodzaju tajemnego stowarzyszenia. Co, co istniao gwnie w Wiosce Chmur i pomidzy dworzanami mojego ojca, ale byo jako prywatne. Tu przeciskaem si przez tum wysokich, szczupych ludzi o zotawej skrze jak moja, syszaem dwiki wasnej mowy mieszajce si z codziennym amitrajskim. Zwykli ludzie. Zwykli Kireneni. Mczyzna siedzia pod pciennym daszkiem rozpitym pomidzy wozami taborowymi i gra na cintarze. Patrzyem na jego palce z metalowymi nakadkami biegajce sprawnie po szerokim gryfie instrumentu. Mczyzna piewa bajk o Czowieku z Pierwszego Ksiyca, a siedzce wok tumnie dzieci patrzyy w niego jak w zorz i robiy strzay. Obsadzay groty, zakaday brzechwy z najrniejszych pir i mocoway je oplotem mocnej nici. Gotowe pociski ldoway w koszach i sterczay z nich niczym pki dziwacznych, kolorowych rolin. aziem tak troch bezmylnie wrd krztajcych si wszdzie ludzi i nie mogem poj, dlaczego czuj si samotny. Wszyscy byli tu razem i w jakim celu. Wszyscy mieli co do roboty. Sprawiali wraenie, e wszyscy si znaj. Ja przyszedem znikd, a moim celem bya dalsza wdrwka w nieznane. Rozkaz mojego ojca, ktrego nie rozumiaem.

Zaczepiem przechodzc obok dziewczyn i zapytaem j, gdzie jest szpital. Spojrzaa na mnie wielkimi, fiokowymi oczami, w ktrych czaio si zdumienie. Zwyczajem Kirenenek na wojnie miaa na sobie mskie ubranie, fioletowe wosy splota z tyu, ale solidnie wypchany przd kurty nie pozwala na wtpliwoci, z kim mam do czynienia. - Co ty za jeden? - fukna, ostentacyjnie opierajc do na rkojeci klanowego noa. - Jak mona nie wiedzie, gdzie jest szpital. I czego chcesz od wielebnego Mroka? Mylisz, e on nie ma nic do roboty? Dlaczego sam si za co nie wemiesz? - Przesta mnie aja - warknem. - Nic ci do tego, kim jestem i czego szukam. Po prostu grzecznie zapytaem ci o drog. Jestem Filar, syn Oszczepnika, tohimon klanu urawia. A kim ty jeste, eby od razu na mnie ujada? - Jestem Woda, crka Tkaczki, pochodz z klanu Ryby. I nie wierz, e jeste tohimonem. Ledwo odrose od ziemi. Nawet nie masz noa. I dlaczego w ogle nie masz wosw? - Jeste bezczelna, pyskata i niewychowana - wycedziem. - Najgorszy rodzaj dziewczyny. Wydaje ci si, e moesz kadego bezkarnie obraa. Jest wojna. Mj ojciec zgin. Jestem tohimonem, lecz z mojego klanu by moe ocalaem tylko ja i jeden czowiek. Czowiek ten jest teraz w lazarecie. Chc si z nim widzie i sprawdzi, czy czego nie potrzebuje. Przybylimy dopiero wczoraj, wic nie wiem, gdzie jest lazaret. - Zaprowadz ci - powiedziaa, przygryzajc warg. - Nie jestem pewna, ale moe tu s jeszcze jacy ludzie z klanu urawia. - Gdzie tu mona dosta co do jedzenia? - zapytaem, gdy szlimy wzdu wozw. - Nawet tego nie wiesz? - zapytaa podejrzliwie. - Skd ty si w ogle wzie? - Nic ci nie przyjdzie z tego wypytywania. Ci, ktrzy powinni o mnie wiedzie, Wze, syn Ptasznika, Knot, syn Kowala i Mrok, wiedz. I niech ci to wystarczy. Czy nie potrafisz odpowiedzie na proste pytanie inaczej ni tylko kolejnym pytaniem? - Po prostu nie rozumiem, dlaczego ci nie powiedziano, skd wzi posiek? - Kto mia mi przynie - odparem. - Tak zdecydowano. Znowu przygryza warg. - To bye ty? Nie miaam czasu. W szpitalu s dziesitki rannych. Nie wiem, dlaczego miaabym nosi jedzenie komu, kto moe pj o wasnych siach. - Dlatego, e ci to polecono - powiedziaem cierpliwie. - Na tym polega wojsko. Wanie dlatego z dziewczt na wojnie jest wicej zamieszania ni poytku.

- A co miaabym robi? Jestem Kirenenk, wic walcz. Byo wiele niewiast, ktre okryy si chwa na wojnie. Nie syszae nigdy o Bryzie, crce Wieszczki? - Syszaem - odparem ze znueniem. - Ale to nie jest bohaterski epos, a wojna. I to paskudna. Nie spodziewaj si tu chway, tylko blu, smrodu, strachu i cierpienia. - Zabiam ju Amitraja! - zawoaa. - A ty? - Ja zabiem kilku. W tym skrytobjc. Jednak nie staem si od tego lepszy. To tylko konieczno. Go-hanmi. - Prawdziwy Kirenen jest mny i peen honoru. Z radoci oddaje ycie za swj klan, nard i Stworzyciela. Zabija jak wilk i mieje si ze zwycistwa, a nie mae si i opowiada o go-hanmi. W Pieni o Bryzie" jest wyranie powiedziane... Machnem rk i zamilkem. Przeszlimy jeszcze kawaek. Woda poczua si zlekcewaona, wic obrazia si na mnie, ale po drodze zrugaa kilka przypadkowych osb i pouczya ich, jak maj si zachowywa prawdziwi Kireneni. Czterech onierzy piechoty, popijajcych wino palmowe z jednej tykwy i grajcych w koci, zamiast poszuka poytecznego zajcia; jak przystojn kobiet siedzc na wozie, ktra czesaa si i stroia, jakby wybieraa si na wesele, podczas gdy ludzie cierpi i walcz; a na koniec zajaa dzieciaka, siedzcego na dyszlu i paczcego bezgonie z oczami wbitymi w przestrze. Ten z kolei by ju prawie mczyzn i powinien okazywa mstwo wojownika. Miaem ju Wody serdecznie dosy. Przykucnem przy chopaku i ostronie dotknem jego ramienia. - Mog obejrze flet, ktry masz za pasem? Umiesz gra? Pokrci gow. - To flet mojej siostry. Tylko ona mi zostaa, a teraz ley chora w lazarecie. Ma t gorczk. Mwi, e moe umrze. Przecie ma dopiero osiem lat! - Ale dotd nie umara - powiedziaem. - A w lazarecie prbuj j leczy, wic jeszcze jej nie opakuj. Moe wyzdrowieje i twj bl okae si niepotrzebny. Podaj mi flet, nie zabior ci go przecie. Wziem flet, zwyky, trzcinowy sakukami i dmuchnem na prb. Mia miy, prosty dwik, wic zagraem jak melodyjk, potem nastpn i jeszcze jedn. Nie byem mistrzem fletu, lecz proste, ludowe piosenki potrafiem zagra. Zauwayem, e gromadzi si przy nas wicej dzieci. Umorusanych, w podartych kurtach, ale z klanowymi obszyciami i noykami u biodra. Usiady wok mnie na ziemi, patrzc ogromnymi,

wilgotnymi oczami, niczym sposzone zwierztka. Oczami, w ktrych zobaczyem poog, krew i poniewierk. Woda staa nad nami ze zniecierpliwion min i ostentacyjnie zaoonymi rkami. Graem jeszcze jaki czas i miaem wraenie, e na cignitych twarzach maych suchaczy zaczynaj pojawia si cieplejsze uczucia. Mniej przypominay przeraone szczeniaczki, a bardziej normalne dzieci, ktre powinny teraz uczy si znakw albo rzuca do siebie pik, a nie brn przez pustkowia, cigane przez wszystkie tymeny imperium. W pewnym momencie nie wiedziaem ju sam, co gram, gdy nagle zorientowaem si, e melodia, ktra wypywa spod moich palcw, jest t sam Pieni o bohaterstwie", ktr podnosiem na duchu moje tresowane bystretki. To by zwyky flet i zwyke dzieciaki, nie mogem mie nad nimi dziwnej wadzy, jak nad zwierztami dawa mi tamten instrument, a mimo to co w nich si zmienio. Przestay pochlipywa, zaczy te prostowa plecy, a na twarzyczkach pojawi si wyraz jakiej dziwnej, spokojnej zacitoci. Przestaem gra i oddaem flet chopcu. - Zanim powiesz, e prawdziwy Kirenen uywa fletu tylko do tego, by tuc nim po bie Amitrajw, poka mi ten lazaret. Poszlimy wic do lazaretu, cz maluchw podreptaa za nami. - Czyje to dzieci? - zapytaem. - Czy nie maj rodzicw albo innych krewnych? Kto si nimi opiekuje? - To dzieci wojny - odpara nadal obraona. - Doczyy do nas i wszyscy si nimi opiekujemy, ale nie wiem nawet, czy wszystkie s Kirenenami. - Z czasem stan si Kirenenami - powiedziaem. - O ile w ogle przeyjemy. Lazaret otaczay rozstawione wszdzie parawany, ale skada si gwnie z mat rozoonych pod pciennymi daszkami, na ktrych leeli ludzie, roju much, latajcych wszdzie pomimo dymu kadzide, i smrodu. Brusa jednak nigdzie nie widziaem. Pytaem o niego na rne sposoby, opisywaem jako Kirenena i Amitraja, lecz nikt nie umia mi pomc. Medykw byo tylko picioro, dwoje akurat spao, pozostaa trjka krztaa si pomidzy parawanami, noszc pokrwawione opatrunki, lekarstwa w maych imbryczkach i naczynia z wod. Trzsy mi si rce, w rodku czuem nagy strach, jakby wielki w poyka moje wntrznoci.

A potem zobaczyem Kebiryjczyka. Upiornie wysokiego i smukego, o wielkich, biaych jak cukier zbach, lnicej, wygolonej czaszce i miedzianobrzowej skrze pokrytej tatuaami. Siedzia w kucki pod zamknitym, wojskowym namiotem, odziany tylko w przepask i dziwaczne sanday i gra na dwustronnym bbenku. Nie miaem pojcia, czy to NGwemba, ktrego zdyem ju pozna, czy kto inny, ale natychmiast ruszyem w tamt stron. - Stj! - wrzasna Woda i chwycia mnie brutalnie za rami, drug rk sigajc po n. - Nie wolno tam wchodzi! Co ty sobie wyobraasz? Signem do jej zacinitej pici mncej kurt na moim ramieniu i nakryem j doni, odwrciem si, zanurkowaem pod rk Wody, a potem zrobiem jeszcze jeden ruch i w przelocie wyuskaem n z palcw Kirenenki. Ruszyem w stron namiotu, kiedy dziewczyna wywijaa koza w powietrzu i wpadaa plecami w stert pustych wiklinowych koszy. Odwrciem rkoje w doni, by ostrze schowao si za nadgarstkiem i opuciem rami wzdu boku. - Gdzie jest Brus, syn Piounnika, ktrego torturowalicie dzi rano? - zapytaem spokojnie, jakbym dowiadywa si, czy mog poyczy szczypt soli. W rodku jednak pon mi ogie. Kebiryjczyk unis ciemn twarz, lecz nic nie wskazywao na to, by mnie zrozumia. Poudniowcy wygldali dziwnie. Byli to ludzie pikni jak z obrazu, ale wydawali si strasznie dzicy. Przypominali drapiene zwierzta, chodzce na dwch nogach niczym ludzie. Dwunogie leopardy o twarzach posgw. Powtrzyem pytanie. Kebiryjczyk odstawi ostronie bbenek i spojrza na mnie upiornymi, tymi oczami dzikiego kota. Dotkn pici czoa i ust, po czym wystawi przed siebie otwart do. Nadal siedzia w kucki, ale niemal siga gow mojej piersi. Pomylaem, e w razie czego nie wolno pozwoli mu wsta. By bardzo chudy, lecz ylasty, a jego wskie, dugie minie wydaway si twarde jak elazo. - Czowiek nie chodzi namiot - powiedzia amanym kireneskim. - Ptno zawarte. Wielka moc duchw. Chory-chory. Tam leczenie. - Brus jest w tym namiocie? - Nie wolno, nhana. Olimwenga usuri.

- Musz go natychmiast zobaczy, Kebiryjczyku - wycedziem powoli, acz stanowczo. Nie mogem oderwa wzroku od jego niesamowitych, tych oczu. Gapiem si i gapiem, czujc, e drtwiej mi policzki. Przypomniaem sobie, e przed walk trzeba widzie ca sylwetk przeciwnika. Patrze mniej wicej na grdyk i ogarnia wszystko, a nie wpatrywa si w oczy. Pono Kebiryjczycy potrafili okiezna spojrzeniem dzikie zwierzta. Tylko e ja nie byem pustynnym szakalem. Musiaem przej, a on usypia mnie wzrokiem. Cae ciao wydawao mi si cikie i nagle miaem wraenie, e na jego wysokim czole, tu nad brwiami, otwiera si kolejna para oczu, mniejszych, lecz tak samo przenikliwych i drapienych. Potrzsnem gow i zdoaem odlepi wzrok od twarzy mczyzny, a potem zrobiem krok w bok i signem do pachty namiotu. Kebiryjczyk zacz si podnosi. Jednym, zwinnym ruchem, mimo skrzyowanych ng. Skrciem biodra i z obrotu kopnem go pit cofnitej nogi. Wydawao mi si, e moje gwatowne wierzgnicie powinno zwali z ng onagera, ale trafio w pustk. Dzieli nas tylko krok i nie mogem chybi, a mimo to gowa i tuw Kebiryjczyka odchyliy si nagle w ty, jakby mczyzna zupenie nie mia krgosupa. Kiedy w paacu widziaem taczc kebiryjsk akrobatk. Wysok, smuk i nag, o ciele lnicym od oliwy. Taczya, trzymajc na gowie dzban z wetknitym do rodka pucharem. Dzban tkwi jak przyklejony, a nagle podrzucia go jednym wyskokiem i zamara, pochylona do przodu. Dzban wyldowa w jej rkach, a kielich spad na wypite poladki. Dziewczyna bez wysiku wygia grzbiet w ty, uniosa dzban nad gow, struga wina trafia prosto do pucharu. Potem nagle przerzucia dug, wyprostowan nog nad gow i przekoziokowaa, opierajc si o ziemi jedn doni. Kiedy klczaa przed tronem mojego ojca, w doni trzymaa ju kielich, z ktrego nie wycieka nawet kropla wina. Straciem na chwil rwnowag i musiaem odtaczy par krokw, eby znowu stan w bojowej postawie. Poprawiem palce na rkojeci ukrytego za przedramieniem noa. Kebiryjczyk sta spokojnie, wyprostowany, na podobiestwo posgu z miedzi. Wydawao si, e niczego nie zauway, e po prostu sobie stoi. Bardzo wysoki i szczupy, kojarzy si raczej z kukiek ni czowiekiem. Czuem, e jeli drgn, wybuchnie nagle gwatownym ruchem jak kobra. Trudno. - Raja, nwenzi - powiedzia cicho. Z jzykw imperium kebiryjski znaem chyba najgorzej. Nwenzu - przyjaciel. Spokojnie, przyjacielu". Nie byem spokojny. I nie byem jego przyjacielem.

- Hazima indo. Hazima kana. Kuna ntu. - Wydobyem gdzie z mrokw pamici. Musz wej, musz zobaczy, mj czowiek". Chyba. W jego ciosanej twarzy bysny wielkie, biae, perowe zby. Wskaza palcami na swoje oczy, ktrych znowu mia dwoje, jak kady. - Nie chodzi. Patrzy. Tam wielkie leczenie, ty gos, krzyk, twoja nwenzu umrze. Matufu, rozumie? Wielkie leczenie. Wielkie duchy. Matufu - mier. - Zabij, ci, psie! - wrzasna Woda, gnajc w nasz stron ze zamanym trzonkiem od opaty w doni. - Ty pody szczurze! Kebiryjczyk byskawicznie wycign przed siebie rk i pokaza jej rozpostarte palce. Nic wicej. Woda zatrzymaa si nagle, jakby wpada na cian. Trzonek wypad z jej doni. Cz wosw wysuna si z koka i opada na twarz, z oczami lnicymi od ez wciekoci i rozchylonymi ustami wydawaa si waciwie adna. Gos uwiz jej w gardle. - Prosz... - powiedzia do mnie Kebiryjczyk. - Ty n ziemia, ja pokae namiot. Tylko patrzy. - Musz... - powtrzyem z uporem. - N ziemia. Tenzangu tilaha, nte. - Od bro, czowieku". Ju miaem upuci n, kiedy zobaczyem twarz Wody. Jej wity, klanowy n. Jeli go rzuc, naprawd mnie zabije. To Kirenenka. Prawdziwa. Zaciem si lekko w przedrami, podoyem do pod ostrze i przyklkem, trzymajc n w obu doniach, po czym uoyem go na ziemi. Kiedy ostatni raz widziaem wasny n, spoczywa na stojaku w mojej komnacie Domu Stali. Uciekaem w przebraniu i nawet przez myl mi nie przeszo, eby go ochroni i zabra. A teraz jaki zdobywca z Kamiennego" tymenu obiera nim bulwy i duba pod pazurami. Co ze mnie za Kirenen? - Pamita. Ty cisza - rozkaza stanowczo Kebiryjczyk i odsoni po namiotu. Trwao to krtk chwil. Nie duej ni na trzy klanicia. Brus klcza na macie porodku namiotu z przekltymi kebiryjskimi igami w czaszce, mia wywrcone do tyu oczy byskajce od dou paskiem bieli i krci gow na boki, strasznie, nieludzko, jakby porusza nim wodny mechanizm. Mrok sta za nim, trzymajc donie po obu stronach jego skroni, i monotonnym gosem recytowa litani. Sowa sypay mu si z ust jedno za

drugim, wok pony ofiarne lampy i kadzida. Gos Mroka by zdarty, wydawao si, e recytuje od wielu godzin. To by egzorcyzm. Mrok usiowa wypdzi z Brusa demona. Pachta opada z powrotem. Nie zdyem wrzasn, nie zdyem porwa z ziemi noa, nie zdyem wedrze si do namiotu. Nie zdyem nawet nabra powietrza. Rami Kebiryjczyka wystrzelio w moj stron, jego rozoona pasko do ukazaa si przed moj twarz. Do, w ktrej nagle otworzyo si te, tygrysie oko. A potem zapada ciemno. Obudziem si w mojej kopule. Jeli wci by ten sam dzie, to leaem bez przytomnoci niedugo, bo soce ledwo chylio si ku zachodowi daleko nad bagienn rwnin. Nic mnie nie bolao, po prostu leaem na macie, jakby caa wycieczka na dolny poziom twierdzy bya snem. Znalazem rcznik i wytarem nim gow, ale nie znalazem na ptnie ladw krwi. Ranki, ktre zadano mi o wicie, zdyy si zasklepi, a nowych nie byo. Przeklte igy moe i potrafiy leczy, lecz nie chciaem ju nigdy mie z nimi nic do czynienia. Wyszedem przed kopu do krawdzi tarasu, a potem siedziaem z nogami zwieszonymi w przepa i patrzyem na odlege gry. Gdzie tam znajdowaa si pustynia Nahel Zym. Nieprzebyte morze piachu i ska, w ktre omielali zapuszcza si tylko nieliczni, a jeszcze mniej zdoao stamtd wrci. Bezwodne pustkowia, uroczyska i piaskowe demony. Zowrogi Erg Kraca wiata. Jeszcze za panowania mojego dziadka w gb Nahel Zymu wysano kilka wypraw wojennych. Raz nawet binlik cikiej piechoty pustynnej, z rydwanami, broni i zapasami, pod wodz szalonego basaara Kitargeja. Nikt ich wicej nie widzia. Tysic zaprawionych w boju onierzy, baktriany, ornipanty, dwadziecia rydwanw. Wszystko pochon piach, ktry teraz miaem przemierzy. Wspaniale. Byem przecie Nosicielem Losu. Ojciec chcia, ebym poszed w wydmy Nahel Zymu i spotka swj los. Dobrze. Wedug mnie oznaczao to los wyschnitego trupa lecego wrd piachu i kamieni na er spw i szakali. Niech i tak bdzie, jeli mj lud bdzie mia z tego poytek. Za moimi plecami niebo zabarwio si karmazynem i purpur, a przede mn nad odlegymi grami wstawa zmierzch, granatowofioletowy jak wosy Aiiny. Siedziaem tak, a nagle pad na mnie dugi, ostatni dzisiaj cie.

Staa tam z koszykiem w rku, na tle poaru zachodu bya tylko smuk, czarn sylwetk, ale i tak j poznaem. - Doprawdy, mogli przysa kogo innego - rzuciem ze znueniem. - Przysza mnie zabi, bo dotknem twojego klanowego noa? Postawia kosz na ziemi, opara donie na udach, pochylia gow i zastyga w milczeniu. - Moje zachowanie byo niewybaczalne - odpara szybko i bardzo niewyranie. Dodaa jeszcze co, co mogo brzmie jak kodai massa, tohimon, cho niekoniecznie. - Nie usyszaem ci - powiedziaem bezlitonie. - Jeszcze nikt nigdy nie zruga mnie tak, jak wielebny Mrok. Zostaam upokorzona. Dostaam rozkaz, by przynie ci kolacj i zoy korne przeprosiny. Naplue mi w twarz. Odebrae n przy wszystkich i nadal yjesz. Zhabiam cay klan Ryby. Ale gdybym wypenia rozkaz i przyniosa ci pod nos twj przeklty posiek, nie zaczby si szwenda po obozie, szlachetny tohimonie, nie naraziby na szwank ycia swojego towarzysza oraz swojej wspaniaej misji. Dlatego przepraszam najuprzejmiej. Zachowaam si niewybaczalnie. Kodai massa, tohimon. - Nawet twoje przeprosiny s aroganckie - wycedziem. - Kilka razy w yciu mnie przeproszono. Zrobi to nawet Mrok. Umiem odrni skruch od buty i bezczelnoci. Gdy popeni si bd, przyznanie si do tego nie jest hab i nikogo nie upokarza. Jest dowodem mdroci i odwagi. Moe kiedy si tego dowiesz, ale mnie to niewiele obchodzi. Niech si tym martwi Mrok albo kto, kto w ataku zamienia umysu postanowi z tob y. Ja i tak wkrtce musz std odej i nie sdz, eby udao mi si dugo przey. Wic skocz z tym ukonem, bo to si robi mieszne. Wyprostowaa si, a potem uklka na ziemi i otworzya pokryw kosza. - Nie jestem Amitrajk. Jestem wolnym czowiekiem. Umiem wypeni rozkaz, ale umiem te myle. Mylaam, e Kirenenom wolno myle. Kady ma swoj Drog Pod Gr, ktr przemierza sam, nei? - Tak, tylko e jest wojna. W czasie wojny kto musi dowodzi. Padaj rozkazy, ktre trzeba wykonywa, nawet jeli wydaj si gupie. Dowdca polowy nie moe tumaczy kademu wcznikowi, dlaczego teraz chce szyk klina, a za chwil bycze rogi". Wydaje rozkaz. Sam musz taki wypeni, cho nie rozumiem, po co. To agiru. Zgodziem si na to, bo jestem wolny. I skoro si zgodziem, to teraz jestem posuszny. Zostaw te miski, nie musisz przy mnie siedzie. Umiem sam je.

- Musz - oznajmia ponuro. - Mrok nie tylko kaza mi ci przeprosi, ale te usugiwa przy posiku, jak sucej. - Litoci... - westchnem. - Zwalniam ci z tego rozkazu. - Nie moesz. To moje agiru. Jedynie Mrok moe mnie zwolni. Usiadem na gadkiej skale i patrzyem, jak wyciga z kosza kawaek czystej maty, blaszane miski woone jedna na drug, yki i szczypczyki. Naoya potrawk. Miso, warzywa i ostry sos. Hyszmysz. By aromatyczny, ale pali jak ogie. Pono pozwala unika zatrucia, nawet jeli miso byo popsute. Wojskowe jedzenie. Potrawka, durra, troch chleba, duga cebula, by unikn zgnilizny dzise. Wyja tykw i nalaa mi palmowego wina. - Na sobie take - powiedziaem. - Wystarczy dla dwojga. Ja teraz niewiele jem. - Miaam ci usugiwa, nie towarzyszy - odpara z uporem. Wzruszyem ramionami. - Nie ma do naczy - odezwaa si po jakim czasie. - Jest pusta miska od kaszy - zauwayem. - W koszu jest te jeszcze jedna yka. Wino moemy pi z jednej czarki. - Co takiego! To byoby prawie jak pocaunek. Co ty sobie wyobraasz? - Mwiem ci ju, e jest wojna. A wojna jest okropna. Robio si ciemno. Na tarasie poniej po kolei zapalay si mae ogniska, migocce w mroku niczym rozsypane rubiny. Woda westchna, przewrcia oczami, lecz naoya sobie durry i potrawki do drugiej miski. Milczelimy. - Co to znaczy, e jeste Nosicielem Losu? - To znaczy, e musz pj, gdzie mi kazano, chocia nie ma w tym widocznego sensu. Bo Wiedzcy uwaali, e z tego ma wynikn jakie dobro dla nas wszystkich. To wszystko. Ale nie pytaj, co to naprawd znaczy. Dla mnie nic. Podobno s linie zdarze, ktre cz ludzi, rzeczy i miejsca. - To po prostu los - odpara. - Kady ma jaki los. Swoj Drog Pod Gr. Tylko e wszystko zaley od tego, co wybierzesz w danej chwili ycia. Mona i wieloma ciekami. Twj los bdzie inny zalenie od tego, czy sprbujesz mnie teraz pocaowa, skoczysz z tego urwiska, wylejesz sobie sos na gow, czy spokojnie zjesz kolacj. Ale niewiele wicej moesz wybra. Bowiem nie utoniesz

tutaj ani nie odfruniesz. Zatem kady ma wiele losw. Wiedzcy musieli uzna, e istnieje taka wersja twojego losu, ktra wpynie na nas wszystkich. Zazwyczaj niesie si Pod Gr wasny. Ale ty jeste inny. Wleczesz widocznie na barkach ciek ycia tysicy Kirenenw, mimo e o tym nie wiesz. Dlatego jeste Nosicielem Losu. - Duo mi lej od tego - burknem. - Zapal, prosz, lamp. Skrzesaa ogie i po chwili migotliwy pomyk pomalowa jej twarz zotym blaskiem. Wielkie, podune oczy, paski nos i pene, ksztatne usta, jakby troch za due do jej drobnej twarzy. Niezbyt dugie, ciemnofioletowe wosy, z tyu zwizane na karku w may kucyk, niemal zniky w ciemnoci nocy. - Byoby lepiej, gdyby Wiedzcy powiedzieli mi, o co im chodzi. Gdybym wiedzia, co mam zrobi, po prostu bym to zrobi. A tak wskazali mi tylko jaki kierunek. Skd mam wiedzie, ktry wybr bdzie waciwy? Sama powiedziaa, e kady ma wiele losw. Jak wic mam pody za tym, ktry jest dobry dla Kirenenw? Jak mam go rozpozna? Wiedza, e od tego zaley przyszo wszystkich, wcale mi nie pomaga. Mam skoczy z urwiska? Czy ci pocaowa? - To akurat wyjdzie na to samo. - Rozemiaa si. - Ju lepiej wylej sobie ten hyszmysz na gow. Co robie przed przewrotem? - Byem dworzaninem w cesarskim paacu - odparem wymijajco. - To byo tak dawno, e wydaje si jakby miny lata. A ty, co robia? Umilka na dugo. - Mielimy pikny klanowy dom wrd ska i jezior. Nasza rodzina hodowaa wierzchowce. Wieczorami graam na cintarze, a cae ycie spdziam w stajni. ylimy jak w Kirenenie. Mielimy meble, obrazy, dawne pieni i zwoje. Kady uprawia wite rzemioso. Mj ojciec, matka, moi bracia. Wuj by kowalem, matka tkaczk, ojciec bednarzem, jeden brat by rybakiem, drugi uczy jedziectwa. W naszym stylu, nie po amitrajsku. A jakie ty miae rzemioso? - Snycerstwo. Ale nie zdyem si porzdnie wyuczy. W paacu byo duo innej pracy. - Wiem. Cesarz by zdrajc. y jak Amitraj. Zacisnem szczki. Nie przypuszczaem, e sowa Wody tak mnie zabol. Przed oczami zobaczyem mojego ojca w klanowej kurcie, z noem u boku, piewajcego nam bajki w jak najbardziej kireneskim wntrzu jego pawilonu w Wiosce Chmur. Ojciec w swoim warsztacie, w skrzanym fartuchu, robicy najpikniejsze, niechybne oszczepy. Policzyem oddechy. Rozluniem minie, ale czuem, e trzs mi si rce.

Wypiem yk wina. - Cesarz nie by zdrajc - powiedziaem drcym gosem, cho powoli i spokojnie. - Gdyby nie jego rd, ktry nazywasz zdradzieckim, nie byoby ju ladu po Kirenenach. Nikt nie znaby jzyka. Bylibymy bezimiennymi niewolnikami z najniszych kast albo misem dla Podziemnej Matki! Umilkem, bo zrozumiaem, e krzycz. - Nie mw tak wicej w mojej obecnoci, bo ci zabij - zaczem jeszcze raz szeptem. Zwaszcza jeli uwaasz si za wojowniczk i przyja wojenne agiru. Cesarz rzdzi caym krajem. Wszystkimi narodami imperium, nie tylko nami. Ale kiedy opuszcza paac, zakada kurt i wiesza u pasa n. Na wielkim dziedzicu zbudowa kireneski dwr. Tam te by dom. Z pawilonami stojcymi wrd ska i krzeww, otwarty na jezioro. Cesarz by Kirenenem i wszystko, co robi, robi w zgodzie z kodeksami i obyczajem. Nawet w polityce. Nigdy nie znaem lepszego czowieka. Mosu kando! Powiedziaem wszystko! - Usyszaam, co powiedziae - odpara gniewnie, a potem zapada cisza. Milczaa. Ja rwnie. Oprniem czark i patrzyem w pomyk lampy. Uspokoiem si. Mj gniew zapon i wygas, niczym ogie trawicy somianego chochoa. Czuem jedynie al i poczucie niesprawiedliwoci. Resztki gniewu tliy si gdzie pod spodem. Nagle Woda wycigna rk i lekko dotkna mojej doni. - Przepraszam - szepna. - atwo rzuca oskarenia, jeli nie wie si wszystkiego. Tamten czas min i wszyscy zginli. Zostay tylko popi i pami. Nie ma ju ani mojego paacu, ani twojego domu. Opucia gow. - Zbudujemy nowe domy. Znajdziemy miejsce, ktre bdzie daleko od Amitrajw i ich szalonej Pramatki. Takie, ktre bdziemy w stanie obroni. A tam postawimy nowe domy, zasadzimy pola i spodzimy dzieci. Przywoamy swoje nadaku. Zobaczysz. Kirenen odrodzi si naprawd. - Ja chyba nie zobacz - powiedziaem. - Pod t swoj drog w nieznane. Jestem Nosicielem Losu, pamitasz? - Kiedy masz odej? - Wkrtce. Nie wiem kiedy. Gdy tylko mj przyboczny bdzie w stanie i dalej. Signem po dzban, nalaem wina i podaem jej czark. Wzia j z wahaniem i obrcia w doni.

- Kiedy mylaam, e bd tak robi w dniu mojego lubu. Palmowe wino z jednej czarki, dwie drzazgi odpalone od jednej lampy, jego n w mojej pochwie, a mj w jego. Dwie donie zwizane wit szarf z modlitw do Stworzyciela, a potem wsplne przejcie przez mostek na Wysp Oblubiecw. Rami w rami, z kim, z kim chc wdrowa wsplnie. A teraz wszystko spono. Podziemna Matka wrcia. Wszystko ma spyn krwi na jej chwa, a potem sta si jednym. - Kirenen wrci - szepnem. - Sama mwia. Trzeba w to wierzy. Ale jeli do tego dojdzie, znajdziecie jaki kraj, najlepiej na morskim brzegu, gdzie s skay i drzewa silniejsze od sztormw, ktre gn si, lecz nie ami. Zbudujecie tam klanowe siedziby, osady i witynie Stworzyciela. Zapiewacie pie do Kamarassu i w pierwszy dzie wiosny bdziecie puszcza latawce. Wtedy znajdziesz kogo, z kim przejdziesz przez mostek. I jeli tak si stanie, pomyl o mnie. Dlatego, e to moe oznacza, i znalazem te przeklte linie losu i co to pomogo. Chciabym wierzy, e tak bdzie. Cokolwiek mnie spotka, to pomyl sobie, e dzieje si tak po to, eby zwizaa z kim donie szarf i zamienia noe. Bdzie mi atwiej. Los jednego ocalonego czowieka to konkretny cel. Co, co przynajmniej mog sobie wyobrazi. - Sam powiedziae, e tylko szaleniec chciaby ze mn y - odpara, cofajc twarz od blasku lampy i kryjc si w cieniu. - Wojna rodzi szalecw - zapewniem. - Znajdziesz jakiego, Wodo, crko Tkaczki. Podaa mi czark. Napiem si i to rzeczywicie byo jak pocaunek. - Jeli kiedy tak si stanie, pomyl o tobie. Niech ci bdzie - szepna. Dolaem wina i oddaem jej czark. - Taka tu cisza - powiedziaa. - Zupenie jakby nie byo wojny. Daleko. Nie sycha huku pomieni, bbnw sygnaowych, rogw zaganiaczy, krzykw ani zawodzenia Czerwonych Wie. Nic. Jedynie ptaki i wiatr. Ale my te wkrtce std odejdziemy. Kiedy ranni troch wydobrzej. Znowu zacznie si marsz, potyczki i bitwy. Znajd nas. Nie spoczn, pki nas nie znajd. - Jest tylko teraz - odparem. - To, co byo, ju znikno. Zostaa tylko pami. Jutro jeszcze nie nadeszo i jest zakryte. Trzeba y tym, co mamy w zasigu rki. Tak, eby pamita potem kad chwil. Nie wiadomo, ile ich mamy. Wypia yk, a kiedy oddawaa mi czark, nasze donie spotkay si w ciemnoci. - Tak - powiedziaa cicho. - Jest tylko teraz...

A potem, gdy prowadziem j do kopuy, czuem przez cienkie ptno kurty, jak wali jej serce. A moe to byo moje serce? - Jak moge mi to zrobi - wyszeptaa duo pniej w ciemnoci. Nadal bylimy ciasno spleceni ze sob, cali mokrzy od wsplnego potu, mimo e noc bya chodna. - Chciaem, eby mnie zapamitaa. - I tak bym ci zapamitaa. Jednego dnia bie si ze mn i zwyciye. A potem kochae mnie i te zwyciye. A powiniene by nieporadny i niemiay. To powinno zosta miym, lecz bahym wspomnieniem. Nie miae prawa sprawia, ebym przeya co takiego. - To jak gra na cintarze - powiedziaem. - Ty grasz na mnie, a ja na tobie. - Nazywa si Hak, syn Bednarza. Kochaam go, bo by pierwszym prawdziwym Kirenenem, jakiego spotkaam. - A twoja rodzina? - Och, przesta ju. Okamaam ci. Moi rodzice byli zdrajcami. Matka bya Kirenenk, ale nienawidzia naszego ludu i obyczaju. Suya Pramatce odkd pamitam. Przez kilka lat musiaam mieszka z ni w Domu Kobiet przy Czerwonej Wiey. Ojciec by cesarskim urzdnikiem i nawet nie zna swojego prawdziwego imienia. Uywa tylko amitrajskiego. Dowiedziaam si, kim jestem, kiedy miaam dziesi lat. Gdy miaam czternacie, nie byo dnia, ebym nie pokcia si z matk. Ona chciaa zrobi ze mnie wyznawczyni Pramatki, a ja chciaam by Kirenenk. Wreszcie w wieku szesnastu lat wyjechaam do wuja na wie. Wuj by uczciwym Kirenenem. Wyku mi n i nauczy wszystkiego. Ciotka nauczya mnie znakw i wiedzy kobiet. To ciotka bya tkaczk, nie moja matka. To tam spotkaam Haka. Mieszka niedaleko, by myliwym i przypadkiem spotkalimy si kiedy w lesie pod kwitncymi liwami. Byam pewna, e si pobierzemy, cho mia prawie dwadziecia pi lat. Ale gdy powrcia Pramatka, napadli na nasze domy. Chopi z okolicznego kiszaku. Byam wtedy w ciy, jednak potem poroniam. A Haka zabrali do wiey, tak samo jak mojego wuja i ciotk. Tylko mnie zabrali do Domu Kobiet, std wiem, e to wszystko zdarzyo si przez moj matk. Zapada cisza. Cisza i wilgotna, sona ciemno. - To mino - szepnem. - Jest tylko teraz, pamitasz? Ukradziony czas, kiedy nie ma wojny. Tylko ty i ja. Maa chwila, ktra nie naley ani do wojny, ani Pramatki. - Tak - odpowiedziaa. - Jest tylko teraz... I byo tylko teraz". Bardzo dugo.

Taki koszmar miaem jedynie raz w yciu, w t noc w czasie suszy, gdy do mojej komnaty przyby skrytobjca. Tej nocy, kiedy zgina Irissa. Wtedy widziaem nadchodzc prorokini, skryt w paszczu utkanym z pomieni. Tym razem widziaem otoczenie obozu. Zupenie jakbym by szakalem pdzcym przez botnist rwnin, pen powykrcanych, czarnych gazi obwieszonych wodorostami, wrd smrodu wyschnitego muu i padliny. Wok, zamiast granatowej czerni nocy, by rudy pmrok, jakby w oddali arzya si caa spalona wioska albo jakby ksiycw byo dziesi, nie dwa, i wszystkie krwawiy. Unosiem si nad spkanym botem, sunem nad nim zygzakami jak nocny ptak, widziaem trop, wieccy lekko niczym rozsypany proszek fosforu w komnacie uzdrowiciela. Niky poblask wypeniajcy dwie linie, ktrymi toczyy si kiedy koa wzka, osiadajcy na martwych gaziach i unoszcy si w powietrzu. wietlista droga prowadzca zakosami ku dziwnej, gadkiej grze - dwm citym stokom jeden na drugim, pokrytym biaymi, kulistymi budowlami, niby kolonia kowych grzybw. Wszystko zalane sabym, rudym wiatem pod krwawym niebem. A potem zobaczyem tego, kim przed chwil byem. Najpierw bia sylwetk mknc tak szybko, jak polujcy leopard, ale biegnc na dwch nogach, tylko przygit do ziemi, z ugitymi ramionami. Kiedy zdoaem jej si wreszcie przyjrze, zobaczyem smuke nogi, wiotki tuw o krgych biodrach i skaczce w rytm krokw sterczce piersi. Widziaem biegnc kobiet, ale gnajc tak szybko i pynnie, jak nie jest dane adnemu czowiekowi. Trudno byo nady za ni wzrokiem, lecz nie wiedziaem, dlaczego jej widok wydaje mi si przeraajcy. Zupenie jakbym patrzy na potwornego demona. Kobieta o skotunionych wosach i skrze wietlicie biaej niczym brzuch piskorza pdzia przed siebie, a ja unosiem si nad ni na podobiestwo ducha. Przeskoczya jednym susem zwalone drzewo i przypada na chwil do ziemi, wszc jak pies. A potem zadara gow do gry i wydaa z siebie przeraliwy wrzask. Brzmia jak ryk bawou, zew skalnego wilka i upiorne zawodzenie morskich stworw naraz. Zobaczyem, e jej wygity grzbiet nagle z trzaskiem pors rzdem kolcw wygldajcych niczym bety strza wyrastajcych z kadego krgu, z palcw wystrzeliy zakrzywione w haki szpony,

wosy przypominay raczej kolce jeozwierza. Znowu zawya, unoszc biaosin, trupi twarz o strasznych, lnicych oczach zatopionych w czerni oczodow. Spod jej rozcignitych niemoliwie warg wychyliy si byskawicznie dwa rzdy krzywych, potnych zbw, A potem znw pucia si do biegu, podajc pewnie po migoccym mdym blaskiem ladzie. Widziaem, e tu u podna gry znika wrd gstych, niskich krzakw. Wartownicy stali przy schodach prowadzcych na pierwszy taras. W ppancerzach i hemach, z wymalowanymi klanowymi znakami bojowymi, midzy nimi w elaznym koszu pono ognisko. Chciaem si odezwa, chciaem ich ostrzec, ale nie mogem. Byem tylko wzrokiem unoszcym si niby ptak nad wyschym morzem bota. Wartownicy co usyszeli, bo jeden z nich sign po pochodni, ktr odpali w koszu, drugi odoy wczni i uj uk. Nie odezwali si ani sowem, porozumieli si samym wzrokiem. Zaskrzypiaa ciciwa, a potem zapada cisza, ktrej nie zburzy nawet najlejszy szelest. Stranik unis huczc pochodni w gr, pniej do przodu, drug rk ujmujc rkoje. Ostronie wszed midzy krzaki, przesuwajc na boki rami z poncym uczywem. Drugi wartownik kierowa strza tam, gdzie padao wiato. Obaj poruszali si ostronie i cicho, nie wchodzc sobie w parad i pilnujc nawzajem swoich plecw. Krzyczaem w tym nie, ale to by niemy krzyk. Krzyk kamienia. Nikt go nie sysza. Upiorna kobieta wystrzelia z krzakw jak tygrys. Prosto w ich twarze. Ostre, wcieke bzyknicie strzay, huk leccej w gr pochodni i zgrzyt dobywanego miecza zlay si w jeden dwik. A potem rozleg si jeszcze stumiony krzyk i chrupot koci. Na biae, gadkie zbocze wzgrza bryzna krew, zanim pochodnia spada na ziemi.

Kobieta-demon o wyszczerzonych, rekinich szczkach i wosach jak kolce jeozwierza zwrcia swoj ptrupi twarz prosto na mnie. Bia twarz z iskrami w oczach i zapadnitych policzkach. Twarz, ktr znaem. Twarz martwej Mirah. Obudziem si gwatownie, dawic si okrzykiem tukcym si w gardle niczym ptak. Nadchodzi wit. Niebo szarzao. Widziaem to przez niesamowite, lnice ciany kopuy. Woda klczaa w wejciu, ukazujc mi splecione stopy, okrge poladki i wcit kibic, a potem niemal trjktn lini plecw. - Miae koszmar? - spytaa. - Chyba tak - odpowiedziaem, usiujc oprzytomnie. - Co tam si chyba stao na dole - szepna. - Obudziy mnie jakie krzyki. Kiedy wskakiwaem w ubranie i drcymi palcami usiowaem zawiza tamy butw, czuem, jakby moje gardo zmieniao si w kamie. Lazaret otacza zwarty krg ludzi. Milczeli, czasem tylko w tumie rozlega si stumiony szloch. Brzmiao to znacznie gorzej ni chralny lament. W powietrzu wisiaa groza, a ja miaem wraenie, e przeciskajc si przez tum, po prostu kamieniej. Leeli rzdem przed lazaretem. Nakryci paszczami, ktre powoli nasikay krwi. Jak krwawe, przygotowane do dugiej podry toboki. Sze tobokw. - Nic wicej nie mona zrobi - powiedzia Mrok, stojcy nad nimi w swojej zakrywajcej cae ciao kolczudze, oparty na glewii. - Nie mona im pomc, a zabjca uciek. Nasi bracia odeszli ju Drog Pod Gr na spotkanie Stworzyciela. Wystawilimy dodatkowe warty, zreszt w dzie nie powrci. Teraz odejdcie. Pochowamy ich o zachodzie soca. W milczeniu. A potem zwrci ku mnie zason ze splecionych kek i unis lekko klap namiotu. - Wejd do rodka, synu Oszczepnika. Nie pozostao mi nic innego, jak pody za nim. Toboki leay w okropnym bezruchu, chodziy po nich muchy, a z jednego z nich wystawaa do. Do, ktrej brakowao trzech palcw. Brus nie siedzia ju porodku namiotu, tylko na macie lecej na ziemi i patrzy na mnie zupenie przytomnym wzrokiem.

- Jestem godny jak leopard, Arduk. Dugo spaem? Gdzie jestemy? Skd tu Patrzcy Na Stworzyciela? Naprawd widz wdrownego mnicha-wojownika, czy jeszcze si nie obudziem? Gos uwiz mi w gardle. - Jest zdrowy - odezwa si Mrok. - Na tyle, na ile byem w stanie mu pomc. Choroba gowy moe wraca. By ju chory, kiedy wbito w niego igy. Przy okazji, NGwemba Asani nie yje. - Jak to... - NGwemba Asani, Wze, syn Ptasznika, Kos, syn Garncarza - tropiciel, ktry was pojma. Dwaj onierze, ktrzy eskortowali ci do kopuy na grze, a dzi mieli wart, oraz chopiec. Sierota imieniem Mot, syn owcy. Leczyem jego siostr z tej gorczki. Otworzyem tylko usta i zostaem tak. Nie ma oddechu, nie ma sw. Najwyej skrzek. - To by demon - cign Mrok zza swojej kolczej zasony. - Potny demon uroczyska, z takich, ktre my nazywamy roiho, a Amitraje upyrmaz. To wanie widziaem w wodzie i ksztatach dymu, ale zrozumiaem dopiero teraz. Idzie twoim ladem. Zabija kadego, kto mia z tob cokolwiek wsplnego. Kadego. Dlatego musicie odej natychmiast. Damy wam kilku ludzi, zapasy, nawet wierzchowce. Musisz dotrze tam, gdzie prowadzi ci twj los, synu Oszczepnika. Twj i nasz, i oby ci si udao. Bd si za was modli, Filarze. - Skd on... - zacz z osupieniem Brus, ale nie zwrcilimy na niego uwagi. Zauway to i umilk. - Jak to kadego...? - zapytaem. - Przecie ty, tohimon Knot... Brus... Nie mwic ju... - Przez ca noc odprawiaem nad twoim towarzyszem egzorcyzmy. Potwr kry wok namiotu, czuem go, syszaem, lecz nie mg pokona pieni. NGwemba wyszed, eby go odpdzi, i zgin. Dopiero mnie si udao. Odszed, ale wrci. - Powiedziae, e poda moim ladem. W takim razie musimy zaraz wyrusza. Moe pjdzie za nami, a was zostawi w spokoju. Skoro napada na tych, ktrych spotykam, to... - Na to wanie licz - przerwa mi mnich. - On nie napada na twoich przeladowcw, napada, bo czuje ciebie. Twj trop. To ciebie roiho chce dosta. Jeli zostaniesz, to zginie i Brus, syn Piounnika, i Knot, syn Kowala, i ja, i Woda, crka Tkaczki. A take kady, o kogo bodaj si otrzesz. Id po swoje rzeczy, synu Oszczepnika. Nie ma czasu do stracenia. - Agiru Kano! - szczeknem kamiennym gosem i ruszyem do wyjcia. - Filarze! - zawoa Mrok. Odwrciem si. - Zdysz si poegna.

- Mroku, Woda... Kiedy ruszycie w dalsz drog... - Wiem, synu Oszczepnika. Wyszedem z namiotu.

Pomie od pomienia zapala si, a si wypali, ogie wzniecasz od ognia; m od ma mdroci si uczy, m o mu przez rozmow o sobie wiedz. (...) Ta rzecz jest pewna: gdy pytasz o runy od bogw pochodzce, rad ich rytowane, przez Najwyszego znaczone najlepiej zachowaj milczenie.

(Hvaml - Pieni Najwyszego)

Rozdzia 7

Droga czarownika
Bieg rwnym, miarowym krokiem, buchajc par i przytrzymujc miecz przy pasie. Nie za szybko, nie za wolno. Mg tak biec kilometrami. Byle trzyma rytm. - Dlaczego biegniesz? - spytaa Cyfral, unoszc si opodal jego gowy. - Zbyt dugo staem w miejscu - odpowiedzia, przeskakujc lecy na drodze pie. Obok migotliwych iskier wci otacza go aureol, poruszajce si rce pozostawiay sab powiat. Wbiegli na szczyt i Vuko zatrzyma si nagle. - Wiesz, jakie to ma moliwoci? Jakie ograniczenia? Jak to obsugiwa? - Nie wiem niczego, czego ty nie wiesz - odpara. - Sprbuj przemieci co si woli. Po prostu skoncentruj si i zrb to. Drakkainen usiad na gazie i wybra sobie kamie stojcy na ssiedniej skale. Jeden z tych irytujcych, grzybowatych tworw, ktre trafiaj si wrd wapiennych skaek. Sprawiaj wraenie, e powinny byy dawno temu spa, a stoj tak tysice lat. Wycign rk. - Czuj si jak kretyn - oznajmi. - Mam co powiedzie? Abrakadabra? - Nie wiem. Skoncentruj si. Tak jak wtedy, kiedy poruszye podkow. - Wtedy nie zrobiem niczego szczeglnego. Siedzia przez duszy czas z wycignit doni. - Spadaj... - wyszepta. - Spadaj! Pudota! Alas! Nic si nie dziao, poza tym, e zaczo my. Zacz sobie wyobraa pkajc struktur skay, krystaliczne formy mineraw, nawet zrywane wizania atomowe. A potem straci cierpliwo. Wsta, owijajc si paszczem, i ruszy w d. Na odchodnym zgarn jeszcze gar mienicego si iskrami powietrza jakby robi niek i machn rk w udawanym rzucie. - Perkele kallio! - wycedzi. - Jebal tebe pas! Idziemy, Cyfral! Hukno jak wystrza z modzierza. Podstawa kamienia rozbryzna si chmur gwidcych odamkw, gaz przekoziokowa w powietrzu i run w d z wizgiem rozdzieranego powietrza. Ledwo grzmotn z oguszajcym omotem w piarg, zwalia si te kamienna iglica. Popkaa na par kawakw i obsuna si powoli niczym wysadzany budynek, wzbijajc sup pyu.

A potem zbocze oyo. Z przeraajcym oskotem lawina kamieni, ska i odamkw potoczya si w d wskiej doliny, miadc wszystko na drodze, a dotara do nieodlegego lasu. Korony drzew skoniy si majestatycznie. Chmura siwego skalnego pyu ogarna drzewa niczym fala powodziowa, kilka zwalio si z trzaskiem. Trwao to jak minut, po czym zapada cisza, przerywana tylko krakaniem oburzonych ptakw kbicych si nad spowitym chmur pyu zagajnikiem. Ta cz zbocza zmienia si nie do poznania. Drakkainen lea na ciece w dziwnej pozycji, z nogami zwisajcymi ze zbocza, ciskajc kurczowo jaki krzak, siwy od pyu. Podcign si i wczoga z powrotem na ciek. A potem usiad, wypluwajc lin zmieszan z piaskiem. Mia rozcite czoo, bolenie stuczone rami, w rce tkwio par skalnych odamkw wskich jak igy. Powyciga je zbami i spojrza na zrujnowany brzeg lasu. - Jebem ti duszu... - mrukn. - Mam nadziej, e nikt nie wybra si tam na grzyby. Chodzio o ten niby rzut? Zgarn znacznie mniejsz porcj mienicej si wok niego diamentowej mgy i cisn w inn ska. Nic si jednak nie wydarzyo, tylko opywajcy Drakkainena nimb zafalowa lekko. - Musz potrenowa - oznajmi Vuko. - Byle gdzie na odludziu. - Z czego si tak cieszysz? Bo rozwalie ska? - Nie. Zrobiem to mimowolnie i jeszcze okazao si nieprzewidywalne. To klska, nie sukces. Dziaa jak granat, a ja potrzebuj pistoletu. Nie, ciesz si, bo yj. Czuj, e yj. Zamienili mnie w drzewo, a ja yj. Ocknem si nagi w grach i yj. Wszedem do uroczyska i nadal yj. To dodaje ducha, wiesz? Schodzi z gry dugimi krokami, gdy nagle zatrzyma si i zapiewa na cae gardo wibrujcym, bakaskim gosem: - Hej, doktore-e-e! Srdce mne bole-e! Na ljubavi nema lijeka, ne pomoe apoteka, hej, hej, hej, doktore! Ja - hou! Cyfral patrzya na niego troch ze zgorszeniem, a troch z obaw. Chata Pieniarza staa tak, jak j zostawi. Wtulona w ska niczym sprchniay grzyb, otoczona krzywymi supami menhirw. W dole hucza wodospad, wzbijajc chmur wodnego pyu.

- Halo, Bondswif! Wrciem! - zawoa zwiadowca wesoo. Odpowiedziaa mu cisza, szum wodospadu i jakie dziwne skomlenie. Vuko wszed za kamienne supy zaniepokojony i zatrzyma si. - Gliffnak? - zapyta niepewnie. Yeti siedzia zwinity w kbek pod czstokoem, kiwa si i najwyraniej popakiwa. zy cieky mu ciurkiem po paskiej, pomarszczonej twarzy, kapay z wyszczerzonych niedwiedzich kw. - Co ci si stao, Grendel? - zapyta Drakkainen nieco mniej szorstko ni zwykle. - Boli... - chlipa potwr. Mwi bekotliwie, ale zupenie zrozumiale. - Chc do taty... - Jebem ti majku... - wybekota Drakkainen, blednc jak ciana. Przed oczami stano mu wspomnienie menhiru na uroczysku. Menhiru, z ktrego zwisa acuch zakoczony kajdanami. Doskonae miejsce, by kto uwiza ciarn kobiet. Kto, kto potrzebowa jej zmutowanego w potwora dziecka, eby chronio go i reklamowao interes. A teraz nieszczsny mapolud cierpia i tskni do swojego taty. Diamentowa mga wok zwiadowcy jakby zgstniaa i zacza wirowa niczym orbital atomowy. - Bondswif! - wrzasn Vuko i ruszy do chaty. Drzwi otworzyy si, kiedy tylko wycign rk, lecz nawet tego nie zauway. Drewniana zasuwa pka z oguszajcym hukiem, kawaki odbiy si z gwizdem od cian. Bondswif poderwa si ze swojego ulubionego miejsca przy palenisku, upuszczajc dzban, i byskawicznie sign po kolawy kostur. Za pno. Drakkainen poczu mrowienie na skrze jakby otaczajcy go nimb sta si dotykalny. W pierwszej chwili nie zwrci na to uwagi. Moce uroczyska, magiczne mgy i inne bzdury w mgnieniu oka wywietrzay mu z gowy. Zamierza chwyci maga za gardo, grzmotn nim o cian, ewentualnie po prostu skopa. Potem si zobaczy, co dalej. Mino kilka sekund, podczas ktrych wewntrz chaty szalao tornado. W powietrzu fruway potuczone w skorupy dzbanki, szmaty, kawaki futra i mniejsze meble. Stojak z cudaczn, paradn zbroj run nagle na wznak, jakby zemdla, oszczepy rzdem wbiy si w cian, dzban peen piwa eksplodowa niczym trafiony z rakietnicy, rozbryzgujc zawarto po cianach. Drakkainen, ignorujc to wszystko, przeskoczy st i chwyci Bondswifa za gardo, wbijajc mu kciuk i palec wskazujcy po obu stronach grdyki tak, eby zacisn ttnic. - Uwizae j na uroczysku?! - wrzasn. - Chciae, eby urodzia ci potwora, pasi kuru?! Gdzie s jego rodzice, bydlaku?! Co z nimi zrobie, cierwo?!

Nie zorientowa si nawet, e wrzeszczy po chorwacku. Duszony konsekwentnie Bondswif naturalnie nie wyda z siebie adnego sensownego dwiku, poza guchym charkotem, bezskutecznie drapic i szarpic kurczowo miadc go do. Trwao to przez chwil, kiedy Drakkainen zaciska palce, cedzc straszliwe fiskie przeklestwa, a w izbie wszystko przewracao si, fruwao i amao, jakby szala w niej niewidzialny furiat. Psie, orzechowe oczy Bondswifa wywrciy si do tyu, ukazujc pod spodem wski pasek biakwki, ktry podbieg krwi. Mag ry ju obcasami podog i szarpa si coraz sabiej i coraz bardziej konwulsyjnie, gdy Vuko odzyska panowanie nad sob i zwolni nagle chwyt. Bondswif run twarz na st, kaszlc i wcigajc chrypliwie powietrze. Drakkainen jednym szarpniciem zerwa z belki rzemie wci utrzymujcy podkow i byskawicznie zawiza na kocu ptl zaciskow. Bondswif, walczc o oddech, wci lea na stole, jedn rk masujc zgniecione gardo, drug gestykulujc rozpaczliwie. - Dobrze zapamitaem, co mwi prawo? - zapyta Drakkainen. - Najpierw stryczek, a potem trzy nowe oszczepy? A potem... nie. Za duo ceremonii. Zrobimy inaczej. Potrzebuj worka treningowego. Zaraz zobaczymy, co mog z ciebie zrobi mocami uroczyska. - To nie ja zrobiem... - wyrzzi Bondswif. - To Bondswif... - O, ty... - zacz Vuko, podnoszc rk. Nie zdy. Gliffnak wpad midzy nich niczym kudata lokomotywa. Drakkainen uderzony w pier run do tyu, przewracajc st. Zaparo mu dech, ale wyrzuci do przodu ugite nogi i poderwa si do pionu. - Nie... - wybekota yeti. - Nie wolno... Nie rb nic tacie... Nie wolno taty... - To jest ten... twj ojciec? - zapyta bezradnie zwiadowca. Powiao skalnym, jaskiniowym zimnem. Drzwi w gbi izby uchyliy si nagle ze skrzypieniem, podmuch przygadzi pomyki na palenisku i zagrzechota zwisajcymi ze stropu totemami. - Ju czas... - Wion dochodzcy zewszd dziwaczny gos, ktry brzmia, jakby przemwia gra. Niegono, echem pulsujcym pod wapiennym sufitem, szumem podziemnego strumienia, skrzypieniem pkajcej skay. - Ju czas... si spotka. Uchylone wrota ukazyway mroczny korytarz wiodcy nie wiadomo gdzie. W zdemolowanej izbie krwawicy Grendel piastowa swojego zmaltretowanego ojca, ktry masowa pokryte siw szczecin podgardle i kaszla ze strasznym, suchym dwikiem, jakby w rodku wszystko mu si

amao. Yeti podnis na zwiadowc wilgotne spojrzenie orzechowych oczu z drzemic gdzie pod spodem niepokojc iskr rozumu. - Gdyby wszyscy tutaj nie udawali takich tajemniczych, nie dochodzioby do przykrych nieporozumie - oznajmi Drakkainen pojednawczym tonem. Rozejrza si po zrujnowanej izbie, szukajc jakiej ocalaej lampy, wreszcie znalaz jedn metalow, potrzasn i usysza w rodku chlupotanie oliwy. Odpali knot od poncej na palenisku drzazgi, wyj miecz i wzi kilka gbokich oddechw. - Oczywicie nie dowiem si, co tam jest w rodku? - upewni si, ale nie uzyska odpowiedzi. Obejrza otwarte drzwi, po czym odoy miecz i sprbowa wyj wrota z zawiasw. Nie udao si. Poprzesta wic na oderwaniu wiszcej jednym kocem na acuchu uchylnej zawory i porba j toporem na kawaki. - Zamykanie tych wrt, kiedy bd w rodku, jest bezcelowe. Na przykad zapieranie ich awk czy co w tym rodzaju - oznajmi dobitnie. - I tak je otworz, a potem bd bardzo niemiy. Bardzo. Czy powiedziaem zrozumiale? Milczenie uzna za aklamacj. Zabra jeszcze krzesiwo i potrzsn ponownie lampk, upewniajc si, e oliwa zaraz si nie skoczy. - Co by tu jeszcze... - wymamrota. - Kred? Kbek szpagatu? Robi si ostrony. Korytarz okaza si naturalnym pkniciem w skale, nie szerszym ni metr, i prowadzi lekko w d. Kamienie pod nogami byy gadkie i wilgotne, jedyny lad dziaalnoci czowieka to odpiowane starannie stalaktyty. Zrobiono to dawno, bo na piekach pojawiy si ju kilkunastocentymetrowe nacieki, podobne do rudych sopli. - Twory, ktre widz pastwo na stropie, nazywamy stalaktytami, wznoszce si z podoa stalagmitami, a te, ktre poczyy si w jedn cao, to stalagnaty - mrukn przemdrzaym tonem, unoszc lampk. Korytarz by krty, po paru krokach mde wiato izby zostao gdzie z tyu i wok zapanowaa aksamitna, nieprzenikniona ciemno, rozbijana tylko migotliwym pomykiem malujcym cienie oraz byski na wilgotnych, pokrytych naciekami cianach, ale rozwietlajcym niewiele. - Nie podoba mi si to - wymamrotaa Cyfral. - To jest jak puapka. - Taka praca, mj Dzwoneczku - wycedzi Drakkainen. - Nic nie osign, stojc w miejscu albo zachowujc si asekuracyjnie. Trzeba le smokowi w paszcz, jeli mamy potrzsn tym bagienkiem.

Przecisn si midzy skaami i nagle stan jak wryty. - Chyba si udao... - wyszepta, ostronie unoszc do. Niewidoczny w mroku diamentowy nimb otaczajcy jego ciao wok doni zapon ciepym, zielonym blaskiem. - Fajne - ucieszy si. - Czarodzieje zawsze tak robi na filmach. Tyle e jestem raczej lepiej widoczny, ni lepiej widz. Nek ide u dupe. Jeszcze olepia. Skoncentrowa si i zielonkawy blask stopniowo przygas. Kilkanacie metrw dalej jednak wiato pojawio si znowu, lecz nie bio ju od zwiadowcy. Rozjarzyo si gdzie za zakrtem mdym, migotliwym blaskiem. Vuko odstawi ostronie swj kaganek w miejscu, w ktrym nie kapao z poway, i odwrci miecz w doni ostrzem do tyu. Od tej pory szed bezgonie, ostronie stawiajc kroki. Pochylony i napity niczym spryna, z jedn rk wystawion do przodu i ostrzem ukrytym za odchylonym ramieniem. Jaskinia bya niedua, prawie okrga, miaa moe z sze metrw rednicy i wysokie sklepienie najeone stalaktytami, sterczcymi jak zby narwali. Owietla j krg ustawionych pod cian kagankw. A na wprost wejcia sta van Dyken. Wysoki, w swoim dugim, czarnym paszczu, z wosami sczesanymi na ty gowy. Sta i umiecha si drwico. Drakkainen uderzy byskawicznie jak kobra, wycinajc w powietrzu ukony krzy. Pierwsze cicie w lew ttnic, drugie poziomo przez brzuch. Bez namysu. Miecz uderzy twardo, jak w kamie, dwa ostre szczknicia odbiy si echem od stropu, a van Dyken znikn. Gdzie jakby spod ziemi rozleg si miech. Nie monumentalny, operowy rechot czarnego charakteru, ale zwyczajny, zoliwy chichot. Ostrze wytrzymao, zarobio tylko dwie niewielkie szczerby, lecz wstrzs uderzenia porazi Drakkainenowi na chwil do przykrym blem, promieniujcym a do okcia. Uwiadomi sobie istnienie swojej magicznej aureoli, poczu j, poczu mrowienie na skrze, jak przy potnej cewce magnetycznej, nastpnie nakaza mgle skupi si, zacz wirowa na podobiestwo mgawicy. Dziaa na olep. Instynktownie. Pomyla o podmuchu lodowatego powietrza. Ruchu czsteczek. O wichrze. A potem machn doni i zgasy wszystkie kaganki. Ciemno spada na jaskini niczym czarna woda. Wszystko zniko. W wilgotnym, zimnym powietrzu unis si swd przypalonych knotw i oliwy. Panowaa nieprzenikniona, aksamitna ciemno.

Ciemno ostateczna. Pamita, gdzie znajduj si skay i gdzie stercz stalagmity. Przelizgn si bezgonie jak kot na drug stron pieczary i stan tak, eby mie za plecami lit ska. Dwa ciemne miejsca z tyu, plamy mroku, w ktrych nie zdy niczego zobaczy, to mogy by zwyke wnki albo wyloty nastpnych korytarzy. W grze kolejne takie miejsce: ciemna szczelina, ktra moga by kominem prowadzcym do jaski albo i na zewntrz czy na szczyt gry. Sta ostronie, nie wydajc nawet najdrobniejszego dwiku, wciga powoli powietrze nosem i wszy. Prbowa odszuka w pamici zapach van Dykena. Osobist konfiguracj estrw i kwasw organicznych, zapachowy podpis, jedyny w swoim rodzaju, ale bez wspomagania to wcale nie byo atwe. Nie czu nic. Tylko obc wo jakby pleniejcych szmat i stchego twarogu. Skoncentrowa si na ruchach powietrza. Lekko cigno z gry, to widocznie by komin, troch wiao z jednego z hipotetycznych korytarzy. Powietrze stamtd pyno wilgotne, przesycone wodnym pyem i czym jeszcze. Czym cikim, mineralno-chemicznym, przypominajcym troch spalenizn. Metan. W ladowych ilociach. Sta, wac miecz w doni, i czeka na dwik. Szelest ubrania, oddech, bicie serca, westchnienie, skrzypnicie staww albo zgrzyt trconego w ciemnoci kamienia. Nic. Mrok nis tylko bardzo odlegy, niky szum wody, bliej cichy chlupot, a jeszcze bliej pojedyncze melodyjne plunicia spadajcych ze stropu malekich kropel. Gdyby mia wspomaganie, byby w stanie usysze pezncego po kamieniach pajka. Czeka. Wyobrazi sobie czsteczki metanu wymieszane ladowo z powietrzem. Atom wgla, otoczony symetrycznie czterema atomami wodoru, jak szkielet piramidy. Tetraedr. Poczu je caym sob. Wyobrazi sobie,, e moe nakaza tym czsteczkom wdrowa ku sobie jak kulkom rtci, e posuszne jego wezwaniu cign korytarzami, wysnuwaj si ze ska, wypywaj ze znajdujcych si pod gr pokadw wgla i gnaj do jaskini, w ktrej stoi, zagszczaj si w niewielki obok. Nie mia pojcia, czy to co daje. Improwizowa, ale czu cay czas mrowienie na skrze, zwaszcza wzdu doni. Co si dziao. Poczu te, cho to moga by tylko jego fantazja, e gorzkawy zapach wglowodorw staje si silniejszy. Niemal wyczuwalny.

Pomyla, e moe odzyskuje cz utraconego wspomagania. Czy metan nie powinien by dla normalnego czowieka bezwonny? Wyobrazi sobie, e rozdziela obok gazu na trzy czci, e wtacza dwie z nich w odnogi korytarzy, a trzeci zbiera pod powa. e mieszaj si dokadnie z powietrzem. A potem wymyli iskr. Poczu j. Zmusi do istnienia. Gwatowny skok drga elektronw. Coraz szybciej i szybciej, a wolne adunki zerw si ze swoich orbit i utworz na mgnienie oka naadowan energi chmur. Wybuch supernowy dla mikroskopijnego kosmosu atomw. Nic. Czu tylko, e wosy wstaj mu na caym ciele, e chmura diamentowego pyu wiruje wok niego jak szalona. - Palaa, huora! Lmitt! adunki elektrostatyczne na jego skrze przekroczyy warto krytyczn i Drakkainen strzeli na wszystkie strony iskrami. Hukno przeraliwie, trzy bkitne rozbyski niczym blask spawarki zalay jaskini, plama ognia rozlaa si po suficie. oskot eksplozji przenikn gr, popyn odlegymi korytarzami, wstrzsn pieczarami. Drakkainen pomyla, niesiony przez ten gwatowny uamek sekundy, e jeli van Dyken nie skry si w wylocie korytarzy albo komina, to moe sta si niewidzialny. Moe umia okry si jakim optycznym kamuflaem i stoi spokojnie tam, gdzie sta przedtem. Na rodku pieczary. Zdy zawrci strzelajce korytarzami snopy ognia, postawi im na drodze tamy ze staego powietrza i pchn je z powrotem. Ogie fukn jeszcze raz resztk metanu, trzema niebieskawymi jzorami, tym razem do wntrza. Smagn wntrze jaskini, buchn gorcem i zgas. Ale wtedy na rodku sta ju poncy czowiek. Nieruchoma pochodnia, ogarnita huczcym pomieniem, z rozoonymi ramionami, jak znak Ku-Klux-Klanu. Jak nioscy wiato anio o pirach z pomieni. Van Dyken pon, lecz tak, jakby go to nie dotyczyo, jakby poar nie pokrywa jego skry bblami, jakby nie gotoway mu si oczy, nie topiy z trzaskiem wosy. Nie wrzeszcza, nie ciska si na wszystkie strony, tylko sta i pon niczym piekielny strach na wrble. Przez uamek sekundy. W nastpnym cay ogie nagle run Drakkainenowi w twarz niby fala przyboju.

Zanim pad na ziemi, wrzeszczc wrd trawicych go pomieni i tarzajc si po wilgotnej pododze jaskini, zdy jeszcze pomyle. Zanim sta si wyjc yw pochodni, ponc z trzaskiem wrd smacej si skry, gotujcych oczu i wrzcego w ciele tuszczu, zdy pomyle, e stojcy porodku jaskini van Dyken ma wypenione fioletem oczy, jak dwa polerowane karbunkuy. Mienice si uki wypeniajce powieki, a nie rybie oczy czowieka. Ma oczy miejscowego. I wtedy ogie zgas. Nagle i w jednej chwili. Zapanowaa ciemno. A potem zapony wszystkie kaganki. Zapaliy si z cichym fukniciem i zalay pieczar ciepym wiatem. Porodku znajdowa si kamienny dysk, czarny i gadki niczym blat stou polerowany z obsydianu. Dysk, ktry cay czas obraca si powoli, lewitujc kilka centymetrw nad podog jaskini. Na obracajcym si kamieniu siedzia po turecku nagi starzec. Karykaturalnie chudy, brzydki, o bladej cerze z przebarwieniami, z resztkami wosw na pomarszczonej czaszce. Siedzia i obraca si, jakby by zwieczeniem upiornej karuzeli, ukazujc co chwil mapio-abi twarz o oczach, ktre wyglday jak zaronite. Drakkainen pozbiera si z ziemi i obmaca cae ciao, z pewnym zdziwieniem stwierdzi, e brwi i rzsy czciowo ocalay, odrastajcy po wyjciu z drzewa meszek na gowie natomiast bdzie musia zaczyna od nowa, znikn te trzydniowy zarost. Przeszo mu przez myl, e chyba zasoni oczy ramieniem, lecz na skrze nie byo ladw powaniejszych oparze. Par piekcych zaczerwienie, to wszystko. Poczu na wardze ciep, elazistoson strug, a potem opad na kolana. Minie dray z wysiku. Przyszo mu do gowy, e caa ta obkana konfrontacja trwaa najwyej trzy sekundy. Podpar si jedn rk, usiujc nie zemdle. Otrzsn si jak oguszony bokser, wyplu zmieszan z krwi lin i otar twarz. - Zginby - rozleg si skrzypicy, kamienny gos. Starzec nie otwiera ust ani si nie porusza. Gos pyn zewszd. - Jeste szybki, ale z prawdziwym Wiedzcym nie miaby szans. Twoje pieni s nieporadne.

- Zaczem dopiero dzisiaj rano - burkn Drakkainen i sprbowa wsta, czepiajc si ciany. Ty jeste Bondswif? Oba Niedwiedzie? A kim jest tamten? - On nie ma znaczenia. Nie pamitam, jak si nazywa. Chyba Hodwil Kopicy Kamie. A moe to by ten poprzedni? Zawsze znajdzie si jaki gupiec, ktry chce czyni i ktry przyszedszy po rad, pomyli, e wystarczy zaj opuszczon chat pod Jczc Gr i udawa wielkiego Czynicego. Jest mi potrzebny. Nie jem ju od dawna, ale kto musi obmywa mnie i okadza. Wci musz te pi. Kto musi mi piewa. Kto musi uspokaja smutek Jczcej Gry. Zanim stan si mg. Zanim osign wtajemniczenie. Zanim powstrzymam si od czynienia oraz dziaania i odejd jako czysty umys nieprzywizany do woli. - Zmienie jego syna w potwora - zauway Drakkainen sucho. - Ach, tak. Uznaem, e nyfling bdzie lepszym sug. Przynajmniej odstrasza natrtw. Ale tamten przyszed szuka swojej ony. Wic zostawiem sobie obu. Kiedy osign owiecenie, bd wolni. Jeli doyj. To ju tak dugo... Wci nie jestem jeszcze nicym. Obudzia mnie Ludzki Pomie. Hatrun. Pani Gniewu i Namitnoci. Rozkazaa, e mam ci pomc. Wic pomagam. - Aha - powiedzia Vuko pospnie. - Pomagasz mi. - Tak. Pokazaem ci drog. Daem ci w rce moc uroczyska. Ale ty jeste tpy i niezgrabny. Wchodzisz w gb gry. Widzisz obraz swojego najgorszego wroga i co robisz? Sigasz po miecz. On jest potny. Mylisz, e zabijesz go elazem? - Znasz go? - Syszaem o nim. Czuj, co robi z pieniami bogw. Widz go twoimi oczami. Jest szalony, ale potny. Jeli go nie powstrzymasz, nadejdzie koniec. - Tak, tak, wiem. Wojna bogw - wycedzi zwiadowca. - To moliwe. Nawet jeli bogowie nie zwrc si przeciw sobie, rwnowaga runie. Mog obwoa wtedy kolejne narodziny wiata. Nadejdzie martwy nieg. - Zaczynam mie dosy tych kryptonimw. - Drakkainen zmruy oczy. - Moe kto powiedziaby co konkretniej? Cho raz? Kady nieg jest w zasadzie martwy. To tylko kapcie z lodu. To taka sensacja, e nieg pada? - Co to kreaptah najm? Niewane. To jest inny nieg. Pokrywa wiat, jak w czasie zimy, lecz to inna zima. Oznacza koniec i pocztek. Cay wiat zasypia. Zwierzta i ludzie. Martwy nieg odbiera im pami. Kiedy wstaj, jest ju nowy wiat. Nie pamitaj ani swoich imion, ani twarzy bliskich. Nie wiedz, kim s, ani skd pochodz. Nie znaj przyjaci, ani drogi do domu. Nic.

Tylko to, co znajduje si w pieni ludzi. Najprostsze prawa, to, jak ora pole albo wyku miecz. Najprostsze rzeczy. Wszystkiego musz uczy si od pocztku. Czasem budz si w zupenie innych miejscach ni te, gdzie zasta ich martwy nieg. Niektrzy musz od nowa uczy si mwi i chodzi, jakby znowu byli dziemi. Niektrzy za nie budz si wcale. - Co wspaniaego - oznajmi Drakkainen. - Jak czsto si to odbywa? - Tego nikt nie wie. Ci, ktrzy obudzili si na pocztku wiata, niczego nie pamitaj. Nawet my, Wiedzcy potrafimy jedynie powiedzie, e nadchodzi, czasem co sto lat, czasem co tysic. Kiedy wiat traci rwnowag. Gdy pojawia si za duo zmian. Gdy czas wypada ze swoich kolein. Zazwyczaj dlatego, e zbyt wielu zbyt pochopnie signo po pieni bogw. A czasem wiat za bardzo si zmienia tylko z powodu ludzi. Kiedy jest za duo wojen, za duo nowych pomysw, za duo dziwnych rzeczy ktre niszcz rwnowag. - Jak rozpozna ten martwy nieg? - Nadchodzi mga i ciemno. To moe wydarzy si wiosn albo w cigu lata. Tak jakby soce umaro. Drzewa nagle trac licie i wszystko zasypia. A martwy nieg pono nie jest zimny. Jest niczym popi. Ale nic ci z tego nie przyjdzie. Nie uciekniesz przed martwym niegiem. Nawet Wiedzcy zasypiaj. Niektrzy z nich potem co pamitaj. Podobno. To niewane. To wiedza, ktra na nic ci si nie zda. Posuchaj tego, co mam ci powiedzie, bo zaczynam si mczy. Niedugo zasn. Dawno nie mwiem tak wiele. Dawno nie przebywaem umysem w wiecie tak dugo. Suchaj wic prawdy: nie moesz nie mocy uroczyska w sobie zbyt dugo. Jeli sprbujesz czyni cokolwiek, za kadym razem jej ubywa. Prawda druga jest taka, e prdzej czy pniej bdziesz musia wrci na uroczysko i zaczerpn mocy na nowo. Niektrzy usiuj zebra j na zapas. Jeli zerwiesz grzyb rosncy na uroczysku lub zagarniesz troch ziemi, uwolnisz pyek z roliny lub nazbierasz niegu, zawsze bdzie tam troch pieni bogw. Lecz taka rzecz jest niebezpieczna i to jest prawda trzecia. Ten, kto nie umie piewa, moe uwolni niszczycielsk moc nawet jedn pochopn myl. Moesz sam j uwolni we nie albo w gniewie. Jeli masz ze sob taki zapas, musisz go ukry i zamkn. Nikt nie moe tego dotkn ani otworzy. Prawda czwarta mwi, e mona te zmusi, by pieni bogw same do ciebie przyszy, tworzc upiora, Obudzonego. Pod tak postaci pie bogw moe do ciebie przywdrowa, lecz musisz pamita, e Obudzony ma wasne ycie i jest jak bestia. A taka jest prawda pita: to nieprawda, e pie bogw nie posucha kadego. Posucha, tylko trzeba umie poprosi. Jeli bdziesz spragniony, musisz poprosi o drewniany kubek wody nie wikszy ni kwarta i woda ta musi by czysta. Jeli powiesz

po prostu wody", pie spuci na ciebie wodospad lub strci ci do morza. Musisz czu pieni i piewa tak, by potrafiy ci zrozumie. Prawda szsta i ostatnia jest taka, e jeli nawet pie ci zrozumie, zrobi wszystko najprociej. Jeli zechcesz, by pie bogw zapalia ci ognisko i nie powiesz nic wicej, zapewne uderzy w nie piorun. Musisz zapamita wszystkie myli i uczucia, z jakimi co czynisz. Nastpnie musisz z tego stworzy specjaln pie i zamkn j w jednym zdaniu lub sowie. Takim, ktrego nie zna nikt poza tob. Potem powiesz sowo i przypomnisz sobie ca pie. To, czego pragniesz, ponownie si wydarzy. Zapamitaj, co mwiem, to bdziesz mia poytek, jeli zrozumiae. Teraz odejd. Nie mam ju wicej siy, by oglda ten wiat. Gdy wyjdziesz, powiedz temu tam Hodwilowi, czy jak on si tam zwie, eby dzi ju nie przychodzi. *** A potem starzec milknie. Kaganki przygasaj nieco, ale pon nadal. Czekam przez jaki czas w nadziei, e jeszcze si odezwie, lecz wibrujcy gos gry milknie. Starzec siedzi nieruchomo, okrgy, polerowany dysk nadal wiruje powoli, jak hamujce koo ruletki. Znajduj miecz, ogldam wyszczerbione ostrze i wsuwam go do pochwy. Za zakrtem schylam si po swj kaganek, ktry odpalam zupenie normalnie, za pomoc krzesiwa i szczypty trocin. Droga powrotna wydaje mi si dusza, ale jestem zmczony i godny, dokadnie tak samo, jak po hiperadrenalinie. Musz przysiada ze dwa razy na wilgotnych kamieniach i odpoczywa. W izbie z grubsza przywrcono ad. Pozbierano porozrzucane sprzty, st znowu stan na nogach, gospodarz za zaj swoje tradycyjne stanowisko na karle ustawionym przed paleniskiem. Znalaz inny dzban w miejsce potuczonego, uzupeni zapasy piwa. Siedzi teraz i spoglda na mnie z obaw znad okucia rogu. Wydubuj z pasa jeszcze srebrn mark i kad przed nim na stole. Spoglda tymi psimi oczami, w ktrych wyczuwam obaw. - Dobrze mnie nauczye - wyjaniam. - Zarobie wic na tamte dwa gwichty. Za t mark chc troch zapasw. Chleb, ser, suszon wdzonk, troch piwa do manierki i jaki nieduy kocioek. Musz natychmiast std odej. Patrzy nieruchomo, jakby nic nie rozumia. W kocu siga po monet i obraca w palcach, po czym robi gest gow w stron spiarni. Uznaj to za zaproszenie do samoobsugi. Przez chwil bobruj w komorze i znajduj wszystko, co moe mi by potrzebne. Mag patrzy na mnie zupenie obojtnie i nie protestuje, nawet kiedy pokazuj mu bukak z piekielnie sodkim napojem podobnym do wina pachncym jakby persymon i daktylami.

Znajduj te co, co przypomina prymitywny plecak, waciwie futrzany worek z doszytymi pasami. Pakuj do niego dobytek. Przystaj jako tak w p drogi do drzwi. Troch mi yso i sam nie wiem, dlaczego. - Jak si nazywasz? - pytam w kocu. - Lenn Biegncy Za Srok. - Dzikuj ci, Lenn. Jeli uda mi si jako sprawi, eby nie nadeszy najgorsze czasy, to stanie si tak dziki tobie. Zabij Czynicych albo zabior ich ze sob. Milczy przez chwil, a potem wzrokiem wskazuje wrota do podziemi. - Zabie go? - pyta z nadziej. Potrzsam gow ze wstydem. Jest mi gupio. - Nie potrafibym. Jest zbyt potny, nawet kiedy pi. Pokaza mi si jako mj wrg i nie zdoaem go pokona ani mieczem, ani pieni bogw. - Wic dlaczego sdzisz, e zdoasz zabi tamtych? Trocz sajdak do plecaka, zakadam paszcz. Milczc, zarzucam ciki tob. - Jak ci na imi? - Ulf Nocny Wdrowiec - odpowiadam. - Znajd drog, Ulfie. - Najwyszy na to czas. Id. Myl, e ju niedugo ty i twj syn bdziecie wolni. Krci powoli gow i wypija yk. A potem siedzi tylko i bawi si pod stoem rzemieniem, na ktrym przedtem wisiaa podkowa. - On nigdy nie wejdzie pomidzy bogw. Kiedy bye tam w rodku, pomylaem, e zabior syna i odejd. Wwczas zostawiby sobie ciebie. Ale wtedy drzwi si zamkny, chocia byy wyamane. On chce inaczej. Mimo to tak myl, e niedugo bdziemy wolni. Wychodz i bardzo cicho zamykam za sob drzwi. Jest mglisty dzie, powietrze pruje piskliwy trel polujcego sokoa. Wracam na szlak, mijam palisad menhirw i wchodz w las, nie ogldajc si za siebie. Nie odchodz daleko, bo padam ze zmczenia. Znajduj dobrze osonite miejsce i drcymi rkoma rozplatam rzemienie toboka, a potem pochaniam kawaek chleba, wdzony ser i co w rodzaju kiebasy. Szkoda mi czasu na krojenie kawakw, po prostu odrywam je zbami jak zwierz. Piwo cieknie mi po brodzie, ledwo pamitam, by u to, co mam w ustach. A potem nie mam nawet siy, eby uprztn resztki. Po prostu wczoguj si pod licie pierzastej paproci i owijam paszczem, by zapa w sen podobny do letargu.

Najbardziej lubi te momenty, kiedy po prostu wdruj. Marsz daje mi rzadko spotykane na Ziemi poczucie wolnoci. Jest w tym co pierwotnego, co zamieszkuje obszary mzgu przeznaczone dla zamierzchych instynktw, sprzed epoki przepisw, opiekuczych procedur i instytucji kontrolnych. Oto czowiek wdruje przed siebie. Idzie, gdzie chce, pi tam, gdzie dopadnie go noc. Cae ycie zaczyna si ogranicza do teraniejszoci, cae planowanie do jednej doby. Trzeba przey noc, wiedzie, co zje si jutro i dokd si uda. Wszystko, co dalej, to ju abstrakcje bez wikszej wartoci praktycznej. Zatem id. Przez dziewiczy las pokrywajcy gry. Omijam bardziej wydeptane trakty, korzystam z wskich cieek, czasem najwyraniej uytkowanych przez zwierzta, z grskich potokw, gdzie mona wdrowa wirowym brzegiem lub skaka po kamieniach. Czasem przedzieram si na przeaj przez las. Mam cel. Chc wrci do Ziemi Ognia. Mam tam przyjaci, mam konia i sprzt. Idzie zima. Czas, ktry przesiedz przy kominie w dworzyszczu modego Atleifa albo w grdku u Grunaldiego. Czas planowania. Knucia. Zbierania si. Teraz bowiem musz przeistoczy si w asasyna. Skrytobjc. Wdruj. Cay czas z ponurym cieniem w duszy. Nie mog zapomnie nieszczsnego maga zostawionego w chacie podobnej do grzyba, w towarzystwie syna-potwora. Nie mog zapomnie zasuszonej mumii siedzcej na obracajcym si kamieniu. Mj sojusznik. Mj nauczyciel i doradca. Nikt do tej pory nie powiedzia mi tylu poytecznych rzeczy co on. Nie mog sobie darowa, e go nie zabiem. By zy. Pewnie rwnie zy jak van Dyken. Rnio go jedynie to, e usiowa powstrzyma si od dziaania, ktrym tamten si upaja. Powtarzam sobie jeszcze raz: zy". Oto znalazem si w wiecie, w ktrym maj znaczenie wanie takie opresywne, wartociujce, przedpotopowe kategorie. Tam, std pochodz, za publiczne posuenie si tak ocen jeszcze do niedawna mona byo stan przed sdem. Tutaj natomiast to pojcia zupenie naturalne. Niemal techniczne. Zo. Dobro. Ot tak, po prostu.

Tu nie mona zakreli rubryki nie wiem" albo nie mam zdania". Tu wiat ma dwa ostrza, jak wcznia Hatrun. ycie i mier. Zo i dobro. Podo i szlachetno. Nie ma: nie wiem". Nie ma na to czasu. Wybierasz albo rkoje, albo gowni. Relatywizmu moralnego brak. Rkoje w doni albo ostrze w brzuchu. Brak miejsca dla Piatw z Pontu. Tutaj decyzje podejmuje si w uamku sekundy i raz na zawsze. Rce mona umy ewentualnie potem. Z krwi. Dlatego nie mog sobie darowa, e go nie zabiem. To prawda, e pewno bym nie zdoa. Ale nawet nie sprbowaem. Zasoniem si swoj misj. Moj przenajwitsz misj i jej abstrakcyjnymi reguami wykoncypowanymi pod socem, ktre tutaj nie zasuguje nawet na to, by by zjawiskiem astronomicznym. Bezimienna iskra wrd gwiezdnego pyu. Zasoniem si jak tchrz reguami, ktre nie s z tego wiata. Reguami hipokrytw, dla ktrych kij ma dziesi kocw i wszystko jest wzgldne, wic kade zdecydowane dziaanie jest zbrodni. Oznacza, e zaczynamy rnicowa. Posugiwa si pojciami absolutystycznymi. A od tego tylko krok do wydawania ocen moralnych. A przecie wiadomo, e to skoczy si inkwizycj. Lepiej wic odwrci si plecami. Nie widzie za. Odwrciem si plecami i odszedem. Bo nie miao zwizku z misj. Nie musiaem stawa do bezporedniej konfrontacji. Zaklcie jest niczym program. Wystarczyo zakoczy inaczej cig komend, ktry cign do komory metan. Niechby dziaa dalej. Niechby zbiera gaz pod stropem, a do momentu kiedy osignie odpowiednie stenie i opadnie do poncych na pododze kagankw. Tak to powinno dziaa. Zaczynam si uczy. Zaczynam myle jak skrytobjca. Musz nauczy si posugiwa prawem, ktre mam gdzie w sobie. Niech bdzie, e w sercu. I skonfrontowa je z jeszcze bardziej redniowiecznym systemem kontrolnym - sumieniem. Ktre najwyraniej zwariowao, bo nie daje mi spokoju, e nie zabiem czowieka. Musz mu jednak ufa, bo tu nic innego nie ma. Pamitam tylko oglny kierunek, w ktrym powinienem i. Stron wiata. Niestety, id inn drog ni przyszedem do Ziemi Wy. Okrn, co si zowie, a mam znale niewielki grdek wtulony midzy las a jezioro. Punkt porodku dzikich gr. Poradzibym sobie, gdybym mg cho spojrze na jakkolwiek map. Na dwie minuty. Ale nie ma map. Tymczasem musz zda si na instynkt.

O zmroku przystaj. Buduj porzdny szaas ze zwizanych rzemieniem erdzi, okryty grub strzech iglastych gazi. Rozpalam miniaturowe ognisko osonite kamieniami, gotuj zup z jakich kczy pachncych niczym dziki czosnek, jadalnych bulw kryjcych si w korzeniach paproci, kawaka suszonego solonego misa i chleba. Wypalam oszczdnie nabit fajk i popijam gorc wod zaprawion sodkim jak ulepek winem. Patrz na wod. Pluskajcy po gazach grski strumie. Chciabym wiedzie, czy to jaki dopyw Dragoriny, ale nie jest podpisany, niestety. Spiesz si. Drczy mnie przeczucie, e stao si co zego. e na co moe by ju za pno. ni o grupie upiornych muzykantw. Kapeli z pieka rodem siedzcej na beczkach i zydlach wystawionych na polan i grajcych cudaczn, haaliw muzyk. Chudy flecista o twarzy jak czaszka szczura, pokryty purpurowymi wrzodami stwr podobny do wzdtej, czekoksztatnej ropuchy grajcy na dudach i czowiek-homar w kolczastym, szkaratnym pancerzu krccy korb liry czy teorbanu. Muzyka jest gona i piskliwa, niemal guszy przeraliwy huk poaru. Pon drewniane chaupy, w powodzi iskier wal si strzechy, ogie smaga czarne niebo. Wzdu czstokou, na wbitych w belki acuchach zwisaj czarne, pokrcone toboki. Niektre pal si jeszcze, wszystkie dymi i przypominaj osmalone i skurczone od ognia manekiny wystawowe. - Kto jeszcze chce zataczy Taniec Ognia? - wrzeszczy chudy mczyzna stojcy pod wbitym w ziemi buczukiem. Drzewce oplataj taczce we, szczyt wieczy czaszka i dwie koskie kity. Przed grodem na ziemi klczy garstka ludzi z zaoonymi do tyu rkoma. Klcz w milczeniu, za ich plecami chaty wal si z gruchotem belek, ale oni patrz na upiorn kapel. - Ci, co pokonili si Wowi, pjd z nami. Cali i zdrowi, jak mwiem. - Mczyzna na przemian grzmi basem albo piszczy skrzypicym tenorkiem. Mutacja. To dzieciak. Nastolatek o ciele pokrytym zygzakowatym tatuaem. Wok krci si kilkudziesiciu Ludzi Wy. Roli mczyni w wymylnych, czonowanych ppancerzach i szturmakach, opodal ogie maluje byski na pancerzach paru krabw. Dlaczego suchaj takiego szczyla?

- Pytaem, czy kto jeszcze chce kania si Bogu Ognia?! A moe kto chce sprbowa si ze mijowym dem?! Milcz i patrz na kapel. - Ty! - krzyczy chopak. - Ty walczye! Widziaem ci! Dawa go tu! Dwch ogromnych wojw wyciga z tumu szarpicego si mczyzn i wywleka na rodek polany, po czym ciska na kolana tu na wprost muzykw. Podnosi twarz, patrzc na pokryty brodawkami abi pysk, na szczurz czaszk i wrzecionowaty eb homara. Wyglda jak kto, kto chce si obudzi. Potrzsa gow owinit w nasiknit krwi chust. - Dajcie mu miecz! - woa chopak. Ktry z Wy podaje klczcemu krtki tasak. Tamten siga i zaciska do na drewnianej rkojeci, po czym zamyka na chwil oczy. Wstaje powoli z klczek, wac ostrze w doni. - Cisza! - Na krzyk chopaka muzykanci przestaj gra. Huczy i grzmi tylko poar. Istna nawanica ognia. Jeszcze ryczy bydo, zgonione w ciasn gromad gdzie w mroku. Nastolatek odrzuca do tyu poy paszcza, czarna tkanina spywa mu z ramion. Unosi lew rk miecz, siga do rkojeci i powoli wyciga nad gow ostrze. Jednosieczne, lnice jak lustro, dugoci siedemdziesiciu centymetrw. Monomolekularne ostrze miecza Nordland, miecza zwiadowcy. Ujmuje w obie donie okrcon tam rkoje, zupenie nieprawidowo, po czym zaczyna wywija ostrzem w jakich pokracznych podrygach. Jego przeciwnik pochyla si i ugina nogi, wystawia swj krtki tasak jak n, podobny do bokserskiego taniec pozwala mu na kilka unikw i odskokw. Trwa to krtko. Sycha dwa ostre winicia, chrzst rbanej tkanki i stumiony krzyk. Przez uamek sekundy wida te w wietle poaru gwatowny wybuch rozpylonej krwi. Mczyzna wali si na ziemi jak worek, gowa toczy si po zbryzganej trawie. - Skoczyo si! - wrzeszczy chopak. - Teraz nadchodzi czas Wy! Idcie! Idcie do Wa! Idcie do Zamku Cier! Tam prorok pokae wam drog! Odchodz. W milczeniu ustawiaj si jedno za drugim i odchodz gsiego gdzie w mrok. Obojtnie mijaj lecego nieruchomo trupa. Nie sycha szlochw ani lamentw. Nikt ich nie eskortuje ani nie prowadzi. Sycha tylko huk poaru.

I muzyk, ktra zaczyna gra na nowo. Koszmar budzi mnie sinym, bladym przedwitem wrd mawki i krakania wron. Siedz potem, otulony wilgotnym paszczem, i patrz przez otwr szaasu na strumie spowity we mgle oraz na mokre licie, ktre zaczynaj ju kn. Powinienem zapa jeszcze troch snu, ale nie chc. Boj si zasn. Boj si, e koszmar, ktry widziaem we nie, toczy si naprawd. Jestem zakaony moc uroczyska. Moliwe, e bd i takie skutki uboczne. Znowu id na azymut, szybko i bez marudzenia, lecz jedyna metoda, jak mog si kierowa, wcale mi si nie podoba. W grach chodzenie na przeaj z reguy nie popaca. Natykam si na nich okoo poudnia, na szlaku trawersujcym zbocze gry. Sysz najpierw kroki. Szuranie podeszew, szmer, gdy ktry potyka si o kamienie bez sowa skargi czy jku blu. A potem dziwaczne, rytmiczne mamrotanie z wielu garde. Wtedy le ju w gstych krzakach, przykryty zesch traw i gaziami, otoczony chmur oburzonych komarw. Kryj si par metrw od cieki, wic mog obserwowa, jak przechodz. Ludzie Ognia albo z jakiego innego plemienia. W kadym razie nie Ludzie We. Drepc gsiego, blisko siebie, potykajc si i powczc nogami, kady trzyma do na ramieniu poprzednika. Id i nuc monotonn, dzik melodi. Wydaje mi si dziwnie znajoma, a nagle sobie przypominam. Nuc t sam przypiewk, ktr w moim nie grali upiorni muzykanci. Le zupenie nieruchomo i czekam, a mnie min. Trzydziestu omiu. Mczyni, kobiety. W rnym wieku. Trzymaj do na ramieniu poprzednika i drepc przed siebie niczym korowd zombie tam, skd ja przyszedem. I wszyscy maj oczy zasnute dziwnym, mcym zotawo bielmem. Osady zaczynam znajdowa po poudniu. Najpierw wojenne ruiny. Sterty zwglonych belek, okopcone resztki kamiennych podmurwek, uoone rzdem trupy w rnych stadiach rozkadu, roje much, krakanie wron. Upiorny smrd spalenizny i padliny. To nie wyglda jak grdek z mojego snu, ale i tak robi ponure wraenie. W kadym znajduj lady upiornych egzekucji: zwglone, powykrcane ciaa, uwizane dwumetrowym acuchem do czstokou albo do jakiego supa. Widziaem to we nie. Ci ludzie czcili ogie, czcili boga-kowala, produkowali smocz oliw - skrzyowanie napalmu z ogniem greckim, taczyli Taniec Ognia. Dlatego We pal ich ywcem. Ka im taczy w ogniu.

Typowe poczucie humoru najedcw. Natykam si te na osad, ktra jest zupenie pusta, cho bez ladu zniszcze. Najpierw siedziaem w krzakach i obserwowaem. Panowaa kompletna cisza. Dymy nie sczyy si spod dachw, nie gdakay kury, nie szczekay psy ani nie ryczao bydo. Nic. Siedz tak z p godziny, porzdnie zamaskowany i nieruchomy. Pord chaup panuje totalna martwota. Zaczyna pada drobny deszcz, sypi si licie z drzew. Wlizguj si za niewysoki czstok, waciwie pochylony na zewntrz pot z zaostrzonych erdzi, i sun ostronie wzdu cian. Nie wida najmniejszego ladu walki. adnych trupw, adnej krwi. Wszystkich jakby wymioto. Mczyzn, kobiety, starcw, dzieci, bydo, winie, kozy i psy. Nad wiosk nie lataj nawet ptaki, nie wida muchy czy mrwki. Odruchowo aktywuj Cyfral. Pojawia si w rozbysku tczowych iskier, motyla nimfetka o zotych wosach. Zaczynam si do niej przyzwyczaja. *** - Zuye prawie wszystko - powiedziaa. - W tej jaskini.

Klczcy pod chaup Drakkainen obrzuci si szybkim spojrzeniem. - Rzeczywicie nie widz tej powiaty. Ani nie czuj mrowienia - mrukn pgbkiem. Trudno. Wchodzimy. Drzwi najbliszej chaty nie byy zamknite. Pchn je lekko ostrzem, a potem wlizn si do rodka, wzdu ciany, wci majc kryte plecy. Przez duszy czas nie byo nic sycha. Drakkainen obszed pokan izb z gotowym do ciosu mieczem, przestawiajc nogi w postawie bojowej, niczym w jakim dziwacznym, posuwistym tacu. Zajrza we wszelkie zakamarki i za kade drzwi. A pniej wyprostowa si, mrukn pod nosem czysto" i skrzesa ogie. Pomyk kaganka podmalowa blaskiem belkowane ciany, zasane starannie drewniane oa we wnkach, nakryte kawakami futra, dugi st zastawiony do posiku. Obfitego posiku na kilkanacie osb. Dwie upieczone w caoci tusze na drewnianych szaflikach, paskie, okrge bochenki, pki biaorowych pdw podobnych do tataraku, jakie kiszone warzywa w glinianych miskach, pywajce w zalewie. Piecze bya zimna, w dzbanach opada piana, chleb lekko podsech po wierzchu, ale nic nie byo zepsute. Pachniao cakiem apetycznie. Drakkainen przyklkn przy palenisku i roztar w palcach szczypt popiou. - Wyglda, jakby to zdarzyo si wczoraj - oznajmi. - Usiedli do kolacji. Wystawna kolacja i zamona chata. Wszystko wysprztane, na stole czyste nakrycia i przyzwoite noe, pieczone dziki czy jakie inne tapiry, wok paleniska futra, istny skansen. Kilkoro zdyo ukroi sobie paty z pieczeni, kto zama chleb, kto zdy nala piwa. I tyle. Nikt nie wypi ani yka, nikt niczego nie ugryz. Spokojnie wstali i wyszli, zabierajc bydo i trzod, oraz muchy i pszczoy, ewentualnie bardzo troskliwie i bez gwatu porwao ich UFO. Co ja gadam, to ja tutaj jestem UFO. Wsta. - A prosi, eby si poczstowa. A prosi, eby zatrzyma si na nocleg. Na cianach bro, w studni woda, zapasy opau, czyste ka. Idea. I dlatego wcale mi si to nie podoba. Wychodzimy, Cyfral. Przez ani. Niczego nie dotykamy, nie zabieramy nawet gwodzia. Na ile pozna rozkad tutejszych chaup, na og niemal identycznych, jakby oferowanych przez t sam firm developersk, przy ani powinno znajdowa si drugie, tylne wyjcie prowadzce na zamknity budynkami gospodarczymi podwrzec. Znalaz je i bezszelestnie wylizn si na zewntrz. Zajrza jeszcze do obory i stodoy, ale nie spotka nikogo. Nie zobaczy te wierzchowca, brzowego bawou z ogromnymi rogami, czy upiornej, podobnej do miniaturowego hipopotama wini. Ani muchy, ani pajka. Nic.

Panowaa martwa cisza, jedynie wiatr szumia w drzewach i nieopodal pluska strumie. Vuko wykrad si przez drewnian, solidn furtk w rogu podwrza i powdrowa midzy chaupami, opustoszaymi i cichymi tak samo jak ta, ktr zwiedzi. W powietrzu wiroway jaskrawe, jesienne licie, podobne do tropikalnych motyli. - Kady by si tu zatrzyma - oznajmi Vuko. - Miejsce jest pikne i opuszczone. Tylko zamieszka. Nawet widok jest std wspaniay. I broni by si mona, aczkolwiek przydaby si lepszy czstok. - Widzisz gdzie t powiat? - zapytaa Cyfral. - To magiczne mrowienie? Nie. Ani ladu. Tyle, e to nic nie znaczy. Myl, e si tu zatrzymuj. Kady, kto wdruje tym szlakiem albo zapdzi si w t dolin. Myliwi, uchodcy, pasterze. - Wic dlaczego nikogo tu nie ma? - Dobre pytanie. Na pewno chcesz si dowiedzie? Bo ja nie. Obszed ca osad, kryjc si ostronie, jakby spodziewa si snajperw albo min. Nic si nie dziao. A potem zawrci i nadzia si prosto na kraba. Sta porodku uliczki pomidzy chaupami, zupenie nieruchomo, niczym paskudna rzeba. Sta i patrzy prosto na Drakkainena szczelinowatym otworem ba, przypominajcym hem turniejowy typu abi pysk". Ramiona byy zaoone obojtnie pod pachy, ostrza schowane, kolczaste jak uski ryby gbinowej pyty pancerza unosiy si lekko, rytmicznie. Zwiadowca bardzo powoli odpi pasy plecaka i postawi go na ziemi. - Wiem, e w rodku jeste dzieckiem - wyszepta. - A raczej bye, bo teraz jeste potworem. Dlatego, jeli bd musia, to ci zabij. Chc tylko przej. Wystawi jedn nog, rozoy odpowiednio ciar ciaa i pooy pasko koniec ostrza na przedramieniu, po czym rozluni wszystkie minie i skoncentrowa si na oddychaniu. - Moe go obej? - zasugerowaa nerwowo Cyfral. - Jako nie przypuszczam - odpar Vuko. - Chyba nie czeka na autobus. Wyranie blokuje drog do bramy. Krab zaszeleci dziwnym gosem, ale nadal si nie porusza. - Czy to dlatego tamci zniknli?

- Nie - odpar Vuko. - Ludzie, ktrzy si na nie nadziej, wygldaj jakby wpadli w wentylator, a tu nigdzie nie ma ani kropli krwi. Problem w tym, e ju nie jestem taki szybki jak kiedy. Ile mi tego zostao? - Czego? - Tego magicznego menia, powiaty, da piczku materi. Jest cokolwiek czy nie? Zacz si wierci, czas si koczy. Jeste systemem operacyjnym, przypominam. - Resztki, rozproszone. Gdyby to skumulowa, mgby upudrowa sobie nos. - Na lew do. Troch to przypominao gorce powietrze nad palnikiem. Zaamujca wiato chmurka wielkoci jajka, w ktrej migotay mikroskopijne iskierki niczym diamentowy py. Krab zaklekota i przestpi z nogi na nog. Potrjne szpony zgrzytny o kamienie podwrka. - Cyfral, podle do niego. Chc wiedzie, co wida midzy tymi pytami, kiedy si strosz. - Oszalae? Za nic si do niego nie zbli. - Siedzisz w mojej gowie. Zreszt nawet ci nie zobaczy. Nikt ci nie widzi, piczku materinu, tylko ja. Spadaj, a potem nie odzywaj si do mnie, jestem skoncentrowany. - Na czym? - Zmiataj! Oda si i poleciaa. Ostronie, wielkim ukiem, by zbliy si do kraba od tyu. Drakkainen mamrota pod nosem, przymruonymi oczami wpatrujc si w mienic si nad jego doni powiat. Rozleg si nagle paskudny zgrzyt elaza i krab zupenie niespodziewanie unis tuw oraz rozplt ramiona, ukazujc dwa pksiycowate ostrza. Vuko, nadal mamrocc co uparcie po fisku, przesun si drobnymi krokami w bok, pod cian, gdzie wznosi si wsparty na grubych supach podcie. Krab zawiergota cakiem jak wierszcz, po czym ruszy w jego stron. Drakkainen zrobi kilka szybszych krokw, cay czas w dziwnej, przyczajonej postawie szermierczej, powtarzajc swoje niczym uporczyw modlitw. Mwi coraz goniej, a w jego ton wkrady si nutki histerii. Krab wystawi oba ostrza do przodu i ruszy gwatownie, niby rozwcieczony odyniec. - Apiainen! Perkele apiainen! - rykn zwiadowca, opierajc si ju o filar plecami.

W ostatniej chwili zawin si za sup, ostrza migny jak wirniki helikoptera, zaomotao niczym seria z kaemu, z filaru poleciay grube, zwinite wiry. Drakkainen przypad do ziemi i ci stwora po nogach, odskoczy zaraz jak torreador i opar si o kolejny sup. Powietrze przeszy przeraajcy, piskliwy wrzask, przypominajcy ryk pary z eksplodujcego parostatku i kwik wini puszczony od tyu. Rwnoczenie rozleg si wysoki krzyk Cyfral. Drakkainen spojrza na swoj do, lecz po migoccej powiacie nie zostao ani ladu. Nie byo te adnego widocznego efektu. - Trudno - mrukn. - Nikt nie mwi, e bdzie atwo. Co wida?! - wrzasn rozpaczliwie. Co jest pod spodem?! - Tkanka - powiedziaa Cyfral z wahaniem. - Blada i liska jak u maa. Mikka. Ale ukazuje si tylko na moment. Krab uwolni ostrze, wcite gboko w drewno supa, po czym ruszy na Drakkainena ponownie. Szable rozmazay si w powietrzu jak miga, tworzc wok migotliwy, stalowy nimb. Gjafi odbi trzy ciosy, zanim rozlecia si niczym kaczka w sieczkarni, przemkno Drakkainenowi przez gow. ylasty Gjafi, szybki jak cholera. Ja jestem o wiele wikszy i ciszy. Odbij cho jedno? A potem przesta myle. Sta si ruchem. Da si ponie szkoleniu, wbitemu w odruchy rdzeniowe. Drewniany filar najwyraniej kojarzy si krabowi z kopotami, bo przez chwil kry ostronie, prbujc zachodzi to z jednej, to z drugiej strony. Ostrza wystawione szeroko z bokw, jak rogi byka, drgay lekko, w kadej sekundzie gotowe zmieni si w upiorny wirnik. Tym razem Vuko uciek pod spodem. Zrobi nerwowy ruch w jedn stron, prosty zwd, ale krab da si nabra i stal wisna, siekajc powietrze. Drakkainen zanurkowa pod metalowymi ramionami, wskoczy na beczk, odbi si nog od belkowanej ciany i przekoziokowa nad stworem. Zamortyzowa upadek przewrotk i sta teraz porodku dziedzica, dyszc ciko, w ogromnej chmurze pyu. - Koniec - mrukn. - Wiele wicej nie wykombinuj. Krab zrobi zwrot w miejscu i ruszy w jego kierunku. - Vittuun - powiedzia Drakkainen i nerwowo obrci miecz w doni.

A wtedy z gry spad bzyczcy ciko ksztat. Brunatna, poduna bryka, jak niedopaek cygara. Pacna w piach, zaraz jednak poderwaa si kolawym, zygzakowatym lotem niczym owad podtruty pestycydami. Vuko odwrci si i wystrzeli obkaczym sprintem na drugi koniec podwrza. Stwr pogna za nim, dziwacznymi susami, kolebic opancerzonym, beczkowatym tuowiem, ale wtedy po kolczastych pytach jego pancerza peza ju szersze. Zwiadowca usysza wist stali za plecami, poczu wzbijany przez ostrza podmuch powietrza. Wykona rozpaczliwy trjskok, chwytajc miecz w obie rce, po czym skoczy na najbliszy dach, wbijajc bro w strzech. Byskawicznie podcign si i schowa nogi. Krab upn w cian, a soma posypaa si na podwrze. Drakkainen wpez najwyej jak si dao i usiad, dyszc ciko i ocierajc czoo. - I co dalej? - spytaa Cyfral. - Bdziesz tu siedzia? - Jak cholera - wyzipa Vuko. - I co teraz? - Do modlitwy - powiedzia Drakkainen powanie. Siedzieli. Krab miota si po podwrzu, siekajc co popadnie. Sdzc po odgosach, upar si na drewnian beczk. - A jeli tu wlezie? - zapytaa Cyfral, dzielnie pohamowujc nutki histerii. - Z t budow? W yciu. Widziaa kiedy kurczaki wace po cianach? Na dole rozleg si dziki wrzask. Krab zacz ciska si nagle w dzikim tacu po caym ryneczku, wpad na cian, potem na stojc spokojnie dwukk i porba j na kawaki. - Co to byo? - Mj szersze. Zrobiem szerszenia. Jeli mi si udao, to nafaszerowanego neurotoksyn skorupiakw. Nie wiem, czy wyszed, nie byo czasu. Nie wiem, co to jest. Chciaem os, wyszed szersze. I jeszcze w jakim dziwnym kolorze. - Nie stworzye ywego organizmu - powiedziaa. - Na to jeste za cienki. Najwyej zmutowae co tutejszego. To dziaa po najmniejszej linii oporu, pamitasz? - Jebal to pas, byle dziaao. Przeraliwy kwik na dziedzicu piowa uszy. Nieszczsny krab miota si po ziemi, obracajc si na wznak i mcc wok siebie ramionami. Nad jego wirujcym pokracznym kadubem wzbia si chmura pyu.

Trwao to dugo, lecz w kocu ucicho. Stwr lea prawie nieruchomo, tylko jedna koczyna poruszaa si niemrawo. Drakkainen zelizgn si z dachu pomimo protestw Cyfral, podszed do swojego porzuconego toboka i zaoy go na plecy. - Idziemy. By ju w bramie, kiedy od strony lecego na ziemi stwora dobiego go kanie, a potem wyrany jk. Nie przeraliwy wizg oszalaej sprarki, ale szloch dziecka. Stumiony przez stalow skorup hemu typu abi pysk". - Perkele Saatani vittou - warkn Drakkainen. - Nie, prosz - powiedziaa Cyfral bagalnie. - Zaszto ja sem takavi glupan! - wycedzi. - Gupi ko turski kura! Zawrci i podszed do lecego na ziemi stwora. Podnis z ziemi odrbany dyszel, ktry zmieni si w bezuyteczn erd, i dgn solidnie samym kocem. Odpowiedzia mu saby pisk. Drakkainen podway tuw i przewrci kraba grzbietem do gry. Odczeka chwil, ale nic si nie dziao. Podszed bliej i czujnie trci kadub kocem miecza. Jedno z ramion zadrapao sabo ziemi, lecz nic poza tym. Klnc przeraliwie po fisku, Vuko znalaz czenie pyt, wsun ostrze pasko, podwaajc brzeg. Blachy zaskrzypiay, Drakkainen zacisn zby i stkn z wysiku. Lichy nit strzeli z trzaskiem, zwijajc eb, nastpny wyszed atwiej, kolejny trzyma jeszcze sabiej. Zwiadowca rozchyli pyty pancerza, czciowo wyginajc je na zewntrz. Z wntrza buchn obrzydliwy, sodkawy odr. Vuko odskoczy kilka krokw do tyu, zanoszc si kaszlem. rodek pancerza wypeniay owalne paty limakowatej, ociekajcej luzem tkanki, otulajce zwinite wewntrz blade, dygocce ciao. Gdzie z tyu maowatego paszcza rozpychaa si olbrzymia, purpurowa opuchlizna, rozlewajca si na wszystkie strony, jak przyssana omiornica. Powstrzymujc torsje, zwiadowca splun gst lin w py, podcign rkawy i zanurzy rce w pancerzu. Udao mu si wsun donie pod liski paszcz gumowatej tkanki i namaca ludzk skr, ale co trzymao. Rozchyli paty mocniej i zobaczy jakie ebrowane przewitujce rury,

wciskajce si w usta zamknitej wewntrz istoty i w kady otwr ciaa, purpurowe kbowiska naczy wbite pod skr wzdu krgosupa. Wyj n i ponownie zanurzy donie w obc tkank, by ostronymi ciciami wyuska ze rodka uwizionego maego czowieka. Dwa razy musia odej na bok i zaczerpn powietrza, kilkoma spluniciami usun nadmiar dawicej go liny i poczeka, a minie skurcz w gardle. limakowate minie puciy w kocu z obrzydliwym mlaniciem. Drakkainen chwyci drobne ciao pod pachy i wycign je na zewntrz. Uwizione wewntrz kraba dziecko byo wiksze ni si spodziewa. Dziewczynka. Dorastajca, moe trzynastoletnia. Bez wosw, pokryta luzem, ze ladami po wbitych pod skr mackach, obrzkymi jak wrzody. Dygotaa w gwatownych dreszczach, a moe to byy drgawki. Pooy dziewczynk na ziemi i ostronie dotkn jej szyi. - Puls rwny - oznajmi. - Przyspieszony, ale bez arytmii. Wywrci jej powieki, jednak zobaczy tylko ogromne, orzechowe tczwki wypeniajce cae oczy i zakl. Zanis dziecko pod studni i obmy kilkoma wiadrami wody, delikatnie usun ostatnie kocwki drenw tkwice pod skr niczym purpurowe pijawki. Dziewczyna przestaa dygota, usiada nagle i zwymiotowaa potnie jakim luzem. Krztusia si przez chwil, wreszcie otworzya oczy. - Wody... - jkna. Drakkainen uklkn i unis wiadro, eby moga si napi. - I co teraz? - spytaa Cyfral bezlitonie zrzdliwym tonem. - Adoptujesz j? Czy raczej poczekasz, a doronie? - Dam jej paszcz i puszcz. Nie mog jej przecie niaczy. - Wlezie na Wy i wpakuj j do nastpnego kraba. Ma to sens? - Chc do Wa... - wymamrotaa dziewczyna. - Dlaczego nie ma muzyki? Tak mi zimno... - No i masz. Chce do Wa - burkn Drakkainen. - Vuko... - szepna Cyfral.

- Nie - powiedzia z nutk furii w gosie. - Wszystko ma swoje granice. Tego na pewno nie zrobi. To ja tu decyduj. Nie jestem wity, ale nie jestem te potworem. Nie po to j wycigaem. - Vuko... - Jestem czowiekiem i zamierzam zachowa czowieczestwo. Przecie inaczej zwariuj. Albo zamieni si w takie samo bydl jak on. - Vuko... Osada... Mga idzie... Drakkainen podnis wzrok i spojrza na domy. Co si zmienio. Zapada zmierzch i spomidzy domw zacza wypeza zimna mga. Wijca si kbami podobnymi do macek, a gdzie pod spodem, przy ziemi migotaa tczowa powiata, jak diamentowy szron. - Chodu! - wrzasn Drakkainen. Chwyci siedzc dziewczyn za rami, przewiesi przez kark, w biegu zgarn swj tob i pogna w las. Bieg tak dugo, a osada zostaa daleko z tyu, a on zupenie opad z si. *** Mae ognisko ponie w zaomie ska, bezpiecznie osonite przed czyimkolwiek wzrokiem. Trjktna wnka w cianie, zasonita skaami po bokach, nad ktr wzniosem dach z erdzi, przykryty warstw wieo nacitych gazi koswki. Byem w stanie nie j okoo kilometra. Prawie kilometr przeajowego biegu przez dziki las, ze skomlcym,

dwudziestopiciokilogramowym ciarem przewieszonym przez plecy. Potem wlokem j przez puszcz. Idzie o wasnych siach, ale trudno wyobrazi sobie bardziej uciliwego towarzysza. Jeli j puszczam, ucieka. Niedaleko. Jak mysz. Znajduje jakkolwiek oson pie, ska, powalone drzewo, wciska si w najcianiejszy kt i zwija w nerwowy kbek. Cay czas zawodzi i dry. Boi si mnie, boi si drzewa, przelatujcego ptaka, nieba nad gow. Nie wiem, czy kiedykolwiek wyzdrowieje. Domylam si, jak to dziaa. Bierze si przeraonego dzieciaka, yjcego w wiecie zmieniajcym si pomau w rzeni, po czym przepoczwarza go w czog. W opancerzonego stwora wyposaonego w ostrza, ktrymi mona posieka wszystko, co budzi strach, osonitego pytami, ktrych nie przebije miecz ani strzaa, zawierajcego wewntrz - ono. Mikkie, ciepe i wilgotne rodowisko, ktre nakarmi, otuli i upi umys, sczc we tajemnicz muzyk.

A teraz jest naga, limak bez muszli. Bezbronna. Nie ma muzyki, nie ma pancerza, trzeba samemu u i przeyka. Wyuskana ze skorupy jak ostryga, wystawiona na lodowaty wiatr i palce promienie soca. Kaleczona kamieniami i cierniami. wiat na zewntrz jest okrutny i grony. Znacznie lepiej by krabem. Gronym, pancernym stworem, w rodku za ciepym i mikkim. To daje poczucie bezpieczestwa. Patrz na taczce pomyki i popijam wod z winem. Nakarmiem j. Si. Rozwierajc szczki i wciskajc w usta mae kawaeczki sera i chleba, wlewajc w gardo wod. Zupenie, jakbym karmi dzikie, przeraone zwierztko. Kiedy j wreszcie puciem, miotaa si przez chwil, ale za plecami miaa zbocze, a po bokach skalne ciany. Na wprost, tam, gdzie wyjcie na wolno, pono straszliwe ognisko i siedzia potworny czowiek. W kocu wpeza w najcianiejszy kt, zwijajc si w kbek, owinita moim zapasowym paszczem. Patrz na ten kryjcy si w cieniu, drcy toboek i nie wiem, co dalej. Mam ogromn ochot tak j zostawi. Wlokc dziewczynk ze sob, nigdzie si nie ukryj, bo natychmiast zdradzi kad pozycj. Nie uciekn ani si nie przebij. W efekcie i tak zgin, a ona razem ze mn. Kalkulacja. Waenie szans. Bezsensowna strata czasu. Tylko po to, by si przekona, e gdzie tam w rodku nadal jestem racjonalny. Ale po co, skoro i tak nie mog jej zostawi. My, ludzie, tak jestemy skonstruowani. Oprcz logiki, rozsdku i zdolnoci waenia szans, mamy jeszcze skrupuy. Sumienie. Uczucia. Rne przesdy, ktre czyni nas ludmi. Co nie zmienia faktu, e wpakowaem si paskudnie. I tak j porzuc. Co tam: porzuc". Wypuszcz. Ani to moja ciotka, ani crka. Po prostu dziecko wojny. A ja nie jestem pukiem piechoty zmechanizowanej. Niech idzie do diaba. Tylko nie w sercu gr, praktycznie za lini frontu. Zostawi j, kiedy wejdziemy w jak bardziej cywilizowan okolic. O ile jeszcze jaka zostaa. Bladym witem budzi mnie chd. Lodowata mga i wilgo. Oraz krakanie.

Wielki, czarny ptak siedzi na moim toboku i szarpie dziobem rzemie zamykajcy worek. - Wynocha! - wita mnie ochrypym, chamskim wrzaskiem i dawno nic nie byo w stanie mnie tak ucieszy. - Gdzie ty si podziewa, Nevermore, stary ajdaku? - Traakt! Dziewczyna te si budzi. Jestem pewien, e na widok kruka dostanie histerii, jednak ypie tylko spod koca sarnim wzrokiem penym fascynacji. - Kraab! - odzywa si kruk z obaw. - Wiem, bracie, ale co zrobisz? - Trrup! - Nie. Tak nie robimy. To jest ze. Niedobre. Zy, niepozytywny ptak! - Ty trrup! Krretyn! Zabieram mu worek. Kruk odskakuje, trzepic skrzydami, i siada na pobliskiej skale. Wycigam ze rodka kawaek chleba, par paskw misa. Bior porcj i podsuwam dziewczynie. Dsa si i odwraca twarz. Dobra. - To jedzenie, rozumiesz? Dobre. Pokarm, pokarm. Patrzy aosnym, wilgotnym wzrokiem i cianiej owija si paszczem. Odgryzam kawaek misa i rzucam krukowi. Krci bem i byska paciorkowatym okiem to z jednej, to z drugiej strony, a potem poyka ksek. - Serr! - We bie ci si chyba poprzewracao - mwi, lecz odamuj mu kawaek wdzonego, koziego sera. Znajduj w worku mj poprzedni strj. Kawaki paszcza pocite na kilt i tunik, po czym rzucam dziewczynie. Cofa si troch w rg skay, jednak nie robi nic wicej. Przeuwam do koca, siedzc umorusany przy wygasym ognisku, z noem w rku. Jestem cierpnity i przemarznity i chyba nigdy nie byem taki brudny. Odcinam tu przy ustach kawaki wdzonki lub chleba, podaj sobie na ostrzu. Spod skbionego paszcza wysuwa si chuda do, ktra ukradkiem porywa jedzenie i znika. Ubranie jednak nie budzi adnych sensownych skojarze.

Kocz wic pospieszne niadanie, po czym sam sigam po szmatki. Najpierw je pokazuj. Z jednej strony, z drugiej, zakadam i zdejmuj. Tacz przez chwil, eby pokaza, jak mi ciepo i wygodnie. Znowu zdejmuj. - Ty trrup! wirr! - komentuje ptak ze swojego kamienia. - Brzydkie - owiadcza nagle dziewczyna. - Chc mj pancerz. Jestem krabem! Ty jeste gupia padlina! Poeram takich! Koczy si to szamotanin. Nie jestem wdrownym zakadem psychiatrycznym ani przedszkolank. W efekcie ona jest ubrana i chlipie, ja mam zadrapanie na ramieniu. I nikomu tutaj nie przyjdzie do gowy wszcz ledztwa. Zbieram ekwipunek, chowam n, wieszam miecz i zakadam plecak, narzucam paszcz. Potem rutynowe podskoki w miejscu, eby sprawdzi, czy nic nie brzczy. miechu warte. Wlokc si z oszalaym dzieckiem wojny u boku, mog brzcze sobie jak sprzedawca patelni. - Trraakt! - ponagla Nevermore. - Do sadyby Grunaldiego - mwi. - Pamitasz, gdzie jest? - Rruchy! Ruszam wic. Za krukiem. Ju nawet to wydaje mi si cakiem racjonalne. Teraz przynajmniej wiem, dokd id. Id za krukiem. Dziewczyna stawia bierny opr, wlecze si albo wyrywa i usiuje gdzie biec. Prbuj j zagadywa, pytam o imi, piewam jakie kretyskie piosenki. Bez efektu. Od czasu do czasu dostaje ataku furii i wtedy rzuca si na mnie, tukc obiema rkami na zmian gdzie popadnie. Zastawiam si ramieniem i czekam, a si zmczy. Nie ma ju pksiycowatych, stalowych ostrzy. S tylko wte ramionka wychudzonej, dorastajcej dziewczynki. Kruk przysiada w takich chwilach na skale lub gazi i patrzy na mnie, przechylajc eb, i wydaje mi si, e dostrzegam w jego paciorkowatym oku drwin. Przemierzamy tak jeszcze par kilometrw, a kiedy mam wraenie, e pomau zaczynam rozpoznawa okolic, przestaj trzyma dziewczynk. Dobra. Nie bd si narzuca.

Jak na zo wtedy idzie za mn. Trzyma si kilka metrw z tyu, niczym zoliwy, wiejski piesek, cofa si, kiedy si odwracam, a potem znowu drepce moim ladem. Wszystko jedno. Jeli przyjdzie do obozu, dam jej je. Jeli ucieknie, nie bd goni. Wszystko ma swoje granice, mj frajerski idealizm te. Od tego momentu idziemy szybciej. Kruk przestaje marudzi, ja id w zwykym tempie i dziewczynka stopniowo zostaje z tyu. Jednak wydaje mi si, e wci gdzie tam majacz chude nki sterczce z burego kiltu, ktry siga jej za kolana. Gra, skay, szumicy potok, deszcz kolorowych lici. Parada drzew w krlewskich barwach jesieni. Otaczajce mnie gry wydaj si agodniejsze i nisze, w dolinach zaczynaj byska jeziora. Przy pierwszym z nich siadam na brzegu i przemywam twarz krystalicznie czyst wod. Jestem wzruszony. Ziemia Ognia. Czuj, jakbym trafi do domu. I czuj wyranie narastajcy strach. Bo moja przybrana ojczyzna stoi w ogniu. Czasem mijam spalone chaty, z ktrych ocalay tylko sterty zwglonych belek i okopcone podmurwki. I powykrcane, skurczone ciaa, uwizane kawakami acucha. Ciaa ludzi, ktrych zmuszono, by taczyli w ogniu. Zagldam w spalone twarze, usiuj rozpozna w zwglonych maskach znajome rysy, ale widz tylko wyszczerzone, wypieczone na biao zby i nie wiem, czy to kto z moich, czy obcy. Mimo to podchodz za kadym razem na mikkich nogach, z kul bilardow w gardle. Czuj, e jestemy blisko. Nie zatrzymujemy si na popas, jem w marszu sony pasek twardego, suszonego misa i popijam wod. Nevermore podfruwa kawaek do przodu, a potem wraca do mnie, domylam si, e wypatruje wrogw. Przyzywam go krtkim gwizdniciem. Podlatuje i przysiada na skale, ypie na mnie, krcc bem, ale nie wiem, czy zrobi si posuszny, czy jest po prostu ciekawy. - Jeli w pobliu jest jakie uroczysko - mwi cicho - to zaprowad mnie tam. Nie wiem, na co za chwil trafimy, potrzebuj mocy. Potrzebuj pieni bogw, rozumiesz? - Taa...! - kracze i znowu odlatuje.

Uroczysko znajduje mi po p godzinie marszu wrd lasu i ska. Okolona z trzech stron bagnem polanka, najeona wapiennymi skaami, ostrymi niczym zby, na ktrej sterczy kilka obkaczo powykrcanych drzew, wszystkie s jednak uschnite. Podobnie jak trawa, krzewy i jakie zioa. Wszystko jest martwe. Koncentruj si i aktywuj Cyfral. *** Wystrzelia gdzie zza jego gowy, migocca opalizujcymi skrzydekami, i obleciaa polan szybkimi zygzakami, zatrzymujc si na chwil przy krzewach i skaach jak motyl. Drakkainen uklk przy niewielkim, wypenionym wod wgbieniu, zanurzy do. Woda bya przezroczysta, ale brzowa jak saba kawa. - Urrok! - zakraka Nevermore. Zwiadowca unis do i obejrza j ze wszystkich stron. - Nic tu nie ma - oznajmi z rozczarowaniem. - Nie widz tej powiaty. To chyba nie jest uroczysko. Wyglda dobrze, ale nic wicej. - Tu kiedy bya moc - powiedziaa Cyfral. - To wida po rolinach, czuje si w ziemi. Jednak znika. Tak po prostu. - Brraak! - rozdar si Nevermore. - Nie ma urrok! Upiory zabray! Poszy! Do Ciernia! Do Wy! Braak! Nie ma mgaa! Nie ma opaar! - Jasne - rzuci Drakkainen. - Brawo. Jeszcze si w yciu tyle nie nagada. Dopiero zaczynam rozumie. To jest surowiec strategiczny. Std te upiory, Obudzeni i inne atrakcje. Skurczybyk ciga je do siebie. Robi zapasy. Pieni bogw, gdziekolwiek s, dostaj ng i lez do niego. Przynajmniej te, o ktrych wie. Eksploatuje uroczyska, tak jak to. Kiepsko z nami, panie i panowie. - Znalazam resztki - zaraportowaa Cyfral. - S w jagodach. - W czym?! - W jagodach - powtrzya. - Niektre z tych krzaczkw to jagody. Krzaczki umary, kiedy moc odesza, ale jagody tylko wyschy i uwiziy urok w rodku. Przyjrzyj si. Vuko przyklkn i zerwa pomarszczony, brzowawy owoc wielkoci rodzynka. - Nie s toksyczne? - Nie w normalnym sensie. S skaone kltw, ale o to ci przecie chodzio. Gdyby nie rosy na uroczysku, najwyej by ci troch przeczycio. Nie jadabym ich jednak. Nie wiadomo, jak zadziaaj. Lepiej wykorzysta jako inaczej.

- Nie wierz, piczku materinu - burkn Drakkainen, klczc wrd wyschych krzaczkw z kubkiem w rku. - Zbieram jagody do kubeczka. Tam si wiat pali, a ja zrywam sobie kopane jagody. Na caej polanie udao mu si wyskuba z p kubka pomarszczonych owockw. Potrzsn naczyniem i zauway blade migotanie, niczym mikroskopijne igy lodu, unoszce si w mronym powietrzu. - Jest - oznajmi. - Przynajmniej odrobina. Zawin jagody w szmatk, obwiza jeszcze dodatkowo rzemykiem. - Nie wystarczy - powiedziaa Cyfral. - Jeli dojdziemy do ludzi, bdziesz musia zapakowa to hermetycznie. Dla nich to gorsze ni ebola. - Na razie nie mam w co - odpar. - Wracamy na szlak. Kawaek dalej rzeczywicie zacz rozpoznawa okolic. Przecz, na ktrej znalaz czapeczk jednego z uprowadzonych dzieci. Wielk hal, ktr przechodzi jeszcze za dnia. Szed ponuro, z zacinitymi zbami i jaki przyczajony, nie zdejmujc doni z rkojeci miecza, cay czas trzymajc si skraju lasu. Dom Grunaldiego Ostatnie Sowo by tu-tu. Dom albo zwglony szkielet dawnej sadyby. Spacyfikowane pogorzelisko, z trupami uwizanymi na acuchach do palisady. Nevermore odlecia na zwiad i nie wraca. Drakkainen wspi si prawie na szczyt zbocza, a wtedy nagle skrci pod oson lasu i usiad pod drzewem. Zdj plecak, rozsznurowa rzemienie, zacz grzeba w rodku. Potem oklepa kieszenie kurty, znalaz fajk i wsadzi j w zby. Nastpnie wyduba kapciuch, z trosk przegrzeba palcami smtne resztki tytoniu. Cyfral zawisa przed jego twarz, patrzc, jak wydubuje uwanie szczypt za szczypt, by w kocu wytrzepa do fajki okruchy z dna woreczka. - Co ty robisz? - zapytaa. - Nie ma co oszczdza - oznajmi, odwracajc kapciuch na lew stron. - Jeli tam jest wszystko w porzdku, to mam w bagaach jeszcze ze dwie paczki. Mj Prince Albert" i jeszcze jaki, ktry kto wcisn mi do kapsuy desantowej. A jeli sadyby nie ma, to trzeba bdzie si bi, eby przej dalej. A w takim razie musz odpocz. - Vuko, przecie to nic nie zmieni.

- Nie zawracaj mi gowy. le si czuj. Jest mi niedobrze, boli mnie odek, poc mi si donie, jestem osabiony i bol mnie minie. Moe mam gryp. - Vuko... Ty si boisz. Nie odpowiedzia. Znalaz krzesiwo, usypa na kawaku kory kupk zestruganych noem trocin i wyschych t kawakw plechy jakiego mchu. - Vuko... Wystarczy wyjrze za krawd zbocza. Od razu bdziesz wiedzia. - Nie przeszkadzaj - odpar niewyranie, rozdmuchujc ar. Unis zwycisko ponc drzazg i zbliy j do gwki fajki. Potem siedzia nieruchomo i, pykajc kbami aromatycznego dymu, patrzy na poronite lasem wzgrza zasnute jesienn mg. Cyfral usiada na gazce i splota wdzicznie nki ze zniecierpliwion min. Po jakim czasie Drakkainen z nieprzeniknion twarz wydoby z plecaka kawaek sera, wdzonki i odama p paskiego bochenka. Pooy to wszystko na liciu, po czym wyj miecz i spojrza wzdu ostrza, przymykajc jedno oko. Z kieszonki przy pochwie noa wycign osek i zacz metodycznie ostrzy miecz. - Jeli bdziesz jej cigle zostawia arcie, to stale bdzie za tob sza - nie wytrzymaa Cyfral. - Wiem - burkn niewyranie, nie wyjmujc fajki z ust. Sprawdzi ostrze kciukiem i schowa miecz. Znalaz kawa rzemienia, chwyci koce i jednym ruchem owiza si nim na krzy, tworzc improwizowan uprz. Cyfral milczaa, kiedy wiesza pochw z noem pod lew pach rkojeci w d i mocowa miecz na plecach. Milczaa, kiedy rozsznurowa buty i zawiza je jeszcze raz, cigajc rzemienie ciasno w kostkach. - Zostawiasz plecak? - Tamuje ruchy - odpar. - I nie bdzie mi ju potrzebny. Tak czy inaczej. Wystuka fajk, wsta i kilka razy podskoczy w miejscu. Poprawi uoenie noa, a potem odwiza rzemie na szmatce z jagodami i umieci wszystko w kieszeni. Zaczerpn powietrza przez nos, wypuszczajc przez usta. - Vuko... Kady si boi. To normalne. - Zapomniaem ju, jak to okropnie przeszkadza - odpowiedzia. - Idziemy... Boh, jak mi si nie chce dzisiaj pracowa. Te kilkadziesit metrw na grzbiet wzgrza szed niczym automat, przyczajony i spity. A potem wyszed na gra i otaksowa dolin szybkim spojrzeniem.

Grdek Grunaldiego sta za jzorem niewielkiego lasu, kryty nietknitym gontem dach lni nieco w mawce, z trjktnych otworw pod kalenicami sczy si bkitny dym, dalej barw polerowanej stali migotao jezioro. Przy pomocie koysaa si niewielka d. Naprawione budynki gospodarcze lniy atami wieego, heblowanego drewna. Brama bya otwarta, na zewntrz krcio si par osb. Kilkoro dzieci pdzio do rodka stado kosmatych, czterorogich kozic, a na kocu pomostu siedzia samotny czowiek z wdk i owi ryby. Drakkainen stan jak wryty i nie odezwa si ani sowem. A potem opar si o drzewo, osun po pniu na ziemi i usiad. - Vuko... - powiedziaa Cyfral. - Ju dobrze. Wszystko w porzdku. Zaraz zejdziesz na d, przywitasz kumpla, dostaniesz piwa, znajdziesz swojego konia... - Zamknij si, gupia, lepa kozo! - wybekota Drakkainen. - Przecie to s We. We tam mieszkaj. Spjrz, jak s ubrani, zobacz tatuae. To wszystko We. Nie ma ju Grunaldiego. Nie ma Jadrana. Siedzia przez chwil, po czym wsta i ruszy na d. - Vuko, nie! - krzykna Cyfral. - Zostaw, to nie ma sensu! Nie odpowiedzia. Sign do wewntrznej kieszeni, wyduba kilka jagd i wrzuci je naraz do ust. - Dobrze... - powiedziaa wrka powoli. - Ja si tym zajm.

Koniu mj, bracie mj! Jestemy jednej krwi. Koniu mj, wietrze mj, w boju dziki i zy.

Synu traw, bracie mj! W biegu jak rzeka gnasz, jeden cel, jeden los zawsze ju wie nas! (...)

Jeste sercem i dum, w twej grzywie ciemno znika. Jeste skarbem i pieni, i mierci wojownika.

(Fragment amitrajskiej Pieni Jedca)

Rozdzia 8

Grski szlak
Po raz pierwszy odkd opuciem poncy Maranahar znalazem si w siodle. I po raz pierwszy nie podrowaem w przebraniu. Nasze amitrajskie ubrania, podrne kosze i w ogle wszystko, czego dotd uywalimy, znalazo si na grzbiecie jucznego onagera. Szy takie dwa - wielkie, ponure zwierzaki, ktre byy w stanie dotrzyma kroku wierzchowcom. Nie odrnialimy si od tropicieli. Mielimy takie same bure ubrania barwy ziemi i zeschej trawy, okryte bezksztatnymi paszczami z sieci, takie same miecze, szerokie, krtkie noe i takie same kaptury na gowach z pasem ptna osaniajcym nos i usta. Z obozu ludzi Knota wypadlimy galopem i gnalimy ile si, eby odjecha jak najdalej i odcign roiho od naszych ludzi. Zostawiaem za sob trop. Kilka razy spryskaem moczem krzaki i skay, kilka razy zeskoczyem niemal w biegu, by wytarza si w pyle drogi. Skaleczyem si w wierzch doni i co jaki czas wyduszaem na ziemi par kropel krwi, potem porzuciem kawaki skrwawionej szmatki, ktr okrywaem rank. Moglimy tylko mie nadziej, e upir pody za nami i zostawi tamtych w spokoju. Gnalimy w takim popiechu, e nie byo okazji rozmawia. Brus nie pamita niczego, co wydarzyo si od momentu, gdy wprowadzono nas do twierdzy. Ani spotkania z archimatrona, ani tego, gdzie si znajdowa i po co. Nie pamita te nic, od kiedy podtruto nas drtw wod. Dowiedzia si jedynie o istnieniu upiora i tego, e wdrujemy do Nahilgy w eskorcie czterech tropicieli z powstaej znienacka kireneskiej armii. Wszystko w cigu niewielu chwil, gdy zbieralimy si w popiechu do drogi. Dowiedzia si te, e go torturowano i e pomieszao mu si od tego w gowie, e by leczony egzorcyzmami i kebiryjskimi igami. Dowiedzia si, e jestem Nosicielem Losu i e niedobitki naszego ludu wdruj w poszukiwaniu nowej ziemi. Wszystko naraz. Ja albo bym oszala, albo nie uwierzy. Brus po prostu si dowiedzia. Wysucha w milczeniu, z nieprzeniknion twarz, zasalutowa pici Knotowi, skoni si przed Patrzcym Na Stworzyciela. Wszystko, co mia do powiedzenia, to agiru kano! adnych pyta - onierz. A teraz zosta nam jedynie popiech. Gnalimy przez jaki czas tak prdko, jak tylko si dao, by nadyy za nami onagery. Nigdy dotd nie widziaem tak szybkich jucznych zwierzt. Byy

pokraczne, ale piekielnie wytrzymae. Nasze wierzchowce te raczej nie nadaway si na parad: niskie, ylaste i kudate, lecz szybkie i wydawao si, e nie znaj zmczenia. Tropiciele starali si wybiera drog przez kamieniste pustkowia, by byo tam jak najmniej kurzu, ale i tak zostawaa za nami ruda chmura, cignca si wiele krokw wstecz. W tej chwili nie byo nic waniejszego ni popiech. Gnalimy przed siebie, a wzgrze, na ktrym Kireneni rozbili swj obz, wci wznosio si na horyzoncie. Gry, ktre stay si naszym celem, wydaway si tak samo odlege i zamglone jak na pocztku drogi. Odwykem od sioda i bardzo szybko odgniotem sobie poladki, lecz tego dnia nie znaem zmczenia tak samo jak nasze zwierzta. Wok mnie rozcigao si skaliste, zapylone pustkowie, z rzadka poronite suchymi krzewami i kpami ostrej trawy, lecz ja wszdzie widziaem Wod. Wod, crk Tkaczki. Bya nieznona. Przemdrzaa i arogancka. Wszystko wiedziaa najlepiej i nieustannie si obraaa. A mimo to wszdzie widziaem jej twarz. Gdziekolwiek si obrciem, patrzyy na mnie wielkie, podobne do orzechw oczy, zewszd syszaem jej gos. Nasze poegnanie trwao bardzo krtko. Niewiele duej ni kilka uderze serca, kiedy spletlimy si w rozpaczliwym pocaunku. Zupenie niespodziewanie nasze wargi trafiy na siebie, poczuem jej ciao, jakby chciaa si wcisn we mnie. A potem nagle odepchna mnie, zatrzymaa si na moment, wpatrujc w moje oczy, dotkna doni moich ust i powiedziaa tylko: Och, jed ju. Jed i znajd ten swj przeklty los. Bd wiedziaa, kiedy uda mi si znale dom i kogo, z kim przejd przez mostek. Bd wiedziaa, e si sprawie. A teraz id ju. Mam mnstwo pracy w lazarecie". Dlatego gnaem niczym szaleniec i zostawiaem za sob tropy. To byo jak wrba. Czuem, e jeli uda mi si odcign od niej upiora Mirah, e jeli bdzie miaa szans dotrze do tego nowego Kirenenu, to i ja bd mia szans zrobi to, co mi przeznaczono. Ona wierzya odwrotnie: e jeli mnie si powiedzie, to ona znajdzie dom. Bylimy dla siebie nawzajem wrb. To gupie, lecz w cikich czasach ludzie potrafi znale nadziej w najgupszych zabobonach. Dlatego pdziem przed siebie, ykajc kurz, z uczuciem, jakby siodo rozrbywao mnie na poowy. Miaem cel w yciu. Chciaem, eby gdzie wrd pachncych nowym drewnem klanowych siedzib, wrd ska i lasw, w krainie oddychajcej sonym zapachem morza, krainie, o ktrej nawet nie wiedziaem, czy istnieje, pewna dziewczyna zwizaa z kim donie modlitewn szarf, zamienia

noe i przesza przez mostek, by w pawilonie oblubiecw kocha si ze swoim wybranym w wietle lamp odpalonych dwoma drzazgami. Miaem cel w yciu. Nastaa godzina wou, kiedy jeden z tropicieli zrwna si ze mn i chwyci za rami. - Kus! - zawoa stumionym przez zawj gosem. - Jeszcze dwie godziny kusem, potem popas. - Nie! Za blisko! - zawoaem. Czas pyn dla mnie inaczej i wydawao mi si, e ledwo wyruszylimy. - Kusem zajedziemy dalej ni na padych koniach, chopcze - powiedzia. - To ywe istoty. Wtedy ktokolwiek odezwa si po raz pierwszy. Potem znw byo milczenie, parskanie koni, ttent kopyt i kby kurzu. Pniej jeden z tropicieli wysforowa si do przodu, stan i wycign rk. - To znaczy z koni" - mrukn Brus, pochylajc si w moj stron. Przewodnik skrzyowa wyprostowane donie przed swoj twarz, i machn nimi na boki, jakby co odcina. - Rozkulbaczy, popas" - tumaczy Brus. - Odzywaj si tylko ze wzgldu na nas. Rozsiodalimy konie i narwalimy suchej trawy, eby je wytrze, potem trzeba byo je przez jaki czas oprowadza powoli, trzymajc za kantary. Trwao to do dugo, wreszcie moglimy da zwierztom pi i pucilimy je ze sptanymi nogami. Dopiero po tym wszystkim sami moglimy si napi. - To krtki popas - odezwa si zduszonym gosem dowdca. Brzmiao to tak, jakby odwyk od mwienia, jakby zardzewiao mu gardo. - Nie bdziemy je, wypijemy tylko napar. Kto musi odpocz, niech kadzie si w cieniu. Dwaj inni tropiciele wymienili szybkie gesty doni, jeden z nich zachichota. Brus, tak samo milczc, pokaza im uniesiony kciuk, ktry otuli drug doni. Jeden z tropicieli wzruszy ramionami i odpowiedzia kilkoma szybkimi gestami. - adnych sprzeczek! - warkn dowdca. Midzy kamieniami pono miniaturowe ognisko, w arze stay metalowe, mocno zakrcone tygle. Usiadem na kamieniu, patrzc na zachd. Wzgrze zostao daleko, nie mogem odrni go od innych, tncych horyzont w przewietlonej socem mgiece. - Tohimonie - odezwa si dowdca. Podskoczyem. Nawet nie zauwayem, kiedy stan za moimi plecami. - Roiho nie porusza si za dnia. Rozpywa si niczym mga i wraca do ziemi. Ale

noc poczuje silny lad i ruszy nim. Jest szybki, lecz ma dug drog do przebycia. I pjdzie tropem z pewnoci. Nic go tak nie przyciga jak krew tego, kogo przekl. Westchnem tylko. - Mam nadziej. - Jestem Snop, syn Cieli. Tamten to Hacel, syn Bednarza, jest jeszcze Benkej Hebzaga i NDele Aligende. - Amitraj i Kebiryjczyk? S po naszej stronie? - Nie wszyscy Amitraje chc wraca pod jarzmo Pramatki. Benkej kocha wszystko to, co tam jest zabronione, i woli by obcym wrd Kirenenw ni y wrd swoich. Za kebiryjscy najemnicy patrz na wszystko po swojemu. Aligende wynaj si do suby przed przewrotem w jednostce, gdzie byo wielu Kirenenw. Kebiryjczycy s dziwni, trudno zrozumie ich mow i obyczaje. Zdaje si, e nie obchodzi ich specjalnie nic, co si dzieje po tej stronie Wewntrznego Morza. Ale jeszcze nie spotkaem ludzi tak honorowych i wiernych. Kebiryjczycy nie zdradzaj. Nigdy. Skoro wynaj si do suby w naszej jednostce, to bdzie jej wierny. Co wicej, kiedy si zaciga, rzdzi cesarz. Wic Aligende moe jeszcze by wierny cesarzowi. Takie rzeczy jak przewroty i zmiany na tronach zupenie do nich nie trafiaj. Jego dom jest gdzie wrd puszcz i stepw Kebiru i tyle. Klepn mnie w rami. - Odpocznij. Posied w cieniu, wypij czark naparu, a potem troch zimnej wody. Zostaw kolejny lad dla naszego demona. Ten popas bdzie krtszy ni ci si wydaje. I znowu jechalimy szybko, ale ju nie w tak szalonym tempie jak przedtem. Dopiero pnym popoudniem dotarlimy do strumienia i tam zrobilimy wszystko, co nakaza nam Mrok. - Roiho nie moe przekroczy pyncej wody - powiedzia. - To go jednak nie zatrzyma na zawsze. Poszuka jakich kamieni lub mostu i pody dalej, bo one nigdy nie rezygnuj. Dlatego gdy traficie nad strumie, musicie dla niego znikn. Zrobilimy, co kaza. Zdjlimy ubrania i wykpalimy si w lodowatej wodzie, potem zapalilimy w miseczkach ostro pachnce trociczki i okadzilimy dokadnie ciaa, wierzchowce i wszystkie bagae. Pniej wymalowalimy sobie na caej skrze znaki witych formu i dopiero wtedy przeszlimy przez rzek.

W tym miejscu nie trafilimy na brd, rzeka, cho niezbyt szeroka, bya rwca i pena ska. W wielu miejscach woda moga przykry jedca na koniu z uniesion wczni i nikt nie zobaczyby nic poza ostrzem wystajcym ponad fale i wiry. Tropiciele zachowywali si jednak tak, jakby nie byo to nic szczeglnego. Przez jaki czas patrzyem na to, co robi, niczego nie rozumiejc. Jeden z nich nadmuchiwa specjalnie wyprawione skrzane worki i ukada je wok siebie, drugi przeszed si wzdu brzegu, zbierajc poszarzae, dugie kije przyniesione przez wod, kolejny przygotowa dug lin i obwiza si ni w pasie, a pniej bez namysu wszed w huczc kipiel i popyn. Patrzyem, zagryzajc wargi, jak jego gowa pojawia si wrd piany i ska, a potem znw znika. Byem pewien, e nie ma szans przey. Stojcy na brzegu tropiciele spokojnie popuszczali lin, a czowiek niesiony coraz dalej z prdem jakim cudem dotar cao na drugi brzeg i wrci biegiem do miejsca na wprost nas. W efekcie rzeka przegrodzona bya lin, ale nie wiedziaem, co to miaoby pomc. Okazao si jednak, e dla tropicieli przerzucona przez strumie lina to ju most. Obwizano j wok sterczcych ska, a potem z kilku kijw i nadmuchanych bukakw powstaa tratwa, na ktrej na drugi brzeg popyny nasze bagae. Ptla z rzemienia trzymaa j przy linie, a tropiciel lea na wznak, co chwil zalewany spienion wod i przesuwa si wzdu sznura silnymi ruchami ramion. Zabra ze sob jeszcze jeden rzemie, dziki ktremu pusta tratwa wrcia na nasz stron. Kiedy nie byo ju bagay do przewoenia, przysza kolej na zwierzta. Juczne onagery najwyraniej wiedziay ju, o co chodzi, bo boczyy si i porykiway, ale pozwoliy uwiza swoj uprz do liny transportowej i weszy do wody. - Wy przepyniecie za wierzchowcami - powiedzia Snop, wrczajc mi olizgy, mokry worek, skr caego jagnicia, nadmuchany powietrzem, ze sterczcymi w cztery strony wiata nkami. - Worek wie si pod brzuchem i piersi - tumaczy. - Ptla bdzie te uwizana do gwnej liny, wic nie pjdziesz na dno, choby nawet worek si przebi. Musisz tylko trzyma si koskiego ogona i oddycha. Dziecko by sobie poradzio. Wtedy zorientowaem si, e nie jestem ju chyba dzieckiem. Ledwie uchwyciem mocno koski ogon, zwierz pocigno mnie w lodowat wod. Bya potwornie zimna, miaem wraenie, e mnie poparzya. Worek koysa si i miota pode mn, jakby by ywym stworzeniem, ktre chce za wszelk cen si uwolni, buzujca wciekle woda zalewaa uszy i oczy, wdzieraa si do ust i nosa, kiedy usiowaem oddycha, zachystywaem si pian. Worek przesun si troch i znalazem

si nagle w lodowatej, przewietlonej blaskiem soca toni, wrd mnstwa baniek powietrza, syszc jedynie bulgot i dziwnie ostro postukiwanie kopyt pyncego wierzchowca, ktre czasem trcay o czubki ska. Moje puca miotay si w agonii, ale oczy patrzyy na dziwny, zakryty wiat, ktry wydawa mi si jako pikny. Udao mi si przekrci i wynurzy na chwil, ale nie nabraem powietrza, tylko zaniosem si kaszlem, a ponownie znalazem si w szmaragdowej wietlistoci rzeki, a mj wasny krzyk brzmia niczym zawodzenie morskich potworw. Nie wypuciem z rki koskiego ogona, nawet kiedy tonem. Z uczuciem alu, e umieram tak gupio w rzece, a wraz ze mn umieraj wszyscy Kireneni i Woda nie przejdzie przez swj mostek. mier bya nieskoczon chwil bolesnej, mokrej ciemnoci. A za moment znowu yem, przewieszony przez kolano jednego z tropicieli, wyrzygujc z siebie i wykasujc cae wiadra wody. - Jeli chciae pi, wystarczyo powiedzie - zauway uprzejmie Snop. - Nie naley wypija caej rzeki. Chciaem mu co odburkn, lecz nie mogem wci zapa tchu. Pozbieraem si na nogi, ale byem tak wycieczony i zmarznity, e usiadem tylko bezsilnie. Ostatni z tropicieli czekajcy na tamtym brzegu odwiza lin, przepasa si ni, po czym wszed do wody i pozwoli si przecign na drug stron. Odkd stanlimy nad brzegiem skalistej, rwcej rzeki bez mostu i brodu, do chwili gdy osiodalimy na powrt konie, nie wypalioby si wicej ni cal wiecy. Jednak zanim wyruszylimy w dalsz drog, przeszlimy ten sam rytua. Okadzilimy ciaa, przyozdobilimy je od stp do gw znakami witych formu i dopiero wtedy moglimy zaoy burobrzowe, lune ubrania tropicieli, obszyte kawakami sieci i postrzpionymi brzowymi oraz czarnymi szmatkami. Potem znw by marsz. Soce zachodzio, a my brnlimy kamienistymi ciekami wrd malujcych dugie cienie ska, wrd dziwnych, jakby niechlujnie usypanych gr, ktre ogarniay nas, wrcz bray w ramiona. Sdziem, e bdziemy szli ca noc, tymczasem jeden z tropicieli znalaz osonite miejsce w zaomie ska i tam rozsiodalimy konie.

- Na razie zatrzymujemy si na spoczynek - oznajmi Snop. - Gwnie ze wzgldu na roiho i dlatego, e tu nie ma ludzi. May ogie ma pon a do brzasku. Pierwsza warta Benkej, druga ja, trzecia NDele, czwarta Hacel. Rozpalcie zioa. Znowu musimy wszystko okadzi. Zmierzch zapad szybko, peen tajemniczych szelestw, cieni i dwikw nocnych ptakw. Wok obozowiska Hacel rozcign link i zawiesi na niej modlitewne proporczyki, ktre dostalimy od Mroka. Dopiero kiedy siedzielimy wok malekiego ognia, tropiciele zrzucili kaptury, rozcierajc spocone, zaczerwienione twarze. Jeden z nich, chyba Amitraj Benkej rozsznurowa worek i wyda kademu po dwa paski suszonego misa, kawaek sera i wier bochenka chleba. Bukak rozwodnionego palmowego wina zacz kry z rk do rk, w arze bulgotay tygle z naparem. Wszystko odbywao si w zupenej ciszy. Nigdy dotd nie baem si nocnych ciemnoci. Moe wtedy, gdy byem dzieckiem. Teraz jednak czuem si tak, jakbym znw mia kilka lat. Lecz nie baem si opowieci o upiorach. Tym razem wiedziaem, co moe kry mrok. Wiedziaem, e czai si tam prawdziwy upir, i wtpiem, by zatrzymay go nasze pokryte znakami, te i czerwone proporczyki albo zapach kadzide. Snop nie wyznaczy wart ani mnie, ani Brusowi ale sdziem, e i tak nie uda mi si zmruy oka. Myliem si. Zaraz po skromnej kolacji Kebiryjczyk wydoby ze swoich bagay may bbenek i, trzymajc go na kolanach, zacz delikatnie wybija rytm, nucc pod nosem monotonn przypiewk. To by bardzo cichy piew, myl, e par krokw dalej, za skaami nikt ju nie odrniby go od odgosw nocnych ptakw. - To modlitwa do jego nadaku - szepn Hacel. - Odpdza upiora. Roiho to jedna z niewielu rzeczy na wiecie, ktrych si boimy. Kady z nas zabi ju zbyt wielu ludzi. Wycignem si okutany kocem, prbujc rozprostowa obolae nogi, potem zapatrzyem si w niewielkie pomyki. Wystarczyo dosownie kilka uderze bbenka, a arzca si plama wiata zacza dwoi mi si w oczach i zupenie niespodziewanie zasnem, zupenie jakbym uton w czarnej rzece. By to niespokojny sen, peen koszmarw, krwi i strachu. Widziaem w nim potwora, ktrego inni nazywali roiho, a ja wiedziaem, e ma na imi Mirah i kiedy trzymaem j w ramionach. Co gorsza, za jej sinobiaym ciaem widziaem kolejne sylwetki. Widziaem ich pokryte bryzgami krwi, blade jak papier, niebieskawe twarze, usta niczym krwawe dziury, oczy wypenione zakrzep

krwi. Stali rami w rami z upiorem na granicy wiata ogniska. Chopiec, ktremu graem na flecie. Dwaj wartownicy, ktrzy pilnowali obozu. Zwiadowca, ktrego znaem jako Guldeja, a ktry nazywa si Kos, syn Garncarza. Umiecha si rozdartymi ustami i wyciga do mnie zakrwawion do, w ktrej trzyma pk wodnej kapusty i ryb. Do, w ktrej brakowao dwch palcw. Ci, ktrzy zginli, poniewa stanli pomidzy mn a zrodzonym przez uroczysko, dnym zemsty upiorem. Zza ich plecw zaczli wychodzi inni, ktrych zabiem, a ja nie mogem si poruszy, wiedzc, e za chwil pojawi si Woda, crka Tkaczki. Widziaem jej drobn, pochylon sylwetk. Nie widziaem twarzy. A potem uniosa powoli gow i gdy wiato ksiycw pado na jej oblicze, obudziem si ze zduszonym krzykiem. Panoway cisza i ciemno. Leaem duszy czas, bojc si zasn ponownie. Ognisko wygaso i wida byo tylko zarysy ska i kolczastych krzeww. Nie mogem wypatrzy nawet nikogo ze picych. Nieruchomi, owinici kocami, w swoich lunych szatach obszytych postrzpionymi gaganami, przypominali sterty kamieni i piachu. Sen nie przypomina tego z zeszej nocy, kiedy patrzyem oczami upiora, cho nie wiedziaem, na czym to polegao. Czuem, e niem zwyczajny koszmar, chocia nocny strach sprawi, e byem cay mokry z niepokoju i waciwie pewien, e Woda ju nie yje. W tamtej chwili wrcz chciaem zobaczy upiora Mirah, eby mie pewno, e posza za nami, ale mimo e wytrzeszczaem oczy, widziaem jedynie noc, skay i piach. Wypatrzyem w kocu Brusa, ktry jakby tknity moim spojrzeniem otworzy oczy i spoglda na mnie badawczo. Gdy poprawia si w kocu, zobaczyem, e cay czas ma w doni n. Schowa go pod tobokiem, ktry trzyma pod gow, mrugajc do mnie porozumiewawczo. Kolejny raz obudziem si, gdy jeden z wartownikw zmienia drugiego, mimo e odbyo si to bez najmniejszego dwiku. Jeden tropiciel odrzuci koc i wsta, po czym bezszelestnie wtopi si midzy skay, a drugi owin si derk i zmieni w nieruchomy pagrek. W ciemnociach ponuro rozleg si gos polujcego nocnego ptaka. Dopiero niemal nad ranem zobaczyem wiat oczami roiho. Ten sen by inny ni poprzednie. Znw widziaem noc zalan dziwacznym, rudym wiatem. Usyszaem przeraajcy krzyk, widziaem, jak ciska si bezradnie na brzegu rzeki, ktra bya dla niego niczym wirujce kosy rozpdzonego rydwanu i huczca ciana ognia. Widziaem, jak rozszarpuje zbami szmatk z mojego opatrunku, usiujc zliza troch zakrzepej krwi, a potem puszcza si biegiem wzdu brzegu. Ogromny niczym kuc skalny wilk, ktry bez trudu powaliby i rozszarpa konia wraz z

jedcem, pi wod ze strumienia. Zawy na widok upiora Mirah i rzuci si do ucieczki z podkulonym ogonem, ale dogonia go atwo, jak rumak moe dogoni koz. Usyszaem jej peen wciekoci wrzask, migny mi hakowate szpony i wilk wyda krtki, przeraajcy skowyt, po czym zosta rozdarty na parujce strzpy. Roiho przysiada tylko, przytrzymujc jego drgajce cielsko, by sign trjktnymi kami do szyi, i zaraz pognaa dalej. A ja obudziem si z ulg, bo czuem, e widziaem prawd i upir pogna naszym ladem. Obudziwszy si, zobaczyem, e Kebiryjczyk taczy na tle poncego wschodu soca. Kolejne dni byy monotonne, ale na swj sposb spokojne. Dotd bylimy obaj z Brusem zdani jedynie na siebie. Dotd nieustannie musielimy pozostawa czujni i napici jak ciciwa uku. Teraz moglimy zda si na naszych milczcych tropicieli. To oni dbali, gdzie i, co je i gdzie si ukry. Wdrowalimy przez niewysokie, skaliste gry, przez okolice puste i zupenie bezludne. By tylko kus w kbach pyu lub marsz wrd kamieni u boku konia, z ywych istot widywalimy jedynie drapiene ptaki, we i szakale. Sama wdrwka okazaa si mczca, ale mimo to miaem wraenie, jakbym odpoczywa. Odkd przebylimy rzek, cay czas nosilimy ochronne formuy na ciele, co postj okadzalimy si dymem trociczek i odprawialimy rytuay, ktre miay uczyni nas niewidzialnymi dla upiornych zmysw roiho. Sdziem, e zostawilimy Mirah daleko z tyu, cho nie miaem zudze, e rzeka zatrzyma j na zawsze. Na razie jednak uwaaem, e nam si powiodo, bo nawet koszmary przestay mnie nawiedza i nie musiaem co noc oglda krwawego wiata widzianego jej oczami. Wdrowalimy, spdzajc w siodle dugie godziny. Nie przeszkadzaa mi nieustanna cisza, take obolae siedzenie przestao z czasem dokucza. Tropiciele uczyli mnie, jak by niewidzialnym. Jak kry si wrd ska i kamieni, wykorzystujc bezksztatny, bury strj i pozostawa w zupenym bezruchu. Jak przemyka bezgonie i niepostrzeenie niczym podmuch wiatru. Twierdzili, e obok dobrze ukrytego, przyczajonego tropiciela moe przej nawet oddzia wojska, nie zauwaajc nic podejrzanego. Kiedy oni to robili, wydawao si bardzo proste, jednak par razy kazali mi si skry o sto krokw od siebie i, mimo e jak najpilniej suchaem ich wskazwek, znajdowali mnie natychmiast. Smarowaem skr glin, tarzaem si w pyle, wplataem w sie dba i gazki tak samo jak mi pokazywano, ale nie robiem si od tego niewidzialny. Zdradza mnie kawaek odsonitej skry, bysk okucia, nienaturalne uoenie ciaa, ktre w moim wydaniu za nic nie chciao upodobni si do sterty niewielkich gazw

albo piaszczystego pagrka. miali si i obrzucali mnie kamieniami, mimo e wytaem cay swj spryt i rozum, wyszukujc coraz bardziej pomysowe kryjwki. Na moich oczach Benkej wtopi si w ska, ledwo odszed na odlego paru koskich dugoci, mimo e nie spuszczaem z niego oka. Po prostu rozpyn si w powietrzu. Dopiero gdy podszedem na kilka krokw, zdoaem rozpozna jego sylwetk wrd suchych dbe i skalnych zomkw. Gdybym nie wiedzia dokadnie, gdzie znikn, nigdy by mi si to nie udao. Otaczajce nas gry wyglday jakby rozsypyway si ze staroci i w miar marszu robiy si coraz nisze. Niewiele tam byo rolin, a wszystkie suche i pokryte kolcami, pasujce do niegocinnego krajobrazu, a zaczem zastanawia si, czy w tych dzikich ostpach yj w ogle jacy ludzie, a jeli tak, to czy czasem nie wygldaj podobnie. Mijalimy opuszczone wioski, rwnie ponure jak wszystko dokoa. Domostwa zbudowane byy z kamieni, okrge niczym ule i pozbawione okien. Opodal wioski pozostay ndzne poletka, rwnie otoczone murkami z ustawionych jeden na drugim kamieni. Porodku wioski wznosia si kolawa, niezbyt wysoka wiea, ale nie bya siedzib kultu Pramatki. Brus powiedzia mi, e to obronne spichrze. Na tym pustkowiu nie istniao nic cenniejszego ni ywno, wic przechowywano j w tych wieach. Pasterze czsto cierpieli gd i wwczas czsto najedali ssiednie wioski, chcc zdoby cho troch jedzenia. Wtedy napadnici chronili si w wiey i zaciekle bronili swoich zapasw. Te wioski, ktre mijalimy, stay jednak puste. Byy to miejsca tak ponure i jaowe, e samo patrzenie na nie wywoywao rozpacz. Prbowaem wyobrazi sobie, jak to jest urodzi si tutaj, wrd pospnych gr, w ciemnym domostwie bdcym stert uoonych jeden na drugim gazw, nie znajc niczego prcz kamieni, bota i ska. Mylenie o tym a bolao. Przyszo mi jedynie do gowy, e sam odszedbym, ledwo nauczybym si chodzi. Gdziekolwiek. Wszystko byo lepsze ni ta mroczna kraina. Susza sprowadzona przez Nahel Ifrij na Wewntrzny Krg tu spukaa zbocza powodziami i lawinami bota, wic grale albo pomarli z godu, albo uciekli. Zaczlimy w kocu widywa ludzi. Nielicznych pasterzy strzegcych stad dziwnie wygldajcych chudych kowiec, skubicych porosty z powierzchni kamieni lub ujcych wysche odygi kolczastych krzeww. Kilka razy przemknlimy wrd ska, skryci przed ich wzrokiem, potem powrcilimy do dobrego obyczaju uciekinierw i tropicieli i zaczlimy wdrowa nocami. Bezgoni niczym cienie mijalimy pogrone w mroku kamienne wioski, oszczekiwani jedynie przez psy.

Pniej za musielimy i traktem. Krzywym i kamienistym, jak wszystko tutaj, ale bya to jedyna moliwa droga. - Nie podoba mi si to - oznajmi Brus podczas postoju. - Gdzie droga, tam posterunek. Prdzej czy pniej. Nawet na takim pospnym zadupiu jak to. A przez posterunek atwiej przekra si pieszo i we dwch ni przejecha w szeciu na koniach, z jucznymi zwierztami. Wdrujc w przebraniu, moemy przej zupenie zwyczajnie, pokazujc papiery i nie wzbudzajc podejrze. - Nie ma innej drogi do Nahilgy - odpar Snop. - Tak to ju jest z grami. Tu czasami po prostu nie da si czego obej albo omin. S przepaci, wwozy i ciany skalne. Poradzimy sobie. Moemy przej jako oddzia amitrajski, umiemy przekra si niepostrzeenie nawet przez blokad na trakcie. Moemy przej w przebraniu, przekupi stranikw lub ich pozabija. Na wszystko jest sposb. Rzecz w tym jednak, synu Piounnika, e przywyke polega jedynie na sobie. Czubym si lepiej, gdyby zmusi si do odrobiny zaufania. Wiemy, co robi. Jestemy tropicielami. I jest nas szeciu. Na tym pustkowiu to ju armia. Jeeli kilku samotnych onierzy zginie w tych grach bez ladu, nikt nie bdzie rozpacza. - Sam byem kiedy zaganiaczem - warkn Brus. - Spdziem wiele czasu na ziemi wrogw i na tyach ich wojsk i wiem, co mona zrobi, a czego nie. Nie byo jednak innego sposobu ni i traktem. Droga wia si midzy gooborzami i cianami wwozw, potem prowadzia brzegiem pytkiego, najeonego kamieniami potoku. Idc nocami, nie spotkalimy nikogo, czasem pierzchay przed nami dzikie kozy, raz widzielimy trzy ogromne skalne wilki, na szczcie po drugiej stronie rzeki. A pewnej nocy okazao si, e droga prowadzi rodkiem wioski. Po bokach wznosiy si niedostpne zbocza, drog przecina mur z kamieni, zza ktrego wida byo zarysy pospnych kamiennych domostw i sterczc nad tym wszystkim wie spichrza. Wjazd zamykaa brama z krzywych, zaostrzonych erdzi spitych acuchem. Przez ciemne drzwi domostw czasem byskao wiato paleniska, kiedy wiatr porusza osaniajce je paty skry. Wikszo budynkw jednak bya zamknita na gucho, tylko psy wyy i poszczekiway, sycha byo te, jak pobekuj kowce w zagrodach. Brus zakl ledwo syszalnie, cho z wyran zoci. - Przejdziemy - powiedzia cicho Snop. - To troch ryzykowne, ale nie bardzo. Jednak to Filar, syn Oszczepnika musi zdecydowa. To on jest Nosicielem Losu. My nie wybieramy drogi.

Pilnujemy tylko, by dao si ni i. Nahilgy jest przed nami. O dwa dni marszu. Nie znam innej drogi ni tym traktem, bo otaczaj nas gry. Decyduj, tohimonie. - Jak chcesz przej? - spytaem. - Posterunki, ktre wystawia si w takich dziurach, su do straszenia podrnych i uwiadamiania wieniakom, e mimo i yj na kocu wiata, wadcy o nich pamitaj. Potga posterunku to potga wadcy. Reprezentuj j, ale sami nie maj siy. To dwch, moe trzech znuonych stranikw, ktrzy stroj grone miny, studiuj paszporty i dgaj durr oszczepem. Czasem obmacuj dziewczta, eby sprawdzi, czy nie przenosz pod kieckami czego zabronionego. Teraz jednak jest noc. A noc to prostu dwch picych onierzy piechoty, samych w obcej ziemi i na pustkowiu, gdzie nikt im nie pomoe. Brus pokrci gow. - Brusie? - lad to lad. Prdzej czy pniej kto si dowie, e jechalimy tdy. Moim zdaniem powinnimy zabi stranikw. - Zrobimy to, jeli do nas wyjd - oznajmi Snop. - Zaoy kaptury i miecze w do. NDele i Benkej, szykowa uki. Kaptur na kurcie tropiciela ma tam nad czoem, ktr naley obwiza wok gowy. Potem trzeba odpi pat materiau, by przesoni nim usta i nos. Po tym wszystkim mona jeszcze spuci na twarz zason z drobnego mulinu, jednak w nocy lepiej tego nie robi, bo wtedy niewiele wida. Kiedy podjechalimy do bramy, mielimy ju miecze w doni i zakryte twarze. Kebiryjczyk i Amitraj trzymali w doniach uki. Zazwyczaj ujmowali majdan, przytrzymujc palcami zaoon ju strza. uk zwisa im w jednym rku swobodnie, podczas gdy druga bya wolna. Wiedziaem jednak, e wystarczy szybki ruch, by strzaa wbia si tam, gdzie chc. Snop zrobi odpowiedni gest, na co Hacel wspi si na siodo, chwyci zaostrzony pal bramy, waciwie krzywej zapory i przeskoczy za ni, znikajc w ciemnociach. Nie usyszaem nawet, jak spad na ziemi. Po prostu przeskoczy furt niczym kot. Po chwili acuch zaszczeka lekko i znowu zapada cisza. Czekalimy, a wioska trwaa w zupenym upieniu, jakby noc pochona wszystko, co ywe. acuch zaterkota, wylizgn si spomidzy belek, jakby zamieni si w wa, a potem furta otworzya si ze skrzypniciem.

Przy samej bramie sta niewielki domek wzniesiony z kamieni jak wszystko wok, jednak najwyraniej zbudowano go niedawno, co wicej, zaopatrzony by wskie okno, ktrego grale nie mieli w zwyczaju umieszcza w swoich chaupach. W oknie wiedzielimy wiato kaganka, jednak kiedy tylko wjechalimy za bram, kto zdmuchn pomyk i zaraz zasoni okno od rodka drewnian okiennic. Syszaem, e stara si jak najdelikatniej zasun rygle. Hacel podszed do chaupki i zastuka w deski gowic swojego paasza. - Spa! - zawoa po amitrajsku. W rodku co zaszelecio krtko. Jechalimy przez wie w gbokiej, aksamitnej ciszy i mroku. Tylko kopyta postukiway o kamienie. Snop jecha przodem, Benkej i NDele po jego bokach, troch z tyu, z ukami w doniach opartych wygodnie o k, ale czujnie rozgldajcy si po dachach i mrocznych zakamarkach midzy kamiennymi chaupami. Hacel i Brus jechali jeszcze szerzej, a na kocu ja, usiujc co chwil oglda si za siebie i co jaki czas obracajc si wraz z koniem. Byem napity niczym struna, walio mi serce, a rkoje paasza tropiciela zrobia si liska od potu. W ciemnociach czasem sycha byo delikatne szelesty, gdzie stukny drewniane drzwi, co zaskrzypiao. Jaki pies rozszczeka si w mroku, zaraz jednak zaskowycza przeraliwie i umilk. Znw byo sycha tylko kopyta naszych koni. Za moment rzeczywicie przejedziemy przez wie, ktra udawaa, e nas nie ma. Do bramy zostao nam kilkadziesit krokw, kiedy nagle zobaczyem wiato. Plam wiata, jasny pomie pochodni, opoccy przy bramie. Wiedziaem, co to jest. Oddzia zbrojnych stojcy w poprzek traktu, drugi taki sam stoi zapewne u wjazdu do wioski, odcinajc nam drog. Dziesiciu konnych zaganiaczy z kadej strony, wszyscy z ukami w rkach. Puapka, w ktr weszlimy jak gupcy. Weszlimy, bo tak chcia Snop, syn Cieli, a ja mu na to pozwoliem. Przez myl przebiego mi, e musimy rozproszy si pomidzy domostwami, chyba e tam zapon za chwil kolejne pochodnie. Nikt nie wiedzia, e jedziemy tym szlakiem. Nikt prcz Snopa, syna Cieli. A wtedy zobaczyem, e pochodni trzyma tylko jeden czowiek. Dziewczyna ubrana w wsk sukni w jaskrawe, czerwone i zote pasy, o czole przecitym pstrokat przepask, z ktrej zwisaj wstki i migocce w wietle pochodni byskotki. Dziewczyna draa z zimna albo ze strachu, pochodnia zadygotaa w jej rku, kiedy podjechalimy bliej. Skierowaa poncy koniec w d, owietlajc stojc na ziemi mis, w ktrej

co lnio. Potem pochodnia przesuna si z hukiem pomienia, sypic iskrami, i owietlia lecy pod tatuowanymi w drobne wzory stopami skrzany bukak. Dziewczyna cofna si i zatkna uczywo w elazny uchwyt przy cianie. Patrzylimy na to widowisko w milczeniu, a ja ledwo dochodziem do siebie. Jeszcze przed chwil byem zaklty w stal i kamie, dopiero teraz wracao mi ycie. Interesowao mnie tylko to, e nie zwal si na bruk naszpikowany strzaami zaganiaczy. Snop warkn co po amitrajsku tym swoim zardzewiaym gosem, co brzmiao jak trybut!". Hacel zeskoczy z sioda, podszed do dziewczyny, po czym sign po lecy na ziemi bukak. Odkorkowa go, powcha, unoszc lekko d zasony, a potem wrczy jej i zrobi zachcajcy gest doni. Zapaa ustnik dygoccymi rkoma i upia odrobin. Hacel szarpn niecierpliwie workiem, dziewczyna zakrztusia si, ale wypia kilka solidnych ykw. Teraz tropiciel przej bukak i ykn, przepuka usta i wyplu siarczycie na kamienie. Odczeka chwil, skin gow i rzuci worek Snopowi. Patrzyem, nic nie rozumiejc, miaem wraenie, e rozgrywa si przede mn jaki spektakl. Snop zeskoczy na ziemi z bukakiem w doni, a Hacel ponownie dosiad konia. Patrzyem, jak nasz dowdca podchodzi do misy i obojtnie rozgarnia grzechocce tam przedmioty, ktre wyglday niczym gar wieccego wiru lub potuczone szko. Wycign korek i przekn troch wina, po czym uj pochodni i owietli dziewczyn. Uniosa dygocce rce do mosinych zapinek sukni, ale nie moga sobie z nimi poradzi. Snop sign po swj krtki n i rozci jej sukni, a potem chwyci za rami i pchn lekko w kierunku czego, co przypominao chlewik. Krzywe drzwi zamkny si za nimi ze skrzypieniem, a my czekalimy, siedzc w siodach i nie odzywajc si ani sowem. Z chlewika dobiegay nas stknicia i jki dziewczyny, trwao to jaki czas, potem zapada cisza. Chrzknem w zakopotaniu i wbiem wzrok w eb mojego konia, ktry zastrzyg uszami i parskn pytajco. Usyszaem stumiony krzyk dziewczyny, ktry przerodzi si w przeraajcy, krtki wrzask, jakiego nie mogo wyda ludzkie gardo. Zmartwiaem w siodle i w jednej chwili uwiadomiem sobie, e tropiciele to ludzie, ktrzy kiedy znajd si w swoim ywiole, staj si zupenie bezkarni. S jak wcieke wilki. Nie dogodzia mu? A moe po prostu tropiciel mia taki kaprys? Moe tylko lubi zabija?

A jednak byli Kirenenami. Przydzielono ich do mnie, byli w jakim sensie moimi ludmi, wic poczuem si zdradzony. Zbrukany. Jakby bezmylna zbrodnia Snopa obryzgaa i mnie. Otworzyy si drzwi, Snop wyszed, wycierajc ostrze miecza wiechciem somy, po czym rzuci komu bukak i przyklk przy misie z klejnotami. Nabraem ochoty, eby ci go tu i teraz, pki klczy ze zwieszon gow i nikt na mnie nie patrzy. Potem pogoni do bramy i dalej, do Nahilgy. Zacisnem do na rkojeci miecza, a wtedy z chlewika wysza dziewczyna. Caa i zdrowa, usiowaa doprowadzi do porzdku rozcit z przodu i utytan botem oraz nawozem weseln sukni. Snop wsypa kamienie do sakiewki, po czym wybrawszy dwa klejnoty, rzuci je dziewczynie i znw znikn w chlewiku. Kiedy wrci, niosc skrwawione martwe jagni, ktre przytroczy do sioda, poczuem si jak gupiec. Dziewczyna zostaa z tyu, a my ruszylimy ku otwartej znienacka drugiej bramie. Obok znajdowaa si taka sama budka stranicza jak na wjedzie, ale ciemna, zaryglowana od rodka i martwa, jakby nikt nigdy w niej nie mieszka. Gdy wyjechalimy na trakt, brama zamkna si bezszelestnie za nami, usyszaem podzwanianie acucha. Przejechalimy. Nie odezwaem si a do brzasku, kiedy znalelimy osonite miejsce i zatrzymalimy si na popas. Byo mi gupio. - Tam w kiszaku... - Przeknem lin. - Sdziem, e zabie t dziewczyn. Co tam si stao? - Przez wie przejechali grscy rozbjnicy - wyjani. - Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni. Klejnoty, wino i dziewczyna byy po to, by zostawili wie w spokoju. - A po co zarne jagni? - Zachowa si jak prawdziwy zbj - parskn Brus. - Po prostu musia co ukra. Jakby tam nie byo jagnit, to odlaby si na ulicy albo potuk czyje garnki. - Lepiej, e zarnem jagni ni dziewczyn. Moje go-hanmi nie jest ju w najlepszym stanie i waciwie wszystko mi jedno. Chodzi jednak o to, eby nie zdzicze od wojny. Mimo wszystko dzikuj za zaufanie, tohimonie. - Wybacz - powiedziaem sucho. - Ale nie znam ci, a widziaem ju niejedno. Tak to wygldao. - I co by zrobi? Jecha dalej pod eskort szaleca?

- Nie wiem, przywykem ju, e wojna to tryumf koniecznoci. Chocia tu adnej koniecznoci nie byo. - Mylisz si. Nie byo koniecznoci zabija dziewczyn, ale bya, eby zrobi co zbjeckiego. Twj przyboczny ze mnie drwi, lecz ma racj. Zreszt nie widz, bycie obaj gardzili tym misem. Gry si skoczyy, zmieniy w agodne pagrki i samotne skay. Zjechalimy ze szlaku i powdrowalimy na przeaj pustkowiem, a po dwch dniach zobaczylimy w oddali zabudowania, jakby wzgrza pokrywaa drobna wysypka. Wstawa wit. - Nahilgy - oznajmi Snop. - Teraz dopiero zrobi si ciekawie. - O czym mwisz? - spytaem. - Tu mielimy dotrze. Spotkasz tu swoje przeznaczenie? Wzruszyem ramionami. Sam nie wiedziaem, co dalej. Szczerze mwic, tak przywykem ju do drogi, e nie wyobraaem sobie, i mona po prostu gdzie doj. - Nahilgy to tylko etap - odparem. - Mamy kogo spotka, a potem rusza dalej. W Nahel Zym. Za Erg Kraca wiata. Gdzie z tyu Brus parskn z irytacj. Daleko szlakiem cigna grupka ludzi, malekich std niczym mrwki, bliej jaki dzieciak w lunej koszuli pogania kilka beczcych kowiec. - Ukryjmy si - mrukn Snop. - Ruch tu jak w wito Latawcw. Zsiedlimy z koni i weszlimy midzy wysche krzewy i skay. Odlege miasto znikno nam z oczu. Zatrzymalimy si w opuszczonym gospodarstwie stojcym w kpie schncych krzeww. Kilka ulepionych z gliny chat o zapadnitych somianych dachach, ustawionych w czworobok wok studni. Obserwowalimy siedzib przyczajeni wrd ska, ale wrd krzeww i dziwacznych drzew podobnych do pkw pierzastych lici nic si nie poruszao. Snop mlasn cicho, po czym zrobi par szybkich gestw. Benkej i Hacel zdjli z plecw uki, zsunli si po piaszczystym zboczu na brzuchach, bezgonie jak we. Tam, gdzie znikli, przez chwil tylko koysay si dba, a potem nie byo nic wida ani sycha. Czekanie nie trwao dugo, lecz szarpao nerwy. Wraz ze socem wstawa upa, skd pojawiy si wielkie, lnice muchy. Staraem si lee tak nieruchomo jak pozostali, ale przeklte owady pchay si do oczu i ust. Powoli, tak jak mnie uczyli, signem nad otwr kaptura, rozpiem mulin i

opuciem go na twarz. Tropicieli prawie nie byo wida, mimo e znajdowali si ode mnie o kilka krokw. NDele psiedzia niemal wronity w ostre jak brzeszczoty, wskie licie i trzyma przed sob poziomo uk, oparty majdanem o kolano, zupenie nieruchomy, niczym martwy, wpatrujc si w budynki mimo much pezajcych mu po wargach i policzkach barwy miedzi. Nawet grot jego strzay mierzcej w gospodarstwo na dole zosta poczerniony sadz, by nie zalni w blasku poranka. Hacel pojawi si zupenie swobodnie na rodku podwrza z mieczem schowanym do pochwy, wyprostowa do i machn ni przed sob, jakby pogadzi niewidzialn desk. Krzaki i kpy trawy wok mnie oyy, zmieniajc si w tropicieli. Kebiryjczyk spdzi muchy z twarzy i zdj strza, Snop gwizdn cicho na wierzchowce, ktre podniosy si z piachu, po czym uj dwa z nich za trzle. Kto przecign si, a zatrzeszczao mu w kociach. - Ten znak mwi: spokj" - mrukn do mnie Brus. - Tak si mwi, zarwno gdy gdzie jest zupenie pusto, jak i wtedy, kiedy wszystkich si pozabija. Tak czy inaczej panuje wtedy spokj. Wstaem i poszedem sprowadzi na d juczne onagery. Kiedy gospodarstwo musiao by spokojnym i przytulnym miejscem do mieszkania. Budynki byy mae, ale otulone krzewami, ktre rodziy owoce i ocieniay wszystko parasolem lici, w niewielkiej zagrodzie zapewne beczay kowce, a porodku podwrca staa nakryta specjaln klap studnia. Teraz roliny schy na wycigi, owoce zmieniy si w puste skorupy, ktre kruszyy si w doniach, w gbokiej studni by tylko piasek i nikt tu nie mieszka. Dopiero gdy sprowadziem zwierzta na pokryty wysch na kamie glin podwrzec, zrozumiaem dlaczego. Starzec siedzia opodal wejcia na wygodnej awie, pod trzcinowym daszkiem, po ktrym wiy si niedawno likworole. Jego oczy zniky, a skra skurczya si i wyscha na podobiestwo tawego pergaminu, odsaniajc dziwnie dugie zby. Usta byy otwarte i wypenia je kamie. Zbyt wielki, by mona go normalnie wepchn, zwaszcza nie amic mu zbw. - Bardzo dobre miejsce stwierdzi Hacel, widzc mj nieruchomy wzrok. - Z pewnoci uchodzi za przeklte. Jak wida, by tu jaki Czynicy. Odczeka chwil pod moim pytajcym spojrzeniem, po czym umiechn si tryumfujco. - Trzeba patrze wok - wyjani. - Nie trzeba zatrzymywa wzroku na jednej rzeczy, ktra wydaje si wana albo straszna, tylko zobaczy wszystko naraz.

- Nie popisuj si - powiedzia Brus. - Na cianie obok jest napis. Nie wida go ju dobrze, ale gdy si przyjrze, mona odczyta. Istotnie. Dostrzegem machnity niedbale symbol

Podziemnego ona i kolawe znaki, rozmazane i krzywe, jakby pisa je pijany. Handel to chciwo. Woda nie jest moja. Woda naley do Matki. Matka krmi swe deci. Nech wszystto stae si edny". - I wiemy wszystko - oznajmi Hacel. - By sobie drobny kupiec. Ta okolica yje z karawan i niczego innego, bo tu za bardzo nic nie wyronie. Zbudowa sobie niewielki dom, o kilka godzin marszu od miasta, gdzie jest drogo i haaliwie i krc si rne dziwne typy. Moe mia adn crk, kto wie. Wykopa sobie studni, a w tej okolicy to sztuka. I wystarczyo. Studnia, adny dom, jaki majteczek. Matka tego nie pochwala. Wszystkie dzieci s jednym. Nie moe by tak, e kto sobie wykopie studni i ma, a kto inny nie. Zreszt co mia zrobi? Wzi t studni pod pach i zanie do miasta? A wod i tak mu zabrali. Sposobem Czynicych. A moe studnia wyscha. Milczaem. - To si nazywa kara gwodzi" - doda po chwili. - Wbija si w czowieka due hufnale, ale tak, by za szybko nie umar. Normalnie, motem, jak w belk. Tylko zwykle robi to na jakim placu, eby wszyscy si napatrzyli. Ka te takiemu pisa prawdy Pramatki wasn krwi. Na koniec sadza si go i wbija gwd prosto w czaszk. - Popuka si palcem w szczyt gowy. Myl, e to zrobili jeszcze przed przewrotem. Na pokaz. Dlatego zdy tak wyschn. I by tu Czynicy. Ten kamie to przeklestwo. Pono ronie w ustach temu, kto przeciwstawia si prawu Podziemnej. Syszaem, e dobry Czynicy potrafi zrobi taki figiel na odlego, jeli zna czyje imi. - Bya susza - powiedzia niespodziewanie Brus. - Zrozpaczeni ludzie robi rne rzeczy. Moe odpdzi innych, ktrzy chcieli si tylko napi? Moe rzeczywicie by chciwcem? Kto wie, co tu si naprawd stao? Nie odpowiedziaem, patrzc na niego. Od pewnego czasu Brus robi takie uwagi. Na postojach albo w trakcie drogi. Nagle i znienacka wygasza co, co byo godne fanatycznego Amitraja, albo odsuwa od siebie miso czy piwo. Czasem jedynie szuka na si usprawiedliwie dla

wyznawcw Pramatki. Do tropicieli te odnosi si wzgardliwie. Potem to rwnie nagle mijao i Brus znw by Brusem. Nie wiedziaem, czy budzi si w nim przeklty kapan Czekedej, czy to tylko moja podejrzliwo. - Zwierzta do obory, bagae do rodka, Hacel pierwsza warta - rozkaza dowdca. Wejdmy do rodka. Nawet jeli to miejsce jest opuszczone, to dalej ma tak wyglda. Przyszed czas, ebymy porozmawiali, synu Oszczepnika. Tohimonie. Wntrze byo mroczne i chodne, jedynie przez dziury w dachu wpadao troch wiata. Niski st porodku i awy wzdu cian wykpiono tak, jak same zabudowania: z wyschnitej na kamie gliny zmieszanej z sieczk. NDele roznieci niewielki ogie na palenisku, wyj z worka orzechy i tygle. Benkej zasoni wejcie derk i zapali ma lamp. Usiedlimy przy niskim stole, przy ktrym kiedy nieszczsny handlarz siadywa ze swoj rodzin wok miski hyszmyszu z kasz. - Pytanie brzmi: co dalej - odezwa si chrypicy gos Snopa. - Doszlimy. Do Nahilgy zostao par godzin marszu. Musz wiedzie, co dalej, eby mc dziaa. Mamy wej do miasta, ot tak sobie? I po co? - Dalej - odezwa si Brus - jest tak, e odprowadzilicie nas, jak nakaza kai tohimon uciekinierw, Knot, syn Kowala. Naley wam si cze i podzikowanie. A teraz wy wracacie do reszty Kirenenw, a my robimy to, co nam przeznaczono. We dwch mniej zwracamy uwag i mamy wiksze szanse. Cztery ostrza wicej niczego tu nie zmieni. - Synu Piounnika, wybacz, ale ja chc mwi z Nosicielem Losu, nie z tob - odpar tropiciel. Mam swoje agiru. To on jest tu okuninem, dowdc polowym. To jemu mam suy i to on jest Nosicielem Losu, nie ty. Zrozum, e teraz nie jeste ju jedynym przybocznym syna Oszczepnika. Jeli jego misja polega na dojciu do Nahilgy, upewnimy si, e tam bezpiecznie dotrzecie, i odejdziemy. Jeli za jest tak, jak mi powiedzia, e idziecie w Erg Kraca wiata, to my idziemy z wami. Mamy przykazane: pomcie mu speni misj, cokolwiek to jest. Tak mi rozkazano i temu bd posuszny. Mosu kando! Patrzyli na mnie obaj. Nieruchomo i pytajco. Brus mia w oczach gniew, Snop upr. Wszystko zaleao od tego, co powiem. Ja - dowdca. Nagle bycie cesarzem wydao mi si o niebo atwiejsze ni bycie polowym dowdc. Miaem przed sob nie armie, tymeny wojska i prowincje, ale znanych mi ludzi, gotowych rzuci si sobie do garde z powodu, ktry nie zosta wyjawiony i ktry znali

tylko oni. I byo jeszcze moje sowo. Sowo dowdcy, ktre sprawi, e zrobi, co powiem, choby im si to nie podobao. - To czas, kiedy naley dokona wyboru agiru - rzekem. - Moment, kiedy Kirenen suwerennie decyduje si przyj obowizek lub nie. Sdziem dotd, e macie jedynie doprowadzi nas do Nahilgy. Knot potrzebuje wszystkich ludzi, jakich moe znale. Gdybymy mieli dalej przedziera si przez kraj, to Brus miaby racj. We dwch byoby nam atwiej. Ale jeli uda nam si zrobi to, co zamierzamy, i przejdziemy pustyni, opucimy ziemi Pramatki i znany nam wiat. Znajdziemy si w dzikich krajach i nie bdziemy musieli si ju ukrywa ani przemyka. W takiej sytuacji lepiej podrowa w szeciu. Powiem otwarcie: nie chce mi si wierzy w te wszystkie obrzdy Pytania, los wyznaczony przez Wiedzcych i inne rzeczy. Ale nie mam wyjcia. Robi to, co musz. Jest zupenie moliwe, e po prostu zginiemy beznadziejnie w piaskach pustyni i tyle wyniknie z tych wszystkich przepowiedni. Dlatego bdzie tak, e jeli tropiciele zdecyduj si na taki los, to zabieramy ich, Brusie. W sprawach zwizanych z sam misj bdziesz decydowa ty, w sprawach zwizanych z walk i przeyciem syn Cieli, chyba e postanowi inaczej. Najwaniejsze rozkazy podejmuj ja. Kto decyduje si i ze mn dalej, zostaje. Kto nie, moe odej teraz, przemierzy ponownie gry i doczy do Kirenenw idcych z Knotem, synem Kowala. To dotyczy wszystkich. Moecie zastanawia si, dopki nie wypij naparu. Mosu kandol Zapado milczenie. NDele postawi przede mn blaszan, baniast czark o podwjnych cianach i nala naparu z pyrkoccego tygla. Pocignem yk. Napar Kebiryjczyka by inny ni przywykem, pachnia egzotycznie jakimi korzeniami i melas, ale smakowa mi. Snop spojrza, jak wypijam yk i odstawiam czark na st, po czym otuli pi doni i unis j do czoa. - Agiru kano! - powiedzia. - Agiru kano! - odezwa si jak echo Kebiryjczyk i doda: - Endo, nwenzi. - Agiru kano! - powtrzy Benkej ze swojej awy, wchajc napar w czarce. Brus milcza przez chwil. Przez kilka uderze serca. - Oczywicie zawsze bd u twojego boku, tohimonie. Ale zanim powiem agiru, powiem co jeszcze. Zrozumcie mnie. Porwalicie nas na szlaku. Wbilicie kebiryjskie igy w gow mojego tohimona. Jest midzy wami czowiek, ktry ju raz zdradzi swj nard. Teraz chcecie i z nami na

koniec wiata i tak zdecydowa syn Oszczepnika, ktremu su od czasu, kiedy jeszcze by niedorostkiem. Nie znam was. Ale odtd bd wam ufa. Tak zdecydowa tohimon. - Agiru kano! - To o mnie chodzi - odezwa si Benkej. Zasalutowa pici. - Tohimonie, pozwl mi mwi z twoim przybocznym, bo tak nie moemy i w pustyni. Bdzie patrzy podejrzliwie za kadym razem, gdy kucn za ska. Skinem gow. Tropiciel podszed do stou i postawi na nim jedn nog, po czym opar si na udzie i spojrza Brusowi prosto w twarz. - Suchaj mnie, synu Piounnika. To prawda, nie urodzia mnie niewiasta z adnego klanu waszego narodu. Jestem Amitrajem. Z wielkiego miasta niedaleko std. Z przekltego Sauragaru, o ktrym mwi, e jest miastem za. Pochodz z niskiej kasty, z plemienia Karahai. Ale nigdy nikogo nie zdradziem, a ju zwaszcza przekltej Pramatki. Urodziem si w kraju cesarza Baraldina Tendaruka. A cesarz powiada: Benkej, moesz sobie by Karahimem, moesz by ksiycowym psem, co ma ogon midzy nogami, ale ja mwi: wsta i zrb co poytecznego. Naucz si czego i zarb na siebie. Jeste czowiekiem nie gorszym od adnej niewiasty i nie gorszym od adnego Efraima czy Sindara. Tyle bdziesz wart, ile zdziaasz w yciu. Pojmij niewiast, jeli znajdziesz tak, co ci zechce, i spod dzieci. Nie rb tego i tamtego, nie kradnij i nie krzywd innych. Ale co do reszty, rad sobie, jak umiesz. Proste prawa. W kraju cesarza kady by dobry. I Amitraj, i Kirenen, i Nassimczyk, i Kebiryjczyk, i kady. I to by mj wadca. Takie prawo powaam. Mam w zadku pomysy, by wszystko i wszyscy stawali si jednym. Nie s jednym. Kady jest inny. Jeden jest wysoki, drugi mdry, trzeci leniwy, czwarty odwany. Kto zdrowy, kto chory. Kto bogaty, kto biedny. Jeden sobie radzi, drugi nie. Tak toczy si ycie. Mona sobie poradzi, tylko jeli jest si wolnym. Ludzie nie rodz si niewolnikami i nie rodz si jednakowi. Nawet Amitraje. Dlatego jestem i zostan poddanym cesarza, ktry pozwala mi ukada ycie jak chc, mwi co chc, je co chc i chdoy kiedy chc. Nigdy nie wrc do zagrody dla Karahimw. Nie pokoni si przed Kodeksem Ziemi. Pluj na Kodeks Ziemi! To jest ksiga dla kowiec, ktre potrzebuj Owieconych, eby za nich myleli. Ka moim rodakom by jak mrwnice. Jak bezmylne robaki. Chc ich zmienia tak, by wszyscy byli jednakowi. Tylko e nie mona wyduy niskiego ani doda rozumu gupiemu. Mona jedynie obci tego, co wyrs, ogupi tego, co myli, i zrujnowa bogatego. Tylko w ten sposb mog sta si jednym. Nie da si zrobi tak, by wszyscy byli bogaci. atwo natomiast wszystkich uczyni biednymi. A komu si nie podoba, to rozwal mu eb motyk i oddadz witej ziemi. Ziemia nie jest wita. To tylko boto pod naszymi stopami. Nie bd kania

si botu. Wol by ostatnim poddanym cesarza i walczy u boku Kirenenw. Wol I Pod Gr na spotkanie waszego Stworzyciela ni by bezmylnym robakiem, ktrego wyplua ziemia i ktry ma si sta ziemi. Nie nosz klanowego noa. Nie potrzebuj, bo nie jestem Kirenenem. Ale nosz n tropiciela, ktry mi wystarczy, i to jest mj klan. Jestem askaro waszej armii, bo to bya kiedy armia cesarska. Kiedy zostan moe okuninem. Ale zawsze bd y tak, jak uczy cesarz. Sam radz sobie ze wiatem, wasnymi rkami. To wszystko. Moe kiedy nauczysz si mi ufa, synu Piounnika. A moe kiedy ja si naucz ufa tobie. To nie ja mwi nagle przy ognisku, e wyznawcy Podziemnej nie znaj samotnoci ani niepewnego losu. To nie ja mwi, e wolno przebija ciao starca gwodziami, nawet jeli odmwi komu wody. Chc i u twojego boku, tohimonie. Ale jeli powiesz, e i ty nie moesz ufa Amitrajowi, odejd z powrotem do naszych ludzi za grami. Wrc do tohimona Knota. Mosu kando! - Syszaem ci - powiedzia Brus. - Wybacz. Powiem jeszcze raz. Nie znam ci. Ale poznam i wtedy bd wiedzia. Mwiem, co myl. I mwiem, e ci zaufam. Zrozum jednak, co czuj. - Benkej idzie z nami - rzuciem. - Tak postanowiem. - Agiru kano! - szczekn Benkej tonem subisty i wrci na swoj aw. - Jeszcze raz pytam, co teraz? - odezwa si Snop. - Rozkazuj, tohimonie. - Brusie? - Agiru... - mrukn Brus. - W miecie powinno by dwch ludzi. Kebiryjczykw. To bracia. Bracia Mpenenzi. Prowadz przez pustyni karawany soli i handluj z ludmi-niedwiedziami. Daleko. Tamci kupuj sl i skry kamiennych wow. Pac kosztownociami i kruszcem, ktry dostaj od ludzi z wilczych okrtw. Mamy przyczy si do karawany i wraz z nimi przej Pustyni Kraca wiata. A potem i w dzikie krainy wilczych okrtw. - Dokd? - spytaem spokojnie. - Nie mog tego powiedzie za wczenie - oznajmi Brus. - Wybacz, tohimonie, ale tak nakaza cesarz. - Piknie - wycedzi Snop. - A jeli zginiesz, to co mamy robi? - Taki los, jak ten przepowiedziany przez Wiedzcych, sam si obrci. Niczego nie wolno przyspieszy. Jeeli jednak tak si stanie, kierujcie si na pnoc. A do morza. Odpowied da morze i niebo. - Nie wierz - oznajmi Snop i lekko odepchn si od stou.

- Bo nie mia do czynienia z tymi waszymi Hekimu, Wiedzcymi, synu Cieli - odezwa si NDele. - A ja tak. To naprawd musia by obrzd Pytania. Oni uwaaj: los jest pajczyna, a chc, eby nas poprowadzi. Jeli Brus powie za duo, naturalnie my idziemy na skrty i wtedy nic z tego nie bdzie. Olimwenga usuri. - Syszaem, co powiedziae - mrukn Snop. - Ci bracia mieszkaj w miecie? Widziae, co tu robi z kupcami. Mogli ich wysa do Domu Mczyzn, eby sadzili bulwy w piachu, albo pogaska motyk po bie. Jak ich miae znale? Pod szyldem Kantor przemytnikw soli"? - Nie wiem, dlatego musz i do Nahilgy i sam sprawdzi. Zwykle jeden z nich rusza z karawan, drugi czeka. Powinien siedzie w gospodzie. Jeli obaj yj, jeli istniej gospody, jeli jeszcze wdruj karawany. - To Zewntrzny Krg - odezwa si Benkej. - Nawet za poprzedniej dynastii, kiedy by Kodeks Ziemi, tu si jako handlowao. Karawany chodziy. Chocia nie syszaem, eby kto szed a na Erg Kraca wiata. Chodzili na poudnie. Szlakiem Nahel Zymu do Jarmakandy, Kandaru i jeszcze dalej. - Brusie... - powiedziaem. - Nie pjdziesz sam. Znieruchomia nad workiem, z ktrego wyciga szat Sindara. - Tohimonie, nie wiadomo, co tam si dzieje. Nie moesz... - Wiem. Pjdziesz razem z Amitrajem. Spojrza na mnie wzrokiem penym grozy i alu. - Benkej zna obyczaj lepiej ni my. Co wicej, urodzi si w Zewntrznym Krgu i to nawet w Sauragarze. Pjdziecie, bdziecie chroni si wzajemnie i razem wrcicie. Obaj. Nie chc widzie, e wraca jeden. Czekamy do jutra rano. Potem idziemy wam na pomoc. Brus zacisn kilka razy szczki i westchn. - Agiru kano - mrukn niechtnie. Benkej wsta bez sowa i poszed po swoje juki. Byli gotowi bardzo szybko. Brus w szacie Sindara, z kijem i w kapeluszu podrnym na gowie, Benkej w jakim nieokrelonym, burym stroju i zbyt krtkich, postrzpionych portkach, okrcony pustynnym paszczem i w kapturze na gowie. Mg uchodzi za kogo z niszej kasty, wieniaka albo i ebraka. Nieprzycigajcy uwagi, nijaki czowieczek. A potem znikli. Wtopili si w suche licie i odeszli bezgonie, a mymy zostali, eby liczy muchy siadajce na glinianej polepie, drzema i zmienia warty.

- Sl i skry kamiennych wow... - powiedzia Snop w zamyleniu. - Towar strategiczny. Nawet za cesarza te skry byy liczone co do jednej i w caoci kupowane przez armi. Nikomu nie wolno byo sprzedawa ich cudzoziemcom. Jeli zdoali je wywozi wtedy, to moe i teraz sobie jako radz. Westchnem. Chciaem w to wierzy, ale pamitaem opustoszae uliczki miasta po rzdami Czerwonych Wie. Ludzi mieszkajcych pod jednym dachem niczym zwierzta gospodarcze, mczyzn we wsplnych sypialniach i kobiety pod czu kuratel Pramatki. W tym wiecie nikt nie mg nawet i, ot, tak sobie, ulic. Albo wykonywa polecenia i mia tu swoje miejsce w codziennym yciu, albo by w podry i wwczas ogasza to proporcem uczepionym plecw. Nikt tu nie mia prawa mie adnych wasnych spraw. Jak Brus i Benkej mieli zakra si gdziekolwiek? Wmiesza w tum? W to, e przemytnicy yj, przestawaem wierzy z kad chwil. Kiedy wychodziem ostronie z budynku, nie mogem nie patrze na zasuszonego trupa siedzcego za stoem, z gwodziem wbitym w czaszk. Przestaem wic wychodzi i siedziaem na awie pod cian, patrzc, jak wski pasek soca przewitujcy wzdu derki wdruje po pododze. Siedziaem i bawiem si krtkim paaszem zwiadowcy, cay czas wac w doni okrcon rzemieniem rkoje. Usiowaem zachowywa spokj, lecz w rodku wszystko zwijao mi si w supy. Nie przypuszczaem przedtem, e tak trudno jest czeka na kogo, kogo posao si w paszcz niebezpieczestwa.

NDele zabra n i spuci troch soku z pni schncych palm za domem. Napeni dwa bukaki, pogwizdujc cicho, jakby gospodarz nie siedzia kilka krokw od niego w postaci wyschnitego trucha. - Z tych drzew ju nic nie bdzie - wyjani. - I tak umieraj, skoro woda odesza. A my za par dni bdziemy mieli palmowe wino. Troch to mtne, ale powinno si jeszcze zrobi. Pachnie dobrze. Pokiwaem gow, lecz nic nie odpowiedziaem. Wrcili pnym wieczorem. Tak samo niepostrzeenie, jak wyszli. Usyszaem tylko cichy wist Snopa, ktry siedzia na warcie, i wyskoczyem z budynku. - Spokojnie, Arduk - powiedzia Brus i umiechn si dawnym wilczym umiechem. - yjemy. Dajcie nam naparu i co do jedzenia. Kupilimy dwie tykwy korzennego piwa. - Miasto nie wyglda tak le - tumaczy potem, ujc suszone miso i popijajc. - A wszystko dziki temu, e rzdz nim rozbjnicy. Wadza Pramatki praktycznie nie siga poza gwny plac. Kapanki siedz zamknite w wiey i nie wyciubiaj nosa, w Domu Kobiet mieszka najwyej kilkanacie niewiast. Wojsko pilnuje tylko tego placu i budynku, w ktrym mieszka urkahan. Reszta to jeden baagan. Tumy uchodcw siedzcych dookoa miasta, stada baktrianw, pustynni koczownicy, cudzoziemcy, wszystkie ludy imperium, nawet Amitraje. Wszyscy chc si wyposay na drog w pustyni i i na poudnie. Uciekaj z Amitraju. Do Jarmakandy albo Nassimu. W yciu nie widziaem takiego chaosu. Mgby wjecha Tygrysim Wozem z proporcami i eskort i nikt nie zwrciby uwagi. - A co z przemytnikami? - zapytaem - Przybylimy w ostatniej chwili. Jest tylko jeden z nich. NGoma Mpenenzi. Sprzeda ju dom, sprzeda ju wszystko, co mia, i teraz zbiera ostatni karawan w wwozie za miastem. Wiemy gdzie i musimy by tam jutro o pierwszym brzasku. Wyruszylimy jeszcze noc, przed godzin koguta, kiedy mrok wydawa si najgbszy. Przepeniay mnie nadzieja i niepokj. Noc niem o wiecie widzianym oczami upiora. Upiora, ktry przepywa rzek, kucajc na grzbiecie bawou, w wietle krwawego ksiyca. Patrzyem, jak roiho przebywa czarn, spienion wod na karku przeraonego zwierzcia, a tu przy brzegu wbija mu nagle szpony w szyj i skacze na brzeg potnym susem. Gdy Brus wyrwa mnie ze snu, przyjem to z ulg.

- Bro moemy mie na wierzchu, tak jest nawet lepiej - tumaczy Benkej. - Obwiemy si wszystkim, co mamy, a natychmiast otoczy nas szacunek. Poza gwnym placem wszdzie jest peno bandytw. Spory rozwizuje si noem, porzdek panuje tylko tam, gdzie jest wielu zbrojnych. Kady chodzi przynajmniej z pa. Ale za to handel idzie na wszystkie strony, mona pali bakhun, mona napi si ambriji i zagra w koci. S nawet wesoe niewiasty, co to handluj ogniem z brzucha. Wszystko wolno, lepiej ni za cesarza. Wspaniae miasto. Byle nie le na gwny plac i okoliczne ulice. Tam s proporce Matki, jest pusto, yso i strasznie. - Cign mnie do domu uciech - wtrci Brus. - Jakbym na poegnanie tego kraju koniecznie musia zabra na pamitk szpetn chorob. Te gamratki wyglday niczym upiory uroczyska. - Gdybym wiedzia, e ju ci wszystko odpado ze staroci, to bym da spokj. W pustyni bdziesz chdoy baktriany i swj bukak. Wydobylimy z jukw wszelkie mordercze elastwo, jakie moglimy znale, i pojechalimy rzdem prosto do miasta, wygldajc niczym banda maruderw. Bro przytroczylimy tak, jak to robi rozbjnicy i buntownicy. Moliwie wygodnie i moliwie swobodnie - na plecach, na ramieniu, przy ydce albo za pasem, byle nie tak, jak nosi wojsko. Dopilnowalimy te, by kady wyglda inaczej. Ci, co chcieli i poudniowym szlakiem, otaczali miasto szerokim krgiem. Wszdzie stay szaasy i namioty, dziesitki wozw i wzkw, za krzywymi murkami z kamieni leay w cisku pokraczne, garbate baktriany, najrniejsze towary wykadano wzdu szlaku wprost na matach. Przy podmiejskim rdle, podobnym teraz do botnistego bajora, toczyo si mnstwo ludzi i co chwila wybuchay bjki. Kiedy wok tych rde istnia pustynny ogrd. Szumiay krzewy i drzewa, pluskay strumienie. Kwity kwiaty, rosy warzywa i owoce. Teraz wszystko poarto i zerwano, a to, co nie nadawao si do jedzenia, poamano, zdeptano i porbano na opa. Pustynny ogrd zmieni si w pokryte spkanym botem pustkowie, gdzie straszyy suche pnie i poamane gazie. Wygldao na to, e wikszo ludzi przez cay dzie zajmuje si albo zdobywaniem wody, albo jej noszeniem. Wszdzie snuy si tumy z najrniejszymi naczyniami - dzbanami, tykwami, wiadrami. I nikomu nie przeszkadzao, e w stawie pyway dwa trupy. Tak jak mwi Benkej, na widok naszego arsenau tum si rozstpowa, ale nie do koca. Wszdzie jak wyschnite gazie wycigay si do nas rce tych, ktrzy godowali. Rce trzymajce ebracze miski albo rce puste, chwytajce za ubrania i koskie rzdy. Jechalimy wrd lamentu i

zawodzenia tych, ktrym byo ju wszystko jedno, ktrzy od wielu dni jedli rozpacz i popijali piaskiem. Jechalimy w milczeniu. Patrzyem na przepenione rozpacz oczy kobiet i dzieci i wtedy wrcio do mnie uczucie, ktre Rzemie nazywa cesarskim wstydem". Co mi mwio, e to ja powinienem da tym ludziom je. Signem do sakwy, a wtedy Brus wjecha nagle pomidzy mnie a godujcych i odepchn mojego wierzchowca bokiem swojego. - Przesta! - sykn. Ledwo go syszaem w zgieku. - Nie przez ciebie goduj, a ty nakarmisz zaledwie paru. Jeli pokaesz, e rozdajesz jedzenie, rozerw nas na strzpy. Rozdasz wszystko i skaesz si na mier. Co bdziesz jad na pustkowiach Kraca wiata? Kamienie? Spjrz, ilu ich jest! W czym s lepsi ci, ktrzy zdoaj si do ciebie dopcha? Zmilczaem. Nie byem ju cesarzem. Nie mogem przysa tu wojska, by otoczyo rda i przywiozo wozy durry. Sam miaem ledwo gar prowiantu, ktry niczego tu nie mg zmieni, najwyej to, e kto sabszy dostanie noem z powodu paska misa albo kawaka sera. Ci ludzie uciekali z kraju Pramatki. Uciekali od skopka wody i miski kaszy, ktre mieli tam podobno codziennie dostawa od dobrotliwej prorokini. Woleli tu godowa, wyprzedawa resztki ocalaego majtku, kadc bezcenne naczynia, biuteri i kosztowne przedmioty razem z butami i paszczami na postrzpionych matach, a potem rusza w gb pustyni. Byle dalej. Byle gdzie indziej, gdziekolwiek, gdzie nie sycha zewu Czerwonych Wie. Przestaem patrze im w oczy. Byo tak, jak mwi Brus. Przywykem, cho cz mojego serca umara. Skamieniaa. - Teraz nie ma tu wikszego bogactwa ni durra, suszona kolina, kasza czy fasola - powiedzia Benkej. - Zoto nic nie znaczy, podobnie cnota. Moesz mie pann z wysokiego rodu za bochenek chleba albo miark durry. Za wdzony ser nawet dwie naraz. Jacy obwiesie graj w koci na placki chleba rwnie dobrze jak na zote szekle. Liczy si tylko to, z czym mona i w pustyni. Ten, kto ma zapasy i dwa baktriany, moe zosta bogaczem, ale co z tego, skoro i tak potem witynia mu wszystko zabierze. Za cesarza w pustyni byy stacje etapowe, studnie, gdzie dawali darmow wod i mona byo kupi zapasy, nawet stao kilka gospd. Teraz nie ma nic. Tylko kamienisty szlak na poudnie i ruiny. Przy bramie miejskiej nie byo stray. Widywao si natomiast grupki gronie wygldajcych pstrokatych oberwacw, obwieszonych broni nie gorzej ni my. Wszyscy a dzwonili od zota i

kosztownoci, a ich brudne kaftany i portki uszyto z najlepszych tkanin. Siedzieli pod cianami w podcieniach i przed najwyraniej czynnymi gospodami albo snuli si po prostu po ulicach. Zwracalimy uwag. Przerywali rzucanie koci, wesoa historyjka i rubaszny rechot zamieray nagle wp sowa, odprowadzay nas nieprzyjemne spojrzenia pene drapienego namysu. - Chodzi o juczne onagery - odezwa si Snop. - Tworzy grot", miecze w do, onagery do rodka szyku. Marszem ubezpieczonym. Zgrzytna stal, zmienilimy ustawienie wierzchowcw, tworzc trjktny szyk. Najpierw jecha Snop, potem Hacel i ja, trjkt zamykali Brus, Benkej i NDele. Onagery dreptay wewntrz. Demonstracja wystarczya, nikt nas nie zaczepi, nawet kiedy wdrowalimy wskimi uliczkami. Soce ledwo musno horyzont, pokazujc brzeg swojego krgu, i miasto tono w gbokim cieniu. Gwny plac zobaczyem tylko z daleka, w perspektywie kilku uliczek. Zasieki z zaostrzonych erdzi, onierze mijowego" tymenu w penym bojowym rynsztunku i pustka. A nad tym proporce - Ogie pustyni wypali zo!", Niech wszystko stanie si jednym". - Jednym ajnem - warkn Benkej pod nosem. - Jeszcze tu wrc i zatkam ci ten podziemny kiep pochodni, pospna suczy. Soce pokazao si do jednej trzeciej i od strony Wiey popyno przejmujce zawodzenie rogw. Dwik przenikn mnie a do brzucha i obudzi strach. Przypomniaem sobie podziemia wiey w Aszyrdym i zrobio mi si zimno. Benkej splun na ziemi, ostentacyjnie wsadzi w zby fajk, skrzesa ogie o ostrze paasza i wypuci kb wonnego bakhunowego dymu. Nie wiem, jak dugo tak jechalimy przez zauki pene picych pod cianami ludzi, ktrzy za jedyne posanie mieli wasne toboy, i straciem kompletnie orientacj. Jednak Brus i Benkej prowadzili pewnie, jakby spdzili w tym miecie dziecistwo. Gospoda staa na przedmieciach, dalej zapewne kiedy rozciga si piercie miejskiego pustynnego ogrodu, a w nim stay domostwa zamonych obywateli. Teraz byy tam wysche krzaki i niekoczce si koczowisko, w ktrym zaczyna si snu dym z setek palenisk rozpalonych z suszonego ajna, gdzie usiowano pichci co na pocztek dnia. Gospoda jednak zachowaa si w przyzwoitym stanie, za murem zostay nawet stoy tkwice wrd resztek ogrodu.

Siedziao tam kilkunastu zbrojnych pogryzajcych leniwie placki i popijajcych korzennym piwem. Paru siedziao na ziemi, kto gra na bbenku. Z wntrza dobiega zapach wieo zrobionego naparu z korzeniami i zioami, tak jak parzy go NDele. Stanlimy rzdem przed niskim murem, patrzc na siedzcych wewntrz w milczeniu. Nikt niby nie zrobi zaczepnego gestu. Ludzie przed gospod spogldali na nas dzikimi, piknymi twarzami barwy miedzi, o lnicych tygrysich oczach i tylko niedbale kady przesun sobie or bliej, opar lekko do na rkojeci albo poluzowa ostrze w pochwie. - Lepiej ja pomwi - odezwa si NDele. - To moi rodacy. Z wami nie bd chcieli za bardzo gada. - Dobrze - odpar Brus. - Wyglda na to, e NGoma jest w rodku. Powiedz, e chcemy przekaza NGomie Mpenenzi pozdrowienia od wujka Tygrysa, ktry tak o niego dba. Teraz wujek choruje i chce jeszcze pozdrowi go raz przed mierci. NDele zsiad z konia i otworzy sobie bram. Zaczo robi si gorco. Wszechobecne w miecie muchy otoczyy nas chmur. Wierzchowce tupay niecierpliwie, smagay ogonami i odganiay je bami, a my stalimy nieruchomo, bok w bok, mierzc Kebiryjczykw siedzcych w ogrodzie obojtnym wzrokiem. NDele podszed do siedzcych i dotkn pici ust, potem czoa. Odpowiedziano mu takim samym gestem. Rozmawiali dugo, w powodzi kebiryjskich sw, z ktrych niewiele zrozumiaem, ale wygldao na to, e si kc. Bbenek przesta gra. W kocu kto podnis si i znikn wewntrz gospody za zason paciorkw, a my czekalimy. Upa zaczyna by trudny do zniesienia. Benkej pooy si na szyi konia i pogadzi j z boku, szepczc co wierzchowcowi do ucha. Czekalimy. - Njambe NGoma pomwi z dwoma z was - odezwa si wreszcie posaniec, patrzc na nas zza muru. - Moecie wprowadzi konie do ogrodu. I w ten sposb ja i Brus weszlimy za grzechocc zason paciorkw do mrocznego wntrza. W rodku byo chodno, w powietrzu unosiy si kby ciko pachncego dymu, a cae pomieszczenie wypeniay haftowane poduszki. Ogromny Kebiryjczyk ubrany w lun, bia szat lea na boku, pykajc z fajki. Na niskim stoliku stay przed nim srebrne czarki, inkrustowany tygiel z

parujcym naparem i kosztowny dzbanek palmowego wina. Wok leay dziewczta odziane tylko w biuteri byszczc delikatnie w mroku. Stalimy w milczeniu. - Dotary mnie wczoraj plotki - odezwa si leniwie NGoma. Jego miedziana twarz lekko poyskiwaa jak prawdziwy metal. - Plotki o dalekim krewnym, o ktrym sdziem, e dawno umar. A jednak yje i przypomnia sobie o mnie. Wujek Tygrys... Miaem nadziej, e wicej o nim nie usysz. - Syszysz moe po raz ostatni - powiedzia Brus. - Nie byoby ci tutaj, gdyby nie ten wujek. Nie byoby poduszek ani dziewczt. Nie miaby piercieni na palcach, njambe NGomo. - To si ju skoczyo - odrzek NGoma. - Jutro ju nie byoby nikogo, kto mgby usysze te pozdrowienia. Wracamy do kraju. Do Kebiru. NBeni ju pojecha. Koniec. Nie bdzie wicej interesw z wujkiem Tygrysem. - Co si z tob dzieje, njambe NGomo? - zapyta Brus. - Chcesz odej, kiedy jeszcze stoi Nahilgy? Kiedy w Zewntrznym Krgu kupuje si miark zota za miark durry? Nie poznaj ci. - I nic dziwnego, skoro wcale mnie nie znasz, krewny Tygrysa. Na co zoto komu, kto ma gwodzie w czaszce? Ja mam dusze uszy ni inni. Sysz, co nocami mwi wasze bbny. Sucham pieni o binliku piechoty pustynnej i dwch binhonach jazdy na rydwanach, ktre cign tu z Sauragaru. Nie moe by osady, gdzie Kodeks Ziemi nie siga dalej ni na gwny plac. Archimatrona chce wyj ze swojej wiey. Urkahan straci cierpliwo. Nie chce zarzdza jednym placem. Nie bdzie adnych wdrwek ludw do Jarmakandy. Szlak zostanie zamknity. Ludzie zostan podzieleni i odesani tam, gdzie potrzebuje ich Pramatka. Niektrzy prosto do jej witego ona albo do jaskini pod wie. Reszta do uwiconego znoju na roli. Wszystko stanie si jednym. Jak mylisz, czy ci, ktrzy czekaj na cud w namiotach wok miasta, o tym nie wiedz? Wielu ju nie kupuje prowiantu, wody i baktrianw, bo wiedz, e nie zd. Rydwany s szybkie, a ich kosy nie znaj litoci. Ju kupuje si tylko ambrij i to jak najmocniejsz. Ju nie wpychaj do fajek bakhunu, ale czarn ywic snw. Ju g si na ulicach niczym oszalae zwierzta w rui. Wiedz. Tylko boj si przyzna. Chc jeszcze przez chwil poy, zanim wszystko spynie krwi i stanie si jednym. Ja ju miaem jecha. Spdziem tu ostatni noc, egnajc si z moimi dziewcztami. Daem im wolno, co mi tam. Pramatka i tak je wyzwoli. Wszystkich wyzwala. Wiesz, ile odeszo? adna. Ale wiele z nich wypio dzi w nocy drtw wod. Odchodz w noc.

I nie chc si budzi. I ja te odchodz, tylko wypij ostatni yk palmowego wina, dopal fajk i przekn ten napar. Gdyby przyby, kiedy soce bdzie na trzy palce, ju by mnie nie byo. egnam si z Amitrajem. Spojrz ostatni raz i pochonie mnie pustynia, tak samo jak wyplua. al mi. Porzuciem mj pikny dom i ogrd, tu wok mnie zasypiaj moje dziewczta. al. To byy pikne lata. Zebraem tyle piknych rzeczy, a teraz wszystkie zmieni si w brudn sl. Olimwengu usuri. Wiesz co? al mi te wujka Tygrysa. Speni jego ostatni prob. - Strasznie duo sw - powiedzia Brus. - Bdziesz musia na nowo przywykn do kebiryjskiej powcigliwoci. Wujek Tygrys prosi, by przyj szeciu ludzi i powdrowa z nimi szlakiem soli do kraju ludzi-niedwiedzi. Tam, gdzie chodziy twoje karawany. - Jak na konajcego wujek Tygrys ma czuy such. Mwiem, e wracam do domu. I jestem z Gombany. Tam mwi si duo i piknie. - Wujek Tygrys wie, e jeste mdry. Na co komu w Kebirze tyle brudnej soli? Kady wie, e sprzedae wszystko. Nie poszedby te poudniowym szlakiem, ktry zaraz przeoraj rydwany mijowych". Ludzie-niedwiedzie zapac ci za sl i skry kamiennych wow wicej, ni by wart cay ten twj majtek. Chcesz jecha za Erg Kraca wiata. Jeste najlepszym eglarzem pustyni, jaki istnia. Wiem, e masz stamtd wasny szlak na poudnie. Daleko od rydwanw. Tam, gdzie nikt si nie zapuszcza. Zabierz wic szeciu wojownikw wicej. Przecie twoi siostrzecy nie wystarcz do ochrony, a za erg nikt poza nimi nie bdzie chcia i. Tylko my. Wiesz, ile w spokojniejszych czasach wzioby szeciu prawdziwych tropicieli? A tak moesz mie nas za darmo. - Umiecie jedzi na ornipantach? Zniesiecie upa, ktry topi kamie? Skoro tak, zgoda. Ale ruszamy zaraz. Kiedy tylko wypij ostatni kropl wina, obejm ostatni naonic i uroni ostatni z. Poczekajcie w ogrodzie. Pozwlcie mi si poegna z Amitrajem.

Bogosawieni gocin dajcy! Go wszed; gdzie ma on zasi? Spieszno bardzo jest temu, kto koo ogniska ratunku szuka musi.

(Hvaml - Pieni Najwyszego)

Soce ciemnieje, ziemia osuwa si w morze, spadaj z nieba jasne gwiazdy, szalej dymy i ogie, co ycie oywia, pomieni ar wysoko strzela pod niebo.

(Vlusp)

Rozdzia 9

Dom Ognia
To nie byo rzetelne, regularne oblenie. Raczej rodzaj nkajcej blokady. To tu, to tam wok jeziora pony ogniska i stay namioty, niewielkie oddziay Ludzi Wy pojawiay si i znikay, po lasach snuy si kraby. Jedni odchodzili, przybywali inni. Chodzio raczej o to, eby Ludzie Ognia, ktrzy schronili si za waami swojej gwnej siedziby, nie mogli swobodnie porusza si po okolicy, wypasa stad ani polowa. Kiedy tracili cierpliwo i wytaczali si w znaczniejszej sile za mury swojej sadyby, We rozpierzchali si, znikali, wsikali w puszcz. Bitw podejmowano jedynie wtedy, gdy zza bramy Domu Ognia wychodziy grupy mniejsze ni dwudziestu zbrojnych. Jednoczenie nie atakowano ziemno - drewnianych czstokow Domu Ognia, nie przypuszczano szturmw. Na co dzie tylko z rzadka ostrzeliwano domostwa, szyjc z bezpiecznej odlegoci w niebo, tak by strzay spaday w obrbie palisady. Czasem stojce to tu, to tam arkabalisty pluy w grd gazami bd okutymi erdziami. W odpowiedzi trebuszety Ludzi Ognia z oskotem miotay w stron obozowisk Wy dzbany smoczej oliwy, na skalistym brzegu jeziora i przed cian lasu rozbryzgiwa si pynny pomie, poar hucza przez jaki czas, pozostawiajc po sobie czarn plam pogorzeliska. O kilkadziesit krokw od waw twierdz otacza cay piercie takich nieregularnych plam. Wielkich strat jednak po adnej ze stron nie byo. Nocami rozlegao si ponure zawodzenie zakutych w czonowane blachy krabw albo dzikie rzpolenie muzykantw. Dopki w lasach trafiali si jecy, przywlekano ich na brzeg jeziora, by nagim podrzyna garda w blasku wielkich ognisk, a ich sercami karmi wite we. Po takich przedstawieniach ostrza potrafi trwa i p nocy, rozwcieczeni Ludzie Ognia przypuszczali wtedy kilka dzikich szturmw, cho bez wikszego rezultatu. We cofali si zawczasu w puszcz i w gr rzeki, by rano powrci znowu. Robili to, czego nauczy ich Wielki Aaken. Siali strach i terror. Oni byli Wami. Reszta wiata karm dla Wy. Tamtej nocy jednak wszystko si zmienio. Kto poszed po chrust do lasu i nie wrci.

Czekajcy w obozowisku usyszeli tylko przeraliwy wrzask. Dwoje wojownikw siedzcych najbliej dobyo mieczy i pognao w miotan wiatrem i spukiwan mawk ciemno. Byli w gbi serca radzi, e co si dzieje. Nikt ich wicej nie widzia. Dopiero po paru chwilach tu obok ogniska spady dwie odrbane gowy. Tym razem w puszcz popdzio kilkunastu Wy, pilnujc jeden drugiego, pokrzykujc do siebie w ciemnociach i wiecc pochodniami. Nie znaleli nikogo ani niczego, nawet cia towarzyszy. Obeszli cay teren wok obozu, trzymajc si blisko siebie, dgajc wczniami krzaki i zagldajc za kady wykrot. Nic. Po krtkim czasie dwadziecia krokw dalej, w kolejnym obozowisku rozleg si przeraliwy wrzask. Strzay wytrysny z ciemnoci, trafiajc kilkoro siedzcych wok ognia. Stary erca pad twarz w rozarzone wgle z przeszytym gardem, potem siedzca obok dziewczyna trafiona z ciemnoci prosto w oko, pniej jeszcze troje innych. Ponownie odpalono pochodnie, ponownie caa grupa obesza las, krzaki i brzeg wok obozowisk i ponownie bez efektu. Poza tym, e znowu kto znikn. Po nastpnym ataku pozosta jeden wiadek. Roztrzsiony mczyzna bez hemu i broni wpad w krg wiata innego ogniska i zaklina si, e puszcza oya i na jego oczach zabia troje ludzi. Mwi o parze oczu, ktre nagle zalniy w gstwinie lici, i wojownikach, ktrzy padali jeden po drugim, strzelajc fontannami spienionej krwi, nie zdywszy nawet unie mieczy, o wicie stali, ktrej nie byo wida. Bredzi, e przez puszcz zawia wiatr, ktry sprawi, e licie zamieniay si w ostrza. e Wielki Aaken nie jest ju jedynym, ktry posiad pieni bogw. Strach stopniowo zamieszka wzdu caego piercienia oblegajcych. Dooono do wielkich ognisk, zapalono wszystkie pochodnie. Dzika pie muzykantw umilka. Zapada cisza, przerywana tylko pluskiem wody w jeziorze i krzykiem lelkw. ucznicy bezradnie przepatrywali mrok, kierujc bro za spadajcymi limi, chwiejcymi si gaziami i napinajc ciciwy na kady szelest. Kilka razy strzay posypay si z wizgiem, mknc gdzie w ciemno, ale bez adnego efektu. Nikt nie kwapi si pj w las sprawdzi, czy co trafiono.

Mody wojownik poszed zmieni wartownika stojcego na brzegu. Tej nocy jednak stranik nie obserwowa odlegego grodziska. Sta z mieczem kurczowo zacinitym w garci, z wyrazem napicia na twarzy, wpatrujc si w gstwin lasu, cay czas majc za plecami jezioro. Chopak zawoa go z daleka - bez efektu. Dopiero kiedy podszed na dwa kroki i owietli wartownika pochodni, wrzasn przeraliwie, bo zobaczy, e tamtemu w poprzek szyi otwiera si szpara jak drugie, czarne usta. Szarpn stranika za rami i gdy woj zwali mu si w ramiona caym ciarem, okazao si, e sta dziki wczni wbitej midzy opatki i zatknitej drzewcem w mokry piasek play. Mody wojownik opowiada pniej, e widzia potwora - monstrum o ksztatach czowieka, ale zrodzone z ziemi i poronite limi oraz gaziami. Stwr nie mia w ogle rysw twarzy, wydawa si kuk z bota, wida byo tylko par lnicych oczu. Patrzy na modego Wa przez chwil, a potem odwrci si i znikn wrd nocy. Po prostu rozpyn si w ciemnociach. Wartownicy zauwayli przybysza, gdy pojawi si na play - ciemna sylwetka, idca sztywnym krokiem wzdu jeziora. Najpierw rzucono pochodnie, ktre spady par metrw od jego ng. Nikt nie rozpozna mczyzny, ale byo przynajmniej wida, e idzie sam. Potem, kiedy podchodzi ju do furty, podpalono manic i uniesiono j nad waem na dugim urawiu. Migotliwy pomie poncej terpentyny i smoy rzuci krg bladego wiata pod bram. Gdy wszed w ten krg, tu pod jego stopami w piasek wbia si pierwsza ostrzegawcza strzaa. Miecz wysun mu si z doni raczej niedbale, jak rzecz zbdna i bezuyteczna. Spad na wymieszany ze wirem, mokry piach. Przybysz sign powoli pod pach po dugi, wymylny n, cisn go obok miecza, a potem rozoy szeroko rce na boki, pokazujc donie w rozedrganym blasku manicy, i podnis twarz do stojcych nad bram Ludzi Ognia. Mia przymruone oczy, powieki lekko drgay. Zobaczyli te, e cae ciao, twarz i ubranie jest pokryte kopciem, krwi oraz wyschym botem i okrcone gaziami przytrzymywanymi przez krzyujce si na piersi rzemienie. Milczeli. I on milcza, stojc z rozoonymi rkoma pod opoccym, bladym pomieniem manicy. Z wntrza grodu rozlego si wcieke renie i kwiczenie konia, potem omot, jakby wierzchowiec usiowa rozwali boks.

Daleko, na drugim brzegu jeziora hukno przeraliwie, a stojcy na czstokole przysiedli odruchowo. Na mechanizmie spustowym odwrconej w przeciwn stron katapulty przepali si sznur i oszczep mign prosto w stert beczek i gsiorw ze zdobyczn smocz oliw. W ciemnociach wykwit nagle pomaraczowy pomienisty grzyb, ktry rozla si po brzegu plam huczcego ognia. Pomalowa tafl jeziora i brzeg migotliwym blaskiem. Z oddali podnis si rozpaczliwy krzyk z wielu garde. W ciemnociach pojawio si kilka miotajcych si dziko sylwetek, zmienionych w pomieniste kuky, pdzcych do jeziora. - Nitjsefni! - wrzasn kto wysoko na palisadzie. Mczyzna o ysej, tatuowanej czaszce opar si o belki czstokou i wrzasn po raz drugi. - Ulf! Ulf Nitjsefni! - wrzeszcza Grunf Kolczaste Serce. - Ulf! Ktry syn kozy strzeli mu pod nogi!? Ulf! Ulf! Kiedy pdzi w d po drewnianych stopniach, nie sycha byo krokw, bo dwik ton w skandowanym wzdu czstokou imieniu i oskocie toporw walcych o okucia tarcz. - Ulf! Ulfj Ulf! Drakkainen jednak tego nie sysza, bo lea ju twarz na mokrym wirze z rozkrzyowanymi ramionami, zupenie bez ruchu. *** Otwieram oczy prosto w sufit. Belkowany sufit z heblowanego drewna, przecity legarami. Le na wznak na szerokim ou, przykryty czystym, lnianym przecieradem, w jasnym pomieszczeniu i nie wiem, gdzie jestem. Ostatnie, co pamitam, to marsz w d zbocza w kierunku grdka Grunaldiego zajtego przez Wy. Siedziaem, paliem fajk pod drzewem, a potem zobaczyem, co si dzieje wok drewnianego dworu. Na tym koniec. Nie wiem, co dalej. Amnezja? Pomieszczenie jest prawie puste, przestronne. wiato wpada przez mae okna, wyoone okrgymi, szklanymi gomkami. Krci mi si w gowie, za minut wybuchnie w niej bl. Ciki, podobny do kaca, czai si ju za powiekami i gdzie pod potylic.

Poruszam delikatnie kadym miniem po kolei, od palcw u ng po minie twarzy. Chyba nie jestem ranny i nie jestem zwizany. Przebiegam jzykiem po zbach, ale wydaje si, e mam wszystkie. Nic nie pamitam. Sdzc po kosztownych oknach, to raczej nie jest grdek nieszczsnego Grunaldiego. Idiotyczna myl, e trafiem w troskliw gocin u Wy, raczej nie znajdzie potwierdzenia. Nadal nie ruszam si przez chwil, ale w kocu pozwalam sobie na czujne spojrzenie po izdebce. Jestem jednak sam. Odrzucam przecierado i ostronie siadam na ku. Jestem nagi. I w pewnym sensie umyty. Wytarto mnie czym, moe wilgotnymi gagankami, ale brud war si w linie papilarne, utkwi w skrze, gdzieniegdzie, na przykad pod pachami, na bokach i karku zostaa brunatnozielona skorupa. Gdzie indziej z kolei jestem umyty z niezwyk wprost starannoci. Brud przypomina resztki kamuflau. Sporzdzonego starannie z gliny, rolinnego soku, sadzy z tuszczem i chyba krwi. Zdaje si, e byy tam nawet jakie wzory rozcinajce. Zosta sporzdzony starannie i z rozmysem. Musiaem rozgnie odpowiednie licie, wygotowa z nich sok, rozmiesza tuszcz na past z glin, potem precyzyjnie nanosi na cae ciao maskujce wzory. To trwa, a niczego takiego nie pamitam. W ogle nic nie pamitam. Siadam na rzebionym ou i widz, e pod cian ley moje siodo, moje sakwy i toboy, a obok uk, n i miecz, ktre miaem przy sobie. Rozgryzem jagody. Przypominam sobie cierpki, musujcy smak uderzajcy w nozdrza i mzg niczym wybuch fajerwerkw. I zapach maciejki. Kiedy wstaj, znowu krci mi si w gowie, jestem saby jak dziecko. Do bagay pezn na czworakach, drcymi palcami odpinam klapy, wycigam manierk, kubek, potem apteczk w postaci skrzanej, rozkadanej sakwy. Mogem gdzie pezn w obdnym widzie, napany magi i nieprzytomny. Ale rozgniata w czym licie, przygotowywa kamufla? Nie zgubi niczego, nawet miecza i noa? Wrzucam do kubka dwie tabletki kompleksu regeneracyjnego, w izbie nie ma wody, a manierka jest pusta. Obok ka stoi jednak gliniany dzban zatkany wcinitym do rodka okutym

rogiem. Piwo. Kto troskliwy zadba o moje przebudzenie. To dobrotliwe przekonanie, e budzcy si czowiek przede wszystkim powinien hukn sobie piwa, przywodzi na myl Ludzi Ognia. Rozpuszczam tabletki w piwie, zapach cytrusw miesza si niezachcajco z cik, kozow woni moszczu. Trzs mi si rce. Nie mam wikszych ran na ciele, widz jednak par blizn, ktrych nie znam. Niezliczone drobne ranki, szramy i skaleczenia s zaognione, lecz nie powinno z tego by zakaenia. Gdzie pod tym skacowanym oszoomieniem czuj zadr. Co, jak zapomniany koszmar. Wypijam yk dziwacznie smakujcego toniku i nagle widz, e jedna z ran na rku, poduny esowaty strup zaczyna si rusza. Pka na moich oczach, ze rodka wydostaje si wijca maa skolopendra barwy wieej krwi. Z kolejnej wystaje czerw. Wypeza pulsujcymi ruchami z mojego ciaa i spada na podog. Potem nastpny i nastpny. Krzycz i otrzepuj si histerycznie, robaki wychodz z mojego ciaa jeden po drugim, spadaj na deski i rozpezaj si po komnacie. Wrzask zmienia si w spazmatyczny kaszel, padam na kolana i zwijam si w skurczach, wymiotuj kaskad jakich biaych, kulistych owocw wielkoci piek golfowych. A potem widz, e to oczy. Ludzkie oczy, ktre patrz na mnie oskarycielsko. Spogldam na swoje donie, cae pokryte lepk, gorc krwi i paruj elazistym smrodem surowizny. Lece na pododze oczy drgaj przez chwil, a potem nagle ze rodka wykluwaj im si czarne, cienkie nki, upodobniajc je do pajczakw. Cofam si a pod cian, dygocc ze zgrozy, i usiuj sobie przypomnie, czy mam w jukach cokolwiek przeciwko schizofrenii. Jestem jednak na Midgaardzie, tu kade szalestwo moe sta si ciaem i kade moe by rzeczywiste. Kontroluj oddech. Ignoruj dygocce nogi, rce parujce od wieej krwi, oczy peznce ku mnie z chrobotem nek po drewnianej pododze, wijce si to tu, to tam robaki, ktre wygryzy sobie drog z wntrza mojego ciaa. Oddycham. I przejmuj kontrol nad sytuacj. Na si. Wbrew faktom. Jakbym ujeda rozszalaego konia.

Oddycham. Wcigam powietrze przez nos, wypuszczam ustami. Ugniatam skronie, uderzam si kilka razy w twarz. - Perkele kukka... niitty... - szepc bezwiednie. Oczy pezn do mnie po pododze, sysz skrobanie czarnych, chitynowych odny. Szept zamienia si w krzyk. Skrobanie ustaje. Otwieram oczy. Nie ma lepiopajkw, nie ma czerwi ani plam krwi. Podog porastaj kwiaty. Uproszczone, syntetyczne, troch jak stworzone przez cukiernika atrapy z bezy lub pianki. Gdyby paprotki mrozu na szybie byy przestrzenne, tak by wyglday. Kwiaty sublimuj w par, migocc niczym mikroskopijny diamentowy py, ktry rozprasza si w powietrzu. Nie mam ju krwi na rkach, na pododze zostaa tylko syczca plama regenerujcego napoju z piwem. Przez jaki czas siedz na ku, pniej znajduj w bagaach wie paczk Half and Half" i nabijam fajk. Czekam, a rce przestan mi dre. A potem wycigam z jukw wiee ubranie. Mae, wycite pkolicie, drewniane drzwi ustpuj ze skrzypieniem, wypuszczajc mnie na wskie schody. U stp schodw na przykrytej skr skrzyni pley wielki mczyzna o ysej czaszce. Mimo e schodz jak najciszej, budzi si i zrywa na rwne nogi. Przecita spiralami tatuau twarz, rozjaniona nagle szerokim, wilczym umiechem wydaje si prawie przystojna. - yjesz! - krzyczy tubalnie Grunf Kolczaste Serce. Jedna wielka apa miady moje przedrami jak imado, druga otula kark. Odpowiadam tym samym gestem, stykamy si na chwil czoami. - yje! - wrzeszczy Grunf gdzie w gb domostwa. - yje! Ulf yje! - Jak dugo spaem? - Gos mam taki, jakby gardo wypolerowano mi papierem ciernym. Sysz bieganin i nawoywania. - To trzeci dzie - odpowiada Grunf. - Czekalimy na zmian! Bali si! Pod drzwiami wida byo wiato, ktre potem zgaso, sycha byo renie koni i wycie wilkw. Gdy Atleif zajrza do

rodka, to opady go nietoperze! Ale zwiewa! Ju skald zacz nuci piosenk o styrsmanie, ktrego we wasnym dworze strasz nietoperze! Krew si laa pod drzwiami, a potem znika. Posali ju po kapana. Ale ty yjesz! - Jagody mi zaszkodziy - mwi. - Gdzie tu jest ania? - Jak ci przyniosem - opowiada sternik - i sprawdzilimy, e dychasz, to baby omal si nie pobiy, ktra ci bdzie obmywa. W kocu zamkny si z tob w ani we trzy. - Przy okazji pokaesz mi, ktre - cedz. - Trzeba bdzie to powtrzy, bo nic nie pamitam. Paleniska w ani s jeszcze gorce, jest te kilka kotw wrztku. Najpierw chlustam wod na kamienie i siedz w kbach gorcej pary, smagajc skr witkami, potem zanurzam si w cebrze z lodowat wod, pniej dodaj troch ciepej i bior normaln kpiel. Trwa to z godzin, ale po raz pierwszy od miesicy jestem czysty. Po parwce i kpieli czuj si lepiej, chocia wci krci mi si w gowie i jestem saby jak niemowl. Dziewczyna czeka na mnie przed ani. Moda, o smagej twarzy i ciemnofioletowych wosach zwizanych w koski ogon. Ma pene usta, wypuky nos i wilgotne, sarnie oczy pod wyrazistymi brwiami. - Grunaldi mwi, e najpierw bdziesz spa, potem si kpa, a potem jad. Powiedzia, e przedtem nie wolno ci przeszkadza. Nawet Atleif czeka. Chyba jeste kim znacznym. Zastawili st jak na Powrt Soca i czekaj. Ju dwa dni tak czekaj. - Grunaldi?! - przerywam, chwytajc dziewczyn za ramiona. - Powiedziaa: Grunaldi? On yje?! - Pewnie, e yje. cign tu ze swoimi na zim, tak jak wielu innych. Zabrali dzieciaki, zapasy, stada, konie i odzie. Nie zostawimy niczego Wom, a na wiosn ich pobijemy. Wepchniemy z powrotem w te ich gry. - Zaraz... - Siadam osaby z ulgi na jakiej skrzyni. - To znaczy... e nie zabili Grunaldiego... e tamci We... Patrzy na mnie z trosk, lekko przechylajc gow. - Gdzie s stajnie?! - Stajnie... - powtrzya. - Grunaldi te mwi, e tak bdzie. e najpierw polecisz wita si ze swoim koniem. Podobno z nim gadasz... Ale ty dziwny. Szkoda. Taki wielki chop, a mnie si zdaje, e chyba saby na gow. Nastpny cudak. Co za czasy...

Moje nerwy nie s w najlepszym stanie, bo cigle si wzruszam. Najpierw w stajni, tulc gow do czoa rcego upiornie Jadrana. Sysz te jego gupstwa buczce w rezonatorze: Jadran czeka, Jadran tskni, Jadran ju nie puci Vuka, Jadran by sam... Teraz Jadran i Vuko razem, razem..., gadz go po szyi i czuj, e gorce zy pyn mi po twarzy. Na szczcie nikt nie widzi. Jest tylko duszny aromat stajni, chrzst somy pod kopytami i pmrok. Jasne, przywizuj si do zwierzt. Przywizuj si te do ludzi. Ale zwykle trudno mnie wzruszy. Chyba co ze mn nie za dobrze. Na widok czekajcych na mnie przy dugim stole Ludzi Ognia zaciskam szczki i udaje mi si zachowa zimn krew. ciskam tylko kolejne bicepsy i karki, przytulamy si do siebie czoami, kto wrzeszczy, rozlewajc wino do podstawionych rogw, kobiety chichocz i pokazuj mnie sobie palcami. Pkam na sekund, kiedy przyprowadzaj mi kutykajcego siedmiolatka w skrzanej czapeczce o powanej twarzy. To Tarfi. Syn Grunaldiego, ktry nie sta si krabem. Tarfi ciska mi przedrami i bezskutecznie usiuje dosign karku. - Uratowae mnie - powiada. - Nie zapomn ci tego, Nitjsefni. Brzmi to jakby ju dowodzi czterema wilczymi okrtami. - To zaszczyt - odpowiadam. - Pamitaj do czasu, a bdziesz styrsmanem. Zaciskam wci szczki i jako to idzie. Udaje mi si nie rozpaka. Samego Grunaldiego na razie nie ma, kto mi mwi, e rano poszed na zwiad z kilkoma swoimi ludmi. Zgodnie jednak z tym, co przewidzia Ostatnie Sowo, umieram z godu i teraz zamierzam je. Dugi st, cigncy si a do ozdobnego krzesa, na ktrym siedzi mody Atleif, jest istn wystaw kulinarn. To najwykwintniej zastawiony st, jaki tu widziaem. Wdzone ryby, pieczona dziczyzna i drb, wielkie, poczerniae od wdzenia szynki, kiebasy, kiszone warzywa, te koacze, sam ser wystpuje w trzech rodzajach. Rw chleb, rozamuj na p pieczonego ptaka, chrupi cebul. A potem nagle przypominam sobie podobny st i chralny krzyk przeraonych ludzi. To jak bysk. Jak wyadowanie flesza. Widz modego wojownika Wy o biaym niczym papier, zbryzganym krwi obliczu, ktrego ciskam na zastawiony st midzy tace i srebrne dzbany, jego ciao sunie na plecach, roztrcajc

cynowe naczynia, widz zakrwawione ostrze, spadajce jak bicz na wrzeszczce twarze kobiet i mczyzn, widz krew bryzgajc na ciany. To uamek sekundy, kiedy zastygam z ustami penymi misa i nadgryzionym udcem w rku. Bysk ganie, pozostaje jedynie wspomnienie sali wypenionej panicznym wrzaskiem, wycignitych ku mnie bezradnych, pokrwawionych rk. Wspomnienie, ktrego nie znam, ale czuj, e jest prawdziwe. I straszne. Uderzenie przemija, dochodz jako do siebie. Jestem w stanie przepuka skurczone gardo zimnym piwem, rosncy mi w ustach kb jedzenia daje si w kocu zepchn do odka. Domagaj si opowieci. Nudz, prosz, wreszcie skanduj. Wic opowiadam. O Drzewie, o wdrwce przez gry, o dolinie smokw, o yjcym w sercu gry Pieniarzu, zwanym Bondswif Oba Niedwiedzie. O spalonych osadach. O uroczyskach. A nade wszystko o obkanym Pieniarzu zwanym Aaken, ktry zamierza podbi wiat. Ktry gromadzi sl, miso, pieni bogw i poddanych. O korowodach lepcw i upiorw zmierzajcych do jego siedziby. Historia zaczyna si przygodowo, wic reaguj ywioowo, jak kinowa publiczno gdzie w Madrasie. Dziwnie ywioowo. miej si, pokrzykuj, chwytaj za bro, jcz ze zgrozy lub wydaj okrzyki przeraenia. Siedzcy z boku na podwyszonym stoku dugowosy blondyn usiuje mi akompaniowa na dziwacznej cytrze, improwizujc co w rodzaju muzyki filmowej. Ale stopniowo milkn. Muzyka gra coraz bardziej niemiao, wreszcie opowiadam w guchej ciszy. Kobiety pochlipuj, woje bledn i zgrzytaj zbami. Kocz, kiedy dochodz do miejsca, w ktrym zobaczyem sadyb Grunaldiego Ostatnie Sowo. Nie wiem, co byo dalej. Nie wiem i boj si wiedzie. Bo tu pod moimi powiekami drzemi obrazy upiornej, krwawej masakry. Mody Atleif klaszcze w donie, kae przynie wicej piwa i miodu. - Jedna rzecz w tym, co opowiedzia Ulf, jest wana dla nas wszystkich, alecie jej nie zauwayli, cho macie przed oczami - powiada. - A jest ona taka, e Ulf wci yje i siedzi tu przed nami. atwo przerazi si potwornego Pieniarza, ktry ma moc zaklinania ludzi w drzewa i ktry mieszka w zamku z krccych si ostrzy. Ale spjrzcie: czowiek, ktrego ten Pieniarz chcia zabi, wci siedzi z nami przy stole. Nie na wiele zday si pieni bogw i moce uroczyska. atwo straci ducha, mylc o obkanych Wach, ktrzy pocign na nas wiosn. O dzieciach zmienionych w

elazne potwory i smokach, ktre rusz na nasze ziemie. Ale patrzcie: od miesica stoj wok Domu Ognia, tymczasem ten m przeszed wczoraj przez ich piercie. Pozabija wielu Wy i spali ich strzechy, nawet jeli sam nie wie, jak to si stao. Wic ani ten Aaken, ani We nie s niepokonani. Na wszystko w yciu jest sposb - tak mawia mj ojciec, Atli. Jest wiele rzeczy niebezpiecznych, ale z kad odwany m obdarzony szczciem potrafi sobie poradzi. Schronilimy si za way Domu Ognia nie dlatego, e boimy si Wy. Tylko dlatego, e kady z osobna nie obroni pojedynczych sadyb, kiedy zwali si na nie caa sia. Ale i te dlatego, e moemy usi pospou i ten sposb znale. Atleif przepija do nich swoim srebrnym rogiem, przemowa przynosi swj skutek. Podnosi ich na duchu. Modzieniec gdzie straci poprzedni trzpiotowato. Teraz to wdz, przytoczony odpowiedzialnoci za plemi. Krzemienny Ko ronie. Znw rozlega si muzyka, kto przynosi bbny, kto dwiga dudy. Na razie si bawimy. Wznosimy rogi mtnawego piwa, rwiemy rumiane miso i yjemy. Wci yjemy. Uczta trwa. Pij wraz z innymi, cign piwo dugimi ykami jak wod i usiuj zabi drzemice na dnie duszy wspomnienie. Wspomnienie, ktre nie dotyczy walki. Dotyczy mordu. Widz uciekajcych przede mn ludzi, sysz wasny wcieky ryk przypominajcy ryk bestii. To wraca. W krtkich przebyskach. Kto przepija do mnie, mieje si i unosi dzban, a ja nagle widz podobny srebrny dzban we wasnej doni, pogity i zbryzgany krwi, ktrym tuk zmasakrowan twarz mczyzny siedzcego za stoem. Mczyzny, ktry nie moe si ruszy, bo moja stopa miady mu gardo. Krtkie przebyski, w ktrych jestem wyjc besti. Czym jak Grendel nawiedzajcy dwr Beowulfa. Przeraa mnie to, wic zalewam wspomnienie piwem. Nie dlatego, e zarbaem ilu Wy. Dlatego, e odbyo si to poza mn. W tych wspomnieniach mam wraenie, jakbym patrzy na wszystko gdzie z boku. Zepchnity do roli biernego obserwatora. Nie miaem najmniejszej kontroli nad tym, co robi. Wraca Grunaldi, padamy sobie w ramiona i czuj si, jakbym spotka dawno niewidzianego krewnego. Widz, e autentycznie cieszy si na mj widok, i znowu ciska mnie w gardle. O zmroku wychodz z innymi na dziedziniec popatrze, jak modzi tacz Taniec Ognia. Dwr Atleifa to istne arcydzieo ciesielstwa, wszdzie wznosz si skomplikowane podcienia, schody i

kruganki, wszystko precyzyjnie wycite z drewna i ozdobione skomplikowanym wzorem oplotw. Jedyny lad oblenia to prowizoryczne daszki z grubych desek postawione na supach, ktre pozwalaj chodzi po dziedzicu bez nieba nad gow. Chyba musiay si przydawa, bo wci tkwi w nich strzay Wy. Staj oparty o cian w kruganku, w towarzystwie dzbana i okutego srebrem rogu, zapalam fajk. Dziewczta i modziecy wychodz na dziedziniec w dwch rzdach, niemal nadzy, wymalowani w czarne, czerwone i te zygzaki, niosc w doniach acuchy zakoczone kulami uplecionymi z lin. Chopcy z do oczywistych wzgldw maj przepaski, dziewczta jedynie chustki ciasno owinite dookoa gowy. Po kolei zanurzaj acuchy w otwartym na chwil glinianym dzbanie, a potem staj w krgu. Koce acuchw zaczynaj dymi, wreszcie wybuchaj pryskajcym, tym ogniem. Tancerze rozkrcaj acuchy, pomienie piewaj, rozmazuj si w koa i zygzaki, taczcy owijaj nimi wasne ciaa, przeskakuj przez krgi i semki ognia wirujce w ich doniach. Sucham bbnw i fletw. Wrd taczcych jest ta przystojna, sarnia dziewczyna, ktra prowadzia mnie do wielkiej sali. Patrz na jej obnaone, wymalowane ciao, smuke niczym u gazeli, omiatane huczcym warkoczem ognia, widz, jak koysze si i wije. Sama jest pomieniem wrd pomieni. Sysz wizg wirujcych acuchw w jej doniach. Jest pikna. I ywa. A ja mam przed oczami zwglone ciaa przy czstokoach. Taniec Ognia. Bysk. Chcesz taczy Taniec Ognia, bydlaku?!" - wyj i trzymam czyj twarz w palenisku za kark i splecione w warkoczyki wosy. Puszczam Wa i ciciem w gardo odrbuj dymic, purpurow od oparze gow, ktr posyam kopniakiem na dziedziniec. ciska mnie w gardle i nie mog duej na to patrze. Wychodz dyskretnie gdzie na czstok i oddycham gboko wieczornym powietrzem, wystawiam twarz na drobny deszcz. - Rzadko si zdarza, eby kto nie chcia oglda Taca Ognia. - To Grunaldi. Opiera si obok mnie o cian i podaje dzban. - Zwaszcza kiedy taczy siostra styrsmana. adnie si rusza, chocia taka chuda. Ciko myle o bogu-kowalu i witym ogniu. - Przykuwaj czowieka do acucha za sptane rce - mwi zduszonym gosem. - acuch przybijaj do supa czstokou albo pnia i oblewaj czowieka smocz oliw. To nazywaj Tacem

Ognia. Ka go taczy wszystkim, ktrzy nie pokoni si przed tym ich Wem. Maj nawet potwornych muzykantw, ktrzy do tego przygrywaj. Oddaj mu dzban. - Przeylimy. - Umiecha si Grunaldi. - Wic niepotrzebnie jeste pospny. Zostae Pieniarzem, jak mi si zdaje. Wrcie do domu. Jest co witowa. - To nie takie proste - odpowiadam, zadzierajc gow pod krople deszczu. - Zrobiem co, czego nie pamitam. Chyba wanie pod wpywem pieni. Poszedem do twojego domu i zobaczyem, e mieszkaj tam We. No to ju nie mieszkaj... - Mao kto moe o sobie powiedzie, e zosta pomszczony za ycia, przyjacielu. - Grunaldi jest wzruszony. - Opowiadasz o tym tak, jakby pokonanie w pojedynk wielu mw to by jaki wstyd. - Mw?! - Chwytam go za rami. - Ostatnie Sowo, ja zabiem wszystkich. Przypomina mi si, e uoyem ich rzdem przed bram. Wszystkich. Zabiem nawet zwierzta. Jakby si czu, gdyby w tobie drzemao co podobnego? Pieni zrobiy ze mnie besti. Przecie nie mog wiedzie, co zrobi za chwil! Zabieram znowu dzban i pij duszkiem prosto z wylewu. - Uciekali przede mn jak przed potworem. Wyjc i oganiajc si. Szedem za nimi i zabijaem jedno po drugim. - Widywaem ju, jak ludzie dostawali furii z bahszych powodw. Ale nie widziaem, eby kto si tak tym przejmowa. Moja rada jest prosta. Stao si, co si stao. Gdybym tak szybko nie wynis si tutaj, to miaby si za co mci. Ale baem si o dzieciaki. Inaczej zataczybym na tym acuchu, tak jak mwie, i doprawdy, poszukaj kogo innego, kto miaby ci za ze, e im odpacie. Jeli za jest tak, e zawadna tob pie bogw, to jakby zrobi to kto inny. Bye tylko narzdziem. Zrb wic, jak robi modzik, kiedy po raz pierwszy musi wzi miecz i zabi. Upij si. Nako dziewk, eby posza z tob do ka. Poczuj, kto tu umar, a kto przey. Potem si wypij. A jeli to nie pomoe, to id do chramu i pomw z bogami. - Zrobi, jak mwisz - odpowiadam ponuro. - Dawaj no ten dzban. *** Siedzia na drewnianym balkonie naronej wiey, splatajc donie na skrzyowanych belkach balustrady, zwieszajc nogi w przepa. Patrzy na jezioro spowite mg i drobne patki niegu wirujce w powietrzu. Milcza i wypuszcza w powietrze kby pary. - Co robisz? - spytaa Cyfral, przysiadajc na balustradzie.

- Vittuun - warkn Drakkainen. - Zejd mi z oczu, suko. - To po co mnie wywoae?! - zawoaa ze zami. - Czego w ogle chcesz?! Znalazam ci tryb bojowy, tak jak chciae! Po co tam laz? Przywita si? Wynaj pokj? - Przeja kontrol, Cyfral. Zrobia, co chciaa. Zostay mi tylko wspomnienia mordu. Mordu! Masakry! Nie miaem nic do gadania! Zapanowaa nade mn! - Ty bye jeden, a ich ze dwudziestu! Poza tym wcale nie przejam kontroli! Znalazam co podobnego do trybu bojowego i uwolniam to! I tyle! To ja naaram si tych jagd?! To w tobie siedziao. Dokadnie to chciae zrobi, wic nie udawaj teraz dziewicy, paskiainen! - We mnie?! Ja chciaem pozabija kobiety i dzieci, psy, kozy i krowy?! Chciaem ich uoy rwniutko przed drzwiami?! - Kobiety byy uzbrojone. A dzieciom pozwolie uciec - oznajmia sucho. - Tylko w jednego szczurka, ktry si odgraa i straszy ci Aakenem, kopne odrban gow. Ale te przey. Najwyej nabie mu guza. I przesta nagle odstawia wit ucj! Moe chcesz koron ze wieczek na gwk?! Przypomnij sobie ich mietnik, ktry zobaczye przed wejciem! Mylisz, e rnili si czym od reszty Wy?! yj tak, jak ich uczy Aaken. Bior, co im si podoba! Realizuj kady kaprys, ktry im strzeli do gowy! Tego ich nauczy midzy Muzycznym Piekem a Ogrodem Rozkoszy! Jedyna wadza, jak znaj, to jego sowo, poza tym robi, co im si zechce! - Jaki znowu mietnik? - zapyta Drakkainen niepewnie. - Normalny, jak w wiejskim obejciu! Potuczone skorupy, odpadki, mieci, czaszki, piszczele i jeden nadpsuty trup z powycinanymi kawakami na udach. Nie pamitasz? To wtedy odbia ci korba! Ostatnie, co powiedziae normalnie, brzmiao: To nie ludzie. To bestie!". Potem ju tylko ryczae. Udao ci si rzuci na cztery metry chopem, ktry way ze sto dwadziecia kilo! Nie zachowuj si teraz niczym brukselska ciota! Przyjmij do wiadomoci, e dysponujesz berserkersk furi na danie, zamiast si maza. - Spy, Cyfral - rzuci. - Musz pomyle. - Kaaikenlaista laameri! Bdziesz tu tak siedzia? Pijesz od trzech dni. Nie masz nic lepszego do roboty?! - Zmarzem - powiedzia, wstajc. - Id do ani. *** Prb przeprowadzam na kamienistym szczycie wzgrza, w pobliu wityni wyposaonej w kuni.

Rozsypany na paskim kamieniu ziarnisty, czarny proszek daje si podpali, syczy i zieje ogniem, produkujc kby siwego siarczanego dymu, ale pali si jako za wolno. Usiuj jeszcze raz przypomnie sobie proporcje. Wgiel, siarka, saletra. Moe co pochrzaniem z granulacj? Kapan siedzi opodal w kucki i patrzy ze sceptycznym zainteresowaniem. - Do rozpalania mokrego drzewa lepsza jest smocza oliwa - powiada. - Na nowo jej nie wymylisz, a to jest gupie. Od dwch dni mieszamy, mielimy, moczymy, ubijamy i suszymy jak chciae. A teraz mierdzi. - Trzeba to jeszcze raz przesuszy - mwi. - Potem zamkniemy proszek w elaznej rurze i zatkamy kul z oowiu. Gdy si podpali drugi koniec, ognisty proszek wyrzuci kul dalej i szybciej ni leci jakakolwiek strzaa. Przebije kad tarcz i kady pancerz. Krci gow. - Bogom si to nie spodoba. - A co bogowie maj do rzeczy? - Tego nie ma w pieni ludzi. Nie lubi, kiedy kto za duo wymyla. Nawet odzie robi si tak, jak kae pie. Czasami trafiaj si nawiedzeni, ktrzy chc robi inne odzie. Szybsze, wiksze albo zwrotniejsze. Z innymi aglami lub pywajce ostrzej na wiatr. Takie odzie zaraz ton i wcale nie dlatego, e le pywaj. Sprowadzaj kltw na ca zaog, zawsze trafiaj w sztormy, skay albo na gry lodowe, cigaj morskie potwory. Tak ju jest. A twj proszek ledwo si pali. I okropnie mierdzi. - Bo jest za wilgotno - tumacz. - Przesuszymy go i sprbujemy jeszcze raz. Cz zwizana z kowalstwem idzie najatwiej. Ludzie, ktrzy uczynili z opanowania ognia religi, a z kowalstwa misterium, nie maj problemu z wykuciem czego takiego. Modszy kapan potrafi zrobi stalowy kwiat z zawizanymi oczami. Mam wic luf, nawiercon w graniastym bloku przyzwoitej stali. Nie jest duga - ledwo wgbienie na trzydzieci centymetrw, za to kaliber przypomina dziako przeciwlotnicze. Oowiana kula ma rednic szerokoci mojego kciuka. Lufa umocowana jest do drewnianego oa solidnymi kutymi obejmami. Na razie to piszczel. Hakownica. Daleko jej do karabinu snajperskiego, ktry jest mi najbardziej potrzebny. Kada droga jednak zaczyna si zawsze od pierwszego kroku. Pierwsza prba jest tajna. Jedyni wiadkowie to kapani. Wszystko, co ma zwizek z ogniem, szalenie ich interesuje, chc te wiedzie, do czego suy to, co produkujemy w ich wityni w pocie czoa od kilku dni.

Patrz, jak wsypuj redni miark prochu i ubijam starannie stemplem, potem upycham w lufie filcow przybitk, w kocu kul troskliwie owinit we flejtuch ze szmatki. Jakie osiem grainw prochu. Powinno da zasig skuteczny na dwiecie metrw. Nie bdzie bardzo celnie, ale wystarczy. Salwa powiedzmy dziesiciu takich hakownic moe ju zmieni losy tego wiata. Siedz rzdem w swoich skrzanych kaftanach wymalowanych w wite znaki, w idiotycznych, skrzanych czapkach podobnych do kopert na dokumenty i patrz na mnie z ciekawoci. aden nie ma wicej ni metr czterdzieci wzrostu. Powinienem jeszcze wynale im chipsy. Przetykam otwr gwodziem, ostronie ukadam hakownic midzy kamieniami i rozdmuchuj lont zapau, umieszczony dla bezpieczestwa na dugiej tyczce. Potem si pomyli o zamku skakowym. - Musimy schowa si za t ska - tumacz. - Dlaczego? - pyta gwny kapan rozkapryszonym tonem. - Przecie niczego nie zobaczymy. - Dlatego, e jeli zrobiem co le, to sia ognistego proszku moe rozerwa elazo, a jego kawaki bd miay tak si, e poszatkuj nas na strzpy. Nie wygldaj na przekonanych, ale posusznie wa za ska. Wygldaj jak trzy zaaferowane chomiki. Kucam obok nich i wysuwam tyczk z tlcym si na kocu nasiarkowanym sznurem. Trafienie w niewielki otworek lontem na trzymetrowym kiju okazuje si duo trudniejsze i bardziej szarpice nerwy ni mi si zdawao. Zwaszcza pod badawczym spojrzeniem trzech komicznie powanych karw. - Zatkajcie uszy - mwi. - Okropnie huknie. Jednak sycha najpierw jadowity syk, z otworu strzela kita liliowego, kopccego ognia, a dopiero potem rozlega si huk. Mniej wicej taki, jak korka z dobrze wstrznitego szampana. Widz pomie na kocu lufy i kb siwego dymu, nastpnie sysz wyrane brzdknicie blach starego ppancerza wiszcego na supku jako cel, pitnacie krokw dalej. Blisko, ale to tylko demonstracja. Kula odbija si dwa razy od niegu, na blachach pancerza wida wyrane wklnicie. Trzeba tylko troch si przyjrze. Moja straszliwa ognista bro odbia patek rdzy i lekko wgniota pytk. - Syszaem ju gorszy huk - zauwaa jeden z kapanw. - To moe lepiej - mwi drugi z wyran yczliwoci w gosie - byoby rzuca tymi kulkami? Bdzie ciszej, za to dalej poleci. A jak trafi czym takim czowieka w gow, to... Spostrzega mj wzrok i milknie.

- Na dzisiaj wystarczy - oznajmiam, starajc si, eby zabrzmiao to swobodnie. - Jeszcze to przemyl. Potrzebuj planu. Sposobu. Otwarty atak odpada. Zdaje si, e nie mam te wielkich szans w magicznej konfrontacji. Pozostaje wic skrytobjstwo. Wypytuj o trucizny. Maj znachora, maj te baby trudnice si zielarstwem na wasne potrzeby, ale przy truciznach wszyscy drapi si z zafrasowaniem w gow. Znaj jakie trujce grzyby, ale to ju nie sezon. Zaczyna si zima. Okropnie mona te pono otru si biaymi jagodami rosncymi na bagnach, tylko e trzeba by ich nazbiera latem. Pozostaj rodki konwencjonalne. Ostrze, strzaa, miecz. Nawet czarnoksinicy sypiaj lub bywaj zdekoncentrowani. Chodz po okolicy i po grodzie i myl. Na zewntrz jest spokj. We wycofali si po moim sabotau i przez par dni w ogle si nie pokazywali, teraz znowu plcz si po drugiej stronie jeziora, ale w maych grupkach i bardziej niemiao. Grunaldi zachcony moim przykadem formuje grup uderzeniow i wyprowadza noc kilka wycieczek. Podrzynaj par garde, przybijaj kogo do drzewa i znowu panuje spokj. - To jedyny sposb - tumacz. - Trzeba i tam w ukryciu, poczeka na odpowiedni chwil i zabi sukinsyna. Trzeba zabi van Dykena. Bez niego We szybko wrc na swoje miejsce. Teraz s tacy silni, bo maj za plecami pieni bogw. - Jak zabi Pieniarza? - powtpiewa Atleif. Siedzimy we trzech wielkiej halli: mody styrsman, Grunaldi i ja. - Jak stawi mu czoa? Otoczonemu oszalaymi Wami, w zamku z toporw? Jaka armia dotrze tam do rodka? I jeszcze zim? - Nie armia - mwi jeszcze raz. - Jeden czowiek. Ja. Niepostrzeenie, w przebraniu, kryjc si cay czas. - Nie pjdziesz znowu sam - powiada Grunaldi z uporem. - Dlaczego jeste taki gupi? Jeden czowiek jest jeden. Musi kiedy spa, moe zwichn nog i nie ma oczu wok gowy. Nie traktuj mw jak dzieci, ktre bd ci si plta pod nogami. Ju przecie byem z tob na takiej wyprawie. - Dobrze - zgadzam si cierpliwie. - Moesz i ze mn. Moemy zabra nawet jeszcze ze dwch czy trzech. Ale tu chodzi o zasad. adnej bohaterskiej walki z odsonit twarz. adnych

szturmw z wrzaskiem i tuczenia toporem w tarcz. Ten bydlak nie ma honoru. Za to ma moc pozwalajc zmienia ludzi i zabija na odlego. Ja mwi, e trzeba go zabi, a nie zwyciy. Noem w plecy, udusi we nie, otru. Nie chodzi o to, by zdoby zamek, lecz by si do niego zakra. W nocy, niepostrzeenie. Dlatego moe i najwyej kilku. Jak wilki. Bdziemy si czai i ukrywa. Bdziemy niczym duchy. A kiedy trafi si odpowiedni moment, zaatakujemy. A potem znikniemy. - Nie za bardzo to honorowe. - Atleif jest zafrasowany. - Jakie takie... tchrzliwe? Czy to w ogle godne wojownika? - To jest bardziej niebezpieczne ni ci si zdaje - odpowiadam. - Tu chodzi o... - Brakuje mi sw. Skutek... Efekt... Albo nie ma takich poj w ich jzyku, albo sobie ich nie przypominam. Chodzi o to, eby nie y. Jak najszybciej i najprociej. Tylko to si liczy. Mylaem, e bdzie mona poczeka spokojnie do wiosny. Zaplanowa, przygotowa si i i, gdy puszcz niegi. Ale teraz widz, e wiosn bdzie za pno. - Chyba wiem, o co mu chodzi - powiada Grunaldi. - To tak, jak wtedy, gdy odbijalimy dzieci. Byo nas tylko czterech, a Wy ze dwa tuziny. Siedzieli zamknici w grodzie a i tak si udao. - Potrzebne s do tego rne rzeczy - mwi powoli. - To nie jest proste. Trzeba wymyli sposb, w jaki kilku mw moe niezauwaenie przebi si do samego serca ziemi Wy. Trzeba wymyli, w jaki sposb moemy zabi Pieniarza, zanim on nas zobaczy, i to musi by dobry sposb. Dlatego wypytuj o trucizny, mieszam dziwne proszki i bawi si smocz oliw od paru dni. Jego nie tak atwo zabi. Mimo e jest szalony. Potrzebna jest te choby mapa. - Co to mahjpar"? - Kiedy pywacie po morzach, skd wiecie, jak trafi na waciwe miejsce? - S rne sposoby - odpowiada Atleif. - Jak si wypynie za Wyspy Ostrogowe, to trzeba mie ld po lewej rce. A wiosn, gdy Strzaa wschodzi, to grot powinna mie na dwie donie na prawo od bukszprytu. Rnie. Ale drogi to styrsman musi si nauczy. Dlatego najpierw pywa z ojcem czy kim, kto zna szlaki. Jeli czowiek raz gdzie by, to potem trafi. Na pami. api si za gow, pniej opieram okcie na stole. Nard eglarzy... - Mapa to jest obrazek - mwi wyranie i bardzo powoli. - Namalowany na skrze, ptnie albo czym takim. To jest namalowany kraj, tak jak widziaby go leccy ptak, tylko wszystko jest malutkie, eby zmiecio si na kawaku ptna w caoci. Rysuje si lasy, gry, drogi i rzeki.

Popatrzcie: - Mocz palec w piwie i smaruj po blacie stou. - To jest brzeg jeziora, to Dragorina, a ten kawaek chleba to jest nasz grd. Rzeka prowadzi jako tak, tu s te poczone jeziora, tu chaupa tego, co si powiesi, a tam, gdzie siedzi Atleif, jest pnoc i tam te jest port mijowe Gardo. Rozumiecie? Mapa! Atleif spoglda na st z osupieniem, jakby spodziewa si nagle zobaczy na nim port. - Tam, gdzie on siedzi, to jest wschd - oburza si Grunaldi. - Pnoc jest tutaj. - Na mapie! Na tym obrazku rysuje si pnoc na grze, poudnie na dole i tak dalej. Rozumiesz? - Rozumiem. A po co ci ten obrazek? - ebym znalaz drog, take tam, gdzie nigdy nie byem. ebym wiedzia, gdzie jestem i gdzie teraz trzeba pj. Sprawdzasz, gdzie jest pnoc, potem obracasz sobie map tak, eby jej kierunki byy tam, gdzie s naprawd, i ju widzisz. Tu, powiedzmy, ta gra, wic za ni jest strumie i tak dalej. - No dobrze, ale jak narysujesz gr na kawaku skry? Skra jest paska, a gra wystaje. - Moe j zrobi z czego i przylepi? - proponuje ostronie Atleif. Ciko to idzie. - Dajcie mi kawaek wgla - mwi. - Spjrzcie na tamten patyk i ten oszczep. Widzicie jego dugo? Uwaajcie: proporcje. - Projppersejn... - powtarza Atleif Krzemienny Ko nabonym tonem. Naprawd ciko. Odwiedzam zbrojowni i szukam natchnienia wrd morderczego elastwa rozmaitych ksztatw i rozmiarw. Topory, miecze, wcznie i oszczepy. Nie ma jednak niczego, co mogoby zastpi mj miecz. Mj doskonay shinobi ken firmy Nordland, noszony, jeli wierzy snom, przez jakiego szczeniaka, ktry pozuje z nim na wielkiego herosa. Wracam wic do kowali i prosz o wykucie rnych rzeczy. Mam ze sob rysunki, ktre ich bardzo interesuj, ale niewiele daj. Opisuj wic jak umiem, a potem znowu siadam gdzie na kamieniach, patrz na jezioro, szukajc natchnienia i pieszczc w doniach swoj bezuyteczn hakownic. Wci mam zapas czego, co ma taki skad jak proch, pachnie jak proch i wyglda jak proch, tylko e nie ma mocy. Pali si za wolno. Robilimy proch czarny na zamku Darkmoor. Tak na wszelki wypadek. Doskonale to pamitam i wiem, e powinien dziaa, lecz nie dziaa.

Przeprowadziem jeszcze kilka prb na osobnoci z rnymi nawakami i efekt za kadym razem by podobny. Kula leciaa kolawo na jakie pidziesit metrw i bez problemu mona byo odprowadzi j wzrokiem. Proca to przy mojej hakownicy prawdziwie mordercza bro. Przynajmniej naprawiem sobie uk. Ostatni raz nabijam hakownic i strzelam w jezioro. Widz, jak pocisk skacze po falach niczym kaczka. A potem siedz na skale z fajk w zbach i patrz na lnic stalowo wod, szukajc natchnienia. - Ju to kiedy widziaem - odzywa si znajomy, skrzypicy gos. - Nie bdzie dziaao. Podrywam si nerwowo i patrz na niego. Nie mg wyrosn znienacka ze niegu razem ze swoim wzkiem i pokracznym osem podobnym do skrzyowania okapi z yraf. Nie wierz te, e zdoa mnie podej. - Widziae ju hakownic, Kruczy Cieniu? - pytam zoliwie. - Jak zwa, tak zwa. Pomyl, co by byo, gdyby ci si udao? Po jakim czasie kady chodziby z tak rur. Na nic mstwo, zrczno i mdro. Wadz zabraby ten, kto ma wicej rur, wicej tego czarnego pudru i wicej kulek. Albo ten, kto robi je szybciej. Kiedy byle idiota moe wzi bro zdoln powali kadego, wkrtce wiatem zaczynaj rzdzi gupcy. Takie pomysy to najlepszy sposb na sprowadzenie martwego niegu. Pomyl o tym, picy Na Drzewie. - Duo mi takie gadanie pomoe, gdy wiatem zaczynaj rzdzi szalecy, ktrzy maj na zawoanie pieni bogw. - Szukanie takiej drogi na skrty te nie pomoe. Moe bdzie ci lej, jeli powiem, e ten puder kiedy dziaa inaczej i sprowadzi martwy nieg. Zobaczyli to wtedy bogowie i teraz ich pieni zawsze zlec si tam, gdzie kto miesza wgiel z saletr. Tak powiadaj w starych bajdach. S rzeczy, ktrym nie pozwol dziaa, bo tak jest lepiej. Nie ma ich w pieni ludzi, wic ludzie nie mog nimi wada. Czasem dlatego, e nie potrafi, a czasem dlatego, e przynosi to wicej szkody ni poytku. - Wic mog pj i rzuci w niego oszczepem lub sprbowa zakra si z mieczem do jego sypialni, albo siadamy i czekamy na efekty. Wojna bogw albo martwy nieg. Do wyboru. - To Pieniarz. Zabij go pieni bogw. Parskam tylko i spluwam przed siebie. Nawet mi si gada nie chce. - Bardzo zabawne. Sprbuj go olni moim magicznym kunsztem.

- Za szybko tracisz ducha, picy Na Drzewie. Przyjechaem, eby co ci sprzeda. - Te twoje przedmioty naprawd czyni? - Ten na pewno. - Prezentuje mi jak bezksztatn pa podobn do kawaka czerwonego krawnika. - Co to ma by? - Doskonale to znasz. To Wcznia Gupcw. - Ta sama? Dlaczego tak wyglda? - Jest potna. Zamknem j w wypalonej glinie, eby osoni przed umysem tych, ktrzy nie znaj pieni bogw. Peno w niej mocy uroczyska. - Wiesz, na czym polega jej moc? - Troch sprawdziem, troch si domylam. To bro na Pieniarzy. Musia si ciebie przestraszy, skoro chwyci za t wczni. Zrobi j na wypadek, gdyby musia stawi czoa Pieniarzowi rwnie potnemu jak on sam. - Jak dziaa? - Zabija. Obdzielam Kruczego Cienia cikim spojrzeniem. Ju wycigaem w jego stron gsiorek z miodem, ale zatrzymuj rk. - Zabija? - cedz jadowicie. - Naprawd? Wzrusza ramionami. - Pytae, jak dziaa. To wcznia. Czy mona zapyta gupiej? Nie wiesz, jak dziaa wcznia? - Pytaem, czym si rni od normalnej. Tak trudno zrozumie, o co pytam? - Czuje moc uroczyska. Cignie do niej. Tak jak wilk cignie do zapachu krwi. - Znaczy kiedy Pieniarz rzuci j w powietrze, to wrci i go przebije? - Nie. Przecie ten, co j robi, nie jest takim durniem. Szuka przed sob. Na wprost grotu. Wystarczy, e ciniesz j w Pieniarza i ju. Nawet jeli rzucisz lekko, pomknie niczym strzaa. Nawet jeli Czynicy zacznie ucieka, Wcznia Gupcw i tak go dogoni. Popdzi za nim i przebije. Pije z gsiorka, oddaje mi go. Przecieram wylew rkawem i te pocigam yk. Mid spywa ciep fal do odka i wypdza stamtd mrz. - Skd wiesz tak dobrze, jak to dziaa, Kruczy Cieniu? Umiecha si obuzersko. - Bo zabiem Czynicego. Chciaem j wyprbowa i przy okazji zaatwi dawn spraw.

Ogarnia mnie podejrzenie. - Wiesz, jak ten Pieniarz si nazywa? Jak wyglda? - Nic z tego - odpowiada. - To nie by nikt z tych, ktrych szukasz. To by kto, kogo znaem od bardzo dawna. Milczymy chwil, pykam z fajki i patrz na Wczni Gupcw. - Jak blisko trzeba podej? - Wiem, e dziaa na Pieniarza, ktrego moesz dostrzec. Moe i dalej, ale nie prbowaem. Na pewno nie moesz rzuci wczni std i sdzi, e poleci na Szklane Wierchy. Musi zobaczy tego, kto jest celem. A moe i ty musisz, kto wie? Ale gdy doleci... Przymyka oczy z luboci i mlaska. - ...wali niczym taran. Przejdzie przez kad kolczug i pancerz. Wbija si... - Wiem - przerywam mu raczej szorstko. mieje si zoliwie. - Jeli jest taka cenna, dlaczego jej nie zabra z powrotem? - Nie wiesz? - Bo byem drzewem? Chcia, eby mnie zabia, gdyby kto zdj zaklcie? Krci gow. - On myla, e jeste prawdziwym Pieniarzem. Ba si, e sam zdejmiesz urok. Dlatego wysa swoich ludzi w gry i kaza im szuka Drzewa. eby zabra wczni i spali ci, pki jeste drewniany. Ten, ktry by znalaz, mia dosta pi modych niewolnic, garniec zota i tydzie w Ogrodzie Rozkoszy. - Jak to: szuka? Gupi czy co? Ile to mogem odej, przebity na wylot i zmieniajc si w drzewo? - Ale ty tpy. Pamitasz, gdzie ci trafi? Kojarzysz Obraony Wierch? - Co? - Obraony Wierch! Goa dziewoja, ktra si obrazia i pacze. Wielka gra z cycami jak lodowce! Chyba trzeba by lepym, eby... - Kojarz. Nazwy nie znaem... - A widziae j, kiedy si obudzie, kiedy wylaze z pnia? ...Dwa zamglone szczyty, tulce si do siebie jak pdupki. Poszarpane linie ska, osnute niebieskawym oparem. Widoczne w oddali dwie plamy lasu wspinajce si po zboczach, ponce

krlewskimi barwami jesieni. Siedemdziesit trzy iglaste krzewy, pokrcone jakby wyszy spod rki mistrza bonsai... Ale ani ladu Skamieniaych Cudw, ani ladu Paczcej Dziewczyny. - Wic skd si tam wziem? - Bo jednak jeste Pieniarzem, tylko niewiadomym. A ta dzidzia - macha wczni zatopion w ceramicznym walcu - jest a cika od mocy uroczyska. Konae, chciae stamtd odej, wic ci przenioso. Nie pytaj jak. Znikne mu z oczu. Przepade. Wiedzia, e bye saby i daleko ci nie rzucio, wic musisz by gdzie w jego grach, lecz nie wiedzia gdzie. Odstawiam gsiorek. - Wic moe te przenosi? - Nie wcznia! - wrzeszczy zirytowany. - Co za kozio! Nie wcznia sama z siebie, tylko moc uroczyska! Potrafisz to powtrzy bez ostrza w brzuchu? - Nie wiem - powiadam. - Dobra, co za ni chcesz? - Jestem handlarzem. Chc pi gwichtw. - No nie. Zwariowae. - Aaken paci cay garniec zota. Nie mwic o innych rzeczach. - Momencik. Wcznia i tak bya moja. Zabrae mi j. - Zapaciem ci przecie! - Zapacie?! Rzucie mi jakim zgniym flakiem w twarz! Chcesz, tak samo ci zaraz zapac! - To by grzyb z uroczyska! Peen mocy. To, co wtedy byo ci najbardziej potrzebne! Wolae wtedy zoto? Wiesz, ile teraz Pieniarze pac za odrobin pieni bogw? Szczypt?! Uroczyska s martwe! Puste! Wystukuj fajk o kamie. - Zostay mi jeszcze jakie pienidze w jukach. W sadybie. Idziesz ze mn czy poczekasz? - Poczekam. Mam cenne rzeczy na wozie. *** W zatoczonej sadybie trudno byo znale odpowiedni sal. Du, niezbyt zagracon i tak, ktrej nikt nie wykorzystuje jako prowizorycznej sypialni. Kaza zamkn cikie okiennice, zasun dodatkowo story i wygasi ogie na palenisku. Na dziedzicu zebra si spory tum. Ogoszony przez Drakkainena turniej rozprasza zimow nud i obiecywa sporo rozrywki.

- Zasady s proste - krzycza Vuko z drewnianego kruganka nad dziedzicem. - Mam na szyi amulet. Kamie na rzemieniu. Siedz sam w ciemnej halli, tyem do drzwi. Mam tylko drewniany miecz i n, taki jak dla dzieci. Kto chce i ze mn na wypraw, musi wej najpierw do sieni, uzbroi si w taki sam n i miecz z drewna, a potem wej do halli i odebra mi amulet. Wszystko jedno jak. Mam pi takich kamieni i zabior piciu ludzi, ktrzy je zdobd. Nie wolno uywa innej broni ni drewniana, ktra jest w sieni. Nie chc, eby komu si co stao. Teraz tam wchodz i bd czeka. I ostrzegam: tam jest ciemno. Powodzenia. Zamkn drzwi do sieni, a potem wszed do halli. Przesun jedn z aw i ustawi j na wprost wejcia, poprzenosi elazne lampy na trjnogach w przypadkowe miejsca, rozcign nisko nad podog sznur, gdzie rozbi o posadzk kilka glinianych dzbanw. Gdzieniegdzie powiesi na belkach stropowych dzwonki zabrane ze stajni oraz pusty kocio, ktry zapeni metalowymi pucharami i dzbankami. Wreszcie odszed na drugi koniec halli, usiad na stole i pooy drewniany miecz na kolanach. Uzna, e wszystko gotowe, wic nala sobie miark piwa do cynowego kubka. - To atwe! Zanim doliczycie do stu, wyjd z amuletem - krzycza kto gdzie za drzwiami. Zaraz zobaczycie! Sprbujcie, kto zdoa to zrobi szybciej ni Gjollhad Kamienny Wilk! - To bdzie dugi dzie - powiedziaa Cyfral. - Ale tobie te si przyda troch ruchu. W kompletnych ciemnociach halli ostronie skrzypny drzwi. Gjollhad wyszed rzeczywicie w rekordowym czasie. Kibice nie doliczyli nawet do dziewidziesiciu. Wyszed bez amuletu, ale i bez drewnianej broni, trzymajc si obiema rkami za ciemi. Nie chcia z nikim rozmawia, zanim nie pooy si na chwil na awie zwinity w kbek i dopiero tam sabym gosem poprosi, eby przyniesiono mu niegu. Zmierzchao, kiedy Drakkainen ponownie pojawi si na kruganku. Lekko utyka na jedn nog, mia wyranie podbite oko, guza na czole i zdarte, pokrwawione kostki obu doni. - Miaem pi amuletw - zawoa. - i wszystkie pi mi zabrano. Gratuluj zwycizcom. Przepraszam, ale zobaczymy si dopiero na niadaniu. Musz i do ani, a potem pooy si do ka. le si czuj, chyba co mi troch zaszkodzio. Jestem te odrobin zmczony. Tum pokiereszowanych, poobijanych ludzi, przykadajcych do twarzy garcie

pokrwawionego niegu, albo poowijanych szmatami, wysucha go w milczeniu i rozszed si. Tego wieczora wszyscy pooyli si wczeniej. ***

- Grunaldi... - mwi na widok kamienia lecego przed moim talerzem i macam odruchowo opuchnit ko policzkow. - Od razu ci poznaem. Grunaldi wsuwa si ze stkniciem za aw i rozglda rozpaczliwie po stole za czym mikkim, czego nie trzeba zbytnio gry. - Twarogu? Dzikuje mi uprzejmie, wkrusza twarg do misy i zalewa piwem. - Grunf... Robie okropny haas, ale i tak ci si udao. - Specjalnie - odpowiada. - Chciaem rozbuja to cae elastwo, eby nie sysza, gdzie id. - Spalle. Gratuluj. Dobrze si ruszasz w ciemnociach, prawie nie byo ci sycha. Przez jaki czas mylaem, e w ogle nie wszede. Na st spad kolejny amulet. - Jestem Warfnir Biegncy Ze Zbocza. - To ty chodzie tak ostronie, macajc mieczem? Dobrze si bijesz. - Jest u nas najlepszy w zapasach - podpowiada chepliwie Grunaldi. - Mieszka w mojej sadybie. - A gdzie jest pity? - Tutaj! Milkniemy wszyscy i patrzymy zaskoczeni. Grunaldi krci gow i nalewa sobie piwa. - Tak, to ja! Sylfana Mwica Pomieniem. Wstyd wam? - Chcesz i z nami? - pyta Grunf niepewnie. - A co, mylisz, e nie nad? e jestem z tych niewiast, ktre bd cay czas narzeka? e si zmcz, przestrasz albo rozpacz? Zdobyam amulet czy nie? - Zdobya - przyznaj. - Takie s zasady. - A ty jeste durny, czy co? Nie poznae, e to baba? - Byo ciemno - wyjaniam. - Poza tym jest dobra. Wesza cicho jak mysz, a potem przyczaia si i zmusia mnie, ebym to ja jej szuka. Wie, jak wykorzysta swoj zwinno i spryt. Wcale nie musiaa by ode mnie szybsza ani silniejsza. Grzmotna mnie przez eb kociokiem, ktry sam tam powiesiem. Rozbujaa go, a potem przywabia mnie tak, ebym oberwa. Jakbym si nie zasoni... To byo dobre. Tylko co na to powie Atleif? - Nie jestem ju dzieckiem i nie musz pyta braciszka o zdanie - oznajmia Sylfana.

- Styrsmana Ludzi Ognia, kobieto - zoci si Grunaldi. - Przechodziem to dziesitki razy. Przy rnych wyprawach morskich i innych rzeczach, bo moja druga kobieta jest taka sama jak ty. Nie mwi, e radzisz sobie gorzej ni mowie, ktrym Ulf policzy koci, bo wida e nie. Zdobya amulet, rozbia mu eb, on za zdoa tylko podbi ci oko i sprawi, e jako dziwnie siedzisz. Wielu nie dao rady. Rzecz jest w czym innym. Idziemy zabi Pieniarza. Jeli si da i tylko to si liczy. Zginiemy moe wszyscy, a moe tylko poowa. To nie takie wane, byle zgin przeklty krl Wy, bo wtedy wiat si moe nie skoczy. Idc wrd mw, liczymy si z tym. Umiemy wytrzyma, kiedy ktry z nas umiera, cho jest nam ciko. Ale nie damy rady, gdy ty bdziesz midzy nami. Zabicie Pieniarza nie bdzie ju najwaniejsze. Najwaniejsze bdzie, eby ty wrcia ywa. Choby nawet miao si nie uda. My, Ludzie Ognia, chronimy swoich i nic na to nie umiemy poradzi. Teraz moemy udawa, e jeste zrodzona do elaza i wojny jak kady z nas. Ale kiedy zacznie la si krew, bdziemy myle tylko o tobie. Tak ju jest. To nie wszystko. Bdziesz bardzo dzielna i bdziesz nam pokazywa, e radzisz sobie lepiej ni my. Bdziesz si popisywa. A my bdziemy ci dotrzymywali kroku. Bdziemy si popisywali przed tob. A w kocu zadurzymy si w tobie. Popatrz na Ulfa! Tylko na niego popatrz! Jak nas poprowadzi, jeli bdziesz midzy nami? Bdzie musia wydusi z nas wszystkie siy, a ju widz, e bdzie myla tylko o tym, czy masz suchy ten chudy tyek, czy ci ciepo i czy nic ci nie grozi. Czy lepa, kobieto? Zapada cika cisza. Mam wraenie, e si rumieni, i walcz z chci rozbicia Grunaldiemu rudego ba. Warfnir chrzka z zakopotaniem i zaglda do dzbana, Grunf lustruje z wielk uwag trzymany w doni kawaek pieczonego misa. - To Ulf bdzie prowadzi t wypraw i chc wiedzie, co on o tym sdzi - mwi Sylfana i mierzy mnie uwanym wzrokiem sarnich oczu. - Nie idziemy do bitwy. Idziemy zakra si i zabi, a to znacznie trudniejsze. Dla nas wszystkich. Jednak to, co mwi Grunaldi, to prawda. Wiem, e ty sobie poradzisz. Nie wiem jednak, czy my sobie poradzimy. Powiem tak: jeste siostr styrsmana. Mylisz, e Atleif nie chcia i? Kcilimy si cay wieczr. Zrozumia, e jest potrzebny Ludziom Ognia. Wic nawet nie wszed do ciemnej komnaty, bo kto musi tu by razem z nimi. Z tob jest podobnie. Co bdzie, jeli on zginie? - Ludzie Ognia wybior nowego styrsmana - odpowiada dziewczyna niepewnie. - Kiedy. Gdy bd mogli si naradzi. Tymczasem jednak to jego siostra bdzie musiaa ich poprowadzi. Styrsman zdecyduje. Jeli Atleif si zgodzi, moesz i.

- Nie odpowiedziae, co sam o tym sdzisz. - Bo teraz jest czas, kiedy trzeba zabi krla Wy. Nic wicej si nie liczy. Take to, co sdz o takich sprawach. Powiem tak: chc, eby ya, Sylfano. Jeli pjdziesz z nami, nie wiem, jak to bdzie. Chc mc wrci i znowu zobaczy, jak taczysz z ogniem. Wychodz potem na kruganek, zapalam fajk i patrz na dziedziniec peen krccych si ludzi. Sadyba jest dua, ale w obliczu najazdu Wy dosownie pka w szwach. Do wychodkw i ani wieczne kolejki, trudno doliczy si, czy wystarczy zapasw, mimo e wszyscy przywieli, co tylko zdoali zaadowa. Staram si skoncentrowa na kiekujcym w gowie planie, ale jako mi ciko na sercu. Grunaldi moe mie odrobin racji. Kiedy w powietrzu wisi moliwo, e Mwica Pomieniem, sarnia dziewczyna pjdzie z nami, ju zaczynam wprowadza korekty w plan, bo wydaje si zbyt ryzykowny. Wychodzi skd w korytarzu i bezceremonialnie wpycha mnie do jakiej izdebki, gdzie siedzi kilka kobiet, chyba niewolnych, i szyj. Szyj ubrania i futra, ktre zamwiem. - Idcie std! - fuka na nie. Zostajemy sami. Trzyma do na mojej piersi, ciskajc dwoma palcami po kaftana, jakby si spodziewaa, e czmychn. - Chc usysze, co o tym sdzisz, kiedy nie musisz myle, e kto inny sucha. Powiedz mi: Sylfano, id ze mn, albo: Sylfano, zosta w domu. To proste. - Sylfano - mwi - zosta tam, gdzie znajd ci yw, jeli sam przeyj. Odpycha mnie lekko. - Dobrze, zostan. Ale tylko dlatego, e tak powiedziae. Nawet nie prbuj zgin. Masz wrci. - Sylfano... Mgbym by twoim dziadkiem. Parska miechem i bierze si pod boki. - Wygldam na gupi?! Wzdycham. Kolejna rozmowa na osobnoci odbywa si z Atleifem. Tym razem w zbrojowni, gdzie rozkadam na wielkim, dbowym stole mordercze kawaki elaza. - Moja siostra... - powiada Atleif. Zaciskam zby. Kolejny bdzie mnie swata? - Narobia rwetesu, a teraz chodzi jaka wesoa. Kto j zrozumie? - Styrsmanie... Kazaem jej zosta w domu, mimo e chciaa i tak samo jak ty. Nie wiem, z czego si cieszy.

- Wanie dlatego, e ty co jej kazae. Jest uparta. Jak co sobie wbije do gowy... Ulfie, tylko ona mi zostaa. Ojciec zgin na zamorskiej wyprawie, a matk zabili We, kiedy bronia naszej ziemi. Gdy usyszaem, e Sylfana chce i z tob... - Powiedziaa, e zostaje. Nie musisz si martwi. - Nie o to chodzi. Ja chciaem, eby posza. - Jak to?! - Chowam n do pochwy i patrz na Krzemiennego Konia badawczo. - Moliwe, e z tego samego powodu, dla ktrego ty chcesz, eby zostaa. Mylaem, e z tob bdzie bezpieczniejsza. Jeli We rusz na nas z tymi pieniami i cudami, moe bdziemy musieli cofa si na pnoc. - Jeli We rusz, to bdzie znaczyo, e my nie yjemy. - Niekoniecznie. Moe wam si nie uda, a mimo to przeyjecie. Wierz w to. A teraz sam nie wiem... Mylaem, e moe ty zdoasz j ochroni. - Ja si wybieram tam, gdzie trudno ochroni kogokolwiek. Ukadam na stole cay sprzt, jaki udao mi si zgromadzi. Dla kadego zwj liny. Kady odcinek ma na jednym kocu karabiczyk z moich zapasw, na drugim ptl. Mj uk i cztery inne, rwnie krtkie i kompaktowe. Nie byli w stanie skopiowa mojego, ale okazao si, e maj przyzwoite mae uki podobne do mongolskich, ktre wo na okrtach. elazne piramidki z kolcw tetsubichi. Jeli rzuca je za siebie w czasie ucieczki, zawsze ktre z ostrzy sterczy pionowo w gr, a jednoczenie mona przenosi je bezpiecznie powtykane jedno w drugie. Wykuli mi je niewysocy wyznawcy kowalstwa ze wzgrza, podobnie jak gwiazdki do rzucania. Miecze. Wybieralimy je godzinami, kady dla siebie. Moje nowe ostrza - dwa bliniacze paasze z pzamknitym jelcem, ktrymi wicz codziennie po trzy godziny. Plecione garoty z rzemieni, noe, manierki, kubki, miseczki, caa sterta zapasw ywnoci. Wszystko wysokoenergetyczne i skoncentrowane. Sery, ktre maj cakiem przyzwoite, suszone wdzone miso, ciasto, jakby keks, ktre mona je przez kilkanacie dni. Dopilnowaem, eby byo sodkie, napchane orzechami i kandyzowanymi w miodzie owocami. Na szczcie w odrnieniu od innych moich wynalazkw to jest dla nich zrozumiae i nie musz niczego tumaczy. P ycia spdzaj na odziach i trwaa ywno to dla nich codzienno. Poprosiem o uszycie dugich kropierzy dla koni z jednej strony biaych, a od wewntrz brzowych, podobnie jak pcienne spodnie i kaftany, ktre zaoymy na futrzane portki i anoraki. Do tego osobne kaptury pozwalajce zasoni ca twarz. Zakadane na rkawice i buty nakadki z

kolcami tekagi, suce do wspinania si po cianach. Sakwy i uprze pozwalajce zmieci to wszystko przy sobie. Przez kilka tygodni wszyscy umiejcy szy odzie i skry mieli przeze mnie zajcie. Mamy stert sprztu, a przede wszystkim Wczni Gupcw. Zamknit w glinianej osonie i dodatkowo osonit skrzanym futeraem. Odkd mamy sprzt, codziennie ka moim skrytobjcom zakada cae oporzdzenie i ganiam ich w niegu wok jeziora. Nocami wykradamy si i wyrzynamy kilkuosobowe bandy Wy biwakujce na skraju lasu albo krcce si po okolicy. Potem bezlitonie wicz towarzyszy w jzyku migowym i rzucaniu szurikenami. Sam chodz nad brzeg jeziora, gdzie jednooki karze ciska we mnie kamieniami i przeklestwami. - Jeszcze raz! - wrzeszczy. - Skoncentruj si, ty gupi klocu! Marnujesz tylko resztki pieni. piewaj o tarczy! O tarczy! Koncentruj si wic, wizualizuj, cho niewiele to daje. Kamienie trafiaj mnie bolenie w gow i pier, ale tarczy nie ma. A przynajmniej na og. Czasem udaje mi si odbi kamie w powietrzu, lecz nie widz prawidowoci. Nauki Kruczego Cienia jednak do czego si przydaj. - Musisz wiedzie dokadnie, co pie ma zrobi. Dokadnie. Co, z kim, gdzie i kiedy. Wyobra sobie, e jest niczym proszek, ktry musi ci wystarczy. Jak sl. Wsypujesz do zupy szczypt i caa zupa robi si sona. Tylko e pie bogw to taka sl, ktra moe wszystko. No, prawie wszystko. Tyle e szczypta wystarczy na kocioek, lecz na pewno nie posoli jeziora, rozumiesz? Powiedzmy, e solisz co pieni bogw: wsypujesz do zupy i mylisz o sonym smaku. Jeli jednak si pomylisz i zaczniesz myle o goryczy albo sodkim placku, caa zupa bdzie do wyrzucenia. Przegldam jego towary i szukam czego poytecznego, jednak wikszo z nich nie nadaje si do uytku. Pieni bogw w czystej postaci, czego skaonego moc uroczyska nie ma w ogle. - Kupie wczni - powiada. - Wykorzystaj j. Grodzisko jest zatoczone i gwarne. Gdyby nie rzadki moment ciszy ktrego wieczora, nigdy bym jej nie usysza. W pierwszej chwili nie zwracam uwagi na dwiki dobiegajce monotonnie zza jakich drzwi. Do momentu, w ktrym uwiadamiam sobie, e sysz angielskie sowa, i raptem robi mi si zimno. Otwieram drzwi z takim uczuciem, jakbym mia zaraz zemdle.

Dziewczynka siedzi za czym, co przypomina krosna, i przdzie. Ma poszarpan kieck, ca w strzpach, przez dziury wida te krwawe szramy od paznokci na ciele. Widz, jak koysze mechanicznie gow i bardzo szybko mwi po angielsku z dziwacznym, kanciastym akcentem. Szczeglnie uderzajca jest moliwo oddziaywania wiadomociowego na aspekty rzeczywistoci, ktre w dawnym systemie postrzegania podlegay tyranii materialistycznego intelektualizmu, a w nowym wiecie musz ustpi przed nieintelektywnym zastosowaniem wiadomoci kreatywnej. Dziki wyeliminowaniu aspektw odnoszcych si do mitw zmaterializowanej obiektywizacji rzeczywistoci, a take i archeokultury odnoszcej si do samowytworzonych liczmanw tak zwanej etyki i przywizania do jednostkowej

indywidualizacji, moliwe bdzie osignicie etapu superwiadomoci kreatywnej, w peni oddziaujcej na baz materialn rzeczywistoci i zdolnej do jej kompletnego przeksztacenia w akcie kreatywno-artystycznym, ktre to akty stan si w peni autonomicznymi bytami fizykalnymi. Jest to wiat stanowicy ostateczny obiektywny dowd nieistnienia bytw zobiektywizowanych materialistycznie i moliwoci ksztatowania zarwno bytw ywych, jak i tworzenia nowych, zgodnie ze stanem superwiadomoci. Dalszym celem byoby takie ksztatowanie masy spoecznej, by wyzwoli j z archeokulturowych pseudoogranicze, od zalenoci od wartociowania poczwszy, po rezygnacj z koncentracji na micie istnienia osobniczej samowiadomoci pojedynczej. Dziki temu w dalszym etapie moliwe bdzie stworzenie masy spoecznej, zdolnej do osignicia jednoci w superwiadomoci i podejmujcej wsplne akty kreacji... Chwytam dziewczynk za rami i nagle angielski bekot urywa si w p sowa. Podnosi na mnie szczurkowat twarz, syczy Padlina!", po czym chuda rczka z zakrzywionymi palcami miga w moj stron. Uchylam si, wic pruje poamanymi paznokciami wasn pier. To dziewczynka-krab. Znam j. Sam j uratowaem. - Biedaczka, cakiem niespena rozumu - woa jaka niewiasta, wchodzc do komnatki, i chwyta dziewczyn za rce. - Grunaldi znalaz j w lesie. Zupenie szurnita. Gada, ale nikt biedactwa nie rozumie. - Ja rozumiem - odpowiadam pgosem. To nie ona jest szurnita, tylko van Dyken. Ktry wanie pisze ksik. ***

- Na co patrzysz? - zapytaa Cyfral. Drakkainen siedzia w osupieniu na pododze swojej izdebki i z nienormalnym zainteresowaniem malujcym si na twarzy oglda swoj star jesienn kurt, uszyt przez Synnj i Sylg gdzie w nieistniejcej chacie w grach. - Przyjrzyj si - mrukn. - W kieszeni za pazuch byo zawinitko z jagodami. Teraz caa kurtka, zawinitko, nawet boto, ktrym bya pokryta, dostao powiaty. Przeszo pieni bogw! Mam magiczn kurtk, Cyfral. To jest jak promieniowanie. Mona umieci co bogatego w pie bogw w beczce i po jakim czasie masz beczk pen magicznej cieczy. Przynajmniej tak podejrzewam. Ewentualnie to moe oznacza, e si zachowuje jak mikroorganizmy. - I co z tym chcesz zrobi? - Oczyci kurtk - powiedzia. - A potem do wody jeszcze wrzuci jagdk. - Kruczy Cieniu - zacz uroczycie Drakkainen, podajc karowi solidny antaek - odpowiesz mi raz na pytania bez krcenia, przekomarzanek i gupstw? - Jeli bd wiedzia i jeli zadasz pytania, na ktre da si odpowiedzie. Mam zawiesi Grot Prawdy? - Objesi sebe ovo na kurcu - powiedzia Drakkainen. - W jaki sposb mona przenie si gdzie pieni bogw? Gdzie daleko. Znikn tu, a pojawi si gdzie indziej? Wiem, e to moliwe. - Moliwe, ale trudne. Musisz mie moc uroczyska. I to sporo. Musisz da j ziemi, na ktrej stoisz. Poza tym musiaby mie to miejsce przed oczami co do dba trawy i jednego kamyczka. Musiaby zna tam kady kawaeczek ziemi pod swoimi nogami. Tak dobrze, eby po zamkniciu oczu zobaczy wszystko jak ywe. No i musiaby chcie si tam znale. Nikt nie zna tak dobrze adnego miejsca. Zwyczajne wspomnienie czego, gdzie si byo, nie wystarczy. Jeden bd i rozniesie ci na kawaki. Przeniesiesz si, ale jednoczenie we wszystkie strony. Pie bogw nie zrozumie, gdzie chcesz i. - A mog przenie si na koniu? W ubraniu? Uzbrojony? - Tak. Jeli ju ci si uda, to ze wszystkim, czego si trzymasz. - A jeli bym zapa ciebie? Przenielibymy si obaj? - Moe. Gdybym by Pieniarzem, wiedzia, co si dzieje, i pamita, eby o niczym nie myle. Normalny czowiek przestraszy si i zaburzy nut pieni bogw. I koniec. Ale nie myl o tym. To, e pamitasz jakie miejsce, bo w nim bye, to za mao. O wiele za mao. Rozlecisz si.

- Antaek jest twj, Kruczy Cieniu. Co bym jeszcze od ciebie kupi. Poka ten swj wz. Szczeglnie zioa. Cie wyszczerzy si w najobleniejszym ze swoich umiechw. - Chcesz, eby dziewka bya ci powolna?

Pustynia, matka surowa, kochanka z krainy widm. Czarne swe serce, Krlowo, chowasz pod paszczem wydm.

(Bajka kebiryjska)

Za horyzont i, trzeba i! Solnym szlakiem i, trzeba i! Biay dywan dni, dywan dni! Przdzie piasek ci, piasek ci! Jeszcze jedna noc, jeszcze trzy! Sony wstaje wit, sone zy! Skr pali ar, z nieba ar! Oczy mami czar, zudny czar! Kto legnie wrd wydm, pord wydm! Bdzie bratem widm, bratem widm! Szlakiem soca i, trzeba i! Za horyzont i, trzeba i!

(Kebiryjska pie przemytnikw soli, tyt. oryg. Enda na, kaye endna)

Rozdzia 10

Erg Kraca wiata


I tak opucilimy ostatnie miasto w Amitraju, gdzie tysice uciekinierw czekao na kosy rydwanw i ostrza mijowego" tymenu. Wyjechalimy z pokrytego namiotami przedmiecia otoczeni przez dwie dziesitki wielkich, uzbrojonych Kebiryjczykw na baktrianach. Tym razem nikt nie wodzi za nami wzrokiem ani nie chwyta za trzle, eby ebra o jedzenie. Zbje za wszelk cen starali si nas nie widzie, odwracali gowy lub podpierali w zamyleniu twarze rkoma tak, by zasoni oczy. Uciekinierzy nawet nie prbowali do nas podchodzi. Po drodze NGoma zmusi nas, bymy sprzedali wierzchowce. - Nie przeyj w piaskach - powiedzia. - Bdziecie jecha na ornipantach. Tylko one i baktriany umiej przetrwa w ergu. Moe jeszcze onagery. Konie padyby po kilku dniach. Zaprowadzi nas do kogo, kto wzi konie bez gadania i zapaci zotem. Po cztery dirhamy za konia. To bya dobra cena, ale nie mielimy zudze, co oznacza teraz w Nahilgy. Konie szy na rze. Zmienione w paski suszonego misa bd miay cen swojej wagi w zocie. Mimo to czulimy si okropnie. Benkej znis to najgorzej. Wysucha wieci z nieruchom, kamienn twarz, a potem dugo gadzi swojego wierzchowca po pysku, tuli si do niego, szepta co. Kiedy kupiec podszed do niego, tropiciel nagle jednym ruchem wydoby n i wbi koniowi za uchem. Gest by szybki niczym bysk. Zwierz runo na kolana jak raone piorunem, a potem zwalio si na bok. Benkej przyklkn jeszcze przy nim, pogadzi jego chrapy i odszed bez sowa, z zakrwawionym noem w doni. Przechodzc, trci kupca barkiem tak, e przewrci go na ziemi. Tamten podnis si, popatrzy za odchodzcym tropicielem, ale nie omieli si powiedzie ani sowa. Benkej nawet nie chcia spojrze na pienidze, w kocu zabra je dla niego Hacel. Hebzaga usiad w oddali na kamieniu tyem do nas i nie odzywa si, tylko patrzy gdzie w przestrze. - To Amitraj - wyjani Hacel, chowajc monety w zanadrze. - Dla niego ko by niczym brat. Nie pozwoliby, eby jaki obwie tuk to zwierz motem albo podrzyna mu gardo. Nawet do niego nie podchodcie. Spotkaa go wielka krzywda. Musi by sam.

Jeszcze kiedy maszerowalimy do obozu NGomy, widziaem, pomimo nacignitego na twarz kaptura zwiadowcy, e Benkej pacze bezgonie. Obz NGomy znajdowa si kilka godzin marszu od miasta, w wskim wwozie, gdzie pyn niemrawy, wski strumyk, nie wikszy ni struga wody ciurkajca z przewrconego dzbana, ale to i tak wystarczyo, by w dole szumiay krzewy i palmy. Niemal cae dno jaru zastawione byo pakami i workami, wszdzie krcili si Kebiryjczycy w brzowych i czerwonych pustynnych paszczach, ryczay baktriany, w popiechu zwijano ostatnie namioty. Nad tym wszystkim od czasu do czasu nis si przeraliwy odgos przypominajcy ryk trby koczcy si dwikiem, jakby turkotu cikiego wozu taborowego jadcego po belkach. - Ornipanty - wytumaczy Brus. - Widziae je kiedy z bliska? Zaprzeczyem. Rzeczywicie nie widziaem i myl o tym, e bd mia na jednym z nich jecha, napeniaa mnie niepokojem. Robiem ju rne rzeczy, ale nie wiedziaem, czy z tym sobie poradz. Miaem dosi olbrzymiego pustynnego ptaka, ktry potrafi zabi dziobem skalnego wilka. Co jeszcze miaem robi? Brus oczywicie sprawia wraenie, jakby wszystko ju widzia i jedzi na wszystkim, co ma nogi. - Najbardziej trzeba uwaa przy wstawaniu - oznajmi. - Potem jest ju atwiej. Gdy szlimy dnem wwozu, stpajc po skaach wrd krzakw i cierni, wszystko wydawao si atwe. Ot, wojna. Trzeba bdzie podrowa na ornipancie. Jednak gdy wyszlimy na kamienist ach i zobaczyem jednego z Kebiryjczykw, ktry przejecha przed nami na grzbiecie ornipanta z lanc w doni, nogi po prostu wrosy mi w ziemi. Kebiryjczyk siedzia jak na dachu domu, o dwie dugoci rosego mczyzny nad ziemi, zakrzywiony dzib ptaka, w ktrym zmiecibym si na dugo, a moe nawet zdoa usi, wznosi si jeszcze wyej. Za siodem mia co w rodzaju palankinu, nad ktrym na wygitych prtach rozpito skrzany daszek. Wyszy o gow od normalnego mczyzny jedziec wyglda na ptaszysku jak karzeek. Kebiryjczyk podjecha do nas, wielkie trjpalczaste apy uderzyy przed nami o wir. Moja gowa sigaa moe do kolana stwora, ale na pewno nie wyej. Nic nie powiedziaem, lecz nabraem pewnoci, e dr mi nogi. Od zakoczonych zakrzywionymi pazurami palcw do wbijajcego si w

wir ostatniego tylnego szpona dugoci rogu wielkiego bawou, stopa ornipanta mierzya dobre cztery kroki. Ptak zakoysa bem, oplatajce dzib dziwaczne trzle zadzwoniy sprzczkami, po czym dzib rozwar si i zabrzmia guchy turkot, od ktrego zadzwonio w uszach. Twarz owia mi okropny smrd, niepodobny do niczego, co czuem dotd. - Ta khaa! - wrzasn Kebiryjczyk, tukc potwora po kolanach kocem lancy. - Ta khaa! Ornipant zadrepta w miejscu, rozrzucajc kamienie wielkoci duych owocw, targn bem i zaturkota wciekle. Grube jak supy nogi zoyy si do tyu i ptak niechtnie siad na ziemi, gniotc niewielkie drzewko. Wydawao mi si, e wirowate dno wwozu drgno. Kiedy jedziec zacz schodzi z grzbietu ornipanta, zauwayem jeszcze, e strzemiona s podwjne i ukadaj si w drabink. Inaczej nie daoby si wspi na grzbiet bdcy istn poros szorstkim, powym pierzem gr. Ptak odchyli na grzbiet nag szyj dugoci rosego chopa, po czym obrci gow bokiem, ypic na mnie oczyskiem wielkoci talerza. Bysna niebieskawa powieka. Przeknem lin. - Nietrudne, tylko musi wiedzie, kto tu jest panem - powiedzia Kebiryjczyk, wrczajc mi lanc. Cofnem si p kroku. - Inaczej zacznie bryka. Wyobraziem sobie, jak ornipant bryka i zrobio mi si niedobrze. - Ta khaa" - siada, rahii" - spokj, mbajo" - biec, haja" - naprzd, ahima" - szybciej, kusita" - lewo, hume" - prawo. Stj - simanga" albo smiii"... - wyrecytowa Kebiryjczyk. atwe. Teraz zrobimy keczko. Siadaj przede mn, poka, jak robi lanc. atwe. Zapamitae? Na szczcie po raz pierwszy spadem ju przy wstawaniu, dlatego si nie zabiem. Za drugim razem poleciaem z grzbietu jadcego potwora i wygldao jakbym run z dachu, ale zdoaem zapa sie okrywajc boki, a potem trafi nog w strzemi. To bya najkrtsza nauka wiata. Do wymarszu zostaa moe godzina, a ja wci uczyem si zapina ogromne, acz niezbyt cikie siodo i powtarzaem w kko komendy: ta khaa, haja, simanga..." Przy wstawaniu naleao z caej siy trzyma wielki, sterczcy k z uchwytami, ale Brus si myli. Kiedy stwr siada, byo jeszcze gorzej. Gdy opada na kolana, miaem wraenie, jakbym zlatywa na tyek z miejskiego muru. W obozie narasta chaos, skadano i wieszano na grzbietach baktrianw ostatnie paki, zaczynano ustawia zwierzta w dugi w, jeden za drugim.

- Zwija! - wrzeszcza NGoma, jego ptak przeszed nade mn jednym dugim krokiem, wyglda jak oywiona wiea. - Ahima, nte! Gdy udao mi si przejecha prosto kilka krokw, a potem zawrci, byem dumny, jakbym dokona czego nadzwyczajnego. - Wracaj, wszawe ptaszysko! - wrzeszcza Hacel, wywijajc wciekle lanc, mijajc mnie na truchtajcym ornipancie, ktry najwyraniej udawa si do Nahilgy. Kazano mi jecha z prawego boku karawany, blisko czoa, i trzyma si w jednej trzeciej dugoci. I rwno i nie zbacza. To wszystko. Niekoczcy si w ryczcych baktrianw, ludzi i onagerw wychodzi z wwozu, a ja patrzyem na to z ptaka, niczym ze szczytu wiey. Siodo obejmujce grzbiet u samej szyi stwora byo w gruncie rzeczy wcale wygodne, zwaszcza kiedy zaczem odkrywa, co do czego suy. Cz znajdujca si przede mn przypominaa koskie siodo, tylko bardzo gbokie i z wysokim kiem z przodu. Z tyu, na grzbiecie znajdowao si szerokie lee obite skr i wypchane wosiem, po bokach miao porcze i pewnie nawet daoby si na nim spa, gdyby przemieci nogi do przodu. Moje bagae obwieszay boki ornipanta, ale nie wygldao na to, eby bodaj zauway jaki ciar. Miaem bukak z wod i torb z garci paskw misa oraz suszonych owocw. Daszek nad gow rzuca cie, mogem te spuci z bokw dodatkowe zasony. Tyle tylko, e nie potrafiem przywykn do rytmu dugich krokw ptaka, ktre szarpay mn na boki, i cay czas musiaem trzyma si kurczowo, eby nie spa. Nie stracilimy jeszcze wwozu z oczu, jeszcze nie pojawi si w nim koniec karawany, a ja czuem ju, e z wysiku tej mi wszystkie minie. Ci Kebiryjczycy, ktrzy tak jak my dosiadali ornipantw, sprawiali wraenie, e jazda nie kosztuje ich najmniejszego trudu. Wpleeli w palankinie, zaplatajc nogi na ku, i leniwie kierowali ptakiem, ledwo poruszajc dugimi wodzami albo szturchajc go od niechcenia lanc. Wygldali, jakby powozili bryczk zaprzon w powolne onagery, ktre same wiedz, dokd i. Ja co chwil myliem komendy, rzemienie pltay mi si w doniach i niemal gubiem lanc. - Chyba lepiej si bijecie ni powozicie - zawoa ktry z jedcw. - Bo kiepska z was bdzie eskorta!

Spojrzaem na niego ponuro, spocony, obolay i rozpaczliwie walczcy o utrzymanie si w siodle. Nie mogem marzy o tym, e wdrapi si do palankinu, bo spadbym natychmiast. Nie miaem nawet czasu, eby mu co odkrzykn. Mylaem, e Nahel Zym to nieskoczone, martwe morze piasku, tymczasem jechalimy po prostu pustkowiem penym ska, kamieni, kp trawy i jakich drzew rosncych to tu, to tam. Specjalnie nie rnio si od stepu, ktrym dotarlimy do miasta. Ornipanty szy bardzo szybko. Za szybko, bo jeden krok ptaka to kilkanacie ludzkich, a trzeba byo wdrowa rwno z kroczcymi dostojnie baktrianami. - Nie wychod z szyku! - wrzeszcza kto co chwil. - Rahii... - wychrypiaem, cigajc wodze. Potwr obrci ogromny eb, spogldajc na mnie z oburzeniem. Wdrwka przez pustyni na grzbiecie ogromnego ptaka, to co, co trwa w nieskoczono, kiedy si j przeywa, ale potem niewiele jest do zapamitania i jeszcze mniej do opowiedzenia. Byy tylko uderzenia ogromnych ap o ziemi, ktre czuem przez cay grzbiet, jakby kopano mnie w tyek, sunce nisko na dole skay i krzaki, ar bijcy z rozpalonego niczym morze rtci nieba, muchy krce wok twarzy i niekoczcy si w jucznych zwierzt. Cz niosa zapasy jedzenia, wody i paszy, cz grube, prostoktne pyty soli zapakowane w skrzane worki, cz jeszcze jakie inne paki i toboy. Zwierzta byy obadowane tak, e nie wida byo spod adunku ich grzbietw, a mimo to szy rwno i niepowstrzymanie, jakby wcale nie czuy ciaru. Marsz cign si bez koca. Czuem bl grzbietu, ud, karku, a wrcz kadego palca zacinitego kurczowo na rzemieniu wodzy. Po jakim czasie bl przesta mi a tak bardzo doskwiera, bo zaczem cierpie na mdoci. Siodo koysao si nie tylko na boki, ale te w przd i w ty, eb ptaka przy kadym kroku dga powietrze dziobem. Po kolejnej nieskoczonoci zwymiotowaem z sioda, lecz nie mogem sign po bukak z wod. Czuem, e jeeli cho troch zmieni pozycj, zelizgn si z grzbietu i skrc kark. Ptak kroczy przed siebie, kto co chwil na mnie krzycza, e wypadam z szyku, odek miaem jak wypeniony octem i zwizany w wze niczym stara szmata, soce palio skr, nawet wiatr przypomina podmuch z pieca, i tak bez koca. Bez koca.

Pamitam, e w ktrym momencie doskonale wiedziaem ju, e nie doyj postoju. Wielka mija uoona z ludzi i zwierzt wia si po pustyni. Na wschd. Na Erg Kraca wiata. Tak, jak wid mnie mj los. Po poudniu wci spogldaem na soce, ktre zdawao si by przyklejone na stae do nieboskonu, zupenie jakbym chcia cign je si za horyzont. Zatrzymalimy si na popas, dopiero kiedy byo na do nad horyzontem. W zwierzt zacz zwija si w spiral, baktriany ryczay, Kebiryjczycy wykrzykiwali komendy. A my jedzilimy na ptakach wok, wzbijajc kby pyu. Trwao to ca wieczno. Kiedy wskazano mi miejsce i po duszej awanturze udao mi si zmusi ornipanta, by usiad, po prostu spadem z sioda na piach. Drce z wysiku nogi nie zdoay mnie utrzyma i nadal koysao mi si w gowie. Tyle osignem, e zanim runem, zdoaem odpi bukak. - Rozsiodaj go! - wrzeszcza jaki Kebiryjczyk. - Musisz mu da je. Musi wiedzie, kto go karmi. Karm mieszano w wielkich, drewnianych stgwiach. Bya to toszara kleista masa, wydajca z siebie okropny smrd. - Zostay napasione przed drog - powiedzia Kebiryjczyk mieszajcy w dziey drewnian lag. - Kady zear ze trzy krowy. Teraz nie potrzebuj duo je ani pi. Wystarczy im durra z tuszczem, popioem, krwi i suszonymi szczurami. Lep kule. Due, takie jak twoja gowa. cinij, nie mog si rozpada. Jeszcze. Na jednego ptaka bierzesz trzy kule. Podajesz do dzioba na kocu lancy. Tylko ostronie, nie moe widzie wszystkich naraz. I nie pozwl mu wsta. W pustyni woda jest tylko do picia i nawet wwczas wydzielaj jej skpo. I wtedy czowiek dowiaduje si, co to znaczy nie mc si umy. Byem lepki od wyschnitego potu, donie miaem pokryte zjeczaym tuszczem i na sto krokw cuchnem szczurz padlin. Nakarmiem besti, podajc cuchnce przysmaki na kocu lancy, uwaajc, eby nie skaleczy ornipantowi ba, bo uprzedzono mnie, e wtedy si zeli". Ptak poyka kule paszy wielkoci redniej dyni w caoci, przymykajc oczy i podrzucajc zadartym dziobem. Widziaem, jak przesuwaj mu si wzdu przeyku. Kiedy ju zdjem siodo, nakarmiem ornipanta i odoyem lanc, dopiero mogem zwali si na piach w cieniu wasnego palankinu i przez dugi czas leaem jak nieywy. Miaem wraenie, jakby mnie obito, potem skopano i na koniec powleczono po wirze. - Dasz rad wsta? - zapyta Brus. - Rozpalilimy ogie. Trzeba co zje.

Przewaliem si na bok i wstaem, niczym niedokadnie wskrzeszony trup. Wci krcio mi si w gowie. Przeszedem za Brusem przez obz peen Kebiryjczykw, syszc obc mow, patrzc na klczce wok cudaczne stwory i syszc dziki piew pyncy od innych ognisk. Czuem si dziwnie obco i dopiero tu dotaro do mnie, jak jestem samotny. Dlatego kiedy podszedem do udajcych ognisko tlcych si plackw wyschnitego nawozu, gdzie siedzieli moi ludzie, poczuem, jakbym znalaz rodzin. NDele poda mi bez sowa czark wieego naparu, w jednym kocioku bulgota rzadki, piekielnie ostry hyszmysz, w drugim parowaa papka z durry. Innych naczy nie byo. Naleao sign po troch durry ze wsplnej misy, umoczy w sosie i wrzuca do ust. Wytarem donie piaskiem, ale poza tym, e pokryy si przylepionym pyem, nadal cuchny. - Dobry wieczr - powiedzia grzecznie jaki nieznany mi Kebiryjczyk, podajc nam bukak. Njambe NGoma przesya eskorcie wino palmowe. Njambe NGoma martwi si o chopaka. Mwi, e moe nie przey. Std jeszcze mona wrci. Njambe NGoma gotw mu w takim razie sprzeda jednego baktriana. - Dzikujemy - odpar Brus. - Powiedz njambe NGomie, e chopak nie moe wrci. Nikt z nas nie moe. Pjdziemy z wami a za erg. Mosu kando! - Olimwenga usuri - westchn przybysz. - Jeli tak, njambe NGoma mwi, ebym pomg chopakowi igami. To usunie wyczerpanie i pomoe mu odpocz. Potrafi te zabra mdoci. Cztery igy i bdzie jak nowy. Skamieniaem. Ociekajca sosem kulka durry utkwia mi nagle w gardle, jakby urosa do wielkoci mojej gowy. - Dzikujemy - rzek Brus spokojnie. - Lecz chopak nie moe leczy si igami. Podzikuj njambe NGomie za trosk, ale tak musi by. - Szkoda, e tak si boicie igie - powiedzia NDele, kiedy tamten skoni si i odszed. - To naprawd pomaga. Pamitam, jak kiedy... Snop kopn go w nog, rozlewajc mu napar, i zrobi kilka szybkich gestw. Aligende zamilk i opuci gow, jakby ze wstydem. Kto poda mi bukak z winem. Zanim poszedem spa, zobaczyem, e Brus siedzi samotnie na skale tu za obozem i wpatruje si w nocne niebo. Podszedem do niego jak najciszej, ale jak zwykle odezwa si, tak jakby mia oczy nad karkiem i wiedzia, e stoj za nim.

- Pal fajk i patrz na zachd. Tam, skd przyszlimy. Wszystko w porzdku. - Udao si. Opucilimy kraj, tak jak miao by - powiedziaem. - Zostao jeszcze troch wina. - Tam, gdzie mierzy grot Strzay Zachodu, daleko, zostaa Fataya - odpar. - Sama w swojej wiey. Sama ze swoj bogini. Swoj Pramatka. Fataya... Wci ma kawaek mojej duszy. Odwrci si do mnie. - To nic, Arduk. Nie zmieniam si w kapana Czekedeja. To tylko tsknota. Tsknota jest ludzka. Pustynia j wywouje. Wielebny Mrok mwi, e to minie. I pewnie minie, ale... Podcign rkaw, pokazujc purpurowe znami wielkoci dirhama. - Im bardziej si oddalam, tym bardziej boli. Zamilk na chwil. - Olimwenga usuri... Tak mwi Kebiryjczycy. My w takich razach mwimy, e jest nam przykro, a oni, e wiat jest pody". Tak samo jak my uwaaj, e nic nie mona poradzi na to, jaki jest wiat. To ywio. Jest, jaki jest. Trzeba po prostu nauczy si z nim boryka. A ona... oni uwaaj, e powinno by inaczej. Oni sdz, e pody wiat naley spali i zbudowa taki, ktry nie bdzie pody. Chyba im si nie uda... - Nie widziae tego ich wiata? - zapytaem. - W wiey, na ulicach miast? W Maranaharze? I co? Jest lepszy? Nasz wiat bywa pody i bywa pikny. Zdarzaj si rzeczy ze i dobre. A ten ich jest tylko pody. Nie moe by inaczej, bo jest wymylony. - Wiem, Mody Tygrysie. Wiem. Po prostu siedz i pustynia do mnie mwi... Olimwenga usuri... Kiedy szedem spa, wci miaem przed oczami twarz Brusa. Drugi raz tego dnia zobaczyem, jak niezomny wojownik pacze. I nie chciabym tego wicej oglda. Kolejny dzie by podobny do poprzedniego, z t rnic, e pierwszego dnia siadaem na siodle ornipanta wypoczty, a drugiego czuem, jakbym mia sto lat i cierpia na reumatyzm. Poza tym wszystko byo takie samo. Ponce arem niebo, muchy, bl mini, szarpice koysanie grzbietu ptaka i lanca w zmczonej doni. Niekoczcy si w ludzi i zwierzt wijcy si przez kamienist pustk. Dopiero trzeciego dnia co si zmienio. Nauczyem si siedzie swobodniej, rozluniem palce zacinite na rzemieniach, a nawet omieliem si siga po potrzebne mi rzeczy powieszone na boku ornipanta. Albo ostronie przepeza pod palankin. Mdoci pojawiay si rzadziej. Okazao si, e dla kogo, kto od zawsze by jedcem, nie ma w zasadzie znaczenia, czy dosiada ptaka, konia, smoka, czy bawou. Po prostu trzeba przywykn.

Tylko droga wci bya ta sama. Bezkresny step, krzaki i skay, wzgrza cignce si jedno za drugim. I soce na niebie rozpalonym jak blacha piekarza. Ale to trzeciego dnia dogoniy nas rydwany. Zauwayem je, cho w pierwszej chwili przyszo mi gupio do gowy, e te kilka robaczkw pezncych rzdem z odlegego wzgrza na horyzoncie to maruderzy naszej wasnej karawany. A potem poczuem, jak dry ziemia i zobaczyem, e jedziec ze stray tylnej mknie na rozpdzonym ornipancie przekadajcym nogi w dugich susach, z szyj wycignit przed siebie. Kebiryjczyk mkn wzdu karawany a na czoo z wrzaskiem: - Hatara! Hatara! Ngeni nyumaja! Nic nie zrozumiaem, ale wzdu karawany zapanowa chaos. Podniosy si okrzyki, zwierzta zaczy stawa, rozleg si ryk baktrianw dganych lancami, pustynna mija zacza si zwija w kbek jak przy wieczornym popasie.

- Czego on chcia?! - krzyknem do Hacla, ktry jecha za mn. Pokrci gow i bezradnie rozoy ramiona, a potem popuka si w czoo. - Do obrony! - wrzasn kto. - Rydwany z tyu! Maj nas! Poczuem, jakby przeszed mnie nagy, ognisty dreszcz. Jakbym nagle zmarz, mimo lejcego si z nieba upau. Reszt pamitaem niczym dziwaczny sen. - Siada! Siada! - krzycza Snop, przebiegajc wzdu zbijajcych si w krg zwierzt. Niech nie widz ornipantw! Baktriany szarpane za plecione ogowia siaday niechtnie rzdem, zrzucano z nich pakunki, eby spitrzy jak oson przed ich bokami. - Gciej! Za skaami! - wrzeszczeli. Tropiciele grzebali w swoich workach, wyrzucajc na ziemi splecione w ciasne buchty liny. Kto wcisn mi kilka elaznych skadanych kotwiczek, kac wiza je do lin, wic rozkadaem elazne zby i zaplataem wzy przez ucho u dou kadej kotwiczki, mimo trzscych si rk. Wszyscy biegali z ukami i koczanami w rkach, kebiryjskie wrzaski mieszay si z okrzykami tropicieli. Wizaem rzemienie i dziwiem si, jak czas dziwnie pynie. Albo przecieka mi midzy palcami i byem niczym oguszony, albo nagle widziaem wszystko dziwacznie ostro i wyranie, kady kamie i kade ziarno wiru wok, jakby wiat stan w miejscu. - Spokj! Oni myl, e jestemy uchodcami, ktrzy zgubili drog! - woa Snop. - To tylko podjazd! Kto zabra mi wszystkie kotwiczki, Hacel i NDele wyskoczyli zza ywego muru zwierzt i pognali przez puste pole, Benkej popdzi za nimi, taszczc zwinity acuch przewieszony przez rami. - Wracaj do ornipanta! - zawoa Brus, rzucajc mi ciki, ogromny zwj ciemnej skry. Chwyciem go w objcia i niemal upadem. - Powie mu to na bokach i chwytaj uk! Znowu musiaem zapina co i przywizywa dygoccymi palcami, co chwil spogldajc na najblisze wzgrze. To, co rzuci mi Brus, okazao si okryw z grubej, skrzypicej skry, pokrytej rzadkim wosiem z wronitymi wieloktnymi rogowymi pytkami, podobnymi do pyt wiej skorupy. Te jednak byy mniejsze, wielkoci monety i skra pozostawaa gitka, a jednak stanowia lepszy pancerz ni pleciona kolczuga. Skra kamiennego wou. Przypiem j do sioda z obu

bokw, tam, gdzie widziaem elazne sprzczki; wystajce do przodu poy z atwoci day si zapi pod szyj zdziwionego ptaka, ktry wyglda teraz jak skrzyowanie ora z wiem albo bajkowa, gadzio-ptasia chimera. Odpasaem jeszcze od sioda okrg kebiryjska tarcz z cienkiej, kutej stali i wbiem j na sztorc w piasek, a potem przygotowaem sobie uk i strzay. Tyle tylko zdyem, kiedy rydwany wychyny na szczyt wzgrza i stany rzdem w kbach pyu. Zapada gucha cisza. Na szczycie stao pi rydwanw i nie pojawiay si kolejne. Zdyem zauway kolczaste bukraniony na bach zaprzonych do nich baktrianw, ktre upodabniay je do potworw, i cikie kropierze ze skry kamiennych wow. Kosy tkwiy ukonie w gniazdach na piacie koa, a nie na obrczy, eby nie pogruchotay si o sterczce wszdzie skay i kamienie. rodkowy rydwan by najwikszy. Wyszy od innych, na obu burtach tkwiy ukonie tyczki z opoccymi trjktnymi, tymi i czerwonymi chorgiewkami, wonica sta w rozkroku, nagi, ubrany jedynie w pancerz z naramiennikami setnika i nagolenice. Za nim po bokach oblizyway si nerwowo dwa bojowe leopardy w kolczastych obroach. Trwao to tyle, ile kilka uderze mojego serca, ktre znalazo si gdzie wysoko w gardle. Wyjem par strza i wbiem je w ziemi obok swojej nogi, a potem sprawdziem palcem ciciw, kiedy wonica najwikszego rydwanu wyda z siebie dziki wrzask, jakby cakiem oszala, i wozy runy ze wzgrza, wzbijajc kby pyu. Sdz, e rzeczywicie wzili nas za przypadkow grup uciekinierw. Rydwany kiepsko nadaj si do szturmowania czegokolwiek, ale w pocigu za uciekinierami albo rozproszon piechot nie maj sobie rwnych. Myl, e dowdca by pewien, i po pierwszej szary rozbiegniemy si w panice po pustyni. Rydwany toczyy si coraz szybciej, ustawiajc si sprawnie w jeden szereg, syszaem ju narastajcy wist wirujcych kos. - To s te nowe, z ruchomymi dyszlami - krzykn Snop klczcy za swoim ptakiem nieopodal z ukiem w rku. - Potrafi zawraca w miejscu, jeli s dobrzy! - Gdzie nasi?! - wrzasnem do niego rozpaczliwie. Hacel, NDele i Benkej, ktrzy przed momentem wybiegli poza barykad z baktrianw, znikli mi z oczu i nigdzie nie mogem ich wypatrzy.

- Tam, gdzie trzeba, tohimonie! - odwrzasn zagadkowo. - Rahii! Czeka! - krzykn NGoma z naciskiem. Kosy wyy optaczo, doskonale syszalne pomimo oskotu kopyt baktrianw, i rzd piekielnych machin zblia si do nas coraz szybciej. Pierwsze strzay wyprysny w gr w rozpalone niebo, miaem wraenie, e szybuj powoli i nikomu nie s w stanie zrobi krzywdy. Ale po chwili przyspieszyy i spady jedna po drugiej w cib ludzi i zwierzt. Uderzyy tak prdko, e wydawao si, i wyrosy nagle wrd ska i baktrianw niczym dziwaczne roliny. Rozleg si przeraliwy krzyk i zaraz ryk ranionego zwierzcia. - Czeka! - krzykn NGoma. - Nie strzela, dopuci bliej! Ngodani! Rahii! Kolejne strzay wytrysny w gr, zanim spady pierwsze. Syszaem ich jkliwe bzyczenie, kiedy wzbijay si w niebo, a potem wcieky wizg, gdy uderzay w ziemi wewntrz obronnego krgu. Nacignem uk i wziem na cel najbliszy rydwan, ktry by ju o sto krokw. Widziaem kby pyu, rozpdzone baktriany wygldajce jak kolczaste morskie stwory i sylwetk wonicy stojcego na przygitych nogach, szerok okut opask osaniajc czoo i policzki. - Czeka! Rahii! - zapiewa NGoma gosem penym napicia. - Strzela, kiedy bd was mija! Od czoa... po kolei... na wprost... strzelaj! Wonice dopadli do zwinitej w piercie karawany. Wybrali to miejsce, bo tam dostpu nie broniy sterczce skay. Usyszaem chrzst i omot, kiedy rozkrcone kosy jedne po drugich smagny osonite tylko bagaami boki klczcych baktrianw. Rozleg si przeraliwy ryk ludzi i zwierzt pospou, buchny fontanny rozpylonej krwi i poszyboway jakie strzpy, a rydwany, wykrciwszy przed skaami, pomkny wzdu karawany, pryskajc co chwil strzaami. Gdy posypay si z naszej strony, wybuch nieopisany zgiek i chaos. Pojazdy przewaliy si o kilkanacie krokw ode mnie z wizgiem wirujcych ostrzy, obryzgujc mnie gorc krwi, strzeliem do pierwszego wonicy, potem dwa razy za ostatnim tak szybko, jak tylko zdoaem napina ciciw. Rydwany miny nas, rozdzieliy si, by objecha nasz ywy fort z drugiej strony. Nie widziaem, czy kogokolwiek trafiem, ani czy ktokolwiek z nas trafi. Tamci tak. Zewszd z tyu syszaem chr krzykw i skowytu rannych ludzi, zmieszany z rykiem przeraonych zwierzt. Wszdzie sterczay dugie strzay o jaskrawoczerwonych brzechwach.

Patrzyem, jak wonice skrcaj, wyrzucajc fontanny piachu spod k; patrzyem na taczcych na tylnej platformie strzelcw, ktry z nich w skrcie chwyci si burty i wywiesi na zewntrz, obciajc t stron rydwanu, tu obok wirujcych wciekle kos. Pojazd zawrci, unoszc koo, i znw gna na nas, kolejny ucznik wyciga jedn strza po drugiej i, trzymajc uk poziomo, wypuszcza je byskawicznie bez celowania. Ktra z tych strza migna mi nad gow, nastpna odbia si od pancerza mojego ptaka. Spuciem ciciw, ale mj pocisk wpad tylko z trzaskiem w rozpdzone okute szprychy wielkiego koa i znikn. Wycelowaem w wonic, lecz ten uchyli si jednym ruchem napronego, ugitego ciaa, strzaa wbia si w wypuky jak dzib okrtu przd rydwanu, nie czynic nikomu krzywdy. Zama j od niechcenia i strzepn lejcami, wydajc dziki wrzask. Obok mnie chudy, wysoki dzieciak wi si w mce na piasku, krzyczc przeraliwie, strzaa przebijaa jego ciao na wylot, po miedzianej skrze toczyy si krople krwi. Kto charcza, tonc we krwi z przeszytego garda. Widziaem wok lece nieruchomo ciaa, zapltane w pustynne paszcze. Usyszaem znajomy wrzask - to kosy kolejnego rydwanu zdoay rozharata inne miejsce naszej ywej barykady, kilka baktrianw zerwao si na nogi, zobaczyem, jak dwa pdz w pustyni, gubic towary i zostawiajc za sob strugi juchy. Jeden z nich wlk zapltanego w uprz wrzeszczcego czowieka, za drugim cigny si czerwone jelita. Wleczony czowiek zdoa si uwolni, widziaem, e pozbiera si z ziemi i rzuci z powrotem do karawany. Bieg jak szalony, przebierajc dugimi nogami, wrd naszego wrzasku. Woalimy go, Kebiryjczycy co skandowali, chyba jego imi, kiedy jeden z leopardw nagle skoczy mu na kark i obaj skbili si w chmurze piachu. Krzyk zastyg nam w gardle. Rydwany kryy wok nas niczym skalne wilki, zataczajc koa, skrcajc w miejscu ze wistem kos i zasypujc karawan strzaami. Wydawali si niezniszczalni. Pamitam, e wypuciem trzy strzay, jedna za drug, prosto w przelatujc machin, ale nie zobaczyem adnego efektu. Za to z rydwanu pomkn ku mnie oszczep, ktry rozci mi lekko bok i wbi si w piach, oraz strzaa, ktra przebia mi udo. Poczuem to jak smagnicie biczem, wrzasnem i zwaliem si ciko na ziemi. Pozbieraem si natychmiast, zdziwiony, e nie czuj wielkiego blu. Bolao, ale jako tak po wierzchu. Strzaa tkwia w moim udzie, trjktny grot wystawa gdzie z tyu, brzechwa sterczaa

purpurowym kwiatem z przodu. Zamaem j, chwyciem za grot i pocignem. Natychmiast poczuem ulg, ale wtedy popyna krew. Pociemniao mi w oczach i zdao mi si, e wyschnita, czerwona, pustynna ziemia zmienia si pod moimi stopami w trzsawisko. Rydwany nadal kryy dookoa, nadal z wizgiem pryskay ku nim strzay i takie same wbijay si w ziemi midzy nas. Ujem uk liskimi od krwi palcami i, potrzsajc gow, w ktrej wszystko si koysao, zaoyem now strza. Jeden z rydwanw przetoczy si obok z hukiem kos, ale wtedy co si zmienio. Z jego boku piach wybuch nagle fontann i zobaczyem sylwetk Benkeja. Amitraj wyrs dosownie znikd, napinajc acuch, ktry wystrzeli z piachu na wprost pdzcych baktrianw. Jeden koniec zamotany by wok skay, drugi tkwi w doniach tropiciela, ktry teraz obieg sterczcy kamie, nacigajc ogniwa, i zapar si nog. To byo mgnienie. Wonica cign rwnoczenie lejce, ale byo za pno. Baktriany wpady na wyprony acuch, ktry smagn je po nogach, Benkej puci swj koniec i polecia na piach jak szmaciana lalka. Wszystko to widziaem tak, jakby czas nagle zwolni. Baktriany spltay si i runy na siebie w jednej pltaninie ng, pyskw i kolczastych zbroi. Podniosa si fontanna piachu i kamieni, z ktrej nad stert ryczcych zwierzt przelecia wz, obracajc w powietrzu kosami, z zapartym o piach dyszlem, drg pk z trzaskiem, po czym skrzynia zwalia si koami do gry z odgosem, ktry brzmia, jakby przewrcio si drzewo. W chwil potem zza barykady zwierzt wybuch zwyciski ryk. Pozostae rydwany zawiny sprawnie w miejscu, dwa zaczy objeda krgami zrujnowany wz, a dwa, gwidc kosami, puciy si za pdzcym Benkejem. Piasek wybuch w innym miejscu, tu za drugim wozem, w chmurze pyu pojawi si Hacel. Kirenen zakrci nad gow kotwiczk i cisn j w przejedajcy rydwan. Rozleg si brzk, kotwiczka splota si midzy ostrzami i szprychami wirujcego koa, ktre zaczo nawija link jak koowrotek, linka uwizana do skay napia si, urywajc koo. Rydwan pochyli si na jeden bok, tnc ziemi ostrzami i gubic wrzeszczcego oszczepnika, ktry run prosto w wirujce kosy, a potem cay zaprzg zwali si bezporednio w barykad naszych baktrianw.

Benkej odwrci si w biegu i zamachn czym. Kebiryjskie ostrze do rzucania, uchwyt z wyrastajcymi we wszystkie strony sierpowatymi ostrzami, taki sam, jaki w paacu widziaem w rku skrytobjcy i jaki przebi pier mojej Irissy, zamigota w powietrzu i wbi si gdzie pomidzy rozpdzone zwierzta, ale efekt by tylko taki, e rydwan skrci w miejscu i zmieni kierunek jazdy. Wewntrz piercienia karawany wonica i ucznik rozpaczliwie walczyli o ycie, trwao to zaledwie chwil, kilka wistw wygitej kebiryjskiej szabli. Leopard przeskoczy z rykiem nad barykad z towarw i chcia rzuci si na jednego z Kebiryjczykw, ale nie trafi. Tamten wywin si jakim niemoliwym ruchem, jakby by wirem piasku, odbi doni od ziemi i rozpru kotu brzuch kocem szabli. Kolejny podskoczy i ci w powietrzu, rozrbujc leopardowi kark. Strzeliem znowu, do wozu gnajcego za Haclem i Benkejem, lecz moje pociski utony dosownie w rzece pociskw mkncych zza barykady. ucznik zosta trafiony pod pach, a wonica w udo, jednak boki rydwanu pokryte byy napit skr kamiennego wou i wikszo strza spadaa wzdu jego trasy lub odbijaa si od burt. NDele pojawi si w miejscu, gdzie przetoczyy si przed momentem koa pojazdu, i cisn swoj kotwiczk. Zby wbiy si w napiernik wonicy, linka szarpna, wgniatajc go w bok pojazdu, onierz wyda z siebie dziki wrzask, ktry uton w omocie pkajcego podwozia. Buda runa na ziemi, a uwolnione koa pomkny za oszalaymi baktrianami, skaczc na pogruchotanej osi. - Ornipanty! Do ataku! Na pomoc! - wrzasn NGoma. - Hajaa! Potrzebowaem tylko chwili, eby zorientowa si, e krzyczy do mnie. Kiedy wskakiwaem na siodo z takim uczuciem jakby tygrys odgryza mi nog, zobaczyem, e Snop i Brus ju ruszaj, ich ptaki wstaj nagle: ywe gry pierza okryte uskowatymi kaftanami. Na kadym z nich pod palankinem kryo si dwch Kebiryjczykw. - Czeka, chopak! - usyszaem. Dwch wysokich wojownikw, jeden z wczni i ukiem, drugi z szabl w zbach i pkiem jakich rzemieni, gramolio si na mojego ptaka, wpychajc si pod daszek, kiedy stwr prostowa nogi na ca wysoko. Kolejne dwa ptaki dosiadane przez Kebiryjczykw pdziy ju, przeskakujc nad stoczonymi zwierztami tworzcymi ywy mur. Ruszylimy, by przeci drog dwm nietknitym pojazdom gnajcym za uciekajcymi tropicielami. Ten najwikszy rydwan, powoony chyba przez dowdc, skrci byskawicznie w kbach pyu i ruszy prosto na nas, opocc podobnymi do pomieni proporcami. Zapasowe ostrza tkwiy w uchwytach po bokach dowdcy niczym stalowe skrzyda.

Widziaem, e gna prosto na ptaki, ucznicy zza plecw wonicy strzelali raz za razem, ten powozi jedn rk, a drug sign gdzie za plecy i doby ze stojaka oszczep, ktry wbi w podog obok siebie. - Hajaa! Mbajo! Mbajo! - wydarem si, mj ornipant targn bem i ruszy szybciej. Gorcy wiatr hucza mi w uszach. Jeden z moich Kebiryjczykw rozplata swoje rzemienie obcione elaznymi ciarkami. Pdzcy na nas rydwan zawrci nagle i zdoa przejecha kosami po nogach nadbiegajcego z mojej lewej strony ptaka, ostrza prysny co prawda we wszystkie strony, wz podskoczy i zachwia si na koach, ale ornipant run do przodu, zrzucajc swoj zaog i wzburzajc ogromn chmur pyu. I wtedy zobaczyem, e drugi wz mija pdzcego Hacla. Tropiciel spojrza w bok i jednym susem wycign si na ziemi. Wirujce kosy przetoczyy si nad jego gow, koa obsypay piachem, po czym wz zawrci w miejscu i znw run na niego. Hacel wsta, ale w jego plecach tkwiy ju oszczep i strzaa. Wrzasnem rozpaczliwie i pognaem ornipanta. Hacel spojrza na nadjedajcy rydwan, splun krwi, po czym sign za plecy i, krzywic si, wycign oszczep. Pdzilimy prosto na ten wz, ornipant pooy gow pasko, nogi uderzay o ziemi, podrywajc kamienie. - Strzela! - krzyknem przez rami. - Ahima, chopak! - odkrzykn Kebiryjczyk, nacigajc uk. Strzaa prysna tu obok mojego ucha, lecz wbia si tylko w piach tu za rydwanem. Nastpna przeszya jednak ucznika, ktry wrzasn, opad na kolana i zwis w opinajcych go szelkach. - Hajaa! - rozdarem si znowu, zapierajc si w strzemionach i chwytajc lanc pod pach. Rydwan run na zataczajcego si Hacla, ktremu z ust pyna krew, ale ten uskoczy w ostatnim momencie za ska. Ostrza brzkny o kamie, Hacel zamachn si oszczepem, lecz pocisk odbi si od burty i pojecha z brzkiem po piachu. Rydwan min go i po chwili znowu zawrci, jednak tym razem bylimy ju blisko. Ornipant zagrzmia bojowo, po czym machn bem, chcc uderzy wz z boku dziobem i omal nie nadziewajc si na wirujce kosy. Szarpnem wodzami, jeden z Kebiryjczykw uderzy swoimi rzemieniami w opancerzony bok ptaka.

- Hajaa! - wrzasn. Ptak przyspieszy. Minlimy wz, strzaa otara mi si o skro, rozcinajc skr, i prysna w niebo, a Kebiryjczyk wywiesi si nagle z boku, trzymajc si tylko jedn rk i stojc nogami na boku ptaka, po czym rozkrci rzemienie nad gow i cisn je w nogi pdzcym baktrianom. Rzemienie rozdzieliy si w powietrzu na trzy poczone czci, kada zakoczona ciarkiem, po czym wpltay si w migajce w pdzie kopyta zwierzt. Wz przekoziokowa z potwornym trzaskiem, gubic koa i ostrza. Obaj Kebiryjczycy wyskoczyli w biegu, dobywajc szabel, a ja wyhamowaem ptaka i zawrciem go w miejscu. Ostatni wz, powoony przez setnika, zdoa wymanewrowa cigajce go ornipanty i gna teraz prosto na Benkeja i NDele wlokcych zataczajcego si oraz krwawicego Hacla. Wz straci ju obydwu strzelcw, jeden z nich, zmieniony w czerwony strzp, cign si z tyu, wiszc w uprzy, ale dowdca wyglda na nietknitego, sta na swoim miejscu na ugitych nogach i pogania baktriany. Udao mu si zostawi z tyu cigajce go ptaki. Widziaem, e Brus i Snop jad bok w bok, wrzeszczc jak optacy, za ich ornipantami podnosia si duga chmura pyu. Od strony karawany na spotkanie rydwanu pdzio kilkunastu wyjcych wciekle ludzi z okrgymi tarczami i szablami, ale byli zbyt daleko. Zauwayem to wszystko, gnajc ju na eb na szyj i tukc wciekle ornipanta kocem lancy. Tropiciele rozdzielili si. Benkej wlk sabncego Hacla, NDele zosta z tyu, podnis z ziemi urwany kawa acucha i teraz czeka na spotkanie rydwanu, wywijajc elazem, na szeroko rozstawionych nogach, czujny i skupiony. Dowdca jednak go zignorowa i wymin szybkim ruchem. Wz przetoczy si na jednym kole, NDele cisn acuchem, ktry zdar tylko kosy z koa. Rydwan min Kebiryjczyka w pdzie i run na obu uciekinierw, kiedy miaem do niego trzy, moe cztery dugoci susw ornipanta. Benkej odepchn rannego Hacla na bok i wyj miecz, ale zaprzg uderzy go w bok, wyrzucajc w powietrze jak kuk. Dowdca niemal zeskoczy z koza, przytrzyma si go jedynie rk, wychyli daleko w bok, po czym ci Hacla przez plecy sierpem jazdy.

Tropiciel run na piach, a ja wydaem z siebie wcieky ryk. Dowdca wrci na kozio, wykrci tu przed nadbiegajcymi Kebiryjczykami i pomkn w pustyni, wlokc za sob trupa swojego ucznika. Popdziem za nim. Ptak by w kocu szybszy ni rydwan, ale wz okazywa si o wiele zwrotniejszy i znacznie lepiej przyspiesza. Kiedy ornipant gna, jechao si duo wygodniej, jego nogi przebieray tak prdko, e nie czuo si wstrzsw, i sunem nad kamienist pustyni jakbym lecia. Nie wiem, jak dugo go cigaem. Pona we mnie furia. Widziaem przed oczami moich ludzi padajcych niczym krgle, Hacla citego w przelocie przez pier, Benkeja uderzonego przez baktriany. Chciaem krwi. Krwi tego, kto nie chcia nam pozwoli odej i kto sdzi, e urzdzi sobie rze bezbronnych uciekinierw. Naturalnie nie mona byo dopuci, by wrci do swoich i opowiedzia o wielkiej karawanie idcej za Erg Kraca wiata, ale wtedy nie mylaem w taki sposb. Bylimy tu za wzgrzem, setnik powocy rydwanem nie robi ju zwodw, tylko rwa przed siebie jak najszybciej. W kocu obejrza si przez rami i zobaczy, e jestem coraz bliej. Skrci lekko, osaniajc si ode mnie kosami, ktre zostay mu na jednym kole, ale ja skierowaem ptaka na drug burt. Bawilimy si tak przez chwil, on wywija w prawo, ja zachodziem go z lewej i bylimy od siebie cay czas o kilka krokw. Widziaem jego okrgy elazny hem, inny ni skrzana osona twarzowa kryjca czoo i policzki, ktre nosili pozostali wonice rydwanw. Kuta osona, uksztatowana w co podobnego do trupiej czaszki, zasaniaa mu twarz a po usta, na skroniach mia przymocowane dwa wachlarze z ostrzy niczym niewielkie skrzydeka. Z tyu hemu powiewaa kita z wosia. Trafiem na artyst, ktry naprawd kocha to, co robi. Wyda z siebie swj obkaczy, bojowy wrzask, wyrwa z podogi oszczep i jednym ruchem oplt go ramieniem i opar za karkiem, powoc drug rk. Uderzyem lanc niby kijem, chcc podci mu kolana, uchyli si i dgn oszczepem, ale odbiem pchnicie. Przyspieszy i znowu bylimy daleko od siebie.

Odsdzi mnie kawaek, a potem niespodziewanie zrobi dziki zwrot na jednym kole. Wz pochyli si, ostrza zawiroway w powietrzu. Na wprost brzucha mojego ornipanta. Szarpnem rozpaczliwie wodze, jakbym siedzia na koniu, zaparem si w siodle i ptak rzeczywicie skoczy. Z przeraliwym skrzekiem, rozkadajc dziwne, mae skrzyda, poszybowa skokiem nad ostrzami i zadart burt wozu. Ogromne apy uderzyy w piach, znowu szarpnem wodze i ornipant skrci w miejscu prosto na zataczajcy si na koach rydwan, po czym dgn wielkim dziobem pod spd, tu przed koem, i targn bem do gry. Wz podskoczy w chmurze piachu i ska, z hukiem pka o i skrzynia przewrcia si na bok, wleczona przez baktriany. Staem w siodle przez chwil nieruchomo, wycharczaem ta khaa...", trcajc ptaka w kolana kocem lancy. Zwaliem si w piach, bo przestrzelona noga ugia si pode mn, ale zaraz podniosem si, podpierajc mieczem. Podszedem do przewrconego rydwanu, czepiajc si rnych rzeczy, jak starzec. Jedno koo krcio si jeszcze. Wonica zbiera si z trudem, krew laa mu si strugami po twarzy. Lew rk mia jako dziwnie wygit, moe zaman. W prawej jednak trzyma oszczep, ktry posuy mu chwilowo za lask, lecz zaraz zawin nim w powietrzu, przygi kolana i opar drzewce na karku. Ju widziaem, jak wyprowadza to pchnicie, jedn rk, z drzewcem suncym po plecach, wic byem przygotowany. Odbiem je mieczem, po czym dostaem kopniaka w zranion nog i to mnie ju zaskoczyo. Powinienem upa ze skowytem w piasek, ale tym razem bl mnie otrzewi. Zablokowaem uderzenie oszczepem, rbnem gow w jego zaman rk. Usyszaem wrzask i setnik run na ziemi. By niszy i chyba lejszy ode mnie. Na rydwanach powozili wanie tacy. Pozbieralimy si rwnoczenie i rzucilimy na siebie jak psy. Oszczep szczkn o krtki miecz tropiciela, znowu i znowu, a potem jedn rk chwyciem drzewce, drug za pchnem przeciwnika pasko w gardo. e to bya dziewczyna, zorientowaem si dopiero, gdy odrbaem jej gow i zrozumiaem, e kita na hemie to jej wosy. Pniej wgramoliem si na grzbiet ornipanta, cay zalany moj krwi, i pozwoliem mu jecha, gdzie chcia, pilnujc tylko, eby nie zgubi odrbanej gowy setniczki. Pustynia falowaa wok mnie i nie wiem, jak trafiem do karawany.

To ornipant sam wrci. Ja odpywaem ju gdzie ponad pustyni i zalany krwi wiat. Utonem w pulsujcej niczym odlegy bben, czerwonej ciemnoci, z ktrej wyrwa mnie bl. Przemywali mi nog czym, co pienio si i pieko ywym ogniem, szarpaem si w ramionach Kebiryjczykw. Kto podsun mi bukak. Najpierw dostaem wody, ktr piem wielkimi ykami, a potem czark ambriji. Zakrztusiem si ognistym pynem, kto podtrzyma mi ramiona, kiedy kaszlaem. A potem ocknem si znowu. Nog miaem owinit czystym ptnem, kolejny opatrunek opina mj bok, na czole czuem co przylepionego, co trzymao skr, jak kawaek zaschnitego wosku. - My palimy swoich zmarych - usyszaem Brusa gdzie niedaleko i natychmiast oprzytomniaem. - My te - odpowiedzia jaki Kebiryjczyk. - Ale tu nie ma co podpali. Na tych maych ogniskach z krowich plackw? W pustyni trzeba tylko, eby nie stali si karm szakali. Moi ludzie! Benkej! Hacel! NDele! Snop! Wstaem, zataczajc si, i podparem jakim kijem. - Kto przey, Brusie! - zachrypiaem. Odwrci si do mnie i spojrza ze zdziwieniem. - Wszyscy, tohimonie. Z naszych wszyscy - odrzek niepewnie. - Ale Hacel umrze. - Jak to?! Nie dajcie mu umrze! - Ratuj go. Widziaem jednak ju wiele ran. Ten oszczep spuci mu powietrze z puca i zrani chyba serce. Strzaa przeszya nerk. Umrze. Znalazem go w dugim szeregu jczcych, krwawicych ludzi, przy ktrych krcili si byszczcy od potu Kebiryjczycy z narczami opatrunkw i tykwami lekarstw. Jeden z nich okadza lecych dymem sczcym si ze srebrnego naczyka i omiata miotek z koskiego wosia. Kolejny przyklka przy nich z kubkiem penym igie i wbija je w gow oraz inne miejsca na ciele. Zdumiao mnie, e rannych jest tak wielu. Hacel lea z boku, opatrzono go bardzo dokadnie, cho opatrunki wyday mi si dziwne. Cicie sierpa byo chyba pytkie, bo zszyto je nici z koskiego wosia i zalepiono jakimi plastrami, lecz z piersi stercza mu drewniany prt, ktry wziem w pierwszej chwili za drzewce strzay. Okazao si jednak, e to kawaek trzciny zatkany malekim korkiem. - Odetkaj... tohimonie... - wychrypia Hacel, patrzc na mnie dziwnie byszczcymi oczami w trupiobiaej twarzy. - Odetkaj... korek... Ostronie wyjem korek i usyszaem syk powietrza.

- Teraz zatkaj... Ju bym nie y... gdyby... nie ta... trzcina... Rozkaszla si, po brodzie pocieka mu struka krwi. Chwyci mnie kurczowo za do. - Tohimonie... byem... zym... czowiekiem... Zapal dla mnie lamp... - Przeyjesz, synu Bednarza - powiedziaem przez zy. - Zabraniam ci umiera! - Tohimonie... dostae go...? - Tak, Haclu. Obciem mu gow. Zabilimy wszystkich! - To... dobrze... - Zabraniam ci umiera - krzyknem rozpaczliwe. - Zoye swoje agiru! Agira, askaro! - Kano... Teraz musz odpocz... tohimonie... a potem... pjd z tob na kraj wiata... ycie opucio jego do nagle. W jednej chwili staa si przedmiotem. Martw rzecz, niczym pusta rkawiczka. - Do mnie! - wrzeszczaem. - Ratujcie go! Obud go swoimi igami! Kebiryjczyk uklk przy nas, pomasowa Hacla za uszami i z boku szyi. - Matufu - powiedzia. - mier. Igy s dla ywych. Jego ju nie ma w rodku. Moje igy nic nie pomog. - Przecie jeszcze y! - krzyczaem. - Gdzie si podzia?! Kebiryjczyk powid rkami nad gow. - Teraz tu, nad nami. Jak obok, ktrego nie widzimy. Bdzie tu jeszcze przez chwil, ale potem odejdzie. Bdzie szuka waszego Stworzyciela. Jego ciao jest jak porzucone ubranie. To ju nie jest twj tropiciel. Pooylimy go obok innych zabitych, owinitego w biae ptno. W trakcie bitwy byem pewien, e zgino bardzo wielu, lecz prcz Hacla leao tam tylko osiem cia. Ten, ktrego zagryz leopard, chopiec przeszyty strza obok mnie, dwch, na ktrych wpad strzaskany wz, dwch z tych, ktrzy runli z okaleczonym ornipantem, i dwch zabitych od kolejnych strza. Ponadto stracilimy pi baktrianw i mielimy wielu rannych. Ale to wszystko. W ogniu bitwy wydawao mi si, e bdzie znacznie gorzej. NGoma klcza obok, zanoszc si przeraliwym szlochem, i obsypywa gow piachem. - Ktry z nich by ci tak bliski? - zapytaem ze wspczuciem, ocierajc wasne zy rkawem. - Wszyscy! - krzykn z rozpacz. - Spjrz! Przecie tam ley drugi syn trzeciej ony mojego stryjecznego kuzyna! A tam, popatrz! To Ungele! Drugi syn szstego brata pierwszej konkubiny mojego wuja! Ombana! Trzeci syn drugiego syna pierwszej ony drugiego ma mojej stryjecznej

babki! Alimbe! Biedny Alimbe! Twoja Aglaja czeka na prno, a ty leysz martwy w piachu Nahel Zymu! - Kim by Alimbe? - zapytaem z szacunkiem - Moim siostrzecem - odpar krtko. Dugo w noc pony ogniska. Kebiryjczycy grali na bbnach, piewali, taczyli i wyprawiali uczt dla swoich zmarych. My zabralimy ciao Hacla i wznielimy mu kurhan najwikszych kamieni, jakie tylko bylimy w stanie dwign. W milczeniu. Postawiem mu zapalon lamp, a Snop przez cay dzie usiowa wyku cokolwiek na paskiej stronie jednego z kamieni. Udao mu si wyskroba Hacel" i wyry symbol klanu Lodu. Nastpnego dnia ruszylimy w dalsz drog. Moja noga spucha i miaem gorczk, wic podrowaem, lec pod palankinem, a Brus powozi moim ornipantem. Pustynia si zmienia. Wyjechalimy zza kolejnego wzgrza wrd ska i kamieni, by ujrze przed sob rzdy agodnych, pokrytych zmarszczkami pagrkw, cigncych si po horyzont niczym zastyge fale. Jak okiem sign, nie byo tam nic prcz piachu. Nic, ku czemu mona by zmierza, i nic, co mona zapamita. Tylko piach i niebo. - Erg Kraca wiata - powiedzia Brus z sioda. - Spjrz za siebie, tohimonie. Odtd nie zobaczymy ju nic innego. I nie zobaczymy ju naszego kraju. - I tak nie by ju nasz - odrzekem niechtnie, bo w tamtej chwili obchodzia mnie jedynie moja noga, ktra bolaa i swdziaa rwnoczenie. Kolejne dni skaday si tylko z nudy, upau i nieskoczonej monotonii. Baktriany brny w piachu, wzdu pezncej karawany czapay ornipanty, powietrze drgao jak woda w strumieniu. Soce wstawao przed nami, stopniowo nas doganiao, potem prowadzio szlakiem, wypalajc oczy i zalewajc gowy arem, a kado si spa za naszymi plecami. Wieczorami nadchodzi chd i nakrywao nas czarno-granatowe niebo, gbokie, przeraajce i usiane gwiazdami, wiszcymi ledwo za zasigiem palcw. Wydawao si, e jest jak studnia, w ktr mona run, jeli patrzy si za dugo. Siedzielimy wok tlcych si kawakw suszonego nawozu, maczalimy ulepione z durry kulki w palcym hyszmyszu i sczylimy oszczdnie mae miarki palmowego wina. Dni pyny jeden za drugim, dugie i monotonne, a mimo to uciekajce niczym paciorki z zerwanego sznura.

Zapomniabym o upywie czasu, gdyby nie moja noga. Po kilku dniach mogem ju stpa prawie normalnie i o wasnych siach wdrapywa si na grzbiet ptaka. Mino kilka nastpnych i zajem swoje miejsce w siodle, a Brus wrci na wasnego ornipanta. Niewiele to zmienio, bo od pewnego czasu mj przyboczny prawie si nie odzywa. Przez cay dzie, jadc na jednym ptaku, zamienialimy moe par zda. Siedzia nieruchomo w siodle, a na postojach znajdowa sobie miejsce daleko od innych, patrzy na zachd i mamrota co do siebie. Brnlimy przez pustyni i to byo jak pyn po morzu. Kiedy si egluje, nadchodzi taki moment, e nie ma nic, tylko statek i morze. Nie mona dopyn do brzegu, choby si nie wiem jak prbowao. Tu byo podobnie. ycie byo jedynie tam, gdzie karawana. Nikt nie zdoaby sam powrci, choby zabra zapasy i juczne konie. Pochonyby go piaski. Czuem to kadego dnia, przemierzajc pustk coraz dalej i gbiej. Prcz nas nie byo tu nikogo. Nigdzie. Jedna pustka. Nigdy jeszcze nie byem tak bardzo sam ze sob. Pustynia bya niczym zwierciado, ktre podsuwao mi pod oczy jedynie Filara, syna Oszczepnika, kai tohimona klanu urawia, bo poza nim by tylko kiwajcy si eb ogromnego ptaka, piach i niebo. Stopniowo wchodzilimy tak gboko w pustyni, e nocami zaczlimy sysze gosy. Sdziem, e to wiatr zawodzi wrd wydm, ale po jakim czasie sycha byo wyranie gniewne sowa wykrzykiwane w nieznanym jzyku, czasem miechy albo zawodzenie. Dobiegay tu zza grzbietu wydmy, ale kiedy si tam zakradalimy, zbocze piachu okazywao si puste i nie byo adnych ladw, jedynie wyrzebione przez wiatr drobne fale. Kilka razy budziem si i wydawao mi si, e kto na mnie patrzy. Raz widziaem, e mj ornipant zrywa si nagle, porykujc, jakby widzia w ciemnociach co, czego nie widzi nikt inny. Kiedy indziej zobaczyem par czarnych sylwetek, bardzo wysokich i chudych, znacznie wyszych ni najwysi Kebiryjczycy, ktre przeszy przez obz, nie zostawiajc ladw, i zniky wrd nocy. Tylko baktriany nie przejmoway si niczym, zbyt tpe, by cokolwiek wyczu, uy pasz z chrzstem obracajc szczkami. Szybko zorientowaem si, e inni tropiciele te to zauwayli. Zrywali si czasem i z broni w rku obchodzili obz, ale nie znajdowali niczego. Kebiryjczycy nie chcieli o tym mwi.

W kocu poszlimy porozmawia z NGom. Milcza dugo, pykajc ze swojej fajki, poczstowa nas naparem i nie powiedzia nic, dopki nie zostalimy pod rozpitym na piachu daszkiem sami. - Tak jest z pustyni - oznajmi wreszcie - jeli dotrze si tak gboko, gdzie nie prowadz adne szlaki. Kady eglarz piasku o tym wie, lecz nikt o tym nie mwi. Pustynia nie naley do nas. Tu, gdzie nie przeyje aden czowiek, gdzie nie ma nawet dba ani kropli wody, jest krlestwo istot starszych ni wiat. Nie potrzebuj je ani pi. S samym wiatem i ogniem. S czym chc by. Drgajcym supem powietrza albo wirem piachu. Idziemy przez ich krlestwo. Pozwol nam przej albo nie. Czasem krzycz lub drwi, ale to nic nie znaczy. Musimy przej jak przez czyj dom. Cicho i ostronie. Nie prbujcie ich atakowa, nawet jeli zaczn pojawia si w obozie, szarpa palankiny i przewraca rzeczy. - Kim s? - spytaem. - My zwiemy ich ywym ogniem, NMatu. U was mwi si o nich Ifrysy, ale nie wiecie, o czym mwicie. Amitraje nie umiej przeby pustyni. - Jestemy Kirenenami - warknem. - Wiem, synu, lecz tutaj to nic nie znaczy. Jest tylko piach, niebo, Ifrysy i ludzie. I wy, i my jestemy tak samo obcy. Czasem byy to szepty, czasem nawoywania, a czasem czulimy na sobie czyj wzrok. Prcz tego pustynia pozostawaa taka sama. Byy skpe miarki wody i ywnoci, drobny jak mka piach wciska si w kad szczelin ubrania. Cae dnie spdzaem, gotujc si w pocie, szczelnie okutany pustynnym paszczem, z zawojem chronicym gow i ca twarz. Byo mi potwornie gorco, ale przynajmniej soce mnie nie parzyo. Brus przesta si odzywa prawie w ogle. Przesta siadywa z nami przy ognisku, twierdzc, e nie moe znie w tym upale, e tropiciele pal fajki. Zauwayem, i zjada tylko kulki z durry, oszczdnie maczajc je w sosie, starannie unikajc kawaeczkw misa, na ktre polowali wszyscy inni. Pi jedynie wod i odmawia raczej opryskliwie, kiedy oferowano mu jego skp racj piwa. Krzywi si, gdy NDele zaczyna piewa i najchtniej trzyma si na uboczu. Zauwayem, e zawsze mia zakryte przedrami, nawet gdy nadchodzi wieczorny chd i mona byo ubra si lej. Dostrzegem te, e tropiciele, zwaszcza Benkej i Snop, wodzili za nim podejrzliwym wzrokiem. Brus jednak nie robi nic podejrzanego poza tym, e co wieczr patrzy w ponurym milczeniu na zachd, siadajc z brzegu obozu, jednak ju bez fajki i bukaka.

Wci syszaem gosy, nieraz wydawao mi si, e widz jakie postaci, podobnie jak tropiciele sigaem wtedy odruchowo po miecz albo ciskaem w doni lanc, ale nie robiem nic innego. Czasem w obozowisko spada kamie rzucony nie wiadomo przez kogo, czasem uoone w sterty rzeczy przewracay si bez widocznej przyczyny. A pewnego dnia zbudziem si bladym witem, kiedy wszyscy jeszcze spali, i zobaczyem Ifrysa stojcego tu nade mn. Me byem pewien, czy rzeczywicie si obudziem, czy nadal ni, bo czuem si dziwacznie i nie mogem drgn. Ledwo poruszyem oczami, sta nade mn, upiornie dugi i chudy, czarna jak sadza sylwetka na tle szarzejcego nieba. Nie by cieniem, tylko czarn plam. By niczym dziura prowadzca w ciemno, a nie jak kto o czarnej skrze. Jego wyduone niemoliwie ciao byo tak ciemne, e wydawao si paskie, sylwetka namalowana na parawanie. - Niedugo wejdziesz w Pustkowie Snw. - Usyszaem szept dobiegajcy z wntrza mojej gowy. - Jednak musisz przeby je jako czuwajcy. Jedyny, ktry widzi. Nie przeykaj drtwej wody, synu Oszczepnika. Chciaem co powiedzie, lecz nie mogem wydoby ani sowa. Ifrys zblad nagle, sta si najpierw cieniem, a potem supem drgajcego powietrza i wiatem poranka. Wtedy obudziem si rzeczywicie, soce stao ju na dwa palce i wok mnie zwijano obz. Sowa z dziwnego snu zrozumiaem znacznie pniej. Pewnego dnia po poudniu czoo karawany zatrzymao si, mimo e soce stao jeszcze wysoko. NGoma zarzdzi postj, cho nie rozumiaem dlaczego. Gdy dojechaem na szczyt wydmy, zobaczyem zupenie biae pustkowie, na ktrym nie byo piasku. Bya za to idealnie biaa skaa, pokryta najdziwaczniejszymi budowlami, jakie kiedykolwiek widziaem. Stay tam ogromne niczym cay paac cesarski idealne stoki, jakby ze skay sterczay koce rogw jakich monstrualnych stworw; byy biae, kamienne kule wiszce nieruchomo nad ziemi; byy supy, ktre wysuway si powoli wprost ze skay, rozkwitajc na grze wielkimi wachlarzami niczym gigantyczne kwiaty. Na skale pod nimi zapalay si i gasy idealnie proste linie, jakby wypenia je ogie. Stalimy oniemiali, nie wiedzc, na co patrzymy i co bdzie dalej. - To miasto? - zapyta Benkej bezradnie. - To Tupana Usingi, Pustkowie Snw - odpowiedzia NGoma, ktry wjecha na swoim ptaku midzy nas, a ja nagle przypomniaem sobie sen sprzed kilku dni. - Przeklte miejsce, ale tylko tak

przejdziemy na drug stron pustyni. Wejdcie do obozu. Wiem, co robi, lecz musimy si przygotowa. Nie patrzcie tam. Nawet samo spojrzenie moe przyprawi o szalestwo albo zabi. - Droga prowadzi prosto na drug stron - tumaczy nam potem. - Kady, kto tam wejdzie, szybko zacznie widzie to, co chce. To rodek pustyni, zazwyczaj kady o czym marzy. Najczciej o celu podry albo o tych, ktrych zostawi gdzie daleko. Czasem te czowiek czuje strach. To pustynia. Nahel Zym. mier czyha na kadym kroku. Jednak Tupana Usingi syszy te wszystkie myli. Syszy i odpowiada. Ten, kto marzy o ogrodzie wrd pyncej wody, o dziewcztach i wieych owocach, zobaczy taki ogrd. Czasem na ergu wida obrazy wiosek, jezior i miast, ale nie s prawdziwe. Nie mona do nich doj. Na Tupana Usingi jest inaczej. Tupana daje ci, co chcesz, i moesz tam pj. Moesz wej do ogrodu. Moesz zobaczy bliskich. Lecz wtedy zostaniesz ju na zawsze. Tupana Usingi moe te da ci twj strach. Moe da demony, ktrych si boisz, ale tu naprawd rozerw ci na strzpy. Wielu weszo midzy te dziwne wiee i kule. I wszyscy tam s. Uwizieni w swoich marzeniach i koszmarach. - Jak mamy przej przez takie miejsce? - zapyta krtko Snop. - Przecie to szalestwo. - Dzi zjemy dobr kolacj. Bdziemy taczy, gra na bbnach i piewa. Dzi zjemy do syta i wypijemy resztk palmowego wina. Wypijemy te zioa, ktre nas wzmocni. A jutro ustawimy karawan, na czele ktrej stanie Undule Malinda. Wujeczny brat trzeciej ony stryja mojego dziadka. Undule nie widzi, ale nie potrzebuje oczu. Zawsze zna kierunek. On nas poprowadzi, wiodc pierwszego baktriana. Wszystkie zwierzta pjd za nim, pjd te ptaki. A my bdziemy spali. W siodach i palankinach. Na pakach baktrianw. Bdziemy spali gboko, bo wypijemy drtw wod. Caa karawana przebdzie przez Tupana Usingi w gbokim nie prowadzona przez lepca. To jedyny sposb, by wej tam i wyj. - Robie to ju przedtem? - zapyta Benkej. - Czy dopiero ci to przyszo do gowy? - Wiele razy przechodzilimy Tupana Usingi, ja i mj brat NBeni. I za kadym razem wracalimy o wiele bogatsi ni wyszlimy. Byo tak, jak powiedzia. Przez p smolistoczarnej, rozgwiedonej nocy taczylimy, pilimy i jedlimy, a ja przez cay czas nie mogem zapomnie sw, ktre usyszaem we nie. Czy mogem przey, nie wypiwszy drtwej wody? Co miaa mi da Tupana? Marzenia czy koszmary? I jak miabym si stamtd wydosta, skoro nikomu innemu si nie udao?

Jednak rano po skromnym niadaniu robiem to, co wszyscy. Pomagaem juczy zwierzta, osiodaem mojego ptaka, wypiem czark naparu. Wszyscy wygldali na przeraonych, cho starali si tego nie okazywa. Kiedy przygotowano wino palmowe z pieczoowicie odmierzonymi kroplami drtwej wody, nastrj panowa taki, jakbymy zamierzali popeni samobjstwo. Tylko odmierzajcym pyn kebiryjskim czarownikom nie trzsy si rce. - Nie pomyl si - wycedzi Benkej. - Jestem tropicielem. Miaem z tym do czynienia. Nienawidz, kiedy boli mnie gowa. - Jedna kropla usypia, druga odbiera bl, trzecia zabija - wyrecytowa Kebiryjczyk. - Tu nie wolno si pomyli. Byem bardziej przeraony ni inni. Oni mieli zaufa usypiajcej wodzie i obudzi si po drugiej stronie albo w ogle. Ja musiaem zaufa wasnym zmysom. Podawano nam napj w maym czajniczku tu przed wspinaczk na siodo ornipanta. Tumaczono, e trzeba wej i jak najprdzej przywiza si do porczy palankinu, eby nie zsun si w czasie jazdy. Podnie ornipanta i ruszy naprzd. A potem zasn. Ujem dzibek imbryczka, wypiem swj yk, ale utrzymaem go w ustach. Wypluem wino dyskretnie, gdy tylko znalazem si na grzbiecie ptaka i wypukaem usta wod z bukaka, wypluwajc j, lecz i tak poczuem, e drtwieje mi jzyk i policzki. Ptak ruszy za innymi w d wydmy, karawana prowadzona przez lepca kierowaa si wprost na upiorne pustkowie, gdzie poruszay si dziwaczne, stokowate wiee, wysuwajce si z ziemi i chowajce pod ska bez ladu. Widziaem, jak jeden po drugim opadaj na posania, jak spuszczaj gowy albo kiwaj si przywizani w siodach niczym trupy. Kto zgubi tyczk, ktra potoczya si z brzkiem po gadkiej skale. Na Pustkowiu Snw panowaa upiorna, gucha cisza. Sycha byo tylko omot dziesitkw kopyt jucznych zwierzt i cikie czapanie ornipantw. Na czele wysoki starzec w kapturze wdrowa pewnie na wschd, stukajc o kamienn pyt kocem lancy, prowadzc za udzienic pierwszego baktriana. Wyglda, jakby stpa po wasnym cieniu. Nie zapadem w ciki, nieprzytomny sen jak pozostali, ale i tak walczyem z opadajcymi powiekami. Odrobina drtwej wody musiaa wedrze si do mojego ciaa przez jzyk i usta, lecz to

byo nieuniknione. Tyle tylko, e to, co ogldaem wywracajcymi si oczami, walczc nieustannie z sennoci i kiwajc si gow, mogo by prawd rwnie dobrze, jak dziwacznym snem. Patrzyem na wznoszce si nade mn gigantyczne, bodce niebo iglice, po ktrych wdroway w gr i w d wielkie kule; na kamienne kolce, ktre nakryyby podstaw cae wioski, dzielce si nagle na unoszce si w powietrzu plastry; na wielkie, syczce byskawice, ktre strzelay pomidzy szczytami wie. A potem znalazem si we mgle. Skbionej, gstej niczym mietana mgle, w ktrej staem po prostu na nogach. Mj ptak gdzie znikn, nigdzie nie widziaem te karawany. Z mgy wyonia si niewyrana sylwetka wysokiego mczyzny w kapturze i kireneskiej kurcie pod paszczem. - Filarze! - zawoa mczyzna amicym si gosem. - Mj may tygrysie... Padlimy sobie w ramiona. Mj ojciec wyglda modziej ni wtedy, kiedy widziaem go po raz ostatni, pachnia lekko zwidymi kwiatami i bakhunowym dymem. Nawet nie zauwayem, kiedy zy zaczy pyn mi po twarzy. - Ojcze... - wyszeptaem, a nagle przypomniaem sobie, czym jest Tupana Usingi. Wiecznym snem, ktry zaspokaja tsknot, ale nie wypuszcza z obj. - Ojcze, bd musia odej... - Tak, chopcze - powiedzia cesarz, mj ojciec. - Nie moesz tu zosta. Nie moesz sta si czci snu. Dlatego nie witam ci w ogrodzie. Spjrz. Nie ma tu krzeww ani pawilonw, nie ma twoich ukochanych kobiet, nie ma twoich braci ani matki. Jestemy tylko my dwaj. We mgle. - Ojcze... jestem taki zmczony... - Wiem, Filarze. Spado na ciebie brzemi ponad siy. Ale jeste tym, kto moe przej przez to wszystko i moe sprowadzi cay wiat z powrotem na jego drog. - Czemu ja? - Bo tylko ty przeye, synu. Wiedzcy zobaczyli na chwil jeden z twoich losw. Podaj nim dalej. - Powiedz mi, co mam zrobi! Pokrci gow. - Nie mog. Los jest niczym dym. Nie znam wszystkich wydarze i nie wiem, jak bd wyglday naprawd. Jestem tylko wspomnieniem, nie prawdziwym duchem. - Nie jeste moim ojcem?! Umiechn si.

- Jestem tym, co ze mnie zapamitae. Jestem wszystkim, czym by twj ojciec, co przetrwao w tobie i zostao przywoane przez Tupana Usingi. To, gdzie znalaz si duch twojego ojca, ta jedyna w swoim rodzaju iskra jani, musi zosta zakryte, podobnie jak tajemnica mierci wszelkich ludzi. Nigdy nie moe stan przed oczami yjcych. Wzi mnie pod rami. - Chodmy. Mamy tylko tyle czasu, ile ma go twoja karawana. Powiem ci kilka rzeczy, ktre zapamitasz, i kilka, ktrych nie zapamitasz. Ale przyjd do twojej gowy we waciwym czasie. Z mgy wyoniy si nagle bojowe rydwany toczce si powoli, jeden za drugim, na kozach siedzieli onierze w starowieckich zbrojach, ze spuszczonymi gowami. Strzelcy te siedzieli zrezygnowani z tyu, zwieszajc nogi na zewntrz. Rydwany byy starego typu, o sztywnych, dziwacznych dyszlach i maych koach obitych miedzian blach. - Gdzie jest wschd?! - krzycza wysoki m w czerwonym paszczu i zbroi, takiej, jakie widziaem na starych rysunkach i paskorzebach. Na gowie mia staroytny hem tymen basaara z kitami na bokach i kolczastym, blaszanym grzebieniem, a w doni trzyma Oko Pnocy. renica Oka jednak wirowaa nieustannie. - Gdzie jest wschd?! - zawoa ponownie. - Soce nie moe by wszdzie! Rydwany miny nas, pochona je mga. - Biedny Kitargej - powiedzia mj ojciec. - Wci nie moe znale drogi. - Ojcze... - Ty znajdziesz, tylko si nie wahaj. Musz ci to powiedzie, bo Brus daleko ci ju nie zaprowadzi. Musisz polega na sobie. - Ojcze! Brus nie zdradzi. To niemoliwe... On... - Nie, on zblia si do rozdroa. Bdzie musia wybra, synu. Dlatego zapamitaj: krwawe zy oznaczaj poegnanie przyjaci, nie wrogw. Zapamitaj te to: jeli bdziesz musia si cofn albo wybra niewol, wybierz niewol. I jeszcze jedno: niewola nie jest wieczna. Znajdziesz drog na wolno. Si lub podstpem. A wtedy patrz w niebo. Pewnego dnia pod wieczr zobaczysz, jak ognista gwiazda przecina niebo. Poszukaj jej. Id tam, gdzie spada. Tyle musisz pamita teraz. Poradzisz sobie, synku. Ojciec obj mnie i pocaowa w czoo, a ja znalazem si z powrotem w olepiajcym socu, na grzbiecie mojego ornipanta. Krcio mi si w gowie, a wok wznosiy si upiorne budowle.

Jeli patrzyem gdzie uwanie, znw zaczynaem widzie mg, wewntrz niej ogrody, domostwa i pawilony oraz ludzi, ktrzy biegli na spotkanie karawany, a nagle wpadali na niewidzialny mur, rozpaszczali si na nim i uderzali we domi, ale nie mogli ju postpi ani kroku. Krzyczeli, widziaem, jak otwieraj usta i woaj mnie, lecz nie syszaem ani sowa. A potem prowadzone przez lepca czoo karawany wyszo z Tupana Usingi, kopyta baktrianw zagbiy si w piasku. Ludzie zaczynali si budzi. Dni potoczyy si swoim zwykym torem, zupenie jakby nic nie zaszo. Niektrzy cierpieli na bl gowy, niektrzy pamitali mglicie jakie koszmarne sny. Nikt jednak nie zgin i nikt nie zosta uwiziony przez Pustkowie Snw. Karawana wdrowaa naprzd. Czuo si jednak, e koniec podry jest coraz bliej. Nie wiedziaem dlaczego, po prostu co takiego wisiao w powietrzu. Tyle tylko, e pewnej nocy jeden z baktrianw zerwa si i pogna w pustyni. Znalelimy go rano, jadc po ladach na ornipantach - zwierz zostao rozszarpane na strzpy. Benkej dugo oglda rozprute ciao zwierzcia, trca noem brzegi ran, ktre wyglday, jakby zaday je kosy rydwanu. - Czy w gbokiej pustyni yje cokolwiek, co mogoby zada takie rany? - Wiem, o czym mylisz - odparem z wysokoci swojego ornipanta. - Roiho - powiedzia Brus, podjedajc na swoim ptaku. - Czas znowu wymalowa si we wzorki - oznajmi ponuro Benkej. - Skd jednak wemiemy tu pync wod, to ju nie wiem. - Pytanie brzmi, czy mwimy o tym Kebiryjczykom? - Tak, ale dopiero za kilka dni - oznajmi Brus. - Dwa lub trzy. - Dlaczego? - Bo nie ma pewnoci. Miae ostatnio sny? - Sny oczami upiora? Nie. Nie miaem ich od Nahilgy. - Wic moe to wcale nie roiho. Nie byem przekonany. I nie miaem pewnoci, o czym myla Brus, kiedy twierdzi, e nastpnego dnia wszystkiego si dowiemy.

Pojechalimy dalej, tyle tylko, e i ja, i moi tropiciele ogldalimy si za siebie znacznie czciej ni inni. Rzeczywicie nie miaem ju takich snw, cho miaem przeczucie. A ono mwio, e moje przeklestwo poda teraz pustyni tropem naszej karawany. I jest spragnione. Pustynia znowu zacza si zmienia. Na naszej drodze pojawiy si kamienie i skay, a po kilku godzinach natrafilimy na suche, kolczaste drzewko i paty drobnych porostw na kamieniach. Gdyby kto patrzy z boku, uznaby, e oszalelimy od soca. Suche drzewko, ktre nie zainteresowaoby nawet onagera, doprowadzio nas do histerii z radoci, jakby byo najwspanialszym ogrodem. Par szakali, patrzcych na nas z osupieniem, powitalimy niczym wytsknionych krewnych, taczc i tarzajc si w piachu. Ale po poudniu dopada nas burza. Zrobio si dziwacznie duszno i wida byo, e NGoma si niepokoi. Co chwil wyjeda z szyku i, osoniwszy oczy, spoglda na poudnie, jakby si kogo spodziewa. Po poudniu niebo z tamtej strony pociemniao wyranie i powloko si przykr, rud barw. Przewodnik okrzycza postj i karawana zacza si zwija. - Burza! Wiatr nioscy py! - wyjani nam ktry Kebiryjczyk. - Zasypie nas, jeli si nie przygotujemy! Dotarlimy na szczcie do jakich ska, umocowalimy i uwizalimy, co si dao, i moglimy ju odczu, e pogoda robi si jaka dziwna. Wszyscy warczeli na siebie, zmczeni i znueni wdrwk, soce palio wciekle, ale jednoczenie jakby brakowao powietrza i gwizdao nam w uszach. A potem ogromna, ciemna chmura spada na nas jak bicz i wiat pogry si w mroku. Py ci skr, zatyka nozdrza i wdziera si pod ubranie, wiatr wydusza powietrze z puc. Wraenie byo okropne, lecz poza wtuleniem si za yw oson z baktriana albo ornipanta, niewiele jeszcze mona byo zrobi. Trzeba byo tylko osania oczy oraz usta i sucha przeraliwego wycia wichru, w ktrym rozbrzmieway odgosy zwierzt i upiorw, a czasem przypomina grzmice zawodzenie rogw Czerwonej Wiey. Trwao to dugo, ale wreszcie najgorsza wichura osaba, wiat okaza si nadal zasnuty rudym pyem, wiatr opota poami paszczy, lecz nie by to ju optaczy ywio. Wszyscy bylimy

wyczerpani i wikszo zasna tam, gdzie schronili si przed pyem, przepukawszy ledwo usta ykiem wody. Patrzyem na wiat zalany mrocznym, tawym wiatem, od czasu do czasu rozcinany sinym byskiem pioruna i czekaem na deszcz, jednak deszcz nie spad. Zobaczyem natomiast Mirah. Staa na odlegym wzgrzu, biaa sylwetka z dziurami zamiast oczu. Tym razem miaa na sobie jakie giezo i staa przygarbiona, z opuszczon gow osonit wosami. Krzyknem, lecz wiato zamigotao tylko na chwil i zgaso. Czekaem z biciem serca na kolejn byskawic, lecz kiedy si go doczekaem, szczyt wzgrza by pusty. A potem kto chwyci mnie za rami. Wszystko nastpio naraz. Mj stumiony wrzask, ruch, z jakim przechwyciem dotykajc mnie do, i bysk ostrza, ktre wycignem z zanadrza. Brus odbi cicie, uderzajc mnie w przedrami, n potoczy si po kamieniach. Mj ornipant zaturkota ze zdziwieniem. - Wybacz, tohimonie - powiedzia Brus. - Te j widziae? - zawoaem. - Arduk, chopcze... Mody Tygrysie... Przyszedem si poegna. W nastpnym rozbysku zobaczyem, e po jego twarzy tocz si struki krwi, dwie z nich przepyway przez oczodoy, jak krte grskie strumyki. Krwawe zy. Poegnanie przyjaci, powiedzia mj ojciec. Poegnanie... - Kodai massa, tohimon - szepn Brus niewyranie, otulajc pi doni i chylc gow. Wtedy zobaczyem, e czaszk ma najeon igami i to dlatego po jego twarzy pynie krew. Oddech uwiz mi w gardle. - Wybacz, panie, ale ju nie potrafi by twoim obroc. Odchodz, moje miejsce w duszy zajmuje kto inny. Moe nie kapan Czekedej, ale to nie jestem ja. Jestem sob, dopki w mojej gowie tkwi te igy. Sam je wbiem. Wbiem je i na chwil odzyskaem moj dusz. Na tyle, eby wypeni moje ostatnie agiru. - Brusie... - wychrypiaem, drc na caym ciele. - Brusie... synu Piounnika... nie moesz... - Nie, chopcze - powstrzyma mnie. - Bye dla mnie jak syn. Nie moesz i przez wiat... Nie losu caego Kirenenu, majc u boku kogo, kto zmienia si we wroga. Nie moesz wdrowa

z Amitrajem, ktry nienawidzi wszystkiego, co wolne i prawdziwe, a kocha jedynie Podziemn Matk i pragnie, by wszystko stao si jednym. Ja nie, lecz ja sabn. Jestem poerany od rodka. Staj si skorup, w ktrej zamieszka w. yj, tylko dopki w mojej gowie tkwi kebiryjskie igy. Suchaj mnie, chopcze, suchaj! Mam mao czasu. Rozmawiay ze mn Ifrysy. Wiem, co zrobi. Mog zatrzyma roiho. Mog j zniszczy, jeli zdoam si powici. Tak to dziaa. Jeste dla mnie jak syn, tohimonie. Zatrzymam j. Pozwol si pore. Oddam si roiho. Jej nienawi sponie w ogniu mojego oddania. Pocz si z ni. Znae j, prawda? - Nazywaa si Mirah - wyszeptaem. - Mirah... Obwinia ciebie, ale to ja j zabiem. Wybacz, tohimonie, nie ma ju czasu. Patrz na niebo i na morze. One ci poprowadz. Wypatruj ognistej gwiazdy. I przyjmij... moje agiru... - Brus... - Czuem, e gorce zy spywaj z mojej twarzy razem z pyem. Czerwone od piachu, podobne do krwi. Obaj pakalimy krwawo. Nie zdoaem powiedzie mojemu przyjacielowi i obrocy nic wicej, bo cisno mnie w gardle. - Romassu... - powiedzia Brus. Romassu", moje ycie. Wsta i odszed w ciemno. Jeszcze raz zobaczyem go w wietle byskawicy, kiedy wspina si na wzgrze. A potem zostaem sam. Rankiem byem jak wypalony. O nieruchomej twarzy, z wntrzem pustym i zmienionym w pogorzelisko. Straciem ju w yciu ludzi, ktrzy byli mi bardziej bliscy ni Brus. Kobiety, ktre kochaem tak, jak kocha mczyzna, moich krewnych, mojego ojca i mojego nauczyciela. Za kadym razem bya to strata, po ktrej wiat wydawa si niemoliwy, i kada przepalaa mnie na wylot, jak piec wypala glin. Rzecz w tym jednak, e Brus by ostatni. Nie miaem ju nikogo, kogo znabym duej ni kilka miesicy. Nikogo, kto widzia mnie, gdy byem dzieckiem, i kto wiedziaby, kim jestem. Teraz byem ju cakiem sam. Powiedziaem moim tropicielom, co si stao, lecz to byli moi onierze. Zrozumieli i czekali na rozkazy. Tyle. Widziaem w ich oczach bysk wspczucia, ale przelotny. Polowemu dowdcy si nie wspczuje. A jeli nawet, to nie ma tego jak okaza. Zanim wyruszylimy, poszedem na tamto wzgrze, jednak nie zobaczyem zupenie nic. Ani kropli krwi, ani nawet ladw, bo wiatr wszystko wygadzi. Znalazem tylko rzemyk z wiszcym na nim maym, kastetowym noem o ostrzu nie wikszym od kciuka, ktry Brus zawsze nosi na szyi.

Zaczepiony o wystajcy fragment skay koysa si lekko w podmuchach wiatru. Zaoyem go i to byo moje ostatnie poegnanie. Potem spdziem dzie w siodle i byem rad, e jestem sam. Siedziaem wygodnie, z twarz ukryt w kapturze, pozwalajc odpocz nodze, ktra wci dawaa mi si we znaki, i powoziem jedn rk, drug pieszczc moj elazn kul ycze. Robio si chodniej. Nastpnego dnia niepostrzeenie skoczyy si te piaski ergu i wok nas wida byo roliny. Obce, takie jakich dotd nie widziaem. Przed nami rozcigaa si paska, kamienista rwnina, a za ni wznosiy si szare, smutne gry. Niebo zasnuy rwnie szare oboki. Wszyscy taczyli wrd kamieni, baktriany ryczay, a mnie nie chciao si nawet zsi. Patrzyem na wszystko z gry. Znaleli niewielki strumie, Benkej przynis mi bukak wieej wody, pochyliem si ze strzemienia, eby przyj poczstunek, i umiechnem si do Amitraja, ale miaem wraenie, e twarz mi od tego popka. Wypiem yk sodkiej wody, oddaem bukak, a potem wyjem fajeczk z bagay Brusa i nabiem j bakhunem. - Zasady s jasne - tumaczy NGoma. - Porodku pustkowia jest linia uoona z duych kamieni. Potem nastpna. Wolno nam przekroczy pierwsz, nie wolno tej drugiej. Nikt nie moe jej przej, bo zginie. Oni, ludzie-niedwiedzie, tak samo. Przechodz pierwsz od ich strony, ale nie mog nastpnej. Pomidzy liniami ukadamy swj towar i odstpujemy. Oni go ogldaj i obok ukadaj zapat. Jeli jest wystarczajca, podchodzimy i zbieramy j do worw. Jeli za maa, wracamy i czekamy dalej. Oni dodaj swoje albo nie. My te moemy co nieco dooy lub zabra. Tak to dziaa. Trwa od lat. - I nikt nie oszukuje?! - zapyta Benkej. - Przecie to atwe. - Jeli my oszukamy, oni zaczn zabija karawany. Jeli oni, my przestaniemy przyjeda. Proste. Nawet Amitraj powinien to poj. Przez nastpne dni nosilimy towary. Wory z pytami soli, dokadnie zapiecztowane gsiory i zwinite w bele skry kamiennych wow. Byo tego bardzo duo. Ukadalimy je za lini ska, w miejscach, ktre pokazywa NGoma, i wracalimy po nastpne. Po naszej stronie pono wielkie ognisko, ktre miao sygnalizowa nasze przybycie, ale ludzie-niedwiedzie nie pojawiali si.

Wic czekalimy. Nudzc si, marznc, palc ogniska i usiujc polowa, ale na tym pustkowiu niewiele mona byo zdoby prcz krlikw. Po czterech dniach usyszelimy ponure buczenie jakich rogw i u stp gr pojawi si ogie. Wielkie, huczce ognisko. Patrzylimy, jak podchodz do naszych towarw, jak podjedaj ich toporne wozy z pciennymi budami. A potem skamienielimy ze zdumienia. Ludzie-niedwiedzie byli potworami. Mylaem, e to po prostu nazwa ludu, jak nasze klanowe miana. Tymczasem byy to ogromne, kudate monstra, przerastajce o poow rosego ma, o kach, ktrych nie powstydziby si tygrys, i potnych ramionach, sigajcych prawie do kolan. Widziaem jakie czci odzienia, pasy i kawaki zbroi, ale widziaem te, e niekoniecznie chodz na dwch nogach jak ludzie. Podszedem na tyle, na ile byo wolno i obserwowaem ich zza ska. Nie syszaem nic, co przypominaoby ludzk mow. Tylko chrapliwe pohukiwania i co, co brzmiaoby jak szczekanie, gdyby pies by wielkoci kucyka. Poczuem niepokj i poszedem do NGomy grzejcego si przy ogniu z kubkiem naparu w doni. - Przecie to bestie - powiedziaem. - Jak s w stanie handlowa? - Nie wiem. Widuj te mniejszych. Te wygldaj potwornie, ale chyba s mdrzejsi. Liczy w kadym razem umiej. No i maj czym paci. - Nigdy z adnym nie rozmawiae? Wzruszy ramionami. - Oczywicie, e nie. Tumaczyem ci, jak si handluje. Kadziesz towar, zabierasz zapat. Sam. Z kim tu rozmawia? Caa rozmowa to troch soli albo zota wicej. Usiadem ze skrzyowanymi nogami, przyjem czark, postawiem j ostronie na macie i spojrzaem NGomie prosto w tygrysie oczy. - Njambe NGomo, jak chcesz zaatwi, bymy przeszli do kraju ludzi-niedwiedzi? - Czy nie zrozumia, Kirenenie? Nikt nie moe wej za skay. Nikt. Ja tego nie sprawi ani Podziemna Matka, ani nikt. Kto tam pjdzie, zostanie zabity. - Wiedziae, e musimy dotrze dalej. e idziemy do kraju wilczych okrtw, mwiem ci to sto razy, njambe NGomo. Oszukae nas! - Powiedzielicie: NGomo, przeprowad nas przez pustyni, tam, gdzie twoje karawany. Zrobiem to. Nie mog sprawi, bycie przebyli skay, bo nie umiem. Olimwenga usuri.

Wypiem napar i poszedem sobie, bo trzsem si ze zoci. Nie odzywaem si do NGomy cay dzie, ale za to zebraem moich tropicieli. - Moemy si przedrze - zaproponowa Benkej. - Nie takie rzeczy si robio. - W obcym terenie? Przy tych wszystkich tumach handlujcych potworw? Jak? Przebierzemy si za niedwiedzie? - rozzoci si Snop. - Moemy pj na poudnie, a skoczy si to miejsce, na ktrym handluj. Przecie to nie jest bazar cigncy si po kraniec wiata - powiedziaem. - Na ich miejscu bym pilnowa - oznajmi NDele. - Skoro takie s zasady, to pewnie nie bez powodu. Na tym pustkowiu bdzie wida, kto odchodzi wzdu linii stepu zamiast z powrotem w pustyni. Pjd za nami i tyle. Oni maj gry i lasy, a my paskie nic a po Amitraj. My ich nie zobaczymy, ale oni nas tak. Nastpnego dnia NGoma przywoa mnie znowu. Poszedem, cho na jego widok wracaa zo. - Wiesz, co to znaczy njambe, synu Oszczepnika? Przyznaem, e nie. - Kupiec"? Szlachetny"? A moe cwaniak"? - To znaczy wujek", chopcze. A wiesz, co powie ci wujek NGoma? - e mog za darmo wrci do Amitraju. Prosto pod n, wujku. - A dlaczego do Amitraju? Jedcie z nami do Kebiru. To pikny wiat. Stepy, puszcze, soce. I ludzie miej si tam z tej waszej Pramatki. - Nie moemy wraca ani jecha do Kebiru, NGomo. Nasza droga prowadzi gdzie indziej. Odwrciem si. Zawoa mnie znowu. - Jest jeden sposb, Kirenenie! Sposb, ebycie przeszli za kamienie. Podszedem do niego. - Jaki sposb? - Nie musicie tego robi. Tylko jeli taka bdzie wasza wola. - Sucham. - Lini kamieni moe przej jedynie towar, synu Oszczepnika. eby j przej, musielibycie sta si towarem. - Ukryci w worach z sol? W beczkach? - Nie! - zawoa NGoma. - Przecie uznaliby to za oszustwo! Nie mog faszowa soli ludmi! - Wic jak?

- Zwizani. Usadzeni obok worw z sol i skr. Towar. - Chcesz nas sprzeda w niewol tym potworom? - To jedyny sposb, tohimonie. Dam wam ukryt bro, wizy zaoymy tak, eby byo atwo si uwolni. Ale jeli chcecie przej za skay, musicie sta si towarem. - Musz pomwi z ludmi. Kiedy soce wstawao nad rwnin, siedzielimy ju rzdem obok beczek, workw i zwojw skr. Siedzielimy w milczeniu. - Czasami auj, e jestem Kirenenem - westchn Benkej. - Wcale nie jeste Kirenenem - sarkn NT^ele. - Jestecie pewni, e tego chcecie? - zapytaem. - Daem wam wybr. Zrzucie wizy i uciekajcie std. Ja musz. Wy nie. Jedcie z NGom do Kebiru! - Wybraem - odpar Snop - w opuszczonej chacie pod Nahilgy. Kiedy powiedziaem agiru kano. Moi ludzie te, tohimonie. Nie ma o czym gada. Jestemy Kirenenami. Zdecydowalimy. - Mosu kando! - potwierdzi Benkej. Westchnem. Snop, Benkej Hebzaga i NDele Aligende. Kireneni. Soce podnosio si coraz wyej. Od strony gr nadchodzili ludzie-niedwiedzie.

Przybywa w poudnie z niszczycielem drwa ogniem. Byszczy z miecza soce bogw bitwy; skay trzaskaj, ze duchy spadaj; mowie wstpuj na drog mierci, a niebiosa pkaj. (Vlusp)

Rozdzia 11

Wcznia Gupcw
W przeddzie wymarszu robimy wielk uczt. Pieczone misiwa, piwo, mid, ryby. St cignie si przez ca wielk halle, pon olejowe lampy. Mj oddzia specjalny na honorowych miejscach, wszyscy dumnie przystroili si w maskujce biae stroje, ktre zaoyli na goe ciao. Osobicie malowaem sadz z tuszczem na biaym ptnie czarne rozcinajce plamy. Za zimno na Taniec Ognia, ale siedzimy przed huczcymi na palenisku pomieniami, pijemy i miejemy si. Nic nie jest wymuszone. Ci ludzie doskonale czuj, jak warto ma ycie. Ich jest wyjtkowo kruche na co dzie. Kolacja przed pjciem do boju to istna uczta poegnalna. Dlatego pieniste piwo leje si strumieniami do dzbanw, wrzeszczymy jeden przez drugiego, w kocu taczymy przed paleniskiem, skaczc na siebie i zderzajc si torsami, Warfnir leje w gardo piwo prosto z dzbana, wok wszyscy klaszcz i rycz, Grunaldi podryguje nagi do pasa, wymachujc ogryzion gicz. yjemy Cigle yjemy. Wszyscy kipi nieskrpowan, naturaln ywotnoci, ktrej im zazdroszcz. Wieczerza haaliwie cignie si pno w noc i adnemu z moich ludzi nie przyjdzie do gowy pooy si wczeniej do ka. Wiem o tym i bardzo mi to na rk. Czekam na moment, kiedy wszyscy s ju solidnie pijani, i wymykam si z halli, a potem wdruj drewnianym labiryntem dworzyszcza do swojej izdebki na poddaszu. Lustruj uoony w idealnym porzdku sprzt, rozbieram si, wypalam jeszcze ma fajk i zdmuchuj lamp. Naprawd nie chc std wyjeda. Nie mam ochoty stawa znowu przed oszalaym uczonym, oglda upiornej boschowskiej dioramy. Chc zosta tutaj. W Domu Ognia z tymi, ktrych tu znam. Spa a do wiosny. Wlizguje si do izby, ledwo poo si do ka. Cicho i dyskretnie. Siada z brzegu siennika, kadzie mi wsk do na ustach. Pochyla si powoli i nakrywa mnie smukym, zmarznitym pod cienk sukienk ciaem. - Nic nie mw... - Sysz gorce tchnienie prosto w ucho. - Zupenie nic... Nie musisz obiecywa, nie musisz zaklina, nie musisz nic... Tylko bd tutaj. Bd ze mn. Obejmuj j i cigam przez gow sukni, po czym moje donie natychmiast zelizguj si na biodra. Nasze usta spotykaj si, gdy tylko jej gowa wypacze si z tkaniny.

Zgodnie z rozkazem nic nie mwi. *** Wymaszerowa z grodu tylnym wyjciem o wicie, kiedy byo jeszcze zupenie ciemno, prowadzc Jadrana za ogowie i stpajc jak najciszej. Szed tak lekko, e nawet nieg nie skrzypia mu pod podeszwami butw. Jego komandosi natomiast ledwo powczyli nogami, starali si jedynie nie potyka i nie wpada w ciemnoci na drzewa. Da im znak, by dosiedli koni, i sznur kiwajcych si w siodach nienych ninja powdrowa stpa ciek. Zatrzymali si na polance, nadal bez sowa. Grunaldi odsznurowa kaptur i przetar twarz garci niegu, ktry zgarn z gazi. Vuko zrobi kilka gestw i stanli w kole, koskimi bami do siebie. Warfnir potrzsn gow, jakby kac by czym, co mona z siebie strzsn niczym patki niegu. Drakkainen przyoy wyprostowan do do ust, wic aden si nie odezwa. Stali tylko i patrzyli na siebie przez szczeliny biaych kapturw. Drakkainen odpi obszyt skr manierk od sioda i poda im, pokazujc, e ma i w krg. Rozsznurowali kaptury, opuszczajc klapy okrywajce usta i nosy, odsaniajc umiechy pene wdzicznoci. Pili dugimi ykami, wchaniajc mocny mid, gorc wod i zioa, ktre - jak zapewnia Kruczy Cie - w kilka chwil upi najczujniejsz przyzwoitk. Drakkainen nie musia nawet udawa, e sam pije. Gdy antaek dotar do niego, biali jedcy kiwali si ju w siodach, jeden po drugim osuwali na koskie szyje. - Zaczynamy, Cyfral - mrukn pod nosem. Zeskoczy z konia, odpi od sioda bukak, obla ziemi pod koskimi kopytami mtn, mulist brej, wylewajc ksztat zamknitego krgu. Ciecz rozbysa migotliwym blaskiem diamentowego pyu. - Jeste pewien, e to zadziaa? - spytaa wrka z nutk nerwowoci w gosie. - Niczego nie jestem pewien, bo niczego nie mog by pewien - powiedzia, uderzajc ostronie ostrzem noa w ceramiczn oson Wczni Gupcw. Glina pka. Konie stojce w dziwnym szyku zaczy parska i strzyc uszami. Drakkainen delikatnie zsun skamienia skorup z drzewca i schowa j za pazuch. Wydoby natomiast pk rzemieni, ktre wzi w zby, po czym sign po do pierwszego z jedcw i przywiza j do wczni. Po przywizaniu dwch nie musia ju jej trzyma - skryta czciowo w futerale wisiaa pionowo pomidzy koskimi bami. Widzia, jak janieje migotliwym nimbem miniaturowych, opalizujcych iskier.

- Gotowe... - Sign w zanadrze i wydoby wyschnit jagod, ktr wrzuci do ust. Zamkn oczy. - Dwa zamglone szczyty, tulce si do siebie jak pdupki - wyrecytowa po fisku. - Wci te same szarpane linie ska osnute niebieskawym oparem. Widoczne w oddali dwie plamy lasu wspinajce si po zboczach, ponce krlewskimi barwami jesieni. Siedemdziesit trzy iglaste krzewy, pokrcone jakby wyszy spod rki mistrza bonsai. Rozsypane wok biaoszare bryy wapiennych ska, sine niczym zepsute miso. Roziskrzona plwocina nienych czap na wierchach... Wiedzia, e nie jest w stanie pozby si spod powiek tego widoku. adnego miejsca nie zna tak jak tego. eby to zrozumie, trzeba samemu by przez jaki czas drzewem. Przeniesienie byo niczym bysk i wstrzs. Wypalony pod powiekami krajobraz wyrs z nicoci i uderzy go w twarz. Kiedy otworzy oczy, zobaczy dokadnie to, o czym myla, tylko skpane w gbokiej czerni zimowego przedwitu. Ktry z koni zara. Drakkainen rozwiza rzemienie trzymajce donie wojownikw. Spalle zsun si z sioda bezwadnie jak worek. Posadzi go i sprawdzi puls na szyi. Potem pozostaym. Wszyscy yli i spali, oddychajc gboko. Sign w zanadrze i wydoby z powrotem kawaek odtuczonej ceramicznej osony, a take futrzane zawinitko z mikkim kitem. Zaklei starannie i szczelnie pknicie, a pniej zapi pokryw skrzanego futerau. Migotliwy poblask mocy znik. Zostaa polana pena czarnych, wypalonych kikutw drzew, pokryta niegiem, na ktrej stay nietypowe zaspy, dziwnie przypominajce jedcw na koniach. - Jadran, niech konie poo si na ziemi - mrukn wierzchowcowi do ucha. Wierzchowiec zara krtko, po czym ugryz lekko jednego w bok, a drugiego trci tyln nog. Konie pooyy si obok siebie. Grunaldi zsun si do przodu w nieg i zachrapa. Trzeba byo odczeka. cieka prowadzca w d bya stroma, ale wierzchowce dao si prowadzi bez problemu. - Trzeba byo powiedzie, e zamierzasz czyni! - sykn stumionym gosem Spalle. - Tak si nie godzi. Upie nas jak jakie zwierzta... - Inaczej si nie dao - odszepn Drakkainen. - Nie haasuj. - Od tych pieni bogw mona si pochorowa - mrucza pod nosem Spalle. - Na brzydk chorob...

Idcy na kocu Warfnir zamiata lady gazi. Kilkanacie krokw przed nimi skrada si Grunaldi bez konia, ostronie stpajc w niegu. Wok wstawa ponury, oowiany wit. Lekko prszy nieg. Byo ich czterech i maszerowali szybko. Mieli kouchy wyhaftowane w zygzakowate mijowe desenie, znak Taczcych Wy wyszyty na plecach, wymylne hemy nadziane na futrzane kapuzy i bia z nich para. Musieli tak wdrowa z daleka. Prowadzcy - wielki, brodaty chop w szubie i hemie ozdobionym grzebieniem podobnym do atakujcej kobry, o kapturze przypominajcym raczej rybie petwy, nis w doniach uk i co chwila przypada do niegu, delikatnie wodzc doni po zasypanych ladach poprzedniego dnia, jakby czyta z nich brajlem. Wojownicy milczeli, rozgldajc si uwanie wok. Wygldao na to, e kogo szukaj i to nerwowo. Grupa wesza na niewielk przecz. Olbrzym na przedzie zatrzyma si nagle i unis do gry pi. Wszyscy zatrzymali si wp kroku, po czym jak najciszej pozdejmowali z plecw tarcze i ujli silniej oszczepy. Brodacz jednak nie powiedzia ani sowa, tylko wpatrywa si w d zbocza, z pionow zmarszczk rysujc si na czole. Jego ludzie stoczeni z tyu czekali cierpliwie. Wojownik, porzuciwszy obserwacj zbocza, spojrza na zasp o dwa kroki przed nim. Unis ze zdziwieniem brwi i pochyli si, eby si przyjrze. Zaspa wybucha mu w twarz obokiem nienego pyu. Ogromny wojownik obrci si do swoich, prezentujc sterczcy z piersi bet z czarnym pierzyskiem, po czym kaszln okropnym, wiszczcym odgosem i w tym momencie drobny acuch owin mu si dookoa szyi. Na przeczy wybuch chaos. Nie przypominao to normalnej walki, jednej z takich, jakie toczyy si w tych grach bez przerwy, odkd Wielki Aaken kaza Wom zdobywa wszystko. Odbyo si byskawicznie i przypominao rzeni. Nie byo w tym krztyny rycerskiego zmagania. Wok Wy nieg eksplodowa i nagle pojawiy si w nim dwa biae stwory ze szczelin zamiast oczu i bez twarzy. Jeden z wojownikw zamachn si oszczepem, ale obciony na kocu acuch owin si dookoa jego nadgarstka, ten, ktrego chcia ugodzi, cisn mu w twarz stalow gwiazdk, zaraz przysiad nisko na rozstawionych nogach i ci go w cigno. Kolejny wyskoczy spomidzy ska, gdzie nie

byo przed chwil nikogo, i siekn stojcego z tyu Wa przez gardo, po czym znikn. Ostatni z Wy przeskoczy konajcego brodacza i rzuci si do ucieczki, kiedy wybucha kolejna zaspa i nastpny nieny demon podci mu kopniakiem nogi, wskoczy na plecy i zacisn acuch na szyi. Wszystko trwao najwyej par sekund. Lecy twarz do niegu wojownik by olepy z przeraenia. Sam nie wiedzia, co z tego, co zobaczy, byo straszniejsze. Biae, wyrastajce znikd stwory czy ich nieludzka taktyka. Dziwny atak po kilku na jednego cudacznymi rodzajami broni. Tamci nawet nie usiowali z nikim walczy. Jeden atakowa nogi, drugi twarz, trzeci bro i w mgnieniu oka czowiek by martwy. A oni ju brali si za nastpnego. Zabijali byskawicznie i beznamitnie, jakby pracowali w polu albo wycinali krzaki. Uniesiono mu brutalnie gow, wykrcono rce i wcignito gdzie midzy skay. - Dobra - rzuci Drakkainen zduszonym szeptem. - Dobra robota. Spalle ju zasypywa krew wieym niegiem, Warfnir i Grunaldi chwytali pierwszego z Wy za nogi i ramiona, by zrzuci go w otwierajc si z boku szczelin midzy skaami, gdzie w dole hucza strumie. - Zaraz - sykn Vuko. - Zdejmowa im kouchy, hemy i tarcze. Przebieramy si. Dopiero potem do przepaci. - Syszae? - wyszepta Grunf do jeca, unoszc mu brod ostrzem miecza. - Wyskakuj z kouszka. - Tak... Tak... - zajcza przeraony wojownik. - Ju... Ja oddam... Nie zabijaj. - Zapytam raz - oznajmi Drakkainen tym samym syczcym szeptem z gbi swojego biaego kaptura. - Nie odpowiesz, wyupi oko. Jasne? - Tak... Prosz... - Ktrdy do Muzycznego Pieka? Chopak odpowiedzia szybko, bekotliwie i ykajc goski. Przed momentem ciga zbiegych niewolnikw. Na wasnej ziemi. To, co si dziao teraz, nie dawao si nawet poj. Wydawao mu si, e ni jaki przeraliwy koszmar. Tym bardziej, e zdarzyo si to w jednej chwili. Drakkainen uklepa kawaek niegu. I zacz rysowa kocem noa. - To jest ta gra. Tu przecz. Tu strumie. Ktrdy do Muzycznego Pieka? Gdzie Cier? - Znowu ta jego mapa - mrukn Spalle. Chopak jednak jakim cudem, moe z przeraenia, zrozumia byskawicznie i wyrysowa rozdygotan lini reszt mapy.

- Dobra - podsumowa Drakkainen. Warfnir wyj z rkawa krtki n. Chopak omal nie wybuch. - Przecie powiedziaem... wszystko... Prosz... - We go na bok - rzuci lodowato Vuko. - I nie zakrwaw kouszka. - No, dawaj, mody Wu - oznajmi Warfnir. - Zrobi to szybko. Nie bdzie bolao. Nie to, co ten wasz Taniec Ognia. Nawet nie byo sycha krzyku. Rozleg si cichy wist i ze niegu na zboczu wyroso pi okrytych biaymi kropierzami koni. Piciu wojownikw Wy w kouchach ze znakiem Taczcych Wy, z okrgymi tarczami i w hemach podjo dalsz drog. - Po co te achy? - zapyta przygnbionym gosem Grunf. - Musimy przej przez dolin - wyjani Drakkainen - zwan Ogrodem Rozkoszy. Wikszo parkw rozrywki jest zim nieczynna, ale nigdy nic nie wiadomo. - Parszywie si czuj - wyzna Warfnir. - To nie bya dobra walka. - aden z nas nie jest nawet dranity, oni nie yj, mamy informacje i przebranie, a stracilimy tylko kilka chwil - odpar Drakkainen. - Tak wyglda prawdziwa wojna. Wiem, e jest parszywie, lecz to konieczno, nie rozrywka. Jak skoczymy t robot, to znowu bdziecie mogli walczy honorowo. Nie po to tu jestemy, ebycie ginli przy gupich potyczkach. Wdrowali przez zasypany niegiem Ogrd Rozkoszy Ziemskich. Jechali rzdem, z tarczami na plecach, udajc znudzony patrol. Jednak nie spotkali nikogo. Nie byo wida kwiatw, zamarznita sadzawka i oblepione niegiem homarowate rzeby sprawiay jeszcze dziwaczniejsze wraenie ni kiedy by tu ostatnio. - Na pewno s jeszcze jakie atrakcje pod dachem - mrukn pod nosem. - Tamta gra... - powiedzia niemiao Spalle. - Wyglda cakiem jak goa dziewka... - Tak - odrzek Vuko. - Po wojnie zabior ci tu na wycieczk, to sobie zwiedzisz. Od rodka. Ale troch to przereklamowane. Wicej pod turystyk takie. - Gdzie oni wszyscy mieszkaj? - spyta Warfnir. - Po drugiej stronie doliny i w nastpnej. W takich murowanych budach, ale nawet si tam nie zbliamy. A potem natrafili na ciek. Szeroki, wydeptany w niegu trakt ze ladami wielu ludzi.

Drakkainen znieruchomia nagle, wskoczy stopami na siodo i spojrza do tyu.

- Z koni - sykn. - Na bok, w gboki nieg. Przywarowa konie i robi zaspy! Znikamy! Po kilku minutach przez rwnin przejecha ogromny, kanciasty wz na obitych blach koach, okuty elazem, najeony stalowymi kolcami. Toczy si dziki dziesitkom ludzi w obdartych kaftanach i resztkach futer, ktrzy cignli wprzgnici w dyszel, popychali szprychy k i pchali bud jeden przez drugiego, padajc i wstajc. Burty wozu wymalowano w kolorowe, cho ponure, prymitywne rysunki, przedstawiajce poerajce soce we i dwa ksiyce. Siedzcy na kole wonica by zatopiony cay w kosmatej szubie, z gow okrcon kraciastym szalikiem, wystawa mu tylko szczurzy pysk. Trzyma dugi bat z wielu rzemieni, ktre ozdabiay na kocach ciarki. Za wozem maszerowao kilkanacie krabw, potem paru jedcw w wymylnych, cho podrdzewiaych czonowanych zbrojach, kilku dzieryo nawet zupenie tu niestosowne kopie turniejowe. Konwj przetoczy si przez dolin, pniej zapanowaa cisza przerywana tylko krakaniem wron. Upyno jeszcze troch czasu, zanim ostronie wygrzebali si ze niegu. Grunf wyprowadzi zza pagrka zmarznite, poirytowane konie w kropierzach pokrytych niegiem. - Co to byo?! - zapyta Grunaldi z oburzeniem. - Tak bdzie wyglda wiat, jeli przegramy - wyjani bezlitonie Drakkainen. - Zdaje si, e nasz czarodziej wrci wanie do domu. Przynajmniej tak mam nadziej. Skrcili w bok doliny i zaczli wspina si midzy skay u podna gry. - Teraz skracamy drog - opowiada Vuko. - Tu za t gr jest co, co on nazywa Muzycznym Piekem. Tamto to by Ogrd Rozkoszy. Trudno to opisa, ale w taki sposb Czynicy zmienia We w to, z czym macie do czynienia. Cierpienie i rozkosz na zmian. Teraz si rozdzielimy. Odama such ga i oderwa od niej niewielkie patyczki, a potem z dwch cign zbami kor, zostawiajc jasne kocwki. - Ci, ktrzy wycign jasne, id z komi tam, na pnoc, jakie tysic krokw. Znajdcie puste, odludne miejsce i ukryjcie si. Nie palcie ognia. Czekajcie. To moe trwa nawet kilka dni. Jeli nadbiegniemy tak, jakby goniy nas wszystkie demony, szykujcie konie, bo to bdzie znaczyo, e wanie tak jest. Cignijcie patyczki. Wysun ku nim do z wystajcymi kocami drewienek. Signli rwnoczenie.

- Spalle i Warfnir zostaj z komi - zawyrokowa Drakkainen. - Znowu! - warkn wcieky Spalle. - Poprzednio skrcona kostka, a teraz patyczek. - Nie narzekaj - odpar Vuko. - Tu nie ma lepszej i gorszej roboty. Wszystko jest tak samo parszywe. Bierzcie bro i liny. Czeka nas wspinaczka. nieg zrobi si gstszy. - O, Tenenbaum, o, Tenenbaum, ta da ti, da, da, da, daa - zanuci ponuro Vuko, rozplatajc bucht liny. Spalle i Warfnir odprowadzili konie, burczc co pod nosem, i ju po kilku krokach wtopili si w nieg jak duchy zamieci. - Wchodzimy po kolei. Pierwszy zatrzymuje si na kocu liny i asekuruje tego poniej. Ci, co s w dole, pilnuj z ukami, eby nikt si nie przyplta. I tak na zmian. Na razie id pierwszy. To nie jest bardzo trudne zbocze. Twierdza zwana Cier wirowaa z hukiem, mieszajc nien zamie, obracajc kosami, kiwajc wahadami i tnc powietrze koami. Czuo si bijcy od niej wiatr. - Co to jest? - wydysza Grunaldi z nieopisan groz. - Co to w ogle jest? - Siedziba czarownika - powiedzia Vuko ponuro, ukadajc grub skr w niegu i kadc si na brzuchu. Wczni w pokrowcu pooy przed sob. - Wziby i troch nasmarowa to wszystko, przecie tu oguchn mona. Nie stercz na tle nieba, czowieku. Znajdcie sobie wygodne, zaciszne miejsca z dobrym widokiem i uki w do. Wasza robota polega na tym, eby mi nikt nie przeszkadza. Opatulcie si dobrze i wypijcie po solidnym yku tego. Ostronie. Pali. - Co to jest? - zipn Grunaldi. - liwowica. Najlepsza. Dalmatyska. Teraz przygotujcie si na dugie czekanie. - On w tym mieszka? Gdzie? - To si ukada tak, jak on chce. To Czynicy. Przecie wam mwiem. - Skd miaem wiedzie? Zawsze si troch zmyla, eby byo ciekawiej. - Co tu jeszcze, piczku materinu, moe by ciekawiej? Pogio ci? Czekali. Mrz przenika do szpiku koci, ale przynajmniej przysypaa ich gruba warstwa niegu. - Nie zasypiajcie, perkele, bo si nie obudzicie!

Trwao to kilka godzin, lecz godzin cigncych si w nieskoczono. Tkwili, okutani w futrzane stroje i przykryci maskujcymi kombinezonami, ale zimno wpuszczao wcibskie macki w czubki butw i na karki. Na domiar zego na pce, na ktrej si przyczaili, wiao. I to wciekle. Po paru godzinach jednak co zaczo si dzia. Najpierw wida byo cigncych zewszd Ludzi Wy. Malekich ze szczytu niczym mrwki, drepccych dugimi korowodami, jakby wirujcy elazny zamek by mrowiskiem, do ktrego taszczyli sosnowe igy. Schodzili si ze dwa kwadranse, a w kocu utworzyli w bezpiecznej odlegoci od zamku buroczarny pksiyc gw, jakby kto obsypa nieg garci maku. A potem znw nadjecha wz. Inny, cho te monstrualny i kanciasty, okuty elazem i najeony kolcami. Ten nie mia obrazkw na bokach, by ponury, rdzawo-czarny. Podtoczy si pod zamek i zatrzyma. Z tumu nadbieg odlegy zgiek podobny std do szumu morza. - Nie picie?! - zapyta Drakkainen. - Jak obserwacja? - Czysto - zachrypia Grunf. - Nikogo - zawtrowa mu Grunaldi. - Tylko straciem czucie w nogach. - Ruszaj palcami w butach - poradzi mu Drakkainen, odpinajc pokrowiec Wczni Gupcw. - Jeli mamy szczcie, to padalec wylezie. Ten tum chyba dlatego przyszed. Podczoga si troch do przodu i wyjrza. Twierdza Cier zacza zmienia ksztaty. Niektre elementy zwalniay, inne przestaway si obraca, zbatki trafiay na siebie z guchym oskotem stali, przesuway si jakie rygle i ciga. Z przodu wirujcego, kolczastego astrolabium wielkoci biurowca zacz si budowa pomost zakoczony okrgym podestem. Stopniowo, kawaek po kawaku, z oskotem i zgrzytem elaza. - wietnie, paskiainen, a teraz wyle... - wycedzi Vuko, przycigajc do siebie wczni. No, chod do wujka... Wz rwnie zazgrzyta, odsunito potne rygle i najeona kolczastymi nitami klapa z przodu przypominajca ramp promu opada. Usysza oskot wielu podkutych butw, po czym zobaczy kilkunastu Wy cigncych acuchy. - Smoka mu przywieli - domyli si. - Wreszcie im si uda, cierwo. Ale to nie by smok. - Jebem ti duszu... - wybekota Drakkainen w osupieniu.

acuchy uwizano do sieci, a sie trzymaa okrgy, kamienny dysk, ktry cay czas obraca si powoli wok osi, sunc nad ziemi niczym poduszkowiec. Na kamieniu siedzia chudy jak derwisz starzec podobny do mapy. Siedzia ze skrzyowanymi nogami, z rkoma opartymi o kolana i obraca si ze zwieszon gow. - Perkele... - wycedzi znowu Drakkainen. - Bondswif?! Oba Niedwiedzie?! Zamek zgrzytn po raz ostatni i na pomocie pojawi si van Dyken. W tym samym dugim paszczu i z wosami zaczesanymi do tyu, lnicymi jak skrzyda kruka. Podpiera si ogromnym toporem z dwoma ostrzami o stylisku oplecionym przez we, ktre otwieray paszcze na ostrzach. - Wreszcie skorzystae z mojej gociny, Bondswif! - Gos van Dykena zagrzmia niczym ze stadionowych gonikw i potoczy si echem po grach. Wycign do i wskaza obracajcego si starca palcem. - Patrzcie na niego! Patrzcie na ostatniego Pieniarza! Tego, co siedzia w jaskini pod Jczc Gr i omiela si ze mnie drwi! Omiela si drwi z mojej pracy! A gdzie jest teraz?! Tum zarycza, lecz bez wspomagania by to raczej szmer. Nic szczeglnego. - Gdzie twoja potga, Bondswif?! Na tej ziemi, a po morze jest tylko jeden Czynicy! Tylko jeden, ktry daje wadz Wom! Nie ma miejsca dla takich tchrzliwych wi, ktre nie potrafi niczego uczyni! Niczego! Potrafisz jedynie krci si na tej swojej tacy i tskni do nirwany! Kolejny ryk z rwnie mizernym efektem. Drakkainen zacz rozpina nerwowo paski pokrowca. - Jebem ti svinjsku mater... Jednak wtedy co si zaczo dzia. Powietrze wok Bondswifa zgstniao, kamie obraca si szybciej. Pojawiy si w nim wyadowania i iskry. - Jeste nikim, van Dyken. - Gos Bondswifa brzmia niczym szept, ale szept potny, zdawao si, e wydaj go same gry. - Nikim znikd. Nic nie rozumiesz. Jeste jak rozkapryszone dziecko, ktre wszystko zniszczy i podpali dla samego niszczenia. Nawet twoje imi nic nie znaczy. To tylko pierdnicie. Odchodz, bo nie chc patrze na twoje dzieo. Napenia mnie obrzydzeniem. Odchodz, bo nadszed mj czas. Byskawice otoczyy starca koron wyadowa. - Do! - Syk van Dykena uderzy jak bicz. Pioruny wok wirujcego kamienia zniky. Oba Niedwiedzie rozejrza si bezradnie nieco sposzony. Jego dysk przesta si obraca.

- Zdechniesz wtedy, kiedy ja na to pozwol - wrzasn van Dyken. - Twoja wiadomo nic nie znaczy przy mojej! Najpierw wycisn z ciebie kad tak zwan pie bogw! Kad krztyn mocy! Dopiero wtedy pozwol ci zdechn. Bondswif sprawia wraenie, e chciaby si poruszy, ale nie moe. Wyglda, jakby przyrs do swojego dysku. Nawet z wysokoci pki wida byo, e jest zaniepokojony. Jego stoicyzm nagle gdzie znikn. Oba Niedwiedzie by przeraony. Drakkainen wysun wczni z pokrowca, po czym odrzuci maskujce go biae futro, zerwa si i stuk glinian oson o ska. - Aiitisi nai poroja! - wrzasn i cisn wczni prosto w van Dykena. Pocisk poszybowa ze skalnego zbocza, jakby dosta skrzyde. Przyspiesza niby rakieta, cignc za sob warkocz migoccej mgy przypominajcej diamentowy py. Wszystko razem trwao moe dwie sekundy. Van Dyken kwikn przeraliwie, jego gos rozla si nad rwnin jak skrzypienie ogromnych drzwi. Odwrci si do drzwi zamku, ju wiedzc, e nie zdy, ju wcznia braa poprawk na jego ruch, ju skrcaa agodnym ukiem, jak samonaprowadzajcy pocisk, wlokc warkocz diamentowego pyu. - Pi... - zacz Drakkainen odlicza z satysfakcj. - Cztery... yczymy miego... Och, perkele saatani vittu... W tym momencie Bondswif unis rce i wrzasn z wciek satysfakcj. Wcznia Gupcw nagle wyhamowaa w powietrzu, zadzierajc ostrze, i wykonaa ciasny zwrot przez plecy, warkocz magicznego pyu rozmaza si w powietrzu w wachlarz, po czym pocisk przebi Bondswifa Oba Niedwiedzie na wylot. Drakkainen sta skamieniay z zacinitymi piciami i wyszczerzonymi zbami, patrzc, jak przebity wczni stary Pieniarz rozjarza si nagle niczym uk spawalniczy i wybucha snopem tczowych iskier. Ockn si dopiero na wcieky ryk van Dykena, ktry rozla si po grach jak odgos trzsienia ziemi. Nad twierdz Cier wyrosa czarna, wrzecionowata chmura, wirujce tornado. Tu pod ni sta van Dyken z zadartymi w gr ramionami i rycza wciekle, a jego ryk miesza si z rykiem huraganu. Tum pod zamkiem rozpierzcha si rozpaczliwie na podobiestwo drobnych kulek wysypanych z pudeka. - Spada! - rozdar si Drakkainen. - Wiejemy! Ju!

Zjedali na eb na szyj, ranic donie linami, gdy z wirujcego nad twierdz tornada, uderzy pk byskawic, bombardujc zbocze. W syczcej, srebrnej plazmy ciska si po szczycie, z gry sypay si kamienie, na karabiczykach lin wykwity ognie witego Elma. oskot i trzask rozdzieray uszy. - Naprzd! - dar si Drakkainen na dole, kiedy zjechali i na gowy wrd kamiennych odamkw spada im ponca lina. Nie sysza wasnego wrzasku. - Gowy nisko! Daleko od drzew! To tylko byskawice! W zapadej nagle ciemnoci co chwila migotao jadowite, elektryczne wiato, drzewa wok nich pony, trafiane raz po raz. - Naprzd! Naprzd! Pioruny tuky systematycznie, roznoszc wszystko na strzpy, jednak aden z komandosw nie zosta trafiony. A potem Grunaldi oberwa odamkami skay prosto w czoo i run w biegu, zalany krwi zupenie czarn w blasku piorunw. Drakkainen podnis go z ziemi, przewiesi sobie przez plecy. Uderzy kolejny piorun i kolejny. Kaftan na plecach Grunaldiego zapali si. Vuko zrzuci przyjaciela na ziemi i przetoczy w topniejcym niegu, a potem powlk dalej. Grunf ze miesznym, niepotrzebnym ukiem w rku bieg za nimi tyem, usiujc ich obu osania, jakby mg strzela do byskawic. - Gdzie te cholerne konie! - wrzeszcza Grunf. - Grunaldi, nie zdychaj, jebem ti duszu! - dar si Drakkainen. Byskawice nadal tuky o ziemi i skay, kamienie fruway w powietrzu z gwizdem, ale tornado zostawao z tyu. Brnli pijanym truchtem, podtrzymujc leccego przez rce Grunaldiego. Nad nimi huczaa ciemno i grzmiaa burza. Konie zobaczyli kawaek dalej, na dnie niewielkiej kotlinki. Stay tam, okryte biaymi kropierzami, zbite w trwon gromadk. Obok na zalanym krwi niegu leao paru Ludzi Wy, kilkunastu kolejnych stao krgiem wok, z mieczami w rkach. Spalle i Warfnir klczeli na ziemi w zbryzganych juch biaych, maskujcych strojach. Za kadym z nich sta W przykadajcy im ostrze do garda. Drakkainen stan jak wryty i opuci rce, upuszczajc Grunaldiego, ktry pad bezwadnie niczym worek. Grunf Kolczaste Serce zatrzyma si tu za nim, z ukiem w rku i strza na ciciwie.

Milczeli przez par sekund. Byskawice ustay i zapadaa cika, dzwonica w uszach cisza, tylko w oddali huczay pomienie. A potem powietrze przeci dziwny dwik, przypominajcy oguszajcy, stalowy wiergot albo chichot. Klangor elaznego urawia. Topr przelecia nad gr i, koziokujc, run w nich prosto z chmur. Grunf pchn Drakkainena, przewracajc go na bezwadne ciao Grunaldiego. Rozleg si ostry chrzst. Kolczaste Serce zwali si na ziemi, z jego plecw sterczao pksiycowate ostrze ozdobione rozwart paszcz wa. Wok lecych rozlaa si ogromna czerwona plama, ktra stopia nieg, zmieniajc go w rdzawe boto. Drakkainen zerwa si na nogi szybciej ni upad, ale byo za pno. Na wszystko za pno. - Gruunf! - wrzasn, a potem wyrwa z jego ciaa topr i zawy przeraliwie van Dykeen!", chwyci bro w obie rce i cisn z powrotem. Berdysz pomkn w niebo, stojcy wok odprowadzili go wzrokiem. Wydawao si, e wrci dokadnie tam, skd przylecia, lecz topr wzbi si, koziokujc po uku, po czym run gdzie w nieg, jak zwyky, martwy kawa elaza. - Dosy tej zabawy - odezwa si stojcy na czele oddziau modzian w czarnym paszczu. - Na kolana i rce na gow, cudaki. Chyba e ktry chce si spotka ze mijowym dem. Odrzuci niedbale paszcz, ukazujc oplecion tam rkoje uniwersalnego miecza zwiadowcy produkcji Nordland Aeronautics. - Chtnie - wycedzi Vuko i wydoby oba swoje paasze. - Bardzo chtnie. Chopak przysiad dziwacznie, po czym wycign miecz i ruszy do przodu. Szczkna stal i monomolekularne ostrze zostao uwizione pomidzy skrzyowanymi brzeszczotami paaszy, a Drakkainen zdzieli Wa gow w nos, posyajc go na ziemi. - Tego si w ogle tak nie trzyma - oznajmi. - No, dalej. Jeszcze raz. W poderwa si z ziemi, ocierajc krew toczc mu si strugami po twarzy, wyda z siebie wcieky, syczcy ryk i rzuci si naprzd, zadajc kilka byskawicznych ciosw. Ostrza w doniach Drakkainena zamigotay jak opatki turbiny, sta zadzwonia, po czym Vuko odbi byskawicznie trzy kolejne cicia, obrci si wok osi, ci chopaka dwa razy przez pier, odrba mu do i przeci poziomo brzuch, wypuszczajc jelita. Nieszczsny W zwin si w kbek i pad na kolana, niezdolny nawet do krzyku. Drakkainen sta nad nim, trzymajc ju swj shinobi ken. - Niech tam - powiedzia. I ci chopaka krtko w kark, odrbujc gow.

A potem odwrci si do stojcych wok kotlinki Wy. - Ktry jeszcze chce zosta bohaterem? - zapyta. Mia spokojny gos, ale z okopcon twarz i w biaym stroju zbryzganym krwi wyglda strasznie. We cofnli si odruchowo. - Kto jeszcze chce by bohaterem? - zapyta ponownie z lekkim odcieniem histerii w gosie. - Ty! - zawy W stojcy za Spalle, trzymajcy dygocce ostrze przy jego szyi. - Rzu bro, bo go zabij! wisno krtko. W podskoczy w miejscu i nagle wypuci miecz zupenie bezwadnie. Usiowa spojrze w gr, na wasne czoo, w ktrym tkwia stalowa gwiazdka i skd toczyy si strugi krwi, po czym usiad zdziwiony na ziemi. Spalle targn gow i zdzieli go w twarz. Klczcy chwiejnie, wci oszoomiony Grunaldi upuci drug gwiazdk i przewrci si na bok. Rwnoczenie Warfnir chwyci nadgarstek Wa trzymajcego ostrze przy szyi, drug rk zapa go za konierz, rzuci przez plecy i wbi mu wyrwany miecz w pier, przybijajc do ziemi. - Kto nastpny?! - zawy histerycznie Drakkainen, a potem skoczy na Wy i unis miecz. Tak to przynajmniej wygldao. Trzech najbliej stojcych wojownikw zastygo w bezruchu, po czym jeden upad nagle, obracajc si wok wasnej osi, drugi prychn krwi z ust i zwali si bezwadnie jak mokra koszula, a trzeci zwis w ramionach stojcych za nim, chwytajc si kurczowo za czyj kaftan. Tamci zaczli si cofa. Spalle i Warfnir stanli po bokach Vuka, a wtedy We rzucili si do ucieczki. Spalle przyprowadzi konie. Grunaldiego posadzili normalnie, pozwalajc mu opa na szyj wierzchowca i przytrzymujc z bokw, Grunfa Kolczaste Serce, sternika Atleifa przewiesili przez siodo. - Nikt nie zostaje... - wyszepta Drakkainen, ocierajc zy toczce si po okopconej twarzy. - Zabilimy go przynajmniej? - zapyta Spalle. - Nie. By tam jeszcze inny Pieniarz, ktry chcia umrze. cign Wczni na siebie. - To niedobrze. - Tak. - Co teraz? - zapyta Warfnir. - Teraz - powiedzia ochryple Wdrowiec - do domu. Prosto do Ziemi Ognia. Nie zatrzymujemy si. - A jeli kto stanie nam na drodze?

- Nie zatrzymujemy si - powtrzy Drakkainen, schyli si po pochw swojego miecza i oczyci j niegiem. Gnali jak szaleni, nie dbajc ju o kamufla. Spod kopyt pryska ld i kby niegu, konie parskay par. Na przeaj. Do Ziemi Ognia. Z tyu wci szalaa burza; ogromna, czarna chmura, wzniecona gniewem van Dykena, wirowaa nad dolin, przetykana pkami byskawic. Trzask gromu rozlega si bez przerwy gdzie za ich plecami, byskawice tukce raz po raz masakroway drzewa oraz zbocza gr bez adu i skadu, chaotycznie i losowo. Najwyraniej Pieniarz nie wiedzia, skd spad cios, albo ciska si w lepej furii. Ewentualnie nie panowa nad wasn burz. Nie zatrzymywali si. Tak, jak brzmia rozkaz. Nawet kiedy na dnie ktrej doliny wpadli w grupk zdezorientowanych Wy wycigajcych wz z zaspy, po prostu przelecieli po nich, z wrzaskiem i wistem elaza. Odrbana rka i gowa spady w nieg, pozosta tylko przechylony wz oraz czarno-czerwone powykrcane ciaa, drgajce i wijce si w rdzawej brei. Kilka razy przypadli w jakich zakamarkach i przeczekali, zasypani zawiej, kulc si wok nieprzytomnego Grunaldiego i Grunfa owinitego wasnym paszczem, ktry zesztywnia zgity wp, tak jak lea przewieszony przez koski grzbiet. W puapk wpadli gdzie na dnie czarnej niczym smoa, zimowej nocy, wrd walcego z nieba wielkimi patami niegu, gdzie ju niemal na granicy ziemi niczyjej. Dosownie o wycignicie rki od Ziemi Ognia. Przynajmniej tak si wydawao. Wy nie byo wielu, najwyej kilkunastu, lecz zdoali zamkn ich w niewielkiej kotlince, otoczonej skaami. Tym razem dali si podej. By moe We nawet nie zostali jeszcze zaalarmowani przez van Dykena. By moe stanowili zwyky podjazd. Jednak i tak Ludzie Ognia wybrali najkrtsz i najbardziej logiczn drog na drug stron gr. By moe nie byli pierwszymi, ktrzy wpadli w t puapk. Ale wpadli.

Zorientowali si, e nie ma przejcia, dopiero gdy wyrosa przed nimi napita sie, a wok zaczy spada pochodnie. - Piciu z ukami na grze, na wprost - wycedzi ponuro Spalle. - I jeszcze co najmniej kilku z dzidami. - Za nami to samo - oznajmi Drakkainen. - Co teraz? - Z koni. - Nie poddamy si! - Z koni! - powtrzy Drakkainen i rozsznurowa maskujc kapuz, wypuszczajc kby pary. - Moemy albo zewrze si plecami do siebie - powiedzia powoli i spokojnie Warfnir - albo rozproszy si i prbowa szczcia pojedynczo oraz na piechot. Ale co mi si zdaje, e nas tu wystrzelaj. - Pozdrowienia od Wa, psy! - rozlego si gdzie z gry. Pierwsza strzaa z guchym fukniciem wbia si w zasp, wyrzucajc fontann niegu. - Pocie konie. Nakryjcie si tarczami i lecie twarz do ziemi. - Gos Drakkainena by nienormalnie spokojny i jakby nieobecny. - Po prostu lecie nieruchomo i nie ruszajcie si. - Co chcesz zrobi? - Na ziemi! - sykn Vuko. Sign w zanadrze i wydoby kilka skurczonych jak rodzynki jagdek mcych w mroku migotliwym blaskiem tczowych iskier. - Nie wstawajcie, pki wszystko si nie skoczy. Zdj kaptur, wrzuci owoce do ust, poprawi miecz na plecach, po czym wyj oba paasze. Rtciowo-tczowy poblask pojawi mu si na gakach ocznych najpierw jako pywajce bezadnie plamki, pniej jako jednolity, upiorny blask. - Bro na ziemi i na kolana! Nie ka si, tchrze! - Odbijao si od cian wwozu. - Zaczynamy, Cyfral - wyszepta Drakkainen. - Jeste pewien? eby potem nie mia pretensji... - Odpalaj mnie, Cyfral! Niech si dzieje, co chce. Kolejne pochodnie spaday wok nich z sykiem, krelc w powietrzu smugi, jak meteory. Vuko rozgryz jagody i przekn, czujc dziwny, musujcy posmak uderzajcy w nozdrza i mzg. Wydao mu si, e nieg przybra barw krwi, e na wwz spada czerwona powiata.

Wypatrzono ich z naronej czatowni. Najpierw byo tryumfalne trbienie rogw, chralne wrzaski i walenie w tarcze. A potem zobaczyli, jak jad stpa, noga za nog, zobaczyli zamiast jedca przewieszony przez siodo tob, kiwajc si bezwadnie sylwetk obok, zmczone, szare twarze pozostaych i maskujce stroje zbryzgane krwi. Wiwaty stopniowo ucichy. Przybyli zjechali w milczeniu pod czstok i stanli jak wryci. Na jeziorze koysa si statek. Duszy o poow i wyszy od stoczonych w obwarowanej przystani wilczych okrtw. Co wicej, lni cay i migota niczym rzeba z lodu, nawet wydawa si pprzejrzysty. Na rufie znajdowa si kasztel, troch podobny do tego na okrtach Ludzi Ognia, ale okrt mia tylko jeden maszt i dziwaczny, zadarty dzib ze sterczc stew zakoczon smocz gow. Wyglda upiornie, wydawao si, e wieci dziwnym, zielonkawym blaskiem. Sta na otaczajcej kadub wielkiej krze, na ktrej leao kilka cia. - Co to jest? - wyszepta Spalle. - Nie wiem - odpar Drakkainen. - Ale nic dobrego. Wrota grodu otworzyy si ostronie, kiedy podjedali, woje wybiegali ze rodka, chronic ich murem tarcz od strony jeziora oraz upiornego statku, ktry sta na wodzie nieruchomo i milczco, jakby czeka. - Pojawi si rano, zaraz jak wyruszylicie - powiedzia im Atleif po powitaniu, gdy siedzieli ju w wielkiej halli, dygoccy i wycieczeni. - Od razu sta na jeziorze. Nikt nie widzia, jak przypywa, nikt te z niego nie zsiad. Wyglda jakby by pusty. Ld nie ci jeszcze jeziora, lecz okrt przynis wasny mrz. Kra stoi jedynie wok niego. Najpierw go okrzyknlimy, jednak nic to nie dao. Trzech ludzi podpyno odzi i weszo na ld, ale padli, gdy tylko podeszli bliej. Geri i Geraldi, ojciec i syn. I jeszcze Orofnir Deszczowy Cie. Le tam teraz, cali poronici kwiatami z lodu i nikt nie umie przynie ich cia. Ludzie, ktrzy popynli kiedy na fataln wypraw, mwili potem o wyspie, na ktrej yje Pieniarz. Wyspie, na ktrej rosn drzewa i krzewy z lodu. Tam miay by takie okrty. Nie wiemy jednak, co to znaczy. Z Lodowego Ogrodu niewielu wrcio. Drakkainen milcza przez chwil, pieszczc w doniach srebrny kubek z grzanym miodem. - Co z Grunaldim? - Bdzie y, skoro nie umar do tej pory - oznajmi m siedzcy obok Atleifa. - Budzi si czasem i wymiotuje. Troch majaczy, ale chyba poznaje ludzi. To dobry znak. - Okrt pojawi si tego samego dnia, kiedy wyruszylimy? Nie pniej?

- Przecie mwi. Tego dnia o wicie. Vuko sta na kocu pomostu i patrzy na okrt. Ogromny, szklistozielonkawy ksztat koysa si na wodzie, kra stopniaa nieco, zosta tylko pkolisty jzor, na ktrym leay ciaa. - To twoja robota, van Dyken? - szepn. - Wydawao ci si, e jestem Skandynawem, wic wysae mi drakkar z lodu, tak? Bredzie co o Nibelungach. Tylko e to nie w twoim stylu. Przecie wiedziae, e nie wsid. W twoim stylu jest Bosch. Nie widz na nim twojej rki. Ty kochasz napany surrealizm i szesnastowiecznych holenderskich mistrzw. Ten okrt wyglda inaczej. Miaem mam malark, umiem rozpozna rk artysty, nawet takiego aosnego bohomaziarza jak ty. Ten okrt zrobi kto inny. - Chyba nie chcesz tam wle? - zapytaa Cyfral. - To puapka. - Co to za puapka? - Co ekscytujcego. Jak bystka na kocu yki. Co, co przycignie uwag kogo, kto szuka odpowiedzi i nie wie, co robi dalej. - Naprawd nie wiem. Wcznia przepada. Van Dyken yje. Kolczaste Serce zgin, ratujc mi ycie. Klska. - My yjemy. Reszta te. Stracie jednego, ale dwch wrcio. Mogo by gorzej. Drakkainen wsta i spojrza na wod. Mtniaa, jakby snu si po niej mleczny opar. Dugim pasmem od pomostu a do burty okrtu. Powierzchnia pokrywaa si pywajcymi bezadne igiekami lodu, ktre ukaday si na wodzie, zmieniay w cieniutkie pytki, czyy ze sob w lnic warstewk. A potem zamarza nagle ze piewnym, krysztaowym trzaskiem, czc pomost i okrt ciek lodu. Mrony podmuch uderzy go w twarz. - Vuko, nie... - poprosia Cyfral. Drakkainen usiad na krawdzi pomostu i ostronie postawi podeszw buta na wieym lodzie. Pokrywa zatrzeszczaa lekko, ale trzymaa. - Nie rb tego, to naprawd gupie - powtrzya Cyfral. Milcza i stawia ostronie krok za krokiem, wypuszczajc z ust ogromne kby pary. Wrka unosia si obok jego gowy z zacit min, towarzyszc mu w ponurym milczeniu, kiedy podchodzi do burty i ostronie podnosi lecych ludzi. Sztywnych, pokrytych kosmatym szronem niczym srebrnym mchem, z ktrego sterczay niewielkie lodowe kwiaty o delikatnych patkach i liciach, kruszcych si w py pod dotykiem jego doni.

Dwiga jednego po drugim, zesztywniaych w dziwnych, wykrconych pozach, lekkich jak puste skorupy, i przenosi na pomost. Sta potem nad nimi, grzejc donie pod pachami i patrzy w zamyleniu na okrt. Na stew z gow lodowego smoka o szczkach niczym wyszczerzone sople i wskich, gadzich oczach. Powierzchni potwora pokryway skomplikowane wzy wzorw oplotowych. Wtem rozlego si dziwaczne skrzypienie i usta jednego z trupw uchyliy si, wypuszczajc oboczek pary. Vuko skamienia, napotkawszy spojrzenie pokrytych szronem, zamroonych, bladych oczu. - Ohyda. - Zabrzmia dziwaczny gos, jak skrzypienie pkajcego lodu. Gos, ktry mwi po angielsku. - Tak, wygldao to ohydnie. - Gos kontynuowa monotonnie, jakby co czyta. - Lecz jeli czowiek znajdowa w sobie do odwagi, to musia w duchu przyzna, e jeszcze tli si w nas iskierka bdca odzewem na przeraajc szczero tej rozwrzeszczanej ohydy; mgliste podejrzenie, e jednak jest w tym jaki sens, ktry dociera do nas przez poprzez mrok pierwszych wiekw. - Kim jestemy my... - odezwa si drugi, skrcony jak obwarzanek, tak samo pokryty srebrzystym mchem i tak samo martwy - ...ktrzy zabdzilimy w te strony? Czy zawadnie nami ta gusza, czy te my zawadniemy ni? Jak przeraajco wielka jest ta niemota, ktra pewnie i gucha jest na wszystko...* Drakkainen sta i sucha w osupieniu, ale ciaa nie odezway si wicej. Podnis pierwsze z nich i poszed do grodu. Okrt koysa si milczco na wodzie, a smok na dziobie wbija gadzi wzrok w plecy odchodzcego zwiadowcy. *** Uczta odbywa si skromniej ni zwykle w takich razach. Bardzo czsto pijemy za pami Grunfa, dugo te debatujemy nad tym, co robi dalej. - W kocu znajdzie si sposb - mwi. - Wanie zamierzam go znale. Na razie siedcie tutaj. Brocie si. Polijcie po pomoc do innych ludzi. Powiedzcie im, e van Dyken nie zatrzyma si na Ziemi Ognia. Bdzie szed a do mijowego Garda. Nie spocznie, pki nie podpali caego wiata. eby zabi takiego Pieniarza, trzeba wicej pieni i potniejszych Pieniarzy. Przywioz sposb. Brocie si. A jeli nie da si inaczej, wsiadajcie na okrty i pycie std. Pieniarz zwany Aaken to moja sprawa. Przybyem tu, eby go zabi, i zrobi to. Tyle chciaem powiedzie.

- Dlaczego sysz twoje sowa tak, jakby si egna? - pyta Atleif. - Jeste mdrym czowiekiem. Powiniene wiedzie, e co tak trudnego jak to, co przedsiwzilicie, czasem si nie udaje. Pieniarz nie zgin. Mia szczcie. Moe wanie to znaczy by Pieniarzem, nie wiem. Ale wrcilicie. Zgin Grunf, mj sternik, lecz tylko on. Tylko on jeden. Paczemy nad nim, cho rwnie dobrze moglimy paka dzi nad wami wszystkimi. Wiedzielicie, e tak moe by. M musi umie znie klsk. Kady gupiec potrafi cieszy si ze zwycistwa, ale w yciu ponosi si te poraki. Wrd Ludzi Ognia masz dom, Ulfie. Jeste tu midzy swoimi. My nie szydzimy z odwanych, ktrym si nie powiodo. Jestemy oraczami morza. Wiemy, e raz si zwycia, a innym razem nie. - Syszysz w moich sowach poegnanie, bo rzeczywicie si egnam - odpowiadam. Czuj si okropnie, jakbym ich porzuca. - Nie na zawsze. Wrc tu, do Domu Ognia. Wrc i uwolni was od przekltego krla Wy. Domylam si, czym jest pusty lodowy statek, ktry stoi tu na jeziorze. Poznaem stew z gow smoka. Wiem, e zosta przysany po mnie. Dlatego jutro rano wsid na lodowy pokad. Musz. Tu, w Ziemi Ognia, nie ma ju pieni. Zabra je sobie krl Wy. Lecz s za morzami. Moe i w tym Lodowym Ogrodzie. Popyn wic i znajd tak pie, ktra pokona van Dykena. A wtedy wrc. Jak najszybciej. - Jeli nie przysa go krl Wy - rzecze Atleif - to z Lodowego Ogrodu si nie wraca. To miejsce przeklte, ktre poera ludzi. - Takie miejsca nie przysyaj po nikogo okrtw - mwi. - Przysa go czowiek. Przemwi do mnie sowami starej ksigi. Starej pieni o kim, kto znalaz si wrd dalekich lasw otoczony dzikimi ludmi i postanowi zosta midzy nimi bogiem. A potem oszala, bo czowiek nie potrafi by bogiem. A sam powiedziae, e niektrzy wracaj. Grunaldi wrci, o ile wiem. - To szalestwo! - woa kto. - Wszystko, co dzieje si teraz ze wiatem, to szalestwo. Ranek nadchodzi mglisty i jaki brudny, nadciga lekka odwil. Mga snuje si kbami nad poczerniaym, cikim niegiem. Wychodz przed bram, prowadzc Jadrana i niosc na ramieniu spakowane toboy. Furta jest otwarta, na play tum. Patrz na mnie w milczeniu. Id wrd wycignitych doni. Tak wiele ramion i karkw do ucinicia, tak wiele zdawionych w gardle sw.

Lodowy okrt stoi inaczej ni wczoraj. Wczoraj sta bokiem do play, a dzi rano ruf do przystani. Od desek pomostu na pokad znowu prowadzi lnicy, lodowy trap. Od okrtu nie wieje ju jednak zimnem, byszczcy ld trapu wydaje si niczym szko i nie topnieje pod ciepem doni. Jadran parska i trca moj rk nosem. Gadz go po szyi. - Nie musisz wchodzi na dziwny okrt - mwi mu. - Moesz zosta w stajni Ludzi Ognia. - Jadran i Vuko razem - buczy uparcie. Dobra, razem. Idziemy. Sysz omot krokw na deskach, odwracam si i widz nadchodzcych ludzi. Cign od grodu, wlok jakie wory i beczki. Na przedzie id Spalle i Warfnir objuczeni toboami, obaj z broni, ukami i caym rynsztunkiem. Prowadz konie. Chc, ebym poegna si z ich komi? - Co si dzieje? - Tamto - Spalle macha rk w kierunku tumu z pakami - to zapasy. Co chcesz je i pi w podry? A to nasze bagae. Pyniemy z tob. - Chcecie wej na lodowy pokad przekltego statku? Oszalelicie? Wczoraj spalilimy ludzi, ktrzy tylko si do niego zbliyli. Nie wiadomo, co si stanie. Moe powiezie mnie prosto do krla Wy? A moe do lodowego pieka? Nie pozwalam. - Wczoraj mwie, e ty pyniesz. e okrt mwi do ciebie sowami pieni i domylasz si, kto go przysa. Jestemy twoj druyn. Pieniarz wci yje, wic nie skoczylimy. Zaciskam szczki i nie wiem, co powiedzie. Czuj gul w gardle. - Przecie nie wiadomo, co mnie tam spotka. Wzrusza tylko ramionami. Na widok Grunaldiego z obwizan szmatami gow taszczcego siodo i jakie toboy opadaj mi rce. - A ty dokd? Powiniene lee i pi zioa. - A co ja jestem krowa, eby lee ca zim? Nale do tej samej druyny, co z tego, e oberwaem kamieniem? Moja gowa jest twardsza od kamieni. Morska podr tylko dobrze mi zrobi. Mam zreszt wasne sprawy do zaatwienia w Lodowym Ogrodzie. Nie zapominaj, e jedyny z was tam byem. Odwracam si, gdy kto trca mnie w policzek. Widz smuk do trzymajc dyndajcy na rzemieniu kamyk i bysk sarnich oczu.

- Zabraam ci amulet. A to znaczy, e nale do druyny tak samo jak tamci. Zgodziam si nie i do Ziemi Wy, ale to jest co innego. - Powariowalicie?! To nie jest wycieczka! Nawet nie wiem, czy dojd do burty ywy! Nie pozwalam! Stoj murem obok siebie, dzierc toboy, i patrz na mnie z tpym uporem. egnam si jeszcze z Atleifem. ciskamy sobie ramiona i karki. - Zrb co - warcz. - Jeste styrsmanem! To przecie twoja siostra. - Zabierz j std - szepce mi do ucha. - Nie musisz si z ni specjalnie cacka. I tak wiem, e bdzie z tob bezpieczniejsza ni tu. Znajd drog - dodaje. - Boh - odpowiadam po chorwacku. - Przesta - mwi Grunaldi. - Skoro ty moesz pyn i nie uwaasz si za szaleca, to my pyniemy z tob. Pjdziemy za tob albo bdziesz musia si z nami bi. Powiedziaem. Mrugam oczami, odwracam si i id bez sowa, trzymajc koski kantar w doni. To szok. Wbiem sobie do gowy, e popyn w nieznane sam, tylko w towarzystwie Jadrana, wic teraz nie mog zrozumie ani przyj do wiadomoci, co si dzieje. Czuj si pokonany. Niech pynie kto chce. Wchodzimy na lodowy trap. Nie jest nawet specjalnie liski. Wznosi si ukonie w kierunku otwartego luku w burcie, prosto w ciemno. W kompletn ciemno, w ktrej moe kry si wszystko. W samo jdro ciemnoci. W jej mroczne serce. Sysz tupot ng tu za mn i stukot kopyt. Wyruszamy.

Koniec tomu drugiego