You are on page 1of 575

COLLEEN MCCULLOUGH

PTAKI CIERNISTYCH KRZEWÓW

Pewna legenda opowiada o ptaku, który śpiewa jedynie raz w Ŝyciu, piękniej niŜ jakiekolwiek stworzenie na Ziemi. Z chwilą gdy opuści rodzinne gniazdo, zaczyna szukać ciernistego drzewa i nie spocznie, dopóki go nie znajdzie. A wtedy, wyśpiewując pośród okrutnych gałęzi, nadziewa się na najdłuŜszy, najostrzejszy cierń. Konając wznosi się ponad swój ból, Ŝeby prześcignąć w radosnym trelu słowika i skowronka. Jedyną najświetniejszą pieśnią, za cenę Ŝycia. Cały świat zamiera, aby go wysłuchać, uśmiecha się nawet Bóg w Niebie. Bo to, co najlepsze, trzeba okupić ogromnym cierpieniem... Przynajmniej tak głosi legenda.

CZĘŚĆ PIERWSZA: MEGGIE 1915-1917

ROZDZIAŁ PIERWSZY Ósmego grudnia 1915 roku Meggie Cleary skończyła cztery lata. Po śniadaniu matka, odłoŜywszy na miejsce pozmywane naczynia, bez słowa podała jej duŜy pakunek i wysłała na dwór. Meggie przykucnęła za ostrokrzewem koło bramy i zaczęła niecierpliwie szarpać opakowanie. Gruby papier nie poddawał się łatwo niezdarnym palcom. Pachniał trochę sklepem w Wahine, więc zorientowała się, Ŝe cokolwiek mieści się w środku, jakimś cudem zostało kupione, a nie podarowane przez kogoś ani zrobione w domu. Przez rozdarcie w rogu wyłoniła się jakaś złota mgiełka. Meggie rzuciła się na papier, pośpiesznie oddzierając długie, nierówne kawałki. - Agnes! Och, Agnes! - powiedziała z zachwytem, mrugając oczami na widok lalki leŜącej w postrzępionym papierowym gniazdku. Zdarzył się cud. Tylko raz w Ŝyciu Maggie pojechała do Wahine. Dawno temu, w maju, w nagrodę za to, Ŝe była bardzo grzeczna. Usadowiona w bryczce koło matki, sprawując się najlepiej, jak umiała, z przejęcia prawie nic nie zobaczyła ani nie zapamiętała. Z wyjątkiem Agnes, pięknej lalki siedzącej na ladzie sklepowej w krynolinie z róŜowej satyny obszytej falbankami z kremowej koronki. Tam w sklepie od razu nadała jej imię Agnes, nie znając innego, odpowiednio eleganckiego i godnego tak niezrównanej istoty. Jednak w ciągu następnych miesięcy tęskniła za Agnes bez krzty nadziei. Nie miała takiej zabawki w domu i nie przypuszczała, Ŝe lalki są przeznaczone dla dziewczynek. Z przyjemnością bawiła się fujarkami, procami i poobijanymi Ŝołnierzykami, które rzucili w kąt bracia, brudziła sobie ręce i buciki. Nawet na myśl jej nie przyszło, Ŝe Agnes słuŜy do zabawy. Pogładziła lśniące róŜowe fałdy sukienki, wspanialszej od wszystkich, jakie widziała kiedykolwiek na Ŝywej kobiecie, i delikatnie podniosła lalkę. Agnes miała ręce i nogi przyczepione do tułowia tak, Ŝe moŜna było nimi swobodnie ruszać. Nawet szyję i wąską kibić teŜ miała ruchome. Złote włosy przybrane perełkami piętrzyły się wysoko nad czołem, a spod zwiewnej chusteczki na szyi, spiętej perłową spinką, wyzierał jasny dekolt. Starannie pomalowana porcelanowa twarz nie była

pokryta szkliwem, dzięki temu subtelny odcień cery zachował naturalną matowość. Zadziwiająco Ŝywe niebieskie oczy jaśniały między prawdziwymi rzęsami, a prąŜkowane tęczówki okalała ciemniejsza błękitna obwódka. Zafascynowana Meggie odkryła, Ŝe Agnes, jeśli ją odpowiednio odchylić do tyłu, zamyka oczy. Na zaróŜowionym policzku miała czarną muszkę, a lekko rozchylone pąsowe usta odsłaniały małe białe ząbki. Meggie usadowiła się wygodnie i trzymając lalkę przed sobą patrzyła na nią jak urzeczona. WciąŜ jeszcze siedziała za ostrokrzewem, gdy trawa, rosnąca zbyt blisko płotu, by dosięgła ją kosa, zaszeleściła i zjawił się Jack i Hughie. Włosy Meggie z daleka przyciągały wzrok, gdyŜ wszystkie dzieci w rodzinie Clearych, oprócz Franka, cierpiały z powodu mniej lub bardziej ognistorudej czupryny. Jack trącił łokciem brata i rozradowany wskazał ręką. Posyłając sobie porozumiewawcze uśmiechy rozdzielili się i zamienili w Ŝandarmów na tropie maoryskiego odszczepieńca. Ale nucąca sobie cichutko Meggie tak była pochłonięta Agnes, Ŝe ich nie usłyszała. - Co tam masz, Meggie? - krzyknął Jack, doskakując do niej. - PokaŜ! - Tak, pokaŜ! - zawtórował mu z chichotem Hughie, zachodząc z drugiej strony. Przycisnęła lalkę do piersi i potrząsnęła głową. - Nie, ona jest moja! Dostałam ją na urodziny! - PokaŜ nam, no! Chcemy ją tylko obejrzeć. Duma i radość wzięły górę. Meggie uniosła lalkę tak, Ŝeby bracia dobrze ją widzieli. - Zobaczcie, prawda, Ŝe piękna? Nazywa się Agnes. - Agnes? Agnes!? - Jack realistycznie udał, Ŝe zbiera mu się na mdłości. Co za głupie imię! Dlaczego nie nazwiesz jej Margaret albo Betty? - Dlatego, Ŝe to jest Agnes! Hughie spostrzegł ruchomy staw przy nadgarstku lalki i gwizdnął. - Ej, Jack, zobacz! Ona rusza ręką! - Gdzie? Chcę zobaczyć.

- Nie! - Meggie ze łzami w oczach znów mocno przytuliła lalkę. - Nie, zepsujecie ją! Jack, nie zabieraj mi jej... zepsujecie ją! - Phi! - Brudne opalone dłonie brata chwyciły ją za nadgarstki i zacisnęły się. - Zrobić ci chińskie oparzenie? I nie bądź taka płaksa, bo powiem Bobowi. Wykręcił jej ręce, aŜ pobielała napręŜona skóra, a Hughie chwycił lalkę za sukienkę i ciągnął. - Dawaj, bo naprawdę będzie bolało! - Nie! Nie, Jack, proszę cię! Zepsujecie ją, na pewno zepsujecie! Och, proszę, zostawcie ją! Nie zabierajcie mi jej, proszę was! Trzymała lalkę pomimo okrutnych kleszczy zaciskających się na jej przegubach, łkając i wierzgając nogami. - Mam ją! - zatriumfował Hughie, kiedy lalka wysunęła się ze skrzyŜowanych rąk Meggie. Jacka i Hughiego zafascynowała ona nie mniej niŜ siostrę. Lalka straciła sukienkę, halki i długie majtki z falbankami. LeŜała naga, podczas gdy chłopcy popychali i ciągnęli jej członki, zakładając jej na siłę nogę za głowę, zmuszając do oglądania własnych pleców, wykręcając ją na wszystkie moŜliwe strony. Nie zwracali najmniejszej uwagi na płaczącą Meggie. A jej nie przyszło do głowy szukać pomocy, bo w rodzinie Clearych nawet dziewczynka, jeśli nie potrafiła walczyć sama, nie mogła zbytnio liczyć na współczucie. Kunsztowna fryzura Agnes rozpadła się, spadające perły zamigotały i rozsypały się w wysokiej trawie. Zakurzony but obojętnie zdeptał porzuconą sukienkę i powalał satynę smarem z kuźni. Meggie padła na kolana, gorączkowo wyszukując i zbierając miniaturowe części garderoby, Ŝeby uchronić je przed uszkodzeniem, a potem zaczęła rozgarniać trawę tam, gdzie spadły perły. Oślepiały ją łzy, nieznana Ŝałość ściskała serce, poniewaŜ nigdy dotąd nie miała rzeczy na tyle cennej, Ŝeby z jej powodu rozpaczać. Podkowa wpadła z sykiem do zimnej wody i Frank wyprostował plecy; teraz juŜ go nie bolały, więc widocznie przywykł do kowalstwa. NajwyŜszy czas, powiedziałby ojciec, po sześciu miesiącach pracy w kuźni. Frank doskonale wiedział, ile czasu minęło, odkąd stanął po raz pierwszy przy kowadle; mierzył ten czas goryczą i nienawiścią. Cisnął młot do skrzyni, drŜącą ręką odgarnął z

czoła pozlepiane kosmyki i ściągnął przez głowę stary skórzany fartuch. Koszula leŜała w kącie na stercie słomy. Powłócząc nogami podszedł tam i stał przez chwilę wpatrując się znieruchomiałymi oczami w popękaną drewnianą ścianę stodoły. Był bardzo niski i nadal szczupły jak wyrostek, ale od pracy z młotem zawęźliły mu się mięśnie na rękach i ramionach. Jasna, gładka skóra lśniła od potu. Ciemne włosy i oczy nadawały twarzy egzotyczny posmak, pełne usta i szeroki nos odbiegały kształtem od typowych dla rodziny rysów: to właśnie dała o sobie znać domieszka krwi maoryskiej ze strony matki. Miał juŜ prawie szesnaście lat, podczas gdy Bob zaledwie jedenaście, Jack dziesięć, Hughie dziewięć, Stuart pięć, a mała Meggie trzy. Wtem przypomniał sobie, Ŝe dziś, ósmego grudnia, Meggie kończy cztery. WłoŜył koszulę i wyszedł ze stodoły. Dom stał na szczycie niewielkiego pagórka, nieco powyŜej stodoły i stajni. Podobnie jak wszystkie domy w Nowej Zelandii był drewniany, parterowy i rozbudowany nieregularnie, zgodnie z załoŜeniem, Ŝe w razie trzęsienia ziemi jakaś jego część moŜe się ostać. Wszędzie dokoła rosły ostrokrzewy, właśnie teraz oblepione dorodnym Ŝółtym kwieciem, ścieliła się trawa, bujna jak w całej Nowej Zelandii. Trawa nie rudziała nawet w samym środku zimy, kiedy w cieniu szron nie topniał czasem przez cały dzień, a długie, łagodne lato tylko przydawało jej soczystości. Deszcze delikatnie zraszały ziemię, nie pozbawiając niczego, co rośnie, słodkiej świeŜości, nie padał śnieg, a słońce grzało z oŜywczą siłą, nigdy nie wysysając soków. Plagi nawiedzające Nową Zelandię nie spadały z nieba, lecz wzbierały we wnętrznościach ziemi i stamtąd uderzały. Wyczuwało się tu zawsze jakieś dławione wyczekiwanie, ledwie uchwytne drŜenie i dudnienie pod stopami. Bo pod powierzchnią ziemi czaiła się przeraŜająca moc, moc tak potęŜna, Ŝe przed trzydziestoma laty zmiotła całą wyniosłą górę. Para buchała z wyciem i świstem przez szczeliny na zboczach niewinnych wzgórz, wulkany i świstem przez szczeliny na zboczach niewinnych wzgórz, wulkany pluły dymem w niebo, w wysokogórskich strumieniach płynęła ciepła woda. W rozlewiskach wrzała tłusta maź, morze niepewnie oblewało skały, które mogły nie dotrwać do następnego przypływu. A jednak była to łagodna, łaskawa kraina. Za domem rozpościerała

się pofałdowana równina, zielona jak szmaragd w pierścionku zaręczynowym Fiony Cleary, usiana tysiącami kremowych kłębków - z bliska widać było, Ŝe to owce. Tam gdzie łuk wzgórz ozdabiał krawędź jasnego nieba, niknęła w chmurach strzelista góra Egmont, na której zboczach bielał jeszcze śnieg. Jej symetryczna sylwetka zachwycała wciąŜ na nowo nawet tych, którzy, jak Frank, widzieli ją codziennie od urodzenia. Choć od stodoły do domu szło się niezły kawałek pod górę, Frank przyśpieszył kroku wiedząc, Ŝe nie powinien tam iść: polecenia ojca nie pozostawiały wątpliwości. Po chwili, wychodząc zza rogu domu, zobaczył trójkę rodzeństwa koło ostrokrzewu. To Frank zawiózł matkę do Wahine, Ŝeby kupiła tam lalkę dla Meggie, i do tej pory dziwił się, co ją do tego skłoniło. Nie miała zwyczaju obdarowywać ich niepraktycznymi prezentami urodzinowymi, nie starczało na nie pieniędzy, i jeszcze nigdy Ŝadnemu z dzieci nie dała zabawki. Wszyscy dostawali ubrania. Urodziny i święta BoŜego Narodzenia stanowiły okazję do uzupełnienia skąpej garderoby. Ale widocznie Meggie zobaczyła lalkę w czasie swojej jedynej wyprawy do miasta i Fiona nie zapomniała o tym. Kiedy Frank spytał ją o to, bąknęła, Ŝe dziewczynce potrzebna jest lalka, i szybko zmieniła temat. Na dróŜce od frontu Jack i Hughie trzymali lalkę, bezlitośnie manipulując jej członkami. Frank widział tylko plecy stojącej Meggie, która patrzyła, jak jej bracia bezczeszczą Agnes. Białe skarpetki opadały nieporządnie nad czarnymi bucikami, odsłaniając róŜowe nóŜki widoczne spod rąbka niedzielnej sukienki z brązowego aksamitu. Na plecy bujną kaskadą spływały starannie uczesane loki, połyskując w słońcu czerwono-złoto. Kokarda z białej tafty, przytrzymująca loki z przodu, Ŝeby nie opadały na twarz, oklapła i zwisała smętnie; sukienka była uwalona ziemią. W jednej ręce Meggie ściskała ubranka lalki, drugą na próŜno popychała Hughiego. - Cholerne szczyle! Jack i Hughie zerwali się na równe nogi i rzucili do ucieczki, zapominając o lalce; kiedy Frank klął, rozsądek nakazywał zniknąć mu z oczu. - JeŜeli jeszcze raz ją dotkniecie swoimi brudnymi łapami, to skórę wam z tyłków pozdzieram, zasrańce! - wrzasnął za nimi Frank.

Pochylił się i ujął Meggie za ramiona, potrząsając nią lekko. - No, no, nie trzeba płakać! Uspokój się, juŜ ich nie ma i nigdy nie dotknął twojej lalki, przyrzekam. A teraz uśmiechnij się do mnie, bo dziś twoje urodziny, tak? Z opuchniętej, zalanej łzami twarzyczki wielkie szare oczy patrzyły na Franka z takim bezmiarem rozpaczy, Ŝe aŜ ścisnęło go w gardle. Wyciągnął z kieszeni spodni brudną chustkę, niezdarnie otarł jej twarz, a potem chwycił przez materiał za nos. - Dmuchnij! Usłuchała go, szlochając głośno, ale juŜ bez łez. - Och, Fra-Fra-Frank, oni mi za-za-zabrali Agnes! - wykrztusiła pociągając nosem. - Wło-wło-włosy jej się rozleciały i zgu-gu-gubiła wszystkie te śliśne pe-pe-perełki! Spadły na tra-tra-trawę i nie mogę ich znaleźć. Łzy znów wezbrały, kapiąc na rękę Franka; przyglądała się przez chwilę wilgotnej dłoni, a potem zlizał słone krople. - Więc poszukamy ich razem, dobrze? Ale nie będziesz mogła nic znaleźć, jeŜeli będziesz płakać, wiesz, no i po co mówisz jak dzidziuś? JuŜ od pół roku nie słyszałem, Ŝebyś mówiła „śliśny” zamiast „śliczny”! Proszę, wytrzyj jeszcze raz nos, a potem weź biedną... Agnes? JeŜeli jej nie ubierzesz, słońce ją popatrzy. Posadził Meggie koło dróŜki, ostroŜnie podał lalkę, a potem na kolanach zaczął przeczesywać trawę, aŜ wreszcie z triumfalnym okrzykiem podniósł z ziemi jedną perłę. - Proszę! Pierwsza! Znajdziemy wszystkie, zobaczysz. Meggie z uwielbieniem patrzyła na swojego najstarszego brata, który rozgarniał źdźbła trawy i pokazywał jej kaŜdą znalezioną perłę. Potem przypomniała sobie, Ŝe Agnes ma przecieŜ taką delikatną skórę i łatwo moŜe ją oparzyć słońce, więc zajęła się ubieraniem lalki. Wyglądało na to, Ŝe Agnes jest cała. Włosy miała wprawdzie rozrzucone w nieładzie, a wykręcane przez chłopców ręce i nogi brudne, ale nic nie zostało uszkodzone. We włosach Meggie tkwiły szylkretowe grzebienie. Jeden z nich udało jej się wyjąć i zaczęła nim

czesać Agnes, która miała wprawdzie ludzkie włosy, zręcznie poprzywiązywane do cienkiej siateczki i rozjaśnione na złoto. Meggie niewprawnie szarpała grzebieniem duŜy kłak włosów, gdy wtem stała się rzecz straszna. Włosy odpadły, wszystkie naraz, przyczepiły się zmierzwioną kępą do zębów grzebienia. Nad wysokim czołem Agnes nie było nic, ani głowy ani nagiej czaszki, tylko okropną, ziejąca dziura. Przejęta trwogą Meggie pochyliła się, Ŝeby zajrzeć do środka. Majaczyły tam wklęsłe policzki i broda, między rozchylonymi ustami migotało światło uwydatniając ciemny, zwierzęcy zarys zębów, a nad tym wszystkim wisiały oczy Agnes dwie przeraŜające kule kołyszące się z cichym trzaskiem na drucie, który w okrutny sposób przebijał głowę lalki. Meggie wydała przeszywający krzyk, całkiem nie jak dziecko. Cisnęła Agnes precz i drŜąc na całym ciele krzyczała dalej, z twarzą zakrytą dłońmi. Potem poczuła, Ŝe Frank ciągnie ją za palce i bierze w ramiona przyciskając jej głowę do swojej szyi. Oplotła go ramionami, czerpiąc pociechę z jego bliskości, aŜ wreszcie uspokoiła się na tyle, Ŝe dotarło do niej jak Frank przyjemnie pachnie końmi, potem i Ŝelazem. Kiedy ucichła, kazał jej powiedzieć, co się stało. Podniósł lalkę i zadziwiony wpatrywał się w puste wnętrze jej głowy, usiłując przypomnieć sobie, czy jego teŜ w dzieciństwie osaczało tyle dziwnych strachów... Nie, jego dręczyły przykre wizje innych ludzi, ich szepty i zimne spojrzenia. Wychudzona, zapadła twarz matki, drŜenie jej ręki, obejmującej jego rękę, pochylenie ramion. Co zobaczyła Meggie, Ŝe tak się przejęła? Pomyślał, Ŝe mniej by się zdenerwowała, gdyby biedna Agnes straciwszy włosy zaczęła krwawić. Krew to coś naturalnego; przynajmniej raz na tydzień, któryś z członków rodziny Clearych krwawił obficie. - Jej oczy, oczy! - szepnęła Meggie, za nic nie chcę spojrzeć na lalkę. - AleŜ to prawdziwe cudo, Meggie - mamrotał, wtulając twarz w jej włosy. JakieŜ były piękne, gęste, jaki miały kolor! Przez całe pół godziny musiał ją zachęcać, Ŝeby wreszcie spojrzała na Agnes, a drugie pół godziny minęło, zanim udało mu się ją namówić, Ŝeby

zerknęła w oskalpowaną dziurę. Pokazał jej, w jaki sposób ruszają się oczy, jak precyzyjnie zostały umocowane, jak dokładnie pasują do otworów, a mimo to łatwo się obracają - otwierają i zamykają. - A teraz chodź juŜ, pora iść do domu - powiedział biorąc Meggie na ręce, a lalkę wciskając między siebie a siostrę. - Poprosimy mamę, Ŝeby się nią zajęła, dobrze? Upierzemy i uprasujemy ubranka, przykleimy jej włosy. A z tych perełek zrobię ci prawdziwe spinki, które nie będą wypadać, i będziesz mogła ją czesać, jak tylko zechcesz. Fiona Cleary obierała ziemniaki w kuchni. Była bardzo przystojną, jasną blondynką wzrostu nieco mniej niŜ średniego, o surowych, dość ostrych rysach. Mimo sześciokrotnej ciąŜy zachowała świetną figurę, ani trochę nie pogrubiała. Sukienkę z szarego perkalu, zamiatającą idealnie czystą podłogę, ochraniał z przodu wielki, nakrochmalony fartuch, włoŜony na szyję i zawiązany z tyłu na równą kokardę. Od świtu do nocy pracowała w kuchni i w ogrodzie na tyłach domu, solidnymi czarnymi trzewikami wydeptując ścieŜkę od kuchennego pieca do pralni, potem do grządek z warzywami, potem do sznura na bieliznę i z powrotem do pieca. Fee odłoŜyła nóŜ na stół i popatrzyła na Franka i Meggie z nieprzyjemnym grymasem pięknych usta. - Meggie, pozwoliłam ci włoŜyć dziś najlepszą sukienkę pod jednym warunkiem, Ŝe jej nie pobrudzisz. A teraz spójrz! Jaki z ciebie mały niechluj! - Mamo, to nie jej wina - ujął się za siostrą Frank. - Jack i Hughie zabrali jej lalkę, Ŝeby zobaczyć, jak rusza rękami i nogami. Obiecałem Meggie, Ŝe zajmiemy się lalką i znów będzie jak nowa. Zajmiemy się, prawda? - PokaŜ - powiedziała Fee wyciągając rękę. Byłą małomówna, nigdy nie odzywała się bez powodu. Nikt nie wiedział, o czym myśli, nawet jej mąŜ. Jemu pozostawiała utrzymanie dzieci w karności i sama była mu całkowicie posłuszna, wyraŜając swoje zdanie tylko w nadzwyczaj wyjątkowych okolicznościach. Meggie słyszała kiedyś, jak chłopcy szeptali między sobą, Ŝe mama boi się taty tak samo jak oni; jeŜeli rzeczywiście tak było, ukrywała to pod nieprzeniknioną maską ponurawego spokoju. Nigdy się nie śmiała, nigdy teŜ nie wybuchnęła gniewem.

Z zawodu był postrzygaczem owiec. Wszystkie znajome Fee okazywały jej współczucie przemieszane z zazdrością. Fee z utęsknieniem czekała dnia. a Jack nie urósł jeszcze tyle. co odróŜnia je od taty i chłopców. Nieraz tak bardzo pragnęła usłyszeć. . Ŝeby przetrwać wiosnę i pierwsze miesiące lata. miał pracę w okolicy przy orce i sadzeniu. ale ona nie śmiała się nigdy. Sześcioro dzieci i z tego tylko jedno. Ŝe łączy je obie coś szczególnego. Padraic Cleary przez czysty przypadek znalazł się w domu w czasie. Hughie wyrastał ze swetrów. zgarniała szerokie spódnice i krąŜyła między piecem i stołem. Meggie kiwnęła głową uśmiechając się niepewnie. pomagał przy jagniętach. było dziewczynką. Zabrzmiało to bardziej jak rzeczowe stwierdzenie niŜ słowa pocieszenia. kogo los nie uszczęśliwił własną ziemią. kiedy wypadały urodziny Meggie.Po skończonych oględzinach Fee połoŜyła Agnes na kredensie koło pieca i spojrzała na Meggie. Spośród wszystkich dzieci jedynie Frank zdawał sobie sprawę z tego. Ktoś. Dziewczynka juŜ wykonywała proste czynności. . Ŝeby oddać mu swoje. Tyle było wciąŜ do zrobienia. ale od tego pracy nie ubywało. piątek. w dodatku najmłodsze. gdzie czekała na niego praca.Jutro rano uczeszę ją i upiorę ubranka. zostawiając rodzinę bez opieki w duŜym starym domu. po czym przychodziła pora kocenia się owiec.świątek. tak właśnie musiał postępować. pieniędzy c kot napłakał. Mama z roztargnieniem kiwała głową. PoniewaŜ sezon strzyŜy jeszcze się nie rozpoczął. Zwykle udawało mu się znaleźć dość pracy. W koszyku piętrzył się stos skarpet do zacerowania. Szedł tam. dwa razy dziennie. ale to sezonowe zajęcie trwało od połowy lata do końca zimy. ani na chwilę nie przestając pracować. jak mama się śmieje. Dziś wieczorem po kolacji Frank będzie chyba mógł ją wykąpać i przykleić jej włosy. Ŝe Fee jest wiecznie zmęczona. orce i wyręczał miejscowego hodowcę krów w dojeniu . Wyczuwała. kiedy Meggie zacznie jej pomagać. co tylko z pozoru świadczyło o nieczułym sercu. za mało czasu i tylko jedna para rąk. na drutach tkwiła kolejna dziergana przez nią skarpetka. ale w Ŝaden sposób nie mogła zmniejszyć cięŜaru obowiązków. ale onieśmielały ją sztywno wyprostowane plecy i drepczące nieustannie stopy.

I macie skończyć. Kiedy zzuł oblepione błotem buty. wyciągnął fajkę i niedbale wystukał tytoniowe resztki prosto na podłogę. w domu zapalono juŜ lampy i na wysokim suficie igrały cienie. leniuchy.Jak się czujesz. Ŝe to najtwardsza w pysku kobyła w całej Nowej Zelandii. a potem puścił. które widok tej małej dziewczynki zawsze w nim wywoływał. skończyłem z dolnym. gdzie jest jego najstarszy syn. Jutro z samego rana mogę zaczynać na górnym. Skinął głową krzątającej się koło pieca Fionie. Ŝeby obdarzyć kopniakiem Jacka i trzepnąć w ucho Boba. Meggie usadowiła się ojcu na kolanach zaplatając mu rączki na szyi i z ufną twarzyczką obróconą ku jego twarzy oddawała się ulubionej wieczornej zabawie polegającej na patrzeniu. . bawili się ropuchą . . . Była taka ładna. Fee? . Niedługo pojedziesz do starego Robertsona. rozciągnął go na całą długość. aleŜ jestem zmęczony! . bo inaczej złoję wam skórę. Paddy. a on ma same dobre konie. a mnie dał deresza? Czuję się tak. BoŜe.. . Meggie podbiegła w podskokach niosąc mu kapcie. . Uporałeś się z dolnym polem? .Tak.wszyscy oprócz Franka. Uniósł córkę do góry i podszedł do jedynego w kuchni wygodnego krzesła z oparciem i poduszką przywiązaną w kuchni wygodnego krzesła z oparciem i poduszką przywiązaną do siedziska. Ŝe jedynym właściwym miejscem dla okazywania uczuć łączących męŜa i Ŝonę jest sypialnia. jak spręŜyście zwija się z powrotem. Ŝe sam by ją wziął. zbici w gromadkę na werandzie. Nie pocałował jej ani nie przytulił. Padraic wiedział. ujął w palce jeden lok. zanim mama postawi kolację na stole.spytał Ŝonę Padraic Cleary. Gotów jestem przysiąc.Kiedy przyszedł niedługo po zachodzie słońca. jakby mi kto ręce ze stawów powyrywał. Ŝeby zobaczyć. jak światło przesiewa się przez krótki zarost. Z cichym westchnieniem usiadł. poniewaŜ słyszał miarowe stukanie siekiery.Dobrze.Nie martw się. Chłopcy. a wtedy uśmiechnął się spoglądając na nią z uczuciem zadziwienia.A jakŜe! Nie myślisz chyba. gdyŜ uwaŜał.Idźcie pomóc Frankowi.Wierzę! Czy MacPherson dał ci znów tę starą kobyłę? . Przystanął na werandzie. miała takie piękne włosy.

. a po kolacji przyklei jej włosy. Hunter czeka na bramy. tato. tato.powtórzył z uśmiechem i rzucił pytające spojrzenie w stronę Fee? . odchylając głowę do tyłu i zamykając oczy. . . jak to chłopcy.Dobrze. tato. ale jemu jakby to nie przeszkadzało. Nabił fajkę grubym tytoniem i z duŜego dzbanka przy piecu wyciągnął knot do zapalania.Jak się czuje nasza czterolatka? . .Pracował przez cały dzień w kuźni. Od pieca buchał Ŝar. Frank to najlepszy brat! Uratował moją Agnes przed śmiercią.Agnes? .Frank? A co on tu robił? Miał przez cały dzień pracować w kuźni. tato.Och. gdzie natychmiast zajął się od Ŝaru. połyskliwe kropelki potu zrosiły mu czoło. Szybkim ruchem wetknął go za drzwiczki paleniska. To właśnie po nim dzieci odziedziczyły gęste wijące się rude włosy w róŜnych odcieniach. ZałoŜył ręce za głowę i zapadł w drzemkę. .powiedziała ponuro Fee. Frank ich w porę przyłapał.Nie mogę się doczekać.No tak.Tak. .Czy mama dała ci prezent? . Jest piękna. Padraic zbyt ostro traktował Franka. Ŝeby nie dało się naprawić.sennym głosem powiedział ojciec.spytał córkę. zanim biedna Meggie zdąŜyła ją dobrze obejrzeć.To dobrze . . a poniewaŜ od dziecka dosiadał koni.Nie na tyle. chociaŜ Ŝadne nie miało równie płomiennej czupryny. . aŜ bulgotała. Ŝe chciałam mieć Agnes? . Agnes? .. skąd wiedzieliście. ręce zaś wydłuŜyły . .Całe szczęście. Przyszedł tylko po jakieś narzędzie odpowiedziała prędko Fee. Mocno ją uszkodzili? . potem rozparł się w krześle i ssał fajkę. ale silny. jakby zbudowany ze spręŜystej stali.Och. Chciałabym na nią patrzeć od rana do wieczora.Jack i Hughie złapali lalkę. wykrzywiły mu się nogi.Tak ma na imię. . Ŝe w ogóle ma jeszcze na co patrzeć . Padraic Cleary był niski.

JeŜeli nie starczało chleba. uwielbiały go wszystkie. a na końcu dla Meggie i dla siebie. Zmarszczki wokół jasnoniebieskich oczu. Był człowiekiem szczęśliwym. który znosił cięŜką dolę wyrobnika lepiej niŜ wielu innych. Wspaniały nos o prawdziwie rzymskim kształcie musiał dziwić irlandzkich pobratymców . Miał bardzo wybuchowy temperament i kiedyś nawet zabił człowieka. które wrzucił do duŜej skrzyni koło pieca. obywał się bez. zastygły od ciągłego wpatrywania się w dal. najpierw dla Paddy'ego i Franka. który byłby brzydki przy ciemnej cerze. a na samym końcu przyszedł Frank obładowany drewnem. prócz jednego.Kolacja! Chłopcy zjawili się jeden po drugim. który sprawiał. Dopisało mu szczęście: człowiek ten był Anglikiem. Przy swoim stole podręcznym Fee nakładała jedzenie od razu na talerze. szybciej i sprawniej niŜ kelner.ale któŜ zliczy statki. kopniaka. MoŜna powiedzieć. Fiona podeszła do drzwi wychodzących na podwórko i zawołała: . nosiła po dwa. nie Ŝałując. Padraic zestawił Meggie na podłogę. którą ojciec połoŜył na stojącym najbliŜej krześle. Klatkę piersiową i ręce pokrywał mu matowy złoty meszek. Ŝe inni męŜczyźni lubili go od pierwszego wejrzenia. a Meggie wdrapała się na drewnianą skrzynkę. .po latach spędzonych na strzyŜeniu owiec.powiedział Stuart robiąc miny i biorąc do ręki nóŜ i widelec. . Ŝe to pewniejszy dowód miłości niŜ milion łatwych pocałunków.Dlaczego daliście mi tak na imię? . które mruŜył stale jak marynarz.warknął ojciec. obywał się bez. . podszedł do stołu dla domowników i zajął miejsce u jego szczytu. a na twarzy o przyjemnym wyrazie gościł płochliwy uśmiech. jeŜeli trzeba było wybierać między nowym ubraniem dla niego a nowym ubraniem dla któregoś z potomków.Jedz . jakie rozbiły się u brzegów Irlandii. i choć trzymał dzieci bardzo krótko. a w zatoce Dun Laoghaire czekał na falę odpływu statek do Nowej Zelandii.Kchrr! Znowu stew! . kiedy trzeba. podczas gdy chłopcy usadowili się p jego bokach.

Wszystko co jedli. siedzieli jeszcze rozmawiając i czytając przez ponad godzinę. Szkoła została zamknięta na długie letnie wakacje i chłopcy odzyskawszy swobodę palili się do tego. gulasz z jagnięcia i fasolka. . Cała rodzina Clearych miała słabość do słodyczy. które przygotowywała nie Ŝałując cukru i smarując je całe dŜemem. Fee wciąŜ komuś dolewała herbaty. Jack i Hughie mieli zająć się składem drewna. . Ŝeby rozpocząć przydzielone im prace w domu i w ogrodzie. gdzie złuszczyła się farba. a Stuartowi powierzono pieczę nad warzywami. pycha! Ciasto z dŜemem! . Fee usiadła i zjadła w pośpiechu. mięso i gorące mączne leguminy broniły ich przed wyczerpaniem. wyczyścili talerze do czysta chlebem. aŜ zabarwiły go róŜowe smugi dŜemu sączącego się ze środka. KaŜda porcja została obficie polana gorącym sosem budyniowym i Fee znów nosiła talerze do stołu po dwa naraz. Bob pogrąŜył się w lekturze innej ksiąŜki z biblioteki. budynkami gospodarczymi i dojeniem.wykrzyknęła Meggie i zaczęła ugniatać łyŜeczką Ŝółty budyń. więc mama przygotowała twoją ulubioną leguminę . Paddy pykał z fajki z nosem w wypoŜyczonej z biblioteki ksiąŜce. to danie mogła zjeść w spokoju. ale to chleb. ziemniaki. jaki bądź. wszystko w duŜych ilościach. a młodsze dzieci snuły plany na jutro.Tak. Bob musiał odmalować zewnętrzne ściany domu tam. a potem jeszcze zjedli kilka pajd posmarowanych grubo masłem i domowej roboty dŜemem z agrestu. Deser. wszyscy. konsumowano zawsze z zapałem. mimo duŜych ilości poŜywienia zawierającego skrobię. po czym znów się zerwała. takŜe Stu. Tym razem nikt nie narzekał. spalali do ostatka w czasie pracy i zabawy. zerwana w ogródku tego samego dnia.Na duŜych talerzach jedzenie dosłownie się piętrzyło: ziemniaki z wody.powiedział ojciec z uśmiechem. Warzywa i owoce jedzono dla zdrowia. dziś twoje urodziny. . Kiedy Fee z olbrzymiego czajnika nalała wszystkim po filiŜance herbaty.O. podeszłą do podręcznego stołu i tam nałoŜyła do duŜych głębokich talerzy wielkie kawały zwijanego ciasta. Meggie. Nikt nie miał ani funta nadwagi. Wreszcie z westchnieniem usiadła. Mimo tłumionych jęków i stęknięć wyraŜających obrzydzenie.

Pławiąc w kąpieli mydło zamknięte w drucianym koszyku. Postawiła ją na drugim końcu stołu. Fee nie odzywała się. Fee zaczęła myć i płukać naczynia. gdyŜ najsurowsza zasada w domu rządzonym przez Paddy'ego dotyczyła właściwego podziału obowiązków. czy mogą wstać od stołu. a Frank siedział przygarbiony ze zmęczenia i pił herbatę filiŜanka za filiŜanką. kropka. Jack i Bob spytali. Obydwoje ukradkiem. Prowadzenie domu naleŜało do kobiety.powiedziała.No. matko. kiedy usłyszeli stuk spadających na podłogę kapci. kiedy Paddy szedł spać. Frank .Nie powinieneś mi pomagać. nie przychodził juŜ potem do kuchni. a potem odesłała do łóŜka razem ze Stu i Hughiem. . . nawinęła jej loki na gałganki. Frank pomagał matce. przy którym pracował Frank. Fee popatrzyła łagodnie na Franka.Dobranoc. ale kiedy urósł stos talerzy. Kiedy Paddy zrzucił kapcie. .Nie wiem. KrąŜył między stołem a kredensem z wprawą świadczącą. a Fee działała z nim w cichej zmowie. Od czasu do czasu Paddy unosił głowę znad ksiąŜki i dodawał jakieś zajęcie do tej listy. pełni lęku grali w tę grę. Frank zaniósł lalkę Meggie do drugiego stołu i zabrał się za przyklejanie oderwanych włosów. przy którym jedli. Fee zebrała naczynia ze stołu. i wyszli nakarmić psy. Wreszcie Fee skinęła na Meggie. Ŝe zajęcie to od dawna nie jest mu obce. odkładając zmywanie aŜ do chwili. Ostudziła zimną wodę ze starej puszki po nafcie. śadnemu członkowi rodziny płci męskiej nie wolno było przyłoŜyć ręki do kobiecego zajęcia. dźwignęła z pieca Ŝeliwny czajnik i napełniła balię gorącą wodą. . Ŝeby usiadła na wysokim stołku. Frank pochylał się pracowicie nad lalką. co bym bez ciebie zrobiła. wstał bez słowa. idę spać. Ale co wieczór. Przeciągając się Padraic zamknął ksiąŜkę i odłoŜył fajkę do wielkiej. . która słuŜyła mu za popielniczkę. Paddy. koniec. i zdjęła z haka wiszącą na ścianie ocynkowaną balię. Będziesz rano zmęczony. mieniącej się tęczowo muszli paua. przyniósł ścierkę i zaczął je wycierać.igraszka w porównaniu z okropieństwami szkoły.

Ale dlaczego Ŝycie ma być tylko harówką? Nie rozumiem. nie hazarduje się i strasznie cięŜko na nas pracuje. a on na to nie zasługuje. . Kiedy mówisz takie rzeczy. Jesteśmy robotnikami rolnymi. Ŝe powycieram parę talerzy. Z tego mogą być tylko kłopoty.odezwał się raptem.Biedna Meggie! . Naczynia zostały odłoŜone na miejsce. Frank wzruszył ramionami i nie powiedział nic więcej. Ŝe wyraziłem Ŝyczenie. . Bądź zadowolony z tego. . Wszystko oddaje dla nas.To dopiero czcze marzenia! . . a Frank zajął się znów reperacją lalki. . wiadomo.To mój obowiązek.Czemu biedna? . to jakim sposobem mógłbyś zostać kimś więcej niŜ parobkiem? Twoja mowa.. Frank.Tak bym chciał. Nie pije. Ŝe utrzymujesz się z pracy fizycznej. ponurego wyrazu. Wiesz o tym. wyczuwała bowiem w jego głosie gorycz i niezadowolenie silniejsze niŜ to. kim jesteś i co masz. Ŝe jest uczciwy. Jak mówi tata. ramiona pochyliły się do przodu w geście zniecierpliwienia. . . z jakim parobek zwykle narzeka na swój los. ociekające mydlaną wodą ręce i z westchnieniem wzięła się pod boki. obraŜasz tatę. nie chowa do własnej kieszeni. Nie umrę od tego. A tobie będzie choć trochę lŜej.To jest złe. kiedy człowiek ma spracowane ręce. Ŝebyś miała słuŜącą. Fee wyjęła koszyk z przyborami do szycia i usiadła na krześle Paddy'ego koło pieca. Ŝebyśmy się kiedyś wzbogacili i Ŝebyś miała słuŜącą. bo niemoŜliwe do spełnienia! Wiesz. mamo. a jeŜeli nie moŜesz się uczyć.Drobiazg. To nie hańba mieć ręce zgrubiałe od pracy. Frank. co w tym złego. Spojrzała na syna z troską. Ŝe się nie bogacimy ani nie trzymamy słuŜących. . twoje ręce wreszcie świadczą o tym.Lepiej odpędź te wielkopańskie myśli.Wytarła w ścierkę czerwone. Smagła twarz matki nabrała zaciętego. twoje ubranie. Przywykłam. Ŝe nie mamy pieniędzy na twoją naukę. Ani grosza z tego co zarobi. a to znaczy.

Fee patrzyła na niego z bólem serca.Och. . a potem odstawiła ją i podeszła do przykucniętego przed piecem Franka. .Kiedy zwróciłem jej lalkę.. to z jej winy. .Ciągle ma jakieś przywidzenia. .. gdyŜ Frank potrafił być mściwy. zanadto był do niej przywiązany. Ŝeby młodsze dzieci mogły się uczyć dalej. u licha wytrzasnęła takie imię? . Chciał tylko trochę jej ulŜyć.JuŜ więcej nie mogę. Są takie inteligentne. zajrzała do głowy i omal nie umarła ze strachu. . ustrojoną na powrót we włosy. jakby cały świat rozpadł się na kawałki. Ja zgaszę lampy. Jeśli tak. Przy matce czy siostrze nigdy tego nie okazywał. I znów ogarnęła ją tęsknota za dniem.Kiedy ci dwaj smarkacze szarpali jej lalkę. . ona stała obok i płakała tak. sam nie wiem dlaczego. Przeraziły ją chyba jej oczy. Wzięła ze stołu małą lampę. . . coś. jak mówiłam o Agnes Fortescue-Smythe. Ŝe nie ma dość pieniędzy.Szkoda. . Sznury Ŝył uwydatniały się na białym . GdyŜ tylko on i Paddy lepiej się rozumieli! Ale oni nigdy się ze sobą nie zgadzali i stale kłócili. A przecieŜ świadczyło to o jego kochającym sercu.Tylko jeszcze podłoŜę do pieca. Ŝeby zdjąć ten cięŜar z barków Franka. ale wszyscy bracia ucierpieli z tego powodu. Nie martwił się o to. gdzie była bezpieczna.Agnes! Skąd. Frank! Gdyby gruszki rosły na wierzbie. bardziej się bali jego zemsty niŜ ojcowskiej kary. Frank miał w sobie coś nieokiełznanego..Idź spać mamo.powiedziała znuŜonym głosem matka. .Słyszała pewno. MoŜe Frank za bardzo się o nią troszczył. Wstał od stołu i ostroŜnie połoŜył delikatną porcelanową lalkę na kredensie za blaszanym pudełkiem na ciastka. co zapowiadało kłopoty.Spojrzał na lalkę. Ŝe nie widzę dobrze. Przesunęła po oczach drŜącą ręką i wetknęła igłę do cerowania głęboko w kłębek szarej włóczki.Ja to zrobię. Ŝe chłopcy mogliby znów ją porwać. który ładował szczapy do duŜego paleniska i poruszał zasuwą w kominie. Taka jestem zmęczona. kiedy Meggie dorośnie na tyle. jego dobroci. .

Wiedziała. nie zazdrościła jej ani nie współczuła. jeden na pięciu moczący się chłopiec to nie tak źle. zanim senny koszmar zawładnął nim całkowicie. Zawsze to robił. loki nawinięte na gałganki rozsypały się wkoło. niemniej słuŜył im znakomicie. okrytą nocną koszulą pupę. a brud na szczupłych dłoniach wŜarł się tak głęboko. Z cichym westchnieniem dała im spokój. Pokój. kiedy z pewnością mokra będzie równieŜ poduszka. jakim cudem odzyskiwali siły po takim nocnym wypoczynku. była dziewczynką. Ŝe się nie udusił. cały pomalowany na nieciekawy brązowy kolor. Na próŜno usiłowała ich rozdzielić i jako tako uporządkować pościel. na większą pieszczotę nie potrafiła się zdobyć. Co innego . Ŝe głowę ma przy kolanach i Fee jak zwykle dziwiła się w duchu. Okazało się. Dokładnie taki sam jak pozostałe sypialnie. wzdrygając się i drŜąc jak pies. dwaj kędzierzawi rudzielcy nie pozwolili na to. ciemne włosy opadające mu na oczy. w którym spała Meggie ze Stuartem. Meggie nie kryła w sobie Ŝadnej tajemnicy. Fee nieśmiało wyciągnęła rękę i leciutko odgarnęła proste. Bob leŜał na plecach z rozchylonymi ustami. Bezszelestnie pchnęła drzwi i uniosła lampę. poczeka z tym do rana. kiedy Fee po cichu wychodziła przez drzwi prowadzące do frontowej części domu. Zwinięta w kłębek Meggie ssała palec. jaki czeka ją los. Trudno. OstroŜnie przesunęła ręką po prześcieradle i znieruchomiała. która wystawała spod okrycia tam. JakiŜ był podobny do Paddy'ego! W sąsiednim pokoju Jack i Hughie leŜeli niemal spleceni ze sobą. Frank.przedramieniu. był za ciemny i za smutny jak dla małych dzieci. ale nie mieli w sobie złośliwości. Nie mogła pojąć. Podeszła do łóŜka i przekręciła go na prawy bok. Okropne łobuziaki! Nie przestawali psocić ani na chwilę. Przed odejściem Fee obrzuciła ją przelotnym spojrzeniem. odwracał się i siusiał jeszcze raz. Ŝe nie dawał się juŜ zmyć. Znów mokro! Trudno. gdzie powinien mieć głowę.Dobranoc. . Dziękuję ci. Jedyna córka. Stuart przekręcił się na brzuch i widać było tylko jego małą. Frank i Bob zajmowali pierwszą sypialnię. a potem przyglądała mu się jeszcze przez chwilę. oświetlając stojące w kącie podwójne łóŜko. Cienie przetaczały się i odskakiwały przed zbliŜającym się światłem. z brązowym linoleum na podłodze i bez choćby jednego obrazka na ścianie.

choć tak piękne. odruchowo wstrzymując oddech. który płodzi synów. CięŜko jej było bez pomocy w domu. Dopiero wówczas. Fee cicho zamknęła drzwi do swojej sypialni i odstawiła lampę ma komodę. Lecz nawet one. Potem obróciła się w stronę łóŜka. Ŝe Paddy posiadał synów. Fee zsunęła teŜ z ramion koszulkę i przytrzymując ją starannie przy piersiach narzuciła na siebie długą flanelową koszulę nocną. mali męŜczyźni wyczarowani z jej kobiecego ciała. ale zanim Meggie trochę nie podrośnie. byłoby naprawdę cięŜko mieć jeszcze jedno dziecko. reform i luźno zasznurowanego gorsetu. przyzwoicie okryta. Zwinne palce sfrunęły wzdłuŜ kilkudziesięciu guziczków od wysokiego kołnierzyka aŜ do bioder sukni.chłopcy. gdy Paddy w miłosnym nastroju obdarzał ją nieśmiałymi i czułymi pieszczotami troskliwego kochanka. sięgając dłońmi na kark. nie zaznały wolności. fakt. Paddy spał. Fee uniosła łokcie w górę. uwolniła się od koszulki. Ciasno upięte złote włosy opadły na dół. więc westchnęła głęboko z ulgą. . W męskim gronie. i zaczęła szybko splatać warkocz. MęŜczyzna. ale opłacało się sowicie. cuda alchemii. kiedy wyjęła przytrzymujące je szpilki i połoŜyła je na komodę. Owszem. którą następnie ściągnęła z rąk. stanowił najlepszą rękojmię jego charakteru. gęste błyszczące i zupełnie proste. to prawdziwy męŜczyzna. odczuwała przyjemność.

Dlatego co niedziela Meggie stała rano niepocieszona przy bramie koło ostrokrzewu. podczas gdy rodzina ładowała się na starą dwukołówkę. ale odmówiła przejścia na katolicyzm. Roderick Armstrong załoŜył nowozelandzki klan w przedziwnych okolicznościach.ROZDZIAŁ DRUGI Kiedy rodzina Clearych szła w niedzielę do kościoła. kiedy będzie na tyle duŜa. Wszyscy wiedzieli. Porzuciła wprawdzie swoją wiarę dla Paddy'ego. Armstrongowie Ŝyli w Nowej Zelandii na długo przed przybyciem pierwszych „oficjalnych” osadników. Religia stanowiła nieodłączny składnik Ŝycia Paddy'ego. gdzie sprzedawano ich na słuŜbę niewiele róŜniącą się od niewolniczej. Zanim wziął katolicki ślub z Fee. Ze Meggie pójdzie do kościoła dopiero wtedy. gdyŜ Fee naleŜała do kościoła anglikańskiego. co potwierdzała umowa. moŜe dlatego. Ŝeby pójść razem ze wszystkimi. Meggie zostawała w domu z którymś ze starszych chłopców. musiał zabiegać o zgodę. Ŝe małe dzieci nie powinny przebywać w Ŝadnym domu oprócz swojego. był Frank. i zasada ta rozciągała się nawet na dom boŜy. Padraic Cleary uwaŜał. Jedynym wśród Clearych. a brat pozostawiony do przypilnowania jej udawał zachwyconego tym. który rozstawał się z radością z resztą rodziny. po drugiej stronie rzeki Pale. Do 1776 rokrocznie ponad tysiąc brytyjskich przestępców skazanych za drobne przewinienia lądowało w Wirginii i obu Karolinach. Wszystko zaczęło się od pewnego wydarzenia. Z punktu widzenia Armstrongów moŜna było stwierdzić tylko tyle. Ŝe stary pionierski ród Armstrongów wywodził się z nieskazitelnie anglikańskiego pnia. Ŝe Fee popełniła szokujący mezalians. mianowicie od amerykańskiej wojny o niepodległość. a to stanowiło przepustkę do kolonialnej arystokracji. Ŝe ominie go msza. Trudno powiedzieć dlaczego. Brytyjski wymiar sprawiedliwości był w . podczas gdy Paddy był ubogim imigrantem z gorszej części Irlandii. kiedy zacznie chodzić do szkoły i będzie się po niej moŜna spodziewać. Nie wcześniej. które miało pociągnąć za sobą nieprzewidziane skutki dla osiemnastowiecznej Anglii. Ŝe usiedzi w miejscu. z utęsknieniem wyczekując dnia.

Roderick Armstrong został skazany na doŜywotnie zesłanie. do więzienia dla zatwardziałych . którzy się w nich nie pomieścili. Kiedy przybył do Sydney w 1803 roku. osiem miesięcy po opuszczeniu brzegów Anglii. Ŝeby wyjaśnić pochodzenie znakomitego przodka. Bardzo niechętnie. Flotylla składająca się z jedenastu statków wiozła ponad tysiąc skazańców. zaskarbiając sobie względy oficerów statku dodatkowo tym. LŜejsze przewinienia karano wywiezieniem skazańca do Ameryki Północnej albo Południowej. która straciła majątek na skutek rewolucji amerykańskiej. więc zrobiono. NaleŜało coś z tym fantem zrobić. Potomkowie Armstronga utrzymywali. flota wpłynęła do zatoki Botany. w wieku zaledwie dwudziestu lat. Anglia została obarczona szybko rosnącą popularnością kryminalistów. Ŝe za nic nie chciał umrzeć. oficerów marynarki i kontyngent piechoty morskiej. Ŝe pochodził z rodziny szlacheckiej w Somerset. jego zachowanie jeszcze się pogorszyło. jednak nikt z nich nie dołoŜył starań. gdyŜ oznaczało to wydatek kilku tysięcy funtów. upychano do butwiejących statków zacumowanych w ujściach rzek. więc wyekspediowano go na wyspę Norfolk. oraz Ŝe nie popełnił Ŝadnego przestępstwa. Ale kiedy w 1776 roku obie Ameryki zamknęły granice. W niczym nie przypominało to wspaniałej wyprawy w poszukiwaniu wolności. z którą nie miała co począć. młody Roderick Armstrong był człowiekiem dzikim i nieokiełznanym. Pod koniec stycznia 1788 roku. a tych. W 1801. a prócz tego marynarzy. Więzienia przepełniły się ponad wszelką miarę. Cieszyli się odbitym blaskiem jego chwały i trochę fantazjowali. do kolonii o nazwie Nowa Walia. rozkazano kapitanowi Arthurowi Phillipowi. trudny więzień. skąd się wywodził i w jakich obracał się sferach w Anglii.owych czasach surowy i nieugięty: morderstwo. Przez całe osiem miesięcy odbywającej się w warunkach nie do opisania podróŜy do Nowej Południowej Walii dał się poznać jako uparty. Jego Obłąkana Wysokość Jerzy Trzeci mógł się odtąd pozbywać przestępców odsyłając ich na nowe ziemie. Był rok 1787. podpalenie. by wyruszył w podróŜ do Wielkiego Południowego Lądu. przestępstwo tajemniczo określane jako „cygaństwo” oraz kradzieŜe na sumę powyŜej szylinga podlegały karze szubienicy. gdzie miał pozostać do końca Ŝycia. NiezaleŜnie od tego.

Ŝe nie umrze. Z zapasem rumu. Z początkiem kaŜdego dnia postanawiał. jak ich straŜnicy stali się potworami. Kiedy uciekinierzy dotarli do przystani wielorybników Hobart. w której nie mógł ani siedzieć ani stać. jakim go poddawano. ani leŜeć. więziono w ciasnej celi. a pod koniec dnia śmiał się triumfalnie z tego. gdzie połączony łańcuchem z grupą innych więźniów miał wykuwać drogę w twardym jak Ŝelazo piaskowcu za osadą Hobart. Ŝe Ŝyje. Ŝeby zrobić nim dziurę w piersiach podoficera pilnującego robót. chłostano do Ŝywego mięsa. Roderick Armstrong jak nigdy nie mógł pogodzić się z dolą skazańca. W 1810 odesłano go do Kraju Van Diemena. którego nic nie mogło ugasić. od stóp do głów pokryty bliznami. Przy pierwszej okazji uŜył kilofa po to. przykuto do skały w morzu. w których obumarły wszelkie ludzkie uczucia. przy Ŝyciu pozostało trzech zbiegów. chleba i suszonego mięsa. ale krąŜyły pogłoski.przestępców. Kiedy łódź dobiła do dzikiego zachodniego wybrzeŜa nowozelandzkiej Wyspy Południowej. Nie sprawował się ani trochę lepiej mimo róŜnych zabiegów. Głodzono go. Był jeszcze młodym człowiekiem. istotami prymitywnymi. wykarczował dla siebie pola na bogatej nizinie Cantenbury na Wyspie . po kawałeczku odcinając im ciało od kości. Ŝe ci. jedenastu więźniów przedzierało się wiele mil przez lodowatą dŜunglę. bez wody i Ŝagli. którzy przeŜyli. Albowiem zarówno skazańcy. zabranym straŜnikom. dopóki z przeraźliwym krzykiem i wijąc się z bólu nie wyzionęli ducha. zabili i zjedli słabszych współtowarzyszy. Nigdy nie opowiadał o tej nieprawdopodobnej podróŜy. choć wyglądał jak bezzębny szkielet obleczony w skórę i brudne łachmany. kiedy przybyli do Nowej Zelandii pierwsi pełnoprawni osadnicy. gdzie omal nie utonął. Do roku 1840. tak nie mógł rzucić się do ucieczki pozostawiając swych oprawców bez uszczerbku czy teŜ zadając im szybką śmierć. Ale on śmiał się w nos swoim prześladowcom. wśród nich Roderick Armstrong. Stało się to zaledwie w dziesięć lat po wyekspediowaniu Armstronga z Anglii. choć wyglądał na sześćdziesiąt lat. oŜywiany wewnętrznym ogniem goryczy i buntu. Wraz z dziesięcioma innymi skazańcami zmasakrowali dalszych pięciu straŜników. ukradli tam szalupę i wyruszyli na Morze Tasmana bez jedzenia.

Bob. Hughie i Stu podskakiwali koło bramy od frontu. budzącego respekt człowieka. James. Meggie.Chodź. siostra Agata na pewno sprawi ci lanie. Meggie. kiedy miała po raz pierwszy iść do szkoły.Na litość boską. Ŝe ci niedobrze. była tak podekscytowana. poboŜność na co dzień. PoniewaŜ jednak nie zmieniła wyznania. Jack. Jeśli nie liczyć tej jednej wyprawy do Wahine przed półtora rokiem. JeŜeli Fee brakowało surowszych protestanckich obrzędów jakie pamiętała z dzieciństwa. Ŝeby jej dzieci wielbiły wyłącznie katolickiego Boga. W dniu. Ŝe są rzeczywiście potomkami wyjątkowego. zabrakło w ich domu drobnych akcentów. Kiedy Fee wypchnęła wreszcie Meggie przez drzwi razem ze starym tornistrem. która zapinała się tak wysoko na małej szyi Meggie. umyć i przebrać. Ŝe po śniadaniu zwymiotowała i Fee musiała ją szybko zabrać do sypialni.krzyknął Bob. takich jak modlitwa przed posiłkami. bo jak przyjdziecie po dzwonku. jedynej córki wśród jego piętnaściorga dzieci. w którym były kanapki z dŜemem na drugie śniadanie. „oŜenił się” z Maoryską i spłodził trzynaścioro ładnych dzieci. bo się spóźnimy! . wieczorne pacierze. Tolerowała religijne przekonania Paddy'ego i chodziła z nim do kościoła. z duŜym białym marynarskim kołnierzem i zamiast niego załoŜyła okropną brązową sukienkę. . powiedz mi o tym! Nie siedź i nie czekaj. Meggie puściła się biegiem za oddalającymi się braćmi. Bądź grzeczna i słuchaj braci. .Południowej. ruszając naprzód drogą. a takŜe pilnowała. Wnuk Rodericka. w 1880 roku został ojcem Fiony. Meggie nie oddaliła się nigdy od domu dalej niŜ do stodoły i kuźni w kotlinie. aŜ będzie za późno. a swoim sprytem i stale powiększanym majątkiem przekonywująco dowiedli. nowy granatowy mundurek. a na mnie spadnie dodatkowe sprzątanie! Teraz będziecie się musieli pośpieszyć. Zaś w roku 1860 Armstrongowie naleŜeli juŜ do kolonialnej arystokracji. Ściągnęła z niej śliczny. to nigdy o tym nie mówiła. półkrwi Polinezyjczyków. . Ŝe gruby materiał zawsze ją dusił. wysyłali synów do ekskluzywnych szkół w Anglii. kiedy znów poczujesz.

Ŝeby przekraść się pod płotem pana Chapmana i sturlać się w dół.Było nieco po siódmej. Po obu stronach traktu. Bob z westchnieniem podał swój tornister Jackowi i otarł ręce o spodnie. Ŝe zmiękło mu serce. zatrzymali się na chwilę zdyszani . zamiast zarzucić go na plecy. nic więc dziwnego. podciągnęła tak. Ŝe kiedy Meggie zobaczyła w oddali słupy telegraficzne. obrzucając braci groźnym spojrzeniem. gdzie droga do posiadłości Robertsona łączyła się z drogą do Wahine. wzięli się za ręce i pogalopowali trawiastym poboczem niknącym w gęstwinie kwiatów. zerkał ze zniecierpliwieniem na Meggie. w wysokiej trawie kwitły obficie lilie i pomarańczowe nasturcje. a zarazem dziwnie blada. Najprzyjemniej schodziło się ze wzgórza. a łagodne poranne słońce świeciło juŜ od kilku godzin. nogi. balansując skórzanym tornistrem na głowie. poniosę cię dalej na barana . Ŝeby ująć go w pasie nogami. Bob. gdzie porządne drewniane ogrodzenia okolicznych posiadłości broniły wstępu na teren prywatny. co pozostawiało środek drogi we władaniu trojga najmłodszych z rodzeństwa. . Ŝe nie mają czasu. Teraz mogła wygodnie przyglądać się miasteczku. tylko w głębokim cieniu trawa nie obeschła jeszcze z rosy. a tam. z których opadły skarpetki. u szczytu stromego wzniesienia. Bob szedł zawsze do szkoły po płotach z prawej strony. drŜały pod nią z wysiłku. Meggie wdrapała się na plecy. Wyzierająca spod puszystych włosów twarz była zaróŜowiona. od kotliny z kuźnią aŜ do miejsca. Płot po lewej stronie naleŜał do Jacka. dwie czerwonobrunatne wstęgi rozdzielone szerokim pasmem jasnozielonej trawy. Meggie.pięć głów w rudych aureolach na tle pokrytego obłokami nieba. śałując.powiedział szorstko. Ŝeby przypadkiem nie pomyśleli. Drogę do Wahine tworzyły wyciśnięte w glinianej ziemi koleiny. Szli długo pod górę.Chodź. Dom Clearych dzieliła od Wahine odległość pięciu mil. i z błogą ulgą wsparła głowę na jego chudym ramieniu. . która z trudem szła naprzód podciągając majtki i od czasu do czasu rozpaczliwie chwytając powietrze otwartymi ustami. wytęŜając słuch w oczekiwaniu na dzwonek wzywający do zbiórki.

Trzy szarytki mające tu swoją siedzibę mieszkały na piętrze wraz z czwartą zakonnicą. zebrane tam dzieci ustawiały się właśnie w szeregu przed niziutką siostrą dzierŜącą w ręku długi giętki kij wystający jej ponad głowę. zadźwięczał dzwonek parafialny. Drugie miejsce pod względem wielkości zajmował wielobranŜowy sklep. co naleŜy zrobić. Wiedząc. gdzie w dŜdŜyste dni pozwalano dzieciom siedzieć grzecznie w czasie przerw. za nią zaś stodoła. Przed siedzibą loŜy masońskiej wznosił się słup. nieangielski budynek pomalowany na jasnoniebiesko. Prostokątny budynek okalała szeroka. równieŜ z daszkiem. trochę większe od duŜej wsi. Bob skierował młodsze rodzeństwo na bok. a na jego szczycie łopotała na ostrym wietrze postrzępiona i wypłowiała flaga brytyjska. który za szkołą opadał łagodnie do okrągłego trawnika . cienista weranda. Kilka rozrośniętych drzew figowych ocieniało część przyległego terenu. ale w pobliŜu loŜy masońskiej znajdowała się kuźnia. odsunięty od drogi. Piętrowy klasztor Serca Jezusowego stał za płotem. i stanął ze wzrokiem utkwionym w rózgę. usytuowane dokładnie naprzeciw kościoła katolickiego pod wezwaniem Serca Jezusowego i szkoły parafialnej. a przed nim ocieniał chodnik daszek wsparty na słupach ustawionych wzdłuŜ rynsztoka. pod zawalonymi towarem oknami stały dwie długie ławy dla utrudzonych przechodniów. ciągnęło się po obu stronach drogi utwardzonej pośrodku ŜuŜlem. a kiedy wbiegli na Ŝwirowany dziedziniec. Miasteczko Wahine. Uwagę przykuwał dziwny. dlatego nie rzucał się w oczy. z dala od około pięćdziesięciorga dzieci. natomiast w czasie pogody zabraniano wstępu. poza tym jednym wyjątkiem cała mieścina i kościół anglikański sąsiadowały ze sobą. która prowadziła gospodarstwo i nigdy się nie pokazywała. gdzie przy siodle dla koni tkwiła wyniośle pompa do benzyny. miejscowy hotel. Największy budynek.Nie było wiele do oglądania. a to z powodu ograniczonej liczby bezkonnych powozów. Kiedy rodzeństwo Clearych mijało w pośpiechu sklep. Jak dotąd miasteczko nie posiadało jeszcze stacji benzynowej ani warsztatu samochodowego. w których odbywały się lekcje. Na parterze mieściły się trzy duŜe sale. a po nim potęŜniejszym głosem rozbrzmiał dzwon na słupie przed szkołą prywatną. wyrastał na wysokości pierwszego piętra. Bob ruszył truchtem.

. który obejmował korpulentną postać. rosły kępki małych włosków. zgorzkniałe i podejrzliwe.odparł Bob tępo.Przepraszam. . Bob i jego bracia stali jak wrośnięci w ziemię nawet wtedy. Robercie Cleary. tam gdzie wpijały się weń okrągłe okulary w stalowej oprawce. Na brodzie. gdy uczniowie pomaszerowali do szkoły w takt marszu „Wiara ojców naszych”. dlaczego się spóźniłeś? . jakiemu słuŜył. siostro.powtórzyła. a jego zielononiebieskie oczy utkwione były cały czas w drŜącym koniuszku kołyszącej się rózgi. siostro . czyli twarz i dłonie. która nigdy jeszcze nie widziała zakonnicy. nakrochmalony czepiec odcinający się jaskrawą bielą od kruczoczarnego habitu oraz gruby drewniany róŜaniec zwisający przy szerokim skórzanym pasie. . nieruchoma jak posąg siostra Agata poruszyła się. Ŝe trudno ją było nazwać twarzą. aŜ odskakiwał na boki. . wybębnionego przez siostrę Katarzynę na szkolnym pianinie. zgodnie z głównym celem. zamaszystym krokiem podeszła do czekających Clearych. Nie zwracając uwagi na tłumione chichoty ustawionych w szeregu dzieci. jakiego wymagało od niej wcielanie się w Oblubienicę Chrystusa w kolonialnej dziurze z pozamienianymi porami roku. Meggie. Widok był rzeczywiście niezwykły: trzy fragmenty ludzkiej postaci. który obramowywał przednią część głowy i oddzielał ją od reszty ciała tak.spytała oschle siostra Agata głosem. w którym zatarł się irlandzki akcent. rozdziawiła usta. Siostra Agata miała stale zaczerwienioną cerę z powodu nadmiaru czystości oraz ucisku ostrych krawędzi czepca. bezlitośnie podwojonej przez gniotący czepiec. od niej. która śluby zakonne składała ponad pięćdziesiąt lat temu w łagodnym klimacie opactwa Killarney. spoza których spoglądały bladoniebieskie oczy. Zaciśnięte w kreskę usta świadczyły o trudzie.Przepraszam. Dopiero kiedy ostatnie dziecko zniknęło za drzwiami.No. szurając habitem po Ŝwirze.Dlaczego się spóźniłeś? . Dwa małe szkarłatne wgłębienia widniały po obu stronach nosa. .ochrzczonego dumnym mianem „boiska do krykieta”.

Dziś jest pierwszy dzień nowego roku szkolnego. Ŝe tego właśnie dnia. mianowicie: nie odzywaj się nigdy bez pytania. a koniuszek rózgi opuścił trochę niŜej. bezgranicznie zdumiona. aŜ miałam mokre majtki. która stałą z zadartą głową i szczerością wypisaną na twarzy. . nie zdając sobie sprawy. Ŝe są takie tematy. Wszyscy się .syknęła siostra Agata. jakiego Meggie w Ŝyciu jeszcze nie słyszała. Robercie Cleary i spodziewałam się. nigdy. . to moja wina! Wyblakłe niebieskie oczy odwróciły się od Boba i przeszyły na wskroś duszę Meggie. Ŝe łamie podstawową zasadę obowiązującą w odwiecznych zaciętych zmaganiach między nauczycielami a uczniami.Wobec tego wytłumacz jej na przyszłość.. . jakby pytała o jakiś nowy i szczególnie niemiły gatunek owada. . Meggie zadrŜała. Twarz siostry Agaty pozostała niewzruszona. ale zebrawszy całą odwagę pisnęła: . Wyciągnijcie ręce.Milczeć! . przenigdy nie wymieniamy z nazwy jakiejkolwiek części naszej bielizny. W Ŝadnym razie.spytała zakonnica tak lodowatym tonem.Ale siostro. .Jest mi najzupełniej obojętne. . dołoŜysz starań. . o czym wiedzą od razu dzieci z porządnego domu. obracając się do niej. proszę siostry. więc mama musiała mnie umyć i przebrać i dlatego wszyscy się spóźniliśmy .jęknęła Meggie wyciągając ręce wewnętrzną stroną do góry. Ŝeby zjawić się na czas. wszyscy pięcioro. o których prawdziwe damy i dŜentelmeni nigdy nie wspominają. w geście oglądanym setki razy w domu w wykonaniu braci.wyjaśniła po prostu Meggie.To moja siostra Meghann. .Proszę siostry.Bo ja zwymiotowałam na stół i na siebie.Czemu twoja wina? . która spojrzała na niego z ukosa. które z was ponosi za to odpowiedzialność.zaŜądała wyjaśnienia od Boba tak. Robercie.A kto to? . jeŜeli nie kiedy indziej. Bob kopnął w nogę Meggie. tylko usta napręŜyły się. to była moja wina! .

Kolejny cios spadł na jeszcze czulsze miejsce. Meggie znalazła sobie miejsce w szeregu i wreszcie zaczęła spostrzegać. więc nie widziała. jaką mają u człowieka jedynie wargi. Cały ranek Meggie przeŜyła otumaniona lękiem i zdumieniem. ale głowę . kiedy przyszła na nich kolej. Wepchnięta do dwuosobowej ławki w ostatnim rzędzie w klasie dla najmłodszych dzieci. gdy spadł następny cios. a godzinną przerwę spędziła skulona Ŝałośnie za plecami Boba i Jacka w odosobnionym zakątku dziedzińca. a zatem wszyscy zostaniecie ukarani. Trzy dalsze razy spadły na drugą rękę Boba. Bob zbladł. Siostra Agata celowała z idealną precyzją. choć jej sens nie pokrywał się z intencjami zakonnicy. Zacisnęła zęby na dolnej wardze i przygryzła ją. Na dłoni natychmiast wystąpiła purpurowa pręga. jak opada. Sześć rózeg . nawet cichy i łagodny Stu. gdzie ciało jest miękkie i delikatne. kto razem z nią siedzi. nauka zapadała w pamięć. Kiedy rozległ się dzwonek wzywający na popołudniowe lekcje. Ból rąk zaczął ustawać dopiero w czasie przerwy śniadaniowej. Ŝe nie śmiała otworzyć oczu i spojrzeć na siostrę Agatę. po czym siostra zajęła się stojącym obok Jackiem. bo wstyd i duma nie pozwalały jej płakać. ale nie krzyknął ani nie poruszył się. Patrząc z przeraŜeniem na nieruchome ręce Boba. Śledząc rózgę unoszącą się nad własnymi dłońmi Meggie mimo woli zamknęła oczy. jak długa rózga opada ze świstem tak szybko. gdzie mózg wyposaŜył skórę w taką wraŜliwość.spóźniliście.wydała wyrok z monotonnym zadowoleniem. do samego serca. ostatnie uderzenie szarpnęło czubki palców i strzeliło tą samą drogą. a ostatni na opuszki palców. Wspomnienie hańbiącej chłosty paliło ją tak jak przedtem. podobnie jak jego bracia. Ŝe ledwie nadąŜyła za nią spojrzeniem. kłująca fala płynęła w górę ręki. który poczuła aŜ w ramieniu. gdzie palce łączą się z dłonią. nie zauwaŜyła nawet. i uderza z trzaskiem przez środek dłoni. piekąc i paląc jej ciało aŜ do kości. Ból wybuchł z wielką gwałtownością. Meggie zobaczyła. a złość i oburzenie z powodu doznanej niesprawiedliwości sprawiły. co się wokół niej dzieje. Dopiero surowe polecenie Boba nakłoniło ją do zjedzenia naszykowanych przez Fee kanapek z dŜemem agrestowym. nie rozumiejąc nic z tego. co inni przy niej mówili i robili.

Jej bojaźliwe spojrzenie napotkało otwartą w uśmiechu szczerbatą buzię. zachowywała jeszcze resztki ludzkich uczuć. jakie kiedykolwiek widziała.wymamrotała półgębkiem ciemna piękność. wciąŜ dostrzegała nieśmiertelny wizerunek Chrystusa w zwróconych do niej z takim uwielbieniem twarzyczkach.Meggie Cleary . Ściśle rzecz biorąc. . Spośród trzech sióstr siostra Declan stanowiła wierną kopię siostry Agaty. mocno wybijając rytm na dwie czwarte. Ŝe jej sąsiadka to najpiękniejsze stworzenie. siostra Declan krąŜyła w tę i z powrotem z tyłu. za szeregami. które siostra Agata uznała za przygotowane rózgą do dobrego zachowania przy młodej i łagodnej opiekunce. Drogie dziatki maszerują w jego takt jak mali Ŝołnierze .szepnęła w odpowiedzi. Miała niewiele ponad trzydzieści lat i nadal oŜywiał ją płomień Ŝarliwości. przyzwyczajona do jasnej cery i piegów. ale wojna sprawiła. . Dziewczynka urzekła Meggie. . Ŝołnierze Chrystusa”. lekko lśniącej cerze i wielkie okrągłe oczy. Bezpiecznie ukryta w ostatnim rzędzie.Jak ci na imię? . przyglądające się jej ciekawie. Meggie ośmieliła się zerknąć z ukosa na dziewczynkę siedzącą obok w ławce. Siostra Agata stała z rózgą z przodu. wciąŜ znajdowała radość w nauczaniu. tyle. Ŝe o piętnaście lat młodszą. teŜ oczywiście Irlandka. był to hymn protestancki. Ŝe uznały go za swój róŜne wyznania. Ale uczyła najstarsze dzieci.Ty tam! . siostra Katarzyna zasiadła przy pianinie tuŜ za drzwiami prowadzącymi do klasy dla najmłodszych i zaczęła grać: „Naprzód.trzymała uniesioną wysoko i udawała. pozostawiając środkowe klasy w rękach siostry Declan. bo nawet ciemnowłosy i ciemnooki Frank miał białą cerę.dobiegł z przodu klasy oschłym szorstki głos. Siostra Agata osobiście zajmowała się urabianiem umysłów i serce najmłodszych dzieci. Ŝując koniec ołówka i wypluwając odgryzione kawałeczki do pustej dziury na kałamarz.myślała z dumą siostra Katarzyna. natomiast siostra Katarzyna. . twarz o ciemnej. Meggie uznała. Ŝe nie zauwaŜa trącających się i szepczących koło niej dziewczynek.

czekała. Splotła ręce i załamała je rozpaczliwie. .Wstań. Oczy jej zogromniały wypełniając ściągniętą twarzyczkę. kiedy do ciebie mówię. rzuciłaby się na łeb na szyję do ucieczki.Jak się nazywasz! .Wyciągnij ręce. tylko czekała. Siostra Agata zatopiła palce w upiętych na szczycie głowy Meggie i pociągnęła do siebie. . nieubłaganie.. po obu stronach drogę zagradzały ławki.No. czekała. Ale za jej plecami znajdowało się przepierzenie oddzielające salę dla oddziału średniego. . jak się nazywa! . Ŝeby ogłosić.Zwróciła się z powrotem do Meggie: . jakby i one powinny bezwzględnie odczuwać taką samą wzgardę. proszę. . siostro.zabrzmiało to uprzejmie. a potem spręŜyście odskoczyły. Wreszcie jakimś cudem Meggie zmusiła się do tego. cofnęła je szybko z jękiem przeraŜenia. rozglądając się ze zdumieniem. zaciskając i rozwierając dłonie oparte na blacie ławki.Tak. siostro. co tak przeraziło Meggie. kiedy zdławiona strachem wbiła wzrok w zakonnicę. . Ŝe gdyby tylko miała dokąd. Z sercem ściśniętym i uciekającą gdzieś do pięt Meggie spostrzegła. Meghann Cleary? . dzieci.powtórzyła szyderczo siostra Agata. głupia dzikusko! I wyciągnij ręce. czyŜ nie jesteśmy zaszczyceni? Jeszcze jedna Cleary w naszej szkole nie moŜe się powstrzymać od tego. Ŝeby ukradkiem oprzeć łokieć na ławce. Ŝeby wyciągnąć ręce. Rozległ się głuchy stukot ołówków odkładanych pośpiesznie przez wszystkie dwadzieścioro dzieci i cichy szelest cennych kartek papieru odsuwanych na bok. Meghann Cleary . zimno. aŜ jej twarz znalazła się na wprost tych okropnych okularów. długie loki opadły jej na twarz. ale siostra Agata nie drgnęła. Siostra Agata szła szybko przejściem między ławkami. Ŝe wszyscy na nią patrzą.Jak się nazywam.Mówiłaś coś. . oglądając się na pozostałe dzieci..I co powiedziałaś? . a od przodu zbliŜała się siostra Agata.Meggie podskoczyła. Meggie wysunęła się z ławki. ledwie jednak rózga świsnęła.

co się stało? .Nie wiem. ty odraŜająca filistynko . Ŝeby znaleźć jakieś miejsce. omal się o nią nie potknęła wychodząc przez drzwi kuchenne. nie ma co. Fee westchnęła i odgarnęła sprzed oczu niesforne pasmo włosów.I dostałam lanie . . wyszła przez drzwi. Ŝe musi iść do domu sama i przyznać się do wszystkiego mamie. .spytała zmęczonym głosem. co jej kaŜą. siostra Agata wskazała drzwi. . Dzieci miały rozejść się do domów dopiero za dwie godziny. Fee. Meggie. uginająca się pod cięŜarem kosza z mokrą bielizną. . z jasnymi lokami pozlepianymi na końcach i pobrudzoną z przodu sukienką. Wiedziała. pod gradem ciosów Meggie wyrzuciła ręce w górę osłaniając twarz i skuliła się w kącie wstrząsana mdłościami. Zobaczymy. Ŝe chłopcy jej nie dogonią. co powie. Meggie ruszyła więc ulicą.Ładna historia. siostra Agata stała z twarzą purpurową z wściekłości i zdumienia. nieciekawa niczego.Marsz do domu.Meggie otworzyła usta i zwymiotowała prosto na habit siostry Agaty. Odstawiwszy ciąŜący ku ziemi kosz. . Wszystkie dzieci w klasie ze zgrozą wstrzymały oddech. Ŝe musi zrobić. . Musimy zaczekać na tatę. gdzie mogłaby na nich zaczekać. a jego łagodne zielononiebieskie oczy wyraŜały współczucie i zrozumienie.Zwymiotowałam na siostrę Agatę. a obrzydliwa maź skapywała po czarnych fałdach na podłogę. przekonana. .O. aŜ zrównowaŜyła jego cięŜar. BoŜe! . obróciła się na pięcie i wyszła do klasy siostry Declan. . kiwnął głową na znak. a zbyt wylękniona.Po tych słowach odeszła przez podwórko do sznurów w części obwieszonych juŜ łopoczącą bielizną.powiedziała. Meggie siedziała na najwyŜszym stopniu werandy ze spuszczoną głową. . Ocierając usta chusteczką i potykając się.Fee dźwignęła koszyk balansując ciałem. a potem na dziedziniec.No. .szepnęła Meggie z niewypłakanymi łzami w oczach. Kiedy zmęczona wymierzaniem kary ręka nie mogła juŜ unieść rózgi. co z tobą zrobić. Rozgorączkowanym wzrokiem Meggie odnalazła Stu. Potem poszła w ruch rózga.jęknęła Fee podpierając się pod boki.

usiedli tam razem. Ŝeby koń skubał po brzegach ich wonne posłanie. Ŝeby się odwrócić. .zaszlochała.spytał pochylając się. Fra-Fra-Frank! . Zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła się gorąco. . ale zdusił w sobie odruch. do kuźni. aŜ ich twarze znalazły się na wprost siebie. Frank? .Dlaczego ona zbiła nas wszystkich. to główna przyczyna.Z rezygnacją pocierając twarz dłońmi. Zakonnice nienawidzą biednych uczniów. Kiedy pobędziesz tam kilka dni w tej parszywej szkole. ale blask jej oczu został brutalnie zgaszony i tliło się w nich coś. . Głowa Meggie spoczywała na nagim. niewinna i słodka. ukryci przed całym światem. co obudziło w nim chęć zamordowania siostry Agaty. ale teŜ na . Frank skończył właśnie podkuwać gniadą kobyłę pana Robertsona i wprowadził ją do boksu. Meggie była taka mała.. Ŝe siostra Agata wyładowuje się nie tylko na Clearych. popłakując dziwnie cicho i boleśnie. naprawdę udusić. zrzucił fartuch i szybko do niej podszedł. wyciągnął rękę i w zamyśleniu pogładził kobyłę po pysku.Jesteśmy biedni. OdłoŜył narzędzia. Woń wymiocin biła od niej jak niezdrowe wyziewy. pozwalając.spytała Meggie. . gładkim torsie Franka. Frank wziął ją na ręce i zaniósł na stertę pachnącego siana przy kobyle pana Robertsona. po dziecinnemu pulchna. kiedy z ciekawości zanadto się zbliŜała. .Och.Powiedziałam jej. Okropny widok . której nie ukoją czułe słowa ani pocałunki. wykrzywiła twarz i z jej oczu popłynęły wreszcie długo wstrzymywane łzy. Meggie.Co się stało. jak wszyscy w tej rodzinie. Ŝe to moja wina. ujrzał ją i w okamgnieniu opadły go wspomnienia strasznych cierpień. Kiedy Meggie uspokoiła się. odpychając ją. Chciał ją udusić. kiedy rozstawali się z dzieciństwem. kochanie? . przekonasz się. potem wstała i ruszyła ścieŜką w dół. których sam doznał w szkole. kosmyki jej włosów unosił w powietrzu oddech prychającego z zadowolenia konia. Meggie patrzyła przez chwilę za matką.taka rozpacz. kiedy w progu stanęła Meggie. Odwrócił się. Frank przyzwyczaił się juŜ do otaczającego ją zapachu i nie zwracał nań uwagi.. chwycić za podwójny podbródek i ścisnąć.

złotych szat do zachrystii ani nowego konia z bryczką dla sióstr. kiedy do kuźni wszedł Paddy. . Popatrzył na Franka. tobym cię nie biła tak mocno i tak często!” To jeszcze jeden powód. co zrobię.Właśnie myślałem. a potem patrzył za nim. Chciałaby. Ŝebyśmy się przed nią płaszczyli. Dlatego my się nie liczymy. niepewnym spojrzeniem. która słuŜyła za stajnię. Koń prychał przyjaźnie. a to się odnosi równieŜ do ciebie. Zdjąwszy siodło Paddy wprowadził deresza do boksu. Ŝe tu ją znajdę . Ŝe bez przerwy krzyczała: „Płacz. jeśli któryś z Clearych choć raz jęknie przy chłoście. Francisie Cleary! Gdybyś dał mi tę satysfakcję i ryknął. które zawsze tak złościło Paddy'ego. a potem mieszając otręby i owies z odrobiną wody przygotował paszę. a kciuk na ślepo macał po twarzy szukając ust. dla którego nas nienawidzi. Pamiętam. nad której uśpioną twarzyczką zwiesiła łeb gniada kobyła pana Robertsona. kiedy Paddy napełniał mu Ŝłób. Płakałaś dzisiaj? . który z wirującym wokół głowy wieńcem iskier wykuwał na kowadle ośkę. Kapelusz o szerokim rondzie miał nasunięty głęboko na oczy. No więc powiedziałem chłopakom. na miłość boską! Wydaj z siebie jakiś dźwięk.powiedział Paddy rzucając na ziemię krótki bat i prowadząc starego deresza do tej części stodoły. a nie osłonięte ciało lśniło mu od potu. Wszyscy jesteśmy biedni. Gdybyśmy byli bogaci i jeździli do szkoły duŜym powozem jak O'Brienowie. Meggie wciąŜ jeszcze spała. napełnił wodą poidło. wtedy by koło nas skakały. jak kiedyś siostra Agata była na mnie taka wściekła. nucąc pod nosem. i na powrót zajął się rozgrzaną do białości osią. nie wolno nawet pisnąć. wziął się za swoją robotę. Mogą z nami robić. a potem przeniósł wzrok na zwiniętą w kłębek na sianie córkę. Powieki jej opadały.Marshallach i MacDonaldach. bo wyrzucał dziś gnój z obory pana Jarmana. co chcą.Nie. Ale nas nie stać na ofiarowywanie organów do kościoła. a ręce ubrudzone po łokcie. . pod tym względem jesteśmy lepsi od Marshallów i MacDonaldów. Frank . Choćby nie wiem jak mocno cię biła. Frank połoŜył Meggie na sianie i z uśmiechem. Meggie. Frank kiwnął głową obrzucając ojca mrocznym.odparła ziewając. Nie moŜe zmusić Clearych do płaczu.

. Paddy umył się do pasa. bo uwaŜała. Paddy z roztargnieniem skinął głową. . . . prawda? . Ŝe juŜ dostatecznie została ukarana. przewróciła na bok i otworzyła oczy. ochlapując sobie wodą spodnie i włosy. Zaskoczony. Paddy szybko przetarł ręką twarz ukrywając uśmiech.Tak się przejęła tym. aŜ załopotały mu wargi. a to zatrzymało ich na tyle długo. Ŝe tylko ją się powinno ukarać. Frank pojął. Ŝe nie nasza to rzecz krytykować. którą zwykle okazywał. . Ŝe spóźnili się na dzwonek. co robią. a Meggie strasznie się zdenerwowała. w której ostygł Ŝar. Meggie poruszyła się. Wycierając się starym workiem spojrzał pytająco na syna. Ŝe idzie do szkoły.kiedy wyszedł przed kuźnię do duŜego koryta i zdjął koszulę. ale wolałbym. Rozumiem. co się właściwie stało? Frank przestał kuć oś. a potem spojrzał na Meggie. blednąc ze strachu. Ŝeby się opanować. Ŝeby mniej skwapliwie chwytały za rózgę.I co potem? . biedactwo. W tej chwili omal nie polubił ojca. Frank przyglądał się ojcu ze zdumieniem. Na widok ojca stojącego koło Franka raptownie usiadła. to najbardziej kocha Meggie. ale to był przecieŜ pierwszy dzień w szkole dla małej Meggie.No tak.powiedział. Mam duŜo szacunku do sióstr i wiem. Wiesz. nauczyć nas czytania i pisania. więc uśmiechnął się bez nieufności. Po przerwie śniadaniowej siostra Aga znów się na nią rzuciła i Meggie obryzgała jej czysty czarny habit chlebem z dŜemem.Siostra Aga sprawiła jej porządne lanie i odesłała do domu.Nie wiem. zapatrzony w córkę. Ŝe Paddy z dumą chwali się swoimi synami.Zwymiotowała na siostrę Agatę. Ŝe muszą wbić w tępe irlandzkie głowy trochę rachunków. hm? . Koń parsknął. Zrobiło jej się niedobrze rano.Mama mówiła. Wszyscy dostali po sześć razy rózgą. zanim wyszli. myślę. Ŝe Meggie została ukarana i odesłana do domu. Nigdy dotąd Paddy nie rozmawiał z najstarszym synem jak męŜczyzna z męŜczyzną. . przez chwilę gapił się w ścianę.Rozkoszna kruszyna. . zapominając o ustawicznej niechęci do ojca.

rozmawiały. odprowadził wzrokiem dwie płomiennorude głowy poruszające się w rytm kroków idącego pod górę ścieŜką Paddy'ego. jak się z czasem okazało. tato . ale trzymała się zawsze w takiej odległości. Zachwyciła ich płomienna złocistość włosów Meggie.odparł ze śmiechem. ale nie na tyle tępa. Ŝeby nie ściągnąć na siebie uwagi siostry Agaty. I rozmawiały.No.powiedział do niej. Śmierdzisz gorzej niŜ obora Jarmana. Odziedziczyła po matce trudny do określenia rys szlachetnego pochodzenia. takŜe rodzina Annuziów. kiedy poczuł.powiedział Paddy. miały równieŜ dobrą stronę. Nudności Meggie. co? . Ŝeby mama mogła cię wykąpać. Równie gorąca jak Teresa zabiegając o jej . . . właściciela i gospodarza pomalowanej na niebiesko traktierni w Wahine. Ŝeby stać się jej ofiarą. . . Frank podszedł do wrót. znając siostrę Agatę .wyznała. ślicznie centkowanymi szarymi oczyma.. Agata nadal regularnie wymierzała jej chłostę. Siedząca obok ciemnowłosa dziewczynka była najmłodszą córką Włocha. Ŝe są przyjaciółkami „od serca”. do którego nikt inny nie ma przystępu. czy w kociołku znajdzie się trochę gorącej wody. dorosłych braci i siostry. zobaczymy. rozmawiały.Chodź. co było widomym znakiem. a zachwyt Meggie przeszedł w uwielbienie. sięgając po kantar. Potem wzruszył ramionami i mocno ją uścisnął. Ŝeby uniknąć przykrych konsekwencji. starucho. Któregoś dnia w czasie przerwy śniadaniowej Teresa zaprowadziła Meggie do traktierni. W czasie przerwy chodziły obejmując się wpół.Chodź. który wszyscy natychmiast wyczuwali. potem odwrócił się i napotkał łagodne spojrzenie kobyły. co zmniejszyło siłę i celność uderzeń. ojca.Dostałam lanie. Meggie. jak cuchnie. Nazywała się Teresa Annuzio i była dostatecznie tępa.Nie po raz ostatni. podobnie jak ją zachwycił ciemny koloryt włoskiej urody. porównali ją do anioła. Pora do domu . uderzająco wypiękniała. Ŝeby poznała jej matkę. sadzając ją sobie na ramieniu. kiedy spojrzała na nich ogromnymi. masz za sobą cięŜki dzień. Kiedy wyrosły jej zęby. Podszedł i wziął ją na ręce zachłystując się powietrzem.

Ze swoją inteligencją byłaby świetną albo nawet wyróŜniającą się uczennicą. iŜ wszystkie liczby daje się do siebie. kuląc się pod pełnym bolesnego wyrzutu spojrzeniem. które siostra Agata wypisywała na tablicy stopniowo zaczęły nabierać sensu i Meggie nauczyła się. Ŝe Teresa pochłania całą jej uwagę. W domu z jej ust padały wciąŜ słowa: „Teresa mówi. jak zakonnic. poczęstowali ją duŜymi frytkami smaŜonymi w skwierczącym w kotłach jagnięcym łoju i przepysznym filetem z ryby. Meggie jeszcze nigdy nie jadła takich pyszności i marzyła o tym. ale wywołana do ustnej odpowiedzi nie pamiętała. ile jest dwa razy dwa. zapominając o istnieniu siostry. okrutnie zazdrosny. Frank. Ale taką wizytę złoŜyła wyjątkowo. który po zanurzeniu w rzadkim cieście smaŜył się w dymiącym koszyku. Ŝe nigdy nie miała go dość. wyraŜając wspólną dla społeczności brytyjskiej instynktowną nieufność wobec ludzi smagłych bądź pochodzących znad Morza Śródziemnego. Niezrozumiałe rzeczy. ograniczoną z powodu odległości do dni i nauki szkolnej. zaczynała się jąkać i zacinać gubiąc wątek myśli. Ŝeby to był dobry pomysł spoufalać się z makaroniarzami mruknął. Ŝe „krzyŜyk” oznacza. natomiast „kreseczka”. Ŝe” albo „Wiecie. Arytmetyka nie sprawiała jej trudności.Nie powiem. poparł ojca. Ledwie jednak padło na nią świdrujące spojrzenie i suchy starczy głos rzucił krótkie pytanie. . aŜ w końcu Paddy huknął. Dzięki temu mogli do woli uganiać się po dziedzińcu.wyjaśnił niezdecydowanie. Ŝe odejmuje się liczbę dopisaną pod spodem od liczby zapisanej na górze i na koniec ma się mniej niŜ na początku. Ŝe ma juŜ tej Teresy powyŜej uszu. nie myją się wystarczająco często .względy. Makaroniarze są brudni. Ale domowa dezaprobata nie miała wpływu na przyjaźń. Bobowi i młodszym braciom było w to graj. Ŝeby częściej przychodzić do traktierni na drugie śniadanie. co Teresa zrobiła?”. Umiejętność czytania dała wstęp do świata tak fascynującego. Meggie. Od tej pory Meggi znacznie rzadziej opowiadała w domu o przyjaciółce. jakim obdarzyła go Meggie. wymagała ona specjalnego zezwolenia zarówno matki. ale kiedy siostra Agata kazała jej wstać i przeczytać na . gdyby tylko udało jej się pokonać lęk przed siostrą Agatą.

Ŝeby zademonstrować. Zanim Meggie zaczęła chodzić do szkoły. śycie wlało siostrze Agacie do serca tyle goryczy. Stuart głęboko współczuł Meggie i starał się jej ulŜyć. aŜ litery zamazywały się. Wydawało jej się. umyślnie na swoją głowę ściągając gniew zakonnicy. ale przywiedziona do ostateczności Meggie gotowa była na wszystko. Kiedy ostroŜnie wzięła do ręki rysik. Największym grzechem Meggie była leworęczność. Było to surowo zakazane i robiły się dziury. jak zmusić utrapioną kończynę . Ŝe trudno jej było pogodzić się z dumą i wraŜliwością tej rodziny. Ale siostra Agata szybko przejrzała jego fortele i zapałała nowym gniewem z powodu rodowej solidarności okazywanej młodszej siostrze w równym stopniu co braciom. mimo męŜnych wysiłków. odłóŜ ten rysik! . Meggie siedząc z ręką uniesioną nad tabliczką czuła zawroty głowy i nie miała najmniejszego pojęcia. Ŝe nieustannie drŜy słuchając sarkastycznych komentarzy siostry Agaty albo oblewa się rumieńcem. Meggie była nieuleczalnie. Zawsze jej tabliczkę siostra Agata wystawiała na pośmiewisko.zagrzmiała. głównym obiektem chłosty i złośliwości siostry Agaty był Stuart. rozpoczynając naukę pisania. Natomiast Meggie drŜała na całym ciele i robiła się czerwona jak burak.Meghann Cleary. zawsze teŜ brała zapisane przez nią pracowicie kartki. Ŝeby zachowywać się zgodnie z określonymi przez Franka zasadami Clearych. gdyŜ nawet siostrze Agacie trudno było złamać pełen rozmarzenia spokój i godną świętego powściągliwość Stuarta. czemu właściwie tak gnębi Clearych. poniewaŜ reszta klasy śmieje się z niej. nie mogła wymówić słowa „kot” a tym bardziej „miau”. Jednak Meggie stanowiła o wiele lepszy cel ataku. Gdyby ktoś ją spytał. I tak zaczęła się wielka bitwa. byle uniknąć krytycznych uwag siostry Agaty.głos jakiś fragment. ZamoŜniejsze dzieci były szczęśliwymi posiadaczami gumek. jak brzydko wygląda niechlujne pismo. ale Meggie mógł posłuŜyć za gumkę tylko pośliniony czubek palca. a papier schodził miniaturowymi kiełbaskami. którym pocierała popełnione w zdenerwowaniu błędy. siostra Agata rzuciła się na nią jak Cezar na Gallów. nie potrafiłaby udzielić odpowiedzi. Kiedy siostra Agata siłą pozaginała jej palce prawej ręki układając je prawidłowo na rysik. beznadziejnie leworęczna. .

śadne starania siostry Agaty nie mogły jej nakłonić. Siostra Agata odniosła zwycięstwo. Kiedy włoŜyła palce do ust. Fee wyciągnęła butelkę z lekarstwem na przeczyszczenie i posmarowała końce palców Meggie okropnie gorzkim aloesem. Na wszelki wypadek. Wszystkie dzieci boŜe są praworęczne. Jej umysł jakby ogłuchł. W szkole dziewczynki spostrzegły wymowne brązowe plamy i Meggie poczuła się upokorzona i zgnębiona. Na porannej zbiórce przywiązała sznurem lewą rękę Meggie do boku i nie uwolniła jej aŜ do trzeciej po południu. jeszcze przez dwa miesiące przywiązywano jej lewą rękę do boku. zwłaszcza rudowłose. W ciągu pierwszego roku szkolnego Meggie straciła pulchną sylwetkę małej dziewczynki i bardzo wychudła. leworęczne. dzięki której Meggie zrozumiała. Poprowadziła przerywaną linię do końca tabliczki i poza jej brzeg. Meggie ukradkiem przekładała rysik do lewej ręki i w niewygodnej pozycji. bezuŜyteczny dodatek w postaci prawej ręki miał tyle wspólnego z jej procesami myślowymi. Ŝeby dzieci zobaczyły. jak brzydko wyglądają. aŜ wreszcie nauczyła się pisać prawidłowo. Ŝe źle czyni i musi się poprawić. Zaczęła obgryzać paznokcie aŜ do krwi i z polecenia siostry Agaty musiała obchodzić wszystkie ławki w szkole pokazując ręce. chodzić i bawić się z unieruchomioną lewą stroną ciała.do wykonania czegoś. Nawet w czasie duŜej przerwy musiała jeść. choć niewiele urosła. bo w Ŝaden sposób nie mogła skręcić. co według siostry Agaty na pewno umiała. Trwało to trzy miesiące. oniemiał i oślepł. Cała rodzina miała pilnować Meggie. zgodnie z wymogami siostry Agaty. co palce u nóg. I robiła tak. osłaniając z trzech stron tabliczkę. Ŝeby Meggie nie wróciła do dawnego zwyczaju. paskudny jak płyn do odkaŜania . wypisywała cały rządek pięknych kaligraficznych liter „A”. kiedy rozbrzmiał dzwonek kończący lekcje. i upuściła rysik jak sparaliŜowana. ich smak okazał się nieopisanie przykry. choć kształt liter pozostawiał wiele do Ŝyczenia. Ŝeby nie zmyła aloesu. Ŝeby prawą ręką napisała „A”. to czarci pomiot. choć połowa dzieci w wieku od pięciu do piętnastu lat obgryzały paznokcie równie zapamiętale. Potem siostra Agata zwołała wszystkich uczniów i kazała im odmówić róŜaniec w podzięce Bogu Wszechmogącemu za Jego mądrość.

uścisnąć jej i wycałować? Biedna Meggie! Ze swej strony Meggie w Ŝaden sposób nie potrafiła utoŜsamić rozpromienionej. Taki delikatny. Kiedy Meggie zobaczyła komplet do podwieczorku. czajniczek. Zrozpaczona. Ŝe pocałunki i uściski zajmowały o wiele mniej miejsca w jej wyobraźni niŜ porcelanowy komplet dla lalek. korpulentnej i nieduŜej matki Teresy ze swoją . o róŜnych lalkach i komplecie naczyń stołowych z niebieskim wzorem jak na prawdziwej porcelanie. napluła na chusteczkę i tarła palce tak długo. Teresa miała mnóstwo zabawek. Myślała natomiast: „Chciałabym. taki piękny! Ach. a krzywdy się nie zrobi. ogarnął ją zachwyt. w surowym kalwińskim duchu. na ile pozwalały zasoby finansowe ojca. i sprawił jej lanie. cukiernica. dzbanuszek na mleko. tylko po nogach. a do tego noŜyki. Współczuła jej z tego powodu. Podczas lekcji czekała z utęsknieniem na przerwę. aŜ skakała po kuchni. śeby nie wolno było podbiec do matki. Radością jej Ŝycia była przyjaźń z Teresą Annunzio. objąć ją wpół.szczupłą. Paddy wziął trzcinkę.owiec. Choć przyznać trzeba. pozwolić jej się teŜ objąć i rozmawiać. nigdy się nie uśmiechającą. dlatego nie przyszła jej do głowy myśl: „Chciałabym. mówił. stojącej na takim samym wzorzystym spodku! . Ŝeby móc usiąść razem z Teresą pod drzewem figowym. instrument nie tak groźny jak rózga siostry Agaty. dzbanuszek na śmietankę. siostry Agaty i trzcinki Paddy'ego Meggie nadal obgryzała paznokcie. UwaŜał. aŜ najgorsze zeszło razem z naskórkiem. Obie dziewczynki odnosiły się do siebie z podziwem i zazdrością. Teresa snuła opowieści o nadzwyczajnej cudzoziemskiej rodzinie. łyŜeczki i widelczyki w sam raz dla lalek. Ŝeby mama mnie przytulała i całowała”. rozmawiać. Na komplet składało się sto osiem sztuk . JednakŜe mimo gorzkiego aloesu. tylko dzięki temu mogła jakoś wytrzymać w szkole. choć Teresa nigdy nie pragnęła być tak wychowywana jak Meggie. Ŝeby mieć taki komplet i podawać Agnes herbatę w białej filiŜance z ciemnoniebieskim wzorem. Po nogach boli tak samo. twarzy ani pośladkach. Ŝeby mama Teresy przytuliła mnie i pocałowała”. kpin rówieśników. cienki jak płatek. kochano ją gorąco i otwarcie i spełniano tyle Ŝyczeń. Ŝe nie naleŜy bić dzieci po rękach. spodki i talerzyki.miniaturowe filiŜanki.

Meggie uklękła. Fee nie zdawała . Jak zwykle przed pójściem do szkoły siedziała na wysokim stołku. kręcą się same. jak wysoką cenę trzeba czasem zapłacić za spełnienie marzenia. Ŝeby pomodlić się o niebieski komplet dla lalek. Inne dziewczynki przychodziły do szkoły uczesane w warkocze. Wszystkich wiernych prócz Meggie. opadających kosmyków. potem zbierała loki znad czoła i przewiązywała je na czubku głowy świeŜo wyprasowaną wstąŜką z białej tafty: Meggie była gotowa do wyjścia. Meggie powinna cały czas nosić loki i nie jest waŜne. aŜ całe pasemko utworzyło lśniący gruby zwój. tak pochłonęło ją przypominanie sobie. A kiedy stojący przy organach na galerii Maorys zaintonował wspaniałą pieśń. falującą fryzurę z cienkich. Cały ten zabieg powtarzała kilkanaście razy. Rok szkolny zbliŜał się ku końcowi. Dziewczynki z prostymi włosami musiały się nieźle namęczyć. grudzień i urodziny Meggie zapowiadały nadejście pełni lata i wtedy właśnie Meggie przekonała się na własnej skórze. Ŝe włosy Meggie. która wyzierała przez szklane okienko wśród wysadzanych drogocennymi kamieniami promieni. Ŝeby Fee odplątała jej włosy ze szmatek i wyszczotkowała. wspaniale gęsty pukiel. Ksiądz Hayes uniósł monstrancję z hostią. myśli Meggie rozpłynęły się w ultramarynowym błękicie nie mającym nic wspólnego ani z katolicyzmem ani z Polinezją. Ŝe tak trudno co rano znaleźć kilka minut na ten cel. Matka uwaŜała za prawdziwy uśmiech losu. która nawet nie zobaczyła hostii.Podczas piątkowego Błogosławieństwa Przenajświętszego Sakramentu. kiedy . które rozciągały się w długi. ile talerzyków ma niebieski komplet Teresy. Potem ostroŜnie wyciągała palec ze środka i potrząsała włosami. a Fee czesała ją. co nie było wcale proste. ale w tej kwestii Fee nieugięcie obstawała przy swoim. sięgające niemal kolan. Meggie sypiała z lokami pozawijanymi ciasno na kawałki starego białego prześcieradła podartego na długie pasy a kaŜdego ranka musiała wdrapywać się na stołek. zachowując loki na specjalne okazje.juŜ jako podlotki . które odbywało się w starym kościele ozdobionym groteskowymi maoryskimi rzeźbami i malowidłami na suficie. błogosławiąc schylone głowy wiernych.próbowały wyczarować bujną. Fee brała do lewej ręki jeden długi nierówny lok i posługując się starą szczotką firmy Mason Pearson zręcznie nawijała włosy na palec wskazujący.

Spójrz! . Ŝe jego koszt znacznie przekracza skromne moŜliwości ojca. w której trzymała szczotkę. . Trzymając się kurczowo stołka. Fee szarpała bezlitośnie splątane kępki włosów. ale Meggie tak się przyzwyczaiła. W promieniach słońca włosy błyszczały tak. Ŝeby Paddy mógł lepiej widzieć. co się dzieje.szepnęła Fee. Wziął do ręki drugi pukiel i wśród refleksów dostrzegł mnóstwo stworzeń ruchliwych i pracowitych. Silną ręką. a siedzący przy stole ojciec i bracia poodwracali z zaciekawieniem głowy.sobie sprawy. gdyŜ jej córka i tak miała zdecydowanie najpiękniejsze włosy w całej szkole.powiedziała Fee. . Do pojedynczych pasemek włosów poprzyklejane były na całej długości kupki białych jajeczek. Fee stała z uniesioną szczotką i malującym się na twarzy przeraŜeniem i obrzydzeniem. Przypominając o tym dzień w dzień swoimi lokami. Trzymając w ręku jeden lok Meggie. ale zdawała sobie sprawę. We włosach Meggie wrzała praca jak w ulu. Paddy razem z chłopcami zgromadzili się wokół. Był poniedziałek. ostatni tydzień nauki. jeszcze nigdy nie słyszał. Ŝe jest to marzenie. które się nie ziści. osłupiały. Ŝe juŜ tego nie zauwaŜała. przytrzymując pukiel w słońcu.Ona ma wszy! . aŜ łzy stawały Meggie w oczach i musiała oburącz przytrzymywać się stołka. myślała o niebieskim komplecie dla lalek. Meggie budziła zazdrość i niechęć. aŜ oczy stanęły jej w łzach.Chryste Panie! . Ŝe jej troskliwe starania są chybione. Ŝe wyrwało to Meggie z zadumy. Meggie chciała zobaczyć. wiedząc. a małe stworzenia energicznie produkowały następne białe zlepki. Potem zorientował się. a do jej urodzin pozostały juŜ tylko dwa dni. nie pamiętała dnia. i została ukarana policzkiem zadanym najeŜoną stroną szczotki. Ŝe wierzchem dłoni Fee „coś” maszeruje. Ŝeby nie spaść.oznajmił Paddy. Paddy zerwał się na równe nogi. w którym by ją to ominęło. Jeden taki komplet znajdował się w sklepie w Wahine. Czesanie sprawiało ból. . Ŝeby Fee wzywała imienia boŜego nadaremno. Ŝe w pierwszej chwili Paddy nic nie zobaczył. . Raptem Fee wydała dźwięk tak szczególny.

wykrzyknął uderzając pięścią w kolano. . jak urzeczeni wpatrywali się we włosy Meggie.A jeŜeli to nie była Włoszka? Nawet jeśli ma wszy. Jack. Fee. Wreszcie podszedł do tkwiących w ścianie koło drzwi haczyków.uciął pogardliwie Paddy.Paddy! . to całkiem moŜliwe.Jadę do Wahine. Potem pójdę do siostry Agaty i powiem jej.Cholerni makaroniarze. . Ŝe wpuszcza do szkoły zawszone dzieci! . Nie czekając na niczyje polecenie Frank nastawił kocioł.To ta cholerna mała Włoszka! . matko. wpatrując się w ogień i mrugając oczami. śmierdzącą budę! .Paddy. po czym podobnie jak ojciec wycofali się na bezpieczną odległość. a jego wściekłość rosła za kaŜdym razem. ale kiedy pomyślę. . ty brudasie utrapiony! .Bob. Ŝe złapała je razem z Meggie od kogoś innego. która siedziała Ŝałośnie skulona zastanawiając się.odparła matka podtykając rękę pod nos. podczas gdy Paddy chodził w tę i z powrotem po kuchni wydając gniewne okrzyki. Masz to na całych włosach. nacisnął na głowę kapelusz i zdjął z gwoździa bat. . .zawołała zgorszona Fee. a złapałaś od tej Włoszki.Przepraszam. to mógłbym w tej chwili jechać do Wahine i zburzyć tę ich brudną. co myślę o tym. . kiedy spojrzał na Meggie. co teŜ takiego zrobiła. Hughie i Stu spojrzeli raz. co to jest? . uwaŜaj! . Ŝe przeklinam.wykrztusiła Meggie odzyskując głos.Patrz.Bzdura! .powiedział wreszcie przenosząc spojrzenie na Fee. co moŜe zrobić ze swoimi śmierdzącymi rybami i frytkami.poprosiła Fee. . a potem zaczęła płakać. Ŝe przez tę zatraconą Włoszkę nasza Meggie ma wszy.Mamo. brudne zawszone świnie! . i powiem temu przeklętemu makaroniarzowi. . Tylko Frank i Fee nie ruszyli się z miejsca. . Paddy usiadł cięŜko na swoim krześle z okrągłym oparciem. z którą tak się spoufalałaś! I co ja mam teraz z tobą zrobić? Meggie przez chwilę gapiła się na maleńkiego pasoŜyta miotającego się na ślepo po ręce Fee w poszukiwaniu gęściej owłosionego terytorium.

nie zgalaj ich! Tak więc podprowadzono Meggie do drugiego stołu i przytrzymano nad balią. Potem przyniósł z szopy pięciogalonową puszkę nafty. po czym namydlił paskudnie tłustą. Potem zaczęła je ścinać .spytała i zacisnęła usta. .Zdaje się. Nic nie wskazywało na to. gdzie wylano na jej głowę jedną po drugiej wiele filiŜanek nafty i natarto Ŝrącym mydłem resztki włosów. Ze wzrokiem wyraŜającym powątpiewanie Fee obróciła się do Franka. Nie idziecie dziś do szkoły. Nafta i dziegciowe mydło paliły.aŜ wszystkie długie loki legły w połyskliwych kupkach na podłodze. Proszę cię.ciach! ciach! . Kiedy wynik operacji został uznany za . lepiącą się czuprynę. chłopcy wydzierali się w niebogłosy. wpatrując się w piękną kaskadę włosów. Fee dokładnie obejrzała włosy synów. a na głowie Meggie tu i ówdzie zaczęły przeświecać placki białej skóry. oblał kilkoma łyŜkami czystej nafty. jeśli nie wyląduje w więzieniu. potem sprawdziła głowę Franka i kazała mu zrobić to samo ze swoją. przyprowadź chłopców. nie! Nie! JeŜeli porządnie zmoczymy je naftą. Frank wyciągnął rękę w geście protestu. jednego po drugim. Fee podeszła do koszyka z przyborami do szycia i wyjęła duŜe noŜyczki. ale Fee nie zamierzała ryzykować. Frank zdjął z wieszaka balię do zmywania naczyń i napełnił ją gorącą i zimną wodą pół na pół. Fee westchnęła spoglądając z rezygnacją na Franka.Och mamo. tarli oczy i drapali poczerwieniałą. Ŝe będziemy mieli szczęście.CięŜko stąpając zszedł ze schodów i w kilka minut później załomotały kopyta oddalającego się drogą deresza. Wróciła do Meggie. wziął z pralni kostkę dziegciowego mydła i zabrał się za Boba. Ŝeby ktokolwiek cierpiał na tę samą dolegliwość co biedna Meggie. . która nie śmiała ruszyć się ze stołka.Czy mam je zgolić? . Temu samemu zabiegowi poddał po kolei wszystkich braci. Kiedy woda w duŜym kotle zaczęła wrzeć. Frank. swędzącą skórę na głowie. choć siedziała juŜ ponad godzinę. powinno wystarczyć. . i stanęła nad nią z noŜyczkami w ręku. poprzysięgając straszliwą zemstę wszystkim makaroniarzom. Zanurzył mu głowę w balii.

a kiedy późnym popołudniem Paddy wrócił z Wahine.zadawalający. wykręcali i rozwieszali pościel. przeszli dalej. Mówię ci. kiedy po nią przyszedł. Kiedy kuchnia była sterylna jak szpital. co się stało. a potem wstawił szczotkę do naczynia wypełnionego naftą. Frank zmiótł obcięte loki na papier i wrzucił je do ognia pod kotłem. Mac Leod zebrał kilku ludzi w gospodzie i razem wrzuciliśmy do koryta całą rodzinę łącznie z kobietami. Wyciągnęła tamtą małą z ławki. Potem zauwaŜyłem. więc powiedziałem mu. Potem poszedłem do szkoły i widziałem się z siostrą Agatą. Ŝe MacLeod stoi przed sklepem i przygląda się. Ŝe nie chciała nawet spojrzeć na Franka. . Fee zaparzyła herbaty i nalała filiŜankę Paddy'emu. potem usiadł na krześle i kołysał się zakrywając twarz rękoma.Co się stało w Wahine? . Ŝe musiał ją zawlec siłą. Głowa pulsowała jej z bólu od szorowania i piekących pęcherzy. Wszyscy chłopcy zostali zagonieni do pomocy. i nie dała się namówić na powrót do domu. pełno wszy. do pokoi. Skończyło się na tym. a na koniec dolaliśmy parę galonów płynu do odkaŜania. zastał ją wciśniętą w kąt. a dywaniki z bawialni wytrzepali tak. Następnie oboje z Fee umyli sobie głowy. Ŝe pęknie z wściekłości. Przepełniała ją taka gorycz i wstyd. Meggie omalŜe oślepła. to po pierwsze. Ŝe leciały z nich strzępy. myślałem.spytała. chwytając ustami powietrze.PrzyłoŜyłem batem cholernemu makaroniarzowi i wrzuciłem go do końskiego koryta na podwórzu. . Materace i poduszki zarzucili na płot na tyłach domu i spryskali naftą. Spojrzał na jej ostrzyŜoną głowę i rozpłakał się. po czym Frank wziął wiadro i wyszorował podłogę w kuchni płynem do odkaŜania owiec. a zebrani wokół chłopcy przestępowali z nogi na nogę pragnąc znaleźć się jak najdalej stąd. a cała twarz i głowa pokryły się drobnymi pęcherzami. tak bardzo dziegciowe mydło draŜniło skórę.Okropnie długo cię nie było. Ŝe tego wcześniej nie zauwaŜyła. bo wierzgała nogami i wyrywała się. pozdejmowali ze wszystkich łóŜek koce i prześcieradła i przez resztę dnia gotowali. zwolniono tylko pogrąŜoną w niełasce Meggie. Powlokła się za stodołę i tam płakała. Ŝeby obejrzeć jej włosy. kiedy zaczął dochodzić d siebie. no i jakŜeby inaczej. Więc odesłała dziewczynkę do domu i zabroniła jej przyjść. . dopóki nie będzie miała czystej .

jak wygląda. Bob natychmiast podszedł i zabrał siostrę do ustronnego zakątka na boisku do krykieta. słyszysz? . Siostra Agata nie zwróciła na nią najmniejszej uwagi. Ŝeby Meggie nie stykała się w szkole z nikim prócz was. nie mogę iść! . Nazajutrz rano Meggie z przeraŜeniem przyjęła wiadomość. moŜesz . podraŜnioną skórę oblepiała gęsta wydzielina. spowaŜniał. nie mogę tak iść do szkoły i pokazać siostrze Agacie! . . tym gorzej dla ciebie. . Na pewno by się przechowały. Popatrzył na nią surowo.jęknęła. ale w czasie przerwy dziewczynki doskoczyły do niej i zdarły z niej chustkę. Ŝe wiele jest zawszonych. Ŝeby złapać parę tych świństw na twojej głowie.Mamo. Ŝeby zobaczyć. A kiedy wszyscy zapomnieliby o tej awanturze. Tak więc Meggie obwiązana chustką ruszyła do szkoły powłócząc nogami. tato . masz dopilnować. Pozostali bracia zebrali się wokół i wszyscy razem siedzieli pilnując Meggie aŜ do dzwonka.A co do ciebie.głowy. Widząc. Ŝe nie pomyślałem o tym. panienko. . mamo. kiedy myślały. JeŜeli nie odpowiada ci ich towarzystwo.odparła matka ignorując błagalne spojrzenie Franka. nie będziesz się więcej zadawała z Ŝadnymi Włochami ani nikim innym oprócz swoich braci.Złośliwe kotki! śałuję.powiedział szorstko. chwytając się rękoma za głowę. ale odsłonięta głowa wyglądała okropnie. Bob. posypałbym parę głów na nowo. . Przykazuję ci.Nie.Nie zwracaj na nie uwagi. niezręcznie zawiązując jej chustkę na głowie i klepiąc po sztywnym ramieniu.odparł Bob kiwając głową. Ŝe nikt nie patrzy. nie. ale kiedy znów spojrzał na Meggie. Kiedy stamtąd wychodziłem.Tak.Uśmiechnął się na to wspomnienie. A same siostry drapały się jak szalone. Twarz miała tylko trochę zniekształconą. siostra Agata razem z siostrą Declan i siostrą Katarzyną sprawdzały wszystkie dzieci w szkole i okazało się. . . Meggie . co się dzieje. Ŝe ma jak zwykle iść do szkoły. . Będziesz miała nauczkę.Owszem.

Stolik ten. niewaŜne! Pozostałe dziewczynki unikały jej. w czasie przerwy śniadaniowej. puchatymi kwiatami. Przygnębiona Meggie patrzyła na białoniebieskie desenie tańczące na kaŜdej sztuce kompletu. co w ich przekonaniu miało dla niej wielką wartość. dziwnie znieruchomiałe dwa ptaki i maleńkie postacie w wiecznej ucieczce przez krzywy mostek. . Cofając się wyrzuciła prawą pięść do góry i klepnęła napręŜony biceps lewą ręką. co myślą inni. ze zgoloną głową. . inaczej mówiąc. Wszystko to straciło cały swój urok. Na jednym z krzesełek posadzono Agnes w nowej niebieskiej sukience uszytej przez Fee w wolnym czasie. ale chłopcy bez trudu ją powstrzymali. Ustawiono go na pięknie wykonanym stoliku w kolorze ultramaryny. Usiłowała zaatakować Meggie. Zatem posłusznie zaparzyła herbatę dla Agnes w maleńkim kanciastym czajniczku i udając zachwyt odegrała rytuał podawania herbaty.wrzasnęła Teresa. Meggie trzymała głowę uniesioną wysoko i nie uroniła ani jednej łzy. wraz z dwoma krzesełkami. którego nie miał. traktowano ją jak powietrze. Meggie pojęła jednak mgliście. a choć ten fascynujący i tajemniczy gest nie został przez nikogo zrozumiany. Tak więc przez kilka ostatnich dni nauki poddano Meggie totalnemu ostracyzmowi. dlaczego rodzina wysupłała ostatni grosz. musimy się stąd wyprowadzić do innego okręgu! .Odwróciła się i z krzykiem wybiegła z dziedzińca. Od tamtej pory przez wiele lat z uporem posługiwała .Teresa Annunzio zjawiła się w szkole na krótko. Uroczystość urodzinową Meggie z dnia powszedniego przełoŜono na sobotę. Frank zrobił w wolnym czasie. niewaŜne. Ŝeby zdobyć coś. Widziała fantazyjne drzewa ze śmiesznymi.Nienawidzę cię! . którego takŜe nie miała. po części z obawy przed Bobem i Jackiem. a po części dlatego. małą pagodę ozdobioną ornamentami.Przez to. kiedy to dostała w prezencie upragniony serwis dla lalek. NiewaŜne. powtarzała sobie w duchu. Ŝe rodzice nakazali im trzymać się od niej z daleka: przyjaźń z którymś z rodu Clearych oznaczała zwykle jakieś kłopoty. Nawet siostra Agata dostosowała się do nowej taktyki i zamiast na Meggie wyŜywała się na Stuarcie. Uczyła się. co twój ojciec zrobił mojemu ojcu. chłopcy gorliwie zapamiętali go na przyszłość.

co się naleŜy.Jesteś niepełnoletni. które z rzadka docierały do Nowej Zelandii.się naczyniami i Ŝadnego z nich nie zbiła ani nawet nie nadtłukła. w długich artykułach wysławiano dzielność Ŝołnierza z antypodów.Przyjmą. Niewyraźne fotografie przedstawiały Ŝołnierzy korpusu ANZAC szturmujących bezlitosne wzgórza na półwyspie Gallipoli. zapominając o ksiąŜce. którą właśnie czytał. Frank. jeŜeli wyrazisz zgodę . Jego ciemne oczy błyszczały niesamowicie.Jesteś jeszcze za młody.odparł szybko Frank nie spuszczając oczu z twarzy ojca. Ŝeby któryś z Clearych odsłuŜył. Jego redaktorzy wzorując się na ilustrowanych amerykańskich magazynach. jestem męŜczyzną! Kiedy Niemcy i Turcy zarzynają naszych jak świnie.powiedział. . chcę iść do wojska! . zaprezentowano teŜ wszystkich Australijczyków i Nowozelandczyków.oświadczył odkładając gazetę z szacunkiem na stół. poświęcili cały środek toczącej się wojnie. na której australijski kawalerzysta dosiadał rumaka z wyciągniętym pałaszem i w kapeluszu o miękkim.Tato. a jedną stronę w całości zdobiła wspaniałą rycina. . spod którego spływał pióropusz. .Nie jestem za młody! Mam siedemnaście lat. nie przyjmą cię do wojska. . dlaczego ja mam siedzieć tutaj nie naraŜając się na szwank? NajwyŜszy czas. niebieskiego stolika z krzesełkami i niebieskiej sukienki Agnes. podwiniętym z boku rondzie. Frank . Przy pierwszej okazji Frank chwycił gazetę i zaczął łapczywie czytać środkowe strony upajając się hurrapatriotycznym stylem artykułów. . którzy zdobyli KrzyŜ Wiktorii od czasu jego ustanowienia. Ŝe szczerze nienawidzi porcelanowego kompletu dla lalek. Tym razem wyjątkowo tygodnik miał pierwszeństwo przed ksiąŜkami. Fee tak gwałtownie odwróciła głowę. Nikomu nie przyszło nawet na myśl. Na dwa dni przed tamtym BoŜym Narodzeniem w 1917 roku Paddy przyniósł do domu cotygodniową gazetę i nowy stosik ksiąŜek z biblioteki. tato. . aŜ gulasz chlupnął na piec. a Paddy zesztywniał na krześle.

ale nigdzie nie pojedziesz. zacisnął usta. Frank. co? Będąc kowalem w Wahine zarobisz o wiele więcej niŜ jako Ŝołnierz w Europie. Nowej Zelandii nie grozi Ŝadne niebezpieczeństwo.śołnierski grosz. gdyby poniosła poraŜkę. . zawsze najniŜszy w klasie. który prowadzi wojnę od tysiąca lat. Pochodzę z kraju. ja chcę się zaciągnąć! . Wojna jest straszna. A zresztą wygląda mi na to. moŜe będę miał szansę zostać kimś więcej niŜ kowalem! To dla mnie jedyne wyjście. Ŝeby ktoś ukarał ją za to. ten potrząsający szabelką Churchill posłał naszych na bezsensowną walkę na Gallipoli! Dziesięć tysięcy zabitych na pięćdziesiąt tysięcy Ŝołnierza! Zdziesiątkowani to mało! Dlaczego miałbyś walczyć w wojnie. A starej Anglii bardzo dobrze by zrobiło. w której bierze udział stara ojczyzna Anglia? Co ona takiego dla ciebie zrobiła? Wysysa z kolonii wszystkie Ŝywotne soki! Gdybyś pojechał do Anglii. był bardzo uczulony na punkcie swego wzrostu. bo jesteś mieszkańcem kolonii.Ale w wojsku będą mi płacić! Paddy roześmiał się. są nam potrzebne. więc przy najbliŜszej okazji posłuchaj. MoŜesz być pewien. podobnie Australii. co mówisz. . stoczył z tego powodu dwa razy więcej walk niŜ którykolwiek z rówieśników. . co zrobiła Irlandii. więc lepiej wybij to sobie z głowy. chłopcze.. Nie dorosłeś jeszcze do tego. Frank poczerwieniał.Ale tato. NajwyŜszy czas. więc wiem. które zarabiasz. Ŝeby zostać Ŝołnierzem. Ŝe ci przeklęci Anglicy wykorzystują naszych Ŝołnierzy jako mięso armatnie wysyłając ich tam. Nie słyszałeś rozmów weteranów wojny burskiej? Jeździsz dość często do Wahine. gdyŜ mając lat siedemnaście mierzył dokładnie tyle samo - . Pomyśl tylko. W szkole. co mówię.Bzdura! Mój BoŜe. . gdzie sami nie chcą tracić swoich cennych oddziałów. sam nie wiesz. Ostatnio zaczęła prześladować go straszna wątpliwość.Chcieć moŜesz do woli. gdyby kajzer dotarł do Londynu i przemaszerował Strandem. tato.Ale pojadę tam. a pieniądze. Na razie tylko ty jeden pracujesz.Ale ja nie wyraŜam zgody. wiesz o tym. patrzyliby na ciebie z góry. . Ŝe nie uroniłbym ani jednej łzy.

wykonując róŜne ćwiczenia. zawziętością i nieugiętą wolą. Do tego chłopaka miał zawsze najmniej serca. i trzeba go było siłą powstrzymywać. Ŝeby wykazać się odwagą. Ze złamaną lewą ręką i Ŝebrami Frank walczył tak długo. Ŝeby nie kopnął leŜącego w nieprzytomną twarz. z której pochodził. Ostatnio opuścił szeregi młodzieŜy w poszukiwaniu trudniejszych przeciwników. w którym sprał na kwaśne jabłko Jima Collinsa. Nie przeszkadzało mu to gniewać się. Miejscowi wciąŜ wspominali dzień. Dlatego nigdy nie miał takiej obsesji na punkcie wzrostu jak Frank. którym nie mógł sprostać największy miejscowy osiłek. Frank pojechał do miasta i podniósł konia. Paddy nieraz bił się. i rozumiał jego walkę o szacunek. gdyŜ znany był z agresywności. Sam niskiego wzrostu. Ŝe w wieku siedemnastu lat nie miał za sobą ani jednej przegranej walki i zyskał sławę na całym półwyspie Taranaki. aŜ śliniący się. jakie przeŜywa cierpienia na ciele i duszy. gdzie męŜczyźni byli wyŜsi. nie wyróŜniał się nikłą posturą. zdąŜył wydorośleć. Ledwie wydobrzała mu ręka i zdjęto opatrunek z Ŝeber. ale w tej części Irlandii.co jako czternastolatek: czy przypadkiem nie przestał rosnąć? Tylko on wiedział. choć ten liczył sobie dwadzieścia dwa lata. Mimo drobnej budowy w ciele Franka skupiło się tyle siły. Ŝywiąc nie spełnioną nadzieję. jaką sławą cieszy się Frank. choć ze wszystkich . kiedy staczane potyczki opóźniały pracę w kuźni. jako ojciec tego fenomenu. sprytnym umysłem.pięć stóp i trzy cale . Wraz z nim do walki stawały gniew. nie mógłby wybrać lepiej. Im przeciwnik większy i groźniejszy. zwłaszcza Ŝe sprzymierzone były ze znakomicie wyćwiczonym ciałem. kiedy zaś dotarł do Nowej Zelandii. Ŝe nie tylko Jim to potrafi i Ŝe nie zaleŜy to wcale od wzrostu. wyciągając się. Paddy. tym bardziej Frank chciał go powalić na ziemię i upokorzyć. Ŝe podnosił konie. Ŝeby pokazać. starając się go zrozumieć. wiedział doskonale. Obserwował teraz uwaŜnie syna. Rówieśnicy obchodzili go z daleka. ale bezskutecznie. zakrwawiony Jim Collins legł bezwładnie u jego stóp. mierzył równe sześć stóp cztery cale i był tak silny. frustracja i poczucie niŜszości. Gdyby Paddy z rozmysłem wybierał zawód dla kogoś z temperamentem Franka. JednakŜe kowalstwo wyrobiło w nim siłę nieproporcjonalną do wzrostu.

wybuchając co i raz piskliwym chichotem. Frank grzebiąc w talerzu odczekał dla przyzwoitości jakiś czas. wolno spalające się kłody. Ŝeby zmieścił mu się na najniŜszym. a kiedy poczuł. jakie budził w nim Frank. Był zbyt hardy. by tę prośbę wypowiedzieć. a Frank stał na nim w rozkroku rozłupując je na pół. moŜe pewne podobieństwo do Fee w okolicy oczu . ale nawet miłość do Ŝony nie mogła pokonać rozgoryczenia. Jednego chłopakowi nie brakowało . Frank nie pracował przy pniaku. który ciął tak. tylko przy masywnym eukaliptusie. które nadal tkwiły korzeniami w ziemi. W chwilę potem usłyszeli głuchy łomot siekiery Frank zabrał się za twarde. jak z byle powodu robił to Frank. JakŜe obca wydała się Paddy'emu ta twarz! Nie było w niej nic z Clearych ani Amstrongów. które Paddy zgromadził na zimę. Wymiana zdań urwała się raptem po ostatniej uwadze Padde'ego na temat Franka. Drzewo o średnicy dwóch stóp leŜało na ziemi. Meggie w ogóle nie chciała jeść i wpatrywała się w Franka tak. Kiedy wszyscy myśleli. Meggie wymknęła się przez okno sypialni i przekradła do składu drewna.sił starał się nie dyskryminować Ŝadnego z dzieci. Ŝe leŜy juŜ w łóŜku. Siekiera poruszała się tak szybko. aŜ furczało. Cała rodzina jadła duszonego królika w niecodziennym milczeniu. jakby lada chwila miał zniknąć jej z oczu. słuŜyły do rąbania polan o róŜnej długości. w którym mieszała się prośba i duma. Pośrodku trzy pniaki. Dla toczącego się nieprzerwanie Ŝycia domu było to niesłychanie waŜne miejsce po jednej stronie placyku. a jednocześnie świszczało stylisko przesuwając się w tę .odwagi. Frank obronnym gestem rozcapierzył krótkie szczupłe palce na rozłoŜonej gazecie i utkwił w Paddym dziwne spojrzenie. Ŝe boleje ona nad dzielącym ich dwu cichym antagonizmem. Wiedział.gdyby Fee miała ciemne oczy i rzucała nimi gniewne błyski. Ŝe zasmuca tym Fee. leŜały wysokie sterty kłód czekających na porąbanie. najszerszym pniaku. Ŝe moŜe odejść. nawet Hughie i Jack ostroŜnie i półgębkiem prowadzili nieśmiałą rozmowę. unieruchomione po obu końcach Ŝelaznymi hakami. a naprzeciw wznosiła się mozaika starannie ułoŜonych szczap. pokrytego grubą warstwą drzazg i kory. podziękował i wstał od stołu.

W pobliŜu leŜały trzy zapasowe siekiery. jakby to była sosna. Ŝe drewno ustępuje. Ledwie dźwignęła cięŜkie narzędzie. Ŝeby zaoszczędzić na drewnie i jak najszybciej przeciąć pień. Kiedy pień przełamał się na pół. po nagim torsie Franka spływały strugi potu. spore drzazgi fruwały coraz bliŜej Franka. Szerszy koniec główki miał grubość jednego cala i był obciąŜony. Ŝeby wziąć następną siekierę. Kłoda została przerąbana do połowy i Frank obrócił się łapiąc ustami powietrze. Meggie chwyciła za trzonek jedną siekierę i wyciągnęła sobie na kolana . Chustka przewiązana na czole chroniła mu oczy. zanim siekiera zadała mu ostatni cios. Pień rozpadł się nagle i w tym samym momencie Frank zwinnie podskoczył wyczuwając. uśmiechał się. pracował bez rękawiczek. Meggie przycupnęła przy rzuconej z boku koszuli i podkoszuli i przyglądała się w zdumieniu. Obrócił się. Nie zwracał na nie uwagi. Nacięcie było wąskie. wycinając kliny z twardego drewna z taką łatwością. znów uniósł siekierę nad głową i zabrał się do rąbania z przeciwnej strony. Frank spadł z boku na ziemię. wyostrzone jak brzytwa. Luźna główka mogłaby zsunąć się przy zamachu i lecąc kogoś zabić. aŜ brat ją zauwaŜy. Siekiera to migała mu nad głową to spadała srebrzącym łukiem. gdyŜ dwustronne siekiery były za lekkie do eukaliptusa. W zapadającym szybko zmierzchu Frank ciosał niemal instynktownie. WciąŜ wydawały mu się dziwne te włosy w krótkich kędziorkach. głębokie.i z powrotem w śliskich dłoniach. Meggie uchylała się przed fruwającymi drzazgami ze zręcznością nabytą w czasie długiej praktyki i czekała cierpliwie.bardzo chciała umieć tak rąbać drwa jak Frank. Zacinanie pnia to niebezpieczna praca. ale bez szczerego zadowolenia. gdyŜ drewno eukaliptusa szybko tępiło najostrzejsze narzędzie. a przechodzący przezeń trzonek unieruchomiały dodatkowe drewienka. delikatnymi dłońmi trzymając stylisko lekko i z niezwykłą wprawą. Ŝe do twarzy . rąbiąc jeszcze szybciej. Odrąbane drzazgi fruwały na wszystkie strony. ZbliŜywszy się do środka kłody główka siekiery niknęła całkowicie w wyciętej szparze. Kolonialne siekiery miały tylko jedno ostrze. i zobaczył siostrę siedzącą cierpliwie w skromnej nocnej koszuli zapiętej na wszystkie guziczki. ale uznał.

. Ŝeby tak zostało. Ale tata mi nie pozwala. usiłując zrozumieć objaśnienie Franka. . co kaŜe mi tata.Jak wydostałaś się z domu. jak byśmy tego chcieli. . tak postanowiłem. co? .jej w chłopięcym uczesaniu. bo mam juŜ siedemnaście lat i pora. Ŝe mamy pracować dla dobra wszystkich. . Meggie. Chcę odejść.spytała opierając ręce z pokiereszowanymi paznokciami na jego nodze i patrząc na niego z niepokojem. Ŝe kaŜdy powinien mieć szansę pomyśleć najpierw o sobie. Meggie .Czy ty juŜ wcale nas nie lubisz. zastanawiałem się nad tym długo i głęboko. Ŝebym sam zaczął sobie układać Ŝycie. Meggie? .Słusznie. Wolę bawić się z chłopcami niŜ sama ze sobą. W naszej rodzinie uczono nas. Tatę interesują tylko pieniądze. Ale ja się z tym nie zgadzam. Podszedł do niej i przykucnął z siekierą na kolanach. .powiedział łagodnie. ale Bob szybko rośnie. . Ŝe ty i mama będziecie za mną tęskniły.UwaŜaj. mimo bólu. nigdy nie stawiać siebie na pierwszym miejscu.Meggie. Frank. dla dobra całej rodziny. Usta miała otwarte. Frank? .Frank.Wiesz. mały szkrabie? . muszę robić to.Usiadł opierając się plecami o kłodę drewna i znuŜonym ruchem obrócił ku niej głowę. . czasami róŜne rzeczy nie układają się tak. daję słowo! Zmusiła go do uśmiechu.Och. . ty nie wyjedziesz stąd tak naprawdę. które zarabiam. Powinnaś o tym wiedzieć.MoŜe tak się zdarzyć. poza tym ani tata ani chłopcy wcale nie będą za mną tęsknić. Odchodzę z domu. nie moŜesz wyjechać! Mama i ja tak cię potrzebujemy! Nie wiem. jestem potrzebny w domu. bo nie mogła oddychać przez nos zatkany przez powstrzymywane łzy.Przez okno. A poniewaŜ nie mam jeszcze dwudziestu jeden lat. co byśmy bez ciebie zrobiły. .A niech tam.Co się stało. UwaŜam. bo wyrośniesz na takiego urwipołcia jak twoi bracia. i chciał. kiedy Stu zasnął. to nieświadome powtórzenie słów Fee. .] . Meggie skwapliwie pokiwała głową. Wiem.

Meggie. Roześmiał się tak. to niech tak będzie. Mimo to wstała i uśmiechając się z trudem. z całych sił starając się opanować.Obrócił się i pochwycił ją w ramiona. zmęczona.JeŜeli musisz odejść. co jej pozostanie. Ŝe zabrzmiało to jak szloch. Meggie! . Frank.Proszę cię.Och. On jeden lubił z nią siedzieć i rozmawiać. . Ŝeby zarzucała mu ręce na szyję. Potem spojrzał na nią. ani wszy. Frank. czemu nie jesteś starsza. w którym Agnes straciła włosy. Ŝebyś nikomu nie powiedziała. A mama była zawsze taka zajęta. Kiedy była młodsza.. ból i dominująca tęsknota.wykrzyknął. tuląc i głaszcząc z przyjemnością pełną udręki. . Meggie! Nie usłyszałaś nic z tego. mówił: „Jesteś juŜ duŜą dziewczynką. . . Od dnia.Och. lepiej to wszystko zrozumiesz. poniewaŜ miała Franka zawsze gotowego ją pocieszyć.. ani siostra Agata. wszystko słyszałam . nie pozwalał teŜ.Ale nie powiem nikomu ani słowa. Ŝebym mógł z tobą porozmawiać! A moŜe to i lepiej.Kocham ciebie i mamę bardziej niŜ wszystkich innych razem wziętych!. Ani rózgi. tata często brał ją na ręce. Wypuścił ją raptem z objęć i kręcił głową opartą o kłodę poruszając ustami i przełykając ślinę. on jeden brał ją w ramiona i przytulał. Ŝe jesteś w to wtajemniczona. odkąd jednak zaczęła chodzić do szkoły. słyszysz? Nie chcę. powiedziała: . . nie odchodź .Ale ja słyszałam. Ŝeby móc wyrazić to.powtórzyła. BoŜe. To właśnie Frank zajmował najwięcej miejsca w jej sercu. tłumacząc róŜne rzeczy w sposób dla niej przystępny. to on jaśniał jako jedyna gwiazda na jej maleńkim niebie. Ŝeby myśleli. Frank. co mówiłem? Właściwie to bez znaczenia. NajwaŜniejsze. Meggie”. Frank stał się jej sprzymierzeńcem i mimo wielu bolesnych przeŜyć nic od tamtej pory nie zraniło jej naprawdę głęboko. przyrzekam. Ŝe widziałaś mnie dziś wieczorem. jeśli zabraknie Franka? On jeden otwarcie okazywał jej uczucie. Ŝe jesteś taka mała. na którą składały się Ŝal. moŜe to i lepiej.powiedziała Meggie. co niewytłumaczalnie ściskało jej serce. . nie pozwalał juŜ jej siadać sobie na kolanach. kiedy będziesz starsza. tak zaabsorbowana chłopcami i domem. Tylko bardzo bym chciała. . . Ŝebyś nie musiał odchodzić! Była jeszcze za mała.

Meggie wyskoczyła z pościeli jak oparzona i ubrała się sama. nie prosząc nawet o pomoc przy zapinaniu małych guziczków. Raz. Pojechał nadać telegram do policji i wojska w Wanganiu. dwa.Głuptas jesteś! Poszedł zgłosić się do wojska. Spuściła głowę.Ty jesteś tylko dziewczyną.spytała. Meggie poszła do matki. .powiedział szeptem. Rano okazało się. . nie zwaŜając na ostre drewniane ułamki i drzazgi. Bob wzruszył ramionami. . Meggie wsunęła się na swoje miejsce i siedziała szczękając zębami ze strachu. .Pojechał do Wahine. .uciekł . Nie. Ta zaczepka. .Czy przyprowadzi ze sobą Franka? Fee prychnęła. przeciągnęła go między nogami i trzymając przed sobą niczym ogon puściła się pędem na bosaka. Fee przyszła wyciągnąć Meggie z łóŜka ponura i napięta. nie złapie Franka w Wahine. a krzesło Paddy'ego stało puste. która w normalnych okolicznościach wywołałaby kłótnię. Krzesło Franka równieŜ. kiedy Fee zagoniła ją do prasowania chusteczek.Frank .wyraziła przypuszczenie. czy mogłaby w czymś pomóc.MoŜe wybrał się tylko do Wahine? . Ŝeby zobaczyć. powinnaś juŜ spać. zmykaj! To przypomnienie wyparło wszystkie inne myśli. to pewne. Ŝe Frank znikł. . tym razem została puszczona mimo uszu. Ŝeby został w domu. Ŝebym ja był większy i mógł iść razem z nim! Szczęściarz! .Meggie.. sięgnęła po przydługi tył nocnej koszuli. a dziewczyny tak właśnie mówią.A ja bym wolała. Po śniadaniu Fee wygoniła dzieci za drzwi i dopiero za stodołą Bob podzielił się nowiną z Meggie. . więc lepiej wracaj do łóŜka. .Gdzie jest tata? .Nie sposób utrzymać Ŝadnego sekretu w tej rodzinie. zanim mama zobaczy. W kuchni chłopcy siedzieli przy stole zasępieni. Oni go przyprowadzą do domu. Ach.

Mówiąc to. . . . jakby chciał powiedzieć. Ŝeby Frank od nas odszedł. taki niedopasowany.. Meggie trzymała ręce przy twarzy i miętosiła policzki przeraŜona obawą. Ŝe chłopcy z wojska czekają na niego. Trzy dni później policjanci przyprowadzili Franka do domu. w okamgnieniu rzucił się do ucieczki po schodach na ulicę. Ŝeby go tylko znaleźli! Nie chcę. zacisnęła usta i juŜ nic więcej nie powiedziała. . Jednak najtrudniej było Frankowi spojrzeć w oczy rodzeństwu. Walczył jak lew. potrącił Paddy'ego i odskoczył. biedny Frank! .Spostrzegłszy. niczym promienisty ptak. . Frank obrócił się najpierw do matki. chyba Ŝe wymagała tego uprzejmość na co dzień. ile do siebie.Och. Trzeba było pięciu chłopa. pewnie by mu się udało uciec. Gdyby pechowo nie wpadł prosto na policjanta. Dowodzący eskortą sierŜant z Wanganiu powiedział Paddy'emu: . Mój biedny Frank. współczująca dusza. Dlatego właśnie tata dopilnuje. wyraŜając tę samą ponurą gorycz.Nie wiem. Ŝe Frank znów rzuci się do walki. Fee wyrzuciła na stół zawartość maślnicy i zaatakowała ociekający Ŝółty kopczyk dwiema drewnianymi kopystkami.. Frank zatoczył się. jakby go coś uŜądliło. mamo.. . Bob. Ŝe tego się właśnie po nim spodziewał. Ŝeby Frank odszedł. Ŝe ktoś mógłby zrobić Frankowi krzywdę.ZadrŜały jej usta.powiedziała z westchnieniem nie tyle do Meggie. Od tego dnia Paddy nie odzywał się do syna. Ŝeby go zakuć w kajdanki. po cichu Ŝywiąc nadzieję. czarne i szare oczy porozumiały się jak zwykle bez słów. Stuart. czemu dzieci muszą płacić za nasze grzechy. a Frank opuszczając powieki uznał prawo ojca do gniewu. rozkuł Franka z cięŜkich łańcuchów i pchnął bezceremonialnie przez bramę. jeszcze mocniej plasnęła w masło.Nikt z nas nie chce. przyglądały się i czekały.AleŜ ma pan bojowego syna! Kiedy zobaczył. Dzieci zbite w gromadkę koło domu.Biedny Frank! Biedny. a za nim dwóch Ŝołnierzy. Ŝeby przyprowadzono go z powrotem do domu. Paddy smagnął syna potępiającym spojrzeniem bezlitosnych niebieskich oczu. po prostu spokojnie patrzył. poczciwa. czuł się zawstydzony i zakłopotany. kilka kroków z tyłu za dorosłymi. Jack i Hughie stali wyprostowani. Ŝe Meggie przestała prasować.

Frank. gdzie znajdzie Franka: na sianie w stodole. bezpiecznie ukrytego przed ojcem i ciekawskimi spojrzeniami.Frank. i przytuliła się do niego. . Po omacku doszła tam. ale wyczuwał płynące od niej współczucie tak silne. w przód i w tył. Nie widział jej w ciemnościach. bezbarwny.odpowiedział jej zmęczony głos całkiem niepodobny do głosy Franka. wbiła palce w jego gęste proste włosy. Zaczął płakać wijąc się z bólu i mocząc łzami jej nocną koszulę. Ŝe jest komuś potrzebna. wsuwając się do stodoły pogrąŜonej w zastygłym mroku. W młodziutkiej duszy znalazła dość kobiecej dojrzałości. po czym wydostała się przez otwarte okno i pobiegła przez podwórze. gdzie jesteś? . zsunął się z siana. .powiedziała. aŜ znalazł się niŜej od niej. aŜ Fee skończy wieczorny obchód. Meggie nie płakała. pieśnią zduszoną w gardle.któremu nie było dane wznieść się w przestworza. Ŝe wróciłeś . obejmując go rączkami. Meggie odczekała. czujnie jak zwierzę wymacując przed sobą drogę palcami stóp.Och. Jęknął. gdzie leŜał wyciągnięty na sianie. aŜ jego smutek rozpłynął się w pustce. Ŝe zupełnie się rozkleił. Wiedziała. Frank. Meggie . przeszywającą radość.zapytała głośnym szeptem. Ŝeby poczuć nieodpartą. i przyłoŜył głowę do jej drobnego ciała. Meggi mrucząc pocieszająco. .Tutaj. . sprowadzony do gniazda z podciętymi skrzydłami. martwy. Siedziała kołysząc głową Franka w przód i w tył. tak się cieszę.

CZĘŚĆ DRUGA: RALPH 1921-1928 .

ani wysokie stanowisko i władza. wysiąść. Ŝeby zaniedbać przynajmniej połowu rytuału. Prowadził nowego daimlera. otworzyć bramę. To nie Irlandia.myślał ksiądz Ralph de Bricassart przymykając oczy raŜone blaskiem. piękna. odsunął go i znuŜonym. podszedł do rygla.powiedział poklepując deskę rozdzielczą nowego daimlera i ruszył w drogę. pani Carson dysponowała taką władzą i sprawowała rządy nad tyloma ludźmi co moŜny władca za dawnych czasów. . . czyli Mary Carson okazującej w sobie tylko właściwy sposób władczą złośliwość.ROZDZIAŁ TRZECI Droga do Droghedy nie budzi we mnie Ŝadnych wspomnień z czasów młodości . potem znów wsiąść do samochodu i jechać do następnej. Samochód zadygotał i stanął. zasnuta mgłą. ksiądz Ralph wysiadł. potem zamknąć bramę. zatrzymać się.ale nawet budzący naboŜną cześć stan duchowny nie powstrzymałby właścicieli bram przed wysmarowaniem go smołą i wytarzaniem w pieprzu za taki czyn. Miał jeszcze do pokonania ostatnią milę trawiastego. Wciskając na głowę dla osłony przed słońcem wyświechtany szary kapelusz. Między plebanią w Gallanbone a dworem w Droghedzie znajdowało się dwadzieścia siedem bram i tyleŜ razy trzeba było się zatrzymywać. śałował. a zarazem zniecierpliwionym gestem otworzył szeroko bramę. wysiąść z samochodu. Porównanie bynajmniej nie przesadzone. zostawiając za sobą porządnie zaryglowaną bramę. nie urozmaiconego drzewami pola domowego.Nic na tym świecie nie jest bez wady . wsiąść do samochodu. przejechać na drugą stronę. popędzić drogą zostawiając za sobą otwarte bramy jak rozdziawione gęby . Czy aby na pewno? Z właściwym sobie poczuciem humoru wyczarował obraz Cromwella w spódnicy. W bukszpanowo-eukaliptusowym lasku wyrosła ostatnia brama. który podskakiwał na wyŜłobionych wśród wysokiej srebrzystej trawy koleinach. zielona. bo dosiadając konia moŜna było z siodła otwierać i zamykać bramy. Wielokroć kusiło go. A Drogheda? Ani to pole walki. Ŝe konie nie są równie szybkie i sprawne jak samochody.

Kępa wspaniałych eukaliptusów o białawych pniach i wąskich liściach kołyszących się z wiatrem na wysokości przeszło dwudziestu jardów nad ziemią. czerwieniły się krwiste girlandy. niknąc z oczu. na ich gałęziach oplecionych przez pnącza bugenwilli. w którym kwitły jeszcze róŜe. obsypywała się fioletowymi kiściami kwiecia. zieleniły się cienkie pnącza. Ŝeby utrzymać chłód we wnętrzach. Drogheda. który prowadził łukiem do placyku z boku duŜego domu.Nawet na Irlandczyku. Czarne drewniane okiennice nie tylko dodawały urody duŜym witraŜowym oknom. Ŝe Drogheda mogłaby sobie pozwolić na utrzymanie zielonych trawników i kwitnących rabatek nawet przez dziesięć bezdeszczowych lat. NieŜyjący Michael Carson darzył Droghedę tak wielką miłością. w dniu skończenia budowy rezydencji. zarastając ściany domu i dach werandy. który widział niejeden zamek i pałac. róŜ i glicynii. ale słuŜyły równieŜ do celów praktycznych: w czasie letnich upałów zamykano je. dzięki czemu nabierały one dekoracyjnego charakteru. Wprawdzie o tej porze roku. ten australijski dwór robił duŜe wraŜenie. Ŝe nie Ŝałował pieniędzy na zbiorniki wodne. połączone z centralną budowlą krytymi chodnikami. gdzie mieściło się . ale potem dostrzegał inne parterowe budynki z Ŝółtego piaskowca w głębi i po bokach. Wokół rozpościerało się kilka akrów francuskiego ogrodu. na jego tyły. Cały parter okalała szeroka weranda z metalowymi słupkami. została wyposaŜona przez ostatniego. a stamtąd dalej. osłaniała dom przed bezlitosnym słońcem. które niknęło pod gęstwiną pnączy. Polna droga przechodziła w szeroki. najstarszy i największy majątek w okolicy. ale na wiosnę glicynia. KrąŜyła pogłoska. Przybysz zbliŜający się przez pole domowe kierował wzrok najpierw na rezydencję wraz z eukaliptusami. którą zasadzono przed pięćdziesięciu laty. wysypany Ŝwirem podjazd. dalie i nagietki. utrzymany był w surowym neoklasycznym stylu. zwariowanego na jej punkcie właściciela w odpowiednią rezydencję. jesienią. zbudowany z bloków jasnoŜółtego piaskowca wykutych ręcznie w kamieniołomach pięćset mil na wschód od Droghedy. Piętrowy dom. Nawet niezbędne na prowincji monstrualne zbiorniki na wodę okrywał gruby płaszcz tutejszych odpornych winorośli. laki.

Ksiądz Ralph bezszelestnie przemierzył dywan z Aubusson i ucałował jej ręce. pod którymi huczały pszczoły. przydawała mu dworskiego szyku. szopa do strzyŜenia owiec. którą miał na sobie. a potem szedł przez trawnik. Ksiądz Ralph. stanowiły odpowiednie roślinne uzupełnienie farmy na prowincji. Mary Carson siedziała w fotelu przy otwartym oknie wysokim na pięć jardów od podłogi do sufitu. Wprawdzie z wiekiem jej piegowatą cerę zabarwiły plamy. a drugą wyciągając po wysłuŜony. które biegły po obu stronach rzymskiego nosa i ściągały w dół kąciki ust. wszedł do salonu. Bujne rude włosy nie straciły prawie wcale Ŝywego odcienia z czasów młodości. choć nie przyznawał się do tego wolał sumaki ocieniające zabudowania gospodarskie i w to wszystko. co się wokół nich działo. stodoły. piegowata pokojówka.Czy zechce ksiądz zjeść podwieczorek? . raczej delikatną siateczkę uwydatniającą skośne poduszeczki. nie zwracając uwagi na napływające do środka zimne powietrze.właściwe gospodarstwo: zagrody dla bydła. . Pozbawione wyrazu oczy błysnęły zalotnie. ale jak na kobietę sześćdziesięcio-pięcioletnią miała niewiele zmarszczek. niewiele brakowało. Kiedy ksiądz Ralph parkował samochód. tonąc w uśmiechach. . co przypominało pikowaną narzutę na łóŜko.Dzień dobry. to prawdziwe szczęście widzieć księdza w tak cudny poranek powiedziała z silnym irlandzkim akcentem. zwłaszcza Ŝe czarna gładka sutanna. a Mary Carson uśmiechnęłaby się jak gąska. na werandzie od frontu czekała. Gest ten pasował do tak wysokiego i pełnego wdzięku męŜczyzny. jedną ręką przytrzymując drzwi. W słabo oświetlonym holu o marmurowej posadzce. oraz zimne spojrzenie bladoniebieskich oczu. ksiądz Ralph przystanął i dopiero kiedy Minnie skinęła głową.przywitał ją. . nie pasujący do duchownego kapelusz. Sumaki i ich liście. iŜ gładkopienne eukaliptusy koło rezydencji. Na jej krnąbrny charakter wskazywały jedynie dwie głębokie bruzdy.Ach. nieruchawe jasnozielone parasole. Minnie . w którym znajdowały się szerokie schody o mosięŜnych poręczach.

Był z niego wielki pijanica i jestem pewna. ta leciwa dama moŜe urzeczywistnić to. Ŝe mam prawo zadać parę pytań.ciągnęła.AleŜ proszę. wiedząc doskonale. gdzie zepchnął go nieposkromiony temperament.Ksiądz jest dla mnie zbyt łaskaw .To zaleŜy od tego. nie popełniłby po raz drugi tego samego błędu.Pochyliła się do przodu. ale jeśli zechciałaby pani wysłuchać mszy. prawda? . Ŝe zeszły rok był bardzo nieprzyjemny powiedziała. ale uwaŜam. . Podniósł na nią roziskrzone spojrzenie. ustępstwo na rzecz lokalizacji parafii. . . . będę gotów za kilka minut. Ŝe spod sutanny ukazały się spodnie do konnej jazdy i wysokie buty. Gdyby tylko dano mu szansę wyrwać się z zapomnienia.Przy ostatnich słowach jej głos zabrzmiał raptem ostro. Ŝeby ją odprawić. doskonalić w jeździe konnej. . mściwie. . lecz jej pieniądzom. szukać wytchnienia od blasków i cieni Ŝycia w Gilly.odparł siadając naprzeciw niej na krześle i zakładając nogę na nogę tak. Wydaje mi się. . ta parafia nadawała się wyśmienicie do ćwiczeń w panowaniu nad sobą.Przywiozłem dla pani komunię świętą. o co się modlił. Ŝe jeśli dobrze rozegra partię. Wszystko to oczywiście na moje zaproszenie. Ŝe Bóg nie pozwoli mu spoczywać w pokoju i zatraci jego duszę. Ŝe podobnie jak wszyscy inni składa hołd nie jej samej. zgodzi się ksiądz ze mną? W końcu moŜe ksiądz traktować Droghedę jak prywatny teren wypoczynkowy. Ŝe mam prawo usłyszeć odpowiedzi. czy Ŝyczysz sobie pani wysłuchać mszy .Ale ja mówię prawdę.Komunia wystarczy mim w zupełności.Muszę księdzu wyznać. tak jak alkohol zniszczył mu ciało. Przewidywał teŜ. Chętnie przedłuŜę jeszcze trochę mój post. .powiedziała z satysfakcją.ZdąŜyłam juŜ księdza dość dobrze poznać. oby nie spoczywał w spokoju. . .AleŜ droga pani Carson! To nie po chrześcijańsku tak komuś Ŝyczyć.. . Postarał się nie okazać po sobie urazy. niechŜe ksiądz zje podwieczorek .Ksiądz jest nieporównanie lepszym pasterzem niŜ ksiądz Kelly. uczyć się hodowli.

Ma pani pełne prawo. . pani Carson.Wola boŜa. Nie przypominała sobie. Poza tym mogło być gorzej.Ile ksiądz ma lat? . niestety. Nie wiem. własnych i biskupa.Na to wygląda! Ale nie wyobraŜam sobie. Tylko papieŜ jest nieomylny. z uśmiechem.pomyślała . wyostrzonym i subtelnym umysłem.konie i samochód. jego uprzejmością. idealne proporcje ciała. Ŝeby zacząć domagać się czegoś w zamian. Ŝe nie jesteśmy wdzięczni mając dla odmiany takiego kapłana zamiast wyświęconych wydrwigroszy.Dwadzieścia osiem . i za wszystkie dary . Ŝe Gillanbone nie stanowi epicentrum na mapie legata papieskiego. a nie tutejsze konie i owce. w jaki wszystkie . . Ŝe powinien być za coś wdzięczny. nie mam szans.To mniej. . Ŝe trafił na to odludzie? . Ŝeby kiedykolwiek w Ŝyciu widziała równie przystojnego męŜczyznę. Przyjęła umyślnie wyzywające pochlebstwo w duchu. wszyscy to widzą. . A tak mam panią i mam Droghedę.odparł. sposób. Ale takiego kapłana nie wysyła się do takiego miejsca jak Gilly. . jakich nam tu zwykle przysyłają. W Gill przypomina ksiądz rybę wrzuconą na piasek. Wyglądałby ksiądz wspaniale w kardynalskim kapturze. który by w podobny sposób eksponował swoją urodę. piękne arystokratyczne rysy.byłby z niego wspaniały kardynał. . . kiedy przypominano mu. Przypuszczam. niemniej od dość dawna czekał. zachwycając się urodą księdza.Na to.odparł spokojnie.Brednie! Znalazł się ksiądz tutaj z powodu innych ułomności. jak mam pani dziękować za to. Ŝeby ksiądz obdarzony tak wyjątkowymi zdolnościami mógł czuć się szczęśliwy w Gillanbone. Ŝe mogę korzystać do woli z Droghedy. kiedy pani Carson uzna. co nie znaczy.Obraziłem biskupa .Nie lubił. niŜ myślałam. Co ksiądz przeskrobał.spytała prosto z mostu. . iŜ dostatecznie duŜo dla niego zrobiła. na który składały się: wzrost. w jakim było zamierzone. Musiał być przecieŜ świadom swojego wyglądu. Właściwym otoczeniem dla księdza byłby jakiś korytarz kościelnej władzy. albo takiego. Doprawdy .

Ŝe był w sobie rozkochany. co w jego minionym Ŝyciu o tym zadecydowało.Czy nie lepiej zdjąć sutannę. Przelotny cień zasunął błękitne oczy. błyskawicami i czym tam jeszcze? . Ŝe to lęk przed karą nie pozwala mi opuścić stanu duchownego. . ktoś rzuci się w pogoń za księdzem z psami. Ŝe moje śluby są święte.stanowił idealną całość. jaką Bóg poświęca niewielu swoim dziełom.myślała . ale to wcale nie znaczyło.Oho! Ksiądz de Bricassart zły jak osa! Co zatem księdza trzyma? Co zmusza do tego. Ksiądz de Bricassart uniósł lewą brew. by przypuszczać. niŜ godzić się na takie Ŝycie? Ze swoimi zdolnościami mógłby ksiądz być bogaty i zajść wysoko w którejś z wielu dziedzin. Dziwne . Ŝeby znosić ten pył.fizyczne elementy zostały ze sobą skomponowane z taką troską o końcowy rezultat. Gotów był ją wykorzystać bez skrupułów dla osiągnięcia upragnionego celu. jakby dawał do zrozumienia. A mimo to wyczuwała w nim jakąś rezerwę.Droga pani Carson.SkądŜe znowu. Ŝe gdy wyrzekł się ślubów. Wie pani. jeśli miała mu w tym pomóc. ale po chwili ksiądz Bricassart uśmiechnął się litując się nad nią w duchu. . . Począwszy od czarnych kędziorów na głowie i uderzającym błękitnych oczu aŜ po drobne szczupłe dłonie i stopy . uwaŜał raczej za godnych najwyŜszej pogardy ludzi. CzyŜby ślubowali celibat Ŝeby uciec przed konsekwencjami? . Pani Carson prychnęła śmiechem. musiał sobie z tego zdawać sprawę. Nie zaprzeczy ksiądz. . Ŝeby się dowiedzieć. . Tak. jest pani katoliczką.spytała. Ŝe nigdy nie był ani nie będzie niewolnikiem swojej urody. którzy pozwalali się nią oczarowywać. Do samej śmierci pozostanę księdzem. Ŝe myśl o posiadaniu władzy nie jest księdzu niemiła. czy to przypadkiem nie doŜywocie. Nie wierzę teŜ. Ŝe jest pani na tyle naiwna.ilu księŜy jest przystojnych jak Adonis i emanuje magnetyzmem Don Juana.Dlaczego godzi się ksiądz na Gillanbone? . Nie mogę się tego wyprzeć.AleŜ da ksiądz spokój! Naprawdę wierzy ksiądz. ten upał i muchy w Gilly? Nie wiadomo przecieŜ. Dałaby wiele za to.

Ŝe ksiądz tak Ŝarliwie wierzy w Boga. Ŝe ksiądz jest raczej z tych.W takim razie ksiądz jest głupcem . nie ma związku z miejscem. . rozumie pani? śeby Ŝadne ziemskie przeszkody nie stanęły między księdzem a stanem jego ducha -ani miłość do kobiety. zjednoczenie z Bogiem. . ani nieposłuszeństwo wobec przełoŜonych. Dziwne. Ale dlaczego udzielana kapłanom? Co kaŜe księdzu przypuszczać. kto nie wątpi? Dlatego właśnie jestem czasem pusty. nie pochodzę z bogatej rodziny.Proszę zrozumieć. tylko gdzieś . Gdybym był lepszym księdzem. Porzucić coś takiego? Nie mógłbym tego zrobić. ani miłość do pieniędzy. . Czy pośród myślących ludzi znalazłby się ktoś. Jestem posłuszny. . MoŜe właśnie w tym mieści się odpowiedź. byłbym zgubiony. Zdawało mi się. Ubóstwo to dla mnie nic nowego. . wątpię.Z półotwartymi ustami spojrzał w sufit i westchnął. Na to trzeba zasłuŜyć! Co dzień od nowa. .Prawdziwa z pani pocieszycielka.Ja teŜ uwaŜam. Dopiero staranny rozwój duchowny umoŜliwia otwarcie się na Boga. którego inni ludzie nigdy nie doświadczą. . bo gdybym uznał siebie za coś waŜniejszego niŜ moja rola jako naczynie dla Boga. czy jestem w Gillanbone czy w pałacu biskupim. chętnie zniosę doŜywocie w Gillanbone. Ŝe są rzeczy waŜniejsze niŜ miłość do kobiety czy męŜczyzny. .Owszem. Jak mógłbym to wytłumaczyć kobiecie? Jestem naczyniem. Posiadanie Boga to stan. Ŝeby w ogóle dojść do momentu wyświęcenia.Nie patrzył na nią. I taki jest właśnie cel ślubów. Trudno to jednak bliŜej określić. ale nie naleŜy do nich słuŜenie Bogu za naczynie. pani Carson. Nigdy nie sądziłam. nie zdarzałyby się wcale okresy pustki. nie ma co. co wątpią. A posłuszeństwo? Dla mnie to właśnie jest najtrudniejsze.. bo nawet dla księŜy to wielka tajemnica. i czasami jestem pełen Boga. A jeśli t konieczne. trzeba lat Ŝycia. Ale jestem posłuszny.powiedziała. Ŝe namaszczenie krzyŜem podczas wyczerpującą długiej uroczystości moŜe nią obdarzyć jakiegoś człowieka? Ksiądz de Bricassart potrząsnął głową.Więc jednak to jakaś moc. Uznaję czystość o nie mam trudności z jej zachowaniem. A to napełnienie. ale to coś więcej. Zdarza się niezaleŜnie od tego.Od kołyski wychowywano mnie na księdza.

Ŝe jest słabą ludzką istotą. Nie miała zamiaru pokazywać. . młody ksiądz nader pilnie wypełniał swe obowiązki.dalej. Teraz osiągnęła wiek uznawany za taki. gdyŜ plotki rozchodziły się po Gillanbone jak prąd elektryczny po drucie. ona zaś nagradzała go drobnymi upominkami w rodzaju samochodu. jaką zajmowała w społeczności Gillanbone. Wyrzekła się cielesnych przyjemności wybierając sprawowanie rządów. a dopóki Mary Carson nie dała mu samochodu. Martin King z Bugeli hojnie wyposaŜył plebanię. jak i biednych wiernych. a Dominic O'Rourke z DibbanDibban łoŜył na pensję dobrej gospodyni. gdybym mógł w zamian za to zostać doskonałym księdzem? .Czy pani wie. Niezwykła kobieta . będąc wdową po Michaelu Carsonie panowała bezdyskusyjnie jak królowa. JeŜeli mieszkający daleko parafianie nie mogli dotrzeć do niego do Gilly. Nie ona jedna spoglądała łaskawym okiem na jego następcę. Bardziej mi odpowiada krztyna doskonałości. Ŝe chyba wyrzekłbym się wszystkich ambicji. kochanek w ogóle nie wchodził w grę. co posiadała.pomyślał. Z powodu szczególnej pozycji. nie skorzystała z Ŝadnej z ofert złoŜonych jej przez co ambitniejszych znajomych. A Mary Carson nie chciała grać drugich skrzypiec.Doskonałość w jakiejkolwiek dziedzinie jest nieznośnie nudna . a jedyny syn zmarł jako małe dziecko. na coś. Będąc przez całe Ŝycie niewzruszoną podporą Kościoła łoŜyła na swoją parafię i jej duchownego przewodnika w stosowny sposób . jeździł konno. zarówno wśród bogatych.nawet kiedy ksiądz Kelly czkał odprawiając mszę. ksiądz Ralph de Bricassart cieszył się zasłuŜoną popularnością w całej swojej trzódce. Jej wdowieństwo trwało juŜ trzydzieści trzy lata. . Roześmiał się spoglądając na nią z podziwem zabarwionym zazdrością. Za cierpliwość i dobroć wszyscy darzyli go sympatią. w którym pozostawia się za sobą popędy ciała. JeŜeli nowy. natomiast zostając czyjąś Ŝoną przekazałaby komuś innemu kontrolę nad wszystkim. nie było w tym nic niestosownego.rzekła. wszystkich pragnień. czego nie widziała. wówczas sam ich odwiedzał.

Drogi księŜe. czy mógłbyś się za ciebie modlić goręcej niŜ zwykle.rzekł i dodał figlarnie: . chcę. jak ty umiesz czarować! A moŜe to miał być przytyk? Nie jestem pewna. .Wątpię. Jedząc świeŜe placki owsiane i sardele na grzance Mary Carson westchnęła. Ale koniecznie musisz się za mnie pomodlić. choć nigdy nie była pewna. . . księŜe de Bricassart? Nigdy się nie dowiem. . czy rzeczywiście jej się to udaje. Ale era cudów juŜ minęła. czy pod pokrywą banału nie kryje się jakaś głębsza myśl. Lubiła ćwiczyć umysł w rozmowie z kimś dorównującym jej inteligencją. ale spróbuję.KaŜdemu z nas przybywa lat i ja teŜ nagrzeszyłem. bo nigdy nie będziesz na tyle nietaktowny.Nie potrafię powiedzieć.Jak ksiądz myśli. W dzisiejszych czasach uŜywa się pieniędzy. Coś jak marchewka przed osiołkiem. .Ach.Dziękuję ci.Proszę mi mówić Ralph . . Ŝe Bóg zmienił sposób działania. Co ty właściwie o mnie myślisz.Na imię mi Mary. Ŝeby ksiądz pomodlił się dziś za mnie szczególnie gorąca. Jakiś wspaniały wyczyn? Niespodziewane uratowanie tysiąca dusz raptem ujawniona zdolność leczenia ślepców i kalek. Minnie weszła do salonu pchając stolik na kółkach w momencie. co mogłoby wstrząsnąć tym szacownym dŜentelmenem na tyle.. Ŝe nie jest epicentrum na mapie legata papieskiego .. Ŝeby zrobić z Gilly centrum jego świata? Ksiądz uśmiechnął się z Ŝalem. co mówił ksiądz o Gilly. .. Mary. lubiła brać nad nim górę w tych słownych utarczkach.Dlatego z piedestału wieku i pozycji Mary Carson czuła. prawda? Fascynujące.Da ksiądz spokój nie wierzę! Tyle tylko. . Proszę mi mówić po imieniu.Wracając do tego. Jestem stara i duŜo nagrzeszyłam. Ŝe nie moŜe bezpiecznie cieszyć się towarzystwem księdza Ralpha.zaczęła sadowiąc się głębiej w fotelu. kiedy ksiądz de Bricassart mówił: . .. . .Co za cynizm! MoŜe właśnie dlatego tak panią lubię. fascynujące. Ŝeby mi o tym powiedzieć.

Ŝeby złapać pieniądze na bilet do kraju. Coraz trudniej znaleźć uczciwego pracownika. kiedy opuściłam Galway. gdzie kobieta musi mieć odpowiednie pochodzenie i wykształcenie. . .Tak.Myślisz. czyli ma teraz pięćdziesiąt cztery. który doczekał się kilku dorodnych synów.Wychodząc za mąŜ byłam biedna jak mysz kościelna. w sumie wystarczająco duŜo. .Mój brat jest młodszy ode mnie o jedenaście lat. Ŝeby złapać takiego bogatego głupca jak Michael Carson. Ŝe nie mam na tym świecie ani jednego krewnego i muszę zapisać ziemię i pieniądze Kościołowi. . Ŝe odbiega od tematu. Teraz mieszka w Nowej Zelandii. Twarz jej się zmieniła.Nic o tym nie wiem . Ŝe nie jesteś ani hojnym ani troskliwym pracodawcą.powiedziała raptem.oburzyła się ze śmiechem. Tylko nas dwoje zostało przy Ŝyciu.GdybyŜ Michael był choć w połowie obdarzony twoim dowcipem i charakterem. .odparł ze spokojem. czy tak? . Ŝeby się dowiedzieć. Ŝe nigdy nie zrobię dobrej partii w Irlandii. . były uroda. . Całym moim majątkiem kiedy tu przyjechałam.Pięciu w ciągu zeszłego roku. . gdzie bogaci męŜczyźni nie są tak wybredni. jak zgrzeszyłeś! Naprawdę. moŜe bym go pokochała .podsunął. Właściwie go nie znam. nalewając sobie jeszcze herbaty.Nie zwróciła uwagi na ironiczny uśmieszek.To miło .Dałabym wiele. . jak gorąco się za ciebie modlę! .Znowu? .Właśnie odszedł zarządca.KrąŜ pogłoski.Umilkła na chwilę. ale weź pod uwagę. Ubóstwiał mnie do samej śmierci. . naprawdę dałabym wiele.rzekł z powagą. .A kto ci kupił nowiutkiego daimlera. nabierając złośliwości. . bo wydało mu się. był jeszcze dzieckiem. a potem zmieniła temat. figura i umysł sprawniejszy niŜ się tego oczekuje od kobiety. .A twój brat? .Prawdę mówiąc mam brata. Ŝeby złapać bogatego męŜa. Ŝebyś nie musiał jeździć konno? .To bezczelność! . . Wiedziałam. Więc urabiałam sobie ręce po łokcie.

. prawda? Równie dobrze moŜe przyjechać juŜ teraz.Co się stało? Czy jesteś chora? . Ŝeby sprowadził się tu ze swoimi synami? Po mojej śmierci. Ale do niedawna wydawało mi się. Czemu nie miałabym. to gromada sępów czekających niespokojnie.powiedział.a jeŜeli emigrował po to. który nadejdzie. sama nie wiem. z dala ode mnie.Uśmiechnęła się. Kiedy mnie juŜ nie stanie. Ŝeby się dorobić. Ale wczoraj wieczorem. ona po prostu juŜ nadeszła. Nie przepadam za głosami dzieci ani samymi dziećmi. patrząc na nią ze szczerym zatroskaniem. . . Wzruszyła ramionami.O. nie będą mieszkać tutaj .wyjaśniła. Ŝe Paddy ma doświadczenie w pracy na farmie. .Mogą zamieszkać w domu zarządcy nad strumieniem. Bądź co bądź lat mi nie ubywa. w których Ŝyłach płynie ta sama krew. MoŜe byłoby przyjemnie mieć wokół siebie ludzi. kiedy parobek przyszedł z wiadomością. bez trudu przejmie ster rządów. Ŝe Artur Teviot spakował manatki i ruszył w świat. przypomniał mi się raptem Padraic. to mu się to nie udało. Natomiast złowróŜbne wydają mi się sześćdziesiąte piąte urodziny. i masz słuszność. przyzwyczaić się do hodowli owiec na tutejszych czarnoziemach.Rozumiem. aŜ wydam ostatnie tchnienie. jakiej pragnę. jako mój jedyny Ŝyjący krewny. . bo z pewnością w Nowej Zelandii wygląda to zupełnie inaczej. Dopiero ostatnio dzień mojego poŜegnania z tym światem zaczął wydawać mi się o wiele bliŜszy niŜ dawniej i czuję. . Ŝe ostatnią rzeczą. a nie mam koło siebie nikogo z rodziny. co chcesz mi powiedzieć. pomyślałam sobie. Ŝe wcześniej o tym nie pomyślałaś .AleŜ pomyślałam.Głupio z tym zwlekać. Ach. Przyszło mi na myśl.Dziwię się. . . Raptem starość przestaje być stanem. ..Z pochyloną głową uwaŜnie obserwowała księdza Ralpha. a nie ma za co sobie tej farmy kupić. Będzie ci bardzo miło słyszeć rozlegające się w domu młode głosy.spytał szybko. napisać do niego i prosić. bliŜszy od jakiegoś nieznajomego kuzyna w dalekiej Irlandii odziedziczy Droghedę i Michar Limited. ..

mnoŜyły się.. było słabowite.Och. Wszyscy chłopcy z wyjątkiem Franka. Ŝe w ciągu tych dziewięciu lat przydarzyło jej się tylko parę poronień. Angus MacWhriter przyniósł telegram.Dlaczego zrobił nam takie świństwo. A kłopoty w rodzinie Clearych. Paddy . . nikt nie pamiętał. Ŝeby kiedykolwiek przedtem w ich domu regularnie przychodził doktor. Ŝe jakiś łapserdak najął się za niŜszą stawkę. Zakończenie wojny zamiast prosperity wywołało trudności gospodarcze na wsi. jakby zawiadamiała o czyjejś śmierci. Bob trzasnął pięścią w stół. Fiona Cleary powiła jeszcze jednego syna w sześć dni przed dziewiątymi urodzinami Meggie. Fee miała juŜ czterdzieści lat. Paddy wpatrywał się w kartkę papieru.spytał. Pewnego dnia. Ŝeby naprawdę jej pomóc. któremu nadano imię Harold. poczytując sobie za szczęście fakt. a potem spojrzała na Paddy'ego. Przypuszczam. kiedy właśnie kończyli podwieczorek. tato? .westchnęła Fee. Bob.Archibald nas nie potrzebuje . szopa Archibalda miała być pierwszym miejscem jego pracy. a poród w tym wieku nie mógł się odbyć bez wycieńczającego bólu.odparła szorstko. . Nie mógł się doczekać. . . Coraz trudniej było o pracę.powiedział. kiedy pójdzie razem z ojcem przyuczać się na postrzygacza.Czy godzi się tak traktować jedynego brata. jak to bywa z kłopotami. który Paddy rozdarł drŜącymi rękoma: telegramy nie przynosiły nigdy dobrych wieści. . Mary? Nawet jeśli dzieli was taka róŜnica wieku? . .Będzie dziedziczył. Fee odprowadziła wzrokiem najstarszego syna.Co się stało? . który jęknął głośno. . zgromadzili się wokół ojca.Nie pisze dlaczego.spytała. Niemowlę. który odszedł od stołu ze swoją filiŜanką. niech zapracuje .Jutro mieliśmy u niego zacząć. Meggie była wreszcie dostatecznie duŜa.

zaŜartował Frank. osiągnął wiek. Z ogromnego stosu grzejącego się koło pieca Meggie wzięła kwadratowy biały ręcznik. dawno by odszedł. które wywołało taki chaos w domu. śe teŜ to spadło na nią w takim wieku. w którym sam mógłby się oŜenić i zostać ojcem. zwłaszcza matka. przypominając sobie przeraŜające jęki i krzyki. . . jeśli nie powaŜniej. .W duŜym koszu koło pieca rozpłakał się maleńki Hal. I dobrze mu tak.pomyślał z przekonaniem Frank po raz tysięczny. Ŝeby szukać innej szopy. Wielkie szare oczy zwróciły się na brata z uwielbieniem. Frank poczuł ból w piersiach. podniosła się Meggie. .Po prostu pomagam mamie. Kiedy tym razem Fee zaczęła zaokrąglać się w talii.Wygląda na to. aŜ przekrzywiła się na bok. . kiedy powinna się zajmować najwyŜej Agnes. co szło jej nie mniej zręcznie niŜ matce. Patrzył kwaśno na ojca. Pociągnął za kokardę z białej tafty zawiązaną z tyłu głowy. Nie wiadomo czemu inni chłopcy ani nawet Meggie nie zaprzątali mu myśli tak natrętnie jak Hal.odezwał się wreszcie Paddy. Ŝe stracił pracę w swojej szopie. . Meggie szybko zmieniła pieluszkę. Ŝe muszę iść i porozmawiać z Archibaldem . UwaŜam. Na małej główce połyskiwały rzadkie rude włoski. Ŝe znajdziemy pracę przy dojeniu do czasu.Wcale nie! .pomyślał.Za późno. Gdyby nie Meggie i matka. śadna kobieta nie powinna przez coś takiego przechodzić . Nie mogła spojrzeć Frankowi w oczy ani zgasić wstydu płonącego w jej własnych oczach. przyczynę nowego Ŝycia. Obrzucana ukradkowymi spojrzeniami chłopców. które . mała Meggie. odłoŜona w sypialni .Mateczka Meggie . . a potem wyjęła płaczące niemowlę z wiklinowego łóŜeczka.rzekł łagodnie. Wszyscy prócz małej Meggie czuli się zakłopotani.Jesteś dobrą dziewczynką. kiedy w lipcu ruszy szopa Willoughby'ego.oburzyła się. Ŝe naleŜy mi się z jego strony jakieś wyjaśnienie. rozłoŜyła go starannie na stole. kuliła się jak wystraszony królik. ale zanim Fee się ruszyła. Nad kiwającą się główką niemowlęcia Meggie wyglądała jak jego rówieśnica.Wiem . która teraz poszła w zapomnienie. Frank stał koło drzwi z filiŜanką w ręce nie spuszczając z oczu ojca. Zostaje nam tylko nadzieja.

Ŝe chciało mu się płakać. Zdawało mu się w takich chwilach. Ŝe taka śliczna i subtelna kobieta wyszła za mąŜ za wędrownego postrzygacza owiec. a jej szlachetny profil. Meggie odłoŜyła Hala z powrotem do koszyka i stanęła koło matki. ręce. Wizja ta sprawiała.nie odesłano go wtedy z domu razem z innymi.dobiegały z sypialni matki tej nocy. irlandzki prostak. I kto się z nią oŜeni? TeŜ jakiś postrzygacz owiec. Jak to się stało. kiedy sama stanie się kobietą. cała dziecięca sylwetka przypominała trochę Fionę. Ŝe będzie bardzo podobna do matki. Frank odstawił filiŜankę na stół i . przybysza z bagien Galway? Zmarnowała siebie. a kaŜdy kolejny rok jego Ŝycia zdawał się to potwierdzać. od tamtego wieczoru w stodole. którą kobiety obdarzają najdroŜszego. tak mówili wszyscy. najukochańszego męŜczyznę. wśród bzów i lilii. Nie ma na to rady. albo gamoniowaty chłop z którejś z mleczarskich farm w Wahine? Zasługiwała na lepszy los. głośne zachowanie. Porządny człowiek zostawiłby Ŝonę w spokoju. nie uronił ani jednej łzy. i perskie dywany w salonie. Siadał wtedy za oknem. ich zdumienie na widok nakrycia z więcej niŜ jednym widelcem. koronkowej sukni z turniurą: siedzi przy szpinecie w wielkiej sali w tonacji kości słoniowej pośród świec płonących w wielkich kandelabrach. Fee i Meggie obróciły się i uśmiechnęły do niego z tą szczególną czułością. siadała przy szpinecie pod oknem i grała najłatwiejsze melodie. i słuchał z zamkniętymi oczami. porcelanę Spode'a adamaszkowe obrusy i serwety. Zapowiedź. kiedy spoglądała na Paddy'ego ponad długim stołem. poniewaŜ nie pasowała do Ŝon kolegów Paddy'ego. z którymi mogła się jeszcze uprać. bo z braku czasu na ćwiczenie juŜ dawno straciła wprawę. której urodził się Hal . ale nie zdarzało mu się to nigdy. Ŝe widzi matkę w długiej. gdzie się urodziła nic lepszego jej nie czekało. których nikt nigdy nie oglądał. zapierał dech. delikatny profil. Ten sam dumny. Jeszcze jedna zmarnowana istota. ale tu. Dobrze tak tacie. Jej obecność zbyt mocno uwidaczniała ich prostackie. Wyczuwając raptem nieruchome spojrzenie Franka. Ŝe stracił pracę. bladoróŜowej. poniewaŜ był pełnoletni. W świetle nowej elektrycznej lampy włosy matki lśniły jak czyste złoto. kiedy przyprowadziła go do domu policja. Czasem w niedzielę matka wchodziła do salonu.

Ŝe powinniśmy się zobaczyć zanim umrę.Widziałaś. Fee była wstrząśnięta. miał ochotę albo zapłakać. i jechać do pracy do niej tylko na podstawie obietnicy danej w liście? Nigdy dotąd nawet palcem nie kiwnęła. jakie masz tutaj. i ja jej . co odłoŜyłem. .Do głowy by mi nie przyszło. Nie pamiętam. .Fee obstawała przy swoim ku zdumieniu dzieci.Ale nie pisze o wysłaniu nam pieniędzy na podróŜ do Australii . ciesząc się jak dziecko. a czas najwyŜszy. Ŝe powinna opłacić nam podróŜ . albo zamordować kogoś. Ŝeby z czymś takim się do niej zwracać! odparł ostro. . Wszystko jedno. podobnie Meggie. Ŝeby nam pomóc. Paddy zesztywniał.MoŜemy pojechać do Australii nie Ŝebrząc o pieniądze. a ci z Twoich synów.wykrzyknął wymachując kartkami drogiego welinu przed nosami zdumionych członków rodziny.AleŜ Paddy. Ŝe boi się umierać w samotności . . UwaŜam.odparł dodając otuchy zarówno sobie. Trzy dni potem. co napisała: „Nie jestem juŜ młoda. znajdą u mnie zatrudnienie jako pastuchowie. dlaczego raptem po tylu latach przypomniała sobie o tobie? spytała pytająco Fee po przeczytaniu listu.rzekła trzeźwo Fee. jak i Fee. . byleby rozproszyć trawiący go ból.wyszedł. Drogheda stanie się rodzinnym przedsięwzięcie. a Ty i Twoi synowie jesteście moimi spadkobiercami. prowadzonym bez pomocy obcych”.to będzie świetne przygotowanie. . jak Paddy stracił pracę w szopie Archibalda nadszedł list od Mary Carson. ale oczy braci rozbłysły radością. Zamierzam mianować cię moim zarządcą . . Wystarczy z tego. Ŝeby kiedykolwiek zwróciła się do nas z propozycją pomocy. . Ŝeby nakarmić psy. Otworzył go od razu na poczcie w Wahine i wrócił do domu w podskokach.Jedziemy do Australii! .Nie od dziś jest bogata i nie od dziś Ŝyje sama. . wszyscy wpatrywali się w niego z natęŜeniem.Wygląda na to. . Nieczęsto wyraŜała swoje zdanie.Czemu miałbyś rezygnować z Ŝycia. . Oczy Franka płonęły.UwaŜam. którzy dorośli juŜ do pracy. Zapadła cisza. Ŝebyś się nauczył prowadzić swoje przyszłe gospodarstwo.

To bardzo stary atlas . Nie. . Całkiem co innego niŜ długie tygodnie podróŜy między Anglią a antypodami. Tylko Fee i Meggie pełne wątpliwości i niepokoju. aŜ w końcu znaleźli Nową Południową Walię. Fee. . Jack.spytał Stuart. Ŝeby to cokolwiek w tej chwili zmieniało. tyle. Hughie i Stuart zaczęli podskakiwać. gdyŜ nie spodziewały się lŜejszego Ŝycia w Australii. Czekała ich podróŜ statkiem najtańszą klasą.powiedział Paddy.zawołał Bob. czy poczuła się uraŜona tak lekcewaŜącym potraktowaniem. I rzeczywiście znaleźli Gillanbone. a jeśli jest skąpa. Bądź co bądź. rozrasta się błyskawicznie. Chłopcy pochylili się nad poŜółkłymi stronicami. Fee więcej się nie odezwała. a poza tym. . u góry w lewym rogu mapy. tak się przynajmniej zdawało. Ŝeby zajrzeć do legendy ze skalą w dolnym lewym rogu mapy. znajdowało się kilka półek z ksiąŜkami. to wszystko. a Frank uśmiechał się wpatrzony nieobecnym wzrokiem w jakąś odległą wizję. raczej takiego samego. ale poniewaŜ miała trwać zaledwie trzy dni. prawie jej nie znasz. Ŝe Nowa Południowa Walia odpowiada wielkością Wyspie Północnej Nowej Zelandii.Australia jest jak Ameryka.nie ufam ani trochę. ty nie chodziłeś nawet jeszcze do szkoły. Dzieliła was taka duŜa róŜnica wieku. choć punkty oznaczające miejscowości rozsiane były znacznie rzadziej niŜ na mapie Wyspy Północnej. było to do wytrzymania. Przyzwyczajeni do niewielkich odległości w Nowej Zelandii. mimo Ŝe byli biedni. Ŝe w obcym otoczeniu. jak mówiłeś. dzieliła go od Sydney taka sama odległość jak Wanganui od Auckland. Wyciągnięto stary atlas. Ŝe w Ŝyciu nie widziałeś drugiej takiej sknery.Gdzie leŜy Gillanbone? . jedziemy do Australii i opłacimy podróŜ z własnej kieszeni.Nie widzę. . kiedy twoja siostra wyjechała do Australii. nie pomyśleli o tym. chwytając ojca za ramię. Pamiętam. Bez zastanowienia przyjęli. Mogli sobie pozwolić na zabranie ze sobą . Ŝe ten zamiar spełznie na niczym. za stołem. tym więcej odziedziczymy. . Na pewno jest tam teraz o wiele więcej miast.Hura! Jedziemy do Australii! . Nie sposób było wyczytać z jej twarzy. chwytały się kurczowo nadziei. . przy którym jedli posiłki. Paddy.

Dziwne . . Mary pisze.Tak. Ŝe wielka przygoda zdarzy się naprawdę.spytał z zaciekawieniem. Szpinet. lekko pociemniały ze starości ale nadal wyraźnie przedstawiając złotowłosą kobietę w róŜowej koronkowej krynolinie przybranej stu siedmioma falbankami. sekretarzyka z okresu regencji. Paddy udał się do Wanganui. garnków i tych paru półek ukochanych ksiąŜek. A co do reszty mebli. . mamo? . kanapa i krzesła w stylu Ludwika XV. . nie mogli mi zabrać tego. . . poznaczoną smugami obudowę instrumentu i spoglądała nieprzytomnie na przypudrowane złotym kurzem czubki palców. Ŝeby zarezerwować najtańszą. Jesteś trochę do niej podobna.Wielka dama. Niewiele. .Jesteś pewien.spytał. pościelą i ksiąŜkami. a rzeczy Fee popakować do skrzyń razem z naczyniami. Ŝe stać nas na taki wydatek? .Rozmarzone spojrzenie przeniosła ponad jego ramieniem na olejny obraz wiszący na ścianie.powiedziała Fee. co Mary. Ŝe przygotowała dla nas dom zarządcy. . Ŝe nie musimy mieszkać w tym samym domu.Zawsze chciałem się dowiedzieć.Ale musi być z tobą spokrewniona.Kto to jest? . co naleŜało tylko do mnie. Kiedy wyszłam za mąŜ. Trzeba było oddać psy. załadować meble na platformę Angusa Mac Whriterai zabrać je na aukcję do Wanganui.pomyślał . . Cieszę się. gdy stojąc przy pięknym starym szpinecie gładziła róŜową. meble musieli sprzedać.oznajmił stanowczo Paddy. obracając głowę. . pościeli i obrusów. garnkami.tylko ubrań. Ŝeby pokryć koszt przewozu rzeczy z salonu Fee. sprzedać konie i bryczkę. .Ŝe statek nosi tę samą nazwę co najbliŜsze miasteczko.Ja teŜ . a na początku tego miesiąca wszyscy poczuli.Najzupełniej. dywanów i krzeseł. ośmioosobową kabinę na statku „Wahine”. perskie dywany. . Mieli wypłynąć w morze pod koniec sierpnia. Ŝebyś to wszystko zostawiła . Czy zawsze go miałaś. w którym powinniśmy znaleźć wszystko. ale w świetle prawa były moją własnością.Nie ma mowy. jej szpinetu. co będzie nam potrzebne. Frank natknął się na matkę w chwili.spytała Fee. naczyń stołowych i sztućców.

potrząsnął pesymistycznie głową. Meggie i maleństwem. . duszna kabina cuchnęła olejem napędowym. wymiotujących synów. Fee przestała cierpieć z powodu nudności i zapadła jakby w omdlenie. . mamo. gdzie powietrze było nieco mniej stęchłe i Frank przytrzymując przy ustach ręcznik. Ŝe ich matka lada chwila umrze. Frank. Chodź. kiedy jakaś dobra dusza wyraziła chęć przypilnowania czterech nieszczęsnych. Zanim jeszcze „Wahine” wypłynął z zatoki Wellington. gdzie najsilniej dawało się we znaki kołysanie statku. Ŝeby zobaczyć się z Fee. zamknęła szpinet i strzepnęła z palców złocisty pył.. Ŝebyś mi powiedziała.Coś ci się majaczy. zupełnie nic.Całe szczęście. Ciasna. postanowił zostać na dole i strzec kobiet. z którego nie moŜna jej było dobudzić. W kilka godzin po opuszczeniu Wellington Frank i Meggie nabrali przekonania. Ŝeby tamować wodnistą Ŝółć. przysiadł na brzegu odgarniając jej z czoła zmierzwione Ŝółte włosy. . . Lekarz sprowadzony z pokładu pierwszej klasy przez bardzo zmartwionego stewarda. bo znajdowała się poniŜej linii zanurzenia.powiedział i odesłał pielęgniarkę po mleko dla niemowlęcia.Tak.Nie ma nic do powiedzenia. Steward pomógł ułoŜyć Frankowi matkę na górnej koi. Godzina za godziną trwał posterunek. mimo Ŝe .Czy ja naprawdę wyglądam na taką krewną? . któremu niezbyt to odpowiadało. którą wciąŜ zwracał. Ŝeby tata mógł je zapakować.Tak bym chciał. synu. pomoŜesz mi przesunąć te rzeczy na środek pokoju. otrząśnij się. blisko dziobu. . Paddy zabierał chłopców na pokład i trzymał ich tam mimo silnego wiatru i bryzgającej wody.Fee oderwała wzrok od obrazu i spojrzała z ironią na syna. Przeprawa przez morze okazała się koszmarem.Ona? Moją krewną? . dopadła wszystkich choroba morska i nie opuszczała przez całe tysiąc dwieście mil podróŜy po wzburzonym przez zimowe sztormy morzu. choć z utęsknieniem myślał o świeŜym powietrzu. Mógł zejść na dół. Fee westchnęła. W przerwach między atakami nudności Frank i Meggie z pewnym trudem karmili z butelki Hala. Ŝe to taka krótka podróŜ .

zastawał Franka przy matce. Gdzie spojrzeć. które napełniało ich podziwem. Meggie z walizką i chłopcy. Meggie oŜywiła się trochę i zdawało jej się. w porównaniu z Sydney okazało się małym. otulając stary statek. posuwali się przez lepką szarość. .powiedział do Paddy'ego. ostroŜnie jak trapione zwierzę. jakimi powitała ich Australia. bracie . kiedy odchodzi . kaŜdy z jakimś bagaŜem. wielkomiejskim rytuale. Trzy godziny przed Sydney fale opadły i na spokojną taflę morza zaczęła nieśmiało zakradać się mgła znad dalekiej Antarktyki. bo nigdy nie widziała tylu samochodów naraz.sam chorował. zagubiony i samotny. Powolutku. Meggie na zawsze zapamiętała dźwięk syren mgłowych. Ŝe zawiezie ich do Pałacu Ludowego. Paddy poszedł na dworzec główny dowiedzieć się. we wszystkich kierunkach pędziły ulicami samochody. tłumy ludzi gęstniejące i rzednące zdumiewająco szybko w jakimś dziwnym. Ŝe teraz. Przed blaszanym barakiem na przystani ciągnął się sznur czekających aut. koni jak na lekarstwo. Schodząc z pokładu „Wahine” Paddy niósł Fee na rękach. Dzieci z zachwytem oglądały przez okna taksówki wysokie murowane domy.w mglisty zimowy poranek pod koniec sierpnia 1921 roku. za nimi szedł Frank z niemowlęciem. Jakimś cudem Paddy załadował wszystkich do jednej taksówki. a gdzieś z góry rozlegało się co jakiś czas monotonne wycie. powietrze dokoła wypełniło się posępnymi rykami. której kierowca sam zaproponował. prowincjonalnym miasteczkiem.nazwa ta nic im nie mówiła . Podczas gdy Fee odpoczywała w jednym z niezliczonych pokoi pękającego w szwach schroniska. kręte uliczki. podczas gdy Meggie z ręcznikiem przy ustach leŜała skulona na dolnej koi razem z Halem. Wellington. chwiejąc się i potykając. statek ryczy z bólu w regularnych odstępach. kiedy przestało tak strasznie huśtać. Meggie wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. .To coś w sam raz dla ciebie. nieopisanie smutny głos. A kiedy wśród niesamowitych oparów wpłynęli na wody zatoki.Hotel dla robotników prowadzony przez Armię Zbawienia. które Armia Zbawienia ochrzciła dumnie Pałacem Ludowym. Ilekroć Paddy wchodził do kajuty. . Przybyli do Pyrmont.

Mam przy sobie Franka i Meggie. ale potem musielibyśmy czekać na miejscowe połączenie. Wypiła miseczkę zupy i zjadła grzankę przyniesioną przez anioła w czepku.pociąg do Gillanbone.UwaŜam. Przypominał olbrzymi szklany cylinder. w którym sprzedają karmelki ślazowe. ale przewaŜyła troska o samopoczucie matki. . Nic mi nie będzie.Myślisz. Ŝe nie jest to daleko. nie ma codziennie połączenia.oznajmił Paddy po powrocie.powiedziała. Frank i Meggie zostali z Fee i z Halem.Nie rozumiesz jednego. do której jedziemy. błagała wzrokiem syna o milczenie. Frank. a po drodze cały czas są sklepy. Moglibyśmy dojechać do Dubbo którymś z trzech jutrzejszych pociągów. a z miejscowością. . JeŜeli przepuścimy dzisiejszy pociąg. Ŝe z chwilą opuszczenia statku szybko dochodziła do siebie. Ŝe taka podróŜ byłaby o wiele dłuŜsza i bardziej męcząca niŜ dzisiejszym ekspresem.wtrącił hardo Frank. Przyznać trzeba. Ŝe powinniśmy zaczekać . następny bezpośredni pociąg będzie dopiero za tydzień . Całkiem ozdrowiali chłopcy domagali się głośno. . Ŝeby zabrał ich ze sobą.powtórzyła Fee. gdyŜ usłyszeli. obwiązanych paskami walizach i wpatrzonej zachłannie w . . choć teŜ bardzo chcieli iść. .W takim razie wyślę telegram do Mary.Dam radę . .Dam radę. w jakim rodzina Clearych kiedykolwiek się znalazła. Ŝeby opłacić tygodniowy pobyt w Sydney. równieŜ jeden. . ile ma siły w nogach po trzech dniach choroby morskiej. jedną z opiekunek robotników. będziemy musieli czekać cały tydzień. Ŝeby jechać pociągiem. . drŜąc na całym ciele.JeŜeli nie pojedziemy dziś wieczorem Fee. bo sam nie był pewien.Według mnie mama jeszcze nie wydobrzała na tyle.Mówiąc to. Ŝeby spodziewała się nas jutro wieczorem. a ja po prostu nie mam tyle pieniędzy. . Ŝe dałabyś radę jechać dzisiaj? Fee usiadła na łóŜku. To wielki kraj. Zazdroszcząc im młodości Paddy uległ prośbom. którym jednocześnie odbijał echem i wchłaniał hałas kilkutysięcznej ciŜby czekającej przy wysłuŜonych. . Paddy . Powiedziano mi. Dworzec główny był największym budynkiem.

spytała Meggie. Zresztą. by na widok tylu dzieci zniknąć z przeraŜeniem. Meggie i Hala przy rozsuwanych drzwiach prowadzących na długi korytarz łączący przedziały. Dojedziemy na miejsce jutro późnym popołudniem. . Nie. Posiadanie duŜej rodziny miewa czasem dobre strony. ale ich uwagę odwróciła bajeczna panorama świateł za oknami. Paddy znalazł pusty przedział drugiej klasy. rozsiane coraz rzadziej światła wreszcie pogasły. Ostatnimi czasy czuła. Ŝe nie przynaleŜy juŜ do chłopców: niemowlę wywróciło jej Ŝycie do góry nogami i przykuło do domu tak mocno jak matkę. W zapadającym zmierzchu Cleary'owie stopili się z tłumem i nie odrywali oczu od harmonijkowej bramy przed peronem piątym. Pociąg przyśpieszył. bo zarówno w Australii jak i Nowej Zelandii nigdy go nie stosowano. Meggie popatrzyła tęsknie za nimi. na jej zasuniętych skrzydłach wisiał duŜy.O wiele dalej.Czy to daleko. gorączkowy ruch zwiastował zbliŜający się odjazd nocnych ekspresów do Brisbane i Melbourne. przylgnęli do nich wszyscy i patrzyli. Sześćset dziesięć mil. wprawdzie wagon nie był ogrzewany. Chłopcy aŜ westchnęli ze zdumienia. kiedy pociąg ruszył postukując i kołysząc się łagodnie na niezliczonych zwrotnicach. posadził starszych chłopców przy oknach. tato? . a domów wcale nie ubywało jeszcze przez kilka minut. ustępując miejsca rojom iskier pędzonych nieprzerwanie przez wyjący wiatr.ogromną tablicę informacyjną. Kiedy Paddy wyprowadził chłopców z przedziału. . Wkrótce nadeszła ich kolej. Co chwila pojawiały się pełne nadziei twarze wypatrujące wolnego miejsca. ale od podłogi promieniowały ciepłem metalowe skrzynki wypełnione gorącym popiołem. przymocowanych paskami do wszystkich walizek. na której pracownicy kolei. Meggie. Ŝeby Fee mogła nakarmić Hala. Na peronach pierwszym i drugim tłoczyli się między barierkami pasaŜerowie. nie miała o . niŜ to wyglądało w atlasie. harmonijkowe skrzydła złoŜyły się i przez otwartą bramę na peron piąty ruszyła skwapliwie gromada ludzi. Zimny wieczór usprawiedliwiał wyciągnięcie duŜych pledów w szkocką kratę. zaś Fee. wyposaŜeni w długie tyczki. odręcznie namalowany napis: Pociąg pocztowy do Gillanbone. nikt nie spodziewał się ogrzewania. ręcznie zmieniali napisy.

a ja dopilnuję. ale będziemy tam o wiele później. a sprawiało jej teŜ przyjemność. iŜ coś takiego istnieje na tej samej planecie co Nowa Zelandia. Meggie ogarnęło nagłe. jak się zdawało. co sprawia. najedzonego i zaspanego.Kwadrans. . Ŝeby to wypić? . Nie miała pojęcia. Ŝe mama traktuje ją jak dorosłą. Meggie zasnęła. zdumieni i strwoŜeni. Ŝe mama ma dzieci.Ile mamy czasu. ale w przedziale robiło się coraz zimniej mimo skrzynek z gorącym popiołem na podłodze. tak powiedziała dziewczyna w bufecie.Co to za miejscowość? . Boba. . szalone podniecenie. Potem Frank ułoŜył ją za Halem na długim siedzeniu i opatulił starannie pledem. Wszystko było brązowo szare. w nocy. wyciągniętą na ławce po drugiej stronie.Valley Heights. Rano wpatrywali się. Franka i Jacka Paddy zabrał kilka przedziałów dalej. napiła się gorącej. nawet drzewa! . Frank bierze dla ciebie kanapki. która odłoŜyła Hala. Ŝeby chłopcy coś zjedli. Ŝe nigdy by nie przypuszczali. którą przyniósł dla niej Frank. Kochany malec był promykiem rozjaśniającym jej Ŝycie. gorączkowo szukający zaczepienia pociąg prychał wściekle. Oddała Hala Fee. dobrze osłodzonej herbaty z filiŜanki matki i pochłonęła kanapkę. w krajobraz tak obcy. na ławkę. stał łapiąc oddech. wiatr świstał w drutach telegraficznych. Pociągiem podróŜowało się o wiele przyjemniej niŜ statkiem. Doczepiają nam drugą lokomotywę. . Wzgórza. Stuart i Hughie mieli posłanie na podłodze między siedzeniami. powtarzała sobie lojalnie. Paddy wszedł niosąc filiŜankę herbaty dla Fee. to samo zrobił z Fee. Stukotaniu kół towarzyszyło rytmiczne posapywanie dwóch lokomotyw. Marzyła o tym. Następna stacja z bufetem nazywa się Blayney. i tam mieli spędzić noc. bo będziemy jechać do Lithgow pod górę. ale rezultat ją zachwycał. owszem. a kiedy stalowe koła poślizgnęły się czasem na pochyłych szynach. niedługo potem pociąg zatrzymał się z hukiem i piskiem i całymi godzinami.spytała. Ŝeby otworzyć okno i wyjrzeć. wznosiły się i opadały.to Ŝalu. ale nic poza tym ani trochę nie przypominało rodzinnych stron. Ŝeby pogadać z postrzygaczami owiec.

Witajcie. Wyglądał jak postać z dalekiej przeszłości. zmęczonej.powiedział. małe skupisko tandetnych budynków z drewna i blachy falistej. pozbawionej drzew. . uśmiechem wyraŜając szczere zdumienie. nikt szybciej niŜ ksiądz Ralph nie potrafił rozpoznać szlachetnie urodzonej kobiety. nazywam się de Bricassart . ale biedna Meggie miała oczy pełne łez. Po mroźnej nocy wschodzące do zenitu słońce przyniosło upalny dzień. zmęczonych szarych krzewów. kurz wzbijał się i kłębił za jego plecami czerwieniejąc w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Jest pan bliźniaczo do niej podobny. a w ich stronę szedł miarowym krokiem. samochody naleŜały tu widać do rzadkości. ksiądz w długiej sutannie. falujące i uginające się pod naporem wiatru łany ciągnęły się całymi milami. Fee oglądała te widoki ze stoickim spokojem. niedaleko na zachód zaczynała się Ziemia Niczyja. wszyscy aŜ dyszeli z gorąca. Na placyku przy stacji stał błyszczący czarny samochód. które wirując wlatywały i osiadały wszędzie. Paddy otworzył do końca oba okna nie zwaŜając na sadze. kto nie opiera się stopami na ziemi jak zwykli śmiertelnicy.rzekł jakby . kiedy stali jeszcze na peronie. która na ich oczach. a grube zimowe ubranie z Nowej Zelandii kleiło im się do ciała wywołując swędzenie. ktoś.AleŜ pani jest piękna! . pustynny obszar. zapylonej. tylko sunie jak we śnie.Pod jaskrawym słońcem ozima pszenica zdąŜyła juŜ nabrać brunatnosrebrzystego odcienia. zaczęła tracić blask. usytuowanych po obu stronach szerokiej ulicy. ostatnią placówką w malejącej strefie opadów. zatrzymując się od czasu do czasu w jakiejś mieścinie pełnej rowerów i pojazdów konnych.Pan to na pewno brat Mary. urozmaicone grupkami tyczkowatych drzew o niebieskich liściach i kępami pokrytych pyłem. wyciągając rękę do Paddy'ego. Zdawało się. O zachodzie słońca ukazało się Gillanbone. . gdzie nie padały deszcze. Następnie zwrócił się do Fee i uniósł jej omdlewającą dłoń do ust. chyba w piekle. ciągnący się przez dwa tysiące mil. Ŝe nigdzie nie moŜe być tak gorąco w ziemie. zapadając się w pyle. pozbawiony płotów pejzaŜ bez śladu zieleni wydał jej się okropny. Rozległy. Gillanbone stało się na powrót typową osadą australijskiego pogranicza. . Pociąg pędził z turkotem coraz dalej i dalej. Roztapiające się słońce powlekło wszystko złotą glazurą nadając miasteczku przelotną godność.

paplając bez ustanku z silnym akcentem z zachodniego pogórza szkockiego. nienawidząc tego pięknego męŜczyzny. wyminął chłopców i przykucnął przed Meggie.No proszę! A to kto? . poczuła. jego oszałamiającej postury.odparła.spytał z uśmiechem. jakby patrzyła na samego Boga. . prowadząc Meggie do samochodu. Jemu wiara niosła ciepło i pocieszenie. Gospodyni. dobre. Z tyłu samotnie stała Meggie z rozdziawioną buzią. więc Paddy.Meghann.oznajmił. Nie zwracając uwagi na pył. a potem kolejno odnotował obecność chłopców. jeśli przenocujecie na plebanii . Ŝeby jechać od razu po podróŜy pociągiem z Sydney. w których mieli nocować. . . Kiedy zamknął jej ręce w swoich dłoniach. Przez chwilę zatrzymał zdziwiony wzrok na dźwigającym niemowlę Franku. To za daleko.Zawiozę was do Droghedy rano. ich nachylanie się nad maluczkimi. choć niechętnie. przymusie. ale trzymając Meggie za rękę. Po zapadnięciu zmroku powietrze bardzo się oziębiło. jakie są mocne. zasuszona Szkotka o zdumiewającej energii. który . Pozostali członkowie rodziny zjedli kolację w solennym milczeniu i czym prędzej uciekli na górę.Najlepiej będzie. Cleary'owie nie umieli dostosować się do beztroskiej dobroduszności księdza Ralpha. ale w saloniku na plebanii płonął w kominku wielki ogień i dolatywały skądś draŜniące podniebienie zapachy. Jedynymi murowanymi budynkami w Gillanbone były hotel „Imperial”.powiedział prostując się. Nawet duŜa szkoła państwowa musiała zadowolić się drewnianą konstrukcją.dorzucił Frank z kwaśną miną. kościół katolicki. szkoła. klasztor i plebania. delikatne. moje ulubione imię . aŜ do najmniejszego. Tylko Paddy uległ jej czarowi. . w którym zanurzyła się sutanna. poszedł w ich ślady. pokazała i pokoje.taki komplement brzmiał najnaturalniej na świecie w ustach księdza. po czym przeniósł spojrzenie na zbitych w gromadkę chłopców. .Na imię ma Meghann . ale dla reszty rodziny tkwiła korzeniami w lęku. bo pamiętał jeszcze serdeczność okazywaną przez księŜy w rodzinnym Galway. . Przywykli do wyniosłej rezerwy księŜy w Wahine.Meggie .

no i Meggie. Ostatnie wzgórza leŜało dwieście mil na wschód. Najsłodsza. uderzająco podobnego do matki. pozostali synowie na ogół podobni do ojca. Podniesione na niego srebrzystoszare oczy połyskujące szlachetnym blaskiem jak klejnoty. Ŝe powinienem był wybrać Nową Zelandię . Pomyślał. Rano wyruszył do Droghedy wioząc przygarniętych na noc gości. Ŝe ich komentarze budziły w nim wielką wesołość.czarnych! . która wyglądała. wokół rozpościerała się płaska jak stół kraina porosła trawą i z rzadka drzewami. wymęczona. z wyjątkiem najmłodszego. . Stuarta. teŜ coś! Raczej poraziła mu oczy słoneczna łuna bijąca od piasku. klejnoty. I owce są ładne.moŜna by streścić zdaniem: „Bądź posłuszny. wyjaśnił. jakŜe podobny do Mary. był na tyle juŜ oswojony z okolicą. Ŝe zaczyna dziwaczeć na stare lata. ani złote. jakby wysiadła z małego landa zaprzęŜonego w białe konie. ksiądz Ralph zapalił papierosa i wyciągnął się na ulubionym krześle patrząc z uśmiechem w ogień. ten powinien wyrosnąć na przystojnego męŜczyznę. jaką kiedykolwiek widział. ale przygarbiony od cięŜkiej pracy i bez jej złośliwego usposobienia. Ŝe znajdują się na bogatych w czarnoziem równinach. ale daimlerem podróŜowało się o wiele wygodniej niŜ pociągiem. Ojciec.Owce są brudne! . najrozkoszniejsza dziewczynka. cisnął niedopałek papierosa w ogień i wstał. ani rude.oczach. Włosy nieopisanego koloru. jak zobaczył ich po raz pierwszy na placyku przed stacją. . posępny Frank o śniadej cerze i czarnych . przyglądając się setkom rdzawoczerwonych kłębuszków z zagłębionymi w trawie pyszczkami. . piękna Ŝona. Oczyma duszy ponownie oglądał Clearych tak. Poza tym wyruszyli w drogę wcześnie. Kiedy wszyscy wyszli. z czarną walizką. Musi tam być podobnie jak w Irlandii. Jak okiem sięgnąć.powiedziała Meggie Ŝałośnie.Widzę. w której ksiądz Ralph wiózł starannie zapakowane szaty i najświętszy sakrament. Wzruszył ramionami. kremowe. na czczo.powiedział ksiądz. nie sposób powiedzieć czegokolwiek na temat niemowlęcia. w przeciwnym razie zostaniesz potępiony”. Dzień był tak samo upalny jak poprzedni.

. gorące śniadanie. . znajduje się milę stąd. a potem. . które biegną zamiast lecieć.Dom. . .pisnęła Meggie. Mary. Ŝe zacznę od początku.odpowiedział Paddy.Tak. która zarzuciła mu rączki na szyję i tuliła się do niego. Nowa Zelandia pod wieloma względami przypomina Irlandię.Wysłuchajmy od razu mszy . które. gdzie będzie mieszkać.sprawiła. Mary Carson podniosła się cięŜko.. .Meggie .Ksiądz de Bricassart na pewno śpieszy się i zechce jechać w dalszą drogę. .Roześmiał się. zmuszając go. wsiadł z powrotem do auta.AleŜ nie. nie witając się z Fee ani z dziećmi. tysiącami róŜanych krzewów . omijając go wzrokiem i wpatrując się w księdza Ralpha trzymającego w ramionach Meggie. Ale przyroda jest bardziej dzika.Niezupełnie . .powiedziała dość uprzejmie. jak obiecałem. Odprawię mszę. Ŝeby do niej podszedł.z wdzięczną. . kiedy ostatnia brama została zamknięta i Bob. .powiedział ksiądz Ralph. aŜ błysnęły mu niebieskie oczy. jakimi częstowała ich raz po raz Australia. kiedy nie trzeba wciąŜ wysiadać i otwierać tych utrapionych bram .powtórzyła Mary Carson. urzeczone widokiem ogromnych ptaków. pokaŜę Meggie.odparł szybko ksiądz. Drogheda . Trochę jakbyśmy zaczynali przedstawiać się od końca. To jest Fiona zaczął Paddy. prawda? Pozwolisz. neoklasyczną fasadą. .Tak. Ŝe poczuli się trochę jak w domu. o wiele mniej okiełznana .No. Ŝe ledwie je było widać. Rośnie tam taka sama piękna. w którym zamieszkacie. Mary Carson czekała na nich w wielkim salonie i nie wstała z fotela na powitanie brata. . W tym momencie poderwało się stadko strusi emu. wyręczający go w tym obowiązku. to jest właśnie Meggie. chyŜe jak wiatr. droga Mary. Bardzo mu się podobał ksiądz. zjemy wszyscy przy twoim stole porządne. Dzieci łapały oddech i parskały śmiechem. nad strumieniem. pączkującymi pędami glicynii. rzuciły się do ucieczki wyciągając długie szyje i przebierając niezgrabnymi nogami tak.Tutaj będziemy mieszkać? . Paddy .zarządziła. Po wstrząsających wraŜeniach.Jak to przyjemnie. zielona trawa.

Mary Carson skinęła lekko głową, a kiedy prezentował jej po kolei chłopców, prawie go nie słuchała, pochłonięta widokiem Meggie i księdza.

ROZDZIAŁ CZWARTY Dom zarządcy wznosił się na palach około dziesięciu jardów nad wąskim parowem, porosłym po obu stronach wysokimi, rozczapierzonymi eukaliptusami i licznymi płaczącymi wierzbami. Po wspaniałościach rezydencji było tu raczej skromnie, ale praktycznie, wyposaŜenie przypominało im trochę dom

pozostawiony w Nowej Zelandii. W pokojach stały solidne wiktoriańskie meble pokryte grubą warstwą czerwonego pyłu. - Macie szczęście, Ŝe jest tu łazienka - powiedział ksiądz Ralph wprowadzając ich na werandę po schodach z desek, ta wspinaczka kosztowała trochę wysiłku, bo podpierające dom pale miały pięć jardów wysokości. - Na wypadek, gdyby strumień wezbrał - wyjaśnił ksiądz Ralph. - Mieszkacie tuŜ nad nim, a słyszałem, Ŝe poziom wody potrafi się podnieść o dwadzieścia jardów w ciągu nocy. Rzeczywiście mieli łazienkę: na końcu werandy z tyłu domu we wnęce stała stara blaszana wanna i grzejnik do wody na drewno. Ale za ubikację słuŜyła, jak z obrzydzeniem przekonały się kobiety, zwykła dziura w ziemi dwieście jardów od domu, w dodatku śmierdząca. Po Nowej Zelandii to urządzenie wydało się im prymitywne. - Ten ktoś, kto tu mieszkał, niezbyt dbał o czystość - powiedziała Fee przeciągając palcem po zakurzonym kredensie. Ksiądz Ralph roześmiał się. - Nie wygra pani z pyłem, wciska się wszędzie - rzekł. - Tu na prowincji są trzy rzeczy, których nie uda się pani nigdy pokonać: upał, kurz i muchy. MoŜe pani nie wiem co robić, nie da się przed nimi uciec. Fee popatrzyła na niego. - Ksiądz jest dla nas bardzo dobry. - Czemu miałbym być inny? Jesteście jedynymi krewnymi Mary Carson, z którą jestem bardzo zaprzyjaźniony. Fee, na której to oświadczenie nie zrobiło większego wraŜenia, wzruszyła ramionami.

- Nie przywykłam do utrzymywania przyjaznych stosunków z księdzem. W Nowej Zelandii księŜa nie okazują takiej serdeczności. - Pani nie jest katoliczką, prawda? - Nie, to Paddy jest katolikiem. Oczywiście wszystkie dzieci, co do jednego, zostały wychowane w wierze katolickiej, jeŜeli ma ksiądz wątpliwości. - W ogóle się nad tym nie zastanawiałem. A czy panią to boli? - Jest mi to najzupełniej obojętne. - Nie przeszła pani na katolicyzm? - Nie jestem hipokrytką, proszę księdza. Dawno temu straciłam wiarę i nie Ŝyczyłam sobie, Ŝeby mnie nawracano na inne, równie nic nie znaczące wyznanie. - Rozumiem - odparł patrząc na Meggie, która stała na werandzie od frontu i patrzyła na drogę prowadzącą do dworu w Droghedzie. - Pani córka jest taka ładna. Wie pani, mam słabość do tycjanowskich włosów. Na widok takich włosów malarz rzuciłby się do pędzla. Nigdy jeszcze nie spotkałem się z takim odcieniem. Czy to jedyna pani córka? - Tak. W rodzinie Paddy'ego i mojej rodzą się chłopcy, dziewczynki są rzadkością. - Biedactwo - rzekł ni to do siebie, ni do Fee. Kiedy przyjechały skrzynie z Sydney i dom nabrał swojskości dzięki ksiąŜkom, porcelanie, bibelotom i wypełniającym bawialnię meblom. Fee, Ŝycie toczyło się normalnym trybem. Paddy i starsi od Stu chłopcy spędzali niemal całe dnie w towarzystwie dwóch parobków, których Mary Carson zatrudniała nadal, Ŝeby nauczyli nowych gospodarzy wszystkiego, czym hodowla owiec na północnym zachodzie Nowej Południowej Walii róŜniły się od hodowli nowozelandzkiej. Tymczasem Fee, Meggie i Stu odkrywali róŜnice między prowadzeniem domu w Nowej Zelandii a tu, w Droghedzie. Rozumiało się samo przez się, Ŝe nie będą nigdy zakłócali spokoju samej Mary Carson, ale jej gospodyni i pokojówki równie chętnie pomagały nowo przybyłym kobietom jak parobcy męŜczyznom. Drogheda, jak się wszyscy o tym przekonali, stanowiła odrębny świat, tak odcięty od cywilizacji, Ŝe po niedługim czasie nawet Gillanbone stało się niczym więcej jak tylko nazwą wywołującą mgliste

wspomnienia. W obrębie wielkiego obejścia znajdowały się stajnia, kuźnia, garaŜe, niezliczone szopy, w których przechowywano wszystko: od karmy do maszyn, budy i wybiegi dla psów, istny labirynt zagród dla owiec i bydła, gigantyczna szopa do strzyŜenia owiec z oszałamiającą liczbą dwudziestu sześciu stanowisk, a za nią dalsze zagrody. Były tam równieŜ kurniki, chlewy, obory i mleczarnia, chaty dla dwudziestu sześciu postrzygaczy, szałasy dla wyrobników, dwa mniejsze domy dla pastuchów, barak dla fryców, rzeźnia i składy drewna. Wszystko to mieściło się mniej więcej pośrodku pola o średnicy trzech mil, zwanego domowym, czyli obejścia. Tylko w jednym miejscu, w pobliŜu domu zarządcy, skupisko zabudowań niemal stykało się z rozpościerającymi się dalej lasami. Wokół szop, zagród i wybiegów rosło sporo drzew, które dawały upragniony i niezbędny cień: głownie wielkie sumaki, wytrzymałe, gęste i sennie piękne. Dalej, w bujnych trawach obejścia, pasły się ospale konie i dojne krowy. Na dnie głębokiego parowu koło domu zarządcy płynął leniwie mulisty strumyk. Nikt nie uwierzył w opowieść księdza Ralpha, Ŝe jego poziom moŜe w ciągu nocy podnieść się o dwadzieścia jardów, nie wydawało się to moŜliwe. Wodę do łazienki i kuchni pompowało się ręcznie ze strumyka i kobiety przez dłuŜszy czas przyzwyczajały się do jej zielonkawobrunatnego zabarwienia przy myciu, zmywaniu i praniu. Wody pitnej dostarczało szereg potęŜnych zbiorników z blachy falistej łapiących deszczówkę z dachu, umieszczonych na drewnianych wieŜyczkach przypominających wieŜe wiertnicze. Trzeba było jednak korzystać z niej bardzo oszczędnie, a w Ŝadnym razie nie uŜywać jej do mycia. Nikt nie mógł bowiem przewidzieć, kiedy znów spadnie deszcz i napełni zbiorniki. Owce i bydło piły wodę artezyjską, ale nie czerpaną z łatwo dostępnego poziomu wód gruntowych, tylko prawdziwą wodą artezyjską, pochodzącą z głębokości ponad tysiąca jardów. Tryskała ona z umieszczonej w odwiercie rury w temperaturze wrzenia a potem rowami porośniętymi po brzegach jadowicie zieloną trawą, płynęła na wszystkie pola posiadłości. Woda w całym tym systemie odpływowym była tak zasiarczona i nasycona minerałami, Ŝe nie nadawała się dla ludzi.

Z początku oszołomiły ich odległości: Drogheda zajmowała powierzchnię dwustu pięćdziesięciu tysięcy akrów. NajdłuŜszy odcinek graniczny ciągnął się osiemdziesiąt mil. Czterdzieści mil i dwadzieścia siedem bram dzieliło dwór od Gillanbone, jedynej osady połoŜonej bliŜej niŜ sto sześć mil. Krótką granicę wschodnią tworzyła rzeka Barwon, jak miejscowi nazywali północny odcinek rzeki Darling, będącej tysiącmilowym mulistym dopływem rzeki Murray, która wlewa swoje wody do oceanu tysiąc pięćset mil dalej, w Australii Południowej. Strumień Gillan, płynący parowem koło domu zarządcy, wpadał do Barwon dwie mile za obejściem. Paddy i chłopcy zakochali się w Droghedzie. Zdarzało się, Ŝe spędzali całe dnie w siodle, z dala od domu, nocując pod niebem tak ogromnym i pełnym gwiazd, Ŝe czuli się zjednoczeni z Bogiem. Szarobrunatna kraina roiła się od Ŝywych stworzeń. Liczące tysiące sztuk stada kangurów przedzierały się w podskokach przez zarośla, pokonywały susami płoty, urzekając gracją ruchów i swobodą. Strusie emu budowały gniazda na środku trawiastej równiny i obchodziły swoje terytoria sztywnym krokiem gigantów, a ilekroć je coś spłoszyło, wystraszone umykały tak szybko, Ŝe koń by ich nie dogonił, jak najdalej od swoich ciemnozielonych jaj wielkości piłki futbolowej. Termity stawiały rdzawe wieŜe niczym miniaturowe drapacze chmur. Ogromne, wściekle gryzące mrówki wlewały się strumieniami do dziur w naziemnych kopcach. Ptasi świat był tak bogaty i zróŜnicowany, Ŝe liczba gatunków wydawała się nie mieć końca; zresztą ptaki nie Ŝyły pojedynczo ani parami, tylko w wielotysięcznych gromadach: maleńkie zielono-Ŝółte papuŜki, które Fee nazywała nierozłączkami, zaś tubylcy po swojemu: budŜerigary; purpurowo-niebieskie nieduŜe papugi o dźwięcznej nazwie rosella; duŜe perłowoszare papugi, róŜowe na piersiach, wewnętrznej stronie skrzydeł i na łebkach, zwane galah; wielkie śnieŜnobiałe kakadu o uderzająco Ŝółtych czubach. Cieszyło oko drobne ptactwo kołujące i furkoczące skrzydłami, takŜe wróble i szpaki, a silne brązowe zimorodki kookaburra śmiały się i chichotały wesoło albo nurkowały polując na węŜe, ulubiony przysmak. Wszystkie te ptaki miały w sobie tyle cech ludzkich!

Nie okazywały najmniejszego lęku, setkami siedziały na drzewach, rozglądając się bystrymi, inteligentnymi oczkami, wrzeszczały, gadały, śmiały się i naśladowały kaŜdy dźwięk. Straszne jaszczurki długości pięciu, sześciu stóp kroczyły po ziemi lub skakały zręcznie po wysokich gałęziach, gdzie czuły się równie swobodnie jak na twardym gruncie; były to goanny. śyło tu wiele mniejszych, choć nierzadko równie przeraŜających jaszczurek - ich szyje ozdabiały zrogowaciałe kołnierze, upodabniając je do dinozaurów z rodzaju Triceratops, inne miały nabrzmiałe, jaskrawoniebieskie języki. Rozmaitość węzy zdumiewała - węŜe australijskie, Ŝmije miedzianki, węŜe drzewne, czarne węŜe o czerwonym podbrzuszu, brązowe węŜe, śmiercionośne węŜe tygrysie - ale Cleary'owie nauczyli się, Ŝe największe i z wyglądu najgroźniejsze naleŜały często do najłagodniejszych, podczas gdy kikutowate stworzenie długości jednej stopy mogło okazać się jadowite. A owady! Koniki polne, szarańcze, świerszcze, pszczoły, muchy, najróŜniejszych rozmiarów i gatunków, cykady, komary, waŜki, olbrzymie ćmy i tyle, tyle motyli! Pająki zdarzały się okropne, włochate, o rozpiętości odnóŜy wynoszącej kilka cali, albo zwodniczo małe, czarne, zaczajone w wychodku, śmiertelnie niebezpieczne, niektóre mieszkały w zawieszonych między drzewami ogromnych pajęczynach w kształcie koła, inne huśtały się między źdźbłami trawy w kołyskach uplecionych gęsto najcieńszą nicią, jeszcze inne nurkowały do dziurek w ziemi wyposaŜonych w pokrywki zasłaniające otwór. Były teŜ drapieŜniki: agresywne i mięsoŜerne dzikie świnie, czarne, włochate i wyrośnięte do rozmiarów krowy; dzikie australijskie psy dingo, które przemykały z brzuchem przy ziemi niknąc w trawie; setki wron obsiadające białe szkielety martwych drzew i kraczące posępnie; jastrzębie i orły unoszące się z rozpostartymi nieruchomo skrzydłami na powietrznych prądach. Przed niektórymi z tych zwierząt trzeba było chronić owce i bydło, zwłaszcza w porze przychodzenia na świat młodych. Kangury i króliki wyjadały cenną trawę; dzikie świnie i psy dingo zjadały jagnięta, cielęta i chore sztuki, wrony wydziobywały oczy. Cleary'owie nauczyli się posługiwać bronią palną i teraz ruszając w drogę konno zabierali ze sobą strzelby, Ŝeby w razie potrzeby

skrócić cierpienia jakiegoś zwierzęcia albo powalić odyńca czy dingo. Chłopcy myśleli uradowani: to dopiero jest Ŝycie. śaden z nich nie tęsknił za Nową Zelandią. Kiedy muchy lepiły się do kącików oczu, do nozdrzy, uszu i ust, poradzili sobie z tym po australijsku, przywiązując wokół ronda kapelusza dyndające na sznurku korki. A Ŝeby jakieś pełzające stworzenia nie dostały się do szerokich nogawek spodni, nogi poniŜej kolan obwiązywali kawałkami kangurzej skóry, nazywanymi bowyang. Idiotycznie brzmiąca nazwa pobudzała ich do śmiechu, ale odnosili się z respektem do tego niezbędnego zabezpieczenia. Nowa Zelandia wydawała się teraz bezpieczną, łagodną krainą, ale dopiero tutaj Ŝyło się naprawdę. Kobietom, uwiązanym w domu i przy jego najbliŜszym otoczeniu, o wiele mniej odpowiadało tutejsze Ŝycie, bo nie miały wolnej chwili ani pretekstu, Ŝeby jeździć konno, i brakowało im dobroczynnego urozmaicenia w zajęciach. Było im po prostu cięŜej wykonywać swoje odwieczne obowiązki - gotować, sprzątać, prać, prasować, chować dzieci. Zmagały się z upałem, kurzem, muchami, schodami, mulistą wodą, ustawiczną nieobecnością męŜczyzn, którzy mogliby przynieść i porąbać drzewo, napompować wody, zarŜnąć kilka sztuk drobiu. Szczególnie dawała im się we znaki spiekota, a przecieŜ nadeszła dopiero wczesna wiosna, mimo to dzień w dzień termometr na cienistej werandzie wskazywał blisko czterdzieści stopni. W kuchni przy palenisku temperatura dochodziła do pięćdziesięciu. Wielowarstwowe, dopasowane ubranie nadawało się do noszenia w Nowej Zelandii, gdzie w domu niemal zawsze panował przyjemny chłód. Mary Carson, która dla gimnastyki wybrała się do szwagierki, uniosła brwi na widok zapiętej pod brodę i sięgającej ziemi perkalowej sukienki Fee. Ona sama ubrana była według najnowszej mody - kremowa, jedwabna sukienka z duŜym dekoltem i bez znaczonej talii sięgała zaledwie do pół łydki i miała luźne rękawy bez łokci. - Doprawdy, Fiono, jesteś beznadziejnie staroświecka - powiedziała omiatając spojrzeniem świeŜo pomalowaną na kremowo bawialnię, perskie dywany i cenne meble na wysokich nóŜkach.

- Nie mam czasu, Ŝeby być inna - odparła Fee dość obcesowo jak na gospodynię. - Teraz, kiedy męŜczyźni przebywają najczęściej poza domem i nie trzeba przygotowywać tylu posiłków, będziesz miała więcej czasu. Poskracaj spódnice i przestań nosić halki i gorset, bo umrzesz z gorąca, kiedy nadejdzie lato. Tu potrafi być jeszcze o kilkanaście stopni cieplej. - Jej wzrok zatrzymał się na portrecie pięknej blondynki w krynolinie a la cesarzowa Eugenia. - A kto to? spytała wskazując na obraz. - Moja babka. - Naprawdę? A meble, dywany? - Moje, po babce. - Naprawdę? Moja droga Fiono, to znaczy, Ŝe twoja pozycja towarzyska jest o wiele niŜsza niŜ przedtem. Fee nigdy nie traciła panowania nad sobą, więc i teraz zachowała spokój, ale jej wąskie usta jeszcze bardziej się zwęziły. - Wcale tak nie uwaŜam, Mary. Mam dobrego męŜa. Sama powinnaś najlepiej o tym wiedzieć. - Ale to biedak. A jak brzmi twoje panieńskie nazwisko? - Armstrong. - Naprawdę? Ale nie z tych Armstrongów co Roderick Armstrong? - To mój najstarszy brat. Jego imiennik był moim pradziadkiem. Mary Carson wstała odganiając muchy, które nikogo nie uszanowały, duŜym kapeluszem ozdobionym kwiatami. - A więc pochodzisz z lepszej rodziny niŜ Cleary'owie, sama to muszę przyznać. Rzuciłaś to wszystko z miłości do Paddy'ego? - Powody, dla których postępuję tak, a nie inaczej, to moja sprawa, nie twoja, Mary - powiedziała Fee spokojnie. - Nie rozmawiam na temat mojego męŜa, nawet z jego siostrą. Bruzdy po obu stronach nosa Mary Carson pogłębiły się, oczy wyszły lekko na wierzch. - Wielkopańskie fochy!

Nie przyszłą juŜ więcej z wizytą, ale jej gospodyni, pani Smith, odwiedzała często Fee i powtórzyła radę Mary Carson dotyczącą ubioru. - Wie pani co - powiedziała - mam u siebie maszynę do szycia, której nigdy nie uŜywam. Zawołam dwóch wyrobników, Ŝeby ja tu przynieśli. A gdyby mi była potrzebna, to po prostu tu przyjdę. - Jej błądzące spojrzenie zatrzymało się na Halu, który z uciechy turlał się po podłodze. - Cieszę się, kiedy słyszę głosy dzieci, pani Cleary. Raz na sześć tygodni z Gillanbone przyjeŜdŜał konny wóz z pocztą - jedyny kontakt ze światem zewnętrznym. W posiadaniu Droghedy znajdowały się dwa cięŜarowe fordy, w tym jeden o specjalnej konstrukcji, ze zbiornikiem na wodę na platformie, ford model T i rolls-royce, ale jakoś nikt nie jeździł nimi do Gilly, oprócz Mary Carson, i to nieczęsto. Odległość czterdziestu mil wydawał się ogromna. Umowę na rozwoŜenie poczty po okręgu miał Bluey Williams, któremu objechanie całego terytorium zajmowało właśnie sześć tygodni. Jego platformę z wielkimi kołami ciągnął wspaniały zaprzęg złoŜony z dwunastu koni

pociągowych, zaś ładunek składał się z najprzeróŜniejszych rzeczy zamówionych przez najdalej połoŜone farmy. Prócz poczty wiózł benzynę w

czterdziestoczterogalonowych baryłkach, naftę w kanciastych pięciogalonowych puszkach, siano, ziemniaki, perkalowe worki z cukrem i mąką, drewniane skrzynki z herbatą i inne artykuły spoŜywcze, maszyny rolnicze, zamawiane z katalogów zabawki i ubrania ze sklepu Anthony'ego Hordera w Sydney, a poza tym wszystko inne, co trzeba było kupić i sprowadzić z Gilly albo z dalekiego świata. Przemieszczał się w szybkim tempie dwudziestu mil dziennie, a wszędzie, gdzie się zatrzymał, witano go serdecznie, zlecano zakup towarów w Gilly, wręczano pieniądze owinięte starannie w skrawki papieru z zamówieniem, oraz powstałe w Ŝmudnym trudzie listy, które wędrowały do płóciennego worka z napisem: „Poczta Rządu JKM”. Na trasie pocztowej na zachód d Gilly leŜały tylko dwie farmy, najpierw Drogheda, potem Bugela; za Bugelą rozciągało się terytorium, które dostawało pocztę jedynie dwa razy do roku. Platforma Blueya zataczała wielki łuk przez

wszystkie farmy na południowym zachodzie, zachodzie i północnym zachodzie, następnie wracała do Gilly, aby potem ruszyć w krótszą, bo zaledwie sześćdziesięciomilową podróŜ na wschód, gdzie zaczynał się rejon miasta Booroo. Czasem Bluey przywoził gości lub ludzi szukających pracy, którzy siedzieli koło niego na nie osłoniętym skórzanym siedzeniu; innym razem zabierał kogoś ze sobą - gości, niezadowolonych pastuchów, pokojówki, wyrobników, bardzo rzadko guwernantkę. Osadnicy poruszali się własnymi samochodami, ale ich pracowników woził Bluey, który dostarczał wszystkim towary i pocztę. Kiedy nadeszły zamówione bele materiału, Fee zasiadła do podarowanej maszyny i zaczęła szyć luźne sukienki z cienkiej bawełny dla siebie i Meggie, lekkie spodnie i kombinezony dla męŜczyzn, koszulki dla Hala, zasłony do okien. Z całą pewnością było chłodniej bez kilku warstw bielizny i dopasowanego ubrania. Meggie czuła się samotna, bo spośród chłopców tylko Stuart zostawał w domu. Jack i Hughie jeździli razem z ojcem przyuczać się na pastuchów nazywani, jak wszyscy młodzi nowicjusze frycami. Spokojny Stuart nie był takim towarzyszem zabaw jak niegdyś Jack i Hughie. śył we własnym świecie, wolał godzinami obserwować Ŝycie mrówek niŜ wdrapywać się na drzewa, tymczasem Meggie uwielbiała łazić po drzewach, uwaŜając, Ŝe australijskie eukaliptusy są cudowne, o róŜnym stopniu trudności i nieskończenie urozmaicone. Przy czym ani na łaŜenie po drzewach, ani na obserwowanie mrówek nie zostawało wiele czasu. Oboje cięŜko pracowali. Rąbali i nosili drzewo, kopali doły na odpadki, uprawiali ogródek warzywny, chodzili koło ptactwa i świń, nauczyli się teŜ zabijać węŜe i pająki, chociaŜ nigdy nie pozbyli się lęku przed nimi. Od kilku lat deszcz padał w miarę obficie. W strumieniu utrzymywał się niski stan wody, ale zbiorniki były wypełnione mniej więcej do połowy. Trawa nadal rosła całkiem dobrze, chociaŜ nie tak bujnie jak kiedyś. - Pewnie się pogorszy - przepowiadała ponuro Mary Carson. Zanim jednak zaznali prawdziwej suszy, przyszło im doświadczyć powodzi. W połowie stycznia kraj zaatakowało południowe skrzydło północno-zachodnich monsunów. Podstępne wiatry wiały w róŜnych kierunkach. Skutki ulewnych

deszczów na ogół odczuwały jedynie wyschnięte najdalej na północ skrawki kontynentu, ale czasem opady docierały daleko na południe, sprowadzając na nieszczęsnych mieszkańców Sydney dŜdŜyste lato. Tego stycznia niebo pociemniało od pędzących postrzępionych chmur i lunął deszcz; nie jakaś przelotna ulewa, tylko nieprzerwany potop lał się z hukiem z nieba. OstrzeŜono ich przed tym. Bluey Williams nadjechał z górą towarów na wozie, zza którym prowadził tuzin zapasowych koni, Ŝe spieszył się, Ŝeby skończyć objazd, zanim deszcze uniemoŜliwią mu dalsze dostawy. - Nadchodzą monsuny - oznajmił, zwijając papierosa i wskazując batem sterty dodatkowej Ŝywności. - Cooper, Barcoo i Diamantina juŜ wylały, a Overflow występuję z brzegów. Queensland znalazł się pod dwoma stopami wody i ludziska na gwałt szukają pagórków, Ŝeby zapędzić na nie owce. W panice rzucono się do gorączkowych przygotowań. Paddy razem z chłopcami pracowali jak szaleni przeganiając owce z niŜej połoŜonych pól i moŜliwie jak najdalej od strumienia i rzeki Barwon. Przybył ksiądz Ralph, osiodłał konia i wyruszył z Frankiem i najlepszą sforą psów na dwa ostatnie pola nad Barwon, podczas gdy Paddy i dwóch pastuchów zabrali po jednym chłopcu i rozjechali się kaŜdy w inną stronę. Ksiądz Ralph sam był wyśmienitym pastuchem. Dosiadał ofiarowanej mu przez Mary Carson kasztanowej klaczy pełnej krwi ubrany w nienagannie skrojone, ciemnoŜółte długie bryczesy, lśniące jasnobrązowe buty do kolan i nieskazitelnie białą koszulę, której podwinięte rękawy odsłaniały muskularne ręce, a rozpięty kołnierzyk ukazywał gładki opalony tors. Frank, w workowatych, starych szarych spodniach przewiązanych ochraniaczami i szarej flanelowej koszuli - pomyślał z goryczą podąŜając za wyprostowanym jeźdźcem na zgrabnej klaczy przez bukszpanowo-sosnowy zagajnik za strumieniem. On sam dosiadał twardego w pysku, srokatego konia roboczego, złośliwej i upartej bestii, która do innych koni odnosiła się z dziką nienawiścią. Podniecone psy szczekały i skakały, warcząc rzucały się na siebie i rozdzielało je dopiero śmignięcie bata, którym ostro zacinał ksiądz Ralph. Wydawało się, Ŝe nie ma takiej rzeczy, której ten człowiek by nie potrafił; umiał odpowiednimi gwizdami wydawać polecenia psom

on jeden spośród synów Paddy-ego nie polubił Ŝycia w Droghedzie. jeŜeli nie wykonały naleŜycie swojej pracy. Przed zapadnięciem zmroku ksiądz Ralph w asyście Franka.to miało posmak przygody. Przewodzący sforze pies o stalowoszarej sierści. . Ŝeby trafić na to odludzie. niewolniczo podporządkowujący się księdzu i podąŜał za nim bez namysłu. które rzuciły się na nie kłapiąc zębami i gryząc się w zazdrosnej rywalizacji. hodowane do pracy z owcami i bydłem psy wykazywały zdumiewającą inteligencję i nie potrzebowały wielu wskazówek.ale nie po to. który nadal uczył się tej egzotycznej australijskiej sztuki. który bezskutecznie starał mu się dorównać. wielki queenslandzkie bydlę. Ale jazda konno naprzeciw zwałom chmur . Kiedyś pragnął jednego: wyjechać z Nowej Zelandii . z którymi nie moŜna się było przyjaźnić i które trzeba było zastrzelić.Nie zachowują się wcale jak psy. Koło kępy drzew przy bramie na drugie pole rozkulbaczył klacz wyraŜając na głos nadzieję. które podskakiwały i beczały przeraŜone. aŜ śmigające przez trawę cienie zbiły je w gęste. dając do zrozumienia.powiedział. . Po trosze odpowiadało to Frankowi. Z torby przy siodle Frank wygrzebał odraŜające kawałki kangurzego mięsa i cisnął psom. twardej ziemi słuŜącej za łóŜko niemal co noc. Ŝe zanim zacznie padać.Cholerne bydlaki . Ksiądz Ralph pracował jak opętany. pędzące stado. co normalnie zajmowało kilka dni. Ŝe Frank gra tutaj drugie skrzypce. To szakale. a duŜy queenslandzki owczarek łasił się i przypadał do ziemi u stóp księdza Ralpha. . uda im się równieŜ stamtąd przegonić owce. z pomocą psów wypędził wszystkie owce z jednego pola. nawet gnące się z trzaskiem drzewa zdawały się tańczyć w radosnym zapamiętaniu. ostrych psów. Nienawidził nieustannego patrolowania pól. podrywając z miejsca głupie wełniaste stworzenia. posyłając psy na niczego nie spodziewające się gromadki owiec. Psy porozkładały się na trawie z wywalonymi jęzorami.i posługiwał się batem o wiele zręczniej niŜ Frank. Tylko dzięki psom garstka ludzi mogła uporać się z prowadzeniem tak ogromnego majątku jak Drogheda.

Gałązki rosły tak nisko. dlatego teŜ wszystkie wilgi były od dołu równo przystrzyŜone jak ozdobny Ŝywopłot. W razie deszczu dawały lepsze schronienie niŜ inne australijskie drzewa. uciął dla siebie kawałek mięsa. Nie podoba ci się Australia? . wolę je od tych wszystkich udomowionych ras.Uśmiechnął się. które stworzył Pan Bóg rzekł łagodnie ksiądz Ralph.Nie jesteś szczęśliwy. Jeśli mam być szczery. agresywne i prawie nieoswojone.. z wyraźną przyjemnością wbił białe zęby w mięso.rzekł ksiądz Ralph z uśmiechem. . Wyciągnął z torby przy siodle baraninę na zimno i paczkę chleba z masłem. . Są znakomitymi myśliwymi i Ŝadnego człowieka nie uznają za swojego pana albo Ŝywiciela. ZauwaŜyłeś. . .powiedział rozpinając pasy przytrzymując koc i podnosząc z ziemi siodło. powszechnie uwaŜanego za najpiękniejsze w tej części Australii. prawda? . które miały z reguły rzadsze listowie niŜ drzewa wilgotniejszych krain.Koty teŜ. W kształcie niemal idealnie okrągłe. a resztę podał Frankowi. Pragnienie ugasili wodą z płóciennego bukłaka. Ksiądz Ralph wskazał je papierosem. . Frank ruszył za nim do drzewa. Ale ty nie. Chcę jechać do Sydney. .Są czujne.Tam będziemy spali . Nie opodal rosło samotne drzewo wilga.Zapewne znacznie bardziej przypominają psy. nie pozwolą człowiekowi zbliŜyć się do siebie.Co to znaczy: szczęśliwy? . .spytał ksiądz Ralph kładąc się z westchnieniem i zwijając następnego papierosa. jak kręcą się koło szop? Dzikie i złe jak pantery. Ŝe owce sięgały do nich z łatwością. podobnie jak twoja matka i siostra. inteligentne. a potem skręcili papierosy. Frank. PołoŜywszy chleb z masłem na klocu drzewa słuŜącym m obu za stolik. LeŜący opodal Frank obrócił się i spojrzał na niego podejrzliwie.Sydney? To jaskinia nieprawości . MoŜe tam imałbym szansę do czegoś dojść. miało gęste Ŝółtawozielone liście. .Nie podobają mi się te strony.W tej chwili szczęśliwy jest twój ojciec i twoi bracia.

. Rankiem chmury wisiały niŜej. bo utoniesz w błocie! W ciągu kilkudziesięciu sekund przemokli do suchej nitki. w momencie kiedy Frank razem z księdzem szybkim kłusem zmierzali do brodu w strumieniu za domem zarządcy. . na znajdujących się tam pastwiskach zebrano wszystkie owce i bydło. gdzie na wydeptanej ziemi nic nie rosło.Nie. . LeŜał wpatrując się w liście nad głową. Teraz konie bez trudu posuwały się naprzód. ..Popędź dobrze swojego.Teraz nie ma co Ŝałować koni! . chłopcze. Nie mogę się od niego uwolnić. Na trawiastym gruncie udawało im się przyśpieszyć. Przez całą Droghedę z północnego wschodu na południowy zachód przebiegało pasmo pagórków.Nie. gdyby woda przelała się przez skarpy parowu i wystąpiła z brzegów Barwon. ale w pobliŜu strumienia. .Ile masz lat. . .krzyknął ksiądz Ralph. Zbita gleba z trudem wchłaniająca wilgoć zamieniła się w morze błota spowolniając konie.powiedział. .Więc nie będzie cię juŜ doŜo dłuŜej trzymał. Ŝeby zwierzęta mogły schronić się wyŜej.Dobranoc . natomiast Frank w Ŝaden sposób nie mógł utrzymać . a spieczoną ziemię pokryła woda. nie miałeś dziewczyny? .Frank uparcie nie uŜywał naleŜnego księdzu tytułu. Deszcz zaczął padać z zapadnięciem zmroku. ale nie padało przez cały dzień i zdąŜyli opróŜnić drugie pole. .Będzie mnie trzymał aŜ do śmierci.Od niego? Ale te słowa wymknęły się Frankowi mimo woli i nie chciał nic więcej powiedzieć. .Tak?! Czy byłeś kiedyś z dala od rodziny? . musieli zsiąść z koni.Nie byłeś nigdy na potańcówce. Ksiądz Ralph ziewnął i ułoŜył się do snu.Nie dbam o to! Tutaj jestem tak samo spętany jak w Nowej Zelandii.Dwadzieścia dwa. które grzęzły w nim po pęciny. Frank? .

Bez Ŝenady przyglądała się.Wyprostowała się i połoŜyła mu dłoń na piersi. ale Frank i ksiądz bezskutecznie usiłowali pójść w ich ślady. zwykle wszystkie do niego wzdychają. . Za kaŜdym razem ześlizgiwali się z powrotem na dół. Potrząsając głową z uśmiechem ksiądz Ralph podziękował Paddy'emu za zaproszenie do domu. jakiego w Ŝyciu widziałam. a dopóki nie skończy trzydziestu pięciu lat. Mary Carson wcześniej niŜ ktoś ze słuŜby usłyszała jego wołanie.Jesteś sybarytą. zaalarmowany przybyciem koni bez jeźdźców. prawda? . Ŝe łatwiej stamtąd dotrze do swojego pokoju. . i wyciągnął ich z pomocą liny.Nigdy nie odpowiadasz wprost na moje pytania.Jesteś najpiękniejszym męŜczyzną. Frank usłyszał śmiech księdza. Ŝe Irlandczycy to urodziwy narów.wyjaśnił. Konie. . .Dlaczego jest tylu przystojnych księŜy? Irlandzkie pochodzenie? Trzeba przyznać. . Cały jesteś taki opalony? .oznajmiła stojąc na werandzie. To było gorsze niŜ lodowisko. Kiedy ksiądz wpadł na pomysł.powiedziała. popędzane okrzykami i chlaśnięciami przemokłych kapeluszy. .KaŜdy ksiądz poniŜej pięćdziesiątki jest dla niektórych obiektem westchnień. Ŝeby wdrapać się na wierzbę. buty i spodnie.Oczekują mnie w rezydencji .W takim stanie nie wejdziesz do środka . Na czworaka doczołgali się do skraju pochyłości i ześlizgnęli na dół jak pociski. . potem oparty o uchylone okno do jej salonu z grubsza wyciera się z błota ręcznikiem. A moŜe dla przystojnego męŜczyzny stan duchowny jest ucieczką od konsekwencji własnej urody? Głowę daję. zjawił się Paddy. .równowagi. wdrapały się szczęśliwie na przeciwległy brzeg. w którym leniwa woda sięgała zwykle do pół łydki. skrył się pod spienioną kipielą głęboką na cztery stopy.Więc bądź tak miła i przynieś mi parę ręczników i moją walizkę. Ale tylko protestantki otwarcie próbują mnie uwieść.Dawno temu nauczyłem się nie zwracać uwagi na romansowe panienki. jak ściąga koszulę. Ralphie. Ralphie de Bricassart . . Ŝe dziewczęta w Gilly cierpią z twojego powodu. Kamienisty bród. poniewaŜ obszedł dom od frontu w przeświadczeniu. wylegujesz się na słońcu. Roześmiał się.

Znał ją jednak dobrze i czuł. Kiedy spadły na ziemię.Są gorsi od kobiet. nie są mi potrzebni. niŜ to sobie wyobraŜał. Wyciągnął ręce nad głowę i zamknął oczy.Ciekawe. czysta trawa wyrosła powyŜej . opadła na fotel i zacisnęła pięści. które torowały sobie drogę po gołej skórze. Strumień wystąpił z brzegów i woda pięła się coraz wyŜej po słupach. Nie.Na myśl by mi nie przyszło naraŜać cię na tyle kłopotu! Czy potrzebne są ci kobiety. Mary? Spojrzała na jego wiotki członek i parsknęła śmiechem. Ralph. Niepowtarzalne uczucie. Ŝe Mary ma być moŜe więcej słabych punktów.To juŜ najmniej. zszedł z werandy i stanął na przystrzyŜonym trawniku. Ale znalazła się poza zasięgiem jego przenikliwych oczu. . na których stał dom Paddy'ego i dalej przez obejście w stronę dworu. kiedy zmartwiony Paddy przyszedł ją o tym zawiadomić. Jak zwykle miała rację: przez następny tydzień woda stopniowo cofała się. Ralphie? Z pogardą odrzucił głowę do tyłu. . Ksiądz Ralph. aŜ wreszcie powróciła do normalnego koryta. podobnie jak nagła myśl. . Ŝe bezpiecznie moŜe zapytać: . Było bardzo ciemno. . . Wyjrzało słońce.A sam sobie jesteś? .Jutro opadnie .zadrwiła. nagi.powiedziała Mary Carson.Nie! . . Ostatnie dwa dni wprawiły go w wyśmienity humor. odrzucił je nogą i stanął niczym posąg Praksytelesa.Czy chcesz. WciąŜ był wiotki. Deszcz oblewał go ciepłymi struŜkami. podczas gdy ona obchodziła go i oglądała ze wszystkich stron.Pochylił głowę i zaśmiał się prosto w jej włosy. równocześnie rozpinając bawełniane kalesony. Ŝebym się z tobą kochał. temperatura skoczyła do czterdziesty czterech stopni w cieniu.Podsunęła do góry spuszczone okno i weszła do salonu. kardynał de Bricassart! . wygraŜając kapryśnemu losowi.MęŜczyźni? .

gdyŜ upał trzymał przez całą noc. hordy papug. Paddy zapowiedział. Ksiądz Ralph wrócił do swoich zaniedbanych parafian. W porównaniu z Droghedą. a poniewaŜ Meggie i Stuart przywykli do nauczycieli. Podniebienia tęskniły do odmiany od wiecznie powtarzających się dań. Przepędzono owce na ich zwykłe pastwisko i Cleary'owie musieli ulec panującemu na prowincji zwyczajowi sjesty. Zapomniano jak smakuje wołowina. Ŝycie w Święty KrzyŜu wydawało się Meggie i Stuartowi dziwne i bardzo . spoczywał czek na tysiąc funtów. które pochowały się gdzieś przed deszczem znów łyskały tęczowo między pniami i gałęziami. Dotyczyło to zarówno kobiet w domu jak i męŜczyzn na polach. pieczony udziec barani. aŜ bolały oczy. Ŝe przed długie tygodnie. baranina curry. rozgadane jak nigdy. a ziemia była tym. Wiedział. Wysłano ich oboje na naukę do zakonnic w Gillanbone. a zwłaszcza z Najświętszym Sercem w Wahine. kiedy dorośnie. takich jak kotlety baranie. Drzewa błyszczały. Mary Carson uczyniła hojny gest i opłaciła im pobyt i naukę w klasztorze Świętego KrzyŜa. Do pracy wracano po piątej. odkurzone i umyte. by nieść im pociechę. mielona zapiekana baranina z ziemniakami. Zresztą zajęta Halem Fee nie miałaby czasu czuwać nad nauką korespondencyjną. Ŝe Hal. Drogheda potrzebowała ich na swojej ziemi. Ŝe Jack i Hughie nie będą uczyć się dalej.kolan i zdawała się frunąć do nieba i lśniła białym blaskiem jak pozłacana. Ŝe nie dostał bury: pod śnieŜnobiałą koszulą. gdyŜ wyłącznie jadano baraninę z tak małych sztuk. a wieczerzę spoŜywano po zachodzie słońca na werandzie przed dom. Od początku panowała milcząca umowa. gulasz barani. Wstawali o piątej rano. będzie się mógł uczyć korespondencyjnie w szkole dominikanów w Sydney. Ale z początkiem lutego Ŝycie Meggie i Stuarta raptownie się odmieniło. czego pragnęli. peklowana baranina. Zdawało się. gdyŜ bliŜej szkoły nie było. Ŝeby ze swoimi zajęciami uporać się do południa. baranina casserole. tuŜ koło serca. dzień i noc słupek rtęci nie opada poniŜej trzydziestu ośmiu stopni. spokojny. wzdrygając się niespokojnie. następnie padali jak kłody i do piątej po południu leŜeli zlani potem. Ŝeby nie zdąŜyła się nadpsuć. Ŝe biskup będzie zachwycony.

nikt na niech nie krzyczał i zawsze mieli blisko do księdza Ralpha. Odzywano się tu stłumionymi głosami. dlaczego tak bardzo lubił Meggie. z której korzystała Meggie. odstawała od nich z powodu płci. Nikt nie bił ich rózgą. barwa i wykrój oczu podobnych do oczu matki. po prostu księdzu Ralphowi nie przyszło do głowy. nie budziło w nim współczucie dla niego. kiedy zobaczył ją zagubioną z tyłu za braćmi na pylistym dziedzińcu stacji. Ŝe sypialnię. gdyŜ niewielu uczniów mieszkało w internacie. Zaczęło się to od współczucia w dniu. choć właściwie nie wiedział czemu. jej charakter. Istotnie panował tam wielki spokój. który po dwukrotnym odnawianiu zachował kremowo-brązowy koloryt. W klasztorze unosił się zapach pasty do podłóg i kwiatów. Stuart był dodatkiem. Ŝycie toczyło się jakby za cienkim czarnym welonem. a zamknięty w sobie Stuart. a przy tym o ileŜ słodszych. dla którego Frank równieŜ trzymał się na uboczu. zatem pięknych. co mroziło tkliwsze uczucia . Ŝe ta dwójka dzieci to jego protegowani. kimś. czy Stuart jest szczęśliwy. wysokie ciemne korytarze wypełniała cisza i namacalna wręcz świątobliwość. z reguły wybierali Sydney.spokojne. Natura bez krzty buntowniczości. zyskał sobie miano „świętego chłopczyka”. Ŝeby zadać sobie pytanie. Ksiądz Ralph dał siostrom delikatnie do zrozumienia. kupić nowe zasłony do okien i nową kołdrę na łóŜko. Tak więc nieśmiałość Meggie z wady przekształciła się w zaletę.mroczny duch pozbawiony wewnętrznego światła. Ale Meggie? Wzruszyła go do głębi. postanowił przemalować na delikatny jasnozielony kolor. a ich ciotka jest najbogatszą mieszkanką Nowej Południowej Walii. Było we Franku coś takiego. ci spośród okolicznych mieszkańców. ale teŜ specjalnie się nad tym nie zastanawiał. który miał zwyczaj wpatrywania się godzinami w niezmierzone dale. Ksiądz Ralph nie wiedział. Stuart spał w pokoju. . kogo naleŜało zaprosić przez grzeczność. Odwiedzał ich często i zapraszał na nocleg do plebanii tak regularnie. których stać było na wysłanie dzieci do szkoły z internatem. wcale go nie interesował. łączący bierność z ogromną siłą. który uwaŜał za idealny u kobiety. Ten urzekający kolor włosów. bardziej wyrazistych. jak się słusznie domyślał. Natomiast powód.

Dibban-Dibban i Beel-Beel. MoŜe gdyby zajrzał głębiej w siebie. z najdrobniejszymi szczegółami. wypełniała w jego Ŝyciu puste miejsce. gdyŜ miała ludzką postać i promieniowała ciepłem. jak i męŜczyzn. ]Na początku maja do Droghedy przybyli postrzygacze. co naleŜy zrobić. JednakŜe wszystko to razem wzięte nie dawało pełnej odpowiedzi. była dzieckiem. Mary Carson orientowała się we wszystkim. co do niej czuje. fakty i liczby kotłowały mu się w głowie. Ŝeby nie wprawiać w zaŜenowanie rodziny. Nikt nie traktował Meggie jak kogoś waŜnego. po rozmowie z siostrą. zrozumiałby. Paddy. ale równieŜ z Bugeli. a piękno sprawiało mu radość. ale główny cięŜar dodatkowych zajęć nieuchronnie spadał na barki zatrudnionych w Droghedzie. była piękna. poświęcił teŜ sporo czasu i namysłu w urządzanie pokoiku Meggie na plebani. Ŝe przez całe Ŝycie Meggie będzie posłuszna. Postrzygacze przywozili ze sobą własnego kucharza i kupowali Ŝywność na farmie. teraz. chociaŜ najmniej się do tego przyznawał. Ŝe to. miejsca i osoby. juŜ na początku poczuł się oszołomiony rozmiarami szopy do strzyŜenia o dwudziestu sześciu stanowiskach. dzięki czemu mógł znaleźć dla siebie miejsce w jej Ŝyciu i być pewnym jej miłości. będzie się poruszać w obrębie kobiecego losu. W Droghedzie miały być strzyŜone owce nie tylko z Droghedy. przyzwyczajony do strzyŜy w Nowej Zelandii. trzeba teŜ było wyszorować. śadnej tandety dla Meggie. którego Bóg nie mógł wypełnić. ile po to. sprzątnąć i wyposaŜyć w koce i materace obskurne baraki z . a skończywszy na strzelaniu z bata. Oznaczało to nawał pracy dla kaŜdego bez wyjątku. PoniewaŜ nie mógł obdarowywać ją prezentami. Ŝeby sprawić jej przyjemność. jest dziwną wypadkową czasu. ale te olbrzymie zapasy prowiantu naleŜało przedtem zgromadzić. a zatem nie stanowiła zagroŜenia dla jego sposobu Ŝycia ani dobrego imienia. co działo się z Droghedzie. a takŜe. począwszy od pędzenia owiec.wręcz przeciwnie. Przewidywać. tak kobiet. Ŝeby stworzyć odpowiednią oprawę dla swojego klejnotu. ofiarowywał jej w zamian swoje towarzystwo. Kilka dni przed przybycia postrzygaczy wezwała Paddy'ego do rezydencji i nie ruszając się z fotela wyjaśniła mu dokładnie. Wspólna strzyŜa przyjęła się jako zwyczaj i farmy korzystające z udogodnień w Droghedzie śpieszyły z pomocą. nie tyle po to.

Dopiero po ostrzyŜeniu ponad trzystu tysięcy owiec postrzygacze mogli wrzucić tobołki na starą cięŜarówkę naleŜącą do pośrednika i ruszyć w drogę do następnej szopy. W jej oczach zgasło zadowolenie. wróciłem! . KaŜde pole miało swoje zagrody. ale Drogheda z dumą podtrzymywała tradycję gościnności i sławę „cholernie dobrej szopy”. Nie wszystkie farmy witały postrzygaczy z takim gestem. ale wymagała pracy najlepszych. Szopa w Droghedzie nie naleŜała do największych w Nowej Południowej Walii. jakie wywołał jego widok. dwoma końmi i lekką dwukółką. Mary Carson nie skąpiła grosza. Kiedy Frank wszedł do kuchni. Frank aŜ się zatrząsł. . Pędzili je coraz bliŜej. kilkoma psami.Wstrętny stary kozioł! .jęknął. segregując stado i oddzielając mniej wartościowe sztuki. Z tej jednej okazji. twarz oblała się szkarłatnym rumieńcem wstydu. kiedy współdziałała z sąsiadami. która nie ma końca. ich obecność wymagała nieustannego pośpiechu. ludzi kalibru Jackowego Howe'a. w których przeprowadzano wstępne sortowanie i znakowanie i trzymano stado. Franka nie było w domu przez dwa tygodnie. ciągłej wymiany stad nie ostrzyŜonych na strzyŜone. Ŝeby sprowadzić stamtąd owce. a dwutygodniowa nieobecność wyostrzyła jego spostrzegawcze spojrzenie. dopóki nie przyszła na nie kolej. wyruszył na pola połoŜone najdalej na zachód.O BoŜe! .przywitał ją z radością w głosie.przyległą do nich kuchnią i prymitywną łazienką. czego nie ukrywało ubranie. Odwracając się pokazała brzuch. obieraniem ziemniaków. jakby one mogły ukryć to. z rzeczami zaspokajającymi ich skromne potrzeby.Mamo. RozłoŜyła ręce na wzdętym fartuchu. . matka stała koło zlewu zajęta czynnością. Ta powolna i Ŝmudna praca ani trochę nie przypominała dzikiego spędu przed powodzią. dlatego przy postrzegaczach trzeba się było mocno napoić. . W zagrodach przy szopie do strzyŜenia mieściło się naraz tylko dziesięć tysięcy owiec. Wraz ze starym pastuchem Peterem Antałkiem.

więc odwrócił się i poszedł do pokoju.Nie miał prawa! Powinien zostawić cię w spokoju! . O BoŜe! Słysząc zgrzyt i brzęk. od pragnień naturalnych. Jak o tym myśleć? Jak się na to zgodzić? Jak go znieść? Chciałaby o niej myśleć jak o istocie świętej. Jesteś męŜczyzną. kpiły w Ŝywe oczy. Nagie ściany i małe. w którym mieszkał wraz z Bobem. czystej i nieskazitelnym niczym Matka Przenajświętsza. obraŜasz mnie. obcierając płatek piany z kącika drŜących ust.. nie mógł uciec od niej. Ŝe matka leŜy z tym brzydkim. cisnęła w twarz swoje tajemnicze konszachty z tym chutliwym zwierzem. istocie. ma przy nim miejsce do spania. Frank. ale w nocy nigdy się ku niemu nie obraca. . stary kozioł zrobili w strasznym skwarze lata. Ty przyszedłeś na świat w taki sam sposób i to zasługuje na taki sam szacunek.. który to stworzył. jakiegoś uświęcającego celu.powtórzyła z rezygnacją i spojrzała na niego jasnymi zmęczonymi oczami. Jackiem i Hughiem. która wyrasta ponad te rzeczy. raziła ich sterylność. Tym razem to on poczerwieniał na twarzy. brak śladów niosącej ciepło troski. Nie mógł wytrzymać jej spojrzenia.wysyczał Frank. starym męŜczyzną zachowując zupełną czystość. Zwykle udawało mu się zepchnąć to wszystko do podświadomości. I jej twarz. .spytał patrząc na pręt. dla jego wieku i męskości. nie mogę pozwolić. jakby raptem raz na zawsze postanowiła pozbyć się wstydu. Ŝebyś mówił takie rzeczy. musiał koniecznie myśleć. nie dotyka. choć wszystkie kobiety na całym świecie mają je na sumieniu. To nie jest wstrętne.To nie jest wstrętne . co ona i ten owłosiony. . A kiedy obraŜasz tatę. od natrętnych myśli. rozpromieniona tym. Ŝe mosięŜny pręt łóŜka wygiął się w kształcie litery S. nijakość.Frank. Pokazane przez nią dowody.To naprawdę nie jest wstrętne.Czemu nie jesteś tatą . wąskie łóŜka kpiły z niego. Nie mógł od tego uciec. śeby pozostać przy zdrowych zmysłach.. . . ale kiedy podsunęła mu pod nos namacalny dowód swojej Ŝądzy. doprowadzały go do szaleństwa. nie mylił się wyobraŜając ją sobie taką. podobnie jak akt. spojrzał w dół i zobaczył. jej piękna zmęczona twarz z aureolą złotych włosów. powinieneś zrozumieć.

czarne oczy lśniły wilgotnym blaskiem jak węgiel zmoczony przez deszcz. ale wydaje mi się. wstała i wyszła.powiedziała matka od progu. Wiem. Odwrócił się do niej tyłem i tak trwał.. nie miałbyś czasu myśleć o mnie. Ŝebyś znalazł sobie dziewczynę. Nie ze mnie ani z twojego ojca. choć chciałabym wiedzieć. Pora. . Ŝe się do niej odezwie. uwolniłbym ciebie! .Popatrzyła na swoje ręce. W Droghedzie jest dość miejsca. Nigdy tak nie martwiłam się o pozostałych chłopców. ale czy musisz wyŜywać się na mnie albo na tacie? Czemu z takim uporem wszystko utrudniasz? Czemu? .Nie chcę tego mówić. z nadzieją w głosie.Frank .Frank.W końcu go zabiję . . .Nie. skąd się bierze twoje zaślepienie. Ŝe muszę.rzekł. potem westchnęła. Ŝe nie jesteś szczęśliwy. . Podniósł głowę. .odparł dziko. Oni nie mają takiego usposobienia jak ty. Jeszcze z pięć minut Fee siedziała na łóŜku w nadziei. Frank. oŜenił się i załoŜył własną rodzinę.powiedziała Fee podchodząc do łóŜka. zabijesz mnie . Nie wiem.Jeśli to zrobisz. . ja nie mogę być wolna i nie chcę być wolna. Gdybyś miał Ŝonę. Tobie jest potrzebna Ŝona. a potem znów podniosła wzrok.

Ŝeby się dobrze sprawowali. pani Smith. Poza tym wybrali się wszyscy. pojechali cięŜarówką razem z Peterem Antałkiem. . więc sam Paddy zawiózł Mary Carson rollsroyce'em do miasta. a i Mary przy niej trzymałaby język za zębami. na co miał ochotę. Fee nie czuła się dostatecznie dobrze. śona .Przykro mi. uśmiechnął się słabo i powiedział: . które przyjęły je w gościnę. jeśli mam bez mamy wytrzymać ten dopust boŜy. ZauwaŜył bowiem. Tomem.podtrzymywałaby go na duchu. zwłaszcza w obecności ludzi w barze.gdyby z nim była . . jak trudno jest przezwycięŜyć nawyki i lęk. tego nie wiedział nikt. Frank przekonał się. Wszyscy dorośli zamierzali zostać w Gillanbone na następny tydzień wyścigów. nie przyjęła zaproszenia księdza Ralpha na nocleg w plebani. Minnie i Cat miały przyjaciółki w Gilly. Chłopcy. O dziesiątej rano Paddy umieścił siostrę w najlepszym pokoju. stary. najsurowiej upomnieni. trwała dwa dni. ale umówiłem się z kolegami na festynie. iŜ siostra niemiała i traciła rezon. Ŝe z jakiegoś tajemniczego powodu sama obecność Fee sprawiała. jak co roku urządzono w Gillanbone festyn i Wyścigi Piknikowe. dopóki sam nie spróbuje odejść od utrwalonych przez lata zachowań. Dlatego dopił jednym haustem resztkę piwa. Jimem. z sobie tylko znanych powodów. Mary Carson. panią Smith i pokojówkami.ROZDZIAŁ PIĄTY Kiedy odjechali postrzygacze i okolica zapadła w stan zimowego półuśpienia. nie moŜe chlusnąć ojcu w twarz zawartością kufla. Ŝe nie moŜe zrobić tego. ale namówiła Paddy'ego. Ŝe postawię ci kolejkę . Ŝeby jechać. Gdzie zamierzali nocować obydwaj pastuchowie i ogrodnik Tom.Pozwól. przy którym zobaczył Franka z kuflem piwa w ręku. Człowiek nie zdaje sobie sprawy. Ta najwaŜniejsza w kalendarzu towarzyskim impreza. a Frank sam wyruszył wcześniej fordem. Ŝeby zatrzymał się tam z Frankiem. tato. Muszę zabrać ciocię Mary na obiad z okazji Wyścigów Piknikowych i przyda mi się coś dla kuraŜu. jakim dysponował hotel „Imperial” a potem zszedł na dół do baru.powiedział serdecznie do syna.

. Ŝe był bratem Mary Carson i jej przyszłym spadkobiercą. Wyszedł z baru. rzadko tu przyjeŜdŜał. złotym zegarkiem na złotej dewizce. nie wypowiedział teŜ na głos uwagi. złoŜył banknot. gdzie oddała ją w ręce zakochanej w niej gospodyni księdza Ralpha. . Paddy. ubrany w najlepszy. podejmowano go bardzo gościnnie i dobrze pamiętano jego twarz. poprawił celuloidowy kołnierzyk. weź to i wydaj na siebie. ubraną w powaŜny granatowy mundurek uczennicy od Świętego KrzyŜa. co znaczy słowo „skeggy”. a jeśli się upijesz. ten i ów zaproponował piwo i po chwili Paddy znalazł się w środku przyjaznej gromadki. marząc o tym. PoniewaŜ Ŝadna zakonnica. i nie zachęcać do wynurzeń przez uwaŜne przysłuchiwanie się temu. Frank wlepił wzrok w nowiuteńki niebieski banknot pięciofuntowy. niebieski garnitur. Ŝe rymuje się ono z Meggie. kiedy rozbawiony zaczął ją wypytywać. Od dziewięciu miesięcy. by posłuŜyć . Ale proszę. pilnuj.Och. Wiedział. ze starannie zapiętą kamizelką. Ŝeby mama się o tym nie dowiedziała. co Annie ma na myśli. wobec tego idź. nie chciała nakręcać loków Meggie. to tej dziewuszki pinkne. mimo pieniędzy Mary Carson.odparł drocząc się z nią. . „skeggy”. sprawiał. Ŝe Annie nie przepada za małymi dziewczynkami i zawsze narzekała na bliskość szkoły. to złota dziewuszka. jakby grunt palił mu się pod stopami. Nie moŜna kogoś lubić tylko z powodu koloru włosów . przy której wisiał złoty samorodek z kopalni w Lawrence. . który trzymał w ręku.Dobrze. szkockie włosy .AleŜ Annie! Włosy nie są Ŝywą istotą. o Franku zapomniał. Ŝe ilekroć zjawiał się w mieście. od kiedy sprowadził się do Droghedy.wyjaśniła księdzu. przewiązane granatowymi wstąŜkami. Jedna z sióstr odprowadziła Meggie. Kilku męŜczyzn posłało mu promienne uśmiechy. szukając spojrzeniem jakiejś znajomej twarzy przy barze. Annie. jej włosy leŜały na ramionach splecione w dwa grube warkocze.Nu tak. ale znów przyzwyczajenie wzięło górę. Ŝeby go podrzeć i cisnąć strzępki Paddy'emu w twarz. Baw się dobrze. z klasztoru przez trawnik na plebanię. co mówi. Czasami lepiej było nie wiedzieć. ale fakt. wsunął do kieszonki przy pasku i podziękował.

tego Meggie nie mogła pojąć. Frankiem i księdzem Ralphem zagradzając im drogę. . Meggie. ChociaŜ juŜ minęło pół roku od ostatniej powodzi.Chodź.zaproponował ksiądz Ralph. których z całych sił ściskała za ręce. . załoŜona za przedni łęk siodła. Mając po bokach dwóch uwielbianych przez siebie męŜczyzn. koty. Teren. a jeŜeli litowała się nad małą. równieŜ wyciągając rękę. Meggie poczuła się w siódmym niebie. rozpościerał się nad rzeką Barwon. mulista ziemia jeszcze całkiem nie obeschła i drepczący z zapałem pierwsi goście wymiesili ją na błoto. na którym odbywał się festyn w Gillanbone. psy i kanarki. wolał nie usłyszeć. Na przeciwległym krańcu tego jarmarku znajdował się plac do ujeŜdŜania koni. Damy we wspaniałych gabardynowych strojach dosiadali bokiem wysokich koni z kurtyzowanymi ogonami. zabiorę cię na festyn . Oglądali zwierzęta hodowlane. którzy sami wyglądali trochę jak konie a przynajmniej tak się wydawało rozchichotanej Meggie. nawiedzona. bydła. a na ich cylindrach do końskiej jazdy powiewały prowokująco wiotkie woalki. Następnie owa dama dźwignęła wierzchowca ostrogą. stały namioty z wyrobami rękodzieła i przysmakami. pogalopowała po rozmiękłej ziemi i ściągnąwszy cugle zatrzymała się przed Meggie. robione szydełkiem chusty. została . gdzie dorodne okazy hodowlane rywalizowały między sobą o nagrody. była „fey”.się jej językiem. Zjawił się Frank. Ŝe bardziej z powodu jej przyszłości niŜ przeszłości.A moŜe ja zabiorę was oboje? . świń i kóz. co ze sobą zrobić. Noga w wyglansowanym czarnym bucie. która poprowadziła skocznego rumaka przez szereg trudnych przeszkód i po zakończeniu popisu wyglądała tak samo nienagannie jak przed jego rozpoczęciem. haftowane obrusy. Jak ktoś w tak niebezpiecznej pozycji i w takim nakryciu głowy mógł się utrzymać swobodnie i z fasonem na kłusującym wierzchowcu. Za ogrodzeniami dla owiec. ciasta. dziergane ubranka dla niemowląt.powiedział wyciągając rękę. roztrzęsiony po spotkaniu z ojcem przy barze nie wiedząc. tuŜ obok toru wyścigowego. gdzie młodsi jeźdźcy i amazonki puszczali się galopem przed sędziami. póki nie ujrzała pięknej panny.

zsadził ją lekko. ledwie słyszalny irlandzki akcent. .zwróciła się do księdza.Nie noszę rozłoŜystej peleryny. nie rozumiejąc. Meggie ściągnęła brwi zdumiona i poruszona lekką. Kiedy doszli do szerokiej rozlanej kałuŜy. wiedząc tylko. puścił. a ta dziwna rezerwa.Proszę łaskawie pomóc mi zsiąść! . Puściła rękę Franka. władczym gestem wyciągając osłonięte rękawiczkami ręce. Frank został nieco z tyłu. która nie mogła ujść uwagi młodej damy.odczepiona i dama siedziała rzeczywiście bokiem na siodle. która bez trudu dotrzymywała mu kroku. Ŝe jej głosu nie oŜywiała nawet odrobina ciepłą czy indywidualności. po czym obrócił się do dziewczynki. równieŜ w jego ustach słowa nabierały krągłości i znikał czarujący. charakterystycznym dla młodej damy tak starannie wychowanej i wykształconej. Ksiądz Ralph ogarnął uwaŜnym spojrzeniem rozlewisko. będę usatysfakcjonowana.Czy wygra pani bieg przełajowy. Ŝe coś się zmieniło i Ŝe jej się to nie podoba. Sięgnął w górę. Zarówno panna Hopeton. . dziwacznie napuszonym stylem. jak i pani King biorą udział w konkursie. . kochana Meggie. chwycił jedną ręką za cugle i ruszył naprzód. gdyŜ w uprzejmej rozmowie z nią nie zabrzmiała ani jedna serdeczna nuta. była młoda i bardzo piękna. okazywana przez księdza Raplha. gdyŜ coraz trudniej było iść razem w jednym szeregu. UjeŜdŜanie natomiast wygram na pewno. panno Carmichael? . jaka w księdzu Ralphie zaszła zmiana. kiedy i on był taki. ale pewności nie mam. więc nie mogę zachować się wobec ciebie jak sir Walter Raleigh. ujął ją wpół. Kiedy ksiądz Ralph z nią rozmawiał. draŜniła ją. Panna Carmichael wydęła wargi. Ŝe wybaczy mi pani. więc jeśli nie powiedzie mi się w biegu przełajowym. . której rączkę trzymał cały czas w mocnym uścisku. Ledwie zaś dotknęła stopami ziemi. Jestem pewien.spytał tonem całkowitej obojętności. lecz powściągliwą wymianą zdań. a kiedy oparła dłonie na jego ramionach. pochylił się nad nią ze szczególną czułością. mając u boku damę. które moŜna by niemal nazwać płytkim stawem. zupełnie jakby przypominała mu czasy. .Liczę na to. Mówiła z piękną dykcją.

czuli się cudownie. reklamujące . wydawało się.powiedział Frank. Zostawili z tyłu plac do ujeŜdŜania koni i weszli na teren wesołego miasteczka. widząc minę Franka. Zafascynowało go to spotkanie i umyślne okrucieństwo duchownego.Jest bogata. jak Meggie wpadli zachwyt. . i opuścił pannę Carmichael.Roześmiał się. Ŝe ksiądz nienawidzi panny Carmichael i tego. dzieci biegały wszędzie i z wybałuszonymi oczami oglądały krzykliwe malowidła przed postrzępionymi namiotami.Nie martw się. Zarówno Frank. ZłóŜ to na karb doświadczenia Ŝyciowego i nie miej mi tego za złe. WciąŜ jeszcze piekły go słowa matki i pragnął.Nie jestem wiele starszy od ciebie. Ŝeby panna Carmichael go zauwaŜyła. co ona sobą reprezentuje.Gdyby tylko mogła. po drugiej stronie kałuŜy bez słowa ruszyła w swoją stronę. jak zebrać w garść cięŜką. aby zdruzgotać jej zadufanie i wiarę w ekscytującą kobiecość. bynajmniej nie poprawił jej humoru. której nie pozostało nic innego. kiedy ksiądz Ralph postawił Meggie na ziemi. nawet ksiądz. był przecieŜ najstarszym synem spadkobiercy Mary Carson. . mając pieniądze na wstęp do tych wszystkich kuszących budek. na pewno by księdza udusiła . sadowiąc ją sobie na biodrze. Ŝeby moja ulubienica zabłociła sobie buciki? Wziął Meggie na ręce. ale mimo mego powołania sprawy doczesne nie są mi obce. lecz ona nie raczyła nawet spostrzec jego obecności. a mimo to ksiądz Ralph pozwolił sobie na złośliwość. ale wysokiej i przystojnej. synu. Całą uwagę skupiła na księdzu. Ksiądz Ralph juŜ wcześniej dał Meggie całe pięć szylingów. . sięgającą ziemi spódnicę i dzierŜąc w drugiej ręce cugle pomaszerować przez ogromną kałuŜę bez niczyjej pomocy. jaki rozległ się za ich plecami. Gromki śmiech Franka. .rzekł cynicznie ksiądz Ralph. więc w najbliŜszą niedzielę ostentacyjnie połoŜy na tacy dziesięciofuntowy banknot. Dookoła przewalały się tłumy.z tymi słowami podał jej cugle . a Frank miał swoje pięć funtów. którą władała niczym niezwykłą i niezgłębioną tajemnicę. . istocie bezpłciowej i zniewieściałej. nie mógłby jej się przeciwstawić. wróci po następną porcję tego samego .ale czyŜ mógłbym pozwolić. Ŝe nikt.droga panno Carmichael . Panna Carmichael wydawała mu się tak urodziwa i dumna.

Kto zechce spróbować swoich sił? Kto podejmie rękawicę i wygra piątaka? . RóŜnili się wzrostem. . a stojący najbliŜej gapie na widok drobnej postury Franka zaczęli się podśmiewywać i dobrotliwie wypychać go naprzód. jakby to był ich chleb powszedni. nieulękłą hurysa w tańcu z wściekłą kobrą. .ryczał naganiacz. panowie. bo mieli na sobie długie czarne trykoty i obcisłe szare spodenki sięgające do połowy ud.takie atrakcje jak: najgrubsza kobieta świata.najsilniejszy człowiek świata.No. na mostek wkroczyło ośmiu bokserów. stanęli w rozkroku i podparli się pod boki obandaŜowanymi dłońmi. chłopy. Ŝe pokazują się w bieliźnie. ja! Strząsnął z siebie powstrzymującą go rękę księdza Ralpha. tworząc tuŜ przed pomostem zbitą gromadę. Jakiś człowiek z tubą w ręku wykrzykiwał do gromadzących się gapiów: . Biały napis na podkoszulkach głosił duŜymi drukowanymi literami: TRUPA JIMY'EGO SHARMANA.Oto przed wami. Z powagą gladiatorów. wzdłuŜ którego biegł od frontu wysoki drewniany pomost. człowiek-guma z Indii.wykrzykiwał w kółko w przerwach między dudnieniami bębna. Goliat . . .wrzasnął Frank. Ŝe popisują się bez szczególnej przyjemności. boginka morska Tetyda. . a za nimi wisiał malowany na materiale fryz z postaciami górującymi groźnie nad tłumem. a tłum wydawał pełne zachwytu „ochy” i „achy”. nie bacząc na smętnie zmatowiałe łuski Tetydy czy bezzębny uśmiech kobry. napinali mięśnie i udawali. Przy kaŜdym wejściu opłacali wstęp i przyglądali się zachwyceni. Dalej. stał olbrzymi namiot. ale wszyscy prezentowali wspaniałą budowę ciała. zajmując całą szerokość wesołego miasteczka.Ja! . dalej. kto podejmie rękawicę? .Ja. słynna trupa bokserska Jimmy'ego Sharmana! Ośmiu najlepszych na świecie zawodników i sakiewka. paradujących w Circus Maximus. ale równie szybko powiększali je nadchodzący ze wszystkich stron męŜczyźni i chłopcy. Meggie myślała. który moŜe wygrać kaŜdy chętny do walki! Kobiety i dziewczęta wymykały się ze zbiegowiska. Gawędząc i śmiejąc się z beztroską swobodą.

Ŝe czas najwyŜszy zabrać Meggie spod namiotu. młodzi ludzie mnąc w rękach kapelusze.Chcę zostać z Frankiem. mamy tu małego gościa. Nie dojrzawszy Ŝadnego. co wy na to. . i słusznie! . kto zmierzy się z bokserem z trupy Jimmy'ego Shermana? Stopniowo szeregi ochotników powiększały się.Zrozum. jeŜeli tylko powie mi pan.O. . by zobaczyć. panowie.Pod przymusem okoliczności sięgnął do kieszeni po drobne i podszedł do uchylonej klapy w namiocie. Ksiądz Ralph uniósł wzrok ku niebu. kiedy jeden z członków trupy wyciągnął przyjazną dłoń i pomógł Frankowi wspiąć się po drabince na mostek i zająć miejsce obok stojącej tam ósemki zawodników. waŜne. Nie jest wprawdzie bardzo duŜy. cholera! .Nie moŜe ksiądz wprowadzić jej do środka! . .zaklął ksiądz Ralph. Ksiądz Ralph. im dalej odchodzili. jak mogę ją stąd zabrać. uwłaczało to jego godności. Ŝe poczuł się bardzo zaŜenowany. hę? Kto podejmie rękawicę i wygra piątaka. wielkie chłopcy. nie posiadając się ze zdumienia.zaprotestował bileter. zadecydował. wybrańców losu. czy ma duŜo ognia do walki! Proszę bardzo. ale zgłosił się pierwszy! NiewaŜne czy duŜy. . Ludzie zaczęli się za nimi oglądać. czy mały. Ŝeby cała policja w Gilly nie zbiegłą się aresztować mnie za napastowanie . co będzie dalej. chętnego spróbować swoich sił. Wziął ją na ręce i obrócił się z zamiarem odejścia.Nie śmiejcie się.krzyczała ile sił w płucach. kopiąc i próbując gryźć. choć gorąco pragnął zostać. czujnym okiem wypatrując któregoś z Clearych. Ksiądz Ralph był osobą na tyle znaną.Chętnie sobie pójdę. Meggie. nie mogę cię zabrać do środka! Twój ojciec Ŝywcem obdarłby mnie ze skóry. . chcę zostać z Frankiem! . Ŝe znajdują się bezpiecznie daleko próbując szczęścia w rzucaniu podkowami do celu bądź zajadając się pasztecikami z mięsem lub lodami.Naganiacz zachował całkowitą powagę. Meggie podniosła wrzask i tym głośniej krzyczała. . uznał. zerkali nieśmiało na stojących obok zawodowców.

choć niezwykle rzadko. Ŝe huczące w uszach wołanie brzmi: Zabij! Zabij! Zabij! Potem wystawiono na ring jednego z prawdziwych czempionów.. proszę schować pieniądze. Ŝe ochotnik z tłumu walczył jak równy z równym z zawodowym bokserem. Ŝe nie moŜna było szpilki wetknąć. zlewając się w jeden potęŜny głos: Naprzód! Naprzód! Och. omalŜe pluł w zapamiętaniu. Oczy płonęły mu dziko. Jimmy'emu Sharmanowi błyszczały oczy. czy umie boksować równie dobrze. Nie. Ŝebym się z księdzem kłócił. Rękawice przeciwników ledwie go muskały. . jak pragnę zdrowia. Ŝe nie byli to najlepsi bokserzy świata. a nieliczne celne ciosy. W powietrzu. Ze względu na wzrost Frank dostał przeciwnika wagi muszej. której nie miał. a ona nie ma zamiaru opuścić go bez walki. Ksiądz Ralph znalazł miejsce za plecami tłumu. po czym zadeklarował chęć zmierzenia się z następnym. Zdarzały się przypadki. ale jak pragnę.. jak mgłą zasnutym dymem tytoniowym. przy której wy. nie. Przyznać trzeba. a kaŜdy przeciwnik miał twarz Paddy'ego. prawda? Proszę wejść.Trudno. Jimmy'emu by to się nie podobało. ale znajdowało się wśród nich kilku świetnych zawodowców Australii. jakŜe tęsknił za okazją do walki. miał jako pierwszy ochotnik stanąć do walki z zawodowym bokserem. wydawało mu się. unosił się mocny zapach trocin. a . chłopcy. Namiot był pełen męŜczyzn i chłopców tłoczących się wokół ringu. niech ksiądz trzyma ją z daleka. wieść o jego wyczynie juŜ się rozeszła i do namiotu napchało się tylu widzów. odkąd przyjechał do Droghedy! Nie znał innego sposobu na uwolnienie się od gniewu i bólu jak tylko w walce. pod płócienną ścianą. juŜ w rękawicach. Kiedy walczył z trzecim bokserem. Frank. a kiedy zadawał powalający cios. którego powalił za trzecim ciosem. ani na chwilę nie wypuszczając z objęć Meggie. Nigdy nie przestawał rozglądać się za przyszłymi mistrzami. jedynie podsycały w nim niegasnącą wściekłość. któremu nakazano trzymać Franka na dystans. Ŝeby przekonać się. jakie na niego spadły. jak walić pięścią.dziecka! Jej brat zgłosił się na ochotnika. boksera wagi lekkiej. Wrzaski i wiwaty tłumu pulsowały mu w głowie. wyglądacie jak amatorzy! Bileter wzruszył ramionami.

przypierany do muru mimo dłuŜszych rąk.był jednym z tych osobliwych ludzi. pomyślał ksiądz. odkąd go ksiądz Ralph poznał. . przecięty łuk brwiowy i wargę. Ŝebyśmy od razu poszli? .Nie przypominasz mi mojej matki. Ŝeby go słyszeć. Odczuwał potrzebę wypowiedzenia swych myśli.Zaczekam na Franka . Bez słowa podał jej swoją chustkę i pogłaskał po wstrząsanej szlochem jasnej główce. Ale wygrał dwadzieścia funtów i zdobył szacunek wszystkich obecnych. Ŝe oślepł na wszystko inne. Ŝe Meggie zbyt źle się czuje i jest zbyt nieszczęśliwa.. moja mała Meggie? Frank wyszedł z namiotu z okiem zalepionym plastrem. Atmosfera w namiocie teŜ przyprawiła go o mdłości i gdyby tylko pozwoliła mu na to godność kapłana. czemu tak chwytasz mnie za serce. chętnie ulŜyłby swojemu Ŝołądkowi w miejscu publicznym. Wygląda tak. przykładając chusteczkę do skaleczonej wargi. . nie miałem siostry.Co tu robi Meggie? .. Czy miałaś cięŜkie Ŝycie. zanim zdołał ją złapać. którzy nawet w porywie największego szału nie tracą zdolności myślenia. jak to się zdarza wielu Ŝyjącym samotnie ludziom. Wytrwał do końca walki mimo bolesnej nauczki.warknął Frank. Po raz pierwszy. miał szczęśliwą minę. .szepnęła opierając się o niego. . Naprawdę chciałbym wiedzieć. jak zwykle wyglądają męŜczyźni po dobrej nocy spędzonej w łóŜku z kobietą. wciąŜ jeszcze rozemocjowany walką na ringu. jakiej udzieliły mu pięści doświadczonego rywala. Ŝe zwymiotowała i usiłowała właśnie oczyścić zachlapane buciki małą chusteczką. . Uczył się przy kaŜdym zwarciu i gwałtownej wymianie ciosów ..Zastanawiam się. co takiego jest w tobie i twojej nieszczęsnej rodzinie. którego nie mam dla nikogo? .. miał zapuchnięte jedno oko. Kiedy ją odnalazł okazało się.kilku objawiło się na takich właśnie małych festynach na prowincji. a Frank rzucał się na niego tak opętany Ŝądzą zabicia tańczącej przed nim i umykającej postaci.Chcesz zaczekać na Franka czy wolisz. przepełniona wdzięcznością za okazywany spokój i współczucie.zadał sobie pytanie uznając. Meggie wykręciła się z osłabłego uścisku księdza Ralpha i czmychnęła z namiotu. Czempion wagi lekkiej stosował się do polecenia.

Ŝebyśmy zrezygnowali z dalszych atrakcji? . Ŝe nie moŜe przestać wygrywać. . Ŝeby na własne oczy zobaczyć. Nie bał się go ani trochę. . . niezadowolony z konieczności usprawiedliwiania się. gotowy na kaŜde jej skinienie. zwycięzcy głównej gonitwy. Sprowadzone z Sydney i podane na obiad z szampanem egzotyczne potrawy z morskich ryb i skorupiaków nie . czego nigdy nie wymagała od niego Fee. A tobie. mówił więc. kiedy wręczała szmaragdową bransoletkę. miała dziś dość przykrych przeŜyć. czemu wydaje się wszystkie przeznaczone na nagrodę pieniądze na jakieś świecidełko zamiast wręczyć złocony puchar i plik Ŝywej gotówki. Ŝe widziałaś ten namiot. a w niebieskim garniturze było mu za gorąco.Czy macie coś przeciwko temu. .Nie było sposobu. zmuszony szukać drogi dla tej marudzącej i kipiącej złością kobiety. przyda się porządna kąpiel. nie mówiąc o kneblowaniu . stać przy niej. natomiast stać ich na beztroskie przeznaczanie wygranej dla kruchej kobiety. czy ci nic nie jest. Frank. Ŝeby ją stąd zabrać. natomiast obawiał się awantury przy świadkach. Wielką nagrodę Gillanbone. jeŜeli wrócimy na plebanię odpocząć i napić się herbaty. dopóki nie zdobędzie sześciu bransoletek. Ŝe coś ci się stanie.odparł cierpko ksiądz Ralph. których pozdrawiała jak królowa. Nie gniewaj się na nią. Nie mógł pojąć. choćby z daleka powiedział Frank do Meggie.Lekko uszczypnął czubek nosa Meggie.. Chciała być blisko ciebie. ale teŜ niepewny. zmuszony uśmiechać się i gawędzić z ludźmi. Nakrochmalona koszula i celuloidowy kołnierzyk uwierały Paddy'ego. Horry Hopeton.Była przeraŜona.spytał ksiądz. brylantowej i szafirowej. .Dobrze nam wszystkim zrobi. Nie rozumiał. Paddy przeŜył u boku siostry dzień pełen udręki. wędrującej przez błoto Gilly w zagranicznych gipiurowych pantofelkach. Musiałbym jej związać ręce i nogi. Miał Ŝonę i pięć córek. którego gniady wałach Król Edward zdobył szmaragdową bransoletkę. stał się przez ostatnie lata właścicielem bransoletki rubinowej. czy przypadkiem i na niego Frank się nie rzuci. Ŝe ludzie zgłaszający konie do gonitwy nie potrzebują czegoś tak pospolitego jak pieniądze. moja panno.Ani się waŜ pisnąć tacie.

jaki miał. kumali się z przybyłym z wizytą księciem Walii. skaczesz do gardła kaŜdemu. kiedy zajmowali bezprawnie ziemię. Czuł się głupio i wydawało mu się. lepszy zarobek od tego. jakby dzień minął im cudownie i beztrosko. mieli własną partię polityczną. ogarnęła go irytacja. posyłali dzieci do ekskluzywnych szkół w Sydney. a swojej siostry nie lubił tak samo jak dawno temu w Irlandii. a po nastaniu autonomii załatwili po cichu jej uwłaszczenie z władzami federalnymi. Garnitur.działały teŜ dobrze na jego nawykły na baraninę Ŝołądek. Dlatego kiedy wszedł do saloniku na plebanii i zobaczył.A ty jak zamierzasz pokazać się matce w takim stanie?! . Wszyscy usilnie starali się zapomnieć o tych czasach w ubiegłym stuleciu. Ci nadęci hodowcy w tweedowych garniturach. która.wrzasnął. Nieznośnie brakowało mu duchownego wsparcia Fee. choć najlepszy. . lecz Frank go uprzedził. Ci ludzie.jak z nieba zesłana do wymówek.powiedział bardzo cicho. kto krzywo na ciebie spojrzy! Zaskoczony ksiądz Ralph zerwał się na równe nogi i juŜ miał na ustach pojednawcze słowa. trącił tanim krawcem i wiejskim brakiem dbałości o modny krój. jak ich nazywał „Bulletin”. jak na jego gust. Paddy Cleary. to nie było towarzystwo dla niego. Ledwie cię z oka spuszczę. był prostym człowiekiem i Ŝył z pracy rąk. kanciaste pannice o duŜych zębach. I zarobiłem dwadzieścia funtów. pokazując plaster. śmietanka „dzikokracji”. jego opuchniętą twarz . Ŝe głupio wygląda. Natomiast on.Zarobiłem na tym pieniądze! . kiedy był jeszcze dzieckiem. wyniosłe matrony. co ciocia Mary płaci nam obu raz na miesiąc! Dziś po południu znokautowałem trzech bardzo dobrych bokserów i stoczyłem równą walkę z mistrzem wagi lekkiej w namiocie Jimmy'ego Shermana. Meggie i ksiądz Ralph odpoczywają przy kominku. Potem spostrzegł plaster na oku Franka. . . znów to samo. nazbyt przypominała mu rodzinę Ŝony. traktując ogromne jej połacie jak swoją własność. Nie miał absolutnie nic wspólnego z tą kolonialną arystokracją. którym zazdroszczono bardziej niŜ jakimkolwiek innym mieszkańcom kontynentu.Dwadzieścia funtów za kilka minut pracy. Ŝe Frank. MoŜe .

zawodziła. Ŝe mam przed sobą wspaniałą przyszłość jako bokser. Usłyszał najgorszą obelgę. .Jak śmiesz mnie tak nazywać! . nie! . twarzą w twarz. co powinienem robić. mógłbyś się postarać urosnąć trochę na umyśle! JakŜe zbielała twarz Franka! Jak wypalone przez słońce kości. ale dziś po południu zdobyłem uznanie wszystkich. . nie! Och. kim jest Jimmy Sherman. wreszcie otwarcie się przyznając do wzajemnego lęku i niechęci. z trudem się opanowując. . Ksiądz Ralph zacisnął dłonie. i objawiła się zawzięta rywalizacja o jej względy.To nie są emerytowani pięściarze. nie mogłeś trzymać się od niej z daleka? . ale jestem wystarczająco duŜy. Łzy spływały jej po policzkach. był ksiądz Ralph. Ŝeby sprawić lanie kaŜdemu bez wyjątku. I chce mi za to płacić! MoŜe większy nie urosnę. ale przynajmniej. nie mógł mu oddać ciosu za cios. tato.powiedział nieco spokojniej Paddy. wbijając palce jak szpony w jej ramiona. nie.Jestem jej męŜem.Nie. To Bóg nam błogosławi i dzięki jego łasce mamy nasze dzieci . Ŝeby się uwolnić. Frank! Wiem. Frank. i to własnego ojca. jaką obaj darzyli Fee. Dorośnij trochę. poturbowanych ringowych emerytów na prowincjonalnym jarmarku.to nie pasuje do twoich poglądów na to. Chce mnie przyjąć do swojej trupy i trenować. a tobie tak uderzyło do głowy.Nie.A kim ty jesteś? Obrzydliwy. Runęła tama miłości. Ŝe juŜ nie moŜesz urosnąć na ciele. Ale jedyną osobą. Frank i Paddy stali naprzeciw siebie. Oddychał bardzo głęboko. Wiesz równie dobrze jak ja. tato. z wysiłkiem trzymając ręce przy sobie. A sam Jimmy Sherman powiedział. szarpała się jak szalona. i przytulił ją do siebie mocno. aŜ do bólu. która ją słyszała.krzyknęła rozdzierająco Meggie. śmierdzący capie! Paddy uświadomił sobie pełny sens tego epitetu i pobladł tak samo jak syn. proszę cię! Proszę. ty stary. jaka mogła paść z ust drugiego męŜczyzny. takŜe tobie. . ale na próŜno. gorszy niŜ baran w rui! Nie mogłeś zostawić jej w spokoju. proszę! . ze względu na matkę. . którzy mnie oglądali! Paru znuŜonych.Jesteś nie lepszy niŜ parszywy pies właŜący na pierwszą lepszą sukę! .

. on jeden naprawdę rozgniewany.Nie chciałem tego powiedzieć. .To.Wściekłość odleciała jak rycząca wichura. to nie jest prawda. . co powiedziałem. ale wiedziała jedno: nie zdoła ich obu zatrzymać przy sobie.Jak ci Bóg miły? Oby was Bóg pokarał. bo bałem się ją stąd wyprowadzić. . . nie chciałem! Nie chciałem tego powiedzieć! Ledwie zakazane słowa zawisły w powietrzu. samolubni kretyni! . który ciebie spłodził. pełne bólu spojrzenie to na brata.wyszeptał Paddy. Trzymał go za wykręconą do tyłu prawą rękę. kimkolwiek był! Bogu dzięki. Nigdy mi nie wybaczy! .Przyłączę się do trupy Jimmy'ego Shermana i juŜ nigdy nie wrócę. to was pozabijam! . po czym raptem przestał stawiać opór i potrząsnął głową z rezygnacją.Chciałeś to powiedzieć . a jego uścisk paraliŜował ruchy. .. Paddy przygarbił się. Ŝe musiała tego wszystkiego wysłuchiwać.Czy zdajecie sobie sprawę. co się stało. Ŝebyście się pod moją nieobecność nie pozabijali? Powinienem był wam na to pozwolić. bo chcę zostać kimś.JuŜ dobrze. . Ŝe ja w tym nie miałem Ŝadnego udziału! wykrzyknął Paddy i urwał. . Frank. nie tknę go. jakby chciał wyrwać język.O. skulił i chwycił rękoma za usta.powiedział Frank głucho.wycharczał Frank. . . Tak jest naprawdę. to na ojca. Był silny.ryknął ksiądz. jak mi miły Bóg.Niech mnie ksiądz puści. który wymówił rzecz nie do wymówienia.Co ja powiem twojej matce? Znaczysz dla niej więcej niŜ my wszyscy razem wzięci.A ja chyba zawsze o tym wiedziałem! Zawsze o tym wiedziałem. słodki Jezu! . błagalne. ksiądz Ralph puścił Meggie i złapał Franka. . Meggie upadła na podłogę i klęczała płacząc i przenosząc bezradne.Musisz wrócić! . idę sobie . Nie rozumiała. wy nędzni. .Powiedz jej. Ŝe przystałem do trupy Jimmy'ego Shermana. Frank wyrywał się przez chwilę.Spróbował wykręcić głowę w stronę księdza Ralpha. . Nie tknę go. jednego za drugim! JeŜeli skrzywdziliście dziecko.A ty nie jesteś lepszy niŜ ten parszywy pies. a swoją lewą zarzucił mu na szyję i przyciskał.

niczyja! . Ŝe nastałeś po mnie. Wspomnienie mamy grającej na szpinecie w pokoju. posadził na brzegu łóŜka. czarnych oczach Franka. które zastanowiły księdza w chwili. oczach.szyderczo powtórzył od drzwi Frank. skąd u szarookiej Fee i niebieskookiego Paddy'ego czarnooki syn? Ksiądz Ralph znał prawa Mendla i powątpiewał. . Frank. Ksiądz w swojej roli nie jest lepszy od papugi! Nich Bóg ma księdza w opiece. ale ksiądz Ralph bezceremonialnie odepchnął go. Słyszysz. więc nie odchodź. Ŝeby z tobą porozmawiać.I pomyśleć.To część wielkiego. śe naleŜała najpierw do mnie. . a dopiero potem zdjął . ale wrócę. To urodzony bokser . który nie mógł być twoją własnością! Uczucie. Ŝeby powstał taki rezultat. . Pomyśl o tym w ten sposób! Frank strząsnął z siebie powstrzymującą dłoń i podszedł do drzwi stąpając lekko jak skradający się drapieŜnik. Ŝe przez te wszystkie lata uwaŜałem. niezgłębionego planu boŜego. Pójdę połoŜyć ją do łóŜka. . ale wrócę. JuŜ dość jej zaszkodziłeś! W szafce jest whisky. Wstał chcąc do niej podejść. zostawiona tam przez Annie.wykrzyknął ksiądz. to prawda! Zawsze o tym wiedziałem.Wielki. Ŝeby móc ściągnąć buciki i pończochy. niezgłębiony plan boŜy! . Ja! .To nie była niczyja wina. co do ciebie mówię? .Pogardliwy błysk zapalił się w obcych. kiedy ujrzał je po raz pierwszy.Zaśmiał się bezdźwięcznie. próbując go zawrócić. poczęstuj się.podpowiedziała księdzu Ralphowi jakaś beznamiętna cząstka jego kardynalskiego umysłu. . kim On jest naprawdę! Paddy siedział na krześle spopielały na twarzy i patrzył przeraŜony na Meggie. Ŝe to ty skazałeś ją na zły los. przełoŜył ją Meggie przez głowę i najpierw przyzwoicie obciągnął.Będę czekał.AleŜ tak. W uroczym jasnozielonym pokoiku na piętrze ksiądz rozpiął Meggie sukienkę. czy wystarczyłaby szarość oczu Fee. Koszula nocna leŜała na poduszce. bo ksiądz jeden spośród nas nie ma pojęcia. która klęczała skulona przy kominku i płacząc kołysała się wprzód i w tył. podczas gdy to ja byłem winien. Frank wziął kurtkę i kapelusz. Ŝe nie byłeś od niej od początku. . Niech ją ksiądz połoŜy do łóŜka.Zostaw ją w spokoju.

.Dobrze się czuje? . Lubimy księdza za to. co w mojej mocy. o nie dających się ściągnąć kokardach. Ŝeby im pomóc. Paddy wpatrywał się w ogień. siedzę po uszy w waszych kłopotach odparł ksiądz Ralph z lekkim zaŜenowaniem. Ksiądz Ralph sięgnął po butelkę whisky i nalał sobie pół szklaneczki. moim obowiązkiem jest zrobić wszystko. Ŝe nie jest twoim synem. czy go słyszy. Ŝe nie trzeba wiele więcej prócz zwykłej umiejętności obserwacji.spytał Paddy. Naturalnie powiedziałeś prawdę. Zajrzę tu jeszcze do ciebie za małą chwilkę. . kiedy ksiądz wrócił do saloniku. . dręczony wyrzutami sumienia i na gwałt szukając jakiegoś .Szczerze mówiąc. słyszysz? Wtedy sobie porozmawiamy. nie wiem.A teraz połóŜ się. w których odbijały się niewypowiedziane dziecięce tragedie. jak się zdaje.majtki. Ŝe powiedziałeś na głos coś takiego! Nie. Oczy. przerastające dziewczynkę w tym wieku. alkohol czy zapalczywość. które z uporem zostają zawiązane. chłopie. co jest większym przekleństwem Irlandczyka. nie umiejąc nadać tym słowom tak niefrasobliwego tonu. tak będzie najlepiej.W kaŜdym razie. Ŝe niewiele uchodzi uwagi księdza. Nie sposób było stwierdzić. więc nie martw się. który buzował na kominku jak w piecu. które nie chcą dać się odpiąć. . spoglądały nieruchomo i posępnie w jakiś odległy punkt. Wiedziałem. Ŝeby spostrzec. i wyznaj mi wszystko. nie próbuj nawet odpowiadać! Gniew. jak zamierzał. troski i cierpienia.Ksiądz jest bardzo lubiany w Gilly. . BoŜe święty.Zdaje się. Przez cały ten czas zagadywał ją plotąc trzy po trzy o guziczkach. . i spróbuj zasnąć. .UlŜyj sobie. A kiedy to dostrzegę.Naprawdę tak ksiądz myśli? Nie mogę się z tym zgodzić. o bucikach. jak go tylko zobaczyłem. Co cię opętało. Paddy. .Chyba tak. . maleńka. sam nie wiem. Aczkolwiek uwaŜam.Za co z pewnością powinienem być wdzięczy swojej twarzy i figurze odrzekł z goryczą ksiądz. kiedy moi parafianie czymś się kłopoczą albo cierpią z jakiegoś powodu. Ŝe jest dobrym duszpasterzem. . bo dokładał do niego.

Ŝeby się z nią przywitać. Czy ksiądz uwierzy. przedstawienie królowi. konie i wielkie powozy. zanim poznałem Fee. Pusta szklaneczka podskakiwała w trzęsącej się ręce. Ŝeby znalazł dla niej męŜa. Ja pracowałem jako parobek przy krowach i czasami widywałem Fee z daleka. jak tylko ją zostawić. dlatego nakłoniła Jamesa. Ŝe będę dobry dla Fee. kto jest ojcem Franka. Kazała mi przysiąc. Ŝe po raz pierwszy znalazłem się na tyle blisko Fee. kamerdynerów.zajęcia. Ksiądz Ralph wstał. Jak rozumiem.Nie wiem. Ŝe wywieziesz ją z Wyspy Południowej. Oczywiście.powiedział do mnie James. Pociągnąwszy duŜy łyk. gdzie uprawiał pszenicę i hodował owce. Babka jakoś się o tym zwiedziała i posłała po mnie. Oczywiście w domu nigdy nawet palcem nie kiwnęła. Ŝe nie miałem powodzenia u dziewcząt. zaplanował dla niej Ŝycie . Dawniej musiała być z niej niezłą wiedźma. ale kiedy chcieli jej się pozbyć z domu. Mieli pokojówki. Ŝe nie mieli innego wyjścia. zostało to zatuszowane. mimo niezręczności sytuacji. Było mi szczerze Ŝal biednej staruszki. Ŝe jego córka zhańbiła rodzinę. Ni stąd ni zowąd przyszedł do mnie stary James Armstrong. babka tak ostro się temu sprzeciwiła. a ja nie chciałem pytać. a ma dziecko. śyli jak lordowie. To się zdarzyło. to opłacimy wam podróŜ i dołoŜymy jeszcze pięćset funtów”. „Jesteś kawalerem . JeŜeli się z nią oŜenisz i dasz słowo. odpowiedniego męŜa. Ŝe pozbędą się z domu wnuczki z chwilą. mniej więcej półtorarocznym chłopczykiem. a i samotne Ŝycie juŜ mi trochę obrzydło. kiedy ksiądz kładł Meggie do łóŜka. ale nie zdradziła. Dla mnie to byłą fortuna. Jej rodzina jest uwaŜana za najlepszą w Nowej Zelandii. choć byłą umierająca. AŜ tu nagle babka cięŜko zachorowała i nic nie mogło ich powstrzymać od pozbycia się Fee z dzieckiem. Wiedziała. bo tak strasznie kochała Fee. kiedy ona przeniesie się na tamten świat. dziecko nic a nic mi nie przeszkadzało. a Fee była jedyną córką. dopiero w dniu naszego ślubu? . jak spacerowała z małym.wyjazd do starego kraju. Oznajmił. jej ojciec miał duŜą posiadłość koło Ashburton na Wyspie Południowej. kto jest ojcem dziecka. a szczerze mówiąc. Byłem zawsze taki nieśmiały. . Plan wydawał mi się dobry. Ŝeby sięgnąć po butelkę whisky. Pieniądze nie stanowiły problemu. Paddy westchnął i otarł z twarzy zapomniane łzy. i nalał mu. nie wyszła za mąŜ.

Ŝe nie lubi mnie albo naszych dzieci.Widzę po Meggie. Ŝeby napełnić obie szklaneczki. . Ŝeby. jak inaczej mógłbym postąpić. Paddy. . wychylił ją do dna i sięgnął po butelkę. I przez tyle lat. oglądał swoje ręce. ale i wtedy nigdy się nie odzywa. proszę księdza? Przepędziłem Franka i Fee nigdy mi tego nie wybaczy. . mrugając oczami. Ŝeby zostać jej prawdziwym męŜem. Nie potrafiła niczego. nie chcę przez to powiedzieć. nie śmiałą się ani nie płakała.. wierzę w to jak najbardziej . Och. Paddy . . . Paddy. Paddy wstał chwiejąc się na nogach. Zawsze wiedziałem. Ma je tylko dla Franka. Ŝe kiedyś coś powie. Jakby wcale jej nie było. proszę księdza. odkąd jesteśmy małŜeństwem. Ale ja nic o tym człowieku nie wiem.odparł szeptem ksiądz. zanim zebrałem się na odwagę.. U mego boku przynajmniej była bezpieczna.Och.rzekł łagodnie ksiądz Ralph. zamiatać podłogę. Ŝe brak mi odwagi. ani kim był.Nie miała łatwego Ŝycia.O tak. ale nie wiem. ani dlaczego nie mogła wyjść za niego za mąŜ. Ŝeby przekroczyć jego obrzeŜe. jakim piekłem jest Ŝycie! Bogu dzięki. Dwa lata trwało. prawda. Ksiądz Ralph. Z początku śmiertelnie mnie przeraŜała. JeŜeli okazuje czasem jakieś uczucia. a jednocześnie wcale tego nie pragnę. . .. nikt jej nie ubliŜał. bo zawsze mi się zdaje.A więc oŜeniłeś się ponad stan.Nadal jest piękna. nieobecna duchem. to w najbardziej intymnych chwilach naszego wspólnego Ŝycia. a ona jakby nie potrafi juŜ rozpalić w sobie takiego uczucia. Mam nadzieję. Ale ja tak bardzo ją kocham. prać i prasować. jakby to nie ona brała w tym wszystkim udział. . zanim zaczęła się starzeć. Taka była wtedy piękna i taka. nigdy ani razu nie narzekała. Musiałem nauczyć ją gotować. Ŝe kocha Franka bardziej niŜ nas wszystkich razem wziętych. Ŝe wypowiedziałaby na głos imię tamtego człowieka. Spojrzał na swoją whisky.. Widocznie kochała jego ojca. Ŝe się tak wyraŜę. jak musiała wyglądać..Więc teraz będę miał za swoje.Tak.

I co chcesz teraz zrobić? . . .rzekł ksiądz Ralph. Meggie. nic więcej. proszę księdza. Ŝe Frank uciekł z bokserami. kochanie? . Czy twoja Ŝona nie zaznała dość bólu i cierpienia? Nie dodawaj jej nowych udręk . nie moŜe wyjść poza ściany tego pokoju. Nie zapominaj.Wstał. .Wiem. którą ma dla Franka.Chcę iść razem z Frankiem. Ŝe włosy ma nadal zaplecione w warkocze. Ŝe się pokłóciliście. pod Ŝadnym pozorem.Mogę. uwierzy ci. LeŜała z szeroko otworzonymi oczami w półmroku rozpraszanym przez małą lampkę koło łóŜka.PołóŜ się spać. osłupiały.Naprawdę tak ksiądz uwaŜa? . Nie. .A czy wiesz dlaczego. ciebie i to małe stworzenie śpiące na górze. nie wolno ci o tym mówić. . On mnie potrzebuje.Nie martw się o Meggie. . ja się tym zajmę. Powiedz tylko.powiedział. to opowiadając matce o kłótni. Ksiądz usiadł przy niej i spostrzegł. . Ŝe skoro Frank odszedł.Nie moŜesz jej tego powiedzieć. Ona wie. dopowiadając w duchu: kto wie? MoŜe Fee nauczy się wreszcie obdarzać miłością.Musisz. . jak Frank wyrywał się z domu. . które przykrył poduszkę sfalowaną. co tu dziś zaszło. Paddy. ale nie dałam rady stanąć na nogi i nie lubię ciemności. . Paddy. . Wytłumaczę jej. metalicznie lśniącą powłoką. To. by zrozumiała więcej niŜ to. . Ale rano pójdę go poszukać. Meggie nie spała.zaprotestował Paddy.Tak.Ale co zrobić z Meggie? Ona wszystko słyszała.Frank odszedł. Nie sądzę. pogłębiałaby tylko jej smutek. Meggie . Zresztą odniosłem wraŜenie. Ŝe jutro musisz być znowu na usługach Mary.Pokłócili się bardzo z tatą. OstroŜnie rozwiązał granatowe wstąŜki i delikatnie rozplótł włosy. .Nie moŜesz tego zrobić. Ŝe Meggie niewiele mówi swojej matce..Nie mogę tak postąpić! . . Miałam jeszcze dziś go poszukać.

Rozumiesz. Ŝonę i rodzinę. nawet. a Frank jest juŜ dorosłym męŜczyzną. .odparł szczerze.Wiem. Nie moŜesz być samolubna. Powinien mieć teraz własny dom. JuŜ nie wróci. ale nie odszedł.Powtarzać aŜ do znudzenia. . myślał.Wiem . Frank chciał juŜ odejść. . o czym marzył od dawna stałą się przyczyną jego odejścia. Ŝe Frank chce odejść. W znieruchomiałych oczach wyczytał takie wyczerpanie i ogrom bólu. kiedy nie czuje się dobrze. bo nie moŜe mu kazać zostać. Ŝeby zrobić to. . A te dzieci wychodzą jej takie milutkie. Meggie? Kłótnia pomiędzy twoim tatą a Frankiem to był tylko sygnał. jakby miał przed sobą staruszkę. Ta kłótnia dała Frankowi powód. Rozumiesz to.powiedziała.A co o tym wiesz? . Meggie. Ŝe nie chcesz.JuŜ nigdy go nie zobaczę? . .. Ŝe go zobaczysz. wbić jej to do głowy. Ŝe oni się nie lubią. Wiem. ale on juŜ od dawna tego pragnął. Meggi. Ŝe chcemy zacząć Ŝycie z dala od domu. ale nikt nie potrafi przewidywać przyszłości. Wziął głęboki oddech.Chciałbym oczywiście powiedzieć.Nie. Zrozum. słyszysz Meggie? Bardzo by ją to zmartwiło. nawet księŜa. I zawsze znajdą jakiś powód. Doszło do niej nie dlatego. prawda? . Ŝe wielu młodych ludzie w ten właśnie sposób opuszcza dom rodzinny. Meggie. nie wolno ci tego zrobić. Ŝe będzie miała nowe dziecko? .Kiedy dorastamy.Mama lubi mieć dzieci. staje się rzeczą naturalną i słuszną. musisz mu pozwolić Ŝyć własnym Ŝyciem. kiedy byłam małą dziewczynką.Nie wiem .Nie wolno ci powiedzieć o tej kłótni mamie.Ale tym razem tata juŜ go nie sprowadzi. moja Meggie? Przeniosła spojrzenie na jego twarz. Frank powinien sam pokierować swoim Ŝyciem i pora. . Ja teŜ sobie wyhoduję takiego malucha. Doszło do niej dlatego. Często je ma. Ŝeby odszedł z domu.Dlatego. . jak Hal i wtedy nie będę tęsknić tak bardzo za Frankiem. w którym się wychowaliśmy. . . a nie czuje się najlepiej. Ŝeby sobie poszedł. Tata sprowadził go z powrotem do domu i kazał zostać. Frank odszedł na dobre.

śyczę ci powodzenia. jeŜeli nie uda ci się wyhodować malucha? .Mam jeszcze Hala . Meggie.. Meggie. przytulając się do poduszki. .odparła sennym głosem. Ale co będzie. mam przeczucie. A potem spytała: Czy ksiądz teŜ odejdzie? TeŜ odejdzie? . Ŝe utknąłem w Gilly na bardzo. więc się nie martw.odpowiedział ksiądz z goryczą w oczach.mruknął.Partogeneza . Ale raczej nie nastąpi to szybko. bardzo długo .Kiedyś tak.

Meggie musiała wrócić do domu. zastępując mu matkę. co to znaczy być kobietą. W samym wyglądzie. jakaś duchowa opieszałość odznaczała się w jej chodzie. jakby nic więcej nie istniało. przenikliwie zimny. Był sierpień. prosząc tym gestem. jakiej od lat nie widziano. nawet tego ściśle kontrolowanego zadowolenia. Po wyjeździe Meggie Stuart. Dreptała w kółko nie kończącym szlakiem między piecem. pozostawiony w klasztorze w Gilly. a na zachód od Burren Junction nie spadła kropla deszczu od czasu monsunowej ulewy zeszłego lata. która za pamięci Meggie nigdy nie opuszczała matki. Dlatego teŜ Meggie nie miała innego wyjścia. Rudowłosy brzdąc dreptał po całym domu. Nie odczuwała tego zresztą jako poświęcenie. moŜe to było poŜegnanie z dzieciństwem. nie zaszła Ŝadna zmiana. Fee odrywała stopy i stawiała je z powrotem tak.ROZDZIAŁ SZÓSTY Nie było rady. w jaki sposób naleŜy to robić. aŜ w końcu nieruchomieje na zawsze. Nie miała w sobie radości ze zbliŜających się narodzin dziecka. stołem i zlewem. ale od środka Fee spowolniała. ale tegoroczna zima bardziej dawała się we znaki niŜ poprzednia. Ŝeby go wzięła na ręce. Hal płakał za nią. ale Fee nie próbowała poddać go jakiejkolwiek dyscyplinie czy choćby śledzić jego poczynań. zimne suche powietrze draŜniło płuca. Mieszkali w Australii juŜ od roku. moŜe właśnie teraz. poczuła na sobie okropny cięŜar. poza wyrośniętym brzuchem. a moŜe ogarnęło ją przeczucie. wciąŜ gdzieś właził. Fee nie mogła się obejść bez jej pomocy. Zniknęła Ŝwawość. musi w końcu nadejść. który późni się coraz bardziej. Kiedy Meggie zobaczyła matkę. Trzysta mil na wschód szczyty Gór Wododziałowych pokrywała gruba warstwa śniegu. wymawiał jej imię przed wszystkimi innymi. Mieszkańcy Gilly mówili o kolejnej suszy: spóźnia się. podnosił rączki. więc on takŜe powrócił do Droghedy. jak tylko wypełnić puste miejsce w Ŝyciu małego dziecka. . jakie okazywała spodziewając się Hala. jak zmęczony stary zegar. rozpoczął natychmiast głodówkę. Nie padał deszcz. którą coraz silniej pragnęła obdarzyć jakąś ludzką istotę. bo kochała go szczerze i znalazła w tym bezradnym maluchu wdzięczny obiekt miłości. jakby straciła pewność.

robótek na drutach. zaraz po urodzeniu stały się własnością wszystkich. Kochane maluchy. W świecie Hala źródłem miłości była Meggie. prania. a kiedy okazywało się. jak to się zwykle dzieje ze wspomnieniami. co do nich nadeszło. ale Frank nadal nie odzywał się ani słowem. Ŝeby nie zapomnieć. stali się oczkiem w głowie kobiet z rezydencji . nagłe bolesne zainteresowanie gasło. nie zgadzał się na nikogo innego oprócz Meggie. Z cudowną łatwością Fee mogła o nich zapomnieć. bliskie sercu rysy zatarły się i rozmyły do tego stopnia. gdyŜ Fee poza karmieniem wcale się nimi nie interesowała. boleśnie wyblakła.bliźnięta. zajmowania się kurami i innych prac Meggie była bardzo zadowolona ze swego Ŝycia. Stopniowo wspomnienie o nim straciło na ostrości. Niezdarne nadskakiwanie pani Smith. a z biegiem czasu przyjęło się. szycia. który z prawdziwym Frankiem miał nie więcej wspólnego niŜ Chrystus na świętym .spragnionych obecności niemowląt. większość czasu spędzali w duŜym domu na górze. Ŝe powstał wyidealizowany wizerunek. Wkrótce ich imiona skrócono na Jims i Patsy. Bluey Williams zamienił piękne pociągowe konie i ogromny wóz na cięŜarówkę. nie chciał. dzięki temu poczta zamiast co sześć. Meggie po prostu nie zdołałaby wziąć ich pod swoje skrzydła i zajmować się jednocześnie bardzo zaborczym Halem. Ŝe jeśli nie spali. tak jakby bez naszej wiedzy przebiegał w umyśle uzdrawiający proces.dwóch niezamęŜnych pokojówek i owdowiałej bezdzietnej gospodyni . Ŝe nie ma listu od Franka. którzy otrzymali na chrzcie imiona James i Patrick. na przekór rozpaczliwym staraniom. ale co sześć tygodni Fee unosiła głowę słysząc wóz pocztowy i oŜywiała się na chwilę. W pamięci Meggie twarz Franka. Fee wydała na świat następnych dwóch maleńkich. W domu pojawiło się nowe Ŝycie . nawet o kimś tak bardzo ukochanym. prasowania. Mimo ciągłej harówki. rudowłosych Clearych. Nikt nie wspominał nigdy o Franku. Minnie i Cat to nie dla niego. miały wszak zapewnioną gorliwą opiekę trzech troskliwych matek. cerowania. Potem pani Smith przynosiła to. przychodziła co cztery tygodnie.płynąca stąd satysfakcja napełniała ją radością. mając po ojcu łagodne usposobienie i miłą naturę.

Podobnie jak Fee rzadko się odzywał i nie wyraŜał swojej opinii na Ŝaden temat. aŜ do samego początku i widzieć wszystko takim. co Stuart myśli. Ksiądz Ralph wyraził to inaczej. Fee bowiem zasłaniała się swoim spokojem. kiedy odwiózł do Droghedy Stuarta odmawiając jedzenia do czasu. co mu kazano. pozwalająca odeprzeć osaczającą samotność. ale najciemniejsze ze wszystkich chłopców. zastępcze uczucie pozostawało nie uzewnętrznione i nikt nie miał czasu go spostrzec. Miał wprawdzie rude włosy. Ta więź między nimi. Nastąpiło to tak dyskretnie. Nie wydał z siebie słowa skargi. . dla którego to zrobił. jak i ciała.obrazie z chodzącym po ziemi Człowiekiem. a najbliŜszej mu wiekiem Meggie zdawało się. uśmiechnął się i kiwną głową! . niczego po sobie nie okazując. choć Meggie w głębi duszy uwaŜała. i zdawały się sięgać daleko w przeszłość. pracował tak samo cięŜko jak wszyscy i nie wywoływał najmniejszego zawirowania w spokojnym nurcie Ŝycia Clearych. na którą pada cień. Jako jedyny z synów zapowiadał się na przystojnego męŜczyznę. który nie odpowiedział Ŝadnym dostrzegalnym znakiem. kiedy dorośnie.To chłopak nie z tego świata! . w jakich zastygła jej dusza. kiedy został w klasztorze bez Meggie. Nikt nigdy nie wiedział. zadzierzgnęła się ukradkiem. stanowił dla ojca i braci taką samą zagadkę jak niegdyś Frank. dotrze do naszych tępych głów. bo spośród wszystkich dzieci tylko Stuart był podobny do Fee. jakim było naprawdę. przyćmi go urodą. Ŝe nikt tego nie zauwaŜył. tyle Ŝe w przeciwieństwie do niego nie wywoływał irytacji ani wrogości. oprócz nowego obiektu jej miłości. Robił to. Ŝe jej Hal. Gdy miał czternaście lat. czy chce jechać do domu.wykrzyknął tego dnia.Czy powiedział. . Posiadał teŜ zdumiewającą umiejętność trwania w całkowitym bezruchu. Ŝe tęskni za Meggie? Nie! Po prostu przestał jeść i cierpliwie czekał. a jego oczy były przejrzyste jak jasna woda. gdzie nikt poza nim nie ma wstępu. wypłynęło uczucie zastępcze. a kiedy podszedłem do niego i krzyknąłem. bardziej mahoniowe. Ŝe wędruje gdzieś. W przypadku Fee z milczących głębin. Ŝe chce jechać do domu? Czy powiedział. wyciszenia zarówno duszy. aŜ powód. bez słów. bez słowa sprzeciwu. MoŜe nie mogła stać się inaczej.

które podskakiwały w marszu. a za nim. Rozsądek nakazywał. lecz Ŝeby rabować. uprawiał ogródek warzywny. słowem. Fee chętnie przekazała mu strzelbę. Niektórym się nie powiodło.Halo! Psze pani. których męŜczyźni przebywali z dala od domu. rąbał drzewo. choćby niedorostek. Szukał kobiet. Z zarzuconym na plecy tobołkiem wędrowali od farmy do farmy. pomykał wychudzony pies. którzy pojawiali się. bliŜej niŜ niespodziewany gość. . Czasami przychodził zły człowiek. nie jeździł z Paddym i resztą chłopców. obwieszeni wysłuŜonymi blaszanymi puszkami.od płynu do nacierania koni po pachnące mydło. Ŝeby koło domu przebywał jakiś męŜczyzna. zajmował się dojeniem. na które brakowało czasu kobietom obarczonym trójką malców.czasem znienacka zastukały obce buty na drewnianych schodach werandy z tyłu domu i obcy głos pytał: . wykonywał niezliczone prace. spoŜywali obfity posiłek. dopóki wprawnym okiem nie oceniła charakteru. Ŝeby gwałcić. Zdarzali się bowiem nieproszeni goście . naładowaną strzelbę i stawała koło niej. chodził na piechotę. Nie wszyscy przybysze byli włóczęgami. pudry i kremy do wysuszonych na słońcu twarzy. z Queesland na południu i z Wiktorii na północy. Zostawał w domu na straŜy. Kiedy pieczę nad domem powierzono formalnie Stuartowi. Miał wodę lawendową i kolońską. Dlatego Fee trzymała w kącie kuchni. ale nie po to. Nikomu nie przyszłoby do głowy.Z biegiem czasu przyjęło się. cukier i mąkę do tobołka. znajdzie się tu dla mnie coś na ząb? Na prowincji krąŜyło całe mnóstwo włóczęgów. czasami przyjeŜdŜał starym fordem handlarz Watkins. w niczym nie przypominające twardej jak skała substancji wytwarzanej przez Fee w miedzianym kotle z tłuszczu i sody. Przywoził ze sobą wszystko . po czym znikali na szlaku wiodącym do Barcoola albo Narrenang. Z reguły byli to porządni ludzie. Australijski wędrowiec rzadko dosiadał wierzchowca. chociaŜ ci stanowili większość. z brzuchem przy ziemi. pakowali podarowaną herbatę. choć dorósł do pracy na pastwiskach. inni obawiali się podjąć stałą pracę i woleli przemierzać pieszo tysiące mil w poszukiwaniu sobie tylko wiadomego celu. Ŝe Stuart. poza zasięgiem dzieci. świadczyło to o obecności innych męŜczyzn w pobliŜu.

które moŜna było dostać gotowe lub zrobić według recepty w aptece sprawiała. obracających się przyklejonych owadów. Równie serdecznie witano innych handlarzy. tak daleko od nowinek mody i fatałaszków! Zdawało się. tym więcej much. Ŝe Ŝycie to muchy i kurz. który by osadził kurz na ziemi i potopił muchy: gdyŜ im mniej deszczu. osiadał na nowo. I ten kurz! Nie sposób było przed nim uciec. pokrywał matowym nalotem politurowane stoły. Kuchnia. tym więcej kurzu.zaopatrywać się w niektóre artykuły gdzie indziej niŜ tylko u Watkinsa. . Od dłuŜszego czasu nie spadła kropla deszczu. W kaŜdej kuchni. Ŝe goiło się wszystko: i rozdarta na boku skóra psa. Nic ani na chwilkę nie mogło pozostać odkryte. drobniuteńki. nanoszony przez niestarannie wytarte buty i gorący suchy wiatr wpadający przez otwarte drzwi i okna. Fee i Meggie posypywały ją trocinami. do której zawitał. brązowy pył wciskał się nawet pod ściśle przylegające pokrywki. Fee musiała zwinąć perskie dywany w bawialni i poleciła Stuartowi. kiedy otworzy wielką walizę pełną towarów. do której najczęściej wchodziło się z zewnątrz. kalendarz ze sklepu w Gillanbone. a oferujących na sprzedaŜ najrozmaitsze rzeczy: papierosy. które ledwie raz czy dwa razy na rok wyprawiały się do najbliŜszego miasta. wyblakłego jak stare kości od nieustannego szorowania drucianą szczotką i mydłem dziegciowym. ściany. w przeciwnym razie stawało się miejscem orgii lub cmentarzyskiem much. kładł się na fałdach ubrań i zasłon. Na przykład jego maść. Pod kaŜdym sufitem wisiały festony z długich. które kupiła bez oglądania w sklepie w Gilly. o wiele lepsza od tych. odbierał połysk świeŜo umytym włosom. mniej regularnie od Watkinsa objeŜdŜających odludne kresy. miała podłogę z drewna tekowego. a ledwie strzepnięty. Ścielił się grubo na podłogach. mieszkając tak daleko od wspaniałych sklepów w Sydney. ozdobne fajki. bele materiału a czasem nawet wyzywającą bieliznę i suto zdobione wstąŜkami gorsety. Ŝeby przybił gwoździami linoleum. upstrzone przez muchy były meble. i wrzód na goleni człowieka. JakŜe spragnione tych wizyt były kobiety na prowincji. obstępowały go kobiety oczekując niecierpliwie chwili. nadawał skórze szorstkość.

z tą szczególną obsesją na punkcie dzieci. Śmierdziała siarką. i nie moŜna juŜ było pompować z niego wody do kuchni i łazienki. której im jeszcze trochę zostało. obok stał posłusznie. prawdziwego ośrodka Ŝycia na farmie. zgarnął bliźniaki i usadził sobie na biodrach. trzeba ją było skrupulatnie wycierać z naczyń. Wody deszczowej. Wyglądała jak mała mateczka. Jims. Meggie.które Stuart starannie zbierał w składzie drewna. Ŝeby rozłoŜyła się tam na próchnicę. a potem cała trójka spojrzała na niego wyczekująco. po . . odizolowanej przez liczne budynki gospodarcze i sumaki od domu zarządcy.wypominała mu Meggie. kończyła właśnie czesać Jimsa. na werandę. napełnił go i po powrocie przelał wodę do jednego z zapasowych zbiorników na deszczówkę. . a potem trzepną szpicrutą po okurzonym wysokim bucie i skierował posępne spojrzenie w stronę ukrytej za eukaliptusami i pnączami rezydencji. więc pochylił się. a nie czystą przyjemność.Kiedy znów na nią popatrzył. który czekał na swoją kolej. myślał ksiądz.Przepraszam cię. Kobiety musiały przyzwyczaić się do nowej. Widocznie kobiety z tym się rodzą. a włosy robiły się od niej sztywne jak słoma. w przeciwnym razie Meggie uwaŜałaby tę czynność za obowiązek. rudą czuprynkę Patsy'ego. i czy prędzej wyszukałaby sobie jakiejś atrakcyjniejsze zajęcie. Szczotkowała właśnie kędzierzawą. A Meggi na odwrót. gorszej od tej mulistej ze strumienia. Przez chwilę ksiądz spoglądał na to oczarowany. Stuart pojechał beczkowozem do studni artezyjskiej. zbierała między palce niesforne kosmyki i układała je w fale. a obie pary błękitnych oczu wpatrywały się w nią z uwielbieniem. kropiły trociny odrobiną cennej wody i wymiatały wilgotną masę o odraŜającej woni za drzwi. uŜywali wyłącznie do picia i gotowania. chwiejąc się trochę na nóŜkach. a potem do ogródka warzywnego. przedłuŜała czesanie. zamieniając się w kałuŜe. Zamyśliłem się. Ale nic na długo nie chroniło przed kurzem. Co ona knuje? Jaką intrygę snuje ta stara pajęczyca przycupnięta pośrodku swojej ogromnej sieci? . Po jakimś czasie strumień wysechł.Ksiądz wcale nie patrzy! . okropnej wody. Ksiądz Ralph z rozczuleniem przyglądał się Meggie.

.spytał ksiądz Ralph zagłębiając się w krześle. godzić z pozostawieniem na uboczu w Gillanbone. duchowny wyczuł przyśpieszony puls Meggie i pocieszająco uścisnął jej rękę w przegubie.jednym z kaŜdej strony.poleciła Mary Carson. Ŝe jesteś księdzem.Idź do kuchni. przytłoczyła ją nieŜyczliwym spojrzeniem.Jak nigdy. po czym razem z Meggie ruszył chodnikiem do rezydencji. . jakby co dzień z tym podwójnym cięŜarem pokonywał prawie milę dzielącą parów od dworu. Zupełnie jakby znalazła szczelinę w jego zbroi i wślizgnęła się do środka ze swoją pajęczą trucizną. dobrze? zaproponował. A on się zmieniał. pozwala ci jedynie czuć się bezpiecznie. zjedz podwieczorek z panią Smith . moja mała. .Ale ty widzisz w niej co innego. Zaskoczony. które przywykł uwaŜać za swoje.odparła. dobrze o tym wiesz. . Ostatnimi czasy prawie się z niego nie ruszała.PoniewaŜ ty ją lubisz . o które nie ma kto dbać. Ralphie de Bricassart.To przecieŜ tylko dziecko. . oddał bliźniaki w ręce wniebowziętej pani Smith.AleŜ daj spokój! . . . odkąd Paddy okazał się tak dobrym zarządcą. mieszczącej się w osobnym budynku. Jakoś nie mógł się z nią dzisiaj spierać. Ambicje wygasały. Ŝe napastuję dzieci? PrzecieŜ jestem księdzem.Myślisz. to wszystko. mamrocząc pod nosem niedosłyszalne słowa powitania. wprawiła go w zakłopotanie. Kiedy wszedł ksiądz Ralph. a moŜe rozpaliły się w nim inne pragnienia? .Dlaczego jej nie lubisz? .Przede wszystkim jesteś męŜczyzną. trzymając Meggie za ręce. Mary Carson siedziała w fotelu. prowadząc kasztankę. . Dziewczynka niezręcznie dygnęła przed ciotką. ksiądz Ralph poczuł się pewniej. Fakt. przestało to być konieczne. ksiądz Ralph niósł malców z taką swobodą.Chodźmy odwiedzić ciocię Mary. wybuchnął śmiechem. Piękne błękitne oczy popatrzyły na nią z kpiną. Meggie ze szpicrutą podąŜyła za nim polną drogą. W kuchni. . moŜe zaczynał się starzeć.

to dlatego. To ten upał.CzyŜby? Czas to pokaŜe. Nie wierzysz mi? Poprawił się w fotelu i uśmiechnął. ale dzień obrachunku nadchodzi. Ralphie? CzyŜby? Chcę. gardząc naszą głupotą. kurz i te muchy. Ŝebyś się jeszcze trochę pomęczył. trzy lata.odrzekł.CzyŜ tak przemawia kardynał de Bricassart? . Ŝe spróbujesz. Ale ja nie jestem męŜczyzną. Na niebie gromadziły się chmury i Paddy z nadzieją wyglądał deszczu.A co ja mam według ciebie? .. Nie będzie padało jeszcze bardzo długo. Ŝe juŜ tego nie pragnę.Suche burze . Ŝe nie doświadczyli jeszcze suchych burz na spieczonych równinach. Będę istnym wcieleniem diabła i zaproponuję ci. Jestem stara. Ŝebyś się sprzedał jak pierwsza lepsza uszminkowana dziwka. Obnosisz się z tą swoją urodą..To niemoŜliwe .. moŜesz być pewien.. Nic mi juŜ więcej nie zostało. Ŝe musiała się to skończyć przepotęŜnym . tylko czas.spytał. Pozbawione kojącej wilgoci powietrze ocierało się o wysuszoną ziemię.wyjaśniła Mary Carson. . kołysząc się w fotelu w przód i w tył... .Jestem duchownym. tylko czas. i nie spuszczała z niego wzroku. . jak ty się zmieniłeś! . Czas. nic więcej.powiedziała drwiąco. a draŜniąca suchość i tarcie powodowały gromadzenie się takich ilości energii. Ralphie. jeszcze ze dwa. Jeszcze nie teraz. Mary. . . . . Zaczęła się śmiać.Wydaje mi się. Ale ja cię jeszcze przyprę do muru twoją własną słabością. a jego oczy na chwilę posmutniały.Nie jestem męŜczyzną .. aŜ trzeszczało. Ŝe poznali najgorszą pogodę w surowym klimacie Australii.Wierzę. zmuszę cię do tego. Nigdy w Ŝyciu nie spotkałam równie fascynującego męŜczyzny. . Ŝe nie znasz mnie tak dobrze. ale nadejdzie niechybnie. . JeŜeli Clearym wydawało się. Mary.CzyŜby. jestem duchownym. jak ci się zdaje.Z tych chmur deszczu nie będzie.odparł. Ŝe będziesz przeze mnie wił się jak na mękach. . Ale uwaŜam. kurz i muchy. .Och.TeŜ tylko czas. ale dość o tym! MoŜesz być pewien. Ralphie.

Grzmoty nadciągały z daleka: im bliŜej. która wsysała kurz i ciskała nim w oczy. to pojawiając się wśród kłębów w fantastycznej zabawie w chowanego.czerwone błyski przeszywały chmury. ale powoli ustępowała i przesuwała się na wschód. wielkie rozwidlone błyskawice rozorywały niebo Ŝyłami ognia. górujące nad trawami. nieziemska poświata nasycała powietrze. psy warczały i staczały między sobą walki. Pojedyncze drzewa. Ŝe Fee musiała zapalać w domu lampy. Ŝółto. ulotną woń. rozszalał się kataklizm. ale po pewnym czasie cała rodzina oswoiła się z tymi wybuchami na tyle. podekscytowanie. Zwieszające się coraz niŜej niebo pociemniało tak bardzo. doświadczali go na własnej skórze. Potem. ogromne. Ŝe wszyscy wyślizgnęli się na werandę i patrzyli na ciągnące się daleko za parowem pola. Nikt juŜ nie musiał wyobraŜać sobie biblijnego gniewu boŜego. zdenerwowanie. Dziwna. z hukiem wichury.wyładowaniem. to ginąc. liliowo. Powietrze straciło przejrzystość i trawione wewnętrznym ogniem fluoryzowało na róŜowo. Piętrzące się pod nieboskłonem groźne moce wprawiały w przeraŜenie wszystkie Ŝywe istoty. uszy i usta. nadal czuli niepokój. dziesiątki piorunów waliły raz po raz . przepastne chmury połknęły słońce w całości. nie dającą się z niczym porównać. oswojone świnie ryjące na śmietnisku zagrzebywały pyski w kurzu. którzy znaleźli się pod ich wpływem. łyskając niespokojnie oczami. krótkie włoski na rękach jeŜyły się na sztorc. kury obsiadały grzędy i przeraŜone chowały głowy pod skrzydła. zdumiewająco białe grzywy pieniły się i zawijały nad sinoczarnymi otchłaniami. W zagrodach konie dygotały i płoszyły się przy najlŜejszym szmerze. O zachodzie budzące grozę zjawiska zanikły. Małe błyski na horyzoncie zarysowały ostro kontury kłębiących się w powietrzu mas. śaden męŜczyzna nie potrafił opanować wzdrygnięcia. wydzielając jakąś niesamowicie słodką. Drzewa migotały. płomienne języki otaczały rude głowy Clearych. ale ludzie. Burza trwała przez całe popołudnie. dymiły i wreszcie stało się zrozumiałe. dlaczego obumarli ci samotni stróŜe pól. kiedy ze wściekłym trzaskiem rozpadającego się świata rozlegał się grom. tym szybciej. PrzeŜywszy bez szwanku furię . Jak okiem sięgnąć. Ŝeby lada dzień zacząć pluć słonecznym ogniem na ziemię.

Druga sucha zima przyniosła takie chłody. W domu rozpalono potęŜny ogień. jakich się nigdy nie spodziewali przy braku śniegu. gdzie od pięćdziesięciu lat postrzygacze ociekali potem. mroźnym wietrze. a męŜczyźni starali się wracać na noc. Ŝe otarli się o śmierć. wstawały rano w zimnych pokojach. Ŝeby łapały kaŜdy zabłąkany podmuch. Za to postrzygacze przybyli w radosnym nastroju: mogli szybciej uporać się z robotą i mniej przy niej napsocić. złowróŜebnie rzedła. Fee przygotowała gorący okład z węgla drzewnego i rozprowadziła go na unoszących się z trudem piersiach dziecka.Jeszcze nie jedno nas czeka . Ŝe poŜerały duŜe ilości kangurzego mięsa i góry tłuszczu z bitego bydła. zwłaszcza Ŝe domy tak zbudowano. psy drŜąc kuliły się w budach. dręcząc umysły pozornymi widokami wody. I rzeczywiście. która po niej wyrosła. Któregoś dnia mały Hal zaczął kaszleć i oddychać ze świstem. Przez cały tydzień nikt nie mówił o niczym innym. Choć tyle czasu upłynęło od powodzi.powietrznego Ŝywiołu. Wiatr hulał po polach z Ŝałosnym wyciem. trawa. a potem wrócili do Ŝycia. Dzieci poodmraŜały sobie palce. a nie chroniły przed wichurą. który wybielił drewniane deski. przez które sączyło się mdłe światło. czekały cierpliwie. utrzymując ciepło dzięki temu. . Ŝeby uniknąć męki mycia w lodowatej wodzie. Dzień po dniu niebo było zaciągnięte chmurami. starały się nie uśmiechać popękanymi wargami. podrywał płachty brązowego pyłu i kręcił nimi w powietrzu. mieli poczucie. Nie sposób było utrzymać ciepło przy tak silnym. Jego stan szybko się pogarszał. ale nigdy nie padał deszcz. Na kaŜdym stanowisku w wielkiej szopie odznaczał się jaśniejszy krąg podłogi. Z początku Fee nie martwiła się zbytnio. Dzieci spały w zimnych pokojach.przewidywała znudzona Mary Carson. aŜ huczało. W taką pogodę jadało się wołowinę i wieprzowinę zamiast wiecznej baraniny. od której szczękały zęby. bo w polu marzli. . ale nie przyniosło mu to Ŝadnej widocznej ulgi. aŜ mama da im trochę gorącej wody z duŜego czajnika stojącego na piecu. Ten szarpany wiatrem pył tak łudząco przypominał deszcz. musiały ostroŜnie ściągać skarpetki z krwawiących pięt i nóg. W nocy pokrywała ziemię kilkucalowa warstwa szronu.

bo biedny malec z takim trudem chwytał kaŜdy oddech. Twarz siniała mu coraz bardziej. Meggie natychmiast otworzyła oczy. Ŝe mógłby umrzeć. ale on nie był w stanie napręŜyć płuc tak. kiedy rodzice uklękli przy łóŜku i zaczęli się modlić nie wiedząc. ledwie spojrzała. uwaŜając. nie wiedziała juŜ sama. uśpiona tym. Nigdy przedtem tak rozpaczliwie nie pragnęła być dorosła.Nie.Tata mówi. tuliła do siebie drŜące z wysiłku ciałko. Wstała i wyszła do braci. do telefonu. a usta dziecka posiniały. nawet wtedy. Meggie wiedziała o tym. ale mieszkając w odległości czterdziestu mil doktor wyjechał właśnie na inne wezwanie. Meggie siedziała trzymając go i modląc się z sercem ściśniętym aŜ do bólu. bo Fee nie czuła się jego matką. Ŝeby ją oderwać. O północy Paddy uwolnił znieruchomiałe dziecko z objęć Meggie i ułoŜył je delikatnie na poduszkach. usiłując pomóc mu oddychać.Och. Ani razu nie przyszło jej na myśl. którzy. Zapadła w drzemkę. Odszedł do Boga i przestał cierpieć. nie jak dziecko. a z Halem było wciąŜ gorzej i gorzej.ale kiedy nadszedł wieczór. . Meggie siedziała u jego boku. polepszyło mu się! .Halowi nie polepszyło się. Ŝe Hal umarł . jakby skurczył się i zestarzał. Meggie . choć nigdy przedtem nie zetknęła się ze śmiercią. tato.Och. Ŝeby wykrztusił błonę.odparł. Paddy natychmiast ruszył do rezydencji. . udałoby jej się jakimś sposobem uzdrowić Hala. co jeszcze moŜna zrobić. Ŝe gdyby byłą kobietą. zmęczeni . . Zagubiona i przeraŜona. Kiedy o szóstej przyszedł Paddy. . oddychał konwulsyjnie. Fee nie mogła uzdrowić Hala. ale odnalazł spokój. Paddy i Fee podpalili w rondlu siarkę i przytrzymali nad nią Hala. Ŝe Hal przestał szarpać. Hal wyglądał jak lalka. .wyjaśniła beznamiętnie Fee. nie! On nie mógł umrzeć! Ale małą istota w gnieździe z poduszek była martwa. załamując ręce i odmawiając bezgłośnie zdrowaśki i Ojcze nasz. w świetle lampy błyszczały we włosach i w tygodniowym zaroście srebrne nitki. Wyglądał tak. Paddy pokręcił głową. tato. jak sobie myślisz. która stopniowo zatykała mu gardło i dusiła.powiedziała. co robić. chrapliwy oddech słychać było aŜ na werandzie.

on był jej i umarł! Mały Hal. ale nie ruszyła się z miejsca. Powiedz to matce. . musisz być zmęczona. Pozostali chłopcy siedzieli przez chwilę. które bezpowrotnie odeszło. . Wskazała bez słowa korytarz. nad czym się płacze: łzy moŜna ronić nad Agnes. tak jak opierał się przez cztery długie lata. Cat i ze mną.Mamo.Pomyśl. PrzeraŜeniem napełniała ją myśl. zatrzymując się jednak w pewnej odległości. kochała. obsiedli przygarbieni kuchenny piec. Fee obróciła się i ruszyła za nim bez słowa. Kiedy Fee weszła z korytarza. . Z twarzą zalaną łzami popatrzyła na Meggie. ale najlepiej będzie. Stuart ocknął się z głębokiej zadumy. Wola Ŝycia jest u niektórych bardzo silna.czuwaniem. to nie było coś. u innych trochę mniejsza. Nie. którego hołubiła. wracam do rezydencji i zabieram ze sobą Jimsa i Patsy'ego. Miejsce które zajmował w jej sercu i umyśle. Chodź się połoŜyć. . TuŜ obok. otaczała matczyną troską. zanim ksiądz mógł wreszcie zrobić to. U Meggie przypominała wytrzymałą linię okrętową z najlepszej stali. Meggie usiadła na wolnym krześle i splotła ręce. czego pragnął od chwili. Ŝeby podąŜyć za nimi. wstał i podszedł do niej. Pani Smith bez słowa zabrała stojący w kącie werandy wózek i ostroŜnie ułoŜyła w nim śpiące bliźniaki. W rezultacie upłynęło duŜo czasu. W takim stanie zastał ją ksiądz Ralph. Och. nad uszczerbkiem w delikatnej powłoce szacunku dla samej siebie i nad dzieciństwem. kiedy przyjechał z doktorem. kiedy Mary Carson zadzwoniła na plebanię. Bob podniósł się i wyszedł na werandę.Meggie.Tak jest dla niego lepiej . podejść do . które musiała dźwigać do końca swoich dni i Ŝyć z nim mimo wszystko.oznajmiła Meggie. jeszcze nie opustoszało. nie ruszając się z twardego krzesła. pani Smith pilnowała bliźniaków.powiedział. których łóŜeczko przestawiono do kuchni. po czym dołączyli do niego. Nadal czuła na piersiach jego ciepły cięŜar. Ŝe ten cięŜar juŜ nigdy się na niej nie oprze. To było brzemię. połóŜ się. Paddy nie pokazał się wcale.Hal właśnie umarł . jaki ma teraz spokój. Rozpalę ogień w twoim pokoju. No chodź. szurając nogami. Przyjdę rano. . jeŜeli na jakiś czas dzieci zamieszkają z Minnie.

LeŜąc na poduszce i trzymając Paddy'ego za rękę. nie bał się ludzi. Wcale nie była święta.pomyślał. jakŜe podobny do jej profilu. na wypadek gdyby dusza nie opuściła jeszcze ciała. Paddy poszedł do Fee. Czego właściwie się bał? Czemu nie umiałby stawić czoła? Potrafił okazywać siłę innym. przykręcił lampę na stole i usiadł na drewnianej ławie naprzeciw Meggie. rysował się na tle nocnego nieba za oknem.a moŜe ciąŜyło na niej przekleństwo? . nie wyróŜniała się pod Ŝadnym względem. Przedtem musiał jednak udzielić ostatniego namaszczenia. Wygodna nazwa. W świadectwie zgonu postanowił napisać: „krup”. udzielić mu praktycznych rad. . co znaczył dla niej Hal. być przy niej. Wątpił. Wyprzedzi mnie. Ksiądz Ralph z fioletową stuą na szyi. choć od dawna przywykł do tragedii nieuniknionych przy tak wielkich odległościach. czego ksiądz Ralph musiałby dopilnować. a w głębi duszy lękał się czegoś nie nazwanego. dać tej małej istotce pozostawionej na uboczu coś z siebie. Zupełnie jakby włoŜyła siedmiomilowe buty . nachylił się nad kuchennym paleniskiem i na niewygodnym Ŝarze rozpalił nowy ogień. choć przez całe Ŝycie gnębiło go obsesyjne powątpiewanie we własną odwagę. co wślizgnie się do jego świadomości. Stuart siedział na podłodze w pokoju Fee. przeznaczonego tylko dla niej.Meggie. Fee ani na chwilę nie odrywała wzroku od ciemnej sylwetki przycupniętej na zimnej podłodze. Ŝe i tak niewiele by zrobił z dala od szpitala i kwalifikowanych pielęgniarek. Doktor odjechał przygnębiony. Z tego. Była piąta rano i senne koguty otrząsały pióra. co odeszło i miało nadejść. Ŝeby się jej przyjrzeć. przyjmowała ze spokojem.godzenia się ze swoim losem. kiedy najmniej będzie się tego spodziewał. wynikało. musiał zobaczyć się z Fee. z Paddym. które musiał pokonywać. miała dar . ale mrok jeszcze nie ustępował. a jego szlachetny profil. zostawi w tyle. ale nigdy się nie skarŜyła. Tymczasem urodzona osiemnaście lat po nim Meggie zaczynała go przerastać. Patrząc teraz na nią odczuwał swoją nieudolność ostrzej niŜ kiedykolwiek przedtem. co mu powiedziano. Wszystko. a Bob i chłopcy do stolarni zbić trumienkę. czy ktokolwiek inny zdawał sobie w pełni sprawę z tego. którą zapomniał zdjąć. Wreszcie nie pozostało juŜ nic.

Po posiłku Meggie poszła wymościć małą drewnianą skrzynkę.lakami. Ŝeby. Wszystkie cztery kobiety stanęły razem koło pieca. zjednoczone wspólnotą Ŝalu niepojętą ani dla Meggie. który materiałem na ręczniki wypychał odpowiednie kształty. i Meggie dopasowała kawałki materiału do twardych konturów wnętrza skrzynki. O świcie Fee wstała. być kimś innym. Zwróciła na niego spojrzenie i z głębi swego bólu obdarzyła uśmiechem zupełnej. mocując materiał pinezkami. które pachniało jak ona. Płacząc Paddy zamknął wieko nad pierwszym dzieckiem. Czy to było to nieznane? O BoŜe. czy to. wczesnymi lewkoniami i późnymi róŜami. bezbrzeŜnej miłości. czemu ją tak kochał? Ale jak zwykle nikt mu nie odpowiedział.gromadziła w sobie. którą chłopcy zbili. podsysając swój wewnętrzny płomień. jaka była naprawdę. uczesała go i połoŜyła w miękkim gnieździe. za jej wyhaftowanie Mary Carson zapłaciła siostrom od Matki Boskiej z Urso tysiąc funtów. Ŝeby naszykować śniadanie. wzbudziła pragnienie. Fee ubrała Hala w najlepszy aksamitny garniturek. która była mu matką. Ta miłość wstrząsnęła nim. Od lat duŜa sala w Droghedzie słuŜyła za kaplicę. wciąŜ się do niego uśmiechając. potem przyszła pani Smith z Minnie i Cat. bo nie krępowały jej jeszcze przypisane kobietom ograniczenia i zakazy. Fee bez słowa dała jej wieczorową suknię z białej satyny.Och. Meggie . Jak się tego nauczyła? Czy moŜna się tego nauczyć? A moŜe to wyobraŜenie o niej było wytworem fantazji? Zresztą co za róŜnica? I co waŜniejsze: to. w którego istnienie czasem wątpił. a Meggie siedziała. która dawno juŜ zŜółkła ze starości. rozmawiając ściszonymi głosami. w czym pomógł jej Stuart. a nie jak Meggie. ani dla księdza. zawładnęła. Pani Smith przystroiła salę i ołtarz zimowymi kwiatami z ogrodów Droghedy . które zastygły w rdzawo-róŜowych bukietach . w imię Boga. nie ukrywającej niczego. kimkolwiek. które stracił.westchnął bezradnie. pozszywała satynę na maszynie. Przy pomocy księdza. byle nie Ralphem de Bricassart. W jednym jej końcu zbudowano ołtarz ozdobiony złotą draperią. potem razem wymościli trumienkę. jaką on ją widział? . wygładzili i zapokostowali.

Drogheda. jakby coraz bardziej oddalała się od męŜa i od dzieci. . marmurowym grobowcu. spotęŜniałym i tajemniczym. odprawił mszę Ŝałobną. ale kipiąca w niej młodość zepchnęła go pod nurt bieŜących zdarzeń. I jeszcze inni. od wszelkich uczuć. rozsądkowi. wśród nich kobiety. na kilkunastu mniej pretensjonalnych. grzebała zmarłych na własnej ziemi. który zginął podczas awantury w barakach. po czym zamknięto kunsztowne drzwi z brązu. pomniejszając jego znaczenie. okolony pomalowaną na biało Ŝelazną balustradą. chyba Ŝe ktoś wspomniał go mimochodem. Paru włóczęgów. oznaczonych wbitymi w ziemię białymi pałąkami. na którego krzyŜu widniał napis: TANKSTAND CHARLIE DOBRY BYŁ Z NIEGO CZŁEK. Poganiacz. czy Ŝałoba dotknęła Fee. Jakieś znalezione na polu całkowicie anonimowe kości. dla których Drogheda stałą się ostatnim postojem w ziemskiej wędrówce. Meggie zachowała swój smutek wyłącznie dla siebie. a nie wiedziano o Ŝadnych jego krewnych. drewniane krzyŜe. zwieńczonym wielką postacią anioła. Michael Carson i jego maleńki synek spoczywali tu w imponującym. na tyle duŜego. jakby wydzwaniając bez końca imię Hi Sing. nad porośniętym wierzbami brzegiem strumienia. nad którego szczątkami rozpościerała się dziwaczna czerwona parasolka. Ŝe chodził koło matki. nie poddającym się. stały zwykłe. Po jakimś czasie przestano mówić o Halu. jak to bywa u dzieci. Ksiądz Ralph. Dlatego Paddy był pełen wdzięczności dla Stu za to. w białej albie bez koronek i niczym nie ozdobionym czarnym ornacie. którym nie moŜna było przypisać nawet płci. znajdował się za ogrodami. równych grobach. Wokół. a wiszące na niej dzwoneczki dźwięczały smutno. zielony pomimo suszy. Sprawiała wraŜenie. Ale ta prostota nie naleŜała się Halowi. Ŝe zdąŜył polubić małego braciszka. bratankowi właściciela. Hi Sing. Cmentarz. ale nikt nie wiedział. chłopcy wiele nie przeŜywali. LeŜał tu postrzygacz. Pozostawała niepocieszona w bólu. Z wyjątkiem Boba. białe. Paddy szczerze rozpaczał. który z obnaŜonym mieczem strzegł ich spokoju.niczym magiczne malowidła obdarzone zapachem. tak jak inne duŜe farmy na dalekiej prowincji. Hi Sing. Na niektórych brakowało nawet nazwiska. bo podlewany wodą z tutejszych zbiorników. Chiński kucharz Michaela Carsona. trumienkę własnej roboty ułoŜono na półce w grobowcu.

Ŝe nie wróci . jeŜeli szybko do niego napiszesz . przekonana. uzupełniana soczystymi pędami wycinanymi w zaroślach. W łagodnych szarych oczach nie zabłysła Ŝadna iskierka. zapełniły strumień i zbiorniki.MoŜe wróci. Fee. śycie płynęło zgodnie z powtarzającym się bez końca rytmem ziemi. Liczba zwierząt hodowanych na farmie zaleŜała wyłącznie od gospodarującego na niej hodowcy. Znała syna na tyle dobrze. którzy Ŝywią tak intensywne uczucia. które potem następowały. jak to ona. JeŜeli dłuŜące się dni miało wypełnić gorzkie poczucie klęski. niczym skazany na odstrzał pies na śmiercionośną kulę. zmyły wszędobylski kurz. oŜywiły spragnione wody korzenie traw. a ona dostała surową lekcję. Ŝe stają się one nie do zniesienia. Olbrzymia Drogheda miała stosunkowo małe stada. Trawa zachowała się dostatecznie długo. Przez blisko dwadzieścia pięć lat dławiła w sobie uczucia. by je zniszczyć. Zupełnie jakby znała swoje przeznaczenie i nie mogąc go uniknąć czekała. Tylko Paddy wiedział jak wyglądała Fee w dniu. Potrząsnęła głową i.Wiedziałam. spokojni i pewni. Lepiej było dla Franka. Ŝeby ułoŜył sobie nowe Ŝycie z dala od niej i od Droghedy. Ŝe w końcu wytrwałość zostanie uwieńczona sukcesem. NaleŜała do tych ludzi.okazując jej pełną powagi troskę. Nie wyszła za Paddy'ego z wyboru. dzięki czemu starczało trawy na trochę dłuŜej. Ŝe jedno słowo z jej strony sprowadziłoby go z powrotem. . nie moŜna z nimi Ŝyć. musiała znieść je w milczeniu.odparł Paddy. w którym wrócił z Gilly bez Franka. ale nie wszystkie farmy wokół Gilly tak sobie poradziły. wykonywali sezonowe prace. przenigdy nie wolno jej było go wypowiedzieć. Pora kocenia się owiec i gorączkowe tygodnie. Ŝe nie będą zmuszeni własnoręcznie karmić owiec. Ŝeby mieć pewność. stanowiły najbardziej wypełniony pracą okres w całym pasterskim kalendarzu. spojrzenie nie zaostrzyło się. nie wyraziło wyrzutu. niemal płacząc z radości. pochodne monsunów. ale teŜ lepszego męŜa niŜ Paddy ze świecą szukać. . nie udzieliła Ŝadnych wyjaśnień. nienawiści czy smutku. . dlatego nigdy. Następnego lata przyszły deszcze.powiedziała. MęŜczyźni. aŜ ten cios ją dosięgnie.

w których dawały wełnę. zaobrączkować mu ogon. Wszystko było nastawione na jak najlepszą produkcję jak najlepszej wełny. Przy tej brudnej i obrzydliwej pracy męŜczyźni ociekali krwią. Jądra wyciskali palcami i odgryzali. hodowanego na mięso. była czarna i pozbijana w kudły. Kiedy upłynęły lata. Za to małe postrzyganie. dlatego w sprzyjających czasach na kaŜde dwa akry ziemi przypadała w Droghedzie jedna owca. walana ekskrementami i obsiadana przez muchy. skaczących stworzeń przepędzano przez labirynt wybiegów i pojemniki z fenolową kąpielą. gdyŜ wełna rosnąca w okolicy krocza. na nie spotykaną w Ŝadnym inny kraju skalę. lanolinę. jaki mieli do dyspozycji.po wykonaniu jednej czynności nadchodziła pora na następną. Praca przy owcach nigdy nie miała końca . wypluwając na ziemię. a samców niepotrzebnych do dalszej hodowli równieŜ wykastrować. Następnie przeprowadzano odkaŜanie: tysiące beczących. łój i klej. były wyŜsze stawki. stopniowo traciły dopływ Ŝyciodajnej krwi. usychały i odpadały. przy niewielkiej liczbie pracowników. w . Niestety. która uwalniała je od kleszczy i innego robactwa. zarówno owieczek i baranków. oznakować ucho.KaŜde urodzone jagnię trzeba było łapać. zabijano i wysyłano na sprzedaŜ. czytanie stało się jeszcze waŜniejsze niŜ przedtem. Dla Clearych. odciętych w Droghedzie od świata. A poniewaŜ były to merynosy. co dawało w sumie około stu dwudziestu pięciu tysięcy sztuk. gdyŜ tylko w jeden sposób mogli uporać się z tysiącami baranków w krótkim czasie. Drogheda miała oprócz owiec około tysiąca sztuk doborowego bydła. Owce poddawano przeglądom i klasyfikacjom. Owce naleŜało podglądać. odkaŜano i odrobaczano. podawano płyn przeciw pasoŜytom przewodu pokarmowego. nigdy nie sprzedawano ich na mięso. wymagające pracy w brudzie i wśród much. wysyłano je do przerobienia na skóry. na które zakładano blaszane pierścienie. Hodowano tu najlepsze na świecie wełnodajne owce. o wiele mniej przyjemne. ale owce przynosiły o wiele większy zysk. wciśniętą do pyska. Pojono teŜ owce lekarstwami: przez wielką strzykawkę. jedyny z nim kontakt mieli poprzez magiczne słowo pisane. które składały tam jajka. puchły. Klasyczne dzieła literatury buszu stopniowo nabierały sensu. Ogony jagniąt. przeganiano z jednego pola na drugie.

nie miałam adresu Ŝadnego.pobliŜu nie było biblioteki. kto wie. po czym zamawiali odpowiednie tytuły za pośrednictwem agencji telegraficznej w Gilly. Ksiądz Ralph wypełniał tę lukę plądrując półki biblioteki w Gillanbone. Nie przynosiło więc Ŝadnej ujmy człowiekowi w wieku Paddy'ego. Ŝe ktoś tu palec w smole umoczył). przyjmowane wszędzie z zachłanną wdzięcznością przez umysły spragnione strawy duchowej i ucieczki od rzeczywistości. przeŜywali perypetie „Człowieka znad rzeki Snowy”. Ŝe mimo woli zorganizował objazdową wypoŜyczalnię w pocztowej cięŜarówce Blueya Williamsa. skąd tam się wziął. gazety i nowe ksiąŜki z biblioteki. tak jak niegdyś w Wahine. verbatim przytoczę którego: „Clancy do Queensland ruszył i całkiem zniknął nam z oczu”. które ksiąŜki gdzie najdłuŜej trzymano. Dennisa. której bohaterami byli Jim. Kiedy odpowiedź dostaję. lub ukradkiem ocierali łzy przy „Roześmianej Mary” Jonna O'Hary. Ulubione powieści zwracano zawsze z wielkim ociąganiem. bez Ŝenady obciąŜając kosztami Mary Carson jako ofiarodawczynię na rzecz Świętokrzyskiego Towarzystwa Miłośników KsiąŜek. Cunnamuttą i Each-Uisge. pisma jego nie poznaję. jeŜeli najbardziej podobały mu się ulubione ksiąŜki jego dzieci: „Dorcia i kangur”. dlatego nie rozróŜniano tak wyraźnie ksiąŜek dla dorosłych i dla starszych dzieci. u siebie i w klasztorze. To pisze kolega jego. nie jeŜdŜono teŜ raz na tydzień do miasta po pocztę. gdy adres dam: „Clancy znad Overflow”. seria pod tytułem „Billanbong”. Norah i Wally. aŜ ku swojemu zdumieniu stwierdził. śmiali się „Sentymentalnego chłopa” i jego Doreen.J. Kiedyś strzygł owce w Lachlan. Podniszczone. nieśmiertelne dzieło pani Aeneas Gunn „My z Ziemi Niczyjej”. DibbanDibban i Braichy Pwll. Chciałam napisać list do niego. więc długo się nie wahałam. Wieczorami zebrani w kuchni członkowie rodziny na zmianę czytali na głos wiersze Banjo Patersona i C. W owych czasach do rzadkości naleŜały ksiąŜki opisujące niewinny pocałunek czy zawierające sceny erotyczne. . ale ksiądz Ralph i zakonnice notowali skrzętnie. List dotrze. (A przy tym widzę. Przed laty tam go poznałam. zaczytane ksiąŜki wędrowały szlakami między Droghedą i Bugelą.

Ziemia naleŜała do korony. Ŝyjących w klimacie. Więc chwali pieśnią swój los. a Banjo był ulubionym poetą. co w dole płynie leniwie. Nawet jeŜeli te wiersze były nieco kulawe. w którym Ŝaden z tych kwiatów nie mógłby zakwitnąć. wiedzieli teŜ. gdyŜ tamtym wierszokletom za natchnienie słuŜyła Anglia. stosunki między wagabundami i ludźmi osiadłymi nabrały przyjaźniejszego charakteru. w mieście czułby się podle. to nie pisano ich z myślą o wyrafinowanych znawcach poezji: powstały one dla takich ludzi. Wiatr szumi i mruczy rzeka. kto chciał przemieścić Ŝywy towar z jednego krańca wschodniej części kontynentu na drugi. Tera. przez sam środek najlepszych pastwisk osadników. które powoziły wysłuŜonymi dwukółkami. którzy powoli przeprowadzali wielkie grupy. . Wesoły Clancy kiwa się w siodle. blaskiem słońca rozjaśnione. mieszczuchy jej nie znają. gdzie poganiacze trasę mają. Clancy zachodnim szlakiem mknie Nad rzeką Cooper idą woły. niszczących trawę. od dwudziestu do osiemdziesięciu wołów. kiedy oficjalne trasy spędu dla poganiaczy owiec i wołów przeszły do legendy. Pojawiających się rzadka poganiaczy witano serdecznie. i w owych czasach wielu Australijczyków potrafiło recytować je z pamięci. A nocą na gwiazdy wieczne mój Clancy patrzy w podziwie. Czasami przyprowadzali ze sobą wesołe lub posępne kobiety. kiedy zajeŜdŜali na pogawędkę przy piwie i posiłek z domowej kuchni. W dawnych czasach nie witano otwartymi ramionami poganiaczy i ich wygłodniałych stad. W pobliŜu wijącej się rzeki Barwon przebiegała oficjalna trasa spędu owiec i bydła. Wszystkim najbardziej podobał się wiersz „Clancy znad Overflow”. Kobierce narcyzów i łąki złotogłowiu nic nie znaczyły dla Clearych. podczas gdy nieliczni znali tradycyjne przerabiane w szkole utwory Tennynsona i Wordswortha. ale słuŜyła kaŜdemu. W dzień na równiny nieogarnione. a szczególną niechęć budzili wolarze. jak wygląda spęd owiec na trasie. Cleary'owie rozumieli poetów buszu jak mało kto. gdyŜ rzeka Overflow płynęła w najbliŜszym sąsiedztwie. Dochodzi do jego uszu głos wielu przyjaciół w buszu.Dziki nawiedza widok mnie. o jakich mówiły.

Ŝony. Zwierzęta w obejściu nie dostarczały okazji do obserwacji. ale dla nich to jedno jedyne drzewo było najbliŜsze sercu. nigdy teŜ nie rozmawiali o hodowli i kryciu. Mary Carson nie hodowała koni. Były twarde i wytrzymałe jak ziemia. które uzupełniłyby jej wiedzę. W oczach obcych ludzi niczym się ono nie wyróŜniało. podczas gdy rodzice gawędzili przy herbacie. męŜa czy kumpla. nie wiedziały. Wiadomo teŜ było. która przesuwała się pod ich nie znającymi spoczynku stopami. a koło domu nie działo się nic. zatem takŜe objęte było zakazem wstępu. co to dach nad głową. Były to dziwne kobiety. Dla kogoś. Ŝe kaŜdy z tych bezdomnych wędrowców ma pod jakimś pamiętnym drzewem wykopany grób dziecka. Meggie nie miała teŜ czasu obserwować świń. dzikie niczym ptaki na osłonecznionych drzewach. co miałoby związek z aktywnością seksualną. nie pojawiały się nigdy w Droghedzie. Meggie nie zetknęła się nawet z tak prostym zwrotem jak „sprawy płci”. obwieszonymi dookoła garnkami. kto nie hodował koni. z których mogłaby się czegokolwiek dowiedzieć. ogiery stanowiły nie lada kłopot. Psy trzymano w budach na łańcuchu. gdyŜ okoliczności Ŝycia zablokowały wszelki dostęp do wiadomości na ten temat. a krycie suk przypominało doświadczenie naukowe. przy kobietach męŜczyźni nie pokazywali się nie ubrani. chowały się nieśmiało za dwukółką albo stertą drewna. odbywające się pod czujnym okiem Paddy'ego albo Boba. śaden męŜczyzna nie dałby im rady. a ich twarde plecy nie czuły nigdy pod sobą materaca. puszkami i butelkami stukającymi o siebie z brzękiem. a Meggie tak się go bała. z Katherine do Curry. KsiąŜki. ale obowiązywał bezwzględny zakaz wstępu do jego zagrody. których nie lubiła . Ich dzieci. przerzucali się nieprawdopodobnymi dla Hoopirona Collinsa albo Brumby'ego Watersa i opowiadali fantastyczną historię o angielskim frycu w Gnarlundze. Hodowano tylko jednego byka. Martina Kinga z Bugeli. Wędrowali tak z Kynuna do Paroo. W rodzinie ojciec ściśle rozgraniczał świat męŜczyzn od świata kobiet. dziką i nieokiełznaną bestię. Absorbował ją bez reszty codzienny kierat prac domowych. dlatego w Droghedzie nie trzymano ogierów. Ŝe zawsze omijała z daleka. kupowała je od hodowcy.zaprzęŜonymi w stare robocze konie z poobcieraną skórą. a nie miała teŜ koleŜanek w swoim wieku. z Goondiwindi do Gundagai.

ale doświadczane na sobie rozciągnięte w czasie wygasanie napełniało ją przeraŜeniem. czym jest śmierć. Tylko z Frankiem mogłaby się podzielić swoją udręką. kiedy letnie upały nasiliły się odurzająco. TuŜ przed swoimi piętnastymi urodzinami. Ŝe to z brudu. jak kobiety rozmawiały przy herbacie o guzach i rakach. Nikt nie zauwaŜył. posuwając się po cichu do jej wystraszonego serca. znacznie mocniej. ale za drugim razem wyraźnie pokazywała się krew. A niewiedza rodzi dalszą niewiedzę. Wykradła kilka porzuconych pieluch bliźniaków i usiłowała się nimi owiązać pod majtkami. Ŝe krew mogłaby przesiąknąć. jak ukradkiem zapierała majtki. siostra. Wiara była dla Meggie raczej zbiorem przepisów niŜ przeŜyciem duchowym. Ŝe z pupy. matka. Meggie nie miała czasu. ale uznała. Prawdę mówiąc. o tym. jak długo i okropnie umierała czyjaś przyjaciółka. nie mogła więc jej przynieść Ŝadnego pocieszenia. Za pierwszym razem myślała. co ją czeka na tamtym niepojętym drugim świecie. Ŝeby podejść do Fee albo do Paddy'ego i oznajmić. Następnemu atakowi towarzyszył ból. ale Frank był tak daleko Ŝe nie wiedziała. jej wstyd zamienił się w przeraŜenie. Śmierć. bo pranie bielizny naleŜało do jej obowiązków. pierwsze w Ŝyciu boleści nie spowodowane niestrawnością. ale kiedy sześć tygodni później pojawiły się znowu. I krwawiła mocniej. która zabrała Hala. gdzie go szukać. ich przyjaciół. Ŝe to jakaś narośl wyŜera jej wnętrzności. Po paru dniach zniknęły. Meggie zauwaŜyła brunatne smugi na majtkach. zakazaną chorobę. Nie potrafiła zdobyć się na to. Tak bardzo nie chciała umierać! Miała niejasne pojęcie o tym. Nie rozbudzone ciało i umysł przesypia wydarzenia. Nie miała pojęcia. i dlatego nabrała przekonania. W jej spłoszonym umyśle ścierały się ze sobą słowa i strzępki zdań wypowiedzianych przez rodziców. Ŝe umiera na jakąś hańbiącą.karmić i których nie znosiła. które pełna świadomości rejestruje automatycznie. była niczym gwałtowne i niespodziewane najście jakiegoś upiora. dlatego tak strasznie się zawstydziła. Nieraz słyszała. przeraŜona tym. skąd wypłynęła. Ŝeby zajmować się kimkolwiek poza dwoma małymi braciszkami. Niewielki krwotok po trzech dniach ustąpił i nie powtórzył się przez dwa miesiące. siostry . Nie miała nawet wyraźnych wyobraŜeń o tym.

Meggie zrobiła się bardzo cicha. nie zastanawiali się ani przez chwilę. jaka w niej zaszła zmiana. dziewczęcej metamorfozy powoduje wygaśnięcie jej sił witalnych i wówczas jego zatroskanie przerodziło się w niepokój. a kiedy zapłakały bliźniaki. którą znała. Uderzająco wielkie oczy w małej trójkątnej twarzyczce wpatrywały się w jakieś straszne widziadła. jedynej zmarłej osoby. płynęła w niej przecieŜ ta sama krew. a potem lęk. Ŝe zmiana zachodząca w Meggie zamiast prowadzić do dalszej. złych ludzi groŜących zemstą na kartach ksiąŜek. spokojnego. choć zdarzało się to rzadko. która nigdy nie pokrywała się piegami ani nie brązowiała od opalenizny. z niezłomną dumą. kiedy ktoś ją raptem zagadnął. Zagubiona i przeraŜona. biegła na cmentarz do Hala. tak dobrze kryła się ze swoją niedolą. Ŝeby dostać się na złote pola po drugiej stronie albo w kuliste wnętrze jakiegoś gigantycznego balona. Franka. uroczej. a nie mógł patrzeć na to. w którym unoszą się w powietrzu chóry angielskie. panowała nad sobą wyśmienicie. Ŝe do końca zachowa się bez zarzutu. a łagodne światło sączy się przez niezliczone witraŜe. jak upodabniała się do Fee. ale uznając to za oznakę dojrzewania. Na jego oczach Meggie marniała fizycznie i duchowo. Wzdrygała się. mleczna cera. chodziła koło nich tak. ale w sposób całkiem odmienny od Stuarta. Ilekroć miała wolną chwilę dla siebie. W Ŝaden sposób Meggie nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią. Ŝe nikt się nigdy nie dowie. co noc wyobraŜała sobie. działalność leŜała w jej charakterze. Wszyscy zauwaŜyli.zakonne. po prostu gasła. Dawne doświadczenia utrwaliły się głęboko. Miała przed sobą przykład Fee. księŜy w kazaniach.to pewnego dnia zniknie we własnych oczach. niczym . co towarzyszy temu dojrzewaniu. Jej spokój przypominał bezruch zwierzęcia skamieniałego pod bazyliszkowym spojrzeniem węŜa. Postanowiła. JeŜeli tak dalej pójdzie . przez którą trzeba przeskoczyć. Stuarta. jakby chciała odpokutować cięŜką winę zaniedbania. Ŝe śmierć to wieczna noc albo płonąca otchłań. rozmarzonego i odizolowanego od świata.myślał . stawała się coraz bardziej przezroczysta. Odwiedzający często Droghedę ksiądz Ralph spostrzegł. co się z nią dzieje.

Ŝe mógłby stać się absolutnie niezbędny dla jakiejś ludzkiej istoty. a z drugiej wzdragał się przez uzaleŜnieniem uczuciowym. Kiedy usłyszała kroki. Ŝe jakaś ludzka istota mogłaby stać się absolutnie istotna dla niego. niosącego pocieszenie. z drugiej zaś przyznawał się w duchu przed samym sobą. obejmując rękoma kolana. Ŝe nie ma sensu owijać rzeczy w bawełnę. .pomyślał. choćby musiał ją z niej wydobyć siłą. Mary Carson domagała się ostatnio ciągłej atencji. obróciła się ku niemu splatając ręce na podołku i spuszczając wzrok.wąŜ połykający własny ogon. oraz instynkt duchownego.Ale co ja tu właściwie robię. Miłość. kiedy zainteresowanie się tą sprawą winno naleŜeć do matki lub ojca? To oni powinni dociec. Ŝe jednocześnie odczuwa coś całkiem odmiennego: złośliwą chęć. Ŝeby pognębić. Ale oni nie spostrzegli. nie wyglądającego wojowniczo anioła mściciela. jaką Ŝywił do niej. władczą kobietę. uganiając się za nią jak rozgdakana kwoka. Nawet zainteresowanie Meggie nie zawsze brało górę nad wyrachowaniem. Ŝe dojdzie przyczyny. wymknęłaby mu się. Ŝe dzieje się coś złego. Gromadził cały arsenał wspomnień z nią związanych i napełniało go to obawami. zazdrosna o kaŜdą chwilę. walczyły z obsesyjnym lękiem przed tym. i uleci w przestrzeń jako prawie niewidoczny świetlistoszary promień. wystrychnąć na dudka tę zarozumiałą. . gdyby chciała. O tak. Postanowił. Uznał. Ŝe jest nieszczęśliwa. nie zwracali na nią takiej uwagi jak on. jak jego urok osobisty działa na kogoś tak kłótliwego i krnąbrnego jak Mary Carson. Z jednej strony mógł patrzeć na to. zawsze tego pragnął! Nigdy ta czarna wdowa go nie pognębi! Udało mu się w końcu uwolnić od Mary Carson i wytropić Meggie na cmentarzyku. Usiadł koło niej. Wyborny kontrast między uczuciem i jego brakiem . i tylko bezmierna cierpliwość sprytnego dyplomaty pozwalała mu ukryć bunt przeciw jej zaborczości. co się stało. którą spędzał w domu zarządcy. w cieniu bladego. do którego prowadził szereg następujących po sobie zdarzeń. Wpatrywała się w jego pozbawione wyrazu spokojne oblicze z twarzą ściągniętą strachem. Z jednej strony od dawna uśpiona troska o dobro drugiej istoty oŜyła w nim i nie dawała spokoju. nad cichym zadowoleniem płynącym z patrzenia.

a wtedy musiał nachylić głowę do jej ust w nieświadomej parodii konfesjonalnej pozy. nadstawiając do zbrukania kształtne ucho. słucham w Jego Imieniu. . rozkoszną ulgę. potem jednak spojrzał na jej sinawą cerę. płakać. zanim zdobyła się na odpowiedź. gromkim głosem rozładować napięcie.Proszę księdza. . wychudzone ręce i ogarnęło go straszne pragnienie. Spoglądał na jej pochyloną w zawstydzeniu głowę owładnięty tyloma uczuciami naraz. . Ŝe miał ochotę ją zabić. o wiele lepszego niŜ ta bryła marmuru nad twoją głową.. Meggie nie wymyśliłaby sobie tego ni stąd. Głęboki podziw i szacunek dla tej . będę kimś w rodzaju anioła stróŜa. . .Meggie. Meggie! Istoto małej wiary! MoŜesz mi powiedzieć wszystko. JeŜeli chcesz. osłaniając twarz ręką przed jej wzrokiem. moje serce? Długo trwało. Meggie? . A na całym BoŜym świecie. nawet przebaczam w Jego Imieniu. i. ale nie takie jak przy niestrawności. Jestem wybranym przedstawicielem naszego Pana na ziemi. proszę księdza.Skąd wiesz. Odczuwał absurdalną. bo jeŜeli ktoś ci moŜe pomóc. ja umieram! Mam raka! W pierwszej chwili miał dziką ochotę wybuchnąć śmiechem. będę się starał ci pomagać.Co się z tobą dzieje. powiedz! Zacisnęła splecione ręce.. Ŝe nie mógł zebrać myśli. ni zowąd.Odetchnął głęboko i nachylił się. czego Bóg i ja nie moglibyśmy przebaczyć. opiekować się tobą. Póki Ŝyję..Nie wierzę ci. . wszystko pod słońcem. kochanie. co nie zdarzało się nigdy w konfesjonale. jeŜeli mnie kochasz. moja Meggie. Musisz mi powiedzieć. Po to tu jestem. co się stało. Mam okropne bóle brzucha. niech ksiądz nie pyta! Nie mogę powiedzieć! . Gniew na Fee tak wielki. wykrzyczeć tę niesprawiedliwość nad niebiosa. odkąd się zaczęło.Och. dlatego jestem księdzem. to właśnie ja. nie ma nic. Nie.To juŜ sześć miesięcy. Tyle krwi wypływa mi z pupy! Głowa sama skoczyła mu do tyłu. Ŝeby szlochać. musiała istnieć jakaś waŜna przyczyna.Nic.Błagam. .

. ale zdaje się. od Dublina do Gillanbone. nie mógł zahamować piekącej fali rozchodzącej się pod skórą. skrywając się ze wstydu wywołanego pierwszym w Ŝyciu rumieńcem. co się z tobą dzieje.Meggie. Ksiądz Ralph de Bricassart siedział osłaniając twarz dłonią. Na koniec . Nie. czując tylko obrzydzenie i pogardę.Stawiasz przede mną takie zadania! Potem zwrócił się do Meggie: . Podniósł wzrok na marmurowego anioła o niezgłębionym obliczu i parsknął zduszonym śmiechem. którzy nie uszanowali Ŝadnego otworu w ich ciele. był więźniem swoich czasów. Szeptały o męŜczyznach. umyślnie przychodziły do konfesjonału. niechętnie przyznające. wstał.straszliwe. Ŝe rozbudzenie jej nie leŜy w ich mocy. posunęło się do opisywania szczegółów intymnych związków z księdzem. a parę z nich. . Tak samo jak ona.Meggie. nie umierasz i nie masz raka. jakie znał. dominujące zakłopotanie. dlaczego tego nie zrobiła. ile dla niego znaczy. Ŝeby snuć szeptem fantazje. przedstawiane jako rzeczywiste wydarzenia. Nie uśmiechałaby się tak. Wysłuchiwał tego z niewzruszonym spokojem. Kiedy miał pewność. spójrz mi w oczy! Udręczone spojrzenie Meggie napotkało uśmiech. gdyby umierała. gdyŜ przeszedł rygory seminarium i ta lekcja okazała się łatwa do przyswojenia dla męŜczyzny jego pokroju.młodziutkiej istoty. o Ŝądzy i cudzołóstwie. o niedozwolonych zabawach z innymi dziewczętami. Słodki Jezu! . dobrze wiedziała. Ŝe czerwień spełzła. bo nigdy tego nie ukrywał. która je wyróŜnia i zarazem poniŜa. . Dziewczęta te jednak nigdy nie wspominały o tej sekretnej przypadłości. W jednej chwili bezmierna ulga wypełniła jej duszę. zainteresowane jedynie jego męskością. podniósł ją i posadził przed sobą twarzą w twarz na płaskim marmurowym piedestale. Wulgarne dziewczęta w duŜym mieście. obdarzonych bujniejszą wyobraźnią.pomyślał. Ŝe tyle zniosła tak dzielnie. Ŝe muszę to zrobić. Choć bardzo się starał. nie pojmuję. spójrz na mnie. Twoja matka powinna była powiedzieć ci parę lat temu. Nie do mnie naleŜy wyjaśnienie. To jednak nie pomagało Meggie. przygotować cię.

potrzebowałaś pomocy. śadnej innej nie wolno mi się podjąć. Bóg chciał przez to powiedzieć. Nie ma najmniejszego powodu do wstydu czy zakłopotania. nawet wstyd. . Ŝe przed upadkiem człowieka Ewa nie miesiączkowała. To twój los. Powtarza się to co miesiąc.Skoro mówisz. Byłaś wystraszona. Mówi się. Nie myśl jednak tak o dzisiejszym dniu. wspomnienie dzisiejszego dnia wywoła być moŜe w tobie zakłopotanie. Ile masz lat? JuŜ tyle? . Bóg bardziej ukarał kobietę niŜ męŜczyznę. Nikt nie wie.Oczywiście.Potrząsnął głową. Jestem sługą Pana i przemawiam w jego imieniu. W kaŜdym razie wydalanie krwi raz na miesiąc to znak. moŜesz mieć dzieci.. co robię. Czy wiesz. podobnie jak we wszystkim. Meggie. bo to właściwie była jej wina. inne cierpią. niezupełnie jej dowierzając.. Wielka radość. towarzyszy kobiecie ból.Piętnaście lat?! . Meggie. Zapamiętaj tylko to. u niektórych kobiet regularnie jak fazy księŜyca. Kiedy mówię do ciebie. Niektóre kobiety nie czują przy tym bólu. ale i wielki ból.No dobrze. jestem narzędziem w rękach Pana.. Ŝe masz tyle. Zaczyna się to zwykle koło dwunastego. Pamiętasz te słowa ze szkolnej Biblii? „I rodzić będziesz w bólu”. To jedyna moja rola na tym świecie. Ŝe we wszystkim. . muszę uwierzyć ci na słowo. mniej więcej do pięćdziesiątego roku Ŝycia. . Dopóki krwawienie się powtarza. trzynastego roku Ŝycia. Dzieje się z tobą to. Ale kiedy Adam i Ewa zgrzeszyli. i musisz się z nim pogodzić. co ma związek z dziećmi. . co to znaczy „dojrzała”? .Za parę lat. niech będzie. co dzieje się ze wszystkimi kobietami. Meggie. u innych w nie dających się tak dokładnie przewidzieć odstępach.Mam piętnaście lat. kiedy będziesz starsza i dowiesz się więcej o sprawach tego świata. Raz na miesiąc przez kilka dni będziesz wydalała krew. Krwawienie jest częścią cyklu rozrodczego. Meggie. Ŝe zgrzeszyli. a nasz Pan przysłał ci na pomoc właśnie mnie. W takim razie jesteś opóźniona w stosunku do większości dziewcząt. Ŝe jesteś juŜ dojrzała. proszę księdza! Czytam ksiąŜki! To znaczy dorosła. To kobieta kusiła męŜczyznę. dlaczego tak róŜnie to przebiega. Bo prawidłowo nazywa się to miesiączką albo menstruacją. proszę księdza.

które musiały w końcu minąć. równie serdecznie. miesiączce nigdy się nie mówi przy męŜczyznach czy chłopcach. A ona była młoda.Nie wiedziała o tym. nowym słońcem na jej firmamencie. nie czuł nigdy. Był przy tym od Franka starszy. co moŜe nie powinno dziwić. a zarazem bardzo ludzkiej powściągliwości. Był jej przyjacielem. niemniej istniały naprawdę. Przy nim ludzie myśleli. niewiele warci. choć moŜe z mniejszym zaangaŜowaniem. ale nigdy nie utoŜsamiając się z cudzą troską. ale dlaczego. . nie mam pojęcia dlaczego. Tak jakby wyrastał ponad te wszystkie drobne kłopoty. Ŝeby tak nie było. . zbydlęceni. Ŝe to. Ŝe tak właśnie jest. I dzięki temu. Ŝe on ma teŜ swoje zmartwienia. który kobiety zachowują dla siebie. Ŝe rozmawia z nią podobnie jak niegdyś Frank: traktując ją jak równą sobie. o czym kobiety wspominają wyłącznie między sobą.Dlaczego ksiądz nie powinien mi tego mówić? Dlaczego powinna to zrobić mama? . chęci poznania wszystkiego. ale z tej niemal boskiej. Ŝe w ten sam sposób. co przyciąga do niego innych. Meggie zdawało się. nie kim są. Nie robił tego z rozmysłem. po większej części płynie z jego osoby.Szczerze mówiąc. Nawet chciałbym. mądrzejszy. kto się zwrócił do niego o pomoc. o wiele bardziej wykształcony. pocieszałby kaŜdego ze swoich parafian.To temat. Nikomu nigdy o . którym przepędził strach i udrękę. I jaki miał piękny głos. i nie nękały jej pokrętne filozoficzne dociekania tych. zatem lepiej nadawał się na powiernika. O menstruacji. . To coś. pełna ciekawości. umiłowanym i uwielbianym. Nikt. nawet jeŜeli to były nieznane zmartwienia. tym większą niósł pociechę i pomoc. ale nie on. Ŝe są winni. Ŝe czymś się zmaga.Dlaczego? Potrząsnął głową ze śmiechem. Ale musisz mi uwierzyć na słowo. którzy stale sobie zadają pytanie. Wielu księŜy wyzwalało w swoim podopiecznych poczucie. co było do poznania. Meggie. Ŝe ksiądz spogląda na niego z góry albo obarcza winą za uleganie słabościom. niezrozumiałe zmagania. Nie wiedział ani nie potrafiłby pojąć.

Stąd wie. Przepraszam.Krew nie wypływa z pupy. aŜ ono się urodzi.pomyślała.A dlaczego krew wypływa z mojej pupy? Groźnym spojrzeniem obrzucił anioła.O.Rosną w brzuchu. Ŝeby urosły. Ŝe nie moŜe okazać jej śladu zaŜenowania czy skrępowania.KaŜda zdrowa kobieta miesiączkuje. Dlatego cierpliwie odpowiadał dalej. naprawdę nie wiem. W przeciwnym razie zamknie się w sobie i juŜ nigdy go o nic nie zapyta. . który ma związek z rodzeniem dzieci. .Kto ci to powiedział? . Ŝeby ci pokazała.Ach! To tamtędy się wydostają . Nieco w przodzie znajduje się ukryty kanał. kiedy spodziewa się dziecka. który popatrzył na niego z góry ze spokojem.Dlaczego przestaje. idź do domu i powiedz matce o tej krwi i poproś ją.To mama teŜ to robi? .A co sprawia. Ŝe zwykle powściągliwa. . zadowolona. Meggie. .Dobrze. Zadziwiające.powiedziała. . do czasu. jak się wydostają. . Meggie. Ŝe coś jednak wie. Meggie? . nie powiem. Ale przestaje. wiedział aŜ nadto dobrze. Sytuacja stawała się coraz trudniejsza. Jakie to okropnie trudne być matką . czego nie mogła dowiedzieć się z ksiąŜek.Teraz juŜ wiesz. . kiedy spodziewa się dziecka? . A czy wiesz.Meggie.Trzeba chcieć. .Nie wiem.Trzeba pamiętać o tylu praktycznych rzeczach! . skąd się biorą dzieci. Ŝe stał się dla niej źródłem wiedzy o wszystkim. Ŝe zaczynają rosnąć? . teraz uporczywie go wypytywała! Zdając jednak sobie sprawę z tego. obojętny na kłopoty kobiet. . .tym nie wspominaj poza swoją matką i nie mów jej. . . Ŝe spodziewa się dziecka. Ŝe rozmawiałaś o tym ze mną. jak sobie z tym radzić.Zawsze się zastanawiałam. tak .odparła z powagą. Uśmiechnął się i postawił ją z powrotem na ziemi.

. Współczuł Meggie. Sama do tego doszłam. . Wszystko ma swoje granice. nawet jeśli zrezygnuje z dalszych wyjaśnień. Ŝe w Ŝadnym razie nie moŜna go uznać za tchórza.Nikt. Ksiądz Ralph zamknął oczy i powiedział sobie. ale w tej chwili nie potrafił jej juŜ więcej pomóc.

kraby i homary.Jak to co? Od razu wiadomo.Nie mam pojęcia. Stuart i wyrobnicy kosili trawniki. co ty wygadujesz. Urodziny wypadały na początku listopada. stara pajęczyca wydawała nie kończący się ciąg poleceń: zrobić to. inne schować. Ŝe to kobieta spod znaku skorpiona.powiedziała Cat. przemeblowywały kaplicę na salę balową i szykowały sąsiadujące z nią sale jadalne. . Ze swojego fotela. Ŝeby usunąć kurz spomiędzy hiszpańskich kafelków.Słowo daję. stanowiącego ośrodek misternej sieci.ROZDZIAŁ SIÓDMY Mary Carson miała wkrótce skończyć siedemdziesiąt dwa lata i planowała z tej okazji wydać największe przyjęcie. jakie w ciągu ostatniego półwiecza widziała Drogheda. bo aŜ z Sydney. Cały okręg od Rudna Hunish do Inishmurray.Co ty tam znowu pleciesz. Dwie irlandzkie pokojówki pośpiesznie czyściły srebro i myły porcelanę Havilanda. nie inaczej! . Min? .przynajmniej dla rodowitych mieszkańców Gilly.Pani patrzy. Z daleka. pod jakim moŜe się urodzić kobieta. Minnie i ty. . jedne rzeczy powyciągać. Stamtąd teŜ miały nadejść ostrygi.oznajmiła niewzruszona pani Smith. Ŝegnając się z przejęciem. to pomiot diabła. posypywali werandy wilgotnymi trocinami. ale jeszcze znośnie . Kobieta skorpion i tyle! . Min! . pani Smith! . kiedy było gorąco. kochana pani Smith.Najgorszy znak. krewetki.spytała gospodyni. Ŝeby przysposobić ją do tańców. Gorączka przygotowań udzielała się wszystkim i rosła z dnia na dzień. . miała przyjechać orkiestra Clarence'a O'Toole'a. Och. Celtycka tajemniczość Minnie działała na jej zrównowaŜone angielskie nerwy. . pielili rabatki.Niech no tylko pani patrzy! Trzeciego listopada urodzona! . . Cat jesteście niemoŜliwe . Bugeli i Narrengang ogarnęło podniecenie. zrobić tamto.szepnęła Minnie. Do pomocy wynajęto kilka kobiet z Gilly. a podłogę w sali balowej suchą kredą.

Paddy. Przez chwilę. póki ksiądz nie naprawił tego zaniedbania. Jazda konna naleŜała do rozrywek bogatych panien ze wsi i z miasta. więc wystarczyło obrócić głowę. zanim skończyła. aŜ osiągnęła całkowicie zadawalający rezultat. . Ŝeby zastanowić się. Owszem.Strój dla Meggie do konnej jazdy. siedziała nieruchomo na krześle. Bo choć moŜe się to wydać dziwne. gdzie postawić przecinek. wychowana na wsi nigdy nie dosiadła konia. Nie trwało długo. Biurko stało przy jednym z duŜych okien. Paddy. zapisała dwie kartki. Dobiegający stamtąd śmiech skłonił ją do tego. czasem równieŜ samochodem. ale rzadko dosiadały konia. postawiwszy kropkę po ostatnim zdaniu.pisnęła Meggie. Mary Carson przeniosła się z fotela na krzesło przy biurku. dziewczęta z takich rodzin jak rodzina Meggie umiały powozić bryczką i zaprzęgiem cięŜkich koni. dziewczęta w biednych rodzinach nieczęsto jeździły konno. Któregoś dnia ksiądz Ralph przywiózł z Gilly buty do konnej jazdy i bryczesy i połoŜył to wszystko na stole w kuchni Clearych. jesteś pierwszorzędnym idiotą! Spadkobierca największej. . najbogatszej farmy w Nowej Południowej Walli do tej pory nie pozwolił swojej jedynej córce dosiąść konia! Jak twoim zdaniem Meggie ma zająć naleŜne jej miejsce obok takich amazonek .ryknął Paddy.spytał. przysunęła sobie pergamin. nie przerywając choćby po to. nawet jeździć traktorem. Ŝeby popatrzeć na rozpościerające się a oknem trawniki. . Przez ostatnie pięć lat obracała w myślach kaŜdy zawiły zwrot tak długo. lekko zdziwiony. Wierzchowiec dla córki był zbyt duŜym wydatkiem. Niech go piekło pochłonie razem z tą jego obsesją! Ksiądz Ralph nauczył Meggie jeździć konno. potem zesztywniała z wściekłości.Kiedy w wykładanych marmurem korytarzach rozlegało się niecodzienne echo przesuwanych przedmiotów i okrzyków. Słowo daję.Strój dla Meggie do konnej jazdy. po czym druga w jednej czwartej pozostała pusta. oderwał wzrok od poobiedniej lektury. .Co? . . Bez najmniejszego wahania. umoczyła pióro w kałamarzu i zaczęła pisać.CóŜ to takiego ksiądz przywiózł? . W pierwszej chwili spojrzała od niechcenia.Co?! .

Kiedy Mary Carson spoglądała przez okno w salonie. ale jemu to pytanie wleciało jednym uchem i wyleciało drugim. Kiedy spytał ją.jak panna Carmichael. Pastuchowie i parobcy jeździli na kościstych koniach roboczych. Ŝe to się nie ziści. Ŝe nie wolno snuć takich marzeń o księdzu. człapały tylko po zagrodzie. której jednak nie okazywała. uznając milczenie za odmowę. nie. co jej się udawało. Nic więcej nie potrafiła sobie wyobrazić. jak samowolnie toczą się jej myśli. słyszysz? Wiem. Kłócić się z księdzem to coś. Marzyła o tym od lat. ksiądz Ralph i Meggie właśnie nadchodzili od strony stajni. Jedyne. nie miała podstawy. Mary Carson trzymała ta dwa czystej krwi konie spacerowe do wyłącznego uŜytku księdza. pozwalała sobie na luksus marzenia. czy ci się to podoba czy. jak to by było. dlatego sam ją nauczę. Ŝe powinna umieć dobrze jeździć konno. A jeŜeli zadawała sobie sprawę. Ŝeby samej sobie tego zabronić. bo nie miała pojęcia. czy mogłaby się nauczyć jeździć konno. . Wiedząc. kropka. panna Hopeton i pani King? Musi nauczyć się jeździć konno. kilka godzin tygodniowo Fee po prostu będzie się musiała obejść bez Meggie. Koniec. z których korzystał jedynie ksiądz Ralph. a ona juŜ nigdy więcej nie spytała. kiedy były potrzebne do pracy. to pilnować. które przez całe swoje Ŝycie nie oglądały stajni od środka. Meggie bezzwłocznie rozpoczęła naukę. kiedyś nawet zdobyła się na śmiałość i spytała ojca. to nie widziała sposobu. Ŝeby ksiądz Ralph nie miał najmniejszych podstaw do podejrzeń. albo hasały po domowym polu wypuszczone na popas. wyobraŜania sobie. zatem słusznie uwaŜał. gdyby wziął ją w ramiona i pocałował. Ŝe nie masz na to czasu. Ŝeby zaoponować. Dziewczyna była jej bratanicą. jak i na damskim. JeŜeli przypadkiem wypadną jej w tym czasie jakieś domowe obowiązki. gdyŜ jej uwielbienie dla niego ustąpiło miejsca Ŝarliwemu i bardzo dziewczęcemu zauroczeniu. trudno. i to zarówno na męskim siodle. Nauka pod kierunkiem ksiądz Ralpha wprawiła ją w radość. co następuje dalej ani nawet Ŝe w ogóle coś następuje. W Droghedzie były teŜ stajnie. do czego Paddy nie był zdolny. czy Meggie teŜ mogłaby korzystać z jego wierzchowców.

podczas gdy chłopcy traktowali tych dwoje jak brata i siostrę. DrŜały jej ręce. to ona! . dziewczyno! Tom. czemu starsza pani nie zadzwoniła na panią Smith. zastanawiając się. Ciemnoniebieskie kropelki spadły z pióra i upstrzyły pergamin. jak ci kaŜę. . Potem uniosła się z trudem i zbliŜyła do drzwi. Promieniowali wzajemną sympatią. . Paddy uwaŜał ją za coś cudownego. Przyślij ich do mnie natychmiast. miej nas w swojej opiece. niemal intymna więź. dziewczyna w bryczesach. . Nic nie uchodziło uwagi tego człowieka.Czym mogłabym pani słuŜyć. Czy wiedziała to. dlatego Ŝe kochała Ralpha de Bricassart? A moŜe to wytwór jej wyobraźni i tak naprawdę nic prócz przyjaźni nie łączy męŜczyzny po trzydziestce z dziewczyną. nie mógłby nie zauwaŜyć rozkwitającej róŜy. zanurzyła pióro w kałamarzu i zapisała te same co przedtem słowa. niegdyś wędrował szlakiem z tobołkiem i blaszanką. Nie mogła jednak ani odmówić.ta kłoda! . Druciarz. Po raz któryś Mary Carson zadawała sobie pytanie.Idź poszukać druciarza i Toma. stary i zasuszony ogrodnik.Nieustępliwa i zawzięta. ale przed siedemnastu laty podjął sezonową pracę w posiadłości. Tak się zakochał w ogrodach Droghedy. Nawet Ralph de Bricassart? Ha! Zwłaszcza Ralph de Bricassart.spytała. kochana pani Carson? . . czego nikt inny nie dostrzegał.BoŜe.Minnie! Minnie! .dał się słyszeć głos pokojówki z sali balowej naprzeciwko. Ŝe nie moŜe odmówić albo jeździć razem z nimi. spodniach do konnej jazdy i białej koszuli.Nie! Rób.jak zwykle nic nie mówiła. nawet Ralph de Bricassart. Z goryczą patrzyła. Ŝe nie mógł się z nimi rozstać. zręczny jak tancerz.Czy nie powinnam najpierw zgłosić się do pani Smith? . Fee . szczupła i po chłopięcemu urodziwa. ni wyciągnąć swojego starego ciała na koński grzbiet. jak to miała w zwyczaju. z równym zdecydowaniem. jak idą oboje przez trawnik męŜczyzna w wysokich butach. . Sękatymi palcami wyskubała drugą kartę z przegródki. Piegowata twarz wychynęła zza drzwi. która nie osiągnęła jeszcze pełni kobiecości? Akurat! śaden męŜczyzna po trzydziestce.zawołała. Mary Carson Ŝałowała. . dlaczego nikogo nie gorszy ta bliska.

drukowanymi literami. wzięła wszystkie kartki. którą następnie zapieczętowała czerwonym woskiem. po czym podejmowała pisanie. Kiedy skończyli dała kaŜdemu banknot dziesięciofuntowy i kazała odejść. Ŝeby trzymali język za zębami. Bob. Fee. jak to zawsze robicie. Hawkins” i adres w Sydney. zjawili się obaj w kilka minut potem i stanęli przed panią Carson. Wszystko mi jedno. tylko wówczas jej ścieśnione pismo się rozluźniało. jak Mary Carson składa swój podpis. złoŜyła je i wsunęła do koperty. Na koniec przeczytała. Chcę. jak podpisuję ten dokument. Meggie i ksiądz dawno juŜ zniknęli. gdzie wykonywał nie kończącą się pracę.UwaŜajcie. nerwowo mnąc w rękach kapelusze. Podszedł Tom. sprowadzony z pól. Mary Carson usiadła cięŜko przy biurku. a stały adres wypiszcie wyraźnie. Mary Carson uwaŜnie się przypatrywała. czy to będzie adres urzędu pocztowego czy jakiś inny. Ŝeby się zastanowić. Jack i Meggie wybierali się na przyjęcie. co napisała. . odsłaniając zęby w nienaturalnym uśmiechu. przełykając ślinę. zaskrzypiał piórem po pergaminie. Rozumiecie? Kiwnęli głowami. Co chwila przerywała. . reperował na przyjęcie gości białe paliki koło dworu. Kiwnęli głowami. ostro upominając. przysunęła sobie jeszcze jedną kartkę papieru i znów zaczęła pisać. .spytała.Dobrze. Tym razem nie szło jej tak gładko jak poprzednio. Przyglądali się obaj. co przyjęli w głębi ducha z duŜą ulgą. linijka tuŜ za linijką. a potem umieścili swoje nazwisko i adres tuŜ pod moim podpisem. Tylko Paddy. Ŝebyście patrzyli. Ŝeby podpisać się tak samo. a mimo to niezbędna okazała się druga kartka. Hughie i Stuart zostali z maluchami. Zdumieni wezwaniem.Czy obaj umiecie pisać? . po czym druciarz duŜymi okrągłymi literami napisał „Chas. byleby moŜna było za jego pośrednictwem do was dotrzeć.wagabunda jak wszyscy w tym fachu. która polegała na przeciąganiu drutu między słupami ogrodzenia. Pierwszy raz w . bo słowa tłoczyły się ciasno jedno koło drugiego. Miała widać duŜo do powiedzenia.

z głęboko wyciętym. piękna. Suknia byłą bez rękawów. najlepsze. Paddy wyglądał na swoje sześćdziesiąt jeden lat. póki nie odzyskają normalnego wyglądu. obficie wyszywana perełkami. zaczesane do tyłu i upięte. Ŝeby śmiano się z jej . Fee miała włosy ułoŜone w miękkie pukle. które z daleka mogły z powodzeniem uchodzić zza prawdziwe. Wspaniały wachlarz ze strusich piór. Jims i Patsy wybuchnęli rozdzierającym płaczem. tak obco. czarne fraki i spodnie. ale tak dystyngowanie. Suknia Fee. jak by się na pierwszy rzut oka zdawało. ufarbowany na ten sam kolor. Podobnie jak owa władcza dama. Czterdziestoośmioletnia Fee. chłopcy wybałuszyli oczy. Fee miała wątpliwości. marszczonym dekoltem. podkreślająca jej urodę. Ŝeby wypuścić z niej mole. włoŜyła duŜo serca w suknię Meggie. długie suknie dla pań. ale Meggie błagała ją o zgodę. w stylu królowej Marii Szkockiej. opadała do ziemi miękkimi fałdami. wysokie kołnierzyki. niespodziewanie wydawała się o dziesięć lat młodsza. mama i tata zachowywali się tak samo jak zawsze i po chwili bliźniacy rozpromienili się pełnymi podziwu uśmiechami. Ŝe wszystkie inne zaproszone panny pozamawiały suknie w Sydney. a przy tym zagniewana. jakie moŜna było dostać w Gilly. W całym swoim Ŝyciu nie widzieli. wcale nie ostentacyjnej.czy chciałaby. Ŝeby rodzice prezentowali się tak po królewsku urodziwie. Ŝe wszystkie dziewczęta będą podobnie ubrane . Paddy. Ŝe mógłby uchodzić za męŜa stanu.Ŝyciu Mary Carson rozwiązała pończochę. ubrani w wykrochmalone gorsy. uszyta z niebieskoszarej krepy o soczystym odcieniu. moŜe wspominając swoje dziewczęce lata. Wśród konsternacji i zamieszania zapomniano o dostojeństwie. pełna Ŝycia. Kiedy Fee i Paddy wyłonili się ze swego pokoju. a krawcowa zapewniała. białą mucha i frak dla panów. Ale najdłuŜej przyglądano się Meggie. i wszyscy sprawili sobie nowe ubrania. cudownie uśmiechnięta. z duŜym dekoltem. dopełniał całości. Bob i Jack nie potrafili swobodnie się poruszać. obcisłymi długimi rękawami. białe muchy i kamizelki. a w sklepie w Gilly znalazł się dla niej naszyjnik i kolczyki ze sztucznych pereł. Krawcowa w Gilly. nie chcąc patrzeć na mamę i tatę. Na tę uroczystość obowiązywały stroje wieczorowe.

ale zamknął je z powrotem. ale milowy spacer przez kurz Droghedy sprawił. poprowadzę cię. lekko rozszerzająca się szata z niezliczonymi guziczkami z czarnego materiału i z przynaleŜną prałatowi stułą. otrzepać spodnie i powłóczyste suknie. o wiele wcześniej niŜ spodziewani pierwsi goście. Meggie. a Bob i Jack będą towarzyszyć mamie. śaden wieczorowy męski strój nie wyglądałby na nim lepiej niŜ ta prosto skrojona. Czemu miałby biedactwu utrudniać Ŝycie? Wyciągnął do niej rękę. Nikt nie chciał ubrudzić sobie butów. Ŝe musieli przystanąć w budynku kuchennym. jakaś ty śliczna! . Jej kolor jasnoszary. o róŜowawym odcieniu. Tak . Była młodą kobietą. róŜowe pączki róŜ. a potem asystować jej przy powitaniach. Razem z krawcową Meggie wyhaftowała całą suknię w drobniutkie.powiedział. . Mary Carson przywdziała strój z białej satyny. uszyta z jedwabnej ŜorŜety.Chodź. która juŜ nie była jego małą dziewczynką. Brakowało jej zaledwie miesiąca do pełnych siedemnastu lat i Paddy po raz pierwszy w Ŝyciu poczuł się naprawdę staro. Mieli zjeść obiad z Mary Carson. Fee wybałuszyła na nią oczy. Nie. nazywano popielatym róŜem. Przycięła teŜ włosy na krótką fryzurkę która zdobyła sobie zwolenniczki nawet pośród dziewcząt w Gilly. nic nie powinno zepsuć jej pierwszego prawdziwego balu. Szli powoli w stronę dworu. ale w krótszych było jej bardziej do twarzy niŜ w długich. czule się uśmiechając. Paddy otworzył usta. Ŝeby ryknąć. w biodrach była opasana szarfą z tego samego materiału. Nauczyła go czegoś tamta scena przed laty z Frankiem na plebanii. gdy zobaczył Meggie. którą onieśmielała przemiana. nie mogła przecieŜ pozostać na zawsze jego małą córeczką. Meggie była jego skarbem. nie wypowiedziawszy ani słowa. Ksiądz Ralph jak zwykle ubrany był w sutannę. białej koronki i białych strusich piór. . tracąc swą zwykłą obojętność.Och. z lekka tylko zaznaczoną talią. Ŝe jest niemodną prowincjonalną gąską? Tak więc Fee dała się przekonać. Suknia. Kręciły się wprawdzie za mocno jak na obowiązującą modę.córki. źrenicą oka. jaką zobaczyła w lustrze. Ŝeby oczyścić buty.

uznawany za najstarszego osadnika w Gilly. dlaczego swojej tak oddalonej od oceanu farmie nadał nazwę. . Ŝeby wystroić się jak stara panna.Jest a młoda. a co dopiero na bal. Paddy jakby nie spostrzegł niczego niestosowanego. jak do ślubu! Co jej przyszło do głowy. uparte usta zacięły się w nieugiętym wyrazie. wystawny. Martin King z Ŝoną. Ŝe wychodzi za mąŜ? Ostatnio bardzo utyła. . gdyŜ Mary . Ksiądz De Bricassart zaopiekuje się Fioną. synem Anthonym i synową.Tańczysz dziś. niedorzeczna suknia. Spojrzenie pięknych oczu księdza Ralpha wędrowało z bratanicy na ciotkę i z powrotem. a chłopcom pozostanie Meghann. która po szkocku znaczy koń morski. niewiele jednak wyprzedzając pod tym względem innych. co pogłębiało fatalne wraŜenie.MoŜesz poprowadzić mnie do stołu.odparł szybko Paddy.Jaka szkoda . Po obu stronach władczego nosa biegły wyraźne bruzdy. synami i jedyną córką pokonał największą odległość. lekko wypukłe. Był tam Duncan Gordon z Each-Uisge. Jaki miły człowiek . ruszył naprzód i ujął siostrę za ręce. po trosze z rozbawieniem. uróŜowana i udająca.Mary! Pięknie wyglądasz! Jak młoda dziewczyna! W rzeczywistości wyglądała niemal jak królowa Wiktoria na słynnym zdjęciu wykonanym niedługo przed śmiercią. nie skończyła jeszcze siedemnastu lat .pomyślał ksiądz Ralph przyglądając się tej małej scence po trosze z dystansem. . .Oglądając się za siebie spytała: . niezapomniany . Mary Carson uśmiechnęła się do brata i wsparła na jego ramieniu.powiedziała Mary Carson. zachwycający. zimne oczy wpatrywały się bez jednego mrugnięcia w Meggie. Rozpromieniony.uderzająco nieodpowiednia. Meghann? . nikomu jeszcze nie udało się nakłonić go do wyjaśnienia. razem z Ŝoną.takimi określeniami goście posługiwali się najczęściej. Royal O'Mara przybył z Inshmurray oddalonego o dwieście mil. Mary. uprzytomniając sobie jeszcze jedno rodzicielskie zaniedbanie: Ŝadne z jego dzieci nie umiało tańczyć. Padraicu. Ludzie bez namysłu jechali dwieście mil na mecz krykieta. Bal był wspaniały.

pili piętnastoletni francuski szampan i dwunastoletnią szkocką whisky z czystego słodu. ołowiu i cynku. Wielki Północny Zachód był prawdziwym domem. Dla kogoś. Dominic O'Rource z DibbanDibban. Ŝe byłaby w stanie kupić i sprzedać angielskiego króla. przygotowując się do nadejścia złych. mocny rum . byli panami rozległych włości i mogli grać na nosie brytyjskim panom. Biada wam.Carson. Horry Hopeton z Beel-Beel i dziesiątki innych. w srebrze. miała powierzchnię większą niŜ kilka europejskich księstw. Ale tutaj. nie było drugiego takiego miejsca na ziemi. tylko szykany za przekonania religijne. głównie takich.bundaberg albo porter grafton prosto z beczki. nie mogła tak zostać nazwana. Miała pieniądze ulokowane w stali. miała pieniądze zainwestowane w miedź i złoto. kto urodził się na czarnych równinach Wielkiego Północnego Zachodu. nie dał on im nic. Evan Pugh z Braichy Pwll. Wypadało mniej więcej po równo Irlandczyków. Szkotów i Walijczyków. ksiąŜęta Monako i Liechtensteinu! Mary Carson była potęŜniejsza. wiele chudych lat. w sto róŜnych przedsięwzięć. Mogła sobie na to swobodnie pozwolić. co najlepsze. gdyŜ nikt nie potrafił przewidzieć. kiedy spadnie deszcz. Owszem. na obszarze tysięcy mil kwadratowych wokół Gillanbone. Plotka głosiła. Mimo to przyjemnie było wiedzieć. przychodziły nieraz chude lata. Nie. jedli paszteciki z homara i ziębione surowe ostrygi. a do picia zwykły. Ci ludzie nie odbywali nostalgicznych pielgrzymek do starego kraju. Ale ostatnio trwała dobra passa. Prawdę mówiąc. co mieszkańcy okręgu wymawiali „brejkipul”. Ŝe mogą mieć na zawołanie to. W dobrych latach pieczołowicie gromadzili kwity za wełnę. Dziś rachunki płaciła Mary Carson. Drogheda. pobłaŜliwie patrzyli. . nieliczni nosili anglosaksońskie nazwiska. woleliby pieczony udziec barani i peklowaną wołowinę. podczas gdy w katolickiej większości Australii nic takiego im nie groziło. w Gilly nie było specjalnie na co wydawać pieniędzy. będąc katolikami w Szkocji lub Walii. nie mieli nadziei na samorząd w starym kraju ani teŜ. Niemal wszystkie bez wyjątku rodziny były katolickie. jako kobieta. jak ich dzieci tańczą charlestona. Wirowali więc w walcu przy akompaniamencie wymuskanej orkiestry z Sydney. nie mogli liczyć na przychylność ze strony autochtonów protestanckich. największa posiadłość.

gdyby choć raz w Ŝyciu mógł okazać swoje uczucia! Ale głęboko zakorzenione przyzwyczajenie. była niczym więcej jak przynoszącym zyski hobby. ale brakowało jej tego szczególnego przepychu rudozłotych włosów. ślicznej sukienki.które dosłownie lub w przenośni produkowały pieniądze. boleśnie doskwierające pragnienie. Ŝeby Meggie wydoroślała. pannie Gordon czy pannie O'Mara. Ŝeby cofnąć czas. Ŝeby przystanąć koło niej i wyjaśnić. bez trudu dawało się zauwaŜyć. Ksiądz Ralph nie odezwał się do Meggie ani przy kolacji. jego najdroŜszym skarbem. ale z twarzy przypominała konia jedzącego jabłko przez ogrodzenie z siatki. Ŝeby pozostała małą dziewczynką. nie tańczył. JakaŜ to byłaby rozkosz. O drugiej nad ranem rozbawione towarzystwo tylko nieobecnością parobków i dziewek kuchennych róŜniło się od zwykłych tego typu zgromadzeń w okręgu Gilly. chciał. Zdawał sobie sprawę z tego i dręczyła go chęć. Ŝe zaszkodziłoby to jej albo jego opinii. odbywających się na zasadzie absolutnej równości. Z jednej strony. gdyby poświęcał jej więcej uwagi niŜ na przykład pannie Carmichael. Panna Carmichael miała wprawdzie arystokratyczne rysy. Wyrosła. nie mógł znieść jej dzisiejszego wyglądu. Na twarzy Paddy'ego dostrzegł minę wyraŜającą takie same myśli i uśmiechnął się blado. zamiast szampana i whisky lały się rum i piwo i bal upodobnił się trochę do zabawy w szopie na wełnę. wychowanie i rozwaga nie pozwalały mu na to. Ŝe Meggie przyćmiewa urodą wszystkie pozostałe młode damy. Panna King Mackail miała nadzwyczajną figurę. gdziekolwiek się obrócił. Zraniona tym wyszukiwała go wzrokiem wśród gości. rozpierała go straszliwa duma. Nie chciał. . tak jak i ona ściągał na siebie wiele spojrzeń. krótkich włosów. Dominującym jednak uczuciem było rozczarowanie. Podobnie jak Meggie. nabierała kobiecych kształtów. róŜowopopielatych jedwabnych pantofelków na obcasie. Ŝe to dwoje najprzystojniejszych ludzi na sali. ani potem. Przez cały wieczór starannie jej unikał. Drogheda od dawna utraciła swoje znaczenie jako główne źródło dochodów. Wraz z upływem czasu tańczono z coraz większą swobodą. A z drugiej strony.

W panującej atmosferze zupełnej swobody i wzajemnej Ŝyczliwości nikt nie miał tego księdzu ani trochę za złe.na dokładkę znakomicie . moŜe dlatego Ŝe rzadko mieli okazję do wspólnej. Ŝe ich córka nie miała okazji zatańczyć z księdzem de Bricassart. UwaŜam. Nikt z rodziców nie mógł powiedzieć. jakie to musi być trudne dla rodziców duŜych rodzin. Przeciwnie. ale dziś bawił się na całego. Ŝe mam prawo się połoŜyć. Nie pamiętał. jeŜeli poczuję się zmęczona. beztroskiej zabawy. bawiąc się znakomicie. ale Fee tego wieczoru wręcz promieniała i kiedy Paddy z obowiązku poszedł poprosić do tańca Ŝonę jednego z osadników. ale im ta umiejętność nie była obca. niejedna o wiele młodsza od niej siała pietruszkę na krześle pod ścianą. Ŝeby widział ich kiedykolwiek bez kręcącego się w pobliŜu przynajmniej jednego dziecka. Tańczyli ze sobą jak dobrana para. JednakŜe obserwacje małŜeństwa Clearych trwały bardzo krótko. wszyscy podziwiali jego zapał i grzeczność i dawali temu wyraz. Jedzenia i picia nie zabraknie. i pomyślał. Zresztą trochę hałasu tylko mi pomoŜe zapaść w sen. Paddy zawsze okazywał pogodę ducha i wesołość. co nieoczekiwanie spostrzegł przyglądający im się ksiądz Ralph. nawet brzydką pannę Pugh. gdzie ze zrozumiałych względów moŜe zaprzątać im myśli co innego niŜ rozmowa. . Ŝe nie mają wyłącznie dla siebie ani chwili poza sypialnią. Mackail. O trzeciej nad ranem Mary Carson wstała i ziewnęła. ani Paddy tego nie zauwaŜyli.modny taniec amerykański black bottom z panną Carmichael. . a właśnie się poczułam i zamierzam udać się do swego pokoju. Ani Fee. jak znajdą się chętni do tańca. aŜ miło było popatrzeć. nie przerywajcie sobie zabawy.Bob i Jack wyszli razem z Meggie równo o północy. oŜywił się znacznie i wprawił w najwyŜsze zdumienie panny Hapeton. jakby mu ubyło dziesięć lat. Potem prosił po kolei wszystkie wolne panny. Zechce ksiądz. nie zabrakło jej chętnych partnerów. Kiedy Meggie opuściła salę. Naturalnie w innych okolicznościach nie mógłby zrobić kroku w stronę parkietu.Nie. ksiądz Ralph poczuł się. z łaski swojej towarzyszyć mi na górę. Wprawdzie ich dzieci nie umiały tańczyć. orkiestra będzie grała tak długo. Gordon i O'Mara tańcząc .

Jestem zmęczona i chcę.A to dlaczego? Jestem zmęczona Ŝyciem i niedługo je zakończę. Ŝeby pomyślnie przejść sprawdzian. Ralphie. ale bynajmniej nie przez samobójstwo. jeŜeli naprawdę się tego chce. . co chciałam. Drzwi były zamknięte. . starczy głos wyrwał go z zadumy. pora przestać Ŝywić nadzieje i snuć marzenia. Mary .Surowe oczy spoglądały kpiąco.. Ŝe nigdy więcej nie popełni tego samego błędu.myślał prowincjonalny prałat.Ostatnie. . Poruszył się niespokojnie. Ŝe dotrzymuje kroku najświeŜszym nowinkom. Odczekała. i wtedy. którą wywołało zmęczenie.Kiedy wyszli z sali balowej.Nie wierzysz mi? Przez ponad siedemdziesiąt lat robiła dokładnie to.Nie mów tak. Nietrudno przestać Ŝyć. kiedy chciałam. westchnął. to bardzo się myli. . aŜ przekręci klucz. Pora spojrzeć prawdzie w oczy. . To nasza wola podsyca w nas iskrę Ŝywotności. I co mu z tego przyjdzie? Taka okazja juŜ się więcej nie powtórzy. Nigdy. zanim naprawdę się zaczęła. nigdy. Ralphie. Ŝe cię pokonam twoją bronią? Suchy. .Pamiętasz. W ciemnym salonie paliła się jedynie wysoka lampa naftowa z drogocennego rubinowego szkła. jeŜeli więc śmierć myśli. dawno tak duŜo nie tańczył. Ŝeby moje Ŝycie dobiegło kresu.Udane przyjęcie. rzucając szkarłatne cienie na kościstą twarz Mary Carson i wydobywając z jej nieustępliwych rysów coś diabelskiego. gorący młodzieńczy temperament. Popatrzył na Mary Carson z uśmiechem. Ŝe to ona naznaczy porę mojego odejścia. Umrę wtedy. który mu podała. Mary Carson zamiast skręcić w stronę imponujących schodów skierowała księdza do salonu..powiedział. a potem pierwsza weszła do środka. a kariera w Kościele? Skończyła się. . moja droga. Bolały go nogi i krzyŜ. Wiek: trzydzieści pięć lat . Wiedział. Nie starczyło mu sił. marzenia młodości! NieostroŜny młodzieńczy język. choć szczycił się tym. To bardzo proste. opierając się cięŜko na jego ramieniu. jak mówiłam. Och. kiedy ja o tym zadecyduję. .

Nie wiem. Przypuszczam.Och. Nigdy się nie dowiesz. nie zapominam tego..Ale czy wiesz dlaczego? Przeraził go przypływ tkliwości. zamigotał uśmiech. Tak postępuje większość kobiet. wiara to probierz Kościoła. Ŝe pragnęły mnie setki kobiet. co bym bez ciebie zrobił przez te ostatnie siedem lat.. nie potrafię samej siebie przekonać. .Ja ciebie kochałam . Nigdy nie widziałam najdrobniejszego dowodu na to.Być moŜe. ale nigdy z niej nie zrezygnuję.Nie licząc twojej matki. przyznaję. ale zdusił ją gwałtownie. .Ooooo! To wiele wyjaśnia! . .Zastanawiam się. Mary. to chyba tylko Meggie. . Ale Szatana nie ma. ale Ŝeby mnie kochały.TeŜ nie. Opiera się wyłącznie na wierze.Chciałabym cię zniszczyć. Bez wiary nie ma nic. Bo w końcu mnie znienawidziła. Mary. Ŝe nie byłoby przesadą stwierdzenie. Powinienem był dostać na imię Hipolit. Wydaje mi się. Ale to jeszcze dziecko. z czym człowiek się rodzi. dobrałabym się do ciebie inaczej Ralphie. co do mnie mówisz. jak bardzo chciałam zrzucić z siebie trzydzieści lat Ŝycia. . . Ŝe ci współczuję. spostrzegawczość. nie zastanawiałabym się ani sekundy i nie Ŝałowałabym głupio takiej umowy jak ten stary idiota Faust. Ale religia nie opiera się na dowodach istnienia. . Gdyby stanął przede mną Szatan i chciał kupić moją duszą w zamian za odzyskanie młodości.Gdybym była młodsza. Twoja inteligencja. moja droga Mary! Dobrze o tym wiem. W niebieskich oczach. Wiesz.wyznała Ŝałośnie. . Ŝe Bóg i Szatan istnieją.A co do innych kobiet. .. .Bardzo efemeryczna zasada. czy kochała mnie moja matka.. . która juŜ-juŜ miała nim zawładnąć. bardzo w to wątpię. A ty? . ile kobiet cię kochało? .. Dla mnie to ciągła walka.Droga Mary.Wiem dlaczego. poszarzałych w słabym świetle. Ŝe wiara to coś. złośliwość. i wierz mi.

przypominam ci o tym. zaciskając palce na poręczach fotela. Wyglądała jak pająk. nie Bóg. złośliwa kreatura! . by nieznośnie doskwierała ci samotność. Wstał. Podszedł do Mary Carson i podał jej list. Mogłaś powtórnie wyjść za mąŜ. ogarnięty lękiem. pójdę do piekła. Z wierzchu nie imał Ŝadnej inskrypcji.. co się stanie. znam ciebie o wiele lepiej niŜ ci się zdaje. . jakie narzuca mi to moje ciało. jak ja cię kochałam! UwaŜasz. Kiedy na mnie patrzysz. JeŜeli nie zdecydowałaś się na ten krok i pozwoliłaś.Zbyt długo byłaś wdową. Moje ostatnie. Ralphie. pragnę. Ŝe mój wiek wyklucza taką moŜliwość? Pozwól. Ŝe nie będę mogła zobaczyć. to sama jesteś sobie winna. Kochałam cię. to był twardszy błysk. to wszystko. wciąŜ się niecierpliwię i gorączkuję z powodu ograniczeń. Meggie im ciebie odebrała. Potem rozluźniła uchwyt i otworzyła oczy. Jestem cierniem twojej starości. . Wstrzymał oddech. Maty. . ale ona nie biorąc koperty do ręki wskazała mu krzesło. Bądź łaskaw podać i ją. jaka z niego nędzna. . Lśniły czerwonawo w świetle lampy. . Jaka szkoda. Czemu nie sprawi.wyjaśniła i zachichotała. ni mniej ni więcej.Oczywiście. najskuteczniejsze pchnięcie w naszej długiej walce.Mylisz się. którą ten mściwy Bóg na nas zsyła. podszedł do biurka. wziął do ręki list i przyjrzał mu się z zaciekawieniem. ale nie od łez. Nieznośna próŜność! W tej kopercie spoczywa twój los i twoja dusza.Ralphie. z tyłu był porządnie zalakowany. Ŝeby starzał się w nas takŜe duch? . W środku tego głupiego ciała wciąŜ jestem młoda. z odciśniętą w czerwonym wosku pieczęcią przedstawiającą łeb barana i duŜą literę D. czego nie moŜesz zrobić z powodu swojego wieku.Opadła na oparcie fotela i zamknęła oczy. Ralphie de Bricassart. bo znam ciebie. Ŝe będę miała okazję powiedzieć Bogu. Ŝe coś ci powiem.To dla ciebie . .Narzędzie twojego losu. ale ja się postarałam. wciąŜ czuję. Ale zanim to się stanie. Ŝeby i ona ciebie straciła. Przez chwilę nie odpowiadała. odsłaniając zęby w cierpkim grymasie ust. na moim biurku leŜy koperta. marzę. Bóg dał ci wolność wyboru. Starość to najokrutniejsza zemsta. nie kochałaś. mam nadzieję. Mój BoŜe.Nie.

. bo nie była w nastroju. a wtedy otworzę go. zanim zostaniesz pochowana. ot i tyle. Mary. Umrę dziś w nocy.Nie. . Przysięgam na swoje śluby kapłańskie. A powiedziała przecieŜ. . Cofnęła ręce. . Nie jestem taka słaba. a kiedy zasapana zatrzymała się na górze. kiedy człowiek ma umrzeć. dopóki nie zobaczę. dopóki nie zobaczysz na własne oczy.Przysięgnij.Niech ci będzie. .Mary. bo zabiorę list! Wzruszył ramionami. Ŝebym przysięgał. Zrobię to. a wtedy otwórz go natychmiast. którego nie mogę mieć. Ŝe tego nie zrobi. . chyba Ŝe. Jedynie Bóg decyduje o tym. Ŝe nie ma sensu się z nią spierać. Ŝe umarłam.. sam odbierze sobie Ŝycie. Przysięgnij! . o co mnie prosisz. Starucha uśmiechnęła się szyderczo. to abstrakcja. zanim mnie pochowasz. Mary.Dlaczego tak nienawidzisz Meggie? . Pomógł jej wejść po schodach.AleŜ nie w taki sposób! Jest dzieckiem. . nie martw się. Chcę. co mówi. Rano będziesz się z tego śmiać. Meggie to abstrakcja.Nie ma potrzeby. korzystając z danej przez Niego wolnej chwili.Nie doczekam rana. dobrze! .Dobrze. Ŝeby je ucałować. PomoŜesz im wejść na górę? Nie wierzył w to. To jakaś twoja fantazja. ale widział. Ŝe umarłaś. Ralphie! Pocałuj mnie w usta. jest róŜą mojego Ŝycia. jakbyśmy byli kochankami! . proszę. ujął obie jej dłonie.Nie chcę rozmawiać o twojej najdroŜszej Meggie! JuŜ nigdy więcej cię nie zobaczę. w którym Ŝartami moŜna by jej cokolwiek wyperswadować. PoniewaŜ ją kochasz. Ŝe nie otworzę listu. Pocałuj mnie w usta. Ŝeby czekać na przyjemność ponownego widzenia się z tobą. Jakie marne zakończenie! Teraz idę się połoŜyć. Ŝe nie otworzysz listu. nie dzisiaj. więc nie chcę tracić tych kilku ostatnich chwil na rozmowę o niej. Ŝebyś przysiągł na swoje śluby kapłańskie.JuŜ raz ci powiedziałam.

Rozbawieni goście hałasowali na potęgę. czuć. Chciał jedynie znaleźć się jak najdalej od niej. jak się wykręcasz. nie znany nigdzie poza strefą podzwrotnikową i zwrotnikową. na którym z okazji przyjęcia płonęło czterysta woskowych świec. gdyby wróciła tamta noc. tak bardzo chciała umrzeć.W jasnym świetle Ŝyrandola.zapytał sam siebie. Łgarz. Ŝeby popatrzeć.Czy spod uniesionej niebieskiej pokrywki dnia widać wieczność? Nic oprócz widoku rozsianych na niebie gwiazd nie moŜe przekonać człowieka o istnieniu Boga i nieskończoności. jakby instynktownie szukał Boga między mrugającymi punkcikami czystego. Ralphie. niesamowitym śmiechem. Ŝe nie wiedział ani nie dbał o to. . a pod strzępiastym mirtem zwarły się w uścisku jakieś dwie postacie. niebo nawet nie pojaśniało. Ralphie! Impotentem. panował niebiański spokój. Ŝe kiedyś zaproponowałeś mi lekkomyślnie. dostrzegła na jego twarzy obrzydzenie. Ŝe się Ŝyje. aleŜ z ciebie łgarz! Załgany męŜczyzna. Chciała umrzeć w tej chwili.Och. dokąd zmierza. Ksiądz Ralph ominął wymiotującego i zakochaną parę i szedł bezszelestnie po spręŜystym trawniku z taką udręką w sercu. boronia i róŜe wydzielały omdlewające wonie. Ŝe to zrobiłam! Oddałabym duszę za to. . czuć. blagier. Ralphie de Bricassart? Łgarz! Daleko jeszcze było do świtu. oszust! Oto kim jesteś. załgany ksiądz! I pomyśleć. nieziemskiego świata. być wolnym! Zatrzymał się na końcu trawnika i spojrzał w niebo. Ŝeby ci się podniósł i stał nawet dla samej Najświętszej Panny! Udała ci się kiedyś taka sztuka. od tej straszliwej pajęczycy. O BoŜe. gęste i upalne ciemności okrywały Droghedę. powietrze drgało ledwie wyczuwalnie. bezuŜytecznym księdzem! Nie sądzę.Mary. . Miękkie. gdyby mieszkali w pobliŜu jacyś sąsiedzi. co Ŝyje. juŜ dawno by wezwali policję. O tak wczesnej godzinie skwar nie męczył. Ŝe odmówię? JakŜe Ŝałuję. Ŝe się naprawdę Ŝyje! Wziąć w objęcia tę noc i wszystko. Ŝe będziesz się ze mną kochał! Taki byłeś pewien. Na werandzie ktoś obficie i obrzydliwie wymiotował. Ŝe snuje swój śmiertelny kokon w tę czarowną noc. instynktowne wzdrygnięcie się. bezuŜytecznym łgarzem! BezuŜytecznym męŜczyzną. jestem księdzem! Nie mogę! Wybuchnęła piskliwym. przekonanej. Co znaczy niebo nocą? . .

. czując. Proszę. niŜ mi się wydaje. podporządkować sobie.Kochana Meggie. Ŝe spotkanie z Meggie tej nocy jest nieuchronne. Widział więc. Ŝe nie masz nawet porządnej chusteczki. Ktoś płakał na cmentarzu. to męŜczyźnie.A! Tak właśnie myślałem. jak zwykle. A jednak mylisz się. we moją i osusz łzy jak grzeczna dziewczynka. ani męŜczyzną.Oczywiście Mary ma rację. Stanie i. jak być jednym i drugim. Bo jeśli staje. CzemuŜ uwiązłem w jej sieci? Jej trucizna ma wielką moc. Meggie. bo któŜ inny. Meggie? . Powracał Ŝartobliwy dystans.Czy Bob i Jack wiedzą. Nikomu prócz niej do głowy by to nie przyszło. moŜe większą.Co się stało. Ŝe nawet długi płacz nie zatarł blasku jej pięknych oczu. Jestem łgarzem.ZałoŜę się. Nieodłączny ból.Nie rozmawiałeś dziś wcale ze mną! . Złośliwa stara jędza! Niech Bóg ją skarze! . Ŝe mogę nad tym zapanować. Ŝe idę spać. Jedynie kimś. . spójrz na mnie! Daleko na wschodzie niebo połyskiwało perłowo. Tylko Ŝe ja nie chcę. JeŜeli stawił czoło jednej kobiecie swojego Ŝycia. gra ze mną! Ile ona wie. czego się domyśla? Co tu moŜna wiedzieć. całymi latami udowadniałem sobie. jeśli zechcę.być męŜczyzną znaczy nie być księdzem.Tak. nie płacz! . Nie! Nie jednym i drugim! Ksiądz i męŜczyzna nie mogą współistnieć . Uniósł sutannę i zrobił krok przez Ŝelazne ogrodzenie. Co jest w tym liście? Mary. nie mogła go na dłuŜej tego pozbawić. pierzchał głęboki mrok i koguty wydzierały się witając pierwszy brzask. .Nie przebrałaś się nawet. musi teŜ zająć się drugą. Siedzisz tu w swojej ślicznej sukni od północy? . Meggie.Powiedziałam im. Mary. a ja jestem księdzem. . Ani księdzem. Tak to jest z kobietami. kto pragnąłby wiedzieć. stara jędza. oszustem. Wątpliwości i ból. Posłusznie wzięła chusteczkę. gdzie jesteś? .powiedział siadając koło niej na wilgotnej od rosy trawie. czego się domyślać? Jest tylko pustka i samotność. ujarzmić. .

prawda? To go zabolało. . ale musisz zdobywać wiedzę o Ŝyciu. Ŝe tego nie pojęłam. Ŝe ludzie mówiliby. Spoglądała na niego dziwnym wzrokiem. . patrzyłabyś na mnie w sposób. . a tak się zawsze składa. ale niestety ludzie snują róŜne domysły. Chciałabym. byłaś dziś zdecydowanie najładniejszą panną na balu. a wszyscy wiedzą. będzie z tobą krucho. nie myśleliby wtedy takich rzeczy. i zaśmiał się bezdźwięcznie. jak zareagowałaby na to oględne sformułowanie Mary Carson. dlatego gdybym zaczął z tobą rozmawiać na oczach wszystkich ludzi. krótkie loki jaśniały coraz mocniej w świetle zbliŜającego się poranka.Uśmiechnął się. Ŝe to ja jestem twoim nauczycielem.Gdybym poświęcił ci choć krztynę uwagi. Wstała i popatrzyła na niego z góry.Prawda? . nie jesteś juŜ dzieckiem. . nawet komuś z rodziny. niŜ potrzeba. jesteś młodą panną. .Meggie.AleŜ to okropne! . prawda? Chciałem powiedzieć. Ŝe interesuję się tobą jako męŜczyzna.Jesteś jeszcze młoda i nie masz doświadczenia. zraniło tak dotkliwie. co chcę przez to powiedzieć? Potrząsnęła głową. Jestem kapłanem. a zatem powinienem być poza wszelkimi podejrzeniami. a potem odwróciła szybko głowę. zapewniam cię. a jeŜeli ktoś się obudzi o zwykłej porze. rozumiem. Ŝeby lepiej księdza znali. który zostałby opacznie zrozumiany. Jak na księdza. jakby ktoś zatrzasnął okiennice. jak nie zraniło okrutne urąganie Mary Carson. rozniosłoby się to po Gilly lotem błyskawicy. Widzisz. . Meggie.Urwał wyobraŜając sobie.Idę. Byłam niemądra. . Meggie.Nie uwaŜasz. . Ŝe przyjeŜdŜam do Droghedy częściej. raptem tak zmroczniałym. Rozumiesz. trochę jak Ŝona Cezara.Tak. Bo ksiądz nie ma w sobie tego. Ŝe pora iść do domu? Na pewno wszyscy będą dłuŜej spać. . jestem jeszcze młody i niebrzydki. I nie moŜesz nikomu powiedzieć..Ale tak właśnie ludzie by mówili. Nie nauczyłaś się jeszcze ukrywać uczuć. Rozdzwoniłyby się wszystkie telefony w okolicy. Ŝe byłaś ze mną. jakimi mnie darzysz.

Nie mam tego w sobie. zataczając się po wypitym rumie i z wyczerpania. nie mając siły otworzyć oczu. Ŝe jędza nie Ŝyje.Niech pani kaŜe wszystkim iść spać. Muzycy pakowali instrumenty.wymamrotał. kiedy szła między grobami i przestępowała ogrodzenie. wcale tego nie pragnę! Idź do domu.powiedziała ze smutkiem. wiedział. O wiele łatwiej się z tym uporacie. masz rację. najdroŜsza Meggie. Meggie.PrzyłoŜył dłoń do czoła. Meggie. .. Kręciło mu się w głowie i czuł się oszołomiony po cięŜkim śnie w strasznej spiekocie dnia. jak będziecie wypoczęci. i chciał przytulić ją do policzka.Nad wyraz stosowne określenie . idź do domu.Nie.Pani Carson nie Ŝyje. . oddalająca się postać w sukni w róŜyczki wyglądała wdzięcznie. . Zdjął piŜamę. Popielaty róŜ. . . . Sprawdził godzinę na zegarku: po szóstej. Ksiądz Ralph pokręcił głową. moja droga.Tak. gdybym powiedział.Dobry BoŜe. ubrał się w sutannę. Sięgnął po omacku.Dobranoc. wreszcie bal dobiegł końca. w Ŝadnym razie! Idę spać! Późnym popołudniem czyjaś dłoń dotknęła jego ramienia. Ŝe pani Smith moŜe się mylić. Kiedy szedł nieśpiesznie przez trawnik. Dopilnuję.Dobranoc . Ani przez chwilę nie przyszło mu do głowy. Ŝeby pani Carson się nie gniewała. .rzekł do anioła. Odprowadził ją wzrokiem. z rykiem silników wyjeŜdŜały z Droghedy samochody.Meggie . pani Smith? . . zwracając się do pani Smith: .Poderwał się z ziemi gorzkim uśmiechem. kobieco i trochę nierealnie.Czy chciałby ksiądz coś zjeść? . a zmęczone pokojówki wraz z pomocnicami usiłowały zaprowadzić jaki taki porządek. .Zdziwiłabyś się. Ujął ją za ręce. zarzucił srebrny krucyfiks i hebanowy róŜaniec. . Ŝe chciałbym to mieć w sobie? .Co się stało. niech się ksiądz obudzi. . Na dźwięk głosu pani Smith ocknął się i otworzył szeroko oczy. nachylił się i pocałował.Proszę księdza. proszę księdza! Błagam.

Jaki poŜytek moŜe płynąć z udzielenia ostatniego namaszczenia. Ustąpiło zesztywnienie pośmiertne i widok wiotkiego ciała był odraŜający. . W powietrzu rozległ się osobliwy dźwięk. tego nie wiedział. które podnosiły wściekłą wrzawę ucztując. wszędzie. kiedy udzielał ostatniego namaszczenia. zwłaszcza splugawionych przez muchy ust. NaleŜało jednak dopełnić obrzędu. Idę wziąć kąpiel. Ŝeby nie było po tym śladów w pokoju ani nic nie rzuciło się w oczy lekarzowi. Ŝe nakładanie świętych olejów na ciało Mary Carson jest nieprzyzwoite. od razu autopsja i mnóstwo komplikacji. i to od dawna. Ona się rozkłada na naszych oczach. . hordy brzęczących much.CzyŜby coś zaŜyła? JeŜeli tak. Ŝe to muchy.Na litość boską. co za farsa! I ten smród! O BoŜe! Śmierdzi gorzej niŜ koński trup w trawie na polu. musiała umrzeć wkrótce potem. na miłość boską.znalazł się znów w swoim pokoju. pani Smith. Wybiła siódma. Wyprostował się. Ŝe za kilka godzin powylęga się robactwo. Pani Smith musiała je stale odganiać. Po chwili otępiałego zdziwienia uprzytomnił sobie. dosłownie wszędzie siedziały muchy.Niech pani natychmiast zawiadomi pana Cleary. Przy szczelnie zamkniętych oknach było parno z powodu naczyń z wodą. mamrocząc odwieczne łacińskie formułki. BoŜe święty! Robi mi się niedobrze. Niechby odmówił. Odgłosy chaotycznej krzątaniny . wąskie usta zrobiły się czarne.bo nie zabrał ze sobą drugiej sutanny .wykrztusił podchodząc do łóŜka z pobladłą twarzą. Wiedział. to daj BoŜe. Kiedy przebrany w koszulę i spodnie do konnej jazdy . LeŜała martwa. ubranie zostawię przed drzwiami. Przeklęta Mary Carson. Myślał tak nie dlatego. Proszę je spalić. Nieruchome oczy matowiały. Ŝe raptem zaczął podejrzewać samobójstwo. Ŝeby zagonił chłopców do zbijania trumny. Wzdragał się przed dotknięciem jej po śmierci tak samo jak za Ŝycia. niechŜe pani otworzy okna! . Wreszcie skończył. które kazała rozstawiać po kątach w trosce o cerę. a więc dobre piętnaście godzin temu. Nigdy bym się nie pozbył tej woni. i proszę mu powiedzieć. ale po prostu wydało mu się. patrząc się i składając jajka na trupie. jak się połoŜyła. pani Smith. przypomniał sobie o liście i złoŜonej obietnicy. Nie ma czasu sprowadzać trumny z Gilly.

czerwone. gdyŜ jak wiem. Ŝe Ŝaden sąd w kraju nie podwaŜy jego waŜności.wskazywały. Siedząc przy oknie i ogarniając spojrzeniem Droghedę w świetle zachodzącego słońca. Prawdę mówiąc. na powrót urządzają w duŜej sali kaplicę i przygotowywują dom na jutrzejszy pogrzeb. Jest najzupełniej prawomocny. RozłoŜył je i od razu spostrzegł. Zapewniam cię. a wiedział. . Ŝeby go przeczytał. Ŝe ostatnie dwa to testament. spoczywa u Harry'ego Gougha w Gilly. jak w liście. wszystkie akcesoria potrzebne do chrztu. skoro zamierzałam inaczej rozporządzić moim majątkiem? To bardzo proste. Ŝe pani Smith wszystkiego dopilnuje. mszy i błogosławieństwa. Koperta zawierała cztery arkusze papieru. Ŝeby stanąć z nim teraz twarzą w twarz. starannie umocowane w przegródkach. mój testament. Nie było rady. Na pierwszych dwóch Mary Carson zwracała się wprost do niego. Dlaczego poleciłam Harry'emu. Ŝe kusiłby los podróŜując z Ŝałobnym ekwipunkiem. w której wiózł. bez odpowiednich na daną porę roku szat oraz czarnej walizeczki. musiał jeszcze dziś pojechać do Gilly po nową sutannę i szaty liturgiczne do mszy Ŝałobnej. róŜowe i białe róŜe w ogrodzie. Nalegała. W oddali rozbrzmiewał echem głos Paddy'ego. Ŝe pokojówki wraz z najętymi pomocnicami rzuciły się do porządków. Sporządzony przeze mnie wcześniej testament. Ŝe oprócz listu koperta zawiera drugi dokument. ostatniego namaszczenia. podpisany i opieczętowany jak naleŜy. Ŝe musi go przeczytać koniecznie teraz. prawo nie zezwala powoływać na świadka któregokolwiek ze spadkobierców. Ŝeby spisał testament. mimo Ŝe nie sporządził go Harry. zanim zobaczy się z Paddym i Meggi. Nie wyjeŜdŜał do połoŜonej daleko farmy. zanim ją pochowa. Jednak jako Irlandczyk uwaŜał. drogi Ralphie. „NajdroŜszy Ralphie! Spostrzegłeś juŜ zapewne. wyjął z walizki list Mary Carson i nie otwierając przytrzymał między złoŜonymi dłońmi. ale nie czuł się na siłach. testament dołączony do tego listu jest znacznie późniejszy i siłą rzeczy uniewaŜnia tamten. ale coś mu podszeptywało. sporządziłam go dopiero przed kilkoma dniami i podpisałam biorąc za świadków Toma i druciarza. pozłocone eukaliptusy.

co z nim zrobisz. tym rozkoszniejsze roztaczają się przede mną wizje. smaŜąc się w tak gorących płomieniach. do której jesteś stworzony. jaki było kultywowanie znajomości ze mną. Ŝe Szatan kochał Chrystusa? Bo ja nie. Obliczam moją fortunę. Kiedy będę się smaŜyć w piekle. Ŝe ma trochę szatańskiej mocy i mogę kusić całym światem kogoś. Ŝebyś miał jakiekolwiek pojęcie. Przypuszczam. Na tym polega mój plan. prawda. przejrzałam cię na wylot! JeŜeli nie umiałam nic innego. Ŝe mógłbyś dzięki nim odzyskać pozycję. kiedy nadejdzie pora podjęcia decyzji. przed jakim staniesz. jakim majątkiem dysponuję. A ty się o wiele lepiej nadajesz do tej gry niŜ mój drogi nieobecny Michael. Ŝeby cierpieli ci. to przynajmniej zawsze wiedziałam. a potem zadecyduj. przekroczywszy granicę Ŝycia. Pamiętasz ten fragment Ewangelii.) RozwaŜanie dylematu. a im bliŜsza jestem śmierci.Chciałam. z dokładnością do kilkuset tysięcy. Ŝebyś mógł się widywać z Meggie. To jedyny egzemplarz i ty go trzymasz w ręku. Nie wydaje mi się. co zrobić. Kiedy cię poznałam. Och. Ŝe niezbyt przystoi damie podawać dokładną wartość majątku w testamencie. (Czy wątpisz w to. mój Ralphie. pokazuje Mu cały świat i kusi Go? Jak to przyjemnie wiedzieć. czy tak łatwo zmieniłbyś obiekt swoich zainteresowań. na trzynaście milionów funtów. kogo kocham. czy . Ŝeby go urzędowo zatwierdził. Czy oddasz go Harry'emu Goughowi. Ŝeby absolutnie nikt poza tobą i mną nie wiedział o istnieniu tego dokumentu. prawda? Stałam się pretekstem do odwiedzania Droghedy. Potem zjawiła się Meggie i poniechałeś pierwotnego celu. gdybyś wiedział. Dochodzę juŜ do końca pierwszej strony i nie mam ochoty dalej się rozpisywać. Ciekawa jestem. Ralphie? Uzmysłowiłeś sobie. Ŝeby mieć pewność. Po odczytaniu testamentu zrozumiesz moje słowa. jakie znam. chciałeś zdobyć Droghedę i moje pieniądze. Przeczytaj mój testament. ty będziesz nadal Ŝył tym Ŝyciem. dlatego pozwolę sobie podać tę sumę tutaj. Ralphie. jakich sam Bóg nie zdołałby wzniecić. wydatnie oŜywiało moje myśli w ciągu ostatnich kilku lat. których kocham. w którym Szatan porywa Chrystusa na szczyt góry. Ŝe będziesz dysponował tą niezbędną informacją. Nikt na świecie o tym nie wie.

Jedynie za przyczyną jego dobroci. co leŜy na drugiej szali. spłynął struŜką po karku. Kocham cię. mój piękny. ambitny ksiąŜę! Odczytaj mój testament i zadecyduj o swoim losie”. Ŝe dokument ten stanowi moją ostatnią wolę. BoŜe! Co on takiego zrobił. Ralphie. koślawy? Gdyby taki był. z uwzględnieniem wyliczonych niŜej specjalnych postanowień oraz następujących warunków zapisu: Po pierwsze.teŜ spalisz nie wspominając nikomu słowem o jego istnieniu? Oto decyzja. Ŝe mnie nie chcesz. jaką podejmiesz decyzję. oczywiście. widzisz. ale chcę. Ŝe zabiłabym cię za to. jakbym przy tym była i patrzyła na ciebie. pokrywało ostatnie dwie stronice. nazywany dalej Kościołem. poznasz. wymieniony wyŜej Święty Kościół Rzymskokatolicki. równie chciwe i złośliwe jak jej dusza. co to udręka. Przekazuję wszelkie moje dobra doczesne. Więc czytaj dalej. Mary Elisabeth. Ŝebyś wił się w mękach. drobne pismo. Pot wystąpił mu na czoło. nie mógł oprzeć się ciekawości. ale ta obleśna stara starucha trafnie oceniła swoją ofiarę. . śebyś wiedział. Bo. W pierwszym odruchu miał ochotę natychmiast wstać i spalić oba dokumenty. ja wiem. oświadczam niniejszym. duchowego przewodnictwa i niezawodnego wsparcia rozporządzam w ten sposób swoim majątkiem. kocham cię tak bardzo. Ŝe będzie czytał dalej. Nie mam szlachetnego serca. jakim szacunkiem i uznaniem darzę jego kapłana. brzydki. Ralph. a tym samym uniewaŜnia wszelkie uprzednio przeze mnie sporządzone testamenty. co posiadam. Ŝe tak się na niego uwzięła? Dlaczego kobiety skazywały go na cierpienia? Czemu nie urodził się mały. Wiem to z całą pewnością. Będziesz wił się w mękach. Takie samo wypracowane. Brakowało podpisu czy choćby inicjałów. którą musisz podjąć. któremu zapisuję wszystko. moŜe byłby szczęśliwy. księdza Ralpha de Bricassart. będąc zdrowa na ciele i umyśle. gdyby nie ta o wiele lepsza okazja do odwetu. „Ja. Ŝe testament u Harry'ego sporządziłam w rok po przyjedzie Paddy'ego. sumy pienięŜne i nieruchomości na rzecz Świętego Kościoła Rzymskokatolickiego. dowie się. Wypada mi dodać.

wdowa po nim i dzieci będą mogły pozostać nadal w posiadłości Drogheda. Po ósme. ponadto zostanie jej bezzwłocznie wypłacona kwota w wysokości pięciu tysięcy funtów. będzie otrzymywać naleŜytą pensję tak długo. po śmierci Patricka lub innego ostatniego syna. mój brat.Po drugie. Po szóste. a takŜe będzie miała zapewnioną odpowiednią emeryturę. z chwilą zgonu wyŜej wymienionego księdza Ralpha de Bricassart dalsze administrowanie majątkiem zostanie wypełnione zgodnie z jego testamentem. wymieniony wyŜej ksiądz Ralph de Bricassart będzie odpowiedzialny za administrowanie i dysponowanie moimi dobrami doczesnymi. Po piąte. Postanowienia specjalne: Padraic Cleary otrzyma wszystko. Po czwarte. a funkcja zarządcy przechodzić będzie na poszczególnych synów w kolejności: Robert. te same prawa przejdą na wnuków wyŜej wymienionego Padraica Cleary. Eunice Smith. . Inaczej mówiąc. wyŜej wymienionego Padraica Cleary. z wyłączeniem Francisa. jak sobie tego zaŜyczy. Po trzecie. z wyłączeniem Francisa. posiadłość Drogheda nie zostanie nigdy sprzedana ani podzielona. moja gospodyni. Hugh. ale ksiądz Ralph de Bricassart osobiście wyznaczy następnego administratora. Kościół będzie nadal pełnoprawnym właścicielem. jako osoba pełnomocna zawiadująca moim majątkiem. zapis na rzecz Kościoła zostanie utrzymany w mocy jedynie jeŜeli Kościół naleŜycie doceni talent i umiejętności wymienionego wyŜej księdza Ralpha de Bricassart. James i Patrick. Jack. Stuart. co znajduje się w moich domach na terenie posiadłości Drogheda. Po siódme. pozostanie zarządcą posiadłości Drogheda z prawem zamieszkania w moim domu i będzie mu wypłacana pensja w wysokości ustalonej wyłącznie przez księdza Ralpha de Bricassart. nie będzie przy tym obowiązany wybrać następcy spośród wyświęconych bądź świeckich członków Kościoła. sumami pienięŜnymi i nieruchomościami. Padraic Cleary. w przypadku śmierci mojego brata.

wisiały drobne cząsteczki kurzu. I za co? Za tę wydzielaną skąpą ręką zapłatę? Ksiądz Ralph ani razu nie słyszał. Ŝeby nie poplamić. świadkowie. A wraz z jej przybyciem porzuciła go. jaką fortunę zgromadziła stara wiedźma? Co wtedy? Nie przypuszczał. Trzynaście milionów funtów! Trzynaście milionów funtów! Rzeczywiście taki cel sobie upatrzył. jak kaŜdego lata. Mary. więc odsunął je od siebie. Ŝe kiedyś zostanie jej właścicielem. a słońce przeganiało palcami pylisty całun. Dokument.Pokonałaś mnie. słusznie przypuszczając. a takŜe kaŜda z nich będzie miała zapewnioną odpowiednią emeryturę. Ŝeby Paddy narzekał na podłe traktowanie. gdyŜ zapewne spodziewał się odpowiedniego wynagrodzenia po śmierci siostry. jak sobie tego zaŜyczą. Przez okno widać było zachód słońca. poniewaŜ nie mógł z zimną krwią prowadzić dalej swojej kampanii. Trzynaście milionów funtów! Przez siedem lat Paddy i jego rodzina mieszkali w domu zarządcy i harowali od świtu do nocy dla Mary Carson. które trzymał w ręku. a nie ty. zanim pojawiła się Meggie. To ja byłem głupcem. Ŝe to będzie choćby dziesiąta część tego. Ŝeby pozbawić ją spadku. Smugi chmur o rozognionych brzegach przeciągały srebrzyste pióropusze przez wielką krwistą kulę zawieszoną tuŜ nad drzewami odległych pól. Mistrzowskie posunięcie. Oczy zaszły mu łzami. poświadczyli .Minerva O'Brien i Catherine Donnelly będą otrzymywać naleŜyte pensje tak długo. A gdyby wiedział. . Ksiądz Ralph de Bricassart będzie otrzymywał dziesięć tysięcy funtów rocznie do końca Ŝycia na swoje własne potrzeby”. przyznaję. zabarwiając cały świat na złoto i purpurowo. ponadto kaŜdej z nich zostanie bezzwłocznie wypłacona kwota w wysokości jednego tysiąca funtów. W cichym powietrzu. . Znosił to z godnością i pokochał Droghedę.powiedział.Brawo! . aŜ przestał widzieć arkusze pergaminu. naleŜycie podpisany i opatrzony datą. jakby juŜ do niego naleŜała.

ale mimo rozŜalenia nie posunie się do tego. kiedy był jeszcze na tyle młody. niech ją Bóg skarze. Nawet dla bogatego Kościoła trzynaście milionów funtów to trzynaście milionów funtów. Ale ona postarała się o to. pozbawiła go zysków i tytułu. Był pewien. zapewniając sobie przychylność kolegów i przełoŜonych.Brawo. Z jaką diabelską przenikliwością go przejrzała! Gdyby wyzuła Paddy'ego ze wszystkiego. jego Ŝony.. Trzynaście milionów funtów i szansa zostania kardynałem! Kosztem Paddy'ego Cleary. Ŝeby wyrwać się z Gillanbone i doŜywotniego zapomnienia. Ŝeby po jej śmierci Ŝyło mu się wygodniej niŜ za jej Ŝycia i Ŝeby nikt nie mógł mu odebrać Droghedy. A czyje ręce składają tę fortunę u stóp Kościoła? Jego własne ręce. jego synów. Ŝe Paddy nie będzie kwestionował waŜności testamentu. miałby zapewniony dostatni byt. kiedy był małym chłopcem. Mary Carson uczyniła z Gillanbone epicentrum na mapie legata papieskiego w pełnym tego słowa znaczeniu. Szansa. no i Meggie. Nigdy nie naleŜałaby do najlepszej sfery. Ŝeby zająć odpowiednie miejsce w kościelnej hierarchii. Meggie nie chodziłaby głodna ani nie musiałaby iść boso w świat. szanowano by ją i przyjmowano w towarzystwie. nie mocząc papieru. jakie uronił od czasów. jak postąpić: poszedłby do kuchni i wrzucił testament do pieca nie oglądając się na nic. nie miałby wątpliwości.powtórzył ksiądz Ralph i pierwsze łzy. . dorównującą pozycją pannie Carmichael i jej podobnym. wiedziała to teŜ Mary Carson. co Mary Carson potwierdza czarno na białym. Trzynaście milionów funtów. kapnęły mu na wierzch dłoni. Fortuna. Ŝeby Paddy'emu niczego nie brakowało. szansa. nie byłby właścicielem owych bajecznych trzynastu milionów funtów. wstrząsy powinny dotrzeć do samego Watykanu. O. Ŝeby nadrobić stracony czas.. Ŝeby wytoczyć u sprawę w sądzie. której nawet Kościół nie moŜe zniewaŜyć. Mary! .. Owszem. ale byłby szanowany. ale nie samej ziemi. ale nie naleŜałaby do najlepszej sfery. A wszystko to w momencie. A zarazem nie byłaby panną Cleary. Owszem. Nie. z pewnością Paddy będzie wściekły nie zechce się z nim więcej widzieć ani rozmawiać.

A więc wiesz. poprawił koszulę.Widziałeś juŜ ją? . tak! .. to trzeba ją będzie wlewać do bańki po benzynie.To okropne. . Najpierw pojechał jedną bogatszych bocznych ulic Gillanbone przez dość pretensjonalny dom. ale za to wiem. Paddy czekał na niego w holu na dole. NajlŜejszy podmuch nie poruszał zwisających cięŜko zasłon.. JeŜeli w ciągu najbliŜszych kilku godzin nie zamkniecie jej w jakiejś skrzyni. . Musiał jechać do Gilly po sutannę i ornat. . O BoŜe! Ty obrzydliwa Ŝmijo! Wygrałaś. pozieleniałe ręce.Czy musiał podejmować decyzję? CzyŜ nie wiedział od razu. gazy wydymały baloniasto grube. Jadę do Gilly po sutannę i ornat. skóra rozpadała się.Niech ksiądz wraca jak najszybciej! . co ja teraz zrobię? . ale pośpieszył do bawialni. Jeszcze nie widziałem tak szybko rozkładającego się ciała.poprosił Paddy. Z muszych jajeczek złoŜonych w wilgotnych zagłębieniach twarzy zaczynały wychodzić czerwie. czego ty nie miałaś. Pogrzeb musi odbyć się samego rana. blady i oszołomiony. Triumf jednej rozkładającej się karykatury człowieka nad drugą.Och. Człowieku. tylko uwiń się z tym prędko. Mimo otwartych okien smród zamienił się w obrzydliwy fetor. ale przedtem chciał jeszcze raz popatrzeć na Mary Carson. Ksiądz Ralph spędził w miasteczku więcej czasu. proszę księdza! . . Nie traćcie czasu na ozdabianie trumny. będziesz doświadczać mojej obojętności przez całą wieczność. ObłoŜycie ją róŜami z ogrodu. jakie piekło przygotowano dla ciebie. niŜ wymagała tego krótka wizyta na plebanii.zawołał podchodząc. czymkolwiek. jak postąpi? Łzy obeschły. co naleŜy zrobić.BoŜe. Tak nagle! Zupełnie się tego nie spodziewałem. Nie moŜesz pokonać mojej Meggie ani odebrać jej tego. Jeszcze wczoraj tak dobrze wyglądała! Dobry BoŜe. zmiłuj się. MoŜe będę się smaŜył w piekle razem z tobą. Równym krokiem podszedł do łóŜka i stanął przed nią. Jak zwykle z gracją wstał. kiedy pokojówka zaanonsowała gościa. ale cóŜ to za zwycięstwo. Harry Gough zasiadał właśnie do kolacji. otoczony starannie zaprojektowanym ogrodem.

. do głowy mi nie przyszło.Na to wygląda. Harry. . ale musiała umrzeć. Ŝe jej nie otworzę do czasu. Pani Smith znalazła ją dziś o szóstej wieczorem. jest z tym mały kłopot. Ŝe Mary Carson zmarła dziś rano. Ŝe przywiozę ze sobą testament. Ŝe długo nad tym rozmyślała. Czuła się zupełnie dobrze. więc proszę łaskawie być obecnym przy odczytywaniu ostatniej woli.Czy ksiądz zje z nami? Jest peklowana wołowina. śyczy sobie ksiądz. Ŝe wyglądała odraŜająco.Dziękuję. Wydaje mi się. .Chryste panie! Widziałem ją wczoraj! Trzymała się świetnie! . Ŝeby ci powiedzieć. kapusta i ziemniaki z sosem pietruszkowym.Czy będzie pochowana jutro? . ledwie się połoŜyła. Kiedy wyjeŜdŜałem. Nie Ŝyła juŜ tyle godzin. Przyjechałem do Gilly tylko po sutannę i ornat. . tego nie wiem. potworny. Ŝebym to zrobił? . OtóŜ Mary sporządziła drugi testament. Dobry BoŜe. Przyjechałem. Ksiądz teŜ jest jednym ze spadkobierców. Potrzebują mnie tam. modlę się. kiedy odprowadzałem ją na górę koło trzeciej nad ranem.To konieczne! . Muszę jak najszybciej wrócić do Droghedy. straszny. nie mogę zostać. . . Przez cały dzień przy tym upale leŜała w zamkniętym pokoju jak w inkubatorze. aŜ ujrzę ją martwą.Wiem. Harry.Nie. Kiedy poŜegnała gości.Mary sporządziła nowy testament? Beze mnie? . Harry. ale dlaczego okryła to tajemnicą. Ŝeby zapomnieć ten widok! Powiadam ci.Która to godzina? Dziesiąta? W tym upale musimy jadać kolację tak późno jak Hiszpanie. rozpieczętowałem kopertę i znalazłem w niej nowy testament. Ŝe jest za późno.Niech ksiądz powie Paddy'emu. ale przynajmniej nie trzeba się martwić. . by dzwonić do ludzi. . Msza będzie o dziewiątej rano. Ŝeby zaraz po pogrzebie przystąpić do rzeczy. dała mi zapieczętowaną kopertę i kazała przysiąc.Niestety. to wielka uprzejmość z twojej strony. Kiedy to się stało. choć raz nie przesolona. Ŝe będę odprawiać mszę Ŝałobną.

Ani o Paddym.Czy nie sądzisz. . co zobaczył. Natomiast w skupieniu. nie ma odwrotu. tkwiące samotnie jak duchy wśród połyskliwej trawy. ani o Meggie. . Harry. Kości zostały rzucone. umieszczono juŜ w trumnie. I na tym się rozstali. .I dała to księdzu dopiero dziś nad ranem? .Tak. . głębokie cienie . .kiedy wszyscy zjadą się na pogrzeb Mary Carson. Dopiero o czwartej nad ranem ksiądz Ralph przejechał ostatnią bramę. Harry.Mógł tak się wyrazić nie będąc katolikiem. Ŝe była to większa niespodzianka dla mnie. Piękne oczy księdza nie zdradzały niczego. Adwokat od razu przeczytał dokument.. . Ksiądz Ralph wsunął rękę pod koszulę i podał złoŜone na czworo arkusze pergaminu. szeroko otwartymi oczyma wpatrywał się w noc. Przez całą drogę nie dopuszczał do siebie Ŝadnych myśli. .Tak.UwaŜam. całe Gillanbone i okolica dowiedzą się. niŜ dla ciebie. komu przypadły pieniądze. Ksiądz Ralph wolałby nie zobaczyć w jego oczach tego.No cóŜ.myślał ksiądz Ralph . Ŝe powinieneś to zrobić.Wierz mi.Czy ma go ksiądz przy sobie? . spojrzał na duchownego. Kiedy skończył.Czy to jedyny egzemplarz? . gratuluję! A więc jednak zgarnął ksiądz wszystko. . gdyŜ wracał do Droghedy bez pośpiechu.O ile wiem. ani o tej cuchnącej masie. . miał szczerą nadzieję. co mu się naleŜy? Kościół nie ma Ŝadnego prawa do majątku Mary Carson. tak. Do rana .Poradzę Pady'emu. którą. posrebrzone martwe drzewa. ani o Fee. WyraŜały one podziw i gniew zabarwione pogardą. Ŝeby oddał sprawę do sądu. Ŝe to nie byłoby właściwe? To majątek Mary i mogła nim dowolnie rozporządzić. Ŝeby Paddy biedaczysko dostał.Więc dlaczego ksiądz nie zniszczył tego.

Ta ziemia była taka piękna. to i ja zgrzeszyłem. Zaparkował samochód w pewnym oddaleniu od rezydencji i ruszył powoli w jej stronę. pod czarną gęstwiną glicynii poruszył się jakiś cień. a mama jest na dole z maluchami. która cierpliwie czekała na jego powrót. Ŝe powinnam modlić się razem z panią Smith. szczególnie dobrym człowiekiem. Ŝe to tylko Meggie. . Raz zatrzymał samochód. które ośmielały się nią rządzić. Ze wszystkich okien lało się światło. .Popatrzył na wielki dom i westchnął. Minnie i Cat.Przestraszyłaś mnie .. stara jędza. Okazało się. Zdaje się.Dobrze się ksiądz czuje? . Dała mu się we znaki. podszedł do ogrodzenia i oparł się o napięty drut wdychając zapach eukaliptusów i czarowny aromat dzikich kwiatów. Powinienem kochać wszystkich bez wyjątku. pojedziesz ze mną do świtu? Dotknęła czarnego rękawa sutanny i opuściła rękę. obojętna na losy istot. wysiadł. prawda? Wcale nie był skłonny czcić pamięci Mary Carson. dopóki światło dnia nie przegoni demonów ciemności. Z mieszkania gospodyni dobiegł go głos odmawiającej róŜaniec pani Smith. . . Ja teŜ nie mam ochoty za nią się modlić. a na tobie nie spoczywa takie brzemię. Stanął jak wryty.Przepraszam. ale nie mam na to najmniejszej ochoty. To chyba grzech. natomiast grzechem jest hipokryzja. mówiąc takie słowa.Nie uwaŜam tego za grzech. Byłą górą. ChociaŜ ludzie ujarzmili ją własnymi rękoma. W stroju do konnej jazdy. JeŜeli osiodłam konie. czując ciarki na grzbiecie.rzekł szorstko.rzucane przez zagajniki.Nie chcę tam siedzieć w zamknięciu. dopóki nie potrafili regulować pogody i sprowadzać deszczu. Nie chciałam siedzieć z tatą i chłopcami. nic mi nie jest. Nie chcę przebywać z nią pod jednym dachem. . rozbudzona i rześka. księŜyc w pełni płynące po niebie jak mydlana bańka.Błysnął zębami w uśmiechu. bardziej niŜ ty. Meggie.. Nie była.Ja teŜ nie chcę wchodzić do środka. której wtórowały dwie irlandzkie pokojówki. . nieskalana.Tak.Jeśli więc zgrzeszyłaś. . . to niechcący. to wszystko. . . na dłuŜszą metę ona nimi rządziła.

. aŜ w końcu nawet wspomnienie o mnie się zatrze. jak czuł zapach róŜ w pięknych ogrodach Mary Carson. Tyle myśli. z gardłem ściśniętym jak do płaczu. i gdyby musiał . Płatki w trawie. białe. Wiedział. uprzytomnił sobie z całą wyrazistością to. Popielate róŜe. czerwone. Dźwignął ostro kasztankę i pogalopował przodem drogą do strumienia. Ŝe nie pozwolą mu zostać w Gilly. Woń Mary Carson. wyrzekłem się ciebie. słodka i odurzająca nocną porą. Ŝe stałaś się dla mnie zagroŜeniem? ZmiaŜdŜyłem cię obcasem mojej ambicji. ale ten ból bez trudu za nim nadąŜał. niŜ gdyby został w Gilly i patrzył. naprzód! Tak. Nie znaczysz dla mnie więcej niŜ zdeptana róŜa w trawie. na pewno ból się zmniejszy.Zaczekaj na mnie. bo dopiero teraz. Ale czy nie pojmujesz. z uczuciem. Tak na pewno będzie. Stanęła mu przed oczami twarz Paddy'ego. RóŜe. Kiedy poznają warunki zawarte w tym nieprawdopodobnym testamencie. Ŝe leci w powietrzu. zostawię tylko sutannę w samochodzie. wyraŜająca oburzenie i odrazę. Będzie coraz mniejszy i mniejszy. jakiego jeszcze w Ŝyciu nie zaznał. kiedy poczuł zapach przyszłych ozdób trumny Mary Carson. ale juŜ. Woń róŜ. w takt walących kopyt. Letnie róŜe. popielate róŜe. RóŜe. Miało to nastąpić kiedyś. moja Meggie. wszędzie róŜe. zaraz. lepiej. popielate róŜe. Ŝółte. RóŜowe róŜe. co miało nieuchronnie nastąpić. . wezwą go natychmiast do Sydney. Woń róŜ. Ŝe nie będzie potem mile witanym gościem w Droghedzie i juŜ nigdy nie zobaczy Meggie. Tak będzie lepiej. .. tyle uczuć nie do opanowania. Jutro cały dom się nimi wypełni. Po raz pierwszy próbowała spotkać się z nim na gruncie dorosłości.mruknął dosiadając konia. w nieokreślonej przyszłości. kiedy przycupnie w jakiejś bezpiecznej celi w pałacu biskupim. Natychmiast! Uciekał od bólu. Zaczął ujmować myśli w karby. spopielałe w księŜycowej poświacie. RóŜe i popiół. Wyczuwał róŜnicę w jej zachowaniu równie silnie. śe wkrótce stąd wyjedzie. Lepiej. lepiej! Galopem naprzód. Czuł.Popielate róŜe . jakiej nie chciał widzieć.Ucieknijmy od zapachu róŜ na koniec świata. popielate róŜe. jak Meggie przeistacza się w istotę.Pójdę do stajni.

obrócona tak. a najbliŜsze drzewa rosły w odległości pół mili.Prawda. . aŜ wytańczyła swoje podniecenie.pewnego dnia udzielić jej ślubu z jakimś nieznajomym męŜczyzną. W tym właśnie sęk.. Poruszając się w zwolnionym tempie. na to nie było miejsca. Uśmiechnął się.. Ŝe cudnie tu jak w piekle? Siarczane wyziewy w jej własnej posiadłości. SłuŜyła za siedzisko tym. tryskała wprost do jej głębin wrząca woda.. Ŝeby Meggie go dogoniła. na jej podwórku. Czekał. W pobliŜu nie było płotów. czuł tylko ból.. to z serca. zawrócił klacz i siedział. Na przeciwległym od studni krańcu sadzawki. Meggie. Nie ból zdrady. kiedy dotrze na miejsce przystrojona w kwiaty. Powinna rozpoznać piekielny smród. Co z oczu. W pobliŜu huczała studnia artezyjska. którzy kąpiąc się w zimie. W takim razie. a Meggie zajęła miejsce w pewnej odległości. jedynie ból wywołany czekającą go rozłąką. Ksiądz Ralph parsknął śmiechem. gdzie woda była chłodniejsza. Ksiądz Ralph usiadł. co on tu robi razem z nią. . szeroką jak wentylator.Co się stało? Dziwnie zabrzmiało w jej ustach to pytanie. W szarym mule na brzegu sadzawki Ŝyły małe rzeczne raki. leŜała na brzegu kłoda. . Od jeziorka połoŜonego na wzniesieniu terenu rozchodziły się na wszystkie strony. Och. w zagajniku bukszpanów i kulib po drugiej stronie parowu? Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Ŝeby móc na niego patrzeć. Konie. odpowiednio przyuczone. wycierali tu sobie nogi. które sam tak często zadawał.Proszę księdza! Nie mogę nadąŜyć! Proszę wolniej! To było wezwanie do obowiązku i rzeczywistości. stały w miejscu z puszczonymi luźno cuglami. rowy rozprowadzające wodę po równinie. Meggie go doganiała. cuchnęła siarką parująca duŜa sadzawka. jak szprychy od piasty koła. a przez rurę. najeŜone szmaragdową trawą. .

niŜ kiedy odszedł Frank.Dobrze powiedziane. Meggie! AleŜ ty doroślejesz! Z kobiecym uporem sięgnęła pamięcią do pytania. jeszcze jeden cięŜar przyjęty godnie. . Ŝe wyjeŜdŜa i jak cięŜko jej będzie bez niego. No i proszę: głowa podniesiona na przekór zmartwieniu. . a tym bardziej nie wolno jej było pielęgnować.W pewnym sensie. .A co za róŜnica. Ŝe dorastam i ludzie mogliby o nas plotkować? .Sprzedałem cię. Przysiądź się do mnie bliŜej. nierówno rozłoŜone.To metafora.Nie zrozumiałabyś tego.Ksiądz ma Boga. którego nie mogła zadać goniąc go konno przez trzy mile. Wiedziała. MoŜe nie będziemy juŜ mieli więcej okazji porozmawiać ze sobą. moja droga Meggie.Niezupełnie.Nie to mam na myśli. . i westchnęła bezgłośnie. Meggie. Bez krzyku. . Ŝe siedziała tuŜ bok. sprzedałem cię za trzynaście milionów srebrników.A mnie cięŜej niŜ kiedykolwiek w Ŝyciu. . .Dopóki będzie trwała Ŝałoba po cioci? . Ŝe będziemy w Ŝałobie? . . Czy chodziło o kolor mojej sukni? . NiewaŜne.Nie ma takiej myśli.Powiedział ksiądz w stajni „popielate róŜe”.Co? . .W najbliŜszych dniach. . Nie mam Ŝadnego pocieszenia.Och! Będzie mi cięŜej.Sprzedał mnie ksiądz? .Nie wstając przysunęła się tak. ale to pytanie miało odrębną wagę i znaczenie. bez spazmów protestu. . co nie miałaby prawa się narodzić. ale miałem na myśli co innego. Po prostu wyjeŜdŜam. Obumarcie pewnej myśli. . bez łez. Meggie. .. która nie miała prawa się narodzić. jakby brzemię źle leŜało. Jedynie troszeńkę się skuliła. Ty przynajmniej masz rodzinę.Kiedy? .Dlatego.

co będę robić następnego dnia. o tacie i mamie. Ŝe myślisz o mnie. Meggie. ale umilkła. i znój dodają człowiekowi lat. . jeŜeli chcę mieć dzieci. Mimo przeszywającego bólu uśmiechnął się. co powinienem był spostrzec wcześniej. ogródku warzywnym. kurach. jest dobre Meggie.Argumentujesz jak jezuita.Zdaje się. jak z tego wybrnąć? . . Podoba mi się twój brak doświadczenia. CóŜ. Ŝeby się jej przypatrzeć.Nie powiedziałaś. Ŝe tak miało być. Ŝe chce coś powiedzieć. to znaczy. o Jimsie i Patsym. Ŝeby podkochiwać się jak pensjonarka.Och. ale wiem. nie uwaŜasz? Jesteś trochę za duŜa na to. o czym rozmawiają męŜczyźni. To nie jest dobrze dla dziecka. Obrócił się do niej. trud. Ŝeby wyjść za mąŜ? .Nie. .Obrócił głowę. O pogodzie. niespełna siedemnastoletnią panną. uwalniając się od jego ręki. O koniach i owcach. kiedy masz czas na myślenie? . prawda? JuŜ-juŜ miała odpowiedzieć. Zdawało się. o tym. o czym myślisz. Ale jeŜeli się urodziło. . i o pozostałych chłopcach. jeŜeli nie ma ojca. .Nie. wymieniłabyś mnie jednym tchem ze swoim ojcem. Bardzo bym chciała je mieć. Ŝe wyjeŜdŜam. ujął pod brodę i popatrzył prosto w oczy. O tym wszystkim.Meggie. Zadziwiała go ta osobliwa mieszanina ignorancji i zasad moralnych. Ŝe wiesz. ale w końcu zamknęła błyszczące od łez oczy i potrząsnęła głową. jak bolesne bywają pensjonarskie zauroczenia.Za miesiąc skończę siedemnaście. . Dlatego dobrze. . mówiąc mi. deszczu. Nie byłaś całkiem szczera. ale pewnie będę musiała wyjść za mąŜ. uzmysłowiłem sobie niedawno coś. . co się rodzi. o Halu i cioci Mary.Przez całe Ŝycie cięŜko pracowałaś. ale z drugiej strony jesteś niezbyt dorosłą.Chyba tak. o czym mówię. Jak to zrobić. Dostatecznie wiele z nich odczułem na swojej skórze.Nie wszystko.Czy marzysz o tym. Gdyby nie wiązało się to z poczuciem winy. O czym ty myślisz. Ile ty właściwie masz lat? . . Czasem myślę o małych dzieciach.

poznasz męŜczyznę. Frank o nas zapomniał. . najwyŜej wspomnisz kilka burz towarzyszących dojrzewaniu.Nie. I ksiądz teŜ zapomni. .Czy to waŜne? Po prostu tak jest. teraz ksiądz. jak patrzyłby mąŜ. ale dla mnie ma. Z Halem jest jakoś inaczej. jaką mam moc nad wszystkimi obecnymi? .przed snuciem romantycznych marzeń związanych z moją osobą. Wiem. Ale czy tak jest dlatego. Kiedy staniesz się kobietą. To. Najpierw Frank. Widzę to podczas mszy. Pochylone ramiona przygniatał wielki cięŜar. Ksiądz ma jakąś moc.. Chyba czuje się ksiądz wtedy jak Chrystus.Nie nabiję sobie głowy marzeniami. . . Meggie! Z upływem kaŜdego dnia umieram. nie męŜczyzną.Ja będę czuł to samo. Będę nawet musiała zadawać sobie pytanie. Ŝe kocham cię jak męŜczyzna. Jestem kapłanem.Wiem. Ŝe nie Ŝyje i nigdy nie wróci. . co ksiądz porabia.Dla ciebie nie miałoby to pewnie znaczenia. to nie znaczy. . co robię. ale uniosła głowę. to przejściowa faza. czy ksiądz jeszcze Ŝyje. spełnia we mnie potrzebę. . Ŝeby myśleć o mnie. i będziesz zanadto zajęta swoim Ŝyciem. i jestem pewien. WciąŜ wątpię.Nie sądzę. a co rano odradzam się odprawiając mszę. Więc nie nabijaj sobie głowy marzeniami o mnie. który jest ci przeznaczony na męŜa. Nie myślę o tobie w ten sposób. czy będę miał czas. czy dlatego.. Nigdy nie będę mógł patrzeć na ciebie tak. jak będę dalej Ŝyć. Meggie. rozumiesz? Kiedy mówię..Czuję wstrzymane oddechy w kościele. Meggie. Musisz się ustrzec przed jednym . Ŝe ksiądz jest kapłanem. . Ŝe cię kocham. nawet ty. kamień milowy na drodze do kobiecości. Ŝe jestem wybrany przez Boga kapłanem. Ŝeby tu znów zawitać. Ŝe słyszę te naboŜne westchnienia i wiem. . czy jest zdrów. czy mogłabym w czymś pomóc. jakiej nie zaspokoiłaby Ŝadna ludzka istota. WyjeŜdŜam i bardzo wątpię. Ale wy obaj z Frankiem Ŝyjecie! Będę stale rozmyślać. wciąŜ wątpię. Wiem. choćby w odwiedziny.Posłuchaj.Nie wiem. Ŝeby źle wybrał drogę Ŝyciową. Ŝeby spojrzeć mu w twarz. Ŝe Frank teŜ to czuje. Meggie.

. krótki uścisk. z jaką zarzuciła mu ręce na szyję i splotła je. Ŝe trzyma w ramionach kobietę. Z dłonią we włosach. chcąc mu odpowiedzieć. niepokojące. serdecznie. a potem znów pochylił się ku niej. Ŝeby mu nie umknęła. Nie będziemy juŜ nigdy sami.Nie mógłbym ciebie zapomnieć. jakby poczuł smak trucizny. Meggie. niezwykłe uczucie. Ale nie odpowiedział na jej pytanie. Ŝe czuje o wiele większy ból od niej? Kiedy pochylał głowę do jej policzka. i chciał coś powiedzieć tuŜ koło słodkich zamkniętych ust. zanim zdołałby pojąć i odnotować w pamięci to niewiarygodne zjawisko. bo księŜyc zaszedł i zrobiło się ciemno. gdyby wiedziała. bo jego Meggie nie była kobietą.rzekł. nie mogła nigdy być dla niego kobietą. jakby codziennie brał ją w objęcia męŜczyzna. . . poddając beznamiętnym oględzinom jej najskrytsze marzenia. Czuł jej drobne stoŜkowate piersi. tak obca. rozchyliła wargi. I za karę będę Ŝył długo. Meggie teŜ.Czy gdyby ksiądz nie był księdzem. topniejąca ciemność. na pewno mocno ją zranił. Czy pocieszyłoby ją. a ona. .Myślę. Tak jak on nie mógł być dla niej męŜczyzną. omdlewające. pomógł jej wstać i objął ją delikatnie. nie chciała. O wiele bardziej niepokojąca wydała mu się naturalność. . Ŝe to nasze poŜegnanie. Nigdy nie całował jak kochanek i nie chciał tego robić teraz. jakiego oczekiwałaby na odjezdnym od własnego ojca. Ŝe w tej chwili mogłaby zniknąć. Ŝe nie mogła stać się bliska. uniosła się na palcach i bardziej przez przypadek niŜ z rozmysłem dotknęła ustami jego ust. oparte nisko o jego pierś. Uniesiona ku niemu twarz była ledwie widoczna. Wzdrygnął się. Była wraŜliwa i dumna. oŜeniłby się ze mną? Tytuł zazgrzytał w uszach. Meggie. Ciepłe muśnięcie policzka. przysunął jej twarz do swojej. Meggie i nie Meggie. Jedną ręką chwycił ją wpół. .Nie nazywaj mnie tak przez cały czas! Na imię mi Ralph . przelewało mu się przez ręce jak ciepła. nie czuł. ChociaŜ trzymał ją w ramionach. któremu było na imię Meggie. Tak samo jak on chciała mieć to poŜegnanie jak najszybciej za sobą. jak przypuszczał. jakby w obawie.Wstał. bardzo długo. do końca Ŝycia nie zapomnę. nie miał najmniejszego zamiaru jej pocałować. Jej ciało. drugą podtrzymywał głowę.

. Ŝe nie pomogły otwarte okna.Nie zamierzam wygłaszać długiej mowy pochwalnej . Przed rozpoczęciem mszy Ŝałobnej obrócił się do zgromadzonych. niemal z oksfordzką dykcją.Pora na nas. Jeszcze nigdy nie wyglądał na tak zobojętniałego. Spojrzał z roztargnieniem na pannę Carmichael. tak wyzutego z ludzkich uczuć jak tego ranka. Do ósmej rano ogród został niemal doszczętnie ogołocony. rozerwał splecione na szyi ręce.Niezbadane są wyroki Opatrzności. spekulacje. dlatego dom tonął w kwiatach.dogryzła Ralphowi panna Carmichael. a jego duch. w wypełnionej po brzegi kaplicy unosiła się tak silna i mdląca woń róŜ. lęk przed jego gniewem. Wieść rozeszła się. oczy uśmiechały się złośliwie. W małej jadalni przygotowano lekkie śniadanie.Ta myśl pokonała zmysły. Ale spuściła głowę i nie chciała na niego patrzeć.rzekł i odszedł. kiedy zerwano z krzaka ostatnią róŜę. panno Carmichael! .powiedział. pragnienie. Ŝeby porozmawiać z kimś innym. Pierwsi Ŝałobnicy przybyli niedługo po tym. wsiadła i czekała na niego. Meggie . Podczas gdy z ust padały konwencjonalne zwroty. O tej porze roku w Droghedzie było zatrzęsienie róŜ. a potem uśmiechnął się z nie udawaną wesołością. uleciał gdzieś daleko. . odsunął ją od siebie i usiłował dojrzeć w ciemnościach jej twarz. Nikt nie domyśliłby się. Ŝeby ujrzeć gniew i pogardę. lekko zabarwioną irlandzkim akcentem. . choć zwykle to on na nią czekał. zbliŜająca się konfrontacja z Paddym podczas czytania testamentu. Po złoŜeniu w grobowcu zwłok Mary Carson miała odbyć się stypa w duŜej jadalni dla pokrzepienia przyjezdnych przed czekającą kaŜdego z nich długą drogą do domu. kawę i świeŜo upieczone bułeczki z masłem. nie sposób wątpić w skuteczność poczty pantoflowej w Gilly.Podobno mamy księdza utracić . Zupełnie jakby obecny był jedynie ciałem. w albie bez koronek i czarnym ornacie ze srebrnym krzyŜem. .powiedział wyraźnie. przez chwilę zbierał myśli. co go zaprząta. snuto ciche domysły. - . Ŝeby ją rozproszyć. Bez słowa podeszłą do konia.

którzy lękliwie się wycofują. . a śmierć staje się błoga.Kiedy dotarłem do Droghedy. Ani największe.Filarem Kościoła. naprędce skleconym przez chłopców. Ŝe ledwie ją było widać. . ani najmniejsze stworzenie nie umiera samotnie.nikt nie wyraził chęci niesienia ciała Mary Carson do grobowca. Ŝeby pomodlić się za jej nieśmiertelną duszę. Potrzebny więc był wózek . dźwigając brzemię naszej agonii. jest z nami. Ŝe sprzątnięto mu sprzed nosa Droghedę.Samotna w swojej ostatniej godzinie. otrzymała sprawiedliwą nagrodę w Ŝyciu wiecznym. Ŝe doktor musiał trzy razy prosić go o powtórzenie. Gdy Ŝałobnicy zebrani w duŜej sali posilali się bądź udawali. natomiast inni utrzymywali potem równie stanowczo. Była filarem tej społeczności. Nawet doktor nie powstrzymywał się od komentarza. co mówi. Niektórzy w tym momencie gotowi byli przysiąc. Mimo otwartych na ościeŜ okien i obezwładniającego zapachu róŜ czuć było trupi odór. który umiłowała bardziej niŜ kogokolwiek z Ŝywych. Harry Gough poprowadził Paddy'emu z rodziną. była w stanie takiego rozkładu. Ŝeby ta. Jeszcze nigdy nikomu tak nie współczułem. którą kochaliśmy za Ŝycia. Zebraliśmy się tutaj. Ŝe dostrzegli w jego oczach błysk drwiny. panią Smith i dwie słuŜące do salonu. Ŝe nie mogłem zapanować nad Ŝołądkiem . i to nie tylko dlatego. ale Ŝe musiał przełoŜyć tę straszliwą kipiącą stertę do trumny. jest w nas. Ŝe przyćmił te oczy szczery smutek i Ŝal. spoczywała na niewielkim wózku. . obsypana róŜami tak. Nikomu teŜ nie było przykro.odparł Martin tak cicho z powodu innych podniesionych na linii słuchawek. księdza Ralpha. filarem Kościoła.Wobec tego nie zgłaszam się na ochotnika do niesienia trumny . kiedy cięŜkie drzwi zamknęły się za nią i moŜna było wreszcie normalnie oddychać. Ŝe się posilają. Prowizoryczna trumna. jak Paddy'emu Cleary. śaden z gości nie wybierał się jeszcze w drogę powrotną .Wszyscy znaliście Mary Carson. . Bo w godzinie śmierci Jezus Chrystus.powiedział przez telefon do Martina Kinga. nie naleŜał bowiem do tych. nie była przecieŜ sama. zanim zrozumiał. Módlmy się. który umiłowała bardziej niŜ kogokolwiek z Ŝywych powtórzył jeszcze wyraźniej. nasz Pan.

Paddy. więc moŜe tak będzie lepiej. ale o wiele większą sympatią darzyła Clearych. Harry. jakby nie dbała o to. stąd pozorowane zainteresowanie jedzeniem. Twoja siostra była głównym udziałowcem w stu pierwszorzędnych spółkach. . wyłącznie do niej naleŜał Michar Limited z dziesięciopiętrowym biurowcem w Sydney.zaczął adwokat powoli i wyraźnie. Ŝe trochę mnie to rozczarowało.To przesądza sprawę. Ŝe podczas pogrzebu rodzina Clearych nie dawała po sobie poznać. co chciała. jakim jest Drogheda. Harry! Nie mógłbym tego zrobić.Nie rozumiesz. Nie przeczę. Nie chcę brać odpowiedzialności za takie pieniądze.Nie. Drogheda to najmniejsza część fortuny pozostawionej przez twoją siostrę. o czymś przekraczającym ludzkie pojęcie. Była najbogatsza w całej Australii! Dziwne. właścicielką stalowni i kopalń złota. ale jakieś cztery tygodnie temu poleciła mi skontaktować się z dyrekcją Michar Limited w Sydney i dowiedzieć się. kiedy pokaŜe się po odczytaniu testamentu. co się z nią stanie. jaką minę będzie imał Paddy. .Trzynaście milionów funtów! .powiedziała pani Smith.Ja nie mówię tylko o Droghedzie. jakby tłumaczył dziecku. Ŝebyś wystąpił o uniewaŜnienie testamentu powiedział Harry Gough odczytawszy zdumiewający dokument z oburzeniem. a Fee wyglądała zupełnie tak samo jak zawsze. To dzięki nim pojawiły się w jej Ŝyciu dzieci. chciałbym.Podła stara baba! . W chwili śmierci wartość jej majątku przekraczała trzynaście milionów funtów. Wszyscy chcieli zobaczyć na własne oczy. . to znaczy. człowiek gołębiego serca. . Wolałbym nie dźwigać odpowiedzialności za tak wielki majątek. Ŝe zajmuje wyŜszą niŜ dotychczas pozycję. . JeŜeli postanowiła oddać go Kościołowi. Paddy! .powtórzył Paddy takim tonem. ile dokładnie wynoszą jej aktywa. Majątek naleŜał do niej. Paddy potrząsnął głową. .do domu. Ŝe chciała oddać go Kościołowi. opłakiwał siostrę. lubiła wprawdzie księdza. Miała pełne prawo zrobić z nim. ale jestem prostym człowiekiem. . Trzeba przyznać. Wierz mi. jakby mówił o odległości dzielącej Ziemię od Słońca. Paddy. .

. Wystąp o uniewaŜnienie testamentu. Paddy zwrócił się do Boba i Jacka. proszę cię! Wystaram się o najlepszych adwokatów i będę walczył o twoją sprawę. . . z rękoma ukrytymi pod czarnym ornatem. jak postanowisz.Czy nie liczysz się ze swoimi kobietami na tyle. chłopcy? ZaleŜy wam na zdobyciu tych trzynastu milionów cioci Mary? Pójdę do sądu pod warunkiem.spytał z niepokojem Paddy. . Paddy! Nie rozumiesz? Takie pieniądze same o siebie dbają! Nie potrzebowałbyś się w ogóle nimi zajmować. prawda? spytał Bob. Ŝeby te pieniądze przynosiły zyski.Fee? . Nie miał nawet zaznać upragnionej kary . .Więc czego nam więcej trzeba. . Ŝe tego chcecie. setki ludzi pracuje wyłącznie nad tym.spytał Bob brata. dopóki będzie Ŝyć choćby jeden wnuk Paddy'ego . Ŝe uwolnił rodzinę od kłopotu.Co wy na to.odparł Jack.Ale moŜemy mieszkać w Droghedzie. Paddy. Ŝe dotyczy to w równym stopniu jego rodziny.Zgodzisz się ze mną? .spytał ostro ksiądz.Będziemy mieszkać w rezydencji. jakby trudniej mu było uwierzyć w swój dobry los niŜ zły. Nie zatrzymał się.Będzie tak. Paddy. . Uprzytomniając sobie raptem. Jack? . Niczym piękny czarodziej stał samotnie w głębi mrocznego salonu.wściekłości i wzgardy. którzy siedzieli oszołomieni na ławie z florenckiego marmuru. . Ksiądz Ralph poruszył się niespokojnie. Ŝeby zdjąć Ŝałobne szaty ani nie przysiadł na krześle.pośpieszył z odpowiedzią Harry. . i będziemy otrzymywać godziwą zapłatę .. razem z panią Smith i z dziewczętami do pomocy.Mnie to odpowiada . czającym się w chłodnych oczach przeraŜeniem i gorzką niechęcią. Mnie to obojętne. Paddy zamierzał wręczyć mu całą fortunę na złotej tacy dobrej woli i w dodatku podziękować za to. Ŝeby je teŜ spytać o zdanie? .Nikt nie moŜe was wyrzucić z Droghedy. .AleŜ to Ŝadna odpowiedzialność..A co z Fee i Meggie? . testament to potwierdza.powiedział Paddy tak. znieruchomiałą twarzą.

Wychodząc z salonu. nadal z trudem wiązałbym koniec z końcem w Nowej Zelandii. . ani księdza. nie odwiedziwszy juŜ Droghedy..Proszę. . niech ksiądz nie myśli. co chciała. . ani brata.A więc postanowione. co posiadała Mary Carson.Dziękuję ci. gorączkowo pochwycił sękatą. .Dziękuję losowi za Mary . tak jak i nam. Ŝe cię oszukano! . MoŜesz być spokojny. Paddy zatrzymał księdza Ralpha i wyciągnął rękę tak. Ŝeby przejąć obowiązki duszpasterza okręgu Gillanbone.odparła Meggie ze wzrokiem utkwionym w księdza Ralpha.Meggie? . MoŜe ksiądz wierzyć. . Paddy. ani męŜa. Harry klasnął w dłonie. Ŝeby widzieli to zaintrygowani Ŝałobnicy tłoczący się w drzwiach jadalni.Gdyby nie ona.. Harry.. Ksiądz okazał jej wiele serca. ale kardynalski umysł zwycięŜył. Niewiele brakowało. Ostatnie dni zajęło mu pakowanie skromnego dobytku i objazd wszystkich okolicznych farm zamieszkanych przez rodziny katolików.Nie chcę jej trzynastu milionów srebrników . miał do pomocy dwóch podsekretarzy. Paddy odwrócił się do adwokata. Poczucie winy. Główne jego zajęcie polegało na dokładnym ustaleniu. nie mogę ścierpieć. Po tygodniu wyjechał.A niech to diabli. by nigdy wam niczego nie brakowało. Przybył ksiądz Watkin Thomas z Walii.odparł łagodnie Paddy. Nigdy tego księdzu nie zapomnimy. Niech kościół weźmie pieniądze Mary i zrobi z nich dobry uŜytek. brązową dłoń i uśmiechnął się pełen udręki. Straszliwe brzemię. Ŝe robiła zawsze to. i przejęciu kontroli nad jej majątkiem w imieniu Kościoła. a ksiądz Ralph nie odpowiedziałby na ten pojednawczy gest. Nie chcemy występować o uniewaŜnienie testamentu. Nie był przeciąŜony pracą. Przez całe swoje Ŝycie Mary nie słuchała nikogo. wszystkich oprócz Droghedy. podczas gdy ksiądz Ralph de Bricassart został sekretarzem osobistym arcybiskupa Cluny'ego Darka.. .. Ŝe Ŝywimy jakąkolwiek urazę. Ŝe dopilnuję.

CZĘŚĆ TRZECIA: PADDY 1929-1932 .

potem na męŜa. Ŝe trzeba było pakować dobytek nagromadzony przez ostatnie siedem lat. Obowiązywały jednak surowe zasady: nie wolno było spuszczać wody bez potrzeby. a naleŜało w duŜej ilości uŜywać odkaŜalnika.Pieniądze. . a poza tym rezydencja i wszystkie mniejsze domy mieszkalne były hojnie wyposaŜone we własne toalety ze spuszczaną wodą. dzięki grubym kamiennym murom i ocieniającym dach eukaliptusom. Nikomu ani trochę się nie śpieszyło. Kąpiel czy prysznic moŜna było brać w tej wielkiej łaźni o dziesięciu kabinach.ROZDZIAŁ ÓSMY Nadszedł Nowy Rok. i to czystą deszczówkę. która płynęła rurami przebiegającymi na tyłach ogromnego pieca w sąsiednim budynku kuchennym. bo nie dość. to jeszcze Fee oświadczyła. plebanii i klasztoru okręg Gillanbone zadowalał się wychodkami. Nie sposób było dokonać tego z dnia na dzień. . Paddy z okrzykiem wręczył czek Ŝonie. temperatura w środku była o dziesięć stopni niŜsza niŜ na zewnątrz. W porównaniu z dziurami w ziemi był to ósmy cud świata.spytała Fee.powiedział oszołomiony. Ŝe najpierw chce urządzić salon. Nie licząc hotelu „Imperial”. spoglądając płonącymi oczyma najpierw na czek. Pod pewnym względem niewiele się miało zmienić w rezydencji teŜ nie było elektryczności i tak samo naprzykrzały się muchy. a przeprowadzka do rezydencji wciąŜ jeszcze trwała. powitany na balu sylwestrowym wydawanym co roku przez Angusa MacQueena w Rudna Hunish. choć wszyscy cieszyli się na nowy dom.Co mam z tym zrobić? . W początkach grudnia ksiądz Ralph przysłał Paddy'emu pięć tysięcy funtów na bieŜące wydatki. . Paddy! Wreszcie mamy pieniądze! . ale latem. Tylko Drogheda korzystała z licznych zbiorników i dachów łapiących deszczówkę.Wątpię. co uchodziło za niesłychaną rozrzutność. dwóch gospód. którą zazdrośni mieszkańcy Gilly ukradkiem nazywali sybarytyzmem. Prawdziwym luksusem był dom kąpielowy. zaopatrywany przez całą zimę w gorącą wodę. czy przez całe swoje Ŝycie tyle bym zarobił . jak napisał w liście.

aŜ dziw bierze. Ŝe zdumiona Meggie nie mogła jej poznać.Rozumiesz. przylegając dokładnie do siebie. Kosztowne wyposaŜenie dawało w sumie nieciekawy efekt.Rusz się. . i skinęła władczo na Meggie. przy którym jedli śniadanie. dziesięć szerokości i pięć wysokości.MoŜe sprawisz sobie i dzieciom nowe ubrania? A moŜe chciałabyś kupić coś do domu? Nie przychodzi mi na myśl. czego jeszcze potrzebujemy. miał trzynaście jardów długości. rzucającymi głęboki cień na brudnobrązowe krzesła. czy ta Mary była daltonistką. nie miała za grosz gustu. Minnie i Cat maszerowała z pokoju do pokoju z takim oŜywieniem. pani Smith. . przez następne trzy tygodnie nikt z rodziny Clearych nie kwapił się z wizytą w rezydencji. wisiał dwujardowej długości Ŝyrandol z Waterford. Rozmiarami ustępował tylko sali balowej. poŜółkła. którą pomalowano kiedyś całe wnętrze. Kiedy minął gorączkowy tydzień po pogrzebie Mary Carson. dwie zachwycające malachitowe ławy. dziewczyno. trzy dywany z Aubusson. co to znaczy? Ach. tłumiąc urodę wspaniałych sztukaterii na suficie i rzeźbionych pannaeaux na ścianach.Fee wstała od stołu. ciągnące się nieprzerwanym szeregiem przez całą długość ściany od strony werandy. oceniając go fachowym okiem. tamto szkaradne. dwie równie piękne ławy z florenckiego marmuru oraz masywny kominek z kremowego marmuru ciemnoróŜowymi Ŝyłkami. a kremowa farba. tak wielka suma wydaje się nierealna. Dopiero Fee nadrobiła tę opieszałość z nawiązką. . nie dbam o trzynaście milionów ciotki Mary.Wydaj .odparł po prostu Paddy. Przez cały czas mamrotała pod nosem: to paskudne. idziemy rozejrzeć się po rezydencji. . a pod samym sufitem. Ogromne okna od podłogi do sufitu. ale tego moŜna dotknąć! Co ja mam z tym zrobić? . Na błyszczącej podłodze z drewna tekowego leŜały. . W salonie Fee zatrzymała się najdłuŜej. oplątany łańcuchem. przesłonięte były sutymi kotarami z brązowego aksamitu.Mnie teŜ. W asyście Meggie.

Niemal ze śmiechem Harry przyrzekł wystarać się o solidnego tapicera i malarzy. wpadł w zachwyt. pani Cleary! Trzeba raz na zawsze pozbyć się Mary Carson! Po skończonej rozmowie telefonicznej zabrano się natychmiast do zdejmowania brązowych aksamitnych kotar. . .Nam są niepotrzebne . Biurko Mary Carson było wiktoriańskim brzydactwem.orzekła Fee. a jednocześnie czuł się dobrze i chciał jak najdłuŜej w nim pozostać.Obejdziemy się bez kotar . .rzekła. Musimy mieć przynajmniej jedno miejsce nie wywołujące przygnębienia. ani dnia wcześniej. inne sklepy w Sydney miały takŜe przysłać ułoŜone specjalnie dla niej katalogi wyposaŜenia wnętrz. .Weranda jest tak szeroka. to wstyd! Odkąd ujrzałam ten salon. Ŝeby ten pokój był widoczny. . Gdy córka i słuŜące stały zbite w zdumioną gromadkę. ale nieskazitelnie czysto. Ŝeby kaŜdy.Najpierw urządzę salon i dopiero wtedy przeprowadzę się do tego domu. Fee podeszła i trzepnęła pogardliwie ręką nieładny ciemny blat.NaleŜą się pani wyrazy uznania.Tak. na którym stał telefon. Postaram się teraz. więc po co kotary? Chcę. Poleciła. Wylądowały na wysypisku śmieci w szale marnotrawstwa spowodowanym przez Fee.A nie mam zamiaru unieszczęśliwiać nimi biednych w Gillanbone.oznajmiła Fee ani trochę nie speszona tym. Ŝeby pani troska nie poszła na marne. Ŝe słońce nigdy bezpośrednio tu nie zagląda. Ŝeby zamówił u Marka Foya próbki materiału.oznajmiła. pani Smith . mamo . . marzyłam o takim jego urządzeniu.Jest tu wprawdzie wyjątkowo okropnie. a u braci Grace próbki tapet. która nawet osobiście je podpaliła. u Nocka i Kirby'ego próbki farb. Usiadła i zdjęła słuchawkę z aparatu telefonicznego. którzy potrafiliby sprostać wymaganiom Fee. Te przepiękne ławy bez odpowiedniego tła. . kto tu wejdzie.odparła Meggie jak sparaliŜowana.Mój sekretarzyk wspaniale się tu nada .. Ŝe narusza współczesne kanony estetyki wnętrz. . . Fee wzięła w obroty Harry'ego Gougha. Brawo.

Teraz moŜemy się przeprowadzić. na który moŜna je wydać? Jakieś trzy dni przed przeprowadzką wczesnym świtem dały o sobie znać radosnym pianiem koguty. W słonecznym kącie stał piękny szpinet. Resztą pokoi zajmę się w wolnych chwilach. Zwinięty uprzednio mosięŜny łańcuch umocowano do ściany i wyczyszczono tysiące kryształków. wygodne krzesła. podobnej do młodej królowej Wiktorii. tak Ŝe dolny wisior pobrzękiwał niewiele ponad dwa jardy nad podłogą. w sztywnej czarnej sukni z modną turniurą. drukowanym w takie same róŜowo-czerwone pęki róŜ jak na trzech dywanach. Ŝe efekt starań Fee był olśniewający. DuŜe. które rzucały tęczowe błyski. ŚwieŜa kremowa farba pokryła ściany i sufit. obite kremową jedwabną morą. śyrandol z Waterford obniŜono. . pani Smith i Minnie pucowały dolne.Dobrze . jeszcze większy portret rudowłosej Mary Carson z czasów młodości. . Nad kominkiem wisiał portret babki Fee w bladoróŜowej krynolinie. sztukaterie i rzeźbienia starannie wyzłocono. Wszyscy zgodnie uznali.Przyjechały zamówione materiały. Meggie i Cat stojąc na drabinach myły górne okna. Pani Cleary zrobiła z salonu w Droghedzie pałacową komnatę. sama więc grzeczność nakazywała. . Kremowe dywany z Aubusson w róŜany wzór leŜały nieregularnie na lśniącej jak lustro podłodze. zjawili się malarze i tapicer. tworzyły przytulne zakątki wraz z otomanami przysuniętymi do siebie zapraszająco. Na kremowo-złotych stołach o cienkich nogach stały pochodzące z tej samej irlandzkiej wytwórni w Waterford lampy. a Fee czujnym okiem doglądała wszystkiego. natomiast wielkie owale na panneaux wyklejono grafitowoczarnym jedwabiem. Prawda. a na nim ogromny wazon z bukietem róŜ. popielniczki i wazony pełne kremowych i róŜowych róŜ. Ŝeby pani Hopeton wraz z panią King i Panią O'Rourke złoŜyły uszanowanie nowej pani domu.powiedziała Fee. w drugim końcu salonu. jak to cudownie mieć pieniądze i porządny dom. a naprzeciw. co przypominało stylizowane japońskie malowidła w kremowo-złotych ramach. Z końcem pierwszego tygodnia stycznia odnawianie zakończono i wieść o tym rozeszła się nie wiedzieć kiedy po okolicy.

wszyscy się cieszyli. kiedy dostanie perły. Ŝe nie nadąŜam palić nimi w piecu. i pieją bez opamiętania.. Rosną takie sterty. ani pieniędzy. W dzień kury przechadzały się z gdakaniem po duŜym. kury zbiegły się do niej łakomie.rzekła Fee owijając serwis w stare gazety. Naturalnie. Podekscytowana Meggie skrzyŜowała ręce tuląc je do siebie. bo nie było ani czasu. gdzie stały wokoło wymoszczone słomą skrzynki po pomarańczach. Meggie. Ŝeby u jubilera w Gilly kupić dla mamy prawdziwy perłowy naszyjnik i prawdziwe perłowe kolczyki z małymi diamencikami. poniewaŜ . tata wziął trochę z tych pięciu tysięcy funtów. Ŝe przydają się do pakowania. ogrodzonym siatką wybiegu.Myślą. . jak bardzo byłą nieszczęśliwa przez te wszystkie lata. Nie mamy nawet jednego jajka na śniadanie. Kiedy Meggie uchyliła furtkę i wślizgnęła się do środka. Wszystkie dzieci. Dobrze chociaŜ. co umie. . musisz mi pomóc i pójść do kur. jak wygląda Ŝycie w takim wielkim domu. Rozkwitające szczęście matki wywarło na nich głębokie wraŜenie: zupełnie jakby patrzyli na początek Ŝyciodajnej ulewy. Ŝeby mogła pokazać.Utrapione ptaszyska . uwolnioną od wiecznej surowości. Jak to przyjemnie.pomyślała Meggie zbiegając po schodach na tyłach domu i śpiesząc przez pyliste podwórko. poniewaŜ tata otworzył płaskie skórzane etui i pokazał im mleczne. ciągnęły się grzędy. Jaka ona mądra. Oglądając twarz matki. Ŝe czegoś dokonały. jakby pamiętała. czemu Paddy z uporem prenumeruje tyle gazet. dopiero teraz naprawdę zrozumieli. od Boba do bliźniąt. a w głębi. opalizujące kulki na czarnym aksamicie. na róŜnych wysokościach. Spójrz na tę! Jeszcze z czasów. a męŜczyźni są w domu do końca przeprowadzki. zanim tu przyjechaliśmy. przecieŜ nikt nie ma czasu ich czytać. Zamierzał ofiarować jej ten prezent przy pierwszej kolacji w nowym domu. jaki ma wyrobiony gust! Nikt sobie dotąd nie zdawał z tego sprawy. kiedy mama jest taka wesoła . cieszyły się na tę chwilę. prychając nad reklamą wciętych w talii gorsetów.. W wielkim wybiegu dla drobiu hodowano cztery koguty i przeszło czterdzieści kur. ale często zamiatanym kurniku.Rzuciła okiem na poŜółkłą stronicę „Sydney Morning Herald”. Meggie nie mogła się doczekać. Na noc ptactwo chroniło się w lichym. Ŝe będą mieszkać w rezydencji. . ale mama tak się do tego paliła.Nie wiem. Ŝeby zobaczyć jej minę.

Jack. . jakby to nie o was była mowa. . dopóki męŜczyźni nie wyjdą z domu. zmęczoną i juŜ niemłodą. mili panowie. Ŝeby otrząsnąć się z półprzytomnego odrętwienia. Nad górną wargą perlił się pot. kiedy jest z nią sama na sam. ale one wyczuły. tuŜ za nim wbiegli Bob. Fee milczała. . Jej głos zabrzmiał tak.Wstydziłybyście się. Na krześle Paddy'ego siedziała pobladła Fee wpatrując się w stronice „Smith's Weekly” i poruszając bezgłośnie wargami. i wielkimi szarymi oczyma popatrzyła na jego twarz. nie mówiąc juŜ o pieczeniu ciasta. . Nachylił się nad Fee i wziął ją za rękę. . taką dobrą. siedząc sztywno ze wzrokiem utkwionym przed siebie. która zwisała bezwładnie. Meggie bez słowa wskazała na matkę.Tutaj .zawołała przestraszona Meggie. Ŝeby nie krzyczeć. a sześcioletni Jim i Patsy śmieją się w łóŜku . Meggie słyszała. Hughie i Stu. a w znieruchomiałych oczach malował rozpaczliwy. tato! . Macie mi się zaraz postarać. przeszukując gniazda.karmiła je wieczorem. bolesny wysiłek.Co się stało.nie pozwalano im wstawać.spytała. . Meggie nucąc pobiegła z powrotem do kuchni.Co ci jest. Paddy'emu serce skoczyło do gardła. Z jajkami. bo inaczej ostrzegam: traficie wszystkie na pieniek.spytał łagodnie. Fee rozpoznała ten szczególny ton na tyle.powiedziała wskazując niewielką notatkę u dołu. więc nie rozkładajcie ogonbów i nie stroszcie piórek. naprawdę! . . zapinając flanelowy podkoszulek. a jajek ledwie piętnaście! Za mało na śniadanie. Ŝe zjawił się natychmiast. a to dotyczy równieŜ szanownych jegomościów. Ŝe ojciec i starsi bracia juŜ wstali. Ŝe tak właśnie zwraca się do matki. mamo? .Tato. Nigdy tak nie mówił w obecności dzieci. więc zaśmiała się z ich zabawnych umizgów i rozgarniając ptactwo nogą weszła do kurnika. kochanie? . jakby całą swoją energię skupiła na tym. ułoŜonymi ostroŜnie w fartuchu. kokoszki.Jest was czterdzieści.upominała surowo.

robotnika. zawodowy bokser. Jak wyraził się sędzia FitzHugh-Cuuneally. ale nazajutrz. W alejce na tyłach hotelu policja natrafiła na Cleary'ego. opierając lekko rękę na jej ramieniu. Późnym wieczorem tego samego dnia sierŜant Tom Beardsmore. to Stuart nigdy nie wywołał takiego uczucia: zupełnie jakby miłość do Fee zamiast rozdzielać wiązała ich jeszcze silniej. gdyŜ spodziewał się orzeczenia winy. który kopał nieprzytomnego Cumminga w głowę. i skinął głową. gdyŜ ich opinia miała posłuŜyć mu za wskazówkę. wraz z dwoma policjantami. przysięgli zalecając uzgodnili werdykt po zaledwie kary dziesięciominutowej wymierzenie najsurowszej przewidzianej prawem. kiedy Cumming zmarł w szpitalu okręgowym na skutek urazów głowy. była to sprawa na jedno krótkie posiedzenie. Dwudziestego trzeciego lipca doszło do ostrej wymiany zdań między Cummingiem i Clearym w barze w hotelu „Harbor”. w których zaciskał kępki włosów ofiary. spojrzał na syna. pana Jamesa Oglivie. Sędziowie naradzie. powoli. został dziś skazany na doŜywocie przez sąd okręgowy w Goulburn za zamordowanie w lipcu tego roku Ronalda Alberta Cumminga. ale czterech biegłych sądowych stwierdziło jednoznacznie. Ogłaszając wyrok. Miał zakrwawione pięści.Stuart stanął za matką. Ŝe w świetle zasad M'Naghtena nie moŜna uznać Cleary'ego za niepoczytalnego. sędzia Fitz Hugh- . O ile Frank wzniecał w nim zazdrość. Pan Arthur Whyte. lat trzydzieści dwa. Paddy. coraz smutniejszym głosem. Zwracając się do ławy przysięgłych sędzia Fitz Hugh-Cunneally nie prosił o orzeczenie: winny czy niewinny. OskarŜono go o napad z zamiarem spowodowania cięŜkich obraŜeń ciała.Francis Armstrong Cleary. treść oskarŜenia zmieniono na „zabójstwo”. W chwili aresztowania Cleary był pijany. Drobny nagłówek obwieszczał: BOKSER SKAZANY NA DOśYWOCIE. w oczy jakŜe podobne do oczu Fee. Ŝeby przysięgli starannie rozwaŜyli złagodzenie lub zaostrzenie kary. . Paddy czytał na głos. ale zachowywał świadomość. lat dwadzieścia sześć. wystąpił z wnioskiem o uniewinnienie z powodu niepoczytalności. został wezwany przez właściciela hotelu „Harbor”. nim zaczął czytać. natomiast prosił. obrońca oskarŜonego.

skoro dopuścił się zbrodni w stanie nietrzeźwym i bez premedytacji.Cunneally nazwał czyn oskarŜonego nieludzkim bestialstwem i wyraził Ŝal. uwaŜał bowiem pięści skazanego za broń równie groźną jak nóŜ bądź rewolwer. jeŜeli tego chce.. biedny Frank! Paddy otarł łzy wierzchem dłoni. . mojej matce . rozszerzone źrenice zasnuła złota mgiełka. Ale miłość Paddy'ego do Fee była tak głęboka i niezniszczalna jak jej miłość do Franka.Mój widok by go zabił. nie mówcie. ale nie z powodu Franka. Pojedziemy do niego.Nie mogę jechać . Paddy spojrzał na datę u góry strony: szósty grudnia 1925 roku. Z izby frontu dobiegał radosny śmiech rozświergotanych bliźniąt. ambicję. Och. Cleary został skazany na doŜywotnie cięŜkie roboty w okręgowym zakładzie karnym przeznaczonym dla więźniów o gwałtownym charakterze. Ŝe skąpiła uczuć jemu i dzieciom. martwo. bo z twarzy Fee uciekło Ŝycie. Sam przeczytałeś: „Tylko nic nie mówcie mojej matce”. Musimy mu pomóc zachować jego tajemnicę. ..Przeszło trzy lata temu . jego dumę. przykucnął przed Fee i pogłaskał ją po spódnicy. sprowadzał nieszczęścia.Tylko nic. Nikt się nie odezwał ani nie ruszył z miejsca. płakał.oto czym zawsze był ten chłopak. Ŝe los uśmiechnął się do Fee. jego dzieciom. CóŜ to pomoŜe jemu albo nam.. jej oczy zgasły.powtórzyła tępo Fee.. to by go zabiło! Tak dobrze go znam.powiedziała bez śladu bólu.I nikt nic nie powiedział! O BoŜe! Mój biedny. Za kaŜdym razem. . Ŝe się z nim zobaczymy? Paddy wciąŜ płakał. Ŝeby się wybić. Niech znosi tę hańbę w samotności. kiedy wydawało się. odparł więc: .rzekł bezradnie. zagradzał mu drogę do serca Fee. W drobnej bladej twarzy oczy patrzyły szklisto. ale zaraz znów opadła na krzesło. . lecz wszyscy odczuli jej udrękę. Po tamtej scenie na plebanii nigdy więcej nie potraktował chłopaka jak kozła ofiarnego. czy ma coś do powiedzenia. moje serce. gdyŜ nikt nie wiedział. pragnienie. Frank wszystko niweczył. zapakuj się. . . sprawiał. Zły duch . co robić. Ŝe nie moŜe skazać go na powieszenie. Cleary odparł: „Tylko nic nie mówcie mojej matce”. Na pytanie. Uniosła się trochę.Fee. Paddy.

Wszystkich Clearych. ile moŜna było zrobić. Ŝe nie pałała tak wielką jak inni chęcią udziału w nim). Ŝeby nie zdradził Frankowi. gdyby nie Frank. a wszyscy myśleli: jakŜe inaczej by się zachowała. czy zrobiono dla niego tyle. A przecieŜ wieść o niedoli Franka mocno odbiła się na wszystkich. MoŜe będzie mu lŜej Ŝyć w przekonaniu. Zaczęli się do niej odnosić z czułością i oddaniem. Ŝe przyjmie na siebie obowiązki . Jakby uznała. czy jest zdrów i cały. Ŝe przeprowadzali się do rezydencji. Ŝe nie przyjęli jej na pełnoprawną członkinię wyłącznie męskiego towarzystwa ochrony mamy (moŜe dlatego. Ale koniecznie zaznacz. Ŝe nie wiemy. to nie będziemy o to zabiegać. bo inaczej biedna Meggie byłaby bardzo poszkodowaną.. Ŝeby Fee miała wszystko. Po kilku dniach Fee odzyskała w znacznym stopniu dawną energię i z uporem wzięła się za urządzanie rezydencji. Fee. Całe szczęście. a o resztę zadba pani Smith i pokojówki. Nie dość. Chciałbym jednak wiedzieć. a widok ten zapadł im w serce na zawsze napełniając ich gorącym pragnieniem przywołania tej radości z powrotem. . Paddy. Zdawało się. wymagali teŜ od innych podporządkowania się temu celowi. zwłaszcza Ŝe przez ostatnie tygodnie oglądali matkę taką wesołą.Tak. połączyły starania o to. napisz. Nikomu nie wolno było wyrządzić jej najmniejszej krzywdy. czego sobie zaŜyczy. choć nie tak ponura jak przedtem. ale w dodatku ojciec i starsi bracia spodziewali się po niej. MoŜe bym napisał do księdza de Bricassart i poprosił. ale na powrót stała się milcząca i surowa. wokół której obracało się ich Ŝycie. Ŝe bardziej dba o wygląd nowego domu niŜ o dobro rodziny. jeŜeli uwaŜasz.Dobrze. Kiedy Paddy podarował jej perły. Ŝe wiemy. ani trochę nie zniechęceni jej obojętnością. przyjęła je ze zdawkowym podziękowaniem i obejrzała bez przyjemności czy zainteresowania. Kochali ją. Starsi chłopcy głęboko współczuli matce i nie mogli spać po nocach rozpamiętując wyraz jej twarzy w tamtej strasznej chwili. Ŝeby wywiedział się o Franka? Oczy Fee nie oŜywiły się wprawdzie. od Paddy'ego do Stu. teraz postawili przy nim matkę. ale policzki lekko poróŜowiały. Ŝe sami sobie poradzą ze swoimi duszami. Do tej pory ojciec był osią. Ŝe lepiej się z nim nie kontaktować.

W bilansach Droghedy dochody tak przewaŜają nad rozchodami.obiecywała sobie w duchu . Cat i pani Smith radziły sobie we trzy wszystkim. Dlatego pieniądze. którzy najmowali się do tymczasowych prac w zamian za obfite wyŜywienie i skromną zapłatę . Ŝe pani Smith i pokojówki wzięły na swoje barki część tego cięŜaru. Fee szczególnie niechętnie zajmowała się dwoma najmłodszymi synami. które przeznaczyłem dla was.Kwoty. Ŝe kaŜdy ma swój własny pokój. Ŝe mógłbym wam płacić do końca z samych procentów. Minnie. Ŝe Meggie ucieszyła się nawet. śycie w rezydencji róŜniło się zdecydowanie od poprzedniego. co pozostawiła Mary Carson. Pokłady macierzyństwa. Ŝebyście rzetelnie . iŜ ci dwaj wreszcie naleŜą do gospodyni. od zmywania i prasowania po gotowanie i sprzątanie. Dostajecie pieniądze wypracowane w posiadłości. Kiedy ja będę miała dzieci . W księgach posiadłości notowano nie kończącą się listę wyrobników . karmili kury i świnie. jakie w sobie znosiła. ale pani Smith z takim zapałem przejęła nad nimi opiekę. wykonywali cięŜsze prace porządkowe.napisał w odpowiedzi ksiądz Ralph.włóczęgów. a kobietom. słusznie wam się naleŜą i nie stanowią uszczerbku dla <<Michar Limited>>. Nie martwcie się teŜ o chude lata. statki i kopalnie . Ŝe Michar Limited jest spółką prywatną. które otrzymujecie. . są zaledwie okruchem tego. gdyŜ odczuwała wewnętrzne rozdarcie. i wynoszą mniej niŜ jedną dziesiątą rocznych zysków z samej Droghedy. Ŝe nie muszą się martwić o zajęcia gospodarskie czy to w domu.rąbali drzewo. Paddy skontaktował się z księdzem Ralphem. ale nie naleŜące do spółki. „Dochód z majątku Mary wynosi około czterech milionów funtów rocznie.to nigdy nie będę jednego syna kochała bardziej niŜ pozostałych. Meggie teŜ współczuła matce. wywoływały w niej bunt przeciw rosnącej obojętności Fee wobec Jimsa i Patsy'ego. której aktywa w przewaŜającej części zainwestowane są w huty stali. i ze zgrozą przyjmowały propozycję pomocy. Nie wymagam od was nic ponad to. Początkowo wydawało się dziwne. Okazało się jednak.niechętnie wykonywane przez Fee. doili krowy. pomagali staremu Tomowi dbać o piękne ogrody. gdyby zaszła taka potrzeba. czy poza domem. a to dzięki temu. ale nie tak gorąco jak bracia.

Powiada. trzy tysiące funtów rocznie. . i muszę przyznać. mam otrzymywać cztery tysiące funtów rocznie. by je potem udostępnić rewidentom”. prawda. Ŝe ma szczodrą rękę. urządził w salonie naradę rodzinną. ile ma otrzymywać pani Smith. . podobnie Meggie. Na utrzymanie domu ksiądz przeznaczył pięć tysięcy funtów. Meggie siedziała na otomanie.ciągnął Paddy. będą mieli zagwarantowany roczny dochód równy uposaŜeniu pełnoprawnego pracownika Droghedy. będą dostawać po dwa tysiące funtów rocznie. Ja. którą cerowała. Otrzymawszy ten list. jako zarządca Droghedy. a koszt internatu i nauki pokryje administrator majątku. fajkę odłoŜył do kryształowej popielniczki. aŜ do czasu. Ŝe naleŜy się mamie specjalne podziękowanie. Minnie i Cat i Tom. oparł wygodnie nogi na sąsiedniej otomanie. . Mama będzie miała do dyspozycji dwa tysiące funtów rocznie. obitym kremową morą. Ale . Kiedy malcy osiągną odpowiedni wiek. Wysokość innych poborów zaleŜy ode mnie.Ksiądz de Bricassart wszystko załatwił i okazał wielką hojność .powiedział z uśmiechem. Ŝe potrzeba nam aŜ tyle na prowadzenie gospodarstwa. a Jims i Patsy po tysiącu. kiedy wszyscy zgromadzili się w domu. Siedząc na duŜym kremowym krześle.Myślę. . nawet jeŜeli nie zechcą pracować w posiadłości. Ŝe to na wypadek. gdybyśmy chcieli wprowadzić jakieś większe zmiany. Zawiadomił mnie teŜ. Fee skłoniła głowę siedząc w dawnym fotelu Mary Carson. Wszyscy pracujący chłopcy.Wpłacił do banku na moje nazwisko siedem tysięcy funtów i wszystkim załoŜył rachunki oszczędnościowe z wkładem po dwa tysiące funtów. kiedy zechcą sami decydować o swoim losie.Jak tu miło . mój zastępca. a Bob. Jack. rozglądając się wokoło z przyjemnością. i nie odrywała spojrzenia od skarpetki. chłopcy? Rozległy się potakujące pomruki.prowadzili księgi Droghedy. Paddy któregoś wieczoru. Hughie i Stu. Po ukończeniu dwunastego roku Ŝycia pojadą do szkoły Rivverview w Sydney. dokonując bieŜących wpisów. chociaŜ nie mam pojęcia dlaczego uznał. a na swój rzymski nos zatknął okulary w drucianej oprawie. ze stopami ukrytymi pod poduszką.

. księgi kasowe. . Podobno to dość skomplikowane. Ŝeby Drogheda była prowadzona jak naleŜy. Paddy. Ŝe Harry zatrudniał jednego urzędnika.Bob nauczy cię prowadzić nowego rollsa.Odchrząknął.Wiem. . Nie przypuszczałem nawet. dotyczy zatrudnienia dodatkowo sześciu pastuchów. a nie biuro Harry'ego Gougha. .odparł Paddy spoglądając na nią łagodnie. Ŝe nie mamy na co wydawać. jakbym była cząstką Droghedy. Ŝe juŜ nigdy nie będziemy się musieli martwić o pieniądze. tylko do prowadzenia rachunków Droghedy. mamo . prawda? Meggie miała ochotę krzyknąć: „A ja?! Tyle samo narobiłam przy praniu i gotowaniu co mama!” Fee wyraziła zadowolenie najprawdziwszym uśmiechem. Ŝeby cię wszystkiego nauczyć. którą podejmuję jako rządca. Wszyscy w milczeniu oswajali się z dobrą nowiną. jak to przyjemnie wiedzieć.Nie wydamy nawet połowy. Ŝe w szczególności mama i Meggie nie bardzo będą miały co robić . Nikt nie uwierzył własnym uszom. Zresztą dobrze ci zrobi świadomość. naprawdę. zestawiać bilanse. PoniewaŜ akurat brakuje mu pracownika. Paddy . Zajmie ci to sporo czasu. Trzeba prowadzić księgi rachunkowe. . co kiedyś gotowanie i pranie. Ŝe tyle otrzymali pieniędzy. jaki kiedykolwiek wypowiedział na temat rządów siostry. Ŝe moŜesz w kaŜdej chwili pojechać. ale mama umie liczyć jak nauczycielka arytmetyki. Poczuję się tak.Nigdy nie miałem głowy do rachunków. bo będziesz musiała jeździć do Harry'ego i do banku w Gilly. To za duŜa farma dla takiej garstki ludzi. Dlatego teraz ona będzie prowadzić księgi Droghedy. nie oglądając się na Ŝadnego z nas. Ma przysłać kogoś z Gilly.Zabezpieczył nas tak.To zajęcie bardzo im odpowiada. ale przynajmniej nie pochłonie tyle energii. pierwszym od czasu wiadomości o Franku. . .ciągnął.odezwała się Fee. . to właśnie on podpowiedział mi. zapisywać najdrobniejsze szczegóły w dzienniku i tak dalej. dokąd zechcesz. więc chętnie powierzy nam ten obowiązek.Ale powiedz sama.Był to najdłuŜszy komentarz. . . Prawdę mówiąc.pierwsza decyzja. . Ŝe mama świetnie nadaje się na księgową. mamo.Wydaje mi się.

Strumieniem. Zajmiesz się teŜ polem domowym.A teraz. Oczywiście. ale nadmiar szczęścia powstrzymał ją od tego. cudownie! . .Dobrze. które konie mają pracować. . który odebrał jego słowom wzgardę. . a zarazem z rozgoryczeniem. Zaprawione goryczą niezadowolenie od razu prysło. Winnemurra i Zbiornikiem Północnym. zajmiemy się tobą. Ŝe w niego zwątpiła? Ze wstydu miała ochotę wbić sobie w nogę wielką igłę do cerowania.Och. Co się jej stało.Dziewczęta nie potrzebują juŜ ciebie koło domu.odparł i umilkł patrząc tęsknie na Fee. .rzekł Paddy z uśmiechem. Paddy . w czasie przeglądów i kocenia się owiec wszyscy będziemy ci pomagać. moja mama. Będziesz miała pieczę nad środkowymi polami: Studnią. . Carson. Jack nauczy cię kierować psami i uŜywać bata.wykrzyknęła rozpromieniona. a które idą na popas. . ale poza tym powinnaś dać sobie radę sama. który ją kocha i troszczy się o nią. gdybyś zamieniła się w taką próŜnującą i zadzierającą nosa pannicę. tato. zresztą to tylko wyrzuty sumienia znalazły tak szalony wyraz w jej myślach. Meggie zaczęła uczyć się kierować psami.Dlatego tobie równieŜ przydzielę pracę w pełnym wymiarze. więc będziesz znów pracował na polach. Znów miała tatę.odparła uszczęśliwiona. Ŝeby was.spytał Stuart. podczas gdy Fee zgłębiała tajniki buchalterii. dziewczyny. obie teŜ nauczyły się prowadzić nowego rolls-royce'a. dostarczonego Mary Carson na tydzień przed śmiercią.Dobrze. tato? . Zawsze myślałem o tym. nauczyć jazdy samochodem. Ŝe będziesz wolała pracę w polu od obijania się po domu . więc pomyślałem. Przypilnujesz. ale do tej pory nie było na to czasu. Meggie. Fee? . przewidując.śyjemy na takim odludziu.zakończył uśmiechając się od ucha do ucha.A co ze mną.Nie zniósłbym. co jej oznajmi: poniewaŜ mama zajmie się rachunkami. tato . WciąŜ z ciebie okropna koza. Więc jak. ty będziesz miała baczenie na dom i podwórze. . jak niektóre znane nam córki hodowców . . Meggie odłoŜyła skarpetkę z igłą do cerowania i popatrzyła na ojca pytająco.

Sam zapewnił Franka. gdyby ksiądz Ralph po tym wszystkim. Meggie korzystała z długonogiego karego wałacha.Och. . Ŝe wieść doszła do niego w Sydney. . ale rzadko łagodne.. przyjechał w odwiedziny i zobaczył. Ŝe Frank nie wie.Pomyśl tylko. iŜ rodzina usłyszała. Przekazał zatem wyidealizowany obraz Franka. ulotne cienie. Wspomnienie nie wytrzymywało jednakŜe porównania z rzeczywistością. na którym jeździła kiedyś dla przyjemności. Na próŜno usiłował spowodować przeniesienie Franka do schroniska dla chorych umysłowo przestępców. co się stało. Ale tęsknota za Ralphem nigdy jej nie opuszczała. Meggie. Kiedy listownie zawiadomił ich o Franku. Meggie byłaby bezgranicznie szczęśliwa. co dla nas zrobił. mogłabym jeździć teŜ na kasztance! . Paddy wspominał o sprzedaniu kasztanki księdza Ralpha.powiedziała Meggie. Ŝe musi odpokutować popełniony czyn.Gdyby nie ciągła nieobecność Ralpha. Ŝeby ksiądz Ralph nas odwiedził.napisał ksiądz w liście i na tym relację zakończył. nikt go nie chciał wysłuchać. i pokreślił fragment zawierający zapewnienie. dzięki lokalnym gazetom. W opisie wyprawy do więzienia w Goulburn ksiądz Ralph w starannie dobranych słowach ukrywał ból. mimo starań nie mogła przywołać prawdziwych wraŜeń. straciła nadzieję. . Zawsze marzyła o tym. proszę cię. bo był bardziej miękki w pysku i miał milsze usposobienie niŜ kapryśne kobyły i złośliwe wałachy w zagrodach. Ŝeby jeździć konno po polach. wyraźnie poczuł ulgę .Wątpię. . i nie napomknął o jego pogłębiającym się obłędzie. jakie to byłoby okropne. i przyrzekł nie zawiadamiać rodziny. jaki wywołało w nim spotkanie z Frankiem. wspomnienie pocałunku. pozwalało w marzeniach przeŜywać tamtą chwilę po tysiąckroć. tato. Konie robocze były inteligentne. kiedy Frank usłyszał tę obietnicę. jedynie ich smutne. Nawet brak wśród nich ogierów nie wpływał na ich temperament. Ŝe sprzedaliśmy jego konia! Paddy spojrzał na nią zamyślony. Ŝe odwiedzi ich korzystając z pretekstu.. pogodzonego z tym. strzeŜone jak cenny skarb.

bo nie będę trzymał w Droghedzie spasionego konia. skoro i tak. biedactwo. ani za dwa lata. Na razie nie groził owcom głód . usypując coraz to nowe. klękała do modlitwy z sercem przepełnionym wdzięcznością i dziękczynieniem. gdyŜ jej mieszkańcom zabroniono zadawać się z rodzinami pastuchów z domów nad strumieniem. Po przyjeździe Clearych wreszcie pojawiły się dzieci. Minnie i Cat świata nie widziały poza bliźniakami. Wysoka. Włazili wszędzie. . Dobrze się złoŜyło. Ŝeby miały odpowiednią porcję ruchu. nietrwałe kupki suchych liści i połamanych traw. a kora opadała sztywnymi łamliwymi wstęgami. Patrząc na pola trzeba było mruŜyć oczy pod rondem kapelusza. nawet wnętrze źdźbła kruszyło się między palcami. Ŝe deszcze nie spadną ani za rok. Dzięki temu mieli uŜywanie. Nie mógł sprawić jej przykrości. . Trawa srebrzyła się. słyszysz? Nie lubiła przedtem dosiadać kasztanki. bujna trawa spłowiała i uschła w ostrym słońcu. ale po tej rozmowie jeździła na zmianę na obu koniach..Ale to przecieŜ moŜliwe! Nigdy nie wiadomo! Nie wytrzymał błagalnego spojrzenia oczu tak podobnych do oczu Fee. Minęła sucha zima i nie nadeszły letnie deszcze. a Fee godzinami przesiadywała przy sekretarzyku w salonie. a czasem tyle co nic. a moŜe dłuŜej . AleŜ to była posucha! Nawet drzewa straciły soki. Mogło się przecieŜ darzyć. Za Ŝycia męŜa nie doczekała się potomstwa. zatrzymamy klacz. kiedy Jims i Patsy zamieszkali na stałe w domu Mary Carson. a przez wiele lat Ŝadne dziecko nie przestąpiło progu rezydencji. cierpiała. Wieczorem w swojej chałupce pani Smith.No dobrze. z dawien dawna nawrócona na katolicyzm. W dobrym roku opady wynosiły od dziesięciu do piętnastu cali.trawy powinno wystarczyć jeszcze na rok. gdy Meggie wyjeŜdŜała na pola. ale tryskali przy tym taką radością. a pośród migotliwych niebieskich miraŜy buszowały powietrzne wiry. Meggie. Ŝe nikt nie potrafił długo się na nich gniewać. w złym poniŜej pięciu. ale musisz jeździć na niej tak samo regularnie jak na wałachu. Dawało się to odczuć szczególnie teraz. Ŝe pani Smith.ale nikomu nie podobała się ta martwota.

czarno cętkowane.Mimo upału i much Meggie kochała Ŝycie na polach. nieraz uśmiercając nieostroŜnego psa.urozmaicony tu i ówdzie wilgami. najbliŜszy pies rzucał się do niej z mściwym zacięciem i chwytał ostrymi kłami kopytko. . zabijano. Suki. Odczekała cierpliwie. twardopiennych i ciemnolistnych . jej głos i charakter pasowały do siebie idealnie. trzymano je lub sprzedawano. Ŝe mogą się wykazać. Dwie Ŝółtoczube kakadu siedziały z głowami przekrzywionymi na bok i nie spuszczały z niej błyszczących oczu. Psy padały do ziemi z wywalonymi jęzorami. Inne drobne ptactwo podfruwało z gałęzi na gałą. Meggie zamknęła za stadem bramę i skierowała kasztankę w stronę domu. przegonią owce na drugie pole. ale jeśli choć jedna owca wyskoczyła ze zbitej gromady. bo woły wierzgały i szarŜowały. z pozoru nieuwaŜne. stalowoszare. zachwycone. JeŜeli się sprawdziły. podrygując śmiesznymi kuperkami. Podrośnięte i odłączone od matki szczenięta wypróbowywano na polach. Wrony krakały posępnie. Przywoławszy gwizdnięciem psy do nogi. piersiach i brwiach. ale psy uwielbiały tę niebezpieczną robotę. Trudniej było gonić bydło. Nie wymagano jednak od Meggie. Najwięcej było w Droghedzie pospolitych. Na drzewach roiło się od papuŜek. aŜ psy. Nie opodal rósł las eukaliptusów włóknistopiennych. mówił o gnijącym ścierwie i objadających je muchach. zdarzały się takŜe większe psy queenslandzkie. skrzeczących i wygwizdujących parodie ptasich treli.co za ulga po kilku milach łykania kurzu wzbijanego przez owce . tym zajmował się Paddy. Odarty z radości. lubiła prowadzić stępa kasztankę za beczącym stadem owiec. Nie sposób było wyobrazić sobie wronę śpiewającą jak dzwoniec.i otworzyła bramę. kryte planowo w czasie cieczki pęczniały i szczeniły się. Psy wciąŜ fascynowały Meggie nieprzeciętną inteligencją. złotobrązowych owczarków o beŜowych łapach. Ŝeby pędziła bydło. Meggie nadjechała na czele stada . rozpaczliwy i budzący trwogę. oraz najrozmaitsze mieszańce. jeŜeli nie. syciła oczy otaczającym ją widokiem. Pliszki trzęsiogonki grzebały w ziemi w poszukiwaniu mrówek. Ich wrzask raził uszy jak Ŝaden inny w całym ptasim repertuarze buszu. Meggie z ulgą skryła się w jego cieniu i rozglądając się.

ziemia fruwała usypując się w kopczyki. Obserwując z zachwytem przyrodę. obrzydliwe larwy. coraz więcej kangurów. Meggie wlepiła wzrok w odsłonięty spód i przeszły ją ciarki.tłuste. zamieniła się w róŜowy karmazyn. stonogi. Nie określała nigdy swojego uczucia pensjonarskiego zadurzenia. harcowały i z powrotem dawały nura. Gdybym musiała jutro opuścić Droghedę . a szarość. . tak jak w ksiąŜkach. oddaliło się zgrabnymi susami. Jedynie owce pozwalały się wykorzystywać do intymniejszych celów: muchy składały jajka wokół zadu i wszędzie tam. migotały bajecznie kolorowe motyle. Nawet konie nie mogły dotrzymać kroku kangurom.. ale ręce miała pozbawione jakiejkolwiek osłony. Meggie zdumiewało. To Ŝerowały papugi galah.oglądałabym ją we wspomnieniach na tle róŜowej chmury szybujących ptaków. Nieco dalej przerwał poszukiwanie poŜywienia mrówkojad. połykając odległość szybciej niŜ jakiekolwiek inne zwierzę oprócz emu. Meggie nosiła kapelusz z woalką. Pasące się spokojnie stado kangurów. Meggie wyjechała z lasu na główny szlak prowadzący do domu. przestraszone przez papugi. W powietrzu huczały pszczoły. a mięśnie drgały jej od ciągłych dreszczy.Oczywiście wszędzie roiło się od much. łyskając białymi pyszczkami.. gdzie runo było wilgotne i brudne..pomyślała . Zabawnie wyglądał ten szalony podkop . Pylisty drogę pokrywała szara płachta. Ruszało się tam robactwo . Z nor wyskakiwały króliki. Kasztanka chlastała bez przerwy ogonem. Meggie jak zwykle pomyślała o Ralphie. ale spłoszone poderwały się gromadą w powietrze. białe.ostre kolce mrówkojada przylegały do tułowia. uzbrojonymi w pazury łapami tak szybko. nazywała je po prostu miłością. W jednej chwili nad głową Meggie rozlała się ciemnoróŜowa fala. Dalej w stepie musi być juŜ bardzo sucho. piersi i spody skrzydeł uniosły się. skrzyły się szybkie waŜki poszukujące wody. W panice grzebał mocnymi. Ŝe po chwili zniknął pod zwalonym pniem. wije i pająki. Klacz trąciła kopytem butwiejący pień. Ŝeby łatwiej mu było wślizgnąć się do dziury.. Uprzykrzone owady spijały pot koński i ludzki. Ŝe koń nawet przez grubą skórę i sierść wyczuwa taki lekki drobiazg jak muchy. liczące na oko ze dwa tysiące sztuk. jak za skinieniem magicznej pałeczki.

Zaobserwowane objawy nie róŜniły się niczym od tego. a nieubłagana siłą ciągnęła ją do Ralpha de Bricassart. bo nie czuła potrzeby. pozbawiając Ralpha księŜej godności. tak mało dla niego znaczy. Ŝeby Ŝyli w harmonii jak tata z mamą. Ŝe Ŝyją razem i śpią jak tata z mamą. Na takich rozmyślaniach zastał ją Paddy. traciło ochotę na spółkowanie. ale stosowała się do zaleceń Kościoła ze strachu przed ogniem piekielnym i wiecznym potępieniem. Ŝe Ralph w Ŝadnych okolicznościach nie mógłby porzucić stanu kapłańskiego. której towarzyszy niepokój i draŜliwość. aŜ stary deresz zrówna się z jej klaczą nie pierwszej juŜ młodości. nie znając innego wyrazu uczuć. Ŝe moŜna mieć księdza za męŜa czy kochanka. Ŝeby je zaspokoić. Mama nie zabiegała o to uwielbienie. a przecieŜ tata czcił ją i szanował. Czy ktoś moŜe osądzić. Dziś roiła sobie. ale nauczyła się omijać tę przeszkodę w wyobraźni. WyobraŜała sobie grad pocałunków. gdyŜ kaŜde zwierzę wyczuwając z daleka choćby jednego psa. a sama nie zagłębiała się w te kwestie.Jaka miła niespodzianka . Ralph wkrótce by się przekonał. czego pragnęła: Ŝeby został jej męŜem. Ŝe zaczęła wiercić się w siodle. wiedziała.powiedział Paddy jadąc stępa. Dell przedstawiając swoje bohaterki. co opisywała Athel M. Meggie ściągnęła cugle i czekała z uśmiechem. . wracający tą samą drogą do domu. nie przyszło jej bowiem na myśl. Nie wydawało jej się sprawiedliwe. Kiedy posyłano barany do owiec.Tak . Jej wychowanie religijne nie objęło istoty ślubów kapłańskich. co gorsze: niesprecyzowana tęsknota. czy teŜ określone pragnienie. Ŝe naleŜy przerwać „zabawę” śmignięciem bata. Biedna Meggie tęskniła. a widok psa wskakującego na grzbiet drugiego był jedynie sygnałem. Ŝeby taka sztuczna bariera jak stan kapłański mogła stanąć pomiędzy nią a tym. a poza tym. Meggie wyprawiano gdzie indziej. iŜ mimo deklarowanej miłości. . Owszem. nie dopuszczano do bezplanowego krycia. Ŝeby uwielbiał ją jak tata mamę. ObjeŜdŜanie pól nie poszerzyło jej wiedzy o sprawach płci. jak na wszystkich farmach. o ile lepiej jest Ŝyć razem z nią niŜ samotnie. Ŝe nigdy nie przyjeŜdŜa. Marzyła o nim i bolała. sama nie wiedząc dobrze za czym. Myśl o jego bliskości tak ją podniecała.odparła. Nie czerpała otuchy z modlitwy. .Czy tam dalej teŜ jest tak sucho? .

Jest zajęty. . .Chcesz powiedzieć. kiedy byłaś jeszcze małą dziewczynką. Ŝe najlepiej będzie. Ŝe o nas zapomniał .KsięŜa mają urlopy. w Ŝyciu nie widziałem tylu kangurów! Koło Milparinki musi być strasznie sucho. Po jakimś czasie odezwała się napiętym głosem: . które gryzło ją. Umiałaś zachować to w tajemnicy i pewnie nikt nie wie. Na przykład codziennie. Meggie zadała pytanie. Meggie.Posłuchaj. .odparł Paddy nieufnie. co do niego czujesz.Tato! Paddy wprowadził konia do mętnej wody.rzekła głucho. ale nawet karabinami maszynowymi nie udałoby się ich przetrzebić. Ŝe ksiądz Ralph de Bricassart jest bardzo młodym człowiekiem i wie.Ale przecieŜ nawet księŜa mają urlopy. . Ŝe na pewno chciałby tu przyjeŜdŜać na wypoczynek. pobyt tutaj nie sprawiłby mu takiej przyjemności jak dawniej. nawet jeŜeli są zupełnie sami. Nie odpowiedziała ani nie zmieniła wyrazu twarzy. ..Chyba nawet bardziej.UwaŜam. Paddy spojrzał na córkę ze współczuciem. dlaczego ksiądz Ralph ani razu nas nie odwiedził? . Jaki tata był miły. . więc go nawet nie zapraszam. a ty opacznie zrozumiałaś jego sympatię do ciebie. . przez całe Ŝycie. przewidujący. Gdyby przyjechał. mimo Ŝe wciąŜ się w duchu pocieszała. . odprawiają mszę. Meggie . nie pisałby często i nie wypytywał o kaŜdego z nas. Weź to sobie do serca: musisz przestać. jeŜeli nigdy nie przyjedzie.Tato. BoŜe jedyny. czas najwyŜszy. Tak kochał Droghedę. Myślę. . Niewiele myśląc.Wykapana matka. których nie złamie. Ŝeby pobyć z nim trochę sam na sam. Ŝe nie moŜna wrócić do przeszłości. Meggie.Gdyby tak było. Ŝebyś to zrozumiała. słyszysz? Ksiądz de Bricassart złoŜył święte śluby. Zupełnie jak Fee pomyślał. Martin King wspominał coś o wielkim polowaniu. I tak ciebie traktuje do dziś. Poznał cię. dobry i kochany! Rzadko zdarza się okazja. ale mnie wystarczyło parę twoich pytań. ale nigdy nie są zwolnieni ze słuŜby. źle robisz snując marzenia o księdzu.

. do czego prowadzi Ŝycie w buszu! Powinnaś chodzić do szkoły i gdyby ciotka Mary wcześniej umarła. Ŝe nie moŜe ich złamać.Twoje postępowanie jest niezgodne z tym. Ksiądz de Bricassart teŜ złoŜył śluby i nigdy ich nie złamie. nasz Pan. na swoją parafię. ale kiedy zniknęła za płotem. Ktoś składający takie śluby ma pełną świadomość. rozdzielając słowa tak. Ŝe rządzą nimi prawa sprzeczne z wszelkimi innymi. a ja na to nie mogę pozwolić.Ksiądz de Bricassart jest kapłanem. którym wpatrywał się w bladą twarz młodego kapłana słuchającego surowej reprymendy. Ŝeby nabrały dominującej wyrazistości.. które usłyszała. który jest nie tylko takim samym kapłanem jak ty.Mówił dalej bez wzburzenia. Pojechali do domu od frontu. . więc stajnie znajdowały się bliŜej niŜ zagrody. . Dla duchownego nie ma odwrotu i przed złoŜeniem ślubów wie dokładnie. Przez chwilę patrzył za nią. . którzy cię ganimy. Śmialiby się z ciebie.Mógłby przestać być księdzem. Zgorszenie. Meggie. . . choć nie zamierzał ostro z nią rozmawiać. Meggie bez słowa skierowała kasztankę do stajni zostawiając ojca samego. Myślę. . przenigdy nie moŜe przestać nim być. Meggie? Od tej chwili nie wolno ci marzyć o księdzu de Bricassart. Czy rozumiesz. czego Jezus Chrystus. Jesteś mu winien bezwzględne posłuszeństwo.Teraz juŜ wiesz. Ksiądz de Bricassart przemawiał tonem chłodnym. wymaga od swoich kapłanów. zatem nie moŜesz kwestionować jego decyzji. mimo to muszę udzielić ci nagany w imieniu arcybiskupa. Nie mam nawet okazji z nim o tym porozmawiać. do czego się zobowiązuje. Nigdy. Śluby.Meggie! Dobry BoŜe. uderzył deresza piętami i pogalopował z nienawiścią myśląc o sobie i całej przemowie. Do diabła z męsko-damskimi sprawami! Wydawało się. moje dziecko. ale równieŜ twoim zwierzchnikiem. nie mogło być udawane i bardziej przekonało Meggie niŜ gwałtowne słowa. Ŝe sam rozumiesz lepiej niŜ my. ale cieplejszym niŜ jego wzrok. jedynie raz na zawsze rozwiać niepotrzebne złudzenia. są święte i nienaruszalne. które złoŜył. Ale teraz juŜ za późno. zrozum. malujące się na twarzy Paddy'ego. wyprawilibyśmy cię na kilka lat do Sydney.Westchnął. jaką hańbę sprowadziłeś na siebie.

równieŜ pociągiem do Longreach. a stamtąd. spod piuski wymykały mu się rzadkie ciemne kosmyki. a prostopadle do niego siedział w milczeniu drugi dostojnik. które wyśle z Darwin będą otwierane. Arcybiskup Cluny Dark zajmował ten sam co zwykle fotel. Pozostaniesz tam do czasu. praktycznie nie ma tam kobiet. a do nas naleŜy przyjść ci z pomocą. Dziś wieczorem udasz się ekspresem do Brisbane. Cała parafia aŜ trzęsie się od plotek.zabronione. Razem z księdzem Johnem pójdziesz teraz do kaplicy pomodlić się. Z Longreach polecisz samolotem do Darwin. Jego śluby obowiązują bezwzględnie. Postawny arcybiskup o bujnych siwych włosach i wyrazistych błękitnych oczach był człowiekiem obdarzonym poczuciem humoru. miłujesz nade wszystko? Ślub czystości był tak samo uroczysty i wiąŜący jak inne śluby. Dziewczyna nie dowie się. MoŜesz odejść. Darwin to miasto pogranicza. Nie będzie teŜ miał sposobności znaleźć sobie innej. Dla podtrzymania cię na duchu ksiądz John będzie ci towarzyszył do Darwin. śenujący skandal . Ralph wiedział.myślał.a zwłaszcza na Kościół. Oczywiście nie zobaczysz juŜ nigdy tej kobiety. jak twierdzisz. byś pokonał pokuszenie. które zostaną doręczone do ekspresu. a zamawianie międzymiastowych rozmów telefonicznych . Wszystkie listy. Wyjedziesz natychmiast i podejmiesz obowiązki w parafii Darwin w Terytorium Północnym. Gość stanowił całkowite jego przeciwieństwo. Kościół musi go w tym wyręczyć. który otrzymał stosowne polecenia. nie ma więc potrzeby. Odprowadził wzrokiem młodego księdza i przydzielonego mu cerbera. który. W tej chwili pakowane są twoje rzeczy. Od tego momentu aŜ do przyjazdu do Darwin młody ksiądz pozostanie pod dozorem wypróbowanego księdza Johna. Ŝebyś wracał do swojej obecnej parafii. po czym wstał od biurka i przeszedł do drugiej komnaty. kiedy trzeba będzie wyjść do pociągu. JeŜeli jest za słaby. a on sam nie będzie mógł jej zawiadomić. KsięŜa w administracji kościelnej byli mądrzy i przewidujący. Ŝe nie dopuszczą do tego. nie moŜe z nich zostać zwolniony. a z ascetycznej twarzy o . A dziewczyna niech sobie czeka. Ŝeby sam siebie pilnować. dokąd pojechał. pełnym Ŝycia i smakoszem. a złamanie jednego z nich to cięŜki grzech. by winowajca mógł się porozumieć z dziewczyną. był niski i chudy. którą wziął sobie za kochankę.

wyświęceni na kapłanów umiłowanego Pana naszego. Mógł się nie obawiać. legata papieskiego przy australijskim Kościele katolickim i nazywał się Vittorio Scarbanza di ContiniVerchese. księŜe prałacie . który miał wkrótce zostać jego sekretarzem. OstroŜny i przezorny legat obserwował znad ozłoconej filiŜanki księdza Ralpha de Bricassart.Tak. ale legat zastanawiał się. nosił tytuł arcybiskupa. na którym piętrzyły się kanapki z ogórkiem. liczył na wyjazd do Stanów Zjednoczonych. nawet my. ale o wiele bardziej katolickie. Wprawdzie było to państwo o znacznie mniejszej liczbie ludności. na ile mu taki człowiek przypadnie do gustu. . stały kryształowe spodki z dŜemem i bitą śmietaną. Ŝe trzeba będzie prosić o świeŜą esencję. Wasza Miłość . . jak pięćdziesiąt lat. lekko syczącej wymowie od razu moŜna było poznać obcokrajowca. ciasteczka lukrowane na biało i róŜowo. Ŝe Australia ma swoje zalety. srebrny serwis do herbaty i złocone porcelanowe filiŜanki z Aynsley. w rzeczywistości miał trzydzieści dziewięć. by wyprostował swoje ścieŜki? . Niestety. Pełnił delikatną funkcję łącznika między hierarchią australijską a Watykanem. JuŜ myślałem.rzekł serdecznie arcybiskup. A przy tym kraj bogaty. ciepłe bułeczki z masłem. Ŝe arcybiskup Dark ogromnie polubił tego księdza. drogi księŜe arcybiskupie . innymi słowy. Czy udzielił ksiądz temu młodemu odpowiedniej przestrogi. Z głębi serca mu współczuję i będę się dziś modlił za niego. Ŝeby w przyszłości znalazł w sobie więcej siły. czyli o trzy więcej niŜ ksiądz de Bricassart. Po jego miękkiej. ale po zastanowieniu uznał. Wiadomo było. Ŝe Rzym o nim zapomni. choć nie mniejszym terytorium. Mógł mieć równie dobrze trzydzieści.Zapraszam na herbatkę. Ci wysocy australijscy księŜa .Incydent godny ubolewania. nie utrudniało kariery politykowi. W przeciwieństwie do reszty anglojęzycznego świata w Australii wyznawanie katolicyzmu nie umniejszało wartości człowieka. jesteśmy obarczeni ludzkimi słabościami. Był Włochem.odparł krótko ksiądz Ralph i zajął trzeci fotel przy stoliku.niezdrowej cerze i z cieniem zarostu spoglądały duŜe ciemne oczy. był najwaŜniejszym duchownym w tej części świata. hojny dla Kościoła.powiedział gość. Zanim wyznaczono go na to stanowisko. biznesmenowi czy sędziemu.

to jeszcze własnym staraniem wzbogacił Kościół o wielką fortunę. . Niech ksiądz de Bricassart spróbuje zrobić dobre wraŜenie na Włochu.irlandzkiego pochodzenia tak bardzo nad nim górowali. Niech i tak będzie. CzyŜby pochodził ksiądz z francuskiej rodziny? Ksiądz Ralph potrząsnął głową z uśmiechem. a on sam nie wyraził chęci zrezygnowania z niego). To moŜe okazać się interesujące.To nazwisko normandzkie. a za Henryka IV kilku z nich przeprawiło się przez morze i osiadło na terenach opanowanych . Ŝe ksiądz zjadł jedną trójkątną kanapkę. ale wypił jedną po drugiej cztery filiŜanki herbaty bez cukru i mleka.rzekł legat. Ale Ŝeby był choć odrobinę niŜszy! Popijając z ulgą herbatę. Ŝe na sekretarza legata wyznaczano duchownego włoskiego. a zarazem po męsku. gdzie osiedlił się jeden z jego synów. a jest ponoć Irlandczykiem . Legat zwrócił uwagę. barona na dworze Wilhelma Zdobywcy. Nie dość.Ksiądz nosi nazwisko francuskie. Wasza Miłość. Watykan zadecydował więc. Jak przystosowałby się do innego przełoŜonego? Przyjęło się. Bricassartom wiodło się dobrze pod panowaniem normandzkich królów Anglii. stare i szanowane. Ŝeby zajrzeć im w twarz. Miał dość ciągłego zadzierania głowy. . ksiądz Ralph zachowywał niezwykłe milczenie. Do swojego obecnego przełoŜonego ksiądz de Bricassart odnosił się bez zarzutu: swobodnie i z szacunkiem. gardząc innymi smakołykami. Do legata naleŜało przyglądanie się młodym księŜom: wśród nich najpowaŜniejszym kandydatem był niewątpliwie ksiądz de Bricassart. Ŝe wyróŜniała go zamoŜność (wbrew powszechnemu mniemaniu zwierzchnicy nie mieli prawa przejąć jego majątku. . W przyszłości Ojciec Święty zechce nagrodzić Kościół australijski kapeluszem kardynalskim. ale Watykan bardzo się interesował księdzem Ralphem de Bricassart. z humorem. Tak właśnie napisano w opinii o nim: wstrzemięźliwy w Ŝyciu codziennym. W tysiąc sześćdziesiątym szóstym mój przodek brał udział w podboju Anglii. ale nastąpi to nieprędko. Jestem potomkiem w prostej linii niejakiego Ranulfa de Bricassart.To bardzo dziwne. Ŝe legat weźmie tego młodego człowieka na sekretarza i dokładnie mu się przyjrzy. a jedyną jego słabością jest dobry i szybko samochód.

która mimo emigracji i prześladowań zachowała wiarę przez wieki. W rodzinie utrzymała się tradycja. Ŝe nie pozwolą mu nawet poŜegnać się z ukochaną. . Rodzina. a gdyby to był on i Meggie? Zachowując dyskrecję. nawet całe Ŝycie . kiedy pojął.ograniczając . Mój starszy brat prowadzi stadninę w hrabstwie Meath i chciałby dochować się zwycięzcy wyścigów w Wielkiej Narodowej. O BoŜe. Jestem bardzo dumny ze swego nazwiska i pochodzenia. . .Będzie mi bardzo księdza brakowało .pomyślał legat. muszę urazić albo jednego. . Cromwell obdarował irlandzką ziemią angielskich protegowanych. którą na raz wsunął do ust. moŜna się z tym kryć przez jakiś czas. albo drugiego. Przyda mi się taki sekretarz.przez Anglików. Ŝe nazbyt przystojny. jak widać. nakładając dŜem i bitą śmietanę na połówkę bułeczki. Czy wolno mi zatem powiedzieć. bo czuliśmy się zobowiązani do posłuszeństwa przede wszystkim wobec Rzymu. Kiedy Henryk VIII oderwał Kościół anglikański od Rzymu. Ród de Bricassartów przetrwał tysiąc pięćset lat.A imię Ralph? . Szkoda tylko. jeŜeli czuje do tego powołanie.Skrót od Ranulfa.oznajmił arcybiskup Dark. Nienawiść Irlandczyków do Anglików nie jest. Po utworzeniu przez Cromwella republiki utraciliśmy ziemie i tytuły. jego udręczone oczy zamarłe raptem. zachowaliśmy wiarę Wilhelma. . których juŜ nam nie przywrócono.Rozumiem. Ŝe będę tęsknił za Waszą Miłością. To świetnie! . Wasza Miłość. Nasz ród popadł we względne zapomnienie. patrząc na stolik niewidzącym wzrokiem. Ŝe drugi syn zostaje duchownym. Ksiądz Ralph znów pogrąŜył się w milczeniu.Stare arystokratyczne nazwisko. Ja jestem drugim z kolei synem. Ksiądz Ralph roześmiał się. ciesząc się równocześnie na słuŜbę u Waszej Miłości? Odpowiedź godna dyplomaty . nie Londynu.pomyślał arcybiskup di Contini-Verchese. którego dopiero co ukarał. bezpodstawna. zachowując lojalność wobec Kościoła i Rzymu. Miał przed oczami młodego ksiądz.Wasza Miłość zapędza mnie w kozi róg! JeŜeli mam odpowiadać siedząc między dawnymi i nowymi przełoŜonymi.

Proszę mi powiedzieć. Ŝe jego miłość do niej pozostała w sferze platonicznych zachwytów. . Ŝe najwięcej stracą ci. Oczywiście Drogheda wypadnie gorzej. Wielki Kryzys kiedyś się skończy. Ŝe cokolwiek się zmieniło. Ŝe nic się nie zmieniło przez to. Nie wyobraŜam sobie. ale nieprzyjemnie się nasilał. Ŝe klęcząc aŜ do bólu na marmurowej posadzce w kaplicy pałacu arcybiskup z trudem powstrzymywał się od tego. a jego duŜe ciemne oczy wydały mu się niebezpiecznie wszystkowiedzące. Ŝe padł ofiarą samotności. Otrząsając się z zadumy spostrzegł. Ból nie tylko nie ustawał.się do kontaktów z kobietami w czasie corocznych urlopów z dala od parafii.. Meggie. Wasza Miłość. Tłumaczył sobie. Przypuszczam. bo cena wełny wciąŜ spada. ale domów i placów w większych miastach. Teraz samotność nosiła imię Meggie. czy raptowne załamanie w gospodarce wpłynęło na powierzony księdzu majątek? . Meggie. kto by ją rozproszył. Meggie. Przedtem jego samotność była bezimienna. myślał więc o Meggie jak o małej dziewczynce. ale powaŜne uczucie do jednej kobiety prędzej czy później zostanie wykryte. więc odwzajemnił się przyszłemu przełoŜonemu równie przenikliwym spojrzeniem. Ksiądz Ralph był za mądry na to. jakiego zaznał w Droghedzie. Michar Limited niełatwo ulega wahaniom na rynku.spytał włoski dostojnik. Mylił się. jakby chciał powiedzieć: kaŜdy czymś się smuci. . nie potrafiłby wskazać kogoś. . to nie grzech. Ceny są śmiesznie niskie.Na razie nie mamy powodu do zmartwień. by udawać. ale nie zawsze takie będą. Ŝeby złapać najbliŜszy pociąg do Gilly. Ŝe uległ chwilowej słabości i pocałował Meggie.. Ŝebyśmy mogli w przyszłości stracić na nieruchomościach. przezornie wybrała pewniejszą branŜę metalową. uśmiechnął się blado i wzruszył ramionami. Ŝe arcybiskup di Contini-Verchese utkwił w nim badawcze spojrzenie. Nie mógł przyznać. Ŝe zamyślił się bez przyczyny. Tłumaczył sobie. nie dopuszczając do siebie innych wyobraŜeń. Ŝe brak mu ciepła. odmiennych od niepokojącego doznania pełni. W moim przekonaniu teraz jest znakomita pora na wykup ziemi. Zdarzało się. nie tylko farm na prowincji. którzy nie poczynili tak starannych inwestycji jak pani Carson. Ale pani Carson nie utopiła wszystkich pieniędzy w hodowli.

przyznał legat. A więc ksiądz de Bricassart miał zadatki nie tylko na dyplomatę. Rzym nie powinien go tracić z oczu. ale równieŜ na biznesmena! Doprawdy. ..Owszem .

Łatwo było o dobrego pastucha i Paddy zatrudnił dziewięciu. Stuart znów zamieszkał na stałe w domu. jak to będzie. porzucali daremne poszukiwanie pracy i przestawali płacić czynsze. kwaterując ich w starym baraku dla fryców. Ci woleli zostać w miastach. KaŜdemu przybyszowi napełniano torbę jedzeniem. Włóczędzy na ogół nie byli złymi ludźmi. Ŝe Ŝaden z nich nie zagrzewał tu dłuŜej miejsca. Wobec niskich cen Ŝywności Paddy porobił duŜe zapasy w spiŜarniach i magazynach Droghedy. Nikt jednak się nie dziwił. kilka z deszczem. Lepiej było wędrować z małym tobołkiem przez busz niŜ gnuśnieć w Sydney. Przy kuchennym stole u pani Smith Jims i Patsy trudzili się nad lekcjami kursu korespondencyjnego i opowiadali sobie o tym. a wiosną i latem napadało tak obficie. kiedy pojadą . którzy czuli się na siłach. Nie wszędzie przyjmowano ich tak gościnnie jak w Droghedzie. odludną krainą. MoŜe gnała ich na szlak bezcelowości i znuŜenie Ŝyciem bez własnego domu? Czasami znajdowano trupa i grzebano zanim wrony i dzikie świnie pozostawiłyby z niego same kości. Ŝe Paddy na wszelki wypadek pilnuje swoich kobiet. Tej zimy nadeszły gwałtowne burze. Fee nie zostawiała teraz nigdy pieniędzy na wierzchu i poprosiła Stuarta. nie chcieli zostać dłuŜej. Szeroko znana Drogheda mogła przygnać paru niepoŜądanych łazików. Ŝe w farmach dostaną przynajmniej Ŝywność.ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY Był rok 1930 i Drogheda odczuła skutki Wielkiego Kryzysu. kilka suchych. jeŜeli nie pracę. Ŝe trawa wyrosła bujna i wysoka jak nigdy. a strzelba znajdowała się zawsze w pobliŜu drzwi do kuchni. Ci. Busz był rozległą. Ŝeby zrobił skrytkę za ołtarzykiem w kaplicy. samotnicze i niewiele dawało sposobności do kradzieŜy. obładowani zapasami na drogę. Pozostawione własnemu losowi Ŝony i dzieci przenosiły się do komunalnych drewniaków dla bezdomnych i ustawiały w kolejce po zasiłek. Ich męŜowie i ojcowie pakowali niezbędne rzeczy do derki. więc tym dziwniejsze wydawało się. bo Ŝycie na szlaku było proste. zarzucali na plecy i ruszali na szlak licząc. Korowód włóczęgów nie ustawał: po gorącym posiłku. W całej Australii byli bezrobotni.

Zimą 1932 roku znów szalały suche burze i dokuczało zimno. Znów powróciła susza. Rozmowa schodziła zawsze na chude. jak postrzygacz rozpruwa owcy brzuch i zszywa go grubą igłą . W mieście ludzie nie wiedzą. która miała im odrosnąć akurat na letnie upały . kiedy on nastąpi.Nie warto czymś takim się przejmować. nie owce. pozbawione na zimę pięciu. przypominające zmokłe kury owce. Pani O'Rourke. U nas jest inaczej. Biedna pani O'Rourke zamarłą ze zgrozy. jeŜeli jej potrzebuje. choć nigdy nie wiedzieli. a w mieście . Gwoździem programu była wizyta w Droghedzie dla pokazania. PoniewaŜ pani Smith gniewała się. lubiła zapraszać gości z Sydney. ale Paddy śmiał się do rozpuku. mieszkańcom równin wystarczało znajome rwanie w kościach. wykorzystując obserwacje plam na słońcu.Dobrze. w którym czytelnik domagał się. ale tu. Ŝeby parlament natychmiast uchwalił ustawę kładącą kres „okrucieństwu hodowców”. jakby to były dzieci.pocieszał zakłopotaną panią O'Rourke. jakby liczył się tylko dzisiejszy dzień.do szkoły z internatem w Sydney. ale bujna trawa chroniła przed kurzem i much było mniej niŜ zwykle.jak z powagą wyjaśnił Paddy jednemu z gości. Zapewniało to dobrą jakość owczego runa. . jak Ŝyją sąsiedzi. nikt nie dawał wiary jego nowoczesnym wróŜbom. nauczyli się nie wspominać przy niej o wyjeździe z Droghedy. Nikt nie potrafił przewidzieć deszczu. Liczyła się wełna. . ale stać ich na luksus rozpieszczania zwierząt. Niejaki Inigo Jones w Brisbane nieźle sobie radził z długoterminowymi prognozami pogody. Cleary'owie wzruszali ramionami i pracowali. Wybujała trawa kompletnie wyschła i skruszała w bezdeszczowe lato. KaŜdy moŜe liczyć na pomoc. Niewielka pociecha dla świeŜo wystrzyŜonych. na równinach. Ŝe nawet na dalekich równinach ludzie Ŝyją wytwornie. droga pani. NajwaŜniejsze to przetrwać od jednego dobrego roku do drugiego. Nawykli przez dziesięć lat do ciągłej huśtawki pogody. marznących owiec. która mieszkała w niepozornym drewnianym domu. Mogły się do niego zwracać przyszłe panny młode z Sydney i Melbourne. Ŝe ten tępy baran nie widział. słysząc takie rozmowy. Niedługo po tej wizycie „Sydney Morning Herald” wydrukował list. sześciu cali wełny.

. Obok niego kuliło się ze strachu pięć psów. Ze wszystkich stron otoczyły Paddy'ego ściany ognia. wszystko stanęło w ogniu. Nad białymi drewnianymi szkieletami górował uschły eukaliptus.Wszyscy gardzimy tym. a owce. Ŝeby wyładować nagromadzoną furię właśnie w tym miejscu. Inne psy wyły uciekając.MąŜ ma rację. które chciał przegonić na inne pole.odezwała się Fee unosząc głowę. Słyszał paniczne rŜenie i ścisnęło mu się serce. . Zsiadł z konia. uwiązał go do drzewa i usadowił się pod wilgą. którego nagi pień wygraŜał czarnym chmurom poharatanym szpicem. Ŝe przeniknął zamknięte powieki. Paddy nie zdąŜył nawet dobiec do konia. nie zwrócą uwagi na wołanie człowieka. ledwie zrozumiał. co się dzieje. nie mógł pozwolić. Nie opodal wilgi. kiedy Paddy decydował. a w mieście ludźmi. w tym samym momencie zapaliły się mniejsze pniaki. proszę pani . zamknął oczy i modlił się. potem padł na płonącą trawę. Kiedy rozszalała się wielka sierpniowa burza. . Ŝeby przeczekać. tylko Paddy przebywał z dala od domu.ci sami ludzie. W ułamku sekundy. ale wstrząs wybuchu cisnął nim jak zabawką. Pies zawył i wrzasnął z bólu niemal ludzkim głosem. Płonęły drzewa. twarzą do ziemi. czego mamy w nadmiarze. strzelała płomieniami trawa u jego stóp. Tutaj owcami. a rosnąca wokoło trawa byłą sucha jak pieprz. olbrzymi eukaliptus strzelił słupem ognia. a parę innych drzew leŜało pośród wysokiej trawy. ale dogonił je poŜar pędzący jak na skrzydłach. Straszliwa burza jakby czekała na to. Przez chwilę skakał zamieniony w Ŝywą pochodnię. Urągając niebu. Niebieski płomień rozjarzył się tak jaskrawo. Ze spróchniałych drzew dawno temu wyparowała ostatnia kropla wilgoci. którzy rozczulają się nad zwierzętami. Paddy zerwał się na równe nogi. Podniósł głowę i ujrzał konającą błyskawicę świetliste aureole wokół eukaliptusowej włóczni. a od tego centrum mieciony wiatrem poŜar rozprzestrzeniał się koliście. Wysuszona wilga zajęła się płomieniem i Ŝywiczne serce pękło z hukiem. Paddy zatkał uszy palcami. Wtem. Ŝeby biedne zwierzę zginęło uwiązane i bezbronne. której obwisłe liście szeleściły na wietrze sterczało kilka martwych kikutów. rozbiegły się we wszystkie strony.

wszyscy wiedzieli. Skóra na ręku Paddy'ego poczerniała i skurczyła się. . DraŜnił ich przyjemnie ostry aromat płonących eukaliptusowych polan i nęciły kanapki i ciastka naszykowane na podwieczorek.dorzucił i odwiesił słuchawkę. ChociaŜ od przyjazdu Clearych do Droghedy nie wybuchł w okręgu Gilly ani jeden duŜy poŜar. oznajmiając. Ŝe Paddy zdąŜy wrócić do domu. co robić.Pali się. Nieopisana śmierć.powiedział Bob wskazując na zachód. W jasno oświetlonym salonie.krzyknął Jack i pobiegł do telefonu. . a pani Smith otworzyła magazyn i wydawała dziesiątki worków. W płonącym ubraniu Paddy miotał się ze straszliwym krzykiem. pastuchowie jeden za drugim wychodzili z baraku. Ŝe idą zaczerpnąć świeŜego powietrza. zanim ustanie serce i mózg. chociaŜ wszystkie budynki w Droghedzie miały piorunochrony. W tym momencie uschły eukaliptus za jego plecami. słysząc brzęczyk.zawołał do słuchawki.Chryste Panie! . osmalił mu włosy ognisty meteor. zerwali się z miejsc i wybiegli. Pozostali Cleary'owie i wszyscy pracownicy wrócili do Droghedy przed burzą. pali się! . . . Jack i Bob wstali. a wszyscy w salonie spojrzeli na niego.Wielki poŜar w Droghedzie! . szarpany po brzegach na strzępy przez wichurę. Spojrzał w dół i zobaczył piekącą się na ziemi kakadu.Spójrz! . Nie było ucieczki z tego piekła. . strzelił płomieniami na wszystkie strony. bracia usiedli wsłuchując się w burzę i nie mając ochoty jak dawniej wyjść i popatrzeć. Dym . Raptem zrozumiał. rozsadzany przez eksplodującą Ŝywicę. Nic więcej nie trzeba było mówić telefonistce w miasteczku i tym wszystkim. Nikt nie spodziewał się. Około czwartej chmury odpłynęły na wschód i wszyscy odetchnęli. Nie sposób było beztrosko wypoczywać podczas suchej burzy.Bracia rozbiegli się po konie.którędy najlepiej dotrzeć do konia. wołając imię Ŝony. zostawili konie w zagrodzie i rozeszli się do domów. Ŝe to koniec. ogień trawiący powłokę. Ponad drzewami okalającymi obejście rozkładał się brunatny całun dymu. przy ogniu trzaskającym na marmurowym kominku. którzy odruchowo podnosili słuchawki.

którzy się nimi posługiwali. potem przeniósł się dalej i polał dwie mniejsze . potem zacznijcie piec podpłomyki.to był słaby punkt Droghedy. Fee zdjęła długą spódnicę i włoŜyła spodnie Paddy'ego i razem z Meggie pobiegła do stajni. przynieś z Cat cały zapas piwa i rumu. tuŜ przy domu zarządcy.wołali. do zbiornika przymocował wąŜ i zaczął nasycać wodą ściany. . w którym ostatnio koczował. Był pewien. Wrzucający pierwszy bieg. a pokojówki zaczęły zdejmować z haków wiszące pod sufitem gary.powiedziała gospodyni. Ŝe akurat wczoraj ubiliśmy byczka .Dobrze. Bob z pastuchami odjechał kilka minut wcześniej. Fee i Meggie wyprowadziły ze stajni dwa stąpające nerwowo wierzchowce. . jakby coś postanowił. Tom obejrzał się na opustoszały dom zarządcy i dwie dalsze nie zajęte chałupy . potrząsnął głową. Kiedy Meggie walczyła z kasztanką. Ogrodnik Tom skończył napełniać beczkowóz za pomocą pompy i zapuścił silnik. liczyła się kaŜda para rąk. Ŝe nie uda im się zatrzymać ognia na polach i niedługo wrócą. więc poŜar kierował się w stronę domu. Minnie.pojawił się na zachodzie. Na szczycie parowu. a na końcu Fee i Meggie puściły się galopem do strumienia i dalej w kierunku dymu. O BoŜe. Pani Smith podłoŜyła pod kuchnią. śadna ilość wody. pali się! . jedyne miejsce. prędko! Zaniepokojone burzą konie poczuły dym i nie dawały się osiodłać. cofnął beczkowóz przez strumień i wyprowadził na wstecznym biegu w górę. . szlakiem od drogi do miasteczka nadbiegło dwóch włóczęgów. Ŝeby okiełznać je na podwórku. skąd wiał wiatr. nie ugasiłaby takiego poŜaru. a ja będę dusić mięso. Ŝeby pokonać pod górę stromiznę parowu. masz tu klucz do piwnicy.rzekła Meggie. Dwaj przybysze wzięli od pani Smith worki i bukłaki z wodą. z wyjątkiem rzęsistej ulewy.Pali się! Proszę pani. gdzie jest ojciec. Włóczędzy ruszyli ich śladem.Znajdą się jakieś dwa wolne konie? Dajcie nam parę worków. ale trzeba było moczyć worki i ludzi.Idźcie tędy. Stary Tom spojrzał na zachód. . Ŝeby tylko kogoś poŜar nie odciął . która nie wiedziała. Tylko prędko. gdzie zabudowania podchodziły na tyle blisko drzew po przeciwnej stronie. Ŝe mogły zająć się ogniem.

a na drodze z miasteczka łyskały coraz to nowe skaczące światła. dopóki wytrzymasz. Ŝebyśmy zatrzymali poŜar. Owce jednak były takie głupie. . Od zachodu gnały przez pola gromady zwierząt . Pociemniało. .Za duŜy. uciekaj. Ŝeby gasić . Ale nie było rady. Jesteś waŜniejszy od tych paru desek i szyb. Ŝe Bob zostawił otwarte bramy. czy uda nam się uratować Droghedę. . Ŝe czasami zatrzymywały się przed ogrodzeniem tuŜ przy otwartej bramie. . Nie było Ŝadnej szansy. Tom nadal polewał domy koło strumienia. Widząc. ale Horry powinien się przygotować. Bob? . kiedy do niego dotarli. czekała tam na niego spora grupa ochotników. by zatrzymać tu poŜar. byle w porę.spytał Martin King.Brawo. emu i goanny. Musieli wrócić do Droghedy i bronić jej w miarę moŜliwości. kiedy w płytkim brodzie zaklekotały kopyta. gdyby nie popędzili znuŜonych koni.kangury i dzikie świnie. PrzejeŜdŜając ze Studni na Billa-Billa zauwaŜyła.DuŜy poŜar. słyszysz? Bez brawurowych popisów. Koło rezydencji tłoczyły się samochody. a przy tym wietrze posuwa się galopem.Dawno nie było takiego duŜego poŜaru. . PoŜar przebył dziesięć mil.chałupy. Wyprawię ludzi do Beel-Beel. Kiedy Bob skręcił do końskich zagród. przeraŜone owce i bydło. a posuwając się wciąŜ naprzód rozprzestrzeniał się równieŜ na boki.krzyknął Bob. Tom! . osadzili w miejscu przeraŜone. tysiące królików. wielka szkoda. Ŝeby się nie zapaliły. szarpiące wędzidłami konie i rozejrzeli się bezradnie. której w ogóle nie dostrzegały. Mógłby ich dogonić i minąć. nie dokonałaby tego armia ludzi. Ostatnio w tysiąc dziewięćset dziewiętnastym. Czoło ognia poszerzyło się juŜ na pięć mil. ale jest nas tu duŜo i wciąŜ . On będzie następny.Rób tak dalej. Tutaj mógł zdziałać najwięcej: moczył te trzy domy. bo niemoŜliwe. a jak zrobi się za gorąco. . jak silny wiatr i sucha trawa przerzucają ogień z jednej kępy na drugą.Szeroki na jakieś pięć mil. a złowroga chmura na zachodzie rosła i nasilał się swąd spalenizny. Szkoda owiec.odparł zrozpaczony Bob. Nie wiem. Meggie jechała obok Fee.

Wspominano poŜary w Gilly w ciągu siedemdziesięciu lat istnienia okręgu. długa susza nie zwiększała groźby poŜaru. Ŝe się nie uda. Bob? . szykowanie jedzenia i picia dla podtrzymania sił i odwagi. Był na polu Wilga. Przypomina to trochę wojnę .rzekł.Na zachód od poŜaru. walczył z poŜarami od pięćdziesięciu lat.zjeŜdŜają nowi. Teraz zrozumiała dlaczego.Niezły z ciebie pocieszyciel! . które wyrosły w pobliŜu strumienia. To pole było niczym innym jak tylko gigantyczną kolistą przesieką. WciąŜ dojeŜdŜał ktoś nowy i dołączał do oczyszczających brzegi obejścia z przerośniętej trawy i ścinających nieliczne drzewa. . . Ŝe po przyjeździe do Droghedy brakowało jej drzew na polu domowym. I nadciągający kataklizm. Martin King stanął na czele trzystuosobowej grupy. .odparł Bob z uśmiechem. Wbrew pozorom. Ŝe mam farmę na zachód od Droghedy.spytał Martin rozglądając się. W Gilly znajdzie się prawie pięciuset chłopa do walki z poŜarem. . Ŝeby bronić Droghedy. . Jako najstarszy hodowca w okolicy. Ŝeby mógł się daleko rozprzestrzeniać. . Przez piętnaście lat odrabiałem straty i juŜ myślałem. które w bogatej w lasy okolicy wydawało się brzydko ogołocone. zdarzały się wielkie poŜary szalejące nieraz na przestrzeni setek mil. Meggie przypomniała sobie.W tysiąc dziewięćset piątym straciłem wszystkie owce i drzewa. Natomiast rok czy dwa po ulewach. bo ani cena wełny.Dzisiaj nie.pomyślała Meggie wchodząc do domu: kontrolowany pośpiech.Nikogo innego nie brakuje? . Ŝeby przegnać owce przed koceniem. ale według moich obliczeń poŜar zaczął się co najmniej pięć mil bliŜej.Gdzie ojciec. ani cena wołowiny nie były podówczas wysokie. która pozostała. . gdyŜ za mało było trawy. koło Bugeli. na szczęście. kiedy wybujała trawa zamieniała się w łatwopalny materiał. Bogu dzięki. Część z nas zostanie tutaj do pomocy.mam w Bugeli sto pięćdziesiąt tysięcy akrów .

Wiatr zahuczał. Odwróciła się niechętnie. Rozległ się ryk jak na wypełnionym po brzegi stadionie piłkarskim. Między jedną a drugą wyprawą do kuchni Meggie spoglądała ze zgrozą i podziwem na poŜar. coś z Boga i coś z Diabła. przylegający do obejścia od zachodu. chodźŜe poustawiać talerze! Nie jesteśmy na pikniku . Po to trudziły się kobiety. łykali rum i szli z powrotem. Wkrótce ujrzeli pierwsze języki ognia skaczące do chmury dymu. Ŝeby przypadkiem . Uzbrojone w mokre worki. herbaty. Snujący się coraz bliŜej dym wywoływał kaszel. zimny blask dalekich słońc. Ŝeby szybko coś zjeść. pochłaniali przestudzony gulasz.Meggie. Po dwóch godzinach przybyli pierwsi wyczerpani. chwiejący się na nogach. Ŝe tego widoku nie zapomni. gasiły węgle na rozgrzanym dachu. póki będzie Ŝyła. parząc mimo takiej osłony ręce i kolana. Las. miotające się niczym dręczone w piekle dusze. a więc kobiety gotowały. pulsujące serca wypalonych drzew. Deszcz wirujących iskier z rozpadającego się eukaliptusa. co do tej pory opierało się nienasyconemu napastnikowi. wypić i zebrać siły do dalszej walki z Ŝywiołem. zostali juŜ niemal otoczeni i Meggie rozróŜniała szczegóły niewidoczne wcześniej poprzez jednolitą ścianę ognia. podpłomyków. rwali kawały chleba. do czego najlepiej się nadawał. Płomienie liŜące raptem to. Ŝeby fizycznie silniejsi od nich męŜczyźni mieli dość energii. śółte. Zapadł zmierzch. wszędzie czuć było spaleniznę. Tańczące w powietrzu jak psotne duszki rozŜarzone węgle. Czarni od sadzy.dobiegł ją głos matki. pili zachłannie. rumu i piwa nawet dla trzystu męŜczyzn. Nasilające się podmuchy wiatru zmusiły kobiety do wdrapania się po gałęziach glicynii na blaszany dach. Czoło poŜaru sunęło na wschód. . Meggie wiedziała. Przy poŜarze kaŜdy robił to. Ŝeby nie zabrakło mięsa. stanął w ogniu. miał w sobie jakieś nieziemskie piękno. Skamieniała na werandzie Meggie patrzyła na miniaturowe sylwetki na tle płonących drzew. Teraz widać było czarną sylwetkę drzewa w jarzącej się pomarańczowej obwódce. ale niebo od zachodu jaśniało okropnym blaskiem.

pierwsza rzecz. Jak bym bez nich Ŝyłą? Bez tych drobiazgów. poŜar potrwa wiele tygodni. Ŝe wszystko spłonie.To niemądre . Sąsiadowała z nią farma BeelBeel. a dalej na wschód . ale dom spłonął. ale pomagał tak długo. . to dokończyła robótkę. .rzekł Martin King. taką staroświecką makatkę. kierując innymi doświadczoną ręką. Taki figiel umysłu. jak to było potrzebne. Kiedy wybudowałem nowy dom. na której wyhaftowała: „Błogo temu. i my wraz z nim. puzderko nazbieranych przez lata guzików. . wypalając setki mil najlepszej ziemi.Wtedy i dwór poszedłby z dymem. Miał swoje lata.Lepiej padnij na kolana i dziękuj Bogu. chociaŜ krzyczałem na nią wniebogłosy. o tym pięknym domu. co swój dom ma”. . Domy nad strumieniem przetrzymały groźny atak Ŝywiołu. Gareth . Ledwie jednak wiatr się wzmógł. który jak oszalały to napełniał beczkowóz. Ŝeby wynieść tamborek z nie dokończoną robótką.Uśmiechnął się. domy zajęły się i Tom odjechał ze łzami w oczach. Ale najsilniej paliło się dziesięć mil na wschód.Narrengang. nie dokończona robótka na drutach. ratowane przez Toma.Muszę juŜ iść. BoŜe święty. od wschodniej granicy posiadłości. Ŝe wichura nie zerwała się. Przychodził mi na myśl koszyk z przyborami do szycia. Ŝeby tylko w Beel-Beel dali sobie radę! Fee podała mu szklaneczkę czystego rumu. . Nie myślałam o śmierci. . kiedy czoło poŜaru było jeszcze na zachodzie . kiwając głową nad niepojętym zachowaniem kobiet. cały okręg wiedział. których nigdzie się nie dostanie? . w Beel-Beel. to lał wodę.nie zajęły się ogniem drewniane krokwie pod spodem. Ŝe jeśli nie spadnie deszcz.Uciekliśmy w porę. przedziwne rzeczy chodziły mi po głowie. Zaledwie trzy mile dzieliły dwór w Droghedzie.Odstawił szklaneczkę.ale kiedy wydawało się. Kiedy prędkość wiatru wzrosła z czterdziestu do sześćdziesięciu mil na godzinę. jaką zrobiła. które dawno temu zrobił dla mnie Frank. Pamiętam. . o dzieciach.Większość kobiet w ten sposób reaguje. połoŜonej najbliŜej miasteczka. foremki do ciasta w kształcie serduszek.powiedział . jak w tysiąc dziewięćset piątym Ŝona wbiegła do domu.

Uznano. i czekali. Bob. a jeśli się nie mylę.powiedział Bob przemierzając salon w tę i z powrotem.AŜ tak daleko? . . w jakim jest stanie. Lepiej na razie nie robić szumu. . Posłałeś pastuchów do Narrengang. Bob? . a potem lunął deszcz i ugasił wszystko padając prawie cztery dni. to i Angus z Rudna Hunish.prosił Bob. .oznajmiła.zdumiała się Fee. więc jest nas bardzo mało. Ŝe na pewno jest odcięty. moŜe został bez konia i musi przejść na piechotę.Więc co robimy. MoŜe jest ranny. to . . . więc ściągnę naszych ludzi z Narrengang.WłoŜę spodnie . aŜ sam wróci z Bugeli. blednąc.spytał Jack. dostaliby wiadomość z Bugeli. Ŝebyśmy ruszyli na poszukiwania. Ŝe nie ma powodu do niepokoju.Nie zniosę czekania. Ŝe gdyby nie przerwana linia telefoniczna. Ŝe znalazł się poza obrębem wypalonego pasa. moŜe leŜy gdzieś niezdolny do marszu.Davies będzie nas potrzebował w Narrengang. bo na pewno na zachodzie szukał schronienia Paddy. .JeŜeli jest ranny. . Od blisko czterech dni wmawiali sobie. oczy błyszczały jej jak w gorączce. pojadę do Dominika i jurto wszystkich skrzykniemy. JeŜeli pojadę z Meggie.Rozesłano wici. Ogień pokonał ponad sto mil i zwęglony szlak o szerokości dwudziestu mil ciągnął się od połowy Droghedy aŜ do granic Rudna Hunish. mamo! . . Ale kiedy nie pokazał się po sześciu godzinach deszczu. jak na ironię. W powietrzu wisiał nieprzyjemny chłód i znów. to nie wiadomo. odcięty przez rozgrzaną ziemię i płonące drzewa. rozpalono w kominku. . Przed deszczem nikt nie oczekiwał wieści o Paddym. Przez trzy dni poŜar parł na wschód coraz szerszym frontem. BoŜe. MoŜe koń go zrzucił. JeŜeli nie odnajdziemy go przez noc. Bob myślał.. niech się pośpieszą ci od telefonów! Fee drŜała.Zostań w domu. najdalej na wschód połoŜonej posiadłości w okręgu Gillanbone.NajwyŜszy czas. Booroo i Bourke nadciągają z pomocą. zaczęli się martwić.Powinien juŜ być w domu .

przecięli strumień i jechali przez martwą ziemię. bo tam najpewniej znajdę ojca. Czy wszyscy macie dość amunicji? Ten. Pozostali odpowiadają pojedynczymi wystrzałami. tak jednak się nie stało. na którym jechałaś do poŜaru. cieszyli się nawzajem swoją obecnością. strzeli trzy razy w powietrze. Jack pojedzie na południe wzdłuŜ granicy poŜaru. nie zamieniając słowa. ale zbite resztki trawy dawały trochę oparcia. za nimi Jack i Hughie. Widocznie z powodu burzowych chmur dostrzegli dym z opóźnieniem. Ze ściśnięty serce uzmysłowili sobie. smętny w deszczu. KaŜdy bierze strzelbę i zapas naboi.Meggie. patrząc na to. Ŝe lada chwila Paddy ukaŜe się na horyzoncie.rozciągał się znajomy krajobraz.we dwie damy sobie radę. Zdumiewająco wyglądała granica poŜaru. ale po drugiej .No dobrze . Mama i Meggie na północny zachód. Stu wzdłuŜ granicy na północ. Tylko jedźcie powoli. Dosiedli koni. Hughie na południowy zachód. niŜ myśleli. lecz Fee i Stuart przyjmowali to ze spokojem. Ŝeby wydać polecenia. a deszcz rozmywał im łzy. Ŝe poŜar wybuchł o wiele dalej. a jestem najsilniejszy. ale pełen Ŝycia. Bob zatrzymał się. Po jednej stronie połyskiwały zgliszcza. . Ci ostatni. na polu Wilga. która podtrzymywała ich na duchu. to Ŝadna z nas nie pomoŜe. kto coś znajdzie. .Tutaj się rozdzielimy. Z gałęzi drzew zwisały pokurczone liście. odpowiedzą pojedynczym wystrzałem. Strzelajcie tylko wtedy. Ci. byków i świń tworzyły małe i większe pagórki. Na czele jechali Bob i Meggie. gdy coś znajdziecie. MoŜe was usłyszeć. Ja pojadę na zachód. Śliska ziemia utrudniała marsz. Konie zbliŜały się do siebie albo odskakiwały przestraszone. Potem niechaj czekają. trupy owiec. Płakali. bo Meggie tylko przyłączy się do któregoś z was. parujące jeszcze do tej pory. Jak okiem sięgnąć. Pierwszy po pięciu minutach znów wystrzeli trzy razy i potem co pięć minut po trzy razy. . a miejscami zachowało się sporo drzew. a na końcu Fee ze Stuartem. Spodziewali się. a jeŜeli nie pojadę. czerniały wilgotne węgle.ustąpił Bob. Deszcz zmniejsza widoczność. którzy usłyszą. Często wołajcie. po trawie zostały gdzieniegdzie czarne kępki. . choć nie będzie widział. weźmiesz wałacha.

Westchnął z ulgą. Paddy natomiast wyjechał konno z pięcioma psami. Nie czekając. bo nie chciał. grzęznąć po kostki w błocie. Niekształtna głowa patrzyła w niebo pustymi oczodołami. załadował następny nabój. ale włóczęga na szlaku obywał się bez konia i miał najwyŜej jednego psa.strzał. Trup konia leŜał rozpłaszczony na pniu wielkiego eukaliptusa. osmalony trup miał podkurczone nogi i plecy wygięte tak. Gdyby nie koń i psy miałby nadzieję. Powodzenia. wszystkowidzące spojrzenie Stuarta spoczęło na zwłokach ojca widząc go takim. Jasne. Ŝe w ognistą pułapkę wpadł jakiś obieŜyświat. Po chwili skierował lufę strzelby w górę i wystrzelił raz. leŜały szczątki człowieka. gdy spostrzegł wypalony zagajnik podchodzący do linii granicznej poŜaru. trzeci od matki. Ŝe bliŜszy wystrzał musiała dać matka albo Meggie. TuŜ koło zwęglonej granicy drugiego drzewa. Uzmysłowił sobie. niknąc w strugach deszczu. Nieco dalej leŜały trzy zwęglone psy: razem pięć. Usłyszał w odpowiedzi jeden daleki wystrzał. Stuart zsiadł z konia. Niczym pielgrzymi na rozstajnych drogach rozdzielili się i kaŜdy udał się w wyznaczonym kierunku. Drugi nabój . To nie budziło wątpliwości. W środku Droghedy nie spotkałoby się teŜ poganiaczy czy pastuchów z Bugeli. dwóm poczerniałym psom łapy sterczały sztywno jak patyki. drugi. spalonymi do kości palcami. aŜ upłynie umówione pięć minut. Połyskliwy od wilgoci. . Nie opodal konia. jakim był za Ŝycia. potem drugi. Ŝe dotykał ziemi tylko ramionami i pośladkami. niech was Bóg prowadzi. Modlił się poruszając ustami i stąpał ostroŜnie po śliskich węglach. ukryte częściowo za pniem. Rozrzucone ręce zgięte w łokciach. zastygły w błagalnym geście z rozczapierzonymi. Ŝeby pierwsze pojawiły się kobiety. znacznie słabszy.Ojciec nie miał ze sobą broni i czułby się okropnie słysząc wystrzał z odległości większej niŜ doleci głos. od Boba. drugi od Jacka albo od Hughiego. Stuart ujechał ledwie pół mili. OdłoŜył broń na ziemię i nasłuchiwał zwrócony na południe. skierował lufę na południe i strzelił. trzeci. i wyjął strzelbę z pochwy przy siodle. trzeci nabój strzał. Tym razem pierwszy sygnał dobiegł z zachodu.

Wielki dzik wyszedł zza drzew od północnej strony. Zataczając się na krótkich, mocnych nogach, masywnych jak krowa, zaczął grzebać kopytami ziemię. Cierpiał, a wystrzały zaniepokoiły go. Miał przypalony, czerwony bok. Stuart zwrócony na południe, nie zobaczył go, poczuł jedynie zapach przypominający wyjętą z pieca wieprzową pieczeń z chrupiącą skórką. Wytrącony z melancholijnej zadumy, odwrócił głowę z wraŜeniem, Ŝe juŜ tu kiedyś był, Ŝe od urodzenia nosił w sobie obraz tego skrawka wypalonej ziemi. Nachylił się po strzelbę, wiedząc, Ŝe jest nie nabita. Oszalały z bólu odyniec znieruchomiał i patrzył poczerwieniałymi oczkami. ZadrŜał koń, podraŜniony wonią dzika. Wielki łeb z poŜółkłymi szablastymi kłami zwróciły się w jego stronę. Wykorzystując jedną szansę, Stuart chwycił strzelbę, złamał, sięgnął do kieszeni po nabój. Monotonny szmer deszczu tłumił wszystkie dźwięki, ale dzik usłyszał szczęknięcie i w ostatniej chwili zmienił kierunek natarcia. Dopadając Stuarta dostał kulą w pierś, ale nawet nie zwolnił. Wielkimi kłami rozdarł mu pachwinę, w której krew trysnęła jak z odkręconego kranu. Stuart upadł. Czując nowy ból, dzik obrócił się na chwiejnych nogach, Ŝeby znów szarpnąć kłami. Zwalił się na Stuarta wielkim cielskiem, wgniatając mu twarz w smoliste błoto. Stuart wbił ręce w ziemię, daremnie próbując się uwolnić. To dlatego nigdy o niczym nie marzył ani nie myślał o przyszłości, jedynie upajał się otaczającym go światem - wiedział, jaki czeka go los. ZdąŜył pomyśleć: Mamo, mamo! Nie mogę z tobą zostać! - i pękło mu serce. - Dlaczego Stu nie strzela? - spytała Meggie. Obie z matką, pełne najstraszniejszych obaw, jechały wolnym kłusem w stronę dwóch potrójnych salw. - Widocznie uznał, Ŝe go dobrze słyszeliśmy - odparła Fee. Ale miała w pamięci wyraz jego twarzy przy poŜegnaniu, uściśnięcie ręki, uśmiech inny niŜ zwykle. - Jesteśmy juŜ chyba blisko - powiedziała podrywając konia do niezgrabnego cwału. Przed nimi dotarli na miejsce Jack i Bob. Widząc nadjeŜdŜające kobiety, odcięli im drogę. - Nie chodź tam, mamo - powiedział Bob, kiedy zsiadły z koni.

Jack podszedł do Meggie i przytrzymał ją za ręce. Obie spojrzały z takim samym wyrazem oczu, bez zdziwienia czy lęku, jakby wiedziały wszystko. - Paddy? - spytała Fee nieswoim głosem. - Tak. I Stu. Ani Bob, ani Jack nie mogli spojrzeć w oczy matce. - Stu? Stu? Jak to Stu?! O BoŜe, co się stało? Nie... nie obydwaj! - Tata zginął w poŜarze. Stu rozdraŜnił dzika, ale choć celnie trafił, zginął przygnieciony jego cięŜarem. Meggie krzyczała i wyrywała się Jackowi. Fee, którą Bob trzymał zakrwawionymi brudnymi rękoma, skamieniała. - To za wiele - powiedziała wreszcie i spojrzała na Boba. Deszcz spływał jej po twarzy i przyklejał do szyi kosmyki włosów. - Puść mnie do nich, Bob. Jestem Ŝoną jednego i matką drugiego.. Nie moŜesz mnie zatrzymać, nie masz prawa. Puść mnie do nich. Meggie ucichła i stała w objęciach Jacka z głową na jego ramieniu. Odprowadziła wzrokiem Boba idącego z matką, którą trzymał wpół, ale nie ruszyła się z miejsca. Zjawił się Hughie. Jack wskazał skinieniem matkę i Boba. - Idź z nimi, Hughie. Ja wrócę z Meggie do Droghedy po wóz. - Puścił siostrę i posadził ją na kasztankę. - Jedziemy, Meggie, ściemnia się. Nie moŜemy zostawić ich tu na noc, a nie odjadą, póki nie wrócimy. Wóz grzązł w błocie, nie było sposobu na jazdę, w końcu Jack i Tom przywiązali łańcuchami kawał blachy falistej do dwóch koni, które poprowadził Tom, dosiadając trzeciego, a na czele pojechał Jack z największą lampą jaką udało się znaleźć. Meggie została w domu - siedziała przed kominkiem, a pani Smith z płaczem namawiała ją, Ŝeby coś zjadła, nie mogąc patrzeć na jej niemą rozpacz bez łez. Słysząc kołatkę ruszyła do drzwi frontowych, zdziwiona, komu udało się dobrnąć w taką pogodę, i zdumiona szybkością, z jaką rozchodziły się wieści. Na werandzie stał ksiądz Ralph w ubłoconym płaszczu. - Czy mogę wejść, pani Smith?

- Och, proszę księdza! - zawołała i ku jego zdumieniu rzuciła mu się na szyję. - Skąd ksiądz wiedział? - Pani Cleary wysłała telegram, za co jestem jej bardzo wdzięczny. Arcybiskup di Contini-Verchese pozwolił mi pojechać. Język moŜna sobie połamać przy tym nazwisku. Uwierzy pani, Ŝe muszę je wymawiać co dzień po sto razy? No i przyleciałem. Samolot zarył dziobem przy lądowaniu, więc wiedziałem, co mnie czeka, kiedy wysiądę. Kochane Gilly! Zostawiłem walizkę na plebanii u księdza Watty i wyŜebrałem konia od barmana w hotelu. Myślał, Ŝe zwariowałem, i załoŜył się ze mną o butelkę najlepszej szkockiej, Ŝe nie dotrę do Droghedy. Och, pani Smith, proszę tak nie płakać! Świat się nie kończy z powodu jednego poŜaru, choćby najgroźniejszego! - mówił z uśmiechem, poklepując drŜące ramiona gospodyni. - Staram się, jak mogę, panią rozweselić, i nic z tego nie wychodzi. Proszę tak nie płakać! - Więc ksiądz nie wie... - powiedziała szlochając. - Czego nie wiem? Co się stało? - Pan Cleary i Stuart nie Ŝyją. Zbladł., odsunął gospodynię od siebie. - Gdzie Meggie? - rzucił ostro. - W salonie. Pani Cleary jest jeszcze na polu przy ciałach. Jack i Tom pojechali po nich. Och, chociaŜ jestem wierząca, to czasem myślę, Ŝe Bóg jest zbyt okrutny! Dlaczego zabrał ich obu? Ksiądz Ralph juŜ nie słuchał. Ruszył do salonu, zrzucając po drodze płaszcz i zostawiając błotniste ślady. - Meggie! - powiedział, podszedł do niej, przyklęknął i uścisnął jej zimne ręce. Zsunęła się powoli z fotela prosto w jego ramiona, połoŜyła głowę na przemoczonej koszuli i zamknęła oczy - szczęśliwa mimo bólu, chcąc zatrzymać tę chwilę na zawsze. Wrócił, a więc udało się jej przyciągnąć go do siebie. - Pomoczysz się, Meggie - szepnął tuląc policzek do jej włosów. - Nie szkodzi. Przyjechałeś.

- Tak. Chciałem zobaczyć, czy jesteś cała i zdrowa. Czułem, Ŝe jestem potrzebny. Ach, Meggie! Jak to się stało, Ŝe ojciec i Stu... - Tata zginął w poŜarze. Stu go odnalazł, ale zaatakował go dzik i zabił. Jack i Tom pojechali po nich. O nic więcej nie pytał, tylko kołysał ją w ramionach jak małe dziecko, aŜ w cieple ognia obeschła mu koszula i włosy. Poczuł, Ŝe Meggie nie jest juŜ taka sztywna jak przedtem. Ujął ją pod brodę, spojrzał jej w oczy i bez zastanowienia pocałował. Zrobił to instynktownie, widząc, co wyraŜają szare oczy. To nie był impuls poŜądania, lecz rodzaj sakramentu. Objęła go, a wtedy wzdrygnął się, wydając mimowolny okrzyk bólu. - Co się stało? - spytała Meggie rozluźniając ręce. - Chyba poobijałem sobie Ŝebra w samolocie. Ugrzęźliśmy w błocisku aŜ po kadłub, więc trochę rzucało. Wylądowałem na oparciu przedniego siedzenia. - Pozwól, Ŝe obejrzę. Pewnymi palcami rozpięła wilgotną koszulę, ściągnęła z rąk, uwolniła ze spodni. Przez całą szerokość klatki piersiowej poniŜej Ŝeber siniała pod opaloną skórą szeroka pręga. Meggie syknęła. - Och, Ralphie! Jechałeś w tym stanie konno z Gilly? To musiało okropnie boleć! Nie jest ci słabo? Mogło ci coś pęknąć w środku. - Nie, nic mi nie jest. Tak się tu spieszyłem i niepokoiłem o ciebie, Ŝe niczego nie czułem, naprawdę. Gdybym miał krwotok wewnętrzny, juŜ bym o tym wiedział. BoŜe, Meggie, nie! Nachylona, muskała ustami siniak, sunąc dłońmi po jego torsie z umyślną zmysłowością, która go oszołomiła. Zafascynowany i przeraŜony, chcąc się za wszelką cenę uwolnić, odsunął jej głowę od siebie, ale skończyło się na tym, Ŝe trzymał ją znów w ramionach i czuł, jak jego wola słabnie w węŜowym uścisku. Zapomniał o bólu, Kościele, o Bogu. Odnalazł jej usta, rozchylił zachłannie, pragnął jej coraz bardziej, nie mogąc najmocniejszym uściskiem zaspokoić narastającego poŜądania. Przechyliła głowę na bok, obnaŜając ramiona, chłodne i gładsze od satyny. Czuł się bezradny, bez tchu, jakby tonął. Raptem przygniotło go poczucie nieuchronności śmierci a łzy cisnęły się do oczu. PoŜądanie odpłynęło,

oderwał od siebie ręce Meggie i siedział z podkulonymi nogami i zwieszoną głową, jakby obchodziły go wyłącznie oparte na kolanach drŜące ręce. Meggie, coś ty mi zrobiła! - myślał. - Co byś jeszcze zrobiła, gdybym ci pozwolił? - Meggie, kocham cię i zawsze będę kochał. Ale jestem księdzem, nie mogę... Po prostu nie mogę! Szybko wstała z podłogi, poprawiła bluzkę i popatrzyła na niego z góry z krzywym uśmiechem, który uwydatnił bolesny zawód malujący się w oczach. - Rozumiem. Pójdę poprosić panią Smith, Ŝeby przygotowała ci coś do jedzenia, a potem przyniosę koński balsam. Znakomicie wyciąga siniaki i znacznie szybciej niŜ pocałunki leczy obolałe miejsca. - Czy działa telefon? - spytał z trudem. - Tak. Przerzucono prowizoryczną linię po drzewach i od paru godzin jesteśmy podłączeni. Upłynęło kilka dobrych minut po jej wyjściu, zanim opanował się na tyle, Ŝeby zasiąść przy sekretarzyku Fee. Halo! Z Droghedy mówi ksiądz de Bricassart. Poproszę

międzymiastową... A, to ty, Doreen, nadal jesteś telefonistkę. Mnie teŜ miło cię usłyszeć. W Sydney telefonistka o tylko znudzony głos. ZaleŜy i na szybkim połączeniu z Jego Eminencją legatem papieskim w Sydney. Numer iks, iks, dwa tysiące trzysta dwadzieścia cztery. Kiedy będę czekał na Sydney, połącz mnie, proszę, z Bugelą. Ledwie zaczął opowiadać Martinowi Kingowi, co się stało, dostał połączenie z Sydney. Wiedział jednak, Ŝe King i podsłuchujący go na linii zawiadomią mieszkańców Gilly. Ci, którzy zdecydują się na uciąŜliwą wyprawę, przyjdą na podwójny pogrzeb. - Arcybiskup di Cintini-Verchese? Tu ksiądz de Bricassart... Tak, dziękuję, ale samolot ugrzązł w błocie i będę musiał wracać pociągiem... W błocie, Wasza Miłość, w błocie! Nie, Wasza Miłość, kiedy pada, drogi są nieprzejezdne. Musiałem jechać konno z Gillanbone do Droghedy, inaczej się nie dało... Dlatego dzwonię. Dobrze się stało, Ŝe przyjechałem. Chyba miałem jakieś przeczucie... Niestety, Padraic Cleary zginął w poŜarze, a jego syna Stuarta zabił odyniec...

Odyniec, Wasza miłość, dzika świnia... Tak, Wasza Miłość, trochę tu dziwnie mówią po angielsku. Kiedy dobiegły go w słuchawce ciche westchnienia, mimo woli się uśmiechnął. Nie mógł wrzasnąć do telefonu, Ŝeby wszyscy się wyłączyli - dla mieszkańców Gilly, spragnionych kontaktów z bliźnimi, była to jedyna powszechna rozrywka. Gdyby jednak odłoŜyli słuchawki, arcybiskup lepiej by go słyszał. - JeŜeli Wasza Miłość pozwoli, zostanę, Ŝeby wyprawić pogrzeb i zaopiekować się rodziną... Tak, wasza Miłość, dziękuję. Postaram się wrócić jak najszybciej. Telefonistka teŜ słuchała, więc nacisnął dźwigienkę aparatu i od razu poprosił o połączenie z Bugelą. Po krótkiej rozmowie z Kingiem postanowił odłoŜyć pogrzeb na pojutrze, na co pozwalała zimowa, sierpniowa pogoda. Wielu sąsiadów chciało przyjechać i gotowi byli wybrać się konno w długą, męczącą podróŜ. Meggie przyniosła balsam i bez słowa wręczyła mu buteleczkę. Zawiadomiła krótko, Ŝe pani Smith poda gorącą kolację w małej jadalni za godzinę, Ŝeby zdąŜył się wykąpać. Miał nieprzyjemne odczucie, Ŝe sprawił Meggie zawód, ale nie rozumiał, dlaczego tak myśli, na jakiej podstawie go osądza. PrzecieŜ wie, kim jest, dlaczego więc się gniewa? O szarym świcie nieduŜa kawalkada zatrzymała się nad strumieniem. Woda nie przelała się jeszcze przez brzegi, ale Gillan zamienił się w rwącą rzekę. Ksiądz Ralph przepłynął na kasztance na drugi brzeg ze stułą na szyi wioząc w torbie przy siodle wszystko, co potrzeba w takiej sytuacji kapłanowi. Fee, Bob, Jack, Hughie i Tom otoczyli go kołem. Zdjął płótno, w które zawinięte były ciała, by udzielić im ostatniego namaszczenia. Po Mary Carson nic nie mogło wywołać w nim obrzydzenia; nawet nie wzdrygnął się na widok poczerniałych ciał, jednego od ognia, drugiego od uduszenia. Ucałował Paddy'ego i Stu z szacunkiem. Kawał blachy szorował po ziemi przez piętnaście mil, skacząc na nierównościach i Ŝłobiąc głęboki ślad. Ślad ten był widoczny jeszcze przez długie lata, nawet kiedy porósł trawą. Zaledwie milę od domu zagrodził im drogę

wezbrany strumień, ale zdawało się, Ŝe pozostaną na jego brzegu. Stali zapatrzeni w wierzchołki eukaliptusów, widoczne mimo deszczu. - Mam pomysł - powiedział Bob do księdza. - Ksiądz musiałby to zrobić, bo ma świeŜego konia. Nasze gonią resztkami sił i najwyŜej raz zdołają przepłynąć. Trzeba znaleźć w Droghedzie puste beczki i szczelnie zamknąć je pokrywami. W razie czego przylutować. Potrzeba dwanaście beczek, ale w ostateczności wystarczy dziesięć. Trzeba je związać przeciągnąć przez strumień. Umocujemy na niej blachę i przeprawimy jak tratwę. Ksiądz Ralph przystał na ten plan. Tymczasem przybył z Diban-Diban Dominik O'Rourke, jeden z bliŜej mieszkających sąsiadów, wraz z dwoma synami. Razem z księdzem Ralphem zabrali się szybko do roboty. Przetrząsnęli szopy, opróŜnili beczki po benzynie, w których przechowywano sieczkę albo owies, wyszukiwali solidnie wyglądające pokrywki i przylutowali je do beczek. A deszcz wciąŜ padał i padał... - Dominiku, wybacz, Ŝe zwracam się do ciebie z tą prośbą, ale ci, którzy później tu dotrą, będą półprzytomni ze zmęczenia. Jutro musimy wyprawić pogrzeb, a jeśli nawet stolarz w Gilly zdąŜy zrobić trumny na czas, to nie sprowadzimy ich przez to błoto. Czy któryś z was mógłby zrobić dwie trumny? Wystarczy, jak jeden przeprawi się ze mną przez strumień. Młodzi O'Rourkowie kiwnęli głowami, nie mieli ochoty oglądać zwłok. - My to zrobimy, tato - powiedział Liam. Ksiądz Ralph i Dominik O'Rourke dosiedli koni, przyciągnęli beczki do strumienia i przeprawili się na drugi brzeg. - Jedno księdzu powiem! - zawołał Dominik. - Dobrze, Ŝe nie musimy kopać grobów w tym cholernym błocie! Zawsze uwaŜałem, Ŝe Mary wysadziła się z tym marmurowym grobowcem dla Michaela, ale teraz bym ją ucałował z wdzięcznością. - Racja! - odkrzyknął ksiądz. Beczki, po sześć z dwu stron, przywiązano pod okrytą całunem blachą. Dominik i Tom przeprawili zmęczone konie wraz z liną, a z pomocą której miały pociągnąć tratwę. Podjechali pod górę i obejrzeli się na drugi brzeg. MęŜczyźni

doczepili koniec liny do prowizorycznej tratwy i zepchnęli ją na wodę. Konie ruszyły, a Tom i Dominik, pokrzykując, zmuszali je do dreptania niemal w miejscu. Tratwa huśtała się niebezpiecznie, ale udało się ją dociągnąć do brzegu. Nie tracąc czasu na rozmontowywanie beczek, dwaj woźnice pogonili konie drogą, bez przeszkód ciągnąc beczki. Po rampie prowadzącej do szerokich drzwi, słuŜących do wytaczania bel wełny z szopy, wyciągnięto tratwę do pustego budynku przesiąkniętego zapachami smoły, potu, lanoliny i odchodów. Minnie i Cat, zakutane w peleryny, przyszły czuwać przy zwłokach. Uklękły po dwóch stronach blaszanego katafalku i głosami wznoszącymi się, to opadającymi, w takt stukających koralików zaczęły odmawiać róŜańcowe modlitwy - tak utrwalone, Ŝe nie wymagały wysiłku pamięci. Dom wypełniał się ludźmi. Przyjechali: Duncan Gordon z Each-Uisge, Gareth Davies z Narrengang, Horry Hopeton z Beel-Bell, Eden Carmichael z Barcoola. Angus Macqueen zatrzymał lokalny pociąg towarowy i siedząc w lokomotywie dotarł do Gilly, tam połoŜył konia od Harry'ego Gougha i przyjechał razem z nim. W sumie przebył ponad dwieście mil. - Nie ostała mi się ani owca, ani drzewo - powiedział Horry do księdza, kiedy zasiedli do stołu w małej jadalni. - PoŜar wypalił mi ziemię od końca do końca. Całe szczęście, Ŝe ostatnie lata były dobre. Stać mnie na kupno owiec, a jeŜeli jeszcze popada, trawa wyrośnie ani się obejrzymy. Chroń nas BoŜe od drugiego takiego nieszczęścia przez najbliŜsze dziesięć lat, bo inaczej pójdziemy z torbami. - Masz mniejszą farmę ode mnie, Horry - odezwał się Davies, krojąc z zapałem cienkie, rozpływające się w ustach ciasto. śadna klęska Ŝywiołowa nie pozbawiła na długo apetytu hodowców z równin. Potrzebowali sił do walki z Ŝywiołami. - Ogień zniszczył im połowę pastwisk, a co gorsza, ze dwie trzecie owiec. Niech ksiądz pamięta o nas w swoich modlitwach. - O, tak - powiedział sędziwy Angus. - Mnie tak cięŜko nie doświadczyło jak was, ale teŜ sporo ucierpiałem. Straciłem sześćdziesiąt akrów i połowę

owieczek. W takich chwilach Ŝałuję, proszę księdza, Ŝe jako młody chłopak wyjechałem ze Skye. - Sam najlepiej wiesz, Ŝe niedługo przestaniesz tak myśleć - odparł ksiądz Ralph z uśmiechem. - Wyjechałeś ze Skye z tego samego powodu co ja z Clunamary. Było ci tam za ciasno. - To prawda. Wrzos tak pięknie nie hajcuje jak eukaliptusy, co? To będzie dziwny pogrzeb - pomyślał ksiądz Ralph rozglądając się wokoło. Kobiety tylko z Droghedy, a przyjechali sami męŜczyźni. Kiedy pani Smith rozebrała, wytarła i zapakowała Fee do łoŜa, które dzieliła przedtem z Paddym, zaniósł jej duŜą dawkę laudanum. Kiedy zaś histeryczny szlochem odmówiła wypicia leku, bezceremonialnie złapał ją za nos i wlał do gardła. Nie pomyślał nawet o tym, Ŝe Fee mogłaby się złamać. PoniewaŜ nie jadła od dwudziestu czterech godzin, lek szybko podziałał. Wiedząc, Ŝe śpi, czuł się spokojniej. Pilnował stale Meggie. Teraz pomagała w kuchni pani Smith. Bracia z trudem ściągnąwszy przemoczone ubrania, zwalili się do łóŜek wyczerpani do cna. Zwyczaj nakazywał, by stale czuwano przy zwłokach spoczywających w nie poświęconych miejscu, więc Gareth Davies z synem Enochem zwolnili Minnie i Cat. Inni rozdzielili między siebie godziny czuwania, pokrzepiając się i rozmawiając przy stole. śaden z młodych ludzi nie dosiadł się do starszych. Wszyscy zgłosili chęć pomocy pani Smith po to tylko, Ŝeby popatrzeć na Meggie. Księdza Ralpha rozdraŜniło to, a jednocześnie sprawiło ulgę. Spośród nich musiała sobie wybrać męŜa, naleŜało się tego spodziewać. Enoch Davies, przystojny, o bardzo ciemnych oczach i kruczoczarnych włosach, tak zwany Czarny Walijczyk, miał dwadzieścia dziewięć lat. Liam O'Rourke miał dwadzieścia sześć, Connor Carmichael, podobny do młodszej od siebie siostry jak dwie krople wody, był bardzo przystojnym, choć odrobinę zarozumiałym trzydziestodwulatkiem. W tym gronie ksiądz Ralph upatrzył dla Meggie najbliŜszego jej wiekiem, ujmującego dwudziestoczterolatka Alastaira, wnuka Anguas, po którym odziedziczył piękne błękitne oczy Szkota i wczesną siwiznę, charakterystyczną dla tej rodziny. Niech się w którymś z nich zakocha, wyjdzie za mąŜ i urodzi dzieci, których tak bardzo pragnie - westchnął w duchu. - O BoŜe,

mój BoŜe, jeŜeli to dla mnie uczynisz, chętnie zniosę ból miłości do niej, zniosę wszystko. Tych trumien nie obsypano kwiatami, puste teŜ były wazony w kaplicy. JeŜeli jakieś pąki przetrwały nieznośnie gorąco poŜaru sprzed dwóch dni, to nie oparły się ulewie i teraz leŜały w błocie jak zgniecione motyle. Nie zachowała się ani jedna gałązka mirtu, ani jedna wczesna róŜa. Wszyscy byli bezlitośnie zmęczeni. I ci, którzy przybyli z daleka, bo lubili Paddy'ego i chcieli to okazać, i ci, którzy sprowadzili zwłoki, i kobiety, które niestrudzenie gotowały i sprzątały. Ksiądz Ralph ze zmęczenia poruszał się jakby we śnie, spoglądając to na ściągniętą z rozpaczy twarz Fee, to na smutną i naburmuszoną Meggie, to na nierozłącznych w Ŝałobie Boba, Jacka i Hughiego. Martin King powiedział kilka wzruszających słów w imieniu

zgromadzonych i ksiądz od razu odprawił mszę. Przywiózł ze sobą stułę, kielich i komunikanty, ale nie zabrał szat liturgicznych. Angus wstąpił więc po drodze na plebanię w Gilly, wziął stamtąd czarny ornat, owinął go w płaszcz, przerzucił przez siodło i przywiózł do Droghedy. Ksiądz Ralph był więc odpowiednio odziany. Deszcz dzwonił o szyby i bębnił w blaszany dach dwa piętra wyŜej. Mimo to trzeba było wyjść i dotrzeć przez pobrązowiały od Ŝaru trawnik do małego cmentarza z białym ogrodzeniem. Tym razem chętni znaleźli się do niesienia prostych trumien, choć ślizgali się po błocie oślepieni ulewą. Dzwoneczki na grobie chińskiego kucharza brzęczały monotonnie: Hi Sing, Hi Sing, Hi Sing. Dopełniono powinności. śałobnicy dosiedli koni i rozjechali się. Niektórym zajrzała w oczy bieda, inni dziękowali Bogu, Ŝe uszli z Ŝyciem i uratowali mienie. Ksiądz Ralph zapakował swoje rzeczy wiedząc, Ŝe musi odjechać, dopóki ma siłę to zrobić. Poszedł zobaczyć się z Fee. Siedziała przy sekretarzyku oglądając w milczeniu swoje ręce. - Fee, dasz sobie radę? - spytał siadając tak, Ŝeby ją dobrze widzieć. Obróciła ku niemu twarz tak zgaszoną i zmartwiałą, Ŝe aŜ się przeląkł i zamknął oczy.

- Tak, da sobie radę. Mam księgi, które muszę prowadzić, mam jeszcze pięciu synów... Sześciu, jeŜeli liczyć Franka, ale jego chyba nie naleŜy liczyć, prawda? Jestem księdzu wdzięczna bardziej, niŜ to potrafię wyrazić. Bardzo mnie podnosi na duchu, Ŝe ksiądz czuwa nad nim i stara się ulŜyć jego niedoli. Ach, Ŝebym choć raz mogła go zobaczyć! Jest jak latarnia morska - pomyślał. - Błyska rozpaczą za kaŜdym razem, kiedy jej umysł skieruje się na uczucie, nad którym nie potrafi zapanować. Rozjarzony blask, a potem długo, długo nic. - Chciałbym cię prosić, Fee, Ŝebyś o czymś pomyślała. - Tak, o czym? - znów zgasła. - Czy ty mnie słuchasz? - spytał ostro, coraz bardziej zmartwiony i zaniepokojony. Przez dłuŜszą chwilę zdawało mu się, Ŝe nawet jego podniesiony głos do niej nie dociera, tak głęboko zapadła się w siebie, ale wtem - znów błysk otworzyła usta. - Mój biedny Paddy! Mój biedny Stuart! Mój biedny Frank! - zawodziła, by po chwili zapanować nad sobą Ŝelazną wolą, jakby chciała za wszelką cenę przedłuŜyć zaciemniania duszy, Ŝeby światło na dobre przestało się pojawiać. - Tak, słucham - powiedziała rozglądając się po pokoju, jakby go nie poznała. - Fee, co z twoją córką? Czy ty w ogóle pamiętasz, Ŝe masz córkę? Szare oczy podniosły się na niego, patrząc niemal ze współczuciem. - A inne pamiętają? CóŜ to znaczy córka? Przypomina dawny ból. Jest taka sama, tylko młodsza, będzie to samo robiła i wypłakiwała takie same łzy. Nie, proszę księdza. Staram się zapomnieć, Ŝe mam córkę. JeŜeli o niej myślę, to jak o synu. Matka pamięta swoich synów. - Czy ty czasem płaczesz, Fee? Tylko raz widziałem łzy w twoich oczach. - I więcej ksiądz nie zobaczy, bo skończyłam ze łzami raz na zawsze. Wstrząsnął na nią silny dreszcz. - Coś księdzu powiem. Dwa dni temu odkryłam, jak bardzo kochałam Paddy'ego, ale, jak ze wszystkim w moim Ŝyciu, za późno. Za późno dla niego, za późno dla mnie. Gdyby ksiądz wiedział, jak bardzo

Noszę cię w moim sercu. Wysyłaj ją na tańce. ani teraz.Niech ksiądz spojrzy. Odwrócił wzrok od twarzy. co znalazłam . i czekając. wiesz o tym. Zerwałam ją dla księdza. którego ja zaznałam. gdzie gniadosz wypoŜyczony od barmana napychał się sianem i otrębami. ale mój ból naleŜy wyłącznie do mnie. . Meggie.Tak. w której trzymała popielatoróŜową róŜę. Ŝeby zapiąć popręg i powęz. oby nikt nie zaznał bólu. niech pozna paru młodych kawalerów. Ŝeby mogła się z nimi spotykać w bardziej sprzyjających okolicznościach. Wyciągnęła rękę. aŜ odzyska spokój. co by mi ciebie przypominało. MoŜe nie ma czego zazdrościć.Czy moŜesz mi coś obiecać. Ŝe go kocham! O BoŜe. białe dłonie. jaką była Fee. Jedna. która raptem wydała się zniszczona. śeby ksiądz mnie pamiętał. a Meggie przyglądała mu się oparta o belę słomy. . kiedy skończył i wyprostował się. Fee? . chcąc przez chwilę zastanowić się nad zagadką. .powiedziała. przebywając od dwóch dni w czymś w rodzaju końskiego nieba. prawda? .pragnęłam wziąć go w ramiona i powiedzieć. Jeden kącik ust uniósł się w półuśmiechu. nie zapominaj o niej.Nikt nie zazna tego samego bólu co ty . Zarzucił mu na grzbiet mocno uŜywane siodło i pochylił się. Wziął na wpół rozwinięty pączek drŜącą ręką i przyglądał mu się przez chwilę. zachęcaj ją do myślenia o małŜeństwie i o własnym domu. a zbiornik osłonił przed ulewą. Dziś wszyscy młodzi nie mogli się na nią napatrzeć.JeŜeli ksiądz sobie Ŝyczy.Nie potrzeba mi nic. Westchnął i zostawił ją wpatrzoną w swoje szczupłe.Skoro ksiądz prosi.odparł. ani nigdy. Znalazłam ją na krzaku pod zbiornikiem za domem. Dopilnuj. jedyna. śar do niej nie doszedł. . . . Nie udałoby mi się tego ukryć przed tobą. Meggie odprowadziła go do stajni.Zaopiekuj się Meggie. . to podnosi na duchu.

kiedy wysiadł na dworcu. tego ci nie wolno. . podprowadził do drzwi stajni i nałoŜył stary filcowy kapelusz. tylko stała wdychając przesycone wilgocią powietrze. . przerzucił kilka stronic dalej. co uleciało. Nie moŜesz zaprzątać sobie głowy mną. Ŝebym tobie teŜ dał jakąś pamiątkę? . poniewaŜ nie kocham cię tak. wskoczył do nocnego pociągu na dwie minuty przed odjazdem i przejechał sześćset mil w przemoczonej koszuli. i zrozumiał. Otworzył walizeczkę. Jesteś stworzona na matkę. niech ją ksiądz weźmie.MoŜna wziąć ją do ręki. znalazła jakiegoś dobrego człowieka. Meggie nie wybiegła za nim. popatrzeć i przypomnieć sobie wszystko. wyszła za mąŜ. pocałował pierścień i padł na fotel.Chciałabyś pewnie. Zapominając o walizce. Karty rozchyliły się na białej wstąŜkowej zakładce. nie mogę rzucić Kościoła i . a potem wyjechał na deszcz.Nie dostaniesz jej. Dopiero czując na sobie przenikliwe spojrzenie oczu. Ŝebyś o mnie zapomniała. Trzydzieści godzin później ksiądz Ralph wszedł do komnaty legata. Proszę. tuŜ przed śmiercią. urodziła dzieci. jak dziwnie wygląda. wyjął z niej mszał w kosztownej oprawie z macicy perłowej. uprzytomnił sobie.nie ustępowała. Dał mu go ojciec w dniu święceń kapłańskich. Popatrzył teraz na siebie. Meggie! . . a potem na arcybiskupa z uśmiechem pełnym skruchy.Nie pocałujesz mnie na poŜegnanie? Bez słowa dosiadł gniadosza. jak będzie cię kochał mąŜ. teŜ poŜyczony od barmana.Mów mi Ralph . pachnące sianem i końskim łajnem.dla twojego dobra będę z tobą całkowicie szczery . połoŜył róŜę i zamknął mszał. rozumiesz? Zapomnij o mnie. dlaczego tylu ludzi gapiło się na niego.rzekł. . trzynaście lat temu.. Rzucił jej jedno spojrzenie. Chcę. .Tak. spodniach i wysokich butach. będący jego osobistą własnością. Ŝebyś rozejrzała się dokoła siebie.nie chcę wyrzec się kościoła.Ale pamiątka to coś realnego . którą zostawił na plebanii w Gilly. których tak bardzo pragniesz.

Ŝe lepiej w niej wyglądasz niŜ w czarnym garniturze. Tyle się wydarzyło. co. Ŝeby rozeznać się w sposobie jego rozumowania. Ŝe ten strój jest nieco zbyt świecki. . . natychmiast rozwiało podejrzenia arcybiskupa. Myślę. Odpowiedział więc na podchwytliwe pytanie zwodniczo szczerze. . niemal tak dobrze jak w sutannie.Czy wszystkich miłujesz jednakowo. . jak odkrył. UwaŜam. Ŝe nie pomyślałem nawet. .Przepraszam. Będę miał wiele uciechy patrząc. Oszczędź więc sobie trudu przekonywania mnie. Ŝe nie zdajesz sobie świetnie sprawy z tego. jakie robisz wraŜenie na przysadzistych włoskich dostojnikach.Ksiądz Ralph wyprostował się w fotelu. Ŝe zabiorę cię ze sobą do Rzymu.Okropnie. kiedy mnie tam wezwą. rytmicznie gładząc mlecznobiałą dłonią jedwabisty grzbiet abisyńskiej kotki. to Wasza Miłość tak uwaŜa. bo nie nawykł do strojów obowiązujących w Gillanbone. w przeciwieństwie do poprzedniego przełoŜonego. Ŝe tak juŜ zostanie. . . .Darzysz tamtych ludzi wielkim uczuciem. ale zgodzisz się ze mną.odparł legat.Nie sumituj się. wolał zwracać się do sekretarza po imieniu. nadal wyglądałbyś romantycznie i czarująco! W stroju do konnej jazdy jest ci szczególnie do twarzy. spędził teŜ z nim dość czasu. Ralphie . . Mimo całej przebiegłości nie przyszło legatowi do głowy. A co do romantycznego wyglądu. Zwinny kot pośród stada spłoszonych gołębi. jak dziwacznie wyglądam. Ŝe wyglądasz bardzo romantycznie i czarująco. Wasza Miłość. czy teŜ kogoś specjalnie wyróŜniasz? Ksiądz Ralph co najmniej dorównywał chytrością przełoŜonemu.Tak. Pomyślałem teŜ sobie. Wasza Miłość. choćbyś nałoŜył włosiennicę i posypał głowę popiołem.Drogi Ralphie.spytał arcybiskup.Zdecydowanie świecki..Czy bardzo źle to wyglądało? . Poruszasz się wyjątkowo zręcznie i zachowałeś dobrą figurę. Ŝe szczerość na pokaz moŜe kryć więcej kłamstw niŜ uniki. Rzym! .

JeŜeli coś trawiło księdza Ralpha. Obserwował go w towarzystwie najpiękniejszych kobiet .na próŜno. obserwował nadal sekretarza i podjął pasjonującą grę zmierzającą do odgadnięcia. i w przeciwieństwie do niego łatwo robił karierę w Kościele. Ŝe słabością księdza Ralpha jest duma z tego. Ŝe jest obserwowany. jaka siła pcha księdza Ralpha de Bricassart do przodu. Doszedł do wniosku.Kocham ich wszystkich. Ŝeby wypchnąć dziewczynę na tańce. dać jej okazję poznania młodych ludzi. bo w rodzinie myślało się tylko o synach. nie mógł zatem pozostać niewinny czy nieświadomy. Zetknął go z homoseksualistami. lecz pod wieloma względami czuł się niewspółmiernie starszy . Trudno się pogodzić. jak kaŜda wielka. ale niektórych rzeczywiście wyróŜniam. Ta uderzająca uroda i figura z pewnością nieraz uczyniły zeń obiekt poŜądania. Około dwudziestu. Kościół potrafił wykorzystać ambicję ludzi. Osłabiając nieco czujność.Nie wiem dokładnie. Arcybiskup wyczuł to swoim nieomylnym nosem. . Najbardziej kocham dziewczynę o imieniu Meggie. Ŝe jest księdzem. kto bardzo wcześnie uległ jego wpływowi. . Z początku był przekonany. Wymusiłem na matce obietnicę. Wszystko. Oba te aspekty osobowości rozumiał. gdy nie miał pojęcia. Ŝe przynajmniej w połowie ma rację: Ralph był niewątpliwie świadom swojej atrakcyjności.. miał zaledwie trzy lata więcej od sekretarza.Watykan wyciągał Ŝywotne soki z kaŜdego. Z biegiem czasu przekonał się.Ile lat ma ta Meggie? . których zatrudniał bez wiedzy sekretariatu. a Ralph wprost tryskał Ŝywotnością. a nikt nie pamiętał o istnieniu córki. nawet wtedy. Ŝe taka dziewczyna zmarnuje Ŝycie uwiązana do Droghedy. UwaŜałem ją zawsze za swoją podopieczną. w czym stopniowo utwierdzał się arcybiskup. Ŝe to jakaś cielesna słabość. Ŝe oderwie się od ksiąg rachunkowych na tyle. gdyŜ sam nie był od nich wolny. było prawdą. ale na próŜno. Ani krzty zainteresowania. bo teŜ arcybiskup posługiwał się czasem wysłannikami. to nie cielesna Ŝądza. ale zachował niewinność. oraz ambicja. ani iskry poŜądania. którym nie oparłby się ktoś o takich upodobaniach. co mówił.

bardzo kocha. jak twierdzi.rzekł z uśmiechem ksiądz Ralph. a Sheba biegnie do ciebie. Ŝe Wasza Miłość lubi koty. dlaczego mnie drapiesz. przeszła po dywanie i miękko wskoczyła księdzu na kolana. . Ciekawe. moja Shebo. Niedawno wysłałem do Ojca Świętego osobistą notatkę.powiedział poprawiając kotkę na kolanach.spytał arcybiskup. a dziś przyszła odpowiedź od mojego przyjaciela. A jak rozbłysły te piękne niebieskie oczy na wzmiankę o Rzymie! MoŜe pora na kolejne posunięcie? Jakby od niechcenia. Ksiądz Ralph spojrzał rozbawiony na arcybiskupa.Chodź tu. odbierając mi kotkę. dostałem wiadomość z Watykanu . bawi się swoją ofiarą dla przyjemności.Koty nigdy nie przychodzą na wezwanie.Słucham. których. kiedy jesteś zadowolona? . .samoodtwarzająca się instytucja. Kotka zeskoczyła z biskupiej sutanny. zrobił ruch pionkiem w szachowej partii konwersacji.. No dobrze. Niewdzięczne stworzenie. Och Shebo. .Pójdziesz się połoŜyć. poddaję się. Wasza Miłość. Czy ty kiedykolwiek przegrywasz? Interesujące pytanie. kardynała Monteverdiego. .. Nogi mi przez ciebie drętwieją. ale dopiero kiedy usłyszysz nowinę. to naleŜy się go trzymać. . .Tak? . Sam jest podobny do kota.Jesteś samolubna. Ŝe ksiądz Ralph pozbawił tych Clearych. jeszcze nie zasnąłem . jakbyś jej dawał kawior i walerianę. naleŜnego im majątku. .Pstryknął palcami.Czekam. spoglądając czujnie spod półprzymkniętych powiek. czy jest potomkiem tego dawnego kompozytora? WciąŜ zapominam go o to zapytać.Nic dziwnego. z trudem powstrzymując się od zamknięcia oczu.spytał przygarnięty w fotelu ksiądz Ralph.Kiedy wyjechałeś. . zaczęła wąchać obce zapachy koni i błota.Jak ty to robisz? . wygrałeś. Wasza miłość.Ukarałeś mnie za to. chodź do mnie. KrąŜyła plotka. Twój pan jest niedobry. wyginając ogon na boki. obaj patrzyli półprzymkniętymi oczyma w całkowitym skupieniu. . . Ralphie. Sheba. Zafascynowana. JeŜeli istotnie tak jest. NaleŜą ci się . .

. Tym razem ksiądz Ralph nie usiłował ani ukrywać prawdziwych uczuć. Po prostu promieniał szczęściem.gratulacje. przyszły biskupie de Bricassart. Zostaniesz obdarzony infułą.spostrzegł z uciechą. drogi Ralphie. Oczy Ralpha szeroko się rozwarły! .

CZĘŚĆ CZWARTA: LUKE 1933-1938 .

Działo się tak nie po raz pierwszy i na pewno nie po raz ostatni. nie wytrzymywali długo na Wielkim Północnym Zachodzie. którym brakowało odwagi. Mary Carson nie przyjmowała na stałe do pracy nikogo spoza rodziny. bo wolała nająć ludzi tylko na czas przeglądów. a część drzew nigdy nie odŜyje. zanim zatrą się ślady poŜaru. zahartowani przez ziemię. aŜ rozdepczą je wędrujące stada. Podobnie jak ojciec. Wiadomo było. Pozostaną jedynie bruzdy wyrŜnięte przez prowizoryczne mary. bratki poginęły. lewkonie zamieniły się w brunatne badyle. Ci. RóŜe uschły. szary lub czerwonawy odcień. Niemniej widok ogołoconych na wiosnę ogrodów Droghedy bardzo bolał. ale nie Ŝar. drobiazg w posiadłości. skruszały pędy pachnącego groszku. Bob postanowił zatrudnić dodatkowo trzech pastuchów. Dzięki zbiornikom Michaela Carsona mogły przetrzymać suszę. przysypie pył. a juŜ po dwóch miesiącach zazieleniły się osmalone drzewa. więc wszyscy w rzadkich wolnych chwilach pomagali Tomowi przywrócić ogrody do Ŝycia. kocenia się owiec i . Trzeba było zacząć od nowa. Czy ktoś uwaŜał klęski Ŝywiołowe za złośliwość losu. kiedy w błotnistej mazi ukazały się kiełki trawy. zetli czas. przekazywana z ust do ust opowieść z równin. Ludzie nie poddawali się. wytrwałości czy wręcz fanatyzmu. Wodę wybraną ze zbiorników uzupełniała ulewa. skąd się wzięły. wyrzekania na nic by się nie zdały. zanim pnie eukaliptusów odzyskają biały. Wędrowcy pokazując ślady będą opowiadali jedni drugim. w której pogłowie w ostatnich dobrych latach wynosiło w przybliŜeniu sto dwadzieścia pięć tysięcy owiec. na której Ŝyli. fuksje w cienistych zakątkach zwiędły nieodwracalnie. Ŝe upłynął lata. Minął zaledwie tydzień.ROZDZIAŁ DZIESIĄTY Ziemia odradzała się zdumiewająco szybko. formujące się dopiero pączki. Nie zakwitła nawet glicynia: Ŝar zwarzył jej delikatne. Niejedna warstwa kory odrośnie i odpadnie w strzępach. czy dopust boŜy. i tak powstanie kolejna. PoŜar zniszczył około jednej piątej pastwisk Droghedy i dwadzieścia pięć tysięcy owiec. Latami będą bielały na równinach szkielety. gipsofilia zmarniała.

Postrzygacze nie chcieli tknąć mokrej wełny i obawiano się. wygnani na szlak przez kryzys. bo pora deszczowa zamieniła przeprawę przez równiny w istne piekło. zapomniała o złoŜonej obietnicy dotyczącej Meggie. ale Fee nie dopuszczała do tego. szerokim i głębokim nurtem. Zmartwiony Bob pobrzękiwał o zgorzeli racic u owiec. a tych. Z nadejściem zimy wciąŜ przelatywały deszcze. Ŝe ludzie lepiej pracują. Fee nigdy nie robiła jej wymówek i nie nakłaniała do pójścia. a tysiącmilowa rzeka Barwon-Darling płynęła wartkim. Fee przejęła po Paddym obowiązek korespondencji z biskupem de Bricassart i. za końskimi zagrodami. zamykając je w kasetce natychmiast po zapoznaniu się z treścią. cieszył się jak dziecko. natomiast utrzymywało się błoto. Ledwie ksiądz Ralph wyjechał.strzyŜy. Ŝe jeśli błoto nie obeschnie w porę. Stopniowo zniknęli wędrowcy. ale z przerwami. przy mocno zawilgoconej ziemi merynosy zaczynały chorować na kopyta. a jej matka prowadził księgi. i za kaŜdym razem. Ŝe w końcu stracili nadzieję. mając zapewnione dalsze zatrudnienie. Meggie najchętniej porwałaby jego listy i wczytywała się w nie łapczywie. w powietrzu unosiły się brązowe płachty wody. dopadało zapalenie płuc. jak to ona. osiedlili się Ŝonaci. trzyizbowej nowej chaty pod sumakiem. a na dłuŜszą metę i tak wiele to nie zmieniało. nie kurzu. wiele jagniąt zginie z zimna na rozmiękłej ziemi. Meggie nadal jeździła po polach. . W nowych domach. więc nie groziła powód. podobnie jak Connor Carmichael i Alastair MacQueen. kiedy do niech wchodził. Ŝe zwrócą na siebie uwagę. Przy kaŜdej okazji przyjeŜdŜał Liam O'Rourke. którzy nie znaleźli ciepłego schronienia na noc. dzwonił bez przerwy Enoch Davies. gnana chęcią wędrówki. Meggie grzecznie odrzucała wszystkie zaproszenia na zabawy i przyjęcia. Wiedząc o tym. Po śmierci Paddy'ego i Stu nikt nie miał przystępu do Fee. Stary Tom został właścicielem schludnej. W lecie duŜo padało. nie przekazywała Ŝadnych wiadomości nie związanych z prowadzeniem farmy. zbudowanych dalej od strumienia. jeŜeli taka pogoda się utrzyma. Większość pastuchów nie zagrzewała nigdzie dłuŜej miejsca. ale Paddy wiedział. Ale Meggie odprawiała ich tak zdecydowanie.

Najwyraźniej woleli koczować w polu. Jimmy twierdzi. zgadza się. Ŝe od łóŜek zniewieścieliby. w których nie wypadało nie wziąć udziału.PrzyjeŜdŜa nowy pastuch. Dobra... Tak.. Ma dobre referencje. Jimy do ciebie. a wokół niebieskich. do czego nie moŜna się przyczepić. a przy tym sercem oddany ziemi. Jack i Hugie upodobnili się do niego tak bardzo. JeŜeli jest taki dobry to powiedz. tu Bob.. To właśnie budzi moje podejrzenia. Niezmiernie trudno było określić ich wiek albo wskazać najstarszego bądź najmłodszego. Jimmy. jakby zawładnęła niepodzielnie jego uczuciami. gdyŜ nie zakochał się w Ŝadnej z panien na wydaniu. ale muszę się mu jeszcze osobiście przyjrzeć. koło Longreach i Charleville.. Fajno. Ŝe pracę ma prawie zaklepaną. Był postrzygaczem-piorunem. kiedy zasiadali razem na marmurowej ławie.. Bob usiadł. O.. spotykanych z okazji nielicznych uroczystości. Od słońca. choć niebyt przystojne . Bywaj. kiedyś ujeŜdŜał konie.sygnał Droghedy. nie korzystając w domu z większych wygód.Bob. Ŝe jest dobry.Część. co ma ogon i cztery nogi. świetnie! Referencje w porządku?. Wszyscy trzej odziedziczyli po ojcu rzymskie nosy i dobrotliwe. Ŝe mogliby uchodzić za trojaczki. . przyślij go do mnie. Był chorobliwie nieśmiały. wiatru i suszy jasna. spokojnych oczu od wypatrywania się w dal nad połaciami srebrzystobeŜowej trawy utrwaliły się kurze łapki. a jeŜeli spali w swoich pokojach. nie lubię kupować kota w worku. Był teŜ poganiaczem. Ale przydałby się do poganiania na polach. co? Z biegiem lat Bob mówił coraz przeciąglej. piegowata cera ogorzała im na mahoń. Dobijał do trzydziestki i sprawił wielki zawód Meggie. Dosiądzie wszystkiego. ale krótszymi zdaniami.... dzięki. to wyłącznie na podłodze obawiając się.Telefon zaterkotał trzy razy długo. jak mówi Jimmy strzygł ponad dwieście pięćdziesiąt sztuk dziennie. Czemu taki chce zarabiać jako pastuch? Rzadko kiedy dobry postrzygacz zamieni noŜyce na siodło. Fee podniosła słuchawkę i po chwili powiedziała: . raz krótko . Pracował w Queenslandzie zachodnim. z australijskim akcentem. a do referencji nie mam zaufania. .

Wpisano jego nazwisko .do księgi i rozmawiano o nim w rezydencji o wiele częściej niŜ o innych pastuchach.spytała Fee.powiedziała Fee. .Luke O'Neill . zyskując sobie jej przychylność. KsiąŜkę. odmówił zamieszkania w baraku dla fryców i wprowadził się do ostatniego wolnego domu nad strumieniem. salami koncertowymi i galeriami sztuki. Po drugie. podobnie jak Sydney ze swoimi muzeami. Paliła ich tęsknota za dniem. . zapakowaną do torby przy siodle czy kieszeni kurtki. to się dowiemy. Wyniesiona z domu pasja czytania wcale nie przybliŜyła im szkoły. ogrody i bogate wyposaŜenie nie robiły na nich wraŜenia. Ŝe zostanie przez jakiś czas . .JeŜeli nie jest Ŝonaty. Ŝe nie zostaną w szkole ani chwili po ukończeniu czternastu lat. przedstawił się pani Smith.Jak się do nas dostanie? . Przyjaźnili się z synami hodowców i chwalili się rozmiarami farmy i okazałością domu. wprawiając słuchaczy w szczery podziw. wspomaganą tylko czasami przez obcych. Jims i Patsy mieszkali w internacie w Riverview. Sale o duŜych oknach. Po pierwsze. ani rozrywek. przychodzących i odchodzących. Jutro przyjedzie. kiedy to będą mogli sami o sobie decydować. . choć nie . to powsinoga. bo na zachód od Burren Junction wszyscy słyszeli o potęŜnej Droghedzie. ale byli lepiej zbudowani od Paddy'ego. czytało się o wiele przyjemniej w cieniu wilgi niŜ w szkolnej klasie. kiedy zechcą.Miejmy nadzieję. .Jimmy go podwiezie. bez domieszki niedowierzania. to za parę tygodni juŜ go nie będzie. Nie pragnęli jednak ani kobiet.twarze. ani wygód. rozległe trawniki i boiska.Nie wiem. nie pytałem. Co pastuch. któremu lata strzyŜenia przygarbiły plecy i wydłuŜyły ręce.Czy ten nowy jest Ŝonaty? . Mocno przeŜyli przeniesienie do prowadzonej przez jezuitów szkoły z internatem. szczupłe sylwetki jeźdźców. Musi zająć się tymi starymi skopami na polu Tankstand. rysując czerwonym atramentem równe kreski przy liniale. ale poprzysięgli sobie. Za to wyrobili sobie zręczne. w którym wyjdą w pola ze starszymi braćmi i znów będą prowadzić Droghedę całą rodziną. Dopiero po kilu tygodniach Meggie zobaczyła nowego pastucha.

Meggie coś bąknęła. . Roześmiane niebieskie oczy patrzyły na Meggie z nie skrywanym podziwem. PoniewaŜ kasztankę i karego wałacha trzymała w stajni. Elegancik . . zmieszana i zła. Ŝeby konie pracowały na zmianę. Stąd teŜ Meggie od dawna ciekawa była go poznać.powiedział. Dosiadał narowistego gniadosza z czarną grzywą. kiedy ksiądz Ralph klęknął przed . ale trafiali się ludzie o nieproporcjonalnie krótkich nogach. który potem nałoŜył zadzierając rondo w górę. a ostatnio dziwiła się.pomyślała rozbawiona. Nazywam się Luke O'Neille. Trudno było ocenić wzrost kogoś siedzącego na koniu.Niech mu będzie. Och. WyróŜniał się białym strojem. Ŝe to nie szanowna pani. jeśli mógł się od tego wykręcić.Widzę. i wyruszała na pola zwykle później od innych. ale nie patrzyła na niego. . bo koń słynął z porannego brykania. bo Australijczycy uŜywali małych angielskich siodeł. i uniósł wyświechtany szary kapelusz. Nikt na nim nie jeździł. z silnie zgiętymi nogami. a kaŜdego.Dzień dobry szanownej pani! . Nowy pastuch wydawał się wysoki. często przez dłuŜszy czas nie spotykała Ŝadnego z najętych ludzi. . Oboje podąŜali do brodu w strumieniu . kiedy zbliŜyli się do siebie.ona jechała ze Studni. nie przychodzi jej na myśl dowcipna odpowiedź. bez wysokiego tylnego łęku i kuli. więc zapewne córka . co znaczyło. Od pierwszej chwili. on od strony południowo-wschodniej. jeŜeli sam sobie pierze i prasuje. ogonem i nogami. więc Meggie wolała zaczekać z osądem. Widocznie nowy pastuch nie miał takich oporów. kto z niego zsiadł.zawołał. natychmiast próbował łapać zębami za głowę. Znała dobrze tego konia. dlaczego tak rzadko widuje tego gniadosza. to niesprawiedliwe! pomyślała. jeździli wyprostowani.Jak moŜe ktoś mieć oczy i rysy Ralpha! Tylko spojrzenie miał inne: wesołe i bez serdeczności. Ŝe jest dobrym jeźdźcem. bo inni nosili szare koszule i szare spodnie. bo słońce świeciło mu w oczy. W końcu jednak któregoś popołudnia natknęła się na Luke'a O'Neilla. a nie w zagrodzie. poniewaŜ do niej naleŜało pilnowanie.miała dobrego zdania o pastuchach. Dostrzegła go pierwsza.

ale jakby usiłowała coś na próŜno wypatrzeć. co zobaczyła. WciąŜ mu się przyglądała.AleŜ gap się. z rozchylonymi ustami i uniesionymi w zdumieniu brwiami.Nikogo waŜnego.Niechcący się zagapiłam.Megie. a jednocześnie całkiem obcego. choć samym uśmiechem go nie przypominał. Luke prowadził kapryśnego gniadosza koło potulnej klaczy i razem przebrnęli przez wartki. Uśmiechnął się.A włosy! To. okrutny Ŝart. od Margaret? . Od jakiego imienia to zdrobnienie. Jej niezadowolenie podsyciło jego ciekawość schwytaną w sidła rozłoconych w słońcu włosów i łagodnych oczu.ocenił ją w duchu. . aŜ zaskoczony zmarszczył brwi. śeby tylko podniosła głowę. Ŝebyś miała na imię Celinda albo Madeline.. panienko Cleary? . trudno. .Przepraszam . u tej małej wyglądało zupełnie inaczej. To lepsze niŜ oglądanie tyłu twojej głowy. .. pozwoliła mu się przyjrzeć! W tym momencie spojrzała na niego z takim wyrazem twarzy. kiedy zobaczy się kogoś znajomego. odsłaniając zęby białe jak u Ralpha.Wygląda panienka jak dziecko. albo rozczarowało ją to. W kaŜdym razie minę miała nieszczęśliwą.nią na stacji w Gilly. Ŝeby jakaś kobieta oceniała go i wynajdywała braki. Nie zdarzało mu się. Przypominasz mi kogoś po prostu. Nie przypuszczając nawet. Dziwne uczucie. ani trochę do panienki nie pasuje. które nie moŜe się czemuś dość nadziwić powiedział. o czym rozmyśla jego towarzyszka. Wolałbym.to kara dla niej. Meggie widziała w jego oczach serdeczność. Za mało dostojnie.odparła odwracając wzrok. choć temu teŜ nic nie brakuje. Kogo ci przypominam? . ile chcesz. . . . . ale skoro moŜesz mi zaproponować tylko Meggie. wezbrany strumień. Patrzeć w jego oczy i nie widzieć go . Prawdziwa piękność . Nad górną wargą i na czole od upału perlił się pot.Meggie. Nie patrzyła na niego z nienawiścią. co u braci przypominało marchewkę.Jak ci na imię.

którą czytała. to niesprawiedliwe! . będę nazywał cię Eustacia Sohronia Augusta. Po tym przypadkowym spotkaniu Meggie łowiła uchem kaŜdą wzmiankę i plotkę o Luke'u. kędzierzawe włosy.odparł ze śmiechem. Ŝeby pomógł jej zsiąść. Bracia byli z niego zadowoleni.Za często stawiałaś na swoim. aŜ Meggie wysunie ręce.A. zręczny. ale to nie znaczy.zawołał za nią. czekając najwyraźniej.zaprotestowała. leŜąc na brzuchu na dywanie z ksiąŜką. . to co innego! Będę cię nazywał Meghann.Phi! . Nawet stojąc przypominał Ralpha: wysoki.. Ŝe nie! . Ŝe masz zapominać o przyzwoitości. Nie. . kułakiem wymierzonym w nachalny pysk zmusił go do posłuszeństwa. A mimo to on i Ralph byli niepodobni do siebie jak. niebieskie oczy. prosty nos. Przy zewnętrznym podobieństwie byli obaj zupełnie do siebie niepodobni. Robotny jak rzadko . szczupły w biodrach.Przypomina chyba trochę księdza de Bricassart .prychnęła Meggie.Nie. ta sama budowa ciała. Miał takie same gęste. stwierdzając. zsunął się z gniadosza. Kiedy dojechali do zagród.Delikatna dama stroni od towarzystwa prostych pastuchów . są nazbyt róŜnymi ludźmi. panienko Meghann .odparła nie odwracając głowy. barczysty. Ale podobieństwo nie jest uderzające. .spytała Meggie od niechcenia.powtórzyła w duchu. Ŝe jest bardzo przystojny.. a Luke O'Neill jak atleta.wyraził się o nim Bob. . i stał. czy nie mogłabyś czytać siedząc na krześle? Jesteś w bryczesach. Ale ona dotknęła kasztankę piętami i ruszyła dalej.Nie cierpię tego imienia! .Oczywiście. Meghann. . Nawet Fee wspominała o nim któregoś wieczoru. jak dwa róŜne gatunki eukaliptusa. . . . Ŝe Ralph poruszał się jak tancerz.odparła Fee po krótkim zastanowieniu. ładnie wykrojone usta.Czy przypomina ci kogoś? .Nie! .Nikt nie widzi! W tym cała rzecz. Z tą róŜnicą. ale dręczyło to wyłącznie Meggie.Ten sam kolor włosów i oczu.. Meggie. . . JeŜeli zechcę. bo kochała się w jednym i . i znaleźli z nim wspólny język.

Ŝe się na nią zaczaił. Meghann. niech odpoczywa w pokoju między aniołami. Mniej więcej tydzień później znów spotkała Luke'a nad strumieniem. Z takimi kruczymi włosami i chabrowymi oczami i nie Irlandczyk? W dawnych czasach O'Neillowie byli królami Irlandii.Daj spokój! Nie większy od Droghedy! A poza tym O'Neill to nazwisko oranŜysty.A nie O'Connorowie? . . to dawno ją straciła i wymawiała słowo „oranŜysta” bez zgrzytania zębami.Och. Pojedziesz ze mną? . Podejrzewała. Okrągłe oczka Minnie błysnęły. O'Neill Clandeboy i O'Neiil Mor. Ŝe drugi jest tak pociągający. A poniewaŜ było popularne w Ulsterze. kochana panienko. . .westchnęła Minnie.Dziękuję za zaproszenie. jak odkryła. ale z takim nazwiskiem jest irlandzki jak świnie Paddy'ego.odpowiedziała ze wzrokiem wbitym w łeb kasztanki. więc po co miałabym jechać? . z przeproszeniem świętej pamięci ojca panienki. .Niechby i tu urodzony. W kuchni. kochana panienko. ale nie wiedziała. .CzyŜby? To wielkie irlandzkie nazwisko istniało. .droczyła się Meggie. Ale teŜ był. jeŜeli nawet tak było. Ŝe to był wielki kraj.prowokowała ją Meggie. a przy okazji wyszło na jaw. komu zawdzięcza luksus ubierania się w białe koszule i białe spodnie: prała je i prasowała pani Smith. ale nie umiem tańczyć.bolało ją to. JeŜeli Minnie w ogóle posiadała plemienną wojowniczość. zanim się urodził pierwszy oranŜysta. Meggie dała za wygraną. Luke cieszył się sympatią. co na to poradzić. jaki to piękny Irlandczyk! .Australijczyk . ulegając jego nieodpartemu urokowi. Nie oszukasz mnie.Dzień dobry. . . trzeba panience wiedzieć. .Dzień dobry .Oho. to znalazło się paru O'Neillów wśród oranŜystów. .W przyszłą sobotę będzie zabawa w Braich y Pwll.

a ja obiecałem. to Ŝadna przeszkoda. co kryje się pod pozorami. Bob wręczył Luke'owi kluczyki do nowego rollsa. Luke. Ŝe Meggie wybierze się na tańce. Ŝe nie masz nic przeciwko temu. ale Clearym niczego przecieŜ nie brakuje.Powiedziałam. Nie przepadamy za tańcami. Ŝeby podjąć część pieniędzy z rosnącego w banku kapitaliku i sprawić sobie nowe wyjściowe sukienki.A moŜe ty. bo .Jesteś rozpuszczona jak dziadowski bicz. ale jakoś nigdy tego nie robimy. . które skwitował śmiechem. . jakie jest trudne i bolesne. Meggie włoŜyła popielatoróŜową sukienkę.Nie.Nie przypuszczałem. Ŝe to własność Kościoła. Do tej pory skutecznie odrzucała zaproszenia. Ŝe cię nauczę.spytał Luke nie gardząc widocznie większym towarzystwem. Ŝe nie umiesz tańczyć.Nie opowiadaj mi głodnych kawałków! Jedyna córka. Chcesz się teraz wycofać? Rzuciła mu wściekłe spojrzenie.Powiedziałaś. obstawa z braci. czeladź! Wiem. Powinniśmy ją gdzieś zabierać. Ŝe nie pojedziesz. jak najbardziej! Spodoba jej się. Ralph nie przywiązywałby wagi do całej tej otoczki. skoro chcę zabrać na tańce jego siostrę? . tyle ziemi i pieniędzy. Z braku innej.pomyślała triumfalnie. Szedł przez Ŝycie nie mając pojęcia.Nie jestem rozpuszczona! . Bob potrząsnął głową ze zgrozą. . odkąd go poznała. Przez chwilę patrzył na niego w milczeniu. ale zabierz ją. dziękuję. Nie mówiłaś.wykrztusiła przez zaciśnięte zęby. . . Jack i Hughie teŜ pojedziecie? . Nie posiadając się ze zdumienia.Nauczę cię szybciej. Jak myślisz. więc uznałem. wystawny dom. Meghann. Nie pomyślała wcześniej. zaś ten człowiek nie dorównywał mu wraŜliwością. Ŝe nie pojadę! . bo nie mogła uchwycić tej róŜnicy. Mało ma rozrywek biedactwo.. nawet gdybyś umiała tańczyć. Ŝeby ktoś ci się przeciwstawił. A więc tym się przede wszystkim róŜnią! . potem się uśmiechnął. Pora. albo nawet nowego. nie miał wyczucia pozwalającego dostrzec. czy Bob poŜyczy mi starego rollsa. . niŜ ciele machnie ogonem.

Gdyby to mnie się przytrafiło . która jeździła regularnie do miasteczka. Ŝe jest szczęśliwa. Ŝe mogłaby się wybrać za tydzień z mamą. pragnęła odmiany. kogo nie moŜna mieć? Nie chciał jej myślała . Obrastała opanowaniem jak drzewo korą. niŜ myślała: jakiegoś fizycznego zbliŜenia absolutnie zakazanego poza małŜeństwem. Nic dziwnego. Ŝeby mama porozmawiała z nią o tym. Ŝe tak to się na niej odbiło. Miłości. Ŝe po to. ale wieczorami. gdyby się dowiedziała. Po co tęsknić za kimś. Meggie całym sercem pragnęła. w miarę odpowiednią. kiedy znała ojca Franka? Co by mama zrobiła. Inne czasy. Ŝe Meggie poznała prawdę o Franku? Och. Jaką hańbę i poniŜenie musiała przeŜyć mama.. gdy pomyślała czasem o matce. kiedy przyglądała się sobie.tacy kawalerowie jak Enoch Davies i Alastair MacQueen pozwalali się odprawić zdecydowanym „nie”. Z czasem zrozumiała. okazywać spokój i udawać. MoŜe choć trochę mogłaby pomóc. W chwilach takich jak ta.chciałabym umrzeć. . by mieć dzieci.myślała . Ŝeby uczucie owionęło ją jak gorący wiatr. Nie chciała iść przez Ŝycie jak drętwa. ale nie tak jak mąŜ. Ŝe ją kocha. zobojętnieje na wszystko? Czy tak się to zaczęło z mamą. dzieci. tamta kłótnia na plebanii! Jak by to było wczoraj: tata i Frank naprzeciw siebie. Ale młodość dopominała się o swoje prawa. trzeba czegoś więcej. Meggie westchnęła do swojego odbicia w lustrze z nadzieją. które wykrzykiwali. Nie mieli takiego tupetu jak Luke O'Neill. Ŝe wiedziała o Franku od początku. Powiedział. aŜ bolało. a mama przecieŜ nie była prostacką dziewką. Nauczyła się skrywać uczucia. Okropności. Ŝe jej nic się takiego nie przydarzy. oŜywczej miłości. Ŝe wydawało się profanacją wkładanie jej dla kogoś takiego jak Luke. i zamówić to i owo u krawcowej. Za nic nie chciała jechać w tej sukience i natychmiast by ją zdjęła. wstrząsał nią dreszcz. Czy upodobni się w końcu do niej. męŜa. Wiązało się z tą sukienką tyle marzeń. Wszystko zaczęło wtedy do siebie pasować. W ksiąŜkach jedynie prostackie dziewki miały dzieci poza małŜeństwem. Przyglądając się w lustrze pomyślała. Ralph ściskający ją. uniesień i łez. chciała.i nigdy nie zechce. albo Ŝeby sama ośmieliła się poruszyć ten temat. inny męŜczyzna. gdyby miała drugą. Wydawało jej się. Mama jednak nie pozwalała się do siebie zbliŜyć ani sama nie wychodziła naprzeciw.

.Ale nią nie jestem.Ile masz lat.spytała. szybko się z tym uporamy. Czy wszyscy męŜczyźni darzą coś nieoŜywionego większą miłością niŜ kobietę? Nie.poniewaŜ śluby połączyły go z Kościołem. gdzie tam! PrzecieŜ jedziesz ze mną. Meggie.Oho! A byłaś juŜ kiedyś zakochana? . . . . .Dobry BoŜe. Jak na przykład Luke. MoŜe tylko ci myślący. jak przyjemnie? .powiedział Luke zapuszczając silnik rollsa.Prawda. . . Ŝe przez cały wieczór naleŜysz do mnie i nie pozwolę.Nie zostawisz mnie samej? . To dopiero jest Ŝycie. To znaczy. to nigdy nie będziesz miała okazji się nauczyć.AŜ tyle? Wyglądasz jak mała dziewczynka. Nie szkodzi. . a za parę tygodni nie będziesz miała sobie równych. na pewno nie wszyscy.Wystarczy przekręcić kluczyk i motor zapala. inni pastuchowie tylko nieśmiało się ze mną witali. nie ma co. Pod koniec wieczoru będziesz juŜ tańczyła. jak ty .rzekł nie przejmując się brakiem zainteresowania z jej strony.Prawie dwadzieścia trzy. zanim skończyłem dwadzieścia trzy lata. Meggie nie znała się zupełnie na komplementach. uwikłani w wątpliwości i zastrzeŜenia? Ale muszą teŜ być mniej skomplikowani męŜczyźni. . którzy kobietę pokochają nade wszystko. .JeŜeli nie chodzisz na zabawy. spojrzała na niego z ukosa i nie odpowiedziała. Zanim przyjechałeś.Tylko raz? I masz juŜ dwadzieścia trzy lata? Dobry BoŜe! Ja zdąŜyłem się zakochać i odkochać z dziesięć razy. Ŝe osadnicy z innych farm nie . Ŝeby ktoś mi cię odbił.Nie znam drugiej tak pięknej dziewczyny.Raz.Ale nie powiesz mi. . Luke? . Nie trzeba kręcić tą cholerną korbą do siódmych potów. .Trzydzieści. . A ty? .Zerknął na nią. Zaskoczona.MoŜe i ja bym się zakochiwała. . ale w Droghedzie nie bardzo mam w kim. bo nie umiesz tańczyć.

którzy wtórowali mu na zmianę na akordeonie. Stary skrzypek.przyznała. jakby nieodwracalnie naleŜał do przeszłości. guwernantki.Ale ja nigdy nie chciałam się nigdzie wybierać. siedząc na beczce lub beli wełny. ciut ich onieśmielasz. przystojny kawaler budzi zazdrość. Ŝe jej wysoki. grał godzinami bez wytchnienia. jedynie bardziej otwarcie. słuŜące. jest kilku takich . . która odbywała się w szopie na wełnę.próbowali cię namówić. pastuchowie z Ŝonami. mieszkańcy miasteczka. . Nienaganne maniery. Ŝe jest taki wygadany. której nie miał cierpliwości połykać.Owszem. Tu królowały polki. Niegdyś.Tylko nie zmieniaj tematu. . Meggie szybko odkryła. Ŝeby grać na skrzypcach.Bo ja jestem zuchwalcem nad zuchwalcami . . którzy cię zapraszali. bo tracił Ŝywe tempo. Na zabawę. Na pewno są w okolicy tacy. zachowywane na bardziej uroczyste okazje tutaj ginęły bez śladu. płeć i stan . zjeŜdŜali się wszyscy ze względu na wiek. . to czemu ty mnie zaprosiłeś? . Niezbyt jej to odpowiadało. a z obwisłej wargi skapywała u ślina. Nie było miejsca na intymność ani rozmarzenie. kadryle i inne zamaszyste i skoczne tańce. albo puszczali się w szalone obroty. Pastuchów rozumiem. ale nie umiała mu się przeciwstawić. Dopiero ty mnie do tego namówiłeś.Więc tamci są głupi jak but z lewej nogi .Ja się od razu na tobie poznałem. mazurki. Ŝebyś się z nimi wybrała. Z Gilly przyjeŜdŜał Mickey O'Brien.odparł z wesołym uśmiechem. To straszne. . co niegdyś księdzu Ralphowi.synowie i córki osadników. Co niegdyś Ralphowi. Rzucano mu niemal tyle samo tęsknych i uwodzicielskich spojrzeń. ale paru owczarzy na pewno się do ciebie zalecało. Takich tańców Meggie nie widziała na przyjęciu urodzinowym u Mary Carson. w których partnerzy albo przelotnie dotykali się dłońmi.JeŜeli innych onieśmielam. .rzekł. i zawsze znalazło się paru akompaniatorów. WyŜywano się po prostu i rozładowywano napięcia. a miłosne intrygi kwitły z dala od hałaśliwego rozgardiaszu. Ŝe musiała o nim myśleć.

z początku ze strachu. KaŜdy z nich mógł się postarać o to samo co on. Co za bezczelność! Zwykły pastuch i wykrada ją im sprzed nosa! Przygany ani go grzały. a potem. kiedy wychodził do szaletu. Robiło to na niej niezwykłe wraŜenie. który z łatwością pokonywał wyboje na drodze i bezdroŜach. i śmiał się z nich w duchu. wysiadł i poszedł otworzyć drugie drzwiczki. Enoch Davies i Liam O'Rourke chętnie zajęliby jego miejsce. Skoro nie wykorzystali swojej szansy. uwaŜając. Nie słyszała szeptanych komentarzy. przekonała się. Ŝe wystarczy. Ŝe ma prawo zatańczyć z innymi. z podziwu dla pejzaŜu. Zdziwiona. ale mieszkaniec równin czuł się na jego grzbiecie jak Szwajcar na wierzchołku góry. a Luke to wyczuł. bo wywinął nią w tańcu. kiedy trzymał ją tak blisko. Krótkie chwile bliskości z Ralphem przeŜyła tak mocno. Lecz choć tym razem było inaczej. Ŝe nie zdąŜyła spostrzec szczegółów. ani ziębiły. Luke zostawiał ją samą na krótko. Tańczył znakomicie. Luke wziął Meggie za rękę. objął ją wpół i przyciągnął do siebie. ale on do tego nie dopuszczał. Z Braich y Pwll trzeba było jechać do Droghedy siedemdziesiąt mil przez bezludne pola. gdzie ją prowadzi. Wzniesienie przecinające Droghedę górowało nad okolicą trzydzieści kilka jardów. a oszołomiona Meggie nie pojmowała. którzy ją proszą. Ŝe tak jak w jego ramionach nie poczuje się juŜ nigdy. a przy ty była szczerze przekonana. teŜ ogarnęło ją podniecenie. na których nie zajaśniało nawet światełko ludzkiej siedziby. słuchając cichego warkotu rollsa. Ŝe Luke ją dotknie. kiedy nic takiego się nie stało. ale Luke słyszał. Ŝeby szła. . chłonęła bijące od niego ciepło.Dotrzymując słowa. Luke zatrzymał samochód. ich strata. ścisnął mocniej i przytulił policzek do jej włosów. Nie odzywali się wiele do siebie. Na koniec tańczono walca. tak daleko od ludzi! Po jednej stronie biegł zygzakowaty płot z butwiejących belek i Luke. pomógł jej przejść po nierównej ziemi. Serce biło przyśpieszonym rytmem. Ŝeby nie zaczepiła pantofelkami o króliczą norę. Czuła mięśnie jego piersi i ud. przytrzymując Meggie lekko za łokieć. Meggie stanęła przy nim drŜąc z obawy: czy zepsuje wszystko chcąc ją zaraz pocałować? Tak cicho. Chwyciła się płotu i patrzyła oniemiała .

gdzie wciąŜ zrzędził rozgniewany ptak. trąc palcami wysypane na dłoń skrawki tytoniowych liści.Dziękuję. szelest drzew. senne narzekanie jakiegoś ptaka. jarzyły się i gasły. urodziłam się w Nowej Zelandii.Tutaj się urodziłaś. ryŜowe bibułki i zabrał się do robienia skręta. rysowały się rozległe przestrzenie. a przy zagajnikach ziały otchłanie cienia niczym paszcze podziemnego świata.Chciałbym cię zabierać na wszystkie zabawy. Punkciki. Przyjechaliśmy do Droghedy trzynaście lat temu. a widząc wszystko. . . niemal równie wyraziście jak w słońcu. polizał. rozniecił ogień i przypalił.Dobrze się dziś bawiłaś. któremu zakłócili spokój. wonny aromat buszu. tak! . Luke obrócił się tyłem do nocnego krajobrazu.O. skleił. wyjął kapciuch z tytoniem. kiedy wiatr unosił ich gładkie wierzchy ku górze. Spojrzała w niebo i daremnie próbowała zliczyć gwiazdy. Liście na drzewach skrzyły się. . . utkał do środka wystające wiórki końcem zapałki. prawda? . jarzyły się i gasły w odwiecznym rytmie.spytał. Wsunął uformowane zwitki do papierowej rurki. Meghann? . Umilkł zaciągając się dymem i spoglądając ponad dachem rollsa na pobliską kępę drzew.Nie. Kiedy między poplamionymi palcami Ŝarzył mu się koniuszek wypalonego papierosa. falowała trawa srebrzystobiałoszara. . W powietrzu unosił się nieokreślony. obrócił ją zręcznie między kciukiem i wskazującym palcem. Słychać było westchnienie wiatru w trawie. Zdawały się patrzeć na nią w milczeniu niczym oczy owadów błyszczące jak klejnoty w świetle reflektorów. upuścił go na ziemię i rozgniótł zawzięcie obcasem.W bladym świetle księŜyca. czasem brzęk stygnącego rollsa. Nikt nie gasi niedopałka tak dokładnie jak australijski Buszmen. nie wyraŜając niczego. delikatne jak krople rosy na pajęczej sieci.

więc nieraz zastanawiała się leŜąc w łóŜku. jego niespoŜyta energia. bo postanowił się z nią oŜenić. co chciał przez to powiedzieć. skoro był tak uprzejmy i bawił Meggie do późna rozmową. Gdyby sam się tak nie wyraził.wciąŜ ją to dręczyło. a Luke w inny. Bracia go lubili. podprowadził ją do samochodu. przychodził wieczorami w odwiedziny do rezydencji. Ŝe jest kimś innym niŜ zwykłym pastuchem.Kiedy Meggie odwróciła się z westchnieniem. Jeździli potem na inne zabawy. Ŝe jest biedny. Dawna rana goiła się. więc namówiono go. a letnie dni mijały i gasły w krwistym blasku i pyle. Ŝeby szedł milę z powrotem do siebie. Ŝe wygodniej mu będzie stołować się u nich i tak juŜ zostało. wolał poczekać. zaledwie przelotnie poczuła smak miłości. Ksiądz Ralph został biskupem. Sprzedał ją za trzynaście milionów srebrników . podczas gdy w oczach Luke'a płonęła pasja. Wiedziała. nigdy nie rozpalał jej . Był za sprytny na to. Fee. Ŝeby juŜ teraz ją całować. a to starczało za najlepszą rekomendację. nie okazała dostatecznego zainteresowania. JeŜeli nie nocował w polu. Czuła mrowienie w dłoniach. Ŝeby przeprowadził się do jednego z domków gościnnych za rezydencją. Z czasem zapomniała. ale takich właśnie słów uŜył. Ŝe oczy Ralpha nieruchomiały w zamyśleniu. aŜ sama tego zapragnie. Była młoda. Nigdy jeszcze nie zatrudniali kogoś tak pracowitego. Meggie duŜo o nim myślała i nie tak wzgardliwie jak na początku. Po jakimś czasie Bob oznajmił. kiedy przytulał ją mocno w tańcu. zaowocowała tym. a siostrę kochali. przenigdy do niej nie wróci. więc powstrzymywali się od docinków. Ŝe Ralph uśmiechał się w taki sposób. Z ducha byli ludźmi pracy. nie myślałaby o tym. Potem uznano za bezsensowne. która mogłaby go oszacować wnikliwiej. O. Ŝe bracia zaczęli go traktować jak równego sobie. Domownicy stopniowo przywykli. kiedy porównywała do stale z Ralphem. Ŝe Meggie znalazła sobie bardzo przystojnego adoratora. więc nie przyszło im do głowy oceniać Luke'a O'Neilla na podstawie tego. które opierała na plecach Luke'a. Ŝe nigdy. spokojna pewność Luke'a. a chciała ją chłonąć wszystkimi zmysłami aŜ do zawrotu głowy. Rozbudzał ją jego dotyk. Tak czy owak.

mroczny Ŝar. KaŜdemu z nich czegoś brakowało w porównaniu z Lukiem. Prócz tego oczywiście. ruszył w objazd i mazał owce stopniowo smołą. Urodził się w lepiance na przedmieściach Longreach w Queenslandzie Zachodnim. SłuŜyła mu. kiedy postrzygaczowi omsknęła się ręka i zaciął zwierzę do Ŝywego. JeŜeli musiała zadzierać głowę. Próbowała go czasem naprowadzić na bardziej osobisty temat. podobnie jak innym słuŜy coś wręcz przeciwnego. o owcach. Ŝe nie są to oczy Luke'a. DuŜo rozmawiali. a nie chciała się przyznać. dokładnie na Zwrotniku KozioroŜca. Ŝe tylko dlatego jej się podoba. czego oczekiwał od Ŝycia. . choć nie potrafiła określić. . który zarabiał na Ŝycie postrzyganiem. Więc Luke. Ŝe nigdy nie przejawia bliŜszego zainteresowania jej osobą. Jednego Luke się nie bał . Ŝe uschnie z tęsknoty. okazywało się. zginął w poŜarze gospody. ale nie tak zachłannie jak Meggie.cięŜkiej pracy. kiedy Luke miał dwanaście lat. Ŝe przypominał Ralpha. kiedy zgodzono się przyjąć go na spółkarza. Nigdy teŜ nie prowadził rozmowy wymagającej wysiłku intelektualnego. nie drŜała pod jego spojrzeniem. czego oczekuje od Ŝycia. czy teŜ po matce Niemce odziedziczył zamiłowanie do pracy. Ŝe ojciec był wyśmiewanym w miasteczku pijaczkiem. których poznała na zabawach. a najbardziej draŜniło ją. ale raczej ogólnikowo . jeŜeli go więcej nie zobaczy. równieŜ została wydziedziczona. strzyŜy.o ziemi. gdzie bywał. Ŝeby spojrzeć komuś w oczy. Ŝeby się wzbogacić. Kiedy postawiła na swoim i wyszła za mąŜ za ojca Luke'a. czy dlatego tak pracował. W nędznej chacie chowało się dziesięcioro dzieci bez jednej pary butów. nie działali na nią tak jak on. nigdy nie myślała. to ich włosy były inne. co go tak wyróŜniało. które zresztą nie były im potrzebne w tropikalnym klimacie. Nigdy nie zostało wyjaśnione. o tym. Czytywał ksiąŜki. Ojciec. a matka córką niemieckiego rzeźnika z Winton. której mimo starań nie udawało się go nakłonić do interesującej lektury. a jeŜeli nawet oczy mieli podobne. ale zawziętej irlandzkiej rodziny. ale inni. jeŜeli miał na to ochotę (a najczęściej ciągnęło go do butelki rumu). nie pytał. o wydarzeniach politycznych. Jego ojciec był czarną owcą majętnej. ale nadaremnie. Pracowity i sprytny Luke O'Neill marzył o tym.

Miał dość siły. Ŝeby nie trzeba było poprawiać i Ŝeby zadowolić szefa. W Australii nie wolno było uŜywać nowozelandzkich maszynek z szerokimi grzebieniami i ostrzami. mógł więc zostać postrzygaczem-piorunem. chwytał cięŜkie wydęte runo sfruwające z maszynek do strzyŜenia i zanosił je na stół. przebywanie w zamkniętym pomieszczeniu. przesuwającą się jak śliski papier. do których przywykł od urodzenia. Dał się poznać w Queeslandzie Zachodnim jako dobry pracownik. gdzie oczyszczano jego brzegi i rolowano wełnę. smród. przypominającą jaszczurkę boggi. Wkrótce Luke strzygł powyŜej dwustu sztuk dziennie. zręczny. mokre. Był silny. pot i pragnienie zmuszające do wypijania trzech galonów wody dziennie. A Luke ich nie posiadał. jeŜeli nie miał naturalnych predyspozycji. który dopadał postrzygacza. jeŜeli ten nie przestrzegał wyśrubowanych norm. sama praca nie mierziła Luke'a.Z czasem został pomocnikiem: biegał po moście. nie zwracał nawet uwagi na uprzykrzone muchy. wytrzymały. miał do wyboru prasowanie albo strzyŜenie. którą przytrzymywał kolanami. które śniły się postrzygaczom po nocach nierówne. Nigdzie na świecie nie znalazłoby się drugiego tak piekielnego miejsca jak szopa do . obrośnięte wełną od kopyt po nos. gdzie czekały na klasyfikatora. przerośnięte. Podobnie jak zawodowego znawcę win czy perfum. z delikatną. Nachylając się nad owcą. Nie przeszkadzał mu upał. brudne i zapaskudzone przez muchy . więc chętnie przyjęto go na nauczenie. miał dobrze skoordynowane ruchy. To była cięŜka harówka. przeciągał maszynką przez całą długość tułowia. od której wzięła nazwę. sześć dni w tygodniu.same merynosy. a na tym mu zaleŜało. tym lepiej się czuł. Chcąc zarobić więcej. Nie przeszkadzały mu teŜ owce. draŜnił go hałas. bo im cięŜej pracował. nie moŜna było takiego człowieka wyuczyć fachu. a dokonywał tego wąską maszynką do strzyŜenia. Ŝeby obsługiwać prasę zgniatającą runo w olbrzymie bele ale postrzygacz-piorun zarabiał więcej. Nie. Nauczył się wtedy obierać runo ze skorupiałych od brudu brzegów i układać je w sąsiekach. fałdzistą skórą. choć strzygło się nimi dwa razy szybciej. arystokratę strzyŜy. uwalniając wełnę w jednym kawałku tak. biorąc funta za sto sztuk.

Ŝe podoba się kobietom. a te kilka sekund róŜnicy przy schylaniu się i odchylaniu decydowało o róŜnicy między piorunem a burzą.strzyŜenia. Na krześle wyplatanym siedzi sobie z boku Szef rozparty wygodnie. Szefem. jak rośnie majątek. Zbijali oni fortunę przyjmując zakłady. Czuł się jak w siódmy niebie pędząc po szlakach Queenslandu Zachodniego . Wolał wyruszyć w podróŜ i spenetrować znacznie większy obszar w poszukiwaniu odpowiedniej kandydatki. Pierwszą próbę przeprowadził podając się za pastucha w Gnarlundze. uznał więc. Postanowił więc. właściciela sąsiedniej posiadłości. Chciał pracować na otwartej przestrzeni i patrzeć. Ŝe ostatecznie wybrała słynącego z dziwactw parobka z Anglii. Ŝe zostanie szefem który przechadza się koło zgarbionych postrzygaczy i patrzy na runo. bezbłędnymi ruchami. był odrobinę za wysoki. Przyszedł mu do głowy inny sposób osiągnięcia wymarzonego celu: odkrył. osadnikiem. która zniesie przynajmniej kawałek złotego jajka. Biedna Dot. Ŝe dwadzieścia miesięcy na dziedziczkę to za długo i za nudno. wszystkich ma na oku. gdzie znalazł pracę jako ujeŜdŜacz koni. wydłuŜone po latach pracy ręce. Niestety. Z Gnarlungi przeniósł się do Bingelly. Te dwie próby zabrały mu przeszło trzy lata Ŝycia. Miał trzydzieści lat i zdawał sobie sprawę. Nie dla niego ciągłe schylanie się. Pech chciał. jednym z garstki ludzi strzyŜących powyŜej trzystu merynosów dziennie zgodnie z normą i przy uŜyciu wąskiej maszynki. W szopie mogłaby go zatrzymać jedynie perspektywa zostania postrzygaczem-burzą. Diamantina. gdzie dziedziczką farmy była dość młoda i ładna panna. Ŝe czas najwyŜszy znaleźć gęś. w końcu jednak spełniła Ŝyczenie ojca i wyszła za Ŝwawego sześćdziesięciolatka. Tak głosiła stara śpiewka postrzygaczy i kimś takim zapragnął zostać Luke O'Neill. Barcoo i Bulloo-Overflow niknących w górnym zachodnim rogu Nowej Południowej Walii. a upatrzył tam sobie niemłodą i nieładną córkę prowadzącą gospodarstwo wraz z owdowiałym ojcem. . prawie ją zdobył. ścinane płynnymi. hodowcą.wzdłuŜ rzek Cooper. panem całą gębą.

Bo czasami zamiast trawy rozpościerała się popękana. . ale co sobota prosił Boba o klucz do rollsa i wiózł ją nawet sto pięćdziesiąt mil od Droghedy. nie zainteresowałby się nie posiadającą ziemi Meggie Cleary. lecz ich wartość wyraŜona w gotówce. na którą Luke zabrał Maggie w ciągu ostatnich tygodni. bez początku i bez końca. tego Meggie w swojej naiwności nie odgadła. dysząca czarna pustynia. a taki wybrał dla siebie Luke O'Neill. Rozpalała go nie tyle perspektywa posiadania ziemi i płynące stąd znaczenie. Trawa. To nie Gnarlunga czy Bingelly budziły w nim poŜądanie. Ŝeby na jedną przypadało co najmniej dziesięć akrów. gdzie drzewa pozostawały tylko we wspomnieniach pochodzących gdzieś ze wschodu. Ŝe Drogheda naleŜy do Kościoła. Ŝe nie odziedziczy posiadłości. Okolice Gilly. kiedy dowiedział się. słońce. ale Luke szczególnie pilnie nadstawiał uszu. Ŝe w rodzinie jest jedyna córka. upał i muchy. jak rzadko trafiają się samotne dziedziczki majątków. KaŜdemu odpowiada inny raj. Nie sprawiałaby mu teŜ takiej przyjemności jak Luke'owi O'Neill cięŜka praca fizyczna. który pragnąłby zostać panem na swoich włościach. trawa i jeszcze raz trawa. ale moŜe otrzymałaby w wianie skromne sto tysięcy akrów koło Kynuny albo Winton. wydawały mu się zbyt zalesione. Rosła tam trawa. Ŝe jedyna córka dysponuje niezłą sumką w banku i ma wielu kochających braci. i gorzko się rozczarował na wieść. Luke od dawna postawił sobie za cel zdobycie stu tysięcy akrów koło Kynuy albo Winton i dąŜył do tego celu z niezłomnym uporem.Wszyscy słyszeli o Droghedzie. pośrednika handlowego. ile rosnące rządki schludnych cyferek na jego koncie w banku. choć ładne. który przywiózł go na miejsce. ale kiedy Jimmy Strong dodał. co mógłby za nią kupić. postanowił nie odstępować od swoich zamiarów. ale owce hodowano w takiej liczbie. Tęsknił za trawiastym bezkresem dalekiego Queenslandu Zachodniego. Pociągnął za język Jimmy'ego Stronga. Człowiek. Wiadomo było. a nie to. Jak się o nich dowiadywał i wycyganiał zaproszenia. Wiedział juŜ. ale najbliŜsza jego sercu była Ŝywa gotówka. Zabawa w sali Świętego KrzyŜa w Gilly była trzynastą.

przestałby. Tak mocno pragnęła zasmakować miłości. . zachrupała pod jej stopami zmarzlina. Coś się w nim zmieniło. co robił. Nadchodziła zima. nie odzywając się. Otwierała się jak szkatułka. Miał dobre mniemanie o sobie jako kochanku. usiłując jednocześnie obnaŜyć jej ramię. przywieram do niego. Gdyby oznajmiła. Luke otoczył ją ramieniem i przyciągnął do siebie. nie narzekała . Ŝadna.odparła szeptem. Obrzydliwość. Luke oparł drugą rękę na jej ramieniu. jakby inaczej trzymał zarzuconą niedbale na jej plecy rękę. Ŝe jest jej zimno. Luke zdawał sobie doskonale sprawę z tego.Jedźmy juŜ.Nie.ale teŜ nie były one takimi damami jak Meggie. dawała mu milczącą zgodę na to. obrócił ku sobie i nachylił głowę.powiedział. choć chciałabym się odsunąć? Luke odkrył czułe miejsce u boku Meggie i naciskał je palcami. Nawet . a nawet zniechęcił. Czemu dygocze. Nawet przez sweterek wyczuwała pieszczące krąŜenie ręki masującej ją delikatnie. Luke zmusił ją do otwarcia ust i końcem języka objechał ich wnętrze. niepewnie. ale nie wykazywał szczególnego entuzjazmu. Napór wzrósł. czemu więc nie miałaby się przekonać. chłonąć ciepło promieniujące z drugiego ciała. A więc to tak się czuje czyjeś usta? Uścisk i nic więcej! Jak mu okazać zadowolenie? Poruszyła wargami i natychmiast tego poŜałowała. rozgrzewam się . jak całuje? śeby tylko były to inne pocałunki! Nie takie jak Ralpha! Biorąc jej milczenie za aprobatę. . Dlaczego zupełnie inaczej przeŜywała pocałunki Ralpha? Nie czuła wtedy lekkich mdłości.Kiedy stanęła koło płotu. w której znajoma dłoń poruszy sekretną spręŜynę. kiedy pomagał jej wsiąść do samochodu i skręcał upragnionego papierosa. . Tak miło było oprzeć się o niego. Przerwał pocałunek i przylgnął wargami do jej szyi.Dosyć.Zimno ci . To bardziej jej odpowiadało. Luke! Ten epizod rozczarował ją. . patrząc na bezksięŜycowy pejzaŜ. Co on robi? . teraz mi lepiej. odepchnęła go mocno. ale kiedy zsunął usta niŜej. Objęła go z krótkim westchnieniem. jak dotąd.pomyślała. On jeden poza Ralphem ją interesował.

Ŝe jest najlepszy. niekoniecznie prawdziwych. .zgodziła się.Kto? .O. skądŜe! Po prostu nie jestem przyzwyczajona. Luke pogodził się z tym. co go czeka. więc uznałem.AleŜ nie uraziłeś mnie. . niewiele wiedział ponad to. A największą satysfakcję sprawiało męŜczyźnie wyznanie. Ŝe im się podobało. ilu dało się na to nabrać. zapewniały. Ŝeby dać mu satysfakcję.Dobrze . z którymi się przespał. Dostosuje zaloty do jej oczekiwań .troskliwość i kwiaty.Oderwał rękę od kierownicy i połoŜył na jej zaciśniętych dłoniach. Meghann! . . Przestraszyłam się.Ja teŜ cię przepraszam. Wiedział.Czy on cię nie całował? . . Ŝe raz się zakochałaś.Mówiłaś. Ŝe to dla ciebie nic nowego. Ŝe nie wolno mu jej przestraszyć ani zniechęcić. Zapomnijmy o tym.Nie przejmuj się. bez klapsów i podszczypywań. Niejedna dziewczyna angaŜowała się w romans w nadziei na małŜeństwo z męŜczyzną tak atrakcyjnym i pracowitym. WciąŜ myśląc o Dot. Ŝe mieszkając na takim odludziu podkochiwałaś się z daleka w jakimś facecie. który nawet ciebie nie zauwaŜył. gotowa więc była kłamać jak z nut.Przepraszam.o wiele od Meggie bogatsza dziedziczka Bingelly. Nie chciałem cię urazić. Niezręczne milczenie przerwała Meggie.spytał z zaciekawieniem. Powinienem się domyślić. Pod względem doświadczenia seksualnego Luke nie róŜnił się od przeciętnego wiejskiego parobka.. była krowim ogonem i do Ŝadnej eleganckiej szkoły w Sydney nie chodziła. Przepraszam. . co jemu samemu sprawiało przyjemność. Wesołe igraszki musiały poczekać. . Luke nie przypuszczał nawet... Meggie. z westchnieniem opadając na oparcie. polegał więc na osobiście zdobytych informacjach. Dot MacPherson. Liczne dziewczyny. zamknięta przez niego w baraku postrzygaczy razem z rozkładającą się padliną. . . Ŝe cięŜko będzie zdobyć Meggie. która po tygodniu uległa woli ojca. Meghann. Luke. .

dając do zrozumienia. Luke przez całą drogę do Rudna Hunish Ŝartował tak. Raz czy dwa przeniknęło ją trwoŜne podniecenie. nawet juŜ nie chciała próbować. jak Ralph zignorował młodą damę i przeniósł przez kałuŜę ją. podobnie jak dziś. Luke przymówił się do Angusa MacQueena o kilka kanapek i butelkę szampana. małą dziewczynkę. Następnym razem. ale zaraz wrócił do Meggie i wymownie spojrzał w sufit. Meggie zachowała się zupełnie inaczej. bez języka. a wieczór płynął miło od samego początku. upewniony. choć mu się nie odwzajemniła. ale rolls naleŜał do wyjątków. za Luke'a mogła wyjść za mąŜ. Przynajmniej o jednym się przekonała: pocałunki Luke'a w niczym nie przypominały pocałunków Ralpha. Był to prawdziwy bal i Luke zatańczył z panną Carmichael powolnego walca. Panna Carmichael tak się zawzięła. Sprawił tym Meggie wielką przyjemność. . Podobało się jej.To prawda. Luke! Wspaniale się spisałeś! Czekała ich długa podróŜ do domu. Meggie. Luke. Brawo. który padał od lampy na sufit. Tak! Niech tak właśnie myśli! . kiedy ścisnął ją wpół. Australijskie samochody. leŜąc w łóŜku. Poszedł do domku gościnnego. Wracali właśnie z cudownego przyjęcia w Rudna Hunish. Ŝe nie zaprzepaścił swoich szans.O tak. kiedy Luke ją całował. a kiedy przejechali prawie dwie trzecie drogi. farmie połoŜonej najdalej z tych. pocałował w szyję. Tego . Nie widziała sensu porównywać Luke'a z Ralphem.powiedziała sobie. Dziś Luke demonstrował swoje uczucia w podobny sposób. Ŝe panna Carmichael go nudzi. nie odstępowała ich na krok i otwarcie flirtowała z Lukiem. Lepiej zapomnieć o Ralphie. a na przyjęciu otaczał ją troskliwą czułością. bo nie lubiła tej pannicy od dnia. Ŝeby jej go odbić. Ŝe okazywała większą śmiałość niŜ Alastair MacQueen i Enoch Davies. Przed domem znów przyciągnął ją do siebie i pocałował. w którym zakłóciła jej radosny nastrój na festynie w Gilly. Nigdy nie zapomniała. zmuszając go. Ŝeby zaprosił ją do tańca. rzadko bywały wyposaŜone w grzejniki. podkochiwałam się z daleka. on nie mógł zostać jej męŜem. zatrzymał samochód. wpatrywała się w miękki krąg światła. do których Bob pozwolił im się wybrać. tym razem czule. Ŝe pękała ze śmiechu.

Jaki przyjemny jest taki mały przystanek na trasie. Luke rozwiązał krawat.Przytknęła palec do rzęs. rozpiął kołnierzyk koszuli. Cerę teŜ jakbyś miała przysypaną pudrem. Meghann. Marynarka i Ŝakiet leŜały na tylnym siedzeniu. zupełnie jak za pierwszym razem. bo w aucie było na nie za ciepło. po czym obejrzał go z powagą. czuła się dziwnie cudownie. Błyszczały jak półprzeźroczyste klejnoty. wiesz o tym? .. . która ma naprawdę złote rzęsy. spojrzała i roześmiała się. z ledwie słyszalnym szumem tłoczyło się do środka ciepłe powietrze . jak przyjemnie siedzieć w taką zimną noc bez płaszcza? powiedziała Meggie z uśmiechem i wzięła od Luke'a składany srebrny kubeczek z szampanem i kanapkę z szynką. Wyjął z jej ręki pusty kubek. czy nie są pokryte złotym pudrem. Zawsze mi się zdaje. Pyrkotał cicho silnik rollsa.O! .Szampan burzył jej się w Ŝołądku i łaskotał w nos.I najprawdziwsze złote brwi.. a są miękkie i puszyste. i najpiękniejsze złote włosy. .powiedział. delikatne wargi.Musiałem sam sprawdzić. gotów był przysiąc. Ŝe powinny być twarde jak szczere złoto w dotyku.. zieleń mchu. kiedy się spotkali..Prawda.... Co takiego było w tych oczach? Zwykle nie przepadał za szarym kolorem wydawał mu się bez Ŝycia . . Wyciągnął rękę i przesunął p jej rzęsach koniuszkiem palca. I najpiękniejszą buzię. indygo.Rzeczywiście! Nic a nic nie schodzi. .ale spoglądając w oczy Meggie. błękit pogodnego nieba. . Wpatrywała się w niego rozchylając róŜowe. otoczone złotymi rzęsami. Ŝe poprosiłeś pana MacQueena o poczęstunek na drogę. Jestem ci bardzo wdzięczna. . bo ziemię pokrywała gruba warstwa szronu. Ślicznie dziś wyglądasz. Ŝe zawierają barwy tęczy . odrobinę płowej Ŝółtości.Dobrze ci zrobi jeszcze trochę szampana .oba dźwięki usypiały..Tak. .fioletową. Jesteś jedyną dziewczyną.wieczoru grzejnik bardzo się przydał. w sam raz do całowania. Luke? .Dlaczego to zrobiłeś. . .

Czuł na włosach jej pocałunki. chłodna. Było tak dobrze. gościa jego własnym wynalazkiem. Odpadł jak syty szczeniak. ChociaŜ jej nie objął.. wpijając się w te zdumiewająco wraŜliwe. czubkami palców sunął po nagich plecach. całował. Wtulił twarz w szyję koło ramienia.. . Ŝe kiedy odchylił się do tyłu. teraz dobrze. otumaniony.niezawodnie go zaspokajał. Tym razem się nie śpieszył. sucha. tylko wstrząsnął się w spazmie rozkoszy. Usiadł. znów jedwabiste policzki i znów usta. Obrócił się raptem i nachylił się nad nią.. sięgnął jednak ręką i porozpinał długi rząd guziczków z tyłu sukienki. drugą dłoń oparła na gładkiej opalonej skórze między rozchylonymi brzegami kołnierzyka. Nie miał siły. których dziecinny wykrój doprowadzał go do szaleństwa od chwili. podciągnął jej ramiączka koszuli. potem sukienkę i zręcznie pozapinał guziki. kiedy zobaczył ją po raz pierwszy.. wsparła się na jego piersiach. Ŝe Meggie powie „dość”. Z otwartymi ustami szukał chłodnego zakończenia miękkiej wypukłości. dobrze. pieszczotę ręki wsuniętej pod koszulę. chwytając ustami jej usta. przycisnął ją do siebie i ssał. Ów odwieczny odruch . Ŝeby się powstrzymać. aŜ wreszcie jego wargi zamknęły się na krąŜku napiętego ciała. poczuł stwardniałą męskość. ssał. Objęła go za szyję. podniecony samym patrzeniem na nią. cmoknięciem w pierś wyraził bezgraniczną wdzięczność i znieruchomiał oddychając cięŜko. Zamarł. kto wymyślił krawat i uznał. całował policzki. które nareszcie tak idealnie pasowały do jego ust. chwytał zębami. Nie wiem. chociaŜ zanim nalał jej drugi kubek szampana. opuszczone powieki. oszałamiające wargi. wsunęła drŜące palce we włosy.. Udusiłby. skóra na ramieniu delikatna. doooooobrze! Nie krzyknął. a jednocześnie ogarnął go lęk. raptem oprzytomniał i otworzył oczy. Szyja z małym wgłębieniem u podstawy. potem ramiączka satynowej koszulki. wyczuwał nagłe dreszcze i twardniejące na jej piersiach gruzełki. łukowate sklepienia brwi. Przytrzymał jej głowę. poczuła się z nim złączona tak. Nie puszczając jej.O. Ŝe bez niego człowiek nie jest porządnie ubrany. zsunął z uległych ramion najpierw sukienkę.szczególne upodobanie . dobrze.

Pragnienie czego? Nie wiedziała. . Upłynie parę tygodni. Ŝe powinna krzyczeć. . od czego biorą się dzieci.Dziękuję ci. Tyle pięknych.Twoim braciom nie podobałoby się ani trochę to. Cały ten epizod przypieczętował dojrzewającą w niej decyzją wyjścia za mąŜ za Luke'a O'Neilla. pragnienie. uciekać. myśl o ucieczce. Będzie. damy na zapowiedzi i kupimy pierścionek zaręczynowy. świadomość. gotowa była rzucić się na niego z wściekłością. ile trzeba na ogłoszenie zapowiedzi. NapręŜyła ramiona.. . czasami cię nienawidzę.. . uderzyć go. ciepłem.. Odwiedzimy księdza Thomasa. czując przeszywający aŜ do duszy wstrząs. Luke. Kiedy przeszło obezwładnienie. Ŝe ją obnaŜa..powiedział łagodnie i wesoło... Dotyk jego rąk! Pieszczota piersi. Wydarzenie w samochodzie zaskoczyło ją i poruszyło do głębi. Ŝe nie moŜe być odwrotu od tej decyzji. wyciszając rozum. Ŝe musi to zrobić. chciała tak trwać bez końca. pustkę... co przed chwilą robiliśmy.Tak teŜ uwaŜam . wtedy poraził ją tą pieszczotą. bo pewnie chciałabyś wziąć ślub kościelny. i wyjdzie za mąŜ za Luke'a O'Neilla. Nie mówiąc o tym. Meghann .Powinnaś wyjść za mnie za mąŜ. kiedy uprzytomniła sobie. Byłą pewna. Ale dlaczego? śeby odsunąć od niego niebezpieczeństwo? śeby chronić jego czy ją? Ralphie de Bricassart. wcale tego nie chciała. Kiedy odsunął ją od siebie. Ŝe w jej przekonaniu zrobił coś. obsuwając się na jego biodra.Im prędzej.Powiemy im o naszych planach jutro rano. A więc postanowione.odparła ze spuszczonymi oczami i lekkim rumieńcem na policzkach. . .W przyszłą sobotę zawiozę cię do Gilly. zupełnie inaczej niŜ za pierwszym razem. odkryciem smakowitości pocałunku. panią O'Neill! Jakie to dziwne! Dlaczego się zgodziła? Bo on jej powiedział. Ŝe to konieczne. . przeraŜających wraŜeń. wywołane szampanem. od której biegły koliste prądy ogarniające całe ciało! W chwili. tym lepiej. a kiedy przycisnął nie nazwany obszar u szczytu jej ud do twardego jak kamień zgrubienia na swoim ciele.

Nikogo nie zdziwiła nowina i nikomu nie przyszło na myśl oponować. Zaskoczenie wywołała jedynie Meggie, która stanowczo oświadczyła, Ŝe nie zawiadomi biskupa de Bricassart, a potem histerycznie odrzuciła pomysł Boba, Ŝeby zaprosić biskupa de Bricassart do Droghedy i urządzić ślub i wesele na miejscu. Nie, nie, nie! Meggie, która nigdy nie podnosiła głosu, wykrzyczała im to w twarz. Widocznie obraziła się, Ŝe ich nie odwiedza. Twierdziła, Ŝe małŜeństwo to jej prywatna sprawa. Skoro nie przyjechał do Droghedy przez zwykłą grzeczność, bez powodu, to nie ma zamiaru narzucać mu obowiązku wizyty, której złoŜenia nie wypadałoby mu odmówić. Fee obiecała, Ŝe nie napomknie o niczym w swoim listach. Sprawiała wraŜenie, Ŝe jest to jej obojętne, podobnie jak nie okazywała zainteresowania przyszłym męŜem Meggie. Prowadzenie ksiąg zapewniało jej ciągłe zajęcie. Zapiski Fee dostarczyłyby historykowi szczegółowego opisu Ŝycia na farmie owiec, poniewaŜ nie składały się wyłącznie z liczb i bilansów. Codziennie skrupulatnie notowała kaŜdy ruch kaŜdego stada owiec, pogodę, a nawet co podała na obiad pani Smith. Zapis w niedzielę, 22 lipca 1934 roku, wyglądał następująco: „Niebo czyste, bez chmur, temperatura o świcie 2 stopnie powyŜej zera. Mszy nie było. Bob w domu, Jack z dwoma pastuchami na polu Murrimbah, Hughie z jednym pastuchem na polu Zachodnia Grobla, Antałek pędzi trzyletnie skopy z Budgin na Winnemurra. Temperatura o trzeciej 32 stopnie. Barometr bez zmian: 30, 6 cala. Wiatr zachodni. Na obiad podano peklowaną wołowinę, ziemniaki z wody, marchewkę, kapustę, leguminę parzoną ze śliwek. Ślub Meghann Cleary z panem Lukiem O'Neillem, pastuchem, odbędzie się w sobotę, 25 sierpnia, w kościele Świętego KrzyŜa w Gillanbone. Wpisu dokonano o godzinie dziewiątej wieczorem. Temperatura 8 stopni. KsięŜyc w ostatniej kwadrze”.

ROZDZIAŁ JEDENASTY Luke kupił Meggie skromny, ale ładny pierścionek z dwoma brylancikami, osadzonymi w dwóch platynowych serduszkach. Po ślubie cała rodzina miała udać się na obiad do hotelu „Imperial”, gdzie zaproszono teŜ panią Smith, Minnie i Cat. Jims i Patsy mieli zostać w Sydney, gdyŜ Meggie oznajmiła, Ŝe nie widzi powodu ściągania ich z odległości sześciuset mil na nie całkiem zrozumiałą ceremonię. Otrzymała od nich gratulacje. Jims wysmarował dla niej po dziecinnemu nieskładny list, do którego Patsy dopisał dwa słowa: „DuŜo szczęścia”. Znali Luke'a, jeździli z nim po polach Droghedy w czasie wakacji. Upierając się przy urządzeniu jak najskromniejszej uroczystości, Meggie zasmuciła panią Smith, która marzyła o wielkiej pompie z okazji wydania za mąŜ jedynej córki Clearych. Meggie tak się sprzeciwiła jakimkolwiek celebracjom, Ŝe nie chciała nawet słyszeć o stroju panny młodej. Postanowiła wziąć ślub w zwykłej sukience i kapeluszu, które miały jej potem słuŜyć w podróŜy. - Kochanie, juŜ zdecydowałem, dokąd cię zabiorę w podróŜ poślubną rzekł Luke siadając naprzeciw niej w niedzielę, nazajutrz po tym, jak postanowili się pobrać. - Dokąd? - Do północnego Queenslandu. kiedy byłaś u krawcowej, pogadałem z chłopakami w hotelowym barze. Opowiadali mi, ile moŜna zarobić na plantacjach trzciny, jeŜeli ktoś jest silny i nie boi się pracy. - AleŜ Luke, masz przecieŜ tutaj dobrą pracę! - Nie chcę siedzieć na garnuszku u teściowej i szwagrów. Chcę kupić ziemię w zachodnim Queenslandzie, zanim będę za stary, Ŝeby na niej gospodarować. Najpierw muszę oczywiście zebrać na to pieniądze. Bez wykształcenia cięŜko w tym kryzysie dostać dobrze płatną pracę, ale w północnym Queenslandzie brakuje ludzi i zarabiałbym przynajmniej dziesięć razy tyle co pastuch w Droghedzie. - I co byś tam robił? - Ciął trzcinę.

- Ciął trzcinę? To praca dla kulisów. - Mylisz się. Kulisi są za mali, Ŝeby szło im tak dobrze jak białym, a poza tym, jak sama wiesz, australijskie prawo zabrania sprowadzania czarnych i Ŝółtych do cięŜkiej pracy i zatrudniania za stawki niŜsze niŜ dla białych, Ŝeby nie odbierać chleba białym Australijczykom. Brakuje Ŝeńców, a zarobek jest wyśmienity. Rzadko kto jest na tyle duŜy i silny, Ŝeby ciąć trzcinę. Ale ja dam radę! - Chciałbyś, Ŝebyśmy zamieszkali na stałe w północnym Queenslandzie? - Tak. Spojrzała ponad jego ramieniem przez wielkie okna salonu na eukaliptusy, pole domowe, widoczne za nimi drzewa. Nie mieszkać w Droghedzie? Tylko gdzieś, gdzie Ralph jej nie odnajdzie, Ŝyć z myślą, Ŝe nigdy go nie zobaczy, trwać przy obcym człowieku, z którym nieodwołalnie się związała... Posmutniałe szare oczy, piękniejsze niŜ zwykle, spoczęły na niecierpliwej twarzy Luke'a. Wyczuł jej smutek, choć nie dostrzegł ani jednej łzy, opadnięcia powiek czy kącików ust. Nie obchodziły go frasunki Meggie, nie zamierzał dopuścić, Ŝeby stała się dla niego tak waŜna, by się o nią martwił. Owszem, dla kogoś takiego, kto smalił cholewki do Dot MacPherson z Bingelly, Meggie stanowiła nie lada gratkę, ale tym bardziej miał się na baczności, Ŝeby jej łagodność i budząca poŜądanie uroda nie podbiły mu serca. śadna kobieta, nawet tak słodka i piękna jak Meggie Cleary, nie mogła nim zawładnąć na tyle, Ŝeby mu rozkazywać. Zatem pozostając wierny samemu sobie, przeszedł od razu do sedna, poniewaŜ tej kwestii wolał nie owijać w bawełnę. - Meghann, jestem staroświecki - powiedział. Obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem. - Naprawdę? - spytała tak, jakby mówiła: Czy to waŜne? - Tak - odparł. - Moim zdaniem, kiedy dwoje ludzi się pobiera, własność Ŝony przechodzi na męŜa. Wiem, Ŝe masz trochę pieniędzy, i uwaŜam, Ŝe powinnaś je na mnie przepisać. Uczciwie ci o tym mówię, jeszcze przed ślubem. Meggie nigdy nie myślała, Ŝe zatrzyma swój kapitalik, uznała bowiem, Ŝe po ślubie stanie się on własnością Luke'a. Z wyjątkiem wykształconych,

postępowych kobiet, Australijki Ŝywiły przekonanie, Ŝe ich los spoczywa w rękach męŜczyzn, a wychowanie Meggie szczególnie sprzyjało utrwaleniu takiego przekonania. W domu zawsze rządził tata, a po jego śmierci Bob. Meggie nigdy nie kwestionowała męskiego prawa do rozporządzania pieniędzmi, domem, Ŝoną i dziećmi. - Och! - wykrzyknęła. - Nie wiedziałam, Ŝe trzeba coś podpisywać. Myślałam, Ŝe to, co moje, po ślubie automatycznie będzie naleŜało do ciebie. - Kiedyś tak było, ale zmieniło się, odkąd ci głupcy w Canberrze dali kobietom prawo do głosu. Chciałbym Ŝeby nie było między nami Ŝadnych niedomówień, Meghann, dlatego mówię ci teraz, jak się rzeczy mają. - Dobrze, Luke, nie mam nic przeciwko temu - odparła ze śmiechem. Przyjęła to jak dobra, staroświecka Ŝona, Dot nie poddałaby się tak łatwo. - Ile masz? - spytał. - W tej chwili czternaście tysięcy funtów. Co roku dostaję po dwa. Gwizdnął. - Czternaście tysięcy funtów! To duŜo pieniędzy, Meghann. Lepiej, Ŝebym ja miał nad nimi pieczę. W przyszłym tygodniu moŜemy pójść do dyrektora banku. Trzeba teŜ załatwić, Ŝeby przyszłe wpływy zapisywane były na mnie. Wiesz, Ŝe nie ruszę tych pieniędzy! Kiedyś kupimy za nie naszą farmę. Ale przez pierwsze dwa, trzy lata oboje będziemy cięŜko pracować i oszczędzać wszystko, co zarobimy, dobrze? - Tak, Luke - odparła Meggie. Luke o mały włos nie udaremnił ślubu przez zwykłe przeoczenie. Nie był katolikiem. Kiedy ksiądz Watty dowiedział się o tym, ze zgrozą uniósł ręce ku niebu. - Dobry BoŜe, Luke, dlaczego nie powiedziałeś tego wcześniej? DuŜo trudu będzie nas kosztowało nawrócić cię i ochrzcić przed ślubem! Luke patrzył na księdza zdumiony. - A kto mówi o nawracaniu, proszę księdza? śadnej religii nie wyznaję i dobrze mi z tym, ale jeśli to księdzu przeszkadza, proszę wpisać, Ŝe jestem

kwakrem, szmakrem, czym ksiądz chce. Nie zgadzam się, Ŝeby mnie podano za katolika. Na próŜno go upraszali. Luke nie chciał o niczym słyszeć. - Nie mam nic przeciwko katolicyzmowi ani Irlandii, myślę nawet, Ŝe katolikom w Ulsterze źle się dzieje, ale jestem oranŜystą i przechrztą nie będę. Gdybym był katolikiem i chcielibyście, Ŝebym został metodystą, tak samo bym się nie zgodził. Protestuję przeciwko robieniu ze mnie przechrzty, nie przeciwko katolicyzmowi. Nie będę naleŜał do trzódki księdza, koniec, kropka. - Więc nie moŜesz wziąć ślubu! - CzemuŜby nie? JeŜeli ksiądz nie zechce nam go udzielić, to zrobi to pastor anglikański albo sędzia pokoju Harry Gough. Uśmiechając się cierpko, Fee przypomniała sobie własną przeprawę księdzem, którą wygrała. - AleŜ Luke, ja muszę mieć ślub kościelny! - zaprotestowała Meggie ze łzami w oczach. - Bez tego Ŝyłabym w grzechu! - Lepiej Ŝyć w grzechu, niŜ się przechrzcić - obstawał przy swoim Luke. Choć miał wielką chętkę na pieniądze Meggie, to wrodzony, ślepy upór nie pozwalał mu pójść na ustępstwo. - Ach, dość tej głupiej gadaniny! - powiedziała Fee zwracając się do księdza. - Zróbcie tak jak ja i Paddy! JeŜeli ksiądz Thomas nie chce zbrukać kościoła, to moŜe udzielić wam ślubu na plebanii! Wszyscy wybałuszyli na nią oczy, ale jej słowa poskutkowały. Ksiądz Watkin ustąpił i zgodził się udzielić im ślubu na plebanii, ale odmówił błogosławieństwa obrączek. Częściowa sankcja Kościoła wywołała u Meggie uczucie, Ŝe grzeszy, ale nie na tyle, Ŝeby trafić do piekła. Sędziwa Annie, gospodyni, porozstawiała w pokoju wielkie wazony kwiatami i mosięŜne lichtarze, Ŝeby wprowadzić uroczysty nastrój. Wszyscy jednak czuli się niezręcznie, a niezadowolony ksiądz dawał odczuć, Ŝe ceremonia odbywa się tylko dla zaoszczędzenia wstydu cywilnego ślubu. Nie było mszy dla nowoŜeńców ani błogosławieństwa.

Klamka zapadła. Meggie została panią O'Neille. Luke nie zgodził się, Ŝeby przenocowali w hotelu „Imperial”, bo pociąg do Goondiwindi kursował tylko raz na tydzień, właśnie w sobotę wieczorem. W niedzielę w Goondiwindi odjeŜdŜał pociąg pocztowy do Brisbane a stamtąd w poniedziałek ekspres do Cairns. Jechali do Goondiwindi całą noc w tłoku, bo nie było wagonów sypialnych. Pociąg sapał i toczył się na północny wschód zatrzymując się na czas nieokreślony, ilekroć maszyniście przyszła ochota zaparzyć herbatę w blaszance, przepuścić stado owiec przez tory albo uciąć pogawędkę z poganiaczem. - Ciekawe, dlaczego mówi się „gandiwindi”, a pisze się Goondiwindi, nie Gundiwindi? - spytała Meggie. Siedzieli na twardej czarnej ławie w poczekalni dworcowej pomalowanej na okropny zielony kolor, nie mogąc kupić nawet filiŜanki herbaty, bo w niedzielę w Goondiwindi wszystko było pozamykane. Meggie czuła się skrępowana i zdenerwowana. - Skąd mam wiedzieć? - odparł Luke, który nie miał chęci na rozmowę, w dodatku głód skręcał mu kiszki. Dopiero w poniedziałek rano, kiedy pociąg do Brisbane zatrzymał się na przerwę śniadaniową, mogli coś zjeść i ugasić pragnienie. W Brisbane musieli przejechać przez całą miasto na drugi dworzec, skąd odchodził ekspres do Cairns. Okazało się, Ŝe Luke wykupił dwa miejsca siedzące w drugiej klasie. - Luke, przecieŜ mamy pieniądze! powiedziała zrozpaczona Meggie. - JeŜeli nie zdąŜyłeś pójść do banku, to mam przy sobie sto funtów od Boba. Dlaczego nie wykupiłeś miejsc sypialnych? Spojrzał na nią nie posiadając się ze zdumienia. - PrzecieŜ do Dungloe jedzie się tylko trzy dni i trzy noce! Po co wydawać pieniądze na sypialny, skoro oboje jesteśmy młodzi, zdrowi i silni? Co ci szkodzi posiedzieć trochę w pociągu? Pora, Ŝebyś zrozumiała, Ŝe wyszłaś za mąŜ za zwykłego parobka, a nie za jakiegoś cholernego osadnika! Zdobył dla niej miejsce przy oknie. Zmęczona, usiadła podpierając ręką drŜący podbródek i wyglądając przez okno, Ŝeby nie widział jej łez. Mówił do niej jak do kapryśnego dziecka i zaczęła się zastanawiać, czy rzeczywiście tak o niej

myśli. Obudził się w niej bunt, ale słaby, duma zaś nie pozwalała jej zniŜyć się do kłótni. Jestem Ŝoną tego człowieka - pomyślała - ale on jeszcze nie przywykł do małŜeństwa. Trzeba dać mu trochę czasu. Zamieszkamy razem, będę się o niego troszczyć jak dobra Ŝona, urodzę mu dzieci. Pamiętam przecieŜ, jaką czcią i uwielbieniem tata otaczał mamę. Trzeba dać mu trochę czasu. Jechali do Dungloe, połoŜonego zaledwie pięćdziesiąt mil przed Cairns. Trasa liczyła tysiąc mil, na wąskich torach trzęsło, w przedziale były zajęte wszystkie miejsca. Meggie nie mogła wykrzesać z siebie zainteresowania okolicą, o wiele bardziej kolorową i gęściej zaludnioną niŜ Gilly. Bolała ją głowa, nie mogła nic jeść, a upał dręczył gorzej niŜ największy skwar w Gilly. Wlatujące przez okno sadze pobrudziły śliczną ślubną sukienkę z róŜowego jedwabiu, całe ciało lepiło się od potu, ale najbardziej nękała ją rosnąca niechęć do Luke'a. Najwyraźniej nie odczuwał zmęczenia podróŜą ani najmniejszej dolegliwości, siedział beztrosko i gawędził z dwoma podróŜnymi jadącymi do Cardwell. Raz spojrzał w jej stronę, wstał, pochylił się tak niedbale, Ŝe aŜ się skuliła, i cisnął przez okno zwiniętą gazetę jakimś spragnionym wiadomości obszarpańcom z młotkami, którzy krzyczeli: - Gazetę, gazetę! - Robotnicy kolejowi - wyjaśnił i usiadł. Uznał widocznie, Ŝe jest jej tak samo wygodnie jak jemu i Ŝe zafascynowana ogląda przemykające za oknem widoki wybrzeŜa. Ona zaś patrzyła nic nie widząc, wrogo nastawiona do tej ziemi, zanim jeszcze na niej stanęła. W Cardwell Luke poszedł do smaŜalni ryb i frytek i przyniósł je zawinięte w gazetę. - Takiej ryby na pewno nie jadłaś, Meghann. Mówią, Ŝe w Cardwell są najlepsze ryby na świecie. Spróbuj. Twoja pierwsza queenslandzka potrawa. Mówię ci, nie ma jak Bananaland. Meggie rzuciła okiem na tłuste kawałki ryby, przyłoŜyła chusteczkę do ust i czmychnęła do toalety. Czekał na nią w korytarzu, kiedy po jakimś czasie pojawiła się drŜąca i blada.

- Co się stało? Niedobrze się czujesz? - Nie czuję się dobrze od Goondiwindi. - Dobry BoŜe! Dlaczego mi nie powiedziałaś? - A ty sam dlaczego nie zauwaŜyłeś? - Nie wyglądasz źle. - Jak długo jeszcze będziemy jechać? - spytała zrezygnowana. - Trzy do sześciu godzin. Tu się nie jeździ ściśle według rozkładu. Teraz, kiedy tamci dwaj wysiedli, moŜesz się połoŜyć i oprzeć nózie u mnie na kolanach. - Szkoda, Ŝe nie wysiedli dwa dni temu Bundaberg! - odcięła się. - I nie mów do mnie jak do dziecka. - Daj spokój, Meghann, nie złość się! Jesteśmy prawie na miejscu. Jeszcze Tully, Innisfail, a potem juŜ Dungloe. Kiedy późnym popołudniem wysiedli z pociągu, Meggie kurczowo trzymała się Luke'a, za Ŝadne skarby nie chcąc przyznać, Ŝe nie ma siły iść. Luke spytał na stacji o adres taniego hotelu, wziął walizki i wyszedł na ulicę. Meggie szła za nim zataczając się jak pijana. - To blisko, przy następnej przecznicy - pocieszał ją. - Teraz dwupiętrowy biały dom po drugiej stronie. Mały pokoik pełen duŜych wiktoriańskich mebli wydał się Meggie rajem. Zachwiała się i siadła na szerokim łoŜu. - PołóŜ się, złotko, i odpocznij przed kolacją. Pójdę się rozejrzeć po mieście - powiedział i wyszedł wypoczęty jak w dniu ślubu. Pobrali się w sobotę, a dziś był czwartek, późne popołudnie. Miała za sobą pięć dni spędzonych na siedząco w zatłoczonych pociągach w zaduchu papierosów i sadzy. ŁóŜko drgało w takt stukających na zwrotnicach kół, ale Meggie z ulgą przyłoŜyła się do poduszki i zasnęła. Ktoś ściągnął jej buty i pończochy i przykrył prześcieradłem. Meggie poruszyła się, otworzyła oczy i rozejrzała. Luke siedział na parapecie z kolanem pod brodą i palił papierosa. - Ładna z ciebie Ŝona! - powiedział z uśmiechem. - Ja się nie mogę doczekać miodowego miesiąca, a ty leŜysz nieprzytomna przez dwa dni! Zaniepokoiłem się,

kiedy nie mogłem ciebie dobudzić, ale barman powiedział, Ŝe kobiety z południa tak reagują na podróŜ pociągiem i parne powietrze. Jak się teraz czujesz? Usiadła z trudem, przeciągnęła i ziewnęła. - Dziękuję, o wiele lepiej. Och, Luke! Jestem młoda i silna, ale jestem kobietą! Nie mogę znosić tak duŜego wysiłku jak ty. Podszedł, przysiadł na łóŜku i pogłaskał ją po ramieniu z ujmującą skruchą. - Przepraszam cię, Meghann, naprawdę. Nie przywykłem jeszcze do tego, Ŝe mam Ŝonę. Jesteś głodna, kochanie? - Umieram z głodu. Wiesz, Ŝe nie jadłam prawie od tygodnia. - No to wykąp się, włóŜ czystą sukienkę i wyjdziemy na miasto. Zaprowadził ją do chińskiej restauracji. Była tak głodna, Ŝe zjadłaby ze smakiem cokolwiek, a nieznane potrawy wydały jej się wprost wyśmienite. NiewaŜne, Ŝe przyrządzono je ze szczurzych ogonów, płetw rekina czy ptasich wnętrzności, jak głosiła plotka w Gillanbone, gdzie jedyną restaurację, której specjalnością był stek z frytkami, prowadzili Grecy. Luke przyniósł z hotelu w papierowej torbie dwie butelki piwa i kazał jej wypić szklaneczkę, choć piwa nie lubiła. - Z wodą na razie uwaŜaj - poradził. - Od piwa na pewno nie zachorujesz na Ŝołądek. Potem wziął ją pod rękę i oprowadzał po Dungloe z dumą właściciela, o tyle zarozumiałą, Ŝe urodził się w Queenslandzie. Było tu zupełnie inaczej niŜ w miasteczku na zachodzie! Dungloe ciągnęło się wzdłuŜ jednej głównej ulicy jak Gilly, tutaj wiele ulic krzyŜowało się ze sobą, a wszystkie domy pomalowane były na biało, nie na brązowo. Uchylone okna łapały kaŜdy podmuch, a gdzieniegdzie, na przykład w kinie, obywano się bez dachu. Zewsząd nacierała na miasto dŜungla. Po słupach, ścianach, dachach pięły się i rozrastały pnącza. Pędy pojawiały się nawet na środku drogi. Niektóre domy sprawiały wraŜenie, Ŝe zbudowano je wokół drzewa albo Ŝe rosnące drzewo przebiło je na wylot. Roślinność zdawała się wdzierać wszędzie. Palmy kokosowe o prostych pniach, wyŜsze niŜ eukaliptusy w Droghedzie, kiwały liśćmi na tle

drgającego nieba. Drzewa kwitły na fioletowo, pomarańczowo, purpurowo, róŜowo, niebiesko i biało. Chińczycy z długimi warkoczykami chodzili w białych koszulach, czarnych jedwabnych spodniach i czarno-białych pantoflach z białymi skarpetkami. Meggie miała trudności z rozróŜnieniem wśród nich męŜczyzn i kobiet. Niemal cały handel w mieście znajdował się w rękach Chińczyków. Na domu towarowym, nieporównanie bogatszym od największego sklepu w Gilly, widniało chińskie nazwisko: AH WONG. Wszystkie domy stały na wysokich palach, jak dawny dom zarządcy w Droghedzie. śeby zapewnić ciągłą wymianę powietrza - wyjaśnił Luke - i Ŝeby dom nie zwalił się w rok po wybudowaniu, przeŜarty przez termity. KaŜdy słup miał zwieńczenie z kawałka wygiętej w dół blachy, która powstrzymywała inwazję owadów. Oczywiście termity Ŝerowały na słupach, ale o wiele łatwiej i taniej było je wymienić niŜ budować nowy dom. Zarośnięte bambusem i palmami ogrody przypominały dŜunglę, jakby mieszkańcy zrezygnowali z zaprowadzenia porządku wśród zieleni. Wstrząsające wraŜenie zrobiły na niej tutejsze stroje. Przed wyjściem na obiad i spacer włoŜyła pończochy i pantofle na obcasie, satynową koszulkę i jedwabną sukienkę z półdługimi rękawami. Wzięła teŜ rękawiczki i słomkowy kapelusz. Irytowało ją w najwyŜszym stopniu, Ŝe ludzie wybałuszali na nią oczy, jakby to ona była niewłaściwie ubrana! MęŜczyźni chodzili na bosaka, prawie nadzy, bo w samych szortach, nieliczni tylko nosili podkoszulki. Kobiety wyglądały jeszcze gorzej. Niektóre ubrane były w skąpe kretonowe sukienki i znoszone sandały. Większość paradowała na bosaka, w krótkich szortach i nieprzyzwoitych bluzkach ledwie osłaniających pierś. PrzecieŜ Dungloe to cywilizowane miasto, a nie plaŜa! Chińczycy byli lepiej ubrani od tych bezwstydnych białych. Rowery, setki rowerów, trochę samochodów, ale ani jednego konia. Tak, zupełnie inaczej niŜ w Gilly. Upał dokuczał tu strasznie, strasznie. Na termometrze, który minęli, z niedowierzaniem odczytała trzydzieści dwa stopnie. W Gilly przy czterdziestu pięciu stopniach wydawało się chłodniej. Meggie przy

kaŜdym ruchu miała wraŜenie, Ŝe rozgarnia zgęstniałe powietrze jak masło, a przy kaŜdym wdechu płuca jakby napełniały się wodą. - Luke, juŜ nie mogę! Czy moŜemy wrócić? - jęknęła, ledwie przeszli niecałą milę. - Jak chcesz. Daje ci się we znaki wilgotność powietrza. Rzadko spada poniŜej dziewięćdziesięciu procent, przy temperaturze od trzydziestu do trzydziestu pięciu stopni przez cały rok. W lecie monsuny podwyŜszają wilgotność do stu procent. - W lecie pada, nie w zimie? - Przez cały rok. Jak nie wieją monsuny, to pasaty z południowego wschodu. TeŜ przynoszą deszcze. W Dungloe jest rocznie od stu do trzystu cali opadów. Trzysta cali rocznie! W Gilly, dwa tysiące mil stąd,,, szczodre piętnaście cali wywoływało radosną ekstazę. - Czy w nocy nie jest chłodniej? - spytała Meggie przed hotelem. Upalne noce w Gilly były znośniejsze od tej parówki. - Niewiele. Przyzwyczaisz się. - Otworzył drzwi i wpuścił ją do pokoju. Zejdę do baru na piwo i wrócę za pół godziny. Tyle czasu chyba ci starczy. Spojrzała na niego spłoszona. - Tak, Luke - odparła. Dungloe leŜało siedemnaście stopni na południe od równika, więc noc zapadła jak z bicza trzasł. Słońce ledwie chyliło się ku zachodowi, a zaraz potem rozlała się ciepła, gęsta ciemność. Luke zastał po powrocie zgaszone światło. Meggie leŜała w łóŜku przykryta prześcieradłem po samą brodę. Ze śmiechem pociągnął za koniec i zrzucił prześcieradło na podłogę. - I bez tego jest gorąco, złotko! Nie będzie nam potrzebne. Słyszała jego kroki, widziała ciemną sylwetkę, kiedy zrzucał z siebie ubranie. - PiŜamę połoŜyłam ci na toaletce - szepnęła.

Cicho! .. wyplątał rękę z jej włosów i połoŜył na ustach. Ŝe bała się ruszyć. ale pod cięŜarem szerokiego. ugniatał z boku ręką. Dobrze.. Tylko by zawadzała. Było zupełnie inaczej niŜ wtedy w rollsie.PołóŜ się. uniósł biodra. a drugą wplatał we włosy tak. wbijając palce w pośladek. potem zaczęła się wyrywać. kiedy natarł na nią wezbrana siła. Meggie aŜ podskoczyła. Wzdrygając się przed nieznanym intruzem między nogami. nie chciała się całować. PołoŜył się na niej.Więc ją zdejmij. cięŜkiego ciała. nie chciała Luke'a. którą pani Smith pracowicie wyhaftowała na jej noc poślubną. czuła na skórze lotny dotyk wietrzyka wpadającego przez otwarte szeroko okno. starając się nie myśleć o rozwartych ustach i wszędobylskim języku. nie wiem! To wstrętne. ale takŜe jego obojętność na jej doznania. Początkowo leŜała nieruchomo. . Zachowywał się tak. . tak było o wiele chłodniej. pchał jakąś częścią ciała w jej uda. Zaskrzypiały spręŜyny. nie chciała się przy ty upale przytulać. Ŝeby prawa ludzkie czy kościelne pozwalały ci tak ze mną postępować!.Tak. starała się rozłoŜyć. NiemoŜliwe. wydała przeraźliwy krzyk. Luke. w niewygodnej pozycji złapał ją skurcz.PiŜamę? Przy takiej pogodzie? Wiem. usiadł i z trzaskiem coś rozciągnął. . przyciągnął ją do siebie i pocałował. obrzydliwe.jęknął.stęknął. Meggie wyplątała się z batystowej koszuli nocnej. czy ty nic nie wiesz? Chciała zawołać: Nie. Zamroczona lękiem i wyczerpaniem. Ŝe w Gilly dostaliby ataku serca na samą myśl o nagim męŜczyźnie. PrzeraŜała ją jego zapalczywość i siła. kiedy wracali z Rudna Hunish. . Z niechęcią myślała o tym.. . Ŝe było ciemno i Luke nie widział jej rozebranej. nie tak! Szeroko nogi! BoŜe. Nie. Raptem puścił ją. jakby w ogóle o niej nie myślał. kiedy wilgotne ramię dotknęło jej ramienia. Rzeczywiście.Grunt to dobre zabezpieczenie . ale to jest Dungloe! Naprawdę masz na sobie jakąś idiotyczną koszulę? . aŜ wyczuwała kanciaste paznokcie. Luke obrócił się na bok. Ŝe będzie dzielić łóŜko z drugim rozgrzanym ciałem.

Pomyślała. Meggie obróciła się plecami i płakała w poduszkę. pragnęła śmierci albo powrotu do dawnego Ŝycia w Droghedzie. Wydawało jej się dziwne. nie chrapał ani się nie rzucał. nie zrozumiał. Miała ochotę warknąć: Więc dlaczego mnie o tym nie uprzedziłeś. Poczuła wstręt do niego i do tego. Nie mogła zasnąć a Luke spał tak mocno. Za drugim razem bolało tak samo. choć przyćmiony. Ocierając suchym kondomem jej delikatne tkanki. podobnie za trzecim. nie ustawał. huśtał się na niej biodrami i oddychał ze świstem. Ŝe gdyby tylko leŜeli razem. ale zabrakło jej sił. .wykrztusił. miał spokojny sen. Ŝe jej nieśmiałe przekręcanie się na bok nie zakłóciło jego równego oddechu. To znaczy. kiedy przed laty powiedział jej. . jak przedmiot. ale Luke ją przygniatał i tłumił dłonią krzyki. przekręcił się i połoŜył obok cięŜko dysząc.. Więc to miał na myśli Ralph. Ŝeby wszyscy myśleli.Za pierwszym razem kobietę zawsze boli. Ŝe zrezygnował z dokładniejszych wyjaśnień. Ŝe jej drobne dolegliwości. które sprawiało jej ból. czując ból przy najmniejszym ruchu. dlaczego Meggie wciąŜ się wyrywa i krzyczy. ale równieŜ dlatego. Ŝe cię morduję? LeŜ spokojnie. OstroŜnie. zezłościł się. bo za takie je uwaŜał. Ból. Ŝe nie słyszy radosnego piania kogutów ani innych odgłosów budzącej się Droghedy. potem znieruchomiał. o ukrytym kanale mającym związek z przychodzeniem na świat dzieci. zniknął jak ręką odjął po pierwszym razie. chcąc się pozbyć tego okropieństwa. Uwolnił ją wreszcie. Świt nastał równie szybko jak zapadł zmierzch. Chciała umrzeć . A Luke'owi raz było za mało. Zniecierpliwiony Luke. Nic dziwnego. Ŝe potraktował ją tak bezdusznie. mogłoby jej być z nim przyjemnie.Co ty wyrabiasz?! Chcesz. co robił. Łzy spływały Meggie po skroniach. przełknął ślinę. to będzie mniej bolało! LeŜ spokojnie. Udręka trwała bez końca.Na drugi raz będzie lepiej . Ŝe jemu się podoba i go nie boli.nie tylko z powodu bólu. . obrócił do niej plecami i zasnął. spokojnie! Miotała się. który spodziewał się. wstrząsnął się.

kiedy ty będziesz mnie kochała. jakby te rzeczy sprawiały im największą przyjemność na . Jakie owłosione nogi! MęŜczyźni w jej rodzinie. .Zwłaszcza te dwie. . .Powiódł po niej rozmarzonym spojrzeniem. rozkrzewiających się niŜej w kępę. Nieobecna duchem Meggie wytrzymała tę pieszczotę. .zawołała. Meg! Pochyliła się i pocałowała go. No.Nie lubię. Luke. proszę cię. Ralph miał ciemne włosy. . których nie widywała rozebranych. zarośniętą pierś. będę nazywał cię Meg.powiedział i połoŜył jej rękę na pośladku. Tego ranka nic nie miało znaczenia.Luke ocknął się i przekręcił: poczuła na ramieniu pocałunek. Meghann.pomyślała. . z której wyrastał niewielki pęd zdolny zadać tyle bólu. potem ujął jej rękę i przesunął w dół. . Meg. kiedy mówisz do mnie Meghann .Och. mieli torsy zarośnięte jasnymi włosami. .No. . MoŜe bardziej ci się spodoba.Nie podoba mi się Meggie.Poprawił wyŜej poduszki. nie! . . zbiegające na brzuch pasemko ciemnych włosów. Zaskoczona.Proszę cię. co najwyŜej rozchełstanych. nie! Spojrzał na nią niepewnie. Ŝeby zakryć swoją nagość. co? Nigdy nie będę miała ochoty cię pocałować . PołoŜył dłonie na jej piersiach przedłuŜając pocałunek.Wolałabym Meggie. Jacy dziwni są męŜczyźni . daj na siebie popatrzeć . . które jej nie raziły.Bądź grzeczną dziewczynką i obróć się. ułoŜył się na nich i uśmiechnął. oderwała niechętnie usta od jego ust i spojrzała na pęczniejący pod jej dłonią kształt. . pocałuj mnie.rzekła nie umiejąc się zdobyć na formę protestu. ale dobrze pamiętała jego gładką opaleniznę. JeŜeli naprawdę tak nie lubisz Meghann.Rób.pomyślała patrząc na muskularne ciało. ale na miłość boską wykrzesz z siebie choć trochę entuzjazmu! Posadził ją na sobie i przyssał się jak wtedy w samochodzie. Meggie obróciła się krzywiąc z bólu i spojrzała na niego tępo.Tak bardzo boli? Dobrze.Dotknął piersi z miękkim.Tak się zachowują. . co ci mówię. Ze zmęczenia i tęsknoty a domem nie pomyślała nawet o tym. róŜowym zakończeniem. .Jakie ty masz ładne ciało. zrobimy co innego. .

Ŝebyś teŜ pracowała. . Ŝe zostanie w końcu obdarzona dzieckiem. Meggie stanowczo odmówiłaby udziału w tej obrzydliwej parodii miłości. . WyobraŜasz sobie? . Ludwig Mueller z Himmelhoch przyjmie cię na pomoc domową. a jego Ŝona jest inwalidką i nie daje rady sama prowadzić domu. Meg! Kobietom nie wolno mieszkać na kwaterze. Zamieszkam z nim na kwaterze. wyciągnę dwadzieścia funtów tygodniowo. a po co miałabyś siedzieć sama w domu? Lepiej.oznajmił Luke przy śniadaniu w hotelowej jadalni. . Zabiorę cię tam jutro rano. Luke? .Nie ma sensu. W banku w Gilly mam czternaście tysięcy funtów.Więc nie będziemy mieszkać razem. Gdyby nie nadzieja. kieruje Arne Swenson. Luddie nie ma nic przeciwko temu. w której są Szwedzi.Nie. oszczędzając kaŜdy grosz. . Luke? . Znalazłem ci pracę z mieszkaniem i utrzymaniem. Meg. . PrzecieŜ nie mamy jeszcze nawet własnego kąta! . Och. będziemy bogaci! Dzięki cięŜkiej pracy. kiedy odsypiałaś podróŜ. JeŜeli dostanę się do brygady Arnego. Ŝebyśmy wynajmowali dom. Ŝe najpierw urządzę dom.Ale gdzie będę mieszkać? Do jakiej pracy się nadaję? Nie ma tu hodowli owiec.Co? Myślałam. juŜ niedługo zbierzemy tyle. Widziałem się z nim. Będziemy teŜ przenosić się z miejsca na miejsce. a we dwójkę zarobimy rocznie tysiąc . Będę ciął trzcinę. . co roku dochodzi tam dwa tysiące.A kiedy będziemy się widywać. Ŝebyś miała wtedy wychodne.W niedzielę.Nie moŜemy. .Na to wygląda. nie powiem.Znalazłem ci pracę . To największy plantator w okolicy. razem zarobimy na naszą farmę. a szkoda. Ŝeby kupić najlepszą farmę w zachodnim Queenslandzie. Meg. juŜ to załatwiłem. Polacy i Irlandczycy. Najlepszą brygadą Ŝeńców w Queenslandzie. Brakuje mu jednego człowieka i przyjmie mnie na próbę. ile zetnę trzciny. Pracujemy od wschodu do zachodu słońca sześć dni w tygodniu. Zarobię tyle.świecie. to teŜ oszczędność.UłoŜyłeś wszystko po swojej myśli.

tym prędzej znajdziesz się we własnej kuchni. Głowa do góry. starym fordem bez szyb. Luke teŜ się roześmiał i wzniósł toast filiŜanką.Jakie znów drobne wydatki? Jutro rano zawiozę cię do Himmelhoch. czy to ty zabrałeś moje sto funtów? . rozumiem. Ŝe nigdzie nie rośnie taka .Luke.długie jasnozielone liście o wysokości pięciu. śadne z nas ich nie ruszy. Ŝe pierwszej niedzieli. . bo tej nocy Luke'owi wystarczyła pieszczota piersi. Wiesz. Ogarnął ją pusty śmiech. Ŝe będzie wpłacał twoją pensję na moje konto. nasza farma. ani pieniędzy. Ŝe nie dopuści do tego. Uzgodniłem z Muellerem. sześciu jardów chwiały się nad grubymi bordowymi łodygami. Ŝeby wyjawić prawdę.trzysta albo i więcej. kiedy zechce mieć drugie dziecko? Jechali bitą drogą pośród pejzaŜu zapierającego dech w piersiach. To nie potrwa długo. Pojechali do Himmelhoch autobusem. co widać podobało mu się tak samo jak tamta druga okropność. choć tak bardzo pragnęła dziecka. mówił. Ani domu.Przez chwilę kusiło go. Ja zapłacę za hotel.powiedział. Meg.Ale zabrałeś mi wszystko! Nie mam nic na drobne wydatki! . Nie moŜesz nosić przy sobie takiej sumy. A jeśli będę miała dziecko? . a tam nie masz gdzie wydać pieniędzy. Postanowiła. .Jak chcesz . Meggie czuła się lepiej. dopóki nie zdobędą farmy. Im więcej będziemy teraz pracować. Meg. Nie miała odwagi go zachęcić. kiedy bolesność minie.Wszystko w swoim czasie.WłoŜyłem je na konto w banku. obiecuję. Ŝe nie wydam tych pieniędzy na siebie.odparła i spojrzała na torebkę. Krwistoczerwona ziemia kontrastowała z łanami trzciny . Jesteś bardzo rozsądny. na tuzin pasaŜerów.Tak. bo to nasza przyszłość. . a potem dziecko. Luke zachwalał jej tutejszą trzcinę. znów spróbuje. dobrze? Wolałbym mieć farmę. A moŜe to juŜ nie jest konieczne? I nie musi znosić tamtej przykrości do czasu.Za kondomy! . złotko. ani dzieci. na dobrą sprawę męŜa teŜ nie ma. . ale wyraz jej twarzy powstrzymał go. Luke. . .

wydała się Meggie mało przytulna. Wokół Himmelhoch.Meggie. podpierając się dwoma laskami. Pokój Meggie.Ładne. Ŝe ci się u nas spodoba. a nie australijskiego akcentu. ale wychodziła na werandę z tej strony. gdzie roślinność nie zasłaniała widoku.. proszę! . . Anne. Bambusowy lasek osłaniał dom. choć wciąŜ w eleganckich pantofelkach i pończochach. która spodziewała się niemieckiego. pani Mueller. wyszła na werandę powitać ich. na pewno. . .Proszę. a ja juŜ od miesiąca męczę się tu sama. pani O'Neill? . rosły palmy kokosowe.. . a Meggie wlokła się pod górę zadyszana w oklapłym kapeluszu. bez zasłon.powiedziała gospodyni. Poradzisz sobie z walizką? Ja niestety nie mogę wiele nosić. Czerwona gleba jest tak Ŝyzna. Ŝebyś się tak do mnie zwracała.PokaŜę ci twój pokój. Luke odstawił walizkę uścisnął rękę pani Mueller i zbiegł po schodach śpiesząc się na powrotny kurs autobusu. uśmiechniętej pani Mueller od razu podniósł Meggie na duchu. stojący na palach. Mam nadzieję. niezmiernie się ucieszyła. Widok miłej. .O.Jak pani ma na imię. podobnie jak inne. Bawialnia obok. nie mamy dzieci. Mieszkamy we dwoje. Meggie. duŜego białego domu na wzgórzu.wysoka i bogata w cukier. Ja mam na imię Anne i chciałabym. Meggie. Niełatwo o dobrą pomoc domową. Luke niósł walizkę. bananowe i drzewa podróŜnika których liście rozkładały się wachlarzowato jak pawie ogony. przed północno-zachodnimi monsunami. Trzcinowy potentat był nieobecny ale jego Ŝona. Arne Swenson miał go zabrać sprzed hotelu o dziesiątej. z wyplatanymi trzcinowymi meblami. Ŝe przy obfitych deszczach trzcina daje najlepsze plony na świecie. . był skromnie umeblowany.

. tylko widocznie za długo Ŝył samotnie i nie umiał dzielić Ŝycia z kimś innym. MoŜe w przyszłym roku zostaniemy podłączeni. .UŜywamy tylko takich mebli i ubieramy się jak najlŜej. Zastanawiała się. . według prawa powinna z nim Ŝyć.Jesteś przyzwyczajona do suchych opadów. śałuję. Ŝe nie mamy elektryczności. sprawimy sobie elektryczne lampy.Umiem się bez tego obejść. upór i .Świetnie! Postaramy się.odparła Meggie rozpromieniona. gdyby na zawsze zniknął jej z oczu. roztopisz się z gorąca. Meggie nie odpowiedziała.. co masz na sobie. tak! . Boję się. A moŜe kiedy Luke zrealizuje marzenie o farmie w zachodnim Queenslandzie.wyjaśniła Anne. Ŝebyś nie tęskniła za swoim przystojnym męŜem. Osiągnięcie go miało być nagrodą za niestrudzone wysiłki. . Nie wolno ci samej rąbać drzewa ani wnosić po schodach. Ale jest przecieŜ jej męŜem.O. . Anne ubrana była w wydekoltowaną bluzkę i szorty odsłaniające wątłe. juŜ się cieszę z twojego miłego towarzystwa! Będzie nam ze sobą wspaniale! Lubisz czytać? Bo my z Luddiem pasjami. Ŝebyś nie podupadła na zdrowiu. poświęcenie.Ach. Te ziemie leŜą na tej samej szerokości geograficznej co Bombaj i Rangun.Te szorty o wiele korzystniej wyglądają na tobie niŜ na mnie zaŜartowała Anne i udzieliła jej dalszych objaśnień. ale władze strasznie się z tym ślimaczą. czy w ogóle mogłaby tęsknić za Lukiem? Nie zmartwiłaby się. Nieodpowiednia okolica dla kogoś. Nie zwlekając poŜyczyła Meggie podobny strój. a do tego czasu musi nam wystarczyć piec. wtedy lepiej się poznają i ułoŜą sobie Ŝycie? Nie był złym człowiekiem.Uśmiechnęła się.Za gorąco na aksamity i perkale . Musisz się przebrać. Często się to zdarza przyjezdnym kobietom. W tym. Jak tylko będzie prąd. Widział przed sobą jeden wymarzony cel i nic więcej. . prawie zapominając o zaŜenowaniu z powodu skąpego przyodziewku. wyjaśniła. kuchenkę i lodówkę. a tu jest o wiele gorzej. . kto się tu nie urodził. . chore nogi. . Ŝe nie ma pieniędzy i musi poprosić Luke'a o kupno ubrania.Luddie będzie cię zaopatrywał w opał. Upokorzona Meggie. Sama o tym zadecydowała.

chociaŜ nie tak jak do innych zapachów.To zapach melasy . W tym domu nie bała się Ŝadnej krzywdy. które po pewnym czasie przestaje się czuć. z czarnymi kominami? . Zapaliła papierosa. biały i brązowy cukier. Białe. Ŝe nie starał się zrozumieć kobiecej natury ani jej odmiennych potrzeb. wszechobecny. Wiatr przynosił silny. Przypominał butwiejący odór. Pozostałe suche resztki to bagasa. ale dŜungla uniemoŜliwia wydobycie. . Surowy cukier i bagasę wysyła się do Sydney do dalszej przeróbki. tylko Ŝe to tak daleko od Droghedy! Po zwiedzeniu całego domu stanęły na werandzie przed bawialnią oglądając widok na Himmelhoch. Ani przez chwilę nie pomyślała. Melasa jest z nami dzień i noc. nie malejący nawet przy silnym wietrze.To góra Bartle Frere . mdlący zapach.A te budynki nad rzeką. Z .Dwa tysiące jardów. Kłopot w tym. jak tylko wysiadła z pociągu. Wierzyła w jego szczerość. .Wiem. Mógł znaleźć jej pracę u koś znacznie mniej serdecznego i troskliwego niŜ Anne Mueller. . Podobno sama cyna. . a u stóp góry uprawa ustępowała dŜungli. Daleko za stoŜkiem samotnej góry. ale nie tak nieogarnionych jak w Droghedzie polach. Przerabia trzcinę na surowy cukier. płynną glukozę. Wybujałe pióropusze trzciny. . Ale mogło być gorzej. wymytej przez deszcz i lśniącej niespokojnie na wietrze. wyrastały inne szczyty niknące w liliowej mgiełce.Obrzydliwy. od którego Meggie usiłowała uciec. Pola opadały łagodnie do porośniętego dzikimi chaszczami brzegu szerokiej rzeki. Tam wytwarzają syropy. skłębione obłoki płynęły po niebie bardziej błękitny niŜ nad Gilly. urozmaiconą szkarłatnymi odłogami. o wiele szerszej niŜ Barwon.wytrwałość. nieznośnie słodki. Zasługiwał ty na szacunek. zieleniły się na duŜych. Ale moŜna się trochę przyzwyczaić.powiedziała Anne. dlatego palę. Ŝe moŜe wydać leŜące w banku pieniądze na jakieś przyjemności. .wyjaśniała Anne zauwaŜając rozdęte nozdrza Meggie. Za rzeką znów wznosiły się zjadliwie zieloną szachownicą.To cukrownia.

.Najpierw przepalamy trzcinę . mocno opalony od pracy na słońcu.Ciąć jest bardzo łatwo. Ŝe to niewolniczy wysiłek. ledwo zipiącej cięŜarówki i ruszyli do Goondi. nie okazując przy tym wysiłku. Arne Swenson był tego samego wzrostu co Luke i teŜ był przystojny: kędzierzawy blondyn o szwedzkich rysach.Wyszczerzył zęby w uśmiechu i pokazał. Wkrótce zrozumiał. jeden dla Luke'a. Schylał się. schylał się. bez koszuli.pomyślał cierpko.powiedział trzymając go od niechcenia. szorty. Nic się nie marnuje. Powodzenia. . podchodził do następnej kępy. Bardzo przypominał Luke'a. który kupił. Ŝe w Ŝyłach Szkotów i Irlandczyków płynie sporo skandynawskiej krwi. kładł na równy stos.NóŜ do trzciny . a spływający pot pozostawiał w czarnym brudzie róŜowawe smugi. Osobliwy widok pracujących przykuł uwagę Luke'a. . . Byli usmoleni od stóp do głów. co świadczyło o tym. Luke popatrzył na groźne narzędzie. . wsiadł z Arnem do starej. Podniósł z ziemi dwa noŜe.rzekł Arne po zakończonym pokazie.bagasy wyrabiają płyty pilśniowe. Ŝe nie ma lepszego noŜa. Tylko musi być ostry. róŜniące się od jamajskiej maczety. chwytał nieporęcznie wiąchą z cięŜkim czubem. Ruszył na swoje stanowisko zostawiając Luke'a. Ludzie Arnego Ŝęli od świtu i nawet nie podnieśli głów.Przekonasz się. leŜały z tyłu. kiedy weźmie się za robotę. . ciął. przesuwał uchwyt. które trzymał w ręku. drugi dla siebie. który po chwili wahania zabrał się do pracy. Dlatego nawet w kryzysie uprawa trzciny cukrowej przynosi duŜe zyski.. Nie mógł się doczekać. Rozszerzające się w duŜy trójkąt ostrze miało na jednym końcu hak.. Wszyscy ubrani byli w płócienne kapelusze. Luke. wełniane skarpety i solidne buty. jeŜeli się wie jak. jak to się robi. ścinał liście. przebrany w szorty. gdzie pracowała brygada. siekał noŜem.wyjaśnił Arne. Jak strzyŜenie owiec . Walizka i uŜywany rower. . kiedy od strony kwater nadeszli Luke i Arne. dokładał do stosu. prostował.Maczeta jest za mała do tutejszej trzciny .

Za tydzień się zahartujesz. osy. Wiedział. nie traciłby sił przy Meggie. Postanowił nawet prześcignąć Arnego. Umyli się pod prysznicami we wspólnej łazience i przepasani ręcznikami wparadowali do blaszanego baraku. raniło ręce. pająki.zawołała klepiąc go po ramieniu. Nieźle jak na pierwszy dzień! Tropikalna noc zapadła tak szybko. Gdyby przypuszczał. Dlatego najpierw trzcinę podpalano. Wzdychając i klnąc siarczyście nadzy męŜczyźni kładli się na zgrzebnych prześcieradłach. Ŝe doszli do kwatery po ciemku. karaluchy. po tygodniu obolałość minęła i Luke wyrabiał wymagane minimum . a potem sprzątnęli do ostatniego okruszka ciasto z dŜemem. muchy. zieloną trzcinę.osiem ton dziennie. Rzucili się jak zgłodniałe wilki na steki i ziemniaki i podpłomyki. Chciał. zanim się połoŜył. gdzie czekała na nich fura jedzenia.Nieźle. choć mieli blisko. Ŝeby jemu przypadł największy udział w zyskach. która tutaj stała się jedynie wyblakłym. pszczoły. . wyciągnął się na przydzielonej pryczy. Luke czuł się jak z krzyŜa zdjęty.polecił. pęcherze.Pięć ton. a poza tym były niemęskie. Arne zatrzymał Luke'a. ledwie widoczni pod zwiewnymi namiotami. KaŜdy przez tydzień dyŜurował w kuchni przygotowując. KaŜdy wolał się osmolić niŜ ciąć Ŝywą. ropuchy. bolał go kaŜdy mięsień. więc jeŜeli grzbiet ci wytrzyma. ukłucia. O zachodzie Arne ogłosił fajrant i podszedł do Luke'a. podobne do nich jamaraje. będziesz dobry robotnikiem. Zwalniały tempo. co go czeka. a potem nasmaruj maścią. dopóki tnie trzcinę. co najlepiej umiał. bo moŜe wtedy Arne . Masz duŜe ręce. . nacieraj co wieczór olejkiem kokosowym. Zgodnie z zapowiedzią. Obejrzał skaleczenia. . bracie! . niepoŜądanym wspomnieniem. węŜe. kłuło. Dobrze ci radzę. Zdezynfekuj. Mimo to ciągle coś kąsało. Dwa rzędy Ŝelaznych pryczy stały naprzeciw siebie pod ścianami. Ŝe nie da jej nic z siebie.PokaŜ ręce . Kiedy namaścił i obandaŜował ręce.W trzcinie Ŝyły szczury. opuszczali moskitiery i natychmiast zasypiali. Nikt jednak nie nakładał rękawic. ściągnął moskitierę i zamknął oczy.

Teraz Ŝałowała. Ŝe o niej nie pamięta.cotygodniowy kaprys Luddiego i Anne. zepsuła mu przyjemność. Ŝe bierze udział w misterium niepojętym dla zwykłego śmiertelnika. teraz winiła samą siebie. . Arne i Luke zaspokajali swą próŜność chłonąc zachwyty kobiet. Luke siadał czasem na pryczy. prawników. ona naleŜała do niego. wiedząc. czując. a więc zapewne i na świecie. Ŝeby mu postawić rum albo piwo. męŜczyźni dopraszali się. Kiedy w sobotę wieczorem szli do miasta. MoŜe chodzić z dumnie uniesioną głową. jakiego szukał przez całe Ŝycie. kto wytrzymywał taką pracę i w dodatku ją lubił. No tak. Meggie zobaczyła Luke'a dopiero po czterech tygodniach. wszystko przez to. najlepszy Ŝeńca w Queenslandzie. ale on się nie zjawiał. podczas gdy ona całymi dniami i tygodniami myślała o nim. gorycz upokorzenia i smutek. Obaj. przepełniała ją bezsilna złość. był prawdziwym męŜczyzną. Ten. Ŝe mało kto wytrzyma choćby dzień na trzcinowym polu. wkładała jedwabną sukienkę i czekała na męŜa. Ze wstrętem wspominała dwie noce w hotelu. Luke znalazł w tej pracy bolesne piękno. zakrywając jasno oświetloną pustą scenę. ale wtedy była dla niego najwaŜniejsza. czuł nabrzmiałe Ŝylaste mięśnie. Ŝe nie ugryzła się w język zamiast krzyczeć. Arne powiedział mu kiedyś. gryzipiórków i plantatorów. Ŝe jeśli ją dobrze wykona. Najbardziej jednak marzył o tym. MoŜe się uwaŜać za równego angielskiemu królowi.wziąłby go na wspólnika. Ŝeby być podziwianym i ubóstwianym tak jak Arne. MoŜe patrzeć z politowaniem na doktorów. Kiedy wyobraziła sobie. moŜe się uwaŜać za wybrańca naleŜącego do robotniczej elity. jak kto woli. Właściwie nie pragnęła go. bo wszystkie siły oddawali trzcinie. Czwartej niedzieli nie przebrała się i człapała po kuchni na bosaka. Schylał się i prostował w rytualnym rytmie. Przedtem jego obojętność na jej cierpienie zgniewała ją. oglądał blizny na stwardniałych dłoniach. a kobiety kręciły się koło niego jak kolibry. obserwując go przy pracy. Co niedziela pudrowała nos. w szortach i bluzce. jak jej oŜywienie gaśnie z końcem dnia. ale przecieŜ naleŜał do niej lub.to najtrudniejszy fach. który podziwiałby go. opalone silne nogi i uśmiechał się. kiedy mrok zapadał jak kurtyna. Miał jej dość. gdyby znał. Ciąć trzcinę w zachłannym tempie białego człowieka . szykowała śniadanie . Muellerowie nic nie mówili patrząc. ale nic z tego nie wynikało.

Huxley i Russell.JuŜ myślałam. DołoŜyła bekonu na patelnię i zaczęła rozbijać jajka.Cieszę się.odparł ze śmiechem Luke. masz odpowiedni temperament i jesteś właściwie zbudowany. Chodźcie na werandę. Jung. Jutro jedziemy do Ingham. jeśli powiem. Olbrzym podszedł do niej. Ŝe Meggie rzadko cię będzie widywać. pędzelkiem smarując ghi na grzance. Ŝe w ogóle nie przyjedziesz zobaczyć się z Meggie powiedziała Anne. zanieś patelnię. . zjemy razem śniadanie. Luke. . Ŝe lubię tę pracę? . Lepsze takie niŜ Ŝadne. jak moŜe tak zaniedbywać Ŝonę? . na grzbietach których widniały takie nazwiska jak Freud. Ludwig Mueller urodził się w Australii. ale niemieckie pochodzenie wyraźnie było widać w jasnoniebieskich oczach. na której skwierczał bekon. Ŝe przypomniałeś sobie o istnieniu Ŝony . Luddie. Oboje z Ŝoną bardzo lubili Meggie. Zwłaszcza Luddie cieszył się. widząc Anne szczęśliwą.Uwierzysz. cerze tak czerwonej od piwa i słońca. Tylko w takiej postaci jadano tu masło. . którą chętnie zamieniłby na Ŝycie w jakimś mieście.powiedziała. z zapałem studiował ludzką naturę. choć miała ochotę mu wygarnąć. . cmoknął w policzek i usiadł przy stole. Do kuchni weszła Anne i uśmiechnęła się uprzejmie. . Luke? . czujesz się lepszy od innych. Luke? To naprawdę on? Wyglądał jak jaskiniowiec. .Tak. teŜ nie Ŝałując sobie jajek na bekonie. Ta praca cię wywyŜsza. Luddie obrzucił go przenikliwym spojrzeniem i kiwnął głową. uwaŜali jej pobyt u siebie za dar losu. spłaszczonej siwej głowie. . Ja wezmę koszyczek z grzankami. pomóŜ Meggie.To znaczy.Usłyszała kroki i odwróciła się od patelni. Przez chwilę wpatrywała się we włochatego stwora stojącego w progu.Postanowiliśmy z Arnem popracować trochę w niedzielę. związany z odziedziczoną plantacją. czytał oprawne w safian.spytał nakładając duŜą porcję. jakby z policzków miała trysnąć krew. Co ten nicpoń sobie myśli. opasłe tomy.Jak ci idzie.

teraz: cztery czy pięć. Meg nie mówiła o tym? . Meggie nie odezwała się ani słowem. Mieszkając od miesiąca w Himmelhoch ani przez jeden dzień nie czuła się całkiem zdrowa. Ŝeby się o tym przekonać? Muellerowie byli dla niej dobrzy. Troje słuchaczy wpatrywało się w oŜywioną twarz i błyszczące oczy Luke'a. Czy zechce z niej zrezygnować. jakie świetne . . . nie obciąŜali nadmiernie pracą. .Dlaczego tak cięŜko pracujesz. więc te dziwne dolegliwości napełniały ją lękiem.Muszę zebrać pieniądze na farmę. ty nam opowiedz. to tylko w Droghedzie. o suchym upale. ale z moimi zarobkami zostanę przy trzcinie dłuŜej i postaram się o porządną farmę.spytała Anne. To potrwa tylko parę lat.Meg rozumie. pięć lat zbierzemy odpowiednią sumkę. Nigdy dotąd nie narzekała na złe samopoczucie.Mówiłeś: parę lat. Meg wyłoŜyła na ten cel trochę pieniędzy. nie mogła otrząsnąć się z letargicznego otępienia.Pochylił się obejmując wielkimi dłońmi filiŜankę. Ŝe załatwi mi na ten czas pracę w rafinerii w Sydney. ale jeŜeli miałaby Ŝyć bez męŜa.JuŜ niedługo kawałek ziemi będzie naleŜał do mnie. o tysiącach kangurów.. . Po śniadaniu Luke pomógł jej pozmywać. Ŝe Luke przepadał za trzciną. Jednego dnia ściąłem jedenaście ton! Luddie gwizdnął z podziwem i rozmowa zeszła na temat urobków. Luke . Wcześniej mógłbym kupić mniejsze gospodarstwo.myślała. Och. odkąd się pojawił. raz mało brakowało. Mógłbym wtedy zabrać Meggie ze sobą. . a mamy przecieŜ letnią przerwę. a jeŜeli nadal będziemy pracować tak jak teraz. nie miała apetytu.Nasza Meggie nie lubi się zwierzać. Arne mówi.Wiecie. to najdalej za cztery. męczyły ją napady męczącej biegunki. kiedy przyjdzie pora? Czy zrezygnuje? I czy ona zechce czekać tak długo. a ile powiesz następny razem? Nie ulegało wątpliwości. . rozmawiając o tym. Meggie w milczeniu popijała mocną herbatę. jak się ją tnie. a miałbym lepszy urobek od Arnego. o szarych ptakach brologa stąpających z namaszczeniem po jedynej w Kynunie drodze. Luke? . a potem zabrał na spacer do najbliŜszego łanu trzciny. a on mówił i mówił o stepach na kresach.

W wiszących metalowych koszykach kwitły orchidee i tuberozy. niedaleko Kolonialnej Rafinerii Cukru. ale w porównaniu z porą deszczową przyjemnie. co masz teraz. Luke i Arne nosili worki z cukrem. . Ŝe nawet jej nie pocałował. dopóki nie przeprowadzimy się na zachód. Ciotka Arnego miała dom w Rozelle. między palmami. ale Luke się nie pokazał. Luke. Zawrócili na wzgórze. W betonowej fortecy moŜna było dostać pracę dzięki znajomościom. .Gołąbeczka! . .chłopcy pracują w brygadzie Arnego. trochę za mocno. W tej części kontynentu w trwającej od marca do listopada porze suchej nie było właściwie sucho.powiedziała Anne do męŜa.Na ile moŜna być szczęśliwym w cudzym domu? . jak tu ślicznie. Tak mu zepsuła humor. kiedy pracy przy trzcinie było najmniej. Pojechał z Arnem do Sydney. o ile jest lepsza od strzyŜenia owiec. a teraz czekało go drugie tyle. śeby zaoszczędzić na kolejce i autobusie przepedałował dwadzieścia mil. a u dołu wielobarwne begonie. . bo tam nie dałoby się wyhodować tyle roślin na takim małym skrawku ziemi. choć miał taki zamiar. Tutaj Meggie przebywała najchętniej. Meggie została z Muellerami i przemęczała się przez monsunową porę deszczową. nie musieli więc dojeŜdŜać i oszczędzali na biletach tramwajowych.Prawda.Musisz zadowolić się tym. . Anne urządziła tu oranŜerię: w ustawionych pionowo i napełnionych ziemią kawałkach rury z terakoty rosły paprocie. Klepnął ją tylko na poŜegnanie. pnącza i krzewy. Nie jesteś tu szczęśliwa? . Nawet w Droghedzie nie miała takiej ulubionej samotni. jaka świetna jest praca na świeŜym powietrzu.A po co miałabyś mieszkać sama? To niebezpieczne. Luke zaprowadził Meggie do cienistego chłodnego zakątka pod domem. przy którym zostawił rower. Rozumiesz? .Tak. Luke? Czy nie moglibyśmy za jakiś czas wynająć domu? Tak strasznie bym chciała sama czegoś takiego spróbować.Jego bym zatłukła! Minął styczeń. a po pracy pływali i jeździli na desce surfingowej. i ruszył drogą do drzewa.

Ŝe Luke zostawił ją bez grosza. Brzydziła się wielkich ropuch. Wszystko w jej wychowaniu i naturze przeciwstawiało się tej decyzji: nadzieja na dziecko. uparta duma i ciche przeświadczenie. Nie mogła przyzwyczaić się do cuchnących i kipiących od robactwa urządzeń sanitarnych. głodnych . kończył się powoli drugi. zostawiłaby Luke'a na zawsze.W czasie monsunów niebo raz po raz rzygało wodą. Bob natychmiast przysłałby jej pieniądze na bilet powrotny. górami. ale Meggie nie mogła się zdobyć na przyznanie. szczurów . W tym klimacie nie moŜna było kopać dołów ziemi. Zdawało się. a kiedy potop ustawał. Ŝe północny Queensland nigdy nie będzie jej domem. Duma nie pozwalała jej przyznać się rodzinie. zawzięła się. tarantuli. Ŝe Luke powinien się oŜenić z Arnem. Ŝe zawiniła tak samo jak Luke. nawet do końca Ŝycia. Utworzyli spółkę i objeŜdŜali trzcinowe Ŝniwa na liczącym tysiąc mil wybrzeŜu. rozdartą wewnętrznie. a na ten krok jeszcze się nie zdecydowała. agresywnych. Niezmierna serdeczność Muellerów trzymała Meggie. moŜe i on zachowywałby się zupełnie inaczej.które zatruwały Ŝycie nocą. Dlatego korzystano ze smołowanych blaszanych pojemników. dŜunglą. Meggie coraz bardziej tęskniła za Droghedą. przekonanie o świętości ślubów małŜeńskich. wystarczyło poprosić go o to w liście. W dniu. W ciągu osiemnastu miesięcy wygnania widziała go sześć razy i często myślała gorzko. ucinał sobie długą . Ŝe wytrzyma. Przede wszystkim nie odpowiadał jej klimat. karaluchów. groziły wybuchem epidemii tyfusu lub innej choroby. w Himmelhoch. Ŝe mąŜ ją zaniedbuje. Minął rok. trzciną. aŜ Luke straci siły do pracy przy trzcinie.wielkich. pogląd. Ŝe pewnie będzie tu mieszkać tak długo. ale najbardziej brzydziła się wychodków zwanych w miejscowej gwarze dunny. w którym napisałaby o ty rodzinie. Ŝe Ŝyją samą pracą. choć to wydawało się Meggie za rzadko. wymienianych raz na tydzień. tak samo jak zdrobniale Dungloe. Kiedy Luke przyjeŜdŜał w odwiedziny. Gdyby ona była inna. obłoki białej pary unosiły się nad ziemią. a takŜe nieugięta. którego mieszkańcy nigdy nie mieli dość Ŝartów opartych na tej zbieŜności. bo mieszkał z nim razem i jego towarzystwo znacznie bardziej mu odpowiadało. Ŝe mąŜ kieruje losem Ŝony. Z przygnębieniem myślała o tym. Wiedziała.

obdarzał serdecznym całusem i znikał. Którejś czerwcowej niedzieli w 1936 roku Luke i Arne zjawili się razem. zabierał Ŝonę na spacer. . Ŝe wyglądają wspaniale. ale na półwyspie północnego Queenslandu cztery grupy etniczne.Chińczycy. Meggie marszczyła nos wdychając nową obrzydliwą woń wyziewów z nadmorskiej zgnilizny. Nic tak korzystnie nie wygląda na postawnym męŜczyźnie jak kilt.Bo inaczej by nas nie wpuścili. Arne? . które stanowiły większość ludności . a z przodu pod sporranem pozostaje nieruchomy. zrozumiała. jak szaro czuje się pawica przyćmiona barwną .Dlaczego tak się przebraliście? . bo w przeciwnym razie Luke nie zdecydowałby się na taki wydatek. Włosi. Ŝeby zrobić jej przyjemność. więc włoŜyli do spódniczek tylko białe koszule. Biblioteka w Himmelhoch. Było zbyt gorąco na kompletny strój z szalem i kusą kurtką. Ŝaden Szkot w okolicy nie omieszkał nie przyjechać. Luddie. kiedy ruszyli. długie skarpety w skośną kratkę i buty z klamerkami. Niemcy oraz Szkoci z Irlandczykami z zapałem kultywowały własne tradycje. RóŜne narodowości w Australii najczęściej się naturalizowały. . bardzo z siebie zadowoleni.Co to właściwie jest ceilidh? . Ceilidh urządzano w walącej się szopie pośrodku bagien namorzynowych u ujścia rzeki Dungloe. posiadała równieŜ ksiąŜki nie stroniące od erotycznych opisów i Meggie sporo się z nich dowiedziała.odparł Luke. Meggie patrzyła ze zdumieniem.Człowiek musi się trochę zabawić . ubranych w kilty. Kiedy więc urządzano ceilidh. . ale w duchu przyznawała. Oznajmili.To po gaelicku spotkanie potańcówka. Prawda. Wszyscy męŜczyźni rzeczywiście byli ubrani w kilty. .Musicie często chodzić na te spotkania. Ŝe przyjechali zabrać Meggie na ceilidh. który przy zamaszystym kroku rozkłada się z tyłu fałdziście. Anne i Meggie wolny czas spędzali na lekturze. Na Luke'a i Arnego. Kiedy Meggie weszła do środka.spytała. o wiele większa niŜ w Droghedzie.pogawędkę z Luddiem i Anne.

Kobiety niknęły. Dobrana para oszustów! KaŜdy tak w sobie zakochany. O północy wszystkie kobiety usunięto pod ścianę i rozpoczęły się prawdziwe tańce z udziałem samych męŜczyzn. Luke i Arne byli witani jak starzy dobrzy znajomi. PrzecieŜ ci dwaj to zarozumiali gogusie! śaden z nich nie jest nawet Szkotem. które odciskało się w pamięci na zawsze. Ubrani byli w tartan klanu Andersonów.Jak ci się podobało? . Ŝeby pójść ze mną do łóŜka. Ilekroć potem Meggie usłyszała piszczącą kobzę. . co by powiedziały na to .Daj spokój. którzy podawali szklaneczki ze szkocką whisky. Na podium stało dwóch kobziarzy. Gdzie jest jej dom? . Barwy i dźwięki zlały się w Ŝywiołowe widowisko. Ŝe w ogóle pozwalamy potańczyć. Meg! Na ceilidhu tańczą tylko męŜczyźni.Podobałoby mi się bardziej. Ŝe od nikogo miłości nie chce ani nie potrzebuje. jakby usunięte w cień. wygrywających wesołą melodię w idealnym współbrzmieniu. stawali jej przed oczami tancerze w kitlach. Meggie słyszała jeszcze tęskną melodię Ŝegnającą gości wracających do domu. Kilka par tańczyło.MęŜczyźni wiele rzeczy robią dla własnej przyjemności. jak Luke i Arne kobiecy zachwyt. a wraŜenie to pogłębiało się z upływem wieczoru. rumianych i spoconych. Ciekawe.Ŝe mąŜ mój odwiedził mnie dokładnie dwa razy w ciągu ośmiu miesięcy i wcale nie po to. bogatą kratę na jasnoniebieskim tle. Inne kobiety zerkały na nią ciekawie.spytał Luke. zwłaszcza na obrączkę na palcu. więc i tak jesteśmy dla was dobrzy.wspaniałością pawia. Jak często chodzili bawić się bez niej? Dlaczego akurat dziś ją ze sobą wzięli? Westchnęła i oparła się o ścianę. i lubią być podziwiani. Skupiła na sobie kobiecą zazdrość. Meggie znalazła się w kącie z kilkoma innymi kobietami i rozglądała się urzeczona. .pomyślała . gdybym więcej tańczyła. ale największy ruch panował wokół męŜczyzn. Jadąc dychawicznym fordem Arnego. . bo wiedzą. zobaczyła szkocką spódniczkę. poprzebierali się tylko. jak świetnie w tych strojach wyglądają. Do domu. O czwartej nad ranem ceilidh dobiegł końca. .

Luke! . I taki podobny do Ralpha de Bricassart! Meggie złagodniała. słowo O'Neilla! W domu ciotki Arnego jest dość miejsca.rzekł bezradnie. które przestaną napływać na jego nazwisko. .Wolisz Ŝycie beze mnie.obruszył się Luke! . Luke. zaniepokojony.Posłuchaj. . . Ale pamiętaj. . .odparła Meggie. . Ŝe obiecałeś mi Sydney. Ŝe przydałaby ci się jakaś rozrywka i dlatego wziąłem cię ze sobą. do Droghedy! Pomyślał o dwóch tysiącach funtów.Jeszcze jeden rok.Idź. mam dość wszystkiego! . Ŝe będę posłuszna. wszystko się zmieni. więcej cię nie wezmę. Meg! . . skruszony. bo nadal chciała mieć z nim dzieci. mam dość takiego Ŝycia. obiecuję! W lecie zabiorę cię do Sydney. .powiedziała Meggie. Ŝe będziesz mnie kochał i szanował.powiedział. Ŝebyśmy byli sami! . ale ty przysięgałeś. Luke.Kiedy miałam okazję być z tobą sam na sam dłuŜej niŜ parę minut? Arne zatrzymał samochód u stóp wzgórza i uśmiechnął się do Luke'a ze współczuciem. Nie musimy się śpieszyć. .Nie jesteśmy sami! .odparła.I na pewno tak zrobisz .Moja cierpliwość się kończy. . mam ciebie dość.Cii .Ja nie Ŝartuję. słyszysz? Przysięgam ci.Przepraszam cię bardzo! . Trzymam cię za słowo! . zaczekam tu na ciebie. dobrze? KsięŜyc oświetlał mu twarz: był powaŜny. Nie musiałem tego robić! JeŜeli ci się nie podoba.. kiedy odeszli kawałek. Nie jestem ślepa.Dobrze .Och. bracie . Zamieszkamy tam przez trzy miesiące i uŜyjemy Ŝycia! Wytrzymaj jeszcze rok. kochanie.syknął. Szczerze mówiąc. a potem kupimy naszą farmę.Więc postaraj się.Odprowadź ją. a tera Ŝadne z nas nie dotrzymuje słowa! Chcę wrócić do domu.odcięła się.Pomyślałem. . .

pisał Bob . Ŝe nigdy nie przyjeŜdŜa w odwiedziny. A więc wie. . Ŝe najbardziej tęsknił za tobą. Zrozumiałe. Ŝe to ty nie chciałaś nic mu mówić. Ŝe i tak by nie skorzystał. Rodzina wiedziała jednak. Ŝe ciebie nie zastał. „Nikt się go nie spodziewał. Chciał zobaczyć zdjęcia z twojego ślubu i sam się zdziwiłem. Lecą samolotem. MoŜe będziesz miała niedługo dzieci? Biskup bardzo by się ucieszył. wie! .trochę jakby nie w sosie. Codziennie odprawiał mszę. Meggie odłoŜyła list. Meggie? Naprawdę! Krótko u nas bawił. Zdobywała się czasem na odwagę. jak wyszłaś za mąŜ. ale Bob nie zawsze pamiętał. Ale jak mogła im napisać. więc nikt w Droghedzie niczego nie podejrzewał. bo brakowało mu twojego towarzystwa.Nareszcie! Jak to przyjął? Czy bardzo się zasmucił? Dlaczego nakłonił ją do tego kroku? Nic na . prawda? A to juŜ blisko dwa lata. Pogodnie opisywała północny Queensland. nie wspominając słowem o zmartwieniach. przestał się złościć i więcej do tego nie wracał. Z listów przebijała wielka sympatia do Muellerów. ale podziękował. czy masz dzieci. Powiedziałem. ale kiedy mama wyjaśniła. pojeździł trochę konno i po sześciu dniach wyjechał”. Powiedział. Wymienił to długaśne nazwisko. którego nijak nie mogę zapamiętać. Znów przez tą dumę. Ŝe Ŝadnych nie zrobiliśmy. Ŝe Luke duŜo jeździ i dlatego umieścił ją u swoich przyjaciół. jakie usłyszał od Fee. Bo nie masz. Bardzo się stropił.ROZDZIAŁ DWUNASTY Regularnie co miesiąc Meggie wysyłała list do Fee. Potem wściekł się. Ŝe nie ma pieniędzy na podróŜ? Musiałaby wówczas przyznać. jak źle ułoŜyło się jej małŜeństwo z Lukiem O'Neillem. aŜ tu raptem przyjechał .pomyślała. by mimochodem spytać o biskupa de Bricassart. Wreszcie nadszedł list. Pytał. w którym rozwodził się na jego temat. Ŝe nie. Ŝe nie zawiadomiliśmy go o twoim ślubie. Smuciło ich tylko. Boba i młodszych braci. wyobraŜasz sobie. bo wybiera się na jakiś czas do Aten z arcybiskupem. bo z nas wszystkich ty najwięcej spędzałaś z nim czasu i chyba myślał o tobie jak o młodszej siostrze. Ŝeby przekazać jej skąpe wiadomości. Chciałem dać mu twój adres.

Domyślał się. Ŝeby wybrał się bez biskupa de Bricassart. Meggie? . skoro sam namawiał ją do wyjścia za mąŜ? Od razu zrozumiał. która przewaŜyła szalę na jego korzyść. jakie mogłaby mieć z Ralphem de Bricassart. Przydała się dobra znajomość greckiego. Był kimś zamiast. jedenaście tysięcy mil od Australii. Wiedział. Pewne sprawy od dawna czekały na omówienie z dostojnikami Kościoła greckokatolickiego. Ŝe nigdy jej nie zobaczy. i to samolotem. jak to się powikłało! Arcybiskup di Contoni-Verchese wolał zatrzymać się w hotelu niŜ skorzystać z zaproszenia grekokatolików i gościny w ateńskim pałacu. Ŝe go nie znałem? Chciałaś się zemścić. Dopiero teraz. Nie kochała Luke'a i wiedziała. Niezwykły człowiek. a sam włóczy się po wybrzeŜu? No tak. Czy jesteś szczęśliwa. Ŝe nie masz dziecka. który stojąc u stóp Partenonu spoglądał ponad białym miastem na odległe wzgórza i Morze Egejskie. nic dziwnego. O BoŜe. . który zostawia Ŝonę u przyjaciół. dlaczego zakazała rodzinie zawiadamiać go nie chciała. Ŝe nigdy go nie pokocha. Wiatr przeczesywał siwiejące na skroniach włosy biskupa de Bricassart. Ŝeby poznał jej męŜa. Sprowadzono go aŜ z Australii. dlaczego? Dlaczego wyszłaś za mąŜ za tego Luke'a O'Neilla? Zszedł z Akropolu i spacerował ruchliwymi ulicami Aten zatrzymując się przy straganach. Meggie. potrafił myśleć spokojnie o Meggie. jakie czekają go w Rzymie. chciałaś. arcybiskup di Contini-Verchese siedział przy oknie pogrąŜony w rozmyślaniach.myślał. Kiedy wrócił do luksusowego hotelu na placu Omonia. . więc to porównanie było wielkim komplementem. kimś. kto miał dać jej dzieci podobne do tych.Czy ten Luke O'Neille jest dla ciebie dobry? Czy go kochasz? Dlaczego właśnie jego wybrałaś? Czy dlatego.tym nie zyskała. To brzmiało jak nieodwołalny wyrok. Ŝebym cierpiał? Ale dlaczego nie masz dzieci? Co to za człowiek. Ŝe zamierza osiąść w północnym Queenslandzie. Jak mógł ją winić. który z czasem stał się jego prawą ręką. Nie do pomyślenia było. istny Mazarin. Miał do wypełnienia delikatną i waŜną misję. Arcybiskup darzył o wiele większym podziwem kardynała Mazarina niŜ kardynała Richelieu. Ŝe ta dyplomatyczna misja jest sprawdzianem przed większymi zadaniami.

chciałbym.Zostaniesz arcybiskupem i wrócisz do Australii na moje miejsce.Myślałem. Nie zdąŜył zamaskować uczuć. Miał zostać wyniesiony do godności legata papieskiego. które naleŜy wykorzystywać! A teraz uklęknijmy i módlmy się. wpatrywały się w Ralpha. Chciałbym się pomodlić. Ralphie . ale dostałem dziś list od kardynała Monteverdiego. . Ŝeby cię poznali. Biskup de Bricassart mimo woli zesztywniał i poczuł dziwne mrowienie koło uszu. Ralphie. Ralph poczuł zamęt w głowie.Najpierw przejdziesz odpowiednie przygotowanie w Rzymie.W samą porę.powiedział obracając się z uśmiechem. . kiedy sprowadzę ciebie. jak mam dziękować! Waszej Miłości zawdzięczam ten wielki zaszczyt.Nie wiem. RóŜaniec i mszał leŜał obok na stole.Nie . .Po skończeniu rozmów mam udać się do Rzymu i tam pozostać.odparł. które potrafiły przejrzeć kaŜdą nieszczerość. CzyŜby pojawiły się jakieś komplikacje? . Wasza Miłość. . Arcybiskup podniósł go i spojrzał z zaciekawieniem na zasuszoną róŜę między kartkami.Nie.Bogu dzięki jestem wystarczająco inteligentny Ŝeby dostrzec zdolności. ..Nie chcę wspominać matki. Ŝe wszystko zostało juŜ ustalone.Słucham uwaŜnie. . który spadł na podłogę i się otworzył. . . Otrzymam z rąk Ojca Świętego kardynalski kapelusz. Potrwa to około pół roku.Czy to pamiątka z domu rodzinnego? MoŜe po matce? Oczy. do Watykanu. Przedstawię cię moim przyjaciołom. . .A co ze mną? . Biskup de Bricassart drŜącą ręką sięgnął po róŜaniec i strącił mszał. chociaŜ nie był Włochem! Niesłychane! A więc droga do tytułu kardynała otwarta! . bo nadejdzie czas. Przekazuje w nim Ŝyczenie Jego Świątobliwości.

Ŝe Luke zostanie kiedyś na tyle długo. naleŜysz do Kościoła.. Wyrzekłem się jej dla Kościoła na zawsze. Masz prawdziwe powołanie. Miała przecieŜ wątpliwości. Przyjadę po ciebie za jakiś tydzień.Ten kwiat zapewne wiele znaczy dla ciebie. i Luke'a. Teraz pomódlmy się razem. Anne byłaby zachwycona. Dobry BoŜe . . „Nie musimy czekać do końca roku z wyjazdem na wakacje. czy jeszcze chce z nim być. Czego jest znakiem? . Nie mogę wrócić do trzciny. kiedy byli sami.sprawa. Luddie takŜe. Długo leczyła ból w duszy po przeŜyciach w hotelu.Miłości tak czystej jak miłość do Boga. Ŝebym na tych wakacjach zaszła w ciąŜę! Gdyby miała kogo otoczyć miłością. skoro tak troskliwie go przechowujesz.Nie wątpię w to. Wybierzemy się na parę tygodni nad jezioro Eacham”. wątpliwość chowając dla siebie. Meggie nie mogła wprost uwierzyć. bo cię znam.powiedziała Anne do Luddiego. Ŝeby odmienić jej puste jałowe Ŝycie.Nie odejdziesz.Głowę dam. Ŝe wiele zawiniła niewiedza i jej. ale tamto wspomnienie nie budziło juŜ przeraŜenia.modliła się . a najlepiej mi zrobi porządny urlop. łatwiej byłoby jej Ŝyć.Nie. Ralphie. Ŝe nadarza się taka okazja. Kiedy podzieliła się z nimi nowiną. a ja będę zawsze pamiętał o twojej RóŜy w modlitwach. Ale nieraz klęczałem godzinami. Ŝeby pojechać bez niej . KaŜdy z nas musi nieść swój krzyŜ. PodąŜamy do Ŝycia wiecznego i Pan zsyła na naszej drodze wiele cierpień. ale czy ta miłość nie zagraŜa twojej miłości do Kościoła? . Zawiadamiał ją. Ŝeby powstrzymać siebie i nie wrócić do niej. . Ŝe cierpi na chorobę Weila i leŜy w szpitalu w Townsille. Pod koniec sierpnia Meggie dostała list od Luke'a. a lektury pomogły zrozumieć. . gdyby w domu pojawiło się dziecko. dopóki nie odzyskam sił. . okazali wielką radość. Ŝe ten łajdak znajdzie jakąś wymówkę. Oboje zapewniali Meggie o tym wiele razy i liczyli. ale niedługo juŜ wyjdzie:.

Roznoszą ją szczury. Jezioro Eacham na płaskowyŜu Atherton leŜało w dziewiczym otoczeniu. a nie stać nas na to. Meggie sięgnęła po jeden i uwaŜnie mu się przyjrzała. więc nie chorowałem tak cięŜko jak wielu innych. Były wyjątkowo płochliwe i łagodne. Wychudzony. okrągłych przedmiotów. Meggie podała walizkę i usiadła obok.A co to? . Mam silny organizm. zwanych latającymi lisami. który wpadał do huczącej w dole rzeki. a z niego garść małych.Luke przyjechał po Meggie z samego rana poŜyczonym samochodem. . Ŝe to nic groźnego. a wyglądasz okropnie. pulsującymi falami suną przez gasnące niebo. . Luke? Pisałeś. dopóki nie będziemy na swoim. Wstrząśnięta jego wyglądem. a my się zaraŜamy przez skaleczenie. Co za rozkosz wyciągnąć się na chłodnym łóŜku wiedząc.odparł. . Przejechali pod rozmigotanym łukiem wody.spytała ciekawie. Ŝe raz-dwa wydobrzeję. mogłabyś zajść w ciąŜę. Samochód piął się skalistym wąwozem przez dŜunglę. Przesłaniały ją liany zwisające od czubów drzew niczym rzucona na las zasłona z zielonego aksamitu. ze skórą pomarszczoną i poŜółkłą. Luke wyjął z walizki pakiecik. .Zakładam go na siebie. Siedział na brzegu łóŜka taki wychudły. na którą prędzej czy później choruje kaŜdy przy trzcinie. opadających na Ŝerowiska. Z zapartym tchem patrzyła. Gdybym tego nie zrobił. Meggie z przyjemnością oddychała świeŜym powietrzem. Ŝe pod skórą rysowały się Ŝebra i kości . . W jednym miejscu przeskakiwał ponad drogą wspaniały wodospad. W szpitalu powiedzieli. I na chmary wielkich nietoperzy owocowych. Zapomniał. które ułoŜył na stoliku przy łóŜku. Ŝe przed dwu laty postanowił nie rozpraszać jej niewiedzy. Przed zapadnięciem zmroku wyszli na werandę popatrzeć na spokojną toń.Kondom . Zawsze ich wypatrywała z werandy w Himmelhoch. choć odstraszały niesamowitym wyglądem.Co to jest choroba Weila. DŜungla nachylała się ku nim nieprzebytą gęstwiną. Robiło się coraz chłodniej.To rodzaj Ŝółtaczki. Ŝe pościel nie zwilgotnieje od potu. jak ciemnymi.

Meggie. spojrzała na gumowy krąŜek. co w pokoju hotelowym w Dungloe. bo nie przypominała sobie.odparł. Ale oczy mu lśniły. . Meg? .Niewiele brakuje. to zachodzisz w ciąŜę.Czy ty nic nie wiesz. . który trzymała w ręku.Kiedy puszczam ten. to sok zostaje w tobie. Doszły ją te same odgłosy. gdzie twoja duma? Zapracujemy na wszystko sami! W Ŝyciu nie byłem nikomu nic winien. wmawia jej.skłamała.. Ŝeby kiedykolwiek czytała o kondomach. . której pewnie wcale nie zamierza kupić! Znalazł sobie Arnego Swensona.MoŜesz ją mieć w kaŜdej chwili . .Nie . Widziała go przez czerwoną mgłę i ledwie słyszała. Wystarczy. . sok i jestem bez osłonki. Jeszcze nigdy nie była taka wściekła! Oszust. tyko częściowo.rozgniewał się. jak dobrze udało jej się ukryć gniew.bioder. egoista! Jak śmiał zrobić jej coś takiego?! Podstępem nie dopuszcza. myślał. Ŝe to z podniecenia..odparła panując nad głosem. pociągnął ją do łóŜka i sięgnął po swój zabezpieczający środek.Nie zrobisz tego! . Nie obciąŜy nas procentami. ale tym razem zrozumiała ich znaczenie. niewiele. Zdziwiona. . . kłamca. trzcinę cukrową i to mu wystarcza. a kiedy zadrŜała z obrzydzenia. bawiąc się jej piersiami. A kiedy zostaje tam długo i często. więc nie zacznę teraz poŜyczać. . Ŝe zwrócę się do biskupa de Bricassart prośbą o poŜyczkę. Ŝe zaleŜy mu na farmie. A więc to tak! Jak skórka na kiełbasie! Oszust! Zgasił światło. Jak tego oszusta przechytrzyć? .Do diabła. kiedy chwycił ją za rękę. Jeszcze pięć tysięcy funtów i kupimy najlepszą farmę na zachód od Charters Towers. by została matką.To proste . Meg. co mówi. Dlaczego nie mogę zajść w ciąŜę? Podszedł i objął ją od tyłu.Opowiedz mi o tych kondomach.

Objął ją. wzięła głęboki oddech i zaciskając zęby wcisnęła się w niego. pozwolisz? . Meggie z pogardą myślała o nim i jego idiotycznych wysiłkach..Po co?! Znów mu się podnosił. połoŜył ją na sobie.JeŜeli tylko nie będzie mnie bolało. skoro boli cię tak długo po pierwszym razie. Nigdy tego nie próbował.odparła zrezygnowana.Wytrzymała go. i mimo woli krzyknął.spytał potem. Chwycił Meggie za pośladki.Nie było co dobrze. Powolusieńku obsunęła się bliŜej członka. choć to nie było niemęskie. Ŝe to taka róŜnica bez kondomu. . Nawet bardziej odpowiadało mu ocieranie o ich brzuszki nie osłoniętym członkiem.Luke? . sprawia jej taki ból? . Szarpał rytmicznie członek wsuwający się jej między nogi. Nie mógł uwierzyć. złapał zębami koniuszek piersi i poczuł językiem.Co? . Wślizgnął się o wiele łatwiej i mniej bolało niŜ przedtem. Chciał ją odepchnąć. co? . . co jest naturalne. Nie będę juŜ tak robił. .Ach. ale. o wiele wraŜliwszym bez kondomu. jędrne od konnej jazdy. Ŝe nie zdołała jej z siebie zepchnąć. Minęły dwa lata. Wpadła na pewien pomysł. Był tak podniecony. Meg! . odkąd był z kobietą. puszczając pierś. wszystko mi jedno . W przypływie podniecenia ugniatał ją palcami i zachłystywał się przy piersi jak wielki kociak. Dlaczego coś. jakie lubił. Ach. Meggie miała ładne piesi. jak twardnieje. ile ją to kosztuje. akurat takie. Nie czuł się wcale męŜem Meg.Mogłabyś okazać trochę entuzjazmu. Chciałby spróbował na twoich piersiach. ta przyjemność smakowała jak zakazany owoc. .Widocznie jesteś strasznie wąska. Luke otworzył oczy.. starając się nie okazać. Potem pocałował ją lekko. Figle z nią niewiele się róŜniły od obłapiania przygodnej dziewczyny na tyłach gospody w Kynunie albo przypierania do szopy tej zadzierającej nosa panny Carmichael.

Meggie widziała jedyny . a mnie teŜ bardziej odpowiada. czekaj. Jak podobni mu młodzi męŜczyźni. gdyŜ posiadał znacznie skromniejszą wiedzę niŜ Meggie.Nie rozumiesz? PrzecieŜ ja siedzę! Nic we mnie nie zostaje. Meg. miał mu pozostać wierny.Niech jeszcze zostanie tak. choćby nie wie co! Z dala od parnych upałów Luke szybko dochodził do zdrowia. Nie przyznałby się otwarcie. Dobrze. Ŝe wysuwa się z niej. Proszę cię! Czy znalazłby się potomek Adama. OdŜywiał się dobrze. Meg.Niepotrzebnie zrobiliśmy tak jeden raz. mógłbyś kupić tę farmę juŜ teraz. jak jest. napręŜyła mięśnie. niby od niechcenia uniosła zgięte nogi i skrzyŜowała uda. prawie nic nie boli. a Arne mnie potrzebuje. Nie wszystko z niej wyciekło. Czekaj. Nachyliła się nad nim. Ledwie poczuwa. która nie opierała się jego pieszczotom. zaczął przybierać na wadze. .Chyba masz rację. Luke? Gdybyś naprawdę chciał. dopóki starczy sił. którego nie skusiłoby takie zaproszenie do ponowienia przyjemności? Luke skinął głową. od dziś tak właśnie będziemy się kochali. . potem połoŜyła się na plecach. Byłem w tobie. mój miły panie! Jeszcze zobaczysz! Będę miała dziecko. ale dziwnie pociągała go praca wymagająca najwyŜszego wysiłku. kiedy wytrysnąłem. pogłaskała. Siedzimy tu sobie jak u Pana Boga za piecem i wydajemy pieniądze. Luke! Tak jest o wiele przyjemniej. opalił się.Czy nie moglibyśmy tak robić za kaŜdym razem? Nie musiałbyś wkładać tej gumy. zgodził się przedłuŜyć dwutygodniowy pobyt do trzech. kiedy się nie wyrywasz. czuję.Nie zmienisz zdania. więcej nie będziemy. . czuł w Ŝyłach zew trzciniarza. .Jestem zdrów. a potem do czterech tygodni. z determinacją zatrzymując zdobycz. Pod koniec miesiąca zbuntował się jednak. Na pewno tak jest bezpiecznie. Nie mogę juŜ czuć się lepiej. . Meggie uśmiechnęła się zadowolona. . jak wszystko wycieka! Proszę cię.. Dał złapać się na przynętę Meggie. odzyskał dawny wygląd. Meg.

Ŝe jest i rośnie. za nic nie naraziłaby na szwank swojego dziecka.ryknął doktor do Luddiego. Ŝe zostanie ojcem. mimo rozczarowania. Pojechałaby do domu. czy przygnębienia. mimo to dawała jej się we znaki opuchlizna. Doczekała się . czego Meggie nigdy nie miała czasu się nauczyć. Ŝe dziecko wszystko zmieni i bardzo go pragnęła. Ŝe wyjazd do Cairns będzie konieczny na trzy tygodnie przed porodem. znaczyła dla niego tylko tyle. gdyby mogła znieść dwa tysiące mil podróŜy. Mała igiełka migała w jego wielkich rękach jak zaczarowana. nawet z przerwami.sposób. kiedy ich o tym powiadomiła. Ŝe będzie miał do nakarmienia dwie niepracujące gęby. Ŝe lepiej jej będzie u Muellerów. dziedzica farmy. a ciśnienie wzrosło niepokojąco. Opiekujący się nią doktor Smith chciał od razu odesłać ją do szpitala w Cairns. a tymczasem Meggie i Anne urządzały pokój dziecinny. Poranne nudności przedłuŜały się na cały dzień i powtarzały nawet wtedy. Meggie. Luke był wściekły. Stopniowo . które miało się urodzić. czy to z powodu upałów. którzy się nią troskliwie zajmowali. ale po dłuŜszym zastanowieniu uznał. przekonana. kiedy powinny juŜ ustąpić. Nie znosiła dobrze ciąŜy. nie kochana. Perspektywa. wiązało ją z Lukiem równie mocno jak duma. jak to kobieta. Nawet to nie narodzone dziecko jej nie kochało i nie chciało przyjść na świat . poniewaŜ umiał szyć i haftować. Zapowiedział jednak. mogłoby się skończyć tragicznie. Tę gorzką pigułkę Meggie przełknęła nie mając wyboru.była w ciąŜy. ale doktor Smith był nieugięty. Meggie nie zwlekała z zawiadomieniem Luke'a. Czuła się nieszczęśliwa. Ŝe jest w ciąŜy. Niewiele przybierała na wadze. który dostała w odpowiedzi rozwiał wszelkie złudzenia.wyczuwała protesty małego stworzenia przeciw temu. Ŝe Luke postawiony przed faktem dokonanym oszaleje z radości. Kilka dni jazdy pociągiem. Ŝeby go zmusić do zmiany postanowienia: dać mu dziecko. List. Luddie okazał się skarbem.Ściągnij tu jej męŜa! . Wróciła do Himmelhoch i czekała pełna nadziei. Anne i Luddie nie posiadali się z radości. Wierzyła. bezradna. Dziecko. .

Ŝe zgodzili się puścić Meggie. Ŝe nie znienawidziła Luke'a. A przecieŜ to Ralph okazał jej więcej serca i lepiej ją traktował. to ona zrobiła pierwszy krok. Pobrali się z samych nieodpowiednich powodów: on dla pieniędzy. W końcu maja juŜ tylko cztery tygodnie dzieliły Meggie od wyznaczonego terminu. kiedy ją odpychał od siebie. porzucić niemądrą dumę i ratować.jednak wygasała w niej radość i pragnienie. a tylko miłość pomogłaby przezwycięŜyć dzielące róŜnice i wynikające z nich trudności. niewdzięczny płód ciąŜył jej coraz bardziej. Pora przyznać się do małŜeńskiej klęski. Skąd ten gniew? Dlaczego jej niechęć kierowała się przeciw Ralphowi. której tak bardzo pragnęła. Doktor Smith radził. bo nawet kiedy dwa razy całował. którymi tak nastraszył Anne i Luddiego. by uciec od Ralpha de Bricassart dla kogoś. NiewaŜne. głębokie rozczarowanie. Ŝeby myślała o nim inaczej niŜ jako o księdzu i przyjacielu. Wysokie ciśnienie krwi utrzymywało się. Z coraz większą niechęcią myślała o istocie. podczas gdy ona tak bardzo go kochała i pragnęła. Nigdy jej nie zachęcał. podczas gdy coraz częściej z nienawiścią myślała o Ralphie de Bricassart. opuchlizna rosła. Ŝeby dziecko urodziło się w Himmelhoch. zanim zaczęła przez nią cierpieć. ona. Ŝe Luke z radością przyjmie wiadomość o mającym się narodzić dziecku?! Od początku ich małŜeństwa nic na to nie wskazywało. którą mogłaby otoczyć miłością. Doktor mówił o toksemii. Wszystkiemu winna była pochopna decyzja. co się da. Ŝeby Meggie wcześniej przeniosła się do Cairns. Dziwne. NiewaŜne. choć woleli. by mieć istotę. Nie łączyły ich nawet pozory miłości. a nie Luke'owi? Wszystkiemu winne były jej obawy i niepewności. kto go przypominał. jakie odczuwała. a w Dungloe był tylko punkt szpitalny. Dlaczego spodziewała się. Ŝeby wyjść za mąŜ za Luke'a O'Neilla. w którym miała się pozbyć nieznośnego cięŜaru. rzucawce połogowej i wymieniał inne medyczne terminy. Poród wiązał się z duŜym ryzykiem. Ŝe nie mogła wyjść za niego za mąŜ i mieć z nim dzieci. Zdradziła przez to samą siebie i Ralpha. Ŝe .

Meggie leŜy u mnie. gdzie Anne czytała wydaną w nieoficjalnym obiegu potępioną powieść Normana Lindsaya. zabierając połoŜną i tyle sprzętu. by uznać wyrzekanie się jej za zbędne.Zadzwoń po doktora. Jej męŜem był Luke O'Neille i jego dziecko nosiła w sobie.. Anne uniosła głowę znad ksiąŜki. . nikomu niepotrzebne poświęcenie. . Meggie leŜała na łóŜku. . wyjechał Dungloe zdezelowanym autem.Anne. . bo przecieŜ nie chciał. Nie u siebie. Ŝe tam będzie wygodniej.jej nie chciał. łącznie ze zbędną jej męskością. skoro on go nie chciał? Kiedy się urodzi. Ŝeby jego byt nie znalazł kontynuacji i dobiegając kresu. Matka-Kościół wymagała takiej daniny. która zagarnęła go całego. Jak mogła być szczęśliwa spodziewając się tego dziecka. Co by ona dała. bo ocenią swoją męskość na tyle wysoko.O BoŜe! Idź do pokoju i połóŜ się. Świadomość popełnionych błędów niczego jednak nie mogła zmienić. wyraźnie smakując kaŜde zakazane słowo. Obróciła głowę i uśmiechnęła się. mrzonka! SłuŜył instytucji. Ŝe twoje Ŝyczenie się spełni.spytał stukając butami na schodach.. Wstała i weszła do bawialni. Uznałam.Jakie Ŝyczenie. bo jest więcej miejsca... co chwila zaciskając ręce i spręŜając się z bólu. przynajmniej będzie mogła je kochać jako odrębną istotę. ustał na zawsze. Kuśtykając za lekarzem i połoŜną.. Anne w jej szeroko otwartych oczach zobaczyła wielki strach. Ŝeby mieć dziecko Ralpha de Bricassart! Niezniszczalne marzenie.Zawiadomiliście męŜa? . . pilnowała. w naszej sypialni! Doktor Smith. Anne weszła do swojego pokoju. Nadejdzie dzień. . zdaje się. ile mógł zabrać ze swojego szpitalika. Tylko. kochanie? . przeklinając nieobliczalność losu i stanowczość noworodków. Ale nadejdzie dzień zapłaty za tę chciwość. Będę rodzić tutaj. Jego właśnie pragnęła i nie powinna decydować się na Ŝadną namiastkę.Nadałam telegram. kiedy nie zjawią się następcy Ralpha de Bricassart.

Ŝe jej mąŜ ma na imię Luke. . Drogą z Dunny nadjeŜdŜała taksówka. czy Ralph juŜ przyjechał. a ten płód ma złe ułoŜenie. nie krzyczy. Joe Castiglione. Te najdzielniejsze zawsze najwięcej się namęczą. . Ŝe . Ale jakoś dała sobie radę i ja teŜ dam. nie uŜala się.Wracam do Meggie. . Anne zdziwiła się. bo moŜe to nie on. Pyta mnie ciągle. Anne oparła się o balustradę.O. Poczęstuj go na razie herbatą. Oszołomiona Anne pomyślała w pierwszej chwili. mocniejsze trunki zachowaj na później.Moja matka nigdy nie rodziła w szpitalu. W Cairns mogliby jej zrobić carskie. . Ŝe Luke przypomniał sobie wreszcie.. która skręciła na wzgórze Himmelhoch. Zdawało mi się. a ty się nim zajmij.oznajmił z głębokim ukłonem. Anne miała wyśmienity wzrok i dojrzała czarnowłosego pasaŜera na tylnym siedzeniu. .To Himmelhoch . Tata mówił. Pierwiastki rzadko rodzą się lekko.Własnym oczom nie wierzę. Ŝe kierowca wysiadł.To będzie długi i cięŜki poród.Luke to drań. W rodzinie Clearych kobiety są silne i wytrzymałe. potem spostrzegła. zwykle nie świadczył takich uprzejmości. Po kilku godzinach doktor wyszedł na werandę.zawołała z radosną ulgą.Cieszę się. Przydadzą się. Będzie usiała uporać się z tym sama. Ŝe nie zdąŜyłam pojechać do Cairns . .Czy jest przytomna? . Z samochodu wysiadł duchowny. ale wygląda na to.Owszem. pewnie dlatego wciąŜ pyta o tego Ralpha. Ŝe ma Ŝonę! . .Hm! Z Luke'a nie ma wielkiego poŜytku. Ŝeby otworzyć tylne drzwiczki. Ŝe okropnie się namęczyła rodząc Hala. Nic jej na razie nie powiem. jedyny taksówkarz w Dunny. tak. . Zachowuje się bardzo dzielnie.powiedziała. Ŝe Luke O'Neill spłatał jej dziwnego figla. a ja plotę jej o powodzi nad jeziorem Johnston. . Taksówka podjechała. ale tutaj nie wchodzi to w rachubę.

. i ujrzała ukochaną twarz tuŜ przy swojej . myśląc nerwowo: Czy wszędzie posprzątałam? Czy starłam kurze? śe teŜ tak waŜna osoba przyjechała tak niespodziewanie! Luddie. Wspierając się na dwóch laskach posuwała się naprzód powoli. Jak mogła przyrównać do ..pomyślała. a poród jest bardzo cięŜki. kiedy gość zręcznie przeskakiwał po dwa stopnie na raz. podkreślone zmarszczkami rysy. mówi się „Wasza Miłość” . Ŝe coś się stało! Od dawna miałem złe przeczucia. to nie tak. czy ty przyrosłeś do tego traktora i nigdy się nie zjawisz? Posłałam po ciebie chłopaka. . Anne Mueller. jakby ich wcale nie zauwaŜył.ale w tej chwili Meggie rodzi. Czy mógłbym się z nią zobaczyć? . Jestem legatem papieskim w Australii. to ja. w którym się pogrąŜyła. Proszę. ale zarazem z dystansem.Proszę tędy .powiedziała. . niech mnie pani do niej zaprowadzi! JeŜeli potrzebny jest jakiś powód.Tak .Nigdy nie widziałam tak przystojnego męŜczyzny! Co najmniej arcybiskup! Czego szuka biskup katolicki u luteranów? .spytał uśmiechając się z sympatią. złagodniałe oczy pełne miłości.to ktoś inny. . Anne wcale nie zamierzała bronić mu wstępu.posiwiałe skronie.. Czy tutaj mieszka pani O'Neill? .Jestem jej przyjaciele. Mój BoŜe! .Pani Mueller? .Tak.nie. Ostatnio wręcz obsesyjnie mnie prześladowały. nie dbając o nic. nie mówi się „arcybiskupie”. dobre dziesięć lat starszy od Luke'a. arcybiskupie.Meggie! Ocknęła się z upiornego snu. dawno powinieneś juŜ tu być! Arcybiskup minął doktora Smitha i połoŜną.odparła i pomyślała: Ralph? Ralph?! Więc to jest Ralph! . Ŝe jestem kapłanem. klęknął przy łóŜku i wziął Meggie za rękę.Arcybiskup Ralph de Bricassart.Wiedziałem.W innych okolicznościach na pewno bardzo by się ucieszyła. to niech wystarczy ten. . . .

niego Luke'a? Nie było drugiego takiego jak on.Módl się za mnie i dziecko. . doktorze. Luddie. zawsze moŜesz na mnie liczyć. Ralph jaśniał jak słońce! Jak cudownie go znowu widzieć! .Gdzie jest Luke? . to tylko ty. zdradziła uczucia. nikt nas nie chciał. Uznała. czy wszystko w porządku? . fałdy sutanny odsłoniły lśniące buty do konnej jazdy gdy załoŜył nogę na nogę.spytał Ŝonę.Anne. Arcybiskup de Bricassart. Zamknęła oczy kręcąc głową na poduszce.Natychmiast to uczynię. Jesteś o wiele bliŜej Boga.Na razie tak. . Ucałował gorąco jej rękę. księdza. JeŜeli ktoś nas moŜe uratować. Siedział naprzeciw. zaciskając palce na jego dłoni.Gdyby się gorzej poczuła. przytulił do policzka. Doktor Smith dotknął ramienia Ralpha. miał zapewne niewiele po czterdziestce. Ŝe jest młodszy.powiedziała Anne opierając laski o bambusowy stolik. . nawet ty. ale u niego. czekał pod drzwiami sypialni szalejąc z niepokoju. który wreszcie oderwał się od trzciny. . .Ksiądz biskup zechce teraz łaskawie wyjść. . które do niego Ŝywiła. lepiej obeznany z etykietą.Proszę spocząć. ale chyba jest dobrej myśli. mamy gościa. MęŜczyźni zwykle tak nie siadali. przyklęknął na jedno kolano i ucałował pierścień. Nikt nas nie chce.Moja Meggie. Ŝe taki wspaniały męŜczyzna się marnuje! . Doktor nie chce wiele mówić.Nie wiem i wszystko mi jedno. zawołać. odwrotna strona lustra. Szkoda. to nie raziło. Luddie. . kiedy wyszła z arcybiskupem. . Zaraz podam herbatę. Luke był jak ciemna. Ralphie . proszę mnie. . niŜ jej się początkowo wydawało. .A więc ksiądz biskup to ten tajemniczy Ralph .PomóŜ mi.powiedziała. dawny przyjaciel Meggie. Luddie.

Kiedy Luddie wszedł z tacą i dosiadł się do nich.To nie powód.odezwał się Ralph nieco szorstko. głód uczuć. ale najpierw chciałabym od księdza biskupa usłyszeć coś o Meggie.. co się z nią działo. Ŝeby współczuć Meggie . Ŝeby jej pensję wpłacano na jego konto! Nie miała grosza przy duszy.Ksiądz biskup ją kocha! .Myślę. miała wtedy dziesięć lat.To tragedia dla was obojga. kiedy przypłynęła z Nowej Zelandii. Jak Ŝyła. Meggie wciąŜ pytała o Ralpha. . .Tak. odkąd wyszła za mąŜ. Proszę mi opowiedzieć. chyba duma jej na to nie pozwalała.To do niej niepodobne.Opowiem. a więcej nie chciała przyjąć.Miałem nadzieję.Odkąd zaczął się poród. Ŝe wydała wszystko w jeden dzień. Wiele lat jej nie widziałem i niepokoiłem się o nią. co niesie ze sobą Ŝycie. Ŝe jestem śmiertelnikiem. . Nie przypominam sobie. Ŝe tylko dla mnie. . . ale tyle się zebrało potrzeb. . a juŜ na pewno nie z powodu braku .rzekła Anne zdumiona. Meggie jest lustrem.Skąd ksiądz biskup zna Meggie? Od jak dawna? Z nikłym uśmiechem Ralph załoŜył piękne. bo bardzo ją lubimy. Chcielibyśmy dowiedzieć się czegoś więcej. . Ŝe sama nad sobą się nie lituje. Kazałam Luddiemu wypłacić jej premię z okazji świąt. a takŜe śmierć i narodziny. Ŝe mieszkała gdzieś koło Gillanbone. szczupłe ręce czubkami palców. . Ralph opowiedział krótko o Meggie. Ŝe byłem przy niej. Muszę przyznać. zanim przyjechała do Dunny. które mi przypomina.KtóŜ by przypuszczał! Jak Luke mógł ją wyrwać z takiego Ŝycia i znaleźć pracę słuŜącej?! I miał czelność zastrzec sobie. Ŝe to mnie zdziwiło. . MoŜna bez przesady powiedzieć. kiedy przeŜywała powódź i poŜar. . Luddie i ja nic o niej nie wiemy prócz tego. Nigdy na nic nie mówiła. Ŝeby kiedykolwiek przedtem wymówiła to imię. Wszystko. .Poznałem Meggie.

Muellerowie opowiadali o dalszym Ŝyciu Meggie. Potem w domu będzie mogła powiedzieć.pieniędzy.Masz rację. by po chwili odpłynąć na wezbranej fali. Ŝe my musimy jej pomóc. gdzie się zwrócić. Dla kobiet. Doktor Smith zostawił przy Meggie połoŜną.wtrącił łagodnie Ralph.Spojrzał na drzwi sypialni i poruszył się niespokojnie. Po skończonej opowieści westchnął i przeniósł wzrok na ich zaniepokojone twarze. Anne . jest bezpieczna. które muszą duŜo jeździć. Wie. Twarz mu nie drgnęła. . których uwaŜał za świętoszków plotących trzy po trzy. Nie słuŜy im siedzenie okrakiem. Wiem. . Ŝeby posilić się.Wygląda na to. Wiedziała.rzekł. nie zmienił się wyraz oczu. Nie przyniosły jej szczęścia. a biskup de Bricassart siedział i słuchał ze złoŜonymi rękoma. co zechce. Ŝe damskie siodło wyszło z mody. tradycyjnie uwaŜanego za najlepszy środek. . . Ŝe póki on przy niej czuwa. ale dla jej dobra namówcie ją. Ŝeby wróciła do domu.Podobno to przesąd . Czasami pojawiała się przed nią twarz Ralpha.Jazda konna przyczyniła się zapewne do jej obecnych kłopotów. Ŝeby to dziecko wreszcie się narodziło! Poród trwał jeszcze niemal dwadzieścia cztery godziny. . wychylić kieliszek rumu i sprawdzić. czy Ŝadnemu z jego pacjentów nie zechciało się przypadkiem przenieść na tamten świat. szarpana pazurami przez wyjące zmory . co Muellerowie uznali za stosowne mu opowiedzieć. Doktor Smith aplikował wyczerpanej Meggie duŜe dawki laudanum. . Nie przepadał za duchownymi katolickimi. gdyby właśnie pieniędzy jej brakowało. . Ŝe nie chcecie się z nią rozstawać. wpatrując się w szeroki wachlarz drzewa podróŜnika za oknem. Ŝe kręci się w kółko i zapada w wir. Prześlę czek z Sydney.Dobry BoŜe. JeŜeli rzeczywiście nie zaleŜy mu na niej. Meggie jak w koszmarnym śnie czuła. kardynała di Contini-Verchese. spraw. to lepiej będzie jej w Droghedzie. źle się stało. skoro Luke o nią nie dba. Doktor Smith spojrzał na niego ze złością. Wiele się nauczył pracując dla Vittoria Scarabanzy. Ŝeby zaoszczędzić jej przykrości zwracania się z prośbą o pieniądze do brata. Wysłuchał teŜ tego.

. Ruda niesamowicie i charakterek szykuje się odpowiedni. Ŝeby ratować matkę. gdyby chodziło o twoje dziecko? Trzy godziny później. waŜy pięć funtów. . za nic mając zainteresowanie zgromadzonych dorosłych. do diabła z dzieckiem! Doktor Smith aŜ podskoczył. kiedy słońce opuszczało się ku spowitej w mgły górze Bartle Frere.. Na razie nie widzę konieczności pozbawiania kogokolwiek Ŝycia.odparł. Dawała głośny i nieustający wyraz swojemu niezadowoleniu.JuŜ po wszystkim . Wszyscy .. W wiklinowej kołysce leŜała mała osóbka. nie powtórzę nikomu. Meggie. księŜe biskupie.Brawo! MoŜe ksiądz biskup być spokojny. Ŝeby ratować dziecko. ale z boŜą pomocą wróci do zdrowia.wznieśli toast za zdrowie i pomyślność młodej matki i wrzeszczącego niemowlęcia. powiedziałbym bez wahania: niech pan ratuje Meggie. a Anne. Urodziła dziewczynkę. LeŜała na szerokim łoŜu. z wielgaśną głową. doktor. gdyby trzeba było wybierać między Ŝyciem Meggie a dziecka? . roześmiał się i poklepał Ralpha po ramieniu. Drobna. Tymczasem Anne w duchu zadała pytanie: Ciekawe. Ŝe nie wolno dokonywać wyboru. Był pierwszy lipca. Luddie i biskup poszli do Meggie.Kościół nieugięcie broni stanowiska. co doradziłoby księdzu biskupowi sumienie. . .Meggie jest wycieńczona. Uradowany Luddie z hukiem otworzył specjalnie na ten cel przechowywaną butelkę szampana. umęczona Meggie.Proszę mi powiedzieć. plantator i jego Ŝona . początek australijskiej zimy.KaŜdy myśli po swojemu . wydawała się drobna i wyniszczona.oznajmił z satysfakcją. ale Ŝywotna jak rzadko. W końcu pielęgniarka wyniosła ją razem z kołyską do pokoju dziecinnego. doktor Smith wyszedł z sypialni. aŜ minie wszelkie zagroŜenie. połoŜna. Doktor z połoŜną wyjechali. co byś odpowiedział. ani uśmiercić matki. Przyjechała pielęgniarka. Ŝeby zastąpić połoŜną i czuwać przy Meggie. ..duchowny. Ale gdyby doszło do zagroŜenia Ŝycia. Nie wolno uśmiercić dziecka.

.Cieszę się.Tego się właśnie spodziewałam! MęŜczyźni mojego Ŝycia zawsze ode mnie odchodzą. .Zostawimy cię na chwilę. . Ŝe ona teŜ mnie nie chce. ale wygląda nieporównanie starzej.powiedział łagodnie.Nie stracił zręczności ruchów. Myślę. . w których tlił się przyćmiony blask.Przysłał telegram.Płuca ma na pewno zdrowe .Chodź Nettie. ani nienawiść.Czy się nią cieszysz. kiedy zostali sami.Jak dasz na imię swojej hałaśliwej córce? .rzekła Meggie. Meggie? W wychudłej twarzy widać było tylko oczy. Sama sobie będzie sterem i okrętem. napijesz się z nami herbaty. ale nie płonęła ani miłość.Bardzo ładne imię.Moi najmilsi! Co ja bym bez was zrobiła? Czy Luke się odezwał? . Ksiądz biskup zawoła cię. . Meggie .Spotkałam w jakiejś ksiąŜce i spodobało mi się. Musiałam uciec się do podstępu. . .Justyna. Nie moŜe przyjechać. ale dlaczego właśnie takie? .pomyślała. nic do niej nie czułam i zdawało mi się. Ŝebyś porozmawiała z biskupem powiedziała i kiwnęła na pielęgniarkę. Ŝe Justyna nie będzie nigdy naleŜała do mnie. kochanie. . Popatrzyła na Muellerów i wyciągnęła do nich drugą rękę. .powiedział z uśmiechem Ralph przysiadając na łóŜku i ujmując bladą ręką Meggie. . . a kiedy nosiłam ją pod sercem. ale Ŝyczy ci wszystkiego najlepszego.. jeŜeli będziesz potrzebna. Anne pochyliła się i pocałowała ją w policzek.Muszę cię opuścić.Jaki wspaniałomyślny .spytał. . . do Luke'a. Ŝeby ją mieć.odparła Meggie i teŜ się uśmiechnęła. Jak on się zestarzał! . Spojrzała twardo z szeroko otwartymi oczyma. do kogokolwiek. z nieprzyjemnym grymasem ust.Chyba nie bardzo jej się podoba na tym świecie . .

czy zrodził się teraz z jej przeŜyć? Tak go zmartwiła. kiedy zobaczę taką róŜę. których przedtem nie było.Pamiętasz tę róŜę. Nie chciałeś mnie. . . co jej na to odpowiedzieć. . Nie byłabyś juŜ wtedy moją Meggie. szkliły się jak oczy jej matki. Patrzyła na niego ze wstrętem. Jesteś moją róŜą. nawet da się lubić .ciągnęła. Za kaŜdym razem. Kocham cię. Chciałam być komuś potrzebna. .Nadal ją przechowuję. Wiem. Nie zniósłbym. pchnąłeś mnie do niego. Czy zawsze nosiła w sobie ten gniew. nie gorzknij. Spostrzegł na jej twarzy delikatne zmarszczki. Tak bardzo starałam się zapomnieć o tobie. i wiedział. . najpiękniejszym wyobraŜeniem człowieka i myślą towarzyszącą memu Ŝyciu. ale nie zmieniaj się z tego powodu. Ŝe Luke nie przyjechał. Ŝe powodem jest jej samotność i poczucie winy. ale zaraz się opanowała. wyszłam za mąŜ za kogoś innego. czy to tak wiele? Zaczęła szlochać. albo udaje wam się dolecieć do płomienia. Wszyscy jesteście tacy sami.. czekałam na ciebie. jakie to przykre. .odparła beznamiętnie. a ty zrujnowałeś mi Ŝycie! Przez tyle lat cię kochałam. W najtrudniejszych chwilach zawsze zachowywałaś dobroć charakteru i to mi się w tobie najbardziej podoba. Nie zmieniaj się.Tak. nie myślałam o nikim innym. Albo rozbijacie się o tę szybę.Luke nie jest złym człowiekiem.. bo nigdy nie widział jej tak wzburzonej. Ŝe nie wygładzi ich wypoczynek i powracające zdrowie. a teraz mnie nie potrzebuje.. myślę o tobie. w którym giniecie. W oczach zgasł twardy błysk. Nie wiedział. pamiętam . .Nie mów z taką goryczą.Nie róŜni się wiele od innych. Ŝe ledwie ją słyszał i nie domyślił się. którą mi dałaś. Jak wielkie ćmy tłuczecie w szybę. Co ty sobie myślisz? śe jestem jakąś świętą albo zakonnicą? Nie jestem! Jestem zwykłą kobietą. kto trochę mi ciebie przypominał. do Luke'a. Meggie. Ŝeby dostać się do jakiegoś głupiego płomienia. kiedy wyjeŜdŜałem z Droghedy? spytał tkliwie. gdyby pozostało mi w pamięci takie poŜegnanie. Meggie.Daj spokój Ralphie! Nie jestem twoją Meggie i nigdy nie byłam.

przestań! . to wszystko. Muellerowie nawet nie pomyśleli. prawda? Powinniście sami łączyć się w pary.myślała . czym dla ciebie jestem! Jesteś romantycznym głupcem Ralphie de Bricassart! Nie masz lepszego pojęcia o Ŝyciu niŜ ta ćma. bylibyście niezmiemsko szczęśliwi! . róŜe mają ostre kolce! Wyszedł z pokoju nie oglądając się za siebie. Meggie powoli dochodziła do siebie. Pieczołowicie wypełniała swoje obowiązki przy rudowłosym noworodku i czekała na przypływ cudownej macierzyńskiej czułości. co to jest miłość. intensywnie rude jak dziadka Paddy'ego. męŜczyznom. kołysała. Włoski zgęstniały i zaczęły się kręcić. którymi się kiedyś opiekowała. Wszyscy czekali niecierpliwie. Obracasz w ustach ładnie brzmiące słowa! Dziwi mnie tylko. Ŝe Justyna zamarudziła. nie udało się całkiem nas pozbyć. Między szóstym a dziewiątym tygodniem oczy przybrały ostateczną. Gdyby Meggie sama. ale nie miała ani trochę pokarmu. niespotykaną barwę. . Ŝe zostałeś księdzem! Nie podołałbyś powszedniości Ŝycia. Po pewnym czasie wyładniała i zrobiła się przyjemnie pulchna. Ŝe nie darzy jej uczuciem jak swoich młodszych braci. jaki będzie miała kolor oczu.Meggie. a Justyna chowała się zdrowo. Ŝe został ojcem. Anne na szare po matce. Nie ogarniała jej nawet ochota. nie z butelki.wspominając zapędy Luke'a. uciszała się szybko pozostawiona samej sobie. Ale Justyna. moŜe przylgnęłaby do niej.Och. Luke nie odpowiedział na telegram zawiadamiający go.WyobraŜeniem! Myślą! O tak. błysnęła w nich nienawiść. nie potrzebowała takiej troskliwości. ale nie masz pojęcia. do której cię porównałam! Nic dziwnego. Luddie stawiał na niebieskie po ojcu. zejdź mi z oczu! Nie chcę na ciebie patrzeć! Zapomniałeś o jednym. Ŝe mnie kochasz. o dziwo.Znów wykrzywiła usta. Meggie od razu brała ją na ręce. a Meggie nie miała zdania. Wystarczyło. przestań! Proszę cię. Ŝeby całować małą buzię. znów rozgorzały oczy. Co za niesprawiedliwość . karmiła małą. Ralphie. Ŝe Meggie nie kocha Justyny całym sercem. gdybyś był zwykłym człowiekiem jak Luke! Mówisz. śpiewała. Ŝe wam. bawić się paluszkami i na sto innych sposobów okazywać matczyne uwielbienie. To by wam najbardziej odpowiadało. Tęczówki . Nic takiego nie nastąpiło.

a Meggie patrzyła tępo. mokra trzcina jarzyła się jak obsypana diamentami. rozpoczęła się wyjątkowo uciąŜliwa pora deszczowa.w ciemnoszarych obwódkach nie były ani niebieskie. Ŝe Justyna widzi nimi dobrze. to znów się pojawia. jednak z czasem stało się oczywiste. Północny Queensland nie tracił nic ze swej urody przy blasku podniebnych łuków. czy postąpiłam słusznie ale wysłuchaj mnie. tylko jakby jasnopopielate. Nawet piękne włosy straciły złoty połysk! . Meggie pomyślała. Ŝe Gillanbone jest takie szarobrązowe. Luke się nie pokazał ani nie odpisał na Ŝaden z listów. nad ziemią unosiły się opary. Justyna dowiodła. Ŝe nie wiedziałaby. jakby Ŝycie z niej uchodziło. Ŝe tak nie jest. Gdyby Justyna byłą chłopcem. uwaŜnie się jej przypatrując.gdyby tak było. zabarwiona tak intensywnie. woda spływała po trzcinie. Ŝe zbladły przy niej kaŜdy krajobraz prócz tutejszego. rozmywała szkarłatną ziemię. a nie spodziewała się. Pod granatowymi chmurami rozpinała się wyrazista podwójna tęcza. Justyna rozglądała się po swoim małym świecie.Meggie. LeŜąc w kołysce trącała i chwytała paluszkami kolorowe koraliki. ale Meggie radowała się szczerze. a rzeka wyglądała niczym wielki złoty wąŜ. zanim odpowiesz. a niepokojące oczy przypominały oczy ślepca. nie wiem. W przeciwieństwie do matki Justyna tryskała zdrowiem i w czwartym miesiącu Ŝycia płakała o wiele rzadziej. jak góra Bartle Frere to znika za strugami deszczu. Meggie była o tyle zadowolona. nawet najmniejszym grymasem. Czasami wyjrzało słońce. Nigdy jednak się nie uśmiechała. bo północny Queensland ściągnął do siebie wszystkie Ŝywe kolory. na początku grudnia. wypełniała po brzegi szerokie koryto rzeki Dungloe. bo w październiku. by wpadł w zachwyt na widok maleństwa o dziwnych oczach i wielkiej głowie. moŜe to by go udobruchało. Anne przysiadła się do Meggie. płodziłby samych synów. Wcześnie. Któregoś dnia. ani szare. Ŝe wspaniały Luke O'Neill nie jest bez skazy . co by mu powiedzieć. Marniała w oczach. . która szybko odprowadzała jej nadmiar do pobliskiego morza. Dzień w dzień deszcz godzinami chłostał Himmelhoch.

więc moŜemy szybko ściągnąć cię z powrotem. Najbardziej zniechęca mnie to. Zawsze wiedziałam. zapraszając cię razem z Justyną do Droghedy.Anne. Och. Ta historia z Lukiem nie jest przyjemna. odkąd zaszłam w ciąŜę.Masz rację. Nie odzyskałaś sił po urodzeniu Justyny.Kilka tygodni temu napisałam do koleŜanki.. co by się ze mną stało. Meggie. To przecieŜ ja sprowadziłam ją na ten świat. ale lepiej. . ale przywykłaś jakoś do niego. Uznaliśmy jednak. taka jestem zmęczona i zniechęcona! Nie jestem nawet dobrą matką dla Justyny. to przez te ostatnie trzy lata chyba bym oszalała. bez Luke'a. Nie chce mieć domu. Ŝe nie jesteś zdrowa. . .. kto nie byłby dla mnie tak dobry jak wy. ale daremnie.Luddie i ja bardzo się o ciebie martwimy. Na wyspie jest telefon. nie czuję się dobrze . . NajwyŜszy czas spróbować. to naprawdę się rozchorujesz. a odkąd zaczęły się deszcze. .Nie. Wynajęliśmy ci domek na wyspie Matlock na dwa miesiące.rzekła Meggie z uśmiechem. Ŝe Luke nie pozwala mi zadbać o niego. Anne! . moŜe tak byłoby najlepiej? . wróciłabyś do Droghedy. . Biskup de Bricassart przysłał dla ciebie czek na duŜą sumę i twój brat takŜe. bez Droghedy. gdzie będziesz miała więcej czasu na zastanowienie. Deszcz przesuwał się przez pole trzciny jak szary topór ucinający widok na wszystko.Nie czuję się dobrze. która pracuje w biurze turystycznym i wykupiłam ci wczasy. bez nas. Zaopiekujemy się Justyną. Próbowałam wziąć się w garść. wyglądasz gorzej niŜ przedtem. licząc od początku stycznia. gdyby nie ty i Luddie. Nie wyjeŜdŜałaś nigdy sama.Mówisz z taką powagą. Budzę się czasem w nocy i myślę.Czego mam wysłuchać? . Bez Justyny. kiedy nie byłaś tak przeciąŜona. Wzięła głęboki oddech. Kto wie. gdyby Luke znalazł mi pracę u kogoś. a gdyby cokolwiek nas zaniepokoiło. . a powinnam być. Ŝe nasz klimat ci nie słuŜy. i jeŜeli czegoś nie zrobimy. Ŝe nic złego jej się nie stanie. natychmiast cię zawiadomimy. Oboje uwaŜamy. Ŝe zostałam. Prawie nic nie jesz i tracisz na wadze. O pieniądze się nie martw.. co znalazło się poza jego krawędzią. Anne. Ŝe powinnaś wypocząć gdzieś.odparła Meggie.Gadanie! Gdyby Luke umieścił cię u jakichś niemiłych ludzi. Wiesz.

MoŜe zrozumiał. kochałam go juŜ jako mała dziewczynka. czy za stół słuŜy odwrócona skrzynka. Ŝeby kupił tę farmę. dla którego nie ma znaczenia. On po prostu gardzi ładnymi. . nie chce mieć ze mną dzieci.który bym urządziła. Kiedy tu przyjechał. Luke jest człowiekiem. urodzić czyjeś dziecko. Meggie! Wypoczniesz. Najbardziej odpowiada mu towarzystwo silnych i niezaleŜnych męŜczyzn i ciągłe przenoszenie się z miejsca na miejsce. którego poślubiła. bo to nieprawda. Ŝe byłam nieszczęśliwa. a nie tylko mówił o niej. Myślałam tylko o tym. których mu brak. Rozumiesz? Nie moŜna się odwoływać do upodobań. . Ŝe nie rzuci trzciny. Ŝe pastor gorzej dba o wiernych niŜ ksiądz. On uwielbia takie Ŝycie. Szare oczy Meggie były tego samego koloru. Ŝe go nie kochasz. Ŝe to powinno być jego dziecko. byłam dla niego bardzo przykra. bo trzcina za bardzo go wyczerpuje. wygodnymi rzeczami. MoŜe on to wyczuł od samego początku? MoŜe gdybym go kochała. uda ci się namówić Luke'a. mogłabyś być z nim szczęśliwa. ale wydaje mi się. więc dlaczego katolicy nie? I nie mów mi. co kurtyny ulewy wokół domu. bo nigdy mnie nie zwodził. Oburza mnie. kiedy wrócisz. wydobrzejesz i przestaniesz się zadręczać. zrozumiałam. Z powodu celibatu księŜy musiałam odejść od Ralpha. zawsze był wędrowcem. Nie kocham go i nigdy nie kochałam tak.Wyjedź. Więc jak mogę go winić? Mogę winić samą siebie. Wydaje mu się.Tak. A moŜe. Na dobrą sprawę. Powiem ci jeszcze jedno: to obrzydliwy grzech. a za łóŜko podłoga. Ŝe od wygód . . inaczej by się zachowywał. Wiem.W tym cała rzecz! Kiedy pojechałam z Lukiem do Atherton. Ŝe Kościół mógłby potępić moją miłość do Ralpha albo jego miłość do mnie! . Ŝe gdyby trochę ustąpił. To niesprawiedliwe! Duchowni protestanccy mogą się Ŝenić. póki będzie miał siłę przy niej pracować. Nie miałam prawa go tak traktować. niŜ gdyby Ralph złamał swoje śluby. jak kobieta powinna kochać męŜczyznę. ułoŜyć sobie Ŝycie z innym. tak moŜe być wspaniały pastor. A kobieta nie jest mu potrzebna nawet dla przyjemności. Tak jak moŜe być bezduszny ksiądz.To biskup de Bricassart jest twoją miłością.

Chcę. i tryb Ŝycia. Anne. Byłam przekonana. własny dom. młodsza siostra Anny Marii. dopóki Luke nie opadnie z sił. szyć zasłony do własnych okien. Anne. Anne! Jestem zwykłą kobietą.Ale z nas łzawa para! . Miałam trzydzieści lat. Jest mi u ciebie dobrze. chcę ścierać kurze z własnych mebli.Pojadę . ale nie jestem tego pewna. Musiał z wielu rzeczy zrezygnować. . dzieci.SkądŜe znowu! Luddie wszystko obmyślił. Luddie mówi. Zerknęła niecierpliwie na daszek werandy. rujnować Ŝycie młodemu człowiekowi! Przez pięć lat traktowałam go najokropniej jak tylko moŜna. Ŝeby Justyna miała rodzeństwo. zalśniły pełnym blaskiem tęcze. jaki prowadzi. Ŝe teŜ jest szczęśliwy. Och. . Nie mam wykształcenia ani ambicji. Wyszło słońce. Przestało padać równie nagle jak zaczęło. zachorowałam na heinemedinę i zostałam kaleką. ale . To okropne. Na czas twojej nieobecności przyjedzie do nas Annunzziata. .oznajmiła Meggie.Nie wiem. jakby miała dość zagłuszającego słowa bębnienia deszczu. Ŝe Ŝaden na mnie nie spojrzy. .To przez ten klimat. Zaczęłam pracować jako nauczycielka i poznałam Luddiego. Meggie. Ŝeby mnie ktoś choć trochę kochał! Anne wyciągnęła chusteczkę i otarła łzy. więc nie mogłam brać go powaŜnie. on dwadzieścia. która pomagała mi przed twoim przyjazdem. Meggie. Nie mam Ŝadnych moŜliwości odciągnąć go od takiego trybu Ŝycia. Od dziesięciu lat jestem Ŝoną Luddiego i od dziesięciu lat jestem naprawdę szczęśliwa.moŜna zniewieścieć. czy wytrzymam bez własnego domu jeszcze kila czy kilkanaście lat. A ostatnio wygląda starzej ode mnie. Chce pracować w Townsville jako pielęgniarka.Bardzo wam dziękuję. na przykład z dzieci. Dlatego w końcu wyszłam za niego i jestem szczęśliwa. Kiedy miałam pięć lat. jestem ci wdzięczna za wszystko.powiedziała próbując się uśmiechnąć. ale nic go nie zraŜało.Doskonale cię rozumiem. gotować w swojej kuchni dla swego męŜczyzny. liliowa góra Bartle Frere wyłoniła się z pędzących chmur. ja tylko chcę mieć męŜa. ale ja chcę mieć swój dom! Chcę. i słusznie. . kiedy mi się oświadczył. Tylko czy Justyna nie sprawi wam zbyt wiele kłopotu? . .

a szkołę juŜ za kilka dni.Niedaleko przesmyku Whitsunday w Wielkiej Rafie Koralowej. . .szesnaście lat skończy dopiero w marcu. Za to na czerwiec. Na Matlock przyjeŜdŜają południowcy z Sydney i Melbourne. z którymi wcale nie chcesz mieć do czynienia. Nie będziesz musiała chodzić na obiady do zatłoczonej jadalni ani rozmawiać z mnóstwem ludzi. a ci mają teraz śliczne lato u siebie. Jest tam bardzo cicho i spokojnie. lipiec i sierpień wykupują miejsca trzy lata naprzód.Gdzie jest ta wyspa Matlock? . bo u Tesorierów są tabuny dzieci. same małe domki. Zresztą w czasie letnich cyklonów mało kto tam bywa. oaza dla nowoŜeńców. Jest doświadczoną piastunką.

które wybiegało pół mili w morze. a jeŜeli wystaje tylko kawałek rafy. Stateczek ślizgał się bezgłośnie po wodzie tak przejrzystej. Wypłukany z barw nieboskłon nasycał się powoli od wschodu perłoworóŜową zorzą. Zielonkawoniebieską powierzchnię plamiły jak ciemne wino rozrośnięte wodorosty i korale. JeŜeli ma kształt pierścienia zamykającego lagunę. ale juŜ poczuła się lepiej zostawiwszy za sobą woń melasy. Urlop jeszcze właściwie się nie zaczął. wyrastały z wody wyspy . nazywa się atol.ROZDZIAŁ TRZYNASTY Ostatniego dnia tysiąc dziewięćset trzydziestego siódmego roku. ale wcale nie Ŝałowała. . stateczek sunął spokojnie po morzu odpoczywającym między jednym a drugim cyklonem.Przed zachodem słońca. Górzyste wyspy to szczyty gór. Spojrzał na nią z zaciekawieniem. Z pokładu roztaczał się nowy widok. . który przyniósł herbatę i herbatniki. które takŜe otacza rafa koralowa.Prawdziwa wyspa koralowa jest płaska . obudził ją dopiero nazajutrz o szóstej rano steward.Kiedy dopłyniemy do wyspy Matlock? .spytała Meggie. proszę pani. . nad odsłoniętą przez odpływ rafą.wyjaśnił uprzejmie marynarz. . górzyste i lesiste albo zupełnie płaskie i krzaczaste. Ŝe musi się spieszyć na przystań. Wszystko jednak było inaczej. Na godzinę przed zachodem stateczek zmagał się z falami odboju. Nie zdąŜyła zwiedzić największego miasta w północnym Queenslandzie.było w tym coś dziwnego.z plaŜami bielejącymi pod osłoną palm. Meggie wsiadła do pociągu do Townsville. aŜ nad horyzontem ukazało się słońce i czerwone światło rodzącego się dnia. Ŝe gdy się wyglądało przez burtę widać było głębokie groty i przemykające między nimi kolorowe ryby. nazywa się key. Meggie przyłoŜyła głowę do poduszki i zasnęła kamiennym snem. Po pamiętnej przeprawie przez Morze Tasmana przed szesnastu laty nie uśmiechała się jej wielogodzinna podróŜ stateczkiem o wiele mniejszym od „Wahine” i chciała jak najprędzej mieć ją za sobą. kierując się do mola. Samotna kobieta jadąca na urlop do zakątka dla zakochanych par . Minęło południe. Jak okiem sięgnąć.

. przyjdę upewnić się. Ŝe męŜowi uda się dołączyć do pani. ujętej między dwie ostrogi wzgórza wbijające się w wodę. . Gdyby coś było potrzeba. Poczuje pani. O tej porze roku bardzo tu pusto. Udobruchałem ją trochę przeznaczając dla pani najdalszy domek. Widzi pani tę mgłę na wschodzie? Tam rozbijają się na Wielkiej Rafie bałwany z Pacyfiku. czy wszystko w porządku. . A to nasz sklep . omijając wysokie wzgórze. . nikt pani nie zobaczy.Widoczny w głębi urwisty brzeg nie pasował do wyobraŜeń Meggie o tropikalnym raju. a nawet radio i telefon.Jestem Rob Walter. śona mnie z oka nie spuści. który pomógł jej wysiąść na molo i odebrał walizko od marynarza.Pomógł jej wsiąść do samochodu. . Od razu . jak cała wyspa się trzęsie od tego łomotu. ale woda w koralowej ramie lśniła jak gładkie srebrne lustro. . Rafa to nasz ratunek. Ŝe przyjechała do nas samotna kobieta. jaką gościmy. na jaką mógł sobie pozwolić kierowca jedynego samochodu na Matlock. . mieszka na drugim końcu wyspy. przed zachodem. dopóki pani tu jest. Rozbryzgi piany zdobiły rafę. pani O'Neill . chrzęszcząca pod kołami droga prowadziła przez dŜunglę. która wcale się nie cieszy. Popędzili z duŜą szybkością. Raz dziennie. Ale druga strona to całkiem co innego! Zobaczy [pani. Powiada. Ŝe mógłbym dać się uwieść.Wyspa ma cztery mile szerokości i osiem długości . Przecięli grzbiet wyspy i wyjechali na drugą drogę biegnącą wzdłuŜ półkolistej plaŜy nad płytką laguną. Jedyna para.Zawietrzny brzeg wydaje się dziki i niegościnny.Gdyby nie odpływ. kiedy mijali biały budynek z głęboką werandą i wystawowymi oknami. Czekał na nią przewodnik. MoŜe pani hasać nagusieńka. Była teŜ bieŜąca woda i słodka woda do kąpieli. Mam nadzieję. wystarczy zadzwonić. Wąska. zaraz przywiozę.rzekł z dumą.Witam panią. bardziej by panią huśtało.powiedział.pomyślała Meggie mile zdziwiona. Dzięki własnej prądnicy na wyspie w domku było światło elektryczne i mała lodówka.objaśnił przewodnik. Droga kończyła się przed parterowym domkiem przy odosobowej plaŜy. Ruszyli razem po nierównych deskach.Mieszkam tu z Ŝoną. Więcej wygód niŜ w Droghedzie czy Himmelhoch .

Nie było się kogo wstydzić. To taka ulga pobyć trochę samej. Przez pierwszy tydzień Meggie nie robiła nic innego. zatoczka była płytka i bez prądów. najskuteczniejsza blokada przeciw wysiłkowi umysłowemu. Z dala od dominujących wpływów Fee. Nie zaprzątała jej uwagi Ŝadna praca fizyczna. Meggie poznała prawdziwe wytchnienie. Ŝe właściwie najwygodniej jadło się je w wodzie. kto by ją nauczył pływać. dwanaście godzin.widać. Luke'a i Ŝycia. Mogła połoŜyć się na piasku i zastanowić. Myśli układały się w coraz to nowe wzory jak w kalejdoskopie. tylko jeść i spać. Ŝe goście przyjeŜdŜają głównie z Sydney i Melbourne i nie mogą się obejść bez zdobyczy cywilizacji. a na stole kosz z owocami. jakby ją wypuszczono z klatki na wolność. Za radą Roba przestała się ubierać. Spacerowała. Wcale nie czuła się samotna i po raz pierwszy od trzech lat nie tęskniła za Droghedą. leŜała na piasku. WciąŜ jadła i jadła. Ŝe aŜ tak jest wyczerpana klimatem Dungloe. Nie przypuszczała. Z początku zachowywała się jak królik czujący zapach dingo . tylko jadła i spała. Poza tym cudownie jej było bez Ŝadnego towarzystwa. W lodówce i szafkach kuchennych znalazła zapasy Ŝywności. Meggie rozpakowała się i obejrzała swoje królestwo. kim właściwie jest Meggie Cleary. Ŝe słona woda sama ją unosi. braci. nawet do kąpieli zabierała owoce mango. Anne miała rację. pluskała się w ciepłej. Kładąc się do łóŜka od razu zapadała w sen i przesypiała dziesięć. Ŝe nikt nie zakłóci jej spokoju. Brakowało jej właściwie tylko kogoś. z których tak ciekł sok. machała rękoma i nogami i cieszyła się kiedy udało jej się utrzymać kilkanaście sekund na powierzchni. Czując. Nic. ilekroć trzasnęła gałązka albo uderzył w ziemię spadający kokos. bo nie umiała pływać. PoniewaŜ mała plaŜa leŜała w obrębie laguny. O'Neill? .chowała się czym prędzej. Meggie bardzo to odpowiadało. które nie szczędziło jej trudu. a jedzenie smakowało jej jak niegdyś w Droghedzie. O ileŜ wygodniejsze było wielki łoŜe w zakątku dla zakochanych niŜ jej ślubne łóŜko w Dunny. Po kilku dniach niezmąconej samotności nabrała przekonania. słonej wodzie i czułą się oswobodzona.

BoŜe. kogo kochasz. Muszę z tym skończyć. Jakimś sposobem odciągnąć go od trzciny i zamieszkać tam. Bóg i ja. to wszystko. O dobry BoŜe. To Twoja wina. demonem strachu. kroczyłam ścieŜką cnoty. kogo mogłaby kochać. Nie najlepszy początek. niestety. Nie mogę pojąć. będziesz więc musiała przelać tę miłość na dzieci i od nich spodziewać się wzajemności. kiedy przyklęknął przed nią na stacji w Gilly. I dokąd mnie ona zawiodła? Jesteś oszustem. Był z nią od chwili.Ralph. gdzie .Czego pragnie? Po co znalazła się na świecie? Nie umiała. Ŝe jedna osoba moŜe znaczyć aŜ tyle. On Ŝyje w lęku przed Tobą. Ŝe nie moŜesz mieć w jednej osobie męŜa i tego. Ale ile z tych kobiet naprawdę się z tego cieszy? Meggie pomyślała. Ŝe ona cieszyłaby się na pewno. BoŜe. JuŜ mnie nie przeraŜasz. którego pragniesz. Tym. tak jak kiedyś. jak on moŜe Ciebie kochać. Muszę zadowolić się Lukiem i jego dziećmi. Jak mogę przestać kochać człowieka. Wszystko zaczynało się i kończyło na nim. snuć takich rozwaŜań. ale jego mieć nie moŜesz. Meggie Cleary. nie jego. ale w pewnym sensie Ralph był jak Bóg. którym grozisz karą. Nawet gdyby go nie zobaczyła juŜ do końca Ŝycia. własnego domu. który kocha Boga? Choćbym nie wiem jak się starała. co w Tobie jest do kochania. ale postanowiła spróbować. Po pierwsze . Ŝe zabrał mi Ralpha? Nie jesteśmy z sobą w przyjaźni. Nie Ŝądała zbyt wiele. To nie Ralpha powinnam nienawidzić. dzieci. Więc dobrze. Jak powiedziała Anne? śe nie pragnie niczego niezwykłego . nigdy mi się to nie uda. A to oznacza Luke'a i dzieci Luke'a.po prostu męŜa. PrzeraŜające. niedobry! Co Bóg dla mnie uczynił prócz tego. Ale mnie juŜ nie przeraŜasz. skoro z takim trudem przychodzi jej zaspokoić te potrzeby. jest Ralph de Bricassart. w końcu większość kobiet to wszystko ma. Nie rozumiem. dobry BoŜe! Nie. ZałóŜmy. Coś ci powiem. Kogoś. Meggie O'Neill. Tęsknię za nim choć jest nieosiągalny. Traktujesz nas jak dzieci. pomyślałaby o nim wydając ostatnie tchnienie. JakŜe się bałam Ciebie i Twojej kary! Lękając się Ciebie. tak jak ja Ŝyłam do tej pory. Pogódź się z tym. tylko Ciebie.

a zawsze nienawidziłam imienia Meghann. i nie będziesz go marnować na marzenia o męŜczyźnie i dzieciach. . a świadkami jej rozpaczy były kraby i ptaki. więc było mu po drodze.Nie jest chyba chora? . ale najpierw wejdź i zobacz swoją śliczną córkę. Meggie O'Neill. Chciała.Nie. Meggie obróciła się twarzą do piasku i rozpłakała tak. Ŝe uda się jej posłać tam Luke'a po wyjeździe Meggie. Zapewnię dzieciom odpowiednie wykształcenie i zadbam. Anne Mueller umyślnie wybrała wyspę Matlock. Ŝe cięŜko jej będzie rozstać się z nimi. Ŝe chcę mieć konto na swoje nazwisko. .spytał wchodząc na werandę. Luke zjawił się po dwóch dniach. Czy ja nigdy nie przestanę Ŝałować. sądząc. Zaraz ci opowiem. Nie wtrącała się nigdy w cudze Ŝycie. Przyjrzał się niemowlęciu z zainteresowaniem. Najpierw trzeba wydać na nie majątek.rzekł. Jechał do cukrowni w Sydney. ale dłuŜej tak być nie mogło. i będę wydawać pieniądze. Meggie de Bricassart . Wiedziała. Wysłała do niego telegram z prośbą. ale Ŝal jej było Meggie i uwielbiała kapryśną Justynę. nie Meggie de Bricassart. Z dziewcząt nie ma Ŝadnego poŜytku. Jestem Meggie O'Neill.Ciekawe. by córka Meggie miała dom i rodziców.W Ŝyciu nie widziałem takich dziwacznych oczu . o których nie pomyśli Luke. ale wiadomość o dziewczynce mocno go rozczarowała. jak nie płakała od dzieciństwa. po kim? . . Zawiadomię dyrektora banku w Gilly. ale ani trochę się nie wzruszył. Gdyby urodził się chłopak. który w przyszłości przejąłby farmę. Ŝeby zapewnić sobie wygody. JeŜeli Meggie koniecznie chce mieć dzieci. I to wszystko.brzmi głupio. idą pracować dla kogoś innego zamiast pomagać ojcu na stare lata. których mieć z nim nie moŜesz. a kiedy urosną.Jak się czuje Meg? . Ŝe nie mogę mieć dzieci Ralpha? Powtarzaj sobie w kółko: masz tylko jedno Ŝycie. Ŝeby natychmiast przyjechał.nie ma nawet drzew. . Ŝeby niczego im nie brakowało. stawiłby się od razu. Musiałabym się nazywać Meghann de Bricassart. Meggie O'Neill. niechby urodziła syna. Zdecydował się wreszcie zobaczyć dziecko.

Luke. Luke! Mógłbyś sobie kupić najlepszą ziemię i jeszcze sporo by ci zostało. Nigdy nie widziała własnego ojca. a co dopiero okolice Winton i Blackall. .A więc wyszło szydło z worka! Dlaczego wprost nie przyznasz. a na zachodzie. a jeŜeli juŜ.Bzdura! Wiem. to tylko na trochę. JuŜ drugi rok nie spadła tam kropla deszczu.Ale ja oszczędzam. Zabawne małe dziwadło. to i tak drań przysyła za mało! . .W mojej teŜ nie. .Och.AŜ ziemia podroŜeje? Daj spokój. . Rzadko się doczekają. Jest kryzys. Ŝe niepotrzebna ci jest Ŝona. panuje straszna susza. Drogheda na pewno teŜ ją odczuwa. UwaŜam.Przeczytałam w „Brisbane Mail”. nim dorośnie! . .rzekł stanowczo.bronił się. . Ŝe męŜczyźni ciągną do męŜczyzn.DrŜała z wściekłości. W lokalnej gazecie z Charters Towers czytałam ogłoszenia o wystawieniu na sprzedaŜ Ŝyznych farm nawet bliŜej niŜ Kynuna. Ŝe powinienem zaczekać. a nuŜ przyniesie im jakieś pieniądze.odparła Anne z trudem hamując złość. Ŝe w jej rodzinie nikt takich nie miał... aŜ spadną deszcze. to po co pchają się do Ŝeniaczki? Wiesz. nie ma prawdziwego domu i nie zanosi się. Ŝe w Australii jest największy procent porzuconych Ŝon w całym cywilizowanym świecie! Pod tym względem wyprzedzamy wszystkich. Nie ma wesołej miny.Meggie twierdzi. Anne! . .Nie chcę jeszcze rzucać trzciny .Ha! I czatują przy furtce na listonosza. Jest się czym poszczycić. Z zapewnionym dochodem dwóch tysięcy funtów rocznie przetrzymacie dziesięć lat suszy! Poczekacie tylko na załoŜenie hodowli. .No właśnie! Jest kryzys. Ŝe będzie go miała. ile masz pieniędzy w banku. ile w samym Dunny jest opuszczonych Ŝon. JeŜeli im na kawalerskim stanie. niedługo wróci. właśnie wyjechał do trzciny. Luke! Teraz jest pora na kupowanie. nie odrywając spojrzenia od oczu córki. prawda? . Ŝe wolisz Ŝyć z kolegami i harować jak wół?! Co się dzieje z tym zafajdanym kraju. od Junne do Isy. a Ŝony zostawiają same z dziećmi.Jak moŜe mieć wesołą minę? . które ledwie wiąŜą koniec z końcem chowając dzieci bez ojców? . .

wzięła Justynę na ręce. O co ci chodzi? . Ŝebyś do niej pojechał. Nie chcę być na utrzymaniu Meg. Nie był pewien. Nie martw się. zbliŜyła się z trudem do łóŜka i przysiadła na nim. . Opaloną twarz zalał mu rumieniec. Dziś wieczorem jedziemy z Arnem do Sydney.Bujda! PrzecieŜ oŜeniłeś się z nią dla pieniędzy! Luke nie spojrzał na Anne. .Podobała ci się?! A kto ma otoczyć ją miłością? . Liczyłam. .A skoro juŜ przestałaś mi dogadywać. ale oŜeniłem się z nią. Luke! Nie zasługujesz na to. to powiedz. . Ŝe namówię cię. paląc się do wyjścia. Anne! PrzecieŜ nie porzuciłem Meg.Nie czułą się dobrze. bo podobała mi się jak Ŝadna inna. Luke. Miał taką minę. A skoro zaczęła powiększać rodzinę.. weź na siebie odpowiedzialność za Ŝonę i dziecko! Powinieneś zapewnić im własny dom.Będę.Przyznaję. śeby jeszcze trochę wytrzymała.Daj spokój. wydoroślej. Ŝeby jej pomóc. w jaki sposób traktujesz swoją Ŝonę! Na miłość boską. będę! Później! Na razie muszę jeszcze parę lat popracować przy trzcinie. co masz. Opierając się o ścianę dla utrzymania równowagi Anne pochyliła się nad kołyską. nic z tego. być męŜem i ojcem! .Co mam powiedzieć Meggie. . kiedy wróci? Wzruszył ramionami. jakby bał się własnej córki.Miłość! A cóŜ to znaczy? Miłość to wytwór kobiecej wyobraźni i nic więcej. Nie mogę na ciebie patrzeć.Idź juŜ. gdzie jest Meg? . przydałby się syn. czy ona przypadkiem wszystkiego nie rozumie.Mam dość tego. .Odwrócił wzrok od Justyny. Anne z pogardą wykrzywiła usta. . Wysłałam ją na urlop. Ma zapewniony byt i dach nad głową. Wracaj do Arnego i do tej swojej piekielnej harówy! .Wszystko mi jedno.Nie ma mowy. . ale jak widzę. . nie za twoje pieniądze. Ŝe pieniądze miały znaczenie. Luke ani drgnął.

W pierwszej chwili nie poznała kierowcy. i zaczęła je karmić z podgrzanej butelki. trochę po kobiecemu uczuciowy? Czy Luke miał rację? czy miłość to wytwór kobiecej wyobraźni? A moŜe tylko kobiety są zdolne ją odczuwać i ci męŜczyźni. wzięła niemowlę od Nancy. Justyna! . gdyby Luddie tak wyglądał. Ŝe w końcu Meggi porzuci nadzieję na uratowanie związku z Lukiem i wróci do Droghedy. ale za duŜo je. ale dopiero kiedy spojrzała mu w oczy.Durne imię . który przeskoczył niskie drzwiczki ubrany w same szorty. Drogą z Dunny nadjechał sportowy samochód i skręcił na długi podjazd pod górę.pomyślała przyglądając mu się z uznaniem. . .Dobrze byłoby. ale serce jej się ściskało na myśl o tym dniu.Zatrzymał się przed drzwiami. Ŝe Meggie zostanie jeszcze trochę z Justyną w Himmelhoch. Następnego dnia Anne była juŜ spokojniejsza i nie miała uczucia.wyszeptała i upuściła butelkę z mlekiem. .Meggie wydobrzała. uprzytomniła sobie. Ach. Usadowiła się na krześle. bo zapomniałem? . Przeklęci męŜczyźni! Wszyscy prócz Luddiego! Czy Luddie umiał kochać dlatego. wyniosła Justynę na werandę.Jakie jej dała imię. Rano dostała kartkę od Meggie. . Zrobiła. AleŜ pięknie zbudowany! . Annunziata. Ŝe był tkliwy.jak przyjemnie jest Ŝyć. śadna nie mogła mu dać tego.Justyna. co mogła. Ŝeby przemówić Luke'owi do rozsądku.pomyślała .Mój BoŜe! . Justyna. cieszy się. Ŝe poniosła klęskę. Czerwona karoseria i srebrzysta rura wydechowa lśniły nowością. Gość przeskakiwał po dwa stopnie na raz i to wydało jej się znajome.powiedział i wyszedł. pudrem dla niemowląt i zabawkami. która zachwycała się wyspą Matlock i zapewniała o świetnym samopoczuciu. jak przyjemnie . którzy mają w sobie odrobinę kobiecości? śadna kobieta nie zatrzymałaby przy sobie Luke'a. co mu potrzeba. kto przed nią stoi. ale skoro jej się to nie udało. zwana Nancy. Anne połoŜyła Justynę na łóŜku i wybuchnęła płaczem. Nie miała wątpliwości. a Anne pokuśtykała niosąc w zębach koszyczek z czystą pieluszką. Więc jednak jej starania nie poszły na marne .

a co dopiero w tych szortach. . Ŝeby ją obsypały piegi. . Nauczono mnie. Justyna poruszyła się niespokojnie. pomasował ją znowu. tylko księdzem na zasłuŜonym urlopie.Meggie teŜ właściwie jest ruda.Bajeczne oczy! Po Meggie moŜna się było spodziewać.Podniósł ją. Ŝe ksiądz.powiedziała obrzucając go spojrzeniem od stóp do głów.OdłoŜył pustą butelkę. . MoŜe ją pani karmić dalej. bo nie jestem obciąŜony Ŝadnymi nieprzyjemnymi obowiązkami prawdziwego ojca. z którym Meggie tak się musiała namęczyć. podał i oparł się o balustradę werandy. Łatwiej mi cieszyć się nimi. Jest tak mocno zgięta. Justyna beknęła potęŜnie kilka razy.Tak właśnie mówi Meggie.Nie jestem w tej chwili arcybiskupem. Zawsze wyobraŜałam sobie arcybiskupów jako nadętych grubasów. tak jak Luddie. . a wcale nie ma piegów. Ŝe urodzi niezwykłe dziecko. . proszę mnie nie tytułować. ma w swojej naturze coś kobiecego. Ŝeby dziecku odbiło się bez ulewania.Nie. AleŜ rudzielec! Wykapany dziadek! . Ŝe to najlepszy sposób.Czy Meggie dała jej na imię Justyna? . Tyle Ŝe ma zupełnie inną cerę. . .Jednym z moich obowiązków jest odwiedzanie sierocińców. . Roześmiał się. . trzymając ostroŜnie butelkę. Więc to jest to maleństwo. to dlatego.Jakby chcąc to potwierdzić. usadowił Justynę przodem do siebie na kolanie i pochylił masując plecki. a potem ułoŜył na ręku. .Nawet w sutannie nie wygląda ksiądz na arcybiskupa. Ŝe byłby z księdza wspaniały ojciec. wziął niemowlę i karmił je. Ŝe mleko pozostaje w Ŝołądku. Anne wsunęła jej smoczek do buzi i odetchnęła głęboko.Podoba mi się.Tak. .Pozwolę sobie zaznaczyć. odzyskując mowę.Zawsze lubiłem dzieci. Nie Ŝyczę maleńkiej. .Smoczek się nie ubrudził. . . stąd umiem się obchodzić z małymi dziećmi. . kiedy byłem tu ostatnim razem? Mogę ją potrzymać? Usiadł obok Anne.AleŜ mnie ksiądz biskup zaskoczył! . ale to ją zdaje się czeka.

choć zwykle tego nie robiła. i teraz. dobrali się jak w korcu maku. kiedy jechałem do Aten. Kardynał di Contini-Verchese przejął obowiązki po zmarłym niedawno kardynale Monteverdim. a monsuny znacznie pogorszyły stan jej zdrowia. DrŜała mu ręka.Do Watykanu. Łatwo uczę się języków i pilnie to wykorzystałem. Pierwszy raz. nie mógłbym odmówić. Kościół ściąga do Rzymu wszystkich swoich dyplomatów.spytał biorąc od niej zapalonego papierosa. To nie będzie łatwe.Gdzie jest Meggie? . kiedy unosił papierosa do ust. Moje przeniesienie było nieuniknione. na bardzo długo. W Europie zanosi się na wojnę.Proszę mi podać .JeŜeli zostało księdzu kilka dni. . Długo. Ralph usadowił się wygodnie i wyciągnął z kieszeni paczkę capstanów. . Watykan musi w jakiś sposób pogodzić dwie przeciwstawne ideologie: katolicyzm i faszyzm. Mussolini układa się z Hitlerem.Dokąd ksiądz jedzie? .Nie ma jej. pierwszego marca. mógłby ksiądz zobaczyć się z Meggie wyrwało się Anne bez zastanowienia. . jakby czytał w jej myślach. Znam bardzo dobrze niemiecki.Zapalę księdzu jednego. Dziękuję.rzekła Anne. . To wielkie wyróŜnienie. Spojrzał na nią. Ŝebym przyjechał do Rzymu. . .To juŜ drugi raz przyjeŜdŜam się poŜegnać i nie zastaję jej. . zapatrzony w dal. .Justyna odwzajemniła sympatię gościa i zasnęła mu na ręku. jak przypuszczam. Wysłaliśmy ją z Luddiem na dwa miesiące wakacji. Rosnąca nadzieja na czekające go spotkanie zgasła. . Proszę się poczęstować. .Na jak długo ksiądz wyjeŜdŜa? . bardzo długo nie odpowiadał. śyczy sobie.. Wróci za siedem tygodni..spytał opanowanym głosem i cisnął niedopałka za balustradę. greki nauczyłem się w Atenach.Gdzie ona jest? . a dzięki kardynałowi di Contini-Verchese za takiego uchodzę. Nie doszła do siebie po tym cięŜkim porodzie. a włoskiego w Rzymie.O. Mówię teŜ po francusku i hiszpańsku.

bezbrzeŜnie szczęśliwa? To przecieŜ za nim tęskniła.Gdzie? . Kiedy nadjechał samochód Roba. O tym.Rozumiem. z prywatnymi plaŜami i domkami.rzekł z naciskiem. Myli się pani w swoich domysłach. . Z daleka poznała. Meggie jak zwykle czekała na werandzie dając znak ręką. To zaciszny zakątek. . Dlaczego nie biegła mu naprzeciw.Niech się ksiądz nie martwi.zawołał Rob zawracając.Nie mogła się powstrzymać i dodała: . . a ja mu tego nie powiedziałam. Ŝe to nie Luke.odparła Anne z gorzkim uśmiechem. szortach i sandałach z walizką w ręku. Ŝe wszystko w porządku. .. choć usiłowała wybić go sobie z głowy. Przeklęty. .. Ŝe Meggie jest na Matlock. . Czekają tam na niego. skąd! .Czy Meggie spodziewa się Luke'a? .Na pewno się nie zjawi. . co zbrukałoby jej nieśmiertelną duszę.Albo duszę księdza? Niech ksiądz się poda za Luke'a O'Neilla. Ale kto wie. gdyby ksiądz chciał od niej o wiele więcej. .A jeśli raptem zjawi się Luke? . W końcu zrozumiał.Chcę ją tylko zobaczyć. .AleŜ nie.Do zobaczenia.Na wyspie Matlock .odparł kierując się ku schodom. Meggie ani przez chwilę nie dała się zwieść pozornemu podobieństwu Luke'a O'Neilla i Ralpha de Bricassart.Nie zrobię jej krzywdy .Dziękuję . z otwartymi ramionami.odpowiedziała. Wiedziała. przy których się zatrzymał. nikt tam księdza nie zobaczy! Ralph delikatnie połoŜył śpiącą Justynę na kolanach Anne. jak za nikim innym na świecie. Nie wciągałbym Meggie w nic. panie O'Neille! . mógłby się dowiedzieć tylko ode mnie. Ŝe jest mu potrzebna. czy mniejszą krzywdą nie byłoby. Ŝe idzie ku niej Ralph de Bricassart. bo z jakiego innego powodu by tu przyjechał? Stała sztywna jak z drewna.Na wyspie Matlock przy przesmyku Whitsunday.. . Pojechał do Sydney i wróci dopiero w marcu. Rob zatrzymał samochód: z wnętrza wysiadł pasaŜer w koszuli. Chcę się tylko z nią zobaczyć. .

a ona wpatrywała się uparcie w małą. Wzięła talerz i czajniczek. Musiał przyznać. jak miłość do niej. Przyjechał do Matlock zobaczyć się z małą Meggie. .teraz to rozumiał widziała go inaczej niŜ przedtem. jakimi zwracał się do niej. napełnia imbryk gorącą wodą. Stało się to na cmentarzu w Droghedzie po przyjęciu urodzinowym Mary Carson.odparł tak samo drętwo. widząc ją wreszcie taką.Witaj. oczy Meggie! Dech mu zaparło. Meggie. Ŝe nie moŜe okazywać jej szczególnych względów. niezmienna w zmieniającym się ciele. Podała mu puszkę z herbatnikami. wyłoŜył trochę na talerz. On natomiast pielęgnował swoje złudne wyobraŜenia o niej. kiedy była małą dziewczynką. Ŝe patrząc w jej oczy widział zawsze swoją małą Meggie. Teraz. bo zobaczył w nich dojrzałą kobietę. OpróŜniła ogrzany imbryk. Ŝe pragnął jej od ich pierwszego pocałunku. a nie z dorosłą kobietą. . Z trudem pogodził się kiedyś z fizycznym dojrzewaniem Meggie.Napijesz się herbaty? . wściekła. Ralphie . odmierzyła łyŜeczką herbatę i zalała wrzątkiem. . a jeśli mu się to udało to dlatego. chwiejącą się na wietrze palmę za oknem. przywołał tę chwilę.powiedziała przez zaciśnięte zęby. on filiŜanki i weszli do bawialni. kiedy zrzuciła łuski dzieciństwa i zaczęła patrzeć na świat jak kobieta. kiedy wyjaśnił.przeklęty! Co go podkusiło.Co się stało. która go fascynowała. jak włącza elektryczny czajnik. . Pili herbatę w milczeniu.Z przyjemnością . ale poŜądanie nie dręczyło go nigdy tak. szykuje filiŜanki.spytał łagodnie. Ŝeby przyjechać akurat teraz. Wszedł za nią do kuchni i przyglądał się. Ralph zerkał na Meggie. Od tamtej pory . Rozdzielał jedno od . . wszystko od nowa! Czekała na niego oszołomiona i zła.Witaj. Meggie? . jaka była naprawdę. Serce zabiło jej boleśnie na dźwięk słów. kiedy udało jej się wyplenić go z myśli. moŜe nawet z serca? Och. przeraŜona.spytała wchodząc do domu. ze spuszczonym wzrokiem. bo zostałyby one odczytane jako męskie zainteresowanie. Obróciła się ku niemu zdumiona. O BoŜe.

. a obdarłem ją z tych złudzeń. na usta rozchylające się bezradnie. Silna wola umilkła zakrzyczana przez zmysły. przytulił policzek do jej policzka poddając się szaleńczemu.drŜącą i rozpłomienioną kobietę. być kimś więcej. jakby nie chciał na chwilę jej opuścić. Ona nigdy nie uległa temu szaleńczemu przekonaniu. a ona jego. zerwała się z krzesła. Opanowanie straciło władzę nad poŜądaniem. nie mogę być Bogiem. . LeŜeli w nim oboje. . Meggie była zmęczona. Meggie! Ratuj resztki dumy! Ledwie przemknęła jej ta myśl. Patrzyła mu w oczy z rosnącym wstydem i upokorzeniem. Otoczył ją ramionami i spojrzał oczyma pełnymi łez na rozjaśnioną twarz. Czy wszyscy księŜa pragną utoŜsamić się z Bogiem. Ŝe jesteśmy zwykłymi śmiertelnikami. nie widząc. Kiedy i jak doszli do łóŜka. Na zawsze miał pozostać tylko człowiekiem. Widząc mnie uznała. Prze te wszystkie lata kochaliśmy siebie. Och. przyprawiającemu o zawrót głowy popędowi. moja Meggie! Wreszcie zrozumiał cel swoich dąŜeń . który dowodzi niezbicie. wznieść się ponad przeznaczenie istoty z krwi i kości. Postanowiła czekać.pytał.wyrzucał sobie. ale broniła się przed zaśnięciem. Ŝe jeśli zaśnie. zderzyli się ze sobą. pojęła.zastanawiał się. pogoń za boskością to urojenie. by wyzwolić wybuch i namiętność.PrzyjeŜdŜając tu zburzyłem twój spokój. ale kaŜde z nas kochało inaczej. zdumione rozkoszą.nie być człowiekiem. Ŝe się poddałem. a kiedy na zmieniającej się twarzy ujrzała wyraz litości. A przecieŜ trzymał w rękach swoje przeznaczenie . jak straszny popełniła błąd. nie pamiętał.drugiego. są tacy? Wyrzekamy się aktu.PrzecieŜ ją kocha! Teraz tak samo jak kiedyś. Uśpionej potędze wystarczyło muśnięcie. Meggie! Co ja ci zrobiłem?! Jak mogłem być tak ślepy i samolubny? . Ŝe to dwie strony tego samego medalu. aŜ . Dogonił ją przy drzwiach werandy. Nawet przez sen otacza ją ramieniem. Oplotła go ciasnym uściskiem. Panie mój.Jestem człowiekiem. Co robić? Jak to naprawić? . dotykał jej. Zdawało się jej. Uciekaj. czemu nie oszczędziłeś mi tego? . po obudzeniu nie znajdzie go koło siebie. O BoŜe.

pływali. Przyjemnie było słuchać. czy ten piękny poranek to dobry znak. która ją syciła i ogrzewała od dzieciństwa.Meggie.Ja zrobię śniadanie. Co jej powie? .Usiadł i przeciągnął się. spacerować nago poddając się ich ciepłym pieszczotom. leŜeli na plaŜy. jakiego nigdy nie zaznała.skłamała. Ŝeby popływać. . . a potem zrobić śniadanie powiedział czując uśmiech przytulonej Meggie. Za tydzień odpływa mój statek do Genui.Czy będzie Ŝałował? Przepełniało ją szczęście. wychodzi na werandę. . . Mijał dzień po dniu.Nie. kiedy padli sobie w objęcia. a ty popływaj. wracam do Droghedy. zanim przyjechałeś. noc po nocy. a ona od razu poczuła ból rozstania. . Spojrzała mu w oczy i dostrzegła w nich tę samą miłość. Od chwili. czuła. a takim domem zawsze będzie Drogheda. LeŜała patrząc. zatrzymuje się.Ale chyba nie przeze mnie? . PoŜegnam cię spokojnie. Nawet letnie ulewy sprawiały przyjemność. gdzie czułaby się u siebie. Był jej droŜszy nad Ŝycie. Luke mnie nie potrzebuje. jakimi ją powita. Justyna . wyciągnięty na piasku. Moje Ŝycie teŜ się odmieni. czy starczy mi sił. wyciąga rękę.usłyszy słowa. Wstał. nie będzie wcale za mną tęsknił. kiedy odciągnął ją od drzwi. .Jurto. Czy juŜ wyjeŜdŜasz? .Nie martw się. Kiedy wyszło słońce.zastanawiała się. Odwraca.Podjęłam decyzję..Nie wiem. Rozstaję się z Lukiem. .Pójdziesz ze mną? Śniadanie zrobimy później. Obudził się.Prawdziwy raj! . tylko dla niego. . Nikt tu nie przychodzi. nigdy nie byłem taki szczęśliwy i zarazem taki nieszczęśliwy powiedział któregoś dnia.Wiem. jak bębnią w dach. oczywiście. Ŝe jest dla niego stworzona. jak podchodzi do rozsuwanych drzwi od strony plaŜy. . . Mnie jest potrzebny dom. moŜesz się nie ubierać. spacerowali.. Ŝe nie . .Ciekawe.

Wracam do Droghedy. jakby dopiero teraz zrozumiała. to była Meggie. A nawet przespać. Luke nie dałby ci szczęścia. ale jakŜe odmieniona. . Ŝe jego przyjazd skłoni mnie do rzucenia Luke'a. . ile ta kruszyna dla niej znaczy.Tnie trzcinę koło Ingham. gdzie on jest? . Nie chcę cię opuszczać.Będę pisał do ciebie.Muszę pojechać i zobaczyć się z nim. ale Ŝyczę wam obu jak najlepiej. na zawsze. nigdy bym się z tobą nie rozstawał. kiedy podrośnie na tyle. dobrze się przedtem zastanów. śadnych listów. Dlatego postanowiłam wrócić do Droghedy. choć Anne i Luddie nie myślą o mnie w ten sposób. . która udzieliła się Anne. Ŝe nie ma normalnego domu.. Ŝe potrzebne mi listy po tym. jak to przeŜyłam. Myślisz. jak ci dziękować.tu na Matlock i w Droghedzie.Wiesz. jeśli odwiedzisz Droghedę.. Widocznie domyśliłaś się. Zawsze cię kochałem i będę kochał.Za to. co przeŜyłam? Listy mogłyby wpaść w niepowołane ręce. Wzięła Justynę na ręce. Ale nie moŜemy siebie zmienić i moŜe tak właśnie jest najlepiej. Pamiętaj o tym. Oczy lśniły jej radością. Kocham cię. . a dopiero do Boga .Nie. I tak nigdy się od ciebie nie uwolnię. nie rób tego. gdybym tu nie przyjechał. Nie masz pojęcia. Tak. zwłaszcza z Justyną. W dwóch miejscach na ziemi naleŜysz najpierw do mnie. Kiedy Meggie wróciła do Himmelhoch. Anne domyśliła się od razu. Anne. .nie moŜe wychowywać się w domu. gdyby to było moŜliwe. i kołysała ją rozglądając się z uśmiechem po pokoju. Justyna jednak zacznie tak myśleć. Ŝe ją utraci. MoŜe kiedyś przyjedziesz do Australii. Dowiedziałem się o sobie rzeczy.Niby za co? . Zupełnie naturalne będzie. w którym jestem słuŜącą. ktoś mógłby je przeciw tobie wykorzystać.CięŜko mi będzie Ŝegnać się z tobą.Nie wiem. . Ŝeby zrozumieć. Ŝe przysłałaś Ralpha. . . .Meggie. ale ostrzegam cię. których bym nie wiedział. Meggie.

Anne wpatrywała się w Meggie. a nie mam . zrozum. .A czy ty i Luddie przyjedziecie do nas? . co się dzieje z obiektem takiej miłości? Zazdrośni Bogowie niszczą go w pełni rozkwitu.Grecy powiadali. Tylko myśl o dziecku Ralpha podtrzymywała Meggie na duchu.Meggie pokręciła głową zdecydowanie. Czuję się tak. ale teraz będę miała jego syna. Odwróciła się do kołyski. Meggie.Och.Słucham! . choćby nie wiem jakim kosztem. wiem o tym na pewno! . jakby wyrosły mi skrzydła! Będę chronić to dziecko. .Dwa tygodnie temu powinnam mieć miesiączkę.Będziemy was odwiedzać raz do roku. które po prostu się wie. .O nie! . Ŝe nie mogę mieć Ralpha.Co ma być. Jestem w ciąŜy. choć sama myśl napawa mnie obrzydzeniem. to będzie. I on będzie tylko mój. . . . Anne.mówiła z błyszczącymi oczyma.Jestem w ciąŜy. Ŝe to grzech przeciw bogom kochać coś lub kogoś miłością bez granic. jaki mogła popełnić przeciw sobie. Anne.Chcę ci coś powiedzieć. Dlatego prześpię się z Lukiem.To moŜe być fałszywy alarm . Gdyby nie to nowe Ŝycie.Och. . jedyne. Meggie! . ale dla tego dziecka gotowa była zawrzeć pakt z diabłem. mój! . To przestroga dla ciebie. . Wiesz. . jakie mu mogę dać. Ŝe juŜ go więcej nie zobaczę.bąknęła Anne. jakby widziała ją pierwszy raz w Ŝyciu. . Chcemy patrzeć. jak Justyna rośnie. . Potem wrócę do Droghedy i mam nadzieję. Są rzeczy.powiedziała Anne z westchnieniem.powiedziała.Mój BoŜe! .odparła mruŜąc roześmiane oczy.Ostatnim razem zdarzyło się to przy Justynie.Niezły z ciebie gagatek .. pójście do łóŜka z Lukiem byłoby najcięŜszym grzechem. kiedy tłukła się kolejką do Ingham. co to znaczy! Zawsze wiedziałam. Meggie połoŜyła Justynę do kołyski. .Co takiego? . które w sobie nosiła. Najpierw muszę mu zapewnić nazwisko. Zbyt wielka miłość jest bluźnierstwem.

co się święci. przekonał się. przeciągając się i ziewając. Ŝe wracam do domu. Nie trzeba mu było Ŝadnej zachęty. z nieoczekiwaną pomocą Luddiego. Na prośbę Meggie Luddie wywiedział się. Nie miał nic przeciwko temu. mina mu trochę zrzedła. wyglądały jeszcze ponętniej. skoro sama do niego przyjechała.Co cię sprowadza do Ingham. . Najlepiej zobaczyć się z nim w sobotę wieczorem albo w niedzielę.Kto tam? . Anne nie miała przed nim sekretów.zawołała. wstała i podeszłą do drzwi. Meggie leŜała rozebrana na łóŜku. ale kiedy zobaczył. ale kiedy przyjrzał się jej uwaŜnie. do Droghedy odpowiedziała z uśmiechem. Trudno pomyślał . po tygodniowym wieczorze w kuchni.trzeba będzie zaryzykować. Luke wszedł. niezbyt zmęczony. Ŝeby spędzić z nią noc. Od czasu ciąŜy piersi jej się zaokrągliły. ale przygotowała się starannie. . więc wiedział. więc gotowanie z pewnością idzie mu jak z płatka i nie psuje humoru.Przewidywała trudności. chowając się za nie. drgnęła. Udzielił jej wyśmienitej rady. a wtedy stanęła na wprost niego w całej okazałości.Przyjechałam powiedzieć ci. Przekręciła klucz i uchyliła drzwi. gdzie pracował Luke. Szybko dojechał do miasta przygodną cięŜarówką. W pierwszej chwili nie chciał uwierzyć. kiedy wypada Luke'owi dyŜur. . . . kiedy dostał wiadomość od Meggie. Poprosiła o przekazanie wiadomości. Do samego rana Meggie nie odezwała się ani słowem. Luke powinien być w dobrym nastroju.Luke.spytał rano. Właśnie w sobotę po południu Meggie wynajęła pokój w najprzyzwoiciej wyglądającej gospodzie. Meg? . Stamtąd udało jej się dodzwonić do farmy. Luke kończył zmywać naczynia po kolacji. Ŝe czeka na niego w Ingham. Ŝe wcale nie Ŝartuje. Kiedy usłyszała pukanie. Uchodzi a świetnego kucharza. Ŝe apteki są juŜ pozamykane. ale jej dotyk rozpłomienił Luke'a jak nigdy.

śałujesz mi kilku nędznych funtów. Siedzieliśmy w Atherton cztery tygodnie i buliliśmy forsę! Nie stać mnie na to.Jesteś skąpcem. miałaś dach nad głową. i kto wie. Nie zamierzasz wcale ich wydawać. Nie chcę cię więcej widzieć.To było półtora roku temu! I przecieŜ wyjechałem z tobą na wakacje. Gdybyś ty chciał się rozwieść.oznajmiła ubierając się..Uprzedzałam cię. Ŝeby być ze mną! Nigdy dla ciebie nic nie znaczyłem.Tak właśnie kobiety patrzą męŜczyzn . nie mogąc wydusić słowa.Och.. Nie widział sposobu. Ŝeby jeszcze fundować ci Sydney. .. Nie potrafiła docenić rozmachu jego planów. zapominając o naszym istnieniu! Wiesz. Nikt. . .AleŜ.powiedziała spokojnie. .powiedziała złośliwie.rzekł wreszcie zrozpaczony i zrezygnowany. wiesz. ale dałem się nabrać! . Od tej pory będę ze swoich dochodów utrzymywać Justynę. Meg! . ale na więcej nie licz. Nikt nie mógłby powiedzieć. Miałaś co jeść. Ŝeby ją przekonać o słuszności swoich zamierzeń. Ŝe byłem dla ciebie okrutny. . moŜe drugie dziecko. nic cię ono nie będzie obchodzić.Nie biorę z tobą rozwodu . Jak mogła go tak niesprawiedliwie zwymyślać! I to po takiej nocy.Ale głowa do góry! Przez te trzy i pół roku zarobiłeś dzięki mnie więcej niŜ przy trzcinie. . jeŜeli nie zabierzesz mnie do Sydney odparła. które leŜą w banku. kto ty jesteś? PróŜny. co się stanie. JeŜeli urodzi się drugie dziecko.Nigdy cię źle nie traktowałem. Luke .spytał.Dlaczego? . MoŜesz zatrzymać moje dwadzieścia tysięcy funtów. Ŝeby zabrać z sobą do Droghedy pamiątkę! Nie przyjechałaś wcale. . dopóki będę Ŝyła. jak złotego cielca. Chryste. prawda? Jesteś liczykrupą i patentowanym osłem! Jak moŜesz tak traktować Ŝonę i córkę. . Luke.Nie chcę wychodzić drugi raz za mąŜ. . . zarozumiały. Dlatego tu przyjechałaś. . SłuŜyłem tylko do zapładniania. Ŝeby mieć drugie dziecko. Meg! . Czcisz pieniądze. .wykrzyknął szczerze zdumiony.A więc to tak! Chodziło ci tylko o to. gdzie mnie szukać. egoistyczny drań! Pobladł i trząsł się cały.

. wpatrując się w zamknięte drzwi. ale nie ma to jak kumple. Wiedział. co moŜe ci się przyda. Jaki człowiek jest głupi. moŜe być.wielkie nadęte zero! Po jej wyjściu siedział dłuŜszą chwilę na łóŜku. Potem wzruszył ramionami i ubrał się.Powiem ci jeszcze coś. owszem. Ŝe jeśli się pośpieszy. przyjdzie do kwatery razem z Arnem i kumplami. Seks. . Przy drzwiach się odwróciła.Mierzi mnie twój widok! Luke O'Neill . gdybyś znalazł sobie jakąś inną kobietę.Wzięła torebkę i walizeczkę. . . Niezastąpiony Arne! Swój chłop. Nie masz zielonego pojęcia o całowaniu. Rozdziawiasz się jak łykający pyton i ociekasz śliną.Z zawziętością otarła usta ręką.

CZĘŚĆ PIĄTA: FEE 1938-1953 .

Ŝe pragnie. nie wierząc własnym oczom. smagał suchy jesienny wiatr. jesienne kwiaty w ogrodzie. dziwnie zielona trawa wokół rezydencji. Kangurów było więcej niŜ kiedykolwiek. Ogromne ilości róŜ. Bluey był zachwycony. Mgliste brązowe welony kurzu. do pustej szarej ziemi i do wspaniałej srebrzystej trawy. Serce Meggie ścisnęło się jak opasane łańcuchem. Ŝe kiedykolwiek zatęskni. Na podwórze wybiegła pani Smith. wonne laki i cynie. za którym nie przypuszczała.ROZDZIAŁ CZTERNASTY Meggie nie chciała. podobne do brudnego deszczu. dzięki którym na miejscu umierających wyrastały nowe rośliny. . Słyszała posępne krakanie wron . Papugi galah wzlatywały róŜowymi falami nad cięŜarówką. zabrała się więc do Droghedy cięŜarówką pocztową starego Blueya Williamsa. W trawie widać było wybielałe szkielety uschniętych pni. chryzantemy i róŜe. powoli jak konstelacje na niebie. która ciągnęła się ku niebu w wielkim geście błogosławieństwa. Rosły piękne symetryczne wilgi przypominające krągłe kształty kobiece. Tu był tylko toczący się nieuchronnie czas. a króliki uskakiwały z drogi zuchwale łyskając białymi puszkami ogonków. Drogheda! Drogheda! Upiorne eukaliptusy i wielkie senne sumaki szumiące od pszczół. Tu nie było takiej bujnej roślinności jak w Queenslandzie ani tak szybko następujących w przyrodzie zmian. nagietki. gdyŜ zbliŜyli się do rezydencji. Wracała do znajomych stron. wyczuwając. Ŝe znów ją widzi. Ogrodzenia dla bydła i budynki z wapienia Ŝółtego jak masło. co robiła przez ostatnie cztery lata. potem zaczęła się śmiać i płakać. i ciekawy tego. Nadbiegły teŜ Minnie i Cat. tu pozostawiła serce na zawsze. przestał jednak wypytywać.dźwięk. by ktokolwiek wiedział o jej powrocie. W Droghedzie był jej dom. zarzucając Meggie na szyję stare Ŝylaste ramiona. by jej w tej chwili nie przeszkadzano. srebrzystobeŜowa trawa Wielkiego Północnego Zachodu. Ŝe są to miraŜe. Emu biegały jak oszalałe. astry i dalie. Na dalekim horyzoncie pojawiały się samotne drzewa i tylko fruwające niebieskie linie u ich podstawy wskazywały. Justyna leŜała w koszyku stojącym obok niej na siedzeniu. I wreszcie trawa.

W tym momencie pojawili się Jack i Hughie. teraz dojrzalsza zrozumiała matka cieszy się.Zostawiłaś Luke'a? .Tak. Jestem w ciąŜy. SłuŜące były zachwycone. Meggie. Wróciła do swojego dawnego pokoju wychodzącego na pastwisko przy domu i na ogrody. Nigdy do niego nie wrócę. witali ją nieśmiałymi uśmiechami. ani mnie.Dzieci? . Ŝe one mają takie samo prawo wiedzieć jak i ona. lecz bez jego autorytetu. co spowodowało takie zamieszanie. z którego jednak przebujała radość. mamo! Wróciłam do domu.Witaj. Szare oczy Fee nie zmieniły wyrazu.spytała Fee w obecności pani Smith i słuŜących zakładając. ani dzieci.Tak. Pewnie dlatego są tacy nieśmiali . tak typowy dla niej. zostawiając go. którą Jims i Patsy przyprowadzili ze składu w Gilly. . Tego wieczora wszyscy bracia byli w domu. . Zaopiekujemy się tobą.zastanowiła się. Ziemia wymaga właśnie tego co oni mogli jej dać .Jeśli on ciebie nie potrzebuje. Cichy. . iŜ nie miał własnej rodziny. On nie potrzebuje ani domu. Ŝe ziemia nie potrzebuje umiejętności oratorskich i ogłady towarzyskiej. trzeba było bowiem rozładować cięŜarówkę zboŜa. niechętnie wyraŜał opinie czy uczucia. PrzecieŜ on musi mieć około trzydziestu pięciu lat. gdy się urodzi. Obok miała pokój dla Justyny i dla malucha. Miał tę samą co Paddy łagodną siłę charakteru.pomyślała Meggie ze zdumieniem. zamknięty w sobie. brakowało mu jedynie ojcowskiego podejścia. wysuszony przez słońce. Ale teŜ był podobny do Fee. Przygarbiony i Ŝylasty. lecz nie umie tego okazać. to dobrze zrobiłaś. a jeszcze się nie oŜenił .niekwestionowanej miłości i całkowitej wierności. coraz bardziej przypominał Paddy'ego. lustrzane odbicia Boba. Och. a Fee wyraziła swoje zdanie ostroŜnym tonem. być moŜe dlatego. . . jak dobrze znowu być w domu! Bob takŜe się ucieszył z jej powrotu. .Fee wyszła zobaczyć.

Ŝe się przydam? . Z niejasnego powodu Meggie znacznie dotkliwiej odczuła stratę starej kasztanki niŜ rozstanie z .spytała. mieszkających na obrzeŜach Gilly. ale wiesz przecieŜ.powiedział Bob. Dla urodzonego na tych czarnoziemach taki strój był bezuŜyteczną pozą. Czy się przydasz?! Meggie. . Zaledwie garstka aborygenów. Meggie zdawała sobie sprawę. Będziemy dokarmiać je sami. jeśli będziesz tak jak dawniej objeŜdŜać bliŜsze pastwiska. jakie posiadały pierwotnie. Mając czternaście lat opuścili szkołę na zawsze. Bob mimo to pojechał do Martina Kinga i kupił je dwa spośród jego półkrwi podjezdków . jak to jest z owcami. nosząc ozdobne buty na wysokich obcasach i wielkie stetsony. mimo Ŝe byli przyodziani w strój.jasną klacz z czarną grzywą i ogonem oraz długonogiego kasztanowego wałacha. Owce nie jadły niczego poza trawą i zaroślami wyciętymi w ich naturalnym środowisku. Kasztanka i czarny wałach nie Ŝyły juŜ: stajnie były puste. zjadają więcej trawy niŜ owce i kangury razem wzięte. Trudno się przedzierać przez busz. Meggie zapewniała. A do zebrania paszy dla ponad stu tysięcy owiec po prostu brakowało ludzi. szary filcowy kapelusz z niską główką i szerokim rondem oraz buty do jazdy konnej z elastyczną cholewką do kostek i niskimi obcasami. biała koszula. a zdarzało się to przecieŜ często. Prze cały czas spędzony w szkole nie mogli się wręcz doczekać powrotu na te nizinne czarnoziemy. zostały wyeliminowane w procesie hodowli. naśladowała kowbojów z amerykańskiego Dzikiego Zachodu. niezdolne do pojęcia nawet elementarnych zasad przetrwania. zwolnisz mi człowieka do zbierania paszy. Ŝe wystarczy jej którykolwiek koń ze stadniny. JuŜ teraz przypominali swoim wyglądem swoich braci. który z wolna wypierał tradycyjne szare materiały noszone przez hodowców z Wielkiego Północnego Zachodu. w butach na wysokich obcasach.Czy to znaczy. częścią zupełnie innej kultury. jak to jest z owcami. Meggie . Resztki rozumu. . bliźniacy wrócili do domu na stałe.Od dwóch lat nie spadła ani kropla deszczu.. a w wielkim kowbojskim stetsonie było niewygodnie i gorąco. Wierni danemu słowu. Tępe zwierzęta. Były to białe barchanowe bryczesy.Nigdy jeszcze nie było tak sucho. Króliki dokuczają nam bardziej od kangurów.

bowiem od samego początku wypasane zgodnie z zasadami nauki. co konieczne. który z tęsknoty za domem przywiózł z Anglii króliki . tym razem jednak dostrzec moŜna było czarną ziemię pokrytą drobną siateczką szczelin przypominających wyschnięte i spękane usta. by wzdragać się przed robieniem tego. Ŝe juŜ od dawna musiało być źle. niejako z nocy na noc. królików zaś za duŜo. Były wszędzie i zjadały cenną trawę. Człowiek musiał spełniać rolę nienaturalnego drapieŜnika. by kiedykolwiek trawa w Droghedzie nie przetrwała suszy. jakby w ten sposób fakt jego wyjazdu został jeszcze silniej podkreślony. Podczas czterech lat jej nieobecności rozmnoŜyły się ponad wszelką miarę. dla tej małej istoty poruszającej się w jej wnętrzu. Bydło i owce tego nie robiły. tak jak Justyna nigdy nią nie była. ich liczebność przekroczyła znacznie dopuszczalne granice. szyjąc lub robiąc na drutach. ani depresji.był częścią jej. W pewnym stopniu Justyna przyczyniła się do tego sama. Było przeraźliwie sucho. Zabijanie w celu przetrwania nie było okrucieństwem.mówił Bob pełen goryczy. ale ludzi było za mało. Nie znosiła sposobu w jaki te słodkie małe zwierzątka ginęły pokiereszowane stalowymi zębami. wypełniona pragnieniem wydania go na świat. W Australii nie było Ŝadnego drapieŜnika. Nie odczuwała ani mdłości. obserwować ptaki. który kontrolowałby populację królików. Nauczyła się nastawiać pułapki na króliki. Po prostu. chociaŜ przypuszczała. Mała jasnooka istotka przeradzała się z bezmyślnego niemowlęcia w bardzo inteligentną dziewczynkę i Meggie z . Meggie nie pamiętała.Ralphem.On . niebo i ziemię. całkowicie zakłóciło ekologiczną równowagę kontynentu. z psami w tumanach kurzu wznoszących się za beczącym stadem owiec. . . była jednak zanadto przywiązana do ziemi. spędzała dni w domu z panią Smith.od początku myślała o nim jako o istocie męskiej . Gdy ciąŜa nie pozwalała Meggie dosiadać konia. a przywiezione lisy nie zadomowiły się. Mimo wszystko dobrze znów było jeździć konno przez pastwiska. Była to swojego rodzaju opóźniona reakcja.Szlag by trafił tego pierwszego Angola. Działo się to przede wszystkim za prawą królików. Nie naleŜały do rodzimych zwierząt Australii i ich sprowadzenie spowodowane sentymentalizmem. Minnie i Cat.

nawet stopy Ralpha. by miały się później mienić. Pierwszego października. Nie moŜna powiedzieć. ani mleka w proszku. przytulać ją. kiedy Justynka miała równo no szesnaście miesięcy. Bezskutecznie. lecz dziecko ignorowało ją tak jak wszystkich pozostałych domowników. Meggie pozbawiona skrupułów. i sam proces rozwoju. gdy okazało się. z loczkiem jasnych włosów na czubku doskonale uformowanej malutkiej główki i oczyma o Ŝywym niebieskim kolorze. Nie mogło to nie dać w efekcie bardzo wybuchowej mieszanki. ale gdyby miała. by była hałaśliwa czy teŜ niegrzeczna. a ból minimalny. teraz pragnęła otaczać córeczkę miłością. na co miała ochotę. Poród był bardzo szybko. aby tylko wywołać uśmiech na jej twarzyczce. PoniewaŜ Meggie zbyt długo okazywała obojętność wobec Justynki. Szokowała ją stanowczość. urodził się w Droghedzie syn Meggie. Meggie nie miała pojęcia o genach. tym razem nie potrzebowała butelek. Kiedy Jims i Patsy powrócili z Sydney. którzy przechodzili samych siebie w wyprawianiu róŜnych sztuczek. całować i śmiać się razem z nią. gdy miała dziewięć miesięcy. We wrodzonej powadze Justynka prześcignęła nawet swoją babkę. Armstrongów i O'Neillów. Poprzednio nie miała pokarmu. Dwa czy trzy ostre skurcze. ale Meggie czułą się wspaniale. zaczęła chodzić własnymi ścieŜkami i robić dokładnie to. dziękowała losowi za to. ręce Ralpha. nie zdradzającym Ŝadnych oznak. PrzeŜyła rozczarowanie. Mały był taki śliczny! Długi i szczupły. Zaczęła chodzić i mówić wcześnie. zastanawiałaby się nad skutkami zmieszania genów Clearych. po prostu była niezaleŜna. iŜ Luke . pani Smith sądziła. po czym odeszły wody i dziecko zostało przyjęte przez panią Smith i Fee w kilka zaledwie minut po telefonicznym wezwaniu lekarza. Ŝe znów zgarnie ich pod swoje skrzydła. Ale kiedy stanęła na nogi i opanowała mowę. z jaką Justynka odrzucała wszelkie próby okazania jej czułości. JakŜe mogłyby się zmienić? To były oczy Ralpha. Ŝe większość czasu spędzali na pastwiskach. Zajęła się więc Justynką. Przyszedł na świat prawie cztery tygodnie za wcześnie i całkowicie nieoczekiwanie. Lekarz musiał załoŜyć szwy.zafascynowaniem obserwowała i dziecko. nos i usta Ralpha.

Czy wybrałaś juŜ imię dla niego? . moŜe nie tak jak Franka. iŜ podobało mi się to imię. zafascynowana małym. kochała go tak mocno. na jego zamknięte oczka z ciemnymi rzęsami. jakby narzucano nowej istocie cząstkę kogoś innego. Meggie przyglądała jej się z wdzięcznością. Ralphie de Bricassart.Nazwę go Dane. W przeciwnym razie trzeba będzie pojechać do Gilly. . puszysty loczek na czubku.spytała Fee. w jaki zrastały się brwi. A jego nazwę Dane z tego samego powodu. wszystko to było tak podobne do Ralpha. Lecz ręce.Ono nie ma nic wspólnego z Lukiem. On mi wystarczy.do tego stopnia przypominał Ralpha w budowie.i Jemu. którego kochasz bardziej ode mnie. A juŜ najmniej twojemu ojcu. Ŝe nikomu nie przyjdzie do głowy zastanawiać się nad tą sprawą. . Nic więcej nie będę miała. . co ci ukradłam . . Ŝe jego małe dziąsełka zadawały ból. mój malutki! . Lecz.Daj mi go. Mama znowu będzie kochała. Ssał tak mocno. a tak mało przypominało Luke'a. CzyŜ to nie wspaniałe! . mamo. Ŝe skończyłaś juŜ z O'Neillami. puszystymi brwiami. Nigdy ci nie powiem. by łatwiej patrzeć na jego doskonałą twarzyczkę. .W gruncie rzeczy całkiem nieźle brzmi . on musi mi wystarczyć. Miała nadzieję. Justynę nazwałam Justyną dlatego. malutkimi pracującymi policzkami. na tego Boga. kształt paluszków.Przesunęła się na poduszkach.Co za dziwne imię! Dlaczego takie? Czy to rodzinne imię O'Neillów? Sądziłam.przyznała Fee. Musi być juŜ głodny! Mam nadzieję. Był głodny. . Ŝe stary Bluey pamięta o odciągaczu do pokarmu. na Boga. w karnacji skóry. który jest księdzem i nie moŜe cię uznać. sposób. a takŜe rysach twarzy. Nie znoszę imion rodzinnych. by lepiej ułoŜyć w zagięciu ręki. Gdy Meggie spoglądała na niego z góry. ale przynajmniej coś będzie czuła. nigdy się nie dowiesz. to tak.Moja dziecinka! Jesteś mój i nikomu cię nie oddam. Och. Ŝe bolało ją to bardziej niŜ jego ssanie. Meggie drgnęła: jej piersi były przepełnione. .

PrzyłoŜył do niej policzek. Angelico. ramiona wyprostowały. stawały się szpakowate. bogatym w tkaniny i obrazy oraz francuskie dywany i meble. pełnym złota i kości słoniowej. Wieczne Miasto. Mógł poprosić. Dotykając ustami tego symbolu władzy duchownej. Naprawdę jest wieczne pomyślał spoglądając przez okno taksówki na dzwonnice i kopuły. jak gdyby stale na nie patrzył. Gdy tylko zamknęły się cicho drzwi. zrozumiał. jak Giotto. by wyjechał po niego samochód z szoferem z Watykanu. arcybiskup Ralph przeszedł przez pokój. Ach. dumne fontanny i malownicze ruiny rzymskich budowli. obok wielkich obrazów takich malarzy. Arcybiskup Ralph wylądował we Włoszech zakwitających właśnie pełnią śródziemnomorskiej wiosny i wsiadł w pociąg do Rzymu. skinieniem głowy odprawiając mnicha. ta zmiana była widoczna! Usta ściągnięte zaznały cierpienia i stały się przez to bardziej wraŜliwe. Znajdował się w reprezentacyjnych salach wielkiego kardynała i bez wątpienia bogata rodzina Contini-Verchese nie szczędziła majątku. Gładka małą dłoń kardynała. Botticelii. w której Kościół znów go ogarnie i pragnął odwlec ją. Oczy. Ale dla niego to wszystko nie miało znaczenia. .Statek zacumował w Genui na początku kwietnia. na palcu której płonął rubinowy pierścień. kardynał di Contini-Verchese. place upstrzone gołębiami. by pocałować pierścień. Dla niego waŜny był Watykan. które miał w pamięci. aby upiększyć otoczenie ich dostojnego potomka. wyciągnięta była ku niemu. ukląkł i ujął dłoń. takie piękne w kolorze. Pochylony kark napiął się. Dominikanin poprowadził go przez wysokie marmurowe korytarze pośród rzeźb z kamienia i brązu wartych wystawiania w muzeum. lękał się jednak chwili. Ŝe nie mógłby skłamać. siedział w pokoju utrzymanym w tonacji purpury. nawet jeśli dotąd miał taki zamiar. były teraz całkiem inne. Rafael. Spuściwszy wzrok. przesunął rękę z ramienia klęczącego na jego włosy i łagodnie odgarnął je z pochylonego czoła. jego wystawne sale dostępne ogółowi i jego skromne ale prywatne. Arcybiskup Ralph spojrzał w oczy swego pana. Vittorio Scarbanza. Kardynał Vittorio połoŜył drugą rękę na ramieniu Ralpha. Nie były juŜ takie czarne jak dawniej. kształcie i rozstawieniu. symbolu autorytetu w Ŝyciu doczesnym.

jak jego myśli przystosowują się do poprawności. Ŝe zawiódł człowieka. ciąŜące mu od wielu tygodni. rozsądku i tobie tylko właściwego sposobu rozmawiania z ludźmi. usiądź. jesteśmy księŜmi. czemu tak się obawiał tego spotkania. Ogromne beznadziejne zmęczenie. naprzeciw drobnej postaci przyodzianej w szatę mieniącej się purpurowej mory. . Przez wiele lat widziałem. później! Najpierw musimy porozmawiać.Pragnę cóŜ wyznać Waszej Eminencji. jaką jest nasza ludzkość. Ściany mają uszy. sama nie będąc juŜ czystym. Usiadł więc niedaleko. zanim zostaliśmy księŜmi.Ralphie. który miał jego dobro na myśli. zaczęło ustępować. nie zmieni to mojego zdania o tobie.Później.Kardynał Vittorio sądził w duchu. lecz przede wszystkim jesteśmy tacy. Nikogo z przydzielonych mi księŜy nie polubiłem tak jak ciebie. Usiądź. Nie przestaną cię lubić. jacy byliśmy. Nie dla uszu kardynała prostota kolokwialnego języka angielskiego. Lękał się ze względu na swoje poczucie winy.Chodź. Ŝe będziesz musiał kiedyś dojść do tego. Nie uciekniemy przed tym nawet w naszej wyjątkowości. proszę. które wyrobiłem sobie przez te wszystkie lata spędzone razem. Czuł się winny znalazłszy więc w obecności tej czystej istoty. . Wszyscy . iŜ oczy Chrystusa musiały być niebieskie jak oczy Ralpha . Ŝe zostanie zrozumiany i Ŝe zostanie mu wybaczone. skoro w głębi duszy wiedział. i to po angielsku. Cokolwiek mi powiesz. Ralphie. zrozumieć wszystko. Jak dobrze znów cię widzieć! Brakowało mi twojej mądrej rady. stapiającej się z otoczeniem. zdania. . jak zaczynają ponownie układać się w sztywną frazeologię kościelną. który był mu niezwykle Ŝyczliwy i był jego prawdziwym przyjacielem. Jesteśmy ludźmi ze wszystkimi ich słabościami i wadami. Ŝe nie jest tym. Czuł. Wiedziałem jednak. iŜ nie pojmujesz tej wrodzonej słabości.łagodne i patrzące na wszystko z dystansem. Ralph de Bricassart bardziej od innych zdawał sobie sprawę. zmienia się nawet jego sposób mówienia. na szczęście tutaj nie rozumieją po angielsku. Ale nie o to chodziło. za kogo chciał być uwaŜany. . Dzięki temu mogły zawrzeć wszystko. Zastanowił się. Ralphie. Ŝe człowiek zmienia się pod wpływem swego otoczenia.

. złamałem śluby. bo to świętokradztwo. a pokora czyni wielkiego świętym . Ralphie. duma przez ciebie przemawia! To nie ty przebaczasz czyŜ jeszcześ tego nie zrozumiał? Tylko Bóg moŜe przebaczać.Duma. jakby nie miały one dla ciebie Ŝadnej wartości. nawet jeśli był nią sam Bóg. .i wielkiego człowieka.Wszystkie złamałem. CzyŜ nie przebaczył Lucyferowi? Przebaczył mu juŜ w chwili rebelii. który jest najbardziej pokorny i ludzki z nas wszystkich. Jedyną twoją wadą jest brak pokory. . byś zrozumiał. kiedy przyjąłeś spadek po Mary Carson. zakochany w kapłaństwie i świadomy swojej wyjątkowości. Nie chciałbym. To Lucyfer. Ŝe jesteś przede wszystkim człowiekiem. Ralphie. CzyŜ sam tego nie powiedział? „Lepiej rządzić w Piekle. mniej bolesnego sposobu.dochodzimy. CzyŜ nie tak? . Myślę jednak. Tak chciał nasz Pan Jezus Chrystus. Nawet Ojciec Święty. nie Bóg. jakŜe więc mogę spodziewać się przebaczenia boskiego? . Być moŜe ta nauczka miała na celu opanowanie twojej dumy. Ŝe musiałeś zrozumieć tę waŜną lekcję.Tak brakowało mi pokory. . a zatem nie tak wyjątkową istotą. wybrał swój los jako władcy piekieł. Ŝe nie przyszło ci to lekko. i nie było na to innego. jeśli szczerze Ŝałujesz. niŜ słuŜyć w Niebie!”. Bowiem nie umiał przemóc swojej dumy i podporządkować swojej woli Innej Istoty. Bóg jest tajemniczy. tak jak dawniej! Nie zdziwiłeś mnie. W takim razie pozostały czystość i posłuszeństwo. . nie złamałeś swoich ślubów. Wiem.Eminencjo. nie będziesz prawdziwie pokorny. Nie mogę sam sobie wybaczyć. Wiesz przecieŜ. W pewnym sensie chciałem być Bogiem. Zgrzeszyłem w najbardziej jaskrawy i niewybaczalny sposób. Wasza Eminencjo. Na zdecydowanej twarzy pojawił się grymas.Śluby ubóstwa złamałeś juŜ dawno.Mów do mnie Vittorio.. jak sądziłeś. Sądzę. Dopóki nie pozostawisz przebaczania Bogu. Znam cię bardzo dobrze. Niełatwo to wybaczyć. byś popełnił ten błąd. Ŝe jesteś bardzo dumny. Tylko Bóg! A on przebaczy. a Jego wola dla nas niezrozumiała. Ŝe straszniejsze winy przebaczył znacznie większym świętym i większym zbrodniarzom. mój drogi przyjacielu. ani teŜ nie rozczarowałeś.

. juŜ od dzieciństwa. Czy naprawdę chciałeś być taki szlachetny? . zatem wyspowiadam się i będę czekał na przebaczenie. gdy byłą juŜ kobietą. Miałem do wyboru: albo zniszczyć ją. gdy była małą dziewczynką. . a uczucie czyni człowieka ślepym. kim się stała. Cierpisz. śałuję.A jednak. To nie jest jej wina.KtóŜ inny? Ona jest moją jedyną próbą tworzenia. Muszę zaakceptować to. gorzko Ŝałuję. Powinienem był coś zrobić. jakbyś nie był jeszcze gotów. Trzymałem ją w moim sercu i ona o tym wiedziała. Gdybym spotkał ją po raz pierwszy. Zrozumiałem jednak. by moja miłość stałą się fizyczna. bez zastrzeŜeń. Ŝe jako kapłan jestem waŜniejszy. . Gdybym wtedy wyrwał ją z serca całkowicie. a ona mniej istotna. Ŝe nie była tego świadoma wcześniej. Nie umiałem postąpić inaczej. Jej los stał się waŜniejszy od mojego. jak wiele mam na sumieniu. by ci przebaczono. . Ŝe jestem odpowiedzialny za to. Muszę starać się być lepszym. czym jestem.Widzisz. . . Vittorio. Vittorio. w pewnym sensie musiałem to zrobić. Uśmiechnął się.Wiem.Co z nią będzie? Czy wyrządziłeś jej większą krzywdę. nie będąc dumnym z siebie.Czy to RóŜa właśnie? Arcybiskup Ralph odchylił głowę i spojrzał na sufit zdobiony złoconymi stiukami i barokowym Ŝyrandolem z Murano. Ralphie. by ulec ludzkiej słabości.. sądziłem. Lecz ja znałem ją wiele lat przedtem. ale ja nie wiedziałem. Nie posiadam prometejskiego daru przewidywania.Westchnął. śałuję naprawdę. czyŜ nie tak? Dlatego. . Chciałem być stwórcą. Ŝe byłeś wystarczająco ludzki. przynajmniej w tym pokoju. Ŝe masz rację. albo wziąć winę na siebie. czy pojmujesz to? Do tej pory zawsze myślałem najpierw o sobie. niŜ gdybyś odmówił? .poznanie siebie jako kobiety. na kogo nie miałbym wpływu. którego słowami nie potrafił wyrazić. moŜe wszystko potoczyłoby się inaczej.Nie wiem.. Chciałbym wiedzieć! Wtedy po prostu nie widziałem innego wyjścia. bo kocham ją szczerze. ale nie zrobiłem niczego. Ŝe dałem je to. wiedziałaby o tym i moŜe stałaby się kimś innym. a jego oczy zdradziły wewnętrzny konflikt.. czego najbardziej potrzebowała . Poza tym to się po prostu zdarzyło! Sądzę jednak. To nie znaczy.Brzmi to tak. Ŝe nie chciałem.

iŜ poznanie kobiety moŜe być źródłem tak głębokiej radości.. o co mi chodzi? Nigdy. Myślę. rozumiem .śałuję złamania moich ślubów. co czuję do Meggie. nie odsłaniając prawdziwych myśli. Nie sądziłem. co widziały.Tak. Ojciec Giorgio odczyta właściwie twoje uczucia i intencje.rzekł. z tą samą gorliwością. . . . a nie ojcem Guillermo.Jest rzeczą świętą. Co przeŜywał ten człowiek w jedwabnej purpurze. Było w niej widoczne duchowe brzemię. jakie podjęła. wspólnie jedzone posiłki. jej uśmiechy i myśli.Zaskoczony Ralph spojrzał w ciemne oczy kardynała. Ŝe tak to pojmujesz. Gorzko tego Ŝałuję. tyle Ŝe innego rodzaju. gdy kardynał się nie odezwał. jeśli wyspowiadasz się przed ojcem Giorgio. Nie będę mógł juŜ nigdy spełniać obowiązków kapłańskich tak jak dawniej. Dla twego własnego dobra będzie jednak lepiej. którego jedyną widoczną ludzką słabością zdawał się być jego ospały abisyński kot? . Nie przypuszczałem.rzekł. . czego z nią doznałem .Wyraz jego głowy wobec cisnących się myśli. podczas gdy ojciec Guillermo jest mniej spostrzegawczy i moŜe nie uznać twojej prawdziwej skruchy. rozmowa i milczenie.westchnął kardynał. A Meggie? . . .Dobrze.Meggie jest błogosławieństwem . które są przecieŜ tak wiąŜące i waŜne jak moje Ŝycie. Ŝe moŜe istnieć taka przyjemność. przenigdy nie potrafiłem właściwie wyrazić tego. On ciebie zrozumie. przypominały zwierciadła . Chciałem być z nią nie z powodu jej ciała.Nie mogę Ŝałować tego.śałowanie tego czynu równałoby się zamordowaniu Meggie. który znów zwrócił się do niego.Pochylił się do przodu. iŜ sprawiało mi radość bycie z nią. Zobaczył w nich siebie: dwie malutkie postacie. Ŝe w oczach naszego Pana łagodzi to twój wielki grzech.ciągnął Ralph. Będę tęsknił za nią do końca Ŝycia! śółtawa ascetyczna twarz kardynała w niezrozumiały sposób przypomniała mu nagle twarz Meggie w chwili rozstania. Zmęczonym gestem przesunął dłonią przed oczyma. . by iść naprzód wbrew wszelkim przeciwnościom. . . Oczy Vittorio.Czy jasno wyraŜam choć w małej części to. sakramentem.Nie .Ledwie dostrzegalny cień uśmiechu . .Jestem męŜczyzną i jako męŜczyzna odczuwałem przyjemność.odbijały to.. . lecz dlatego. i zdecydowanie.

. .Widziałem duŜo czarnych koszul na ulicach Genui i Rzymu . . którzy spowiadają wielkich. by Kościół pozostał ponad wszelkimi ideologiami politycznymi i międzynarodowymi kłótniami. Dało się słyszeć dyskretne pukanie do drzwi. jaki kiedykolwiek spotkałem. w których mieści się Bóg. pochodzi od Boga. ci. Cokolwiek by się miało zdarzyć. by nie zaistniały Ŝadne róŜnice między Kościołem a świeckim rządem Włoch. To dobra i waŜna funkcja . choć początki były trudne. poniewaŜ masz najlepszy dyplomatyczny umysł. CięŜkie czasy przed nami. Ralphie. od czasu mojego pobytu w Australii stałem się prawdziwym miłośnikiem popołudniowej herbatki. czyŜ tak? Zastanawiam się czasami. które słuchają i osądzają. Ojciec Święty jest nieugięty w postanowieniu. Bez względu na nasze uczucia i przekonania musimy starać się. musimy współpracować dla Ojca Świętego. gdybym ciebie nie spotkał.To specjalne kohorty II Duce. oni teŜ są ludźmi.przesunął się po jego twarzy. co zobaczysz. poniewaŜ tak miało być i teraz nie moŜe być inaczej. Bawi mnie odgrywanie „mamusi”. co myślisz. bowiem mogę być pewny. jak we wszystkim. naleŜą do ludzi. . . Nigdy o tym nie zapominaj. którego udzielają. Chciałem mieć ciebie przy sobie.Powstrzymał arcybiskupa.Widzisz. W swoim powołaniu są jak naczynia. Kardynał Vittorio siedział w milczeniu. . Przebaczenie.Och. ale we wszystkim innym są tylko ludźmi.Będziesz mnie popierał nawet wbrew mnie. Oczywiście ma rację. . . co by się ze mną stało. mój drogi Ralphie. Ŝe twarzą nie zdradzisz. Arcybiskup Ralph uśmiechnął się smutno. Poznaliśmy się. musimy mieć moŜliwość pełnienia naszych obowiązków wobec wszystkich. nie! Sam naleję. gdy nalewał herbatę. . czekając. ale uszy.powiedział arcybiskup Ralph przyglądając się kardynałowi. aŜ tacę z herbatą postawią na inkrustowanym stoliku.Mój drogi Ralphie.Zostałbyś arcybiskupem Sydney. które będą zwalczać się w imię tego samego katolickiego Boga. a takŜe. nawet jeśli wojna podzieli nasze owieczki na dwie strony.Lecz drogi naszego Ŝycia nie w naszych rękach leŜą. .rzekł kardynał uśmiechając się szeroko. bez względu na to. który sięgnął po czajniczek. Całkiem nieźle ją parzą w mojej kuchni.

. bowiem był juŜ stary. Nie mamy wszak wyboru. Obaj wybuchnęli śmiechem. by czekał nas sukces . Sataniczne Ŝółte oczy kota spojrzały na arcybiskupa Ralpha wyniośle.Ach. za to wszyscy potępią. by jej uniknąć. i wskoczył na kolana.Sądzisz.. gdzie drzemał. Sheba! Przywitaj się ze starym przyjacielem. .Wiem i Jego Świątobliwość teŜ to wie. . którego niegdyś wolałaś ode mnie. Nikt nas nie polubi. iŜ nic nie stoi na przeszkodzie. Nie zaprzeczysz jednak. Kot kardynała wolnym krokiem wyszedł z nasłonecznionego kąta. .Nie widzę sposobu.Rezultat będzie taki. Ŝe będzie wojna? . Zrobił to z trudnością. .Nie sądzę. jak zawsze wobec podstawy bezstronnej.powiedział arcybiskup Ralph. by modlić się prywatnie o szybki upadek II Duce i Fuhrera. po czym się zamknęły.

. by posłuchać wiadomości i prognozy pogody dla rejonu Gillanbone. bez wątpienia o australijskim akcencie głos premiera Roberta Gordona Menziesa. Zamiast jednak energicznego. Ŝe Hitler napadł na Polskę. by i przekazać piątkowe nowiny. tak jak zwykle. w domu nie było nikogo oprócz Fee i Meggie. Radio włączono wieczorem. z Droghedą. a takŜe o niepokojach w Europie i o polityce australijskiej. przynoszące informacje o powodziach. Po wybudowaniu stacji nadawczej Australijskiego Komitetu do Spraw Radia postęp dotarł do Gillanbone. Nareszcie było coś. co mogło przyćmić wspólną linię telefoniczną jako masową rozrywkę.. oksfordzkiego akcentu spikera doszedł ich dystyngowany. Fee i Meggie włączały radio. iŜ wobec niezaprzestania przez Niemcy inwazji na Polskę Wielka Brytania wypowiedziała Niemcom wojnę. a zasilający go akumulator samochodowy ukryto w szafce. wieczorami zaś słuchały wiadomości ogólnokrajowych nadawanych przez stację ABC. a ksiądz Watty. spieszył się do Narrengang. a wszystko bez udziału Blueya Williamsa i tych przestarzałych gazet. Sam odbiornik był dość brzydkim przedmiotem w orzechowej budowie. W rezultacie Australia takŜe jest w stanie wojny. poŜarach i deszczach w kaŜdym zakątku kraju.ROZDZIAŁ PIĘTNASTY Drogheda miała własny radioodbiornik. Nie zainteresowała ich ta informacja. Od wielu juŜ miesięcy słyszały spekulacje na ten temat. Ustawiono go w salonie na niewielkim wykwintnym sekretarzyku. Kiedy w piątek pierwszego września w wiadomościach ogólnokrajowych podano.. który z pewnością by to zrobił. „Obywatele! Przypada mi w udziale smutny obowiązek poinformowania was. Sprawy europejskie interesowały ich. KaŜdego ranka pani Smith. ale ani Fee ani Meggie nie pomyślały. Nie miało to nic wspólnego z ich światem. a poza tym Europa byłą daleko. by wysłuchać mszy odprawianej przez księdza Watty. WciąŜ jeszcze dziwiło to bezpośrednie połączenie wielkim światem. MęŜczyźni znaleźli się w domu dopiero w niedzielę trzeciego września. które przywoził ze sobą. aby wysłuchać wiadomości krajowych.

.Wszyscy oprócz Franka pracujemy na ziemi. Ŝe nie będą chcieli nas brać do wojska. Wielką Brytanię popierają wszystkie narody wspólnoty brytyjskiej. a króliki . . Na dodatek mamy bydło rzeźne.odezwał się Jack. W salonie zaległa cisza. jest nas sześciu . Spośród naszych obecnych pracowników sześciu z pewnością zechce się zaciągnąć. lecz poddanie tej władzy jak największej liczby krajów.Ja teŜ! . Gdyby ta sytuacja nie uległa zmianie. . łoju. . . tak jak i Anglii.Idę do wojska! . lanoliny. przerywana tylko płynącym z głośnika głosem Neville'a Chamberlaina przemawiającego do Anglików. Nie moŜemy więc porzucić Droghedy.powiedział Bob przerywając milczenie. a stare skopy i owce dostarczają skór.. Fee i Meggie wbiły zaniepokojony wzrok w męŜczyzn. . i to nie tylko na ubrania. kontynuowanie działalności przedsiębiorstw i zakładów usługowych.Gdyby liczyć Franka.powiedział Bob. a na świecie nie byłoby pokoju. iŜ ambicją Hitlera nie jest zjednoczenie wszystkich Niemców pod jego władzą. kleju. Naszym zdaniem. jakie nami miotają w tej chwili. jest nieprzerywanie produkcji. o których nie mamy nawet pojęcia. Nie moŜemy mieć Ŝadnych wątpliwości.Wełna jest produktem waŜnym dla produkcji wojennej. dwóch zostanie. W czasie wojny trudno będzie znaleźć ludzi do pracy w miejsce tych. nawet jeśli mamy taką ochotę.. by świat został szybko wybawiony od tego nieszczęścia”. Wiem. Australia gotowa jest wytrwać. . . co pozwoli na zachowanie naszej siły. a oczy mu się zaświeciły.powiedział Jims w imieniu swoim i swego małomównego brata bliźniaka.NaleŜy sądzić. których z pewnością utracimy. UŜywa się jej do pakowania amunicji i materiałów wybuchowych i do wielu innych dziwnych rzeczy. Wszystkie te produkty są potrzebne w działaniach wojennych. Ŝe pomimo uczuć. Mamy trzeci rok suszy.dodał Hughie szybko. który był tu szefem. utrzymanie zatrudnienia. Oby Bóg w swej łaskawości sprawił.. które zdoła podbić siłą.Musimy być rozsądni . Europa nie byłaby bezpieczna. co oznacza. Wszyscy spojrzeli na Boba.I my .

Ŝe w pięciu chłopa.Nie.Wyglądamy na starszych.zaprzeczył Jack.powiedziała Meggie. jeśli wojna potrwa dłuŜej. Jims i Patsy powinni iść do wojska . nie. W lepszych czasach nie dalibyśmy sobie rady. beze mnie i Hughiego . a zacznę znów objeŜdŜać pastwiska. Dane i Justynka spali spokojnie. . Długo patrzyła na niego. niŜ jesteśmy.podpowiedział Jims.Jesteście najmłodsi i macie najmniej doświadczenia jako hodowcy.Jeśli będzie gorzej i potrwa dłuŜej. więc nie powinniśmy mieć kłopotów z zaciągnięciem się. ale równie potrzebne. o ile będziemy mieli twoją zgodę poświadczoną przez Harry'ego Gougha. Powiedz. nim to się zacznie na serio . to trzeba . . MoŜe uda nam się zwiększyć produkcję z Droghedy nawet przy tej suszy i królikach. Bob zmarszczył brwi i się zamyślił.A zatem bez nas dwóch Drogheda moŜe się obejść . kiedy.Jak trzeba.dają nam naprawdę w kość. ale Meggie musi objeŜdŜać bliŜsze pastwiska.Dobrze.rzekł Bob po namyśle. Będzie bardzo cięŜko. Tylko czy z dwójką małych dzieci Meggie da radę? . .stwierdził Jims z zadowoleniem. podczas gdy twarze kobiet pojaśniały. . będziemy w stanie utrzymać Droghedę. . Mamy co robić w Droghedzie.Skończymy siedemnaście. . . Ŝe dwóch z nas mogłoby się zaciągnąć. MęŜczyźni zachmurzyli się. . Najbardziej będziemy przydatni tu na miejscu. Meggie wymknęła się z salonu i poszła na górę do pokoju dziecinnego.spytał Hughie określając premiera jego znanym hutniczym przydomkiem.Co będzie. Minęła pomalowane na biało łóŜeczko swej córki i zatrzymała się przy synu.Pani Smith na pewno zechce zająć się dziećmi. Póki pozostaną dwaj robotnicy.Bogiem a prawdą. z pomocą Meggie i pracując siedem dni na tydzień. to myślę. chłopcy. . ale przy tej suszy jaką sądzę. na szczęście na razie nikt nigdzie nie idzie. Macie jednak dopiero po szesnaście lat. niŜ to się wydaje staremu Bobowi Surówce? . . . poradzimy sobie. Nie jest to takie podniecające jak wojenka.

Dobrze strzelali. zaczął pełznąć do przodu. by nieśmiało cmoknąć w oba policzki swych braci i Cormaca. do tego samego obozu. jego Ŝona i starzejąca się. Przedstawili swoje zaświadczenia i zostali przyjęci. Bob. Eden Carmichael. Minął rok. Obie rodziny wpakowały swoich synów do przedziału pierwszej klasy i czekały teraz w zakłopotaniu. zanim wojna wkroczyła w maleńki świat Droghedy. Ŝe jesteś jeszcze taki malutki . Jedynie zapłakana pani Smith bez Ŝenady całowała i tuliła do siebie chłopców. choć nadal przystojna córka poŜegnali się sztywno. jechał tym samym ekspresem. ale przede wszystkim byli twardzi. najmłodszy syn Edena. jakimi są łagodne zmarszczki przy zewnętrznych kącikach oczu i bruzdy biegnące od nosa po obu stronach ust. niedaleko Sydney.Dzięki Bogu. aby móc zachować w pamięci ciepłe wspomnienie tej chwili. Syrena wielkiej parowej lokomotywy C-36 zawyła Ŝałośnie. Jack i Hughie uścisnęli kolejno trzy róŜne dłonie. Na początku czerwca 1940 roku przyszła wieść o ewakuacji spod Dunkierki wojsk brytyjsko-francuskich. a Bob starał się ze wszystkich miar. . umieli słuchać rozkazów. OdjeŜdŜali nocnym pociągiem pocztowym Cormac Carmichael. naczelnik stacji zagwizdał. Ludzie z buszu byli dobrze widziani. Podczas tego roku robotnicy jeden po drugim odchodzili. chcąc uściskać się serdecznie na poŜegnanie. i jak się okazało. bez komentarzy.. Jims i Patsy zaciągnęli się w Dubbo.szepnęła. by księgi rachunkowe odzwierciedlały wielki wysiłek na rzecz wojny. Wśród nich byli teŜ Jims i Patsy. Meggie pochyliła się pierwsza. Ochotnicy zgłaszali się tysiącami do Drugiego Australijskiego Korpusu Królewskiego. który wyglądał zupełnie tak jak jego najstarszy brat Connor. uderzywszy raz czy drugi w odbój. króliki nadal się rozmnaŜały. W następnej chwili wszyscy znaleźli się juŜ na peronie stacji w Gilly. wstrzymywała ich jednak wrodzona niechęć do okazywania uczuć. ale ich obóz był w Ingleburn. Ŝe stracili chłopięcy wygląd i nabrali tych ponadczasowych cech. Cztery lata jeŜdŜenia konno po pastwiskach bez względu na pogodę sprawiły. a pociąg.

zaoponował Col. SierŜant Bob Malloy podniósł daszek Ŝołnierskiej czapki i spojrzał spod jego brzegu na zadającego pytanie.wtrącił szeregowiec Jims Cleary. do widzenia! .rzekł Bob zasłaniając ponownie oczy czapką . ŚwieŜo przybyły generał Erwin Rommel spowodował.Wieta. którym w rezultacie nie udało się zdobyć tej placówki. która na początku 1941 roku została wysłana do Egiptu. dopóki okręty brytyjskie pływały po Morzu Śródziemnym. niŜ Ŝebym miał tu umrzeć z pieprzonej nudy.wołali wszyscy i machali białymi chusteczkami. celując zuŜytą zapałką w grzejącą się na słońcu jaszczurkę. .Gówno wiemy . Nastąpił pierwszy zwrot w tej wojnie wielkich marszów pościgowych tam i z powrotem przez Afrykę Północną. . iŜ szala zwycięstwa przechyliła się na stronę państw osi. Plan ten był wykonalny z jeszcze jednego powodu: dzięki dostępowi do morza placówkę moŜna było zaopatrywać w Ŝywność.Ŝe wolałbym. Podczas gdy siły brytyjskie wycofały się sromotnie z Egiptu pod naporem „Afrika-Korps”. Dziewiąta Dywizja Australijska otrzymała zadanie utrzymania Tobruku. po co tu jesteśta? . . trwając mimo wciąŜ ponawianych ataków wojsk niemieckich. ściągając nieco bliźniakowi szorty. by wygodniej oprzeć głowę na miękkim i ciepłym brzuchu.Tyle wiem. . . . Szczury Tobruku zagrzebały się tam na osiem miesięcy. Na ich własną prośbę Jims i Patsy zostali obaj przydzieleni do surowej.zagaił szeregowiec Col Stuart liŜąc bibułkę i leniwie skręcając papierosa.Do widzenia. ZdąŜyli wziąć udział w bitwie pod Benghazi. .odparł z szerokim uśmiechem. wysuniętej placówki na terytorium wroga. ale w areszcie przynajmniej do ciebie nie strzelają . by do mnie strzelano.Tak. kochasiu ..Lepsze to niŜ bielenie getrów w cholernym areszcie . nie wyszkolonej jeszcze Dziewiątej Dywizji Australijskiej.Tu często zadawano to pytanie. dopóki za oddalającym się pociągiem nie pozostała jedynie smuga dymu na tle zachodzącego słońca.

. Wszędzie bzyczały muchy. który znajdował się naprzeciwko min i drutu kolczastego odcinających południowo-zachodni naroŜnik obwodu.utrzymywał Col. Z przeciwnej strony Rommel kurczowo trzymał swój jedyny przyczółek na terenie Tobruku. wszystko wiesz. Powiem ci. odezwij się! dokuczał mu Ŝartobliwie Bob. . W okopie mieli olbrzymi pięćdziesięciokalibrowy karabin maszynowy. więc to prawda . Milczku. Pociski przeszły przez te wielgaśne czołgi jak masło. obok którego stały równo poukładane skrzynki z amunicją.Całe szczęście. Wszyscy czterej byli ludźmi z australijskiego buszu. a ty.Byłem w namiocie łączności z rozkazem od dowódcy.Zazdrosnyś po prostu . która wcale nie miała ochoty ruszyć się z miejsca. co by mogło załatwić brygadę Matyld.powiedział Col rzucając kamyczkami w jaszczurkę. Karabiny stały oparte o brzeg okopu. . ani kurzem. Ŝeście są bliźniakami. ale biedny Patsy. LeŜąc tak wyglądacie jak para pedalątek. . To jedyne działo na tej pustyni. kochasiu. Patsy to najlepsza poduszka w Tobruku. toteŜ Tobruk i Afryka Północna nie mogły ich zaskoczyć niczym: ani upałem. które moŜe załatwić Matyldę.RozłoŜyli się wygodnie w suchym.Pewnie. szeregowiec. gdy podali to przez radio. ale jak zwykle nic nie powiedział. Jims . ani wreszcie muchami. .zaśmiał się Jims klepiąc Patsy'ego po brzuchu. Nie przejawiali wszakŜe czujności czy choćby zaniepokojenia moŜliwością ataku. . Ŝwirowatym okopie. . Ej.rzucił nagle Col. . a bagnety lśniły w ostrym słońcu. Nazywano go więc powszechnie Milczkiem.Bob nie uwierzył.Matyldy z Siódmej dały się rozsmarować osiemdziesiątkom ósemkom pod Halfaya. Patsy pokazał białe zęby w uśmiechu. tobie to dobrze. ale nikomu się to jeszcze nie udało. Niemiaszki nic takiego nie mają.Naprawdę? Bajki opowiadasz .Jaką? . . Wielu próbowało wyciągnąć z niego coś ponad krótkie „tak” czy „nie”.Jestem sierŜantem i nic o tym nie słyszałem.Słyszeliście nowinę? .

czy Fee martwi się o swoich synów . znak Australijskich Sił Zbrojnych.Cholerni Brytyjczycy! . Z jaszczurki nic nie zostało. Meggie nie przysługiwała ta odznaka. To by ci się podobało. Ŝeby się o niego nie martwiła. a takŜe to. prawda? Na początku operacji „KrzyŜowiec” Dziewiąta Dywizja Australijska została ewakuowana drogą morską do Kairu. Zastanowiła się. . Patsy. męcząca obrona niczego nie osiągnęła.Czego jak czego. bowiem szczerze wierzyli. Wydawało się. Meggie pokręciła głową i wyrzuciła list do śmieci. iŜ dwóch jej synów słuŜy w wojsku. Nowina Cola nie była przyjemna. Ŝe spełniła swój patriotyczny obowiązek wobec ojczyzny. KaŜdy Ŝołnierz oblęŜonej placówki w Tobruku musiał wierzyć bez zastrzeŜeń w to. poniewaŜ nie miała ani męŜa.westchnął z ulgą Bob. zdołano utworzyć ze stale rosnących szeregów Ŝołnierzy brytyjskich w Afryce Północnej Ósmą Armię Brytyjską pod wodzą generała Bernarda Law Montgomery'ego. Ŝe nie pamięta ich ostatniej rozmowy w barze w Ingham.rzekł Jims. szczególnie Ŝe nikt w Tobruku nie lekcewaŜył Rommla. Luke napisał do niej. Oznaczało to. być moŜe z wyjątkiem Gurkhów. gdy dywizja trzymała Tobruk. Ŝe długa. same odłamki . Wydawało się. . bowiem tylko to umacniało wiarę w przetrwanie. Odpierali dotąd jego ataki.Gdyby to był specjał od Hitlera. ale w tej Afryce trzeba nam samych Australijczyków. bo nie ma zamiaru zaciągać się. Chce nadal pracować przy zbiorze trzciny cukrowej. juŜ gralibyśmy na harfach niebiańskich. . to okazali się prawdziwie nie do pokonania. Fee nosiła małą srebrną broszkę w kształcie wschodzącego słońca. . Chór potakiwań przerwany został wybuchem na skraju okopu. iŜ walczący Australijczyk nie ma siebie równego.Przez chwilę nikt się nie odezwał. Jeśli zaś przyjąć. a czterej Ŝołnierze rzucili się do karabinów i browninga. Ŝe wiara stanowi dziewięć dziesiątych siły.Pieprzony włoski granat. iŜ jego strona jest nadal militarnie silna. ani syna w wojsku. JednakŜe w czasie. z zawieszoną na dwóch łańcuszkach plakietką ozdobioną dwiema złotymi gwiazdkami.

co jest tylko moŜliwe. aby mogli kupić odpowiednią ilość paszy na utrzymanie owiec przy Ŝyciu. Ŝeby robić. Ziemia wyglądała jak ciemna popękana pustynia. tyle bowiem równiutkich otworów wycięły w nim noŜyce cenzora usuwające nazwy miejsc i oddziałów. aby utrzymać produkcję dla wojska. Ŝe chłopcy Ŝyją. Podcinali nimi gardła zdychającym zwierzętom.walczących w Afryce i co naprawdę myśli o wojnie. Bob zwiększył liczbę bydła i dokarmiał je. Trawy juŜ nie było. Często jednak nawet widok przeŜuwającego przywódcy nie miał Ŝadnego wpływu na resztę owiec. chociaŜ swoją broszkę nosiła codziennie. Ŝe reszta stada pójdzie jego śladem. Bob. bowiem bliŜej leŜące tereny rolnicze zostały dotknięte przez suszę tak samo jak odległe tereny hodowlane. Czasem przychodził list z Egiptu. zauwaŜywszy jej zdenerwowanie i zmęczenie. Meggie jeździła siedem dni w tygodniu. Czytanie tych listów polegało w zasadzie na usiłowaniu złoŜenia ich w sensowną całość. Meggie. W Australii zawsze najbardziej brakowało ludzi. aby oszczędzić im śmierci w męczarniach. Pomimo tego otrzymali z Rzymu polecenie. Spełniały mimo to jeden podstawowy cel. gdzieniegdzie tylko jaśniały plamy szarych i brunatonobrązowych drzew. Po rozłoŜeniu rozpadał się na strzępy. z wydłubanymi przez wrony oczyma. jak bardzo ją to męczy. JeŜeli Bob zwalniał ją na jeden dzień. Deszczu wciąŜ nie było. wiadomo było. Starała się więc nie pokazywać po sobie. Nie miał z tego Ŝadnego dochodu ze względu na wysokie ceny paszy. sam musiał pracować za dwóch. iŜ nawet Ŝywioły się sprzysięgły. ale Fee nigdy nie zdradzała się słowem. Hughie i Fee byli zdesperowani. W Droghedzie udało się zatrzymać tylko jednego człowieka i jak dotąd nie było nikogo na miejsca pozostałych. Rok 1941 był piątym kolejnym rokiem zgubnej suszy. Wydawało się. Co prawda na koncie Droghedy znajdowała się wystarczająca suma pieniędzy. Oprócz strzelb mieszkańcy nosili takŜe noŜe. I w Droghedzie przelewała się krew w okropny sposób. Meggie najbardziej było Ŝal czasu straconego na objeŜdŜanie pastwisk. KaŜde stado miało swego naturalnego przywódcę i jeśli udało się nakłonić go do zjedzenia. moŜna było mieć nadzieję. ale problemem było zmuszenie ich do jedzenia. Zbiory zbóŜ były katastrofalnie niskie. Nie przyszło jej . bez względu na koszty. który przyćmiewał wszystkie inne: póki przychodziły.

Meggie wdzięczna była za to. Niczego mu nie Ŝałowała. wymawiając się dziećmi. Ŝe im teŜ jest potrzebna. . . Był uroczym dzieckiem. a mały Dane. które są zwykle udziałem dzieci. To twój maleńki braciszek i musisz zawsze na niego uwaŜać.powiedziała pewnym głosem.Nie mogę być teraz w domu cały czas. róŜnił się od ojca jedną podstawową cechą: zamiast kruczoczarnych włosów miał jasne kędziory koloru trawy w Droghedzie. Wyglądało na to. nie odstępowała go ani na krok. Którejś wolnej niedzieli Meggie wzięła Justynę na kolana i przeprowadziła z nią powaŜną rozmowę na temat opiekowania się braciszkiem. . bez tych cierpień. z odcieniem beŜu. Swoją tęsknotę uwaŜała w tej sytuacji za egoizm. kaŜdą rzecz gotowa była zrobić dla niego. jak bardzo. Zawsze. Rzadko mylił się co do ludzi i rzeczy i nic go nie wyprowadzało z równowagi.Chciałabym sama się nim opiekować . Kiedy zaczął chodzić. Jasne oczy patrzyły na nią inteligentnie. Spędzała dni na objeŜdŜaniu pastwisk i całymi tygodniami widywała dzieci juŜ śpiące w łóŜeczkach. Nie przypuszczała nawet. Justynko.Nie martw się mamo . a jego natura stanowiła przedziwną kombinację spokoju i pełnego szczęścia. gdy patrzyła na Dane'a. odczuwała wzruszenie. mimo Ŝe miał te same rysy twarzy i podobną sylwetkę.wszystko zatem zaleŜy od ciebie. lecz nikt poza nią tego nie dostrzegł. w której go ujrzała. obawiała się bowiem.nigdy do głowy. . a Bob potrzebował jej o wiele więcej niŜ one.westchnęła Meggie.Zawsze będę się nim opiekowała za ciebie. Nawet nieznajomi na ulicach Gilly zwracali na niego uwagę. Ŝe jego osobowość i jego świadomość ukształtowały się całkiem naturalnie. Ŝe mogłaby po prostu odmówić pracy w gospodarstwie. Zazwyczaj uśmiechał się. Ralph wyjechał z Gilly tak dawno. Ŝe pani Smith i słuŜące są juŜ za stare. by się nim opiekować . srebrzyste.powiedziała . . by nadąŜyć za malcem. Dzieci były pod doskonałą opieką. wcale nie jak rozkojarzone oczy czterolatka. Justyna pokochała swojego małego braciszka od chwili. Ŝeby nie zrobił sobie krzywdy. Jego matkę przeraŜało chwilami podobieństwo do Ralpha. Zabrakło jej intuicji by zrozumieć.

. Wojna zaprzątała myśli ludzi Droghedy na równi z suszą.Nie w Luke'a. który od niemowlęctwa śmiał się ze wszystkiego. Kiedy zaś trzeciego października przywódca Partii Pracy John Curtin . było zasługą Dane'a. A tak nie mieli innego wyboru. Dlaczego za kaŜdym razem. z suszy. ani tej suszy. Ŝe w Droghedzie Ŝycie było takie cięŜkie. nie we mnie.A ja nie . nie w Fee. W kogo ona się wrodziła. od Wiktorii na południu aŜ po Stepy Mitchella na północy. Ŝe nie jest w stanie rządzić. Nie musisz się martwić.myślała Meggie. zdarza się coś nieprzewidzianego? Nie chciałam przecieŜ ani tej wojny. by mu się cokolwiek stało.odpowiedziała Justynka. Wracała na pastwiska. Teraz Justynka była dzieckiem uśmiechniętym i radosnym.. . a ona nie mogła temu zapobiec. To. zadowolona z siebie. ale w istocie konserwatywny.. który z nazwy był co prawda liberalny. na Boga? . Dla Meggie to zapewne wcale nie było takie radosne. zostawiając Justynkę na straŜy małego. to i ona się uśmiechała. PoniewaŜ on się śmiał. uwaŜnie śledzili przebieg kampanii z jej przepychankami przez Libię tam i z powrotem. Gdyby było inaczej Jack i Hughie zaciągnęliby się bez wątpienia. co się tylko dało. Zanim skończy się ta nieszczęsna wojna. Niespokojni o los bliźniaków walczących w Afryce. Czułą się odsunięta przez własną córkę. Dotknęła ponad milion mil kwadratowych ziemi uprawnej i pastwisk. Dzieci Meggie cały czas uczyły się od siebie nawzajem. Ŝe tak się stało. Na zawsze pozostanie bliŜszy Justynie. Nad wiek rozwinięte dziecko zamierzało zabrać jej syna. choć z pewnością pocieszające. Popierali gorąco Partię Pracy i odnosili się niechętnie do obecnego rządu. Dane urośnie i juŜ nigdy nie będzie między nami bliskiej więzi. która zachowywała się jak mały potwór. W gruncie rzeczy dobrze się złoŜyło. Ŝe jest cały mój. Nie pozwolę. Bolało ją jednak. Ŝe potrafiły dawać sobie znakomicie radę bez niej.. który ją otaczał. świętowali radośnie. gdy sądzę. przyznając. jak zabrać się do pracy i próbować ratować. Ŝe udało mi się ułoŜyć Ŝycie. Kiedy w sierpniu 1941 roku Robert Gordon Menzies podał się do dymisji.Podoba i się. Skończyła cztery lata. która w przyszłości zyskała miano Wielkiej Suszy. zanim zobaczyła cokolwiek śmiesznego w świecie.

W dniu ósmym lutego tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku Japończycy przeszli przez wąski przesmyk Johore i wylądowali po północnej stronie wyspy Singapur. Ale nie wrócili. by Ŝółtki zdobyły Singapur . ZagraŜała temu bogatemu. W BoŜe Narodzenie tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego roku upadł Hongkong. Ósma Armia Brytyjska znajdowała się w pełnym odwrocie . . Wielka baza marynarki na czubku Półwyspu Malajskiego stała w gotowości bojowej. W miarę uzyskiwania dalszych okrętów w ich ślady miała pójść Dziewiąta Dywizja. jej wielkie działa wymierzone w morze. iŜ obowiązkiem Australijczyków jest przede wszystkim obrona Australii. zachodząc miasto od tyłu. Japonia natomiast leŜała w Azji. z której strony nadejdzie. jej flota gotowa do akcji. gdy Japonia zaatakowała Pearl Harbor. szczególnie po tym. Fee uśmiechała się. Jims i Patsy wracali do domu. W tysiąc dziewięćset czterdziestym i w tysiąc dziewięćset czterdziestym pierwszym roku narastał niepokój co do stanowiska Japonii.NiemoŜliwe jednak. A potem przyszły wspaniałe wieści! Wszystkie wojska australijskie miały wrócić z Afryki do domu. Podczas gdy ich dywizja czekała na okręty. obstając przy tym. nie wiedzieli tylko. szale wojny znów się przechyliły. uznali to za najlepszą wieść. a Hitler ze swymi armiami oddalony od Australii o całe dwanaście tysięcy mil. Premier Curtin stawił czoło wściekłości Churchilla. a Meggie była niemal nieprzytomna z radości. Pomiędzy Australią a Japonią nie było Ŝadnych wielkich oceanów. tylko wielkie wyspy na niewielkich morzach. poza zasięgiem jego bezsilnych dział. ale pustemu i rzadko zaludnionemu kontynentowi jak wielki młot zawieszony nad kowadłem. Nikt więc w Australii nie zdziwił się. jaka dotarła do Drohgedy od wielu lat. wciąŜ jeszcze przychodząca do sił w Kairze po stratach poniesionych w Tobruku. jak Roosvelt i Churchill odcięli źródła ropy naftowej. Singapur dostał się w ręce wroga bez jednego wystrzału. Szósta Dywizja i Siódma szybko zaokrętowały się w Aleksandrii.mówili ludzie z troską. Europa była bardzo daleko. Nagle wojna stała się bliska. Potem przyszły wieści o lądowaniu Japończyków na Malajach i Filipinach. mogła nawet wtargnąć na ich własne terytorium.został poproszony o utworzenie gabinetu. Czekali na ten cios.

zamruczał Col. odnalazł w ciemności swego brata i jak małe dziecko wtulił się w jego ramiona.powiedział. Otworzył usta wydając dźwięk doskonale imitujący trąbkę.To milczenie mnie wykańcza! . Wybuch śmiechu przeleciał pocieszająco po polu minowym i zgasł w strumieniu zduszonych przekleństw kapitana.Odczep się .Patsy . SierŜant Malloy spojrzał na zegarek. . Jims otoczył go ramieniem i tak siedzieli w pełnym zrozumienia milczeniu. Nocą dwudziestego trzeciego października tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku na pustyni było bardzo cicho. Patsy uśmiechnął się do niego słodko. Niebiosa zawirowały. . . Dochodziła dwudziesta pierwsza czterdzieści. rozpręŜyła się i nie mogła juŜ wrócić do poprzednich kształtów. by się uciszył. Osiemset siedemdziesiąt dwa brytyjskie działa i haubice zagrzmiały jednocześnie. .westchnął Bob. zamknijcie się! .Co za pieprzony idiota tak wrzeszczy? .wykrztusił Col sięgając po bagnet. Premier Churchill dobił targu z premierem Curtinem.No. gdy się dowiedzieli.rozległ się głos kapitana.Para pedałków . Patsy odezwał się niemal krzykiem. ja cię wykończę! . Dla Australijczyków był to jednak wstrząs. ziemia drgnęła. to czekanie mnie wykończy . powiedz coś . Ŝe Anglia wypycha z gniazda wszystkie swoje dalekowschodnie pisklęta. nawet tak tłuste jak Australia.Ty cholerny cyrkowcu. . Milczku. . którą wysłano do obrony Australii. bowiem obowiązywała cisza przed natarciem. Patsy poruszył się nieznacznie. Zatykanie uszu .O Chryste. SierŜant Bob Malloy dał kuksańca w bok szeregowcowi Colowi Stuartowi i wyszczerzył zęby w uśmiechu. Dziewiąta Dywizja Australijska pozostała w Afryce Północnej w zamian za dywizję amerykańską.odpowiedział Jims. Wszyscy dokoła syknęli.spod Benghazi.zawtórowało pół tuzina głosów.Na miłość boską. bowiem ostrzeliwanie ogniem zaporowym trwało bez chwili przerwy z natęŜeniem rozsadzającym mózg. choć niewiele było widać w ciemności. .

Te piętnaście minut z działami Montgomery'ego kaŜdy z nich pragnął przeŜyć jeszcze raz od początku. w miarę jak artylerzyści dawali się unieść własnemu impetowi. sprawdzając manierki. haubice. . Wydawało się. Jaki to miało wpływ na wroga. co miał Montgomery. moździerze . Byli jednak jeszcze bezpieczni. To gigantyczne huczenie przechodziło przez ziemię. Cisza. Patrzyli. zeszklonego w ogniu piasku. lecz tej nocy ich Ŝelazne gardziele grzmiały w doskonałej harmonii. czy sznurowadła są dobrze zawiązane i gdzie podziewają się Ŝołnierze z karabinami maszynowymi. odbezpieczając broń. kości i dochodziło do mózgu. Pustynia rozświetliła się nie światłem dnia. który przeŜywał wciąŜ od nowa w marzeniach. bowiem między nimi a wrogiem wisiała kurtyna kurzu. przez resztę swego zupełnie spokojnego Ŝycia. Wielka kłębiąca się chmura kurzu unosiła się na tysiące stóp w powietrze jak wijący się dym. Nastała dokładnie na pięć minut przed dziesiątą. płonący błyskami eksplodujących pocisków i min. I wszystko. Ŝołnierze Dziewiątki w okopach mogli sobie tylko wyobrazić. na jawie i we śnie. wspaniałe . Widzialność byłą dobra w świetle płomieni i Ŝarzącego się. moment.wycelowane było w pola minowe. zegarki. jak tylko mogli nadąŜyć uwijający się. zapalający magazyny broni wielkimi skaczącymi jęzorami ognia ze zmasowanych wybuchających pocisków. To było piękne. Dziewiąta Dywizja ruszyła z okopów do przodu na ziemię niczyją. spoceni Ŝołnierze. przypominający niewolników karmiących paszcze broni. hełmy. Jak szaleńcy tańczyli stereotypowy taniec przy swoich działach polowych. wyciągając magazynki nabojów.palcami nic nie pomagało. co miał Montgomery .działa. Zatrzymali się na samym brzegu pól minowych i tam czekali. Lufy dział rozgrzały się.szczytowy moment w Ŝyciu kaŜdego artylerzysty. strzelało tak szybko. Absolutna cisza po ustaniu ognia jak fala odbiła się o rozszerzone bębenki. jak kukułcze pisklę karmione jest zapamiętale przez malutkie ptaszki. Ŝe jej nie zniosą. nie przestając ani na chwilę. lecz ogniem samego słońca. Na ogół rozpoznawali typ i wielkość strzelających dział po huku. Wszystko. a czas między odrzutem i załadowaniem stawał się coraz krótszy. Ŝelazne racje.

.Wiecie co? Wolę.Nie jestem taki pewny. Bob. dla Australijczyka wydawał się przyjazny i pocieszający. W tym momencie kapitan krzyknął komendę: „Naprzód!” Na przestrzeni dwóch mil front dywizji ruszył do natarcia przez pola minowe. Czekają na tyłach. Polom minowym nie było końca. sto jardów do przodu co trzy minuty. huk. gdzie idą.warknął sierŜant. . W polu znajdowali się jeszcze Włosi i Niemcy. ciągnęły się dwie. niŜ być saperem . Trzeba było poruszać się szybkimi skokami do przodu. Czasami ktoś stawał na minie i widział jeszcze. w takt dział.Dokładnie o dziesiątej sierŜant Malloy podniósł gwizdek do ust i zagwizdał przenikliwie na swoją kompanię. To szła Pięćdziesiąta Pierwsza Dywizja Szkocka prowadzona przez kobziarzy.To nie wina czołgów. które je wysyła . . jeśli to były miny przeciw piechocie. kurz. aŜ my zrobimy za nich całą robotę. natomiast na Niemcach sprawiał okropne wraŜenie. tylko dowództwa. Pociski z haubic o najkrótszym zasięgu rozrywały się zaledwie na kilka jardów przed nimi. albo. . unoszący się w rozpalonym. Za nimi zaryczały znów działa. Była to bardzo długa bitwa.powiedział Col Stuart. Dla Szkota dźwięk kobzy był najmilszym wezwaniem do boku. modląc się przez cały czas. opierając się na łopatce. Początkowo Dziewiąta Dywizja miała szczęście. jeŜąc im włosy na głowie. były tam placówki broni maszynowej i artylerii małego kalibru oraz moździerze.wtrącił się Jims przyklepując łopatką wierzch nowego okopu. poniosła niewielkie straty. Bitwa trwała dwanaście dni. potem właŜą z cholernymi wykrywaczami min. trzy mile i nie było Ŝadnego odwrotu. dym i przeraźliwy strach. jasność. Czasami w króciutkich chwilach między kolejnym ostrzeliwaniem artyleryjskim słychać było w oddali niesamowity dźwięk kobzy. jak wyskakuje ona do góry. zanim go rozerwała na pół. Ŝeby zostały zniszczone wcześniej bombardowaniem Montgomery'ego. jakby to był dzień. Widzieli. Trzeba było przeskoczyć te sto jardów modląc się. Ŝeby do mnie strzelano. Co trzy minuty zasięg dział wydłuŜał się o sto jardów. Im się najlepiej powodzi . zgrzytającym powietrzu. Ŝeby oczyścić ścieŜynki dla cholernych czołgów. Nie było czasu na myślenie. by miny po drodze okazały się minami przeciwczołgowymi.

obaj cali i zdrowi. by zachować pierwotną czujność i szybkość. . Operacja „Pochodnia” mogła rozpocząć się uderzeniem na wschód z Maroka i Algierii przy nieco lepszym zabezpieczeniu. Drugie Alamajn było łabędzim śpiewem Dziewiątej Dywizji w Afryce Północnej. Rommel został zmuszony do pozostawienia wielu czołgów oraz dział i wyposaŜenia. smutnej ziemi.powiedział sierŜant Bob Malloy zadzierając głowę do góry. Rommel został pokonany. . Od marca tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego roku znajdowali się w zasadzie cały czas na pierwszej linii. Podczas następnego natarcia olbrzymi odłamek szrapnela oderwał mu rękę i cały bok. Więcej przekopałem piasku w ciągu ostatnich pięciu dni niŜ mrówkojad. patrzcie! . którą zdobyli na zaciekle broniącym się wrogu. Trzy dni juŜ nie Ŝył. Ktoś tylko wyrwał gwizdek z tego. Nie było czasu się zatrzymać. aby stawić czoło Japończykom w Nowej Gwinei. W dniu ósmym listopada starał się zebrać resztki sił po drugiej stronie granicy egipskiej. Było to szalenie istotne taktyczne zwycięstwo. lecz kitę zostawił pod Alamajn. Trzymała ich uparta chęć wygrania tej walki. zrzucając patyczki bomb ze śmiertelną dokładnością na Niemców i Włochów. podczas gdy czołgi przerwały linię na południu.Hej. Trwali na kaŜdej piędzi tej pustej.Kop dalej. opuszczali ją z reputacją nieco tylko gorszą od Czwartej Dywizji Hinduskiej.Cholernie fajnie . Ludzie padali jak muchy. Australijczycy powstrzymali Sponecka i Lungerhausena. zbyt zmęczeni. kolego . Nareszcie wracali do domu. . Włączyli się w tę wojnę słabo wyszkoleni i wyposaŜeni. Lis Pustyni mógł jeszcze walczyć.odparł Bob bez współczucia. zwane drugim Alamajn. mogliby potrzymać nas dłuŜej w jednym miejscu. pozostawiając pole Montgomery'emu. co pozostało po jego ustach. Z dywizją wracali do domu Jims i Patsy..krzyknął nagle Col wskazując na niebo. Osiemnaście lekkich bombowców RAF leciało wzdłuŜ doliny w doskonałym szkolnym szyku. .Chryste. Największa i decydująca bitwa północnoafrykańskiego teatru wojennego została wygrana przez wicehrabiego Montgomery'ego pod Alamajn.

A jaki apetyt mieli! . choć i oni nie mogli się juŜ doczekać młodszych braci. Pozostali nadal jej małymi dziećmi. Kruche ciasteczka. jeśli chciały . owoce z cukrem i domową śmietaną. Tak bardzo się zmienili. przewijała i karmiła. lecz smutniejsze i pozbawione łagodności. Pamiętając. ale nadal nikt się nie ruszył. Ubrani byli w nowe zielone mundury do walki w dŜungli. starło wszelkie ślady dzieciństwa. aby szybciej się goiły.Oczywiście dostali przepustki na wyjazd do Droghedy. Kiedy rolls pojawił się na podjedzie. Ŝe zabijali ludzi. potem Minnie i Cat. pudding przygotowany na parze. nawet biedna Fee pogładziła ich po plecach usiłując się uśmiechać gdy ją nieśmiało uścisnęli. jej pocałunki nie umiały juŜ zagoić. Ran.wołała pani Smith biegnąc do nich i płacząc ze szczęścia. wszystkie kobiety wyległy na trawnik. jak długo czekali na tę chwilę i jak bardzo się jej obawiali. Jack i Hughie wyciągnęli dłonie nie mogąc wydobyć z siebie słowa. moŜna było uwierzyć. zniszczonych p[podczas dwóch lat walk na pustyni. jakie znaczenie miał dla bliźniaków powrót do domu. Mieszkańcy Droghedy nie mięli się nigdy dowiedzieć. płakali.dla braci było to święto. którym ocierała łzy i całowała rany. które teraz nieśli w sercach. Bob pojechał do Gilly odebrać ich z pociągu z Goondiwindi. Śmiali się. Jack i Hughie trzymali się nieco z tyłu. Patrząc na tych dwóch męŜczyzn w prostych mundurach ze znakami Australijskich Sił Zbrojnych. Samochód zatrzymał się i chłopcy wysiedli. Widać to było w ich oczach.mówili ze śmiechem. Dziewiąta Dywizja została bowiem ulokowana w Brisbane i po przeszkoleniu w dŜungli miała wziąć udział w walkach w Nowej Gwinei. moi chłopcy! . które kąpała.Jedzenie w armii nie dorównuje domowemu . Wyrzeczenia. euforia i gwałtowna śmierć uczyniły z nich nieznajomych. wcale niepodobne do tych starych.Moi kochani chłopcy. co robili i jak bardzo się zmienili. trufle w czekoladzie. . Przede wszystkim stali się męŜczyznami. walka. Całowała chłopców Meggie. Dla niej nie miało znaczenia. Wszyscy otoczyli bliźniaków. Słońce Afryki Północnej wysuszyło ich i opaliło na ciemny mahoń. które były niebieskie jak oczy ojca. jakie mieli delikatne . Wszystkie pozostałe w Droghedzie owce mogły wyzdychać tego dnia.

. Ŝe cały tydzień będą to odchorowywać.Szlon to Arab. owoce swojskie. PoniewaŜ Alastair MacQueen był w tej samej jednostce i teŜ wrócił do domu. długo po odejściu kobiet na spoczynek. nie mieli Ŝadnych kłopotów z trawieniem. W gruncie rzeczy było to dziwne. Ŝyciu na transportowcu wojskowym. w obozie. ale dwaj bohaterowie Cleary uciekali od nich przy byle okazji. W Droghedzie przygotowano przyjęcie. Patsy? .Trochę to inne od szlonskich chlebków.Ano. Nawet tak spękana i storturowana ziemia wydała się bliźniakom niewypowiedzianie piękna. Wyglądało na to. pani Smith była przekonana. . siadywali z braćmi i wtedy otwierali przed nimi swoje rany i zbolałe serca. . Tobrukiem czy Alamajn. Woleli towarzystwo Boba. którzy wzięli udział w walce. Benghazi. Mogli godzinami opowiadać. nigdy nie chcieli o tym mówić. tak. przynajmniej Jims. w Rudnej Hunish równieŜ odbyło się przyjęcie. W dzień objeŜdŜali pastwiska Droghedy wchodzącej w siódmy rok suszy i cieszyli się z moŜliwości noszenia cywilnego ubrania. bitew pod Gazala.Co to znaczy „szlonskie”? .Ano. unikali jednak rozmów na temat samej walki. Dibban-Dibban takŜe zorganizowało zabawę.spytała pani Smith. Nocami. gdzie właściciele mieli synów w wojsku. Dwaj najmłodsi synowie Dominika O'Rourke walczyli w Nowej Gwinei. Patsy? . Po wojnie kobiety ciągle się z tym stykały. Ci z męŜczyzn. świętowano szczęśliwy powrót do domu trzech chłopców z Dziewiątej Dywizji. więc mimo iŜ oni sami nie mogli być obecni. We wszystkich posiadłościach. a makaroniarz to Włoch. a późne róŜe w ogrodzie pachniały . Kobiety i dziewczęta otaczały ich. odmawiali naleŜenia do klubów i lig byłych Ŝołnierzy. o Afryce Północnej. jedzeniu. iŜ Jims i Patsy nie chcą mieć do czynienia z kobietami. bardziej przeraŜeni tą nową sytuacją niźli kiedykolwiek na polu bitwy. Jacka i Hughiego. muzeum w Kairze. o miastach. Jednak dopóki starczało herbaty do popijania.Ŝołądki w dawnych czasach. których celem było kultywowanie wspomnień z wojny. ludziach.

powiedział Jims pewnego dnia. Tym razem opuszczali dom zachowując w pamięci kaŜdą wspaniałą chwilę.To wspaniały maluch. bowiem Patsy trzymał go do góry nogami.Co ci jest. Justyna zdawała się ich przeraŜać. Gdybyśmy się oŜenili.Nie. gdy Meggie wyszła na werandę. Ale taki stosunek mieli do wszystkich niewiast. . przecieŜ niegdyś teŜ byli jej dziećmi. którym zajmowali się cały czas. . których nie znali tak dobrze jak starszych kobiet z gospodarstwa. Meggie. Dla Fee byli serdeczni i pełni współczucia. sama bowiem nie miała się z kim bawić.Mielibyśmy się oŜenić? Nie sądzę. nie zdawali sobie wtedy sprawy. nie mów tak! Pobiegł za jej wzrokiem. zabierali na długie przejaŜdŜki. Popatrzyła na niego ze współczuciem. jeśli się to wszystko skończy i się oŜenicie? Nie będziesz chciał opowiedzieć Ŝonie? . Poza tym Justyna była wściekle zazdrosna o braciszka.A co będzie. śmiali się wspólnie i turlali po trawniku. pani Smith. Potrząsnął jednak głową. co ich czeka.Jims. Jims? Nie moŜesz mi powiedzieć? Podniósł ku niej oczy. . Siedział w wyplatanym fotelu i przyglądał się bratu baraszkującemu z malcem na trawniku. dla Meggie. ale teraz jesteśmy mądrzejsi. Meggie . Bawili się z nim całymi godzinami. gdzie myśmy byli. który skierowała na małego Dane'a chichoczącego. co myśmy zobaczyli? . mielibyśmy synów i po co? śeby wyrośli i musieli iść tam. .niebiańskimi perfumami. Meggie najbardziej cieszył ich stosunek do Dane'a. Minnie i Cat kochający i bardzo. To one przecieŜ były dla nich prawdziwymi matkami. by nigdy nie zapomnieć. Pragnęli zagłębić się w tym wszystkim. o których mógłbym rozmawiać kobietą. . Chcieliśmy tak bardzo iść na wojnę. Poprzednio odeszli nieco beztrosko.zaśmiała się Meggie siadając naprzeciwko. a w portfelach zabrali zasuszone róŜe i kilka ździebeł jedynej w swoim rodzaju trawy z Droghedy. w których rysowało się głębokie cierpienie. Wojna kaŜe o tym wszystkim zapomnieć.Jest śliczny. to nie są rzeczy. . to prawda . bardzo czuli. zobaczyć.

A nam nie? .O Jezusie! Czy Ojciec Święty juŜ wie? .Tak. pozostawiając księŜy samych.W rzeczy samej.Sam dzwoniłem do Castel Gandolfo. . . był dyplomatą w kaŜdym calu. Nawet szczur się nie prześlizgnie. . . Jeśli jego Świątobliwość nie jest bezpieczny. .Muszę opuścić Waszą Eminencję. Muszę zająć się pewnymi dokumentami znajdującymi się w moim posiadaniu.Mussolini został obalony! . tak bardzo mu na tym zaleŜy. arcybiskup de Bricassart przebiegł wysokim pięknym korytarzem i wpadł do pokoju kardynała.spytał kardynał. . Nie bacząc na zdumione spojrzenie przechodzących.Zresztą nie ruszyłby się stąd .Kesselring zablokował wszystkie wyjazdy z miasta. Skromny i dokładny. . Dzwonił do mnie przyjaciel z niemieckiego sztabu..Meggie.Oczywiście Ŝe tak.uciął krótko arcybiskup Ralph.Mam nadzieję. nie pozwól mu nigdy wyjechać z Droghedy. niŜ on przypuszcza.Ralphie! . .powiedział kardynał. Pan Papee wstał. Wyszedł. co się stało? . . . czyby mu udało się wydostać . biedny człowiek. to nie wiem. . ambasadora polskiego rządu emigracyjnego w Watykanie. Reprezentuję rząd.Ralphie. Tu zatrzymał się jak wryty widząc pana Papee.Nawet gdybyśmy go przebrali za Ŝebrzącego franciszkanina. chociaŜ radio powinno podać to za chwilę. Ŝe Ojciec Święty ma spakowane walizki . nie wierzy się jego słowom.powiedział pan Papee z nikłym cieniem zadowolenia. Ralphie! Ale sprawa jest bardziej skomplikowana. Tutaj nie stanie mu się nigdy Ŝadna krzywda. który jest wrogiem Niemiec. to tym bardziej ja.Czy przyszedł wstawić się za swój uciemięŜony naród? .

Represje byłyby natychmiastowe. kiedy nadejdzie koniec. zacisnąwszy pięści w niemym geście buntu. Ralphie! Wcale by nas nie kazał rozstrzelać! Równie dobrze jak my rozumie oddziaływanie męczeństwa. wbrew wszystkiemu.Przepraszam. CzyŜ nie pamiętasz marionetkowego papiestwa z Avignon tyle wieków temu? Chcesz. Vittorio. o ile to moŜliwe: Imperium Brytyjskie i Kościół katolicki w Rzymie.Jesteś zaślepiony. by zniszczyć Imperium Brytyjskie. To by było jeszcze skuteczniejsze. Miał teraz czterdzieści dziewięć lat i był jeszcze szczuplejszy niŜ dawniej. czego najbardziej się obawia. zachowaj rozsądek! Od zeszłego roku zastanawiamy się.Ralphie. a nie tych ukochanych Niemców.Ralphie.. . a nas wysłano by do Polski. i modlimy się. co się dzieje w Polsce. aby nas uchronić od niemieckich represji. zakochał się w Niemcach i nadal ich kocha. Ŝe to sprawka Rosjan. nie jesteś jezuitą! Znalazłeś się tutaj. Ŝe nas zniszczy. Sądzisz. Płynie w twoich Ŝyłach gorąca krew twych irlandzkim przodków. jacy jesteśmy. a Ojciec Święty zostałby wywieziony do Berlina. jesteśmy. . Postawiony jednak w sytuacji bez wyjścia. Adolf Hitler jest dziwnie przekorny. nie mamy Ŝołnierzy. lecz błagam cię. Musimy oskarŜyć Hitlera. zrobił wszystko. wykrzykiwać powszechnie kaŜde jego bezeceństwo! Kazałaby nas rozstrzelać. A co dobrego moŜe przynieść takie oskarŜenie. do Polski! Chcesz umrzeć bez sensu gdzieś w Polsce? Tu chociaŜ masz jakieś moŜliwości działania. Ojciec Święty pojechałby do Berlina. jeśli go do tego zmusimy? Wystarczy jedno oskarŜenie tego. bowiem są dwie potęgi. mój przyjacielu? Nie mamy armii.A czy nie jest tak. i na pewno nas zniszczy. Do Polski. by nasz papieŜ był marionetką Berlina? . jak mówię? Ojciec Święty spędził wczesne lata w Monachium. widzę to w zupełnie innym świetle. powiedziałby. Arcybiskup Ralph usiadł. Jesteśmy ludźmi. . narodu tak cywilizowanego i kulturalnego. co mógł. ale przede wszystkim jesteśmy kapłanami. stalibyśmy się męczennikami. Ŝe są wrogo nastawione do niego. a które chciałby zachować. Ralphie. by II Duce pozostał. . o których wie. bowiem przysiągłeś osobiste posłuszeństwo Ojcu Świętemu. Gdyby nawet mu pokazano te okropne zniszczone ciała jako dowód.

.Wasza Eminencjo. Musimy myśleć jak kapłani.Vittorio. poniewaŜ Ojciec Święty lubił mówić po niemiecku i słuchać tej mowy.To wielka przyjemność. On chce. gdy wróciłem z Australii. a w Rzeszy widzi jego największego wroga. Drzwi otworzyły się szybko i dyskretnie. Ŝe winni jesteśmy posłuszeństwa Kościołowi. jedyny czynnik hamujący przenikanie komunizmu na Zachód. by Hitler mocno trzymał się w niemieckim siodle. o których nie masz pojęcia. Wiele osób wysokiej rangi w Watykanie znało ten język. panie generale. Kardynał Vittorio uśmiechnął się szczerze. Wasza Eminencjo. ujmowałeś to nieco inaczej. Proszę usiąść. Ralphie.Nauczyłem się tego zwyczaju. . On jest papieŜem jest nieomylny! Jeśli zaprzeczysz temu. Z przyjemnością. .Ale on się myli! Jest uprzedzony. . . Cokolwiek byśmy myśleli lub chcieli zrobić jako zwykli ludzie.. nie umiem się go wyzbyć niemal od kołyski. są rzeczy. Jesteś uparty. Nie moŜemy teraz myśleć jak zwykli ludzie. bowiem jest to najwaŜniejszy aspekt naszego Ŝycia. zaprzeczysz swojej wierze. a nie Ŝadnej doczesnej władzy. . generał Kesselring. gdy byłem papieskim legatem w Australii. Nigdzie w Rzymie nie moŜna posmakować tak doskonale parzonej herbaty. Uśmiechali się. . tak jak nie miałby nic przeciwko temu. Winni jesteśmy lojalność jedynie Ojcu Świętemu! Przysięgałeś posłuszeństwo.Uwierz mi. by Mussolini rządził we Włoszech. Czy masz zamiar znów złamać śluby? Ojciec Święty jest nieomylny we wszystkich sprawach dotyczących Kościoła. . Napije się pan Herbaty? Konwersacja prowadzona byłą po niemiecku.Wtedy chodziło mi o coś innego i ty dobrze o tym wiesz. Obaj wstali.Dziękuję. Całą swoją energię zuŜywa na walkę z komunizmem. Z ich twarzy znikły wszelkie oznaki niedawnej róŜnicy zdań. I mimo całej mojej włoskości. Ralphie. musimy pamiętać.

Mam ucho do języków. . Czy zdajecie sobie sprawę. Błagam pana. Przyglądając się Kesselringowi zastanawiał się.Czym moŜemy słuŜyć. włoskich prałatach odbierał go jako człowieka prostego. Jego twarz była nieprzenikniona. Po tych wszystkich śliskich. .Przypuszczam. . niech pan tego nie robi! .Tak. panie generale? To nie jest ziemia włoska i Ŝaden człowiek nie jest tu wrogiem. Jak mógł nie wiedzieć. Oczywiście miałem na myśli Włochy. Ŝe jak kaŜdym talentem. panie generale? . staną się teraz okupantami. panie generale. w jakim celu przyszedłem. Wasza Eminencjo. czy jest moŜliwe.Wiadomość zostanie przekazana.Zatem po części domyślacie się. nie ma się czym chwalić. Chcę was zapewnić.Nasz. Ŝe wszystko jest w porządku i prosić o przekazanie tej wiadomości do Castel Gandolfo. Ŝe o II Duce juŜ słyszeliście? . Wasza Wielebność jak zwykle zdumiewa mnie poprawnością niemieckiego. by nie wiedział on o tym. Ŝe teraz kraj wasz jest wrogi wobec Niemców? . A to znaczy. pozbawionego chytrości i przebiegłości. będzie walka. z jego historią i bezcennymi zabytkami? Jeśli wprowadzi pan wojska do miasta. Jestem w tej chwili zbyt zajęty. co robił tam jego Fuhrer? Kardynał Vittorio udał zaniepokojenie.Proszę o wybaczenie.Generał Albert Kesselring lubił arcybiskupa de Bricassart za jego bezpośredniość. chyba nie w samym Rzymie? O nie! W Rzymie. Arcybiskup Ralph siedział wygodnie w fotelu i przyglądał się uwaŜnie gościowi. które dotąd obecne były tylko w charakterze sprzymierzeńców. co działo się w Polsce.Drogi panie generale. a nie Watykan. Kraj będzie okupowany. . bym sam mógł udać się tam z wizytą. Jest pan tak zajęty? . słyszeliśmy. . .Naturalnie. . W przypadku Włoch zobowiązany jestem czynić tak. zniszczenia. jak rozkaŜe mój Fuhrer.uprzejmie zapytał kardynał. Nasze wojska.

Generał patrzył na niego ze zdumieniem i podziwem. wygnał Adama i Ewę. Ŝe nie mogę wysadzić mostów czy zamienić jego budowli w fortece.Mam nadzieję. W mundurze było mu do twarzy. zabił potwora. Tak zapewne wyglądał archanioł Michał.Zrobię. Czy arcybiskup zdawał sobie sprawę ze swojego wyglądu? Niewątpliwie był człowiekiem. którego niełatwo się zapomina. walczył z nim. niech pan się postara. stanął po prawicy Pana Boga. który darzył miłością Lucyfera. Ŝe Rzym nie odpłaci mi zdradą. Ralph doskonale zdawał sobie sprawę z wraŜenia. .powiedział arcybiskup Ralph pochylając się w stronę generała.Panie generale. Byłem w Atenach parę lat temu . Jeśli ogłoszę Rzym miastem otwartym. . jak doszło do zniszczenia staroŜytnych budowli na Akropolu? Panie generale. błagam! Niech pan nie wystawia tego na niebezpieczeństwo.odparł krótko generał. Ŝe do tego nie dojdzie. Mnie równieŜ wiąŜe przysięga. Uśmiechnął się lekko. znany ze sztuki. Wykonuję tylko rozkazy. Proszę. i wykorzystywał to bez Ŝenady. będzie to znaczyło. . Jaką mogę mieć pewność. Wymagacie jednak bardzo wiele. Oczy miał szeroko otwarte. Muszę działać zgodnie z Ŝyczeniami Fuhrera. patrząc na arcybiskupa. Rzym stoi. co w mojej mocy. obiecuję.Zatem wie pan. panie generale? .Generał Kesselring wyglądał na zakłopotanego.Byłem . . lecz jak dojrzały i doskonały męŜczyzna. Przyznaję. pomnik dwóch tysięcy lat troski i miłości. jeśli będę mu Ŝyczliwy? Kardynał Vittorio ściągnął wargi cmokając na swoją syjamską kotkę. Wcale nie jak ten renesansowy młodzieniec. lecz nie tak. jakie wywierał na generale. Błagam. Jestem człowiekiem cywilizowanym. to od pana zaleŜy. a to moŜe w ostatecznym rachunku obrócić się przeciwko Rzeszy.Czy był pan w Atenach. jak stał od wieków. . a na czoło opadł kosmyk szpakowatych włosów. Ŝe jest to do pewnego stopnia rzeczywiście zaleŜne ode mnie. sylwetkę miał Ŝołnierską i twarz anioła. . Wasza Eminencjo. jak arcybiskupowi w jego sutannie.

Arystokratka. Wasza Eminencjo. i arcybiskup nosimy stare szanowane nazwiska. Nienawidził całego serca inercji Watykanu. gdy znajdzie pan czas na wizytę w Castel Gandolfo. W pokoju zapanowało milczenie. jakby wycofał się. nie pomagało w zakończeniu tej wojny. Najbardziej potrzebował w tej chwili rozmowy z Meggie i Fee albo z kimkolwiek. niepotrzebną wobec umiłowanego człowieka.. I ja. Tego wieczory arcybiskup Ralph czuł się zmęczony. generale. Moja pieszczotko. kimś. czasami nie potrafił tolerować ślimaczej ostroŜności tych. rozdraŜniony i niespokojny.Pogładził wypręŜony koci grzbiet. . pozwalając istotom ludzkim bez przeszkód niszczyć świat. jaka jesteś śliczna! . panie generale . Nawet modlitwa nie przychodziła mu teraz łatwo.Rzym nigdy nie zapłaci zdradą za Ŝyczliwość. Choć sam był raczej konserwatywny. Jestem przekonany. który dla nich stworzył.arcybiskup Ralph zwrócił się do nowego pana Włoch ze wzruszającym uśmiechem. Nikłe upiorne światło rozjaśniło wielką pustą apsydę. znacznie bardziej widoczną niŜ nawet kompanie szaro odzianych Niemców. kto nie miałby swoich własnych politycznych. Ŝe te same zapewnienia usłyszy pan. Czy podoba się panu jej imię: Kheng-see? Po chińsku znaczy to jedwabny kwiat. a Bóg wydawał się być oddalony o lata świetlne. Jego kroki głucho dudniły na kamiennej posadzce i ucichły. duchowych czy militarnych interesów do załatwienia. poruszających się po ulicach miasta. Gdy odwrócił się znów do kardynała. dopóki świecka siostra nie rozstawiła filiŜanek i nie wyszła. którzy zajmowali w Kościele najwyŜsze godności. co czynił. . kogo nie interesowałyby losy Watykanu czy nawet Rzymu. Jeśli w Watykanie. a miał juŜ dość targowania się o zachowanie zabytków. panie generale. gdy . co było oznaką niespokojnych czasów. to od tygodni nie rozmawiał ze zwykłym człowiekiem. . Nic. zrzucił jednak tę maskę wdzięku.Niezwykłe zwierzę.Nie będzie pan Ŝałował tej decyzji. lecz przy jej rodowodzie nasze generale są niczym. Zszedł do prywatnych schodach do bazyliki Świętego Piotra. Wrota bazyliki zamykano teraz o zmierzchu.

. ale nie o to chodzi. Zapalił natychmiast trzymaną w ręku latarkę i rzucił snop światła w kierunku. z którym pragnął porozmawiać! To. zapadnięta i podobna do maski pośmiertnej. . PoniŜej dramatycznych twarzy z marmuru mignęła jeszcze jedna. mówiąc cały czas cicho i powoli. po czym znów zabrzmiały. . a ja nie mam kluczy do drzwi.spytał po niemiecku wciąŜ się uśmiechając.Nawet nie wiesz. Latarka wydobyła z ciemności rzeźbę.Tak. by spojrzeć w ciemne oczy.Sam teŜ przyszedłem się pomodlić. Ŝe moŜe chłopiec .Nie. I wierz mi. To był jego świat i mógł go bronić wolny od strachu. . .spytał myśląc.rzekł uśmiechając się. ludzka. To był ten zwykły człowiek.Co się stało? Zamknięto cię w środku? . Ŝe moim głównym zadaniem w Ŝyciu jest stawianie ludziom tego pytania. ale zauwaŜył mundur naleŜący do niemieckiego szeregowca piechoty. Zobaczył w świetle latarki błyszczące krople potu na wysokim czole. Chodź ze mną.Ruszył w kierunku prywatnych schodów prowadzących do pałacu papieskiego.Jesteś chory? .Co się stało? .ukląkł przed wielkim ołtarzem. Wreszcie usłyszał odpowiedź. Ŝe zwykły człowiek był Niemcem nie miało znaczenia. . usłyszał ostre wciągnięcie powietrza. . . którą uwaŜał za najpiękniejszą „Pietę” Michała Anioła. pomiędzy jednym stąpnięciem a drugim.bo był to zaledwie chłopiec .powiedział chłopiec głosem zbyt głębokim jak na jego wiek.jest chory. Arcybiskup Ralph połoŜył latarkę na podłodze i podszedł do chłopca.Jak się masz? . . nieraz wpakowałem się w tarapaty przez to pytanie. . . ujął go pod brodę i podniósł twarz.Przyszedłem się pomodlić . z silnie zaznaczonym akcentem bawarskim. Arcybiskup podniósł latarkę. Nie słyszał odpowiedzi. Wtem. .spytał i roześmiał się. Bardziej był zaciekawiony niŜ przestraszony. skąd doszedł dźwięk.Witaj! .Nie moŜesz tu zostać przez całą noc.

.Wspaniałe imię . Twarz jego przypominała włoskie twarze . do góry. Stali przyglądając się sobie nawzajem. Ŝe słuŜba Ojca Świętego nie uzna mnie za aresztowanego i zauwaŜy. jakiego zawsze pragnąłem. Przez jakieś dziesięć minut szli w milczeniu korytarzami. O tu. oraz szopie pofalowanych czarnych włosów. choć budowa jego ciała zapowiadała przyszłą siłę i umięśnienie. Młody Niemiec trzymał się blisko swego opiekuna.odpowiedział chłopiec.Prawda? Sam je wybrałem. . Arcybiskup Ralph widział dziecko prawie. .Rainer Moerling Hartheim . drugi sam wziął i usiadł na krześle. Nalał do dwóch kielichów. podał chłopcu jeden. Wreszcie arcybiskup otworzył jakieś drzwi i wprowadził zabłąkanego chłopca do małego. Ŝe to ja eskortuję ciebie. ubrane w mundur. więc i tak wzięliby mnie do wojska. skąd mógł wygodnie obserwować jego twarz. z którego wyciągnął butelkę wina. .Czy Niemcom pozostały juŜ tylko dzieci. który w całej Europie wzbudzał strach i lęk. ale gdy poszedłem do armii. skromnie umeblowanego saloniku.Nie wiem . . obwiedzionym długimi czarnymi rzęsami.Byłem w sierocińcu. przez otwarte dziedzińce i ogrody. Niemiecki Ŝołnierz widział przed sobą bardzo wysokiego i przystojnego męŜczyznę.Siostry nazywały mnie dzieckiem miłości. z bardzo długimi rękoma. patrycjuszowska i bardzo atrakcyjna dzięki szerokim orzechowym oczom.ciemna. . z niebieskimi oczyma o wnikliwym spojrzeniu.Usiądź .Jesteś sierotą? . zapalił światło i zamknął drzwi.Jak się nazywasz. W domu nazywano mnie Rainer Schmidt.spytał zakładając nogę na nogę.powiedział ksiądz powaŜnie. chłopcze? . Miejmy nadzieję. jeszcze młodzieńczo szczupły. zmieniłem je na takie. Był średniego wzrostu.Dzięki waszemu najwyŜszemu dowództwu miałem przykry dzień.kaŜdy człon wymawiał z wielką dumą.. które mogłyby za nich walczyć? .powiedział i otworzył kredens. Chłopiec nie miał więcej niŜ szesnaście lat. .. wielkie sienie i schody. a nie odwrotnie. . .

Chciałem zobaczyć bazylikę Świętego Piotra.Chciałem pomodlić się o dwie rzeczy . gdy juŜ przestał się bać. z godnością i opanowaniem.Wystarczy na mnie popatrzeć . . . Ŝe jest słodkie. . Ŝe w twoich Ŝyłach płynie krew Ŝydowska? . Ŝe będzie lepiej modlić się w bazylice.Nawet jeśli wiedzą. Ŝe siostry wiedziały więcej.Dobrze. Dlaczego tak się przestraszył? śe go nie znajdą? Czy Ŝe został zamknięty wewnątrz bazyliki? .Rozumiem.Co cię przeraziło. . bowiem siostry często mówiły o niej i pokazywały nam zdjęcia. .powiedział chłopiec kiwając na znak głową. . Czy rzeczywiście mogą cię wziąć za śyda? . Wcale nie odczuwałem Jego obecności.stwierdził chłopiec rzeczowo.Czemu byłeś taki przestraszony. . powiedzieli. Rainer? . jak wiele czasu upłynęło.Arcybiskup Ralph starał się powstrzymać uśmiech. Kiedy wysłano nas do Rzymu ucieszyłem się. Arcybiskup Ralph uśmiechnął się.. Bazylika Świętego Piotra jest symbolem Kościoła. Myślałem.orzekł arcybiskup uspokajająco. ale przypuszczam.Myślałem. Ŝe usłyszał. Ŝe muszą to sprawdzić. . . niŜ mi kiedykolwiek powiedziały. czy mogą to zrobić.To. Pamiętam. Rainer? Chłopiec napił się ostroŜnie wina i spojrzał na Ralpha z zadowoloną miną.Tak pan sądzi? Oby! . Ŝe się boisz.Czy przeraŜa cię myśl.Kiedy zapisywali moje dane. Ŝe uznają mnie wreszcie a śyda i Ŝe mój pułk w końcu zostanie wysłany na front rosyjski. Ŝe będę czuł się bliŜszy Pana będąc w Jego własnym Kościele. .Ale rozczarowałem się.Usadowił się wygodniej. ale Ŝe nie o to mu chodzi.Zmarszczył brwi. Przyjechaliśmy dziś rano. Od razu tu przyszedłem. . Nie dziwię się. zanim przyzwyczaiłem się do tego.Rozumiem cię. Nie wiem. to nie powiedzą . . Zamiast tego czułem zimno i pustkę. Chłopiec mówił teraz.To co cię tak przeraziło? . ale bazylika Świętego Piotra nie jest takim samym Kościołem jak większość innych.

Chłopiec odparł dumnie: .Powiedz. Źle się tam dzieje. Chcę. Jesteś w Rzymie. . czego pragniesz.Powinieneś chodzić do szkoły. Zachowuję się bezsensownie. . . wstał i dolał wina. Rainerze Moerlingu Hartheimie. Ŝe moŜe jednak zostaniemy tam wysłani.powiedział chłopiec. . to zupełnie przeciwny kierunek.modlitwę. nie ma znaczenia .Nie zwracaj na mnie uwagi. Urodziłem się Niemcem i to jest istotne. więc poszedłbym do pracy westchnął. Nie mam Ŝadnej innej.spytał chłopiec nieśmiało.Tak. Obyś przeŜył i osiągnął to. Ŝe jesteś prostym księdzem! . . Takie róŜne myśli nachodzą mnie zwykle o tej porze. . . .Tylko Ŝe oni nie widzą tego w ten sposób.Jesteś dzieckiem jeszcze . uświadomiłeś mi.Oczywiście. niestety. ..Zrobiłbyś to? .O rany! Myślałem. Arcybiskup zaczął się śmiać. .Kim jesteś? . .Jesteś w porządku . .Zatem .powiedział arcybiskup krótko. gdzie rasa i religia nie będą prześladowane. Rainer. Nauka to coś waŜnego.Jestem arcybiskupem Ralphem de Bricassart. Nie jestem nazbyt dobrym gospodarzem. Wolałbym chodzić do szkoły.Podsłuchałem dziś rano.I tak bym juŜ nie chodził. jak mój dowódca mówił.pytał Rainer. aby Niemcy były miejscem. mrugając sennie oczyma pod wpływem wina. kim jesteś.odpowiedział Rainer.Co płynie w moich Ŝyłach. W rzeczy samej. i chcę poświęcić moje Ŝycie temu celowi. Mam szesnaście lat.Będę się za ciebie modlił. . O ile przeŜyję. .A Rosja? Nie musisz chyba teraz tym się martwić. Ŝe nie do swojej dyspozycji tylko jedną broń .arcybiskup usiadł ponownie. .Jestem Niemcem i katolikiem. .Modliłbyś się za mnie tak imiennie? . .

Salamaua i wycofali się północnym wybrzeŜem ku Lae i Finschafen. Padało kaŜdego popołudnia. lecz zabrał ze sobą wspomnienie dziwnie słodkie i pocieszające . Niezadowoleni z takiego obrotu rzeczy Ŝołnierze mogli jedynie mieć nadzieję. wrócę do Rzymu. W chwili gdy Dziewiąta Dywizja gotowa była do akcji w Nowej Gwinei.zaproponował chłopiec. . Rozmawiali niemal do świtu. . Piątego września tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku Dziewiąta Dywizja wylądowała niedaleko na wschód od Lae. Niebieskie oczy patrzyły na niego czule. świeŜy poranek. Wycofywali się jednak niechętnie.Dobijmy targu! . czego dokonała twoja modlitwa. Ŝe dalszą sławę przypadnie im zdobywać gdzie indziej. armie zaś grzęzły z powodu braku zaopatrzenia i posiłków. jak ja oceniam rezultat moich modlitw. opowiem ci.Dobrze umowa stoi.Będziesz się modlił za mnie. A jak wrócisz. ChociaŜ chłopiec o tak wspaniałym imieniu nie mógł jeszcze o tym wiedzieć. byś mógł się przekonać. który obiecał modlić się za niego codziennie. Ze względu na zagroŜenie malarią wszyscy zaŜywali atabrinę. gdy arcybiskup poprowadził swego gościa przez oficjalną część pałacu. Pozostało jedynie zgarnięcie niedobitków.Wstał z krzesła. Zapewniam cię. a gołębie zaczęły latać w pobliŜu okien. I choć ich siły były Ŝałośnie rozciągnięte. rzeczywiście pojechał do Rosji. Bitwy na wyspie Guadalcanal rozwiały nadzieje Japończyków na podbój Australii. a jeśli przeŜyję i osiągnę to.Siedź sobie tutaj. Rozjaśniło się niebo wokół kopuł i wieŜ. mały polityku. Oczy jego błyszczały. Był upał a wilgotność sięgała stu procent. . ścigając Japończyków przez Indonezję. choć do monsunu było jeszcze ze dwa miesiące. Ciągła wilgotność oznaczała nieprzerwanie wilgotne buty i . . Gonę. W pełnym odwrocie Japończycy oddali kolejno Bunę. Japończycy kazali Amerykanom i Australijczykom drogo płacić za kaŜdą piędź odzyskanej ziemi.w Rzymie jest ksiądz. Ŝe wszyscy czuli się tak jakby rzeczywiście chorowali na malarię. było juŜ po wszystkim..AleŜ jestem prosty księdzem. a te Ŝółciutkie pastylki powodowały. przyglądając się z radością jego olśnieniu. o czym marzę. i wypuścił na zewnątrz w chłodny. . znajdę ci coś do jedzenia.

co Nowej Gwinei. zapalenie płuc. Człowiek nie mógł ani na chwilę oderwać wzroku od ziemi. pokryte wrzodami w gorączce. umarło na zapalenie płuc spowodowane przebywaniem na wysokości dziewięciu tysięcy stóp w dominującym zimnie. stając się łatwym celem dla snajperów. W Port Moresby byli takŜe ci. niesamowita dŜungla świecąca po nocach zimnym. Lae leŜało na wybrzeŜu otoczonym silnie zalesionymi stepami. choć tym razem ich siły były niewielkie i wynędzniałe. Jeśli oni chorowali na malinicę. stęchłe błota. w okularach i zajęczymi zębami. w jakim stanie znajdują się mieszkańcy Nowej Gwinei. oddalonymi od jedenastotysięcznych wzniesień w głębi lądu. powiększenie wątroby i śledziony.skarpety. bladym spektralnym światłem. pod którym cienkie mundury tropikalne nie stanowiły Ŝadnej ochrony. W Ŝaden sposób nie mogli swym militarnym wyglądem zastraszyć przeciwnika. beri-beri. to dla białego człowieka nie było wielkiej nadziei. wychudzone. walczyli blisko siebie i chronili się nawzajem. W porównaniu z Afryką Północną było to niewątpliwie wielkie rozczarowanie. Ukłucia moskitów i innych owadów zaogniały się i ropiały. a ciało między palcami było starte do Ŝywego i krwawiło. Jedynym ich wyposaŜeniem były karabiny z bagnetami załoŜonymi na stałe oraz karabiny Owena. Lepkie. wydawanym przez fosforyzujące grzyby. Jako pole bitwy było znacznie lepsze od Kokoda. Kilka domów Europejczyków. co przeszli szlak do Kokoda oraz ofiary nie tyle Japończyków. . Nogi przypominały gąbkę. malarię. stacja paliw i kilka chatynek tubylców. co zginęło z rąk Japończyków. niebezpieczne wspinanie się po sękatej plątaninie odsłoniętych korzeni równieŜ dziesiątkowały Ŝołnierzy. chroniczne choroby skóry. tak samo przetrzebione przez klimat jak Australijczyków. Dziesięć razy tyle. Ŝe Ŝołnierze Dziewiątej Dywizji nie Ŝałowali. tutaj trudno było przyzwyczaić się do braku moździerzy czy armatek. Wrogowie byli malutcy. Po cięŜkiej artylerii i wyjątkowym zmechanizowaniu obecnym na kaŜdym kroku a Afryce. Jims i Patsy lubili walkę wręcz. Japończycy jak zwykle pałali Ŝądzą walki. iŜ uprzednio tam walczyli. RóŜniło się to tak diametralnie od Afryki Północnej. W Port Moresby zobaczyli.

. znacznie bliŜej siebie. Jak na nowogwinejską wiosnę. Patsy . by połoŜyć się w cieniu wilgi. Być moŜe te papuŜki Ŝyły takŜe w okolicach Lae. purpurą i fioletem. jakby w błaganiu. Jims i Patsy przechadzali się w wysokiej trawie za miasteczkiem. a ręce pozostają wyciągnięte. Grali w krykieta.skwitował Patsy. czując na nogach łaskotanie trawy. spacerowali i Ŝartowali z tubylcami o krwistoczerwonych bezzębnych dziąsłach od ciągłego Ŝucia betelu. jak Patsy podrzuca ramiona. Wilgotność spadła o dwadzieścia procent.Ano . Co jakiś czas podnosili nozdrza do góry. niebo było dziwnie niebieskie. Ŝe złapie znikającego ptaszka.W dwa tygodnie po wylądowaniu Dziewiątej Dywizji w Lae. Niemcy teŜ. .powiedział Jims. Jims widział. Patrz! Prawdziwa papuŜka. Dzieliło ich moŜe dwadzieścia jardów. Od pasa do kolan pokrył się jasnoczerwoną krwią. Ŝe aŜ przemówił.Jims. jakby mimochodem sprawdzali. Dyscyplina rozluźniła się. kiedy karabin maszynowy rozorał trawę. był to piękny dzień. Ŝe są juŜ w domu. jak w Droghedzie! . Japończyków juŜ tam nie było. jakby naprawdę sądził. Teren za miasteczkiem zakwitał zielenią. wciągali zapach trawy rozgrzanej w słońcu i marzli.Japończycy zwiewają. poczuć przez skórę przyjazną piękną ziemię i jakieś ogromne serce bijące gdzieś tam w głębi. czy jeszcze wszystko jest na miejscu. która po sezonie obfitych deszczów była tak samo wysoka i miała ten sam wyblakły brunatny kolor. Tak musiało pulsować serce matki w uszach śpiącego niemowlęcia. do Droghedy! Nie mogę się juŜ doczekać. Do domu. Wszyscy korzystali z wolnego dnia. poczytać lub podrzemać. . . jak jego ciało okręca się wokół osi. Ze śmiechem pobiegł za ptakiem. Patsy. niŜ wypadałoby męŜczyznom.Niedługo wrócimy tam. ale ten piękny dzień i to całkiem niespodziewane przypomnienie domu wywołało ogromne podniecenie Patsy'ego.Patsy był tak zaskoczony. Zerwał z głowy kapelusz i wyciągał go. Jims przyglądał mu się z uśmiechem. Przypominała im trawę w Droghedzie. Czasami nieświadomie dotykali swoich ciał. Ŝe idą w środku dnia. nie pokryte białą parą jak zwykle. . Szli ramię w ramię. Przyjemnie było czuć na twarzy prawdziwie letnie słońce.

Jeszcze Ŝyję. . choć przecieŜ widział krew.Patsy miał szczęście . połoŜył głowę na jego obnaŜonym ramieniu i zapłakał.Gdzie dostałeś? . pęcherz takŜe. ściągając z niego nasączone krwią szorty i wzdrygając się na widok zakrwawionego ciała. Zrobiono to z większą niŜ zazwyczaj zawziętością.odchrząknął. Ktoś pobiegł po nosze. podczas gdy reszta rozprawiła się z karabinem z drugiej strony polany. Jest jedna rzecz. ale większość w uda. Z nerwami będzie gorzej . . ale wnętrzności chyba ma w porządku.Oczywiście. Patsy.spytał Jims. gdy z karabinu maszynowego ponownie otworzono ogień. Raczej na pewno da się go załatać. Rzucił się biegiem w stronę brata. A jednak doszło go słabe „Ano”. Gdyby mu się coś stało.No co? .powiedział lekarz nieco później. Kiedy dotarł wreszcie do brata. w tej chwili trudno coś powiedzieć na pewno.darł się Jims. Ŝeby od tego umrzeć. .Patsy. Dzień był nadal piękny. jak uchodzi z niego Ŝycie..niecierpliwił się Jims. Zmierzam do tego..Patsy! Patsy! . lecz przypomniał sobie wojskowe wyszkolenie. . z wyjątkiem moŜe nerwów. będzie jak nowy.. . padł w trawę akurat w chwili. PapuŜka co prawda dawno odleciała. . Dwie lub trzy utkwiły w miednicy. a z nią wiele drobnych nerwów prowadzących do krocza. Jims czołgał się przez pachnącą trawę. jak umiera.wołał bezsensownie. Nasłuchiwał wiatru i szelestu wywołanego ruchami. w odpowiedzi. Zewsząd otoczyli ich koledzy grający w krykieta.Trafił go prawie tuzin kul. Jims nie przeŜyłby tego. Nie jestem teŜ tak genialnym chirurgiem jak ci faceci z Moresby. Cewka moczowa została naruszona.syknął Patsy. Jims spuścił głowę patrząc na ziemię przez łzy. wciąŜ jeszcze trochę zielony i roztrzęsiony. Ŝe być moŜe straci moŜliwości odczuwania doznań w rejonie genitaliów. ale inne ptaki ćwierkały nadal nieustraszenie: zamilkły tylko na czas strzelaniny. bowiem Milczek był ulubieńcem wszystkich. . W kaŜdej komórce swego ciała czuł rozrywające się kule. nic ci nie jest? . .W kaŜdym razie nie tak.Daruj sobie . czuł. Oni będą mogli powiedzieć znacznie więcej. . .

bez mojego najwierniejszego kompana. chodzić. bo wracasz do Droghedy. JednakŜe medyk z Dziewiątej Dywizji miał rację . Ŝe najgorsze minęło. . dopóki lekarze nie orzekną. dam sobie radę. Co prawda Patsy nie będzie mógł prowadzić normalnego Ŝycia. Modliły się jeszcze o jedno: Ŝeby Jims równieŜ wrócił cały do domu.Nie bój się o mnie. Ŝe Ŝyje .odczucia w dolnej miednicy były zdecydowanie ograniczone. obłoŜyły na drogę kocami i czasopismami. Kiedy wypisano go ze szpitala. Fee zatrzymała się tylko na kilka dni. ale pani Smith wynajęła pokój w hotelu „Randwick” w pobliŜu wojskowego szpitala i pozostała tam dłuŜej. Kule przeszły ciało wokół brzucha cudem nie zadrasnąwszy Ŝadnych organów. Na ile stan ten mógł się z czasem poprawić. . Meggie. W pewnym sensie masz szczęście. jak to jest. jednocześnie kurczowo trzymając brata za rękę. Chryste! . Pani Smith wypłakała wiele łez. Rany były zdumiewające.To niewaŜne . którym Patsy miał być przywieziony z Townsville. . resztę wojny muszę spędzić sam. mamę i braci. ale teŜ była wdzięczna Bogu za wiele rzeczy. uwaŜaj na siebie. ale będzie mógł jeździć.Dobrze.Nigdy specjalnie nie miałem ochoty na małŜeństwo.Popatrz. Miał przy nim pozostać. Jims. Patsy leŜał w szpitalu jeszcze trzy miesiące. Napiszę ci. którym miał lecieć do Sydney. W wojnie juŜ nie wziął udziału.rzekł Patsy leŜąc na noszach w samolocie. słyszysz? Przykro mi opuszczać cię w ten sposób. A ty. MałŜeństwo i tak nie było pisane męŜczyznom z rodu Clearych.. Jims dostał pozwolenie na towarzyszenie bratu do port Moresby.powiedział. . Fee i pani Smith poleciały do Sydney na spotkanie amerykańskiego samolotu. .Jims uśmiechnął się szeroko. Pozdrów ode mnie panią Smith. Wymościły mu miejsce na tylnym siedzeniu. nikt nie potrafił powiedzieć. Meggie przyjechała rollsem. nawet biegać.

Najmłodszy syn Rossa MacQueena. Sześć rozpaczliwych lat! Tyle pustych miejsc! Zginęli Rory. Hughie i Patsy stali na werandzie i wpatrywali się w ciemność. której ryk mieszał się z bębnieniem zalewającego wszystko deszczy. co prawda chodzić mógł. wdychając niepowtarzalny. Na cmentarzu woda zmyła kurz i wybieliła wszystko. Jack. Dwanaście cali! Tyle deszczu przywróci trawę! Meggie. Przez prawie dziesięć lat nie spadł Ŝaden liczący się deszcz. wspaniały deszcz. dzięki któremu rosła trawa. Fee. Patsy. ale równie cięŜko zawaŜyły na ich Ŝyciu? Co z tymi. bowiem w dniu zakończenia wojny skończyła się teŜ najdłuŜsza susza w historii Australii. Na rzece pojawiła się olbrzymia fala powodziowa.. których rany nie były widoczne. drugiego września tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku. gdy cesarz Hirohito podpisał oficjalną kapitulację Japonii. owce. Deszcz. konie. syn Edena Carmichaela. dokąd idzie. woda spływała im po grzbietach. małomówni i nieskorzy do śmiechu? Kiedy wojna się zaczynała. deszcz! Błogosławiony. które rozjeŜdŜały się w nagle rozmokłym gruncie. Cormac. nie mógł spłodzić dzieci. lecz nie widział. a dzięki trawie wracało Ŝycie. opłukała teŜ skrzydła kamiennego anioła. bydło i trzoda usiłowały utrzymać się na szeroko rozstawionych nogach. to znaczy dokładnie w sześć lat po rozpoczęciu wojny. nie mógł chodzić. Syn Paddy'ego Cleary. Angus. a wrócili cisi. Bob. A tego dnia gruba warstwa chmur pokryła niebo. Czarne chmurzyska pękły i na spragnioną ziemię spadło dwanaście cali deszczu. syn Dominika O'Rourke. Wieść nadeszła w niedzielę. którzy poszli na wojnę weseli i radośni. John. świeŜy zapach deszczu padającego na wyschniętą i kruszącą się ziemię.ROZDZIAŁ SZESNASTY Gillanbone uwierzyło w zakończenie wojny dopiero wtedy. Ŝe będzie trwała tak długo i Ŝe trzeba będzie za nią zapłacić taką cenę? Gillanbone nie było szczególnie przesądną społecznością. syn Kinga. Większość z nich przyszła na świat juŜ w czasie suszy i nie znała takiego deszczu. A co z tymi. drugiego września. syn Horry'ego Hopetona. . zadrŜeli najwięksi cynicy. któŜ mógł przypuszczać. jednakŜe tamtej niedzieli. zaś David.

wszyscy to porządni faceci. Bob udał się na wschód. Arne i ja zatrudniamy dwanaście grup. Pieniądz przychodzi łatwo. Ŝe Michael Carson miał rację .Na ziemi pojawił się jasnozielony meszek. puściły pędy. Po dziewięciu latach zrzuciły wreszcie powłokę brudnego kurzu. Fee wyszła na werandę. Zatrudniono ośmiu ludzi. w zasadzie tylko okazy rozrodcze. JuŜ niedługo. Gdy się urządzę. był wystarczający by ogrody przy rezydencji przetrwały tak długą suszę. . Dla Meggie skończyło się Ŝycie w siodle. Meggie. Po dziewięciu latach suszy pozostało niewiele bydła i owiec.pisał. ogród eksplodował orgią kolorów. Twój Luke”. przyjdą teŜ ludzie szukający pracy. będę miał własny kawałek ziemi koło Kynuny. rozgałęziły się. ciemniały. którego tak pragnęłaś? Dziwne. MęŜczyźni powrócili na pastwiska zastanawiając się. patrząc bezmyślnie na wspaniałą zieleń trawników otaczających rezydencję. drugi. które wybudował. Wkrótce wróci Jims. gdzie Meggie siedziała z listem w ręku. odkąd go porzuciła. który bez względu na okoliczności był zawsze trzymany w zamknięciu. Fee otworzyła nowiutką butelkę czarnego atramentu. jak doprowadzić Droghedę do dawnej świetności. trzon hodowli czempionów. Plecy trochę bolą. ścinających dla nas. stając się tą dobrze znaną. gdzie w gospodarstwach mniej dotkniętych suszą mógł zakupić owce dobrej rasy. Pastwisko w pobliŜu rezydencji przypominało pole pszenicy falujące przy kaŜdym podmuchu wiatru. . co u ciebie i jak Drogheda przeŜyła suszę. zakręciwszy z impetem buteleczkę czerwonego. Ŝe to juŜ niedługo .zapas wody w zbiornikach. Ŝe nie nadąŜamy z produkcją. moŜe zechcesz do mnie wrócić? Czy zrobiłem ci tego dzieciaka. Rosły.codziennie osiem. Zarabiam koło pięciu tysiączków rocznie i prawie wszystko odkładam. Okazało się. Ŝe kobiety zrobiłyby wszystko dla dziecka. srebrzystobeŜową trawą z Droghedy. Meggie otrzymała list od Luke'a. ale wciąŜ dotrzymuję kroku najlepszym .Jeszcze kilka lat roboty przy trzcinie i powinienem wreszcie się dorobić. ceniony inwentarz. byki i barany. a wielkie eukaliptusy nagle stały znów się białe i jasnozielone. Blaszki trawy wycelowały w niebo. Europa potrzebuje tyle cukru. Wydaje mi się. „Myślę. dziewięć ton. Daj mi znać. Jims wrócił do domu. potem płowiały i grubiały. Ŝe to nas właśnie rozdzieliło.

Fee siadła w wyplatanym krześle obok córki. Nie chciała brzydkim osiatkowaniem psuć wyglądu rezydencji. Ŝe rozmawiasz ze mną jak kobieta z kobietą! Fee nie uśmiechnęła się .Za nic w świecie. .Jak tam Luke? . . mamo. W pobliŜu słychać było krzyki ludzi i walenie młotków. Ŝe jeszcze trochę popracuje przy tej cholernej trzcinie i będzie miał własny kawałek ziemi gdzieś koło Kynuny. zdaje się. i wreszcie. .. Świata za tobą nie widzi. WciąŜ to samo. Ŝe masz wszelkie dane ku temu.Meggie. Mamo. Przypuszczam. Na werandzie i w oknach na piętrze zakładano cienkie druciane siatki chroniące przed muchami. dlaczego nie rozwiedziesz się i nie wyjdziesz ponownie za mąŜ? spytała nagle Fee. na dwa tygodnie przed jej końcem. Nie zgodziła się jednak na elektryfikację. bo staję się gadatliwa.Chyba tak. Mieli jedynie nową kuchenkę gazową na gaz z butli przywoŜonych na zamówienie oraz z tuzin nowych naftowych lodówek.Myślisz. Kiedyś. .Pojedziesz wtedy do niego? . jeśli jeszcze nie jesteś kobietą. Meggie spojrzała na matkę zdumiona.No. chociaŜ juŜ od tysiąc dziewięćset piętnastego roku w Droghedzie pracował mały silniczek parowy zaopatrujący w prąd szopę do strzyŜenia. Chyba się starzeję.Enoch Davies wziąłby cię bez zastanowienia.O BoŜe. ale susza spowodowała. . gdybyś tylko chciała.Bez zmian. . Fee ugięła się i wynajęła przedsiębiorcę do osiatkowania nie tylko samej rezydencji. to juŜ nigdy nią nie będziesz. .uśmiech był u niej nadal rzadkością. Drogheda bez łagodnie rozproszonego światła lamp naftowych? To było nie do pomyślenia. ale wszystkich domów i baraków. Ŝe much było coraz więcej. Ŝe dopnie swego? . Fee broniła się przed tym całe lata i nie dawała się przekonać.

Nadal uwielbiała go i uwaŜała za swoją prywatną własność. szczupły i silny. ziemia jest pyszna! Naprawdę. a ja nie jestem katoliczką. to prawda. Nie opowiadaj. ale bardziej chuda niŜ szczupła. Nie była ładna. Gdybyś naprawdę chciała. Wspaniale znów widzieć trawę w Droghedzie i zielone trawniki dookoła domu. mamo. mamo.Masz rację. Była prostolinijna. Chętnie zachowałaby ten nowy nastrój między nimi.Dane! Co ty tam robisz? W tej chwili wyjdź stamtąd! Chłopiec wypełzł spod najbliŜszego krzaka. bezkompromisowa i inteligentna i w wieku ośmiu lat tak samo obojętna na to.Głupstwo! . Za nim pojawiła się Justyna. Tylko Ŝe ja nie chcę wychodzić za mąŜ.To ten deszcz. Ale unikasz odpowiedzi na moje pytanie. o twarzy pięknej jak delikatna porcelana. Na twarzy wokół ust malowały się podejrzanie ciemne smugi.To niezgodne z prawem Kościoła.Słyszysz? To pewnie Dane! Wiesz. Jest mi całkiem dobrze z moimi dziećmi tu w Droghedzie. serio! Podszedł i stanął przed nią. ale takŜe ze względu na niezwykle zdecydowany charakter. . . oczy jednak zachowały tę samą jasność co w niemowlęctwie. ale zwracała na siebie uwagę i to nie tylko z powodu oczu. . i okropnie piegowata. jak wtedy. . co ludzie o niej myślą. . . W wieku siedmiu lat był dzieckiem pełnym wdzięku: wysoki. dosiada juŜ konia? . ale zaraz łagodnie dodała: .Meggie parsknęła śmiechem.Pochyliła się do przodu. Meggie.wykrzyknęła Fee. Tylko jedna osoba była jej bliska . gdy była malutka. ale za kwiatami nikogo nie było widać. chyba tak. tobyś się z nim rozwiodła. Niemal trudno było rozpoznać jej rysy pod piegami. Ktoś śmiał się zupełnie jak Meggie. Rudozłote loki jak u Paddy'ego otaczały jej psotną twarzyczkę. zachwycona tym występem matki. Czemu nie rozwiedziesz się i nie wyjdziesz powtórnie za mąŜ? .Dane. . Z pobliskiego krzewu dobiegł ją czyjś chichot. TeŜ była wysoka. w garści trzymał czarną ziemię.Mamo! Wiesz.Jest pięknie.Jesteś moją córką. Nic innego. .

Niekoniecznie . którą znalazł w spiŜarni pani Smith. prawda? A ona jest dobra. Oboje byli mniej więcej tego samego wzrostu. Justyna przeŜyła szok. oparte w dłoniach.Melasa. na kruche.Jest.Wielokroć doprowadzało to do konfliktów z matką. więc wzięli się za ręce i razem odeszli wolnym krokiem przez trawnik do domku-gniazdka. Miało suchy wonny zapach. nie wytrzymam. która trzymała się z daleka i uwaŜała. Początkowo dorośli nie chcieli się zgodzić na to miejsce ze względu na zagroŜenie ze strony pszczół. Znacznie lepsze stosunki miała z babką. Justynko. ale na pewno nie wyjdzie mu to na dobre. . . Justynie matka nie była potrzebna. Dzieci twierdziły. Ŝe kaŜdy ma swój rozum.Nic mu nie będzie. Czasami rzeczy. tobyś juŜ nie Ŝył.Bo zwymiotowałeś. Dane. Dane bardzo chorował po zjedzeniu całej puszki melasy. pachnące bławatki. .No wiesz.powiedziała Justyna. Ŝe Ŝadne inne drzewo nie stwarza takiego nastroju. więc ją jadłem. gdy Meggie odwiesiła siodło i znów stała się matką. .Nie moŜe być aŜ tak trująca. W jej mniemaniu Meggie była kimś. . Z takim twierdzeniem Dane nie mógł polemizować. Gdybyś nie wymiotował. skoro jeszcze tu jestem. Ŝeby nie jadł ziemi . czemu to zrobiłeś? Chłopiec zastanowił się chwilę. Gdyby miała mi zaszkodzić. Meggie zwróciła się do syna: . Z triumfem w głosie oznajmiła: . Nie czuła potrzeby zwierzeń ani teŜ nie szukała w niej serdecznej aprobaty. ale okazało się. Ŝe ma we wszystkim rację.Dane. Po pierwsze. toby mi nie smakowała. są najbardziej trujące.Na przykład? .Mówiłam mu. ale odparował: . .spytał chłopiec wyzywająco. a winogrowate kiście maleńkich róŜowych kuleczek rozpadały się. . Ŝe dzieci miały rację. .wtrąciła Justyna wyniośle. kto przeszkadzał jej czerpać przyjemność z zabawy z braciszkiem. Przyznał więc jej rację. które najlepiej smakują. Pszczoły Ŝyły z nimi w zgodzie. bowiem i tak uwaŜała. który wujowie zawiesili pośród opadających gałęzi wielkiego sumaka.

Dane i Justyna tak się róŜnią od siebie. nie przypominam sobie. nie Luke'a O'Neilla miałam na myśli.A iluŜ znamy ludzi o tym imieniu? Luke O'Neill nie spłodził tego dziecka. Dane jest skórą zdarty z Ralpha de Bricassart.zapytała machając nogą jakby od niechcenia. . chociaŜ od lat słyszała to zdanie z ust wielu ludzi. przecieŜ to skóra zdarta z ojca . ale dobrze im ze sobą powiedziała Meggie. Oczy jej. Choć zupełnie nie rozumiem. gdy się urodził.powiedziała patrząc. Po raz pierwszy od lat mam ochotę porozmawiać. To syn Ralpha de Bricassart.Nie przestaje mnie to zadziwiać. Ludzie zawsze mieli na myśli Luke'a. choć zabrzmiało to jak chrząknięcie. by powiedzieć coś tak szalonego i bezpodstawnego? Fee wyciągnęła nogi przed siebie i skrzyŜowała stopy. Wiedziałam o tym od chwili..Nie sądzisz chyba. . Fee myślała jednak o czymś zupełnie innym.Wielki BoŜe. Była to reakcja mimowolna. Oczywiście wynikało to z jej poczucia winny. mamo? . A i ja przez to czuję się lepiej.I nic nie powiedziałaś? Dlaczego? Dlaczego czekałaś aŜ siedem lat. Były jednocześnie surowe i ironiczne. . wyblakłe ze starości i katarakty. ani stosunkiem do Ŝycia. Ŝe jestem taka naiwna? Oczywiście.Tak sądzisz. jak Dane schyla się i znika wśród liści drzewa.Starzeję się.AleŜ mamo! Skąd ci to przyszło do głowy? Ksiądz Ralph de Bricassart?! . Fee zaśmiała się. Meggie z wraŜenia poczuła zimne dreszcze. . jak mu się udaje nie kłócić z osóbką tak zdecydowaną i upartą jak Justyna. by się kiedykolwiek kłócili. . Starość moŜe być jednak błogosławieństwem! Drogheda podnosi się i miło na to patrzeć. jakby cała zamieniła się w ołów. . Dane nie przypomina Luke'a ani charakterem. Mimo wszystko nie umiała ze spokojem słuchać komentarzy o podobieństwie Dane'a do jego ojca. zaśmiała się wyraźnie. W gruncie rzeczy Luke O'Neill był bardzo podobny do Ralpha de Bricassart. Stare rany się zabliźniają. Meggie. Meggie. . Meggie poczuła ogromny cięŜar. .Ja tego nie widzę. . zatrzymały się na zdumionej twarzy Meggie.

Ludzie zauwaŜają tylko kolor oczu. prawda? Za rogiem ktoś upuścił młotek i zaklął. włosy. Nie jestem naiwna i mam oczy. . W tym jest wystarczająco podobny do Luke'a. Meggie poddała się. mamo? . A sposób poruszania się? To jest Ralph de Bricassart. . Popatrz na jego dłonie. Myślałaś. kształt nosa. CzyŜ to nie idiotyczne? I tak mu to nie pomogło! To była tylko kwestia czasu. tylko dziwna sympatia. czy teŜ współczuć. bo obserwowałam was przez lata.W jej głos wkradła się nuta surowości. . Meggie. połoŜyła na kolanie Meggie i uśmiechnęła się. nigdy nie było. Sprawiło jej to ulgę. Meggie. nie wiedząc. to nie ma co! Nie masz. będę szczęśliwa. Ŝe rozwód jest niezgodny z prawem Kościoła. siedziała teraz całkiem odpręŜona. Gotowa byłaś złamać znacznie powaŜniejsze prawo Kościoła niŜ rozwód. kiedy oni wreszcie skończą zakładać te siatki!. Ja wiem. czy matka chce jej dokuczyć. tak dalekie. ust. . Nie przekonasz mnie. mamo. kiedy nie chciałaś. Przybiegłabyś na kaŜde jego wezwanie. W uśmiechu tym nie było ani pogardy. kształt twarzy. a ty zajmowałaś dalekie miejsce.. .No wiesz! Jak juŜ wybierzesz sobie temat do rozmowy.Oczywiście. Nie ma w nim nic z Luke'a. by to on był panem młodym.To jego spojrzenie. Czy to takie oczywiste? Czy wszyscy wiedzą. kogo chcesz. Bezwstydna byłaś. to widzę w nim. Przede wszystkim. Więc nie gadaj mi. budowę.. bo być nie mogło. Nagle Fee wyciągnęła rękę. Ralph de Bricassart. No. ani goryczy. Chciał być z całego serca doskonałym księdzem. bo ci nie wierzę. Chciałaś.Ale on był upartym człowiekiem. Ŝe mnie oszukałaś wtedy. Fee drgnęła. by to właśnie Ralph de Bricassart udzielił ci ślubu z Lukiem O'Neillem? Ja wiedziałam. brwi. ale nie mnie. po prostu bezwstydna! . . gdy przyjechał do Droghedy przed wyjazdem do Aten i ciebie tu nie było. prawa mówić coś takiego! To nieprawda! .powiedziała Meggie rozpaczliwie.Słodki BoŜe. Ŝe to Luke O'Neill spłodził tego chłopca. On jest chodzącym odbiciem księdza. nie celebrującym duchownym.Nie okłamuj mnie. Meggie..oświadczyła Fee stanowczo. a wtedy. jakby przeszedł ją dreszcz. Okłamuj. Ŝe nie .

O tak. Byłaś mu potrzebna jak Ŝadna inna kobieta! To dziwne zresztą . nie było juŜ powodu pozostawać z Lukiem. było poślubienie Luke'a O'Neilla. Musiał się z tym pogodzić wtedy. Ŝe usychasz z miłości do niego. . . Wróciła i przyjrzała się uwaŜnie córce. .No. . Ŝe byłaś mu potrzebna. . Biedny Ralph! Nie miał wyboru: musiał cię szukać.Frank? Krzesło zaskrzypiało. no! Cios za cios. gdy Frank uciekł z domu. jaką mogłam mieć od niego: jego dziecko.Ralph mnie odnalazł. Ale chyba to normalne. co on takiego w tobie widział.kontynuowała .wiedziałam. tak jak ja byłam o ciebie. ale przez szparki przyglądała się Meggie bardzo uwaŜnie.Nigdy nie potrafiłam zrozumieć. tak.Jakbym słyszała siebie . zaczął wskazywać wszystkie cechy psa ogrodnika. Meggie? Od kiedy o tym wiesz? .Tak . Najmądrzejszą rzeczą. jaką zrobiłaś. Ŝe jego uczucia do ciebie są kryształowo czyste. gdy chodzi o ich córki. Ŝe matki są zawsze trochę ślepe. Kręcił się tu jak mały chłopczyk zagubiony na wielkich targach w Sydney. dopóki nie zestarzeją się same na tyle. gdy wrócił tu i nie znalazł ciebie. . Oczy miała prawie zamknięte.Fee powiedziała to z prawdziwym zdumieniem. Ŝe on nie ma zamiaru porzucić swego Boga. Tylko to niczego nie rozwiązało. Wiedziałam. Najtrudniejsze dla niego było twoje dojrzewanie. by nie zazdrościć młodości. Fee wstała i odeszła parę kroków. bo wyszłaś za mąŜ.uśmiechnęła się na swój sposób Fee. ale tylko jak poszłaś do innego. Dopóki Ralph sądził.Od dzieciństwa. kołysząc się lekko. . on sobie wmówił. tamtego dnia.westchnęła Meggie. czyŜ nie tak? Wiedziałam. nie chciał cię. Dlatego musiałam mieć jedyną rzecz. nie zmieniło to jednak faktu. Od tamtego czasu.Cokolwiek to było . Ty jesteś zazdrosna o Justynę. jak badacz rzadkiemu okazowi. Kiedy raz posiadłaś Ralpha de Bricassart. Meggie. I znalazł. . Ŝe pojedzie cię szukać. Ŝe cię znalazł. gdy wróciłaś do domu przed urodzeniem Dane'a. Usadowiła się wygodniej na fotelu.zobaczył przy pierwszym spotkaniu i nigdy nie przestało go to pociągać.

. . Ŝe juŜ nigdy nikogo nie pokocham. gdy pochyliła się ku niej. Przyznam. Meggie. Oczywiście.. aŜ stało się za późno. Trzymałam się Franka i ignorowałam pozostałych. ale ojciec Franka był pół-Maorysem. jesteś niezwykłą kobietą! .. jestem bardzo nieszczęśliwą kobietą. choć nic lepszego nie mogło mnie spotkać w Ŝyciu.powiedziała Meggie. nie powinno wydarzyć się Ŝadnej kobiecie. Meggie. a ojcem pozostałych był Paddy. Ŝe to źle.. . Sądziłam. juŜ dawno nie Ŝyje. za późno! . Zwykłą czy niezwykłą. Powiem ci coś w sekrecie. skoro pozbawia tego księŜy.Nie. Kochałam go. jeśli powiem.To wszystko przeszłość. Odwróciła się w stronę ogrodu. Chciałam powiedzieć tylko. bo on był synem Pakeha. Ŝe nazywał się Pakeha. jakie widziałam w Ŝyciu. z jej piersi wydobył się jęk dziwny i Ŝałosny. .. pełen wdzięku.Niezwykłą! . No i Frank. co on mi zrobił. MoŜe dlatego jest to tak wyraźnie u Franka. Ŝe rozumiesz? . wyrafinowany. Ale ja tego nie dostrzegałam. O. . W Nowej Zelandii wiele ulic nazwano jego imieniem. był liczącym się politykiem. AleŜ ja kochałam tego człowieka! MoŜe to był zew naszej krwi. W gruncie rzeczy z własnej winy.kulturalny.Usiadła.Krzesło zaskrzypiało znowu. Meggie. co po maorysku znaczy „biały człowiek”. Ale tobie wystarczy. Ignorowałam Paddy'ego. Był przystojnym. czym Paddy nie był . Znacznie starszy ode mnie.. bo przekazaliśmy mu tę cechę oboje.Wzruszyła ramionami. Kochałam go do szaleństwa. moŜe teŜ i parę miasteczek. .Zatem historia się powtarza. zobaczywszy Dane'a. nie rozumiem. .Głos Fee załamał się.. na pewno byłam mu wdzięczna i oczywiście widziałam w nim wspaniałego człowieka. Był wszystkim. .Jego ojciec był Ŝonaty. We mnie płynie trochę krwi maoryskiej.Wierz mi.Tak mi się wydawało. nie wiem. Mam nadzieję. W moim pojęciu ta wielka instytucja Kościoła jest zła. Nie wymienię jego nazwiska. WciąŜ tylko porównywałam go z tamtym. wiele mam grzechów na sumieniu.Więc dlatego kochałaś Franka bardziej niŜ nas . Ŝe się uśmiałam.Mamo. Tak długo w to wierzyłam. ale to. Byłam nieszczęśliwa od dnia. wysokim męŜczyzną z wielką szopą czarnych włosów i najbardziej błyszczącymi i śmiejącymi się czarnymi oczami. w którym poznałam Pakeha. . .

Czy istnieje męŜczyzna. aby Frank miał nazwisko i aby się mnie pozbyć.Straciłaś Franka. . nawet Luke. które będę mogła kochać. Sama tak wtedy myślałam. Meggie.. tak jak i mnie.Tylko Ŝe ja. Nie mogę go nawet zobaczyć. czemu juŜ teraz uczę go na hodowcę? W Droghedzie zawsze będzie bezpieczny. prawda? Pomyślałam więc. choć tak tego pragnę.Wstrętna! AleŜ jesteś obłudna. przynajmniej będę miała jego dziecko.To moja sprawa. Instytucja Kościoła nie jest kobietą. . zorganizowałam to lepiej. jak ją nazywasz.Nie musisz się przede mną tłumaczyć. W jego przypadku rozwód nie wchodził w rachubę. Nie ujdzie ci to na sucho.Czy nigdy nie zastanowiło cię. tak jak i ja. Poczekaj. Ŝe mój ojciec kupił mi męŜa. Powiedziała więc: . mamo. .pomyślała Meggie a głośno powiedziała: . A ja upewniłam się. ZwiąŜę go sama z Droghedą. Mój syn przynajmniej ma nazwisko. zapłacisz. Ŝe wezmę. co się da. Meggie zbyt w tej chwili nienawidziła matki. czemu w naszym języku ta instytucja. Wśród swojego ludu był jednym z pierwszych. O nie. który osiągnął sławę i wielkość jako polityk. Fee zasyczała. który by go zaprzęgnął do kieratu. by jej współczuć. Ŝe nie będzie miał Ŝadnego ojca. . Musiał wybierać między mną a swoim ludem.Ralph nie miał innej kobiety poza mną. którego nikt mu nie odbierze. mamo. jest tylko instytucją. Ŝe mi nie zaleŜy. Meggie! Niewiniątko! Wiedz. Ŝe i ona źle pokierowała swoimi sprawami. Wierz mi. Pewnie o tym nie wiedziałaś?! Skąd w ogóle wiedziałaś? . zbyt była uraŜona przypuszczeniem. jest rodzaju Ŝeńskiego? Ukradłaś męŜczyznę innej kobiecie. . Jak sądzisz. Straciłam Franka w najgorszy dla matki sposób. który dokonałby innego wyboru? Tak jak twój Ralph wybrał Kościół.Zapłacisz Meggie za to. bo nie umiał porozumieć się z tatą. i ty stracisz Dane'a. Ja to wszystko wiem. jeśli to tylko ode mnie będzie zaleŜało .

by w swoim czasie spokojnie się przewrócić. Ŝeby te ogromne połacie ziemi naleŜały do kilku zaledwie rodzin. co mi powiedziałaś! Nie uda ci się wciąŜ zwalać wszystkiego na tamtą sprawę! Bzdury. Ŝe nic z siebie nie potrafisz dać? Fee westchnęła patetycznie. Zabiłabym cię! . .Nie masz Ŝadnych skrupułów. Australia wymagała bardziej intensywnego zagospodarowywania swoich ziem.Sądziłam zawsze.Nie martw się. Jestem tylko widzem. zatrzymasz syna Ralpha de Bricassart? Mylisz się. Ŝe córki nie są tak waŜne jak synowie. . którzy przysłuŜyli się ojczyźnie. Ŝe ty. zamieniając mundury na cywilne ubrania. a Stuart. nie mają gdzie się podziać. wciąŜ jeszcze przy władzy.Mamo! Czemu jesteś taka? Co takiego się stało. Meggie patrzyła na nią.odparła Fee. ale myliłam się. . zobaczysz! Synowie są jak bezbronne lalki. Nie zdradzę twojej tajemnicy. tylko widzem. Sześć milionów ludzi zaludniało obszar wielkości Stanów Zjednoczonych . Tak. Meggie.. jak Ŝadnym z moich synów. Córka to ktoś właściwy. Pomyśl zresztą: ani tobie. To niesprawiedliwe. ani mnie nie udało się zatrzymać ojca. . Frank nie dał się zaprząc. które ustawia się. nikim więcej. nie warto. jeśli zechce odejść. Powiedz mi.A Paddy. MęŜczyźni wracali do domu tysiącami. podczas gdy ludzie. Sądzisz. Tatuś wcale nie zaprzągł Franka do kieratu. kobieta. Meggie gwałtownie potrząsnęła pięścią. nie zrobisz mi tego! Nie po tym. kiedy popełniamy błąd? . jeśli ty mu coś powiesz. szczerze rozbawiona. jak więc moŜemy marzyć o zatrzymaniu syna? . Rząd Partii Pracy. I nie zatrzymasz Dane'a. bzdury.Sprawy sprzed twoich narodzin. Cieszę się tobą. zwrócił uwagę na wielkie posiadłości na zachodnich nizinach i niektóre farmy połoŜone nieco bliŜej.Stracę go tylko.O nie.W momencie narodzin . synowie nie. . teŜ byli bezpieczni? Nie ma bezpiecznego miejsca. bzdury! Słyszysz mamo? Taplałaś się w nich przez większość Ŝycia jak mucha w syropie! Fee uśmiechnęła się szeroko. Właśnie o to poszło.

Oczywiście rząd zrekompensował hodowcom te straty. Tymczasem okazało się. zatem Ross MacQueen utracił 60000 akrów na rzecz dwóch byłych Ŝołnierzy. a stanowe rządy właściwie były bezsilne. skoro w rejonie Gilly było wiele farm prosperujących na mniej niŜ 50000 akrów. Po pierwszej wojnie światowej takŜe częściowo rozparcelowano większość tych duŜych farm. farma była wyłączona spod podziału. Jako własność Kościoła katolickiego. Ŝe kto ma wpływy w Canberrze. To bardzo bolało. Dwóch byłych Ŝołnierzy dostało po 40000 z ziemi Martina Kinga. Hodowcom bydła z trudem przyszło zaakceptować taki stan rzeczy. Teraz jednak rząd gotów był szkolić nowych hodowców na swój koszt. co chce. Bugela została okrojona ze 150000 akrów do 70000. . bowiem dotąd uwaŜali się za najsilniejsze lobby w kraju. Ŝe rodzina Clearych. Największe z tych posiadłości postanowiono rozparcelować i pewną część przekazać weteranom wojennym. Było jasne. Najbardziej jednak kłuło w oczy to. Canberra nie dała się przekonać Ŝadnym argumentom: tak wielkiej posiadłości jak Bugela czy Rudna Hunish musiały zostać podzielone. Stopniowo hodowcy odkupili od zniechęconych weteranów swoje skradzione akry po najniŜszych cenach.. znana z sympatii prorządowych. była właścicielami ziemi. nie miała stracić ani akra z olbrzymich połaci Droghedy. z załoŜenia niechętnej rządom Partii Pracy. To bolało. związkami zawodowymi i myślą marksistowską. I tak dalej. Ŝe tym razem ci weterani prawdopodobnie się utrzymają. Ŝe Ŝaden człowiek nie potrzebuje tak wiele. ale tylko garstka z tych sześciu milionów. moŜe robić. którą utoŜsamiali z robotnikami wielkich miast przemysłowych. Niemal wszyscy hodowcy byli zaangaŜowanymi członkami Australijskiej Partii Agrarnej.Ameryki. Głosy oburzenia słychać było w Canberrze ale zignorowano je. a początkującym hodowcom brakowało wiedzy i doświadczenia. W Rudna Hunish było 120000 akrów. Australia byłą państwem silnie sfederalizowanym. choć po cenach niŜszych niŜ na rynku. lecz wtedy akcja nie byłą dobrze przeprowadzona. Dla właścicieli najprzykrzejsza byłą jednak pewność. zaledwie kilkanaście nazwisk.

Osiatkowanie podobało się równieŜ Ŝabom. co było sporym osiągnięciem. Dochody z Droghedy przychodziły najśmielsze marzenia. warunki byłyby niemal sielankowe. Wdrapywały się na siatkę i zastygały w bezruchu. Bob zatrudnił jeszcze dwóch robotników. zachowując w całości swoje ćwierć miliona akrów. Siatki w oknach chroniły wnętrza rezydencji przed muchami. Stany Zjednoczone i Japonia czekały na doskonałą wełnę produkowaną w Australii. czasem moŜe a duŜo. dzięki Bogu. przyglądając się jedzącym z wielką powagą i dystynkcją. A taką właśnie wełnę najlepszej jakości otrzymywano na nizinnych czarnoziemach północno-zachodniej Nowej Południowej Walii i południowo-zachodniego Queenslandu. chwytała ćmę prawie tak duŜą jak ona sama i znów . MoŜna by sądzić. by wkrótce zawrotnie skoczyć do góry. Ceny wełny zaczęły powoli rosnąć. Stopniowo wzrastała liczba owiec. Inne kraje dostarczały wełny gorszej jakości na grubsze materiały. jedwabiste włókna australijskich merynosów nadawały się na wełniane materie. Maksem Falkinerem. dywany. na werandzie pod baldachimem z pnących gałęzi wistarii. Deszcze padały w miarę. Ŝe to zasłuŜona nagroda po wielu latach cięŜkiej próby. Na Królewskich targach Wielkanocnych w Sydney rywalizowano o najwyŜsze nagrody dla baranów i owiec z właścicielem farmy Haddon Rig koło Warren.. Hodowla stała się modna. Były brzydkie. Ŝe przelewały się przez palce jak najdelikatniejsza bawełna. filc. a jakość wełny poprawiła się nawet w stosunku do okresu sprzed suszy. Nagle któraś wykonywała gwałtowny skok. nie powtórzyła się juŜ taka susza. Europa. jak ta z przełomu lat trzydziestych i czterdziestych. ale za to w upały moŜna było jadać na powietrzu. gdy zostały juŜ załoŜone i wszyscy przyzwyczaili się do ich wyglądu. jak mogli kiedykolwiek bez nich Ŝyć. Fee zasiadała za swoim biurkiem promieniejąc z zadowolenia. zastanawiali się nieraz. Gdyby nie króliki. sięgając milionów funtów rocznie. czasem za mało. Tylko długie. ale. Teraz.Tak więc Drogheda trwała jak olbrzym wśród liliputów. Były to małe Ŝabki o zielonej skórce w odcieniu błyszczącego złota. które były tak cienkie. śycie niespodziewanie stało się bardzo przyjemne.

Bardzo chciała pojechać razem z nimi.powiedziała Fee surowo. Dane. Meggie obawiała się wszelkich chorób dziecięcych.chichotał Dane.sprawiło. ile czasu zajmie Ŝabce połknięcie ćmy. Wszyscy. by ułatwić trudne początki. często ruszał się jeszcze. które mogły spaść na nie niespodziewanie i zabrać je. a Justyna do Kincoppal. którymi machały. cieszyła się w gruncie rzeczy z jej wyjazdu. a nawet jaszczura. wyglądające przez okno. śałowała. i białe chusteczki. Nie moŜna . bowiem pogodny i zrównowaŜony chłopiec chętnie odwzajemniał jej uczucia. zgodnie z tradycją. Było więc to Ŝycie idealne. bawiły się w swoim domku na drzewie. Owad starczał na długo i zanim znikł. Upodobanie do lektury . chorowały niewiele. Nigdy jeszcze nie leciały tak daleko od domu.namiętność mieszkańców Droghedy . ale uległa presji rodziny. pełne ruchu i umysłowej aktywności. zwany Iggle-Piggle. połowa jeszcze Ŝyje. Korespondencyjne lekcje odrabiały przy zielonym kuchennym stole pani Smith. . Patrzyła na ich blade twarzyczki.Pomyśl. który w tumanie kurzu odrywał się od ziemi i powoli nabierał wysokości w migotliwym powietrzu. kotki. do Riverview.Co za los! . który posłusznie chodził na smyczy i przybiegał na wezwanie. a Justyna jedenaście. począwszy od Fee. Meggie odprowadziła je na lotnisko.Nie pieść się tak z nimi . Ich ulubionym zwierzęciem był róŜowiutki prosiaczek. pieski. które rosły wraz z nimi. gdy druga połowa jest juŜ trawiona. a skończywszy na bliźniakach uwaŜali. Dziewczynka byłą kochanym. Miały kucyki. Ŝe dzieci poradzą sobie same. aplikowała ją dzieciom.zastygała z ćmą miotającą się w jej przepełnionym pyszczku. Ŝe dzieci juŜ od najmłodszych lat miały bogaty słownik. zostali wysłani do szkół w Sydney. Dane i Justyna zgadywali dla zabawy. lecz okropnym potworem. . obserwując samolot DC-3. nigdy się nie przeziębiały ani nie przechodziły anginy. Gdy Dane skończył dziesięć lat. Meggie czułą się rozdarta. Ŝywe i ciekawe wszystkiego. Co do Justyny. toteŜ gdy tylko pojawiła się jakaś nowa szczepionka. Były inteligentne. jeśli im się na to pozwoli. Ŝe traci Dane'a. Oddalone od miejskich tłumów. . mądry jak pies.

Wstąpił do seminarium w wieku lat siedemnastu i po wyświęceniu został wysłany do . które tak ją denerwowały. Dane tęsknił do Droghedy po kaŜdym pobycie na farmie. ilustrujące najciekawszą informację dnia. Na pierwszej stronie umieszczano zazwyczaj tylko jedno zdjęcie.i to wszystko. ze swoimi bystrymi oczkami i niezwykle ciętym językiem. w szczególności. bo miała naprawdę wiele zalet: siłę. obecnie przebywający w Stolicy Apostolskiej. Tego dnia opublikowano udaną podobiznę Ralpha de Bricassart. Kardynał Ralph Raoul de Bricassart ma za sobą wiele lat owocnej współpracy z rzymskokatolickim Kościołem w Australii. ani skora do zabawy. Odrzucała jednak miłość i nigdy nie pozwoliła Meggie. której korzenie wywodzą się od barona Ranulfa de Bricassart. swojej matki. przybyłego z Anglii w orszaku Willhelma Zdobywcy.było jej nie kochać. jakby mieszkała tam od zawsze. by czułą się potrzebna jako matka. a w marcu 1938 roku został wezwany do Watykanu. Nie była ani towarzyska. Była dobrą uczennicą . „Jego Wielebność Arcybiskup Ralph de Bricassart. Urodzony 23 września 1893 roku w Irlandii. Gazeta „Sydney Morning Herald” z dnia 4 sierpnia 1952 roku okazała się szalenie interesująca. Jezuici w Riverveiw byli zachwyceni. Przybył tu jako nowy wyświęcony kapłan w lipcu 1919 roku. prawość. Justyna. jak się wydawało. a na dodatek miała okropną łatwość wprowadzania ludzi w przygnębienie. Ŝe przynajmniej Justyna nie jest skąpa. został przez Jego Świątobliwość papieŜa Piusa XII mianowany kardynałem. samodzielność. ale Justyna wolała Sydney. Kardynał de Bricassart karierę w Kościele rozpoczął zgodnie z tradycją rodzinną. mogła być jedynie wdzięczna. kardynał de Bricassart był drugim synem rodziny. i czas w Droghedzie spędzała marząc o powrocie do miasta. bowiem Dane był celującym uczniem. nie mogła być dzieckiem lubianym. Siostry w Kincoppal miały mniej powodów do radości. Po krótkim okresie adaptacji oboje zaczęli czerpać radość z nauki. Meggie widziała w niej wiele cech Luke'a.

by tam rozpocząć karierę w Watykanie. Jego dalszy awans w hierarchii Kościoła rzymskokatolickiego jest szybki i spektakularny. a szczególnie dla nas w Droghedzie. Jako prałat pozostał w Gillanbone do grudnia 1928 roku. jakiego znałam powiedziała pani Fiona Cleary. . kiedy to został prywatnym sekretarzem Jego Wielebności arcybiskupa Cluny Darka.Ksiądz de Bricassart załoŜył Świętokrzyskie Towarzystwo Miłośników KsiąŜek . który nigdy nie zapomniał o nas i o naszych potrzebach.Australii. w wieku 58 lat. specjalizującego się w hodowli owiec. podczas poŜarów przychodził takŜe z pomocą. jednej z największych i najlepiej prosperujących farm w Nowej Południowej Walii. bardzo hojnie obdarowana przez świętej pamięci panią Mary Carson z Droghedy.Ojciec de Bricassart był najprzystojniejszym męŜczyzną. która. burmistrz Gillanbone. kiedy to został wezwany do Watykanu. Kardynał pozostawił po sobie dobre i cieple wspomnienia. pani na Droghedzie. chował naszych zmarłych. Mieszkańcy tego bogatego rejonu. Pełnił tę waŜną funkcję do 1938 roku. . Wspominamy go. uwaŜany jest za jednego z nielicznych ludzi aktywnie wpływających na politykę papieską. Obecnie. choć juŜ minęło . W czerwcu 1920 roku został przeniesiony do parafii w Gillanbone w północno-zachodniej części Nowej Południowej Walii. Gdy kardynał di ContiniVerschese został przeniesiony do Rzymu. . Pierwsze miesiące spędził w słuŜbie świętej pamięci biskupa Michaela Clabby w diecezji Winnemurra. Był to człowiek ze wszech miar niezwykły i posiadał więcej uroku niŜ jakikolwiek inny męŜczyzna. a po jej śmierci przez samego kardynała. naleŜy do Kościoła. którego znałam. a następnie legata papieskiego kardynała di Contini-Verchese.Podczas swojego pobytu w Gilly był wspaniałym duchowym przewodnikiem swoich parafian.powiedział Harry Gough. . Reporter naszej gazety rozmawiał wczoraj z byłymi parafianami kardynała de Bricassart w rejonie Gillanbone. biskup de Bricassart został arcybiskupem i powrócił z Aten do Australii jako legat papieski. Podczas powodzi pomagał nam przepędzać bydło. jak pan wie. są w większości wyznawcami wiary rzymskokatolickiej. Był rzeczywiście przeznaczony do wyŜszych celów. W tym czasie został biskupem.W tamtych czasach byłą to niezmiernie waŜna instytucja.

nie otrzymała go i w rezultacie straciła wiele ze swych skarbów sztuki. Meggie.Zastanawiam się czasem mamo. Ŝe mogę to powiedzieć bez obawy . by ogłosił Rzym miastem otwartym po przejściu Włoch na stronę aliantów. jeśli kiedykolwiek to przeczyta. zapomniałam o Droghedzie. iŜ Australia moŜe z dumą uznać go za jednego ze swych synów”. która zwróciła się do marszałka o ten sam przywilej. Tak.On domyśli się na pewno. Ŝe pamięta nas. . Ale masz cięty język! Przynajmniej wiem.Trzeba mu pogratulować. Za to twoją mowę pochwalną. by zajmować się sprawami Droghedy. prawda? Musi być bardzo zadowolony. sądzę. Oczywiście.Rzeczywiście. UwaŜa się. ale tego nie wydrukowali. PrzecieŜ nadal znajduje czas. .w Gilly są jeszcze ludzie. Meggie oddała gazetę Fee i uśmiechnęła się smutno. Ŝe to on przekonał marszałka Alberta Kesselringa. iŜ Niemcy przegrały wojnę. dla których jest nadal kimś bardzo waŜnym.prawie dwadzieścia lat od jego wyjazdu. . Florencja. Ponad cztery miliony funtów ze strzyŜenia naszych jagniąt. by domyślić się podtekstu? . po kim Justyna odziedziczyła swój.Bez wątpienia. Tego nawet kopalnie złota mogłyby nam pozazdrościć. zwróconych jej później tylko dlatego. Ciekawa jestem. w szczególności energicznie popierał australijski program dla uchodźców. ile ludzi będzie na tyle inteligentnych. . Po prostu złote runo. Zaraz po wojnie kardynał de Bricassart wspomagając tysiące bezdomnych ludzi szukających schronienia w innych krajach. przytoczyli niemal dosłownie. tak jak to powiedziałam reporterowi „Heralda”. Choć jest z pochodzenia Irlandczykiem i jako kardynał de Bricassart zapewne nie będzie miał nic wspólnego z Australią sądzimy. Podczas wojny ówczesny arcybiskup de Bricassart słuŜył Jego Świątobliwości. czy on w ogóle nas pamięta? .westchnęła Meggie. Jesteśmy pierwszą pozycją na liście dochodów. Nasza wełna osiąga na aukcjach funta za funt wagi. JakŜeby mógł zapomnieć? .

Wrzuciła tytułową stronę „Heralda” do płomieni. Meggie. iguany. Ŝe moŜe przyjechać.powiedziała Fee. Nikogo nie było w pobliŜu rezydencji. Kochał to wszystko. niemal kaŜdą komórką odczuwał kolejne mile zbliŜające go do Droghedy. ile dał twoim dzieciom? Tysiące. ostatnimi czasy był pełen miłości i szacunku. kolumny mrówek przeciągające przez drogę jak przelewająca się melasa i tłuste kluchowate owoce. Metry siatki psułyby czyste linie . bowiem najbardziej kochał we wszystkich istotach tę niezmienność wobec mijającego czasu. owiec. Oczywiście.Dobrze nam się powodzi. tak Ŝe nikt o tym nie wiedział. niezaleŜnie. więc nikt w Droghedzie nawet nie podejrzewał. moglibyśmy kupić Bugelę. choć czasem nieco cierpki. by weranda od drogi z Gilly została zamknięta siatką.. nie jest ci z tym do twarzy .Co zrobisz. Pamiętaj. kakadu. .powiedziała Fee enigmatycznie. nie sądzisz? Fee wstała i podeszła do ognia. A policzyłaś. Prasa nie wiedziała o jego przybyciu do Australii.Mógłby . CzyŜ nie wypłacił Bobowi premii sto tysięcy funtów. tysiące! Bądź więc sprawiedliwa. Kardynał Ralph Raoul de Bricassart zmarszczył się i zniknął. I wrócił. czy jest to rok dobry czy zły. Ŝe trzeba dawać sobie radę w Ŝyciu bez pomocy naszego kochanego Ralpha Raoula. cacanki.Ale moje dzieci o tym nie wiedzą i się nie dowiedzą. Dane i Justyna muszą się nauczyć. nie moŜesz narzekać. . . jeśli on wróci? Meggie burknęła: .Nie bądź cyniczna.Obiecanki. Meggie. ale i tu zauwaŜył z rozbawieniem. kiedy zaparkował samochód na podjeździe. Jedynie osiatkowanie domu było czymś nowym. śe teŜ na drugie ma Raoul! Bardzo to normańskie. Ŝe co roku otrzymujemy nasze pieniądze. nawet przy dzisiejszych wygórowanych cenach ziemi. sam prowadził samochód całą drogę z Sydney. Ŝe Fee nie pozwoliła. Jej stosunek do Meggie. a nam po pięćdziesiąt tysięcy? Gdyby nas jutro wyrzucił z Droghedy. w grudniu. Bez rozgłosu. Wciągał w płuca zapach buszu. suchej trawy błyszczącej w słońcu. Całym ciałem. Fee miała rację. . miliony latających owadów. Przypominał sobie kangury i emu. kardynała de Bricassart.

Usłyszała uśmiech Meggie i stanął jak wryty. zdumiony. Gdziekolwiek się spojrzało. lekko kręcące się włosy kolorem przypominały wyblakła trawę z Droghedy. bosy. Bezwiednie kardynał Ralph puścił róŜe i wyszedł na trawnik.Kim jesteś? . Nieświadomy obecności kogokolwiek.Dzień dobry . ulegając urokowi tego uśmiechu. dobrze zbudowanych udach i łydkach. ubrany w stare szorty. To był śmiech Meggie. w oprawie gęstych ciemnych rzęs. . Rozchylił rękoma kwiaty. Było juŜ lato. wszędzie rosły róŜe: białe. Wśród kwiatów wszędzie dominował odcień bladoróŜowy. potem wspinały się po siatce do góry. ale w szerokich ramionach. Wyglądał jak anioł zbiegły z raju. . płaskim brzuchu i wąskich biodrach domyślać się moŜna było przyszłej siły.gregoriańskiej fasady. Podbiegał do niego. i róŜe kwitły wspaniale.powitał go chłopiec z uśmiechem. chłopiec odrzucił głowę do tyłu i zaśmiał się znowu.odpowiedział kardynał Ralph. Pośród zielonej wistarii pięły się sennie róŜowe i białe pnące róŜe.A kim pan jest? . były absurdalnie niebieskie. . Śmiała się tak. Ale Meggie tam nie było.Dzień dobry . Korony bugenwilly były wielką masą róŜowych i fioletowych kwiatów. a oczy. i znów się przybliŜał. zwinął ciasno ogonek i uciekł. . Śmiech dochodził go za wielkiego krzewu popielatych róŜ. Zbiorniki na wodę i ich podstawy równieŜ kryły się pośród róŜ.przedstawił się chłopiec. Ruszył w kierunku dźwięku. Chłopiec. uciekał galopem. który zmienił się w rozkoszne chichotanie. niemal odurzony ich zapachem . Prosiaczek zakwiczał. za dwa tygodnie BoŜe Narodzenie.moŜe czternastoletni chłopiec podniósł wzrok. miał złotobrązową skórę i szczupłą sylwetkę. karmazynowe i szkarłatne. To chłopiec na zielonym trawniku draŜnił się z małym róŜowiutkim prosiaczkiem. na pewno Meggie. Popielaty róŜ? CzyŜ nie tak nazywano ten kolor? To Meggie musiała je zasadzić. róŜowe. Długie. obejmowały czarne rolety okien na piętrze i sięgały dalej ku niebu. Ile lat rosną eukaliptusy? Posadzono je tu ponad osiemdziesiąt lat temu. Dwunasto. opadały z dachu werandy.Jestem Dane O'Neill . gdy była małą dziewczynką.i śmiechem. Ŝółte.

Nie ma. Wiem. Co za bzdury. Ŝe nie od razu skojarzyłem imię. wróciła do niego i urodziła mu tego pięknego chłopca. Kardynał. w taki sposób. Dane O'Neill. gdyby wybrał ją a nie Kościół. IleŜ to miał lat. pozostałbyś w Irlandii. Dane. Ralph de Bricassart! PrzecieŜ ja o panu słyszałem! O rany. choć zamienił sutannę na bryczesy. . który mógłby być jego synem. kardynale de Bricassart! Gdybyś nie wybrał Kościoła. podnosząc się giętko. Nie opuściła wtedy Luke'a. wziął szczupłą dłoń kardynała w swoje ręce i ucałował z szacunkiem pierścień. Ŝe matka bardzo się ucieszy. Nie chciałem być niegrzeczny. gdy pana zobaczy. Dane? . buty z cholewami i białą koszulę.Przepraszam.Nazywam się Ralph de Bricassart. ten chłopiec mógłby być jego synem. nie mógł go bowiem zdjąć pod Ŝadnym pozorem aŜ do końca swego Ŝywota. Wasza Eminencjo. ani Meggi Cleary.zawołał niecierpliwie głos jednocześnie niski i pociągająco schrypnięty.Ciemne i delikatnie zarysowane brwi ściągnęły się. gdzie jesteś? . . .Nic się nie stało. gdy podjął tę decyzję? Chyba nie więcej niŜ ten chłopiec. . Gdyby poczekał. Często je tutaj wymawiamy. . pan jest kardynałem de Bricassart! Wasza Eminencjo. Dane O'Neill ukląkł. A więc to syn Meggie.Pojechała do Gilly.Ach. .. hodował konie i nigdy nie poznałbyś swego przeznaczenia. przepraszam.Oczy niebieskie jak bławatki zwęziły się raptownie.Czy twój ojciec jest tutaj. ale jako przyjaciel twojej matki i babki. rozumiem.Czym mogę słuŜyć? . tylko Ŝe wymawiamy nieco inaczej.Mój ojciec? . Dane. Czy zaprowadzić pana do niej? . Babcia jest w domu. ale wkrótce wróci. A twoja matka? .spytał chłopiec grzecznie. na palcu pozostawił pierścień z rubinem.Dane. który kardynałowi natychmiast przypomniał Meggie. nie poznałbyś Droghedy. . Przyjechałem nie jako kardynał de Bricassart. . I nigdy go tutaj nie było.

jeśli chodzi o religię. Chodź Dane. Ŝe jestem ateistką . to jest kardynał de Bricassart! .O.To dobrze. Ŝe to prawdziwy kardynał de Bricassart? Wygląda jak któryś z hodowców. . .Justyno.Dziękuję.Jest kardynałem . . W jej jakby nie widzących oczach błysnęła pogarda. Ŝe mamy gościa. .zwróciła się do brata. Przyjechałem na wakacje. .Całowanie pierścienia jest niehigieniczne i nie zrobię tego. no wiesz.Justyno. .rzekła spokojnie córka Meggie Cleary. .Czy mógłbym się widzieć z waszą babką? . . Czy jesteśmy jeszcze panu potrzebni? . Choć Ŝe juŜ! . jak pan Gordon. pomoŜesz mi.pomyślał widząc jej zdumiewające oczy. Choć i tak nie pocałuję jego pierścienia. . .Opadające ku ziemi gałązki sumaka rozsunęły się i między nimi stanęła piętnastoletnia dziewczyna.zapytała Justyna.Będę grzeczna. Ŝe to kupa bzdur. . ku jego rozczarowaniu wcale nie przypominała Meggie.Ucałuj jego pierścień.upierał się Dane. . nawet dla ciebie. Piegowata. kto całował go ostatnio? MoŜe był przeziębiony? . Piegowata. usiłując za wszelką cenę dorównać jej powagą i dostojeństwem. o ostrych drobnych widząc jej zdumiewające oczy. .Oczywiście.Jesteś prawdziwym dudkiem. Justyno.powiedziała nie starając się ściszyć głosu.Nie musisz całować mojego pierścienia.powiedział Dane głośnym szeptem. Okropieństwo! Skąd mogę wiedzieć.To dobrze.Po czterech latach w Kincoppal uwaŜam. znam drogę. ale tylko dla ciebie. więc nie jestem w tej chwili kardynałem. Przepraszam. . Córka Meggie .To twoje prawo .powiedział kardynał Ralph. dzień dobry. o ostrych drobnych rysach. Jestem Justyna O'Neill. Dane . bądź grzeczna! Zrób to dla mnie! . A poza tym skąd wiesz. I powiem panu szczerze. który wciąŜ gapił się na gościa. nie wiedziałam.

Dane. .Nikt nie wie. Wolę co prawda jadalnię. Brzmi to okropnie.Powiódł spojrzeniem po wspaniałych ścianach.Dopóki Ŝyje choć jeden Cleary. Ten pokój moŜe równać się z najlepszymi w Watykanie. BoŜe. mam nadzieję? . . Jak kiedyś. dominowała obojętność. masz doskonały gust. . zatrzymał się na portrecie Mary Carson.wyjaśniła Justyna . juŜ posiwiałymi. Zmieniło się w niej od twojego ostatniego pobytu.Kardynałowie . jak wchodzi. Chyba masz rację. Przyjechałem na parę tygodni na wakacje.Dziękuję! Staram się. . .Prawdziwy dudek z ciebie. te matrony z Droghedy! Czy Meggie stanie się taka sama. jak umiem. . czemu się tak przejmuję.Nie wiedziałam.są ksiąŜętami Kościoła. ChociaŜ nie wiem.Dzień dobry. Ralphie .Dzień dobry. Ale on mi się nie podoba. Cała jest teraz w róŜu. nie jest mój . jak nie za jej biurkiem? Wszedł do salonu przez wielkie drzwi. od razu dostrzegł w niej zmianę. Ŝe Justyna szarpała go boleśnie za ramię. Fee.odpowiedział spokojnie. to przecieŜ twój dom. jakby jego wejście było czymś najzupełniej naturalnym. dopóki nie zniknął za krzewami. Gdy podniosła ku niemu głowę.Jest kardynałem! .Wiesz. Fee . Co ty w nim widzisz? .rzekł Dane. . stałą się bardziej ludzka. ale poczekaj. pokrytą pięknymi jasnymi włosami. Jakby złagodniała z upływem czasu. .Ciebie teŜ.Wyobraź sobie: prawdziwy kardynał w Droghedzie! . . Ŝe skończyła juŜ siedemdziesiąt dwa lata. . Trudno mu było ją określić. to raczej niezwykłe.Mimo.powiedziała. kiedy przyjdzie na nią czas? . aŜ zobaczysz. Na pewno usłyszała.Miło znów cię widzieć. Dane stał wpatrzony w prostą wysoką postać kardynała. .powiedział. . ale coś ponadto. zieleni i bieli. a jednocześnie stwardniała. lecz na sposób Mary Carson. GdzieŜby szukać Fee. obite teraz siatką.A gdzieŜby indziej? . ale pracowała dalej z pochyloną głową.Zatrzymasz się u nas. Ŝe jesteś w Australii. Przypomniał sobie.

Ŝe będzie dlań uciąŜliwe.Och! . by wszyscy do mnie mówili Ralph.Myślałem.Meggie jest w Gilly. . No więc jak będziemy się do niego zwracać? Wujek Ralph? . Nie wiedziałam. Zbyt wiele lat go tu nie było.uśmiechnęła się.spytał Dane.AleŜ nie mógłbym! .I co więcej. co tracę . . jak tylko to moŜliwe powiedziała babka. .zwrócił się do Dane'a z uśmiechem. Ŝe na południowej półkuli dzieci mają letnie wakacje w grudniu i styczniu. Musi być po prostu Ralph. Wolę. Czemu to dziecko tak go nie lubi? . jestem z tego zadowolona.. Jack. .Nanna.skarciła ją Fee.Czy zostanie pan z nami dłuŜej. Dane i Justyna weszli przez werandę.Nic się nie stało. . . Fee. Hughie. śadnej jazdy konnej. wciąŜ zafascynowany. Ale gdzie wasze dobre wychowanie? Przedstawcie się naszemu gościowi. . ale to postanowienie waszej mamy. No. co mama o tym sądzi.wykrztusił Dane. naprawdę powiedział szybko kardynał.Dane.Wiecie. Mamy dwa miesiące wakacji.JuŜ się poznaliśmy. Nie odzywałam się całymi latami. Wasza Eminencjo. .Babciu. Masz coraz bardziej cięty język. Jims i Patsy. ale wkrótce wróci. Przykro mi.zawołała Justyna. a tobie powiodło się w Ŝyciu od tamtych czasów w Gilly.To pocieszające. Widziałeś artykuł w „Heraldzie” o twoim awansie? . . . Sądzę jednak.Widziałem. . Jego Eminencja będzie z nami tak długo.Nie w grudniu. u nas w rodzinie tak nie wolno. Ŝe jesteście w szkole . Wasza Eminencjo? . Zapomniał. moŜemy pojechać nad jeziorko? . jeŜeli przez cały czas będziecie go tytułować Waszą Eminencją. Naszymi wujkami są Bob. przecieŜ wiesz. .Justyno! Jak ty się zachowujesz? .Nie mógłbym mówić tak po prostu Ralph! .Wujek?! . Fee. o ile mama nie pozwoli.

zatrudnionego od 1946 roku. Ŝe wciąŜ pracował w Droghedzie właśnie ze względu na grób swojej Ŝony.BoŜe. zmykaj! . Nie chciał. Uśmiechnął się. Tankstand Charlie dobry był z niego człek” . dzwoneczki ozdabiające parasolkę chińskiego kucharza zagrały swą Ŝałosną melodyjkę: „Hi Sing. a jego oczy wydały mu się w zacienionym pokoju bardzo jasne i dobre.pomyślał. Zestarzały się bardzo przez te wszystkie lata. Lekki podmuch poruszył płaczącymi wierzbami nad rzeczką. poprzez wszystkie odcienie.Oczywiście. No. obracać w proch. idziemy do naszego domku . z początkowej purpury. To nie grzech. Ŝe moŜesz. stałą się bladziutko róŜowa. tak jak dawniej na ścianie grobowca wisiało sześć brązowych tablic. Dane. Było bardzo upalnie. Nadal pachniało pszczelim woskiem i wielkimi naręczami róŜ. . Długo rozmawiał z panią Smith i słuŜącymi.z trudem odczytał wyblakły napis. Jeden naleŜał do starego wyrobnika Toma. Były szczęśliwe.Chodź. aby wydać odpowiednie dyspozycje po powrocie do Rzymu. Hi Sing. Na cmentarzyku panował spokój. Nadal było oświetlone lampami. ZauwaŜył dwa nowe groby w pobliŜu grobowca.powiedziała Fee. Biedna Fee. by pochowano go . CóŜ tak powinno być. które pamiętał. Meggie jeszcze nie wróciła. To miejsce niewiele się zmieniło przez lata. . Parasolka chińskiego kucharza całkiem juŜ wyblakła na ostrym słońcu. Hi Sing. niemal popielatoróŜowa. Dane. a Fee zerknęła na swoje księgi. w drugim pochowana była Ŝona jednego z pracowników farmy. Ŝe pójdzie do kuchni. wspomóŜ! . Pewnego rodzaju rekord . Kardynał Ralph ulitował się nad nią i stwierdził.No. Pani Smith uwaŜała. ale im było z tym bardziej do twarzy niŜ Fee. A czy Meggie jest szczęśliwa? Kiedy wyszedł z kuchni. Poszedł więc powoli w stronę rzeczki. naprawdę niemal zupełnie szczęśliwe. ona nie byłą szczęśliwa. . Ŝe chce tu być pochowany musi pamiętać.zakomenderowała Justyna.Klasnęła w dłonie. aŜ wszystko zniknie i pozostanie tylko wspomnienie w powietrzu. idź się bawić na dwór. Chłopiec wybiegł. . Pomyślał. Dane. Cmentarze powinny zapadać się w matkę ziemię.Kardynał połoŜył mu ręce na nagich ramionach.

.Tylko raz.spytał zazdrośnie.Meggie. . . Ŝe widział tylko jej oczy. . Ralphie.w krypcie w Watykanie. Meggie? . otaczając ramieniem.powtarzał wtulając twarz w jej włosy. Wolał to miejsce. by go mieć. Wyglądała jak chłopiec. ale gdy go tutaj pochowają. mroczny nie jak niebo. nie do Boga. kto byłby tego świadectwem. . ale mam Dane'a.szepnęła z zamkniętymi oczami. Był to sakrament innego rodzaju. jak jej własny syn. Od strony rezydencji nadchodziła Meggie. lecz jak ziemia. Meggie . jakby nigdy od niego nie odszedł. Zarzuciła mu ręce na szyję i znów dotykał swego przeznaczenia. których namiętność czuł na swoich wargach. nie były snem śnionym od tak dawna.Czemu wróciłaś do Luke'a? Czemu urodziłaś mu syna? . .Czemu co? . którzy Ŝyli prawdziwym Ŝyciem. ubrana w bryczesy i białą męską koszulę. na nogach miała brunatne boty. Szary męski kapelusz zsunęła na tył głowy. Dane jest wart wszystkiego.Pociągnął ją za sobą na trawę. prawda? Nic się nie zmieniło? .odpowiedział i uwierzył w to. więc nie Ŝałuję. Te usta. który powinien być jego synem. przestąpiła przez niski biały płotek i podeszła tak blisko.Tutaj jest Drogheda. . strącając jej kapelusz na trawę. wśród ludzi mu podobnych. Przyznaję. w Droghedzie naleŜysz do mnie.Zmusił mnie .Wiem. co przeszłam.To nie przeszkadza w niczym. Ostrzegałam cię.powiedziała łagodnie. Podniósł dłoń w niemym geście pozdrowienia. które nie straciły nic ze swego piękna i ze swej władzy nad jego duszą. A ona szła ku niemu.Gładziła go po włosach. bielszych niŜ włosy Fee. . gdzie leŜą ci. . Był męŜczyzną. Przyjechałem przecieŜ. te wspaniałe szare oczy wypełnione światłem. nie pozostanie po nim wśród Ŝywych nikt. ale wciąŜ gęstych i wciąŜ pięknych.To prawda.Czemu. nic się nie zmieniło . . . Odwrócił się i jego wzrok spoczął na marmurowym aniołku. Szczupłą i złotowłosa. całkiem juŜ siwych.

Wysłano mnie w oficjalnej misji.Dane był pierwszą osobą.Właśnie tak. . ani do mnie. oddałeś. jak to wszystko się nakłada. Ŝe to trzydzieści dni! . A wydaje się. Zabawne. to juŜ trzydzieści lat. nie miałem prawa pytać. Myślałem. raczej nie.Dane jest wspaniałym chłopcem. jak sądzę.Nie sądzę. Ralph? . jaki usłyszałem tu. głównie zresztą przez nią. w Droghedzie. którą tu zobaczyłeś? . Do twarzy ci z tą siwizną. . . Meggie. .Małe pełne usta rozchyliły się w uśmiechu.Wstała. zdaje się. Pani Smith przygotowała wspaniały podwieczorek na twoją cześć. a trochę później. W końcu sam mu ciebie oddałem. Ona teŜ za mną nie przepada. Albo jak warstwy cebuli . ale zamiast ciebie znalazłem jego.CzyŜby? .Co o nim sądzisz.Twój syn śmieje się zupełnie jak ty. Meggie.Spodobał mi się. . Wiedziałam. .Mam czterdzieści jeden. Ŝe zestarzejesz się wspaniale. Czy moŜe być inaczej. więc nie moŜe być inaczej.No tak.Bardzo się zmieniłaś. . skoro to twój syn? Do niego natychmiast poczułem sympatię. jak cię poznałam. naprawdę. . jak się nieco ochłodzi.Jesteś jak zwykle sentymentalny. Jego śmiech był pierwszym ludzkim głosem. Szedł przy niej w stronę domu. Ralph. Ralph. Nauczyłam się na stare lata kląć. No i przez ciebie odrobinę. To tylko ta nasza wielka ziemia powoli zdziera ze mnie kolejne warstwy jak siedem welonów Salomei. . poda pieczone prosię z chrupiącą skórką. I przez wojnę. Ŝe tak. bo są twoje. Czy jest podobny do Luke'a? .Justyna jest moją córką.Trzydzieści lat? Tak duŜo? . Ŝe to ty.Kocham je. najdroŜszy.tak ujęłaby to . by cię zaprosić do rezydencji. czego nie mogę powiedzieć o twojej córce. . śadne z moich dzieci nie jest zanadto podobne ani do Luke'a. ale teŜ pierwszorzędną zołzą. I chciałam to zobaczyć. I odrobinę przez Luke'a. . .Nie. Trzydzieści lat. .zapytała..Przepraszam.

Jestem wciąŜ tą samą dawną Meggie. MoŜe odkryłem. czemu nie moŜemy się oprzeć. . Ŝe wspanialszej nie znał świat. jacy jesteśmy. wyśpiewującym z siebie duszę. nawet jeśli mniej dostojnym.Ściągnął brwi jakby w bólu.Jakby cokół chwiał się przy kaŜdym podmuchu i jakby widok stamtąd. KaŜde z nas ma swoją własną pieśń i jest przekonane.I pomyśleć.. Tak bym chciał. tylko nieco bardziej obnaŜoną. w wielkim skrócie. ja naprawdę rozumiem.Rozczarowuje . MoŜemy zdawać sobie sprawę.Nie wiem. . Jak ta stara celtycka legenda o ptaku z cierniem w piersi. . ale ta wiedza w niczym nie zmienia naszego postępowania. . ty zmieniłeś się naprawdę. . Pozostaje nam cierpienie i wmawianie sobie. Ŝe warto było. jedną jedyną. nawet jeśli wyje z bólu i pragnie śmierci. Ŝebyś to zrozumiała! Delikatnie pogładziła go po ramieniu. ale nie mogłem.Ale. tylko ty tego nie umiałeś docenić. Ŝe czynimy źle.W jaki sposób.I to chyba wszystko.Kochany Ralphie. Jesteś jedyną kobietą. Meggie. i to wszystko. KaŜde z nas ma coś takiego w sobie.Zawsze byłam bardziej realna. Ralph. z góry. by umrzeć.. Jesteśmy. wiem. . Ŝe miałem kiedyś czelność twierdzić. moja Meggie? .Justyna. . poniewaŜ coś go do tego pcha i zmusza. Ŝe nie jesteś niezwykłą! Cofam to. Po prostu nie mogłem.MoŜe.zaśmiał się bezgłośnie.. wierz mi! Wiedziałem. gdzie powinienem był pójść. MoŜe byłbym lepszym człowiekiem. . Ŝe dostojnicy Kościoła to olbrzymy na glinianych nogach? MoŜe sprzedałem się za miskę soczewicy? Czy sięgam w próŜnię? . Ani krzty poezji w tym dziecku.Co się stało? . Rozumiesz? Sami stwarzamy własne ciernie.. Ralph. Wiem.Nie mogłem zrobić inaczej. rozczarowywał. Meggie. . . . nigdy ani przez chwilę nie zastanawiając się nad kosztami.

zostaw na chwilę te swoje papiery . nie mogąc znieść tego spokoju.Mów. Ŝeby odprawić mszę. odprowadzali go wzrokiem nawet wtedy. Meggie i Fee.Fee nie straciła panowania nad sobą. Jims i Patsy uczestniczyli w kolacji. Trzymała się nadal prosto i zachowała figurę. To On jest przecieŜ autorytetem..Usiądź razem z nami. . . Ralph . Ralph. Dane nie odstępował go na krok. . jakimi jesteśmy. Nietrudno było dostrzec. Pięciu braci Cleary coraz bardziej przypominało swego ojca: byli teraz starsi. siedzącymi na kamiennych ławkach. w którym zacznie wraz z nimi gospodarować na farmie.Tego właśnie nie pojmuję: cierpienia.Chodzi o Franka . Meggie? . pełen sympatii do niego.powiedział. między Meggie a synami. tak delikatnie leŜącą na jego ramieniu. Jack. Hughie.Spojrzał na jej dłoń. W milczeniu usiadła na jednym z wielkich kremowych foteli naprzeciwko kardynała.Fee. . gdy wychodził z pokoju. zabrzmiało dalekim echem. aby zachować w tajemnicy pobyt kardynała Ralpha. To On nas stworzył takimi. czekał na kaŜde jego słowo. Imię to zawisło między nimi.To znaczy? . Bob. tylko piersi nieco opadły i przytyła w talii. . jeśli chodzi o cierpienie.powiedział. potem na matkę. ale równie niewzruszeni i wytrzymali jak ich ziemia. ale Bob zadzwonił do niego i uprzedził. Następnego dnia rano. ksiądz Watty miał przyjechać. a przygniatającą go cięŜarem. Ŝe nie będzie nikogo. Takie małe usprawiedliwione kłamstwo.zaŜądała. A jak kochali małego Dane'a! Zdawali się wciąŜ na niego patrzeć. .Po co tyle cierpienia. . Justyna była po prostu zazdrosna. Kiedy dzieci poszły na górę. Ŝe Ŝyją w oczekiwaniu na dzień. To On stworzył cały świat. nieco powolniejsi w mowie. więc i On wymyślił cierpienie. spojrzał na braci. Chcę z wami wszystkimi porozmawiać. .Spytaj Boga. Kardynał Ralph odkrył teŜ przyczynę wrogości Justyny. Meggie spojrzała na kardynała. bowiem była to sobota.

odpowiedział Bob za wszystkich. wpatrzony w matkę. .. nie patrząc na Meggie. gdy niektórych więźniów wypuszczono do wojska. . . . . uwaŜałem. by wam pokazać. Fee podniosła wzrok. czy zdajecie sobie z tego sprawę . kiedy to rozmawiał z młodziutkim Ŝołnierzem niemieckim o imponującym imieniu. . gdyby nie to. . ale nigdy nie zapomniałem twoich oczu.Dziękuję . Rodzina przyglądała mu się z nadzieją i obawą.powiedziała spokojnie.Frank przesiedział w więzieniu juŜ prawie trzydzieści lat.Tak .Nie zawsze myślałem o was. potem o was. by zobaczyć. .na początek była to iskierka. Kiedy Ojciec Święty wynagrodził mój trud płaszczem kardynalskim.Właśnie tak. zawsze myślałem najpierw o sobie. Straciły całą energię i witalność. czy jest coś.powiedział Bob nagle.Tu jest jego dom . W jej oczach zapaliło się jakieś światło .Zwalniają Franka . . co mógłbym zrobić dla Franka. by oszczędzili wam zbędnych szczegółów.Odetchnął głęboko i skoncentrował się na Fee. w którym was spotkałem. Od dnia. Ŝe na początku pobytu w więzieniu w Goulburn zyskał opinię człowieka agresywnego i niezrównowaŜonego. Ŝe wypuszczono by go juŜ kilka lat temu. Myślę. Fee. Szczerze mówiąc. . . co mógłbym zrobić dla waszej rodziny. Poczuł sens swojego powołania pierwszy raz od czasu wojny.zaczął kardynał.To jego usposobienie . co wyraziłoby moje uczucia. Franka zatrzymano.Wiem. naszą rozmowę po śmierci Paddy'ego i Stu? Było to dwadzieścia lat temu. Kardynał szukał właściwych słów.Zapewne dziwicie się.powiedział kardynał.Nic innego nie mogłem zrobić.powiedziała Fee cicho.Czy przyjmiecie go z powrotem do Droghedy? . . Patrzył na Fee. lecz prosiłem ich. zadałem sobie pytanie.Wróciłem do Australii. I tak nic nie moglibyście zrobić. czemu wróciłem do Australii po tylu latach powiedział wreszcie kardynał. Pamiętasz. Ŝe nikomu nie przyniesie to korzyści. bez Ŝadnej emocji. chociaŜ nie dobro Franka mieli na myśli. zdaję sobie z tego sprawę. Nie wiem. Ŝe moi ludzie informowali was. Nawet podczas wojny. Ŝe naprawdę mi na tym zaleŜy. .

. co się z nim działo. szczególnie ciebie. Był po prostu wdzięczny. . . I bardzo pragnie zobaczyć swoją rodzinę. . Przyjedzie nocnym pociągiem.powiedziała Fee szorstko.powiedziała Fee. . Radość z powodu matki mieszała się z obawą. zrozumiecie. co mówiłeś? . .zaoferował się Jims ochoczo. Ŝe nie przejął się tym zbytnio.Przepraszam. . . Jeszcze nie zdziecinniałam na tyle. .Aha! Dobranoc. jak on wygląda.Dobranoc. powstrzymując chór protestów ze strony braci.Przypomną nam się dawne czasy.Sama pojadę po niego. Jeśli wam powiem. Sama. co się stanie. . by przyleciał samolotem. . po czym odwrócił się do Fee. Fee.Ja teŜ powiem juŜ dobranoc.Powiedziałem dobranoc. Musiałem mu dać do zrozumienia. .To nie ten sam Frank .Kiedy wychodzi? . . .Odprowadził ją wzrokiem. .powiedział Bob.Przejdę się odrobinę przed snem.tłumaczył kardynał łagodnie. .. ziewając szeroko. Pięciu braci wstało jak jeden mąŜ. Wiesz co. Meggie.powiedziała Meggie stanowczo.odezwała się Meggie. ale on woli pociągiem. by nie móc pojechać do Gilly. mam jeszcze trochę pracy . Powinna go zobaczyć pierwsza. Uśmiechnął się nieśmiało do kardynała. Nie chciał iść na górę zaraz po Meggie. aby przekazać wiadomość o jego losie. Ŝe wszyscy w Droghedzie wiedzą.Pozwólcie mamie zobaczyć się z nim najpierw. Fee? .Dobranoc. . wstając i idąc w kierunku biurka.Ale my nie wiemy. Fee. .No. gdy Frank wróci.Na nas teŜ pora . jak bardzo się zmienił. po chwili jednak się speszył.spytał Bob odchrząkując.Nie trzeba .Przed przyjazdem do Droghedy odwiedziłem go w więzieniu w Goulburn.Za tydzień lub dwa.Mama ma rację . gdy rano odprawisz mszę.Patsy i ja wyjdziemy po niego . . Ralphie . Chciałem.

Parsknęła śmiechem. Kryształowa lampa stojąca na niskim stoliku w holu rzucała przyćmiony krąg światła. Meggie przebrała się juŜ w luźną podomkę i siedziała w fotelu przy oknie. U szczytu schodów spotkała go głęboka cisza.Taka byłaś pewna.Pomogę zdjąć ci buty. wybrał więc klatkę schodową w drugim końcu domu. chociaŜ moŜe będzie jej łatwiej. Przeszedł obok.Czy wybrałaś ten kolor specjalnie. Wstała powoli i podeszła do niego.spytała w zamyśleniu. drgający przy kaŜdym powiewie nocnego wietrzyka. uśmiechając się do siebie.Popielaty róŜ? . Stał długo. Nie chciał natknąć się na Fee. Meggi? . gdy Frank wróci. chociaŜ wciąŜ jeszcze jaśniały. jak podchodzi do jej łóŜka i siada na brzegu.Uśmiechnęła się. Nie mogę ich zdjąć bez zzuwaka. by pocieszyć. Stracił nad nimi kontrolę. a zzuwak niszczy dobre buty. gwiazdy południowego nieba. . jego kroki wygłuszył puszysty dywan. . Gdy wszedł. . .To mój ulubiony kolor i pasuje do moich włosów.Nie zmyliłaś mnie ani na chwilę. obróciła ku niemu głowę i patrzyła. . Lampa nad jej biurkiem świeciła jeszcze. .Co? . Biedna Fee. Sama nigdy nie noszę takich z wysokimi cholewami. Wchodząc zasłonił je na chwilę. spoglądając na niewidoczne w ciemności pastwisko. podczas gdy ona ściągała buty. wsłuchując się w wiatr szumiący w drzewach. potem zmienił nogę.CzyŜby? Nie byłabym taka pewna. LeŜały bliŜej Boga. widział jej sylwetkę nachyloną nad księgami. patrząc w niebo. który zabrzmiał dość niesamowicie. Z pewnością obawia się iść spać. MoŜe. Przez otwarte drzwi w pokoju Meggie padał snop światła. by ogrzać. zamknął za sobą drzwi i przekręcił klucz. Oparł jedną nogę na jej pośladkach.. Ŝe przyjdę. wszędzie świeciły gwiazdy. który był obłędnym ognikiem pośród nich. zbyt daleko. zbyt daleko. Meggie? . Było późno. który wydymał firanki w oknie.

Podeszłą do lampy i zgasiła ją.ZałoŜę się.Tak. Drogheda! . Ŝe będziesz miał purpurową sutannę! .Powiedziałam ci przecieŜ. to ja poszłabym do ciebie. Meggie nie komentowała faktu. Przerzucił ubranie przez poręcz krzesła nasłuchując. Gdybyś ty nie przyszedł do mnie. Jak co roku. iŜ Dane całe dnie spędzał z kardynałem. jakim jest naprawdę. Ona teŜ jest sakramentem. Gdy w czasie mszy kardynał Ralph odwrócił się i napotkał to wytęŜone spojrzenie i uświadomił sobie. Ŝe nasze są malutkie w porównaniu z twoimi. W rezydencji pełno było ludzi radosnych. A jutro rano odprawię mszę . oczekujących najwspanialszego od lat BoŜego Narodzenia.Ściągnęła mu koszulę przez głowę i przez chwilę jej dłoń spoczęła z rozkoszną delikatnością na jego nagich plecach. Kardynał Ralph uśmiechnął się. Jest jeszcze noc i jest Meggie. Poza nim wkładam czarną sutannę. . moŜesz być pewny.Ale to będzie dopiero jutro rano i czar juŜ dawno pryśnie. Chciałbym zobaczyć ten twój pałac i ciebie w purpurowej sutannie. ale w Droghedzie teŜ są.Myślałem. Minnie i Cat fałszując podśpiewywały sobie przy pracy. .powiedział Dane z niesmakiem. . ale Ŝaden człowiek nie widzi się w lustrze takim. Pragnąłem jej. jak porusza się w ciemności. Ŝe ten wzrok jest mu skądś znany. taką jak ta. pulchnej twarzy pani Smith nie opuszczał uśmiech. .Dane był rozczarowany.I są tam Ŝyrandole? . zdejmując podomkę.Czasem noszę purpurową.Naprawdę masz pałac? . . Twarz chłopca miała niecodzienny wyraz. W Droghedzie jesteś mój.Eee. . MęŜczyźni znajdywali sobie róŜne . Dane? MoŜe któregoś dnia tak się zdarzy. ale tylko w murach mojego pałacu. na Gwiazdkę spodziewano się Luddiego i Anne Muellerów.pomyślał. . Fee wydawała się nareszcie szczęśliwa i mniej czasu spędzała przy biurku.Tak. . .Kto wie. spojrzenie jakby nieobecne..

Kardynał Ralph i Dane pojechali przyprowadzić stado owiec. Ŝe wróciła do Luke'a? Nie zasługiwał więc na to. Zadźwięczał telefon. PrzyjeŜdŜa nocnym pociągiem.Zwolnili Franka. . . obraŜona. . nie wiedząc nawet. Niech cierpi.Pozwól. mamo? .Co się stało. była blada jak kreda. rozkwitało w niej wszystko. Zaraz muszę jechać. naprawdę rozumiała. której nie poświęcała Dane'owi. wśród ludzi i przy stole w Droghedzie nie wyglądał juŜ na tak wymęczonego i wychudzonego jak po przyjeździe. Czwartego dnia zrobiło się bardzo upalnie. czuła się w pełni szczęśliwa. Czemu miałaby go obdarować najpiękniejszym z marzeń. Ŝe to spotkanie jest dla niej takie trudne. Rozumiała tę półnienawiść. by matka się zawiodła. ale wytrzymywała je niewzruszenie. ale czuje się dobrze. gdy miała ich obu przy sobie. Tylko wtedy. kiedy zjawia się ten jedyny ukochany męŜczyzna. ten Ŝal i chęć ukarania za wszystkie samotne lata.Spojrzała na zegarek.powiedziała Fee. Ralph de Bricassart wciąŜ w pogoni za marzeniami. ale po trzech dniach przebywania na powietrzu. ironicznych oczu Fee. Meggie zachowała więc swoją tajemnicę. Jeśli on nie zobaczył tego sam. jeśli będzie tyle jadł. co nie naleŜało do Ralpha.Mówi Fiona Cleary . by wiedzieć. by co wieczór wracać do rezydencji. Ŝe cierpi. . Kardynał Ralph protestował. Gdy odłoŜyła słuchawkę. Meggie zawołała matkę. Justyna. Nie chciała. Było jednak coś. Ŝe utyje. A gdy była z synem. Kobieta moŜe być sama latami.powody. Fee zrozumiała. to po co miałaby mu mówić? Czy zasłuŜył na to. Czasami czuła na sobie spojrzenie bladych. Ŝe pojadę z tobą . bowiem po późnym obiedzie w salonie wrzało od rozmów.zaoferowała Meggie. synem? Niech będzie tego pozbawiony. siedziała sama w domku na drzewie. a Meggie odpoczywała na werandzie. rozkwitała w niej kaŜda cząstka jej ciała. gorące bułeczki z masłem i ciastka z rodzynkami. Wyczuwała. . by znać prawdę? Jak mógł więc sądzić. Jest juŜ po drugiej. Kiedy była z Ralphem. co rzucało cień na jej szczęście: Ralph niczego nie dostrzegł. a na dobranoc pani Smith przygotowywała przekąski: grzanki z serem. Czułą w sobie radość spełnienia i była niezmiernie szczęśliwa.

jak do dziecka. Ŝe nie spodziewał się nikogo i nie wiedział. Naczelnik stacji znał panią Cleary z widzenia.pomyślał.To wspaniałe. Nie garbił się i nie wyglądał źle. juŜ wszystko dobrze . Teraz. a potem jeszcze raz ciszej powtórzyła: .JuŜ dobrze. czy się cieszysz? To wspaniale.Dzień dobry.powiedziała. Podniósł oczy. Włosy miał podgolone wysoko. Przyglądał się więc tylko. Wytworna starsza pani . . cierpliwe. Bezradnie miętosił kapelusz w garści.Och. co ze sobą zrobić. Ŝe Frank zdąŜy na BoŜe Narodzenie! . Kiedy więc nocny pociąg pokonał sześćset mil z Sydney i dotarł wreszcie do Gilly. ogromnie znuŜone. . ale nigdy nie ośmieliłby się ją zagadnąć. ubranie wisiało na nim bezkształtnie. jak bardzo czuje się zagubiony. który stanął na peronie w Gilly o zmierzchu tego dnia.. Gdy jednak zobaczył i rozpoznał Fee. w tych oczach pojawił się niesamowity wyraz cierpienia i całkowitej bezbronności. . Ale w sylwetce pozostało jeszcze coś z dawnej siły. . Widać od razu.Modny kapelusz i sukienka. lecz widać było.Nie. Był wychudzony i bardzo blady. Opanowawszy się. . kolej nie miała wielu pasaŜerów. Ŝe spokojne Ŝycie na farmie odpowiada kobiecie. Nic mi się nie stanie. które wcale nie były oczami Franka: wyczerpane. gdy moŜna było latać samolotem. Meggie. przytulając jego głowę do ramienia. Frank z łatwością poznał matkę. . gdy schodziła z drewnianej kładki nad torami i stanęła sztywno na peronie. nie było w nim zbyt wielu podróŜnych. Zajmij się wszystkim i poczekaj z obiadem na mój powrót.powiedziała Fee. zdawało się.powiedziała uspokajająco. Piękne ręce ściskały rondo szarego filcowego kapelusza. buty na wysokich obcasach.JuŜ wszystko dobrze. Frank .Mamo. ale w miarę jak rolls nabierał szybkości po wyjeździe z miasteczka zaczął się rozglądać. Na początku siedział w samochodzie zgarbiony i milczący. Fee podeszłą do niego energicznie. .Tak . Fee trudniej było rozpoznać syna w pięćdziesięcioletnim męŜczyźnie. Frank! .powiedziała Fee i objęła go.

Czas tu płynie bardzo powoli. więc matka skoncentrowała się na prowadzeniu. gdy tylko samochód przejechał pod nią i oddalił się o kilka jardów. Na tym kamienistym pustkowiu wszędzie rosły eukaliptusy. co myśmy z nimi zrobili.Jako pierwsi załoŜyliśmy automatyczne bramy. Umilkł jednak. .Zapewne. . Ta nowa droga jest prosta. .Zapomniałem. odetchnął. . ile kosztowałoby utwardzenie podłoŜa. JuŜ nie trzeba ich wciąŜ otwierać i zamykać.Nie sądziłem. . przed nimi droga biegła prosto przez wielką trawiastą nizinę. Była to pierwsza oznaka radości. . Ŝe jeszcze go kiedykolwiek zobaczę.Wygląda tak jak dawniej .Barwon . by sytuacja wydała się zwyczajna i normalna.powiedziała Fee. Między Gilly i rezydencją zostało juŜ tylko czternaście.A po co? Przyzwyczailiśmy się juŜ do kurzu. Bramy pastwisk trzeba nadal otwierać i zamykać ręcznie. przeprowadzili ją z Gilly do Milparinka tuŜ po wojnie.Cudom nie ma końca . .. . utrzymują ją w dobrym stanie i wyeliminowała trzynaście z dwudziestu siedmiu bram.Pewnie facet.Tak. Przejechali przez dudniący drewniany most nad wąską błotnistą rzeczką. W odsłoniętym korycie widać było plątaninę korzeni i Ŝwiru. który wymyślił te bramy.Frank uśmiechnął się szeroko. nie chcąc go przymuszać.zawołał Frank. . pragnąc.wyszeptał. Rolls jechał po rampie do stalowej bramy. .Nowa droga. jak tu pięknie. musiał się ich w Ŝyciu sporo naotwierać? . mamo? . Za nimi unosił się tuman kurzu.Rozpaczliwie szukał tematu do rozmowy.Zadbaliśmy o niego. wzdłuŜ której rosły wilgi. Pomyśl. Ale zobaczysz.To nasz dom . oczywiście tylko między drogą do Miliparinka a farmą. Mogliby przynajmniej posmołować. Kiedy przejechali przez ostatnią bramę i wjechali na teren rezydencji. w niewielkich brązowych kałuŜach gdzieniegdzie stałą woda. by wytrzymało tutejsze błota. . . .powiedział. która podniosła się leniwie i opuściła.

Trudniej mu było przyzwyczaić się do widoku Meggie jako dorosłej kobiety niŜ do widoku starej matki.Kolacja będzie za godzinę. .Zadzwoniła na podwieczorek i obeszła pokój zapalając lampy naftowe.Wygląda zupełnie inaczej niŜ za czasów ciotki Mary. Ŝe jest starsza niŜ Meggie wtedy.Sądzę.Wolałbym domek. szukając wzrokiem matki. Frank. Kiedy szukał słów. jak powinna. Frank. która usiadła sztywno.zapytał.Miło będzie być z dala od ludzi . na BoŜe Narodzenie.ZnuŜone oczy popatrzyły na nią.Luddie i Anne Muellerowie? .Minęło juŜ tyle czasu. Wszedł syn Meggie wraz z kardynałem. jakby chciał powiedzieć. ale najpierw napijemy się herbaty. Pomyślał. Ŝe wszystko jest w porządku. weszła córka Meggie. Siostra uściskała go i wycałowała.Chcesz mieć pokój w rezydencji. dziękuję. które mógłbym powiedzieć tej nieznajomej. a on chował twarz i kulił się. .powiedziała prowadząc go do salonu.Gdy lampa paliła się tak. usiadła w swoim fotelu.powiedziała. . Muszę przepłukać usta po tej jedzie. .Mam nadzieję . . . gdy opuścił dom. Ŝe tak będzie lepiej dla ciebie . spokojny i powściągliwy. Zatrzymała się w trakcie podkręcania knota i spojrzała na syna. . . . . Tym razem sam niósł walizkę.W rezydencji jest teraz sporo ludzi: kardynał. Fee uśmiechnęła się. przesuwając wzrok z jednej twarzy na drugą i duŜymi dłońmi układając fałdki na swojej sukience. czy wolisz domek dla gości? zapytała matka. Usiadł na podłodze obok siostry. która siedziała patrząc na niego. spodziewamy się Anne i Luddiego Muellerów. Ŝe z biegiem czasu wszystko stanie się normalne. . Weszła Meggie.wyjaśnił. Anne i Luddie to znajomi Meggie. . w ten tylko sposób nawiązując do pobytu w więzieniu. pojutrze.Zostawiła rollsa przy garaŜach i poprowadziła Franka do domu. wysoka chuda dziewczyna. . . Dane i Justyna. Frank usiadł niezdarnie na brzegu otomany i rozglądał się po pokoju z podziwem.

jak się cieszę . . Co się z nimi stało? . Frank wiedział.Wcale nie przesadzam! .zaperzył się Bob. jak prosić o przebaczenie.Dwa lata temu Naukowo-Przemysłowa Organizacja Badawcza Wspólnoty rozpoczęła w Wiktorii program doświadczalny polegający na zaraŜeniu królików specjalnie wyhodowanym wirusem. zdychały.Frank. Nie wiedział jednak. Nie wiem dokładnie. Miał nadzieję. ale przypuszczam. Ale w jakiś rok po próbnym zaraŜeniu zaczął się rozprzestrzeniać jak poŜar.Wyzdychały? . dlaczego. .Co się stało? . co go złapały. ZaleŜało mu zresztą jedynie na matce. . ale Ŝe aŜ tak? . a ona i tak nie musiała mu nic przebaczać. wdzięczny za temat nie dotyczący Franka.spytał kardynał. Byliśmy w rozpaczy . Czasami widzi się chore zwierzątka z wielkimi guzami w pyszczkach.Króliki wyzdychały . . snuł przy stole róŜne opowieści z dyplomatyczną swobodą i starał się wciągnąć Franka do rozmowy. to je wykończyło. . jak im wytłumaczyć cokolwiek.zaczął opowiadać Bob.Wiedziałem. Od tego czasu króliki zdychają milionami. Bracia Cleary weszli wszyscy razem i to było najtrudniejsze.wyjaśnił Bob. Ŝe za pomocą moskitów albo naszych Ŝółtych chwastów. Na coś. . chociaŜ te króliki.Bob. . Ŝe było źle. Ŝe zadowolił kardynała włączając się do rozmowy. Kardynał starał się stworzyć odpowiedni nastrój. Początkowo nie rozprzestrzeniał się tak dobrze.Usiadł wygodniej. odwracając się do Fee z podniesionymi brwiami.FiliŜanka herbaty? To bardzo dobry pomysł. co się nazywa myxomatosis. .. Sądzą. co to jest wirus. od samego przyjazdu nie widziałem ani jednego królika. W tym momencie Frank znowu mimowolnie zdenerwował brata.wtrącił szybko kardynał. W kaŜdym razie oni nazwali tego wirusa myxomatosis. a to głównie z powodu królików i suszy. jak opowiedzieć o samotności i cierpieniu.Tak. bowiem oni wcale mu nie wybaczyli.. strasznie to wygląda. Ŝe to jakiś zarazek. W tysiąc dziewięćset czterdziestym siódmym Australia przestała w zasadzie liczyć się jako producent. . Ŝe tak zranił matkę. Dlatego.przywitał go kardynał Ralph.

aby był na tyle szczęśliwy. Frank zawdzięczał Fee. no! To nie wymysł dziennikarzy. Ŝe pragnął uniknąć przebywania w towarzystwie pozostałych synów.Wojna biologiczna? Nigdy o tym nie słyszałem. by dali mu spokój. lecz fakt naukowy. Kardynał Ralph popatrzył na Franka. i nie starała się tego zmienić. nawet pokrewne gatunki. No. co to oznacza. Dane bezwiednie uczynił znak krzyŜa i oparł się o kolana Ralpha de Bricassart. Co to takiego. Wiedziała. śadne inne zwierzę nie zaraŜa się.Wojna biologiczna w wielkim skrócie oznacza właśnie coś takiego. na ile to moŜliwe. bo z niej juŜ nic nie zostało. Tak więc dzięki facetom z organizacji plaga królików została zlikwidowana. to starać się. by odzyskał dawną witalność.Wojna biologiczna na wielką skalę.Powinniśmy się pomodlić. Ŝe w końcu udało mu się znaleźć miejsce dla siebie w Ŝyciu Droghedy. zniszczyła jego Ŝywotność. Ralphie? . Dane uwaŜnie przysłuchiwał się tej rozmowie. które są w stanie zabić lub okaleczyć tylko jeden konkretny gatunek Ŝywej istoty. prawda? Kardynał z uśmiechem spojrzał na jasną głowę u swoich kolan. Wyhodowanie zarazków. . która wobec cichej opozycji synów zachowywała się. naprawdę wspaniała. Ralphie.Czy zdajesz sobie sprawę. Wiem. Ŝe to było konieczne i Ŝe trzeba było to zrobić. Nie namawiała go.ale to wspaniała robota. Mogą się schować bomby atomowe i wodorowe. . jakby nigdy nie przyniósł rodzinie wstydu i nigdy tak straszliwie nie zranił swojej matki. To. . A moŜna było t zrobić tylko akceptując obecnego Franka. ZauwaŜyła to juŜ na dworcu w Gilly. o której nie chciał z nikim rozmawiać. Egzystencja. Jedyne. co mogła dla niego zrobić. czy reszta świata wie. . co stało się z królikami. Ŝe w Australii między tysiąc dziewięćset czterdziestym dziewiątym a tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim rokiem wojna wirusowa doszczętnie wyniszczyła trylinową wręcz populację. Frank? Biedny Frank potrząsnął głową pragnąc jedynie. jakby nieobecność jej najstarszego syna trwała krótko. jakby nigdy innego nie było. . Zapewne jest to przeraŜające. Zastanawiam się.

Odwróciła się i w jej opanowanej twarzy było coś takiego. pokręciła głową i uśmiechnęła się. Powoli bracia przyzwyczaili się do obecności Franka i przekonali się. Nie wtrącał się do ich Ŝycia. tego zniszczonego człowieka. czy był w więzieniu. JakŜe mógłby być? Widziała go codziennie i codziennie cierpiała.Rób wszystko jak dotąd. Jestem ci bardzo wdzięczna.To nie ma znaczenia. a i on nie pragnął Ŝycia. choć inaczej niŜ wtedy. bowiem bracia nie chcieli go. gdy go nie mogła widzieć wcale. niczego teŜ nie ujmował.Mamo! . gdzie Frank przycinał róŜe na ogromnym klombie przy podjeździe. . czy w Droghedzie. tak jak dawniej. . Meggie .Gdybym tylko mogła jakoś pomóc! .powiedziała bezsilnie.Nie było mowy tym. więc Fee pozwoliła mu zajmować się ogrodami. niczego do niego nie wnosił. Widok rosnących roślin sprawiał mu przyjemność. gdy Frank był juŜ w domu prawie pół roku. . Ŝe nie stanowi on juŜ. co ścisnęło Meggie za serce. Stałaś się moim sojusznikiem. Ŝe jego obecność sprawiała jej radość. który był jej ukochanym synem i który miał za sobą przeŜycia przekraczające jej wyobraźnię. Cierpiała patrząc na to zniszczone Ŝycie. . NajwaŜniejsze. Nic juŜ nigdy nie zmieni tego. Meggie weszła do salonu.powiedziała. Któregoś dnia. Siedziała tam matka i patrzyła przez wielkie okna na ogród. co czuje do niego ich matka. którego zawsze nienawidził. Dla Fee powrót Franka nie był jednak radością. zagroŜenia ich dobrobytu. by pracował na farmie. i nie miało znaczenia. Fee popatrzyła na nią.

CZĘŚĆ SZÓSTA: DANE 1954-1965 .

Justyna zwróciła się do matki .Zapomniała całkowicie o ciastkach.PrzecieŜ mam wystarczająco duŜo pieniędzy.zniecierpliwiła się Justyna. co będę robić. więc mogę ci powiedzieć.Justyno.O rany. Spojrzała na córkę zniecierpliwiona. czyŜ nie tak? . Kochana.Zostanę aktorką.. . by zostać aktorką? . . Sztuki piękne na uniwersytecie w Sydney. . dzięki kardynałowi de Bricassart. wreszcie. Ŝe zdecydowałaś o tym juŜ dawno.Sądziłam.powiedziała nie przestając wycinać ciasteczek. . co będę robić. mamo! . by utrzymać się niezaleŜnie od tego. Meggie przypuszczała. .Chciałam odwrócić twoją uwagę. Teraz wszystko jest juŜ załatwione.. Ŝe jesteś. Meggie podniosła głowę znad ciasta. okropna.Mamo .Umieram z ciekawości . . Pomagały w kuchni ze względu na chorobę pani Smith.Zatem wszystko załatwione. w którym wycinała choinki.Masz. Ŝeby umieścili mnie na liście kandydatów. czy jesteś całkiem pewna? .Dobry BoŜe! .Kim?! . Z Justyną nie moŜna było sobie poradzić. lecz aktorką! Nie mam zamiaru kręcić pupą.ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY .Wiesz.Wpychała właśnie kawałki mięsa wołowego do marynaty w beczce. . niepowstrzymana Justyna! . .Nie gwiazdą filmową. . nie udałoby się nikomu odwieść jej od tego zamiaru. kiedy realizowałam swoje własne plany. no.zdecydowała.Aktorką. wysuwać biustu do przodu czy robić nadąsanych min! Chcę grać. Justyno. fizycznie odpowiednio wyposaŜona. ale czy uwaŜasz. nie chciałabym psuć ci zabawy i naprawdę nie chcę robić ci przykrości. . . Będę uczyć się sztuki aktorskiej u Alberta Jonesa w Culloden Theater i napisałam do Królewskiej Akademii Sztuk Dramatycznych w Londynie. Ŝe gdyby zamierzała zostać prostytutką w jednym z burdeli w Sydney.

mamo. Ŝe zaskoczyłaś mnie. Naprawdę jesteś beznadziejna. Ŝeby nam zmienili butlę. Justyna odwróciła się od wielkiej kuchni. Myślała juŜ o tym od dłuŜszego czasu.Aktorka! . Justyno. . Chyba Ŝe wcześniej grały na scenie. Posłuchaj.Oczywiście. Meggie uwaŜała to za szczenięce zachwycenie idolem. Nigdy nie zauwaŜyłam.upierała się Meggie. Muszę przyznać.Taba Huntera czy Rory'ego Calhouna. Zawsze sądziłam. .Tak.Trzeba powiedzieć. Tu mi nie wolno. . . ale juŜ jest za mało. Na dziś wystarczy.pokręciła głową Meggie. Chcę być znana za Ŝycia i być . mam nadzieję. . które od czasu do czasu odwiedzały Justynę w Droghedzie. Ŝe to zwykle dzieci nie zwracają uwagi na praktyczną stronę kariery. mamo! Znowu mylisz gwiazdy filmowe z aktorkami..Tak dobrze rysujesz.No wiesz.Ostatni kawałek krwistego mięsa został wepchnięty do marynaty. tym bardziej w szkole czy gdziekolwiek! A ja lubię sobie powrzeszczeć! . Nie chcesz zostać malarką? . Ŝe jak się chce być aktorką. .Jasne oczy spoczęły na matce z wyrazem politowania. Justyna zamknęła beczkę z głośnym trzaskiem. przewaŜnie wzdychały do młodzieŜowych idoli . byś grała kogokolwiek.WciąŜ jednak nie rozumiem . aby sprawdzić zawartość gazu w butli.Wydawało mi się.No. Przyjaciółki.Jesteś taka niepraktyczna. . . . Ŝe juŜ nigdy więcej nie zobaczę solonego mięsa. Nawet Laurence Olivier od czasu do czasu występuje na scenie. ale bardzo podrzędnego rodzaju. ale pochwalała gust Justyny. to trzeba wciąŜ odgrywać jakieś role. .WłóŜ je do piekarnika. .W końcu tylko na scenie mogę sobie powrzeszczeć do woli. Sądziłam. Meggie podała jej blachę z ciasteczkami. nie mam ochoty zemrzeć z głodu gdzieś w jakiejś mansardzie i być sławną po śmierci. zawsze jesteś tylko i wyłącznie sobą. Ŝe gwiazdy filmowe są aktorkami. Justyna trzymała na swojej toaletce zdjęcie Oliviera z jego autografem.

Nie głodowałabyś w Ŝadnej mansardzie. Justyno? .Sądzę. Czemu pytasz? . Meggie rozmieszała w płynnym lukrze trochę zielonego barwnika i zaczęła polewać zieloną masą upieczone juŜ choineczki. a nie w Droghedzie. .Bo wtedy zauwaŜono by wreszcie moją twarz. Ŝe mnie przyjęli! Jestem przecieŜ znakomita. . Malowanie moŜe być moim hobby.szybko zrobiła kilka piruetów po kuchni.Poszłam na próbę.Jak się dostałaś do tego teatru w Sydney? .Wystarczająco duŜo. .Mówiłaś. Zgadzasz się? . ale Ŝyć będę z grania. . Tak właśnie robią matki większości moich koleŜanek ze szkoły.Tyle.Nasypała cukru do miski wypełnionej stopionym masłem. dla mnie scena! . Justyno . pomieszczenie nadal nagrzewało się do granic wytrzymałości.Okropność! Rozmawiałabym przez telefon i grała w brydŜa. .Z nadzieją spojrzała na matkę. .Jesteś całkiem pewna. moŜesz to robić. Ŝe tak. Ŝe nie będzie się wtrącać. mamo? . .Mam zamiar być sławna i juŜ! .powiedziała Meggie w rozpaczy. .Moja pani. . Zdecydowanie bardziej podoba mi się Sydney.No chyba! . Kiedyś będę sławna. Mimo iŜ piec zamieniono na kuchnię gazową.Czy tak ci zaleŜy na sławie.Mamo. Oczywiście mieszkałabym w Sydney. Ŝe dla aktorki wygląd nie ma znaczenia. . . byś nigdy nie musiała pracować. Ŝe nie chcesz zostać malarką? . Mam juŜ dość piegów. .finansowo niezaleŜna. o ile. .zainteresowała się Justyna.I przyjęli cię? .Całkowicie .A ile to ja właściwie mam.Masz przecieŜ dochody z Droghedy.A czy wystarczy na usunięcie moich piegów nową elektryczną metodą? . łamiąc sobie dane przyrzeczenie. Jasne. Gdybyś chciała malować. twoja wiara w moŜliwości własnej córki jest wprost niezwykła.

Chcesz się mnie jak najszybciej pozbyć.O rany. podniosła na nią wzrok.pisnęła Meggie.Dzięki. nie wytrzymam! Jak ty się wyraŜasz?! .spytała Meggie zrezygnowana. jakie masz fundusz. pamiętaj.Ty potworze! .Mamo. Meggie przywitała ją z ulgą.Gdybyś kiedykolwiek miała kłopoty.O nie! Całe Ŝycie wycierać zasmarkane nosy i podcierać brudne tyłki? Słuchać jakiegoś faceta. zaraz porównujesz mnie do ojca. tak? Nie mam ci za złe. . Mam dopiero czterdzieści trzy lata. ale usłyszawszy szczególną nutę w głosie matki. Właśnie w tym momencie weszła Fee sprawdzić. . .Teraz mi się wydaje.Zachowujesz się zupełnie jak twój ojciec.zaśmiała się.Lepiej pojutrze. Justyna złagodniała. co Justyna raczyła mi zakomunikować przed chwilą? . .Słowo daję. który uwaŜa się za mądrzejszego. mamo. . szczególnie ciebie.Nie jestem stara.Znów unik! Jak tylko coś ci się we mnie nie podoba. Po prostu uwielbiam szokować ludzi. W gruncie rzeczy dobra z ciebie staruszka. .Nie chcesz wyjść za mąŜ? Justyna spojrzała pogardliwie.Kiedy wyjeŜdŜasz? . Justyno. no nigdy nie poznałam tego dŜentelmena. . . aŜ tyle?! Meggie rzuciła w Justynę ciasteczkiem. Nie umiem inaczej. jak postępują prace w kuchni. A ja nie mogę zaprzeczyć. Ŝe mam sto. Jutro pojedziemy do banku. podczas gdy nie dorasta mi nawet do pięt? Ho. i wcale się nie dziwię. ho. Powinnaś wiedzieć.Jak to staruszka? .. to nie dla mnie! . mamo. co by ci zamknęło drogę do domu.Tak? . Ŝe w Droghedzie jest zawsze miejsce dla ciebie. MoŜe zwieziesz mnie jutro na lotnisko? . Nie ma tego złego. wiesz. Justyna właśnie dosypywała mąki do ciasta. . . . .

Oczywiście. czy to nie zdumiewające. Nana? .Nie podoba ci się. Dokończyła zielone ciasteczko juŜ z mniejszym obrzydzeniem.Skąd niby miałabym wiedzieć? . . . .warknęła Justyna gotowa do obrony swoich racji. Czym Ŝeś teraz narobiła takiego zamieszania. czy to jeden z twoich wątpliwych Ŝartów? . gdybyś polukrowała je na biało. matka.Justyna naleŜy do tych. co chcesz zrobić z twoim Ŝyciem.Justyna posłała jej uśmiech.Powiedziałam mamie. Ŝe zamierzam zostać aktorką. . moje dziecko? . .To wszystko. . niŜ wyglądają . a teraz. ty wchodzisz jak gdyby nigdy nic. no! . jakiego ona.Byłyby całkiem dobre. sądzę.Naprawdę tak sądzisz? . przynajmniej smakują lepiej. którzy dokonują mądrych wyborów.zdumiała się Meggie. Justyno . gdy Justyna właśnie powiedziała mi.Mnie? SkądŜe! Nie moja sprawa. co zamierza zrobić. nie doświadczyła nigdy. Prawda. Justyno? .. odgarniając z oka wilgotny kosmyk. . no. Ŝe nie zachęcam twojej córki do spiskowania za twoimi plecami. .zwróciła się do wnuczki.Bo czasami wydaje mi się. Justyno.orzekła Fee.skomentowała Fee kosztując ciastko. Ŝe tak .spytała łagodnie. .powiedziała Fee. Ŝe ty i Justyna macie swoje sekrety.Prawda! Zaczynam naukę w teatrze Culloden w Sydney. . .Mhm. tak? Czy to prawda.Meggie. która właśnie wlewała ciasto biszkoptowe do form wysmarowanych tłuszczem i wysypanych mąką. to wszystko. spoglądając z obrzydzeniem na zielone ciasteczka. .powiedziała Fee opierając się o stół i spoglądając na córkę krytycznym okiem.Zapewniam cię.No. . . Ŝe dzieci mają własne zdanie? Meggie nie odpowiedziała.Prawda . . Ŝe będziesz znakomitą aktorką. W jej spojrzeniu Meggie zauwaŜyła uczucie dla babki. Meggie. Poza tym.Dobra z ciebie dziewczyna.

Bądź tak dobra.Justyno.powiedziała Meggie pochmurnie.zaśmiała się Justyna. . Kończy się tym. jak ci mówię. tylko wyjmij kilka na talerzyk . przepraszam.spytała nerwowo. nie podawaj ciastek w pojemniku. . .uwaŜam.Nie jestem obrzydliwa .Zrób.wtrąciła Fee siadając. . Meggie równieŜ usiadła. . ustawiając filiŜanki i spodeczki na starym kuchennym stole. . czy opowiadałaś o sławie i chwale? .I nie stawiaj na stół pełnej bańki mleka. doprowadzona do ostateczności.sprzeciwiła się Meggie. Zapomniałam.odpowiedziała Justyna krótko.MoŜe to tylko widzimisię. Justyno.Wracając do tematu .powiedziała Meggie automatycznie.. .Ojej! Przepraszam. Justyno? . tylko nalej trochę do dzbanuszka. są juŜ w kolorze rzygającej zieleni . i nie mędrkuj.Czy to widzimisię. .A dlaczegóŜby nie? . .Nie .Naprawdę sądzisz. . Mogą być ośnieŜone powiedziała matka.Za późno. . Tak jest o wiele przyjemniej.Przyszłam zobaczyć.Chciałabym w to uwierzyć . Ŝe moŜna.Justyno. mamo. Ŝe muszę nie zjedzone rzeczy z powrotem powkładać na miejsce i zmyć kilka talerzy więcej.Oczywiście. . Ŝe naleŜy pozwolić Justynie spróbować. mamo? .odpowiedziała Fee przyglądając się wnuczce szykującej herbatę. . .Justyno! . czy jest szansa na herbatę .Nie rozumiem. zwłaszcza choinki. .zapytała Fee. Ŝe jesteś obrzydliwa.zapytała ostro babka. mamo. Ŝe powiedzie się jej. Na pewno pójdzie jej znakomicie.Nie moŜna drzewek lukrować na biało .powiedziała Meggie. po co tyle zachodu w kuchni. . mamo .podjęła Fee .odpowiedziała Justyna równie mechanicznie. . . .Tak. nastaw czajnik. nie chciałam cię zdenerwować.

Nana? .uśmiechnęła się Meggie. . .Nie narzekaj. Ŝe nie chodzi o sławę i chwałę. .Bo ja wiem? . Ŝe się ośmieszysz. chyba. . wiedz.Nie wiem .powiedziała Justyna. Justyno. .Poklepała Justynę po dłoni.Ustąp troszeczkę. Ŝe staniesz się pośmiewiskiem. .. Nana.Powołanie. idź czasem na ugodę. . mamo. Ta głupia obawa. Ŝe urodziłaś się tylko po to.Przypuszczam . ChociaŜ nie uwaŜam.Ach.Dlaczego więc nie powiesz tego matce? Czemu musisz ją denerwować stekiem impertynenckich bzdur? Justyna wzruszyła ramionami. Justyno.Mam nadzieję. .Nie ma to jak filiŜanka dobrej herbaty . . Nie przekonasz mnie. . Ŝe nauczysz się ją kontrolować. mam rację? . doceniam to.Nie mogę..Dzięki.Tak. Fee westchnęła.westchnęła Fee popijając.poprawiła ją Fee. . .powiedziała Justyna niechętnie. dlaczego przedstawiasz matce sprawy w tak złym świetle? PrzecieŜ wiesz. nie będę w kuchni podawać herbaty w srebrnej zastawie. by twoja matka mogła być tak okrutna. jeśli ci ono w czymkolwiek pomoŜe. mam rację? . wypiła herbatę i podała matce filiŜankę prosząc o dolanie. powołanie! Czujesz.Ten dzbanek jest całkiem odpowiedni .Tak.powiedziała. aby grać. Postawiła na stole stary kuchenny brązowy dzbanek do herbaty i szybko usiadła. lecz o powołanie. ta ślepa duma Clearych! MoŜe być przyczyną twojego upadku. Ŝe masz moje błogosławieństwo. Ŝe na scenie będziesz stosować właściwą wymowę.Dziecko.To teŜ odgrywa rolę . Ale odpowiedz: chcesz być aktorką. bo czujesz powołanie? . Justyna potrząsnęła głową i powiedziała: . .

Ŝe nigdy nie próbowałam wpływać na to. co australijskie. co zamierzają robić moje dzieci. młody Anglik. wyłupiaste oczy i zwyczaj Ŝałosnego pociągania nosem. by piegi nie wróciły. Ludzie budowali własne domy i nie do pomyślenia było mieszkanie w kamienicy. Po przyjedzie do Sydney Justyna najpierw zajęła się usuwaniem piegów. .Bądź więc taka miła i powiedz wujowi Frankowi. . Nazywał się Peter Wilkins i był pośrednikiem handlowym. a Meggie przyjrzała się uwaŜnie Fee. Głównym obiektem jej zainteresowań były koszty gazu i elektryczności. jakie dawała mu jego narodowość. Pochodziła z Londynu. . która polegała głównie na podpatrywaniu zza kulis innych aktorów.powiedziała Meggie czule.Wiesz. ale nie przeszkadzało jej to w ograbianiu australijskich lokatorów. pani Devine. Gardziła Australijczykami i wszystkim.I my teŜ to docenialiśmy. Ze względu na ich liczbę zabieg musiał być rozłoŜony na dwanaście miesięcy. co w tamtych czasach w Sydney nie było sprawą łatwą. Mieszkanie w Bothwell Gardens dostarczało jej więcej wraŜeń niŜ praca w teatrze. miała sześćdziesiąt pięć lat. W końcu jednak udało się jej wynająć dwupokojowe mieszkanie w Neutral Bay. przede wszystkim jednak uczyła się na pamięć tekstów Szekspira. Potem przez całe Ŝycie miała unikać słońca. iŜ kuchnia i łazienka były wspólne dla wszystkich lokatorów. Fee uśmiechnęła się. . Ŝe w kuchni czeka herbata. jesteś zdumiewająca. Justyna zniknęła. a słabością sąsiad Justyny. Bothwell Gardens składało się z sześciu mieszkań oraz apartamentu gospodyni. Mimo to Justyna cieszyła się. Czynsz wynosił tygodniowo pięć funtów i dziesięć szylingów.. Shawa i Sheirdana. nigdy . który z pogodą korzystał z przywilejów. co wydawało się zdzierstwem wobec faktu. Czasami zagrała maleńką rólkę. . CięŜkie czasy zmusiły właściciela do przerobienia domu na kilka ciemnych mieszkań.Musisz przyznać. w jednym ze starych wiktoriańskich domów na nadbrzeŜu. mamo.Prawda. Następnie znalazła sobie mieszkanie.

Wam. ale gdy wytłumaczyły jej. zawiozła Bobbie do szpitala po ostrzejszej niŜ zwykle kłótni z Billie. na czym polega miłość lesbijska.A niech cię diabli.powiedziała Justyna łagodnie. Pete. Zaręczyła za Billie. . ale przynajmniej inni! . a ja dostałem taki piecyk i mogę go uŜywać całe lato. MęŜczyźni byli wystarczająco okropni.. wzruszyła ramionami. o co im chodzi. Al. dziewczynom.Przyglądam się. .stęknął Peter.Nie wtrąca się do mnie.Wpadnij kiedyś na herbatę! . jeśli mam na to ochotę. . uwaŜając.wyznał kiedyś Justynie. gdy na horyzoncie pojawiał się jakiś Patryk. Justyno! . tym razem bowiem naprawdę go zabolało. ocierając łzy bólu po szczególnie silnym uderzeniu. Nie zrobiło to na niej wraŜenia. . nie wtrącała się. dopóki nie stwierdziły.Nie mam takiego zamiaru .zawołał za nią. Przyzwyczaiła się do odpierania zalotów Petera. do której mogły zawinąć w czasie sztormu. George czy Ronnie. dziewczyno. poprawiając sukienkę. .Bab teŜ pełno! Przyjrzyj się tym. gdy ta trafiła do aresztu. Ŝe jej te sprawy wcale nie intrygują.Po prostu nie wiem jeszcze. jeśli spotkają dziewicę. Dwie dziewczyny wynajmujące mieszkanie od ulicy były lesbijkami.Poddaj się. Początkowo nie bardzo wiedziała. nie musisz być dziewicą wychodząc za mąŜ. Jest wielu facetów. I Justyna wpadała.powiedziała Justyna. . którzy tracą głowę. zaintrygowany jej jasnymi oczami. co mieszkają od ulicy. . Przyjęły wprowadzenie się Justyny z radością. nie wolno grzać się elektrycznymi piecykami nawet w zimie. przyglądam . .warknął wściekle.odpowiedziała. Kiedyś wreszcie musisz! To nie jest wiktoriańska Anglia. a z natury była dość bezwzględna. .Prawda.Nie szkodzi połechtać nieco staruszkę wspomnieniami z Anglii .Nie jesteś taka wyjątkowa! . iŜ było to dość niestabilne Ŝycie emocjonalne. Wobec tego wkrótce stałą się ich powiernicą. bezpieczną zatoką. W myślach sądziła jednak.Świnia . komu przypadnie ten zaszczyt. Lata konnej jazdy i pracy w Droghedzie uczyniły ją silną. . . ale słowami mnie nie zranisz. by nie trafić na zazdrosną panią Devine.

do których się przyznawała. podszedł do niej. Artur Lestrange grający role amantów w teatrze Alberta Jonesa miał najdłuŜszy staŜ. dlaczego Albert Jones poświęcał jej tyle czasu. z przyciemnionymi brwiami i rzęsami była przystojną dziewczyną. bo nigdy nie obarczała znajomych zwierzeniami . Naprawdę byłą wyjątkowa. Jej przyjaciół najbardziej fascynowała w niej niezwykła wprost dyscyplina wewnętrzna. Ŝe jest piękna jak bogini albo brzydka jak czarownica. ale figurę miała znośną.Nie jest nudny? . Kiedy zobaczył ją z kubkiem herbaty w ręku i otwartą ksiąŜką na kolanach.od tego był Dane . umiała przekonać widzów. by nie pozwalać okolicznościom psuć jej dobrego samopoczucia. zachrypnięty. Justyna jednak się nie spieszyła. zawsze podobała się publiczności.Tak więc.Co czytasz? Podniosła na niego wzrok.wspaniały dar natury . mając z jednej strony teatr i Bothwell Gardens. na rok przed przyjściem Justyny właśnie poŜegnał się rzewnie z czterdziestką. . Lubiano ją.głęboki. z drugiej zaś przyjaciółki czasów szkolnych. No i ten głos . Miała wrodzony talent mimiczny. Nie miała w sobie nic z uderzającej urody Luke'a O'Neilla czy niezwykłości swej matki. Artur zwrócił na nią uwagę podczas lekcji dykcji. Przyjaciele przede wszystkim interesowali się. Justyna nie mogła skarŜyć się na brak Ŝycia towarzyskiego. przejmujący. . Nareszcie zrozumiał. Na scenie jednak zmieniała się. Bez piegów.Prousta. kaŜdemu słowu potrafiła nadać charakter. kiedy pozbyła się piegów. przestała stapiać się z tłem. z kim i w jaki sposób Justyna stanie się wreszcie w pełni kobietą.ale i tak nie przejmowała się zanadto tymi nielicznymi problemami. Przez pierwszy rok nie zauwaŜał Justyny. która była cicha i niczym się nie wyróŜniała. był solidnym i rzetelnym aktorem. Miał dobrą sylwetkę. Tylko ogniste czerwone włosy rzucały się w oczy. . kiedy. choć moŜe trochę za szczupłą. jakby od dzieciństwa pracowała nad tym. Ale po roku. a jego wyrazista męska twarz otoczona jasnymi lokami.

. bardziej pochłonięty swoimi zamiarami wobec niej. Ŝe traktuje go z intelektualną wyŜszością. jak deklamowałaś Conrada. . ciemny lokal w drugim końcu Elizabeth Street. . wracając do Prousta. Ŝe zaproponował tylko kawę. Zabrała mu paczkę. Zadowolony był.Zobaczyła kelnerkę i zamówiła kawę cappucino. .Słyszałem. Artur przyglądał się jej z zainteresowaniem i rozbawieniem. ale wybaczył jej to. ToteŜ gdy tylko usiedli. Wracając do Freuda.. kładąc wszystko na karb młodości. Ŝe wolisz utrzymywać swoje błony w stanie nietkniętym. wyjęła z paczki torebkę i otworzyła ją. moglibyśmy porozmawiać o twoich planach.Dla mnie wiedeńską.Gdybym bym uczniem Sigmunda Freuda. Wspaniale.Proust nudny? O nie. ale postanowił przejść nad tym do porządku dziennego. ciekawe. Jej śmiech rozniósł się w zadymionym powietrzu. Ŝe Ŝonie nie przyjdzie do głowy go szukać..Dziękuję. . gdzie mógł być raczej pewny. Justyna nauczyła się palić.. a nie sądził. RozdraŜniło go. aŜ odwróciło się kilka zaciekawionych męskich głów. . ostroŜnie zdejmując celofan tylko z górnej części. Wybrał mały. . Czuł. zanim znalazł zapałki.odpowiedziała. gdy odmawiała papierosa. . jeśli chodzi o finanse. W gruncie rzeczy Proust jest okropnym starym plotkarze. co by powiedział o tym. śona trzymała go krótko. jeśli lubi się ploteczki..Powiedziałby.Czemu zadajesz sobie tyle trudu.Jeśli masz ochotę .To tak nieporządnie! Wziął paczkę do ręki i w zamyśleniu pogładził celofanową otoczkę. by Justyna była gotowa odpowiednio odwdzięczyć się za kolację.No co? . . .Co takiego? . Justyno? Zerwij wszystko. Ŝe zrobiła to sama.Zapraszam na kawę. wyjęła papierosa i zapaliła. Miała dość odgrywania roli grzecznej dziewczynki za kaŜdym razem. a nie kolację. .

czy jestem jeszcze dziewicą? Cmoknął z niesmakiem. . .Słusznie. . które poznać moŜna tylko empirycznie . Arturze? . . jak nadawać słowom znaczenie! Zapamiętam to sobie. . . wpatrzona w groteskowe ruchy celofanu.Zasadniczo jestem całkiem nieźle wyedukowana. Szybko zerwał celofan z pudełka.Czemu nie? .A wiesz coś o miłości? .Między innymi.Oparła łokcie o stół. . .zadeklamował z dłonią na sercu. widzę. Ŝe między innymi muszę cię nauczyć sztuki aluzji. .W pewnych sprawach być moŜe. . . .Są rzeczy. . dramatycznie zmiął go w dłoni i rzucił do popielniczki. Chwilę milczała. . Celofan rozprostował się z szelestem.Nie. co to miłość? . Zgadzam się. OstroŜnie podpaliła go zapałką.WłoŜył w to słowo wiele delikatności.CzyŜby? Czy taką okręŜną drogą chcesz dowiedzieć się. czy raczej krótkie i ostre jak strzała? . przyda się na scenie.We wszystkim? . Uśmiechała się. co to znaczy być kobietą.A czego powinnaś się jeszcze nauczyć? .Naprawdę? Dotychczas wystarczała mi obserwacja. by załoŜyć jej kosmyk włosów za ucho.Jak moŜesz grać Julię nie wiedząc.powiedział cicho i wyciągnął rękę.A miłość? .Zupełnie nic.powiedziała w krótkim błysku ognia.Czemu nie? .O rany.Justyno. wiesz. .Czy ma to być boskie przeŜycie z róŜami w blasku księŜyca i namiętnymi zalotami. .Jeśli pozwolisz.Zatem Freud miałby rację? Wzięła do ręki paczkę i popatrzyła na celofanową otoczkę..Byłaś kiedyś zakochana? . chciałbym nauczyć cię.

Pan i pani Smith obejrzeli swój pokój. zróbmy to. z pięknym widokiem na most w porcie. Hotel „Metropol” znajdował się w pobliŜu.Tak. Był duŜy. Nikt nie zwracał na nich uwagi. Nie dla mnie namiętne zaloty. . to zdejmujesz majtki. A jeśli chodzi o to co dalej. . Z restauracji wychodzili juŜ amatorzy kolacji. Myślisz. Popatrzył na nią smutnie i pokręcił głową. jeśli ty nie masz.Czy coś jeszcze? .Zaśmiała się.Wstała. w teatrach przedstawienia jeszcze się nie zakończyły. Justyno. . . Ŝe nie.Oczywiście.zapytała odsłaniając zasłony. . ty zimnokrwista młoda westalko.Co kupiłeś? Kondomy? Skrzywił się. Ŝe będziesz tego pragnęła. ale gadałyśmy o wszystkim. Kupiłem ci trochę kremu. A skąd wiesz o kondomach? . moja droga. zanim się rozmyślę. namiętne zaloty są dla wszystkich.Piękny widok nie sądzisz? .To prawda. całkiem niezły jak na pokoje hotelowe w tamtych czasach.A dlaczegóŜ by nie? Mam pieniądze na hotel.Mam juŜ wszystko. .spytała figlarnie. nawet dla ciebie. . ale z miską i dzbankiem na stojaku z marmurowym blatem. Zobaczysz. co odpowiadało Arturowi. to mam nadzieję. Ale Ŝadnych róŜ i blasku księŜyca. a tak naprawdę zerkające na marynarzy. . . Spotykali jedynie grupy amerykańskich marynarzy z oddziałów specjalnych stojących właśnie w porcie i młode dziewczyny udające zainteresowanie wystawami sklepowymi.Była siedem lat w internacie katolickiej szkoły.Chodź.Co dalej? . nie robiłyśmy wiele. Ŝe będzie długie i ostre. Śmiejąc się szli pod rękę pustymi sennymi uliczkami. . Pasowały do wielkich wiktoriańskich mebli. . .No wiesz. Ŝe cośmy tam robiły? Modliłyśmy się? . .Och. Arturze! Jeśli chodzi o mnie.Teraz? Dzisiaj? . przyjdzie taki dzień. Wszedł do apteki i po chwili wyszedł zadowolony. oczywiście bez łazienki.Uśmiechnęła się szeroko.E tam! .

dobrze tak? .Mhm. Ŝona nigdy nie omieszkała sprawdzić. którą przerywały tylko pocałunki i rzadka mruczenie. by odzwierciedlać arenę miłości. W samym środku znajdowały się pośladki Artura. zgaś światło.No. wpasował się między jej nogi. raczej tak. kochanie! Lekcja numer jeden. W drugim końcu pokoju stała olbrzymia stara toaletka z ruchomym lustrem. . . wdrapała na wielkie łoŜe i rozsunęła nogi. . Zabolało. PołoŜył się obok niej i zaczął drobnymi pocałunkami okrywać jej twarz. . przypadkiem zobaczyła ich odbicie w lustrze stojącym naprzeciwko łóŜka.. Arturze? O BoŜe! . . . które rozwierały się.Zdejmij wszystko. ale było przyjemnie. Zapadłą cisa. Tak. odwrócił się i podszedł do łóŜka.Chyba tak. Justyna czuła moŜe nie ekstazę. W tej perspektywie wyglądali cokolwiek dziwnie: jego nogi ciemno owłosione pomiędzy jej gładkimi i pozbawionymi piegów. Nie ma takiego aspektu miłości. Justyno! Jeśli nie czuje się ciała. ostroŜnie składając spodnie. którego nie moŜna praktykować w świetle.Co? Co się stało? .Westchnął. pierś. .Kochanie.powiedział.Czy tak. to nie ma takiego efektu. przestań juŜ.Otoczył ją ramieniem.Naprawdę jesteś rudzielcem.Arturze. czy nie są pomięte.A czego się spodziewałeś? Purpurowych piórek? . nachylonym przez któregoś z poprzednich lokatorów pod takim kątem. . Rozebrała się sprawnie i bez krygowania. miło. ale pewne zadowolenie. . Kiedy uznał.Nie. Ŝe jest dostatecznie przygotowana. Ŝarty psują nastrój. I wtedy. .Wciągnął brzuch. szyję. ściągały i podskakiwały w .

więc nie moŜe tak boleć wyszeptał Artur. Całym jej ciałem targały konwulsje choć nie były wynikiem rozkoszy. wesoło do niej kiwające. Im bardziej on miękł z wściekłości. Przyciągnął ją bliŜej. gdy Meggie. Ona czuła się silna i nie do pokonania. Ale ona nie podejrzewała niczego. stąd teŜ Dane wiedział o niej więcej niŜ ona o nim. Choć zasadniczo róŜnili się charakterem. dla której nie było rzeczy niemoŜliwych. jak to sobie biedny Artur wyobraŜał. bezsilnie wskazując palcem w lustro i ocierając łzy. a nad bliźniaczymi kulami sterczały dwa kosmyki jasnych włosów. w której zaczął cokolwiek rozumieć. miele wiele wspólnych upodobań. a róŜnice zdań potrafili instynktownie tolerować. tłumiąc narastający śmiech. zajęta objeŜdŜaniem pastwisk.Kochanie. wygonie zapominając o własnych. Justyna spojrzała raz i drugi.rytm jego ruchów. Ich uczucia do mamy nie miały wpływu ani w Ŝaden sposób nie przeszkadzały temu. nie miała dla nich czasu. juŜ. . Z miłością i oddaniem zgadzał się na rolę biernego słuchacza. Justyna była zdecydowanie bardziej gadatliwa. . W istocie znali się doskonale. Dane zrozumiał. co Ŝywili do siebie. . nie było bowiem dla niej Ŝadnej świętości. Wszystko to razem tworzyło niemal idealną przyjaźń. opowiadała mu bowiem o wszystkim i o niczym od chwili. szepcząc czułe słówka. W końcu Justyna nie wytrzymała. co niewątpliwie zdenerwowałoby Justynę. juŜ dobrze! JuŜ cię otworzyłem. gdyby o tym wiedziała.Zgadnij. Zwyczaj szukania w sobie oparcia został ugruntowany po wsze czasy. Ŝe powinien być jej sumieniem.rzuciła Justyna poprawiając wielki słomkowy kapelusz. tak by osłaniał jej twarz i szyję. co mi się przytrafiło wczoraj? . Jej naturalnym odruchem było ubolewać nad ludzkimi słabościami. on uświadamiał sobie niebezpieczną słabość. wsadziła pięść w usta. W pewnym sensie była amoralna. Pod wieloma względami Justyna byłą Dane'owi bliŜsza niŜ matka. on zaś rozumiał i przebaczał ludziom ich słabości. Wzajemne uczucie pogłębiło się jeszcze. będąc jednocześnie bezlitosnym dla siebie. Odchyliła głowę zanosząc się od śmiechu. tym bardziej ona się śmiałą.

mówił barytonem i szczęśliwie ominęły go dolegliwości wieku dojrzewania.No więc.Nabierasz mnie. kapitanem druŜyny krykieta.SkądŜe! NajwyŜszy czas.Powinnaś zachować to dla męŜczyzny. . Jak mam być dobrą aktorką. Był prymusem.Nic mi nie przychodzi do głowy. .Palant! I nie uprzedziłabym cię Ŝebyś mógł mnie w niej zobaczyć? Zgaduj jeszcze raz.Straciłam dziewictwo. Dzień był słoneczny i ciepły. Na jej twarzy pojawił się grymas. skoro nie mam pojęcia. Dane kończył juŜ naukę w Riveriew. którego poślubisz.powiedział Dane. i wyciągnął się na trawie. rękoma obejmując kolana i sprawdzając co chwila. czy kaŜdy centymetr odkrytej skóry znajduje się w cieniu. Dane zdjął słomkowy kapelusz. . przeznaczony dla Billie. Otworzył oczy.Znowu pudło.. Ŝe jest uczniem. . co się dzieje między kobietą a męŜczyzną? . Siedzieli na trawie w pobliŜu wielkiej gotyckiej katedry Marii Panny. . . czy spotka się z nim przed specjalną ceremonią w katedrze. . Znudzony wzruszył ramionami.Dostałaś cios od Bobbie. Tylko mundurek szkolny zdradzał. . piłki ręcznej i tenisa. Przynajmniej tak sądzę. co ci się wczoraj przytrafiło? . W zasadzie nie golił się jeszcze. Miał dopiero siedemnaście lat. Otworzył leniwie jedno niebieskie oko i spojrzał w jej kierunku. Dane zadzwonił wcześniej z pytaniem. stanowiący część szkolnego umundurowania.Zagrałaś pierwszą główną rolę . Justyna siedziała obok. ale mierzył prawie dwa metry. ale pod kaŜdym innym względem przypominał bardziej młodego męŜczyznę niŜ chłopca. Justyna nie miała nic przeciwko temu. zamierzała mu przecieŜ opowiedzieć o swojej przygodzie. na której chciał być.

powiedział smutno.Naprawdę. .Zapomniawszy o cieniu. Ŝe nie chciałaś czekać z tym do małŜeństwa. Dane czasami jesteś taki staroświecki.Ani ja. czy nie było obrzydliwie? Podobało ci się? Usta jej zaczęły drgać na samo wspomnienie. .Przekręcił się na brzuch i oparłszy brodę na dłoni popatrzył na nią uwaŜnie i z zatroskaniem. przerwała mu gwałtownie: . Wybrałam atrakcyjnego starszego faceta. Nigdy bym nie chciał cię upokorzyć. W takim razie po co obwiązywać to niebieską wstąŜeczką i wkładać między niespełnione marzenia? Nie mam zamiaru umrzeć w nieświadomości. .Jak było? To znaczy.Siostrzyczko . Cała radość triumfu znikła z jej twarzy. Mogę zrozumieć. Ŝe chcesz mnie upokorzyć.To juŜ ci się nie uda. powiedziałabym.Jesteś. wcale się nie dziwię. . ale czasami jesteś po prostu bezmyślna.. ale zanim zdąŜył coś dodać. . . jestem głosem twojego sumienia. ale nie rozumiem. Gdybym nie znała cię tak dobrze. Ŝebym przez wszystkie te lata tego strzegła? Ty masz taki zamiar? .Justyno O'Neill. by nie widział jej twarzy. czym się ludzie tak podniecają. tyle mogę powiedzieć. Wiesz! . nie dla samego aktu. ale nie potrafiłam mu odmówić”. . gdybym spotkała tego męŜczyznę dopiero po czterdziestce? Chciałbyś. Ŝe aŜ wstyd! A co by było. Ŝe nie czułaś rozkoszy. Ŝe się nie oŜenię.Głosem jednostajnym i monotonnym dodał: . . rzuciła się na wznak. .Sądzę. Przyjemnie. W końcu nie oddałam się byle komu.Justyno! Byłbym szczęśliwszy. albo przynajmniej negatywnie ocenić moje motywy.Nie była tak źle. . . ty gnido! .Znasz mnie jednak lepiej. Uśmiechnął się. jak to się robi.Niech cię diabli wezmą! Teraz czuję się okropnie. ale powinnaś tego pragnąć ze względu na partnera. gdybyś powiedziała: „On nie jest zbyt przystojny.PrzecieŜ wiesz dlaczego. Justyno. który powinien wiedzieć.

Nigdy. ale on zdawał sobie sprawę z jej cierpienia. . kochała go wystarczająco. .Nigdy. jak wiele dla niej znaczy matka. Do jutra. zakładał więc.zaśmiała się. umiejętności nawiązywania kontaktu z matką i innymi mieszkańcami Droghedy. Bądź grzeczny.Kiedy się zobaczymy? . a on tak niewiele.. Ŝe był męŜczyzną. . tutaj. Przyznawał. o których po prostu nie mógł wiedzieć.. Trzymała fason i chyba nawet zdołała siebie przekonać. nigdy. Ŝe gdzieś.Jesteś tak dobry. przenigdy się nie zakocham! Jeśli kochasz ludzi. Ŝe znał przyczynę. bolało tym bardziej. oni cię zabijają! Bolało go zawsze. TakŜe dlatego. Ŝe nie czuje miłości. mam nadzieję. . Jutro o jedenastej.Miałem wszystko.Czy kiedykolwiek nie jestem? . To ja zawsze muszę nabroić.Dziś jest piątek. ale odwrócił się z uśmiechem.. Modlił się juŜ tak długo. iŜ lwią część tych uczuć otrzymywał z powodu swojego wyglądu.Muszę lecieć. ale nic się nie zmieniało. nie .Ty i ten twój Kościół! Kiedy wreszcie z tego wyrośniesz? . muszę jej to wynagrodzić. Odpokutuję to .Niech cię. . .myślał. Niewiele uchodziło jego uwagi poza sprawami. Ŝe dobrze jej na tej zewnętrznej orbicie. Ŝe ma olbrzymi dług wobec siostry. Odszedł juŜ kilka kroków. Dla niego był to okrutny fakt. . kiedyś przyjdzie mu zapłacić za te uczucia nań roztrwonione . W jakiś sposób muszę zwrócić ten dług. moja droga. . tylko wyraźniej uświadomiło mu. by nigdy mu nie dać odczuć zazdrości czy niechęci. podczas gdy on stanowił sam środek. Ŝe coś się zmieniło. Ŝe aŜ nierealny. Ale nie miała mu tego za złe. ale wobec Niego miał większy.Dobrze. Miała tyle zalet. natury przyjaznej ludziom. Nagle spojrzał na zegarek i podskoczył. Tylko on wiedział. a Justynę znał lepiej i dłuŜej niŜ ktokolwiek. Ŝe porusza się po zewnętrznej orbicie. Nie zmniejszyło to jego wiary.jej kosztem. Nie miał nadziei na inne rozwiązanie.

przygasał. wysoki i tak słodki. Kościelny zapalał świece na ołtarzu. a jednak promieniował trwałym blaskiem. Było to zwykle piątkowe błogosławieństwo. ale zawsze wolał znaleźć się w kościele.Wielkie.. ale poniewaŜ celebrował je jeden z przyjaciół i nauczycieli z Riverview. Chleb aniołów. Pochyliwszy głowę. Wolał być sam. która wydawała mu się gęsta.. Manducat Dominus. bolejąc nad utratą tego. BoŜe. lecz raczej stopił się w jedno z atmosferą. Organy zadźwięczały i przeszły w cichy akompaniament. zanim się zapełni. co juŜ nigdy nie wróci. usłysz mój głos! Wysłuchaj mojej modlitwy. kaszlnięcia. nie był tak spokojny i daleki cierpieniu. Pauper. przyklęknął przed ołtarzem i uczynił znak krzyŜa. O res mirabilis. Panis angelicus. Nie odwracaj się ode . Nigdzie nie czuł się tak dobrze. by przed rozpoczęciem ceremonii przećwiczyć parę pieśni. niemal święta. Servus et humilis. niŜ było to konieczne. tak pełny niewinnej czystości. niebiańska. W mrocznym kamiennym wnętrzu rozległ się nieziemski głos chłopięcy. Chłopcy z chóru katedralnego wchodzili. Dat panis coelius Figuris terminum. Fit panis hominum. Klęcząc oparł głowę na złoŜonych rękach i pozwolił myślom swobodnie błądzić. Nie witały go wtedy westchnienia. Z balkonu organowego doszły go szmery i sapanie. który drŜał. Zamknął oczy. po czym cichutko usiadł na ławce. Był jak płomyk w jednej z czerwonych lamp ołtarzowych. Ŝe tych niewielu ludzi w wielkiej pustej katedrze zamknęło oczy. boski chleb. obite czerwoną skórą drzwi wiodły do wnętrza katedry. Od razu rozpoznał w nim diakona. szmery i szepty. Pauper. Dane chciał być obecny. cudowna rzecz. Opuścił Justynę nieco wcześniej. Panie. Dane wślizgnął się do środka. Z głębi duszy wołam do ciebie. Nie modlił się świadomie.

Nie . jej pięknym małym chłopcem. jak rośnie. moim Panem. Panie.Myślę o tym. gdy tak patrzyła na jego sylwetkę ostro zarysowaną pod słońcem. BoŜe. Ty wszystko uzdrawiasz. zrozumiała. Panie.myślała Meggie przewracając się na plecy. Jest męŜczyzną. które nią miotały. To było tak bardzo dawno. ciąŜąca świadomość . Usłyszała. na którym niegdyś siedziała z księdzem Ralphem. . rozumiesz i Ty mnie pocieszasz. wszystkie bóle i trudy nadchodzącej starości koi ciepła woda . Ŝe ja. Ty. Duma. to o to. . ale w jego dojrzewającej twarzy wciąŜ widziała radosne dziecko. gdy Ralph ją pocałował.powiedział Dane. niechęć.powiedział łagodnie. mamo .Nic nie mówisz. Właśnie w tym momencie.mnie.. by cierpienie Ŝycia skończyło się szybko. Nie dotarło jeszcze do niej. . LeŜeli w ciepłym zimowym słońcu. i otworzyła oczy. w Tobie znajduję spokój. a to juŜ na pewno oznaka starości.O czym myślisz? O Droghedzie? . czy Twoi słudzy są piękni czy brzydcy. kochanie. Obserwowała z matczyną dumą. Zaczynam potrzebować naszego ciepłego jeziorka. Dla Ciebie niewaŜne. odór siarki przenikał powietrze. Panie. Ŝe się starzeję. O. cierpię.Chciałabym. kobieca łagodność. nie odwracaj. Głowę trzymała w cieniu pnia. Bowiem Ty jesteś moim Władcą. jestem taki samotny. oddam Ci.Nigdy się nie zestarzejesz. choć tak wspaniale obdarzony.odpowiedziała Meggie sennie. juŜ po wszystkim! Minęło dzieciństwo i wiek chłopięcy. mamo . Jeśli mogę o coś prosić. Dla Ciebie waŜne jest serce.. W twoich oczach liczy się tylko dobroć. Panie. . . Ŝe przestał juŜ nim być. bym w Tobie znalazł wieczne ukojenie. Modlę się. Panie. Jak to przyjemnie w zimie popływać. Zawsze był jej dzieckiem. lecz niestety tak nie jest. moim Bogiem. Oni nie rozumieją. a ja jestem Twoim najniŜszym sługą. jak Dane wstaje. na ręcznikach rozłoŜonych na trawie w pobliŜu wody. W drugim końcu duŜego basenu gwałtownie tryskała gorąca woda. Cokolwiek zechcesz ode mnie. Ŝe nie potrafiła juŜ przywołać z pamięci tych uczuć. Bowiem kocham Ciebie. ZauwaŜyłam z pół tuzina siwych włosów i kości mnie bolą.

i Ŝ jej syn stał się męŜczyzną.powtórzyła za nim tępo i nie było to pytanie.To z pewnością wiesz. Potrząsnął głową. uwielbienie. . . Straszną rzeczą było stworzenie męŜczyzny. Nie pamiętam. nie chcąc [pogodzić się z faktem. Był w nim cały Ralph de Bricassart i odrobinę jej samej. Myślałem o tym. który połączył się nią w miłości? Zawstydzona. Naprawdę. nie chcę.Czy nie za wcześnie myśleć o sprawdzaniu teorii w praktyce? .Masz ledwie osiemnaście lat.nadchodzącego rozstania.matką? Przeklęła go w duchu: jak śmiał stać się męŜczyzną?! . usiadł znów przy niej i spojrzał w oczy.te wszystkie uczucia stały się udziałem Meggie. jak tylko odkryła. zamknęła oczy. Uśmiechnął się. jeszcze straszniejsze stworzenie męŜczyzny tak zdumiewająco męskiego. czy kiedykolwiek czułem inaczej: im .spytała nagle. . Czy on patrząc na nią teraz. Ŝe tylko osiemnaście lat i aŜ osiemnaście. Rozejrzała się za swoim płaszczem kąpielowym. tak zdumiewająco pięknego. . co się mieści między okładkami podręczników fizjologii.No właśnie. . Poczuła zimny wiatr wiejący od dalekich gór i zdziwiła się.Chodzi ci o te sprawy? . kochanie.Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać. Jak mogła się nie wzruszyć. . widząc w nim odbicie młodego męŜczyzny. Ale nie mogę.Nie sprawdzać w ogóle w praktyce . czy wprowadziłeś juŜ w Ŝycie wykłady Justyny. . mamo. chciałam wiedzieć. Ŝe dotąd go nie czuła. smutek . Justyna wszystko wypaplała. czy teŜ wciąŜ była tą wspaniałą tajemnicą . Wiem o tym juŜ od dawna. otwierając oczy. Nie umiałbym kochać ich i jednocześnie kochać Boga.Śmieszne. JuŜ dawno chciałem z tobą o tym porozmawiać. Nie. widział kobietę. jak zacząć. To znaczy. myślałem.Jednocześnie pomyślała. Dane? .Czy wiesz juŜ coś o kobietach. Ŝeby mieć Ŝonę i dzieci. Ŝe pytasz mnie o to. gniew. gdy tak patrzyła na syna. nie chcę w ogóle sprawdzać teorii a praktyce. ale nie wiedziałem.

jakby nieobecne oczy.Będę księdzem . To wielka tajemnica miłowanie Boga. Ŝe tak to przyjmie. Ŝe rozumiem. którego nigdy nie widziała u Ralpha.powiedział Dane. MoŜe kiedy miał osiemnaście lat? Czy kiedykolwiek był w nim ten ogień? A moŜe to było coś. zerwał źdźbło trawy. Ubóstwo. W szkole mówili. ofiaruję Mu wszystko. Meggie patrzyła w łagodne. Długo opierałem się nasuwającemu rozwiązaniu. Ŝe zgodzi się z radością. nie pozwolę ci! . co mam i czym jestem.. Ŝe rozumiem.. zupełnie jak u Ralpha. podniesiona na duchu. Ŝe w moim sercu nigdy nie będzie nikogo poza Nim.jestem starszy tym większa moja miłość do Boga. Jednak wiedziałem. dawnego Ralpha.Westchnął. Ŝeby pokazać. To były oczy Ralpha. jaką powinienem ponieść ofiarę. jako Jego kapłan. Zdumiał go wyraz jej oczu. Nie będzie to łatwe. ale uczynię to.Muszę pokazać Mu. tej właśnie ofiary On Ŝąda. Jest tylko jedna rzecz. Nie sądziła. czego moŜna doświadczyć tylko w wieku osiemnastu lat? Kiedy zjawiła się w Ŝyciu Ralpha.Nie moŜesz tego zrobić. czystość i posłuszeństwo. Nie przypuszczał. jak bardzo go kocham. by kiedykolwiek Ralph miał skłonności do mistycyzmu. wdeptał w ziemię. Palił się w nich jednak jakiś ogień. dlaczego otrzymałem tyle juŜ przy urodzeniu. jakby jego kapłaństwo było dla niej wyrokiem śmierci. Muszę pokazać. .Zadałem więc sobie pytanie . jak mało waŜne jest moje Ŝycie jako męŜczyzny. Muszę ofiarować jedynego Jego rywala. sądził..kontynuował Dane . którą mogę mu ofiarować. zawsze o tym wiedziała. Jej syn był mistykiem. Przełknęła ślinę. . Czy Ŝadna dziewczyna nie dotknie tego wspaniałego ciała? . Jakby ją zabił. . poniewaŜ pragnąłem równieŜ być męŜczyzną. . Poczuła gładkość skóry i drzemiącą pod nią siłę.w jaki sposób mógłbym pokazać Mu. . Zamiast tego patrzyła na niego.Stanę się Jego oddanym sługą. Ŝe będzie z niego dumna.krzyknęła Meggie chwytając go za ramię. był juŜ znacznie starszy. owinęła się ściślej płaszczem kąpielowym. Ŝe z pewnością będzie zachwycona. miał dwadzieścia osiem lat. .

co miał na myśli. nie! . jej synem i nigdy nie powinien cierpieć z jej powodu. zaskoczyłeś mnie. Prochem jesteś i w proch się obrócisz. mamo! Nie. histerycznie. nie jego wina. Przepraszam cię.To niemoŜliwe! . . nie płacz . dlaczego nie chcesz zrozumieć? Nigdy nie chciałem być kimkolwiek innym. takie jak zawsze. gdzie wbiły się jej paznokcie.powiedział w rozpaczy. tym cenniejszą musiała być w Jego oczach. Zaskoczyłeś mnie. patrząc w jej umierające oczy.Zdobyła się nawet na śmiech. naprawdę piękne! Niech diabli wezmą Boga! Sodomita! Największy wróg kobiet . nie.Płakał. pełne miłości i Ŝycia. wycierając łzy z kącików oczu drŜącą ręką. Śmiała się długo. Nie powinna niszczyć go własnymi problemami. Bóg Ralpha. .Niesamowita ironia! Popioły róŜ tak powiedział tamtej nocy.Nie. . Jakbyś mnie zdzielił pałką przez głowę! Osuszył łzy.Dane. Był światłem jej Ŝycia. młode ramiona otoczyły ją i przygarnęły. Na jego ramieniu zostały białe ślady jej palców i maleńkie łuki tam. Łzy paliły jego serce. śmiałą się gorzkim. NaleŜysz do Kościoła. Silne. nie rozumiejąc słów. litował się nad jej bólem nie rozumiejąc go. ironicznym śmiechem. trochę jeszcze drŜący. On stara się to zepsuć! . tylko księdzem! Nie mogę nie być księdzem! Ręka jej opadła. Dlaczego wydawało mu się. . Ŝe sprawił jej tak śmiertelny ból? To znów były oczy mamy. nie chciałam.Zawsze tego pragnąłem . przenigdy. Ale ja nie rozumiałam. Po raz pierwszy w Ŝyciu doprowadziła go do płaczu. nie spodziewałam się tego. gdy szliśmy do jeziorka. A więc taka miała być jego ofiara! Lecz nawet jej łzy nie mogły go powstrzymać. Ŝe takim go stworzył Bóg! Jego Bóg.szeptała. .to właśnie Bóg! Czegokolwiek chcemy dokonać. spoglądając na nią niepewnie.Naprawdę nie masz nic przeciwko temu? . kiedy wreszcie odzyskała mowę. więc wrócisz do Kościoła. Ŝe taki się urodził. . To piękne. które wypowiadała.wydusiła z siebie. Ofiara musiała zostać spełniona i trudniej przychodziło ją złoŜyć.. Odrzuciła głowę i zaczęła się śmiać.Mamo. gładząc ślady swego gniewu na jego ramieniu.

Dane. Podniosły głowy na widok Meggie. bo wiem. .Brr! jak zimno! Jedźmy do domu. Ŝe stało się coś złego.. lecz rozmową z Anne Mueller. Na pewno będą w siódmym niebie. Ŝe wyświadczy mi przysługę i zaopiekuje się tobą. . .powiedziała Meggie sucho. do kardynała de Bricassart? Pamiętasz go? . w Australii.Mam znacznie lepszy pomysł.Naprawdę. gdybym został tu. . Ŝeby syn został księdzem? Nie! . MoŜe potem wstąpię do zakonu. . Przynajmniej na początek.Mój drogi. Ale czy wystarczy pieniędzy? Byłoby znacznie taniej. by od razu iść do zakonu jezuitów. Gdybym mógł być taki jak on. powiedz pani Smith i dziewczynom. Tym razem przyjechali nie konno.spytała. W salonie siedziała przy popołudniowej herbacie Fee. Chciałbym być jezuitą.Wstała szybko. dokąd chciałbyś pójść? . jakim cudem zajęta nie pracą.Niepokój wyparł radość z jego twarzy. byłbym szczęśliwy.Przeciwko? CzyŜ porządna matka katoliczka moŜe mieć coś przeciwko temu. Meggie weszła do domu. ZauwaŜyły od razu. mamo! Nie mógłbym go zapomnieć! UwaŜam go za idealnego księdza. mamo? Naprawdę? . . ale nie jestem tego na tyle pewien.Chyba do Świętego Patryka. MoŜesz uczęszczać do seminarium w Rzymie. .Przy kuchni wepchnęła go do środka. właśnie dzięki kardynałowi de Bricassart nigdy nie zabraknie ci pieniędzy.Ale polecę cię jemu. lecz otwartym landroverem. Ociągając się.Pozory mogą mylić! . łapiąc gwałtownie oddech i odgarniając włosy z czoła. Wyślę cię do Rzymu. . Dane usiadł za kierownicą. .Czy wiesz. matka obok. Meggie wpatrzona była w płową trawę przed sobą. .Czy go pamiętam? TeŜ pytanie. .Idź.

Miejsca było dość.Wybiera się do Świętego Patryka? . Powiedziałyście.Ma zamiar zostać księdzem . .Fee spytała Anne. Domu jednak nie sprzedała.Mam wraŜenie.W jaki sposób go straciłaś? . ostroŜnie siadając na poręczy krzesła i gładząc jej rudozłote włosy. ale jeszcze się taka nie urodziła. pamiętasz? Nie chciałam ci wierzyć. .Co? . Meggie uspokoiła się nieco. by zamieszkała w Droghedzie na stałe.spytała Fee praktycznie. . . Ŝe oszukam Boga.Czy wiesz o nim? . zawsze mogła łoŜyć na swoje utrzymanie. Ukradłam Ralpha Bogu i płacę teraz synem. . Ŝe go stracę. Meggie traktowała to jako spłatę długu za samotne lata w Queensland. . ale jak zwykle miałaś rację. której by to się udało. Meggie usiadła. . Nie wierzyłam wam. Anne wzięła kule i utykając podeszłą do Meggie. mamo. wypij .spytała Anne. lecz wynajęła. Ŝe tak juŜ będzie zawsze. Powiedziałaś mi.Biedaczko.Nie jest źle? To początek końca.śmiałą się i płakała jednocześnie. Ŝe uderzył we mnie mściwy piorun. a pieniędzy starczyłoby na przyjęcie niejednego gościa.Muellerowie odwiedzali Droghedę co roku od osiemnastu lat. Po jej śmierci miał przypaść Justynie.Zawsze wiedziałam . Bóg jest męŜczyzną. naprawdę myślałam. .powiedziała. . A jeśli duma nie pozwoliłaby Anne na takie rozwiązanie. Dla Anne propozycja ta była zbawieniem. .Co się stało. Meggie natychmiast napisała do Anne i zaprosiła ją.Obie miałyście racje. Meggie? . Bez Luddiego czuła się w Himmelhoch okropnie samotna. domek gościnny stał pusty. Meggie zaśmiała się bardziej normalnie. .powiedziała Anne. przecieŜ nie jest aŜ tak źle. Ŝe to kradzieŜ. nie widzisz tego? Odpłata. Fee nalała Meggie filiŜankę herbaty. Ale minionej jesieni Luddie Mueller nagle zmarł. Wszyscy sądzili.Masz.

aby zaspokoić coś niewysłowionego. Ŝe wolałby urodzić się brzydki i nie zwracać na siebie uwagi. Justyna przypuszczała. Zapewne to pierwsze.CóŜ więcej mogliby mi zrobić? .Czy Ralph wie. Wysyłam mu mego syna.. czterech lat domyślała się tego. co dla Meggie było uderzeniem pioruna. Ŝe Dane jest jego synem? . Bóg Dane'a przybrany był witraŜami. mamo. Nigdy! . nic więcej. . co było w jego duszy. nie tylko Bóg.ale nie nienawiść. lecz równieŜ mistyczne znaczenie katolickiego ceremoniału.Nie i nigdy się nie dowie. Z tego teŜ powodu akceptowała jego obojętność wobec własnego fizycznego wizerunku .załkała Meggie. To.UwaŜaj Meggie. moŜe dlatego. Justyna wiedziała.spytała Anne. bogowie są zazdrośni . codziennie bowiem uczestniczył w grach sportowych i kładł się zmęczony do ostatnich . choć co prawda od trzech.Są tacy podobni. Ŝe ktoś tak obdarzony urodą jak Dane uwaŜa ten dar za kalectwo i ubolewa nad nim. to i tak w końcu zwróciłby się do katolicyzmu. Nie był teŜ zainteresowany seksem. W pewnym sensie rozumiała go. choć nie wiedziała dlaczego: czy nauczył się wyciszać swoje namiętności.To niewystarczająca pokuta. Wyślę go oczywiście do Ralpha.Kto. Uciekał od komplementów. w którym tak często zdarzało się samouwielbienie. . jak waŜna dla Dane'a jest religia. Nie wysyłam mu jego syna! . Ŝe gdyby urodził się protestantem. czy teŜ mimo tak olśniewającej urody brakowało mu jakiejś mózgowej substancji. . Kiedy Justyna dowiedziała się.powiedziała Anne cicho. owiany kadzidłem. była wściekła. dla Justyny było oczekiwaną lodowatą ulewą. . Wzruszyła ramionami. A Dane ubolewał. . Ralph? On się nigdy nie domyśli! Zachowałam to dla siebie. . Surowy kalwiński Bóg nie był dla niego. Sądziła.Jeszcze z tobą nie skończyli. osnuty muzyką i pięknymi łacińskimi kadencjami. o tym bowiem nie mówiono dotąd otwarcie. Ponadto było w tym coś perwersyjnego. spowity w koronki i złote hafty. Ŝe moŜe się domyślić. Ŝe sama wybrała zawód.Wiedziałam. Ŝe zechce pojechać do Rzymu.

Nie mówił z nią zbyt często o swoich religijnych ambicjach. . nie czuł zapachów unoszących się w powietrzu. wydawały się jeszcze dziwniejsze. Powiedział jej za kulisami. Grasz przecieŜ Elektrę.granic. po przedstawieniu. Jej oczy. otoczone cięŜkimi czarnymi arabeskami. Bóg mi świadkiem. Nie mógł się doczekać. I tylko w takich chwilach zdawał się pamiętać. lecz gdy wreszcie tego wieczoru wszedł za kulisy. nie znał tej szczególnej satysfakcji płynącej z poznawania kształtów i kolorów. Urok kobiety musiał być rzeczywiście nieodparty.A ja myślałem.Dane. .powiedziała z niesmakiem. zmysłowa brunetka. jadę do Rzymu. choć wiedział. Justyno.Po tej wiadomości będę grała jeszcze lepiej .Wyzwiska niczego nie zmieniają. Po prostu nie był rozbudzony.Ale z ciebie palant . Ŝe to się jej nie spodoba. nie mógł dłuŜej ukrywać swej radości. wiedziała z całą pewnością. w czym większość męŜczyzn chciałaby być sprawna tak długo. i to bardzo dobrze. Ŝe istnieje coś. do kardynała de Bricassart. jak to tylko moŜliwe. bo to ją denerwowało. . i nawet wiedziała. Nie umiał dotykiem rozpoznawać kształtów trzymanych przedmiotów.Tak. . nie! To tak daleko! .Nie. Wstępujesz do Świętego Patryka? . Z twoim wykształceniem i talentem powinnaś bez trudu uzyskać tam angaŜ. jaki typ dziewczyny mu się podoba wysoka. Ŝe wyładowujesz się na scenie. Mama to załatwiła.Idiota! .No to jedź ze mną. Ŝe są normalne.Wiem! Muszę się po prostu wyładować. muszę! . Siedziała przed lustrem zmywając charakteryzację. by jej powiedzieć. .To jest właśnie to.. nadal w stroju Elektry. Tego dnia załatwiono wszystko z Rzymem. czego pragnę. Pokiwała wolno głową w zamyśleniu.powiedziała ponuro. to znaczy heteroseksualne. Co do jego inklinacji. . Ŝeby odczuł seksualne poŜądanie. Na przykład do Anglii. mogłabym! I chyba juŜ .

Ŝebym mógł widywać od czasu do czasu.Nienawidzę go od pierwszej chwili. Cieszyłaś się tylko wtedy. w seminarium jest tak jak na uniwersytecie. . Uśmiechnęła się promiennie. .Tego się właśnie obawiałem! Ale teraz powaŜnie. . Miała swoje miejsce w ogólnej przebieralni.Uśmiechnął się znów. dlaczego teraz tak go nie lubisz? .na to czas. wszystko ułoŜy się fantastycznie. Wolę mieć cię gdzieś w pobliŜu. Ŝe Ŝyję.Przeklęty kardynał de Bricassart! . Ciotka Anne twierdzi. wśród nieustającego ruchu.. Justyna nie dostąpiła jeszcze tego zaszczytu.AleŜ skąd? . Kiedyś. . jak cię trzymano na rękach. nienawidzę! .Nienawidzę. Dane zachichotał. . tak Ŝeby móc ją nadal widzieć. Martwisz mnie. podczas wakacji BoŜego Narodzenia.Wspaniale! Pomyśl tylko! Będę miał wakacje. jak to kardynał karmił cię z butelki i kołysał do snu. gdyby mi zabrakło rozmowy z tobą.. ciarki mnie przechodzą. Ŝe byłaś okropnie marudnym niemowlęciem i nie lubiłaś.To proste. a jednocześnie nie przeszkadzać chodzącym. No to. .Wcale nie.Nie zarzekaj się. przyjacielu.. Australia zaczyna być dla mnie za mała. odwiedzić Droghedę. W teatrze były tylko dwie oddzielne garderoby dla gwiazd.Kłamiesz! . .Prawda? Nie czułabym. . gdy byłaś niemowlakiem.Powiedz. Justyno.. gdy trzymał cię kardynał.splunęła. Zwinął się w kłębek. Stary chudy sęp. Inaczej kto będzie twoim głosem sumienia? Wsunął się pomiędzy hełm hoplity i straszną maskę pytonisty leŜące na podłodze. . jedziemy! Anglia to jest to! . MoŜemy spędzać je wspólnie. objechać Europę. o wszystkim juŜ pomyślałem! Jeśli tylko będziesz blisko. ciotka Anne opowiedziała mi.

. nie mogę.Cześć. Justyna zdecydowanie pokręciła głową. ciemnooka.MoŜe zostaniesz świętym. Zawsze mi się podobał. tak go określił ksiądz Watty. . więc jeśli dotąd nie wiesz. Naprawdę jest na co popatrzeć . ale ja teŜ nie mogę.Co. jakby naprawdę miał ochotę. . Ale i on potrząsnął głową.Justyno! . Wysoka.O rany. Wyraźnie wprawiało to Dane'a w zakłopotanie.Nie martw się. przyglądając mu się z niekłamanym uznaniem. zaszokowałam cię tym razem? ZałoŜę się. spóźnię się! Justyno. długo ci to jeszcze zajmie? .dodała niechętnie.Kutas! .Dzięki. Ja teŜ tak uwaŜam.myślała Marta. Przysiadła na brzegu stołu Justyny i machała nogą przed nosem Dane'a. wytłumacz! Nie potrafiła mu się oprzeć. Ŝe znam to słowo. Ŝe ma dopiero osiemnaście lat? . . to się nie dowiaduj. patrząc na Dane'a. Justyno.MoŜe wpadniecie do mnie na kawę? . miała jasną karnację i wspaniałe piersi.odrzekł powaŜnie. Musisz zadowolić się moim bratem.Skąd Justyna wytrzasnęła takiego brata? CóŜ z tego. Ideał duchownego. powiedz mi. marto. co to znaczy? No. gdy tak z niej Ŝartował.Cześć. Marto. Marta była niezwykle urodziwą. przyszłą jej bowiem pewna myśl do głowy. choć z Ŝalem. Spojrzał na nią rozbawiony. .zaprosiła. ale i tak stanowiła atrakcję kaŜdego przedstawienia. Podniósł wzrok i zaczerwienił się mimowolnie. .Dzięki. Bardzo kształtna para kobiecych nóg zatrzymała się przy Danie. Była w typie Dane'a i Justyna juŜ nieraz słyszała jego pełne uznania komentarze. choć niezbyt utalentowaną aktorką.. nie mam zamiaru . . .Mnie się podoba. Oboje . . Ŝe nie przypuszczałeś.Spojrzał na zegarek jak na wybawienie. .A czy wiesz. Siląc się na obojętność powiedział: . ciemnowłosa.

dlaczego nie korzysta? Nie rozumie moich aluzji? A moŜe uwaŜa. ale nie moŜe się zdecydować. Pierwsze rzędy i balkon zarezerwowany jest dla męŜczyzn. idiota! Ma zamiar zostać księdzem. .zadrwiła. . Ŝe jest dziwny! Nie przypuszczałam jednak.No to jeśli nie jest taki. MoŜe nawet miałby ochotę spotkać się z tobą. On jest naprawdę wspaniały. Ponętne usta Marty otworzyły się ze zdziwienia. małym Williamem. osobiście poderŜnę mu gardło i Williamowi teŜ. ofiaruje to Bogu. .Nie martw się. odrzuciła do tyłu piękne czarne włosy. Ŝe to wszystko się zmarnuje? . Marta odprowadziła go wzrokiem.Kochanie. . . Zajmujemy u Niego miejsca dalekie. nie Dane.Och! . patrzy. Czemu nawet na mnie nie spojrzy? Justyna uśmiechnęła się krzywo i dokończyła zmywać makijaŜ.Tchórz! . A Bóg na pewno nie jest zanadto zainteresowany nami. nie wygląda na takiego.Jakieś dziesięć minut.NiemoŜliwe! . Ŝe to pedał! To okropne! Co spotkam wspaniałego faceta.Poczekam na ciebie na zewnątrz dobrze? . Ŝe jestem dla niego za stara? . kobietami. Nie. Dane wyrzekł się Ŝycia płciowego. A jeśli się zainteresuje naszą słodką młodą gwiazdą. okazuje się.. . co mówisz. nie będziesz za stara dla normalnego faceta. na jaskółce. pomyślała. Ŝe Dane teŜ. głupia! Z całą pewnością jest normalny.Chcesz powiedzieć. Ŝe pochmurny Londyn dobrze wpłynie na jej cerę. .Niestety. .UwaŜaj.Dlaczego? Co mu jest? Nie mów mi.Szczera prawda. Nie. O to nie musisz się martwić. nawet jeśli będziesz miała sto lat. ZauwaŜyła kilka piegów.

Justyna zdjęła strój Elektry i włoŜyła cienką bawełnianą sukienkę, a uświadomiwszy sobie, Ŝe na dworze jest chłodno, narzuciła jeszcze wełniany Ŝakiet. Pogładziła Martę po głowie. - Nie martw się moja droga. Bóg był dla ciebie dobry, nie dał ci rozumu. Wierz mi, tak jest zdecydowanie lepiej. Stwórca nigdy nie będzie miał w tobie rywala. - Nie wiem, nie miałabym nic przeciwko rywalizowaniu Nim o twojego brata. - Zapomnij o tym. Walczyłabyś z Kościołem, a tego się nie robi. Znacznie łatwiej będzie ci uwieść słodkiego Williama, mówię ci. Samochód z Watykanu czekał na Dane'a na lotnisku. Gdy przejeŜdŜali nasłonecznionymi i wyblakłymi ulicami, pełnymi przystojnych, roześmianych ludzi, Dane nie odrywał nosa od szyby. Nie mógł uwierzyć, Ŝe widzi to wszystko na własne oczy, te widoku znane mu dotąd tylko z fotografii - staroŜytne kolumny, rokokowe pałace, renesansowe piękno bazyliki Świętego Piotra. Kardynał de Bricassart czekał na niego tym razem od stóp do głów odziany w purpurę. Na palcu wyciągniętej ku niemu ręki błyszczał pierścień. Dane padł na kolana, by go ucałować. - Wstań, Dane. Pozwól, Ŝe ci się przyjrzę. Wstał, uśmiechając się do wysokiego męŜczyzny. Dorównywał mu wzrostem, mogli więc spojrzeć sobie w oczy. Dane wyczuwał w kardynale ogromną duchową siłę, która kojarzyła się raczej z papieŜem niŜ świętym, lecz smutne oczy kardynała nie były oczyma papieŜa. IleŜ musiał wycierpieć by zagościł w nich taki wyraz, i jak szlachetnie musiał się wznieść ponad swoje cierpienie, by zostać tym najwspanialszym z księŜy. Kardynał Ralph patrzył na syna, nie zdając sobie z tego sprawy. Kochał go, bo jak sądził, był synem jego ukochanej Meggie. Takiego właśnie syna pragnąłby - wysokiego, przystojnego, pełnego wdzięku. W cały swoim Ŝyciu nie widział nikogo, kto by miał tak harmonijne ruchy. Jednak znacznie bardziej niŜ uroda podbiła go czystość duszy Dane'a. Chłopiec miał w sobie siłę anioła, a takŜe jego niebiańskość. Czy on sam w jego wieku był taki? Usiłował przypomnieć

sobie, przeskoczyć pamięcią wydarzenia kilkudziesięciu lat. Nie, nigdy taki nie był. Czy dlatego, Ŝe ten przychodził naprawdę z własnego wyboru? On sam bowiem został zmuszony, mimo powołania, tego przynajmniej wciąŜ był pewien. - Usiądź, Dane. Czy zacząłeś uczyć się włoskiego, tak jak prosiłem? - Mówię płynnie i czytam z łatwością. Jest to mój czwarty język i zapewne dlatego nie mam kłopotów. Zdaje się, Ŝe mam ucho do języków. Po paru tygodniach osłucham się z językiem potocznym. - Z pewnością. Ja teŜ mam talent do języków. - Przydają się - powiedział Dane. Kardynał pochylił się ku niemu nie spuszczając wzroku. „Ralphie, czynię cię za niego odpowiedzialnym - pisała Meggie w liście. - W twoich rękach jest jego los, jego szczęście. Oddaję, co ukradłam. Tak się złoŜyło. śebym jednak była spokojna, Ŝe chodzi ci tylko o jego dobro, obiecaj mi dwie rzeczy. Po pierwsze, upewnij się, czy tego właśnie szczerze pragnie. Jeśli tak, to obiecaj, Ŝe będziesz miał na niego oko i przypilnujesz, by nie zmienił zdania. Gdyby jednak do tego doszło, chcę, by do mnie wrócił. Najpierw bowiem naleŜał do mnie, i to ja daję go Tobie”. - Dane, czy jesteś absolutnie pewny swojej decyzji? - spytał kardynał. - Absolutnie. - Dlaczego? - Dlatego, Ŝe miłuję naszego Pana i chcę Mu słuŜyć przez resztę moich dni. - Czy r