Od Pearl Harbour do Hirosimy Japonia w latach wojny

Robert Guillain

Spis treści
Wstęp ...................................................................................................................................................... 3 1. Pearl Harbour z perspektywy Tokio .................................................................................................... 8 2. Jak rozpoczęła się wojna? .................................................................................................................. 16 3. Seryjna produkcja bohaterów ........................................................................................................... 24 4. Tokio się bawi .................................................................................................................................... 33 5. Pod bombami pułkownika Doolittle’a ............................................................................................... 42 6. Zwycięstwa morskie „made in Japan” ............................................................................................... 49 7. Guadalcanal, czyli „strategia rozwiniętego odwrotu” ....................................................................... 54 8. Japońska „strefa współdobrobytu” ................................................................................................... 59 9. Todzio - nowy siogun? ....................................................................................................................... 68 10. Lud zagrożony .................................................................................................................................. 78 11. Rozczarowania, spory, opóźnienia, porażki..................................................................................... 86 12. Upadek gabinetu Todzio .................................................................................................................. 95 13. Zagłada floty Wschodzącego Słońca ............................................................................................. 103 14. Tokio w ogniu ................................................................................................................................ 113 15. W obliczu amerykańskiej inwazji ................................................................................................... 122 16. Czas kamikadze.............................................................................................................................. 128 17. Ku pokojowi ................................................................................................................................... 138 18. Hirosima ........................................................................................................................................ 150 19. Cesarz i bomba .............................................................................................................................. 159 20. Bunt przeciw tronowi .................................................................................................................... 165 21. Uśmiech Kwitnącej Wiśni .............................................................................................................. 171

Wstęp
Japonia, której obraz pragnę wskrzesić w niniejszej książce, stanowi zamknięty rozdział historii. Współczesna Japonia jest w moim przekonaniu całkowicie inna od tej, która przeminęła. Przeżyłem lata tak w jednej, jak i w drugiej. Jeżeli postanowiłem zająć się cesarstwem japońskim w latach ostatniej wojny - krajem, który napawał mnie odrazą - to bynajmniej nie z ukrytą myślą, by rzucić cień na współczesne mocarstwo przemysłowe Dalekiego Wschodu: to z wielu względów podziwiam. Niemniej sądzę, że ukazując rodowód dzisiejszej potęgi, uwypuklam zasługi. Świadomość tego, czym była Japonia okresu wojny, nie powinna podsycać uczuć antyjapońskich, lecz raczej pozwolić zrozumieć satysfakcję narodu, który zszedłszy na manowce, potrafił wyprostować bieg swych dziejów. A przecież nazajutrz po klęsce Japonia była bliska dorzucenia własnej cegiełki do chaosu naszych czasów. Czegóż to nie prorokowano, czegóż to nie obawiano się ze strony Tokio w owym okresie! Czy nie czyni się w tajemnicy przygotowań do zemsty - i to niezwłocznej - nad amerykańskimi zwycięzcami? Czy Kraju Kwitnącej Wiśni nie czeka ponowny okres zbrojeń i militaryzmu? Czy zwyciężona, poniżona i zrujnowana Japonia nie znajduje się na zakręcie prowadzącym do komunizmu? Albo też - przeciwnie - czy nie zwróci się ku faszyzmowi? Czy nie będzie szukać odwetu, łącząc się z Chinami spiskiem przeciwko Zachodowi? Żadna z tych przepowiedni nie miała się spełnić. Po przeszło trzydziestu latach od tragedii Hirosimy społeczeństwo japońskie nie wyzbyło się alergii na atom i militaryzm. Polityczne umiarkowanie dało zaznać Japonii ponad ćwierćwiekowej stabilizacji i pomogło stać się awangardą liberalizmu w Azji. W swych poprzednich książkach1 starałem się ukazać w zarysie historię powojennej Japonii, uczestniczącej w światowym wyścigu produkcyjnym. Tę chciałbym widzieć jako osobisty wkład dziennikarski do dokumentacji naszej epoki. Zrządzeniem losu mogłem bowiem obserwować Japonię „od środka” w przededniu drugiej wojny światowej i w latach ekspansji militarnej od Pearl Harbour do Hirosimy, a także w momencie kapitulacji. Wojna w Europie rozpoczęła się we wrześniu 1939 r. W Japonii i na Pacyfiku - w grudniu 1941 r. nieoczekiwanym atakiem japońskim na Hawaje. Przez ponad dwa lata, w pierwszej fazie światowej tragedii, Japonia ogranicza się do roli widza - acz widza niewątpliwie najlepiej uplasowanego. Przez cały ten okres Tokio stanowi niezwykle dogodny punkt obserwacyjny: w jego zasięgu pozostają oba obozy - obóz Osi i obóz demokracji. Splatają się tu pajęcze nici interesów wielkich mocarstw. Można tu śledzić od podszewki brutalną rozgrywkę prowadzoną przez Hitlera; można też podejrzeć wszystkie tajniki przebiegłej gry Stalina. Z lepszej niż w Europie perspektywy widać stąd strategię Roosevelta i Stanów Zjednoczonych już kroczących ku wojnie, lecz jeszcze w nią nie zaangażowanych. Z tego miejsca horyzont wydarzeń obejmuje nie tylko Europę i Amerykę, ale i Azję i Pacyfik. Tymczasem Francja - której wciąż trudno pojąć, że Japonia nie leży na końcu świata - angażuje w Tokio na krótko przed wybuchem wojny tylko jednego dziennikarza. Jest nim korespondent
1

Por. w przekładzie na język polski: R. Guillain: Japonia - trzecie mocarstwo. Warszawa 1974, ss. 371 - przyp. tłum.

francuskiej agencji informacyjnej „Havas”. To właśnie stanowisko zaoferowano mi w 1938 r. po pobycie w Chinach. Z nadejściem wojny w Europie zatrzymano mnie w Tokio. Nadrzędną troską było wówczas - i słusznie - utrzymanie pozycji francuskich na Dalekim Wschodzie. Z miejsca zmobilizowany, pozostawałem w służbie naszej ambasady aż do zawieszenia broni w czerwcu 1940 r. Podejmuję wówczas decyzję nieopuszczania Tokio: zawieszona między wojną a pokojem Japonia jest szczególnie interesującym obiektem obserwacji, a do Stanów Zjednoczonych zawsze przecież - w co nie wątpiłem - będę mógł wyjechać. Aż nagle wybucha Pearl Harbour i oto my, około trzystu Francuzów, znaleźliśmy się w pułapce w Japonii będącej w stanie wojny: wydostanie się z niej staje się niemożliwe. Czy spotykają nas szykany? Na ogół nie. Japonia uważa, że zwyciężona Francja „wypadła z gry”, i Francuzi są traktowani jak obywatele państw neutralnych. Neutralni, ale podejrzani, nieustannie kontrolowani i szpiegowani przez japońską policję, która od czasu do czasu dokonuje aresztowań wśród kolonii francuskiej, by utrzymać ją w należytym strachu. Na szczęście zezwala się nam przynajmniej na nadzorowaną wolność. Finansowo dajemy sobie radę dzięki pokaźnym francuskim funduszom „zamrożonym” w Tokio. Zawodowego dziennikarza bieg wydarzeń nie może nie pasjonować, a ja mogę jeszcze wysyłać telegramy do nie okupowanej części Francji. Cenzura japońska jest zbyt tępa, aby móc docenić wagę obiektywnych a pożytecznych informacji, jakie udaje mi się przemycić między wierszami. Jednakże od 1943 r., gdy Niemcy weszli do południowej Francji i gdy wojna japońsko-amerykańska zaczyna przybierać niepomyślny dla Japonii obrót, ta metoda niesie z sobą zbytnie zagrożenie. Cała moja dziennikarska działalność sprowadza się do tego, by obserwować, słuchać i... znikać. Niebezpieczne stało się posiadanie jakichkolwiek dokumentów czy robienie notatek. Te nieliczne, które miałem, stracę pod bombami w pożarze Tokio bądź zniszczę przed internowaniem, jakiemu na pięć miesięcy przed końcem wojny będą podlegać Francuzi. Dopiero po kapitulacji cesarstwa w sierpniu 1945 r., gdy podjąłem na nowo funkcję korespondenta w okupowanej przez Amerykanów Japonii, udało mi się odtworzyć i uzupełnić moją dokumentację dzięki rozmowom i szperaniu w japońskich źródłach informacyjnych. Powróciwszy do Francji w 1946 r., po ośmiu latach przymusowego wygnania na Dalekim Wschodzie, zasiadłem do pisania niniejszej książki. Jej nakład został niebawem wyczerpany. Jednakże w powodzi publikacji zalewających w tamtych czasach francuskich czytelników, którzy zachłystywali się przywróconą wolnością czytania, książka nie doczekała się podówczas drugiego wydania. Przy tym wojna była tematem, o którym chciano jak najszybciej zapomnieć, zaś Azja - zbyt odległym światem, by zatrzymać uwagę ludzi, skierowaną ku bliskim horyzontom i naglącym celom. Dziś jest przeciwnie. W kurczącym się świecie Azja i Japonia stały się bliskimi sąsiadami Europy, co zmusza nas do odrobienia dotychczasowego zastoju w ich poznaniu i zrozumieniu. Stąd też zrodził się pomysł opublikowania nowej wersji mej książki o. Japonii w latach wojny. Również sami Japończycy (którzy podjęli trud przekładu mojej relacji na język ojczysty) dociekliwie poszukują klucza do zrozumienia przyczyn przeżytych nieszczęść, podsumowując niedawny okres historii swego kraju. W Japonii i w Stanach Zjednoczonych ukazała się obfita literatura, poświęcona wojnie na Pacyfiku i sytuacji wewnętrznej Japonii w owych latach. Zrezygnowałem jednak z wykorzystania tych materiałów w mojej książce, starając się zachować charakter spisanego „na gorąco” na podstawie autoobserwacji świadectwa. Co zmieniło się w Japonii dnia dzisiejszego w porównaniu ze starym krajem Jamato? Kusi mnie nieraz, by na to często zadawane mi pytanie odpowiedzieć: wszystko! Istotnie - zmiany są przeogromne. Ten

głęboko dotknięty tragicznymi losami naród stawia sobie dziś inne cele, zdecydowany z całą determinacją nigdy więcej nie wkraczać na drogę, która przywiodła go do klęski. Tworzyć nowe, robić to dobrze, a nawet bardzo dobrze - w tym streszczają się jego obecne zamierzenia i plany, jeśli nawet wyniki lub środki nie zawsze odpowiadają intencjom. Powojenną Japonię znamionuje przede wszystkim potężny zryw dobrych zamiarów. W narodzie japońskim, w szerokich masach głęboko tkwią podwaliny dobrej woli. Oznacza to gotowość pracy dla dobra ogółu, zaangażowanie całego wysiłku w jego służbę, skromność wymagań, zdyscyplinowanie. Te zasoby dobrej woli zostały w czasie wojny z bezprzykładną bezwzględnością wykorzystane w zbrodniczych celach przez dowódców wojskowych, którzy sami padli w części ofiarą ekstremistów i „jastrzębi” z własnych szeregów. Dopiero klęska otworzyła ludowi oczy: zrozumiał ogrom oszustwa. Dzisiejsza Japonia stanowi produkt zasadniczego zwrotu, jaki wówczas się dokonał w świadomości społecznej. Błagać narody o wybaczenie wyrządzonego zła, uzyskać odkupienie, udowodnić samemu sobie i innym, że się jest narodem „porządnym” i „przyzwoitym”, doścignąć inne kraje, wykazać swą przynależność do cywilizowanej i rozwiniętej społeczności świata, przekonać Zachód, że się jest narodem „zachodnim”, zdolnym dokonać wszystkiego, czego dokonuje Zachód, i często robić to lepiej - oto motywacje, które zapewniły Japonii jej dzisiejszy wzlot. Dodajmy do tego wciąż żywą pamięć dotkliwych cierpień, jakie przyniosła narodowi japońskiemu końcowa faza wojny i okres bezpośrednio po klęsce. Do dziś nie zapomniano, że wielu Japończyków zmarło wówczas z głodu i nędzy. Tym uczuciem strachu, obawą przed ponownym stoczeniem się w biedę, przed nawrotem bolesnej przeszłości tłumaczy się w części nieposkromiona wręcz żądza pracy i czynu cechująca Japończyków: na ubogich wyspach można żyć jedynie pod warunkiem intensywnej pracy i zachowania pokojowych stosunków z resztą świata. Taka była geneza zwrotu od Japonii generałów do Japonii przemysłowców, od Japonii unicestwiania do Japonii tworzenia, od Japonii militarystycznej do Japonii pacyfistycznej2. Mało jest dziś narodów bardziej miłujących pokój i bardziej nieufnych wobec mundurów wojskowych i wszelkich broni niż mieszkańcy Japonii. I jeszcze jeden zwrot - od nacjonalizmu do pogłębienia poczucia więzi międzynarodowych: Japończycy są obecnie w działaniu i myśleniu jednym z najbardziej internacjonalistycznych narodów. Radykalny zwrot wyraża się w ich zdecydowanej woli, by żyć na swych wyspach o wiele lepiej niż dawniej, jeśli nawet niebawem liczba ludności kraju osiągnie 120 mln. Przed pół wiekiem przy około 75 mln mieszkańców Japonia kierowała się w swej polityce tezą o rzekomym przeludnieniu, które zmuszało, a nawet wręcz upoważniało do dokonywania ekspansji na sąsiednie terytoria. Dziś Japonia jest świadoma tego, że w obecnej dobie podboje i kolonizacja stały się anachronizmem, zaś możliwości emigracji zostały ograniczone. Toteż warunkiem jej istnienia i rozwoju jest pokój na świecie. Japonia może „oddychać” tak długo, jak długo

2

Artykuł 9. konstytucji z listopada 1946 r. stanowi, że „naród japoński po wsze czasy wyrzeka się suwerennego prawa do prowadzenia wojny, a także siły lub groźby jej użycia jako środka rozstrzygania sporów międzynarodowych (...) nigdy nie będzie utrzymywać sił lądowych, morskich lub powietrznych ani innych środków służących wojnie”. Jednakże już w 1951 r. ominięto powyższy zapis w konstytucji, tworząc zalążek Sił Samoobrony, które na początku 1972 r. liczyły około 300 tys. żołnierzy (pod względem wyposażenia technicznego i poziomu wyszkolenia jest to jedna z najlepszych armii na kontynencie azjatyckim). Wydatki zbrojeniowe Japonii nie przekraczają wprawdzie 1 proc. produktu narodowego brutto i 7-8 proc. budżetu państwa, niemniej nieustannie wzrastają i w 1982 r. stanowiły równowartość około 11 mld dol. - przyp. tłum.

panuje swoboda żeglugi morskiej, i dusi się natychmiast, skoro tylko wojna odcina ją od handlu międzynarodowego, będącego dla wysp japońskich życiodajnym tlenem. I jeszcze jedna zmiana: wolność, która dla długo pozbawionego jej narodu japońskiego stała się wielkim odkryciem lat powojennych. Wolność polityczna, kulturalna, religijna, wolność słowa i przekonań, wolność działania, podróżowania, rewolucja obyczajowa itp. Czasem jeszcze Japończyk czyni ze zdobytej wolności użytek anarchiczny, stopniowo dopiero dochodząc do zrozumienia koniecznych ograniczeń. Lecz naród tak bardzo już zasmakował w wolności, zarówno w życiu, jak i w polityce i gospodarce, że nie da sobie jej więcej wydrzeć bez walki, gotów w każdej chwili stanąć w jej obronie. Przemianie uległo pojęcie świadomości osobistej. W Japonii dnia wczorajszego porządek wywodził się przede wszystkim z zewnętrznych przymusów, takich jak presja wywierana przez zbiorowość na jednostkę czy nieustanna groźba represji policyjnych. Współczesny Japończyk odkrywa wewnętrzny głos sumienia, pozwalający mu dokonywać wyboru między dobrem a złem. W osobistej refleksji Japończyk nauczył się zawierzać własnemu rozumowi w mniejszym wprawdzie stopniu niż na przykład wiecznie sceptyczny i krytyczny Francuz, niemniej nie jest to już dawny Japończyk, gotów zawsze przyjąć za własne zdanie swych przełożonych. I wreszcie zmiana najdonioślejsza: intelektualne wydźwignięcie się społeczeństwa i wielokrotny wzrost liczby myślących, inteligentnych Japończyków. Dawna Japonia obawiała się obudzić zdolności umysłowe ludu. Dzięki temu ludzie Zachodu długo wierzyli - w czym wspomagało ich własne zadufanie - że z nielicznymi wyjątkami Japończycy stoją znacznie niżej pod względem intelektualnym. Dzisiejsza Japonia jest nastawiona na maksymalny powszechny rozwój intelektualny swych obywateli. W ciągu niewielu lat nastąpił w skali masowej rozkwit inteligencji, równoległy do powszechnego wzrostu poziomu wykształcenia społeczeństwa - od poziomu podstawowego, do którego się głównie ograniczał, do poziomu średniego i wyższego. Naród japoński należy dziś do najbardziej wykształconych narodów świata, a zasobem zdobytej wiedzy, znajomością świata i sposobem uczestnictwa w rozwiązywaniu problemów współczesnej epoki przewyższa wzory europejskie. Na pozór inteligencja Japończyków wydaje się mniej spektakularna i mniej błyskotliwa, ponieważ wystrzega się pustych słów, lecz jakież za to ukrywa bogactwo intuicji! O wiele mniej indywidualistyczna, stroniąca od izolacji, jest wprzęgnięta we wspólny prąd ożywiający grupę lub z niej emanujący - i często to właśnie stanowi jej szczególny walor. Jest nadto podporządkowana działaniu i poszukiwaniu konkretnych i efektywnych wyników. Te szczególne właściwości nie umniejszają jej szans w wyścigu o postęp współczesnego świata. Przeciwnie: zaczynamy coraz pełniej pojmować, jaką konkurencją może stać się praktyczna i kolektywna inteligencja Japończyków. Nasuwa się pytanie, czy jest coś, co nie uległo zmianie? Czyżby pomiędzy przeszłością a współczesnością Japonii nie istniały podobieństwa i historyczna ciągłość przekazu? Czy w dzisiejszej Japonii, mimo całej jej odmienności, nie można dostrzec struktur i zachowań odziedziczonych po przeszłości? Czy nie służą one ocaleniu bądź odrodzeniu zalet i cnót, jakie istniały w starodawnej Japonii, zwanej niekiedy „wieczną Japonią”? Trzykrotnie w krótkim okresie jednego zaledwie wieku naród japoński zadziwił świat: w końcu ubiegłego stulecia ryzykownym skokiem ze średniowiecza w nowoczesność, w latach trzydziestych efemerycznymi wprawdzie - triumfami wojskowymi i od początku lat pięćdziesiątych błyskawicznym postępem gospodarczym. Oto znamienny przykład ciągłości: sięga ona daleko w przeszłość, wyprzedzając okres Japonii militarystycznej. I tak dochodzimy do najważniejszego pytania: jaka

sprężyna porusza kraj w jego kolejnych metamorfozach? Co wprawia w ruch naród japoński? Odpowiedzi na to pytanie można znaleźć wiele. Najogólniej streszczają się one w jednym słowie: dynamizm. Skąd się u Japończyków bierze ów dynamizm, owa witalność, owa energia? Do wyjaśnienia tego fenomenu również służy kilka kluczy. Dynamizm ten jest, po pierwsze, wytworem kraju ubogiego, który - jak już wspomniałem - żąda od swych mieszkańców nieustannego zapału do pracy. Wiąże się z tym powszechna i żarliwa gotowość uczenia się i zdobywania wiedzy, głód informacji, zainteresowanie sprawami świata i postępu. Dynamizm ten jest, po drugie, produktem gęstości zaludnienia Japonii. Sytuacja demograficzna wznieca zajadłą rywalizację; w niej m.in. należy się doszukiwać źródeł agresywności japońskiego temperamentu w interesach. Gdy bowiem handlowcy i przemysłowcy japońscy dają za granicą pokaz ofensywności, a niekiedy wręcz szokują nieustępliwym i twardym stanowiskiem, w gruncie rzeczy ich postawa nie odbiega od wzorów praktykowanych na co dzień w ojczystym kraju. Wreszcie dynamizm japoński wywodzi się ze znamiennych cech narodowych - poczucia solidarności i dyscypliny. Przystosowani bardziej od Europejczyków do kolektywnego społeczeństwa ery przyszłości, Japończycy odczuwają potrzebę egzystencji w grupie. Japończyk ceni grupę, łączą go bliskie więzi z wszystkimi jej członkami. Trzy tuziny zgromadzonych dla wspólnego celu Francuzów niebawem podzieli się na rywalizujące partie, dyskutujące namiętnie nad wyimaginowanymi przeszkodami uniemożliwiającymi wspólne działanie. Japończycy na ich miejscu zaczną od poszukiwania spoiwa, które ich zjednoczy w działaniu, pozostawiając na uboczu wszystko, co mogłoby ich poróżnić. Ponadto do każdej społeczności rodziny, przedsiębiorstwa, zbiorowości lokalnej, narodu - Japończycy wnoszą swój spontaniczny i absolutny lojalizm, osiągający najwyższy stopień w instynktownym patriotyzmie.. I w tym tkwi sedno dynamizmu Japończyków, ożywiającego ich pracę i ambicje. Są bardzo ambitni, pragną przodować: jeśli można przodować we wszystkim. Ich ambicja wydaje się niemniej wtórnym wytworem dynamizmu: znajduje ujście dopiero wtedy, gdy odkrywają, że koordynacja i koncentracja wysiłku tysięcy i milionów jednostek na upatrzonym celu może dokonać wyłomu w wewnętrznej lub międzynarodowej rywalizacji. W swych nowych formach dynamizm Japończyków pozostaje wybuchowy. Skutki owej eksplozji nowa Japonia - tak bardzo pacyfistyczna i „cywilna” - odczuwa przede wszystkim sama na sobie. Industrializacja według kapitalistycznego modelu miała na Wyspach japońskich skutki dla otaczającej przyrody i dziedzictwa kulturalnego okrutniejsze (z małymi wyjątkami) niż gdzie indziej. Zniszczenia spowodowane przez gwałtowną urbanizację, rozbudowę fabryk, ogromny rozwój środków transportu itp. były przerażające. Obok tego Japonia dokonuje eksplozji również na zewnątrz, w pokojowej formie ekspansji ekonomicznej. I wciąż staje wobec zasadniczego problemu: wyczuć granice. Pearl Harbour i Hirosima były konsekwencją tego, że przywódcy militarystycznej Japonii nie potrafili się w porę zatrzymać. Czy menedżerowie nowej Japonii pragnący pokoju gospodarczego na świecie zdobędą lepsze rozeznanie granic, jakie należy narzucić własnym ambicjom? Czy odrzucą zuchwalstwo poprzedników, wypływające niewątpliwie z nazbyt długiej, dwuwiekowej dobrowolnej izolacji Kraju Wschodzącego Słońca w epoce feudalnej? Ich roztropność zależy również od naszej mądrości. Już cale stulecie Japonia zabiega o należne jej miejsce we wspólnocie krajów rozwiniętych. Trzeba rozwiązać ten węzeł gordyjski: musi to być miejsce na miarę ambicji 120- milionowego narodu. Konkurencja - oto słowo-klucz do zrozumienia Japonii. Należy wszakże przypomnieć, że to słowo zawiera w sobie dwa aspekty znaczeniowe: z jednej strony wskazuje na walkę i rywalizację, a z drugiej

- na sportowy wyścig, w którym biegnie się obok siebie ku określonemu celowi. U progu nowego tysiąclecia konkurencja wymaga wyeksponowania wszystkich jej pozytywnych wartości. Razem powinniśmy współdziałać w trudnym, lecz jakże porywającym zadaniu kształtowania nadchodzącej przyszłości. R.G.

1. Pearl Harbour z perspektywy Tokio
Tokio, poniedziałek 8 grudnia 1941 r. Wczesnym rankiem na rogu placu Simbasi miota się w pustce sprzedawca gazet, wykrzykując wiadomość o wybuchu wojny, podaną ogromnymi znakami na tytułowych stronach. Sensô! Sensô! Dochodzi godzina 7.00. Na ulicach i na placu Simbasi nie ma jeszcze dużego ruchu. Staruszek, widać zły, że nie udaje mu się ściągnąć tłumów nawet tak niezwykłą wieścią, pędzi ku dworcowi kolejki elektrycznej. Gestykuluje z całych sił, gwałtownie wymachując dzwoneczkami używanymi tradycyjnie przy wielkich okazjach przez cech gazeciarzy, anonsujący w ten sposób wydanie specjalne. Sensô! Sensô! Wojna! Wojna! Pociąg przejeżdża przez wiadukt i pierwsi podróżni pojawiają się wreszcie u wejścia dworca. Zaalarmowani dźwiękiem dzwoneczków, ruszają ku sprzedawcy. Wręczając dwa jeny, wyrywają mu z rąk gazetę formatu malutkiego pisemka, nieomal odezwy. Figuruje na nim jedynie zdumiewająca wiadomość, wydrukowana w kilku pionach wielkimi chińskimi znakami: „Dziś o świcie na wodach zachodniego Pacyfiku armia i marynarka cesarska weszły w stan wojny z siłami zbrojnymi Stanów Zjednoczonych i Anglii”. Obserwuję reakcje ludzi. Robią trzy kroki, nagle zatrzymują się, aby lepiej przeczytać, to pochylając, to cofając głowę. Wreszcie podnoszą twarze - nieprzeniknione, doskonale obojętne maski. Nie pada ani jedno słowo do sprzedawcy, nie słychać rozmów pomiędzy czytelnikami. Każdy oddala się w milczeniu. Jest właśnie poniedziałek, i wojna spada na tych ludzi w chwili, gdy po pięknej słonecznej niedzieli spokojnie udają się do pracy. Nikt jednak nie waży się w spontanicznym porywie zwierzać ze swych uczuć sąsiadowi czy nieznanemu rodakowi, jakich tłum oblega w tej chwili stoiska z gazetami. Sensô! Sensô! Znam ich na tyle, by zrozumieć Ich reakcje: pod starannie wystudiowaną maską obojętności z trudem skrywają osłupienie i konsternację. Prowokowali tę wojnę, a przecież jej nie chcieli. Przez fanfaronadę, naśladując swych przywódców, mówili o niej bez przerwy, lecz w nią nie wierzyli lub przynajmniej - do ostatniej chwili - nie chcieli w nią uwierzyć. Coś takiego! Nowa wojna? Jeszcze jedna wojna? Gdyż miałaby się ona nałożyć na ciągnącą się już ponad trzy i pół roku wojnę w Chinach. I co za wróg tym razem: Ameryka! Ameryka, której jeszcze niespełna pół roku temu schlebiała znaczna część prasy i kół politycznych. Ameryka, która od ćwierć wieku stanowi dla Japonii symbol nowoczesnej cywilizacji, wzór zawsze podziwiany i chętnie naśladowany.

Sensô! Wojna! Wojna! Inni gazeciarze z dzwoneczkami okupują wielki bulwar tokijski Ginza, wymachując nadzwyczajnymi wydaniami prasy. Jest mroźno i słonecznie. Z szybko pustoszejącego tramwaju wypływa nowa fala ludzka, kupując gazety. Nieco dalej stoją w kolejce gospodynie. Kolejki tworzą się od rana, już dziś, w pierwszym dniu wojny. Kobiety odchodzą na chwilę od sklepu rybnego, aby w przejściu zatrzymać sprzedawcę gazet. Małe kukiełki w białych fartuchach i jedwabnych kimonach potrząsają głową, odczytując w milczeniu jedyną stronicę gazety, i powracają na swoje miejsca. Czasem słychać jakiś stłumiony okrzyk lub kilka słów wymienionych ściszonym głosem. A przecież tyle mówiono o tej wojnie przeciwko Anglosasom! Od ponad sześciu miesięcy cała nacjonalistyczna propaganda, szczuta przez niemieckie lobby, wykorzystywana bez skrupułów przez klikę wojskowych, oskarżała gwałtownie Amerykę i wynosiła pod niebiosa zwycięstwa Hitlera. Stosując wobec Japonii sankcje ekonomiczne, pozbawiając ją ropy, rudy, żelaza i kredytów, ograniczając wymianę handlową, Stany Zjednoczone - głosiły gazety - chcą nas zadusić. Niech więc Ameryka - póki jeszcze czas - rozważy swoje stanowisko albo też skończy się cierpliwość Tokio! Groźby generała Todzio Hidekiego3, kolejne akcje mobilizacyjne, manewry obrony cywilnej - wszystko to w istocie zapowiadało wojnę. W głębi duszy jednak ludność wciąż wierzyła, że wszystko jakoś da się ułożyć. Todzio wysłał do Waszyngtonu ambasadora Kurusu Sabura, negocjatora „przedostatniej chwili”, i kompromis wydawał się bliski. I nagle - wojna! Japonia w stanie wojny z budzącą przerażenie Ameryką! Wśród ludu japońskiego, zawsze rozdzieranego sprzecznymi uczuciami, szarpanego między hasłami oficjalnymi wzywającymi do nieugiętości a sekretną intuicją przestrzegającą przed szaleństwem, uczuciem dominującym tego dnia 8 grudnia 1941 r. jest konsternacja. Jako zbiorowość naród był skłonny upajać się histerią wojenną, lecz indywidualnie każdy Japończyk - tak odmienny w swych uczuciach i reakcjach, gdy jest sam, w izolacji od zbiorowości - lęka się wojny. Już widzi siebie - pozbawionego wszystkich dotychczasowych wygód, wyrwanego nakazem mobilizacji z wąskich ram codzienności. Wie doskonale, że od tego dnia dzielność potrafi okazywać jedynie publicznie. Gdy znajdzie się sam w czterech ścianach swego domu, zielony ze strachu, nie potrafi się powstrzymać przed nagłym, napadem płaczu. Sensô! Wojna! Wojna japońsko-amerykańska! Nad Tokio spływa strach. Japończyków ogarnia przerażenie na samą myśl o tym, co ośmielili się uczynić. W japońskiej agencji prasowej „Domei” panuje podniecenie. Napływają pierwsze wiadomości. „Dziś rano na posiedzeniu gabinetu, które rozpoczęło się o godz. 7.00, minister marynarki admirał Simada przekazał zebranym informacje o postępie...” Zza ramienia japońskiego dziennikarza, spiesznie bazgrzącego tłumaczenie ostatniego komunikatu na angielski, staram się dociec jego treści. Przy końcu zdania, utknąwszy nad przekładem najważniejszego wyrazu, długo jąka się, waha i kończy pytaniem:
3

Zlatynizowaną transkrypcję japońskich nazwisk i nazw miejscowych uproszczono i dostosowano do wymowy według wzoru: ch - ć, di = dzi, du = dzu, j - dź, sh = ś, y =j, z - dz (por.: Polskie nazewnictwo geograficzne świata. Warszawa 1959, s. 310) - przyp. red.

Fight? Fighting? - mówi na głos. - Wojna? Bitwa? Coś nieprawdopodobnego! Biją się? A więc to nie tylko stan wojny, lecz po prostu - wojna? Japonia nie zadowoliła się zerwaniem rozmów, lecz natychmiast przystąpiła do działań wojennych. Niedługo potem nadchodzi oficjalne potwierdzenie: flota japońska, atakuje równocześnie Manilę i Hawaje! Hawaje! A więc powtórzenie - tym razem przeciwko Ameryce - uderzenia z 1904 r. przeciwko Rosji w twierdzy Port Artur! Niepohamowana, szalona w swym zuchwalstwie Japonia uderzyła pierwsza z okrucieństwem starego japońskiego wojownika, który zbyt długo dławił w sobie wściekłość. 7 lutego 1904 r. bez wypowiedzenia wojny flota admirała Togo zaatakowała stojące na redzie w Port Artur w Mandżurii rosyjskie okręty, niszcząc dwa pancerniki i jeden krążownik. Była to pierwsza w historii XX wieku agresja bez uprzedzenia, pierwszy atak narodu azjatyckiego przeciwko białym, pierwsze użycie torped w nowoczesnej wojnie. Czy i tym razem Japonia ośmieliła się uderzyć pierwsza - bez uprzedzenia? - Czy Ameryka wypowiedziała Japonii wojnę? Dziennikarz japoński, któremu zadaję to pytanie, wydaje się nie rozumieć ukrytego w nim podtekstu. - Istnieje tylko „stan wojny” - rzuca sucho. Spiesznie udaję się do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W zajmowanych przez nie drewnianych barakach panuje wielkie poruszenie. (Inne ministerstwa mieszczą się w pięknych budynkach z kamienia lub cegły, o ile bowiem „dogadza się” Ministerstwom Wojny i Marynarki, o tyle Ministerstwo Spraw Zagranicznych zawsze było traktowane niby ubogi krewny). Na godz. 9.00 zwołano w pośpiechu konferencję prasową. Daremnie wypatruję moich amerykańskich i angielskich kolegów. Nie ma Boba Bellaire’a z „United Press”, Maxa Hilla z „Associated Press”, Tolischusa z „New York Times” i ponad dwudziestki innych korespondentów, z którymi dzieliłem codzienny trud przez ostatnie sześć miesięcy: bez wątpienia zostali uwięzieni lub osadzeni w areszcie domowym. Japoński dyplomata w tużurku (czyżby wybierał się na cocktail party?) rozdziela odbite na powielaczu teksty: przekazane Waszyngtonowi 15-stronicowe memorandum rządu japońskiego oznajmiające o przerwaniu rokowań dyplomatycznych, aide-memoire rekapitulujące (z punktu widzenia Tokio) przebieg rokowań japońsko-amerykańskich i proklamację cesarską z wypowiedzeniem wojny. Ten ostatni dokument również w tłumaczeniu zachowuje pompatyczny ton oryginału. „My, z łaski Niebios Cesarz Japonii, zasiadający na tronie w nieprzerwanej linii po wieczne czasy i panujący wam, o Nasi dzielni i lojalni poddani, My wypowiadamy niniejszym wojnę Stanom Zjednoczonym i Imperium Brytyjskiemu...” Zapytuję rozdzielającego kopie dyplomatę: - Czy jest to tekst przeznaczony do rozpowszechnienia na terytorium państwa, czy też chodzi o faktyczne wypowiedzenie wojny, jak to oficjalnie oznajmiono Waszyngtonowi? Pytanie niewątpliwie za subtelne dla japońskiego rzecznika. Na tym stanowisku rząd stara się od lat sadowić persony o niezbyt bystrym umyśle, a Bóg świadkiem, że wśród biurokracji tokijskiej takowych nie brak. Rzecznicy są tradycyjnie niemi. Nie otrzymuję więc dokładniejszej odpowiedzi.

- O której godzinie proklamację o wypowiedzeniu wojny wręczono w Waszyngtonie? Jedyną odpowiedzią na nowe pytanie jest ponura mina, skrywająca wściekłość. Inni oficjele, których indaguję, twierdzą, że w tej kwestii nie są w stanie udzielić mi informacji. Patrząc na nich, można odnieść wrażenie, że waga tego pytania zupełnie do nich nie dociera. Jak niebawem stanie się powszechnie wiadome, oświadczenie o wypowiedzeniu wojny zostało przekazane Waszyngtonowi prawie w godzinę po pierwszym ataku japońskich samolotów na Pearl Harbour („Port Perłowy”). Tekst proklamacji cesarskiej mam w ręku o godz. 9.00 - w trzy godziny po ataku. W rzeczywistości jednak - jak sami Japończycy później przyznają - została ona podpisana przez cesarza dopiero o godz. 11.45 tego pamiętnego poniedziałku. Również dopiero o godz. 11.45 radio oznajmia narodowi o wypowiedzeniu wojny. Niemniej słuchacze, do których już o 6.00 dotarły pierwsze informacje o stanie wojny i którzy przed godz. 9.00 wiedzą już, że „bitwa” rozpoczęła się na wszystkich frontach Pacyfiku, a o godz. 11.20 - że flota amerykańska została znienacka zaatakowana na wodach Hawajów, nie wydają się zaniepokojeni faktem, iż od przeszło pięciu godzin wysłuchiwali wieści o ataku Japonii przeciwko Ameryce i przez cały ten czas nie było mowy o wypowiedzeniu wojny przez Tokio ani przez Waszyngton. W nadchodzących tygodniach rząd będzie nadal otaczał fakty tumanami przezornej mgły, starannie zatajając przed narodem, że atak na Pearl Harbour był agresją bez uprzedzenia. Skądinąd Japończycy nie są zbyt skłonni do doszukiwania się przyczyn wydarzeń ani tym bardziej nie usiłują dotrzeć do historycznej prawdy. W entuzjazmie zwycięstwa 75milionowy naród przełknie tezy oficjalnej propagandy z charakterystyczną dlań lekkomyślną łatwowiernością i w dobrej wierze będzie sobie wyobrażał, że w Pearl Harbour rozegrała się regularna bitwa, w której Japonia umiała wykorzystać zaskoczenie i „walkę” wygrała. Może tylko koła rządzące żywiły w tej sprawie niejakie wątpliwości, dołożą jednak starań, by zachować je dla siebie. Już o godz. 13.30 na bulwarze Ginza można obserwować radykalną zmianę nastrojów. Z porannego niepokoju i zaskoczenia nic nie pozostało. Tylko przez pół dnia Japonia pozwala sobie na defetyzm, już bowiem przed porą południowego ryżu wszędzie mówi się o kolosalnym zwycięstwie. Radio zaś zatroszczyło się o to, by wiadomości o sensacyjnych stratach poniesionych przez flotę amerykańską były transmitowane w porze opuszczania biur. Co najmniej dwa pancerniki zatopione - oto wstępny bilans. Oczekuje się kolejnych komunikatów. Podobno uszkodzono również amerykańskie lotniskowce! Ta wiadomość okazała się wyssana z palca: atakujący liczyli, że natrafią na nie w Pearl Harbour, pałając gorącym pragnieniem ich zniszczenia. Oto dlaczego tak starają się zaliczyć je na swoje konto! Tymczasem na szczęście oba lotniskowce znajdowały się daleko na wodach oceanu. Podczas południowej przerwy obiadowej ze sklepów, wielkich domów towarowych i biur wylęga na ulice ogromny tłum. Na wszystkich twarzach maluje się radość, zadowolenie i odprężenie. Gromady pracowników, młodych dziewcząt, okolicznych służących i stenotypistek zapełniają bulwar Ginza, obsadzony wierzbami płaczącymi. Wszyscy wydają się do siebie podobni - tej samej krępej, przysadzistej rasy. Mężczyźni i chłopcy grupują się po jednej, dziewczęta po drugiej stronie bulwaru. Nie słychać okrzyków ani wiwatów - w tym kraju oklaski nie są przyjęte - lecz wszystkie twarze wyrażają błogą dumę, pomieszaną z naiwnością. Jakże łatwo z nich wyczytać: „To wcale nie było takie trudne! Oto, jacy jesteśmy! Jeden dzień wojny - i Japonia zadała klęskę Ameryce!” Nie widać podniecenia czy objawów histerycznego entuzjazmu. Czyżby wszystko to, co się właśnie wydarzyło, już uznali za całkowicie naturalne? Strach dzisiejszego poranka? Można by pomyśleć, że był to odruch złego humoru, ujawniony przypadkowo, oznaka braku dobrych manier, które

zabraniają wszak okazywania zaskoczenia. Teraz znów panuje zimna krew, nie dozwalająca obnosić nadmiernej radości. O tej porze świat wyobraża sobie, być może, że Japonią zalewa niezmierzona fala przemocy i wojowniczego szowinizmu i że dowódcy wojskowi, panowie wojny, z cyniczną arogancją domagają się od ludu owacji na cześć agresji. Tymczasem nic podobnego nie ma miejsca. Można by nieomal pomyśleć, że wraz z nową wojną wraca ład. Czyż Japonia nie prowadzi wojny już od trzech i pół roku, od „incydentu” chińskiego4? Co też ja piszę? Od dziesięciu lat. Wszak „incydent” w Mandżurii miał miejsce w 1931 r.5 Tego popołudnia 8 grudnia 1941 r. wojna staje się przyzwyczajeniem, a zwycięstwo wydaje się cechą trwale mu przypisaną. Ton rozmów nabiera buńczucznej nuty: „I pomyśleć, że pozwoliliśmy sobie na lęk! Grzeszyliśmy niewiarą! Prowadzimy wojnę! No i co - wszystko idzie znakomicie! Wszędzie jesteśmy zwycięzcami, i to od pierwszego uderzenia! Zbyt mało zaufania pokładaliśmy w naszych dowódcach. Naszych wojskowych i marynarzy powinniśmy teraz najpokorniej prosić o przebaczenie. Odważyliśmy się wątpić w nich, gdy tymczasem oni wszystko przewidzieli, ich plany były doskonałe, a ich decyzje nieomylne. I pomyśleć, że wahaliśmy się im zawierzyć, gdy zapewniali nas o naszej wyższości, powtarzając, iż jesteśmy bohaterscy i niezwyciężeni. To oni mieli rację wbrew naszym wątpliwościom - odtąd nic nie zachwieje naszą ślepą w nich wiarą!” Kimona gromadzą się przed sklepem radiowym, w którym głośnik wykrzykuje ostatnie wiadomości: „Flota cesarska atakuje Hongkong, bastion Imperium Brytyjskiego w Chinach... Armia Wschodzącego Słońca dokonała pierwszego lądowania na wybrzeżach Półwyspu Malajskiego. Lotnictwo japońskie bombardowało Davao na Filipinach, Guam, Wake, Singapur!” Nazwy z dalekiego południa Pacyfiku wyjąwszy ostatnią, Singapur - są masom drobnych urzędników równie obce jak ich kolegom z paryskich bulwarów. Ale też japońscy gapie nie próbują nawet zlokalizować wszystkich tych miejsc na mapie... Radio nadaje teraz proklamacją cesarską w interpretacji rzecznika armii. Tłum słucha, stojąc na baczność: na znak szacunku głowy są lekko pochylone, a oczy skierowane ku ziemi. Czy dlatego, że nie wypada okazywać wobec przejawów cesarskiej potęgi „zdumienia i drżenia”? Kto zresztą spośród tych milionów lojalnych poddanych mógłby przewidzieć całą tę tragiczną ironię, jaką słowom ich władcy nada historia? „Zapewnić stabilność wschodniej Azji - słychać ochrypły głos spikera - przyczynić się do pokoju na świecie: oto dalekowzroczna polityka, nakreślona przez Naszego Wysokiego Sławnego Cesarstwa Wielkiego Przodka i Naszego Wysokiego Cesarskiego Wielkiego Przodka następcę, polityka, którą popieramy całym naszym sercem...” Osobistości określone tak uroczystymi przymiotnikami - to legendami przodkowie Synów Nieba: Ninigi-No-Mikoto, wnuk bogini Słońca, oraz prawnuk tegoż, według świętych tekstów noszący imię Kamu-Jamato-Iwarehiko-No-Mikoto. Lud zna go raczej pod imieniem cesarza Dzimmu, przypuszczalnego założyciela cesarstwa. A oficjalna mitologia uroczyście potwierdza, że wszystko to miało miejsce 2601 lat temu; niezadługo po założeniu Rzymu. Cesarstwo rzymskie jednak upadło, natomiast cesarstwo japońskie...
4

W latach 1937-1938 Japonia zagarnęła znaczny obszar północnych i środkowych Chin (m.in. Pekin, Tiencin, Nankin, Kanton, Wuhan) - przyp. tłum. 5 Po najeździe na Mandżurię (1931) Japonia proklamowała niezawisłość marionetkowego państwa Mandżukuo (1932; od 1934 - cesarstwo) ze stolicą w Mukdenie, przekazując władzę w ręce ostatniego władcy Chin - cesarza Pu I (przyp. tłum.).

„Kultywować przyjaźń między narodami i razem z wszystkimi narodami korzystać ze wspólnej pomyślności - oto niezmienne naczelne zasady Naszego Cesarstwa w polityce zagranicznej...” Radio ciągnie dalej, a karli ludek, od dawna oszukiwany - co naturalnie nie ulegnie zmianie - słucha słów cesarskich z uczuciem bezwzględnego posłuszeństwa, patriotycznej wiary i absolutnej, graniczącej z naiwnością uległości. „Nieuchronny i niezgodny z Naszymi pragnieniami fakt sprawił, że Nasze Cesarstwo zostało zmuszone do skrzyżowania broni z Ameryką i Wielką Brytanią (...) Ich wybujała ambicja, zmierzająca do dominacji we wschodniej Azji, kazała Nam chwycić za broń (...) Czekaliśmy cierpliwie i długo cierpieliśmy (...) Dla zachowania swego istnienia i we własnej obronie Nasze Cesarstwo nie ma innego wyjścia, jak powołać Was pod broń (...) Szacowne duchy Naszych cesarskich przodków chronią Nas z wysokości, My zaś liczymy na lojalność i odwagę Naszych poddanych w Naszej ufnej nadziei, że będzie kontynuowane zadanie wyznaczone Nam przez Naszych ojców: wyrwać korzenie zła i przywrócić trwały pokój we wschodniej Azji dla zachowania chwały Naszego Cesarstwa”. Jakie fakty, których tłum nie zna i których nie pozna aż po dni klęski, kryją się za tymi pompatycznymi słowami? Jaką część odpowiedzialności ponosił cesarz Hirohito? Na informacje, które przekazuję poniżej, ja sam musiałem czekać aż do sierpnia 1945 r. Minister spraw zagranicznych Togo Sigenori (nie należy mylić z szefem rządu i ministrem wojny generałem Todzio Hidekim) nalegał na posiedzeniu gabinetu, aby atak nastąpił zgodnie z zasadami prawa. Osiągnął tyle, że wiadomość o wypowiedzeniu wojny miała być notyfikowana Waszyngtonowi na godzinę przed podjęciem działań wojennych. W ostatniej niemal chwili na żądanie wojskowych rząd skrócił ten okres do pół godziny. Cesarz jest informowany o wszystkim, jednak w sposób dość mglisty i ogólnikowy: jego Osoba jest ponad szczegóły wykonawcze (przynajmniej jego podwładni wolą go tak traktować, ograniczając się do przekazania w ogólnych zarysach informacji o ustalonym przez sztaby planie ataku). Hirohito uspokaja się co do procedury dyplomatycznej: wyobraża sobie, że wszystko nastąpi zgodnie z prawem. Dopiero po agresji dowie się prawdy: uderzenia dokonano bez uprzedzenia, z pogwałceniem ustalonych reguł gry. W Tokio nikt jednak nie zostanie za to ukarany. Kryje się wszystkich winnych przed cesarzem, przypisując popełniony błąd nie gabinetowi, który na dzień przed Pearl Harbour przesłał tekst noty o zerwaniu rozmów dyplomatycznych, lecz służbom ambasady japońskiej w Waszyngtonie, które nie zdołały dostatecznie szybko rozszyfrować dokumentu. Wiadomość o wypowiedzeniu wojny została przekazana amerykańskiemu sekretarzowi stanu Cordellowi Hullowi przez ambasadorów Nomurę i Kurusu o godz. 14.20 zamiast o godz. 13.00 czasu waszyngtońskiego. Wcześniej zdołały już przemówić bomby. Jeśli chodzi o naród japoński, to przez swą pychę i bierne, niejako stadne posłuszeństwo jest on na równi oszukiwany jak współwinny. Od pierwszego dnia Pearl Harbour staje się dlań legendą, którą łatwowiernie akceptuje. Oficjalną wersję wydarzeń już od łat uznaje za niepodważalną prawdę. Jakże więc mógłby przebić w ostatniej chwili zasłonę tajemnicy, którą elita przywódcza oddzielała prawdę oficjalną od rzeczywistych faktów? Głęboko ukryto przed społeczeństwem japońskim wypadki z ostatniej chwili, zwłaszcza ostatnią z wielkich cesarskich konferencji roku (na dalszych stronicach dowiemy się o tych, które ją poprzedziły), która z zachowaniem głębokiej dyskrecji odbyła się w pałacu cesarskim 1 grudnia 1941 r. Na niej właśnie podjęto doniosłą w skutkach decyzję ataku na Pearl Harbour i ustalono jego datę na poniedziałek 8 grudnia (na Hawajach wypadało to w niedzielę 7 grudnia).

Gotowe do uderzenia siły morskie już 26 listopada na rozkaz telegraficzny z Tokio opuściły miejsce koncentracji na Wyspach Kurylskich. Trzon tych sił tworzyły: sześć najlepszych japońskich lotniskowców, cztery nowoczesne i szybkie pancerniki, najnowsze krążowniki, tankowce na ropę itp. Całą parą prą one naprzód ku wyznaczonemu punktowi, odległemu o 250 mil morskich na północ od Hawajów; otrzymały rozkaz zatapiania wszystkich statków napotkanych po drodze, również płynących pod japońską banderą. W dniu 3 grudnia 1941 r. ambasadorowie Japonii w Rzymie i Berlinie informują Mussoliniego i Hitlera o niepowodzeniu rokowań japońsko-amerykańskich. Nie udzielając bardziej szczegółowych informacji o rozpoczęciu działań wojennych - Tokio nie ma zbytniego zaufania do umiejętności zachowania tajemnicy przez Berlin i Rzym - apelują do sojuszników, by bezzwłocznie, gdy tylko rozpocznie się konflikt zbrojny, wypowiedzieli wojnę Stanom Zjednoczonym i podpisali wespół z Japonią umowę zabraniającą sygnatariuszom paktu trzech zawierania w jakiejkolwiek formie separatystycznego pokoju. Na konferencji 1 grudnia w pałacu cesarskim admirał Jamamoto Isoruku, naczelny dowódca floty, zapewnił na żądanie ministra spraw zagranicznych Togo, że atak może zostać odłożony, jeśli rząd chciałby w ostatniej chwili wstrzymać uderzenie. Owo zobowiązanie i iluzje, że mogłoby ono być dotrzymane - to tylko jeden z manewrów, które w istocie popychały nieuchronnie do wojny tych nielicznych, którzy wciąż nie tracili nadziei na osiągnięcie kompromisu: wśród nich także samego cesarza. 2 grudnia admiralicja wydała flocie rozkaz uderzenia o świcie w nadchodzącą niedzielę 7 grudnia. W sobotę 6 grudnia ambasada japońska w Waszyngtonie otrzymała tekst noty o zerwaniu stosunków ze Stanami Zjednoczonymi. Nocą 7 grudnia eskadra lotniskowców japońskich znajduje się już na wodach amerykańskich, kierując się ku Hawajom. Ustalony harmonogram przygotowań do agresji będzie dokładnie, do ostatniej minuty, przestrzegany bez przeszkód. Ostateczny jego kształt rodził się w ogniu dyskusji i sprzeciwów. Ten szaleńczo odważny plan był dziełem trzech wojskowych: głównodowodzącego floty admirała Jamamota Isoruku, szefa sztabu 11. floty powietrznej admirała Onisiego Takidziry i majora Gendy Minoru z lotniczych sił morskich. Jamamoto - jak dalej zobaczymy - długo przeciwstawiał się wojnie, kiedy jednak podporządkował się decyzjom rządu, prowadził zaciekłą walkę o zwycięstwo koncepcji „kompleksowego” ataku na Hawaje, zgodnie z którym japoński atak nie ograniczałby się do zbombardowania floty amerykańskiej z powietrza, lecz objąłby również lądowanie na Hawajach i okupację wojskową całego archipelagu, stanowiącego wysunięty punkt obrony kontynentu amerykańskiego. Ten zuchwały pomysł wywołał gorący sprzeciw: oponował przeciw niemu generał Todzio, zaś w szeregach armii - część dowództwa marynarki. Ostatnia propozycja Jamamota została odrzucona. Odmówiono mu wojsk, których żądał dla przeprowadzenia operacji, argumentując, że ich obecność jest niezbędna na innych frontach. W wiele lat później naczelne dowództwo amerykańskich sił zbrojnych przyznało rację Jamamocie: gdyby Japonia dokonała zbrojnej okupacji Hawajów, klęska w Pearl Harbour miałaby dla Stanów Zjednoczonych o wiele groźniejsze konsekwencje. Plan zrealizowany 8 grudnia był więc mniej ambitny. Przewidywał on atak powietrzny przeciwko głównej części floty amerykańskiej, od wielu miesięcy skoncentrowanej w Pearl Harbour dla zastraszenia Japonii. Chodziło nie tylko o zniszczenie zakotwiczonych tu pancerników floty Pacyfiku, ale przede wszystkim lotniskowców, których Japonia szczególnie się obawiała. Szpiedzy japońscy do ostatniej chwili przekazywali informacje mogące wpłynąć na pomyślny przebieg operacji. Japońskie

tajne służby wywiadowcze wiedzą, że przeciwnicy z FBI (Federalne Biuro Śledcze) zgodnie z obowiązującym nadal regulaminem czasu pokoju nie dbają o nadzorowanie telegramów handlowych przesyłanych w formie nie zaszyfrowanej normalną drogą kablową. Toteż konsul japoński na Hawajach może telegraficznie przekazywać cenne informacje ukryte w niewinnych tekstach, nadawanych po prostu na poczcie. Na cztery dni przed wizytą w Waszyngtonie ambasadora Kurusu, negocjatora „przedostatniej chwili”, flotylla japońskich łodzi podwodnych opuściła przystań w Jokosuce (w pobliżu Tokio). Na długo przed atakiem stawiają się one na wyznaczonym miejscu, obserwując ruchy floty amerykańskiej wokół archipelagu hawajskiego. Co więcej, przed wąskim przesmykiem wiodącym do bazy amerykańskiej znajdują się w stanie pogotowia specjalnie zbudowane dla planowanej operacji „miniaturowe łodzie podwodne” o wyporności nie przekraczającej 46 ton, których załoga składa się zaledwie z dwóch osób. Jednej z takich łodzi udaje się bezpośrednio przed atakiem przeniknąć do Pearl Harbour, tak jak szpieg wślizguje się do serca fortecy. Wydaje się, że przemknęła się ona 7 grudnia o świcie, parę minut po godz. 4.00, śladem dwóch powracających do portu trałowców. Sieć ochronna zamykająca przejście łodziom podwodnym jest o tej porze otwarta. Zresztą przez niedbalstwo nie została na powrót zamknięta. Obaj członkowie załogi małej metalowej ryby dokonują bez wynurzania się starannego rekonesansu, trzech punktów zakotwiczenia floty amerykańskiej. Osiem pancerników stanęło na kotwicy tuż obok wyspy, stanowiącej „perłę” zatoki o kształcie ostrygi. Osiem pancerników, nieruchomych i ściśniętych jak stado kaczek w trzcinach na stawie! Cóż za wspaniały cel dla japońskich bombowców! O godz. 6.00 radio „kieszonkowej łodzi podwodnej” w świcie rozpoczynającej się niedzieli ledwo dosłyszalnie przekazuje japońskiemu admirałowi wyniki rozpoznania, co stanowi pierwszy sukces wielkiej wagi. O godz. 7.54 pierwsza fala bombowców, które wystartowały z lotniskowców stacjonujących na północ od Hawajów, uderzyła z nieba na lotniska bazy amerykańskiej. Dodatkową szansę stanowił fakt, że właśnie nad punktem ataku niebo było bezchmurne, zaś poza nim wszędzie zakryte chmurami. Niebawem nadlatują fale torpedowców i z bezprzykładną odwagą kierują na pancerniki specjalne torpedy, wyposażone w skrzydełka służące do atakowania na wodach płytkich, zbrojne w ładunek o ogromnej sile wybuchu. Przed godziną 8.00 admirał Nagumo Ciuici, „as” floty japońskiej i dowódca eskadry atakującej, po wielekroć śle w eter w kierunku Tokio słowo: Toro!... Tora!... Tora!... co znaczy: Tygrys!... Tygrys!... Tygrys!... Szyfr informuje: „Atak w pełni udany”. Bestia zadała paraliżujący cios: krótkim rykiem sygnalizuje zwycięstwo i głośno wyraża radość. Jeszcze wieczorem tego historycznego dnia Nagumo nie może pojąć, jak zaskoczenie mogło być tak całkowite. Admiralicja w Tokio przewidywała przecież, że operacja może kosztować atakującą formację stratę około połowy zaangażowanych jednostek! Tymczasem bilans strat faktycznych zamyka się trzydziestoma zestrzelonymi samolotami i pięcioma zatopionymi łodziami podwodnymi, z których jedna tylko miała tonaż normalny, a pozostałe były łodziami „miniaturowymi”. Dziś jeszcze trudniej zrozumieć, dlaczego Amerykanie pozwolili się tak zaskoczyć. Wiadomo bowiem obecnie na podstawie ustaleń komisji śledczych, badających sprawę Pearl Harbour, że w grudniu 1941 r. amerykańskie służby wywiadowcze już od pewnego czasu dysponowały kluczem do najstaranniej strzeżonego kodu floty japońskiej. Na ponad 15 godzin przed atakiem wyższe dowództwo amerykańskie, prezydent Roosevelt i sekretarz stanu Cordell Hull, a także doradcy wiedzieli, że obaj ambasadorowie japońscy mieli w kieszeni proklamację z wypowiedzeniem wojny i przygotowywali się do przekazania jej sekretarzowi stanu nazajutrz w niedzielę we wczesnych godzinach popołudniowych. Atak poprzedziło więc „uprzednie powiadomienie” - choć dostarczone przez amerykańskie służby wywiadowcze, a nie przez rząd japoński. Jeśli cokolwiek mogło zaskoczyć

Amerykanów, to jedynie miejsce ataku, a nie sama jego możliwość. Administracja amerykańska i dowództwo wojskowe mogły oczekiwać japońskiego uderzenia, zaś nieszczęście polegało na tym, że nie oczekiwano go w miejscu, gdzie nastąpiło.

2. Jak rozpoczęła się wojna?
Nazajutrz po Pearl Harbour, wieczorem 9 grudnia, depesze z Berlina do Tokio powiadamiały, że Hitler wstrzymał ofensywę przeciwko Rosji i poniechał zdobywania Moskwy. Ta doniosła wiadomość powinna była wzbudzić w Japonii niepokój: zbankrutowała nadzieja na szybki triumf Rzeszy nad Związkiem Radzieckim. Tymczasem przeważa raczej uraza i gorycz: rząd japoński ma wyraźny dowód, że Niemcy zakpiły sobie z sojusznika i zdołały go wpakować „w gorącą kipiel” dokładnie w chwili, gdy same musiały złapać oddech. Powyższa wiadomość jest nadto niezręcznie kłopotliwa. Starannie rozmazana, pozostaje nie dostrzeżona w prasie wśród komunikatów o szczegółach zwycięstwa odniesionego na Hawajach. A przecież przede wszystkim przykład i zachęta ze strony Hitlera pchnęły Japonię do wojny. Obecnie łatwo komentować, jakie popełniła szaleństwo, atakując w grudniu 1941 r. Stany Zjednoczone. W owym historycznym momencie nie było ani jednego zasiedziałego w Tokio cudzoziemca, który by potrafił dostrzec skutki tego obłędu w całej ich jaskrawości. Przyglądanie się z bliska biegowi wydarzeń stanowiło tu trudny przywilej, który nie dawał żadnych podstaw do snucia prognoz, że rywalizacja między Japonią a Ameryką skończy się wcześniej czy później zwycięstwem tej ostatniej. Jeszcze po zdobyciu Singapuru (1942) prorokowanie zwycięskiej Japonii ostatecznej klęski nie mieściło się w granicach rozsądnego prognozowania. Jakże więc czynić zarzut Japończykom z ich wcześniejszego bezprzykładnego zaślepienia? Olśniły ich pierwsze zwycięstwa Niemiec, zafascynowała osobowość Hitlera, urzekał powab przyszłego podziału świata. Tak bardzo omamił ich sukces niemieckiej „wojny błyskawicznej” 1940 r., że w 1941 r. nie potrafili dojrzeć, że Hitler popełnił co najmniej dwa kapitalne błędy: nie miał odwagi przeprawić się przez kanał La Manche i w swym szaleństwie porwał się na Rosję. Do fascynacji podbojami Hitlera w Europie dołączyła się niepohamowana eskalacja wojny rozpętanej przez Japonię na kontynencie azjatyckim. Dziesięć lat imperialistycznej ekspansji, której szlak znaczyła agresja na Mandżurię w 1931 r., stopniowy podbój Chin północnych, środkowych i południowych w latach 1937-1939, najazd na Tonkin w 1940 r. i Kochinchinę w 1941 r., wreszcie zagarnięcie Singapuru w 1942 r., sprzęga konflikt japoński z inwazją hitlerowską w jeden wir wojny światowej. Temu nieuchronnemu rozwojowi wydarzeń towarzyszy przemyślne wyrachowanie: Japonia ze wszech miar pragnie okazać się równie potężna w skali światowej jak kraje Zachodu, u których tak długo, potulnie i cierpliwie starała się pobierać nauki. Potężny naród azjatycki zdecydował się wtargnąć siłą na scenę historii, przepędzając z Azji białych. Ta stara ambicja ożywia jego działania od pierwszych kontaktów ze światem. Wojna przeciwko Ameryce stanowi ukoronowanie aspiracji trzech pokoleń: już trzykrotnie Japonia stawała do międzynarodowej rozgrywki - w wojnie chińskiej w 1895 r., w wojnie przeciwko Rosji w 1904 r. i w pierwszej wojnie światowej w 1915 r.

Wydaje się zatem, że nie należy doszukiwać się logicznych przyczyn wojny na Pacyfiku: jej źródło tkwi w pasjach i emocjach. Gdyby Japonią kierował rozsądek, potrafiłaby się może powstrzymać przed samobójczym krokiem. Daje się jednak ponieść namiętnościom. Kieruje nią tradycyjny, niepohamowany instynkt klanowy, pchający do udziału w obalaniu istniejących imperiów, pycha, przedkładająca samobójstwo całego narodu nad ustąpienie za cenę pokoju ze Stanami Zjednoczonymi drobnej części azjatyckich zdobyczy, wreszcie wybujała ambicja narodowa, która z rozpadem białych imperiów wiąże powstanie imperium japońskiego w Azji. Namiętności te rozjątrza w 1941 r. szczególna okoliczność: oto odbywa się swoisty wyścig między japońską ekspansją a próbami jej przeciwdziałania ze strony innych mocarstw strefy Pacyfiku. Bezsensowne pogrążenie się Japonii w wojnę mogłoby się wydawać niezrozumiałe, gdyby nie cała doniosłość mechanizmów nacisku ekonomicznego i politycznego, jakie wynikają w konsekwencji podejmowanych przez nią działań. Każde posunięcie inwazyjne Japonii prowokuje sankcje: embargo handlowe, zamrożenie kredytów, wstrzymanie dostaw rudy żelaza, blokadę naftową itp. Coraz bardziej zacieśnia się pętla, aż Japonii pozostaje wybór między kapitulacją a agresją. Na przebiegu wydarzeń odcisnął szczególne piętno nader chaotyczny i niespójny charakter polityki rządu japońskiego - czynnik, który w niemałym stopniu stał się tak katalizatorem wojny, jak i późniejszej klęski. Dziś świat wie, ile słabości kryło się pod pozorną potęgą Japonii. Lecz tylko ci, którzy przebywali w Tokio w 1941 r., mogli ocenić, do jakiego stopnia ta rzekomo „niezmienna” polityka - tak brzmiał oficjalny termin - była przeżarta przez starannie maskowane rozprzężenie. Tylko pospolite słowo „rozgardiasz” jest właściwym desygnatem, dosadnie określającym politykę japońską w tamtym okresie jej historii. Rząd pogrążył się w wewnętrznych rozgrywkach: nieustannie toczy się walka o władzę między dwoma (co najmniej) obozami - cywilnym i wojskowym. Projekty i decyzje są z sobą sprzeczne, ponieważ jednocześnie mają służyć i wojnie, i pokojowi. Kwitnie obłuda i dwulicowość, układy stają się oszukańczą grą, a prowadzone negocjacje niejednokrotnie wzajemnie się wykluczają. Najbardziej zaskakujące epizody tej niespójnej i niewydarzonej polityki zawierają się w tragikomedii stosunków między Japonią a Niemcami; ociężałość pierwszej połączona z cynizmem drugich czyni z paktu trzech (Berlin-Rzym-Tokio) rzadko spotykany splot intryg międzynarodowych. Akt pierwszy sięga lat 1938-1939: za rządów umiarkowanego gabinetu księcia Konojego Fumimara i barona Hiranumy Kiicira Niemcy wywierają nacisk na Japonię, chcąc skłonić ją do zawarcia traktatu o sojuszu wojskowym, który połączyłby oba kraje we wspólnym ataku na Anglosasów. Lecz Tokio, które podówczas pragnie jeszcze szczędzić Wielką Brytanię i Amerykę, pozostaje głuche na te namowy. Wyraża natomiast chęć przyłączenia się do antyradzieckiego w swej wymowie paktu antykominternowskiego (którego zręby sięgają roku 1936). W tym czasie następuje usztywnienie polityki japońskiej wobec Związku Radzieckiego. Traktat niemiecko-japoński jest wreszcie gotowy..., gdy w sierpniu 1939 r. Berlin powiadamia, że Ribbentrop i Mołotow podpisali pakt o nieagresji. Zdumienie i wściekłość w Tokio. Gabinet japoński, z którym nie konsultowano tego kroku ani nawet go o nim nie uprzedzono, upada, bezsilnie podnosząc oskarżenia o zdradę. Tego dnia w części opinii publicznej i japońskich kół politycznych rodzi się uraz wobec Niemców, który, choć skrywany, nigdy nie ulegnie całkowitemu zatarciu. Akt drugi rozgrywa się we wrześniu 1940 r. Minął rok, Francja skapitulowała i hitlerowska koncepcja „wojny błyskawicznej” odniosła triumf. W Japonii zwycięża przeświadczenie, że trzymanie się z daleka

od Rzeszy w chwili, gdy ta wydaje się wszechmocna, mija się ze zdrowym rozsądkiem. Powraca więc idea zawarcia trójstronnego sojuszu wojskowego. W ten sposób dochodzimy do pasjonującego, a zarazem paradoksalnego aspektu historii Osi, zasługującego na to, by nie uszedł uwagi historyków. Rozstrzygającym czynnikiem zachęty dla Tokio staje się niemiecko-radziecki pakt o nieagresji (sierpień 1939). Premier Japonii książę Konoje po długich oporach zgadza się na udział w pakcie trójstronnym jedynie pod formalnie zaakceptowanym przez Rzeszę warunkiem, że zostanie on przekształcony w pakt czterostronny z udziałem Związku Radzieckiego. Jakąż bowiem wartość miałby w praktyce dla Japonii pakt trójstronny, gdyby od Niemiec oddzielały ją olbrzymie przestrzenie Rosji? Na początku września 1940 r. podczas berlińskiej konferencji Ribbentropa z ambasadorem Japonii Kurusu Saburem (któremu towarzyszył generał Osima, niebawem nowy przedstawiciel cesarstwa w stolicy Rzeszy), szef hitlerowskiej dyplomacji daje wyraz nadziei, że pakt trzech niebawem przybierze formę układu czterostronnego. Według planu Ribbentropa po bezzwłocznym podpisaniu paktu przez trzy państwa: Japonię, Niemcy i Włochy ulegnie on rozszerzeniu na Rosję, co będzie się równać - Kurusu dosłownie cytuje w Tokio słowa niemieckiego ministra - „wzięciu Rosji w cugle”. W założeniu pakt czterostronny ma stworzyć zaporę przeciw eskalacji wojny i przywrócić pokój, a zarazem powstrzymać Stany Zjednoczone przed zaangażowaniem się w konflikt zbrojny. Cesarz Hirohito zgłasza obiekcje: czemu ma służyć pośredni etap - pakt trójstronny - skoro celem jest pakt czterostronny? Ribbentrop wskazuje w swej replice, że bieg wydarzeń w Europie (sukcesy „wojny błyskawicznej”) stawia spóźnionych na niekorzystnej pozycji: wahanie Japonii świadczyłoby tylko o braku roztropności. Wkrótce Anglia zostanie zajęta, a rozpad Imperium Brytyjskiego jest tylko kwestią czasu. Nie cierpiące zwłoki staje się więc podpisanie paktu. Dla szybkiego wydarcia zgody rządu japońskiego Ribbentrop pilnie ekspediuje do Tokio „specjalnego i nadzwyczajnego wysłannika”, doktora Heinricha Stahmera, który używa całej swej elokwencji i siły perswazji, aby przekonać księcia Konojego o „nowym charakterze” stosunków niemiecko-radzieckich. Podkreśla znaczenie niemieckiej pomocy technicznej dla gospodarki radzieckiej (zwłaszcza dla przemysłu ciężkiego). Rząd japoński, przyjmując te zapewnienia za dobrą monetę, skłonny jest uznać, że nieporozumienia między Związkiem Radzieckim a Niemcami należą do przeszłości. Minister spraw zagranicznych Matsuoka Josuke bez oporów przychyla się do tez Berlina, jedynie książę Konoje nie pozbywa się nieufności. Matsuoka finalizuje więc bezzwłocznie całą sprawę, kładąc 27 września 1940 r. swój podpis pod tekstem trójstronnego układu o sojuszu wojskowym między Rzeszą, Włochami i Japonią (pakt berliński). Zarazem Tokio podejmuje próby zbliżenia z Moskwą. Tymczasem na rozkaz Hitlera Rzesza w głębokiej tajemnicy przygotowuje się do marszu na Wschód. W końcu marca 1941 r. podczas wizyty Matsuoki u Hitlera i Ribbentropa ten ostatni uprzedza japońskiego partnera ot możliwości podjęcia przez Wehrmacht działań militarnych przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Niemcy „zostały zmuszone” - oświadczył Ribbentrop - do koncentracji znacznych sił na wschodzie. Jeśli dojdzie do wojny, Stalin zostanie pobity w ciągu kilku miesięcy. Czyżby ostrzeżenie było sformułowane nazbyt ogólnikowo? Czy też japoński minister i jego rząd woleli nie dać mu wiary? A może popełnili błąd, nie zabiegając o szczegółowe informacje? Tak czy inaczej - 22 czerwca 1941 r., gdy Hitler rozpętał przeciwko Związkowi Radzieckiemu „nową wojnę błyskawiczną”, zaskoczenie japońskiej opinii publicznej było tak wielkie, że nawet w odczuciu rządu wywołane przezeń wrażenie równało się gwałtownemu trzęsieniu ziemi. I znów rząd japoński podniósł krzyk o zdradzie. I znów w tym decydującym momencie reaguje na opak. Matsuoka kieruje do Berlina notę z formalnym protestem przeciwko podjętym działaniom - jako krańcowo sprzecznym z zobowiązaniami politycznymi Rzeszy. Berlin odpowiada bardzo zjadliwą notą. Przekazuje w niej przede wszystkim wyrazy ubolewania ze

strony Hitlera, którego „radykalna zmiana okoliczności” zmusiła do dokonania politycznego zwrotu. Niemcy gwarantują następnie, że w ciągu trzech miesięcy odniosą zwycięstwo. Wreszcie zapewniają gabinet księcia Konojego, że wojna z Rosją nie będzie wymagać udziału Japonii. Rzesza czuje się bowiem dostatecznie silna, by nie zabiegać o pomoc sojuszników. W antrakcie - który stanowi zarazem początek czwartego aktu tego pełnego niespodzianek dramatu Matsuoka, powracając w kwietniu 1941 r. z Berlina przez Moskwę do Tokio, zawarł (13 kwietnia) ze Stalinem pakt o nieagresji... i niemiecka konstrukcja czterostronnego sojuszu wyleciała w powietrze. Okoliczności nadadzą w przyszłości temu paktowi wyraźniejszy antyniemiecki charakter. Umożliwi on bowiem Związkowi Radzieckiemu skierowanie wszystkich sił przeciwko Rzeszy. Zakończenie tego dramatu ma w sobie coś z farsy: w niecałe dziesięć miesięcy po podpisaniu paktu trzech dwaj główni jego sygnatariusze (Niemcy i Japonia) odwrócą się do siebie plecami. Jeżeli zaś starają się zamaskować tak szybki rozbrat, to tylko po to, by nie „stracić całkowicie twarzy”. Zaś książę Konoje, który jedynie ze słabości przystał na nieszczęsny triumwirat, dochodzi do wniosku, że nadeszła chwila, by naprawić swój błąd i dokonać stopniowego zwrotu w polityce japońskiej. Będzie on próbował odłożyć ad acta pakt trzech i szukać porozumienia ze Stanami Zjednoczonymi. Spośród czynników, które zadecydują o jego klęsce, warto zwrócić uwagę na jeden: Waszyngton nie orientuje się w powadze nieporozumień niemiecko-japońskich i żywi głęboką nieufność do japońskiego premiera. Ta nieufność będzie się stale pogłębiać: proniemieckie lobby i japońskie koła wojskowe nie ustają w staraniach, by za wszelką cenę doprowadzić do poprawy stosunków z Niemcami, i wszystkimi możliwymi środkami sabotują próby pojednania z Ameryką. Dla Konojego najważniejszą sprawą jest teraz oficjalne odżegnanie się Japonii od Niemiec w ich wojnie ze Związkiem Radzieckim. Rzecz jest przedmiotem poufnej konferencji, która odbyła się 2 lipca 1941 r. w pałacu cesarskim. Wielka rada państwowa zbiera się tu z rzadka i w nader poważnych sytuacjach; skupia ona najwybitniejsze postaci spośród polityków cywilnych, wojskowych i przedstawicieli marynarki; przewodniczy jej osobiście cesarz, zaś jej ustalenia pozostają tajne. 2 lipca 1941 r. to szacowne gremium podejmie decyzję o kapitalnym znaczeniu dla dalszego biegu wydarzeń: Japonia chwilowo nie przystąpi - dla podtrzymania niemieckiego sojusznika - do wojny przeciw Związkowi Radzieckiemu. Konoje spiesznie stara się teraz przejąć na swoje konto pertraktacje o półoficjalnym charakterze, jakie od kwietnia są prowadzone w Waszyngtonie przez osobistości działające z prywatnego poruczenia. Cała sprawa wzięła swój początek podczas pobytu Matsouki w Europie i w pewnym stopniu rozgrywa się poza jego plecami. Pierwszy kryzys wybuchł natychmiast po powrocie japońskiego ministra spraw zagranicznych z Moskwy, który nie taił swej wściekłości na wieść o tym, że tajne rozmowy są prowadzone bez jego wiedzy. Nie zamierzam - oświadczył twardo - rezygnować z litery trójstronnego sojuszu, bowiem jeśli nawet jego pozytywy są stracone, może on przynajmniej oddać usługi w swoiście negatywnym sensie, stanowiąc wobec Waszyngtonu środek szantażu lub zastraszenia. Przeróżnymi manewrami Matsuoka stara się więc sabotować rokowania z Amerykanami. Konojemu pozostaje tylko jedna możliwość: pozbyć się go. W tym celu 18 lipca 1941 r. składa na ręce cesarza dymisję swego gabinetu. Natychmiast zresztą rekonstruuje go w dotychczasowym składzie, z jednym wyjątkiem: ministrem spraw zagranicznych zostaje admirał Tojoda Teidziro.

Niebawem wybucha kolejny kryzys. Konferencja cesarska z 2 lipca nie poprzestała na decyzji o opuszczeniu Niemiec w wojnie ze Związkiem Radzieckim. Popchnęła ona również armię japońską w kierunku Singapuru, przesuwając siły stacjonujące w Tonkinie od chwili klęski Francji w 1940 r. aż do Sajgonu. Z charakterystycznym dla swych poczynań brakiem logiki Japonia - mimo poszukiwania przez polityków dróg porozumienia ze Stanami Zjednoczonymi - nie pomija przy tym okazji, by sprowokować za Oceanem, gdy tylko rzecz stanie się tam znana, gwałtowny wybuch nastrojów anty japońskich. Toteż gdy 26 lipca 1941 r. Waszyngton dowiaduje się o ekspedycji sajgońskiej, administracja amerykańska natychmiast odpowiada drakońskimi represjami: zrywa wymianę handlową z Japonią, „zamrażając” przyznane jej kredyty, a zwłaszcza zakazując sprzedaży ropy naftowej. Ta przedziwna sprzeczność w polityce japońskiej nie powinna skądinąd dziwić. Tłumaczy się ona zadawnionymi waśniami, które dzielą w łonie państwa służby wojskowe i służby cywilne - czyli, jak się to określa pospolicie, partię mundurów i partię tużurków. W każdym gabinecie minister wojny (zawsze generał w służbie czynnej) i marynarki (zawsze admirał) są osobistościami niezależnymi, których nie obowiązuje posłuszeństwo wobec premiera. Pewien zwyczaj prawny, wywodzący się z przepisów konstytucji 1892 r., nieprecyzyjnie i niejasno zredagowanych, czyni ministrów obu rodzajów broni (armii lądowej i floty) odpowiedzialnymi bezpośrednio przed cesarzem, a nie przed premierem, ponad którego głową mogą się oni odwoływać wprost do cesarza, mając bezpośredni dostęp do tronu. W każdym nowym gabinecie nie są oni powoływani przez premiera, lecz przez samą armię i marynarkę, które narzucają ich kandydatury szefowi rządu. Nie jest więc możliwe sformowanie rządu, który nie znalazłby akceptacji armii i marynarki. Siły zbrojne nie obejmują jednak otwarcie władzy. Wolą działać z ukrycia, pociągając z zewnątrz za sznurki. Czynią to na tyle dobrze, że co najmniej od dziesięciu lat trudno mówić o istnieniu jednego rządu japońskiego: zawsze są dwa, acz nieformalnie. Żaden gabinet nie jest też w stanie dotrzymać obietnic; politykę każdego z nich cechuje niespójność i dualizm; deklaracjom o pokoju zaprzeczają wojenne czyny. Owocem takiego systemu był casus Mandżurii, a także rebelia wojskowa w lutym 1936 r.6 Walka klanów w sferach rządzących czyni z polityki Tokio ciąg nie skoordynowanych wewnętrznie posunięć i aktów przemocy na zewnątrz. Logika tej polityki zawiera się w ekspansji geograficznej militaryzmu japońskiego: armia faworyzuje kulejące gabinety tylko dlatego, że w ostatecznym rachunku zyskuje na każdym z kolejnych kryzysów rządowych. Dowiodła tego również konferencja cesarska 2 lipca 1941 r. Dowódcy wojskowi uznali, że Japonia nie może bezczynnie przypatrywać się wydarzeniom, które niosą z sobą radykalne zmiany na mapie politycznej! Rezygnując z zaatakowania Syberii, tytułem rekompensaty wymogli więc na premierze i cesarzu prawo przesunięcia sił japońskich aż do Kochinchiny. Wysocy dowódcy wojskowi nie sprzeciwiają się przy tym kategorycznie rokowaniom nawiązanym z Ameryką. Stawiając na obie karty, poszliby chętnie nawet dość daleko drogą kompromisu z Waszyngtonem, gdyby dzięki niemu mogli przyspieszyć koniec wojny z Chinami, która wyczerpuje energię Japonii, pozbawiając ją swobody działań. Z kolei minister wojny generał Todzio Hideki, rzecznik interesów armii w rządzie, utrzymuje, że ekspedycja sajgońska, nie przynosząc szkody , pozycji dyplomatycznej Japonii, daje jej nowe atuty w przetargach ze Stanami Zjednoczonymi.

6

Nieudana próba zamachu stanu przeprowadzona przez młodych faszyzujących oficerów popieranych przez przemysł zbrojeniowy - przyp. tłum.

Skądinąd również polityka armii jest niespójna na skutek wewnętrznej szarpaniny wstrząsającej jej szeregami. Dowódcy, względnie umiarkowani, gdyż już zmęczeni awanturą chińską, są pod nieustannym naciskiem podwładnych i własnych sztabów, gdzie „partia młodych pułkowników” domaga się polityki na modłę Hitlera. Decyzja o zajęciu południa Indochin miała przede wszystkim usatysfakcjonować ekstremistów. Warto więc jeszcze raz zwrócić uwagę na tę mieszaninę wybuchową w polityce japońskiej na początku lata 1941 r.: podwójna zdrada w łonie paktu trzech (Niemcy oszukują Japonię, która niebawem odpłaci im tą samą monetą); dualizm polityki w strefie Pacyfiku (Japonia zabiega o kompromis z Waszyngtonem i równocześnie dokonuje demonstracji siły w Sajgonie); chwiejność rządu rozdzieranego między cywilami i wojskowymi; antagonistyczne tendencje w armii. Do tego wszystkiego należy dodać rozdźwięki między armią lądową a marynarką i rozbrat między rządem a opinią publiczną. Na tle japońskiego rozgardiaszu polityka prezydenta Roosevelta wydaje się klarowna i monolityczna: zaoferować Japonii kompromis, jeśli zwróci zdobyte terytoria; zaostrzyć sankcje po każdym nowym akcie japońskiej agresji. Istotnie, marsz Japończyków pod koniec lipca 1941 r. w kierunku Singapuru wywołał tak wielkie poruszenie w Waszyngtonie, że książę Konoje zwątpił, aby prowadzone zwykłym trybem rokowania dyplomatyczne mogły przybliżyć rozwiązanie konfliktu. Tylko wysiłki podjęte z dala od panującego w Tokio chaosu, wolne od gmatwaniny przeciwstawnych koncepcji i uniezależnione od walki konkurujących ze sobą klanów, mogły wróżyć efekty. Oto dlaczego 7 sierpnia 1941 r. Konoje niespodziewanie proponuje prezydentowi Rooseveltowi spotkanie w cztery oczy, poświęcone uregulowaniu problemu Pacyfiku. Początkowo reakcja Roosevelta na tę inicjatywę jest pozytywna: po dziesięciu dniach odpowiada, że w zasadzie akceptuje ideę spotkania i proponuje, aby odbyło się ono gdzieś u brzegów Alaski. 27 sierpnia Konoje przesyła Rooseveltowi osobiste orędzie, w którym daje wyraz pragnieniu działania na rzecz pokoju w duchu dobrej woli. W dobrze poinformowanych kołach Tokio przepowiada się spotkaniu Konoje-Roosevelt niemal pewny sukces. Pokój zdaje się być w zasięgu ręki i na chwilę stolicę Japonii opanowało uczucie radości. Jednakże 3 września Roosevelt z nagła informuje japońskiego premiera o zmianie swego stanowiska, domagając się osiągnięcia wstępnego porozumienia co do meritum kompromisu w drodze zwyczajowych rokowań między ministerstwami. Spotkanie szefów obu rządów mogłoby nastąpić dopiero po zakończeniu negocjacji dla podpisania umowy. Wiele wskazuje, że do tak radykalnej zmiany atmosfery w Waszyngtonie przyczyniły się rady sekretarza stanu Cordella Hulla. Zarówno dla prezydenta, jak i dla szefa amerykańskiej dyplomacji nie jest tajemnicą tradycyjna pozycja japońskiego gabinetu. Istnieje poważne ryzyko, że książę Konoje, mając w kieszeni wynegocjowaną na Alasce umowę japońsko-amerykańską, po powrocie do Tokio może natrafić na opozycyjne stanowisko własnego rządu i potępienie opinii publicznej. Armia japońska nie zawaha się nawet przed zamachem stanu, jeśli tylko umowa podpisana przez Konojego narzuci jej - czego należy oczekiwać - wycofanie się na przykład z Chin jako warunek sine qua non kompromisu, niemożliwy wszakże do przyjęcia w kołach wojskowych. Czy Hull i Roosevelt mieli rację? Ponad wszelką wątpliwość w decyzji amerykańskiego prezydenta z 3 września zawierał się nie zamierzony błąd polityczny. Dla uzasadnienia swej nieufności waszyngtońscy mężowie stanu powołują się na doświadczenia ostatnich dziesięciu lat historii Kraju Kwitnącej Wiśni: czyż zatem

mogą żywić nadzieję, że tym razem słowo japońskiego premiera będzie miało większą wartość niż dotychczas, niezmiennie zdradzane czynami armii cesarskiej? W tydzień po propozycji księcia Konojego, 14 sierpnia 1941 r., były przewodniczący Wielkiej Tajnej Rady państwowej baron Hiranuma Kiiciro, zwolennik kompromisu z Ameryką, tylko cudem uniknął kuli mordercy, członka nielegalnej skrajnie nacjonalistycznej organizacji. Przy Toranomonie, w centrum Tokio, policja aresztuje grupę nacjonalistów, którzy ukartowali zamordowanie samego Konojego. W momencie gdy ten kieruje do Roosevelta orędzie dobrej woli, cała prasa tokijska wściekle atakuje Kartę atlantycką7 i jej zasady, wypracowane przez Churchilla i prezydenta Stanów Zjednoczonych. Japońska opinia publiczna, informowana z półrocznym opóźnieniem o biegu wydarzeń, pozostaje niezmiennie pod ostrzałem reakcyjnej propagandy, wydana na pastwę nacjonalistycznych agitatorów i pseudodziennikarzy, opłacanych z tajnych funduszów ekstremistów i armii, a także ambasady Niemiec, która sprytnie dyryguje kampanią części prasy przeciwko Anglosasom. Od miesięcy pogłębia się przepaść między szerokimi kręgami społeczeństwa a rządem. Oprócz podziałów i tarć wewnętrznych politykę Tokio zatruwa bowiem dodatkowy czynnik: jej utajnienie. Pozostała tajemnicą gorycz sojuszu z Berlinem. Równie tajne są kulisy rokowań ze Stanami Zjednoczonymi i niedoświadczona w kwestiach międzynarodowych japońska opinia publiczna nie dostrzega prawdziwych przesłanek sytuacji. Nie orientuje się w stosunku sił Japonii i Ameryki, podobnie jak i w szansach sukcesu Niemiec. Rząd w swej bezsile nie jest w stanie przygotować społeczeństwa na perspektywę spotkania między Konojem a Rooseveltem. Cóż tym bardziej mógłby uczynić wobec wrzawy, jaką wywołałoby definitywne zerwanie między Tokio a Berlinem? Książę Konoje i jego zwolennicy dowodzą, że Roosevelt był niewłaściwie informowany o nastrojach panujących w tokijskich kołach rządzących. Premierowi nie groziłaby po powrocie z Alaski izolacja ani nie byłby zmuszony do wycofania się z podjętych zobowiązań. Poparcie, jakie zdołał sobie zapewnić, dawało mu gwarancję, że zdoła narzucić swoją wolę. Cieszy się on przede wszystkim zaufaniem cesarza, który gorąco pragnie uniknąć wojny. Opinię premiera podzielają również trzej główni dowódcy armii: minister wojny Todzio i generałowie Doihara Kendzi i Muto Akita. Dwaj ostatni zgodzili się towarzyszyć Konojemu na Alaskę. Choć nacjonaliści z przekonań, są niemniej - jak głoszą obrońcy księcia (ta teza wydaje się wszakże nieco dyskusyjna) - gotowi przystać na ratowanie twarzy, jeśli kompromis między Japonią a Ameryką może ich uwolnić od wojny chińskiej, zapewniając równocześnie Japonii dostęp do pożądanych surowców w strefie południowego Pacyfiku bez konieczności prowadzenia działań militarnych. Zaufanie cesarza do Konojego jest tak wielkie, że władca postanawia uczynić wszystko, co leży w jego mocy, by zapobiec ewentualnej rebelii w szeregach ekstremistów w armii: w takim wypadku cesarz zamierza zrezygnować z roli niewzruszonego arbitra, do czego zobowiązuje go konstytucja, i wydać formalny rozkaz podporządkowania się decyzjom Konojego tym wszystkim, którzy próbowaliby się im przeciwstawić. W przyszłości, w chwili kapitulacji, można będzie osądzić, jaki autorytet otacza słowo cesarskie. Błąd Roosevelta polegał na przekonaniu, że Konoje na własne ryzyko podjął decyzję politycznego manewru. Tymczasem działał on za potężnym poparciem władcy, zaś szanse, jakie wiązano ze spotkaniem na Alasce, były warte - jak orzeczono - podjęcia ryzyka. Po decyzji Roosevelta rokowania znów znalazły się w trybach rozmów międzyministerialnych, niezwłocznie też dały się ponownie

7

Deklaracja określająca pokojowe zasady powojennej polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, podpisana 14 sierpnia 1941 r. na brytyjskim okręcie wojennym na wodach Atlantyku przez prezydenta Roosevelta i premiera Churchilla (stała się później podstawą Deklaracji Narodów Z jednoczonych) - przyp. tłum.

odczuć skutki zamętu, panującego w japońskiej machinie rządowej i dyplomatycznej. Gdy Konoje ponownie przystąpił do rozmów z amerykańskim ambasadorem w Tokio, Josephem Grew, japoński minister spraw zagranicznych Matsuoka zaczął mieszać karty, rozpoczynając konkurencyjne w jakiejś mierze negocjacje z Departamentem Stanu w Waszyngtonie, których istota miała się sprowadzać do rozpatrywania zagadnień szczegółowych, skoro nie można osiągnąć porozumienia w sprawach zasadniczych. Ta niezręczna próba, z góry skazana na niepowodzenie, pogłębiła jedynie zniechęcenie strony amerykańskiej do negocjacji z Tokio. Sytuację pogarszał fakt, że odprawa udzielona Konojemu przez Roosevelta i Hulla zepchnęła dowódców wojskowych do opozycji. 6 września 1941 r. zbiera się kolejna tajna konferencja cesarska. Jej decyzje odzwierciedlają pogłębiające się sprzeczności polityki japońskiej i konflikty personalne w łonie rządu. W myśl przyjętych postanowień premierowi powierza się kontynuowanie negocjacji, zarazem jednak wojsku umożliwia się intensywne przygotowania do wojny. Ustalono prekluzyjny termin wysiłków dyplomatów: na osiągnięcie pozytywnych wyników rozmów otrzymują tylko miesiąc. Jeśli natomiast doznają porażki, przemówią działa. Osobistością, która w armii prze obecnie do wojny, jest szef sztabu generał Sugijama. Armia od dawna przygotowuje się do działań militarnych, po raz pierwszy jednak została ona do tego oficjalnie upoważniona i - co więcej - zachęcona. Decyzja z 6 września implikuje poważną odpowiedzialność ze strony Konojego, toteż bierze ją na siebie nader niechętnie, choć wierzy, że za pomocą różnych wybiegów zdoła wybrnąć w decydującym momencie z tego zawiłego rebusu. Rozpatrując wszystkie uwarunkowania powstałej sytuacji, należy pamiętać, że zgodnie z przepisami konstytucji cesarzowi przypada jedynie rola zaakceptowania poczynań rządu, bowiem konstytucja czyni z niego - Syna Nieba - istotę „świętą i nietykalną”, co oznacza: wolną od odpowiedzialności (podobnie jak król Wielkiej Brytanii). Każda z cesarskich decyzji wymaga dla swej ważności kontrasygnaty ministrów gabinetu. Cesarz Kraju Wschodzącego Słońca nie może bezpośrednio mieszać się do polityki, chyba że zechce skorzystać z nadzwyczajnych uprawnień swej władzy. Hirohicie daleko jednak do tego, by - jak przypisuje mu legenda - posiadać moc wszechpotężnego Boga. Dopiero w drugiej rozstrzygającej chwili, bogatszy o doświadczenia pierwszej, odważy się ująć ster rządów w swoje ręce: w 1945 r: w momencie kapitulacji. Obecnie jednak, chociaż jest zwolennikiem porozumienia z Ameryką (w tej kwestii świadectwa historyczne są zgodne), pozostawia decyzję swym ministrom - i Japonia zaczyna coraz bardziej staczać się po pochylni wiodącej ku wojnie. Do jakiego stopnia zamęt stał się częścią składową polityki japońskiej, świadczy tekst rezolucji przyjętej na konferencji cesarskiej 6 września. 1941 r. przez najwyższe gremium państwowe. Język japoński nie ma osobnej konstrukcji czasu przyszłego - jest ona taka sama jak forma czasu teraźniejszego. Nadało to dwuznaczny sens tekstowi rezolucji. W pierwszej części stwierdza się, że negocjacje ze Stanami Zjednoczonymi nadal będą prowadzone - aż do początku października. Jeżeli do tego czasu nie zostaną one pomyślnie zakończone - czytamy dalej - „decydujemy się na wojnę w końcu października”. Japońskie ketsui suru znaczy jednak zarówno „decydujemy”, jak i „zadecydujemy”. Toteż w następnych dniach nie ustają spory armii z umiarkowanymi w kwestii interpretacji tego fragmentu dokumentu: „decydujemy dziś, że rozpoczniemy wojnę w końcu października”, czy też - jak utrzymuje książę Konoje - „w końcu października podejmiemy decyzję o przystąpieniu do wojny, a rozpoczniemy ją w terminie, który w tym czasie zostanie ustalony”.

Rokowania z Waszyngtonem, prowadzone w dniach 6-15 października 1941 r., nie przynoszą lepszych efektów niż te, które je poprzedzały. Niezmiennie natrafiają one na podstawową przeszkodę, która aż do końca uniemożliwi osiągnięcie porozumienia: armia japońska odrzuca główny warunek strony amerykańskiej - natychmiastową ewakuację jednostek wojskowych Wschodzącego Słońca z Chin. W połowie października generał Todzio oznajmia Konojemu w imieniu armii, że upłynął termin negocjacji wyznaczony przez konferencję cesarską. Premierowi pozostaje tylko złożenie urzędu. Gabinet Konojego podaje się w całości do dymisji i 18 października 1941 r. tekę premiera przejmuje Todzio. Do ataku na Pearl Harbour pozostaje jeszcze półtora miesiąca. Niemniej można przyjąć, że Japonia już znalazła się w stanie wojny: wojna na Pacyfiku bierze swój początek w tych dniach połowy października 1941 r., kiedy u steru władzy znalazł się dowódca naczelny armii.

3. Seryjna produkcja bohaterów
Kim właściwie jest generał Todzio, który tak nagle wypłynął na scenę polityczną w dramatycznym błysku bomb Pearl Harbour? Z wygoloną czaszką w kształcie skorupy jaja, w szylkretowych okularach przesłaniających skośne oczy - czyżby się jawił Hitlerem „żółtego niebezpieczeństwa”? Wobec piorunujących zwycięstw japońskiej „wojny błyskawicznej” świat przez chwilę odnosi takie wrażenie, a i sama Japonia popełnia podobną pomyłkę; Todzio w istocie widzi w swej osobie wschodnie wcielenie germańskiego dyktatora. Jednak ani jego sylwetka, ani kariera nie są na skalę niemieckiego modela. Osobowość tego dowódcy armii? Nie ma w nim nic z proroka ani z bohatera. Todzio Hideki jest tylko dobrym elewem wojskowym, który znacznie gorzej umie dowodzić niż słuchać - ściślej: być powolnym regułom swego klanu. Jego kariera? Była igraszką sprzyjających okoliczności, nie zaś - jak u Hitlera - grą w pokera prowadzoną ze światem. Nie on stworzył armię japońską - był tylko jej produktem. Wykonawca woli grupy-klanu, a nie jej inspirator, jest tylko rzecznikiem interesów armii, nieomal figurantem. Gdy w wieku 56 lat wychodzi z cienia i obok Ministerstwa Wojny obejmuje po księciu Konojem urząd premiera, jest człowiekiem, który niczym nie ryzykował, nigdy nie był graczem, a posuwał się po szczeblach kariery dzięki pilności gorliwego ucznia, ślęczącego dzień po dniu nad zadaniami zleconymi mu do wykonania. Jego generalska kariera była szybka, lecz pozbawiona wojennego blasku. Mury tokijskiej szkoły wojskowej opuścił wkrótce po zakończeniu wojny rosyjsko-japońskiej, w której wyróżnił się jego ojciec-generał. Natomiast syn nie ma na swym koncie żadnego czynu bojowego, który zasługiwałby na pamięć. Zaledwie jedno zwycięstwo straży tylnej nad uciekającymi wojskami chińskimi w prowincji Dżehol w początkowym okresie walk w Mandżurii w 1931 r. Za to w Sinkingu (Mukdenie), stolicy podporządkowanego Japonii marionetkowego państwa Mandżukuo, Todzio znajduje odpowiadający mu klimat biur wojskowych. W 1935 r. zostaje dowódcą żandarmerii wojskowej (Kempetai) w stopniu pułkownika. Gdy w 1937 r. rozpoczyna się wojna chińska, dorzuca do tej funkcji funkcję szefa sztabu armii japońskiej w Mandżurii (zwanej armią kwantuńską). Kumulacja tych dwóch stanowisk staje się źródłem jego wpływów i znaczenia. Todzio na zawsze

pozostanie przede wszystkim dawnym szefem Kempetai. Za fasadą biur z czerwonych cegieł powstaje pod jego kierunkiem twór, który stopniowo przekształci się w gestapo armii japońskiej. Majorzy, pułkownicy i generałowie stają się przedmiotem starannie opracowanych kartotek. Todzio zręcznie unika mieszania się do szalejącej w armii od 1930 r. walki klanów. Nie interesują go przekonania, lecz ludzie, i kiedy dokona czystki na prawicy i lewicy armii, pozostanie tylko jeden klan - klan Todzio. Todzio lubi żyć w grupie, otoczony kolegami i przyjaciółmi. Umie słuchać, robić notatki, zasięgać rad. Długo szczędzi tych, których pragnie usunąć. Jego rzeczowy, oschły język i jasny umysł sprawiają, że wśród tępych i ociężałych wojskowych, chłopskich synów, którzy nie przestaną być chłopami, uchodzi za mistrza i mózg. Nazywają go „Brzytwą”. Brzytwa? Raczej miernej jakości żyletka, którą posługują się inne ręce i która popełni zbrodnie na rachunek całej szajki. W 1938 r. Todzio przechodzi do Ministerstwa Wojny w randze wiceministra, zaś nieco wcześniej otrzymuje nominację na generała. W 1940 r. w gabinecie księcia Konojego zostaje ministrem wojny. Natychmiast też „oczyszcza” sztaby z ostatnich przeciwników. W imieniu armii wprowadza po raz pierwszy nadzór nad zakładami przemysłu zbrojeniowego, zmusza premiera do rozwiązania partii politycznych, czuwa nad czystką we wszystkich kręgach społeczeństwa. Ktokolwiek stawia opór japońskiemu militaryzmowi - liberałowie, syndykaliści, lewica, intelektualiści i socjaliści - znika w lochach więzień żandarmerii wojskowej lub policji politycznej. W burzliwych miesiącach poprzedzających 18 października 1941 r. - dzień, w którym Todzio obejmuje pełnię władzy - jeszcze pozwala dojść do głosu skrupułom i wahaniom. Na kilka tygodni przed Pearl Harbour okazuje tendencje pokojowe, którym przeczą jednak „pozorowane działania uspokajające” - jak wysłanie Kurusu do Waszyngtonu, co było roztropnym posunięciem w dobrze ukartowanej grze machiny wojennej. Powoli wciąga go nurt wydarzeń, a klan popycha naprzód. W przededniu objęcia władzy rzuci jeszcze w twarz Konojemu, rozpaczliwie usiłującemu powstrzymać Japonię przed tragicznym staczaniem się po równi pochyłej: „Raz w życiu, Sire, człowiek powinien być gotów rzucić się z tarasu świątyni Kiomidzu!” (Francuzi powiedzieliby: ze szczytu wieży Eiffla). 8 grudnia 1941 r. Todzio decyduje się na ów wielki skok, a wraz z nim cała Japonia - 75 milionów baranów Panurga8... W swej pierwszej zagrywce nowy premier postawił wszystko na wygraną Niemiec i zwycięstwo Osi w Europie. Objawił się jednak jako gracz pozbawiony talentu, zaledwie naśladowca - nieodrodny syn Japonii, którą teraz fascynują Niemcy, a od przeszło pół wieku cywilizacja Zachodu, i która zawsze dotychczas starała się wykorzystywać rozdźwięki pomiędzy „białymi krajami”. Spośród osób japońskiego dramatu rozgrywa Swą partię w pełnym świetle proscenium, a jednak jego indywidualność pozostaje nijaka, szara i rozmazana. Pod wpływem prasy amerykańskiej część publicystyki naszych czasów przedstawia gwiazdy pokoju i wojny w malowniczych obrazach, ubarwionych szczegółami przeżyć osobistych, uchwyconymi na żywo gestami i frapującymi powiedzonkami. Usiłowano więc - a może i nadal będzie się czynić takie próby dokonać zabiegu, który tak znakomicie się sprawdził przy sylwetce Hitlera: uwypuklić potęgę formatu tego wybrańca historii. Jednak osobowość japońskiego premiera - jak zresztą innych aktorów odgrywających wielkie role w wojnie na Pacyfiku - nie przystaje do tła kolorowych landszaftów. Tylko mierny obserwator dalekowschodniej sceny mógł przydać tym ludziom wielkości - tak w dobrym, jak w złym. Myląca jest także interpretacja usiłująca tłumaczyć ich działania niezrozumiałą dla Zachodu „mentalnością Wschodu” z całą jej tajemniczością. Rzekoma „wschodnia tajemniczość” jest zwyczajnym oszustwem lub co najmniej iluzją.

8

Baranami Panurga zwie się bezmyślnych i bezkrytycznych naśladowców (Panurg – jeden z bohaterów opowieści Rabelaise’go Gargantua i Pantagruel) – przyp. tłum.

Próba kolorystyki nie zda się na nic: trzeba ich przyjąć takimi, jakimi są. Todzio, ci, którzy go popychają, i ci, którzy go otaczają, nie wyróżniają się niczym z szarzyzny klanu, do którego należą, ani nawet z szarego tła tłumów. Trzeba ich widzieć w całej ich pospolitości, nie doszukując się w nich geniuszu nadludzi ani tym bardziej idei wizjonerów przyszłości; nie przypisujmy im nawet popędu do czynienia zła, jak innym wielkim zbrodniarzom naszej tragicznej epoki. Wobec historii i wielkich dramatycznych wydarzeń są to drobne płotki. W nadchodzącej katastrofie wszechpotężne fatum wiedzie nieuchronnie ku straszliwemu w swych skutkach finałowi. Tymczasem ci, którzy je wywołali, to ludzie słabi, niezdecydowani i chwiejni - zwykli Japończycy, jakimi ukształtowała ich militarystyczna Japonia, nie sprzyjająca narodzinom geniuszów. Główna różnica między ludźmi stanowiącymi produkt tamtej Japonii a ludźmi Zachodu polega na tym, że pierwszym brak rysu indywidualności. Cywilizacji japońskiej obce jest to, co można by nazwać (co prawda mało precyzyjnie) „esencją jednostki”, a co stanowi immanentną cechę świata zachodniego, mającą swe źródło w kręgu tradycji starożytnej Grecji i chrześcijaństwa. Społeczeństwo japońskie nie docenia jednostki, deprecjonuje i zaciera jej rolę. Persony japońskiego dramatu politycznego są z zasady pozbawione siły własnej osobowości, tak wiele znaczącej w dziejach Zachodu. Dewiza: „Poznaj samego siebie” nie znajduje zrozumienia. Japończyk nie próbuje dociekać samego siebie, zaś wobec otoczenia starannie zaciera własną indywidualność. Tłumy nie są żądne reklamy, jaką na Zachodzie zwykło się rozwijać wokół osobistości życia publicznego. Mężowie stanu nie stają się bohaterami anegdot, a ich cechy osobiste i sfera życia prywatnego pozostaje głęboką tajemnicą. Państwo nie dopuszcza do spoufalania się szarego człowieka z osobą przywódcy. Nie dozwala na zbliżenie między ludem a „wielkim człowiekiem”: posłuszeństwo poddanych, połączone z czcią i strachem, jest tym większe, im mniej znany jest im obiekt tych uczuć. Jaki jest cesarz Japonii? Zachodni dziennikarze nie omieszkaliby dostarczyć pożądanych szczegółów: wieczorem jada po europejsku, natomiast obiad po japońsku; zrezygnował z gry w golfa, uznając ją za sport nazbyt angielski; wraz z naukowcami oceanografami oddaje się studiom nad planktonem morskim; cechuje go surowość obyczajów; jest szczęśliwy w małżeństwie. Nic z tego nie daje jednak klucza do poznania jego osobowości. Byłoby również fałszem czynić z niego żywego Boga. Dla Japończyków jest on jedynie „wyższą istotą”, nie utożsamianą jednak z Bogiem. W umysłowości japońskiej nie mieści się zresztą metafizyczny sens pojęcia „boski”. Prawda zaś jest najpewniej taka, że cesarz jest człowiekiem, który nie ma prawa być wyłącznie człowiekiem: przede wszystkim dlatego, że powinien pozostać na uboczu, niedostępny dla ludu - jako żywy symbol Japonii i uosobienie jej historii, jej aspiracji i jej idei. Sam w sobie jest instytucją; personifikuje naród, a jego wizerunek własny jest nieodłączny od tła - tłumu 75 mln ludzkich istnień. Kim z kolei jest admirał Jamamoto, bohater Pearl Harbour? Podobnie jak generał Todzio, szerzej nie znany społeczeństwu, został z nagła wyniesiony na szczyty sławy. Liczący 57 lat naczelny dowódca floty Wschodzącego Słońca uczestniczył jako kadet w wojnie rosyjsko-japońskiej W latach 1904-1905 i stracił dwa palce w bitwie morskiej pod Cuszimą. Jego karierę znaczyły stanowiska w sztabie i w dowództwie floty oraz misje zagraniczne: w Waszyngtonie (attaché marynarki wojennej) i w Londynie (delegat na konferencje rozbrojeniowe). Wygolona czaszka, szczere spojrzenie, marynarski uniform bez epoletów i orderów, przypominający swą starannością raczej strój pastora, nie wyróżnia go niczym z grona oficerów marynarki. Jego sława wydaje się niemniej starannie sterowana permanentną troską o to, by sprawiała wrażenie „abstrakcyjnie naturalnej”. Wiadomo, że grywa w karty. Cytuje się kilka jego dowcipnych formułek. Na konferencji londyńskiej w sprawie zbrojeń

morskich (1935-1936) jednemu z delegatów, który twierdził, że torpedę powinno się zaklasyfikować do kategorii „broni defensywnych”, Jamamoto odpowiada: „Czyż nie należałoby zacząć od tego, czy stanowi się cel torpedy nieprzyjaciela, czy też samemu się ją posyła w jego kierunku”? Albo reakcja admirała na słowa zdziwienia, że znakomicie gra w brydża: „Skoro mam w głowie pięć tysięcy chińskich ideogramów, nietrudno mi do nich dorzucić pięćdziesiąt dwie karty!” Jednak to tylko pozory, w których nie odzwierciedla się prawdziwe oblicze Jamamota. Pozostaje zawsze personą wyniosłą i nieprzystępną - jedną z tych, które w danym momencie historii ma określać wyłącznie pełniona funkcja i dyktowane nią czyny. Stylowi, jaki narzucają osobistości z pierwszego planu, poddają się posłusznie postaci drugoplanowe. W orbicie premiera Todzio widzimy paru generałów. Jest wśród nich Sato Kenrio, wybitny umysł polityczny armii; stary Sugijama, chytry lis z miną poczciwiny, obdarzony fenomenalną pamięcią; Anami Korecika, który odegra swą życiową rolę samuraja w momencie kapitulacji; Muto Akita, szef Biura Spraw Wojskowych (piastujący jedno z trzech kluczowych stanowisk w armii) i Sudzuki Sadaici, szef Biura Planów. Ich funkcje są ściśle sprecyzowane, ich czyny przedostają się niekiedy do powszechnej wiadomości, a jednak oni sami trzymają się w cieniu. W przygaszonym tle - bezimienny tłum wojskowego klanu. Ci młodzi oficerowie wyższych stopni i pułkownicy sztabów, których nazwiska pozostaną na zawsze nieznane, są w istocie motorem zdarzeń. Dowódcy - to jedynie emanacja grupy. Wszyscy ci ludzie - przywódcy nowoczesnej Japonii - wymykają się codziennej scenerii życia publicznego. Równie nieuchwytni stają się przy próbie ukazania aspektów psychologicznych i kwalifikacji moralnej ich czynów. Swą chwiejną postawą i brakiem logiki w działaniu sprawiają wrażenie manekinów oderwanych od rzeczywistości, czemu zdaje się sprzyjać cecha znamienna dla większości z nich - nietrwałość przekonań. Klinicznie niepokojący, choć nie pozbawiony wewnętrznego dramatu, jest przypadek księcia Konojego. Ten skądinąd uczciwy człowiek zakończy swą karierę oskarżony o zbrodnie wojenne, ponieważ wszystko, co przedsiębierze, ulega wynaturzeniu w procesie degeneracji. Rozpoczął konflikt z Chinami, który określił mianem „incydentu”, i dopuścił do jego przekształcenia w prawdziwą wojnę. Choć umiarkowany liberał, otworzył drzwi przed jedną z odmian faszyzmu. Proangielskie sympatie nie powstrzymały go przed zawarciem sojuszu z Osią. Pacyfista, pozostawił generałów prących do wojny w sformowanym przez siebie gabinecie. A cesarz? Na konferencjach cesarskich decydujących o problemach wielkiej polityki nie krępuje swych ministrów w równoległych działaniach w imię pokoju i na rzecz wojny. Żąda, aby wojna rozpoczęła się z zachowaniem legalnych form prawnych, i nie potrafi tego dopilnować. Zaś w uroczystej proklamacji 8 grudnia 1941 r. sam przyznaje, że wojna „głęboko rozminęła się z jego życzeniami”. Postaci pomniejszej rangi znamionuje podobna ambiwalentność. Matsuoka na przykład, wykształcony w Stanach Zjednoczonych w duchu porozumienia między narodami, stał się szowinistą i sojusznikiem dyktatur faszystowskich. Kurusu, który jako ambasador w Berlinie sygnował pakt trzech, będzie później dowodził, że złożył podpis wbrew swej woli. W przededniu Pearl Harbour odegra w Waszyngtonie rolę wysłannika pokoju. Niezależnie od jego osobistej postawy powierzona mu misja stanowi jedynie kamuflaż przygotowań wojennych.

Żadna z tych znanych osób nigdy nie próbowała żadnym spektakularnym czynem zamanifestować, że odcina się od poczynań swej grupy lub przestaje się solidaryzować z polityką rządu. Nikt nie składa dymisji, nie protestuje, nie odmawia odegrania wyznaczonej mu roli. Podobnie zachowują się grupy przemysłowo-wojskowe. Najbardziej uderzająca jest postawa wielkich trustów finansowych, znanych pod mianem dzaibatsu („klik finansowych”): Mitsui, Mitsubishi i innych. Ich historia opiera się na międzynarodowych powiązaniach handlowych. Do ostatniej chwili z lęku przed wojną boczą się na armię, wiedząc dobrze, że pokój jest dla nich o wiele bardziej intratny. Nie zdobywają się jednak na najsłabszy nawet gest sprzeciwu. Ich elita kierownicza: znany finansista Ikeda Seihin czy Fudzijama Aiciro, prezes Izby Handlu i Przemysłu, mogłaby wszak protestować czy też podjąć odpowiednie kroki. Tymczasem milczy - i podporządkowuje się. A niezwykły casus floty wojennej i jej głównodowodzącego, otoczonego legendą Jamamota? W 1939 r. jako wiceminister marynarki starł się (co pozostało tajemnicą stanu) niezwykle gwałtownie ze swym ministrem resortowym admirałem Jonai Mitsumasą, przeciwstawiając się wysuniętemu przez armię żądaniu zawarcia paktu trzech. Jego życie znalazło się w niebezpieczeństwie; prawicowi ekstremiści zasypują go groźbami: on sam i jego zastępcy, dyskretnie uzbrojeni, muszą być pilnowani przez straż przyboczną. Po całej Japonii krąży ulotka, w której przyszłemu bohaterowi nie szczędzono epitetów „zdrajcy” i „narodowego bandyty”. W rok później Konoje akceptuje formułę sojuszu. Jamamoto, który tymczasem przestał pełnić funkcję wiceministra, oficjalnie nie ponosi wprawdzie żadnej odpowiedzialności za to posunięcie, niemniej mógłby przynajmniej zabrać głos, wyrazić sprzeciw. A jednak milczy. Mija kolejny rok i następuje kryzys w negocjacjach japońskoamerykańskich. Sztab floty i Ministerstwo Marynarki opowiadają się zdecydowanie przeciw wojnie. Znów rozgorzał, acz utrzymywany w dyskrecji, zacięty spór między Marynarką Wojenną a armią. Na polecenie admiralicji przeprowadzono dokładną analizę stanu zasobów wojennych pozostających w dyspozycji marynarki. Końcowe sprawozdanie zamyka wniosek, że flota wojenna może przetrzymać jedynie dwuletni konflikt zbrojny. Jamamoto idzie jeszcze dalej: w liście skierowanym do rządu uprzedza, że nie może wziąć na siebie odpowiedzialności za dowodzenie przez okres dłuższy niż półtora roku; dłuższy konflikt może prowadzić wyłącznie do katastrofy. Ta ocena opozycji nigdy jednak nie ujrzy światła dziennego. Przeciwnicy wojny lawirują i całą odpowiedzialność pozostawiają Konojemu. Dowódcy floty wojennej obawiają się bowiem, że ujawniając brak jedności, mogą sprowokować poruszenie opinii publicznej i spowodować poderwanie prestiżu Japonii w świecie, a wreszcie stracić autorytet wśród podwładnych - również marynarka hołubi własny klan młodych sfanatyzowanych oficerów. Sprawa kończy się więc podporządkowaniem się i przystąpieniem, choć bez entuzjazmu, do wojny. I wtedy właśnie jesteśmy świadkami paradoksalnej transformacji: admirał Jamamoto, przeciwnik Osi i zwolennik pokoju, staje się sprężyną agresji, którą dotychczas potępiał, zachowując powierzone mu niedawno naczelne dowództwo floty japońskiej. Wszystkich tych ludzi - od cesarza i jego ministrów, przywódców wielkiej i pomniejszej rangi po marynarzy i żołnierzy - znamionuje wspólny rys charakteru. Bardziej niż brak logiki, obcej ich umysłowości, zaznacza się u nich nade wszystko brak odwagi moralnej. I tu tkwi źródło wielu obiegowych nieporozumień na temat Japonii: pozbawiona odwagi moralnej, ma ona rozwiniętą w najwyższym stopniu odwagę fizyczną. Heroizm okrywa chwałą dzieje -jej dawnych wojen i cechować będzie również tę, która rozpocznie się 8 grudnia 1941 r. Militarystyczna Japonia zadowala się tą formą odwagi - innej wszak nie zna - wynosząc ją pod niebiosa i aż do znudzenia zalewając świat opowieściami o walecznych czynach swoich bohaterów.

Zadziwiająca dialektyka: ubóstwo odwagi moralnej i nadmiar odwagi fizycznej. Jednakże paradoks jest tylko pozorny: wynika on z prawa grupy, która unicestwia wszystko, co się jej przeciwstawia, a pobudza to, co jej służy. Odwaga moralna nie znajduje karmy duchowej w warunkach społecznych militarystycznej Japonii, które nie sprzyjają narodzinom wybitnych jednostek i nie dopuszczają do krystalizowania się indywidualności. Odwaga fizyczna przeciwnie: staje się czymś na kształt przemysłu narodowego, bowiem grupa wykorzystuje wszystko, łącznie z ofiarą życia, co tkwi w potulnym stadzie maszerującym pod jej rozkazami. Naznaczony nacjonalistycznym fanatyzmem naród-klan lęka się idei, lecz kultywuje instynkty, szczególnie tradycyjny japoński instynkt przemocy, który w pojęciu „bohaterstwo” pozwala przemieszać z sobą znaczenia: zabijać, zabijać siebie bądź zostać zabitym. Wreszcie pozwala rozdzielić - i tym militarystyczna Japonia przypomina hitlerowskie Niemcy moralność (a raczej amoralność) przywódców od moralności stada, od którego żąda się posłuchu i ślepej wiary. Atak na Pearl Harbour spotykał się już po wielekroć z potępieniem, wydaje się jednak, że nie dostrzegano głębokiego dramatu, jaki mu towarzyszył, stanowiąc znamię wojny na Pacyfiku: Japonia stała się przedmiotem kolosalnego oszustwa, wykorzystano bowiem cnoty całego narodu, wprzęgając je w służbę szaleństw przywódców. W motywach, które pchnęły Niemcy hitlerowskie do agresji, zawiera się znaczna doza cynizmu i nihilizmu. Naród japoński zaangażował się w wojnę z ładunkiem dobrej wiary, stawiając w służbę dla kraju całą swą odwagę fizyczną - jako swoisty sposób przejawiania się uczuć patriotycznych. Wskutek oszustwa, które stało się największą zbrodnią japońskich przywódców, cala ta wiara (przez nich tworzona i podsycana) posłużyła do zadania „ciosu nożem w plecy” - jednego z najstraszliwszych, jakie znała historia. Po Pearl Harbour udało mi się uzyskać kilka rewelacyjnych zwierzeń na temat atmosfery, w jakiej było przygotowywane to uderzenie. W ośrodku szkoleniowym zgrupowano kilkuset (około pięciuset lub nieco więcej) kadetów i młodych oficerów marynarki. Prawie wszyscy byli kawalerami w wieku 20-25 lat. Wiedzieli, że zostali wybrani jako najlepsi we flocie. Od razu rozpoczęły się ćwiczenia, jakie w owym czasie nie miały sobie równych w świecie. Najpierw ćwiczenia fizyczne, prowadzone z szaleńczą wręcz intensywnością: wyczerpująca gimnastyka, ognista szermierka japońska, marsze, pływanie, niebezpieczne skoki, dżudo lub dżiu-dżitsu, forsowne ćwiczenia siłowe. Następnie pełnienie straży na morzu, manewry lotniskowców, loty ćwiczebne, podczas których do podstawowych reguł obowiązujących młodych pilotów należało wykazanie brawurowej odwagi przy wyrzucaniu torped lotniczych, bombardowaniach nurkujących, ataku na statki-cele. Śmiertelne wypadki nie należały do rzadkości, lecz tego rodzaju śmierć uchodziła za równie chwalebną jak śmierć na polu walki. W szeregach powoli rozpowszechnia się pogłoska, że wszyscy uczestnicy zgrupowania stanowią grono wybrańców powołanych do wykonania wyjątkowego, ściśle tajnego i niezwykle zaszczytnego zadania. Oficerowie przebąkiwali o tym półsłówkami, rozpalając fanatyzm wśród słuchaczy przez odwoływanie się do cnót bohaterstwa i instynktów przemocy starej Japonii. Wreszcie pojawili się znani w całej flocie admirałowie, czyniąc aluzje do prawdopodobieństwa dokonania wiekopomnego czynu - misji świętej, lecz ryzykownej, od której będzie zależeć los narodu. Młodzi oficerowie z napiętymi nerwami chłonęli obietnicę złączenia na wieki swych nazwisk z tym zuchwałym przedsięwzięciem. Nie tajono, że każdy z nich miał nikłą szansę przeżycia, oni jednak czuli się już z góry wyniesieni obietnicą deifikacji, która w panteonie narodowym - świątyni Jasukuni - jest nagrodą dla dusz wojowników poległych za ojczyznę.

Latem 1941 r. wychowankowie otrzymują 48-godzinny urlop. Dotychczasowe miesiące ci młodzi ludzie przeżyli w ascetycznych warunkach mnichów z cel klasztornych, bez przepustek, bez rozrywek, bez kropli alkoholu. Teraz zaledwie dwie doby mogą spędzić wśród najbliższych, nie napomykając wszakże, że najpewniej jest to pożegnanie na zawsze. Zebrani ponownie w pobliżu Tokio, udają się grupami do świątyni cesarza Meidziego (Mutsuhita), twórcy nowoczesnej Japonii, obwołanego bogiem w pierwszym ćwierćwieczu XX wieku. Tam każdy z nich - składając pokłon przed ołtarzami z brązowego drewna pod wysokimi sosnami z różowymi puszkami na ofiary - w niemej modlitwie czyni dar ze swego życia. Nim nadszedł listopad, wyruszyli na okrętach w nieznanym kierunku... Dokładnie w trzy miesiące po Pearl Harbour, w pierwszym tygodniu marca 1942 r., cała prasa japońska podejmuje nagle sensacyjną sprawę, stanowiącą dramatyczny wstęp do relacji o japońskim uderzeniu. W długim obwieszczeniu ministra marynarki ujawniono nazwiska dziewięciu młodych oficerów i podoficerów marynarki, którzy na pokładzie słynnych „kieszonkowych łodzi podwodnych” (zwanych tu „flotyllą specjalną”) wzięli udział w ataku na Hawaje. Oficjalną wersję wydarzeń podaje raz po raz radio, krzyczą o nich pierwsze stronice gazet i plakaty rozlepione w miejscach publicznych, przez wiele dni komentarze zapełniają wszystkie środki propagandy. Podkreśla się bezustannie, jak dziewięciu śmiałków, których z góry złożono w ofierze, zdołało, pokonując tysiące niebezpieczeństw, nie tylko przeniknąć do wnętrza Portu Perłowego, nie tylko rankiem 8 grudnia 1941 r. dokonać ataku skoordynowanego z atakiem japońskiego lotnictwa, ale powtórzyć natarcie - tym razem zdani wyłącznie na siebie - wieczorem tego pamiętnego dnia. To właśnie jeden z owej dziewiątki wspaniałych - jak się zapewnia - zatopił pancernik „Arizona”. Meldunek z przeprowadzonej akcji przekazali następnie drogą radiową czuwającym na zewnątrz łodziom podwodnym o normalnym tonażu. A potem nastąpiła cisza. Nie dali więcej znaku życia - może zostali rozbici przez wroga, a może sami wysadzili się w powietrze, zgodnie z japońskim kodeksem honorowym, zabraniającym wojownikom dostać się żywcem w ręce wroga. Cały ten opis jest w szczegółach mglisty i nieścisły. Nie ma dokładnych danych co do liczby łodzi podwodnych: już na samym początku wojny komunikaty tokijskie przejęły coś ze stylu klasycznego malarstwa japońskiego - uprawiają sztukę mgły artystycznej i białej przestrzeni. O wiele później, po wojnie, Amerykanie zaprzeczą skuteczności ataku japońskich specjalnych łodzi podwodnych. Oświadczą nawet, że załoga jednej z nich (oficer i jego współtowarzysz) została wzięta do niewoli na przystani w Pearl Harbour w chwili, gdy próbowała opuścić łódź osiadłą na mieliźnie przy brzegu: miała to być ta sama jednostka, która o świcie 8 grudnia dokonała rekonesansu bazy morskiej w Pearl Harbour. Propagandzie japońskiej nieprecyzyjność oficjalnego komunikatu nie przynosi uszczerbku: nie ma znaczenia publiczne roztrząsanie tajników technicznych czy strategicznych - te są zazdrośnie strzeżone. Potrzebą chwili staje się - przy udziale ogromnej reklamy - wyniesienie na wyżyny poświęcenia dziewięciu bohaterów. Bohaterów? To zbyt enigmatyczne określenie. Nazwie się ich „bohaterami-bogami” - i to miano dzięki celnej propagandzie wejdzie wkrótce do potocznego języka i zespoli się odtąd z imionami wszystkich poległych w walce żołnierzy, marynarzy i lotników. Prasa publikuje fotografie dziewięciu oficerów, podaje informacje o ocenach uzyskanych przez nich w szkole morskiej, ogłasza wywiady z członkami ich rodzin i wypowiedzi ich nauczycieli szkolnych i instruktorów. Minister marynarki admirał Simada Sigetaro odwiedza w pewną niedzielę rodzinną wioskę jednego z poległych - majora Iwasy (awansowanego pośmiertnie o dwa stopnie). Prasa zamieszcza wzruszające opisy wizyty ministra u starych rodziców poległego. Na pamiątkowych

zdjęciach młody człowiek, zgięty na macie w niskim pokłonie, na czworakach wyraża im swój głęboki szacunek. Ojciec, koślawy chłop, Iwasa Naokitci, mówi: „Wszystko to syn zawdzięcza swej matce!” Stara jest zdumiona: czy kiedykolwiek słyszano, by japoński małżonek, a szczególnie jej własny mąż, chwalił wobec postronnych swą połowicę, która z zasady uchodzi w gronie bliźnich za „głupią małżonkę”? „Umiałam tylko szyć - protestuje - do niczego więcej się nie nadawałam!” A oto fragment listu majora Iwasy do dowódcy obozu szkoleniowego, pisany w przededniu wyprawy, z której - jak wiedział - nie będzie dane mu powrócić: „Jestem zażenowany i głęboko wdzięczny za wspaniałą szansę, jaką przede mną otwarto, gotów oddać za nią życie. Jestem Panu najpokorniej zobowiązany za Pańskie łaskawe i stałe wysiłki, które Pan podjął, aby wykształcić takiego głupca i tumana jak ja. Ocalenie rasy Jamato [starożytna nazwa Japonii] nakazuje zdobyć się na decydujące przedsięwzięcie i podjąć ofensywę. To Pańskiemu uniżonemu słudze raczono przyznać zaszczyt zadania pierwszego ciosu: czyż może być większa chwała? Jeśliby zaś w wykonywanej przez mnie misji znalazło się jakieś uchybienie, proszę usilnie mi wierzyć, że błąd ten będzie wynikał wyłącznie z mojej ograniczoności”. W prasie znalazły się także fragmenty pamiętnika 22-letniego porucznika Hiro. W pewnym miejscu pisze on: „Moi rodzice wierzą, że wyjechałem na wakacje - tak im powiedziałem przy pożegnaniu. Wybaczcie mi wszyscy moje błędy. Idę na śmierć za mój kraj, za naród. Może dowiecie się o tym kiedyś, a wtedy powiecie: «Ach, ten przeklęty łobuziak, przecież nie zmarnował szansy!»„ Po innych pozostały jedynie lakoniczne maksymy lub poematy o śmierci (chińskie hieroglify kaligrafowane starannie kilkoma śmiałymi pociągnięciami pędzla), jakie wojownik powinien stworzyć, nim zginie. Jako pamiątka po poruczniku Furuno zachowały się cztery sylaby: Cin Ju Ka Dan, co znaczy: „chłodna odwaga, drakońska decyzja”. Po Miro - jeszcze dewiza: „Służyć państwu przez siedem reinkarnacji”, co oznacza: „Narodzę się ponownie jeszcze siedem razy i siedem razy przyszły swój żywot zakończę poświęceniem w służbie ojczyzny”. Porucznik Furuno dedykuje ojcu taki poemat: Świeże kwiaty wiśni opadają z gałęzi bez żalu, gdy osiągną szczyt chwały... Ja - jak pękająca perła rozrzucę kości w Zatoce Perłowej. Zorza świeci radością naszego spotkania w świątyni Jasukuni! Cała ta szumna reklama wokół „bohaterów Pearl Harbour” wywiera na społeczeństwo japońskie głęboki wpływ. Kołom rządzącym chodzi o to, aby - siejąc pełną garścią kult bohaterstwa i poświęcenia - coraz zbierać nowy siew bohaterów. Wydatki na propagandę heroizmu zwracają się stokrotnie. Zapowiada ona „żywe bomby” i kamikadzów jutra, przygotowuje psychicznie do kampanii narodowego samobójstwa, które ukoronuje wojnę. Dzięki celności propagandy miliony ludzi zapragną wprowadzić w czyn tę pod niebiosa sławioną sztukę narodową: umiejętność śmierci za Japonię.

Nie tylko jednak koła polityczno-wojskowe są odpowiedzialne za to nadużycie zaufania poddanych i haniebne wykorzystywanie ich odwagi. Całe militarystyczne społeczeństwo japońskie, będące w tym spadkobiercą wielowiekowej tradycji, współdziała przez swego rodzaju deprecjację życia w kształtowaniu postawy gotowości śmierci. W cywilizacji zachodniej - wyrosłej na starożytnej i chrześcijańskiej nauce mądrości - istota ludzka jest wartością unikalną i nadrzędną. Człowiek Zachodu żyje pełnią życia tylko wtedy, gdy je rozumie i nadaje mu sens dobra absolutnego. Oddając je w darze, ma świadomość daru niezastąpionego. Co więcej, osobowość jednostki jest szczególnie cenna przez swój walor indywidualności i niezależności, wyróżniające ją od otoczenia, a nawet przeciwstawiające grupie, do której przynależy. Psychika Japończyków jest pod tym względem diametralnie odmienna. Wspomniano wyżej - i będzie jeszcze okazja wrócić do tej sprawy - że zbiorowość zaciera konsekwentnie kontury osobowości jednostki. Jest to nie tyle produkt totalitarnego reżymu militarystycznej Japonii, co trwała cecha cywilizacji Wschodu, której generalną tendencją jest roztopienie człowieka w otaczającym go świecie. Nie zadowalając się odebraniem jednostce jej indywidualności, odejmuje nadto życiu część jego wartości, subtelnie wszczepiając tak zubożonym istotom przekonanie, że wartość istnienia nie jest wartością bezwzględną. Jakież bowiem znaczenie ma ofiara życia, skoro może ono być zastąpione przez kolejne egzystencje? Czyż nie należy zatem przywiązywać szczególnej wagi do trwałości grupy, którą stawia się ponad wszystkim, i nieśmiertelności idei, w imię której grupa może żądać od jednostki ofiary z jej istnienia? Będąca w pełni ekspansji demograficznej Wielka Japonia szafuje życiem jednostki bez najmniejszych skrupułów; przyrost naturalny jest tu bardzo wysoki i każdego zmarłego zastępują liczni nowo narodzeni - życie istnieje w nadmiarze. Młody człowiek żeni się lub żeni go rodzina w wieku dwudziestu lat. W wieku bohaterskich czynów - mieszczącym się w granicach od dwudziestu do trzydziestu lat - jest już ojcem licznej gromadki swych następców. Japończyk przydaje niewiele znaczenia poszczególnym członkom swej grupy. Nieodzownym światem jako jego grupa podstawowa jest dlań rodzina, traktowana jako całość, a nie zbiór indywidualności (ta bowiem nie jest w cenie). Więzi osobiste i rodzinne nie odznaczają się tą bliskością i wymaganiami, niekiedy wręcz tyrańskimi, z jakimi spotykamy się na Zachodzie. Rodzinę cechuje większa zwartość, nie jest ona jednak zachłanna i nieraz niszczycielska, jak to bywa na Zachodzie, gdzie opiera się na miłości między poszczególnymi jednostkami. W przeciwieństwie do żołnierza francuskiego czy amerykańskiego żołnierz japoński nie ma przeświadczenia, że jego nieobecność, a nade wszystko jego śmierć uderza w najbliższych katastrofą materialną i uczuciową. Wielka rodzina japońska czuwa nad pozostawioną samotnie żoną, a zwłaszcza niezwykle troskliwą opieką otacza wdowę i osierocone dzieci. Opiekuje się nimi także państwo, a jeśli trzeba, ponosi koszty ich utrzymania. Najstarszy syn staje się po ojcu głową domu i wszystko toczy się dalej naturalną koleją - bez nieobecnego. Spośród wszystkich grup, które zawładnęły osobowością Japończyków, najbardziej zaborczą jest naród. Idea narodu, zubażając wartość egzystencji jednostki, czyni ją uległą. Jakie w zamian daje zadośćuczynienie jej dumie? Nacjonalizm. Dzięki Wielkiej Japonii - jakiż potężny czuje się każdy jej obywatel! Japonia wpaja mu przekonanie, że bez niej pozostałby marnym pyłkiem. Skoro więc krajowi przypadł los udziału w wojnie, dla każdego Japończyka - głoszą przywódcy polityczni - lepsza jest śmierć niż klęska, bowiem życie w pokonanej i martwej ojczyźnie jest życiem w próżni. Ta idea będzie inspirowała w przededniu kapitulacji kampanię na rzecz narodowego samobójstwa. A jeśli zdarzy się przegrana w bitwie? Dla żołnierza japońskiego lepiej zginąć, niż dostać się do niewoli. Kodeks honorowy wymaga od jeńca popełnienia samobójstwa, po cóż mu bowiem pozostawać przy

życiu, skoro będzie wiódł żywot wśród wrogów? Jak przy tym japoński jeniec mógłby zachować jakiekolwiek poczucie własnej godności, skoro wypływa ona z przynależności do grupy, a nie z jego istoty wewnętrznej, z jego - jakże chwiejnej i słabej - osobowości? W tej deprecjacji wartości życia ma swój udział również religia. Dla człowieka Zachodu śmierć jest ostatecznością. Nawet ateiści wierzą w budzącą przerażenie przyszłość - w niebyt. Tracąc życie, traci się wszystko. Wobec tej świadomości nawet trudy i nędza ludzkiego bytowania nabierają wartości. Dla Japończyka śmierć nie stanowi zagadki w obliczu nieznanej, a napawającej lękiem przyszłości: jest to raczej zwrot ku przeszłości. Japończyk, który odchodzi pierwszy jako awangarda żyjących, nie czuje się samotny w tajemnych mrokach otchłani. Odnajduje całą przeszłość i bliskich mu zmarłych. Kroczy szeroką drogą tysięcy swych przodków, podążając za nimi. Ściśle splecione w japońskich wierzeniach sintoizm i buddyzm opierają się na codziennym kontakcie żywych ze zmarłymi; pamięć o tych, którzy opuścili ziemię, nie wymaga uciążliwych wysiłków, zamieszkują bowiem tuż obok - w ołtarzu przodków zawieszonym nad stołem do pracy lub nad stołem, przy którym rodzina spożywa posiłki. Buddyzm w swej wersji ludowej niesie jeszcze głębszą pociechę: oto bohaterska śmierć zapewnia cały ciąg reinkarnacji, stanowiąc obietnicą życia bardziej wzniosłego w hierarchicznej drabinie istot i żywotów. Państwo przechwyciło na swoją korzyść tę gotowość śmierci. Ponad sintoizmem, religią animistyczną i prymitywną, skleciło coś w rodzaju świeckiej religii na użytek narodu, wyposażonej w obywatelski i patriotyczny kult osoby cesarza. Ukoronowaniem ślepego oddania osobie cesarza jest śmierć wyznawców. Daje ona rękojmię nieśmiertelności bohaterom, którzy składają w ofierze życie. Stają się bogami chroniącymi Japonię - nowymi współczesnymi bogami, zastępującymi dawne duchy opiekuńcze zamieszkujące spokojne ustronia skał i lasów. Bohaterowie-bogowie wojny mają swą siedzibę w Tokio. Ich dusze - jak w relikwiarzu - „pozostają na zawsze w świątyni” w patriotycznym panteonie Jasukuni na wzgórzu Kudanu, codziennie odwiedzane przez tysiące rodaków, proszących o pomoc i przyrzekających pójść w ślady nieśmiertelnych.

4. Tokio się bawi
Dnia 10 grudnia 1941 r. „Radio Tokio” obwieszcza po południu o storpedowaniu na wschód od Suezu dwóch najpotężniejszych angielskich okrętów wojennych. Chluba floty brytyjskiej, najnowocześniejszy, o wyporności 35 tys. ton pancernik „Prince of Wales” wypłynął z Singapuru wraz z krążownikiem „Repulse” (wyporność 32 tys. ton), zapuszczając się bez osłony powietrznej na wody Zatoki Syjamskiej w nadziei przechwycenia japońskich konwojów morskich między Indochinami a bazami na Półwyspie Malajskim. Rozpoznane przez łódź podwodną, która zasygnalizowała ich obecność, zostały w samo południe kilkakrotnie zaatakowane przez fale samolotów torpedowców japońskiego lotnictwa morskiego, które - dając dowód bezprzykładnej odwagi - posłały je na dno po niespełna dwóch godzinach bitwy. Tak więc w dwa dni po Pearl Harbour nieprawdopodobną klęskę poniosła flota brytyjska. Ten nowy cios jeszcze bardziej niż klęska Ameryki wydawał się stawiać pod znakiem zapytania wartość floty pancernej, zagrożonej odtąd śmiertelnie przez torpedy lotnicze.

W entuzjazmie panującym w Tokio zwraca uwagę szczególne uczucie: ulga. Zwycięstwo pierwszego dnia nie pozostało sukcesem bez jutra; zacierają się ostatnie ślady niepokoju ranka 8 grudnia. Japońska duma wzbiera podwójną satysfakcją: z afrontu uczynionego marynarce brytyjskiej, uważanej za znacznie groźniejszą od amerykańskiej, oraz ze skuteczności ciosu - tu już satysfakcja miesza się ze skrywaną radością - zadanego wrogowi, który tym razem nie może się tłumaczyć zaskoczeniem. Po sukcesach marynarki następują niebawem sukcesy armii lądowej, sprzyjające wytworzeniu się w pierwszych tygodniach wojny atmosfery „nawyku” zwycięstw. Kapituluje Hongkong, bastion imperializmu brytyjskiego w Chinach. W grudniu 1941 r. pod okupacją wojsk cesarskich znalazły się Filipiny, stając się drugim archipelagiem japońskim - na szerokości geograficznej Indochin. Poddała się Tajlandia. Półwysep Malajski, który miał być przedmurzem chroniącym azjatyckie imperium białych, okazał się korytarzem umożliwiającym dostąp do ich najważniejszej wojskowej i morskiej fortecy: Singapuru. Społeczeństwu japońskiemu wystarcza miesiąc, aby wystawić białym cenzurką: wobec japońskich wojowników zasługują jedynie na pogardę jako marni żołnierze i nieudolni dowódcy. Dzienniki porównują „wojną błyskawiczną” na Pacyfiku z europejskim Blitzkriegiem i wyprowadzają wniosek, że Japonia nie musi już zazdrościć sukcesów Hitlerowi. Po raz pierwszy od 1905 r. najlepsi żołnierze Azji spotykają się na polu bitwy z wojskami białych - i bez trudu je pokonują. Aby dobitniej podkreślić „automatyczny” niejako charakter japońskich zwycięstw, propaganda zręcznie stwarza pozory zbieżności pewnych zjawisk: powiadamia o każdym nowym zwycięstwie w dzień świąteczny. W dawnych wiekach wojownicy japońscy kultywowali zwyczaj rozpoczynania walki wyłącznie w dniach wyznaczonych przez kalendarz księżycowy i oficjalną astrologię, co stanowiło dobrą wróżbę. Zmotoryzowani potomkowie samurajów, posługując się swoistą „astrologią na opak”, dbają o to, aby „dostosować” swe zwycięstwa do świątecznych dni współczesnego kalendarza. Postarają się, aby upadek Hongkongu nastąpił 25 grudnia 1941 r. - wręczą krajowi „prezent gwiazdkowy”. 1 stycznia 1942 r. obwieszczą, że przerwano obronę Manili, chociaż na meldunek o całkowitym zajęciu miasta trzeba było poczekać jeszcze dwa dni. 11 lutego w Japonii obchodzi się uroczyście największe święto narodowe Kigensetsu - rocznicę proklamowania cesarstwa. W oczekiwaniu owego dnia cały kraj namiętnie śledzi inwazją na Półwyspie Malajskim, utworzenie przyczółka na wyspie Singapur i marsz ku miastu. Ułatwia to zalew map, dostępnych dosłownie wszędzie: na łamach gazet, na murach, tablicach, afiszach, w witrynach, halach redakcji wielkich dzienników. Dowództwo przyspiesza harmonogram operacji, armia japońska zdobywa się na szaleńczy wysiłek i 11 lutego około godz. 23.00 „Radio Tokio” uroczyście obwieszcza podpisanie kapitulacji przez brytyjskiego głównodowodzącego sir Arthura Percivala, który to akt miał miejsce o godz. 19.30. Nowym zwycięstwem należało obowiązkowo powitać kolejne święto kalendarzowe - dzień armii, rocznicę japońskiego zwycięstwa nad wojskami rosyjskimi pod Mukdenem w 1905 r. W tym celu utrzymuje się w tajemnicy fakt kapitulacji Indii Holenderskich, która nastąpiła 5 marca 1942 r., by dopiero po pięciu dniach - 10 marca - móc hucznie uczcić kolejny triumf armii cesarskiej. Tak oto kalendarz przyczynia się do japońskich zwycięstw... W czasach pokoju stanowił on sukcesję świąt naiwnych i ukwieconych. Były święta wiśni, święta lalek, święta świetlików, święto jesiennych klonów - dziś programuje wojskowe święta narodowe. W oznaczonych dniach we wszystkich miastach olbrzymie tłumy spieszą na uroczystości oficjalne bądź zapełniają sanktuaria sintoizmu - narodowej religii. Każdy dach, każdą bez wyjątku bramę przystraja flaga Wschodzącego Słońca.

Rojny tłum zalewa Tokio, ludzka fala zalega dojścia do świątyni Meidziego, wpada do świętych ogrodów o ciemnoelizejskiej zieleni, faluje na półkolistym moście, rozpryskując się pod wyciosanymi w olbrzymich cedrach portykami, łamie w milionie pokłonów przed świętym przybytkiem. Zwarte gromady prą ku pałacowi cesarskiemu w centrum stolicy. Ogromna esplanada, zbudowana na pustym stoku dla trzymania miasta w przykładnej odległości od świętego miejsca, kończy się u brzegu wypełnionej wodą fosy otaczającej pałac cesarski. Za nim gęsta zasłona z sosen o poskręcanych konarach, z której wyrasta biała wieża obserwacyjna o dziwacznych dachach, wznosząca się ponad mostem zwieńczonym ciężką feudalną bramą - drugie namacalne sanktuarium Japonii. Tu koncentrują się strumyczki milionów hołdów narodowego kultu. Pojedynczo, grupami, w pochodach, całymi rodzinami - mężczyźni w na wpół wojskowych ubiorach koloru khaki, kobiety w różnokolorowych kimonach i setki dzieci - od rana do wieczora płyną tłumy, pragnąc złożyć pokłon przed pałacem cesarskim. Chwila skupienia na skraju zielonego rowu, uniżony, milczący pokłon w kierunku Tego, który przebywa gdzieś poza wałami i ciemną zasłoną drzew: nic więcej - iw tym właśnie mieści się najświętszy rytuał japońskiego kultu biernego posłuszeństwa. Stare upodobanie Japończyków do pokłonów i wrodzona im skłonność do płaszczenia się przed przełożonymi przybrały w owych tygodniach pierwszych zwycięstw formę namiętności. A może tylko narodowej manii? - gesty bowiem są powtarzane bez zapału i bez radości. Nagły pokłon, przy którym załamuje się marynarka lub kimono, odgłos przypominający mechanizm wyprostowujący kukiełkę - lekki szelest śliny między zębami, tak jakby przy wyprostowaniu cała sylwetka ponownie napełniała się powietrzem, utraconym przy pokłonie - ta automatyczna operacja powtarza się każdego dnia, w każdym miejscu, o każdej porze i przy każdej okazji. Gdy przejeżdża się przez Tokio tramwajem lub pociągiem, można obserwować, jak w różnych punktach miasta pasażerowie, wierni narodowemu nawykowi, z nagła powstają i nie ruszając się z miejsc, oddają nieodzowny pokłon: w stronę dzielnicy Sibuja, gdyż widać stamtąd bramy świątyni Meidziego; w dzielnicy Jojogi, bowiem pociąg przebiega w odległości 500 m od świątyni na Kudanie z panteonem Jasukuni; na wysokości tokijskiego dworca centralnego, ponieważ jest się na linii pałacu, przed Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, gdyż pałac cesarski znajduje się w pobliżu. Od pokłonów rozpoczyna się każdy spektakl teatralny i cała sala tym samym ruchem pochyla się ku kątowi ściany wskazującemu kierunek pałacu; pokłony składa się przed pociągiem z żołnierzami udającymi się lub powracającymi z urlopu; pokłony współrodaków towarzyszą rannemu żołnierzowi w białym kimonie; pokłonami żegna się rekrutów tłumnie odprowadzanych przez rodziny; w pokłonie oczekuje się żołnierzy wiozących z frontu urny z prochami poległych. Pokłonem oddaje się cześć świątyniom poświęconym bogom - wielkim ludziom, jak generał Nogi i admirał Togo9; w pokłonie zgina się Japończyk przed sanktuarium Hacimana, boga wojny, a także przed każdą napotkaną świątynią, której mały bożek jest zaopatrywany przez dobrych ludzi z okolicy w warzywa, bardzo użyteczne dla duchownych. Pokłon przynależy też wizerunkowi boga dobrych urodzajów, drogiego kupcom, i ołtarzowi lisa, dobrego ducha pól, którego czczą chłopi, przesądne kobiety i gejsze. Odczucie zbiorowej diuny w momentach euforycznych zwycięstw militarnych tych pamiętnych miesięcy staje się dla Japończyków przełomem. Wydaje się, że te miliony nieustannie poniżanych

9

General Nogi Maresuka i admirał Togo Heihaciro przełamali w grudniu 1904 r. obronę rosyjskiej twierdzy Port Artur; Nogi zadał nadto klęskę armii carskiej pod Mukdenem (1905), a Togo rozbił flotę rosyjską pod Cuszimą (1905) - przyp. tłum.

istot znajdują wreszcie zadośćuczynienie w ogarniającym je masowym poczuciu pychy rasowej. Potężny kompleks niższości, tak długo dręczący Japonię, osiąga obecnie rewanż. Jest to pomsta za wszystkie jej słabości, przeszkody, ciosy tak często zadawane jej ambicjom, odprawy, z jaką spotykała się jej niecierpliwość, gdy pragnęła szybciej rozwijać się, nadawać kierunek, odnosić sukcesy. Był to kompleks niższości narodu-pustelnika, który nie umiał włączyć się w problemy światowe i który bardziej chroniony od nieprzyjaciół przez morza niż jakikolwiek inny kraj przez swoje granice - żył w obawie przed inwazją w większym strachu niż inni. Japonia z opóźnieniem zetknęła się z cywilizacją zachodnią, nie wiedząc nic o odległych krajach, a tak ogromną pałając chęcią, by wiedzieć o wszystkim. Wobec ludzi Zachodu Japończycy długo powstrzymywali gniewną pasję, połykali urazy i tajoną zawiść i w swej dumie nigdy nie przestawali czuć się poniewierani przez białych. Uczucie to dochodziło do głosu nie tylko wtedy, gdy przybysze zza morza okazywali arogancję, ale i wtedy, gdy byli sobą - zbyt ekspansywni w działaniu i zbyt błyskotliwi, by ludzie Wschodu mogli za nimi nadążyć. Z nielicznymi wyjątkami biali nigdy nie umieli rozmawiać z Japończykami: ich postawa zawsze drażniła i irytowała mieszkańców Kraju Wschodzącego Słońca. Spotkanie obu ras, białej i azjatyckiej, prawie zawszę ujawniało ofensywność charakteru i wyższość umysłową pierwszej, gdy druga zdradzała nieporadność intelektualną, strach przed abstrakcyjną dyskusją, opóźnienie wobec dokonań postępu na świecie. Między sobą a białym, którego nie potrafi do końca zrozumieć, którego reakcji nie jest w stanie przewidzieć i którego słowo nigdy nie daje mu pewności, gdyż zawiera trudny do wykrycia element paradoksu, humoru lub bluffu - Japończyk ustawił barierę ochronną w postaci swych utajonych sił, jakimi stały się milczenie, upór, zmysł kolektywnego działania i cierpliwa potęga ilości. W swej nieporadności wierzy teraz, że zwycięstwo nad cwaniakiem zawdzięcza swym chłopskim zaletom, na które składają się: posłuszeństwo w pracy, przebiegłość, jedność grupy. I tak nabiera zaufania do własnej osoby, co więcej: utwierdza się w słuszności pielęgnowanego tradycją narodowego przeświadczenia, że mimo chwilowych niepowodzeń w ostatecznym rachunku pozostanie niezwyciężony. Japonia zdaje się nie dostrzegać, że owa niezwyciężoność - to tylko jeden z mitów wpajanych jej sugestywnie przez przywódców. Istotnie - w swej starożytnej historii nigdy nie została pokonana, ale czyż nie z racji oceanicznej izolacji i z braku okazji do wojowania? Za to u progu swych dziejów nowożytnych czyż nie została pokonana i zagarnięta? W połowie minionego stulecia w obliczu armat komodora Mathew Calbraitha Perry’ego10 nawet nie próbowała walczyć - po prostu skapitulowała. Ten naród lekkoduchów z aplauzem przystaje na dokonania, nie starcza mu jednak wyobraźni, by przewidzieć przyszłość. Po co zresztą miałby zaprzątać sobie uwagę troską o przyszłość, skoro nie ma po temu ani możliwości, ani prawa: jest to domena zastrzeżona dla tajnych planów sztabów i mądrości przywódców. Lud ma prawo do swego małego codziennego życia i do dumy - bez żadnych obrazoburczych myśli - z sukcesów Japonii. W Tokio roku 1942 żyje się przyjemnie. Japonię ogarnął szał zabaw. Po psychologicznym szoku pierwszych tygodni wojny następuje dzięki odniesionym zwycięstwom okres radosnego odprężenia. Nerwowość i wybuch napięcia z roku 1941 ustępują miejsca beztroskiej wesołości i upodobaniu do zabaw, skrywanych pod maską powagi tylko wtedy, gdy trzeba okazać wobec władzy marsowe
10

Dowódca amerykańskiej eskadry „czarnych okrętów”, których obecność (po raz pierwszy w 1852 r.) w rejonie Zatoki Tokijskiej zmusiła Japonię do rezygnacji z dwuwiekowej polityki izolacji i podpisania (1854) układu ze Stanami Zjednoczonymi (otwarcie portów Sinoda i Hakodate oraz zezwolenie na wjazd cudzoziemców na wyspy japońskie); podobne układy zawarto niebawem z Anglią, Rosją, Holandią i Francją - przyp. tłum.

i zdyscyplinowane oblicze. Bez znaczenia są nawet coraz wyraźniej pojawiające się symptomy przyszłych niepowodzeń. Inflacja wyzwala czarny rynek i sprzyja rozkwitowi miejsc potajemnych uciech i dochodom z nielegalnych źródeł. Jakże odbiega ten obraz kraju od wizerunku, jaki tak długo rozpowszechniała propaganda japońska, a nawet autorzy zagraniczni! Jakże dystyngowanie, bez zmazy jawiła się ta Japonia z książek! Wszystko w niej było samym pięknem, wyrafinowaniem, dobrym smakiem i dobrymi manierami. Niestety! Owa piękna japońszczyzna, jeśli nawet kwitła niekiedy wśród żyjących w izolacji klas wyższych, została teraz wymieciona przez Japonię ludową, o której autorzy zapominali wspomnieć. Skądinąd z Krajem Wschodzącego Słońca wiązały się zawsze przedziwne nieporozumienia. Na użytek zewnętrzny malowano go w barwach pastelowych, dzięki czemu w wyobraźni Europejczyka występował jako twór wdzięczny i delikatny, tymczasem tamtejszy tłum jest w swej masie hałaśliwy, bezładny i wybuchowy, a gdy sobie popuści, zatraca wszelki umiar. W tokijskie wieczory osiąga szczyt wschodni kiermasz - wielkie święto publiczne. Noc należy wyłącznie do mężczyzn, kobiety pozostają w domu. Program minimum dla tysięcy mężczyzn wypuszczających się na birbantkę z zapadnięciem zmroku - dobrze zjeść i tęgo popić, W wąskich uliczkach, które z powodu wojennego zaciemnienia toną w półmroku, restauracyjni goście już od ósmej wieczór są niemal wszyscy pijani lub mocno podchmieleni. Zataczają się, nieskładnie wywrzaskują patriotyczne ody i wloką się od baru do baru, powłócząc drewnianymi sandałami i wykrzywionymi chodakami. To szokujące obcych miasto nie zadowala się, jak inne stolice, trzema-czterema dzielnicami nocnego życia: ono ma ich dobrą trzydziestkę. Pulsują gwarem dzielnice, gdzie się je i pije; ruch panuje w dzielnicach kin i teatrów, uszeregowanych przy sobie na całej długości ulic przeznaczonych wyłącznie dla pieszych. W innych rozbłyskują światła niezliczonych barów i kawiarń w malusieńkich domkach; co krok wyrasta herbaciarnia, do której zdążają gejsze w rykszach. Wiele dzielnic to głównie „dzielnice gejsz”, inne - to dzielnice prostytucji. Szukająca rozrywki arystokracja spędza noce w Tsukidzi, między portem a miastem, gdzie wzdłuż kanałów mieszczą się domy najsławniejszych gejsz i najdroższe restauracje. Wyżsi urzędnicy lubią Akasakę w pobliżu wzgórza Sanno zwieńczonego gmachem parlamentu. Miłośników sentymentalnego nastroju przyciąga Sumida - zwana Tamizą Wschodu: zakochani upajają się blaskiem księżyca ponad dekoracyjnym tłem płynącej dołem rzeki. Na całej swej przestrzeni miasto hojnie szafuje miejscami rozrywki, gdzie co wieczór świętuje się ostatnie japońskie zwycięstwa. Rozłożona wysoko na wzgórzu Kagurasaka zaprasza do miniaturowej oberży z wielkimi latarniami w stylu japońskim, gejszai („domów gejsz”), tłoczących się w labiryncie uliczek wokół starej świątyni, i olbrzymich restauracji, które upodobali sobie oficerowie z pobliskiej Szkoły Wojennej. W Kandzie studenci popijają za 3 jeny w barach rozsypanych po małych zaułkach za księgarniami; w Jotsuji dzielnica gejsz przycupnęła kołem na terenie osuszonego dziś stawu; w Dziubanie dawni służący cudzoziemców otworzyli tajne domy gry; Ueno, Simbasi, Sinagawę chętnie odwiedzają mieszkańcy podmiejskich okolic, zabawiając się w pobliżu dworca, by stąd łatwo wrócić do domów. Tokio ma swe bieguny atrakcji i rozrywek. Z jednej strony Ginza, elegancka dzielnica bulwarów w centrum, wciąga w mroczne wnętrza prawie 500 nowoczesnych intymnych barów z bar-girls, które usługują klientom ze wschodnim wyrafinowaniem, pozwalając na określoną dozę „poufałości”. Z drugiej - Asaksa, tani raj dla prowincjuszy i chłopów, ostoja wiekowego ducha malkontenctwa

tropionego przez policję. Na scenach oper „za cztery grosze” można posłuchać gawędziarza, który w swoich historyjkach przemyślnie przemyca aluzję złorzeczącą rządowi. Niekiedy samuraj z farsy wyciągnie spod kimona harmonię, by zagrać jazzową melodię. Ma również Tokio swoje satelitarne dzielnice uciech rozrzucone na obwodzie miasta. W Sibuji w plątaninie białych i różowych z odcieniem malwy uliczek obsadzonych wierzbami płaczącymi - dekoracja jak z filmów René Claira roi się od mikroskopijnych kawiarenek, gdzie bar-girls nabierają manier Marie Laurencin11. W Sindziuku na tyłach olbrzymich kin przycupnęły niezliczone piwiarnie i podejrzane restauracje; obok „Moulin Rouge”, gdzie policja jeszcze toleruje cokolwiek roznegliżowane „rewie”, wchłaniają klientów domy w stylu niemieckim, wtłoczone w ciasne ulice królestwa prostytutek. W Omori, nad błotnistym brzegiem Zatoki Tokijskiej, mieszczą się popularne restauracje, w Ikebukuro - karczmy dla artystów i biedaków bez jena przy duszy. Nie sposób wreszcie nie wspomnieć o Josiwarze, słynnej na całym Wschodzie dzielnicy prostytutek, starej jak samo Tokio, opisywanej przez Rudyarda Kiplinga, czy też znajdujących się jeszcze dalej, niedostępnych dla niewtajemniczonych, „tanich piekłach stolicy”: Tamanoi, Kameido - potwornych rojowiskach sprzedajnej miłości. W dusznych ciemnych uliczkach, gdzie ledwo może się minąć dwóch przechodniów, przepycha się upiorny tłum mężczyzn. W milczeniu mijają ściśnięte w szeregu niskie, nieco cofnięte drzwi; w każdych - jaskrawo oświetlony w ciemną noc kwadratowy otwór, niby niewielki ekran, gdzie na jedwabnym czerwonozłotym tle jaśnieje dziewczęca twarz. Młoda i często ładna, uśmiecha się, przywołuje, a gdy jakaś sylwetka zatrzyma się na jej wymuszony uśmiech, uchyli na moment drzwi przed godzinowym kochankiem. W owych miesiącach 1942 r., kiedy w aprowizacji zaczynają się wyraźnie odczuwalne graniczenia, jedzenie i picie należą do najbardziej poszukiwanych przyjemności. W centrum Tokio, w Ginzie i w Nihombasi, prosperują setki japońskich restauracji. W nich podaje się wyszukane delicje z połowów morskich, złociste pączki langusty i ryby zwanej tempura, małże i jeże morskie, perłowe paszteciki z surowej dorady, moczonej w pachnącym macierzanką occie sojowym, rybę fugu, inaczej zwaną rybą-księżycem, wyrafinowany rarytas smakoszy i postrach profanów, bowiem jej żółć zawiera truciznę o piorunującym działaniu, którą umieją usunąć tylko wysoce wyspecjalizowani kucharze. W przytulnych niskich salach o ścianach wyłożonych białym drewnem mężczyźni zajmują miejsca na wiejskich ławach ustawionych wokół ciężkich stołów, wyciosanych z połowy pnia, natomiast na piętrze siedzi się w kucki na słomianych matach w małych japońskich pokoikach z otynkowanymi ścianami i papierowymi zasłonami, gdzie rozsuwane drzwi rozpylają złociste światło. Złocisty jest również kolor sake, wódki ryżowej, którą pija się ze zdradliwie maleńkich filiżaneczek. Japończycy nie zdobyli „nawyku” alkoholowego: twarze biesiadników szybko czerwienieją, nabierając koloru serwowanego im kraba, który wala się po porcelanowych miskach. Protokół i hierarchiczne rozmieszczenie gości, obowiązujące na początku biesiady, wywracają hałaśliwe kampei („do dna!”) toasty, przy których wszyscy muszą pokazać, że dno jest suche, i ponownie napełnić filiżaneczki. Jest to pora zabawnych historyjek o wojnie i wymiany poufnych informacji na temat minionych i przyszłych zwycięstw. Snuje się opowieść, jak atakując pancernik „Prince of Wales”, bohaterscy lotnicy japońscy mimo szatańskiej obrony przeciwlotniczej wpakowali w jego kadłub 18 torped. Czym wobec takiego wyczynu mogą się chlubić słynne asy Luftwaffe i lotnicy Mussoliniego? A oto ostatnie echa bitwy o Singapur. Wojska brytyjskie poddały się w liczbie około stu tysięcy żołnierzy; aktualności
11

Malarka francuska (1885-1956), której stylizowane portrety kobiece cechuje subtelność linii i jasna gama barw – przyp. tłum.

filmowe pokazują tłumy rozbrojonych jeńców; wielu z nich to Hindusi. Opowiada się, jak w przededniu lądowania Japończyków na wyspie przed bar „Raffle’s Hotel” oficerowie brytyjscy zajeżdżali samochodami wprost z frontu na swą codzienną szklanką whisky, zapewniając, że Japom nigdy nie uda się przeprawić przez cieśninę. I wreszcie Pearl Harbour! Wydarzenia 8 grudnia wciąż nie przestają być przedmiotem rozmów. Cała Japonia powtarza za majorem Hiraidem z admiralicji zabawną historyjkę o samolotach torpedujących, które rozpoczęły natarcie o godz. 6.00, gdyż wywiad japoński był doskonale poinformowany, że służba nasłuchowa obrony przeciwlotniczej na Hawajach wstaje w niedzielę punktualnie o godz. 7.00. Jak podkreślał Hiraide, „nieprzypadkowo cios zadaliśmy w niedzielę: od dziesięciu lat pilnie obserwujemy, jak amerykańska marynarka spędza weekendy”. Ludzie przekazują sobie nawzajem nieprawdopodobne wręcz relacje o walkach w malajskiej dżungli; opowiadają o iście olimpijskim rekordzie japońskich pływaków, którzy - jak podało radio - rzuciwszy się nago do morza między Hongkongiem a chińskim wybrzeżem, rozbroili nieprzyjacielskie miny, aby otworzyć kanał portowy atakującym jednostkom japońskim. Ośmiesza się generała Mac Arthura, którego przed wojną prasa amerykańska nazwała „naszym generałem za 50 tys. dolarów” (tyle wynosiło jego bajecznie wysokie roczne uposażenie). Postąpił on - jak podkreślają gazety japońskie wbrew kodeksowi wojownika: uszedł z Filipin do Australii, a czyż jego obowiązkiem nie była honorowa śmierć, którą wybrałby każdy z generałów armii Wschodzącego Słońca? Oto obraz rozrywek i zabaw Japończyków w Tokio i innych miastach. Naród tym radośniej poddaje się euforii pierwszych zwycięstw, że według własnego osądu nic nie plami jego sumienia. Dziesięć lat tendencyjnych informacji i urzędowa tajemnica wpoiły mu przekonanie, że Japonia zawsze przystępowała do wojny dopiero wobec konieczności obrony własnej: w Mandżurii - aby uchronić Azję przed „czerwonym niebezpieczeństwem”, w Chinach - aby okiełznać złego Czang Kaj-szeka, w Pearl Harbour - dla ratowania cesarstwa duszonego przez anglosaski imperializm. Czy w głębi duszy poddani cesarza wierzą tym argumentom? Aby dać upust wątpliwościom, musieliby najpierw spróbować dotrzeć do sedna tych spraw. Ich charakter cechuje jednak „nominalizm” - skłonność do zadowalania się oceną formalnej strony zjawisk, bez analizy ich istoty. Przyjmą więc za prawdziwe wszystko, co oficjalne. Hasła nie wywołują dyskusji. Bezkrytyczny szacunek otacza każdego przełożonego - od cesarza po policjanta czuwającego na rogu ulicy. Podobnie jak król Anglii nie może popełniać czynów nagannych, tak państwo japońskie nie może się mylić. Ta postawa wydaje się z pozoru zbliżona do postawy Niemców z okresu Trzeciej Rzeszy, w rzeczywistości jednak wywodzi się ze wschodniej, a szczególnie z japońskiej tradycji. Japonia przynależy do cywilizacji rytuału, która narzuciła model zewnętrznych form głębokich uczuć, troszcząc się o ich estetykę, a nie o wartość moralną. Sztywny system gestów ciała zastąpił reakcję serca. Niech więc poddani wykonują wymagane gesty posłuszeństwa, pobożności, lojalizmu i wówczas będą uznani za dobrych poddanych, państwo nie wnika natomiast w prawdziwy stan ich świadomości. Przywódcy polityczni nie zaprzątają sobie tym uwagi: wystarczy im wiara społeczeństwa manifestowana, w oficjalnym rytuale - formalny dowód afirmacji. Japonia kultywuje nadto cywilizację znaków, która wartość idei zawiera w słowie bądź w malowanym pędzelkiem ideogramie. Japoński system nauczania, oparty na odczytywaniu chińskich hieroglifów, został zahipnotyzowany przez znak graficzny, nie uwzględniając idei. Japończyk widzi tylko znak i nie sięga w refleksji do ukrytego za nim abstrakcyjnego pojęcia. W ten sposób pada ofiarą gadulstwa bardziej podstępnego niż nasze - nie jest ono bowiem werbalne, lecz wizualne - i przyjmuje za ciąg wielkich i pięknych idei coś, co jest tylko celowym uszeregowaniem znaków graficznych. Jego

nieporadny język, splątany zapożyczonym pismem, nieprecyzyjny w formach gramatycznych, nielogiczny i skomplikowany składniowo, stanowi najgorsze z możliwych narzędzi abstrakcyjnego myślenia. Wszystko to czyni z Japończyków owej militarystycznej epoki naród szczególnie skłonny do zadowalania się słowami i zbywania nimi innych. Przywódcy - elita stojąca ponad tłumem, mistrzowie narodowych rytuałów i inicjatorzy oficjalnych formułek - długo i konsekwentnie pielęgnowali skłonność ludu do posłuszeństwa. Zachowując przywilej wyższego wykształcenia dla klas panujących, czuwali, by lud otrzymywał powszechne wykształcenie podstawowe. Nauczyli wszystkich czytać, ale nie nauczyli myśleć. Poddani powinni umieć tyle, ile potrzeba; wystarczy sztuka czytania i wiara w nakreślony znak. Wpajano w tłumy narodowe legendy, odświeżono stare wierzenia rasy: o boskim pochodzeniu ludu japońskiego, świętej naturze Syna Nieba itp., by wprząc je w służbę imperialnych zamysłów politycznych. W przeciwieństwie do hitleryzmu, w którym polityka stała się religią, przekształcono starą religię sintoistyczną w system polityczny. Sceptyczni z racji poczucia własnej wyższości przywódcy sami wystrzegają się wierzenia w rozpowszechniane legendy. Popełniając grzech przeciwko rozumowi, wystawili bezprecedensowy rachunek sobie samym i tak okrutnie oszukiwanemu ludowi. Późniejsze apokaliptyczne cierpienia Japonii staną się karą za ów brak nadrzędnej cnoty rozsądku i poczucia prawdy. W równym stopniu jak u elity rządzącej brak odwagi moralnej przejawia się także wśród mas. Znamiennym tego dowodem jest początkowy, zwycięski okres wojny na Pacyfiku, kiedy to dokonuje się nagła transformacja postaw społecznych i identyfikacja z militaryzmem nawet tych kręgów opinii publicznej, które przez całe pięciolecie 1936-1941 usiłowały stawić mu tamę - póki nie ucieleśnił on japońskiego snu o potędze. Gdy armia wzięła górę, cała rzesza szczerych dotychczas zwolenników pokoju z lekkim sercem godzi się na wojnę. Pomiędzy nimi znaleźli się przedstawiciele liberalnej burżuazji, intelektualiści, ludzie interesu ukształtowani w szkole handlu międzynarodowego. Ten zwrot w skali ogólnonarodowej o 180° przypomina „przenicowanie marynarki”. Objawił się nie tylko w świadomości obywateli - znalazł także formalny wyraz w ich wyglądzie zewnętrznym. Już w pierwszych miesiącach wojny tysiące mężczyzn przebiera się - przy zachęcie rządu - w uniform khaki w stylu wojskowym ze sztucznej tkaniny, uzupełniony dziwacznym kaszkietem, cokolwiek podobnym do czapek noszonych przez wojsko w okresie pokoju. Pierwsi spieszą przywdziać ten niestosowny dla siebie kostium ludzie, którzy czują się niepewni z racji swych dawniejszych poglądów. Ów teatralny rekwizyt ma świadczyć o ich gorliwości - wystawia im świadectwo patriotyzmu i pozwala niepostrzeżenie wmieszać się w tłum: oto my, lojalni i posłuszni poddani, w zgodzie z propagandowym modelem. W tym zachowaniu kameleona przodują Japończycy powracający z Londynu, Nowego Jorku czy Kalifornii - dyplomaci, bankierzy, handlowcy, biznesmeni, ci wszyscy, dla których jeszcze niedawno punktem honoru był oksfordzki akcent lub sposób ubierania się na modłę amerykańską - mniejszość nisei (półkrwi Amerykanie) zamieszkali na wyspach japońskich, wreszcie artyści tak bezkrytycznie zaledwie wczoraj naśladujący nowinki i mody Nowego Jarku czy Montparnasse. Środowisko artystyczne i literackie zalewa fala konformizmu. Wszystkie pióra oddają się w służbę państwa, każdy władający językiem angielskim uprawia przez radio japońską propagandę. Malarze wszystkich stylów z gorączkowym entuzjazmem malują obrazy ilustrujące zwycięstwa Wielkiej Japonii. Najlepsi mistrzowie pędzla rywalizują o zaszczyt przeniesienia na płótno historycznych scen wojny: kapitulacji Singapuru podyktowanej przez generała Jamasitę Tomojukiego naczelnemu

dowódcy sił brytyjskich sir Arthurowi Percivalowi, zdobycie Mamili przez generała Hommę Masaharu, klęskę „Prince of Wales” i „Repulse”, nie mówiąc o całej serii bitew morskich i powietrznych, przedstawianych w naiwnie teatralnym stylu. Wspaniały malarz Fudzita, który musi uzyskać przebaczenie za długie lata nieobecności w Japonii i zbytnią sympatię do paryskich wolności, ostentacyjnie staje na baczność. Nie będzie już wznosił okrzyku: „Niech żyje grzywa!” - tę swoją słynną grzywę kazał ściąć, o czym triumfalnie donosi cała prasa. Z wygoloną jak u pułkownika czaszką, wtłoczony w przepisowy cywilny uniform, staje się oficjalnym malarzem armii. Samolotem wojskowym dociera na front, zalewa czasopisma szkicami czołgów, samolotów, ekwipunku, życia koszarowego; daje się fotografować przy lekturze ilustrowanego tygodnika hitlerowskiej propagandy „Signal”. Niebawem każdą wystawę malarstwa zaszczyci utrwalonym na olbrzymich płótnach wiekopomnym brawurowym epizodem: walki w, dżungli, budzące postrach wyczyny czołgów, zażarte bitwy na Wyspach Aleuckich, bohaterska szarża na Wyspach Salomona. Każde uzupełnia własnoręczny podpis twórcy, wykonany chińskimi znakami. Niepisanym zasadom nominalizmu, o którym wyżej wspomniano, została podporządkowana sama wojna, stając się jednym z tych sztucznie nadrzędnych pojęć, w które należy wierzyć, nie dotykając ich sensu. Wojna? Mija już dziesięć lat od chwili, gdy Japonia ją rozpoczęła, i nadal pozostaje ona pojęciem nieokreślonym, bez wyraźnego desygnatu. Wypadki rozgrywają się gdzieś daleko od wysp japońskich, zamierzenia zawsze się udają. Propaganda nie czyni nic, by ukazać masom prawdziwe oblicze toczonej wojny, przekształcając ją w prymitywny obrazek, z obowiązkowym zwycięstwem na każdym etapie i każdorazowo z objawieniem się nowego bohatera: Jamamota w operacji hawajskiej, Jamasity w marszu na Singapur, Hommy na Filipinach. Komunikaty cechuje blichtr gotowych formuł i pompatycznych ideogramów. Homeryckie przymiotniki święcą triumf: flota upaja się epitetem „niezwyciężonej”, lotnicy - to „dzikie orły Japonii”, poległym przysługuje zaszczytny tytuł „bohaterów-bogów”. Każdy strącony przez nieprzyjaciela samolot powiększa statystykę „samounicestwionych”, lotnik japoński jest bowiem z założenia niezwyciężony, toteż jeśli spada, należy z góry uznać, że dobrowolnie rzucił swą maszynę przeciw wojsku lub okrętom wroga. W przekonaniu, że nowa nazwa nadaje nową jakość rzeczywistości, Tokio przechrzciło zdobyte terytoria: Singapur staje się Sionanem, co znaczy: „Światło Południa”, a Jawa zmienia się w... Dziawę. Naród japoński otrzymuje miano „frontu zaplecza” lub bardziej wzniośle: „Stu Milionów”. Japonia liczy wprawdzie 75 mln mieszkańców, ale „Sto Milionów” brzmi o wiele patetyczniej. Cesarstwo japońskie przekształca się w „strefę współistnienia i współdobrobytu”. Samą wojnę generał Todzio określił oficjalnie japońską nazwą Dai Toa Sensô, co dosłownie znaczy: „wojna Wielkiej Azji”, lecz w oficjalnych tłumaczeniach na język angielski przywilejem darzy się bardziej pompatyczną formułę: „wojna Największej Azji”. Tymczasem jednak owo „Sto Milionów” zna tylko przyziemną codzienność „małej Japonii”: wojna z całym swym okrucieństwem, wciąż odsunięta od obrzeży „Największej Azji”, jeszcze nie przytłacza jej swym ciężarem.

5. Pod bombami pułkownika Doolittle’a
Kwiecień 1942 r.: szybko opada fala entuzjazmu, wzniecona sukcesami trzech miesięcy nieprzerwanych zwycięstw. Zadziwiający naród! Można by mniemać, że wojna uleczyła go z nagłych zmian humoru, objawianych w okresie poprzedzającym Pearl Harbour: raptownych ataków histerii, przechodzących ni stąd, ni zowąd w swoisty smutek ogarniający tłum. Tymczasem dla każdego, kto zna wahania temperatury Tokio, widoczny jest teraz kolejny upadek ducha, rozluźnienie zbyt naprężonych nerwów - pustka. Po Singapurze - niby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - wojna przestaje ludzi zajmować. Lud nadal się bawi, lecz przelewająca się fala rozrywki stanowi już tylko przejaw narodowego zobojętnienia. Propaganda trudzi się daremnie, czyniąc wiele szumu wokół nowych sukcesów militarnych: wielkie zwycięstwa morskie w Indiach Holenderskich, zdobycie Jawy, okupacja stolicy Birmy Rangunu stały się tak automatyczne, że przestały ekscytować opinię publiczną. Biuro Informacyjne, kierowane przez Amaua Eidziego, figurę nijaką, który zawdzięcza niczym nie zasłużoną sławę swym niedawnym nacjonalistycznym wybrykom, usiłuje wstrząsnąć tą narodową apatią, wkładając wiele wysiłku w rozpowszechnianie informacji filmowych. Przez pewien czas każde zwycięstwo jest niezwłocznie ilustrowane dobrze zrobionymi aktualnościami filmowymi, szybko dostarczanymi wprost z frontu przez samoloty wojskowe (wkrótce jednak to się urwie: lotnictwo japońskie będzie miało inne zmartwienia). Oto odżywa na ekranie marsz japońskich hord przez eldorada mórz południowych; oto niscy skośnoocy ludzie paradują wśród półnagich mieszkańców wyspy Bali; roją się u stóp wysokich wież kopalni naftowych Borneo lub wśród ruin Angkoru; gulgocą swoje bandzai12 na szczycie jakiejś birmańskiej góry. Publiczność sal kinowych otwiera szeroko oczy, ale - nie oklaskuje. Dlaczegóż miałyby ją jeszcze zadziwiać nieustanne zwycięstwa, skoro aż do przesytu powtarzano, że żołnierz japoński jest niezwyciężony? A poza tym - wojna toczy się tak daleko!... Pewnego poranka w pierwszym tygodniu marca 1942 r. w Tokio niespodzianie zawyły ponuro wszystkie syreny. Pierwszy alarm wojenny! Mieszkańcy pozostają mimo to całkowicie obojętni: to na pewno ćwiczenia. Ale nagle w popołudniówkach ukazują się długie oświadczenia oficjalne, w których czyni się ludności wyrzuty za zachowywanie zbyt daleko posuniętego spokoju. Oto bowiem około 30 samolotów amerykańskich zaatakowało wyspę Minami-Torisima (japońska nazwa wyspy Marcus), położoną zaledwie 1500 km na południowy wschód od Tokio. Nalot był nieudany - pisała prasa dowodzi rozgardiaszu, jaki zapanował w Stanach Zjednoczonych wobec zadanej im klęski: to tylko wojna nerwów, a nie prawdziwa wojna, jest jednak - głosi propaganda z iście japońskim brakiem logiki - rzeczą nieodzowną, aby ludność była w pogotowiu. Od tego wieczoru panuje nakazane przez policję bezwzględne zaciemnienie. Nadchodzi kwiecień. Po raz pierwszy obsypane kwieciem drzewa wiśni sprawiają wrażenie jakby opuszczonych. Któregoś dnia reakcję niepokoju wywołuje wiadomość, że generał Tatekawa Jositsugu, ambasador cesarski w Moskwie, który ostatniej wiosny przed Pearl Harbour złożył podpis pod japońsko-radzieckim paktem o nieagresji, został odwołany do Tokio. Jego miejsce zajął jeden
12

„Niech żyje Japonia (dziesięć tysięcy lat)!” Dosłownie: „Do dna!” – przyp. tłum.

z najlepszych zawodowych dyplomatów japońskich - Sato Naotake. To wystarczyło, by w Tokio zaczęły krążyć alarmujące pogłoski. Chodzą wieści, że Japonia przystąpi do wojny przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Berlin, chcąc zagłuszyć wspomnienie klęski pod Moskwą, buńczucznie zapowiada nową ofensywę wiosenną na wschodzie. Ambasada niemiecka zażądała - i uzyskała obietnicę - aby w chwili, gdy Hitler rozwinie działania na Ukrainie, Todzio uderzył na Syberię. Lada chwila samoloty radzieckie mogą się zjawić nad Tokio... Z tych półplotek, które wydają się zdeformowanym echem rzeczywistych obaw w kołach politycznowojskowych Osi, wynika niedwuznacznie, że europejscy agresorzy poczuli się zagrożeni. Prasa, uwrażliwiona na przejawy odradzania się nastrojów lęku w społeczeństwie, spieszy z zapewnieniem, że nie istnieje żadne niebezpieczeństwo amerykańskich nalotów na Tokio. Rozumowanie jest klarownie proste i kategoryczne: naloty mogłyby nastąpić tylko od strony Chin. Na szczęście, okupując Birmę, Japonia zamknęła tylne drzwi do Chin; dla Stanów Zjednoczonych stało się więc niemożliwe zaopatrywanie chińskich lotnisk w benzynę, sprzęt i personel. Tokio może spokojnie spać: obawy przed możliwością nalotu są bezzasadne. W dniu 18 kwietnia 1942 r. o godz. 12.30 do mego mieszkania wdziera się znienacka odgłos potężnych, niezbyt odległych nieregularnych wybuchów. Bomby? W tej chwili słyszę echo słabej strzelaniny dział przeciwlotniczych. Gdyby to był nalot, zawyłyby przecież syreny...? Minęły dobre cztery minuty, aż rozległ się urywany ryk alarmu. Ponury dźwięk syren pod błękitnym rozsłonecznionym niebem Tokio: nalot w samo południe! Pierwszy nalot! A jednak „oni” przyszli! Wybiegam na ulicę. Mieszkając w samym centrum, staję za chwilę przy ulicy Toranomon, wybiegającej z rozległego skrzyżowania, w sąsiedztwie głównych ministerstw. Urzędnicy i maszynistki w niebieskich bluzach jedzą zwykle w tym czasie w biurze przyniesiony z domu w małym pudełku obiad, złożony z czterech kulek ryżu, dwóch-trzech sardynek i kilku smażonych wodorostów. Odgłosy wybuchu bomb i sygnał alarmowy nie skłoniły ludzi do zejścia do schronu, popchnęły ich natomiast ku oknom, wylały na chodniki i place. Wszyscy czekają z zadartymi głowami. Nagle nadciąga szum samolotu. Palce w otwartych oknach wyciągają się w kierunku Ginzy. W tej stronie dostrzegam przez mgnienie ciemny samolot, z wielką szybkością niemal ocierający się o dachy domów. Daleko za nim eksplodują małe, chuderlawe, śmieszne chmurki: salwy obrony przeciwlotniczej. Potem ukazuje się lecący myśliwiec. Druga seria wybuchów: znowu bomby... I to byłoby wszystko na temat słynnego rajdu pułkownika Doolittle’a. Teraz przed gmachami ministerstw gromadki maszynistek - roześmiane, drobne, prawie dziecinne osóbki, niezbyt urodziwe, przy swoich dwudziestu latach wyglądające na czternaście, szczebiocą do utraty tchu, zupełnie jak wróble w Tokio po trzęsieniu ziemi. Na Ginzie cała ludność śledziła nalot pośrodku ulicy, aby lepiej widzieć. Zresztą - dokąd się udać, gdzie znaleźć schron? W całej stolicy nie ma jeszcze ani jednego rowu, ani jednego tunelu na wypadek bombardowania. Ludność nie objawia zaniepokojenia: panuje ożywione podniecenie. Alarm został odwołany dopiero po południu. Nadal brak jednak oficjalnego komunikatu o tym, co zaszło. Stopniowo ludzie stają się coraz bardziej niespokojni. Przed godz. 16.00 stolicę obiega pogłoska: przynależność państwowa samolotów, które pojawiły się w południe, jest nieznana; ponieważ zaś jeszcze wczoraj władze zapewniały, że Tokio jest zabezpieczone przed nalotami amerykańskimi, należy sądzić, że wrogie maszyny nadleciały z innej strony: mogą to być - ba, to są na pewno - samoloty radzieckie! Nowina krąży z ust do ust, twarze wydłużają się w strachu. Wreszcie

agencja „Domei” publikuje komunikat, który jednak nadal pomija milczeniem przynależność państwową napastników. I z całą niezręcznością oficjalna agencja dodaje: „Jego Cesarska Wysokość i członkowie rodziny cesarskiej są zdrowi i cali, a pałac jest nietknięty”. Miliony Japończyków, zwłaszcza cała prowincja, słysząc ów komunikat radiowy, już wyobraża sobie, że połowa stolicy zamieniła się w popiół, skoro rząd odczuwa potrzebę poinformowania, że przynajmniej władca wyszedł cało! Dopiero nazajutrz w południe nowy komunikat przynosi szczegóły wypadków poprzedniego dnia. Dwa amerykańskie lotniskowce ukazały się o świcie daleko na wschodzie na szerokości wysp japońskich. W kilka godzin później samoloty, których liczby nie podano, pojawiły się nad Tokio i kilkoma innymi wielkimi miastami położonymi bardziej na południu: nad Kawasaki, Jokosuką, Nagoją, Jokkaiei. i Kobe. Alarm ogłoszono również dla wyspy Kiusiu na południu i Hokkaido na północy. A więc Amerykanie!... Prasa nadal nic nie pisze o wyrządzonych szkodach, ograniczając się do stwierdzenia, że są nieznaczne. Natomiast z wściekłością znamienną dla „wielkich okazji” ostrzega, że propaganda amerykańska nie omieszkała najpewniej rozpętać na kanwie dokonanego nalotu wielkiej kampanii kłamstw przeciw cesarstwu. W trzy-cztery dni po nalocie sprawa ponownie odżyła. Prasa, radio i oficjalna propaganda w doskonale zestrojonym chórze rozpętują gwałtowną hecę rasową, której jadowitości nic nie dorówna w całym okresie wojny. Lotnicy amerykańscy (obecnie wiadomo, że dowodził nimi płk Doolittle, który na czele swoich boys przeżył - jak to określono później w tytule słynnego filmu „trzydzieści sekund nad Tokio”) zostają oskarżeni o ostrzeliwanie niewinnych cywilów, masakrę dzieci, bombardowanie szkół i szpitali. Artykuły i komentarze z niebywałą gwałtownością obarczają Amerykę odpowiedzialnością za rozmyślną zbrodnię przeciwko ludności cywilnej, przedstawiają Jankesów jako dzikusów przepełnionych nienawiścią i żądają, aby winni - jeśli zostaną pojmani własnym życiem okupili popełnione zbrodnie. Niebawem armia oświadcza, że winni lotnicy poniosą karę. Pospiesznie wydano odpowiedni dekret (a może cesarskie zarządzenie - pamięć mnie w tym względzie zawodzi) - obwieszczając to całej Japonii i światu. Jak podaje prasa, każdy lotnik nieprzyjacielski, który wpadnie w ręce Japończyków, nie ujdzie śmierci, jeśli tylko zostanie dowiedzione, że dokonywał bombardowania niewinnych cywilów. Pełnego tekstu dekretu, nie opublikowano. Czy z tego oświadczenia należało wnioskować, że jacyś amerykańscy lotnicy znaleźli się jako jeńcy w japońskich rękach? Nazajutrz prasa udziela odpowiedzi na to pytanie w obszernych artykułach ze „stosownymi” fotografiami. Szczególnie haniebnymi tekstami wyróżnia się wydawany w języku angielskim „Nippon Times”, przeznaczony dla cudzoziemców. Numer otwiera - zamieszczona ostentacyjnie na pierwszej stronie - fotografia amerykańskiego lotnika, oficera o wyniosłej postawie promieniejącej młodością, wspaniale wyekwipowanego blondyna, brutalnie popychanego przez dwóch japońskich żandarmów, wczepionych w jego ramiona - dwie malutkie figurki z prawej i lewej strony jeńca z wykrzywionymi wściekłością twarzami. Na następnej stronie druga fotografia ukazuje tego samego oficera w otoczeniu siedmiu członków załogi samolotu. Po rozmiarach budynku i wyglądzie schodów, na których stoją, mogłem wnosić, że zdjęcie zostało wykonane w Chinach. Posiniaczona i zmaltretowana twarz jednego z lotników krzyczy bez słów, że był bity i torturowany. Twarz innego również wskazuje na przebyte męczarnie i zadany gwałt, ale dowodzi też dumy, silniejszej od wszelkiej przemocy. Twarze pozostałych wyrażają wszystkie odcienie dramatu: udręka, spokój, przygnębienie, wyczerpanie, odwaga, rezygnacja, nienawiść do oprawców. W samym środku ów młody oficer,

nieodrodny przedstawiciel zdobywców Nowego Świata, przykuwa oczy swą osobowością w gromadce nieszczęśników, zdając się mówić: „Oto moi «chłopcy», którym się nie poszczęściło - niech Bóg zlituje się nad nimi - a ja, ich dowódca, poprowadzę ich bez trwogi na czekającą nas wszystkich śmierć...” Jeszcze bardziej dramatycznej wymowy nabierają te zdjęcia w zestawieniu z towarzyszącym im tekstem, w dwuznacznych sformułowaniach dającym do zrozumienia, że tym ośmiu ludziom przeznaczono śmierć przez rozstrzelanie13. Nieliczną kolonię zagraniczną ogarnia fala oburzenia, pomieszana z szokiem. Szwajcarzy donoszą, że najbardziej wściekli są... hitlerowcy i urzędnicy ambasady niemieckiej, uznając postawę prasy japońskiej za jawną obelgę ze strony „żółtków” wobec przedstawicieli rasy aryjskiej, chociaż wrogów. Na konferencji prasowej ambasada zadaje pytania za pośrednictwem korespondentów niemieckich. Ilu lotników amerykańskich dostało się do niewoli? Czy grozi im śmierć? Jak należy tłumaczyć fakt, że stosuje się wobec nich rozporządzenie wydane już po nalocie? Wątpliwości zdaje się rozwiewać rzecznik Biura Informacyjnego, czcigodny Idzono-san, człowiek z natury niesympatyczny. Jego wykrętne, powtórzone następnego dnia przez prasę odpowiedzi zawierają fragment wzbogacony „radą doskonałą”, który musiał wzburzyć krew nawet korespondentów niemieckich - podpowiada on bowiem, jak można doprowadzić do zaprzestania pożałowania godnych nalotów na stolicę Rzeszy: Niemcy powinni pójść śladem Japończyków i rozstrzeliwać bez pardonu lotników angielskich zestrzelonych nad Berlinem... Zaczyna dominować wrażenie, że Doolittle raid był to w gruncie rzeczy stunt - jak Amerykanie zowią akrobatyczny wyczyn pozbawiony realnego znaczenia wojskowego. Informacje sugerują, że wyrządzone w Tokio szkody nie były poważne, a jeszcze mniejsze okazały się w innych miastach, nad którymi notowano pojawienie się jednej-dwóch maszyn „gości”. Jakie szkody może wyrządzić 16 samolotów - tę liczbę ujawniono dopiero później - skierowanych nad kilka punktów w całej Japonii? Rząd japoński nie omieszkał oczywiście wykorzystać wypadków na swoją korzyść. Nalot na Tokio stanowił niewątpliwie w Stanach Zjednoczonych bodziec do podwojenia wysiłku wojennego i podniesienia morale ludności, dając pierwszy dowód „wyprostowania się” po Pearl Harbour. Dla władz japońskich było to również pożyteczne doświadczenie, a zarazem zgoła nieoczekiwanie środek dla zaalarmowania społeczeństwa i wyrwania go z bierności. Służby alarmowe zostały zaskoczone, syreny zaczęły działać po przelocie pierwszych samolotów, lotnictwo myśliwskie ośmieszyło się swą spóźnioną reakcją, walkę z pożarami prowadzono nieudolnie, wreszcie sama ludność z rozbrajającą naiwnością obserwowała nalot niby cyrkowe ćwiczenia, nie myśląc nawet o schronieniu się gdziekolwiek. Była to pouczająca lekcja, a nalot bardziej wyszedł Japonii na dobre, niż jej zaszkodził. Obrona przeciwlotnicza została wzmocniona: na dachach budynków stolicy, w dzielnicach handlowych i w ministerstwach zaczęło się pojawiać coraz więcej ciężkich karabinów maszynowych i patroli służb przeciwlotniczych. W parkach powstają wykopy pod baterie przeciwlotnicze. Niebawem otaczają miasto zapory z balonów-kiełbas; buduje się nowe lotniska dla eskadr myśliwców. Mnożą się alarmy ostrzegawcze i ćwiczebne. Co miesiąc przez jeden dzień, a czasem dwa życie całych dzielnic lub całych miast zostaje całkowicie sparaliżowane przez ćwiczebne manewry przeciwpożarowe, w których udział biorą setki mężczyzn i kobiet. Ekwipunek tych strażakówamatorów jest ubożuchny aż do śmieszności, co gorsza - większość ludności jest pozbawiona
13

Przeprowadzone po wojnie przez Amerykanów śledztwo pozwoliło ustalić, że owych ośmiu pojmanych przez Japończyków Doolittle men skazano na śmierć w Szanghaju, jednak tylko na trzech wykonano wyrok; pozostałym karę zamieniono z łaski cesarza na dożywotnie więzienie. Jeden z nich zmarł w więzieniu. W czasie śledztwa wszyscy byli torturowani - przyp. aut.

jakichkolwiek schronów przeciwbombowych. Brak schronów publicznych w mieście, nie może dawać schronienia zbyt płytkie metro, nie ma schronów prywatnych, z wyjątkiem kilku prymitywnie wykopanych dołów w ogrodach; ludzie nie odważają się na tego rodzaju przygotowania - gdyż straciliby twarz. Wszystko, co zdołały wymyślić stowarzyszenia sąsiedzkie, to nauczenie swych członków, jak się robi doskonały schron... w szafie wbudowanej w ścianę, w jakie w dużej ilości są wyposażone wszystkie domy japońskie. Z przodu kładzie się poduszki i materace i ustawia stolik z szufladami: tworzy to rodzaj groty wyściełanej jedwabiem i puchem - w domu z drewna, słomy i papieru. Przy takim zabezpieczeniu pozostaje tylko bezpiecznie oczekiwać bomb zapalających... Można by mniemać, że rząd kpi sobie ze strat, jakie mógłby spowodować poważny nalot, natomiast chce wykorzystać zagrożenie dla wzięcia ludności w karby; nie chodzi o zapewnienie bezpieczeństwa, lecz o wzmocnienie dyscypliny. W celu „mobilizacji duchowej” - jak podkreśla prasa - wzmaga się kampanię przeciwko „okrucieństwom amerykańskim”. Dziwne, ale daje to nikłe rezultaty: naród nie przejawia głębokiej nienawiści do Stanów Zjednoczonych. Propagandzie udaje się za to wszczepić Japończykom podejrzliwą niechęć do wszystkich białych, którzy pozostali na wyspach japońskich, nie wyłączając Niemców i Włochów. „Szpiegomania” - jak nazywamy ją my, jej ofiary - staje się chorobą militarystycznej Japonii i jej narodową przywarą. Podsycana nieustannie przez władze, przede wszystkim przez policję, nabiera podwójnego charakteru: każdego białego zamieszkałego w Japonii podejrzewa o działalność szpiegowską lub przynajmniej o zamiar jej prowadzenia, a zarazem prowokuje Japończyków do roztaczania bezustannego nadzoru nad cudzoziemcami i rozdmuchuje atmosferę donosicielstwa. W tym schemacie cudzoziemiec jest „złym szpiegiem” - spaiem (zjaponizowany termin angielski), zaś Japończyk - dobrym obywatelem, jeśli spełnia obowiązek szpiegowania cudzoziemca i donoszenia policji o każdym jego kroku. W lipcu 1942 r. rozpętano tydzień zwalczania szpiegostwa, poprzedzony drugą oficjalną kampanią podniecania ksenofobii, kontynuującą wywołaną nalotem Doolittle’a „kampanię okrucieństwa”. Japonię pokrywają melodramatyczne plakaty, wzywające ludność do czujności wobec zagranicznych szpiegów. Już w szkole wpaja się dzieciom nienawiść do gaidzinów (cudzoziemców), toteż uganiają się one za nimi po ulicach z okrzykiem: Spai! Spai! (Szpieg! Szpieg!). W stolicy i innych wielkich miastach organizuje się „antyspaiowe manewry”, podczas których na środku ulicy, w sklepach i fabrykach przebranych za cudzoziemców osobników zatrzymuje autentyczna policja pośród przerażonego i podnieconego tłumu, który nie wie, czy scena jest prawdziwa, czy pozorowana. Wokół tej kampanii prasa czyni wiele wrzawy. Z wielkim hukiem publikuje się zmyślone sensacyjne rewelacje, przedstawiając na przykład organizację brytyjskiego Ministerstwa Informacji na Dalekim Wschodzie w latach przedwojennych, które zawsze funkcjonowało najjawniej w świecie, jako rozgałęzioną siatkę szpiegowską, oplatającą Japonię i jej cesarza. Z widoczną nawet dla laika bezpodstawnością oskarżeń, wykorzystując łatwowierność społeczeństwa japońskiego, władze zarzucają wszechpotężnemu arcyszpiegowi tej organizacji, określanemu tajemniczymi inicjałami V. H. (pod którymi kryje się Vere H. Redman, dyrektor działu Ministerstwa Informacji na Dalekim Wschodzie), że... uczęszczał do TokioClub, normalnie dostępnego dla cudzoziemców, i... kazał sobie tłumaczyć z japońskiego emisje programu lokalnego „Radia Tokio”. W wielkonakładowym dzienniku „Asahi” rzecznik armii major Jahagi przekonuje czytelników, że pewien zdemaskowany ostatnio zagraniczny szpieg przerobił swój fortepian na krótkofalową radiostację. „Wynika z tego - dowodzi major - że każdy cudzoziemiec grający utwór, jakiego nie notuje podręcznik muzyki, jest niebezpiecznym osobnikiem”. „Asahi” apeluje zatem: „Zdobądźmy każdy - podstawy kultury muzycznej”. W artykule redakcyjnym wielkiego dziennika „Mainichi”

czytamy: „Niektórzy mogliby sądzić, że przy niezłomnym patriotyzmie Stu Milionów kampania przeciwko szpiegostwu jest zbyteczna. Takiej beztroskiej postawy należy się jednak wystrzegać. Spai jest wszechobecny. Jak wszechpotężny duch jest wszędzie: na ulicy, w tramwaju, podsłuchując naiwne i niewinne rozmowy ludu”. Dowódca żandarmerii wojskowej generał Nakamura oświadcza prasie: „Zasadą jest mieć oko na każdego, kto postępuje w sposób niezwyczajowy!” Dowód zaiste godny podziwu - jakże niewiele zmieniło się w metodach i mentalności od czasów Japonii średniowiecznej, gdy siogun (dyktator wojskowy) Tokugawa Ijejasu upoważnił swoich samurajów do skracania o głowę każdego, kto okaże się „niepoprawny”, precyzując: „Człowiek niepoprawny - to człowiek o niecodziennym zachowaniu”. Gdy w 1938 r. po raz pierwszy przybyłem do Nagasaki z Szanghaju na pokładzie japońskiego statku, każdego z cudzoziemców przed zejściem na ląd zaopatrzono w niewielki druczek z mapą japońskiego wybrzeża. Strefy ufortyfikowane były na niej otoczone czerwonymi kropeczkami: druczek wyliczał drakońskie kary - w tym również karę śmierci - jakie czekają każdego, kogo przyłapie się na fotografowaniu, rysowaniu, robieniu notatek, dokonywaniu obserwacji itp. wewnątrz wykropkowanej strefy. I krótka uwaga dodatkowa: „Te same kary mogą być zastosowane również na zewnątrz wykropkowanej linii”. Winny czy niewinny - każdy cudzoziemiec staje się dla policji a priori podejrzany. Wszystkie jego działania, zwyczajne i niezwyczajne, są pilnie rejestrowane, nadzorowane, interpretowane. Należy o wszystkim donosić władzom zgodnie z zasadą, że każdy dobry Japończyk powinien szpiegować złego białego szpiega. Jak więc biały może się wymknąć z sieci tego obezwładniającego nadzoru, skoro znajdzie się sam jeden pośród Azjatów? Skoro każda istota, do której się zbliży, staje się tym samym podejrzana i skalana? Japończycy utrzymujący stosunki z białymi są wciąż indagowani, zastraszani, często więzieni przez dzień-dwa - wszystko po to, aby im wszczepić ideę spyconscious (uczulić na szpiega). Wobec Japonek spotykających się z cudzoziemcami policja jest szczególnie bezlitosna: do szpiegomanii dołącza się zazdrość rasowa. Służba domowa gaidzinów jest bezustannie nachodzona przez policję i musi meldować o każdej nieobecności swych pracodawców w domu i składanych i przyjmowanych przez nich wizytach, poznawać ich zapatrywania, podsłuchiwać rozmowy telefoniczne (które zresztą bywają na podsłuchu policyjnym lub są nagrywane przez podsłuch), wpuszczać policjanta do mieszkania i umożliwić mu w razie potrzeby podpatrywanie lub podsłuchiwanie z ukrycia pod drzwiami bądź dokonanie dyskretnej rewizji pod nieobecność domowników. Z mego mieszkania, mimo wierności mojej gosposi, znikały papiery, ulotniły się też fotografie plaż nadmorskich, jakie miałem jeszcze z okresu przedwojennego. Nieznana ręka wymieniła zamek w jedynej szafie, którą zamykałem na kluczy na zamek niemal identyczny, do którego oczywiście posiada klucz zapasowy. Policjanci odwiedzają moich sąsiadów, próbując obserwować moje mieszkanie i podsłuchiwać rozmowy z pobliskiego okna. Mało odwołać się do porzekadła, że ściany mają oczy i uszy; trzeba dodać, że w Japonii oczy i uszy nie znają murów: papierowe przepierzenia i szerokie otwory zawsze pozwalają widzieć i słyszeć na zewnątrz, co się dzieje we wnętrzu. Z konieczności, jak wszyscy Francuzi w Tokio, przywykam do sposobu zachowywania się w każdej chwili tak, jakbym był widziany i słyszany przez szpiega zaczajonego za drzwiami, a moje słowa utrwalane przez umieszczony pod stołem mikrofon: nigdy publicznie nie wygłaszać sądów o polityce; nawet w rozmowach prywatnych mówić tylko półsłówkami; używać inicjałów imion i nazwisk, aby utrudnić podsłuchującemu zrozumienie rzeczy; nigdy nie sporządzać notatek, nie prowadzić dziennika; wystrzegać się telefonu; niszczyć papiery, bruliony, wycinki z gazet...

Lata, które przeżyłem w Japonii, dały mi skądinąd czas na przyswojenie sobie metod ostrożności. Na długo przed wojną nadzór nad cudzoziemcami stawał się z roku na rok ściślejszy, z nieodzownym rozrastającym się systemem policyjnych zezwoleń, jak pozwolenie na pobyt, możliwość podróżowania itp. Począwszy od roku 1939 i 1940 gwałtowność kampanii antyszpiegowskiej wielokrotnie poddawała kolonię cudzoziemską prawdziwemu reżymowi terroru. Najsroższy szalał latem 1940 r., zbiegając się z blokadą międzynarodowych koncesji w Tientsinie i kryzysem w stosunkach anglo-japońskich, gdy japońska żandarmeria wojskowa aresztowała chyba z piętnaście osobistości brytyjskich, a mój kolega i przyjaciel, Jimmy Cox, korespondent agencji Reutera, w dramatycznych okolicznościach stał się „samobójcą”. Stopniowo przyzwyczailiśmy się do tego, że podobne kampanie wybuchały mniej więcej co pół roku. W ten sposób policja specjalna i Kempetai podtrzymywały nieufność mas i nie pozwalały uśpić ich czujności. Przeforsowane w parlamencie przez armię w latach 1937-1940 ustawy o bezpieczeństwie narodowym dały prokuratorom, sędziom i policjantom morderczą broń do ręki. Te straszliwe teksty, pełne dwuznacznych paragrafów, przeradzają się w zmyślne pułapki. Taką staje się mgliście zredagowane pojęcie „tajemnicy państwowej”: worek bez dna, do którego można wtłoczyć wszystko. Ktokolwiek dowiaduje się o tajemnicy państwowej lub gorzej: przekazuje ją bądź sprzedaje innej osobie, podlega karze aż do kary śmierci włącznie. Praktycznie każdy zagraniczny biznesmen, bankier, dziennikarz, ksiądz, który w związku ze swoją działalnością zawodową znalazł się w sposób najzupełniej naturalny i legalny w posiadaniu poufnych informacji, może być aresztowany i skazany według widzimisię sądzących. Sama policja, dufna w nieograniczoność swej władzy, zdaje się wyznawać zasadę: „Spiesz się powoli”. Nie od razu aresztuje i nalega na skazanie. Woli raczej, aby wszędzie i nad każdym wisiała jej groźba; dzięki stałemu nadzorowi skrzętnie i pracowicie gromadzi dossier każdego cudzoziemca i gdy wreszcie decyduje się uderzyć, pozostaje jej tylko otwarcie troskliwie utrzymanej teczki i wybór odpowiednich motywów oskarżenia. Niepotrzebne jest nawet uruchamianie aparatu do przeprowadzenia normalnego śledztwa, a jeszcze mniej aparatu sprawiedliwości: ustawy policyjne i karne - prawdziwa hańba militarystycznej Japonii, złowroga imitacja zachodnich kodeksów karnych, mająca jedynie służyć zamaskowaniu metod policyjnych średniowiecznego Wschodu - pozwalają przedłużyć areszt prewencyjny zatrzymanych osób na czas w praktyce nieograniczony i pozostawić je, gdy to wygodne, nie w ręku organów sprawiedliwości w więzieniach państwowych, lecz w ręku policjantów w więzieniach lokalnych. W takich to warunkach aresztowano w okresie Pearl Harbour pół tuzina Francuzów, którzy, oskarżeni o szpiegostwo, ponad dwa lata przecierpią złe traktowanie w więzieniach żandarmerii. Za tę cenę nieszczęśnicy okupują wolność pozostałych członków kolonii francuskiej w Japonii - około trzystu osób, z których połowa składa się z katolickich misjonarzy, zakonników i zakonnic. Polityka policji zmierza przy tym do tego, by dać odczuć cudzoziemcom tymczasowość przyznanej im rzekomej wolności. Aresztuje się garstkę Francuzów, by wszystkich pozostałych móc utrzymywać w stanie permanentnego zagrożenia. Coraz daje się do zrozumienia, że w każdej chwili można przedstawić odpowiednie dokumenty, wskazujące, że wszyscy są wrogami Japonii i zasłużyli na aresztowanie lub obóz koncentracyjny. Przez całą wojnę wśród kolonii francuskiej w miarę zwalniania pierwszych ofiar - na ogół niemal zagłodzonych na śmierć - będą następować sporadyczne aresztowania pod byle pretekstem, które mają podtrzymywać atmosferę strachu. Na kilka tygodni przed Pearl Harbour, w dniu przejęcia władzy przez generała Todzio, żandarmeria wojskowa zabiera z domu mego przyjaciela i bliskiego współpracownika Branka Vukelicia

(narodowości jugosłowiańskiej), od 1935 r. zastępcę korespondenta agencji „Havas”. Policja specjalna daje mi bez ogródek do zrozumienia, że nie będzie tolerowana żadna próba interwencji z mojej strony - ba, nawet pisemne lub ustne oświadczenie - na korzyść tego, z którym przez całe lata wspólnie pracowaliśmy, a którego obecnie oskarża się o szpiegostwo pod płaszczykiem dziennikarstwa. W ten sposób sam staję się obiektem ścisłego nadzoru. Niebawem otrzymuję poufną informację, że z kolei ja zostanę aresztowany. Jednak stopniowo kleszcze się rozluźniają i ostatecznie piorun mnie oszczędził - niewątpliwie dlatego, że spadł tuż obok mnie, prosto na głowę mego nieszczęsnego przyjaciela. Dnia 16 maja 1942 r., w miesiąc po rajdzie DooIittle’a, ukazuje się nagle w prasie utrzymywana dotąd w tajemnicy wiadomość o aresztowaniu przez policję wojskową Vukelicia wraz z półtuzinem cudzoziemców (w tym Richardem Sorgem) i grupą Japończyków. Wokół tej sprawy podniesiono ogromny szum. Wszystkie osoby oskarżono o przynależność do międzynarodowej siatki szpiegowskiej pracującej na rzecz wywiadu radzieckiego. Najcięższe zarzuty wytoczono przeciwko Sorgemu (korespondent „Frankfurter Zeitung” od 1932 r., szeroko znany w Japonii), którego przedstawiono w roli tym groźniejszego szefa „bandy szpiegowskiej”, że - jak się wyjaśnia - był przyjacielem i powiernikiem ambasadora Niemiec generała Otta; dzięki temu miał doskonałą orientację co do gry Hitlera i mógł przekazywać cenne informacje do Moskwy; utrzymywał też bliskie stosunki z niektórymi doradcami osobistymi księcia Konojego, a także ze współpracownikami Wang Cingweja14, marionetki projapońskiej w Nankinie. Sorge został skazany na śmierć i powieszony. Vukeliciowi, po procesie trwającym około dwu, lat, zasądzono w 1944 r. dożywotnie ciężkie roboty za pogwałcenie prawa o ochronie tajemnicy wojskowej i ustawy o bezpieczeństwie narodowym. 15 sierpnia 1945 r., w dniu kapitulacji Japonii, dowiedziałem się, że nieszczęśnik zakończył życie na katordze w ciężkim więzieniu w Abasiri, położonym daleko na północy Hokkaido. Na siedem miesięcy przed dniem wolności prześladowania i głód zmogły siły fizyczne, hart moralny, radosny optymizm i siłę ducha tego wyjątkowego człowieka.

6. Zwycięstwa morskie „made in Japan”
Od chwili swego „otwarcia” ku Zachodowi militarystyczna Japonia przywiązywała chorobliwe wręcz znaczenie do swej opinii wśród narodów świata. Nieprzypadkowo jednym z symbolicznych przedmiotów japońskiej religii narodowej jest lustro: opinia międzynarodowa była właśnie takim lustrem, przed którym Japonia nie przestawała odtąd pozować, maskując bardzo zręcznie to swą gwałtowność, to swe słabości i starając się za pomocą nadającej fałszywy pozór propagandy ukazać na zewnątrz swe „prawdziwe oblicze” czy „prawdziwe zamiary”. W ten obraz Japonii w oczach opinii międzynarodowej Tokio wpatruje się bez przerwy za pośrednictwem setek swych dyplomatów, obserwatorów i szpiegów, których jedno z głównych zadań polegało na przekazywaniu pochlebnego zwierciadła macierzystego kraju w zagranicznym plenerze.
14

Premier utworzonego przez Japończyków na podbitych obszarach Chin zależnego państwa ze stolicą w Nankinie – przyp. tłum.

Wojna nic w tej mierze nie zmieniła, przeciwnie: na początku lata 1942 r., po rozpoczęciu przez generała Todzio „wojny błyskawicznej”, Japonia namiętnie wpatruje się w swój groźny wizerunek, jaki wreszcie udało się jej narzucić światu. Gdy tylko Churchill lub którykolwiek inny obcy mąż stanu podkreśla zadziwiającą potęgę Japonii, gdy tylko jakiś nieprzyjacielski dziennik przyznaje jej jakieś zwycięstwo - obojętnie, małe czy duże - komentarz, przemówienie lub artykuł jest natychmiast przez tokijskie służby informacyjne rozpowszechniany wszelkimi dostępnymi środkami przekazu. Rząd chce w ten sposób wzbudzić zapał narodu, pokazując mu, jak jest silny i groźny. Oto świat, który tak długo nie doceniał Japonii, obecnie ją podziwia - i kraj daje się zwodzić, omamiony swym budzącym lęk odbiciem na arenie światowej. Zachód przypisuje mu ogromną potęgę. Od Hawajów po Suez i Madagaskar - oceany Spokojny i Indyjski wydają się niepodzielnie morzem japońskim. Po Pearl Harbour marynarka amerykańska nie istnieje; na Wschodzie nie widać też floty brytyjskiej. Gdzie więc uderzy Japonia? Generał Todzio z upodobaniem utrzymuje świat w niepewności, grożąc w swych przemówieniach w parlamencie to kolosalnym rozszerzeniem „strefy współdobrobytu” w kierunku Indii, to znów aneksją Australii. Po południu 9 maja 1942 r. „Radio Tokio” hałaśliwie powiadamia, że w przeddzień miała miejsce wielka bitwa morska w południowej strefie Pacyfiku - na Morzu Koralowym, którego wody omywają północno-wschodnie wybrzeże Australii. Wieczorem rzecznik rządu japońskiego komandor Hiraide Hideo obwieszcza w sensacyjnym komunikacie wielkie zwycięstwo. Flota amerykańska straciła informuje - jeden pancernik i dwa lotniskowce, trzeci lotniskowiec został uszkodzony, zaś dwa krążowniki wyeliminowane z walki, nie mówiąc o jednostkach pomniejszego kalibru. Nazajutrz kolejny komunikat powiększa „klęskę amerykańską”, dodając do bilansu kilka mniejszych płotek, ale zarazem przyznaje, że w bitwie marynarka japońska straciła jeden lotniskowiec. Czyżby dowództwo japońskie zdecydowało się na atak w kierunku Australii? Japońskiej opinii publicznej nic w tej sprawie nie wiadomo. Środki masowego przekazu na równi nie szczędzą wysiłku, by budzić w niej wiarę w zwycięstwo, jak i dokładają starań, by nie dostarczać interpretacji przebiegu wydarzeń ani dokładniejszych wyjaśnień o prowadzonych operacjach. Podczas wojny jednak bardziej niż w dobie pokoju podejrzliwa tajemniczość, jaką rząd cesarski otacza swą politykę, niweczy niejako na przekór wszystkie zabiegi oficjalnej propagandy. Sama przyroda staje w zmowie z ową manią tajemniczości. Ocean otacza Japonię barierą milczenia. Bitwa toczy się gdzieś w oddali, za horyzontem, za morzami - i przez wiele dni i tygodni rząd w Tokio będzie mógł zachować w tajemnicy prawdziwe wyniki walki, zadowalając się hałaśliwymi oświadczeniami o zwycięstwie japońskiego oręża. Co się wydarzyło na Morzu Koralowym? Dowództwo wojskowe istotnie postanowiło uderzyć na Australię, ale zamiar się nie powiódł. Klucz do obrony północnej Australii znajduje się w Port Moresby, na południowym brzegu Nowej Gwinei. Japończycy od morza okupują brzeg północny. Podejmowane przez wojska japońskie ataki przez dżunglę i gwałtowne bombardowania Port Moresby z powietrza nie złamały bohaterskiego oporu Australijczyków. Wówczas flota japońska decyduje się na wysadzenie desantu na południowym brzegu, w pobliżu australijskiej twierdzy. Manewr zostaje odkryty. W chwili gdy jednostki japońskie podnosiły kotwicą w swej bazie w Tulagi, lotnictwo amerykańskie - które zaczyna ujawniać swą siłę - przypuściło nagły atak. Ponowny atak eskadry amerykańskiej następuje na Morzu Koralowym, gdy okręty japońskie przemykają koło wschodniego cypla Nowej Gwinei. Rozpoczyna się walka. Ta pierwsza wielka bitwa morska na Pacyfiku nosi również miano pierwszej bitwy lotniskowców w historii wojen morskich. Po raz pierwszy dwie floty

atakują się wzajemnie poza zasięgiem strzałów swych największych dział. Okręty obu stron nie mają ani razu sposobności zademonstrowania siły swych armat. Całą robotę wykonują samoloty startujące z pływających lotnisk. Spotkanie okazuje się kosztowne dla Amerykanów, którzy tracą m.in. lotniskowiec „Lexington”, lecz flota japońska rezygnuje z dalszego posuwania się ku Port Moresby. W ostatecznym rachunku oznaczano dla niej klęskę o dalekosiężnych konsekwencjach. Mija zagrożenie Australii, a marsz Japonii na południe został powstrzymany. Jaką jednak wartość ma opanowanie rozlicznych wysp Pacyfiku bez okupacji Australii? Zdobycie ostatniej twierdzy białych na południowym Pacyfiku wymagałoby podjęcia szaleńczego zadania. O ileż groźniejsze niebezpieczeństwo zawiśnie nad Japonią, gdy z pomocą Australijczyków Stany Zjednoczone uczynią z południowego kontynentu bazę dla swego przyszłego powrotu na północ! Dnia 10 czerwca 1942 r., w porze gdy 75 mln Japończyków siedzi w kucki na matach przy obiedzie złożonym z ryżu i ryb, w „Radiu Tokio” rozlegają się fanfary. W miesiąc po „japońskim zwycięstwie” na Morzu Koralowym admiralicja powiadamia o nowym triumfie na wyspie Midway. Zmagania, które dotąd toczyły się na morzach południowych, przeniosły się na środkowy Pacyfik. Midway, niewielka wyspa w rękach Amerykanów, leży - jak sama jej nazwa wskazuje - w połowie odległości między brzegiem amerykańskim a brzegiem azjatyckim. To znakomite położenie czyni ją bazą morską w samym środku oceanu i bazą lotniczą najwyższej rangi. Zapewnia ona od zachodu obronę Wysp Hawajskich, odległych o 1100 mil ku wschodowi, i pozwala Stanom Zjednoczonym kierować samoloty obserwacyjne lub ataki powietrzne po szerokim kole, przekraczającym na zachodzie 180. południk, a więc kontrolować obszar, który Tokio jeszcze przed wojną uważało za japońską strefę Pacyfiku. Komunikat cesarskiej Wielkiej Kwatery Głównej podaje, że flota japońska, zbliżywszy się śmiało do Midwayu na odległość pocisku działa, zaskoczyła siły obrony wyspy, zmasowanym bombardowaniem z powietrza poważnie uszkodziła naziemne urządzenia wojskowe i posłała na dno amerykańskie lotniskowce. Operacje rozszerzyły się aż na północny Pacyfik: mniej więcej w tym samym czasie flota japońska zbombardowała główną amerykańską bazę morską na Alasce - Dutch Harbour i wylądowała na Wyspach Aleuckich. Jeszcze raz opinia publiczna przełknie z zaufaniem „wielkie zwycięstwo japońskie”, jakie serwuje jej propaganda w przyprawie nader hałaśliwych komentarzy. A przecież w komunikacie Kwatery przynajmniej jeden fakt może skłaniać do niepokoju - jego opóźnienie. Wskutek niedyskrecji agencji „Domei” ujawniono, że z komunikatem o bitwie wstrzymano się kilka dni. Do „normalnych praktyk” japońskich środków masowego przekazu - jak już wspominano - należało „zamrożenie” dobrej wiadomości, by podać ją na przykład w dniu święta narodowego. Można było oczekiwać, że tym razem wiadomość o nowych sukcesach pojawi się 8 czerwca: ósmy dzień każdego miesiąca ochrzczony dla upamiętnienia Pearl Harbour „Dniem Azji Wschodniej” - ma bowiem uroczysty charakter. Ale 8 czerwca minął bez komunikatu. Dopiero 10 czerwca oczekiwany komunikat został ogłoszony. Jedna jego część odnosi się do wydarzenia, które miało miejsce przed tygodniem: bombardowania Dutch Harbour dokonano 3 czerwca. Komunikat tokijski stara się skądinąd pomieszać trzy różne operacje: ta sama eskadra japońska nie mogła uderzyć 3 czerwca w pobliżu Alaski, nazajutrz dokonać lądowania na Aleutach i jeszcze tego samego dnia zaatakować wyspy Midway. Nie pozwala on również wnioskować, w której z tych operacji Japonia poniosła straty, przyznano się bowiem do poważnie uszkodzonego lotniskowca i krążownika.

Ale najbardziej podejrzane jest to, że w radości wywołanej zwycięstwem (równoczesnymi zwycięstwami?) niepokonanej floty japońskiej dziennikarzom, spikerom i komentatorom wszelkiej maści brak wprost tchu przy długich wywodach mających przygwoździć kłamliwą propagandę Amerykanów - ci ostatni bowiem, czego się nie ukrywa, już od pięciu dni obwieszczają coraz głośniej swoje zwycięstwo. I nie bez powodu! Społeczeństwo japońskie dowie się dopiero po wojnie, że bitwa o Midway oznaczała decydujący zwrot w eskalacji wojny morskiej na Pacyfiku. Głównodowodzący floty japońskiej admirał Jamamoto planował nie wycieczkę ku brzegom Midwayu dla zniszczenia urządzeń wojskowych, lecz desant na wyspie. Zdobycie tej bazy o najwyższej randze powinno obrócić na korzyść Japonii sytuację na środkowym Pacyfiku. Zawładnięcie Midwayem miało niejako stanowić rekompensatę błędu popełnionego 8 grudnia 1941 r., w pierwszym dniu wojny, gdy wbrew przestrogom Jamamota Wielki Sztab Główny zrezygnował wówczas z zajęcia Honolulu. Operacja na Dutch Harbour i Wyspy Aleuckie została potraktowana przez Jamamota jako dywersja. Admirał Jamamoto nie wie wszakże, że jego przeciwnik, admirał Chester Nimitz, dysponuje najbardziej sensacyjną z tajnych kontrbroni: amerykańskie służby wywiadowcze „rozgryzły” supertajny szyfr marynarki japońskiej. Do tego wyczynu należy dodać drugi, nie mniej znamienity: admiralicji amerykańskiej, mimo kilku „gorących momentów”, uda się tak dobrze zamaskować to odkrycie, że aż do kapitulacji nikomu w Tokio nie przyjdzie na myśl, jaki atut ma w ręku Ameryka. Rozszyfrowane w połowie maja depesze japońskie alarmowały więc Nimitza, że atak przeciwko Midwayowi jest kwestią chwili. Gdy rankiem 3 czerwca japoński konwój desantowy ukazuje się po zachodniej stronie wyspy, amerykańska obrona przeciwlotnicza, pospiesznie wzmocniona, czeka w pogotowiu. Po południu amerykańskie latające fortece obrzucają bombami japońskie krążowniki i okręty transportowe. Atak trwa aż do zapadnięcia zmroku. Tego samego dnia japońska Task Force (jednostki przeznaczone do zadań specjalnych) przybywa na wyznaczone koło Midwayu spotkanie z siłami wcześniej operującymi. Składa się ona z dwu pancerników i czterech najlepszych lotniskowców, jakie posiada Japonia; wszystkie uczestniczyły już w ataku na Hawaje. Dowodzi nią wiceadmirał Nagumo Ciuici, wsławiony pod Pearl Harbour. Podjęte rankiem 4 czerwca potężne uderzenie japońskie na naziemne urządzenia wojskowe Midwayu spełzło ma niczym. Obrona powietrzna wyspy z furią atakuje japońskie jednostki. Niebawem wpadają one w pułapkę. W nocy z 3 na 4 czerwca w rejon Midwayu przybywa z Hawajów flota amerykańska w sile trzech lotniskowców i kilku krążowników. Pojawia się ona po północno-wschodniej stronie Midwayu na flance eskadry japońskiej: rajdy samolotów amerykańskich trwają przez cały dzień i część następnego, powodując paniczną, bezładną ucieczkę sił Naguma. Pod ciosami amerykańskich bombowców nurkujących i samolotów torpedujących stają w płomieniach trzy japońskie lotniskowce; czwarty, trafiony pociskami, „dobija” łódź podwodna. Sześć innych okrętów zostało uszkodzonych, a ciężki krążownik zatopiony. Zniszczono ponad 300 samolotów japońskich, śmierć poniosło 3500 marynarzy i lotników marynarki japońskiej. Amerykanie oprócz szkód w naziemnych urządzeniach wojskowych wyspy stracili tylko jeden lotniskowiec, jeden niszczyciel i 150 samolotów. Na rozkaz admirała Jamamota flota Wschodzącego Słońca salwuje się ucieczką w kierunku Tokio, licząc na pogorszenie warunków atmosferycznych na północy, co uchroniłoby ją przed pościgiem. W sześć miesięcy po Pearl Harbour marynarka japońska poniosła głośną klęskę - głośną na całym świecie - choć wieści o niej w samej Japonii próbuje się za wszelką cenę zdusić. Po raz pierwszy flota

japońska usiłowała zawładnąć bazą nieprzyjacielską na wschód od 180. południka w amerykańskiej strefie Pacyfiku: po odniesionej porażce więcej się na to nie poważy. Bitwa na Morzu Koralowym powstrzymała marsz marynarki japońskiej na południowym Pacyfiku; bitwa o Midway wzniosła pośrodku oceanu przeszkodę nie do sforsowania. Tymczasem tę właśnie bitwę rzecznik Wielkiej Kwatery Głównej przedstawia społeczeństwu japońskiemu jako wspaniałe zwycięstwo floty cesarskiej. Tym razem nie oszukuje się jedynie szarego tłumu: prawdę o ataku na Midway ukrywa się nadto przed... samym Synem Nieba. Według zdobytych później przeze mnie informacji cesarzowi przedstawiono te same kłamliwe raporty, którymi zwodzi się mieszkańców Tokio. Tylko wskutek konfrontacji sprzecznych informacji i na podstawie spóźnionych świadectw odpowiedzialnych osobistości władca po kilku tygodniach dowie się w końcu o rzeczywistym przebiegu wydarzeń, jakie miały miejsce na środkowym Pacyfiku. Czy otoczenie cesarza znało prawdę i ukrywało ją przed nim? Czy też źródło kłamstwa znajdowało się na polu bitwy i sztab japoński, zmiażdżony amerykańskim kontratakiem, słał do Tokio kłamliwe informacje? Wydaje się, że i jedna, i druga hipoteza zawiera najpewniej ziarnko prawdy: rząd w Tokio był oszukiwany, lecz przystał na to i z kolei on sam oszukiwał. Według moich informacji nawet sam generał Todzio był początkowa fałszywie informowany. Jednakże zapoznawszy się z treścią komunikatów opublikowanych przez radio amerykańskie, zaniepokoił się diametralną różnicą pomiędzy wersją wydarzeń podaną przez Hawaje a wersją rozpowszechnianą w Tokio. Kazał więc wezwać do siebie dowódcę operacji morskich admirała Ito Seiiciego i zażądał prawdy. Ito, z gniewną porywczością cechującą Japończyka, który został obrażony lub za takiego się uważa, odparował brutalnie: „Czyżby Wasza Ekscelencja stracił wiarę w komunikaty admiralicji?” Oskarżony w ten sposób o defetyzm, Todzio kapituluje i admirał Ito odchodzi usatysfakcjonowany. Z innych źródeł premier dowiaduje się jednak, że komunikaty amerykańskie podały prawdę o Midwayu, nie czyni jednak nic, by skorygować obraz przekazywany przez oficjalną propagandę. Nadal nie sprzeciwia się kampanii zwodniczych kłamstw, wprowadzających w błąd opinię publiczną i cesarza. „Radio Tokio” wykazuje tym razem niemało zręczności. Nie rozwodzi się nad bitwą o Midway, natomiast wysuwa na czołowe miejsce uboczną operację, jaką było wylądowanie bez walki desantu na Wyspach Aleuckich. Spikerzy kładą nacisk na oczywiste korzyści, jakie daje Japończykom kontrola nad wysepkami Kiska i Attu: „droga północna” - wskazują - jaką Amerykanie, mogliby się posłużyć dla dokonania lotniczo-morskiego ataku na Japonię, została zablokowana; japońska kontrola powietrzna rozciąga się aż po Alaskę i obejmuje ważną bazę północną Dutch Harbour na Unalasce; handel morski i rybołówstwo na Morzu Beringa natrafiają na przeszkody. Radio podkreśla nadto wściekłość prasy i opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych z powodu utraty Aleutów. Dorzuca wreszcie komentarze i informacje, tym razem zmyślone, o tym, jakie niebezpieczeństwo stanowi dla Ameryki kilka batalionów japońskich zagubionych daleko na północy, w krainie mgieł. Mgła Wysp Aleuckich ma niewątpliwie jedną cenną zaletę: należycie maskuje klęskę poniesioną w batalii o Midway.

7. Guadalcanal, czyli „strategia rozwiniętego odwrotu”
Sierpień 1942 r. Promienne japońskie lato pogrążyło Tokio w bezruchu i szczęśliwej obojętności na wojnę - na wszystkie wojny, tę w Europie i tę „Największej Azji”. Można by rzec, że rząd i propaganda na próżno zdzierały sobie gardło, chcąc, by ten chwiejny naród o dwóch twarzach ukazał swe nieposkromione w okrucieństwie oblicze, by nie pozwolił uśpić swych lęków i nienawiści, by stanął w szyku, poddając się rozkazom i kolektywnej histerii. Na nic: straszliwy upał przywrócił na chwilę prawdziwą twarz Japonii - tej, która nie chciała zginąć! W przystępie niekontrolowanego rozleniwienia ujawnia się nie naruszony zasób tłumionego długo wdzięku, zmysłowości, radości życia. Po raz ostatni króluje beztroska. Fabryki i biura wypuszczają na urlopy masy ludzi. Chociaż mobilizacja zagarnęła całe armie młodych mężczyzn, okazuje się, że ten przeludniony kraj ma ich jeszcze tysiące. Ponieważ zaś dziewcząt jest jednak o wiele więcej, lato rozkwita bukietem kimon. Na plażach nagie tłumy wylegują się na popielatych porowatych piaskach, na których spokojne, długie języki fal oceanu zamierają w spienionej, olśniewająco białej grzywie. Jakże trudno uwierzyć, że gdzieś daleko za horyzontem błękitna woda Pacyfiku jest skażona olejem i krwią wielkich bitew... Sensô - wojna: to słowo, zda się, wyparowało w upale. Z nagła nie wiadomo skąd wypłynęła nazwa, którą powtarza każdy: „Guadalcanal”. Pojedyncze słowo, zagubione wśród mnóstwa innych. Cesarska Wielka Kwatera Główna wydaje się dla kaprysu gmatwać w umysłach nazwy wszystkich frontów na niezmierzonych przestrzeniach Pacyfiku, tak odległych od małej Japonii. Dzień w dzień istny zalew komunikatów: okupacja Kweiki w prowincji Kiangsi i Sanshui w Kwantungu, bombardowanie Czattagamu (Indie) i Townsville (północno-zachodnia Australia); japońskie łodzie podwodne atakują Diego Suarez (na Oceanie Indyjskim) i Sydney (jeszcze jedna głośna epopeja „kieszonkowych łodzi podwodnych”) i „sieją panikę” na wybrzeżu Oregonu. Jak japońskie głowy mają się połapać w tych wszystkich depeszach, w których mieszają się razem Chiny, Birma, Australia, Indie, Alaska, Oceania? Nieopisana wrzawa towarzyszy informacjom o dwóch wielkich bitwach morskich koło Wysp Salomona: pierwsza miała miejsce 7 sierpnia, druga - 24 sierpnia. Oczywiście - dwa wielkie zwycięstwa sztandaru Wschodzącego Słońca. Pierwsze jest przedmiotem sensacyjnych reportaży, w których dziennikarze japońscy prześcigają się w charakterystycznym dla siebie stylu w opisach zamętu nocnej bitwy i wysławianiu niezrównanej odwagi niszczycieli japońskich, które w ciemnościach torpedują wszystko, co płynie przed nimi. Wróg jest w rozsypce, co (wszakże!) nie przeszkadza mu stoczyć w piętnaście dni później drugiej bitwy, której obraz wydaje się jeszcze bardziej zagmatwany, choć tym razem do walki doszło w pełni dnia. Prasa i radio me ustają w wysiłkach, aby rozbudzić entuzjazm opinii publicznej, nie tłumacząc jej jednak, w jaki sposób tak nagle wzrosło znaczenie Wysp Salomona, których częścią jest wyspa Guadalcanal. Trzeba by było bowiem pokazać, w jaki sposób ten archipelag dżungli i bagien, trapiony malarią, znalazł się na granicy morskich frontów wojennych - u zbiegu linii poziomej znaczącej na południu kres japońskiego marszu w kierunku Australii i południka odgraniczającego na wschodzie część Pacyfiku kontrolowaną przez flotę Wschodzącego Słońca. Należałoby nadto przyznać się, że Amerykanie podjęli kontratak, by uratować niebezpiecznie zagrożone Nowe Hebrydy i Nową Kaledonię i ubiec dalszą okupację japońską, bowiem w razie zajęcia istniejących tam baz zostałaby

przerwana droga zaopatrzeniowa między Stanami Zjednoczonymi a Australią. Jednak komunikaty tokijskie są - jak zawsze - jednokierunkowe: obwieszczają wyłącznie zwycięstwa. Tylko uważne studiowanie szczegółowych map, niedostępnych zresztą dla szerokiej publiczności, pozwala stwierdzić... pierwszy odwrót. Tak więc jeszcze raz uchodzą uwagi Japończyków pasjonujące powikłania rozstrzygających walk. Najpierw rozgorzała bitwa między wojskami desantowymi na Guadalcanalu: siłom japońskim, które znalazły się tu 16 czerwca 1942 r., Amerykanie przeciwstawili silne oddziały piechoty morskiej, przerzucone przezornie na Salomony 7 sierpnia. W tej pierwszej bitwie morskiej (w oficjalnej terminologii amerykańskiej zwie się ją bitwą o wyspę Savo) przybyła dla ochrony desantu flota amerykańska traci w zaciętej nocnej potyczce ciężki krążownik i wkrótce potem dwa lotniskowce. Inne jednostki amerykańskie osiadły na mieliźnie koło Guadalcanalu bez ochrony i bez nadziei na otrzymanie posiłków. Lecz dowództwo japońskie mimo całego hałasu, jaki wokół walk o Savo wznieca oficjalna propaganda, nie orientuje się w rozmiarach swego sukcesu. Obawiając się pułapki, nie wykorzystuje posiadanych atutów dla unicestwienia przeciwnika. Z kolei dochodzi do bitwy posiłków: obie strony wysyłają wojska na pomoc swym oddziałom piechoty. W drugiej bitwie na Wyspach Salomona (zwanej w Stanach Zjednoczonych bitwą na Salomonach Wschodnich) admirał japoński, który zadał już poważny cios flocie amerykańskiej, przedwcześnie przerywa walkę, ponieważ jeden z lotniskowców Wschodzącego Słońca został uszkodzony, a drugi poszedł na dno. Walka przenosi się teraz na ląd. Dopiero w tej fazie , do społeczeństwa japońskiego zaczynają docierać wieści o zaciekłych zmaganiach toczonych w końcu sierpnia i we wrześniu w malarycznych dżunglach wyspy. Prasa i radio tokijskie przekazują za radiem amerykańskim wstrząsające opisy walk, dowodzące zajadłości wojsk cesarskich. Nie wspomina się jednak słowem o powstrzymaniu ofensywy japońskiej ani tym bardziej o triumfie kontrofensywy Amerykanów, która ostatecznie ugruntowała ich przewagę na lądzie i w powietrzu. Marynarce amerykańskiej pozostaje odzyskać kontrolę wód wokół archipelagu. W walce, która trwa od 11 do 14 listopada 1942 r., morderczy nocny atak japońskich niszczycieli na szerokości Guadalcanalu w ciągu piętnastu minut posyła na dno dziesiątkę amerykańskich jednostek morskich. Tokio obwieszcza wielki triumf floty japońskiej; oblicza się, że zatopiono osiem krążowników nieprzyjacielskich, a dziewięć innych okrętów wojennych, w tym dwa pancerniki, uszkodzono. Dowódcy japońscy przyznają się do straty jednego pancernika (o drugim widać zapomnieli...), za to pomijają milczeniem fakt zatopienia japońskich okrętów transportowych z wojskiem na pokładzie. Nietknięte pozostają amerykańskie transportowce; świeże oddziały wojskowe i sprzęt będą stanowiły realną stawkę w walkach. Stopniowo piechota japońska, przereklamowana mimo swej zaciętości, zacznie się na przełomie 1942 i 1943 r. wycofywać na zachód. W Tokio z nadejściem jesieni miejsce beztroski szczęśliwego lata zajął niepokój. Japońskie środki masowego przekazu, spikerzy i komentatorzy usiłują jeszcze przedstawiać Guadalcanal nie jako porażkę, lecz jako względny triumf - triumf bohaterstwa i wytrwałości nad materialną przewagą wroga. W karykaturalnym ujęciu przedstawia się strach amerykańskich jednostek luzujących, broniących się wszelkimi sposobami - jak się twierdzi - przed wysyłką na przeklęte wyspy, lub też wyśmiewa wymagania żołnierza amerykańskiego, który nie potrafi walczyć bez czekolady i papierosów, gdy tymczasem japoński wojownik umie zadowolić się korzonkami i korą.

Dnia 9 lutego 1943 r. Biuro Informacyjne publikuje niepokojący dokument: „bilans operacji Guadalcanal”. Podsumowuje on straty floty amerykańskiej, uwzględniając każdą zatopioną i uszkodzoną jednostkę, łącznie z okrętami patrolującymi i statkami handlowymi. Dowodzi to pośrednio zamknięcia pewnego rozdziału i przygotowuje społeczeństwo na przełknięcie gorzkiej pigułki. Tego samego dnia dowództwo japońskie wycofuje drogą morską z Guadalcanalu resztki piechoty cesarskiej. Mija kilka dni w zamierzonym milczeniu, po czym nadspodziewanie jesteśmy świadkami przyznania się do klęski. Komunikat zawiera zaledwie kilka wierszy - można wręcz rzec, że koncentruje się na jednym słowie, które niby magnes przyciąga i fascynuje „Sto Milionów”. Słowo nigdy dotąd” nie słyszane, a tym bardziej nigdy nie czytane. Długo cesarska Wielka Kwatera Główna musiała dumać, by zrodzić ten nowy, oryginalny i zręczny termin. Ponieważ pismo japońskie nadaje się do nieograniczonej fabrykacji wyrazów złożonych, otrzymywanych przez spajanie różnych znaków graficznych, to słynne, niepowtarzalne w swym kunszcie pojęcie zostało ukute przez stopienie dwu ideogramów, z których jeden znaczy „rozwinięcie”, a drugi „cofnięcie”. W pierwszej chwili „rozwinięcie” przywodzi na myśl wojsko, które posuwa się naprzód w szyku rozproszonym, jednak drugi znak graficzny: „cofnięcie” nie pozostawia wątpliwości, że owo „posuwanie się naprzód” następuje... do tyłu. Ujawnienie „rozwinięcia w odwrocie” spod Guadalcanalu („Nippon Times”, tłumacząc to pojęcie za agencją „Domei”, używa angielskiego zwrotu withdrawal-deployment) wywołuje konsternację opinii publicznej. Razi ją - rzecz godna uwagi - nie tyle klęska podjętej operacji, której doniosłości zresztą nie pojmuje, co odwrót: a więc niezbity fakt, że ostatni obrońcy opuścili wyspę, zamiast do ostatniego złożyć życie w ofierze. Czuli na najmniejsze drgnienie opinii publicznej rzecznicy armii i marynarki starają się więc w następnych dniach wytłumaczyć, że jednostka wojskowa ma prawo „rozwinąć się na tyłach”, jeśli jej zadanie polegało na maskowaniu utworzonej na tyłach rzeczywistej linii oporu, która we właściwej chwili pozwala odsłonić przyłbicę. Dla zatarcia fatalnego wrażenia prasa nie skąpi teraz opisów bohaterskich epizodów, mających świadczyć, że nie brakowało oddziałów, które uczyniły zadość idei poświęcenia. Długimi strumieniami malutkich hieroglifów gazety malują pełen chwały koniec „jednostki majora Inagakiego”. Dwustuosobowy oddział znalazł się w kotle, opasany przez wroga zasiekami z drutu kolczastego i ufortyfikowanymi pozycjami rozmieszczonymi w bagnistej dżungli. Żołnierze, nieustannie bombardowani, żywią się trawą. Nocą patrole doczołgują się aż do pozycji wroga, zabijając straże, by móc skraść cudowne puszki konserw. „Moi żołnierze - to doprawdy żywi bogowie!” - woła według relacji dziennika „Yomiuri” major Inagaki. Ale pozycja jest nie do utrzymania. Odbywa się narada, na której jednogłośnie podjęto decyzję kolektywnego samobójstwa, które przyjmuje formę desperackiego ataku na stanowiska nieprzyjaciela o świcie 22 stycznia 1943 r. W przeddzień, o północy, cały oddział w komplecie śpiewa uroczysty, przepełniony smutkiem hymn Kimi Ga Jo na cześć Syna Nieba, po czym wznosi trzykrotny okrzyk Bandzai! za jego wieczną pomyślność, oddając pokłon w kierunku pałacu cesarskiego. Gdy w ciemnościach amerykańskie głośniki rozmieszczone wokoło powtarzają w nieskończoność w języku japońskim wezwanie do kapitulacji, dwie setki żołnierzy, wliczając chorych i tych spośród rannych, których nie trzeba było dobić, zrywają się do ostatniego ataku - na śmierć.

Dowódca wyznaczył jednak - kontynuuje gazeta - dwunastkę śmiałków, których zadaniem jest wyrwać się z matni i przejść przez dżunglę, aby przekazać dowództwu ostatni meldunek o samobójstwie jednostki. I od tego miejsca opis nabiera pełni japońskiego kolorytu. Najpierw melodramatyczna scena pożegnania: swój ostatni rozkaz dla dowódcy grupy, sierżanta Kainumy, major Inagaki kończy słowami: „W śmierci znajdziesz życie”. Tylko czterem żołnierzom udaje się przedrzeć przez linię wroga. Wśród nich znajduje się Kainuma. Rozdzielają się na dwie grupy. Wraz z szeregowcem Niwą Kainuma dokonuje bohaterskich czynów. Ten mistrz szabli i sztyletu likwiduje pierwszą, izolowaną w dżungli, straż amerykańską. Nieco dalej następną: jego sztylet niby oszczep leci ku wrogowi i trafia go z odległości dwudziestu kroków. W pewnym; momencie kula rani Niwę; Kainuma dźwiga go na plecach przez kolczasty gąszcz i rozlewiska rojące się od krokodyli. Niwa spostrzega jednak, że jest przyczyną wyczerpania swego towarzysza, korzysta więc z chwili, gdy ten się oddala, i popełnia samobójstwo: otwiera sobie żyły i z okrzykiem Bandzai! na ustach umiera. Kainuma pogrzebał przyjaciela i ze sztyletem w ręku poprzysiągł nad jego grobem zemstę. „Żądzą zemsty gorzały mu oczy i wrzała w nim każda kropla krwi” – pisze z emfazą „Yomiuri”. Sierżant rusza w dalszą drogę, swym straszliwym sztyletem pozbawiając życia kolejnych nieprzyjaciół i mówiąc za każdym razem: „Czy widzisz i tego oto, przyjacielu Niwa?” Wskakuje do gniazda karabinów maszynowych i masakruje w mgnieniu oka czterech znajdujących się w nim żołnierzy. Na szosie kradnie auto i ścigany, ponownie kryje się w dżungli. W ciągu jedenastu dni zdołał zasztyletować szesnaście ofiar. Krótko odpoczywa wśród innej gromady podobnie opuszczonych i osamotnionych żołnierzy japońskich, żywiących się korzonkami, po czym ponownie daje nura w głąb pozycji nieprzyjaciela. „Natrafił na namiot, w którym ośmiu Amerykanów spało głębokim snem. Temu, który leżał z prawego brzegu, wbił sztylet w brzuch. Żołnierz wydał nieartykułowane chrząknięcie, które jednak pozostałych nie rozbudziło. Kainuma łamie sobie teraz głowę, w jaki sposób zabić drugiego tak, aby nie wydał jęku. Postanawia zadać cios w usta. Ofiara zmarła bez szmeru. Pozostałych uśmiercił więc w ten sam sposób, po czym pozbierał ich plecaki i wrócił do napotkanego niedawno oddziału japońskiego. Po zabiciu 24 wrogów Kainuma odczuł znaczną ulgę”. Oto próbka „patriotycznej opowiastki”, jakimi dzienniki japońskie codziennie karmią „front tyłów”. Opinia publiczna zbytnio się jednak nimi nie przejmuje, skoro czynniki oficjalne niezmiennie zapewniają, że los kilku wysepek na południowym Pacyfiku nie ma w istocie wpływu na ogólny przebieg operacji. Na paradoks - dobrze wszakże oddający atmosferę panującą w Tokio - zakrawa fakt, że po raz pierwszy rodzi się zaniepokojenie dopiero po utracie względnie drugorzędnej wysepki - Attu na Aleutach. Tym razem rząd nie widzi korzyści z uspokajania kraju, przeciwnie: nieoczekiwanie bez niedomówień informuje naród o tym wydarzeniu, zdecydowawszy widać, że odrętwienie opinii publicznej i jej optymizm przekroczyły niebezpieczną granicę. Oficjalna wersja wypadków jest jednak tak nieudolna, że tokijczycy już sobie wyobrażają, że z najmniej spodziewanego kierunku - od północy - droga do Japonii stanęła dla, wroga otworem. Dnia 11 maja 1943 r., dzięki pochmurnej w tym regionie pogodzie, Amerykanom udał się desant całej dywizji na wyspie Attu. Przez przeszło dwa tygodnie cała Japonia niecierpliwie oczekuje rzadkich komunikatów cesarskiej Wielkiej Kwatery Głównej o bohaterskim oporze japońskiego garnizonu. Przez pierwszy tydzień, w proporcji jeden przeciw dziesięciu, udało mu się utrzymywać w szachu amerykański desant, potem jednak krok za krokiem ustępuje, zadając wszakże atakującym ciężkie straty. Wielka Kwatera Główna ujawnia nazwisko dowódcy garnizonu: jest nim energiczny i pomysłowy pułkownik Jamasaki Jasuo. Ale oto w ostatnich dniach maja wokół walk na Attu zapada

cisza. Cała Japonia już wie, że to koniec. 30 maja, poprzedzona pieśnią zmarłych, ustami rzecznika armii zostaje podana przez radio wiadomość o „ostatniej szarży”. Wydarzeniu towarzyszy ogromny rozgłos. Z braku japońskich reporterów, którzy mogliby nadesłać relacje do Tokio, raz jeszcze opis ostatnich walk zapożyczono z radia amerykańskiego. W nocy 29 maja pułkownik Jamasaki rzucił swych 150 żołnierzy pozostałych przy życiu do „samobójczej szarży” na słaby punkt amerykańskiej linii. Przed szarżą popełniło samobójstwo lub zostało dobitych przez towarzyszy ponad 400 rannych i inwalidów. Przerwawszy słabo bronioną linię frontu - nieprzyjaciel uważał już bowiem operację za zakończoną - Japończycy posunęli się o świcie o 8 km, dochodząc do stanowisk artylerii amerykańskiej. Zamierzają zwrócić baterie w kierunku plaży, gdzie koncentrują się składy i obozy wroga. Obronie amerykańskiej, zorganizowanej w pośpiechu z wojsk saperskich i żołnierzy intendentury i kuchni, udaje się w ostatniej chwili powstrzymać ten rozpaczliwy atak. Potrzeba było jeszcze kilku dni na zlikwidowanie izolowanych grupek; żołnierze japońscy do ostatniej chwili walczą zaciekle jak rozwścieczone tygrysy, aby zaś nie dostać się do niewoli, wysadzają się w powietrze granatami, przyciśniętymi do głowy lub serca. Pozostaje jeszcze w rękach sił Wschodzącego Słońca wyspa Kiska. Ponieważ tutejszy garnizon liczy około 7000 żołnierzy - o wiele więcej niż w Attu - dowództwo japońskie postanawia nie poświęcać go niepotrzebnie i jeszcze raz decyduje się rozwinąć manewr „naprzód do tyłu”. Korzystając z gęstej mgły, 29 lipca 1943 r. wycofuje wojska cesarskie. Amerykanie nie podejrzewają takiego posunięcia i 15 sierpnia wyślą aż pięć pancerników, by dokonały druzgocącego bombardowania wyspy przed rzuceniem do ataku oddziałów piechoty - na opuszczoną placówkę. Finał obrony wyspy Kiska zapisał się niezwykłym wydarzeniem: społeczeństwo japońskie po raz pierwszy uzyskało namacalne potwierdzenie relacji prasowych. Oficjalny rzecznik armii japońskiej major Jahagi nadaje całej historii cechy wiarygodności, opowiadając ją osobiście w specjalnej audycji radiowej. Niszczycielom marynarki japońskiej z ewakuowanymi żołnierzami na pokładzie udaje się we mgle oddalić od wyspy Kiska. Po kilku godzinach żeglugi mgła nagle rzednie i oparci o burtę okrętu żołnierze jak przez zasłonę dostrzegają w oddali brzeg. To Attu... I gdy wszystkie spojrzenia skierowały się w tę stronę, oto nagle na plaży wyspy, będącej teatrem niedawnych bohaterskich walk, można wyraźnie dostrzec setki poruszających się we mgle sztandarów Wschodzącego Słońca! Co to takiego? Czyżby na wyspie pozostali jacyś żywi Japończycy? Nie - według autorytatywnej interpretacji samego majora Jahakiego, z całą powagą opublikowanej w prasie japońskiej i rozpowszechnionej w radiu, „były to dusze bohaterów-bogów, którzy zginęli w obronie Attu i pospieszyli na brzeg powitać i dodać odwagi przepływającym w pobliżu naszym żołnierzom, unosząc wysoko we mgle sztandar z czerwonym słońcem i wydając ledwo słyszalny okrzyk Bandzai (Niech żyje Japonia!)”. W końcu maja „front tyłów” bulwersuje sensacyjna wiadomość, która rodzi przeświadczenie, że sytuacja staje się poważna. Krótki komunikat cesarskiej Wielkiej Kwatery Głównej, opublikowany w tym samym czasie co relacja z ostatnich walk na Attu, podaje, że admirał Jamamoto „poniósł w końcu kwietnia śmierć w samolocie podczas walk na froncie”. W Tokio osłupienie i konsternacja. Jak może naczelny dowódca floty japońskiej dać się strącić jak pierwszy lepszy pilot? W całej Japonii ludzie poczynają się zastanawiać nad dziwnymi okolicznościami jego śmierci. Ale dowództwo milczy tak uporczywie, że zaczynają kursować plotki. Wieść niesie, że wielki admirał popełnił harakiri. Ludzie podają sobie ten „sekret” z ust do ust ściszonym głosem, wybuchając następnie głośnym śmiechem, by widomie pokazać, że nie dadzą się nabrać na tego rodzaju czczą gadaninę. Ale powoli dociera

informacja, że Jamamoto długo przeciwstawiał się przystąpieniu do wojny przeciwko Ameryce w 1941 r. Przypomina się - a tym razem historia nie jest wyssana z palca - że podczas kłótni z generałem Todzio na samym początku wojny admirał oświadczył, iż marynarka japońska najpóźniej po roku dozna pierwszych niepowodzeń. Czyż nie istnieje - - powiadają niektórzy - przedziwna zbieżność między tajemniczą śmiercią Jamamota a terminem, w jakim prorokował kres japońskich zwycięstw morskich? Począwszy od tej daty otrzymuję okruchy informacji już może nie tak fantastycznej wagi, które jednak, zestawione później z zachodzącymi wydarzeniami, nabiorą swoistej wymowy. Oto twierdzi się, że dowództwo japońskie przypisuje „pecha” Jamamota doskonałej amerykańskiej obserwacji lotniczej. Admirał odbywał podróż inspekcyjną gdzieś koło południowych archipelagów i niezwykły ruch spowodowany jego przelotem został dostrzeżony przez nieprzyjacielskie samoloty zwiadowcze. Domyślając się obecności „grubej zwierzyny”, zaalarmowano myśliwce amerykańskie, które patrolowały region, i szczęśliwym zbiegiem okoliczności, jak się przyjmuje w Tokio, udało im się strącić samolot samego głównodowodzącego. Licząc, że Ameryce nic o tym nie wiadomo, japońskie dowództwo utrzymywało całą sprawę przeszło miesiąc w tajemnicy, a gdy wreszcie trzeba było wyznaczyć nowego dowódcę floty i wiadomość o śmierci Jamamota, znana sztabowi marynarki, mogła przedostać się do opinii publicznej, zdecydowano się w ostatnich dniach maja ogłosić stosowny komunikat. W rzeczywistości dowództwo amerykańskie wiedziało - ta informacja dotrze do mnie dopiero po wojnie - że admirał Jamamoto poległ. Nie został zaatakowany i strącony „szczęśliwym zbiegiem okoliczności”, lecz całkiem świadomie. Był to nowy sukces amerykańskich służb wywiadowczych. One to przejęły i rozszyfrowały ściśle tajny meldunek japoński, zapowiadający podróż inspekcyjną admirała Jamamota po bazach Pacyfiku i precyzujący dokładnie trasę i pole przelotu, a także określający typ samolotu, którym się posłuży. 18 kwietnia o godz. 9.43 na 2 minuty przed planowym pojawieniem się samolotu głównodowodzącego floty japońskiej nad wybrzeżem Bougainville, gdzie miał wylądować w bazie lotniczej w Kahili, na skraju tego regionu oczekuje 16 amerykańskich myśliwców z bazy w Guadalcanalu. Muszą oszczędzać paliwo potrzebne na drogę powrotną. Gdyby samolot admirała się opóźnił, musiałyby wrócić i zrezygnować z akcji. Ale Jamamoto stawił się punktualnie na spotkanie ze śmiercią. Zgodnie ze swym zwyczajem przybywa nawet o minutę wcześniej. W sekundę później jego dwumotorowy bombowiec typu mitsubishi, zaatakowany przez dowódcę eskadry amerykańskiej, ma uszkodzony jeden silnik i jedno skrzydło. Po chwili rozbija się w dżungli i staje w płomieniach. Drugi bombowiec tego samego typu, którym lecą oficerowie sztabu naczelnego dowódcy, wpada do morza, a napastnicy, straciwszy w ataku jeden ze swych samolotów, odlecieli, zanim sześć myśliwców z eskorty Jamamota ochłonęło ze zdumienia.

8. Japońska „strefa współdobrobytu”
Na początku 1942 r. generał Todzio oznajmił o powołaniu w kierowanym przez siebie gabinecie nowego ministerstwa - Dai Toa Sio, czyli Ministerstwa Wielkiej Azji. Obok Gaimusio, czyli

Ministerstwa Spraw Zagranicznych, nowo utworzona instytucja ma się zająć koordynacją administracyjną obszarów, jakie armia cesarska zdobyła na południowym Pacyfiku. Plany wydają się imponujące i szlachetne. Japonia zamierza wyeliminować z imperium azjatyckiego, nad którym od Syberii aż do wrót Indii powiewa sztandar Wschodzącego Słońca, dawne metody zachodniego kolonializmu. Nie utworzy ani kolonii, ani protektoratów, lecz wolne stowarzyszenie zespolonych wokół niej niby wielka rodzina narodów. Z wyjątkiem kilku strategicznych punktów, na przykład Singapuru, gdzie zostanie zachowana japońska administracja wojskową, wszystkie stowarzyszone narody będą miały prawo do niezawisłości: Birma, Tajlandia, Malezja, Filipiny, Indie Holenderskie i Indochiny, które Tokio już teraz traktowało jako podległe sobie terytorium, chociaż władzę sprawowała tam jeszcze administracja francuska. Wszystkie te niedawno zdobyte obszary zostaną przyłączone do odrobinę starszego imperium, jakie Japonia zdążyła sobie wykroić z poczesnego fragmentu kontynentu azjatyckiego (Korea, Mandżuria, skrawek Mongolii i wschodnia część Chin). Rozmiłowany w pompatycznych formułach, nawiązując do nazwy sprzed dwu-trzech lat, rząd mianuje cały ten obszar „strefą współistnienia i współdobrobytu”. Choć jeszcze trwa Dai Toa Sensô (Wojna Wielkiej Azji), która ma zniszczyć stary porządek, Dai Toa Sio (Ministerstwo Wielkiej Azji) jest już gotowe do bezzwłocznego przyłączenia zajętych terenów i kształtowania „nowego porządku azjatyckiego”. W końcu 1942 r. widać już jednak wyraźnie, że pochłonięta działaniami wojennymi Japonia zdaje się w swym sławetnym „konstruktywnym dziele” na totalną improwizację. Nie dysponuje ani czasem, ani odwagą, brak jej też ducha metodycznych działań dla przygotowania -- jak to uczyniły Niemcy - ekip „zdobywców”, funkcjonariuszy politycznych i propagandzistów, które by zapewniły „reedukację” i „wyzwolenie” okupowanych narodów. Nie wyszkolono nadto instruktorów politycznych ani lingwistów, których wymaga program „podniesienia narodów do niepodległości”. Ile jest wart w praktyce ów program? Całe Południe trzyma twardą ręką grupa dowódców wojskowych i armia, która je zdobyła - tak wygląda prawda. Co się zaś tyczy planów politycznych - przy założeniu, że są szczere - to pozostają one tymczasem w sferze teorii i intencji. Warto się przyjrzeć, z jakim pośpiechem i jak niedbale rząd rekrutuje ludzi do służby na Południu. Większość z nich nie jest przygotowana do funkcji, jakie ma wypełniać. Wszyscy ci japońscy dyplomaci, biznesmeni, bankierzy, przedstawiciele wielkich koncernów (np. Mitsui i Mitsubishi), towarzystw morskich i transportowych, eksporterzy, dziennikarze itp., których wojna wygnała z Zachodu i którzy przezornie przed Pearl Harbour powrócili z Europy i Ameryki do kraju bądź później zostali repatriowani na zasadzie wymiany, mają teraz tworzyć zamorski sztab polityczny w nieznanych sobie regionach: byli szefowie biur w Londynie, San Francisco czy Buenos Aires staną się bez koniecznego przeszkolenia administratorami i doradcami cywilnymi w Kota Baharu (Półwysep Malajski), Balikpapande (Borneo) lub na Mindanao. W charakterze podwładnych przydziela im się handlarzy - jakich tylko udaje się znaleźć - którzy niegdyś sprzedawali japońską tandetę na szlaku między Singapurem a Rangunem lub kursowali jako kupcy między Borneo, Timorem i Australią, a także wszystkich, którzy pod przykrywką dziennikarstwa, biznesu, przedsiębiorstw połowowych, biur turystycznych itp. penetrowali swego czasu Południe lub uprawiali szpiegostwo. Skądinąd cechują się oni lepszą znajomością tamtejszych stosunków niż ich bezpośredni szefowie, niemniej wszyscy ci „wyzwoliciele Azji” nadają się ze swym wykształceniem ledwie do tłumaczenia bądź egzekwowania rozkazów wszechpotężnych generałów, którzy usadowili się w fotelach porzuconych po klęsce przez białych kolonizatorów.

Każdy Japończyk władający jednym z języków „strefy współdobrobytu”: przede wszystkim angielskim, francuskim (niezbędnym na obszarze Indochin) czy hiszpańskim (Filipiny Holenderskie i Jawa), ma zapewnione dobre stanowisko. Setki studentów uprzedzają wezwanie do wojska, pretendując do synekury w jednym z tych krajów, aż nadto szczęśliwi, że miast parać się wojaczką, będą mogli korzystać z uroków wymarzonych mórz Południa. W świadomości narodu japońskiego zaczynają odżywać drzemiące w jego krwi prastare instynkty: zew gorących krajów wyzwala uczucie wspólnoty etnicznej, przez oficjalną japońską pseudonaukę, strażniczkę narodowej mitologii, starannie ukrywane - wszak „rasa azjatycka” zawiera domieszkę ras oceanicznych. Całą Japonię ogarnia entuzjazm dla „marszu na Południe”. Minami - Południe - słowo nieustannie powielane w dziennikach i rozmowach, sztukach teatralnych i refrenach modnych piosenek, przywołuje nie tylko obraz szczęśliwych wysp i słonecznych miast pod tropikiem, ale i bardziej przyziemnych korzyści, jakie stwarza pozostawiony przez białych komfort i obfitość nieznanych Japończykom dóbr i żywności. Tokio nie tai zachwytu (już długo to nie potrwa!) - ryż, cukier, tytoń, whisky, świetnie skrojona odzież z Singapuru, eleganckie szorty z Hongkongu i Sajgonu przejmujące wstydem brzydkie japońskie portki. Szczytem wytworności jest jazda wyszabrowanym w Szanghaju, Manili czy Singapurze samochodem - przywilej zarezerwowany dla najwyższych osobistości tamtych dni. Ci tylko bowiem (przy poparciu armii lub marynarki) mają dostatecznie długie ręce na to, by sprowadzić z rzadka już kursującymi statkami buicki lub fordy model 1941, które robią furorę u wejść do herbaciarni. Cała ta euforia 1942 r. ma żywot krótkotrwały. Czyż zresztą kiedykolwiek lekkomyślny naród japoński pozostał wierny swym uniesieniom lub przekonaniom dłużej niż jeden sezon? W dodatku Minami dość szybko zyskuje u ludzi zorientowanych złą opinię. W drodze można zginąć od torpedy. Jeśli się już tam dotrze, trafia się pod rozkazy armii. Wojna trwa nadal; osławione „wznoszenie zrębów nowego porządku” - to pusty slogan: rzeczywistością są nieprzyjacielskie bomby. Na początku 1943 r. rząd ma już trudności z werbowaniem chętnych kandydatów i musi zarządzić mobilizację ¼ urzędników z metropolii. Papierkowa i przesadnie rozbudowana biurokracja japońska musi nagle dostarczyć - niby pechowców i skazańców - niemałą liczbę „skrobipiórków”, którzy wyrwani z rutyniarskiego życia, przerażeni trafiają na obce im Południe. Tylko najsprytniejsi potrafią przerwać tę eskapadę w samym Tokio, zawiesiwszy się na jakimkolwiek stanowisku w nowo powstałym Ministerstwie Wielkiej Azji. Ministerstwo to od razu staje się domeną karierowiczów i wszelakich typów, którzy mają „plecy”. Jest ono punktem podjazdowej wojny klanów, zwalczających się zaciekle w łonie rządu. Armia i niektóre kręgi administracji, którym przypisuje się miano „postępowych” (czytaj: na usługach armii), pragnęły wziąć w karby i pomniejszyć znaczenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych, pomawianego od lat o tendencje liberalne i internacjonalistyczne. Nowe ministerstwo zabrało mu więc prawie połowę personelu i pozbawiło go niemal wszystkich kompetencji, przywłaszczając sobie całość spraw Azji i pozostawiając mu jedynie stosunki dyplomatyczne z Osią i kilkoma krajami neutralnymi oraz ze Związkiem Radzieckim. Kłótnie klik przenoszą się także na skalę lokalną w krajach okupowanych, co nieuchronnie zapowiada klęskę administracji japońskiej. Nie ustaje wieczna rywalizacja między przedstawicielami armii, marynarki i dyplomacji, a obecność urzędnika Ministerstwa Wielkiej Azji dodatkowo pogłębia bałagan. Samo to Ministerstwo stało się bowiem terenem szczególnie ostrych rozgrywek personalnych. Kierownictwo miało przypaść generałowi Sudzukiemu Teiiciemu, który ten nowy twór wymyślił. Premier Todzio obawiał się jednak, że Sudzuki zbytnio wzrośnie w potęgę, toteż zamiast

niego wybrał uległego urzędnika z resortu finansów, Aokiego Kazuo. Tymczasem minister spraw zagranicznych Togo Sigenori, już wcześniej skłócony z generałem Todzio na tle całokształtu jego polityki, występuje gwałtownie przeciwko zredukowaniu kompetencji swego ministerstwa i składa dymisję, a jego miejsce zajmuje mniej znacząca osobistość Tani Masajuki, dotychczasowy ambasador w Nankinie i zaufany rzecznik interesów armii w okupowanych Chinach. Rozgardiasz w administracji i niedostatek kompetentnych urzędników i administratorów - wszystko to ma drugorzędne znaczenie wobec podstawowego mankamentu, który od początku zaważył na imperium japońskim w Azji: braku idei w tym decydującym momencie historii cesarstwa japońskiego. Naród-pustelnik, który tak długo izolował się od świata, wychodzi teraz światu naprzeciw. Naródlustro, w którym przez tyle lat odbijał się świat zewnętrzny, który importował zagraniczne idee i zapożyczał od Zachodu elementy jego cywilizacji, pretenduje po raz pierwszy do tego, by własnym światłem oświetlić znaczny obszar kuli ziemskiej. W tej roli o historycznym znaczeniu, w tej - jak się oficjalnie nazywa - misji wobec pobliskich narodów Japonia oferuje jednak ubożuchny ideowo program, niezdolna trwale go zaszczepić. Zawsze zresztą w Japonii konkretne działanie królowało nad refleksją. Ktokolwiek miał możność obserwować kulisy polityki japońskiej, nie mógł się dość nadziwić bezprzykładnemu pogmatwaniu idei: tym wiecznotrwałym sporom między zwolennikami ekspansji na północ a zwolennikami marszu na południe, tej nieustannej rywalizacji między zasadami polityki kontynentalnej a polityką „strefy Pacyfiku”, temu ciągłemu ścieraniu się umiarkowanych kół oficjalnych i ekstremizmu prowodyrów w kręgach armii, wreszcie temu pomieszaniu koncepcji poszczególnych klik z nadmiarem haseł, głoszonych przez cywilów, wojskowych, marynarzy i dyplomatów. Jakiż tu kontrast pomiędzy chaosem idei a sprawnością działania! Trudno znaleźć przykład działania równie logicznego, równie „planowego” i równie konsekwentnie doprowadzonego do końca jak japońska ekspansja w ostatnim półwieczu (podobnie jak i ekspansja ekonomiczna minionego piętnastolecia - od 1965 r.). Jest to zdecydowane parcie naprzód, bez cofania się ni wahania, z precyzyjnym wyczuciem azymutu, zasadniczych celów i metod, które warunkują ich osiągnięcie. Wydaje się jednak, że w tych wszystkich sprzecznych ideach tkwi jedna wspólna siła. Można to wytłumaczyć jedynie logiką Japonii militarystycznej - logiką instynktu, a nie rozumu. Instynktu sfory obojętnej na wewnętrzny brak porządku, zwartej, silnej i pewnej siebie w pochodzie przed siebie, kierowanej instynktowną świadomością i zbiorowymi impulsami - ma swój - sposób silniejszymi niż rozkazy tych, którzy sądzą, że nią kierują. Teraz jednak nadeszła chwila, kiedy działanie zeszło na drugi plan, a pierwszy zajęło rozpowszechnianie idei. „Nowy porządek azjatycki” wymaga więcej rozumu niż instynktu. Orężem nie można narzucić żadnej cywilizacji, musi ona dotrzeć do serc i umysłów. Niestety, Japonia mimo zaskakującej skali swych aspiracji i działań, którymi potrafiła zadziwić świat, raz jeszcze będzie usiłowała jedynie tłumaczyć nędzą swej filozofii. Rzecz zadziwiająca: Japonia przedstawiana przez Japończyków zawsze wypada gorzej, niż jest w rzeczywistości. Popada w swe odwieczne dziwactwo, biorąc okrągłe formuły za idee. Serwuje innym slogany, którymi sama się oszukiwała, i hasła, które sama przyjęła, kierując się nominalizmem i zamiłowaniem do pompatycznych frazesów zastępujących istotę rzeczy. Z nich najbardziej oklepany brzmi: „strefa współdobrobytu”. Powstał, jak się wydaje, w przebogatej w pomysły mózgownicy byłego ministra spraw zagranicznych Matsuoki i w czasie pokoju służył za parawan skrywający jego rzekomo pacyfistyczne, merkantylne i internacjonalistyczne

cele. W dobie wielkich operacji wojskowych wyznaczał obszary, wojowniczej i nacjonalistycznej ekspansji Wielkiej Japonii. Teraz, w roku 1942, przykrywa zaimprowizowany plan Stowarzyszenia Narodów Azjatyckich podległego Japonii. Formuły japońskie bowiem, nie mniej niż ludzie, przypominają kameleony. Jakie granice wyznaczono w zamyśle tej strefie? Nieokreśloność desygnatu dowodzi zmienności zamiarów i nienasyconego apetytu. Gdybyż do strefy „współdobrobytu” można było włączyć Australię!... Indie również by jej nie zaszkodziły... A dlaczegóżby nie Syberia - skoro tylko nadarzyłaby się okazja? Formuła jest czystym oszustwem, gdy zapowiada stosunki równości między Japonią a regionem południowego Pacyfiku. Japonia jest biedna, a „region” bogaty: połączenie oznacza wzbogacenie tej pierwszej i odarcie z wszelkich bogactw tego drugiego. O „dobrobycie” można mówić do momentu pojawienia się armii cesarskiej. Wszędzie, gdzie Japonia wnosi „współdobrobyt”, żegnaj, dobrobycie! Inna ulubiona formuła, wytrzepana ze starych świętych tekstów religii narodowej, Hakko Iciu znaczy: „umieścić pod jednym dachem osiem zakątków wszechświata”. Ta poetycko piękna idea wyraża dążenie do powszechnego braterstwa. Ale i ona pozostaje kameleonem: wystarczy posłuchać, jak się ją cytuje przy stu okazjach, by zrozumieć całą jej wieloznaczność. Japonia pragnie zespolić wokół siebie rodzinę narodów - ale rodzinę zorganizowaną według reguł japońskich. Według tradycji japońskiej rodzina stanowi hierarchię, w której najstarszemu bratu podlegają młodsi, a ojciec pozostaje niekwestionowanym władcą całej rodziny. Każde japońskie stowarzyszenie tak osób, jak i narodów może się opierać wyłącznie na zasadzie feudalnej, nigdy egalitarnej. Japonia jest krajem, w którym każda jednostka zawsze stoi niżej od jednej części swych rodaków i wyżej od drugiej. Skupić pod jednym dachem narody azjatyckie - znaczy oczywiście traktować je jako postawione niżej. Wieloznaczność formuły Hakko Iciu pozwala nadto skrajnym nacjonalistom głosić hasło światowej ekspansji. Azja im nie wystarcza, nie obejmuje wszystkich ośmiu zakątków świata. Spoza wojny „Największej Azji” dostrzegają szansę przyszłych konfliktów, na przykład wojnę, jaką pewnego dnia należy proklamować przeciwko „nowemu porządkowi” podbitej przez Hitlera Europy. Japonia panem świata? Podstawową słabością narodu japońskiego w jego „misji cywilizacyjnej” jest brak zmysłu uniwersalności - słabość, która anuluje jej przewagę militarną. Wierząc w swą dziejową misję wobec świata i pragnąc dołączyć do szeregu wielkich twórców imperiów w historii, Japończycy mają do zaoferowania innym narodom jedynie wizerunek wąskiego partykularyzmu - obyczaje bardzo szczególnej, nie dającej się przyswoić cywilizacji. Barierą izolacyjną uniemożliwiającą w gruncie rzeczy zrozumienie japońskiego posłania cywilizacyjnego (zakładając, że takowe istnieje) jest przede wszystkim język. Na mówiony język japoński, niezwykle skomplikowany, nałożyło się niegdyś obce, równie trudne pismo chińskie, korespondujące z językiem, należącym do innej grupy języków (chińsko-tybetańskich). Ta chińsko-japońska łamigłówka wymaga od małych Japończyków lat nauki. Japonia ma ponadto dwa alfabety sylabiczne, składające się z 99 znaków graficznych. Teraz nagle wyobraziła sobie, że to wystarcza, by z arcytrudnego języka japońskiego uczynić wspólne narzecze całej „strefy współdobrobytu” i zastąpić nim język angielski: na początek nakazuję obowiązkowe nauczanie japońskich ideogramów. Nowi władcy południowego Pacyfiku deklarują poszanowanie tradycyjnych wierzeń i obyczajów tubylców. A jednak całe życie społeczne podbitych obszarów szybko zyskuje piętno japońskie. Podobnie jak w Japonii policja wciska się wszędzie i niebawem staje się głównym mechanizmem administracji. Miejscowa ludność musi się łączyć w tonarigumi - stowarzyszenia sąsiedzkie, pociągające za sobą dwa bardzo japońskie przymusy: wzajemne szpiegowanie się sąsiadów

i organizację racjonowania zaopatrzenia. Ponieważ Południe powinno stać się tak pracowite jak sama Japonia, więc koniec z tańcami, śpiewami, a zwłaszcza z jazzem: wszyscy do roboty! Nawet sjesta zostaje zabroniona. Oświatę rozumie się po japońsku: wiele miejsca zajmują intensywne ćwiczenia wojskowe, w dużej mierze oparte na przemocy. Wszystkie miejscowe religie są tolerowane tylko wtedy, gdy integrują się z japońskim porządkiem. W całej „strefie współdobrobytu”, a szczególnie na Filipinach, religia katolicka, broniąca swej niezależności i manifestująca przywiązanie do uniwersalnego Kościoła, którego głowa żyje nie w Tokio, lecz w Rzymie, staje się obiektem prześladowań. Najeźdźcy zakładają wszędzie świątynie sintoistyczne, w których praktykują swoją wiarę. Jak Japonia epoki militarnej może być przygotowana do wypełniania wielkich zadań w życiu międzynarodowym, skoro przez całe wieki zamykała się w nieufnej izolacji, wmawiając poddanym, że wszelkie stosunki z zagranicą stanowią zbrodnię zmowy z wrogiem, zasługującą na karę śmierci? W spadku narodowi japońskiemu pozostało skrajne niezrozumienie stosunków międzynarodowych i głęboki brak kompetencji w tej dziedzinie. W płaszczyźnie indywidualnej przejawia się to w postawie Japończyka wobec cudzoziemca: reaguje prymitywnie, okazując nieprzyjazną nieufność lub naiwny podziw; biały człowiek jawi mu się jako Bóg lub diabeł. W skali narodowej przejawia się to w analogicznej niespójności, która stosunkom z Zachodem nadaje formę już to bałwochwalstwa, już to ksenofobii. Niegdyś za osłoną „muru chińskiego”, jaki wokół Japonii uformowały oceany, pełnią dojrzałości rozkwitła cywilizacja o odrębnych, trwałych wartościach. Stara Japonia nie wzrastałaby w siłę ani nie osiągnęła równowagi politycznej i społecznej, gdyby nie opierała się na solidnych podwalinach porządku politycznego i moralnego. Nieznajomość reguł stosunków międzynarodowych miała się okazać groźna w skutkach: po raz drugi, a może nawet trzeci w swej historii - w końcu XIX i na początku XX wieku - Japonia poddała się zalewowi gwałtownej fali obcych kultur15. Naród, który przechwalał się, że nigdy nie zaznał inwazji wojskowej i przez dwa tysiące lat potrafił uchronić „świętą ziemię” Japonii przed podbojem z zewnątrz, uległ inwazji duchowej. Biedni Japończycy z początku wieku! Nagłym skokiem znalazłszy się ze średniowiecza w wieku Ameryki, utonęli, pośród zużytych słów starożytnych Chin i nowoczesnych pojęć importowanych z Zachodu. Nadziali umysły zagranicznym pokarmem, napchali wyuczonymi ideami i zapożyczonym słownictwem, przeładowali mądrościami przetłuszczonych ksiąg, a jednocześnie pozostały one spętane łańcuchem anachronizmów i starych przesądów. I z takim rozsadzającym głowy galimatiasem rzucili się w wir nowoczesności, chorzy na wszystkie gorączki świata, podatni na infekcję wszelkimi wariactwami i modami przenikającymi z zewnątrz. Co w ostatecznym bilansie militarna Japonia wnosi do światowego dziedzictwa? Dzięki podświadomemu instynktowi społecznemu dawna Japonia, wyrastająca ze starej cywilizacji, opartej na autentycznych prawdach i wartościach, potrafiła, w części przynajmniej, oddzielić zalety od wad.
15

Do początku VIII w. Japonia pozostawała pod wpływem kultury chińskiej (zapożyczono m.in. pismo i system administracyjny) i religii buddyjskiej. Pierwsi Europejczycy pojawili się na początku XVI w., przywożąc m.in. broń palną i rozwijając handel. Od 1549 r. datują się w Japonii początki chrześcijaństwa (działalność misjonarska jezuitów), dociera cywilizacja europejska. Początek XVII w. przynosi krwawe prześladowania chrześcijan i zakaz handlu z Europejczykami. Po dwuwiekowej izolacji w połowie XIX w. następuje „otwarcie” Japonii wobec Zachodu. Restauracja cesarstwa (1867) i rządy cesarza Meidziego oznaczają kres feudalizmu (ogłoszenie konstytucji w 1889 r., wprowadzenie monarchii parlamentarnej) i początek modernizacji struktur społecznogospodarczych na wzór zachodni - przyp. tłum.

Nie chciała jednak w pełni docenić swych walorów. Gdyby nie skompromitowała się swą ambicją ucznia, pragnącego działać szybciej i lepiej od nauczycieli, miałaby bez wątpienia, jak każdy naród, określoną misję do wypełnienia wśród innych narodów. Mogłaby na przykład wprząc swe umiarkowanie i swój zmysł kolektywnej twórczości w służbę demokracji. Wzorem Wielkiej Brytanii mogłaby pokazać, że ustrój monarchistyczny nie musi wykluczać demokracji, a umiłowanie hierarchii nie stanowi zagrożenia wolności. Byłaby na pewno solą Azji; bowiem intuicyjnie wyczuwała, że jej duchowy wkład do wspólnoty narodów mógłby dać należny odpór materializmowi Zachodu. Jednakże w znamiennym dla się pomieszaniu wartości i w histerycznym pośpiechu działania pomyliła Boga z cezarem i przeniosła szablę nad ideę. Wszystkie te słabości pozornie w niczym nie zakłócają inscenizacji „nowego porządku azjatyckiego” w „strefie dobrobytu”. Program „Największej Azji” nigdy nie wydawał się bardziej błyskotliwy niż w dobie pierwszych klęsk zapowiadających katastrofę. Od 1942 r. mnożą się wizyty nadzwyczajnych ambasadorów cesarskich, składane stowarzyszonym narodom „strefy współdobrobytu”. Brat cesarza Hirohita, książę Takamatsu, przebywa u Pu I, cesarza-marionetki pseudoniezależnej Mandżurii (Mandżukuo). Stary baron Hiranuma Kiiciro wraz z byłym ministrem spraw zagranicznych Aritą osobiście przekazuje chińskiemu Quislingowi - Wang Cing-wejowi - pozdrowienia od Todzio. W Bangkoku Hirota Koki, były premier i „szara eminencja” Czarnego Dragona16, składa wizytę feldmarszałkowi Luangowi Pibulsonggramowi, tyranowi Tajlandii. W grudniu 1942 r. Wang Cing-wej przyjeżdża do Tokio, przyjęty na audiencji przez cesarza inkasuje pożyczkę w wysokości 100 mln jenów i wypowiada wojnę Anglii i Ameryce. Propaganda japońska może w ten sposób reklamować „pomoc 200 milionów Azjatów dla Osi” i obiecać Chińczykom, że zostaną im zwrócone międzynarodowe koncesje. Z kolei w marcu 1943 r. w Tokio zjawia się Birmańczyk U Ba Maw, udrapowany w różowy jedwab, z turbanem malwowego koloru na głowie. Ta wysoka (wzrostem) persona, wyraźnie z siebie zadowolona, pochylając się ku drobnym japońskim sojusznikom, wystrojonym ceremonialnie w żakiety, wygłasza z doskonałym akcentem oksfordzkim nie kończące się przemówienia. W japońskich kołach oficjalnych panuje opinia, że temu facetowi nie można ufać, dość już sprawiał kłopotów. Czyż do 1940 r. nie był zdeklarowanym anglofilem, premierem w gabinecie utworzonym przez Anglików i przedstawicielem Birmy na konferencji dominiów? W czasie fali bombardowań Londynu zmienił zapatrywania (czy aby nie za szybko?), sądząc widać, że nadszedł koniec Anglii; odtąd jest zmienny i nieobliczalny - ale nikt lepszy się nie trafia. Jego pobyt w Japonii zaowocował wydarciem premierowi Todzio obietnicy niepodległości dla Birmy, która ma być proklamowana w sierpniu jednocześnie z zawarciem sojuszu japońsko-birmańskiego. Następna na liście gości osobistość jest o wiele bardziej interesująca. Subhas Czandra Bose przewodniczący Ligi Niepodległości Indii, były przewodniczący Indyjskiego Kongresu Narodowego, uformowany w Londynie wielki polityk na miarę czołowych przywódców: Jawaharlala Nehru i Mohammeda Alego Jinnaha - jest godnym przeciwnikiem Korony Brytyjskiej. Opowiada się za zarzuceniem głoszonej przez Gandhiego walki bez gwałtu i pragnie wpoić Indiom zasadę, że wolność okupuje się ceną krwi. Uwięziony przez Anglików w 1940 r., zbiega do Niemiec. W Berlinie na krótko połączy swą sprawę z postacią Hitlera. Klęska wojsk niemieckich nad Kanałem Sueskim upewnia go, że droga do niepodległych Indii nie wiedzie przez Rzeszę. Specjalista od sensacyjnych ucieczek, bez
16

Skrajnie reakcyjno-nacjonalistyczna organizacja typu mafijnego, złożona głownie z wojskowych – przyp. tłum.

pożegnania znika Hitlerowi z oczu i niespodzianie zjawia się w Tokio, odbywszy podróż w tajemniczych okolicznościach - zapewne na pokładzie japońskiego okrętu podwodnego. Teraz z kolei stawia na kartę japońską. Zakłada w Singapurze Ligę Niepodległości Indii, staje na jej czele i organizuje pierwsze oddziały niepodległej armii indyjskiej. Elegancki, dynamiczny, o wielkiej sile przekonywania, ma nadzieję swą wspaniałą angielszczyzną nakłonić Japonię do podjęcia próby zdobycia Indii. Niestety! Wszystko, co uzyskuje w wyniku podróży do Tokio, sprowadza się do uznania kierowanego przezeń tymczasowego „rządu wolnych Indii” i deklaracji nieodzownego sojuszu, dzięki czemu otrzyma nieco broni dla swego wojska. „Marsz na Delhi” zakończy się kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Birmą, załamując się w 1944 r. pod Imphalem. Pora wreszcie, by i generał Todzio odegrał rolę wielkiego podróżnika. Do Nankinu wybrał się już w marcu 1942 r., do stolicy Mandżukuo, Sinkingu, w kwietniu. Wzrost popularności przynosi mu rajd po Pacyfiku. W lipcu składa w Rangunie wizytę U Ba Mawowi, a następnie w Bangkoku spotyka się z Pibulsonggramem. Z Tajlandii udaje się do Sionanu - czyli do Singapuru. Marszałek hrabia Terauci Hisaici, głównodowodzący sił japońskich na południowym Pacyfiku, przyjmuje go chłodno, odmalowując sytuację w czarnych barwach. Po pobycie na Sumatrze, Borneo i Jawie Todzio ląduje w Rabaulu w Archipelagu Bismarcka, wysuniętej twierdzy frontu oceanicznego na północny wschód od Nowej Gwinei. Tu przeżywa ostre bombardowanie lotnicze i w zaciszu schronu może podumać o pesymistycznych przewidywaniach Terauciego. Wreszcie zatrzymuje się w Manili jako gość Komitetu Niepodległości Filipin. Gdy „nowy porządek azjatycki” święci sukcesy - w optymistycznej ocenie Tokio - „w strefie współdobrobytu”, hitlerowski „nowy porządek” ponosi pierwsze klęski w Afryce Północnej, na Sycylii i we Włoszech. Naród japoński jest jednak nadal oszukiwany przez propagandę „Największej Azji”, która nie tylko schlebia jego zamiłowaniu do szumnej frazeologii i oficjalnych pozorów, ale i - co gorsza - tym perfidniej maskuje rzeczywistość utopiami, im bardziej fakty obnażają bankructwo programów. Tymczasem generał Todzio decyduje się zmienić plany i przyspieszyć godzinę wyzwolenia Azji. W jakim punkcie znajdzie się Japonia niebawem - w roku 1944? A w roku 1945? Trzeba działać przed epoką katastrof, której nieuchronność już wróżą widome znaki. Program kształtowania „nowego porządku azjatyckiego” powstał w perspektywie wielkiego zwycięstwa, obecnie należy go zrewidować w obliczu prawdopodobnej klęski. I to był jeden z sekretnych powodów podróży premiera. Tuż przed jej rozpoczęciem składa nieoczekiwanie na nadzwyczajnej sesji parlamentu wymowne oświadczenie: „Udzielimy zaszczytu niepodległości Filipinom nawet jeszcze w tym roku”. Ale ze wszystkich podbitych narodów Filipińczycy, w których żyłach płynie stara hiszpańska krew, okazują się najbardziej buntowniczy. Dotychczas Todzio wystrzegał się wyznaczania daty przyobiecanej niepodległości: niech naród Filipin wykaże szczerość we współpracy z orientalną Japonią - i tylko pod tym warunkiem nadamy mu niepodległość. Obecnie zaś przyrzeka ją prawie niezwłocznie i bez stawiania warunków. We Wschodnich Indiach Holenderskich, przede wszystkim na Jawie, obietnice wydają się zbyteczne, ponieważ w przeciwieństwie do Filipińczyków miejscowa ludność jest najłatwiejsza „do prowadzenia” spośród narodów „strefy współdobrobytu”. Polityka ta ulega niejakiej modyfikacji i Todzio zobowiązuje się do utworzenia „rady tubylczej”, „konsultowanej” przez japońską armię okupacyjną. W Indochinach, najlepiej w przeszłości rządzonych spośród regionów Południa, najmniej kosztownym

rozwiązaniem wydawało się pozostawienie administracji francuskiej z admirałem Decoux na czele17. Nie na długo: w przewidywaniu bliskiego zwrotu wydarzeń ruchy niepodległościowe, zrazu słabiutkie, zyskują na znaczeniu - wybija godzina Viet-Minhu i niebawem łuna pożaru rozleje się nad Wietnamem. Plan jest klarowny: Japonia zarzuca hasło budowy. Skoro, wojna „.Największej Azji” jest skazana na nieuniknioną klęskę, należy dalekowzrocznie uczynić wszystko, aby przed powrotem białych rozniecić w sercach tubylców nienawiść do byłych kolonizatorów, a z niepodległości uczynić pole minowe na obszarze, który trzeba będzie odstąpić wrogowi. Nieważne, że miejscowa ludność odnosi się z nienawiścią do armii japońskiej, zaciskającej pętlę bezlitośnie, w miarę jak wojna wygasa. Pozostaje japońska idea, która, przyjęta z entuzjazmem, kiełkuje i rośnie w całej „strefie współdobrobytu”, pozwalając Japonii aż do końca, a nawet później trzymać w garści miejscowych przywódców: idea ta sprowadza się do hasła azjatyckiego powstania przeciwko białym18. W październiku 1943 r. scena „niepodległości” Filipin - oczywiście made in Japan - jest już w Tokio gotowa. Aktorzy komedii są przyjmowani w Japonii z całą okazałością. Do głównej roli przymierzył się Jose Laurel, filipiński adwokat i polityk, który od dawna kokietował Japonię, a niegdyś wystarał się o dyplom hogakuhakusi (doktora praw) cesarskiego uniwersytetu w Tokio. Towarzyszą mu dwaj kumple podobnego pokroju: Jorge Vargas, były sekretarz prezydenta Manuela Quezóna, wierny ongiś przyjaciel Stanów Zjednoczonych, obecnie desygnowany na stanowisko pierwszego ambasadora Filipin w Tokio, i Benigno Aquino, były członek Senatu i przywódca Kalibapi - faszystowskiej partii Filipin. Laurel o śliwkowej cerze, z rozwichrzonymi włosami i rozbieganymi oczyma w osłonie rogowych okularów, w swych spodniach w paski przypomina Judasza. Ostatnio ledwo uniknął sprawiedliwej kuli filipińskiego partyzanta w Manili i, może być, to przeżycie nadaje mu znamię człowieka oznaczonego. Policja czujnie strzeże każdego jego kroku. Cała trójka jest uroczyście podejmowana w pałacu cesarskim. Zmobilizowano brygadę entuzjastów: o oznaczonej godzinie dzieci szkolne wylęgają na spotkanie przybyłych i pod komendą nauczycieli z nieopisaną radością powiewają japońskimi sztandarami i papierowymi czerwono-biało-niebieskimi chorągiewkami filipińskimi ze słońcem i trzema gwiazdami pośrodku. 14 października 1943 r., po powrocie gości do Manili, Tokio z wielkim hałasem proklamuje niepodległość Republiki Filipin, mianuje Laurela jej premierem i uroczyście nadaje nowemu tworowi konstytucję, która jest pomnikiem prawa totalitarnego. W kilka dni później Laurel wypowiada wojnę Stanom Zjednoczonym, byłym władcom Filipin. Dnia 5 listopada 1943 r. Todzio puszcza w Tokio najokazalszy fajerwerk „strefy współdobrobytu”: Zgromadzenie Narodów Wschodniej Azji. Przybyli samolotami delegaci wszystkich narodów
17

Japończycy zajęli Indochiny na początku 1941 r. za zgodą rządu Vichy kolaborującego z Niemcami - przyp. tłum. 18 Na niektórych obszarach podbitych przez Japonię korzenie walki narodów kolonialnych o niepodległość sięgają końca XIX wieku (Indochiny, Malaje), na innych - lat trzydziestych XX wieku (Indonezja, Półwysep Malajski, Birma). W latach drugiej wojny światowej ostrze zrywów wolnościowych było skierowane przeciw japońskim najeźdźcom. Realizując plan przekształcenia zdobytych terytoriów w własną bazę surowcową, Japonia dążyła do zneutralizowania ruchów niepodległościowych w okupowanych krajach (również w Chinach i Korei) przez szermowanie hasłami antykolonializmu i ograniczonej suwerenności w ramach „strefy współdobrobytu”. Ta polityka przyniosła jednak nader mierne rezultaty, a ruch oporu przeciw Japończykom (często pod przewodem komunistów) ogarnął szerokie kręgi społeczeństwa. Po wojnie wraz z rozpadem imperiów kolonialnych i przy poparciu państw systemu socjalistycznego ujarzmione narody uzyskały niezawisłość polityczną - przyp. red.

„stowarzyszonych” z Japonią zebrali się z wielką pompą w jednej z sal konferencyjnych parlamentu w obecności najwyższych dygnitarzy Wielkiej Japonii. Chiny reprezentuje Wang Cing-wej; obecny jest ułomny premier Mandżukuo, narkoman Czang Cing-kui; zjawił się tajlandzki książę Wan Waithajakon; nie brak Laurela z Filipin ni U Ba Mawa z Birmy w generalskim mundurze; zjechał także Subhas Czandra Bose - generał „wolnych Indii” ze statusem „obserwatora”. Todzio swym krzykliwym tonem długo rozwija temat „Azja dla Azjatów” i przyrzeka swoim przyjaciołom klęskę „rozpaczliwej ofensywy” wroga, która w skrytości zaprząta umysły wszystkich obecnych osobistości. Z kolei czcze przemówienia Wanga, Wana i Czanga, potem Laurela, który pilnie zważa, by nie zdradzić publicznie, że Manila, stolica Filipin, jest obiektem gwałtownych bombardowań, wskutek czego wprowadzono w niej stan wojenny; wreszcie wystąpienie Ba Mawa, który nie wspomina jednak, że Rangun leży już w gruzach. Tylko Bose jako „obserwator” pozwala sobie na kilka śmiałych uwag: „Realność wszystkich tych marzeń” - oświadcza, mając na myśli „nowy porządek azjatycki” - „zależy wyłącznie od przeświadczenia, że potrafimy odnieść w tej wojnie zwycięstwo”. Zgromadzenie szybko zbliża się ku końcowi: po dniu przemówień następuje przyjęcie Wspólnej deklaracji krajów Azji Wschodniej - wszystko w błysku fleszy i szumie mikrofonów. Ze strony Tokio nawet cienia obietnicy podobnych regularnych spotkań - mimo publicznego żądania żenująco rozpłaszczonego Ba Mawa. Nie uchwalono też statutu Stowarzyszenia Narodów Wschodu; uroczysty, choć pusty w treści tekst Deklaracji, zredagowanej i przedstawionej przez Todzio, przyjęto jednomyślnie, bez zbędnej dyskusji. Nie minie rok i Wang Cing-wej pożegna świat w szpitalu w Tokio na skutek odnowionej rany kręgosłupa, zadanej mu w 1940 r. przez zwolennika Czang Kaj-szeka; nie miną dwa lata, a Czang Cing-kui będzie jeńcem Rosjan, Laurel jako zbrodniarz wojenny znajdzie się w rękach Amerykanów, Ba Maw zbiegnie do birmańskiej dżungli, a Bose zginie w dniu kapitulacji Japonii w tajemniczej katastrofie lotniczej. Czy ci marionetkowi szefowie państw, rozstający się z sobą w atmosferze entuzjazmu na zamówienie, wiedzieli, że zabierają z Tokio iskierkę, która przeżyje ich śmierć i na gruzach imperium japońskiego w Azji wystrzeli płomieniem?

9. Todzio - nowy siogun?
W samym centrum Tokio, u stóp wzgórza Sanno zwieńczonego gmachem parlamentu, kryje się mała niby-wioska japońska, zwana „Dzielnicą Trzech Lat” - nazwa, której pochodzenia nikt sobie nie przypomina. Zamieszkałem tu w schowanym w głębi wąskiego i czyściutkiego pasażu malutkim, pogmatwanym japońskim domku, który umeblowałem po europejsku. Mawiam o nim: „mój domek gejszy”. Ta spokojna dzielnica, ocieniona rozległymi ogrodami, była świadkiem jednego z najbardziej ponurych dramatów nowoczesnej Japonii: wojskowego puczu 26 lutego 1936 r. Tu właśnie, na wzgórzu Sanno, okopały się zbuntowane pułki, zajmując okolicę parlamentu i siedzibę premiera. Jak wiele buntów w historii, bunt 2-2-6 (takie miano nadała mu historia) poniósł zrazu porażkę, lecz czas oddał mu zwycięstwo. Buntownicy, którzy zamierzali przejąć siłą władzę, usuwając liberałów i wielki kapitał, i wprowadzić faszystowską dyktaturę wojskową, zostali wówczas rozbrojeni i ukarani. A jednak wzgórze Sanno, serce życia politycznego Tokio, jest lepiej obsadzone, niż mogły się

spodziewać zrewoltowane pułki: panuje nad nim jeden człowiek - sam szef armii generał Todzio, zajmujący usytuowaną na samym szczycie oficjalną rezydencję premiera - pałac i czerwonej cegły, barokową miksturę stylu europejskiego i japońskiego. Tutejsi architekci zowią tę formę eklektyzmu „półstylem” - nie chwytając zawartej w tej nazwie, możliwej do zastosowania w Japonii przy stu innych okazjach, mimowolnej żartobliwej ironii. Ze swej siedziby premier w mundurze ma tylko sto metrów do bram parlamentu, którego masywną białą budowlę również okupują ludzie armii - około pięciuset parlamentarzystów pozostających na jej garnuszku. Niekiedy to przymusowe sąsiedztwo bywa kłopotliwe. U wylotu mojej uliczki policjant (nawet dwóch lub trzech) pilnuje każdego mego wejścia i wyjścia tak w dzień, jak i w nocy i skwapliwie je odnotowuje. W nagrodę nie brak mi okazji przelotnego widywania mego mało sympatycznego, choć sławnego sąsiada w czasie jego szybkich przejazdów samochodem. Od pewnego czasu mam wrażenie, że woli wóz odkryty, nieskazitelnie czarny. Jedyną eskortą generała, wystawiającego na pokaz dość wyrazisty profil, jest na ogół wojskowy kierowca i dwie umundurowane postaci. W ślad za samochodem premiera podąża jeden lub dwa motocykle z policjantami w ciemnych okularach za kierownicą. Cały ten scenariusz wydaje się dokładnie wzorowany na przejazdach Hitlera, które niegdyś obserwowałem w Berlinie i Norymberdze. Todzio pragnie oczywiście zademonstrować wszem, że podobnie jak jego niemiecki sojusznik jest umiłowany przez naród i niczego się nie obawia. Ponad wszelką wątpliwość zasmakował w tym kokietowaniu publiczności. Uroczystości uświetniające ceremonialny zjazd azjatyckich quislingów w 1943 r. stały się dla Todzio wyjątkową okazją do obnoszenia pomiędzy dwoma rzędami bandzai swej jowialnej sylwetki w mundurze khaki o potwornym odcieniu, zbliżonym do koloru gęsich odchodów i fatalnie kontrastującym z czerwienią czapki i kołnierza. Co dzień generał odbywa spacer pieszo lub konno. Niedawno pojawił się na głównym rynku rybnym równie wcześnie jak handlarze ryb z Tsukidzi. Z dobroduszną prostotą rozmawiał z ludźmi w hali o przypływach i odpływach morza, cenach i czarnym rynku. W kilka dni później zaszczycił - czy raczej sterroryzował - swą niespodziewaną wizytą targ warzywny. Wszystkie te miejsca „nieoficjalnych spotkań z narodem” są zapełnione policją po cywilnemu, zaś reporterów zwykł sprowadzać tu „szczęśliwy traf”, o czym naturalnie słowem nie wspominają w pisanych nad ranem artykułach reklamowych na zamówienie. Ukochany przywódca, Harun al Raszyd Dalekiego Wschodu, odziany w elegancki strój angielski do konnej jazdy, często na ulubionym wierzchowcu w towarzystwie jednego tylko ordynansa udaje się kłusem przed 7.00 rano aż do świątyni Meidziego. Gdy zdarza mu się spotkać kolejkę gospodyń przed straganem warzywnym, natychmiast zatrzymuje się i nie zsiadając z konia, wdaje się w pogawędkę. Musi się zwykle zadowolić monosylabową odpowiedzią łaskawie wyróżnionej kobieciny czy handlarki, zaś pozostałe pękają ze śmiechu, co oznacza: umierają ze strachu. Dzienniki oczywiście opublikują obszerne marsowe oświadczenie gospodyń z Jojogi, w pełni zadowolonych ze swego losu. Któregoś dnia dobry tyran Todzio upodobał sobie grupę uczniów, umundurowanych na modłę epoki w ubrania z marnej sztucznej tkaniny w kolorze khaki i uzbrojonych w drewniane karabiny. - O której rozpoczynają się ćwiczenia? - pragnie się dowiedzieć generał od jednego z chłopców. Dziecko natychmiast staje na baczność, jak wymaga tego regulamin zmilitaryzowanej szkoły podstawowej, i wyszczekuje odpowiedź jak prawdziwy żołnierz japoński: - Godzina ósma!

- A o której wyszliście ze szkoły? - pyta dalej Todzio z wysokości swego wierzchowca. - Siódma trzydzieści! - O której wsiadłeś do pociągu, aby dotrzeć do szkoły? - O szóstej piętnaście! - odpowiada uczeń, który, jak wielu jego kolegów, każdego ranka spędza godzinę w pociągu w drodze do szkoły. - A o której zjadłeś poranny ryż? - O piątej piętnaście! - A o której wstałeś? - O piątej! - A o której godzinie wstaje twoja matka? - O czwartej, panie generale! Wówczas premier - jak każą wierzyć gazety, które nie szczędzą tej scence reklamy, na jaką zasługuje oświadcza: - Twoja matka jest prawdziwą matką japońską! Takie właśnie matki jak twoja wygrywają wojnę! Jednakże poddani cesarscy - którzy nie przestają mnie zadziwiać tym, że tak łatwo dają się okpiwać w sprawach o wymiarze zasadniczym, wykraczającym poza ramy ich ciasnego spojrzenia - nie pozwalają się nabierać w drobnych bolączkach życia codziennego, skrojonych dokładnie na własną miarę. Mama imitacja kumpli z Osi w wykonaniu szefa rządu japońskiego trąci fałszem: nie mieści się w przyzwyczajeniach. A może raczej serce japońskiego ludu nie zatraciło odwiecznego instynktu, który nakazuje - choć mgliście - otaczać należnym szacunkiem prawdziwe wartości i w głębi duszy odmówić poważania Todzio, mimo że Japonia przywykła tak nim szafować. O premierze krąży zresztą wiele historii, o których gazety milczą. Każdemu wiadomo, że w jego otoczeniu wyrosły skandaliczne majątki. Cała klika wojskowych, tak emerytowanych, jak i w służbie czynnej, a także urzędników pod rozkazami generała rzuciła się zachłannie za jego przykładem ku zagarnianiu fantastycznych bogactw z dostaw wojskowych. Do najbardziej spektakularnych należy kariera Kisiego Nobusuke, ministra handlu i przemysłu. Ten nie mający jeszcze 45 lat dygnitarz, szczupły, elegancki, energiczny, zdobył majątek, gdy jako zwykły urzędnik w Mandżukuo stał się przyjacielem Todzio. Już na początku wojny dał zielone światło zakładom zbrojeniowym, narzucił wielkim koncernom kontrolę państwa i wprowadził do fabryk kontrolerów wojskowych. Teraz jednak od kilku miesięcy szepce się o „aferze Kisiego”, która lada moment grozi wybuchem. Kisi miał zgarnąć tak ogromne łapówki i zrobić takie interesy na wielkich zamówieniach, że siejący postrach kempei, żandarmi policji wojskowej, zdecydowali się go aresztować. Ale Kisi potrafi kontratakować, oskarżając m.in. generała Muta Akitę, szefa Biura Spraw Wojskowych w Ministerstwie Wojny, uważanego za jednego z dwu zauszników Todzio. Krążą pogłoski, że sam premier, zdając sobie sprawę, że skandal i jego może obryzgać, ochłodził żarliwość kempei, którzy dali za wygraną. Ajukawa Josisuke, uważany za cesarza przemysłowego Mandżukuo, nie skąpi milionów klice spekulantów i wojskowych. Grupa Ajukawy, dysponująca monopolem w przemyśle ciężkim na obszarze Mandżukuo, subwencjonowała początki

kariery Todzio, póki nie zdobył on funduszów dzaibatsu (tworzy go zaledwie pięć rodzin plutokracji finansowej). Chodzą także słuchy, że premier i ludzie armii czerpią z pełną swobodą z ogromnego, ściśle tajnego budżetu wojskowego, nie podlegającego wszakże kontroli parlamentarnej ani rządowej. Jak w najlepszych okresach historii japońskiej - cała ta zgraja prowadzi tryb życia na szeroką skalę. Prawie wiek wcześniej ludzie, którzy doprowadzili do restauracji cesarstwa, rewolucjoniści wielkiego formatu, tropieni przez policję dawnego reżymu, ukrywali się w herbaciarniach. W tych właśnie domach, gdzie nocami lała się sake i piękne dziewczęta-kwiaty umilały spędzane godziny, Saiondziowie, Itowie i inni zwolennicy cesarza Mutsuhity (Meidziego) stworzyli nowoczesną Japonię. Teraz w domach publicznych bawi się rząd. Gdy w wielu rodzinach japońskich zaczyna brakować ryżu, wysocy dygnitarze szaleją po restauracjach i domach schadzek w towarzystwie najsławniejszych gejsz, których taryfa za jeden wieczór (należy odróżnić od o wiele wyższej taryfy za całą noc) sięga 100 jenów za godzinę. W ponętnych uliczkach Tsukidzi i Akasaki nawet podczas wieczornych alarmów próbnych, gdy żadne światło nie przenika przez zapuszczone rolety ani przez zalepione szczelnie papierem okna, słychać w ciemności piskliwy śmiech kobiet, pomieszany z ordynarnymi głosami spitych mężczyzn, i nerwowe dźwięki strun siamisenów, akompaniujące krzykliwym śpiewom i rytmicznemu klaskaniu w dłonie. Opuszczając dzielnice uciechy wspaniałe ministerialne auta, których światła zakryto czarnym płótnem, niby karnawałowy wilk porywają w nieznane wyłaniające się z ciemności gromady kimon. Inne czekają całą noc, często do samego świtu, na bogatego pana, który - jak się to określa w herbaciarniach - „pozostał”. Mówią, że przykład daje sam premier, który ma mnóstwo kochanek. Mimo to jego czcigodna małżonka nie cieszy się sympatią ludu. Zarzuca się jej nieokiełznaną ambicję i nienasyconą chciwość. Szary tłum szepce z ust do ust, że nad brzegiem rzeki Tama kazała wybudować dla swej rodziny luksusową rezydencję, która kosztowała bajońskie sumy. W tej samej dzielnicy armia wysiedliła z mieszkań wiele rodzin, a oficerowie sztabowi urządzają hulanki w zarekwirowanych domach. Nieprzyjazne docinki kobiet otaczały swego czasu żonę Czang Kaj-szeka, której zjaponizowane nazwisko brzmi So Bi-lej. Teraz z kolei sarkastyczna kpina dotyka panią Todzio: po cichu nazywa się ją To Bi-lej. Wiosną 1943 r. mury Tokio pokrywają się pewnego dnia setkami kolorowych plakatów, z których szeroko uśmiecha się spod czapki koloru khaki twarz premiera. Na tle błękitnego nieba, ostro rozciętego przelatującymi ciężkimi bombowcami, widnieje krótki apel wzywający młodych mężczyzn do zaciągu do lotnictwa. Intencja jest wyrazista: chodzi o propagandę na rzecz samego Todzio. Niecodzienny manewr zwraca uwagę opinii publicznej, już uprzedzonej do szefa rządu. Ten typ reklamy jest bowiem obcy japońskim obyczajom politycznym, pachnie hitlerowskimi wpływami, skrycie znienawidzonymi przez społeczeństwo. To wrażenie pogłębia fakt wysunięcia na pierwszy plan osobistości, która powinna uważać siebie za podwładnego i sługę. Jedynym przywódcą w odczuciu ludu jest cesarz. Ale Syn Nieba stał się bardziej niż kiedykolwiek niewidoczny i milczący: Todzio wzbudza jego nieufność. To wyniesienie własnej osoby okaże się grzechem głównym generała i błędem, który w przyszłości w momencie wielkich klęsk wywoła nienawiść całego kraju. Todzio konsekwentnie zmierza do tego, by z premiera stać się siogunem - tyranem wojskowym na wzór dawnych siogunów z dynastii Tokugawa, których pamięć otacza zła sława. Za jego rządów wojna cofnęła Japonię na szlak policyjnego i wojskowego reżymu, z charakteryzującą go - jak w czasach japońskiego średniowiecza władzą w ręku wodza kliki wojowników, gdy tymczasem Syn Nieba, usunięty w cień, niewidzialny

i zbędny, staje się po cichu obiektem szyderstw. Mimo całego swego zniewolenia naród japoński pozostał dziwnie świadom istoty rewolucji, która w minionym stuleciu na moment przybliżyła go do wolności. Stając przed plakatami gloryfikującymi Todzio, węszy oszustwo. Portret generałaparweniusza wywołuje skandal. Czyżby się zbliżała era „siogunatu Todzio”? Todzio zdradził się zresztą ze swymi zamiarami już wcześniej, rzecz nie wyszła jednak poza zamknięte środowisko polityczne. Nastąpiło to na zimowej sesji parlamentu. Opinia publiczna nic z tego nie zrozumiała, tak gęsta była warstwa cenzury i tajemniczości otaczająca działania rządu. Prasa doniosła wprawdzie o sporach w parlamencie wokół stosowania „artykułu 7.” prawa karnego w czasie wojny, lecz zakończyła informacją, że ostatecznie jego tekst został przyjęty jednogłośnie. Nigdy przy tym nie wspomniano, co ów sławetny artykuł w sobie zawiera. Dzięki niedyskrecjom dotarłem wreszcie do sedna sprawy. Okazała się ona ni mniej, ni więcej tylko zdławieniem grupki liberalnych deputowanych, jaka - w liczbie raptem dwunastu - przetrwała wybory w 1942 r. Aby zamknąć usta i zabezpieczyć się przed wszelką opozycją, jaka w przyszłości mogłaby się wyłonić, Todzio zażądał od Izby Reprezentantów uchwalenia prawa wyjątkowego, którego artykuł 7. - iście niezwykły japoński dokument „prawny” czasu wojny - stanowił: „Każdy, kto z zamiarem wprowadzenia nieporządku do polityki narodowej bądź naruszenia porządku i spokoju publicznego w czasie wojny uprawia propagandę mogącą w znacznym stopniu naruszyć spokój publiczny, podlega maksymalnej karze siedmiu lat więzienia”. Nawet ci spośród deputowanych, którzy generałowi Todzio zawdzięczają swój wybór, stają dęba, premier sięga bowiem po zbyt potężną broń, która może się obrócić przeciwko nim. Część deputowanych prorządowych pod wpływem nielicznej grupy posłów wybranych bez rekomendacji rządu - pomimo stanowiska Todzio, więcej nawet: przeciwko niemu - przeciwstawia się projektowi. Trwa burzliwa debata i los groźnego artykułu przez kilka dni pozostaje w zawieszeniu. Armia ucieka się więc do wypróbowanych środków nacisku, które niebawem położyły kres „skandalicznej próbie” przywrócenia pozoru godności gnijącemu parlamentowi. Grupa opornych, z czołową postacią doktora Asidy (były dyplomata i były dyrektor „Japan Times”), zostaje publicznie sponiewierana z „ trybuny przez mówców na żołdzie Todzio. Na końcowym posiedzeniu, które ograniczyło się do wymiany inwektyw - po raz ostatni w czasie wojny - odmówiono prawa udziału w głosowaniu opozycjonistom, oskarżając ich o sprzeniewierzenie się patriotycznemu obowiązkowi. Napięcie dochodzi do zenitu. Mała grupka odważnych z Asidą pośrodku staje z boku na znak protestu, obserwując oszukańcze głosowanie, zaciskając pięści i ocierając łzy wściekłości. Artykuł 7. „został przyjęty jednogłośnie” informują gazety, raz jeszcze zapominając podać jego tekst. Asida i jego przyjaciele nie pokażą się więcej w Izbie i przezornie przeniosą się na prowincję, gdzie wszechobecna żandarmeria wojskowa roztoczy nad nimi czujną kontrolę. Wieczorem po głosowaniu dadzą jeszcze ujście swemu rozgoryczeniu w prywatnych rozmowach, których tylko echo do mnie dociera. Prorokują koniec cesarstwa. Todzio i jego banda stają się definitywnie panami Japonii i samego cesarza. Kraj zmierza ku katastrofie. Być może kiedyś zrujnowaną i słusznie ukaraną Japonię uda się odbudować. Czy w tej przyszłej Japonii nie należałoby zerwać z władzą cesarską, skoro Syn Nieba stał się igraszką klanów, które zasłaniając się jego imieniem, uprawomocniają każde nadużycie władzy? Jeśli zaś naród nie zezwoli na odejście swego władcy, wówczas należy bezwzględnie sprowadzić go do roli wielkiego kapłana przebrzmiałej religii narodowej i umieścić w sanktuarium w Kioto. Tymczasem nowi ludzie w Tokio spróbują odbudować demokratyczną władzę.

Również polityka ekonomiczna rządu podważa wątłą krótkotrwałą popularność, jaką w pierwszych miesiącach wojny cieszył się gabinet Todzio i sam premier. Już wiosną 1943 r. rząd, zbrojny w postanowienia legislacyjne przeforsowane w parlamencie, brutalnie zwiększył ucisk władzy w dziedzinie produkcji i pracy. Prezesów koncernów i dyrektorów przedsiębiorstw obarcza się osobistą odpowiedzialnością za wyniki produkcyjne na zasadzie zbliżonej do hitlerowskiego Führerprinzip, zaś cały przemysł przestawia na potrzeby wojny. Robotników wciela się obowiązkowo do Stowarzyszenia Służby Narodowej - japońskiego Arbeitsfrontu. Japońskie kobiety i dziewczęta, chińscy i koreańscy kulisi, alianccy jeńcy stanowią dla fabryk tanią siłę roboczą. Zniesiono formalne ograniczenie czasu pracy: nie trzeba tłumaczyć, jakie są tego skutki w zmilitaryzowanym kraju, gdzie w pełni XX wieku znalazło schronienie niewolnictwo robotnicze, od którego Europa uwolniła się w końcu ubiegłego stulecia. Czerwiec 1943 r. przyniósł kolejne drakońskie przykręcenie śruby. Brutalne dekrety rządu, a zwłaszcza tajne instrukcje dla policji, powodują systematyczne obniżanie się stopy życiowej ludności. Zmniejszono rację ryżu. Japończycy, bardziej wrażliwi na zły gatunek ryżu niż Europejczycy na chleb złej jakości, otrzymują obecnie ryż najpodlejszego gatunku, zmieszany ze zbożem, kartoflami, a niebawem i fasolą. Stowarzyszenia sąsiedzkie, na które nałożono obowiązek rozdziału żywności, dostarczają śmiechu wartą ilość produktów, wystarczającą rodzinom zaledwie na 4 dni tygodnia. Ludzie rzucają się na wsie położone w pobliżu Tokio i wielkich miast, lecz w pociągach i na dworcach policja wyłapuje „żywicieli” i konfiskuje zdobytą żywność - zazwyczaj dla siebie. Bilety kolejowe na liniach dalekobieżnych są racjonowane i najkrótsza nawet podróż stanowi problem. W sklepach nagle zabrakło tkanin i odzieży: rząd chomikuje zapasy. Zdarta przedwojenna odzież nie nadaje się już do użytku, tymczasem wkrótce ulegają likwidacji punkty kartek odzieżowych. W lipcu 1943 r. minister Kisi oznajmia, że przed 1945 r. nie będzie w sprzedaży nowych materiałów, przestaje się więc odnawiać kartki odzieżowe i cofa przepisy o korzystniejszych warunkach przy zakupie materiałów jedwabnych. W drugiej połowie 1943 r. znikają również rozliczne artykuły pierwszej potrzeby: mydło, buty, wyroby farmaceutyczne, artykuły gospodarstwa domowego, talerze, miseczki do ryżu, fajans, porcelana, przedmioty metalowe itp. Dla odwrócenia uwagi od bolączek codzienności na początku 1944 r. rząd przy akompaniamencie wrzaskliwej propagandy ogłasza zamknięcie luksusowych knajp, a przede wszystkim lokali w dzielnicach rozkoszy. Żegnajcie, uszminkowane uśmiechy gejsz, ostatnie kwieciste, haftowane złotem kimona wędrujące na nocne spotkania, motyli świecie zakazanej miłości! Czy jeszcze kiedykolwiek ma szansę odrodzić się owa tak bardzo japońska w stylu, tajemniczo uśmiechnięta zalotność? Parędziesiąt tysięcy gejsz staje wobec bezrobocia: ponad trzy tysiące herbaciarni w uliczkach nocnego życia zamyka swe dyskretne podwoje z białego drewna i rodzi milion tragikomicznych małych ludzkich dramatów. Natychmiast pojawia się w tej profesji pęd do ślubnego kobierca. Najładniejsze i najbardziej powabne z tych młodych osóbek szybko mają kłopot z głowy, przemieniając się w szanowane małżonki bądź uznane za stałe kochanki, znajdują schronienie gdzieś w mieście bądź na pobliskich przedmieściach. Inne stają się maszynistkami lub niezręcznymi sekretarkami w ministerstwach i biurach biznesu, bowiem poza swoim środowiskiem gejsza jest ptakiem wyrzuconym z gniazda. Część wraca do rodzinnych wsi. Wiele daje się zagarnąć przez służbę pracy i idzie do warsztatów, gdzie ich ręce, nawykłe do nalewania sake i artystycznego układania bukietów z kwiatów, uczą się szyć spadochrony z białego jedwabiu i skrawać płyty aluminiowe. Wkrótce jednak powstaje... czarny rynek gejsz i wieść głosi, że Todzio i wysokie osobistości rządowe jak dawniej prowadzą wesołe nocne życie w doborowym towarzystwie. Zamknięcie luksusowych

lokali okazało się zresztą posunięciem chybionym, wywołało bowiem lawinowy upadek setek restauracji, które były wręcz nieodzownym ogniwem dystrybucji żywności. Argumenty oficjalnej propagandy, że obfitość produktów przepływających z restauracji na czarny rynek trafi teraz wprost do klientów, nikogo nie zwodzi: czarny rynek nadal szaleje w najlepsze. Chyba już tylko dla pogłębienia powszechnego przygnębienia zamknięto - na mocy wspomnianych wyżej dekretów - większość teatrów. Jeszcze w 1940 r. wprowadzono zakaz dancingów na modłę europejską. W gościnne progi zapraszają jedynie bary na Ginzie i w okolicznych zaułkach, gdzie młode osoby o niezbyt na ogół niezłomnej cnocie serwują po bajecznie wygórowanych cenach ostatnie sfałszowane napoje. W ten sposób Tokio pozbawiono wszelkiej rozrywki, z wyjątkiem kiepskich filmów wojennych, wyświetlanych w przepełnionych kinach. Ludność przeczuwa, że sytuacja jest poważniejsza, niż dygnitarze cesarscy odważają się to przedstawiać, i Todzio znów skupia na sobie powszechną nienawiść. Od pewnego czasu Japonia zaczyna przejawiać niepokój przebiegiem wojny w Europie. W tym samym czasie, gdy armia japońska wycofuje się z Guadalcanalu, Wehrmacht ponosi klęskę pod Stalingradem. Ponieważ rząd w Tokio chce zachować dobre stosunki z Moskwą, a los Związku Radzieckiego ma dla Japonii kapitalne znaczenie, prasa nie szczędzi miejsca opisom walk nad Wołgą. Tym razem informacje są rzetelne i w miarę dokładne, a gazety często podkreślają walory Armii Czerwonej na niekorzyść wojsk hitlerowskich. Jesienią 1942 r. i na początku 1943 r. wojna w Europie osiąga apogeum, choć propaganda japońska stara się pomniejszać jej znaczenie. Skala zmagań w europejskim teatrze wojennym zdaje się przerażać Japonię, która co jakiś czas przyhamowuje własne działania i z zapartym tchem śledzi spektakl na odległej arenie. Tak było w czerwcu 1940 r., gdy upadł Paryż, we wrześniu 1940 r. po ciężkich bombardowaniach Londynu przez Luftwaffe, w 1942 r. po wylądowaniu Amerykanów w Afryce Północnej. Długie miesiące bojów o Stalingrad utrzymują Japonię w stanie wyczekującego napięcia: w gruncie rzeczy nie wierzy już w zwycięstwo Hitlera nad Rosjanami. Ogranicza się do udzielania Rzeszy jedynie werbalnego poparcia i w istocie prowadzi grę w dwie karty. Nadchodzi luty 1943 r.: Stalingrad wytrwał. Wydarzenie to odbija się głośnym echem w całym kraju; zwycięstwo Niemiec staje się problematyczne i Japończycy zdają sobie sprawę, że odtąd muszą liczyć wyłącznie na samych siebie. Stopniowe pogarszanie się sytuacji ogólnej nie pozostaje bez wpływu na samopoczucie generała Todzio. Mając lepszy niż ktokolwiek wgląd w bieg wypadków, czuje, że zwycięstwo wymknęło mu się z rąk, a wraz z tym własna krótkotrwała popularność. W samej armii przestał być cenionym i szanowanym szefem, którego klan wojskowy wyniósł w 1941 r. jednomyślnie do władzy. Staje się zgryźliwy, nie zwraca uwagi na rady i opinie podwładnych ani najbliższego otoczenia. Wrogowie podnoszą otwarcie głowę, a on przysparza sobie nowych przeciwników, usuwając każdego, kto waży się okazać mu nieufność. Niepokojąco na uboczu trzyma się generał w stanie spoczynku Isihara Kandzi, jedna z najwybitniejszych postaci armii japońskiej. Todzio wie, że jest przezeń znienawidzony. Ale Japonia bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje teraz wielkich talentów - takich jak ten świetny znawca problematyki rosyjskiej i chińskiej. Wspólni przyjaciele doprowadzają więc do spotkania TodzioIsihara w domu premiera. Na wstępie rozmowy Isihara wyraża gotowość natychmiastowego włączenia się w służbę dla kraju. „Pod jednym warunkiem - dodaje - abyś jak najszybciej przekazał komuś bardziej kompetentnemu urząd premiera!” Słysząc te słowa, Todzio promienieje

wewnętrznym zadowoleniem: nigdy nie wybaczy Isiharze takiego afrontu. Rozkazuje izolować generała w areszcie domowym w prowincji Akita, daleko na północy Japonii, pod nadzorem zgrai szpiclów i żandarmów, co uniemożliwi wygnańcowi wszelką działalność polityczną. Szczególny lęk żywi Todzio przed wszystkimi generałami, którzy odznaczyli się w początkowym pomyślnym okresie wojny. Najbardziej niebezpieczny wydaje się Jamasita, który cieszył się ogromną popularnością po zdobyciu Singapuru. Chodzą pogłoski, że na początku 1942 r. zjawił się w Tokio, próbując przekonać premiera o konieczności zaproponowania Ameryce kompromisowego pokoju. Tym samym „malezyjski tygrys” popada w ostateczną niełaskę. Niebawem armia staje się świadkiem sensacyjnego widowiska: Jamasita, pozbawiony dowództwa w Singapurze, zostaje wysłany na granicę mandżurską, otrzymując tu drugorzędne stanowisko pod rozkazami generała Umedzu Josidzira, głównodowodzącego armii japońskiej w Mandżurii. Cenzura zabrania podania tej informacji do wiadomości publicznej. Inny potencjalny konkurent Todzio, marszałek Terauci Hisaici, został skierowany na Południe jako głównodowodzący wojsk lądowych na południowym Pacyfiku. Pozostaje jeszcze jeden groźny rywal: były minister wojny generał Itagaki Seisiro. W przeszłości jako przełożony Todzio toczył ze swym zastępcą zawzięte spory co do zasięgu konfliktu z Chinami: pragnął ograniczyć „incydent”, zaś wiceminister Todzio dążył do jego rozszerzenia. Zwyciężył Itagaki - na krótko - i zdymisjonował Todzio. Teraz Todzio bierze odwet i zsyła byłego ministra do Seulu - nawet nie w charakterze generalnego gubernatora, lecz dowódcy armii japońskiej w Korei. Todzio jest także poróżniony z Doiharą Kendzim, jednym ze swych kolegów i pierwszego okresu kampanii w Mandżurii; z Hommą Masaharu, zdobywcą Filipin w 1942 r., któremu rozkazuje opuścić Manilę i udać się do Chin; wreszcie z Muto Akitą, skompromitowanym w aferze Kisiego i zesłanym na Sumatrę. W sztabie generalnym nikt nie ma zaufania do premiera, a ci, którzy byli jego najgorętszymi zwolennikami, nie mają do niego dostępu... W miarę pogarszania się sytuacji rządy Todzio opierają się w coraz większym stopniu na żandarmerii wojskowej i policji cywilnej, podporządkowanej kontroli armii. Ta polityka zastraszania i represji policyjnych znajduje odzwierciedlenie w kilku głośnych aferach, a także sprawach, które wywołują wielki szum w kołach politycznych (cenzura czuwa, aby opinia publiczna za wiele nie wiedziała). Jedna z wielkich afer - zwana aferą Odzakiego - wybuchła nazajutrz po wyborach parlamentarnych w 1942 r. Dźwigający ponad 80 łat na swych barkach zatwardziały liberał Odzaki Jukio, deputowany do Izby Reprezentantów od początku stulecia, miał nieszczęście wyrazić się nieostrożnie na wiecu przedwyborczym. Porównując panowanie Siowy (cesarza Hirohita) z jego dwoma poprzednikami, oświadczył, że dzisiejsi przywódcy Japonii zasługują jedynie na miano sandaime - „z trzeciego pokolenia” („tatusiowych wnuczków”), czyli osób korzystających z zasług przodków, lecz niezdolnych im dorównać i roztrwaniających ich spuściznę. Polityczni szpicle czym prędzej przekazują górze słowa Odzakiego. Mówca zostaje oskarżony, że miał czelność samego Syna Nieba porównać w niezręcznej formie z ojcem, cesarzem Josihitem (Taisio), i z dziadkiem Mutsuhitem (Meidzim). Zbrodnia obrazy majestatu! Pozbawiony w wyniku głosowania Izby immunitetu parlamentarnego, starzec zostaje aresztowany. Dopiero w dwa lata później, w czerwcu 1944 r., stanie przed sądem, który wobec nikłości aktu oskarżenia odważa się umorzyć sprawę. Po wymierzeniu ciosu w liberała Todzio niebawem uderzy na zachowujące niezależność bogate i wpływowe środowisko biznesmenów - dzaibatsu. Armia ostrzy sobie zwłaszcza zęby na rodzinę

Mitsui, wielkich baronów finansów, który nigdy nie wyszli poza wstrzemięźliwą, pozbawioną entuzjazmu współpracę z klanem wojskowych. Szpicle żandarmerii wojskowej chwytają się jako pretekstu ujawnionej w Chinach Północnych czarnorynkowej afery. Agenci Mitsuich zakupili tu w celach spekulacyjnych zboże za dwieście milionów jenów, aby doprowadzić do zwyżki cen i zdobycia monopolu na rynku. Tego rodzaju spekulacja nie jest zgoła przestępstwem w japońskiej strefie okupacyjnej i bardzo często sama armia stanowi jej najpewniejszą osłonę. Tym razem nadarza się jednak świetna okazja, by podważyć pozycję Mitsuich: armia domaga się dymisji 25 członków rady administracyjnej koncernu w Tokio i reorganizacji towarzystwa, a także „zadośćuczynienia” dla ludności ze strony szefa, starego barona Mitsui, w formie odstąpienia części akcji. W kołach biznesu cała ta sprawa odbija się szerokim echem; chodzą słuchy, że armia w tajemnicy zażądała wielu milionów jenów z tytułu kary. Jest to trzecia „afera rodziny Mitsui” od początku wieku -- po skandalu Siemensa w 1914 r., który doprowadził do upadku gabinetu Jamamota19, i 26 lutego 1936 r., gdy ludzie z kręgu trustu Mitsui znaleźli się wśród ofiar zbuntowanych wojskowych. Ostatnia afera tym bardziej niepokoi dzaibatsu, że niedwuznacznie wskazuje na dążenia klanu wojskowych - na kanwie wojny - do upaństwowienia i podporządkowania sobie wielkiego kapitału. W końcu października 1943 r. pojawia się w prasie krótka wzmianka, że przywódca nacjonalistów Nakano Seigo rozciął sobie brzuch według starego rytuału harakiri. Wiadomość o honorowej śmierci popularnego wśród tłumów trybuna jest nie lada sensacją. Skrajny nacjonalista, związany z tajnym stowarzyszeniem Czarnego Dragona, deputowany i przewodniczący (do momentu rozwiązania organizacji politycznych przez rząd) partii Tohokai, wzorowanej na hitlerowskiej NSDAP, Nakano porywającą elokwencją swych przemówień przyczynił się w 1941 r. w niemałym stopniu do zerwania przez Japonię stosunków ze Stanami Zjednoczonymi i wybuchu wojny. Jego oracje w wielkim stylu przyciągały do 1942 r. rzesze słuchaczy; samobójstwo tego kandydata na japońskiego Hitlera nie mogło nie wywołać poruszenia w społeczeństwie. Opinia publiczna snuje domysły, tym bardziej że nie ujawnia się przyczyn tego ceremonialnego odejścia ze świata. Udaje mi się jednak dociec poufnie pewnych szczegółów o okolicznościach tej tragedii. Rankiem 28 października gospodyni głośnego polityka dostrzegła wyciekającą przez szparę w drzwiach pokoju chlebodawcy strużkę krwi. Otwiera drzwi: Nakano leży na macie w kałuży krwi, odziany w stosowne na uroczyste okazje jedwabne kimono, na którym odcina się biel rodowego herbu. Zbiegowisko. Zadał sobie śmierć, otwierając brzuch, a następnie przeciął aortę, szyjną w pobliżu obojczyka. Obok leży wizytówka, na której skreślił krótki pożegnalny poemat, towarzyszący obowiązkowo obrządkowi harakiri: „Dziś o północy przecinam pasmo swego życia”. Zawsze wierny obyczajom, spokojnie spożył kolację wespół z bratem i synem-oficerem, który następnego dnia miał wyjechać do Chin. Był wesół, naturalny i niczym nie dawał po sobie poznać podjętego postanowienia. Niecodzienny strój wytłumaczył chłodem. Technicznie harakiri zostało wykonane doskonale. Nakano znał bezbłędnie sposób uniknięcia upadku na bok: samobójca klęczący na macie musi być w pełni panem swych ostatnich chwil i nie wolno mu
19

Przedstawiciel firmy Siemens w Japonii Richter udowodnił w toku procesu sądowego, że przekazywał znaczne sumy do rąk wysokich urzędników japońskiej administracji i floty wojennej w zamian za lokowanie zamówień w firmie niemieckiej. Prowizje stanowiły 3-15 proc. wartości zamówień. Do ujawnienia tych praktyk (w które był zamieszany trust Mitsui) przyczyniły się konkurencyjne koncerny brytyjskie - przyp. tłum.

pozwolić sobie na najmniejszy gwałtowny odruch, by mógł paść wprost przed siebie - czoło dokładnie na linii kolan. Dlatego też musiał uważać, aby przeciąć jedynie mięsień brzucha, nie naruszając wnętrzności. Tak jak należało, tylko odrobina krwi wsiąkła w białą bibułkę, w którą Nakano owinął czubek broni, pozostawiając jedynie nieco ponad centymetr odkrytego ostrza, czyli tyle, ile powinno wniknąć do brzucha. Przecięcie brzucha nie wystarcza, by spowodować śmierć - ma ono charakter przede wszystkim symboliczny - aby więc nastąpił szybki koniec, potrzebna jest druga czynność: oddany przyjaciel jednym ciosem szabli odcina głowę samobójcy, chyba że ten sam przetnie sobie żyłę. Tak właśnie uczynił Nakano, a fakt, że mu się to udało, jest - jak mi mówią - tym bardziej godny uwagi, że w czasie przeprowadzonej w jego domu rewizji policja zabrała mu broń. Mógł więc posłużyć się jedynie wojskową szablą syna, którą wypożyczył pod błahym pretekstem: długiego i ciężkiego ostrza jest o wiele trudniej używać niż sztyletu. W kołach nacjonalistycznych - jak informują gazety - zawrzało. Pomiędzy osobistościami, które pierwsze przybyły do domu zmarłego, znalazł się stary Tojama Mitsuru, twórca Czarnego Dragona. Tojama i wielu innych hurrapatriotów, w tym były premier Hirota Koki, uczestniczą w pogrzebie, który z nadejściem niedzieli gromadzi tłumy na cmentarzu w Aojamie. Krążą pogłoski, że zmarły pozostawił wielkiej wagi testament polityczny, który znajduje się w rękach Tojamy: jego treść jest utrzymywana w głębokiej tajemnicy, ponieważ może stanowić zagrożenie dla generała Todzio. Prawdę poznam dopiero pod koniec wojny, kiedy rozwiążą się języki. Nakano popełnił samobójstwo, chcąc tym zaprotestować przeciwko prześladowaniom ze strony Todzio i napiętnować jego politykę. Jak przedtem parł do wojny przeciw Wielkiej Brytanii i Stanom Zjednoczonym, tak teraz zmienił swe stanowisko, gdy dostrzegł, że Rzesza wydała się na śmiertelne niebezpieczeństwo w wojnie ze Związkiem Radzieckim. Należy do tych, którzy nazajutrz po zdobyciu Singapuru usiłują nakłonić Todzio do wystąpienia wobec anglo-amerykańskiego przeciwnika z propozycją zawarcia pokoju: Japonia mogłaby wówczas zwrócić oręż przeciw Rosji. 1 stycznia 1943 r. Nakano waży się otwarcie zaatakować politykę Todzio na łamach dziennika „Mainichi”. W kołach oficjalnych prowadzi kampanię za wypowiedzeniem wojny Związkowi Radzieckiemu, co mogłoby przynieść ratunek Niemcom, przygwożdżonym pod Stalingradem. Posuwa się także do osobistych napaści na generała Todzio i jego współpracowników, nadając im miano kliki przeniewierców sabotujących wymogi wojny. Todzio nakazuje żandarmerii Wojskowej aresztować Nakano. Prokurator, któremu poruczono tę sprawę, ośmiela się odstąpić od ścigania deputowanego. Premier wzywa ministra sprawiedliwości i żąda utrzymania w mocy decyzji aresztu, a chcąc usunąć nazbyt niezależnego prokuratora, poleca wręczyć mu kartę mobilizacyjną i wysłać do Chin. 21 października Nakano znalazł się pod kluczem. W związku ze zwołaniem nadzwyczajnej sesji parlamentu w dniu 25 października opuszcza zgodnie z prawem więzienie, lecz nadal znajduje się pod nadzorem żandarmów Kempetai, którzy nie opuszczają jego mieszkania. Wówczas postanawia użyć jedynego sposobu, jaki mu pozostaje, by napiętnować stanowisko Todzio: w imię protestu ostrzem szabli rozpłatał sobie brzuch.

10. Lud zagrożony
Przez cały rok 1943 nad Japonią wzbierają groźne chmury, choć nikt jeszcze nie przewiduje przyszłej totalnej kląski. Wojna toczy się nadal o tysiące kilometrów od brzegów wysp japońskich. Jednak euforia 1942 r. należy do przeszłości - wyraźnie odczuwalny jest upadek, w jakim kraj pogrążył się w ciągu zaledwie roku. Mija właśnie pięć lat mojej znajomości z Japonią i mogłem przez ten czas obserwować, jak z każdym niemal dniem poddaje się ona coraz większemu jarzmu, ograniczeniom, oszpeceniu. Tokio, które nigdy nie było ładnym miastem, stało się teraz miastem brudnym. Stolica budzi się każdego ranka z nową warstwą brudu - jakby pozostawiła na niej ślad ponura noc. Wojenne noce w Tokio! Jeszcze nie zaczęły się naloty, a noc po nocy ciąży nad szczelnie zaciemnionym miastem nerwowe, bojaźliwe wyczekiwanie, bardziej chyba wyczerpujące psychicznie niż obecność nieprzyjacielskich eskadr pod błękitnym niebem. Mało która stolica europejska jest w stanie pojąć to uczucie przygniatającego lęku przed zalaniem jej ogniem z nieba. Metropolia tokijska, która jeszcze niedawno przechwalała się swą potęgą jako drugie liczebnie miasto w świecie, ma świadomość nadciągającej apokalipsy: cała jest zbudowana z drewna. Siedem milionów mieszkańców każdego wieczoru zasypia z myślą o możliwości kolosalnego pożaru. Prasa i radio usilnie przekonują, że pożar będzie można opanować, lecz zapewnienia nie łagodzą niepokoju ni niewiary. Tokio wie, że jest obrzydliwą drewnianą wiochą. Nocą człowiek czuje się na ulicy osaczony przez drewno. Wszystkie te suche belki, całe te drewniane ściany tylko zdają się czekać na iskrę... Za tymi deskami śpią na słomianych matach miliony ludzkich istnień. Zza rogu opustoszałej alei wyłania się lekko fosforyzujący, brzęczący żelastwem tramwaj. Na przystanku wyskakują zeń owinięte w peleryny sylwetki, które natychmiast wchłania noc. Jeszcze chwilę słychać drewniane sandały stukające u wejścia do ciemnych pasaży, po czym ta garstka istot rozpływa się za ścianami z drewna, płyt słomianych i papieru. Rankiem Tokio wstaje w całym swym niechlujstwie. Japoński dom gnije po dwudziestu latach. Stolica także. Odbudowana po wielkim trzęsieniu ziemi w 1923 r., jest już cała przegniła, tak jakby się zbliżała do kresu swoich dni. Chyba tylko jakaś monstrualna katastrofa zdoła jej oszczędzić rozpadu w kawałki, ruiny i zgnilizny i zmusić do odbudowy: na przykład oczyszczający pożar, w którym wszystko pójdzie z dymem. Cały obszar miasta zapełnił się nagle milionami dziur, wyglądających niby ślady po bombardowaniu nim padły bomby. Wszędzie, na każdym kawałku pustej przestrzeni w ogrodach, na ulicach, na wszystkich chodnikach w dziesięciometrowych odstępach dziury i dziury. Dziury - to jedyna nazwa, na jaką zasługują owe „schrony”: te byle jakie okopy, które na rozkaz z góry kopano gorączkowo pewnego pięknego wrześniowego dnia w całym mieście. Okopy - to było wszystko, co rząd przewidział jako schronienie 7 mln mieszkańców przed prawdopodobnymi bombami. Schrony, dotychczas bez dachów, mają po 3 m długości i 80 cm głębokości. Ochotnicy w brudnych fartuchach, kopiący te płytkie groby, wyrzucają tłustą ziemię na chodniki i do rynsztoków. Po pierwszym deszczu przechodnie zostawią buty w czarnym błocie, a wydrążone dziury będą pełne wody. Tymczasem, aby wypróbować zalety schronów, tokijskie gospodynie odziane w spodnie przysiadają po japońsku w kucki, przyciągając kolana do obojczyków, i kierują zadowolony uśmiech ku niebu: bombowce mogą nadlecieć...

Ta niby-ospa oszpecająca Tokio jest już ostatnim akordem ogólnego upadku. Zrujnowane metro, zardzewiałe tramwaje, które wydają się jeździć na kwadratowych kołach, pociągi z wybitymi szybami, zwisłymi siatkami i połamanymi ławkami, powyrywane telefony publiczne, rowery jeżdżące na spłaszczonych oponach, zdemolowane samochody porzucone na rogu ulicy... Rząd wydał dekret o obowiązkowej zbiórce złomu. Wyrywa się więc ogrodzenia wraz z kamiennymi słupami, balustrady mostów wraz z parapetem, sufity; w postumentach świeczników widnieją dziury lub rdzenie odciętego metalu; wraz z kaloryferami wydziera się kawały muru. A ponieważ brak środków transportu, wszystkie te grzejniki, kaloryfery, ogrodzenia, kotły i żelastwo wszelkiego rodzaju będą, porzucone na chodnikach w samym centrum miasta, rdzewieć Bóg wie jak długo. Szaleństwo demolowania natury dotarło również na wieś. Wokół przebiegającego z północy na południe kraju kręgosłupa dróg komunikacyjnych rozrasta się rak strefy przemysłowej. Niszcząc nieubłaganie wątłe ciało rolniczej Japonii, choroba pozostawia w szczerym polu szeregi hangarów, zapełnia słupami ryżowiska, ogołaca lasy z poszycia, podkopuje pobliskie góry, zanieczyszcza zieleń metalowymi odpadami. Polityka rozpraszania fabryk uderza w coraz odleglejsze miejscowości: inwazja koreańskiej siły roboczej zalewa cichą wieś, przebija pagórki, wyrąbuje drzewa, niszczy źródła, gdzie jeszcze wczoraj lud oddawał cześć zamieszkującemu je małemu bożkowi, i wznosi w rozprutym brzuchu doliny fundamenty przemysłowego kolosa. Pasmo fabryk okrążyło Kioto, licząc teraz na względne bezpieczeństwo zabytkowego miasta tysiąca świątyń, podobnie jak i Ise - ośrodek kultu bogini Słońca, której oddawano cześć na ołtarzach krytych słomianymi dachami. W słynnym Ciudzendzi koło Nikko święta kaskada Kegon ginie w monstrualnej tamie elektrowni. Okoliczne góry, niegdyś parki narodowe, rozszarpały między siebie olbrzymie zakłady metalurgiczne produkujące dla lotnictwa. W trakcie budowy ciężkiego stalowego mostu kolejowego uległ zniszczeniu łuk z czerwonej laki słynnego świętego mostu w Nikko. Czy osiem tysięcy bogów pogańskiej Japonii, wypędzonych z omszałych skał i mrocznych podziemnych wykrotów, obok których słomiane powrozy uprzedzają ludzi o obecności boskiego mieszkańca, nie wywrze kiedyś zemsty? Dwadzieścia lat temu Claudel wróżył Japonii przekleństwo fong szui - chińską klątwę, która dosięgnie każdego, kto zakłóci spokój pól i zniekształci oblicze przyrody... Na nic fałszywe propagandowe wizerunki Japonii! Prawdziwa Japonia jawi się w całej swej biedzie i przygnębiającym smutku. Gdzie te szczęśliwe dni, gdy zachodni pisarze w poetyckich słowach opiewali romantyczne uroki Kraju Wschodzącego Słońca, rozświetlonego uśmiechem i kwiatami. Wtedy można było nie widzieć, że na zachwycający koloryt wiosennej i jesiennej Japonii składał się w dużej mierze kontrast z szarzyzną tła. Teraz nic nie pozostało z feerii kwitnącej wiśni ani krótkotrwałego płomienia czerwonych klonów: stara Japonia, malowana ostrymi smugami tuszu, ma tonację szaroczarną. Nic już nie ubarwia narodowego ubóstwa. W innych krajach azjatyckich nędza czasem szokuje dziką pstrokacizną. Zrujnowane Tokio jest siedzibą ponurego ubóstwa. W tłumie azjatyckich twarzy pojawiają się przedstawiciele nowej „zielonej rasy” - źle odżywieni chudzielcy, zjadacze ryb, dla których zabrakło nawet codziennej porcji sardynek i których żołądki, przyzwyczajone do regularnych i zawsze podobnych trzech posiłków dziennie przez 365 dni w roku, rozregulowały się wskutek spożywania ryżu podłego gatunku, do tego pomieszanego z wątpliwymi dodatkami. Sine twarze zdradzają chroniczne biegunki, zakłócające innym nocny spokój.

W przeszłość odeszły wszystkie uroki japońskiego życia, które wielu ludziom na całym świecie kojarzyły się nieodłącznie z Japonią. Marzyciele, poeci i artyści od pół wieku wymagali, by Japonia podtrzymywała pewien styl i smak, wiązany z „miłymi wrażeniami”, niezbyt może ambitny, bez genialnych dzieł, lecz za to bardziej przystępny i popularny niż wyrafinowane piękno. Niezliczone dowody zadośćuczynienia, jakich Japonia nie skąpiła tym skłonnościom, nie mają teraz prawa bytu wraz z elegancką tandetą, artystycznymi bibelotami, dekoracją w dobrym guście, niezmienną troską o estetykę, dobre maniery i wdzięk kobiecy. Być kobietą w pełni kobiecości lub nawet cokolwiek ją akcentować - to obecnie w czasie wojny niepatriotyczne. Panie musme i czcigodne małżonki, zajmujące coraz poważniejsze miejsce w życiu kraju, zdają się przepraszać za to ród męski, starając się sztucznie brzydkim wyglądem do niego upodobnić. Nie uświadczysz kimona - nie tylko dlatego, że jego zwiewny jedwab jest przy pracach czasu wojny kłopotliwy, lecz głównie dlatego, że jest szczęśliwe i wesołe. Władcy - tak zowie się tu małżonków i ojców - żądają atmosfery surowości. Kobiety przywdziały więc spodnie. Spodnie z kantem leżą jednak zbyt dobrze na tych musme bez bioder, nadając im korzystną sylwetkę i ukrywając słaby jej punkt: nogi. No i przede wszystkim są zapożyczone z Europy! Kobiety robią więc ze spodni wynalazek czysto japoński. Wzruszająco maskowany element mody odzywa się jeszcze na chwilę przy kolejnych możliwych wariantach: spodnie narciarskie? golfowe? od piżamy? Ale to jeszcze nie są owe wymarzone spodnie japońskie. Wreszcie zbiorowy wysiłek owocuje w swoistej „mieszance firmowej”: skrzyżowaniu spodni żuawa z fartuchem robotnicy. A ponieważ brakło materiałów i nowo obowiązujący ubiór kobiecy musiał być wykonany ze znoszonych, starych fałdzistych kimon, bufiaste spodnie, zwane monpei, o źle skrojonych nogawkach, ściągnięte w kostce, różnokolorowe, w prążki i w kwiaty przywodzą na myśl strój klowna. Mężczyźni zaś konsekwentnie przyjęli „ubiór narodowy” ze sztucznej tkaniny pośledniego gatunku w kolorze khaki (tę japońską nazwę precyzyjnie oddaje pojęcie: „mundur patriotyczny”, podkreślające ochotną dobrowolność, z jaką cywile wyzbywają się swej indywidualności). Ich jednomyślność w tym względzie jest w mniejszym stopniu wynikiem świadomej dyscypliny co instynktu stadnego: z przerażającą łatwością akceptują modę stada. Nie przestaje mnie zadziwiać spektakl, jaki stwarza to rojące się co dzień ludzkie stado. Chyba jednak wojna poruszyła ten naród skupiony w mrowisku, dotychczas dość nieruchawy, powodując masowy napływ ludzi do miejsc publicznych. Tokio stało się miastem tłumów. Tłumy na ulicach, tłumy na dworcach, tłumy wylęgające z fabryk, tłumy w pociągach, szkołach, salach, w których odbywają się przedstawienia, na manifestacjach patriotycznych, w sanktuariach narodowych: ciągle ten sam wszechobecny tłum. Elementy egzotyczne - papierowe parasolki, z rzadka kimona, drewniane sandały, dzieci przytroczone do pleców matek - są wtopione w szarzyznę tłumu, którego narodowość i rasa są na odległość trudne do określenia. W zbliżeniu ten fascynujący obraz ludzkiego stada, naszkicowany węglem na tle dekoracji miasta, składa się z tysięcy nie żółtych, lecz matowych, ciemnych, często opalonych twarzy. Ten tłum znamionuje nieprawdopodobna ociężałość i wręcz prostacka niezręczność: zakłopotane dreptanie drewnianych geta, tępa kawalkada na zbyt wąskich schodach, niezgrabne przepychanie tarasujące wejścia dworców i drzwi tramwajów i pociągów. Potrzeba mu było aż czterech lat, by nauczył się ustawiać w kolejce, wtedy gdy trzeba było stać w kolejce po wszystko. Wyjątkowa bierność japońskiego charakteru nie pozwalała pojąć nikomu z czekających, że można zająć miejsce niekoniecznie dokładnie za stojącą wcześniej osobą. Toteż kolejka podróżnych, która utknęła na

przykład przed okienkiem kasowym, miast zakręcić w bok, aby nie przeszkadzać ruchowi, wydłuża się w poprzek hali dworcowej, blokując przejścia do wejść; i wyjść na perony. Stojące w kolejkach po dzienne racje gospodynie, pracownicy oczekujący na tramwaj, amatorzy gazety (po prasę również stoi się w kolejce) lub piwa z „piwiarni robotniczej” (jedna szklanka piwa na tydzień za zwrotem bonu) - każda z tych kolejek niechybnie ustawi się w poprzek czegoś: ulicy, pokoju, przejścia, rogu. Wszyscy ci ludzie czekają przy tym z cierpliwością, do jakiej żaden tłum na świecie nie byłby zdolny. Opóźnione pociągi, awaria metra, zmiana rozkładu jazdy, wypadek tramwajowy - żaden z tych banalnych codziennych incydentów nie wywołuje ani jednego niecierpliwego słowa, nie powoduje oznak znużenia, nie zmienia ponurego wyrazu obojętnych twarzy. Ten obraz pogrążonego w wojnie kraju należy uzupełnić dodatkowymi szczegółami. Aby zjeść kolację w podłej garkuchni - póki nie zamknięto restauracji - należało przyjść o 16.00 i do 17.00 poczekać w kolejce na otwarcie drzwi. Trzeba stać całą noc na ulicy, by kupić bilet kolejowy; trzeba godziny, by zdobyć bilet do kina na miejsce stojące w przejściu; trzeba kwadransów wystawania na chodnikach, aby dostać się do dziesiątego przejeżdżającego tramwaju. Miejsca publiczne są z każdym dniem coraz bardziej przepełnione. Co gorsza, w Japonii hołubiącej marzenia o „Stu Milionach” 20-30 lat temu budowano wszystko wąsko i ciasno - na skalę ubogiego kraju. Przeludniona, jak rzadko które państwo na świecie, praktykowała ona posuniętą do skąpstwa urbanistykę i mierną architekturę. Perony na dworcach, chodniki w miastach (jeżeli takowe bywają, co zdarza się rzadko), wyjścia z metra wszystko jest za małe dla nieprzebranego ludzkiego mrowia. W Tokio nie ma placów publicznych, nieliczne są parki i szerokie aleje. W salach kinowych, teatralnych itp. wtłacza się do oporu małe krzesła, jakby naród składał się z samych dzieci, zaś wpuszcza dwukrotnie więcej ludzi, niż wskazywałaby na to liczba miejsc siedzących. W transporcie komunalnym wystarczy niewielkie opóźnienie, awaria czy wypadek, aby powstały korek wydał się nie do zlikwidowania. Jeszcze trochę dzieci, jeszcze trochę mniej pociągów, a ciżba zastygnie jak żywa galareta wciśnięta między mury miasta. Chyba że alarm, że bomba przestraszy stado... Co się stanie, gdy wybuchnie panika? Na razie kończy się na tym, że korki się rozładowują i ruch trwa dalej. Co więcej, mimo tylu przeszkód Japończyków ogarnął wręcz szał przenoszenia się z miejsca na miejsce. Egzemplifikacja ruchów Browna20: rojowisko prących w różne strony, Bóg wie dokąd, cząstek, ocierających się o siebie, krzyżujących swe tory. Czyżby przenoszenie się z miejsca na miejsce pozostało ostatnią enklawą dozwolonej wolności? A podróżowanie jedną z ostatnich przyjemności, do której ma się prawo ostatni luksus? Przecież ograniczono przepisami możliwości dłuższych podróży, racjonuje się bilety kolejowe, zarekwirowano hotele. Nic nie szkodzi - Japończyków nie odstrasza koszmarny tłok w roztrzęsionych wagonach. Dla większości ruch stał się twardą koniecznością. Jedną z przykrości, jakie przyniosła z sobą wojna, jest ogromne wydłużenie odległości, jakie trzeba codziennie pokonywać. Kryzys mieszkaniowy odsunął tysiące urzędników i robotników od miejsc pracy. Brak szkół spowodował, że gromady uczniów spędzają co dzień kilka godzin w pociągach, aby dojechać do wyznaczonego liceum. Nakazana przez rząd zmiana zawodu zmusza tysiące rzemieślników do wędrówek do pracy w oddalonych fabrykach. Wreszcie skutkiem wojny jest powszechny niedostatek, czyniący z życia wieczne polowanie. Polowanie na sklepy, które czasem mają coś do sprzedania; polowanie na biura, których papierki są nieodzowne we wszelkich okolicznościach życiowych; polowanie na „dobre adresy” na czarnym rynku; polowanie na przedmioty, które czasem uda się
20

Nieuporządkowane ruchy drobnych cząstek zawieszonych w cieczy lub gazie (odkryte przez angielskiego botanika Roberta Browna) – przyp. tłum.

zdobyć; polowanie na ludzi, którzy mają coś załatwić, w czymś pomóc... A przede wszystkim polowanie na artykuły żywnościowe, sprowadzające każdego ranka, a zwłaszcza w niedziele, setki ludzi na przedmieścia i wsie, którzy wieczorem, po wyczerpujących wędrówkach od chałupy do chałupy, obładowani pakami i workami z żywnością, wracają do domów. Oto dramat Japonii czasu wojny. Łatwe początkowe triumfy armii cesarskiej nic nie przyniosły masom ludowym, zwycięstwo okazało się nieopłacalne. Jakaż różnica w porównaniu w Niemcami! Hitlerowski Blitzkrieg i rabunek narodów Europy odziewał i żywił Niemców aż do kapitulacji. Japońska „wojna błyskawiczna” umożliwiła wprawdzie zagarnięcie skarbów południowego Pacyfiku, a armii i marynarce zagwarantowała ropę i rudy metali, jednak dla przeciętnego Japończyka oznaczała tylko dodatkowe wyrzeczenia i zwiększony trud codziennego bytu. Nic w tym zresztą nowego. Już trzy ćwierćwiecza naród japoński jest nastawiony w swych zdobyczach nie na rozwój jednostki i podniesienie stopy życiowej każdego obywatela, lecz wyłącznie na dobro i potęgą grupy. Wszystkie korzyści są udziałem narodu jako całości. Jednostka pozostaje na wyznaczonym jej miejscu: całkowicie zadowala ją przynależność do coraz potężniejszej grupy. Taką przynajmniej wykładnię wpaja jej państwo. Każdemu z tych poczciwych ludzi z osobna, pokojowo, (we własnym mniemaniu) usposobionych, małych, szarych i skromnych grupa bezustannie przypomina: „Razem jesteśmy silnym narodem, światłem Wschodu, solą Azji”. Zbiorowa duma stała się dla wszystkich odwetem za podrzędność indywidualnego losu. Za pot, łzy i krew płacono masom słowami. Ta oszukańcza retoryka nie uchroniła samego państwa przed łupiestwem ze strony wpływowej oligarchii. Z każdej zdobyczy wojennej każda z potężnych klik - finansowa (dzaibatsu), polityków i wojskowych - potrafiła wykroić sobie przeważającą część zysków przynależnych społeczeństwu. Wielkim koncernom przypadły dywidendy wojny i kolonizacji; armii - potęga polityczna. Wielki biznes, wojsko, marynarka nie przestają się obławiać. Sudzuki-san, japoński „Kowalski”, pozostał chudziną: palce nóg wyłażą mu na wierzch w rozciapanym obuwiu; ubrany nędznie, połyka swój ryż i chrupie marynowaną rzodkiewkę, z tyłkiem na słomianej macie blisko papierowego okna grzeje zesztywniałe palce przy trzech żarzących się w garnku węgielkach. Kiedy przyglądam się tym zabiedzonym, prymitywnie mieszkającym, marnie odzianym ludziom, ich zacofanej technice i mizernemu życiu, nagle przebłyskuje mi przerażająca myśl: wszak oni w swej grupie (masie) wyprzedzają nas w marszu do ludzkiego mrowiska! Jeśli ludzkość zmierza w kierunku totalnego światowego mrowiska, jakżeż Japończycy prześcignęli nas, białych, spętanych naszym indywidualizmem i personalizmem. Kto wie, czy Japonia nie dokonała uniwersalnego podboju, trwalszego od wszystkich podbojów terytorialnych: podboju czasu? Czy w ciągu wieku nie znajdzie się w stadium, rozwoju społecznego, które my osiągniemy za trzysta-czterysta lat? Japonia ma szczególne predyspozycje do kolektywnego społeczeństwa jutra, jeśli takowe któregoś dnia powstanie! Narodowe obyczaje i cała filozofia zawsze przysposabiały Japończyka do identyfikacji z grupą i roztapiania się w tym, co go otacza: sztuka nauczyła go utożsamiania się z przyrodą, religia z nicością losu, życie - z anonimowym tłumem klanu. Nowoczesny naród umiał przechwycić na swoją korzyść wszystkie te skłonności do niebytu. „Przeciętny Japończyk” nigdy nie jest dla siebie światem, który ma mu wystarczyć. Samotny jest niczym. Nie musi, jak Niemiec, odrzucać cząstki swego ja ani przełamywać się w sobie, by aktem własnej woli stać się komórką całości. On urodził się cząsteczką - trwałym elementem grupy. Na Zachodzie grupie nigdy nie udaje się „stotalizować” jednostki, bowiem każdy członek wspólnoty stara

się zachować choć odrobinę własnej indywidualności i niezależności. W Japonii czasu wojny grupa potrafiła stworzyć ze swych członków „stop absolutny”. Jednostka przystaje na ten zabieg - mało: żąda go i uwielbia. Wierzy, że znajdzie w nim odwet za wszystkie słabości, rekompensatę za wszystkie frustracje. Jest to sposób na osiągnięcie dzięki grupie dumnego poczucia wymarzonej potęgi. Nie potrzeba do tego surowości kar, przymusu ani wysoko zorganizowanego systemu politycznego. Japonia obchodzi się bez ideologii i totalitarnej partii. W Niemczech wojna mnoży organizacje, zaostrza formy ucisku narodu, powoduje rozrost surowych instytucji, które stają się więzieniem mas. W Japonii płynność form w niczym nie nadweręża konsystencji masy. Masa, ów „stop absolutny”, potrafi pomieścić różnorakie tendencje. Opozycja? W psychice narodu i w polityce jest to zjawisko nieznane. Nie rodzą się nieprawowierne teorie, nie organizuje się zastępcza ekipa dla zajęcia miejsca ekipy rządzącej w danej chwili. Nie ma nawet potrzeby aktywnej dyscypliny: japońska dyscyplina jest bezładna, mdła, pozwala na pewną ślamazarność, brak jej buńczuczności, nie uczy zwierać szeregów. Te nieistotne mankamenty hordy giną jednak w celowym ruchu zespołu. Masa, obojętna na rzadkie skargi swych członków, unosi wszystkich z prądem. Japońskie mrowisko nie przejawia zbytniej troski o przymioty składających się nań jednostek. Mniej są mu potrzebne ich zalety, bardziej ich wady: pycha, niepohamowanie, ksenofobia, zamiłowanie do szpiegostwa. Grupa wyłuskuje te przywary i kultywuje je, bo one stanowią o jej sile. Unicestwia ideały jednostkowe, narzuca ideał zbiorowy. Z małych ludzi, we własnym mniemaniu nastawionych pokojowo, uszczęśliwionych swym lilipucim życiem, przywiązanych do ubogich wygód, czyni ona doskonale wytresowane stado - dla wojny. Wyobcowuje ich ze środowiska, wyrywa z ziemi, zawodu, rodziny, kierując bezwzględnie w miejsce, gdzie są jej użyteczni. Rok 1943 przyniósł monstrualne przemieszanie ludności Japonii. Uchwalona w czerwcu przez nadzwyczajną sesję parlamentu reforma przedsiębiorstw oznaczała wyrok śmierci dla drobnych warsztatów i triumf wielkich fabryk i przemysłu ciężkiego. Około 13 mln Japończyków (2 mln rodzin) składało się dotychczas na warstwę sklepikarzy i rękodzielników, pracujących w domu. Teraz pokojowe zawody straciły rację bytu, prąd codziennych zakupów wiedzie przez oficjalne ogniwa racjonowania, sklepy są puste. Ludzie przechodzą do fabryk zbrojeniowych lub tworzą wspólnie średniej wielkości warsztaty wykonujące zamówienia wojskowe. Wstrząs nie omija także 1,5 mln warsztatów rzemieślniczych, z których każdy zatrudnia mniej niż pięciu robotników. Zabiera się im maszyny i centralizuje w wielkich przedsiębiorstwach; za nimi podąża siła robocza, wchłaniana przez fabryki. 80 proc. zatrudnionych w produkcji skupiają warsztaty, w których liczba pracowników nie przekracza 30 osób. Pojawiają się w nich kontrolerzy armii, przenoszą wyposażenie, rekwirują personel, zmieniają profil produkcji, łączą, przegrupowują, likwidują. W lutym 1944 r. ten program gospodarczy jeszcze bardziej zaostrzono w wyniku całej serii drakońskich posunięć: zamknięto ostatnie zakłady z czasu pokoju, ogłoszono mobilizację studentów, odnowiono obowiązkową służbę pracy, zakazano produkcji licznych wyrobów uznanych za niepotrzebne itp. Z kolei bezwzględna rekrutacja na wsi zgarnia ze starej rolniczej Japonii wszelkie nadwyżki siły roboczej - mężczyzn i kobiety - kierując ich do pracy w mieście. Do najbardziej zaskakujących zjawisk Japonii czasu wojny należy niewątpliwie nagłe pojawienie się wyrwanej z korzeniami wiejskiej armii, rzuconej w aglomeracje miejskie niby inwazja dzikiej hordy. Wyrugowani z ram swego prymitywnego bytowania, utrzymywani w stanie podporządkowania, zamieniają się w ponury plebs, który zalewa wszystko. Pociągi, dworce, miejsca publiczne wzięły w posiadanie tłumy rozpychających się hultajów

w ubraniach roboczych koloru khaki, z ogolonymi czaszkami i brudnymi nogami w drewnianych i słomianych sandałach. Kobiety i dziewczęta rzucają się mniej w oczy, ponieważ żyją w zamknięciu w przepełnionych salach fabrycznych, mając zazwyczaj jeden wolny dzień w miesiącu. Nie zapomnę nigdy grupy robotnic, którą spostrzegłem pewnego dnia u wyjścia z warsztatu: młode zahukane wiejskie kobiety, grube, czerwone jak buraki, ubrane w jednakowe łachmany i spodnie koloru khaki, machające rękami, z szeroko rozwartymi ustami, przywodziły na myśl ludzkie bydło. Brutalnością swego „postępu” Japonia mnoży karykaturalne obrazy rozregulowanego nowoczesnego społeczeństwa. Szok, jakiego doznał japoński organizm narodowy za przyczyną maszyny, nie ma chyba w swych skutkach równego sobie w całym świecie, tym bardziej że przez długi czas koła polityczne i znaczne kręgi społeczne starej Japonii opierały się skutecznie rewolucji przemysłowej. Już sporo lat temu przepowiadano krach „Japonii o glinianych nogach”, a jednak bankructwo nie nastąpiło i zerwanie ze starymi strukturami przeciągało się z roku na rok: stare kadry trzymały się twardo i neutralizowały uderzenie. Rewolucja ekonomiczna XX wieku na Zachodzie dokonała się w społeczeństwach, których kadry były rozdarte w wyniku wcześniejszej rewolucji politycznej. W Japonii, gdzie restauracja Meidziego nie naruszyła zbyt głęboko podstaw feudalizmu, nowoczesna ekonomika miała dość czasu, by przystosować do swych wymagań stare kadry. Z wybuchem wojny wzniesiona budowla zaczęła jednak pękać w szwach: Japonia, która w niespełna pół wieku chciała przeskoczyć ze średniowiecza w nowoczesność, musiała ponieść konsekwencje industrializacji. Statystyka czasu wojny ukazałaby niewątpliwie wielce pouczający obraz japońskiego skoku przemysłowego i jego skutków społecznych. Jednak od 1937 r. nie gromadzi się regularnie danych statystycznych - lub też są one zazdrośnie strzeżone. Tylko od czasu do czasu udaje mi się znaleźć w prasie niektóre liczby, które starannie ukrywam z racji ryzyka, jakie niesie z sobą przechowywanie choćby najbłahszych danych ekonomicznych. Pośród objawów niewolnictwa przemysłowego wyraźnie daje się dostrzec niesłychany wzrost liczby wypadków przy pracy. Według dziennika „Yomiuri” liczba robotników, którzy padli ofiarą wypadków, przekroczyła w 1941 r. 0,5 mln. W 1927 r. wskaźnik wypadkowości wynosił nieco ponad 25 promille, a w 1940 r. wzrósł do ponad 40 promille. Powyższy wskaźnik jest o wiele wyższy w fabrykach obrabiarek, w przemyśle ciężkim, w stalowniach. W Tokio liczba robotników, którzy ponieśli śmierć przy maszynie, uległa w latach 1936-1939 podwojeniu, co przyznaje „Nippon Times”, cytując dane zaczerpnięte z kartotek prefektury policji, a więc znacznie zaniżone. Już na długo przed wojną zamarło życie związkowe. W 1939 r. ostatnie związki zawodowe, od dawna prześladowane przez policję, skupiały zaledwie 315 tys. robotników, czyli 2,9 proc. ogółu pracujących. W lipcu 1940 r. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zarządziło „dobrowolne” rozwiązanie Japońskiej Federacji Pracy, Federacji Rolniczej i Federacji Związków Morskich - ostatnich trzech bastionów idei socjalistycznej. Od 1938 r. pracowników zrzesza obowiązkowo organizacja pokrewna niemieckiemu Arbeitsfrontowi - Stowarzyszenie Służby Narodowej, kontrolowane przez Ministerstwo Dobrobytu Publicznego którego kadrę stanowią funkcjonariusze policji. Właściciele zakładów i prefekci policji stają automatycznie na czele „lokalnych grup pracowniczych”. W czerwcu 1942 r. Stowarzyszenie ma już 86 tys. filii i liczy prawie 6 mln członków. Czas pracy pozostaje formalnie nie ograniczony. Dwunastogodzinny dzień pracy wprowadzono ustawowo w kwietniu 1939 r. jedynie dla pracowników pięciu podstawowych gałęzi przemysłu; w grudniu 1943 r. powyższe przepisy zniesiono. Fabryki przyjmują do pracy dzieci w wieku 12-13 lat.

Sam rząd zorganizował rekrutację: po ukończeniu szkoły podstawowej chłopcy podlegają obowiązkowi służby pracy. Ci zaś, którzy kontynuują naukę, są dłużni państwu rosnącą co roku liczbę tygodni pracy w polu lub w fabryce. Łatwiejsza i zdrowsza bywa praca na wsi, natomiast dla tych, którzy trafiają do fabryk, staje się katorgą. Od czasu do czasu w kronice filmowej uprawia się pod patronatem Biura Informacyjnego rewelacyjną propagandę po japońsku. Oto dla przykładu Japońska klasa podczas wojny. W pewnej klasie liczącej czterdziestkę 12-13-letnich chłopców zamieniono pulpity na warsztaty. Nauczyciel szkicuje na tablicy rysunek. To nie geometria - to rysunek metalowego detalu, który dzieci powinny wykonać na zamówienie przemysłu lotniczego. Po krótkich wyjaśnieniach nauczyciel podnosi do ust gwizdek. Ciszę rozcina ostry gwizd. Uczniowie stają na baczność przed pulpitami-warsztatami. Znowu gwizd, tym razem kilka dłuższych serii, przypominających alfabet Morse’a: za każdym gwizdem czterdziestka uczniów, równomiernie skulonych nad kawałkami metalu, wykonuje tym samym gestem długie, jękliwe pociągnięcia pilnikiem, potem wszyscy razem wyprostowują plecy niby marionetki w grze mechanicznej i ponownie pociągają zgrzytającymi pilnikami. Inny film: chłopcy mniej więcej 15-letni pracują dla marynarki. Kadr ukazuje pusty warsztat. Dźwięk trąby. Setka chłopców pospiesznie ustawia się na baczność przed warsztatami. Ponowny dźwięk trąby: każdy chwyta za ciężki młot. Słychać rytmiczny gwizdek, zmieszany z regularnym stękaniem dzieci-galerników. Setki tysięcy kobiet pracuje w fabrykach, zwłaszcza w zakładach lotniczych. Od 1939 r. przybyło ponad 1,5 mln robotnic fabrycznych. Nie oszczędza się im najcięższych robót: pracują nawet na dole w kopalni. Wprawdzie w 1939 r. pod presją Międzynarodowego Biura Pracy zabroniono oficjalnie zatrudniania kobiet w kopalniach i kamieniołomach, a mimo to - jak podał „Nippon Times” - liczbę „górniczek” określano na ponad 40 tys. Niebawem zresztą, bo w sierpniu 1939 r., minister dobrobytu publicznego zniósł ów zakaz, polecając natychmiastowe przeprowadzenie rekrutacji ponad 20 tys. kobiet i dzieci w wieku 14-16 lat do pracy w kopalni. Według źródeł oficjalnych w 1942 r. pod ziemią pracowało 78 tys. „górniczek” i 500 tys. górników. Czasopismo kobiece „Shu fu-no-Tomo” opublikowało w lipcu 1942 r. reportaż, którego autorka głosi chwałę kobiet, urabiających węgiel na głębokości 900 m pod ziemią. Wśród tragarek przenoszących węgiel w koszach na głowie jest przeszło 40-letnia robotnica. Inna, wdowa i matka ośmiorga dzieci, popycha wózki; jeszcze inna, licząca ponad 50 lat, przepracowała w kopalni wraz z mężem przeszło 20 lat. Autorka nie omieszkała podkreślić wkładu kobiet do produkcji, zaznaczając, że liczba kobiet, które nie osiągnęły jeszcze 20 roku życia, zatrudnionych w kopalniach i transporcie wzrosła w ostatnich trzech latach o 34 proc., natomiast płace realne obniżyły się o 32 proc. Kobiety i dzieci są bardzo cenione na rynku pracy, gdyż ich płace są o wiele niższe od płac mężczyzn. W zakładach zbrojeniowych przeciętna płaca godzinowa wynosiła w 1939 r. 1,50 jena dla mężczyzn i 0,83 jena dla kobiet. Według „Nippon Times” płace, tracące na wartości wskutek szybkiego od 1941 r, wzrostu cen, zaczęto wyrównywać dopiero w marcu 1944 r. Zagrożone jest zdrowie publiczne. Przerażające spustoszenie sieje gruźlica. Wskutek złego odżywiania ludność zżerają dolegliwości żołądkowe i jelitowe. Nader opłakany jest stan zdrowotny dzieci i młodzieży. W opublikowanej w 1940 r. przez Ministerstwo Dobrobytu Publicznego ankiecie podano, że od 1939 r. 30 proc. dzieci japońskich cierpi na jakieś schorzenie - najczęściej na chroniczną biegunkę i choroby płuc. Śmiertelność dzieci jest 3-krotnie wyższa niż w Wielkiej Brytanii i Niemczech.

Ekspert Biura Ludności oświadczył w 1941 r. przedstawicielom prasy: „Przy obecnej stopie śmiertelności nie będziemy mogli osiągnąć naszego celu demograficznego - stu milionów obywateli w 1960 r.” Mimo tej pesymistycznej oceny statystyki demograficzne wskazują na rozmnażanie się tłumu. W 1941 r. przyrost naturalny wyniósł w Japonii 1070 tys. osób. Przedkładając triumfalnie tę cyfrę parlamentowi, generał Todzio zauważył, że dowodzi ona wyraźnej poprawy krzywej przyrostu ludności w pełni wojny, bowiem w trzech minionych latach przyrost nie osiągnął miliona osób. W lutym 1944 r. minister dobrobytu publicznego poinformował z trybuny parlamentu, że ponadmilionowy przyrost naturalny utrzymał się również w latach 1942 i 1943. W Japonii nigdy nie rodziło się tyle dzieci co podczas wojny. Nastąpił ogromny napływ ludności wiejskiej do miast. W latach 1935-1940 ludność Jokohamy wzrosła o 37 proc., Tokio - prawie o 25 proc., Nagoji - o 15,4 proc. Oprócz Tokio sześć innych miast osiągnęło ponad milion mieszkańców. Przedmieścia wielkich miast same stały się miastami, np. Kawasaki koło Tokio, którego ludność w ciągu pięciu lat prawie się podwoiła. W ten sposób stolica łączy się z wielkim portem Jokohamą, a cały region przemienił się w kolosalną 10-milionową aglomerację miejską. 1 października 1941 r. Tokio liczyło 7438 tys. mieszkańców. Najszybciej fala ludności napływała do regionów sąsiadujących z przemysłowym centrum i północnym wschodem kraju. Jeszcze w 1920 r. ludność miejska stanowiła 18 proc. ludności kraju; w 1940 r. - już 38 proc. W 1943 r. rząd generała Todzio, ogłaszając dekret o powszechnej reformie przedsiębiorstw i organizując rekrutację siły roboczej na wsi, oficjalnie przyjmuje zasadę, że odtąd 60 proc ludności będzie zamieszkiwało miasta, a 40 proc. - wieś. W ciągu 20 lat równowaga demograficzna Japonii została całkowicie zachwiana.

11. Rozczarowania, spory, opóźnienia, porażki
Rok 1943 dowiódł niezbicie, że sojusz zawarty między Japonią a Niemcami nie wyszedł poza grę wzajemnie niespełnionych nadziei. Japonia liczyła na zyskowną wojnę i zainkasowanie na Wschodzie korzyści z odniesionych przez Rzeszę zwycięstw na Zachodzie, lecz ofensywa Wehrmachtu skutecznie utknęła na niezmierzonych przestrzeniach Rosji, zaś triumf hitlerowców okazał się nierealnym marzeniem. Z kolei jeśli nawet niemiecka pycha buntowała się przeciw przyjmowaniu pomocy „żółtych” sojuszników, to niemniej Hitler uwzględniał w swych kalkulacjach koordynację operacji militarnych w Europie i Azji, a być może i ich połączenie. W istocie jednak ewentualne wspólne działania po dwóch stronach Suezu pozostały - od momentu porażki marszałka Rommla na granicy Egiptu (pod El-Alamejn w listopadzie 1942 r.) i rezygnacji Japonii z awanturniczego zamysłu podboju Indii - bluffem propagandy Berlina i Tokio. Ostatnia okazja skoordynowania ofensywy Rzeszy i Kraju Wschodzącego Słońca zaistniała w chwili ataku niemieckiego na Stalingrad; interwencja japońska na Syberii mogłaby stanowić ewentualną szansę ratunku dla Hitlera. Jednak Japonia wystrzegała się najmniejszego posunięcia.

Podstawową zasadą inwazji japońskiej jest zachowanie niezależności. Japonia prowadzi „wojnę Największej Azji”. Niemcy -; to wszak biali. Ich początkowe triumfy budzą w Tokio obawy przed zbyt świetnym zwycięstwem. Pierwsze porażki Rzeszy każą Japonii pilnie baczyć, by nie wymknął jej się z rąk własny sukces. Nakazem racji stanu staje się uniezależnienie własnych celów wojennych od planów militarnych Berlina. Podstawowym instrumentem zapewniającym izolację obu konfliktów jest radziecko-japoński pakt o nieagresji. Japonia stara się go -przestrzegać21. Niemniej rząd w Tokio nawiedza koszmarny lęk, że Związek Radziecki może odstąpić Stanom Zjednoczonym bazy lotnicze na Syberii i cała konstrukcja układu rozleci się w pył: miasta japońskie staną w płomieniach. Rozpoczęcie wojny ze Związkiem Radzieckim równałoby się ściągnięciu na siebie śmiertelnego niebezpieczeństwa; przy tym owa wojna toczyłaby się w interesie „Wielkich Niemiec”, a nie w interesie „Największej Azji”. Toteż gdy propaganda tokijska, pozornie wspomagając Berlin, wykpiwa kampanię prowadzoną przez Londyn i Waszyngton na rzecz bliskiego już utworzenia „drugiego frontu” na Zachodzie, rząd japoński odmawia Berlinowi otwarcia „drugiego frontu” syberyjskiego. Gwałtowna kampania, jaką w tej sprawie przez cały okres bitwy stalingradzkiej prowadziła potajemnie ambasada niemiecka, mobilizując japońskich nacjonalistów, takich jak Nakano Seigo, poniosła fiasko. Japonię zbytnio zajmuje ratowanie własnych pozycji, by ratować niemiecką skórę. A jednak był taki moment, że Berlin mógł jeszcze poddawać się resztce złudzeń. Gdy następował finał bitwy stalingradzkiej, generał Todzio złożył z trybuny parlamentu dwuznaczne oświadczenie: „Japonia przysięga kroczyć aż do końca zmagań ramię w ramię w imię wspólnego zwycięstwa, udzielając jeszcze większego poparcia i pomocy swym niemieckim i włoskim sojusznikom”. W tokijskiej kolonii obywateli państw Osi te słowa wywołują wielkie poruszenie! Czyż deklaracja premiera nie zapowiada otwarcia japońskiego „drugiego frontu”, którego domagał się ambasador Stahmer? Jednak Berlin szybko zrozumiał, że jest to kolejny z serii uprzejmych i uniżonych ukłonów, jakimi generał Todzio płaci za sojusz, który mu nic nie daje, natomiast grozi wysokimi kosztami. Klęska Włoch dorzuca do kakofonii koncertu Osi nutę komiczną: wściekłość, z jaką Tokio traktuje porażki faszystowskiego sojusznika, z trudem maskując pogardę wobec narodu żołnierzy bez krztyny honoru. Kiedy Amerykanie wylądowali na Sycylii, postarano się w Tokio, aby wieść o tym wydarzeniu dotarła w ostatniej chwili do gazet wieczornych i została opublikowana w postaci krótkiej wzmianki na odwrocie pod dyskretnymi tytułami: Oś przerzuca działania na półwysep włoski; Rzesza koncentruje siły w europejskiej twierdzy. Wiadomość o utworzeniu rządu przez marszałka Pietra Badoglia w lipcu 1943 r. ukazuje się w „Nippon Times” -z 24-godzinnym opóźnieniem pod skromnym nagłówkiem, informującym w podejrzanie naturalny sposób, że Mussolini kończy karierę Duce. Kapitulacja Włoch została oceniona przez rząd japoński jako „godny pożałowania akt zdrady”. W oficjalnych komunikatach przewija się przy tej okazji zapewnienie, że Japonia niezmiennie pokłada niezachwianą ufność w zwycięstwo. „«Sto Milionów», Wspartych tradycją trzech tysięcy lat, zjednoczonych myślą i duchem, da dowód swej bojowej potęgi i osiągnie święte cele wojny, uwalniając tym samym od trosk dostojne serce Cesarza”.
21

W rzeczywistości od chwili napaści Niemiec na Związek Radziecki Japonia systematycznie naruszała literę podpisanego w Moskwie paktu o nieagresji (koncentracja wojsk, tworzenie baz wojskowych i budowa umocnień w Mandżurii i Korei, doświadczenia z bronią bakteriologiczną na obszarach pogranicznych, naruszanie radziecko-mandżurskiej linii granicznej, akcje dywersyjne i szpiegowskie, zatrzymywanie i zatapianie radzieckich statków handlowych) - przyp. tłum.-

Minister spraw zagranicznych Sigemitsu Mamoru (który zajął miejsce Taniego Masajukiego) prorokuje w parlamencie „świetlaną przyszłość” nowej Italii. Japonia uznaje bowiem „faszystowską republikę” (Włoską Republikę Socjalną), utworzoną przez Mussoliniego w Salo w pobliżu Mediolanu, ale jej sprawy reprezentuje w Tokio... ambasada niemiecka. Przez pół roku rząd japoński nie zechce korespondować bezpośrednio z Duce, na którym się srodze zawiódł, wreszcie zgodzi się uznać misję pułkownika Omera Principiniego, jednak nie jako włoskiego charge d’affaires, lecz jako osobę, której powierzono reprezentowanie interesów włoskich w Japonii. Ambasador Mario Indellio, wysłannik rządu Badoglia, został osadzony w obozie koncentracyjnym. Dla zachowania twarzy Japonia mnoży dowody serdeczności wobec Berlina. Todzio składa Hitlerowi telegraficzne gratulacje z powodu uratowania Duce, którego hitlerowscy spadochroniarze odbili z rąk Amerykanów. Trzecią rocznicę paktu berlińskiego uświetniono kolejną wymianą depesz, a Ribbentrop i Sigemitsu wystąpili w roli gwiazdorów wymiennych programów specjalnych „Radia Berlin” i „Radia Tokio”. Propaganda japońska nie szczędzi słów zachęty i otuchy rządowi Hitlera i wojskom niemieckim na wszystkich frontach. Swego czasu Rzesza hałaśliwie sławiła w Tokio swe zwycięstwa, aby wstrząsnąć japońską inercją i zmobilizować armię cesarską do udziału w wojnie. Teraz przyszła kolej na rewanż ze strony Tokio: wiadomość o najmniejszym nawet lokalnym sukcesie na przegranym froncie Birmy czy Chin lub zatopieniu najmniejszej jednostki floty amerykańskiej agencja „Domei” skwapliwie przekazuje niemieckiej agencji prasowej DNB, byle tylko przekonać Niemców, że dopóki mężna Japonia zwycięsko kontynuuje wojnę, zwątpienie jest przedwczesne. We wrześniu 1943 r. rząd japoński, nie grzeszący zbytnim poczuciem humoru, z całą powagą informuje, że wykonując postanowienia paktu sojuszniczego i dla zacieśnienia więzi z Führerem Japonia uzgodniła z Rzeszą doniosły dokument: porozumienie o dwustronnej pomocy medycznej. W 1943 r. Japonia zrozumiała, że wbrew przewidywaniom obydwa konflikty: europejski i azjatycki nie tylko się wzajem nie wykluczają, lecz przeciwnie: zazębiają. Prysnął długo podtrzymywany mit, że póki będzie trwać wojna w Europie, Japonia nie odczuje ciężaru zaangażowania militarnego Stanów Zjednoczonych na Dalekim Wschodzie. Zasada: „Niemcy przede wszystkim”, za którą opowiedział się w 1942 r. Roosevelt dla ratowania Anglii, należy do przeszłości. Stany Zjednoczone są dostatecznie silne, by prowadzić wojnę na dwóch frontach jednocześnie: przeciwko Niemcom na froncie zachodnim i przeciwko Japonii na Pacyfiku. Od końca 1943 r. wskazywały na to wyraźnie raporty agentów japońskich z ostatnich krajów neutralnych. Taką konkluzję zawierają zwłaszcza materiały dwóch „asów” japońskiego Drugiego Wydziału w Europie: attaché wojskowego w Sztokholmie generała Onodery Makota, zwanego „Jajowatą Czaszką”, i generała Okamota Suemasy, byłego szefa tajnych służb armii japońskiej, mianowanego w 1943 r. po ukończeniu misji u boku marszałka Terauciego w Singapurze attaché wojskowym w Bernie. Skala operacji na południowym Pacyfiku nie pozostawia zresztą wątpliwości, że Stany Zjednoczone są zdecydowane rozprawić się z Japonią na froncie azjatyckim, nie czekając na wynik wojny europejskiej. Znaczna część opinii amerykańskiej traktuje Japonię jako wroga numer jeden. Zgodnie z ustaleniami waszyngtońskiej konferencji pod kryptonimem „Trident”, która odbyła się w maju 1943 r., administracja amerykańska wzmaga natarcie na Pacyfiku. Po Guadalcanalu Japonii pozostało jeszcze nieco czasu dla skonsolidowania sił w rejonie Mundy wśród Wysp Salomona. W sierpniu 1943 r. Munda została zdobyta i odtąd ofensywa amerykańska nie zostawia armii japońskiej ani chwili wytchnienia. W październiku Amerykanie usadowili się w Bougainville, przejmując kontrolę nad

lotniskiem i wielką bazą morską w Zatoce Cesarzowej Augusty, położoną naprzeciwko Rabaulu, głównego bastionu japońskiego na południowo-zachodnim Pacyfiku. Wcześniej, we wrześniu, wespół z jednostkami australijskimi zajmują północne wybrzeże Nowej Gwinei i niebawem docierają do dżungli, gdzie czatują łowcy głów, stąd szybko skokami od bazy do bazy posuwają się w -kierunku zachodnim - coraz bliżej Filipin. W końcu 1943 r. dokonano desantu na Nową Brytanię i Rabaul, okrążając go od wschodu i zachodu. Japońscy lotnicy obserwują akcję pierwszych gigantycznych lotniskowców amerykańskich typu essex o wyporności 26 tys. ton, których budowę podjęto po Pearl Harbour, supernowoczesnych okrętów wojennych south dakota i nowych ciężkich krążowników. Radio amerykańskie informuje, że co miesiąc opuszcza stocznię nowy lotniskowiec. Na zagrożonych archipelagach Japończycy stawiają zaciekły opór. Straszliwą cenę przyszło zapłacić Amerykanom podczas lądowania na wściekle bronionej plaży wysepki Tarawa: miny, piekielny ogień, ziejące śmiercią ufortyfikowane bunkry - owe „skrzynki z pigułkami” Jankesi będą odtąd napotykać wszędzie na drodze do Tokio. Ogromny amerykański potencjał wojenny robi swoje. Niebawem w ręce Amerykanów wpadają całe Wyspy Gilberta. Na środkowym Pacyfiku generał Douglas MacArthur zagarnia w zwycięskim pochodzie archipelag za archipelagiem: każde jego posunięcie taktyczne pozostawia na południu kolejną oswobodzoną wyspę; dzięki czemu mapa Pacyfiku upodabnia się do miniaturowych stawów w ogrodach japońskich, przez które kroczy się po płaskich kamieniach suchą nogą. Ofensywa amerykańska 1943 r. zmusza przemysł japoński do rozpaczliwego zrywu. Likwidacja drobnych przedsiębiorstw rzemieślniczych i bankructwo niezliczonych sklepików przyspiesza przegrupowanie siły roboczej i gwałtowną migrację do miast. Cały potencjał wytwórczy kraju podporządkowano priorytetowemu zadaniu: zwielokrotnieniu produkcji samolotów, niezbędnych dla zażegnania niebezpieczeństwa. Słabość lotnictwa japońskiego napawa dowództwo wojskowe uzasadnionym niepokojem. W pierwszych miesiącach wojny górowało ono absolutnie tak ilościowo, jak i jakościowo nad przeciwnikiem; obecnie role się odwróciły. Stany Zjednoczone przyjęły ponadto taktykę jednoczesnego atakowania różnych celów we wszystkich sektorach działań wojennych dla rozproszenia japońskich sił obrony powietrznej i wykorzystania przewagi własnych formacji morskich, w których miejsce zdetronizowanych pancerników zajęły lotniskowce jako podstawowe jednostki bojowe. Tym samym dokonał się przewrót w dotychczasowych koncepcjach wojny morskiej. Zapoczątkowana w połowie 1943 r. kampania na rzecz wzmocnienia lotnictwa japońskiego nie ma co do skali równej sobie. Jednym pociągnięciem pióra generał Todzio zadekretował przekształcenie wielkich fabryk tekstylnych, które stworzyły bogactwo Japonii, w zakłady lotnicze. Reorganizację zakończono w niespełna pół roku. Tysiące robotnic przędzalń w Osace wchłonęła produkcja samolotów. Koncern Mitsubishi dostosowuje swój profil wytwórczy do potrzeb lotnictwa. Bracia Nakadzima, którzy dzięki pomocy techników francuskich tuż po pierwszej wojnie stali się pierwszymi konstruktorami samolotów japońskich, otwierają nowe zakłady. Wzdłuż linii kolejowej Tokaido między Tokio i Osaką - powstają nowe fabryki: Simadzu, ongiś stolica zielonej herbaty, i Nagoja, ośrodek produkcji porcelany, przekształcają się w olbrzymie wytwórnie sprzętu lotniczego. Dołącza Mandżuria z przedsiębiorstwami trustu Ajukawa. Japonii brak jednak pilotów: opróżnia się więc uniwersytety, znosi się lub w pośpiechu „odwala” egzaminy, a studentów wysyła do powstających wszędzie od północy ku południu szkół lotniczych. Młodzież wywodzącą się z burżuazji i zamożnych warstw społeczeństwa kieruje się z zasady do

ośrodków szkolenia lotniczego. Zmasowana propaganda opiewa chwałę tych, których, póki latają, zwie się „szybującymi orłami”, a gdy po kilku miesiącach zginą na froncie, ogłosi „bogami przestworzy”. Tysiące 15-16-letnich chłopców - bez względu na protest rodzin - podlega „ochotniczemu” poborowi, który jeszcze zdąży przed końcem wojny uczynić z nich „bogów przestworzy”. Narodową zabawą milionów japońskich uczniów staje się budowa modeli samolotów, a w setkach drewnianych kramików, które - jako jedyne na ulicy - prezentują pełne towaru okienkawystawy, sprzedaje się z rozkazu rządu żyłki bambusowe i jedwabny papier do wyrobu miniaturowych modeli samolotów. W związku z brakiem olejów smarowniczych 15 mln rodzin w mieście dostarczono nasiona rącznika z obowiązkiem ich zasiania przy chodnikach i na okolicznych skarpach i dostarczenia państwu plonu, który posłuży do wyrobu oleju rycynowego. Przed Japonią żaden kraj nie próbował zdobyć równocześnie panowania na lądzie i na morzu. Anglia zadowalała się potęgą morską, Niemcy pragnęły zawładnąć kontynentem europejskim i w części azjatyckim. Japonii nie wystarczają ogromne przestrzenie kontynentu azjatyckiego i wyspy Oceanu Spokojnego. Opętało ją szaleńcze marzenie: chce wydrzeć Ameryce panowanie w powietrzu nad połową świata. Żyjąc przez trzy ćwierćwiecza z zakupu lub kopiowania zachodnich patentów, orientuje się jednak w swej podstawowej słabości, która dla japońskich przywódców jest istną zmorą: braku własnych techników i wynalazców. W tej dziedzinie Japonię dzieli od Zachodu olbrzymi dystans. Mimo to propaganda japońska intonuje nowy slogan: „Bądźcie wynalazcami! Bądźcie inżynierami!” Generał Todzio z trybuny parlamentu pragnie poruszyć umysły budującą historyjką rodzinną: „Zawołałem swego syna, który studiuje nauki techniczne, i oświadczyłem mu: «Opracuj mi plany latającej maszyny, która w ciągu dwóch godzin zawiezie mnie do Berlina i na przelot nie zużyje ani benzyny, ani węgla, ani elektryczności». Mój syn zaśmiał się i z całym należnym mi szacunkiem odparł, że jest to niemożliwe. Tymczasem gdyby nauce japońskiej nie brakło wyobraźni, nie istniałyby dla niej rzeczy niemożliwe. «Przypuśćmy - odrzekłem synowi - że twoja maszyna miałaby właściwość wyzwolenia się z siły przyciągania Ziemi; w ciągu kilku godzin nasza kula obróciłaby się pod nią i wylądowałbym w Berlinie. A jeśli chodzi o paliwo - czy nie sądzisz, że może istnieć w powietrzu jakiś gaz, który mógłby służyć jako paliwo do silnika?» Dopóki - kontynuował premier - naszym uczonym będzie brakować pomysłów, dopóty nie potrafimy efektywnie wykorzystać bogactw naturalnych, jakie dzięki naszym zwycięstwom mamy do dyspozycji”. Naiwny Todzio! Od umysłów tkwiących głęboko w przeszłości, ostrzeganych przed zuchwalstwem wyobraźni technicznej i indywidualizmem, wymaga twórczych poszukiwań, nagłego skoku intelektualnego... Istotnie - w dziedzinie wynalazczości, jeszcze bardziej niż w wykonawstwie technicznym, tkwi dramat niedostosowania militarystycznej Japonii do nakreślonych narodowi przez przywódców globalnych zadań. Japonia przynależy do cywilizacji, której podstawowa troska sprowadzała się od setek lat do niedokonywania wynalazków, przeciwstawiania się postępowi i zachowania świata w stanie nie naruszonym, jakim przekazało go pokolenie poprzedników. Dla rzemieślnika Wschodu tworzyć - znaczy naśladować. Nie wyobraża sobie, by przedmiot przezeń wykonany mógł wyjść poza reprodukcję modelu. Nauczyciel wypiera się ucznia, który zamiast imitować, wymyśla nowe rozwiązanie. Uczeń, który wyjawia profanowi powierzone mu tajniki techniczne, jest zdrajcą. Wiedza i tajemnica są ze sobą ściśle powiązane, podobnie jak w starożytnych

cywilizacjach. Tajemnica wymaga ochrony, gdyż wiedza daje jej dysponentom potęgę, której monopol pragną zachować, a ponadto rozpowszechnianie wiedzy może stać się źródłem rewolucji i podkopać cywilizację. Japonia jednak już od stu lat zdradza zasady cywilizacji Wschodu. W połowie XIX wieku pojęła, że musi zacząć uczyć się u białych i że każdy naród, który pozostanie w stosunku do nich w tyle, jest skazany na uzależnienie techniczne i wyzysk. Tę zasadniczej wagi sprawę rozwiązano wszakże połowicznie. Japonia wprowadziła u siebie techniki dotychczas zakazane, lecz zakupywała je za granicą w gotowej postaci, co prowadziło do zapożyczeń i naśladownictwa. Przez długi czas takie postępowanie ułatwiał liberalizm epoki: potrzebni technicy byli wszędzie do dyspozycji - wystarczyło zapłacić Europie żądaną cenę. Ta łatwość zdobywania nowoczesnej techniki nie wyszła Japonii na dobre: faworyzowała przeżytki rutyniarskiego myślenia. Byłoby jednak przesadą twierdzenie - nieraz spotykane na Zachodzie - jakoby Japonia nie była zdolna do wynalazczości. Startowała z ogromnym opóźnieniem w stosunku do przewagi technicznej białych, niemniej doświadczenie całego stulecia przeczy tezie o genetycznej niezdolności Japończyków do innowacji. Doświadczenie, jakie Japonia zdołała zdobyć w dziedzinie techniki, jest bardzo krótkie w porównaniu z wiekami doświadczeń gromadzonych przez cywilizację Zachodu. Nacisk na naśladownictwo miast, na dokonywanie własnych wynalazków nie jest wyłącznie winą Japonii: to biali zachęcali ją do kopiowania, bacząc zresztą pilnie, by odstępować jej jedynie przestarzałe patenty i odsprzedawać wiedzę niejako z drugiej ręki. Gdy zaś Zachód spostrzegł - o wiele za późno - że dostarczał broni swemu najniebezpieczniejszemu wrogowi, Japonia wyposażona w nowoczesną technikę stanęła wobec konieczności dokonywania własnych wynalazków. Warto wspomnieć o pewnej charakterystycznej formie japońskiego indywidualizmu. Wskazywałem już na znamienne dla Japończyków tendencje „stadne”, dominujące wśród klas rządzonych, a więc wśród przeważającej części narodu. Militarystyczna Japonia ukształtowała wszakże również wyższą klasę - elitę. Reprezentanci japońskiej elity pod wieloma względami przypominają ludzi, których w cywilizacji zachodniej zwykło się nazywać indywidualistami. Na szarym tle tłumu, od którego się starannie izolują, zaskakują ukształtowaną osobowością i kulturą ogólną. Wyróżniają się otwartością poglądów na świat i na sprawy międzynarodowe, która często jest wynikiem długich zagranicznych podróży poznawczych. Indywidualizm japoński różni się jednak od naszego tym, że niemal nigdy nie przeciwstawia się poglądom grupy. Nonkonformizm napawa go obawą. O wiele częściej służy społeczności, niż ją zwalcza, co więcej - ona sama baczy, aby indywidualizm prosperował, pod warunkiem, że pozostaje przywilejem nielicznych jednostek. Społeczności są potrzebne sztaby. Od elity wymaga inicjatywy, pozwalając w zamian krzewić się indywidualizmowi jednostki. Swoista oryginalność postawy Japonii w świecie wschodnim polega również na częściowym odrzuceniu elementów bierności i nihilizmu, charakterystycznych dla cywilizacji Wschodu. Potrafiła ona nadać ofensywną pointę zasadom wyrzeczenia i niemocy, kultywowanym w mentalności azjatyckiej. Nigdy nie zadowalał jej bierny stan medytacji: medytację artysty kończył zawsze nagły, spontaniczny gest pędzla, medytację wojownika - brutalny cios szabli, medytację filozofa dzen - zakończenie dysputy, prowadzące do czynu.-Po dwóch wiekach izolacji swej historii naród-pustelnik okazał się wojownikiem i zdobywcą. Toteż nie jest przypadkiem, że Japonia jako pierwsza spośród narodów Wschodu usiłowała przyswoić sobie cywilizację zachodnią. Reakcją na zwątpienie i lęk Wschodu przed fenomenem materii było odkrycie przez Japończyków swego powinowactwa duchowego z odważnym Zachodem.

Również sama wojna mimo tragicznych dla Japonii skutków nie uprawnia do wydawania sądu o niezdolności Japończyków do twórczości naukowej. Amerykanie są zaskoczeni potęgą nowoczesnej floty japońskiej, której nie zabrakło oryginalnych rozwiązań. Lotnictwo Kraju Wschodzącego Słońca niemal przez dwa lata zdołało stawić czoło siłom powietrznym przeciwnika. Bez umniejszania znaczenia pomocy technicznej inżynierów niemieckich faktem bezspornym pozostaje wkład myśli japońskiej w konstrukcję samolotów, doskonale dostosowanych do specyficznych zadań armii cesarskiej. Japoński sprzęt wojskowy, zwłaszcza artyleryjski, prezentuje dobrą klasę i nowoczesność rozwiązań technicznych. Barierę technologiczną stwarza natomiast niedostateczne wyposażenie zakładów produkcyjnych w nowoczesne maszyny, a także brak wielu surowców. W budowie torped Japonia zachowała przewagę zdobytą na początku wieku podczas oblężenia twierdzy Port Artur. Jak przyznają sami Amerykanie, torpedy japońskie przewyższają torpedy alianckie co najmniej czterema zaletami: szybkością, zasięgiem, siłą ładunku wybuchowego i niewidocznością (nie pozostawiają za sobą ogona pęcherzyków). Samolot mitsubishi 0 (ściślej: 00, bowiem japońskie samoloty są sygnowane dwoma ostatnimi cyframi roku według kalendarza japońskiego, w którym rok 2600 odpowiada rokowi 1940) i jego następca 01 zdumiewają swą perfekcją. Według ekspertów amerykańskich stanowią one oryginalny wytwór japońskiej myśli technicznej, daleki od naśladownictwa patentów zagranicznych. Nie należy też zapominać, że podczas wojny tandetę przeznacza się dla mas, natomiast wszystko, co produkuje się dla państwa, ma atest najwyższej jakości. Cudzoziemcy zbyt łatwo dali się zwieść pozorom, przykładając mierną jakość artykułów powszechnego użytku do produkcji państwowej, której wysokie walory ukrywała zasłona absolutnej tajemnicy stanu. Oczywiście, Japonia nie jest jeszcze w latach wojny konkurentem potęgi technicznej Stanów Zjednoczonych ani też nie zagraża zdolnościom wynalazczym i produkcyjnym 120-milionowego narodu amerykańskiego i jego awangardowej roli w nauce Zachodu. Warto przy tym zauważyć, że niektóre z „wynalazków japońskich” przyczyniły się w niemałym stopniu do poderwania reputacji Kraju Wschodzącego Słońca wśród jego przeciwników. Na tych zadziwiających wyspach, stanowiących unikalną mozaikę odprysków nowoczesnej cywilizacji i prymitywnej naiwności, życie postępuje w ustalonym porządku. Tę uświęconą zasadę nagle zakłóca element wyrastający z samej esencji japońskości, o tyle jednak zaskakujący i zabawny, że groteskowo odcina się od tła, które jest wysublimowaną powagą. Jest to jedna z niespodzianek, w jakie obfituje życie społeczne Japonii. Niemcy dysponują tajną bronią: V1 i V2. Japonia nie jest gorsza: ma własne papierowe balony. Prasa i radio, które od niedawna rozwinęły szeroką kampanię na rzecz „wojny naukowej”, pewnego dnia w 1944 r. zamieszczają sensacyjne doniesienia o ataku japońskich balonów-bomb, które - według ich relacji - sieją panikę na całym wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Te zadziwiające urządzenia - papierowe balony o średnicy 10 m wypełnione wodorem - puszcza się z wysp japońskich siłą wiatru, który trzeba uprosić, by zechciał je unieść aż ku wybrzeżu Ameryki, gdzie mają zrzucić na sterroryzowaną ludność na poły wybuchowy, na poły zapalny około 25-kilogramowy ładunek. Obliczenia wskazują, że po 30-godzinnym locie powinny się one znaleźć nad miejscem przeznaczenia, toteż zapalnik opóźniający jest tak nastawiony, aby wybuch nastąpił o wyznaczonej porze. Pierwsze balonowe „uderzenie na Amerykę” datuje się w grudniu 1943 r. w odwet za rajd samolotów pułkownika Doolittle’a na Tokio. W lutym i marcu 1944 r. wypuszczono 200 balonów-bomb. Zmasowane ataki balonów-bomb nastąpią nieco później - między listopadem 1944 r. a marcem 1945 r. W tym okresie zrzucono 9000 balonów, z których każdy kosztował 10 tys. jenów. Według danych opublikowanych po wojnie 90 proc. balonów wpadło do morza, a te, które dotarły do

brzegów amerykańskich, wybuchały nad lasami i polami, z dala od wszelkich aglomeracji. Ogólna liczba ofiar japońskiej tajnej broni wyniosła w ciągu całej wojny... sześć osób! Społeczeństwo japońskie z rzadka tylko może delektować się podobnymi rewelacjami. Częściej słyszy o supernowoczesnych metodach taktyki amerykańskiej na morzach Południa, skąd na początku 1944 r. zaczynają napływać coraz gorsze wieści. W pewnym zagmatwanym komunikacie wspomina się o dalszym przemieszczeniu walk na Pacyfiku ku północnemu zachodowi. Rozpoczęły się boje o Wyspy Marshalla - rozsiane poniżej równika koralowe pierścienie atoli. Japończycy oczekują amerykańskiego desantu na wyspach wysuniętych najbardziej ku wschodowi, których obroną stanowi sieć ufortyfikowanych baz. Tymczasem natarcie Amerykanów śmiało obchodzi te pozycje, wdzierając się 31 stycznia 1944 r. głęboko na tyły od zachodu - na Kwajalein, największy atol świata i klucz da Wysp Marshalla. Po trzech dniach zaciekłych walk ten ważny punkt został zdobyty mimo fanatycznego oporu 3900 żołnierzy garnizonu japońskiego. 24 lutego 1944 r. pada położony bardziej na zachód Eniwetok. W komunikatach japońskich podkreśla się, że większość ufortyfikowanych pozycji zajmowanych przez siły Wschodzącego Słońca pozostaje nietknięta, a wróg usadowił się wyłącznie na drugorzędnych wysepkach, których obrony dowództwo nie uznało za konieczne. Jednak ci spośród Japończyków, którzy zadają sobie trud śledzenia przebiegu operacji na mapie, mogą dostrzec, że za każdym ruchem „konika szachowego” Amerykanie przybliżają się ku Filipinom, obezwładniając kolejne japońskie punkty oporu i odcinając im swymi lotniskowcami możliwość wsparcia lotniczego. Coraz częściej japoński tłum słyszy o wyczynach amerykańskiej Task Force. To określenie, bezustannie aż do końca wojny powracające w podawanych komunikatach, oznacza uderzeniową formację wojskową o sile skorelowanej z wyznaczonym zadaniem bojowym. Era eskadr o stałym składzie odeszła w przeszłość. Trzonem Task Force są lotniskowce - królowie morskich bitew - chronione przez eskortę pancerników. Zaopatrywana przez transporty morskie, którym wyznacza tajne spotkania pośrodku oceanu, Task Force może całymi tygodniami uczestniczyć w wyprawie, z dala od baz. Task Force 58, której sława obiegnie cały bezmiar Pacyfiku aż do Japonii, pojawia się po raz pierwszy 18 lutego 1944 r. koło wysp Truk, głównego bastionu ufortyfikowanego archipelagu Karoliny, do którego od przeszło 15 lat żaden biały nie miał dostępu. Atakowane przez dwa dni bez przerwy przez 450 samolotów z amerykańskich lotniskowców, wyspy okazują się źle bronione, a Japończycy ponoszą ciężkie straty w samolotach i okrętach. Kolejne, jeszcze śmielsze uderzenie nastąpiło 23 lutego 1944 r. bardziej ku północy - na wyspę Saipan w archipelagu Mariany. Miało ono doniosłe znaczenie dla dalszego przebiegu operacji militarnych: Task Force znalazła się o ponad 700 mil bliżej Tokio, zaś obrona japońska objawiła nieoczekiwanie słabość w punkcie o pierwszorzędnej randze strategicznej, co nieprzyjaciel potrafi znakomicie wykorzystać w cztery miesiące później. W końcu marca 1944 r. Amerykanie wzmagają ofensywę. Flota amerykańska atakuje Karoliny. Po Marianach są to najważniejsze pozycje strategiczne japońskiej inwazji na morza Południa. W końcu kwietnia, po tygodniu żeglugi po wodach uznawanych przez Japonię za własne wody terytorialne, Task Force ponownie uderza na wyspy Truk, a następnie na Ponape. Bombowce amerykańskie wyrządzają ciężkie straty. Jedynym przejawem obrony japońskiej jest żywy odzew baterii przeciwlotniczych. O ile społeczeństwo japońskie słabo orientuje się w przebiegu tej serii operacji,

znaczonych ciężkimi klęskami, o tyle admiralicję w Tokio sytuacji militarna pozbawia resztek złudzeń. Skierowanie na front z inicjatywy generała Todzio dodatkowych posiłków lotniczych nie przynosi spodziewanych efektów. Marynarka japońska nie jest w stanie utrzymać pozycji zajmowanych na środkowym Pacyfiku wskutek niedostatecznego wsparcia sił lotniczych. Atak amerykański koncentruje się na razie na pozycjach lądowych; niebawem przyjdzie kolej na flotę Wschodzącego Słońca. Marynarka podnosi protest przeciw wyznaczeniu jej drugorzędnej roli w prowadzonej wojnie. Skoro premier jest wojskowym, armia - argumentują dowódcy floty - musi mieć ostatnie słowo we wszystkich decyzjach strategicznych państwa. Wojna „Największej Azji” jest w istocie wojną morską, tymczasem marnotrawi się siły w niepotrzebnych operacjach na odległych frontach kontynentu azjatyckiego. Marynarka zarzuca armii lądowej przede wszystkim przyznanie sobie priorytetu w rozdziale uzbrojenia, zwłaszcza nowych samolotów, które w większości są wysyłane na fronty lądowe, choć siły morskie odczuwają katastrofalny ich brak. Ten spór nie jest czymś nowym: tradycyjna rywalizacja między armią lądową a marynarką - gwiazdą a kotwicą, jak powiada się w Tokio - staje się tylko w przełomowym okresie wojny bardziej zażarta. Jeszcze niedawno siły lądowe stawiały zarzut, że marynarka zagarnia wszystko dla siebie. Po podbojach lat 1941-1942 marynarka, dysponująca własnymi środkami transportu, dostarcza z Południa wszystkie bogactwa, jakie dostały się Japonii: ryż, rudy metali, ropę, ale - jak twierdzi dowództwo wojsk lądowych - dużą ich część przywłaszcza sobie, gromadząc w magazynach niezbędne dla obrony narodowej surowce. Dla sił lądowych zostają ochłapy. Wiele w tym zapewne przesady, niemniej generał Todzio, rozpoczynając kampanię na rzecz rozwoju i unowocześnienia produkcji lotniczej, powołał Ministerstwo Uzbrojenia, którego kierownictwo zastrzegł dla siebie. Nowe ministerstwo, które wchłonęło dawne Biuro Planów, organ koordynujący produkcję przemysłową, usiłuje w końcu 1943 r. podporządkować swej kontroli wszystkie gałęzie przemysłu produkujące dla potrzeb wojennych, co jednak tylko w części się udaje. Marynarka, stawiając zarzut nowemu organizmowi - skądinąd słusznie - że jest narzędziem wojsk lądowych, zazdrośnie strzeże należących do niej fabryk. Nowo powstałe zakłady powinny w zasadzie dostarczać połowę wyprodukowanych samolotów wojskom lądowym, a połowę marynarce wojennej. Tymczasem walka między obydwoma klanami nie omija również fabryk. Przykładem może być fabryka, w której dla uniknięcia najazdów jednej ze stron na surowce i wyroby przynależne drugiej wzniesiono pośrodku podzielonego na dwie części terenu mur z żelaznymi bramami. Niezadowolenie w marynarce bierze się również stąd, że wojna stopniowo wysuwa na czołowe miejsce oficerów lotnictwa morskiego. Aż do operacji Midway nie został rozstrzygnięty spór merytoryczny między szkołą tradycyjną, opowiadającą się za wielkimi bataliami morskimi, w których główna rola przypada pancernikom, a zwolennikami awangardowych koncepcji bitew morskich. Ci ostatni twierdzą, że era pancerników minęła, i domagają się koncentracji wysiłków na konstrukcji nowych lotniskowców i rozbudowie lotnictwa morskiego. Na razie wygrywają partię, chociaż tarcia nie ustały. Klan „ortodoksów” tworzą byli słuchacze Akademii Morskiej. Oficerowie lotnictwa morskiego w większości nie otrzymali owego starannego wychowania, a często wyszli wprost z szeregów armii. Niemniej klęski poniesione wiosną 1944 r. na południu Pacyfiku jednoczą niezadowolonych marynarzy we wspólnym dobitnym żądaniu zwiększenia potencjału lotniczego. Podczas ataku na

wyspy Truk samoloty mitsubishi 0 ustępowały nie tylko liczebnie, ale i jakościowo Grummanom nowej generacji myśliwców amerykańskich. Karoliny i Saipan ponownie dowiodły, że dzięki przewadze w powietrzu i pływającym lotniskom nieprzyjaciel może niebawem przedefilować wzdłuż brzegów japońskich, wydzierając flocie japońskiej panowanie nad całym obszarem Pacyfiku, którego obrona wydawała się do niedawna nie do przełamania. Marynarka dobiera się do skóry nie tylko generałowi Todzio: nie oszczędza również własnego przedstawiciela w rządzie - admirała Simady Sigetara, ministra marynarki. Od trzech lat Simada jest oddanym współpracownikiem premiera. Ten niski, miłego obejścia człowiek, w ciemnym mundurze bez galonów i orderów sprawiający prażenie japońskiego duchownego, jest istotą miękką i pozbawioną charakteru. Pozostaje całkowicie pod wpływem premiera, który go tym więcej ceni, że z racji swej pogłębiającej się podejrzliwości może tolerować w swym otoczeniu tylko uległych urzędników. Simada stracił resztki zaufania wśród marynarzy w związku ze sprawą reformy rozdziału produkcji lotniczej, w której dał jaskrawy dowód swej słabości. Admirał Tojoda Soemu, jeden z szanowanych dowódców marynarki (położył wielkie zasługi w tworzeniu sił wsparcia lotniczego floty), na początku 1943 r. wystąpił do Simady z wnioskiem o zwiększenie dostaw samolotów dla marynarki. Opracowany wspólnie przez Tojodę i Simadę projekt gwarantował marynarce dostawy połowy wyprodukowanych samolotów i kontrolę nad częścią fabryk sprzętu lotniczego. Simada zobowiązał się spowodować formalne przyjęcie projektu przez rząd. Gdy doszło do dyskusji na posiedzeniu rządu, Todzio sprzeciwił się planowi Tojody, a Simada podporządkował się bez protestu woli premiera. Tego dnia marynarka straciła jedyną szansę poprawy swej pozycji. W pierwszych tygodniach 1944 r. młodzi oficerowie marynarki i lotniczych sił morskich opracowali plan akcji przeciwko Simadzie, obdarzonemu teraz złośliwym epitetem „gejszy Todzio”. Pragnąc za wszelką cenę pozbyć się tego niedołęgi, do spisku wciągają jednego z dowódców floty, admirała Josidę Zenga, dowódcę eskadr lotniczych w Chinach. Josida cieszy się wielkim autorytetem wśród załóg i w sztabie, był bowiem bliskim przyjacielem admirała Jamamota: w tym samym roku ukończyli Akademię Morską, uzyskując identyczne oceny. Josida został sklasyfikowany na pierwszym miejscu, a Jamamoto uzyskał drugą lokatę, ponieważ z powodu grypy opuścił jeden dzień w czasie studiów. Josida jest zarazem kolegą Simady z czasów jego promocji. Nieudolnie jednak zabiera się do dzieła. Próbując intrygą zdobyć stanowisko szefa sztabu marynarki, wyczekuje rozwoju sytuacji; w ten sposób pozostawia Todzio czas na stawienie czoła zagrożeniu. Daleki od zamiaru pozbycia się Simady, Todzio powierza mu nowy zakres władzy, co staje się początkiem ostrego kryzysu w łonie wyższego dowództwa i sparaliżuje rząd w chwili, gdy ofensywa amerykańska zada decydujący cios w samo serce japońskiego systemu obronnego.

12. Upadek gabinetu Todzio
W kilka dni po amerykańskim ataku na wyspy Truk generał Todzio z nagła przystępuje do reformy sztabów dwóch rodzajów broni: armii i marynarki. Dymisję otrzymuje stary marszałek Sugijama, który

dla armii cesarskiej jest tym, czym dla Amerykanów owej doby generał George Marshall. Podobny los spotyka admirała Nagana Osamiego, szefa sztabu sił morskich, japońskiego odpowiednika admirała Ernesta Kinga. Obaj zdymisjonowani - to nie tylko wysokiej rangi dowódcy obu rodzajów sił zbrojnych: to zarazem dwie najwybitniejsze postaci wojskowej i morskiej Japonii, wielcy zwycięzcy z początkowego okresu wojny. Pierwszemu opinia publiczna przypisuje chwałę wypracowania koncepcji i realizację triumfalnego marszu armii japońskiej aż do tropików w latach 1941-1942, drugiemu - chwałę autorstwa uderzenia na Pearl Harbour. Teraz Todzio odsuwa ich na bok, osładzając im gorzką pigułkę honorowymi stanowiskami w Cesarskiej Radzie Obrony. Kto zajmuje ich miejsca? Sam Todzio i wiemy mu Simada. Premier i minister marynarki łączą odtąd piastowane urzędy z pracą sztabową, a więc administrację z kierowaniem operacjami militarnymi. Todzio przeczuł nadciągającą burzę. W obliczu narastającego oporu wobec polityki rządu, zwłaszcza w szeregach floty, umacnia własną pozycję i pozycję jedynego lojalnego marynarza, nad którym zachował władzę. Skupia w swym ręku ogromne prerogatywy, pełniąc równocześnie funkcje premiera, ministra wojny, ministra uzbrojenia i szefa sztabu generalnego armii (swego czasu był jednocześnie ministrem spraw wewnętrznych i ministrem oświaty), co niedwuznacznie wskazuje na dążenie ku dyktaturze typu siogunowskiego. Ponieważ sprawy wojskowe i kierowanie pracami rządu pochłaniają mu cały czas, decyduje się powierzyć stanowisko zastępcy szefa sztabu generalnego armii generałowi Usiroku Dziunowi, wiernemu wykonawcy wszystkich poleceń wydawanych przez premiera. Reakcja opozycji nie daje na siebie czekać. Nazajutrz po ataku Task Force na Saipan (23 lutego 1944 r.) zbiera się w Tokio pięciu admirałów i pięciu generałów w stanie spoczynku dla przeanalizowania alarmującej sytuacji militarnej. Wspólnie oceniają, że Saipan stanowi słaby punkt obrony japońskiej i domagają się utrzymania wyspy za wszelką cenę. Przed premierem stawia się stary generał Araki Sadao, nacjonalista i minister wojny w okresie podboju Mandżurii (1931), w towarzystwie równie starego i szanowanego admirała Abo z misją przedłożenia rządowi wniosków uczestników spotkania: zagrożenie Saipanu i zbyt mała liczebność miejscowego garnizonu dyktują pilnie konieczność wzmocnienia obrony wyspy posiłkami piechoty i możliwie dużą liczbą samolotów. Todzio odrzuca te sugestie, rugając starych emerytów za mieszanie się w nie swoje sprawy: premier doskonale zna wagę Saipanu i nie potrzebuje rad, w jaki sposób należy wyspy bronić. Szary tłum zgoła nie podejrzewa zażartych sporów „na górze” ani nie orientuje się w powadze sytuacji. Niemniej prości ludzie z przejęciem reagują na wiadomość o nowej katastrofie, którą radio podaje 5 maja 1944 r.: następca admirała Jamamota na stanowisku głównodowodzącego floty admirał Koga Mineici - poniósł śmierć, podobnie jak jego wybitny poprzednik, podczas operacji morskich na południu Pacyfiku. W ciągu niespełna roku ginie drugi naczelny dowódca floty japońskiej! Lakoniczna informacja o tragedii tylko pogłębia powszechne osłupienie. Według oficjalnej wersji Koga „padł w marcu na posterunku, kierując z samolotu operacjami na froncie”. Snują się jednak pogłoski o wypadku lotniczym, co okazuje się bliskie prawdy. 30 marca 1944 r. Kogę zaskoczył na Palau (Karoliny) atak Task Force. Admiralski pancernik „Musashi” zdołał się wymknąć i dotarł - co prawda mocno uszkodzony przez torpedę amerykańskiej łodzi podwodnej - do bazy w Kure w Japonii. Natomiast sam dowódca floty i jego sztab przez cały czas trwania ataku (od godz. 18.00 trzydziestego marca do zmierzchu dnia następnego) przebywają na lądzie w betonowym schronie. 1 kwietnia, gdy Task Force rusza do ataku na wyspę Yap, Koga i jego świta postanawiają

wycofać się do Davao na Filipinach. O 9.30 startują na pokładzie dwóch hydroplanów, ale nigdy nie dotrą do celu. W kilka tygodni później na wyspie Cebu niespodzianie odnaleziono członka sztabu poległego dowódcy floty japońskiej - wiceadmirała Fukutomego, przebywającego w niewoli u partyzantów filipińskich. Według jego relacji hydroplan, w którym leciał wraz z admirałem Kogą, wpadł drugiego dnia lotu w wir straszliwego tornada i rozbił się na wodach oceanu. Podobny koniec spotkał najprawdopodobniej i drugi hydroplan. Koga utonął. Uratowany przez rybaków filipińskich Fukutome - jedyny świadek wydarzeń - został przekazany w ręce partyzantów i po pewnym czasie uwolniony. Do Tokio znów przywieziono niewielką białą skrzyneczkę, zawierającą - jak się powszechnie przypuszcza - prochy głównodowodzącego floty. Nie urządzono mu jednak państwowych uroczystości pogrzebowych; opinia publiczna wyciąga z tego wniosek, że śmierć Kogi nie była tak chwalebna jak śmierć Jamamota. Nominację na naczelnego dowódcę floty otrzymuje admirał Tojoda Soemu, o którego bezowocnej interwencji u Simady wyżej wspominano. Tojoda jest żarliwym rzecznikiem rozbudowy lotniczych sił morskich, do których utworzenia wydatnie się przyczynił jako dyrektor departamentu lotnictwa w Ministerstwie Marynarki. Bardzo popularny wśród załóg, ma opinię zwolennika ofensywnego działania, czym różni się od Kogi, którego reputacja jako wyznawcy zasady umiarkowania i ostrożności znalazła pełne potwierdzenie w ciągu roku, kiedy decydował o losach marynarki. W tym czasie nie podjął żadnej znaczniejszej akcji morskiej. Z Tojodą - słychać wokół szept pełen nadziei - flota wreszcie przejdzie do ofensywy! Niektóre kręgi polityczne Tokio są jednak wyraźnie zaniepokojone zamiarami nowego szefa sił morskich, ubolewając, że zabrakło rozwagi Kogi. Na jakie niebezpieczeństwa zostanie wystawiona flota japońska (lub ściślej: to, co z niej pozostało), w części ukryta w portach macierzystych, w większości stacjonująca na Morzu Południowo chińskim między Tajwanem a Singapurem - za wałem ochronnym Filipin i Indii Holenderskich? Gdzie najpierw uderzy flota amerykańska, operująca swobodnie po całej środkowej części Pacyfiku, tak niebezpiecznie blisko Filipin? Dzień 15 czerwca 1944 r. zsyła grom z jasnego nieba: Amerykanie wylądowali na wyspie Saipan na Marianach! Nie skierowali się więc ku kontynentowi azjatyckiemu, lecz na północ - do punktu, co do którego generał Todzio, ostrzeżony wszak rekonesansowym atakiem amerykańskim 23 lutego i wystąpieniem starszyzny armii i marynarki, utrzymywał, że jest skutecznie broniony. Desant wywołał w Tokio wrażenie kolosalnej klęski. Skokiem na Saipan i zlekceważeniem drugorzędnych przyczółków strategicznych nieprzyjaciel dowiódł brawurowej odwagi: uderzył w samo serce systemu obrony japońskiej. Saipan - to pierwszy szczebel grupy archipelagów: Marianów, Boninu i wysp Idzu, która niby zawieszona pod Japonią drabina sznurowa wznosi się ku górze aż do samego Tokio. Saipan w oczach Japończyków - to wrota Południa: pierwsza na południe od japońskiej metropolii przystań płynących ku równikowi statków i obowiązkowy etap linii powietrznych, które w lepszych czasach sięgały aż do Timoru - w sąsiedztwo Australii. Imperium archipelagów, nad którymi powiewa sztandar Wschodzącego Słońca, rozpościera się w formie wachlarza na całym południu Pacyfiku. Linie komunikacyjne, tworzące jego gałązki, zbiegają się właśnie w Saipanie - centralnym punkcie Marianów, nad którymi Japonia panuje od 29 lat. Obok Saipanu bazą o kapitalnym znaczeniu jest wyspa Guam, zdobyta na Amerykanach w epoce Pearl Harbour. Odebranie jej Japończykom stanowiłoby dla europejskiej opinii publicznej pierwszy odwet za ponure dni grudnia 1941 r.

Desant na Saipanie został poprzedzony silnym atakiem lotnictwa amerykańskiego, a następnie 48godzinnym bombardowaniem wyspy przez pancerniki Task Force. Wbrew zapewnieniom Tokio wyspa była zbyt słabo ufortyfikowana. Linie obronne koncentrowały się głównie na północy. Tymczasem amerykańskie oddziały szturmowe przedarły się od zachodu, lądując na brzegu, którego wystarczającą naturalną obronę miały gwarantować - w przekonaniu Japończyków - podwodne rafy koralowe. Japoński garnizon pozwala pierwszemu rzutowi atakujących zejść bez przeszkód na ląd, po czym zalewa go huraganem ognia. Sytuacja fizylierów amerykańskich jest następnego dnia tak trudna, że dla zabezpieczenia zdobytego przyczółka dowództwo amerykańskie wprowadza do walki rezerwy. Dla osłabienia fatalnego wrażenia, jakie wywiera wiadomość o desancie na Saipan, uspokojenia opinii publicznej i uprzedzenia oskarżeń marynarki, propaganda na usługach armii rozwija w tokijskiej prasie i radiu karkołomną tezę, że wyspy należy bronić na lądzie, a nie na morzu siłami floty czy lotnictwa. Istota taktyki - dowodzą z całą powagą rzecznicy armii - polega na umożliwieniu wrogowi lądowania. Wówczas japońska artyleria i piechota, wsparta oczywiście odpowiednią liczbą samolotów, ma okazję udowodnić swą niezwyciężoność, spychając wroga do morza. Marynarka w odpowiedzi prezentuje zasady taktyki „oceanicznej”, według której najlepszym sposobem przeciw desantowi jest... uniemożliwienie wrogowi lądowania. Walka z nieprzyjacielem musi się rozstrzygnąć na morzu, nim zdoła on postawić nogę na lądzie. W tym celu należy dysponować dostateczną liczbą samolotów, które uniemożliwią flocie nieprzyjacielskiej dotarcie do bronionych wybrzeży. Tak właśnie zamierzał przed desantem amerykańskim na Saipan rozegrać partię admirał Tojoda. 19 czerwca 1944 r. w Basenie Filipińskim na szerokości Saipanu doszło do największej od rozpoczęcia działań wojennych bitwy morskiej. Zgodnie z zasadami taktyki nowoczesnej wojny bitwa obywa się bez wymiany choćby jednego strzału armatniego między liniami przeciwników. Obie strony nasyłają na siebie samoloty. Japończycy, którzy tak długo wyczekiwali swojej godziny, skoncentrowali uformowane na wzór amerykański siły specjalne, wyposażone w 450 maszyn bojowych, na 9 lotniskowcach. Jednakże atakowi japońskich eskadr, ustępujących jakościowo i ilościowo lotnictwu amerykańskiemu, nie udaje się przebić „parasola powietrznego”, chroniącego flotę admirała Raymonda Spruance’a. Straty wynoszą prawie 400 samolotów i flota Tojody salwuje się ucieczką, uchodząc szczęśliwie zaciekle tropiącym ją amerykańskim samolotom patrolowym, które wykryły ją dopiero nocą i w dodatku w znacznej odległości. Spruance rezygnuje z dalszego pościgu, ochraniając lądowanie swych wojsk. Jeśli jednak Amerykanie liczyli na rozbicie floty japońskiej, to spotkało ich rozczarowanie: pod tym względem bitwa nie została rozstrzygnięta. Propagandzistom z Tokio to wystarcza, by obwieścić klęskę floty amerykańskiej. „Zwycięstwo morskie” nastąpiło w samą porę: 6 czerwca 1944 r. następuje bowiem lądowanie aliantów w Normandii. Wyczekujący w napięciu wieści z frontu zachodniego Japończycy mają niejakie trudności w zrozumieniu, dlaczego padła hitlerowska forteca w Europie, skoro niemiecka agencja prasowa DNB w zmasowanych dawkach serwowała deklaracje Goebbelsa, że jest ona nie do zdobycia. Dnia 8 lipca 1944 r. załamuje się opór armii cesarskiej na Saipanie: nieprzyjaciel zawładnął „wrotami Południa”. Japońską opinię publiczną nadal jednak utrzymuje się w nieświadomości. Przenikają wprawdzie do niej informacje o rozpaczliwym położeniu sił japońskich, lecz nie szczędzi się zapewnień, że nie wszystko stracone, gdyż w jaskiniach na wyspie trwa zaciekły opór obrońców. Todzio zdaje sobie sprawę, że gdy prawda o utracie Saipanu stanie się powszechnie znana, może nastąpić jego własny upadek. Liczy, że jeszcze uda mu się uprzedzić tę fatalną wiadomość:

reorganizuje swój rząd, włączając w jego skład polityków pozostających w ostatnich tygodniach w opozycji. Przez chwilę hołubi ideę utworzenia gabinetu jedności narodowej, swego rodzaju rządu ocalenia publicznego, do którego pragnie wprowadzić najwybitniejsze znakomitości Japonii, konsolidując wszystkich pod swoim kierownictwem dla kontynuowania wojny. Zarazem wszakże wie, że jest znienawidzony przez marynarkę, która nie omieszka sprzeciwić się jego kalkulacjom. Wraz z wiernym Simadą ukartował więc precyzyjny plan rozgrywki. Pomysł polega na zastąpieniu Simady, który poświęci się z własnej woli, nowym ministrem wybranym spośród osobistości cieszących się popularnością we flocie, jednakże bez przeprowadzania konsultacji ze sztabem marynarki. Prezentacja nowego ministra marynarki ma nastąpić dopiero po wprowadzeniu go w funkcje ministerialne, co jednoznacznie dowodziłoby zjednoczenia ekipy wokół Todzio i równocześnie stawiało admiralicję przed faktem dokonanym. Wokół obu centralnych osobistości - premiera i jego marynarza - zostanie sformowany nowy gabinet. Dnia 15 lipca 1944 r. emisariusze Todzio udają się do bazy morskiej w Kure na spotkanie z admirałem Nomurą Naokunim z ofertą objęcia przezeń urzędu ministra marynarki. Ten doświadczony marynarz (nie należy mylić z Nomurą Kicisaburem, japońskim ambasadorem w Waszyngtonie w okresie ataku na Pearl Harbour), ekspert wojny podwodnej, zaprzątnięty nade wszystko problemami technicznymi, został wybrany przez premiera tylko dlatego, że pełnił służbę dowódczą z dala od Tokio i stołecznych intryg politycznych. Wiadomość, o wezwaniu cesarskim Nomura przyjął niskim pokłonem w stronę pałacu Syna Nieba, spakował walizkę i wraz z wysłańcami wsiadł do pociągu w kierunku Tokio. W stolicy jednak pewne niedyskrecje przeniknęły do kół admiralicji. Oficerowie sztabu marynarki pospiesznie zjawiają się na dworcu centralnym, by przychwycić przybysza i ostrzec go przed manewrem Todzio. Ten wszakże przewidział możliwość kontrataku. Zaufani ludzie skłonili admirała, by wysiadł o kilka stacji przed Tokio. Tu już oczekiwał na niego w samochodzie sam premier. Razem udali się do pałacu cesarskiego: wszystko zostało wcześniej ułożone z władcą Japonii. W obecności Todzio admirał Nomura otrzymuje z rąk cesarza Hirohita - który oczywiście nie zna podszewki całej gry - inwestyturę jako minister marynarki. Dopiero w Ministerstwie Marynarki dowiaduje się o niesłychanej intrydze zmontowanej przez Todzio. Spada na niego grad wymówek i szyderstw - cóż ma jednak począć? Skoro sam cesarz został nabrany, nie pora się wycofywać... W dwa dni później, 17 lipca 1944 r., dzienniki donoszą o nominacji nowego ministra marynarki. Simada odstąpił jednak Nomurze tylko połowę swych uprawnień, zachował bowiem funkcję szefa sztabu marynarki. W zręcznie inspirowanych komentarzach wyjaśnia się (pięć miesięcy temu starano się dowieść czegoś wręcz przeciwnego), że łączenie funkcji ministerialnych z kierowaniem pracą sztabu nie sprzyja optymalizacji działań operacyjnych i stanowi zbyt ciężkie brzemię dla jednego człowieka. Skądinąd sam Todzio daje dobry przykład, odstępując częściowo od kumulowania funkcji: zachowuje tekę ministra wojny wraz z urzędem premiera, lecz przekazuje stanowisko szefa sztabu armii sławnemu generałowi Umedzu Josidziro, głównodowodzącemu armii japońskiej (zwanej armią kwantuńską) w Mandżukuo. Temu posunięciu taktycznemu nie brak zręczności: Todzio w jakimś stopniu neutralizuje tych, którzy mu zarzucają, że skoncentrował w swych rękach zbyt wielką władzę i dąży do totalnej dyktatury. Do wykonania pozostaje druga faza manewru: utworzyć nowy gabinet, składający się z najwybitniejszych, pierwszoplanowych osobistości. Koncepcja Todzio zasadza się na wprowadzeniu w skład rządu członków Rady Weteranów Stanu - byłych premierów, zwanych dziusinami. Chciałby zwłaszcza powierzyć teki ministerialne dwom zagorzałym nacjonalistom: Hirocie i baronowi Hiranumie. Bierze również pod uwagę osobę admirała Jonai Mitsumasę i generała Abe

Nobujukiego, którzy stali na czele umiarkowanych gabinetów w 1939 r. Byłby także skłonny pojednać się z księciem Konojem. Spotyka go jednak zawód: wszyscy odrzucają jego zabiegi. Nie bez powodu. Premier zbyt długo ich lekceważył, a nawet z nich szydził, by oczekiwać teraz poparcia. Od czasów panowania poprzedniego cesarza Taisio byli premierzy zachowali zwyczaj odbywania okresowych narad, które stopniowo przejęły część wpływu i roli przynależnych niegdyś Genro - Radzie Weteranów, której zdania cesarz Meidzi często zasięgał w sprawach politycznych wielkiej wagi. Od początku ery Hirohita urzędujący premierzy tradycyjnie korzystali z konsultacji rady dziusinów, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych. Tymczasem od października 1941 r. Todzio traktował z pogardą członków rady, spotykając się z nimi nader rzadko, i to bynajmniej nie dla zapoznania się z ich opinią, lecz dla narzucenia im w sposób bezwzględny własnych dyrektyw. Motorem rady dziusinów jest admirał Okada Keisuke, pierwsza osoba w hierarchii marynarki, w której występuje w roli autorytetu - jakby to określili Amerykanie - Wielkiego Starego Człowieka, starego i wielce szanowanego doradcy. Będąc premierem w dniach puczu wojskowego w 1936 r., cudem uszedł z życiem. Liberalnych i umiarkowanych poglądów, usiłował w 1941 r. zapobiec wojnie. Od tego czasu nie ukrywa nienawiści do generała Todzio, zaś premier bacznie trzyma go na uboczu. Od 1936 r. Okada żywi też uzasadnioną nienawiść wobec kręgów ekstremistycznych w siłach zbrojnych i głęboką nieufność wobec całej armii. Związany blisko z księciem Konojem, również aktywnym członkiem rady byłych premierów, obarcza Todzio odpowiedzialnością za katastrofalne skutki wojny na Pacyfiku. Zdecydowanie udziela też poparcia księciu w jego zabiegach zmierzających do pozbycia się nieudolnego premiera. Przyłącza się doń admirał Jonai Mitsumasa, najbardziej po admirale Okadzie poważany spośród dowódców marynarki, od dawna, a szczególnie od czasu intrygi z osobą Nomury, zaciekły przeciwnik Todzio; sojusznikiem okazuje się nadto markiz Kido Koici, strażnik prywatnej pieczęci cesarskiej i czołowy doradca tronu w chwilach kryzysów ministerialnych (nazywany stąd „twórcą gabinetów”), przez długi czas filar polityki Todzio. Dyktator Todzio nie doceniał powszechnej nienawiści i niechęci, jaka go otaczała. Oto znak czasu: padł ofiarą spisku, jaki kosztował już urząd niejednego przed nim premiera. W grupie spiskowców znaleźli się z jednej strony skrajnie prawicowi nacjonaliści - pośmiertna zemsta Nakana Seiga - jak i młodzi oficerowie marynarki. Jednak typowo japońska mentalność nakazuje niektórym spośród spiskujących marynarzy uprzedzić admirała Okadę o planie działania, zaś ten zdołał im wyperswadować, aby wstrzymali się z realizacją swych zamiarów, zobowiązując się w zamian usunąć Todzio. Generał jednak nadal trwa w uporze. Do ostatniej chwili wmawia sobie, że uda mu się sformować nowy gabinet. Na wieść, że jego przeciwnicy polityczni czynią przygotowania do wyłonienia nowego rządu, wydaje rozkaz otoczenia przez kordony żandarmerii wojskowej domu księcia Konojego ha przedmieściu Ogikubo i domu markiza Kido w Tokio. Kable telefoniczne obu rezydencji zostają przecięte, a obydwaj politycy odizolowani od świata. Todzio chwyta się ostatniej nadziei: jeszcze wierzy, że cieszy się zaufaniem cesarza. Jednak cesarz, który stał się igraszką w rękach własnego premiera, po skandalu z Nomurą postanowił nieodwołalnie pozbyć się wszechwładnego polityka. Zasięgnąwszy opinii markiza Kido, przekonsultowanej z radą byłych premierów, zdecydował się powierzyć kierownictwo przyszłym gabinetem przedstawicielowi marynarki. Armia popełniła zbyt wiele błędów, a jej dowódca jest w oczach opinii publicznej całkowicie skompromitowany. Bardziej jeszcze niż za fałszywe decyzje, odpowiedzialność za nieudane operacje militarne, wróżące

nieuchronną katastrofę, czy błędne rachuby - Todzio płaci za błąd o wiele poważniejszy i subtelniejszej natury: okłamał tron i wzbudził nieufność Syna Niebios. A ponieważ wciąż nie zamierza ustąpić, z pałacu nadchodzi formalna decyzja: cesarz odmawia mu wotum zaufania. Todzio wreszcie ulega i 18 lipca 1944 r. składa dymisję: dokładnie w dwa lata i dziewięć miesięcy od przejęcia władzy przez „gabinet Pearl Harbour”. W powszechnym zamieszaniu spowodowanym kryzysem rządowym zapomniano poinformować opinię publiczną o zachodzących wydarzeniach. Do 19 lipca społeczeństwo nie wiedziało nawet o utracie Saipanu! Praktycznie już od 10 dni ustał na wyspie opór jednostek japońskich, lecz zakulisowe rozgrywki gabinetowe wciąż opóźniają publiczne przyznanie się do klęski. Nie osiągnięto nadto pełnej zgody co do składu nowego rządu. Poszukuje się kandydata na ministra wojny. Wypływa osoba generała Koisa Kuniakiego, który przebywa w Seulu: na jego przyjazd do Tokio i rozwiązanie kryzysu potrzeba dwóch-trzech dni. Tymczasem postanowiono ujawnić prawdę o Saipanie, lecz zachować jeszcze w tajemnicy upadek Todzio. O dymisji gabinetu naród dowie się dopiero 21 lipca. Rankiem 19 lipca podano publicznie wiadomość o oddaniu Saipanu. Poinformowano, że ostatni atak oddziałów japońskich rozpoczął się wściekłym natarciem o świcie 7 lipca, po tradycyjnych modlitwach za cesarstwo i ostatnim bandzai przeznaczonych na bohaterską śmierć za cesarza. Dla zamaskowania prawdziwych faktów wspomniano mimochodem, że walki przeciągnęły się do 16 lipca. Przekazywane przez nasłuch radiowy relacje dzienników amerykańskich nabierają po odpowiednich zabiegach w agencji „Domei” i Biurze Informacyjnym jaskrawych barw w iście japońskim stylu. Generał Saito Josidzi z siłą 1500-3000 żołnierzy (!) nieomal powtórzył wyczyn ostatnich obrońców wyspy Attu. Po zwyczajowym niejako samobójstwie chorych i inwalidów pozostali przy życiu rzucili się pod jego dowództwem do ataku na krótko przed świtem 7 lipca, przerywając linie amerykańskiej obrony (masakrę rannych dokonaną przez Japończyków w nieprzyjacielskim szpitalu polowym propaganda stołeczna pomija milczeniem), aż w końcu zostali przygwożdżeni z odległości 50 m ogniem baterii artylerii. Ranny w ostatnim ataku generał Saito popełnia harakiri. Amerykanie podają, że odnaleziono jego ciało bez głowy: odciął mu ją szablą jeden z podwładnych, obecny przy samobójstwie. Odebrał sobie również życie admirał Nagumo, dowódca marynarki w Saipanie, kierujący atakiem japońskim na Pearl Harbour i nieudaną ekspedycją, na Midway. W ten sposób spośród żywych ubyła jedna z trzechczterech wybitnych postaci floty. W ostatnim zrywie japońskim na Saipanie poległ także admirał Jano. Admirał Hasegawa Hiici z lotnictwa morskiego zginął prawdopodobnie w bitwie morskiej o Filipiny. Samobójczą śmierć wybrali liczni oficerowie i wielu żołnierzy - niektórzy zgodnie z prastarym rytuałem, większość zaś wysadziła się w powietrze granatami. Straty japońskie (według danych amerykańskich, w Tokio nie opublikowanych) oceniono na 30 tys. żołnierzy. Niebawem w rękach Amerykanów znalazły się okoliczne wyspy: Guam, Rota i Tinian, a straty sił cesarskich wyniosły ponad 10 tys. żołnierzy. Na wyspie Guam wzięto do niewoli aż 86 jeńców w mundurach (zgodnie z tradycyjnym kodeksem żołnierz japoński z zasady przedkłada śmierć nad niewolę, stąd też jeńców japońskich bywa na ogół bardzo niewielu). Dantejskie sceny, rozsławiane hałaśliwie przez propagandę japońską, rozegrały się na Saipanie wśród ludności cywilnej - japońskich kolonistów, plantatorów i urzędników, których po amerykańskim desancie 15 czerwca 1944 r. nie można już było ewakuować.

Terroryzowani oficjalną propagandą, ci zwykli szarzy ludzie, wśród których było wiele kobiet i dzieci, żyli w przekonaniu, że Amerykanie są bestialskimi brutalami, od których można oczekiwać tylko aktów gwałtu i mordu. Ludność cywilna szukała więc najczęściej schronienia w grotach wyżłobionych w wysokich skałach nadmorskich wyspy. Na widok Amerykanów masowo wysadzano granatami jaskinie w powietrze. Matki własnymi rękami dusiły swe dzieci, a dziewczęta i kobiety, w żałobnych strojach i z rytualną fryzurą, na oczach żołnierzy amerykańskich rzucały się w przepaść z ostrych skał nadbrzeżnych. W pewnej chwili żołnierze amerykańskiej piechoty morskiej obserwują z daleka mrożący krew w żyłach widok. Grupa około 50 cywilów, wśród nich dzieci, podrzuca nawzajem ku sobie odbezpieczone granaty - coś na kształt makabrycznej gry w piłkę. Z sąsiedniej groty wyskakują żołnierze, wydając rozkazy gardłowym wrzaskiem. Resztka pozostałych przy życiu cywilów odbezpiecza granaty i wysadza się w powietrze, a żołnierze popełniają samobójstwo. Niektórzy posługują się rewolwerem, inni - karabinem. Aby uniknąć niewypału na skutek odrzuty lufy, oparci o skałę wsadzają oburącz koniec lufy w otwarte usta i palcem nogi pociągają za cyngiel. Inny, nie mniej przerażający spektakl, ma miejsce u stóp wysokich białych skał wyspy nad brzegiem oceanu. Setka cywilów, mężczyzn i kobiet, dokonuje oczyszczającej kąpieli, po czym nakłada czystą odzież. W chwilę później rozpościerają na skałach ogromny sztandar Wschodzącego Słońca, czynią z daleka znak pozdrowienia dla zwycięzców, a następnie, rozdzieliwszy między siebie granaty, zabijają się wzajem u podnóża błękitnych fal, które obmywają resztki ich poszarpanych ciał. Niemniej Amerykanie twierdzą, że propaganda oficjalna w Tokio popadła w nadmierną przesadę, podając liczbę samobójstw wśród japońskiej ludności cywilnej, bowiem większość z owych 25 tys. Japończyków zamieszkałych na Saipanie pokornie się poddała. Japońska propaganda rządowa bez skrupułów wykorzystuje ponure opisy zaczerpnięte z radia amerykańskiego do zmasowanej kampanii straceńczego heroizmu. Komentarze radiowe i prasowe mają podnosić morale społeczeństwa japońskiego. Zwłaszcza radio wypracowało swoistą technikę podawania nowin katastroficznych. Ogłoszeniu tragicznego komunikatu towarzyszy uroczysta, acz wrzaskliwa oprawa. Orkiestra gra przejmujący Hymn zmarłych - jakże tragiczny w swej wymowie: Jeśli udam się na morze, Moje szczątki rozpuszczą fale. Jeśli udam się w góry, Moje szczątki pokryje mech. Umrę za cesarza Umrę bez żalu. Prawo relacjonowania wydarzeń przysługuje najznakomitszym rzecznikom cesarskiej Wielkiej Kwatery Głównej. Z kolei nieprzeliczona rzesza komentatorów, emerytowanych admirałów, szefów policji, byłych ministrów, znanych dziennikarzy itp. chropowatymi głosami - które nadają językowi japońskiemu dziwnie smętną ociężałość -- powtarza całymi dniami gotowe formuły oficjalnej propagandy: „nieokiełznany duch” „Stu Milionów”, „zjednoczonych w wielką ognistą kulę”, „z determinacją” „rzuci się w charakterze żywej bomby i zmiażdży przerażonego wroga”. Zdobywając Saipan, Stany Zjednoczone poważyły się rzucić rękawicę Japonii, a tym samym „kopią własny grób”, zaś zbliżając się do „japońskiej twierdzy”, coraz bardziej - wobec rozciągniętych linii komunikacyjnych - będą wystawione na „ostateczny cios”, jaki zada im „niezwyciężona flota” Wielkiej Japonii.

Tymczasem przybyły do stolicy generał Koiso wyraża zgodę na utworzenie gabinetu. Ale nie on jeden został obarczony powyższym zadaniem: cesarz powierza je równocześnie i admirałowi Jonai. Ta niecodzienna podwójna inwestytura pozwala podzielić odpowiedzialność w rządzie między armię i marynarkę. W kołach politycznych zapewnia się, że wolą cesarza było powierzyć władzę wyłącznie marynarce, szykanowanej prawie od trzech lat przez armię. Jednak armia jest nadal potęgą w państwie. Upadek generała Todzio wzbudził w jej szeregach niepokojące poruszenie, wyżsi dowódcy armii nie mogliby przystać na to, by ich reprezentant w rządzie zadowolił się rangą ministra, podlegając premierowi, desygnowanemu z ramienia floty. W ten sposób rodzi się koncepcja jedynej w swoim rodzaju ekipy, w której urząd premiera przypada generałowi Koisie, jednak bez prawa podporządkowania sobie marynarki. Pozostaje jeszcze poinformowanie społeczeństwa o dymisji generała Todzio i powołaniu nowego szefa rządu. Dzięki zachowaniu tajemnicy wszystko układa się pomyślnie: dopiero w dwa dni po komunikacie o utracie Saipanu naród dowiaduje się o zaistniałym kryzysie politycznym. W ten sposób po pierwszym wstrząsie kraj odczuwa „przeciwwstrząs”, jaki następuje po wielkim trzęsieniu ziemi. I tak Koiso i Jonai tworzą gabinet. Największą trudnością pozostaje znalezienie kandydata na ministra wojny. Od panowania cesarza Meidziego niepisana tradycja nakazywała wybór ministra wojny z szeregów armii, która chciała zachować pewność, że jest reprezentowana w rządzie przez zaufanego człowieka. Stało się więc regułą, że ustępujący minister wojny wyznaczał swego następcę po konsultacji ze sztabem generalnym i biurami wojskowymi. Należało więc zwrócić się do generała Todzio z prośbą o wyznaczenie kandydatury. I kogóż ten wskazuje? Todzio - jak gdyby nigdy nic proponuje... Todzio! Podejmuje ostatnią próbę uczepienia się władzy: skoro nie stoi już na czele rządu, chce przynajmniej zachować swe ogromne wpływy w łonie gabinetu jako minister wojny. To już za wiele cynizmu! Ktoś wreszcie bierze na siebie misję wytłumaczenia generałowi - już po raz drugi - że cesarz za żadną cenę nie chce go widzieć na żadnym stanowisku. Po konsultacji ze sztabem generalnym Todzio desygnuje na urząd ministra wojny starego marszałka Sugijamę, którego swego czasu wysłał na emeryturę. Koiso i Jonai wyrażają zgodę, aczkolwiek ta nominacja ustanawia ostatnią hipotekę Todzio i jego klanu, ciążącą na gabinecie.

13. Zagłada floty Wschodzącego Słońca
Życie w Tokio zaczęło stawać się coraz trudniejsze i przyszłość rysowała się coraz czarniej. My, członkowie kolonii francuskiej, czujemy się jak więźniowie na tonącym statku. Opadło już nieco starannie ukrywane wzruszenie, w jakie wprawiło nas lądowanie aliantów w Normandii i powolne wyzwalanie terytorium Francji. Wojna - dla nas znaczy to: wojna europejska - nie skończy się, jak ufaliśmy, na Boże Narodzenie 1944 r. Czy możemy oczekiwać jej końca wiosną 1945 r.? A ta wojna, która zastała nas tu, na końcu świata? Sprawia wrażenie, jakby miała ciągnąć się w nieskończoność i trwać jeszcze długo po upadku Niemiec. Czyżby uparła się, że nie wypuści nas żywych ze swych szponów? - już zapowiada nam śmierć powolną w duszącym uścisku... Całkowicie zapomniani, odizolowani od wieści z zewnątrz - czyżby pozostało nam tylko oczekiwać na głód, ku któremu krok

po kroku przybliżają nas coraz bardziej drakońskie restrykcje i groźba więzienia lub obozu koncentracyjnego? Tymczasem, aby przetrwać, jesteśmy skazani na koszmar czarnego rynku. Hasło chwili: jami synonim czarnego rynku - znaczy dosłownie: „ciemności”. Jakże trafnie ujmuje ono koloryt życia Japonii owych dni! Jami - to wszelkich odcieni ciemne kombinacje, jakich należy użyć, aby zjeść, ubrać się, znaleźć buty, mieszkanie, mieć ogrzewanie; jami - to „smarowanie łapy” gdzieś na boku, wymiana „czegoś za coś”, oszustwa. Drugie aktualne słowo wywoławcze - to haikiu: porcja. Racjonowanie od dawna okazało się największym oszustwem Japonii czasów wojny. Hitlerowski faszyzm pozwolił Niemcom najadać się aż do dnia klęski. Państwo japońskie od pierwszych zwycięstw armii cesarskiej przyzwyczaiło swych poddanych do niedostatku. Wykorzystując naturalne skłonności ludu do życia wstrzemięźliwego i spartańskiego, rzuciło slogan jase-gaman - dosłownie: „w chudości siła” konkurencyjną dewizę wobec drogiej Goebbelsowi formuły: „Masło lub armaty”. Bez wątpienia bałagan właściwy administracji japońskiej znalazł wymarzoną płaszczyznę działania w organizacji zaopatrzenia. Jako jedyny spośród uczestniczących w wojnie krajów Japonia wpadła na największego podziwu godzien pomysł opracowania systemu racjonowania funkcjonującego bez kartek, talonów i punktów. Z wyjątkiem racji ryżu, stanowiącej w 1944 r. mniej niż ½ dobowego zapotrzebowania organizmu, posępny i wychudzony Sudzuki-san, czyli przeciętny Japończyk, nie ma prawa do żadnego stałego przydziału jakiegokolwiek artykułu żywnościowego w określonej ilości. Bez prawa reklamacji otrzymuje on co jakiś czas trochę strawy za pośrednictwem swego tonarigumi - stowarzyszenia sąsiedzkiego, z którego rząd uczynił organ dystrybucyjny. Z niedostępnych i tajemniczych szczytów japońskiej” biurokracji przydziały schodzą ze szczebla na szczebel do podstawowej komórki, jaką są tonarigumi, zaś gospodynie w jedwabnych spodniach nie mają żadnej możliwości, aby dowiedzieć się, co im przysługuje. Nie ma już potrzeby nachodzić sklepów bądź sprzedawców ryb, handlarzy warzyw czy rzeźników, skoro opatrznościowe tonarigumi, kierowane kolejno przez każdego z sąsiadów, załatwia wszystkie sprawy zaopatrzeniowe: tym łatwiej, że zazwyczaj nie otrzymuje nic z wyższych instancji, chyba tylko po jednej suchej sardynce i ćwierci ogórka na osobę w każdej rodzinie jako przydział żywności na dwa-trzy dni. Na wszystkich kolejnych stopniach dystrybucji następuje tak bezwstydne rozkradanie żywności, że śmieszne resztki, które docierają do rodzin, zmuszają ludność od 1943 r. - by nie umrzeć z głodu - do masowego korzystania z „usług” czarnego rynku. Im mniejsze stają się zasoby finansowe obywateli, w tym większym stopniu żeruje na nich jami, wyszarpując ostatek gotówki i narzucając skomplikowany system wymiany różnych artykułów, co w sumie pozwala ledwo-ledwo przeżyć. Jeśli chodzi o cudzoziemców, to z wyjątkiem niewielu dystyngowanych beneficjentów statusów specjalnych - dyplomatów i nielicznych osób o zrównanym z nimi statusie, egoistycznie broniących zdobytych przywilejów - tonarigumi już w 1944 r. zaprzestały wszelkiej dystrybucji racjonowanych artykułów „dla Europejczyków”. Z rynku zniknęło mięso, masło, jaja, olej, cukier, owoce, mleko. Masło przeznacza się dla robotników fabrycznych i żołnierzy, którzy z braku innych tłuszczów nauczyli się je spożywać, miast, jak dotąd, używać go do natłuszczania butów. Cudzoziemcy zamieszkali w Tokio otrzymują dziennie tylko 300 gramów chleba, trochę soli i zupkę z soi. Specjalnej organizacji kolonii francuskiej; udaje się dostarczać swym członkom po jednym befsztyku miesięcznie. Całe nasze coraz bardziej skąpe pożywienie pochodzi z coraz uciążliwszych poszukiwań na czarnym rynku; jednak pieniądze, którymi dysponujemy dzięki zablokowanym w Japonii funduszom francuskim, topnieją stopniowo wraz z inflacją i stają się coraz bardziej niewystarczające wobec

nieustannego wzrostu cen czarnorynkowych. Jakie to zresztą może mieć znaczenie dla rządu, skoro Japończycy udowodnili, że można żywić się wodorostami, suszoną rybą i ryżem podłego gatunku? Wraz z żywnością rynek pożegnał się również z podstawowymi produktami codziennego użytku: zapałkami, mydłem, nićmi, węglem kamiennym i drzewnym, drewnem opałowym, obuwiem, skórą, gwoździami, papierem itp. Przez niedbalstwo lub obojętność pozwala się spekulantom rzucić od czasu do czasu obrzydliwej jakości ersatze, wykupywane niemniej przez Japończyków w mgnieniu oka: sandały z papiermâché, sztuczne tkaniny, które po pierwszym praniu zmieniają się w łachman, sfałszowane proszki, rzekomo witaminizowane dla poprawy zdrowia dzieci itp. Z tą samą obojętnością, władze dopuszczają do tego, aby począwszy od drugiego roku wojny rzeczą normalną stał się brak produktów spożywczych i artykułów pierwszej potrzeby, najłatwiejszych do utrzymania na rynku. Choć pewno uznano, że 75 mln Japończyków może zawsze chodzić z gołymi nogami w taniutkich sandałach, i tak drewniane geta i słomiane zori należą do rzadkości i niepodobna je znaleźć. Najbardziej morski kraj świata, który przed wojną łowił każdego roku ⅓ spożywanych na świecie ryb, jest ich teraz prawie całkowicie pozbawiony. Jednemu z najbogatszych w lasy krajowi brak węgla drzewnego, a miliony japońskich gospodyń tylko na nim potrafią przygotowywać nędzne posiłki. Wielkim wyczynem jest zakup zwykłej miseczki - z której je się ryż - z porcelany, drewna czy palonej gliny. Drakońsko racjonuje się gaz i energię elektryczną, podobnie jak i lód, wręcz nieodzowny w Japonii; wzbroniono używania lodówek elektrycznych. Niezwykle ostro jest ponadto racjonowana jakże droga sercu Japończyka i wielce przezeń szanowana - łaźnia publiczna. Rok 1944 przynosi nową falę aresztowań członków kolonii francuskiej, zwłaszcza w Kobe i Jokohamie, gdzie policja strzegąca portu i floty jest szczególnie okrutna. Motywy oficjalne: jak zwykle szpiegostwo. Przyczyny rzeczywiste? Zazwyczaj w grą wchodzi swoisty uraz policjantów lub pragnienie zamanifestowania własnej gorliwości. Czasem stawka jest wyższa: to chęć prawnego usankcjonowania dokonanej wcześniej konfiskaty niektórych przedsiębiorstw francuskich, istniejących w Japonii przed wojną. Zawsze - jest to wola zerwania z chwilową tzw. polityką tolerancyjną, która pozostawia przeważającą część kolonii francuskiej na wolności, co prawda iluzorycznej i stale zagrożonej. Tajną policję reżymu wyraźnie niepokoi zbliżający się moment wyzwolenia Francji, przygotowuje więc dokumenty i materiały, które pozwoliłyby jej z dnia na dzień napiętnować całą kolonię francuską w Japonii jako niebezpieczny ośrodek antyjapoński. Znak czasu: w kampaniach prasowych oskarża się Indochiny o „nieszczerość” - typowe japońskie określenie, które okrywa hańbą każdego, kto przeciwstawi się Wielkiej Japonii. Wiemy więc teraz, że nasz los jest całkowicie podporządkowany losowi Indochin. Jesteśmy uważani za „neutralnych”, i to niebezpiecznych „neutralnych”. W efekcie polityki indochińskiej rządu japońskiego nasza niepewna wolność będzie istniała dopóty, dopóki będzie obowiązywało podpisane w Hanoi w 1941 r. dwustronne porozumienie o „wspólnej obronie”. Obecnie bardziej niż kiedykolwiek każdy cudzoziemiec jest traktowany przez policję i ludność Tokio jak spai - szpieg, którego należy bez ustanku nadzorować. Prawdopodobieństwo nieprzyjacielskich nalotów lotniczych w bliskiej przyszłości i ewolucja sytuacji militarnej w Europie czynią go w opinii policji szczególnie podejrzanym, należy więc wiedzieć absolutnie wszystko, co robi w ciągu 24godzinnej doby. Mój zawód dziennikarza, tym bardziej podejrzany, że w istocie jestem dziennikarzem bez dziennika, przysparza mi niewątpliwego zaszczytu, skoro mają mnie na oku następujące osobistości: szeregowy policjant mundurowy, który regularnie odwiedza moje mieszkanie; przydzielony do specjalnej dzielnicowej policji „antyspaiowej” policjant w cywilu; funkcjonariusz

tajnej policji politycznej Ministerstwa Spraw Wewnętrznych; funkcjonariusz policji politycznej zajmujący się prasą i dziennikarzami zagranicznymi; wreszcie najbardziej tajemniczy ze wszystkich reprezentant Kempetai - żandarmerii wojskowej. Żadna z tych osobistości, z wyjątkiem pierwszej, nigdy się nie pokazuje, a ich nadzór uchodzi niemal całkowicie niepostrzeżony aż do chwili, gdy jakieś wydarzenie nagle dowodzi, że pilnowany spai zdołał wydostać się przez niewidoczną dziurę, zrywając nić trzymającej go w swych więzach siatki. Niezmordowanej ostrożności i znajomości języka japońskiego - ta ostatnia okoliczność pozwala na zapobieganie incydentom i usuwanie przynajmniej w części ich skutków - zawdzięczam, że byłem aresztowany tylko dwa razy, a przykrości sprowadzały się do jednodniowego pobytu w komisariacie policji; oczywiście pomijam tu niezliczone bytności na policji dla kontroli dokumentów osobistych, uzyskania wizy pobytowej, okresowej rejestracji itp. Sprawiedliwość nakazuje przyznać, że chociaż policja cywilna i żandarmeria wojskowa nie szczędziły wysiłku, aby zatruć nam życie, nie udało im się zdusić u wielu Japończyków znających Francję głębokiej i żywej sympatii dla wszystkiego co francuskie, sympatii, jaką niejednokrotnie okazywali przy różnych okazjach. Przez wiele lat w lepszych czasach kontakty Japonii z Francją sprzyjały rozwijaniu gustu artystycznego i estetycznego. Wojna położyła temu tamę. Jeszcze niedawno Japonia czerpała z przebogatych źródeł kultury francuskiej: czytano w oryginale lub przyswajano sobie w niezliczonych tłumaczeniach na język japoński nadsekwańską literaturę, zwłaszcza współczesną, pasjonowano się malarstwem i innymi dziedzinami sztuki francuskiej, zapoznawano się na bieżąco z wynikami prac naukowych i postępami medycyny i nauk prawniczych. Tłumnie oglądano filmy francuskie, najbardziej lubiane spośród wszystkich filmów zagranicznych. Ta wewnętrzna potrzeba czerpania z zasobów kultury francuskiej była tym bardziej szczera i bezinteresowna, że Francja nigdy nie próbowała umacniać swej obecności na wyspach japońskich chwytami propagandowymi, ufając naturalnemu promieniowaniu swej cywilizacji. W pełni wojny Francuzów nadal omija oficjalna wrogość otaczająca Anglosasów, pogarda, jakiej nie skąpi się Włochom, czy wstręt, nieomal jawnie okazywany Niemcom - dawniej zbyt potężnym, dziś wciąż jeszcze nazbyt aroganckim. Od czasu do czasu sympatie profrancuskie znajdują wyraz w szczerych i spontanicznych gestach. Przyjaciele sprzed wojny niejeden raz dają do zrozumienia, że w głębi serca w tajemnicy dochowują nam wierności, czekając znów na lepsze czasy, kiedy będą mogły się odrodzić głębokie i autentyczne związki między naszym krajem a Japonią. Jednak w 1944 r. wszelkie kontakty z Japończykami stają się w praktyce niemożliwe, bowiem policja surowo traktuje wszystkich podejrzanych o ich utrzymywanie, poddając ich śledztwu, stosując groźby, zmuszając do szpiegowania cudzoziemca i pisania na niego donosów i przetrzymując dzień-dwa w areszcie na dzielnicowym posterunku, co staje się wystarczającym ostrzeżeniem i zmusza do usunięcia się głęboko w cień. Poddanym cesarskim nietajna jest świadomość, że Japonia osiągnęła nad swym niemieckim sojusznikiem tę wątpliwą „wyższość”, iż poddała się wszechwładzy dwóch rodzajów gestapo: specjalnej policji politycznej, podległej Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, i Kempetai, narzędziu armii. Wszechobecna, a przez to najpotężniejsza i najbardziej niebezpieczna, stała się wszakże policja, którą ukształtowali w swej 75milionowej masie sami Japończycy, szpiegując bez skrupułów jeden drugiego. Ta szpiegomania narodowa ułomność militarystycznej Japonii - została podczas wojny doprowadzona do paroksyzmu. Z fanatyzmem przynależnym lepszej sprawie donosiciele biegną donieść najbliższemu policjantowi o każdym, najdrobniejszym nawet niecodziennym fakcie, dostrzeżonym wzrokiem pozornie roztargnionym, lecz w rzeczywistości -czujnym, u sąsiada. Czyżby nie zdawali sobie sprawy, że pogłębiają tym tylko bezmiar swej niewoli i nieszczęść?... Któż zatem w Japonii czasu wojny - przy panującym bałaganie i bezkompromisowej walce klanów, w Japonii niesprecyzowanych praw,

płynnych idei, niepewnych rządów - kieruje „stadem”? Właśnie policja, która jedyna zachowuje pełnię władzy. Na jej korzyść, bardziej niż na korzyść cesarza, rządu, a nawet armii, dokonuje się abdykacja suwerenności ludowej - jeśli przyjmiemy założenie, że w ogóle kiedykolwiek istniała ona w narodzie od wieków przyzwyczajonym do obowiązkowej współpracy z jarzmem policyjnym. Gdy w lipcu 1944 r. generał Koiso dochodzi do władzy, naród nie ma złudzeń co do tego, że jego rząd będzie gorszy od rządu Todzio. Osoba nowego szefa rządu, kojarząca się z agresywnymi początkami marionetkowego państewka Mandżukuo, jego wygląd starego „twardogłowego”: szczecinowaty włos, twarde spojrzenie, sumiasty wąs, marsowe oblicze samuraja, jego dawne przemówienia, w których występował jako rzecznik nacjonalizmu japońskiego - wszystko to pozwala przypuszczać, że kolejna ekipa rozpocznie działalność od przykręcenia śruby. I karki już się pokornie zginają. Specjalista od spraw chińskich i mandżurskich, Koiso w 1932 r. pełnił funkcję wiceministra wojny (ministrem był wówczas porywczy generał baron Araki Sadao), a następnie głównodowodzącego armii kwantuńskiej, stając się, jednym z twórców Mandżukuo i jednym z najniebezpieczniejszych orędowników „nowego porządku azjatyckiego”. Przeniesiony w 1938 r. przez armię w stan spoczynku, zajął się polityką i w 1939 r. został wysunięty przez barona Hiranumę do urzędu ministra kolonii. Podstępem i groźbą stara się wymusić „otwarcie” Indii Holenderskich dla japońskiej penetracji ekonomicznej. Gdy w 1942 r. osiadł w Seulu w charakterze gubernatora generalnego, podwładni nadali mu przydomek „koreańskiego tygrysa”, co celnie oddaje efektywność jego metod rządzenia. Jednakże system rządów przydatny w Seulu niekoniecznie musi być skopiowany w Tokio. W momencie gdy „budowniczy imperium japońskiego” obejmuje władzę, konstrukcja tego tworu, nietrwała jak cała architektura japońska, zaczyna pękać. Koiso ma 65 lat: zmęczona Japonia otrzymuje podstarzałego premiera - pazury „tygrysa” są już stępione. Przestał nawet zasługiwać na drugi znamienny z racji swego temperamentu przydomek, wymyślony przez podwładnych z niezapomnianych dni wesołego żywota spędzanego w japońskich herbaciarniach Sinkingu (Mukdenu), stolicy Mandżukuo. Koiso, zbytni wielbiciel sake, zwykł był intonować wojenną pieśń własnej kompozycji Oriokko busi, zaś talent śpiewaka przysporzył mu wdzięcznego przezwiska Kadzika - „Śpiewającej Żaby”. Teraz wszakże stary wojownik jawi się jako człek poważny, zdolny do zachowania umiaru: miast z chwilą otrzymania teki premiera przykręcić w kraju „śrubę”, zdobywa się na liberalizm. Wzrost racji ryżowych, polepszenie przydziałów żywnościowych, walka wydana przeniewierczym urzędnikom, otwarcie restauracji i teatrów z przystępnymi cenami, przywrócenie zniesionych przez Todzio konferencji prasowych premiera dla wybranych przedstawicieli wielkich dzienników - wszystko to wskazuje na zerwanie z ciężarem dyktatury Todzio i wolę przeciwdziałania depresji moralnej w kraju. W miejsce terminologii żołnierskiej Koiso posługuje się mglistym w swej tajemniczości słownictwem konfucjanizmu i narodowej religii sinto. W swoim pierwszym wystąpieniu do narodu zamiast nowego sloganu kreśli dwa znaki chińskie oznaczające „wielką harmonię”. Jako program wojny ta formuła jest raczej nieprzydatna: może się okazać jedynie dobrą lekcją dla kręgów kierowniczych, w których szaleje wojna klanów, natomiast jest stracona dla „Stu Milionów”, nie pojmujących jej sensu. Kiedy indziej Koiso przyjmuje ton dobroduszny: w wywiadzie dla prasy po powrocie ze świątyń w Ise, dokąd udał się zgodnie ze zwyczajem, by „poinformować” boginię Słońca o objęciu władzy, oświadcza: „Mijając dworce, widziałem spojrzenia ludzi, z których mogłem wyczytać: «Naprzód, Koiso, śmiało -

inaczej, kto wie, co może się wydarzyć!» Odwróciwszy się do mego sekretarza, rzekłem: „Makatom mosiwake ga nai» (co znaczy mniej więcej: „Doprawdy, nie zasługuję na tyle zaufania, nie jestem go godzien!”). I nagle popadając w mgłę sinto, dorzuca dość gorzkie słowa, niby lekcję w wykonaniu szorstkiego i bezwzględnego mentora dzieci, od których wymaga się pokornego posłuszeństwa: „Japonia jest krajem bogów, lecz jeśli ten kraj nie uczyni wszystkiego, co w jego mocy, nie będziemy mogli liczyć na ich opiekę. Próba, jakiej bogowie nas poddają, bierze się stąd, że naród nie potrafił zrozumieć fundamentalnego sensu naszej polityki narodowej (...) Na pewno nie ominą, nas nieprzyjacielskie naloty. Tylko wtedy, gdy nauczymy się dokonywać cudów, duchy bogów zapewnią nam swą boską pomoc”. Nowy gabinet nie składa się ze zbyt znaczących osobistości. Obok admirała Jonai i samego Koisa zwraca uwagę jedynie nazwisko Sigemitsu Mamoru, któremu udało się na powrót przyłączyć Ministerstwo Wielkiej Azji do Ministerstwa Spraw Zagranicznych i zakończyć tym samym pełnym zwycięstwem tego ostatniego resortu podjazdową wojnę, jaka rozgorzała między obu ministerstwami z chwilą utworzenia pierwszego. Pozostali ministrowie to umiarkowani konserwatyści, nie znani bliżej opinii publicznej. Należy wszakże odnotować obecność w gabinecie co najmniej dwóch innych polityków: Isiwatariego Sotara w Ministerstwie Finansów i Ogaty w Ministerstwie Informacji, pozostających w ścisłych stosunkach z dworem. W sumie ekipa Koisa, miast stanowić silny rząd ocalenia publicznego, okazuje się słabym gabinetem tym słabszym, że premier jest generałem w stanie spoczynku, nie mającym dość uporu, by przeforsować swój powrót do służby czynnej, tak jak to uczynił jego kolega z marynarki, Jonai. Silna pozycja Todzio wynikała głównie z faktu, że był generałem w służbie czynnej i ministrem wojny piastującym jednocześnie funkcję premiera. Koiso nie jest ani generałem w służbie czynnej, ani ministrem wojny. Armia udziela mu jedynie chłodnego poparcia, podejrzewając, że z przekonań nie jest on zagorzałym militarystą. Nawet marynarka - chociaż w gabinecie Koisa jest w większym stopniu reprezentowana flota niż armia - boczy się na niego, ponieważ nie potrafiła narzucić mu w charakterze współpracownika dynamicznego nacjonalisty, admirała w stanie spoczynku Suetsugu Nobumasy. Źle się zaczyna era „wielkiej harmonii”... Wywróżony przez nowego premiera zły humor bogów-protektorów Japonii objawia się istotnie dość szybko. Jedyne aktywa odziedziczone po Todzio - to pomyślna sytuacja wojskowa w środkowych i południowych Chinach, gdzie między majem a lipcem 1944 r. armii japońskiej udało się odzyskać większość kontrolowanych przez Amerykanów lotnisk. Ta operacja powinna ułatwić japońską nawigację na Morzu Południowochińskim, a zwłaszcza usunąć groźbę nalotów lotniczych na Japonię z terytorium Chin - na nieszczęście utrata Saipanu zapowiada zagrożenie o wiele poważniejsze. Choć operacja armii cesarskiej na południu Chin osiągnęła swój główny cel - stworzenie połączenia kolejowego między Kantonem a Hankou, a więc między południem a centrum Chin - w istocie dowodzi ona zamiarów defensywnych: dowództwo spieszy się z przywróceniem komunikacji między Singapurem a Szanghajem, by w najbliższej przyszłości móc drogą lądową ewakuować siły japońskie z południowego Pacyfiku, ponieważ odwrót drogą morską został już w przeważającej mierze odcięty przez operacje wrogiej marynarki i okupację przez Amerykanów kolejnych baz japońskich. Na środkowym Pacyfiku Amerykanie kończą właśnie „oczyszczanie” całego regionu, nim ruszą do ataku na Filipiny lub Tajwan. Pod koniec lipca 1944 r. zajmują kolejno Głowę Żółwia na Nowej Gwinei, wyspę Morotai z dobrym lotniskiem i wysepki Peleliu i Angaur, dzięki czemu neutralizują pobliski

Babelthuap, największą wyspę archipelagu Palau z 25-tysięczną ludnością, wreszcie zdobywają atol Ulithi z doskonałym naturalnym portem. Rzucając wyzwanie tradycyjnym zasadom strategii morskiej, oskrzydlają ufortyfikowane japońskie punkty oporu, a następnie likwidują je za pomocą eskadr lotniczych nacierających z odebranych Japończykom baz. Nie przejmują się nawet izolowanymi silnymi garnizonami wroga, znajdującymi się o setki, a czasem tysiące kilometrów na tyłach, jak Rabaul, Kavieng (w Archipelagu Bismarcka), Bougainville, Wyspy Marshalla, Karoliny. Dnia 7 września 1944 r. premier Koiso przedstawia się parlamentowi. Powraca do swej magicznej recepty na wygranie wojny: „wielkiej harmonii”. Nieco bardziej konkretny w słowach admirał Jonai oświadcza: „Dysponujemy planem gwarantującym zwycięstwo: zwabić wroga jeszcze bliżej i wtedy zadać mu cios mniejszymi niż jego siłami”. Stawia jednak warunek: potrzeba samolotów - coraz więcej samolotów, których produkcja jest w danej chwili niewystarczająca. Prasa, nie tak już bezlitośnie jak za czasów Todzio zmuszana do milczenia, przynosi echa wniesionych interpelacji, zdradzających nieustające kłótnie konkurencyjnych sił zbrojnych o dostawy broni i amunicji, wskazuje też na bałagan i postoje w całym przemyśle. Na tajnym posiedzeniu parlamentu staje sprawa produkcji lotniczej. Rząd publikuje po nim uspokajający komunikat, przechwalając się, że pod względem produkcji samolotów Japonia osiągnęła drugie miejsce po Stanach Zjednoczonych wyprzedzając Wielką Brytanię i Niemcy. Tylko w ciągu roku - między wrześniem 1943 r. a wrześniem 1944 r. - liczba produkowanych samolotów została podwojona przy wzroście zatrudnienia o 50 proc. Według danych ujawnionych po wojnie miesięczna produkcja, która na początku wojny wynosiła 550 samolotów, osiągnęła w czerwcu 1944 r. szczyt, na którym jednak nie zdołała się utrzymać: 2857 maszyn miesięcznie i około 5000 silników. Dla ożywienia przychylności parlamentu premier Koiso uroczyście przyrzeka niepodległość Indiom Holenderskim. Czyżby spóźnione ustępstwo, gdy partia jest już przegrana? Bynajmniej. Koiso wie, co czyni - kontynuuje politykę Todzio, rozgrywając na całym południowym Pacyfiku politykę konia trojańskiego: roznieca wśród spokojnej ludności tropikalnych archipelagów iskry nienawiści, która wybuchnie płomieniem wraz z niedalekim już powrotem białych. Gdzie teraz należy oczekiwać ofensywy Amerykanów? Czy na Filipinach, których północna i południowa część była we wrześniu 1944 r. gwałtownie bombardowana; ucierpiała zwłaszcza Manila, gdyż 21 i 22 września nie funkcjonował tu sparaliżowany system alarmowy? Czy na Tajwanie, który stał się obiektem nalotów amerykańskich w październiku - choć Japończycy z całą zawziętością starają się nie dopuścić wroga w pobliże tego ostatniego odwodu swego systemu obronnego na środkowym Pacyfiku? Jeden z japońskich kontrataków lotniczych na wschód od Tajwanu wyrządził pewne szkody flocie amerykańskiej, zaś Tokio nie omieszkało otrąbić z tego powodu prawdziwego zwycięstwa... Dnia 20 października 1944 r. następuje oczekiwany atak na Filipiny, jednakże... daleko od przewidywanego miejsca. Japończycy sądzili, że Amerykanie uderzą na Mindanao u stóp archipelagu, tymczasem natarcie nastąpiło w sam środek jego kręgosłupa - na wyspę Leyte, z której uprzednio została ściągnięta część sił japońskich dla wsparcia południa. Licząca 600 jednostek amerykańska armada dociera do zatoki Leyte, zdobywając szybko przyczółki przy minimalnych stratach. Generał Mac Arthur rzuca w eter słynne hasło-apel do Filipińczyków: „Powróciłem!” Mimo to 26 października wydział morski cesarskiej Wielkiej Kwatery Głównej w Tokio obwieszcza wielkie zwycięstwo morskie. Prześlizgując się między południowymi wyspami archipelagu filipińskiego

przez morze Mindanao, flota japońska zaskoczyła okręty amerykańskie w zatoce Leyte i wyrządziła im ogromne straty. Choć bitwa nie została rozstrzygnięta, oficjalna propaganda w entuzjastycznych komentarzach wynosi pod niebiosa brawurę ataku i niezrównaną maestrię marynarki japońskiej, której okręty odważyły się w środku nocy przedefilować przez cieśninę Surigao, siejąc popłoch wśród Amerykanów i zdając nieprzyjacielskie transportowce zakotwiczone w wąskiej zatoce Leyte na łaskę i niełaskę napastnika. Nazajutrz radio japońskie powiadamia o nowym wyczynie floty cesarskiej: powtarzając dokonany manewr taktyczny, znaczne siły japońskie przedarły się bardziej ku północy przez cieśninę San Bernardino w środkowych Filipinach i zaatakowały flotę amerykańską. Tym razem - jak się zapewnia - efekty przeszły oczekiwania. Nie posiadam już, niestety, tekstu owych komunikatów. Dla przyszłych historyków japońskich będzie niewątpliwie rzeczą pouczającą porównanie ich z rzeczywistymi faktami. Albowiem... ta bitwa bardzo ile się skończyła dla Japończyków, którzy natknęli się na skoncentrowaną obronę amerykańską. Orkiestra cesarskiej Wielkiej Kwatery Głównej z nagła przechodzi na pianissimo. Jej rzecznicy nie po raz pierwszy zapominają, że przyrzekli opinii publicznej dalsze szczegóły. Propaganda otacza bitwę zasłoną dymną ogólnikowych formułek. Czytelnicy gazet i słuchacze radia nie dostrzegają jednak tych jaskrawo karkołomnych sztuczek. Otępiani od wielu miesięcy, pozbawieni szansy dostępu do informacji podawanych przez publikatory przeciwnika, połykają bezmyślnie serwowane komunikaty, żywiąc się nadziejami i iluzjami. W ten sposób Biuro Informacyjne, rozpowszechniające z rozkazu Wielkiej Kwatery Głównej kłamliwe komunikaty, uzyskuje rezultat nieomal niewiarygodny: największa bitwa morska Pacyfiku - co więcej, największa bitwa morska drugiej wojny światowej - przejdzie niedostrzeżona przez społeczeństwo japońskie! Japonia nie dowie się, że Ameryka odniosła w niej swe największe zwycięstwo i że flota japońska, wyeliminowana z walki, z odrobiną sił, które jej pozostały, nie będzie w stanie powstrzymać finałowego uderzenia nieprzyjaciela na wyspy japońskie. Do ostatniej chwili tokijskie koła rządzące swoim milczeniem, rzekomo nieodzownym dla zachowania tajemnicy operacji, będą mogły utrzymywać naród w wierze, że potężna marynarka cesarska przygotowuje się do zadania ostatecznego ciosu. Do ostatniej też chwili będą go łudzić mirażem triumfalnego zwycięstwa wiedząc doskonale, że wielka flota Wschodzącego Słońca jest flotą-marą. Co zaszło na Filipinach? Admirał Tojoda, który nie traci ofensywnego ducha, uznał, że dotychczas praktykowane rozproszenie sił floty japońskiej i ich oszczędzanie w obliczu koncentracji okrętów przeciwnika w ogromne armady staje się taktycznym anachronizmem. Postanowił więc postawić wszystko na jedną kartę. Skupia wokół siebie prawie ¾ sił armady cesarskiej, rozdzielonych na trzy grupy uderzeniowe. Jedna z nich przybywa z Singapuru, druga z zatoki Camran w Indochinach, a trzecia z Tajwanu. Wspólnie mają one zaskoczyć stacjonującą w zatoce Leyte skoncentrowaną flotę amerykańską i zniszczyć ją w chwili, gdy wojska lądowe będą zaangażowane w walki na wyspie Leyte. Mac Arthur będzie się miał z pyszna, gdy piechota amerykańska, pozbawiona wsparcia marynarki, zostanie wystawiona na uderzenie garnizonu japońskiego na Leyte... Eskadrze płynącej z Singapuru udało się prześlizgnąć przez morze Mindao i cieśninę Surigao, bynajmniej jednak nie zaskoczyła Amerykanów, jak o tym doniosły tokijskie komunikaty. Przeciwnie, przed świtem 25 października wpada w zasadzkę. Sześć amerykańskich pancerników oczekujących u wylotu cieśniny na zatokę Leyte dokonuje istnej rzezi. Wśród zatopionych wielkich jednostek japońskich są co najmniej dwa pancerniki i jeden ciężki krążownik.

Centralna grupa uderzeniowa (przybyła z bazy w Indochinach) staje się 24 X obiektem ataków lotnictwa amerykańskiego u ujścia wąskich kanałów, którymi usiłuje dotrzeć ku środkowym Filipinom. Na dno idzie jeden ze słynnych, okrywanych ścisłą tajemnicą japońskich superpancerników „Musashi” - o tonażu 69 tys. ton. Admirał Tojoda decyduje się na zręczny manewr: udaje odwrót, zamierzając ponownie ruszyć do ataku od wschodu - na Rowie Filipińskim. Napotyka tu część jednostek floty amerykańskiej, którą ocena sytuacji również zmusiła do rozdzielenia się na trzy części. Marynarze Tojody zatapiają cztery amerykańskie niszczyciele eskortujące i jeden lotniskowiec, jednak sam admirał tym razem popełnia pomyłkę, traci czas i w końcu, nie ważąc się zaatakować głównych sił przeciwnika, wraca na własny ślad i ucieka drogą, którą przybył, nieustannie nękany przez nieprzyjacielskie lotnictwo. Trzecia japońska grupa uderzeniowa okrążywszy Filipiny na północ od Luzonu, natrafia na sześć amerykańskich lotniskowców, konwojowanych przez liczne pancerniki. Atak powietrzny Japończyków nie daje rezultatu, a w wyniku kontrataku Amerykanów tracą ani cztery lotniskowce i dwa lekkie krążowniki. Tylko dwa pancerniki, w tym jeden ciężko uszkodzony, ratują się ucieczką z pola tragicznej w skutkach bitwy. Bilans: zatopione trzy pancerniki, cztery lotniskowce, sześć ciężkich i trzy lekkie krążowniki, nie wspominając o niszczycielach, ponadto ciężko uszkodzone cztery krążowniki. Jedna tylko informacja przekazana przez „Radio Tokio” może nasunąć narodowi japońskiemu podejrzenia co do rzeczywistych rozmiarów klęski: zapewne przez niedopatrzenie podano po pewnym czasie, że we wrześniu i październiku 1944 r. zginęło ogółem 22 admirałów japońskich. Ostatni - uzupełniono poległ, pikując swym samolotem na lotniskowiec amerykański. Przyszli historycy dotrą niewątpliwie do dokumentów, wskazujących, że już jesienią 1944 r. w łonie gabinetu Koisa, a także w innych kręgach władzy poważnie rozważano możliwość zaprzestania walki. Załamują się Niemcy, zagrożone na froncie wschodnim i zachodnim, pokonane we Włoszech, miażdżone bombami. Wiele mógłby jeszcze uratować pokój wynegocjowany przez Japonię w tym krytycznym momencie - przed klęską Niemiec i nim bomby padły na Tokio. Górę biorą jednak zwolennicy walki do końca, szermując potężnym argumentem: wiedzą, że alianci żądają bezwarunkowej kapitulacja Japonii. Toteż już od końca 1943 r. - po listopadowej konferencji Roosevelt-Churchill w Kairze - propaganda armii uchwyciła się tego argumentu, czyniąc z niego główny oręż w kampanii za walką do końca. „Niemieckiemu lobby” w Tokio Rzesza nie żałuje wielce obiecującej zachęty, licząc na wzmożone poparcie sprawy Osi. Szeptana propaganda daje do zrozumienia, że straszliwa „tajna broń” w dyspozycji Niemiec dokona zasadniczego zwrotu na europejskiej scenie wojennej. Pewnego jesiennego dnia dowiaduję się pośrednio w wielkiej tajemnicy ze źródła japońskiego o niezwykłym podnieceniu w rozgłośni „Radia Tokio”. Hitler przygotowuje się do historycznego przemówienia radiowego, w którym zamierza poinformować świat o posiadaniu broni zdolnej wysadzić w powietrze całą planetę i wezwie aliantów do zawarcia pokoju, grożąc w razie odmowy użyciem nowej broni. Czyżby Hitler wierzył, że posiada broń atomową? Czy też usiłuje przekonać o tym Japończyków? O przewidzianej godzinie pracownicy „Radia Tokio” nadstawiają uszu, lecz oczekiwanego przemówienia nie nadano! Jakie zresztą mogą mieć znaczenie dysputy za lub przeciw pokojowi owej tokijskiej jesieni? Japonia coraz szybciej stacza się ku katastrofie, a jedyna znacząca w kraju siła - armia - nie przestaje popychać

narodu wprost ku tragedii. Gabinet Koisa przestał panować nad wypadkami, a wśród potężnych czynników, które go oskrzydlają i zmuszają do kontynuowania walki, jest również pragnienie śmierci ku chwale cesarza - pasja, która stała się niemal obsesją armii. Jakże Koiso mógłby się ośmielić zawrzeć pokój, gdy tysiące żołnierzy rzuca się w otchłań śmierci? Okrzyk ich ostatniego bandzai niesie się aż do Tokio i dodaje siły słabemu rządowi... W połowie listopada 1944 r. komunikat cesarskiej Wielkiej Kwatery Głównej, któremu towarzyszy stosowny szum propagandowy, informuje naród o systematycznym stosowaniu samobójstwa jak o metody walki i po raz pierwszy wynosi pod niebiosa wyczyny kamikadze - „korpusu specjalnego ataku” japońskiego lotnictwa. Japońskie bohaterstwo żołnierskie zapisało już niejeden indywidualny wyczyn żołnierzy-straceńców przemienionych w „żywe bomby”. Marynarka zasłynęła swymi „kieszonkowymi łodziami podwodnymi”, lecz nigdy jeszcze nie było oficjalnych działań na rzecz masowego szkolenia ochotników gotowych do zadania sobie śmierci dla osiągnięcia wskazanego celu. Nazwa kamikadze - dosłownie: „boski wiatr”22 - znajduje natychmiast głęboki odzew w wyobraźni Japończyków. Przypomina klęskę najazdu mongolskiego pod wodzą Kubilaja w 1281 r., przeciwko któremu bogowie chroniący „świętą ziemię” Japonii rozpętali - jak chce legenda - opatrznościowy tajfun, odrzucając w bezmiar oceanu jego niezwyciężone dotąd hordy w chwili, gdy przybijały do brzegu. „Boski wiatr” - to obecnie nie gniew żywiołów, lecz bohaterskie czyny dwudziestoletnich pilotów, którzy w bitwie o Leyte wykonywali samobójcze skoki z nieba na amerykańskie okręty wojenne i transportowce, dbając, by dobrowolna ofiara życia każdego z nich została okupiona unicestwieniem nieprzyjacielskiego okrętu i jego załogi. Komunikat Wielkiej Kwatery Głównej i towarzyszące mu hałaśliwe komunikaty mają nie tylko ukazać bohaterstwo młodych lotników: jest to zarazem pośrednia walka z defetyzmem rządu i inauguracja kampanii, która uzmysłowi sennym „Stu Milionom”, że niebawem wszyscy zostaną wezwani do popełnienia narodowego samobójstwa ku chwale cesarza. Pierwsza poświęciła swe życie dziewiątka dwudziestoletnich lotników, członków „specjalnego korpusu ataku z Bandy” pod dowództwem kapitana Iwamota, zatapiając amerykański pancernik. Za nimi pójdą tysiące innych - liczba ochotników wielokrotnie przewyższa możliwości przydzielenia im samolotów. Systematyczne ćwiczenia w samobójczym bombardowaniu, trwające od kilku miesięcy, teraz jakże tragicznie owocują. Większość kamikadze to studenci, sam kwiat młodzieży japońskiej, której rozkaz generała Todzio brutalnie nakazał przerwać w latach 1943-1944 studia, wysyłając ją na wojnę. Prasa przedrukowuje obszerny rozkaz specjalny, skierowany przez inspektora generalnego sił powietrznych do pierwszego „korpusu ataku specjalnego”, którego członkowie zginęli na Filipinach. „Cesarstwo - czytamy - znalazło się na rozdrożu zwycięstwa i upadku. Pierwsza jednostka samobójcza, zdecydowana wywalczyć zwycięstwo siłą swego ducha, pociągnie przykładem swego sukcesu dalszych bohaterów, którzy pójdą w jej ślady. Nie macie szansy, by powrócić po wykonaniu zadania. Waszą misją jest pewna śmierć. Umrzecie ciałem, lecz nie duchem. Śmierć każdego z was będzie aktem narodzin miliona innych. Niech jakiekolwiek niedbalstwo nie narusza waszych ćwiczeń ni waszego zdrowia: nie powinniście pozostawić po sobie cienia żalu, który podążyłby za wami w wieczność. Jeszcze jedno: żadnej przesady w spotkaniu ze śmiercią! Jeśli nie napotkacie wyznaczonego celu, zawróćcie: następnym razem otworzy się przed wami właściwa szansa. Wybierajcie śmierć, która daje maksymalny rezultat!”
22

Lub: silny wiatr - przyp. tłum.

14. Tokio w ogniu
Dnia 1 listopada 1944 r. o godz. 13.00 nad stolicą Japonii urywanymi dźwiękami zawyły syreny. Miliony serc ściska trwoga: pierwszy prawdziwy alarm od rajdu pułkownika Doolittle’a. Skoro Amerykanie okopali się w oddalonym o pół dnia lotu Saipanie, nie jest to już na pewno, jak w kwietniu 1942 r., wyczyn bez przyszłości, lecz według powszechnych przewidywań - początek tragicznego końca... Od dawna oczekiwano tej pierwszej inwazji na japońskie niebo. Miesiąc po miesiącu, tydzień po tygodniu Tokio pilnie ćwiczyło się w gaszeniu pozorowanych pożarów, co nieraz mobilizowało prawie całą ludność cywilną i niemal całkowicie paraliżowało życie miasta. W przewidywaniu nalotów poczyniono latem 1944 r. gigantyczne przecinki - „przerwy ogniowe” między domami we wszystkich częściach miasta, a zwłaszcza w północnej i wschodniej. Na szlakach wyznaczających w linii prostej czworoboki w gąszczu płaskich, przeludnionych dzielnic tysiące domów skazano na wyburzenie. W ciągu tygodnia, a nieraz tylko w dwa-trzy dni mieszkańcy muszą się stąd wynieść wraz z całym nędznym dobytkiem, pościelą i manatkami. Od wielu tygodni wojsko, często wspomagane przez młodzież szkolną i zmobilizowanych studentów, dokonuje brutalnie totalnej dewastacji miasta. Na przestrzeni długich kilometrów żołnierze w mundurach łamią, rąbią siekierami, taranują wszystko i po niespełna trzech godzinach stare drewniane domostwa zmieniają się w zwalisko gruzu, na które z kolei niczym szarańcza rzucają się tonarigumi - stowarzyszenia sąsiedzkie. W ciągu dwóch-trzech dni miejsce zostaje dokładnie oczyszczone, „przerwa ogniowa” między domami świeci szerokim, pustym wyłomem przez całą dzielnicę, zaś każdy taszczy z sobą cząstkę domu swego sąsiada w postaci stosu lub wiązki drewna, które przez najbliższe miesiące dostarczą gospodyniom tak bardzo brakującego opału. Dziś znowu alarm. Trudno określić, czy przeważa uczucie ulgi czy też strach przed olbrzymimi superfortecami B-29, potężniejszymi od wszystkich samolotów, jakie dotychczas zapuszczały się nad Niemcy. Miasto czeka: miliony istnień ludzkich wstrzymuje oddech w ciszy świetlistego jesiennego popołudnia. Nagle powietrzem wstrząsają strzały gdzieś nad horyzontem, niby trzask zamykanych w niebie drzwi. Po chwili następuje spokój: alarm odwołano. Samolotu nie dostrzeżono. Radio informuje, że nad stolicą pojawił się tylko jeden B-29, nie zrzucając bomb. Niewidzialny gość składa miastu wizytę każdego ranka. Objawia się wreszcie pewnego dnia na wysokości 11 tys. m, pozostawiając swój kredowy podpis na tle błękitnego nieba: czysta linia bieli, w krańcowym punkcie zakończona ledwo dostrzegalną srebrną muchą. Następnie nadlatują w dwójkę i trójkę, a niebawem w piątkę lub szóstkę, zawsze na wysokości powyżej 10 tys. m, nie niepokojone przez z rzadka rozlokowaną obronę przeciwlotniczą, której pociski nie przekraczają pułapu 8000 m. Japońskie myśliwce nie zadają sobie nawet trudu, aby je ścigać. Szary tłum nie bardzo wie, co o tym wszystkim sądzić. Słychać tylko pomruki, gdy po owym „rajdzie fotografów” następują gdzieś w północnej części miasta wybuchy pierwszych bomb. Ludzie wydają się natomiast nie dostrzegać, jak przerażająco nieprzydatne są schrony i jak niedostateczne środki do walki z ogniem.

Od 1943 r. nie uczyniono nic dla podreperowania prowizorycznych schronów wykopanych w całym mieście oprócz zaopatrzenia ich w cienkie płaskie dachy, zrobione z kilku kawałków drewna, wydartych ze zburzonych dla potrzeb „przerw ogniowych” domów i w pośpiechu przykrytych ziemią. Członkowie tonarigumi dysponują ledwie kilkoma ręcznymi pompami, którymi można czerpać wodę z cebrzyków lub cystern i strumyczkiem długości palca kierować bez ciśnienia w stronę ognia. Środkiem do zwalczania supernowoczesnych bomb zapalających są maty słomiane moczone w wodzie, piasek rzucany w małych papierowych woreczkach, a przede wszystkim napełniane z regulaminowych cebrzyków domowych wiadra wody, podawane taśmowo z rąk do rąk przez dziewczęta i gospodynie w otoczeniu staruszków i emerytów dzielnicy. Propaganda wmawia naiwnemu tłumowi, że przy zachowaniu porządku i szybkości takie wyposażenie będzie całkowicie wystarczające dla zażegnania nawet najgwałtowniejszego pożaru. Nadal traktuje się alarmy jako okazję do wzięcia ludności w karby i podniesienia jej morale, pomijając zagrożenie materialne. Prasa bezustannie pisze o rządowych planach masowej ewakuacji wszystkich zbędnych cywilów, jednak oprócz wysłania dzieci szkolnych na wieś i w góry nie uczyniono w tej mierze niczego. W każdym miejscu zamieszkania instrukcje rozpowszechniane przez tonarigumi zalecają, aby nikt nie oddalał się w razie nalotu i zważał, aby znaleźć się tuż w pobliżu wydrążonego otworu-schronu. Tokio będzie w pełni bezpieczne - dowodzi propaganda - jeśli każda rodzina zdoła pozostać na miejscu, by bronić własnego mieszkania. Policja nie przestaje zniechęcać tokijczyków do budowy schronów publicznych, które koncentrując znaczną liczbę mieszkańców w oddalonych miejscach pozostawiały puste mieszkania bez obrońców; ludzie nie zdążyliby przybyć na czas, by ratować swoje domy po bombardowaniu, a japoński dom płonie w ciągu kilku minut. W obliczu pierwszych nalotów rząd nadal wydaje się nie przewidywać tragicznych konsekwencji bombardowań. A może - jeśli nawet brał je w rachubę - jego polityka polegała na pozostawieniu w miastach licznej ludności, i to bez zapewnienia jej ochrony, aby natychmiastowa akcja z udziałem dużej liczby obrońców pozwoliła opanować pożary, jeśli nawet miałoby to kosztować życie znacznej liczby ofiar. W ostatniej dekadzie listopada 1944 r. mają już miejsce pierwsze poważne naloty. Czterdziestka superfortec nadlatujących kolejno niby rój wielkich srebrzystych much pod olśniewającym niebem japońskiej jesieni zrzuca regularnie w porze obiadowej bomby eksplodujące lub zapalające. Niejeden raz w momencie alarmu znajduję się w mieście. Niezmiennie falujący tłum - setki ludzi równie jak ja zaskoczonych daleko od domu lub miejsca pracy - zastaje większość otworów-schronów zajętych przez rodziny z sąsiedztwa i nie pozostaje mu nic innego, jak schronić się... stając lub kucając wzdłuż drewnianych ścian domów bądź w ciasnych przejściach pomiędzy nimi. Gdyby spadła tu bomba... Cudzoziemcy otrzymali zresztą od policji radę, aby nie kręcić się niepotrzebne podczas nalotów, bowiem władze miały powody do obaw - co pewien policjant potwierdził w rozmowie z jednym z członków kolonii francuskiej - że w razie zmasowanych nalotów może dojść do samosądu wobec białych. W nocy z 29 na 30 listopada - alarmu pierwszy atak nocny. Miliony przerażonych ludzi po raz pierwszy wyskakuje spod watowanych kołder rozłożonych na matach - co odtąd stanie się zmorą każdej nocy, dręczącą niebawem tokijczyków kilkakrotnie, nim świt ją przegoni - iw strugach lodowatego deszczu pędzi do prymitywnych błotnistych otworów-schronów, pełnych wody sięgającej do kostek. Dookoła, ściśnięte jak stosy suchych desek w składzie materiałów budowlanych, drewniane domy... Samoloty lecą nawałą bardzo nisko, widocznie dla ochrony przed nocnymi myśliwcami japońskimi. Ziemia cała

drży od wstrząsów: wybuchają wiązki bomb. Nagle daje się słyszeć rytmiczne brzęczenie, napełniające noc niskim, potężnym tętnieniem i powodujące wibrację całego mego domu: to niezapomniany dźwięk B-29, które przelatują niewidzialne gdzieś w, zakątku nieba, ścigane przez poszczekiwanie obrony przeciwlotniczej. Radio podaje informacje, że połowa zrzucanych bomb to bomby zapalające. Włażę na płaski dach mego domu, na którym nadchodzącej zimy dane mi będzie spędzić jeszcze wiele nocy: aby unieszkodliwić spadającą na dom bombę, trzeba ją widzieć przez krótką chwilę jej lotu i zdążyć zwalczyć płomień, nim przekształci się on w gejzer ognia. Na niebie eskadry B-29 w świetle reflektorów spokojnie kontynuują swe zadanie, ścigane czerwonymi wybuchami pocisków obrony przeciwlotniczej, nie będących w stanie dosięgnąć ich na wysokości 10 tys. m. Na horyzoncie spoza pobliskiego pagórka wyłania się różowa łuna i rozszerzając się, ubarwia na czerwono całe niebo. W różnych punktach horyzontu płoną niczym mgławice kolejne łuny: spektakl, który niebawem stanie się codziennością. Dawne Tokio, które zwano Edo, ogarniał strach, gdy przez przypadek wybuchał - a zdarzało się to często - pożar; eufemistycznie nadawano pożarom miano „kwiatów Edo”. Tej nocy Tokio zakwitło... Następnego dnia, przejeżdżając tramwajem przez dotknięte bombardowaniem dzielnice miasta, oceniam wyrządzone szkody. Oto pierwsza próbka złowrogiej plamy, która będzie odtąd zżerać Tokio jak trąd: cała dzielnica zniknęła bez śladu! Ściślej: bez żadnych innych śladów prócz zarośli ze spieczonej blachy, sczerniałego i przerdzewiałego żelastwa i wielkich kawałków pogruchotanej szarej dachówki. Pomiędzy spalonymi kwartałami, które jeszcze wczoraj były domami, z trudem można rozpoznać dawne uliczki i ślepe zaułki. W pobliżu życie kłębi się w najlepsze w drewnianych domkach, które niezadługo same staną się łupem nalotów. Pogorzelcy dzielą już mieszkanie sąsiadów, lokując się wraz z tobołkami, jakie udało im się uratować. Kołdry, z których wyziera wata, ubrudzona błotem i popiołem, sprawiają wrażenie brudnych opatrunków, z jakimż wszakże pietyzmem - jak do najcenniejszych przedmiotów - odnoszą się do nich ocaleni! Wszystko wskazuje, że ludność zachowuje pod bombami zimną krew. Jej stosunek do cudzoziemców - choć od dawna wrogi pozostaje jednak poprawny: można było wszak obawiać się gwałtownej reakcji wobec zaskoczenia brutalnym nalotem. Na szczęście dla nas bombardowania nasilają się stopniowo i stopniowo też przyzwyczajają ludzi do niebezpieczeństwa. W pierwszych dniach grudnia rozpoczyna się masowy odpływ ludności z miasta. Tokio zelektryzowała pogłoska, że 8 grudnia, w rocznicę Pearl Harbour, nastąpi ogromny nalot. Tysiące mieszkańców w pośpiechu opuszcza miasto, oblegając dworce i szturmując pociągi. 7 grudnia 1944 r. Tokio przeżywa cztery alarmy, lecz bomby spadają bardziej na południe - na miasto Sidzuoka. Ta dawna stolica zielonej herbaty, którą w 1939 r. całkowicie zniszczył wielki pożar i która dopiero co została odbudowana, przeżywa 24-godzinną gehennę: o godz. 13.00 wstrząsa nią silne trzęsienie ziemi, w dwie godziny później spadają nań z superfortec bomby zapalające, o północy zaś następuje nowy wstrząs sejsmiczny. W samym Tokio 7 i 8 grudnia mijają w spokoju. W październiku 1944 r. akurat przed falą nalotów zmieniłem mieszkanie, opuszczając japoński domek na wzgórzu parlamentu, zbyt niebezpieczny w razie pożaru i zbyt eksponowany na skutek sąsiedztwa ministerstw. Mieszkam obecnie w domu w stylu europejskim, zbudowanym z solidnego kamienia, otoczonym ogrodami i wyposażonym w rzecz niezmiernie w Tokio rzadką: piwnicę. Kryzys mieszkaniowy nie pozwolił mi jednak na wybór dzielnicy. Ta, w której zamieszkałem, jest bardzo niebezpieczna - a może tylko tak mi się wydaje - tuż obok, u stóp „mojego” wzgórza, zaczyna się dzielnica wielkich fabryk, rozciągnięta na przestrzeni 15 km wzdłuż brzegu Zatoki Tokijskiej aż do

Jokohamy. 12 grudnia pobliskie, położone niżej dzielnice otrzymują w nocy swoją porcję bomb, z których kilka pada w odległości mniej więcej 200 m od mego mieszkania. Stanowczo źle wybrałem... Jednak następne naloty skorygują pierwsze złe wrażenie. Stopniowo „goście” ustalają sobie dokładnie trasę na tokijskim niebie. Część miasta, w której mieszkam, z rzadka tylko nawiedzają amerykańskie superfortece. Widocznie plan bombardowań zawierał szczęśliwy pomysł ataku najpierw na północną część stolicy, zaś mój dom znajduje się na południu... Zima 1944/45 roku należy do najpiękniejszych, ale zarazem jest najmroźniejszą od dwudziestu lat zimą w Tokio. Przez 45 dni termometr wskazuje temperaturę poniżej zera, a na ogrzewanie nie ma co liczyć. Skostniałe z zimna miasto żyje tylko nalotami. Tak w dzień, jak i w nocy nie mogę się powstrzymać od swego rodzaju entuzjazmu. Wojna przestała wreszcie być ślepym i bezsilnym oczekiwaniem; znaleźć się na zewnątrz w schronie - to już wyzwolenie! Jakże tu odczuwać lęk przed lejącym się z nieba ogniem, skoro to niebo jest opanowane nie przez wroga, lecz przez tak długo oczekiwanych Amerykanów? W nalotach przeprowadzanych w biały dzień nasi groźni wyzwoliciele mają w sobie tyle piękna, że mam ochotę krzyczeć z radości. W rozedrgane mroźnym słońcem południe, lecąc dość nisko w drodze powrotnej do bazy - wówczas pikują najkrótszym torem i przelatują nad moją głową - wydają się pod błękitnym niebem półprzezroczystości i lekcy jak fantastyczne szklane ważki. W każdej z tych maszyn walczy o nasze wyzwolenie dwunastu wolnych ludzi. Musieli przebyć 1500 mil nad wodami oceanu - ponad 2800 km, mniej więcej tyle, ile wynosi odległość i Paryża do wybrzeży Egiptu. Tę samą odległość muszą pokonać w powrotnej drodze. W latach 1944-1945 ta odległość wydaje się ogromna. Stopniowo coraz sprawniejsza staje się obrona przeciwlotnicza, tak ospała przy pierwszych nalotach, a nad Tokio widać więcej japońskich myśliwców. Dniem można obserwować bitwy powietrzne, podczas których ledwo widoczne muszki wirują wokół olbrzymich B-29, czasem zbliżając się do nich z godną podziwu odwagą. Konkurując z kamikadze, piloci myśliwców rzucają się - jak podają gazety w pełnym locie na amerykańskie superfortece, które rozlatują się przy zderzeniu. Nie dawałem wiary tym opisom aż do momentu, gdy na własne oczy ujrzałem taki niewiarygodny wyczyn nieomal nad własną głową: samotny, spóźniony B-29 został zaatakowany przez rój pikujących myśliwców. Nagle słychać wybuch: japoński myśliwiec przebił lewe skrzydło kolosa, nadlatując z przeciwnej strony. Atakujący, związany ze swą ofiarą opadającą zygzakami wstęgą białego dymu, rozbija się nad miastem, zaś płonący stalowy ptak, rozpaczliwie podrygując, traci na wysokości, póki nie runie do Zatoki Tokijskiej. Tak nadchodzi rok 1945. Amerykanie są zajęci ofensywą na Filipiny, toteż styczeń upływa dość spokojnie, wyjąwszy straszliwy w skutkach nalot przy bardzo pochmurnej pogodzie i niskim pułapie chmur - czego ludność boi się najbardziej, gdyż radary obrosły groźną legendą: nowy wynalazek, pozwalający atakującemu widzieć poprzez chmury lub w ciemnościach. Nalot następuje w pewną sobotę o godz. 13.00. Rozregulowana syrena zaczęła wyć, a cały tłum śródmiejski, sądząc, że jest to sygnał odwołujący alarm, wychodzi z ulicznych otworów-schronów właśnie w chwili, gdy 15 superfortec, lecących w szyku bojowym, zrzuca na Ginzę i Nihombasi cały swój ładunek bomb eksplodujących. Tym razem liczba ofiar sięga kilku tysięcy: najwięcej w Owari-cio - sercu Tokio, gdzie bomba trafiła w stację metra, pełną szukających tu schronienia ludzi, a także tuż obok redakcji dziennika „Asahi”, gdzie odłamki bomb i podmuch wybuchu powodują masakrę setek osób , zgromadzonych pod łukiem mostu kolejowego. Przyjeżdżam w oba te miejsca w dwa dni później, kiedy usunięto kordon policyjny: jedno potworne rumowisko. Barwna i hałaśliwa Ginza, centrum

stolicy, raj restauracji i barów, dzielnica teatrów i gejsz, z alejami wysadzanymi wierzbami i tysiącem sklepów, w których sprzedawano ongiś jedwab, szylkret i perły, leży cała w gruzach i popiołach. Ogromny tłum, napływający ze wszystkich stron miasta, z osłupieniem przypatruje się rozmiarom zniszczeń. Od owego nalotu mieszkańcy Tokio mają świadomość, że wojna jest przegrana... Coraz obecnie wzmagają się alarmy i dniem, i nocą. Najsilniejsze naloty powtarzają się w odstępie od tygodnia do dwóch. Wyjątkowo skutecznie, kontrastując z ogólnym bałaganem, funkcjonuje , system alarmowy. Na długo przed sygnałem syren radio uprzedza ludność o groźbie nalotu - głosem to spokojnym, to znów, jeśli niebezpieczeństwo jest bliskie, ponaglającym, informując, że nieprzyjacielskie eskadry zostały dostrzeżone nad „morzem od południa” i wzięły kurs ku Japonii. Nalot jest obserwowany i komentowany przez spikera, który powiadamia o zbliżaniu się i odpływie fal bombowców nad poszczególne sektory. Osłaniająca Tokio w kierunku Marianów grupa wysp okazuje się niezwykle ważna dla wysuniętej obrony stolicy i alarm z reguły ogłasza się przeszło pół godziny wcześniej. Natomiast Japończycy oskarżają o zdradę Fudzijamę, bowiem biały szczyt wulkanu, zawsze widoczny ponad chmurami, służy Amerykanom za przewodnika i punkt zbiorczy dla eskadr kierujących się ku pobliskim miastom. Połowa lutego 1945 r. przynosi nowe niebezpieczeństwo: amerykańska Task Force po raz pierwszy zuchwale pojawia się u wybrzeży Japonii. W najsłoneczniejszy dzień owej promiennej zimy co najmniej 2000 nieprzyjacielskich samolotów startujących z lotniskowców zrzuca bomby głównie na lotniska i wielkie zakłady przemysłowe pomiędzy Tokio a Jokohamą. Następnego dnia w liczbie 1800 jak podaje rozgłośnia tokijska - ponownie podejmują dzieło zniszczenia. Atakują również Tokio, przelatując nisko nad dachami i ostrzeliwując ulice. Na przeszło 48 godzin zamiera życie w stolicy. W ostatnią niedzielę lutego następuje powtarzający się corocznie śnieżny cud. Brudne domy, czarne ulice - wszystko budzi się przed świtem zmienione czarodziejską różdżką w czysty świat bieli. Wszystko, co było w tym mieście nędzy zagubionym pięknem, uwypukla się teraz w scenerii wschodniej feerii: pagody z oryginalnymi narożnikami, zygzakowate sosny, dachy świątyń o podniesionych brzegach - na chwilę znów objawia się w całym swym uroku tradycyjna, starodawna Japonia w okryciu z gronostajów. Niestety, wojna niszczy czar. Z dziesięć latających superfortec dokonuje nalotu na stolicę, zaś trwożne ostrzeżenia radiowe zapowiadają nadejście posiłków Task Force, które pojawiły się na szerokości Tokio, wykorzystując opady śniegu. Superfortece i bombowce z lotniskowców mieszają ze śniegiem deszcz bomb eksplodujących i zapalających. Płoną całe dzielnice, a ponieważ wiatr powoduje opadanie w dół dymu, iskier i zwęglonych szczątków, dzień kończy nowy fenomen: niezrównany cud czarnego śniegu. Stolica jest przez dwa dni całkowicie sparaliżowana pożarami i spustoszeniami spowodowanymi przez bomby i grubą warstwę nie topniejącego śniegu. Nie kursują unieruchomione tramwaje, kursy pociągów zostały prawie wszędzie wstrzymane i ogromne tłumy utknęły w różnych punktach miasta. Wśród zniszczonych dzielnic znajduje się Kanda - dzielnica uniwersytetów. Plama dywanowego bombardowania schodzi stopniowo ku centrum, naruszając obrzeża Adzabu, zamieszkiwanej przez większość cudzoziemców. Wielu Francuzów potraciło już domy, zaś szczególnie została dotknięta kolonia szwedzka. Ledwo życie zaczyna się odradzać, gdy nad miastem ponownie wyznaczają sobie spotkanie śnieg i bomby, zaledwie w tydzień po poprzednim nalocie - i znowu w niedzielę. Atak przypomina swą scenerią zły sen - przy nadzwyczaj gęsto padającym śniegu obecność nieprzyjacielskich samolotów

wydaje się wręcz niewiarygodna. Samoloty lecą bez wątpienia ponad chmurami i kierują się radarem. Niestrudzenie padające w absolutnym spokoju popołudnia płatki śniegu tłumią białym puchem warkot B-29 i przyciszają ogłuszający huk bomb. Nagle powolnie padający śnieg rozświetla tajemnicza łuna wielkiego, choć niewidzialnego pożaru - i to w pobliżu mojej dzielnicy. Półcień, w którym pogrążyło się miasto, zabarwia się z wolna świetlistym, cudownie różowozłotym pulsującym blaskiem o zmiennym - to większym, to znów mniejszym - natężeniu. Wreszcie w absolutnej ciszy, która powraca nad wieczorem, wszystko stapia się w ostatnią malinową zorzę, która szamoce się i stopniowo zamiera, powlekając wciąż lecące śnieżne płatki welonem niebieskawego zmierzchu. Mijają cztery dni. Kalendarz wskazuje 9 marca 1945 r. - datę, którą Tokio zapamięta na zawsze, tak jak pamięta 1 września 1923 r., zapisany wielkim trzęsieniem ziemi. Wiosna wtargnęła do stolicy znienacka, jak to bywa w Japonii ze zmianą pór roku. Ale w tym okresie nieprzyjacielskich nalotów piękna pogoda nie sprawia radości -- przeciwnie, budzi niepokój. Jeszcze bardziej niepokoi wzmagający się od rana wiatr, przechodzący popołudniem w porywy. Wraz z zapadnięciem mroku przyniósł on zwały chmur i nabrał gwałtowności wiosennego tajfunu. Ten huragan niebawem posłuży za tło przerażającego dramatu. Całym miastem zawładnęła jedna trwożna myśl: to byłoby straszne, gdyby „oni” przylecieli przy takim wietrze... A „oni” doskonale wiedzą, jaka pogoda panuje w Tokio, gdyż jeden B-29 dokonał dniem rekonesansu nad miastem przelatując na wysokości 11 tys. m. I oto o godzinie 23.00 nadchodzą: wyją syreny, a radio uprzedza, że zbliżają się wielkie formacje. Przed północą są już na miejscu i od razu zabierają się do „wysiewania” nieba. Wszędzie w ciemnościach zapalają się błyskawice; na tle nocy iskrzą się wysoko choinki ognia, które następnie płonącymi zygzakami z przejmującym gwizdem padają na miasto. W kwadrans zaledwie po rozpoczęciu ataku w gęstwie drewnianego miasta rozpoczyna swe żniwo pożar, rozprzestrzeniany przez huraganowy wiatr. Jeszcze raz los - czy może raczej metodyczny plan dowództwa amerykańskiego - sprawia, że moje mieszkanie nie znajduje się w bezpośredniej strefie ataku. Ogromna łuna pojawia się nad dzielnicami bliższymi śródmieścia, które zaczęły dosięgać dywanowe bombardowania kolejnych nalotów. Krwawa łuna wypiera noc i na niebie ukazują się tu i ówdzie fortece B-29. Po raz pierwszy latają one na niskiej lub średniej wysokości bezwzględnej (nad poziomem morza) i na zróżnicowanych pułapach. W krętych słupach dymu unoszących się nad miastem widać ich długie, ostre niby brzytwa metalowe skrzydła, przebłyskujące z nagła odblaskiem piekielnego żaru. Odpływają czarnymi sylwetami na tle rozpłomienionego nieba, by pojawić się nieco dalej, złocąc się na ciemnym nieboskłonie, lub błękitnym meteorem w promieniach to rozbłyskujących, to gasnących reflektorów przepaść za horyzontem. Podczas takiego nalotu nie wypada siedzieć pod ziemią. Nie chcąc wiedzieć, co się dzieje dookoła, można zostać znienacka upieczonym. Wszyscy Japończycy z pobliskich ogrodów wychodzą na zewnątrz lub stają u wylotu otworów-schronów. Co chwila słychać - rzecz możliwa chyba tylko w Japonii - okrzyki podziwu dla tego imponującego i nieomal teatralnego w swym tragizmie spektaklu. Bombardowanie przesuwa się nieco dalej, bomby padają po drugiej stronie wzgórza, poza polem mego widzenia. Silny wiatr zaczyna roznosić zwęglone szczątki: żarzące się iskry, kawałki płonącego drewna i papieru - niezadługo wszystko to przekształca się w istny deszcz ognia. Trzeba bezustannie zaglądać we wszystkie kąty, na taras, do ogrodu, obchodzić dom dookoła, aby zapobiec niebezpieczeństwu i ugasić każde zarzewie ognia. Na niebie wybuchają w oddali znicze pochodni i falując opadają na powrót na miasto. Czasem bomby przypominają - efekt palącego się płynu -

ogniste warkocze. Tu i ówdzie nagłymi błyskami przebiegającymi niebo ścigają się czerwone korony strzałów obrony przeciwlotniczej, jednak jest ona mało skuteczna i wielkie B-29, latając bez ustalonego porządku, wydają się zachowywać całkowitą swobodę działania. Od czasu do czasu niebo staje się puste. Odlecieli... Po chwili nowe formacje - zapowiadane zawczasu chrapliwym, lecz pewnym siebie głosem spikera radiowego - obejmują w posiadanie noc i przerażające widowisko zaczyna się od nowa. W pewnym momencie płomienie tryskają w niedalekiej odległości - tu, gdzie kończy się moja dzielnica. Widać, jak skręcają się pod wpływem wiatru na wysokości czarnego zarysu dachów; poniżej kłębią się w zawiei ciemne szczątki. Pożar się przybliża, dotarł już - jak wieść niesie do sąsiedniego przedmieścia Sarumaci, co oznacza „Małpią Wieś”. Ludzie biegiem wpadają na sąsiednią ulicę; słychać trzask wielkich palenisk - pewno walą się domy. Żywiołowi ognia zagradza wreszcie drogę szeroki bulwar, a bliżej mnie park i ogrody. Małpia Wieś jest częściowo spalona, lecz raz jeszcze pożar oszczędził stok mego pagórka. I tak wciąż trwa pościg za iskrami, aż noc stopniowo ustępuje miejsca czarnoróżowemu świtowi, przecinanemu wzbijającymi się ku niebu ukośnymi smugami dymu. W tej przerażającej scenografii największy dramat rozegrał się dalej - na północnym wschodzie i wschodzie stolicy. Mogę tylko opierać się na relacjach zebranych w następnych dniach, a także później. Celem ataku była rozległa równina tokijska - strefa ludowego, robotniczego i fabrycznego Tokio. Mieszczą się tu nie tylko wielkie zakłady przemysłowe i mieszkania zatrudnionych w nich robotników, ale i niezliczone warsztaty, w których rzemieślnicy pracują wraz z rodzinami - często chałupniczo - na rzecz obrony narodowej. Teren ten bywa nazywany „stroną równinną” (w odróżnieniu od „strony górskiej”, gdzie dzielnice mieszkalne są przedzielone pagórkami od zachodu i południa). Charakteryzują go ściśnięte jak w dżungli przedmieścia i zbite gęsto na małej przestrzeni przeludnione dzielnice, zlepione w jedną masę w kratkach wąskich uliczek. Oprócz kilku przecinających je na wprost alei i sieci zgniłych kanałów jedynie rzeka Sumida toruje sobie szeroką drogę przez tę aglomerację tysięcy drewnianych domków. Na lewym brzegu leży Fukagawa z dokami portowymi w Zatoce Tokijskiej oraz dzielnice fabryczne Hondzio i Mukodzima. Na prawym brzegu rozciąga się Asaksa, Sitaja i przedmieścia Kandy i Nihombasi - kwartały miasta skazane na całopalenie. Około północy pierwsze superfortece B-29, zrzucając setkami wiązki bomb zapalających w kształcie cylindrów, którym język ludowy nie wiadomo dlaczego nadał nazwę „koszów kwiatów od Mołotowa”, zakreślają czterema-pięcioma skupiskami gigantycznych pożarów obwód strefy przeznaczonej na zniszczenie. Następne, lecąc niżej i krążąc wokoło bądź krzyżując swe trasy, pozostawiają za sobą wielkie pierścienie ognia. Niebawem napływają kolejne fale samolotów, rozsiewając bomby zapalające wewnątrz płonących kół. Zaczyna się piekło. Mieszkańcy bohatersko pozostają na miejscu mimo wybuchających wokół bomb, wierni rozkazom, które zobowiązują każdą rodzinę do obrony własnego domu. Jak jednak opanować pożar przy szalejącym wietrze, kiedy na jeden dom spada co najmniej dziesięć bomb? Każda z nich waży wprawdzie 3 kg, lecz sypią się niby grad tysiącami. Metalowe cylindry rozpylają w pełnym locie ciecz zapalającą, która obryzguje dachy płonącą zawiesiną i rozsiewa wszędzie potoki tańczących płomieni. Jest to pierwsze zastosowanie smutnej sławy napalmu. Mizerne wysiłki obronne tysięcy strażakówamatorów, skąpe strumienie wody z ręcznych pomp, próby tłumienia ognia zmoczonymi matami i piaskiem, gdy udaje się podejść bliżej potwornego żaru, okazują się bezskuteczne. Dachy często rozlatują się od samego uderzenia bomby i po kilku minutach kruchy domek z drewna i słomy płonie, rozjaśniony od wewnątrz jak papierowa latarnia. Powiewy huraganowego wiatru roznoszą wokół płonące deski, które ranią ludzi i podpalają uratowany dobytek. Z odległych domów ogień przenosi

się nagle całkiem blisko, posuwając się naprzód z szybkością leśnego pożaru. Krzyczące wniebogłosy rodziny decydują się opuścić pogorzelisko; czasem kobiety wraz z dziećmi ruszają wcześniej, wlokąc skrzynie i materace. Za późno: wylot ulicy zamyka obręcz ognia. Wcześniej czy później wszyscy znajdą się w okrążeniu. Pozostająca na miejscu policja i bezsilni strażacy usiłują jeszcze przez chwilę sprawować kontrolę nad uciekającymi w panice tłumami, kierując je ku poczerniałym przesmykom, w których poprzednie pożary czasem pozostawiły wolną drogę. W rzadkich miejscach, gdzie funkcjonują hydranty przeważnie bowiem brakuje wody bądź też nie ma dostatecznego ciśnienia w większości przewodów - strażacy oblewają uciekinierów strumieniami wody, aby umożliwić im przedostanie się przez płonące przejścia bez zapalenia się i oparzenia. Gdzie indziej ludzie moczą odzież w stojących przed każdym domem cebrzykach, nim puszczą się w drogę. Ucieczkę hamują jednak niezliczone przeszkody: na całej przestrzeni ulice są usłane zwalonymi słupami telegraficznymi i drutami tramwajowymi (w Tokio istnieje gęsta sieć linii tramwajowych). W masie gorącego dymu, który praży płuca, uciekinierzy padają z braku powietrza, by spłonąć na miejscu. Wiatr przyciska ku ziemi rozżarzone powietrze i nieszczęśnicy często zaczynają palić się od nóg: płonące owijacze na nogach mężczyzn i nogawki spodni kobiecych szybko przenoszą ogień na resztę odzieży. Strój „przeciwnalotowy”, którego model rząd lansował wśród ludności cywilnej, zawiera gruby watowany kapiszon, przykrywający głowę i ramiona. Jego przeznaczeniem jest ochrona - szczególnie uszu przed podmuchem bomb eksplodujących, tymczasem od trzech miesięcy na Tokio spadają przede wszystkim bomby zapalające. Kapiszony zapalają się w deszczu iskier i wielu ludzi tli się od głowy. Matki, które japońskim zwyczajem niosą dzieci przytroczone sznurkiem na plecach, często zbyt późno spostrzegają, że płonie odzież, w którą otuliły dzieci. Wszyscy tłoczą się wraz z taszczonymi pakunkami na rzadkich wolnych przestrzeniach - na skrzyżowaniach, w ogrodach i parkach, lecz trzymane manatki zapalają się jeszcze szybciej niż odzież i w tłumie pojawia się coraz więcej płonących ognisk. Setki ludzi, rezygnując z ucieczki, kryją się z najcenniejszym mieniem w ręku w otworach w ziemi, które posłużą jedynie za chwilowe schronienie: po pożarze pozostaną tu tysiące zwęglonych zwłok. Całe rodziny giną w otworach-schronach, które wykopali... pod swymi drewnianymi domkami - aż tak brakuje wolnej przestrzeni, by w przeludnionym rojowisku ubogich dzielnic wykopać choćby najmniejszy schron publiczny - płonący dom, waląc się, grzebie ich we własnym schronie. Front pożaru posuwa się z taką szybkością, że w wielu miejscach policji nie starcza czasu na zorganizowanie ewakuacji zagrożonych wysepek - przy założeniu, że istnieje możliwość odwrotu. W podmuchach wiatru pożar odradza się w nieoczekiwanych miejscach, rozsiewany wokół na dużej przestrzeni przez fruwające szczątki. Z całej pozostałej części miasta strażacy usiłują przedostać się do piekła lub zaatakować je na obwodzie, nie mogą jednak zbliżyć się do pożaru od strony zawietrznej: muszą go okrążyć od strony wiatru, gdzie akcja jest nieskuteczna i gdzie pożar zdążył już wszystko zniszczyć. Powtarza się to samo zjawisko, które sterroryzowało Tokio podczas wielkiego pożaru w 1923 r.: na skutek wiatru i gwałtownego rozprzestrzeniania się ognia w wielu miejscach powstają ogromne płonące tumany, które wirując wokół, wchłaniają całe szeregi domów. Wszędzie, gdzie przebiegają kanały, oszalały tłum rzuca się do wody. Tam, gdzie nie jest zbyt głęboko, ludzie zanurzają się w brudnym szlamie z ustami nad powierzchnią wody; znalezione później setkami ich trupy wskazują, że zmarli nie na skutek utonięcia, lecz uduszenia przez piekący dym i gorące od żaru powietrze. W innych miejscach temperatura wody szybko podnosi się w górę i staje się nie do

zniesienia: nieszczęśnicy gotują się żywcem. Niektóre kanały są połączone z Sumidą: podczas przypływu ci, którzy się w nich schronili, tracą grunt pod nogami i toną. W Asaksie i w Hondzio tłumy chronią się pod metalowymi mostami, które gwałtownie się nagrzewają. Wczepione w piekące przęsła mostu kłębowisko ludzkich rąk nie wytrzymuje wysokiej temperatury i gromady istot wpadają w nurt Sumidy, która unosi ich ciała. Po obu brzegach rzeki tysiące uchodźców zapełnia parki i ogrody. Panika wpędza stłoczony tłum na wąski pas terenu z siłą, której niepodobna się oprzeć, spychając stopniowo ludzi ku rzece, i kolejne szeregi rodu ludzkiego spadają z wyciem w dół, pochłaniane przez wodną głębinę. Szerokie ujście Sumidy zapełniają tysiące zwłok. W Asaksie tłum chroni się wokół starej świątyni buddyjskiej, jednej z najpiękniejszych w Tokio. Jest to sanktuarium bogini litości Kwannon, przyciągające w czasach pokoju 50-60 tys. zwiedzających dziennie. Schronienie uchodzi za pewne, bowiem świątynia pochodząca z XVII wieku przetrwała wszystkie wielkie pożary Tokio, łącznie z trzęsieniem ziemi w 1923 r., dzięki temu, że bonzowie wpuszczali do okolicznego parku rzesze uchodźców, ale bez pakunków. Lud przypisuje ocalenie świątyni opiece bogini. Niestety! Tym razem Kwannon nie uratowała swego ludu. Podpalony przez fruwające głownie czy może bomby, płonie ogromny drewniany szkielet świątyni i zapada się olbrzymi dach z szarych dachówek. Żywioł zwęgla prastare drzewa parku gingko. W żarze ognia znajdują śmierć szukające schronienia tłumy. Wszędzie, gdziekolwiek w drewnianej masie miasta znajdują się rzadkie oazy zieleni, powtarzają się te same upiorne sceny: setkami giną uciekinierzy w drogim sercu japońskich poetów ogrodzie Stu Kamieni i w parku Kijodzumi w Fukagawie. W wewnętrznych podwórzach świątyni Kameido, słynących z pięknych glicynii, ludzi osacza krąg płonących budynków, które - jak i pobliskie niewielkie domki - stają się grobem dziewcząt z sąsiedniej dzielnicy zakazanych uciech. W słynnej Josiwarze niedaleko Asaksy powtarza się dramat, który stał się nieomal klasyczny w wielkich pożarach w dziejach Tokio. Nim naloty przybrały gwałtowny charakter, właściciele „domów rozkoszy” w pośpiechu zamknęli wysokie metalowe bramy, oddzielające tę dzielnicę, aby kosztowne stadko dziewcząt nie zdołało uciec. Tego przedwiosennego wieczoru „domy” robiły duże obroty. Wielu klientów nie doceniło na czas niebezpieczeństwa: gdy chcieli się ratować, było już za późno. Dziewczęta w większości giną w płomieniach wraz ze swymi ostatnimi w życiu amantami. W Nihombasi policja kieruje uciekinierów do wysokiego nowoczesnego i silnie zbudowanego gmachu Meidzidza - teatru Meidziego. Wiatr nawiewa duszący dym pobliskiego pożaru: uciekinierzy, krztusząc się, opuszczają wielkie żelazne kurtyny teatralne, poruszane za pomocą prądu elektrycznego. Gdy pożar ogarnia sąsiednią dzielnicę, piekące powietrze wdziera się aż do wnętrza budynku. Wszyscy przebywający w nim ludzie umierają żywcem upieczeni, ponieważ kurtyny zablokowały się i nie podniosły. Po cóż jednak ciągnąć opis wszystkich tych okropności?... o 5.00 nad ranem alarm został odwołany. Syreny z oszczędzonej przez bomby połowy miasta sygnalizują koniec nalotu. Pozostała część stolicy będzie jeszcze płonąć przez ponad pół doby. Później rozmawiałem z człowiekiem, który przejechał rowerem przez miejsca kaźni 11 marca. Najpotworniejsza - opowiadał - była konieczność schodzenia za każdym krokiem z roweru, by przebrnąć przez leżące w poprzek ulic stosy trupów. Wiał jeszcze lekki wietrzyk, a ponieważ niektóre zwęglone ciała były już całkiem spopielone, widać było, jak rozkruszały się w pył pod wpływem wiatru, rozpraszane po okolicy. W wielu miejscach zwały spalonych trupów zagradzały przejście.

Po pewnym czasie zapoznałem się z pierwszą oficjalną liczbą ofiar nalotu - uznaną za poufną, którą jednak publiczna pogłoska rozpowszechniła po całej Japonii - 120 tys. osób. Po wojnie dowiedziałem się, że w oficjalnych dokumentach japońskich, zdobytych przez dowództwo amerykańskie (były to tajne dokumenty opracowane dla rządu japońskiego) oceniano liczbę ofiar na 197 tys. zabitych i zaginionych. Tak ogromne rozmiary zagłady, porównywalnej tylko ze skutkami wybuchu bomby atomowej, zostały bez wątpienia spowodowane owym potwornym wiatrem w nocy z 9 na 10 marca23. Tokio padnie ofiarą jeszcze gwałtowniejszych nalotów, tak pod względem liczby uczestniczących w nich bombowców, jak i zrzuconych bomb, które dokończą dzieła zrównywania miasta z ziemią. Liczba ofiar późniejszych nalotów prawdopodobnie nie przekroczyła jednak nigdy 20 tys. osób. Według opublikowanych przez Amerykanów informacji w nalocie 9 marca wzięło udział ponad 300 latających superfortec; z nich nie powróciły do bazy jedynie dwie. Każdy z samolotów B-29 miał na swym pokładzie 7-8 ton (więcej niż kiedykolwiek) bomb nowego typu, zawierających mieszankę zamrożonej cieczy zapalającej i benzyny. W ciągu tej jednej nocy między północą a godziną 3.00 spadło na Tokio 700 tys. bomb, których ogólny ciężar był 10-krotnie większy od ciężaru bomb zrzuconych przez Luftwaffe podczas „wielkiego pożaru Londynu” we wrześniu 1940 r., zaś zrównany z ziemią 9 marca 1945 r. obszar stolicy Japonii przewyższał 15-krotnie zniszczony obszar stolicy Wielkiej Brytanii. Wszystko to miało miejsce na pięć miesięcy przed bombą atomową...

15. W obliczu amerykańskiej inwazji
W pierwszych dniach listopada 1944 r., gdy Amerykanie, uwikłani w trudną sytuację militarną, wciąż drepczą w miejscu na wschodnim wybrzeżu Leyte, cesarska Wielka Kwatera Główna dostarcza nowej sensacji: generał Jamasita objął dowództwo na Filipinach. W chwili niebezpieczeństwa premier Koiso przypomniał sobie o bohaterze spod Singapuru i najlepszy generał armii japońskiej powraca z zesłania znad granicy syberyjskiej, dokąd posłał go Todzio. W ogłoszonym przez całą prasę oświadczeniu „malezyjski tygrys” przechwala się przed korespondentami japońskimi w Manili swoim optymizmem: „Filipiny - dowodzi - stanowią rozległy teren operacyjny: dostatecznie duży, by zostawić naszym siłom swobodę manewru. Pokażę wam, co można zrobić, gdy siły te zostaną maksymalnie wykorzystane”. I Jamasita dodaje: „Gdy doszło do pertraktacji z sir Arthurem Percivalem w sprawie kapitulacji Singapuru, ograniczyłem się do jednego pytania: tak czy nie? Mam zamiar podobnie potraktować generała Mac Arthura”. Aby zrozumieć, że łatwiej powiedzieć, niż wykonać, Jamasicie wystarczyło niespełna dwa tygodnie. Udaje mu się wprawdzie wysłać posiłki na Leyte, lecz w tym momencie amerykańska flota powietrzna zdobywa już coraz wyraźniej kontrolę nad tym rejonem. Wyczyny kamikadze wyrządzają
23

Trzesienie ziemi w Tokio w 1923 r., które wywołało w całym świecie odruch współczucia i pomocy, spowodowało 59 065 ofiar – przyp. tłum.

Amerykanom duże straty, lecz od październikowej klęski floty japońskiej okoliczne wody stają się wyłącznym terenem działania okrętów amerykańskich. W pierwszej połowie grudnia znaczne posiłki amerykańskie lądują na zachodnim brzegu Leyte na tyłach obrony japońskiej - i sytuacja definitywnie odwraca się na korzyść Mac Arthura. Niebawem cała wyspa znajduje się w rękach Amerykanów i wkrótce staje się bazą ofensywy na węzłowe punkty Filipin - Luzon, największą wyspę archipelagu, i stolicę Manilę. Tokijskie Biuro Informacyjne nadal sączy w naród japoński swój fałszywy optymizm i zachętę do walki do ostatka. Niespodziewany kontratak Wehrmachtu w Bastogne, w kierunku Liége i Antwerpii, przynosi szansę jakże pożądanego dla japońskiej propagandy odwrócenia uwagi społeczeństwa. 31 grudnia 1944 r. rzecznik Biura Informacyjnego, Iguci Sadao, obwieszcza: „Wysiłek militarny Osi stworzył podwaliny zwycięstwa. Zmiażdżymy wroga i przyniesiemy światu erę pokoju, dobrobytu i szczęścia”. Nawiązując zaś do sytuacji na Pacyfiku, rozwija argument, codziennie chórem powtarzany przez prasę: „Przenosząc wojnę aż do wewnętrznych linii obrony japońskiej, wróg sam założył sobie pętlę na szyję, która go udusi”. Cała ta retoryka nie wywiera jednak wrażenia na ludności:, bardziej od słów rzeczników są wymowne bombowce B-29. Każdy wie, że oświadczenia rządowe rozwiewają się po kilku dniach pod naporem faktów. A faktów tych nie brak. 9 stycznia 1945 r. przynosi wydarzenie, którego wszyscy się obawiali Amerykanie lądują na Luzonie. Desant ma miejsce w zatoce Lingayen, niecałe 200 km na północny zachód od Manili. W oficjalnych komunikatach ani wzmianki o słynnych operacjach obiecywanych przez Jamasita... Przeciwnie, od połowy stycznia skąpe i nieprecyzyjne teksty komunikatów nie pozostawiają wątpliwości, że „rozległy obszar”, na którym „tygrys” zamierzał rozwinąć działania zaczepne, sprzyja parciu amerykańskich jednostek pancernych, które prawie nie napotykają zorganizowanego oporu. „Błyskawiczna wojna” Mac Arthura spada piorunem na równiny Luzonu i 3 lutego, w niecały miesiąc po lądowaniu, Amerykanie wdzierają się do północnych przedmieść Manili. Miast się wycofać, aby oszczędzić miastu straszliwych zniszczeń, Japończycy decydują się na rozpaczliwą walkę w centralnych dzielnicach. Dla ukrycia okrucieństw, jakich dopuszczają się będące w krytycznym położeniu wojska japońskie, prasa japońska obarcza „amerykańskich barbarzyńców” odpowiedzialnością za zniszczenie Manili. W radiu i w prasie opublikowano komunikat wprawiający czytelnika w osłupienie, w którym oświadcza się, że (cytuję z pamięci, nie mając tekstu pod ręką) „dla ochrony Manili dowództwo japońskie ogłosiło stolicę miastem otwartym. Zgodnie z tym zarządziło ono ewakuację z miasta wszystkich sił japońskich, a także urządzeń wojskowych. Jednakże nielojalni i obojętni na los miasta Amerykanie podstępnie wśliznęli się do północnych przedmieść, co zmusiło nasze oddziały do natychmiastowego przejścia do kontrataku. Postanowiły one bronić miasta do ostatniego tchu”. Manila pada po ośmiu dniach, zaś pobliska ufortyfikowana wyspa Corregidor - po dwóch tygodniach: ostatni obrońcy japońscy wysadzają się w powietrze straszliwą eksplozją w głębi umocnień. W ciągu dwóch miesięcy Amerykanie przysposabiają Zatokę Manilską ponownie do żeglugi, na co w 1942 r. Japończykom potrzeba byłe pół roku. Osaczony wraz ze swymi zdziesiątkowanymi oddziałami na północy Luzonu, „malezyjski tygrys” przepada w górskich ostępach. Społeczeństwo japońskie śledzi przebieg operacji wojennych z wyraźnym zmęczeniem. Żaden Japończyk nie pozwoli sobie jeszcze, by wyrwały mu się mimowolnie zakazane słowa: Nippon maketa - „Japonia pokonana”. Niemniej w kamiennych twarzach wyczuwa

się stałą obecność tej myśli. Bardziej niż wiadomości z Filipin naloty superfortec B-29 pokazują ludności prawdziwą wartość oficjalnych informacji. W tym momencie dochodzi do głosu nowa propaganda, stopniowo wzmagana przez armię propaganda wywodząca się z samych frontów - od kamikadze, oddziałów złożonych z góry na ołtarzu ofiarnym, i sfanatyzowanych załóg lotniczych. Na początku 1945 r. nie chodzi już o receptę na wygranie wojny, ale o to, w jaki sposób należy ją przegrać. Odpowiedź daje najbardziej zaciekły i butny szowinista spod znaku faszystów - pułkownik Hasimoto, szef, młodzieżowych grup Stowarzyszenia Reguły Cesarskiej, ten sam, który w czasach pokoju rozkazał zbombardować statek brytyjski na rzece Jangcy w Chinach. „Nadeszła godzina - głosi w swej proklamacji radiowej - by, podobnie jak żołnierze na froncie, również każdy obywatel na tyłach przeobraził się w żywą bombę. «Sto Milionów» powinno - wszyscy bez wyjątku - jak jeden mąż umrzeć za Cesarza!” To już początek propagandy narodowego samobójstwa... Dnia 19 lutego 1945 r. Amerykanie, nie kończąc jednej operacji, aby rozpocząć następną, lądują na Wyspie Siarczanej (Iwodzima) w archipelagu Bonin (po japońsku: Ogasawara), w połowie odległości pomiędzy Marianami a Tokio. Zadziwiające zjawisko - które zresztą podczas owej wojny powtarzało się wielokrotnie - naród, który pozostał obojętny na upadek Filipin, zaczyna się nagle pasjonować obroną tej wulkanicznej wysepki, złożonej z 8 mil kwadratowych popiołów i skał. Rzecz nie w samym jej położeniu strategicznym (Amerykanie chcą tu utworzyć bazę lotnictwa myśliwskiego, które będzie mogło wspierać samoloty B-29 w rajdach na Tokio): tym, co przede wszystkim przykuwa uwagę społeczeństwa japońskiego i co je fascynuje, jest bohaterska obrona 30-tysięcznego garnizonu, dowodzonego przez generała Kuribajasiego, któremu sami Amerykanie nie szczędzą uznania. Obrońcy posługują się podstępem: pozwalają na desant żołnierzy amerykańskich wraz ze sprzętem na plaży, po czym piekielnym ogniem przygważdżają nieprzyjaciela do piachu. Używają głównie moździerzy, z których największe - po raz pierwszy stosowane w wojnie na Pacyfiku - mają kaliber 320. Kuribajasi przekazuje do Tokio ostatnie posłanie, opublikowane przez całą prasę, zakończone słowami: „Tu umrę”. Jak zwykle bezpośredni kontakt z wyspą urywa się po kilku dniach i Tokio zapożycza z radia amerykańskiego opisy bohaterstwa, które wzbudzają entuzjazm społeczeństwa japońskiego. W pierwszych dniach operacji 40 tys. Amerykanów utrzymuje pozycje na obszarze mniejszym niż dwie mile kwadratowe, natrafiając przy każdej próbie przełamania oporu Japończyków na ziejące ogniem pillboxes (bunkry), gniazda karabinów maszynowych i okopy. Niewiele brakowało, by czwartego dnia furia szarży japońskiej odrzuciła w morze całą amerykańską dywizję. Mimo to atakujący wytrwale posuwają się naprzód. W górzystej połowie wyspy pagórek 382 sześciokrotnie przechodzi z rąk do rąk. Zajadłe boje toczą się o najwyższe wulkaniczne wzniesienie wyspy, górę Suribasi. U jej stóp padają tysiące obrońców - jedni spaleni w schronach miotaczami ognia, inni zamurowani żywcem w około 180 jamach, których mimo wezwania do poddania się nie chcieli dobrowolnie opuścić. Zmagania zbrojne ustają dopiero po czterech tygodniach. Jak podały źródła amerykańskie, na miniaturowej powierzchni wyspy spadły średnio na każdego Japończyka dwie tony materiałów wybuchowych. W dziesięć dni po oficjalnym zakończeniu walk wychodzi nocą nie wiadomo skąd dwustu żołnierzy japońskich, dokonując „ataku bandzai” na obóz lotnictwa amerykańskiego i powodując liczne ofiary. Przy jednym z poległych Japończyków Amerykanie znajdują prowadzony przezeń dzień po dniu aż do śmierci dziennik -- swego rodzaju kronikę wydarzeń, jaką japońscy wiarusi mają zwyczaj spisywać do ostatniej chwili swego życia. Na ostatniej stronie widnieją słowa: „Dziś, zwrócony ku Północy, z uszanowaniem oddając pokłon w kierunku pałacu cesarskiego i żegnając mych rodziców i żonę,

złożyłem uroczystą przysięgę: wytrwać do końca. Mam 26 lat. Cesarzowi i rodzicom jestem głęboko wdzięczny, że dożyłem tego dnia. Życie moje jest jak kwiat, z którego opadają płatki, by wrócić do ziemi. Jestem bardzo szczęśliwy. Przez ofiarę mego życia stanę się białym grzbietem fali na oceanie”. W innym miejscu zanotował: „Kapral Jasuhira został ranny w obie nogi. Zwraca się z żądaniem: «Proszę mnie ściąć!» Porucznik Matsumai, choć pot spływał mu z czoła, zadał cios jeden i drugi, a trzecim wspaniale ściął rannemu głowę”. I ostatnie zdanie: „Jestem szczęśliwy, że umieram w rocznicę bitwy mukdeńskiej”. Naloty amerykańskich bombowców na Tokio 9 marca 1945 r. przygasiły zainteresowanie mieszkańców stolicy działaniami frontowymi i ostatnie chwile Iwodzimy zeszły na dalszy plan. Klęska jest teraz wszechobecna na miejscu. W spalonych dzielnicach Tokio ludzie poszukują ciał swych bliskich, zbierają walające się szczątki, penetrują zgliszcza. Aby wyrwać gruzom zgnieciony na poły garnek, kilka noży, poszczerbiony kubek, pracują cierpliwie całymi dniami, obozują pod gołym niebem, wyprawiają się daleko w poszukiwaniu wody w podziurawionej rurze kanalizacyjnej, sypiają w norach, które służyły im za schrony. Ich rezygnacja wydaje się mieć pozory szczęścia: dla nich koszmar się skończył. Przekroczyli granicę klęski i nie ma żadnego znaczenia to, co jeszcze ich czeka ponieważ zachowali życie. Wielu odważnie próbuje przetrwać iw zrównanych z ziemią dzielnicach, żywiąc nadzieję, że ogień z nieba nie spadnie po raz drugi w to samo miejsce. W pustyni żelastwa, gdzie tu i tam wznoszą się poskręcane węgle spalonych pni, budują szałasy, przyczepiając blachę do zwęglonych belek za pomocą drutu lub słomianych powrozów - nie mają gwoździ. Dla ochrony przed porywistymi wiatrami w okresie wiosennego monsunu przyciskają dachy wielkimi kamieniami. W dzielnicach oszczędzonych przez ogień co chwila koszmarne spotkanie: nieszczęśnicy w sczerniałych i wyżartych przez płomienie łachmanach wyciągają ręce i nogi wypalone nieraz do kości lub pokazują krwawiące maski zamiast twarzy, owinięte brudnymi szmatami. W tym, co pozostało z miasta, panuje przedwyjazdowe zamieszanie. Setki tysięcy ludzi pragnie opuścić miasto, nim ogień zdąży je ostatecznie spopielić. Nie widać oznak paniki, lecz raczej odrętwiałe i uparte „ratuj się, kto może”, skoncentrowane na przeciwdziałaniu przeszkodom uniemożliwiającym szybką ucieczkę. Najpoważniejszą z nich jest brak środków transportu. Wynajęcie kradzionej ciężarówki na czarnym rynku kosztuje majątek - jest to zazwyczaj ciężarówka piechoty lub marynarki, którą cwaniacy w mundurach sprzedali potajemnie „na lewo”. Pożyczenie przyczepy do roweru bądź starego roweru bez dętki, za to wyposażonego w bagażówkę, stało się transakcją na wagę złota, a ściślej: na ciężką wagę brakującego ryżu. Wielkie gromady ludzi, w większości kobiety, taszczą w różnych kierunkach ciężkie tłumoki na plecach, czasem całą jedwabną pościel domową zawiniętą w kawałek płótna. Zdobycie walizy, kufra czy kosza przekracza ludzkie możliwości. Na szczęście japońskie domy stanowią istną kopalnię białego drewna, toteż z szaf wbudowanych w ściany, drzwi, korytarzy, daszków wyrywa się deski, z których powstają skrzynie. Bawełniane firanki i stara odzież kobieca przeradza się w prostokątne „prześcieradła”, w które owija się ogromne toboły, zawierające kimona, bieliznę, poduszki i przede wszystkim materace i pierzyny. Jest to najcenniejszy skarb każdej rodziny, niezbędnie potrzebny, by podczas oczekującego ją exodusu nie spać na samym drewnie lub na gołych matach. Bagażu na dworcach nadać nie można. Przepuszcza się podróżnych z tym tylko, co są w stanie unieść ze sobą. Wokół dworca nieruchome tłumy całymi dniami koczują pośród tobołków, węzełków i paczek, nim zdołają sforsować wejście do wnętrza budynku. Tu drepcą w miejscu godzinami, a noce spędzają w kucki bądź leżąc pokotem w halach dworcowych, skuleni ze strachu, kiedy syreny zapowiadają nalot - ale z miejsca się nie ruszają. Wreszcie udaje się im

przedostać na perony i tu zwarta ciżba szturmem wdziera się do pociągów, ruszając ku spokojnym wsiom. Miasto wyprzedaje teraz na ulicach wszystko, co posiada, nie chcąc pozostawiać na żer przyszłym pożarom resztki posiadanych mebli i wyposażenia domowego. Nikt nie baczy na względy ambicjonalne ni opinię bliźnich. Każdy ustawia się na chodniku w charakterze sprzedawcy. Tokio przeistacza się w gigantyczny „pchli targ”, na którym z dnia na dzień pojawiają się nieoczekiwanie wszelkie artykuły, nie spotykane od miesięcy nawet na czarnym rynku: serwisy porcelanowe, komody z szufladami, europejskie meble, nowe i używane sandały, węgiel drzewny, maty słomiane i tysiące przeróżnych drobiazgów i bibelotów, stanowiących ozdobę mieszczańskiego mieszkania: malowidła ma jedwabiu, wytworne poduszki, wazy na kwiaty, pudełka z laki, japońskie książki, kadzielniczki... Wszystko sprzedaje się za bezcen. Mimo wyjazdowego runu zaludnienie w ocalałych dzielnicach nie tylko się nie zmniejsza, ale raczej przeciwnie - każdy opuszczony lokal zapełnia się natychmiast podwójną masą ludzi: krewnych lub poszkodowanych przyjaciół, którzy nie chcą lub nie mogą opuścić Tokio, bądź też uchodźców ze zniszczonych stref, którzy w dwie -trzy rodziny urządzają się na jednym pięterku. Cała ta olbrzymia rzesza ludzi niepotrzebnych powinna zostać ewakuowana przez władze już wiele miesięcy temu, jednak rozkaz ewakuacji nadszedł zbyt późno i przy panującym niedbalstwie i bałaganie nie został wykonany. Wielu z tych, którzy dawno już mogli wyjechać, do ostatka przechwalało się, że pozostanie do końca, zaś teraz stara się uciec jak najszybciej. Pozostaje ludność robotnicza, urzędnicy i funkcjonariusze różnych służb, przeważnie mężczyźni, których obecność w stolicy jest nieodzowna. Z trudem wykonują nadal swe obowiązki, często w dramatycznych warunkach, ale ich spokój, zimna krew i prostota stanowią w tym okresie, już zapowiadającym totalną klęskę, swoisty odwet cnót narodowych. Groźba nowych nalotów nieprzyjacielskich nie wyjaśnia w pełni rozmiarów owego exodusu ludności. Tajemny lęk wypędzający tłumy i miasta wypływa bowiem nie tyle z widoku dogorywających ostatnich dzielnic, co z coraz powszechniej ciążącego przekonania, że ta równina wypalonych szczątków za parę miesięcy stanie się jednym wielkim polem bitwy. Społeczeństwo przestało mieć złudzenia co do kierunku, w jakim rozwija się sytuacja, a upadek Iwodzimy nie pozostawia wątpliwości, że tu, w samym Tokio, rozegra się ostatnia batalia, gdy Amerykanie, celując w serce cesarstwa, wylądują na pobliskich plażach i tu zderzą się z armią japońską. Tymczasem z żelazną bezwzględnością nasilają się ataki amerykańskich superfortec B-29: coraz więcej samolotów w coraz krótszych odstępach czasu na coraz większych przestrzeniach. Dowództwo japońskie miało nadzieję, że po nalocie na stolicę 9 marca 1945 r. nastąpi jedno lub dwutygodniowa przerwa. Nowe lotniska na wyspach Saipan, Guam i Tinian umożliwiają jednak generałowi Curtisowi LeMayowi, dowódcy 20 floty powietrznej na Marianach, sławnemu asowi lotnictwa bombowego, zadanie następnych dotkliwych ciosów. Nim minęły dwie doby, ofiarą potężnego nalotu padła Nagoja, 14 marca ogień z nieba ogarnia Osakę, 17 marca - Kobe i ponownie Nagoję. W ciągu 10 dni z sześciu największych miast japońskich cztery więcej niż w połowie padły pastwą płomieni. U wybrzeży Japonii ponownie pojawia się nieprzyjacielska Task Force. 18 marca następuje rajd 1400 bombowców na wyspy Kisiu, Sikoku i środkową część Japonii. 19 marca kolejny atak uderza, w port Kobe i bazę morską Kure. Cała Japonia jeszcze raz zadaje sobie pytanie: gdzie podziała się flota cesarska? Udzielając niejako odpowiedzi na to pytanie i pośrednio przyznając się, że flota leży na dnie

morza, rząd przeprowadza zmiany personalne w Ministerstwie Wojny, zdradzające wyraźnie powagę sytuacji i wskazujące na przygotowania w obliczu nieuchronnej inwazji wroga. Minister wojny i weteran walk, znakomity dowódca marszałek Sugijama, opuszcza swe stanowisko i zostaje mianowany dowódcą 1. armii metropolii, tj. dowódcą wszystkich wojsk najbardziej wystawionej na niebezpieczeństwo północnej połowy kraju. Dowództwo sił zbrojnych obszaru na południe od Tokio poruczono wybitnej osobistości - marszałkowi Hata Siunroku. Nie obywa się oczywiście bez pogłosek, jak zawsze, kiedy wakuje teka ministra wojny. Do tego stanowiska przymierza się premier Koiso, chcąc je połączyć z funkcją szefa rządu, lecz armia stawia opór. Gdy dziewięć miesięcy temu formował gabinet, udzieliła mu swego poparcia niechętnie i nie pozwoliła na powrót do służby czynnej. Teraz za pretekst do sprzeciwu służy jej argument, że urzędu ministra wojny nie może sprawować generał w stanie spoczynku. W rzeczywistości dowódcy wojskowi uważają, że premier jest zbyt słaby, by kierować krajem w dniach nadchodzącego kryzysu. Pragną go obalić i zastąpić energicznym generałem Anamim Koreciką, oddanym całkowicie idei oporu aż do ostatniego tchu. Do ostatecznego zdyskredytowania osoby premiera Koisa przyczynił się drugorzędny, acz bardzo znamienny epizod. Idąc niejako w sukurs sekretnie skrywanym tendencjom pokojowym, zaznaczającym się w kołach politycznych poza armią, a nawet w Jonie rządu, Koiso niezręcznie dał się wciągnąć w niejasną sprawę propozycji pokojowych, które jakoby miały wyjść od Czang Kaj-szeka. Od wybuchu wojny chińskiej (1937) wszelkie wysiłki w tym kierunku były skazane na niepowodzenie, a stosunki z projapońskim rządem nankińskim pokrywała sieć intryg, prowadzonych przez prywatnych pośredników, którzy zapewniali też krótkotrwałe kontakty między Tokio a Czungcingiem (siedzibą rządu Kuomintangu). Chińczycy - mawiano w Japonii - są „w stanie wiecznych negocjacji”. Kraj Wschodzącego Słońca pozostawał z kolei w stanie wiecznych iluzji, wyobrażając sobie, że chiński opór znajduje się u progu załamania. Tym razem pośrednikiem jest Chińczyk, znany Japończykom pod nazwiskiem Wang Pin, były funkcjonariusz Kuomintangu przed podjęciem kolaboracji z japońskimi okupantami w północnych Chinach. Twierdząc, że por uczono mu rzekomo misję łącznika między Czungcingiem a Nankinem, przybywa do Tokio i utrzymuje, że Japonia, zaoferowawszy wielkoduszne warunki pokojowe, mogłaby zawrzeć układ z rządem Czang Kaj-szeka, wyczerpanym ośmioma latami walki. Sprzeciw armii spowodowany niepoważnym charakterem zarówno rokowań, jak i osoby negocjatora powoduje, że sprawa okazuje się niewypałem. Interesujące jednak, że za zgodą Koisa wmieszały się w nią wysokie osobistości: Ogata, szef Biura Informacyjnego, książę Higasikuni Tosihiko, a nawet książę Takamatsu. Pierwszy jest zbliżony do kół dworskich, drugi - to stryjeczny brat cesarza, a trzeci jest młodszym bratem Syna Nieba... W sferze polityki uwagę rządu zaprząta jednak znacznie poważniejsza sprawa: pogorszenie się stosunków ze Związkiem Radzieckim. Ód momentu osłabienia Niemiec w wyniku klęski pod Stalingradem rząd radziecki stopniowo usztywniał swe stanowisko wobec Tokio. Ostatnia umowa radziecko-japońska pochodzi z marca 1941 r.: Moskwa domagała się wówczas unieważnienia koncesji japońskich na eksploatację kopalń ropy naftowej i węgla w radzieckiej części Sachalinu na 25 lat przed terminem ich formalnego wygaśnięcia. Prawo do połowów zostało co prawda przedłużone o 5 lat24, jednak i wyłączeniem licznych stref wybrzeża syberyjskiego i Kamczatki, uznanych za obszary strategiczne. Mimo protestów Berlina Japonia musiała zaakceptować regularne dostawy broni

24

Po pokananiu Rosji Japonia na mocy traktatu w Portsmouth (1905) uzyskała prawo do połowów przy wybrzeżach rosyjskich – przyp. tłum.

i zaopatrzenia do Związku Radzieckiego (wynikające z umowy radziecko-amerykańskiej) przez statki radzieckie via wybrzeże amerykańskie - Cieśnina Kurylska. Jesienią 1944 r. stanowisko Związku Radzieckiego jest już wyraźnie określone. W przemówieniu wygłoszonym 6 listopada generalissimus Stalin potępia Japonię jako agresora, stwierdzając, że powinna ona podzielić los Niemiec. 5 kwietnia 1945 r. ambasador Japonii w Moskwie Sato Naotake informuje Tokio, że Kreml postanowił wypowiedzieć radziecko-japoński pakt o nieagresji z kwietnia 1941 r. Zgodnie z literą paktu owo wypowiedzenie powinno w zasadzie obowiązywać dopiero w rok po ratyfikacji. Jednak w nocie radzieckiej cierpkim tonem podkreśla się, że należy uznać sytuację za „radykalnie zmienioną”. Tego samego dnia generał Koiso składa cesarzowi dymisję swego gabinetu. Czy ma ona jakiś związek z depeszą ambasadora Sato? W rzeczywistości śmiertelny cios otrzymał Koiso przed czterema dniami: 1 kwietnia 1945 r. Amerykanie wylądowali na Okinawie w archipelagu Riukiu, zajmując pierwszy przyczółek na terytorium metropolii - „świętej ziemi” Japonii.

16. Czas kamikadze
Na miesiąc przed upadkiem rządu Koisa miały miejsce poważne wydarzenia w Indochinach. 9 marca 1945 r. akcja armii japońskiej wymiotła całą administrację francuską, funkcjonującą dotychczas pod kierownictwem admirała Decoux. Odtąd datuje się - przy zachęcie samych Japończyków - działalność Viet-Minhu i totalne niszczenie dzieła francuskiego w Indochinach25. Źródła zamachu z 9 marca pozostają niejasne. Wydaje się, że japońskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zamierzało unikać przemocy i do końca oszczędzać Francję na Dalekim Wschodzie. W obliczu przewidywanej klęski pragnie wkupić się w jej łaski - jedynego białego narodu, którego przyjaźń ma nadzieję z czasem odzyskać. Prawdopodobnie zamach został więc zmontowany w samym Hanoi przez armię japońską, która, świadoma postępów francuskiego Ruchu Oporu w Indochinach, obawiała się, by z jego pomocą nie nastąpiło tu lądowanie Amerykanów, podobne do operacji Torch w 1942 r. w Afryce Północnej. Tutejsze dowództwo japońskie również dostrzega nieuchronność klęski, ale w odróżnieniu od tokijskich kół dyplomatycznych jego polityka koncentruje się na przygotowaniu rewolty narodów Półwyspu Indochińskiego przeciwko Francji i roznieceniu zarzewia wojny domowej. Wypadki w Indochinach natychmiast odbiły się na sytuacji kolonii francuskiej w Tokio. Pierwotnie, jak się wydaje, zamierzano osadzić nas w obozie koncentracyjnym, ostatecznie wszakże zapadła decyzja o przymusowym internowaniu (z umiarkowanym reżymem) w górskiej miejscowości Karuizawa na
25

Ruch niepodległościowy narodów Indochin sięga końca XIX (Wietnam, Kambodża) i pierwszej ćwierci XX stulecia (Laos). Po zajęciu Indochin przez wojska japońskie jego ostrze zwróciło się przeciw okupantom. W maju 1941 r. powstała Liga- Niepodległości Wietnamu (Viet-Minh) pod przywództwem komunistów z Ho Szi Minem na czele, przejmując kierownictwo w walce wyzwoleńczej przeciw Japończykom i działającej z ich poruczenia , starej administracji francuskiej. Cały Wietnam ogarnął ruch partyzancki; w końcu 1944 r. jego oddziały weszły w skład Wietnamskiej Armii Ludowej, która wyzwoliła znaczne obszary kraju. Wobec bliskiej klęski Japonii KP Wietnamu rzuciła hasło ogólnonarodowego powstania zbrojnego. 2 września 1945 r. proklamowano DRW. Walkę o niepodległość toczyły również narody Kambodży i Laosu - przyp. red.

północ od Tokio pod strażą groźnych kempei (żandarmerii wojskowej). Rozwiązanie to jest o tyle korzystne dla władz japońskich, że przy skrajnym braku wolnych budynków na skutek bombardowań oszczędza im troski o wyszukanie dla nas pomieszczeń. Karuizawa jest bowiem dawną miejscowością letniskową kolonii zagranicznej i chociaż wiele miejsc jest już zajętych przez licznych uchodźców europejskich wszelkich nacji, pozostało jeszcze sporo domów na nasz użytek. Ewakuacja Francuzów następuje w ostatnich dniach marca, już pod bombami. Nie możemy zabrać ze sobą nic ponad to, co możemy udźwignąć na plecach i w rękach. Wszystko, co pozostawiamy w Tokio, zostanie niebawem unicestwione przez bomby; nie byliśmy bowiem wystarczająco przewidujący, aby przenieść nasz dobytek w pewne miejsce, gdy transport był jeszcze możliwy. W ciągu kolejnych trzech miesięcy stolica zostanie całkowicie zrównana z ziemią, wyjąwszy jedno duże przedmieście i część dzielnicy handlowej z nowoczesnymi domami z kamienia i cegły. W Karuizawie przebywamy w izolacji, zaś granic gminy, strzeżonych przez patrole żandarmerii wojskowej, nie wolno nam przekroczyć. Stawia to nas natychmiast wobec poważnego problemu zaopatrzenia. Kontakty z okolicznymi wsiami, skądinąd bardzo ubogimi, są zabronione, a przyznana nam dzienna racja żywnościowa składa się z kawałka czarnego chleba o wadze 200 gramów i odrobiny zupy sojowej. Całą żywność musimy zdobywać na czarnym rynku, który japońscy spekulanci zorganizowali przy współudziale... żandarmów, w niemałym stopniu partycypujących w zyskach. Dla tutejszej ludności chłopskiej pieniądze straciły wszelką wartość. Zmuszona przez wojnę chodzić boso i w łachmanach, zna tylko jedną monetę wymienną - na którą składają się stare koszule, używana odzież i stare buty. Nawet za tę cenę nasz codzienny jadłospis składa się głównie z gotowanych kartofli, ryżu i soi. Ponieważ w górskim klimacie tych okolic warzywa pokazują się dopiero w czerwcu, nauczyliśmy się rozpoznawać jadalne trawy i inne dzikie rośliny. Sam osobiście mam ich w swoim menu dobry tuzin, w miarę jak pojawiają się wraz z opóźnioną wiosną: górska cebula, różne korzenie, białe pokrzywy, dzikie lilie itp., nie mówiąc o rzeżusze z potoku i szczawiu wodnym, zbieranym po sąsiedzku w stawie. Masło, mięso i cukier, specjalność emigrantów rosyjskich na czarnym rynku, są niemal nie do zdobycia, chyba że po monstrualnych cenach - w „walucie” wymiennej, o której wyżej mówiłem. Podczas naszej „przeprowadzki” do Karuizawy jeszcze raz mają miejsce aresztowania wśród kolonii francuskiej: policja kontynuuje swoją dwoistą politykę surowości wobec jednostek i półśrodków wobec reszty. W obrębie wioski roi się od policjantów, przeważnie w cywilu, i szpiclów policyjnych, których główne zadanie polega na czuwaniu nad „segregacją narodowościową” zesłańców, pozbawionych prawa do utrzymywania wzajemnych kontaktów. Francuzi sąsiadują z dobrowolnymi uchodźcami, wśród których dominują Szwajcarzy i emigranci rosyjscy. Karuizawa od dawna została wyznaczona - jako jedna z nielicznych miejscowości w Japonii - na miejsce pobytu białych nie będących obywatelami krajów Osi. Licznie reprezentowani i pilnie strzeżeni są tu również dobrowolni uchodźcy japońscy: większość schroniła się tu w swych letnich willach, a przynależąc do liberalnej i bogatej burżuazji, nie bez podstaw jest podejrzewana o pacyfistyczne poglądy i sympatie dla cudzoziemców. Dysponujemy tymczasowym zezwoleniem na posiadanie indywidualnych mieszkań, które zamieszkujemy wraz z rodzinami bądź też wspólnie w dwóch-trzech samotnych. W tej miniaturowej wieży Babel, ulokowanej w ciasnej górskiej wiosce i izolowanych w lasach pawilonach, cały system nadzoru policyjnego, mający uniemożliwić tajne spotkania i wymianę informacji, zawodzi na całej linii. W sumie aż do końca była to dość łagodna forma internowania i kiedy pomyślę o tych wszystkich Francuzach, którym podczas wojny dane było, tak we Francji, jak i w Niemczech, poznać

straszliwe metody stosowane przez hitlerowców, staram się usilnie wystrzegać malowania w czarnych barwach przymusowego pobytu w Karuizawie. Tymczasem jednak żyjemy pośród wzrastających z każdym dniem trudności i w coraz bardziej niepokojącej atmosferze zagrożenia. Jeśli wojna potrwa jeszcze rok - na co się zanosi - i jeśli Japonia będzie stawiała opór aż do końca, to nie tylko brak żywności doprowadzi nas do progu śmierci głodowej, ale na skutek politycznego i wojskowego rozkładu państwa znajdziemy się w tragicznej sytuacji. Armia cesarska zbliża się ku swej ostatecznej klęsce na terytorium samej Japonii. Obraz tego, co nas wówczas może czekać, dały nam masakry i okrucieństwa armii japońskiej wobec cudzoziemców po klęsce na Filipinach, zaś nasilająca się wrogość miejscowej ludności i policjantów pozbawia nas pod tym względem resztki złudzeń. Stary, 77-letni admirał baron Sudzuki Kantaro, następca generała Koisa na urzędzie premiera, od dawna jest na emeryturze. Od Todzio do Koisa, od Koisa do Sudzukiego - kierownictwo rządu, w miarę jak sytuacja staje się coraz bardziej rozpaczliwa, wydaje się przechodzić w coraz mniej sprawne ręce... Czas miał jednak dowieść, że ta pobieżna ocena rozminęła się z rzeczywistością: starzec, któremu cesarz powierzył los Japonii, pokaże w chwili największej zawieruchy, iż nie stracił przymiotów, dzięki którym niegdyś zrobił piękną karierę w marynarce. Przynależy jeszcze do starego pokolenia z okresu cesarza Meidziego, który ukształtował ludzi zupełnie innego pokroju aniżeli pozorne wielkości, zaludniające w ostatnim ćwierćwieczu arenę życia publicznego. Urodzony w 1867 r., odznaczył się jako marynarz w wojnie chińsko-japońskiej w 1895 r., później w wojnie z Rosją w 1904 r. i wreszcie podczas pierwszej wojny światowej przed uzyskaniem stanowiska głównodowodzącego floty. Znajdująca się w obozie Ententy Japonia już wówczas marzyła o dominacji na Pacyfiku, a Sudzuki był powszechnie uważany w marynarce za człowieka, który obejmie dowództwo nad flotą w razie wojny ze Stanami Zjednoczonymi. Jednak w okresie, kiedy Japonia zaangażowała się w imperialistyczną awanturę, która miała ją wciągnąć w wojnę z amerykańskim kolosem, admirał był już na emeryturze. Cesarz mianował go szambelanem i odtąd Sudzuki używa całego swego wpływu, by hamować presję kół wojskowych na Syna Nieba. Należy do klanu konserwatywnej arystokracji - obok hrabiego Makina Nobuakiego i barona Sidehary Kidziura. Powstaje przepaść między tą starą generacją o charakterach uformowanych w cieniu pałacu, i w szkole Meidziego a nowym pokoleniem militarystów i nacjonalistów, siejących w masach ferment przemocy i rewolty. Z tego też względu na „czarnej liście” uczestników rebelii wojskowej z 26 lutego 1936 r. Sudzuki figuruje wśród „reakcjonistów”. Owego tragicznego dnia tylko cudem uchodzi śmierci. Gdy banda uzbrojonych żołnierzy wdarła się do jego domu, usiłuje spokojnie pertraktować z jej prowodyrami, widząc zaś daremność swych wysiłków, przerywa swą argumentację słowami: „A więc, zabijcie mnie!” - na co szaleńcy zdają się tylko czekać. Przeszyty kulami Sudzuki wali się na ziemię. Lekarzom udaje się jednak wyrwać go z objęć śmierci. Wkrótce potem zostaje członkiem Wielkiej Tajnej Rady państwowej i równocześnie władca mianuje go wielkim szambelanem. Gdy Koiso podał się do dymisji, byli premierzy, czyli rada dziusinów, których umiarkowane poglądy i wzrost znaczenia zaznaczyły się już po upadku Todzio, wysunęli kandydaturę Sudzukiego na szefa rządu, uważając, że kierowany przezeń gabinet, aczkolwiek nie uprawniony jeszcze do zawarcia pokoju (czego w najbliższej przyszłości nie przewidują), będzie dobrym rządem przejściowym do momentu utworzenia wcześniej czy później prawdziwego gabinetu pokoju, w którym książę Konoje odegra decydującą rolę. Ponieważ jednak otwarte wyłożenie kart na stół chwilowo nie może

wchodzić w rachubę, przyrzekając poparcie Sudzukiemu, dziusini określili istotę jego misji dość ogólnikową formułą: „Jeśli pan wyrazi zgodę, pomożemy panu w każdych okolicznościach”. Sudzuki aprobuje przedstawioną sobie propozycję. Nim jednak przyjdzie pora na pierwszy krok ku pokojowi, trzeba kontynuować wojnę. Kandydat armii na urząd premiera, generał Anami Korecika, otrzymuje kluczową funkcję ministra wojny, co przydaje nowemu gabinetowi aspektu dwugłowej kombinacji Sudzuki-Anami na wzór schodzącego ze sceny rządu Koiso-Jonai. Podobnie jak Sudzuki, również generał Anami zajmuje ważną pozycję pośród swego otoczenia. Liczący 57 lat, zręczny i zapalczywy, należy do nielicznych dowódców wojskowych swego pokolenia obojętnych na sprawy polityki. Unikanie osobistej reklamy i pozostawanie na uboczu intryg wokół gry o władzę - od upadku Todzio ta postawa zaczęła się wyraźnie Anamiemu opłacać. Mianowany na początku wojny dowódcą armii w Mandżurii, a następnie na wyspie Celebes, za rządów Koisa zostaje inspektorem szkolenia wojskowego w Ministerstwie Wojny (jedno ze stanowisk dowódczych w armii). Na tym polu utrwalił swą pozycję „nowego człowieka”, otaczanego powszechnym szacunkiem. Wszystkim wiadomo, że jest fanatykiem walki aż do końca, toteż jego obecność w rządzie wydaje się gwarantować kontynuację wojny, nawet gdyby działania militarne miały się przenieść na terytorium samej Japonii. Lądowanie wojsk amerykańskich na Okinawie w dniu 1 kwietnia 1945 r. stawia w pełnym świetle zamiary admirała Chestera Nimitza i generała Mac Arthura. To oczywiste, że Amerykanie nie będą tracić czasu - jak jeszcze można było sądzić kilka tygodni temu - na kampanie w Indochinach czy nawet w środkowych Chinach. Odważny strategiczny plan amerykański przewiduje uderzenie w samo serce Japonii. Utrata Okinawy, pomijając aspekt moralny tej operacji - wszak archipelag Riukiu jest administracyjnie połączony z metropolią, tym samym więc stanowi część składową „świętej ziemi” Japonii - spowodowała katastrofalną wyrwę w systemie obrony wewnętrznej kraju. Marynarce amerykańskiej, której bazy są rozrzucone daleko na bezkresnych wodach Pacyfiku, Okinawa, położona w bliskości wybrzeży japońskich, pozwoli zgromadzić siły i sprzęt do przyszłej inwazji. Piechocie stworzy przyczółek wyjściowy do lądowania w południowej Japonii, prawdopodobnie na Kiusiu - niespełna 600 km na północny wschód. Lotnictwu zapewni idealny punkt, skąd będą mogły startować bombowce i myśliwce wszystkich typów, kierowane do ataku na japońskie fabryki, miasta i szlaki komunikacyjne. Natarcie na Okinawę wymagało od Amerykanów zaangażowania ogromnych środków. Wodami wokół wyspy aż po skraj nieboskłonu zawładnęła armada licząca 1400 okrętów, wśród których po raz pierwszy figuruje brytyjska Task Force w sile dwóch pancerników i czterech lotniskowców. Osiem dywizji stoi w gotowości do lądowania. Dziewięć dni intensywnego bombardowania niewielkiej wyspy (100 km długości i 25 km w najszerszym miejscu) z morza i powietrza przygotowało przedpole do ataku na plaże. Tej ciasnej przestrzeni broni około 77 tys. Japończyków, których ruchy są jednak krępowane przez ponad 400 tys. cywilów. Obrońcom brak przy tym wsparcia marynarki. Najlepszą szansą utrzymania zajmowanych pozycji jest ponowienie manewru, który nie powiódł się na Leyte na Filipinach: pozwolić nieprzyjacielowi wylądować, a następnie zlikwidować jego morskie zaplecze. Zadanie wyznaczone w bitwie o Leyte japońskiej marynarce tym razem przypadło lotnictwu. Oddziałom lądowym zalecono oszczędzanie sił. Wszystkie samoloty zostaną rzucone do bitwy z jedną tylko misją: zniszczenia jak największej liczby największych amerykańskich okrętów. Nadeszła godzina kamikadze - przekształcenia w kamikadze wszystkiego, co lata, i wysłania pilotów w drogę bez

powrotu i całego lotnictwa w bitwę bez odwetu. Nie chodzi już o to, by zwyciężyć lub umrzeć, lecz o to, by pewna śmierć dała - jeśli to możliwe - zwycięstwo. Ku zaskoczeniu dowództwa amerykańskiego oddziały szturmowe lądują na północnych plażach Okinawy prawie bez wystrzału i posuwają się naprzód niemal bez walki. Japończycy ewakuowali całą północną część wyspy, aby okopać się w części południowej. 6 kwietnia 1945 r. następuje japoński atak powietrzny, który falowo będzie trwał - stopniowo słabnąc - aż do całkowitej utraty wyspy. W pierwszych tygodniach w ataku bierze udział pewna liczba nowoczesnych bombowców, przemierzających trasę wahadłowo tam i z powrotem. Jednak już wkrótce dominują kamikadze, skazani z góry na samobójstwo. Startują z lotnisk na Kiusiu bądź z obszarów położonych w pół drogi w północnej części archipelagu Riukiu. Dzień po dniu fanatyczni młodzi piloci, oddawszy honory dowódcom i pożegnawszy się z kolegami, którzy czekają na swoją kolej, zajmują samotni miejsca na pokładach samolotów i lecą wykonać swe ostatnie zadanie: za jedną zniszczoną maszynę - jeden wrogi okręt zatopiony; za jednego strąconego pilota - jedna nieprzyjacielska załoga na dnie morza. Wartość samobójstwa wyznacza znaczenie zniszczonej wrogiej jednostki. Akcję uznaje się za w pełni udaną, jeśli „bohater-bóg przestworzy”, jak zwie go prasa japońska, potrafił unicestwić największą zdobycz, jaką jest nieprzyjacielski lotniskowiec bądź pancernik. Wielu kamikadze nie osiąga celu: ich maszyny są przechwytywane przez amerykańskie myśliwce, z którymi samoloty japońskie, często przestarzałe, nie są w stanie podjąć walki. Połowie udaje się sforsować obronę i przelecieć ponad nieprzyjacielską flotą, rozrzuconą na całej przestrzeni wód wokół Okinawy. Pozostaje im jeszcze przedostać się przez potężny ogień obrony przeciwlotniczej każdego z okrętów, wyszukać wśród nich ów cel najcenniejszy i pikując eksplodować na jego pokładzie. Bywa, że w ostatniej chwili maszyna, trafiona pociskami dział amerykańskiej obrony przeciwlotniczej lub też nie osiągnąwszy celu, sto metrów dalej spada do oceanu. Jakie są straty floty amerykańskiej? Komunikaty tokijskie - mimo całej, egzaltacji bohaterstwem kamikadze - wskazują, że dowództwo japońskie nie dysponuje dokładnymi danymi. Czasem pilotom zdarzy się w ogniu walki przesłać krótką wiadomość radiową: „Ustaliłem położenie lotniskowca, nurkuję...”, lecz z tych ostatnich słów nikt się nie dowie, czy atak był udany. Informacji dostarczają też obserwatorzy śledzący atak przez lunetę z wybrzeży Okinawy. Ich spostrzeżenia stają się podstawą komunikatów oficjalnych o dość zadziwiającej treści: „Zaobserwowano dwanaście słupów ognia, wskazujących, że dwanaście nieprzyjacielskich okrętów zostało zatopionych lub ciężko uszkodzonych... Trzy słupy ognia wzniosły się z pokładu okrętu, którym był najprawdopodobniej lotniskowiec... Kolumny ognia dostrzeżono na okręcie wojennym wroga - pancerniku lub ciężkim krążowniku... Po eksplozji widziano, jak tonął transportowiec”. Radio amerykańskie, jak dowodzi nasłuch wiadomości odbieranych przez japońską służbę wywiadowczą i informacyjną, czyni dużo hałasu wokół „samobójczych samolotów”, lecz wykpiwa ich skuteczność i nie podaje żadnych informacji o stratach własnej floty: w tej kwestii cenzura wojskowa jest bezwzględna. Po wojnie dowiemy się, że miała ona ku temu ważkie powody: w rzeczywistości kamikadze wyrządzają flocie amerykańskiej takie szkody, że dowództwo marynarki jest poważnie zaniepokojone. Po miesiącu walk słynna Task Force-58 zmalała... do połowy. Pomiędzy wielkimi jednostkami, które zostały zatopione lub ciężko uszkodzone, znajdują się lotniskowce: „Bunker Hill”, „Ticonderoga”, „Hancock”, „Intrepid” i stary „Saratoga”. Zatrważające są również straty zadane konwojom transportowym, przewożącym żołnierzy, sprzęt wojskowy i inne materiały. Doki remontowe na

zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych zostały szybko tak przeciążone pracą, że najbardziej uszkodzone jednostki odsyła się do stoczni wybrzeża atlantyckiego. Amerykańska flota wyraźnie topnieje. Tymczasem postępy poczynione na lądzie przez amerykańską piechotę i oddziały piechoty morskiej przesądziły o ostatecznym wyniku walki, stawka jest więc warta tego, by nadal ponosić ofiary. Japończycy zajadle bronią ufortyfikowanych pozycji, które odgradzają południową połowę wyspy, stopniowo jednak są zmuszeni wycofać się ku głównemu bastionowi Naha i Siuri - centralnym punktom Okinawy. Flota, lotnictwo i piechota nieprzyjaciela otrzymują najnowszą broń i rakiety. Nad Okinawą pojawia się „Tiny Tim”, największy i najnowocześniejszy od Pearl Harbour amerykański samolot odrzutowy uzbrojony w rakiety, z olbrzymią, 3-metrowej długości rakietą o wadze 600 kg na pokładzie. Rocket ships (podwodne wyrzutnie rakiet), które weszły do akcji w marcu 1945 r., w ciągu trzech miesięcy wyrzuciły 30 tys. rakiet. W północnej części wyspy kończy się budowę lotnisk, z których rozpocznie się ofensywa na główne wyspy archipelagu japońskiego. Marynarka japońska nie bierze już żadnego udziału w walkach, wyjąwszy kamikadze, którzy w dużej części wchodzą w skład lotnictwa morskiego. Ironia losu sprawiła też, że katastrofą zakończył się dziewiczy rejs ostatniego nowoczesnego pancernika japońskiego „Yamato”. Był to jeden z dwóch superpancerników floty cesarskiej o wyporności 69 tys. ton. 6 kwietnia 1945 r. został on wykryty podczas opuszczania wód Wewnętrznego Morza Japońskiego, gdy skierował się ku południowemu zachodowi z zamiarem zaatakowania floty amerykańskiej koło Okinawy lub też - co jest bardziej prawdopodobne - przeczekania w spokojnym miejscu bombardowań bazy morskiej w Kure. Nazajutrz, w biały dzień, okazał się łatwą zdobyczą dla nieprzyjaciela w odległości około 100 km od południowego cypla Kiusiu. Eskortowany jedynie przez lekki krążownik i kilka niszczycieli, pozbawiony ochrony lotniczej, staje się przedmiotem ataku 400 amerykańskich bombowców. Trafiony co najmniej dwudziestoma torpedami i niezliczoną ilością bomb, wylatuje w powietrze w gigantycznej, na 600 m w górę eksplozji i w pół godziny idzie na dno. Powtórzył się dramat „Prince of Wales”, storpedowanego przez Japończyków w 1941 r. w analogicznych okolicznościach razem z „Repulse” lecz tym razem role się odwróciły26. W końcu maja 1945 r. Tokio, wykorzystując wszelkie możliwe środki propagandowe, robi wielką reklamę nowej broni samobójczej, stosowanej przez japońskie lotnictwo morskie na froncie okinawskim. Nie ujawniając szczegółów, zapewnia się, że słynne już hitlerowskie V1 i V2 bledną przy japońskim wynalazku pod nazwą ohka (po japońsku: kwiat wiśni). Ponieważ rozkaz głównodowodzącego floty admirała Tojody mówi o pierwszej „partii” 450 młodych pilotów, którzy znaleźli dobrowolną śmierć na owych tajemniczych ohka, można wysnuć wniosek, że nowa broń jest pilotowaną rakietą zbliżoną do V1. To przypuszczenie znalazło potwierdzenie w późniejszych opiniach Amerykanów. Broń japońska, określana przez żołnierzy amerykańskich mianem baka bomb (baka trywialna obelga w żargonie japońskim, oznaczająca idiotę) - to drewniany samolocik o długości 6 m, na którego „nosie” na 800 kg materiału wybuchowego siedzi... pilot. Wzięta na hol jak ślizgowiec przez średniej wielkości bombowiec, machina zostaje odczepiona tuż nad miejscem przyszłej akcji i kontynuuje swój lot dzięki trzem rakietom odrzutowym, aż do momentu, gdy pilot pikuje
26

Spośród trzech innych japońskich „tajnych superpancerników” „Musashi” został zatopiony w Leyte, „Mutsu” z nie wyjaśnionych przyczyn eksplodował w samej Japonii, zaś „Nagato”, uszkodzony na Filipinach, a następnie częściowo zniszczony podczas bombardowań Jokosuki, zakończy swój żywot... na Bikini, pod trzecią bombą atomową, zrzuconą w 1946 r. - przyp. aut.

samobójczo na upatrzoną zdobycz z prędkością dochodzącą do 900 km na godzinę. Machina nie posiada podwozia, jest bowiem… jednokierunkowa. Na wyspie Japończycy kontynuują nierówną walkę z niezwykle silnie uzbrojonym przeciwnikiem, wspieranym bombardowaniami z morza i z powietrza i ogniem miotaczy. Rowy i groty ostatniej japońskiej linii obrony między Nahą, stolicą wyspy, a Siuri, starym zamkiem dawnych władców Okinawy, zapełniają ciała poległych za cesarza. W ostatnim tygodniu maja atak japońskich spadochroniarzy na lotniska nieprzyjacielskie dostarcza Tokio nowego tematu do hałaśliwej propagandy, w istocie jednak rezultaty tej akcji bojowej są nader mizerne. W połowie czerwca głównodowodzący obrony japońskiej na wyspie generał Usidzima Mitsuru odrzuca ultimatum przeciwnika i wraz z ostatnią garstką fanatyków staje się obiektem druzgocącego uderzenia amerykańskiej piechoty i oddziałów piechoty morskiej. 21 czerwca 1945 r. ustaje na Okinawie zorganizowany opór Japończyków. Straty japońskie przekroczyły 100 tys. żołnierzy, 40 tys. osób cywilnych i ponad 2500 samolotów (wliczając słynne ohka). Kampania okinawska, która miast dziesięciu tygodni - jak przewidywali Amerykanie - trwała trzy miesiące, została okupiona przez Amerykanów liczbą 12 500 zabitych i zaginionych. Były to najwyższe straty w toku operacji na Pacyfiku. Między 18 marca a 20 czerwca flota amerykańska straciła 4900 zabitych i niemal tyle samo rannych27. Jeśli chodzi o straty zadane amerykańskim jednostkom morskim przez kamikadze, ohka i „zwykłe” bombowce japońskie, to dane oficjalne opublikowane po wojnie przez Waszyngton dowodzą, że były one o wiele wyższe, aniżeli powszechnie przypuszczano. Od początku operacji na Okinawie aż do ataku atomowego kamikadze zatopili 35 okrętów wroga, w tym 3 lotniskowce, i uszkodzili 285 jednostek pływających, w tym 36 lotniskowców różnej wielkości, 15 pancerników, 15 krążowników i 87 niszczycieli. Na samej Okinawie posłali na dno 16 jednostek, a uszkodzili 185, w tym 7 lotniskowców, 10 pancerników i 5 krążowników. Gdy na oceanicznym przedpolu „twierdzy japońskiej” - jak to określają gazety tokijskie, zapożyczając goebbelsowską terminologię - rozgrywają się pierwsze sceny ostatniego aktu dramatu, na pozostałych „zapomnianych” frontach azjatyckich dominuje już stan klęski. Na północy Filipin kampania zakończyła się w końcu kwietnia; w południowej części archipelagu Amerykanie wylądowali na Mindanao, zdobywając Davao, ongiś stolicę wielkiego skupiska osadników japońskich, którzy wyemigrowali w tropiki. W Birmie trzy armie - chińska na północy, brytyjska w części środkowej i indo-afrykańska na południu - kończą dzieło dobijania armii japońskiej, która zamierzała zająć Indie, a utknęła przed Imphalem. 3 maja 1945 r. flota brytyjska odbija Rangun. Indie Holenderskie znalazły się pod ogniem lotnictwa australijskiego. Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza kontratakuje w środkowych Chinach. W okresie największego nasilenia walk na Okinawie japońska opinia publiczna przez chwilę skupiła całą swą uwagę na agonii hitlerowskiej Rzeszy. Padł Berlin. Hitler nie żyje. 8 maja przyniósł wiadomość o bezwarunkowej kapitulacji Niemiec. Wszystkie te wieści aż zdają się palić papier jednostronicowych gazet, na których są drukowane. Czy można dać wiarę tym nieprawdopodobnym wręcz nowinom? Lecz zostały wszak wydrukowane - a więc są prawdziwe! Ostatni korespondenci
27

W. T. Kowalski (Wielka Koalicja 1941-1945. T. 3. Warszawa 1977, s. 509) podaje, że amerykańskie wojska lądowe straciły w operacji okinawskiej 7613 zabitych i 31 807 rannych - przyp .red.

japońscy, którzy jeszcze niedawno w swych depeszach dowodzili niezwyciężoności „europejskiej twierdzy”, obecnie przekazują telegraficznie ze swych ostatnich schronisk - Lizbony, Zurychu i Sztokholmu - opisy jej dramatycznego końca. Bezwarunkowa kapitulacja! Nieukrywana uraza i głuchy gniew wybucha przeciwko niedawnemu filarowi Osi na wieść o totalnej jego klęsce, której obraz pozwala wyobrazić sobie z całą wyrazistością (czemu jednak jeszcze się zaprzecza) przyszły los, jaki czeka Japonię. Już od miesięcy w pociągach i miejscach publicznych Japończycy krzywo i nienawistnie patrzą na Niemców, zachowując się wobec nich nieuprzejmie, a nawet nie szczędząc im obelg. Teraz policja nagle wzmacnia nadzór nad hitlerowcami, ale... traktuje ich jak „najzwyklejszych” białych, a ludność szpieguje ich jak „zwykłych” spaiów. Jest to odwet za niemiecką arogancję, znoszoną tak długo w milczeniu. Kilka gazet, między innymi „Asahi”, stara się dodać ducha pokonanemu sojusznikowi, ale inne zaczynają sobie używać ile wlezie. „Mainichi”, a wraz z nim inne z tupetem i zjadliwością zarzucają ostatnim armiom Rzeszy „brak ducha bojowego”. W tym samym czasie, gdy wojska japońskie popełniają na Filipinach i na innych frontach powszechnie już znane okrucieństwa, prasa japońska przypisuje klęskę Niemiec brakowi... busido. Z busido - japońskim rycerskim kodeksem honorowym - nigdy się nie upada i nigdy nie kapituluje bezwarunkowo. Kraj wspomagany moralnie przez busido do końca zachowuje ducha bojowego i do ostatka nie wyrzeka się walki. Japonia nie straciła swego busido, wspieranego unikalnym darem, nieuchwytnym przymiotem, którego istota jest dla umysłów cudzoziemców niedostępna: jamato damasii, czyli duchem jamato - duchem „starej” Japonii; dlatego też Japonia nigdy nie skapituluje, tak jak to uczyniły Niemcy. „Sto Milionów” woli w imię honoru popełnić samobójstwo aż do ostatniego! 1 Na początku kampanii okinawskiej zmniejszyła się częstotliwość nalotów superfortec B-29. Teraz od południa bombardowania obejmują wyspę Kiusiu. 26 kwietnia 1945 r. samoloty Task Force uderzają na lotniska kamikadze i ponownie pojawiają się nad tymi samymi celami między 12 a 14 maja. W kwietniu dowództwo amerykańskie zrezygnowało ostatecznie z projektu bombardowania Japonii przez samoloty wylatujące z lotnisk Chin środkowych. Opuszczono olbrzymie lotnisko w Czengtu, a żołnierzy i sprzęt przerzucono na Guam i Tinian. Z trzech baz na Marianach (Saipan, Tinian i Guam) może obecnie startować w kierunku Japonii do 800 superfortec w ochronie 350 myśliwców z Iwodzimy. 14 maja w biały dzień pojawia się nad Nagoją 500 kolosów B-29. Na drewniane miasto z licznymi fabrykami spada 3300 ton bomb zapalających: nazajutrz płomienie kończą dzieło jego unicestwiania, a wraz z tym ustają zmasowane naloty nieprzyjacielskie. Dzień 24 maja 1945 r. upamiętnił się kolejnym straszliwym atakiem lotniczym na Tokio. Radio japońskie informuje o rajdzie 220 superfortec B-29, lecz wiadomo, że podawane liczby są systematycznie zaniżane. Amerykanie ze swej strony podają, że w nalocie uczestniczyło 550 superfortec. Dywanowe bombardowanie stolicy rozpoczyna się dokładnie od miejsca, które oszczędziły naloty marcowe. Ledwie gigantyczne pożary zdążyły przygasnąć, gdy o północy z 25 na 26 maja powróciły nad miasto chwile grozy w postaci odpływających fal B-29 w liczbie 500 sztuk, odprowadzanych lśniącą poświatą księżyca. Nieprzyjacielski dywan rozwija się z bezlitosną regularnością... Równinne dzielnice między portem a wzgórzami, wysoko położona część miasta, którą otaczały dzielnice cudzoziemskich rezydencji i ambasad, Sinagawa i jej przedmieścia, Gotanda, gdzie mieszkałem przed opuszczeniem Tokio, cały zachodni pas miasta, wielkie strefy przemysłowe Ueno i Nippori, przedmieścia: Nakano i Sekiguci, urocze zakątki Omori - wszystko płonie pod niewiarygodnie gęstym gradem bomb. Tej nocy ogień strawił też dawną ambasadę francuską - na ten

izolowany budynek pośrodku wielkiego parku zrzucono aż 35 bomb! Pod skrzydłami stalowych potworów, rozjaśnionych reminiscencją piekła, całe niebo - według relacji świadków - rozkwita bukietami ognia. Przy styku z ziemią cylindryczne pojemniki strzelają w górę wysokim płomieniem, podobnym - jak odnotowały gazety - „skaczącym tygrysom”. Zaraz po północy wszystkie stanowiska strażackie w Tokio zostały nagle poruszone specjalnym sygnałem alarmowym: pałac cesarski w ogniu! Po raz pierwszy w „zakazane miasto” w samym centrum stolicy, dotychczas oszczędzane przez wroga, gruchnęła wielka ilość bomb zapalających. Władcy, przebywającemu w umocnionym schronie, stanowiącym część rozległych żelazobetonowych piwnic, nie grozi niebezpieczeństwo; niedawno obok podziemnego lokum Jego Cesarskiej Mości wydrążono obszerne sale, dostosowane do narad sztabowych. Na powierzchni pożary ogarnęły zewsząd zespół pałacowy - skomplikowaną barokową plątaninę budynków, będącą zlepkiem surowości czystego stylu japońskiego i złego smaku monumentalnych galerii rodem prosto z Niemiec, okoloną dziwacznymi skrzydłami z czerwonej cegły i wulkanicznego szkliwa (pumeksu), który wprowadzili do Tokio amerykańscy budowniczowie Teikoku-Hotel (hotelu cesarskiego). Strażacy świadomie skazują na zagładę całe dzielnice stolicy, a także dworzec centralny i ratusz, byle tylko uratować pałac. Wzmocnieni przez żołnierzy gwardii cesarskiej, daremnie jednak walczą z pożarem, który wytryska ze wszystkich stron, rozniecany deszczem rozżarzonych węgielków i iskier niesionych z wiatrem. Wezwane pospiesznie posiłki z 1. pułku piechoty mają trudności z szybkim dotarciem: rozległe koszary w Adzabu również stanęły w płomieniach. Z oblicza ziemi zostały starte ostatnie skarby architektury starego Tokio, które oparły się trzęsieniu ziemi w 1923 r.: pagoda Siby, świątynia w dzielnicy Jojogi z „popiołami prawdziwego Buddy”, ofiarowanymi Wielkiej Japonii przez Tajlandię w 1942 r., mauzoleum z czarnej laki i złota siogunów z rodu Tokugawa - wszystko to przestaje istnieć w ciągu owych tragicznych 48 godzin między 24 a 26 maja. Podczas pierwszego nalotu Amerykanie zrzucili 4500 ton bomb zapalających, a następnej nocy 4000 ton: w sumie ponad 2,5 mln ładunków, z których każdy wystarczy na zniszczenie jednego japońskiego domu. Spośród sześciu największych miast japońskich ocalały jedynie: Kioto - miasto tysiąca świątyń, Jokohama (cudem) i w połowie Osaka. Jeśli chodzi o Kioto, radio amerykańskie poinformowało, że starożytna stolica cesarska wraz z sąsiednią Narą, miastem-muzeum, będą chronione dla ocalenia skarbów sztuki i architektury dawnej Japonii. Co do Osaki i Jokohamy, to opinia publiczna łudzi się, że Amerykanie zechcą pierwszą oszczędzić jako wielkie japońskie centrum handlowe, które zaraz po wojnie mogłoby ponownie zacząć funkcjonować, zaś drugą - ze względu na port i byłe koncesje europejskie, które mogą być przydatne po wylądowaniu. Nikt już nie poddaje się iluzjom co do ostatecznego wyniku wojny... Jednak nocą 28 maja 1945 r., w cztery dni po wielkim nalocie na Tokio, 600 nieprzyjacielskich samolotów pojawia się nad Jokohamą: wśród nich jest 500 superfortec B-29, a reszta - to myśliwce z Iwodzimy. Nalot przeszedł do historii z racji swego bezprzykładnego okrucieństwa. Nie naruszone dotąd miasto o powierzchni stanowiącej zaledwie trzecią część obszaru stolicy zostało w dwie godziny zrównane z ziemią przez 3200 ton bomb zapalających - jak rzeczowo poinformują Amerykanie. Każda najmniejsza konstrukcja, nawet izolowana w ogrodzie czy daleko w polu na obrzeżu ryżowisk, znajduje się w zasięgu działania substancji zapalających. Ludność nie próbuje już bronić drewnianych dzielnic, lecz - podobnie jak to miało miejsce podczas ostatnich nalotów w Tokio

- szuka ratunku na wzgórzach i nie zabudowanych terenach. Każdy modli się tylko o jedno: by nie spadła mu bomba prosto na głowę i by udało mu się uniknąć - jeśli łaskawe niebo zechce - kuli ciężkiego kalibru, jakimi bez przerwy plują myśliwce P-51. Również rzekome bezpieczeństwo Osaki kończy się tragedią: ów Manchester Wschodu, zamieniony w gigantyczną fabrykę amunicji i sprzętu lotniczego, ulatuje 1 czerwca 1945 r. z dymem w deszczu 3000 ton bomb zapalających. Widocznie taką porcję przeznaczono obecnie jednorazowo każdemu z miast japońskich podczas dziennego bądź nocnego rajdu amerykańskich bombowców: równa się to milionowi 3-kilogramowych cylindrycznych pojemników wypełnionych galaretką wybuchową. Wielkie miasta japońskie przestały istnieć. 15 mln ludności miejskiej pozostaje bez dachu na głową. Przyszła kolej na miasta średniej wielkości o przeciętnym zaludnieniu w granicach 100-300 tys. mieszkańców: już 24 maja - w tym samym czasie co Tokio - ogień strawił przemysłowe Hamamatsu, a dzieła zniszczenia dokonała ledwo czterdziestka superfortec B-29. W czerwcowe dni tej pamiętnej wiosny do wszystkich - od Tokio aż po Kagosimę na Kiusiu, krańcowy punkt archipelagu japońskiego - dociera już brutalna prawda, że wojna jest przegrana, a klęska będzie całkowita. Mieszkańcom miast nie pozostawia żadnej nadziei widok sczerniałej pustyni, która jeszcze niedawno tętniła życiem. Ludność wiejska setki razy wpatrywała się w przelatujące w obie strony nad ryżowiskami straszliwe potwory i była świadkiem walk powietrznych, w których wyniku częściej na polach rozbijały się drewniane ptaki ze znakiem Wschodzącego Słońca niż stalowe mastodonty z amerykańską gwiazdą. W opowiadaniach tłumów uciekinierów z miast bez przerwy powraca koszmar przeżytych dni i nocy. Inwazja bezdomnej ludności miejskiej, której całym dobytkiem są strzępy łachmanów, zalała najdalej nawet położone wsie, nie wyłączając górzystej i mroźnej północy, dotychczas tkwiącej nieco na uboczu zachodzących wypadków. Mimo to „Sto Milionów” pozostaje nadal potulnie uległe wobec grupy rządzących, którzy przywiedli je ku katastrofie. Nie zmieniły się w niczym metody propagandy, którą nadal karmi się posłuszne stado. Przeciwnie, kampania nawołująca do narodowego samobójstwa nigdy jeszcze nie była tak nachalna. Armia japońska, która w zamęcie wydarzeń sięga do wzorów partii hitlerowskiej w Niemczech, wciągnięta wirem rozpętanej przez siebie awantury wojennej, nie zamierza się wycofać i pragnie, aby cały naród podzielił jej klęskę. Armia? Ucierpiała mniej od marynarki i lotnictwa. Z jej szeregów 2250 tys. żołnierzy jeszcze nigdy nie uczestniczyło w walce: teraz, jak kraj długi i szeroki, zapamiętale ćwiczą się w sztuce wojennej, kultywując fanatyzm i przemoc wobec perspektywy walki na „świętej ziemi” japońskiej. Tysiące oficerów i ogromna rzesza zmilitaryzowanych urzędników wojskowych stara się do ostatniej chwili odwlec myśl o nadciągającym końcu, przeczuwając nadejście nowego świata, w którym czeka ich rola pariasów. Armia zachowuje przy tym absolutną kontrolę nad propagandą, traktując ją jako środek wykorzystywania słów cesarza, a zwłaszcza cesarskiego milczenia. Hirohito nigdy nie cofnął rozkazów, jakie wydał w swej Dostojnej Proklamacji 8 grudnia 1941 r., w dniu ataku na Pearl Harbour: nakazywał w niej swym dzielnym i lojalnym poddanym prowadzenie wojny totalnej w służbie świętych celów Japonii. Ósmego dnia każdego miesiąca w całym kraju nadal uroczyście celebruje się „Dzień Największej Azji” i z czcią odczytuje publicznie następujące wezwanie: „My, z łaski Niebios zasiadając na tronie w nieprzerwanej linii po wieczne czasy, liczymy na lojalność i odwagę Naszych poddanych w Naszej ufnej nadziei, iż zadanie wyznaczone Nam przez Naszych ojców będzie kontynuowane...” Do ulubionych tematów radia i prasy należy bohaterstwo kamikadze. Najlepsze jednostki spośród młodzieży japońskiej - tysiące studentów zgarniętych z uczelni w latach 1942-1943 i wysłanych do szkół samobójstwa - nie mogą wszak ginąć

na próżno. Milionom mężczyzn i kobiet wpaja się dzień po dniu nakaz gotowości do złożenia ofiary z własnego życia - i ci nie wahają się uczynić z niego we właściwej chwili daru dla swego cesarza. Nie wspomina się oczywiście słowem, że rzekomo dobrowolne poświęcenie pierwszych kamikadze stało się w ciągu kilku miesięcy dobrowolnością obowiązkową, jeśli w ogóle można tak nazwać zgodę wymuszoną, na którą przystaje każdy Japończyk pod presją przełożonych i wrodzonego pędu do naśladownictwa. Klika przywódców spekuluje również na podłożu naiwności, jakie rzekomo nowoczesne wychowanie starannie wpoiło w umysły narodu. Tłumy wszystkich tych Ryżowskich, Polowych, Górskich, Leśnych, Wiejskich28 itp., choć przeniosły się do miast, nie przestały być w swej mentalności ledwo okrzesanymi chłopami. Zaledwie trzy pokolenia wstecz ich chłopscy pradziadowie przyjęli te nazwiska na rozkaz rządu - w dawnej Japonii nazwiska na wsi nie były w użyciu. Jeszcze parę tygodni temu cała ta chłopska Japonia święcie wierzyła, że uzbrojona w wiadra z wodą ustrzeże swoje miasta przed pastwą płomieni. Teraz wszyscy wstępują do obowiązkowej Ochotniczej Służby Ludowej, która bambusowymi dzidami ma osłonić kraj przed nieprzyjacielem. Z północy na południe, w nietkniętych jeszcze miasteczkach i wsiach, wszyscy wprawiają się w „szarże bandzai”, dodając sobie animuszu mrożącymi krew w żyłach okrzykami należącymi do rytuału walki i nurzając w wiązkach słomy, imitujących wroga, swą wzorcową broń, zrobioną - powtarzam - ze spiczasto przyciętych bambusów, skądinąd ostrych jak halabardy. Idei narodowego samobójstwa w sukurs staje prosta, acz zadziwiająco skuteczna argumentacja: „Aby zmusić Japonię do kapitulacji, należy ją zwyciężyć, a aby ją zwyciężyć, trzeba zadać po kolei śmierć Stu Milionom Japończyków. Tego nie jest w stanie dokonać żadna armia świata; jest to fizycznie niemożliwe nawet dla armii amerykańskiej. Tak więc my nie możemy zostać pobici”. Argument ten, przekazywany z ust do ust - zawsze w tej samej formie - przez „Sto Milionów” (których nigdy nie było więcej niż 75 milionów...), sprawia nieodparcie wrażenie celowo podtrzymywanej „szeptanej propagandy”. Ostatnim argumentem jest wszechwładza żandarmerii wojskowej. W każdym mieście i w każdej wsi kręcą się jej funkcjonariusze w mundurach i z opaską na ramieniu lub po cywilnemu. Nigdzie dotychczas nie wprowadzono stanu wojennego, nawet w okresie największego nasilenia nieprzyjacielskich nalotów, a mimo to sztab generalny Kempetai w Tokio, działając w imieniu armii, uzurpował sobie zakres kompetencji znacznie wykraczający poza uprawnienia policji podległej Ministerstwu Spraw, Wewnętrznych. I stara rywalizacja między obiema tymi instytucjami, stanowiącymi podporę reżymu, odbywa się na zasadzie, kto mocniej w przededniu ostatniej bitwy zaciągnie swą sieć „glin” o złotych zębach i w okularach - ową pajęczynę wszechobecnego szpiegostwa i agresywnej kontroli całego życia społecznego kraju.

17. Ku pokojowi

28

Nazwiska w dosłownym przekładzie – przyp. tłum.

Karmić lud mitami, usprawiedliwionymi bezmiarem jego ignorancji, zastrzegając znajomość rzeczy wtajemniczonemu kręgowi przywódców - oto sięgające czasów przedwojennych zasady polityki japońskiej. Jako przeżytek średniowiecza zakładały one wrodzoną niejako skłonność mas do służebności, wynikającą z zamiłowania do tyranii i pogardy rządzących do szarego tłumu. Podstawowa, przez wieki pielęgnowana reguła funkcjonowania państwa - tajemnica - wytwarza wszakże przepaść również w hermetycznie zamkniętych kołach wtajemniczonych, odbierając im część władzy: z jednej strony dlatego, że kłamstwa serwowane narodowi przez rząd niejednokrotnie odsłaniają brudne intencje tego ostatniego, po wtóre zaś dlatego, że pod osłoną tajemnicy w różnych środowiskach elity władzy toczy się z całą bezwzględnością walka klanów. W istocie nikt nie dysponuje kompletem danych dla oceny sytuacji, gdyż każdy klan stara się zastrzec dla siebie część prawdy, aby zapewnić przewagę swych koncepcji w starciu z rywalami. Ten mechanizm rzucił Japonię w latach 1940-1941 w tryby agresji i przez cztery lata wojny nie dopuścił, aby rozpędzona machina zatrzymała się choć na chwilę. W 1945 r. jego owocem jest już tylko miażdżąca klęska. W roku 1942 mit „wojny błyskawicznej”, wyrosły z nadziei fanatyków, obiecywał narodowi natychmiastowe zwycięstwo. W 1945 r. mit „ostatniej bitwy”, powstały po utracie resztek nadziei, utrzymuje naród w iluzji zwycięstwa w „ostatniej chwili” - „za pięć dwunasta”. Ukrywana przed nim do ostatka prawda o sytuacji na froncie sprawia, że nie dostrzega on faktu, że cała wojna jest wszak wojną morską, i nie podejrzewa, że Japonia nie ma już floty, by stoczyć ostatnią bitwę. Tragiczne fatum sprawiło, że walka klanów raz jeszcze kończy się triumfem armii, która wyeliminowała z gry marynarkę - jedyną grupę, jaka, być może, była w stanie wyciągnąć właściwe wnioski z biegu wydarzeń i działać na rzecz pokoju. Pokój? Japonia mogła - i powinna była - wystąpić z ofertą o pokoju przede wszystkim po Singapurze, gdy znalazła się u szczytu swych sukcesów. Byłby to pokój zapisany na konto Todzio. Mogła zabiegać o kompromis w rok później, po upadku Saipanu: mógł się o to pokusić Koiso. Tymczasem i w ostatnim czasie Japonia przepuszcza nadarzające się okazje, które powinny zaowocować jeszcze w miarę korzystnym dla niej - już zwyciężonej - pokojem: w przededniu kapitulacji Rzeszy mogłaby może wynegocjować mniej upokarzające warunki, niż zapowiada to dalsza zwłoka; nazajutrz po klęsce Niemiec był jeszcze właściwy moment do przerwania walk. Nic jednak nie wydaje się zapowiadać pokoju ze strony admirała Sudzukiego. W tym czasie losy Japonii zaczyna kształtować nowy, zaledwo dostrzegalny element, pilnie strzeżona w powłoce tajemnicy - tajemnica, która zostanie ujawniona dopiero w ostatniej chwili, gdy klęska będzie ostateczna i w pełnym świetle dnia oczywista dla wszystkich: z wolna budzi się umysł władcy, przerażony daremnością kontynuowania wojny. Aby prześledzić narastanie owego pragnienia pokoju, należy cofnąć się aż do upadku generała Todzio w lipcu 1944 r. Przez trzy lata generał zazdrośnie bronił dostępu do tronu każdemu, kto nie był podporządkowany jego klanowi. Nawet osobistość tak wielkiego formatu jak książę Konoje przez cały okres wojny nie miał okazji spotkać się z cesarzem w cztery oczy. Etykieta dworu wymaga, by cesarz kazał wezwać daną osobę przed swe oblicze, i wzbrania poddanym prosić formalnie o audiencję bądź zjawić się przed tronem bez zaproszenia. Ale Hirohito nie wzywa odsuniętych na bok polityków. Historia obarczy go poważną odpowiedzialnością za takie postępowanie: wszak mógł wydobyć się spod wpływu klanu wojskowych i zapoznać z poglądami swych dawnych doradców, którzy bez wątpienia wnieśliby z zewnątrz trochę świeżego powietrza. Jeśli jest „trzymany w zamknięciu”, to

tylko dlatego, że sam na to przystaje. Otoczenie Syna Nieba będzie później usiłowało tłumaczyć jego postawę troską o skrupulatne zachowywanie przepisów konstytucji, ta bowiem przewiduje swobodny dostęp do tronu dla ministrów stanu i członków Wielkiej Tajnej Rady państwowej, lecz nie wspomina słowem o prawie cesarza do przyjmowania innych osobistości. Jednakże stanowisko Hirohita w dniach kryzysu gabinetu Todzio dowodnie wskazuje, że ma dość kurateli, którą sam pozwolił sobie narzucić. Choć kandydatura generała Koisa na urząd premiera została źle przyjęta przez armię, cesarz decyduje się powierzyć mu misję sformowania rządu. Co więcej, nakazuje mu utworzenie gabinetu wespół z admirałem i Jonai, co zrównoważy wpływy armii z wpływami marynarki, pozostającej w ostrej sprzeczności z armią co do sposobu prowadzenia wojny. Jonai jest człowiekiem, który w 1939 r. uparcie przeciwstawiał się paktowi trzech, a w 1941 r. czynił wszystko, aby nie dopuścić do wojny. Sprawozdania, które cesarz odtąd otrzymuje, i opinie, których może zasięgnąć, korygują fałszywy obraz stanu państwa, jaki przez długi czas narzucała mu armia. Nie brak oficjalnych osobistości, wśród nich m.in. nowy szef Biura Informacyjnego Ogata i minister finansów Isiwatari Sotaro, które starają się przynajmniej uczciwie informować władcę o sytuacji wewnętrznej kraju. Nowa atmosfera na dworze dopinguje grupę wybitnych osobistości, które cesarz długo trzymał na uboczu, do zorganizowania w tajemnicy sztabu działania w obliczu nadciągającego kryzysu. Począwszy od 1943 r. czterech dziusinów (byłych premierów): książę Konoje, admirał Okada Keisuke, baron Wakatsuki Reidziro i admirał Jonai odbywa prawie co tydzień narady dla oceny sytuacji militarnej i spraw państwowych. Grupa ta stara się zwłaszcza o uzyskanie wiarygodnych informacji o sytuacji na różnych frontach, przebiegu działań wojennych w Europie, ewolucji wydarzeń na arenie międzynarodowej i kulisach dyplomacji. Chodzi o przebicie muru tajemnicy i cenzury, jaki klan wojskowych, bardziej jeszcze niż wojna, wzniósł wokół Japonii. Wielkie usługi informacyjne oddaje młody dyplomata Kase Tosikadzu. Jednak nawet i dla tych wpływowych ludzi prowadzona działalność niesie z sobą zagrożenie, toteż przedsięwzięto wszelkie środki ostrożności, aby nie wzbudzić podejrzliwości policji politycznej i Kempetai. W tych dniach powolnego przebudzenia „odnajduje się” cały klan umiarkowanych konserwatystów. Są to politycy pokonani w latach 1935-1940, których słabości, błędy, a także poparcie zapewniły triumf wojskowym. Wśród nich jest stary baron Sidehara Kidziuro, liberał o nieskazitelnej opinii, który zostanie premierem po zakończeniu wojny; baron Ikeda Seihin, człowiek trustu Mitsui i były minister finansów w rządzie Konojego; uczciwy i energiczny dyplomata Josida Sigeru, który w tajemnicy penetruje Ministerstwo Spraw Zagranicznych; Hatojama Iciro, polityk, który wyczuwa, skąd wieje wiatr, i pragnie nie zwlekając odpokutować niegdysiejsze sympatie dla zagranicznych faszyzmów i samego generała Todzio. Ten niewielki światek wymienia informacje i zawzięcie dyskutuje: z całą ostrością widzi, dokąd wiedzie wojna. Tchnienie świeżego powietrza dociera też do otoczenia tronu. Książę Higasikuni, kuzyn cesarza w stopniu generała, na którym głęboki ślad pozostawił długi pobyt w Paryżu, skąd przywiózł liberalne poglądy i gdzie zostawił serce, angażuje się jednoznacznie na rzecz pokoju. Jego Cesarska Wysokość brat cesarza, książę Takamatsu, komandor, nie ukrywa wobec dostojnego starszego brata, że wyzbył się wszelkich złudzeń. Wreszcie osobistość prawie niewidoczna, której roli nikt nie podejrzewa, z kołami oficjalnymi włącznie, niestrudzenie prowadzi wobec cesarza aktywną kampanię informacyjną, starając się go przekonać, że nadszedł czas, by poniechał swej nieśmiałej

powściągliwości i przystąpił do działania. Sadako, 60-letnia cesarzowa-matka, synowa cesarza Meidziego, to inteligentna i światła kobieta. Poślubiwszy w 1900 r. cesarza Taisio, przyczyniła się do ukształtowania liberalnego charakteru dworu, odpowiadającego demokratycznemu obliczu Japonii, sojuszniczki Anglii. Od chwili śmierci męża w 1926 r. trzymała się na uboczu, lecz zachowała duży wpływ na syna Hirohita. Na tle reakcyjnej koterii dworskiej ona jedna jasno dostrzega śmiertelne niebezpieczeństwo zagrażające nie tylko krajowi, ale i dynastii, stanowiącej zawsze duszę Japonii. Potomstwo bogini Słońca - „ród bez skazy po wieczne czasy” - może już niebawem zostać zmiecione przez zawieruchę. Miecz Damoklesa wisi nad Hirohitem, synem Sadako, i jej małym wnukiem Akihitem, potencjalnym następcą tronu, którego edukacji poświęca tak wiele czasu. Między grupą Konoje-Okada a cesarzową zadzierzgnęła się nić współpracy. Patronuje jej sędziwy, przeszło 80-letni hrabia Makino Nobuaki, wielkich zasług świadek wspaniałej epoki cesarza Meidziego. Będąc synem jednego z twórców nowoczesnej Japonii - markiza Okuba, który został zamordowany - wychowywał się w domu innej znakomitej postaci owej epoki, starego markiza Kida. Był bliskim przyjacielem księcia Saiondziego Kinmociego, z którym w 1919 r. przebywał w Wersalu. Jako doradca cesarza Taisio, pełnił funkcję strażnika prywatnej pieczęci. Jego długi żywot dobiegał teraz kresu w burzliwej epoce panowania Hirohita. Służąc ideom liberalnym, którym hołdował już w latach młodości, zdołał ujść śmierci z rąk skrajnych przeciwników politycznych. W 1932 r. figurował na „czarnej liście” zabójców premiera Inukaiego Tsujosiego:. Uczestnicy rebelii 26 lutego 1936 r. uznali go za martwego po oddaniu kilku strzałów rewolwerowych. Ciężko ranny, cudem został uratowany. Obecnie żyje na uboczu w swej spokojnej rezydencji w Kamakurze w pobliżu Tokio, nie opuszczając wybrzeża i ulubionych sosen. Pozostaje jednak potajemnie w kontakcie w cesarzową Sadako, a ze stolicy nadchodzą doń listy i wiadomości; składa też wizyty książę Konoje i jego przyjaciele. Choć posunięty w latach, hrabia zachował świetny wzrok i słuch i jasny umysł, a jego ręka kreśli pewnie pędzelkiem wytworne kaligraficzne ideogramy. Podobnie jak ongiś Saiondzi w swej samotni, Makino jest na bieżąco zorientowany w całokształcie polityki państwa i zna wszystkich wybitniejszych polityków. W połowie lutego 1945 r. (na pół roku przed bombą atomową) Makino dostrzega pierwszy gest cesarza, wskazujący na ewolucję jego poglądów. Głęboko poruszony niewiarygodnie szybkim upadkiem Filipin, 12 lutego. - w sześć dni po zdobyciu przez Amerykanów Manili - władca wysyła list do księcia Konojego z prośbą o przybycie do pałacu w dniu 14 lutego. Książę Konoje mieszka od dawna w jednej ze swych posiadłości poza Tokio, położonej u stóp gór Hakone, które stanowią dobre zabezpieczenie przed nieprzyjacielskimi nalotami. Bliskość stolicy ułatwia mu utrzymywanie kontaktów. Ponieważ książę wie, że pozostaje pod baczną obserwacją - również i on! - podejrzliwej żandarmerii wojskowej, więc oficjalnym pretekstem jego wyjazdu do Tokio jest zamiar uczestnictwa w... chińsko-japońskiej konferencji naukowej. Wezwanie otrzymał również hrabia Makino, podobnie jak wszyscy inni dziusini. Jest to doniosłe wydarzenie polityczne: po raz pierwszy po Pearl Harbour cesarz rozmawia w cztery oczy - z każdym oddzielnie - ze starymi wytrawnymi wygami politycznymi. Wszyscy, z wyjątkiem generała Todzio, przedstawiają w umiarkowanych i pełnych szacunku słowach niebezpieczeństwo, wobec którego stanęła Japonia. Książę Konoje dostępuje dłuższej audiencji u cesarza niż pozostali. On jeden spośród wszystkich wybitnych osobistości Japonii czasu wojny wie jak rozmawiać z władcą. Czyni to z wyszukaną lekkością, nieomal familiarnie, na co pozwala mu jego ranga i wysoka kultura osobista i co skłania do swobody samego Hirohita. Inni zaproszeni czują się przed obliczem cesarskim skrępowani jak

uczniacy przed nauczycielem - tak czołobitny zakorzenił się w ich umysłach szacunek dla Syna Nieba. Konoje nie ukrywa pesymizmu w ocenie sytuacji. Po zakończeniu audiencji nie taił w gronie najbliższych zaskoczenia, jakim była dlań zaprezentowana przez władcę fałszywa ocena wypadków, wynikająca w dużej mierze z tendencyjnego doboru informacji przekazywanych mu przez klan wojskowych. Podczas audiencji książę Konoje wręczył cesarzowi memoriał, w którym przedstawił swe argumenty i sformułował wnioski. Jedną kopię tego dokumentu otrzymał stary hrabia Makino, druga pozostała u Josidy, współredaktora ostatecznej wersji memoriału. Przyszły zasłużony premier powojennej Japonii był ambasadorem w Londynie aż do wybuchu wojny w Europie. Na tym stanowisku odważnie, acz na próżno, usiłował w 1937 r. odwrócić kierunek polityki japońskiej - ku odrodzeniu sojuszu japońskobrytyjskiego i współpracy gospodarczej z Koroną Brytyjską na Dalekim Wschodzie. W 1939 r. przeciwstawił się manewrom wiodącym ku zawarciu trójstronnego sojuszu wojskowego, którego szczegóły generał Osima, ambasador Japonii w Berlinie, negocjował podówczas z Ribbentropem. Oskarżony o anglofilstwo i zajadle krytykowany w Tokio przez klikę wojskową, Josida powrócił do kraju z zamiarem złożenia dymisji. Pozostając nadal bardzo wpływową postacią w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, aż do Pearl Harbour odważnie starał się ze wszystkich sił powstrzymać wybuch konfliktu wojennego. Podczas wojny rozwinął zakulisową działalność w kręgach dyplomacji, organizując opór przeciwko dominacji wpływów wojskowych, narastających w wyniku dokonywanych czystek personalnych, których duszą był głównie Siratori Tosio, były ambasador Japonii w Rzymie, trzeci obok Osimy i Ribbentropa współautor projektu paktu trzech. Natychmiast po upadku gabinetu generała Todzio Josida podjął w tajemnicy kampanię na rzecz szybkiego zakończenia wojny. Jednak żandarmeria wojskowa nie spuszcza z oka byłego dyplomaty. Na początku 1945 r. wprowadza do jego domu swego szpicla: jedna ze służących odtąd regularnie szpera w papierach swego pana. Pewnego dnia w jej ręce wpada tajne memorandum przeznaczone dla cesarza. Przekazuje je swym chlebodawcom, w następstwie czego Josida zostaje poddany bezwzględnemu przesłuchaniu w sztabie głównym Kempetai. Pod raportem nie ma podpisu - kto jest jego autorem? Dla kogo był przeznaczony? Josida przyznaje się do autorstwa dokumentu, lecz nie zdradza adresata. Zostaje wtrącony do celi bez okna, zamkniętej z jednej strony jak klatka grubymi kratami drewnianymi (kraty żelazne dawno oddano „w służbie ojczyzny”). Sąsiednią klatkę zajmuje prześladowany przez żandarmów japoński biskup protestancki Sugai. Josida jest bezustannie przesłuchiwany. Przeciw oskarżonemu świadczą też materiały pochodzące z podsłuchu policyjnego. Zarzuca mu się zwłaszcza optowanie za podjęciem przez rząd rokowań pokojowych w perspektywie przyszłej konferencji aliantów w San Francisco. Josida nie zaprzecza tym zarzutom, przedstawiając szczegółowo swe poglądy, których - jak stwierdza - nigdy nie ukrywał. Postawiony w połowie kwietnia 1945 r. przed trybunałem, podtrzymuje tezę, że Japonia powinna przerwać walkę, i broni swej sprawy z zapałem, który imponuje sędziom: zostaje uniewinniony. Wyrok ten świadczy ogromnie na jego korzyść, a jednocześnie dowodzi, jak wielkiej zmianie uległy warunki polityczne w kraju. Stopniowe nasilanie się nieprzyjacielskich nalotów, jakie od początku roku znosi stolica, niepokoi cesarza coraz bardziej - o wiele bardziej niż przedstawiane pesymistyczne raporty. Mimo nalegań armii, która usiłowała izolować władcę na uboczu w którymś z pałaców, na przykład w Nikko, gdzie schroniło się liczne grono książąt krwi, ten odmawia opuszczenia Tokio. Nie opuścił zresztą odważnie stolicy, przez cały okres wojny. Wydrążono dla niego bezpieczny podziemny schron, do którego schodzi podczas alarmów, lecz - jak zapewniają wiarygodni świadkowie - czyni to dopiero w ostatniej

chwili i o wiele mniej ulegle, niż życzyliby sobie tego ci, którzy czuwają nad jego bezpieczeństwem. 11 marca 1945 r., po apokaliptycznym nalocie na Tokio, do pałacu docierają strzępy informacji o straszliwych spustoszeniach dokonanych przez ogień. Cesarz wzywa ministra spraw wewnętrznych, lecz dostarczony przezeń raport, minimalizujący rozmiary szkód i liczbę ofiar, nie pokrywa się z wiadomościami pochodzącymi ze źródeł nieoficjalnych. Syn Nieba zwierza się swym bliskim z zamiaru naocznego przekonania się o zasięgu katastrofy. Na wieść o tym koła dworskie uknuły całą intrygę, próbując pokrzyżować plan cesarza. Dowództwo armii, które ma swoich zaufanych ludzi na dworze, obawia się, by widok zrównanego z ziemią Tokio nie wpłynął na zasadniczą zmianę poglądów władcy. Inne osobistości, w tym markiz Kido, które czują, że wiatr zmienił kierunek, przychylają się do decyzji Hirohita. Wreszcie cesarz wyraża formalne życzenie, co równa się rozkazowi, i kawalkada rusza w objazd. Z mniejszą niż tego wymaga etykieta dworska eskortą Syn Nieba udaje się do Fukagawy, która to dzielnica jest dla Tokio tym, czym East End dla Londynu. Z osłupieniem widzi, że od samego Nihombasi, zamienionego w stos gruzów centrum handlowego miasta, jego samochód bezustannie przemierza pustynię popiołów i ruin. Dzielnice najbardziej dotknięte wojennym kataklizmem po drugiej stronie Sumidy przebywa pieszo, zatrzymując się w obozie dla ocalanych i rozmawiając z biedotą, szukającą schronienia w norach. Po kilku dniach zwęglone trupy usunięto, ulice oczyszczono. Do świadomości cesarza dociera wreszcie z całą bezwzględnością okrutna, oczywista prawda, którą narzuca widok unicestwionej stolicy. Napawa go przerażeniem liczba ofiar, która według pierwszych oficjalnych szacunków wynosi 120-150 tys. zabitych podczas jednego nalotu w ciągu jednej nocy, a prawdopodobnie została ona zaniżona. Wizyta cesarska w Fukagawie i północno-wschodnich dzielnicach Tokio wywrze bardzo głęboki wpływ na postawę władcy i dalszy przebieg wojny. Od tej chwili cesarz utwierdza się w postanowieniu powstrzymania hekatomby, dając, wbrew czynnikom hamującym jego wolę, dowód odwagi ludzi nieśmiałych, którą okupi dawną słabość. W tym przełomowym momencie spotkań cesarza z jego nieszczęsnym ludem wśród świeżych ruin zadzierzgnęła się wzajemna przedziwna więź. Aby zrozumieć jej istotę, należy pamiętać o atmosferze zimnej oschłości, jaka otacza katastrofę Kraju Wschodzącego Słońca. Lud japoński znał jedynie okrucieństwa rządzących, bezwzględnie poganiających udręczone stado. Teraz po raz pierwszy spotkał się z litościwym współczuciem swego władcy i Japonia nigdy nie zapomni tego odruchu serca, który uratuje ją od rozpaczy i pozwoli dostrzec nadzieję w dniach ostatecznej klęski. Na początku kwietnia 1945 r. stary admirał Sudzuki, ofiarnie oddany tronowi, przejmuje po generale Koisie funkcję premiera. Wszystko wskazuje na to, że stanowisko władcy nie jest mu tajne i że został przezeń osobiście poinformowany o powziętych postanowieniach. Kulisy dziejów gabinetu Sudzukiego świadczą o systematycznych działaniach zmierzających ku pokojowi. Już w pierwszych dniach swego urzędowania Sudzuki powołuje specjalny komitet, któremu porucza opracowanie raportu dotyczącego ekonomicznych i militarnych możliwości kontynuowania wojny przez Japonię. Raport jest gotowy w połowie maja. Jego konkluzje cechuje głęboki pesymizm. Marynarka japońska posiada tylko trzy pancerniki, z których ani jeden nie jest w stanie wypłynąć na pełne morze: „Nagato” tkwi unieruchomiony w Jokosuce wskutek ciężkiego uszkodzenia, „Haruna” i „Ise” stoją w Kure, niezdolne do walki. Z sześciu ostatnich lotniskowców tylko dwa mogą wyruszyć w morze. Z trzeciej ongiś w świecie co do wielkości floty pozostało zaledwie sześć krążowników, około trzydziestu niszczycieli i około pięćdziesięciu okrętów podwodnych. Flota handlowa, której tonaż

w epoce Pearl Harbour wynosił niemal 7 mln, w chwili kapitulacji będzie dysponować tylko 1285 tys. ton (wliczając statki uszkodzone). Transport kolejowy osiągnął w pierwszym półroczu 1945 r. ledwie połowę przewozów w porównaniu z analogicznym okresem 1941 r. Produkcja samolotów niewiele wykracza ponad 1000 sztuk miesięcznie. Bitwa na Okinawie i ataki kamikadze wyeliminowały najlepszych pilotów japońskich. Brak benzyny okazuje się tak dotkliwy, że konieczne stało się drakońskie zmniejszenie liczby godzin ćwiczeń: dyplom pilota myśliwca przyznaje się obecnie po 120 godzinach lotu, zamiast obowiązujących na początku wojny 500 godzinach. Import benzyny z Indii Holenderskich należy do przeszłości - podobnie jak import wszelkich innych surowców z południowego Pacyfiku. Wskutek bombardowań produkcja stali wynosi ¼ produkcji przedwojennej. Ostry kryzys nastąpił w zaopatrzeniu ludności cywilnej w żywność w wyniku wstrzymania importu ryżu i zniszczenia zapasów składowanych w wielkich miastach. Na żer „ostatniej bitwy”, która według ekstremistów musi się zakończyć zwycięstwem „za pięć dwunasta”, armia ma w odwodzie ponad 2 mln żołnierzy, którzy dotychczas nigdy jeszcze nie uczestniczyli w walce i są gotowi bić się z całym japońskim fanatyzmem. Są jednak marnie uzbrojeni, brak im zwłaszcza ciężkiego sprzętu, głównie czołgów, których klasa jest zresztą dość marna. Amerykanie przewidują zaangażowanie w operację lądowania w Japonii - dane te zostaną opublikowane po wojnie - 7-milionowej armii, a pierwszego uderzenia ma dokonać 800 tys. żołnierzy. Generał Mac Arthur dysponuje 11 tys. samolotów. Ogólny tonaż amerykańskiej floty wojennej osiągnie 15 mln29; w jej składzie znajdzie się około setki lotniskowców, może ona nadto liczyć na wsparcie 200 jednostek brytyjskiej floty Pacyfiku. Z miesiąca na miesiąc na horyzoncie coraz wyraźniej zarysowuje się nowe zagrożenie Japonii: możliwość udziału Związku Radzieckiego w wojnie na Dalekim Wschodzie. W przedstawionym cesarzowi raporcie dotyczącym analizy sytuacji międzynarodowej wynika, że wkrótce należy się spodziewać przystąpienia Armii Czerwonej, do działań wojennych. Atak może nastąpić około września, a więc zbiegłby się z przewidywanym lądowaniem wojsk amerykańskich. W gabinecie Sudzukiego tekę ministra spraw zagranicznych dzierży Togo Sigenori, który tę samą funkcję piastował w początkowym okresie rządów generała Todzio. Objąwszy ster rządu, Sudzuki dość jednoznacznie dał do zrozumienia swemu podwładnemu, że zamierza „dać mu wolną rękę na niwie dyplomatycznej”. Nie wspomniał wprawdzie wyraźnie o pokoju, niemniej jego słowa wskazywały
29

Oto skład floty amerykańskiej w dniu 15 sierpnia 1945 r.: 3 pancerniki, 20 lotniskowców wielkotonażowych, 70 lotniskowców eskortujących i 8 lotniskowców małego kalibru, 2 wielkie krążowniki bojowe, 23 krążowniki ciężkie, 48 krążowników lekkich, 273 torpedowce, 365 torpedowców eskortujących i 240 okrętów podwodnych, nie licząc jednostek towarzyszących. Oficjalne dane dotyczące strat własnych armii japońskiej, opublikowane po kapitulacji, są znacznie zaniżone i trudne - jak cała japońska statystyka - do zinterpretowania. Podano, że liczba zabitych wyniosła 510 tys. żołnierzy i 157 305 marynarzy, a „chorych i rannych” - 4470 tys. żołnierzy (ta zaskakująca liczba wynika prawdopodobnie z tragicznego stanu sanitarnego w wojskach japońskich, odciętych od świata na południowym Pacyfiku). Oficjalne dane amerykańskie dotyczące strat armii japońskiej mówią o 1219 tys. zabitych, 240 tys. rannych i 41464 jeńcach - ogółem: 1 500 464 żołnierzy. Nie przedstawiono natomiast - o ile mi wiadomo oficjalnej statystyki strat wśród japońskiej ludności cywilnej w wyniku bombardowań. Szacuje się, że liczba osób cywilnych, które poniosły śmierć wskutek bombardowań (zapalających, eksplodujących i atomowych), przewyższa 600 tys. Straty armii brytyjskiej w wojnie z Japonią wyniosły według danych oficjalnych 17 127 zabitych. Nie dotarłem do statystyki strat amerykańskich w wojnie z Japonią, ale oficjalne dane dotyczące strat armii amerykańskiej na wszystkich frontach drugiej wojny światowej, począwszy od Pearl Harbour, wskazują na 114 160 zabitych, 35 355 zaginionych i 552 299 rannych - przyp. aut. Inne źródła podają ogółem 405 tys. zabitych żołnierzy amerykańskich (por.: W. T. Kowalski: Wielka Koalicja 1941-1945. T. 3. Warszawa 1977, s. 780) - przyp. red.

kierunek działania: chodzi o zbadanie szansy położenia kresu wojnie. Sudzuki upoważnia swego ministra do podjęcia odpowiednich kroków - z zachowaniem najgłębszej tajemnicy, nawet bez informowania zastępcy Matsumota Siuniciego, wschodzącej gwiazdy japońskiej dyplomacji. Togo zręczny negocjator, były ambasador w Moskwie (swego czasu przygotował pakt o nieagresji sygnowany przez Matsuokę i Stalina), ekspert w sprawach radzieckich - skłania się ku orientacji proradzieckiej. Czy nie byłoby możliwe - rozważa - przedłużenie o kilka miesięcy dogorywającego paktu o neutralności? A może odważniej: czy nie można by go zastąpić radziecko-japońskim porozumieniem, które wobec perspektywy nowego porządku powojennego oznaczałoby podział wpływów między Rosją a Japonią w tej części świata? Za takie porozumienie Japonia gotowa jest zapłacić wysoką cenę w postaci rozległych koncesji terytorialnych lub znacznych ustępstw politycznych. Innym rozwiązaniem mogłaby być mediacja strony radzieckiej w celu zakończenia wojny - i to wydaje się szczególnie kuszące. Ambasador Sato w Moskwie uważa, że jest to rzecz trudna, lecz nie niemożliwa - za odpowiednio wysoką cenę. W swych raportach dla Tokio wskazuje na nietrwały w jego ocenie - charakter sojuszu Anglosasów z Rosjanami. Moskwa - utrzymuje - nie ufa swym zachodnim partnerom i obawia się, że pokój ustanowiony po klęsce Niemiec może mieć kruchy fundament. Rosja jest teraz na długo związana z Zachodem: kompromis, który umocniłby jej pozycję na Dalekim Wschodzie, jest, być może, do zaryzykowania. W maju 1945 r. zbiera się w Tokio Najwyższa Rada Wojenna - organ koordynujący działania dowództwa wojskowego, kierującego operacjami militarnymi, i gabinetu, rządzącego krajem w stanie wojny. Potocznie zwie się ją Radą Sześciu, ponieważ na posiedzeniach roboczych obraduje niemal wyłącznie w sześcioosobowym gremium, na którym spoczywa odpowiedzialność za prowadzenie wojny. W jego skład wchodzą: szef sztabu armii, szef sztabu marynarki, premier i ministrowie spraw zagranicznych, marynarki i wojny. Tym razem Rada poddaje analizie położenie Japonii po kapitulacji Rzeszy w dniu 9 maja. Togo dokonuje przeglądu sytuacji międzynarodowej, kładąc zwłaszcza nacisk na stosunki japońsko-radzieckie. W swych rachubach uwzględnia możliwość mediacji radzieckiej między Japonią a Anglosasami w sprawie zakończenia wojny pokojem, co mogłoby uchronić kraj przed obcą inwazją. Od Rady domaga się upoważnienia do rozpoczęcia w tym celu negocjacji z Moskwą. Radzie nie pozostaje nic innego, jak wyrazić zgodę. W tym czasie w łonie Najwyższej Rady Wojennej już trzy osobistości wydają się skłaniać ku poszukiwaniu rozwiązań pokojowych: Sudzuki, Togo i minister marynarki admirał Jonai. Jeśli chodzi o ministra wojny, generała Anamiego, i szefa sztabu, generała Umedzu Josidzira - ci rzecznicy „oporu do ostatniego tchu”, na rzecz którego orędują w krzykliwej kampanii prowadzonej w kraju, nie są zdolni do zaakceptowania realizmu Togo. Całe japońskie dowództwo wojskowe drży na samą myśl o radzieckim uderzeniu. Przemówienie Stalina z 6 listopada 1944 r., piętnujące Japonię jako agresora, rozwiało w Tokio resztki nadziei. Sztab generalny liczył się z ofensywą już w okresie minionej zimy, kiedy wojska radzieckie mogły wykorzystać zamarznięte rzeki syberyjskie. Tymczasem - jakby na przekór oświadczeniu generalissimusa - Armia Czerwona osłabiła nieco straż na granicy mandżurskiej i patrole japońskie mogły po wielu latach bez trudu obserwować, że po drugiej jej stronie panuje całkowity spokój. Wyglądało na to, że Stalin udzielił sojusznikom walczącym w Normandii werbalnej satysfakcji, nie

mogąc (lub nie chcąc) jeszcze przejść do konkretnych działań30. Jednak z upływem zimy jednostki pograniczne i japońskie służby wywiadowcze doniosły o szeroko zakrojonych ruchach wojsk radzieckich i dyslokacji sprzętu. Szczególne powody do niepokoju stwarza ogromna ilość saperskiego sprzętu pontonowego: widoma oznaka, że przeprawa przez rzeki nastąpi przed przyszłą zimą - a więc latem 1945 r. U progu minionej zimy dowództwo japońskie przerzuciło znaczną część sił armii kwantuńskiej z Mandżurii do dyspozycji generała Jamasity dla wzmocnienia obrony Leyte i Luzonu na Filipinach. Powstałą na skutek tego próżnię zamierza się teraz jak najszybciej zapełnić wojskami ewakuowanymi z frontów południowych: południowych Chin, Tajlandii, Birmy i Malajów dzięki przywróceniu połączenia kolejowego Kanton-Hankou. Na razie jednak Mandżuria jest niebezpiecznie osłabiona, toteż sztab generalny decyduje się przyjąć drastycznie okrojony plan obrony: przewiduje on, że spośród ufortyfikowanych miast mandżurskich będzie broniona tylko czwarta część, położona na południowym wschodzie - a więc ta, która osłania Koreę i leży najbliżej Japonii. Z obrony innych punktów zrezygnowano. W tej sytuacji radzieckie uderzenie na Mandżurię równałoby się ostatecznej katastrofie. Oto dlaczego generał Anami nie przeciwstawia się propozycji Togo w sprawie podjęcia rozmów z Moskwą, co nie przeszkodzi mu zająć ponownie pozycji skrajnego ekstremisty, gdy wydarzenia dowiodą, że z mediacją radziecką można było wiązać pewne nadzieje. Ponieważ spośród dowódców jedynie kilku jest wtajemniczonych w zamysł rokowań, armia w oczekiwaniu najgorszego nie przestaje podsycać propagandy narodowego samobójstwa. Okinawa, zmasowane naloty bombowe, pożar pałacu cesarskiego - każda okazja jest dobra dla przygotowania „Stu Milionów” do pójścia w ślady kamikadze. Prasa i radio sławią na cały kraj bohaterstwo młodzieży Keramy, niewielkiego skupiska wysepek w pobliżu Okinawy, zdobytych przez Amerykanów w pierwszych dniach kampanii o wyspy Riukiu. Stawia się za wzór tutejszych młodych mężczyzn i chłopców, którzy, zagrzani do wałki apelem gubernatora, wstąpili ochotniczo do służby w lokalnym garnizonie i jak prawdziwi żołnierze zginęli do ostatniego. Według wersji Amerykanów rzecz się miała zgoła inaczej: około 200 mieszkańców wysepek, dając wiarę rodzimej propagandzie, która zapowiadała, że wszyscy zostaną wymordowani przez zwycięzców, popełniło samobójstwo; wielu własnymi rękami uśmierciło wpierw swoje dzieci. Komunikat specjalny z 29 maja 1945 r. zapowiada już tragiczny finał: nadeszła godzina decydującej bitwy na terytorium samej Japonii. „Musimy przygotować się na najgorsze - stajemy wobec wyboru: zwyciężyć lub umrzeć. Niech nasze ciała przeistoczą się w żywe bomby przeciw wrogowi. Niech w każdym mężczyźnie i w każdym chłopcu odezwie się bohaterstwo Kusunokiego, który ongiś skierował do Syna Niebios te oto słowa: «Kiedy wiadomość, że uniżony sługa nie żyje, dotrze do Waszej Dostojnej Wysokości, może zechce Ona łaskawie wejrzeć na moją ofiarę, poniesioną w imię ponownego rozkwitu szczęścia Waszej Wysokości...» Niech każda niewiasta stanie się tarczą cesarza, podobnie jak jej poprzedniczki, które oddały życie za rodzinę cesarską w okresie Restauracji. Niech młodzież naśladuje członków grupy Biakkotai31, którzy poświęcili swe życie dla idei sprawiedliwości. Samobójstwo «Stu Milionów» w postaci żywych bomb nie może ograniczyć się do słownej deklaracji. «Sto Milionów» powinno być godnym następcą kamikadze. Stawić czoło śmierci - to zadecyduje, czy
30

Dźwigając na barkach główny ciężar wojny z hitlerowską Rzeszą, Związek Radziecki nie był w stanie prowadzić walki na dwa fronty - również z Japonią. Aby przybliżyć zakończenie wojny, podczas konferencji jałtańskiej Wielkiej Trójki (luty 1945) Stalin zapewnił zachodnich sojuszników, że Armia Czerwona podejmie działania militarne przeciw Japonii w ciągu trzech miesięcy po kapitulacji Niemiec. Obietnica została dotrzymana. Autor wydaje się nie dostrzegać pewnych uwarunkowań polityczno-społecznych i dość pobieżnie przedstawia stosunki japońsko-radzieckie - przyp. red. 31 Młodzi bohaterowie historii narodowej, którzy oddali życie za cesarza - przyp. aut.

pozostawimy po sobie, czy też się uchronimy przed spuścizną hańby na tysiące lat i popełnieniem świętokradztwa niewierności wobec naszej pełnej chwały trzechtysiącletniej tradycji”. W końcu maja podjęto w głębokiej tajemnicy negocjacje w sprawie mediacji radzieckiej. Dla nawiązania kontaktu z ambasadorem radzieckim w Tokio, Jakowem Malikiem, minister spraw zagranicznych Togo korzysta z pośrednictwa weterana dyplomacji i byłego premiera Hiroty Kokiego. Spotkania odbywają się nie opodal stolicy w górach Hakone, gdzie ambasada radziecka dla ochrony przed amerykańskimi nalotami wynajęła wielki hotel Gohra, położony w sąsiedztwie słynnego uzdrowiska Mijanosita, schroniska ambasady niemieckiej. Historia kiedyś ujawni, jakich argumentów użyła strona japońska, by nakłonić rząd radziecki do pośrednictwa. W owym momencie Hirota koncentruje się na najważniejszej sprawie: zachowaniu osoby cesarza. Ambasador Malik przekazuje do Moskwy szczegółowe sprawozdanie z prowadzonych rozmów. Kreml przyjmuje je do wiadomości, nie dając wszakże odpowiedzi. Niemniej Togo ocenia, że sam ton rozmów stanowi dobrą wróżbę, toteż uważa za rozsądne pozostawić Malikowi czas na udzielenie odpowiedzi i decyduje się nieco zmienić taktykę: po czwartym spotkaniu w Gohrze powierza dalsze negocjacje znanemu ze zręczności przedstawicielowi Japonii w Moskwie Sato Naotakemu. Rozpoczyna się teraz wyścig między dążeniem do pokoju a narodowym samobójstwem. Katastrofalny obrót, jaki na początku czerwca przybiera bitwa o Okinawę, stanowi dla cesarza i zwolenników pokoju zachętę do kontynuowania wysiłków na rzecz zakończenia wojny, zarazem jednak wzmaga presję rzeczników wojny do ostatniego tchu. Walka między tymi dwoma obozami znaczy się piętnem nawet na decyzjach podejmowanych na najwyższym szczeblu. 8 czerwca 1945 r. odbywa się w pałacu cesarskim tajna konferencja. Każda z takich konferencji, zwoływanych w wyjątkowych okolicznościach, wyznacza ważny etap w polityce japońskiej, choć często jej postanowienia stwarzają niejasną sytuację. Zwolennicy pokoju, jak minister spraw zagranicznych Togo, powołują się na fragment końcowej rezolucji nakazujący rządowi „zachować strukturę narodową i uchronić terytorium kraju”. Dla nich oznacza to zwycięstwo koncepcji pokojowej, bowiem obok bardzo abstrakcyjnych sformułowań po raz pierwszy pojawia się określenie warunków, jakim będzie musiało zadośćuczynić każde pokojowe rozwiązanie. „Zachować strukturę narodową” - znaczy to uratować po wojnie cesarstwo i utrzymać na tronie dynastię bogini Słońca. „Uchronić terytorium kraju” - znaczy to nie dopuścić do skalania „świętej ziemi” Japonii przez okupantów, gdy umilkną działa. Z kolei według ekstremistów, m.in. przedstawiciela armii Anamiego i rzecznika marynarki Tojody, obie te formuły zapalają zielone światło idei oporu na śmierć i życie. Przed dwoma dniami ta grupa wymusiła przyjęcie przez Radę Sześciu - pod warunkiem aprobaty cesarskiej - nowego planu mobilizacyjnego, który zakłada włączenie całej bez wyjątku ludności Japonii do przygotowań do ostatecznej bitwy, której celem ma być odrzucenie wroga do morza. Powyższy plan został zaprezentowany na konferencji cesarskiej, ponieważ jednak cesarz pominął go milczeniem, zwołany w trybie pilnym przez admirała Sudzukiego parlament jeszcze tego samego dnia na nadzwyczajnej sesji uchwala ustawy, dające najwyższemu dowództwu potrzebne prerogatywy. W danej chwili bierze więc górę partia rozpaczy. Cesarskie pragnienie pokoju nie wystarczy, aby przerwać wojnę. Cały naród został podporządkowany kalkulacjom tych, którzy pchają go ku katastrofie ostatniej bitwy, zaś władcy brak na tyle silnego hamulca, by ten proces powstrzymać. Hamulca dostarczy mu dopiero za dwa miesiące w dramatycznych okolicznościach Ameryka - w postaci bomby atomowej.

Na razie ekstremiści, popierani przez opinię publiczną, nad którą sprawują kontrolę, są wciąż bardzo silni - gotowi, jeśli zajdzie potrzeba, otwarcie zwalczać gabinet. Odpowiednie instrukcje otrzymują jak już nieraz bywało w przeszłości - nie od dowódców armii, lecz z biur wojskowych; od młodych pułkowników zatrudnionych w sztabach i w Ministerstwie Wojny. Hasła podżegające do oporu do ostatniego tchu rodzą się też w obozach ćwiczebnych pilotów-samobójców, w szkołach wojskowych i w garnizonach. Tradycyjne ośrodki militaryzmu - prowincje południowej Japonii - przygotowują się z zaciekłą intensywnością do odparcia amerykańskiej inwazji. Tajne organizacje nacjonalistyczne rozsyłają po całym kraju swych agitatorów. Do powszechnego poboru stają kobiety - ukoronowanie całej serii przedsięwziętych działań w postaci spisów, służby pracy, dwuletniej mobilizacji do pracy w fabrykach itp., od których przez długi czas Japonki starały się uchylać. Wszędzie powstają „oddziały ochotników ludowych”, które zapoznaje się z podstawowymi zasadami posługiwania się bronią i wymogami walki partyzanckiej. Całe uzbrojenie tych formacji sprowadza się niemal wyłącznie do starych karabinków pamiętających wojnę rosyjsko-japońską, drewnianych strzelb i bambusowych dzid. Za to ich morale mają podtrzymać krwawe historie o wyczynach hitlerowskiego Wehrwolfu, w przeddzień kapitulacji Rzeszy, które powinny stać się wzorem do prześcignięcia w japońskiej godzinie okrutnej zemsty na najeźdźcach. Lotnictwo pospiesznie przygotowuje nowe partie kamikadze. Nie jest to już wspaniały kwiat Japonii początkowego okresu wojny: cała młodzież uniwersytecka dawno wyginęła na Leyte, Okinawie i Iwodzimie, zaś teraz na plon samobójstwa dojrzewa dość prymitywne pokolenie czasu znaczonego kolejnymi klęskami. Zaciąg jest jedynie z nazwy dobrowolny: zgoda przyszłych „żywych bomb” nie jest wymagana. Według optymistycznych ocen Japonia dysponuje zaledwie 10 tys. samolotów, w tym tylko 3000 można zaliczyć do nowoczesnych. Reszta - to stare aeroplany wszelakiej proweniencji. Aby uchronić samoloty przed nieprzyjacielskimi bombami, rozproszono je maksymalnie w terenie. W południowej Japonii marynarka w tajemnicy prowadzi ćwiczenia z nowymi rodzajami broni samobójczej. Należą do nich łodzie torpedowe, wybuchające wraz z załogą przy burtach nieprzyjacielskich pancerników, i „żywe skafandry”, które mają strzec pod wodą atakowanych wybrzeży i wysadzać w powietrze kadłuby wrogich okrętów. Na północny zachód od Tokio w położonych w samym sercu Japonii górach Nagano powstaje centralny ośrodek przyszłego oporu. Już na początku zimy cesarska Wielka Kwatera Główna wybrała miejsce, w które zamierza się wycofać w chwili inwazji wojsk amerykańskich. Znajduje się ono w pobliżu wsi Hanisina, obok historycznego pola bitwy z okresu wojen feudalnych. Niedaleko, koło ruin zamku Sanada setki Koreańczyków pracują przy budowie schronu przeznaczonego dla cesarza. Wysiedla się całe wsie, a chłopskie chałupy przebudowuje na betonowe, zachowując ich drewnianosłomiany wystrój zewnętrzny dla zmylenia wroga. Cesarzowi muszą tu wystarczyć maty i proste umeblowanie. Wraz z upadkiem 21 czerwca 1945 r. Okinawy Amerykanie zdobywają bazę operacyjną oddaloną zaledwie o 600 km od japońskiej metropolii - „świętej ziemi” Jamato. Jednak dowództwo japońskie nie wierzy w atak bezpośrednio na Tokio: mimo wszystko znaczna odległość wystawia na niebezpieczeństwo transporty morskie i zaopatrzenie pierwszego rzutu wojsk, wysadzonych na ląd zbyt daleko od baz. Należy raczej oczekiwać ofensywy w południowej Japonii - Tokio liczy, że nie nastąpi to przed upływem dwóch miesięcy. Przyszłość miała pokazać, że te przewidywania były trafne. Po Okinawie Amerykanie istotnie planowali inwazję rozłożoną na dwie fazy. Operacja określana w tajnym kodzie sztabu generała Mac Arthura mianem Olimpic miała się rozpocząć jesienią

1945 r. uderzeniem na trzy wybrane punkty Kiusiu, zaś w toku przewidzianej na początek maja 1946 r. operacji desantowej Coronet miało wylądować na plażach położonych na północny wschód od stolicy 9 dywizji piechoty, 2 dywizje pancerne i 3 dywizje piechoty morskiej, ruszając stąd do natarcia na równinę tokijską. W powyższych planach nie uwzględniono, rzecz jasna, istnienia bomby atomowej, bowiem do ostatniej chwili o pracach nad jej konstrukcją nic nie wie żaden z dowódców wojsk amerykańskich w tym rejonie Pacyfiku, nie wyłączając samego Mac Arthura. Według ich opinii pokonania Japonii należy oczekiwać z nastaniem lata 1946 r. Dnia 22 czerwca 1945 r. Hirohito osobiście bierze udział w posiedzeniu Najwyższej Rady Wojennej, odbywającym się w schronie cesarskim pod gruzami pałacu. Wysłuchawszy sprawozdań sześciu obecnych osobistości, oświadcza, że należy skupić całą uwagę na rozważeniu sposobów jak najszybszego zakończenia wujny. Wychodząc z posiedzenia, premier Sudzuki zwraca się do sekretarza generalnego gabinetu: „Cesarz wyrzekł słowa, których my, jego poddani, nie możemy użyć otwarcie”. W następstwie tego posiedzenia Rada Sześciu odbywa kilka spotkań w sprawie mediacji radzieckiej, postanawiając przyspieszyć rokowania. Aby mieć jasność co do stanowiska Kremla, rząd japoński postanawia skierować do Moskwy specjalnego wysłannika z pełnomocnictwem do prowadzenia rozmów w imieniu cesarza. Dnia 12 lipca 1945 r. książę Konoje otrzymuje niespodzianie wezwanie do pałacu. Cesarz poleca mu ku jego wielkiemu zaskoczeniu, bowiem nie uprzedzono go o przedmiocie audiencji - udać się do Moskwy, na co książę wyraża zgodę. W dwa miesiące później, już po kapitulacji, w prywatnej rozmowie z Konojem usłyszałem z jego ust stwierdzenie, że armia japońska nie oponowała przeciw jego wyjazdowi w misji specjalnej. Tymczasem jednak minister wojny generał Anami kategorycznie deklaruje, że armia do końca nie pozwoli narzucić sobie kapitulacji. Może ona pójść jedynie na wynegocjowane za pośrednictwem radzieckim zawieszenie broni na zadowalających warunkach. Jakie mogłyby to być warunki? W tej kwestii zarówno w łonie rządu, jak i w Radzie Sześciu istnieje zasadnicza różnica zdań. Minister spraw zagranicznych Togo, postanawiając zwrócić się do rządu radzieckiego o jak najszybsze przyjęcie w misji specjalnej księcia Konojego - który mógłby natychmiast przybyć samolotem do Moskwy - chce zyskać na czasie. Na spory w sprawie propozycji, jakie może przedłożyć Konoje, pozostawiono gabinetowi tylko 24 godziny: ich pakiet musi być zatem uzgodniony naprędce. W tajemnicy ustalono jednak z samym cesarzem, że Konoje może się z nimi nie liczyć. W rozmowach, jakie będzie prowadził w charakterze osobistego wysłannika Hirohita, otrzymał pełnomocnictwa do poczynienia stosownych ustępstw, przedkładając bezwzględnie tylko jeden warunek: zachowanie po klęsce ustroju monarchicznego. Bezpośrednio po spotkaniu księcia z z cesarzem Togo wystosował telegram do Moskwy, obligując ambasadora Sato do jak najszybszego uzyskania zgody rządu radzieckiego na przyjazd wysłannika cesarza. Stalin wybiera się właśnie na konferencję do Poczdamu z udziałem Churchilla i Trumana. Opóźnia wszakże wyjazd o jeden dzień, chcąc uzyskać z Tokio szczegółowe informacje o przedmiocie misji Konojego. Moskwa dwukrotnie stawia to oczywiste pytanie, na co dwukrotnie otrzymuje z Tokio tę samą ogólnikową, i niezadowalającą odpowiedź, że Konoje zamierza prosić w imieniu cesarza o dobre usługi Rosji w sprawie zawieszenia broni i że konkretne propozycje rządu japońskiego zostaną przedstawione osobiście przez samego księcia. Stalin nie czeka już na kolejną odpowiedź rządu japońskiego. Wraz z Mołotowem opuszcza 14 lipca Moskwę i odlatuje do Poczdamu, pozostawiając w niepewności nie tylko ambasadora Sato, ale i

chińskiego ministra spraw zagranicznych Sung Czu-wena, który zjawił się tu jako przedstawiciel Czang Kaj-szeka, upoważniony do podjęcia pertraktacji nad doniosłej wagi traktatem chińsko-radzieckim. Kreml przekazuje więc do Tokio wiadomość, że wskutek nieobecności Stalina odpowiedź strony radzieckiej dotycząca wizyty księcia Konojego przeciągnie się o kilka dni. Zwłoka ta nie wywołuje zbytniego niepokoju Togo, który jako uparty optymista wierzy, że Stalin w końcu zgodzi się na radzieckie pośrednictwo. Jednak jedyną odpowiedzią Moskwy będzie wypowiedzenie Japonii wojny przez Związek Radziecki, o czym 8 sierpnia 1945 r. ambasador Sato został urzędowo powiadomiony przez Mołotowa. Oznacza to katastrofę, lecz ma ona drugorzędne znaczenie wobec apokaliptycznej tragedii, która wstrząsnęła światem dwa dni wcześniej, a która przybrała postać atomowego grzyba nad Hirosimą...

18. Hirosima
Dnia 26 lipca 1945 r. z Poczdamu, miejsca ostatniej i najdonioślejszej w decyzje konferencji aliantów, oznaczającej zakończenie wojny, wystosowano do rządu japońskiego ultimatum. Jest to zwiastun tragicznego finału „Największej Azji”. Poprzedzające go dwa tygodnie przetoczyły się przez wyspy japońskie niby ogniste tornado pocisków z morza i z powietrza. Flota amerykańska, mając po zajęciu Okinawy swobodę ruchu na okolicznych wodach, pojawia się po raz pierwszy na szerokości Tokio i atakuje wybrzeże japońskie nie tylko siłami powietrznymi, ale i bezpośrednio artylerią. Głębokie poruszenie ogarnia kraj na wieść o zdruzgotaniu Mito - miasta, które przywołuje wspomnienie walk w okresie Restauracji, a które teraz legło w gruzach, zmiecione straszliwym jęzorem ziejącym znad horyzontu stalą i płomieniem. Strefa bombardowań przesuwa się stopniowo ku północy - aż do bazy morskiej Muroran na Hokkaido. Przed niespełna wiekiem „czarne okręty” komodora Perry’ego wymusiły na starej feudalnej Japonii zgodę na wylądowanie „cudzoziemskich barbarzyńców”. Dziś o ileż liczniejsze „czarne okręty” i straszliwsze od nich „czarne ptaki” mają rzucić Japończyków w hańbie na kolana. Północna Japonia znalazła się w zasięgu działań superfortec B-29; pod bombami płoną kolejne, jedno po drugim, miasta: Niigata, Sendai, Aomori... Flota posuwa się ku stolicy i przy złej pogodzie dociera do samych wrót Zatoki Tokijskiej, ostrzeliwując z bliska dzięki przenikającemu mgłę radarowi nadbrzeżne urządzenia. Dwadzieścia lotniskowców zajęło pozycje naprzeciw Tokio. Pierwszy atak kieruje się na bazę morską w Jokosuce; samoloty „dobijają” m.in. unieruchomiony w przystani pancernik „Nagato”. Po kilku dniach następuje nalot na Kure, drugą japońską bazę morską, i na środkową Japonię. O świcie 27 lipca rząd, czujny na najmniejsze drgnienie Poczdamu, dowiaduje się z nasłuchu radiowego o uroczystej deklaracji podpisanej przez Trumana, Churchilla i Czang Kaj-szeka. Ma ona charakter ultimatum, w którym wzywa się Japonię do bezwarunkowej kapitulacji, nim - jak brzmi enigmatycznie jeden z fragmentów tekstu - zwali się na nią „potęga nieskończenie większa od tej, która spustoszyła Niemcy”. Do tego dorzucono kategoryczne żądania: usunięcie i ukaranie osób odpowiedzialnych za wojnę, okupacja wojskowa terytorium Japonii, reparacje, podział cesarstwa japońskiego, całkowite rozbrojenie, rewolucja demokratyczna. Ani słowa na temat losu cesarza i dynastii.

Rząd japoński natychmiast zwraca uwagę, że ultimatum poczdamskie nie zawiera podpisu Stalina (Związek Radziecki nie był w stanie wojny z Japonią). Togo pragnie widzieć w tym dowód, że nie bez podstaw spodziewa się dobrych usług strony radzieckiej. Czy jednak można przyjąć, że Stalin pozostawał jedynie obojętnym widzem? Jeśli nawet interweniowałby na korzyść Japonii, czyż warunki pokojowe mogły się istotnie różnić od zredagowanych w jego obecności? Premier Sudzuki ma i inne kłopoty: jest zaniepokojony wrzawą podniesioną przez ekstremistów w łonie rządu i w jego otoczeniu, znajdujących w ultimatum doskonałą pożywkę dla wciąż podsycanej kampanii „oporu do ostatniego tchu”. Czy należy opublikować deklarację wroga? I przede wszystkim - czy należy ją odrzucić, czy też przyjąć? Postanowiono opublikować ocenzurowaną i złagodzoną wersję, po czym gabinet - po długich dysputach, świadczących o głębokich podziałach wewnętrznych i dezorientacji - uznał, że będzie zręczniej odwlec decyzję. Za pośrednictwem Biura Informacyjnego rozpowszechniono komunikat, w którym stwierdza się, iż Japonia postanowiła „zignorować” ultimatum. Dla ścisłości należy dodać, że w komunikacie użyto zwrotu mokusatsu32, który dosłownie znaczy: „zabić milczeniem”. Ma to w intencji rządu zadowolić rzeczników „walki do ostatniego tchu”, a zarazem zadośćuczynić oczekiwaniom pacyfistów. Tymczasem reakcje wywołane dwuznacznością komunikatu są diametralnie odmienne. Ekstremiści z wściekłością protestują, domagając się kategorycznego odrzucenia ultimatum, prasa obsypuje deklarację szyderstwem i kpinami, zaś alianci interpretują japoński komunikat jako ostateczną negatywną odpowiedź Tokio. Dnia 16 lipca 1945 r., nazajutrz po przybyciu do Poczdamu, prezydent Truman otrzymuje wiadomość historycznej wagi: na pustynnych obszarach Nowego Meksyku przeprowadzono pierwszą udaną próbę z bombą atomową. Doświadczalny wybuch przygotowywano z myślą o posłużeniu się nową bronią przeciwko Japonii. Przed swą podróżą do Europy prezydent polecił, aby bombę w dwóch egzemplarzach (jeden z ładunkiem plutonu, jak ów zastosowany w próbnej eksplozji w Nowym Meksyku, a drugi z ładunkiem uranu) przetransportowano w częściach na wyspę Tinian w archipelagu Marianów. W odległości co najmniej 2000 km od tego miejsca miała ona być zrzucona z pokładu samolotu na wyznaczony cel w Japonii. 25 sierpnia w bazie na Tinianie znalazły się dwie bomby i dwie załogi. Mokusatsu admirała Sudzukiego przyspiesza decyzję Trumana - kieruje na Tinian rozkaz: zrzucić bombę po 2 sierpnia, najwcześniej, jak tylko to będzie możliwe...

Hirosimą, poniedziałek 6 sierpnia 1945 r. W kilkanaście sekund po godzinie 8.15 oślepiający błysk, „jaśniejszy niż tysiąc słońc”, rozdziera niebo nad centrum miasta. Gigantyczny podmuch unosi w górę ogromny słup dymu i szczątków. Wszystko wokół zalewa ocean ognia. Atomowy kataklizm unicestwia około 300-tysięczne33 miasto w chwili, gdy zabierało się do pracy. Śmiercionośne promienie dopełniają dzieła zagłady. Tysiące drewnianych domów przemienia się w miliony płonących szczap, rzadkie murowane budynki stają się stertą dymiących zgliszcz, płomienie buzują po ścianach szkół, gdzie właśnie rozpoczynały się lekcje, palą się koszary pełne wojska34 i przewrócone tramwaje nabite
32 33

W języku japońskim znaczy to również: „nie dostrzegać”, „traktować z milczącą pogardą” – przyp. tłum. Według innych źródeł - około 365-tysięczne (W. T. Kowalski: Wielka Koalicja 1941-1945. T. 3. Warszawa 1977, s. 718) - przyp. red. 34 W Hirosimie mieściła się kwatera główna południowego okręgu wojskowego - przyp. aut.

pasażerami. Pod szczątkami zdruzgotanych ulic i uliczek śmierć dopada tłumy prostych ludzi, udających się do pracy. Znikają bez śladu stare świątynie. Jeden ognisty błysk zwiastuje straszliwy koniec przeważającej części mieszkańców centrum miasta. Miazga krwawiących, zwęglonych istot, czołgających się, umierających w drgawkach na ziemi, ginących pod gruzami domów, płonących żywcem, na poły oszalałych, pędzących na oślep przed siebie, byle wyrwać się z koszmaru... Nagie sczerniałe ciała żywcem obdarte ze skóry, nadwęglone twarze, niewidzące oczy... Czyż pióro obserwatora jest zdolne opisać całą otchłań tego rozszalałego na ziemi piekła? Spośród tysiąca relacji ofiar, które przeżyły kataklizm, wybrałem wspomnienia 33-letniej gospodyni domowej z Hirosimy, pani Kitajamy Futaby, która znajdowała się w odległości 1700 m od miejsca eksplozji: „Było to rankiem 6 sierpnia. Dogoniłam grupę kobiet, które podobnie jak ja pracowały ochotniczo przy robieniu przerw przeciwpożarowych na wypadek nalotów bombowych. Rozwalałyśmy całe szeregi domów. Wskutek alarmu lotniczego mój mąż pozostał na noc w redakcji «Chunichi» («Dziennik Środkowej Japonii»), gdzie był zatrudniony. Nasza grupa przeszła gęsiego most na Tsurumi, gdy nagle bez uprzedniego alarmu pojawił się bardzo wysoko nad naszymi głowami pojedynczy nieprzyjacielski samolot. Dotąd pamiętam jego srebrne skrzydła, błyszczące ostro w blasku słońca. Jedna z kobiet krzyknęła: «Patrzcie, spadochron!» Odwróciłam się na ten okrzyk i właśnie w tym momencie przenikliwy błysk zakrył całe niebo. Co było pierwsze: błysk czy huk wybuchu, który zdawał się rozdzierać mnie na kawałki? Nie pamiętam... Rzuciło mnie na ziemię i natychmiast świat zaczął się walić wokół mnie, na minie, na moją głowę... Przestałam cokolwiek widzieć. Pomyślałam, że nadeszła moja ostatnia godzina. Myślałam też o trójce moich dzieci, które w przewidywaniu nalotów zostały ewakuowane na wieś. Nie mogłam się ruszyć: padające zewsząd szczątki belek i dachówek tworzyły stos, spod którego nie sposób było się wydostać. Próbowałam się jakoś wyczołgać. W końcu udało mi się wyswobodzić. Poczułam straszliwy odór. Sądząc, że bomba, która w nas uderzyła, mogła być bombą zapalającą z żółtego fosforu, jakie spadły na tyle innych miast, zaczęłam dość mocno pocierać nos moją tenugui - taką serwetką, zawieszoną przy pasku. Nagle z przerażeniem spostrzegłam, że w serwetce pozostały kawałki skóry z mojej twarzy... Ach! I skóra z moich rąk, i skóra z ramion również zaczęła odpadać! Od łokcia aż po końce palców cała skóra z prawego przedramienia «odkleiła się» i śmiesznie zwisała. Z lewej ręki, z wszystkich pięciu palców, skóra zeszła mi jak rękawiczka. Siedząc na ziemi, zupełnie wyczerpana, powoli przychodziłam do siebie. Stopniowo zaczęłam sobie uświadamiać, że gdzieś znikły bez śladu wszystkie moje towarzyszki... Co się z nimi stało? Ogarnęła mnie nagle panika. Chciałam uciekać, ale dokąd? Wszędzie wokół szczątki, deski, belki, dachówki - żadnego punktu, według którego mogłabym się zorientować, gdzie jestem... Co się stało z niebem - błękitnym jeszcze przed chwilą? Teraz było czarne, jakby zapadła głęboka noc. Wszystko wydawało się niewyraźne jak we mgle. Miałam wrażenie, że stanęła mi jakaś chmura przed oczyma, której nie mogłam przeniknąć. Czyżbym zaczęła tracić zmysły? W końcu dostrzegłam niewyraźny kontur mostu na Tsurumi i pobiegłam w jego kierunku. Przedzierałam się przez sterty gruzów. Tego, co wówczas zobaczyłam pod mostem, nigdy nie potrafię zapomnieć.

Setki ludzi wypełniały rzekę. Nie umiem powiedzieć, czy to byli mężczyźni, czy kobiety, wszyscy budzili przerażenie swym wyglądem: spopielałe obrzękłe twarze, zjeżone włosy, ręce wzniesione do góry. Jęcząc z bólu, rzucali się do wody. Sama miałam gwałtowną ochotę uczynić to samo wskutek bólu, który palił mi całe ciało. Pomyślałam jednak, że nie umiem pływać, i to mnie powstrzymało. Nagle spostrzegłam, że cała dzielnica Hatciobori po drugiej stronie rzeki zaczyna się palić na moich oczach. Sądziłam, że tylko dzielnica, z której się wyrwałam, została zbombardowana... Popędziłam przed siebie, głośno wykrzykując imiona moich dzieci. Dokąd biegłam? Nie wiem, w oczach pozostały mi tylko obrazy straszliwych cierpień... Jakaś kobieta z twarzą i rękami całymi we krwi gwałtem chciała się wedrzeć do wnętrza płonącego domu. Mężczyzna próbował ją siłą powstrzymać. Jeszcze dziś słyszę, jak wyła w beznadziejnej rozpaczy: «Puśćcie mnie! Puśćcie! Tam jest mój syn! On się spali!» Pod mostem Kodzin, na poły zawalonym, ze zniszczonymi żelazobetonowymi barierami, unosiła się na wodzie wielka masa prawie nagich trupów. Przypominały zdechłe psy... Na brzegu leżała na plecach w kałuży krwi kobieta z wyrwanymi piersiami. Co tu się stało?... Czy tak wygląda buddyjskie piekło, które opisywała mi w dzieciństwie babcia?... Musiałam tak błądzić po zgliszczach pewnie ze dwie godziny, nim znalazłam się na placu ćwiczeń wojskowych położonym we wschodnie], dzielnicy. Oparzenia sprawiały mi okrutny ból. Był to inny ból niż przy zwykłym oparzeniu - dotkliwy i niepokojący, wydawał się pochodzić jakby spoza mojego ciała. Z rąk wydzielała mi się jakaś żółta ropa. Pomyślałam, że chyba i moja twarz musi wyglądać strasznie... Wokół na placu ćwiczeń ujrzałam gromady uczniów szkół podstawowych i licealistów - chłopców i dziewcząt. Przerażeni agonią, jeszcze chcieli się stąd wyrwać, uciec przed śmiercią... Podobnie jak ja należeli do ochotniczego korpusu obrony przeciwlotniczej. Dotąd pamiętam ich oszalałe wołania: «Mamo! Mamo!» Byli straszliwie poparzeni i silnie krwawili - ten widok był nie do zaniesienia! A jednak zmuszałam się, by patrzeć... Zaczęłam z wściekłością krzyczeć: «Dlaczego te dzieci? Co one winne?!» Lecz nie było nikogo, przeciw komu mogłabym obrócić moją wściekłość... Patrzyłam tylko, jak umierają jedno po drugim, przyzywając nadaremnie matki na pomoc... Nie wiem, jak długo, półprzytomna, tkwiłam na tym placu, nim puściłam się w dalszą drogę. Jak daleko mogłam sięgnąć słabnącym wzrokiem, wszystko stało w ogniu - aż do dworca kolejowego i dzielnicy Atago. Uczułam, że twarz zaczyna mi stopniowa twardnieć. Ostrożnie sięgnęłam dłońmi do policzków. Odniosłam wrażenie, jakby objętość mojej twarzy nagle się podwoiła... Coraz słabiej rozróżniałam otaczające mnie kształty. Wielkie nieba! Czyżbym traciła wzrok? Po tylu nieszczęściach czy teraz czeka mnie śmierć? Ale szłam dalej, aż dotarłam do dzielnicy podmiejskiej. W tej dzielnicy, oddalonej od centrum, spotkałam starszą siostrę, która odniosła tylko lekkie rany głowy i nóg. Zrazu nie poznała mnie, po chwili wybuchnęła płaczem. Na ręcznym wózku zawiozła mnie do oddalonego o cztery kilometry ośrodka pomocy medycznej w Jaga. Przybyłyśmy tu już nocą. Wszędzie kłębiły się nieprzeliczone rzesze rannych. Nieustannie przyrastały stosy trupów. Dwie doby leżałam bez przytomności i wciąż powtarzałam w gorączce - jak później mówiła mi siostra: «Moje dzieci! Zaprowadźcie mnie do moich dzieci!» Ósmego sierpnia przeniesiono mnie na noszach do pociągu i odtransportowano do rodziny we wsi Kasumi. Wiejski lekarz oświadczył, że mój przypadek jest beznadziejny. Sprowadzono do mnie moje

dzieci. Nie mogłam ich zobaczyć, rozpoznałam je tylko - jak pies - po zapachu. 11 sierpnia dołączył do nas mój mąż. Maleństwa całowały go i ściskały, płacząc z radości. Krótko cieszyliśmy się szczęśliwym spotkaniem... Mój mąż, choć nie miał nawet śladu jakiejkolwiek rany, zmarł nagle w trzy dni później, wymiotując krwią. Nasze małżeństwo trwało 16 lat, a teraz, będąc sama na krawędzi śmierci, nie mogłam nawet - jak tego wymaga zwyczaj - ułożyć pod jego głową poduszeczki na ostatnią drogę... Powiedziałam sobie: «Moje biedne dzieciny, ze względu na was - nie wolno mi umrzeć!» I jakoś cudem wyżyłam, choć stale powtarzano mi, że jestem skazana na śmierć... Z wolna wracał mi wzrok i po dwudziestu dniach jak przez mgłę dojrzałam rysy moich dzieci. Oparzenia na twarzy i rękach długo nie chciały się goić, rany ropiały i wyglądały jak zgniłe pomidory. Dopiero w grudniu zaczęłam się podnosić i próbowałam chodzić. Kiedy w styczniu zdjęto mi bandaże, wiedziałam, że twarz i ręce pozostaną mi na zawsze okropnie oszpecone. Miałam tylko połowę lewego ucha. Od czoła aż po szyję przez całą moją twarz ciągnie się ciemnobrunatna obrzmiała szrama, szeroka na dłoń, przechodząc w poprzek ust. Na prawej dłoni od przegubu aż do małego palca wyrosło mi coś w rodzaju spuchniętego wrzodu szerokości pięciu centymetrów. Wszystkie pięć palców u lewej ręki sprawia wrażenie jakby przylutowanych do podstawy...” W trzy dni później - 9 sierpnia 1945 r. o godz. 11.01 - zaczyna się martyrologia Nagasaki. Posłużę się świadectwem, doktora Nagaiego Takasiego, autora poczytnych książek (wśród nich Dzwonów Nagasaki), które rozsławiły jego nazwisko. Oto zapiski, nabazgrane w zeszycie w kilka dni po eksplozji drugiej bomby atomowej. Odnaleziono je już po śmierci doktora, która nastąpiła w sześć lat później po długich cierpieniach, spowodowanych „chorobą popromienną”: „Nagły błysk. Kiedy oprzytomniałem, wokół piętrzyły się gruzy szpitala. Nic nie było widać. Wszyscy twierdzą, że to bomba... Prawdopodobnie nie jestem ranny, lecz jeśli wybuchnie ogień, to będzie koniec... Zaczynają skądś wyłazić nasi chorzy, napływają ranni z zewnątrz - wszyscy nadzy, pokrwawieni i prawie odarci ze skóry. Spalone i zjeżone włosy, zwęglone twarze, spopielałe lub niemal czarne, przypominają potępieńców. Czołgają się po ziemi, nie mogąc ustać na nogach. Jeden z moich asystentów, który przed chwilą przybył z miasta, opowiada, że na ulicach wszędzie leżą ludzie - całe zwały trupów i rannych, tak że nie można się poruszać. Rozglądam się wokół - jak okiem sięgnąć, szaleje ogień. Miasto zostało starte na proch...” Pożar przybliża się do szpitala. Ci, którzy są zdolni do ucieczki, pędzą przed siebie w popłochu jak stado baranów. Doktor Nagai stara się kierować ich ku odległym pagórkom pokrytym polami. „Był to rozdzierający serce widok. Kto miał jeszcze trochę sił, wlókł lub taszczył rannych krewnych i przyjaciół, nieraz nie zauważając, że ciąży mu tylko trup. Dzieci dźwigały na plecach ojców i matki. Dotarłszy na pagórek, matki dopiero pojmowały, że ściskają w ramionach martwe dzieci. Poszarpane nagie ciała tych nieszczęśników ociekały krwią. Wyłażąc pod górę, jeszcze się upewniali, czy ogień ich nie dogania. Wlekli się ku nie zabudowanym terenom w nadziei, że tam umkną śmierci. Zewsząd dochodziło wołanie o pomoc. Ludzie błagali o ratunek. W tym wdrapującym się na pagórek tasiemcowym tłumie coraz częściej ktoś padał bez tchu i umierał na stoku.

Pożar nie ustawał. Ze wszystkich stron z płonących i zawalanych domów dobiegał przeraźliwy krzyk wzywający pomocy. Wszędzie, nawet na pagórku i na ścieżkach w dolinie, widziałem nieprzeliczoną masę trupów. Nie wiadomo było, gdzie nogę postawić. A ludzie bez przerwy błagali o pomoc. W tej części miasta było pewnie z 20 tysięcy zabitych i 60-70 tysięcy rannych. Z wieczora zimny księżyc zdawał się nieco chłodzić żar powietrza, ale niebo nadal powlekały gazowe chmury, rozświetlone złowrogo odblaskiem płomieni. W dolinie słychać było pieśń o poległych marynarzach, a dalej, gdzie ostało się jeszcze trochę trawy, chór chrześcijan z Nagasaki śpiewał hymny. Ranni wołali bez przerwy: «Pić! Pić!» Zauważyłem nieprzyjacielski samolot, który przeleciał nad naszym pagórkiem, zatłoczonym straszliwie okaleczonymi ludźmi i ciałami zmarłych”. Nagai stara się też odtworzyć wrażenia i spostrzeżenia świadków eksplozji, którym udało się przeżyć atomowy koszmar: „Najpierw dał się słyszeć jakiś dziwny szum, następnie wszystko wokół zalało oślepiająco białe światło. Niektórzy przypominają sobie, że w tym samym momencie rozpełzły się po ziemi szkarłatne płomienie. Ci, co byli bliżej miejsca wybuchu, odczuli oparzenia na skórze, a w chwilą później powaliło ich i przygniotło do ziemi potężne jak tajfun uderzenie fali powietrza. W ciągu zaledwie sekundy wszystko zostało zamienione w warstwę popiołu, a ziemia całkowicie ogołocona z wszelkich śladów życia. W promieniu jednego kilometra wybuch strawił doszczętnie wszystkie domy drewniane i zburzył budynki o trwalszej i solidniejszej konstrukcji. Liście i trawa zostały do cna wypalone, a największe nawet drzewa wyrwane z korzeniami. Wyginęły zwierzęta - począwszy od robaków, na bydle kończąc. Mnóstwo ludzi znalazło śmierć pod gruzami zburzonych domów. Wszystko to było dziełem jednej chwili, która pozostawiła ledwo czas na wydanie krzyku... Usiłuję wymazać sprzed oczu ten potworny i rozdzierający serce obraz, lecz nie jestem w stanie. Koniec świata w wyobrażeniu starożytnych lub piekło - oto najwłaściwsze słowa, jakie znajduję na określenie tego, co dane mi było oglądać”. Ja sam, z konieczności postronny obserwator wydarzeń owych dni, zobaczyłem Hirosimą na własne oczy w trzy miesiące później, gdy zapanował już pokój. W tym miejscu niech mi będzie wolno nawiązać do okresu tuż po zakończeniu wojny. Od dnia tragedii na miejscu zagłady nic się zmieniło. Miałem możność ujrzeć miasto dokładnie takie, jakie wyłoniło się bezpośrednio po kataklizmie, gdy rozwiały się chmury atomowego grzyba... - wyjąwszy masy zabitych i konających. Widziałem miasto? Powiedzmy raczej, że patrzyłem na miejsce, na którym jeszcze niedawno stało miasto. Teraz prawie nie pozostało po nim śladu. Dziś moje wspomnienia sprzed ponad trzydziestu lat zacierają się w szczegółach, ale w pamięci utrwalił się na zawsze ów bolesny ucisk serca, jakiego doznałem, wstrząśnięty widokiem okruchów miasta, startego - jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej z powierzchni ziemi i z mapy. Wrażenie pustki było tym bardziej przygnębiające, że Hirosima, położona na płaskiej równinie, w delcie płynącej opodal rzeki, zamkniętej w oddali szarymi pagórkami, teraz, jak okiem sięgnąć - w miejscu, gdzie były pulsujące tłumem ulice - stała się niemal idealnie równinną szarordzawą pustynią, zmąconą jedynie wystającym gdzieniegdzie rumowiskiem. Widziałem wiele innych zniszczonych miast japońskich - w tym Tokio. Po wybuchach bomb eksplodujących i zapalających pozostawały tu przynajmniej jakieś szczątki miasta, trochę potrzaskanych resztek, trochę zgliszcz. W Hirosimie - nic. Siła wybuchu bomby i pożar, który z miejsca ogarnął zdruzgotane ruiny, unicestwiły absolutnie wszystko w promieniu od półtora do dwóch

kilometrów od punktu eksplozji. Pośrodku tego „pustkowia bezwzględnego” funkcjonowało lądowisko samolotów. Wystarczyło trochę pozamiatać i oczyścić teren, by powstał niedługi pas startowy, umożliwiający lądowanie i start niewielkich wojskowych samolotów obserwacyjnych, z rzadka dokonujących inspekcji za zezwoleniem amerykańskiej armii okupacyjnej. W innych miastach życie prawie natychmiast odradzało się na nowo. Tu - ani żywej duszy, żadnej najlichszej chałupy, żadnego świadka, który przeżył kataklizm tu na miejscu i z którym można by porozmawiać. Ci, co uszli z życiem, uciekli z tej przeklętej ziemi w obawie przed zabójczym promieniowaniem. Tylko na peryferiach, w pobliżu pagórków, rozrastała się strefa baraków, wznoszonych z ocalałych szczątków. Pod łagodnym niebem japońskiej jesieni czegoś niepokojąco brakowało: nie było najmniejszego śladu trawki ani jakiejkolwiek innej roślinności. Cała Japonia zadawała sobie wówczas pytanie, czy na ziemi obu skażonych atomem miast - Hirosimy i Nagasaki - wyrośnie kiedykolwiek źdźbło trawy i na nowo rozkwitnie kwiat. Odpowiedź miała przynieść dopiero najbliższa wiosna: w jednej ze swych książek doktor Nagai pisze, jak niezwykle wzruszającym przeżyciem był dla niego cienki zielony pęd, jaki ku niebu wypuściło ziarnko, które wetknął w ziemię - odrodzenie kruchej nadziei. Przyjechałem do Hirosimy wraz z wysłannikiem specjalnym dziennika „Le Figaro” - Jamesem de Coquetem. Byliśmy pierwszymi i, jak sądzę, jedynymi Francuzami, którzy ujrzeli Hirosimę „zaraz potem”. Naszą pierwszą reakcją był szok pomieszany z przerażeniem, do czego dołączył się - a mam prawo mniemać, że mój towarzysz dzielił ze mną to samo uczucie - przygniatający wstyd. „Wstyd mi za Zachód - mówiłem do siebie w duchu - wstyd mi za naukę..., za człowieka...” Aż trudno uwierzyć, że kilku naszych kolegów, dziennikarzy amerykańskich, jak i my uczestników rekonesansu, przejechało jeepem przez tę złowrogą równinę bez zatrzymywania się, jakby nic ich tu nie interesowało! Zostaliśmy sami. Grzebaliśmy w ziemi, szukając, niby w Pompei, jakiegoś poskręcanego czy szklistego przedmiotu, by zachować go na pamiątkę. Bez skutku. Można by powiedzieć, że „atomizujące” działanie bomby atomowej sprowadziło wszystko do możliwie najdrobniejszych cząsteczek - nawet gruzy przemieniło w proch. W pustynnym krajobrazie pozostały tylko resztki upiornego budynku ze szkieletem kopuły dawnej hali wystawowej - który odtąd nabierze rangi naznaczonego piętnem tragedii zabytku - i zniszczony most na jednym z dopływów rzeki Tsurumi, wyznaczający prawdopodobnie punkt zerowy eksplozji bomby. Szczęśliwi, którzy zginęli od razu, unicestwieni w kręgu totalnej śmierci w promieniu pięciuset metrów. Poza tym kręgiem zaczynał się koszmar powolnej śmierci: ileż to tysięcy ludzi o ciałach przemienionych w gąbki konało długo, nie mogąc umrzeć, ileż to tysięcy ofiar „choroby atomowej” żyło przez całe miesiące i lata w cieniu śmierci, nim ta przerwała ich mękę. Ile ofiar pochłonęła Hirosimą? Oficjalnym liczbom – 78 150 zabitych, około 37,5 tys. rannych i 13 983 trwale zaginionych - nie można dawać wiary35. Dalekie od prawdy, pochodzą z czasów, kiedy Japończycy zapewne nie mogli, a Amerykanie nie chcieli podać prawdziwego bilansu atomowej apokalipsy. Jest on zresztą z wielu względów trudny do ustalenia: dziesiątki tysięcy rannych niebawem zmarło, powiększając liczbę ofiar śmiertelnych, wyginęły całe rodziny, z których nikt nie pozostał przy życiu, ponadto brakuje dokładniejszych danych dotyczących liczby ludności miasta w owym tragicznej pamięci dniu 6 sierpnia - uprzednio w przewidywaniu nalotów objęto ewakuacją
35

W pół roku po wybuchu atomowym zarząd miejski Hirosimy szacował liczbę ofiar śmiertelnych na 78 tys., a rannych - na 84 tys. Źródłem tych danych był raport Państwowej Rady Naukowej. Por.: Raport sekretarza generalnego ONZ o skutkach ewentualnego użycia broni jądrowej. Warszawa 1968, s. 16 - przyp. red.

około 120 tys. osób, a zarazem skoncentrowano tu pewne ilości wojsk w ramach przygotowań do obrony południowej części kraju. Dziś liczbę ofiar pierwszego wybuchu atomowego oblicza się ogółem na około 200-250 tys., uwzględniając zmarłych w różnych okolicznościach na skutek odniesionych ran i napromieniowania. Hamai Sindzo, przedwcześnie zgasły słynny burmistrz powojennej Hirosimy, mówił najpierw o „ponad 200 tysiącach” ofiar, a później skorygował tę liczbę do 240 tysięcy. W raporcie Japońskiego Czerwonego Krzyża widnieje 250 tys. ofiar śmiertelnych i 150 tys. rannych (w tym wszyscy dotknięci skutkami promieniowania jonizującego). Podobnie rozbieżne są oceny liczby ofiar eksplozji nuklearnej w Nagasaki: oficjalnie poinformowano o 73 884 zabitych i 74 904 rannych, natomiast miarodajne szacunki wskazują na około 120 tys. zabitych i około 80 tys. rannych36. Obie bomby - ta z Hirosimy i ta z Nagasaki - zabijały jeszcze długo po 1945 r. Kiedy przyjechałem do Nagasaki w 1962 r., w „szpitalu atomowym” Japońskiego Czerwonego Krzyża leżało 246 osób, w tym dwa tuziny młodych ludzi, a około 600 pacjentów zaatakowanych „chorobą popromienną” leczono ambulatoryjnie. „Kiedy mieliście ostatni przypadek «atomowej śmierci»„? - zapytałem dyrektora szpitala, profesora Jokotę Motoicira. Przyglądał mi się przez chwilę w milczeniu, po czym powiedział cicho: „Zaledwie wczoraj”. „Czy zaobserwowaliście jakieś szczególne przypadki?” „Takich nie brakowało” - odparł. Pewien 35-letni mężczyzna, który w chwili wybuchu znajdował się w stosunkowo „bezpiecznej” odległości, przez trzynaście lat cieszył się dobrym zdrowiem i nagle, nim minęło sześć miesięcy, rozstał się ze światem. Okazało się, że wszystkie narządy wewnętrzne miał całkowicie zniszczone. W szpitalu przebywał także 16-letni chłopiec z objawami mikrocefalii: wskutek napromieniowania w łonie matki jego czaszka osiągnęła zaledwie pojemność czaszki małpiej. Albo to dziecko, które w piętnaście lat po bombie przyszło na świat pozbawione głowy... Jego matka uległa napromieniowaniu i choć sama nie chorowała, to czy zawsze podobne przypadki należy tłumaczyć opóźnionym działaniem bomby?” „Niekiedy trudno wyrokować o tym kategorycznie, możemy tylko gromadzić spostrzeżenia. Jedno wszakże nie budzi wątpliwości: w siedemnaście lat po wybuchu bomba nadal sieje śmierć” - kończy profesor Jokota. I podobnie po latach przeszło trzydziestu... Czy użycie bomby atomowej przeciwko Japonii znajduje usprawiedliwienie? Do tej pory jest to jedna z najbardziej spornych kwestii. Już po wojnie Amerykanie dowodzili, że przeważył argument, iż lądowanie w Japonii bez bomby pochłonęłoby nieporównanie więcej istnień ludzkich. Według prezydenta Trumana straty wojsk amerykańskich podczas tej operacji sięgnęłyby 250-500 tys. żołnierzy, zaś według szacunku ministra obrony Henry’ego Lewisa Stimsona - nawet 1 mln. Japończyków zginęłoby o wiele więcej. Ten argument nie wydaje się wszakże przekonywający, skoro nie podzielało go wielu amerykańskich dowódców wojskowych, m.in. szef sztabu admirał William Leahy, szef sił powietrznych generał Henry Arnold i głównodowodzący wojsk alianckich w Europie zachodniej generał Dwight Eisenhower. Przeciw zastosowaniu broni jądrowej w wojnie z Japonią gwałtownie oponował zwłaszcza Eisenhower, uważając to za posunięcie completely unnecessary („absolutnie niepotrzebne”), bowiem w jego przekonaniu dalekowschodni przeciwnik był już pokonany i gotów skapitulować. Generał

36

Raport sekretarza generalnego ONZ... (op. cit.r s. 16) wymienia 27 tys. zabitych i 41 tys. rannych spośród około 87 tys. mieszkańców miasta (na podstawie danych japońskiej Państwowej Rady Naukowej). Według innych źródeł Nagasaki liczyło około 200 tys. mieszkańców (W. T. Kowalski: Wielka Koalicja 1941-1945. T. 3. Warszawa 1977, s. 719) - przyp. red.

ostrzegał również, że atomowa demonstracja siły naraża Stany Zjednoczone na potępienie całego świata. Co do celowości użycia nowej broni nie było również zgody wśród cywilnych doradców prezydenta (Interim Committee), którzy w specjalnym raporcie przedstawili racje „za” i „przeciw”. Część, pomna ciążącej na nich odpowiedzialności, sprzeciwiała się natychmiastowemu wykorzystaniu nowego wynalazku bądź bezowocnie domagała się ograniczenia destrukcyjnych skutków wybuchu jądrowego. Wielkie poruszenie zapanowało w środowisku naukowym: trzy gremia uczonych, wśród nich liczni laureaci Nagrody Nobla, opublikowały niezależnie od siebie apele nawołujące do zaniechania szantażu atomowego. Pod jednym z nich widnieją podpisy 75 wybitnych uczonych. Apele te nie dotarły wszakże do prezydenta, zatrzymane przez generała Richarda Grovesa, szefa Manhattan Project. Po wojnie dwaj wielcy fizycy-współkonstruktorzy bomby atomowej: Robert Oppenheimer i Edward Teller przyznali, że posłużenie się nią w finałowej rozgrywce było co najmniej pomyłką. Wysuwano również pogląd, że gdyby nie bomba, dowództwo japońskie - choć zdawało sobie sprawę z beznadziejnego położenia - popchnęłoby nieuchronnie naród ku katastrofie straceńczej „ostatniej bitwy”. Tylko bomba mogła zmusić „wściekłych” do milczenia. Przed atakiem atomowym ekstremiści byli zbyt potężni, lud w obliczu klęski zbyt ślepy, a cesarz zbyt słaby, aby kapitulacja mogła znaleźć zrozumienie i aprobatą. Toteż bomba odegrała raczej rolę polityczno-psychologiczną niż wojskową: dostarczyła władcy decydującego argumentu dla powstrzymania narodowej masakry. „Siedem argumentów przeciwko bombie atomowej” - wciąż jeszcze mało znanych opinii publicznej wydaje się niemniej przytłaczać swym humanistycznym walorem wątpliwość racji zatwardziałych rzeczników „atomowej nauczki”.  Można było zademonstrować potęgę bomby, uderzając na przykład w nie zamieszkałą lub słabo zaludnioną wyspą w bezpośrednim sąsiedztwie archipelagu japońskiego. Takie rozwiązanie, proponowane przede wszystkim przez licznych uczonych, zostało niestety odrzucone przez amerykańskich dowódców wojskowych. Unikając demonstracji straszliwych skutków nowej broni, można było wystosować do narodu japońskiego ostrzeżenie, ujawniające fakt istnienia bomby z jej przeogromną siłą niszczycielską, a także uprzedzające o ewentualnych konsekwencjach przedłużania wojny. Powyższa propozycja również nie znalazła uznania w oczach amerykańskich wojskowych. Można było przynajmniej oszczędzić niewinną ludność cywilną, kierując uderzenie wyłącznie na cele wojskowe. Z rozmyślną premedytacją wytypowano jednak jako cel ataku atomowego gęsto zaludnioną i uprzemysłowioną aglomerację z licznymi obiektami wojskowymi, nosząc się tak z zamiarem zniszczenia tych ostatnich, jak i wytworzenia psychozy panicznego strachu w całym społeczeństwie japońskim. Można było za pomocą radia lub ulotek zrzuconych z samolotu powiadomić mieszkańców Hirosimy o planowanym ataku atomowym, pozostawiając im czas na ewakuację, zaś eksplozji dokonać nad opustoszałym miastem. Po Hirosimie - której straszliwy los jedynie karkołomna sofistyka jest w stanie usprawiedliwić - druga bomba atomowa na Nagasaki była niepotrzebną zbrodnią. Lekcja Hirosimy nie wymagała powtórzenia. Nagasaki nie miało już wpływu na przyspieszenie kapitulacji. Istniała możliwość poszukiwania drogi do pokoju przez wyjście naprzeciw japońskiej koncepcji skorzystania z dobrych usług strony radzieckiej. Truman był poinformowany przez

wywiad amerykański o działaniach podejmowanych w tym kierunku przez rząd japoński. O zabiegach dyplomacji japońskiej wspominał także Stalin. Był o widomy znak, że Japonia jest u kresu sił. Nic więc nie stało na przeszkodzie, by przystąpić do negocjacji. Ultimatum poczdamskie wystosowane do Japonii nie wymagało użycia formuły „bezwarunkowa kapitulacja”. Na ten aspekt sprawy zwracał zwłaszcza uwagę były amerykański ambasador w Tokio, Joseph Grew. Dla zajadłych militarystów japońskich bezwarunkowa kapitulacja oznaczała pewne lub prawdopodobne zniesienie cesarstwa i stanowiła wystarczające usprawiedliwienie dla kontynuowania oporu.

Spór o celowość wykorzystania przez Amerykanów broni jądrowej w końcowej fazie wojny z Japonią długo w zasadzie nie wykraczał poza płaszczyznę strategiczno-polityczną. Tymczasem to przełomowe w dziejach cywilizacji wydarzenie należy przede wszystkim rozpatrywać w kategoriach moralności i humanizmu. Z tego punktu widzenia należy uznać, że bomba atomowa na Hirosimę stanowiła zbrodnię przeciw ludzkości - zbrodnię może w jakiejś mierze podyktowaną okolicznościami usprawiedliwionymi, lecz nie była to wyłącznie zbrodnia Ameryki: była to zbrodnia o wymiarze globalnym, albowiem broń atomowa stanowi ukoronowanie dotychczasowych metod wojennych, które mimo swego wołającego o pomstę do nieba okrucieństwa były przecież powszechnie stosowane. Od czasu Hirosimy zaczęto z zimnym wyrachowaniem przygotowywać przyszłe masakry atomowe na użytek wojen jutra. Tę zbrodnię trzeba z odrazą potępić w imię humanizmu, moralności i religii. Wraz z bombą na Hirosimę okrucieństwo wojenne przekroczyło próg. W kolektywnej zbrodni, jaką jest wojna, zaszła zasadnicza zmiana: ludzkość wstąpiła w erę masowego mordu. W planach wojskowych oblicza się obecnie zabitych na miliony. W operacjach wojennych nie chodzi już o wyeliminowanie z walk nieprzyjacielskich batalionów czy dywizji, lecz o unicestwienie całego narodu lub całych narodów. Wojna nie będzie miała ani frontów, ani tyłów: wszyscy po obu stronach będą skazani na totalną zagładę. Tysiącami, milionami będą ginąć dzieci, kobiety, starcy. Co nadto wróży obraz Hirosimy dzieło szatana? Atomowy ogień zapowiada niezliczonym ofiarom potworne cierpienia - stokrotnie pomnożone piekło Hirosimy tym, których koniec będzie szybki, i niewyobrażalną mękę tym, którzy przeżyją, skazani na powolną śmierć. Zabójcze promieniowanie jonizujące dopełni samozagłady rodzaju ludzkiego: skażony genetycznie, przyszłym pokoleniom przekaże jedynie choroby i deformacje. W Hirosimie biały człowiek posłużył się bombą atomową przeciwko ludziom innej rasy - przeciwko „kolorowym”. Czy odważyłby się skierować atom na przedstawicieli własnej rasy? W Hirosimie jeszcze raz zwyciężył rasizm, wyzwalając najniższe instynkty, choć koronnym argumentem przeciwko użyciu złowrogiej broni powinna być świadomość, że będzie to broń jednej rasy przeciwko drugiej.

19. Cesarz i bomba
Przez cały dzień 6 sierpnia Tokio podejmowało bezskutecznie próby uzyskania połączenia z Hirosimą. Jedynie z sąsiednich miast i miasteczek napływały zewsząd informacje o straszliwym kataklizmie.

Pojawiają się doniesienia o prawdopodobnym użyciu jakiejś nowej broni o wielkiej sile niszczenia. Tajemnica wyjaśnia się dopiero w nocy z 6 na 7 sierpnia, gdy rząd drogą radiową dowiaduje się o treści oświadczenia prezydenta Trumana w sprawie ataku na Hirosimę. „Jest to bomba atomowa obwieszcza triumfalnie prezydent Stanów Zjednoczonych. - Opanowaliśmy elementarną energię wszechświata. Moc, z której słońce czerpie swą potęgę, została rzucona przeciwko tym, którzy rozniecili wojnę na Dalekim Wschodzie”. Już 7 sierpnia wysłani do Hirosimy członkowie komisji inspekcyjnej armii i marynarki japońskiej potwierdzają informacje radia San Francisco. W tych zaś dominują zapowiedzi apokaliptycznego zagrożenia, jakie zawisło nad archipelagiem Wschodzącego Słońca. W kołach rządowych ta wiadomość - choć nie wychodzi poza wąski krąg wtajemniczonych - wywołuje ogromne poruszenie i staje się źródłem rozlicznych spekulacji. Reperkusje polityczne atomowego ataku na Hirosimę nie dają na siebie czekać. Zwolennicy zakończenia wojny uważają, że bomba otwiera drogę ku pokojowi. Koncepcja „ostatniej bitwy” upada pod naporem realiów: wszak Amerykanie przed wylądowaniem mogą za pomocą paru eksplozji nuklearnych zmienić w pustynię całe połacie gęsto zaludnionych wybrzeży japońskich. Nim nadejdzie wrzesień - prawdopodobna pora ofensywy - to, co pozostało jeszcze z Tokio, może w każdej chwili zostać „zatomizowane”. Wojna zmieniła dotychczasowy charakter. Jeśli będzie toczyć się nadal, przekształci się w wojnę atomową, która przyniesie miliony ofiar w ciągu kilku tygodni, a może nawet dni. Rzecznicy pokoju uznają, że bomba pozwala na „zachowanie twarzy”. Podnoszą się gwałtowne protesty przeciwko „okropnościom” spowodowanym wybuchem jądrowym - i stanowią one dostateczną rację przemawiającą za złożeniem broni. Na usprawiedliwienie można zawsze dowieść, że armia japońska oczekiwała w gotowości na lądowanie nieprzyjaciela i była w stanie odnieść zwycięstwo, lecz nieludzka broń zmusiła ją do kapitulacji, by nie narażać na okrutną śmierć milionów cywilów. Choć powyższe argumenty zdobyły dla pokoju wielu niezdecydowanych, nie podważyły jednak pozycji zatwardziałych desperatów, gotowych do ostatka stawiać beznadziejny opór. Mając oparcie w siłach zbrojnych, czują się oni wciąż potężni, tym bardziej że naród jest nieświadomy rozpaczliwej sytuacji kraju. Dowództwo jeszcze raz próbuje zastosować wypróbowany unik: zamiast brutalnie przedstawić społeczeństwu całą prawdę i wydrzeć mu zgodę na hańbiący akt kapitulacji, wolałoby ukryć lub przynajmniej pomniejszyć skutki użycia nowej broni. W kręgach władzy ścierają się przeciwstawne stanowiska. Przedstawiciele armii nie chcą ustąpić, w końcu jednak są zmuszeni przyznać, że tajemnica nie da się długo utrzymać. Wyrażają więc zgodę na opublikowanie dość mglistego komunikatu. Ten kolejny przedziwny dokument, który ukazał się 8 sierpnia w dziennikach porannych, zawiera tylko kilka wierszy. Stwierdza się w nim, że nieprzyjaciel zrzucił na Hirosimę nowego typu bombę i miasto poniosło ogromne straty. Ponieważ zaś język japoński wydaje się wręcz stworzony do nieprecyzyjnego wyrażania myśli, w komunikacie postarano się wykorzystać w całej pełni tę jego właściwość. Pozostawiono czytelnika w niepewności, czy rzeczywiście - jak się sugeruje chodzi o jeden samolot i jedną bombę. Dla równowagi enigmatyczna wiadomość została przekazana przez całą prasę pod wielkimi nagłówkami i dużą czcionką, co ma wskazywać, że owa (lub owe) bomba (lub bomby) stanowi (stanowią) wydarzenie wielkiej wagi, a przymiotnik „ogromne” pozwala na snucie najprzeróżniejszych domysłów. Jednak prawda szybko przestaje być monopolem wąskiej grupy wtajemniczonych i staje się powszechnie znana. „Bambusowy telegraf” - jak go celnie nazywają zagraniczni dyplomaci podskórny, głęboko ukryty przekaz ważnych wiadomości wśród szerokich odłamów społeczeństwa,

tym razem funkcjonuje bezbłędnie i skutecznie. Kursujące 8 sierpnia wieści i pogłoski o wiele lepiej niż oficjalny komunikat oddają szczegóły kataklizmu i prawdziwy charakter nowej brom. Małe radioodbiorniki, które na długich falach umożliwiają odbiór programów „Radia Tokio”, teraz stają się dla Japończyków podstawowym źródłem informacji: uruchomione przez Amerykanów na Okinawie rozgłośnie dużej mocy, a także programy w języku japońskim nadawane z okrętów amerykańskich, krążących w pobliżu wybrzeży, przerywają zaklęty krąg nieświadomości. Po angielsku i japońsku płyną nieprzerwanie w, eter rewelacje o charakterze i działaniu bomby atomowej, a także o rozmiarach wyrządzonych przez nią zniszczeń. Reakcją szarego tłumu jest mieszanina zdumienia, trwożnego lęku i obezwładniającego przerażenia. Termin „bomba atomowa” nie ma jeszcze swego odpowiednika w języku japońskim i naiwni prostacy wynajdują wymyślne nazwy na określenie szatańskiej broni użytej przez Amerykanów. Nawet najodporniejsi psychicznie uginają się pod presją krążących plotek i domysłów: cała Japonia może zostać zmieciona z powierzchni ziemi, ba, nawet cała ziemia może przestać istnieć w wyniku jednej, monstrualnej eksplozji. Te koszmarne wizje bez wątpienia wyzwalają stopniowo wśród ludności ciche pragnienie zakończenia wojny, tymczasem jednak nadal biernie zdaje się ona na decyzje swych przywódców. Narodowej tragedii dopełnia wypowiedzenie wojny przez Związek Radziecki. Wiadomość, podana nocą z 8 na 9 sierpnia 1945 r. przez radio moskiewskie, została natychmiast odebrana przez agencję „Domei”. 8 sierpnia o godz. 17.00 czasu moskiewskiego komisarz spraw zagranicznych Mołotow wręczył ambasadorowi Sato - zamiast oczekiwanej odpowiedzi w sprawie misji księcia Konojego notę z wypowiedzeniem wojny. W nocie do rządu japońskiego Mołotow podkreślał, że przedłożona przez Tokio próba o dobre usługi strony radzieckiej straciła rację bytu, ponieważ Japonia odrzuciła deklarację poczdamską. Po tym fakcie Związek Radziecki podjął decyzję o podpisaniu wspomnianej deklaracji i uznał, że znajduje się w stanie wojny z Japonią, począwszy od świtu dnia 9 sierpnia 1945 r. Jak należy ocenić to posunięcie? Udział Związku Radzieckiego w wojnie na Dalekim Wschodzie potrwa niewiele ponad tydzień. Rosjanie przerwą operacje wojenne w południe 17 sierpnia, pozostali alianci - 15 sierpnia. Czy uczestnictwo Armii Czerwonej w rozgromieniu Japonii można uznać za swego rodzaju „włoski numer” - odpowiednik przystąpienia Mussoliniego do wojny w 1940 r., gdy Rzesza pokonała już Francję? Nic bardziej mylnego. Związek Radziecki zamierzał wnieść wydatny wkład w rozwiązanie konfliktu dalekowschodniego. Osiem miesięcy wcześniej, podczas konferencji jałtańskiej, Stalin odstąpił od długotrwałej neutralności wobec Japonii, która od dawna budziła ciche niezadowolenie sojuszników, przyrzekając przystąpić do wojny w ciągu trzech miesięcy po upadku Niemiec. Według planów amerykańskich - a te nie mogły być całkowitą tajemnicą dla generalissimusa i radzieckiego sztabu generalnego - wojna z Japonią zapowiadała się do połowy 1946 r. Przystępując w sierpniu 1945 r. do działań ofensywnych Armia Czerwona miała więc przed sobą perspektywę ośmiu - dziesięciu miesięcy kampanii wojennej. Sforsowawszy granicę na lądzie po ataku na słabo bronioną Mandżurię, a następnie północną Japonię, miała ona szansę znaleźć się w lepszym położeniu niż wojska, generała Mac Arthura, zmuszone sprostać dużym odległościom na morzu i dokonać dwu lądowań - najpierw na Kiusiu, a następnie w Tokio. W ten sposób, zachodząc od północnego zachodu i północy, Rosjanie mogliby nawet wcześniej niż Amerykanie wkroczyć do stolicy Wschodzącego Słońca. 9 sierpnia 1945 r., zgodnie z ustaloną datą - dokładnie w trzy miesiące po kapitulacji Niemiec - Stalin dotrzymuje słowa i wojska radzieckie zajmują Mandżurię... Zbyt późno! Epokowe wydarzenie sprzed dwóch dni pozbawiło Związek Radziecki istotnego udziału w klęsce Japonii. Przystąpienie do wojny okaże się doniosłym czynnikiem politycznym przy kapitulacji,

lecz będzie miało drugorzędne znaczenie militarne. Nie zamierzając z nikim dzielić swego zwycięstwa, Amerykanie 6 sierpnia 1945 r. uprzedzają Rosjan i zrzucają pierwszą bombę atomową na Hirosimę. Wojna potrwa już tylko sześć dni. W ciągu miesiąca Stany Zjednoczone, działając w zasadzie w imieniu wszystkich sojuszników, okupują Japonię wraz ze stolicą. Armia Czerwona zajmuje pozycje na części obwodu japońskiego imperium. Cena polityki długotrwałej neutralności okazała się wysoka. W którym momencie Amerykanie skorygowali swe kalkulacje polityczne? Czy między Jałtą a Poczdamem? Nie wszystko z tajemnic owej przełomowej daty 6 sierpnia zostało do końca wyświetlone, a i ślady umożliwiające odkrycie prawdy mogły ulec zatarciu przez zainteresowanych. Istnieje hipoteza - być może nie bezpodstawna - że decyzja wyeliminowania Rosjan została podjęta w ostatniej chwili: w samym Poczdamie lub też po eksplozji w Hirosimie, gdy rewelacyjne doniesienia o niewyobrażalnej dotąd niszczycielskiej sile wybuchu atomowego ujawniły nieoczekiwanie szansę szybkiego i korzystnego zakończenia wojny. „Nie potrzeba nam już Rosjan!” - w tym streszcza się nowa polityka, której współtwórcami stają się: premier Winston Churchill, generał George Marshall, sekretarz stanu James Byrnes i zapewne sam prezydent Truman. Wstępny jej zarys naszkicowano już w Poczdamie, zaś Hirosima wypełniła ją nową treścią. Bomba atomowa była w istocie nie tylko wyzwaniem wobec Japonii, ale i polityczną rękawicą rzuconą Związkowi Radzieckiemu. Generał Mac Arthur nie omieszkał natychmiast wykorzystać osiągniętej nad Rosjanami przewagi: okupacja Japonii pozostaje wyłącznie sprawą Ameryki. Zimna wojna bierze swój początek nazajutrz po Hirosimie... Nie czekając, aż Sato potwierdzi w depeszy oficjalnej wiadomość o wypowiedzeniu wojny przez Związek Radziecki, rankiem 9 sierpnia w atmosferze katastrofy zbiera się w Tokio Najwyższa Rada Wojenna. Przed południem sztab japoński w Mandżurii przekazuje telefonicznie i telegraficznie pierwsze raporty o sytuacji wojskowej. O świcie Armia Czerwona przypuściła od północy atak na granicę mandżursko-radziecką, od zachodu - na skraj Mongolii Zewnętrznej i od południowego wschodu - na granicę koreańską. Umocnienia wojsk japońskich, którym wyznaczono zadanie powstrzymywania marszu wojsk radzieckich, zostały wszędzie przerwane. Główne siły armii kwantuńskiej wycofywały się zgodnie z planem na ustalone pozycje. Japońską ludność cywilną, głównie , wielkie kolonie osadników-policjantów na granicy północnej, stworzone w ciągu ostatnich dziesięciu lat w wyniku przymusowej emigracji ubogich chłopów japońskich, pozostawiono własnemu losowi. Lotnictwo radzieckie zbombardowało Chajlar i Kirin (późniejszy Jilin) w Mandżurii, zaś na terytorium Korei - Genzan i bazę morską w Raszinie. W tym samym czasie 1700 bombowców startujących z amerykańskich lotniskowców uderza na Akitę i Japonię północno-wschodnią. Na posiedzeniu Najwyższej Rady Wojennej minister spraw zagranicznych Togo przystępuje odważnie do decydującej rozgrywki. Poranna audiencja u cesarza utwierdza go w przekonaniu, że władca konsekwentnie stawia na zakończenie wojny. Czując poparcie najwyższego autorytetu cesarstwa, Togo próbuje uzyskać odkupienie błędu Pearl Harbour (przypomnijmy, że to on był szefem dyplomacji w gabinecie generała Todzio). Dyskusja okazuje się bezowocna. Jej kontynuacją staje się nadzwyczajne posiedzenie Rady Ministrów w godzinach popołudniowych. Dramatyczne napięcie wzmaga wstrząsająca wiadomość: tego ranka ofiarą całopalenia atomowego padło drugie miasto japońskie: Nagasaki - owo słodkie Nagasaki, które opiewał francuski poeta i pisarz-orientalista z przełomu wieków Pierre Loti, rozłożone na kształt wieńca wokół błękitnej zatoki u stóp tarasów zielonych gór i ryżowych pól. Było to jedyne miasto otwarte dwa i pół wieku dla białych przez

pustelniczo odizolowaną od świata Japonię sprzed okresu Meidziego, a zarazem jedno z nielicznych miejsc, gdzie w XVII stuleciu wiara chrześcijańska przeżywała godziny triumfu, zaś w późniejszych latach - bezprzykładnego męczeństwa. Obecna wizyta białych katów z Zachodu nad rozległą malowniczą - zatoką oznaczała zagładę miasta, w którego tradycję tak głęboko wrósł chrześcijański krzyż i cześć dla Najświętszej Panny! Jedynym „uzasadnieniem” - jeśli w ogóle to słowo jest tu uprawnione - jedynym motywem drugiej eksplozji jądrowej było, jak wyjaśnią później Amerykanie, dokonanie porównania: w bombie zrzuconej na Hirosimę zastosowano w charakterze paliwa uran, w Nagasaki - pluton. Szatański zamysł nie w pełni się powiódł: wskutek znacznego zachmurzenia bomba skierowana na Nagasaki nie trafiła w wyznaczony cel - port i centrum miasta, lecz zniszczyła bardziej oddalone rozległe dzielnice, zamieszkałe głównie przez ludność robotniczą i niemal całą społeczność katolicką, która rozsiadła się wokół katedry Urakami, zrównanej teraz z ziemią. Pozostała część miasta legła w gruzach wskutek o wiele silniejszego niż w Hirosimie podmuchu, lecz nie stała się pastwą ognia. W Tokio w gorączkowej atmosferze toczą się obrady Rady Ministrów. Cywile i wojskowi bronią z uporem przeciwstawnych racji. Zgodni są tylko co do zatajenia przed narodem - póki można prawdy o bombie na Nagasaki. Pada wniosek w sprawie dymisji gabinetu, lecz zostaje odrzucony z uzasadnieniem, że ten krok tylko pogłębiłby kryzys. Zdaniem poniektórych rozstrzygającego znaczenia nabiera teraz wojna ze Związkiem Radzieckim. W powstałym zamieszaniu interweniuje minister spraw zagranicznych Togo, usilnie agitując za przyjęciem deklaracji poczdamskiej - co równa się zgodzie na kapitulację. Minister wojny generał Anami z pasją protestuje i raz jeszcze mami słuchaczy szansą odrzucenia wroga do morza w rozstrzygającej „ostatniej bitwie”. Jednak Rada nie jest już skłonna ślepo wierzyć zapewnieniom wojskowych - czyż bomba atomowa nie zmiotła tylu iluzorycznych nadziei? Niepewność i niezdecydowanie pogłębia burzliwa dyskusja nad wysuniętą rano na posiedzeniu Najwyższej Rady Wojennej propozycją warunkowego przyjęcia deklaracji poczdamskiej. Japonia skapituluje, ale pod trzema warunkami: 1. kraj nie będzie okupowany; 2. rozbrojenie japońskich sił zbrojnych zostanie dokonane przez samych Japończyków, a nie przez Amerykanów; 3. zbrodniarze wojenni będą sądzeni przez trybunały japońskie. Członkowie gabinetu nie mogą dojść do porozumienia w sprawie przyjęcia tych warunków, które zresztą - jak niektórzy utrzymują - i tak zostaną kategorycznie odrzucone przez Amerykanów. Wszyscy są jednomyślni w jednej tylko kwestii: warunkiem minimum kapitulacji jest zachowanie cesarstwa - to, co uczestnicy tajnej konferencji cesarskiej w dniu 8 czerwca 1945 r. zawarli w formule: „obronić strukturę narodową”. Jednak generał Anami nie dopuszcza nawet myśli o kapitulacji, zaś jego stanowisko popiera szef sztabu generał Umedzu i szef sztabu marynarki admirał Tojoda - ten sam, który jako głównodowodzący floty japońskiej przegrał ostatnią bitwę morską na Filipinach. Anami doskonale wie, że kontynuowanie wojny pod groźbą bombardowania atomowego prowadzi do samobójstwa całego narodu. Swą osobą prezentuje stanowisko oficjalne armii: choć jest świadom jego słabości, zarazem pod presją fanatyków z biur wojskowych i sztabów decyduje się aż do końca odegrać niezłomnie rolę samuraja. Stary premier Sudzuki, siląc się na bezstronność, nie szczędzi energii - ku powszechnemu zaskoczeniu - by przełamać impas w obradach gabinetu. Posiedzenie kończy się jednak bezowocnie o godz. 20.00. Szef rządu postanawia zatem odwołać się do decyzji cesarza. Niespełna dwie godziny później ministrowie, odziani w uroczyste żakiety i mundury, przybywają do pałacu wezwani na konferencję cesarską z udziałem Hirohita i najważniejszych osobistości państwa.

W scenerii półokrągłej sali schronu cesarskiego z 7-metrowej grubości ścianami, usytuowanego na głębokości 15 m pod ziemią, rozgrywa się historyczny spektakl o wymiarach antycznej tragedii. Punktualnie o godz. 23.50 pojawia się cicho władca w mundurze generalskim koloru khaki i po wąskich schodach kieruje ku tronowi na podium pod złotą osłoną. Naprzeciw niego przed dwoma długimi stołami zgięci w uniżonym pokłonie: z lewej strony premier i członkowie gabinetu, z prawej przedstawiciele armii i marynarki. Obecny jest również przewodniczący Wielkiej Tajnej Rady baron Hiranuma oraz kilka wpływowych osób z biur wojskowych i urzędów cywilnych, a także sekretarz generalny gabinetu. Pomieszczenie nie jest klimatyzowane i w tę letnią noc panuje w nim potworna duchota. Twarze spływają potem. Na tle swych w większości w podeszłym wieku poddanych 44-letni cesarz wygląda zadziwiająco młodo. Wszyscy obecni otrzymują japońskie tłumaczenie tekstu deklaracji poczdamskiej i sprawozdanie z obrad Najwyższej Rady Wojennej, po czym premier, powodowany nakazem obiektywizmu, prezentuje Togo jako głównego referenta z ramienia gabinetu. Minister spraw zagranicznych, będący w istocie wyrazicielem opinii cesarza, dokonuje wyczerpującej analizy sytuacji międzynarodowej, a także przedstawia różne aspekty sytuacji wewnętrznej, kładąc nacisk na krańcowe wyczerpanie ludności wojną, ogrom zniszczeń, jakie stały się udziałem setki miast, nastroje społeczne, rozpaczliwy stan przemysłu i transportu, perspektywę wojny atomowej i nieuchronność ofensywy radzieckiej. Przygnębiające w swej wymowie wystąpienie szefa dyplomacji kończy się wezwaniem do akceptacji deklaracji poczdamskiej. Togo proponuje jedynie, aby wyrażając zgodę na kapitulację, twardo postawiono nieprzyjacielowi jeden warunek: zachowanie dynastii cesarskiej. Głos zabierają teraz zwolennicy oporu. Z ledwo tłumioną ze względu na obecność milczącego cesarza porywczością generał Anami odrzuca każdą formułę pokoju, która zakładałaby okupację terytorium kraju, opowiadając się niezmiennie za desperacką „ostatnią bitwą”. Jego wywody podtrzymują generał Umedzu i admirał Jonai. Po raz pierwszy w historii nowoczesnej Japonii ostra wymiana zdań między członkami gabinetu następuje w obecności władcy. Dotychczas Syn Nieba zawsze był biernym słuchaczem, zatwierdzającym przed zamknięciem konferencji podjęte wcześniej decyzje. Dziś po raz pierwszy przypadnie mu przeciąć węzeł gordyjski i podjąć decyzję osobiście. Nastaje 10 sierpnia 1945 r. O godz. 2.00 podnosi się z miejsca premier Sudzuki. Obrzuca uważnym spojrzeniem ministrów i dowódców wojskowych, oświadczając, że długotrwałe ścieranie się przeciwstawnych opinii nie doprowadziło do zbliżenia stanowisk i nie zarysowało nawet możliwości porozumienia. Tymczasem okoliczności nie pozwalają na najmniejszą zwłokę. „W tych warunkach pozostaje mi - oznajmia - z całą należną pokorą stanąć u stóp tronu i błagać dostojną Mądrość cesarską o rozsądzenie sporu zgodnie z decyzją Jego Cesarskiej Mości”. Po tych słowach 80-letni starzec chwiejnym krokiem postępuje w stronę władcy, nieoczekiwanie dramatycznym ruchem rzuca się na kolana i nieruchomy i blady zastyga z wyciągniętymi rękami u stóp cesarza, chyląc ze szlochem czoło ku ziemi. Wtóruje mu rozdzierające łkanie zebranych. Przygaszonym głosem cesarz rozkazuje premierowi powstać i powrócić na miejsce. Po chwili, gdy zapanowała już cisza, zabiera ; głos, siedząc wyprostowany na tronie. Admirał Sudzuki pochyla ś się ku przodowi i przykłada rękę do ucha, ma bowiem przytępiony I słuch. W kilku oszczędnych zdaniach władca informuje o swej decyzji. Propozycję ministra spraw zagranicznych Togo kwituje krótkim: „Dlaczegóż by nie?” - jakże odbiegającym od zwyczajowego uroczystego języka Syna Nieba...

Klamka zapadła. Nieodwołalnie. Łzy spływają po schylonych twarzach, wiernymi sługami cesarza wstrząsa płacz. Gdy wreszcie wraca spokój, Hirohito przedstawia swoje argumenty. Oceniając sytuację, podkreśla, że przedłużanie wojny nie tylko zmiażdży Japonię, ale i narazi świat na niepotrzebne cierpienia i ofiary. Składa hołd żołnierzom i marynarzom, którzy okupili życiem chwałę jego imienia, cywilom zabitym podczas bombardowań i wszystkim rannym i cierpiącym w tej wojnie. Przypomina mądrą decyzję cesarza Meidziego, który po wojnie chińsko-japońskiej 1895 r. musiał ugiąć się przed „potrójną interwencją”, choć ta pozbawiła zwycięską Japonię części zdobyczy. Ledwo maskując przyganę stwierdza, że nadzieje armii i marynarki - które w przeszłości nazbyt często grzeszyły przesadnym optymizmem -mają dziś mniej niż kiedykolwiek widoku na spełnienie. Cesarz nie zniesie dłużej cierpień swego narodu - wszelkie granice zostały w tej mierze przekroczone! Nadeszła godzina „zaakceptowania tego, co jest nie do zaakceptowania, i zniesienia tego, co wydaje się nie do zniesienia”. Hirohito umilkł. Po nim nikt nie ma prawa wyrzec ani słowa. Milczenie. Tłumiony płacz. Konferencja kończy się o godz. 2.30.

20. Bunt przeciw tronowi
Wykonując decyzję cesarską, minister spraw zagranicznych Togo jeszcze 10 sierpnia 1945 r. kieruje do aliantów - za pośrednictwem przedstawicielstw w Szwajcarii i Szwecji - notę oficjalną, powiadamiając, że Japonia zdecydowała się zaakceptować deklarację poczdamską. Jeden z fragmentów tego dokumentu precyzuje kardynalny warunek: „Rzeczona deklaracja nie implikuje żadnego żądania mogącego naruszyć prerogatywy Jego Cesarskiej Mości jako władcy”. Taką formułę przyjęto bez trudności na posiedzeniu gabinetu, które odbyło się po zamknięciu konferencji cesarskiej. Postanowienie władcy uspokoiło umysły członków rządu - i zdjęło z nich brzemię odpowiedzialności. Społeczeństwo nadal jednak nic nie wie o niedawnych zmaganiach i podjętych decyzjach, toteż atmosfera pozostaje napięta. Tego samego dnia 1600 amerykańskich bombowców wyrusza z lotniskowców w rajd w region tokijski i na środkową Japonię; rankiem ponad 200 superfortec B-29 bombarduje przemysłowe północno-wschodnie dzielnice stolicy, miasto Ciba i bazę morską w Jokosuce. Odpowiedź Ameryki z 11 sierpnia 1945 r., sygnowaną przez sekretarza stanu Jamesa Byrnesa, agencja „Domei” odebrała drogą radiową już nazajutrz, a oficjalnie dotarła ona za pośrednictwem poselstwa szwajcarskiego 13 sierpnia o godzinie 8.00. Waszyngton akceptuje zgodę strony japońskiej i przyjmuje do wiadomości wysunięty przez nią warunek, stwierdzając: „Od chwili kapitulacji władza cesarza i rządu japońskiego w zakresie kierowania sprawami państwa będzie podporządkowana najwyższemu dowódcy mocarstw sojuszniczych, który wyda odpowiednie dyspozycje umożliwiające wykonanie warunków kapitulacji”. W tej odpowiedzi kryje się dwuznaczność: nie uznaje japońskiego warunku - zachowania cesarstwa i osoby cesarza, ale go też nie odrzuca.

Nie trzeba nic więcej, by ponownie rozpalić zaciekły spór w łonie rządu. Togo i „umiarkowani” chcą poprzestać na tym, co uzyskano, argumentując, że chociaż w amerykańskiej odpowiedzi podporządkowuje się osobę władcy generałowi Mac Arthurowi, niemniej respektuje samo istnienie cesarstwa - a to wszak najważniejsze. Przeciw takiemu pojmowaniu rzeczy ostro protestuje w imieniu ekstremistów generał Anami, uznając owo podporządkowanie za niedopuszczalne. Zwraca przy tym uwagę, że Stany Zjednoczone nie zobowiązały się w istocie do niczego na przyszłość: po wykorzystaniu instytucji cesarza dla wykonania klauzul poczdamskich będą następnie mogły pozbyć się jej niby nieprzydatnego balastu. Kolejne posiedzenie gabinetu przypomina targowisko klanowych ambicji. W kołach politycznych rozchodzi się pogłoska, jakoby pułkownicy z biur wojskowych podjęli przygotowania do zamachu stanu. Kraj, pozbawiony informacji i pozostawiony od czterech dni domysłom, ogarnia niepokój. Wreszcie zapada postanowienie o opublikowaniu komunikatu oficjalnego. Przedmiotem kontrowersji staje się teraz jego treść i zakres prawdy, która ma trafić do ludu. Anami zdecydowanie oponuje przeciw ujawnieniu decyzji cesarskiej w całej jej brutalności, dowodząc, że zapowiedź kapitulacji może wywołać spontaniczną rewoltę na terenie całego kraju wśród ludności cywilnej i w armii. Ostatecznie Biuro Informacyjne publikuje mętne oświadczenie, w którym rząd oznajmia, że postanowił „zachować strukturę imperialną”. Dla nielicznych Japończyków, którzy umieją czytać między wierszami, oznacza to, że wszystko jest stracone z wyjątkiem cesarza. Natomiast dla olbrzymich rzesz „Stu Milionów” prawda pozostaje ukryta. Powszechny zamęt pogłębia Anami, który pod naciskiem fanatyków ze sztabu i grup nacjonalistów składa nieoczekiwanie oświadczenie radiowe, wzywając armię do krańcowego poświęcenia w chwili lądowania wojsk amerykańskich - „w ostatniej bitwie”, która unicestwi wroga, gdy ten będzie się łudził, że osiągnął cel. 13 sierpnia 1945 r. został zatrzymany w ostatniej chwili przed drukiem w dziennikach rzekomy komunikat cesarskiej Wielkiej Kwatery Głównej, wzywający armię i lud do bezwzględnego oporu. Generał Anami ani szef sztabu armii generał Umedzu nie przyznają się jednak do jego autorstwa. Ten dzień obfitował od świtu w naloty bombowe, których przez dwa dni - 11-12 sierpnia (sobota i niedziela) - poniechano, zapewne by dać rządowi japońskiemu nieco swobody działania w przededniu kapitulacji. W poniedziałek 13 sierpnia setki bombowców atakują położony między Tokio a Jokohamą region przemysłowy Keihin i zakłady przemysłowe Kawasaki, niszczą tokijskie lotnisko i dworce, ostrzeliwują pociągi. Wieść niesie, że radio amerykańskie zapowiedziało trzecią bombę atomową - tym razem na stolicę kraju. Powszechną trwogę sieje „Radio Tokio”, które, nie wymieniając nigdy z nazwy straszliwej bomby, przekazuje dziwne na pozór instrukcje: „Chrońcie się nawet na widok jednego wrogiego samolotu! Zamykajcie szczelnie schrony! Noście białą odzież, która lepiej chroni przed oparzeniami niż ciemna!” Ciężko doświadczony naród nauczył się już rozumieć podtekst tych zdawkowych wezwań... Po południu 13 sierpnia radio San Francisco występuje z oskarżeniem rządu japońskiego o opóźnianie odpowiedzi. Sekretarz generalny gabinetu Sakomidzu Hisatsune, na własną odpowiedzialność pięciokrotnie w depeszy za pośrednictwem agencji „Domei” odwołuje się do cierpliwości rządu amerykańskiego, zapewniając, że odpowiedź lada chwila zostanie wysłana. Tymczasem odebrane przez radio telegramy amerykańskie informują, że generał Mac Arthur nie zobowiązywał się do utrzymania na trwałe cesarstwa w Japonii. Z wieczora ta wiadomość dociera do sztabu generalnego w Tokio, wywołując nową falę wściekłości fanatyków desperackiego oporu. Nocą z 13 na 14 sierpnia szefowie sztabu armii i marynarki udają się do oficjalnej rezydencji premiera Sudzukiego, próbując wymóc na nim nakłonienie cesarza do odstąpienia od powziętej decyzji o kapitulacji. Rząd Stanów

Zjednoczonych otrzyma nową notę z kategorycznym żądaniem akceptacji przedstawionego przez Japonię warunku; w razie odmowy - cesarz i jego lud są gotowi raczej zginąć, niż skapitulować, okrywając się niesławą. Obecny przy rozmowie minister Togo stanowczo odrzuca powyższą propozycję. Nie ugina się również Sudzuki, nawet wtedy gdy „ojciec kamikadze”, stary admirał Onisi Takidziro, który po 15 sierpnia popełni harakiri, serwuje mu spazmatyczną scenę. Uznawszy, że interwencja jest bezowocna, około godziny 2.00 wysłannicy sztabów rezygnują z dalszych nalegań, zrzucając na premiera odpowiedzialność za chaos, w jakim - ich zdaniem - niewątpliwie pogrąży się kraj na wiadomość o kapitulacji. Dnia 14 sierpnia na godzinę 10.00 zaplanowano posiedzenie Rady Ministrów w oficjalnej rezydencji Sudzukiego. O oznaczonej porze prosto z pałacu przybywa premier, powiadamiając zebranych o nowej konferencji cesarskiej i odłożeniu posiedzenia gabinetu. Sens nakazu cesarskiego jest dla wszystkich jasny: cesarz postanowił jeszcze raz przeciąć osobiście kłótnie paraliżujące bezsilny rząd. Konferencja rozpoczyna się przed godziną 11.00. W schronie pałacowym spotykają się prawie te same osoby, które uczestniczyły w konferencji cesarskiej 9 sierpnia. Tylko cywile - którym nie starczyło czasu na przebranie się w obowiązujące żakiety - przybyli za specjalnym zezwoleniem w marynarkach. Tym razem generał Anami po kilku słowach oddaje głos szefowi sztabu armii generałowi Umedzu. Ten, poparty przez szefa Sztabu marynarki admirała Tojodę, wyraża ponownie gorący sprzeciw wobec kapitulacji, której nie towarzyszą niezbędne gwarancje i która nie zapewnia jednoznacznie utrzymania dynastii. Podczas tego wystąpienia wyraźnie wyczuwa się milczącą wrogość większości obecnych osobistości. Decyzji o epokowym wymiarze nie można jednak podjąć większością głosów. Każdy zdaje sobie sprawę, że istota problemu sprowadza się do tego, czy armia nie zamierza odmówić kapitulacji i podnieść buntu, wciągając do rewolty dobrowolnie bądź siłą masy. Wiarygodne informacje wskazują, że od przeszło doby trwają przygotowania grup ekstremistów do zamachu stanu i że ich poczynania wspiera lotnictwo specjalnych oddziałów samobójczych. Należy więc przede wszystkim przekonać armię o bezowocności dalszego oporu. Interweniuje cesarz. Jego głos wydaje się jeszcze bardziej energiczny niż przed pięciu dniami, ale i on znajduje się u kresu wytrzymałości nerwowej: przemawia ze łzami w oczach. Udzielając konsekwentnego poparcia propozycjom ministra Togo, który prowadził grę stanowczo, a zarazem odważnie i zręcznie, Hirohito zdecydowanym tonem wyraża życzenie, by rząd przyjął odpowiedź Waszyngtonu jako wiążącą - bez żądania od Amerykanów nowych wyjaśnień. Wszyscy pojmują, że życzenie władcy jest rozkazem.. Cesarz milczy chwilę, ręką w białej rękawiczce przecierając okulary zwilżone łzami. Następnie podejmuje wątek swego zaimprowizowanego wystąpienia. Z głęboką sympatią - oświadcza - odnosi się do uczuć dowódców armii i marynarki, którzy w latach zmagań militarnych tylekroć dowiedli, że dla słowa „kapitulacja” nie ma w japońskim kodeksie honorowym miejsca. Jednakże ponad sto miast na całej przestrzeni kraju zostało zmiecionych z powierzchni ziemi, naloty spowodowały śmierć setek tysięcy ludzi i przysporzyły nieszczęść milionom poddanych cesarstwa. Nawet w tej chwili może uderzyć w stolicę bomba atomowa... „O ludzie myślę (...) Nie mogę dłużej patrzeć na jego nie kończące się ofiary i cierpienia” - dodaje cesarz. Obecni słuchają ze spuszczonymi głowami, zalani łzami. Sam władca, mozolnie wyrzucający z siebie ciężkie słowa, nie przestaje ocierać łez, wolno spływających mu po policzkach. Spokojniejszym już głosem zaczyna mówić o „nowej Japonii” - która będzie członkiem międzynarodowej społeczności i poświęci się sprawie pokoju. Aby ocalić kraj od straszliwej katastrofy, pozostaje dziś - podkreśla dobitnie - tylko jedna droga: przyjęcie deklaracji poczdamskiej. „Cokolwiek może mnie spotkać osobiście, jestem

zdecydowany znieść to, co jest nie do zniesienia (...) Na mocy władzy, jaka mi jest dana, kładę kres tej wojnie”. Decydujące słowa. Słowa, które mogą obrócić się przeciw cesarzowi, albowiem ujawniając teraz potęgę swej władzy, nie potrafił jej wykorzystać w 1941 r., by zapobiec wojnie. Słowa, które zarazem mogą być rozgrzeszeniem, gdyż w ogólnym chaosie władca jako jedyny wykazał się dalekowzrocznością historycznego spojrzenia, I zrozumieniem dla nauki płynącej z wydarzeń i umiejętnością przezwyciężenia - najpierw w samym sobie - biernej postawy, odważnie narzucając otoczeniu i krajowi swą decyzję. Konferencja kończy się postanowieniem, że Hirohito wygłosi przez radio przemówienie do narodu, przedstawiając swą wolę. Nigdy dotąd w historii Syn Nieba nie zwracał się bezpośrednio do i swego ludu ani też nigdy nie dał mu możliwości usłyszenia brzmienia swego głosu. Późnym popołudniem gabinet opracowuje tekst dostatecznej odpowiedzi Japonii na ultimatum poczdamskie, która i tym razem jest w istocie rzeczy akceptacją bezwarunkowej kapitulacji. Wieczorem cesarz przystawia pod nią swą pieczęć i tekst w wersji angielskiej zostaje przekazany aliantom via Berno i Oslo. Wystąpienie radiowe Hirohita przewidziano na dzień 15 sierpnia w południe, lecz zapada decyzja, by dla oszczędzenia cesarzowi trudu przejazdów nagrać je na płytę w przeddzień wieczorem. Po godzinie 21.30 zjawia się więc w pałacu grupa techników „Radia Tokio” pod kierownictwem szefa Biura Informacyjnego Simomury Kainana. W apartamentach cesarskich, przeniesionych do usytuowanego pośrodku parku ocalałego pawilonu japońskiego, następuje nagranie historycznych płyt. Tekst przemówienia przygotował na podstawie wypowiedzi cesarza na dwu ostatnich konferencjach cesarskich sekretarz generalny gabinetu Sakoinidzu. Wskutek trudności technicznych (pierwsze nagranie było niezbyt udane i trzeba je było powtórzyć) i ze względu na wymogi protokolarne nagranie kończy się dopiero po północy. Nieco wcześniej grupa oficerów z biur Ministerstwa Wojny i sztabu generalnego udaje się do koszar dywizji gwardii cesarskiej i rozkazuje obudzić jej dowódcę generała Mori Takesiego. Pod groźbą rewolwerów przybyli domagają się natychmiastowego sporządzenia dokumentów przekazujących pod ich rozkazy wojska gwardii pod pretekstem wzmocnienia służby ochrony pałacu. Mori odmawia wykonania polecenia i w tej samej chwili pada, zabity z zimną krwią kilkoma strzałami w pierś. Napastnicy fabrykują na miejscu fałszywe dokumenty, opieczętowując je znalezioną na biurku pieczęcią generała. Niebawem pałac został otoczony przez wojsko. Simomura i pracownicy radia wycofują się przez nie naruszone budynki Ministerstwa Domu Cesarskiego i tu stają oko w oko z oddziałem żołnierzy i oficerów, którzy z wycelowanymi bagnetami żądają oddania nagranych płyt. Nie ulegało wątpliwości, że zbuntowani oficerowie postanowili nie dopuścić, aby apel cesarza dotarł do narodu. Po dokonaniu rewizji osobistej, która nie dała żadnych rezultatów, Simomurę i towarzyszące mu osoby brutalnie uwięziono w baraku wojskowym pod strażą uzbrojonych wartowników. Rozwścieczeni żołnierze wkraczają do budynków pałacowych, przeprowadzają rewizje i aresztują wszystkich obecnych. Jednakże płyt, schowanych bezpiecznie w małej metalowej kasetce pod stosem papierów, nie znaleziono. Strażnikowi prywatnej pieczęci cesarskiej, markizowi Kido, i ministrowi domu cesarskiego, Isiwatariemu Sotaro, którzy przewidując możliwość spisku podjęli odpowiednie środki dla zabezpieczenia płyt, cudem udaje się ujść buntownikom: żołnierze - jak później opowiadano - wtargnęli do pokoju, obok którego ukryli się w niewidocznej komórce wymienieni dostojnicy.

W tym samym czasie oddziały żołnierzy i uzbrojonych cywilów na ciężarówkach otoczyły oficjalną rezydencję premiera na wzgórzu Sanno, obok parlamentu. Po kilku seriach z karabinów maszynowych buntownicy wyłamują ogrodzenia i bramy i z obnażonymi szpadami w ręku poszukują po całym budynku starego Sudzukiego. Ten wszakże nocuje w swoim prywatnym domu w Koisikawie. Poinformowani o tym przez służbę, szaleńcy rozlewają benzynę po posadzkach, dywanach i tapetach, wzniecają ogień i odchodzą. Zapomnieli natomiast przerwać łączność telefoniczną i premier, uprzedzony w samą porę, zdołał się ukryć w innej dzielnicy Tokio u jednego ze swych braci, również generała. Spiskowcy, wściekli, że premier wymknął im się z rąk, demolują i podpalają jego mieszkanie. Tejże nocy obiektem ataków zbuntowanych wojskowych stały się również rezydencje innych osobistości, m.in. barona Hiranumy i wiceministra spraw zagranicznych Matsumota, który obok Togo był zwolennikiem działań na rzecz pokoju. Szczęściem, poszukiwanym przez buntowników dostojnikom albo udało się uciec, albo też przebywali poza domem: mając wciąż w pamięci rebelię wojskową 26 lutego 1936 r. i wietrząc w atmosferze zamach stanu, wszyscy zachowują szczególną ostrożność. Spisek wydaje się zresztą zorganizowany naprędce i słabo skoordynowany. Przyczyna, być może, leży w tym, że zabrakło czołowego orędownika straceńczego oporu, generała Anamiego. Po południu 14 sierpnia Anami składa wizytę premierowi i w długiej przemowie, pełnej kwiecistych i wieloznacznych sformułowań, wyraża żal i skruchę, że ośmielił się przed kilku godzinami na konferencji cesarskiej trwać uparcie przy swojej koncepcji, którą władca był odrzucił już 9 sierpnia. Powróciwszy do swej oficjalnej rezydencji, minister wojny popełnia harakiri. Później dowiemy się, że fanatycy z biur wojskowych mieli nadzieję wywrzeć swym spiskiem nacisk na cesarza i zmusić go do odstąpienia od decyzji o kapitulacji. Do ostatniej konferencji cesarskiej Anami w zgodzie z własnym sumieniem pozwalał im działać, stając się co najmniej biernym wspólnikiem, jeśli nie wręcz wodzem w ich przyszłych zamierzeniach. W decyzji Hirohita z 14 sierpnia, oznaczającej w istocie potępienie orientacji, której służył, Anami odczytał wyrok. Swą samobójczą śmiercią, odcina się od buntowników, uprzedzając ich tym samym o klęsce, a zarazem publicznie przyznaje się do winy wobec cesarza i publicznie błaga o przebaczenie. I nadto pozostaje wierny obowiązkowi samuraja: woli poświęcić życie, niż się poddać. Rankiem 15 sierpnia od wczesnych godzin do tokijskiej prefektury policji i komendy wojskowej napływają doniesienia o wydarzeniach minionej nocy. Pałac nadal jest w stanie oblężenia. Ze studia radiowego nadchodzi telefoniczna wiadomość, że gmach „Radia Tokio” został zajęty przez wojsko, podobnie jak i stacja nadawcza Kawagoe w pobliżu stolicy. W tokijskiej rozgłośni radiowej już przed świtem jeden ze zbuntowanych oficerów podjął przygotowania do nadania apelu armii do ludu. Dźwięk syren alarmowych obwieszczających zbliżający się nalot i fałszywe informacje jednego z pracowników technicznych radia przekonały go, że aż do zakończenia alarmu nie można emitować żadnego programu. Ta zwłoka wystarcza, by przybył na czas pluton żandarmerii wojskowej, który o świcie otacza budynek „Radia Tokio”, rozbraja rebeliantów i ich dowódców, przyjmujących pokornie to zrządzenie losu, i oswobadza pracowników rozgłośni. W tej samej godzinie generał Tanaka Sidzuici, dowódca armii wschodniej Japonii i były dowódca naczelny żandarmerii, wojskowej, zjawia się osobiście w kwaterze głównej spiskowców w budynku gwardii cesarskiej. Nie tając oburzenia, groźbami i perswazją potrafił swą elokwencją po trzygodzinnych utarczkach uświadomić przywódcom rewolty ich nieuniknioną porażkę: nic nie jest

w stanie skłonić cesarza, by odstąpił od podjętej decyzji, zaś spiskowcy zostaną potraktowani przez prawo nie jak patrioci, lecz jak buntownicy. Jeszcze tego samego dnia czwórka głównych prowodyrów strzela sobie w łeb. Pozostałych odtransportowano do kwatery głównej żandarmerii, a oddziały oblegające pałac zostały w godzinach porannych skierowane do koszar. Nocą z 15 na 16 sierpnia doszło do kilku innych poważnych incydentów. Grupa spiskowców członków organizacji nacjonalistyczno-terrorystycznej działającej pod hasłem: „Czcijcie Cesarza i przegońcie cudzoziemców!” - dokonuje napadu z bronią w ręku na dom markiza Kido w Akasace, szczęściem nieobecnego w tym czasie w domu. Nie dostaną Kido w swe ręce również dniem podczas szturmu na jego kryjówkę mieszczącą się po sąsiedzku u jednego z krewnych. Okopują się więc na wzgórzu świątyni Atago w dzielnicy Siba, a gdy w kilka dni później policja próbuje ich aresztować sześciu mężczyzn i trzy kobiety wysadza się granatami w powietrze. Nastaje oto czas harakiri. Na esplanadzie pałacu cesarskiego przed zasłoną z sosen, które oparły się pożarowi - nieco na uboczu tłumów bijących z głośnym szlochem pokłony przed podwójnym mostem u wejścia do siedziby Syna Nieba - około trzydziestu cywilów i wojskowych pojedynczo i, grupowo popełnia zgodnie z rytuałem samobójstwo w dniach następujących po kapitulacji: nikt nie przeszkadza im w tym ponurym procederze. Przemówienie radiowe cesarza, nadane 15 sierpnia we wczesnych godzinach popołudniowych, przywraca spokój w stolicy, natomiast wywołuje zamieszanie na prowincji. Już wieczorem krąży plotka, pochodząca z ekstremistycznych kół wojskowych, że oświadczenie Syna Nieba jest fałszerstwem, sfabrykowanym przez defetystyczny gabinet Sudzukiego. Młodzi lotnicy korpusu samobójczego, zwłaszcza kamikadze z lotniska w Atsugi w pobliżu Tokio, i piloci lotniczych sił morskich z lotniska w Oppamie, obok bazy morskiej w Jokosuce, zasypują z samolotów prowincje środkowej Japonii ulotkami z następującym wezwaniem: „Nie dawajcie posłuchu fałszywym rozkazom o kapitulacji, stawiajcie opór aż do końca!” Pod ulotkami widnieje podpis: „Dowódca sił powietrznych marynarki cesarskiej w Jokosuce”. Część buntowników aresztowano. Skrajni fanatycy popełniają samobójstwo, kierując swe maszyny w otchłań oceanu. Inni piloci już na pasie startowym lotniska Atsugi dają posłuch argumentom wytaczanym w toku „negocjacji” (tak to określą sami Japończycy). Z odległych wsi sprowadzono ciężarówkami wojskowymi ich starych chłopskich rodziców. Wyżsi oficerowie wyjaśniają im sytuację, informują o rozkazie cesarskim i błagają, by wpłynęli na swoje dzieci. Rodzice przystępują więc do dramatycznych rozmów z synami w atmosferze prawdziwego kabuki37 i młodzi ludzie, którzy w większości nie ukończyli jeszcze dwudziestu lat, okazują w końcu posłuszeństwo ojcom i matkom, choć przedtem odmówili go swoim dowódcom. W bazie lotniczej w Oita na wyspie Kiusiu admirał Ugaki Matome, bohater wielu bitew morskich na Pacyfiku, świeci przykładem „racjonalnego” samobójstwa. W ostatniej ekspedycji kamikadze tej wojny jedenaście samolotów, pilotowanych przez ochotników śmierci, wylatuje pod jego dowództwem do ataku na Okinawę. Cztery maszyny powróciły wskutek awarii silników, siedem pozostałych zaginęło i nie wiadomo nawet, czy atak w ogóle nastąpił. W stolicy popełnia harakiri „ojciec kamikadze” admirał Onisi Takidziro: umiera po długiej agonii. Do znanego szowinisty Kodamy Josio, od którego pożyczył szabli do tej makabrycznej ceremonii i który towarzyszy mu w ostatnich chwilach, zwraca się jeszcze z pretensją w głosie: „Zupełnie nie tnie ta twoja blacha!”

37

Tradycyjny japoński dramat ludowy ze śpiewami i tańcami - przyp. tłum.

Fala samobójstw wzbiera. W jednym z pułków piechoty w okolicy Tokio pewien batalion traci wszystkich swych oficerów: jednego majora, trzech kapitanów, dziesięciu poruczników, tuzin podporuczników i licznych podoficerów. Major popełnia harakiri klasyczne: klęcząc na dywanie w swym biurze, otwiera sobie brzuch sztyletem, każąc następnie jednemu z obecnych odciąć sobie głowę szablą zgodnie z wymogami rytuału. Oficerowie idą w ślad za nim w śmierć: jedni wybierają uświęcony ceremoniał, inni posługują się pistoletem. Podobne sceny mają miejsce - jak się później okaże- w najodleglejszych nawet garnizonach w Chinach, w Korei, na Tajwanie i ostatnich przyczółkach na południu. Kiedy dokonywano obrachunku, naliczono w korpusie oficerskim setki „honorowych samobójców”. Reszta armii poddała się posłusznie rozkazowi swego władcy. Setki tysięcy żołnierzy wraz z oficerami, którym nie dane było umrzeć w „ostatniej bitwie” - przede wszystkim ci na terytorium macierzystym, którzy nie zdążyli wziąć udziału w wojnie - ustępują, ponieważ taka była wola cesarza.

21. Uśmiech Kwitnącej Wiśni
W górskiej wiosce Karuizawa, w której pod nadzorem policji I wojskowej przebywa przesiedlona kolonia francuska, Hirosimą była na ustach wszystkich już 7 sierpnia, nazajutrz po eksplozji. Bomba początkowo wydawała się nam istnym cudem, otwierającym bramy wolności. Nasz entuzjazm był jednak krótkotrwały: bowiem I zrozumieliśmy, że tylko wzmaga ona trwożne napięcie i utrzymuję nas w trudnej do zniesienia niepewności. W tych nie mających końca - jak się nam wydawało - dniach Japonia waha się między kapitulacją a „ostatnią bitwą”, zaś to oznacza (o czym dobrze wiemy), że waży się także nasz los między życiem a śmiercią. Jeśli zapadnie decyzja o bitwie, porwie nas krwawa zawierucha, która wszystko zmiecie, i będziemy mieli mało szans, by ujść z życiem. Perypetie dyplomatyczne i polityczne tego decydującego tygodnia między 7 a 14 sierpnia 1945 r. znamy dzięki słuchanym potajemnie audycjom radia amerykańskiego. Były konsul francuski, stary pan Gallois (pół wieku na Dalekim Wschodzie), odważył się przemycić z Tokio odbiornik krótkofalowy, choć jego posiadanie w Japonii czasu wojny jest surowo zakazane. Mimo niebezpieczeństwa zaskoczenia przez naszych strażników kempei kilku z nas stara się słuchać ukradkiem programów nadawanych z San Francisco, przedstawiających postępy i trudności rokowań między Tokio a Waszyngtonem. Atmosferę, jaka nas otaczała, mogliśmy oceniać na podstawie stosunku strażników i miejscowej ludności. Po kapitulacji uzyskałem potwierdzenie niepokojących informacji, że wyżsi funkcjonariusze tutejszej policji naradzali się, co zrobić z nami, jeśli i wojna miałaby trwać nadal. Niektórzy proponowali fizyczną likwidację internowanych - pomysł szczęśliwie odrzucono. Niewiele bardziej pocieszające było jednak i inne rozwiązanie, mające sporo szans na realizację: ewakuacja pieszo w kolumnie przez góry na północ. Przy ogólnym wycieńczeniu nietrudno sobie wyobrazić, czym by się to dla nas skończyło... Rankiem 14 sierpnia wiatr przynosi od strony równiny tokijskiej głuchy odgłos gwałtownych bombardowań: wojna wciąż się toczy. Ale oto wieczorem tego dnia rozgłośnia w San Francisco zwiastuje nam wyzwolenie: wojna się skończyła!

Wiadomość tę otacza najgłębsza tajemnica. Miejscowi Japończycy są zupełnie nieświadomi biegu wypadków. Informacja o bombie na Hirosimę dotarła tu w wersji oficjalnej - enigmatycznej i ogólnikowej. O jej wpływie na podjęcie negocjacji pokojowych nikt nic nie słyszał. 15 sierpnia żandarmeria wojskowa powiadamia ludność, że sam cesarz - rzecz bez precedensu - zwróci się osobiście przez radio z proklamacją do swego narodu. Na krótko przed godz. 16.00 dostrzegam grupki ludzi zbierających się przy odbiornikach radiowych w domach szefów swoich tonarigumi - stowarzyszeń sąsiedzkich. Gromadki kobiecinek w spodniach i krępych, drobniutkich staruszków, skupionych wokół niebiesko-białych proporczyków grupy obrony cywilnej, zgoła nie domyślają się, o czym cesarz będzie mówił. Poprzedniego dnia pojawiła się pogłoska, że władca wystąpi z płomiennym wezwaniem do stawiania oporu - i wielu daje temu wiarę w całej Japonii. Niewielki domek nie mieści wszystkich przybyłych; część pozostaje na zewnątrz. Dochodzi godz. 16.00. Słychać zapowiedź spikera - jego “słowa brzmią poważnie i uroczyście. Sylwetki prężą się, a głowy pochylają na rozkaz przywódcy grupy. Mało ważne, że tę przepisową postawę, obowiązującą w obecności władcy i będącą wyrazem trwożnego szacunku dla jego osoby, tym razem zebrani przybierają wobec aparatu radiowego, uroczyście ustawionego na słomianym krześle przed wejściem... Chwila ciszy... Wreszcie - głos nigdy dotąd nie słyszany... Nieco schrypnięty, powolny, cokolwiek sztucznie opanowany jak na osobę czytającą tekst. Zaskoczenie: prawie nic nie można z tego zrozumieć! Władca przemawia językiem wyszukanym i zawiłym, zastrzeżonym wyłącznie dla Syna Nieba. Archaiczne słownictwo i starodawny styl odbiegają bardzo znacznie od języka potocznego i okazują się tym bardziej niezrozumiałe dla ludu, że o ile czasami czytywał on proklamacje cesarskie w formie pisemnej, o tyle nigdy nie słyszał ich z ust samego władcy. Toteż bezpośrednio po wystąpieniu cesarza włączy się spiker, który przetłumaczy na zrozumiały język to, co Hirohito właśnie raczył obwieścić - i dopiero wtedy nieco prawdy dotrze do narodu. A jednak od początku przemówienia prości ludzie chwytają - w atmosferze narastającego osłupienia przynajmniej ogólny sens dostojnych słów. Twarze bledną, ręce ukradkiem ocierają łzę. Oszczędna reakcja zebranych przypomina styl japońskiego dramatu klasycznego; pozornie obojętna maska i zredukowane do minimum gesty skrywają gwałtowne uczucia. W monotonnym głosie Hirohita wydaje się pobrzmiewać niepokój. Moje bezbożne ucho gaidzina rozpoznaje w nim pewne podobieństwo z zawodzeniem bohatera z teatru nô38. Jeszcze trochę słów i nagle dźwięk załamuje się, jakby brakło mu mocy, a Syn Nieba nie był w stanie dłużej dźwigać posępnego ciężaru tego historycznego oświadczenia. Natychmiast po tym spiker wyjaśnia intencje władcy. Ludzie jeszcze przez moment stoją w milczeniu, jakby zesztywniali w napiętej uwadze. I oto - zrozumieli. Powszechny szloch. Szeregi rozsypują się bezładnie. Załamały się wszystkie długo hołubione nadzieje: butny sen o Wielkiej Japonii. Milionom Japończyków pozostał tylko ból - prawdziwy, godny litości, zwyczajnie ludzki - krwawiącej rany zwyciężonego patriotyzmu. Rozbiegają się, by wypłakać swój żal samotnie w ścianach drewnianych domków. Wioskę ogarnia absolutna cisza. Przechodząc uliczką dostrzegam jedynie przez otwarte

38

Klasyczny japoński balet dramatyczny ze śpiewami o tematyce bohaterskiej - przyp. tłum.

drzwi - panuje upał - twarze zalane łzami, odwracające się natychmiast na widok postronnego obserwatora. Nazajutrz wszyscy Japończycy rzucają się na jednostronicową gazetę, chcąc do końca zrozumieć w szczegółach proklamację cesarską. Ten niezwykle interesujący tekst - tak bardzo japoński w swym duchu - z jakąż troską antycypuje przyszłość, z jakąż ostrożnością wystrzega się przyćmienia blasku księgi dziejów Japonii zakazanym słowem „kapitulacja”, jakąż wreszcie okazuje stałość w odwadze zachowania nadziei w chwili bezmiernej rozpaczy! „Po głębokim rozważeniu ogólnych tendencji światowych i warunków, w jakich znajduje się dziś Nasze Cesarstwo, My, Cesarz, postanowiliśmy dokonać rozwiązania obecnej sytuacji przez zastosowanie nadzwyczajnych środków. Rozkazaliśmy [forma nigdy dotąd nie stosowana] rządowi cesarskiemu, aby poinformował cztery kraje: Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię, Chiny i Związek Radziecki, że akceptujemy tekst ich wspólnej deklaracji. Zapewnić spokój poddanym i dzielić ze wszystkimi krajami świata rozkosz współdobrobytu - oto zadanie przekazane nam przez twórcę Cesarstwa i Naszych prześwietnych cesarskich przodków, którego przestrzeganie zawsze leżało Nam tak bardzo na sercu (...) Dziś jednak nasza sytuacja militarna przyjęła niepomyślny obrót, a ogólne tendencje światowe nie przemawiają na naszą korzyść (...) [Jakże wyważone to słowa!] Co więcej, wróg skierował przeciw nam nową bombę - niezwykle okrutną, powodując masakrę niewinnej ludności i nieobliczalne zniszczenia. Kontynuować w tych warunkach wojnę, oznaczałoby doprowadzić nie tylko do unicestwienia Naszego narodu, ale i do zagłady całej cywilizacji ludzkiej. Czy mielibyśmy potem prawo prosić o przebaczenie boskie dusze Naszych cesarskich przodków, skoro Naszym obowiązkiem jest ochrona Naszych poddanych? (...) Kierujemy Nasze serdeczne myśli ku wszystkim Naszym wiernym poddanym, którzy polegli na polu chwały, wypełniając ofiarnie swój obowiązek, i którzy przedwcześnie odeszli z tego świata. Kiedy ogarniamy troską pozostałe po nich rodziny, czujemy się tak, jakby Nam wyrywano wszystkie trzewia (...)” Nie pada ani razu słowo „klęska”, nie ma mowy o „kapitulacji”. Okrutna bomba atomowa: oto jedyna przyczyna zakończenia wojny, która nie miała innego celu - stwierdza się w innej części proklamacji nad „zapewnienie warunków egzystencji Cesarstwa i stabilności w Azji Wschodniej bez zamiaru pogwałcenia suwerenności politycznej lub terytorialnej jakiegokolwiek narodu”. Jeśli w przyszłości wojskowi będą oceniać historię ze swego punktu widzenia, to na podstawie proklamacji Hirohita mogą stwierdzić: „Przerwaliśmy wojnę wyłącznie wskutek nieludzkiego postępku nieprzyjaciela, a nasz cesarz powstrzymał rzeź - chociaż nietknięta armia czekała w gotowości - ponieważ chciał być nie tylko zbawcą Japonii, ale i obrońcą całej cywilizacji ludzkiej przed bezmiernym okrucieństwem. I jeszcze słowa proklamacji o przyszłości: „Naszym życzeniem jest otwarcie ery powszechnego pokoju dla przyszłych pokoleń - przez cierpienie, które dziś wydaje się nie mieć kresu, przez dobrowolne poddanie się wyrokowi losu, by znieść to, co jest nie do zniesienia. Utrzymując ciągłość polityki narodowej i pokładając Naszą niezachwianą ufność w szczerości Naszych wiernych i dobrych poddanych - My zawsze będziemy z wami (...) Niech cały kraj, jak jedna rodzina, w której tradycja przechodzi z syna na wnuka, wierzy niezłomnie w niezniszczalność ziemi naszych bogów. Świadomi Naszej ogromnej odpowiedzialności i długości

drogi, jaką musimy przebyć, poświęcimy wszystkie Nasze siły dziełu budowy przyszłości. Ożywieni głębokimi zasadami moralnymi, uczciwie ślubujemy wznosić wysoko kwiat naszej polityki narodowej i nie pozostawać w tyle za światowym postępem. Zechciejcie, o Nasi wierni poddani, być wcieleniem Naszej woli”. Japonia skapitulowała. Koniec dramatu. Kurtyna zapadła. Aktorzy odegrali swe role. Czy odsłonili nam wszystkie swe tajemnice? Sądziliśmy, że poznaliśmy dogłębnie ich grę i nie będziemy dłużej zaskakiwani zadziwiającymi cechami tego niezwykłego narodu. Łudziliśmy się, że udało nam się przeniknąć przemieszane z sobą jego ułomności i cnoty: nieposkromioną ambicję i imponującą potęgę pracy, niepohamowanie obok odwagi i wytrzymałości; skłonność do chaosu obok posłuszeństwa; godny podziwu patriotyzm i niewyobrażalną pychę. W finale narodowej tragedii japońska dusza zgotowała nam wszakże niemałą niespodziankę. 75 milionów („Sto Milionów”) poddanych cesarza miało zginąć co do jednego. Wszyscy, aż do najbiedniejszego rzemieślnika, jeszcze niedawno oświadczali - niewątpliwie sami w to wierząc - że raczej popełnią harakiri, niż mieliby się poddać. Wysłuchawszy proklamacji cesarskiej, dali w samotności ujście łzom rozpaczy i upokorzenia, po czym Japonia ukazała nam spokojne oblicze, wręcz zbijające z tropu łatwością pogodzenia się z klęską. Odwróciła stronicę swych dziejów bez wewnętrznego dramatu, przywołując ponownie na twarze zapomniany od dawna promyk uśmiechu. Uśmiech - najpierw policjantów, panów naszego losu. Nie minęły trzy dni, jak ci sami dokuczliwi osobnicy w czarnych mundurach, którzy tylekroć dawali nam odczuwać swą nienawiść i zadręczali małostkowymi prześladowaniami, składają wizyty każdemu z cudzoziemców i osobna i gnąc się w uniżonych ukłonach, z szerokim uśmiechem, odsłaniającym złote zęby, oferują swe uprzejme usługi. What can we do for you, sir?..! („Co możemy zrobić dla szanownego pana?”) Uśmiech szefów tonarigumi: władcy wręcz głodowych racji w dwa dni po kapitulacji przydzielają Francuzom, a także... Koreańczykom i Chińczykom specjalne porcje sake - czyżby na bankiet? - wraz z puszkami łososia, po jednej parze bawełnianych kalesonów na osobę, jedną sportową koszulkę, parę skarpetek i ręczniki kąpielowe. Uśmiech władz: Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które pod presją wojskowych nie dopuszczało dotychczas do kontroli alianckich obozów jenieckich przez Czerwony Krzyż, poleca jednemu z dyplomatów, aby z największą uprzejmością zadał telefonicznie posłowi szwajcarskiemu Camille'owi Gorgému cokolwiek niedyskretne pytanie: „Panie ministrze, dlaczego właściwie nie odwiedził pan nigdy obozu amerykańskich lotników-jeńców wojennych, choć znajduje się on niemal na przedmieściu Tokio, koło dworca w Ofunie?” Chodziło o starannie zamaskowany obóz, o którego istnieniu i okrutnym traktowaniu przebywających w nim jeńców docierały strzępy informacji do dyplomatów państw neutralnych, a przecież nie udało im się przebić muru tajemnicy. Niebawem - jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej - wynurzy się 80 innych obozów jenieckich, których funkcjonowania nawet się nie domyślano. Uśmiech przechodniów wobec cudzoziemców: gdy zdobywam się na odwagę opuszczenia Karuizawy i podróż pociągiem do Tokio, nie odczuwam - choć jedyny biały pośród Azjatów - ni śladu wrogości wobec mojej osoby. Jazda sprawia wrażenie ryzykownej przygody - podróżni tłoczą się na dachach wagonów, sprzęt w opłakanym stanie, nie kończące się postoje - a jednak mimo skrajnie pesymistycznych przewidywań moich internowanych współtowarzyszy, którzy wróżyli mi wręcz

zlinczowanie przez tłum, droga upływa spokojnie. Co więcej - czyżby odżyły dobre zwyczaje starej, kurtuazyjnej i gościnnej Japonii? - mili sąsiedzi z pociągu proponują mi grzecznie swą pomoc: „Czy mogę panu pomóc w niesieniu bagażu? Czy zna pan drogę? Wszystko wokół tak bardzo się zmieniło, prawda?” I dobrowolny przewodnik wskazuje gestem na zniszczony dworzec, równinę ruin, jaką stało się Tokio, uśmiechając się tym zadziwiającym japońskim uśmiechem... Uśmiechy Japończyków w swoim gronie: chwila odprężenia po burzy - na „świętą ziemię” Japonii nie weszli jeszcze zwycięscy Amerykanie. Ci nie tają obaw, że potomkowie samurajów wbrew własnym przyrzeczeniom i rozkazom cesarza mogą zdradziecko zaatakować szeregi pierwszych okupantów skądinąd również zaskoczonych nagłym zakończeniem wojny, gdy trwały przygotowania do inwazji na główne wyspy japońskie. Dopiero w dwa tygodnie po kapitulacji dowództwo amerykańskie wydało rozkaz lądowania swych dywizji powietrznych na lotnisku w Atsugi koło Tokio i pierwszych czołgów w Jokohamie. Dzięki temu Japonia zyskała „dwa tygodnie czasu na przybranie „właściwego wyrazu twarzy”. 15 jakże cennych dni zwłaszcza dla dowódców wojskowych różnych szczebli (już niebawem „nowa Japonia” wymiecie wszystkich) - mają dość czasu na zniszczenie archiwów (robi się to pośpiesznie często na środku ulicy, bez względu na obecność przechodniów i zdziwione spojrzenia nielicznych cudzoziemców), usunięcie kompromitujących dokumentów (a także wielu skompromitowanych osób), ukrycie w polu broni i pieniędzy, by nie dostały się Amerykanom. Błyskawicznie przeprowadza się demobilizację - zanim pojawią się okupanci. Gorączkowo rozdziela się pomiędzy żołnierzy, marynarzy i robotników rezerwowe zapasy należące do rozwiązywanych jednostek armii i marynarki bądź fabryk (które ulegają likwidacji lub zmieniają profil produkcyjny) o tyle mniej dóbr wpadnie w ręce zwycięzców. Pociąg, którym wracam do Tokio, mija na zniszczonych dworcach długie konwoje tysięcy ludzi w mundurach khaki, zdemobilizowanych żołnierzy i zwolnione załogi fabryczne - wszystko podąża na północ, ku regionom, gdzie okupacja dotrze najpóźniej. Na dworcach rozbrojone grupy żołnierzy w postawie na baczność, ulegle posłusznych dowódcom, którzy odpruli już dystynkcje, ale nie rozstali się jeszcze z długimi szablami samurajskimi. W Tokio dworzec Ueno przypomina mrowisko. Nieprzeliczone tłumy mężczyzn w nowych, ubraniach taszczą na plecach we wszystkich kierunkach wszystko, co tylko są w stanie unieść - aby jak najwięcej uchronić przed rekwizycją Amerykanów. W grupach tych wiarusów w rozsypce panuje powszechne ożywienie i nieomal radość - niby przed majówką lub długo wyglądanym urlopem. Nieoczekiwane dodatkowe przydziały to szczególna gratka, która wzmaga zadowolenie z powrotu do domu. Uśmiech prasy: wszystkie gazety dokonują gwałtownego zwrotu. Faszyzujący ongiś militarystyczny „Nippon Times” w ciągu kilku dni staje się orędownikiem demokracji, parlamentaryzmu i swobód dla ludu. Jeszcze niedawno krzykliwie piętnował amerykańskie bestialstwa, naśladując, jak mógł najlepiej, styl propagandy goebbelsowskiej. I oto nagle każe wierzyć swym czytelnikom w wielkość duszy niecierpliwie oczekiwanych okupantów, oburzając się, że tylko w Japonii prymitywni i ograniczeni umysłowo prowincjusze mogą sobie wyobrażać, że amerykański żołnierz - to gangster w mundurze. Wreszcie pierwsze samoloty amerykańskie lądują w Atsugi, wyrzucając na japońską ziemię oddziały uzbrojonych po zęby jasnowłosych wielkoludów. „Nippon Times” zamieszcza w związku z tym nagłówek wprawiający w pierwszej chwili w niejakie osłupienie: Szczera serdeczność towarzyszy lądowaniu Amerykanów. Oddając należny hołd kurtuazji przybyszów, reporterzy japońscy barwnie opowiadają, jak to wymieniali swoje kaszkiety na czekoladę i papierosy. Na koniec uśmiech prostego ludu... Początkowo Amerykanie są podejrzliwi, przestrzegają surowej dyscypliny, etapami ostrożnie wprowadzają rygory okupacji. Wkrótce pojmują, że nie zagraża im

zdrada. Japończycy natychmiast dostrzegają oznaki odprężenia: zmniejszoną troskę Jankesów o automatyczne pistolety, podróże pociągami, zabawę w „pierwsze sklepiki tytoniowe” z gumą do żucia, spojrzenia rzucane ukradkiem onieśmielonym jeszcze musme. I od razu japoński tłum akceptuje te wspaniałe istoty o niewiarygodnym (jak na japońskie wyobrażenia) wzroście, z zawsze wypchanymi kieszeniami, pozwalające dotknąć miękkiego, cudownego sukna swych mundurów, pokazujące bez ceregieli wspaniałości swego ekwipunku: skóry, buty czyszczone pastą, gumowe płaszcze nieprzemakalne, a także jeepy - ogromne ciężarówki o kolosalnych oponach - i trochę przerażające buldożery. To dobrzy chłopcy, bogaci, skorzy do żartów i śmiechu. Znika napięcie. Najeźdźcy? Już nie. To goście, którym chce się uprzyjemnić pobyt, choćby dlatego, że wskrzeszają wokół atmosferę tak długo zakazanej wesołości. Wymuszony, zwodniczy uśmiech pokonanych? Bynajmniej - to koniec wojny i kres długiego koszmaru wyzwala w ludziach naturalne uczucia, które zdusiła wojenna awantura: prostą i naiwną skłonność do radości. I nadto nie przynosi ujmy przyznanie się do własnej lekkomyślności. Oto jeszcze jeden klucz do zrozumienia całego dramatu, którego byliśmy świadkami - szczególna cecha japońskiego charakteru, jakże trudna do przeniknięcia. Potrzeba próby wielkiego kryzysu, t aby móc wydać sąd o wielkim narodzie. Kapitulacja Japonii dała nielicznej garstce cudzoziemców, których los nieszczęśliwie zamknął tu na czas wojny w pułapce, rzadki przywilej oceny w całej rozciągłości owej specyficznej narodowej lekkomyślności. Trzeba było widzieć, z jaką swobodą Japończycy przystosowali się do klęski, jak „odwrócili stronicę swych dziejów” i bez oporu, w duchu autentycznej dobrej woli podjęli współpracę z amerykańskim okupantem. Trzeba było być obecnym przy narodzinach „nowej Japonii”, aby w pełnym świetle dostrzec szczególny paradoks: oto cała awantura japońska, która tak ciężkim brzemieniem zaważyła na losach strefy Pacyfiku i całego świata, była wynikiem przedziwnej lekkomyślności jednego narodu. Politykę Japonii w piętnastoleciu 1930-1945 cechowało bezmyślne ugrzęźnięcie w absurdzie; dopiero koniec wojny przyniósł wyjaśnienie tego na pozór niezrozumiałego zjawiska. Przypomnijmy szaleńczą decyzję zawarcia sojuszu trójstronnego, opuszczenie Rzeszy w wojnie ze Związkiem Radzieckim bez jakichkolwiek skrupułów, zaślepienie pchające Japonię na oślep w z góry przegraną wojnę z Ameryką, stracone okazje wystąpienia z inicjatywą zawarcia pokoju po Singapurze lub po Saipanie, wreszcie swoisty trans, w jakim cały naród pozwalał się prowadzić ku masowemu samobójstwu ostatniej bitwy. A potem bomba atomowa rozbraja wojowniczy entuzjazm, powodując w krótkim czasie gwałtowny zwrot nastrojów, jakiego świat nigdy dotąd nie widział. Przebiegłość czy ślepota? Raczej lekkomyślność i nieodpowiedzialność. Niczego z dopiero co minionej przeszłości nie można do końca zrozumieć, lekceważąc tak , istotny czynnik, jak to, że 75 mln Japończyków zabrakło elementarnej odpowiedzialności wobec historii. Uśmiech Kwitnącej Wiśni! Spośród „tajemnic” Japonii stanowi największą zagadkę, najbardziej zbija z tropu, najdłużej stawia opór dociekliwym analitykom i przysparza najwięcej niespodzianek cierpliwym, którzy starają się rozszyfrować jego sekrety. Uśmiechamy się przede wszystkim dlatego, że uśmiech niesie zapomnienie - zdają się tłumaczyć Japończycy. - Moc zapomnienia, niekonsekwencji, wiary w nieuchronność przeznaczenia i doświadczeń, jakich los zechciał oszczędzić innym narodom - byliśmy ofiarami barbarzyńskich nalotów i najstraszliwszej bomby - każe nam przyjmować bez nienawiści tych wysokich sympatycznych chłopaków, którzy jeszcze kilka miesięcy temu nie mieli dla nas litości. Sikatta ga nai!

(„Nic to!”) Ani my, ani oni nie możemy nic zmienić z tego, co było tylko narzędziem losu. Nasz stosunek do nich jest nacechowany życzliwością - bez jakichkolwiek wewnętrznych oporów. Wszelkie idee zwykliśmy traktować nader powierzchownie. Przez piętnaście lat znosiliśmy godny potępienia reżym militarystów, użyczaliśmy mu wiary i poparcia, nie skąpiliśmy krwi, a przecież nasza z nim więź nie wychodziła poza chwilową namiętność. Nasi żołnierze uczestniczyli w wojnie z uniesieniem, cywile - z uporem, a przecież nasz wojowniczy entuzjazm był tylko entuzjazmem na zamówienie. Teraz stajemy się orędownikami pokoju. Zachowywaliśmy dobre maniery. Sławiliśmy Oś, chwaliliśmy Mussoliniego, kadziliśmy Hitlerowi z czystej kurtuazji. W głębi duszy czuliśmy niechęć, a nawet pogardę wobec tych arogantów. Obsypywaliśmy obelgami Amerykę, ponieważ jest to nieodstępny oręż naszej walki, nakazany regulaminem wojskowym. W rzeczywistości tylko chwilami dawaliśmy się ponieść nienawiści do Amerykanów - może jesteśmy zbyt lekkomyślni, by nienawidzić głęboko? Po skończonej wojnie odnaleźliśmy w sobie prawie nienaruszone pokłady sympatii i podziwu dla Ameryki - uczonej i potężnej. W naszej tradycji tkwi szczególna wrażliwość na ulotny urok pór roku. Może dlatego nasze idee i nasze zamiłowania są tak zmienne i ulotne, jakby były igraszką na skrzydłach wiatru. Nasze uczucia są bardziej kapryśne niż wiosenny dzień. Rzadsze bywają przeloty wędrownych ptaków pod jesiennym niebem niż przelotność naszych mód, nowinek i zachwytów. Ubóstwialiśmy Zachód, by następnie stać się zaciekłymi rzecznikami Wschodu. Nie tak dawno pasjonowaliśmy się kolejno baseballem, końskim mięsem, zeppelinami, kontrolą urodzeń, malarstwem francuskim, kempingiem. Naszym bohaterem był Waszyngton, a po nim twardy minister wojny generał baron Araki Sadao. Darzyliśmy uwielbieniem Anglię, potem (krótko) Rzeszę, w międzyczasie rozczytując się w Marksie. Teraz przyszła kolej na socjalizm, demokrację i rozbrojenie. Stworzymy związki zawodowe, wolną prasę, a nasze musme pójdą głosować... Uśmiech dowodzi naszej szczególnej, niezrównanej giętkości. Od dziesięciu wieków zginaliśmy się w kornych pokłonach przed tymi, którzy nami rządzą. Teraz nowi władcy chcą nas od razu nauczyć żyć w wolności. Tymczasem my sami przywykliśmy mieć panów, ustępować wobec ich kaprysów i przyklaskiwać ich rozkazom - co zresztą nigdy nie przeszkadzało nam (może niewiarygodne, ale prawdziwe) śmiać się w duchu w ich obecności, a wtedy wygodniej i bezpieczniej bić czołem w matę lub zanurzyć nos w kurzu podłogi. Klęska i kapitulacja nie zdołały zburzyć spokoju naszych serc. To prawda, zostaliśmy pobici, lecz nigdy nie uwierzymy, że jesteśmy winni. Niczego nie bierzemy tragicznie - nie mamy poczucia grzechu. Wytoczono nam podobny proces jak Niemcom, by wymierzyć nam karę. Co za błąd! Niemcy zdradziły własną cywilizację, którą karmiły się przez całe wieki. My natomiast, usiłując zbliżyć się do waszej cywilizacji, zeszliśmy na manowce. I jeśli - idąc tropem waszych pojęć - jest w nas grzech, to jest on w części także waszym grzechem, bowiem usilnie naśladowaliśmy wasze wzory. Uśmiechamy się, bo cierpimy. Uśmiech wyzwala w nas nie tylko przyjemność: ranę i klęskę również leczymy uśmiechem. Uśmiechamy się, a czasem śmiejemy hałaśliwie, gdy jesteśmy zakłopotani, gdy przegrywamy partię lub gdy tracimy twarz. To forma naszej uprzejmości wobec wyroków przeznaczenia: zły los i ból są panami i my musimy być ulegli ich zachciankom. Jest w tym także nasz

odwet, ponieważ w ten sposób tracą twarz przeciwieństwa losu. Na japońskich twarzach rozkwitły miliomy uśmiechów, ponieważ Japonia krwawi milionami serc. Uśmiechamy się, ponieważ ufnie witamy nowy świat, w nadziei, że będzie lepszy. Zadowolenie również zwykliśmy objawiać uśmiechem. Wojna uwolniła nas od ciężaru tysiąca rzeczy - przede wszystkim od naszych dóbr, pieniędzy, dachów nad głową. Pokój zdjął z nas brzemię reżymu wojskowego, wojny, bombardowań. Dla przygniatającej większości naszego narodu gorycz klęski znajduje rekompensatę w radości wyzwolenia: po piętnastu latach kajdany zostały zrzucone. Nasz sposób myślenia, tak często biorący rozbrat z logiką, już i nieraz pomógł nam bez wewnętrznych rozterek przystosować się do okoliczności. Czyż może istnieć bardziej nielogiczna sytuacja, niż ta, w której się znaleźliśmy? Powinniśmy nienawidzić Amerykanów jako najeźdźców - a wiwatujemy na ich cześć jako naszych wyzwolicieli. Wolimy uważać się raczej za wyzwolonych niż pokonanych uwolnionych od kliki wojskowej, którą szczerze znienawidziliśmy, wolnych od nacjonalistycznego oszustwa i nadużywania naszej łatwowierności, co (wreszcie to zrozumieliśmy) doprowadziło nas do katastrofy. Kochamy wolność, choć staramy się odsunąć myśl, że dla jej zdobycia potrzeba było przegranej wojny. Przyjmujemy koniec wojny bez wyrzutów sumienia, bowiem miliony Japończyków zamieszkujących macierzyste terytorium tkwiło do ostatka w zupełnej nieświadomości okrucieństw popełnianych przez wojska cesarskie na podbitych obszarach. Daremnie przedstawiano dowody już po klęsce: nie wierzyliśmy i nadal nie chcemy wierzyć. Japończyk - to nie osobowość. Japończyk - to możliwość: wyłącznie okoliczności; bez udziału woli, rozstrzygają o wyborze miedzy łagodnością a brutalną przemocą, współistniejącymi w jego naturze. Japoński proces wychowania nie tłumi - jak na Zachodzie - naturalnych popędów człowieka pierwotnego. Przeciwnie, od dzieciństwa system edukacji szkolnej rozwijał instynkt przemocy, przekształcając go w „siłę wybuchową” podobną dynamitowi, umieszczonemu pod starannie przyśrubowaną pokrywą dyscypliny, samokontroli i opanowania. Okoliczności decydowały, który z Japończyków okazywał się w latach wojny dzikim zwierzem, a który łagodnym barankiem. Dzikie zwierzęta siały postrach na odległych frontach wojennych, w domu pozostawały baranki. Owe baranki nie dopuszczały oczywiście myśli, że mogłyby zmienić się w tygrysy i że ich bracia i przyjaciele, wyjeżdżając na front w skórze baranków, gdzieś daleko objawiają krwiożerczość dzikich bestii. Wojna pobudza w Japończyku skłonności do czynienia zła. Czas pokoju pozwala rozkwitnąć zaletom - i niejedną w tym sprawia niespodziankę. W prostym ludzie zawsze tkwiły nieprzebrane zasoby dobrej woli i, być może, z tego biorą się wszystkie nieszczęścia Japonii: wykorzystywano je bowiem w służbie zarówno dobra, jak i zła. Przywódcy znajdowali w masach posłuszne i uległe stado, podatne na wszelkie manipulacje. Wielu oddało minionej okrutnej wojnie swą najlepszą cząstkę, tracąc poczucie sprawiedliwości. Uśmiechamy się, gdyż Japonia przywykła do katastrof i mimo bolesnych doświadczeń nie poddaje się i żyje. Przy całym naszym ubóstwie dane nam są co najmniej trzy dary, których nie pozwolimy sobie odebrać. Pierwszy - to ilość: jest nas 75 mln istot, które chcą żyć. Drugi - to praca. Nie stać nas na stratę roku czasu czy choćby paru miesięcy - natychmiast zabraliśmy się do pracy: w miastach, zrównanych z ziemią, uprzątamy gruzy, odbudowujemy nasze chatki i otwieramy na nowo sklepy. Trzeci dar Japonii - to ziemia. Nasze wsie wchłonęły miasta, neutralizując wstrząs wywołany klęską: gospodarka rolna stanie się solidnym fundamentem «nowej Japonii».

Niewiele czasu upłynie, a nasi zwycięscy będą musieli postawić sobie pytanie: czy istotnie to my wygraliśmy tę wojnę? Japończycy nigdy poważnie nie traktowali groźby sprowadzenia swego kraju do roli liliputa. Mimo poniesionej klęski rząd, biznesmeni, prosty lud wierzą niezłomnie, że Japonia na zawsze zachowa liczącą się pozycję wśród narodów świata. Wynika to z samego jej położenia geograficznego. Rozciągnięta między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim - u brzegów wielkiego kontynentu azjatyckiego - nie może długo pozostać słaba. Pierwsi wyciągną pomocną dłoń Amerykanie: zadbają o żywność, uruchomią fabryki - ratując Japonię przed powrotem do koszar. Uczynią przy tym wszystko, by Kraj Wschodzącego Słońca nie zwrócił swych sympatii ku Związkowi Radzieckiemu... Nasz uśmiech przypomina tajemniczy uśmiech Buddy ze świątyni w Kamukarze, kontemplującego tajniki przemijania. Naszą zmienność, powierzchowny stosunek do świata, pozornie niezrozumiałe j reakcje, brak logiki umiemy podporządkować naczelnej racji - trwaniu. Uważa się nas za płochych i łatwo zapalających się do każdej idei, a tymczasem niezmienną zasadą naszego życia narodowego jest bezruch. Tuż po wojnie rzucono hasło «nowej Japonii». Czy istotnie starożytny kraj Jamato może kiedykolwiek przeobrazić się w nowy? Dwa tysiące lat bezruchu - w tym streszcza się istota historii Japonii, odciśnięta piętnem na dynastii cesarskiej, i na tym zasadza się dramat narodu japońskiego w nagłym zderzeniu z dynamicznym Zachodem. Dzieło «nowej Japonii» zostanie oparte na I trwałym fundamencie najlepszych wartości starodawnej Japonii. Nasi mędrcy buddyjscy nie przestają nam przypominać, że penetrując głębie naszej jaźni, poznajemy tajniki naszej natury narodowej - niezmiennej mimo zmienności świata. Ten absolut, bez wątpienia trudny do zdefiniowania, wiecznie żywy, choć zmieniają się mody, pozwala nam znosić gorycz klęski. Stanowi samą esencję narodowej świadomości mimo tak wielu metamorfoz w naszych dziejach. Nie umiemy dociec jego istoty, ale czujemy, że istnieje. Na imię mu po prostu Japonia”. Jesień 1945 r. 2 września na pokładzie pancernika „Missouri”, stojącego na redzie w Zatoce Tokijskiej, podpisano uroczyście akt kapitulacji. Wojska amerykańskie zajęły cały archipelag japoński. Mac Arthur - nowy władca w generalskim mundurze - panuje z wysokości masywnego nowoczesnego pałacu Dai-Itci, dawnej siedziby towarzystwa ubezpieczeniowego, nad którym powiewa gwiaździsty sztandar Stanów Zjednoczonych. Naprzeciwko rozpościera się pałac Syna Nieba. Okupacja amerykańska nie napotyka przeszkód - choć całe miasta zniesiono z powierzchni ziemi, choć zduszono japońską pychę. Dobroduszna dyktatura generała bez oporu podporządkowuje sobie Tokio - tę metropolię milionów pokornych pokłonów, wybijanych na rozkaz (ostatni) zwyciężonego najwyższego dowództwa. Gabinetowi kapitulacji przewodniczy książę Higasikuni, kuzyn cesarza. Członkowie gabinetu z okresu Pearl Harbour tworzą pierwszą partię zbrodniarzy wojennych, odesłanych do więzienia w Sugamo w oczekiwaniu na proces w Jokohamie, replikę procesu norymberskiego. Nieszczęsny książę Konoje, oskarżony o zbrodnie wojenne, woli wybrać samobójczą śmierć niż oddać się w ręce zwycięzców. Popełnia samobójstwo marszałek Sugijama, a także generał Todzio - temu ostatniemu nie udaje się ono, jak nie powiodła mu się wojna; skończy na szubienicy. Odbudowana i zalegalizowana partia komunistyczna przypuszcza atak na dynastię. Cesarz porusza się bez eskorty. Dochodzi do jego spotkania z Mac Arthurem, ale tym razem nie generał udaje się do pałacu, lecz Hirohito jest przyjmowany na audiencji w ambasadzie amerykańskiej. Mac Arthur występuje - historyczny nietakt w samej koszuli z rozpiętym kołnierzykiem, bez krawata i marynarki...

Co to wszystko może obchodzić masy? Całą witalność ograniczają do zaspokojenia dwóch elementarnych potrzeb: nie umrzeć z głodu i zbudować dach nad głową. Tokio w owym pamiętnym pierwszym roku ery atomowej jest bezkresnym pustkowiem, które trzeba zabudować od początku. W dziele odbudowy naród japoński okaże godną podziwu żarliwość i odwagę. Można by rzecz, że wyzwoliło ono wszystkie najwspanialsze cnoty narodowe, do niedawna bezwzględnie tłumione dyscypliną wojny. Cierpliwie, z chwalebną wytrwałością ludność stara się pokonać ogromne trudności aprowizacyjne. Bez zwłoki, bez wyczekiwania, bez chwili zwątpienia staje z zapałem do odbudowy stolicy. Wkrótce zaczyna ona na powrót wyrastać - jak trawa czy las. W bezkresie popiołu i żelastwa, w który przemieniło się dawne Tokio z białego drewna, krzątają się 3 mln ludzkich mrówek. Stopniowo z chaosu wyłania się logika - rozwiązania przestrzenne, centra, dzielnice. Pustynią zardzewiałej blachy i spalonych szczątków, którą omija życie, długo pozostają niektóre fragmenty miasta starte na pył. Biegunem przyciągania tłumów jawią się wieżowce, które umknęły zniszczeniom w jedynej prawie nietkniętej dzielnicy w sercu stolicy. Gromady ludzi przewalają się chodnikami, pochylone nad skarbami oferowanymi na pchlim targu. Nad brzegiem rowów okalających pałac cesarski tysięczne twarze zwracają się nie ku rezydencji Hirohita, lecz w stronę alianckiej kwatery głównej - w nadziei ujrzenia nowego władcy, generała Mac Arthura. Trwa uporczywa walka o odrodzenie miasta. Powracają uciekinierzy, którzy zdjęci trwogą, jaką wzbudzały superfortece B-29, opuścili miasto. Początkowo niepewnie błądzą wśród ruin, ale już niebawem drobne ludziki w kaszkietach khaki i ich połowice w jedwabnych spodniach żywo zaczynają krzątać się w wybranym miejscu, niby ptaki w instynktownym transie budujące gniazdo. Stopniowo dzięki tysiącom ich nieskładnych ruchów wyłaniają się wielkie na wysokość dorosłego człowieka zwały uporządkowanych gruzów, pogniecionego żelastwa, sczerniałych belek, wypalonej blachy. Któregoś dnia wszystko to znika, wywiezione do na wpół zrujnowanych składów lub do zbombardowanych fabryk, których kominy bez dymu tu i ówdzie odcinają się w smutnym krajobrazie. Na uprzątniętych terenach pojawiają się błyszczące świeżością nowe belki, przyjmując niespodzianie kształt konstrukcji pokrytej falistą blachą. Rodzi się domek, przy nim sadowi się następny i jeszcze jeden: z ziemi wynurza się fragment miasta, zmartwychwstają stare uliczki, a wszystko pośród prania, krzyków dzieci i śpiewów dwugarbnych matek - na grzbiecie jedna szczelnie okutana pociecha, w brzuchu druga, już wyrywająca się na świat... Zimą 1945/46 w stołecznej pustyni zamieszkałej przez 3 mln ludzi, upokorzonych klęską i okupacją, powolutku podnoszą się głowy: zaczynają funkcjonować instytucje. Po dokonanych czystkach znów odżywa tkanka japońskiej biurokracji. Policja japońska łata pozrywane oczka swej sieci. Odrestaurowany biały gmach pulsuje znów gwarem w dniach debat odrodzonego parlamentu. W nowej demokratycznej konstytucji (listopad 1946) nie ma już wzmianki o Amaterasu, bogini Słońca. Dynastia cesarska - zapis w konstytucji z 1889 r. brzmiał: „bez skazy w nieprzerwanej linii po wieczne czasy” - cudem przeżyła wstrząs, wywołany wojną i bombą atomową. Hirohito, którego Chińczycy zamierzali powiesić, a Rosjanie zdetronizować, pozostał na tronie. Odwet czy głęboko ukrywane przygotowywanie odwetu? Nie przestaje sobie zadawać tego pytania nasza grupka cudzoziemców - nielicznych świadków owego niepowtarzalnego „przed i potem”. Sami w odwet Japonii nie wierzymy, a przynajmniej liczymy, że się odwlecze. Wkrótce zrozumiemy, że odwetem, który Japonia weźmie za przegraną wojnę, będzie wygranie pokoju, a jedyna jej ambicja sprowadzi się do dorównania zwycięzcom w dziedzinie handlu i sztuki.

Spisek wszakże istnieje: jego symptomów nie dostrzegają prostolinijni naiwni okupanci, za to my, „starzy osiedleńcy”, obserwujemy go nie bez rozbawienia. Wiecznotrwały spisek Japonii wyraża się w neutralizacji obcych wpływów. Każdy rozkaz amerykański zostaje złagodzony warstwą ochronną wciąż mało znanych Zachodowi japońskich obyczajów, japońskiej psychiki narodowej, wieloznacznością miejscowego języka i niezrozumiałym dla przybyszów kodem hieroglifów. Mac Arthur wysyła do Waszyngtonu podnoszące na duchu raporty o sukcesie nakazanych przezeń reform demokratycznych. Japończycy, schyleni w pełnym uszanowania ukłonie, przystępują z miejsca do deformowania reformy. W odnowionym składzie parlamentu deputowani reprezentują stare klany. Rozpadają się trusty, by po kilku latach na powrót zawiązać się w potężne koncerny przemysłowe. Ministerstwo Spraw Zagranicznych ulega rozwiązaniu? Dyplomaci we frakach pojawiają się zatem w Komitecie Łączności, utrzymującym łączność między rządem a aliantami. Wzór przedstawiany narodowi japońskiemu do naśladowania to GI (żołnierz amerykański) o hałaśliwym wdzięku – uosobienie sukces u tak dniem, jak i nocą. W zwartym tłumie Japończyków stale roześmiani Jankesi jedzą, nastawiają radio jak najgłośniej, piją, grają jazz, obejmują musme i... odkrywają wspaniałą siłę nabywczą czekolady. Japońscy prostaczkowie wchłaniają szeroko otwartymi oczyma darmowe widowisko - i starają się przyswoić sobie serwowany wzorzec, który wydaje im się równie ważny jak pożywienie. Niezadługo zamiast Anone - zakrzykną Hello, doczepią shake-hand do obowiązkowego ukłonu, zaakceptują gumę do żucia, zaczną całować w usta dziewczęta. Japońscy ministrowie na gwałt uczą się angielskiego i przyzwyczajają do podawania ręki: rezygnują z ukłonów, gdy przychodzi im odbierać rozkazy w biurach alianckiej kwatery głównej. Jednak ani pospólstwo, ani politycy nie tkwią długo w miejscach publicznej parady amerykańskiej. Unosząc jak jastrząb zdobycz wyuczone lekcje i otrzymane rozkazy, wtapiają się w rój. W jego wnętrzu subtelne czułki dokonują szczegółowej analizy wszystkiego, co przenika z zewnątrz. To, co zostanie zachowane i przyswojone, jest efektem cierpliwej pracy roju - ten przeżuwa i przystosowuje zgromadzony materiał do swoich potrzeb. Tłumaczenie staje się swobodną przeróbką oryginału, odbitka z kliszy zniekształca rzeczywistość, liczby ulegają zmianie. Kąpiel fotograficzna ma nadać wszystkiemu japoński koloryt. Kwasy zneutralizują to, co nie daje się „zjaponizować”, a enzymy z wolna pozwalają przyswoić to, co może być wchłonięte: tak w przebłysku swego rychłego już wzlotu nowa Japonia na swój sposób przetrawia okupację amerykańską.

z francuskiego tłumaczył Adam Galica Tytuł oryginału: LE JAPON EN GUERRE. DE PEARL HARBOUR A HIROSHIMA © 1979, Stock, Robert Guillain Okładkę projektowała Bożena Kowalewska Redaktor: Janina Zaucha-Dziabałowa © Copyright lor the Polish edition by Wydawnictwo „Książka i Wiedza” RSW „Prasa-Książka-Ruch” Warszawa 1983 ISBN-83-05-11082-6 Redaktor techn.: Anna Bonisławska Korektorzy: E. Długosz-Jurkowska i Z, Lipińska Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa-Książka--Ruch Wydawnictwo „Książka i Wiedza”, Warszawa, styczeń 1983 Wyd. I. Nakład 49650+350 egz. Obj. ark. wyd. 17,6. Obj. ark. druk. 19,5 Papier druk. mat. kl. V, 71 g, 61X86 cm. Oddano do składu w czerwcu 1982 r.

Podpisano do druku w listopadzie 1982 r. Druk ukończono w lutym 1983 r. Zakłady Graficzne Katowice Zakład nr 5 w Bytomiu. Zam. nr 9197 - Z-88. Cena zł 100,Jedenaście tysięcy trzysta dwudziesta siódma publikacja „KiW”

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful